Category: 1sza strona

Najnowszy wpis pojawia się NA 1 STRONIE.

  • Matka Boża i Święci Pańscy – listopad 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Wszyscy Święci” Fra Angelico, XV w./wikimedia commons

    ***

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    30 listopada

    Święty Andrzej, Apostoł

    Święty Andrzej

    Andrzej pochodził z Betsaidy nad Jeziorem Galilejskim (por. J 1, 44), ale mieszkał ze św. Piotrem, swoim starszym bratem i jego teściową w Kafarnaum (por. Mk 1, 21. 29-30). Był – jak Piotr – rybakiem. Początkowo był uczniem Jana Chrzciciela. Pod jego wpływem poszedł za Chrystusem, gdy Ten przyjmował chrzest w Jordanie. Andrzej nie tylko sam przystąpił do Chrystusa; to on przyprowadził do Niego Piotra: “Nazajutrz Jan znowu stał w tym miejscu wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: «Oto Baranek Boży». Dwaj uczniowie usłyszeli jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: «Czego szukacie?» Oni powiedzieli do Niego: «Rabbi – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?» Odpowiedział im: «Chodźcie, a zobaczycie». Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: «Znaleźliśmy Mesjasza» – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa” (J 1, 35-41). Andrzej był pierwszym uczniem powołanym przez Jezusa na Apostoła.
    Apostołowie Andrzej, Jan i Piotr nie od razu na stałe dołączyli do tłumów chodzących z Panem Jezusem. Po pierwszym spotkaniu w pobliżu Jordanu wrócili do Galilei do swoich zajęć. Byli zamożnymi rybakami, skoro mieli własne łodzie i sieci. Właśnie przy pracy Chrystus po raz drugi ich wezwał; odtąd pozostaną z nim aż do Jego śmierci i wniebowstąpienia. Spotkanie nad Jeziorem Genezaret i powtórne wezwanie przekazał nam św. Mateusz: “Gdy (Jezus) przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci, Szymona, zwanego Piotrem i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro: byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi». Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za nim” (Mt 4, 18-20). Św. Łukasz dorzuca szczegół, że powołanie to łączyło się z cudownym połowem ryb (Łk 5, 1-11). Pan Jezus chciał w ten sposób umocnić w swoich pierwszych uczniach wiarę w to, że prawdziwie jest Tym, za Kogo się podaje.
    W Ewangeliach św. Andrzej występuje jeszcze dwa razy. Kiedy Pan Jezus przed cudownym rozmnożeniem chleba zapytał Filipa: “Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili?” – Andrzej rzekł do Niego: “Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?” (J 6, 5. 8-9). I jeszcze raz występuje św. Andrzej, kiedy pośredniczy w przekazaniu prośby, aby poganie także mogli ujrzeć Chrystusa i zetknąć się z Nim bezpośrednio: “A wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon (Bogu) w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy, i prosili go mówiąc: «Panie, chcemy ujrzeć Jezusa». Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi” (J 12, 20-22). Chodziło w tym wypadku o prozelitów, czyli pogan, którzy przyjęli religię judaistyczną.
    W spisie Apostołów wymieniany jest na drugim (Mt i Łk) lub czwartym (Mk) miejscu. Przez cały okres publicznej działalności Pana Jezusa należał do Jego najbliższego otoczenia. W domu Andrzeja i Piotra w Kafarnaum Chrystus niejednokrotnie się zatrzymywał. Andrzej był świadkiem cudu w Kanie (J 2, 1-12) i cudownego rozmnożenia chleba (J 6, 8-15).W tradycji usiłowano wybadać ślady jego apostolskiej działalności po Zesłaniu Ducha Świętego. Orygenes (+ 254) wyraża opinię, że św. Andrzej pracował w Scytii, w kraju leżącym pomiędzy Dunajem a Donem. Byłby to zatem Apostoł Słowian, których tu właśnie miały być pierwotne siedziby. Według św. Hieronima (+ 421) św. Andrzej miał także pracować w Poncie, w Kapadocji i w Bitynii, skąd udał się do Achai. Ten sam pogląd podziela Teodoret (+ 458), który twierdzi, że św. Andrzej przeszedł ze Scytii do Tracji i Epiru, aby zakończyć życie śmiercią męczeńską w Achai. Wszystkie źródła są zgodne, że św. Andrzej zakończył swoje apostolskie życie śmiercią męczeńską w Patras w Achai, na drzewie krzyża. Patras leży na Peloponezie przy ujściu Zatoki Korynckiej.
    Niemniejsze zainteresowanie osobą i działalnością, a zwłaszcza śmiercią św. Andrzeja, okazują apokryfy: Dzieje Andrzeja z wieku II-III oraz Męka św. Andrzeja z wieku IV. Są to dokumenty bardzo dawne, sięgające niemal czasów poapostolskich. Zwłaszcza Dzieje Andrzeja cieszyły się kiedyś wielkim powodzeniem. Według tych źródeł, po Zesłaniu Ducha Świętego Andrzej miał nauczać i dokonać wielu cudów (nawet wskrzeszania zmarłych) w miejscach, do których dotarł: w Poncie i Bitynii (dzisiaj zachodnia Turcja) oraz w Tracji (Bułgaria), Scytii (dolny bieg Dunaju) i Grecji. Tam też, w Patras, 30 listopada 65 lub 70 roku (w tradycji wschodniej – w 62), przeżegnawszy zebranych wyznawców, został ukrzyżowany głową w dół na krzyżu w kształcie litery X. Wyrok ten przyjął z wielką radością – cieszył się, że umrze na krzyżu, jak Jezus. Litera X jest pierwszą literą imienia Chrystusa w języku greckim (od Christos, czyli Pomazaniec). Prawosławni uważają, że św. Andrzej umierał aż trzy dni, bo do krzyża został przywiązany, a nie przybity – w ten sposób chciano wydłużyć jego cierpienie. Przez cały ten czas w obecności tłumu wyznawał wiarę w Chrystusa, pouczał zebranych, jak należy wierzyć i jak cierpieć za wiarę.
    Kult św. Andrzeja był zawsze w Kościele bardzo żywy. Liturgia bizantyjska określa św. Andrzeja przydomkiem Protokleros, to znaczy “pierwszy powołany”, gdyż obok św. Jana jako pierwszy został przez Chrystusa wezwany na Apostoła. Achaja chlubi się przekonaniem, że jej pierwszym metropolitą był św. Andrzej. Dla prawosławnych św. Andrzej jest jednym z najważniejszych świętych, nazywają go Apostołem Słowian. Według ich tradycji św. Andrzej dotarł nad Dniepr i Don i jest założycielem Kijowa.W 356 roku relikwie św. Andrzeja przewieziono z Patras do Konstantynopola i umieszczono je w kościele Apostołów. Krzyżowcy, którzy w czasie czwartej wyprawy krzyżowej w 1202 r. zdobyli Konstantynopol, zabrali relikwie i umieścili w Amalfi w pobliżu Neapolu. Głowę św. Andrzeja papież Pius II w XV w. kazał przewieźć do Rzymu, do bazyliki św. Piotra – uważając, że skoro wspólna chwała połączyła obu braci, ta sama chwała powinna połączyć także ich ciała.
    25 września 1964 r. papież Paweł VI zwrócił głowę św. Andrzeja kościołowi w Patras. Najpierw 23 września złożyli hołd relikwii wszyscy ojcowie Soboru Watykańskiego II, zebrani na trzeciej sesji wraz z papieżem, który w procesji przeniósł relikwię z kaplicy Najświętszego Sakramentu na ołtarz auli soborowej. Mszę świętą odprawił przy tej okazji kardynał Marcella, archiprezbiter bazyliki św. Piotra, a kazanie wygłosił kardynał Koenig z Wiednia, kończąc homilię modlitwą o zjednoczenie Kościołów. Po południu przewieziono relikwie do kościoła św. Andrzeja della Valle, gdzie były wystawione do publicznej czci. Dnia 25 września do Rzymu przybyła delegacja greckiego Kościoła prawosławnego. Paweł VI przyjął ją na osobnej audiencji i przy tej okazji wręczył święte relikwie. Jeszcze tego samego dnia zostały one przewiezione samolotem do Patras. Kościół grecki posiada też relikwie krzyża, na którym umarł św. Andrzej. Natomiast relikwia prawej ręka Apostoła znajduje się w moskiewskim Soborze Bogojawleńskim. Od 2003 r. cząstka relikwii św. Andrzeja jest także w Polsce, w warszawskim kościele środowisk twórczych przy Pl. Teatralnym.
    Kult św. Andrzeja był i nadal jest żywy w różnych krajach. Święty Grzegorz I Wielki założył ku jego czci klasztor i kościół w Rzymie. Otrzymał także relikwie Apostoła z Konstantynopola (+ 604). Wiele narodów i państw ogłosiło św. Andrzeja za swojego szczególnego patrona. Tak uczyniły: Neapol, Niderlandy, Szkocja, Hiszpania, arcybiskupstwo Brunszwiku, księstwo Burgundii, Limburg, Luksemburg, Mantua i Szlezwig, a z innych krajów – Bitynia, Grecja, Holandia, Niemcy, Pont, Prusy, Rosja i Sycylia. Także bardzo wiele miast chlubi się patronatem św. Andrzeja: Agde, Aranches, Baeza, Bordeaux, Brescia, Bruggia, Hanower, Neapol, Orange, Pesaro, Rawenna, Rochester. Jest także patronem małżeństw, podróżujących, rybaków, rycerzy, woziwodów, rzeźników. Ten orędownik zakochanych wspomaga w sprawach matrymonialnych i wypraszaniu potomstwa.
    Dużą czcią cieszył się św. Andrzej również w Polsce. Istniał u nas zwyczaj wróżb andrzejkowych. W wigilię św. Andrzeja dziewczęta lały roztopiony wosk przez ucho klucza na wodę i zgadywały z figur, jakie się tworzą, która z nich jako pierwsza będzie miała wesele i jak będzie wyglądał wybranek.

    Święty Andrzej

    W ikonografii św. Andrzej Apostoł przedstawiany jest jako starszy mężczyzna o gęstych, siwych włosach i krzaczastej, krótkiej brodzie. Jako apostoł nosi długi płaszcz. Czasami ukazywany jako rybak w krótkiej tunice. Powracającą sceną w sztuce religijnej jest chwila jego ukrzyżowania. Atrybutami Świętego są: “krzyż św. Andrzeja” w kształcie litery X, księga, ryba, sieć. Formę krzyża św. Andrzeja mają znaki drogowe ustawiane przy przejazdach kolejowych.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    Święty Andrzej Apostoł

    Święty Andrzej Apostoł

    Męczeństwo św. Andrzeja/Vlad Tepes (PD)

    ***

     KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 14 CZERWCA 2006

    (…) Bardzo stara tradycja nie tylko upatruje w Andrzeju, który przekazał Grekom to słowo, tłumacza Greków podczas wspomnianego tu spotkania z Jezusem, ale uważa go za apostoła Greków w latach po Zesłaniu Ducha Świętego; dowiadujemy się z niej, że przez resztę swego życia był on głosicielem i tłumaczem Jezusa dla świata greckiego.

    Drodzy bracia i siostry,

    w ostatnich dwóch katechezach mówiliśmy o postaci świętego Piotra. Teraz chcemy, na ile pozwalają nam na to źródła, poznać nieco bliżej pozostałych jedenastu Apostołów. Dlatego będziemy dzisiaj mówić o bracie Szymona Piotra, świętym Andrzeju, także jednym z Dwunastu. Pierwszą cechą, jaka charakteryzuje św. Andrzeja, jest imię: nie jest ono hebrajskie, jak należałoby się spodziewać, lecz greckie, istotny znak pewnego kulturalnego otwarcia jego rodziny. Jesteśmy w Galilei, gdzie język grecki i grecka kultura dość często występują. Wśród Dwunastu Andrzej zajmuje drugie miejsce, podobnie jak u Mateusza (10, 1-4) i Łukasza (6, 13-16) albo czwarte, jak u Marka (3, 13-18) i w Dziejach Apostolskich (1, 13-14). W każdym razie cieszył się on niewątpliwie dużym szacunkiem w pierwszych wspólnotach chrześcijańskich.

    O więzach krwi między Piotrem a Andrzejem, jak i o wspólnym powołaniu, jakie usłyszeli od Jezusa, mówią wyraźnie Ewangelie. Czytamy tam: “Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci, Szymona zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi»” (Mt 4, 18-19; Mk 1, 16-17). Z czwartej Ewangelii dowiadujemy się o innym ważnym szczególe: wcześniej Andrzej był uczniem Jana Chrzciciela; pokazuje to, iż był człowiekiem poszukującym, który podzielał nadzieje Izraela, który chciał z bliska poznać słowo Pana, rzeczywistość Pana, który jest obecny. Był prawdziwie człowiekiem wiary i nadziei; od Jana Chrzciciela usłyszał któregoś dnia o Jezusie jako “Baranku Bożym” (J 1, 36); udał się wówczas w drogę i wraz z innym bezimiennym uczniem poszedł za Jezusem, Tym, którego Jan nazwał “Barankiem Bożym”. Ewangelista opowiada: poszli i “zobaczyli gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego” (J 1, 37-39).

    Andrzej cieszył się więc cennymi chwilami bliskości z Jezusem. W opowiadaniu znajduje się potem znamienna uwaga: “Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: «Znaleźliśmy Mesjasza» – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa” (J 1, 40-43), wykazując się od razu nieprzeciętnym duchem apostolskim. Andrzej był więc pierwszym z Apostołów wezwanych, by poszedł za Jezusem. Właśnie na tej podstawie liturgia Kościoła bizantyńskiego czci go pod przydomkiem Protóklitos, co znaczy “Pierwszy Powołany”.

    Nie ulega wątpliwości, że również ze względu na braterskie więzy Piotra i Andrzeja Kościół Rzymu i Kościół Konstantynopola czują się w szczególny sposób Kościołami siostrzanymi. Dla podkreślenia tej relacji mój poprzednik papież Paweł VI w 1964 zwrócił sławną relikwię św. Andrzeja, przechowywaną do tej pory w Bazylice Watykańskiej, prawosławnemu metropolicie miasta Patras w Grecji, gdzie – zgodnie z tradycją – Apostoł ten został ukrzyżowany.

    Tradycja ewangeliczna wspomina w sposób szczególny imię Andrzeja przy trzech innych okazjach, które pozwalają nam nieco lepiej poznać tego człowieka. Pierwsza to rozmnożenie chleba w Galilei. To Andrzej zwrócił tam uwagę Jezusa na obecność chłopca, który miał pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby: to zbyt mało, jak zauważył, dla wszystkich ludzi zgromadzonych na tym miejscu (por. J 6, 8-9). W tym przypadku zasługuje na podkreślenie realizm Andrzeja: to on zauważył chłopca – po czym zadał pytanie: “Lecz cóż to jest dla tak wielu?” (tamże), uświadomiwszy sobie niewystarczalność tak małych zasobów. Jezus jednak potrafił sprawić, że wystarczyły one dla rzeszy ludzi, którzy przyszli Go słuchać.

    Druga okazja wydarzyła się w Jerozolimie. Wychodząc z miasta, jeden z uczniów zwrócił uwagę Jezusa na widok potężnych murów, na których wspierała się Świątynia. Odpowiedź Nauczyciela była zaskakująca: powiedział, że z tych murów nie pozostanie kamień na kamieniu. Wówczas Andrzej, wraz z Piotrem, Jakubem i Janem, zapytali Go: “Powiedz nam, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy to wszystko zacznie się spełniać?” (Mk 13, 1-4). W odpowiedzi na to pytanie Jezus wygłosił ważną mowę na temat zburzenia Jerozolimy i końca świata, zachęcając swych uczniów do uważnego odczytywania znaków czasu i zachowania czujności. Z wydarzenia tego możemy wywnioskować, że nie powinniśmy obawiać się stawiać Jezusowi pytań, jednocześnie jednak musimy być gotowi przyjąć nauki, nawet zaskakujące i trudne, jakich nam On udziela.

    W Ewangelii wreszcie odnotowana została trzecia inicjatywa Andrzeja. Scenerię stanowi raz jeszcze Jerozolima, na krótko przed Męką. Na święto Paschy – opowiada Jan – przybyło do świętego miasta także kilku Greków, prawdopodobnie prozelitów bądź bogobojnych, którzy chcieli czcić Boga Izraela w święto Paschy. Andrzej i Filip, dwaj apostołowie o greckich imionach, są tłumaczami i pośrednikami tej małej grupy Greków u Jezusa. Odpowiedź Pana na ich pytanie wydaje się – jak często w Ewangelii Jana – zagadkowa, ale właśnie dlatego okazuje się bogata w znaczenia. Dwóm uczniom, a za ich pośrednictwem światu greckiemu, Jezus powiada: “Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity” (12, 23-24). Co znaczą te słowa w tym kontekście? Jezus chce powiedzieć: Tak, dojdzie do spotkania między Mną a Grekami, ale nie będzie to zwykła, krótka rozmowa między Mną a paroma osobami, kierującymi się przede wszystkim ciekawością. Wraz z moją śmiercią, porównywalną do padnięcia na ziemię ziarna pszenicy, nadejdzie godzina mojej chwały. Moja śmierć na krzyżu przyniesie obfity plon: “obumarłe ziarno pszenicy” – symbolizujące Mnie na krzyżu – stanie się w zmartwychwstaniu chlebem życia dla świata; będzie światłością dla ludów i kultur. Tak, do spotkania z grecką duszą, ze światem greckim dojdzie na tej głębokości, do której nawiązuje historia ziarna pszenicy, które przyciąga do siebie moce ziemi i nieba i staje się chlebem. Innymi słowy Jezus prorokuje o Kościele Greków, Kościele pogan, Kościele świata jako o owocu swej Paschy.

    Bardzo stara tradycja nie tylko upatruje w Andrzeju, który przekazał Grekom to słowo, tłumacza Greków podczas wspomnianego tu spotkania z Jezusem, ale uważa go za apostoła Greków w latach po Zesłaniu Ducha Świętego; dowiadujemy się z niej, że przez resztę swego życia był on głosicielem i tłumaczem Jezusa dla świata greckiego. Jego brat Piotr z Jerozolimy przez Antiochię dotarł do Rzymu, by sprawować swą powszechną posługę; Andrzej natomiast był apostołem świata greckiego: tym samym jawią się oni za życia i w chwili śmierci jako prawdziwi bracia – braterstwo, którego symbolicznym wyrazem jest szczególna więź między Stolicami Rzymu i Konstantynopola, Kościołami prawdziwie siostrzanymi.

    Późniejsza tradycja, jak już wspomnieliśmy, opowiada o śmierci Andrzeja w Patrasie, gdzie poddany został męce ukrzyżowania. Jednakże w godzinie śmierci, podobnie jak brat jego Piotr, poprosił, by umieścić go na krzyżu innym od krzyża Jezusa. W jego przypadku był to krzyż ukośny, to znaczy taki, którego ramiona skrzyżowano ukośnie, stąd nazwano go “krzyżem św. Andrzeja”. Oto co Apostoł miał powiedzieć przy tej okazji według pradawnej opowieści (z początku VI wieku), zatytułowanej Męka Andrzeja: “Witaj, Krzyżu, zapoczątkowany za sprawą ciała Chrystusa i ozdobiony Jego członkami jak drogocennymi perłami. Zanim Pan wstąpił na ciebie, budziłeś ziemski strach. Teraz jednak, obdarzony niebieską miłością, przyjmowany jesteś niczym dar. Wierzący wiedzą, patrząc na ciebie, ile radości posiadasz, ile podarków przygotowałeś. Pewny więc i pełen radości przychodzę do ciebie, abyś przyjął także mnie wysławiającego cię, jako ucznia Tego, który zawisł na tobie… Krzyżu błogosławiony, który przyjąłeś majestat i piękno członków Pana! … Weź mnie i zaprowadź daleko od ludzi i przywróć mnie memu Nauczycielowi, aby za twoją sprawą przyjął mnie Ten, który przez ciebie mnie odkupił. Witaj, Krzyżu; tak, witaj prawdziwie!”.

    Jak widać, mamy tu niezwykle głęboką duchowość chrześcijańską, która widzi w Krzyżu nie tyle narzędzie męki, ile raczej niezrównany środek pełnego upodobnienia się do Odkupiciela, do Ziarna pszenicy, spadłego w ziemię. Musimy wyciągnąć z tego bardzo ważną naukę: nasze krzyże nabierają wartości, jeśli zostaną uznane i przyjęte jako część krzyża Chrystusa, jeśli dosięgnie je odblask Jego światła. Tylko przez ten Krzyż również nasze cierpienia są uszlachetnione i nabierają swego prawdziwego sensu.

    Niech więc apostoł Andrzej nauczy nas iść za Jezusem z gotowością (por. Mt 4, 20; Mk 1, 18), mówić o Nim z entuzjazmem tym, których spotykamy, przede wszystkim zaś pielęgnować relację prawdziwej zażyłości z Nim, świadomi, że tylko w Nim znaleźć możemy ostateczny sens naszego życia i naszej śmierci.

    BENEDYKT XVI

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    29 listopada

    Błogosławiona Maria Klementyna
    Anuarita Nengapeta, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Błogosławieni męczennicy Dionizy i Redempt
      •  Święty Saturnin, biskup
    Błogosławiona Maria Klementyna

    Anuarita urodziła się 29 grudnia 1939 roku w Wamba w Prowincji Wschodniej Konga jako córka Amisi Badjulu i Isude Julienne. Pochodziła z plemienia Babudu, z rodziny mającej sześcioro dzieci. Jej rodzice rozwiedli się. Na chrzcie świętym, który przyjęła w wieku sześciu lat razem ze swoją matką, przyjęła imię Alphonsine. Całe swoje wychowanie religijne zdobyła w pierwszej misji chrześcijańskiej na terenach Zairu – w Bafwabaka.
    W wieku 16 lat zdecydowała się wstąpić do zgromadzenia Najświętszej Rodziny. W 1959 roku złożyła śluby zakonne i przyjęła imiona Maria Klementyna. Ukończyła szkołę i pracowała jako nauczycielka, otaczając swoich uczniów serdeczną troską. Z wielką życzliwością odnosiła się także do współsióstr. W zakonnej wspólnocie pełniła obowiązki zakrystianki i pracowała w kuchni. Jej życiową dewizą było “służyć i sprawiać radość”.
    Zginęła 1 grudnia 1964 r., w okresie wojny domowej w Kongo, broniąc swej czystości. Siostry zostały porwane i wywiezione przez żołnierzy. Dowódca upatrzył sobie Anuaritę i chciał ją zmusić do uległości. Wobec zdecydowanego oporu kazał ją zabić. Siostra Anuarita, zdając sobie sprawę, że za chwilę zginie, powiedziała do oprawców: “Przebaczam wam, bo nie wiecie, co czynicie”. Została zasztyletowana, a odtrącony dowódca dobił ją strzałem. Świadkami jej męczeństwa były siostry uprowadzone razem z nią, które w chwili jej konania odśpiewały Magnificat.
    Początkowo została pochowana we wspólnym grobie, ale po zakończeniu rebelii jej ciało przeniesiono do katedry w Isiro. Św. Jan Paweł II beatyfikował ją w Kinszasie 15 sierpnia 1985 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 listopada

    Święty Jakub z Marchii, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Stefan Młodszy, męczennik
      •  Błogosławiony Jacek Thomson, prezbiter i męczennik
    Święty Jakub z Marchii

    Jakub Gangala urodził się w 1394 r. w Monteprandone (Ascoli Piceno), w Marchii Ankońskiej – rejonie Włoch położonym nad Adriatykiem. W dzieciństwie musiał ciężko pracować, bo jego rodzina była bardzo uboga. Był osiemnastym z dziewiętnaściorga dzieci swoich rodziców. Zajmował się wypasaniem bydła i świń. Po śmierci ojca, Jakubem zaopiekował się wuj-kapłan i to dzięki niemu chłopak zdobył wykształcenie. Studiował na kilku włoskich uniwersytetach i ukończył studia prawnicze.
    Gdy miał 22 lata, wstąpił do Zakonu Braci Mniejszych. Ukończył studia filozoficzno-teologiczne i w 1420 r. przyjął święcenia kapłańskie. Szybko zaczął się wyróżniać swoją wiedzą teologiczną, pięknem i logiką wypowiedzi oraz pokorą i świętością życia. Dzięki temu z polecenia św. Bernardyna ze Sieny został mianowany kaznodzieją zakonu, co było dużym wyróżnieniem. Chociaż poświęcił się przede wszystkim tej posłudze, znalazł czas, by współpracować ze św. Janem Kapistranem i św. Bernardynem przy reformowaniu zakonu. Przyczynił się do zakładania klasztorów o surowszej regule. Godny podziwu był jego dar przyswajania nowych języków oraz doskonała pamięć.
    Jako misjonarz przewędrował prawie całe Włochy. Dotarł także do wielu państw europejskich. Swoje kazania głosił na terenie Bośni, Dalmacji, Albanii, Czech, Polski, Rusi, Norwegii, Danii, Węgier, Prus i Austrii. Mówi się, że w ciągu 40 lat swojej pracy nawrócił 50 tysięcy heretyków oraz niezliczone rzesze grzeszników.
    Wszędzie krzewił kult Najświętszego Imienia Jezus. Z poczucia wagi pełnionej misji ani na chwilę nie ustawał w swojej posłudze. Jego starania zostały docenione przez trzech papieży. Był legatem Eugeniusza IV, Mikołaja V i Kaliksta III. Darząc Jakuba szacunkiem i podziwem, powierzali mu kolejne, ważne zadania misyjne oraz funkcję inkwizytora.
    W czasie swoich podróży Jakub nie tylko ewangelizował. Zauważał różne potrzeby społeczne, był często mediatorem między skłóconymi miastami włoskimi. Troszczył się też o warunki życia najuboższych. W wielu miejscach zakładał montes pietatis, czyli banki pobożne. Były to lombardy, w których biedni mogli zaciągnąć kredyt na niski procent. Po jego śmierci zostały one rozpowszechnione przez bł. Bernardyna z Feltre.
    Z pokory Jakub nie przyjął proponowanej mu godności biskupa Mediolanu.Zmarł w Neapolu 28 listopada 1476 roku. Pozostawił po sobie kilka rozpraw ascetycznych i wiele listów. Beatyfikował go papież Urban VIII w 1624 roku, kanonizował Benedykt XIII w 1726 roku. Ciało zostało w minionym stuleciu przeniesione z Neapolu do rodzinnego Monteprandone. Przechowywane jest w oszklonym sarkofagu w kościele franciszkanów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    27 listopada

    Święty Wirgiliusz z Irlandii, biskup

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Małgorzata Sabaudzka, zakonnica
      •  Święty Franciszek Antoni Fasani, prezbiter
      •  Błogosławiony Bernardyn z Fossa, prezbiter
    Święty Wirgiliusz

    Wirgiliusz urodził się w Irlandii. Nosił celtyckie imię Fergal, które zlatynizowano jako Wirgiliusz (Wergiliusz). Był benedyktynem. Około 740 r. opuścił ojczyznę, aby dotrzeć do Ziemi Świętej. Jego wiedza i umiejętności zwróciły uwagę Pepina Krótkiego (przyszłego króla Franków), który zatrzymał go przez około 2 lata na swoim dworze. Ok. 743 r. Pepin wysłał Wirgiliusza z listami polecającymi do swego kuzyna, księcia bawarskiego Odylona. Ten ostatni powierzył Wirgiliuszowi zarządzanie osieroconym biskupstwem w Salzburgu. Irlandzkim zwyczajem rządził diecezją będąc jednocześnie opatem klasztoru św. Piotra (założonego w 696 r. przez św. Ruperta – istniejącego do dziś – najstarszego klasztoru benedyktyńskiego na obszarze niemieckojęzycznym).
    Wobec takiego obrotu spraw Wirgiliusz zrezygnował z wyprawy do Ziemi Świętej i poszedł w ślady św. Ruperta, pierwszego apostoła Austrii. Wysłał misjonarzy na południe tego kraju, do Karyntii. W 755 r. przyjął sakrę biskupią. W Salzburgu wybudował nową katedrę i 24 września 774 r. przeniósł do niej relikwie św. Ruperta zmarłego ok. 718 r. w Wormacji.
    Kilkakrotnie znalazł się w konflikcie ze św. Bonifacym (także benedyktynem, biskupem misyjnym działającym na terenach dzisiejszych Niemiec i Francji). Jednym z pretekstów był fakt, że Wirgiliusz użył podczas chrztu jakiegoś dziecka źle odmienionego gramatycznie łacińskiego słowa. Bonifacy zakwestionował ważność udzielonego sakramentu. Skierował prośbę o wyjaśnienie tej sytuacji do papieża. Ten, zdziwiony, że Bonifacy kwestionuje tak błahą sprawę, wydał specjalny dekret, w którym potwierdził ważność chrztu. Inną sporną kwestią był pogląd Wirgiliusza, który twierdził, że ziemia jest kulista; Bonifacy ponownie nie zgodził się z nim. Ta sprawa również zakończyła się w Rzymie. Ponownie wygrał Wirgiliusz.
    Irlandzki misjonarz zmarł między 781 a 784 rokiem w Salzburgu i tam został pochowany; mimo tego jego święto obchodzi się także w Irlandii. Kanonizował go Grzegorz IX w 1232 r. Jest patronem Salzburga i Austrii.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 listopada

    Błogosławiony Jakub Alberione, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Leonard z Porto Maurizio, prezbiter
      •  Święty Sylwester Gozzolini, opat
      •  Święty Jan Berchmans, zakonnik
      •  Błogosławiony Poncjusz, opat
      •  Święty Konrad z Konstancji, biskup
    Błogosławiony Jakub Alberione

    Jakub Alberione urodził się 4 kwietnia 1884 roku w San Lorenzo di Fossano, na północy Włoch. Wychował się w rodzinie głęboko chrześcijańskiej. W wieku 16 lat wstąpił do seminarium w Albie. W nocy 31 grudnia 1900 roku, która rozdzielała dwa wieki, trwał przez cztery godziny na adoracji przed Najświętszym Sakramentem, uroczyście wystawionym w katedrze w Albie. Doznał wtedy mocy szczególnego Światła, które wychodziło z Hostii. Usłyszał w swym sercu słowa Jezusa: “Przyjdźcie do Mnie wszyscy”. Zrozumiał wówczas, że od Jezusa płynie wszystko, że u Niego obecnego w tabernakulum jest wszelkie światło i pomoc. Od tej pory czuł się głęboko zobowiązany do służby Kościołowi i ludziom nowego wieku.
    W 1907 roku przyjął święcenia kapłańskie. Jako jeden z pierwszych ludzi w Kościele zaczął na szeroką skalę wykorzystywać druk do głoszenia Ewangelii. Już w 1914 roku założył szkołę drukarską, a z zespołu wychowawców i nauczycieli stworzył wspólnotę zakonną – Towarzystwo św. Pawła, którego członkowie (zwani powszechnie paulistami) poświęcają się pracy ewangelizacyjnej poprzez środki społecznego przekazu. Rok później Jakub zorganizował żeńską Kongregację Uczennic Matki Bożej, a w 1924 roku – Córek św. Pawła. W następnych latach powstały liczne instytuty prowadzące pracę apostolską za pośrednictwem radia, telewizji, filmu, płyt, książek i prasy.
    Pierwszym zadaniem, jakie Jakub pozostawił swym następcom, było rozpowszechnianie Pisma świętego. Sam nie tylko świetnie znał Biblię, ale był w niej “zanurzony”. Nigdy się z nią nie rozstawał. Jak sam powtarzał, “Biblię odróżnia od innych książek duch, który ją przenika i ożywia. Na jej stronach płonie Boży ogień Ducha Świętego, tak jak pod postaciami sakramentów żyje boska osoba Jezusa Chrystusa. Tak jak święta Hostia jest dla człowieka boskim pokarmem o potężnej mocy, tak słowa Biblii rozpalają w jego duszy Boży ogień o wyjątkowej aktywności, który przenika ją i odnawia duchowo”.

    Błogosławiony Jakub Alberione

    Wydawał liczne broszury, gazety, czasopisma, książki, płyty z muzyką i filmy fabularne. Wszystkie te dzieła miały pomóc ludziom poznać słowo Boże. Podkreślał wyjątkowość pedagogii stosowanej przez Jezusa: swoje słowa poprzedził On przykładem i dopełnił oddaniem życia za uczniów, których wezwał do naśladowania Jego czynów.
    Jakub zmarł 26 listopada 1971 roku w Rzymie po długim życiu, oddanym bez reszty Jezusowi i Jego Kościołowi.27 kwietnia 2003 roku, w święto Miłosierdzia Bożego, papież św. Jan Paweł II wyniósł do chwały ołtarzy sześcioro sług Bożych, wśród nich Jakuba Alberione. Papież mówił podczas beatyfikacji: “Jakub zrozumiał, że ludziom naszych czasów trzeba umożliwić poznanie Jezusa Chrystusa – Drogi, Prawdy i Życia, za pomocą środków właściwych dla naszych czasów, jak zwykł mówić. Brał przykład z Apostoła Pawła, którego nazywał «teologiem i architektem Kościoła», i pozostawał zawsze posłuszny i wierny nauczaniu Następcy Piotra, «latarni» prawdy w świecie, często pozbawionym trwałych ideowych punktów odniesienia. «Do posługiwania się tymi narzędziami potrzeba grupy ludzi świętych» – powtarzał ten apostoł nowych czasów. Jakże wspaniałe dziedzictwo pozostawił on swej rodzinie zakonnej!”

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    25 listopada

    Błogosławiona
    Maria od Pana Jezusa Dobrego Pasterza, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Katarzyna Aleksandryjska, dziewica i męczennica
      •  Błogosławieni małżonkowie Alojzy Quattrocchi i Maria Corsini
      •  Błogosławiona Elżbieta zwana Dobrą, dziewica
    Błogosławiona Maria od Pana Jezusa Dobrego Pasterza

    Franciszka Siedliska urodziła się 12 listopada 1842 r. w zamożnej rodzinie ziemiańskiej, w Roszkowej Woli koło Rawy Mazowieckiej. Na chrzcie otrzymała imiona Franciszka Józefa. Jej rodzice – Adolf i Cecylia z Morawskich – zadbali o wszechstronne wykształcenie swojej córki: oprócz guwernantek miała także nauczycielki muzyki i tańca. Nie troszczyli się natomiast wcale o sprawy wiary i życia wewnętrznego – byli bowiem obojętni religijnie. Franciszka i jej brat Adam żyli w dostatku i wygodzie, “w domu, gdzie Bóg nie był Panem” – jak sama napisała po latach.
    Lata jej dzieciństwa naznaczyła ciężka choroba kręgosłupa. Wyjeżdżała na leczenie do najsłynniejszych miejscowości uzdrowiskowych Austrii, Niemiec, Francji i Szwajcarii. Pomimo tego ciągle odczuwała silne bóle, które w miarę upływu czasu przerodziły się w chorobę chroniczną. Nieśmiała, łagodna, ciągle cierpiąca, już w wieku 8 lat pragnęła wstąpić do klasztoru, jednak sprzeciw ojca, który marzył dla niej o karierze artystycznej, opóźnił tę decyzję.
    Do sakramentów I Komunii świętej i bierzmowania przygotowywał ją kapucyn, o. Leander Lendzian. Ten sam kapłan pozostawał jej kierownikiem duchowym od 1854 r. do 1879 r. On rozpoznał jej powołanie i utwierdzał wolę założenia nowej rodziny zakonnej.
    W 1864 w Cannes Franciszka złożyła prywatny ślub czystości i zdecydowanie sprzeciwiła się planom matrymonialnym snutym przez ojca. Jej zamiarem było całkowite poświęcenie się Bogu. Przyrzekła jednak ojcu, że pozostanie z rodziną, dopóki on będzie żył. Adolf Siedliski powrócił przed śmiercią do zaniedbanych praktyk religijnych i umarł pojednany z Bogiem w 1870 r.
    Franciszka została zakonnicą w tym samym roku. Najpierw była tercjarką franciszkańską, potem utworzyła i zorganizowała nowe zgromadzenie zakonne Najświętszej Rodziny z Nazaretu – nazaretanki. W 1873 r. przybyła do Rzymu i przedstawiwszy Piusowi IX projekt swego dzieła, otrzymała jego błogosławieństwo. Ponieważ w kraju po kasacie zakonów oficjalna działalność nie była możliwa, pierwszy dom zakonny nowego zgromadzenia powstał w 1875 roku w Rzymie. Założycielka przybrała imię Maria od Pana Jezusa Dobrego Pasterza. Od tego czasu pochłonięta organizowaniem zgromadzenia, kształtowaniem jego duchowości, wytyczaniem celów i zadań apostolskich – ku zdumieniu wielu osób – odzyskała zdrowie i siły. W pracach organizacyjnych wspomagali ją ojciec jezuita Lanrencot i zmartwychwstaniec ojciec Semenenko, który ułożył pierwszy projekt reguły Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu. W 1881 r. powstał dom zakonny w Krakowie, gdzie siostry otaczały opieką pracujące dziewczęta. Zgromadzenie podjęło pracę w szkołach, sierocińcach, ochronkach, internatach. Służyło moralności i religijnemu odrodzeniu rodziny. Wychodziło też naprzeciw każdej ludzkiej biedzie moralnej i materialnej. Siostry otaczały swą opieką ludzi biednych, chorych, samotnych oraz niepełnosprawnych. Troszczyły się o wychowanie, zwłaszcza o wychowanie religijne, dzieci zaniedbanych. Zajmowały się samotnymi matkami i broniły życia nienarodzonych.
    W 1885 roku kierownik Misji Polskiej w Ameryce poprosił Marię, aby zaopiekowała się przebywającymi tam Polakami. Chociaż Zgromadzenie miało wówczas jedynie 22 siostry, Założycielka zabrała połowę z nich na drugi kontynent. Nowe placówki powstały też wkrótce we Francji i Anglii. Siostry pomagały emigrantom w prowadzeniu życia religijnego, zapewniały opiekę chorym w szpitalach, dzieciom w tworzonych przez siebie ochronkach, stały na straży ducha narodowego i ojczystego języka. Obejmowały swą serdeczną troską nie tylko Polonię, ale wszystkich potrzebujących pomocy.
    Maria zmarła 21 listopada 1902 r. w Rzymie. Pozostawiła po sobie “Dziennik duchowy”. 23 kwietnia 1989 r. w Rzymie beatyfikował ją św. Jan Paweł II.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    24 listopada

    Święci męczennicy wietnamscy
    Andrzej Dung-Lac, prezbiter, i Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święty Protazy, biskup
      •  Święte dziewice i męczennice Flora i Maria z Kordoby
      •  Błogosławiona Maria Anna Sala, dziewica
    Święci męczennicy Wietnamu

    Pierwsi misjonarze, którzy przynieśli wiarę chrześcijańską do Wietnamu, przybyli tam w 1533 r. Ich działalność nie spotkała się z przychylnością władz, które wydalały obcokrajowców ze swojego terytorium. Przez kolejne trzy stulecia chrześcijanie byli prześladowani za swoją wiarę. Wielu z nich poniosło śmierć męczeńską, zwłaszcza podczas panowania cesarza Minh-Manga w latach 1820-1840. Zginęło wtedy od 100 do 300 tysięcy wierzących. Stu siedemnastu męczenników z lat 1745-1862 św. Jan Paweł II kanonizował w Rzymie 18 czerwca 1988 r. (ich beatyfikacje odbywały się w czterech terminach pomiędzy 1900 i 1951 rokiem). Wśród nich jest 96 Wietnamczyków, 11 Hiszpanów i 10 Francuzów; było to ośmiu biskupów i pięćdziesięciu kapłanów; pozostali to ludzie świeccy. Prawie połowa kanonizowanych (50 osób) należała do Rodziny Dominikańskiej. Ponieważ zamieszkiwali oni teren apostolatu Tonkin Wschodni (położony na wschód od rzeki Czerwonej), który papież Innocenty XIII powierzył dominikanom z Filipin, nazywa się ich często męczennikami z Tonkinu.
    Andrzej Dung-Lac, który reprezentuje wietnamskich męczenników, urodził się jako Dung An Tran około 1795 r. w biednej, pogańskiej rodzinie na północy Wietnamu. W wieku 12 lat wraz z rodzicami, którzy poszukiwali pracy, przeniósł się do Hanoi. Tam spotkał katechetę, który zapewnił mu jedzenie i schronienie. Przez trzy lata uczył się od niego chrześcijańskiej wiary. Wkrótce przyjął chrzest i imię Andrzej. Nauczywszy się chińskiego i łaciny, sam został katechetą. Został wysłany na studia teologiczne. 15 marca 1823 r. przyjął święcenia kapłańskie. Jako kapłan w parafii Ke-Dam nieustannie głosił słowo Boże. Często pościł, wiele czasu poświęcał na modlitwę. Dzięki jego przykładowi wielu tamtejszych mieszkańców przyjęło chrzest. W 1835 r. Andrzej Dung został aresztowany po raz pierwszy. Dzięki pieniądzom zebranym przez jego parafian został uwolniony. Żeby uniknąć prześladowań, zmienił swoje imię na Andrzej Lac i przeniósł się do innej prefektury, by tam kontynuować swą pracę misyjną. 10 listopada 1839 r. ponownie go aresztowano, tym razem wspólne z innym kapłanem, Piotrem Thi, którego odwiedził, by się u niego wyspowiadać. Obaj zostali zwolnieni z aresztu po wpłaceniu odpowiedniej kwoty. Okres wolności nie potrwał jednak długo. Po raz trzeci aresztowano ich po zaledwie kilkunastu dniach; trafili do Hanoi. Tam przeszli niezwykłe tortury. Obaj zostali ścięci mieczem 21 grudnia 1839 r. Andrzej był w pierwszej grupie męczenników wietnamskich beatyfikowanych w 1900 r.
    Tomasz Tran Van-Thieu urodził się w 1820 roku w Trung-Quang w rodzinie chrześcijańskiej. Był seminarzystą wietnamskim. Po aresztowaniu proponowano mu uwolnienie, gdyby poślubił córkę mandaryna, co oczywiście wymagałoby zmiany wiary. Zniósł mężnie okrutne przymuszanie do odstępstwa od wiary i straszne tortury. Zginął uduszony 21 września 1838 roku.
    Emanuel le Van-Phung (ur. 1796 r.) był mężnym katechetą wietnamskim, który odważył się dać schronienie katolickiemu kapłanowi ks. Piotrowi Doan Cong Qui. Odkryto to i obu zgładzono w Chan-doc 31 lipca 1859 r.
    Agnieszka (Agnes) Le Thi Thanh, znana również jako Agnieszka Ðê (wiet. Anê Lê Thi Thành) jest jedyną kobietą z grona 117 kanonizowanych w 1988 r. męczenników wietnamskich. Urodzona ok. 1781 r. w rodzinie chrześcijańskiej, była mężatką i matką sześciorga dzieci, które wychowywała po katolicku. W okresie prześladowania chrześcijan udzielała pomocy misjonarzom. Została aresztowana w marcu 1841 r. razem z księdzem, którego ukrywała w swoim domu. Żołnierze splądrowali dom i rozkradli dobytek rodziny. Była torturowana, ale nie wyrzekła się wiary. Oprawcy nie zdążyli wykonać na niej wyroku, ponieważ w więzieniu zaraziła się czerwonką i zmarła 12 lipca 1841 r.
    Biskup Ignacy Delgado OP (właściwie Clemente Ignacio Delgado y Cebrián) urodził się w Hiszpanii 23 listopada 1761 r. W 19. roku życia wstąpił do Zakonu Kaznodziejskiego w Catalayud w prowincji Saragossa, gdzie rozpoczął studia teologiczne. Pod koniec nauki został wysłany na misje do Manili (stolicy Filipin), gdzie przyjął święcenia kapłańskie w 1787 r. Od 1790 r. przebywał na misjach w Wietnamie. Szybko nauczył się języka i rozpoczął pracę w seminarium duchownym. W wieku zaledwie 33 lat został mianowany biskupem koadiutorem Wschodniego Tonkinu (konsekracja biskupia miała miejsce prawie dwa lata po decyzji papieża Piusa VI, dnia 20 listopada 1795 r.). Wielką troską otaczał seminarium i kapłanów pracujących w rozległej diecezji. Odwiedził niemal wszystkie placówki, docierając do nich wszelkimi środkami komunikacji, często pieszo. Podczas kolejnej fali prześladowań, w maju 1833 r. został aresztowany i przez 3 miesiące przetrzymywany był w małej klatce. Został ścięty 12 lipca 1833 r.
    Ojciec Wincenty Pham Hiêu Liêm OP urodził się na północy Wietnamu w szlacheckiej, pobożnej rodzinie. Naukę w seminarium rozpoczął w 12. roku życia. Dominikanie pomogli mu wyjechać na Filipiny, gdzie od 1738 r. działała legalna uczelnia teologiczna. W 1753 roku Wincenty wstąpił do Zakonu Kaznodziejskiego, a w 1758 r. przyjął święcenia kapłańskie. Po święceniach wrócił do Wietnamu, gdzie najpierw wykładał w seminarium, a potem poświęcił się ewangelizacji mieszkańców. Działalność ta uznawana była przez władze za nielegalną. 3 października 1773 r. został aresztowany ze swoimi dwoma świeckimi pomocnikami. Strasznie bity, był na noc zamykany w klatce. Potem przenoszono go do kolejnych więzień. Został ścięty 7 listopada 1773 r. razem ze spotkanym w jednym z więzień o. Casteñedą.
    Ojciec Hiacynt Casteñeda Puchasons OP urodził się 13 listopada 1743 r. w Walencji. Wstąpił do dominikanów w Hiszpanii i został wysłany na misje. Początkowo był w Chinach, gdzie został uwięziony i skazany na wydalenie. Powrócił do Makau (europejska kolonia na terenie Chin), skąd został wysłany do Wietnamu w 1770 r. Na terenie nowej misji od początku musiał ewangelizować w ukryciu. W końcu, 12 lipca 1773 r. został aresztowany i uwięziony w nieludzkich warunkach. W jednym z więzień spotkał współbrata o. Liêm, z którym został ścięty 7 listopada 1773 r.Dominik Pham Trong Kham urodził się ok. 1780 r. w Wietnamie w katolickiej, zamożnej rodzinie urzędniczej. Zdobył wykształcenie i został sędzią. Miał żonę i dzieci. Był tercjarzem dominikańskim. W okresie prześladowań udzielał schronienia misjonarzom (m.in. biskupowi Sampedro). W ramach represji jego dom zniszczono, a jego samego aresztowano. Został ścięty 13 stycznia 1859 r. razem z jednym ze swoich synów, Łukaszem Pham Trong Thìn.
    Łukasz Pham Trong Thìn urodził się ok. 1819 r. w katolickiej rodzinie. Tak jak ojciec był sędzią, a także dominikańskim tercjarzem. Został aresztowany w 1858 r., w czasie prześladowania chrześcijan. Mimo tortur nie dał się zmusić do podeptania krzyża. Został stracony tego samego dnia co jego ojciec, 13 stycznia 1859 r.
    Biskup Józef Melchór García-Sampedro Suárez OP, urodzony 26 kwietnia 1821 r. w północnej Hiszpanii, od dzieciństwa chciał zostać księdzem. W 1845 r. wstąpił do Zakonu Kaznodziejskiego, a w 1847 r. w Madrycie przyjął święcenia kapłańskie. W następnym roku wyruszył przez Filipiny do Wietnamu. Dotarł tam w lutym 1849 r. i rozpoczął pracę misyjną. W 1855 r. został mianowany biskupem koadiutorem i tytularnym biskupem Tricomia. 8 lipca 1858 r. został aresztowany i w klatce przewieziono go do stolicy. Został stracony w Hanoi 28 lipca 1858 r.Biskup Walenty Berrio-Ochoa OP urodził się w Hiszpanii 14 lutego 1827 r. w ubogiej, pobożnej rodzinie. Od dzieciństwa bywał u dominikanów, ponieważ jego ojciec, który był stolarzem, robił meble dla klasztoru. Walenty był ministrantem i już jako 12-latek deklarował, że chce wstąpić do Zakonu Kaznodziejskiego i jechać na misje do Wietnamu. Chłopięce marzenia spełniły się, choć nie od razu. Najpierw ukończył diecezjalne seminarium duchowne, 14 czerwca 1851 r. przyjął święcenia kapłańskie i jeszcze przez dwa lata pracował w tym seminarium. Dopiero w 1853 r. wstąpił do dominikanów i wyjechał na misje na Filipiny. W marcu 1858 r. przybył do Wietnamu i z powodu prześladowań od początku musiał się ukrywać. Biskup Józef Sampedro, sam zagrożony, mianował go swoim zastępcą (korzystając ze specjalnego przywileju). Msza św. z tej okazji była celebrowana potajemnie w nocy z 13 na 14 czerwca 1858 r. Mitra dla nowego biskupa została zrobiona z grubego papieru, a pastorał – z bambusa z końcem owiniętym słomą i okręconym papierem pomalowanym na złoto. Po trzech latach pracy misyjnej biskup Walenty został aresztowany 25 października 1861 r., a tydzień później, 1 listopada, stracony jednocześnie z biskupem Hieronimem Hermosillą OP i o. Piotrem Almato OP.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    23 listopada

    Święty Kolumban Młodszy, opat

    Zobacz także:
      •  Święty Klemens I, papież i męczennik
      •  Błogosławiony Michał Augustyn Pro, prezbiter i męczennik
    Święty Kolumban Młodszy

    Kolumban zwany Młodszym (dla odróżnienia od św. Kolumbana Starszego z Hy – albo z Iony – również opata, żyjącego w Irlandii w latach 521-597, wspominanego 9 czerwca) był jednym z licznych misjonarzy irlandzkich, którzy pracowali na kontynencie europejskim. Urodził się pomiędzy 540 a 543 rokiem w Leinster w Irlandii, w rodzinie o niskiej pozycji społecznej. Legenda głosi, że przed urodzeniem syna matka miała sen, że z jej łona wychodzi słońce, które miało oświecić całą ziemię.
    Już w młodym wieku pragnął poświęcić się ascezie, ale trudno było mu zapomnieć o pięknych dziewczętach i młodych kobietach, z którymi miał okazję się wielokrotnie stykać. Próbował więc zająć się gramatyką, retoryką i geometrią. Poradził się także pewnej starszej kobiety, która od wielu lat żyła samotnie. Kobieta ta radziła mu zmienić otoczenie i udać się do kraju, w którym kobiety nie są tak piękne i uwodzicielskie, jak w Irlandii. Kolumban postanowił tak właśnie uczynić. Matka próbowała go odwieść od tego pomysłu. By uniemożliwić mu wyjazd, położyła się pod drzwiami ich domu. Kolumban przeszedł nad nią i odjechał. Nie wyjechał z Irlandii, tylko skierował się do klasztoru. Oddał się pod opiekę św. Sinella z Cleenish (jednego z dwunastu apostołów Irlandii). Pod jego kierownictwem i z jego pomocą napisał komentarz do Psalmów.
    Później przeniósł się do założonego przez św. Komgalla klasztoru w Bangor, w którym przyjął święcenia kapłańskie. Klasztor ten słynął na całą Irlandię z surowości oraz z obserwancji. I właśnie tę reformę Kolumban postanowił przeszczepić także na inne obszary. Słowa skierowane przez Boga do Abrahama, nakazujące mu opuszczenie swojego kraju i udanie się do ziemi, którą mu wskaże, odczytywał jako swoje. Dlatego, będąc już opatem tego klasztoru, wyznaczył na miejscu swojego godnego następcę, a sam wziął ze sobą 12 mnichów i udał się z nimi do Galii (590). Wiara chrześcijańska dotarła już na te tereny, ale jej wyznawcom daleko było do chrześcijańskiej moralności. Kolumban więc wraz ze swoimi towarzyszami przemierzał cały kraj, głosząc Ewangelię i dając przykład niezwykłej pokory i miłosierdzia. Misjonarze wszystko mieli wspólne, wzajemnie utwierdzali się w wierze i przekazywali ją innym.
    Pozyskawszy życzliwość króla Burgundii, św. Guntrama, założył tu trzy klasztory: w Annegray, w Fontaines i – najgłośniejszy z nich – w Luxeuil. Dowiedziawszy się o słynnym opactwie w Lerins, założonym przez św. Honorata (ok. roku 410), udał się tam, by przypatrzeć się życiu tamtejszych mnichów. Na podstawie reformy w Bangor, reguły w Lerins i własnego doświadczenia ułożył własną regułę w 10 rozdziałach (Regula monachorum jest jedyną zachowaną do naszych czasów staroirlandzką regułą monastyczną). Nakazy jej dotyczyły codziennej pracy, czytania świętych tekstów, modlitwy i pokuty. Reguła ta była uzupełniona przez swoisty kodeks karny – Księgę pokutniczą (Regula coenobialis), dopuszczającą także karę chłosty. Kolumban wymienił w niej wszystkie możliwe winy zakonników oraz określił za nie kary. Dla przykładu: kapłan, który przystępował do ołtarza nieogolony albo z nieobciętymi paznokciami, powinien otrzymać 6 uderzeń, a furtian zaniedbujący swoje obowiązki winien otrzymać 50 uderzeń. Surowa reguła św. Kolumbana Młodszego była popularna w Europie, jednak nie przetrwała wielu lat. Rychło bowiem została zastąpiona przez o wiele łagodniejszą regułę św. Benedykta z Nursji.
    W okresie pobytu w Galii Kolumban napisał jeszcze jedno dzieło: De poenitentiarum misura taxanda, w którym zalecał osobistą i częstą spowiedź oraz określał wielkość pokuty (dziś można byłoby to nazwać swoistym “taryfikatorem” pokutnym). Opat Kolumban sam żył w ogromnej ascezie i od swoich współbraci wiele wymagał. Uważał, że także życie innych duchownych, nie wyłączając biskupów, powinno być podporządkowane surowym regułom. Napominał świeckich, a zwłaszcza władców; był nieustępliwy w sprawach moralności. Jak można przypuszczać, był bardzo apodyktyczny w tej walce o dusze, co nie zjednywało mu przyjaciół. W królestwie św. Guntrama działał przez 20 lat i przyczynił się znacznie do ożywienia życia religijnego w Burgundii.
    Na tle sporów o jurysdykcję wpadł w zatarg z miejscowymi biskupami. Spierał się z nimi o datę świętowania Wielkanocy (chciał ją obchodzić zgodnie z tradycją wschodnią). Zamiast osobiście stawić się na synodzie, uznał za wystarczające wysłanie listu ze swoją opinią. W tym samym mniej więcej czasie popadł w konflikt z konkubiną króla Teodoryka, Brunhildą, której wypominał cudzołóstwo. Skazano go więc na banicję.
    Kolumban udał się początkowo do Szwajcarii, gdzie zostawił swojego ucznia, św. Galla, który później przyczynił się do założenia słynnego opactwa St. Gallen; sam zaś podążył do Włoch, gdzie w odległości 30 km od miasta Piacenza, w Bobbio, założył nowe opactwo św. Piotra. Rozrosło się ono dość szybko; w wieku VII liczyło już 150 mnichów. Przez długi czas promieniowało na całą Italię Północną, jak Monte Cassino na Italię Południową. Tu, w Bobbio, Kolumban zmarł 23 listopada 615 roku w wieku ok. 75 lat. Bobbio czci go dotąd jako swojego głównego patrona. Jego relikwie znajdują się w pięknym sarkofagu, w krypcie bazyliki jemu poświęconej. Relikwia głowy jest przechowywana w srebrnym relikwiarzu w miejscowym muzeum. Tam też przez wiele lat można było oglądać drewniany talerz i nóż, którym kroił chleb. Jest patronem Irlandii, piwowarów i osób chorych psychicznie; wzywany jest w przypadku powodzi.
    W ikonografii przedstawia się św. Kolumbana jako opata z pastorałem, jako brodatego mnicha z księgą albo jako eremitę z niedźwiedziem.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Św. Kolumban

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 11.06.2008

    Drodzy bracia i siostry!

    Dziś chciałbym mówić o świętym opacie Kolumbanie, najbardziej znanym Irlandczyku wczesnego średniowiecza. Słusznie może być on nazwany świętym «europejskim», ponieważ jako mnich, misjonarz i pisarz pracował w różnych krajach zachodniej Europy. Podobnie jak Irlandczycy jego epoki był świadomy jedności kulturowej Europy. W jednym z jego listów, napisanym ok. r. 600 i skierowanym do papieża Grzegorza Wielkiego, po raz pierwszy pojawia się wyrażenie totius Europae — «całej Europy», w odniesieniu do obecności Kościoła na kontynencie (por. Epistula I, 1).

    Kolumban urodził się ok. 543 r. w prowincji Leinster, w południowo-wschodniej Irlandii. Pobierał nauki w domu pod kierunkiem znakomitych nauczycieli, którzy wprowadzili go do studiowania sztuk wyzwolonych. Następnie powierzył się kierownictwu opata Sinella ze wspólnoty Cluain-Inis, gdzie pogłębiał studia nad Pismem Świętym. Mniej więcej w wieku 20 lat wstąpił do klasztoru w Bangor w północno-wschodniej części wyspy, gdzie opatem był Comgall, mnich bardzo znany ze swych cnót i surowej ascezy. W pełni jednomyślny ze swym opatem, Kolumban z gorliwością przestrzegał surowej dyscypliny klasztornej, oddając się modlitwie, ascezie i studiom. Tam przyjął święcenia kapłańskie. Życie w Bangor oraz przykład opata miały wpływ na koncepcję monastycyzmu, jaką Kolumban wypracował, a następnie krzewił przez całe swoje życie.

    W wieku ok. 50 lat, zgodnie z typowo irlandzkim ideałem ascetycznym peregrinatio pro Christo, czyli pielgrzymowania z miłości do Chrystusa, Kolumban opuścił wyspę, by z dwunastoma towarzyszami podjąć działalność misyjną na kontynencie europejskim. Musimy pamiętać o tym, że migracja ludów z północy i wschodu spowodowała nawrót do pogaństwa całych schrystianizowanych już regionów. Około r. 590 ta mała grupa misjonarzy dotarła do wybrzeża bretońskiego. Zostali życzliwie przyjęci przez króla Franków w Austrazji (dzisiejsza Francja) i poprosili jedynie o skrawek nieuprawianej ziemi. Otrzymali starożytną twierdzę rzymską w Annegray, całkowicie zrujnowaną i opuszczoną, zarośniętą lasem. Przyzwyczajeni do skrajnych warunków życia, mnisi w ciągu kilku miesięcy zdołali zbudować na ruinach pierwszy erem. I tak prowadzoną przez nich reewangelizację rozpoczęło przede wszystkim dawanie świadectwa życiem. Uprawa ziemi szła w parze z «uprawą» dusz. Sława tych zakonników obcokrajowców, prowadzących życie modlitwy i wielkiej surowości, budujących domy i uprawiających ziemię, rozeszła się szybko, przyciągając pielgrzymów i penitentów. Zwłaszcza wielu ludzi młodych prosiło, by przyjąć ich do wspólnoty monastycznej, pragnęli bowiem tak jak oni, prowadzić przykładne życie, które sprzyjało przywracaniu urodzajności ziemi i odnowie dusz. Wkrótce okazało się konieczne założenie drugiego klasztoru. Został zbudowany w odległości kilku kilometrów, na ruinach starożytnego miasta termalnego Luxeuil. Klasztor ten stał się później ośrodkiem irlandzkiej tradycji życia monastycznego i misyjnego na kontynencie europejskim. Trzeci klasztor wzniesiono w Fontaine, o godzinę drogi na północ.

    W Luxeuil Kolumban żył przez niemal dwadzieścia lat. Tutaj święty napisał dla swoich zwolenników regułę — Regula monachorum — przez pewien czas bardziej rozpowszechnioną w Europie od Reguły św. Benedykta, kreśląc w niej idealny obraz mnicha. Jest to jedyna zachowana do dziś starożytna irlandzka reguła monastyczna. Jako uzupełnienie opracował on Regula coenobialis, swego rodzaju kodeks karny dotyczący wykroczeń mnichów, przewidujący kary dość zaskakujące dla współczesnego sposobu postrzegania, zrozumiałe jedynie w świetle mentalności epoki i środowiska. Przez inne sławne dzieło, zatytułowane De poenitentiarum misura taxanda, napisane również w Luxeuil, Kolumban wprowadził na kontynencie osobistą i częstą spowiedź i pokutę, była to tzw. pokuta «taryfowa», ze względu na ustalenie proporcji między ciężarem grzechu i rodzajem nałożonej przez spowiednika pokuty. Nowości te wzbudziły wśród biskupów regionu podejrzenia, które zamieniły się we wrogość, gdy Kolumban ośmielił się otwarcie napomnieć niektórych z nich z powodu ich obyczajów. Konflikt ujawnił się przy okazji dyskusji na temat daty Wielkanocy: Irlandia kierowała się bowiem tradycją wschodnią, różniącą się od tradycji rzymskiej. Mnich irlandzki został wezwany w 603 r. do Chalon-sur-Saôn, by wytłumaczył się przed synodem ze swoich zwyczajów odnoszących się do pokuty oraz Wielkanocy. Zamiast stawić się na synodzie, wysłał list, w którym minimalizował kwestię, zachęcając Ojców synodalnych do przedyskutowania nie tylko problemu daty Wielkanocy, który według niego był drobnym problemem, «ale także wszystkich koniecznych norm kanonicznych, które przez wielu — i to jest sprawa poważniejsza — nie są przestrzegane» (por. Epistula II, 1). Jednocześnie napisał do papieża Bonifacego IV — podobnie jak kilka lat wcześniej zwrócił się do papieża Grzegorza Wielkiego (por. Epistula I) — broniąc tradycji irlandzkiej (por. Epistula III).

    Kolumban, nieustępliwy we wszystkich kwestiach moralnych, popadł następnie w konflikt również z domem królewskim, ponieważ zganił surowo króla Teodoryka za jego cudzołóstwo. Doprowadziło to do powstania sieci intryg i działań na poziomie osobistym, religijnym i politycznym, co w r. 610 zaowocowało dekretem o wydaleniu z Luxeuil Kolumbana i wszystkich mnichów pochodzenia irlandzkiego i skazaniu ich na definitywne wygnanie. Pod eskortą zostali odprowadzeni na brzeg morza i na koszt dworu odpłynęli statkiem do Irlandii. Jednak okręt osiadł na mieliźnie w niewielkiej odległości od plaży i kapitan — upatrując w tym znaku z nieba — zrezygnował z wyprawy, a obawiając się przekleństwa Boga, odwiózł mnichów na stały ląd. Oni natomiast, zamiast wrócić do Luxeuil, postanowili rozpocząć nowe dzieło ewangelizacji. Wsiedli na statek na Renie i popłynęli w górę rzeki. Pierwszym etapem było Tuggen w pobliżu Jeziora Zuryjskiego, po czym udali się do Bregencji nad Jeziorem Bodeńskim, by ewangelizować Alemanów.

    Jednak wkrótce, z powodu wydarzeń politycznych niezbyt sprzyjających jego dziełu, Kolumban postanowił przekroczyć Alpy z większością swoich uczniów. Pozostał tylko jeden mnich imieniem Gallus. Z jego eremu rozwinęło się znane opactwo Sankt Gallen w Szwajcarii. Przybywszy do Italii, Kolumban spotkał się z życzliwym przyjęciem na królewskim dworze longobardzkim, ale zaraz przyszło mu zmagać się ze znacznymi trudnościami: Kościół był podzielony przez herezję ariańską, która nadal dominowała wśród Longobardów, oraz przez schizmę, która zerwała jedność większości Kościołów północnej Italii z Biskupem Rzymu. Kolumban w sposób autorytatywny zareagował na tę sytuację, pisząc pamflet przeciw arianizmowi oraz list do Bonifacego IV, aby przekonać go do podjęcia zdecydowanych kroków, mających doprowadzić do przywrócenia jedności (por. Epistula V). Gdy w 612 lub 613 r. król Longobardów przydzielił mu teren w Bobbio, w dolinie Trebbii, Kolumban założył nowy klasztor, który stał się ośrodkiem porównywalnym do sławnego klasztoru na Monte Cassino. Tutaj dożył swoich dni. Zmarł 23 listopada 615 r. i w tym dniu wspominamy go w obrządku rzymskim do dzisiaj.

    Przesłanie św. Kolumbana skupia się na zdecydowanym nawoływaniu do nawrócenia i do oderwania się od dóbr ziemskich ze względu na dobra wieczne. Swoim ascetycznym życiem oraz bezkompromisową postawą wobec zepsucia możnych przywołuje on na pamięć surową postać św. Jana Chrzciciela. Jednakże jego surowość nie jest nigdy celem samym w sobie, lecz jest jedynie środkiem służącym temu, by dobrowolnie otworzyć się na miłość Boga i odpowiedzieć całym sobą na otrzymane od Niego dary, odtwarzając w sobie obraz Boży i jednocześnie użyźniając ziemię i odnawiając ludzkie społeczeństwo. Przytaczam słowa z jego Instructiones: «Jeśli człowiek będzie się posługiwał prawidłowo uzdolnieniami, które Bóg dał jego duszy, będzie podobny do Boga. Pamiętajmy o tym, że powinniśmy Mu zwrócić wszystkie dary, które złożył w nas, kiedy byliśmy w stanie pierwotnym. Swoimi przykazaniami pouczał nas, jak to osiągnąć. Pierwsze z nich to miłować Pana całym sercem, ponieważ On pierwszy nas umiłował od początku czasów, zanim jeszcze przyszliśmy na ten świat» (por. Instr. XI). Słowa te irlandzki święty rzeczywiście wprowadził w czyn w swoim życiu. Będąc człowiekiem wielkiej kultury — napisał również poezje po łacinie oraz podręcznik gramatyki — był obficie obdarzony darami łaski. Był niezmordowanym budowniczym klasztorów, jak również bezkompromisowym kaznodzieją pokutnym, angażującym wszystkie siły, by zasilać chrześcijańskie korzenie rodzącej się Europy. Dzięki swojej sile duchowej, swojej wierze oraz swojej miłości Boga i bliźniego stał się rzeczywiście jednym z Ojców Europy. Również nam żyjącym dzisiaj pokazuje on, gdzie tkwią korzenie, z których może się odrodzić nasza Europa.

    Do Polaków:

    Witam pielgrzymów z Polski. Życzę wam, aby nawiedzenie grobów apostołów Piotra i Pawła oraz innych miejsc uświęconych przez pokolenia męczenników i wyznawców pogłębiało wiarę i budziło miłość do Chrystusa i Kościoła. Niech Bóg błogosławi wam i waszym rodzinom. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 7-8/2008/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 listopada

    Święta Cecylia, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Błogosławieni męczennicy ormiańscy Salwator Lilli, prezbiter, i Towarzysze
    Święta Cecylia

    Cecylia jest jedną z najsłynniejszych męczennic Kościoła Rzymskiego. Niestety, o świętej tak bardzo popularnej i czczonej w Kościele mamy bardzo mało informacji historycznych. Nie wiemy nawet, kiedy żyła i kiedy poniosła śmierć męczeńską. W pierwszych wiekach nie przywiązywano wagi ani do chronologii, ani do ścisłych danych biograficznych. Dlatego dziś trudno nam odróżnić w opisie jej męczeństwa fakty historyczne od legendy.
    Zasadniczym dokumentem, którym dysponujemy, jest pochodzący z V w. opis jej męczeńskiej śmierci. Według niego Cecylia była dobrze urodzoną Rzymianką. Przyszła na świat na początku III w. Była ponoć olśniewająco piękna. Według starej tradycji z miłości do Chrystusa złożyła ślub czystości, chociaż rodzice obiecali już jej rękę również dobrze urodzonemu poganinowi Walerianowi. W przeddzień ślubu Cecylia opowiedziała narzeczonemu o swym postanowieniu i o wierze chrześcijańskiej. Gdy Walerian chciał ujrzeć anioła, który miał stać na straży czystości Cecylii, ta odpowiedziała: “Ty nie znasz prawego Boga; dopóki nie przyjmiesz chrztu, nie będziesz go mógł ujrzeć”. W ten sposób pozyskała Waleriana dla Chrystusa. Zaprowadziła go w tajemnicy do papieża św. Urbana I. Ten pouczył Waleriana o prawdach wiary i udzielił mu chrztu. Gdy wrócił do domu Cecylii, ujrzał ją zatopioną w modlitwie, a przy niej stojącego w jasności anioła w postaci młodzieńca, który trzymał w ręku dwa wieńce – z róż i lilii. Anioł włożył je na głowę Waleriana i Cecylii, mówiąc: “Te wieńce przez zachowanie czystości zachowajcie nietknięte, bom je wam od Boga przyniósł”.
    Walerian przyprowadził do papieża także swego brata, Tyburcjusza. On również przyjął chrzest. Gdy wszedł do mieszkania Waleriana, uderzyła go przedziwna woń róż i lilii. Walerian wyjawił mu znaczenie tego zapachu.
    Wkrótce potem wybuchło prześladowanie. Skazano na śmierć Waleriana i Tyburcjusza. Kiedy namiestnik-sędzia, Almachiusz, dowiedział się, że Cecylia jest chrześcijanką i że zarówno własny majątek, jak i majątek Waleriana rozdała ubogim, kazał ją aresztować. Żołnierze, oczarowani jej pięknością, błagali ją, by nie narażała swego młodego życia i wyrzekła się wiary. Cecylia odpowiedziała jednak: “Nie lękajcie się spełnić nakazu, bowiem moją młodość doczesną zamienicie na wieczną młodość u mego oblubieńca, Chrystusa”. Pod wpływem jej odpowiedzi miało nawrócić się 400 żołnierzy, których przyprowadziła do św. Urbana, by udzielił im chrztu.
    Sędzia, urzeczony jej urodą, błagał ją również, by miała wzgląd na swoją młodość. Gdy Cecylia nie ustępowała, próbował zmusić ją do wyparcia się wiary stosując męki. Kazał zawiesić ją nad ogniem w łaźni i dusić ją parą. Cecylia zaś cudem Bożym zamiast duszącego dymu czuła orzeźwiający ją powiew wiatru. Rozgniewany namiestnik kazał ją wtedy ściąć mieczem. Kat wszakże na widok tak pięknej i młodej osoby nie miał odwagi jej zabić. Trzy razy ją uderzył, ale nie zdołał pozbawić jej życia. Płynącą z jej szyi krew zebrali ze czcią chrześcijanie jako najcenniejszą relikwię. Po trzech dniach konania Cecylia oddała Bogu ducha.
    Ciało św. Cecylii, w nienaruszonym stanie, w pozycji leżącej, lekko pochylone ku ziemi odkryto dopiero w 824 r. w katakumbach św. Kaliksta, a następnie na polecenie papieża św. Paschalisa I złożono w bazylice jej poświęconej na Zatybrzu. Bazylika ta stoi na miejscu, w którym Cecylia zamieszkała niegdyś ze swym mężem. Wybudowano ją w IV w.
    Imię św. Cecylii wymieniane jest w Kanonie Rzymskim. Jest patronką chórzystów, lutników, muzyków, organistów, zespołów wokalno-muzycznych. Legenda bowiem głosi, że grała na organach. Organy wodne były znane wówczas w Rzymie, ale były bardzo wielką rzadkością (otrzymał je np. cesarz Neron w darze ze Wschodu). Nie wiadomo, czy Cecylia mogła grać na organach – prawdopodobne jest jednak, że grała na innym instrumencie. Ówczesne panie rzymskie kształciły się często w grze na harfie.
    W ikonografii św. Cecylia przedstawiana jest jako orantka (osoba modląca się na stojąco, ze wzniesionymi rękoma). Późniejsze prezentacje ukazują ją w tunice z palmą męczeńską w dłoni. Czasami gra na organach. Jej atrybutami są: anioł, instrumenty muzyczne – cytra, harfa, lutnia, organy; płonąca lampka, miecz, wieniec z białych i czerwonych róż – oznaczających jej niewinność i męczeństwo.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    21 listopada

    Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Święty Gelazy I, papież
    Ofiarowanie Maryi w świątyni - Domenico Ghirlandaio

    W dawnych czasach istniał wśród Żydów zwyczaj religijny, polegający na tym, że dzieci – nawet jeszcze nie narodzone – ofiarowywano służbie Bożej. Dziecko, zanim ukończyło piąty rok życia, zabierano do świątyni w Jerozolimie i oddawano kapłanowi, który ofiarowywał je Panu. Zdarzało się czasem, że dziecko pozostawało dłużej w świątyni, wychowywało się, uczyło służby dla sanktuarium, pomagało wykonywać szaty liturgiczne i asystowało podczas nabożeństw.
    Święta Anna, matka Maryi, przez wiele lat była bezdzietna. Mimo to nie utraciła wiary i ciągle prosiła Boga o dziecko. Złożyła obietnicę, że jeśli urodzi dziecko, odda je na służbę Bogu. Tak zrobiła, choć po tylu latach oczekiwania na upragnione potomstwo musiało to być wielkie poświęcenie z jej strony. Ewangelie nie mówią dokładnie, kiedy miało miejsce ofiarowanie Maryi, ale na pewno na początku Jej życia, prawdopodobnie, gdy Maryja miała trzy lata. Wtedy to Jej rodzice, św. Joachim i św. Anna, przedstawili Bogu przyszłą Królową Świata. Oddali Ją wówczas kapłanowi Zachariaszowi, który kilkanaście lat później stał się ojcem św. Jana Chrzciciela. Według niektórych autorów Maryja pozostała w świątyni około 12 lat. Zdarzenie to wspominamy właśnie w dniu dzisiejszym. Informacje o nim pochodzą z pism apokryficznych, nie przyjętych do kanonu Pisma świętego.
    W Protoewangelii Jakuba, napisanej ok. 140 r. po narodzeniu Jezusa, czytamy, że rodzicami Maryi był św. Joachim i św. Anna i że stali się jej rodzicami w bardzo późnym wieku. Dlatego przed swoją śmiercią oddali Maryję na wychowanie i naukę do świątyni, gdy Maryja miała zaledwie trzy lata. Opis ten powtarza apokryf z VI w. – Księga Narodzin Błogosławionej Maryi i Dziecięctwa Zbawiciela, a także pochodzący z tego samego czasu inny apokryf, Ewangelia Narodzenia Maryi.
    W Kościołach wschodnich panuje zgodne przekonanie, że Maryja faktycznie była ofiarowana w świątyni. Potwierdzają to bardzo liczne wypowiedzi wschodnich pisarzy kościelnych. Oprócz powagi apokryfów, na których się oparli, o ustanowieniu święta Ofiarowania Maryi w świątyni zadecydował zapewne w niemałej mierze również paralelizm świąt Maryi i Jezusa. Skoro obchodzimy uroczyście Poczęcie Jezusa (25 III) i Poczęcie Maryi (8 XII), Narodzenie Jezusa (25 XII) i Narodzenie Maryi (8 IX), Wniebowstąpienie Jezusa i Wniebowzięcie Maryi (15 VIII), to naturalne wydaje się obchodzenie obok święta ofiarowania Chrystusa (2 II) także święta ofiarowania Jego Matki.
    Dla uczczenia tej tajemnicy obchodzono osobne święto najpierw w Jerozolimie (prawdopodobnie już w VI w., kiedy to poświęcono w Jerozolimie kościół pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny), potem od VIII w. na całym Wschodzie. W 1372 r. wprowadził je w Awinionie Grzegorz XI, a w 1585 r. Sykstus V rozszerzył je na cały Kościół.

    Ofiarowanie Maryi w świątyni

    Chociaż dzisiejsze wspomnienie nie ma żadnego potwierdzenia historycznego, przynosi ono ważną refleksję teologiczną: Maryja przez całe życie była oddana Bogu – od momentu, w którym została niepokalanie poczęta, poprzez swe narodziny, a potem ofiarowanie w świątyni. Stała się w ten sposób doskonalszą świątynią niż jakakolwiek świątynia uczyniona ludzkimi rękami. Od wieków Maryja była przeznaczona w Bożych planach dla wypełnienia wielkiej zbawczej misji. Upatrzona przez Opatrzność na Matkę Zbawiciela, przez samo to stała się darem dla Ojca. Do swojej misji Maryja przygotowywała się bardzo pilnie i z całym oddaniem – o czym świadczą chociażby jej własne słowa wypowiedziane do Gabriela: “Oto ja, służebnica Pańska” (Łk 1, 38).
    W tradycji bizantyńskiej obchodzi się uroczyście święto Wprowadzenia Przenajświętszej Bogurodzicy do Świątyni (Wwiedienije Preświatoj Bohorodicy wo Chram). Bracia prawosławni opowiadają, że 3-letnia Maryja samodzielnie weszła po 15 wysokich stopniach świątynnych w ramiona arcykapłana Zachariasza, który wprowadził Ją do Świętego Świętych, gdzie sam miał prawo wchodzić tylko raz w roku.
    W Kościele katolickim dzisiejsze wspomnienie jest świętem patronalnym Sióstr Prezentek, założonych w 1626 r. w Krakowie przez Zofię z Maciejowskich Czeską dla nauczania i wychowania dziewcząt. Jest też dniem szczególnej pamięci o mniszkach klauzurowych, o czym przypomniał św. Jan Paweł II w 1999 r.: “Maryja jawi się nam w tym dniu jako świątynia, w której Bóg złożył swoje zbawienie, i jako służebnica bez reszty oddana swemu Panu. Z okazji tego święta społeczność Kościoła na całym świecie pamięta o mniszkach klauzurowych, które wybrały życie całkowicie skupione na kontemplacji i utrzymują się z tego, czego dostarczy im Opatrzność, posługująca się hojnością wiernych. Zalecając wszystkim troskę o to, aby tym konsekrowanym siostrom nie zabrakło wsparcia duchowego i materialnego, kieruję do nich słowa serdecznego pozdrowienia i podziękowania”.
    W naszych czasach nie ma już zwyczaju ofiarowywania swoich dzieci Bogu na służbę w świątyni. Wszyscy jednak zostaliśmy niejako przedstawieni Bogu przez naszych rodziców w czasie chrztu. Nie powinniśmy zapominać o tamtym wydarzeniu, ale nieustannie odnawiać w swoim życiu chęć poświęcania siebie Bogu i szukania Jego woli.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny

    Całe piękno i wdzięk Maryi — była pełna piękna na duszy i na ciele — były dla Pana. Taka jest teologiczna treść święta Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.

    OFIAROWANIE NAJŚW. PANNY W KOŚCIELE JEROZOLIMSKIM

    Posted by Juan in Na cześć Maryi

    ***

    Lata dzieciństwa Najświętszej Maryi Panny były milczące jak Jej pokora. Pismo Święte całkowicie pomija ten temat milczeniem. Niemniej jednak, chrześcijanie pragnęli poznać bardziej szczegółowo życie Maryi. Było to uprawnione pragnienie. I tak jak Ewangelie zachowują milczenie aż do chwili Zwiastowania, ludowa pobożność, zainspirowana różnymi ustępami Starego i Nowego Testamentu, szybko wypracowała kilka prostych opowieści przedstawianych w sztuce, w poezji i w chrześcijańskiej duchowości.

    PIERWSZY TEKST PISANY ODNOSZĄCY SIĘ DO TEGO WYDARZENIA — NA NIM OPIERAJĄ SIĘ LICZNE ŚWIADECTWA PÓŹNIEJSZEJ TRADYCJI — TO PROTOEWANGELIA JAKUBA, APOKRYFICZNY TEKST Z II WIEKU

    Jednym z tych epizodów, chyba najbardziej reprezentatywnym, jest Ofiarowanie Maryi. Maryja została ofiarowana Bogu przez swoich rodziców — Joachima i Annę — w Świątyni Jerozolimskiej, tak samo jak inna Anna, matka proroka Samuela, ofiarowała swojego syna na służbę Bogu w Przybytku, w którym objawiała się Jego chwała (cfr. 1 Sm 1, 21-28). Tak samo też w wiele lat później Maryja i Józef zanieśli nowo narodzonego Jezusa do Świątyni, żeby ofiarować Go Panu (cfr. Łk 2, 22-38).

    Ściśle rzecz biorąc, nie istnieje historia tych lat życia Maryi Dziewicy, tylko to, co przekazała nam tradycja. Pierwszy tekst pisany odnoszący się do tego wydarzenia — na nim opierają się liczne świadectwa późniejszej tradycji — to Protoewangelia Jakuba, apokryficzny tekst z II wieku. Apokryficzny, to znaczy, nienależący do kanonu ksiąg natchnionych przez Boga, co jednak nie wyklucza faktu, że niektóre z tych opowieści zawierają pewne prawdziwe elementy. Istotnie, po usunięciu prawdopodobnie legendarnych szczegółów Kościół włączył to wydarzenie do liturgii: najpierw w Jerozolimie, gdzie w 543 roku poświęcono bazylikę Najświętszej Maryi Panny (Nowej) na pamiątkę Ofiarowania. W XIV wieku święto przeszło na Zachód, gdzie jego liturgiczne obchody ustalono na 21 listopada.

    Maryja w Świątyni. Całe Jej piękno i Jej wdzięk — była pełna piękna na duszy i na ciele — były dla Pana. Taka jest teologiczna treść święta Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. I w tym sensie liturgia odnosi do Niej kilka zdań ze świętych ksiąg: w świętym Przybytku, w Jego obecności, zaczęłam pełnić świętą służbę i przez to na Syjonie mocno stanęłam. Podobnie w mieście umiłowanym dał mi odpoczynek, w Jeruzalem jest moja władza. Zapuściłam korzenie w sławnym narodzie, w posiadłości Pana,w Jego dziedzictwie (Syr 24, 10-12).

    BYŁA PEŁNA PIĘKNA NA DUSZY I NA CIELE — BYŁY DLA PANA. TAKA JEST TEOLOGICZNA TREŚĆ ŚWIĘTA OFIAROWANIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    Tak samo jak Jezus, kiedy był ofiarowany w Świątyni, Maryja żyła dalej normalnym życiem z Joachimem i Anną. Tam, gdzie była Ona — poddana swoim rodzicom, wzrastała, aż stała się kobietą — tam była Pełna łaski (Łk 1, 28), z sercem gotowym do całkowitej służby Bogu i wszystkim ludziom z miłości do Boga.

    Najświętsza Maryja Panna dojrzewała wobec Boga i wobec ludzi. Nikt nie zauważył niczego niezwykłego w Jej zachowaniu, chociaż bez wątpienia podbijała serca tych, którzy byli wokół Niej, dlatego że świętość zawsze przyciąga, tym bardziej w przypadku Tej, która była Cała Święta. Maryja była uśmiechniętą, pracowitą, zawsze pogrążoną w Bogu dziewczyną, i wszyscy dobrze się przy Niej czuli. W chwilach modlitwy, jako dobra znawczyni Pisma Świętego, z pewnością nieraz powtarzała proroctwa, które zapowiadały nadejście Zbawiciela. Uczyniła je swoim życiem, przedmiotem refleksji, motywem swoich rozmów. To wewnętrzne bogactwo rozlało się później w Magnificat, wspaniałym hymnie, który wygłosiła, usłyszawszy pozdrowienie swojej kuzynki Elżbiety.

    Wszystko w Dziewicy Maryi było nastawione na Przenajświętsze Człowieczeństwo Jezusa Chrystusa, prawdziwą Świątynię Boga. Święto Jej ofiarowania wyraża tę wyłączną przynależność Naszej Pani do Boga, całkowite poświęcenie Jej duszy i Jej ciała tajemnicy zbawienia, która jest tajemnicą zbliżenia Stworzyciela do stworzenia.

    ŚWIĘTO JEJ OFIAROWANIA WYRAŻA TĘ WYŁĄCZNĄ PRZYNALEŻNOŚĆ NASZEJ PANI DO BOGA, CAŁKOWITE POŚWIĘCENIE JEJ DUSZY I JEJ CIAŁA TAJEMNICY ZBAWIENIA

    Wyrosłam jak cedr na Libanie i jak cyprys na górach Hermonu. Wyrosłam jak palma w Engaddi, jak krzewy róży w Jerychu, jak wspaniała oliwka na równinie, wyrosłam wyrosłam w górę jak platan (Syr 24, 13-14). Najświętsza Maryja Panna sprawiła, że wokół niej rozkwitła miłość do Boga. Dokonała tego niepostrzeżenie, dlatego że Jej uczynki były to sprawy codzienne, rzeczy drobne, pełne miłości.

    J. A. Loarte/Opus Dei

    _______________________________________________________________________________

    Ofiarowanie NMP: tak Maryja była szykowana na mieszkanie Ducha Świętego, z którego wyjdzie Chrystus

    OFIAROWANIE MARYI W ŚWIĄTYNI

    Renata Sedmakova | Shutterstock

    ***

    Rodzice decydowali się czasem na pozostawienie swoich pociech na określony czas przy świątyni. Zarówno chłopcy, jak i dziewczynki pełnili tam rozmaite posługi. Niektórzy sugerują, że Maryja mogła pozostawać na służbie w świątyni przez kilka lub nawet 12 lat.

    Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny to jeden z ostatnich akcentów w kalendarzu liturgicznym przed rozpoczęciem Adwentu.

    Cud i łaska od Boga

    Obok święta Narodzenia NMP, wspomnienie Ofiarowania Matki Bożej – obchodzone 21 listopada – jest kolejnym dniem maryjnym, którego treść i symbolika wywodzą się z apokryfów. Podobnie jak w przypadku Narodzenia Matki Bożej, głównym źródłem tradycji jest spisana około 140 roku po Chrystusie Protoewangelia Jakuba.

    Opisuje ona życie Maryi od chwili narodzenia, aż po ucieczkę do Egiptu z małym Jezusem i świętym Józefem podczas rzezi niemowląt za czasów Heroda. Ofiarowanie Matki Bożej łączy się w sposób logiczny z jej przyjściem na świat.

    Anna i Joachim, rodzice Maryi, długo cierpieli na niepłodność, stąd Matka Boża została poczęta, gdy byli już w starszym wieku. W przyjściu na świat ich córki dostrzegli więc od razu cud i wielką łaskę od Boga.

    Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny

    W tradycji mojżeszowej każde urodzone dziecko w sposób symboliczny ofiarowywano w świątyni jerozolimskiej, przedstawiając je kapłanom, którzy udzielali dziecku i rodzicom specjalnego błogosławieństwa. Obrzęd ten miał zazwyczaj miejsce pomiędzy ukończeniem przez potomka 1 i 5 roku życia.

    Późniejsze o kilka wieków apokryfy: Księga Narodzin Błogosławionej Maryi i Dziecięctwa Zbawiciela oraz Ewangelia Narodzenia Maryi sugerują, że Matka Boża została ofiarowana w świątyni w Jerozolimie w wieku lat trzech.

    Wizję ofiarowania Maryi w świątyni zapisała również hiszpańska mistyczka, służebnica Boża Maria z Ágredy ze zgromadzenia koncepcjonistek, żyjąca w XVII wieku.

    Dzieci na służbie Bogu

    Historycy Kościoła i dziejów Izraela wskazują, że często ofiarowanie dzieci w świątyni nie miało charakteru jednorazowego rytuału w pierwszych latach życia, ale niektórzy rodzice decydowali się po pewnym czasie na pozostawienie swoich pociech na określony czas przy świątyni.

    Zarówno chłopcy, jak i dziewczynki pełnili tam rozmaite posługi w postaci pomocy w sprzątaniu, utrzymaniu czystości paramentów liturgicznych i szat kapłańskich.

    Według niektórych biblistów dziewczynki pomagały w czasie służby tkać tzw. zasłonę przybytku, oddzielającą od osób postronnych najświętsze miejsce w świątyni. Z pewnością jednak taką służbę pełniły dzieci starsze i nastolatkowie, a nie najmłodsi.

    Maryja na służbie w świątyni

    W przypadku apokryficznych opowieści o ofiarowaniu Matki Bożej w świątyni, mamy najprawdopodobniej do czynienia z symbolicznym połączeniem przez autorów zwyczaju ofiarowania narodzonych dzieci kapłanom (zgodnie z prawem Mojżeszowym) oraz ich późniejszym przeznaczaniem na okresową służbę w świątyni.

    Stało się tak zapewne dla dwóch celów katechetycznych. Po pierwsze, przypomniano, że Maryja, podobnie jak Jezus, podlegali zasadom Starego Testamentu. Po drugie: wskazano, iż posłannictwo Matki Bożej od samego początku było poświęceniem i pełną pokory ofiarnością.

    Pokora Matki Bożej – jak wskazują teksty liturgiczne – przygotowała ją na mieszkanie Ducha Świętego, z którego wyjdzie Chrystus, Słońce i Zbawiciel, który rozjaśni mroki śmierci i grzechu.

    Niektórzy sugerują, że Maryja mogła pozostawać na służbie w świątyni przez kilka lub nawet 12 lat.

    Zachariasz

    Tradycja apokryficzna twierdzi, iż kapłanem, który wprowadził Maryję do świątyni w Jerozolimie, był Zachariasz. Kilkanaście lat później został on ojcem św. Jana Chrzciciela. Pokazuje to powiązanie losów bezpośredniego posłannika, który miał przygotować Izrael na misję Chrystusa, z wydarzeniami rozgrywającymi się później w Nazarecie i Betlejem: zwiastowaniem i narodzeniem Pańskim.

    Postać Zachariasza występuje więc na wielu malarskich przedstawieniach ofiarowania NMP, powstałych zarówno w tradycji zachodniej (np. pędzla Tycjana lub Pietra Testy) oraz na ikonach wschodnich.

    Maryja stanie się przybytkiem

    Apokryfy i protoewangelia przedstawiają ofiarowanie Matki Bożej jako wydarzenie niezwykłe i mistyczne, w czasie którego mała dziewczynka, ku zaskoczeniu kapłanów i zgromadzonych w świątyni, zachowywała się, jakby znała wszystkie świątynne rytuały. W orszaku do najświętszego miejsca świątyni – Świętego Świętych – prowadzi ją w blasku świec orszak złożony z kapłanów i innych dziewcząt, które przypominają weselne druhny.

    Warto zwrócić uwagę, że Święte Świętych było miejscem niedostępnym i zakazanym nie tylko dla wiernych, ale również najwyższego kapłana. Symbolika tej opowieści jest oczywista. Maryja odegra w przyszłości wielką rolę w tajemnicy Wcielenia i sama stanie się przybytkiem, który przyjmie najświętsze ciało Zbawiciela, przychodzącego na świat w ludzkiej postaci.

    Koniec Starego Przymierza

    Opowieści apokryficzne dotyczące ofiarowania Matki Bożej wyraźnie nawiązują również do trzech fragmentów ze Starego Testamentu:

    • z Księgi Wyjścia, gdzie Bóg nakazuje Mojżeszowi zbudowanie przybytku dla Pana wraz z Namiotem Spotkania;
    • z II Księgi Królewskiej, w której król Salomon umieścił w skarbcu świątyni jerozolimskiej dary przygotowane przez swojego ojca Dawida: sprzęty liturgiczne, złoto i srebro oraz Arkę Przymierza z Syjonu;
    • z Księgi Ezechiela, gdzie Bóg przypomina prorokowi o konieczności składania przez kapłanów ofiar całopalnych w świątyni oraz konieczności, aby wschodnia brama świątyni pozostawała zamknięta i nikt nie mógł jej otwierać ani przez nią przechodzić.

    Ofiarowanie Matki Bożej w świątyni zwiastuje koniec epoki Starego Przymierza i wcielenie Chrystusa, którego ofiara zwycięży śmierć. W dzień ofiarowania NMP, w świątyni jerozolimskiej jawnie ukazuje się światu Matka Boga i z uprzedzeniem zwiastuje bliskie pojawienie się światu Zbawiciela.

    Wschód i Zachód chrześcijaństwa

    Wschód chrześcijański obchodził święto Wprowadzenia Matki Bożej do Świątyni już w VII wieku, zaliczając je do grona jednego z 12 największych świąt roku liturgicznego. W 543 roku, tuż obok dawnej świątyni jerozolimskiej konsekrowano nowy kościół poświęcony Matce Bożej i przypominający o jej ofiarowaniu w świątyni.

    Na Zachodzie wspomnienie Ofiarowania NMP przyjęło się później. Początkowo w późnym średniowieczu było obchodzone w Awinionie, a na cały Kościół rozszerzył je papież Sykstus V w 1585 roku. Obecnie ma ono status liturgicznego wspomnienia obowiązkowego.

    Ofiarowanie NMP jest ostatnim wspomnieniem maryjnym, które obchodzone jest przed rozpoczynającym się adwentem, stanowiącym czas radosnego i refleksyjnego oczekiwania na przyjście Chrystusa.

    Na Wschodzie z kolei jest pierwszym dużym świętem maryjnym podczas trwającego 40 dni postu przed Bożym Narodzeniem (odpowiednikiem adwentu).

    Zaproszenie

    21 listopada można potraktować jako ważny etap w duchowym przygotowaniu do tego istotnego okresu liturgicznego. Rola Matki Bożej, wyrażana chociażby w nabożeństwach roratnich, jest w czasie adwentu szczególnie uwypuklona i wskazuje, jak – wydawałoby się zwykła – dziewczyna z Nazaretu wyda na świat „Pana niebiosów Nieskończonego”.

    Być może wspomnienie Ofiarowania NMP stanowi zaproszenie, aby w adwencie bliżej zaprzyjaźnić się z Matką Bożą, która w ciszy oczekuje na wypełnienie się wielkiej tajemnicy pochodzącej od Ducha Świętego i zwiastowanej 8 miesięcy wcześniej przez archanioła Gabriela.

    Tradycja wywodu

    Pewną mało dziś znaną tradycją wywodzącą się z Ofiarowania Matki Bożej w świątyni jest utrzymująca się gdzieniegdzie po dzień dzisiejszy na Zachodzie i Wschodzie tradycja wywodu, czyli specjalnego błogosławieństwa udzielanego rodzicom i dziecku w okresie niemowlęcym.

    Kapłan modli się w świątyni w obecności dziecka i rodziców o wszelkie łaski dla całej rodziny i Bożą pomoc w wychowaniu potomka. W tradycji rzymskiej miało ono miejsce tuż po chrzcie. Na Wschodzie – jeszcze przed samym sakramentem chrztu, będąc fizycznym wprowadzeniem dziecka w przestrzeń świątyni.

    Łukasz Kobeszko/Aleteia.pl

    __________________________________________________________________________________

    Niepokalane Poczęcie: kto tu kogo począł? Uroczystość, której wielu katolików nie rozumie

    NIEPOKALANE POCZĘCIE NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    CERES/Wikipedia | Domena publiczna

    ***

    8 grudnia świętujemy nie to, że Maryja poczęła i urodziła Jezusa, będąc i pozostając dziewicą. Chodzi o coś zupełnie innego.

    Niepokalane Poczęcie Maryi, którego uroczystość obchodzimy w liturgii 8 grudnia, często bywa mylone z Jej dziewiczym macierzyństwem. To pierwsza sprawa, którą warto wyjaśnić.

    Świętujemy dzisiaj nie to, że Maryja poczęła i urodziła Jezusa, będąc i pozostając dziewicą. Chodzi o coś innego. A mianowicie o to, że Bóg, wybierając Ją jeszcze przed Jej urodzeniem na Matkę swojego Syna, przygotował Ją do tej roli, pozwalając Jej począć się i urodzić bez obciążenia grzechem pierworodnym.

    Pełna łaski

    Nie znaczy to, że Maryja była pozbawiona jakiejś części ludzkiego doświadczenia czy bagażu człowieczej natury. Bóg Jej niczego nie odjął. Wręcz przeciwnie. Można powiedzieć, że od czasów Adama i Ewy była pierwszym pełnym człowiekiem. Grzech jest w nas pewnym brakiem. Grzech pierworodny to rana, pęknięcie w naturze, z którym się rodzimy. W Niej tego braku nie było.

    Była i pozostała pełna – Pełna łaski – bo miała stać się Matką Tego, który jest w pełni Bogiem i w pełni człowiekiem. Aby Jezus – tak jak od Ojca otrzymał pełnię bóstwa – tak po Matce mógł odziedziczyć pełne, niewybrakowane grzechem człowieczeństwo.

    Nie znaczy to, że Maryi nie dotyczył problem grzechu pierworodnego i że nie potrzebowała odkupienia. Ta pełnia uzdrowionego człowieczeństwa została Jej podarowana dzięki męce, śmierci i zmartwychwstaniu Syna. Tyle, że niejako przed czasem.

    Próbując jakoś wyrazić tę uprzedniość, liturgia mówi, że stało się to na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa. Pan mógł to tak urządzić, bo w przeciwieństwie do nas nie jest ograniczony czasem. U Niego wszystko jest teraz.

    To przygotowanie, którego Bóg dokonał w Maryi, nie oznacza także jakiegokolwiek ograniczenia Jej woli. Maryja nie była zmuszona zostać Matką Boga, choć oczywiście łatwiej Jej było dzięki temu powiedzieć: Oto ja, służebnica Pańska, niech mi się stanie. O ile coś takiego w ogóle może być łatwe.

    Niespętana, nieograniczona grzechem była w momencie decyzji i w każdym innym momencie swojego życia najbardziej wolnym stworzeniem, jakie kiedykolwiek chodziło po ziemi. Bardziej wolny jest już tylko Jezus, ale On nie jest stworzeniem, lecz Stwórcą. Nie kimś wolnym, ale samą Wolnością.

    Bez grzechu

    Z powyższego akapitu można wyciągnąć wniosek, że Maryi w ogóle było łatwiej czynić dobro i unikać grzechu. To prawda. Nie miała w sobie niszczącego wolność kosmicznego wirusa grzechu. Tylko powiedzmy sobie szczerze, że to jest względne ułatwienie w świecie skażonym grzechem. Pełnia niewinności to także maksymalna wrażliwość na najmniejsze nawet zło.

    Maryja była trochę jak główna bohaterka Miasta ślepców (nota bene świetna rola Julianne Moore, znanej szerzej jako pani prezydent Coin z Igrzysk śmierci). Jedyna widząca wśród niewidomych, pochłoniętych egoistyczną walką o przetrwanie. Jeśli to znaczy, że miała łatwiej, to owszem – miała łatwiej. Dodajmy tylko, że do programu tego łatwiej należało stanie pod krzyżem i Wielka Sobota.

    W to szczególne, uprzednie wybranie i przygotowanie Maryi, w tę Jej zachwycającą i dającą nam nadzieję wolność Kościół wierzył od samego początku. Nie jest to wymysł Piusa IX, który korzystając z bycia papieżem, narzucił go innym.

    Wiara w Niepokalane Poczęcie ma swoją podstawę w Piśmie Świętym. Składają się na nią: zapowiedź nieprzyjaźni między Niewiastą a wężem, która kończy się zmiażdżeniem głowy tego ostatniego przez jej Potomstwo; obrazy starotestamentalne, w których Kościół widział od samego początku zapowiedź Maryi (Arka Przymierza, lilia między cierniem, ziemia kapłańska, runo Gedeona – tak, dobrze wam się kojarzy, Godzinki są przecież o Niepokalanym Poczęciu).

    A także określenia Pełna łaski oraz błogosławiona między niewiastami, jakich używają w stosunku do niej Gabriel i Elżbieta.

    Jestem Niepokalane Poczęcie

    Wiarę tę podzielali również ojcowie Kościoła, nazywając ją czystą, niewinną i bez skazy. Na Wschodzie od VII, a na Zachodzie od VIII wieku obchodzono święto Poczęcia Maryi. Zastrzeżenia zgłaszali późniejsi teologowie (w tym święci Bernard i Tomasz z Akwinu).

    Ale to dlatego, że nie za bardzo zgadzało im się to z prawdą o tym, że grzech pierworodny dotyczy wszystkich ludzi i że wszyscy potrzebują odkupienia. Sprawę wyjaśnił ostatecznie kilka wieków później doktor subtelny, czyli błogosławiony Jan Duns Szkot. A i my już to sobie wyjaśniliśmy powyżej.

    Ogłoszenie dogmatu przez Piusa IX nie polegało więc na wyciągnięciu nikomu nieznanego wcześniej poglądu teologicznego z papieskiej tiary. Chodziło raczej o ostateczne zdefiniowanie formalne i potwierdzenie prawdy wiary, jaką Kościół nosił w swoim łonie i wyznawał od samego początku.

    Kościół na Wschodzie wierzy tak samo. A jego dystans do rzeczonego dogmatu wynika z przekonania, iż definiowanie i ogłaszanie prawd wiary jest raczej kompetencją soboru niż pojedynczych biskupów (choćby był to biskup samego Rzymu).

    Objawienie prywatne

    W tym kontekście warto dodać, że była to inicjatywa oddolna i to dochodząca do głosu już od dobrych kilku wieków. Samo ogłoszenie bulli Niewysłowiony Bóg (Ineffabilis Deus) papież poprzedził konsultacjami z komisją teologów, konsystorzem kardynałów i biskupami całego świata. Mieli oni za zadanie napisać, jak wiara w Niepokalane Poczęcie miewa się w praktyce religijnej ich wiernych.

    Cztery lata po ogłoszeniu dogmatu do całej sprawy uprzejma była odnieść się nawet sama Zainteresowana. Bernadecie Soubirous (prostej dziewczynie, którą trudno posądzać o dogłębną wiedzę teologiczną) Maryja przedstawiła się, mówiąc: Jestem Niepokalane Poczęcie.

    W objawienia prywatne – w przeciwieństwie do dogmatów – żaden katolik nie ma co prawda obowiązku wierzyć, ale trzeba przyznać, że Maryja trafiła w Lourdes w samo sedno. Jesteśmy tym, co pozwolimy zrobić ze sobą Bogu. Jesteśmy tym, co otrzymamy od Niego. Jeśli chcemy być w pełni sobą, w pełni ludźmi, to tylko On może dać nam tę pełnię.

    Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    20 listopada

    Święty Rafał Kalinowski, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Feliks Valois, prezbiter
      •  Błogosławione dziewice i męczennice Aniela od św. Józefa i Towarzyszki
    Święty Rafał Kalinowski

    Józef Kalinowski urodził się 1 września 1835 r. w Wilnie, w szlacheckiej rodzinie herbu Kalinowa. Jego ojciec był profesorem matematyki na Uniwersytecie Wileńskim. Po ukończeniu z wyróżnieniem Instytutu Szlacheckiego w Wilnie (1843-1850), Józef podjął studia w Instytucie Agronomicznym w Hory-Horkach koło Orszy (dziś Białoruś). Zrezygnował z nich po dwóch latach. W 1855 r. przeniósł się do Mikołajewskiej Szkoły Inżynierii Wojskowej w Petersburgu, gdzie uzyskał tytuł inżyniera. Jednocześnie wstąpił do wojska. Wtedy właśnie przestał przystępować do sakramentów świętych, do kościoła chodził rzadko, przeżywał rozterki wewnętrzne, a także kłopoty związane ze swoją narodowością, służbą w wojsku rosyjskim i zdrowiem. Wciąż jednak stawiał sobie pytanie o sens życia, szukając na nie odpowiedzi w dziełach filozoficznych i teologicznych. Po ukończeniu szkoły (1855) został adiunktem matematyki i mechaniki budowlanej oraz awansował do stopnia porucznika. W 1859 r. opuścił Akademię i podjął pracę przy budowie kolei żelaznej Odessa-Kijów-Kursk. Po roku przeniósł się na własną prośbę do Brześcia nad Bugiem, gdzie pracował jako kapitan sztabu przy rozbudowie twierdzy. Czując, że zbliża się powstanie, podał się do dymisji, aby móc służyć swoją wiedzą wojskową i umiejętnościami rodakom. Został członkiem Rządu Narodowego i objął stanowisko ministra wojny w rejonie Wilna. W końcu zdecydował się na wyjazd do Warszawy, gdzie chciał podjąć leczenie i miał nadzieje na znalezienie pracy. Z powodów zdrowotnych otrzymał zwolnienie z wojska w maju 1863 r.

    Święty Rafał Kalinowski

    Jednocześnie, wspierany modlitwami matki i rodzeństwa, przeżywał nawrócenie religijne, m.in. pod wpływem lektury Wyznań św. Augustyna: nie tylko wrócił do praktyk religijnych, ale przejawiał w nich szczególną gorliwość. Gdy wybuchło powstanie styczniowe, mając świadomość jego daremności, ale zarazem nie chcąc stać na uboczu, gdy naród walczy, przyłączył się do powstania. Sprzeciwiał się niepotrzebnemu rozprzestrzenianiu się walk. W liście do brata pisał: “Nie krwi, której do zbytku przelało się na niwach Polski, ale potu ona potrzebuje”.
    Po upadku powstania powrócił do Wilna, gdzie 24 marca 1864 r. został aresztowany i osadzony w więzieniu. W wyniku procesu skazano go na karę śmierci. W więzieniu otaczała go atmosfera świętości. Wskutek interwencji krewnych i przyjaciół, a także z obawy, że po śmierci Polacy mogą uważać Józefa Kalinowskiego za męczennika i świętego, władze carskie zamieniły mu wyrok na dziesięcioletnią katorgę na Syberii. Przez pewien czas przebywał w Nerczyńsku, potem w Usolu, następnie w Irkucku i Smoleńsku. Podczas pobytu na Syberii oddziaływał na współtowarzyszy swoją głęboką religijnością, zadziwiał niezwykłą wprost mocą ducha, ujmował cierpliwością i delikatnością, wspierał dobrym słowem i modlitwą, czuwał przy chorych, pocieszał i podtrzymywał nadzieję. Dzielił się z potrzebującymi nie tylko skromnymi dobrami materialnymi, ale również bogactwem duchowym. Bolał go fakt, że wielu zesłańców nie posiadało żadnej wiedzy religijnej. Szczególnie chętnie katechizował dzieci i młodzież.
    Po ciężkich robotach Józef Kalinowski powrócił do kraju w 1874 r. Uzyskał paszport i wyjechał na Zachód jako wychowawca młodego księcia Augusta Czartoryskiego (beatyfikowanego przez św. Jana Pawła II w 2003 r.). Opiekował się nim przez trzy lata. W lipcu 1877 r., mając już 42 lata, Józef Kalinowski wstąpił do nowicjatu karmelitów w Grazu (Austria), przybierając zakonne imię Rafał od św. Józefa. Po studiach filozoficznych i teologicznych na Węgrzech, złożył śluby zakonne i otrzymał święcenia kapłańskie 15 stycznia 1882 r. w Czernej koło Krakowa. W kilka miesięcy później został przeorem klasztoru w Czernej. Urząd ten pełnił przez 9 lat. Przyczynił się w znacznej mierze do odnowy Karmelu w Galicji. W 1884 r. został założony z jego inicjatywy klasztor karmelitanek bosych w Przemyślu, 4 lata później we Lwowie, a na przełomie 1891 i 1892 roku – klasztor ojców wraz z niższym seminarium w Wadowicach.
    Wiele godzin spędzał w konfesjonale – nazywano go “ofiarą konfesjonału”. Miał niezwykły dar jednania grzeszników z Bogiem i przywracania spokoju sumienia ludziom dręczonym przez lęk i niepewność. Przeżyty w młodości kryzys wiary (gdy przez ponad 10 lat żył bez sakramentów) ułatwiał mu zrozumienie błądzących i zbuntowanych przeciwko Bogu. Nikogo nie potępiał, ale starał się pomagać. Zawsze skupiony, zjednoczony z Bogiem, był człowiekiem modlitwy, posłuszny regułom zakonnym, gotowym do wyrzeczeń, postów i umartwień.
    Zmarł 15 listopada 1907 r. w Wadowicach, w opinii świętości. Jego relikwie spoczywają w kościele karmelitów w Czernej. Za życia i po śmierci cieszył się wielką sławą świętości. Bez reszty oddany Bogu, umiał miłować Go w drugim człowieku. Potrafił zachować szacunek dla człowieka i jego godności nawet tam, gdzie panowała pogarda. Dlatego uważany jest za patrona Sybiraków.
    Beatyfikował go św. Jan Paweł II w 1983 r. podczas Mszy świętej na krakowskich Błoniach; kanonizacji dokonał w Rzymie w roku 1991, podczas jubileuszowego roku czterechsetlecia śmierci św. Jana od Krzyża, odnowiciela zakonu karmelitów. Św. Rafał Kalinowski jest patronem oficerów i żołnierzy, orędownikiem w sprawach trudnych.
    W ikonografii Święty przedstawiany jest podczas modlitwy, w habicie karmelity

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    Nie spowiadał się przez wiele lat i został… znanym spowiednikiem. Św. Rafał Kalinowski

    RAFAŁ KALINOWSKI

    MONKPRESS/East News

    ***

    Był błyskotliwy, zamożny i przystojny, miał charyzmę. Mógł robić w życiu niemal wszystko, ale miał problemy z podejmowaniem decyzji. Przeszedł kryzys wiary i przez 10 lat nie przystępował do sakramentów. Czyż to nie doskonały patron na nasze czasy? Poznajcie św. Rafała Kalinowskiego.

    Józef Kalinowski (kiedy wstąpił do karmelitów, przyjął imię Rafał) urodził się w 1835 r. w Wilnie. Był synem profesora matematyki i rozpoczął studia już jako 15-latek. Został inżynierem w wojsku carskim i szybko awansował w hierarchii wojskowej. Kiedy wybuchło powstanie styczniowe, został ministrem powstańczego rządu na Litwie. Skazany na zesłanie na Syberię, był człowiekiem, do którego garnęli się współtowarzysze niedoli.

    Później zajął się nauczaniem i wychowaniem księcia Augusta Czartoryskiego, i tu też osiągnął – można by powiedzieć – spektakularny sukces, bo jego podopieczny żył i umarł w opinii świętości, a po latach został beatyfikowany. A kiedy w wieku 42 lat został karmelitą, stał się cenionym kierownikiem duchowym. Dzisiaj jest uznawany za jednego z odnowicieli zakonu w Polsce.

    Św. Rafał Kalinowski. Dziecko szczęścia

    Gdyby patrzeć w ten sposób na życie świętego Rafała Kalinowskiego, było ono pasmem sukcesów. Jakże inaczej wyglądało widziane od środka! W rzeczywistości latami zmagał się on z wieloma przeciwnościami i wątpliwościami. Od młodości miał problemy ze zdrowiem.

    W powstaniu wziął udział wbrew swoim przekonaniom, bo jako wojskowy wiedział, że nie ma ono szans na powodzenie i uważał, że „nie krwi, której do zbytku przelało się na niwach Polski, ale potu ona potrzebuje”.

    Zesłanie na Syberię (początkowo został skazany na karę śmierci, którą zamieniono najpierw na ciężkie roboty, a potem na nakaz osiedlenia się w guberni irkuckiej) było bardzo ciężkim doświadczeniem.

    Żenić się czy nie żenić?

    Biografowie nie piszą o tym wprost, ale Józefa Kalinowskiego dopadło chyba też to, co bywa problemem wielu osób wybitnie uzdolnionych – przez wiele lat nie mógł się zdecydować, czemu się poświęcić, i zbyt łatwo porzucał rozpoczęte zajęcia. Np. zanim zaczął studia w Mikołajewskiej Szkole Inżynierii Wojskowej w Petersburgu, studiował przez dwa lata na uczelni rolniczej.

    Z Petersburga wyjechał, bo „męczyła go atmosfera tego miasta”, i udał się do pracy przy budowie linii kolejowej Odessa-Kijów-Kursk. Stamtąd, po roku, przeniósł się na własną prośbę do Brześcia nad Bugiem, gdzie pracował przy rozbudowie twierdzy. Całymi latami zastanawiał się, czy małżeństwo jest dla niego. Wstąpienie do zakonu też zajęło mu trochę czasu.

    Józef Kalinowski przeszedł też poważny kryzys wiary. Rozterki dopadły go w okresie studenckim. Przestał wówczas przystępować do sakramentów, a w kościele bywał od wielkiego dzwonu. Bodźcem do nawrócenia stały się mądre książki (m.in. Wyznania św. Augustyna i O naśladowaniu Chrystusa Tomasza a Kempis) i to, czego się naoglądał podczas powstania.

    Zapewne wielkie znaczenie miała też modlitwa matki i rodzeństwa w jego intencji. Już na zesłaniu, po 10 latach przerwy, przełamał swoje opory i przystąpił do spowiedzi.

    Jeden z zesłańców tak go wspominał: „Gdzie było jakie dziecko opuszczone, Kalinowski je uczył, gdzie chory do pilnowania, gdzie co przykrego do zrobienia, tam pierwszy był”. A on sam pisał: „Oprócz modlitwy nic nie mam, co bym ofiarował Panu Bogu, uważać ją mogę jako jedyny mój datek: pościć mi nie wolno, jałmużnę nie bardzo jest z czego dawać, do pracy sił nie ma, cierpieć i modlić się tylko mi zostaje. Większych jednak skarbów nie miałem nigdy i nie chcę więcej”.

    Gdy tylko pojawiła się taka możliwość, codziennie uczestniczył we mszy świętej i co tydzień się spowiadał.

    Pożyteczne błędy

    Kiedy wstąpił do karmelitów, okazało się, że błędy, które zrobił, i wątpliwości, z którymi się zmagał, pomagają mu – paradoksalnie – być lepszym zakonnikiem. Do jego konfesjonału ustawiały się kolejki. Dobrze rozumiał penitentów. Nie krytykował, tylko starał się pomóc. Miał dar przywracania spokoju osobom dręczonym przez niepokoje, lęki i skrupulanctwo.

    Sam był zawsze skupiony, zjednoczony z Bogiem, chętny do wyrzeczeń i umartwień. Tuż po święceniach kapłańskich (fakt, że późnych) został mistrzem nowicjatu, a zaledwie kilka miesięcy później – przeorem klasztoru w Czernej koło Krakowa. Założył dwa klasztory żeńskie (w Przemyślu i Lwowie) oraz klasztor męski i niższe seminarium duchowne w Wadowicach.

    Zakon karmelitów bosych, który w Polsce z powodu represji zaborców coraz bardziej się kurczył, zyskał dzięki niemu nowego ducha i wiele nowych powołań.

    Nasze ścieżki są czasem kręte, czasem trudne. Niekiedy całkiem schodzimy ze szlaku. Ale, jak widać, wystarczy „tylko” jedno – zwrócić się do Boga całym sercem, a wtedy On może ze wszystkiego wyprowadzić dobro. Czasem nawet możemy zobaczyć to już za życia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    19 listopada

    Błogosławiona Salomea, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Mechtylda z Hackeborn, dziewica
    Błogosławiona Salomea

    Salomea była córką księcia małopolskiego z dynastii Piastów – Leszka Białego i Grzymisławy z Rurykowiczów, księżniczki ruskiej. Urodziła się na przełomie 1211/1212 r. Szybko znalazła się w centrum polityki. Mając zaledwie 6 lat została zaręczona z księciem węgierskim Kolomanem (bratem św. Elżbiety Węgierskiej), co miało utrwalić pokój między Polską a Węgrami. Salomea poślubiła wkrótce Kolomana, od początku przyrzekając – za zgodą męża – zachowanie dziewictwa. W roku 1219, w wieku 8 lat, zasiadła z mężem na tronie halickim. Nie ma żadnego potwierdzenia, że była koronowana. Wkrótce potem, po klęsce w bitwie z wojskami księcia nowogrodzkiego Mścisława II Udałego, zostali zmuszeni do rezygnacji z Halicza i udali się na Węgry. W 1241 r. Koloman zmarł na skutek ran odniesionych w bitwie z Tatarami nad rzeką Sajo.
    Po jego śmierci niedoszła królowa Węgier wróciła do Polski. Bolesław Wstydliwy, jej młodszy brat, okazywał jej wielką serdeczność. Salomea nie chciała jednak pozostać na dworze książęcym, postanowiła bowiem poświęcić się życiu zakonnemu. Miała dość meandrów politycznych, pragnęła spokoju i ciszy. W 1245 r. wstąpiła do ufundowanego przez Bolesława Wstydliwego klasztoru klarysek w Zawichoście koło Sandomierza, gdzie zamieszkała wraz z pierwszymi polskimi klaryskami. Jej obłóczyn dokonał ówczesny prowincjał franciszkanów podczas kapituły w Sandomierzu. Z czasem jednak uświadomiono sobie, jak łatwo klasztor w Zawichoście może stać się łupem najazdów litewskich, ruskich, a zwłaszcza tatarskich.

    Jan Matejko: Błogosławiona Salomea

    Kilkanaście lat później Bolesław Wstydliwy uposażył drugi klasztor sióstr klarysek pod Krakowem, opodal miejscowości Skała, i tam w 1260 r. przeniósł siostry z Salomeą. Klasztor w Zawichoście przejęli franciszkanie. W Skale Salomea spędziła pozostałe lata swego życia. Choć nie była nigdy ksienią, jej troską było zabezpieczenie siostrom utrzymania. By również po jej śmierci klasztor nie cierpiał niedostatku, wyposażyła testamentem kościół klasztorny w kosztowne paramenty i naczynia liturgiczne. Zaopatrzyła również klasztor w odpowiednie książki. Założyła przy klasztorze miasto na prawie niemieckim. W 1268 r. poważnie rozchorowała się. W spisanym testamencie wszystko, co jeszcze miała, przekazała klasztorowi na utrzymanie mniszek. Zastrzegła wszakże, że w razie katastrofy, takiej jak pożar czy wojna, jej majątek może zostać przeznaczony na odbudowę klasztoru lub kościoła. Zmarła w opinii świętości 17 listopada 1268 r. i została pochowana pod kościołem klasztornym na Grodzisku. Przez kolejne pół roku trwał spór, do kogo powinny należeć jej śmiertelne szczątki: klaryski twierdziły, że do nich, bo była ich fundatorką w Polsce i współsiostrą, wśród nich żyła i umarła. Franciszkanie natomiast opierali się na tym, że wolą zmarłej było spocząć w Krakowie, w ich kościele, i że z ich rąk otrzymała habit. Dla tych racji relikwie bł. Salomei przewieziono do Krakowa, gdzie spoczywają do dzisiaj. Przeniesienie relikwii odbyło się bardzo uroczyście, wobec dworu książęcego, z udziałem św. Kingi (żony Bolesława Wstydliwego, czyli bratowej Salomei), a być może także bł. Jolenty, rodzonej siostry Kingi.
    Starania o kanonizację Salomei rozpoczęto zaraz po jej śmierci. Proces trwał długo, franciszkanie nie naciskali, a klaryski były za słabe, by podjąć się tak poważnego i kosztownego procesu kanonicznego. Dopiero w XVII w. na nowo rozpoczęto starania, uwieńczone szczęśliwie dekretem Klemensa X z 17 maja 1672 r., który zezwalał na jej kult.
    W ikonografii atrybutem bł. Salomei jest gwiazda uchodząca z jej ust w chwili śmierci.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 listopada

    Błogosławiona Karolina Kózkówna,
    dziewica i męczennica

    Błogosławiona Karolina Kózkówna

    Karolina urodziła się w podtarnowskiej wsi Wał-Ruda 2 sierpnia 1898 r. jako czwarte z jedenaściorga dzieci Jana Kózki i Marii z domu Borzęckiej. Pięć dni później otrzymała chrzest w kościele parafialnym w Radłowie. Jej rodzice posiadali niewielkie gospodarstwo. Pracowała z nimi na roli. Wzrastała w atmosferze żywej i autentycznej wiary, która wyrażała się we wspólnej rodzinnej modlitwie wieczorem i przy posiłkach, w codziennym śpiewaniu Godzinek, częstym przystępowaniu do sakramentów i uczestniczeniu we Mszy także w dzień powszedni. Ich uboga chata była nazywana “kościółkiem”. Krewni i sąsiedzi gromadzili się tam często na wspólne czytanie Pisma świętego, żywotów świętych i religijnych czasopism. W Wielkim Poście śpiewano tam Gorzkie Żale, a w okresie Bożego Narodzenia – kolędy.
    Karolina od najmłodszych lat ukochała modlitwę i starała się wzrastać w miłości Bożej. Nie rozstawała się z otrzymanym od matki różańcem – modliła się nie tylko w ciągu dnia, ale i w nocy. We wszystkim była posłuszna rodzicom, z miłością i troską opiekowała się licznym młodszym rodzeństwem. W 1906 roku rozpoczęła naukę w ludowej szkole podstawowej, którą ukończyła w 1912 roku. Potem uczęszczała jeszcze na tzw. naukę dopełniającą trzy razy w tygodniu. Uczyła się chętnie i bardzo dobrze, z religii otrzymywała zawsze wzorowe oceny, była pracowita i obowiązkowa.
    Do Pierwszej Komunii św. przystąpiła w roku 1907 w Radłowie, a bierzmowana została w 1914 r. przez biskupa tarnowskiego Leona Wałęgę w nowo wybudowanym kościele parafialnym w Zabawie.
    Duży wpływ na duchowy rozwój Karoliny miał jej wuj, Franciszek Borzęcki, bardzo religijny i zaangażowany w działalność apostolską i społeczną. Siostrzenica pomagała mu w prowadzeniu świetlicy i biblioteki, do której przychodziły często osoby dorosłe i młodzież. Prowadzono tam kształcące rozmowy, śpiewano pieśni religijne i patriotyczne, deklamowano utwory wieszczów.
    Karolina była urodzoną katechetką. Nie poprzestawała na tym, że poznała jakąś prawdę wiary lub usłyszała ważne słowo; zawsze spieszyła, by przekazać je innym. Katechizowała swoje rodzeństwo i okoliczne dzieci, śpiewała z nimi pieśni religijne, odmawiała różaniec i zachęcała do życia według Bożych przykazań. Wrażliwa na potrzeby bliźnich, chętnie zajmowała się chorymi i starszymi. Odwiedzała ich, oddając im różne posługi i czytając pisma religijne. Przygotowywała w razie potrzeby na przyjęcie Wiatyku. W swojej parafii była członkiem Towarzystwa Wstrzemięźliwości oraz Apostolstwa Modlitwy i Arcybractwa Wiecznej Adoracji Najświętszego Sakramentu.

    Błogosławiona Karolina Kózkówna

    Zginęła w 17. roku życia 18 listopada 1914 roku, na początku I wojny światowej. Carski żołnierz uprowadził ją przemocą i bestialsko zamordował, gdy broniła się pragnąc zachować dziewictwo. Po kilkunastu dniach, 4 grudnia 1914 r., w pobliskim lesie znaleziono jej zmasakrowane ciało. Tragedia jej śmierci nie miała świadków.
    Pogrzeb sprawowany w niedzielę 6 grudnia 1914 r. zgromadził ponad 3 tysiące żałobników i był wielką manifestacją patriotyczno-religijną okolicznej ludności, która przekonana była, że uczestniczy w pogrzebie męczennicy. Tak rozpoczął się kult Karoliny. Pochowano ją początkowo na cmentarzu grzebalnym, ale w 1917 roku bp Wałęga przeniósł jej ciało do grobowca przy parafialnym kościele we wsi Zabawa.
    W trakcie procesu beatyfikacyjnego 6 października 1981 r. przeprowadzono ekshumację i pierwsze rozpoznanie doczesnych szczątków Karoliny; złożono je w sarkofagu w kruchcie kościoła w Zabawie. Rekognicję kanoniczną i przełożenie doczesnych szczątków Karoliny do nowej trumny przeprowadzono w marcu 1987 r., po ogłoszeniu dekretu o męczeństwie służebnicy Bożej.
    10 czerwca 1987 r. w Tarnowie św. Jan Paweł II beatyfikował Karolinę. W czasie Mszy beatyfikacyjnej powiedział: “Święci są po to, ażeby świadczyć o wielkiej godności człowieka. Świadczyć o Chrystusie ukrzyżowanym i zmartwychwstałym dla nas i dla naszego zbawienia – to znaczy równocześnie świadczyć o tej godności, jaką człowiek ma wobec Boga. Świadczyć o tym powołaniu, jakie człowiek ma w Chrystusie”.
    Uroczystym rozpoczęciem kultu bł. Karoliny była translokacja relikwii – przeniesienie trumny z przedsionka kościoła i złożenie jej w sarkofagu pod mensą głównego ołtarza jej parafialnego kościoła.
    Kilka lat temu przy Diecezjalnym Sanktuarium bł. Karoliny w Zabawie poświęcono kaplicę Męczenników i Ofiar Przemocy, a obecnie trwa budowa Pomnika Ofiar Wypadków Komunikacyjnych, który jest pierwszym etapem powstania Centrum Leczenia Traumy Powypadkowej.
    Bł. Karolina Kózkówna jest patronką Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży (KSM) i Ruchu Czystych Serc.
    W ikonografii przedstawiana jest z palmą w ręce.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    18 listopada

    Święty Odo z Cluny, opat

    Święty Odo z Cluny

    Odo (Odon) urodził się ok. roku 878 w Akwitanii (Francja) jako syn rycerza Abbona. Wychowywał się na dworze księcia Wilhelma Akwitańskiego. Kiedy miał 19 lat, został – chociaż nie miał święceń – kanonikiem przy katedrze w Tours dla pobierania części dochodu. Ani stosunki dworskie owych czasów, ani kościelne nie odpowiadały prawemu charakterowi Odona. Służbę bowiem tak świecką, jak i duchowną Odo pojmował jako powołanie Boże, podczas gdy powszechnie traktowano je jako okazję do zdobywania godności, urzędów i dochodów z nimi związanych. Dlatego Odo wstąpił do benedyktynów w Baume. Miał wówczas 30 lat. Wybrał sobie to opactwo celowo, gdyż kwitła w nim karność i obserwancja zakonna.
    Przełożonym opactwa w Baume był wówczas Berno. Upatrzył on sobie Odona na swojego następcę. Tak się też stało w roku 924. Kiedy Odo miał już 46 lat, objął kierownictwo nad opactwami w Baume i w Cluny. Kiedy jednak okazało się niemożliwe prowadzenie dwóch odległych od siebie opactw, zrezygnował z opactwa w Baume, które nie potrzebowało reform, pozostając przełożonym opactwa w Cluny. Najpierw zabrał się do jego rozbudowy. Następnie pomyślał o zabezpieczeniu mnichom utrzymania. Teraz zabrał się do reformy wewnętrznej. Za wzór obrał sobie św. Benedykta z Anianu, którego nazwano “drugim ojcem benedyktynów” dla reform, jakie przeprowadził w zakonie (+ 821).
    Pan Bóg pobłogosławił dziełu. Opactwo zaczęło rosnąć. Coraz liczniej zgłaszali się do niego kandydaci. Przykład pociągnął także inne klasztory, które również zapragnęły reformy. Tak więc w roku 937 już 17 opactw zgłosiło swój akces do reformy kluniackiej – we Francji i we Włoszech. Błogosławieństwem dla opactwa w Cluny było to, że przez szereg lat sprawowali w nich władzę zwolennicy reformy – święci opaci. Dzieło, zapoczątkowane przez Odona, nie tylko się utrzymało, ale niebawem tak się rozpowszechniło, że objęło niemal wszystkie benedyktyńskie ośrodki w liczbie ok. 2 tys.
    Odon przeprowadzał swoje reformy w ścisłym porozumieniu z Rzymem, dokąd udawał się kilka razy. W czasie jednej z takich podróży zmarł w drodze powrotnej w Tours 18 listopada 942 roku w wieku 64 lat. Pochowano go w kościele św. Juliana, w krypcie pod ołtarzem głównym. Kiedy w XVI w. protestanci zajęli wiele miejscowości we Francji, dla bezpieczeństwa przeniesiono relikwie św. Odona do Isle-Jourdain.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________

    Św. Odon z Cluny

    Św. Odon z Cluny

    Opactwo benedyktyńskie w Cluny/fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Postać św. Odona, opata Cluny sytuuje się w owym średniowieczu monastycznym, w którym nastąpiło zaskakujące spopularyzowanie się w Europie życia i duchowości, inspirowanych Regułą św. Benedykta.

    Katecheza Benedykta XVI z 2 września 2009.

    Drodzy bracia i siostry,

    po długiej przerwie chciałbym powrócić do prezentacji wielkich Pisarzy Kościoła Wschodu i Zachodu z czasów średniowiecza, albowiem w ich życiu i w ich pismach widzimy niczym w zwierciadle, co to znaczy być chrześcijaninem. Dziś proponuję wam świetlaną postać św. Odona, opata Cluny: sytuuje się ona w owym średniowieczu monastycznym, w którym nastąpiło zaskakujące spopularyzowanie się w Europie życia i duchowości, inspirowanych Regułą św. Benedykta. W owych stuleciach doszło do cudownego pojawienia się i rozmnożenia klasztorów, które rozgałęziwszy się na kontynencie, szerzyły na nim ducha i wrażliwość chrześcijańską. Św. Odon prowadzi nas w szczególności do jednego klasztoru – w Cluny, który w średniowieczu należał do najznakomitszych i najsławniejszych, a i dziś jeszcze jego majestatyczne ruiny są znakiem chwalebnej przeszłości ze względu na intensywne oddanie się ascezie, nauce, a zwłaszcza kultowi Bożemu, spowitemu w dostojeństwo i piękno.

    Odon był drugim opatem Cluny. Urodził się około roku 880, na pograniczu Maine i Touranie we Francji. Ojciec poświęcił go św. biskupowi Marcinowi z Tours, w którego dobroczynnym cieniu i w którego pamięci spędził potem całe życie, kończąc je w pobliżu jego grobu. Wybór konsekracji zakonnej poprzedziło u niego doznanie szczególnego momentu łaski, o którym sam opowiadał jednemu z mnichów, Janowi Włochowi, który został w przyszłości jego biografem. Odon był wtedy w wieku dojrzewania, miał około szesnastu lat, gdy w wigilię Bożego Narodzenia poczuł, że samorzutne płynie z jego ust następująca modlitwa do Dziewicy: „Pani moja, Matko Miłosierdzia, Tyś tej nocy wydała na świat Zbawiciela; bądź łaskawie dla mnie Orędowniczką. Uciekam. się, najlitościwsza, do Twego Syna, któregoś w sposób tak chwalebny i nie­zwykły zrodziła, nakłoń ucha swego miłosierdzia na moje prośby” (Vita sancti Odonis, I,9: PL 133,747). Odtąd za pomocą określenia „Matka Miłosierdzia”, którego młody Odon użył wówczas do Maryi Panny, zwracać się będzie zawsze do Maryi, nazywając Ją także „jedyną nadzieją świata (…), dzięki której otwarte nam zostały bramy raju” (In veneratione S. Mariae Magdalenae: PL 133,721). W owym czasie zetknął się z Reguła św. Benedykta i zaczął przestrzegać jej niektórych nakazów, „nosząc, choć nie był jeszcze mnichem, lekkie brzemię mnisie” (tamże, I,14: PL 133,50). W jednym z kazań Odon wysławiać będzie Benedykta jako „światło, co świeci na ciemnym etapie tego życia” (De sancto Benedicto abbate: PL 133,725) i nazwie go „mistrzem dyscypliny duchowej” (tamże, PL 133,727). Z miłością podkreśli, że pobożność chrześcijańska „z żywą słodyczą wspomina” go, mając świadomość, że Bóg wyniósł go „pośród najwyższych i wybranych Ojców Kościoła świętego” (tamże.: PL 133,722).

    Zafascynowany ideałem benedyktyńskim Odon opuścił Tours i wstąpił jako mnich do opactwa benedyktyńskiego w Baume, by następnie przejść do Cluny, którego w 927 r. został opatem. Z tego ośrodka życia duchowego mógł wywierać wielki wpływ na klasztory kontynentu. Z jego kierownictwa i jego reformy korzystały także we Włoszech liczne klasztory, w tym św. Pawła za Murami. Odon kilka razy odwiedził Rzym, docierając także do Subiaco, Montec Cassino i Salerno. To właśnie w Rzymie zachorował latem 942 r. Czując zbliżający się koniec, ze wszystkich sił pragnął powrócić do swego św. Marcina z Tours, gdzie zmarł w oktawie wspomnienia świętego, 18 listopada 942 roku. Biograf, podkreślając u Odona „cnotę cierpliwości”, wymienia długą listę innych jego cnót, jak pogarda dla świata, gorliwość za dusze, zaangażowanie na rzecz pokoju w Kościele. Wielkim pragnieniem opata Odona była zgoda między królami i książętami, przestrzeganie przykazań, troska o biednych, naprawa młodzieży, szacunek dla starszych (por. Vita sancti Odonis, I,17: PL 133,49). Kochał małą celę, w której mieszkał, „niewidziany przez nikogo i zabiegający o to, by podobać się tylko Bogu” (tamże, I,14: PL 133,49). Nie omieszkał jednak, jako „źródło obfite”, sprawować posługi słowa i przykładu, „płacząc nad ogromem nędzy tego świata” (tamże, I,17: PL 133,51). W jednym tylko mnichu, komentował jego biograf, znajdowały się zgromadzone rozmaite cnoty, występujące w rozproszeniu w innych klasztorach: „Jezus w swojej dobroci, czerpiąc z wielu ogrodów mniszych, tworzył w niewielkim miejscu raj, aby nawodnić z jego źródła serca wiernych” (tamże, I,14: PL 133,49).

    W jednym z fragmentów kazania ku czci Marii z Magdali opat Cluny ujawnia nam, jak pojmował życie monastyczne: „Maryja, która siedząc u stóp Pana, z uwagą słuchała Jego słowa, jest symbolem słodyczy życia kontemplacyjnego, którego smak, im bardziej się go kosztuje, tym bardziej prowadzi dusze do oderwania się od rzeczy widzialnych i wrzawy trosk tego świata” (In ven. S. Mariae Magd., PL 133,717). Rozumienie to Odon potwierdza i rozwija w innych swoich pismach, z których przebija miłość do tego, co wewnętrzne, postrzeganie świata jako rzeczywistości kruchej i tymczasowej, od której należy się wyrwać, stała skłonność do dystansu wobec rzeczy uważanych za źródło niepokoju, wyostrzona wrażliwość na obecność zła w rożnych kategoriach ludzi, wewnętrzne dążenie eschatologiczne. Ta wizja świata może wydać się dość odległa od naszej, jednakże w ujęciu Odona jest ona pojęciem, które dostrzegając kruchość świata, dowartościowuje życie wewnętrzne, otwarte na drugiego, na miłość bliźniego i właśnie w ten sposób odmienia istnienie i otwierają świat na światło Boże.

    Na szczególną uwagę zasługuje „nabożeństwo” do Ciała i Krwi Chrystusa, które Odon, w obliczu powszechnego zaniedbania, nad którym bardzo ubolewał, stale z przekonaniem kultywował. Był bowiem stanowczo przekonany o rzeczywistej obecności, pod postaciami eucharystycznymi, Ciała i Krwi Pańskiej, na mocy „substancjalnej” przemiany chleba i wina. Pisał: „Bóg, Stwórca wszystkiego, wziął chleb, mówiąc, że to Jego Ciało i że ofiaruje je za świat oraz rozlał wino, nazywając je swoją Krwią”; oto „do praw natury należy przemiana zgodnie z rozkazem Stwórcy”; oto zatem „natura odmienia zaraz swój zwykły stan: bezzwłocznie chleb staje się ciałem a wino staje się krwią”; na rozkaz Pana „zmienia się substancja” (Odonis Abb. Cluniac. occupatio, ed. A. Swoboda, Lipsia 1900, str. 121).

    Niestety, odnotowuje nasz opat, ta „przenajświętsza tajemnica Ciała Pańskiego, w której zawiera się całe zbawienie świata” (Collationes, XXVIII: PL 133,572), sprawowana jest niedbale. „Kapłani – ostrzegał – którzy przystępują niegodnie do ołtarza, plamią chleb, to jest Ciało Chrystusa” (tamże, PL 133,572-573). Tylko ten, kto jest duchowo zjednoczony z Chrystusem, może godnie spożywać Jego Ciało eucharystyczne: w przeciwnym razie spożywanie Jego ciała i picie Jego krwi przyniesie nie korzyść, lecz potępienie (por. tamże, XXX, PL 133,575). Wszystko to zachęca nas, byśmy uwierzyli z nową mocą i głębią w prawdę o obecności Pana. Obecność wśród nas Stwórcy, który oddaje się w nasze ręce i przemienia nas, jak przemienia chleb i wino, przemienia tym samym świat.

    Św. Odon był prawdziwym przewodnikiem duchowym zarówno dla mnichów, jak i dla wiernych swoich czasów. W obliczu „szerzenia się przywar” rozpowszechnionych w społeczeństwie, lekarstwem, jakie zdecydowanie proponował, była radykalna przemiana życia, oparta na pokorze, prostocie, dystansie wobec rzeczy ulotnych i przylgnięcie do rzeczy wiecznych (por. Collationes, XXX, PL 133, 613). Mimo realizmu jego diagnozy sytuacji jego czasów, Odon nie popada w pesymizm: „Nie mówimy tego – wyjaśnia – by popchnąć do rozpaczy tych, którzy chcieliby się nawrócić. Miłosierdzie Boże jest zawsze dostępne; czeka na godzinę naszego nawrócenia” (tamże: PL 133,563). I woła: „O niewysłowiona głębio Bożej litości! Bóg ściga winy, ale chroni grzeszników” (tamże: PL 133,592). Opierając się na tym przekonaniu opat Cluny, lubił rozważać miłosierdzie Chrystusa, Zbawiciela, którego sugestywnie nazywał „kochankiem ludzi”: „amator hominum Christus” (tamże, LIII: PL 133,637). Jezus wziął na siebie plagi, które nam się należały – zauważa – by zbawić w ten sposób stworzenie, które jest Jego dziełem i które umiłował (por. tamże: PL 133, 638).

    Jawi się tu rys świętego opata na pierwszy rzut oka niemal ukryty pod rygorem jego surowości reformatora: głęboka dobroć jego duszy. Był surowy, przede wszystkim jednak był dobry, był człowiekiem wielkiej dobroci, która pochodziła z kontaktu z dobrocią Bożą. Odon, jak mówią nam współcześni mu, promieniował wokół siebie radością, którą był przepełniony. Jego biograf zapewnia, że nigdy nie słyszał z ust człowieka „takiej słodyczy słowa” (tamże, I,17: PL 133,31). Zwykł był, wspomina biograf, zapraszać do śpiewu chłopców spotykanych na drodze, aby potem obdarzyć ich niewielkim darem i dodaje: „Jego słowa pełne były wysławiania [Pana], radość jego budziła w naszym sercu wewnętrzną radość” (tamże, II, 5: PL 133,63).W ten sposób energiczny a zarazem sympatyczny średniowieczny opat, pasjonujący się reformą, swym działaniem podsycał w mnichach, jak również w wiernych świeckich swoich czasów, zamiary kroczenia szybkim krokiem na drodze chrześcijańskiej doskonałości.

    Chcemy mieć nadzieję, że jego dobroć, radość, jaka płynie z wiary, w połączeniu z surowością i sprzeciwem wobec przywar świata, poruszą także nasze serca, abyśmy również my mogli znaleźć źródło radości, jaka pochodzi z dobroci Boga.

    Benedykt XVI

    wiara.pl 

    ______________________________________________________________________________________________________________


    17 listopada

    Święta Elżbieta Węgierska

    Zobacz także:
      •  Święty Grzegorz Cudotwórca, biskup
      •  Święty Grzegorz z Tours, biskup
    Święta Elżbieta Węgierska

    Elżbieta urodziła się w 1207 r. w Bratysławie lub na zamku w Sarospatah jako trzecie dziecko Andrzeja II, króla Węgier, i Gertrudy, siostry św. Jadwigi Śląskiej. Miała zaledwie 4 lata, gdy została zaręczona z Ludwikiem IV, późniejszym landgrafem Turyngii. Wychowywała się wraz z nim na zamku Wartburg. Wyszła za niego za mąż zgodnie z zamierzeniem swojego ojca dopiero 10 lat później, w roku 1221, mając 14 lat. Z małżeństwa urodziło się troje dzieci: Herman, Zofia i Gertruda. Po 6 latach, w 1227 r. Ludwik zmarł podczas wyprawy krzyżowej w Brindisi we Włoszech. Tak więc Elżbieta została wdową mając 20 lat.Zgodnie z frankońskim prawem spadkowym, opuściwszy wraz z dziećmi Wartburg, Elżbieta zamieszkała najpierw w pobliskim Eisenach, a następnie w Marburgu, gdzie ufundowała szpital, w którym sama chętnie usługiwała. Oddała się wychowaniu dzieci, modlitwie, uczynkom pokutnym i miłosierdziu. Jej spowiednikami byli franciszkanin Rudiger i norbertanin Konrad z Marburga, słynny kaznodzieja i inkwizytor na Niemcy, mąż bardzo surowy. Prowadził ją drogą niezwykłej pokuty. W 1228 r. Elżbieta złożyła ślub wyrzeczenia się świata i przyjęła jako jedna z pierwszych habit tercjarki św. Franciszka.

    Święta Elżbieta Węgierska

    Ostatnie lata spędziła w skrajnym ubóstwie, oddając się bez reszty chorym i biednym. Zmarła w nocy z 16 na 17 listopada 1231 r. Sława jej świętości była tak wielka, że na jej grób zaczęły przychodzić pielgrzymki. Konrad z Marburga, korzystając ze swego stanowiska inkwizytora, napisał jej żywot i zwrócił się do Rzymu z formalną prośbą o kanonizację. Papież Grzegorz IX bezzwłocznie wysłał komisję dla zbadania życia Elżbiety i cudów, jakie miały się dziać przy jej grobie. Stwierdzono wówczas ok. 60 niezwykłych wydarzeń. Sprawę poparł także metropolita Moguncji i św. Rajmund z Peñafort. Po 4 latach Grzegorz IX bullą z 27 maja 1235 r. ogłosił uroczyście Elżbietę świętą. Jest patronką elżbietanek (zgromadzenia założonego w Nysie w 1842 r., prowadzącego liczne dzieła w Polsce), elżbietanek cieszyńskich (założonych w XVII w. w Akwizgranie) oraz Franciszkańskiego Zakonu Świeckich; jest także patronką Niemiec i Węgier. Jej imię przyjęło jako swoją nazwę kilka zgromadzeń zakonnych i dzieł katolickich.
    W ikonografii św. Elżbieta przedstawiana jest w stroju królewskim albo z naręczem róż w fartuchu. Powstała bowiem legenda, że mąż zakazał jej rozdawać ubogim pieniądze i chleb. Gdy pewnego razu przyłapał ją na wynoszeniu bułek w fartuchu i kazał jej pokazać, co niesie, zobaczył róże, mimo że była to zima. Jej atrybutami są także: kilka monet i różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    16 listopada

    Najświętsza Maryja Panna Ostrobramska
    Matka Miłosierdzia

    Zobacz także:
      •  Święta Małgorzata Szkocka
      •  Święta Gertruda Wielka, dziewica
      •  Rzymskie bazyliki świętych Apostołów Piotra i Pawła
      •  Święta Agnieszka z Asyżu, dziewica
      •  Święci męczennicy Roch Gonzalez, Alfons Rodriguez i Jan de Castillo
    Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;
    Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
    Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
    Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
    I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
    Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
    Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem,
    (Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę
    Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę
    I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu
    Iść za wrócone życie podziękować Bogu),
    Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.
    Adam Mickiewicz – “Pan Tadeusz” (Inwokacja)

    Ostra Brama w Wilnie

    Zarówno cudowny obraz, jak i kaplica, w której się mieści, oraz sama Ostra Brama mają bogatą historię, ściśle wiążącą się z historią rozbudowy Wilna. Na przełomie XV i XVI w. postanowiono otoczyć je murem obronnym. Powstało dziewięć bram miejskich, z których jedna (jedyna zachowana do naszych czasów) nosiła nazwę Miednickiej, inaczej Krewskiej. Nieco później przyjęła się inna nazwa bramy – Ostra. Zgodnie z tradycją na bramach obronnych zawieszano święte obrazy. Ostra Brama po obu jej stronach również miała własne obrazy, które po pewnym czasie uległy zniszczeniu. Jednym z tych obrazów był wizerunek Matki Bożej. Z czasem miejsce to stało się miejscem modlitwy do Maryi.
    Kult Matki Miłosierdzia z Ostrej Bramy jest ogromny i niezrównany w swej sile. Sięga drugiej połowy XVII w. i wiąże się z obroną murów miasta. Jednakże wyraźne jego wzmożenie nastąpiło w I połowie XVIII w. Szczególny rozwój czci Matki Miłosierdzia nastąpił po rozbiorach Polski. W 1993 roku modlił się w kaplicy w Ostrej Bramie św. Jan Paweł II. Ofiarował wtedy Matce Bożej Miłosierdzia złotą różę. Kult Matki Bożej Ostrobramskiej jest ciągle żywy i obecny nie tylko na terenie Litwy, ale także w sąsiednich krajach. W Polsce około 30 parafii ma za patronkę Matkę Bożą Ostrobramską.Oryginalny obraz jest namalowany temperą na ośmiu dębowych deskach, jest więc duży. W późniejszych latach obraz został przemalowany farbą olejną; zmieniono także wizerunek Matki Bożej (zamalowano m.in. pukiel włosów wymykający się spod chusty i skrócono palce dłoni). Nie znamy twórcy obrazu. Namalowano go prawdopodobnie w I poł. XVII wieku na wzór obrazu Martina de Vosa – flamandzkiego artysty. Dzisiaj odrzuca się całkowicie wersję o wschodnim pochodzeniu obrazu, który miał przywieźć z wyprawy książę litewski Olgierd w XIV wieku, jak też i to, że Matka Boża ma twarz Barbary Radziwiłłówny.

    Najświętsza Maryja Panna Ostrobramska

    Głowę Matki Bożej zdobią dwie korony. Pierwsza pochodzi z końca XVII wieku, w XIX wieku ozdobiona została klejnotami ofiarowanymi jako wota. Druga korona, z połowy XVIII wieku, podtrzymywana jest przez dwa aniołki i ozdobiona sztucznymi kamieniami. 2 lipca 1927 r. odbyła się uroczysta koronacja obrazu złotymi koronami. Dokonał jej arcybiskup metropolita warszawski kard. Aleksander Kakowski w obecności prezydenta Ignacego Mościckiego i marszałka Józefa Piłsudskiego.
    Obraz przedstawia pochyloną Madonnę bez Dzieciątka. Głowę otoczoną promienną aureolą Maryja lekko pochyla w lewo, smukłą szyję zdobi szal. Jej twarz jest pociągła, półprzymknięte oczy dodają jej powagi; ręce trzyma skrzyżowane na piersiach.Ostra Brama wiąże się również w istotny sposób z kultem Miłosierdzia Bożego. Obraz Miłosierdzia Bożego został namalowany w Wilnie i wystawiony publicznie właśnie w Ostrej Bramie (26-28 kwietnia 1935 r.). Tu też św. Faustyna miała wizję triumfu obrazu Miłosierdzia Bożego.Bardzo silne są też związki św. Jana Pawła II z Ostrą Bramą:
    “W momencie mojego wyboru na Stolicę Piotrową pomyślałem o Matce Najświętszej z Ostrej Bramy” (6 września 1993 r.); “Niedługo po tym, jak niezbadanym wyrokiem Bożym zostałem wybrany na Stolicę Piotrową, udałem się do litewskiej kaplicy Matki Miłosierdzia w podziemiach Bazyliki Watykańskiej. I tam, u stóp Najświętszej Dziewicy, modliłem się za was wszystkich” (8 września 1993 r.).
    Opiece Matki Miłosierdzia św. Jan Paweł II przypisuje uratowanie z zamachu z 13 maja 1981 r.: “Kiedy mogłem kontemplować oblicze Matki Bożej w sanktuarium w Ostrej Bramie w Wilnie, skierowałem do Niej słowa wielkiego polskiego poety, Adama Mickiewicza: «Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie! (…) Jak mnie (…) do zdrowia powróciłaś cudem!». Powiedziałem to na koniec modlitwy różańcowej odmówionej w sanktuarium ostrobramskim. I głos mi się załamał…” (13 maja 1994 r.).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Panno Święta co w Ostrej świecisz Bramie

    (fot. Andrzej Sidor / Forum)

    ***

    W Wilnie i w Białystoku Święto Najświętszej Maryi Panny Ostrobramskiej (16 listopada) jest celebrowane ze szczególną czcią. Poprzedza je Nowenna Opieki Matki Miłosierdzia, która odprawiana jest od 375 lat. Matka Ostrobramska stała się dla Polaków żyjących na dawnych Kresach Rzeczypospolitej najukochańszą Orędowniczką i Opiekunką. Żołnierze Niezłomni z tych stron z dumą nosili ryngrafy Matki Ostrobramskiej. I dziś, na terenie dawnej archidiecezji wileńskiej, w każdym domu ścianę zdobi wizerunek Matki Miłosierdzia.

    Pierwotnie nabożeństwo Nowenny Opieki Matki Miłosierdzia odprawiane było przez 300 lat w wileńskiej Ostrej Bramie. Do białostockiej fary przeniósł je, wygnany przez Sowietów z Wilna w 1945 roku, metropolita wileński ksiądz arcybiskup Romuald Jałbrzykowski. Od tamtego czasu, do roku 1991, Białystok był stolicą archidiecezji Wileńskiej. Od 1977 roku Nowenna jest odprawiana w specjalnej kaplicy katedry białostockiej, poświęconej przez ówczesnego kardynała metropolitę krakowskiego Karola Wojtyłę. W kaplicy znajduje się wierna kopia Wizerunku Ostrobramskiego. W 1995 roku słynący łaskami obraz został ukoronowany papieskimi koronami. Natomiast w tym roku ołtarz ten, po przebudowie i remontach, został ponownie poświęcony. Jest on teraz przepiękny i gromadzi rzesze wiernych. Temat tegorocznej Nowenny związany jest z nauczaniem i osobą bł. ks. Jerzego Popiełuszki, w 40. rocznicę jego męczeńskiej śmierci i brzmi: „Bądź silny miłością. Maryja w życiu i nauczaniu bł. ks. Jerzego Popiełuszki”.

    Do święta Najświętszej Maryi Panny Ostrobramskiej – Matki Miłosierdzia, przygotowuje się też Wilno, a w nim oczywiście Ostra Brama. Przygotowaniem tym jest specjalny Odpust Najświętszej Maryi Panny Ostrobramskiej – Matki Miłosierdzia. Trwa on od 10 do 17 listopada. Tegorocznym hasłem odpustu są słowa „Maryjo wstawiaj się za nami”. W Wilnie, podczas ośmiu dni poprzedzającej święto, w Kaplicy Ostrobramskiej i kościele św. Teresy odprawionych zostanie aż 70 Mszy św. Wszystkie Eucharystie i Nabożeństwa są celebrowane nie tylko w językach litewskim i polskim, ale też angielskim, rosyjskim, białoruskim, ukraińskim, włoskim, francuskim i hiszpańskim. Bowiem w te dni do Ostrej Bramy w Wilnie ściągają czciciele Matki Bożej z całego świata.

    Kult Matki Boskiej Ostrobramskiej początkami swymi sięga II połowy XVI wieku. Wówczas to na świeżo wzniesionych murach obronnych Wilna, na bramie zwanej Miednicką lub Krewską, a ostatecznie – Ostrą, zawieszono wizerunek Matki Bożej. Dziś nie wiadomo jak wyglądał ten pierwotny wizerunek Maryi, gdyż został on zniszczony podczas działań wojennych w pierwszej połowie XVII. Po ich zakończeniu, i remoncie murów, tym razem od strony miasta, na Ostrej Bramie, w miejsce zniszczonego obrazu, zawieszono – nowy, znany dziś, wizerunek Madonny. Od strony zewnętrznej, nad bramą umieszczono obraz Chrystusa Salwatora (Zbawiciela).

    Większość znawców historii Ostrej Bramy uważa, że obraz Matki Miłosierdzia  został namalowany w XVI wieku w Wilnie przez nieznanego autora szkoły włoskiej, ale są też tacy którzy jego powstanie wiążą z Krakowem. Tak naprawdę, do dziś nie wiadomo kto, kiedy i gdzie namalował ten niezwykły obraz Matki Bożej. Wiadomo natomiast, że do rozszerzenia jego kultu bardzo mocno przyczynili się karmelici bosi, którzy przy Ostrej Bramie, w roku 1626, wybudowali klasztor i kościół pw. św. Teresy. Nie mały udział w rozsławieniu cudownego wizerunku Maryi miał też Adam Mickiewicz, który uczynił to poprzez umieszczenie w inwokacji „Pana Tadeusza” słynnej strofy:

    Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
    I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
    Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
    Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem, […]
    Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.

    W dużej mierze, dzięki tym pełnym wiary, słowom narodowego wieszcza cudowny wizerunek, który przedstawia Matkę Boską w stanie błogosławionym, z długimi, delikatnymi palcami dłoni, złożonych na piersiach, lekko skłonioną głową, nakrytą chustką i złotym wotywnym półksiężycem, umieszczonym na dole obrazu, jest od wieków jest znany i czczony w całej Polsce. Największą czcią cieszy się na terenach dawnej archidiecezji wileńskiej.

    Matka Miłosierdzia była „podporą” tych co walczyli z bezbożną komuną. Kresowi Niezłomni, na czele z żołnierzami słynnej V Brygady Wileńskiej AK, dowodzonej przez majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”. Świadczy o tym nagminne noszenie przez żołnierzy podziemia tzw. ryngrafów wileńskich, czyli z wizerunkiem Matki Miłosierdzia. Ryngraf wileński Niezłomni umieszczali na mundurze, po lewej stronie na sercu. Nosili je praktycznie zawsze podczas działań wojennych i bojowych. W powojennej rzeczywistości noszenie takich ryngrafów równało się często karze śmierci bez sądu. Pomimo to Niezłomni je z dumą nosili. Na ryngrafach tych grawerowali albo wydrapywali daty, pseudonimy, nazwy swych jednostek takich jak NSZ, WiN, NZW czy też słowa modlitwy.

    Kult Matki Bożej Miłosierdzia Ostrobramskiej łączy się dziś ściśle z kultem Miłosierdzia Bożego, którego orędzie przekazał św. Faustynie Kowalskiej w objawieniach sam Chrystus. Nie przypadkiem czczony obecnie na całym świecie obraz Jezusa Miłosiernego, powstał właśnie w Wilnie, blisko Ostrej Bramy. Jak naucza Kościół „Maryja jest Tą, która w sposób szczególny i wyjątkowy doświadczyła miłosierdzia, a równocześnie też w sposób wyjątkowy okupiła swój udział w objawieniu się miłosierdzia Bożego ofiarą serca. Ona najlepiej zna tajemnicę Bożego miłosierdzia. Wie, ile ono kosztowało i wie, jak wielkie ono jest”.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ________________________________________________________________________________

    fot. Dorota Niedźwiecka/Tygodnik Niedziela

    ***

    Najświętsza Panno, której istność niezrównana stanowiła
    po tylekroć natchnienie wielkiej poezji u wszystkich narodów katolickich, któraś nad naszych wieszczów głowami rozpalała
    gwiazdy, zaiste gwiazdy przewodnie narodu,
    która, w otoczeniu wszystkich sztuk, szlachetne myśli jeszcze bardziej uszlachetniasz,
    której uśmiechy nad Boskim Dzieciątkiem i łza pod Krzyżem – były i są stale nasieniem poezji, malarstwa, rzeźby, architektury, muzyki – podnieś myśli nasze ponad małostki życia,
    uproś nam u Syna Twego, który raczył być
    człowiekiem, wielki zaczyn życia, zdatność do wielkości. Módlmy się o wstawiennictwo Twoje, by każdy z nas według możności swojej mógł
    przyczynić się do tego, byś królowała Polsce wielkiej przed Bogiem, Polsce rzucającej na szalę
    historii chrześcijańskie walory!

    Modlitwa do NMP ułożona przez profesora Uniwersytetu Wileńskiego Feliksa Konecznego

    ______________________________________________________________________________________________________________


    15 listopada

    Święty Albert Wielki, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Leopold III
      •  Święty Dydak z Alcali, zakonnik
      •  Błogosławiona Magdalena Morano, dziewica
    Tomasso da Modena: Święty Albert Wielki

    Albert urodził się prawdopodobnie między 1193 a 1200 r. w Lauingen w Niemczech. Jego ojciec był rycerzem i pełnił obowiązki naczelnika miasteczka. Dzięki swemu pochodzeniu Albert mógł studiować w Padwie i w Bolonii. W Padwie w 1221 r. spotkał bł. Jordana z Saksonii i z jego rąk otrzymał habit dominikański. Skierowany do konwentu dominikanów w Kolonii, tu zapewne złożył profesję zakonną, ukończył studia teologiczne i otrzymał święcenia kapłańskie. W latach 1234-1242 był lektorem w klasztorach: Hildesheim, Fryburgu, w Ratyzbonie i w Strasburgu. Potem udał się do Paryża, gdzie kończył i uzupełniał swoje studia wyższe. Tam też został profesorem – jako pierwszy Niemiec (1245). Wykładał tam do 1248 r. W 1248 r. zorganizował w Kolonii dominikańskie studium generalne, gdzie wykładał do 1260 r., z przerwą w latach 1254-1257. Prawdopodobnie w Kolonii spotkał św. Tomasza z Akwinu, dla którego stał się nauczycielem i mistrzem. Albert jako pierwszy rozpoznał w młodym Tomaszu przyszłego wielkiego uczonego. Tradycja dominikańska przypisuje mu proroczą wypowiedź o Akwinacie: “Nazywamy go niemym wołem, ale on jeszcze przez swoją naukę tak zaryczy, że usłyszy go cały świat”.
    W roku 1254 kapituła prowincjalna wybrała Alberta prowincjałem około 40 klasztorów niemieckich. Jako prowincjał Albert uczestniczył w kapitułach generalnych zakonu: w Mediolanie (1255) i w Paryżu (1256), gdzie zetknął się ze św. Ludwikiem IX, królem Francji, od którego otrzymał cząstkę relikwii Krzyża świętego. W roku 1255 udał się do Anagni, gdzie wobec papieża Aleksandra IV bronił Zakonu, przeciwko któremu Uniwersytet Paryski, a za nim inne uczelnie, wytoczyły walkę, której rzeczywistą przyczyną była konkurencja kleru diecezjalnego z zakonnym. Zdumiony wiedzą Alberta papież zaprosił go z wykładami do Anagni, Rzymu i Viterbo. W roku 1257 Święty zdał urząd prowincjała i powrócił do wykładania w Kolonii. W roku 1260 mianowany został przez papieża Aleksandra IV biskupem Ratyzbony. Zadziwił wszystkich jako doskonały administrator rozległej diecezji; wydawało się bowiem, że uczony tej miary nie nadaje się do pracy duszpasterskiej. Albert uzdrowił finanse i gospodarkę majątków kościelnych, zreorganizował parafie, ożywił ducha gorliwości wśród swoich kapłanów. W dwa lata później, po śmierci Aleksandra IV, uzyskał od Urbana IV zgodę na rezygnację z funkcji rządcy diecezji, uznając się niegodnym tego urzędu.
    W latach następnych spełniał niektóre poruczenia papieskie – zwłaszcza mediacyjne. Urban IV mianował go kaznodzieją papieskim na rzecz krucjaty. Powierzył mu także zbiórkę środków na jej zorganizowanie w Niemczech i w Czechach. Do pomocy przydał mu słynnego kaznodzieję, franciszkanina, Bertolda z Ratyzbony. Papież zlecał mu też misje specjalne, np. dla rozsądzenia i załagodzenia sporu pomiędzy metropolitą kolońskim a miastem Kolonią. Kazał mu również dopilnować, by wybory biskupa Brandenburga odbyły się w sposób kanoniczny.

    Święty Albert Wielki

    W roku 1264 zmarł Urban IV. Korzystając z okazji, Albert poprosił następcę, Klemensa IV, o zwolnienie z obowiązków. Wrócił do Kolonii i Strasburga, gdzie powstał nowy, silny dominikański ośrodek naukowy. Po 6 latach papież znowu wysłał go dla załagodzenia antagonizmów w Meklemburgii. W 1277 r. generał zakonu, bł. Jan z Vercelli, powierzył mu misję, by bronił Zakonu i św. Tomasza z Akwinu. Znów bowiem podniosły się głosy, że należy usunąć z uniwersytetów franciszkanów i dominikanów, bo stanowili zbyt silną konkurencję dla kleru świeckiego. Papież następnie polecił Albertowi ponownie zająć się sporem, jaki się odnowił pomiędzy metropolitą Kolonii, Engelbertem Falkenbergiem, a miastem. Odebrał także przysięgę w imieniu papieża od nowego cesarza, Rudolfa. Wreszcie instalował nowego opata w Fuldzie. Wziął także udział w soborze powszechnym w Lyonie w roku 1274. Te wszystkie misje publiczne świadczą o tym, jak bardzo Albert był ceniony, jak wielki miał autorytet i dar jednania ludzi.
    Św. Albert był jednym z największych umysłów chrześcijańskiego średniowiecza. Przedmiotem jego naukowych zainteresowań były niemal wszystkie dziedziny ówczesnej wiedzy. Nie było dziedziny, której by nie znał, o której by nie pisał, począwszy od wzniosłych prawd teologii i filozofii, poprzez nauki przyrodnicze. Słusznie papież Pius XI nadał mu tytuł doktora uniwersalnego, a potomność od dawna nazywała go Wielkim. Można powiedzieć, że nie byłoby św. Tomasza, gdyby mu nie utorował drogi – na tym właśnie polu – św. Albert. On pierwszy usiłował stworzyć syntezę wszystkich nauk. Sam napisał: “Intencją naszą jest, by wszystkie części (fizykę, matematykę, metafizykę) połączyć w jedną całość, dla łacinników zrozumiałą”. Albert znał wszystkich dostępnych wówczas pisarzy: żydowskich, greckich, rzymskich, jak też teologów kościelnych. Jego dzieła wydano aż w 40 tomach. Jednocześnie posiadał umiejętność łączenia wiedzy z dobrocią, dlatego był nazywany “doktorem powszechnym” i “sumą dobroci”.


    Święty Albert Wielki

    Zmarł 15 listopada 1280 r. w Kolonii. Wbrew przyjętemu w Zakonie zwyczajowi pochowano go w chórze kościoła zakonnego i wystawiono mu duży pomnik. W roku 1383 za zezwoleniem papieża Sykstusa IV przełożony generalny dokonał podziału relikwii św. Alberta: ramię podarowano konwentowi dominikańskiemu w Bolonii, a relikwie mniejsze rozesłano po innych kościołach Zakonu. Dom rodzinny w Lauingen zamieniono na kaplicę. Papież Innocenty VIII zezwolił dominikanom Kolonii i Ratyzbony na odmawianie oficjum o błogosławionym, co w roku 1670 papież Klemens X rozszerzył na cały Zakon i na szereg diecezji we Francji i w Niemczech. Beatyfikował go Grzegorz XV w 1438 r. W 1459 r. został zaliczony przez Piusa II do grona doktorów Kościoła. Kanonizował go Pius XI 6 grudnia 1931 r. Jego następca, Pius XII, ogłosił go w 1942 r. patronem studiujących nauki przyrodnicze. Albert jest ponadto patronem górników.
    W ikonografii św. Albert przedstawiany jest w habicie dominikańskim, czasami w mitrze lub jako profesor. Jego atrybutami są: księga, krzyż, lilia jako symbol wiernej duszy, mitra, ptasie pióro.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Św. Albert Wielki

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 24.03.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Jednym z najwybitniejszych mistrzów teologii średniowiecznej jest św. Albert Wielki. W historii nazywany jest «wielkim» (magnus), co wskazuje na rozmach i głębię jego nauki, którą łączył on ze świętością życia. Już jego współcześni bez wahania obdarzali go znaczącymi tytułami. Jeden z jego uczniów, Ulryk ze Strasburga, nazwał go «dziwem i cudem naszej epoki».

    Urodził się w Niemczech na początku XIII w. i w bardzo młodym wieku udał się do Włoch, do Padwy, gdzie znajdował się jeden z najsławniejszych uniwersytetów Średniowiecza. Oddał się studium tak zwanych «sztuk wyzwolonych»: gramatyki, retoryki, dialektyki, geometrii, astronomii oraz muzyki, czyli przedmiotów ogólnokształcących, przy czym wykazał szczególne zainteresowanie naukami przyrodniczymi, które wkrótce stały się jego ulubioną dziedziną i specjalnością. Podczas pobytu w Padwie uczęszczał do kościoła dominikanów, a następnie wstąpił do ich zakonu i złożył w nim śluby. Źródła hagiograficzne pozwalają sądzić, że do tej decyzji Albert dojrzewał stopniowo. Głęboka więź z Bogiem, przykład świętości braci dominikanów, kazania bł. Jordana z Saksonii, generała Zakonu Kaznodziejskiego, następcy św. Dominika, były decydującymi czynnikami, które pomogły mu przezwyciężyć wszelkie wątpliwości, a także pokonać opór rodziny. W latach młodości często Bóg przemawia do nas i podsuwa projekt życia. Podobnie jak dla Alberta, również dla nas wszystkich indywidualna modlitwa, karmiona Słowem Bożym, przystępowanie do sakramentów i kierownictwo duchowe światłych ludzi są środkami, które pomagają usłyszeć głos Boży i za nim pójść. Albert otrzymał habit zakonny od bł. Jordana z Saksonii.

    Po święceniach kapłańskich, z woli przełożonych, wykładał w różnych ośrodkach studiów teologicznych przy klasztorach ojców dominikanów. Dzięki błyskotliwości i wielkiemu umysłowi mógł pogłębić studia teologiczne w Paryżu, na najsławniejszym uniwersytecie tamtej epoki. Wówczas św. Albert rozpoczął nadzwyczajną działalność pisarską, którą rozwijał przez całe życie.

    Powierzano mu prestiżowe zadania. W 1248 r. zlecono mu otwarcie studium teologicznego w Kolonii, jednym z najważniejszych ośrodków w Niemczech, gdzie mieszkał wiele lat w różnych okresach, i która stała się jego miastem. Z Paryża przybył do Kolonii z nadzwyczajnym uczniem, którym był Tomasz z Akwinu. Sam fakt, że był nauczycielem św. Tomasza, stanowiłby wystarczający powód, by żywić głęboki podziw dla św. Alberta. Między tymi dwoma wielkimi teologami zrodziła się więź wzajemnego szacunku i przyjaźni, a tego typu ludzkie relacje sprzyjają bardzo rozwojowi nauki. W 1254 r. Albert został wybrany na prowincjała Provinciae Teutoniae — teutońskiej prowincji ojców dominikanów — do której należały wspólnoty znajdujące się na obszernym terytorium Europy Środkowej i Północnej. Wyróżnił się gorliwością w pełnieniu tej posługi — wizytował wspólnoty i niestrudzenie przypominał współbraciom wierność, nauczanie i przykład św. Dominika.

    Jego przymioty dostrzegł papież tamtej epoki, Aleksander IV, który zatrzymał Alberta na pewien czas w Anagni — gdzie papieże często się udawali — w Rzymie oraz w Viterbo, by zasięgać jego rad w kwestiach teologicznych. Tenże papież mianował go biskupem Ratyzbony, wielkiej i sławnej diecezji, która przeżywała trudny okres. Albert pełnił tę posługę od 1260 do 1262 r. z niezwykłym oddaniem, zdołał zaprowadzić w mieście pokój i zgodę, zreorganizować parafie i klasztory i zachęcić do rozwoju działalności charytatywnej.

    W latach 1263-1264 na prośbę papieża Urbana IV Albert głosił Słowo Boże w Niemczech i Czechach, a następnie wrócił do Kolonii i na nowo zajął się nauczaniem, studiami i pisarstwem. Był człowiekiem modlitwy, nauki i miłosierdzia i dlatego jego wystąpienia w różnych sprawach Kościoła i ówczesnego społeczeństwa uważane były za bardzo autorytatywne: był przede wszystkim człowiekiem pojednania i pokoju w Kolonii, gdzie arcybiskup znalazł się w poważnym konflikcie z miejskimi instytucjami. Z zaangażowaniem uczestniczył w pracach Soboru Lyońskiego ii, zwołanego przez papieża Grzegorza x w 1274 r., by ułatwić unię z Grekami po podziale, jaki nastąpił na skutek wielkiej schizmy wschodniej w 1054 r. Wyjaśniał naukę Tomasza z Akwinu, gdy zaczęto zgłaszać co do niej zastrzeżenia, a nawet stała się przedmiotem niczym nieusprawiedliwionych ataków.

    Umarł we własnej celi w klasztorze Świętego Krzyża w Kolonii w 1280 r. i dosyć wcześnie współbracia otoczyli go czcią. Kościół przyznał mu publiczny kult przez beatyfikację w 1622 r. oraz kanonizację w 1931 r., kiedy to papież Pius xi ogłosił go doktorem Kościoła. Było to niewątpliwie właściwe wyróżnienie dla tego wielkiego męża Bożego i wybitnego badacza nie tylko prawd wiary, ale wielu innych dziedzin nauki. Patrząc na tytuły jego licznych dzieł zdajemy sobie bowiem sprawę, że jego wiedza była nadzwyczajna, wielostronne zainteresowania sprawiły, że zajmował się nie tylko filozofią i teologią, jak jego współcześni, ale również każdą inną wówczas znaną dyscypliną, od fizyki do chemii, od astronomii do mineralogii i od botaniki do zoologii. Z tego powodu papież Pius XII mianował go patronem badaczy nauk przyrodniczych, i zwany jest również Doctor universalis ze względu na rozległość jego zainteresowań i wiedzy.

    Metody naukowe, jakimi posługiwał się św. Albert Wielki, były z pewnością różne od metod stosowanych w późniejszych wiekach. Jego metoda polegała po prostu na obserwacji, opisie i klasyfikacji badanych zjawisk, ale w ten sposób otwarł drogę przyszłym poszukiwaniom.

    Wiele możemy się jeszcze od niego nauczyć. Przede wszystkim św. Albert ukazuje, że między wiarą i nauką nie ma sprzeczności, choć na przestrzeni dziejów niekiedy dochodziło do nieporozumień. Człowiek wiary i modlitwy, jakim był św. Albert Wielki, może spokojnie oddawać się studium nauk przyrodniczych i czynić postępy w poznaniu mikro- i makrokosmosu, odkrywając prawa rządzące materią, ponieważ wszystko to pogłębia pragnienie i miłość Boga. Biblia mówi nam o stworzeniu jako pierwszym języku, którym Bóg — najwyższa inteligencja — wyjawia nam coś o sobie. Księga Mądrości stwierdza na przykład, że zjawiska przyrodnicze, wielkie i piękne, są jak dzieła artysty, toteż przez analogię możemy dzięki nim poznać Sprawcę stworzenia (por. Mdr 13, 5). Cytując znaną w Średniowieczu i Odrodzeniu metaforę, możemy przyrównać świat przyrody do księgi napisanej przez Boga, którą odczytujemy z różnych punktów widzenia nauki (por. przemówienie do uczestników sesji plenarnej Papieskiej Akademii Nauk, 31 października 2008 r.). Dla iluż to bowiem uczonych, podobnie jak dla św. Alberta Wielkiego, inspiracją do prowadzenia badań były zachwyt i wdzięczność w obliczu świata, który w ich oczach ludzi nauki i wierzących jawił się i jawi jako dobre dzieło mądrego i pełnego miłości Stwórcy! Badania naukowe stają się wówczas hymnem pochwalnym. Dobrze to zrozumiał wielki astrofizyk naszych czasów Enrico Medi, którego proces beatyfikacyjny jest w toku, a który pisał: «O wy, tajemnicze galaktyki (…), widzę was, liczę, pojmuję, studiuję i odkrywam, zagłębiam się w was i tworzę zbiory. Z waszego światła tworzę naukę, z ruchu — mądrość, a z gry olśniewających kolorów — poezję; biorę was, gwiazdy, w moje dłonie i z drżeniem w jedności mojego bytu wznoszę was powyżej was samych, w modlitwie ofiaruję was Stwórcy, którego tylko za moim pośrednictwem wy, gwiazdy, możecie wielbić» (Dzieła. Hymn na cześć stworzenia).

    Św. Albert Wielki przypomina nam, że naukę i wiarę łączy przyjaźń i że powołanie do badania przyrody może być dla uczonych autentyczną i fascynującą drogą do świętości.

    O jego niezwykle otwartym umyśle świadczy również przedsięwzięcie, które z powodzeniem zrealizował, jakim było przyswojenie i ukazanie wartości myśli Arystotelesa. W czasach św. Alberta stawały się bowiem coraz powszechniej znane liczne dzieła tego wielkiego filozofa greckiego, żyjącego w IV w. przed Chr., zwłaszcza etyczne i metafizyczne. Dowodziły one siły rozumu, przenikliwie i precyzyjnie wyjaśniały sens i strukturę rzeczywistości, jej poznawalność, wartość i cel ludzkich działań. Św. Albert Wielki umożliwił recepcję filozofii Arystotelesa w filozofii i teologii średniowiecznej, a ostateczną formę tej recepcji nadał później św. Tomasz. Ta recepcja filozofii, powiedzmy sobie, pogańskiej, przedchrześcijańskiej stanowiła w tamtych czasach autentyczną rewolucję kulturalną. Jednakże wielu myślicieli chrześcijańskich obawiało się filozofii Arystotelesa, filozofii niechrześcijańskiej, przede wszystkim dlatego, że komentatorzy arabscy, za których pośrednictwem została przyjęta, interpretowali ją w taki sposób, że przynajmniej w niektórych punktach wydawała się całkowicie nie do pogodzenia z wiarą chrześcijańską. Powstał zatem dylemat: czy wiara i rozum są ze sobą sprzeczne, czy też nie?

    Na tym polega jedna z wielkich zasług św. Alberta: z naukowym rygorem przestudiował dzieła Arystotelesa, w przekonaniu, że wszystko, co rzeczywiście racjonalne, jest zgodne z wiarą objawioną w Piśmie Świętym. Innymi słowy, św. Albert Wielki przyczynił się w ten sposób do ukonstytuowania się filozofii jako autonomicznej dyscypliny, odrębnej od teologii i powiązanej z nią jedynie w jedności prawdy. W ten sposób w XIII w. doszło do wyraźnego rozdzielenia tych dwóch nauk, filozofii i teologii, które w harmonijnym dialogu razem odkrywają autentyczne powołanie człowieka, spragnionego prawdy i szczęścia: przede wszystkim teologia, nazwana przez św. Alberta «nauką uczuciową», ukazuje człowiekowi jego powołanie do radości wiecznej, do radości rodzącej się z pełnego przylgnięcia do prawdy.

    Św. Albert potrafił przekazywać te pojęcia w prosty i zrozumiały sposób. Będąc prawdziwym synem św. Dominika, głosił chętnie kazania ludowi Bożemu, który cenił go za nauki i przykład życia.

    Drodzy bracia i siostry, prośmy Pana, aby w świętym Kościele nie zabrakło nigdy uczonych, pobożnych i mądrych teologów, takich jak św. Albert Wielki, i aby pomógł każdemu z nas przyswoić sobie «formułę świętości», którą on realizował w swoim życiu: «Wszystko chcę chcieć na chwałę Boga, jak Bóg wszystko chce chcieć na swą chwałę», to znaczy utożsamiać się zawsze z wolą Bożą, by wszystko chcieć i czynić jedynie i zawsze na Jego chwałę.

    do Polaków:

    Drodzy bracia i siostry! Jutro przypada uroczystość Zwiastowania Pańskiego. W Polsce jest ona obchodzona również jako Dzień Świętości Życia. Tajemnica wcielenia odsłania szczególną wartość i godność ludzkiego życia. Bóg dał nam ten dar i uświęcił, gdy Syn stał się człowiekiem i narodził się z Maryi. Trzeba strzec tego daru od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Z całego serca jednoczę się z tymi, którzy podejmują różne inicjatywy na rzecz poszanowania życia i budzenia nowej społecznej wrażliwości. Niech wam Bóg błogosławi.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 5/2010/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    14 listopada

    Błogosławiona Maria Luiza Merkert, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Wawrzyniec z Dublina, biskup
      •  Święty Mikołaj Tavelić, męczennik
      •  Święty Józef Pignatelli, prezbiter
      •  Błogosławiony Jan Liccio, prezbiter
    Błogosławiona Maria Luiza Merkert

    Maria Luiza urodziła się 21 września 1817 r. w Nysie, w niemieckiej rodzinie mieszczańskiej. Jej rodzicami byli Karol Antoni Merkert i Barbara z domu Pfitzner. Dzień później została ochrzczona w nyskim kościele św. Jakuba i św. Agnieszki. W kolejnym roku, po śmierci ojca, rodzina zubożała. Maria, wraz z siostrą Matyldą, ukończyła katolicką szkołę dla dziewcząt w Nysie. Po śmierci matki w 1842 r. obie sprzedały skromny majątek i wraz z Franciszką Werner oraz Klarą Wolff poświęciły się pomocy opuszczonym chorym i bezdomnym w Nysie. Po mszy w dniu 27 września 1842 r. (dzień ten był wspomnieniem świętych Kosmy i Damiana, lekarzy-męczenników z III w.) złożyły przed obrazem Serca Pana Jezusa w nyskim kościele św. Jakuba i św. Agnieszki akt oddania – zobowiązały się nieść pomoc potrzebującym bez względu na wyznanie, narodowość i płeć.
    19 listopada 1850 r. Maria Merkert rozpoczęła w Nysie organizowanie Stowarzyszenia św. Elżbiety dla pielęgnacji opuszczonych chorych w ich własnych domach (ta troska o chorych pozostających bez opieki we własnych środowiskach jest charakterystyczna dla pierwszych elżbietanek). 4 września 1859 r. uzyskała dla stowarzyszenia zatwierdzenie diecezjalne. Heinrich Förster – biskup wrocławski – uznał stowarzyszenie za kongregację kościelną, a miesiąc później zatwierdził jej statuty. W tym też roku Maria Merkert została wybrana na pierwszą przełożoną generalną Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety. Funkcję tę pełniła przez 13 lat, aż do śmierci. 5 maja 1860 r. złożyła śluby zakonne: oprócz czystości, ubóstwa i posłuszeństwa – także posługi chorym i najbardziej potrzebującym. W Nysie wybudowała dom macierzysty, a pod jej kierownictwem powstało 90 domów zakonnych, 12 szpitali i wiele domów opieki aż w 9 diecezjach (chełmińskiej, gnieźnieńsko-poznańskiej, warmińskiej, wrocławskiej, Fulda, Ołomuniec, Osnabrück, Praga, Paderborn) i 2 wikariatach apostolskich (Saksonii i Szwecji). 7 czerwca 1871 r. papież Pius IX udzielił aprobaty założonemu przez nią zgromadzeniu.Zmarła w opinii świętości 14 listopada 1872 w Nysie. Pochowana została na tamtejszym Cmentarzu Jerozolimskim. W chwili śmierci matki założycielki zgromadzenie liczyło 465 sióstr w 87 domach.Obecnie jej doczesne szczątki spoczywają w marmurowym sarkofagu w kościele św. Jakuba i św. Agnieszki. Proces beatyfikacyjny przeprowadzono w latach 1985-1997. Dekret o heroiczności cnót ogłosił papież św. Jan Paweł II 20 grudnia 2004 r., a papież Benedykt XVI w czerwcu 2007 r. zatwierdził dekret o cudzie za wstawiennictwem Marii Merkert. Za cud konieczny do beatyfikacji zostało uznane uzdrowienie z gruźlicy jednej z elżbietanek, siostry Miry. 30 września 2007 r. w Nysie odbyła się uroczystość beatyfikacyjna, której przewodniczył delegat papieża Benedykta XVI, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Watykanie, kard. Jose Saraiva Martins. Na obrazie beatyfikacyjnym przedstawiono scenę oddania przez bł. Matkę Marię Mekert swoich butów ubogiej proszącej u furty klasztornej.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 listopada

    Święci
    Benedykt, Jan, Mateusz, Izaak i Krystyn,
    pierwsi męczennicy Polski

    Zobacz także:
      •  Święty Mikołaj I Wielki, papież
      •  Błogosławiony Wincenty Eugeniusz Bosiłkow, biskup i męczennik
    Święci Benedykt, Jan, Mateusz, Izaak i Krystyn

    W 1001 r. zaprzyjaźniony z księciem Bolesławem Chrobrym cesarz niemiecki Otton III zaproponował założenie na naszych ziemiach klasztoru, który głosiłby Słowianom Słowo Boże. Cesarz postanowił wykorzystać do zamierzonego dzieła swego krewniaka – biskupa Brunona z Kwerfurtu, wiernego towarzysza św. Wojciecha, znającego ziemie Słowian. Brunon wybrał do pomocy w przeprowadzeniu misji brata Benedykta.
    Benedykt z Petreum (ur. 970) pochodził z zamożnej włoskiej rodziny z Benewentu. Rodzice przeznaczyli go do stanu duchownego już jako małego chłopca. Liczyli na to, że zostanie kapłanem diecezjalnym. Benedykt wybrał jednak życie pustelnicze. Po pewnym czasie przyłączył się do św. Romualda. Zaprzyjaźnił się z innym pustelnikiem – starszym od niego o 30 lat Janem, mieszkającym na zboczu Monte Cassino.
    Jan z Wenecji (ur. 940) pochodził z rodziny patrycjuszów weneckich. Z dożą Piotrem I Orseolo potajemnie opuścił Wenecję, udając się do opactwa benedyktyńskiego w Cusan koło Perpignan. Ta decyzja stała się pewnego rodzaju sensacją. Obydwaj podjęli życie pustelnicze. Po pewnym czasie opuścili opactwo. Jan udał się do św. Romualda, tam zaprzyjaźnił się z Benedyktem. Odznaczał się stanowczością, skutecznością w działaniu i wysoką kulturą.Benedykt i Jan, po przybyciu na dwór Bolesława Chrobrego w początkach 1002 r., założyli pustelnię na terenie, który im podarował król – we wsi Święty Wojciech (obecnie Wojciechowo) pod Międzyrzeczem.
    Wkrótce dołączyli do nich Polacy możnego rodu (może nawet książęcego): żarliwi religijnie rodzeni bracia Mateusz i Izaak – nowicjusze, oraz Krystyn – klasztorny sługa, pochodzący prawdopodobnie z pobliskiej wsi.
    Szóstym zakonnikiem był Barnaba, który wraz z Benedyktem i Janem przybył do Polski z Włoch. Uniknął męczeństwa i według ustnej tradycji resztę życia spędził u kamedułów (spotyka się także informacje, że był to klasztor w Bieniszewie, ale to raczej mało prawdopodobne ze względu na czas powstania tamtej fundacji).
    Eremici zobowiązali się do pustelniczego trybu życia, a przede wszystkim do prowadzenia pracy misyjnej. Benedykt i Jan nauczyli się nawet języka polskiego. Cały czas jednak czekali na biskupa Brunona z Kwerfurtu. Miał on wraz z nimi przybyć do Polski, ale wyruszył do Rzymu po papieskie zezwolenie na prowadzenie misji. Tracący cierpliwość Benedykt wyruszył na spotkanie Brunona, ze względu jednak na zawieruchę polityczną, jaką wywołała śmierć cesarza Ottona III (w styczniu 1002 r.), postanowił wrócić do klasztoru, polecając dalsze poszukiwania Brunona młodemu mnichowi Barnabie. Posłaniec nie wracał. W listopadzie 1003 roku Benedykt i współbracia zaczęli odczuwać niepokój o niego. Nie dane im jednak było doczekać Barnaby.

    Święci Benedykt, Jan, Mateusz, Izaak i Krystyn

    W nocy z 10 na 11 listopada 1003 r. zostali napadnięci przez zbójców i wymordowani. Pierwsze ciosy mieczem otrzymał Jan, po nim zginął Benedykt. Izaaka zamordowano w celi obok. Mateusz zginął przeszyty oszczepami, gdy wybiegł z celi w stronę kościoła. Mieszkający oddzielnie Krystyn próbował jeszcze bronić klasztoru, ale i on podzielił los towarzyszy. Prawdopodobnie powód napadu był rabunkowy, ponieważ zakonnicy otrzymali od Chrobrego środki w srebrze na prowadzenie misji.
    Kult męczenników zaczął się już od ich pogrzebu, na który przybył biskup poznański Unger. Wkrótce potem, w 1006 r., św. Brunon napisał “Żywot pięciu braci męczenników”. Są to pierwsi męczennicy polscy wyniesieni na ołtarze. W poczet świętych wpisał ich Jan XVIII. Patronują diecezji zielonogórsko-gorzowskiej.
    Relikwie świętych znajdują się w wielu kościołach w Polsce, a także we Włoszech (Ascoli) i w Czechach, gdzie czczone są w katedrze św. Wita na Hradczanach.
    W ikonografii Pięciu Braci Męczenników przedstawianych jest w białych habitach kamedulskich. Atrybutem jest koło tortury.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 listopada

    Święty Jozafat Kuncewicz, biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Teodor Studyta, opat
    ***
    Święty Jozafat Kuncewicz

    Jan Kunczyc (nazwisko zmienił później na Kuncewicz) urodził się w 1580 r. we Włodzimierzu Wołyńskim (na Ukrainie, wówczas w Rzeczypospolitej) w mieszczańskiej rodzinie prawosławnej. Ojciec był ławnikiem miejskim. Rodzice było ludźmi bardzo religijnymi.
    Wiele lat później Jan wspominał ważne wydarzenie z lat dziecinnych. Kiedy będąc z matką w cerkwi dowiedział się, czym był ofiara krzyżowa Jezusa, zauważył spadającą z krzyża iskrę i za chwilę poczuł, jak ta iskra przeniknęła do jego serca. Od tego momentu ukochał liturgię. Przez kolejnych 20 lat nie opuścił żadnego nabożeństwa w cerkwi.
    Początkowo uczęszczał do szkoły katedralnej w rodzinnym mieście, gdzie nauczył się czytania i pisania zarówno w języku staro-cerkiewno-słowiańskim, jak i w języku polskim. Później rodzice, którzy chcieli, by zajął się kupiectwem, wysłali go do Wilna, gdzie terminował u znajomego kupca Jacentego Popowicza. Tam zetknął się z unitami – katolikami obrządku wschodniego, którzy w Wilnie sprawowali liturgię w cerkwi Świętej Trójcy.
    Na wschodnich rubieżach ówczesnej Polski, które były terenami granicznymi między prawosławiem na Wschodzie a katolicyzmem na Zachodzie, żyło wielu unitów. Kościół greckokatolicki sprawuje kult w rycie bizantyńskim, jednak w pełni w zgodzie z nauką Kościoła łacińskiego i podlega papieżowi. Od czasu schizmy w 1054 r. wielokrotnie zawierane były unie, dzięki którym część prawosławnych wracała do Kościoła katolickiego. Niestety, w tamtych czasach religia była bardzo związana z polityką, dlatego unie te nie były trwałe.
    Na pograniczu Rzeczypospolitej i ziem ruskich już w 1257 r. dominikanie doprowadzili do pierwszej unii, która przetrwała do ujarzmienia Rusi przez najazd tatarski. Kolejne unie zawierane były w XV wieku. Największe znaczenie miała unia brzeska zawarta w roku 1596, czyli tuż przed przybyciem Jana do Wilna.
    Młody Kościół unicki był bardzo atakowany przez prawosławie, popierane przez Kozaków i Moskwę. Dochodziło wielokrotnie do czynów zbrojnych. Unici byli traktowani jako odstępcy od wiary i zdrajcy. Wojsko atakowało unickie cerkwie, a hierarchowie usiłowali osadzać duchownych prawosławnych w ich parafiach. Doszło nawet do tego, że w roku 1620 przybył do Polski potajemnie jerozolimski patriarcha prawosławny Teofanes i na miejsce biskupów unickich konsekrował prawosławnych: we Włodzimierzu, Przemyślu, Pińsku, Łucku, Chełmie i w Połocku. W Kijowie osadził biskupa prawosławnego na miejsce unickiego metropolity. Ci właśnie biskupi wszelkimi środkami zmuszali unitów do powrotu do prawosławia.

    Święty Jozafat Kuncewicz

    W takim trudnym okresie Jan zbliżył się do grekokatolików. Zaprzyjaźnił się z Genadijem Chmielnickim, studentem Seminarium Papieskiego w Wilnie, z Piotrem Arkadiuszem, uczonym grekokatolickim, bardzo zasłużonym dla unii, oraz z Janem Welaminem Rutskim, który w Rzymie ukończył Kolegium Ruskie i przystąpił do unii. Zetknął się także z jezuitami. Dzięki tym kontaktom poszerzył swoją wiedzę i wzrastał duchowo.
    W 1604 r. wstąpił do bazylianów (to jedyny w Polsce męski zakon obrządku greckokatolickiego) i złożył śluby w monasterze św. Jerzego. Od tego czasu nosił imię Jozafat. Aktu jego przyjęcia do zakonu dokonał sam metropolita unicki, Hipacy Pociej. Jako brat zakonny Jozafat kształcił się w niedawno założonej Akademii Wileńskiej, gdzie studiował filozofię, teologię, język starosłowiański i liturgię. W 1609 r. otrzymał święcenia kapłańskie i został magistrem nowicjatu. W roku 1613 powierzono mu funkcję przełożonego klasztoru i kościoła bazylianów w Wilnie, którą pełnił z wielkim zaangażowaniem. W latach 1614-1615 towarzyszył metropolicie halicko-kijowskiemu w podróży wizytacyjnej do Kijowa. Po drodze Jozafat zdołał pozyskać dla unii wojewodów połockiego i nowogrodzkiego oraz ufundować klasztor bazylianek w Krasnymborze.
    W roku 1617 został mianowany arcybiskupem Połocka po zmarłym właśnie tamtejszym metropolicie. Święcenia biskupie otrzymał 12 listopada 1618 w Wilnie, po czym wyruszył do Połocka, by odbyć ingres. Zapisał się w pamięci współczesnych jako niezwykły arcybiskup, który nosił stale habit zakonny, nigdy nie jadał mięsa, mieszkał w jednej izbie, którą dzielił jeszcze z pewnym bezdomnym. Dla siebie niczego nie potrzebował, natomiast troszczył się o podwładnych i walczył o przywileje dla duchowieństwa unickiego. Dbał o splendor nabożeństw liturgicznych, niezmordowanie głosił słowo Boże, przemawiał do ludu przy każdej okazji. Szczególną zaś opieką otoczył chorych i ubogich. Był zwolennikiem wczesnej i częstej Komunii świętej. Często wizytował placówki i kapłanów. Dla duchowieństwa ogłosił konstytucje, składające się z 48 przepisów postępowania oraz dodatkowo z 9 paragrafów dla tych, którzy by łamali prawo. Dla mniej wykształconych kapłanów ułożył katechizm jako podstawę do nauczania. Wprowadził obowiązek odprawiania codziennie Świętej Liturgii. Od swoich kapłanów żądał odmawiania brewiarza i comiesięcznej spowiedzi. Wysyłał do nich pisma wyjaśniające różnice między katolicyzmem a prawosławiem.
    Nie trudno się dziwić, że taka aktywność biskupa budziła niezadowolenie przeciwników unii z Kościołem rzymskim. Potężną kampanię przeciwko Jozafatowi wytoczył wspomniany już Teofanes, patriarcha Jerozolimy, który tajnie przybył jako delegat prawosławnego patriarchy Konstantynopola. Mianował biskupem prawosławnym Melecego Smotryckiego, który usiłował przekonać wiernych, że jest jedynym prawowitym biskupem na Białorusi. Pamiętać trzeba, że lud tych terenów był w większości niepiśmienny i z pewnością nie rozumiał sporów doktrynalnych. Prawosławni podgrzewali nastroje nacjonalistyczne i szkalowali abp Kuncewicza jako zdrajcę Cerkwi.
    Kiedy Jozafat musiał w roku 1621 udać się na sejm do Warszawy, wroga mu kampania tak dalece się wzmogła, że zastał po powrocie wzburzone przeciwko sobie wszystkie miasta. W końcu uknuto spisek na jego życie. W październiku 1623 roku udał się do swojej sufraganii do Witebska. Rankiem 12 listopada, zaraz po odprawieniu Mszy świętej, został napadnięty i zabity. Rozjuszony tłum rzucił się na rabunek mieszkania biskupiego, a samego metropolitę maltretowano w sposób okrutny. W końcu dobito go strzałem w głowę. Przed śmiercią Jozafat Kuncewicz miał jeszcze powiedzieć: “Dzieci, czemu napadacie na mój dom? Jeśli macie coś przeciwko mnie, to mnie macie”. Sponiewierane ciało Jozafata utopiono w Dźwinie.
    Męczeństwo Jozafata poruszyło całą Polskę katolicką. Wielu katolików teraz dopiero zrozumiało, czym jest unia. Natychmiast też rozpoczęto proces kanoniczny. Jozafat został beatyfikowany przez papieża Urbana VIII w 1643 r., kanonizowany w 1867 r. przez Piusa IX. Jest patronem diecezji siedleckiej i drohiczyńskiej, zakonu bazylianów, Rusi, Litwy i Wilna.
    Relikwie św. Jozafata przebyły prawdziwie tułaczą drogę. Były one składane w miastach Białorusi, na Litwie, w Polsce. W 1667 r. powróciły do Połocka, ale już w 1706 r. w obawie przed profanacją zostały umieszczone w Białej Podlaskiej. Po kanonizacji carat zażądał ukrycia relikwii. Zostały one przewiezione do Wiednia, a od 1949 r. spoczywają w bazylice św. Piotra w Watykanie. Relikwia lewej ręki św. Jozafata wraz ze skromnym pierścieniem biskupim znajduje się w bazylice Serca Jezusowego na Pradze w Warszawie. Z okazji 300-lecia męczeńskiej śmierci św. Jozafata w 1923 r. papież Pius XI wydał ku jego czci encyklikę Ecclesiam Dei admirabili.
    W ikonografii św. Jozafat Kuncewicz przedstawiany jest w stroju biskupim rytu wschodniego. Jego atrybutem jest topór.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    11 listopada

    Święty Marcin z Tours, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Jałmużnik, biskup
      •  Błogosławiona Alicja Kotowska, dziewica i męczennica
      •  Święta Wiktoria, dziewica i męczennica
    ***
    Święty Marcin z Tours

    Marcin urodził się ok. 316 r. w Panonii, na terenie dzisiejszych Węgier, w rodzinie pogańskiej. Jego ojciec był rzymskim trybunem wojskowym. Prawdopodobnie imię Martinus pochodzi od Marsa, boga wojny. Przez wieki powstało tak wiele życiorysów Marcina i legend, że dziś trudno ustalić fakty.
    Prawdopodobnie uczył się w Ticinium (Pawia). Mając 15 lat wstąpił do armii Konstancjusza II. Co do tego, ile lat służył w wojsku, hagiografowie toczą spory. Według jednych 25, inni podają, że tylko 5. Ale wydarzenie, które wszyscy czciciele wspominają, miało miejsce w okresie tej służby. Żebrakowi proszącemu o jałmużnę u bram miasta Amiens Marcin oddał połowę swej opończy. Następnej nocy ukazał mu się Chrystus odziany w ten płaszcz i mówiący do aniołów: “To Marcin okrył mnie swoim płaszczem”.
    Pod wpływem tego wydarzenia Marcin przyjął chrzest i opuścił wojsko, uważając, że wojowanie kłóci się z zasadami wiary. W innych życiorysach znajdujemy informację, że spotkanie z żebrakiem nastąpiło już po chrzcie; Marcin jako chrześcijanin nie mógł służyć w wojsku, dlatego musiał z niego wystąpić. Wielką troską Marcina było nawrócenie swoich rodziców, do którego doprowadził wkrótce po opuszczeniu armii. Następnie udał się do św. Hilarego, biskupa Poitiers (we Francji), stając się jego uczniem. Został akolitą, a następnie diakonem. Po pewnym czasie osiadł jako pustelnik na wysepce Gallinaria w pobliżu Genui, gromadząc wokół siebie wielu uczniów.

    Święty Marcin z Tours

    W 361 r. założył pierwszy klasztor w Galii – w Liguge. Dziesięć lat później, mimo jego sprzeciwu, lud wybrał go biskupem Tours. Ta data jest potwierdzona w dokumentach – sakrę biskupią otrzymał w roku 371. Jako pasterz diecezji prowadził nadal surowe życie mnisze, budząc sprzeciw okolicznych biskupów. Klasztory, które zakładał, łączyły koncepcję życia mniszego z pracą misyjną. Sam odbył wiele wypraw misyjnych. Rozpoczął chrystianizację prowincji galijskiej i prowadził ją w sposób bardzo systematyczny. Był znanym apostołem wsi. Jako były wojskowy nie zrażał się niepowodzeniami, ale konsekwentnie realizował wytyczone sobie zadania.
    Jeszcze za życia nazywany był mężem Bożym. Współczesny mu hagiograf Sulpicjusz Sewer zanotował wiele cudów wymodlonych przez biskupa Marcina, a także wielką liczbę nawróconych przez niego pogan. Sulpicjusz opisuje także zmagania tego misjonarza z duchami nieczystymi, które atakowały go tym częściej, im więcej dusz nawracał na wiarę chrześcijańską.
    Marcin zmarł 8 listopada 397 r. w Candes podczas podróży duszpasterskiej. Jego ciało sprowadzono Loarą do Tours i pochowano 11 listopada. Jako pierwszy wyznawca – nie-męczennik – zaczął odbierać cześć świętego w Kościele Zachodnim. Relikwie spoczywają w bazylice wzniesionej ku czci Świętego. Jest patronem Francji, królewskiego rodu Merowingów, diecezji w Eisenstadt, Mainz, Rotterburga i Amiens; dzieci, hotelarzy, jeźdźców, kawalerii, kapeluszników, kowali, krawców, młynarzy, tkaczy, podróżników, więźniów, właścicieli winnic, żebraków i żołnierzy.
    W ikonografii przedstawiany jest w stroju biskupa lub jako żołnierz oddający płaszcz żebrakowi. Jego atrybutami są: dzban, gęś na księdze, gęś u jego stóp, koń, księga, model kościoła, dwa psy lub żebrak u jego stóp.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Wzór miłości braterskiej św. Marcina

    fot. Aleteia.pl

    ***

    Rozważanie Benedykta XVI przed modlitwą “Anioł Pański”, 11.11.2007

    Drodzy bracia i siostry!

    Dziś, 11 listopada, Kościół wspomina św. Marcina, biskupa Tours, jednego z najbardziej znanych i czczonych świętych europejskich. Urodził się w Panonii, na obszarze dzisiejszych Węgier, w rodzinie pogańskiej ok. r. 316. Ojciec wybrał dla niego karierę wojskową. Już we wczesnej młodości Marcin zetknął się z chrześcijaństwem i po pokonaniu wielu trudności znalazł się w gronie katechumenów przygotowujących się do chrztu. Otrzymał ten sakrament w wieku około 20 lat, lecz musiał jeszcze przez wiele lat pozostać w wojsku, gdzie postępował zgodnie ze swoim nowym wyborem życiowym: odnosił się do wszystkich z szacunkiem i zrozumieniem, swojego posługacza traktował jak brata i unikał wulgarnych rozrywek. Po zakończeniu służby wojskowej udał się do Poitiers we Francji, do świętego biskupa Hilarego. Został przez niego wyświęcony na diakona i kapłana, wybrał życie monastyczne i razem z kilkoma uczniami założył w Ligugé najstarszy znany w Europie klasztor. Ok. 10 lat później chrześcijanie z Tours, którzy zostali bez pasterza, obwołali go swym biskupem. Od tamtej pory Marcin z wielkim zapałem poświęcił się ewangelizacji wsi i formacji kleru. Choć przypisuje się mu różne cuda, św. Marcin znany jest przede wszystkim z uczynku miłości braterskiej. Kiedy był jeszcze młodym żołnierzem, spotkał na drodze ubogiego człowieka skostniałego i kulącego się z zimna. Wziął więc swój płaszcz, przeciął go mieczem na pół i jedną z części oddał owemu człowiekowi. W nocy ukazał mu się we śnie Jezus, okryty tym właśnie płaszczem.

    Drodzy bracia i siostry, miłosierny gest św. Marcina wynika z tej samej logiki, która skłoniła Jezusa do rozmnożenia chlebów dla zgłodniałych rzesz, a przede wszystkim do dania samego siebie jako pokarmu dla ludzkości w Eucharystii, będącej najwyższym znakiem miłości Boga, Sacramentum caritatis. Jest to logika dzielenia się z innymi, która w autentyczny sposób wyraża miłość bliźniego. Niech św. Marcin pomoże nam zrozumieć, że tylko wtedy, gdy wszyscy będziemy starali się dzielić z innymi, będzie można stawić czoło wielkiemu wyzwaniu naszego czasu, jakim jest konieczność budowania pokojowego i sprawiedliwego świata, w którym każdy będzie mógł żyć godnie. Może to nastąpić, jeśli przeważy w światowej skali model autentycznej solidarności, co pozwoli zapewnić wszystkim mieszkańcom planety żywność, wodę, niezbędną opiekę lekarską, a także pracę i zasoby energetyczne, jak również dostęp do dóbr kultury, wiedzy naukowej i technicznej.

    Zwracamy się teraz do Najświętszej Maryi Panny prosząc, aby pomagała wszystkim chrześcijanom stawać się na wzór św. Marcina wielkodusznymi świadkami Ewangelii miłości i niestrudzenie budować kulturę solidarnego dzielenia się z innymi.

    Po polsku Papież powiedział:

    Pozdrawiam serdecznie Polaków. Dzisiaj w Polsce obchodzicie Święto Niepodległości. Z tej okazji pragnę powtórzyć życzenie, wypowiedziane rok temu na zakończenie pielgrzymki do waszej ojczyzny: «Czuwajcie, trwajcie mocno w wierze, bądźcie mężni (…)! Wszystkie wasze sprawy niech dokonują się w miłości!» (1 Kor 16, 13-14). Z serca wam błogosławię.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 1/2008/Opoka.pl

    ___________________________________________________________________________________

    Św. Marcin z Tours

    René Lejeune

    ŚWIĘTY MARCIN Z TOURS – WZÓR EWANGELIZATORA

    EPOKA POKOJU
    W roku 313 cesarstwo rzymskie zawiera wreszcie pokój z Kościołem. Kończy się straszliwe i zdeprawowane widowisko aren oświetlonych żywymi ludzkimi pochodniami, mężczyzn i kobiet rzucanych na pastwę dzikich zwierząt pod lubieżnym spojrzeniem rozgorączkowanego tłumu, dziewcząt gwałconych przez oprawców zanim je zabito, prawo pogańskie bowiem zakazywało skazania na śmierć dziewic. Setki tysięcy chrześcijan zabito na tysiące sposobów: zatłuczono, powieszono, spalono, rozerwano, zmiażdżono, wyrwano im wnętrzności, pokawałkowano. W ciągu dwóch i pół wieku okrucieństwo cesarstwa przeszło wyobrażenie.
    Jednak im bardziej rzymska władza ich masakrowała, tym liczniejsi stawali się czciciele jedynego Boga, odrzucający kult imperatora traktowanego jak bóstwo. Sanguis martyrum, semen christianorum. Tak, naprawdę krew ogromnych tłumów męczenników była dobrem, zasiewem nowych i licznych pokoleń chrześcijan. Ostatnie krwawe prześladowanie wybuchło w r. 303, najbardziej gwałtowne ze wszystkich dotąd…
    Koniec był bliski: 28 października 312 r., Konstantyn, syn cesarza Konstansa i Heleny, służącej w chrześcijańskiej oberży, przeszedł ze swą armią przez Most Melwiusza i stawił czoła armii imperatora Maksencja. O zachodzie Konstantyn widzi płomienny krzyż, na którym wypisane są słowa: In hoc signum vinces. W tym znaku zwyciężysz. Pan historii nagle nadaje ludzkim losom nowy kierunek.
    Konstantyn, stawszy się imperatorem, nie zwleka z wyciągnięciem ręki do chrześcijan. Od marca 313 r. edykt mediolański wyznacza nową erę. Pokój konstantyński zapanuje w Cesarstwie. Tłum uczniów Chrystusa wychodzi z katakumb, spod ziemi, z kryjówek. Odtąd mogą żyć i w świetle dnia dawać świadectwo. Ewangelizacja ludów rozpoczyna się!

    CZYN ZAPISANY W ZŁOTEJ KSIĘDZE
    W 3 lata po edykcie mediolańskim rodzi się w Sabarii, w rzymskiej prowincji Pannonii (aktualnie: Węgry) – Marcin, syn rzymskiego żołnierza, dziecko pogańskiej rodziny. Nieco później ojciec zostaje przeniesiony do Pawii, w północnych Włoszech. Dziecko, przeniknięte w tajemniczy sposób łaską, doświadcza wewnętrznych wezwań. Przyciąga je religia chrześcijańska, którą widzi żywą i działającą wokół siebie. Mając 12 lat marzy o życiu na pustyni, wzorem wschodnich ascetów. Niestety, prawo wymaga, by ukończywszy 15 lat, syn żołnierza też służył w armii cesarskiej. Marcin (imię będące zdrobnieniem od Marsa – boga wojny) zostaje przeznaczony do gwardii cesarskiej, oddziału elitarnego czuwającego nad obszarami zagrożonymi przez barbarzyńców. Marcin wyjeżdża do Galii. Przyłącza się do garnizonu w Armiens. To tu rozegra się wspaniała scena, która zostanie zapisana w chrześcijańskiej złotej księdze miłosierdzia. Zdjęty litością na widok biedaka w łachmanach, drżącego z zimna w chłodzie północnego wiatru, u bram miasta, siedzący na koniu Marcin zdejmuje płaszcz i przeciąwszy go na pół, daje większą część nędzarzowi. Następnej nocy ma wizję, a może sen: Chrystus objawia mu się odziany w połowę jego płaszcza… Ten gest pomoże chrześcijanom nadchodzących wieków dojrzeć Jezusa we wszelkiej nędzy.

    DROGA WIARY
    W krótkim czasie po tym wydarzeniu Marcin przyjmuje chrzest. Odtąd całkowicie należy do Chrystusa. Musi jednak służyć w armii aż do końca wyznaczonego okresu. Opuści ją więc dopiero po 25 latach. W miarę jednak jak wzrasta w nim wiara, gaśnie duch żołnierski. Tuż przed ukończeniem służby ma wziąć udział w szturmie na Worms. Odmawia przelewu krwi i prosi cesarza o zwolnienie z udziału w tej akcji. Cesarz Julian traktuje go z wściekłością jak tchórza. Marcin prosi więc o umieszczenie go na czele nacierających, ale bez żadnej broni z wyjątkiem… krzyża. Tuż przed szturmem barbarzyńcy poddają się. Żołnierze przypisują Marcinowi ten nieoczekiwany „cud”.
    Mając 40 lat opuszcza armię. Udaje się do Poitiers. Słyszał opowiadania o biskupie Hilarym, wielkim świętym, obrońcy wiary katolickiej przed mnożącymi się biskupami ariańskimi. Ten odkrywa w Marcinie istotę rozpaloną wiarą, pragnie więc zatrzymać go przy sobie jako diakona. Marcin odmawia przyjęcia tego zaszczytu. Zgadza się jednak na pełnienie posługi egzorcysty. Życie nauczyło go jadowitości i podstępnego działania szatana i jego zastępów.

    ŚWIADEK CHRYSTUSA
    Dzięki snowi budzi się w nim dawne marzenie: doprowadzić rodziców, jeszcze żyjących, do Jezusa Chrystusa. Gdy święty Hilary, będący w Galii żelazem włóczni przeciw arianizmowi, agresywnemu i przeważającemu, zostaje zesłany na wygnanie do Frygii, Marcin udaje się do Illyricum. W drodze napadają go w Alpach bandyci. Jeden z nich nawraca się wstrząśnięty pokojem promieniującym z wędrowca.
    Przybywszy do domu nawraca matkę. Ojciec odmawia przyjęcia wiary chrześcijańskiej. Biskupi w Illyricum, oddani arianizmowi, zauważają w Marcinie żarliwego obrońcę boskości Chrystusa. Prześladują go i skazują na publiczne ubiczowanie. Po tym wydarzeniu Marcin udaje się do Italii. Przebywa w pustelni blisko Mediolanu. I tutaj biskup, który przyjął arianizm, wyrzuca go ze swego terytorium. Marcin znajduje więc schronienie na wysepce Gallinaria niedaleko Genui. Idąc za przykładem wschodnich ascetów odżywia się ziołami i korzonkami. Pewnego dnia spożył trującą roślinę. Bliskiego śmierci Marcina ocaliła jedynie modlitwa. W tym okresie dowiedział się, że biskup Hilary otrzymał pozwolenie na powrót do Galii. Wraca więc do Poitiers, gdzie Hilary przyjmuje go z otwartymi ramionami nie jako ucznia, lecz jako chwalebnego towarzysza swych walk z arianami.

    ŻYCIE MNICHA
    Marcin usuwa się do pustelni odległej o dwie godziny marszu od Poitiers. Przyłączają się do niego uczniowie. To początek wspólnoty, która uformuje klasztor w Liguge: pierwsza wspólnota zakonna w Galii. Pewnego dnia, podczas nieobecności Marcina, umiera tu młody katechumen. Po 3 dniach Marcin powraca. Wstrząśnięty żałobą uczniów modli się przed jego ciałem. Płacze gorzko i błaga Pana o przywrócenie mu życia. Młody człowiek powstaje z mar i opowiada o życiu w drugim świecie.

    GŁOS LUDU
    Marcin pozostaje w Liguge 15 lat. Oddaje się studiowaniu Biblii i głosi kazania w okolicznych miejscowościach. Jego sława sięga daleko, szczególnie od chwili, gdy za jego wstawiennictwem Pan przywrócił życie młodemu katechumenowi, a także niewolnikowi z sąsiedniej posiadłości. Dziwny plan rodzi się więc w umysłach chrześcijan w Tours. W r. 371 umiera ich biskup – Lidor. Dlaczegóż święty mnich nie miałby zająć jego miejsca? Przewidując jego odmowę posługują się pewną strategią… Jeden z mieszkańców błaga Marcina o modlitwę nad ciężko chorą żoną. Idąc za głosem dobrego serca mnich udaje się w drogę. Nagle otacza go tłum ludzi i prowadzi do Tours. Na nic się zda sprzeciw. Tam przyjmuje go wspólnota ogarniętych entuzjazmem chrześcijan, kapłanów i świeckich, prosząca go o przyjęcie godności biskupa. Odczytując ostatecznie w tych wydarzeniach wolę Bożą Marcin wreszcie przystaje. Nie jest jednak łatwo znaleźć biskupa, który zechce konsekrować tego mnicha o włosach długich i w nieładzie, mającego szaty brudne i zniszczone, z wyglądu niewiele wartego…

    BISKUP
    Marcin nie zwleka z ukazaniem się jako biskup władający z autorytetem, kochany, szanowany przez wiernych. Jest pokorny i serdeczny. Nadal jest ubogi. Mieszka w pustelni o pół godziny drogi pieszo od Tours. Dołączają się do niego uczniowie. Tak bierze początek klasztor w Marmoutier. Ustanawia w nim regułę życia opartą na modlitwie, ubóstwie i umartwieniu. Biskup przyjmuje w nim 80 dusz pragnących żyć jak on – święty. Przywdziewają zgrzebne burki. Każdy żyje w swoim domku, modląc się, rozmyślając, kopiując święte księgi. Marcin udaje się co dnia do katedry odprawić nabożeństwa. Pewnego dnia, w czasie Eucharystii wierni widzą promieniejącą aureolę… biskup właśnie dał biedakowi własną tunikę. Jego miłosierdzie jest niestrudzone. Wykupuje więźniów, wstawia się za skazanymi na śmierć, przemierza wioski diecezji, burzy świątynie pogańskie i demoniczne bożki, wycina święte gaje. Niezliczone znaki towarzyszą niestrudzonym wysiłkom ewangelizacyjnym tego pasterza dusz. Umacnia wiernych w wierze, osłabia wierzenia pogańskie i ariańskie herezje. Na miejscu zburzonych świątyń buduje kościoły i klasztory. Powoli w jego diecezji mnożą się miejsca święte, które biskup powierza swym kapłanom. Rośnie liczba powołań wokół niego i pod jego kierownictwem.

    CUDOTWÓRCA
    Sulpicjusz Sewer, biograf św. Marcina, potwierdza, iż sam był świadkiem wielu cudów. Oto kilka z nich z długiej listy. Wyprosiło je wstawiennictwo biskupa – cudotwórcy.
    Przybywszy pewnego dnia do pogańskiej wioski postanowił wyciąć ich święte drzewo. Prowadzeni przez ofiarnika mieszkańcy sprzeciwiają się temu. Przywiązany na własną prośbę do drzewa rosnącego obok tego, które ma być wycięte i zgodnie z prawami natury skazany na zmiażdżenie przez wycinane drzewo, święty ocalał, gdyż przewróciło się ono w drugą stronę. Wstrząśnięci cudem mieszkańcy pogańskiej wioski nawracają się.
    Innego dnia biskup podkłada ogień pod pogańską świątynię. Ogień z powodu wiatru zagraża sąsiedniemu domowi. Wspiąwszy się na jego dach Marcin błaga Niebo o oszczędzenie domu. Płomienie odwracają się.
    Kiedyś w podróży zaatakował go rozbójnik. Kiedy już miał przeszyć biskupa mieczem, upadł na wznak. Przerażony tym, uciekł.
    W Trewirze biskup uzdrawia umierającą, sparaliżowaną dziewczynkę. Wlał jej do ust kilka kropli poświęconego oleju.
    U bram Paryża biskup Marcin spotyka trędowatego – straszliwie zniekształconego. Bierze go w ramiona, całuje, a trąd znika.
    Wyrywając piekłu tak wielką liczbę dusz, Marcin staje się często pastwą ataków diabelskich. W Trewirze wygania demona ze sługi prokonsula Tetradiusza, a ten nawraca się.
    Wchodząc pewnego dnia do domu zauważa demona o straszliwym wyglądzie. Rozkazuje mu odejść, demon zaś zamiast to uczynić, bierze w posiadanie mężczyznę mieszkającego na tyłach domu. Nieszczęśnik zamienia się we wściekłe zwierzę, gotowe ukąsić każdego, kto się doń zbliży. Oburzony święty idzie w jego kierunku, wkłada mu do ust palce i woła do ducha nieczystego: „Jeśli masz jakąkolwiek moc, to ugryź tę rękę wyciągniętą nad tobą!” Demon ucieka jakby z ręki biskupa buchały płomienie.
    Blisko Chartres Marcin wyprasza u Pana powrót do życia zmarłego dziecka, z którym śpieszy do niego zapłakana matka. Towarzyszy jej tłum pogan. Wszyscy się nawracają.
    Gdy Marcin zauważa wyjątkowy opór ze strony pogan wobec wysiłków ewangelizacyjnych, ucieka się do ulubionej broni: pokuty. Ubiera się jedynie we włosiennicę, posypuje popiołem, modli się i pości przez trzy dni. Tak doprowadza do nawrócenia miejscowości Levroux, której mieszkańcy wzbogacili się niegodziwymi praktykami okultystycznymi. Po trzech dniach aniołowie nakazują mu powrócić do straszliwego miejsca. Mieszkańcy są jakby sparaliżowani. Marcin burzy ich świątynię i bożki. Wychodząc ze stanu odrętwienia poganie uznają w tych wydarzeniach znak Nieba i przyjmują wiarę chrześcijańską.

    WIEJSKI APOSTOŁ
    Biskupa – mnicha z Tours nie zadowala spacerowanie od pustelni do katedry. Widuje się go jak przemierza wioski, niosąc Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie. W poszukiwaniu dusz zniewolonych pogaństwem, przekracza granice swego terytorium. Widząc powodzenie jego misji, inni biskupi zapraszają go do diecezji. To właśnie św. Marcin z Tours rozpoczął ewangelizację wiosek.
    Przez trzy pierwsze wieki Kościół zyskał dla Chrystusa mieszkańców okręgów miejskich. Tworzyli go głównie ludzie prości, rzemieślnicy, kupcy, wyzwoleni niewolnicy. Wieśniacy i arystokracja byli – z rzadkimi wyjątkami – oporni na wiarę chrześcijańską. W wioskach pogaństwo było tak mocno zakorzenione, iż słowo paganus czyli wieśniak zaczęło oznaczać po prostu poganina. Ostatnim schronieniem pogaństwa była wieś. Związek z ziemią i naturą, wróżbiarstwo, magiczne zioła, rzucanie uroku, czarownice i magicy rozsiani byli licznie po wyizolowanych wioskach, żyjących we własnym świecie, sprzyjającym temu, co dziwne, cudowne, okultystyczne. Chrześcijaństwo zaś oznaczało radykalne zerwanie z tym wszystkim.
    Uzbrojony w wiarę, która góry przenosi, Marcin wnika w ten wrogi świat na grzbiecie osła lub muła. Potrafi mówić do ludzi, wzruszać prostych. W ślad za jego przejściem rodzą się wspólnoty chrześcijańskie. To prawda: Niebo wspiera go potężnie znakami, które mnożą się na jego drodze i potwierdzają prawdziwość jego orędzia. Idzie coraz dalej: Auvergne, Saintonge, dolina Rodanu, region Paryża. Wszędzie rozbrzmiewa echo głosu i wezwań żarliwego misjonarza. Marcin jest naprawdę apostołem Galii, przemierzającym jej regiony. I również dlatego, że przyjął nowe metody ewangelizacji. Idzie naprzód bez lęku, głosi Ewangelię z entuzjazmem, dobiera słowa w zależności od słuchaczy, do których się zwraca, wchodzi nawet na terytorium wrogie, nie waha się rzucać wyzwania poganom i niewierzącym, szturmuje Niebo, pozwala się zawsze prowadzić Duchowi. W przypadku silnego oporu ucieka się do postu i pokuty, oblegając Pana modlitwami i błaganiami. A wszystko to wymagało wiary całkowitej i doskonałej, niezłomnej więzi z Chrystusem, niewzruszonego zdecydowania. Takiej duszy Pan nie odmawia niczego. Duszy, która jest Jego narzędziem, Bóg udziela łask proporcjonalnie do zdania się na Niego. Jest słaby własną słabością, a jego skuteczność jest przejawem mocy Bożej. Oto tajemnica biskupa Marcina, ewangelizatora Galii i wzoru ewangelizacji. Biskup z Tours nie zajmuje się jedynie terenami wiejskimi, lecz otwiera też serce arystokracji na wiarę i miłosierdzie. Pod koniec jego życia, większość z 80 mnichów w Marmoutier to potomkowie arystokracji. Życie monastyczne nabiera cudownego rozmachu w czasie jego biskupstwa. Dwa tysiące mnichów i mniszek zgromadzi się na pogrzebie biskupa – cudotwórcy. Jego sława dotrze aż na krańce Imperium. Jego płomienne słowo, masowe nawrócenia, cuda i także ogromna dobroć i miłosierdzie dają go poznać wszędzie i we wszystkich środowiskach. Jeśli na początku kierowania diecezją imperator Walentynian przyjmuje go z niechęcią, wrogo doń nastawiony, to w 10 lat później imperator Maksym (383-88) odnosi się do niego z szacunkiem, a nawet ze czcią. W zachowaniu Marcina brak jest jakiegokolwiek schlebiania, w przeciwieństwie do postawy tak wielu biskupów – pochlebców. Pewnego dnia, gdy imperator podał mu swój kielich, aby go wyróżnić, zamiast mu go zwrócić po wypiciu, Marcin podaje go kapłanowi, który mu towarzyszył. Podkreślił tak niezwykłą wartość kapłaństwa i udzielił lekcji obecnym.
    Żyjąc na ziemi i dokonując na niej cudów, Marcin żyje już w pełni w Królestwie Bożym. Na ziemi działał całym sercem w służbie Zmartwychwstałego, w świętej obojętności wobec wszelkiej władzy lub znaku władzy czysto ziemskiej. Jego pokora zachwycała chrześcijan, jego dobroci jednak przeciwstawiali się możni, sprzymierzeńcy siły, nawet pomiędzy biskupami.

    MARCIN I SPRAWA PRYSCYLIANIZMU
    W czasie jego bytności w Trewirze została podniesiona sprawa herezji pryscylianizmu. Pryscylian, biskup Awilii, opierając się na doktrynie dość kruchej nauczał w profetycznym natchnieniu. Posługiwał się apokryfami, odrzucał Stary Testament i doktrynę Kościoła, sam żył w skrajnym ascetyzmie. Został skazany przez Synod w Saragossie (380), zaś jego potępienie potwierdził synod w Bordeaux (384). Nierozważnie biskup Pryscylian odwołał się do sądu cesarza. Marcin doradzał miłosierdzie oraz doprowadzenie Pryscyliana do zdrowego pojmowania wiary. Biskup z Tours osądzał też jako niestosowne ingerowanie ramienia świeckiego w wewnętrzne sprawy Kościoła. Pomimo interwencji Marcina sprawa zakończyła się tragicznie. Najbardziej nieubłagani biskupi kierują do cesarza Maksyma prośbę o przykładne ukaranie biskupa Pryscyliana. Zostaje on skazany na śmierć wraz z sześcioma towarzyszami. Rozwiązanie to zaprzecza Ewangelii i zadaje ciężki cios Kościołowi. Marcin z Tours zostaje przez tych samych biskupów oskarżony o sprzyjanie nieszczęsnemu Pryscylianowi. Tymczasem także święty biskup Mediolanu, Ambroży, jest zgorszony tą sprawą, tym bardziej, że cesarz Maksym miesza się odtąd częściej w sprawy Kościoła. Wysyła wojsko do Hiszpanii z misją przegonienia heretyków i wytępienia ich. Dowiadując się o tym Marcin spieszy ponownie do Trewiru. Maksym wymaga od niego jako dowodu poddania swej władzy, przyłączenia się do biskupów, którym przewodzi Hiszpan Itacjusz. Jego zatwardziałość dochodzi do okrucieństwa. Aby uniknąć najgorszego Marcin przystaje, jednak jego sumienie będzie rozdarte. Wzorem był mu Jezus cichy i serca pokornego.
    Małżonka cesarza, przeciwnie, przyjmuje go przy swoim stole. Usługuje mu stojąc, ze spuszczonymi oczyma, a radość z takiego współbiesiadnika maluje się na jej twarzy. Jest przy nim i Martą, i Marią. Słucha z zachwytem i zachowuje się jak służąca, z duszą ogarniętą wiarą.

    WIERNOŚĆ DO KOŃCA
    Powróciwszy do diecezji biskup Marcin osiągnął wiek zaawansowany, a wciąż i coraz mocniej daje dowody wyrozumiałości i współczucia. Pewnego dnia, idąc odprawić Mszę św. spotkał biedaka w łachmanach, drżącego z zimna. Nakazał archidiakonowi przyodziać go odpowiednio. Ten jednak nic nie znalazł. Biedak na nowo zwrócił się do świętego. Wtedy Marcin zdjął własne szaty i ubrał w nie nieszczęsnego człowieka.
    Nawet wobec najbliższych współpracowników, którzy zachowywali się nagannie, Marcin dał dowody miłosiernej życzliwości. Diakon Brice, którego przyjęto w bardzo młodym wieku w Marmoutier, zaczął prowadził rozwiązłe życie. Na biskupa rzucał zniewagi i oszczerstwa. Błagano Marcina, aby przegonił niegodziwca. Biskup odpowiedział: „Jezus znosił Judasza, a więc ja mogę znosić Brice’a”. Modlił się. Wstrząśnięty dobrocią swego biskupa i łaską wysłużoną przez modlitwy świętego, Brice nawrócił się i wszedł na drogę świętości. Cud tej łaski przeszedł wyobrażenie, bo to właśnie Brice stanie się następcą Marcina jako biskup Tours! Prawa Królestwa Bożego nie są prawami tego świata. Brice, dzięki dobroci Marcina, stał się nowym owocem przypowieści o synu marnotrawnym.
    Marcin niestrudzenie wykonuje swój apostolat. Jego miłosierdzie kruszy zatwardziałe serca. Życzliwy dla grzeszników, przyjmuje ich nawet w klasztorze. To sama dobroć i miłosierdzie. Szatanowi, który nie przestaje go dręczyć i doświadczać, powiedział jednego dnia: „Sądzę, że gdybyś zechciał przestać kusić ludzi i gdybyś mógł okazać skruchę za twe przeszłe zbrodnie, Bóg by ci wybaczył i okazał ci miłosierdzie…” Marcin pojął przepaść Bożego miłosierdzia…

    SCHYŁEK MISJI
    Biskup Tours osiągnął wiek wyjątkowy w jego epoce: 81 lat. W tym czasie wybucha kłótnia pomiędzy kapłanami w Candes, nad Loarą. On – narzędzie pokoju, udaje się tam, chcąc doprowadzić do zgody. Do końca był pasterzem czuwającym. Po wypełnieniu tej misji popada w chorobę. Jego uczniowie, którzy towarzyszyli mu w wielkiej liczbie, lamentują u stóp jego łoża, bojąc się, że śmierć odbierze im świętego biskupa. Chory zdaje się na wolę Boga. Kładzie się na ziemi. Uczniowie chcą mu zrobić posłanie ze słomy, ale on stwierdza: „Nie godzi się, żeby chrześcijanin umarł inaczej niż w popiele.” Bardzo cierpi. Leży na plecach, co potęguje jego dolegliwości. Uczniowie proszą, by położył się na boku. Marcin odpowiada: „Pozwólcie, moje dzieci, że będę patrzył raczej w niebo niż w ziemię, aby moja dusza odnalazła prostą drogę ku swemu Panu.” I demon trwa przy nim, czyhając na najmniejszą słabość duszy, która spustoszyła jego królestwo ciemności. „Cóż tu robisz? – dopytuje się święty. – Nie znajdziesz we mnie niczego, przeklęte stworzenie, co by należało do ciebie. Miłosierdzie Boże przyjmie mnie na łono Abrahama.” Olbrzym wiary przywołuje ojca wierzących nim wejdzie ostatecznie w pokój i radość Chrystusa. Zaledwie wypowiedział te słowa, oddał ducha Stwórcy, po życiu wypełnionym służbą Bogu. Na posłaniu z popiołu ma twarz rozpromienioną niewyrażalnym pokojem.
    11 listopada 397 św. Marcin z Tours zostaje złożony do grobu. Odtąd wierni napływają tłumie do jego grobu. Św. Brice, jego następca, buduje bazylikę, która staje się celem pielgrzymek chrześcijan ze wszystkich narodów. W maju 1562 roku kalwini palą jego relikwie. Udało się ocalić ramię i część czaszki. Płaszcz biskupi świętego, tak zwaną capellę przechowali Merowingowie, później Karolingowie, w oratorium. Capella św. Marcina użyczyła nazwy oratorium, zwanemu odtąd chapelle czyli kaplicą.
    Niezwykłą sławę tego świętego potwierdza wielka liczba miejscowości i kościołów noszących jego imię: blisko 500 miejscowości i około 4000 tysiące kościołów w samej Francji. Cały Zachód świadczy o tym kulcie, w Rzymie jest aż 7 kościołów, które obrały go za swego patrona.

    René Lejeune

    Przekł. z fr.: E. B.; Stella Maris (szwajcarskie pismo religijne Wydawn. du Parvis) nr 320, listopad 1996, str. 1-4; w: „Vox Domini” nr 9-10/97, str. 2-4

    ___________________________________________________________________________________

    Św. Marcin z Tours – „święty niepodzielonego chrześcijaństwa”

    Sample

    fot. laiterie-de-verneuil.com

    ***

    11 listopada wspominamy św. Marcina. Jest on pierwszym świętym Kościoła zachodniego spoza grona męczenników. Postać świętego, a zwłaszcza scena jego dzielenia się połową płaszcza z żebrakiem, wielokrotnie inspirowały artystów. Czczą go chrześcijanie zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie, oprócz katolików, także prawosławni, ewangelicy i anglikanie.

    Ikonografia często bazuje na przełomowym wydarzeniu z życia świętego i podkreśla jego miłosierdzie. Jako żołnierz cesarza Konstancjusza jechał z rodzinnego domu do koszar. Gdy u bram miasta Ambianum (obecnie Amiens) ujrzał sponiewieranego i marznącego żebraka, nie mając ani pieniędzy, ani jedzenia, rozciął mieczem na pół swój płaszcz legionisty i dał go żebrakowi. Następnej nocy miał ujrzeć we śnie odzianego w tę połowę Chrystusa, który do otaczających Go aniołów powiedział: „To Marcin, zdążający do chrztu, okrył mnie swoim płaszczem”. Ten sen miał spowodować, że – według różnych wersji tej historii – w 339 r. Marcin przyjął chrzest i, zgodnie z ówczesnym zwyczajem, zrezygnował ze służby wojskowej.

    Przyszły święty urodził się ok. 317 w Panonii (dzisiejsze Węgry) i – podobnie jak jego ojciec – był żołnierzem, ale po przyjęciu chrztu porzucił służbę wojskową. Później przez dziesięć lat żył w pustelni na wyspie Gallimaria opodal Genui. Wkrótce zgromadził wokół siebie kilkudziesięciu mnichów, z którymi wspólnie założył najstarszy klasztor w Galii. Słynął z cnoty, ascetycznego życia a także z cudów.

    W 371 r. – wbrew jego woli – wierni wybrali go na biskupa Tours. W dalszym ciągu jednak prowadził życie mnisze w klasztorze w pobliskim Marmoutier, przewodząc w nim zgromadzeniu osiemdziesięciu zakonników. Był bardzo surowy dla siebie, a wyrozumiały dla innych. Potępiał błędy heretyków, ich samych natomiast bronił przed surowymi karami. W tym duchu zwalczał m.in. Itacjusza z Ossanowy, który domagał się kary śmierci dla heretyków.

    Marcin zmarł 8 listopada 397 r. w czasie wizyty parafii w niewielkiej miejscowości Candes nad Loarą. Pochowano go 11 listopada w katedrze w Tours. Ten dzień jest od V wieku liturgicznym wspomnieniem tego świętego.

    Kult św. Marcina zaczął się szerzyć bardzo szybko najpierw we Francji i – od połowy VI w. – w całej ówczesnej Europie chrześcijańskiej. Jego grób i samo miasto stały się wówczas miejscem pielgrzymkowym, przy czym przez długie wieki zajmowało ono drugie miejsce w Kościele zachodnim po miejscach świętych w Jerozolimie. Został pierwszym świętym, który nie był męczennikiem. Przez ponad 1000 lat królowie Francji oddawali się w opiekę św. Marcinowi. W późnym średniowieczu w kraju było ponad 3 600 kościołów pod jego wezwaniem. Nazwisko Martin jest jednym z najpopularniejszych we Francji.

    Postać świętego, a zwłaszcza scena jego dzielenia się połową płaszcza z żebrakiem, wielokrotnie inspirowały artystów. Malowali go m.in. Carpaccio (1456-1526), El Greco (1541-1614) i liczni inni twórcy. Często jest przedstawiany jako rycerz na białym koniu, rzadziej jako biskup z hostią. Imię świętego obrało sobie pięciu papieży, a ostatni z nich – Marcin V (1417-31) został wybrany 11 listopada.

    Bogate zwyczaje „marcińskie”

    We wczesnym chrześcijaństwie dzień św. Marcina miał charakter podobny do Środy Popielcowej. W czasach przedchrześcijańskich tego dnia rozpoczynała się zima, był to też termin płacenia podatków i początek nowego roku gospodarczego. Tego dnia m.in. uroczyście próbowano nowe wino.

    Do dziś w różnych częściach Niemiec i Austrii odbywają się pochody dzieci z „lampionami św. Marcina”, prowadzące do „ogniska św. Marcina”. Dzieciom towarzyszy rycerz ubrany w rzymski hełm i purpurowy płaszcz, mający przypominać żołnierza Marcina i jego dobre czyny.

    Gdy późną jesienią następuje lekkie ocieplenie, Francuzi nazywają to „latem Marcina”. Wiąże się to z inną legendą, według której gdy ciało Marcina wieziono statkiem po Loarze z miejsca jego śmierci – Candes-Saint-Martin – do Tours, z jesiennego snu obudziła się przyroda i nieoczekiwanie całe nadbrzeżne łąki okryły się kwiatami.

    W Poznaniu 11 listopada wypiekane są specjalne „Marcinowe” słodkie rogale wypełnione masą z białego maku. Na najstarszej ulicy miasta – św. Marcinie – odbywa się uroczysta parada, której przewodzi rycerz na siwym koniu.

    Gęsi na św. Marcina

    „Gęś św. Marcina” jest tradycyjną potrawą we Francji, Austrii i w Niemczech: w Kolonii na przykład spożywa się 11 listopada pieczoną gęś nadziewaną jabłkami, rodzynkami i kasztanami. W Szwecji św. Marcin jest patronem gastronomów z południa tego kraju. W Skanii już w przeddzień jego dnia przy „świętomarcinowej” gęsi zbierają się wieczorem w restauracjach całe rodziny i grupy przyjaciół.

    We Francji spożywanie w dniu św. Marcina potraw z gęsi połączone jest z degustacją rocznych win.

    “Via Sancti Martini”

    W 2005 roku wiodącą przez cały kontynent europejski pielgrzymkową „drogę św. Marcina” (“Via Sancti Martini”) Rada Europy ogłosiła „drogą kultury”. Łączy ona miejsce urodzenia z grobem narodowego świętego Franków w jego mieście biskupim – Tours. Drogę wyznaczają ciemnoczerwone tablice z żółtym krzyżem i pieczęcią Rady Europy. Choć „droga św. Marcina” nie jest tak popularna jak szlaki św. Jakuba do Santiago de Compostela, jednak systematycznie ich sieć się rozwija.

    Drogi te łączą jego miejsce urodzenia – Szombathely na Węgrzech z bazyliką św. Marcina w Tours, gdzie czczone są jego doczesne szczątki. Z Węgier droga prowadzi przez Maribor i Lublanę w Słowenii, a stamtąd przez Treviso i Wenecję do Mediolanu, następnie w Dolinę Aosty i na tzw. małej przełęczy św. Bernarda przecina główny grzbiet Alp. Po stronie francuskiej prowadzi przez centrum sportów zimowych Albertville i Lyon do Tours. Cała trasa łączy wiele miejsc, związanych ze św. Marcinem.

    Od kilku lat coraz większą popularnością cieszy się druga „Via Sancti Martini” – północny szlak do Tours. Prowadzi on z Szombathely przez Wiedeń i Linz do Niemiec, gdzie przebiega przez Bawarię, Badenię-Wirtenbergię i Nadrenię Palatynat. Z Trewiru Droga św. Marcina ciągnie się przez Luksemburg, Reims, Paryż, Chartres do Tours.

    e-Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________


    10 listopada

    Święty Leon Wielki, papież i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Andrzej Avellino, prezbiter
    ***
    Święty Leon Wielki

    Leon urodził się około 400 r. w Toskanii. Był synem Kwintyniana. Papież Celestyn I mianował go archidiakonem około roku 430. Od młodości wyróżniał się tak wielką erudycją i zdolnościami dyplomatycznymi, że nawet jako zwykły akolita wysyłany był przez papieża do ważnych misji. Na jego polecenie udał się m.in. z poufną misją do św. Augustyna, biskupa Hippony. Kiedy w 440 r. przebywał z misją pokojową w Galii, wysłany tam przez cesarzową Gallę Placydię, został obrany papieżem po śmierci Sykstusa III. Po powrocie do Rzymu został konsekrowany 29 września 440 r., rozpoczynając swoje ponad 21-letnie kierowanie Kościołem.
    Jego pontyfikat przypadł na czasy licznych sporów teologicznych i zamieszania pośród hierarchii kościelnej. Musiał zwalczać liczne herezje oraz tendencje odśrodkowe, podejmowane przez episkopaty Afryki Północnej i Galii. To wtedy Pelagiusz głosił, że Chrystus wcale nie przyniósł odkupienia z grzechów, a Nestoriusz twierdził, że w Jezusie mieszkały dwie osoby. Poprzez swoich legatów brał udział w soborze w Chalcedonie (451), który ustalił najważniejsze elementy doktryny chrystologicznej. W dogmatycznym liście do biskupa Konstantynopola, tzw. “Tomie do Flawiana”, odczytanym w Chalcedonie, Leon I rozwinął naukę o dwóch naturach w Chrystusie. Sobór Chalcedoński przyjął wiarę w jednego Chrystusa w dwóch naturach, obu niezmiennych i nieprzemieszczalnych, ale także nierozdwojonych i nierozdzielnych, tworzących jedną osobę. Tekst ten ojcowie soborowi przyjęli przez aklamację, a z zachowanych dokumentów wiemy, że zawołali wtedy: “Piotr przemówił przez usta Leona”.
    Papież Leon wprowadził zasadę liturgicznej, kanonicznej i pastoralnej jedności Kościoła. Za jego czasów powstały pierwsze redakcje zbiorów oficjalnych modlitw liturgicznych w języku łacińskim. Powiązał liturgię z codziennym życiem chrześcijańskim; np. praktykę postu z miłosierdziem i jałmużną. Nauczał, że liturgia chrześcijańska nie jest wspomnieniem wydarzeń minionych, lecz uobecnieniem niewidzialnej rzeczywistości. W jednej z mów podkreślał, że Paschę można celebrować w każdym okresie roku “nie jako coś, co przeminęło, ale raczej jako wydarzenie dziś obecne”.
    Leon przyczynił się do uznania prymatu stolicy Piotrowej zarówno przez cesarza zachodniego Walentyniana III, jak i przez Konstantynopol. Cesarz Walentynian III (425-455) ogłosił edykt postanawiający, że zarządzenia Stolicy Apostolskiej muszą być uważane za prawo; oznaczało to prymat jurysdykcyjny biskupa rzymskiego. Bronił Italię i Rzym przed najazdami barbarzyńców. Wyjechał naprzeciw Attyli, królowi Hunów, i jego wojskom, wstrzymał ich marsz i skłonił do odwrotu (452). W trzy lata później podjął pertraktacje ze stojącym u bram Rzymu Genzerykiem, królem Wandalów. Niestety, król nie dotrzymawszy umowy złupił Wieczne Miasto. Papież ten wsławił się także działalnością charytatywną oraz zdecydowanym przeciwstawianiem się praktykom pogańskim czy wpływom sekty manichejczyków.
    Leon był obrońcą kultury zachodniej. Jako pierwszy papież otrzymał przydomek “Wielki”. Zmarł 10 listopada 461 r. w Rzymie. Został pochowany w portyku bazyliki św. Piotra. Zachowało się po nim ok. 150 listów i prawie 100 mów wygłoszonych do mieszkańców Rzymu podczas różnych świąt. Pozwalają one poznać wiedzę teologiczną papieża oraz ówczesne życie liturgiczne. W roku 1754 Benedykt XIV ogłosił go doktorem Kościoła. Jest patronem muzyków i śpiewaków.
    W ikonografii św. Leon Wielki przedstawiany jest w szatach papieskich i w tiarze, czasami w szatach liturgicznych rytu wschodniego lub jako papież piszący. Jego atrybutami są: księga, kielich oraz orszak z półksiężycem, któremu zastępuje drogę.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ——————————————————————————————————-


    9 listopada

    Rocznica poświęcenia bazyliki laterańskiej

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Joanna z Signy
    ***
    Bazylika św. Jana na Lateranie

    Wiele osób sądzi, że najważniejszym kościołem papieskim jest bazylika św. Piotra na Watykanie. Nie jest to prawdą. To bazylika świętego Jana na Lateranie jest kościołem katedralnym papieża. Odegrała ona doniosłą rolę w historii chrześcijaństwa i dlatego Kościół obchodzi specjalny dzień, przypominający moment jej poświęcenia. Bazylika ta jest jedną z czterech bazylik większych Rzymu. Nazwa tego miejsca pochodzi od nazwiska starożytnych posiadaczy tych ziem. Cesarz Neron pod pozorem spisku zgładził Plantiusa Laterana i zagarnął jego pałac. Konstantyn Wielki pałac ten podarował papieżowi św. Sylwestrowi I (314-335). Do roku 1308 był on rezydencją papieży. Gdy w 313 r. cesarz Konstantyn Wielki wydał edykt pozwalający na oficjalne wyznawanie wiary chrześcijańskiej, kazał wybudować obok pałacu okazałą świątynię pod wezwaniem Chrystusa Zbawiciela, św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty. Stała się ona pierwszą katedrą Rzymu, a przylegający do niej pałac – siedzibą papieży. Jej poświęcenia dokonał papież św. Sylwester I w dniu 9 listopada 324 r.
    W ciągu kilku wieków panowało tu 161 papieży i odbyło się pięć soborów powszechnych. Bazylika na Lateranie przestała być siedzibą papieży od czasów niewoli awiniońskiej na początku XIV w. W 1377 r. papież Grzegorz IX przeniósł swą siedzibę do Watykanu.Do dziś bazylika laterańska zachowuje swe wyjątkowe znaczenie. W odróżnieniu od trzech pozostałych rzymskich kościołów patriarchalnych przysługuje jej tytuł arcybazyliki; każdy nowo wybrany biskup Rzymu udaje się do niej w uroczystej procesji. Nad wejściem do świątyni znajduje się łaciński napis, który najlepiej oddaje wagę i rolę tego miejsca:Mater et Caput omnium Ecclesiarum Urbis et Orbisto znaczy: Matka i Głowa wszystkich kościołów Miasta i Świata. Tu właśnie papieże odprawiali Mszę na rozpoczęcie Wielkiego Postu. Tu w Niedzielę Palmową stawia się łuk triumfalny na przyjęcie Króla męczenników. Tu papież odprawia Mszę świętą w Wielki Czwartek na pamiątkę Ostatniej Wieczerzy.Bazylika św. Jana na Lateranie jest nieco tylko mniejsza rozmiarem od Bazyliki św. Piotra i od Bazyliki św. Pawła za Murami. Wnętrze bazyliki jest podzielone kolumnami na pięć naw. Imponujący jest fronton bazyliki z 15 potężnymi figurami u szczytu (każda o wysokości 7 m): Chrystusa, św. Jana Chrzciciela, św. Jana Apostoła i doktorów Kościoła. Z balkonu, który jest umieszczony w centrum frontonu Bazyliki, papieże udzielali ludowi błogosławieństwa apostolskiego. Do wnętrza bazyliki prowadzi pięć potężnych wejść. W nawie głównej stoją także potężne posągi 12 Apostołów i ważniejszych proroków. W nawach bocznych są nagrobki papieży. Za konfesją, czyli za ołtarzem głównym, pod baldachimem, gdzie tylko papież odprawia Mszę świętą, znajduje się bogate prezbiterium, a przy jego końcu przy ścianie na stopniach stoi tron papieski z białego marmuru, wysadzany drogimi kamieniami tworzącymi artystyczne mozaiki.
    Do bazyliki dobudowane jest baptysterium, czyli osobna kaplica z basenem (tzw. pisciną), gdzie katechumenom udzielano chrztu przez zanurzenie. Kaplica nosi imię Konstantyna, gdyż są w jej wnętrzu obrazy, przedstawiające żywot tego właśnie cesarza. Obok bazyliki znajduje się osobny budynek wybudowany na polecenie papieża Systusa V w 1589 r., w którym znajdują się “Święte Schody” (scala sancta). Według podania są to kamienne stopnie, po których Chrystus szedł na sąd do Piłata. Przywiezione zostały one z Jerozolimy do Rzymu w roku 326 przez św. Helenę, matkę cesarza Konstantyna I. Te schody pobożni pątnicy tak wytarli kolanami, że powstały w nich głębokie wyżłobienia.Dla pozostałych trzech bazylik rzymskich obchodzimy jedynie wspomnienie (na przykład dla bazylik św. Piotra i św. Pawła – 16 listopada). Dzisiejszy obchód ma jednak rangę święta, a więc taką, jaka przysługuje parafianom każdej świątyni na świecie w dniu rocznicy jej poświęcenia. Bazylika laterańska, jako katedra papieża, jest parafią nas wszystkich, dlatego jako cały Kościół obchodzimy dziś święto.
    Początkowo rocznicę poświęcenia bazyliki obchodzono tylko w Rzymie. Potem, za sprawą augustiańskich mnichów, święto zaczęto obchodzić także w innych miejscach. Na stałe do kalendarza liturgicznego weszło ono za sprawą papieża św. Piusa V, który kazał umieścić je w swoim mszale wydanym w 1570 roku. W nowym kalendarzu rzymskim zmieniono dotychczasową nazwę święta “dedykacja arcybazyliki Najświętszego Zbawiciela” na “rocznicę poświęcenia bazyliki laterańskiej”.Teksty liturgiczne kierują naszą uwagę na ważną tajemnicę. Kościół chce dziś wyrazić swoją wielką wdzięczność za wszystkie świątynie, jakie zostały przez jego wiernych i dla jego wiernych wystawione. Każdy kościół to dom Boży w pełnym tego słowa znaczeniu, a nie – jak to jest w innych religiach – jedynie dom modlitwy. Kościół zwraca nam uwagę, że wszyscy jesteśmy żywym domem Bożym. Podobnie jak z poszczególnych kamieni czy cegieł składa się budowla gmachu kościoła, tak i z wiernych składa się Chrystusowy Kościół. Bazylika laterańska była pierwszą na świecie katolicką świątynią, w sposób uroczysty dedykowaną Panu Bogu. Wcześniej świątynie chrześcijańskie były przekształconymi dla celów kultu Chrystusa świątyniami pogańskimi.
    W to święto stajemy wobec tajemnicy Kościoła, którego fundamentem jest Jezus Chrystus, a opoką – Piotr. Przypominamy sobie o mocnej więzi Kościołów lokalnych ze Stolicą Apostolską.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    8 listopada

    Błogosławiony
    Jan Duns Szkot, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej, dziewica
      •  Święty Godfryd z Amiens, biskup
      •  Święty Adeodat I, papież
      •  Święci Czterej Koronowani, męczennicy
    ***
    Błogosławiony Jan Duns Szkot

    Jan nazywany jest Dunsem, ponieważ urodził się niedaleko miasteczka o takiej nazwie, pod koniec 1265 roku. Jego ojczyzną jest Szkocja i jej imię także weszło do jego przydomka.
    W 1280 roku Jan wstąpił do franciszkanów. Przykład i inspirację do tego kroku dał mu stryj Eliasz Duns. 17 marca 1291 roku Jan otrzymał święcenia w angielskim Northhampton. Przełożeni wysłali go następnie do Paryża, gdzie miał uzupełnić studia rozpoczęte na uniwersytecie w Oksfordzie. Decyzja ta pokazuje, że Jan musiał cechować się wybitną inteligencją, skoro zasłużył na takie wyróżnienie. Paryż był wówczas niezwykle żywym ośrodkiem uniwersyteckim. Po zdobyciu pierwszych stopni akademickich – nauczał. Po pewnym czasie powrócił znowu do Anglii, by nauczać w szkołach franciszkańskich. To z tego okresu pochodzi jego pierwsze dzieło Ordinatio. Wtedy też powoli zaczęła się jego sława jako europejskiego teologa średniowiecznego, która trwa do dziś. Papież Paweł VI przyrównał teologię Jana Dunsa do katedry gotyckiej: obok potężnych i harmonijnych struktur św. Tomasza z Akwinu i innych mistrzów, myśliciele średniowiecza zauważali, jak “na trwałych podstawach i ze śmiałymi pinaklami (strzelistymi wierzchołkami) wznosiła się żarliwa refleksja Jana Dunsa Szkota”.
    Następne lata życia Jana Dunsa Szkota to podróże po europejskich uniwersytetach, nauczanie coraz to nowych studentów i kolejne osiągnięcia naukowe, m.in. w Cambridge, Oksfordzie i Paryżu. W 1304 roku został w paryskim studium franciszkańskim “mistrzem regentem”, czyli dyrektorem teologicznego studium braci. Na kartach swego dzieła De prima principio modlił się: “O Panie, Stworzycielu świata, udziel mi łaski wiary, zrozumienia i uwielbiania Twego majestatu i wznieś mego ducha ku kontemplacji Ciebie”. Ze względu na wysublimowanie i delikatność myśli zwany był “doktorem subtelnym”.
    Po kilku latach napięcia polityczne (proces przeciwko templariuszom) sprawiły, że przełożeni przenieśli go do spokojnej Kolonii, gdzie miał kierować studium braci. W czasie pełnienia tej posługi zmarł 8 listopada 1308 roku. Miał wówczas 43 lata. Jego życie streszcza sentencja: “Szkocja mnie zrodziła, Anglia mnie przygarnęła, wykształciła mnie Francja, strzeże mnie Kolonia”.

    Błogosławiony Jan Duns Szkot

    Jan Duns Szkot był zwolennikiem dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Argumentował, że Chrystus, jako doskonały Pośrednik, mógł i chciał wybawić swoją Matkę nie tylko od grzechu śmiertelnego, nie tylko od grzechu powszedniego, ale także od grzechu pierworodnego. Najdoskonalszy Pośrednik jest w stanie sprawić najdoskonalszy czyn pośrednictwa na rzecz osoby, dla której jest Pośrednikiem; najdoskonalszym pośrednictwem jest zaś zachowanie od grzechu pierworodnego. To, że się tak stało, można poznać po owocu łona Maryi. Jan Duns z wielką mocą głosił tajemnicę Wcielenia Słowa i był żarliwym obrońcą prawdy o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Jako jeden z nielicznych wówczas teologów, odważnie i zdecydowanie bronił bezgrzeszności Maryi, Matki Jezusa Chrystusa, stając się dla potomnych Doktorem maryjnym. Kościół katolicki ogłosił w 1854 r. naukę o Niepokalanym Poczęciu Maryi jako dogmat wiary. W filozofii Duns Szkot głosił prymat abstrakcji nad bytem rzeczywistym. Według niego przedmiotem metafizyki jest byt jako byt, czyli najogólniejsza natura ujmowana aktem intelektu, który przenika przez wszystkie warstwy konkretu i dociera do bytu.
    Kongregacja ds. Beatyfikacji i Kanonizacji, dekretem zatwierdzonym przez Pawła VI w 1972 r., stwierdziła, że pisma Dunsa Szkota nie zawierają błędów przeciw wierze i moralności i zezwoliła na prowadzenie procesu na drodze badań historycznych. Po dokładnych badaniach życia i dziejów kultu sługi Bożego przeprowadzonych przez historyków i teologów, Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych 6 lipca 1991 r. wydała dekret stwierdzający heroiczność jego cnót i dawność kultu. Papież św. Jan Paweł II ogłaszając go uroczyście błogosławionym w dniu 20 marca 1993 r., określił Jana Dunsa Szkota jako “piewcę Słowa wcielonego i obrońcę Niepokalanego Poczęcia”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Bł. Jan Duns Szkot

    Bł. Jan Duns Szkot

    fot. Grzegorz Gałązka/galazka.deon.pl

    ***

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 7.07.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Dziś rano chcę wam przedstawić następną ważną postać w historii teologii: jest nią błogosławiony Jan Duns Szkot, który żył pod koniec XIII w. Stary napis na jego grobie przedstawia geograficzne tło jego życia: «Anglia go przyjęła; Francja go wykształciła; Kolonia w Niemczech przechowuje jego doczesne szczątki; w Szkocji się urodził». Nie możemy lekceważyć tych informacji, również z tego powodu, że o życiu Dunsa Szkota wiemy niewiele. Urodził się prawdopodobnie w 1266 r. w wiosce, która nazywała się Duns, w pobliżu Edynburga. Pociągał go charyzmat św. Franciszka z Asyżu, toteż przyłączył się do rodziny Braci Mniejszych i w 1291 r. przyjął święcenia kapłańskie. Obdarzony błyskotliwą inteligencją i skłonnością do myślenia spekulatywnego — ze względu na tę inteligencję tradycja nadała mu tytuł Doctor subtilis, «Doktor subtelny» — Duns Szkot został skierowany na studia filozoficzne i teologiczne na sławnych uniwersytetach w Oksfordzie i w Paryżu. Po pomyślnym zakończeniu formacji zaczął wykładać teologię na uniwersytetach w Oksfordzie i w Cambridge, a potem w Paryżu oraz komentować Sentencje Piotra Lombarda, jak wszyscy mistrzowie tamtej epoki. Zasadnicze dzieła Dunsa Szkota stanowią właśnie dojrzały owoc tych wykładów, a ich tytuły pochodzą od miejsc, w których przebywał: Ordinatio — w przeszłości nazywana Opus Oxoniense (Oxford), Reportatio Cantabrigiensis (Cambridge), Reportata Parisiensia (Paryż). Do nich należy dodać przynajmniej Quodlibeta (albo Quaestiones quodlibetales), dosyć ważne dzieło, składające się z 21 «kwestii» dotyczących różnych tematów teologicznych. Duns Szkot opuścił Paryż, po wybuchu poważnego konfliktu między królem Filipem IV Pięknym i papieżem Bonifacym VIII — wolał raczej dobrowolne wygnanie niż podpisać dokument wrogi wobec papieża, co król narzucił wszystkim zakonnikom. I tak — z miłości do Stolicy Piotrowej — razem z braćmi franciszkanami opuścił kraj.

    Drodzy bracia i siostry, ten fakt sprawia, że przypominamy sobie, ile razy w dziejach Kościoła wierzący spotykali się z wrogością, a nawet byli prześladowani z powodu wierności i oddania Chrystusowi, Kościołowi i papieżowi. Patrzymy wszyscy z podziwem na tych chrześcijan, którzy uczą nas strzec, jako cennego dobra, wiary w Chrystusa oraz komunii z Następcą Piotra i Kościołem powszechnym.

    W każdym razie między królem francuskim i następcą Bonifacego VIII dosyć szybko znów zapanowały przyjazne stosunki, i Duns Szkot mógł w 1305 r. powrócić do Paryża, gdzie wykładał teologię jako Magister regens. Przełożeni wysłali go następnie do Kolonii jako profesora franciszkańskiego studium teologicznego, lecz zmarł 8 listopada 1308 r. w wieku zaledwie 43 lat, pozostawiając znaczną liczbę ważnych dzieł.

    Ze względu na sławę świętości, jaką się cieszył, jego kult wkrótce rozprzestrzenił się w zakonie franciszkańskim a czcigodny Jan Paweł II zechciał go uroczyście potwierdzić błogosławionym 20 marca 1993 r. i nazwał go «piewcą Słowa wcielonego oraz obrońcą Niepokalanego Poczęcia». To wyrażenie syntetycznie ujmuje wielki wkład, jaki Duns Szkot wniósł w historię teologii.

    Przede wszystkim snuł rozważania nad tajemnicą wcielenia i, w odróżnieniu od wielu innych myślicieli swoich czasów, utrzymywał, że nawet gdyby ludzkość nie zgrzeszyła, Bóg stałby się człowiekiem. «Myśleć, że Bóg zrezygnowałby z takiej roli, gdyby Adam nie zgrzeszył — pisze Duns Szkot — byłoby całkowicie nierozsądne. Twierdzę, że upadek nie był przyczyną przeznaczenia Chrystusa, oraz że nawet gdyby nikt nie upadł, ani anioł, ani człowiek — to i przy takim założeniu Chrystus byłby nadal przeznaczony w ten sam sposób» (Reportata Parisiensiain III Sent., d. 7, 4). Myśl ta rodzi się, ponieważ dla Dunsa Szkota wcielenie Syna Bożego, przewidziane odwiecznie w zamyśle Boga Ojca, stanowi wypełnienie dzieła stworzenia i powoduje, że każde stworzenie, w Chrystusie i za Jego sprawą, może zostać napełnione łaską i oddawać cześć i chwałę Bogu w wieczności. Jakkolwiek Duns Szkot był świadomy, że Chrystus w rzeczywistości nas odkupił przez swoją mękę, krzyż i zmartwychwstanie, z powodu grzechu pierworodnego, twierdzi jednak, że wcielenie jest największym i najpiękniejszym dziełem całej historii zbawienia oraz że nie jest ono uwarunkowane przez żadne przypadkowe okoliczności.

    Jako wierny uczeń św. Franciszka Duns Szkot chętnie kontemplował i rozważał w kazaniach tajemnicę zbawczej męki Chrystusa, wyrażającą wolę miłości, niezmierzonej miłości Boga, który z ogromną wielkodusznością promieniuje na zewnątrz swą dobrocią i miłością (por. Tractatus de primo principio, c. 4). Miłość ta objawia się nie tylko na Kalwarii, ale również w Najświętszej Eucharystii, którą Duns Szkot otaczał wielkim nabożeństwem i w której widział sakrament rzeczywistej obecności Jezusa oraz sakrament jedności i komunii pobudzającej nas do wzajemnej miłości i do miłości Boga jako Najwyższego Dobra wspólnego (por. Reportata Parisiensia, in iv Sent., d. 8, q. 1, n. 3). «I tak jak ta miłość — pisałem w Liście do uczestników Międzynarodowego Kongresu z okazji 700. rocznicy śmierci bł. Dunsa Szkota, przytaczając jego myśl — była na początku wszystkich rzeczy, podobnie jedynie w miłości i miłosierdziu będzie nasza szczęśliwość: ‘pragnienie lub wola miłosna jest po prostu życiem wiecznym, szczęśliwym i doskonałym’» (aaa 101 [2009], 5).

    Drodzy bracia i siostry, ta wizja teologiczna, bardzo «chrystocentryczna», otwiera nas na kontemplację, zdumienie i wdzięczność: Chrystus stanowi centrum dziejów i wszechświata, to On nadaje sens, godność i wartość naszemu życiu! Podobnie jak Paweł VI w Manili, również ja chciałbym dzisiaj głosić światu: «[Chrystus] jest objawicielem niewidzialnego Boga, jest pierworodnym wszelkiego stworzenia, jest fundamentem wszystkiego; On jest Nauczycielem ludzkości, jest Odkupicielem; On narodził się, umarł i zmartwychwstał dla nas; On stanowi centrum historii i świata; On nas zna i kocha; On jest towarzyszem i przyjacielem naszego życia. (…) Mógłbym mówić o Nim bez końca» (homilia, 29 listopada 1970 r.).

    Przedmiotem refleksji Doktora subtelnego była w dziejach zbawienia rola nie tylko Chrystusa, ale także Maryi. W czasach Dunsa Szkota większość teologów stawiała pozornie niezbite zastrzeżenie nauce głoszącej, że Najświętsza Maryja Panna była wolna od grzechu pierworodnego od samego poczęcia: istotnie, powszechność odkupienia dokonanego przez Chrystusa — wydarzenia absolutnie centralnego w dziejach zbawienia — na pierwszy rzut oka tego rodzaju stwierdzenie mogła podważać. Duns Szkot przedstawił wówczas argument, którym posłużył się później błogosławiony papież Pius IX w 1854 r., gdy uroczyście ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Argumentem tym jest tzw. «odkupienie zachowawcze», zgodnie z którym niepokalane poczęcie stanowi arcydzieło dokonanego przez Chrystusa odkupienia, ponieważ właśnie moc Jego miłości oraz Jego pośrednictwa sprawiła, że Matka została zachowana od grzechu pierworodnego. Franciszkanie przyjęli i szerzyli tę naukę z entuzjazmem, a inni teologowie często uroczystą przysięgą zobowiązywali się do jej obrony i doskonalenia.

    W związku z tym chciałbym uwypuklić pewien fakt, który wydaje mi się ważny. Wybitni teologowie, podobnie jak Duns Szkot w przypadku nauki o niepokalanym poczęciu, swoim specyficznym wkładem myśli wzbogacili to, w co lud Boży sam z siebie wierzył odnośnie do Błogosławionej Dziewicy i co wyrażał w praktykach pobożności, w dziełach sztuki i ogólnie w życiu chrześcijańskim. Wszystko to dzięki nadprzyrodzonemu sensus fidei, to znaczy otrzymanej od Ducha Świętego zdolności do przyjęcia rzeczywistości wiary z pokorą serca i umysłu. Oby teologowie zawsze wsłuchiwali się w ten głos oraz zachowywali pokorę i prostotę maluczkich! Mówiłem o tym kilka miesięcy temu: «Są wielcy uczeni, wielcy specjaliści, wielcy teologowie, mistrzowie wiary, którzy nauczyli nas wielu rzeczy. Dotarli do szczegółów Pisma Świętego, dziejów zbawienia, ale nie zdołali dostrzec samej tajemnicy, prawdziwego sedna. (…) Istota rzeczy pozostała ukryta! Są natomiast również w naszych czasach maluczcy, którzy poznali tę tajemnicę. Myślimy o św. Bernadetcie Soubirous; św. Teresie z Lisieux i jej nowym odczytywaniu Biblii, ‘nienaukowym’, ale docierającym do serca Pisma Świętego» (homilia podczas Mszy św. dla członków Międzynarodowej Komisji Teologicznej, 1 grudnia 2009 r.).

    Duns Szkot rozwinął także kwestię, na którą współczesność jest bardzo wrażliwa. Jest to temat wolności i jej związku z wolą oraz rozumem. Omawiany przez nas autor uwypukla wolność jako fundamentalną cechę woli, dając początek takiemu jej ujmowaniu, które kładzie akcent na wolę. Niestety, u późniejszych autorów ten kierunek myślenia przyjął postać woluntaryzmu, przeciwstawiającego się tak zwanemu intelektualizmowi augustiańskiemu i tomistycznemu. Według św. Tomasza z Akwinu wolność należy uważać nie za wrodzoną cechę woli, lecz za owoc współpracy woli i rozumu. Idea wolności wrodzonej i absolutnej — którą właśnie rozwinięto po Dunsie Szkocie — związana z wolą poprzedzającą rozum, zarówno w Bogu, jak i w człowieku, może bowiem prowadzić do idei Boga, który nie jest skrępowany nawet więzami prawdy i dobra. Gdy pragnie się bronić absolutnej transcendencji i odmienności Boga przez tak radykalne i nieprzeniknione akcentowanie Jego woli, nie bierze się pod uwagę, że Bóg, który się objawił w Chrystusie, jest Bogiem-Logosem, który działał i działa pełen miłości do nas. Z pewnością miłość przewyższa poznanie i jest zdolna pojąć więcej niż sama myśl, niemniej pozostaje ona zawsze miłością Boga-Logosu» (por. Benedykt XVI, wykład w Ratyzbonie; «L’Osservatore Romano», wyd. polskie, n. 11/2006, s. 27). Również gdy ludzka idea wolności absolutnej, która mieści się w woli, zapomina o więzi z prawdą, pomija fakt, że sama wolność powinna być wyzwolona z ograniczeń, jakie jej narzuca grzech. W każdym razie wizja skotystyczna nie popada w tego typu skrajności: dla Dunsa Szkota wolny akt jest owocem współdziałania rozumu i woli, a jeśli mówi on o «prymacie» woli, uzasadnia go tym, że wola zawsze idzie w ślad za rozumem.

    Przemawiając do rzymskich seminarzystów, przypomniałem, że «we wszystkich epokach wolność była wielkim marzeniem ludzkości, od samego jej zarania, a w szczególności w czasach współczesnych» (przemówienie w Rzymskim Wyższym Seminarium Duchownym, 20 lutego 2009 r.; «L’Osservatore Romano», wyd. poskie, n. 4/2009, s. 28). Jednak właśnie współczesna historia, a także nasze codzienne doświadczenie poucza nas, że wolność tylko wtedy jest autentyczna i pomaga w budowaniu naprawdę ludzkiej cywilizacji, kiedy jest pogodzona z prawdą. Kiedy wolność jest oderwana od prawdy, w tragiczny sposób staje się zarzewiem zniszczenia wewnętrznej harmonii osoby ludzkiej, źródłem dominacji ludzi silnych i gwałtownych oraz powoduje cierpienia i żałobę. Duns Szkot twierdzi, że wolność, podobnie jak wszystkie zdolności, którymi człowiek jest obdarzony, wzrasta i doskonali się, gdy człowiek otwiera się na Boga, ceni gotowość do słuchania Jego głosu: kiedy wsłuchujemy się w Objawienie Boże, Słowo Boże aby je przyjąć, dociera do nas przesłanie napełniające nasze życie światłem i nadzieją i jesteśmy rzeczywiście wolni.

    Drodzy bracia i siostry, bł. Duns Szkot uczy nas, że w naszym życiu najistotniejsza jest wiara w Boga, który jest z nami i kocha nas w Chrystusie Jezusie, oraz pogłębianie miłości do Niego i do Jego Kościoła. My jesteśmy świadkami tej miłości na ziemi. Niech Najświętsza Maryja Panna pomaga nam przyjąć tę nieskończoną miłość Bożą, którą będziemy się wiecznie cieszyć w pełni w niebie, kiedy w końcu nasza dusza połączy się na zawsze z Bogiem, we wspólnocie świętych.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 10/2010/Opoka.pl

    _____________________________________________________________________________

    Bł. Jan Duns Szkot

    fot. Radio Niepokalanów

    ***

    Biografia bł. Jana Dunsa Szkota (1266-1308), beatyfikowanego 20-03-1993

    Jan Duns Szkot urodził się około r. 1266 w szkockim miasteczku Duns (hrabstwo Berwick). W 1279 r. wstąpił do zakonu franciszkanów w Szkocji. Nowicjat odbył w Dumfries, a następnie kształcił się w Szkocji i Anglii. Po święceniach kapłańskich w 1291 r. podjął studia na Uniwersytecie Paryskim (1293-1296). Wykładał następnie na uniwersytetach w Cambridge, Oxfordzie i Paryżu. W 1303 r. został wydalony z Paryża, ponieważ odmówił złożenia podpisu pod apelem Filipa IV Pięknego, który odwołał się do soboru przeciw papieżowi Bonifacemu VIII. Rok później powrócił i uzyskał tytuł magistra teologii. W 1307 r. znów opuścił Paryż i udał się do Kolonii, gdzie pełnił urząd regenta studiów teologicznych. Umarł 8 listopada 1308 r.

    Ukształtowany na wzór Chrystusa w szkole św. Franciszka, św. Bonawentury oraz innych doktorów i świętych zakonu, Duns Szkot zasłynął jako wielki filozof i teolog o głębokim życiu wewnętrznym. Jego duchowość czerpała siłę z rozważań teologicznych, a zjednoczenie z Bogiem było natchnieniem do zgłębiania prawd wiary. «O Panie, Stworzycielu świata — modlił się na kartach swego dzieła De Primo Principio — udziel mi łaski wiary, zrozumienia i uwielbiania Twego majestatu i wznieś mego ducha ku kontemplacji Ciebie». W Bogu — pierwszym, doskonałym, nieskończonym i wolnym Bycie, w Słowie Wcielonym — Jezusie Chrystusie — wszystko kochał i wszystko pragnął poznać: człowieka, wszechświat i sens historii.

    Obok nauki o Bogu w Trójcy Świętej Jedynym i chrystologii, wielkim osiągnięciem Dunsa Szkota była mariologia. Wyłożył prawdę o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Dziewicy i bronił jej, czym zasłużył sobie na tytuł “doktora maryjnego».

    Jego grób w kościele franciszkanów w Kolonii otoczony był od początku wielką czcią wiernych. Sława świętości Dunsa Szkota rozeszła się szeroko po Europie, przekraczając mury franciszkańskich klasztorów. W Kolonii i w diecezji Nola (koło Neapolu) uważany był za świętego. W 1698 r. Kongregacja Obrzędów przyznała mu tytuł «czcigodnego». Proces kanonizacyjny Dunsa Szkota miał jednak długą historię: w latach 1706-1707 toczył się w Kolonii, w 1709-1711 i 1905-1906 w Noli, w 1904-1905 w Genui, a w 1918 r. w Rzymie.

    Wielki hołd słudze Bożemu oddał Paweł VI, który w liście apostolskim Alma Parens wysłanym 14 lipca 1966 r. do biskupów Anglii, Walii i Szkocji z okazji siedemsetnej rocznicy urodzin Dunsa Szkota, nazwał jego nauczanie “antidotum przeciw ateizmowi». Przypomniał również, iż Duns Szkot był mistrzem prawdziwego dialogu, opartego na Ewangelii i starożytnych tradycjach, który może poprowadzić do jedności pośród różnorodności, o jaką modlił się Chrystus. «Badał i analizował rozwój poznania — pisał dalej papież — posługując się rzetelnym aparatem krytycznym i nie zapominając nigdy o pierwszych zasadach, trzeźwo oceniał własne wywody, u których podłoża nie było chęci osiągnięcia osobistego zwycięstwa, lecz — jak powiedział o nim Jan Gerson — pokorne dążenie do znalezienia zgody».

    Kongregacja ds. Beatyfikacji i Kanonizacji, dekretem zatwierdzonym przez Pawła VI w 1972 r., stwierdziła, że pisma Dunsa Szkota nie zawierają błędów przeciw wierze i moralności i zezwoliła na prowadzenie procesu na drodze badań historycznych.

    Podczas pierwszej pielgrzymki apostolskiej do Republiki Federalnej Niemiec, 15 listopada 1981 r. Jan Paweł II nawiedził grób Dunsa Szkota i nazwał go «duchową twierdzą wiary».

    Po dokładnych badaniach życia i dziejów kultu sługi Bożego przeprowadzonych przez historyków i teologów, Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych 6 lipca 1991 r. wydała dekret stwierdzający heroiczność jego cnót i dawność kultu (ab immemorabili tempore).

    L’Osservatore Romano 5-6/1993/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________

    Chrystus przyszedłby nawet gdyby nie było grzechu pierworodnego – bł. Jan Duns Szkot

    Chrystus przyszedłby nawet gdyby nie było grzechu pierworodnego – bł. Jan Duns Szkot

    Bł. Jan Duns Szkot – Enrique López-Tamayo Biosca, CC BY 2.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons

    ***

    Jan urodził się w Szkocji, przyjęła go Anglia, Francja go wykształciła, w Niemczech przechowywane są jego szczątki. Był bardzo światłym człowiekiem, przenikliwym filozofem, wybitnym teologiem, utalentowanym matematykiem. Wstąpił do franciszkanów. Jan Paweł II nazwał go ‘piewcą Słowa wcielonego’ oraz ‘obrońcą Niepokalanego Poczęcia’. 8 listopada Kościół wspomina błogosławionego Jana Dunsa Szkota, franciszkanina.

    Jan urodził się w niewielkiej wiosce Duns, niedaleko Edynburga, w Szkocji, około roku 1266. Właśnie miejsce pochodzenia stało się jego przydomkiem, po którym jest rozpoznawalny. W 1280, za przykładem i inspiracją swojego stryja Eliasza, wstąpił do franciszkanów. Nowicjat odbył w Dumfries. Potem rozpoczął studia w Szkocji i Anglii. W 1291 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Rozpoczął studia w Oxfordzie, a następnie kontynuował je w Paryżu.

    W 1296 wrócił do Anglii, aby nauczać w Cambridge i Oxfordzie. Na początku XIV wieku wrócił do Paryża, a w 1304 roku został ‘Magister regens – mistrzem regentem’ i kierował teologicznym studium braci franciszkanów.

    Niedługo potem wybuchł konflikt między królem Filipem IV Pięknym a papieżem Bonifacym VIII. Król zażądał od wszystkich zakonników podpisania dokumentu lojalności. Jan wybrał raczej wygnanie niż podpisanie takiego dokumentu. Dlatego też razem z braćmi franciszkanami opuścił Francję. Był to odważny gest opowiedzenia się za Kościołem i papieżem.

    Konflikt został szybko zażegnany i Jan wrócił do Paryża w 1305 roku. W 1307 roku przełożeni wysłali go do Kolonii, aby wykładał we franciszkańskim studium teologicznym.
    Tam zmarł 8 listopada 1308 roku, mając zaledwie 43 lata.

    Bł. Jan Duns Szkot OFM - Justus van Gent, Public domain, via Wikimedia Commons

    Bł. Jan Duns Szkot OFM – Justus van Gent, P.d., via Wiki. Comm.Duns Szkot pozostawił wiele ważnych dzieł. Był obdarzony błyskotliwą inteligencją i miał skłonność do myślenia spekulatywnego. Dlatego też został przez potomnych nazwany ‘Doctor subtilis – doktor subtelny’.

    ***

    Przedmiotem jego rozważań była tajemnica wcielenia Jezusa. Był przekonany, że przyjście Chrystusa jako człowieka jest wielką łaską, którą Bóg zamierzył niezależnie od grzechu pierworodnego. Uważał, że nawet gdyby nie było upadku aniołów, ani grzechu Adama i Ewy, to i tak Chrystus przyszedłby na ziemię i stał się człowiekiem, bo jest to tak ważna prawda w Boskim planie zbawienia, że nie może być uzależniona od perspektywy grzechu.

    Jan chętnie rozważał i komentował tajemnicę męki Chrystusa na krzyżu. Widział w nim wielkoduszność i dobroć Boga. Tę miłość Boga z krzyża widział też w Eucharystii, której był wielkim czcicielem. Jego teologia była chrystocentryczna.

    Duns Szkot był też cały czas przekonany – na przekór wielu teologom jego czasów – że Maryja Panna była Niepokalanie Poczęta. To on wprowadził pojęcie ‘odkupienia zachowawczego’, którym po wiekach posłużył się papież Pius IX, ogłaszając w 1854 roku dogmat o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Według niego Maryja była wolna od grzechu pierworodnego na ‘mocy przewidzianych zasług Chrystusa’.

    Błogosławiony Jan poruszał także wiele kwestii filozoficznych, jak temat wolności oraz jej relacji do woli i rozumu. Twierdził, że wszystkie zdolności, jakimi człowiek jest obdarzony, a więc i wolność, wzrastają i doskonalą się, kiedy człowiek otwiera się na Boga, chce słuchać Jego głosu. Tylko wtedy, kiedy wsłuchujemy się w Boże Objawienie, w Jego Słowo, napełniamy się światłem i nadzieją, i stajemy się wolni.

    Błogosławiony Jan uczy, że najistotniejsza w życiu jest wiara w Boga i pogłębianie miłości do Niego i do Kościoła.
    Sława świętości Dunsa Szkota szybko się rozeszła, choć beatyfikował go dopiero w 1993 roku Jan Paweł II.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    7 listopada

    Błogosławiony
    Franciszek od Jezusa, Maryi, Józefa
    Palau y Quer, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Willibrord, biskup
      •  Błogosławiona Łucja a Septifonte, dziewica
      •  Błogosławiona Helena Enselmini, dziewica
      •  Święci zakonnicy Izrael, Walter i Teobald
      •  Święty Engelbert, biskup i męczennik
    ***
    Błogosławiony Franciszek Palau y Quer

    Franciszek urodził się 29 grudnia 1811 roku w Hiszpanii. Był synem Józefa Franciszka Palau i Marii Antoniny Quer. Miał sześcioro rodzeństwa: cztery siostry i dwóch braci. Jego rodzina była pobożna i silnie wierząca. Franciszek przebywał dłuższy czas u swojej siostry w Lerida, tam też dojrzewało jego powołanie i tam w 1828 roku zgłosił się do seminarium. W wieku 20 lat ukończył studia. W 1832 roku wstąpił do nowicjatu karmelitów bosych w Barcelonie. Na tę decyzję mogła wpłynąć przykładna postawa o. Józefa, karmelity bosego, jednego z profesorów seminarium.
    W 1835 roku opuścił klasztor św. Józefa, podpalony przez rewolucjonistów. Podczas ucieczki Franciszek, narażając swoje życie, pomagał niewidomemu współbratu. Wraz z innymi zakonnikami został osadzony w barcelońskim więzieniu La Ciudadela. Był to dla Kościoła w Hiszpanii bardzo trudny czas i każdy składający śluby zakonne liczył się z możliwością męczeńskiej śmierci. Franciszek Palau święcenia kapłańskie przyjął w 1836 roku, a służbę ludziom zaczął jako kapłan diecezjalny. Nigdy już nie wrócił do rodzimego zakonu, który został rozproszony przez władze świeckie. Powrócił do rodzinnej wioski i tam pełnił posługę kapłańską. Zajmował się głównie katechizacją, misjami ludowymi i działalnością rekolekcyjną. W latach 1851-1854 prowadził w Barcelonie “Szkołę cnót”, która przyjęła formę niedzielnych katechez dla dorosłych. Pod pretekstem działalności reakcyjnej władze zamknęły jednak szkołę i skazały Franciszka Palau na sześć lat wygnania na Ibizie.

    Błogosławiony Franciszek Palau y Quer

    Czas tam spędzony zakonnik wykorzystał do ewangelizacji, która rozszerzyła się potem na Majorkę i Minorkę. I właśnie przebywając na Minorce Franciszek uświadomił sobie swoją wielką miłość do Kościoła. Postanowił ją praktykować na zupełnie nowy sposób, łączący życie kontemplacyjne i posługę apostolską. “Pewnego wieczoru znajdowałem się w kościele katedralnym oczekując godziny rozpoczęcia nabożeństwa, w czasie którego powinno się udzielić ostatniego błogosławieństwa, co było zwyczajem na zakończenie misji. Mój duch został uniesiony przed tron Boga… Zobaczyłem piękną młodą dziewczynę ubraną w chwałę. Jej ubiór promieniał światłością i nie można było rozpoznać nic, poza sylwetką, ponieważ nie było możliwym patrzeć na nią. Usłyszałem głos, który mówił: «Ty jesteś kapłanem Najwyższego; błogosław i ten, którego pobłogosławisz, będzie błogosławiony. Ta jest moją Córką umiłowaną…» Zatopiłem się w morzu łez. Moje boleści urosły w wielkim stopniu. Znałem tę Panią i oddać na Jej służbę życie – nie jedno, ale tysiąc – byłoby zbyt mało dla mnie… Gdy nadeszła godzina nabożeństwa, podczas gdy wchodziłem na ambonę, usłyszałem głos Ojca, który powiedział do mnie: «Pobłogosław moją umiłowaną Córkę i twoją Córkę». Napływ ludzi był wielki. Ja nie mogłem w pełni pojąć, jak mogłem być ojcem w Kościele i dla Kościoła” – tak Franciszek opisał swoje objawienie w rękopisie wspomnień “Moje relacje z Kościołem”.
    Franciszek Palau jest założycielem mieszanego zgromadzenia sióstr i braci tercjarzy karmelitańskich. Po jego śmierci pozostały obie gałęzie, przy czym już niewiele później siostry dały początek dwóm zgromadzeniom, noszącym dziś nazwy: Karmelitanki Misjonarki Terezjanki oraz Karmelitanki Misjonarki. Ostatnich braci, po wojnie domowej (1936-1939) i z powodu małej ich liczby, włączono w szeregi karmelu bosego w prowincji św. Józefa w Barcelonie.
    Działalność apostolska Franciszka Palau była niezwykle szeroka. Od 1865 roku sprawował on posługę egzorcysty. W roku 1870 brał udział w obradach Soboru Watykańskiego I. Był też dyrektorem tercjarzy i tercjarek karmelitańskich w Hiszpanii.Zmarł na zapalenie płuc 20 marca 1872 roku w Tarragonie. Beatyfikowany został w 1988 roku. Cud, na podstawie którego nastąpiła beatyfikacja, dotyczył uzdrowienia Leona Godoy Mendeza, maszynisty Kolumbijskich Kolei Państwowych, który w wieku 47 lat miał wypadek kolejowy. Wówczas odkryto w jego głowie guza, a po nieudanej operacji lekarze nie dawali mu na wyzdrowienie żadnych szans. Mężczyzna jednak był w szpitalu odwiedzany przez siostrę ze zgromadzenia Karmelitanek Misjonarek, założonego przez Franciszka Palau y Quer. Zaczęła ona odprawiać nowennę do Franciszka Palau w intencji uzdrowienia chorego. W tym czasie dotknięto też głowy Leona Goday Mendeza relikwią kandydata na ołtarze. Poprawa zdrowia zaczęła się już następnego dnia i mężczyzna żył jeszcze przez kolejnych 20 lat.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 listopada

    Błogosławiona
    Józefa Naval Girbes, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Kalinik, męczennik
      •  Błogosławiona Krystyna
      •  Błogosławieni męczennicy japońscy Alfons Navarrete, prezbiter, i Towarzysze
      •  Święty Leonard z Limoges, pustelnik
    ***
    Błogosławiona Józefa Naval Girbes

    Józefa urodziła się 11 grudnia 1820 roku w Algemesi w archidiecezji walenckiej (Hiszpania). Było to miasteczko rolnicze, liczące 8 tys. mieszkańców, w którym była tylko jedna parafia, jeden klasztor dominikański, jeden szpital, kilka centrów edukacyjnych. Ojcem Józefy był Franciszek Naval Carrasco, a matką Józefa Girbes. Była najstarszą z pięciorga rodzeństwa. Ochrzczono ją w tym samym dniu, w którym się urodziła, imionami Maria Józefa, ale bardzo szybko zaczęto ją nazywać tylko Józefą. Jej formacją religijną zajmowała się głównie matka.
    W 1829 r. Józefa przystąpiła do Pierwszej Komunii św. Później przez pewien czas uczęszczała do szkoły dla biednych dzieci, którą w jej miasteczku prowadziła kapituła katedralna z Walencji. Tam nauczyła się czytać i pisać, a także poznała tajniki haftu. W trzynastym roku życia straciła matkę, która zmarła na gruźlicę. Rodzina przeprowadziła się do babci, której Józefa musiała pomagać w opiece nad młodszym rodzeństwem.
    Według zachowanego opisu Józefa była średniego wzrostu i budowy. Jej skóra była jasna i delikatna, a twarz owalna, otoczona brązowymi włosami. Jej oczy przykuwały uwagę jako wyjątkowo jasne i głęboko patrzące. Uśmiechała się często, ale nikt jej nigdy nie widział śmiejącej się na głos. Ubierała się skromnie i na ogół w ciemne kolory. W wieku lat 18, 4 grudnia 1838 roku, za zgodą proboszcza, który był jej kierownikiem duchowym, przysięgła Bogu wieczne dziewictwo. W ten sposób jej serce stało się niepodzielne. Później stała się świecką karmelitanką – wstąpiła do Trzeciego Zakonu.
    Jej życie było proste. Poświęciła je modlitwie i pracy ewangelizacyjnej w swojej parafii. We własnym domu, gdzie prowadziła pracownię haftu, otworzyła szkołę, w której oprócz szycia uczyła modlitwy i pracy nad cnotami ewangelicznymi. Była w ten sposób matką duchową wielu dziewcząt, z którymi dzieliła się mądrością i życiem duchowym. Miała łagodne usposobienie, ale w tym samym czasie praktykowała ten rodzaj surowości charakteru, który pozwalał jej efektywnie napominać podopieczne. Mówiła im: “Niech żadna nie traci ufności na widok swych licznych grzechów; nasza ufność nie opiera się na nas samych, lecz na Bogu i Jego miłości miłosiernej, jaką ma dla nas”.
    Wstąpiła do Stowarzyszenia św. Wincentego a Paulo, które działało na rzecz biednych. Stała się wówczas szczególnie znana z umiejętności godzenia zwaśnionych. Wielką czcią otaczała Maryję Dziewicę, Matkę Jezusa. Pod wieloma względami była typową świętą XIX wieku: jej życie było dojmująco monotonne, dokuczało jej słabe zdrowie. Chroniczne choroby znosiła z ogromną cierpliwością.
    Zmarła 24 lutego 1893 r. Została pochowana w swojej parafii, w kościele św. Jakuba w Algemasi. Miała tam opinię świętej, która wychowywała dla swojej parafii dobre matki i porządnych obywateli. Została pochowana w habicie karmelitańskim, w prostej trumnie przyozdobionej białymi wstążkami. Niosło ją czterech najmłodszych uczniów Józefy.
    Józefa została beatyfikowana przez św. Jana Pawła II w 1988 roku. W czasie uroczystości papież podkreślał, że realizowała swoje powołanie jako samotna kobieta w czasach, w których było to bardzo trudne. “Szczególną cechą charakterystyczną Józefy był jej status osoby świeckiej. Ta, której wychowanki wypełniały klasztory klauzurowe, pozostała w stanie bezżennym w świecie, i żyjąc według rad ewangelicznych, była przykładem chrześcijańskich cnót dla wszystkich synów Kościoła, którzy «wcieleni przez chrzest w Chrystusa, sprawują właściwe całemu ludowi chrześcijańskiemu posłannictwo w Kościele i w świecie» (Lumen gentium, nr 31)”. Kończąc przemówienie, papież podsumował życie Józefy Naval Girbes słowami z Pierwszego Listu do Koryntian: “Dla słabych stałem się jak słaby, by pozyskać słabych. Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby uratować choć niektórych”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 listopada

    Święci Elżbieta i Zachariasz,
    rodzice św. Jana Chrzciciela

    Zobacz także:
      •  Święty Gerald, biskup
      •  Błogosławiona Franciszka Amboise, zakonnica
    ***
    Święta Elżbieta z Maryją

    Według Ewangelii św. Łukasza (Łk 1, 5-80) Elżbieta pochodziła z kapłańskiego rodu Aarona. Uchodząca za bezpłodną, mimo podeszłego wieku urodziła Zachariaszowi syna. Jej brzemienność – przedstawiona w kontekście zwiastowania Najświętszej Maryi Pannie – miała być dowodem, “że dla Boga nie ma nic niemożliwego”. Kiedy Elżbieta była już w szóstym miesiącu ciąży, odwiedziła ją jej kuzynka, Maryja. Elżbieta za natchnieniem Ducha Świętego poznała w niej Matkę Boga i powitała ją słowami: “Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego”. Maryja pozostała przy Elżbiecie aż do jej rozwiązania. Św. Elżbieta jest patronką matek, żon, położnych.

    Elżbieta i Zachariasz nadają imię synowi

    Zachariasz był ojcem Jana Chrzciciela (Łk 1, 5-25. 59-79). Pochodził z ósmej klasy (gałęzi) kapłańskiej Abiasza (były 24 klasy wywodzące się od Aarona, brata Mojżesza; klasy te ustanowił król Dawid dla uregulowania kolejności służby Bożej w Świątyni). Cerkiew prawosławna, obchodząca do dzisiaj święto wprowadzenia Bogarodzicy do Świątyni Jerozolimskiej utrzymuje, że Zachariasz był tym kapłanem, który trzyletnią Marię wprowadził do Świętego Świętych – miejsca zastrzeżonego dla kapłanów. Tradycja zachodnia nie wspomina o tym wydarzeniu.
    Na kartach Biblii Zachariasz przedstawiony jest jako sprawiedliwy mąż żyjący ze swoją żoną Elżbietą w bezdzietnym małżeństwie w Ain Karem niedaleko Jerozolimy. Kiedy – wyznaczony przez losowanie – składał w świątyni ofiarę kadzenia, ukazał mu się archanioł Gabriel i przepowiedział, że jego żona urodzi syna, któremu ma nadać imię Jan. Z powodu niedowierzania został porażony niemotą. Odzyskał mowę dopiero przy obrzezaniu syna, kiedy napisał na tabliczce jego imię: Jan. Ewangelia św. Łukasza wkłada w jego usta hymn Benedictus, który wskazuje na posłannictwo Jana Chrzciciela.Po narodzeniu Jana Chrzciciela ani Pismo Święte, ani tradycja zachodnia nie podają o jego rodzicach żadnych informacji. Zapewne Zachariasz opuścił ziemię, gdy Jan był jeszcze chłopcem. Tradycja Kościołów Wschodnich opowiada, że gdy król Herod rozkazał, aby wszyscy chłopcy w wieku do dwóch lat w Betlejem i okolicy zostali zabici, sprawiedliwa Elżbieta ukryła się wraz z synem w górach. Żołnierze próbowali dowiedzieć się od Zachariasza, gdzie jest jego syn. Jednak ojciec nie zdradził tej informacji. Zabito go więc pomiędzy świątynią i ołtarzem. Sprawiedliwa Elżbieta miała umrzeć czterdzieści dni po swym mężu, a św. Jan Chrzciciel, ochraniany przez Boga, miał przebywać na pustyni aż do dnia swego pojawienia się narodowi izraelskiemu.
    Cześć rodzicom św. Jana Chrzciciela oddawano w Kościele od dawna i to we wszystkich obrządkach. Ciało Zachariasza, odnalezione “cudownie” 11 lutego 415 roku, przewieziono do Konstantynopola, gdzie ku jego czci wystawiono bazylikę. W Rzymie, w bazylice laterańskiej, ma się znajdować relikwia głowy św. Zachariasza. Tradycja nie wspomina natomiast o relikwiach św. Elżbiety.W ikonografii św. Zachariasz, podobnie jak św. Elżbieta, występują w cyklach poświęconych Janowi Chrzcicielowi. Atrybutami św. Zachariasza są: gałązka oliwna w ręce, imię Jan; czasami bywa przedstawiany na ośle jako zapowiedź Chrystusa triumfującego w Niedzielę Palmową. Św. Elżbieta ukazywana jest często w scenie nawiedzenia NMP lub tuż po urodzeniu św. Jana. Rzadko występuje osobno.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    4 listopada

    Święty Karol Boromeusz, biskup

    Święty Karol Boromeusz

    Karol urodził się na zamku Arona 3 października 1538 r. jako syn arystokratycznego rodu, spokrewnionego z rodem Medici. Ojciec Karola wyróżniał się prawością charakteru, głęboką religijnością i miłosierdziem dla ubogich. To miłosierdzie będzie dla Karola, nawet już jako kardynała, ideałem życia chrześcijańskiego.
    Już w młodym wieku Karol posiadał wielki majątek. Kiedy miał zaledwie 7 lat, biskup Lodi dał mu suknię klerycką, przeznaczając go w ten sposób do stanu duchownego. Takie były ówczesne zwyczaje. Dwa lata później zmarła matka Karola. Aby zapewnić mu odpowiednie warunki na przyszłość, mianowano go w wieku 12 lat opatem w rodzinnej miejscowości. Młodzieniec nie pochwalał jednak tego zwyczaju i wymógł na ojcu, żeby dochody z opactwa przeznaczano na ubogich.
    Pierwsze nauki pobierał Karol na zamku rodzinnym w Arona. Po ukończeniu studiów w domu wyjechał zaraz na uniwersytet do Pawii, gdzie zakończył studia podwójnym doktoratem z prawa kościelnego i cywilnego (1559). W tym samym roku jego wuj został wybrany papieżem i przyjął imię Pius IV. Za jego przyczyną Karol trafił do Rzymu i został mianowany protonotariuszem apostolskim i referentem w sygnaturze. Już w rok później, w 23. roku życia, został mianowany kardynałem i arcybiskupem Mediolanu (z obowiązkiem pozostawania w Rzymie), mimo że święcenia kapłańskie i biskupie przyjął dopiero dwa lata później (1563). W latach następnych papież mianował siostrzeńca kardynałem-protektorem Portugalii, Niderlandów (Belgii i Holandii) oraz katolików szwajcarskich, ponadto opiekunem wielu zakonów i archiprezbiterem bazyliki Matki Bożej Większej w Rzymie. Urzędy te i tytuły dawały Karolowi rocznie ogromny dochód. Było to jawne nadużycie, jakie wkradło się do Kościoła w owym czasie. Pius IV był znany ze swej słabości do nepotyzmu. Karol jednak bardzo poważnie traktował powierzone sobie obowiązki, a sumy, jakie przynosiły mu skumulowane godności i urzędy, przeznaczał hojnie na cele dobroczynne i kościelne. Sam żył ubogo jak mnich.
    Wkrótce Karol stał się pierwszą po papieżu osobą w Kurii Rzymskiej. Praktycznie nic nie mogło się bez niego dziać. Papież ślepo mu ufał. Nazywano go “okiem papieża”. Dzięki temu udało się mu uporządkować wiele spraw, usunąć wiele nadużyć. Nie miał względu na urodzenie, ale na charakter i przydatność kandydata do godności kościelnych. Dlatego usuwał bezwzględnie ludzi niegodnych i karierowiczów. Takie postępowanie zjednało mu licznych i nieprzejednanych wrogów. Dlatego zaraz po wyborze nowego papieża, św. Piusa V (1567), musiał opuścić Rzym. Bardzo się z tego ucieszył, gdyż mógł zająć się teraz bezpośrednio archidiecezją mediolańską. Kiedy był w Rzymie, mianował wprawdzie swojego wikariusza i kazał sobie posyłać dokładne sprawozdania o stanie diecezji, zastrzegł sobie też wszystkie ważniejsze decyzje. Teraz jednak był faktycznym pasterzem swojej owczarni.

    Święty Karol Boromeusz

    Z całą wrodzoną sobie energią zabrał się do pracy. W 1564 r. otworzył wyższe seminarium duchowne (jedno z pierwszych na świecie). W kilku innych miastach założył seminaria niższe, by dla seminarium w Mediolanie dostarczyć kandydatów już odpowiednio przygotowanych. Prowadzenie seminarium powierzył oblatom św. Ambrożego, zgromadzeniu kapłanów diecezjalnych, które istnieje do dziś. Zaraz po objęciu rządów bezpośrednich (1567) przeprowadził ścisłą wizytację kanoniczną, by zorientować się w sytuacji. Popierał zakony i szedł im z wydatną pomocą. Dla ludzi świeckich zakładał bractwa – szczególnie popierał Bractwo Nauki Chrześcijańskiej, mające za cel katechizację dzieci. Dla przeprowadzenia koniecznych reform i uchwał Soboru Trydenckiego (1545-1563) zwołał aż 13 synodów diecezjalnych i 5 prowincjalnych. Dla umożliwienia ubogiej młodzieży studiów wyższych założył przy uniwersytecie w Pawii osobne kolegium. W Mediolanie założył szkołę wyższą filozofii i teologii, której prowadzenie powierzył jezuitom. Teatynom natomiast powierzył prowadzenie szkoły i kolegium w Mediolanie dla młodzieży szlacheckiej.
    Był fundatorem przytułków: dla bezdomnych, dla upadłych dziewcząt i kobiet, oraz kilku sierocińców. Kiedy w 1582 r. została przeprowadzona reforma mszału i brewiarza, zdołał obronić dla swojej diecezji obrządek ambrozjański, który był tutaj w użyciu od niepamiętnych czasów. Kiedy za jego pasterzowania wybuchła w Mediolanie kilka razy epidemia, kardynał Karol nakazał otworzyć wszystkie spichlerze i rozdać żywność ubogim. Skierował także specjalne zachęty do duchowieństwa, aby szczególną troską otoczyło zarażonych oraz ich rodziny. Podczas zarazy w 1576 r. niósł pomoc chorym, karmiąc nawet 60-70 tysięcy osób dziennie; zaopatrywał umierających; oddał cierpiącym wszystko, nawet własne łóżko. W czasie zarazy ospy, która pochłonęła ponad 18 tysięcy ofiar, zarządził procesję pokutną, którą prowadził idąc ulicami Mediolanu boso. W 1572 r. na konklawe był poważnym kandydatem na papieża.
    Ulubioną rozrywką Karola w młodości było polowanie i szachy. Był także estetą i znał się na sztuce. Grał pięknie na wiolonczeli. Z tych rozrywek zrezygnował jednak dla Bożej sprawy, oddany bez reszty zbawieniu powierzonych sobie dusz. Wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Męki Pańskiej. Dlatego nie rozstawał się z krzyżem. Tkliwą miłością darzył też sanktuaria maryjne.
    Największą zasługą Karola był jednak Sobór Trydencki. Sobór, rozpoczęty z wieloma nadziejami, wlókł się zbyt długo z powodu złej organizacji. Trwał aż 18 lat (1545-1563). Dopiero kiedy Karol przystąpił do działania, sobór mógł szczęśliwie dokończyć obrady. Dyskutowano na nim o wszystkich prawdach wiary, atakowanych przez protestantów, i gruntownie je wyjaśniono. W dziedzinie karności kościelnej wprowadzono dekrety: nakazujące biskupom i duszpasterzom rezydować stale w diecezjach i parafiach, wprowadzono stałe wizytacje kanoniczne, regularny obowiązek zwoływania synodów, zakazano kumulacji urzędów i godności kościelnych, nakazano zakładanie seminariów duchownych – wyższych i niższych, wprowadzono do pism katolickich cenzurę kościelną, jak też indeks książek zakazanych, wreszcie wprowadzono regularną katechizację. Większość z tych uchwał wyszło z wielkiego serca kapłańskiego Karola Boromeusza. On też był inicjatorem utworzenia osobnej kongregacji kardynałów, która miała za cel przypilnowanie, by uchwały soboru były wszędzie zastosowane.
    Zmarł w Mediolanie 3 listopada 1584 r. wskutek febry, której nabawił się w czasie odprawiania własnych rekolekcji. Pozostawił po sobie duży dorobek pisarski. Beatyfikowany w 1602 r., kanonizowany przez Pawła V w 1610 r. Jego relikwie spoczywają w krypcie katedry mediolańskiej. Jest patronem boromeuszek, diecezji w Lugano i Bazylei oraz uniwersytetu w Salzburgu; ponadto czczony jest jako opiekun bibliotekarzy, instytutów wiedzy katechetycznej, proboszczów i profesorów seminarium.
    W ikonografii św. Karol Boromeusz przedstawiany jest w stroju kardynalskim. Jego atrybutami są: bicz, czaszka, gołąb, kapelusz kardynalski, krucyfiks; postronek na szyi, który nosił podczas procesji pokutnych.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________

    Św. Karol Boromeusz (1538-1584)

    ŚWIĘTY KAROL BOROMEUSZ (1538-1584)

    «…Biskup to człowiek, który powinien zaprzeć się samego siebie, umartwić swoje ciało i swoją wolę. Wypełniać ma jedynie to, co jest mu poddane przez wolę Boga i cześć dla Niego oraz dla spraw i korzyści swych owieczek. Umartwienie jego życia pociągnie tych, którymi będzie kierował i dzięki temu zwyciężą niebezpiecznego nieprzyjaciela, jakiego stale nosimy w sobie. Jeśli biskup będzie pierwszy w niesieniu krzyża, wtedy będzie mógł im rzec wraz z Chrystusem: “Czyńcie to, co Ja czynię”…»

    Z homilii św. Karola z 15 lipca 1584 r.

    PROMIENNA MŁODOŚĆ

    Karol urodził się 2 października 1538 w zamku Angera Rocca, w Aronie, nad brzegiem Lago Maggiore. Przyszedł na świat w wybitnej rodzinie mediolańskiej, jako syn Gilberta i Małgorzaty Medici. Opowiadano później, iż w noc jego narodzin z nieba zstąpiła olśniewająca światłość, która ogarnęła jego pokój. Rodzice mieli już córkę i dwóch synów, a zatem – zgodnie ze zwyczajami tamtej epoki – Karol był niejako od dziecka przeznaczony do stanu kapłańskiego. Zresztą w tej epoce nie traktowano dzieci jak obecnie. Szybko wprowadzano je w świat dorosłych i powierzano im odpowiedzialne zadania. Tak właśnie także Karol w wieku 7 lat otrzymał habit i klasztor w zarząd, którym w istocie szybko się zaczął zajmować.
    Uczył się najpierw w Mediolanie i wkrótce dość płynnie posługiwał się łaciną. Kiedy miał 9 lat umarła jego matka. Ojciec jeszcze dwa razy się ożenił. Jednakże i on wkrótce przedwcześnie umarł. Karol zyskał sobie tym samym opiekuna w swym wuju, kardynale Medici.
    Naukę kontynował w Pawii aż do r. 1549. Wszędzie rzuca się w oczy jego powaga, pobożność i gorliwość w pracy. W r. 1559 umarł papież Paweł IV i to właśnie kard. Medici zostaje wybrany jego następcą – jako Pius IV. Nowy papież wkrótce sprowadza do Rzymu swego krewnego. Cóż, jest to epoka faworyzowania krewnych nawet w Kościele. Młody Karol odkrywa tu zbytek i zaszczyty. Mając 21 lat zostaje Sekretarzem Stanu i kardynałem, choć jeszcze nie kapłanem. Fizycznie niezbyt pociągający i wątłego zdrowia teraz stał się nagle bardzo znany. Jednak wszędzie ujawnia się równocześnie jako człowiek poważny, pracowity i skuteczny w działaniu. Pragnący otrzymać jakąś łaskę od Wikariusza Chrystusa w sposób naturalny trafiali do niego jako pośrednika. On jednak potrafił z uprzejmością, lecz i stanowczo pozbyć się natarczywych proszących.

    SOBÓR TRYDENCKI (1535-1564) I REALIZACJA JEGO POSTANOWIEŃ

    Pogański humanizm Renesansu zrodził protestantyzm. Według Lutra zbawienie miała zapewniać sama wiara, według Kalwina – sama łaska. Kościół katolicki nauczał, że potrzeba wiary, łaski i uczynków. Sobór Trydencki, dwudziesty sobór ekumeniczny, wyznaczył zdecydowany zwrot w historii świata chrześcijańskiego. Sprecyzował liczne punkty nauki i dyscypliny. Uczynił to z autorytetem i bez niejasności. Doszło więc do: reformy biskupstwa (zakazano gromadzenia dóbr, nakazano zachowywanie rezydencji biskupów); określenia warunków, jakie trzeba spełnić, aby móc przyjąć święcenia; zajęto się często lekceważoną formacją kapłańską, szczególnie przez polecenie tworzenia seminariów, postanowienie zredagowania katechizmu dla nauczania ludu Bożego, który nie był systematycznie pouczany.
    Sobór ten miał bardzo liczne dobroczynne skutki. Pozwolił m. in. zacieśnić więzy, jakie powinny łączyć papieża ze wszystkimi członkami Kościoła. Pozwolił też na stworzenie licznych zgromadzeń zakonnych i zakonów, żeńskich i męskich: Jezuitów, Oratorian, Eudystów. Był więc czymś o wiele większym niż tylko prostym odparciem protestanckiej Reformy. Było to głównie zasługą Papieża, który go zamknął, św. Piusa V. Można w pewnym sensie powiedzieć, że świat katolicki żył rozpędem Soboru Trydenckiego przez 4 wieki, aż do Soboru Watykańskiego II.
    Powziąć decyzje to jedno, lecz aby były skuteczne, trzeba je jeszcze wcielić w życie. To temu głównie poświęcił życie młody kard. Boromeusz. Choć nigdy nie był obecny w Trydencie, jego wysłannicy stale informowali go o wszystkim, to zaś służyło mu za wskazówki dla organizowania kolejnych sesji, spotkań i dyskusji.
    Arcybiskup Bragi z Portugalii dał się zauważyć na Soborze dzięki swym wystąpieniom na temat reformy duchowieństwa, szczególnie biskupstwa. Jego uwagi wywarły na młodym Sekretarzu Stanu wielkie wrażenie. Karol, jako siostrzeniec Papieża, kardynał, posiadający znamienitą fortunę, prowadził dotąd w Rzymie wystawne życie. Teraz zaś zaczął pogłębiać swe wykształcenie religijne i świeckie. Nieco później postanowił wejść na prostą drogę Ewangelii. Przyjął święcenia kapłańskie 15 sierpnia 1563 r. Miał wówczas 25 lat. Odprawił rekolekcje ignacjańskie i ostatecznie wyrzekł się wszelkiej kariery światowej, którą proponowała mu rodzina po śmierci starszego brata.

    ARCYBISKUP MEDIOLANU

    7 grudnia 1563 r. kard. Boromeusz zostaje wyświęcony na biskupa w Kaplicy Sykstyńskiej. Podobnie jak do święceń kapłańskich, tak i do tej ważnej chwili, przygotowują go jezuici, szczególnie o. Ribera, jego duchowy kierownik, mający na niego wielki wpływ. Rozmyślanie i codzienna ofiara Mszy św. prowadzą go do całkowitej przemiany życia. Jego dewiza zawiera się w dwóch słowach: modlitwa i umartwienie.
    Karol zmienia ostatecznie tryb życia: żegna się z lokajami, ze złotą zastawą i okazałymi zaprzęgami. To samo czyni z domem papieskim i to w takim stopniu, że zostanie oskarżony o skąpstwo. Rzeczywiście w tamtej epoce było w Rzymie 113 biskupów. Zbyt wielu jak na potrzeby papieskiej administracji! Żyli z dala od swych diecezji. Odtąd papież zachował przy sobie jedynie tych biskupów, którzy byli mu niezbędni dla kierowania Kościołem. Inni musieli wrócić do swych domów.
    Karola połączyła przyjaźń z tym, który będzie w przyszłości św. Filipem Neri, założycielem Oratorian, który dzieli jego gorliwość reformatorską.
    2 maja 1564 zostaje mianowany arcybiskupem Mediolanu. A mimo to jeszcze we wrześniu 1565 r. jest wciąż w Rzymie, choć płonie pragnieniem wprowadzenia w życie dzieła Soboru. Kieruje jednak diecezją z daleka. Za zezwoleniem Papieża i posiadając uprawnienia legata papieskiego udaje się wreszcie do Mediolanu. Zwołuje synod prowincjalny skupiony na trzech punktach: stłumienie nadużyć; reforma obyczajów; zażegnanie konfliktów. Od początku jasno określa, że należy wykazać się całkowitym posłuszeństwem wobec Papieża jak i postanowień Soboru.
    “Dyscyplinę można łatwo na nowo wdrożyć – powie – jeśli pasterze dadzą przykład i zapewnią swym stadom potrójny pokarm zbawienia, czyli: słowo, przykład i sakramenty. I jeśli oni sami podporządkują się chrześcijańskiemu ładowi.”
    Arcybiskup obiecuje, iż on sam będzie nauczał nie tylko słowem, lecz i przykładem. Po synodzie misja mu powierzona dobiegła końca, wraca więc do Rzymu akurat na czas, aby być przy śmierci wuja, Piusa IV.
    Kolejnym Papieżem zostaje kardynał Ghislieri – Pius V. Karol Boromeusz nie ma już powodów do pozostania w Rzymie i może w końcu udać się na stałe do Mediolanu, aby wziąć w pełne posiadanie diecezję. Przedtem – rozdaje wszystkie swe dobra.
    Przeprowadza się do arcybiskupiego pałacu. Zajmuje jednak tylko dwa pokoje na poddaszu: jeden służy mu za sypialnię, a drugi – za biuro. Tak zaczyna realizować swą dewizę: Humilitas (pokora).

    REFORMA BISKUPSTWA

    Kard. Boromeusz był przykładem biskupa – reformatora takiego, jakiego pragnął Sobór. W Mediolanie od 80 lat nie było rezydującego biskupa. Sytuacja kanoniczna i duchowa diecezji była godna pożałowania. Władze świeckie mieszały się w sprawy Kościoła. Autorytet biskupa się nie liczył. Trzeba go było na nowo odbudowywać. Kapłani diecezjalni byli pod opieką “zastępców biskupa”. Oni to wybierali przyszłych kapłanów, powierzali im zadania, aż po subdiakonat, mianowali ich. Również zakony nie były podporządkowane biskupowi.
    Aby uświadomić sobie ogrom zadań, jakie musiał podjąć Karol Boromeusz, biorąc w posiadanie diecezję, można wspomnieć, że liczyła ona 740 parafii, 50 kolegiat, ponad 100 klasztorów, w sumie 3350 kapłanów i około 560 tys. wiernych.
    Łatwo też zrozumieć, że odnowa diecezji zajmie mu cały czas trwania jego biskupstwa. Przeżył liczne konflikty z władzami świeckimi, jak i z kapłanami i zakonnikami. Jeden z mnichów chciał go nawet zabić, strzelając do niego, gdy arcybiskup modlił się w prywatnym oratorium.
    Musiał posługiwać się dyplomacją, a przede wszystkim energią. W sumie przeprowadził 13 synodów diecezjalnych i 5 prowincjalnych. Nie pozostawiał więc wytchnienia swym kapłanom. Kapłani i zakonnicy szybko pojęli, że ich biskup zaiste jest świętym i musieli uznać szczęśliwe owoce reform, jakie wprowadzał. Przyjęli więc w końcu jego autorytet, gdyż wszelkie zasady głosił głównie swoim własnym przykładem:
    “Na niewiele zdałyby się uchwały reformy, gdybyśmy ich następnie sami nie przestrzegali” – mawiał Karol Boromeusz i pozostał wierny tej zasadzie przez całe życie. Codziennie przeprowadzał rachunek sumienia i swoim kapłanom także to zalecał.
    Nowy arcybiskup całkowicie zmienił administrację swojej diecezji, a uczynił to w sposób bardzo scentralizowany: ustanowił wikariusza generalnego oraz dwóch wizytatorów, jednego dla miast, a drugiego – dla wiosek. Był także wizytator dla klasztorów oraz liczni administratorzy dla spraw finansowych, liturgii, seminariów, głoszenia itp.
    Aby dobrze poznać diecezję mu powierzoną kardynał Boromeusz przedsiębrał liczne systematyczne podróże duszpasterskie. Ze skromną eskortą wcale nie wyglądał na księcia Kościoła, lecz po prostu na pasterza odwiedzającego swe owieczki. W parafiach, które nawiedzał szukał kontaktu z ludnością, całymi godzinami sam spowiadał, głosił Słowo Boże, odprawiał Mszę św. Jego prostota i świętość pozwoliła mu zdobywać sobie dusze.

    SEMINARIA I SZKOŁY CHRZEŚCIJAŃSKIEJ NAUKI

    Jednym z wielkich niedomagań duchowieństwa diecezjalnego w epoce Soboru Trydenckiego była jego niewiedza we wszelkich dziedzinach (teologia, biblistyka, patrologia). Opowiadano, iż niektórzy penitenci, aby mieć pewność, że im udzielono rozgrzeszenia przynosili ze sobą zapisaną formułę rozgrzeszenia, gdyż niektórzy kapłani znali ją niezbyt dobrze. Stworzenie seminariów było zatem zadaniem zasadniczym dla podniesienia Kościoła. Sobór określił to z naciskiem: “Nie wystarczy wpoić w już wyświęconych kapłanów cnoty i zasady, lecz trzeba przygotować młodzież ze wszystkich środowisk, aby się poświęciła służbie Bożej.”
    Pierwsze seminarium duchowne powstało w Rzymie w 1563 r. W roku następnym biskup Boromeusz powierza Jezuitom otwarcie seminarium w Mediolanie. Ale szybko się okazuje, iż młodzi, mając powołanie, w miejsce poświęcenia się dla diecezji wstępują do nowicjatu Jezuitów. Wtedy biskup zakłada kongregację kapłanów diecezjalnych, żyjących we wspólnocie. Im powierza administrowanie seminariami. Powstanie ich 6. Szybko gromadzi się 200 kleryków. Wkrótce też inni biskupi wezmą przykład z tego, co dzieje się w Mediolanie.
    To jednak nie wystarcza, że się poucza duchowieństwo w wielkich i małych seminariach. Poruszony dobroczynnym działaniem szkół chrześcijańskiej doktryny stworzonych przez bł. Angelo Porro, arcybiskup Mediolanu poleca utworzenie takich szkół dla chłopców po trochu wszędzie. Uczy się w nich katechizmu oraz przedmiotów świeckich. Aby kształcić dziewczęta zwraca się do Urszulanek, założonych w 1540 r. przez Angelę Merici. Daje ich małej wspólnocie w Mediolanie regulamin, habit, poleca składanie trzech ślubów oraz częściową klauzurę. Podlegają jurysdykcji swego biskupa.

    KATECHIZM

    Inna z ważnych decyzji Soboru Trydenckiego to redakcja katechizmu. Kilka istniejących publikacji tego typu nie było ani kompletnych, ani praktycznych. Można tu wspomnieć dzieło trzyczęściowe: “Dekalog, Credo, Ojcze nasz” Gersona oraz Katechizm Jezuity Piotra Kanizjusza. Nie było jednak dzieła, które mogłoby rywalizować z katechizmem Lutra z 1524. Katechizm Soboru Trydenckiego został więc zredagowany przez teologiczną komisję biskupów. Udział w jego tworzeniu miał też portugalski dominikanin, cieszący się pełnym zaufaniem Karola Boromeusza. To z tego katechizmu, zaktualizowanego przez Piusa X wszyscy biskupi świata czerpali przez 4 wieki natchnienie do tworzenia katechizmów diecezjalnych.

    MODLITWA I UMARTWIENIE

    Arcybiskup śpi rzadko dłużej niż 4-5 godzin, w dodatku na zwykłej pryczy. Potrafi też całą noc spędzić na modlitwie i rozmyślaniu. Brewiarz odmawia na kolanach. Karmi się chlebem i wodą, czasem – jarzynami. W zimie rezygnuje z ogrzewania.

    SŁUGA UBOGICH

    Również jego miłosierdzie przysparza mu sławy. Najpierw w Rzymie – będąc jeszcze Sekretarzem Stanu – potem zaś w swojej diecezji ufundował domy, w których udzielano pomocy wszelkim potrzebującym.
    W jesieni 1575 roku w Mediolanie pojawia się dżuma. Karol Boromeusz oddaje się bez reszty biednym chorym, mając wystarczającą w tamtych czasach wiedzę medyczną. W zimie 1575/76 roku pozbawia swój pałac wszelkich tkanin nie tylko tych, które nie były niezbędne, aby mogły służyć nieszczęśliwym jako okrycia. Nie zważając ani przez chwilę na możliwość zarażenia idzie wspomóc umierających. Nakazuje stałe modlitwy oraz pokuty dla wyproszenia kresu zarazy. W grudniu epidemia zdaje się ustawać. W styczniu arcybiskup organizuje wielką procesję wynagradzającą. Sam idzie na jej czele boso. Na wiosnę 1577 roku zaraza się kończy. W samym tylko Mediolanie umarło 13 tys. osób, a w jego okolicach – 8 tys.

    ŚMIERĆ Z WYCZERPANIA

    W październiku 1584 roku Karola Boromeusza atakuje gorączka. Przez całe życie wyczerpywał się: nadludzka praca, niezwykłe umartwienia, niedostateczne wyżywienie, brak snu. Bardziej niż dotąd otoczenie prosi, aby się oszczędzał, jednak on nie zważa na to. 2 listopada wizytuje Tessin (szwajcarski górki kanton, należący do jego diecezji). Pragnie tu otworzyć seminarium.
    W czasie tej wizyty słabnie i musi powrócić do Mediolanu. W następną noc gaśnie w nim życie. Umiera całkowicie wyczerpany w wieku 46 lat.

    SŁAWA ŚWIĘTOŚCI

    Kongregacja kapłanów, powołana do administrowania jego seminariami, prosi niezwłocznie o przeprowadzenie procesu kanonizacyjnego. Ma to miejsce w 1604 r. 1 listopada 1610, w 26 lat po jego śmierci Papież Paweł V kanonizuje go, wyznaczając jego święto na dzień 4 listopada.
    Kiedy obejmował diecezję jako arcybiskup Mediolanu, jej stan religijny był żałosny, tak w odniesieniu do duchowieństwa, jak i świeckich. Kiedy umierał diecezja ta była już wzorem dla całego chrześcijańskiego świata. Jego dzieło rozbłysło takim blaskiem, iż można było słusznie napisać: “reforma Kościoła była córką reformy mediolańskiej”.

    JEGO WPŁYW WE FRANCJI

    W drugiej połowie XVI w. działalność kardynała Boromeusza stała się zasadniczym ogniwem wdrażania reformy trydenckiej, najpierw we Włoszech, a następnie na świecie. Jego związki z Francją datowały się od czasu, gdy był Sekretarzem Stanu u boku wuja Piusa IV, czyli w okresie, gdy Sobór się kończył. Prócz znaczącej pracy, jaką wypełniał we wszystkich dziedzinach, prowadził obfitą korespondencję (zgromadzono ją w bibliotece ambrozjańskiej w ponad 300 tomach!), także z Francją.
    W 1574 roku spotkał się nawet z królem Henrykiem III, który prosił go o rady związane z życiem osobistym oraz z rządami. Słowa jego wywarły tak wielki wpływ na króla, że mianował on na stanowisko arcybiskupa Aix ucznia Karola Boromeusza, Aleksandra Canigiani.
    Zgromadzenie w Melun, na które arcybiskup Aix został wydelegowany przez swą prowincję, postawiło go na czele komisji powołanej do przywrócenia dyscypliny w Kościele, który we Francji, w tamtej epoce pogrążony był w dążeniach gallikańskich, zmierzających do ograniczenia władzy papieży. Decyzje Soboru Trydenckiego nie były oficjalnie uznawane i większość biskupów ociągała się z wprowadzeniem ich w życie.
    Arcybiskup Aix zgromadził w 1585 roku synod prowincjalny, na którym podjęto poza innymi także decyzję o powstawaniu seminariów. W niektórych diecezjach trzeba będzie jeszcze poczekać 100 lat, aż św. Wincenty a Paulo założy seminaria lazarystów. Ich sukces będzie tak wielki, że to obudzi wreszcie u biskupów chęć stworzenia seminariów opartych o ten model. Ten synod prowicjalny zwołany dzięki uczniowi św. Karola stanie się też okazją do rozpoczęcia nauki katechizmu i do ustalenia warunków dotyczących przyjmowania sakramentów.
    Inną osobistością francuską, która zetknęła się ze św. Karolem był kardynał Rochefoucauld. Udał się on do Mediolanu w 1579 roku, aby spotkać tamtejszego biskupa. Zachwyciła go świętość i skuteczność działania pasterza tej diecezji. Naśladował go niezmiernie wytrwale i wiernie w swej diecezji w Clermont. Stał się kapłanem świętym, a u podstaw legła pokora. Uderzony brakiem wiedzy kapłanów także i on pośpieszył utworzyć seminarium. Powziął następnie decyzję wizytowania swej diecezji na wzór biskupa Mediolanu. Paweł IV powierzył mu godność kardynalską, a Ludwik XIII – uczynił swym kapelanem.
    Franciszek de Joyeuse, arcybiskup Narbony, a potem Tuluzy także zwołał w tym mieście synod, aby przebadać, jak zrealizować reformy trydenckie. W efekcie utworzono seminarium, zorganizowano naukę katechizmu oraz wizyty duszpasterskie.
    Franciszek de Sourdis, arcybiskup Bordeaux będzie naśladował reformy Boromeusza mniej ulegle od swych współbraci, lecz zachowa ich ducha. Natomiast Alain de Solminhac zostanie określony mianem Boromeusza Francji. Idąc w ślad za swym świętym wzorem stał się przede wszystkim pasterzem dusz. Był doskonałym wzorem katolickiego biskupa.
    Naprawdę można więc powiedzieć, że św. Karol Boromeusz wywarł zasadniczy wpływ na reformę katolicką i na życie Kościoła aż po nasze dni.
    Zostawił po sobie prócz wdzięcznej pamięci swych wiernych niezliczone ślady działalności, m. in. liczne traktaty, pouczenia, instrukcje. Wiele zgromadzeń zakonnych przyjęło go za patrona dla skierowanej ku wszechstronnemu dobru bliźniego służby, m. in. znane na świecie SS. Boromeuszki.

    Louis Couëtte (Stella Maris marzec 1996, str. 29-31)/Św. Karol Boromeusz (1538-1584)

    ŚWIĘTY KAROL BOROMEUSZ (1538-1584)

    «…Biskup to człowiek, który powinien zaprzeć się samego siebie, umartwić swoje ciało i swoją wolę. Wypełniać ma jedynie to, co jest mu poddane przez wolę Boga i cześć dla Niego oraz dla spraw i korzyści swych owieczek. Umartwienie jego życia pociągnie tych, którymi będzie kierował i dzięki temu zwyciężą niebezpiecznego nieprzyjaciela, jakiego stale nosimy w sobie. Jeśli biskup będzie pierwszy w niesieniu krzyża, wtedy będzie mógł im rzec wraz z Chrystusem: “Czyńcie to, co Ja czynię”…»

    Z homilii św. Karola z 15 lipca 1584 r.

    PROMIENNA MŁODOŚĆ

    Karol urodził się 2 października 1538 w zamku Angera Rocca, w Aronie, nad brzegiem Lago Maggiore. Przyszedł na świat w wybitnej rodzinie mediolańskiej, jako syn Gilberta i Małgorzaty Medici. Opowiadano później, iż w noc jego narodzin z nieba zstąpiła olśniewająca światłość, która ogarnęła jego pokój. Rodzice mieli już córkę i dwóch synów, a zatem – zgodnie ze zwyczajami tamtej epoki – Karol był niejako od dziecka przeznaczony do stanu kapłańskiego. Zresztą w tej epoce nie traktowano dzieci jak obecnie. Szybko wprowadzano je w świat dorosłych i powierzano im odpowiedzialne zadania. Tak właśnie także Karol w wieku 7 lat otrzymał habit i klasztor w zarząd, którym w istocie szybko się zaczął zajmować.
    Uczył się najpierw w Mediolanie i wkrótce dość płynnie posługiwał się łaciną. Kiedy miał 9 lat umarła jego matka. Ojciec jeszcze dwa razy się ożenił. Jednakże i on wkrótce przedwcześnie umarł. Karol zyskał sobie tym samym opiekuna w swym wuju, kardynale Medici.
    Naukę kontynował w Pawii aż do r. 1549. Wszędzie rzuca się w oczy jego powaga, pobożność i gorliwość w pracy. W r. 1559 umarł papież Paweł IV i to właśnie kard. Medici zostaje wybrany jego następcą – jako Pius IV. Nowy papież wkrótce sprowadza do Rzymu swego krewnego. Cóż, jest to epoka faworyzowania krewnych nawet w Kościele. Młody Karol odkrywa tu zbytek i zaszczyty. Mając 21 lat zostaje Sekretarzem Stanu i kardynałem, choć jeszcze nie kapłanem. Fizycznie niezbyt pociągający i wątłego zdrowia teraz stał się nagle bardzo znany. Jednak wszędzie ujawnia się równocześnie jako człowiek poważny, pracowity i skuteczny w działaniu. Pragnący otrzymać jakąś łaskę od Wikariusza Chrystusa w sposób naturalny trafiali do niego jako pośrednika. On jednak potrafił z uprzejmością, lecz i stanowczo pozbyć się natarczywych proszących.

    SOBÓR TRYDENCKI (1535-1564) I REALIZACJA JEGO POSTANOWIEŃ

    Pogański humanizm Renesansu zrodził protestantyzm. Według Lutra zbawienie miała zapewniać sama wiara, według Kalwina – sama łaska. Kościół katolicki nauczał, że potrzeba wiary, łaski i uczynków. Sobór Trydencki, dwudziesty sobór ekumeniczny, wyznaczył zdecydowany zwrot w historii świata chrześcijańskiego. Sprecyzował liczne punkty nauki i dyscypliny. Uczynił to z autorytetem i bez niejasności. Doszło więc do: reformy biskupstwa (zakazano gromadzenia dóbr, nakazano zachowywanie rezydencji biskupów); określenia warunków, jakie trzeba spełnić, aby móc przyjąć święcenia; zajęto się często lekceważoną formacją kapłańską, szczególnie przez polecenie tworzenia seminariów, postanowienie zredagowania katechizmu dla nauczania ludu Bożego, który nie był systematycznie pouczany.
    Sobór ten miał bardzo liczne dobroczynne skutki. Pozwolił m. in. zacieśnić więzy, jakie powinny łączyć papieża ze wszystkimi członkami Kościoła. Pozwolił też na stworzenie licznych zgromadzeń zakonnych i zakonów, żeńskich i męskich: Jezuitów, Oratorian, Eudystów. Był więc czymś o wiele większym niż tylko prostym odparciem protestanckiej Reformy. Było to głównie zasługą Papieża, który go zamknął, św. Piusa V. Można w pewnym sensie powiedzieć, że świat katolicki żył rozpędem Soboru Trydenckiego przez 4 wieki, aż do Soboru Watykańskiego II.
    Powziąć decyzje to jedno, lecz aby były skuteczne, trzeba je jeszcze wcielić w życie. To temu głównie poświęcił życie młody kard. Boromeusz. Choć nigdy nie był obecny w Trydencie, jego wysłannicy stale informowali go o wszystkim, to zaś służyło mu za wskazówki dla organizowania kolejnych sesji, spotkań i dyskusji.
    Arcybiskup Bragi z Portugalii dał się zauważyć na Soborze dzięki swym wystąpieniom na temat reformy duchowieństwa, szczególnie biskupstwa. Jego uwagi wywarły na młodym Sekretarzu Stanu wielkie wrażenie. Karol, jako siostrzeniec Papieża, kardynał, posiadający znamienitą fortunę, prowadził dotąd w Rzymie wystawne życie. Teraz zaś zaczął pogłębiać swe wykształcenie religijne i świeckie. Nieco później postanowił wejść na prostą drogę Ewangelii. Przyjął święcenia kapłańskie 15 sierpnia 1563 r. Miał wówczas 25 lat. Odprawił rekolekcje ignacjańskie i ostatecznie wyrzekł się wszelkiej kariery światowej, którą proponowała mu rodzina po śmierci starszego brata.

    ARCYBISKUP MEDIOLANU

    7 grudnia 1563 r. kard. Boromeusz zostaje wyświęcony na biskupa w Kaplicy Sykstyńskiej. Podobnie jak do święceń kapłańskich, tak i do tej ważnej chwili, przygotowują go jezuici, szczególnie o. Ribera, jego duchowy kierownik, mający na niego wielki wpływ. Rozmyślanie i codzienna ofiara Mszy św. prowadzą go do całkowitej przemiany życia. Jego dewiza zawiera się w dwóch słowach: modlitwa i umartwienie.
    Karol zmienia ostatecznie tryb życia: żegna się z lokajami, ze złotą zastawą i okazałymi zaprzęgami. To samo czyni z domem papieskim i to w takim stopniu, że zostanie oskarżony o skąpstwo. Rzeczywiście w tamtej epoce było w Rzymie 113 biskupów. Zbyt wielu jak na potrzeby papieskiej administracji! Żyli z dala od swych diecezji. Odtąd papież zachował przy sobie jedynie tych biskupów, którzy byli mu niezbędni dla kierowania Kościołem. Inni musieli wrócić do swych domów.
    Karola połączyła przyjaźń z tym, który będzie w przyszłości św. Filipem Neri, założycielem Oratorian, który dzieli jego gorliwość reformatorską.
    2 maja 1564 zostaje mianowany arcybiskupem Mediolanu. A mimo to jeszcze we wrześniu 1565 r. jest wciąż w Rzymie, choć płonie pragnieniem wprowadzenia w życie dzieła Soboru. Kieruje jednak diecezją z daleka. Za zezwoleniem Papieża i posiadając uprawnienia legata papieskiego udaje się wreszcie do Mediolanu. Zwołuje synod prowincjalny skupiony na trzech punktach: stłumienie nadużyć; reforma obyczajów; zażegnanie konfliktów. Od początku jasno określa, że należy wykazać się całkowitym posłuszeństwem wobec Papieża jak i postanowień Soboru.
    “Dyscyplinę można łatwo na nowo wdrożyć – powie – jeśli pasterze dadzą przykład i zapewnią swym stadom potrójny pokarm zbawienia, czyli: słowo, przykład i sakramenty. I jeśli oni sami podporządkują się chrześcijańskiemu ładowi.”
    Arcybiskup obiecuje, iż on sam będzie nauczał nie tylko słowem, lecz i przykładem. Po synodzie misja mu powierzona dobiegła końca, wraca więc do Rzymu akurat na czas, aby być przy śmierci wuja, Piusa IV.
    Kolejnym Papieżem zostaje kardynał Ghislieri – Pius V. Karol Boromeusz nie ma już powodów do pozostania w Rzymie i może w końcu udać się na stałe do Mediolanu, aby wziąć w pełne posiadanie diecezję. Przedtem – rozdaje wszystkie swe dobra.
    Przeprowadza się do arcybiskupiego pałacu. Zajmuje jednak tylko dwa pokoje na poddaszu: jeden służy mu za sypialnię, a drugi – za biuro. Tak zaczyna realizować swą dewizę: Humilitas (pokora).

    REFORMA BISKUPSTWA

    Kard. Boromeusz był przykładem biskupa – reformatora takiego, jakiego pragnął Sobór. W Mediolanie od 80 lat nie było rezydującego biskupa. Sytuacja kanoniczna i duchowa diecezji była godna pożałowania. Władze świeckie mieszały się w sprawy Kościoła. Autorytet biskupa się nie liczył. Trzeba go było na nowo odbudowywać. Kapłani diecezjalni byli pod opieką “zastępców biskupa”. Oni to wybierali przyszłych kapłanów, powierzali im zadania, aż po subdiakonat, mianowali ich. Również zakony nie były podporządkowane biskupowi.
    Aby uświadomić sobie ogrom zadań, jakie musiał podjąć Karol Boromeusz, biorąc w posiadanie diecezję, można wspomnieć, że liczyła ona 740 parafii, 50 kolegiat, ponad 100 klasztorów, w sumie 3350 kapłanów i około 560 tys. wiernych.
    Łatwo też zrozumieć, że odnowa diecezji zajmie mu cały czas trwania jego biskupstwa. Przeżył liczne konflikty z władzami świeckimi, jak i z kapłanami i zakonnikami. Jeden z mnichów chciał go nawet zabić, strzelając do niego, gdy arcybiskup modlił się w prywatnym oratorium.
    Musiał posługiwać się dyplomacją, a przede wszystkim energią. W sumie przeprowadził 13 synodów diecezjalnych i 5 prowincjalnych. Nie pozostawiał więc wytchnienia swym kapłanom. Kapłani i zakonnicy szybko pojęli, że ich biskup zaiste jest świętym i musieli uznać szczęśliwe owoce reform, jakie wprowadzał. Przyjęli więc w końcu jego autorytet, gdyż wszelkie zasady głosił głównie swoim własnym przykładem:
    “Na niewiele zdałyby się uchwały reformy, gdybyśmy ich następnie sami nie przestrzegali” – mawiał Karol Boromeusz i pozostał wierny tej zasadzie przez całe życie. Codziennie przeprowadzał rachunek sumienia i swoim kapłanom także to zalecał.
    Nowy arcybiskup całkowicie zmienił administrację swojej diecezji, a uczynił to w sposób bardzo scentralizowany: ustanowił wikariusza generalnego oraz dwóch wizytatorów, jednego dla miast, a drugiego – dla wiosek. Był także wizytator dla klasztorów oraz liczni administratorzy dla spraw finansowych, liturgii, seminariów, głoszenia itp.
    Aby dobrze poznać diecezję mu powierzoną kardynał Boromeusz przedsiębrał liczne systematyczne podróże duszpasterskie. Ze skromną eskortą wcale nie wyglądał na księcia Kościoła, lecz po prostu na pasterza odwiedzającego swe owieczki. W parafiach, które nawiedzał szukał kontaktu z ludnością, całymi godzinami sam spowiadał, głosił Słowo Boże, odprawiał Mszę św. Jego prostota i świętość pozwoliła mu zdobywać sobie dusze.

    SEMINARIA I SZKOŁY CHRZEŚCIJAŃSKIEJ NAUKI

    Jednym z wielkich niedomagań duchowieństwa diecezjalnego w epoce Soboru Trydenckiego była jego niewiedza we wszelkich dziedzinach (teologia, biblistyka, patrologia). Opowiadano, iż niektórzy penitenci, aby mieć pewność, że im udzielono rozgrzeszenia przynosili ze sobą zapisaną formułę rozgrzeszenia, gdyż niektórzy kapłani znali ją niezbyt dobrze. Stworzenie seminariów było zatem zadaniem zasadniczym dla podniesienia Kościoła. Sobór określił to z naciskiem: “Nie wystarczy wpoić w już wyświęconych kapłanów cnoty i zasady, lecz trzeba przygotować młodzież ze wszystkich środowisk, aby się poświęciła służbie Bożej.”
    Pierwsze seminarium duchowne powstało w Rzymie w 1563 r. W roku następnym biskup Boromeusz powierza Jezuitom otwarcie seminarium w Mediolanie. Ale szybko się okazuje, iż młodzi, mając powołanie, w miejsce poświęcenia się dla diecezji wstępują do nowicjatu Jezuitów. Wtedy biskup zakłada kongregację kapłanów diecezjalnych, żyjących we wspólnocie. Im powierza administrowanie seminariami. Powstanie ich 6. Szybko gromadzi się 200 kleryków. Wkrótce też inni biskupi wezmą przykład z tego, co dzieje się w Mediolanie.
    To jednak nie wystarcza, że się poucza duchowieństwo w wielkich i małych seminariach. Poruszony dobroczynnym działaniem szkół chrześcijańskiej doktryny stworzonych przez bł. Angelo Porro, arcybiskup Mediolanu poleca utworzenie takich szkół dla chłopców po trochu wszędzie. Uczy się w nich katechizmu oraz przedmiotów świeckich. Aby kształcić dziewczęta zwraca się do Urszulanek, założonych w 1540 r. przez Angelę Merici. Daje ich małej wspólnocie w Mediolanie regulamin, habit, poleca składanie trzech ślubów oraz częściową klauzurę. Podlegają jurysdykcji swego biskupa.

    KATECHIZM

    Inna z ważnych decyzji Soboru Trydenckiego to redakcja katechizmu. Kilka istniejących publikacji tego typu nie było ani kompletnych, ani praktycznych. Można tu wspomnieć dzieło trzyczęściowe: “Dekalog, Credo, Ojcze nasz” Gersona oraz Katechizm Jezuity Piotra Kanizjusza. Nie było jednak dzieła, które mogłoby rywalizować z katechizmem Lutra z 1524. Katechizm Soboru Trydenckiego został więc zredagowany przez teologiczną komisję biskupów. Udział w jego tworzeniu miał też portugalski dominikanin, cieszący się pełnym zaufaniem Karola Boromeusza. To z tego katechizmu, zaktualizowanego przez Piusa X wszyscy biskupi świata czerpali przez 4 wieki natchnienie do tworzenia katechizmów diecezjalnych.

    MODLITWA I UMARTWIENIE

    Arcybiskup śpi rzadko dłużej niż 4-5 godzin, w dodatku na zwykłej pryczy. Potrafi też całą noc spędzić na modlitwie i rozmyślaniu. Brewiarz odmawia na kolanach. Karmi się chlebem i wodą, czasem – jarzynami. W zimie rezygnuje z ogrzewania.

    SŁUGA UBOGICH

    Również jego miłosierdzie przysparza mu sławy. Najpierw w Rzymie – będąc jeszcze Sekretarzem Stanu – potem zaś w swojej diecezji ufundował domy, w których udzielano pomocy wszelkim potrzebującym.
    W jesieni 1575 roku w Mediolanie pojawia się dżuma. Karol Boromeusz oddaje się bez reszty biednym chorym, mając wystarczającą w tamtych czasach wiedzę medyczną. W zimie 1575/76 roku pozbawia swój pałac wszelkich tkanin nie tylko tych, które nie były niezbędne, aby mogły służyć nieszczęśliwym jako okrycia. Nie zważając ani przez chwilę na możliwość zarażenia idzie wspomóc umierających. Nakazuje stałe modlitwy oraz pokuty dla wyproszenia kresu zarazy. W grudniu epidemia zdaje się ustawać. W styczniu arcybiskup organizuje wielką procesję wynagradzającą. Sam idzie na jej czele boso. Na wiosnę 1577 roku zaraza się kończy. W samym tylko Mediolanie umarło 13 tys. osób, a w jego okolicach – 8 tys.

    ŚMIERĆ Z WYCZERPANIA

    W październiku 1584 roku Karola Boromeusza atakuje gorączka. Przez całe życie wyczerpywał się: nadludzka praca, niezwykłe umartwienia, niedostateczne wyżywienie, brak snu. Bardziej niż dotąd otoczenie prosi, aby się oszczędzał, jednak on nie zważa na to. 2 listopada wizytuje Tessin (szwajcarski górki kanton, należący do jego diecezji). Pragnie tu otworzyć seminarium.
    W czasie tej wizyty słabnie i musi powrócić do Mediolanu. W następną noc gaśnie w nim życie. Umiera całkowicie wyczerpany w wieku 46 lat.

    SŁAWA ŚWIĘTOŚCI

    Kongregacja kapłanów, powołana do administrowania jego seminariami, prosi niezwłocznie o przeprowadzenie procesu kanonizacyjnego. Ma to miejsce w 1604 r. 1 listopada 1610, w 26 lat po jego śmierci Papież Paweł V kanonizuje go, wyznaczając jego święto na dzień 4 listopada.
    Kiedy obejmował diecezję jako arcybiskup Mediolanu, jej stan religijny był żałosny, tak w odniesieniu do duchowieństwa, jak i świeckich. Kiedy umierał diecezja ta była już wzorem dla całego chrześcijańskiego świata. Jego dzieło rozbłysło takim blaskiem, iż można było słusznie napisać: “reforma Kościoła była córką reformy mediolańskiej”.

    JEGO WPŁYW WE FRANCJI

    W drugiej połowie XVI w. działalność kardynała Boromeusza stała się zasadniczym ogniwem wdrażania reformy trydenckiej, najpierw we Włoszech, a następnie na świecie. Jego związki z Francją datowały się od czasu, gdy był Sekretarzem Stanu u boku wuja Piusa IV, czyli w okresie, gdy Sobór się kończył. Prócz znaczącej pracy, jaką wypełniał we wszystkich dziedzinach, prowadził obfitą korespondencję (zgromadzono ją w bibliotece ambrozjańskiej w ponad 300 tomach!), także z Francją.
    W 1574 roku spotkał się nawet z królem Henrykiem III, który prosił go o rady związane z życiem osobistym oraz z rządami. Słowa jego wywarły tak wielki wpływ na króla, że mianował on na stanowisko arcybiskupa Aix ucznia Karola Boromeusza, Aleksandra Canigiani.
    Zgromadzenie w Melun, na które arcybiskup Aix został wydelegowany przez swą prowincję, postawiło go na czele komisji powołanej do przywrócenia dyscypliny w Kościele, który we Francji, w tamtej epoce pogrążony był w dążeniach gallikańskich, zmierzających do ograniczenia władzy papieży. Decyzje Soboru Trydenckiego nie były oficjalnie uznawane i większość biskupów ociągała się z wprowadzeniem ich w życie.
    Arcybiskup Aix zgromadził w 1585 roku synod prowincjalny, na którym podjęto poza innymi także decyzję o powstawaniu seminariów. W niektórych diecezjach trzeba będzie jeszcze poczekać 100 lat, aż św. Wincenty a Paulo założy seminaria lazarystów. Ich sukces będzie tak wielki, że to obudzi wreszcie u biskupów chęć stworzenia seminariów opartych o ten model. Ten synod prowicjalny zwołany dzięki uczniowi św. Karola stanie się też okazją do rozpoczęcia nauki katechizmu i do ustalenia warunków dotyczących przyjmowania sakramentów.
    Inną osobistością francuską, która zetknęła się ze św. Karolem był kardynał Rochefoucauld. Udał się on do Mediolanu w 1579 roku, aby spotkać tamtejszego biskupa. Zachwyciła go świętość i skuteczność działania pasterza tej diecezji. Naśladował go niezmiernie wytrwale i wiernie w swej diecezji w Clermont. Stał się kapłanem świętym, a u podstaw legła pokora. Uderzony brakiem wiedzy kapłanów także i on pośpieszył utworzyć seminarium. Powziął następnie decyzję wizytowania swej diecezji na wzór biskupa Mediolanu. Paweł IV powierzył mu godność kardynalską, a Ludwik XIII – uczynił swym kapelanem.
    Franciszek de Joyeuse, arcybiskup Narbony, a potem Tuluzy także zwołał w tym mieście synod, aby przebadać, jak zrealizować reformy trydenckie. W efekcie utworzono seminarium, zorganizowano naukę katechizmu oraz wizyty duszpasterskie.
    Franciszek de Sourdis, arcybiskup Bordeaux będzie naśladował reformy Boromeusza mniej ulegle od swych współbraci, lecz zachowa ich ducha. Natomiast Alain de Solminhac zostanie określony mianem Boromeusza Francji. Idąc w ślad za swym świętym wzorem stał się przede wszystkim pasterzem dusz. Był doskonałym wzorem katolickiego biskupa.
    Naprawdę można więc powiedzieć, że św. Karol Boromeusz wywarł zasadniczy wpływ na reformę katolicką i na życie Kościoła aż po nasze dni.
    Zostawił po sobie prócz wdzięcznej pamięci swych wiernych niezliczone ślady działalności, m. in. liczne traktaty, pouczenia, instrukcje. Wiele zgromadzeń zakonnych przyjęło go za patrona dla skierowanej ku wszechstronnemu dobru bliźniego służby, m. in. znane na świecie SS. Boromeuszki.

    Louis Couëtte (Stella Maris marzec 1996, str. 29-31)Vox Domini

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 listopada

    Święty Marcin de Porres, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Rupert Mayer, prezbiter
      •  Święty Hubert, biskup
    ***
    Święty Marcin de Porres

    Marcin urodził się 9 grudnia 1569 r. w Limie, stolicy Peru. Był nieślubnym dzieckiem Mulatki Anny Valasquez i hiszpańskiego szlachcica Juana de Porres – późniejszego gubernatora Panamy. Otrzymał chrzest w tym samym kościele i przy tej samej chrzcielnicy, przy której siedem lat wcześniej została ochrzczona św. Róża z Limy.
    Kiedy Marcin miał 8 lat, ojciec zawiózł go do szkoły w Ekwadorze, gdzie Marcin razem z siostrą uczył się przez 5 lat. Kiedy jednak ojciec został gubernatorem Panamy, wyrzekł się syna i jego matki. Oddał go matce w Limie, zaś nieślubną córkę zostawił pod opieką stryja. Płacił jednak na utrzymanie syna, by ten mógł ukończyć szkoły. Marcinowi odpowiadały bardziej zajęcia praktyczne, dlatego przerwał studia medyczne i farmaceutyczne, aby podjąć zawód fryzjera (balwierza).
    Rychło jednak porzucił ten fach i zgłosił się do dominikańskiego klasztoru w Limie. Miał wtedy zaledwie 15 lat. Spotkał go jednak zawód: był mulatem, a jego ojciec był nieznany, dlatego dominikanie według ówczesnego zwyczaju nie mogli go przyjąć. Młodzieniec bardzo nad tym bolał. Zgodził się być tercjarzem dominikańskim, a nawet spełniać najniższe posługi, aby tylko pozostać w Zakonie. Kiedy ojciec dowiedział się o tym, oburzony, chciał syna wyrwać z klasztoru. Nie mógł bowiem znieść, że syn gubernatora jest sługą w klasztorze. Marcin pozostał jednak niewzruszony. Dominikanie widząc w nim tak wielki skarb, przyjęli go wreszcie do zakonu w charakterze brata zakonnego i pozwolili mu złożyć śluby. Uroczystą profesję złożył 2 czerwca 1603 r., gdy miał 24 lata.
    Marcin wyróżniał się nie tylko pokorą i posłuszeństwem zakonnym, ale również niezwykłą pobożnością. Świecił wszystkim przykładem umiłowania Eucharystii. Nie mając czasu w ciągu dnia, długie nocne godziny poświęcał na adorację Najświętszego Sakramentu. Często się biczował, by wynagrodzić Panu Bogu za grzechy ludzkie, a grzesznikom wyjednać nawrócenie. Zatapiał się często w rozważaniu Męki Pańskiej. Ku podbudowaniu ojców nabył ducha kontemplacji w tak wysokim stopniu, że widziano go często zalanego łzami, a nawet unoszącego się w zachwycie w powietrzu. Pan Bóg obdarzył go także darem przepowiadania, czytania w sercach i w sumieniach, a nawet rzadkim darem bilokacji, jak to stwierdzono w procesie kanonizacyjnym. Po porady przychodzili do niego liczni petenci – nawet sam arcybiskup Limy często radził się go w trudnych sprawach.

    Święty Marcin de Porres

    Głównym zajęciem brata Marcina był szpitalik klasztorny. Marcin leczył nie tylko braci zakonnych, ale także ludzi spoza klasztoru, gdyż szpitalik ten był równocześnie szpitalem miejskim. Ze szczególną miłością pielęgnował zgłaszających się licznie chorych Indian. Sam żebrząc, wspierał ludzi ubogich, wykupywał z niewoli Murzynów (obliczono nawet, że były okresy, w których rozdawał ubogim tygodniowo około 2000 dolarów,a około 160 osób otrzymywało od niego odzież). Gdy zabrakło mu pieniędzy na wykup niewolników, zaproponował przeorowi, by jego samego sprzedał i w ten sposób uzyskał potrzebne pieniądze.
    Swoją miłością obejmował ludzi i zwierzęta, dlatego nazywa się go niekiedy św. Franciszkiem Ameryki. Utrzymywał w domu swojej siostry schronisko dla kotów i psów. Dokarmiał także głodne myszy. Legenda głosi, że pewnego dnia rozmnożyło się tak wielkie mnóstwo myszy w klasztorze, że przełożony zaczął bratu Marcinowi z tego powodu czynić gorzkie wyrzuty. Wtedy Marcin wyprowadził je na zewnątrz, a one posłusznie poszły za nim i więcej do klasztoru nie powróciły. Nazywano go więc żartobliwie “adwokatem myszy”.
    Odznaczał się również darem mądrości, który wyrażał się w rozwiązywaniu nie tylko problemów małżeńskich swojej siostry, ale też problemów swojego dominikańskiego klasztoru. Był wrażliwy na cudzą nędzę i cierpienia. Sam ubogi, hojnie ubogim pomagał. Jego żywot wspomina o kilku cudownych uleczeniach za jego przyczyną. Wymienia również znane nazwiska, jak arcybiskupa Limy, którego Marcin uleczył z ostrego zapalenia płuc. Przełożeni powierzali mu często kwestę w mieście. Brat Marcin skwapliwie korzystał z okazji, by przypominać wtedy mieszkańcom Limy o zbawieniu duszy i o życiu wiecznym. Gdy pewnego dnia obładowany żywnością wracał do klasztoru przez las, napadła go banda. Kiedy zaprowadzono go do herszta, pozdrowił go uprzejmie bez cienia lęku i poprosił o odpoczynek. Herszt zdziwiony zapytał, czy nie wie, kogo ma przed sobą. Marcin odrzekł: “Wiem, bo wiele o tobie słyszałem. Dlatego tym bardziej cię proszę, byś złożył ofiarę dla moich głodnych”. Zaskoczony herszt dał mu trzos pieniędzy i puścił go wolno.
    Zmarł na malarię 3 listopada 1639 r. w wieku 70 lat. Beatyfikował go Grzegorz XVI (1837), kanonizował Jan XXIII 6 maja 1962 r. W homilii papież przypomniał, że kanonizowany tego dnia święty nazywany był “Marcinem od miłości”, który “tłumaczył błędy drugich i darował nawet największe krzywdy; był bowiem przekonany, że z powodu popełnionych grzechów zasługuje na daleko cięższe kary. Z prawdziwą troskliwością sprowadzał błądzących na właściwą drogę; z życzliwością pielęgnował chorych, ubogim rozdawał żywność, odzienie i lekarstwa. Jak tylko potrafił, otaczał czułą opieką i troskliwością wieśniaków, Murzynów i Metysów, spełniających wówczas najniższe posługi”.
    Pius XII ogłosił św. Marcina patronem wszystkich dzieł społecznych w Peru (1945). W roku 1966 Paweł VI na prośbę Konferencji Episkopatu Peru ogłosił św. Marcina de Porres patronem telewizji, szkół i fryzjerów Peru. Ponadto św. Marcin jest patronem obu Ameryk oraz pielęgniarek, robotników i dominikańskich braci współpracowników. Uznawany jest także za patrona zgody na tle rasowym, sprawiedliwości społecznej i ludzi o rasie mieszanej. Wzywany bywa też w przypadku plagi myszy i szczurów.
    W ikonografii św. Marcin przedstawiany jest w habicie dominikańskim. Jego atrybuty to: anioł trzymający bicz i łańcuch, koszyk chleba, a obok mysz, krzyż, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 listopada

    Wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych

    Zobacz także:
      •  Święty Malachiasz, biskup
    ***
    Dzień Zaduszny

    Kościół wspomina dzisiaj w liturgii wszystkich wierzących w Chrystusa, którzy odeszli już z tego świata, a teraz przebywają w czyśćcu. Przekonanie o istnieniu czyśćca jest jednym z dogmatów naszej wiary.Obchód Dnia Zadusznego zainicjował w 998 r. św. Odylon (+ 1048) – czwarty opat klasztoru benedyktyńskiego w Cluny (Francja). Praktykę tę początkowo przyjęły klasztory benedyktyńskie, ale wkrótce za ich przykładem poszły także inne zakony i diecezje. W XIII w. święto rozpowszechniło się na cały Kościół zachodni. W wieku XIV zaczęto urządzać procesję na cmentarz do czterech stacji. Piąta stacja odbywała się już w kościele, po powrocie procesji z cmentarza. Przy stacjach odmawiano modlitwy za zmarłych i śpiewano pieśni żałobne. W Polsce tradycja Dnia Zadusznego zaczęła się tworzyć już w XII w., a z końcem wieku XV była znana w całym kraju. W 1915 r. papież Benedykt XV na prośbę opata-prymasa benedyktynów zezwolił, aby tego dnia każdy kapłan mógł odprawić trzy Msze święte: w intencji poleconej przez wiernych, za wszystkich wiernych zmarłych i według intencji Ojca Świętego.Za pobożne odwiedzenie cmentarza w dniach od 1 do 8 listopada i jednoczesną modlitwę za zmarłych można uzyskać odpust zupełny.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    1 listopada

    Wszyscy Święci

    pixabay.com

    Wszyscy Święci

    Dzisiejsza uroczystość – jak każda uroczystość w Kościele – ma charakter bardzo radosny. Wspominamy bowiem dzisiaj wszystkich tych, którzy żyli przed nami i wypełniając w swoim życiu Bożą wolę, osiągnęli wieczne szczęście przebywania z Bogiem w niebie. Kościół wspomina nie tylko oficjalnie uznanych świętych, czyli tych beatyfikowanych i kanonizowanych, ale także wszystkich wiernych zmarłych, którzy już osiągnęli zbawienie i przebywają w niebie. Widzi w nich swoich orędowników u Boga i przykłady do naśladowania. Wstawiennictwa Wszystkich Świętych wzywa się w szczególnie ważnych wydarzeniach życia Kościoła. Śpiewa się wówczas Litanię do Wszystkich Świętych, która należy do najstarszych litanijnych modlitw Kościoła i jako jedyna występuje w księgach liturgicznych (w liturgii Wigilii Paschalnej; ponadto także w obrzędzie poświęcenia kościoła i ołtarza oraz w obrzędzie święceń).W pierwszych wiekach chrześcijaństwa w Kościele nie wspominano żadnych świętych. Najwcześniej zaczęto oddawać cześć Matce Bożej. Potem kultem otoczono męczenników, nawiedzając ich groby w dniu narodzin dla nieba, czyli w rocznicę śmierci. W IV wieku na Wschodzie obchodzono jednego dnia wspomnienie wszystkich męczenników. Z czasem zaczęto pamiętać o świątobliwych wyznawcach: papieżach, mnichach i dziewicach. Większego znaczenia uroczystość Wszystkich Świętych nabrała za czasów papieża Bonifacego IV (+ 615), który zamienił pogańską świątynię, Panteon, na kościół Najświętszej Maryi Panny i Wszystkich Męczenników. Uroczystego poświęcenia świątyni wraz ze złożeniem relikwii męczenników dokonano 13 maja 610 roku. Rocznicę poświęcenia obchodzono co roku z licznym udziałem wiernych, a sam papież brał udział we mszy św. stacyjnej. Już ok. 800 r. wspomnienie Wszystkich Świętych obchodzone było w Irlandii i Bawarii, ale 1 listopada. Za papieża Grzegorza IV (828-844) cesarz Ludwik rozciągnął święto na całe swoje państwo. W 935 r. Jan XI rozszerzył je na cały Kościół. W ten sposób lokalne święto Rzymu i niektórych Kościołów stało się świętem Kościoła powszechnego.
    Dziś po południu, po Nieszporach lub niezależnie od nich, na cmentarzu odprawia się procesję żałobną ze stacjami. Od południa dnia Wszystkich Świętych i przez cały Dzień Zaduszny w kościołach i kaplicach publicznych można uzyskać odpust zupełny, ale tylko jeden raz.
    Warunki zyskania odpustu są następujące:
    1) pobożne nawiedzenie kościoła lub kaplicy,
    2) odmówienie “Ojcze nasz” i “Wierzę w Boga”,
    3) dowolna modlitwa w intencjach Ojca św.,
    4) Spowiedź i Komunia św.
    W dniach 1-8 listopada można także pozyskać odpust zupełny za nawiedzenie cmentarza pod wyżej wymienionymi warunkami. W pozostałe dni roku za nawiedzenie cmentarza pozyskuje się odpust cząstkowy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Odpusty w Kościele

    Ostatnia aktualizacja: 15.10.2012

    Nauka o odpustach łączy się z tajemnicą Bożego Miłosierdzia. W sakramencie pojednania grzesznik otrzymuje przebaczenie wyznanych grzechów, za które szczerze żałuje. Dzięki temu może on osiągnąć wieczne zbawienie.
    Uzyskane przebaczenie nie uwalnia jednak od kar doczesnych (czasowych), które spotykają nas za życia lub po śmierci w czyśćcu. Uwolnieniu od tych kar służy właśnie obfity skarbiec odpustów Kościoła. Odpust jest to darowanie przez Boga kary doczesnej za grzechy odpuszczone już co do winy. Rozróżnia się odpusty cząstkowe i zupełne (zależnie od tego, w jakim stopniu uwalniają nas od kary doczesnej). Odpusty te może zyskiwać każdy ochrzczony po spełnieniu odpowiednich warunków dla siebie lub ofiarowywać je za zmarłych.

    Warunki uzyskania odpustu zupełnego:
    – Brak jakiegokolwiek przywiązania do grzechu, nawet powszedniego (jeżeli jest brak całkowitej dyspozycji – zyskuje się odpust cząstkowy)
    – Stan łaski uświęcającej (brak nieodpuszczonego grzechu ciężkiego) lub spowiedź sakramentalna
    – Przyjęcie Komunii świętej
    – Odmówienie modlitwy (np. “Ojcze nasz” i “Zdrowaś Mario”) w intencjach Ojca Świętego (nie chodzi o modlitwę w intencji samego papieża, choć i ta modlitwa jest bardzo cenna; modlitwa związana z odpustem ma być skierowana w intencji tych spraw, za które modli się każdego dnia papież. Intencje te są często ogłaszane, m.in. na naszych stronach z kalendarzem na dany miesiąc)
    Wykonanie czynności związanej z odpustem:
    Ewentualna spowiedź, Komunia święta i modlitwa w intencjach Ojca Świętego mogą być wypełnione w ciągu kilku dni przed lub po wypełnieniu czynności, z którą związany jest odpust; między tymi elementami musi jednak istnieć związek. Po jednej spowiedzi można uzyskać wiele odpustów zupełnych, natomiast po jednej Komunii świętej i jednej modlitwie w intencjach papieża – tylko jeden odpust zupełny. Kościół zachęca do ofiarowania odpustów za zmarłych (niekoniecznie muszą być to osoby nam znane, nie musimy wymieniać konkretnego imienia – wystarczy ofiarować odpust w intencji osoby zmarłej, która tego odpustu potrzebuje).

    Odpustów (zarówno cząstkowych, jak i zupełnych) nie można ofiarowywać za innych żywych.

    Wybrane praktyki związane z uzyskaniem odpustu zupełnego:

    – Adoracja Najświętszego Sakramentu przez co najmniej pół godziny (jeśli jest krótsza – odpust cząstkowy);
    – Nawiedzenie jednej z czterech rzymskich bazylik patriarchalnych (św. Piotra, św. Pawła za Murami, Matki Bożej Większej lub św. Jana na Lateranie) i odmówienie w niej Ojcze nasz i Wierzę: w święto tytułu tej bazyliki, w jakiekolwiek święto nakazane (np. we Wniebowzięcie NMP), raz w roku w innym dniu wybranym przez wiernego;
    – Przyjęcie błogosławieństwa udzielanego przez Papieża Urbi et Orbi (Miastu i Światu) – choćby tylko przez radio lub telewizję;
    – Adoracja i ucałowanie Krzyża w trakcie liturgii Męki Pańskiej w Wielki Piątek;
    – Odmówienie modlitwy Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu po Komunii świętej przed obrazem Jezusa Chrystusa w każdy piątek Wielkiego Postu oraz w Wielki Piątek (w pozostałe dni – odpust cząstkowy);
    – Uczestnictwo w uroczystym zakończeniu Kongresu Eucharystycznego;
    – Uczestnictwo w rekolekcjach trwających przynajmniej trzy dni;
    – Publiczne odmówienie aktu wynagrodzenia Sercu Jezusowemu O Jezu Najsłodszy, któremu za miłość bez granic w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa (w inne dni – odpust cząstkowy);
    – Publiczne odmówienie aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Chrystusowi Królowi O Jezu najsłodszy, Odkupicielu rodzaju ludzkiego w uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata (w inne dni – odpust cząstkowy);
    – Posługiwanie się przedmiotami pobożności (krucyfiksem, krzyżem, różańcem, szkaplerzem, medalikiem), o ile zostały pobłogosławione przez Papieża (ewentualnie – przez biskupa), po odmówieniu jakiejkolwiek formuły wyznania wiary w uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła 29 czerwca; jeśli przedmioty były pobłogosławione przez kapłana lub diakona – odpust cząstkowy;
    – Przyjęcie Pierwszej Komunii świętej lub pobożne uczestnictwo w takiej uroczystości;
    – Sprawowanie i uczestnictwo we Mszy świętej prymicyjnej;
    – Sprawowanie i uczestnictwo we Mszy świętej z okazji 25-, 50- i 60-lecia kapłaństwa;
    – Odmówienie w całości (i bez przerwy) przynajmniej jednej części różańca (pięciu dziesiątek) w kościele, kaplicy publicznej, w rodzinie, wspólnocie zakonnej czy pobożnym stowarzyszeniu, połączone z rozmyślaniem nad rozważanymi tajemnicami (odmówienie poza tymi miejscami lub wspólnotami – odpust cząstkowy);
    – Czytanie Pisma Świętego ze czcią należną Słowu Bożemu i na sposób lektury duchowej przynajmniej przez pół godziny z tekstu zatwierdzonego przez władzę kościelną. Kto nie może czytać osobiście, wystarczy, gdy słucha czytającego nawet przez środki audiowizualne;
    – Jednorazowe nawiedzenie kościoła, w którym trwa Synod diecezjalny;
    – Pobożne odmówienie (śpiew) modlitwy Przed tak wielkim Sakramentem podczas liturgii Wieczerzy Pańskiej po Mszy świętej (w Wielki Czwartek) oraz w uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (Boże Ciało);
    – w innym czasie – odpust cząstkowy;
    – Publiczne odmówienie (śpiew) hymnu Ciebie Boga wysławiamy (Te Deum) jako podziękowanie za otrzymane łaski w ostatnim dniu roku (w innym czasie, nawet prywatnie – odpust cząstkowy);
    – Publiczne odmówienie (śpiew) hymnu Przyjdź Duchu Święty (Veni Creator) w Nowy Rok i w uroczystość Zesłania Ducha Świętego (w pozostałe dni, nawet prywatnie – odpust cząstkowy);
    – Odprawienie Drogi Krzyżowej po spełnieniu następujących warunków: odprawienie przed urzędowo erygowanymi stacjami Drogi Krzyżowej (np. w kościele, na placu przykościelnym); musi być 14 krzyżyków; rozważanie Męki i śmierci Chrystusa (nie jest konieczne rozmyślanie o poszczególnych tajemnicach każdej stacji); wymaga się przechodzenia od jednej stacji do drugiej (przy publicznym odprawianiu wystarczy, aby prowadzący przechodził, jeśli wszyscy wierni nie mogą tego czynić); jeśli ktoś z powodu słusznej przyczyny (np. choroby, podróży, zamknięcia kościoła itp.) nie może odprawić Drogi Krzyżowej wg podanych tutaj warunków, zyskuje odpust zupełny po przynajmniej półgodzinnym pobożnym czytaniu lub rozważaniu Męki Chrystusa;
    – Nawiedzenie kościoła parafialnego w święto tytułu lub w dniu 2 sierpnia, kiedy to przypada odpust “Porcjunkuli” po odmówieniu Ojcze nasz i Wierzę;
    – Nawiedzenie kościoła i ołtarza w dniu jego poświęcenia (dedykacji) i odmówienie Ojcze nasz i Wierzę;
    – Nawiedzenie kościoła lub kaplicy we wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych (2 listopada) i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę;
    – W dniach od 1 do 8 listopada za nawiedzenie cmentarza z równoczesną modlitwą za zmarłych – codziennie odpust zupełny, który można ofiarować wyłącznie za zmarłych (za nawiedzenie cmentarza w inne dni – odpust cząstkowy również wyłącznie za zmarłych);
    – Nawiedzenie kościoła lub kaplicy zakonników w święto ich założyciela i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę;
    – Odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych podczas liturgii Wigilii Paschalnej w Wielką Noc lub w rocznicę swojego chrztu (jeśli przy pomocy innej formuły w innym czasie – odpust cząstkowy).

    Penitencjaria Apostolska poprzez dwa dekrety wydane w 2002 r. ustanowiła także odpusty związane z kultem Miłosierdzia Bożego:
    Odpustu zupełnego pod zwykłymi warunkami (sakramentalna spowiedź, Komunia eucharystyczna i modlitwa w intencjach Ojca Świętego) udziela się w granicach Polski wiernemu, który z duszą całkowicie wolną od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu pobożnie odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego w kościele lub kaplicy wobec Najświętszego Sakramentu Eucharystii, publicznie wystawionego lub też przechowywanego w tabernakulum.
    Jeżeli zaś ci wierni z powodu choroby (lub innej słusznej racji) nie będą mogli wyjść z domu, ale odmówią Koronkę do Miłosierdzia Bożego z ufnością i z pragnieniem miłosierdzia dla siebie oraz gotowością okazania go innym, to pod zwykłymi warunkami również zyskują odpust zupełny.
    W innych zaś okolicznościach odpust będzie cząstkowy.Udziela się odpustu zupełnego na zwykłych warunkach (spowiedź sakramentalna, komunia eucharystyczna, modlitwa w intencjach papieskich) wiernemu, który w II Niedzielę Wielkanocną, czyli Miłosierdzia Bożego, w jakimkolwiek kościele lub kaplicy, z sercem całkowicie wolnym od wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, choćby powszedniego, weźmie udział w pobożnych praktykach spełnianych ku czci Bożego Miłosierdzia albo przynajmniej odmówi przed Najświętszym Sakramentem Eucharystii, wystawionym publicznie lub ukrytym w tabernakulum, modlitwę 
    Ojcze nasz i Credo, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego (np. Jezu Miłosierny, ufam Tobie).
    Udziela się odpustu cząstkowego wiernemu, który – przynajmniej z sercem skruszonym – skieruje do Pana Jezusa Miłosiernego jedno z prawnie zatwierdzonych pobożnych wezwań.
    Ponadto marynarze, którzy wykonują swoje obowiązki na niezmierzonych obszarach mórz; niezliczeni bracia, których tragedie wojenne, wydarzenia polityczne, uciążliwe warunki naturalne i inne podobne przyczyny zmusiły do opuszczenia rodzinnej ziemi; chorzy i ich opiekunowie oraz ci wszyscy, którzy z uzasadnionej przyczyny nie mogą opuścić domów lub wykonują pilnie potrzebne zadania dla dobra społeczności, mogą uzyskać odpust zupełny w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, jeśli wyrzekając się całkowicie jakiegokolwiek grzechu, jak to zostało powiedziane powyżej, i z zamiarem spełnienia – gdy tylko będzie to możliwe – trzech zwykłych warunków, odmówią przed świętym wizerunkiem naszego Pana Jezusa Miłosiernego modlitwę 
    Ojcze nasz i Credo, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego (np. Jezu Miłosierny, ufam Tobie).
    Gdyby nawet to nie było możliwe, tego samego dnia będą mogli uzyskać odpust zupełny ci, którzy duchowo zjednoczą się z wiernymi, spełniającymi w zwyczajny sposób przepisane praktyki w celu otrzymania odpustu, i ofiarują Miłosiernemu Bogu modlitwę, a wraz z nią cierpienia spowodowane chorobą i trudy swojego życia, podejmując zarazem postanowienie, że spełnią oni trzy przepisane warunki uzyskania odpustu zupełnego, gdy tylko będzie to możliwe.
    Ponadto dla Polski zostały zatwierdzone także dwa dodatkowe odpusty zupełne: Uczestnictwo w nabożeństwie Gorzkich Żalów jeden raz w tygodniu w okresie Wielkiego Postu w jakimkolwiek kościele na terenie Polski; Nawiedzenie dowolnej bazyliki mniejszej w następujące dni: w uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła (29 czerwca)w święto tytułu w dniu 2 sierpnia (odpust “Porcjunkuli”) jeden raz w ciągu roku w dniu określonym według uznania Odpusty cząstkowe: O niektórych odpustach cząstkowych wspomniano już, wymieniając odpusty zupełne.Są trzy ogólne warunki uzyskania odpustu cząstkowego: Wierny dostępuje odpustu cząstkowego, jeśli w czasie spełniania swoich obowiązków i w trudach życia wznosi myśli do Boga z pokorą i ufnością, dodając w myśli jakiś akt strzelisty, np. “Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami”Jeśli wierny powodowany motywem wiary przyjdzie z pomocą potrzebującym współbraciom, pomagając im osobiście lub dzieląc się z nimi swoimi dobrami, uzyskuje odpust cząstkowy. Gdy wierny w intencji umartwiania się, odmówi sobie czegoś godziwego, a przyjemnego dla siebie, uzyskuje odpust cząstkowy. Warunek ten ma zachęcić wiernych do praktykowania dobrowolnych umartwień. Odpust cząstkowy jest związany z odmówieniem wielu znanych modlitw i można go uzyskać wielokrotnie w ciągu dnia. Niektóre z modlitw związanych z odpustem cząstkowym to: Anioł Pański (lub Regina Caeli w Okresie Wielkanocnym); Duszo Chrystusowa; Wierzę w Boga; Psalm 130 (Z głębokości); Psalm 51 (Zmiłuj się…); odmówienie Jutrzni lub Nieszporów za zmarłych; Panie, Boże wszechmogący (modlitwa z Liturgii Godzin, Jutrznia w Poniedziałek II tygodnia psałterza); modlitwa św. Bernarda (Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo); Wieczny odpoczynek; Witaj, Królowo, Matko Miłosierdzia; Pod Twoją obronę; Magnificat; odmówienie jednej z sześciu litanii zatwierdzonych dla całego Kościoła (do Najświętszego Imienia Jezus, do Najświętszego Serca Pana Jezusa, do Najdroższej Krwi Chrystusa Pana, Loretańskiej do NMP, do świętego Józefa lub do Wszystkich Świętych); pobożne uczynienie znaku Krzyża świętego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – listopad 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA – PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, GLASGOW, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    SOBOTA 30 LISTOPADA

    UROCZYSTOŚĆ ŚW. ANDRZEJA APOSTOŁA – PATRONA SZKOCJI

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    17.30 SPOWIEDŹ ŚW.

    18.00 MSZA ŚW.

    W INTENCJI O WIECZNE ZBAWIENIE ZMARŁYCH Z ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    +++

    image.png

    +++

    Z WIELKĄ WDZIĘCZNOŚCIĄ PANU BOGU WSZECHMOGĄCEMU, KTÓRY JEST PEŁEN MIŁOSIERDZIA, ZA DAR KOLEJNEGO CZASU, ABY DOZNAĆ ŁASKI NAWRÓCENIA NASZYCH SERC. WEJDŹMY W TEN CZAS NOWEGO ADWENTU.

    1 GRUDNIA

    PIERWSZA NIEDZIELA ADWENTU

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00 – MSZA ŚW.

    W GODZINIE MIŁOSIERDZIA – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ***


    ****

    „Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Warto na początku Adwentu zadać sobie pytanie: co dziś jest moim duchowym snem?”

    „Noc się posunęła, a przybliżył się dzień” – dobrze ilustrują one to, co dokonało się przez przyjście na świat Jezusa Chrystusa – prawdziwego Światła zwyciężającego wszelki mrok.

    „Wszyscy potrzebujemy tego Światła”.

    „Potrzebujemy Światła, gdy sami doświadczamy bezradności, niepewności i obaw”.

    „Potrzebujemy Światła, gdy szukamy drogi”.

    „Potrzebujemy światła, aby nie zbłądzić” – Adwent jest właśnie po to, aby wyjść ku Chrystusowi, aby powstać ze snu, rozbudzić w sobie na nowo nadzieję, bo „człowiek żyje, dopóki czeka, dopóki w jego sercu żyje nadzieja” (Benedykt XVI).

    „W Adwencie chodzi właśnie o to, by powstać ze snu” .

    „Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Jak podpowiada nam papież Franciszek, sen, z którego mamy się przebudzić, to także obojętność, próżność, niezdolność do nawiązywania autentycznie ludzkich relacji, niezdolność do zatroszczenia się o brata samotnego, opuszczonego lub chorego. Warto zatem na początku tego Adwentu zadać sobie pytanie – co dziś jest moim duchowym snem?”

    „Wierzę w Kościół Chrystusowy”.

    „W tym czasie chcemy odnowić naszą wiarę w Kościół, zobaczyć, co znaczy wierzyć Kościołowi i umocnić naszą wiarę w to, czego Kościół naucza”. Jak zauważa papież Benedykt XVI, że słowu Kościół niemal zawsze towarzyszy określenie „Boży”, a to wskazuje, że nie jest to „stowarzyszenie ludzkie, zrodzone ze wspólnych idei czy interesów, lecz powołał je Bóg”.

    „Jezus Chrystus potrzebuje Kościoła, by działać pośród nas. Ale i my potrzebujemy Kościoła. Nasza wiara rodzi się przecież w Kościele, żyje i rozwija się w nim, a także nas do niego prowadzi. Nie możemy żyć autentyczną wiarą bez Kościoła”. Owo adwentowe powstanie ze snu to także przezwyciężenie obojętności i przyzwyczajenia, „aby poczuć się odpowiedzialnym za Kościół, który wspólnie stanowimy”.
    „Warto, byśmy częściej przypominali sobie, że Kościół to my wszyscy, zjednoczeni z Chrystusem w mocy Ducha Świętego” .

    “Powstać ze snu to pójść dalej odważnie za tymi dobrymi podpowiedziami, które odkrywa przed nami Duch Święty” .

    (z listu na Adwent – Prymas Polski arcybiskup Wojciech Polak/ www.prymaspolski.pl)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Roraty – są to adwentowe Msze św. odprawiane przed wschodem Słońca. Nazwa „roraty” pochodzi od adwentowej pieśni na wejście, rozpoczynającej się od słów:

    „Rorate caeli desuper” – „Spuśćcie rosę niebiosa”.

    Roratami związany jest zwyczaj zapalania specjalnej świecy ozdobionej mirtem, nazywanej roratką. Symbolizuje ona Maryję, patronkę adwentowego oczekiwania, która jako jutrzenka, wyprzedza wschód słońca i zapowiada przyjście pełnego światła – Światłości świata Jezusa Chrystusa. Innym zwyczajem jest zawieszanie w kościele wieńca z czterema świecami oznaczającymi cztery niedziele Adwentu. Z upływem kolejnych tygodni podczas Rorat zapala się odpowiednią liczbę świec. Świece i lampiony tak często używane w liturgii adwentowej wyrażają czuwanie. Nawiązują one do ewangelicznych przypowieści m.in. o pannach mądrych i głupich. Światło jest też wyrazem radości z bliskiego już przyjścia Chrystusa.

    ****

    Samplefot. Dawid Tatarkiewicz/East News

    ****

    Przekazy historyczne mówią, że roraty odprawiano w Polsce już za czasów panowania Bolesława Wstydliwego. Przez całe wieki Król, umieszczając w czasie rorat na ołtarzu zapaloną świecę, oświadczał: „Gotów jestem na sąd Boży”, za nim czynił to Prymas Polski, mówiąc „Sum paratus ad adventum Domini” (Jestem gotów na przyjście Pana), po nich zaś kolejno: senator, ziemianin, rycerz, mieszczanin i chłop, powtarzając słowa króla.

    ****

    ****

    W ADWENCIE MSZE ŚWIĘTE RORATNIE BĘDĄ O GODZ. 7.00 RANO

    W PONIEDZIAŁKI I W ŚRODY W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC GRUDZIEŃ 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby nadchodzący jubileusz umocnił nas w wierze, pomógł nam lepiej poznać Chrystusa Zmartwychwstałego w naszym życiu i przemienił nas w pielgrzymów chrześcijańskiej nadziei.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *  Panie Boże Nieskończonego Miłosierdzia, jesteśmy pełni wdzięczności za dar życia w Twoim Świętym Kościele. Świadomi własnej niemocy prosimy o łaskę wzrostu Twojej Miłości w naszych poranionych sercach, bo pragniemy na nowo przeżywać Tajemnice naszej Świętej Wiary w kolejnym kręgu czasu. Niech Adwentowa Świeca, oznaczająca Ciebie Najświętsza Boża Rodzicielko, rozświetla nasze ciemności: “Rorate caeli, desuper et nubes pluant justum” – “Spuśćcie rosę niebiosa i obłoki niech wyleją Sprawiedliwego”.

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 grudnia modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 30 listopada z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    _____________________________________________________________________________________________________________

    WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA W TEGOROCZNYM ADWENCIE ORGANIZUJE ZBIÓRKĘ NA CELE PRO-LIFE

    ***

    ***

    POMÓŻ RATOWAĆ ŻYCIE OD POCZĘCIA

    ***

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nieustająca adoracja w klasztorach – tu Adwent nigdy się nie kończy

    Czuwanie adwentowe ma szczególny wymiar w klasztorach kontemplacyjnych, zwłaszcza w tych, gdzie siostry adorują Jezusa Eucharystycznego. Tam lampy „panien roztropnych” nigdy nie gasną.

    ***

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Nie jesteśmy dla siebie

    Sakramentki, czyli Mniszki Benedyktynki od nieustającej adoracji Najświętszego Sakramentu Trwają przed Jezusem Eucharystycznym w warszawskim klasztorze od 1 stycznia 1688 roku. Adoracja trwa bez przerwy z wyjątkiem czasu po 31 sierpnia 1944 roku, gdy klasztor został zrównany z ziemią. Poza tą przerwą siostry czuwają każdego dnia i każdej nocy.

    Nieustająca adoracja w klasztorach – tu Adwent nigdy się nie kończy

    (ARCHIWUM SIOSTRY JÓZEFINY)

    S. Józefina

    – Nieustająca adoracja Jezusa jest sercem naszego życia. To jest główna rzecz, która przyciąga tu kolejne siostry. Ja bez tego na pewno bym tutaj nie trafiła. W moim życiu najpierw było pragnienie adoracji Najświętszego Sakramentu. Gdy byłam na studiach, ksiądz w duszpasterstwie akademickim przyjął taki sposób przeprowadzania spotkań, że przez godzinę byliśmy przed Najświętszym Sakramentem w ciszy. Jak na życie zwykłych studentów to było trudne i wydawało się trochę bez sensu. Przecież coś trzeba robić, coś zaśpiewać, jakąś modlitwę powiedzieć… Ale moje serce się w tym rozkochało i wtedy Pan Jezus powiedział: „No to teraz do klasztoru zapraszam”. Szukałam więc czegoś, co by odpowiadało pragnieniu mojego serca. Nazwa „Benedyktynki od nieustającej adoracji Najświętszego Sakramentu” wydała mi się najpiękniejsza na świecie – i tak tu trafiłam.

    Trwanie przed Najświętszym Sakramentem – to jest nasze główne zadanie. Pan Bóg mówi: „Czuwajcie i bądźcie gotowi”, więc my staramy się czuwać. Nie jesteśmy tutaj tylko dla siebie. Wręcz przeciwnie, czasem wydaje mi się, że nic dla siebie tutaj nie mamy, bo wszystko jest dla innych. Takie ogołocenie, jakieś cierpienie wewnętrzne czy choroby, które też nas dotykają – to wszystko odczytujemy w takim kluczu, że Pan Bóg od nas chce więcej, chce, żebyśmy to ofiarowały za świat. Przynosimy więc przed Najświętszy Sakrament wszystko, cały świat.

    Doświadczamy również, że to czuwanie wpływa na losy ludzi, którzy proszą nas o modlitwę – a proszą bardzo często. Staramy się te prośby włączać w naszą liturgię godzin i w modlitwę podczas Mszy Świętej, ale też zanosimy je przed Najświętszy Sakrament.

    Czasami przed Najświętszym Sakramentem czas upływa w sekundę, a czasami jest tak, jak mówiła święta Hildegarda, że to jest „orka serca” – każda minuta ciągnie się i człowiek ma poczucie, że nie jest w stanie się modlić. Jeśli jednak nie widzimy owoców albo nie czujemy smaku modlitwy, to wcale nie znaczy, że jest gorzej. Czasami wręcz przeciwnie – im trudniej, tym lepiej, jak mówią znawcy życia duchowego.

    Czuwanie przed Panem Jezusem to jest też czas odpoczynku, takiej regeneracji duchowej. Bo wiem, że On tam na mnie czeka jak dobry lekarz, a ja tam idę nawet, gdy mam trudny dzień, i niosę trudne sprawy. Wiem, że tam otrzymam pokój. Napełnię się pewnością, że to jest to miejsce i ten czas, i że to jest ta Osoba, z którą chcę spędzić resztę życia: Pan Jezus.

    To uszczęśliwiające

    Klaryski od Wieczystej Adoracji w klasztorze w Kętach Czuwają przed Jezusem Eucharystycznym nieustająco od 1910 roku. Nie przerwały tej modlitwy nawet obie wojny światowe.

    Nieustająca adoracja w klasztorach – tu Adwent nigdy się nie kończy

    (ARCHIWUM SIOSTRY MAKSYMILIANY)

    S. Maksymiliana

    – Adoracja w naszym klasztorze trwa nieprzerwanie już ponad 114 lat. Adorowałyśmy Pana Jezusa także w czasie pandemii COVID-u, co nie było łatwe, gdyż wszystkie chorowałyśmy. Wtedy adoracje na jedną siostrę przypadały częściej, także w nocy. Zwykle są to dwie godziny nocnego czuwania po trzech nocach przespanych, a wtedy miałyśmy adoracje każdej nocy lub co drugą noc. Mobilizowałyśmy się jednak i mimo słabości, gorączki i innych dolegliwości trwałyśmy przed Panem.

    Przebywanie w obecności Jezusa Eucharystycznego jest dla mnie czymś pociągającym i uszczęśliwiającym. Przemawia do mnie porównanie adoracji do wygrzewania się na słońcu, takiej kąpieli słonecznej. Działania słońca nie widać od razu, ale są skutki, gdyż człowiek jest opalony. Wiara mówi mi, że niezależnie od tego, w jakim stanie przychodzę – w stanie pociechy czy oschłości – Pan Bóg na mnie patrzy, opromienia swoją łaską i otula czułą miłością. Adoracja leczy mnie z chronicznego skupiania się na sobie, na własnych problemach. Ale to nie jest tak, że trwam przed Panem zawsze z pociechą i radością. Nieraz czas mi się dłuży, muszę pokonywać zmęczenie, senność, nie mogę zapanować nad rozproszeniami – na przykład myślę o zadaniach, jakie na mnie czekają… Wtedy jest walka, ale na pewno nie jest to czas stracony. Ten trud jest pewnie cenny przed Panem – to, że się nie rezygnuje, nie zniechęca i mimo wszystko się jest.

    Poza tym towarzyszy mi świadomość, że staję przed Jezusem też w imieniu Kościoła, że mam przyprowadzać innych do Boga. I nieraz toruję Mu ścieżkę do serc osób, którym jest z Nim nie po drodze. I uważam, że z takim wymiarem może się wiązać to zmaganie. A nieprzyjaciel też walczy i chce mnie zniechęcić, a przez to obniżyć świadomość tego, do czego zostałam powołana.

    Nasze czuwanie jest ważne dla ludzi z zewnątrz. Jesteśmy zalane wieloma intencjami, które wpływają do nas różnymi drogami: telefonicznie, mailowo, tradycyjną pocztą, są przekazywane przy furcie. Stajemy z nimi przed Jezusem w Hostii. Czasami proszący są pod wrażeniem skuteczności naszej modlitwy i zachęcają innych, żeby zwracali się do nas. Oczywiście nie przypisujemy sobie zasług, ale cieszymy się ogromnie i umacniamy wielkimi dziełami Boga. O własnych siłach nie jesteśmy w stanie nieustannie się modlić. Ale myślę, że Pan Bóg udziela łask i odpowiada na tęsknotę serca, które chciałoby stale przy Nim być.

    Kochami jestem kochana

    Siostry Służebnice Ducha Świętego od Wieczystej Adoracji w Nysie Czuwają przed Panem Jezusem w tamtejszym klasztorze od 1994 roku. Charyzmatami zgromadzenia są uwielbienie i adoracja Boga w misterium Trójcy Świętej, w Osobie Ducha Świętego i w Eucharystii.

    Nieustająca adoracja w klasztorach – tu Adwent nigdy się nie kończy

    (ARCHIWUM SIOSTRY S. MARII AMATY)

    S. Maria Amata

    – Nasze powołanie rozumiemy jako bycie przy Panu Jezusie i czuwanie, w tym na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Pan Jezus docelowo miał być nieustannie adorowany w kaplicy przez nas, ale z powodu niewystarczającej liczby sióstr dziś nie możemy temu sprostać. Dlatego jesteśmy wspierane przez osoby świeckie, które są włączone w wieczystą adorację. One same mówią, że przychodzą na czuwania. Tak czują – że czas spędzony przed Najświętszym Sakramentem to jest czuwanie. My tutaj nazywamy je eucharystyczną wspólnotą adoracyjną, w skrócie EWA. Tak więc na adorację przychodzi… Ewa. Otwarcie na udział świeckich było zresztą w zgromadzeniu od samego początku istnienia. Nie wynikało to z takiej potrzeby jak teraz, natomiast była chęć włączenia świeckich w owoce duchowe tego, co siostry robią.

    Dla mnie osobiście adoracja była ważna jeszcze przed wstąpieniem do klasztoru. Widziałam dużą wartość takiego uciszania serca i napełniania się rzeczywistością trwania przy Panu. W pewnym momencie odkryłam, że tym, co ma dla mnie naprawdę wartość, jest świadomość, że kocham i jestem kochana. I tutaj tego doświadczyłam. Wiadomo, że to jeszcze nie jest całkiem spełnione, ale jest dążenie do tego, żeby ta miłość przenikała coraz bardziej i bardziej, żebym mogła być przestrzenią dla Pana. Z pewnością na tym też polega czuwanie. I myślę, że to czuwanie przy Panu przekłada się na czuwanie nad miłością we wspólnocie, nad miłością między nami.

    Zasadniczo czas adoracji jest wyczekiwany i chciany. Wszystko inne jest podporządkowane tym „dyżurom adoracyjnym”, wszelkie nasze obowiązki, pranie, prasowanie, gotowanie, sprzątanie. Najważniejsze jest to, żeby stale była adoracja. Nasz ojciec, św. Arnold Janssen, mówił, że pierwszym czynem miłości bliźniego jest głoszenie innym Dobrej Nowiny. My też głosimy Dobrą Nowinę – ale na kolanach. Czasami ładnie mówią o nas, że jesteśmy misjonarkami na kolanach. My przez tę modlitwę stanowimy… No właśnie, czy pierwszy front walki, czy zaplecze? W każdym razie jesteśmy tutaj, żeby wspomóc to pierwsze posłanie Kościoła: „Idźcie na cały świat i czyńcie sobie uczniami wszystkich”. Tutaj są siostry, których się tak do końca nie rozumie. Po co się te kobiety za kratami zamknęły? A jeśli ktoś postawi dalsze pytania, to może dowie się, że to jednak jest z miłości. I po to, żeby też innych jakoś pociągnąć do miłowania Pana.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    I CZWARTEK MIESIĄCA – 5 GRUDNIA

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    19.00 MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – GODZINA ŚWIĘTA

    __________________________________________________________

    I PIĄTEK MIESIĄCA – 6 GRUDNIA

    SALKA PRZY KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – ST PETER’S HALL

    18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU W INTENCJI ZADOŚĆUCZYNIENIA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA.

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    19.00 MSZA ŚW.

    ____________________________________________________

    I SOBOTA MIESIĄCA – 7 GRUDNIA

    OD GODZ. 17.00 MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.00 – WIGILIJNA MSZA ŚW. Z II NIEDZIELI ADWENTU

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    ______________________________________________________________________________________________

    Kościelne święta nakazane w 2025 roku

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski

    ***

    Kodeks Prawa Kanonicznego zobowiązuje katolików do uczestnictwa w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych w niedzielę oraz święta nakazane. Czym są święta nakazane? W jakie dni wypadają one w 2025 roku?

    Część świąt i uroczystości kościelnych ma stałe daty. Co roku BOŻE NARODZENIE obchodzimy 25 grudnia. Daty części świąt i uroczystości są ruchome – tak w przypadku m.in. WIELKANOCY, czy Uroczystości ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO. Poniżej jest lista, w której wypisane są kościelne święta nakazane 2025 roku.

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć we Mszy św.:

    1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    20 kwietnia (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    8 czerwca (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    19 czerwca (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2025 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia we Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:

    2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (środa) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    25 marca (wtorek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    9 czerwca (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (niedziela) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    30 listopada – I Niedziela Adwentu

    8 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zachwycająca Matka

    Coraz lepiej poznajemy Maryję. Tym lepiej dla nas.

    UNSPLASH

    ***

    Efez, rok 431, trzeci sobór Kościoła powszechnego. Tego dnia posiedzenie trwało bardzo długo. Wszyscy mieszkańcy miasta od rana czekali na orzeczenie soboru. Przyszło im czekać do wieczora. Chodziło o ważne rozstrzygnięcie: czy Maryja jest Theotokos (Rodzącą Boga), czy tylko Christotokos (Rodzącą Chrystusa). Chodziło więc w istocie o Bosko-ludzką naturę Jezusa Chrystusa. Na tytuł Theotokos nie zgadzał się sam patriarcha Konstantynopola, Nestoriusz. W jego przekonaniu ziemska kobieta nie mogła porodzić wiecznego Boga. Twierdził, że natury Boska i ludzka istnieją w Chrystusie niezależnie od siebie, Maryja urodziła więc tylko człowieka – Chrystusa (Christotokos).

    Taka koncepcja budziła silny sprzeciw u wielu hierarchów. Najgwałtowniej wystąpił przeciw niej św. Cyryl, patriarcha Aleksandrii w Egipcie. Dowodził, że Maryja jest Theo­tokos, bo w Chrystusie bóstwo i człowieczeństwo są zjednoczone w jednej Osobie Słowa.

    Ostatecznie sobór w Efezie wypracował tzw. formułę pojednania. „Ponieważ nastąpiło zjednoczenie dwóch natur, dlatego wyznajemy jednego Syna, jednego Pana. Z racji tego zjednoczenia bez pomieszania wierzymy, że święta Dziewica jest Matką Bożą (Bogurodzicą, Theotokos), ponieważ Słowo Boże zostało wcielone i stało się człowiekiem i od chwili samego poczęcia zjednoczyło ze sobą przyjętą z Niej świątynię” – brzmiała treść dokumentu. A zatem: Theotokos.

    Kiedy blisko dwustu biskupów zakończyło obrady, w Efezie wybuchła radość. „Gdy wyszliśmy z kościoła, towarzyszyła nam procesja z pochodniami aż do naszych mieszkań. Był wieczór. Wszyscy się radowali i całe miasto zostało oświetlone. Kobiety poprzedzały nas z kadzidłami. W taki sposób tym, którzy bluźnią Jego imieniu, Zbawiciel okazał swoją wszechmoc” – relacjonował Cyryl.

    Podobna radość wybuchła 1533 lata później wśród ojców Soboru Watykańskiego II, kiedy 21 listopada 1964 r. Paweł VI ogłosił „Najświętszą Maryję Pannę Matką Kościoła, czyli całego ludu chrześcijańskiego”. Biskupi, klaszcząc, zerwali się z miejsc i zaczęli śpiewać ­Magnificat i inne hymny ku czci Matki Bożej. Wzruszony do łez kard. Stefan Wyszyński porównał wyzwolony wtedy entuzjazm do reakcji uczestników soboru w Efezie na ogłoszenie Maryi Bogurodzicą.

    Między tymi dwoma wydarzeniami mieszczą się długie wieki rozwoju teologii i pobożności maryjnej Kościoła. Rzecz jasna rozwój ten trwał także wcześniej, lecz Sobór Efeski był przełomem, który nadał mariologii rozmach i wytyczył dalszy kierunek.

    Cisza początków

    A jak wyglądał kult maryjny w początkach chrześcijaństwa? O Maryi czytamy w kilku miejscach Ewangelii, w Dziejach Apostolskich tylko w jednym miejscu, a w listach i Apokalipsie sporadycznie, bez podania imienia. Wydaje się, że to mało. Jednak, jak zauważa ks. prof. Marek Starowieyski w tekście „Maryja w Kościele starożytnym”, wartości teologii nie mierzy się liczbą wierszy. Patrolog podkreśla, że wzmianki o Maryi, choć stosunkowo nieliczne, mówią o Niej bardzo wiele. Dowiadujemy się z nich, że Matka Boża z wiarą, w pełni świadomie i dobrowolnie zgodziła się na Boży plan, zapowiedziany przez proroków, i otrzymała jedyny przywilej Matki – Dziewicy.

    Sama Maryja mówi w hymnie Magnificat, że błogosławić Ją będą wszystkie pokolenia. Jezus z krzyża oddaje Jej w macierzyńską opiekę ludzkość, reprezentowaną przez św. Jana. O Maryi mówi Apokalipsa w obrazie Niewiasty, a w Starym Testamencie m.in. proroctwo z Izajasza o dziewicy, która pocznie i porodzi syna, a także kluczowy tekst o Niewieście, której potomstwo zmiażdży głowę węża. W najstarszych pismach chrześcijańskich także niewiele o Niej przeczytamy. W tekstach z przełomu I i II wieku na temat Matki Bożej można znaleźć tylko kilka zdań. W II wieku już więcej, zwłaszcza w drugiej połowie tego stulecia, ale w dalszym ciągu, w porównaniu z całą twórczością wczesnochrześcijańską, bardzo skąpo.

    Pierwszy utwór zdecydowanie maryjny pojawia się na przełomie II i III wieku – to apokryf „Narodzenie Maryi” zwany Protoewangelią Jakuba. Najstarsze homilie i pieśni maryjne pochodzą dopiero z IV wieku.

    Pierwszą formą oddawania czci świętym był kult męczenników, który zaczął się rozwijać w połowie II wieku. Na początku w miastach, w których ponieśli śmierć za wiarę, obchodzono rocznicę ich „narodzin dla nieba”. Podobna forma kultu w odniesieniu do Maryi była utrudniona, a to z powodu wątpliwości, jak obchodzić Jej święto, skoro nie wiadomo, kiedy i gdzie umarła. Ba – nie wiadomo było, czy w ogóle umarła, bo już wtedy mówiono o „zaśnięciu” Matki Jezusa.

    Najpierw Jezus

    We wczesnym Kościele nie było także modlitw maryjnych. Najstarsza – „Pod Twoją obronę” – pojawiła się w Egipcie w III wieku, a modlitwa „Zdrowaś, Maryjo” została rozpowszechniona dopiero w wieku XII.

    Dziś może się nam to wydawać dziwne, trzeba jednak pamiętać, że chrześcijaństwo, podobnie jak judaizm, było wyspą monoteizmu w morzu pogaństwa. Obrona prawdy o jedynym Bogu była sprawą fundamentalną. Kult świętych w takich warunkach łatwo mógł zostać wzięty za cześć oddawaną bogom i skutkować nawrotem do politeizmu. Obrona bóstwa Chrystusa była w tej sytuacji zadaniem pierwszoplanowym, zwłaszcza w związku z herezjami, takimi jak na przykład arianizm, który to bóstwo kwestionował.

    Ksiądz M. Starowieyski wskazuje, że do typowych przejawów politeizmu tamtego czasu należał kult matek bogów, popularny w świecie śródziemnomorskim: Asztarty, Diany, Cybeli i innych. To był jeden z najistotniejszych powodów, dla których pisarze pierwszych wieków chrześcijaństwa unikali łączenia w odniesieniu do Maryi słów „matka” i „Bóg”.

    Kiedy chrześcijaństwo stało się powszechne, a nawrót politeizmu już nie zagrażał, takie połączenia stały się częste, a wśród nich najpopularniejsze to „rodząca Boga” – Theo­tokos.

    Nie znaczyło to wszystko, że nie interesowano się postacią Maryi. W czasach ojców Kościoła wzmianki o Niej zawsze pojawiały się w tekstach mówiących o Chrystusie. Tak też było na przełomowym dla mariologii Soborze Efeskim w 431 roku. Był to sobór zdecydowanie chrystologiczny. Kwestia Bożego macierzyństwa Maryi została podjęta ze względu na wspomniane różnice zdań dotyczące natur w Chrystusie.

    Nowa Ewa

    Podstawowymi zagadnieniami wczesnej mariologii były Boże macierzyństwo Maryi i Jej dziewictwo. W połowie II wieku Maryja została nazwana nową Ewą. Był to wynik refleksji nad tekstem św. Pawła o Chrystusie jako nowym Adamie. Jak Ewa przez nieposłuszeństwo sprowadziła grzech i śmierć, tak Maryja w pokorze i posłuszeństwie przyjęła Boże macierzyństwo i zrodziła Dawcę życia. Na tej podstawie nazwano Maryję orędowniczką. Dalszy rozwój kultu maryjnego wynikał w dużej mierze z coraz lepszego rozumienia Pisma Świętego. W miarę wczytywania się w teksty biblijne wzrastał wśród chrześcijan zachwyt postacią Matki Bożej.

    Teologowie odkrywali w Starym i Nowym Testamencie kolejne odniesienia do Maryi, co widać w licznych homiliach epoki bizantyjskiej. Zaczęły się pojawiać znakomite utwory poetyckie adresowane do Maryi, z których do najwybitniejszych należy Akatyst ku czci Bogurodzicy. Na Zachodzie znacznie później nawiążą do tej twórczości Litania Loretańska i godzinki.

    Mnogość tytułów, jakimi zaczęto obdarzać Maryję, pokazuje uczuciowy względem Niej stosunek wiernych. W IV wieku Maryja pojawia się w modlitwach liturgicznych. Obchodzi się już święto Bożego Narodzenia, z natury związane z Maryją. W tym czasie także Adwent zaczyna nabierać charakteru maryjnego.

    W pismach wielkich teologów, takich jak św. Augustyn, czytamy o bezgrzeszności Matki Bożej, choć nie potrafią oni poradzić sobie w odniesieniu do Niej z kwestią grzechu pierworodnego. Tym tematem zajmie się teologia średniowiecza, a na jego ostateczne rozwikłanie przyjdzie poczekać do roku 1854, czyli do ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny.

    Po Soborze Efeskim kult maryjny zyskał znaczny rozmach zarówno w teologii, jak i w pobożności. Ogłoszenie Maryi Bogurodzicą znacznie wzmocniło świadomość ścisłego związku między Chrystusem i Jego Matką. W następstwie tego rozwinął się prawidłowy kult maryjny, mocno osadzony w chrystologii. Zaczęły powstawać święta maryjne i dedykowane Maryi kościoły, rozwinęła się też bogata ikonografia. O Maryi mówią dekrety soborowe i synodalne, a także liczne inne dokumenty kościelne.

    „Kościół sam stopniowo odkrywał postać Maryi i pokazywał Ją ludziom, a ludzie wraz z Kościołem dorastali do zrozumienia Jej roli” – stwierdza ks. Marek Starowieyski.

    Podstawową zaś rolą Maryi jest przynosić światu Jezusa Chrystusa. I to Matka Boża robiła w starożytności i w czasach późniejszych. I będzie to robić aż do skończenia świata.

    ***

    Ruiny kościoła NMP w Efezie. To tu obradował sobór, na którym w 431 roku ogłoszono Maryję Matką Boga.

     Ruiny kościoła NMP w Efezie. To tu obradował sobór, na którym w 431 roku ogłoszono Maryję Matką Boga/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    Franciszek Kucharzak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA 24 LISTOPADA

    Uroczystość Pana Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata

    Boski sędzia na ławie oskarżonych. Pakiet anty-utyskiwań na Uroczystość Jezusa Króla Wszechświata

    fot. Depositphotos

    _________________________________________________

    ***

    Pan Jezus staje przed Piłatem.

    Ten fakt budzi nasze wątpliwości jak również medialną, sensację.

    Czy Oskarżony jest wiarygodny i prawdziwy, skoro Jego Królestwo nie jest z tego Świata?


    Chrystus pogrąża się w mroku, zamyka oczy przed ziemskim prawem, gdyż wie, że nie jest podsądnym, lecz Sędzią Niebieskim, który ponownie przyjdzie sądzić żywych i umarłych.

    Będzie Boskim Sędzią, dobrym i naturalnym jak słońce, w przeciwieństwie do Piłata, któremu przyświeca sztuczny blask reflektorów, aby wszyscy widzieli, jak obmywa ręce z krwi Baranka.

    ***

    Chrystus Król z Pierwszej Stacji Drogi Krzyżowej Jerzego Dudy Gracza

    _____________________________________________________________

    PROCES CHRYSTUSA – JEZUS PRZED PIŁATEM


    Wstęp


    Przed tygodniem, w naszym rozważaniu, byliśmy z Jezusem przed Sanhedrynem. Przesłuchanie przed Wysoką Radą Żydowską zakończyło się tak, jak oczekiwał Kajfasz. Jezus został uznany za winnego popełnienia bluźnierstwa – przestępstwa, za które przewidziana była kara śmierci. Jednakże orzekanie kary śmierci było zastrzeżone Rzymianom. Stąd też dalszy ciąg procesu Jezusa musiał odbyć się przed Piłatem, namiestnikiem rzymskim w Palestynie.
    Najobszerniejszą relację o przesłuchaniu Jezusa przez Piłata znajdujemy w Ewangelii św. Jana. Dają się w niej wyróżnić dwa etapy.

    1. Pierwszy etap przesłuchaniu Jezusa przez Piłata


    W rozdziale osiemnastym Janowej Ewangelii czytamy: „Od Kajfasza zaprowadzili Jezusa do pretorium. A było to wczesnym rankiem. Oni sami jednak nie weszli do pretorium, aby się nie skalać i móc spożyć Paschę. Dlatego Piłat wyszedł do nich na zewnątrz i rzekł: „Jaką skargę wnosicie przeciwko temu człowiekowi?” W odpowiedzi rzekli do Niego: „Gdyby to nie był złoczyńcą, nie wydalibyśmy go tobie>. Piłat więc rzekł do nich: „Weźcie go sobie i osądźcie według swojego prawa>. Odpowiedzieli mu Żydzi: „Nam nie wolno nikogo zabić”. Tak miało się spełnić słowo Jezusa, w którym zapowiedział, jaką śmiercią miał umrzeć.
    Wtedy powtórnie wszedł Piłat do pretorium, a przywoławszy Jezusa, rzekł do Niego: „Czy ty jesteś Królem żydowskim?”. Jezus odpowiedział: „Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?”. Piłat odparł: „Czy ja jestem Żydem? Naród twój i arcykapłani wydali mi ciebie. Co uczyniłeś?”. Odpowiedział Jezus: „Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd>. Piłat zatem powiedział do Niego: „A więc jesteś królem?”. Odpowiedział Jezus: „Tak , jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu”. Rzekł do Niego Piłat: „Cóż to jest prawda?” To powiedziawszy, wyszedł ponownie do Żydów i rzekł do nich: „Ja nie znajduję w nim żadnej winy” (J 18,28-38).
    Drodzy bracia i siostry, w czasie publicznej działalności Jezus wiele mówił o królestwie Bożym. Jego tajemnicę przybliżał w różnych przypowieściach. Piłat wiedział, że o Jezusie mówiono jako o królu, dlatego w czasie przesłuchania zapytał Go wprost: „czy ty jesteś Królem żydowskim?”. Jezus przyznał się do tego tytułu, wiedząc, że spotka go za to śmierć, ale natychmiast dał bardzo ważne wyjaśnienie. Wskazał na specyfikę swojego królestwa i królowania oraz oznajmił, że przyniósł na ziemię prawdę: prawdę o Bogu, o człowieku, prawdę o zbawieniu i o życiu wiecznym.
    Wyjaśnienie Jezusa o Jego królestwie i o Jego misji Piłat przyjął, dlatego uznał Jezusa za niewinnego. Jako człowiek wykształcony w prawie rzymskim miał w sobie poczucie sprawiedliwości. Jednakże wyjaśnienia tego nie chcieli przyjąć oskarżyciele.
    Co działo się dalej? Powróćmy znowu na rozprawę sądową Jezusa przed Piłatem.

    2. Drugi etap przesłuchania Jezusa przez Piłata


    W dalszej relacji św. Jana Ewangelisty czytamy: „(Piłat rzekł do nich:) „Jest zaś u was zwyczaj, że na Paschę uwalniam wam jednego więźnia. Czy zatem chcecie, abym wam uwolnił Króla żydowskiego?”. Oni zaś powtórnie zawołali: „Nie tego, lecz Barabasza!”. A Barabasz był rozbójnikiem.
    Wówczas Piłat zabrał Jezusa i kazał Go ubiczować. A żołnierze, uplótłszy koronę z cierni, włożyli Mu ją na głowę i okryli Go płaszczem purpurowym. Potem podchodzili do Niego i mówili: „Witaj, Królu żydowski”. I policzkowali Go. A Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: „Oto wyprowadzam go wam na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w nim żadnej winy”. Jezus więc wyszedł na zewnątrz w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: „Oto Człowiek”. Gdy Go ujrzeli arcykapłani i słudzy, zawołali: „Ukrzyżuj! Ukrzyżuj!”. Rzekł do nich Piłat: „Zabierzcie go i sami ukrzyżujcie!. Ja bowiem nie znajduję w nim winy”. Odpowiedzieli mu Żydzi: „My mamy Prawo, a według Prawa powinien umrzeć, bo sam siebie uczynił Synem Boży”.
    Gdy Piłat usłyszał te słowa, jeszcze bardziej się uląkł. Wszedł znów do pretorium i zapytał Jezusa: „Skąd ty jesteś?”. Jezus jednak nie dał mu odpowiedzi. Rzekł więc Piłat: „Nie chcesz ze mną mówić? Czy nie wiesz, że mam władzę uwolnić ciebie i mam władzę ciebie ukrzyżować?”. Jezus odpowiedział: „Nie miałbyś żadnej władzy nade Mną, gdyby ci jej nie dano z góry. Dlatego większy grzech ma ten, który Mnie wydał tobie”. Odtąd Piłat usiłował Go uwolnić. Żydzi jednak zawołali: „Jeżeli go uwolnisz, nie jesteś przyjacielem cezara. Każdy, kto się czyni królem, sprzeciwia się cezarowi”.
    Gdy więc Piłat usłyszał te słowa, wyprowadził Jezusa na zewnątrz i zasiadł na trybunale, na miejscu zwanym Lithostrotos, po hebrajsku Gabbata. Był to dzień Przygotowania Paschy, około godziny szóstej. I rzekł do Żydów: „Oto wasz król!”. A oni krzyczeli: „Precz! Precz! Ukrzyżuj go!”. Piłat powiedział do nich: „Czyż króla waszego mam ukrzyżować?”. Odpowiedzieli arcykapłani: „Poza cezarem nie mamy króla”. Wtedy więc wydał go im, aby Go ukrzyżowano” (J 18,39-19,1-16).
    Drodzy bracia i siostry, w powyższej relacji św. Jana możemy wyróżnić trzy główne akty. Akt pierwszy – przedstawienie przez Piłata Jezusa jako kandydata do paschalnej amnestii, po to, by Go ewentualnie uwolnić. Z Jezusem konkuruje rozbójnik Barabasz. Pierwszy w swoim działaniu posługiwał się tylko prawdą i miłością – drugi – siłą i przemocą. Piłat się przeliczył. Na placu sądu nie było zwolenników Jezusa. Wszyscy ze strachu pouciekali. Byli natomiast zwolennicy Barabasza. Dlatego decyzja tłumu była jednoznaczna: „Nie tego, ale Barabasza!”.
    Akt drugi, to skazanie Jezusa na biczowanie. Biczowanie było karą, którą skazanym na śmierć wymierzano jako dodatkową karę. Była to kara wyjątkowo barbarzyńska. Jezus nie był jeszcze formalnie skazany na śmierć, ale Piłat wymierzył Mu taką karę w trakcie przesłuchania, licząc, że może oskarżyciele ulitują się nad zbitym i poranionym Jezusem. Tu także namiestnik rzymski się przeliczył. Ze strony oskarżycieli nie było żadnej litości.
    Akt trzeci, to cierniem ukoronowanie. Oprawcy nakładają Jezusowi, który przyznał się do tytułu króla, karykaturalne oznaki królewskiego majestatu: purpurowy płaszcz, splecioną z cierni koronę i berło z trzciny. Mają teraz okazję do drwin, szyderstw, pogardy, do totalnego upokarzania: „Witaj , Królu żydowski!”. Tak ośmieszonego i poniżonego odprowadzają do Piłata. Ten zaś ukazuje Go tłumowi ze słowami „Ecce homo – Oto człowiek”. Rzymski sędzia – być może – jest wstrząśnięty widokiem zbitej i wyszydzonej postaci tego tajemniczego oskarżonego. Liczy na współczucie tych, którzy Go zobaczą. Tłum jednak nadal nie ma litości. Napastliwie woła: „Ukrzyżuj, ukrzyżuj!”.
    Piłat na koniec zasiada na trybunale. Raz jeszcze mówi: „Oto wasz król!” (J 19,14) i wydaje wyrok śmierci. Z pewnością rozegrał się w nim wewnętrzny dramat. Z jednej strony, dobrze wiedział, że Jezus nie był politycznym przestępcą, oraz że Jego królowanie, do którego sobie rościł prawo, nie stanowiło żadnego politycznego zagrożenia. Z drugiej jednak strony uląkł się pogróżek rozwścieczonego tłumu i chciał mieć spokój w okupowanym kraju, tym bardziej, że nadchodziło święto Paschy. Uważał, że w tym przypadku pokój jest ważniejszy od sprawiedliwości. Wydaje się, że w ten sposób chciał uspokoić swoje sumienie. Być może, że dopiero potem przekonał się, że pokoju nie można budować na nieprawdzie.
    Bracia i siostry, wyciągnijmy wnioski z tego fragmentu męki naszego Pana.

    3. Wnioski wynikające z procesu Jezusa przed Piłatem


    Najpierw stwierdźmy, że przypomniany dziś i rozważany fragment przesłuchania Jezusa przed Piłatem ma swoją kontynuację: w historii i dzisiaj. Zobaczmy w jakich sytuacjach?
    a) Królestwo Boże, które tu na ziemi urzeczywistnia się w Kościele, bywało w dziejach i dziś bywa rozumiane opacznie, właśnie w stylu oskarżycieli z dziedzińca pałacu Piłata. Są tacy, którzy patrzą na Kościół jako na społeczność czysto ludzką, jako na grupę interesu, a więc patrzą czysto socjologicznie i jednostronnie, czyli krzywdząco. Opacznie rozumie się też misję Kościoła, która jest przedłużeniem misji Chrystusa, aby dawać świadectwo prawdzie. Tę prawdę, głoszoną przez Kościół się dziś tu i ówdzie ośmiesza, albo lekceważy, ignoruje. W laickich przekazach medialnych, zwłaszcza w telewizjach komercjalnych, w prasie liberalnej, w programach dotyczących Kościoła, pomija się sprawy istotne, zasadnicze, a nagłaśnia się sprawy drugorzędne. Co więcej, przez zdarzające się w niewielkim procencie potknięcia osób duchownych, patrzy się na całą instytucję Kościoła. Raz po raz przestrzegają nas przed rządami, przed dyktaturą czarnych, przed ich wpływami na życie publiczne. Wszystko to bardzo przypomina proces Jezusa przed Piłatem.
    b) W czasie przesłuchania Jezusa przed rzymskim namiestnikiem szczególnego znaczenia nabierają słowa Jezusa, dotyczące świadczenia prawdzie: „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto z prawdy jest, słucha mojego głosu” (J 18,37). Jezus przed Piłatem przypomniał jak ważna jest prawda, jak ważne jest mówienie prawdy i świadczenie o niej w życiu, czynienie jej, pełnienie jej w miłości. Jesteśmy świadkami jak na szeroką skalę dziś prawda jest zakrywana, jak szerzy się kłamstwo; szerzy się przez słowo mówione i pisane. Dziś słowo ludzkie posiada tak wiele nośników medialnych: radio, telewizję, video, internet, prasę. Toczy się dziś w świecie wielka bitwa o prawdę, przede wszystkim o prawdę o człowieku i o Bogu. Historia ostatnich dziesiątków lat potwierdza, iż z nieprawdy, czyli z utopii, fałszywych ideologii, z fałszywego wizerunku człowieka i Boga, rodzą się ogromne nieszczęścia i tragedie. Za każdym kłamstwem stoi diabeł. Sam Pan Jezus nazwał go ojcem kłamstwa. Bez prawdy kuleją wszystkie inne wartości. Może być fałszywe, pozorne dobro, piękno, może być fałszywa i pozorna miłość oraz świętość.
    Przed Jezusem eucharystycznym musimy dziś zapytać się, jak jest z prawdą w moim życiu, czy jestem świadkiem prawdy, czy mówię tak jak jestem o tym przekonany w moim sumieniu, czy jestem prostolinijny, przejrzysty; czy w prawdzie wychowuję swoje dzieci i wnuki?
    c) Patrząc na scenę Jezusa i Barabasza, zauważamy, że niewinnego Jezusa nie miał kto wziąć w obronę. Jego zwolennicy zniknęli. Nie przedłużajmy poczet tych, którzy dezerterują, którzy uciekają, gdzie jest sądzona prawda. Dzisiaj nadal krzyczą za ułaskawieniem Barabasza, krzyczą ci, którzy stawiają na nieuczciwość. Nadają niekiedy ordery wcale nie bohaterom, ale niejednokrotnie oszustom a nawet zdrajcom. Nie bądźmy tchórzami, głosujmy za prawdą i miłością, a nie za kłamstwem i nieuczciwością.
    d) Gdy patrzymy na biczowanie i cierniem ukoronowanie Jezusa, chciejmy zauważyć, że Jego cierpienie przedłużyło się we wszystkich bitych i poniewieranych, wyszydzanych i katowanych. W udręce Pana Jezusa odzwierciedla się nieludzki charakter władzy człowieka, która w taki sposób potrafi deptać bezsilnych. Gdy człowiek odwraca się od Boga i we własne ręce bierze panowanie nad światem, staje się zwykle tyranem drugich. Tak było w łagrach sowieckich i w obozach koncentracyjnych. „Odkąd Jezus pozwolił się bić – napisał Ojciec św. Benedykt XVI – odtąd poranieni i bici są obrazem Boga, który zechciał za nas cierpieć”.
    W ostatnich latach ukazały się dwa tomy książki pt. „Wspomnienia Sybiraków”. Z jej lektury możemy się dowiedzieć jakie potworne katusze przechodzili nasi rodacy na Kresach Wschodnich. To wszystko było jakimś przedłużeniem cierpienia samego Chrystusa. On przecież powiedział: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 2540).
    e) Piłatowy wyrok śmierci wydany na Jezusa, nie z poczucia sprawiedliwości, ale ze strachu i czasowej koniunktury, niech będzie dla nas ostrzeżeniem, abyśmy nie załatwiali spraw dla osiągnięcia tzw. „świętego spokoju”, ale do końca stali po stronie prawdy, sprawiedliwości i miłości.
    f) Przypominając sobie dziś proces sądu Jezusa przed Piłatem, chcemy sobie uświadomić, że powinniśmy zachowywać ostrożność w sądzeniu, w wydawaniu pochopnych opinii. Tylko Pan Bóg zna pełną prawdę o człowieku, o każdym z nas. Dlatego nie bądźmy tacy pewni słuszności naszych sądów, ocen i opinii.
    g) W postawie Jezusa mamy przykład jak winniśmy przyjmować różne wyroki, sądy i oceny o nas. Zawsze mamy prawo upominać się o prawdę i o sprawiedliwość. Gdy jednak nasze prośby nie przynoszą rezultatu, winniśmy przyjąć upokorzenie i cierpienie w duchu Jezusa cierpiącego.

    Zakończenie


    Panie Jezu, stanąłeś kiedyś w pokorze przed sądem Piłata. Jako Sędzia świata stanąłeś przed sądem człowieka. Zmieniły się role. Bóg stał się sądzony a człowiek był sędzią. Przebacz nam ten grzech. Przepraszamy Cię za tych, którzy dzisiaj Cię osądzają w twoich sługach, wyznawcach, którzy dzisiaj Cię biczują i szydzą z Ciebie. W pokorze wołamy do Ciebie: „Jezu, od okrutnych oprawców, na sąd Piłata, jak zbójca szarpany, Jezu mój kochany; Jezu, u kamiennego słupa niemiłosiernie biczmi wysmagany; Jezu, przez szyderstwo okrutne cierniowym wieńcem ukoronowany; Jezu, od Piłata niesłusznie na śmierć krzyżową za ludzi skazany… Bądź pozdrowiony, bądź pochwalony, dla nas zelżony, wszystek skrwawiony!. Bądź uwielbiony! Bądź wysławiony!. Boże nieskończony” Amen.

    Bp Ignacy Dec

    IV kazanie pasyjne wygłoszone w katedrze świdnickiej w czasie nabożeństwa Gorzkich Żali

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego czcimy Chrystusa jako Króla Wszechświata? Skąd wzięła się ta uroczystość?

    fot. Francisco Xavier / Cathopic

    ***

    Uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata obchodzona jest w ostatnią niedzielę roku liturgicznego. Skąd wzięła się ta uroczystość? Co oznacza? Jaki jest jej sens? Poznaj 5 faktów o tej uroczystości.

    1. Wszystko zaczęło się od… św. Małgorzaty Marii Alacoque

    Idea intronizacji, przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana jest rozwinięciem aktu poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu, wynikającego z objawień francuskiej wizytki z Paray-le-Monial św. Małgorzaty Marii Alacoque (1647-1690). Święta ta była mistyczką, której Pan Jezus w wielu objawieniach przedstawiał swe Serce, kochające ludzi i spragnione ich miłości.

    2. Święto oficjalnie wprowadził papież Pius XI

    Święto Chrystusa Króla wprowadził papież Pius XI w roku 1925 na zakończenie Roku Świętego: przypadła ona wówczas na 11 grudnia. Sensem tego nowego święta, jak wyjaśniał papież w encyklice „Quas primas”, było uznanie panowania i władzy Chrystusa zarówno w życiu osobistym chrześcijan, jak i całych społeczności.

    Miało ono służyć odnowie wiary, także w przestrzeni publicznej, która szczególnie – zdaniem papieża – narażona jest na wypieranie zeń wartości i zasad chrześcijańskich. Ustanowienie święta Chrystusa Króla traktował więc jako „lekarstwo na zagrożenia niesione przez coraz powszechniejsze prądy laicyzacyjne, zaprzeczające panowaniu Chrystusa nad ludami”. W związku z tym Pius XI zachęcał – jak brzmiało ulubione jego hasło – do „Instaurare omnia in Christo”, czyli odnowy wszystkiego w Chrystusie.

    W 1969 r. papież Paweł VI podniósł święto Chrystusa Króla do rangi uroczystości, a więc najwyższej wagi obchodu liturgicznego w Kościele, postulując czcić Chrystusa jako Króla Wszechświata.

    3. W czasie II wojny światowej Niemcy zniszczyli wyjątkową figurę w Polsce

    Święto Chrystusa Króla od samego początku było uroczyście obchodzone w Polsce. W 1927 r. powstał w Poznaniu komitet budowy pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa, który miał być także monumentem wdzięczności za odzyskaną niepodległość. Pomnik ten uroczyście odsłonięto 30 października 1932, w święto Chrystusa Króla. W uroczystościach wzięli udział liczni poznaniacy pod przewodnictwem kard. Augusta Hlonda. Pomnik zburzyli Niemcy zaraz po wejściu do miasta w 1939 r., wysadzając go w powietrze. A figurę Chrystusa przetopiono na kule armatnie. Obecnie, od kilku lat trwają starania o odbudowę tego pomnika i postawienie go ponownie w godnym miejscu stolicy Wielkopolski.

    4. Uroczystość została przeniesiona na ostatnią niedzielę przed Adwentem w 1969 roku

    Po ostatniej reformie liturgicznej w 1969 r. uroczystość została przeniesiona na ostatnią niedzielę przed Adwentem. Mimo, że jest to święto tak młode, jego treść była przeżywana w Kościele od początku jego istnienia. Wskazuje na to wiele fragmentów Ewangelii oraz starożytnych pism chrześcijańskich. Geneza kultu Chrystusa jako Króla sięga natomiast już Starego Testamentu, zapowiadającego przyjście Mesjasza, króla, potomka Dawida.

    Greckie słowo „chrystus” jest odpowiednikiem hebrajskiego mesjasz i oznacza pomazańca, namaszczonego, co w znaczeniu starotestamentalnym odnosiło się zarówno do króla, jak i kapłana, a nieraz także do proroka.

    Umieszczenie tej uroczystości na końcu kalendarza wiąże się z biblijnym rozumieniem czasu i odzwierciedla zarazem sens roku liturgicznego, który jakby odtwarza najważniejsze zdarzenia w dziejach zbawienia.

    Objawienie biblijne przyniosło nowe, linearne rozumienie czasu: czas ma swój początek i koniec, nie ma w nim powrotów i cyklów, lecz każda chwila jest jedyna i niepowtarzalna. W człowieka jednak, tak jak w całą naturę, wpisana jest pewna cykliczność. Rok kościelny łączy w sobie te dwa wymiary: w swoich powrotach odzwierciedla tę jedyną i niepowtarzalną historię zbawienia, która rozpoczęła się wraz ze stworzeniem, szczyt osiągnęła w czasie życia, zbawiennej śmierci oraz zmartwychwstania Jezusa z Nazaretu, a zmierza do kresu, którym jest nastanie Królestwa Bożego. Zakończenie roku symbolizuje właśnie osiągnięcie celu i wypełnienie bożych obietnic. Jest to odpowiedź Boga na nieustające modlitwy chrześcijan: Przyjdź królestwo Twoje.

    5. W 2016 roku dokonano aktu uznania Chrystusa Królem

    Sprawą intronizacji Chrystusa Króla – na prośbę licznych oddolnych ruchów intronizacyjnych – w ostatnich latach zajmowała się Konferencja Episkopatu Polski. Powołała w tym celu w 2013 r. specjalny Zespół ds. Ruchów Intronizacyjnych pod przewodnictwem biskupa opolskiego Andrzeja Czai. Podczas spotkania Zespołu 10 czerwca 2014 roku zrodziła się myśl o przygotowaniu aktu uznania Chrystusa Królem w uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata w 2016 roku, w ramach obchodów jubileuszu 1050. rocznicy Chrztu Polski.

    Po długich i niełatwych dyskusjach z przedstawicielami ruchów intronizacyjnych – które domagały się ogłoszenia Chrystusa królem Polski – ustalono, że uroczysta proklamacja Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana odbędzie się w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach w sobotę 19 listopada br. – w przeddzień uroczystości Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Następnego dnia akt ten został odnowiony we wszystkich świątyniach katolickich w Polsce.

    W liście pasterskim z 11 października 2016 r. – poprzedzającym Jubileuszowy Akt – Pasterze Kościoła w Polsce przypominali, że „nie trzeba Chrystusa intronizować w znaczeniu wynoszenia Go na tron i nadawania Mu władzy ani też ogłaszać Go Królem. On przecież jest Królem królów i Panem panów na wieki. Natomiast naszym wielkim zadaniem jest podjęcie dzieła intronizacji Jezusa w znaczeniu uznawania Jego królewskiej godności i władzy całym życiem i postępowaniem”.

    Biskupi wyjaśniali ponadto, że „zasadniczym celem dokonania aktu jest uznanie z wiarą panowania Jezusa, poddanie i zawierzenie Mu życia osobistego, rodzinnego i narodowego we wszelkich jego wymiarach i kształtowanie go według Bożego prawa”.

    KAI/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. franciscogonzalez/cathopic.com

    ***

    Akt przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana

    “Wyznajemy wobec nieba i ziemi, że Twego królowania nam potrzeba. Wyznajemy, że Ty jeden masz do nas święte i nigdy nie wygasłe prawa”. Przypominamy słowa Aktu z Roku Jubileuszowego, który także dziś może stać się modlitwą.

    Jubileuszowy Akt przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana został proklamowany w krakowskich Łagiewnikach w dniu 19 listopada 2016 r., na zakończenie obchodów Roku Miłosierdzia w Polsce. Dzień później akt odmawiany był we wszystkich polskich kościołach podczas modlitwy przed Najświętszym Sakramentem.


    Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana

    Nieśmiertelny Królu Wieków, Panie Jezu Chryste, nasz Boże i Zbawicielu! W Roku Jubileuszowym 1050-lecia Chrztu Polski, w roku Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia, oto my, Polacy, stajemy przed Tobą [wraz ze swymi władzami duchownymi i świeckimi], by uznać Twoje Panowanie, poddać się Twemu Prawu, zawierzyć i poświęcić Tobie naszą Ojczyznę i cały Naród.

    Wyznajemy wobec nieba i ziemi, że Twego królowania nam potrzeba. Wyznajemy, że Ty jeden masz do nas święte i nigdy nie wygasłe prawa. Dlatego z pokorą chyląc swe czoła przed Tobą, Królem Wszechświata, uznajemy Twe Panowanie nad Polską i całym naszym Narodem, żyjącym w Ojczyźnie i w świecie.

    Pragnąc uwielbić majestat Twej potęgi i chwały, z wielką wiarą i miłością wołamy: Króluj nam Chryste!
    – W naszych sercach – Króluj nam Chryste!
    – W naszych rodzinach – Króluj nam Chryste!
    – W naszych parafiach – Króluj nam Chryste!
    – W naszych szkołach i uczelniach – Króluj nam Chryste!
    – W środkach społecznej komunikacji – Króluj nam Chryste!
    – W naszych urzędach, miejscach pracy, służby i odpoczynku – Króluj nam Chryste!
    – W naszych miastach i wioskach – Króluj nam Chryste!
    – W całym Narodzie i Państwie Polskim – Króluj nam Chryste!

    Błogosławimy Cię i dziękujemy Ci Panie Jezu Chryste:

    – Za niezgłębioną Miłość Twojego Najświętszego Serca – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
    – Za łaskę chrztu świętego i przymierze z naszym Narodem zawarte przed wiekami – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
    – Za macierzyńską i królewską obecność Maryi w naszych dziejach – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
    – Za Twoje wielkie Miłosierdzie okazywane nam stale – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
    – Za Twą wierność mimo naszych zdrad i słabości – Chryste nasz Królu, dziękujemy!

    Świadomi naszych win i zniewag zadanych Twemu Sercu przepraszamy za wszelkie nasze grzechy, a zwłaszcza za odwracanie się od wiary świętej, za brak miłości względem Ciebie i bliźnich. Przepraszamy Cię za narodowe grzechy społeczne, za wszelkie wady, nałogi i zniewolenia. Wyrzekamy się złego ducha i wszystkich jego spraw.
    Pokornie poddajemy się Twemu Panowaniu i Twemu Prawu. Zobowiązujemy się porządkować całe nasze życie osobiste, rodzinne i narodowe według Twego prawa:

    – Przyrzekamy bronić Twej świętej czci, głosić Twą królewską chwałę – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
    – Przyrzekamy pełnić Twoją wolę i strzec prawości naszych sumień – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
    – Przyrzekamy troszczyć się o świętość naszych rodzin i chrześcijańskie wychowanie dzieci – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
    – Przyrzekamy budować Twoje królestwo i bronić go w naszym narodzie – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
    – Przyrzekamy czynnie angażować się w życie Kościoła i strzec jego praw – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!

    Jedyny Władco państw, narodów i całego stworzenia, Królu królów i Panie panujących! Zawierzamy Ci Państwo Polskie i rządzących Polską. Spraw, aby wszystkie podmioty władzy sprawowały rządy sprawiedliwie i stanowiły prawa zgodne z Prawami Twoimi.

    Chryste Królu, z ufnością zawierzamy Twemu Miłosierdziu wszystko, co Polskę stanowi, a zwłaszcza tych członków Narodu, którzy nie podążają Twymi drogami. Obdarz ich swą łaską, oświeć mocą Ducha Świętego i wszystkich nas doprowadź do wiecznej jedności z Ojcem.

    W imię miłości bratniej zawierzamy Tobie wszystkie narody świata, a zwłaszcza te, które stały się sprawcami naszego polskiego krzyża. Spraw, by rozpoznały w Tobie swego prawowitego Pana i Króla i wykorzystały czas dany im przez Ojca na dobrowolne poddanie się Twojemu panowaniu.

    Panie Jezu Chryste, Królu naszych serc, racz uczynić serca nasze na wzór Najświętszego Serca Twego.

    Niech Twój Święty Duch zstąpi i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi. Niech wspiera nas w realizacji zobowiązań płynących z tego narodowego aktu, chroni od zła i dokonuje naszego uświęcenia.

    W Niepokalanym Sercu Maryi składamy nasze postanowienia i zobowiązania. Matczynej opiece Królowej Polski i wstawiennictwu świętych Patronów naszej Ojczyzny wszyscy się powierzamy.

    Króluj nam Chryste! Króluj w naszej Ojczyźnie, króluj w każdym narodzie – na większą chwałę Przenajświętszej Trójcy i dla zbawienia ludzi. Spraw, aby naszą Ojczyznę i świat cały objęło Twe Królestwo: królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju.

    Tekst Aktu za serwisem Episkopat News/24 listopada 2019

    ______________________________________________________________________________________________________________

    poniedziałek 11 listopada

    Narodowe Święto Niepodległości

    W całej Polsce odprawiane są uroczyste Msze święte w intencji naszej Ojczyzny

    Sample

    fot. Pixabay

    ***

    Centralnym punktem tegorocznych obchodów 106. rocznicy odzyskania niepodległości Polski jest Najświętsza Ofiara Mszy świętej, która została odprawiona o godz. 10.00 w Świątyni Opatrzności Bożej pod przewodnictwem kard. Kazimierza Nycza. Obecny był Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Duda, przedstawiciele parlamentu i licznie zebrani mieszkańcy stolicy.

    ________________

    Gdy człowiekowi odbierze się prawdę, wszelkie próby wyzwolenia go stają się całkowicie nierealne, ponieważ prawda i wolność albo istnieją razem, albo też razem marnie giną”. 

    – podkreślił bp Wiesław Lechowicz w homilii w czasie Mszy za Ojczyznę w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie.

    fot. print screen, you tube,com

    ***

    Symboliczne zapalenie Świecy Niepodległości przez prezydenta Andrzeja Dudę

    Podczas Eucharystii, w historycznym geście nawiązującym do roku 1920, Prezydent RP zapali Świecę Niepodległości. Zapłonęła po raz ósmy. Tę świecę ofiarował Warszawie papież Piusa IX w 1867 r. z życzeniem, aby zapalono ją dopiero wówczas, gdy Polska będzie wolna. Narodowe Święto Niepodległości zostało ustanowione ustawą z 23 kwietnia 1937 r., a następnie zniesione ustawą Krajowej Rady Narodowej 22 lipca 1945 r. Święto przywrócono w okresie transformacji ustrojowej w 1989 r. Jest dniem wolnym od pracy.

    Warszawa/ W Świątyni Opatrzności Bożej rozpoczęła się msza św. za ojczyznę z udziałem prezydenta

    Prezydent RP Andrzej Duda – fot. PAP/Albert Zawada

    ***

    “Wiemy, że to światło, symbol tej świecy jest nam wszystkim potrzebne, bo światło w Ewangelii, światło w ustach Chrystusa jest znakiem Jego samego. ‘Ja jestem światłem i życiem’. To jest to światło, którego nie trzeba się i nie wolno się wstydzić, bo ono nam jest potrzebne, żeby nam rozświetlało nasze drogi, drogi naszych wartości, drogi naszej wolności”. 

    kard. Kazimierz Nycz

    ____________________________________________

    Po homilii wierni uroczyście ponowili „Akt dziękczynienia i zawierzenia Polski Opatrzności Bożej”.

    Akt Dziękczynienia i Zawierzenia (2)

    Boże naszych ojców.
    Boże Patriarchów i Proroków, Apostołów i Męczenników.
    Boże wszystkich świętych.

    Dziękuję Ci za Twoją miłosierną miłość, która nigdy się nie nuży
    i nie zniechęca.
    Dziękuję za to, że w Jezusie ob
    iecałeś być z nami przez wszystkie dni – aż do skończenia świata.
    Dziękuję za to, że w Matce Twojego Syna dałeś Kościołowi Matkę.

    Dziękuję za to, że byłeś ze mną w radosnych i trudnych chwilach mego życia.
    Dziękuję za to, że w Twoich świętych dałeś mi opatrznościowych przewodników na drodze do
    świętości.

    Boże pełen majestatu i miłosierdzia, Tobie oddaję moje trudne dziś i tajemnicze jutro.
    Twojej Opatrzności zawierzam siebie – cząstkę Twojego Kościoła
    – abym był solą ziemi, w prostocie żyjąc Ewangelią, był świadkiem prawdy, która wyzwala.
    Zawierzam Ci siebie, bym nie bał się przyjąć powołania do pójścia
    za Chrystusem na każdej drodze życia. Bym niosąc mój krzyż, zachował ufność, że na mojej drodze krzyżowej nie jestem sam.
    Zawierzam Ci moją rodzinę, by była silna wiarą i bogata w miłość, która nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; która wszystko znosi i wszystko przetrzyma.
    Zawierzam wszystko i z serca wołam: Opiekuj się mną, Opatrzności nasza!

    Boże przedwieczny. Do Ciebie należy czas i wieczność. Powierzam Twojej Opatrzności losy moje i moich bliskich. Nie opuszczaj nas – nawet wtedy, gdy my opuszczamy Ciebie. Prowadź nas – nawet wtedy, gdy nasze drogi nie są Twoimi drogami. Mów do nas – nawet wtedy, gdy nasze serca są nieskore do słuchania.

    Boże w Trójcy Jedyny, Ojcze, Synu i Duchu Święty, bądź uwielbiony teraz i zawsze. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niezwykła historia Świecy Niepodległości

    fot. Archidiecezja Warszawska/Youtube.com (print screen)

    ***

    Zapalcie ją w wolnej Warszawie – powiedział Pius IX, wskazując świecę. Zapalono ją w 1920 roku. Teraz znów zapłonie, zapalona przez prezydenta RP w Świątyni Opatrzności Bożej w Święto Niepodległości 11 listopada.

    Liczy sobie ponad 150 lat. O jej istnieniu nie pamiętał już prawie nikt, o wyjątkowej historii tym bardziej. Zdobiona, smukła świeca, była przechowywana w drewnianym stelażu po prawej stronie kościoła seminaryjnego przy Krakowskim Przedmieściu. To tzw. Świeca Piusowa.

    Był 29 czerwca 1867. W Rzymie, w Bazylice św. Piotra, trwała uroczysta kanonizacja św. Jozafata KuncewiczaPolski nie było na mapie świata – opowiada ks. prałat Wiesław Kądziela. A ta kanonizacja była kanonizacją znaczącą, bo wyniesiono na ołtarze świętego, który działał na terenach dawnej Rzeczpospolitej. Na zakończenie uroczystości papież Pius IX zwrócił się do Polaków i wskazując świecę, powiedział: “Zapalcie ją w wolnej Warszawie”.

    51 lat później świeca zapłonęła…

    Długo czekała na tę chwilę. Była przechowywana najpierw w Kolegium Polskim w Rzymie przy Piazza Remuria. Ale gdy 51 lat później stało się jasne, że Polska odzyskała niepodległość, świeca została wkrótce przewieziona do Warszawy, do Archikatedry św. Jana Chrzciciela i tu zapalona. Zapalił ją uroczyście jeden z senatorów, Wojciech Trąbczyński.

    Wkrótce Świeca Piusowa została zapomniana. W 1939 r. została przeniesiona do kaplicy seminaryjnej przy Krakowskim Przedmieściu. Dzięki temu dotrwała do naszych czasów, gdyż Archikatedra Warszawska legła w gruzach. Od lat 80. Świeca Piusowa była wystawiona w kościele seminaryjnym.

    O jej istnieniu przypomniał ks. Wiesław Kądziela. To on zaproponował, by świeca została zapalona po raz kolejny, w setną rocznicę odzyskania Niepodległości. Świeca liczyła już przynajmniej 151 lat, dlatego musiała być poddana starannym zabiegom konserwatorskim.

    Bp Wiesław Lechowicz: prawda jako fundament wolności

    W homilii bp Wiesław Lechowicz przypomniał postaci ks. Jerzego Popiełuszki oraz św. Jana Pawła II, zwracając uwagę na ich nauczanie o prawdzie i wolności.

    Jan Paweł II zapytany o to, które ze zdań Pana Jezusa uważa za najważniejsze, odpowiedział: Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli. W swojej pierwszej encyklice Redemptor Hominis niejako uzasadnił swój wybór, pisząc: „W słowach tych zawiera się podstawowe wymaganie i przestroga zarazem. Jest to wymaganie rzetelnego stosunku do prawdy, jako warunek prawdziwej wolności. Jest to równocześnie przestroga przed jakąkolwiek pozorną wolnością, przed wolnością rozumianą powierzchownie, jednostronnie, bez wniknięcia w całą prawdę o człowieku i o świecie” – powiedział bp Lechowicz.

    Podkreślił także, że prawda, będąca fundamentem wolności, stanowi nieodzowny element jedności narodowej. Biskup zwrócił uwagę na zagrożenia wynikające z kryzysu prawdy we współczesnym społeczeństwie, co może mieć poważne konsekwencje dla niepodległości naszej Ojczyzny.

    W 2018 roku płonęła już 3 czerwca w Święto Dziękczynienia za Niepodległość w Świątyni Opatrzności Bożej. Ponownie zapalił ją prezydent Andrzej Duda w 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości podczas uroczystej Mszy św. z udziałem władz państwowych i warszawiaków. W wolnej Warszawie.

    ___________________________________________________________

    Uroczyste obchody Narodowego Święta Niepodległości w wilanowskiej Świątyni zwieńczy patriotyczny koncert pt. „Z Polskich Gór ku Wolności”. Obok Małej Armii Janosika z Podhala, usłyszymy solistów: Karolinę Leszko, Karolinę Jasińską i Marcina Wortmanna. Początek o godz. 17.00.

    Muzyczne dzieło zakończy wspólne śpiewanie pieśni patriotycznych wraz z Chórem i Orkiestrą Archikatedry Warszawskiej pod dyrekcją Dariusza Zimnickiego. Świątynię wypełnią dźwięki „Roty”, pieśni „My, Pierwsza Brygada” oraz „Modlitwy obozowej”.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Nemesia Production/unsplash.com

    ***

    „Nad Polską, Ojczyzną naszą, zmiłuj się, Panie”. Litania Narodu Polskiego

    “Uspokój serca, dodaj ufności w Twoją miłość. Oświeć zaćmione umysły naszych braci”.

    Panie, zmiłuj się nad nami!
    Chryste, zmiłuj się nad nami!
    Panie, zmiłuj się nad nami!
    Chryste, usłysz nas!
    Chryste, wysłuchaj nas!
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami!
    Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami!
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami!
    Święta Trójco Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami!

    Nad Polską, Ojczyzną naszą, zmiłuj się, Panie.
    Nad narodem męczenników,
    Nad ludem zawsze wiernym Tobie,
    Jezu nieskończenie miłosierny,
    Jezu nieskończenie mocny,
    Jezu, nadziejo nasza,

    O Maryjo, Bogurodzico, Królowo Polski, módl się za nami.
    Święty Stanisławie, Ojcze Ojczyzny,
    Święty Wojciechu, Patronie Polski,
    Święty Kazimierzu, Patronie Litwy,
    Święty Jozafacie, Patronie Rusi,
    Święty Cyrylu i Metody, Apostołowie Słowian,
    Święty Ottonie, Apostole Pomorza,
    Święta Jadwigo, Patronko Śląska,
    Święty Jacku Odrowążu, Apostole Rusi,
    Święty Janie z Kęt, patronie profesorów i studentów,
    Święty Stanisławie kostko, Patronie młodzieży,
    Święty Andrzeju Bobolo, Męczenniku za wiarę,
    Święty Andrzeju Świeradzie, i Benedykcie,
    Święci Męczennicy polscy: Benedykcie, Janie, Mateuszu, Izaaku i Krystynie,
    Święty Brunonie, Apostole ziem polskich,
    Święty Wacławie, Patronie katedry wawelskiej,
    Święty Florianie, Patronie Krakowa,
    Święty Maksymilianie Kolbe, Męczenniku z Oświęcimia,
    Wszyscy Święci i Święte Boże,
    Błogosławiony Władysławie z Gielniowa, Patronie Warszawy,
    Błogosławiony Czesławie, Patronie Wrocławia,
    Błogosławiona Bronisławo, Patronko Śląska Opolskiego,
    Błogosławiony Jakubie Strzemię, patronie Lwowa,
    Błogosławiony Janie z Dukli, Patronie rycerstwa polskiego,
    Błogosławiony Szymonie z Lipnicy, Kaznodziejo prawdy,
    Błogosławiony Wincenty Kadłubku, Dziejopisarzu Polski,
    Błogosławiony Bogumile, Arcybiskupie gnieźnieński,
    Błogosławiona Salomeo, Księżno Halicka,
    Święta Kingo, Patronko górników,
    Błogosławiona Jolanto, Wdowo, krzewicielko odnowy ewangelicznej,
    Błogosławiony Sadoku wraz z 48 towarzyszami, męczennikami sandomierskimi,
    Błogosławiony Melchiorze, Męczenniku z Koszyc,
    Błogosławiony Janie Sarkandrze, Męczenniku z Ołomuńca,
    Święta Królowo Jadwigo, Patronko młodzieży żeńskiej,
    Święta Mario Tereso Ledóchowska, Matko Afrykanów…

    Od długiej, ciężkiej pokuty dziejowej, wybaw nas, Panie.
    Od kajdan niewoli,
    Od godziny zwątpienia,
    Od podszeptów zdrady,
    Od gnuśności naszej,
    Od ducha niezgody,
    Od nienawiści i złości,
    Od wszelkiej złej woli,
    Od śmierci wiecznej,

    Winy królów naszych, przebacz, o Panie.
    Winy magnatów naszych,
    Winy szlachty naszej,
    Winy rządzących krajem,
    Winy kierujących ludem,
    Winy pasterzy naszych,
    Winy ludu naszego,
    Winy ojców i matek naszych,
    Winy całego Narodu polskiego,

    Głos krwi męczenników naszych, usłysz, o Panie..
    Głos krwi żołnierzy naszych,
    Płacz matek i żon,
    Płacz wdów i sierot,
    Płacz dzieci katowanych za pacierz polski,
    Łzy przesiedleńców i wygnanych z Ojczyzny,
    Łzy rolników pozbawionych swej ziemi,
    Wołanie krzywdzonego ludu robotniczego,
    Jęki z więzień, obozów koncentracyjnych,
    Brzęk pękających kajdan naszych,

    Wiarę w Ciebie i ufność w Maryi, daj nam, o Panie.
    Nadzieję w zwycięstwo dobrej sprawy,
    Miłość Polski, Ojczyzny naszej,
    Męstwo, mądrość, łagodność i solidarność,
    Wszystkie dary Ducha Świętego,
    Służbę w świętej sprawie Twojej na ziemi,
    Wolność, chwałę, szczęście i pokój..

    Przez Narodzenie Twoje, bohatera wielkiego, wzbudź nam o Panie.
    Przez Bogurodzicę, Ojca świętego na długie lata zachowaj nam, o Panie.
    Przez Najświętsze Życie twoje, żyć dobrze nas naucz, o Panie.
    Przez Krzyż i Mękę Twoją, cierpienia nasze mężnie znosić daj, o Panie.
    Przez Święte Zmartwychwstanie Twoje, z ciemności grzechu wskrześ nas, o panie.
    Przez Wniebowstąpienie Twoje, Ojczyznę wielką, wolną i szczęśliwą daj nam, o Panie.
    Przez Ducha Świętego Zesłanie, „ducha dobrego” daj nam, o Panie.
    Przez czystą Królowej Jadwigi ofiarę, w jedności Polskę naszą zachowaj o Panie.
    Przez cnoty wielkich Ojców naszych na Twe błogosławieństwo daj nam zasłużyć, o Panie.

    Boże Piastów i Jagiellonów, nie opuszczaj nas, o Panie.
    Boże Sobieskiego i Kościuszki nie opuszczaj nas, o Panie.
    Boże Ojca Kordeckiego i Ojca Kolbe nie opuszczaj nas, o Panie.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    Módlmy się: Boże Wszechmogący, Panie Zastępów, padamy do stóp Twoich w dziękczynieniu, że przez wieki otaczałeś nas Swą przemożną opieką. Dziękujemy Ci, że Ojców naszych wyprowadziłeś z rąk ciemięzców, najeźdźców i nieprzyjaciół. Błogosławimy Cię za to, że po latach niewoli obdarzyłeś nas na nowo wolnomyślnością i pokojem. Amen.

    Antyfona: W tej chwili, kiedy tyle sił potrzeba naszemu Narodowi, aby zachować uzyskana wolność, prosimy Cię, o Boże, napełnij nas mocą Ducha Twojego. Uspokój serca, dodaj ufności w Twoją miłość. Oświeć zaćmione umysły naszych braci. Wzbudź w Narodzie chęć do cierpliwej walki o zachowanie pokoju i wolności. Spraw, byśmy stali się zdolni własnymi rękami i wzajemną solidarnością w służbie Twojego krzyża zachować Twoje królestwo w nas, w naszych rodzinach, w naszym Narodzie jak za czasów naszych praojców. Wybaw nas od głodu, nędzy i wojny. Obdarz nas chlebem. Błogosław naszej pracy, Panie miłosierny, Panie sprawiedliwy, Panie wszechmocny.

    Boże, niech Duch Święty zmienia oblicze naszej ziemi i umacnia twój lud. Daj nam, o Panie, abyśmy po przyjęciu w pokorze „Bierzmowania Dziejów” – udzielonego przez Ojca Świętego Jana Pawła II – Twego Ducha nigdy nie zasmucali, a przez zawierzenie Maryi, Matce Kościoła i Królowej Polski pozostali zawsze wierni Chrystusowi i Ojczyźnie. Amen.

    źródło: adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa za Ojczyznę ks. Piotra Skargi.

    Dziś jest ona szczególnie potrzebna!

    ***

    W tych trudnych czasach, gdy naszej Ojczyźnie zagrażają różne niebezpieczeństwa, szczególnie potrzebna jest nasza modlitwa. Sięgajmy  w niej do słów ułożonych przez Kaznodzieję Narodu, Sługę Bożego ks. Piotra Skargę:

    Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna chwałę przynosiła Imieniowi Twemu, a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

    Wszechmogący wieczny Boże, spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie.

    Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak budować Polskę? Na Chrystusie!

    O to walczył ks. Piotr Skarga

    (GS/PCh24.pl)

    ***

    Nie tylko świat polityki, ale cała nasza codzienność winna być zbudowana na Chrystusie. To najpewniejsza recepta na zachowanie zdrowego państwa, społeczeństwa, na ochronę rodziny i rozwój każdego z osobna. Rozwój, co najważniejsze, prowadzący do Nieba. Wiedział o tym doskonale sługa Boży ksiądz Piotr Skarga, który z zapałem tępił błędy i grzechy, także narodowe, zaś heretyków… miłował. Mawiał: „heretyki złe, ale ludzie dobre” – stąd zabiegał o ich dusze, ale nieprawe czyny potępiał, również te mające wpływ na kształt Ojczyzny. W tym zakresie bowiem nie ma miejsca na dialog. Najsamprzód Chrystus, zawsze i wszędzie!

    W czasach politycznej burzy, ideologicznego zamętu, wykrzywiania pojęć i zakłamywania świata warto sięgać do tych, którzy owe zagrożenia dla duszy człowieka nie tylko celnie rozpoznawali, definiowali, ale potrafili wskazać po mistrzowsku receptury na stawienie im skutecznego oporu.

    Bez wątpienia Mistrzem w tej materii był ks. Piotr Skarga. I choć w swojej działalności ów niezmęczony sługa Boży podejmował wiele działań – był choćby świadkiem Bożego Miłosierdzia (dzieło Arcybractwa Miłosierdzia czy Bractwo Betanii św. Łazarza) – to pozostańmy na chwilę na jednym z odcinków zatroskania ks. Skargi. Co takiego Kaznodzieja Narodu mówił o katolikach, heretykach, państwie, o Kościele? Słowem o tym, co nas – jako społeczeństwo – mocno kształtuje… Wczytajmy się w Jego pisma, bo przemawia z nich to, co dziś ma być zakrzyczane, co ma nie dojść do głosu. Ksiądz Skarga bez wątpienia jest kapłanem z przesłaniem „skrojonym na dzisiejsze czasy”. Ono czasem boli. Ale jest ozdrawiające.

    Ach, gdybyśmy tylko, jako katolicy, byli tak gorliwi; gdybyśmy ograniczali owo irytujące – jak pisał ks. Skarga – „ziewanie flegmatyckie”, gdybyśmy byli wystarczająco gorący w wierze, pomysły rewolucjonistów nie wyszłyby z gabinetów swoich twórców, bo nie znalazłyby posłuchu jako antyludzkie i z założenia fałszywe.

    Ksiądz Skarga jest tu niewygodny „podwójnie”: jako kapłan i jako twórca. Sługa Boży ma bowiem swój niewątpliwy wkład w rozkwit języka polskiego. A jako mistrz słowa, przybliżał ludziom Chrystusa. Jego kazania były więc nie tylko wyrazem osobistych przemyśleń, religijnego doświadczenia, ale nauką dla ludu Bożego. Dziś patrzymy na kryzys powołań, widzimy idący w kierunki niezdefiniowanego braterstwa ruch ekumeniczny…

    A ksiądz Skarga? On w czasie reformacji zapisał na swe konto cały szereg konwersji. Przyciągał do Kościoła. Mówił: „heretyki złe, ale ludzie dobre” i tak czynił – potępiał błędy, ale podchodził z miłością do ludzi. W swym działaniu był postrzegany jako kontrreformator, hamulcowy zmian uważanych powszechnie za coś pożądanego. Mówił: ut unum sint („aby byli jedno”) i budował ową jedność, tak jak nauczał Chrystus. Nauczał i bronił doktryny Kościoła oraz Jego jedności, w której postrzegał siłę nośną scalonego państwa. Dziś to dla wielu niewygodny przykład do naśladowania. Nic dziwnego, bowiem ta wizja ks. Skargi psuje wygodną dla źle sprawujących swoje urzędy ideę divide et impera („dziel i rządź”).

    Groźna herezja

    Ksiądz Piotr Skarga doskonale odczytywał, jakie zagrożenie niosą ze sobą obecne w królestwie polskim herezje. Znał też miernotę i nijakość wielu „flegmatycznych” katolików oraz „ziewanie” tych, „którzy nie patrzą na koniec, do którego wszystkie herezje zmierzają”. Stąd nawoływał – także duchownych – do podejmowania duchowej wojny z trucizną heretycką. Skarga pisał wprost o tym, że herezje wpuszczone w przestrzeń państwa będą dla dusz zgubą, spowodują rozłam religijny, a w efekcie dojdzie do zniszczenia fundamentów katolickiego porządku społecznego. Zatem jego troska rozlewała się nie tylko na Kościół i chęć zachowania zdrowego nauczania Kościoła Katolickiego. Obejmowała też państwo w jego całej okazałości.

    Czyż dziś nie widzimy podobnych zagrożeń? Czyż dziś w życie społeczne i polityczne nie wtargnęły z wielką mocą kłamstwo, manipulacje, przyzwolenie na grzech? Czyż nie niszczy się tego, co można ująć w słowie „Tradycja”? Spójrzmy zatem, jaki przepis na silne państwo miał ksiądz Skarga.

    „Wiara katolicka – szczęściem Rzeczypospolitej”

    W Kazaniu sejmowym piątym czytamy:

    Wielkie też jest szczęście Rzeczypospolitej, gdy ma ludzie cnotliwe i bogobojne i karne i do tego je przyprawować swoim staraniem i zwyczajami i nauką może. Bo gdzie ludzie mają bojaźń Bożą i cnoty pobożności i sprawiedliwości, tam rząd dobry i łacny, tam Pan Bóg błogosławi i ono królestwo zatrzymawa i rozmnaża, jako mówi Pismo św.: „Sprawiedliwość wynosi naród, a mizerne ludzie grzech czyni”. Katolicka nauka i wiara, bogobojność i cnoty z niej idące między ludźmi szczepi: a heretyctwo i nauka ich barzo cnoty suszy i korzeń im podcina (…).

    Przetoż herezje nie mogą czynić „bonos cives”. I w tej mierze pogańscy zakonodawcy, którzy prawo Rzeczypospolitej opatrowali, więtsze na rozmnożenie cnót ludzkich oko mając, daleko byli mędrszy. Bo nad wszytki srogości praw na złe i pokój ludzki psujące ludzie karanie Boskie, którego nikt ujść nie może, i tu na ziemi i po śmierci wieczne ono, opowiedali i tym grozili i lud do cnót wszytkich powolniejszy czynili.

    Z drugiej strony wiara katolicka swoją nauką i prawdą dziwnie ludzie na dobre odmienia i czyni z nich „bonos cives”. Bo wszędzie bojaźni Bożej naucza, srogość Pańską na złe rozszerzając i tu w tym żywocie i po śmierci. A obiecując każdemu za jego dobry uczynek namniejszy zapłatę wieczną, potężnie barzo do wszytkich cnót pobudza. I dla tej w niebie zapłaty i na wojnie mężne ludzie czyni, iż radzi o Rzeczypospolitą i bracia swoje umrzeć chcą, nadzieją się po śmierci zapłaty zapalając i za nie wszytkie śmierci te doczesne mając. (…)

    Wiara katolicka pilnie i często naucza, aby każdy Boga się bał, a króla czcił, jako Piotr św. nauczał, aby każdy urzędom, królowi i sprawcom jego podlegał, aby się ich miecza bal, aby o nieposłustwo ku nim sumnienie miał. I rodzą się katolicy synami posłuszeństwa, bo się go począwszy od wiary, w której rozumu swego odstępują, wszędzie uczą, i dlatego szczęście do Rzeczypospolitej przynoszą.

    Kim są „szkodliwi katolicy”?

    Stawianie Chrystusa jako fundamentu życia osobistego i publicznego było więc dla księdza Skargi oczywistością. Problem był, jak zawsze, w ludziach, a dokładnie w braku ich zapału w miłości do Stwórcy. Ks. Skarga z mocą pisał:

    A naszkodliwszy są katolicy bojaźliwi, i małego serca, którzy gniewem się sprawiedliwym i świętym ku obronie czci Boga swego nie zapalają, a zelum [gorliwości] nie mają, i jako straszydła na wróble stoją.

    Skupią się na obieranie Trybunalistów abo Sejmowych posłów, będzie jako zawżdy do kila set katolików, a dziesięć abo mniej heretyków: śmiałością, fukiem, groźbą sedycyj i wojny domowej ustraszą wszytki katoliki, i heretyka na Trybunał abo na posełstwo wsadzą, a zukani katolicy przyzwalają i śmiech z siebie czynią, i przeklęctwo ono żydowskie na się przywodzą: iż jeden sto ich zastraszy, i mocniejszy fałsz niźli prawda, i słabsze żelazo niżli rózga, i słudzy Boga prawego, bogów się fałszywych boją, a swemu prawdziwemu nie dufają.

    O nierozumie, nie widzisz co za szkodę heretyk wierze świętej i sprawiedliwości katolickiej, i R. P. czynić może.

    Oni nas straszą sedycjami, zuchwalstwem i wojną domową, jako garścią konopi, a my się boim, i mniemamy aby z to serca mieli, na potężność i liczbę katolicką patrząc; oni chytrością na nas idą, i swoje przewodzą; a my z prawdą Bożą, z prawy ojczystemi i starożytnemi, z Statutami na nie iść nie śmiemy i przed nimi pierzchamy?

    My się ich śmiałej nadętości boim, a oni się mocy naszej przy Bogu, przy prawach i prawdzie nie boją? Dlaczegóż? Iż darów Bożych w sobie nie czujem, iż Pana Boga i czci jego i zbawienia swego i ludzkiego nie miłujem: dlatego w ich heretyckich grzechach więźniem, i pomsty ich na sobie i z nimi nie ujdziem, gdy głosu tego nie słuchamy: Uciekajcie od namiotów ludzi niezbożnych, abyście się w ich grzechach nie zawinęli (Wzywanie do pokuty).

    „Prawdziwa miłość bliźniego”

    Kaznodzieja Narodu wiedział, że budowanie wspólnoty musi być oparte na relacjach. Dziś słowo to przeżywa prawdziwy renesans, ale czy ks. Skarga zgodziłby się ze współczesnym jego znaczeniem? Warto sięgnąć po słowa kapłana, który pisał o najważniejszej relacji – relacji miłości, która ostatecznie służyć ma przyciąganiu osób słabej wiary, ale heretyków – nie na pola dialogu, ale na łono Kościoła – do prawdziwej Wiary. Ksiądz Skarga jednak ostrzegał – być ratując innych sam w odmętach nie zaginął. Pisał tak:

    Obacz, jaki jest pożytek wiernej, uprzejmej a towarzyskiej miłości. Przez onę uprzejmość, którą ma kto ku miłemu bratu swemu, pomaga mu Pan Bóg, iż go z wielkich grzechów wyrwać swem wdzięcznem a pogodnem upominaniem może. Wielką moc ma upominanie z miłości gorącej ku bliźniemu i ku jego zbawieniu pochodzące, gdy miły towarzysz nasz baczy, iż nasze o nim staranie o dobro jego z chęci ku niemu pochodzi. A Bóg tam mieszka, gdzie miłość uprzejma, na cnocie i Bogu fundowana, panuje, i szczęści dobre a uprzejme ku towarzyszowi serce.

    Dobrze Augustyn św. po. wiedział: Miłość tę moc ma, iż inne rodzi, buduje niedoskonałych, najmniejszych obrazić się boi, z jednym się schyli, z drugim się podnosi, jednemu się łagodną, drugiemu ostrą, nikomu się nieprzyjazną nie stawi, a wszystkim się być matką pokazuje. Nauczże się wiernym towarzyszem być, a obłudności się strzeż, a zawżdy do dobrego przyjaciela miłego pociągaj, zwłaszcza heretyka. A staraj się, abyś ty tak duży był, żeby nie on ciebie do swego błota wciągnął. Musi mieć dobre barki, kto z tonącym wypłynąć chce, aby z nim zaraz nie utonął. Przeto takiego towarzystwem, w którembyś ty tracić miał, nadziei do pozyskania towarzysza nie miał, radzę, wczas pomijaj (Żywoty Świętych).

    Ksiądz a polityka – można czy nie?

    Kościół a polityka – jakże dziś aktualny i gorący to temat. Podobnież jak i w czasach czcigodnego jezuity. Widać przed wiekami też rządzący nie lubili kiedy im „jakiś klecha” przypominał o Prawie Bożym i Bożym porządku na jakim ma być budowane państwo.

    Czy jest zatem? Kapłan ma milczeć na tematy polityczne? A może winien odważnie zabierać głos? Warto sięgnąć po rady Kaznodziei Narodu, bo i w tym temacie miał sporo racji. Oddajmy mu głos:

    Rzecz kto: Ksiądz się wdawa w politykę. Wdawa i wdawać się winien, nie w rządy jej, ale w zatrzymanie, aby jej grzechy nie gubiły, a wykorzenione z niej były, a dusze ludzkie w niej nie ginęły. Abo nie słyszym, co P. Bóg do Jeremjasza mówi? Otom cię postanowił nad narodami i królestwy, abyś wykorzeniał, psował i gubił (grzechy i złości) a budował i szczepił (bojaźń Bożą i cnoty święte, i dobre uczynki, i pokutę którąby się pomsta Boża od królestw oddalała, i polityka wasza nie ginęła).

    My na złe prawa i niesprawiedliwości wasze narzekamy: a wy politykę swoję naprawujcie, jeśli z nią zginąć nie chcecie. Piszemy wiele praw, ale mało roztropnych, i które wykonania nie mają; a praw niesprawiedliwych nie gasim, które są na wszytkie katy i tyrany naokrutniejszymi.

    Bo tyrańska moc krótka, a prawa wieczności chcą, i okrucieństwo we złych nie ustaje. Jeśli drugie były od przodków postawione, a czasom onym gdy cnota kwitnęła służyły, teraz gdy niecnota i niewstyd groble potargała, odmiany praw złych i szkodliwych, i prędszych i ostrzejszych, i wykonania ich prędkiego potrzebują, aby nas mściwa i ciężka ręka Boża nie pogubiła, abyśmy z Prorokiem nie narzekali mówiąc: Ziemia się zaraziła od obywatelów swoich. Bo przestąpili zakon, odmienili prawa (dobre i święte), rozproszyli przymierze wieczne (z Panem Bogiem i z sprawiedliwością). Dlatego przeklęctwo ziemię pożre, i grzeszyć będą obywatele jej, i pomsty Bożej na się przyczyniać.

    Prawieć połamali święte starowieczne prawa kościelne i Boże, aby im było wolno grzeszyć, a to co Bogu dano, dziedzictwo kościelne wydzierać, a za to na karanie się żadne nie oglądać. Lecz sprawiedliwy Bóg nie zaśpi. Przeklęctwo puści na to królestwo, w którym pożarte od nieprzyjaciół będzie (czego uchowaj Pan Bóg) jeśli prawa pokuta nie nastąpi (Wzywanie do pokuty).

    „Kościół serdeczny” według księdza Skargi vs. inkluzywność

    Kaznodzieja Narodu celnie pisał też o Kościele Katolickim. O tym, jak ma być on budowany i dokąd ma nas prowadzić. Współcześnie wiele mówi się o tym, że należy prowadzić dialog ekumeniczny, że trzeba traktować ze zrozumieniem innowierców, a naszym priorytetem ma być inkluzywność, każdy ma czuć się dobrze (wraz z brudem swoich grzechów, o których się nie mówi). Ksiądz Skarga pisząc o Kościele serdecznym mocno wskazywał na osobiste wzrastanie i budowanie świątyni – nie od razu tej z murami, ale najpierw tej duchowej. Tylko tak bowiem – z wiarą – można sprawić, że kamienna świątynia wypełni się ludem Bożym, pragnącym prawdziwie wielbić Pana – z czcią Mu należną i na kolanach! Ksiądz Skarga pisał:

    (…) Ci, którzy Panu Bogu kościoły widome budują, pierwej kościół serdeczny w sobie zbudowali. Bo pierwej serca swe bojaźnią i miłością Boską, i miłością bliźnich, których też zbawienie fundowaniem kapłanów i chwały Bożej obmyślają, napełnili, i stali się świętym kościołem jego: toż dopiero to, co się w sercu zbudowało, na wierzch do pieniędzy i nakładów wyniknęło.

    Tak też wszyscy czynić mamy; chcemy-li Pana Boga z sobą mieć, aby z nami na wszelką pomoc naszą mieszkał: stajmy się kościołem i domem jego, i budujmy jemu pałac drogi: abyśmy go do siebie przywabili, chędogiem i pańskiem a przystojnem budowaniem. Nie wiecie, iżeście wy są, mówi apostol – kościołem Bożym, i Duch Boży mieszka w was?

    Zakładajmy kościoła tego serdecznego fundament: wiarę w Boga w Trójcy jedynego. Ściany niech będą: nadzieja w obietnicach Bożych, i czekanie wszelakiej z nieba pomocy, i one cztery główne cnoty: mądrość duchowna, sprawiedliwość, czystość i męstwo, z innemi pobożnościami świętemi, które z nich pochodzą. Te ściany pozłacajmy miłością gorącą ku Bogu i bliźniemu.

    Niech w tym kościele gore ustawiczny ogień żądz niebieskich: do którego drew słowa Bożego i rozmyślania nabożnego, i oleju miłosiernych uczynków przykładajmy. Postawmy w nim ołtarz pokory i pokłonu, któryśmy Bogu prawemu powinni. Na którym ofiarujmy wszytko serce nasze, i majętność, i ciało nasze, na upodobanie i wolą jego, mówiąc: twoje to, czyń z tem, co chcesz. Niech w tym kościele brzmi ustawiczna muzyka wesela duchownego, chwały Bożej, i wzdychania do Chrystusa. Postawmy obraz piękny Chrystusowego żywota, i świętych jego naśladowania. Niech będą chorągwie podniesione krzyża i męki Odkupiciela naszego, na zwycięstwo wszystkich pokus cielesnych i świeckich, i na pokonanie czarta, który nas zwodzi i zdradza. Dzwony niech będą czujność, którą się do śmierci i sądu Bożego budzim (Kazania na niedziele).

    27 września przypada rocznica śmierci ks. Piotra Skargi (+1612).

    Marcin Austyn

    źródła: PCh24.pl, piotrskarga.pl

    (w tekście wykorzystano fragmenty pism ks. Piotra Skargi, wydanych w roku 1936 na kartach książki pt. „Skarga pośród nas”)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Ośrodek Dokumentacji Życia i Kultu ks. Jerzego Popiełuszki/Canva

    11 LISTOPADA 2024

    Wolność – Ojczyzna – Prawda.

    Najpiękniejsze cytaty bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    Ks. Jerzy Popiełuszko – polski duchowny, kapelan Solidarności i symbol walki o wolność, prawdę oraz miłość do ojczyzny. Poznaj jego najpiękniejsze myśli i zainspiruj się nimi w swoim życiu!

    Ks. Jerzy Popiełuszko głosił wartości sprzeciwiające się opresji i przemocy, jednocząc ludzi w dążeniu do sprawiedliwości. Swoje kazania, pełne odwagi i pragnienia prawdy, wygłaszał podczas Mszy za Ojczyznę, które przyciągały tłumy. Wzywał do pokojowego oporu i przypominał, że wolność nie jest jedynie prawem, ale również obowiązkiem.

    Jego działalność stała się dla wielu inspiracją, lecz też przyczyną brutalnego prześladowania. Zamordowany przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa w 1984 roku, pozostał symbolem niezłomnej wiary i miłości do kraju, pokazując, że warto walczyć o prawdę, niezależnie od ceny.

    Wybraliśmy jego najpiękniejsze myśli o prawdzie, wierze, wolności i ojczyźnie, które zainspirują Cię do życia według tych ważnych wartości:

    „Korzeniem wszelkich kryzysów jest brak prawdy.”

    Prawda zawsze jest zwięzła, a kłamstwo owija się w wielomówstwo.”

    „Zachować godność człowieka, godność dziecka Bożego, to żyć bez zakłamania.”

    „Prawda jest niezmienna.”

    „Prawdy nie da się zniszczyć taką czy inną decyzją, taką czy inną ustawą.

    „Prawda kosztuje dużo, lecz wyzwala.”

    „Mamy wypowiadać prawdę, gdy inni milczą. Wyrażać miłość i szacunek, gdy inni sieją nienawiść. Zamilknąć, gdy inni mówią. Modlić się, gdy inni przeklinają. Pomóc, gdy inni nie chcą tego czynić. Przebaczyć, gdy inni nie potrafią. Cieszyć się życiem, gdy inni je lekceważą.”

    „Prawda ma w sobie znamię trwania i wychodzenia na światło dzienne, nawet gdyby starano się ją skrupulatnie i planowo ukrywać.”

    W każdym człowieku jest ślad Boga. Zobacz, bracie, czy nie zamazałeś go w sobie zbyt mocno.”

    „Nie mówimy, że świat jest coraz gorszy, coraz smutniejszy. Jeżeli nawet tak jest, to źródła smutku są w nas, a nie gdzie indziej. I źródła radości muszą być w nas. Autentyczna radość to obecność Boga.”

    „Jako synowie Boga nie możemy być niewolnikami.”

    „Solidarność to jedność serc, umysłów i rąk zakorzenionych w ideałach, które są zdolne przemieniać świat.”

    „Bóg stworzył człowieka wolnym do tego stopnia, że może on Boga przyjąć lub odrzucić.”

    „Prawdziwa wolność jest pierwszą cechą człowieczeństwa. Ona jest szczególnym znakiem obrazu Bożego w człowieku.”

    „Gdyby większość Polaków – w obecnej sytuacji – wkroczyła na drogę prawdy, stalibyśmy się narodem wolnym już teraz.”

    „Krzyżem jest brak wolności. Gdzie nie ma wolności, tam nie ma miłości, nie ma przyjaźni, zarówno między członkami rodziny, jak i w społeczności narodowej czy też między narodami.”

    „Bóg jest zdolny wyprowadzić naród ku wolności, gdy lud jest wierny Bogu, Kościołowi i Ojczyźnie i gdy żyje wiarą, nadzieją, miłością, prawdą i solidarnością.”

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Roman Koszkowski/Gość Niedzielny

    ***

    Patriotyzm chrześcijański to nie nacjonalizm

    Nasza ojczyzna jest w niebie, ale po drodze jest ojczyzna ziemska. I to w niej zaczyna się królestwo Boże.

    W bitwie pod Mełchowem w pierwszym dniu października 1863 roku zginęło 111 powstańców. Było wielu rannych, wśród nich osiemnastoletni Adam Chmielowski, który stracił wtedy lewą nogę. W późniejszym czasie wiele myślał o przyczynach upadku Polski. Jego patriotyzm ewoluował ku świadomości, że ojczyzna może się odrodzić tylko przez nawrócenie serc. „Tylko u stopni ołtarza można silnie związać łańcuch jedności narodowej i duchowego braterstwa, który rozrywa prywata i egoizm. Ci to jedynie wrogowie narodowego bytu są prawdziwie straszni, bo są ukryci w tajnikach naszego ludzkiego serca” – pisał po latach.

    Podobne jest doświadczenie wielu gorących patriotów: gdy zaczynają naśladować Chrystusa, znajdują w Nim całą pełnię – odkrywają więc w Jezusie także wzór patriotyzmu.

    To nie nacjonalizm

    Za czasów ziemskiego życia Jezusa Żydzi mieli mocne poczucie przynależności narodowej, a elementem najbardziej ich łączącym była wiara w Jedynego Boga.

    Ks. prof. Janusz Kręcidło w artykule „Czy Jezus był patriotą?” zwraca uwagę, że współcześni Chrystusowi Żydzi, włącznie z najbliższymi uczniami, na ogół chcieliby w Nim widzieć Mesjasza politycznego, patriotę stającego na czele narodowego powstania przeciw Rzymianom, wyzwoliciela okupowanej ojczyzny i wskrzesiciela żydowskiego państwa. „Jezus jednakże zupełnie inaczej rozumie swój patriotyzm! Nie nawołuje do buntu przeciw Rzymowi, lecz pozostając w nurcie żydowskiej narodowo-religijnej tradycji, przedefiniowuje rozumienie patriotyzmu, łącząc je ściśle ze swoją zbawczą misją objawienia całemu światu pełni miłości Boga Ojca” – zauważa duchowny.

    Chrystus objawia nowy patriotyzm, na pierwszym miejscu stawiając Boga Ojca jako podstawę każdego narodowego patriotyzmu. Pozostając praktykującym Żydem z silnym poczuciem przynależności do narodu wybranego przez Boga, jednocześnie sprzeciwia się zamykaniu się Żydów na przedstawicieli innych nacji.

    Ks. Janusz Kręcidło zauważa, że z chrześcijańskiego punktu widzenia patriotyzm rozumiany jako umiłowanie ojczyzny na pierwszym miejscu oznacza umiłowanie Boga Ojca, połączone z oddawaniem Mu czci w Jezusie Chrystusie – Świątyni. „Rezultatem takiej postawy jest budowanie królestwa Bożego na ziemi, któremu podporządkowany powinien być patriotyzm rozumiany jako miłość do własnej ziemskiej ojczyzny” – stwierdza. Dodaje, że jeżeli jako chrześcijanie traktujemy cały świat jako jedną wielką Bożą ojczyznę, „to chrześcijańska miłość do własnego narodu i ojczyzny nie jest zagrożona nacjonalizmami, gdyż miłość ta obejmuje wszystkich ludzi i całe stworzenie”.

    Ostoja każdego narodu

    Rozumieli to dobrze ludzie, których Kościół stawia za wzór. Dotyczy to także polskich bohaterów wiary, takich jak św. Brat Albert czy św. Rafał Kalinowski. Ich życie przypadło na czas, w którym nasza ojczyzna była pozbawiona własnej państwowości. Obu w młodości miłość ojczyzny skłoniła do udziału w walce zbrojnej i obaj drogo zapłacili za udział w powstaniu styczniowym. Chmielowski na całe życie został naznaczony kalectwem, a Kalinowski dziesięć lat spędził jako katorżnik na Syberii. Zarówno jeden, jak i drugi, zbliżając się do Chrystusa, stopniowo dojrzewali do zrozumienia, że ojczyźnie ziemskiej najbardziej służy zwrócenie się ku ojczyźnie niebieskiej. Chmielowski jako Brat Albert poświęcił życie trosce o najuboższych, a Kalinowski został karmelitą i służył ludziom jako spowiednik i duszpasterz. Obaj święci pozostali żarliwymi patriotami. Rafał Kalinowski, na nowo rozbudzając życie zakonne na terenie Galicji, myślał jednocześnie o duchowej odnowie narodu. Postulując utworzenie domu formacyjnego dla kandydatów do zakonu, pisał, że chodzi zwłaszcza o to, żeby „dać w kraju, skąd pochodzą powołania, normalny znak życia naszego zakonu, ukazując, że powołania są, o czym świadczyłby nowicjat w Czernej”. Jak stwierdzał, chodziło też o to, żeby wzmocnić Polskę duchowo przez zatrzymanie rodzimych powołań w kraju.

    Czas zaborów odcisnął się także na myśleniu św. Urszuli Ledóchowskiej. Była gorącą polską patriotką, choć pochodziła ze zróżnicowanej narodowościowo rodziny – jej matka była Szwajcarką. „Ostoją każdego narodu jest miłość Ojczyzny” – pisała założycielka zgromadzenia Urszulanek Serca Jezusa Konającego. W swoich wypowiedziach wielokrotnie dawała wyraz przekonaniu o związku między ojczyzną ziemską a niebieską. „Miłość Kościoła i miłość Ojczyzny łączą się w jedną żarliwą miłość. Dwa te uczucia wspierają się nawzajem, jedno jest siłą drugiego – kochamy Ojczyznę, bo takie jest przykazanie Kościoła, kochamy Kościół, bo jest podwaliną i rękojmią naszego życia narodowego” – mówiła o katolicyzmie w Polsce podczas wykładu w Kopenhadze w 1915 roku.

    Jeden z odczytów w Sztokholmie zakończyła słowami: „Pomimo wszelkich zniszczeń i cierpień: Jeszcze Polska nie zginęła, dopóki kochamy!”.

    Św. Urszula doczekała się wolnej Polski. W 1920 roku przeniosła się z siostrami do kraju, gdzie zaangażowała się przede wszystkim w edukację i wychowywanie dzieci i młodzieży, a także w formację kobiet. „Mamy w dziele wychowania dwojakie zadanie: pierwsze – wychowanie dzieci dla Boga, dla ojczyzny niebieskiej, drugie – to wychowanie dzieci dla społeczeństwa, dla ojczyzny ziemskiej” – przekonywała pedagogów w Polsce. Choć pamiętała krzywdy wyrządzone ojczyźnie szczególnie przez Rosję, znajdowała w sobie współczucie dla uciemiężonych przez bolszewizm mieszkańców Związku Sowieckiego. W 1930 roku pisała: „Dużo myśmy przez Rosję cierpieli – teraz, gdy tacy są nieszczęśliwi, nie pamiętajmy im tego, oddawajmy dobrem za złe i otoczmy ten biedny kraj, z którego Boga chcą zupełnie wydalić, gorącą modlitwą”.

    Żarliwość patriotyzmu św. Urszuli nigdy nie przesłoniła jej świadomości ostatecznego celu życia każdego człowieka. Pisała: „Ojczyzną moją nie jest ten padół łez, ale Bóg, od którego dusza moja wyszła, do którego ma wrócić”.

    Ojczyzna w domach

    Do wyjątkowo gorących patriotów należy bł. Stefan Wyszyński. Jego głęboka wiara zawsze miała związek z miłością ojczyzny. „Dla nas po Bogu największa miłość to Polska!” – deklarował. Z tej miłości wynikała oczywistość pierwszeństwa moralności przed polityką. Podkreślał, że Bóg, dając nam ojczyznę, powierzył nam zarazem to konkretne miejsce na ziemi. „Skoro od wieków trwamy tutaj między Odrą, Wisłą (…), to jest to nasze miejsce. Z tym miejscem łączą się nasze obowiązki wobec innych: Czyńcie sobie ziemię poddaną. Z tym też miejscem związane są nasze prawa” – tłumaczył w 1981 roku.

    Prymas Tysiąclecia uważał miłość narodu i miłość ojczyzny za moralny i religijny obowiązek każdego członka narodu. Tak rozumiany patriotyzm był więc dla niego cnotą z natury chrześcijańską. Jej wyrazem ma być nie tyle zaangażowanie emocjonalne, ile nade wszystko wypełnianie obowiązków wobec narodu i praca dla jego dobra.

    Kardynał Wyszyński przestrzegał przed utożsamianiem pomyślności ojczyzny wyłącznie z dobrobytem i maksymalną konsumpcją. Proroczo brzmią jego słowa wypowiedziane w 1963 r.: „Najbardziej smutnymi narodami są te, którym postawiono za ideał li tylko dążenia i cele materialne. Najbardziej zubożonymi i niewolniczo przytrzymanymi za skrzydła ducha są takie narody, które postawiły sobie zbyt wąski ideał”.

    Do obowiązków patrioty należy, zdaniem błogosławionego, „troskliwe poprawianie w nas i bliźnich naszych wad narodowych i piętna niewoli”, ale to zaczyna się od „poprawiania Ojczyzny w domach naszych”.

    U Prymasa Tysiąclecia, podobnie jak u wielu świętych, podstawą patriotyzmu jest miłość. „Nienawiścią nie obronimy naszej ojczyzny, a musimy jej przecież bronić. Brońmy jej więc miłością!” – apelował.

    Bez ciasnoty

    Silny rys patriotyczny można dostrzec u wielu Polaków wyniesionych na ołtarze, na przykład u Faustyny Kowalskiej, Maksymiliana Kolbego, Jerzego Popiełuszki, a zwłaszcza u Jana Pawła II. Wszyscy oni kochają ojczyznę ziemską na obraz i podobieństwo ojczyzny niebieskiej. Obce są im wszelka ksenofobia i wszelki szowinizm. Gdyby było inaczej, nie zostaliby beatyfikowani i kanonizowani. Kościół jasno stwierdza, że „miłość ojczyzny i służba dla niej wynikają z obowiązku wdzięczności i porządku miłości” (KKK, nr 2239). Miłość nie dopuszcza uprzedzeń i zamykania się w ciasnych egoizmach, także motywowanych etnicznie. Jasno wyraża to Sobór Watykański II w konstytucji Gaudium et spes: „Obywatele winni pielęgnować wielkoduszną i wierną miłość do ojczyzny – jednak bez ciasnoty umysłu – tak mianowicie, aby równocześnie mieli na uwadze dobro całej rodziny ludzkiej, którą łączą różnorodne więzy występujące pomiędzy rasami, ludami i narodami”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W Uroczystość Wszystkich Świętych i w kolejnych listopadowych dniach pragniemy ożywić prawdę, którą wyznajemy – w świętych obcowanie.

    “Żyjąc komunii bezustannie, w Bogu, trwamy też w pewnej jedności z tymi, którzy są już w niebie. Jest również pewna jedność z tymi, którzy umierają i są w czyśćcu. Nie jesteśmy rozdzieleni. Dla Boga wszyscy żyją. Dlatego modlimy się za siebie nawzajem, my za tych w czyśćcu, oni za nas. Święci też modlą się za nas”. (o. Wit Chlondowski OFM)

    Dobrze jest przypomnieć sobie w tym czasie słowa św. Tereski z Lisieux, która mówiła, że tu, na ziemi, może pomagać innym tylko jedną ręką, bo drugą musi się trzymać Jezusa, ale gdy już będzie w niebie, wtedy będzie mogła pomagać oburącz.

    _______________________________________________________________________

    Portal z kolegiaty św. Piotra w Westminsterze/ fot. Henryk Przondziono/ Gość Niedzielny

    ***

    Czym jest świętych obcowanie?

    Kościół na ziemi i w niebie

    Chodzi nie tylko o aktywność świętych w niebie i nie tylko o modlitwy.

    Był rok 1938, ostatni w ziemskim życiu siostry Faustyny. Stęskniona za Bogiem święta zapisała w „Dzienniczku”: „Nie zapomnę o tobie, biedna ziemio, choć czuję, że cała natychmiast zatonę w Bogu, jako w oceanie szczęścia; lecz nie będzie mi to przeszkodą wrócić na ziemię i dodawać odwagi duszom, i zachęcać je do ufności w miłosierdzie Boże. Owszem, to zatopienie w Bogu da mi możność nieograniczoną działania”.

    Deklaracje pomocy tym, którzy pozostają na ziemi, składało wielu świętych. „Nie płaczcie, będziecie mieli ze mnie większy pożytek i będę wam skuteczniej pomagał niż za życia” – pocieszał święty Dominik braci z zakonu, który założył. Podobną obietnicę złożyła św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Karmelitanka przed śmiercią obiecała, że gdy znajdzie się w niebie, będzie zsyłała na ziemię „deszcz róż”. Zapowiedziała, że będzie tam „małą złodziejką”, która sprawi, że wiele rzeczy będzie ginąć w niebie, bo ona rozda je na ziemi.

    Nie były to słowa rzucane na wiatr. Święci realnie uczestniczą w naszym życiu, potwierdzając rzeczywistość, którą nazywamy świętych obcowaniem. Ale nie tylko to jest treścią tej prawdy wiary.

    Święci, czyli kto

    „Do wszystkich przez Boga umiłowanych, powołanych świętych, którzy mieszkają w Rzymie”, „do świętych, którzy są w Efezie”, „do świętych i wiernych w Chrystusie braci w Kolosach” – pisze święty Paweł. Nie adresował swoich listów do tych, którzy osiągnęli niebo, lecz do zwykłych chrześcijan. Jeśli jesteś ochrzczony i uczestniczysz we wspólnocie wiary, to jesteś święty. Dla chrześcijan czasów apostolskich było to jasne. Trwające między nimi zjednoczenie to społeczność świętych, inaczej świętych obcowanie.

    Chrześcijanie już w starożytności deklarowali: „Wierzę w świętych obcowanie”. Formuła ta po raz pierwszy znalazła się w wyznaniu wiary z IV wieku. Jego autorem był biskup Nicetas z Remezjany w Dacji. „Czymże jest Kościół, jak nie zgromadzeniem wszystkich świętych?” – pisał św. Nicetas. Święci w jego rozumieniu to nie tylko chrześcijanie zmarli w opinii świętości, ale wszyscy ci, którzy uczestniczą w świętości Chrystusa, przyjmując chrzest i przez to włączając się w Ciało Chrystusa. Nicetas wyjaśniał, że Kościół jest zgromadzeniem wszystkich świętych, bo tworzą go patriarchowie, prorocy, męczennicy i wszyscy sprawiedliwi, których uświęciła ta sama wiara i nawrócenie. Wszyscy oni, wraz z aniołami, w Duchu Świętym są jednym ciałem, którego Głową jest Chrystus.

    Formuła świętych obcowania szybko rozprzestrzeniła się w całym Kościele, zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Tak jest do dzisiaj – i Kościół katolicki, i prawosławny wyznają prawdę wiary w obcowanie świętych, do których zaliczają się także zmarli chrześcijanie, oczekujący na paruzję w niebie lub w czyśćcu.

    Inna relacja

    – Świętych obcowanie to przede wszystkim communio sanctorum. Kościół w pierwszym tysiącleciu rozumie to sformułowanie bardziej jako komunia w rzeczach świętych, czyli komunia w świętej wierze, w świętym Słowie i świętych sakramentach. „Komunia” jest tu słowem kluczowym, bo drugie tysiąclecie kładzie akcent na komunię wszystkich w Kościele – tłumaczy o. Wit Chlondowski OFM. Dogmatyk wskazuje, że „komunia”, po grecku koinonia, najczęściej jest tłumaczona jako współuczestnictwo albo wspólnota. Słowo to wyraża relację w Bogu. Trójca jest komunią, relacją między Ojcem, Synem i Duchem. Komunia to głębia relacji między Osobami Trójcy, panujące w niej intymność i jedność.

    – I teraz Jezus przychodzi na ten świat, żebyśmy my mogli mieć z Nim komunię, a przez Niego z całą Trójcą. Dzięki temu, że mamy komunię z Bogiem, zaczynamy mieć komunię między nami. Tworzy się między nami rodzaj relacji, która jest zupełnie inna od wszystkiego na świecie, bo to jest relacja w Bogu. Mamy jedność, którą jest Kościół. To jest wyjątkowa relacja: ona jest komunią, wspólnotą, współuczestnictwem, byciem wspólnie z synami i córkami jednego Ojca, w jednym Duchu, w jednym Chrystusie. Intymność, współuczestnictwo, bliskość. Ta komunia jest w Bogu, z Boga i jest mocniejsza niż śmierć. Dlatego ona trwa i dlatego mamy ją z tymi, którzy są w niebie, i tymi, którzy są w czyśćcu. Świętych obcowanie to pewne misterium bliskości, intymności z Bogiem – podkreśla franciszkanin.

    Ci, co odeszli, kochają

    Jak świętych obcowanie „działa” w praktyce? – Żyjąc w komunii bezustannie, w Bogu, trwamy też w pewnej jedności z tymi, którzy są już w niebie. Jest również pewna jedność z tymi, którzy umierają i są w czyśćcu. Nie jesteśmy rozdzieleni. Dla Boga wszyscy żyją. Dlatego modlimy się za siebie nawzajem, my za tych w czyśćcu, oni za nas. Święci też modlą się za nas – zaznacza zakonnik. Przywołuje przykład małej Tereski, która mówiła, że tu, na ziemi, może pomagać innym tylko jedną ręką, bo drugą musi się trzymać Jezusa, ale gdy już będzie w niebie, wtedy będzie mogła pomagać oburącz.

    – Ale świętych obcowanie to nie jest tylko modlitwa, to jest też miłość. To się przejawia na różne sposoby. Na przykład jest ból rozstania, kiedy umiera ktoś bliski, ale jest też intymność, która jest w Bogu. Z niej płynie świadomość, że ciągle mamy jedność i ona jest mocniejsza niż śmierć – zauważa o. Chlondowski.

    Dzięki temu, że trwamy w komunii, między zmarłymi a nami miłość nie gaśnie. – Kiedy odchodzi bliski, to kocha bardziej, bo jego miłość w czyśćcu się oczyszcza. Lubię to określenie, że czyściec jest miejscem, gdzie uczymy się w pełni kochać. Skoro nie nauczyliśmy się tego tutaj i nasza miłość nie była w pełni święta, to gdzieś musi się to oczyścić – tłumaczy duchowny.

    Śmierć nie przerywa więzi tych, co trwają w komunii. – Czyli tak naprawdę ci nasi bliscy bardziej nas kochają i modlą się za nas. Wielokrotnie słyszałem świadectwa różnych osób, potwierdzające, że ci, którzy już odeszli i są u Pana, pamiętają o nich. Pamiętam jednego człowieka, który mówił, że gdy śni mu się babcia, to wie, że w jego życiu będzie się działo coś trudnego. To się, jak mówi, wielokrotnie sprawdziło. Uważa, że w ten sposób jego bardzo świątobliwa babcia przypomina mu, że trwa w modlitwie za niego. To jest dla niego duże umocnienie – podkreśla o. Wit Chlondowski.

    Wsparcie

    Zaangażowanie świętych w nasze życie zawsze prowadzi do wzmocnienia wiary tych, którzy doświadczają ich wstawiennictwa. Mówi o tym soborowa konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium. „Ponieważ mieszkańcy nieba, będąc głębiej zjednoczeni z Chrystusem, jeszcze mocniej utwierdzają cały Kościół w świętości (…), nieustannie wstawiają się za nas u Ojca, ofiarując Mu zasługi, które przez jedynego Pośrednika między Bogiem i ludźmi, Jezusa Chrystusa, zdobyli na ziemi (…). Ich przeto troska braterska wspomaga wydatnie słabość naszą” – czytamy w dokumencie.

    Można powiedzieć, że świętych obcowanie to miłość trwająca między tymi, którzy są tu i którzy są tam, niezależnie od tego, czy oni są już w niebie, czy jeszcze w czyśćcu. Przebywający w czyśćcu modlą się za nas, ale potrzebują też naszego wsparcia.

    Wspólnota

    30 czerwca 1968 r. papież Paweł VI publicznie wypowiedział tzw. Wyznanie wiary Ludu Bożego. Zawiera ono zwięzłe streszczenie nauczania ostatniego soboru o świętych obcowaniu. „Wierzymy we wspólnotę wszystkich wiernych chrześcijan, a mianowicie tych, którzy pielgrzymują na ziemi, zmarłych, którzy jeszcze oczyszczają się, oraz tych, którzy cieszą się już szczęściem nieba, i że wszyscy łączą się w jeden Kościół; wierzymy również, że w tej wspólnocie mamy zwróconą ku sobie miłość miłosiernego Boga i Jego świętych, którzy zawsze są gotowi na słuchanie naszych próśb”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    istockphoto

    ***

    Darowanie przed Bogiem kary doczesnej.

    Odpust – jak i dlaczego

    Nauce o odpustach towarzyszą nieporozumienia. Jest to tym częstsze, im bardziej zanika poczucie grzechu i świadomość szkód, jakie on wyrządza.

    Kościół co roku na początku listopada zachęca do ofiarowania odpustów za zmarłych. Według konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina papieża Pawła VI odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Chrześcijanin dla jego uzyskania musi być odpowiednio usposobiony i spełnić określone warunki. Dzieje się to, jak mówi katechizm, „za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych” (KKK 1471).

    Odpust może być cząstkowy albo zupełny, w zależności od tego, czy od należnej za grzechy kary doczesnej uwalnia w części czy w całości.

    Możliwość zyskania odpustu ma człowiek ochrzczony, na którym nie ciąży kara ekskomuniki i który znajduje się w stanie łaski przynajmniej wtedy, gdy kończy wypełniać wskazane czynności. Dla uzyskania odpustów konieczne jest posiadanie przynajmniej ogólnej intencji ich otrzymania i wypełnienie nakazanych czynności w określonym czasie i we właściwy sposób, czyli tak, jak określił to udzielający odpustu.

    Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia (co do odpustów cząstkowych nie ma takich ograniczeń). Oprócz pozostawania w stanie łaski uświęcającej należy ponadto wzbudzić w sobie wewnętrzną postawę całkowitego oderwania od grzechu, także powszedniego, wyznać grzechy podczas spowiedzi sakramentalnej, przyjąć Komunię św. i pomodlić się zgodnie z intencjami Ojca Świętego.

    W myśl wytycznych Penitencjarii Apostolskiej z roku 2000 najlepiej wypełnić powyższe czynności tego samego dnia, w którym dokonuje się dzieła związanego z odpustem, ale nie jest to konieczne. Wystarczy, jeśli dopełni się tych obrzędów i modlitw w okresie około 20 dni przed dziełem odpustowym lub po nim. Wierni mogą sami wybrać modlitwę do odmówienia w intencjach papieskich, ale zaleca się „Ojcze nasz” i „Zdrowaś, Maryjo”.

    Dla uzyskania kilku odpustów zupełnych wystarczy jedna spowiedź sakramentalna, ale każdemu z nich musi towarzyszyć Komunia św. i modlitwa w intencjach papieskich. Nie chodzi tu o modlitwę za papieża, ale w intencjach, które papież wyznacza na każdy miesiąc lub które nosi w swoim sercu. Wierny nie musi ich znać, wystarczy, że ma wolę modlitwy w tych intencjach.

    W przypadku osób, które nie mają możliwości spełnienia przepisanych dzieł i warunków, spowiednicy mogą je zmienić. Rzecz jasna nie dotyczy to obowiązku wyrzeczenia się każdego grzechu.

    Odpusty można zawsze zyskiwać dla siebie albo dla dusz osób zmarłych, natomiast nie można uzyskać ich dla innych osób żyjących na ziemi.

    Trudny warunek

    Najtrudniejszym z warunków uzyskania odpustu jest wolność od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego. Kluczowe jest słowo „przywiązanie”. Istotą tego wymogu jest radykalna decyzja zerwania z jakąkolwiek okazją, która może prowadzić nas do grzechu. Oznacza to walkę z pokusami i gotowość odrzucenia tego, co wiąże nas z naszymi słabościami, zerwania ze złymi skłonnościami, nałogami. Oczywiście pozostajemy ludźmi grzesznymi i słabymi, ale chcąc uzyskać odpust, musimy mieć szczerą wolę porzucenia nie tylko grzechu, ale zerwania wszelkich nici, które nas do niego przyciągają. Należy tu liczyć nie na siebie, ale na Boga, który może i chce dać nam siłę do wyjścia z niewoli grzechu. Dobrze jest więc tego dnia zwrócić się do Niego z prośbą o pomoc i wzmocnienie na drodze wypełniania Jego woli.

    W ciągu roku istnieje wiele okazji do zyskania odpustów. Listopad jest pod tym względem wyjątkowy. W miesiącu tym Kościół umożliwia zyskiwanie odpustów za zmarłych w szczególny sposób. Obowiązują podane wyżej warunki zasadnicze: bycie w stanie łaski uświęcającej, spowiedź i Komunia św., a także wyzbycie się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu. Należy ponadto nawiedzić cmentarz, kościół, kaplicę publiczną (albo półpubliczną w przypadku tych, którzy prawnie z niej korzystają, jak członkowie zgromadzeń zakonnych), odmówić „Ojcze nasz”, „Wierzę w Boga” i jakąkolwiek inną modlitwę w intencjach papieskich. Od 1 do 8 listopada można starać się o uzyskanie za zmarłych odpustu zupełnego, a w pozostałych dniach tego miesiąca – odpustu cząstkowego.

    Skutki grzechu

    Nauce o odpustach często towarzyszą nieporozumienia, szczególnie w odniesieniu do pojęcia kary doczesnej i konieczności jej poniesienia. Jest to tym częstsze, im bardziej zanika poczucie grzechu i świadomość szkód, jakie on wyrządza grzesznikowi i innym.

    Kościół uczy, że popełnienie grzechu skutkuje na dwa sposoby. Po pierwsze, całkowicie lub częściowo zrywa wspólnotę z Bogiem. Konsekwencją grzechu śmiertelnego jest kara wieczna – utrata życia wiecznego. Drugim skutkiem grzechu jest zaburzenie ładu ustanowionego przez Boga i zakłócenie relacji z bliźnimi, co pociąga karę doczesną, ograniczoną w czasie.

    Bóg daruje człowiekowi winę i karę wieczną w dobrze przeżytej spowiedzi, ale pozostaje kara doczesna, która jest wieloraką raną zadaną człowiekowi przez grzech. Paweł VI w konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina przypomina, że kary są następstwem grzechów, a nakłada je boska świętość i sprawiedliwość. „Muszą one być poniesione albo na tym świecie przez cierpienia, nędze i utrapienia tego życia, a zwłaszcza przez śmierć, albo też w przyszłym życiu przez ogień i męki, czyli kary czyśćcowe”. Papież wyjaśnia, że Pan nakłada kary dla oczyszczenia dusz. „Każdy bowiem grzech powoduje zakłócenie powszechnego porządku, który ustalił Bóg z niewypowiedzianą mądrością i nieskończoną miłością; przynosi też zniszczenie ogromnych dóbr tak samego grzesznika, jak społeczności ludzkiej” – pisze. Wskazuje, że „do pełnego odpuszczenia grzechów i do tak zwanej naprawy konieczne jest nie tylko odnowienie przyjaźni z Bogiem: przez szczere nawrócenie duchowe i odpokutowanie obrazy wyrządzonej Jego mądrości i dobroci, lecz także całkowite przywrócenie wszystkich dóbr, pomniejszonych lub zniszczonych przez grzech”.

    Ojciec Święty stwierdza, że dobra te muszą być przywrócone przez „dobrowolną naprawę, co się nie obejdzie bez trudu”, albo przez poniesienie kar wymierzonych przez Boga.

    Paweł VI przywołuje naukę o czyśćcu, która mówi, że nawet gdy wina została już odpuszczona, często pozostają kary, które trzeba spłacić lub pozostałości po grzechach, z których trzeba się oczyścić.

    Kary czyśćcowe należą do kar doczesnych, bo czyściec jest rzeczywistością „doczesną” – trwającą do jakiegoś czasu. W tę rzeczywistość wpisuje się odpust, przez który skruszonemu grzesznikowi jest darowana także kara doczesna za grzechy, które zostały już zgładzone co do winy w akcie sakramentalnym.

    Jeśli człowiek schodzi z tego świata bez oczyszczenia z kary doczesnej, Kościół oferuje możliwość niesienia mu pomocy w procesie darowania tej kary. O możliwości odpuszczenia kar po śmierci mówi 2 Księga Machabejska (2 Mch 12,38-45). Kościół udziela odpustów za zmarłych na sposób wstawiennictwa – ofiarowuje Bogu zadośćuczynienie ze wspólnego „skarbca” i prosi Go, żeby policzył je na korzyść danego zmarłego. Paweł VI tłumaczy, że duchowy skarbiec Kościoła „nie jest zbiorem dóbr, gromadzonych przez wieki na kształt materialnych bogactw, lecz nieskończoną i niewyczerpaną wartością, jaką mają u Boga zadośćuczynienia i zasługi Chrystusa Pana”. Papież dodaje, że do tego skarbu należą też „modlitwy i dobre uczynki Najświętszej Maryi Panny i Wszystkich Świętych, którzy idąc śladami Chrystusa, dzięki Jego łasce, uświęcili samych siebie i spełnili posłannictwo otrzymane od Ojca”. W ten sposób owi święci, „pracując nad własnym zbawieniem, przyczynili się również do zbawienia swych braci w jedności Mistycznego Ciała”.

    Kościół zaprasza

    Praktyka odpustowa Kościoła ma od stuleci „złą prasę” przede wszystkim z powodu nadużyć w jej stosowaniu. Paweł VI przyznaje, że tak się działo, „bądź dlatego, że »z powodu dawania bez różnicy i zbytecznych odpustów« gardzono władzą kluczy Kościoła i podważano wartość pokutnego zadośćuczynienia, bądź dlatego, że z powodu »niegodziwych zysków« nazwa odpustów była przedmiotem bluźnierstw”. Papież przypomina, że Kościół „karcąc i poprawiając nadużycia” nakazał zachować praktykę odpustów. Kościół także dzisiaj „zaprasza wszystkie swoje dzieci, aby rozważały i zastanawiały się, jak wielką wartość ma praktyka odpustów dla podniesienia poziomu życia jednostek, a nawet całej społeczności chrześcijańskiej”.

    Franciszek Kuchaczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Uroczystość Wszystkich Świętych

    ALL THE SAINTS

    Lawrence OP CC

    ***

    Kanonizując niektórych wiernych, to znaczy ogłaszając w sposób uroczysty, że ci wierni praktykowali heroicznie cnoty i żyli w wierności łasce Bożej, Kościół uznaje moc Ducha świętości, który jest w nim, oraz umacnia nadzieję wiernych, dając im świętych jako wzory i orędowników (Por. Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 40; 48-51).

    “W ciągu całej historii Kościoła w okolicznościach najtrudniejszych święte i święci byli zawsze źródłem i początkiem odnowy” (Jan Paweł II, adhort. apost. Christifideles laici, 16) . Istotnie, “świętość Kościoła jest tajemniczym źródłem i nieomylną miarą jego apostolskiego zaangażowania oraz misyjnego zapału” (Jan Paweł II, adhort. apost. Christifideles laici, 17).

    Wstawiennictwo świętych. “Ponieważ mieszkańcy nieba, będąc głębiej zjednoczeni z Chrystusem, jeszcze mocniej utwierdzają cały Kościół w świętości… nieustannie wstawiają się za nas u Ojca, ofiarując Mu zasługi, które przez jedynego Pośrednika między Bogiem i ludźmi, Jezusa Chrystusa, zdobyli na ziemi… Ich przeto troska braterska wspomaga wydatnie słabość naszą” (Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 49).

    Nie płaczcie, będziecie mieli ze mnie większy pożytek i będę wam skuteczniej pomagał niż za życia (Św. Dominik, umierając, do swoich braci; por. Jordan z Saksonii, Libellus de principiis Ordinis praedicatorum, 93). Przejdę do mojego nieba, by czynić dobrze na ziemi (Św. Teresa od Dzieciątka Jezus, Novissima verba) 

    Komunia ze świętymi. “Nie tylko jednak ze względu na sam ich przykład czcimy pamięć mieszkańców nieba, ale bardziej jeszcze dlatego, żeby umacniała się jedność całego Kościoła w Duchu przez praktykowanie braterskiej miłości. Bo jak wzajemna łączność chrześcijańska między pielgrzymami prowadzi nas bliżej Chrystusa, tak obcowanie ze świętymi łączy nas z Chrystusem, z którego, niby ze Źródła i Głowy, wypływa wszelka łaska i życie Ludu Bożego” (Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 50).

    Składamy hołd (Chrystusowi) w naszej adoracji, gdyż jest Synem Bożym, męczenników zaś kochamy jako uczniów i naśladowców Pana, a to jest rzeczą słuszną, gdyż w niezrównanym stopniu oddali się oni na służbę swojemu Królowi i Mistrzowi. Obyśmy również i my mogli stać się ich towarzyszami i współuczniami (Św. Polikarp, w: Martyrium Polycarpi, 17).

    Aleteia.pl./Ewangelia na co dzień

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czym różnią się od siebie listopadowe święta?

    Samplefot. Pixabay

    ***

    Na początku listopada obchodzone są Uroczystość Wszystkich Świętych i wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych. Czym te święta się różnią tłumaczy ks. dr hab. Marcin R. Wysocki, prof. KUL z Wydziału Teologii.

    Dzień Wszystkich Świętych, jak wskazuje na to choćby biały kolor szat liturgicznych, to dzień radosny. Podstawowym wymiarem tego święta jest radość z tego powodu, że w niebie są ludzie, którzy poprzez swoje życie na ziemi osiągnęli stan świętości. Gdy mówimy świeci, najczęściej mamy na myśli tych, którym Kościół oficjalnie nadał tytuł świętego czy błogosławionego. Tymczasem ten dzień tak naprawdę mówi nam, że oprócz tych oficjalnie ogłoszonych świętych jest cała rzesza nieznanych, tych którzy w swoim codziennym życiu realizowali chrześcijańską doskonałość i robili to stopniu heroicznym. Oni także są świętymi czyli tymi, którzy już przebywają z Bogiem, są zbawieni i osiągnęli szczyt doskonałości chrześcijańskiej, cel, do którego my wszyscy zmierzamy czyli niebo. I to jest dzień, kiedy tych wszystkich świętych wspominamy, oddajemy im cześć, prosimy o wstawiennictwo u Boga, z którym oni są już we wspólnocie.

    Natomiast 2 listopada obchodzimy wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych. Wspominamy tych wszystkich, którzy od nas odeszli, którzy nie są jeszcze świętymi, którzy potrzebują jeszcze naszej pomocy, naszej modlitwy i którzy jeszcze nie doszli do tego celu ostatecznego, jakim jest niebo. I to jest zasadnicza różnica między tymi dniami. Pierwszego dnia cieszymy się wspólnotą świętych, drugiego wspominamy i modlimy się za zmarłych.

    Pierwsze dni listopada są tradycyjnie poświęcone modlitwie za zmarłych. Przejawia się ona między innymi w możliwości uzyskania odpustu zupełnego, który jest darowaniem win, jakie każdy z nas jako człowiek zaciąga przez grzech. W te dni taki odpust możemy ofiarować za zmarłych, aby pomóc im w osiągnięciu nieba. To wyraz naszej wspólnoty ze zmarłymi, którzy potrzebują naszej pomocy i wstawiennictwa wszystkich świętych.

    e-KaI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Canva

    ***

    1 i 2 listopada. Co tak naprawdę świętujemy?

    Kwiaty, znicze, liście pożółkłe jesienią, kolejki przy cmentarzach. Idą Święta. Trzecie w skali ważności całego roku, po Bożym Narodzeniu i Wielkiej Nocy – Święto Zmarłych.

    Tak, to prawda, formalnie nie ma takiego święta, jest Uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, ale w praktyce przez dwa dni obchodzimy „święto zmarłych”, choć drugi dzień nie zawsze jest wolny. I do tego dwa weekendy – jeden przed a drugi po pierwszym listopada. To też moment celebracji tych samych świąt, czyli… właściwie jakich?

    Wszystkich Świętych. Co tak naprawdę świętujemy?

    Praktyka duszpasterska wskazuje, że wielu katolików w tym czasie przeżywa rozdarcie i wątpliwości dotyczące tego, co tak naprawdę mają świętować i w jaki sposób.

    Z jednej strony liturgia Kościoła mówi najpierw o wspominaniu ludzi świętych, czytania podczas mszy świętej ani kolor szat nie wskazują na żałobę, lecz radość. Jakby tego było mało, w wielu parafiach organizowane są bale Wszystkich Świętych. A przecież nasze serca i uczucia są już przy bliskich zmarłych. I choć Kościół wspomni ich 2 listopada, w dniu Wspomnienia Wiernych Zmarłych, to cały nasz wysiłek organizacyjny i mentalny skoncentrowany jest właśnie wokół cmentarzy i bliskich, którzy już odeszli i nie ma ich z nami. I jeszcze te dynie…

    Uroczystość Wszystkich Świętych odwraca naszą uwagę od bliskich zmarłych?

    Uroczystość Wszystkich Świętych nie jest po to, by odwrócić naszą uwagę od bliskich zmarłych. Wręcz przeciwnie. Chodzi o to, byśmy nasze myśli umieścili w odpowiedniej perspektywie. O śmierci można myśleć na wiele sposobów, nie wszystkie jednak muszą być właściwe. 

    Można przecież epatować śmiercią, odzierać ją z odpowiedniej powagi albo odwrotnie – wzbudzać lęk i przerażenie przed jej nadejściem. Chrześcijanin ani nie lekceważy, ani nie boi się śmierci, ponieważ wierzy mocno, że śmierć tu na ziemi nie jest ostatnim akordem życia. W rytuale pogrzebowym modlimy się, mówiąc, że z chwilą śmierci nasze życie zmienia się, ale się nie kończy. Uroczystość Wszystkich Świętych jest przypomnieniem kierunku naszego życia i obietnicy zbawienia. „Nie przyszedłem, aby świat potępić, ale zbawić” (J 12,47) mówi Jezus i co jakiś czas musi nam tę prawdę przypominać.

    Tak śmierć bliskich wpływa na naszą rzeczywistość

    Świadomość śmierci, mojej, czy moich bliskich, jest bardzo często impulsem do refleksji nad przemijaniem, ale nie tylko. W zderzeniu ze śmiercią bliskich osób myślimy przecież nie tylko o życiu przyszłym, ale też o naszej teraźniejszości. Doświadczenie śmierci nie jest więc tylko przypomnieniem kruchości życia, ale niejednokrotnie impulsem do podjęcia zmian jeszcze w tym życiu doczesnym.

    Gdy myślimy o bliskich nam osobach, to ich szczęście jest i naszą radością. Taką radość przeżywają rodzice wobec swoich dzieci, czy przyjaciele. Gdy myślimy o bliskich zmarłych, warto spojrzeć na nich w takiej właśnie perspektywie szczęścia. Wierzymy, że są już blisko Jezusa, tak blisko, jak nigdy nie byli tu na ziemi. I niezależnie od wszystkich swoich dawnych ziemskich trosk i słabości, są teraz od nich uwolnieni. Możemy i my ucieszyć się ich radością. Tak, jak czynią to Wszyscy Święci.   

    ks. Przemysław Ćwiek/ Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W TYM LISTOPADOWYM MIESIĄCU KOŚCIÓŁ ZACHĘCA NAS, ABYŚMY CZĘŚCIEJ MODLILI SIĘ ZA NASZYCH ZMARŁYCH

    Dusze w czyśćcu modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą (…). Od tej chwili ściśle obcuję z duszami cierpiącymi. (św. Faustyna Kowalska, Dzienniczek, 20).

    Jak uzyskać odpust dla dusz czyśćcowych w dniach 1-8 listopada
                                                  fot. Lestat (Jan Mehlich) via: Wikipedia CC 2.0

    _________________________________________________________________

    PIĄTEK, 1 LISTOPADA 2024

    Uroczystość Wszystkich Świętych

    MSZA ŚWIĘTA W UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH BĘDZIE O GODZ. 20.00 W SALI PARAFIALNEJ PRZY KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, GLASGOW, G11 5PS

    +++

    SOBOTA 2 LISTOPADA – DZIEŃ ZADUSZNY

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA

    W TEN DZIEŃ WSPOMNIENIA WSZYSTKICH ZMARŁYCH ZAPRASZAM, ABY NAWIEDZIĆ GROBY NASZYCH RODAKÓW POCHOWANYCH NA GLASGOWSKICH CMENTARZACH.

    O GODZ. 11.00 ROZPOCZNIEMY NA CMENTARZU LAMBHILL, NASTĘPNIE NA CMENTARZU CARDONALD I CMENTARZU LINN.

    ZAKOŃCZENIE PROCECJI ROŻAŃCOWEJ BĘDZIE NA CMENTARZU DALBETH, GDZIE MAMY POLSKĄ DZIAŁKĘ, O GODZ. 14.30

    +++++

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    O GODZ. 18.00 – WIGILIJNA MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    ***

    NIEDZIELA 3 LISTOPADA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    13.30 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚW.

    14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Śmierć jest po stronie życia

    – w tymi słowami rozpoczął Mszę świętą w Dzień Zaduszny Ksiądz Arcybiskup Adrian Galbas SAC za zmarłych biskupów i duszpasterzy Archidiecezji Katowickiej, którzy posługiwali w katedrze Chrystusa Króla.

    W homilii arcybiskup mówił, że w Dniu Zadusznym mamy szczególnie pamiętać o duszach tych naszych braci i sióstr, którzy są pomiędzy piekłem i niebem, czyli w czyśćcu. Wskazał za Katechizmem Kościoła Katolickiego, że trafiają tam ci, którzy umierają w łasce i przyjaźni z Bogiem, są pewni swego wiecznego zbawienia, ale nie są jeszcze całkowicie oczyszczeni.

    – Czyściec nie jest więc miejscem, podobnie, jak niebo i piekło, ale stanem. Bolesnym stanem. Mówimy przecież o duszach w czyśćcu cierpiących – podkreślał. 

    Abp Galbas zachęcał do niesienia tym duszom pomocy i pamięci o nich w modlitwie. -To najwięcej, co możemy dla nich zrobić – przekonywał. – Także nas potrzebują zmarli, oczekujący w czyśćcu na pełnię zbawienia, także w naszej mocy jest przynieść im ulgę – dodawał. Dlatego Kościół tak poleca ofiarowanie Mszy świętych za zmarłych, ofiarowanie Komunii świętej w ich intencjach, wypraszanie dla nich łaski odpustu zupełnego, stałą modlitwę.

    Jak wskazywał, pomagamy naszym bliskim zmarłym cierpiącym w czyśćcu także przez to, że przebaczamy im, lub przynajmniej chcemy i próbujemy im przebaczyć krzywdy, które wyrządzili nam, póki byliśmy tu razem.

    – To, że nieraz nas zawiedli, że się nie sprawdzili, że – także z ich powodu – cierpieliśmy tutaj, że nieraz nam zgotowali czyściec, a nawet prawdziwe piekło na ziemi, że przez nich byliśmy samotni i opuszczeni. To jest bardzo ważne – powiedział arcybiskup. 

    Zauważał, że pomagać cierpiącym w czyśćcu, to także dobrze o nich mówić, albo o nich milczeć. Sąd lepiej zostawić Bogu. Prostym sposobem troski o zmarłych, którzy być może cierpią jeszcze w czyśćcu jest także pamięć o miejscu i o czasie ich przejścia, dbając o piękno ich grobów. – Z pewnością nieraz już doświadczyliście także i tego, że oni – ci co cierpią w czyśćcu – też o was pamiętają. Przyśnią się czasem, obudzą lepiej niż najlepszy budzik, coś przypomną, przed czymś przestrzegą, do czegoś zachęcą. Albo po prostu wpadną posiedzieć trochę przy nas(…). Oni wtedy są, nie zużywając przy tym tlenu i nie zajmując miejsca. Po prostu są i kochają – mówił.

    Arcybiskup zachęcał też, by w tym dniu myśleć także o własnej śmierci. – Nasz czas nadchodzi, nasza śmierć nadchodzi, o czym przypomina każdy zegar. I tę prawdę trzeba przyjąć spokojnie. Po chrześcijańsku – podkreślał. -Tak chrześcijanie patrzą często na śmierć. Jakby miała siłą wydzierać ulubione życie. Jakby była wrogiem życia. A tymczasem śmierć, tak jak wierzymy, jest częścią życia. Jest po stronie życia – przekonywał. Uświadamiał, że dzisiejszy dzień jest dla chrześcijan, dla nas, dniem spokojnej, a nawet radosnej modlitwy o łaskę dobrego życia i dobrej śmierci. Zachęcał do takiej modlitwy.

    +++

    Najlepsza modlitwa do anioła stróża

    +++

    PAMIĘTAJMY W NASZYCH MODLITWACH O KAPŁANACH, KTÓRZY DUSZPASTERZOWALI POPRZEDNIM POKOLENIOM POLAKÓW NA SZKOCKIEJ ZIEMI I PRZESZLI JUŻ PRZEZ PRÓG ŚMIERCI DO ŻYCIA WIECZNEGO:

    _________________________

    +KSIĄDZ INFUŁAT LUDWIK BOMBAS (1892 – 1970) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – EDYNBURG
    +KS. KANONIK JAN GRUSZKA (1909 – 1974) – GLASGOW
    +KSIĄDZ PRAŁAT WINCENTY NAGI-DROBINA (1913 – 1988) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – FALKIRK
    +O. PIUS LEWANDOWSKI OFM (1907 – 1997) – KIRKCALDY, DUNDEE, ABERDEEN
    +KSIĄDZ KANONIK BOLESŁAW SZUBERLAK (1912 – 2000) – EDYNBURG
    +KSIĄDZ ANTONI DĘBKOWSKI SAC (1943 – 2004) – FALKIRK
    +KSIĄDZ BOGDAN PAŁKA SDS (1963 – 2024) – Perth

    +++

    +++

    RÓWNIEŻ W NASZYCH MODLITWACH POLECAJMY BOŻEMU MIŁOSIERDZIU WSZYSTKICH RODAKÓW, KTÓRYCH GROBY SĄ NA SZKOCKIEJ ZIEMI.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W miesiącu listopadzie każdego dnia odprawiana jest Msza święta w intencji zmarłych, których Imiona wypisaliście na kartkach a także w intencji tych zmarłych, z którymi razem pielgrzymowaliśmy po tym ziemskim padole i na naszej ojczystej ziemi i tu, na tej szkockiej.

    +++

    Witaj Królowo, Matko Miłosierdzia, życie, słodyczy i nadziejo nasza, witaj!

    Do Ciebie wołamy wygnańcy, synowie Ewy;

    Do Ciebie wzdychamy jęcząc i płacząc na tym łez padole.

    Przeto, Orędowniczko nasza, one miłosierne oczy Twoje na nas zwróć,

    A Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż.

    O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo!

    +++

    Modlitwy św. Gertrudy z Helfty za zmarłych przebywających w czyśćcu:

    Ojcze Przedwieczny,
    ofiaruję Ci najdroższą Krew Boskiego Syna Twego,
    Pana naszego, Jezusa Chrystusa,
    w połączeniu ze wszystkimi Mszami świętymi
    dzisiaj na całym świecie odprawianymi,
    za dusze w czyśćcu cierpiące, za umierających,
    za grzeszników na świecie,
    za grzeszników w Kościele powszechnym,
    za grzeszników w mojej rodzinie,
    a także w moim domu.
    Amen.

    ++++++++++++++++++

    Niech Jezus Chrystus, dla nas ukrzyżowany, zmiłuje się nad wami, dusze bolejące; niech swoją Krwią zagasi pożerające was płomienie. Polecam was tej niepojętej miłości, która Syna Bożego sprowadziła z nieba na ziemię i wydała na okrutną śmierć. Niech się ulituje nad wami, jak okazał swe miłosierdzie dla wszystkich grzeszników, umierając na krzyżu. Jako zadośćuczynienie za wasze winy ofiaruję tę synowską miłość, jaką Jezus w swym Bóstwie kochał swego Przedwiecznego Ojca, a w Najświętszym Człowieczeństwie najmilszą swoją Matkę. Amen.

    (św. Gertruda zmarła przed swoimi pięćdziesiątymi urodzinami i przez ostatnie lata życia ciężko chorowała. Doświadczane cierpienia ofiarowywała przede wszystkim za zmarłych, bo tak bardzo pragnęła, aby dusze czyśćcowe mogły wejść jak najszybciej do Bożego Królestwa. Dlatego poprosiła Pana Jezusa o specjalną modlitwę w tej intencji. Chrystus Pan spełnij jej prośbę i podyktował powyższe słowa dołączając obietnicę, że odmówienie tej modlitwy uwolni z czyśćca za jednym razem tysiąc dusz.)

    ____________________________________________________________________________

    HOJNIE OBDAROWUJEMY W INTENCJI NASZYCH ZMARŁYCH; BÓG CHCIAŁ TEGO, BYŚMY SOBIE WZAJEMNIE POMAGALI – św. Jan Chryzoston

    CZY MOŻECIE WĄTPIĆ, ŻE ZMARLI ODNIOSĄ WIELKĄ KORZYŚĆ Z DZIEŁ MIŁOSIERDZIA, JEŚLI MODLITWY, BĘDĄCE JEDYNIE WESTCHNIENIEM, DLA NICH SĄ POTĘŻNĄ POMOCĄ? – św. Augustyn

    NIE PODLEGA ŻADNEJ WĄTPLIWOŚCI, ŻE ZMARŁYM PRZEZ OFIARĘ MSZY ŚWIĘTEJ POMOC PRZYNIEŚĆ MOŻNA; ONA SPRAWIA, ŻE PAN BÓG Z NIMI POSTĘPUJE BARDZIEJ MIŁOSIERNIE, ANIŻELI PRZEZ GRZECHY SWOJE ZASŁUŻYLI. – św. Augustyn

    IM DUSZE W CZYŚĆCIU BLIŻSZE NIEBA, TYM WIĘKSZA ICH TĘSKNOTA ZA BOGIEM. – św. Jan Maria Vianney

    ODPUSTY ZUPEŁNE GŁADZĄ WSZYSTKIE KARY, JAKIE MIELIBYŚMY PONOSIĆ W CZYŚĆCU. – św. Jan Maria Vianney

    JEŻELI CODZIENNIE ODMÓWIMY ZA ZMARŁYCH CHOĆ KRÓTKIE WESTCHNIENIE, JUŻ IM SKRÓCIMY MĘCZARNIE CZYŚĆCOWE. – św. Jan Maria Vianney

    DUSZE CZYŚĆCOWE NIC DLA SIEBIE ZROBIĆ NIE MOGĄ, LECZ MOGĄ WIELE DLA SWOICH DOBROCZYŃCÓW. – św. Jan Maria Vienney

    OD KAR CZYŚĆCOWYCH CHRONIĄ NAS TEŻ ODPUSTY, CZERPANE Z PRZEOBFITYCH ZASŁUG JEZUSA CHRYSTUSA, MATKI NAJŚWIĘTSZEJ I ŚWIĘTYCH PAŃSKICH. – św. Jan Maria Vianney

    MUSIMY MODLIĆ SIĘ ZA DUSZE W CZYŚĆCIU. TO NIEWIARYGODNE, CO ONE MOGĄ UCZYNIĆ DLA NASZEGO DUCHOWEGO DOBRA, Z DZIĘCZNOŚCI DLA TYCH NA ZIEMI, KTÓRZY PAMIĘTAJĄ O MODLITWIE ZA NIE. – św. Jan Maria Vianney

    PO PROSTU, BEZBOŻNYM I BEZ SERCA JEST TEN, KTO NIE WZRUSZA SIĘ ICH MĘKAMI I NIE NIESIE POMOCY CIERPIĄCYM, CHOĆ MOŻE TO UCZYNIĆ. – św. Stanisław Papczyński

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwy za zmarłych

    ANIOŁ NA CMENTARZU
    Shutterstock

    +++

    „Modlić się za żywych i umarłych” to jeden z siedmiu uczynków miłosierdzia względem duszy. Oto propozycja trzech modlitw za zmarłych.

    „To nie jest tak, że oni umarli, a my żyjemy. To oni żyją, a my umieramy” – powiedział kiedyś ks. Piotr Pawlukiewicz. Te słowa warto zapamiętać. Nasi drodzy zmarli żyją i nie możemy wykluczyć, że wciąż potrzebują naszej pomocy.

    Najcenniejszą i najważniejszą pomocą jest niewątpliwie Msza święta w intencji zmarłych.

    A odwiedzając groby naszych bliskich czy wspominając ich możemy skorzystać z którejś z poniższych, mało znanych modlitw za zmarłych.

    Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar

    +++

    Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar

    Panie, Boże Wszechmogący,
    ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu,
    zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę:
    wyzwól duszę Twego sługi / Twojej służebnicy (tu podajemy imię)
    od wszystkich grzechów i kar za nie.

    Niech święci aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją
    z ciemności do wiekuistego światła,
    z karania do wiecznych radości.
    Przez Chrystusa, Pana naszego.
    Amen.

    Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego

    +++

    Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego

    Panie, nakłoń Twego ucha ku naszym prośbom,
    gdy w pokorze błagamy Twego miłosierdzia.
    Przyjmij duszę sługi Twego / sługi Twojej (tu podajemy imię),
    której kazałeś opuścić tę ziemię,
    do krainy światła i pokoju
    i przyłącz ją do grona Twych wybranych.
    Przez Chrystusa, Pana naszego.
    Amen.

    Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu

    +++

    Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu

    Najświętsza Panno Nieustającej Pomocy, Matko litościwa,
    racz spojrzeć na biedne dusze,
    które sprawiedliwość Boża zatrzymuje w płomieniach czyśćcowych.
    Są one drogie dla Twego Boskiego Syna,
    gdyż zawsze Go kochały i teraz gorąco pragną być blisko Niego,
    lecz nie mogą zerwać swych więzów,
    które je trzymają w palącym ogniu czyśćca.
    Niech się wzruszy Twe serce, Matko litościwa.
    Pośpiesz z pociechą dla tych dusz,
    które Cię zawsze kochały i teraz ślą do Ciebie swe westchnienia.
    Wszak są to Twoje dzieci, bądź więc im pomocą,
    nawiedzaj je, osładzaj ich męki, skróć ich cierpienia
    i nie zwlekaj z ich wybawieniem.
    Amen.

    ze strony – Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Odpust: co możemy uzyskać? Jak się modlić?

    Jaki jest najważniejszy warunek?

    Odpust: co możemy uzyskać? Jak się modlić? Jaki jest najważniejszy warunek?

    (fot. shutterstock.com)

    +++

    Odpust jest odpuszczeniem kar doczesnych należnych za grzechy odpuszczone już co do winy. W języku teologicznym “odpust oznacza obietnicę szczególnego wstawiennictwa Kościoła u Boga o darowanie kary doczesnej za grzechy, których wina już została odpuszczona”.

    Człowiek, który zgrzeszył, dopuścił się obrazy nie tylko samego siebie i bliźniego, ale przede wszystkim okazał nieposłuszeństwo Bogu, jako dobremu i miłującemu go Ojcu.

    Jakie są konsekwencje grzechu?

    Zgrzeszył i jego grzech oceniany w porządku sprawiedliwości zasługuje na odpowiednią karę, analogicznie jak w życiu społecznym, kiedy to za złamanie określonych przepisów prawnych grozi odpowiednio wysoka grzywna lub areszt. W odniesieniu do Boga jest dość podobnie i zarazem bardzo niepodobnie. Z jednej strony (i to jest podobieństwo), Bóg wymaga szacunku dla praw (przykazań), które ustanowił, z drugiej jednak (czym różni się od nas), ponieważ jest Bogiem pełnym miłosiernej miłości, pragnie z całego serca uwolnić człowieka od kary i przywrócić go do wspólnoty z sobą, z Kościołem i z bliskimi mu ludźmi, którzy na skutek tego grzechu oddali się od niego czy też zupełnie zerwali z nim więzy przyjaźni. W tej sytuacji odpust jest złagodzeniem lub zniesieniem kary za wyrządzone przeze mnie zło, Bogu czy ludziom. Czym zatem jest owa kara?

    Daleko jej do kary, jaką zwykły wymierzać sądy ludzkie w oparciu o prawa ustanowione przez nich samych. Boże prawo jest bowiem zupełnie inne, ponieważ jest prawem miłości. Także wobec grzesznika Bóg nie przestaje być sobą, to znaczy Miłością, która kocha, gotowa przebaczyć i wprowadzić na drogę doskonałości. To, co zwykło się nazywać karą w relacji do Boga, jest w istocie zniszczeniem Bożego planu i tego porządku, który ustanowiła Jego miłość.

    Naruszając ten boski porządek, człowiek, nie Bóg, odczuwa na sobie jego negatywne skutki, niszczące jego życie duchowe i fizyczne. Dzieje się coś analogicznego, jak w przypadku zanieczyszczenia przyrody. Wówczas zarówno ci, którzy ją zanieczyszczali, jak i osoby zupełnie niewinne, skazane są na życie w zatrutym środowisku, które wywołuje różne schorzenia i działa deprymująco. Nie mówimy wtedy, że Bóg nas pokarał, ponieważ wiemy, że cierpimy wyłącznie z własnej lub z winy innych ludzi. Podobnie jest w przypadku łamania prawa Bożego: nasz grzech niszczy lub zanieczyszcza nasze środowisko duchowe, czujemy się w nim źle, niepewnie, żyjemy w zagrożeniu.

    Do czego potrzebny jest odpust?

    Każdy grzech, nawet najmniejszy, niszczy w taki czy inny sposób nie tylko nasze życie wewnętrzne, ale także nasze relacje z innymi, a przede wszystkim zakłóca, osłabia lub wręcz zrywa naszą relację z Bogiem. Sprawia, że ani my, ani nasi bliźni nie możemy być już dłużej szczęśliwi. Miejsce radości zajmuje smutek, poczucie pewności zastępuje niepewność, przyjaźń zamienia się w nienawiść czy agresję. Dotychczasowa wspólnota miłości i przyjaźni została rozbita. Kto zgrzeszył, daremnie szuka w sobie utraconego szczęścia, które przywrócić może wyłącznie Bóg.

    Nawet po przystąpieniu do sakramentu pokuty, kiedy Bóg prawdziwie mu przebaczył, grzesznik nadal odczuwa określony smutek i niepewność życia. Dlaczego? Ponieważ przyzwyczaił się do swojego grzechu. Negatywne nawyki weszły głęboko w jego życie, zaburzyły jego relacje, stając się wadami, częścią jego charakteru. Z trudem, a często nawet w ogóle ich nie zauważa. Stał się człowiekiem zepsutym, pełnym zachmurzeń, którego nie oświeca “słońce” Bożych przykazań.

    W zaistniałą sytuację wchodzi kategoria “odpustu” [od. łac. indulgentia – pobłażliwość, dobrotliwość, łaskawość]. Czym on jest? Przede wszystkim rzeczywistością duchową, darem Bożej miłości, Jego łaską dla grzesznika. W odpuście obecny jest sam Bóg, który udziela się człowiekowi. Dawanie się Boga człowiekowi Kościół ujął, co prawda, w kategoriach prawnych, co było zgodne z duchem czasów, w jakich tworzyła się ta koncepcja, niemniej jednak odpust jest rzeczywistością na wskroś duchową, darem Ducha Świętego dla wierzących. Aby lepiej zrozumieć sposób funkcjonowania odpustu, należy powiedzieć, przynajmniej kilka słów na temat grzechu.

    Gdy pojawia się grzech, potrzebna jest pokuta

    Każdy grzech kala człowieka, zatruwając jego duchowe życie. Nie każdy jednak grzech czyni to w równy sposób, ponieważ jak zostało wspomniane wcześniej, są grzechy, które określamy jako śmiertelne i te, które nazywamy powszednimi. W zależności zatem od rodzaju i od stopnia grzechu człowiek ściąga na siebie odpowiednio dotkliwą karę, zarówno w swojej relacji do Boga, jak i do Kościoła, jako wspólnoty osób wielbiących Pana. W przypadku grzechu śmiertelnego, zwanego często grzechem “ciężkim”, mamy do czynienia z radykalnym zerwaniem owej relacji. W przypadku popełnienia grzechu powszechnego, określanego popularnie grzechem “lekkim”, mówmy z kolei o poważnym nadwerężeniu tychże relacji, naruszeniu ich stabilności, co w efekcie może grozić ich zarwaniem. Przypomina to sytuację z zanieczyszczeniem wody lub zaśmieceniem środowiska, gdzie chociaż chodzi zawsze o ten sam proces, zmienia się jego natężenie.

    Jedna woda jest bardziej zanieczyszczona od drugiej, czy jedno środowisko brudniejsze od drugiego. Wysokość nakładu, środków i czasu zależy zatem od stopnia zanieczyszczenia; jeden brud usuwa się przy zastosowaniu niewielkich środków, do innego, oprócz zwiększonych nakładów finansowych, potrzeba jeszcze pomocy z zewnątrz. Coś analogicznego jest w przypadku grzechu, który również przypomina formę duchowego zanieczyszczenia.

    Skąd w Kościele wzięły się odpusty?

    Z każdym rodzajem grzechu związana była odpowiednia praktyka pokutna, będąca sposobem oczyszczania się czy uwalniania z negatywnych skutków, wywołanych przez grzech w życiu konkretnego człowieka. Odpusty są owocem teologicznej refleksji nad praktyką pokutną. Są one również efektem pewnej ewolucji tej praktyki, jaka miała miejsce w Kościele katolickim od początku. Chociaż ulegała różnym zmianom, zawsze była obecna i stosowana. Powrót do Boga i do wspólnoty kościelnej zawsze był możliwy, choć nie dokonywał się w sposób mechaniczny.

    Nie znaczyło to, że Bóg czy Kościół ociągali się z ponownym przyjęciem grzesznika do swojej wspólnoty, ale że to grzesznik nie był przygotowany na takie przyjęcie. Lata w grzechu wzniosły w jego sercu, myśli, czynach, przyzwyczajeniach tak wiele barier, że pokonanie ich nie mogło się dokonać jednorazowo, ale wymagało dłuższych przygotowań, naprawiania wyrządzonych innym szkód, przepraszania innych za wyrządzone krzywdy. Dlatego powrót musiał być poprzedzony odpowiednio długim i skomplikowanym czasem pokuty, oczyszczenia i nawrócenia.

    Nakładana przez Kościół pokuta miała charakter zbawczy i wychowawczy zarazem, miała na celu wzbudzić w grzeszniku skruchę i pragnienie lepszego, wolnego od grzechu życia, w przyjaźni z Bogiem, z Kościołem i z resztą stworzenia. Wobec trudnych sytuacji, skomplikowanych grzechów powstawały księgi pokutne. Spisywano w nich rodzaje grzechów, podając jednocześnie rodzaj pokuty i czas, jaki jest wymagany na oczyszczenie się z nich. Stanowiły one niewątpliwie pomoc dla spowiedników, którym łatwiej było “wymierzyć” odpowiednią pokutę za określony grzech. Dopiero po wykonaniu zadanej pokuty grzesznik otrzymywał przebaczenie grzechów i mógł odtąd ponownie uczestniczyć w liturgii eucharystycznej, z której włączył się poprzez grzech. Praktyka taka funkcjonowała aż do czasów średniowiecznych.

    Czym jest rozgrzeszenie?

    W XII i XIII wieku (ciągle jeszcze w średniowieczu) pojawia się radykalna nowość w dotychczasowej praktyce pokutnej Kościoła katolickiego: po pierwsze, rozgrzeszenia zaczęto udzielać jeszcze przed odprawieniem pokuty, po drugie, pojawiła się interesująca nas rzeczywistość odpustów. Można się zgodzić z uwagą niektórych historyków idei, że pokuta i odpust, po odpowiednim uzasadnieniu teologiczno-filozoficznym, dokonały prawdziwej rewolucji w dotychczasowej praktyce pokutnej Kościoła. Uczono odtąd, że poprzez rozgrzeszenie kapłan jedna na nowo grzesznika z Bogiem, natomiast nałożona na niego pokuta ma za zadanie pojednać go z Kościołem i z tymi, których jego grzech obraził, zranił lub im dotkliwie zaszkodził. Grzech bowiem, jak łatwo się przekonać, ma charakter wspólnotowy, co oznacza, że nie niszczy jedynie relacji z Bogiem, ale osłabia lub zrywa powiązania z Kościołem, rozumianym jako wspólnota osób. Dlatego też rozgrzeszenie odnosiło się do Boga, pokuta natomiast do człowieka i rozumiana była jako kara doczesna za popełnione w czasie przewinienia.

    W momencie nawrócenia, które najpełniej dokonuje się w sakramencie pojednania, grzesznik otrzymuje od Boga przez posługę kapłana odpuszczenie winy. Od tej chwili nie grozi mu już potępienie, chociaż nadal pozostaje mu do odpokutowania kara doczesna, czyli naprawienie zniszczonej przez niego harmonii z bliźnimi, oczyszczenie zatrutego duchowego środowiska jego życia. Nie wie jednak dokładnie, jak dotkliwie jego grzech zanieczyścił jego relacje, do jakiego stopnia zniszczył harmonię, co sprawia, że nie wie, jak wielka oczekuje go kara, co musi zrobić, aby wyrządzone zło naprawić. Tymczasem Kościół uczy, powołując się na całość nauki Jezusa Chrystusa, że kara doczesna, czyli owo zniszczenie czy naruszenie Bożego porządku miłości, może (musi) zostać odpokutowana, bądź za życia, bądź po śmierci, co oznacza, że Boży plan zostanie przywrócony.

    W trudnym i bolesnym procesie odpokutowania kar, naprawienia zerwanych więzi, wynikłych z naruszenia przykazań, Kościół solidaryzuje się z człowiekiem, zarówno z tym, który żyje, jak i z tym, który odszedł już z tego świata. Modlitwa Kościoła towarzyszy mu zawsze.

    Pokuta czyli pomoc dla grzesznika

    Wspólnota kościelna wychodzi mu naprzeciw w jego wysiłkach naprawienia szkody, przeproszenia Boga i ludzi, a także zagojenia rany, jaką zadał sam sobie. Kościół pomaga grzesznikowi pokutującemu lub cierpiącemu bóle czyśćcowe przede wszystkim poprzez modlitwę, jaką zanosi do Boga. Zostanie ona z pewnością wysłuchana, ponieważ odpowiada w pełni woli Bożej, pragnącej wiecznego szczęścia dla każdego człowieka, zarówno na ziemi, jak i w wieczności. Katechizm Kościoła Katolickiego uczy więc, że:

    Darowanie kary otrzymuje się za pośrednictwem Kościoła, który mocą udzielonej mu przez Chrystusa władzy związywania i rozwiązywania działa na rzecz chrześcijanina i otwiera mu skarbiec zasług Chrystusa i świętych, by otrzymać od Ojca miłosierdzia darowanie kar doczesnych, jakie należą się za grzechy. W ten sposób Kościół chce nie tylko przyjść z pomocą chrześcijaninowi, lecz także pobudzić go do czynów pobożności, pokuty i miłości (KKK 1478).

    Owocność modlitwy Kościoła zależy jednak od wewnętrznej dyspozycji grzesznika pragnącego się oczyścić i nawiązać w ten sposób zerwaną więź, wchodząc jednocześnie w głębszą i trwalszą jedność z Bogiem i z innymi, co w przypadku cierpiących męki czyśćcowe wydaje się oczywiste.

    Pokuta nigdy nie może być na siłę

    Pragnieniu modlącego się Kościoła musi odpowiadać pragnienie samego grzesznika. Jeżeli istotnie chce się oczyścić z negatywnych konsekwencji swojego dotychczasowego życia, musi podjąć różne rodzaje dobrych czynów. Zaliczają się doń na przykład określone modlitwy, pełnienie uczynków miłosiernych względem potrzebujących, nawiedzanie miejsc świętych czy szeroki wachlarz praktyk pokutnych. Wyszczególnione czyny mają charakter pokutny, jednak wsparte łaską Chrystusa, której udziela Kościół, skutecznie przywracają zerwane relacje, oczyszczają zepsute środowisko, naprawiają wyrządzone szkody.

    Dzieje się tak dlatego, ponieważ Bóg wszystkich pragnie obdarzyć swoją miłością, choć nikogo nie może do niej przymusić. Chętnie udziela swojej łaski, ale nigdy na siłę. Nie narzuca się, ale proponuje swoje błogosławieństwo. Udziela się przy tym w Kościele i poprzez Kościół, czyli poprzez wszystkie te dary łaski, które zostawił swojemu Kościołowi. Stąd Katechizm dopowiada, że:

    Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. Odpust jest cząstkowy albo zupełny zależnie od tego, czy od kary doczesnej należnej za grzechy uwalnia w części czy w całości”. Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych (KKK 1471).

    Tak więc Kościół – uczy tradycyjna, ale wciąż aktualna teologia – wspiera nieustannie swoją modlitwą wysiłki poszczególnego człowieka, starającego się na nowo służyć swemu Bogu i kochać bliźnich, jak siebie samego. Ofiaruje również swoje modlitwy za zmarłych, znoszących męki czyśćcowe, prosząc Pana, aby darował im ich kary i wprowadził do wspólnoty z sobą.

    Jak działają odpusty?

    Kościół udziela odpustów ze skarbca zasług Jezusa Chrystusa i świętych, tj. z łask, jakie Zbawiciel mu pozostawił i którymi pozwolił rozporządzać według uznania. Można zatem powiedzieć, że Jezus Chrystus, jako Zbawiciel, który poprzez swoje życie, mękę, śmierć i zmartwychwstanie dokonał naszego odkupienia, jest jednym wielkim Odpustem. Jest nieskończoną Radością, Wspólnotą człowieka z Bogiem w tajemnicy swojego Wcielenia, zadośćuczynieniem wszystkich kar, czym dzieli się, poprzez posługę Kościoła, z tymi, którzy tego pragną.

    Jezus pragnie, aby wszyscy żyli w tej samej przyjaźni z Bogiem i ludźmi, w jakiej żył On, służąc swojemu Ojcu i ludziom. Kościół, silny Jego mocą i życiem tak wielu świętych, którzy tworzą Kościół królujących w niebie, bierze niejako na siebie słabości grzesznika i podejmuje się zadania naprawienia wewnętrznych i zewnętrznych skutków grzesznych czynów swoich ziemskich członków. Czyni to poprzez rozdzielanie łask otrzymanych od Chrystusa.

    Następuje to przede wszystkim poprzez modlitwę, a ponieważ ten rodzaj modlitwy jest miły Bogu, pragnącemu zbawienia wszystkich ludzi, dlatego zostaje ona wysłuchana. To zatem, co wydawało się być trudne dla grzesznika, czyni w jego imieniu Kościół, jako wspólnota wierzących, prosząc zgodnie swego Pana czynami miłości, aby grzesznik nawrócił się i był na powrót żywym duchowo członkiem wspólnoty.

    Co jest ważne w modlitwie związanej z odpustami?

    Stąd tak ważna w odpuście jest jedność z Kościołem, która wyraża się na zewnątrz poprzez przyjęcie Komunii św. i modlitwę w intencjach Ojca Świętego. Komunia św. wyraża jedność duchową, z kolei modlitwa w intencjach papieża – modlitwa – jedność widzialną. Bez tej podwójnej jedności z Kościołem nie jest możliwe uzyskanie odpustu, naprawienie zerwanych więzi. Rozłam bowiem może zostać naprawiony wyłącznie poprzez silne więzy jedności.

    Papież Paweł VI w Konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina, w której przedstawił naukę o odpustach, zredukował dotychczasową liczbę odpustów oraz zrezygnował z istniejącego dotąd podziału odpustów na osobowe, rzeczowe i miejscowe. Podkreślił natomiast, że “odpustami są obdarzone czynności wiernych, chociażby łączyły się z jakąś rzeczą lub miejscem”.

    Kościół udziela odpustów ze skarbca zasług Jezusa Chrystusa i świętych, tj. z łask, jakie Zbawiciel mu pozostawił i którymi pozwolił rozporządzać według uznania. Można zatem powiedzieć, że Jezus Chrystus, jako Zbawiciel, który poprzez swoje życie, mękę, śmierć i zmartwychwstanie dokonał naszego odkupienia, jest jednym wielkim Odpustem. Jest nieskończoną Radością, Wspólnotą człowieka z Bogiem w tajemnicy swojego Wcielenia, zadośćuczynieniem wszystkich kar, czym dzieli się, poprzez posługę Kościoła, z tymi, którzy tego pragną.

    Jezus pragnie, aby wszyscy żyli w tej samej przyjaźni z Bogiem i ludźmi, w jakiej żył On, służąc swojemu Ojcu i ludziom. Kościół, silny Jego mocą i życiem tak wielu świętych, którzy tworzą Kościół królujących w niebie, bierze niejako na siebie słabości grzesznika i podejmuje się zadania naprawienia wewnętrznych i zewnętrznych skutków grzesznych czynów swoich ziemskich członków. Czyni to poprzez rozdzielanie łask otrzymanych od Chrystusa.

    Następuje to przede wszystkim poprzez modlitwę, a ponieważ ten rodzaj modlitwy jest miły Bogu, pragnącemu zbawienia wszystkich ludzi, dlatego zostaje ona wysłuchana. To zatem, co wydawało się być trudne dla grzesznika, czyni w jego imieniu Kościół, jako wspólnota wierzących, prosząc zgodnie swego Pana czynami miłości, aby grzesznik nawrócił się i był na powrót żywym duchowo członkiem wspólnoty.

    Konstytucja Pawła VI odchodziła od “wymierzania” darowanej kary doczesnej w jednostkach czasowych, co praktykowano dotychczas. Nie przeszkodziło to jednak stosowaniu dotychczasowej praktyki – nadal jeszcze spotkać można było książeczki do modlitwy, w których niemal każda modlitwa czy litania opatrzona była przypisem informującym, ile dni odpustu jest związanych z jej odmówieniem. Informację o 300 dniach wielu interpretowało zatem jako krótsze o trzysta dni przebywanie w czyśćcu. Rozumowanie to wiązało się z bardzo reistycznym (od łac. res – rzecz, przedmiot) pojmowaniem czyśćca, jako określonego “miejsca” w zaświatach, gdzie należało odpowiednio długo przebywać. Wszystko odczytywano więc w kluczu czasowo-przestrzennym, nie zaś, jak się powinno, duchowo-symbolicznym.

    Konstytucja Pawła VI mówi, że po spełnieniu określonego dobrego czynu, z którym Kościół wiąże określone łaski, wierny dostępuje odpuszczenia kary, czyli na tyle udoskonalił swoje odniesienie do Boga i bliźnich, na ile zasługuje wartość spełnionego przez niego dobrego czynu. Kościół wyraża tym samym nadzieję, że dobre czyny zmieniły również wnętrze człowieka, że praktykując je, nabrał pozytywnych przyzwyczajeń, czyli że stał się osobą bardziej cnotliwą. Jego modlitwa stała się w ten sposób bardziej bezinteresowna, wypływająca z miłości nieszukająca osobistych korzyści. Taka właśnie modlitwa, zanoszona w intencji zmarłych, jest miła Bogu i zostaje wysłuchana. Współgra ona z miłością, którą jest sam Bóg. W ten sposób odpust doskonali zarówno życie proszącego o niego, jak również udziela potrzebnych łask tej osobie, za którą zanoszone są modlitwy, a zatem korzyść jest obopólna.

    Rodzaje odpustów

    W teologii zwykło się mówić o dwóch rodzajach odpustów: odpuście cząstkowym i zupełnym. Jak wskazuje sama nazwa, odpust cząstkowy jest darowaniem tylko części kar doczesnych i, jak zostało już powiedziane, udzielany jest na mocy zasługującego czynu, który Kościół obdarza odpustem cząstkowym. W odróżnieniu od niego odpust zupełny uwalnia w całości od kary doczesnej należnej za grzechy. W celu uzyskania odpustu zupełnego należy, oprócz wykonania obdarzonej takim odpustem czynności, spełnić ponadto trzy dalsze warunki. Należą do nich: spowiedź sakramentalna, Komunia św., modlitwa w intencjach papieża oraz wykluczenie wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu.

    Jak już wspomnieliśmy, 29 czerwca 1968 roku Penitencjaria Apostolska ogłosiła dekretem Wykaz odpustów. Zamieściła w nim trzy ogólniejsze formy udzielania odpustów, gdzie mówi, że:

    udziela się odpustu cząstkowego wiernemu, który w wykonywaniu swoich obowiązków i znoszeniu przeciwności życiowych skierowuje swoją myśl z pokorną ufnością do Boga, dołączając – choćby tylko wewnętrznie – jakieś pobożne wezwanie.

    Nieco dalej dokument dodaje, że odpustem cząstkowym obdarowany zostaje także ten wierny, który, kierując się duchem wiary, zaofiaruje sam siebie lub przeznacza swoje dobra w duchu miłosierdzia na służbę braci znajdujących się w potrzebie.

    Odpustu cząstkowego dostąpi także ten wierny, który w duchu pokuty powstrzyma się dobrowolnie od rzeczy miłej i godziwej dla niego. Penitencjaria miała na myśli w pierwszym rzędzie przezwyciężenie pożądliwości, a także wszelkie inne możliwe formy przezwyciężania siebie, odnoszenia zwycięstwa nad własnym egoizmem, zerwania z wadami, unikania okazji do grzechu itd.

    Najważniejszy warunek odpustu

    Wszystko to wydaje się być nieodzownym warunkiem do upodobnienia się do ubogiego i cierpiącego Pana, stania się Jego przyjacielem. Najistotniejsza jednak jest w tym wszystkim, oczywiście, miłość. Jej brak zrodził grzech, zerwał przyjaźń z Bogiem, z Kościołem i bliźnimi, stąd jej obecność niszczy grzech i odradza przyjaźń.

    Miłość, która jest naturą Boga i najważniejszym przykazaniem chrześcijanina, jest więc najbardziej potrzebna w procesie nawrócenia, jest konieczna na drodze oczyszczenia. Człowiek ukarał siebie właśnie brakiem miłości, oczyści się więc tylko wtedy, kiedy stanie się jej wiernym sługą.

    Co należy zrobić, by uzyskać odpust?

    Wykaz odpustów zawiera również listę odpustów. Piętnaście z nich dotyczy praktyk pobożnych, których wierne spełnienie pozwala skorzystać z łaski odpustu zupełnego. Tyle samo jest czynności, które w pewnych, ściśle określonych okolicznościach, obdarowują odpustem. Natomiast czterdzieści innych praktyk Kościół obdarza odpustem cząstkowym. W rejestrze odpustów są również takie, które uzyskać można wyłącznie na rzecz zmarłych. Mówi Katechizm:

    Ponieważ wierni zmarli, poddani oczyszczeniu, także są członkami tej samej komunii świętych, możemy pomóc im, między innymi, uzyskując za nich odpusty, by zostali uwolnieni od kar doczesnych, na które zasłużyli swoimi grzechami (KKK 1479).

    Warunki odpustu za zmarłych

    Rejestr odpustów wylicza trzy odpusty zarezerwowane wyłącznie za zmarłych. Oto one:

    Wiernemu, który pobożnie nawiedzi cmentarz i pomodli się choćby tylko w myśli za zmarłych, udziela się odpustu: od dnia 1 do 8 listopada – zupełnego, a w pozostałe dni roku – cząstkowego.

    Odpustu cząstkowego udziela się również przez odmówienie modlitwy: Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju.

    Ponadto udziela się odpustu zupełnego wiernym, którzy w Dniu Zadusznym nawiedzą pobożnie kościół albo kaplicę publiczną, ewentualnie półpubliczną. W tym ostatnim przypadku odpust uzyskują jedynie ci, którzy prawnie korzystają z kaplicy. […] Wspomniany odpust będzie można uzyskać albo w dniu powyżej określonym, albo za zgodą ordynariusza – w niedzielę poprzedzającą lub następną, ewentualnie w uroczystość Wszystkich Świętych. […] Podczas pobożnego nawiedzenia kościoła należy […] odmówić Modlitwę Pańską i Symbol wiary.

    Wszystkie odpusty, powtórzmy jeszcze raz, czerpią swoją moc darowania kar z modlitwy Kościoła, “który względem swych członków ma władzę sprawowania pełnego rozgrzeszenia i może ją w szczególniejszy sposób skierować na rzecz konkretnego wiernego”.

    Odpust to nie magia

    Ten, kto zyskuje odpust, prosi zatem Boga w ufnym błaganiu (suffragium) w intencji zmarłego, dla którego wyprasza potrzebne łaski, a tym samym szybsze radowanie się chwałą nieba. Jego prośba nie działa jednak na Boga zniewalająco. Otrzymanie odpustu nie następuje mechanicznie. Zyskuje się go przede wszystkim poprzez otwartość i dyspozycyjność na Boże działanie, posłuszeństwo Jego woli, pełnienie Jego przykazań.

    Niczym deszcz Boża łaska spływa z nieba na wszystkich, stąd otrzymać ją może niemal każdy, pod warunkiem, że będzie jej pragnąć. Nie można więc nikogo przymusić do przyjęcia miłości Bożej, ale zarazem każdy, kto chce ją mieć, otrzymuje w obfitości. Samo zatem odmówienie przepisanej modlitwy czy też wykonanie określonego uczynku nie oznacza, że osoba otrzymuje w sposób automatyczny przypisany danej czynności odpust.

    Nade wszystko potrzeba postawy wiary i czynnej miłości. Każda miłość, także ludzka, dostępna jest tylko i wyłącznie poprzez wiarę. Nie inaczej jest z miłością Boga, która także daje się jedynie poprzez wiarę. W parze z wiarą i czynami miłości, z postawą głębokiego żalu i szczerej chęci poprawy idzie modlitwa. Wypraszając więc dla zmarłego odpust, człowiek wyprasza pośrednio dla siebie potrzebne łaski, z których niewątpliwie największa oznacza lepsze, doskonalsze życie duchowe.

    Co, gdy modlitwa za odpuszczenie grzechów “nie działa”?

    Żadna modlitwa zanoszona do Boga nie jest modlitwą zmarnowaną. Podobnie jest z odpustami, które ofiarowane są za zmarłych; jeżeli ktoś, za kogo ofiarowany jest odpust, raduje się już chwałą nieba i nie oczekuje na naszą modlitwę, nie zostaje ona bynajmniej “zmarnowana”. Jeżeli łaski tej nie potrzebuje osoba, za którą prosimy, Bóg przeznaczy ją innej, bardziej oczekującej na wsparcie z ziemi.

    Trzeba bowiem pamiętać, że przyszłe życie nie jest życiem w pojedynkę, ale jest wspólnotą osób wzajemnie sobie życzliwych, dobrych, oddanych w miłości i zatroskanych o wzajemne dobro. Nic więc z dobra, które czynię na ziemi z myślą o zmarłych, nie przepada. A wysłużony przeze mnie odpust udzielony zostaje temu, kto potrzebuje go najbardziej. On z kolei, w tajemnicy obcowania świętych, oręduje za mną i ze swej strony wyprasza potrzebne mi błogosławieństwo, pomocne do dobrego życia tutaj na ziemi i do szczęścia wiecznego po śmierci.

    Najlepsza modlitwa za zmarłych

    Na zakończenie należy przypomnieć, że Kościół od zawsze nauczał, że w naszej trosce o zmarłych najważniejsza jest Eucharystia. Posiada ona największą wartość oraz skuteczność w osobistym uświęceniu. Nie omieszkał zaznaczyć tego Paweł VI:

    Święta Matka Kościół, wyrażając jak największą troskę o zmarłych, znosząc jakikolwiek przywilej w tej materii, postanawia, że tymże zmarłym przychodzi się z pomocą w sposób najdoskonalszy przez każdą Ofiarę Mszy świętej.

    Odpusty nie przestają spełniać ważnej roli w życiu Kościoła i jego wiernych. Nadal mają określoną wartość, jednak najważniejsza jest Msza Święta, która gładzi grzechy i dokonuje uświęcenia żyjących na ziemi, a zmarłym przychodzi z pomocą. W Eucharystii najpełniej łączymy się z naszymi zmarłymi braćmi i siostrami, z całym wszechświatem, prosząc dla nich o łaskę bycia Bożym obrazem. W niej też łączymy się najbardziej z osobami, pośród których żyjemy, z którymi tworzymy wspólnotę opartą na szczerej i głębokiej miłości. Eucharystia oczyszcza i umacnia wszystkie nasze relacje, nadając sens ewentualnemu cierpieniu czy też zachęcając do cierpienia, jeżeli może z niego wyniknąć jakieś dobro. Jest przedsmakiem nieba, gdzie Bóg będzie “wszystkim we wszystkim”.

    Na ten aspekt Mszy Świętej zwraca uwagę Chiara Lubich, pisząc, że “Eucharystia zbawia nas i czyni nas Bogiem. My – umierając -przyczyniamy się wraz z Chrystusem do przemiany całej natury. Dlatego cała natura ukazuje się jako przedłużenie ciała Jezusa. Czyż Jezus, wcielając się, nie przyjął właśnie ludzkiej natury, łączącej w sobie cały świat stworzony?”.

    * * *

    (fragmenty z książki o. Kijasa pt. “Niebo, Czyściec, Piekło”

    o. Zdzisław Józef Kijas OFMConv/DEON.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak uzyskać odpust dla dusz czyśćcowych w dniach 1-8 listopada

    Według obowiązującego wykazu odpustów możemy ofiarować zmarłym cierpiącym w czyśćcu wyjątkowy dar w dniach 1-8 listopada.

    Dla uzyskania odpustów zupełnych – za nawiedzenie cmentarza w dniach 1-8 listopada (jeden każdego dnia) należy:

    • być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego;
    • być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym);
    • przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
    • nawiedzić cmentarz i tam pomodlić się za zmarłych dowolną modlitwą
    • odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)

    Odrębny odpust związany jest z dniem, kiedy wspominamy Wszystkich Wiernych Zmarłych – odpust za nawiedzenie świątyni – 2 listopada

    Dla jasności powtarzamy warunki zwykłe:

    • być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego
    • być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym)
    • przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
    • odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)

    Ponadto należy w Dzień Zaduszny:

    • nawiedzić kościół lub kaplicę, gdzie znajduje się Najświętszy Sakrament
    • odmówić: Wierzę w Boga… oraz Ojcze nasz…

    UWAGA! Błędem jest podawanie do wiadomości, że w dniach 1-8 listopada można zyskać odpusty zupełne za nawiedzenie cmentarza lub kościoła. Tak podana informacja sugeruje, że w całej oktawie Wszystkich Świętych moglibyśmy zyskiwać odpusty zupełne nie idąc na cmentarz lecz przychodząc tylko do kościoła. Taka możliwość istnieje tylko i wyłącznie w dniu 2 listopada.

    Odpust cząstkowy za zmarłych w każdym czasie można uzyskać za:
    – pobożne odmówienie Jutrzni lub Nieszporów z Oficjum za zmarłych
    – pobożne odmówienie wezwania: „Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju. Amen”
    – pobożne nawiedzenie cmentarza i modlitwę za zmarłych tam odmówioną (choćby w myśli)
    – tylko w Polsce: za odmówienie modlitwy: „Dobry Jezu, a nasz Panie, daj im wieczne spoczywanie.
    Światłość wieczna niech im świeci, gdzie królują wszyscy święci.
    Gdzie królują z Tobą, Panie, aż na wieki wieków. Amen”.

    Warunki zyskiwania odpustów cząstkowych:
    -być w stanie łaski uświęcającej
    -wykonywać owe pobożne czynności ze skruchą serca

    źródło:

    Wykaz odpustów. Normy i nadania, Wydanie wzorcowe według łacińskiego wydania z 2004 roku.
    tłumaczenie zostało przyjęte przez 321. Zebranie Plenarne Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie.

    mp/apdc.wspomozycielki.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak modlić się przy grobach? Wybierając się na cmentarz, warto znać te modlitwy

    fot. Scottiealan / Pixabay

    ***

    Koniec października i początek listopada to w Polsce tradycyjnie czas odwiedzania cmentarzy i modlitwy za bliskich zmarłych. Jaką modlitwę odmawiać stając przy grobach? Podpowiadamy kilka propozycji krótkich modlitw

    Wieczny odpoczynek

    Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie,
    a światłość wiekuista niechaj im świeci.
    Niech odpoczywają w pokoju.
    Amen.

    Akty strzeliste za zmarłych

    • Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła.
    • Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych
    • Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.

    Modlitwa za zmarłego o uwolnienie od grzechów i kar

    Panie, Boże Wszechmogący, ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę: wyzwól duszę Twego sługi (Twojej służebnicy) od wszystkich grzechów i kar za nie. Niech święci Aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją z ciemności do wiekuistego światła, z karania do wiecznych radości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Modlitwa za zmarłych za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego

    Panie Jezu, za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego, proszę Cię za tymi, którzy przekroczyli już bramę śmierci i oczekują twojego miłosierdzia w czyśćcu. Spraw, abym w Twoim domu spotkał się z moimi bliskimi i wszystkimi braćmi i siostrami, których powołałeś do życia wiecznego.
    Amen.

    Za zmarłych rodziców

    Boże, Tyś nam przykazał czcić ojca i matkę, zmiłuj się łaskawie nad duszami moich rodziców i odpuść im grzechy; pozwól mi oglądać ich w radości Twej wiekuistej światłości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Za wielu zmarłych

    Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła.
    Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych.
    Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.
    Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Modlitwa za poległych żołnierzy

    Panie, Boże Wszechmogący, polecam Twemu miłosierdziu dusze naszych poległych żołnierzy, którzy oddali swe życie w obronie drogiej Ojczyzny i przelali swoją krew w obronie nie tylko naszego kraju, ale i Wiary świętej. O Boże, niech to ich męczeństwo poniesione w obronie Wiary i Ojczyzny uwolni ich dusze z czyśćca i wyjedna wieczną nagrodę w niebie. Błagam Cię o to przez Mękę i Śmierć naszego Zbawiciela, przez Jego Najświętsze Serce, przez przyczynę i zasługi Jego Niepokalanej Matki oraz świętych Patronów i Patronek naszego Narodu. Amen.

    Za zmarłych, spoczywających na danym cmentarzu

    Boże, dzięki Twojemu miłosierdziu dusze wiernych odpoczywają w pokoju; udziel łaskawie odpuszczenia grzechów Twoim sługom i służebnicom, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, aby uwolnieni od wszystkich win cieszyli się z Tobą bez końca. Panie, przyjmij łaskawie modlitwę zaniesioną za dusze sług i służebnic Twoich, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, niech oswobodzeni z więzów śmierci otrzymają życie wieczne. Boże, Światłości dusz wiernych, wysłuchaj nasze prośby i daj miejsce w niebie, błogosławiony pokój oraz jasność Twojego światła sługom i służebnicom Twoim, których ciała tutaj spoczywają w Chrystusie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dusze czyśćcowe więcej wiedzą o nas i o tym, co się dzieje, niż myślimy

    Dusze czyśćcowe więcej wiedzą o nas i o tym, co się dzieje, niż myślimy. Wiedzą np., kto bierze udział w ich pogrzebie i czy idzie tylko dlatego, aby inni go widzieli. Wiedzą, kto wysłuchał za nich Mszy św., bo dla umarłych pobożne wysłuchanie Mszy św. ma większe znaczenie, aniżeli towarzyszenie zwłokom na cmentarz.

    Adobe Stock

    +++

    Wiedzą również dusze czyśćcowe, co się o nich mówi i co się dla nich robi. Są bliżej nas, niż myślimy: są całkiem blisko nas.

    +++

    +++

    Część wywiadu Marii Simmy z Nickym Eltzem:

    „Ile wiedzą na temat swoich rodzin?

    Powiedziałabym, że prawie wszystko. Widzą nas cały czas. Słyszą każde słowo, które wypowiadamy na ich temat, i wiedzą, czego doświadczamy. Ale nie znają naszych myśli. Widzą swoje własne pogrzeby i wiedzą, kto tam jest i kto się za nich modli, a kto przyszedł tylko po to, by inni widzieli.

    Czy dusze tam przebywające wiedzą, co będzie się działo na świecie?

    Tak, wiedzą o niektórych rzeczach, ale nie wszystko. Powiedziały mi, że jest jakieś wielkie wydarzenie mające niedługo nastąpić, tuż-tuż. Przez wiele lat mówiły, że jest „tuż za drzwiami”, ale od maja 1993 roku używały zwrotu „w progu”. Chodzi o nawrócenie ludzkości. A na mniejszą skalę mówiły mi o pewnych sprawach z niewielkim wyprzedzeniem. W lecie 1954 roku powiedziały mi o powodziach, które tak bardzo dały się we znaki w tej okolicy. Kiedyś też po zejściu lawiny dusze powiedziały mi, że są jeszcze żywi zakopani w śniegu, więc zespół ratowniczy kontynuował poszukiwania chwilę dłużej, niż nakazywała rutyna. W końcu zlokalizowano i uratowano ludzi dwa dni po tym, gdy poprosiłam, by zespół kontynuował poszukiwania.” Maria Simma podkreśliła, że słowa mogą zabijać i wyrządzać innym ogromną krzywdę. Z drugiej strony miłość bliźniego, najmniejsze akty dobroci okazywane różnym osobom przynoszą wiele zasług i stanowią pewną drogę do nieba. Pomagają nam w tym także cierpienia i modlitwy odprawiane w intencji dusz czyśćcowych, które później będą orędować za nami z nieba. (1850–1917) odznaczała się szczególnym umiłowaniem dusz wiernych zmarłych w czyśćcu. Niektóre widzenia, jakie miała, są dowodem na to, jak bardzo dusze pozostają wdzięczne i odwzajemniają się za doznaną pomoc. Po śmierci pewnego dostojnika, kiedy święta podeszła do ołtarza, żeby przyjąć Komunię świętą we własnej intencji, jego dusza stanęła przed nią i powiedziała: „Tę Najświętszą Komunię przyjmiesz za mnie”. Przez miesiąc docierała do jej uszu ta sama prośba, a po upływie tego czasu ujrzała duszę uśmiechniętą i usłyszała od niej: „Już wystarczy, dziękuję Ci; dotychczas to Ty mi pomagałaś, od teraz ja będę pomagał Tobie”.

    Święty Tomasz z Akwinu, potwierdzał, iż „modlitwa za zmarłych jest milsza Panu Bogu aniżeli ta za żyjących – ponieważ zmarli potrzebują jej, a nie mogą pomóc sami sobie, natomiast żywi mogą”. „Jest to wielka prawda, która powinna uwrażliwić nas i sprawić, iż będziemy hojnie pomagać niezliczonym duszom czyśćcowym, cierpiącym bez żadnej pociechy ponieważ są zapomniane lub nieznane nikomu – a przeto przez wszystkich opuszczone” – pisze Stefano Maria Manelli SI.

    Św. Katarzyna z Bolonii (Katarzyna de Vigri 1413–1463) wyjaśnia: „Często to, co przez świętych w niebie uzyskać nie mogłam, otrzymałam natychmiast, kiedy zwróciłam się do dusz w czyśćcu”.

    „Przyczyną tego – podaje bawarska mistyczka, siostra Anna Maria Lindmayr (1667–1726) – nie jest to, że nas dusze czyśćcowe wysłuchały, ale to, że Bóg nas wysłuchał ze względu na Jego Miłość do tych biednych dusz, które Bóg bardzo kocha. (…). Żaden okres mojego życia nie był dla mnie tak szczęśliwy i bardziej błogosławiony niż czas, który spędziłam z duszami i dla dusz czyśćcowych – dodaje Anna Maria Lindmayr. – Bóg wspaniałomyślnie nagradza miłość do dusz czyśćcowych i tą drogą najprędzej pomaga nam w cnotach i doskonałościach, ponieważ te dusze leżą Mu bardzo na sercu, dlatego że są najbiedniejsze i same już sobie pomóc nie mogą”.

    „To działa w obie strony – przekonuje siostra Anna Czajkowska ze Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych. – Na tym m.in. polega tajemnica obcowania świętych. Gdy zmarli w czyśćcu widzą naszą troskę o nich, niemożliwe, by nie odpowiedzieli modlitwą za nas. Te dusze dzięki naszemu wsparciu coraz bardziej stają się podobne do Boga, a Bóg obdarowuje. One więc coraz bardziej się za nas modlą”.

    „To samo obcowanie świętych sprawia jednak, iż dusze czyśćcowe z całą pewnością mogą wspierać nas, tak bardzo potrzebujących pomocy na tej ziemi rodzącej «cierń i oset» (Rdz 3,18), na tej ziemi pełnej pokus i niebezpieczeństw! – możemy przeczytać na portalu internetowym sióstr Franciszkanek Niepokalanej. – Dusze czyśćcowe dobrze znają nasze warunki życia i bez wątpienia pragną hojnie nam pomagać”.

    Przyczyniając się do zbawienia innych, przyczyniamy się do zbawienia samych siebie, o czym wyraźnie mówił św. Jan Maria Vianney: „Jeśli chcemy, bracia i siostry, zapewnić sobie niebo, to módlmy się bezustannie za duszami w czyśćcu cierpiącymi. Pewny to znak wybrania i potężny środek do zbawienia – modlitwa za zmarłych. Bracia i siostry, ileż lat wypadnie nam cierpieć w czyśćcu, którzyśmy tyle popełnili grzechów, i pod pozorem, żeśmy się wyspowiadali, nie czynimy pokuty. (…) Nasz czas na ziemi jest ograniczony, dlatego myślę, że warto skorzystać z tej szansy. To niezwykły dar od Pana Boga, za którym kryje się nagroda życia wiecznego w niebie”. Wielka miłość, jaką żywił do dusz czyśćcowych święty Proboszcz z Ars, kazała mu powiedzieć pewnego razu: „O, gdyby wiedziano, jak wielką moc posiadają te dusze nad Sercem Bożym i jakie łaski można za ich wstawiennictwem uzyskać, nie byłyby tak bardzo opuszczone. Kiedy uprosić chcemy u Boga prawdziwy żal za nasze grzechy, zwróćmy się do dusz czyśćcowych, które od tak wielu lat żałują za swe grzechy w płomieniach ognia czyśćcowego. Trzeba się dużo za nie modlić, aby i one modliły się dużo za nas”.

    fragment książki “Największe tajemnice czyśćca. Błogosławieństwo oczyszczającego ognia”
    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie jest ostatnim słowem

    Gumy do żucia w kształcie nagrobków, lizaki – trupie czaszki, baloniki z napisem R.I.P. Społeczeństwo chce zamienić śmierć w memy, oswoić ją, familiarnie poklepać po ramieniu. Bezskutecznie. Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: została pokonana.

    fot. JF Martin/Unsplash

    ***

    Niedzielny świt. Spaceruję ulicami Warszawy. Sklep z gadżetami na Halloween. Gumy do żucia w kształcie nagrobków, lizaki – szczerzące zęby trupie czaszki, krzyże, baloniki z napisami R.I.P. Śmierć na słodko, śmierć na słono. Tuż za rogiem pozostałość muru getta. ​Zderzenie światów, których nie da się pogodzić. Czekoladowe kościotrupy i dzieci-szkielety umierające z głodu na ulicy. Zabawa w śmierć i kurczowe trzymanie się życia. Baloniki i dramaty. Światy oddziela potężny mur. Ten z getta zburzono, ale mentalny, próbujący oswoić śmierć, pozostał.

    Będzie, będzie zabawa

    Czytam porażające wspomnienia z „Archiwum Ringelbluma”: „Mur. Granica getta. W murze na dole jest otwór odpływowy, przez który przejść może dziecko. W kącie przy murze stoi dwóch żołnierzy, a od strony żydowskiej z getta przychodzi matka z dzieckiem. To sześcioletnie dziecko jest żywicielem całej rodziny. Ten sześcioletni starzec przez ścieki, przez rynsztok szmugluje do getta żywność dla rodziny. I teraz też, zaopatrzony w pieniądze i worek, schyla się i zaczyna pełzać przez otwór. Przetknąwszy głowę, zaczyna się rozglądać i spotyka się wzrokiem z czatującymi żołnierzami. Dziecko szarpie się, rwie się z powrotem, ale tu stoi matka i pcha je za nogi tam, tam – po żywność”.

    Tuż obok zabawa w śmierć. Pokolenie, które świętuje huczniej Halloween niż Boże Narodzenie, nie potrafi stanąć oko w oko z cierpieniem. Bezskutecznie próbuje ośmieszyć śmierć, bezczelnie zajrzeć jej w oczy. A jednak na to słowo reaguje histerycznie. I pakuje ją albo w „Powrót żywych trupów”, albo w żenujące prowokacje halloweenowych smakołyków. Kultura śmierci nie mówi o śmierci, bo… panicznie się jej boi.

    Znam od podszewki środowisko nastolatków. Widzę, jak wielu z nich stara się „wywołać wilka z lasu”, spróbować poklepać śmierć po ramieniu, wyśmiać, wyszydzić, zamienić w memy. Bezskutecznie. W tym roku kilkanaście razy głosiłem słowo dla młodych i niemal po każdym spotkaniu zostawała choć jedna osoba, by opowiedzieć mi o próbach samobójczych i samookaleczeniach.

    Jej wysokość śmierć

    Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: śmierć została pokonana. Co wcale nie znaczy, że klepią ją po ramieniu i nie ocierają łez nad grobami bliskich. Gdzie tu Dobra Nowina? Jest nią przesłanie o Jezusie, który zburzył mur. Przeszedł ze śmierci do życia. Co więcej, podkreślił, że będzie to również naszym udziałem, bo jak pokornie zapowiadał, idzie „przygotować nam miejsce”. Bóg, który nakazuje Ezechielowi: „Prorokuj do suchych kości”, jest miłośnikiem życia.

    Wobec śmierci jesteśmy bezradni, nie ma co grać chojraka. Rozmawiałem na ten temat z siostrami klauzurowymi, które opowiadały o dziecięcej bezbronności wobec tego doświadczenia. W klasztorze w Świętej Annie, gdzie na ogromnym obrazie w tańcu śmierci wirują ludzie i szkielety, słyszałem od siostry Józefy, dominikanki, która wiele razy towarzyszyła odchodzącym mniszkom: „Wobec śmierci jesteśmy jak dzieci. Czułam się zawsze jak mały Dawid z procą przed potęgą Goliata. Bo umieranie to misterium. Jak narodziny. Kiedyś w umierającej siostrze, świętej siostrze, zobaczyłam małą dziewczynkę, która ma przeskoczyć kałużę, za którą stoi i wyciąga ręce stęskniony tata. A ona nad taflą wody waha się, boi się skoczyć. Trzeba stanąć przy niej, podać rękę i szepnąć: »Skacz! Nie bój się! Tata cię złapie!«. Podeszłam kiedyś do ciężko chorej siostry i spytałam: »Czemu jesteś taka smutna?«. »Bo czuję, że już blisko moja śmierć«. Zastanowiłam się i przyznałam: »Tak, to poważna sprawa«. I zaczęłam tworzyć opowieść: »Siostro, nie będziemy się bać. Na rękach, jak skarb zaniesiemy siostrę, aż do samych drzwi. A tam już wyciąga po siostrę dobre ręce sam Bóg, i Matka Boża, i siostry, i rodzina, i całe niebo świętych. Śmierć to takie drzwi, przez które idziemy w nowe życie«. Zobaczyłam, że ta mocno doświadczona życiem kobieta potrzebowała tej opowieści. Powiedziała mi to, co wcześniej chory tato: »Mów mi o Bogu i o mnie«”.

    To moja siostra

    „Umierać jeszcze nie chcę… Czy boję się śmierci? Trochę tak, bo to zawsze doświadczenie, którego nie znamy. Ale nie ma paniki. Liczę na Boże miłosierdzie” – opowiadał nam kilka miesięcy temu pokorny brat Józef Bałaban, który w krakowskim klasztorze franciszkanów sadził rośliny zwane łzami Matki Boskiej, a później własnoręcznie wyrabiał z nich różańce. „Ja nie jestem od gadania, ja jestem od roboty. Trzeba w życiu robić to, co mu dają do robienia. Nie narzekać i mieć dobrą intencję” – podsumował. Zmarł we wspomnienie św. Franciszka. Nie mógł sobie znaleźć lepszej daty na przejście. Nie można poklepać śmierci po ramieniu, ale można się z nią zaprzyjaźnić. „Pozdrowiona niech będzie siostra śmierć” – miał wołać św. Franciszek z Asyżu, pocieszając tym zasmuconych braci.

    Ksiądz Czesław Lewandowski, świadek ostatnich chwil brata Alberta Chmielowskiego, wspomniał: „Usiadł na tapczanie i z pogodnem obliczem i miłością patrzał na otaczające go dzieci duchowne, które wyrażały Swemu Ojcu swe uczucia, prosiły go pojedynczo to o modlitwę, to znowu o błogosławieństwo i inne usługi duchowne, a on mile spełniał ich życzenia i dawał ostatnie nauki. Scena ta zrobiła wielkie wrażenie na obecnych, rozległ się płacz i szlochanie. Nagle w jego oczach zabłysły dziwne jakieś ognie. Umierający starzec przemienia się jakoby w jakiegoś olbrzyma, a z ust jego, jak grom, zaczęły padać dziwnie mocne słowa, które do głębi duszami obecnych wstrząsnęły: »Co tu płakać? Z wolą Boską macie się zgadzać i za wszystko Bogu dziękować! Tak jest! Trzeba Bogu dziękować za chorobę i za śmierć, jak ją zsyła. Zmówić trzeba Magnificat!«. Ucichł płacz, a Brat Albert użył tytoniu, by pod dymem tej pospolitości ludzkiej ukryć zarazem, co heroicznego i nadzwyczajnego w nim zauważono”.

    „Święty Benedykt w czwartym punkcie swojej Reguły pisze, by »śmierć nadchodzącą mieć codziennie przed oczyma«. To zalecenie jest realizowane w naszym klasztorze bardzo dosłownie. Okna wielu cel wychodzą na mały cmentarz, niewidoczny dla obserwatorów z zewnątrz” – pisze trapista o. Michał Zioło w książce „Po co światu mnich?”. „Cmentarz jest wciąż taki sam, brat odstępuje mogiłę bratu, kości poprzednika składane są pod głową zmarłego i tak przez wieki. Nie ma tu marmurowych nagrobków, a jedynie małe tabliczki z imieniem. Jedna pod drugą, na pierwszy rzut oka przypominają wojskowe nieśmiertelniki. Rdza przechodzi z tabliczki na tabliczkę. Jak mawiał Rilke, »każdy ma własną śmierć«, choć oczywiście śmierć jako zjawisko jest dla każdego z nas zdziwieniem i przerażeniem, i tym wszystkim, o czym mówią filozofowie. Bracia jednak nie są filozofami… Gdy już wiadomo, że brat jest powołany lub zamierza odejść, to gromadzimy się wszyscy przy nim i odmawiamy Litanię do Wszystkich Świętych. Mnich jak każdy człowiek ma oczywiście takie pokusy, żeby sobie powiedzieć: »Jeszcze kawał życia przede mną, jeszcze zrobię to, tamto, zagłosuję, sprzeciwię się, zadecyduję, zapytam, dlaczego coś budują bez mojej zgody«, ale przychodzi moment, kiedy już wie, że to koniec. Nie, że koniec życia, ale że ma się zacząć coś nowego”.

    Nie ma paniki

    „Kiedy umrę, moje ciało najpierw będzie wystawione w kościele, potem przewiozą mnie na cmentarz, a jeśli jestem w zaawansowanym wieku, to wiem nawet, którzy bracia będą mnie nieśli” – wyjaśnia o. Michał. „Bez trumny, bez butów. Stopy jedynie w czarnych skarpetkach. Trumna w jakimś sensie zamyka człowieka, osłania go, oddziela, a mnisi traktują ciało jako ziarno, które wpadłszy w ziemię, ma obumrzeć i zakwitnąć nowym życiem. Poza tym mnich jest ubogi aż do końca, więc nie może pozwolić sobie na luksus, jakim jest trumna. Czy mnich boi się śmierci? Nie! Boi się, że nie podoła śmierci, że będzie panikował i okaże się człowiekiem małej wiary. A Pan Jezus przecież mówi: »Znacie drogę, teraz idźcie za Mną«. Mnichów śmierć raczej fascynuje, bo oni nie myślą o samym momencie przejścia, tylko o tym, co będzie, kiedy już zrobią ten jeden krok. Klasztorne okna częściowo wychodzą na cmentarz i to jest bardzo dobra perspektywa dla mnicha: patrzeć tam, gdzie się zacznie życie. Dlatego bracia ze spokojem czekają na śmierć”. •

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czyściec oczami świętych. Oto, jak tam jest

      
     Czyściec oczami świętych. Oto, jak tam jest

    Anioł uwalnia dusze w czyśćcu pędzla Ludovico Caracciego (ok. 1610) / fot. via: Wikipedia

    +++

    Czyściec jest oczyszczeniem naszej miłości, która ma być podobna do miłości Jezusa Chrystusa, jaśniejącej najpełniej w tajemnicy Jego Krzyża i Zmartwychwstania.

    Czyściec jest oczyszczeniem naszej miłości, która ma być podobna do miłości Jezusa Chrystusa, jaśniejącej najpełniej w tajemnicy Jego Krzyża i Zmartwychwstania. Podobnie jak złoto oczyszcza się w ogniu ze wszelkich obcych domieszek, tak miłość nasza oczyszcza się w ogniu cierpienia, prób i doświadczeń dawanych nam z miłującej ręki Boga.

    Miłość, jaką odznaczali się Święci była na wzór miłości Jezusowej, gdyż oni pragnęli i pozwolili, aby On już tu na ziemi oczyścił ich miłość. Doświadczenia wewnętrzne opisywane przez nich porównywane są często do cierpień czyśćcowych.

    Święci opisując cierpienia dusz w czyśćcu mówią, że ich intensywność nie ustępuje cierpieniom piekła, ale cierpienia te przeżywane są zupełnie inaczej. Dusza cierpi bardzo, ale cierpienie to nie jest cierpieniem beznadziejnym. Jest ono przeżywane w ogromnej radości i tęsknocie z powodu czekającego spotkania twarzą w twarz z miłującym Bogiem. Radość dusz czyśćcowych wynika także z ich pewności zbawienia i jest skutkiem ufnego powierzenia siebie Bogu. Dusza pragnie cierpieć, gdyż pragnie jak najszybciej być u Boga.

    Św. Katarzyna z Genui, której Bóg pozwolił już na ziemi doświadczyć cierpień czyśćca, pisze: “Z wyjątkiem świętych w niebie, nie przypuszczam, aby u kogokolwiek można spotkać zadowolenie równe temu, jakie odczuwa dusza w czyśćcu. Wzrasta ono z każdym dniem pod wpływem działania Bożego na duszę, a to działanie wzmaga się w miarę ustępowania jego przeszkody. Tą przeszkodą jest rdza grzechu. Płomień ją pożera, a równocześnie dusza coraz więcej wystawia się na działanie Boże”.

    Jako przykład obrazujący tę prawdę podaje ona zasłonięte lustro, które nie może odbijać promieni słonecznych. Nie dzieje się to z winy słońca, które świeci nieustannie, lecz z powodu zasłony, w którą spowite jest lustro. W miarę jednak jak zasłona znika lustro coraz intensywniej odbija promienie słoneczne. Św. Katarzyna pisze, że: “W podobny sposób dusza jest pokryta rdzą grzechu, którą stale spalają płomienie czyśćcowe. Im bardziej rdza ginie, tym doskonalej dusza odbija blask prawdziwego słońca, jakim jest Bóg”. Promienie słońca są więc obrazem promieni Bożej miłości w duszy człowieka, a także radości jaka udziela się duszy, która coraz bardziej zbliża się do Boga. Gdy oczekuje na pełne szczęście, żadne cierpienie nie jest dla niej za duże, ani zbyt ciężkie. Ona sama pragnie tego bolesnego oczyszczenia, bo wie, że jest to dla niej dar Bożego miłosierdzia – ostatnia szansa na niebo.

    Bóg jest przede wszystkim Miłością. Miłość jest Jego najważniejszym i najbardziej właściwym imieniem. Stworzył nas z miłości i przeznaczył do miłości. W serce każdego człowieka wszczepił poczucie miłości i sprawiedliwości. One to sprawiają, że człowiek sam sobie wymierza sprawiedliwość zgodnie ze słowami św. Jana od Krzyża – “pod wieczór życia będziemy sądzeni z miłości”. Bóg, który jako pierwszy inicjuje dialog miłości z każdym człowiekiem, czyni to nie tylko w czasie naszego ziemskiego pielgrzymowania, ale również w stanie oczyszczenia po śmierci. W tym trudnym i bolesnym stanie oczyszczania się człowieka wychodzi On na spotkanie w swojej miłosiernej miłości. Miłość ta jaśnieje w Krzyżu Jezusa i jawi się jako miłość wieczna, nieskończona, niewyczerpana, a zarazem bardzo czuła, wrażliwa i pełna tkliwości.

    Taka właśnie miłość oświetla życie człowieka, który przechodzi do wieczności, dając mu poznać jego braki, niedomagania, wszelkie plamy i całą rdzę grzechu pokrywającą życie. To właśnie dzięki przeżyciu Bożej bliskości człowiek może poznać stopień własnej nędzy i niedostatku, który każe mu jednocześnie wołać z głębi skruszonego serca: “Odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5,8).

    W tym przeżyciu własnej niedoskonałości i równocześnie ogromnym pragnieniu zbliżenia się do Boga człowiek otwiera się coraz bardziej na przyjęcie szczęścia Bożej miłości. Rodzi się w nim pragnienie odpowiedzi na tę miłość, która zapoczątkowuje proces oczyszczenia. Wszystko to jest dziełem Bożej miłości i ogromnej Jego łaski, która przenikając serce człowieka niejako od “wewnątrz” otwiera go na taką decyzję. Ta miłosierna miłość Boga przenikając człowieka, dosięga jego najgłębszych pokładów, dając mu nie tylko pragnienie, ale i moc uwolnienia się od własnego egoizmu, zafałszowania i chwiejności. Rodzi się wówczas ogromne pragnienie oddania się całkowitego Bogu, aby móc być przenikniętym całkowicie tą Jego uszczęśliwiającą miłością. Czyściec więc nie jest czymś biernym i statycznym. Dusza przeżywając go “płonie” pragnieniem oglądania Bożego oblicza i przebywania w Jego obecności.

    Św. Katarzyna z Genui, której Bóg w przeżyciu mistycznym dał poznać czym jest ten proces oczyszczenia, tak pisze: “…ze strony Boga, jak widzę, niebo nie ma zamkniętych bram, lecz kto chce tam wejść, wchodzi. Bóg bowiem jest pełen miłosierdzia, otwiera ku nam swe ramiona, aby przyjąć nas do swojej chwały. Istota Boża jest zarazem zupełnie czysta, nieskończenie bardziej, niż rozum to pojąć może; dusza więc, znajdując choćby najmniejszą odrobinę niedoskonałości, wolałaby raczej rzucić się do tysiąca piekieł, niż stanąć przed majestatem Boga z jakąś zmazą na sercu. Widząc zatem, że czyściec jest przeznaczony na to, by zetrzeć plamy duszy, dobrowolnie się do niego rzuca i znajduje tam wielkie miłosierdzie, uwalniające ją od owej przeszkody”.

    Z tych słów możemy wywnioskować, że z jednej strony grzech i nieczystość duszy sprawia, że człowiek czuje się “oddalony” od Boga, z drugiej zaś strony pragnie poddać się oczyszczającemu procesowi, aby “przybliżyć się” do Niego. Dusza pragnie oczyszczenia, gdyż pragnie ze wszystkich sił pełnej wspólnoty miłości z Bogiem. Św. Katarzyna tak o tym mówi: “Jeśliby dusza mająca na sobie choćby maleńką zmazę, miała zbliżyć się do Boga w widzeniu uszczęśliwiającym odczułaby to jako krzywdę dla siebie i mękę wielokroć straszniejszą od cierpień czyśćcowych. (…) Dusza nie czułaby się na swoim miejscu, widząc, że jeszcze nie dała Bogu pełnego zadośćuczynienia. Niechby nawet brakował jej moment tylko do odpokutowania, już odczułaby nieznośną udrękę, i dla oczyszczenia jej z tej drobnej zmazy wolałaby raczej iść na dno piekła – gdyby to od jej woli zależało – niż stanąć przed obliczem Bożym, nie będąc jeszcze zupełnie czysta”.

    W słowach tych widzimy związek cierpienia czyśćcowego z grzechem, którego dopuścił się człowiek w ciągu swojego ziemskiego życia. Grzech oddalił go od wspólnoty z Bogiem. Odtrącając Bożą miłość, postanawiając żyć na własną rękę i ustanawiając – prawa według własnego “widzimisię” człowiek zadał ranę sobie, ale zranił także Ojcowskie Serce Boga, który jak czuła matka nie może zapomnieć “o swym niemowlęciu” (Iż 49,15). W momencie poznania prawdy o własnym grzechu człowiek równocześnie dostrzega jak grzech zrujnował jego wewnętrzne życie, które domaga się odbudowy. Czyściec jest więc stanem oczyszczenia się z tego wszystkiego, co nadal jeszcze plami duszę człowieka i nie odbija w niej pełni Bożego światła.

    Św. Katarzyna opisując stan zachwytu duszy pięknem i miłością Boga jednocześnie ukazuje przeżycie cierpienia duszy z powodu własnej niedoskonałości. “Dusza w nadprzyrodzonym świetle widzi, jak Bóg ze swej wielkiej miłości i w nieustannej opatrzności nigdy nie przestaje jej i prowadzić ku całkowitej doskonałości, a czyni to ze szczerej miłości. Jednak nieodpokutowany grzech nie pozwala iść za przyciągającą siłą Boga, czyli za tym pojednawczym spojrzeniem, jaką Bóg ją darzy, by ją przyciągnąć ku sobie. Nadto dusza poznaje, co to za nieszczęście być pozbawionym bezpośredniego oglądania światła Bożego. Właśnie świadomość takiego położenia stwarza męki, jakie dusze cierpią w czyśćcu. Nie znaczy to, by dusze wielką wagę przywiązywały do cierpień, choćby i jeszcze raz tak straszne były. Natomiast uwaga ich głównie jest zwrócona na pewną sprzeczność, jaka zachodzi między nimi, a wolą Boga; widzą bowiem wyraźnie, jak On goreje dla nich czystą miłością, której przecież nie są godne. Dusza, gdy to rozważa gotowa by znaleźć czyściec jeszcze dotkliwszy i porwana siłą miłości ku Bogu, gotowa rzucić się weń, aby tym wcześniej uwolnić się od więzów, oddzielających ją od dobra najwyższego”.

    Kara za grzech jawi się tutaj nie jako coś bolesnego przychodzącego z zewnątrz, ale jako możliwość jakiej udziela miłosierny Bóg człowiekowi dla jego pełnego “uleczenia” i oczyszczenia z bolesnych skutków wywołanych grzechem. Czyściec jest więc ostateczną możliwością zbawienia przez zadośćcierpienie. Kara czyśćcowa jest leczniczym środkiem, który służy człowiekowi, pozwalając mu wejść w doskonałą wspólnotę z Bogiem i radować się przyjaźnią z bliźnimi. Wszelki zatem rodzaj kar czyśćcowych jest największym darem Boga, który nigdy nie rezygnuje z człowieka. Św. Katarzyna tak o tym pisze: “Dusze w zupełności zgadzają się  z wyrokami Boga, tak że wszystko chętnie przyjmują, co podoba się Bogu, który działa przecież z roztropnego upodobania swego, stąd nawet wśród wielkich swych cierpień niezdolne są myśleć o sobie. One nie widzą nic innego, jak tylko działanie dobroci Boga, który w swoim nieskończonym miłosierdziu wiedzie człowieka do siebie; one nie myślą ani o osobistych cierpieniach, ani o dobru, jakie by im przypaść mogło; gdyby im było dane nad tym rozmyślać, nie miałyby miłości doskonałej”.

    Mimo, iż udzielanie się Boga duszy w czyśćcu jest łaskawe i pełne dobroci, to jednak posiada ono charakter bolesnego doświadczenia. Im bowiem bardziej człowiek przybliża się do Boga, tym bardziej wzmaga się w nim poczucie niegodności i wstydu, a zarazem szczerej tęsknoty za posiadaniem Go jeszcze bardziej i pełniej. Dojrzewanie duszy do przeżycia Bożej miłości jest przede wszystkim bólem duchowym, którego źródłem jest oddalenie od Boga i jednoczesna chęć powrotu do przebywania w Jego bliskości. Czyściec gładzi więc kary, jakie pozostały człowiekowi po darowanych mu grzechach, których dopuścił się w trakcie swojego ziemskiego życia. Czyściec gładzi też grzechy lekkie. Dopiero więc w momencie zupełnego oczyszczenie się ze wszystkiego, co przeszkadza duszy oglądać Boże oblicze, co utrudnia jej odpowiedź miłością na Bożą miłość, zapoczątkowana zostaje wieczna radość.

    Św. Jan od Krzyża, opisując etapy oczyszczenia człowieka porównuje je do “wewnętrznych nocy”. Ostatni etap oczyszczenia na ziemi nazywa “nocą ducha” i porównuje go wprost do czyśćca: “Cierpienie to jest podobne do mąk czyśćcowych; bo jak tam oczyszczają się dusze, aby mogły ujrzeć Boga w jasnym widzeniu życia przyszłego, tak i tu na swój sposób oczyszczają się, aby się mogły przeobrazić w Niego przez miłość”. Oczyszczenie to, jak pisze Święty, przeżywa niewiele osób, a jedynie te, które Bóg chce już tu na ziemi podnieść do najwyższego stopnia zjednoczenia ze sobą.

    Pisząc o tym ogromnie bolesnym doświadczeniu życiowym ma trudność, aby wyrazić je słowami. Dlatego porównywanie do czyśćca przychodzi mu z pomocą. W księdze Żywy płomień miłości pisze: “niemożliwe jest, żeby oddać należycie to, co dusza cierpi w tym czasie. Jest to niewiele mniej niż czyściec”. Podobnie bowiem jak po przejściu do wieczności Bóg przenika duszę światłem i żarem swej miłości, tak i teraz dzięki światłu i płomieniowi Ducha Świętego, daje jej poznać i odczuć wszystkie słabości i nędze, których do tej pory ona nie widziała ani nie odczuwała. Dusza w tym stanie zderza się boleśnie ze swą naturalną nędzą. Światło Boże, które ją przenika jest dla jej nieczystego i słabego wzroku zupełną ciemnością. Zaś dla jej woli naturalnie twardej i oschłej w stosunku do Boga ten płomień miłości i czułości Bożej zadaje ogromne cierpienia i udrękę. W tym stanie dusza jednak poznaje jasno i wyraźnie swą naturalną nędzę, ubóstwo i zło oraz wszelkie niedoskonałości. Tego płomienia Bożej miłości obfitującego w niezmierne bogactwa, dobra i rozkosze duchowe, będzie ona mogła doświadczać i odczuć dopiero wtedy, gdy Bóg ją całkowicie oczyści i przemieni w siebie.

    Św. Ojciec Pio, znany stygmatyk dwudziestego wieku, na drodze swego zjednoczenia z Bogiem doświadczył i pozostawił na piśmie wiele wypowiedzi, mówiących o tym, jak Bóg oczyszcza dusze, które pragną Go posiąść w tym życiu. Przeżywając proces bolesnego oczyszczenia tak pisał do swego kierownika duchowego: “Stan mój jest ogromnie przykry, okropny wprost przerażający. Wszystko zarówno wokół mnie, jak i we mnie jest ciemnością: nieprzenikniony mrok w umyśle, utrapienia woli, udręczenia w sumieniu. W swoim wnętrzu odczuwam cierpienia i równocześnie utrapienie i niespokojne pragnienie miłości Bożej”.

    Wyznaje jednocześnie, że “aby dusza mogła wznieść się do kontemplacji Boga, musi najpierw być oczyszczona ze wszystkich niedoskonałości. Dotyczy to nie tylko pozbycia się aktualnych niedoskonałości – co dokonuje się przez zmysłowe oczyszczenie – ale także wyzwolenia się ze zwyczajnych niedoskonałości, którymi są pewne uczucia (przywiązania), zwykłe niedoskonałości. To oczyszczenie zmysłów nie zmierza ku temu, by je wykorzenić, gdyż one pozostają w duszy niczym korzeń w ziemi. To oczyszczenie dotyczy ducha i dokonuje się w ten sposób, że Bóg swoją najwyższą światłością przenika duszę w całości, przeszywa ją niejako dogłębnie i w całej pełni odnawia.

    To najwyższe światło, którym Bóg napełnia wspomniane dusze, zstępuje w nie w ten sposób, że wówczas one odczuwają ból. Dusze przeżywają wtedy uczucie opuszczenia, co z kolei powoduje wyjątkowe, krańcowe utrapienie aż po doświadczenie wewnętrznej agonii. Obecnie te dusze nie mogą w żaden sposób pojąć Boskiego oddziaływania tego najwyższego światła. Dzieje się tak z dwóch powodów: pierwszy z nich to samo światło, które z jednej strony jest tak wspaniałe i pełne subtelności, że przekracza faktyczne możliwości duszy. I dlatego raczej staje się powodem powstania ciemności i udręki niż samego światła. Drugi powód, dla którego dusza nie może pojąć tego Boskiego działania, to miernota i brak jej niewinności. I dlatego to najwyższe światło nie tylko, że napełnia ją ciemnością, ale przynosi ból i udrękę. I oto w miejsce pociechy dusza napełnia się cierpieniem przez nowe ciosy, które są odczuwalne we władzach zmysłowych i duchowych. Są to straszliwe i wprost przerażające cierpienia.

    To wszystko dzieje się już na samym początku, bo światło Boże zastaje dusze nieprzygotowane do zjednoczenia się z Panem. Z tego względu owe światło dokonuje dzieła oczyszczenia. Kiedy to działanie się kończy i dusze zostają oczyszczone, wówczas światło je opromienia i napełnia blaskiem kierując ku doskonałemu zjednoczeniu z Bogiem”.

    Święta Faustyna również bardzo plastycznie opisuje oczyszczenie duszy człowieka, którą Bóg wybiera i przygotowuje do doskonałego zjednoczenia ze sobą. Pisze ona, iż człowiek odczuwa wówczas bardzo głęboko, że nie miłuje Boga jak On tego żąda. W miejsce dawnej obecności Boga przychodzi oschłość, duchowa posucha; potęguje się tęsknota za Bogiem, a jednak jakby górę biorą wszystkie błędy, które uświadamiają człowiekowi własną nędzę. W całej duszy zapada ciemność i udręka.

    Doświadczenie to przypomina czyściec. Bóg przeprowadza człowieka przez takie wewnętrzne oczyszczenie całej jego zmysłowej i duchowej natury, żeby go doprowadzić do zjednoczenia ze sobą. I nie staje tu człowiek tylko wobec sądu, ale staje raczej wobec potęgi samej miłości, którą jest Bóg. Ogarnięty tą miłością może wołać:

    O płomieniu Ducha Świętego,

    który mnie oświecasz, abym mogła zobaczyć ciemność moją,

    który mnie dotykasz, abym mogła odczuć twardość moją,

    który mnie przenikasz, abym mogła doświadczyć całej nędzy mojej,

    oczyść mnie i wypal, abym mogła zjednoczyć się z Jezusem – JEDYNĄ MIŁOŚCIĄ moją.

    Amen.

    s. Anna Czajkowska, s. Irena Złotkowska. Jak pomagać duszom czyśćcowym ? Jałmużna

    Fronda.pl/więcej informacji: http://www.wspomozycielki.pl/

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC LISTOPAD 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się za wszystkich rodziców, którzy opłakują śmierć swojego syna lub córki, aby znaleźli wsparcie we wspólnocie oraz zaznali pokoju i pocieszenia Ducha Świętego.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *  Matko Boża I Matko nasza w tym listopadowym czasie polecamy Ci dusze w czyśćcu cierpiące. Spójrz swoim łaskawym okiem I wyjednaj im u Syna Swego a naszego Pana Jezusa Chrystusa wybawienie, aby oczyszczeni z wszelkiej zmazy grzechowej mogli cieszyć się już oglądaniem Bożego Oblicza uczestnicząc w nieskończonej szczęśliwości.

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 listopada modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 października z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć w Liturgii Mszy świętej

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski/Kai

    ***

    W roku liturgicznym niektóre święta i uroczystości mają stałe daty – tak jak Boże Narodzenie 25 grudnia. Są również święta i uroczystości, których daty przypadają w różnych dniach kolejnego roku – tak jak  Wielkanoc, czy Uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    Dla przypomnienia podaję listę świąt i uroczystości w 2024 roku:

    1 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (sobota) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    31 marca (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    12 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    19 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    30 maja (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (czwartek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (piątek) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (środa) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2024 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia we Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:

    2 lutego (piątek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (wtorek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    1 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    8 kwietnia (poniedziałek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    20 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (sobota) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    9 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (czwartek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika


    Adwent w 2024 roku rozpocznie się 1 grudnia.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bardzo niepokojące słowa, które warto nie tylko zapamietać, ale również rozważyć, Księdza Arcybiskupa Adriana Galbasa SAC, które wypowiedział do Polaków w Nowym Jorku:

    Zmorą naszych czasów jest obojętność i wzruszenie ramion wobec wartości

    ***

    Widzę fałsz w twierdzeniu, że można być jednocześnie wierzącym i niepraktykującym

    ***

    Sample

    fot. Karol Porwich/East News

    ***

    – W twierdzeniu, że można być jednocześnie wierzącym i niepraktykującym dostrzegam potężny fałsz. Bo trudno jednocześnie chcieć być blisko Chrystusa i unikać miejsc, gdzie On sam mówi, że jest: przede wszystkim unikać Eucharystii – powiedział abp Adrian Galbas w Nowym Jorku. Metropolita katowicki przewodniczył Mszy św. z okazji Dnia Dziedzictwa Polskiego. W homilii mówił o przekazywanych od pokoleń wartościach, wśród których pierwsze miejsce zajmuje wiara.

    – Miejcie swoją osobistą „listę dziedzictwa”, katalog wartości, które dla was są ważne, bo były ważne dla waszych przodków i chcecie „wejść w to”, przekazać je następnym pokoleniom, z nadzieją, że i dla nich będą ważne – zaapelował abp Adrian Galbas.

    Abp Galbas zwrócił uwagę, że otrzymane od poprzednich pokoleń dziedzictwo domaga się docenienia jego wartości oraz zaangażowania, by przekazać je przyszłym pokoleniom. Wskazał, że współcześnie jednym z największych problemów jest obojętność wobec wartości, “które dla poprzednich pokoleń były bezcenne i święte”.

    Ludzie obojętności

    – Obojętny człowiek nie twierdzi, że te wartości są złe, nie twierdzi jednak także, że są dobre. Może są, a może nie są. Może są takie, a może inne. To nieważne i nic mnie to nie obchodzi – mówił.

    Przywołując słowa Jana Pawła II o obronie “własnego Westerplatte” podkreślił różnicę pomiędzy postawami wobec dziedzictwa ludzi współczesnych oraz tych, którzy dorastali kilka dekad temu.

    – Pamiętam, jak myśmy – młodzi wtedy ludzie – słuchali tego z wypiekami na twarzy. To nas jakoś podniecało, zapalało, podnosiło na duchu. „Tak, chcę być obrońcą mojego Westerplatte, mówiliśmy. Chcę walczyć o to, co jest dla mnie ważne”. Dziś wielu powie: „nie muszę mieć żadnego Westerplatte. Ważne, bym był wyspany, najedzony i miał wifi” – zaznaczył.

    Odnosząc się do kontekstu kulturowego, w którym żyje Polonia w Nowym Jorku, wyraził uznanie dla wysiłków na rzecz pielęgnowania polskiego dziedzictwa w polonijnych szkołach, klubach, stowarzyszeniach i parafiach.

    – Żyjecie w wielokulturowym i wielomilionowym mieście. W tyglu tyglów, w Nowym Jorku. W tyglu można mieszać ze sobą różne potrawy, z każdej wziąć trochę, wszystko jakoś połączyć, potem dołożyć jednolitego sosu, który dodaje się do każdej pospolitej potrawy: do hamburgera i hot doga, by ostatecznie uzyskać taki sam smak. Tylko że potem nie wiadomo co się właściwie zjadło. Lepiej, jak jest inaczej: chętnie spróbuję tego, co gotują na innych ogniach, w innych piecach, co sprzedają na innych straganach. Jestem otwarty, ciekawy świata, ciekawy innych sposobów myślenia, działania i w ogóle życia, ale mam też coś własnego, co gotowała moja babcia i moja mama, coś co mnie karmi, czym chcę się karmić i czym chętnie poczęstuję także ciebie – stwierdził.

    W homilii apelował także, by Polacy dbali o własną tożsamość i nie bali wyróżniać się na tle innych. Odwołał się do Katedry Świętego Patryka na Manhattanie. – Wygląda jak z innej bajki i z innego świata, niedzisiejsza. Jedna inna wśród wielu innych. A jednak przez to, że jest jedna i inna, jest zauważalna i tak cenna. Po wizycie na Manhattanie możemy zapomnieć jak wygląda ten, czy tamten drapacz, ale nie zapomnimy tej katedry. Drapacze dosięgają chmur, katedra dosięga nieba – zaznaczył.

    Wiary nie można sprowadzić do religijnych zwyczajów

    Abp Galbas podkreślił, że jedną z najważniejszych wartości otrzymanych od poprzednich pokoleń jest wiara przekazywana przez Kościół. Nie należy jej jednak sprowadzać tylko do religijnych zwyczajów, które są ważne, jednak “mogą być puste jak wielkanocne wydmuszki”. Wiara jest decyzją, przemyślaną, rozeznaną i przemodloną. Jest też pragnieniem pójścia za Chrystusem.

    – Nie za kimkolwiek, nie za modą, opiniami opinii publicznej, nie za większością, nie za kalkulacjami na chwilę, ale właśnie za Chrystusem – mówił. Zauważył, że udział w praktykach religijnych weryfikuje wiarę, ale może być pusty, jeśli praktykującemu brakuje spójności życia. Wskazał też na niebezpieczeństwo zwalniania się z praktyk.

    Nie można być wierzącym i niepraktykującym

    – W twierdzeniu, że można być jednocześnie wierzącym i niepraktykującym dostrzegam potężny fałsz. Bo trudno jednocześnie chcieć być blisko Chrystusa i unikać miejsc, gdzie On sam mówi, że jest: przede wszystkim unikać Eucharystii – zaznaczył.

    Przywołując prośbę Jakuba i Jana z niedzielnej Ewangelii stwierdził, że Apostołowie wyrazili w ten sposób pragnienie życia w bliskości Chrystusa. – Pozostali się oburzają, ale to jest szczere, proste i piękne. Czy to jest też nasze pragnienie? Moje? Być jak najbliżej Chrystusa, być coraz bliżej Niego, jak śpiewamy w popularnej pieśni kościelnej: „Być bliżej Ciebie chcę”. Macie takie pragnienie? Mamy je? – pytał.

    Kończąc zachęcał do wytrwania w wierze. – Słowo „trwać” zawsze się kojarzy z czymś co trudne. Trwać, czyli nie zmieniać niczego, gdy jest ciężko, nie wycofywać się. Być jak ten obrońca Westerplatte. Trwajmy mocno, niezależnie od tego, czy mieszkamy w Nowym Jorku, czy w Nowym Targu, z tej czy z tamtej strony Atlantyku. (…) Wejdźmy do wnętrza swojej wiary, tylko wtedy przekażemy ją następnym pokoleniom.

    Deon.pl/Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dotychczasowy metropolita katowicki Ksiądz Arcybiskup Adrian Józef Galbas SAC został mianowany arcybiskupem metropolitą warszawskim. Decyzję Ojca Świętego ogłosiła 4 listopada w południe Nuncjatura Apostolska w Polsce.

    W czwartek 26 października abp Adrian Galbas przewodniczył Mszy św. przy gorbie św. Jana Pawła II.

    fot. ks Leszek Gęsiak/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – październik 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO,

    MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    ***

    Jak prawidłowo odmawiać Różaniec?

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Dilexit nos” – czwarta encyklika papieża Franciszka do świata, który zagubił serce

    Nieskończony majestat Najświętszego Serca Jezusa

    autor: Plinio Corrêa de Oliveira

    ***

    W czwartek 24 października została opublikowana czwarta encyklika papieża Franciszka. Nosi ona tytuł „Dilexit nos” (On nas umiłował), a poświęcona jest kultowi Najświętszego Serca Jezusowego. Zbiera ona dotychczasowe nauczanie Kościoła na ten temat. Ogłaszana jest z okazji 350. rocznicy pierwszych objawień Serca Jezusa z 1673 roku.

    Jest to czwarta encyklika obecnego papieża: po „Lumen fidei” (2013), „Laudato si’” (2015) oraz „Fratelli tutti” (2020). Prezentacji dokonają abp Bruno Forte, włoski teolog i metropolita Chieti-Vasto oraz przełożona generalna Uczennic Ewangelii, siostra Antonella Fraccaro.

    Ogłoszenie nowego dokumentu zbiega się z dramatycznymi wydarzeniami dla ludzkości: dramatem wojen, brakiem równowagi społecznej i gospodarczej, niepohamowanym konsumpcjonizmem, nowymi technologiami, które mogą wypaczać istotę człowieczeństwa. Poprzez swą encyklikę papież prosi o zmianę spojrzenia, perspektywy, celów i odzyskanie tego, co najważniejsze i niezbędne: serca.

    Franciszek zapowiedział wydanie encykliki podczas audiencji ogólnej na Placu św. Piotra w Watykanie 5 czerwca (miesiąc tradycyjnie poświęcony Najświętszemu Sercu Jezusa), dzieląc się swoim pragnieniem, aby tekst mógł skłonić ludzi do medytacji nad aspektami „miłości Pana, które mogą oświetlić drogę odnowy kościelnej; ale także, aby mógł powiedzieć coś znaczącego światu, który wydaje się tracić serce”. Papież wyjaśnił również, że dokument zgromadzi „cenne refleksje poprzednich tekstów magistralnych i długą historię, która sięga Pisma Świętego, aby dziś ponownie zaproponować całemu Kościołowi ten kult nacechowany duchowym pięknem”.

    Encyklika ukazuje się w czasie trwających od 27 grudnia 2023 do 27 czerwca 2025 roku obchodów 350. rocznicy pierwszego objawienia Najświętszego Serca Jezusowego świętej Małgorzacie Marii Alacoque (1647-1690). Trzy i pół stulecia temu, 27 grudnia 1673 roku Jezus ukazał się 26-letniej francuskiej siostrze z zakonu wizytek, aby powierzyć jej misję rozpowszechnienia w świecie Jego miłości do ludzi, szczególnie zaś do grzeszników. Objawienia w klasztorze w Paray-le-Monial, w Burgundii, trwały 17 lat. Serce Jezusa ukazywało się na tronie z płomieni, otoczonym cierniową koroną, symbolem ran zadanych przez grzechy ludzi. Chrystus poprosił s. Małgorzatę, aby w piątek po uroczystości Bożego Ciała stał się świętem Najświętszego Serca Jezusowego. Nie było to łatwe zadanie dla zakonnicy, która spotkała się z niezrozumieniem ze strony swoich współsióstr i przełożonych. Nie zniechęciła się jednak i całe życie poświęciła temu, aby świat poznał miłość Chrystusa.

    Kult Najświętszego Serca zrodził się u progu epoki Oświecenia. Patrolog, o. Enrico Cattaneo napisał na łamach „La Civiltà Cattolica”, że duchowość ta „stała się zaporą przeciw powszechnej mentalności racjonalistycznej, która podsycała kulturę ateistyczną i antyklerykalną”. Wokół tego nabożeństwa wybuchła gorąca dyskusja, nawet w samym Kościele. Dopiero w 1856 roku papież Pius IX postanowił, że święto Najświętszego Serca Jezusowego będzie obchodzone w całym Kościele. W XIX wieku kult ten rozprzestrzeniał się wraz z aktami poświęca Sercu Jezusowemu, powstawaniem zgromadzeń męskich i żeńskich, instytucji uniwersyteckich, oratoriów, kaplic.

    W 1956 roku Pius XII wydał encyklikę „Haurietis aquas”. Ukazała się ona w czasie, gdy ta pobożność przeżywała kryzys. Papież chciał ją ożywić i zaprosić Kościół do lepszego zrozumienia i wdrożenia różnych form pobożności, „maksymalnie użytecznych” dla potrzeb Kościoła, ale także jako „sztandaru zbawienia” dla współczesnego świata.

    W 50. rocznicę tamtej encykliki Benedykt XVI napisał list, w którym podkreślił, że „tajemnica miłości Boga do nas nie stanowi jedynie treści kultu i nabożeństwa do Serca Jezusowego, ale jest także treścią wszelkiej prawdziwej duchowości i pobożności chrześcijańskiej. Należy zatem podkreślić, że podstawy tego nabożeństwa są tak stare, jak samo chrześcijaństwo”.

    Papież Franciszek niejeden raz ukazywał swój związek z kultem Najświętszego Serca, łącząc je z misją kapłanów. W 2016 roku, zamykając Jubileusz Kapłanów w czasie Roku Miłosierdzia w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego, prosił w homilii księży przybyłych do Rzymu z całego świata, aby skierowali swoje serca, jak Dobry Pasterz, ku zagubionej owcy, ku tym, którzy są bardziej oddaleni, przenosząc epicentrum swego serca na zewnątrz siebie. A w wygłoszonej w czasie Jubileuszu, medytacji nt. miłosierdzia, papież zalecił biskupom i księżom ponowne przeczytanie encykliki „Haurietis acquas”, gdyż „serce Chrystusa jest ośrodkiem miłosierdzia”.

    Vatican News/e-KAI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wyzwanie dla Francji:

    co zrobiłaś z Sercem Jezusa?

    Wyzwanie dla Francji: co zrobiłaś z Sercem Jezusa?

    Sanktuarium Najświętszego Serca Pana Jezusa w Paray-le-Monial (© Sanctuaire du Sacré-Cœur)

    ***

    W świecie, w którym jest tak wiele bólu i cierpienia ludzie potrzebują pocieszenia, muszą znaleźć ukojenie w Sercu Jezusa – mówi rektor sanktuarium w Paray-le-Monial, gdzie przed 350 laty Pan Jezus objawił św. Małgorzacie Marii Alacoque swe Serce. Rozmawiając z Radiem Watykańskim, ks. Etienne Kern potwierdza, że Nabożeństwo do Najświętszego Serca ma właśnie taki kojący i odradzający efekt.

    –Ludzie, którzy przybywają do Paray-le-Monial, aby odpocząć na Sercu Jezusa, doświadczają łagodności Boga, Jego nieskończonej delikatności, a jednocześnie Jego odradzającej mocy, pocieszania i przemiany – mówi ks. Kern, komentując ogłoszoną przedwczoraj encyklikę Dilexit nos.

    Dokumentem tym Papież potwierdził, że objawienia, które otrzymała św. Małgorzata Maria, są dziś jeszcze bardziej aktualne niż przed 350 laty. Niewdzięczność i obojętność względem „Serca, które tak bardzo umiłowało”, jest dziś bowiem jeszcze większe niż w XVII-wiecznej Francji. A zarazem znów są obecne wypaczone wizje Boga. Ludzie nie pojmują, jak wielka i czuła jest miłość Jezusa względem nich.

    Szansa na pojednanie w Kościele

    Zdaniem rektora głównego sanktuarium Najświętszego Serca Pana Jezusa, Encyklika Dilexit nos jest też reakcją na cierpienia wewnątrz Kościoła, szansą na pojednanie dla tych, którzy są zdezorientowani nauczaniem Papieża Franciszka. W tym tekście Ojciec Święty powraca bowiem do tego, co najistotniejsze. I to właśnie pozwala pogodzić wszystkie wrażliwości obecne w Kościele. W tej kwestii wszyscy jesteśmy jednomyślni, mamy jedno serce i jedną duszę – mówi ks. Kern, dodając, w tym dokumencie Franciszek zostawia nam syntezę swego pontyfikatu. Jakby chciał nam pokazać, co ma po nim pozostać.

    Wyzwanie dla Francji: co zrobiłaś z Sercem Jezusa?

    Rektor francuskiego sanktuarium przyznaje, że choć wiedział o pracy nad dokumentem o Sercu Jezusa, to nie spodziewał się tekstu tak bogatego pod względem doktrynalnym i tak mocno zakorzenionego w Tradycji Kościoła i historii duchowości. W sposób szczególny zaskoczyły go liczne odwołania do autorów francuskich.

    W tym sensie encyklika ta stanowi wyzwanie dla Francji, pytanie pod jej adresem: co uczyniła z Sercem Pana Jezusa, skoro to nabożeństwo zostało w sposób szczególne powierzone temu narodowi. Jest to skarb, którego potrzebuje dzisiaj Kościół. Jezus przyszedł ogień rzucić na ziemię – przypomina francuski kapłan – a ten ogień płonie właśnie w Jego Sercu. O tym jest ten dokument.

    Krzysztof Bronk i Marie Duhamel/VaticanNews/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kościelne święta nakazane 2024

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski

    ***

    Kodeks Prawa Kanonicznego zobowiązuje katolików do uczestnictwa w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych w niedzielę oraz święta nakazane. Czym są święta nakazane? W jakie dni wypadają one w 2024 roku?

    Część świąt i uroczystości kościelnych ma stała daty. Co roku Boże Narodzenie obchodzimy 25 grudnia. Daty części świąt i uroczystości są ruchome – tak w przypadku m.in. Wielkanocy, czy Uroczystości Zesłania Ducha Świętego. Poniżej lista, w której wypisane są kościelne święta nakazane 2024 roku.

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć we Mszy św.

    1 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (sobota) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    31 marca (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    12 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    19 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    30 maja (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (czwartek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (piątek) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (środa) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta kościelne w 2024 roku

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Dobrze jest jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii.

    2 lutego (piątek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (wtorek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    1 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    8 kwietnia (poniedziałek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    20 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (sobota) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    9 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (czwartek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent w 2024 roku rozpocznie się 1 grudnia.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MSZA ŚWIĘTA W UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH BĘDZIE O GODZ. 20.00 W SALI PARAFIALNEJ PRZY KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, GLASGOW, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O co chodzi w kulcie świętych?

    “Wszyscy Święci” Fra Angelico, XV w./wikimedia commons

    ***

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak modlić się przy grobach? Wybierając się na cmentarz, warto znać te modlitwy

    fot. Scottiealan / Pixabay

    ***

    Koniec października i początek listopada to w Polsce tradycyjnie czas odwiedzania cmentarzy i modlitwy za bliskich zmarłych. Jaką modlitwę odmawiać stając przy grobach? Podpowiadamy kilka propozycji krótkich modlitw

    Wieczny odpoczynek

    Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie,
    a światłość wiekuista niechaj im świeci.
    Niech odpoczywają w pokoju.
    Amen.

    Akty strzeliste za zmarłych

    • Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła.
    • Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych
    • Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.

    Modlitwa za zmarłego o uwolnienie od grzechów i kar

    Panie, Boże Wszechmogący, ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę: wyzwól duszę Twego sługi (Twojej służebnicy) od wszystkich grzechów i kar za nie. Niech święci Aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją z ciemności do wiekuistego światła, z karania do wiecznych radości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Modlitwa za zmarłych za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego

    Panie Jezu, za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego, proszę Cię za tymi, którzy przekroczyli już bramę śmierci i oczekują twojego miłosierdzia w czyśćcu. Spraw, abym w Twoim domu spotkał się z moimi bliskimi i wszystkimi braćmi i siostrami, których powołałeś do życia wiecznego.
    Amen.

    Za zmarłych rodziców

    Boże, Tyś nam przykazał czcić ojca i matkę, zmiłuj się łaskawie nad duszami moich rodziców i odpuść im grzechy; pozwól mi oglądać ich w radości Twej wiekuistej światłości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Za wielu zmarłych

    Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła.
    Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych.
    Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.
    Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Modlitwa za poległych żołnierzy

    Panie, Boże Wszechmogący, polecam Twemu miłosierdziu dusze naszych poległych żołnierzy, którzy oddali swe życie w obronie drogiej Ojczyzny i przelali swoją krew w obronie nie tylko naszego kraju, ale i Wiary świętej. O Boże, niech to ich męczeństwo poniesione w obronie Wiary i Ojczyzny uwolni ich dusze z czyśćca i wyjedna wieczną nagrodę w niebie. Błagam Cię o to przez Mękę i Śmierć naszego Zbawiciela, przez Jego Najświętsze Serce, przez przyczynę i zasługi Jego Niepokalanej Matki oraz świętych Patronów i Patronek naszego Narodu. Amen.

    Za zmarłych, spoczywających na danym cmentarzu

    Boże, dzięki Twojemu miłosierdziu dusze wiernych odpoczywają w pokoju; udziel łaskawie odpuszczenia grzechów Twoim sługom i służebnicom, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, aby uwolnieni od wszystkich win cieszyli się z Tobą bez końca. Panie, przyjmij łaskawie modlitwę zaniesioną za dusze sług i służebnic Twoich, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, niech oswobodzeni z więzów śmierci otrzymają życie wieczne. Boże, Światłości dusz wiernych, wysłuchaj nasze prośby i daj miejsce w niebie, błogosławiony pokój oraz jasność Twojego światła sługom i służebnicom Twoim, których ciała tutaj spoczywają w Chrystusie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie jest ostatnim słowem

    Gumy do żucia w kształcie nagrobków, lizaki – trupie czaszki, baloniki z napisem R.I.P. Społeczeństwo chce zamienić śmierć w memy, oswoić ją, familiarnie poklepać po ramieniu. Bezskutecznie. Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: została pokonana.

    fot. JF Martin/Unsplash

    ***

    Niedzielny świt. Spaceruję ulicami Warszawy. Sklep z gadżetami na Halloween. Gumy do żucia w kształcie nagrobków, lizaki – szczerzące zęby trupie czaszki, krzyże, baloniki z napisami R.I.P. Śmierć na słodko, śmierć na słono. Tuż za rogiem pozostałość muru getta. ​Zderzenie światów, których nie da się pogodzić. Czekoladowe kościotrupy i dzieci-szkielety umierające z głodu na ulicy. Zabawa w śmierć i kurczowe trzymanie się życia. Baloniki i dramaty. Światy oddziela potężny mur. Ten z getta zburzono, ale mentalny, próbujący oswoić śmierć, pozostał.

    Będzie, będzie zabawa

    Czytam porażające wspomnienia z „Archiwum Ringelbluma”: „Mur. Granica getta. W murze na dole jest otwór odpływowy, przez który przejść może dziecko. W kącie przy murze stoi dwóch żołnierzy, a od strony żydowskiej z getta przychodzi matka z dzieckiem. To sześcioletnie dziecko jest żywicielem całej rodziny. Ten sześcioletni starzec przez ścieki, przez rynsztok szmugluje do getta żywność dla rodziny. I teraz też, zaopatrzony w pieniądze i worek, schyla się i zaczyna pełzać przez otwór. Przetknąwszy głowę, zaczyna się rozglądać i spotyka się wzrokiem z czatującymi żołnierzami. Dziecko szarpie się, rwie się z powrotem, ale tu stoi matka i pcha je za nogi tam, tam – po żywność”.

    Tuż obok zabawa w śmierć. Pokolenie, które świętuje huczniej Halloween niż Boże Narodzenie, nie potrafi stanąć oko w oko z cierpieniem. Bezskutecznie próbuje ośmieszyć śmierć, bezczelnie zajrzeć jej w oczy. A jednak na to słowo reaguje histerycznie. I pakuje ją albo w „Powrót żywych trupów”, albo w żenujące prowokacje halloweenowych smakołyków. Kultura śmierci nie mówi o śmierci, bo… panicznie się jej boi.

    Znam od podszewki środowisko nastolatków. Widzę, jak wielu z nich stara się „wywołać wilka z lasu”, spróbować poklepać śmierć po ramieniu, wyśmiać, wyszydzić, zamienić w memy. Bezskutecznie. W tym roku kilkanaście razy głosiłem słowo dla młodych i niemal po każdym spotkaniu zostawała choć jedna osoba, by opowiedzieć mi o próbach samobójczych i samookaleczeniach.

    Jej wysokość śmierć

    Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: śmierć została pokonana. Co wcale nie znaczy, że klepią ją po ramieniu i nie ocierają łez nad grobami bliskich. Gdzie tu Dobra Nowina? Jest nią przesłanie o Jezusie, który zburzył mur. Przeszedł ze śmierci do życia. Co więcej, podkreślił, że będzie to również naszym udziałem, bo jak pokornie zapowiadał, idzie „przygotować nam miejsce”. Bóg, który nakazuje Ezechielowi: „Prorokuj do suchych kości”, jest miłośnikiem życia.

    Wobec śmierci jesteśmy bezradni, nie ma co grać chojraka. Rozmawiałem na ten temat z siostrami klauzurowymi, które opowiadały o dziecięcej bezbronności wobec tego doświadczenia. W klasztorze w Świętej Annie, gdzie na ogromnym obrazie w tańcu śmierci wirują ludzie i szkielety, słyszałem od siostry Józefy, dominikanki, która wiele razy towarzyszyła odchodzącym mniszkom: „Wobec śmierci jesteśmy jak dzieci. Czułam się zawsze jak mały Dawid z procą przed potęgą Goliata. Bo umieranie to misterium. Jak narodziny. Kiedyś w umierającej siostrze, świętej siostrze, zobaczyłam małą dziewczynkę, która ma przeskoczyć kałużę, za którą stoi i wyciąga ręce stęskniony tata. A ona nad taflą wody waha się, boi się skoczyć. Trzeba stanąć przy niej, podać rękę i szepnąć: »Skacz! Nie bój się! Tata cię złapie!«. Podeszłam kiedyś do ciężko chorej siostry i spytałam: »Czemu jesteś taka smutna?«. »Bo czuję, że już blisko moja śmierć«. Zastanowiłam się i przyznałam: »Tak, to poważna sprawa«. I zaczęłam tworzyć opowieść: »Siostro, nie będziemy się bać. Na rękach, jak skarb zaniesiemy siostrę, aż do samych drzwi. A tam już wyciąga po siostrę dobre ręce sam Bóg, i Matka Boża, i siostry, i rodzina, i całe niebo świętych. Śmierć to takie drzwi, przez które idziemy w nowe życie«. Zobaczyłam, że ta mocno doświadczona życiem kobieta potrzebowała tej opowieści. Powiedziała mi to, co wcześniej chory tato: »Mów mi o Bogu i o mnie«”.

    To moja siostra

    „Umierać jeszcze nie chcę… Czy boję się śmierci? Trochę tak, bo to zawsze doświadczenie, którego nie znamy. Ale nie ma paniki. Liczę na Boże miłosierdzie” – opowiadał nam kilka miesięcy temu pokorny brat Józef Bałaban, który w krakowskim klasztorze franciszkanów sadził rośliny zwane łzami Matki Boskiej, a później własnoręcznie wyrabiał z nich różańce. „Ja nie jestem od gadania, ja jestem od roboty. Trzeba w życiu robić to, co mu dają do robienia. Nie narzekać i mieć dobrą intencję” – podsumował. Zmarł we wspomnienie św. Franciszka. Nie mógł sobie znaleźć lepszej daty na przejście. Nie można poklepać śmierci po ramieniu, ale można się z nią zaprzyjaźnić. „Pozdrowiona niech będzie siostra śmierć” – miał wołać św. Franciszek z Asyżu, pocieszając tym zasmuconych braci.

    Ksiądz Czesław Lewandowski, świadek ostatnich chwil brata Alberta Chmielowskiego, wspomniał: „Usiadł na tapczanie i z pogodnem obliczem i miłością patrzał na otaczające go dzieci duchowne, które wyrażały Swemu Ojcu swe uczucia, prosiły go pojedynczo to o modlitwę, to znowu o błogosławieństwo i inne usługi duchowne, a on mile spełniał ich życzenia i dawał ostatnie nauki. Scena ta zrobiła wielkie wrażenie na obecnych, rozległ się płacz i szlochanie. Nagle w jego oczach zabłysły dziwne jakieś ognie. Umierający starzec przemienia się jakoby w jakiegoś olbrzyma, a z ust jego, jak grom, zaczęły padać dziwnie mocne słowa, które do głębi duszami obecnych wstrząsnęły: »Co tu płakać? Z wolą Boską macie się zgadzać i za wszystko Bogu dziękować! Tak jest! Trzeba Bogu dziękować za chorobę i za śmierć, jak ją zsyła. Zmówić trzeba Magnificat!«. Ucichł płacz, a Brat Albert użył tytoniu, by pod dymem tej pospolitości ludzkiej ukryć zarazem, co heroicznego i nadzwyczajnego w nim zauważono”.

    „Święty Benedykt w czwartym punkcie swojej Reguły pisze, by »śmierć nadchodzącą mieć codziennie przed oczyma«. To zalecenie jest realizowane w naszym klasztorze bardzo dosłownie. Okna wielu cel wychodzą na mały cmentarz, niewidoczny dla obserwatorów z zewnątrz” – pisze trapista o. Michał Zioło w książce „Po co światu mnich?”. „Cmentarz jest wciąż taki sam, brat odstępuje mogiłę bratu, kości poprzednika składane są pod głową zmarłego i tak przez wieki. Nie ma tu marmurowych nagrobków, a jedynie małe tabliczki z imieniem. Jedna pod drugą, na pierwszy rzut oka przypominają wojskowe nieśmiertelniki. Rdza przechodzi z tabliczki na tabliczkę. Jak mawiał Rilke, »każdy ma własną śmierć«, choć oczywiście śmierć jako zjawisko jest dla każdego z nas zdziwieniem i przerażeniem, i tym wszystkim, o czym mówią filozofowie. Bracia jednak nie są filozofami… Gdy już wiadomo, że brat jest powołany lub zamierza odejść, to gromadzimy się wszyscy przy nim i odmawiamy Litanię do Wszystkich Świętych. Mnich jak każdy człowiek ma oczywiście takie pokusy, żeby sobie powiedzieć: »Jeszcze kawał życia przede mną, jeszcze zrobię to, tamto, zagłosuję, sprzeciwię się, zadecyduję, zapytam, dlaczego coś budują bez mojej zgody«, ale przychodzi moment, kiedy już wie, że to koniec. Nie, że koniec życia, ale że ma się zacząć coś nowego”.

    Nie ma paniki

    „Kiedy umrę, moje ciało najpierw będzie wystawione w kościele, potem przewiozą mnie na cmentarz, a jeśli jestem w zaawansowanym wieku, to wiem nawet, którzy bracia będą mnie nieśli” – wyjaśnia o. Michał. „Bez trumny, bez butów. Stopy jedynie w czarnych skarpetkach. Trumna w jakimś sensie zamyka człowieka, osłania go, oddziela, a mnisi traktują ciało jako ziarno, które wpadłszy w ziemię, ma obumrzeć i zakwitnąć nowym życiem. Poza tym mnich jest ubogi aż do końca, więc nie może pozwolić sobie na luksus, jakim jest trumna. Czy mnich boi się śmierci? Nie! Boi się, że nie podoła śmierci, że będzie panikował i okaże się człowiekiem małej wiary. A Pan Jezus przecież mówi: »Znacie drogę, teraz idźcie za Mną«. Mnichów śmierć raczej fascynuje, bo oni nie myślą o samym momencie przejścia, tylko o tym, co będzie, kiedy już zrobią ten jeden krok. Klasztorne okna częściowo wychodzą na cmentarz i to jest bardzo dobra perspektywa dla mnicha: patrzeć tam, gdzie się zacznie życie. Dlatego bracia ze spokojem czekają na śmierć”. •

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W nocy z soboty na niedzielę 26/27 października będzie zmiana czasu z letniego na zimowy (z godz. 03.00 na godz. 02.00).

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Rodzinny dom Karola Wojtyły w Wadowicach z widokiem na słoneczny zegar na ścianie parafialnego kościoła, kościoła mojego chrztu świętego, jak sam wspominał: “Przy tej chrzcielnicy zostałem przyjęty do łaski Bożego synostwa i wiary Odkupiciela mojego, do wspólnoty Jego Kościoła w dniu 20 czerwca 1920 roku. Chrzcielnicę tę już raz uroczyście ucałowałem w roku tysiąclecia chrztu Polski jako ówczesny arcybiskup krakowski. Potem uczyniłem to po raz drugi (…), na 50. rocznicę mojego chrztu, jako kardynał, a dzisiaj po raz trzeci ucałowałem tę chrzcielnicę, przybywając z Rzymu jako następca św. Piotra” (Wadowice, 7 czerwca 1979). “To tu, w Wadowicach, wszystko się zaczęło. I życie się zaczęło, i szkoła się zaczęła, i studia się zaczęły, i teatr się zaczął, i kapłaństwo się zaczęło(Wadowice, 16 czerwca 1999).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. PCh24.pl

    ***

    „To są moi bracia i to są moje siostry”

    Te słowa wypowiedział podniesionym głosem św. Jan Paweł II w obronie nienarodzonych dzieci w trakcie IV pielgrzymki do Ojczyzny na podkieleckim lotnisku 2 czerwca 1991 roku. Podczas swojej homilii bardzo mocno, momentami niezwykle emocjonalnie stawał w obronie najbardziej bezbronnych istot ludzkich zagrożonych aborcyjnym prawem, obowiązującym wówczas w naszej Ojczyźnie. Niespełna 20 miesięcy po wizycie św. Jana Pawła II w Polsce zmieniono obowiązujące dotąd skrajnie proaborcyjne komunistyczne prawo zastępując je tzw. „kompromisem” aborcyjnym.

    Trzeba również przypomnieć mocne słowa, które św. Jan Paweł II powiedział w Kaliszu, 4 czerwca 1997 r. w homilii na Placu św. Józefa, w której uczestniczyło około 200 kardynałów, biskupów i kapłanów, i około 200 tys. wiernych:

    “Naród, który zabija swoje dzieci, jest narodem bez przyszłości”.

    Ojciec św. mówił wtedy o rodzinie, obronie życia oraz zagrożeniach stojących przed ludzkością.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W Glasgow 24 października w czwartkowy wieczór odbędzie się procesja z pochodniami, aby przypomnieć i obudzić sumienia z powodu haniebnej ustawy uchwalonej 57 lat temu o zabijaniu najbardziej bezbronnych dzieci w miejscu, które powinno być najbardziej bezpieczne – w łonie matki.

    ***

    Dołączmy się do Society for the Protection of Unborn Children w Glasgow w czwartek 24 października na doroczny pochód z pochodniami, aby błagać Boga o zmiłowanie i nawrócenie ludzkich sumień w 57. rocznicę uchwalenia ustawy o aborcji z 1967 r., która doprowadziła do utraty ponad 10 milionów istnień ludzkich w Wielkiej Brytanii. Jest to bardzo ważne wydarzenie, podczas którego będziemy modlić się o zakończenie aborcji.

    __________________________________

    Czwartek 24 października – Glasgow

    18:30 – Różaniec na George Square

    19:00 – Rozpoczęcie procesji do Katedry św. Andrzeja

    19:30 – Msza Święta w Katedrze św. Andrzeja

    __________________________________________

    image.png

    ***

    Bardzo zachęcam do włączenia się w tę doroczną procesję z pochodniami, aby modlić się razem na różańcu i uczestniczyć we Mszy św. w intencji nienarodzonych dzieci organizowanej przez SPUC.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Belgia: premier potępia słowa papieża

    EPA/ETTORE FERRARI

    ***

    Wizyta Ojca Świętego i jego słowa potępiające aborcję wzbudzały surowe potępienie belgijskiego świata polityki. W czwartek, 3 października w parlamencie w Brukseli premier Alexander De Croo określił komentarze papieża Franciszka na temat aborcji jako „niedopuszczalne” i ogłosił, że zaprosił nuncjusza apostolskiego, arcybiskupa Franco Coppolę, na spotkanie.

    W czwartkowe popołudnie w parlamencie, podczas tradycyjnej sesji pytań do rządu, kilka posłanek powróciło do wypowiedzi Franciszka wygłoszonych na belgijskiej ziemi i w samolocie, w drodze powrotnej do Rzymu. Przy tej okazji parlamentarzyści zapytali premiera Alexandra De Croo o odpowiedzialność rządu za te „problematyczne” wypowiedzi papieża. Z silną dezaprobatą ze strony parlamentarzystów i szefa władzy wykonawczej spotkała się również zaimprowizowana modlitwa Ojca Świętego przy grobie króla Baudouina w krypcie królewskiej.

    Jako pierwsza na podium stanęła Sarah Schlitz, posłanka Ecolo. Zaczęła od potępienia „podwójnej agendy” papieża podczas tej wizyty, a także jego wypowiedzi na temat kobiet i aborcji. Skupiła się w szczególności na dokonanym przez papieża porównaniu lekarzy aborcyjnych do zabójców na zlecenie, co  było „całkowicie niestosowną prowokacją w Międzynarodowym Dniu Praw Aborcyjnych”.

    Oskarżając papieża o „podwójną agendę”, Sarah Schlitz skrytykowała go za celowe poruszenie tego tematu w Belgii w czasie, gdy trwa dyskusja na temat przedłużenia ustawowego terminu dopuszczalności aborcji do 18 tygodnia ciąży: „Zdecydował się ingerować w krajową debatę, która jest intensywnie dyskutowana w parlamencie federalnym. To całkowicie niedopuszczalne!”. Wreszcie, liderka grupy ekologiczno-zielonej w Izbie potępiła przemówienie Papieża na Katolickim Uniwersytecie w Louvain.

    Katja Gabriëls, posłanka Open Vld, również zabrała głos, aby wyrazić swoje oburzenie, potępiając to, co uznała za brak szacunku papieża dla demokracji, zawodu lekarza i „wolności kobiet do dokonywania własnych wyborów”. Liberałka Charlotte Deborsu (MR), najmłodsza członkini zgromadzenia, zgodziła się: „Z pewnością nie miałabym prawa do aborcji, gdyby papież był naszym premierem, ale na szczęście tak nie jest”. Następnie poprosiła Alexandra De Croo, aby ją uspokoił: „Czy może mi Pan potwierdzić, że rozdział między państwem a Kościołem pozostaje fundamentalny, niezależnie od religii?”.

    Najbardziej zjadliwe słowa padły z ust posłanki socjalistycznej Caroline Désir: „Panie premierze, przyjął pan przywódcę religijnego, który wykorzystał swoją wizytę do wylania swoich najbardziej wstecznych i patriarchalnych poglądów na temat kobiet”. Była minister edukacji zakończyła swoje przemówienie pytając rząd: „Czy poprosiliście swojego ministra spraw zagranicznych o wezwanie nuncjusza apostolskiego do potępienia uwag wygłoszonych przez głowę Kościoła?”.

    Następnie głos zabrał premier, który od samego początku zapewniał, że w programie „nie przewidziano wizyty w krypcie w Laeken – To sam papież nalegał na tę wizytę w ostatniej chwili, aby mógł oddać cześć przy grobie króla Baudouina. Później zostałem poinformowany, że ta wizyta miała miejsce”. Wizyta, ta według Alexandra De Croo miała być  „czysto prywatna”; „ale odnotowuję fakt, że po tej wizycie pojawiły się jednak oficjalne komunikaty z Watykanu. Była to zatem wizyta wyraźnie mniej prywatna niż oczekiwano…”.

     „Papież wygłosił pewne stwierdzenia, które są nie do przyjęcia” – ubolewał premier. „Czasy, kiedy Kościół dyktował prawo w naszym kraju, na szczęście już dawno minęły” – dodał. Zapowiedział, iż „zaprosił nuncjusza apostolskiego na spotkanie”. Alexander De Croo zapewnił, że jego przesłanie do arcybiskupa Franco Coppoli będzie bardzo jasne: „To, co się stało, jest nie do przyjęcia”.

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie ma przesady w słowach papieża.

    O co to larum?

    fot. Casa Rosada,Wikipedia / Łukasz Rajchert

    ***

    Co papież Argentyńczyk chce powiedzieć w sercu Europy przez słowa “Kobieta jest płodnym przyjęciem, troską, życiodajnym poświęceniem”?

    Pod koniec września bieżącego roku papież Franciszek udał się z krótką wizytą do Luksemburga i Belgii. Media obiegły ostre słowa premiera Alexandra de Croo i króla Filipa I piętnujące zbrodnie seksualne w kościele belgijskim i opieszałą reakcję kościelnych instytucji na płacz skrzywdzonych. Papież w odpowiedzi zmienił treść swojego wystąpienia i po raz kolejny wyraził głęboki żal z powodu cierpienia niewinnych. Następnego dnia pojawił się niespodziewanie na wydarzeniu pod nazwą Hope Happening, gdzie spotkał się ze studentami Uniwersytetu Katolickiego w Louvain-la-Neuve. 

    Wcześniej tego dnia wysłuchał wystąpienia rektora Luc Sels (Katholieke Universiteit Leuven), który zapytał, czy Kościół, w którym kobiety mogą zostać księżmi, nie byłby bardziej przyjazny. Wspomniane spotkanie z młodzieżą rozpoczęło się również od gorącego apelu uczestników dotyczącego kapłaństwa kobiet. 

    Larum!!! Bo dyskryminacja…

    I wtedy przemówił papież. I podniosło się larum, bo okazało się, że póki mówił o nadziei jako odpowiedzialności ludzi wiary i programie ekologicznym Kościoła, można było go słuchać, ale kiedy w centrum swojego rozważania umieścił kobietę i wskazał na jej macierzyńską rolę w świecie, dostał przydomek konserwatysty

    W nocie prasowej władz uniwersytetu, opublikowanej tuż po przemówieniu, pojawiły się też słowa o stanowczym przeciwstawianiu się seksizmowi i seksualnej przemocy oraz zaapelowano do Kościoła o niedyskryminowanie kobiet. Tyle o larum. A teraz do faktów.

    Co tak naprawdę powiedział papież?

    Przytoczę trzy akapity przemówienia w całości, bez żadnych skrótów

    • Myślenie o ludzkiej ekologii prowadzi nas do poruszenia kwestii, która leży wam na sercu, a tym bardziej mnie i moim poprzednikom: roli kobiet w Kościele. Podoba mi się to, co powiedziałaś. Ciężarem są tutaj przemoc i niesprawiedliwość, a także uprzedzenia ideologiczne. Dlatego musimy na nowo odkryć punkt wyjścia: kim jest kobieta i kim jest Kościół. Kościół jest kobietą, [w języku włoskim „Kościół’ jest rodzaju żeńskiego] – „la Chiesa”, jest oblubienicą. Kościół jest Ludem Bożym, a nie koncernem międzynarodowym. Kobieta w Ludzie Bożym jest córką, siostrą, matką. Tak jak ja jestem synem, bratem, ojcem. Są to relacje, wyrażające nasze bycie na obraz Boga, mężczyzną i kobietą, razem, a nie osobno! Kobiety i mężczyźni są bowiem osobami, a nie jednostkami; są powołani od „początku”, aby kochać i być kochanymi. Jest to powołanie, które jest misją. I stąd wynika ich rola w społeczeństwie i Kościele (por. św. Jan Paweł II, List apost. Mulieris Dignitatem, 1).
    • To, co jest charakterystyczne dla kobiet, to, co jest kobiece, nie jest sankcjonowane przez konsensus czy ideologie. A godność jest zapewniona przez pierwotne prawo, niezapisane na papierze, lecz wypisane w ciele. Godność jest bezcennym dobrem, cechą oryginalną, której żadne ludzkie prawo nie może dać ani odebrać. Wychodząc z tej godności, wspólnej i dzielonej z innymi, kultura chrześcijańska wypracowuje zawsze na nowo, w różnych kontekstach, misję i życie mężczyzny i kobiety, oraz ich wzajemne bycie dla drugiego, w komunii. Nie jedno przeciw drugiemu, co byłoby feminizmem lub maskulinizmem, i nie w przeciwstawnych roszczeniach, mężczyzna dla kobiety i kobieta dla mężczyzny, razem.
    • Przypomnijmy, że kobieta znajduje się w sercu zbawczego wydarzenia. To wraz z „tak” Maryi sam Bóg przychodzi na świat. Kobieta jest płodnym przyjęciem, troską, życiodajnym poświęceniem. Dlatego kobieta jest ważniejsza od mężczyzny, ale jest źle, gdy kobieta chce być mężczyzną: nie, ona jest kobietą, i jest to „ciężkie”, jest to ważne. Otwórzmy oczy na wiele codziennych przykładów miłości, od przyjaźni do pracy, od studiów do odpowiedzialności społecznej i kościelnej, od małżeństwa do macierzyństwa, do dziewictwa dla Królestwa Bożego i dla służby.Nie zapominajmy, powtarzam: Kościół jest kobietą, nie jest mężczyzną, jest kobietą.

    „Kobieta znajduje się w sercu zbawczego wydarzenia”

    Być może powinnam w tym momencie wrócić do rozważań antropologicznych Jana Pawła II i do wizji komplementarności płci, podkreślanej przez Benedykta XVI. Zamiast tego chciałabym jednak zaprosić Czytelników do zupełnie innego eksperymentu myślowego. Do posłuchania tego papieża. Danego nam w konkretnym momencie historii. 

    Kiedy z jednej strony ze wstydu chowamy twarze, upokorzeni kłamstwem i niewyobrażalną krzywdą niewinnych, a z drugiej jesteśmy stale konfrontowani z ideologią podważającą biologiczne różnice płciowe, papież Franciszek podobnie jak Jan Paweł II, odsyła nas do początku, ale nie Księgi Rodzaju, tylko Ewangelii. Jedno zdanie z tego fragmentu wypowiedzi wydaje mi się być szczególnie ważne: „kobieta znajduje się w sercu zbawczego wydarzenia”. 

    Gdy na Ziemię przychodzi Bóg, milkną męskie głosy. Ton zbawieniu nadają kobiety. Czy nam się to podoba czy nie, początek Ewangelii, początek historii odkupienia dzieje się w kobiecie i poprzez kobiety. I nie ma tu przesady. Milczący Józef i milczący Zachariasz, a obok mówiąca Miriam i mówiąca Elżbieta. Co chce powiedzieć nam papież? Że Kościół ma słuchać kobiet? Że instytucja ma szansę się zmienić, kiedy zamilkną mężczyźni? Niekoniecznie. Papież pokazuje kobietom i całemu Kościołowi coś innego – nie system się liczy, ale jednostkowa odpowiedź dana Zbawicielowi i, że od samego początku w tej odpowiedzi lepsze były kobiety. 

    Papież wygłosił to przemówienie w przededniu beatyfikacji Anny od Jezusa OCD. W niedzielę wyniósł na ołtarze karmelitankę, która w ślad za swoją przyjaciółką Teresą Wielką, zmieniła system karmelitańskich klasztorów i to w dużo bardziej zmaskulinizowanym świecie. Czym zmieniła? Bezkompromisowym opowiedzeniem się za prawdą i pójściem za nią do końca. I to jest droga ratunku, jaką wskazuje papież. Nadeszły czasy, w których – jak przewidział Karl Rahner SJ „pobożny człowiek jutra będzie mistykiem, kimś, kto czegoś doświadczył, albo go już nie będzie”. Bezkompromisowość, całkowite zawierzenie Słowu i DOŚWIADCZENIE Boga czynią ze mnie – kobiety wzór do naśladowania dla wierzących.

    „Płodne przyjęcie, troska i życiodajne poświęcenie”

    Na koniec jeszcze krótko o najbardziej krytykowanym fragmencie przemówienia papieża – o tym, że zostałyśmy jako kobiety określone jako „płodne przyjęcie, troska i życiodajne poświęcenie”. Przypomnę, że jest to część wypowiedzi Franciszka o kobiecości, którą uznaje za nadrzędną w historii zbawienia. Słowa te niosą w sobie ogromny ciężar znaczeniowy. Ale nie dlatego, że mają – jak chce uniwersytet w Louvain-la-Neuve seksistowski i poniżający charakter, ale dlatego, że wskazują drogę ratunku dla współczesnego świata i Kościoła. 

    Dlaczego papież uwypukla akurat płodność, a nie mądrość, intuicję, czy wykształcenie kobiety? 

    Może chodzi o płodność jako “niesienie owoców”, zapisane w ewangeliach zadanie “przynoszenia plonu obfitego”, “mnożenia talentów”. A może chodzi o fakt…

    Może chodzi o fakt, że choć mężczyzna uczestniczy przy poczęciu nowego życia, jego ostateczny kształt nadaje kobieta? Kobieta w swoim ciele stwarza, karmi i chroni życie, a po porodzie nadaje mu kształt psychiczny. I w tym wszystkim jest w sposób absolutnie unikatowy podobna do Boga – Stwórcy. Tylko kobieta dzieli doświadczenie Boga w tym aspekcie. Tylko jej powierzono tak głębokie spotkanie z tajemnicą stworzenia człowieka. Płodność, troska i poświęcenie stanowią bramę do poznania i doświadczenia istotowości Boga i to właśnie w tym najgłębszym, ekskluzywnie kobiecym poznaniu Odwiecznej Miłości papież upatruje ratunek dla człowieka i Kościoła. Z jakiegoś powodu całe to doświadczenie zostało zakryte przed mężczyzną… 

    Nie sądzę ponadto, żeby Franciszek miał tu na myśli tylko macierzyństwo fizyczne. Śmiem twierdzić, że odwołuje się do obecnej w historii Kościoła myśli o macierzyństwie duchowym, o płodności serca, które potrafi przyjąć człowieka i w trosce i poświęceniu stworzyć go na nowo. W sercu Europy, papież Argentyńczyk mówi nam, że odpowiedź na noc Kościoła, zamęt ideologiczny i katastrofę ekologiczną znajdziemy naśladując serce kobiety, które potrafiło dzięki tajemnicy płodności zrozumieć zamysł Boga – przyjąć Zbawiciela, przejść z Nim drogę krzyża i uwierzyć w Zmartwychwstanie. Nie ma przesady w słowach papieża – Kościół jest kobietą.

    Anna Hazuka/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jakub Bałtroszewicz:

    Zasad moralnych nie stanowi większość

    – Naszym obowiązkiem jako Polaków jest być duszą Europy i z uporem powtarzać, że aborcja nie jest prawem człowieka, lecz zabiciem człowieka – mówi Jakub Bałtroszewicz, prezes Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia.

    Jakub Bałtroszewicz (ur. 1981) – prezes Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia i Rodziny. Fundator i prezes Zarządu Fundacji JEDEN Z NAS. Posiada status lobbysty w instytucjach unijnych, gdzie współpracuje z politykami podzielającymi chrześcijański system wartości. Wykładał dydaktykę bioetyki na UPJPII.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Franciszek Kucharczak: Polskie ustawodawstwo obecnie dobrze chroni życie. Formalnie. Bo ogłoszone niedawno wytyczne rządu w praktyce mogą spowodować legalizację aborcji bez ograniczeń. Czy podziela Pan taką tezę?

    Jakub Bałtroszewicz: To jest kuriozalna sytuacja, w której wytyczne, które nie są ani prawem, ani ustawą, ani rozporządzeniem, de facto bardzo związują ręce lekarzom. My, jako Polska Federacja Ruchów Obrony Życia (PFROŻ), próbowaliśmy te wytyczne zaskarżyć, ale nie ma podstawy, bo to nie jest prawo. A jednocześnie słyszymy, jak minister zdrowia Izabela Leszczyna mówi, że na przykład jeżeli jakiś lekarz na podstawie przesłanki zdrowia psychicznego – która też jest kuriozalna – zdecyduje, że jest możliwość dokonania aborcji, to nawet szpital nie może poprosić o opinię drugiego lekarza, nie może zwołać konsylium, bo to byłoby ograniczeniem świadczenia, które jest w koszyku świadczeń gwarantowanych. Zatem za coś takiego groziłaby szpitalowi utrata kontraktu z NFZ. To pewien rodzaj szantażu finansowego, w którym lekarze mają związane ręce i teraz jeden lekarz decyduje o tym, czy temu człowiekowi odebrać życie, czy nie.

    Dlaczego przesłanka zdrowia psychicznego jest kuriozalna?

    Wiemy, że kobieta w ciąży doświadcza dużych zmian hormonalnych, a to wiąże się z różnymi emocjami. Tymczasem już na podstawie takich naturalnych u kobiety doświadczeń psychiatra będzie mógł stwierdzić prawo do aborcji, i to właściwie nieograniczone, bo tam nie mówi się o aborcji do 12. tygodnia. Jest więc ryzyko, że może to być aborcja aż do dziewiątego miesiąca ciąży. To są rzeczy w państwie prawa niesprawiedliwe, niedopuszczalne i w naszej ocenie bezprawne. Przypominam, że ich autorami są ci, którzy jeszcze kilka miesięcy temu nosili koszulki z napisem „Konstytucja”. Dzisiaj się nią za bardzo nie przejmują i próbują narzucić w Polsce aborcję w sposób pozaprawny.

    Mamy w tej chwili „demokrację walczącą” – termin wymyślony przez premiera Tuska.

    Można powiedzieć, że ministerstwo swoimi wytycznymi spróbowało przekreślić ponad 30-letnią ustawę, która chroniła życie najmłodszych Polaków, i robi to w sposób niedemokratyczny, lekceważąc trójpodział władzy. Nie nazwałbym tego demokracją walczącą, tylko pozaprawnym, niedemokratycznym działaniem ministerstwa, którego nie da się w sądzie podważyć, bo nie jest prawem.

    Uniewinnianie aktywistów tzw. strajku kobiet, którzy zakłócali Msze, pokazuje, że aborcja jest świętością nie tylko dla obecnej władzy wykonawczej, ale też dla sądowniczej. Czy w tej sytuacji obrona życia ma jakieś szanse?

    W Belgii po wizycie Ojca Świętego Franciszka premier wezwał na rozmowę nuncjusza, bo papież nazwał aborcję złem, a premier twierdzi, że to jest niedopuszczalne. Taką narrację chce się nam narzucić, ale obrona życia jest zawsze celowa. Owszem, presja jest olbrzymia, przeciwnik, cywilizacja śmierci, jest bardzo groźny, a sądy są czasem po innej stronie. Ja dzisiaj odebrałem pismo z prokuratury z odpowiedzią na zgłoszenie przez PFROŻ o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez panią Minister do spraw Równości, która na portalu X publikowała linki do informacji, w jaki sposób bezpiecznie usunąć ciążę. Prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania w tej sprawie, twierdząc, że nie dostrzega żadnego czynu zabronionego. My się z tym oczywiście nie zgadzamy. Być może zwolennicy aborcji mają polityczną przewagę, ale to nie znaczy, że nasza praca nie ma sensu. Jest konieczna. Dzięki temu, co robimy, uświadamiamy ludzi, edukujemy, wchodzimy do szkół, budujemy domy samotnych matek, rozdajemy tysiące pieluch i tak dalej. Jeżeli dzięki tym działaniom chociaż jedno życie zostanie ocalone, to znaczy, że nasza praca ma sens: ocaliliśmy jednego człowieka, czyli cały wszechświat.

    Skąd jednak to parcie na aborcję? Czy rzeczywiście społeczeństwo polskie uważa aborcję za rzecz priorytetową? Tak by wynikało z działań rządu…

    W naszej ocenie nie. To jest mit. Większość społeczeństwa – co wynika z badań opinii publicznej – nie popiera aborcji, więc nie traktuje jej jako sprawę priorytetową. Mit ten jest tworzony w bardzo wąskiej grupie, świetnie finansowanej. Przypominam, że różnica między budżetami Planned Parenthood, największej organizacji amerykańskiej popierającej aborcję, a naszej Federacji One of Us (obie działają przy Parlamencie Europejskim) to dziesiątki milionów euro. My nawet nie marzymy o takim budżecie. Nasz budżet to promile tego, co rocznie wydaje Planned Parenthood, lobbując w Parlamencie Europejskim. Mówimy więc o potężnym lobby i ogromnych pieniądzach. To wyraz mentalności antypopulacyjnej, bardzo mocnej, która głosi, że ludzi jest za dużo, że nie powinno się mieć dzieci, że człowiek bez dziecka jest lepszym konsumentem, ma więcej pieniędzy na to, żeby wydawać na różne fajne rzeczy. Mówi się też o beztroskiej dorosłości, kiedy nie mając dziecka, nie masz obowiązków. Widzimy tę tendencję szczególnie w krajach zachodnich. Kryzys demograficzny narasta, a jednocześnie coraz bardziej forsuje się aborcję.

    Kryzys, ale tylko wśród rdzennych Europejczyków.

    Myślę, że społeczeństwa Zachodu powinny się obudzić. Społeczeństwo Niemiec, które się starzeje, wybrało aborcję i nie rodzi dzieci. Widzimy te trendy w różnych krajach zachodnich. Mamy nadzieję, że ta mentalność nie przedostanie się do Polski. Robimy wszystko, by ludzie wybierali życie.

    A może chodzi u nas o dorównanie standardom zachodnim? Wpisanie aborcji do francuskiej konstytucji czy okoliczności wizyty papieża w Belgii pokazują, jak wygląda tam poszanowanie życia najmłodszych. Pesymiści wieszczą, że Belgia to Polska za kilka lub kilkanaście lat.

    Pracując w Parlamencie Europejskim, bardzo dużo słyszę o tak zwanych wartościach europejskich. Na przykład warunkiem otwarcia rynków krajom, które nie są w UE, jest przestrzeganie przez nie wartości europejskich. Dla większości eurodeputowanych tą wartością jest tzw. prawo do aborcji. Przypominam sobie taką scenę sprzed dziesięciu lat, kiedy mieliśmy wysłuchanie w PE jako Inicjatywa Jeden z Nas, gdy chcieliśmy zablokować finansowanie aborcji przez UE w krajach Trzeciego Świata. Wtedy podszedł do mnie starszy europoseł z Francji i bez żadnej agresji powiedział: „Synku, ty jesteś młody, ale ta dyskusja się skończyła w latach siedemdziesiątych, o tym już nie ma co rozmawiać, to jest prawo człowieka i wy nie możecie go podważać”. Generalnie mentalność Europy jest już tak zmieniona, że niektórzy po prostu uważają, że ta dyskusja jest zakończona. Naszym obowiązkiem jako Polaków jest być duszą Europy i z uporem powtarzać, że aborcja nie jest prawem człowieka, lecz zabiciem człowieka. Te zasady moralne obowiązują niezależnie od tego, jak wielu ludzi będzie próbowało je zakrzyczeć. Większość nie stanowi zasad moralnych.

    Myśli Pan, że w kwestii aborcji możemy pozostać tą duszą Europy?

    Pracując w Federacji One of Us, mam stały roboczy kontakt z ludźmi z większości krajów Europy. Widzę na przykład, że jeżeli cokolwiek się w Europie dzieje, to oni patrzą na Polskę. Żadna poważna inicjatywa pro-life w Europie nie odbywa się bez udziału i wsparcia Polski. Rozmawiałem ostatnio z przyjaciółką ze Szwecji, która mówi: „Ja wiem, że my tę walkę w Szwecji przegraliśmy, ale dalej coś robimy. Nie tracimy nadziei, bo patrzymy na was”. To jest bardzo budujące, często czuję się bardzo skrępowany, że dają nam taki kredyt zaufania czy wiary w nasze możliwości, ale to też dodaje skrzydeł i pomaga nie poddawać się, nawet jeżeli widzi się, jak przytłaczająca większość polityków, jak przytłaczające ilości pieniądzy są pompowane w to, by ludzi przekonać do tego, że aborcja jest okej.

    Ale oni są świadomi tego, co się w tej chwili tutaj dzieje pod tym względem?

    Tak, my ich cały czas informujemy. Oni otaczają nas modlitwą. Wiele ludzi modli się tutaj, by Polski jednak nie dało się złamać.

    rozmawiał Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rano, wieczór, we dnie, w nocy…

    Aniołowie to prawdziwa rzeczywistość

    „Ukryj się za twoim dobrym aniołem, gdy nie jesteś w stanie się modlić” – podpowiadał św. Jan Maria Vianney.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Są bliżej niż myślisz. Strzegą każdego twojego kroku. Choć są potężni, największą przyjemność sprawia im służenie ludziom.

    Na półkach sklepów z dewocjonaliami zalegają małe figurki, które przedstawiają pulchniutkie aniołki z mikroskopijnymi skrzydełkami. Podobne rzeźby uśmiechają się rubasznie w większości barokowych kościołów. Tymczasem te popularne wizerunki nie mają nic wspólnego z biblijnymi obrazami aniołów.

    Często pierwszymi słowami, które aniołowie kierują do ludzi, jest prośba: „Nie bójcie się!”. Są odbiciem potęgi Najwyższego i choć dysponują niewyobrażalną mocą, nie przypisują sobie chwały.

    Współczesny świat włożył aniołów między bajki. Występują z rusałkami, gnomami, trollami i skrzatami. A przecież to prawdziwa rzeczywistość, o której mowa jest we wszystkich najważniejszych religiach monoteistycznych. Wszystko, co można o nich powiedzieć, wynika z Biblii i świadectw świętych. „Gdziekolwiek jesteś, w najskrytszym nawet kąciku, szanuj swego anioła. Pod opieką takich obrońców, czegóż mielibyśmy się obawiać?” – podpowiadał św. Bernard z Clairvaux.

    Słowo „anioł” wywodzi się z greckiego angelos – posłaniec, emisariusz. Aniołowie występują już na pierwszych stronach Biblii: strzegą raju, chronią Lota, ratują Hagar i jej dziecko, nawiedzają wątpiącego Abrama, towarzyszą prorokom, a śpiący Jakub widzi ich wchodzących i schodzących po drabinie łączącej niebo z ziemią. Wedle Księgi Wyjścia naród izraelski miał również swego anioła, w Księdze Daniela nazwanego „obrońcą ludu”. W Księdze Powtórzonego Prawa czytamy: „Kiedy Najwyższy rozgraniczał narody i rozpraszał synów Adama, wtedy ludom wyznaczył granice wedle liczby aniołów Bożych” (32,8).

    W Nowym Testamencie aniołowie zwiastują nowinę o narodzinach Mesjasza, usługują Mu na pustyni, pocieszają przerażonego Jezusa w Ogrójcu i oznajmiają Jego zmartwychwstanie. W Katechizmie Kościoła Katolickiego (336) czytamy, że: „życie ludzkie od dzieciństwa aż do zgonu jest otoczone opieką i wstawiennictwem aniołów: każdy wierny ma u swego boku anioła jako opiekuna i stróża, by prowadził go do życia”.

    W historii Kościoła znaleźć można ludzi, którzy widzieli swojego anioła stróża. Ojciec Pio często posyłał go z różnymi wiadomościami, a święta Gemma Galgani rozmawiała z nim jak ze starszym bratem. Miała temperament: czasem słyszano, jak spierała się z aniołem tak, że nawet jej duchowy opiekun, o. Germano, przypominał jej, iż rozmawia z błogosławionym duchem, któremu winna jest szacunek.

    O. Pio często posyłał ich z różnymi wiadomościami. „Módlcie się do Aniołów Stróżów – zachęcał stygmatyk – i przysyłajcie mi ich zawsze, kiedy czegoś ode mnie potrzebujecie. Anioł Stróż jest szybszy od samolotu, nie zdziera butów i nie potrzebuje biletu na pociąg (…) On przekaże mi wiadomości, a ja będę wam towarzyszył, o ile sił mi starczy”.

    „Swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień”, czytamy w Psalmie 91.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przez Halloween do opętania? – sprawdź, co mówi egzorcysta

    O drodze od zabawy w Halloween do opętania mówi w rozmowie z KAI ks. Andrzej Grefkowicz, egzorcysta archidiecezji warszawskiej. – Uzależnienie od złego ducha zaczyna się od zainteresowania okultyzmem. Najłatwiej i najchętniej takie treści przejmują dzieci, bo są one dla nich atrakcyjne – stwierdza duchowny, odnosząc się do obchodzonego coraz częściej w Polsce zwyczaju przebierania się w stroje demonów, upiorów i czarownic.

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    PAULINA GODLEWSKA: – W krajach zachodnich świętowany jest w tym okresie Halloween. W Polsce dla dzieci również organizowane są bale przebierańców, podczas których wcielają się one w postaci m.in. duchów, diabłów i czarownic. Dlaczego takie praktyki są dla nich niebezpieczne?

    KS. ANDRZEJ GREFKOWICZ: – Niebezpieczne są po pierwsze dlatego, że są kontynuacją praktyk pogańskich, czyli są powrotem do pogaństwa. Jeśli mówimy o powrocie do pogaństwa, to wracamy też do więzi duchowych, które nie są więziami z Bogiem. Poprzez praktyki pogańskie odstępujemy od chrześcijaństwa i tym samym uzależniamy się od złego ducha. Po drugie, praktyki Celtów przejęli sataniści i to oni celebrują noc z 31 października na 1 listopada. Przejęte od Celtów święto obchodzą z różnego rodzaju orgiami na cmentarzach czy ofiarami składanymi na grobach. Podejmując praktyki zabaw halloweenowych, wpisujemy się w szerszy zakres tego rodzaju aktywności. Możemy być też zasłoną dla celebracji satanistów, bo jeżeli wszyscy tak “świętują”, to ich praktyki są trochę ukryte. Obchodząc Halloween, zaczynamy powoli wsiąkać w praktyki satanistyczne. Zanim człowiek się zorientuje, może już mocno ugrzęznąć w takiej zależności.

    – Dla dzieci przebieranie się na Halloween nie jest zwykłą zabawą?

    – Najłatwiej jest takie treści przejmować poprzez dzieci, one są najmniej krytyczne, najbardziej chłoną tego rodzaju praktyki, bo są one dla nich atrakcyjne. Dzieci się najprędzej uzależniają i nie orientują się, co tak naprawdę się dzieje. Ostrzegamy też nie tylko przed Halloween, ale też np. przed Harrym Potterem czy tego rodzaju bohaterami i magią. Dziecko bardzo szybko chłonie tych bohaterów, którzy czynią nadzwyczajne rzeczy, a potem chce robić to samo i dość szybko wchodzi w niepożądaną więź ze złym duchem. Dzieciom najłatwiej stracić granicę między tym, co jest zabawą, a tym, co już nie jest zabawą, tylko praktyką o charakterze duchowym.

    – Czy po imprezach, które odbywają się w okolicach 31 października, zauważył ksiądz szczególny wzrost liczby osób, które są opętane?

    – Trzeba zaznaczyć, że są różne formy zależności od złego ducha. Opętanie to szczyt, skrajne formy uzależnienia. Są też formy mniej zauważalne, niepozorne, np. nocne lęki, sny. Często mogą być one tłumaczone naturalnie i być reakcją na to, co ktoś oglądał czy wcześniej usłyszał. Ale mogą to nie być zwykłe epizody, które pochodzą z naturalnych konsekwencji wcześniejszych wydarzeń. Mogą to być już pierwsze formy dręczenia przez złego ducha. Wtedy do opętania jeszcze daleko, ale istnieje już zależność. Ci, wobec których podejmujemy egzorcyzmy, takich dni jak 31 październik boją się najbardziej. W tym dniu najboleśniej, najbardziej wracają różnego rodzaju dręczenia. Dotyczy to zarówno opętanych, jak i podążających już drogą ku uwolnieniu. To nie jest tak, że dzisiaj ktoś jest na zabawie halloweenowej, a jutro przychodzi do egzorcysty. Ta droga trwa nawet kilka lat i jest drogą stopniowego uzależnienia. Jest to szczególnie niebezpieczne, bo niezauważalne po pierwszym dniu, czy po pierwszej imprezie.

    – Jakie są pierwsze formy dręczenia przez złego ducha?

    – Trudno mówić o tym, jakie mogą być to formy. Czasami są to niepokoje nocne, będące po części jawą, a po części snem. Mogą to być również mocniejsze doświadczenia, np. ściąganie kołdry, kładzenie się “kogoś” na łóżku, czyjś oddech, wyczuwalna obecność. Na pewno pierwszym symptomem uzależnienia jest coraz większe zainteresowanie okultyzmem. Taki człowiek widzi też wiele propozycji, np. jogę czy sztuki walki, które są proponowane przez rzeczywistość złą duchowo.

    – Jakie zatem praktyki spotykane w życiu codziennym i uważane za “normalne”, mogą być niebezpieczne?

    – Takich praktyk jest cała seria, to temat na dłuższy wykład. To są nawet dynie, które stawiamy przed domami z myślą, że “może będzie mnie chronić”. Takie praktyki można wymieniać, zaczynając od różnych form spirytyzmu, poprzez całą gamę różnego rodzaju wróżb, astrologii i jasnowidztwa. Można do nich zaliczyć również niekonwencjonalne formy leczenia, które nie mają żadnego uzasadnienia w medycynie, a odnoszą sukcesy. Zaliczyć tu można też wchodzenie w różne praktyki związane z religiami wschodu. Ze strony tego człowieka jest to powolna, stopniowa apostazja. Wreszcie – formy satanizmu, nawet jeśli ktoś nie od razu wiąże się w świadomy sposób. Jeśli chodzi o Halloween, to zaliczyłbym to “święto” do bardziej drastycznych form stopniowego wchodzenia w satanizm.

    – Kto się zgłasza do egzorcysty?

    – Do nas zgłaszają się ci, którzy są zniewoleni, ale nie opętani. Ci, którzy doświadczają różnych form dręczenia, którym złe duchy utrudniają życie. Przychodzą też rodzice z małymi dziećmi, które są już zniewolone. Najczęściej są to sytuacje, w których to oni wcześniej związali się ze złym duchem. Przychodzą również ludzie starsi, niektórzy w bardzo zaawansowanym wieku. Jedyna prawidłowość, którą można zauważyć, jest taka, że zdecydowanie częściej po pomoc zgłaszają się kobiety. Trudno powiedzieć, czy jest to związane z ich większą wrażliwością czy z tym, że szybciej szukają pomocy niż panowie. Mężczyźni częściej chcą sobie sami poradzić, a może też trochę bardziej krytycznie funkcjonują i trudniej wchodzą we więzi duchowe i z Bogiem, i ze złymi duchami.

    – Jak u małych dzieci rodzice rozpoznają, że jest ono zniewolone?

    – Rodzice przychodzą wtedy, kiedy coś ich niepokoi w zachowaniu dzieci. Najczęściej są to nocne lęki, czasem agresywne reagowanie na święte rzeczy – medaliki czy krzyże. Przychodzą, gdy zaczynają mieć z dzieckiem wyraźne kłopoty wychowawcze.

    – Czy w Warszawie egzorcyści mają dużo pracy?

    – Tak. Jest nas czterech. W ciągu tygodnia mamy dyżury w poradni i podejmujemy modlitwy niezależnie od tych spotkań. Wszystkie nasze możliwości czasowe są wykorzystywane. Czasami bywa kolejka i na spotkanie z egzorcystą trzeba czekać.

    rozmawiała Paulina Godlewska/Tygodnik NIedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rzecznik KEP: Obchodzenie Halloween trudno pogodzić z istotą Wszystkich Świętych

    Obchodzenie Halloween jest trudne do pogodzenia z istotą uroczystości Wszystkich Świętych. Chrześcijanie powinni skoncentrować się na świętowaniu dobra, jakie wnieśli do Kościoła święci – powiedział PAP rzecznik Konferencji Episkopatu Polski jezuita ks. Leszek Gęsiak.

    Rzecznik przypomniał, że Halloween ma korzenie w wierzeniach celtyckich i wywodzi się z dawnych praktyk pogańskich, dlatego jest obce chrześcijaństwu.

    “Halloween to święto grozy i demonów, a więc czegoś bardzo odległego od tego, co Kościół katolicki czci w czasie obchodzonej 1 listopada uroczystości Wszystkich Świętych. Dlatego chrześcijanie powinni raczej skoncentrować się na świętowaniu dobra, jakie na przestrzeni wieków wnieśli do Kościoła święci zarówno ci kanonizowani i beatyfikowani, jak i zwykli ludzie, którzy swoim życiem ukazywali dobroć Boga” – podkreślił.

    Jak zastrzegł, obchodzenie Halloween jest trudne do pogodzenia z istotą uroczystości Wszystkich Świętych. Nie można z jednej strony gloryfikować demonów, a z drugiej wierzyć, że to, co jest warte naśladowania, to przykład świętych” – ocenił.

    Ks. Gęsiak przypomniał, że w 2013 r. wydany został list pasterski przygotowany przez Komitet ds. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi KEP dotyczący duchowych zagrożeń wiary. Zawarte jest w nim m.in. ostrzeżenie przed banalizowaniem zła, oswajaniem z nim, szczególnie dzieci, i przed zacieraniem granic między dobrem i złem, “co może być pierwszym krokiem do zainteresowania niebezpiecznymi praktykami pseudoreligijnymi, a nawet satanizmem”.

    Podkreślił, że uczestnictwo w pozornie niewinnych halloweenowych zabawach niesie za sobą realne niebezpieczeństwo. “Jeżeli rodzice wiedzą, że w szkole czy przedszkolu, do którego uczęszcza ich dziecko, jest organizowana zabawa z okazji Halloween, mają prawo do tego, by zaproponować coś alternatywnego” – wyjaśnił.

    Poinformował, że w wielu parafiach i szkołach w Polsce organizowane są bale i korowody świętych, podczas których dzieci przebierają się za świętych i aniołów. “Przy tej okazji poznają ich życie i pokazują pozytywną stronę człowieka, który przeszedł do wieczności. Bale świętych są dalekie od groteskowej zabawy naznaczonej promocją śmierci, brzydoty i zła. My, jako chrześcijanie, powinniśmy promować rzeczy dobre” – powiedział.

    Zdaniem rzecznika, nawet jeśli ktoś traktuje udział w Halloween jako zabawę, to “za każdą zabawą stoi pewien system wartości”. “To nie jest tylko kwestia przebrania się za potwory i zbierania cukierków. To jest coś, co zostaje w pamięci dziecka. Apeluję do rodziców, by byli czujni i świadomi, że nawet z pozoru niewinne zabawy mogą stanowić zagrożenie dla ich dzieci” – mówił.

    Ks. Gęsiak dodał także, że Halloween jest dla Polaków tradycją obcą kulturowo. “To jest tradycja krajów anglosaskich, a zatem, skoro mamy własne dobre tradycje, warto je pielęgnować i podkreślać to, co w nich jest ubogacającego” – dodał.

    Przypadające 31 października Halloween to święto, które najbardziej popularne jest w w krajach anglosaskich. Dzieci przebierają się za potwory, wampiry czy kościotrupy i chodzą wieczorem po udekorowanych specjalnie na tę okazję domach, prosząc o cukierki. Symbolem Halloween jest wydrążona w środku dynia z powycinanymi w skorupie otworami przypominającymi oczy, nos i przeważnie wyszczerbioną szczękę, z zapaloną w środku świeczką.

    Słowo Halloween jest swoistym zniekształceniem angielskiego All Hallow’s Eve (Wigilia Wszystkich Świętych) i celtyckiego Samhain. W istocie korzenie święta tkwią w kulturze starożytnych Celtów, którzy wierzyli, że 31 października – w dniu będącym u nich oficjalnym końcem lata – dusze zmarłych wychodzą z grobów i błąkają się po ziemi w poszukiwaniu ciał żywych, do których mogłyby wniknąć. Dlatego żywi zaczęli się tego dnia przebierać w odrażające maski i odpychające, makabryczne kostiumy, aby odstraszyć dusze zmarłych.(PAP)

    Iwona Żurek/Tygodnik Niedziela

     

      _______________________________________________________________________

    WTOREK 22 PAŹDZIERNIKA 2024

    Tego dnia przypada 46. rocznica inauguracji pontyfikatu św. Jana Pawła II.

    fot. Grzegorz Gałązka

    ***

    Wybrany na papieża 16 października 1978 r., św. Jan Paweł II oficjalnie rozpoczął swój pontyfikat w niedzielę 22 października 1978 r.

    W 46. rocznicę tamtego wydarzenia została dziś odprawiona Msza św. o godz. 8.00 przy grobie św. Jana Pawła II w bazylice św. Piotra, której przewodniczył metropolita krakowski Ksiądz Arcybiskup Marek Jędraszewski.

    (ks. Marek Weresa)

    fot. ks. Marek Weresa/Radio Watykańskie

    ***

    W dzień rocznicy inauguracji pontyfikatu Papieża Polaka przypada również jego liturgiczne wspomnienie, podczas którego w tym roku zostaną posadzone tulipany św. Jana Pawła II w Ogrodach Watykańskich.

    ***

    Niezapomniana homilia św. Jana Pawła II, wygłoszona na rozpoczęcie pontyfikatu na Placu św. Piotra, stała się programem jego papieskiej posługi: 

    Wy wszyscy, którzy posiadacie nieocenione szczęście wiary, wy wszyscy, którzy jeszcze szukacie Boga, a także wy, których dręczy zwątpienie, zechciejcie przyjąć raz jeszcze – dzisiaj, w tym świętym miejscu – słowa wypowiedziane przez Szymona Piotra. W tych słowach jest wiara Kościoła, w tych właśnie słowach jest nowa prawda, czyli najwyższa i ostateczna prawda o Człowieku, Synu Boga żywego. “Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego”.

    Bracia i Siostry, nie bójcie się przygarnąć Chrystusa i przyjąć Jego władzę, pomóżcie Papieżowi i wszystkim tym, którzy pragną służyć Chrystusowi, służyć człowiekowi i całej ludzkości. Nie bójcie się, otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Dla Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie bójcie się! Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie!

    ***

    Cały tekst homilii:

    Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego (Mt 16, 16). Słowa te wypowiedział Szymon syn Jony w pobliżu Cezarei Filipowej. Tak, wypowiedział je w swoim własnym języku z głębokim, przeżytym i odczuwalnym przeświadczeniem. Ale słowa te nie wyszły od niego, nie w nim miały swe źródło, “bo nie ciało i nie krew objawiły tobie, jeno Ojciec mój, który jest w niebiesiech (Mt 16, 17). To były słowa Wiary.

    Słowa te zaznaczają początek posłannictwa Piotrowego w historii zbawienia, w dziejach ludu Bożego. Od tego momentu poprzez takie wyznanie wiary święta historia zbawienia ludu Bożego miała zyskać nowy wymiar, wyrażać się odtąd w historycznym wymiarze Kościoła. Ten kościelny wymiar historii ludu Bożego bierze swoje początki, rodzi się właśnie z tych słów wiary i związany jest z człowiekiem, który je wypowiedział. Ty jesteś kamieniem, skałą, opoką, i na tobie jak na opoce zbuduję Kościół mój.

    Trzeba, aby dzisiaj w tym właśnie miejscu, te same słowa zostały wypowiedziane i wysłuchane: “Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego”.

    Tak, Bracia i Synowie, przede wszystkim te słowa. Ich zawartość otwiera naszym oczom tajemnicę Boga żywego, tajemnicę, którą Syn zna i którą nam przybliżył. Nikt jeszcze nie przybliżył Boga żywego ludziom, nikt Go nie objawił tak, jak to zrobił On sam. W naszym poznaniu Boga, w naszym dążeniu do Boga jesteśmy zdani bez reszty na potęgę tych słów: “Kto mnie widzi, widzi Ojca”. Tego, który jest nieskończony, nieprzenikniony, niewypowiedziany. Jezus Chrystus. Syn Jednorodzony, zrodzony z Maryi Dziewicy, stał się nam bliski w stajni betlejemskiej.

    Wy wszyscy, którzy posiadacie nieocenione szczęście wiary, wy wszyscy, którzy jeszcze szukacie Boga, a także wy, których dręczy zwątpienie, zechciejcie przyjąć raz jeszcze – dzisiaj, w tym świętym miejscu – słowa wypowiedziane przez Szymona Piotra. W tych słowach jest wiara Kościoła, w tych właśnie słowach jest nowa prawda, czyli najwyższa i ostateczna prawda o Człowieku, Synu Boga żywego. “Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego”.

    Dziś nowy biskup Rzymu rozpoczyna uroczyście sprawowanie swego urzędu i misję Piotrową. W tym właśnie Mieście Piotr zakończył, wypełnił posłannictwo powierzone przez Pana. Pan zwrócił się do niego mówiąc: “Kiedy byłeś młody, przepasywałeś się i chodziłeś dokąd chciałeś, lecz gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a kto inny cię przepasze i poprowadzi tam, dokąd ty nie zechcesz” (J 21, 18).

    I Piotr przybył do Rzymu! Cóż skierowało go i doprowadziło do tego Miasta, w serce rzymskiego Imperium, jak nie posłuszeństwo wobec posłannictwa otrzymanego od Pana? Zapewne ten rybak z Galilei nie chciałby przybyć aż tutaj, wolałby pewnie zostać tam, nad brzegiem jeziora Genezaret, ze swoją łodzią i sieciami. Ale prowadzony przez Pana, posłuszny natchnieniu, dotarł tu. Jak głosi starożytna tradycja (która znalazła wspaniały wyraz literacki w powieści Henryka. Sienkiewicza), w czasie prześladowań Nerona Piotr zamierzał opuścić Rzym. Ale Pan przeszkodził mu w tym, wychodząc na jego spotkanie. Piotr zwrócił się do Niego pytając: “Quo vadis Domine? – Dokąd idziesz Panie?”. A On odpowiedział mu zaraz: “Do Rzymu idę, by mnie tam ukrzyżowano po raz wtóry”. Piotr wrócił do Rzymu i pozostał w nim aż do swego ukrzyżowania.

    Tak, Bracia i Synowie – Rzym jest Stolicą Piotra. W ciągu wieków następowali na niej coraz to nowi biskupi. Dziś właśnie nowy biskup wstępuje na rzymską Stolicę Piotra. Biskup przejęty głębokim drżeniem w poczuciu swej niegodności. I jak tu nie drżeć wobec wielkości takiego wezwania i wobec powszechnej misji tej Stolicy rzymskiej.

    Na rzymską Stolicę Piotra wstępuje dzisiaj biskup, który nie jest rzymianinem. Biskup, który jest synem Polski. Ale z tą chwilą i on staje się rzymianinem. Tak, rzymianinem! Także dlatego, że jest synem narodu, którego historia od zarania dziejów i którego tysiącletnia tradycja naznaczone są żywą, mocną, nigdy nie przerwaną, przeżytą i głęboką więzią ze Stolicą Piotrową. Narodu, który tej Stolicy pozostał zawsze wierny. O, niezbadane są wyroki boskiej Opatrzności!

    W minionych wiekach, kiedy następca Piotra brał w posiadanie swoją Stolicę, wkładano na jego głowę potrójną koronę. Ostatnim ukoronowanym był Papież Paweł VI w roku 1963. I on jednak po uroczystym obrzędzie koronacji nigdy już więcej nie włożył tiary, pozostawiając swoim następcom swobodę decyzji w tej sprawie. Papież Jan Paweł I, którego wspomnienie jest tak jeszcze żywe w naszych sercach, nie chciał potrójnej korony, a dzisiaj nie chce jej jego następca. Nie czas, w istocie, powracać do tego obrzędu, który – może niesłusznie – uznany został za symbol doczesnej władzy papieży.

    Nasz czas skłania nas, zachęca, zmusza do spojrzenia na Pana i zanurzenia się w pokorne i pobożne rozważanie tajemnicy najwyższej władzy samego Chrystusa. Tego, który zrodzony z Maryi Dziewicy, syn cieśli – jak mniemano, Syn Boga żywego – jak to wyznał Piotr, przyszedł tu, by z nas wszystkich uczynić jedno królestwo: królestwo kapłańskie. Sobór Watykański II przypomniał na nowo tajemnicę tej władzy oraz fakt, że posłannictwo Chrystusa – Kapłana, Proroka i Króla – trwa nadal w Kościele. Wszyscy, cały lud Boży uczestniczy w tym potrójnym posłannictwie. I chociaż dawniej wkładano na głowę papieża tiarę, potrójną koronę, by poprzez ten symbol wyrazić cały ustrój hierarchiczny Kościoła Chrystusowego, cała “święta władza” w nim sprawowana nie jest niczym innym jak służbą, służbą mającą na celu jedną tylko rzecz: by cały lud Boży uczestniczył w tej potrójnej misji Chrystusa i pozostawał na zawsze we władzy Pana, z której bierze swoje początki. Nie z władzy doczesnej, ale od Ojca Niebieskiego i z tajemnicy Krzyża i Zmartwychwstania.

    Ta władza Pana naszego, absolutna, a przecież słodka i łagodna, odpowiada całej głębi ludzkiego wnętrza, jego wzniosłym dążeniom, jego woli i sercu. Nigdy nie przemawia językiem siły, ale wyraża się w miłości bliźniego i w prawdzie. Nowy następca Piotra na Stolicy rzymskiej wznosi dzisiaj gorącą, pokorną, ufną modlitwę: “Spraw, Chryste, bym mógł stać się i pozostać sługą Twojej słodkiej władzy, sługą Twojej władzy, która nie przemija, spraw, abym mógł być sługą, sługą twoich sług”.

    Bracia i Siostry, nie bójcie się przygarnąć Chrystusa i przyjąć Jego władzę, pomóżcie Papieżowi i wszystkim tym, którzy pragną służyć Chrystusowi, służyć człowiekowi i całej ludzkości. Nie bójcie się, otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Dla Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie bójcie się! Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie!

    Dzisiaj często człowiek nie wie, co kryje się w jego wnętrzu, w głębokości jego duszy i serca. Tak często niepewny sensu życia na tej ziemi i ogarnięty zwątpieniem, które zamienia się w rozpacz. Pozwólcie więc, proszę was, błagam was z pokorą i zaufaniem! Pozwólcie Chrystusowi mówić do człowieka! On jeden ma słowa życia, tak, życia wiecznego. Właśnie dzisiaj cały Kościół obchodzi dzień misyjny, modli się, rozmyśla, działa, ponieważ Chrystusowe słowa docierają do wszystkich ludzi i są przez nich przyjmowane jako posłanie nadziei, ocalenia, całkowitego wyzwolenia.

    Dziękuję wszystkim obecnym, którzy zechcieli uczestniczyć w rozpoczęciu pontyfikatu nowego następcy Piotra. Dziękuję z całego serca głowom państw, przedstawicielom władz, delegacjom rządowym – za ich obecność, która mi wielki przynosi zaszczyt. Dziękuję wam, najczcigodniejsi kardynałowie Świętego Kościoła Rzymskiego, dziękuję drogim Braciom w biskupstwie i wam kapłani, wam siostry i bracia, zakonnice i zakonnicy z zakonów i zgromadzeń. Dziękuję! Dziękuję wam, rzymianie! Dziękuję pielgrzymom przybyłym z całego świata. Dziękuję tym, którzy uczestniczą w tej świętej uroczystości poprzez radio i telewizję.

    Jan Paweł II skierował też kilka słów do Polaków:

    Do was się zwracam, umiłowani moi Rodacy, Pielgrzymi z Polski, Bracia Biskupi z Waszym wspaniałym Prymasem na czele, Kapłani, Siostry i Bracia polskich zakonów, do Was, przedstawiciele Polonii z całego świata. A cóż powiedzieć do was, którzy tu przybyliście z mojego Krakowa, od stolicy św. Stanisława, którego byłem niegodnym następcą przez lat 14. Cóż powiedzieć?! Wszystko, co mógłbym powiedzieć, będzie blade w stosunku do tego, co czuje w tej chwili moje serce, a także do tego, co czują wasze serca. Więc oszczędźmy słów. Niech pozostanie tylko wielkie milczenie przed Bogiem, które jest samą modlitwą.

    Proszę was! Bądźcie ze mną! Na Jasnej Górze i wszędzie! Nie przestawajcie być z Papieżem, który dziś prosi słowami poety: “Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie” – i do was kieruję te słowa w takiej niezwykłej chwili.

    Był to apel i zaproszenie do modlitwy za nowego Papieża, apel wygłoszony w moim rodzinnym języku. Z tym samym wezwaniem zwracam się do wszystkich Synów i wszystkich Córek Kościoła katolickiego. Wspierajcie mnie dzisiaj i zawsze w Waszych modlitwach.

    Następnie Ojciec święty przemówił w języku francuskim, angielskim, niemieckim, hiszpańskim, portugalskim, serbsko-chorwackim, słowackim, ukraińskim i litewskim. Na koniec powiedział po włosku:

    Otwieram serce dla wszystkich Braci z Kościołów i Wspólnot chrześcijańskich, pozdrawiając szczególnie tych z Was, którzy tutaj jesteście obecni w oczekiwaniu na bliskie spotkanie osobiste; ale już teraz wyrażam szczerą wdzięczność za to, że zechcieliście uczestniczyć w tych uroczystościach.

    I na koniec zwracam się do wszystkich ludzi, do każdego człowieka (z jaką czcią apostoł Chrystusa musi wymawiać to słowo “człowiek”!). Módlcie się za mnie. Pomóżcie mi ażebym mógł wam służyć. Amen.

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Tu dotkniesz Jana Pawła II

    To niezwykłe muzeum postawił prezes wielkiej firmy w darze Matce Bożej, której zawierzył swoje życie.

    Wykonana przez salezjanów figura św. Jana Pawła II jest łudząco podobna do oryginału.

    ***

    Wciemności słychać odgłos kroków, po chwili rozlega się łagodna muzyka. Na ścianie pojawiają się utrwalone przez kamerę obrazy z życia Jana Pawła II. Brzmią jego słowa. Wzruszenie chwyta za gardło, gdy przy dźwiękach „Barki” snop światła wydobywa z półmroku postać siedzącego papieża. Wygląda jak żywy – swobodny, uśmiechnięty, pełen energii, tak jak w pierwszych latach pontyfikatu. Patrzy na widza z lekkim uśmiechem, a w jego wyrazistym spojrzeniu widać życzliwość i nutkę zawadiackiego humoru. Na ekranie pojawia się kard. Stanisław Dziwisz. „Warto to zobaczyć, bo jest to miejsce spotkania z papieżem” – mówi. Mowa o miejscu, w którym się znajdujemy: „Muzeum Monet i Medali Jana Pawła II” w Częstochowie.

    Muzeum w firmie

    Nowoczesny przeszklony budynek stoi na terenie znanej na świecie firmy President Electronics Poland. Muzeum stanowi wotum jej prezesa Krzysztofa Witkowskiego, które ofiarował Maryi w podziękowaniu za dar zdrowia po przebytym 15 lat temu udarze mózgu.

    Wśród 97 wybitnych gości, którzy do tej pory odwiedzili to miejsce, był Arturo Mari, fotograf świętego papieża. Gdy zobaczył ekspozycję i poznał działalność muzeum, stwierdził, że to jest miejsce, które żyje Janem Pawłem II na co dzień, a nie tylko od święta. Obiecał, że gdy umrze, jego żona przekaże tu wszystkie przedmioty, jakie otrzymał od papieża w ciągu 27 lat pontyfikatu. – Dzięki Bogu pan Arturo żyje, a wszystkie te przedmioty są już tutaj – śmieje się prezes Witkowski. Wyjaśnia, że fotograf papieski pewnego dnia dojrzał do decyzji, żeby te rzeczy znalazły się w częstochowskim muzeum jeszcze za jego życia. Krzysztof Witkowski zadbał o to, żeby wiedza o papieżu Polaku nie pozostała tylko suchą informacją.

    W budynku regularnie organizuje się także wystawy czasowe.

    W budynku regularnie organizuje się także wystawy czasowe.

    ***

    – Gdy rozpoczynamy prezentację zbioru, odtwarzamy słowa Jana Pawła II, więc można go usłyszeć. Można go zobaczyć, bo figura stoi, a zatem można go także dotknąć. Mamy też możliwość powąchania jego perfum – mówi. Tłumaczy, że papież używał typowo męskiego, korzennego zapachu. Dowiedział się o tym od Artura Mariego, który przy okazji opowiedział związaną z tym osobistą historię. Otóż kilka lat temu przed operacją prosił w modlitwie Jana Pawła II, żeby podczas jej trwania zaopiekował się nim. „Żebym po operacji był na tyle sprawny, aby jeździć po świecie i mówić, kim byłeś dla mnie jako ojciec, albo weź mnie dzisiaj do domu Ojca” – modlił się. Gdy się budził z narkozy, zanim jeszcze otworzył oczy, zaczął mocno wciągać nosem powietrze, ponieważ poczuł jakiś specyficzny przyjemny zapach. Nie pochodził on ani od lekarza, ani od pielęgniarki. „On tu był. To jest ten sam zapach, który pamiętam z Watykanu, zapach świętości, zapach Jana Pawła II” – powiedział poruszony pacjent.

    Wykonana przez salezjanów figura św. Jana Pawła II jest łudząco podobna do oryginału.

    Wykonana przez salezjanów figura św. Jana Pawła II jest łudząco podobna do oryginału.

    ***

    Potężna kolekcja

    Gdy cichnie muzyka, zapala się światło w całym pomieszczeniu. Wokół nas stoją gabloty pełne monet i medali z wizerunkiem Jana Pawła II. Ta imponująca kolekcja liczy 11 tys. eksponatów, co daje jej palmę pierwszeństwa wśród największych i najlepszych tego typu zbiorów na świecie. – Oprócz tego, że udało nam się zebrać prawie wszystko, co wyszło na ten temat w 127 krajach świata, co jest ewenementem, to jeszcze dajemy pomysły medalierom, aby z racji 100. rocznicy urodzin Jana Pawła II stworzyli medale pod zbiorowym hasłem „Czas ucieka, wieczność czeka”. Taki napis widział Karol Wojtyła, patrząc z okna swego domu w Wadowicach na ścianę kościoła – mówi prezes. 81 medalierów odpowiedziało na propozycję i ich prace już są. 2 kwietnia w muzeum odbędzie się ogólnopolska inauguracja wystawy z cyklu „Medalierskie rozmowy z Janem Pawłem II”.

    W sali audiowizualnej odbywają się spotkania upamiętniające papieża Polaka.

    W sali audiowizualnej odbywają się spotkania upamiętniające papieża Polaka.

    ***

    Ale nie od połyskujących krążków rozpoczyna się oprowadzanie. – Zawsze zaczynam od relikwii Jana Pawła II. Tu jest krew papieża, zachowana w klinice Gemelli po zamachu – opowiada gospodarz, wskazując na oświetloną gablotę, w której widnieje złocony relikwiarzyk. Są też pukiel włosów Ojca Świętego, fragment sutanny i replika jego pierścienia. Poniżej znajdują się najważniejsze medale – annualne, czyli rocznikowe. Każdego roku taki medal wykonuje inny artysta. Wybija się je dla upamiętnienia każdego roku pontyfikatu urzędującego papieża. W częstochowskim muzeum jest ich 26. Takie same kardynał kamerling złożył, zgodnie ze zwyczajem, w trumnie Jana Pawła II tuż przed jej zapieczętowaniem.

    Dokładną replikę pierścienia Jana Pawła II można zobaczyć przez szkło powiększające.

    Dokładną replikę pierścienia Jana Pawła II można zobaczyć przez szkło powiększające.

    ***

    Wśród eksponatów jest wierna kopia pastorału papieża. Wszyscy go znają, ale nie wszyscy wiedzą, że wykonano go w 1965 r. dla Pawła VI, który używał go przez 13 lat. Potem przez 33 dni korzystał z niego Jan Paweł I, a do roku 2000 Jan Paweł II. W roku 2000, ze względu na osłabienie papieża, pastorał zastąpiono lżejszym, aluminiowym. To jedna z ciekawostek, którymi zaskakuje nas Krzysztof Witkowski.

    W jednej z gablot znajduje się ponad 300 medali z wizerunkami świętych i błogosławionych, których na ołtarze wyniósł papież Polak. Gospodarz pokazuje gablotę pełną nakryć głowy, należących do wybitnych hierarchów. Jest piuska Benedykta XVI z jego podpisem, piuska Franciszka, są piuski kardynałów Glempa, Dziwisza, Deskura, Grocholewskiego, Krajewskiego, a także wielu biskupów i wysokich przełożonych zakonnych. Zobaczyć można też oryginalny kapelusz kard. Augusta Hlonda i mitrę kard. Wyszyńskiego. 

    W muzeum znajduje się kolekcja 11 tys. monet i medali z wizerunkiem Jana Pawła II.

    W muzeum znajduje się kolekcja 11 tys. monet i medali z wizerunkiem Jana Pawła II.

    ***

    Po lewej stoją gabloty z monetami. Osiem gablot – Watykan, sześć gablot – Polska, a potem według alfabetu, od Andory do Zambii. – A to z czego jest wykonane? – pyta właściciel kolekcji, wskazując kolejny wizerunek papieża. Wygląda jakby z gipsu…

    – To prawda, tak wygląda. Ale to mylące. To ilustracja prawdy, że nie należy sądzić po pozorach. O, proszę – gospodarz włącza światło. Różnica jest ogromna. W miejsce bezbarwnego „gipsowego” medalionu pojawia się wyraźna twarz Jana Pawła II. Okazuje się, że to porcelana. Dowiadujemy się, że ten medal wyszedł tylko w dwóch egzemplarzach. Jeden otrzymał od Węgrów Jan Paweł II w roku 1991, gdy był tam z pielgrzymką, drugi pięć lat temu trafił do Częstochowy.

    – Gdy tu dotarł, był opakowany w styropiany i wiele warstw bąbelkowej folii, żeby nie uległ uszkodzeniu. O, tu, gdzie piuska, on jest cienki jak kartka papieru. Nałożone na siebie warstwy porcelany dają mniejszą przepustowość światła i stąd odcienie szarości – tłumaczy pan Krzysztof, zapewniając, że podobnych ciekawostek jest w muzeum wiele.

    Muzeum stoi na terenie zakładu. To wotum złożone Maryi przez prezesa firmy.

    Muzeum stoi na terenie zakładu. To wotum złożone Maryi przez prezesa firmy.

    ***

    Sala z możliwościami

    Dużo się w tym niezwykłym budynku dzieje. Przeżywanie wydarzeń z większą liczbą gości umożliwia sala audiowizualna z miejscami dla ponad 200 osób. Gospodarz demonstruje rozwiązania techniczne. Siadamy naprzeciw sceny, za konsolą pełną monitorów. Po chwili z głośników o potężnej mocy rozbrzmiewa cudna muzyka, a komputerowo sterowane urządzenia tworzą ruchliwe wielobarwne efekty, wzmagane przez snujący się dymy.

    Wszystko to robi duże wrażenie, ale najważniejsze, że dzięki temu można tu w jednej chwili stworzyć klimat odpowiedni do tego, co się aktualnie dzieje. A odbywają się tu różne wydarzenia. Na przykład 18. dnia każdego miesiąca o godz. 18 mają miejsce spotkania z cyklu „Z Janem Pawłem II ku przyszłości”. 

    Medalion z porcelany w zwykłym oświetleniu.

    Medalion z porcelany w zwykłym oświetleniu.

    ***

    – Ksiądz prof. Waldemar Chrostowski powiedział na jednym z tych spotkań, że my nie zdajemy sobie sprawy z tego, kim był św. Jan Paweł II. Będąc koło niego, nie byliśmy świadomi, z kim obcujemy. I stwierdził, że jeśli muzeum przetrwa, to za 200 czy 300 lat będzie niesamowitym zwornikiem między obecnymi czasami a przyszłością. Bo większego Polaka niż św. Jan Paweł II nie było, nie ma i prawdopodobnie nie będzie – wspomina założyciel muzeum. Jest przekonany, że jeśli nie zarchiwizujemy tego, co nam papież zostawił, co nam powiedział, to będzie to nasz grzech zaniedbania. – A myślę, że największą zaletą tego miejsca jest to, że wiele rzeczy udało się tu zebrać i zachować.•

    Porcelanowy medalion po podświetleniu.

    Porcelanowy medalion po podświetleniu.

    ***

    tekst: Franciszek Kucharczak / zdjęcia: Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ___________________________

    40-tą ROCZNICĘ MĘCZEŃSKIEJ ŚMIERCI BŁOGOSŁAWIONEGO KSIĘDZA JERZEGO POPIEŁUSZKI

    This image has an empty alt attribute; its file name is Popieluszko.jpg

    ***

    Ewangelia według ks. Jerzego

    „Aktorzy dramatu i procesu Chrystusa żyją nadal. Zmieniły się tylko ich nazwiska i twarze, zmieniły się daty i miejsca ich urodzin” – mówił ks. Jerzy Popiełuszko w homilii podczas Mszy za Ojczyznę 26 września 1982 roku.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Mimo zmieniających się epok, granic i sposobów życia, święci i błogosławieni wszystkich pokoleń podążają śladami Jezusa. Ich głos, czasem prosty, czasem uczony, idzie w poprzek świata, w którym żyją. Są uciszani, uznawani za szaleńców, zamykani w więzieniach, zabijani. Głosu jednak nie da się zabić, tak jak nie da się zabić prawdy, miłości, jak nie da się zabić Boga. To o nich mówił Jezus: „Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem sobie ze świata, dlatego was świat nienawidzi” (J 15,19). Misja świętych i błogosławionych z krótkiej perspektywy postrzegana jest często w kategoriach politycznych, społecznych, kulturowych. Nieśmiertelne światło Ewangelii, które przebija przez ich życie, często lepiej widoczne jest, kiedy przechodzą pokolenia i mijają lata. Wszystkich łączy jedno – podobieństwo do Jezusa Chrystusa, ich Pana i Zbawiciela.

    Czyż może być co dobrego z Nazaretu? J 1,46

    Jezus pochodził z Nazaretu, czyli znikąd. Nazwa jego rodzinnej miejscowości nie występowała w uświęconych pismach narodu wybranego. Jego matka była mądrą kobietą zachowującą tajemnice w swoim sercu. Ojciec był pokornym, zaradnym, małomównym mężczyzną wywodzącym się z rodu Dawida. Prostota ich życia sprawiała, że droga Jezusa do zwykłych ludzi była bliższa niż do elit religii i władzy. Jako ludzie wiary odczuwali z pewnością wielkość żydowskiej historii i dramat rzymskiej okupacji. Jezus podjął misję zbawienia bliźnich, opuszczając ten złożony i zarazem bezpieczny świat. W synagodze w Kafarnaum, cytując Izajasza, powiedział o sobie: „Posyła mnie Bóg, abym głosił Ewangelię i leczył rany zbolałych serc”.

    Alfons Popiełuszko przyszedł na świat w podlaskich Okopach, których nie było na mapie historii i spraw tego świata. Miał mądrą matkę, która zachowywała tajemnice w sercu, i zaradnego, milczącego ojca. Żyli prosto i ciężko pracowali. Odczuwali wielkość polskiej historii zatopionej w prostej wierze i dramat komunistycznej niewoli. Dalekim krewnym matki był św. Rafał Kalinowski. Być może to za jego przyczyną ich syn, rozumiejący dobrze sprawy zwykłych ludzi, po osiągnięciu dojrzałości odszedł, by pełnić misję kapłańską. Na obrazku prymicyjnym zapisał: „Posyła mnie Bóg, abym głosił Ewangelię i leczył rany zbolałych serc”.

    Wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę (…) i rzekł do Niego: Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon. Na to odrzekł mu Jezus: Idź precz, szatanie! Mt 4,8-10

    Alfons Popiełuszko zaraz po obłóczynach został przymusowo wcielony na dwa lata do komunistycznej jednostki wojskowej dla kleryków w Bartoszycach. Misją jednostek kleryckich było zmuszanie seminarzystów do posłuszeństwa władzy ludowej. Zakazywano wszelkich praktyk religijnych. Za publiczną modlitwę i posiadanie symboli religijnych karano. W zamian za opuszczenie seminariów mamiono kleryków otwartą drogą na dowolne studia. Za współpracę z komunistyczną kadrą ułatwiano im życie i obiecywano awanse. Mimo iż za niewykonanie rozkazu groziły drastyczne kary, kleryk Popiełuszko bezwzględnie odrzucił godzące w wyznawanie wiary zasady. Nie pytając dowódców o zdanie, inicjował modlitwy, a potem płacił za to wysoką cenę. Dręczono go fizycznie, upokarzano i wyśmiewano jego wiarę. W jednym z listów z wojska pisał: „Dowódca plutonu kazał mi zdjąć z palca różaniec na zajęciach przed całym plutonem. Odmówiłem, czyli nie wykonałem rozkazu. Sam fakt zdjęcia to niby nic takiego. Ale ja zawsze patrzę głębiej”.

    A widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza. Mt 9,36

    „Widziałem, spowiadałem ludzi, którzy zmęczeni do granic wytrzymałości, klęczeli na bruku i tam chyba ci ludzie zrozumieli, że są silni, są mocni właśnie w jedności z Bogiem, z Kościołem. I wtedy zrodziła się potrzeba pozostania z tymi ludźmi”. Tak ksiądz Jerzy Popiełuszko wspominał wizytę w Hucie Warszawa 31 sierpnia 1980 r. Wielu duszpasterzy odprawiało Msze dla strajkujących, ale niewielu tak głęboko zjednoczyło się ze światem robotników i niewielu zyskało tak wielki ich szacunek. Robotnicy, przez dekady mamieni socjalistycznym rajem, łaknęli w życiu podstawowych wartości, które dzięki prostocie i bezkompromisowości dawał im ksiądz Jerzy. Przekazywał im te wartości całym sobą, bo żył w prawdzie, był wierny, niezwykle wrażliwy na ich potrzeby i wielokrotnie ryzykował, stając w ich obronie. Ostatecznie poświęcił dla nich życie.

    Zdumiewali się Jego nauką, gdyż słowo Jego było pełne mocy. Łk 4,32

    Ksiądz Jerzy bardzo głęboko przeżywał liturgię, nigdy jednak nie był błyskotliwym kaznodzieją. Od momentu gdy stał się duszpasterzem robotników, szczególnie w ciemnej nocy stanu wojennego, jego słowa zyskały moc, która przyciągała tłumy. Jego bliscy, widząc zmianę, mówili wprost o łasce Ducha Świętego, która sprawiała, że stał się głosem Boga wobec skrzywdzonych i krzywdzących. Prawda, którą głosił, wnosiła światło w chaos i cierpienie. Koiła lęk, leczyła nienawiść, wstrząsała szczytami ziemskiej władzy.

    A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują. Mt 5,44

    Polska czasów komunizmu pęknięta była na pół. Po jednej stronie oni – zdrajcy i oprawcy, po drugiej my – zdradzeni i skrzywdzeni. Kościół sam doświadczył prześladowania i bronił prześladowanych, stając się dla nich ostoją. Stan wojenny pogłębił pęknięcie do rozmiarów przepaści. Przyjaciele księdza Popiełuszki, którzy po 13 grudnia 1981 r. podjęli strajk w Hucie Warszawa, zostali internowani. Według obowiązującego, haniebnego prawa groziła im nawet kara śmierci. 24 grudnia 1981 r., w Wigilię Bożego Narodzenia, po wieczerzy dla ubogich parafian na plebanii kościoła św. Stanisława Kostki kapelan robotników dzielił się opłatkiem z żołnierzami i milicjantami stojącymi przy koksownikach. Od września 1982 r. stale był obserwowany, pod jego domem stały zmieniające się samochody bezpieki. – Nigdy nie powiedział na nich złego słowa. Czasem patrzył na nich ze smutkiem – wspomina jedna z aktorek, która często bywała w mieszkaniu księdza na plebanii. Pewnego razu ksiądz Jerzy wyniósł zziębniętym agentom termos gorącej herbaty. „Ja nie walczę z ofiarami zła, tylko ze złem” – powiedział, kiedy przyjaciele nakłaniali go, żeby personalnie skrytykował szkalujących go komunistycznych aktywistów.

    Stwierdziliśmy, że ten człowiek podburza nasz naród, że odwodzi od płacenia podatków Cezarowi i że siebie podaje za Mesjasza – Króla. Łk 23,2

    We wrześniu 1984 r. komunistyczny Urząd do Spraw Wyznań skierował do Episkopatu Polski memoriał, w którym zarzucano księdzu Popiełuszce tworzenie „kontrrewolucyjnej organizacji duchownych i świeckich o ogólnokrajowym zasięgu” godzącej w podwaliny socjalistycznego ładu. Istotnie, działalność księdza godziła w ustrój socjalistyczny, choć on nigdy wprost go nie skrytykował. „Ewangelia Chrystusowa jest tak owocna przez wieki i ciągle aktualna, bo jest Prawdą. Ideologie, które kierują się kłamstwem i przemocą, upadają” – powiedział w maju 1984 r. Jego nauczanie, opierające się na pojęciach prawdy, wolności i męstwa, burzyło w ludzkich sercach komunistyczny system. Mówił, że pokonując lęk i głosząc prawdę, uzyskamy wewnętrzną wolność, która przyniesie z czasem wolność zewnętrzną. Otrzymywał bardzo wiele listów, w których dziękowano mu za uwolnienie od lęku i nienawiści, za wyrwanie z marazmu i wewnętrznego zniewolenia. „Przegramy, walcząc przemocą, bo dzieci szatana są silniejsze w przemocy; przegramy, walcząc kłamstwem, bo przeciwnicy Boga są zawodowymi kłamcami. Przegramy i przestaniemy być światłością dla świata. Ale wygramy, choćby ta walka miała trwać długo, gdy walczyć będziemy miłością, sprawiedliwością i prawdą, bo te wartości są własnością samego Boga, niepokonanego Pana nieba i ziemi” – przekonywał.

    A gdy jedli, rzekł: „Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was mnie zdradzi”. Mt 26,21

    Pewnego dnia jeden z bliskich współpracowników księdza Popiełuszki, związany z podziemną Solidarnością, przyniósł kopertę, w której była lista donoszących na niego tajnych współpracowników SB. Ksiądz nie otworzył koperty… powiedział: „Ja wiem”. Od września 1982 r. bezpieka prowadziła jego programową inwigilację, której częścią było wprowadzenie agentów do jego najbliższego otoczenia. Byli wśród nich także księża. Zaczęły wyciekać poufne sprawy, przeszukiwano mieszkania jego przyjaciół, aresztowano kolejne osoby. Atmosfera w otoczeniu kapłana była bardzo napięta. Zastanawiano się, kto zdradził. – Ksiądz kategorycznie zabraniał nam zastanawiać się, kto donosi. Mówił, że to zniszczy naszą jedność – wspomina pielęgniarka Elżbieta Murawska. Kiedy 19 października w Bydgoszczy odprawiał ostatnią w swoim życiu Eucharystię, towarzyszyło mu dwóch kapłanów. Obaj byli zarejestrowani jako tajni współpracownicy bezpieki.

    Ewangelia według ks. Jerzego

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie Moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” (…) Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię. Łk 22,42.44

    Już w sierpniu 1980 r. w jednym z niedzielnych kazań ksiądz Popiełuszko mówił: „Nie jest łatwo zdecydować się pójść razem z Chrystusem do Jerozolimy, tam cierpieć, być wzgardzonym, a w końcu ukrzyżowanym. Ale na to nie ma rady, jeśli się chce po chrześcijańsku i po Bożemu przeżywać zmartwychwstanie Chrystusa”. „Będziesz wisiał na krzyżu” – napisano do niego w czasie stanu wojennego w jednym z anonimów. Grożono mu też „kulą w łeb” i „poderżnięciem gardła”. Spodziewał się śmierci co najmniej od grudnia 1982 r., kiedy ktoś w nocy wrzucił do jego mieszkania cegłę z ładunkiem wybuchowym. W jego samochodzie zepsuto kierownicę, któregoś razu próbowano go zepchnąć z mostu. Wiadomo, że w ostatnich miesiącach przed śmiercią ksiądz się bał. Świadkowie wspominają, że płakał. W dokumentach medycznych zarejestrowano nawet, że przyjmował leki przeciwlękowe. „Jezus Chrystus za głoszenie swojej Bożej prawdy oddał życie. Podobnie apostołowie. A przecież rola księdza jest taka, by głosić prawdę i za prawdę cierpieć, jeżeli trzeba, nawet za prawdę oddać życie” – powiedział, wzdychając ciężko w jednym z ostatnich udzielonych w życiu wywiadów. We wrześniu 1984 r. kard. Józef Glemp, aby go ratować, zaproponował mu wyjazdu do Rzymu. Ksiądz Jerzy odmówił. Jeden z oprawców, niosących tuż przed wrzuceniem do Wisły jego pobite do nieprzytomności ciało, dostrzegł na nim gęste krople potu i krwi…

    Wszystkie tłumy, które zbiegły się na to widowisko, gdy zobaczyły, co się działo, wracały, bijąc się w piersi. Łk 23,48

    Pogrzeb księdza Jerzego Popiełuszki był największy w historii Polski. Ani gwarant polskiej państwowości marszałek Józef Piłsudski, ani zwornik jego tysiącletniej wiary kard. Stefan Wyszyński, nie zgromadzili takich tłumów. Od 450 tys. do miliona osób przyjechało do stolicy. Komuniści, obawiając się rewolty i próby obalenia rządu, zgromadzili tego dnia 17 tys. funkcjonariuszy wyspecjalizowanych do walki z tłumem. W tym bezbrzeżnym tłumie, jak wspomina świadek, ugrzązł milicyjny samochód. Ludzie stojący wokół niego uderzali rękoma w karoserię i krzyczeli: „Przebaczamy, przebaczamy”. Uczestnicy pogrzebu, wracając obok pałacu Mostowskich, skandowali: „Rzućcie pały, przebaczamy”. Nienawiść wbrew wszelkiej logice tego świata została pokonana. Symbolem zwycięstwa stał się grób męczennika. W ciągu pierwszych dziesięciu lat przybyło do niego 10 mln osób. Służba Bezpieczeństwa, skonsternowana tym faktem, poddała kościół św. Stanisława Kostki wraz z grobem inwigilacji, nadając akcji kryptonim „Sanktuarium”. Do dziś przy grobie było 23 mln osób, a relikwie beatyfikowanego w 2010 r. księdza Popiełuszki czczone są w ponad 180 miejscach na 6 kontynentach.

    ***

    – Patrzyłam na Matkę Bożą. Ona to dopiero wycierpiała. Widziała ciało zabitego Syna. Cierpiałam razem z Nią. Ona nad swoim Synem, ja nad swoim – mówiła przed laty pani Marianna Popiełuszko reporterom „Gościa Niedzielnego”, trzymając w dłoniach zdjęcie syna męczennika.

    – Patrzyłam na Matkę Bożą. Ona to dopiero wycierpiała. Widziała ciało zabitego Syna. Cierpiałam razem z Nią. Ona nad swoim Synem, ja nad swoim – mówiła przed laty pani Marianna Popiełuszko reporterom „Gościa Niedzielnego”, trzymając w dłoniach zdjęcie syna męczennika.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    Paweł Kęska/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Jerzy Popiełuszko święcenia kapłańskie przyjął z rąk kard. Stefana Wyszyńskiego 28 maja 1972 fot. LASKI DIFFUSION/EAST NEWS 

    ***

    Już nie potrafię zamknąć swojego kapłaństwa w kościele, chociaż tylu różnych „doradców” podpowiada mi, że prawdziwie polski ksiądz nie powinien wychodzić poza kościelne ogrodzenie – słowa bł. ks. Jerzego Popiełuszki wypowiedziane rok przed męczeńską śmiercią.

    ***

    Paweł Kęska teolog, historyk sztuki, absolwent Europejskiej Akademii Fotografii, dziennikarz. Pracuje w Muzeum księdza Jerzego Popiełuszki na Żoliborzu.

    fot. Tomasz Gołąb/Gość Niedzielny

    ***

    Marcin Jakimowicz: Gdy oglądaliśmy filmy dokumentalne z ks. Popiełuszką, nie widziałem superbohatera, ale skulonego, przestraszonego człowieka, który toczył ogromną wewnętrzną walkę. To mnie najbardziej poruszyło.

    Paweł Kęska:
     Do muzeum ks. Jerzego na Żoliborzu przyszedłem do pracy parę lat temu jako dziennikarz radiowy, którego pasją było nagrywanie ludzkich historii. Słuchałem ludzi i starałem się ich zrozumieć. A tu, w muzeum ks. Jerzego, długo nie mogłem tej historii rozgryźć. To się nie trzymało kupy. Widziałem człowieka, który wychodził do kilkudziesięciu tysięcy ludzi, który dla zmylenia esbeckiego pościgu przesiadał się podczas jazdy z samochodu do samochodu, który robił mocne rzeczy, a potem zerkałem na archiwalne nagrania i widziałem kogoś zupełnie innego: nieśmiałego, nieco wycofanego, kruchego. Jestem przekonany, że zbliżanie się do tajemnicy ks. Popiełuszki, odkrywanie jego wnętrza i wyborów, których dokonywał, pomoże nam w zrozumieniu, czym jest życie duchowe. Zadawałem sobie pytanie, jak taki nieśmiały człowiek mógł dokonywać takich rzeczy i jedynym tropem była odpowiedź: bo był wewnętrznie silny, miał w sobie głęboką wiarę. Rów Mariański, głębokie zanurzenie w Bogu, sanktuarium w głębinach. Nie da się inaczej zrozumieć jego fenomenu…

    Brat Andrew, założyciel Open Doors, który przemycał setki tysięcy Biblii za żelazną kurtynę, mawiał, że modlitwa nie jest przygotowaniem do bitwy, ale jest bitwą. To opowieść o Popiełuszce?

    Tak, choć o jego modlitwie niewiele wiemy – jedynie tyle, ile sam chciał zdradzić. Na przykład w listach z wojska, gdy był straszliwie upokarzany. Nie był specjalnie wylewny, nie odsłaniał się, to był człowiek konkretu. Na sześć listów z wojska tylko w jednym poruszał wątki duchowe. Wspominał, jak był zastraszany, gdy nie chciał zdjąć różańca noszonego na palcu, ale – pisał – „ja zawsze widzę głębiej”. I, jak pokazało życie, on naprawdę widział głębszy sens rzeczywistości, widział w ludziach coś innego niż tylko pozory. W każdym starał się dostrzec światło. I drugie zdanie z listu – gdy stał boso na mrozie, wspominał, że oddaje to cierpienie za grzechy. Czyje? O tym nie wspomniał. Pisał: „Jak słodko jest cierpieć dla Chrystusa”. Te dwa zdania pokazują, jaką miał więź z Chrystusem! Bez tego klucza jego historia jest nieczytelna, rozsypuje się.

    Przeczuwał, że zginie?

    Przeczuwał. Zachowała się recepta na leki przeciwlękowe (nie wiem, czy ostatecznie je zażywał). Bał się. Widać to na nagraniach, gdy kamera najeżdża na jego twarz. Widać, że to człowiek toczący ogromną batalię. Oglądałem te filmy i zadawałem sobie jedno pytanie: „Co mu daje siłę?”.

    Gdy człowiek dostaje pogróżki, to automatycznie wycofuje się, staje się nieufny. A on cały czas wychodził do ludzi…

    Myślę, że myśmy go jeszcze nie odkryli. Na pewno był człowiekiem wysoko wrażliwym. Zachwyca mnie to, jak patrzył na ludzi. Mówili mu, by się ostro rozprawił z prześladowcami, a on zapytał: „Naprawdę tak myślicie?”. „Tak!”. Popiełuszko się wówczas… rozpłakał: „Nic nie rozumiecie! Ja walczę ze złem, nie z ofiarami zła”. Cierpiał, gdy spotykał ludzi uwikłanych w zło, myślę, że wiedział, że giną. Jestem przekonany, że miał w sobie ogromne przestrzenie mistyki i do badaczy należy to, by odnaleźć te ślady, okruchy informacji i poskładać w całość.

    Czy jedną z walk, którą musiał stoczyć, nie było poczucie odrzucenia? Przybywa z Okopów do warszawskiego seminarium, gdzie spotyka synów uniwersyteckich profesorów, powstańców. Czuł się gorszy?

    Myślę, że nie. To był chłopski syn i nie miał z tego powodu żadnych kompleksów. Wiedział, czego chce, wiedział, kim jest, nie krył tego. Wychodził do człowieka bez kompleksów. Do prostych ludzi i do profesorów. Wiózł do Wałęsy chleb od matki, zawoził prof. Szaniawskiego do domu w Okopach. Patrzył wzruszony na dom, na matkę, zdając sobie sprawę z tego, jaka to jest niewiarygodna wartość. Nie wstydził się korzeni.

    Koledzy nie pokazywali mu miejsca w szeregu?

    Nawet jeśli tego doświadczył, to myślę, że po prostu robił swoje, nie oglądając się na innych. Bez kompleksów i szczególnej znajomości języków latał do Stanów, jeździł po Europie samochodem, bez problemów przekraczając różne mentalne granice. Miał zdrową wizję rzeczywistości. Wyniósł to z domu.

    Zmagał się z lękiem i… to zdrowy odruch. Lęku nie odczuwają psychopaci, którzy nie w są w stanie rozpoznać zagrożenia.

    Jeden z zabójców ks. Jerzego opowiadał, że kiedy go tłukli na śmierć, krzyczał: „Panowie, darujcie mi życie”.

    Sam Chrystus pocił się w Ogrójcu krwią.

    Nie chcę się wymądrzać, bo historia męczeństwa ks. Jerzego mnie przerasta. Na pewno odczuwał ogromny lęk, często mówił o śmierci, raczej nie chciał być męczennikiem. Planował wyjazd do Rzymu, są na to liczne świadectwa. Przeczuwał, że zginie. Mam wrażenie, że podświadomie przygotowywał się do tego. Dostawał wiele sygnałów. Pierwszym była cegła wrzucona do mieszkania w nocy z 12 na 13 grudnia 1982 roku. Po pogrzebie Grzegorza Przemyka, gdy przyjaciel spytał go: „Co o tym myślisz?”, usłyszał: „Wiesz, myślę, że będę następny”. To był maj 1983 r., półtora roku przed śmiercią. Niezwykle ważna jest odnaleziona niedawno homilia z października 1982 r. – dzień po kanonizacji Maksymiliana Kolbego. Popiełuszko mówił coś takiego: „Tak jak dziś wynosi się na ołtarze ofiary nazizmu, tak kiedyś przyjdzie czas, gdy będzie się wynosić na ołtarze ofiary tego systemu, ludzi, którzy cierpieli, byli poniżani, oddawali życie za wartości, za wolność. Będzie się synów tej ziemi wynosić na ołtarze, a ludzie będą przychodzili na ich groby, by śpiewać Gaude Mater Polonia”. Czy on już wtedy nie przeczuwał, że opowiada o sobie? Potem ten motyw powtarza się coraz częściej. Zaczęła się seria bolesnych prześladowań. Komuniści przygotowali kampanię na jesień i zimę 1983 r. Wszystkie jej elementy były wymierzone w ks. Jerzego: podcięto kierownicę jego samochodu, wysyłano listy z pogróżkami, pisano, że zawiśnie na krzyżu, że dostanie kulę w łeb, do tego kampania medialna, dezinformacja w administracji kościelnej, prowokacja na ul. Chłodnej.

    To były prześladowania zewnętrzne, ale najbardziej boli „policzek od swoich”…

    Najtrudniejsze okazało się spotkanie z prymasem Józefem Glempem. Była połowa grudnia 1983 r. Ks. Jerzy wyszedł z więzienia i został potraktowany dość surowo. Oczekiwał wsparcia, a zderzył się ze ścianą. Kardynał zarzucił mu, że nie pilnuje duszpasterstwa służby zdrowia, że się wywyższa, że psuje pracę innym. Bardzo go to dotknęło. Wspominał, że czuł się gorzej niż na esbeckich przesłuchaniach. Nie spodziewał się, że prymas tak go potraktuje… To był zimny prysznic. Dziś wiemy, że palce w tym maczał ks. Michał Czajkowski, który otrzymał od SB konkretne zadanie – dezinformowanie kard. Glempa. Dwaj biskupi pomocniczy byli wcześniej rektorami seminarium i wspierali ks. Jerzego całym sercem. SB długo przygotowywało się do tego, by skompromitować i społecznie wyeliminować Popiełuszkę. Nie działało zastraszanie, nie udała się kompromitacja, polegli w administracji kościelnej, posunęli się jeszcze dalej. Postanowili go zabić.

    Zrządzeniem Opatrzności było to, że trafił na ks. Teofila Boguckiego. Który proboszcz tolerowałby tłumy przelewające się przez mieszkanie wikarego? Popiełuszko mógł rozwinąć skrzydła.

    Ks. Bogucki go chronił, bronił, wspomagał, pocieszał. Widział w nim wielką dziejową łaskę. Bez niego nie byłoby tej historii, jestem tego pewien. Nadstawiał głowę, gdy jego wikary był oskarżony, pisał listy do kurii, walczył jak lew nie dopuszczając do niego esbeków. Sam bardzo to wszystko przeżywał, chorował na serce, przechodził zawały…

    Oglądaliśmy wspólnie nagranie, gdy tłum w żoliborskim kościele czekał na informację o zaginionym ks. Jerzym i zareagował płaczem na wieść o jego śmierci. Powietrze było gęste od emocji. Pracując na co dzień z takimi dokumentami, potrafisz takie sceny oglądać bez wzruszenia?

    Nie potrafię. Jeżdżę po Polsce, pokazuję te nagrania w różnych miejscach i są chwile, gdy łamie mi się głos. Na co dzień pracuję w mieszaniu ks. Jerzego i może powinienem się już oswoić, przyzwyczaić, ale nie potrafię. Jest kilka scen, które mnie rozkładają. Na przykład kadr z pogrzebu, gdy kamera odjeżdża ze spracowanych dłoni matki, pokazuje jej zrozpaczoną twarz, a potem ocean kilkuset tysięcy ludzi. Jakiś robotnik zaczyna niezdarnie śpiewać „Ojczyzno ma”, a tłum to podchwytuje i nagle ta pieśń wybucha. A w tym wszystkim jest pani Marianna…

    Zastygła w cierpieniu?

    Myślę, że nie, że jest bardzo obecna. Jakby to wszystko ją przerastało. Nie chcę o tym mówić, bo tu trzeba milczeć. Inny kadr? Twarz ks. Jerzego przed jednym z kazań. Rozbiegane, nerwowe, przestraszone oczy, widać, jak wszystko przeżywa. Nie zgrywa bohatera, zmaga się. I myślę, że to zwycięstwo w wewnętrznej bitwie jest kluczem do świata jego wartości i do zrozumienia jego świętości.

    rozmawiał Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czwartek 10 października – nowenna za przyczyną bł. ks. Jerzego Popiełuszki w intencji Ojczyzny

    Każdego wieczoru w Sanktuarium bł. ks. Popiełuszki na warszawskim Żoliborzu rozpoczyna się nowenna w intencji Ojczyzny. Teraz tak bardzo potrzeba powierzać Panu Bogu to wszystko, czego doświadczamy i co dzieje się w naszej Ojczyźnie z nadzieją, że bł. ks. Jerzy będzie się z nieba wstawiał w tych wszystkich potrzebach. Nowenna za przyczyną Błogosławionego to bezpośrednie przygotowanie do obchodów 40.rocznicy jego męczeńskiej śmierci.

    – Ks. Jerzy w jednym z ostatnich słów powiedział, że żeby zachować godność, powiększać dobro i zwyciężać zło, trzeba być wiernym podstawowym wartościom. Ta nowenna jest po to, żebyśmy właśnie w tej wierności trwali, byśmy mogli czerpać przykład z ks. Popiełuszki – zwraca uwagę Paweł Kęska, przewodniczący Społecznego Komitetu Upamiętnienia 40. Rocznicy Porwania i Męczeńskiej Śmierci Błogosławionego Księdza Jerzego Popiełuszki. Podkreśla, że w myśleniu o tej postaci nie warto koncentrować się nie tyle na tym, że zginął, ale że był wierny prawdzie, że był wolny, że wybierał przebaczenie, że głęboko ufał Bogu, który dał mu siłę przetrwać najtrudniejsze momenty. – My potrzebujemy tych wartości i tej siły i wstawiennictwa ks. Popiełuszki. Dlatego codzienna modlitwa nowenną w tej intencji może nas do tego przybliżyć – mówi Paweł Kęska.

    ***

    Nowenna do bł. ks. Jerzego Popiełuszki 

    Modlitwa wstępna

    Boże jedynie dobry i łaskawy, spraw przez nieskończone zasługi męki i śmierci Jezusa Chrystusa, Syna Twego, przez przyczynę Niepokalanej Maryi Dziewicy i wszystkich Świętych, a szczególnie Błogosławionego księdza Jerzego, abym dostąpił łaski, o którą proszę (przedstawić swoje prośby).

    Błogosławiony Księże Jerzy, Ciebie proszę o wstawiennictwo u Boga i Ojca naszego, abym został wysłuchany w mojej potrzebie.

    DZIEŃ I. DUCH ŚWIĘTY – czwartek 10 października

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy nauczał: W dniu Zesłania Ducha Świętego zostało zawarte nowe przymierze przez Jezusa z Nowym Ludem Bożym, z Kościołem. Zostało ono wysłużone przez mękę, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa (Dotknięcie Boga, s. 62).

    Duch Święty pozostaje naszym Rzecznikiem i Obrońcą. Dlatego razem z błogosławionym księdzem Jerzym modlę się do Ducha Pocieszyciela o siłę do walki z narastającymi przeciwnościami. Księże Jerzy, uproś mi u Ducha Świętego łaskę, o którą proszę ____, abym wzrastał w miłości i pozostał wiernym synem Kościoła.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ II. KOŚCIÓŁ – piątek 11 października

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy dzielił się swoimi kapłańskimi przeżyciami: Matką dla nas jest Kościół Chrystusowy. Spotkania z Nim to ciągłe dolewanie oliwy do lampki naszego życia duchowego, to ciągła dbałość o to, byśmy byli wartościową solą życia, które, czy chcemy tego, czy nie chcemy, prowadzi do spotkania w Bogu (Dotknięcie Boga, s. 69).

    Boże i Ojcze, przed Kościołem trzeciego tysiąclecia otwiera się rozległy ocean wezwań współczesnego świata. Pomóż, proszę, wszystkim chrześcijanom tego pokolenia wypłynąć na głębię prawdy, dobra i piękna. Błogosławiony Księże Jerzy, który całym sercem miłowałeś Kościół jako swoją Matkę, uproś mi łaskę ____, o którą pokornie proszę.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ III. EWANGELIA – sobota 12 października

    Największą siłą Ewangelii – jak uczył błogosławiony Ksiądz Jerzy – był zawarty w niej osobisty przykład Chrystusa, który głosił prawdę i za prawdę umarł. Chrześcijanin to człowiek, który postępuje na Jezusowy wzór. I niczego nie udaje (Dotknięcie Boga, s. 74). Właśnie Jezus czyni jakby czułą przestrzeń, w której możemy zdobyć się na przyjęcie Bożego słowa, Bożej zachęty do czynienia dobra i unikania zła. Żyć Ewangelią to przede wszystkim przyjąć tajemnicę Bożej prawdy i nią żyć.

    Błogosławiony księże Jerzy, męczenniku, który budowałeś prawdziwie ewangeliczną wspólnotę wiernych i tak wiele wycierpiałeś, wyjednaj mi u Pana łaskę ____, o którą wytrwale proszę, bym pozostał wierny Chrystusowi.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ IV. CIERPIENIE – niedziela 13 października

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy uczył: Chrystus umiera na krzyżu za całą ludzkość, pokonuje śmierć i otwiera drogę do zmartwychwstania. W znaku krzyża ujmujemy dziś to, co najbardziej piękne i wartościowe w człowieku. Przez krzyż idzie się do zmartwychwstania. (…) I dlatego krzyże naszej Ojczyzny, krzyże nasze osobiste, krzyże naszych rodzin muszą doprowadzać do zwycięstwa, do zmartwychwstania, jeśli łączymy je z Chrystusem (Homilia z 26.09.1982 r.).

    Boże, za wstawiennictwem błogosławionego księdza Jerzego daj mi siłę ducha, bym cierpliwie znosił doświadczenia życia, które każdego dnia mnie spotykają. Jezus wypala do szczętu nasze słabości, jak wypalił męczeńską łaską życie Księdza Jerzego Popiełuszki, którego Kościół ukazał w chwale ołtarzy. Proszę Cię o wyjednanie mi łaski ____ i pragnę naśladować twoją wierność Chrystusowi.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ V. PRAWDA – poniedziałek 14 października

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy uczył: Aby pozostać człowiekiem wolnym duchowo, trzeba żyć w prawdzie. Życie w prawdzie to dawanie świadectwa [Bogu] na zewnątrz, to przyznawanie się do niej i upominanie się o nią w każdej sytuacji. Prawda jest niezmienna. Prawdy nie da się zniszczyć (Kazanie z 31.10.1982).

    Błogosławiony Kapłanie, sługo Chrystusa, Ty w nauczaniu wskazywałeś, że On jest Prawdą i wytrwale nawoływałeś ludzi do życia w prawdzie, a ukazywałeś niebezpieczeństwa fałszu i kłamstwa. Módl się za mną, gdy błagam o łaskę ____ abym na co dzień żył w prawdzie i by moje codzienne życie było przepojone prawdą.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ VI. PRZEBACZENIE – wtorek 15 października

    Kościół przecież – podkreślał błogosławiony Ksiądz Jerzy – otrzymał od Chrystusa władzę leczenia «chorób grzechu» poprzez sakrament pokuty (…), pozwalając za pośrednictwem kapłana nawiązywać na nowo przyjaĽń między nami a Bogiem (Dotknięcie Boga, s. 51). Niech więc ogarnia nas światło Bożej łaski, abyśmy przyjmowali z nadzieją dary Jezusowej miłości.

    Panie, spraw byśmy stale byli nastawieni na przebaczanie bliĽnim. Umocniony przykładem twojej kapłańskiej wspaniałomyślności, błogosławiony Księże Jerzy, proszę Cię o wstawiennictwo w mojej intencji ____, którą ci przedkładam, abym przez życie szedł drogą przebaczenia.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ VII. SOLIDARNOŚĆ – środa 16 października

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy uczył: Solidarność to jedność serc, umysłów i rąk, zakorzeniona w ideałach, które są zdolne przemieniać świat na lepsze. To (…) nadzieja tym silniejsza, im bardziej jest zespolona ze źródłem wszelkiej nadziei – z Bogiem (Kazanie z 28.08.1983 r.).

    Boże, spraw, abyśmy byli solidarni w wierze i miłości, abyśmy potrafili pokonywać w sobie lęk i odważnie służyć bliźnim, tworząc wspólnotę w Chrystusie.

    Księże Jerzy, wstawiaj się za mną u Boga, abym mógł z godnością przyznawać się do tego, co słuszne i prawdziwe oraz uproś mi łaskę ____ o którą z ufnością proszę.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ VIII. MĘCZEŃSTWO – czwartek 17 października

    Chrześcijaninowi nie może wystarczyć tylko potępienie zła. (…) Ale chrześcijanin musi być prawdziwym świadkiem, rzecznikiem i obrońcą sprawiedliwości, dobra, prawdy, wolności i miłości. O te wartości musi odważnie się upominać dla siebie i dla innych – nauczał Błogosławiony Ksiądz Jerzy (Kazanie z 27.05.1984 r.). Jego krwawa ofiara to wyznanie wiary w świętość Kościoła i najwyższy znak miłości do Chrystusa.

    Błogosławiony księże Jerzy, w twojej męczeńskiej śmierci odbiły się wszystkie bóle i cierpienia współczesnych ci ludzi. Uproś nam u Ukrzyżowanego Chrystusa łaskę wierności do końca Bożemu prawu miłości, a mnie wyjednaj łaskę ____, której tak bardzo pragnę.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ IX. MARYJA – piątek 18 października

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy modlił się: Dziękuję Ci, o Matko, za wszystkich, którzy pozostają wierni swemu sumieniu, którzy sami walczą ze słabością i umacniają innych. Dziękuję Ci, Matko, za wszystkich, którzy nie dają się zwyciężyć złu, ale zło zwyciężają dobrem (Różaniec w Bydgoszczy). Życie trzeba przeżyć dobrze, bo jest tylko jedno.

    Błogosławiony Księże Jerzy, uproś nam u Matki Najświętszej, Królowej Męczenników, byśmy mogli zachować godność dzieci Bożych trwając w dobrym i wyjednaj łaskę ____, o którą tak bardzo proszę.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    Modlitwa na zakończenie nowenny

    Panie Jezu Chryste, Ty ukazałeś znamiona swej Męki w ciele błogosławionego księdza Jerzego w chwili jego śmierci. Dziękuję Ci za łaskę przeżycia tej nowenny dla dobra mej duszy i za otrzymane łaski. Wspomóż nas, abyśmy wytrwale niosąc krzyż naśladowali Ciebie, a przez to zasłużyli na miano prawdziwych Twoich uczniów. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

    ***

    opracowanie – o. Gabriel Bartoszewski OFMCap. – za zgodą Kurii Metropolitalnej Warszawskiej

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Zło dobrem zwyciężaj”.

    Jak ksiądz Jerzy zmienił Polskę

    W dniu beatyfikacji ks. Popiełuszki z placu Piłsudskiego do Świątyni Opatrzności Bożej przeszła procesja z obrazem beatyfikacyjnym męczennika.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Gdyby nie było w tym ręki Bożej, zapanowałaby żądza odwetu. Tymczasem męczeństwo ks. Popiełuszki przyniosło uzdrowienie. I wciąż przynosi.

    Koniec października 1984 roku. Do jednego z poznańskich księży przyszedł 55-letni lekarz, powiedzmy, Ryszard. Do tej pory niewierzący. Poprosił o spowiedź. Jak się okazało, był uzależniony od alkoholu od 25 lat. „W ostatnich latach byłem tak zniewolony, że piłem nawet spirytus salicylowy, denaturat, eter, wody kolońskie itp. Byłem 6 razy leczony w różnych zakładach zamkniętych, łącznie przeszło rok. Wielokrotnie miałem wszywany esperal, byłem leczony akupunkturą, uczestniczyłem w grupach AA” – opowie później. Nic nie pomagało. Wyniszczenie fizyczne i psychiczne narastało. „Kłopoty w pracy i w rodzinie. Piłem w dalszym ciągu, nawet w czasie leczenia w szpitalu oraz bezpośrednio po licznych implantacjach esperalu. Nie mogąc uwolnić się z tego zaklętego kręgu alkoholowego, usiłowałem popełnić samobójstwo” – relacjonował.

    Wtedy wiadomość o zamordowaniu księdza Popiełuszki obiegła kraj. Ryszard przeżył, jak się wyraził, trudny do określenia wstrząs. „Błagałem go o pomoc. Odzyskałem wiarę. Odbyłem spowiedź i rozpocząłem poznawanie prawd wiary przez czytanie katechizmu, Pisma Świętego, literatury religijnej i rozmowy z zaprzyjaźnionym księdzem, który bardzo mi pomógł i w dalszym ciągu otacza dyskretną opieką”. Modlił się konsekwentnie, przystępował do sakramentów i prostował ścieżki swojego życia. Łatwo nie było, czasem sięgał jeszcze po alkohol. Aż rok później, z dnia na dzień, całkowicie przestał. Alkohol już go nie pociągał, ba – zaczął w nim budzić wstręt. „Dzięki wstawiennictwu księdza Jerzego Popiełuszki uzyskałem łaskę wiary i uzdrowienia” – napisał w swoim świadectwie. Relację tę potwierdził ksiądz w załączonym oświadczeniu, ten właśnie, który Ryszarda wyspowiadał. „Od początku twierdził, że uświadomienie sobie ofiary, jaką z życia swego złożył Panu Bogu śp. ksiądz Jerzy, wpłynęło na niego tak wstrząsająco, iż postanowił zerwać z alkoholizmem, wrócić do Boga i pełnić służbę lekarską z pełną odpowiedzialnością” – napisał duchowny o swoim znajomym.

    Ryszard był jedną z wielu osób, które doznały łaski nawrócenia i uzdrowienia „w odpowiedzi” na męczeństwo ks. Jerzego Popiełuszki. Ile było takich przypadków? Nie sposób zliczyć. O niektórych ci, którzy ich doświadczyli, opowiedzieli, o wielu innych zapewne dowiemy się dopiero w przyszłym życiu.

    Efekt łaski

    Gdyby ksiądz Jerzy Popiełuszko jeszcze żył – a miałby 77 lat – pewnie niewielu dziś kojarzyłoby kapelana Solidarności. Po kolejnych dekadach byłby tylko nazwiskiem w leksykonie. Wszystko zmieniło jego męczeństwo. Kult księdza Jerzego zaczął się, zanim do opinii publicznej dotarła wieść o jego śmierci. Gdy 20 października 1984 roku w wieczornym wydaniu „Dziennika Telewizyjnego” pojawił się oficjalny komunikat o uprowadzeniu kapłana, natychmiast w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu zebrało się kilka tysięcy ludzi. Mszą o godzinie 22 rozpoczęło się całodobowe modlitewne czuwanie. Trwało wiele dni, podczas których świątynię odwiedziły tłumy wiernych. Odnotowano liczne nawrócenia. Konfesjonały były oblegane. Żeby obsłużyć stojących w kolejkach penitentów, z pomocą miejscowym księżom przyszli spowiednicy z dziesięciu zakonów i zgromadzeń. Wszyscy oni byli świadkami niezwykłych nawróceń. Ludzie wracali do Kościoła nieraz po wielu latach, przyrzekali, że odmienią swoje życie i będą się kierować Ewangelią.

    Wolni od zemsty

    Pogrzeb zamordowanego duchownego, który odbył się w sobotę 3 listopada 1984 roku, był świadectwem potężnego poruszenia w narodzie. Wzięło w nim udział kilkaset tysięcy osób. Ścisk panował nie tylko wokół kościoła św. Stanisława, ale też na wszystkich okolicznych ulicach, włącznie z rozległym placem Komuny Paryskiej (dziś plac Wilsona). Ludzie przybyli mimo przeszkód ze strony SB, która dwoiła się i troiła, żeby nie dopuścić do „wrogich demonstracji”. Niepotrzebnie – uczestnicy uroczystości pogrzebowych nie wyrażali pragnienia zemsty. Nie odnotowano żadnych ekscesów. W powszechnej świadomości mocno utkwiła dewiza księdza Jerzego: „Zło dobrem zwyciężaj” i to przełożyło się także na zachowanie tłumu. Wyglądało to tak, jakby w duszach Polaków zaczęły rozbrzmiewać ostatnie publicznie wygłoszone słowa błogosławionego: „Prośmy Chrystusa Pana (…), byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy”.

    I tak już zostało: przesłanie kapelana Solidarności po śmierci zaczęło brzmieć mocniej niż za życia i przynosić obfitsze owoce. Jeśli nieuwikłani w kolaborację Polacy mieli jeszcze jakieś złudzenia co do systemu komunistycznego, to zamordowanie księdza Popiełuszki rozwiało je ostatecznie. Istota tego zakłamanego i zbrodniczego reżimu stała się dla wszystkich oczywista, co ostatecznie doprowadziło do upadku komunizmu. Jeśli odbyło się to bez rozlewu krwi, to z pewnością także dlatego, że wcześniej krew przelał ksiądz Jerzy. Kapłan stał się naśladowcą Chrystusa aż po męczeństwo, przez co uaktualnił starożytną dewizę: „Krew męczenników posiewem chrześcijan”. Rzeczywiście, męczeństwo ks. Popiełuszki przysporzyło Polsce chrześcijan świadomych, oddanych Chrystusowi. Świadectwem roli, jaką zaczął odgrywać po śmierci, jest jego trwający bezustannie żywy kult. Grób księdza Jerzego przy kościele św. Stanisława na warszawskim Żoliborzu odwiedziło około 25 milionów pielgrzymów. Wciąż się tam ktoś modli i każdego dnia odwiedzają to miejsce grupy pątników. Przez wiele miesięcy po pogrzebie kolejka do grobu była tak olbrzymia, że trzeba było w niej stać po kilka godzin. Nie zniechęcało to pielgrzymów – stali niezależnie od pogody i wszelkich niedogodności.

    Tak narodziło się nowe sanktuarium z żywym i wciąż rozwijającym się kultem. Przybywają tam Polacy z każdego zakątka kraju, odnotowano też obecność cudzoziemców ze 134 krajów. Przy grobie modlili się m.in. papież Jan Paweł II i kard. Ratzinger, wielu innych kardynałów i biskupów, prezydent USA George Bush, była brytyjska premier Margaret Thatcher, premier Czech Václav Havel, premier Węgier Viktor Orbán.

    Ksiądz działa

    Przekonanie o świętości męczennika było powszechne od początku. Już dwa dni po pogrzebie prymas Józef Glemp otrzymał pierwszą pisemną prośbę o wszczęcie procesu beatyfikacyjnego. Złożyło ją 178 pracowników Szpitala Ginekologicznego w Warszawie, gdzie ks. Popiełuszko był kapelanem. Za tą prośbą lawinowo poszły następne. Pisali ludzie z całego świata. Rok po śmierci księdza Jerzego w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej było już 13 940 imiennych próśb o beatyfikację ks. Popiełuszki. Nadawcy pochodzili z 17 krajów.

    O wstawiennictwo do bł. ks. Jerzego bezustannie płynie rzeka modlitw. Do utworzonego przy warszawskiej parafii św. Stanisława Kostki Ośrodka Dokumentacji Życia i Kultu Księdza Jerzego Popiełuszki trafiają świadectwa łask doznanych za wstawiennictwem męczennika. Bardzo często są to uzdrowienia. Jest ich ponad 600, z czego kilkadziesiąt zawiera dokumentację z potwierdzającą je opinią lekarzy.

    Ludzie świadczą też o pomocy błogosławionego w zwykłych życiowych sprawach – np. w znalezieniu pracy albo w rozwiązaniu skomplikowanych spraw rodzinnych. Wciąż też dzieje się to, co miało miejsce w dniach przed pogrzebem i po nim – wpływowi księdza Jerzego wiele osób przypisuje swoje nawrócenie, odnalezienie wiary i powrót do Kościoła. W dalszym ciągu, tak jak kiedyś, przy jego grobie ludzie decydują się po latach wyznać grzechy w spowiedzi.

    Ksiądz Jerzy Popiełuszko szybko stał się znany na całym świecie. Patronuje 157 polskim ulicom, placom, skwerom i rondom. Jego imię noszą też ulice w kilku innych krajach – we Francji, Niemczech, w Ukrainie i na Węgrzech – a także plac w Nowym Jorku. Jest patronem 50 szkół polskich i kilku zagranicznych. W Polsce stoi 186 poświęconych mu pomników i pamiątkowych tablic.

    Od dnia beatyfikacji księdza Jerzego po świecie rozeszły się jego relikwie, czczone obecnie w ponad 1800 miejscach.

    Zewnętrzne znaki świadczące o roli, jaką ksiądz Jerzy Popiełuszko odgrywa w Polsce, a częściowo także poza nią, mówią o tym, co najważniejsze – o jego potężnym oddziaływaniu duchowym. Oddziaływanie to pozostanie zapewne tajemnicą wielu dusz, ale jedno jest pewne: ksiądz Jerzy w znaczący sposób wpłynął na życie wielu Polaków. I wciąż wpływa.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jan Paweł II o Księdzu Popiełuszce: wolność w Prawdzie. Nazwał go też patronem obecności Polski w Europie

    Jan Paweł II o Księdzu Popiełuszce: wolność w Prawdzie. Nazwał go też patronem obecności Polski w Europie

    św. Jan Paweł II i bł. ks. Jerzy Popiełuszko (Fot. pixabay.com/Wikimedia Commons (domena publiczna)

    ***

    Jan Paweł II wraz z rodakami i Kościołem Powszechnym przeżywał dramat porwania i śmierci ks. Jerzego Popiełuszki, który zginął z rąk komunistycznych służb bezpieczeństwa w 1984 r. Kiedy Polska odzyskała wolność w 1989 r., uznał, że świadectwo ks. Jerzego w nowych czasach jest ważniejsze niż za komunistycznej niewoli. To właśnie jego nazwał patronem obecności Polski w Europie. Od 22 października 1984 r. dziennik „L’Osservatore Romano” codziennie informował na pierwszej stronie o rozwoju sytuacji.

    Jan Paweł II i ks. Jerzy Popiełuszko prawdopodobnie nigdy się nie spotkali. Kiedy w 1983 r. Papież był w Polsce, reżim odmówił kapelanowi „Solidarności” niezbędnej przepustki. Ks. Jerzy jak wszyscy kapłani swego pokolenia był pod silnym wpływem polskiego Papieża. Świadczą o tym jego kazania. Jan Paweł II wiedział o posłudze kapelana warszawskich robotników. Znał jego kazania. Przesłał mu pozdrowienia, a także różaniec. To nim 3 listopada 1984 r. spleciono w trumnie dłonie zabitego kapłana.

    Ofiara, która prowadzi do zmartwychwstania 

    Jan Paweł II wraz z innymi Polakami uczestniczył w dramacie porwania ks. Jerzego. Podczas audiencji generalnej i na modlitwie Anioł Pański prosił o modlitwę w jego intencji, apelował do sumień porywaczy. Kiedy nadeszła wiadomość o odnalezieniu ciała ks. Jerzego, Papież bardzo szybko zrozumiał, że męczeństwo to będzie miało decydujące znaczenie dla zmagań Polski o niepodległość. 

    Już następnego dnia 31 października 1984 r. na audiencji ogólnej powiedział: „Chrześcijanin powołany jest w Jezusie Chrystusie do zwycięstwa. Zwycięstwo takie nieodłączne jest od trudu, od cierpienia, tak jak Zmartwychwstanie Chrystusa jest nieodłączne od Krzyża. A zwyciężył już dziś – choćby leżał na ziemi”. Na kolejnej audiencji środowej dodał: „Ta śmierć jest także świadectwem. Ja modlę się za księdza Jerzego Popiełuszkę, jeszcze bardziej się modlę o to, ażeby z tej śmierci wyrosło dobro, tak jak z Krzyża Zmartwychwstanie”

    Świadectwo w czasach wolności

    Pięć lat później Polska jako pierwszy kraj bloku komunistycznego odzyskała wolność. W tych nowych warunkach Jan Paweł II ponownie przypomniał rodakom postawę ks. Jerzego. „Niech przemawia do nas świadectwo tego kapłana, które się nie przedawnia, które jest ważne nie tylko wczoraj, ale także dzisiaj. Może dzisiaj bardziej jeszcze” – mówił Papież na audiencji ogólnej 31 października 1990 r.

    Od tej pory przywoływał świadectwo ks. Jerzego, aby pokazać Polakom, jak mają się odnosić do Europy i zachodzących w niej przemian. 14 lutego 1991 r. na audiencji dla Lecha Wałęsy podkreślił, że „Polska nigdy Europy nie zdradziła! Czuła się odpowiedzialna za europejską wspólnotę narodów. Oczekiwała od niej pomocy, ale też umiała za nią umierać”. W tym kontekście Papież przypomniał niesprawiedliwy pokój według postanowień Konferencji z Jałty. Podkreślił, że naród nigdy się z tym nie pogodził i nie uległ narzuconej mu ideologii i totalitaryzmowi. „Bronił swojej godności i praw z ogromnym trudem i za cenę wielkich ofiar” – mówił Papież, podkreślając, że symbolem tego jest między innymi ks. Jerzy.

    Patron obecności Polski w Europie

    Po raz kolejny Jan Paweł II odwołał się do kapelana „Solidarności” kilka miesięcy później podczas swej podróży do Ojczyzny. Podjął on wtedy otwartą polemikę z tymi, którzy postulowali powrót Polski do Europy. Podkreślił, że Polacy nie muszą powracać do Europy, bo w niej są. „Nie musimy do niej wchodzić, ponieważ ją tworzyliśmy i tworzyliśmy ją z większym trudem, aniżeli ci, którym się przypisuje albo którzy sobie przypisują patent na europejskość, wyłączność. (…) Ja pragnę jako Biskup Rzymu zaprotestować przeciwko takiemu kwalifikowaniu Europy, Europy Zachodniej. To obraża ten wielki świat kultury, kultury chrześcijańskiej, z któregośmy czerpali i któryśmy współtworzyli, współtworzyli także za cenę naszych cierpień. (…) Kulturę europejską tworzyli męczennicy trzech pierwszych stuleci, tworzyli ją także męczennicy na wschód od nas w ostatnich dziesięcioleciach – i u nas w ostatnich dziesięcioleciach. Tak tworzył ją ksiądz Jerzy. On jest patronem naszej obecności w Europie za cenę ofiary z życia, tak jak Chrystus. Tak jak Chrystus, jak Chrystus ma prawo obywatelstwa w świecie, ma prawo obywatelstwa w Europie, dlatego że dał swoje życie za nas wszystkich” (homilia we Włocławku, 7.06.1991).

    Aby sumienie nie porosło pleśnią

    Dlaczego tak wielką wagę przypisywał Jan Paweł II świadectwu ks. Jerzego w nowych czasach, po upadku marksistowskiego totalitaryzmu? Papież poniekąd sam dał na to odpowiedź, przytaczając, podczas cytowanej już audiencji z 1990 r. kilka wypowiedzi kapłana męczennika: „Aby pozostać człowiekiem wolnym duchowo, trzeba żyć w prawdzie. Życie w prawdzie, to dawanie świadectwa na zewnątrz, to przyznanie się do niej i upominanie się o nią w każdej sytuacji. Prawda jest niezmienna. Prawdy nie da się zniszczyć taką czy inną decyzją, taką czy inną ustawą” (31.10.1982 r.). „Postawmy życie w Prawdzie na pierwszym miejscu, jeżeli nie chcemy, by nasze sumienie porosło pleśnią” (27.02.1983 r.).

    Wyjątkowe zainteresowanie watykańskich mediów

    Warto podkreślić wyjątkowe zainteresowanie ówczesnych watykańskich mediów sprawą porwania i śmierci ks. Popiełuszki. Począwszy od 22 października 1984 r. dziennik „L’Osservatore Romano” codziennie informował na pierwszej stronie o rozwoju sytuacji. „Cała Polska niespokojna o Księdza Jerzego Popiełuszko”; „Chwile grozy w Polsce po porwaniu kapłana”; „Cała Polska mobilizuje się w sprawie ks. Popiełuszki” – to tytuły z pierwszych dni po porwaniu. 25 października watykański dziennik informuje, wciąż na tytułowej stronie, o aresztowaniu porywaczy, a następnego dnia cytuje słowa generała Jaruzelskiego, który potępił porwanie. 

    „L’Osservatore Romano” (Fot. „L’Osservatore Romano”, 1.11.1984 rok)„L’Osservatore Romano” (Fot. „L’Osservatore Romano”, 1.11.1984 rok)

    W kolejnych wydaniach „L’Osservatore Romano” przytacza kolejny apel Papieża oraz reakcje ze świata, w tym znamienne słowa arcybiskupa Paryża kard. Jean-Marie Lustigera: „żyjemy w czasach morderców”.

    Krzysztof Bronk/Vatican News/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki odbył się 3 listopada 1984 roku w kościele pw. św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Szacuje się, że uczestniczyło w nim co najmniej 450 tys. osób, a niektóre źródła mówiły nawet o milionie uczestników. Uroczystości stały się wielką manifestacją antykomunistyczną.

    Pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki odbył się 3 listopada 1984 roku w kościele pw. św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Szacuje się, że uczestniczyło w nim co najmniej 450 tys. osób, a niektóre źródła mówiły nawet o milionie uczestników. Uroczystości stały się wielką manifestacją antykomunistyczną.

    fot. Witold Jarosław Szulecki/East News

    ***

    Śmierć w roku orwellowskim 1984

    W 40. rocznicę męczeńskiej śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki, kiedy zatarł się polityczny i społeczny kontekst tamtych wydarzeń, bardziej widoczny staje się ich wymiar metafizyczny – starcie ewangelicznego Dobra ze Złem. Gdyby George Orwell wiedział o dramacie, który rozegrał się w nocy 19 października 1984 r., mógłby dopisać nowy rozdział do swej antyutopii „Rok 1984”.

    Na Orwellowskie paralele wydarzeń tamtej strasznej nocy, kiedy między 21.30 a północą dokonywało się męczeństwo ks. Jerzego, zwrócił uwagę Andrzej Duda w liście do uczestników obchodów 35. rocznicy męczeństwa ks. Popiełuszki w Suchowoli. „Błogosławiony ksiądz Jerzy zginął w roku 1984” – napisał prezydent Rzeczypospolitej. „Być może jest w tym pewien znak Opatrzności, bo przecież »Rok 1984« to tytuł głośnej powieści George’a Orwella. Książki, w której przedstawiono straszliwą wizję państwa totalitarnego. Szczególnie poraża pojawiające się tam – w nawiązaniu do terroru sowieckiego – pojęcie nieosoby. A więc kogoś, kto naraził się bezwzględnemu, owładniętemu rządzą władzy środowisku politycznemu, i kogo to środowisko zaczyna traktować nie jak człowieka, ale jak przedmiot. Nie sposób o tym zapomnieć, kiedy poznaje się historię prześladowań i męczeństwa księdza Jerzego”.

    Świat przedstawiony i realny

    Realia 1984 r. w istotny sposób odbiegały od wizji przedstawionej w książce Orwella, ale wiele zasadniczych elementów wykreowanego świata determinowało tamtą rzeczywistość. Świat był podzielony na dwa bloki militarne, a w systemie komunistycznym przynależność do partii określała pozycję społeczną i materialną oraz możliwości awansu. Bunt proli, jak Orwell nazywa proletariat, społeczności ludzi pozbawionych praw politycznych oraz zdeklasowanych materialnie – a tak można określić rewolucję Solidarności – skończył się klęską. Społeczeństwo sterroryzowane brutalnymi represjami pogrążyło się w duchowym marazmie. Polska w latach 80. XX wieku straciła co najmniej milion najbardziej aktywnych i przedsiębiorczych obywateli, którzy udali się na emigrację. Wzrosło znaczenie Służby Bezpieczeństwa, najważniejszej instytucji, kontrolującej wszystkie segmenty życia publicznego. Wprowadzenie stanu wojennego było dla bezpieki czasem wielkiego werbunku, a jej sieć agenturalna została rozbudowana. Orwellowski Wielki Brat wiedział wszystko, m.in. dzięki sprawnie prowadzonej przez kilkanaście tysięcy funkcjonariuszy SB pracy operacyjnej. Posiłkowali się oni kilkudziesięcioma tysiącami tajnych współpracowników, ulokowanych we wszystkich sektorach życia politycznego, gospodarczego, kulturalnego i we wszystkich Kościołach chrześcijańskich. Partia komunistyczna miała monopol na przekaz informacji. Wszystkie media znajdowały się pod jej kontrolą, a działalność urzędów cenzorskich skutecznie broniła przekazu jednego nadawcy – komunistycznej władzy. Ukazywały się wprawdzie wydawnictwa bezdebitowe, ale miały niewielki zasięg, a ich redakcje w części były kontrolowane przez organy bezpieczeństwa. Jeśli jednak rzeczywistość 1984 r. w sposób istotny różniła się od wizji nakreślonej przez Orwella, to dlatego, że w świecie wykreowanym przez pisarza nie było miejsca na Kościół oraz wiarę, które stanowiły istotny komponent świata rzeczywistego. To była przestrzeń wolności, której władza nigdy nie zdołała opanować. Pontyfikat Jana Pawła II oraz jego pierwsza pielgrzymka do ojczyzny w 1979 r. wzmocniły ludzi wierzących, co miało istotne znaczenie w trakcie strajków w sierpniu 1980 r. Portrety papieża oraz Matki Boskiej Częstochowskiej zawisły na bramach strajkujących zakładów, pokazując, gdzie kończy się władza partii.

    W takich warunkach zaczęła się społeczna posługa ks. Jerzego Popiełuszki. Po raz pierwszy w sierpniu 1980 r. doświadczył on siły robotniczego buntu, odprawiając Mszę św. dla strajkującej załogi Huty Warszawa. W takich realiach nieznany wcześniej, skromny wikary z warszawskiego Żoliborza zaczynał misję, która doprowadzi go do męczeńskiej śmierci, a jednocześnie unieśmiertelni. Tego nie ma w książce Orwella. Winston Smith, jej główny bohater, jest samotny i bezradny wobec władzy. Nie ma struktury, na której mógłby się oprzeć.

    Seanse nienawiści

    Istotą opisywanego przez Orwella świata była całkowita kontrola władzy nad językiem. To rządząca partia nadaje znaczenia słowom. Smith widzi budynek Ministerstwa Prawdy, gdzie pracuje, ozdobiony transparentem z napisem: „Wojna to pokój. Wolność to niewola. Ignorancja to siła”. W latach 80. ub. wieku kontrola nad językiem była także jednym z elementów zapewniających trwanie systemowi. Władza w PRL także stworzyła sztuczny język. Jego istotą było wyeliminowanie słów niepotrzebnych lub źle się kojarzących, czy niewłaściwych z punktu widzenia ideologicznych interesów rządzącej partii. Tak wypreparowany język przestał być narzędziem komunikacji, a służył jedynie do przekazywania treści pożądanych przez rządzących. Działania mające zmienić ten stan były w świecie wykreowanym przez Orwella kwalifikowane jako myślozbrodnia.

    Posługa ks. Jerzego przywracała wartość słowom. Dlatego władza tak zdecydowanie reagowała na jego kazania, wygłaszane w czasie Mszy św. za Ojczyznę, odprawianych w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie. Gromadziły się na nich tłumy. Te Eucharystie tworzyły przestrzeń wolności, której wysłannicy reżimu nie mogli kontrolować. Była to jedna z największych myślozbrodni, jakiej mógł się dopuścić obywatel komunistycznego państwa.

    Msze św. za Ojczyznę były przez Jerzego Urbana, rzecznika rządu, nazywane „seansami nienawiści” wymierzonymi we władze stanu wojennego. Urban nawiązywał do opisanej przez Orwella praktyki organizowania przez partię Dwóch Minut Nienawiści, mających wzbudzać negatywne emocje na potrzeby propagandy. Prawdziwymi seansami nienawiści z ks. Popiełuszką w roli głównej były cykliczne konferencje rzecznika rządu oraz cała rządowa propaganda, przez wiele miesięcy atakująca i szkalująca niepokornego kapłana.

    Rodzice ks. Jerzego Marianna i Władysław Popiełuszkowie nad grobem syna w dniu pogrzebu.

    Rodzice ks. Jerzego Marianna i Władysław Popiełuszkowie nad grobem syna w dniu pogrzebu.

    reprodukcja – Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Piętrowa prowokacja

    Ważnym instrumentem sprawowania władzy w powieści Orwella jest prowokacja. To wręcz systemowy element inżynierii społecznej, umożliwiający skuteczną kontrolę nad masami. Także w tym aspekcie wydarzenia, jakie rozegrały się w nocy 19 października 1984 roku między Bydgoszczą, Toruniem i Włocławkiem, wpisują się w Orwellowską wizję świata. Wielopoziomowa prowokacja stała za uprowadzeniem i zamordowaniem ks. Popiełuszki. Jej pierwotnym elementem było podrzucenie w czasie rewizji 12 grudnia 1983 roku ulotek, broni i materiałów wybuchowych do mieszkania księdza przy ul. Chłodnej 15 w Warszawie. W akcję zaangażowani byli także funkcjonariusze bezpieki, którzy później uprowadzili i zabili kapelana Solidarności. Stało się to pretekstem do jego zatrzymania oraz oskarżenia o to, że „przy wykonywaniu obrzędów religijnych (…), w wygłaszanych kazaniach nadużywał wolności sumienia i wyznania w ten sposób, że permanentnie oprócz treści religijnych zawierał w nich zniesławiające władze państwowe treści polityczne, a w szczególności pomawiał, że te władze posługują się fałszem, obłudą i kłamstwem, przez antydemokratyczne ustawodawstwo niszczą godność człowieka, a także pozbawiają społeczeństwo swobody myśli oraz działania, czym nadużywając funkcji kapłana, czynił z kościołów miejsce szkodliwej dla interesów PRL propagandy antypaństwowej”. Ten prokuratorski wywód mógłby znaleźć się w rozdziale książki Orwella opisującym przypadki myślozbrodni.

    Tymczasem w swych kazaniach ks. Jerzy mówił o rzeczach oczywistych – o konieczności prawdy, uczciwości i miłości bliźnich w życiu społecznym. Upominał się o prawa człowieka, bronił represjonowanych. Często odnosił się do wydarzeń z przeszłości, wyprowadzając z nich wnioski dla obecnej sytuacji. Czytając je po latach, nie znajduje się w nich żadnych treści obrazoburczych ani w sposób oczywisty politycznych. Było w tym czasie sporo księży w Polsce znacznie mocniej i dosadniej oceniających rzeczywistość stanu wojennego aniżeli Popiełuszko. Jego popularność, charyzmat oraz umiejętność gromadzenia wokół siebie wielkich rzesz ludzi stanowiły problem dla władzy, ale z pewnością nie wymagały podjęcia działań tak radykalnych jak uprowadzenie i zabicie. Według ciągle niepełnej wiedzy, jaką mamy w tej sprawie, można stwierdzić, że zabicie księdza było elementem szerszego planu.

    Przekonani o tym byli także jego mordercy. Porucznik Leszek Pękala w trakcie przesłuchania mówił: „Porwanie księdza miało służyć – o tym byłem przekonany – dla rozegrania pewnych ważnych, politycznych interesów państwowych”. To, co zamierzali zrobić, było „potrzebne i słuszne w interesie państwa, biorąc pod uwagę zarówno jego sprawy wewnętrzne, jak i może międzynarodowe”. Porucznik Waldemar Chmielewski, drugi z porywaczy i zabójców, przekonywał podczas pierwszego przesłuchania, że byli oni przekonani o akceptacji przez kierownictwo resortu ich planów. W czasie kolejnego przesłuchania (6 listopada1984 r.) stwierdził, iż Piotrowski ich przekonywał, że plany akceptuje nie tylko ich bezpośredni zwierzchnik płk Adam Pietruszka, ale także wiceminister spraw wewnętrznych gen. Władysław Ciastoń. Gdy tuż przed północą 19 października 1984 roku cała trójka zastanawiała się, co zrobić z ciężko pobitym i skrępowanym w bagażniku samochodu księdzem, Piotrowski rozstrzygnął wątpliwości stwierdzeniem, że „zleceniodawcom zależy na tym, aby Popiełuszko zniknął raz na zawsze”.

    Mecenas Jan Olszewski, oskarżyciel posiłkowy na procesie toruńskim, odpowiadając na pytanie, dlaczego ofiarą został ks. Popiełuszko, powiedział, że został on wytypowany nie dlatego, że był znienawidzony w resorcie i osobiście dokuczał oskarżonym. „Został wytypowany na zimno, bo jego nazwisko było głośne, cieszył się mirem i społecznym uznaniem. Bo uprowadzenie i śmierć kapłana katolickiego jest w takim kraju jak Polska wielkim wstrząsem dla całego społeczeństwa. Z punktu widzenia założeń prowokacji ofiara została wybrana bezbłędnie”. W tym scenariuszu bestialski mord na ks. Popiełuszce miał spowodować masowe protesty, które miały doprowadzić do przetasowań na najwyższych szczeblach władzy. Był to prawdziwie Orwellowski scenariusz inżynierii społecznej, wykorzystującej emocje do prowadzenia zaplanowanej z zimną krwią gry politycznej.

    Przemoc przegrywa

    „Rok 1984” to powieść o przemocy i nienawiści – ten motyw dominuje też w działaniach morderców z SB. Główny imperatyw, jakim kierują się kpt. Piotrowski oraz jego wspólnicy, to sugestywnie przedstawiona w książce Orwella nietzscheańska „wola mocy”. Reprezentujący ją „nadludzie” uzurpują sobie prawo do łamania prawa w imię własnej hierarchii wartości. Taką kreację Piotrowski zaprezentował podczas procesu toruńskiego, przekonując, że jego osąd moralny pozwalał mu porwać, a później zamordować księdza. I jeszcze jeden ważny wątek orwellowski widoczny jest w działaniach morderców. Przemoc w książce to but miażdżący ludzką twarz, gdyż „nic nie jest tak straszne jak ból fizyczny”. Piotrowski tłucze bezlitośnie ks. Jerzego nie tylko po to, aby go uciszyć – zadając mu fizyczny ból, chce zdewastować jego duszę.

    W polskiej rzeczywistości 1984 roku zwycięża ks. Jerzy Popiełuszko. Jego pogrzeb staje się największą od czasu ogłoszenia stanu wojennego demonstracją oporu wobec władzy komunistycznej, a jednocześnie odbywa się w atmosferze powagi i wielkiego narodowego skupienia. Śmierć ks. Jerzego została powszechnie odczytana jako świadectwo dane przez wiernego ucznia Chrystusa. Stała się impulsem do nawrócenia dla wielu ludzi i zaczynem odrodzenia ruchu Solidarności. Heroizm ks. Jerzego zdecydował o tym, że wydarzenia w Polsce potoczyły się inaczej aniżeli w powieści Orwella. Wielki Brat przegrał i rozpoczął się rozpad totalitarnego systemu.

    Andrzej Grajweski/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dwie godziny wolności

    Sprawowane przez ks. Jerzego Popiełuszkę Msze za Ojczyznę stały się głównym powodem spotykających go prześladowań, a w końcu męczeńskiej śmierci, ale też źródłem nadziei i otuchy dla milionów Polaków.

    Od kwietnia 1982 roku Msze za Ojczyznę były odprawiane w ostatnią niedzielę miesiąca o godz. 19.00. Od końca lutego 1982 r. do 26 sierpnia 1984 r. w kościele pw. św. Stanisława Kostki w Warszawie odbyło się 26 Eucharystii w intencji Ojczyzny.

    Msza Święta za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu

    fot. Grzegorz Rogiński, reporter/EAST NEWS

    ***

    Był maj 1980 roku, gdy do kościoła św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu trafił w charakterze rezydenta ks. Jerzy Popiełuszko. „Przyszedł do parafii prosty, nieśmiały, jakby zalękniony. Pytałem się w duchu, co za pociechę mieć z niego będę. Do kazań się nie rwał, śpiewu unikał” – wspominał ks. proboszcz Teofil Bogucki.

    Kto by pomyślał, że za niespełna dwa lata kazania tego człowieka – i nie tylko one – zaczną poruszać cały naród, a ich echo będzie brzmiało przez dziesięciolecia.

    Łyk powietrza

    Stan wojenny zszokował Polaków. Ludzie długo nie mogli się otrząsnąć. Zadbała o to władza ludowa, brutalnie pacyfikując kolejne ośrodki oporu i trzymając ludzi w atmosferze terroru. W tej ponurej atmosferze 17 stycznia 1982 r. ks. Jerzy Popiełuszko odprawił Mszę Świętą w intencji ofiar stanu wojennego. Prosili o to warszawscy hutnicy, których był duszpasterzem. „Ponieważ odebrano nam wolność słowa, dlatego wsłuchując się w głos sumienia i serca, pomyślmy o tych, którym odebrano wolność osobistą i zamknięto w obozach i więzieniach” – niosło się po kościele św. Stanisława Kostki. Dla uczestników to było jak łyk świeżego powietrza: ktoś wreszcie publicznie powiedział prawdę.

    To nie było jeszcze to, co niebawem miało przejść do historii pod nazwą Mszy za Ojczyznę. Tę przyszły męczennik odprawił po raz pierwszy przeszło miesiąc później. „Kościół zawsze staje po stronie prawdy. Kościół zawsze staje po stronie ludzi pokrzywdzonych. Dzisiaj Kościół staje po stronie tych, którym odebrano wolność, którym łamie się sumienie” – mówił ks. Jerzy Popiełuszko podczas Mszy św. odprawionej 28 lutego 1982 roku. Jej formalna intencja brzmiała: „za pozbawionych wolności, aresztowanych, internowanych, zwalnianych z pracy i ich rodziny oraz tych wszystkich, którzy są na służbie kłamstwa i niesprawiedliwości”. Ta intencja przyświecała także kolejnym Mszom za Ojczyznę – bo taką nazwą zaczęto je określać. Od kwietnia 1982 r. były one odprawiane w ostatnią niedzielę każdego miesiąca o godzinie 19.00.

    Zdumiewający zasięg

    Ściślej mówiąc, Msze za Ojczyznę celebrował już wcześniej, przed stanem wojennym, proboszcz parafii na Żoliborzu ks. Teofil Bogucki, nawiązując w ten sposób do przedwojennej tradycji. Ks. Jerzy Popiełuszko jako rezydujący w parafii duszpasterz Huty Warszawa przejął ten zwyczaj na jego prośbę. Od końca lutego 1982 r. do 26 sierpnia 1984 r. odbyło się w kościele pw. św. Stanisława Kostki w tej intencji 26 Mszy. Każda kolejna Msza za Ojczyznę gromadziła coraz więcej uczestników, zasadniczo warszawiaków, ale stopniowo przybywali także ludzie z całej Polski, niezależnie od wyznania, a trafiali się nawet ateiści. Te „dwie godziny wolności”, jak mówiono o tych Mszach, przyciągały licznych działaczy niepodległościowych, takich jak: Andrzej Gwiazda, Zbigniew Romaszewski, Anna Walentynowicz, Jacek Kuroń czy Adam Michnik.

    W 1984 r. w Mszach za Ojczyznę brało udział każdorazowo kilkanaście tysięcy osób, a bywało, że i ponad 20 tysięcy. Podczas Eucharystii modlono się o wolną Polskę, za prześladowanych, za więźniów politycznych. Homilie wygłaszane przez ks. Popiełuszkę nagrywano na kasety, kopiowano, przepisywano i powielano w wielkiej liczbie egzemplarzy – wszystko oczywiście w tzw. drugim obiegu. Cytaty z nich pojawiały się w Radiu Wolna Europa, a także w nagraniach pozyskanych przez media zachodnie. W 1984 r. autoryzowany zbiór kazań został przekazany także Janowi Pawłowi II. Fragmenty homilii ks. Popiełuszki, wygłaszanych na Mszach za Ojczyznę, docierały konspiracyjnie także do internowanych. „Opowiadania o mszach za Ojczyznę przenikały przez mury Mokotowa. Przekazywane między celami przez okno i przestukiwane przez ściany, dodawały nam otuchy, podnosiły na duchu i dawały świadomość, że poza murami dziesiątki tysięcy ludzi łączy się z tymi, którzy nie wyrzekli się cnoty męstwa i są gotowi dać świadectwo prawdzie i realizować Solidarność i nakazy miłości bliźniego” – wspominał Andrzej Gwiazda w księdze pamiątkowej ks. Jerzego Popiełuszki.

    Pierwszą Mszę Świętą za Ojczyznę ks. Popiełuszko odprawił 28 lutego 1982 roku.

    Pierwszą Mszę Świętą za Ojczyznę ks. Popiełuszko odprawił 28 lutego 1982 roku.
    fot. Maciej Macierzyński, reporter/EAST NEWS

    ***

    Prorocze słowa

    Przyszły męczennik bardzo solidnie przygotowywał swoje kazania, szczególnie od chwili, gdy uświadomił sobie, jak ważne są one dla słuchaczy i jak wielki jest ich zasięg. Jego kaznodziejstwo obracało się wokół zaczerpniętego od św. Pawła wezwania „zło dobrem zwyciężaj”. Mówił prosto, ale celnie. Kazania, w których często odwoływał się do nauczania Jana Pawła II oraz Stefana Wyszyńskiego, zawsze dotyczyły podstawowych wartości, zakorzenionych w chrześcijaństwie: prawdy, wolności, solidarności, sprawiedliwości i miłości do ojczyzny. Błogosławiony uczył, że początkiem zniewolenia człowieka i społeczeństwa jest zawsze akceptacja grzechu. Wskazywał, że wolność musi mieć związek z prawdą, sięgając często do konkretów z najbliższego czasu. „Nie można przyjąć za prawdę pięknych słów i deklaracji o prawdziwej ugodzie, gdy idą one równolegle z coraz dalszym odbieraniem praw obywatelskich. A ostatnie przepisy prawa zatwierdzone przez Sejm są niewątpliwie ustawami nie dla dobra interesu społeczeństwa” – mówił 28 sierpnia 1983 roku. Proroczo zabrzmiały słowa: „Prawdą jest, że człowiek to koronne stworzenie Boga i nie może być podporządkowany innym celom, niezgodnym z jego ostatecznym przeznaczeniem do życia wiecznego z Bogiem. Prawdą jest (…), że okres zrywu sierpniowego przemienia dusze ludzkie. Naród już wie, czego chce, i nie uda się tej wewnętrznej przemiany cofnąć. Prawdą jest, że solidarność narodu naszego wyrosła na łzach, krzywdzie i krwi robotniczej, i że powstała w trosce o dom ojczysty”. Na koniec tego samego kazania ks. Jerzy powiedział: „Pamiętajmy, że mocny jest lud, gdy w swoim życiu i swojej ojczyźnie buduje na prawdzie, miłości, sprawiedliwości i solidarności serc i umysłów, w modlitewnym zjednoczeniu ze źródłem tych wartości, Ojcem ludów i narodów – Bogiem Przedwiecznym”.

    Znak zwycięstwa

    Do tematu z kazania nawiązywała modlitwa wiernych. Zazwyczaj pojawiały się tam wezwania o prawdę, wolność i sprawiedliwość. Modlono się na przykład: „za Ojca Świętego zatroskanego o los naszej Ojczyzny”; „za tych, którzy oddali krew Ojczyźnie w walce z zaborcą w czasie powstania styczniowego”; „za nas samych, abyśmy nigdy nie utracili wiary w ideały, o które walczyliśmy w szeregach Solidarności”. Często wspominano więzionych działaczy Solidarności, szykanowanych i poniżanych. „Tu ludzie wylewają swój żal, swój ból w modlitwie, w spontanicznym śpiewie i w milczeniu, które również jest jakąś wielką modlitwą” – mówił ks. Popiełuszko w jednym z wywiadów.

    Każda ze sprawowanych przez ks. Popiełuszkę Mszy św. za Ojczyznę była poświęcona określonemu tematowi, obecnemu nie tylko w treści kazania, ale też w dekoracji kościoła. Na przykład w czerwcu 1982 r. przy ołtarzu pojawił się przewiązany żałobną wstęgą biało-czerwony kontur Polski z zaznaczonymi miejscami internowania działaczy Solidarności. Ważna też była oprawa muzyczna i artystyczna. Znani artyści, w tym aktorzy, czytali lekcje przed Ewangelią, śpiewali psalmy, a po Komunii recytowali utwory i wykonywali pieśni o treści patriotyczno-religijnej. Głęboko przejmowały zebranych teksty wieszczów polskich, czytane przez Andrzeja Szczepkowskiego czy Zbigniewa Zapasiewicza. W zbiorowej pamięci pozostała intonowana przez Leona Łochowskiego pieśń „Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana”. Na zakończenie Mszy śpiewano pieśń „Boże, coś Polskę”. Najgłośniej wybrzmiewały ostatnie słowa: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”. Podczas śpiewu tej pieśni uczestnicy zazwyczaj podnosili dłonie z palcami ułożonymi w kształt litery „V”. Wiele osób jednak zamiast tego wznosiło w górę krzyż – tak jak prosił ksiądz Jerzy. Błogosławiony był przekonany, że to dużo lepiej wyraża istotę rzeczy. Tłumaczył, że prawdziwe zwycięstwo należy do Chrystusa, bo przez krzyż idzie się do zmartwychwstania.

    „Seanse nienawiści”

    Tłumy wiernych nie mieściły się w kościele, ludzie zajmowali cały plac kościelny i sąsiednie uliczki. Wraz ze zwiększającą się liczbą uczestników przybywało też transparentów komisji zakładowych zdelegalizowanej Solidarności.

    Dla komunistów spotkania w kościele św. Stanisława Kostki stanowiły naruszenie zakazu publicznych zgromadzeń. Według akt bezpieki gromadzenie przez ks. Popiełuszkę ludzi na Mszach za Ojczyznę było „nadużywaniem wolności sumienia i wyznania w celu szkodzenia interesom politycznym PRL”. W ramach propagandowego „odporu” rzecznik rządu Jerzy Urban pod pseudonimem Jan Rem pisał o Mszach za Ojczyznę jako o „seansach nienawiści”. Nazywał je „sesjami politycznej wścieklizny”, a nawet „czarnymi mszami”. Zgromadzenie wiernych było otoczone przez milicję i ZOMO, a wśród modlących się stali tajniacy. Ks. Popiełuszko, świadom obecności prowokatorów, po niemal każdej Mszy apelował do zebranych o spokojne rozejście się do domów. Dbała o to też Kościelna Służba Porządkowa, którą powołali działacze Solidarności. Jej członkowie czuwali także nad bezpieczeństwem ks. Jerzego, wokół którego bezpieka zacieśniała krąg inwigilacji. Z czasem, w obliczu coraz brutalniejszych prowokacji, dyżurni czuwali przy mieszkaniu księdza przez całą dobę.

    28 listopada 1982 r. kazanie podczas Mszy za Ojczyznę wygłosił wyjątkowo ks. Teofil Bogucki. Ks. Popiełuszko celebrował Mszę, ale nie wypowiadał się w jej trakcie. Stało się to na życzenie bp. Zbigniewa Kraszewskiego, który ostrzegł, że ks. Popiełuszko może zostać aresztowany po Mszy św. Ks. Jerzy w duchu posłuszeństwa uszanował tę decyzję, choć uważał ją za błędną.

    To dawało siłę

    Władze PRL robiły wszystko, żeby przedstawić Msze za Ojczyznę jako wynik politycznego zaangażowania ks. Popiełuszki, motywowanego chęcią szkodzenia państwu. W grudniu 1983 r. oficjalnie przedstawiono mu zarzut uprawiania propagandy antypaństwowej. Komuniści wielokrotnie interweniowali w sprawie Mszy odprawianych przez ks. Popiełuszkę w warszawskiej kurii, a potem także w sekretariacie Prymasa Polski. Duchowny został obstawiony donosicielami, a służby wzmogły akcję dezinformacyjną na jego temat wobec prymasa Józefa Glempa. Grożono mu śmiercią i na różne sposoby szykanowano. Mimo represji ks. Jerzy Popiełuszko odprawiał Msze za Ojczyznę. „Nie uprawiam polityki z ambony. Mnie chodzi o sprawę moralności, a nie o politykę” – powiedział kiedyś prof. Stanisławowi Olejnikowi z warszawskiej ATK. Tak też widzieli to uczestnicy Mszy za Ojczyznę, odprawianych przez ks. Popiełuszkę. Podkreślają oni, że były one dotknięciem rzeczywistości, której każdy uczciwy Polak pragnął, o którą się modlił, ale która wtedy była nieosiągalna. „One emocjonalnie dawały pewną siłę, człowiek mniej się bał. Trzeba jasno powiedzieć, że Polacy jako naród bali się” – mówił radiowej Jedynce ks. Jan Sochoń, biograf księdza Jerzego. W jego przekonaniu ks. Popiełuszko, szczególnie podczas stanu wojennego, „mówił w imieniu Polaków”. W podobnym duchu wypowiedział się ks. Jan Sikorski, który po śmierci ks. Jerzego kontynuował na Żoliborzu Msze w intencji Polski. Wspominał: „Oddychało się zupełnie innym powietrzem, inni ludzie, inny kontakt i głęboko religijne przeżycie. Od tej pory wiedziałem, że nikt nie jest w stanie mi opowiadać, że to są jakieś polityczne spektakle czy manifestacje”.

    Dobry owoc

    Ostatnią homilię podczas Mszy za Ojczyznę ks. Popiełuszko wygłosił 26 sierpnia 1984 r., w uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej. „Zawsze Maryja dla narodu była Matką podtrzymującą swe dzieci w wierze i nadziei, że odmieni się los udręczonej Ojczyzny” – mówił. Choć księdzu Jerzemu nie było dane tego oglądać z perspektywy doczesności, ta nadzieja się spełniła. Przyczyniło się do tego jego życie, przypieczętowane męczeńską śmiercią. Odprawiane przez błogosławionego Msze za Ojczyznę okazały się najbardziej wyrazistym elementem jego posługi i zapadły w trwałą pamięć narodu.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ksiądz Popiełuszko. Ta historia jest wieczna

    Ostatnie zdjęcie ks. Jerzego/ Ośrodek Dokumentacji Życia i Kultu ks. Jerzego Popiełuszki

    ***

    Nie pasował do roli bohatera. W latach 70. jeździł sportowym chevroletem, palił czasem papierosy, nosił dżinsy, lubił podróże. Nie miał raczej w planach „zbawiania świata”. Takich ludzi – jak wskazuje biblijna nauka – Pan Bóg lubi wybierać najbardziej.

    Kult niepozornego ale nadzwyczajnie silnego duchowo księdza dopiero zaczyna się rozwijać i z każdym rokiem zyskuje na zasięgu. Już nie Polska, a Korea Południowa, Wietnam, Filipiny i kilkadziesiąt innych krajów znajduje w jego prostej historii znak Ewangelii.

    Przyjaciel

    Ksiądz Jerzy szybko przechodził na Ty. Trudno policzyć wszystkich, którzy mówili mu po imieniu. Nie stwarzał żadnego dystansu. Jerzy zawsze źle wychodził na pomnikach bo ani trochę nie był taki pomnikowy – mówi jeden z jego przyjaciół. Może dlatego, że z natury był skromny, niepozorny i stronił od tłumów, choć zdecydowanie nie stronił od ludzi. Nie raz się zdarzało, że nawet kiedy był już znanym duszpasterzem Solidarności i kiedy pojawił się na zaproszenie w jakimś kościele, nie było końca owacjom ale i nie było końca zastanawianiu się, który to tak naprawdę jest ten Popiełuszko spośród stojącej często rzędem grupy kapłanów i dostojników. Być może z tego powodu ksiądz Jerzy uchodził czasem nawet oczom agentów bezpieki jak choćby 2 grudnia 1983 r., o czym sam pisał w dzienniku: „zobaczyłem w kościele dziwnie zachowujących się panów. Później okazało się, że to panowie z SB i prokuratury. Dziwnym trafem przeszedłem obok nich, choć były już obstawione wszystkie furtki.”

    Zadziwiony był także Andrzej Gwiazda, legendarny przywódca Solidarności, który po wyjściu z więzienia w którym słuchał kazań księdza Jerzego postanowił poznać go osobiście. Spodziewając się proroka z siwą brodą, jak sam to wspomina, zastał na plebanii kościoła w Warszawie na Żoliborzu uśmiechniętego chłopaka w dżinsach i w koszuli z podwiniętymi rękawami, z którym później przegadał całą noc. Skracanie dystansu to w życiu księdza Jerzego przede wszystkim troska o ludzi, płynąca nieustannie rzeka pomocy. Paczki, pomoc w znalezieniu pracy, wsparcie finansowe a nade wszystko obecność w podbramkowych i dramatycznych sytuacjach. To, co naprawdę ważne, prawdziwe, silne, jest często niepozorne i przystępne, może z tego powodu nie tak łatwo to czasem rozpoznać. Zadziwiające jest to, jak wiele osób urodzonych po upadku komunizmu mówi o księdzu Jerzym per „Jurek” lub „Jerzy”. Sam znam takich bardzo wielu. On wciąż skraca dystans. Po 1984 roku przesłano do parafii w której pracował ponad 570 świadectw łaski i cudów, w tym ponad 20 posiada dokumentację medyczną. Wciąż się angażuje, bo on po prostu niezmiernie to lubi…

    Egzorcyzmuje serca

    Droga serca. Adam Nowosad, jeden z przyjaciół księdza Jerzego i zarazem świadek w jego procesie beatyfikacyjnym powiedział, że ksiądz, mimo iż środowisko solidarnościowe uważało go za jednego z najważniejszych przywódców duchowych i mentora, zniechęcał ich do protestów, demonstracji, siłowych rozwiązań. Chodźcie do kościoła – mówił kapłan – dbajcie o przemianę serca, a system sam upadnie. Kiedy zginął maturzysta – Grzegorz Przemyk, zakatowany przez komunistyczną milicję, ksiądz Jerzy prowadził wielotysięczny kondukt pogrzebowy, w którym trumnę licealisty nieśli na ramionach jego koledzy. Ksiądz Jerzy zakupił wcześniej tysiące białych kwiatów i mówił, że jeśli by ponosiła ich nienawiść, niech unoszą kwiaty w górę i milczą… Jak mówią świadkowie, pochód nie spłoszył nawet ptaków siedzących na okolicznych drzewach, mimo tysięcy gorących głów, w których wcześniej płonęła zemsta, panowała przeraźliwa cisza…

    Mecenas Maciej Bednarkiewicz wspierający księdza w dramatycznych sytuacjach mówił, że słowa głoszone przez niego, które przyciągały kilkudziesięciotysięczne rzesze ludzi na Msze za Ojczyznę nie miały w sobie ani grama nienawiści. Pokój, cierpliwość, droga przemiany serc i wyraźne mówienie prawdy były dla komunistycznego systemu zniewolenia nie do zniesienia. Mecenas zauważa, że komuniści sterowali nienawiścią, często sami ją wywoływali. Pokój i pojednanie paraliżowały agresorów. Nieprzejednana siła rozlewającego się pokoju w sercach uczestników Mszy, miała zaś potęgę egzorcyzmów. Ludzie odchodzili stamtąd wolni wewnętrznie i gotowi do przemiany świata na dobre bez użycia kamieni i przekleństw. Niedawno jako przewodnik oprowadzałem po muzeum księdza Jerzego grupę palestyńskich chrześcijan. Nasza podróż zaczynała się zwyczajnie, a nawet chłodno. Kończyła się łzami i wzruszeniem. Błogosławiony ksiądz Popiełuszko jest patronem prześladowanych chrześcijan, zabieramy go ze sobą do Palestyny – powiedzieli na koniec. Mimo iż zabrakło głosu księdza Jerzego to do niego, do jego grobu, wciąż tłumnie przybywają ludzie. Od 1984 roku były ich blisko 23 miliony. Serca do końca świata będą potrzebowały egzorcyzmów… i on wciąż w tych łaskach pośredniczy. Tak nam dziś tych egzorcyzmów potrzeba.

    ***

    fot. Paweł Kęska

    ***

    Przeprowadza przez lęk jak przez ciemną noc

    Lęk jest współcześnie jedną z najdotkliwszych chorób świata. Za lękiem idzie przemoc fizyczna i psychiczna, ale i uzależnienia, upadki, rezygnacja z ideałów i z życiowych misji. Ksiądz Jerzy był normalny, odczuwał strach i lęk jak każdy z nas. Mimo to nie schodził z drogi. Coś takiego było w nim od dzieciństwa. Najlepszy wyraz temu dał w wojsku, gdzie mimo prześladowania, drwin i psychicznej przemocy nie poddał się presji i nie zdjął różańca i medalika oraz prowadził publiczne modlitwy. Nie zszedł złu z drogi również kiedy zmuszała go do tego okrutnymi i podstępnymi metodami bezpieka.

    W jednym ze wspomnień, Joanna Sokół, która współpracowała z nim intensywnie przez ostatni rok jego życia, mówi, że spodziewał się, że wszyscy go opuszczą pod presją prześladowań komunistycznych agentów i że zostanie sam. Te myśli poparte obficie faktami również nie sprawiły, że zszedł z drogi a presja była potworna. Nocne telefony, anonimy z pogróżkami śmierci, podsłuchy w całym domu, wezwania na przesłuchania, prowokacje, oskarżenia w mediach i manipulacje opinią publiczną. Bywało i tak, że odwracali się od niego przyjaciele. Nie zszedł z drogi. W jednym z kazań powiedział: Człowiek tchórzliwy, zalękniony, nie jest zdolny pokonać przeszkód, które są stawiane na drodze ku wielkim wartościom, takim jak Prawda, Sprawiedliwość, Godność. Nie wiadomo jaka była jego ostatnia droga. Dociekaniom przebiegu tego dramaty nie ma końca a wiadomo, że ustalenia procesu zabójców były manipulowane. W domysłach nie można sobie wyobrazić jednego, że się poddał… Relikwie księdza Jerzego są dziś w blisko 1500 miejscach kultu publicznego na świecie, w tym w blisko 500 miejscach w 61 krajach za granicą. Są w polskiej kaplicy sejmowej czy prezydenckiej, są w kaplicach więziennych, szpitalnych, w wielu kościołach misjonarskich na Bliskim Wschodzie, w Afryce, w miejscach konfliktów i dramatów. Wszędzie tam promieniują siłą i nadzieją, leczą ludzki lęk.

    Bohater jest wieczny

    Ksiądz Jerzy poza tym, że był niepozorny, to po prostu lubił życie w dobrym tego słowa znaczeniu. Był uśmiechnięty, miał pasje i przyjaciół. Nie pasował do roli bohatera. W latach 70. jeździł sportowym chevroletem, palił czasem papierosy, kupował je zresztą często w Peweksie, nosił dżinsy, lubił podróże. Nie miał raczej w planach „zbawiania świata”. Takich ludzi, jak wskazuje biblijna nauka, Pan Bóg lubi wybierać najbardziej. Ks. Adam Boniecki, który spotkał go na przełomie 1983 i 1984 r. i spędził z nim jeden dzień powiedział, że porażająca była dla niego obojętność, jaką żywił ksiądz Jerzy wobec faktu niezmiernej popularności jaką miał już w Polsce i na świecie. Nie interesowały go żadne gry, nie miał żadnych publicznych ambicji, był – jak mówi ksiądz Boniecki – księdzem, który się cieszył, że może pełnić posługę duszpasterską tam, gdzie go Bóg postawił.

    Ksiądz Jerzy znał wszystkich w Polsce ważnych ludzi Solidarności i nie budziło to w nim żadnej chęci władzy czy wpływu na świat. Wyłącznie służył… i tej służbie poświęcił się do końca. Ulice księdza Jerzego Popiełuszki znajdziemy dziś w Nowym Jorku, w Budapeszcie, w miastach francuskich, włoskich, w 214 miejscach w Polsce. Imię księdza Jerzego noszą dziś 52 szkoły w Polsce. To bohaterstwo jest przystępne, przyciągające… Młodzi czują księdza Jerzego. Przychodzą na jego grób, czytają jego kazania, fascynują się jego życiem. Widząc ich, myślę wciąż, że ta historia, historia rewolucji dobra, dopiero się zaczyna.

    Paweł Kęska/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Alek z Okopów

    Z prostego, trudnego życia – do wielkich zadań…

    Jerzy Popiełuszko z rodzicami Marianną i Władysławem w dniu Pierwszej Komunii Świętej.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Okopy to mała wieś, okopy to rowy, to pagórki i niewielkie dolinki. Góra i dół. Wspinanie i wspinanie. Jak życie człowieka. To też symboliczny obraz początków życia Alka Popiełuszki, znanego jako bł. Jerzy. Pochodził z Okopów na Podlasiu.

    Alfons

    Wioska jest niewielka. Jedna ulica, domy ustawione szeregowo, jak na większości podlaskich wsi. Okopy między Suchowolą a Dąbrową Białostocką.

    Dom Popiełuszków – murowany. Cegły z Grodna, z rozbiórek domów wysadzonych przez Niemców w czasie wojny przywiózł Władysław Popiełuszko. Miał prawo wziąć tylko potłuczone cegły, a on wrzucał na swój wóz i pełne. Dostał za to batem od Niemca. Chciał swojej rodzinie przygotować dom mocny. Jak ze skały.

    Gdy panna Marianna z domu Gniedziejko z niedalekiego Grodziska wyszła za mąż za Władysława Popiełuszkę, kawalera z Okopów, zamieszkali właśnie tutaj. Na jego ojcowiźnie, z jego rodzicami. Pobrali się w 1942 roku. Ona miała lat 22, on 32. Przed ślubem Marianna miała sen: niosła dwie białe lilie do kapliczki Matki Bożej. Potem małżeństwu rodziły się dzieci, w sumie pięcioro. Do dziś żyje troje: dwójka najstarszych i najmłodsze. Dwoje poszło do nieba. Sen był proroczy? – Gdy nasza mama zaszła w trzecią ciążę, w domu była już najstarsza dziewczyna – Tereska. I byłem ja – mówi Józef Popiełuszko. – Siostra się urodziła w 1943 roku, ja w 1945. Potem mama zaszła w trzecią ciążę. Nie znała płci kolejnego dziecka. Gdyby była to dziewczynka – mama chciała, żeby została zakonnicą. A jeśli byłby chłopczyk – mama prosiła Boga, żeby został kapłanem.

    W pobliżu rodzinnego domu ks. Jerzego stoi murowana kapliczka, a przy niej obelisk poświęcony męczennikowi.

    W pobliżu rodzinnego domu ks. Jerzego stoi murowana kapliczka, a przy niej obelisk poświęcony męczennikowi.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Brat Józef wraz z żoną mieszkają obecnie w Dąbrowie Białostockiej. Od lat dbają o pamięć o młodszym bracie…

    Trzeci chłopiec u Popiełuszków urodził się 14 września 1947 roku. Był mały, dość słaby. Dwa dni później wsiedli na furmankę, zawieźli dziecko do kościoła Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli. I tam chłopca ochrzcili imieniem Alfons. – Alek dobrze się rozwijał. Mama poświęciła go Bogu już w swoim łonie. Potem jeszcze urodziła naszą siostrę Jadzię, która zmarła w wieku dwóch lat na koklusz. A w 1954 roku urodził się nasz najmłodszy brat, Staś.

    Dlaczego takie imię – Alfons? Czy wyłącznie w nawiązaniu do św. Alfonsa Marii Liguoriego, założyciela redemptorystów, czciciela Matki Bożej? Prawdopodobnie to babcia Marianna Gniedziejko o to imię dla wnuka prosiła, a córka i zięć się zgodzili. Tak miał na imię brat matki, a syn babki Marianny, którego pamięć w rodzinie była bardzo żywa. Zginął zaledwie dwa lata przed narodzinami siostrzeńca – imiennika…

    Na cmentarzu w położonej w pobliżu Suchowoli Chodorówce znajduje się grób wujka ks. Jerzego – podporucznika Alfonsa Gniedziejki. Wraz z nim pochowano tu pięciu innych żołnierzy AK, którzy polegli w walce z Sowietami w kwietniu 1945 roku.

    Na cmentarzu w położonej w pobliżu Suchowoli Chodorówce znajduje się grób wujka ks. Jerzego – podporucznika Alfonsa Gniedziejki. Wraz z nim pochowano tu pięciu innych żołnierzy AK, którzy polegli w walce z Sowietami w kwietniu 1945 roku.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Alfons Gniedziejko był młodszy od siostry o cztery lata. W czasie wojny został żołnierzem Armii Krajowej. Na tamtych terenach AK działała prężnie. A nastroje wśród polskich chłopów były i antyniemieckie, i antysowieckie. Chcieli walczyć o kraj i podejmowali to zadanie. Pod koniec kwietnia 1945 roku 21-letni mężczyzna, wówczas w stopniu podoficera, zginął w potyczce z Sowietami, gdy razem z towarzyszami próbowali uwolnić kolegę z oddziału. Grób Alfonsa Gniedziejki i towarzyszy jest do dziś otaczany modlitwą i pamięcią na cmentarzu w pobliskiej Chodorówce. Rodziny Popiełuszków i Gniedziejków regularnie odwiedzały grób Alfonsa, mimo że w czasach komuny groziły za to represje. Mały Alek też tam jeździł…

    Dom, w którym urodził się Alek Popiełuszko. W pobliżu – dzięki staraniom rodziny Popiełuszków i Fundacji im. ks. Jerzego Popiełuszki „Dobro” – powstaje Muzeum bł. ks. Jerzego Popiełuszki w Okopach.

    Dom, w którym urodził się Alek Popiełuszko. W pobliżu – dzięki staraniom rodziny Popiełuszków i Fundacji im. ks. Jerzego Popiełuszki „Dobro” – powstaje Muzeum bł. ks. Jerzego Popiełuszki w Okopach.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Zwykłe życie

    Zwykła rodzina. Zwykłe życie, oparte na ciężkiej pracy i czerpaniu z bogactwa podlaskiej ziemi – jeśli chodzi o dobra materialne. I na modlitwie, zawierzeniu Panu Bogu – jeśli chodzi o ważniejsze dobra. Bo sam to człowiek z niczym nie poradzi… – Tato był pracowity, spokojny. Ugodowy. Ciepły taki – mówi pani Teresa.

    – Mama była energiczna, konkretna, wymagająca. Oni się dopełniali. To było bardzo zgodne małżeństwo – dopowiada Józef. – Mama znała dużo pieśni, wierszyków i takich powiedzonek, które nam mówiła. Alek znał je na pamięć.

    Chociażby taki wierszyk – matczyne polecenie na życie: „Kochać ludzi, kochać Boga to do nieba prosta droga. Kochaj sercem i czynami, będziesz w niebie z aniołami”. – Mama też często mówiła: „Bez Boga ani do proga” – dodaje pani Teresa.

    Marianna była kobietą odważną. Jeszcze w czasie okupacji, na samym początku wojny, gdy mieszkała z matką, do ich domu weszli sowieccy żołnierze. Nie podobały im się obrazy świętych wiszące na ścianie. Kazali zdjąć. Marianna, wówczas stanowczo odmówiła. Dziwne, ale uszanowali…

    Nie jest prawdą, jak czasem można przeczytać, że Alek wychowywany był w ubóstwie. Wówczas rzeczywiście żyło się bardzo skromnie, czasy powojenne były trudne dla wszystkich, rolnicy musieli oddawać państwu przymusowe kontyngenty. To najbardziej uderzało w rodziny. Jednak Popiełuszkowie byli zaradni, ogromnie pracowici, mieli piętnaście hektarów ziemi ornej, pięć hektarów łąki, krowy, konia, drób. Na podstawowe potrzeby starczało. Rodzina uprawiała zboże, a także len i tytoń. Nikt nie chodził głodny, a dzieci były zadbane. Nie jest też prawdą, że w domu mówiono „gwarą polsko-białoruską”. Mówiono po polsku, ale gwarą podlaską: z charakterystycznym słownictwem, akcentem, składnią. Do wybuchu wojny Okopy nie znajdowały się przy granicy z Białorusią, a pobliskie Grodno, z pięknymi zabytkami, tradycją, mieszkańcami, było polskie. Gwarą białoruską (specyficzną mieszanką języków) posługiwali się zazwyczaj prawosławni mieszańcy regionu, głównie wsi.

    Alek był we wsi lubiany. Zarówno sąsiedzi, jak i koledzy uważali go za nieśmiałego, trochę wycofanego. Był delikatny, uprzejmy – dziś powiedzielibyśmy, że skromny i ułożony. – Ja byłem o dwa lata starszy od brata. Mała różnica wieku, żeby się nim opiekować – mówi pan Józef. – Bardziej żeśmy wszyscy najmłodszego pilnowali, Stasia. Alek to był samodzielny. On zawsze robił sobie taką zabawę: ołtarzyki z kamieni budował. I kadzidło robił z puszki – w Mszę św. się bawił, księdza naśladował. I tak od dziecinnych lat. Do kościoła chodził i widział, co i jak trzeba robić, a potem tak samo robił… 

    Ks. Jerzy od najmłodszych lat był bardzo związany z babcią Marianną Gniedziejko. Była to kobieta pobożna i szanowana przez wszystkich w okolicy. Mały Alek chętnie odwiedzał ją w Grodzisku, gdzie mieszkała.

    Ks. Jerzy od najmłodszych lat był bardzo związany z babcią Marianną Gniedziejko. Była to kobieta pobożna i szanowana przez wszystkich w okolicy. Mały Alek chętnie odwiedzał ją w Grodzisku, gdzie mieszkała.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Dom pracy, dom modlitwy

    W domu w jednej z izb stała kapliczka. Ustrojona podlaskimi kwiatami jednoczyła rodzinę na wspólnej modlitwie. Główny obraz, Matki Bożej, wschodnim zwyczajem okryty był białą wyszywaną zasłoną, zwaną ręcznikiem. W środę rodzina modliła się do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, w piątek do Serca Pana Jezusa, w sobotę do Matki Bożej Częstochowskiej. Litanię Loretańską odmawiano w maju, a w październiku Różaniec. Poszczono w środy, piątki i soboty. Do kościoła Popiełuszkowie jeździli wozem, co niedziela. Wszystkie dzieci od małego też jeździły. Gdy były mrozy, poruszali się saniami. Przykryci czym się da. – Marzło się wtedy, ale nikt nie narzekał – wspomina pani Teresa Boguszewska z domu Popiełuszko.

    Teresa Boguszewska z domu Popiełuszko – starsza siostra ks. Jerzego.

    Teresa Boguszewska z domu Popiełuszko – starsza siostra ks. Jerzego

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***
    Do kościoła co niedziela Alek najpierw jeździł z rodzicami. Po Pierwszej Komunii jednak chodził sam. Codziennie. Po pięć kilometrów, niezależnie czy lato, wiosna, czy zima. Droga była dość prosta. W połowie drogi stał (i stoi do dziś) krzyż choleryczny. Alek przechodził codziennie koło niego, żegnał się. Starsi ludzie mówili, że dawno temu, gdy wybuchła zaraza, ludzie nieśli go do Suchowoli jako wotum, prosić o ratunek. Nie dali rady donieść. Pozostawili przy drodze…

    – Do Pierwszej Komunii przystępowały wszystkie dzieci z klasy. I potem wszyscy – rodziny i dzieci z Suchowoli i okolicznych wsi – wspólnie świętowali. Nie było przyjęć w domach, tylko tutaj, przed kościołem, stały stoły, była kawa z mlekiem i bułeczka z masłem – opowiada pan Józef, pokazując teren przy suchowolskiej parafii. Alek służył do Mszy Świętej jako ministrant, a potem szedł na lekcje. Za ten „występek” w komunistycznym ustroju jego matka była wzywana do szkoły. Od kościoła, do drewnianej szkoły (dziś już nieczynnej, jest dosłownie kilkadziesiąt metrów. – Proste to było życie. Mama gotowała z tego, co urosło koło domu, w ogrodzie. I robiła wspaniały chleb – razowy, w formie – opowiada Teresa Boguszewska. – I też robiła, co bardzo lubiliśmy, chleb pieczony z jabłkami. To był zwyczajny chleb, ale w środku zapiekane były cząstki jabłek. Pachniał wypiekiem cały dom…

    Dziadkowie, krewni i sąsiedzi

    Codzienność? Pracowita, prosta, rolnicza. I w bezpretensjonalny sposób rozmodlona. Jakby pracą się modlono, a przy modlitwie – pracowano. I to tak z pokolenia na pokolenie.

    Dziadkowie Alka ze strony ojca – Teofila i Jan – mieszkali w Okopach. Dziadek Jan przepięknie śpiewał. Uczył Alka pieśni religijnych. A gdy ktoś we wsi umarł, chodził śpiewać do domu zmarłego, odprowadzał śpiewem do krzyża i na cmentarz. Taka ostatnia, śpiewacza i modlitewna posługa.

    Mały Alek był bardzo związany z babcią Marianną Gniedziejko, z domu Kalinowską – czyli matką matki. Nie jest wykluczone, że jednym z przodków rodu był św. Rafał Kalinowski – karmelita, powstaniec styczniowy, sybirak. Babcia Marianna była kobietą ogromnej pobożności, szanowaną w rodzinie i całej okolicy. Do jej domu w Grodzisku (9 km od Okopów) Alek przyjeżdżał chętnie: gdy ktoś jechał z Okopów w stronę Grodziska, a chłopak miał wojną chwilę, wskakiwał na wóz. Babcia, jak to babcia – kochająca i ciepła, była też autorytetem, religijnym wzorem. Chodziła codziennie do kościoła, modliła się głośno, prenumerowała i czytała „Rycerza Niepokalanej” – pismo, które dla siebie odkrył też wnuk. I czytał je od deski do deski. Dzięki pismu poznał postać Maksymiliana Kolbego i zafascynował się nią.

    Józef Popiełuszko, starszy brat ks. Jerzego, z żoną.

    Józef Popiełuszko, starszy brat ks. Jerzego, z żoną

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Rodzina Popiełuszków utrzymywała dobre relacje z dalszymi krewnymi, z sąsiadami. Wspólnie świętowano, odwiedzano się regularnie. – W ogóle tu u nas wszyscy byli gościnni, ludzie szanowali ludzi. Spotykali się ze sobą. Był na to czas, mimo ciężkiej pracy. A przed wojną to przecież tu i dużo Żydów mieszkało. I żyli wszyscy zwyczajnie, po sąsiedzku – opowiada pani Teresa. Od dziecinnych lat rodzina Alka pielgrzymowała też do pobliskiego Różanegostoku. Pobliskiego? Obecnie, autem, z Okopów do sanktuarium jest tylko 30 minut drogi. Wówczas jechało się żelaznym wozem z końmi, ojciec powoził. Na Zielone Świątki, jeździli rok w rok. I nie trwało to szybko, lecz ponad trzy godziny. Dzieciaki siedziały z tyłu, cierpliwie. A za wstawiennictwem Różanostockiej Wspomożycielki, modlili się jak wszyscy wierni: „Potęgę Twojego wstawiennictwa znają umarli, których wróciłaś do życia, chorzy i strapieni, którym wyprosiłaś zdrowie i pociechę, a nade wszystko grzesznicy, których pojednałeś z Bogiem. Uproś im łaskę tak bardzo potrzebną, o ile jest zgodna z wolą Wszechmocnego Boga”. 

    W domu Popiełuszków szczególnym kultem otaczano łaskami słynący obraz Matki Boskiej Różanostockiej. Do sanktuarium w Różanymstoku cała rodzina pielgrzymowała co roku w uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    W domu Popiełuszków szczególnym kultem otaczano łaskami słynący obraz Matki Boskiej Różanostockiej. Do sanktuarium w Różanymstoku cała rodzina pielgrzymowała co roku w uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Narty i nauka

    Okopy to mała wieś, okopy to rowy, to pagórki i niewielkie dolinki. Dziś trudniej je zauważyć, bo teren zarósł krzakami i drzewami. Góra i dół, góra–dół. Wspinanie i wspinanie. Doskonały dla dzieciaków teren zabaw. Przestrzeń do wyścigów na nartach. – Robiliśmy narty – z desek, i takie proste łyżwy, byle do butów przyczepić i się ślizgać. I zimową porą się zjeżdżało. Taka była zabawa tutejszych dzieci, nasza też. I Alka – opowiada brat Józef.

    W szkole Alek nie należał do prymusów. Lubił język polski i historię. Był uczniem dość przeciętnym, a z przedmiotami ścisłymi miał problemy. Spokojny, opanowany, niekonfliktowy. Po ukończeniu podstawówki w 1961 roku poszedł do suchowolskiego liceum. Maturę zdał całkiem dobrze, a z rosyjskiego i historii był nawet zwolniony, bo miał bardzo dobre oceny. Czy koledzy i koleżanki spodziewali się, że zamierza wstąpić do seminarium? Nic na ten temat nie wiadomo, tym bardziej że chłopak był skryty i małomówny. O swoich zamiarach powiedział dopiero w czasie… balu maturalnego.

    Po maturze, w 1965 roku, Alfons Popiełuszko wstępuje do Wyższego Seminarium Duchownego w Warszawie. Idzie do Warszawy, bo stamtąd blisko do Niepokalanowa, do miejsca związanego z Kolbem. Poza tym wyjątkowo ceni prymasa Wyszyńskiego. Ten sam prymas, kilka lat później, namówi go do zmiany imienia: z Alfonsa na Jerzego. Z innych źródeł wynika, że namówił go do tego ks. Władysław Miziołek – ówczesny rektor seminarium, potem biskup.

    Obrazek prymicyjny ks. Jerzego.

    Obrazek prymicyjny ks. Jerzego.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Kleryk posłucha. Św. Jerzy – również w tradycji podlaskiej – to ten, który pokonał smoka…

    I tak z pagórkowatych Okopów wyszedł Alek w świat. Stał się Jerzym, by walczyć.

    ***

    Ks. Kazimierz Gniedziejko – kuzyn ks. Popiełuszki – jest proboszczem w podwarszawskim Józefowie. W swojej parafii przechowuje relikwie błogosławionego męczennika i szerzy jego kult.

    Ks. Kazimierz Gniedziejko – kuzyn ks. Popiełuszki – jest proboszczem w podwarszawskim Józefowie. W swojej parafii przechowuje relikwie błogosławionego męczennika i szerzy jego kult.
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Agata Puścikowska/Gość Niedzielny

    korzystałam z: wywiady własne z rodziną Popiełuszków, Gniedziejków, Boguszewskich https://biogramy.ipn.gov.pl/ E. Czaczkowska, T. Wiściski, ks. Jerzy Popiełuszko, 2004 Archiwum ks. Kazimierza Gniedziejki Krajobrazy dzieciństwa błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, Białystok 2023.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kaplica poświęcona ks. Popiełuszce w kościele parafialnym w Józefowie.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    Ksiądz Kazimierz Gniedziejko, kuzyn bł. ks. Jerzego Popiełuszki:

    Pamiętam krótkie zdanie – „Prawda kosztuje”

    ***

    Powołanie księży Jerzego i Kazimierza wyprosiła wspólna babcia – Marianna Gniedziejko.

    Ksiądz Kazimierz Gniedziejko jest proboszczem parafii pw. Matki Bożej Częstochowskiej w Józefowie. Pracowity, lubiany przez parafian. Nie lubi mówić o sobie. Gdy trzeba opowiedzieć o kuzynie, mówi jednak chętnie. Bo to świadectwo o wielkim polskim błogosławionym, o wspólnej rodzinie i dzieciństwie. O wspólnych korzeniach. Ks. Kazimierz jest prawie 11 lat młodszym kuzynem – bratem ciotecznym, jak się mówi na Podlasiu – ks. Jerzego Popiełuszki.

    Chłopcy z Podlasia

    – Pochodzę z Grodziska, to wieś oddalona od Okopów o siedem kilometrów. Mój tata był bratem mamy ks. Jerzego, Marianny. Z rodziną Popiełuszków widywaliśmy się regularnie – opowiada ks. Kazimierz. – Alek, bo tak miał na imię, był ode mnie sporo starszy, więc nie było mowy o rówieśniczej zabawie. Pamiętam jednak świąteczne spotkania przy stole – opowiada ks. Kazimierz.

    Gdy Kazimierz dorastał, został ministrantem w swojej parafii, w Grodzisku. Alek od lat służył jako ministrant w Suchowoli. Dzięki temu kuzyni mieli wspólne tematy – dotyczące służby przy ołtarzu i powołania. Zresztą z obu parafii wyszło wielu księży. – Myślę, że ma to związek z autentyczną pobożnością, w której atmosferze się wyrastało. Młodzi ludzie myśleli o swoim powołaniu, rozważali, do czego ich Pan Bóg przeznaczył. Ja też o tym myślałem. A gdy Alek wybrał seminarium, było to wielkie wydarzenie, ważne też dla mnie – mówi ks. Kazimierz. – Po jego Mszy św. prymicyjnej, przed wejściem do domu w Okopach, składałem mu życzenia i wręczałem kwiaty w imieniu rodziny.

    Dojrzewanie

    Gdy kleryk Jerzy (Alfons Popiełuszko zmienił imię w seminarium) studiował, rodzina wspierała go modlitwą. Zwłaszcza że dostawał ostrą „szkołę” socjalistycznego życia w wojsku, które było wówczas obowiązkowe dla seminarzystów. Jerzy, by chronić mamę, niewiele mówił o tamtym czasie, o prześladowaniach. Brano kleryków do wojska, aby ich zdemoralizować, zastraszyć. – Byłem wówczas w Okopach. Widziałem, jak ciocia cieszyła się i pokazywała sutannę, która czekała na ks. Jerzego, aż wróci z wojska – opowiada ks. Kazimierz. – Wojsko miało Jerzego psychicznie wykończyć i zniechęcić do kapłaństwa. Stało się inaczej: trudności go hartowały.

    Po maturze Kazimierz wybrał… historię. Kapłaństwo wydawało mu się zbyt trudne. Kuzyn był od kilku lat kapłanem, ks. Jerzym. – Gdy ks. Jerzy przyjeżdżał do rodziców, odwiedzał i nas. Rozmawialiśmy o moich studiach. Powiedział mi wtedy: „Wiesz ale, że ta historia jest taka zakłamana”… Nie do końca to wówczas rozumiałem.

    Ale wystarczył rok studiów, by się przekonać, że miał rację. To był 1977 r., a studia historyczne były upolitycznione, uczono półprawd, żeby nie powiedzieć: kłamstw. To było trudne i męczące. W Kazimierzu zaczęła dojrzewać myśl o kapłaństwie. – Odwiedziłem ks. Jerzego – był wówczas wikariuszem w parafii Dzieciątka Jezus w Warszawie. Zobaczył mnie i mówi zadowolony: „A jednak! Zdecydowałeś się! To idziemy!”. A było to już po oficjalnej rekrutacji, w październiku. Pojechaliśmy do seminarium i przedstawił mnie ówczesnemu rektorowi ks. Kazimierzowi Romaniukowi i wicerektorowi ks. Stanisławowi Kędziorze. I zostałem. Moje powołanie, podobnie jak ks. Jerzego, wymodliła babcia Marianna Gniedziejko…

    Droga do prawdy

    O tym, że ks. Jerzy jest prześladowany, że grozi mu wielkie niebezpieczeństwo, w rodzinie się nie rozmawiało. Sytuacja była delikatna. A wielu członków rodziny było zresztą również inwigilowanych. – Odważyłem się kiedyś z ks. Jerzym o tym porozmawiać. Powiedział: „Możliwe jest wszystko”. Mówił, że „jest gotów”. Miał jednak nadzieję, że najgorsze nie nadejdzie. Otaczali go przyjaciele, pilnowali. Chronili hutnicy z Huty Warszawa, których był kapelanem – to było ważne, bo dostawał wiele pogróżek, a cegły „same” wybijały szyby w jego pokoju…

    W archiwum ks. Kazimierza znajduje się ważne zdjęcie: diakon Kazimierz stoi obok ks. Jerzego odprawiającego Mszę św. za Ojczyznę. Jest wrzesień 1983 r. Niecały rok później, 10 czerwca 1984 r., diakon Kazimierz przyjął święcenia kapłańskie. – Gdy udzielałem błogosławieństwa prymicyjnego ks. Jerzemu, byłem bardzo wzruszony. Mimo że sytuacja była trudna – ubecy byli gdzieś za płotem. Potem mieliśmy milicyjne dochodzenie. Rodzinę pytano, dlaczego Jerzy przyjechał, co mówił. A Jerzy zabrał głos wyłącznie prywatnie, przy stole. Pamiętam krótkie zdanie: „Prawda kosztuje”.

    Ks. Jerzy starał się, by bliscy byli bezpieczni. – Chronił i mnie. Dlatego rzadko się kontaktowaliśmy. Kiedy dzwoniło się do niego w stanie wojennym, słychać było: „Rozmowa kontrolowana”. Przy czym, przed rozmową z ks. Jerzym, trwało długie wywoływanie numeru. Ktoś musiał włączyć nagrywanie…

    Pod koniec września 1984 roku kuzyni widzieli się ostatni raz. Starszy odwiedził młodszego. – Przebywałem wtedy na mojej pierwszej parafii, w Legionowie. Ks. Jerzy przyjechał z kierowcą. Od dawna trwała na niego nagonka. Jerzy Urban pod pseudonimem Jan Rem atakował ks. Jerzego w prasie. My, rodzina, wiedzieliśmy, że to same kłamstwa. Ale pamiętam, że nawet sąsiedzi z Okopów nie byli w stanie oddzielić prawdy od kłamstwa i często wierzyli w paszkwile. To było przykre. Cioci i wujkowi przysparzało cierpienia – opowiada ks. Kazimierz. I dodaje, że krótko razem byli księżmi. – A marzyłem o wspólnej koncelebrze gdzieś na Podlasiu. O wspólnej modlitwie na grobie przodków, chociażby naszego wuja Alfonsa – żołnierza AK, po którym kuzyn otrzymał chrzcielne imię. Stało się inaczej. Zawsze będę o tym myślał i żałował. Ale jestem wdzięczny Jerzemu za tamte odwiedziny…

    Następne tygodnie bliskim ks. Jerzego zawsze będą się kojarzyły ze smutkiem i lękiem. Aż do dramatycznego zaginięcia. – Pamiętam niepokój, ciągłą modlitwę. Nie chciałem myśleć, że nie żyje. Wierzyliśmy, że się odnajdzie…

    Orędownik

    Od zaginięcia ks. Jerzego, 19 października 1984 roku, w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu brakowało miejsc. Każdego wieczora i młody ks. Kazimierz, modlił się z tłumem wiernych. Aż do końca października proszono o cud. – Kończyła się właśnie wieczorna Msza św., kiedy ks. Andrzej Przekaziński powiedział o odnalezieniu ciała Jerzego. Stałem twarzą do ołtarza jak skamieniały. Ludzie głośno zawodzili. Wtedy ks. Feliks Folejewski, pallotyn, podszedł do mikrofonu i zaczął odmawiać „Ojcze nasz”. Ludzie powoli dołączali do modlitwy. Kiedy musieliśmy powiedzieć słowa: „i odpuść nam nasze winy”, ks. Feliks poprosił: „Powtórzmy”. Więc znów mówiliśmy: „i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Mówiliśmy tak kilka razy. Miałem siłę chyba dlatego, że patrzyłem na tabernakulum…

    Późnym wieczorem ks. Kazimierz ruszył na Podlasie. Nad ranem był w domu cioci Marianny. O śmierci syna dowiedziała się z „Dziennika Telewizyjnego”. – Ciocia była spokojna, jej twarz jakby zastygła w bólu. Wujek płakał. Opowiadałem im, jak reagowali warszawianie, gdy w kościele dowiedzieli się, że ks. Jerzy nie żyje. Zacytowałem słowa ks. Folejewskiego, który stwierdził: „Mamy już orędownika w niebie. Mamy orędownika i będzie to przyszły święty”…

    Tak się stało w czerwcu 2010 roku. Tuż po beatyfikacji do parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Józefowie (jako pierwszej w Polsce) przybyły relikwie bł. Jerzego Popiełuszki. A boczna kaplica kościoła została mu poświęcona. Modli się tu wielu parafian i pielgrzymów. I kuzyn również.

    Ksiądz Kazimierz Gniedziejko, kuzyn ks. Popiełuszki: Pamiętam krótkie zdanie – „Prawda kosztuje”

    ks. Kazimierz Gniedziejko, proboszcz z Józefowa, jest bliskim kuzynem ks. Jerzego.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    Agata Puścikowska/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    _________________________________________________________________________________

    W KAŻDY PIĄTEK JEST ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMNTEM OD GODZ. 18.00

    W CZASIE ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    MSZA ŚWIĘTA WYNAGRADZAJĄCA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA

    ODPRAWIANA JEST O GODZ. 19.00

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17-tej. Chętni bardzo mile widziani.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLEŚCIWEJ MATKI – SERCA PRZEBITEGO SIEDMIOMA MIECZAMI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    _______________________________________________________________________

    OD 2 WRZEŚNIA TRWAJĄ PRACE RENOWACYJNE KOŚCIOŁA ŚW. PIOTRA.

    DLATEGO W PIĄTKI ADORACJA, SPOWIEDŹ ŚW. I MSZA ŚW. NA CZAS REMONTU BĘDĄ W SALI PARAFIALNEJ.

    NATOMIAST W SOBOTY I W NIEDZIELE MSZE ŚWIĘTE BĘDĄ W KOŚCIELE.

    ***

    image.png

    _______________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST GODZINA ŚWIĘTA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W KAŻDĄ TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM. NA POCZĄTKU SPOTKANIA O GODZ. 10.00 ŚPIEWAMY GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY A NA ZAKOŃCZENIE – W POŁUDNIE – MODLITWA NA ANIOŁ PAŃSKI.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I MSZA ŚWIĘTA O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA O GODZ. 5.00.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adoracja, czyli… z głową na sercu Boga

    Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli.

    Jan Paweł II adoruje Jezusa w Najświętszym Sakramencie w uroczystość Bożego Ciała w Rzymie w 2001 roku.

    fot. Daniel Gracia/East News

    ***

    Ostatnie lata życia papieża Jana Pawła II, gdy schorowany i zmęczony przed kamerami całego świata przez długie chwile w ciszy trwał w dziękczynieniu, są jak odrębny, ważny rozdział jego nauczania. Osłabiony papież modlił się z zamkniętymi oczami w milczeniu. Trudne to chwile dla dziennikarzy – nie wiadomo wszak, co w mediach lepiej wypadnie: cisza czy może komentarz ze studia. Głowa schorowanego starca z powodu postępującej choroby była przechylona. A może z dnia na dzień coraz wyraźniej wskazywała na jeden z najpiękniejszych gestów odnotowanych przez Ewangelie dwa tysiące lat wcześniej, gdy umiłowany uczeń złożył głowę na piersi Pana? Dwa lata przed śmiercią, 17 kwietnia 2003 roku, w Wielki Czwartek w Roku Różańca Świętego, dwudziestym piątym swojego pontyfikatu, Jan Paweł II podpisał encyklikę „Ecclesia de Eucharistia”. Napisał w niej między innymi: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca”. Ten wzruszający gest miłości człowieka do Boga opisany został w części poświęconej adoracji Najświętszego Sakramentu. Nieco dalej papież stwierdził: „Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim »sztuką modlitwy«, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”.

    Założenie, że chrześcijaństwo ma się wyróżniać „sztuką modlitwy”, po dwudziestu latach od ukazania się encykliki zawierającej to stwierdzenie jest jeszcze bardziej zasadne. A słowa, których użył Jan Paweł II w cytowanym tekście, mogą być pomocną wskazówką, jak się tej sztuki uczyć: najpierw zatrzymać się przed Nim; kolejne etapy to: duchowa rozmowa, cicha ado­racja i postawa miłości. Owoce: pociecha i wsparcie. Kto z nas ich nie potrzebuje?

    Zatrzymać się

    W ciemnym kinie oczekujący na rozpoczęcie seansu, znudzeni długimi reklamami widzowie otrzymują na moment przed projekcją komunikat: nie rozpraszaj się. Przekazany jest w krótkim filmie, na którym setki, tysiące ludzi wpatrzonych w ekrany smartfonów odbiera co chwilę powiadomienia. Rozbrzmiewają dźwięki Messengera, WhatsAppa, esemesów i e-maili. Coraz więcej i coraz szybciej. Powiadomienia, powiadomienia, powiadomienia – nie da się na dłużej skupić na żadnym, bo wciąż przychodzą nowe i domagają się reakcji. Twórcy komunikatu mówią wprost: przestań reagować. Skup się na jednym. Aż dziw bierze, że takich czasów dożyliśmy. Kiedy w średniowieczu zainicjowano praktykę wystawiania Najświętszego Sakramentu do adoracji, nikomu nie śniło się nawet ich nadejście. Pod koniec XIV wieku, gdy zaczęto używać monstrancji, zapewne też nie. A jednak nadeszły takie czasy i – zgodnie z radą papieża Polaka – warto przemyśleć kwestię, czy jako chrześcijanie nie powinniśmy zaproponować tym czasom antidotum. Czy nie powinna być nim monstrancja z wystawionym w niej Najświętszym Sakramentem?

    Zatrzymaj się! Mamy ci coś do zaproponowania. Odłóż telefon, wyłącz się z tej chaotycznej gonitwy myśli przebiegających między głową, oczami i kciukiem. Adoracja Najświętszego Sakramentu jest taką chwilą zatrzymania, o ile pod ławką nie schowasz wyciszonego smartfona, by widzieć jego rozświetlający się co chwilę ekran i trzymać rękę na pulsie. Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli. Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować, zwłaszcza gdy na adorację udajesz się w chwilach trudnych i wymagających podejmowania kluczowych decyzji. Skupienie na oddechu i na prostej, białej Hostii z pewnością pomoże odciąć choć na chwilę ten nurt myśli, które cię zalewają. Z każdą kolejną próbą szansa na powodzenie staje się coraz większa.

    Duchowa rozmowa

    Siostry z klasztoru św. Hildegardy przyjmowały Komunię Świętą w stroju oblubienicy – z koroną na głowie. W barokowych świątyniach uwagę miał przykuwać ozdobiony złoty ołtarz z „mieszkaniem Króla” w centrum. Jak to w historii bywa, co epoka następuje zmiana w odwrotnym kierunku. Oświecenie, wraz z kultem rozumu, przyniosło odwrót i niemal zamarcie zewnętrznych form adoracji (w Polsce nastąpiło to o wiele później niż w innych krajach Europy). To zestawienie nie jest przypadkowe i może się stać pomocne w zrozumieniu, na czym polega drugi krok wytyczony słowami Jana Pawła II w encyklice o Eucharystii. Rozum czasem powinien zamilknąć, by na adoracji podjąć rozmowę duchową. Bo nie chodzi w niej przecież o pozałatwianie z Bogiem wszystkich swoich codziennych problemów. Pociecha i wsparcie mają przyjść po niej, ale żeby przyszły, trzeba najpierw duchowo porozmawiać z Jezusem, w którym utkwiło się spojrzenie. Mówienie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza wypowiadanie słów (nawet wewnątrz siebie i bez otwierania ust). Słuchanie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza słyszenie słów (również wewnątrz siebie). To tajemnicze spotkanie, które dokonuje się między adorującym a Bogiem, nie ma innego języka niż spoglądanie na siebie. Stara i powszechnie znana opowieść o wieśniaku, którego spotykał w kościele św. Jan Maria Vianney, dobrze oddaje tę rzeczywistość. – Co robisz? – spytał kiedyś klęczącego przed Najświętszym Sakramentem człowieka. – Nic. Patrzę tylko na Niego, a On patrzy na mnie – usłyszał w odpowiedzi.

    Cicha adoracja

    Kwintesencją tej duchowej rozmowy jest cicha adoracja. Łacińskie adoratio oznacza oddawanie czci, uwielbianie. „Jedna chwila prawdziwej adoracji ma większą wartość i przynosi więcej pożytku niż najintensywniejsza działalność, choćby to była nawet działalność apostolska” – napisał święty Jan od Krzyża („Pieśń duchowa” 29,3), którego słowa zacytował Jan Paweł II, przemawiając 24 listopada 1978 r. do przełożonych generalnych zakonów męskich. Odwieczne napięcie między actio i contemplatio, pomiędzy „działać” a „modlić się”, znajduje rozwiązanie. Chodzi przecież o to, by oddać chwałę Bogu, „prawdziwie” oddać, jak napisał hiszpański mistyk, to znaczy tak, aby faktycznie Bóg został uwielbiony. A nie o to, aby w ciszę uciekać od codziennych obowiązków.

    Kiedy świeżo nawrócony święty Karol de Foucauld poszukiwał dla siebie miejsca na świecie, pragnienia miał tylko dwa: być najmniejszym i najuboższym oraz trwać na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Piaski Sahary, które zdają się puste (to dlatego w ich kierunku udawali się mistrzowie ducha – ojcowie pustyni), w rzeczywistości okazały się ziemią, na której żyło wielu ludzi potrzebujących pomocy. Od Karola otrzymali pomoc zarówno materialną, jak i duchową, sami o niego również się troszcząc, zwłaszcza wtedy, gdy śmiertelnie zachorował. Trudno uniknąć skojarzeń ze sformułowaniem: jeśli Bóg jest na właściwym miejscu, to wszystko inne również. Bo jeśli w ciszy adorujesz Boga, całe twoje rozdygotane wnętrze, wypełnione Jego chwałą, ma szansę się zmienić.

    Postawa miłości

    W osobie świętego Jana, kojarzonego z „umiłowanym uczniem”, jest coś tajemniczego. Utożsamienie go z autorem księgi bardzo niezwykłej – Apokalipsy – pogłębia to wrażenie. A jednak, gdy pod krzyżem stał obok Maryi, symbolizował Kościół. Cały, powszechny, którego Ona stała się wówczas Matką. Nie każdy z nas może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem. Janem jednak jesteśmy wszyscy, i to jest bardzo pocieszające. Czy kładąc głowę na piersi Jezusa w czasie pierwszej Eucharystii, dostąpił zaszczytu? Niewątpliwie. Każdy z nas może tego zaszczytu dostąpić, o ile uda się na ado­rację Najświętszego Sakramentu. „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi” – napisał Jan Paweł II w encyklice, dokumencie o bardzo wysokiej randze w nauczaniu Kościoła. Nie chodzi zatem o jakąś wysublimowaną poezję, piękne słowa i porównania. Chodzi o rzeczywistość.

    W „postawie miłości”, którą powinniśmy przyjąć w trakcie adoracji Najświętszego Sakramentu, również nie chodzi o wzbudzanie w sobie jakichkolwiek uczuć, bo nie one są istotą oddawania czci; raczej o gotowość dochowania wierności, całkowitego podporządkowania siebie Chrystusowi. Jeśli kładę głowę na Jego piersi, to znaczy, że mogę usłyszeć bicie Jego serca, z którego wypłynęły krew i woda. „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał…” (J 3,16) – a czy dla Ojca może być coś ważniejszego od Syna? Dla Boga Ojca tak. Ty. Historia twojego życia to historia miłości, o której napisano najpiękniejszy w historii eucharystyczny hymn. Padają w nim słowa: „Ty, co jak pelikan Krwią swą karmisz lud…”. Wedle legendy pelikan dziobem otwierał własną pierś i krwią karmił zgłodniałe potomstwo, a nawet przywracał je do życia. Masz Komu zaufać, bo krew i woda, które wytrysnęły z otwartego boku Zbawiciela, do końca świata kojarzyć się będą z krótkim podpisem: „Jezu, ufam Tobie!”.

    Pociecha i wsparcie

    Powróćmy do wyznania świętego Jana Pawła II: „Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”. Czy można pomiędzy bólem poszczególnych ludzi dokonywać porównań? Obiektywnie tak, ale przecież każdy z nas ma swój wewnętrzny, intymny świat, w który inni nie mają wglądu. Jeśli jednak przyjrzeć się temu, jak święty Jan Paweł II przeżywał swoją posługę na Piotrowej stolicy, siła, pociecha i wsparcie były niezbędne. Niemal natychmiast po powrocie do sił po zamachu w 1981 roku zainaugurował w bazylice Świętego Piotra wieczystą adorację. Modlił się wówczas: „Pewnego dnia, Panie, zapytałeś Piotra: – Czy miłujesz Mnie? Zapytałeś go po trzykroć – i trzy razy apostoł Piotr odpowiedział: – Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham (J 21,17). Odpowiedź Piotra wyraża się w tej codziennej i całodziennej adoracji. Niech wszyscy, którzy uczestniczą w adoracji Twojej eucharystycznej obecności, odczują i usłyszą w czasie każdej wizyty, jak na nowo rozbrzmiewa prawda zawarta w słowach Apostoła: Panie, ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”.

    Nie każdy z nas – powtórzmy – może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem i nosić na barkach ciężar całego świata. Janem jednak jesteśmy wszyscy i to jest bardzo pocieszające. Głowa złożona na piersi Mistrza w czasie adoracji ma szansę boleć mniej, nawet w najtrudniejszych chwilach życia i na najostrzejszych jego zakrętach. Możemy – ufając słowom świętego Jana Pawła II – doświadczyć pociechy i wsparcia. A i dać świadectwo, wyróżniać się „sztuką modlitwy” wobec świata, który pragnie Boga bardziej, niż podejrzewa.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Tylko przed Bogiem. Klęczenie przed Eucharystią jest wyznaniem wolności

    „Robię, co mogę; ciągle na nowo czerpię odwagę z tabernakulum” – pisała św. Edyta Stein. Gdzie mamy szukać nadziei, jak nie przed Najświętszym Sakramentem? Kto klęka przed Jezusem, ten staje się wolny.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Nawet Msza święta może stać się nudnym niedzielnym obowiązkiem. Przyznam, że kiedy ją odprawiam, łapię się często na tym, że moje myśli i uczucia krążą daleko od ołtarza. Podejrzewam, że dotyczy to nie tylko mnie. Przychodzimy do kościoła z naszym grzechem, zagonieniem, zniechęceniem, zwątpieniem… Całe to nasze zagubienie jest jeszcze jednym dowodem na to, że potrzebujemy odkupienia. Bóg nie da się wyprzedzić w miłości. On pierwszy chce nas odnaleźć, zanim my zaczniemy Go szukać. On zawsze JEST, my tylko bywamy.

    Kiedy Mojżesz zobaczył płonący krzew, znak obecności żywego Boga, usłyszał: „Mojżeszu, Mojżeszu! (…) Zdejm sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą!”. Bóg przedstawił mu się słowami: „JESTEM, Który JESTEM”. W czasie każdej Eucharystii stajemy na świętej ziemi. Bóg wychodzi nam na spotkanie i mówi: „JESTEM tutaj z wami, JESTEM dla was”. Czy rozpoznajemy tę tajemniczą obecność ukrytą za zasłoną pokornych znaków? Czy zdejmujemy sandały? Co może nas, kapłanów i świeckich, wyrwać z rutyny, z obojętności? Jan Paweł II i Benedykt XVI podpowiadają skuteczny środek pobudzający: adoracja Eucharystii – trwanie przed Najświętszym Sakramentem, także poza Mszą świętą.

    Chcę uklęknąć!

    Ksiądz Konrad Krajewski, papieski ceremoniarz, wspominał niedawno na naszych łamach (GN13/2011) ostatnią procesję Bożego Ciała z udziałem bł. Jana Pawła II. Był rok 2004. Papież fizycznie był bardzo słaby. „Ojciec Święty koniecznie chciał uklęknąć. Powiedział do mnie: »Chciałbym uklęknąć«. Ja mówię: »Ojcze Święty, ale ten samochód bardzo trzęsie« (bo jechaliśmy na aucie-platformie). Nie wiedziałem, co powiedzieć. Ojciec Święty: »Aha«. Ale za chwilę znowu: »Chcę uklęknąć«. Ja: »To może na wysokości redemptorystów«. Koło redemptorystów papież zwrócił się jeszcze raz stanowczo, troszkę podenerwowany: »Tam jest Najświętszy Sakrament!«. Wtedy razem z abp. Marinim pomogliśmy mu uklęknąć. Dosłownie na parę sekund. Jak tylko uklęknął, wiedział, że musi zaraz wstać, bo kolana już nie wytrzymywały”.

    Jeszcze jeden obraz. Jeden z kolegów księży opowiadał o swoich wrażeniach ze Mszy świętej w prywatnej kaplicy Jana Pawła II. „Kiedy weszliśmy do kaplicy, on już klęczał na klęczniku na środku kaplicy i modlił się. Głowę miał ukrytą w dłoniach. Ani drgnął. Trwał tak bez ruchu bardzo długo. Pomyślałem sobie, że to jest właśnie skała – Piotr. W tym miejscu, w tej postawie modlitwy przed Eucharystią, jakby nieobecny, całkowicie zanurzony w Bogu”. Ten obraz papieża klęczącego przed Najświętszym Sakramentem powracał podczas licznych stacji jego pielgrzymki przez ziemię.

    Kiedy Jan Paweł II przyjechał do Turynu, aby oddać cześć Całunowi Turyńskiemu, minął tę bezcenną relikwię. Pierwsze kroki skierował w stronę Najświętszego Sakramentu. Jakby chciał nam podpowiedzieć: żadna relikwia nie dorównuje tabernakulum!

    Benedykt XVI jeszcze jako kard. Ratzinger w słynnej książce „Duch liturgii” przeciwstawił się poglądom kwestionującym wartość adoracji Najświętszego Sakramentu. Tu i ówdzie słychać było zdanie, że dary eucharystyczne są po to, by je spożywać, a nie oglądać. „Lekkomyślność, z jaką głoszone są takie opinie, może jedynie dziwić” – komentuje obecny papież. To prawda, że adoracja eucharystyczna poza Mszą świętą rozwinęła się w Kościele dopiero w średniowieczu, ale było to pogłębienie tego, w co wierzono od początku, że zmartwychwstały Chrystus jest realnie obecny w Eucharystii. Łacińskie słowo tabernaculum oznacza namiot. To adaptacja hebrajskiego shekina, którym nazywano namiot z Arką Przymierza towarzyszący Żydom podczas ich drogi do Ziemi Obiecanej. Tabernakulum jest dziś dla nas tym, czym niegdyś była Arka Przymierza. Jest namiotem obecności Boga, w wiejskim kościółku, w szpitalnej kaplicy czy we wspaniałej katedrze. „Kościół, w którym pali się wieczna lampka, żyje zawsze i jest czymś więcej niż kamienną budowlą – w kościele tym zawsze czeka na mnie Jezus Chrystus, woła mnie, chce mnie samego uczynić »eucharystycznym«” – pisał kard. Ratzinger.

    Potrzebne zdumienie

    Podczas pierwszego „papieskiego” Bożego Ciała w 1979 roku Jan Paweł II mówił z zachwytem: „W tym milczeniu białej Hostii niesionej w monstrancji są wszystkie słowa Chrystusa, jest całe Jego życie oddane na ofiarę Ojcu za każdego z nas”. Po 25 latach pontyfikatu papież podarował Kościołowi encyklikę poświęconą Eucharystii, jak się okazało – ostatnią. „Ecclesia de Eucharistia” jest więc w pewnym sensie jego duchowym testamentem. Kluczowe słowo tego dokumentu brzmi „zdumienie”. Eucharystii powinno towarzyszyć zdumienie, podkreśla Jan Paweł II. „Pragnę to eucharystyczne »zdumienie« rozbudzić, pisząc tę encyklikę” – dodaje.

    W tej ostatniej encyklice sporo jest słów bardzo osobistych, pokazujących, jak bezcennym skarbem dla Jana Pawła II była Eucharystia. „Od ponad pół wieku, począwszy od pamiętnego 2 listopada 1946 roku, gdy sprawowałem moją pierwszą Mszę św. w krypcie św. Leonarda w krakowskiej katedrze na Wawelu, mój wzrok spoczywa każdego dnia na białej hostii i kielichu, w których czas i przestrzeń jakby »skupiają się«, a dramat Golgoty powtarza się na żywo, ujawniając swoją tajemniczą »teraźniejszość«. Każdego dnia dane mi było z wiarą rozpoznawać w konsekrowanym chlebie i winie Boskiego Wędrowca, który kiedyś stanął obok dwóch uczniów z Emaus, ażeby otworzyć im oczy na światło, a serce na nadzieję”.

    Zachęta do trwania na adoracji przed wystawionym Najświętszym Sakramentem brzmi również bardzo osobiście: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,23), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca” – wyznaje Jan Paweł II. I dodaje: „Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim »sztuką modlitwy«, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”.

    Grzechem byłoby nie adorować

    Papież Benedykt rozpoczął swój pontyfikat w kwietniu roku 2005. Było to dokładnie w połowie Roku Eucharystycznego, który w październiku 2004 zainaugurował Jan Paweł II. Czy nie jest to wymowny znak? Zmieniają się ziemscy pasterze, ale Najważniejszy Pasterz pozostaje z nami – szczególnie w Eucharystii.

    Benedykt XVI w adhortacji apostolskiej „Sacramentum caritatis” podkreśla konieczności adoracji. Raz jeszcze, tym razem jako papież, odrzuca zarzut, że chleb eucharystyczny miałby nam być dany nie dla kontemplacji, a tylko dla spożywania. Benedykt przywołuje mocne słowa św. Augustyna: „Niech nikt nie spożywa tego Ciała, jeśli Go najpierw nie adorował; grzeszylibyśmy, gdybyśmy Go nie adorowali”. A następnie wyjaśnia, że między adoracją a samą Mszą św. istnieje ścisły związek. „Akt adoracji poza Mszą św. przedłuża i intensyfikuje to, co się dokonało podczas samej celebracji liturgicznej. W rzeczywistości tylko przez adorację można dojrzeć do głębokiego i autentycznego przyjęcia Chrystusa”.

    W naszym świecie narasta zjawisko idolatrii, czyli kultu bożków. Świat stwarza wciąż swoich bogów: pieniądze, seks, aborcja, sława. Wszystkie te fałszywe bóstwa obiecują wyzwolenie i wolność. Chrześcijańska odpowiedź jest tylko jedna: tylko Bóg objawiony przez Jezusa jest Bogiem, który wyzwala. Benedykt XVI trafia w punkt: „Adoracja Boga Jezusa Chrystusa, który stał się chlebem łamanym z miłości, jest najbardziej skutecznym i radykalnym środkiem przeciwdziałającym wszelkiej, dawnej i współczesnej, idolatrii.

    Klęczenie przed Eucharystią jest wyznaniem wolności: ten, kto klęka przed Jezusem, nie może i nie powinien korzyć się przed żadną władzą ziemską, bez względu na jej siłę. My, chrześcijanie, klękamy tylko przed Bogiem, przed Najświętszym Sakramentem, ponieważ w Nim, jak wiemy i jak wierzymy, jest obecny jedyny prawdziwy Bóg, który stworzył świat i tak go umiłował, że dał swego Jednorodzonego Syna”.

    W wielu kościołach w Polsce jest zwyczaj całodziennej adoracji Najświętszego Sakramentu. We Francji rozpowszechnia się w parafiach wieczysta adoracja. Ludzie raz w tygodniu poświęcają godzinę na modlitwę (w dzień lub w nocy) przed Najświętszym Sakramentem. Na przykład w miasteczku Sanary-sur-Mer nad Morzem Śródziemnym. Tristan, ojciec rodziny, szef przedsiębiorstwa, jest jednym ze 168 osób (tyle jest godzin w tygodniu), które uczestniczą w tej sztafecie. Przychodzi do kościoła w każdy poniedziałek rano, od piątej do szóstej. „Żyję na wysokich obrotach” – zwierza się. „Spędzenie tej godziny raz w tygodniu z Panem Jezusem zmienia spojrzenie na życie, na radości, na trudności”. Czy nie jest to dobry pomysł i dla naszych parafii? Czy znajdziemy w parafii 168 ludzi gotowych dać jedną godzinę w tygodniu dla Boga? Kiedyś zapytano bł. Matkę Teresę: „Co uratuje świat?”. Odpowiedziała: „Moją odpowiedzią jest modlitwa. Każda parafia musi godzinami trwać na adoracji, u stóp Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    Inspiracją dla tego tekstu była książka Ludovica Lecuru i Floriana Racine, Adoracja eucharystyczna, wyd. PROMIC, Warszawa 2010.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Święty czas. Adoracja zawsze była zalecana przez Kościół

    Adoracja Ciała Pańskiego była praktykowana od początku, ale okazji do niej dziś dużo więcej. Kto spróbuje, ten wie dlaczego.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Od początku byli tacy, którzy samymi sobą świadczyli o niezwykłości Eucharystii. Tak było w przypadku dwunastoletniej bł. Imeldy Lambertini, która zmarła z miłości do Jezusa po przyjęciu po raz pierwszy Komunii św. Wrażenie na ludziach robiły także ekstazy św. Katarzyny Sieneńskiej, w które wpadała po przyjęciu Komunii. Trwały one nieraz tak długo, że trzeba ją było wynosić z kościoła. A jaki szok musieli przeżywać świadkowie Mszy odprawianych przez św. Józefa z Kupertynu, który wpadłszy podczas Eucharystii w zachwyt, nieraz długo unosił się nad ołtarzem…

    Podobne zjawiska towarzyszyły św. Filipowi Nereuszowi. On także, odprawiając Mszę, tak bardzo koncentrował się na sprawowanej tajemnicy, że czasem unosił się w ekstazie nad ziemią. Żeby tego uniknąć, robił różne dziwne rzeczy – bawił się przed Mszą z kotem, chodził po zakrystii, kołysząc w rękach psa, albo czytał ulubiony zbiór zabawnych anegdot. „Jeżeli nie będę starał się rozproszyć, nie uda mi się odprawić Mszy Świętej” – wyjaśniał zaskoczonym obserwatorom. Ale i tak z trudem pozostawał, dosłownie, na ziemi. Gdy spożywał Komunię, jego twarz jaśniała, a z oczu płynęły łzy. Czasem wierni słyszeli, jak powtarzał: „Dosyć, Panie, dosyć, umieram z radości!”.

    Ciekawie bywało podczas procesji Bożego Ciała, gdy Filip niósł Najświętszy Sakrament. Nie chcąc swoimi lewitacjami robić sensacji – w procesji się przecież chodzi, a nie fruwa – próbował skupić się na otaczającej go fizycznej rzeczywistości. W tym celu na przykład ciągnął za brody mężczyzn niosących baldachim. Nie chciał, żeby ludzie uznali go za kogoś niezwykłego. Niespecjalnie mu się to udawało – sam jego wygląd budował wiarę świadków w rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii.

    Filip Nereusz był jednym z wielu świętych, którzy przyczynili się do wzrostu w Kościele pobożności eucharystycznej. To on w 1548 roku, wzorując się na Mediolanie, gdzie na początku XVI w. zrodziła się wieczysta adoracja jako osobne nabożeństwo, zaszczepił ją w Rzymie. Niebawem ta forma kultu Eucharystii zaczęła przyjmować się w Kościele i pozostała żywa do dzisiaj. Więcej nawet – dziś obserwuje się wzrost popularności nieustannej adoracji Pana Jezusa w specjalnie do tego celu przeznaczonych kaplicach. Nieraz dzieje się to na prośbę samych wiernych.

    Długie podniesienie

    Wieczerza Pańska i Eucharystia od początku stanowiły centrum życia chrześcijan. W IV wieku św. Cyryl Jerozolimski uczył katechumenów przyjmowania Komunii. Wierny po otrzymaniu na dłoń Ciała Chrystusa miał „uświęcić ostrożnie oczy swoje przez zetknięcie ich ze świętym Ciałem”. Dalej biskup Jerozolimy zalecał: „Następnie zatrzymaj się na modlitwie, dziękując Bogu za to, że tak wielkimi zaszczycił cię tajemnicami”. Można to uznać za wczesną formę adoracji eucharystycznej. Właściwie jedynej, bo nie istniał wtedy jeszcze kult Eucharystii poza liturgią. Ciało Pańskie, konsekrowane podczas Mszy św., pozostawiano tylko dla tych, którzy nie mogli wziąć udziału w liturgii, na przykład dla chorych czy więźniów.

    Z czasem okazją do adorowania Chleba Eucharystycznego stał się dla wiernych moment konsekracji. Stąd wzięło się „podniesienie” – ukazanie Postaci Eucharystycznych tuż po Przeistoczeniu. Kapłan, trzymając w górze przemieniony Chleb, dawał uczestnikom Mszy św. okazję do adorowania Ciała Chrystusa. W tym czasie wierni na kolanach wpatrywali się w konsekrowaną Hostię. Czasami w pobliżu celebransa klękali ludzie z pochodniami, aby Hostia w jego rękach była bardziej widoczna. Niekiedy kapłan, odpowiadając na pragnienie wiernych, trzymał Ciało Pańskie w górze bardzo długo, dlatego aby mu ulżyć, osoby asystujące podtrzymywały nieraz jego ciężki ornat. Z tego wziął się istniejący do dziś w rycie trydenckim zwyczaj unoszenia tylnej części ornatu celebransa, gdy podczas podniesienia ukazuje Hostię.

    Narastające wśród wiernych pragnienie adorowania Najświętszego Sakramentu zaowocowało skonstruowaniem monstrancji (od łacińskiego monstrare – pokazywać). Wyeksponowana w niej konsekrowana Hostia pozwoliła na ekspozycję Ciała Pańskiego poza Mszą św.

    Jest obecny stale

    Był rok 1207. Pewnej nocy szesnastoletnia Julianna, augustianka z klasztoru Mont Cornillon koło Liège, adorowała Jezusa w Eucharystii. Podczas modlitwy miała widzenie: na pełnej tarczy Księżyca zobaczyła ciemną rysę. Otrzymała poznanie, że Księżyc oznacza Kościół na ziemi, a ciemny fragment wyraża brak w Kościele święta liturgicznego, które powinno podkreślić znaczenie adorowania Eucharystii dla pogłębienia wiary, dla postępu w cnotach i dla wynagrodzenia Jezusowi za grzechy znieważania Najświętszego Sakramentu.

    Ważny szczegół: diecezja Liège była w tamtym czasie – jak to określił Benedykt XVI podczas jednej z katechez – prawdziwym „eucharystycznym wieczernikiem”. Tamtejsi teologowie podkreślali najwyższą wartość sakramentu Eucharystii, były tam też grupy kobiet, które gorliwie oddawały się kultowi eucharystycznemu, poświęcając się modlitwie i pomocy bliźnim. To właśnie w Liège zaczęto najwcześniej używać monstrancji, a stamtąd tradycja ta rozeszła się po całym katolickim świecie.

    W 1215 roku Sobór Laterański IV ogłosił dogmat o transsubstancjacji, czyli o rzeczywistej przemianie podczas Eucharystii substancji chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa, z zachowaniem ich naturalnych przypadłości, takich jak wygląd, smak czy forma.

    Orzeczenie to wpłynęło na świadomość katolików. Odtąd Eucharystia przestała kojarzyć się wyłącznie z liturgią. Zapłonęły wieczne lampki przy tabernakulach, a ludzie zdali sobie sprawę, że Chrystus jest wśród nich stale obecny w Chlebie Eucharystycznym.

    Dorodnym owocem nowej mentalności stało się ustanowienie w Kościele święta Bożego Ciała. Bezpośrednim do tego impulsem były objawienia wspomnianej bł. Julianny, którą poznał Jakub Pantaléon z Troyes. Gdy w 1264 r. został papieżem, przyjął imię Urban IV i jeszcze tego samego roku ogłosił uroczystość Bożego Ciała jako obowiązującą w całym Kościele powszechnym. „Chociaż Eucharystia sprawowana jest uroczyście codziennie, uważamy za słuszne, aby przynajmniej raz w roku upamiętniana była ze szczególną czcią i bardziej uroczyście. Inne rzeczy, które wspominamy, ogarniamy bowiem duchem i umysłem, ale nie uzyskujemy przez to ich realnej obecności. Natomiast w tym sakramentalnym wspomnieniu Chrystusa, choć pod inną postacią, Jezus Chrystus jest pośród nas obecny w swojej istocie” – pisał w ustanawiającej święto bulli Transiturus de hoc mundo.

    Jezus czeka

    W reakcji na reformację, która odrzuciła m.in. kult Eucharystii, Sobór Trydencki (1545–1563) kult ten utrwalił i pogłębił. Adoracje Najświętszego Sakramentu stały się częstsze, zarówno przed Jezusem wystawionym w monstrancji, jak i przed przechowywanym w tabernakulum. Kult Eucharystii wzbogacał się o nowe formy. Zaczęto praktykować codzienne nawiedzenie Najświętszego Sakramentu, choćby w postaci krótkiej modlitwy przed tabernakulum, wprowadzono obrzędy błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem, pojawił się zwyczaj adoracji (godzinnych bądź wielogodzinnych) publicznie wystawionego Jezusa Eucharystycznego.

    Kolejnym impulsem dla pobożności eucharystycznej stały się kongresy eucharystyczne, organizowane od 1881 roku w wymiarze światowym, krajowym i regionalnym. Te masowe zgromadzenia katolików, skupionych wokół Eucharystii, i towarzyszące im ogromne procesje z Najświętszym Sakramentem są ważnym świadectwem znaczenia i żywotności pobożności eucharystycznej.

    Czas przemienienia

    Adoracja zawsze była zalecana przez Kościół. „Wszyscy chrześcijanie, zgodnie ze zwyczajem zawsze przestrzeganym w Kościele katolickim, powinni oddawać Najświętszemu Sakramentowi najwyższy kult uwielbienia, który należy się prawdziwemu Bogu” – stwierdza Instrukcja Kongregacji Kultu Bożego Eucharisticum misterium z 1967 roku.

    Do adoracji eucharystycznej zachęcali kolejni papieże, a także dokumenty soborowe i posoborowe. Często zaleca ją także papież Franciszek. „Kiedy adorujemy, pozwalamy Jezusowi nas uzdrawiać i przemieniać. Adorując, dajemy Panu możliwość przemienienia nas Jego miłością, rozjaśnienia naszych ciemności, dania nam sił w słabości i odwagi w trudnych doświadczeniach. Adorować oznacza zmierzać ku temu, co najistotniejsze – powiedział papież w 2020 roku. Zauważył wtedy, że „adorować to umniejszać się w obliczu Najwyższego, aby przed Nim odkrywać, że wspaniałość życia nie polega na posiadaniu, ale na miłowaniu”.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ponad 130 cudów eucharystycznych

    Przemiana Hostii w kawałek ludzkiego ciała, a wina mszalnego w krew ludzką, wieloletnie posty eucharystyczne, lewitacje i cudowne uzdrowienia – historia Kościoła zna ponad 130 cudów związanych z Eucharystią.

    Zdarzają się w chwilach zwątpienia w rzeczywistą obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, podczas prób profanacji, ale także jako nagroda za wiarę i miłość.

    Ciało i krew

    Za pierwszy cud eucharystyczny uważa się przemianę Hostii i wina w kawałek ciała i krwi w klasztorze w Lanciano we włoskiej prowincji Chieti nad Adriatykiem w VIII wieku. W tamtejszym klasztorze ojców bazylianów jeden z kapłanów dręczony był wątpliwościami co do obecności Jezusa Chrystusa pod postaciami chleba i wina. Wątpliwości te naszły go także podczas sprawowanej mszy św. Wówczas, gdy kończył wypowiadać słowa konsekracji, Hostia zamieniła się w kawałek ciała, a wino w ludzką krew. Zakonnik powiadomił o tym swoich współbraci. Wieść rozniosła się też po okolicy. Wykonano specjalny relikwiarz, w którym Ciało i Krew przechowywane są do dziś. Krew zamieniła się w pięć grudek, ale Ciało pozostało nienaruszone. W 1970 roku zbadano dokładnie cudowną Eucharystię. Badacze orzekli, że Ciało to fragment ludzkiego serca, bez śladów konserwacji, a Krew ma grupę AB.

    Stwierdzone przypadki cudów eucharystycznych pochodzą głównie z Włoch, gdzie w okresie od roku 1000 do 1772 stwierdzono ich 16. Do najsławniejszych z nich należą zdarzenia w Trani (1000 r.), Ferrarze (28 marca 1171), Alatri (1228), we Florencji (30 grudnia 1230 i 24 marca 1595), w Bolsenie (1264), Offidzie (1273), Maceracie (25 kwietnia 1356), Turynie (6 czerwca 1453), Asti (25 lipca 1535 i 10 maja 1718), Sienie (14 sierpnia 1730) i San Pietro a Patierno (27 stycznia 1772). Opisy tych cudów znaleźć można w książce „Cuda Eucharystyczne” autorstwa Joan Carroll Cruz.

    Jedno z ostatnich tego rodzaju zdarzeń odnotowano w 1984 r. w Watykanie w czasie Komunii św., której Jan Paweł II udzielał w swej prywatnej kaplicy grupie pielgrzymów z Azji. Gdy Komunię przyjmowała pewna Koreanka, hostia stała się kawałkiem ciała. Ojciec Święty w głębokim milczeniu pobłogosławił kobietę i udzielał dalej Komunii.

    Cuda przeistoczenia miały miejsce, by umocnić wiarę w prawdziwą obecność Chrystusa podczas konsekracji. Zdarzały się także, gdy profanowano Najświętszy Sakrament. W 1194 roku w Augsburgu pewna kobieta postanowiła trzymać Hostię u siebie w domu. Przyjęła Komunię św., ale nie połknęła jej, schowała w chustę i zaniosła do domu. Po latach, dręczona wyrzutami sumienia wyznała prawdę kapłanowi, a ten po otwarciu zrobionego przez kobietę relikwiarza, zobaczył, że hostia zamieniła się w kawałek Ciała. Taki sam cud zdarzył się ponad sto lat później we Włoszech, kiedy młoda dziewczyna ukryła Hostię, by przekazać ją kobiecie, która miała z niej uczynić eliksir miłosny, a także, gdy pewna mężatka chciała z Komunii św. sporządzić lekarstwo na niewierność męża.

    Również profanacja, której dokonano nieumyślnie, z niedopatrzenia, niedbalstwa lub bezmyślności samych kapłanów była powodem przemiany Najświętszego Sakramentu. W 1330 roku w Sienie we Włoszech pewien kapłan został wezwany do chorego. W pośpiechu nie umieścił Hostii w pudełeczku, lecz włożył ją między kartki brewiarza. Wokół niej na kartkach utworzyły się ślady krwi. Jedna z tych kartek przetrwała do dziś.

    Eucharystia ma także uzdrawiającą moc. Pewien dominikanin, o. Franciszek Lerm, o którym niewiele informacji przetrwało do naszych czasów, z biegiem lat tracił wzrok, aż stał się niewidomy. Na modlitwie wyprosił cud i odzyskiwał wzrok tylko na czas sprawowania przez siebie Mszy św.

    Niekiedy w Hostii widywano postać dziecka lub młodego mężczyzny. Taki cud zdarzył się w Polsce w czasach zaborów, w miejscowości Dubna (dziś znajduje się ona na terenie Ukrainy). W 1867 roku podczas czterdziestogodzinnego nabożeństwa, w czasie wystawienia Najświętszego Sakramentu wierni zauważyli nagle świetliste promienie wystrzeliwujące z Hostii. Po chwili w jej środku ukazała się postać Zbawiciela. Cud ten trwał aż do końca nabożeństwa i widziany był przez wszystkich zgromadzonych w kościele.

    Najdoskonalszy pokarm

    W historii Kościoła znane są także cuda zwane postami eucharystycznymi. Osoby, które go doświadczają, przez długi czas, niekiedy przez całe lata, żyją nie przyjmując pożywienia, a ich jedynym pokarmem jest codzienna Komunia św.

    Jedną z pierwszych osób, która doświadczyła postu eucharystycznego, a o której zachowały się historyczne dokumenty, jest wiejska francuska dziewczyna Alpais, żyjąca na początku XIII wieku. Po wielu ciężkich chorobach została sparaliżowana, a jej jedynym pokarmem pozostawała codzienna Eucharystia. Przybywali do niej liczni pielgrzymi, także z książęcego rodu, a Kościół oficjalnie zbadał i uznał ten cud. Po śmierci Alpais została beatyfikowana.

    Bogato udokumentowana jest także historia św. Mikołaja z Flüe w Szwajcarii, który żył pod koniec XV wieku. Pochodził z wiejskiej rodziny, jako żołnierz uczestniczył w czterech kampaniach wojennych. Po powrocie ożenił się i został ojcem dziesięciorga dzieci. Po ćwierćwieczu uzyskał od żony zgodę na rozpoczęcie życia pustelnika w pobliskiej dolinie. Tam, znany jako brat Klaus, przeżył 20 lat, nie jedząc i nie pijąc niczego. Przyjmował jedynie Komunię św. – raz w miesiącu.

    We współczesnych czasach osobą, która przez kilkadzeisiąt lat żywiła się wyłącznie Eucharystią była słynna francuska mistyczka Marta Robin, ur. w 1902 r. a zmarła w 1991 r. Całe życie spędziła w swej rodzinnej wiosce – Châteauneuf-de-Galaure koło Lyonu. Od dzieciństwa była pobożna i pogodna. W wieku 16 lat zachorowała na zapalenie mózgu. 15 października 1925 r. w akcie zawierzenia całkowicie oddała się Bogu. W 1926 r. została sparaliżowana, od 1928 r. nie mogła spać ani przełykać, nie jadła więc nic i nic nie piła – przez 51 lat jedynym jej pokarmem była raz w tygodniu Eucharystia. 2 października 1930 r. otrzymała stygmaty – znaki męki Chrystusa na swym ciele: na stopach, dłoniach, boku i czole. Co tydzień przeżywała w swoim ciele i w duszy mękę Jezusa Chrystusa. W lipcu 1942 r. straciła wzrok.

    Leżąc sparaliżowana przez ponad 50 lat, wciąż ofiarowywała się Bogu. Mówiła, że „każde życie jest drogą przez Kalwarię i każda dusza Ogrodem Oliwnym; tam każdy człowiek powinien w ciszy pić kielich swego życia. Każde chrześcijańskie życie jest Mszą, a każda dusza jest na tym świecie «Hostią». (…) Hostia waszej Mszy to wy sami; wy, czyli to wszystko, czym jesteście, co macie, co robicie”.

    Marta Robin odegrała niezwykle ważną role w najnowszej historii Kościoła francuskiego. Była duchową przewodniczką wielu znanych postaci, liderów powstających w tym kraju nowych wspólnot katolickich.

    Bezpośrednio z jej inspiracji powstały „Ogniska Miłości” )Foyers de Charite). Pierwsze Ognisko Miłości założył na prośbę Marty Robin jej przyszły spowiednik ks. Georgres Finet (1898-1990) z Lyonu. Obecnie działają one w 40 krajach. Spośród 75 takich placówek 14 jest we Francji, a 2 w Polsce: w Olszy koło Rogowa w archidiecezji łódzkiej i w Kaliszanach koło Józefowa nad Wisłą w archidiecezji lubelskiej.

    Post Eucharystyczny

    Post eucharystyczny wiąże się z brakiem apetytu, niechęcią lub wręcz wstrętem do jedzenia. W bardzo drastycznej formie przeżywała go św. Katarzyna ze Sieny. Z relacji jej spowiednika wynika, że mimo starań, by odżywiać się normalnie, święta nie mogła się przemóc. Żołądek nie trawił niczego i św. Katarzyna zwracała wszystko, nawet wodę.

    Postu eucharystycznego doświadczały także osoby żyjące w XX wieku, m.in. Alexandrina da Costa (zm. W 1955 r.) i Teresa Neumann (zm. W 1962 r.).

    Otrzymać Komunię z rąk Pana

    Święci, którzy z różnych przyczyn pozbawieni byli na jakiś czas możliwości przystępowania do Komunii św. otrzymywali łaskę cudownego jej przyjmowania. Jednym z nich był św. Stanisław Kostka (zm. W 1568 r.). Gdy przygotowywał się do wstąpienia do zakonu jezuitów, zachorował i musiał zatrzymać się u pewnej luterańskiej rodziny. Gospodarze nie zgodzili się na sprowadzenie kapłana z Komunią św. Stanisław modlił się żarliwie do św. Barbary, patronki sakramentu pokuty i Komunii św. w godzinie śmierci. Święta zjawiła się w asyście anioła i przyniosła Eucharystię.

    Dominikańskie przekazy mówią o podobnym cudzie, jakiego doświadczyła najmłodsza dominikańska święta, 11-letnia Imelda. Był rok 1333. Imelda od roku już należała do zakonu. Przyjęto ją z wielkimi oporami, ale ze względu na młody wiek nie dopuszczano do Komunii. Imelda bardzo cierpiała, obserwując każdego dnia jak inne dominikanki przyjmują Eucharystię. W dniu jej śmierci zdarzył się cud i Hostia zawisła nad głową dziewczynki. Zakonnice, które były świadkami tego wydarzenia, powiadomiły o tym sprawującego mszę św. kapłana. Ów podszedł do dziewczynki, dotknął Hostii nad jej głową i podał Imeldzie. Młodziutka dominikanka umarła w chwilę po spożyciu Komunii św.

    Dar łez…

    Niektórzy święci otrzymali także dar łez za grzechy własne lub z powodu cierpień Jezusa Chrystusa. Podczas Eucharystii płakali ku uwielbieniu Boga i dla wynagradzania za grzechy. Najbardziej znana spośród nich jest św. Klara (zm. W 1253 roku). Inny święty, Feliks z Cantalice (zm. W 1587 r.), płakał tak bardzo podczas mszy św., że nie mógł recytować modlitw mszalnych.

    Oprócz daru płaczu, święci wyróżniani byli za swoją niezwykłą miłość do Chrystusa w Eucharystii świetlistymi aurami, ognistą łuną i ekstazą. Cuda te były udziałem m.in. św. Ignacego Loyoli, założyciela zakonu jezuitów.

    Ekstazie, jaką odczuwają święci adorując Najświętszy Sakrament niekiedy towarzyszyła lewitacja, czyli unoszenie się w powietrzu. Św. Józef z Cupertino (zm. w 1663 r.), którego niemal codzienne lewitacje były bogato udokumentowane, został patronem podróżujących w powietrzu. Dar lewitacji wzbudza u świadków podziw, ale także strach, niekiedy także o życie świętej osoby. Sami lewitujący zazwyczaj wspominali to zjawisko jako łagodne unoszenie się. Jedynie św. Teresa z Avili wyznała, że jej własne lewitacje wywoływały w niej również bojaźń przed niezwykłą siłą i mocą Boga, który „nie zadowala się przyciąganiem ku sobie tylko duszy, lecz pragnie także i ciała”.

    Kai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Carla Acutisa: spełnia się jego pragnienie, ludzie wracają do Eucharystii

    Samplefot. Facebook/venerablecarlo.acutis.3

    ***

    Dla nas rodziców śmierć Carla była oczywiście krzyżem. Dziś widzimy, że było to również błogosławieństwo – powiedziała Radiu Watykańskiemu matka bł. Carla Acutisa w dzień jego liturgicznego wspomnienia. Ujawnia, że codziennie otrzymuje świadectwa o cudach za jego wstawiennictwach. Jak nie uzdrowienia to nawrócenia – mówi, podkreślając jednak, że największym osiągnieciem jego zmarłego przed 18 laty syna jest odrodzenie kultu eucharystycznego w wielu zakątkach świata.

    Matka przyszłego świętego przypomina, że właśnie na tym bardziej zależało Carlowi. Widział długie kolejki młodych ludzi na koncerty i mecze. Nikt natomiast nie spieszył na spotkanie z Jezusem w tabernakulum. Dziś natomiast z całego świata – z Japonii, Chin, Indii, Afryki czy Stanów Zjednoczonych – docierają świadectwa o odrodzeniu eucharystycznym, które dokonuje się dzięki przykładowi Carla.

    Jak mówi Antonia Salzano, jej zmarły w wieku zaledwie 15 lat syn pokazuje, że każdy może dojść do świętości, jeśli tylko będzie korzystał z tego, co daje nam Bóg w sakramentach, Słowie Bożym i modlitwie, takiej jak różaniec.

    Mówiąc o cudach, które dokonują się za wstawiennictwem jej syna, wyraża przekonanie, że są to znaki, które potwierdzają to, co odkrył Carlo, że Pan Jezus jest rzeczywiście obecny pośród nas. Widocznie potrzeba dziś takich znaków – dodaje. Piszą do niej ludzie, którzy byli w bardzo trudnej sytuacji, rozpadało się ich małżeństwo albo nie mogli mieć dzieci, byli ciężko chorzy, mieli raka, przerzuty… i dzięki wstawiennictwu Carla doświadczyli Bożej pomocy.

    Antonia Salzano zauważa jednak, że najbardziej potrzebują przesłania jej syna ludzie młodzi, którzy znajdują się dziś w wielkim niebezpieczeństwie z powodu pornografii i innych zagrożeń, które, jak smartfony, całkowicie skupiają ich uwagę i odbieraj im wolność, sprawiają, że staja się niewolnikami, małymi marionetkami, jak w Pinokiu. Carlo pokazuje, że można się temu przeciwstawić, zawierzając się Panu Bogu – dodaje matka świętego nastolatka.

    Krzysztof Bronk i Federico Piana, Vatican News PL | Rzym Ⓒ Ⓟ/Kai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć w Liturgii Mszy świętej

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski/Kai

    ***

    W roku liturgicznym niektóre święta i uroczystości mają stałe daty – tak jak Boże Narodzenie 25 grudnia. Są również święta i uroczystości, których daty przypadają w różnych dniach kolejnego roku – tak jak  Wielkanoc, czy Uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    Dla przypomnienia podaję listę świąt i uroczystości w 2024 roku:

    1 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (sobota) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    31 marca (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    12 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    19 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    30 maja (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (czwartek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (piątek) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (środa) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2024 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:

    2 lutego (piątek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (wtorek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    1 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    8 kwietnia (poniedziałek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    20 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (sobota) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    9 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (czwartek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika


    Adwent w 2024 roku rozpocznie się 1 grudnia.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Abp Galbas w Nowym Jorku: Zmorą naszych czasów jest obojętność i wzruszenie ramion wobec wartości

    Sample

    fot. Karol Porwich/East News

    ***

    – Miejcie swoją osobistą „listę dziedzictwa”, katalog wartości, które dla was są ważne, bo były ważne dla waszych przodków i chcecie „wejść w to”, przekazać je następnym pokoleniom, z nadzieją, że i dla nich będą ważne – powiedział abp Adrian Galbas w Nowym Jorku. Metropolita katowicki przewodniczył Mszy św. z okazji Dnia Dziedzictwa Polskiego. W homilii mówił o przekazywanych od pokoleń wartościach, wśród których pierwsze miejsce zajmuje wiara.

    Abp Galbas zwrócił uwagę, że otrzymane od poprzednich pokoleń dziedzictwo domaga się docenienia jego wartości oraz zaangażowania, by przekazać je przyszłym pokoleniom. Wskazał, że współcześnie jednym z największych problemów jest obojętność wobec wartości, “które dla poprzednich pokoleń były bezcenne i święte”. – Obojętny człowiek nie twierdzi, że te wartości są złe, nie twierdzi jednak także, że są dobre. „Może są, a może nie są. Może są takie, a może inne. To nieważne i nic mnie to nie obchodzi” – mówił.

    Przywołując słowa Jana Pawła II o obronie “własnego Westerplatte” podkreślił różnicę pomiędzy postawami wobec dziedzictwa ludzi współczesnych oraz tych, którzy dorastali kilka dekad temu. – Pamiętam, jak myśmy – młodzi wtedy ludzie – słuchali tego z wypiekami na twarzy. To nas jakoś podniecało, zapalało, podnosiło na duchu. „Tak, chcę być obrońcą mojego Westerplatte, mówiliśmy. Chcę walczyć o to, co jest dla mnie ważne”. Dziś wielu powie: „nie muszę mieć żadnego Westerplatte. Ważne, bym był wyspany, najedzony i miał wifi” – zaznaczył.

    Odnosząc się do kontekstu kulturowego, w którym żyje Polonia w Nowym Jorku wyraził uznanie dla wysiłków na rzecz pielęgnowania polskiego dziedzictwa w polonijnych szkołach, klubach, stowarzyszeniach i parafiach. – Żyjecie w wielokulturowym i wielomilionowym mieście. W tyglu tyglów, w Nowym Jorku. W tyglu można mieszać ze sobą różne potrawy, z każdej wziąć trochę, wszystko jakoś połączyć, potem dołożyć jednolitego sosu, który dodaje się do każdej pospolitej potrawy: do hamburgera i hot doga, by ostatecznie uzyskać taki sam smak. Tylko, że potem nie wiadomo co się właściwie zjadło. Lepiej jak jest inaczej: chętnie spróbuję tego, co gotują na innych ogniach, w innych piecach, co sprzedają na innych straganach. Jestem otwarty, ciekawy świata, ciekawy innych sposobów myślenia, działania i w ogóle życia, ale mam też coś własnego, co gotowała moja babcia i moja mama, coś co mnie karmi, czym chcę się karmić i czym chętnie poczęstuję także ciebie – stwierdził.

    W homilii apelował także, by Polacy dbali o własną tożsamość i nie bali wyróżniać się na tle innych. Odwołał się do Katedry Świętego Patryka na Manhattanie. – Wygląda jak z innej bajki i z innego świata, niedzisiejsza. Jedna inna wśród wielu innych. A jednak przez to, że jest jedna i inna, jest zauważalna i tak cenna. Po wizycie na Manhattanie możemy zapomnieć jak wygląda ten, czy tamten drapacz, ale nie zapomnimy tej katedry. Drapacze dosięgają chmur, katedra dosięga nieba – zaznaczył.

    Abp Galbas podkreślił, że jedną z najważniejszych wartości otrzymanych od poprzednich pokoleń jest wiara przekazywana przez Kościół. Nie należy jej jednak sprowadzać tylko do religijnych zwyczajów, które są ważne, jednak “mogą być puste jak wielkanocne wydmuszki”. Wiara jest decyzją, przemyślaną, rozeznaną i przemodloną. Jest też pragnieniem pójścia za Chrystusem. – Nie za kimkolwiek, nie za modą, opiniami opinii publicznej, nie za większością, nie za kalkulacjami na chwilę, ale właśnie za Chrystusem – mówił. Zauważył, że udział w praktykach religijnych weryfikuje wiarę, ale może być pusty, jeśli praktykującemu brakuje spójności życia. Wskazał też na niebezpieczeństwo zwalniania się z praktyk. – W twierdzeniu, że można być jednocześnie wierzącym i niepraktykującym dostrzegam potężny fałsz. Bo trudno jednocześnie chcieć być blisko Chrystusa i unikać miejsc, gdzie On sam mówi, że jest: przede wszystkim unikać Eucharystii – zaznaczył.

    Przywołując prośbę Jakuba i Jana z niedzielnej Ewangelii stwierdził, że Apostołowie wyrazili w ten sposób pragnienie życia w bliskości Chrystusa. – Pozostali się oburzają, ale to jest szczere, proste i piękne. Czy to jest też nasze pragnienie? Moje? Być jak najbliżej Chrystusa, być coraz bliżej Niego, jak śpiewamy w popularnej pieśni kościelnej: „Być bliżej Ciebie chcę”. Macie takie pragnienie? Mamy je? – pytał.

    Kończąc zachęcał do wytrwania w wierze. – Słowo „trwać” zawsze się kojarzy z czymś co trudne. Trwać, czyli nie zmieniać niczego, gdy jest ciężko, nie wycofywać się. Być jak ten obrońca Westerplatte. Trwajmy mocno, niezależnie od tego, czy mieszkamy w Nowym Jorku, czy w Nowym Targu, z tej czy z tamtej strony Atlantyku. (…) Wejdźmy do wnętrza swojej wiary, tylko wtedy przekażemy ją następnym pokoleniom.

    21 października 2024 | eKai / Nowy Jork

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niezwykłe słowa znanego aktora: Gdyby ludzie wiedzieli to stałyby kolejki pod kościołami

    Niezwykłe słowa znanego aktora: Gdyby ludzie wiedzieli to stałyby kolejki pod kościołami

    fot. Screenshot – YouTube (Rymanowski Live)

    ***

    Jeden z czołowych polskich aktorów Adam Woronowicz dał publicznie niezwykle przejmujące świadectwo własnej wiary oraz mocy sakramentów obecnych w Kościele.

    „Moja wiara, moja religia mnie ratuje. Mam wrażenie że ja bym sobie bez tego nie poradził. Powiem szczerze że nie wiem jak sobie ludzie bez tego radzą. Nie wiem” – mówił Woronowicz w wywiadzie udzielonym red. Bogdanowi Rymanowskiemu na kanale YouTube „Rymanowski Live”.

    „Często mam wrażenie że zrzucam z siebie jakiś ciężar gdy przystępuje do sakramentu spowiedzi I że on mi daje naprawdę siłę, że mnie leczy. Nie poradziłbym sobie bez Eucharystii. Czuję, że to jest naprawdę pokarm, powiedziałbym bogów. Gdyby ludzie wiedzieli, co zostawiają to by stały pewnie kolejki pod kościołami. Wciąż zdumiewa mnie i zaskakuje ta Ewangelia, która mówi: „kto spożywa Moje ciało i pije Moją krew, będzie żył na wieki” – wyznał aktor.

    Główny odtwórca sprzed kilkunastu lat roli ks. Jerzego Popiełuszki, odnosząc się do problematyki zgorszeń w Kościele powiedział, że podczas kręcenia tego filmu usłyszał od jednego z księży, że Kościół swojej historii popełnił „wszystkie możliwe grzechy”.

    „A jednak czasem pojawia się w tym Kościele postać, która zawstydza wszystkich. Oczywiście wielu wtedy powie o takiej osobie, że wariatka, że dysfunkcyjna, że pewnie jej się coś przywidziało. Przecież nawet ks. Sopoćko [spowiednik św. Faustyny Kowalskiej – red.] zlecił badania psychiatryczne dla siostry Faustyny. A to przecież jej książka, jej “Dzienniczek” – patrząc na całe ponad tysiącletnie dzieje naszego narodu – jest najbardziej poczytną na świecie pozycją z całej literatury polskiej. Czyta tą książkę cały świat. Miliony ludzi pod każdą szerokością geograficzną znajdują tam przesłanie nadziei dla siebie” – zauważył Adam Woronowicz. 

    ren/YouTube (Rymanowski Live), fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niedziela 13 października 2024

    Dziś mija 107 lat od ostatniego objawienia Matki Bożej we Fatimie w Portugalii. Od 13 maja do 13 października 1917 roku Matka Boża ukazywała się trojgu pastuszkom: Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi. Za ich pośrednictwem Najświętsza Maryja Panna wzywała ludzi do modlitwy różańcowej, nawrócenia i pokuty. Przekazała również orędzie znane jako “trzy tajemnice fatimskie”.

    Podczas ostatniego objawienia we Fatimie około 70 tysięcy osób było świadkami cudu słońca.

    Dobrze jest tutaj przypomnieć, że 20 lat po objawieniu MARYI jako NIEPOKALANIE POCZĘTA w Lourdes miało miejsce na polskiej ziemi objawienie MATKI BOŻEJ w maleńkiej wiosce o nazwie Gietrzwałd, w tamtym czasie będącej pod zaborem pruskim. Objawienia gietrzwałdzkie trwały od 27 czerwca do 16 września 1877 roku. Matka Boska ukazała się 160 razy. Nigdzie indziej na świecie objawienia nie powtarzały się tak często.  

    ___________________________________________________

    CUD SŁOŃCA

    ***

    13 października 1917 roku w Fatimie Matka Boża po raz szósty ukazała się trojgu portugalskim pastuszkom. Dzieciom towarzyszył ogromny tłum. Ludzie pobożni przyszli z nakazu sumienia, inni ze zwykłej ciekawości. Niektórzy znaleźli się tam z obowiązku służbowego. Trzy miesiące wcześniej Maryja zapowiedziała: W październiku powiem wam, kim jestem i czego chcę oraz dokonam cudu, który wszyscy zobaczą, aby uwierzyli. Wezwania Matki Bożej skierowane do ludzi oraz tajemnice, które otrzymały dzieci miały uzyskać potwierdzenie, które powinno przekonać każdego co do prawdziwości objawień. 


    13 października 1917 r. w pobliżu Hiacynty, Franciszka i Łucji zgromadził się kilkudziesięciotysięczny tłum. Niektórzy szacują liczbę świadków cudu słońca w Fatimie na ponad 100 tys. ludzi. Nic dziwnego, że wysłane przez władze prześladujące Kościół oddziały wojskowe nie powstrzymały napierającego tłumu, który starał się dostać jak najbliżej pastuszków. 

    W pewnym momencie dzieci jak przy poprzednich objawieniach dostrzegły błysk światła, po którym Matka Boża pojawiła się nad krzewem. Scenę rozmowy Maryi z dziećmi oraz sam cud słońca zwięźle opisał w swojej książce „Fatima – orędzie tragedii czy nadziei” Antonio A. Borelli:

    ŁUCJA: Czego Pani sobie życzy ode mnie? 

    MATKA BOŻA: Chcę ci powiedzieć, aby wybudowano tu kaplicę na moją cześć. Jestem Matką Bożą Różańcową. Odmawiajcie w dalszym ciągu codziennie Różaniec. Wojna się skończy, a żołnierze wkrótce wrócą do swoich domów. 

    ŁUCJA: Miałam prosić Panią o wiele rzeczy, o uzdrowienie kilku chorych, nawrócenie niektórych grzeszników, etc. 

    MATKA BOŻA: Jednych uzdrowię, innych nie. Trzeba, aby się poprawili i prosili o przebaczenie swoich grzechów. I ze smutnym wyrazem twarzy dodała: Niech nie obrażają więcej Boga naszego Pana, który już i tak jest bardzo obrażany. 

    Następnie, rozchylając dłonie, Najświętsza Maryja Panna zaczęła odbijać się w słońcu, podczas gdy unosiła się, odbicie Jej światła cały czas padało na słońce. 

    Wtedy to Łucja wykrzyknęła: Spójrzcie na słońce! 

    Po tym jak Najświętsza Maryja Panna znikła w bezmiarze nieboskłonu, wizjonerzy byli świadkami trzech następujących scen: pierwsza z nich symbolizowała tajemnice radosne różańca, następna tajemnice bolesne, a ostatnia tajemnice chwalebne (tylko Łucja widziała te trzy sceny; Franciszek i Hiacynta widzieli tylko pierwszą z nich). 

    Obok słońca zobaczyli pojawiającego się świętego Józefa z Dzieciątkiem Jezus oraz Matkę Bożą Różańcową. Była to Święta Rodzina. Maryja była ubrana w białe szaty i w niebieski płaszcz. Święty Józef także był ubrany na biało, natomiast Dzieciątko Jezus miało okrycie w jasnoczerwonym kolorze. Święty Józef pobłogosławił tłum wykonując trzykrotnie znak krzyża. Dzieciątko Jezus uczyniło to samo. Następna była wizja Matki Boskiej Bolesnej i Chrystusa Pana obarczonego cierpieniem w drodze na Kalwarię. Jezus pobłogosławił lud czyniąc znak krzyża. Matka Boża nie miała w piersi miecza. Łucja widziała jedynie górną część ciała Pana Jezusa. Ostatnia była chwalebna wizja Matki Bożej Karmelitańskiej, ukoronowanej na Królową Nieba i Ziemi oraz trzymającej w swych ramionach Dzieciątko Jezus. 

    Podczas gdy obrazy te ukazywały się jeden po drugim oczom wizjonerów, wielki tłum złożony z kilkudziesięciu tysięcy osób był świadkiem cudu słońca. Podczas całego trwania objawienia padał deszcz. Przy końcu spotkania Łucji i Najświętszej Maryi Panny, w chwili gdy Maryja zaczęła się unosić, a dziewczynka wykrzyknęła słowa „Popatrzcie na słońce!”, chmury się rozpierzchły odsłaniając słońce, które wyglądało jak ogromny srebrny dysk. Lśniło tak intensywnie, jak jeszcze nigdy, lecz jego blask nie oślepiał. Trwało to tylko chwilę. Ta ogromna kula zaczęła jakby „tańczyć”. Słońce było jakby gigantycznym ognistym kołem, kręcącym się szybko. Zatrzymało się na jakiś czas, zanim znów zaczęło kręcić się wokół swojej osi z oszałamiającą prędkością. Następnie zaczęło przybierać różowy kolor na krawędziach i ślizgać po niebie, wirując i rozsypując czerwone snopy płomieni. Światło to odbijało się na ziemi, na drzewach i krzewach, a także na twarzach ludzi i na ich ubraniach, przyjmując świetliste różnobarwne odcienie. Trzykrotnie ożywiona szaleńczym ruchem kula ognia zaczęła drżeć i trząść się. Wydawało się, że opadając ruchem zygzakowatym spadnie na przerażony tłum. Wszystko to trwało około dziesięciu minut. Na końcu słońce wspięło się znów wijącym ruchem do punktu, z którego zaczęło opadać, na nowo przyjmując swój spokojny wygląd i odzyskując zwykłą jasność swego światła. 

    Cykl objawień zakończył się. 

    Wielu ludzi zauważyło, że ich ubrania przemoknięte deszczem, od razu wyschły. Cud słońca został także zaobserwowany przez wielu świadków znajdujących się poza miejscem objawień, w promieniu około czterdziestu kilometrów.

    ze strony: Orędzie Fatimskie nadzieją dla Polski

    (więcej na temat Cudu Słońca w Fatimie można dowiedzieć się z książki Świadkowie Cudu Słońca)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    OBJAWIENIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    ***

    W chwili objawień Najświętszej Maryi Panny, Łucja de Jesus, Franciszek i Hiacynta Marto mieli po dziesięć, dziewięć i siedem lat. Cała trójka mieszkała w Aljustrel, w miejscu należącym do parafii fatimskiej. Objawienia miały miejsce na małym skrawku ziemi należącym do rodziców Łucji, nazywanym Cova da Iria, i znajdującym się dwa i pół kilometra od Fatimy na drodze do Leirii. Matka Boża ukazała się im na krzewie zwanym ilex, będącym karłowatą odmianą dębu, mierzącym nieco ponad metr wysokości.

    Franciszek widział Maryję, lecz Jej nie słyszał. Hiacynta Ją widziała i słyszała. Łucja natomiast widziała, słyszała i rozmawiała z Nią. Objawienia miały miejsce około południa.

    Pierwsze objawienie: 13 maja 1917 roku

    W momencie, gdy uwaga trójki wizjonerów została przyciągnięta przez podwójny blask, podobny do błyskawic, bawili się w Cova da Iria. Później zobaczyli oni Matkę Boską na zielonym dębie. Była to, zgodnie z opisem siostry Łucji, Pani ubrana na biało, bardziej błyszcząca niż słońce, promieniejąca światłem czystszym i intensywniejszym od kryształowego pucharu z wodą, prześwietlonego promieniami słonecznymi. Jej nieopisanie piękna twarz nie była ani smutna, ani radosna, lecz poważna i malował się na niej wyraz łagodnego napomnienia. Miała dłonie złączone jakby w geście modlitwy, które opierały się na piersiach i które były zwrócone ku górze. Z jej prawej dłoni opadał różaniec. Jej szaty wydawały się całe utkane ze światła. Jej tunika była biała, tak jak
    i płaszcz ze złotym rąbkiem, który okrywał głowę Maryi, opadając aż do jej stóp. Wizjonerzy byli tak blisko Matki Bożej – w odległości około półtora metra – że znajdowali się w poświacie, która Ją otaczała lub którą roztaczała wokół.
    Rozmowa ich potoczyła się następująco:

    MATKA BOŻA: Nie bójcie się, nie zrobię wam nic złego.
    ŁUCJA: Skąd Pani jest?
    MATKA BOŻA: Jestem z nieba (i wzniosła rękę wskazując na niebo).
    ŁUCJA: A czego Pani ode mnie chce?
    MATKA BOŻA: Przyszłam was prosić, abyście przychodzili tu przez sześć kolejnych miesięcy, trzynastego dnia, o tej samej godzinie. Potem powiem wam, kim jestem i czego chcę. Następnie powrócę tu jeszcze siódmy raz.
    ŁUCJA: A ja też pójdę do nieba?
    MATKA BOŻA: Tak, pójdziesz.
    ŁUCJA: A Hiacynta?
    MATKA BOŻA: Także.
    ŁUCJA: A Franciszek?
    MATKA BOŻA: Również, ale musi jeszcze odmówić wiele różańców.
    ŁUCJA: Czy Maria das Neves jest już w niebie?
    MATKA BOŻA: Tak, jest.
    ŁUCJA: A Amelia?
    MATKA BOŻA: Będzie w czyśćcu do końca świata.
    Czy chcecie ofiarować się Bogu, aby znosić wszystkie cierpienia, które On zechce na was zesłać, jako zadośćuczynienie za grzechy, którymi jest obrażany, oraz jako wyproszenie nawrócenia grzeszników?
    ŁUCJA: Tak, chcemy.
    MATKA BOŻA: A więc będziecie musieli wiele wycierpieć. Ale łaska Boża będzie waszą pociechą.
    Wymawiając te ostatnie słowa (łaska Boża etc.), rozchyliła po raz pierwszy dłonie przekazując nam światło – bardzo intensywne, jakby odblask wychodzący z Jej dłoni, które przenikając przez nasze piersi do najgłębszych zakątków duszy, spowodowało, że widzieliśmy siebie w Bogu, który był tym światłem, wyraźniej niż w najlepszym z luster. Wtedy pod wpływem jakiegoś wewnętrznego impulsu również nam przekazanego, padliśmy na kolana i powtarzaliśmy z głębi duszy: O Przenajświętsza Trójco, uwielbiam Cię! Boże mój, Boże mój, kocham Cię w Przenajświętszym Sakramencie!
    W chwilę później Matka Boża dodała:
    – Odmawiajcie różaniec codziennie, abyście uprosili pokój dla świata i koniec wojny.
    Następnie zaczęła się spokojnie unosić w kierunku wschodnim, aż zniknęła w nieskończonej dali. Światło, które Ją ot
    aczało, jak gdyby torowało Jej drogę w gęstwinie gwiazd.

    Drugie objawienie: 13 czerwca 1917

    Drugie objawienie także zostało zapowiedziane wizjonerom przez żywy blask, który nazwali „błyskawicą”, lecz który właściwie nią nie będąc, był raczej odbiciem zbliżającego się światła.
    Niektórzy, z około pięćdziesięciu obserwatorów, którzy przyszli na to miejsce, widzieli, że słońce, na początku objawienia, utraciło na kilka minut swój blask. Inni przypominali sobie, że wierzchołek drzewka, pokryty listowiem, zdawał się uginać, jakby pod jakimś ciężarem chwilę przed tym jak Łucja zaczęła mówić. Podczas spotkania Najświętszej Maryi Panny z wizjonerami, wiele osób usłyszało szept przypominający brzęczenie pszczoły.

    ŁUCJA: Czego Pani sobie życzy ode mnie?
    MATKA BOŻA: Chcę, abyście przyszli tu 13 dnia następnego miesiąca, abyście odmawiali codziennie różaniec i nauczyli się czytać2. Potem powiem, czego chcę.
    Wtedy to Łucja poprosiła o uleczenie pewnego chorego.
    MATKA BOŻA: Jeżeli nawróci się, wyzdrowieje w ciągu roku.
    ŁUCJA: Chciałabym prosić, aby nas Pani zabrała do nieba.
    MATKA BOŻA: Tak, Hiacyntę i Franciszka zabiorę niedługo. Ty jednak zostaniesz tu przez jakiś czas. Jezus chce posłużyć się tobą, aby ludzie Mnie lepiej poznali i pokochali. Chce On ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy je przyjmą, obiecuję zbawienie. Dusze te będą tak drogie Bogu, jak kwiaty, którymi ozdabiam Jego tron.
    ŁUCJA: Czy zostanę tu sama?
    MATKA BOŻA: Nie, córko. Czy bardzo cierpisz? Nie trać odwagi, nie opuszczę cię nigdy. Moje Niepokalane Serce będzie twoją ucieczką i drogą, która zaprowadzi cię do Boga.
    W chwili, gdy wypowiadała te ostatnie słowa – opowiada siostra Łucja – rozchyliła swe dłonie i po raz drugi przekazała nam odblask tego niezmiernego światła.

    Kiedy wizja ta znikła, Pani, cały czas otulona światłem, które z Niej emanowało, uniosła się lekko, bez najmniejszego wysiłku, ponad zielony dąb w kierunku wschodnim i całkiem znikła. Kilka osób, które znajdowały się najbliżej, spostrzegło, iż liście znajdujące się na wierzchołku krzaka ugięły się w tym samym kierunku, jakby szarpnięte ubraniem Najświętszej Panienki. Krzak pozostał później jeszcze przez kilka godzin ugięty w ten sam sposób, zanim powrócił do swej naturalnej pozycji.
     

    Trzecie objawienie: 13 lipca 1917


    W chwili trzeciego objawienia, mała szara chmurka zawisła nad zielonym dębem, słońce pociemniało, a orzeźwiająca bryza powiała w górach. Był sam środek lata. Manuel Marto, ojciec Hiacynty i Franciszka, jak sam to ujmuje, także usłyszał pobrzękiwanie podobne do brzęczenia much w pustym dzbanie. Wizjonerzy ujrzeli znajomy im już blask światła, a w chwilę później spostrzegli ponad krzewem Najświętszą Maryję Pannę.

    ŁUCJA: Czego sobie Pani życzy ode mnie?
    MATKA BOŻA: Chcę, abyście przyszli tu 13 dnia następnego miesiąca i nadal codziennie odmawiali różaniec na cześć Matki Bożej Różańcowej, aby uprosić pokój na świecie i koniec wojny, gdyż tylko Ona będzie mogła wam pomóc.
    ŁUCJA: Chciałabym prosić, aby Pani powiedziała nam, kim jest i uczyniła jakiś cud, żeby wszyscy uwierzyli, że rzeczywiście nam się Pani ukazuje.
    MATKA BOŻA: Nadal przychodźcie tutaj co miesiąc. W październiku powiem wam, kim jestem i czego chcę oraz dokonam cudu, który wszyscy zobaczą, aby uwierzyli.

    Następnie Łucja skierowała kilka próśb o nawrócenie grzeszników, uzdrowienia i inne łaski. Matka Boża zawsze odpowiadała tak samo, polecając niezmiennie odmawianie różańca oraz obiecując, że prośby te zostaną wysłuchane w ciągu roku.

    Potem dodała: Ofiarujcie się za grzeszników i powtarzajcie wielokrotnie – zwłaszcza gdy będziecie czynić jakąś ofiarę – »O Jezu, czynię to z miłości dla Ciebie, w intencji nawrócenia grzeszników oraz jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi«.
     

    Czwarte objawienie: 19 sierpnia 1917


    13 sierpnia, w dniu, w którym miało mieć miejsce czwarte objawienie, wizjonerzy nie mogli się udać do Cova da Iria, ponieważ zostali oni uwięzieni przez administratora kantonu Ourém, który chciał wyrwać im ich tajemnicę siłą. Dzieci wytrzymały to dzielnie.

    O zwykłej porze, w czasie, gdy zebrani ludzie obserwowali małą białą chmurkę unoszącą się przez kilka minut nad zielonym dębem, usłyszano w Cova da Iria grzmot, po którym nastąpiła błyskawica. Byli oni także świadkami zjawisk związanych z zabarwianiem się na różne kolory twarzy ludzi, ubrań, drzew czy ziemi. Matka Boża na pewno przybyła, lecz nie odnalazła na miejscu spotkań wizjonerów.

    Powróciła kilka dni później, w posiadłości Valinhos ukazując się na zielonym dębie, który był tylko trochę wyższy od dębu z Cova da Iria.

    ŁUCJA: Czego sobie Pani życzy ode mnie?
    MATKA BOŻA: Chcę, abyście nadal przychodzili trzynastego dnia miesiąca do Cova da Iria i odmawiali różaniec codziennie. W ostatnim miesiącu uczynię cud, aby wszyscy uwierzyli
    ŁUCJA: Co Pani chce, abyśmy zrobili z pieniędzmi, które ludzie zostawiają w Cova da Iria?
    MATKA BOŻA: Niech sporządzą dwa feretrony. Jeden ty będziesz nosiła z Hiacyntą i dwie inne dziewczynki, ubrane na biało. Drugi niech nosi Franciszek z trzema innymi chłopcami. Pieniądze składane na te feretrony są przeznaczone na święto Matki Bożej Różańcowej, a reszta jako datek na kaplicę, która ma być zbudowana.
    ŁUCJA: Chciałabym prosić o uzdrowienie kilku chorych.
    MATKA BOŻA: Tak, niektórych uzdrowię w ciągu roku. I przybierając smutniejszy wyraz twarzy, znowu poleciła dzieciom praktykowanie umartwień: Módlcie się, módlcie się wiele i czyńcie ofiary za grzeszników, ponieważ wiele dusz idzie do piekła, bo nie mają nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił.
    I jak zwykle zaczęła unosić się ku wschodowi.


    Dzieci obcięły gałęzie krzewu, nad którym Matka Boża im się ukazała, i zaniosły je do domu. Wydzielały one szczególnie przyjemny zapach.
     

    Piąte objawienie: 13 września 1917


    Tak jak i poprzednio, tłum ludzi, których liczba została oszacowana na około piętnaście do dwudziestu tysięcy osób, a może nawet i więcej, był świadkiem całej serii zjawisk atmosferycznych: nagłego ochłodzenia, takiego przyćmienia słońca, że można było zobaczyć gwiazdy, pewnego rodzaju deszczu, jakby opadały tęczowe płatki lub płatki śniegu, które znikały, zanim jeszcze mogły dotknąć ziemi. Wtedy to właśnie zauważono świetlistą kulę, która przemieszczała się wolno po niebie ze wschodu na zachód, a przy końcu objawienia w przeciwnym kierunku. Jak zwykle, wizjonerzy dostrzegli błysk światła, po czym ukazała im się ponad zielonym dębem Najświętsza Maryja Panna.

    MATKA BOŻA: Odmawiajcie w dalszym ciągu różaniec, aby uprosić koniec wojny. W październiku ukaże się również Pan Jezus, Matka Boża pod wezwaniem Bolesnej i Karmelitańskiej oraz św. Józef z Dzieciątkiem Jezus, aby pobłogosławić świat. Bóg jest zadowolony z waszych umartwień, ale nie musicie spać ze sznurami. Noście je tylko w dzień.
    ŁUCJA: Proszono mnie, abym poprosiła Panią o wiele rzeczy; uzdrowienie kilku chorych, uzdrowienie głuchoniemego.
    MATKA BOŻA: Tak, niektórych uzdrowię, innych nie. W październiku uczynię cud, aby wszyscy uwierzyli.
     

    Szóste i ostatnie objawienie: 13 października 1917


    ŁUCJA: Czego Pani sobie życzy ode mnie?
    MATKA BOŻA: Chcę ci powiedzieć, aby wybudowano tu kaplicę na moją cześć. Jestem Matką Boską Różańcową. Odmawiajcie w dalszym ciągu codziennie różaniec. Wojna się skończy, a żołnierze wkrótce wrócą do swoich domów.
    ŁUCJA: Miałam prosić Panią o wiele rzeczy, o uzdrowienie kilku chorych, nawrócenie niektórych grzeszników, etc.
    MATKA BOŻA: Jednych uzdrowię, innych nie. Trzeba, aby się poprawili i prosili o przebaczenie swoich grzechów. I ze smutnym wyrazem twarzy dodała: Niech nie obrażają więcej Boga naszego Pana, który już i tak jest bardzo obrażany.

    Następnie, rozchylając dłonie, Najświętsza Maryja Panna zaczęła odbijać się w słońcu, podczas gdy unosiła się, odbicie Jej światła cały czas padało na słońce.

    Wtedy to Łucja wykrzyknęła: Spójrzcie na słońce!

    Po tym jak Najświętsza Maryja Panna znikła w bezmiarze nieboskłonu, wizjonerzy byli świadkami trzech następujących scen: pierwsza z nich symbolizowała tajemnice radosne różańca, następna tajemnice bolesne, a ostatnia tajemnice chwalebne (tylko Łucja widziała te trzy sceny; Franciszek
    i Hiacynta widzieli tylko pierwszą z nich):

    Obok słońca zobaczyli pojawiającego się świętego Józefa z Dzieciątkiem Jezus oraz Matkę Boską Różańcową. Była to Święta Rodzina. Maryja była ubrana w białe szaty i w niebieski płaszcz. Święty Józef także był ubrany na biało, natomiast Dzieciątko Jezus miało okrycie w jasnoczerwonym kolorze. Święty Józef pobłogosławił tłum wykonując trzykrotnie znak krzyża. Dzieciątko Jezus uczyniło to samo. Następna była wizja Matki Boskiej Bolesnej i Chrystusa Pana obarczonego cierpieniem w drodze na Kalwarię. Jezus pobłogosławił lud czyniąc znak krzyża. Matka Boża nie miała w piersi miecza. Łucja widziała jedynie górną część ciała Pana Jezusa. Ostatnia była chwalebna wizja Matki Bożej Karmelitańskiej, ukoronowanej na Królową Nieba i Ziemi oraz trzymającej w swych ramionach Dzieciątko Jezus.

    ze strony: Orędzie Fatimskie nadzieją dla Polski

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mało znane siódme objawienie fatimskie. Dzięki niemu Łucja powiedziała Bogu „tak“.

    Od 13 maja do 13 października: sześć objawień fatimskich. A siódme? Zapowiedziała je sama Matka Boża słowami: „Następnie powrócę tu jeszcze siódmy raz”.

    13 października obchodzimy rocznicę ostatniego z objawień fatimskich. Ale tak naprawdę, to wcale nie ostatniego, ale szóstego z siedmiu. Już podczas pierwszego (w maju 1917 r.) Maryja mówiła: „Przyszłam was prosić, abyście przychodzili tu przez sześć kolejnych miesięcy, trzynastego dnia, o tej samej godzinie. Potem powiem wam, kim jestem i czego chcę. Następnie powrócę tu jeszcze siódmy raz”.

    Skoro świętujemy rocznicę „ostatniego” objawienia, to co z siódmym? Czy miało miejsce? I jeśli tak, to kiedy?

    Minęły prawie cztery lata od ostatniego objawienia. Z trojga wizjonerów żyje już tylko Łucja. Franciszek zmarł w kwietniu 1919 r., a Hiacynta w lutym 1920 r. Tak jak zapowiedziała Matka Boża.

    Jest 13 czerwca 1921 r. Do Fatimy znów przybyły tłumy pielgrzymów, by modlić się w miejscu objawień. Wśród tych tłumów jest też Filomena Miranda. Przyjechała tu na polecenie biskupa Leirii, aby zgodnie z wcześniejszą umową zabrać Łucję do Porto, do internatu prowadzonego przez siostry doroteuszki.

    Łucja spędzi w ich szkole 4 lata, by następnie wstąpić do tego zgromadzenia. Pozostanie w nim kolejne 22 i pół roku, kiedy to (za specjalnym pozwoleniem Piusa XII) opuści doroteuszki, by wstąpić do karmelitanek w Coimbrze, gdzie pozostanie do śmierci (13.02.2005 r.).

    Na razie jednak ma 14 lat i właśnie ma opuścić dom rodzinny. Wspomniana umowa zawiera także warunek, że Łucja nigdy nie wróci już w rodzinne strony (a więc także w miejsca związane z objawieniami). Ponieważ pani Filomena chce po zabraniu Łucji zatrzymać się z nią na trzy dni w Leirii, zanim pojadą do Porto, matka dziewczynki protestuje i zobowiązuje się sama odwieźć ją w wyznaczonym dniu do internatu sióstr.

    W ten sposób zyskują jeszcze trzy dni dla siebie. Ostatnie trzy dni w domu. Ostatnie trzy dni z mamą.

    Ostatniego dnia (wedle wspomnień samej s. Łucji był to 15 czerwca 1921 r.) z samego rana Łucja poszła na mszę do parafialnego kościoła. Poszła pożegnać miejsce, z którym wiązało się wiele ważnych wspomnieć, ale też zawierzyć Matce Najświętszej rozterki swojego serca i ból spowodowany perspektywą rychłego wyjazdu. Sama s. Łucja w swoich wspomnieniach tak relacjonowała tamtą dramatyczną modlitwę:

    Widziałaś moją walkę, moje niezdecydowanie, mój żal z powodu wyrażonej wcześniej zgody, niepewność… i chęć, by wycofać się z danego słowa… Powiedzieć wszystkiemu „żegnam” w momencie, gdy młodość zaczyna rozkwitać… Pozostawić wszystko, nawet dom rodzinny, dla nieznanego, które miałam spotkać…
    Czy tak można żyć? Nie! Powiem Mamie, że nie chcę jechać… Tam, dokąd chce mnie wysłać ksiądz biskup, nie wiem jak będzie, a na dodatek postawił warunek, że nie wrócę więcej do domu. To znaczy, że już nigdy nie zobaczę rodziny ani tych błogosławionych miejsc! Nigdy więcej nie stąpać po tej błogosławionej ziemi, po to, by iść, Bóg wie dokąd?! Nawet bez możliwości bezpośredniej korespondencji z Mamą! To niemożliwe, nie jadę!

    Po południu poszła jeszcze na spacer i odwiedziła bliskie jej miejsca. Dotarła oczywiście także do Cova da Iria. Uklękła w miejscu, gdzie niegdyś rósł mały dąb, nad którym objawiała się Piękna Pani i popłakała się… Za dużo było tego wszystkiego.

    Do rozterek i obaw dochodziły jeszcze wyrzuty sumienia… Cztery lata temu, podczas pierwszego z objawień, wraz z Franciszkiem i Hiacyntą powiedziała Matce Bożej, że chce „ofiarować się Bogu, aby znosić wszystkie cierpienia, które On im ześle jako zadośćuczynienie za grzechy, którymi jest obrażany i jako prośbę o nawrócenie grzeszników”.

    Franciszek i Hiacynta odeszli zabrani przez chorobę, którą mężnie znosili. Teraz przyszła kolej na nią, aby cierpieć, a ona chciałaby się wycofać. Żal, wstyd, rozpacz, udręka. I wtedy…

    I wtedy przyszła Maryja. Dotknęła ramienia Łucji swoją dłonią, a kiedy dziewczynka podniosła zapłakane oczy, zobaczyła Panią tak jak przed czterema laty. Rozmowa była krótka: „Przychodzę tu po raz siódmy. Idź, podążaj drogą, którą ksiądz biskup zechce cię prowadzić, taka jest wola Boga” – powiedziała Pani i znikła.

    I tyle wystarczyło. Strach, niepewność i rozpacz odeszły, jak ręka odjął (nie byle jaką ręką!). Teraz Łucja mogła powiedzieć Bogu swoje „tak”. Przypomniała sobie Matkę Bożą z Góry Karmel i po raz pierwszy poczuła w sercu powołanie do życia zakonnego. Jako patronkę obrała w tej chwili Teresę od Dzieciątka Jezus. I wyjechała.

    Tak wyglądało siódme objawienie w Fatimie, zapowiedziane przez samą Matkę Bożą. Nastąpiło w momencie wielkiego cierpienia wizjonerki. Było bardzo krótkie, a jego przesłanie zwięzłe. Dotyczyło konkretnego wyboru, konkretnej sprawy.

    W pewnym sensie to siódme objawienie czeka na każdego z nas – niezależnie od tego, czy kiedykolwiek w życiu znajdziemy się w Fatimie, czy po prostu w chwili udręki i niepewności będziemy przywoływać Maryję we własnym domu. Ona do każdego chce przyjść, położyć dłoń na ramieniu i powiedzieć: „Ufaj. Idź. Zawierz się. Posłuchaj głosu Boga i Jego wezwania. Zrób, co ci powie”.

    Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Święty Józef i cud słońca

    top

    ***

    Po lewej stronie słońca pojawił się św. Józef, trzymając na lewej ręce Dzieciątko Jezus – relacjonowały dzieci z Fatimy objawienie z 13 października 1917 roku. – Św. Józef wyłaniał się z jasnego obłoku tylko na wysokości klatki piersiowej na tyle wystarczająco, by unieść dłoń i trzy razy uczynić, razem z Dzieciątkiem Jezus, znak krzyża nad światem.

    ***

    Słońce

    ***

    13 października 1917 roku miało miejsce ostatnie objawienie Matki Bożej w Fatimie, któremu towarzyszył niezwykły znak na niebie nazywany „Cudem słońca”. Mimo, że objawienia fatimskie są bardzo istotne dla zrozumienia czasów w których żyjemy, szczegóły tych niezwykłych wydarzeń są zbyt słabo znane. Także katolikom. W dzisiejszym artykule pragnę uwypuklić i przypomnieć niedocenioną rolę św. Józefa w trakcie ostatniego fatimskiego objawienia.

    Po Cudzie słońca i punkcie kulminacyjnym objawienia się Maryi, również św. Józef objawił się Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi. Ksiądz John de Marchi w swojej książce Prawdziwa historia Fatimy, cytując relacje dzieci, opisuje to w ten sposób: Po lewej stronie słońca pojawił się św. Józef, trzymając na lewej ręce Dzieciątko Jezus. Św. Józef wyłaniał się z jasnego obłoku tylko na wysokości klatki piersiowej na tyle wystarczająco, by unieść dłoń i trzy razy uczynić, razem z Dzieciątkiem Jezus, znak krzyża nad światem. Gdy św. Józef robił znak krzyża, Najświętsza Panna stała w blasku po prawej stronie od słońca, ubrana w błękitne i białe szaty Matki Boskiej Różańcowej. Tymczasem Franciszek i Hiacynta byli skąpani we wspaniałych barwach i znakach słońca, a Łucja miała przywilej wpatrywania się w naszego Pana przybranego w czerwień jako Bożego Odkupiciela, gdy błogosławił świat, jak przepowiedziała Matka Boża. Podobnie jak święty Józef, był widziany jedynie od klatki piersiowej w górę. Obok Niego stała Najświętsza Panna, ubrana teraz w fioletowe szaty Matki Bożej Boleściwej, ale bez miecza. W końcu Najświętsza Panna objawiła się ponownie Łucji w całym swym eterycznym blasku, ubrana w proste, brązowe szaty z Góry Karmel.

    ***

    Św. Józef z Jezusem

    ***

    Ku wstawiennictwu św. Józefa

    Ostatnie objawienie fatimskie wskazuje na trzy konkretne formy nabożeństwa do Matki Bożej, do których praktykowania wzywa się nas w czasie „ostatecznej bitwy” przeciwko szatanowi. Są to nabożeństwa do Pełnego Boleści i Niepokalanego Serca Maryi, Różańca świętego oraz Brązowego Szkaplerza. Jednakże przeogromne znaczenie ma także zwrócenie uwagi na to, że ostatnie objawienie w Fatimie kieruje nas także ku wstawiennictwu św. Józefa, którego nasz Pan skojarzył blisko z samym sobą w swoim błogosławieństwie udzielonym światu. Ksiądz de Marchi pisze: Nasz Pan, już tak bardzo obrażony grzechami ludzkości, a w szczególności znęcaniem się nad dziećmi przez urzędników rejonu, mógłby z łatwością tamtego bogatego w wydarzenia dnia zniszczyć świat. Jednakże nasz Pan nie przyszedł, by zniszczyć, ale zbawić. Zbawił świat tamtego dnia poprzez błogosławieństwo dobrego świętego Józefa oraz miłość Niepokalanego Serca Maryi do Jej dzieci na ziemi. Nasz Pan zatrzymałby wielką wojnę światową, która wówczas szalała i dał światu pokój poprzez świętego Józefa – oświadczyła później Hiacynta – gdyby dzieci nie zostały aresztowane i zabrane do Ourém.

    ***

    Fatima - dzieci

    ***

    Św. Józef patronem Kościoła Powszechnego

    W święto Niepokalanego Poczęcia, 8 grudnia 1870 roku, bł. papież Pius IX, w następstwie próśb otrzymanych od biskupów z całego świata, ogłosił św. Józefa patronem Kościoła powszechnego w tym szczególnie bolesnym czasie, kiedy sam Kościół jest osaczony przez wrogów z każdej strony i ciemiężony ciężkimi nieszczęściami tak, że bezbożni ludzie wyobrażają sobie, że bramy piekła wreszcie nad nim przeważają. Papież Leon XIII – któremu zostało objawione w roku 1884, że szatanowi będzie udzielona przez jakiś czas większa moc działania w celu zniszczenia Kościoła – ustanowił nowe nabożeństwo do św. Józefa w swojej encyklice Quamquam pluries, ogłoszonej w święto Wniebowzięcia Najświętszej Panny 15 sierpnia 1889 roku. Papież pisał: W okresach napięcia i próby – zwłaszcza, gdy wydaje się, że moce ciemności mają zezwolenie na każdy akt bezprawia – Kościół ma w zwyczaju błagać ze szczególnym zapałem i wytrwałością Boga, swojego autora i opiekuna, z odwołaniem się do wstawiennictwa świętych – a przede wszystkim Najświętszej Dziewicy, Matki Boga – której protekcja zawsze była najskuteczniejsza. Dalej wyjaśniał: Widzimy, że wiara, korzeń wszystkich cnót chrześcijańskich, zmniejsza się w wielu duszach; widzimy, jak zanika miłosierdzie; młode pokolenie dorasta codziennie w deprawacji moralności i poglądów; Kościół Jezusa Chrystusa jest atakowany ze wszystkich stron przez jawne siły lub przez przebiegłość; jest prowadzona nieustająca wojna toczona przeciwko Następcy Pierwszego Papieża; a same fundamenty religii są podważane ze śmiałością, która codziennie coraz bardziej nabiera na sile. W rzeczywistości sprawy te są tak dobrze znane, że nie ma potrzeby rozwodzić się nad głębokościami, na które spadło społeczeństwo w tych dniach, lub wzorcami, które teraz pochłaniają umysły ludzi. W okolicznościach tak nieszczęśliwych i niespokojnych ludzkie środki są niewystarczające i staje się konieczne, jako jedyny środek, błaganie o wsparcie ze strony Bożej mocy.

    Ponad stulecie później

    Ponad stulecie później od ogłoszenia tej encykliki zła wskazane przez papieża Leona XIII nasiliły się w stopniu, który był niewyobrażalny dla większości ludzi w roku 1889. Każdego dnia morduje się tysiące niewinnych dzieci z aprobatą rządów, które powinny je bronić, świętość małżeństwa jest bezczeszczona rozwodami, cudzołóstwem i antykoncepcją, a więzi pomiędzy rodzicami a ich dziećmi stają się rozmyślnie celem przeznaczonym na zniszczenie przez najpotężniejsze państwa i instytucje na świecie. A najgorsze ze wszystkiego jest to, że sam papież jest odpowiedzialny za szerzenie się herezji, które odwodzą stado od Chrystusa ku wiecznemu potępieniu. Papież Leon XIII zachęcał wiernych, tak jak Najświętsza Panna uczyni to dwadzieścia osiem lat później w Fatimie, by zwalczali te zła poprzez modlitwę Różańca świętego: Biorąc pod uwagę zbliżający się miesiąc październik, który już poświęciliśmy Maryi Dziewicy, pod tytułem Matki Bożej Różańcowej, szczerze zachęcamy wiernych do wykonywania ćwiczeń duchowych tego miesiąca, jeśli to możliwe, z jeszcze większą pobożnością i stałością niż dotychczas. Wiemy, że istnieje pewna pomoc w matczynej dobroci Dziewicy, i jesteśmy bardzo pewni, że nie na próżno pokładamy w Niej naszą ufność. Jeżeli podczas niezliczonych okazji, pokazała Ona swoją moc niosąc pomoc chrześcijanom na całym świecie, dlaczego mielibyśmy wątpić w to, że teraz odnowi swoją pomoc w postaci mocy i łaski, jeśli będziemy ofiarować Jej pokorne i nieustanne modlitwy ze wszystkich stron? Nie, wolimy wierzyć, że Jej interwencja będzie tym bardziej cudowna, ponieważ pozwoliła nam modlić się do Niej przez tak długi czas przez specjalne wezwania. Ale wówczas, raz jeszcze antycypując Fatimę, skierował wiernych także ku świętemu Józefowi: Ale My podejmujemy inny cel, do którego, w zależności od zwyczaju, Czcigodni Bracia, będzie można przejść z zapałem. Aby Bóg bardziej łaskawie wysłuchał Naszych modlitw, i aby okazał dobroć i gotowość pomocy swojemu Kościołowi, uważamy za niezwykle użyteczne dla ludu chrześcijańskiego, stale odwoływać się z wielką pobożnością i ufnością, razem z Dziewicą – Matką Boga, do Jej cnotliwego Małżonka, Błogosławionego Józefa; i traktujemy to jako najpewniejsze, że będzie to najprzyjemniejsze dla samej Dziewicy. Dalej papież wyjaśnia: Dom Boga, którym rządził Józef dzięki władzy ojca, zawarł w swoich granicach urodzony w niedostatku Kościół. Z tego samego faktu, że Najświętsza Dziewica jest Matką Jezusa Chrystusa jest Ona Matką wszystkich Chrześcijan, których urodziła na Górze Kalwarii wśród największych boleści Odkupienia; w ten sposób Jezus Chrystus jest pierworodnym wśród chrześcijan, którzy przez adopcję i Odkupienie są Jego braćmi. I z tych powodów Błogosławiony Patriarcha troszczy się o rzesze chrześcijan, którzy tworzą Kościół, jako o zawierzonych specjalnie jego powiernictwu – tę nieograniczoną rodzinę rozprzestrzenioną po całej ziemi, nad którą, ponieważ jest małżonkiem Maryi i Ojcem Jezusa Chrystusa, posiada, tak jak posiadał kiedyś, ojcowską władzę. Jest więc naturalne i godne, że Błogosławiony Józef, który zaspokajał wszystkie potrzeby Rodziny w Nazarecie i otaczał ją swoją ochroną, powinien teraz okryć płaszczem swojej niebiańskiej opieki i bronić Kościół Jezusa Chrystusa.

    Bazylika w Fatimie

    ***

    Nowa modlitwa

    W związku z tym Ojciec Święty ustanowił nową modlitwę do odmawiania po Różańcu świętym przez miesiąc październik. W jego zamierzeniu modlitwa ta miała być odmawiana nie tylko w październiku 1889 roku, ale w październiku każdego roku. Skorzystajmy z lekcji objawienia się św. Józefa w Fatimie i skierujmy do niego po pomoc i opiekę.

    Święty Józefie, postrachu demonów, módl się za nami!

    O milagre de Fátima

    (za: LifeSiteNews i Fatima.pl)

    Aleksandra Polewska-Wianecka /Narodowe SANKTUARIUM ŚW. JÓZEFA w Kaliszu

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Jan Paweł II: Fatimskie wezwanie do pokuty

    fot. Screenshot – YouTube

    ***

    św. Jan Paweł II: Fatimskie wezwanie do pokuty

    „To ewangeliczne wezwanie do pokuty i nawrócenia jest nadal aktualne. Jeszcze bardziej aktualne niż 65 lat temu. I jeszcze bardziej naglące”  – św. Jan Paweł II

    Zamach miał miejsce 13 maja 1981 r., w 64. rocznicę pierwszego objawienia się Matki Bożej w Fatimie. Historycy, eksperci od objawień fatimskich twierdzą, że nawet godzina i minuty były te same. 13 maja 2000 r. podczas beatyfikacji Hiacynty i Franciszka w Fatimie przez Jana Pawła II zostały ujawnione główne treści trzeciej części tajemnicy fatimskiej.

    “Według interpretacji Pastuszków – wyjaśniał kard. Sodano – ostatnio potwierdzonej przez siostrę Łucję, ubrany na biało biskup, który modli się za wszystkich wiernych, to Papież. Także on, z trudem podążając ku krzyżowi wśród martwych ciał męczenników (biskupów, kapłanów, zakonników, zakonnic i licznych świeckich), pada, ugodzony kulami, jak martwy”.

    W czasie pobytu w klinice Gemelli Jan Paweł II poprosił biskupa Hnilicę, aby dostarczył mu wszystkie dokumenty związane z objawieniami w Fatimie. Papież dokładnie przestudiował całą dokumentację. Kiedy opuszczał szpital, powiedział biskupowi Hnilicy: “zrozumiałem, że jedynym sposobem ocalenia świata od wojny, od ateizmu, jest nawrócenie zgodnie z orędziem fatimskim.”

    Dopiero pięć miesięcy po zamachu, a dokładnie 15 sierpnia 1981 r. Papież spotkał się z wiernymi na placu św. Piotra. Powiedział wtedy: “Stałem się na nowo dłużnikiem Najświętszej Dziewicy i wszystkich świętych Patronów. Czyż mogę zapomnieć, że wydarzenie na placu św. Piotra miało miejsce w tym dniu i o tej godzinie, kiedy od sześćdziesięciu z górą lat wspomina się w portugalskiej Fatimie pierwsze pojawienie się Matki Chrystusa ubogim wiejskim dzieciom? Wszak we wszystkim, co mnie w tym właśnie dniu spotkało, odczułem ową niezwykłą macierzyńską troskę i opiekę, która okazała się mocniejsza od śmiercionośnej kuli”. Niezwykle interesującą interpretację nieudanego zamachu na życie Ojca Świętego usłyszeliśmy z ust samego Ali Agcy. Jan Paweł II odwiedził go w rzymskim więzieniu Rebibbia. Podczas rozmowy z Papieżem zamachowiec dziwił się, jak to się stało, że Ojciec Święty ocalał. Był pewny, że dobrze celował. Wiedział, że strzał był zabójczy, śmiertelny… a pomimo to nie zabił. Dlaczego? Uporczywie pytał się Papieża: “Co to jest, co wszyscy powtarzają: Fatima?”.

    Jan Paweł II tak wspominał: “Na Boże Narodzenie 1983 roku odwiedziłem zamachowca w więzieniu. Długo ze sobą rozmawialiśmy. Ali Agca jest, jak wszyscy mówią, zawodowym zabójcą. Co znaczy, że zamach nie był jego inicjatywą, że ktoś inny to wymyślił, ktoś inny to zlecił. W ciągu całej rozmowy było jasne, że Alemu Agcy nie dawało spokoju pytanie: jak się to stało, że zamach się nie powiódł? Przecież robił wszystko, co należało, zadbał o najdrobniejszy szczegół swego planu. A jednak ofiara uniknęła śmierci. Jak to się mogło stać? I ciekawa rzecz… ten niepokój naprowadził go na problem religijny. “Pytał się, jak to właściwie jest z tą tajemnicą fatimską. Na czym ona polega? To był główny punkt jego zainteresowania, tego przede wszystkim chciał się dowiedzieć. Być może, że jego uporczywe pytania były znakiem, że zyskał świadomość tego, co rzeczywiście ważne. Ali Agca – jak mi się wydaje – zrozumiał, że ponad jego władzą, władzą strzelania i zabijania, jest jakaś potęga wyższa. Zaczął więc jej poszukiwać. Życzę mu, aby ją znalazł”. Zamach na Ojca Świętego miał miejsce dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Matki Bożej w Fatimie 13 maja 1917 r. Matka Boża apelowała wtedy do wszystkich ludzi: “Przyszłam upomnieć ludzkość, aby poprawiła się i czyniła pokutę za swoje grzechy”. Orędzie fatimskie jest jasne i jednoznaczne: aby uchronić ludzkość od samozagłady, konieczne jest nawrócenie, jej powrót do Boga. W pierwszą rocznicę zamachu 13 maja 1982 r. Papież pojechał z pielgrzymką do Fatimy, aby podziękować za cudowne ocalenie życia. Powiedział wtedy: “Daty te (13.05 1917 r. i 13.05.1981r.) spotkały się ze sobą w taki sposób, że musiałem odczuć, iż jestem tutaj przedziwnie wezwany. I oto dzisiaj przybywam. Przybywam po to, ażeby w tym miejscu podziękować Bożej Opatrzności… Jedna ręka wymierzała broń, a druga zmieniła kierunek kuli”. Ojciec Święty przypomniał wtedy, że przyjechał do Fatimy w tym celu, “by raz jeszcze w imieniu całego Kościoła wysłuchać orędzia, które 65 lat temu popłynęło z ust wspólnej Matki, zatroskanej o los swoich dzieci. Dziś to orędzie jest bardziej aktualne i naglące, niż kiedykolwiek. Jak bowiem nie patrzeć bez trwogi na falę sekularyzmu i permisywizmu, które jakże poważnie zagrażają podstawowym wartościom moralnych zasad chrześcijańskich?” W dramatycznych słowach Papież wyraził swój ból, “że wezwanie do pokuty, nawrócenia, modlitwy, nie spotkało się i nie spotyka z takim przyjęciem, jak powinno! O, Serce Niepokalane – wołał Ojciec Święty – pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które ciąży nad ludzkością i zamyka drogi ku przyszłości”. W Częstochowie 19 czerwca 1983 r. podczas Apelu Jasnogórskiego Jan Paweł II modlił się: “W dniu 13 maja minęło dwa lata od tego popołudnia, kiedy ocaliłaś mi życie. Było to na placu św. Piotra. Tam, w czasie audiencji generalnej, został wymierzony do mnie strzał, który miał mnie pozbawić życia. Zeszłego roku 13 maja byłem w Fatimie, aby podziękować i zawierzać. Dziś pragnę tu, na Jasnej Górze, pozostawić jako wotum widomy znak tego wydarzenia, przestrzelony pas sutanny. Wielki Twój czciciel kardynał Hlond, prymas Polski, na łożu śmierci wypowiedział słowa: “Zwycięstwo – gdy przyjdzie przyjdzie przez Maryję”. Totus Tuus. I więcej już nie dodam”. W swojej książce “Przekroczyć próg nadziei” Jan Paweł II pisał: “A cóż powiedzieć o trojgu portugalskich dzieciach z Fatimy, które nagle, w przeddzień wybuchu rewolucji październikowej, usłyszały, że “Rosja się nawróci”, że “na końcu moje Serce zwycięży”?… Tego nie mogły one wymyślić. Nie znały na tyle historii i geografii, a jeszcze mniej orientowały się w ruchach społecznych i w rozwoju ideologii. A jednak to właśnie się stało, co zapowiedziały. Może również na to został wezwany z “dalekiego kraju” ten Papież, może na to był potrzebny zamach na placu św. Piotra właśnie 13 maja 1981 roku, ażeby to wszystko stało się bardziej przejrzyste i zrozumiałe, ażeby głos Boga mówiącego poprzez dzieje człowieka w “znakach czasu” mógł być łatwiej słyszany i łatwiej zrozumiany? Jest to ten Ojciec, który wciąż działa, i ten Syn, który również działa, i ten niewidzialny Duch Święty, który jest Miłością, a jako Miłość jest nieustannym działaniem stwórczym, zbawczym, uświęcającym i ożywiającym” (s. 108).

     W Fatimie Matka Boża prosiła, aby Ojciec Święty poświęcił Jej cały świat i Rosję. Swą prośbę ponowiła 13 czerwca 1929 r. objawiając się s. Łucji w Tuy: “Przyszła chwila, w której Bóg wzywa Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka”. Jan Paweł II całym sercem pragnął spełnić to życzenie Matki Chrystusa. W tym celu, w łączności z wszystkimi biskupami, rozpoczął przygotowania do dokonania uroczystego aktu poświęcenia całego świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi w dniu 25 marca 1984 r. W ten pamiętny dzień na placu św. Piotra w Rzymie, Ojciec Święty, w obecności specjalnie przywiezionej na tę okoliczność figurki Matki Bożej Fatimskiej, dokonał aktu zawierzenia, jak o to prosiła Niepokalana. W tym samym dniu biskupi we wszystkich diecezjach na świecie mieli to samo uczynić w łączności ze swoimi kapłanami i wiernymi. Wszyscy intuicyjnie czuli, że to wydarzenie zmieni bieg historii świata. Jan Paweł II dokonał tego aktu zawierzenia Niepokalanej, aby przezwyciężyć moce zła, które zagrażają całej ludzkości: “Moc tego poświęcenia – mówił Ojciec Święty – trwa przez wszystkie czasy, ogarnia wszystkich ludzi, ludy i narody, przewyższa zaś wszelkie zło, jakie duch ciemności zdolny jest rozniecić w sercu człowieka i w jego dziejach: jakie też rozniecił w naszych czasach… Zawierzając Ci, o Matko, świat, wszystkich ludzi i wszystkie ludy (…) składam je w Twym macierzyńskim Sercu. O Serce Niepokalane! Pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży już nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogi ku przyszłości”. Po tym akcie oddania świata i Rosji Maryi, Matce Kościoła, Ojciec Święty wręczył biskupowi z Fatimy wyjątkowy dar, mówiąc: “To jest pocisk wyjęty z mojego ciała 13 maja 1981 roku. Drugi zagubił się gdzieś na placu św. Piotra. Nie należy on do mnie, ale do Tej, która czuwała nade mną i mnie ocaliła. Niech ksiądz biskup zawiezie go do Fatimy i złoży w sanktuarium na znak mojej wdzięczności dla Najświętszej Maryi Panny, jako świadectwo wielkich dzieł Bożych”. Pocisk ten został umieszczony w koronie figury Matki Boskiej Fatimskiej. Dzień oddania całego świata i Rosji Matce Najświętszej stał się przełomowym w historii ludzkości. W krótkim czasie nastąpił upadek ZSRR, pierwszego w historii ateistycznego imperium zła, które za wszelka cenę chciało zniszczyć chrześcijaństwo. Kiedy w Związku Radzieckim do władzy doszedł Michaił Gorbaczow, zaczęły się zmiany zwane pierestrojką, które po kilku latach doprowadziły ostatecznie do upadku całego systemu komunistycznego. Związek Radziecki rozpadł się. Polska i inne kraje odzyskały niepodległość, a wierzącym zostało przywrócone prawo do praktykowania swojej religii. Jesteśmy świadkami wielkiego cudu Matki Bożej, cudu zapowiedzianego w Fatimie. Dalsze wydarzenia 1989 roku przyniosły tak w Związku Radzieckim, jak i w licznych państwach Europy Wschodniej upadek szerzącego się ateizmu reżimu komunistycznego. Jednak w innych częściach świata ataki na Kościół i chrześcijan oraz związane z tym cierpienia nie ustały. Nawet jeśli zamach z 13 maja 1981 r., o którym mówi trzecia część tajemnicy fatimskiej, należy do przeszłości, to wypowiedziane przez Matkę Bożą na początku dwudziestego wieku wezwanie do nawrócenia i pokuty dziś nadal zachowuje swoją aktualność. Maryja przekazując swoje orędzia, zdawała się ze szczególną przenikliwością odczytywać znaki czasu, znaki naszego czasu. Jej naglące wezwanie do pokuty nie jest niczym innym, jak tylko przejawem Jej macierzyńskiej troski o los ludzkiej rodziny, potrzebującej nawrócenia i przebaczenia.

    „To ewangeliczne wezwanie do pokuty i nawrócenia jest nadal aktualne. Jeszcze bardziej aktualne niż 65 lat temu. I jeszcze bardziej naglące” 
    Jan Paweł II

    Dzień 13 maja jest szczególnie wpisany w życie i świętość Jana Pawła II. Rozpoczynając posługę pasterską, powiedział do Maryi: „Totus Tuus” – Cały Twój. U progu tej najtrudniejszej służby Kościołowi i całej ludzkości został wezwany przez Boga do powtórzenia tego zawierzenia przez wielkie cierpienie, wielkie zaufanie i świadectwo wiary. 

    13 maja 1981 r. godz. 17.19 – tę datę pamiętają wszyscy Polacy. Zamach na Jana Pawła II. Strzelał Ali Agca. Dwie kule dosięgnęły Jana Pawła II. Jedna ugodziła także polską emigrantkę mieszkającą w Rzymie. Urodziła się ona w Wadowicach tego samego dnia co Ojciec Święty. Na Placu św. Piotra rozległ się szloch ludzi. Polacy przywieźli na audiencję dar dla Jana Pawła II – obraz Matki Bożej Jasnogórskiej, który ustawili na fotelu pośrodku swej pielgrzymki. Na odwrocie obrazu był napis: „Wspieraj, Maryjo, Ojca Świętego”. 

    Z relacji Andrzeja, brata moich przyjaciół, mieszkającego w Kanadzie, który wówczas był w Rzymie, wiem, że w ten pogodny dzień zerwał się nagle straszliwy wiatr i zrzucił obraz Matki Bożej Jasnogórskiej. Andrzej wspominał też, że w momencie strzałów usłyszał głośny śmiech. Był porażony. Wydawało mu się, że całe piekło święciło swój triumf. 

    Jak to się stało, że Papież żyje? – pytał Ali Agca, wiedząc, że strzelał celnie, a kule były śmiercionośne. Stan Jana Pawła II był krytyczny, znalazł się na progu śmierci. 

    W Polsce odezwały się dzwony kościołów wzywające do modlitwy i jakby na trwogę. Był to dla nas czas niezwykle dramatyczny. Umierał wielki Prymas Stefan Wyszyński. Wydawało się, że odchodzi także Ojciec Święty. Wydawało się, że wszystko odsuwa się w pustkę, w jakąś straszliwą przepaść. Poszliśmy ze studentami na nocną adorację do kaplicy, w której wiele razy odprawiał Msze św. Prymas Wyszyński.

    Odmawialiśmy Różaniec fatimski z rękami wzniesionymi do góry. Wszyscy płakali. Wzniesionymi, omdlałymi rękami i płaczem chcieliśmy „przebić” Niebo. Na pewno wielu Polaków i wielu wierzących na świecie tej nocy wołało do Boga o ratunek, o cud. Komunikaty mediów były bolesne. Niewielu z nas wiedziało, że to rocznica pierwszych objawień Matki Bożej w Fatimie (13 maja 1917 r. godz. 17.15). Tym doświadczeniem, w tym dniu, Matka Boża związała Polaków z Fatimą przez Jana Pawła II. 

    Papież nie miał wątpliwości, że swoje ocalenie zawdzięcza Pani z Fatimy. Po zamachu, będąc jeszcze w klinice Gemelli, Jan Paweł II poprosił, aby przyniesiono mu dokumenty związane z objawieniami w Fatimie, a przede wszystkim z trzecią tajemnicą fatimską. Nie ulega wątpliwości, że je znał. Chciał je zapewne nie tyle przeczytać, co przeżyć na nowo. (Były w języku portugalskim, bo był to język dzieci, którym objawiła się Maryja). Chciał zapewne potwierdzić swoją wiarę, że ocaliła go Maryja. 

    Po opuszczeniu kliniki oznajmił: „Zamach na moje życie był elementem pozaziemskiej walki”. W cztery dni po zamachu, w przemówieniu na „Anioł Pański” nagranym na taśmie, Jan Paweł II powiedział: „Zjednoczony z Chrystusem Kapłanem-Ofiarą, składam moje cierpienie w ofierze za Kościół i świat. Tobie, Maryjo, powtarzam: «Totus Tuus ego sum»”. 

    Ojciec Święty doświadczył nie tylko cierpienia, ale także nienawiści piekła. Przeżywał dwie agonie: pierwszą – spowodowaną zamachem, drugą – wirusem śmierci. Nie bał się śmierci, ale miał przekonanie, że zostanie ocalony, aby służyć. „Ta pewność nigdy mnie nie opuściła, nawet w najgorszych chwilach, czy to podczas pierwszej operacji, czy w czasie drugiej choroby wirusowej” – powiedział Jan Paweł II. Wiele razy powtarzał: „Czyjaś ręka strzelała, ale Inna Ręka prowadziła kulę”. 

    Jan Paweł II znał tajemnicę fatimską i chciał wypełnić polecenie Matki Bożej. 7 czerwca 1981 r. były rocznice dwu soborów: Konstantynopolitańskiego i Efeskiego. Na ten dzień zaprosił biskupów z całego świata i napisał list pasterski: „I dlatego, trwając na modlitwie wspólnie z Maryją, pełni ufności do Niej, będziemy powierzać Kościół, jego misję wśród wszystkich narodów w świecie dzisiejszym i jutrzejszym mocy Ducha Przenajświętszego”. Uroczystość ta nie odbyła się z powodu choroby Jana Pawła II. 

    O swoich doświadczeniach i związku z Fatimą Papież powiedział na audiencji generalnej 7 października 1981 r.: „Czyż mógłbym zapomnieć, że dokładnie w tym samym dniu i o tej samej porze, co owo wydarzenie na Placu św. Piotra, od przeszło 60 lat w Fatimie, w Portugalii, wspominane jest pierwsze objawienie Matki Bożej biednym wiejskim dzieciom!”. 

    Jan Paweł II przyleciał do Fatimy 12 maja 1982 r. W godzinie zamachu modlił się do Pani Fatimskiej. 13 maja podczas homilii powiedział: „Staję, odczytując z drżeniem serca wezwanie do pokuty, do nawrócenia – wezwanie żarliwe Serca Maryi, które rozbrzmiewało w Fatimie 65 lat temu. To ewangeliczne wezwanie do pokuty i nawrócenia jest nadal aktualne. Nawet jeszcze bardziej aktualne niż 65 lat temu. I jeszcze bardziej naglące. Następca Piotra staje tutaj jako świadek zagrożeń narodów ludzkości na miarę apokaliptyczną. Następca Piotra staje z tym większą wiarą w odkupienie świata. Jeśli więc ściska się serce odczuciem grzechu świata, także skalą zagrożeń, jakie w nim narasta – to samo ludzkie serce rozszerza się nadzieją: jeszcze raz uczynić to, co uczynili już moi Poprzednicy. Jeszcze raz oddać i zawierzyć świat Sercu Matki, zawierzyć zwłaszcza te ludy, które w szczególny sposób tego potrzebują”. S. Łucja stwierdziła potem, że nie było to jeszcze pełne i dokładne wypełnienie poleceń Maryi. Nie było kolegialne. 

    Kolejnego zawierzenia Jan Paweł II dokonał 25 marca 1984 r. w Rzymie na Placu św. Piotra przed figurą przywiezioną z Fatimy. Było to kolegialne oddanie ze wszystkimi biskupami świata. Jan Paweł II modlił się i dokonał aktu oddania: „O Serce Niepokalane! Pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogę ku przyszłości!”. 

    Ten akt oddania Maryi poruszył serca i umysły wielu ludzi. S. Łucja w wywiadzie dla katolickiego dziennika w Portugalii powiedziała, że było to oddanie według wskazań Matki Bożej i ustrzegło świat od wojny atomowej. Tę wiedzę otrzymała s. Łucja. My dowiemy się zapewne w Niebie. 

    Co jest najważniejsze w relacji Jana Pawła II? To, że starał się wierzyć i wypełniać wolę Boga objawioną przez Maryję w Fatimie. 

    To bezkompromisowe zawierzenie Jana Pawła II ma niejako dalszy ciąg. 13 maja 2005 r. Papież Benedykt XVI ogłasza otwarcie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II. 13 maja 2009 r. zostaje ogłoszona publicznie deklaracja teologów o heroiczności cnót Jana Pawła II. Jest to jakby najważniejsza część procesu beatyfikacyjnego. 

    Matka Boża, której mówił: „Totus Tuus” – Fatimska i Jasnogórska – ta sama Maryja prowadzi swoje dzieło przez jego zawierzenie. Teraz wybrała Polskę do wielkiej pracy i zawierzenia w Wielkiej Nowennie Fatimskiej.

    W Sekretariacie Fatimskim są materiały na temat Wielkiej Nowenny Fatimskiej, które można zamawiać pod adresem: Sekretariat Fatimski, ul. Krzeptówki 14, 34-500 Zakopane, tel. (0-18) 20 66 420 lub drogą internetową: sekretariat@smbf.pl. 
    Więcej informacji na stronie internetowej Sekretariatu: www.sekretariatfatimski.pl.

    mp/sekretariatfatimski.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Podmieniona Łucja i inne absurdy. Przekłamania związane z objawieniami w Fatimie

    Sporo dziwacznych teorii narosło przez lata wokół objawień fatimskich. Zaczęło się od twierdzeń, że 70 tys. świadków cudu słońca uległo zbiorowej sugestii. Później powstawały książki przekonujące, że Maryja i anioł to ufoludki, a tańczące słońce to ich statek kosmiczny. Teraz internet jest zalany przez wypowiedzi, że złowrogi Kościół podmienił siostrę Łucję na odgrywającą jej rolę aktorkę.

    ***

    Lúcia dos Santos oraz Francisco i Jacinta Martó. Tym dzieciom w Fatimie objawiła się Matka Boża.

    Wikipedia

    ***

    Choć to zadziwiające, każda z tych teorii – i parę innych, które pojawiły się po drodze – zdobyła grono zaciekłych wyznawców. Tak samo jest z najnowszą narracją o siostrze Łucji dos Santos, którą Kościół rzekomo podmienił na podobną do niej aktorkę. Oszustka – według tej narracji – miała odgrywać rolę wizjonerki z Fatimy aż przez 40 lat ostatnich lat życia!

    Święcie wierzy w to wiele osób związanych ze środowiskiem sedewakantystów. To osoby nieuznające Soboru Watykańskiego II ani wybieranych od tego czasu papieży.

    Na temat fałszywej Łucji powstają dzisiaj książki. „Dowody” wyliczają liczni twórcy kanałów na YouTube, w tym kobiety przedstawiające się jako pustelnice, ubrane w habity przypominające te sprzed soboru.

    Łucja podmieniona?

    Niektóre z ich argumentów w pierwszej chwili robią wrażenie, zwłaszcza gdy są przekazywane w masie, wszystkie razem. Twórcy jednej ze stron internetowych powołują się na ekspertyzy specjalistów. Człowiek przedstawiany jako grafolog twierdzi, że odręczne pismo młodej siostry Łucji, mimo pewnych podobieństw, istotnie różni się od jej pisma w starszym wieku. Jego zdaniem późniejsze teksty napisał ktoś inny. Zestawiane są obok siebie zdjęcia, na których młoda Łucja wygląda inaczej niż starsza. Podobno program do rozpoznawania twarzy zakwalifikował je jako dwie różne osoby. Przekonanie, że to ktoś inny, wyrażają też chirurg plastyczny czy chirurg jamy ustnej z USA. Trwa drobiazgowa analiza długości rynienki podnosowej, wystającego podbródka oraz wyglądu górnej powieki i jej odległości od brwi u „Łucji A” i „Łucji B”.

    Pokazywane obok siebie specjalnie dobrane zdjęcia rzeczywiście mogą u niejednego zasiać ziarno wątpliwości, zwłaszcza że młoda Łucja ma przednie zęby okazałe, a starsza – uzębienie drobne i równe. Zwolennicy tezy o wielkim oszustwie na szczęście czasami przyznają, że starsza Łucja nosiła protezę zębową. Naturalne zęby siostry z powodu zapalenia zostały usunięte przez dentystę jeszcze w końcu lat 40. XX wieku. Mogło to mieć wpływ – wraz z naturalnymi procesami starzenia – także na wygląd jej ust. Zdaniem tej grupy ludzi to nie tłumaczy jednak wszystkiego.

    Zwolennicy tej tezy podają zresztą różne jej wersje – na przykład, że prawdziwa Łucja zmarła w 1949 roku albo że zniknęła pomiędzy 1957 a 1967 rokiem. Na rozkaz z samego Watykanu miała ją zastąpić aktorka. Jedna z polskich youtuberek z wielką pewnością siebie oświadcza, że prawdziwa Łucja była przez kilkadziesiąt lat trzymana pod kluczem.

    ***

    Papież Paweł VI  z siostrą Łucją w Fatimie.

    Papież Paweł VI z siostrą Łucją w Fatimie.
    Wikipedia

    ***

    Złowrogie siostry

    Ksiądz Krzysztof Czapla, pallotyn, dyrektor Sekretariatu Fatimskiego na Krzeptówkach w Zakopanem, jest zaskoczony poziomem absurdu zawartym w tych rewelacjach. – Osoby, które znały siostrę Łucję, miałyby nie zauważyć przez całe lata, że to jest jakaś zupełnie inna osoba? Przecież żyje jej najbliższa rodzina! Nawet jej rodzone siostry miałyby się nie zorientować? Nagle po jej śmierci okazuje się, że interpretacja jakiegoś biegłego sądowego, wydana na podstawie niedoskonałych, czarno-białych zdjęć, jest słuszniejsza niż osób, które przez prawie sto lat spotykały się z siostrą Łucją? – dziwi się.

    Druga możliwość jest równie absurdalna: rozmodlone karmelitanki z Coimbry, współsiostry Łucji, musiałyby uczestniczyć w tym watykańskim spisku. Oznaczałoby to, że zarówno te mniszki, jak i członkowie rodziny wizjonerki z Fatimy, wielu innych świadków, portugalscy biskupi i oczywiście kolejni papieże – to osoby do cna zdeprawowane. Zdolne do uczestnictwa w ogromnym oszustwie – a może nawet w morderstwie i w ukryciu ciała. Trzeba by też założyć, że złowrogie zakonnice i inne osoby znające Łucję musiałyby się posługiwać oszustwem solidarnie i w sposób niezwykle szczelny. Nie mogłyby mieć nawet poważnych wyrzutów sumienia, skoro utrzymały spisek w tajemnicy i przez ponad pół wieku żadna się nie wygadała.

    Badają to w procesie

    W lutym 2024 r. ks. Czapla rozmawiał o tych spiskowych teoriach z księdzem rektorem sanktuarium fatimskiego. – Zapytałem, czy jest w ogóle świadomy tego, co dzieje się w przestrzeni medialnej, a jeśli tak, to jak do tego podchodzi. Odpowiedział, że trudno komentować absurdy, które przekraczają wszelkie granice. W internecie można napisać wszystko i powoływać się na dowolnych ekspertów. Problem w tym, że to jest bardzo trudne do zweryfikowania, tym bardziej iż często bezkrytycznie sięgamy do takich tekstów. – Kiedyś w dyskusji ze mną ktoś powołał się na jakąś wypowiedź postulatora procesu beatyfikacyjnego dzieci fatimskich. Podał jego imię i nazwisko. Poprosiłem: „Proszę, sprawdź, kto był postulatorem, i zobacz, czy to nazwisko się zgadza”. Okazało się, że nie. Co więcej, to nazwisko w tym procesie beatyfikacyjnym w ogóle nie występuje! – relacjonuje.

    Hiacynta i Franciszek zostali ogłoszeni świętymi w 2017 roku. Teraz trwa proces beatyfikacyjny ich kuzynki – siostry Łucji. Ksiądz Krzysztof Czapla usłyszał od księdza rektora z Fatimy, że wątek rzekomej podmiany wizjonerki nie mógł w nim zostać zbagatelizowany. – Aby w procesie beatyfikacyjnym dojść do konkluzji, musimy mieć pewność, że wszystkie sprawy dotyczące tożsamości ciała złożonego w grobie są jednoznacznie potwierdzone. W dzisiejszych czasach dzięki badaniom DNA zweryfikowanie tego jest czymś niezmiernie prostym. Zwłaszcza że żyją bardzo bliscy krewni siostry Łucji. Teza, że mamy do czynienia z jej podmianą, musiała już zostać zweryfikowana na etapie diecezjalnym procesu beatyfikacyjnego; aktualnie proces jest już na etapie rzymskim. Zostało już zatwierdzone tzw. positio i siostrze Łucji przysługuje tytuł czcigodnej sługi Bożej. W przeciwnym razie taki zarzut mógłby stanowić przyczynę do podważenia całej beatyfikacji – wskazuje.

    Sami piszą tajemnicę

    Dlaczego jednak – według zwolenników tej teorii spiskowej – Kościół miałby zastąpić Łucję oszustką? Otóż twierdzą oni, że dla ukrycia treści trzeciej tajemnicy fatimskiej. Ich zdaniem wizja, którą w 2000 r. ujawnił Jan Paweł II, to zaledwie część tej tajemnicy.

    Przypomnijmy, że w trzeciej tajemnicy dzieci zobaczyły biskupa odzianego w biel, który modląc się, szedł przez wielkie, w połowie zrujnowane miasto pełne trupów. Gdy na szczycie góry uklęknął u stóp wielkiego krzyża, został zabity – wraz ze swoimi wierzącymi towarzyszami – przez żołnierzy, strzelających z broni palnej i z łuków.

    Ponieważ jest to wizja symboliczna, nie wydaje się bardzo szokująca. „Po co było ukrywać przez 40 lat coś, co absolutnie nie wywołuje żadnej sensacji i żadnych emocji?” – komentują na YouTube ludzie wierzący w podmienienie Łucji. Twierdzą oni, że skoro przy pierwszych dwóch tajemnicach Matka Boża dodawała swoje tłumaczenie wizji, to przy trzeciej na pewno też tak było, tylko Watykan to ukrył.

    Wyznawcy teorii spiskowej znaleźli jednak na to radę: sami sobie napisali trzecią tajemnicę fatimską i nazwali ten tekst jej rekonstrukcją. Zawarli w niej swoje fobie. Ich zdaniem Matka Boża ostrzega w tej tajemnicy przed „okropną herezją”, czyli soborem, oraz zapowiada, że papież popchnie Kościół w kierunku zniszczenia.

    Zdaniem zwolenników teorii spiskowej kolejni papieże ukrywają prawdę o trzeciej tajemnicy fatimskiej. Watykan miał pozbyć się prawdziwej Łucji, żeby tego nie ujawniła. Z kolei zadaniem fałszywej Łucji miało być uwiarygodnienie tej – rzekomo okrojonej – wersji trzeciej tajemnicy.

    – Te osoby twierdzą, że Kościół coś ukrył, ponieważ w trzeciej tajemnicy fatimskiej nie znajdują tego, co by chcieli. Czy nie pobrzmiewa tu życzeniowość, chęć sensacji i odsunięcia w tych objawieniach tego, co jest istotne? – pyta ks. Krzysztof Czapla. – Proszę też zwrócić uwagę na to, że przed rokiem 2000, kiedy Jan Paweł II ujawnił trzecią tajemnicę, było w mediach mnóstwo domniemanych wizjonerów, którzy „ujawniali”, co w niej się znajduje. Niektórzy z tych ludzi mieli nawet stygmaty… Okazało się, że żadna z ich przepowiedni, a właściwie z ich domysłów, nawet jednym zdaniem nie otarła się o treść tajemnicy fatimskiej, którą upublicznił Kościół – dodaje.

    To statek UFO

    Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego uważa, że pojawiające się kolejno dziwaczne teorie, które wprowadzają zamieszanie i odsuwają ludzką uwagę od istoty objawień, wbrew pozorom pokazują, jak wielkie znaczenie ma Fatima. – Zwróćmy uwagę, że takie zarzuty miały miejsce od początku. Niespełna dwa lata po objawieniach umiera Franciszek, a w 1920 r. – Hiacynta. Od razu pojawiły się wtedy informacje: „Kościół zaciera ślady po swojej mistyfikacji, usuwając aktorów tego przedstawienia” – relacjonuje. – Była też teoria o zbiorowej sugestii, jakoby ludzie na miejscu objawień zobaczyli to, co chcieli zobaczyć. Skoro ktoś specjalnie przyjechał, a potem stał przez całą noc i do południa następnego dnia w deszczu i w błocie, to co, miał wrócić i powiedzieć „Nic tam nie było”? Ta teoria nie uwzględniała jednak faktu, że w tym tłumie byli zarówno ci, którzy wierzyli, że Matka Boża przychodzi, jak i zawzięci przeciwnicy tej tezy, a wszyscy zobaczyli to samo. Mało tego, cud słońca widzieli nie tylko ludzie zebrani w miejscu objawień, ale także osoby w miejscowościach wokół Fatimy, które z różnych względów tam nie pojechały, bo na przykład nie miały czasu, albo ich to nie interesowało. To nie mogła więc być zbiorowa sugestia – podkreśla.

    Wśród dziwnych fatimskich teorii była też taka, że objawienia były zbiorową obserwacją UFO. Pisał o tym m.in. Erich von Däniken. Tańczące słońce, które widział 70-tysięczny tłum, według tych autorów było statkiem kosmicznym. Obcy po prostu popisywali się akrobacjami, zmienianiem kolorów i wypuszczaniem kolorowych wiązek światła…

    – Tego typu interpretacje pojawiały się i pojawiają. A to wszystko pokazuje, jak Fatima jest ważna. Jak napisał św. Ludwik Grignion de Montfort: dobry fałszerz nie podrabia czegoś, co ma małą wartość. Podrabia najcenniejsze kruszce, srebro, a przede wszystkim złoto – uważa ks. Czapla. – Zło zawsze będzie próbowało podważyć to, co jest darem Boga dla nas, co ma wielkie znaczenie. A Fatima czymś takim jest, bo może zmienić dzieje świata – mówi.

    Jeśli – jeśli

    Dyrektor Sekretariatu zwraca przy tym uwagę, że w tajemnicach fatimskich Maryja nie prorokuje o tym, co ma się na świecie wydarzyć. Wizje otrzymane przez dzieci to nie jest film, ukazujący z wyprzedzeniem przyszłość, w której niczego już nie można zmienić. – W tajemnicy pierwszej Matka Boża przedstawia wizję piekła, pokazuje, gdzie jest źródło zła i grzechu. W drugiej tajemnicy daje lekarstwo na choroby świata, które, jak to widzimy w trzeciej tajemnicy, prowadzą do zniszczenia, do śmierci, a może nawet do zagłady. Do tego doprowadzi stan chorobowy, jeśli nie zaaplikuje się lekarstwa. Co ważne, właściwego lekarstwa – podkreśla.

    Ksiądz Czapla wskazuje, że tym lekarstwem jest odmawianie Różańca jako praktyki codziennej oraz nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. – Ma ono wymiar poświęcenia się Niepokalanemu Sercu oraz wynagrodzenia przez nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca – wylicza. – Maryja mówi: „Jeśli ludzie me życzenia spełnią, Rosja się nawróci, zapanuje pokój na świecie i nadejdzie triumf Niepokalanego Serca Maryi”. Coś tak wielkiego, czego, jak mówi Łucja, nie jesteśmy sobie w stanie nawet wyobrazić: w znaku Maryi zwycięstwo nad wszelkim złem. Tu pobrzmiewa pierwsza księga Biblii – bo to potomstwo Niewiasty zmiażdży głowę węża, oraz ostatnia księga, Apokalipsa, gdzie jest mowa o Niewieście obleczonej w słońce i księżycu pod jej stopami – komentuje.

    Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego zwraca uwagę, że jeśli życzeń Matki Bożej nie spełnimy, o czym sama Maryja mówiła 13 lipca 1917 r., Rosja rozszerzy swoje błędy po świecie, wywołując wojny i cierpienia sprawiedliwych. Papież będzie bardzo cierpiał i wiele narodów zostanie zniszczonych. – Mamy więc „jeśli – jeśli”. Jeśli uczynimy, mamy przepiękną wizję przyszłości. Jeśli nie uczynimy, będzie miało miejsce coś, co można nazwać kataklizmem, zagładą całych narodów. Widzimy dzisiaj, co się dzieje: jakby świat siedział na beczce prochu. W wizji z trzeciej tajemnicy fatimskiej papież idzie pośród zniszczonych miast i zabitych ludzi, a później pod krzyżem zostaje zabity. Widzimy, że taka przyszłość świata jest możliwa. To się stanie, jeśli nie zawrócimy z naszej drogi. Wszystko zależy jednak od tego, czy uczynimy to, o co prosi Maryja, i w taki sposób, jak o to prosi – podkreśla. – Siostra Łucja u kresu swego życia powiedziała: „Gdyby ludzie żyli tym, co najważniejsze, co już zostało powiedziane! Zajmuje ich tylko to, co jeszcze nie zostało wyjawione, zamiast wypełniać to, o co proszono: modlitwa i pokuta! Napawa strachem, gdy się patrzy na dzisiejszy świat, na którym panuje taki nieporządek i który z taką łatwością pogrąża się w niemoralności. Jako lekarstwo pozostaje wyłącznie jedno rozwiązanie: ludzie muszą żałować za grzechy, zmienić życie i pokutować”. A jak to uczynić, jednoznacznie wskazała nam Maryja w Fatimie, mówiąc o wynagrodzeniu w pierwsze soboty miesiąca – dodaje.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    REKOLEKCJE RÓŻAŃCOWE W DNIACH OD 3 – 6 PAŹDZIERNIKA WYGŁOSI KS. TOMASZ ROŻEK, MICHAELITA Z GÓRY GARGANO

    ___________________________________________

    W ROKU 2013 REKOLEKCJE O ANIOŁACH WYGŁOSIŁ W NASZEJ WSPÓLNOCIE WSPÓŁBRAT KSIĘDZA TOMASZA – KSIĄDZ PIOTR PRUSAKIEWICZ CSMA, KTÓRE MOŻNA ODSŁUCHAĆ NA STRONIE MISJI KATOLICKIEJ W GLASGOW. 

    ____________________________________________________

    W południowo-wschodnim regionie Włoch, zwanym Apulią, na górze Gargano, w mieście Monte Sant’Angelo znajduje się jedno z najsłynniejszych w Kościele katolickim sanktuariów ku czci świętego Michała Archanioła. Na szczycie góry wznosi się jedyna w swoim rodzaju Niebiańska Bazylika. To niezwykłe miejsce położone jest na wysokości 856 m n.p.m. i znajduje się około 20 kilometrów od San Giovanni Rotondo, miejsca, w którym żył i działał św. o. Pio. Ks. Tomasz, nasz tegoroczny rekolekcjonista, w tym miejscu sprawuje kapłańską posługę.

    ***

    ***

    PROGRAM REKOLEKCJI:

    PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA – 3 PAŹDZIERNIKA – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    PO MSZY ŚWIĘTEJ GODZINA ŚWIĘTA, KTÓRĄ POPROWADZI KS. REKOLEKCJONISTA

    _____________________________________________

    PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA – 4 PAŹDZIERNIKA – SALA PARAFIALNA PRZY KOŚCIELE

    OD GODZ. 18.00 – ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    NAUKA REKOLEKCYJNA

    _________________________________________________

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 5 PAŹDZIERNIKA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.30 – MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    NAUKA REKOLEKCYJNA

    __________________________________________________

    PIERWSZA NIEDZIELA MIESIĄCA – 6 PAŹDZIERNIKA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    ZAKOŃCZENIE REKOLEKCJI

    ___________________________________________________

    “Madonna z Dzieciątkiem i różańcem” /Bartolomé Esteban Murillo/fot. Wikimedia commons

    ***

    7 PAŹDZIERNIKA

    Najświętsza Maryja Panna Różańcowa

    Nasza Pośredniczka

    ____________________________________________

    Cudowna interwencja Matki Bożej

    Powstanie święta łączy się z wydarzeniem militarnym, które miało wpływ na losy Europy. Ekspansja turecka na Morzu Śródziemnym została zatrzymana pod Lepanto. W dniu 7 października 1571 r. połączone floty Hiszpanii, Wenecji i Państwa Kościelnego pod wodzą Juana d`Austria pokonały flotę turecką. W tym samym dniu ulicami Rzymu kroczyła pod przewodem Piusa V procesja odmawiając różaniec. Na czele procesji niesiono obraz Matki Boskiej Śnieżnej zwany Salus Populi Romani z bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie.

    Do zwycięstwa pod Lepanto przyczyniła się nagła zmiana wiatru uznana za cudowną interwencję Matki Bożej na skutek odmawiania różańca. Od tej pory obraz Matki Boskiej Śnieżnej złączył się na stałe z nabożeństwem różańcowym i otrzymał nazwę Matki Boskiej Zwycięskiej. Pius V ustanowił święto Matki Boskiej Zwycięskiej, które rok później (1572) Grzegorz XIII zmienił na święto Matki Boskiej Różańcowej. Klemens XI rozszerzył je na cały Kościół w 1716 r., a Leon XIII w 1888 r. ustalił liturgię święta i przeznaczył październik na odprawianie nabożeństwa różańcowego.

    Idea odwoływania się do wstawiennictwa Matki Bożej w potrzebach militarny przez modlitwę różańcową praktykowana była także w Rzeczpospolitej. Olbrzymia procesja różańcowa z biskupem Marcinem Szyszkowskim przeszła ulicami Krakowa 3 października 1621 r. w intencji wojsk polskich pod Chocimiem. I tu niesiono kopię obrazu Matki Boskiej Śnieżnej przywiezioną do Krakowa z Rzymu w 1600 r. Na pamiątkę zwycięstwa nad Turkami pod Chocimiem odbywała się odtąd w Krakowie co roku procesja różańcowa. Grzegorz XV (1621-1623) polecił aby Kościół w Rzeczpospolitej obchodziły rocznicę Chocimia uroczystym nabożeństwem ze śpiewem Te Deum.

    Maryja naszą Pośredniczką

    Różaniec jest najintensywniejszą formą pobożności maryjnej, a także najbardziej uniwersalnym sposobem modlitwy. Maryja powinna być czczona jako Pośredniczka, która włącza wiernych w misterium życia Chrystusa.

    Poznawanie tajemnic Jego zbawczego dzieła ukazuje niebiański i historyczny zarazem wymiar tych wydarzeń oraz akcentuje ich realność i zakorzenienie w świecie wyrażając istotne elementy dziejów zbawienia. W ten sposób różaniec przeciwstawia się redukcji świętej historii do zespołu jedynie ponadczasowych idei. Różaniec wpisuje misterium Chrystusa w tok Jego ziemskiego życia i życia Maryi, czyniąc je przez to bliskim i zrozumiałym.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec na szaniec

    Dlaczego nawała turecka niespodziewanie załamała się pod Lepanto? Dlaczego Maryja objawiła się w malutkiej wiosce, która nosi imię córki Mahometa? Dlaczego Armia Czerwona wycofała się z Austrii? Jakie tajemnice kryją tajemnice różańcowe?

    Alegoria bitwy pod Lepanto, P. Veronese

     Alegoria bitwy pod Lepanto, P. Veronese/ commons.wikimedia.org

    ***

    Ci, którzy będą gorliwie odmawiali Różaniec, „otrzymają wszystko, o co poproszą”, usłyszał od samej Maryi błogosławiony Alanus de la Roche. Historia zna wiele przypadków, które pokazują, że tłum rozmodlonych ludzi był w stanie zatrzymać wielkie historyczne kataklizmy.

    Bitwa ze wspomaganiem
    „Z bazyliki Piotrowej uczynię stajnię dla moich koni!” – odgrażał się sułtan Selim II. Nie wyglądało to na puste przechwałki. Sto lat wcześniej tureckie imperium zdobyło Konstantynopol, stolicę wschodniego chrześcijaństwa. Teraz żarłocznie pochłaniało kolejne połacie Europy. Sztandar proroka łopotał już na Bałkanach, na Węgrzech, zagroził Wiedniowi. Padła wyspa Rodos, padł Cypr. Po Adriatyku uganiała się flota turecka, atakując weneckie placówki. W Europie Zachodniej nie rozumiano powagi sytuacji. Francja wręcz namawiała Turków do akcji zaczepnych przeciw swoim rywalom. Jedynie papież Pius V próbował zorganizować jakąś koalicję. Wreszcie udało się stworzyć Świętą Ligę – sojusz Rzymu, Wenecji i Hiszpanii. Tylko tyle. Ale Pius V liczył na „tajną broń” – Różaniec. „Brat chodak” – tak o nim mówiono – nie pasował do swoich poprzedników, papieży renesansu. Żył surowo, po wyborze nie zdjął nawet swojego dominikańskiego habitu. Choć nie zaniedbywał żadnych niezbędnych działań, modlitwę uważał za środek najskuteczniejszy.

    Gdy u brzegów Sycylii zaczęła gromadzić się chrześcijańska flota, Pius V zorganizował „drugi front”. Na jego prośbę w całej Europie miliony ludzi pościły i odmawiały Różaniec w intencji zwycięstwa. Papież spędzał długie godziny na modlitwie w swojej kaplicy. Każdego dnia ulicami Rzymu ciągnęły procesje bractwa różańcowego z obrazem Matki Bożej Śnieżnej. Również załogi okrętów, na prośbę Piusa, codziennie odmawiały Różaniec. Rankiem 7 października 1571 roku flota chrześcijan starła się z turecką armadą w Zatoce Korynckiej, w pobliżu miasta Lepanto.

    Zanim słońce zaszło, z dumnej floty „pana całej ziemi” zostały tylko drzazgi pływające w czerwonej od krwi wodzie. Trzydzieści tysięcy Turków poległo lub zostało rannych, trzy tysiące dostało się do niewoli. Piętnaście tysięcy chrześcijańskich wioślarzy-niewolników odzyskało wolność. Chrześcijan poległo 8 tysięcy, a 21 tysięcy odniosło rany. Wśród tych ostatnich był pewien młody Hiszpan. Nazywał się Miguel de Cervantes, późniejszy autor „Don Kichota”. Do końca życia chwalił się udziałem w bitwie pod Lepanto, „najszczytniejszej potrzebie, jaką widziały wieki przeszłe i obecne, i jaką przyszłe mają nadzieję oglądać”. Bezwładną rękę traktował jak zaszczytną pamiątkę. „Wolę to, że byłem obecny w tej wspaniałej bitwie, niż od moich ran być wolny, nie biorąc w niej udziału” – napisał.

    Gdy posłaniec z wieścią o zwycięstwie dotarł do Rzymu, papież, dzięki widzeniu, które miał w dniu bitwy, wiedział o wszystkim. Na pamiątkę ocalenia chrześcijaństwa ogłosił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej. Nieco później zmieniono nazwę na obchodzone do dziś w całym Kościele święto Matki Bożej Różańcowej. Wenecjanie po bitwie postawili w swoim mieście kaplicę ku czci Matki Bożej Różańcowej. Na jej ścianie widnieje napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja różańcowa uczyniła nas zwycięzcami”.

    Austriacy na kolanach
    Historycy mają twardy orzech do zgryzienia, zastanawiając się nad powojennymi losami Austrii, która, podobnie jak Niemcy, podzielona została na strefy okupacyjne, przy czym Związkowi Radzieckiemu przypadła najbogatsza część kraju – Dolna Austria – opowiada Mirosław Laszczak w „Historii różańca” – „Wyzwoliciele” spod znaku czerwonej gwiazdy za nic nie chcieli opuścić zajętych przez siebie terenów. I wtedy – po raz kolejny – okazało się, że pomoc płynąca z Różańca ma nie tylko duchowy charakter.

    Austria była dla Stalina łakomym kąskiem: zdobył przyczółek, z którego mógł kontrolować sytuację w Czechach, Niemczech i na Węgrzech. Wiedeń podzielony był jak Berlin. Austria miała podzielić los Niemiec. Sowieci wywozili urządzenia przemysłowe i niszczyli gospodarkę znakomicie rozwiniętego kraju. Nikogo nie dziwiło, że wojska radzieckie nie chciały opuścić kraju nad Dunajem.

    I wtedy, w obliczu zagrożenia komunizmem, skromny austriacki franciszkanin, ojciec Petrus Pavlicek, poprosił o codzienny Różaniec w intencji odzyskania niepodległości. Wezwał naród do Pokutnej Krucjaty Różańcowej. Jego wezwanie nagłośniły władze kościelne. Mnich miał niesamowitą charyzmę: jeździł po całym kraju, namawiając ludzi do modlitwy i nawrócenia. Żar, z jakim przemawiał, sprawiał, że ludzie chętnie wstępowali w szeregi krucjaty. – Wierzono, że skoro kilka wieków wcześniej, walczący pod sztandarem Maryi, król Jan III Sobieski wspomagany modlitwami bractw różańcowych ochronił Wiedeń, i tym razem ocalenie przyjdzie za sprawą gorliwie odmawianego Różańca – pisze Mirosław Laszczak. – Aż siedemset tysięcy Austriaków prze-suwało w palcach paciorki, przed obrazami Ma-tki Boskiej Różańcowej odbywały się błagalne modlitwy i nabożeństwa. Na klęczkach proszono o wyjście Armii Radzieckiej z Austrii.

    Modlitwa różańcowa ogarnęła cały kraj. W 1950 r. ponad 35 tysięcy Austriaków przeszło przez Wiedeń w ogromnej Maryjnej Procesji Światła. Co ciekawe, na czele procesji szli politycy: kanclerz Leopold Figl i Julius Raab, liderzy Austriackiej Partii Ludowej. Cztery lata później w podobnej procesji przez wiedeńskie ulice szło już 60 tys. Austriaków. Sprawa negocjacji ze Stalinem wydawała się beznadziejna. Rząd Austrii spotykał się z ministrem spraw zagranicznych Wiaczesławem Mołotowem ponad 300 razy. Bez skutku. Gdy wiosną 1955 r. po raz kolejny Raab i Figl jechali do Moskwy, wezwali członków krucjaty do gorącej modlitwy. I wówczas, gdy delegacja rządu toczyła żmudne negocjacje z Mołotowem, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. 13 kwietnia – w dzień fatimski – Sowieci niespodziewanie zgodzili się opuścić Austrię. Zadowolili się odszkodowaniem finansowym. Austrię ogarnął szał radości. 15 maja 1955 roku stojący na balkonie wiedeńskiego Belwederu minister Leopold Figl zawołał: „Dziękując Bogu Wszechmogącemu, podpisujemy umowę i z radością wołamy: Austria jest wolna!”.

    Fatima, córka Mahometa
    Rosja kipi, przygotowując leninowską rewolucję 1917 roku. Niebawem krew poleje się strumieniami. Wokół wybuchają bomby I wojny światowej. Na krańcu Europy w zapomnianej przez wszystkich wiosce troje małych pastuszków otrzymuje przesłanie mające przesądzić o losach świata. Łucja ma dziesięć lat, Franciszek dziewięć, a najmłodsza Hiacynta siedem.

    Różaniec na szaniec

    Mozaika we wnętrzu nowej bazyliki w Fatimie/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Objawienie w Fatimie ma kluczowe znaczenie w historii Różańca. To tu Maryja wielokrotnie wzywała do odmawiania tej modlitwy, z tą zapomnianą przez ludzi wioską wiązała wielkie obietnice.

    Znany publicysta katolicki Vittorio Messori w samej nazwie wioski doszukuje się niezwykłego symbolu: „Dlaczego Matka Boża z tylu miejsc, w których mogła się ukazać, wybrała właśnie zagubioną pośród gór wioskę, która nazywa się tak samo jak umiłowana córka Mahometa? Fatima w świecie muzułmańskim, a przede wszystkim szyickim, spełnia rolę maryjną.

    Jest związana między innymi z apokaliptycznymi wydarzeniami końca świata – tak jak Maryja – i pełni rolę związaną z miłosierdziem, zwłaszcza dla szyitów. O ile mi wiadomo, a sprawdziłem to dość dobrze, w całej Europie Zachodniej istnieje tylko jedno miejsce o nazwie Fatima i – nawiasem mówiąc – jest to zagubiona między górami wioska, której nikt jeszcze niedawno nie znał, nawet w Portugalii. Dlaczego Matka Boża miałaby się ukazać właśnie tam? Czy to był przypadek? W tych sprawach nic nie jest przypadkowe”.

    Autor książki „Przekroczyć próg nadziei” przypomina, że sam zamach na Papieża nieprzypadkowo miał miejsce 13 maja, dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Maryi. Plac Świętego Piotra rozdarły strzały. Wszechmoc Boża znów objawiła się w słabości. Bezradny, zakrwawiony Jan Paweł II na oczach całego świata ukazał kwintesencję chrześcijaństwa: z serca przebaczył zamachowcowi. Ludzie na całym świecie dotknęli tajemnicy Boga.

    Rok później Jan Paweł II przez czterdzieści minut modlił się w Fatimie, dziękując Maryi za ocalenie życia i powrót do zdrowia. Co chciała nam powiedzieć Maryja, wzywając do modlitwy różańcowej w wiosce mającej imię córki Mahometa?

    Marcin Jakimowicz, Franciszek Kucharczak/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Sprawdzona broń

    Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo – napisali marynarze. Dziś wspomnienie Matki Bożej Różańcowej.

    Zanim Jan III Sobieski zatrzymał inwazję turecką pod Wiedniem, ponad wiek wcześniej podobnego czynu dokonał papież św. Pius V. Jego bronią był Różaniec.

    W 1570 roku muzułmańskie wojska Turcji zajęły Nikozję, stolicę Cypru, a po długim oblężeniu zdobyły Famagustę, gdzie dokonały straszliwej rzezi chrześcijan. W obronie zaatakowanego Cypru stanął papież Pius V, który stworzył związek katolickich państw, zwany Świętą Ligą. Wystawiona przez nią flota wypłynęła naprzeciw przeważającym liczebnie statkom nieprzyjaciela.

    Obie armady spotkały się 7 września 1571 roku, kilkadziesiąt kilometrów od portu Lepanto. Papież modlił się na różańcu, prosząc Matkę Bożą o pomoc dla chrześcijańskiej armii. Nagle usłyszał szum wiatru i łoskot żagli. Dzięki widzeniu znalazł się na miejscu bitwy. Zobaczył ogromne floty gotowe do starcia. Nad nimi stała Maryja, która okryła płaszczem wojska chrześcijańskie. Dzięki temu wiatr zmienił kierunek, co zablokowało manewr flocie tureckiej, a sprzyjało chrześcijańskiej.

    Bitwa pod Lepanto należała do najkrwawszych bitew morskich w dziejach. Po czterech godzinach walki Święte Przymierze zdołało zatopić 60 galer wroga, zdobyć połowę okrętów tureckich, uwolnić 12 tys. chrześcijańskich galerników. Morska potęga Turcji została rozbita. Pius V ustanowił dzień 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, „aby – jak pisał – nigdy nie zostało zapomniane wspomnienie wielkiego zwycięstwa uzyskanego od Boga przez zasługi i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny, odniesionego w walce przeciw nieprzyjaciołom wiary katolickiej”.

    Jego następca Grzegorz XIII zmienił nazwę święta na Matki Bożej Różańcowej. Wiara w zwycięstwo Maryi i przekonanie o sile Różańca nie były tylko pobożnymi życzeniami papieży. Uczestnicy bitwy morskiej, weneccy marynarze, ufundowali w swoim mieście kaplicę, na której wyryto napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo”. Dziś, jak zauważył papież Benedykt XVI, „łódeczka myśli wielu chrześcijan jest nierzadko huśtana przez fale, miotana z jednej skrajności w drugą”. Walka trwa. Potrzeba sprawdzonej broni. Różaniec jest bardzo na czasie.

    ks. Piotr Studnicki/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czemu modlimy się na paciorkach?

    Dlaczego powtarzamy wciąż to samo?

    Różaniec to koronka, a koronka to nie tylko Różaniec – ale gdy się jej dobrze używa, zawsze coś w człowieku zmienia.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W połowie września 1935 roku Jezus polecił św. Faustynie odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Powiedział: „Odmawiać ją będziesz przez dziewięć dni na zwykłej cząstce różańca”, a następnie wyjaśnił, jakie słowa należy wypowiadać „na paciorkach »Ojcze nasz«”, a jakie „na paciorkach »Zdrowaś, Maryjo«”.

    Różaniec jest bazą wielu koronek. Sam także jest koronką, bo termin ten oznacza formę modlitwy powtarzającej się określoną ilość razy. Koronką nazywa się także sznur ułożonych odpowiednio paciorków. Istnieją koronki o innym układzie i z inną liczbą paciorków niż w przypadku różańca, jednak najbardziej rozpowszechnioną dziś jest różaniec właśnie – a po nim, w tym samym układzie, Koronka do Miłosierdzia Bożego. Są koronki do Ducha Świętego, do Opatrzności Bożej, do Krwi Chrystusa, do Najświętszej Trójcy, do Maryi, do świętych i wiele innych. Autorami licznych z nich są święci Kościoła katolickiego.

    Koronka porządkuje, zwalnia modlącego się z konieczności liczenia powtarzających się modlitw. Po co jednak w ogóle je powtarzać? Dlaczego ma ich być tak wiele i o tej samej treści? Kto jest w stanie wytrwać w skupieniu na wypowiadanych tyle razy słowach?

    Zbawiciel też powtarzał

    Najbardziej popularnym wyjaśnieniem powtarzalności wezwań w koronkach jest ich charakter – są to bowiem modlitwy medytacyjne. Rozwinięty na Zachodzie Różaniec w pewien sposób odpowiada praktykowanej na chrześcijańskim Wschodzie „modlitwie Jezusowej”. Polega ona na wielokrotnym wzywaniu Jezusa słowami: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną”. Powtarzalność tej modlitwy znajduje wzór w samym Zbawicielu, który w Ogrójcu – jak zapisał ewangelista – „modlił się, powtarzając te same słowa” (Mk 14,39). Towarzyszy temu przekonanie, że gdy modlący zwraca się do Jezusa, Jezus modli się w nim – podobnie jak w Ogrójcu.

    Podobnie jest z koronkami – nie chodzi w nich o „klepanie” w kółko tych samych słów, ale, jak w przypadku Różańca, o pogrążenie się w rozważanych tajemnicach wiary. „Różaniec, właśnie dlatego, że odwołuje się od początku do doświadczenia Maryi, jest modlitwą wybitnie kontemplacyjną. Pozbawiona tego kontemplacyjnego wymiaru modlitwa różańcowa traci swoje znaczenie” – stwierdza Jan Paweł II w liście apostolskim Rosarium Virginis Mariae. Przywołuje słowa swojego poprzednika, Pawła VI, który w adhortacji Marialis cultus wskazał: „Jeśli brak kontemplacji, Różaniec upodobnia się do ciała bez duszy i zachodzi niebezpieczeństwo, że odmawianie stanie się bezmyślnym powtarzaniem formuł, oraz że będzie w sprzeczności z upomnieniem Chrystusa, który powiedział: »Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani«” (Mt 6,7).

    Jan Paweł II jest świadom powierzchownego postrzegania Różańca jako praktyki jałowej i nużącej. Zauważa jednak: „Do zupełnie innych wniosków na temat koronki można dojść, kiedy uzna się ją za wyraz nigdy nie znużonej miłości, która ciągle powraca do ukochanej osoby z gorącymi uczuciami, które, choć podobne w przejawach, są zawsze nowe ze względu na przenikającą je czułość”. W tym samym dokumencie papież analizuje symbolikę samego przedmiotu pomocnego do odliczania kolejnych modlitw, jakim jest koronka różańcowa. Zwraca uwagę, że świadomość tej symboliki może nadać nową treść kontemplacji. „W związku z tym trzeba najpierw zauważyć, że koronka zwraca się ku wizerunkowi Ukrzyżowanego, który otwiera i zamyka samą drogę modlitwy. Na Chrystusie skupia się życie i modlitwa wierzących. Wszystko od Niego wychodzi, wszystko ku Niemu zdąża, wszystko przez Niego, w Duchu Świętym, dochodzi do Ojca”. Jan Paweł II wskazuje, że „wyznaczając rytm posuwania się w modlitwie, koronka przypomina nie kończącą się nigdy drogę kontemplacji i doskonałości chrześcijańskiej”. Święty papież przywołał postać wielkiego propagatora Różańca, bł. Bartłomieja Longo, który w koronce widział „łańcuch” łączący nas z Bogiem. „Owszem, łańcuch, ale łańcuch »słodki«. Taką okazuje się zawsze relacja z Bogiem, który jest Ojcem. »Synowski« łańcuch, który pozwala nam jednoczyć się z Maryją, »służebnicą Pańską«, a w końcu i z samym Chrystusem, który, będąc Bogiem, stał się »sługą« dla naszej miłości” – podkreśla Ojciec Święty. Zauważa wreszcie, że koronka „przypomina więzi komunii i braterstwa, łączące nas wszystkich z Chrystusem”.

    Koronka i Różaniec

    Od czasu popularyzacji przesłania zleconego św. Faustynie słowo „koronka” najczęściej jest kojarzone z modlitwą do Miłosierdzia Bożego. Jednak Faustynie ta sama koronka, na której odmawiała modlitwy do Miłosierdzia Bożego, przede wszystkim służyła do odmawiania Różańca. Ta modlitwa towarzyszyła jej stale jako rzecz oczywista. Nie miała w związku z modlitwą różańcową żadnych objawień ani nie wspominała o dotyczących go spektakularnych wydarzeniach. Święta po prostu odmawiała Różaniec, sięgając po niego przy najróżniejszych okazjach. O niektórych z nich sama wzmiankuje. „W sobotę cząstkę różańca z rozkrzyżowanymi rękami” – zanotowała w rubryce „drobne umartwienia” po tym, gdy otrzymała takie pozwolenie.

    „W pewnej chwili, kiedy po południu przyszłam do ogrodu, powiedział mi Anioł Stróż: Módl się za konających. I zaraz zaczęłam różaniec za konających z ogrodniczkami” – zapisała w „Dzienniczku”. W innym miejscu zakonnica opisuje ataki szatana, który w nocy próbował jej dokuczyć. „Modliłam się cały ten czas na różańcu; nad ranem ustąpiły owe postacie i mogłam zasnąć” – zanotowała.

    Modlitwa różańcowa towarzyszyła Faustynie w najrozmaitszych sytuacjach. „Wieczorem, kiedy chodziłam po ogrodzie, odmawiając różaniec, kiedy przyszłam do cmentarza, uchyliłam drzwi i zaczęłam się modlić chwilę” – wspominała. Pod datą 24 września 1936 roku Faustyna zapisała: „Matka Przełożona poleciła, żebym odmówiła jedną tajemnicę różańca za wszystkie ćwiczenia i zaraz poszła się położyć”. Kilka dni później zanotowała: „Dziś w czasie różańca nagle ujrzałam puszkę z Najświętszym Sakramentem. Puszka ta była odkryta i dość dużo napełniona Hostiami. Z puszki wyszedł głos: Te hostie przyjęły dusze nawrócone modlitwą i cierpieniem twoim. Tu odczułam obecność Bożą na sposób dziecka, dziwnie się czułam dzieckiem”. Innym razem przyszedł do Faustyny Jezus, pocieszając ją w jej rozterce. „W piątek wieczorem, w czasie różańca, kiedy myślałam o jutrzejszej podróży i o ważności sprawy, którą miałam przedstawić ojcu Andraszowi, lęk mnie ogarnął, widząc jasno nędzę i nieudolność swoją, a wielkość dzieła Bożego. Zmiażdżona tym cierpieniem, zdawałam się na wolę Bożą. W tej chwili ujrzałam Jezusa przy moim klęczniku w szacie jasnej i powiedział mi te słowa: Czemu się lękasz pełnić wolę Moją? Czyż ci nie dopomogę, jako dotychczas? Powtarzaj każde żądanie Moje przed tymi, którzy Mnie na ziemi zastępują, a czyń tylko to, co ci każą. W tej chwili jakaś siła wstąpiła w duszę moją” – czytamy.

    To tyle w „Dzienniczku” na temat Różańca. W sumie niewiele, ale u Faustyny był on jak powietrze lub codzienny chleb: nie mówi się za wiele o tym, czym się stale żyje.

    Wydaje się, że niebo samo potwierdziło związek Faustyny z Różańcem. Święta zmarła w miesiącu różańcowym – 5 października, a jej pogrzeb odbył się dwa dni później – w dniu liturgicznego wspomnienia Najświętszej Maryi Panny Różańcowej.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec? Mam. Modlę się

    Powtarzane dziesiątki, czasem setki razy w ciągu dnia te same słowa – czy to ma sens? I to dzień w dzień, nieraz przez całe życie? Jaka to strata czasu, który można by wykorzystać na coś pożytecznego… No właśnie – w Różańcu realizuje się ewangeliczny paradoks: „Kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 10,39).

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niezdielny

    ***

    Odmawiając tę modlitwę, ewidentnie tracimy życie z powodu Jezusa. Różaniec jest modlitwą wybitnie chrystocentryczną, jak chrystocentryczna jest Maryja. Rozważane tajemnice skupiają się na Chrystusie, a On jest życiem. To w Nim znajdujemy „stracone” życie. Każdy rozważa Różaniec w osobisty sposób, ale to indywidualne doświadczenie może posłużyć także innym. Wiedziony tym przeświadczeniem „Gość Niedzielny” wydał książkę „Różaniec. 200 rozważań na XXI wiek” z rozważaniami dziesięciu związanych z tygodnikiem autorów. Są one adresowane do różnych grup – młodych i starszych, duchownych i świeckich, chorych i zdrowych. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Oto świadectwa osobistego doświadczenia modlitwy różańcowej autorów medytacji.

    Trudna miłość

    Marcin Jakimowicz – Dziwię się tym, którzy mówią, że łatwo przychodzi im odmawianie Różańca. Nie dowierzam im. Ja bardzo często łapię się na tym, że gdyby ktoś zapytał, czy odmawiam dziesiątą, czy piątą zdrowaśkę, nie dałbym za to głowy. Ufam wskazówce św. Tomasza z Akwinu: „Wypowiadaj słowa, a wiara pójdzie za nimi”. Niezwykle bliskie jest mi wyznanie Teresy z Lisieux (czy to przypadek, że miesiąc różańcowy rozpoczyna jej wspomnienie?), która w jednym ze swoich listów notowała: „Odmawianie Różańca kosztuje mnie więcej, niż używanie narzędzi pokutnych… Czuję, że tak źle go odmawiam! Muszę zadawać sobie gwałt, by rozmyślać o tajemnicach różańcowych; nie mogę skupić myśli. Nieraz, kiedy mój umysł pogrążony jest w tak wielkiej oschłości, że niemożliwością staje się dla mnie wydobycie z niego choćby jednej myśli jednoczącej mnie z Bogiem, odmawiam bardzo powoli »Ojcze nasz«, a potem Pozdrowienie Anielskie; wówczas te modlitwy porywają mnie i karmią mą duszę o wiele lepiej, niż gdybym odmówiła je setki razy, ale z pośpiechem!”. Od kilkunastu lat odmawiam. Staram się być wierny. To jednak trudna miłość. Ale czy istnieje inna?

    To mnie trzymał

    Szymon Babuchowski – Różaniec towarzyszy mi od wielu lat, choć z różną intensywnością. Był przy mnie w najważniejszych momentach życia. Modliłem się nim, gdy z młodzieńczą żarliwością poszukiwałem odpowiedzi na pytania o życiowe powołanie. Gdy było mi ciężko albo gdy prosiłem o szczęśliwe narodziny dziecka. Bywało, że w ciągu jednego dnia odmawiałem wszystkie tajemnice. Później trochę zmniejszyłem „dawkowanie” Różańca, ale starałem się codziennie odmówić przynajmniej jedną dziesiątkę. Czasem nawet trochę wbrew sobie, przezwyciężając zmęczenie czy lenistwo. Myślę, że to trzymało mnie w ryzach, pozwalało zachować wierność codziennej modlitwie w ogóle. Różaniec przynosił owoce: wielokrotnie czułem po nim pokój w sercu, przychodziły twórcze natchnienia i pomysły na rozwiązanie problemów. Ale Różaniec to dla mnie także zmaganie się z coraz silniejszymi rozproszeniami, przez które często mam poczucie wpadania w schemat, w automatyzm zamiast autentycznej rozmowy. Dlatego chętniej wybieram teraz krótsze, bardziej spontaniczne formy modlitwy, zwykle połączone z lekturą Biblii. Różaniec nadal jednak odmawiam, choć nieco mniej regularnie. Zdarza mi się też przy nim zasypiać, ale to chyba nic złego, że dziecko zasypia przy rodzicach.

    Efekt gwarantowany

    ks. Adam Pawlaszczyk – Muszę przyznać, że od dzieciństwa nie najlepiej szły mi te rodzaje nabożeństw, w których modlitwy powtarzają się jak refren – czy to litanie, czy to Różaniec. Trudno mi sobie przypomnieć, czy była to kwestia dziecięcego znudzenia, czy raczej niewiedza, że w rzeczywistości chodzi w nich o medytację. Sporo czasu musiało upłynąć, zanim doświadczyłem, że Różaniec jest modlitwą, w której ograniczając myślenie o sobie, a włączając myślenie o Jezusie, człowiek otrzymuje potężny zastrzyk siły. Po prostu inny wstaje z kolan, inaczej patrzy na świat i samego siebie. Do dzisiaj tego fenomenu nie rozumiem, ale wszystkim, którzy tego nie doświadczyli, bardzo polecam, bo „działa”. Jeśli jesteś przytłoczony swoim życiem, problemami, które piętrzą się wokół, jeśli odnosisz wrażenie, że sił na niewiele ci już wystarczy, chwyć za różaniec. Efekt gwarantowany, choć początki mogą być trudne. Warto jednak powalczyć z samym sobą, niejako przymuszając siebie i odsuwając na bok pokusę ujmowaną zazwyczaj w bardzo pokrętne stwierdzenie, że „klepanie zdrowasiek” nie jest dla mnie. A jak się już w tej modlitwie zakochasz, nawet ci do głowy nie przyjdzie, by modlitwę różańcową uważać za „klepanie”.

    Niczym adoracja

    ks. Włodzimierz Lewandowski – Sierpień 1973 roku. Na zakończenie oazy wręczono nam ABC Społecznej Krucjaty Miłości, Akt oddania Matce Bożej i różaniec. Niebieskie, plastikowe kółko na palec. „Można go nosić w kieszeni, odmawiać w drodze do szkoły, jadąc autobusem, idąc na spacer”. Tyle. Moderatorka była oszczędna w słowach. Noszony w kieszeni stał się przedmiotem niezwykle cennym, gdy musiałem zmierzyć się z trudnym, życiowym problemem. I nie chodziło o rozeznanie życiowego powołania. Wymodlić dla kogoś bliskiego łaskę… Postanowiłem odmawiać codziennie jedną tajemnicę. Różaniec w kieszeni grał także rolę budzika. Przypominał… Długo musiał przypominać. Niemalże sześć lat przyzywania Wspomożenia wiernych… Sześć lat walki ze zniechęceniem i pokusą rezygnacji. Aż nadszedł moment, gdy intencja zeszła na drugi plan. Najważniejsza stała się obecność. Odmawiana w drodze tajemnica była niczym adoracja Najświętszego Sakramentu. Mniej więcej w tym właśnie czasie nadeszła długo oczekiwana wiadomość. Nadeszła w dobrym momencie. Rozważane po drodze dziesiątki już nie musiały być motywowane intencją. Teraz odmawiane były dla Niego. Dla Niej. Z Nim. Z Nią. Szlachetna intencja okazała się świetnym wychowawcą.

    Rozum wysiada. Pozostaje kontemplacja

    Andrzej Macura – Nie ukrywam, że Różaniec to dla mnie modlitwa bardzo trudna. Najłatwiej zacząć: „Ojcze nasz”… Ale potem skupić się na wypowiadanych słowach czy na rozważanej tajemnicy? Próbuję jedno z drugim pogodzić, ale najczęściej się nie udaje. No bo jak jednocześnie być w Betlejem, Kanie Galilejskiej, na krzyżowej drodze i u grobu Zmartwychwstałego, a jednocześnie z Gabrielem i Elżbietą pozdrawiać Maryję i prosić Ją o modlitwę „teraz i w godzinie śmierci”? Nie da się? Rozum wysiada. Paradoksalnie w takim przeżywaniu modlitwy różańcowej najbardziej pomaga mi, gdy odmawiam ją, idąc. Wszystkie dodatkowe bodźce w tle, wymuszające jakąś tam podzielność uwagi, sprawiają, że ta jej dwu- albo i trzytorowość przestaje przeszkadzać. Można być z Maryją, która „jest pełna łaski” i która ma za nami orędować z małym Jezusem w świątyni, w jakiś tajemniczy sposób stać na Taborze, na Golgocie i razem z Nią cieszyć się wstępującym do nieba Jezusem. Wtedy słowa „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu…” cisną się na usta same. I można z radością wejść w kolejną tajemnicę.

    Różaniec mnie znalazł

    Franciszek Kucharczak – Różaniec był pierwszą modlitwą, która mnie porwała. Było to po tym, jak mnie wylali z ministrantów. Praktycznie w ogóle się wtedy nie modliłem. Nie czułem się z tym dobrze, ale lenistwo brało górę. Pewnego dnia wpadła mi w rękę książka o objawieniach Matki Bożej w Lourdes. Gdy ją czytałem, zrodziła się we mnie potrzeba, żeby odmówić Różaniec. Pomyślałem: jeden raz, co mi zaszkodzi. Gdy wstałem z kolan, czułem się głęboko związany z Maryją. Towarzyszyła temu lekkość i radość, jakich nigdy dotąd nie doświadczyłem. To sprawiło, że niecierpliwie czekałem na kolejne ekscytujące spotkanie (bo tak to odczuwałem). A potem kolejne i kolejne. Modląc się, odkrywałem nowe przestrzenie tej wiary, która mnie jeszcze niedawno nudziła. Zaczęło mnie fascynować wszystko, co miało związek z Kościołem. Wstąpiłem do oazy z ogromnym zapałem, choć wcześniej wołami mnie nie umieli do niej zaciągnąć. Tam jeszcze mocniej pokochałem Kościół – i do dzisiaj mi nie przeszło. Widzę teraz, że wszystko od tamtego czasu było u mnie splecione z Różańcem i to on nauczył mnie wiary. Zostałem już z tą modlitwą, a właściwie ona ze mną. Dawno nie przeżywam już w jej trakcie duchowych wzlotów, ale wiem, że istotna jest wierność – więc się staram.

    Milczenie pomaga

    ks. Rafał Bogacki – Różaniec zawsze porażał mnie prostotą i głębią. Sporo czasu musiało minąć, zanim zrozumiałem, że chodzi w nim o kontemplacyjne zapatrzenie się na życie Jezusa i smakowanie wydarzeń, które rozważam razem z Maryją. Pamiętam, że w seminarium w odmawianiu Różańca bardzo pomogła mi lektura listu Jana Pawła II „Rosarium Virginis Mariae”, a szczególnie zawarte w nim osobiste świadectwo papieża, który pisał, że włącza pomiędzy kolejne dziesiątki sprawy osobiste, Kościoła i świata. Zastanowił mnie także temat milczenia, które wydawało mi się obce tej modlitwie. Zrozumiałem, że zatrzymanie się w ciszy pomiędzy rozważaniem tajemnic a recytacją modlitwy jest niezmiernie istotne, by wejść w jej ducha. Milczenie pomaga nosić i „chować wiernie wszystkie wspomnienia [z życia Jezusa] w swym sercu”, na wzór Maryi. Gdy pamiętam, by milczeć, sceny z historii zbawienia łatwiej znajdują drogę do mojego wnętrza. Momenty ciszy pomagają mi nie przerzucać pędu życia na rytm modlitwy. Dziś lubię odmawiać Różaniec z innymi, w małej grupie. Wówczas łatwiej myśleć mi o tajemniczej obecności Maryi, która trwa z Kościołem na modlitwie. Mała grupa pomaga wejść w klimat Wieczernika, atmosferę wspólnoty i bliskości z Chrystusem.

    Zamiast krokomierza

    ks. Rafał Skitek – Bez różańca pod ręką czuję się niepewnie. Jakoś niespokojnie. Mam ich kilka. W sutannie, marynarce, kurtce, na stoliku nocnym, w samochodzie. Niemal wszędzie. Chwytam za niego przed każdą ważną rozmową i decyzją. Także wtedy, gdy jestem słaby. Gdy czuję, że nadchodzi moment próby. Mocno ściskam w pięści i przesuwam paciorki. Modlę się w myślach. Nieraz półszeptem. Zwykle sam. To daje mi siłę. Bo czuję, że Maryja staje po mojej stronie. Niemniej to nadal wymagająca modlitwa. Może dlatego zwykle odmawiam ją na raty. Po dziesiątce. Między różnymi zajęciami. W drodze. Na ulicy. Czasem nawet długość spacerów zamiast krokomierzem, odmierzam dziesiątkami Różańca. Towarzyszy mi szczególnie intensywnie, gdy jestem na górskim szlaku. Uwielbiam to połączenie: góry i Różaniec. Niezmiennie bliskie jest mi stwierdzenie śp. ks. Franciszka Grudnioka, że życie kapłańskie jest jak Różaniec: splecione z nierozerwalnych tajemnic – radosnych i bolesnych, chwalebnych i światła. Tak się wzajemnie przenikają, że jednych od drugich oderwać nie sposób. Ot, całe moje życie.

    Jaka to melodia

    Jacek Dziedzina – Przed laty miałem mały problem z Różańcem. Z jednej strony nieustannie słyszałem, że celem powtarzania tych samych słów jest medytacja i kontemplacja. Z drugiej – w parafialnej praktyce niemal każda modlitwa różańcowa była „obciążona” długą listą intencji. A dla mnie to jednak dwie różne rzeczy: albo modlę się o coś i na tym skupiam uwagę, albo bezinteresownie „tracę czas” na rozważanie tajemnic wiary. „Różaniec jest tylko metodą kontemplacji” – słowa Jana Pawła II z listu apostolskiego „Rosarium Virginis Mariae” utwierdziły mnie w przekonaniu, że Różańca trzeba się uczyć, by naprawdę skorzystać z jego siły i bogactwa. Na jednym z wyjazdów studenckich towarzyszący nam oblat zaproponował odmawianie Różańca bez liczenia paciorków. „Powtarzajcie »Zdrowaś, Maryjo« w jednej tajemnicy tak długo, aż poczujecie, że wchodzicie w tę rzeczywistość”, powiedział. Podziałało. Nigdy wcześniej nie słyszałem tak melodyjnie płynącej modlitwy różańcowej, bez sprawdzania, czy to już ósma, czy dziesiąta zdrowaśka. Nagle odkryliśmy, że to rzeczywiście może być medytacja i kontemplacja.

    Jak w domu

    Piotr Sacha – Modląc się na różańcu – w samochodzie, pociągu, w poczekalni u lekarza, na ulicach miasta – czuję się jak w domu. Jest bezpiecznie, bo to dom scementowany słowami Biblii: „Ojcze nasz, który jesteś w niebie…” (Mt 6,9-13). „Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami…” (Łk 1,28). „Błogosławiony jest owoc Twojego łona” (Łk 1,42). Od niedawna zdarza mi się zwracać do gospodyni domu, Maryi, „Przyjaciółko”. Wtedy ośmielam się przychodzić z gośćmi, przypadkiem mijanymi na chodniku, zauważonymi przez szybę auta albo z kimś z bliskiej rodziny czy dalekim znajomym. Zabieram w ciemno ich sprawy znane Bogu. Z ostatnich moich odkryć: Różaniec to prawdopodobnie modlitwa tych, o których św. Paweł pisał, że są „jakby smutni, lecz zawsze radośni, jakby ubodzy, a jednak wzbogacający wielu, jako ci, którzy nic nie mają, a posiadają wszystko” (2 Kor 6,10). PS Tym, którzy nie lubią poniedziałków, przypominam, że w poniedziałki rozważamy tajemnice radosne!•

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Była ateistka po 35 latach nawróciła się przy grobie św. Jana Pawła II

    Samplefot. Dorota Abdelmoula-Viet @VaticanNewsPL

    Belén Perales, 60-letnia Hiszpanka, która przez 35 lat żyła jako ateistka, odwracając się od wiary katolickiej jako nastolatka po serii traumatycznych przeżyć, odzyskała ją przy grobie św. Jana Pawła II  w Watykanie. Swoje burzliwe życie i późniejszą radykalną jego zmianę przedstawiła 21października w rozmowie z latynoamerykańską katolicką agencją prasową ACI Prensa.

    Po pobycie w Rzymie, który gruntownie ją odmienił, „doświadczyła głębokiego objawienia, które –jak sama wyznała – przywiodło ją „z powrotem do domu”. Obecnie Belén prowadzi kanał YouTube „El Rosario de las 11” (Różaniec o 23:00), na którym co wieczór transmituje modlitwę różańcową i dzieli się historiami nawrócenia.

    Perales urodziła się w rodzinie katolickiej jako najstarsza z czwórki rodzeństwa, ale – jak powiedziała – od najmłodszych lat miała „niezasłużone i głębokie wrażenie opuszczenia i że nikt mnie nie kocha”. Ciągłe przeprowadzki z miasta do miasta ze względu na pracę jej ojca rodziły w niej niepewność, „tworząc głęboką ranę emocjonalną” – wspomniała w wywiadzie. Zaznaczyła, że jej wiara zaczęła słabnąć, gdy jako nastolatka została wykorzystana seksualnie podczas pobytu w internacie. Wydarzenie to oznaczało jej zerwanie z Bogiem i matką. „Opuściłam szkołę bardzo zła na świat… Tamtego lata przestałam wierzyć w Boga” – powiedziała rozmówczyni agencji. Dodała, że zaczęła się wówczas oddalać od Kościoła i wiary, którą poznała w dzieciństwie.

    Przez następnych 35 lat kobieta żyła chaotycznie, bezskutecznie szukając spokoju w nieudanych związkach i zajęciach. Kilkakrotnie wychodziła za mąż i cierpiała z powodu oszustw i złego traktowania przez współmałżonków. „Mój pierwszy mąż był zawodowym kłamcą, oszukał mnie i gdy poszłam na sprawę rozwodową, okazało się, że nawet nie jestem mężatką” – wspominała z rezygnacją. „Po tym, co spotkało mnie z moim pierwszym mężem, stałam się jeszcze gorsza. Poznałam ojca mojej najstarszej córki; okazało się, że był to bardzo zawiły związek, siedem bardzo ciężkich lat. Udało mi się wydostać z tego domu z córką i zaczęłyśmy od zera. Znowu byłam zrujnowana” – powiedziała była ateistka.

    W 1996 roku, kiedy internet dopiero raczkował, kupiła zestaw odpowiednich urządzeń i postanowiła założyć własny biznes online. Zaczęła sprzedawać za pośrednictwem tej platformy i, ku jej zaskoczeniu, projekt okazał się wielkim sukcesem, a dzięki swej przedsiębiorczości miała duże dochody w cyfrowym świecie. Ale mimo tej udanej kariery w biznesie, życie osobiste Belén wciąż było w rozsypce. „Znowu wyszłam za mąż, ale i tak wszystko poszło źle” – przyznała kobieta, która ostatecznie została sama z dwiema małymi córkami. „Byłam ateistką; Nie wierzyłam w Boga, w nic, zero” – stwierdziła kategorycznie.

    Wszystko zmieniło się latem 2012 roku podczas pobytu z córkami w Rzymie. „Chciałam iść do Koloseum, ale moja córka nalegała na odwiedziny Watykanu. W końcu ustąpiłam” – powiedziała. I dodała, że to, co wydarzyło się w bazylice św. Piotra, zmieniło jej życie na zawsze. „Kiedy weszłyśmy do Watykanu, byłam zła. Pomyślałam: «Co my tu robimy? Co za okropność»”. I nagle, robiąc zdjęcia swoim córkom, Perales zaczęła odczuwać coś niewytłumaczalnego, „coś bardziej fizycznego niż duchowego, coś, co niespodziewanie wkroczyło. I automatycznie zdałam sobie sprawę, że Bóg istnieje i że gdybym zmarła, poszłabym do piekła”.

    Uderzenie było tak silne, że kobieta zaczęła płakać w niekontrolowany sposób. „Łzy lały mi się z oczu, jakby to były dwa otwarte krany” – wspominała.

    Przed grobowcem św. Jana Pawła II poczuła, że jest poza Kościołem, oddzielona od swojej „Matki”, jak teraz nazywa Kościół katolicki, i że przez te wszystkie lata odrzucała Boga. „Poczułam ból bycia poza Kościołem, zdając sobie sprawę, że Bóg istnieje, że to nie jest kłamstwo i to ja Go odrzuciłam. Moja dusza była brudna, pełna grzechów, które teraz przebiegały mi przez głowę”  – wyznała Perales.

    Na widok grobu św. Jana Pawła II nagle powiedziała: „Dziewczyny, pomódlmy się”. Potem uklękła w trzeciej ławce po lewej stronie, a jej łzy nadal płynęły. „Moja młodsza córka wyjęła chusteczki i wycierała mi twarz. Chciałam się modlić, ale nie pamiętałam nawet Modlitwy Pańskiej, bo nie modliłam się od 35 lat. Miałam 48 lat i nie modliłam się od 13. roku życia” – wyjaśniła w rozmowie z ACI Prensa. Po wyjściu z tego miejsca Perales pomyślała sobie: „Oszalałam. To chyba wynik bycia sam na sam z córkami i zmęczenia”.

    Po tym doświadczeniu wróciła do Madrytu, ale proces powrotu do wiary nie był łatwy. Wciąż czuła się wyobcowana z Kościoła i myślała, że „nie mogłabym zostać na nowo zaakceptowana przez tę moją «Matkę»”. „Wciąż byłam uparta, myśląc, że nie mogę wrócić do Kościoła, że zostałam ekskomunikowana” – opowiadała. Przez rok uczęszczała na niedzielną Mszę św., ale nie odważyła się pójść do spowiedzi, uważała bowiem, że  „mnie stamtąd wyrzucą»”.

    W końcu pewnego dnia usłyszała wewnętrzny głos Boga, który zapytał ją: „Na co czekasz?”. Uznała to za znak, którego potrzebowała, by zrobić ten krok. „Poszłam do parafii, zostawiłam swoje córki w ławce i podeszłam do pierwszego konfesjonału, jaki zobaczyłam” – wspominała. Tam spotkała młodego księdza, który przyjął ją z radością. Przedstawiła się i wyznała, że popełniła wszelkie zło z wyjątkiem kradzieży i zabójstwa. A kapłan jej odpowiedział: „Alleluja, dzisiaj jest święto w niebie”. Miał on przy sobie obraz syna marnotrawnego i wyjaśnił jej: „W tej chwili Bóg cię obejmuje”.

    Ta spowiedź rozpoczęła jej pojednanie z Bogiem i z Kościołem katolickim. „Nie znałam miłosierdzia Bożego, ale gdy wróciłam do Kościoła, było to tak, jakby Bóg naprawdę mnie przytulił, uczucie, którego nigdy wcześniej nie zaznałam” – powiedziała Hiszpanka.

    Od tamtego czasu Perales poświęciła swoje życie ewangelizacji i dzieleniu się swoją historią z otoczeniem. „Powiedziałam Jezusowi: «Odtąd jestem Twoim ‘działem marketingu’. Dokądkolwiek pójdę, zabiorę Cię ze sobą»”. Tak też się stało. Przez lata prowadziła swe przyjaciółki do konfesjonału i rozdawała różańce tym, których spotkała na swej drodze. „Moje rany zostały uleczone dzięki adoracji i sakramentom. Jestem fanką spowiedzi” – powiedziała z uśmiechem.

    Perales założyła też na YouTube kanał „El Rosario de las 11” (Różaniec o 23:00), za pomocą którego co wieczór transmituje modlitwę różańcową i dzieli się świadectwami nawrócenia, takimi jak jej własne. Powiedziała agencji, że kanał jej „przyniósł wiele owoców, od niezliczonych nawróceń aż do mężczyzn, którzy postanowili pójść do seminarium, aby zostać księżmi. Pojawiły się też różne inne powołania… Krótko mówiąc, wszystkiego po trochu”.

    Najbardziej zaskakuje ją, choć zdaje sobie sprawę, że nie powinno, liczba cudów i nawróceń, które dokonały się dzięki kanałowi. Zastanawiając się nad tym faktem, przywołała słowa Pana Jezusa: „Gdzie są dwaj albo trzej zgromadzeni w imię moje, tam Ja jestem pośród nich”. Dla niej wydarzenia te są dowodem na to, że Jezus nadal żyje.

    Zapewniając o swym pełnym zaangażowaniu w ten projekt, obiecała Maryi Pannie i Jezusowi, że będzie prowadzić ten kanał „do ostatniego dnia mojego życia lub do chwili, gdy zabraknie mi sił”. Podkreśliła, że chce „sprawić przyjemność mojej Matce, Dziewicy, która prosi nas o modlitwę różańcową. Jestem posłuszna. Poza tym wielu ludzi w internecie nie zna Boga, ale gdyby Go poznali, zakochaliby się w Jezusie, tak jak ja to uczyniłam”.

    Zwróciła uwagę, iż „YouTube pozwala ludziom, nawet bez szukania Boga, spotkać się z Nim w nieoczekiwany sposób. Cieszę się, że moje filmy mogą dotrzeć do tych, którzy są daleko, którzy najbardziej potrzebują tego przesłania nadziei i miłości, jakie daje nam Jezus”.

    Dziś Belén Perales prowadzi życie pełne wiary, wdzięczna za to, że po tylu latach ciemności ponownie odnalazła Boga. „Jezus uratował mnie, kiedy najmniej się tego spodziewałam, a teraz chcę, aby wszyscy wiedzieli, że On jest tu, zawsze na nas czekając” – podsumowała swoją wypowiedź hiszpańska ewangelizatorka internetowa.

    e-KAI.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Benedykt XVI:

    Bez Maryi nie ma Kościoła

    Benedykt XVI: Bez Maryi nie ma Kościoła

    fot. Peter Nguyen Ming Trung via Flickr, CC BY 2.0 / Wikipedia, CC 0

    ***

    W katechezie z 14 marca 2012 roku Benedykt XVI zwraca uwagę na kluczową rolę modlitwy w życiu Kościoła, w szczególności na przykładzie Dziejów Apostolskich i Listów św. Pawła. Papież podkreśla, że zarówno Pan Jezus, jak i Najświętsza Maryja Panna oraz pierwsi uczniowie trwali w modlitwie, oczekując na zesłanie Ducha Świętego. Maryja, obecna w ważnych momentach historii zbawienia, jest dla nas wzorem głębokiej więzi z Bogiem i wytrwałej modlitwy, która prowadzi do głoszenia Ewangelii całemu światu.

    Audiencja generalna, 14 III 2012

    Drodzy bracia i siostry!

    W dzisiejszej katechezie chciałbym zacząć omawianie modlitwy w Dziejach Apostolskich i w Listach św. Pawła. Św. Łukasz przekazał nam, jak wiemy, jedną z czterech Ewangelii, poświęconą ziemskiemu życiu Jezusa, ale pozostawił nam też dzieło, które nazywane jest pierwszą księgą historii Kościoła, czyli Dzieje Apostolskie. W obu tych księgach jednym z elementów często się powtarzających jest właśnie modlitwa — od modlitwy Jezusa po modlitwę Maryi, uczniów, niewiast i wspólnoty chrześcijańskiej. Początkowy rytm życia Kościoła wyznaczany jest przede wszystkim przez działanie Ducha Świętego, który przemienia apostołów w świadków Zmartwychwstałego, aż do przelania krwi, oraz przez szybkie rozprzestrzenianie się Słowa Bożego na Wschód i na Zachód. Zanim jednak rozpowszechni się głoszenie Ewangelii, Łukasz opowiada epizod wniebowstąpienia Zmartwychwstałego (por. Dz 1, 6-9). Pan przekazuje uczniom program życia poświęconego ewangelizacji, mówiąc: «Gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jeruzalem i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi» (Dz 1, 8). W Jerozolimie apostołowie, których po zdradzie Judasza Iskarioty pozostało jedenastu, zgromadzili się w domu, aby się modlić, i właśnie na modlitwie oczekiwali na obiecany przez zmartwychwstałego Chrystusa dar — Ducha Świętego.

    W tym kontekście oczekiwania, między wniebowstąpieniem i zesłaniem Ducha Świętego, św. Łukasz po raz ostatni wspomina o Maryi, Matce Jezusa, i Jego rodzinie (w. 14). Maryi poświęcił początek swojej Ewangelii, od zwiastowania anielskiego do narodzin i dzieciństwa Syna Bożego, który stał się człowiekiem. Z Maryją rozpoczyna się ziemskie życie Jezusa i z Maryją pierwsze kroki stawia Kościół; w obu tych momentach panuje klimat słuchania Boga, skupienia. Dziś chciałbym zatem omówić tę modlitewną obecność Dziewicy w grupie uczniów, którzy będą stanowili rodzący się pierwotny Kościół. Maryja w nierzucający się w oczy sposób śledziła całą drogę, jaką Syn pokonał w swoim życiu publicznym, i doszła za Nim aż pod krzyż, a teraz cichą modlitwą towarzyszy w drodze Kościołowi. Podczas zwiastowania Maryja przyjmuje w domu w Nazarecie anioła posłanego przez Boga, uważnie słucha jego słów, bierze je sobie do serca i akceptuje Boży plan z pełną gotowością: «Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego» (por. Łk 1, 38). Właśnie dzięki wewnętrznemu nastawieniu na słuchanie Maryja potrafi odczytać swoją historię, z pokorą rozpoznając działanie Pana. Odwiedzając swą krewną Elżbietę, w modlitwie uwielbienia i radości wysławia Bożą łaskę, która napełniła Jej serce i życie i uczyniła z Niej Matkę Pana (por. Łk 1, 46–55). Uwielbienie, dziękczynienie, radość: w kantyku Magnificat Maryja mówi nie tylko o tym, co Bóg uczynił w Niej, ale i o tym, czego dokonał i wciąż dokonuje w historii. Św. Ambroży w słynnym komentarzu do Magnificat wzywa do tego, by modlić się w tym samym duchu, pisząc: «Niech w każdym będzie dusza Maryi, by wielbić Pana; niech w każdym będzie duch Maryi, by się radować w Bogu» (Expositio Evangelii secundum Lucam [ Wy k ład Ewangelii według św. Łukasza] 2, 26: PL 15, 1561).

    Również w Wieczerniku w Jerozolimie, w «sali na górze, gdzie przebywali» uczniowie Jezusa (por. Dz 1, 13), w klimacie słuchania i modlitwy, Ona jest z nimi, zanim otworzą się drzwi i zaczną oni głosić Chrystusa Pana wszystkim narodom, ucząc je zachowywać wszystko, co On im przykazał (por. Mt 28, 19-20). Etapy drogi Maryi, z domu w Nazarecie do domu w Jerozolimie, przez krzyż, z którego Syn powierza Jej apostoła Jana, cechuje umiejętność utrzymywania klimatu skupienia, by rozważać każde wydarzenie w ciszy własnego serca, przed Bogiem (por. Łk 2, 19-51), i w medytacji przed Bogiem zrozumieć również Jego wolę oraz rozwinąć zdolność wewnętrznego jej zaakceptowania. Zaznaczenie obecności Matki Boga wśród Jedenastu, po wniebowstąpieniu, nie jest zatem zwykłą wzmianką historyczną o czymś z przeszłości, lecz ma ogromne znaczenie, bo dzieli Ona z nimi rzecz najcenniejszą: pamięć o Jezusie w modlitwie; dzieli tę misję Jezusową, którą jest zachowywanie pamięci o Jezusie, a tym samym zachowywanie Jego obecności.

    Po raz ostatni Maryja pojawia się w dwóch dziełach św. Łukasza w sobotę: w dniu odpoczynku Boga po stworzeniu świata, w dniu ciszy po śmierci Jezusa i oczekiwania na Jego zmartwychwstanie. Z tego epizodu wywodzi się tradycja wspominania Matki Bożej w sobotę. Między wniebowstąpieniem Zmartwychwstałego i pierwszą Pięćdziesiątnicą chrześcijańską apostołowie i Kościół gromadzą się z Maryją, by z Nią czekać na dar Ducha Świętego, bez którego nie można zostać świadkiem. Ona, która już Go otrzymała, by zrodzić Wcielone Słowo, dzieli z całym Kościołem oczekiwanie na ten dar, aby w sercu każdego wierzącego «ukształtował się Chrystus» (por. Ga 4, 19). Jeśli nie ma Kościoła bez zesłania Ducha Świętego, to i nie ma zesłania Ducha Świętego bez Matki Jezusa, ponieważ Ona w wyjątkowy sposób żyła tym, czego Kościół doświadcza codziennie za sprawą Ducha Świętego. Św. Chromacjusz z Akwilei w taki sposób komentuje wzmiankę z Dziejów Apostolskich: «Zgromadził się zatem Kościół w sali na górze razem z Maryją, Matką Jezusa, i razem z Jego braćmi. Nie można zatem mówić o Kościele, jeśli nie ma Maryi, Matki Pana… Kościół Chrystusowy jest tam, gdzie głosi się wcielenie Chrystusa w łonie Dziewicy, a tam, gdzie głoszą apostołowie, którzy są braćmi Pana, tam się słucha Ewangelii» (Sermo 30, 1: SC 164, 135).

    Sobór Watykański II w szczególny sposób podkreślił tę więź, której widocznym przejawem jest to, że Maryja modli się z apostołami w tym samym miejscu, w oczekiwaniu na Ducha Świętego. Konstytucja dogmatyczna Lumen gentium stwierdza : «Kiedy zaś spodobało się Bogu uroczyście objawić tajemnice ludzkiego zbawienia, nie wcześniej niż ześle obiecanego przez Chrystusa Ducha, widzimy Apostołów przed dniem Pięćdziesiątnicy ‘trwających jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, z Maryją, Matką Jezusa, i z braćmi Jego’ (Dz 1, 14), a także Maryję błagającą modlitwami o dar Ducha, który okrył Ją już cieniem podczas zwiastowania» (n. 59). Uprzywilejowanym miejscem Maryi jest Kościół, gdzie uznana jest za «najznakomitszego i całkiem szczególnego członka… typiczne wyobrażenie i najdoskonalszy wzór w wierze i miłości» (tamże, 53).

    Oddawanie czci Matce Bożej w Kościele znaczy również, że uczymy się od Niej, jak być wspólnotą, która się modli: jest to jeden z istotnych aspektów pierwszego opisu wspólnoty chrześcijańskiej, zawartego w Dziejach Apostolskich (por. 2, 42). Często modlitwa podyktowana jest przez trudne sytuacje, przez problemy osobiste, które powodują, że zwracamy się do Pana w poszukiwaniu światła, pociechy i pomocy. Maryja zachęca, by poszerzać zakres modlitwy, by zwracać się do Boga nie tylko w potrzebie i nie tylko we własnych intencjach, lecz w sposób jednomyślny, wytrwały, wierny, «jednym duchem i jednym sercem» (por. Dz 4, 32).

    Drodzy przyjaciele, w życiu ludzkim jest wiele różnych faz przejściowych, często trudnych i wymagających wysiłku, kiedy potrzebne są zobowiązujące wybory, wyrzeczenia i ofiary. Matka Jezusa z woli Pana była obecna w decydujących momentach historii zbawienia i zawsze potrafiła odpowiedzieć z pełną gotowością, dzięki głębokiej więzi z Bogiem, która dojrzewała w wytrwałej i żarliwej modlitwie. W okresie między piątkiem męki i niedzielą zmartwychwstania został Jej powierzony umiłowany uczeń, a wraz z nim cała wspólnota uczniów (por. J 19, 26). Między wniebowstąpieniem i zesłaniem Ducha Świętego była Ona z modlącym się Kościołem i w nim (por. Dz 1, 14). Matka Boga i Matka Kościoła, Maryja trwa w macierzyństwie do końca dziejów. Zawierzajmy Jej każdą fazę przejściową naszego życia indywidualnego i kościelnego, a przede wszystkim nasze ostatnie przejście. Maryja uczy nas, że modlitwa jest potrzebna, i ukazuje, że tylko dzięki stałej więzi, głębokiej, pełnej miłości do Jej Syna możemy wyjść z «naszego domu», z nas samych, z odwagą, by dotrzeć na krańce świata i głosić wszędzie Pana Jezusa, Zbawiciela świata. Dziękuję.

    Benedykt XVI

    mp/z internetu, Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC PAŹDZIERNIK 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby Kościół nadal wspierał ze wszystkich sił synodalny styl życia, jako znak współodpowiedzialności, promując uczestnictwo, komunię i misję łączące księży, osoby konsekrowane i świeckich.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *  Wierząc mocno w skuteczność modlitwy różańcowej błagajmy w tym październikowym miesiącu o Boży pokój w świecie i ocalenie rodziny. Bo tylko interwencja z Wysoka zdolna jest właściwie pokierować ludzkimi sercami. Przesuwając paciorki różańca świętego kontemplujemy tajemnice naszego zbawienia, które pomagają nam spotykać się z Chrystusem w Jego misteriach ukazując oblicze Boga w braciach, zwłaszcza tych najbardziej cierpiących. Dobrze jest wziąć sobie do serca słowa św. Jana Pawła II, które napisał w Liście Apostolskim o Różańcu Świętym: “Jakże można by w « tajemnicach radosnych » wpatrywać się w misterium Dziecięcia narodzonego w Betlejem, nie odczuwając pragnienia, by przyjmować, bronić i promować życie, biorąc na siebie ciężar cierpienia dzieci we wszystkich zakątkach świata? Jak można by w « tajemnicach światła » iść za Chrystusem Objawicielem, nie podejmując postanowienia, by dawać świadectwo Jego « błogosławieństwom » w codziennym życiu? I jak kontemplować Chrystusa obarczonego krzyżem i ukrzyżowanego, nie czując potrzeby stawania się Jego « Cyrenejczykiem » względem każdego brata przybitego cierpieniem czy zdruzgotanego rozpaczą? A wreszcie, jak można by utkwić wzrok w chwale Chrystusa Zmartwychwstałego i w Maryi ukoronowanej na Królową, nie czując pragnienia, by uczynić ten świat piękniejszym, bardziej sprawiedliwym, bliższym planom Bożym?

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 października modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 3o września z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Różaniec kontra mantra”

    „Różaniec kontra mantra”

    Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Therese Westby/Unsplash.com)

    ***

    Za kilka dni rozpocznie się październik, który w Kościele katolickim kojarzony jest z modlitwą różańcową. Wspominam swój „różańcowy” felieton sprzed roku, który wywołał ogromną falę hejtu na Facebooku, mimo że sam tekst nie ma w sobie nic kontrowersyjnego. Pamiętam, jak rozmawiając z przyjaciółką powiedziałam, że to taki niepozorny temat, a pod nim morze gnoju. Zaskoczyło mnie to wtedy bardzo. Czy modlitwa różańcowa jest aż tak kontrowersyjna, trudna, niezrozumiana? Widocznie tak. Być może jest też w jakiś sposób wyrzutem sumienia dla katolika…

    Patrząc na to od strony osoby wierzącej, widzę że wielu katolików nie lubi powtarzalności różańca. To z pozoru bardzo łatwa modlitwa, ale ta prostota to złudzenie. Odmawianie kolejnych Zdrowasiek wymaga przecież niesamowitego skupienia, bycia tu i teraz, wyciszenia, powtarzania tych samych fraz, co patrząc zwyczajnie po ludzku – może nudzić, usypiać, łatwo wkrada się zniechęcenie. Dlatego sama modląc się na różańcu, świadomie wybieram konkretne tajemnice różańcowe. Czasem czytam do nich jakiś katolicki komentarz, choć bardzo dawno tego nie robiłam. Zawsze jednak, pociągnięta przez duchowość ignacjańską, staram się mieć przed oczyma konkretny obraz. Wracać myślami np. do Maryi, która spotyka św. Elżbietę, albo do Jezusa, któremu ciernie przebijają skórę głowy. Gdy moje myśli na modlitwie uciekają, wracam do wyobrażenia sobie konkretnej tajemnicy, którą właśnie staram się rozważać. Wtedy moja modlitwa różańcowa nabiera dodatkowej głębi.

    Jak patrzą na różaniec osoby niewierzące? Czuję tutaj niejednokrotnie duży zgrzyt i ogromne nieporozumienie. Wiele osób niepraktykujących bądź uważających się za niewierzące, które mam w swoim najbliższym otoczeniu, korzysta z technik medytacyjnych. Powtarza mantry, ćwiczy uważność, wycisza się tak jak uczą tego ich mentalne guru. I jednocześnie śmieją się z różańca, jako czegoś bezsensownego. Serio, pytam? Czym, tak od strony osoby niewierzącej, różni się powtarzanie słów modlitwy różańcowej, od twojej mantry? Niczym. Niczym dla kogoś, kto nie wierzy, bo osoba wierząca ma świadomość, że modlitwa to nie puste słowa, rzucone w próżnię.

    Tyle od strony czysto ludzkiej, można by powiedzieć zewnętrznej, powierzchownej. Nieprzekonanych i tak nie przekona, wiem. Może też dlatego, że różaniec nie jest tylko powtarzaniem tych samych fraz. To modlitwa, której bardzo nie lubi szatan. Tak, słyszę ten rechot osób antykatolickich. Trudno, śmiejcie się dalej. Jednak ci, którzy próbowali kiedykolwiek odmówić nowennę pompejańską, albo tacy jak ja, którzy zobowiązali się odmawiać jedną dziesiątkę dziennie (to tylko 3 minuty!) w ramach róży różańcowej, wiedzą ile pojawia się przeciwności, gdy chwytają za różaniec. Ile wtedy myśli atakuje spokojny dotąd mózg! Dzieci nagle wychodzą ze swojej pieczary, w której siedziały ostatnią godzinę i nagle, teraz, już, natychmiast potrzebują twojego wsparcia. Kto na serio wchodzi w modlitwę różańcową, ten wie. Może nie zauważamy tego często, może nas ten problem nie dotyczy, albo nie jest mocno uciążliwy. Jednak znam wiele osób i sama też do nich należę, dla których różaniec jest modlitwą trudną, bo wiąże się z dużą wewnętrzną walką – o czas, skupienie, regularność. Ta modlitwa nie podoba się złemu. Zrobi wszystko, byśmy zrezygnowali. Dlaczego?

    Po ludzku – byśmy żyli w ciągłym hałasie, a skupienie na różańcu ten wewnętrzny wrzask wycisza. Z perspektywy duchowej – byśmy nie uczyli się ufności, otwartości, byśmy nie rozważali kolejnych tajemnic z życia Jezusa. Tak, Jezusa. Jednym z zarzutów wobec różańca jest to, że skupia nadmiernie na Maryi, ale wystarczy poznać tajemnice różańcowe by dostrzec, że ta modlitwa – owszem, jest maryjna – ale prowadzi do głębszego poznania życia Jezusa, do kontemplacji Jego drogi, która często tak bardzo może przenikać się z naszą.

    Październik, miesiąc różańca. Warto zatrzymać się i nazwać swoje odczucia wobec tej modlitwy. Nawet jeśli będą tylko negatywne, czy nie warto zobaczyć skąd we mnie takie przekonania, może też niezrozumienie i lęk? Myślę, że warto, a Kościół nie bez powodu zaprasza nas kolejny rok na różańcowe nabożeństwa.

    Magdalena Urbańska/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 przykładów, jak modlitwa na różańcu zmieniła się w ciągu wieków

    fot. shutterstock.com/deon.pl

    *****

    RÓŻANIEC

    A jeśli wojna nowa, a jeśli się zasmucę
    jak dziecko zapłakane w różaniec swój powrócę.
    Będę go brać na ręce jak włosów ciemne sploty,
    gdzie blask się świec zaplątał jak żuczek szczerozłoty,
    gdzie sny z krzyżykiem srebrnym i łzy i śpiew poranny,
    zerwanych moc przyrzeczeń i żal wciąż nieustanny,
    modlitwy za rodziców, za kolegów, prośby wieczne,
    i jakieś umartwienia zabawne, niedorzeczne…
    A jeśli wojna nowa, a jeśli niepokoje…
    O rzewne, o tajemne paciorki moje,
    to na nich troski moje, radości ukochania,
    i cały żar modlitwy późnego powołania.
    I na nich pamięć dni tych, gdy późnym sennym latem
    biegliśmy z podchorążym płonącym Mariensztadem,
    a potem w noce długie na jezdni pod gwiazdami,
    chwytałem was ukradkiem drżącymi wciąż palcami.
    Do Twoich snów się tulę, do Twoich snów się łaszę,
    na tych dziesiątkach licząc sierpniowe złudy nasze.
    Kto wezwał? Kto przywołał? Skąd sny co tu przygnały?
    Przed własną tajemnicą przyklękam taki mały…
    O siódmej przy kolacji, przy modlitw chłodnym dźwięku,
    o jaką burzę wspomnień przeważasz w swoim ręku.
    Bo jeśli wojna nowa, a jeśli niepokoje,
    o rzewne, o tajemne paciorki czarne moje.

    ks. Jan Twardowski

    ***

    “Bardzo lubię różaniec. Wydaje mi się, że przede wszystkim uczy on nas cierpliwej, nieustannej modlitwy. Pozornie jest modlitwą ciągle powtarzanych słów, a jednak uczy modlitwy bez słów. Niektórzy uważają, że przy różańcu trzeba rozważać tajemnice i być po trochu kaznodzieją, teologiem, katechetą. Tymczasem modlitwa różańcowa przypomina mi dziecko trzymające się spódnicy, bo czuje się bezpieczne, zadbane. Tamten różaniec odmawiany w kościele przypomniał mi kogoś, kto ustawicznie puka do drzwi, do okna i chociaż one się nie otwierają, puka nadal cierpliwie. Cierpliwość, wytrwałość tej modlitwy są czymś niezwykłym. Jest to modlitwa i ludzi śpiących, i umierających, i zupełnie zmęczonych”.
    ks. Jan Twardowski

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec.

    ***

    W roku 2001 św. Jan Paweł II ogłosił ks. Jerzego Preca z Malty (1880 – 1926) błogosławionym a w następnym roku napisał List Apostolski o różańcu – “Rosarium Virginis Mariae”, w którym prawie w niezmienionej formie zatwierdził dla całego Kościoła Tajemnice Światła, ułożone przez ks. Preca. Podejście tego kapłana do modlitwy różańcowej było papieżowi bardzo bliskie. Kanonizacji bł. ks. Jerzego Preca dokonał w roku 2007 papież Benedykt XVI.

    ***

    W tym różańcowym miesiącu warto na nowo przeczytać LIST APOSTOLSKI ROSARIUM VIRGINIS MARIAE OJCA ŚWIĘTEGO JANA PAWŁA II O RÓŻAŃCU ŚWIĘTYM 

    ***

    Październik tradycyjnie poświęcony jest modlitwie różańcowej. Różaniec, pierwotnie znany pod nazwą Psałterza Najświętszej Maryi Panny, sięga swoimi korzeniami do XII wieku. Pierwsi pustelnicy wyznaczali sobie do codziennego odmawiania pewne ilości modlitw. Ułatwiali to sobie, posługując się sznurkami z węzełkami lub sznurkami z pętelkami lub kawałkami drewna. Taki różaniec podobno posiadał św. Pachomiusz i św. Benedykt z Nursji. Zaś sama nazwa różaniec wywodzi się od św. Dominika, uważanego powszechnie za ojca różańca. Legenda głosi że Matka Boża objawiła się Dominikowi i poleciła mu, aby odmawiał Psałterz Najświętszej Maryi Panny, czyli modlitwy złożonej ze 150 Zdrowaś Maryjo i 15 Ojcze Nasz. Dominik posłuchał Maryi, głosił słowo i przeplatał je rozważaniem połączonym z odmawianiem różańca. Odmawianie Psałterza Najświętszej Maryi Panny porównywano do ofiarowania Matce Bożej 150 róż, dlatego tę modlitwę nazwano „wieńcem z róż”, czyli różańcem. Dominik Alamus a la Roche ustalił liczbę 150 modlitw Zdrowaś Maryjo na wzór Księgi Psalmów, które podzielił na dziesiątki, każda przeplatana modlitwą Ojcze Nasz. Z czasem zaczęto łączyć odmawianie modlitwy z rozważaniem tajemnic z życia Chrystusa i Maryi. W wieku XVI ostatecznie ustalono 15 tajemnic, podzielonych na 3 części (Radosne, Bolesne i Chwalebne). Tak było do roku 2002, kiedy to św. Jan Paweł II dodał część IV różańca świętego – Tajemnice Światła.

    Ilekroć Maryja chciała przekazać światu swoje orędzie, objawiała się wybranym ludziom (najczęściej dzieciom) z różańcem w ręku i usilnie zachęcała do jego odmawiania. Tak było w Lourdes w roku 1858, tak było w Fatimie w roku 1917, tak było Meksyku czy Gietrzwałdzie i wielu innych miejscach. Wynika z tego, że modlitwa różańcowa jest dla Maryi szczególnie miła, a dla człowieka bardzo skuteczna. Wyrosła ona z Ewangelii i jest jej streszczeniem.

    Różaniec to z pozoru zwykła modlitwa. Modlitwa długa i nużąca. Ale tak nie jest ! Różaniec to nie jest zwykła modlitwa – to sposób na życie.  Odmawiając różaniec oddajemy wszystkie nasze radości i smutki – całe nasze życie – Maryi. Gdy zwracamy się do Niej z ufnością, możemy być pewni, że Ona wstawi się za nami u Swojego Syna – Jezusa Chrystusa. Różaniec jest zatem modlitwą zawierzenia, która kieruje nas przez Maryję do Jezusa. Odmówienie jednej części różańca trwa 25 minut… To jedyne 25 minut z 1440, jakie otrzymujemy od Boga każdego dnia.
    Spróbuj i Ty porozmawiać z Maryją trzymając w ręku różaniec.

    (ze strony parafii pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Cieślinie)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa, którą ukochałem

    Tak mówił o Różańcu tuż po wyborze na Stolicę Piotrową. A po 24 latach pontyfikatu pisał: „Towarzyszył mi w chwilach radości i doświadczeń. Zawierzyłem mu wiele trosk. Dzięki niemu zawsze doznawałem otuchy”.

    „Kiedy się modlił – dosłownie zatapiał się w Bogu” – mówił o swoim poprzedniku Benedykt XVI

    fot. L’OSSERVATORE ROMANO/East News

    ***

    Prostota i głębia. To rzadkie połączenie, a przecież piękne i pożądane. I w modlitwie, i w ogóle – w życiu. Błogosławiony Jan Paweł II widział te dwie cechy w modlitwie różańcowej. Dokładnie w 24. rocznicę pontyfikatu, czyli 16 października 2002 roku, podpisał utrzymany w bardzo osobistym tonie list „Rosarium Virginis Mariae”, w którym ogłosił Rok Różańcowy.

    Różańcowa rewolucja

    „Od mych lat młodzieńczych modlitwa ta miała ważne miejsce w życiu duchowym”, napisał papież. Podkreślił, że Różaniec jest „skarbem, który trzeba odkryć”. I zaskoczył świat po raz kolejny. (Choć wielu sądziło, że po roku 2000 ten wielki pontyfikat skazany jest już na powolne dogasanie). Do trzech tradycyjnych części Różańca Jan Paweł II dodał czwartą: tajemnice światła. Mała różańcowa rewolucja! Jak wyjaśnił w liście, chodziło o uzupełnienie, które pozwoliłoby objąć tajemnice życia Chrystusa między chrztem w Jordanie a męką. Różaniec stał się przez to bardziej jeszcze „modlitwą o sercu chrystologicznym”. W ten sposób Jan Paweł II zostawił trwały ślad swojego zamiłowania do Różańca w… samym Różańcu.
    „Człowiek modlitwy” – to hasło tegorocznego Dnia Papieskiego. Nigdy nie dotrzemy do całej prawdy o modlitwie Jana Pawła II. Jest taki poziom, do którego nikt nie ma dostępu. Ale ci, którzy go znali, podkreślają: on żył tak, jakby Bóg był jego najbliższym sąsiadem, tuż za ścianą. Modlitwa promieniowała na jego posługę, była w gruncie rzeczy częścią jego misji. Kto wie, czy nie najważniejszą?

    Był cały po tamtej stronie

    Świadkowie mówią, że modlitwa polskiego papieża miała w sobie coś z mistyki. Zmarły niedawno jego przyjaciel, kard. Andrzej Deskur, wspomina: „On żył, modląc się. Kiedy był w kaplicy, słychać było, jak rozmawia jakby z bliską osobą. Kiedy jako seminarzyści przebywaliśmy w kościele na modlitwie, każdy z nas prędzej czy później się rozpraszał. To naturalne i dotyczy prawie wszystkich, lecz nie jego. Karol wydawał się być cały po tamtej stronie, w innym wymiarze. Przebywał w świecie Boga. Nigdy nie zauważyłem roztargnienia podczas modlitwy. Papież modlił się sześć godzin dziennie. To było dla niego jak powietrze niezbędne do oddychania”.Jan Cielecki, ksiądz pochodzący z Niegowici, pierwszej parafii ks. Karola Wojtyły: „W ostatnich latach nie wypuszczał prawie z rąk różańca. Ale najbardziej rzucała się w oczy, i to od jego wczesnych młodych lat, inna cecha: zwykle modlił się, i to całymi godzinami, rozciągnięty na posadzce przed ołtarzem. Wielu ludzi z parafii dobrze to pamięta”.

    Benedykt XVI: „Zawsze uderzał mnie i budował przykład jego modlitwy: zanurzał się w spotkaniu z Bogiem, pomimo rozlicznych trudności swego posługiwania”. „Wystarczyło mu się przyglądnąć, kiedy się modlił – dosłownie zatapiał się w Bogu i wydawało się, że nic w takich chwilach nie istniało”. Enrico Marinelli, ochroniarz: „W czasie górskich spacerów nie rozstawał się z różańcem. Medytował, modlił się non stop. Dla mnie, zwykłego policjanta, to był wyraźny znak, że w tych górach można naprawdę zbliżyć się do Boga. Zauważyłem, że on nie wyjeżdżał w góry tylko po to, by wypocząć. Nie! On tam nieustannie się modlił na różańcu, pościł, a nawet umartwiał” .Ile części dziennie mógł odmawiać? „Myślę, że ze trzy części przynajmniej” – odpowiada abp Mieczysław Mokrzycki, osobisty sekretarz Jana Pawła II. „Różaniec był wszędzie; na postojach, wycieczkach, między audiencjami”. Te świadectwa mogą onieśmielać. A może i zawstydzać. Ale święci są i po to, by nas zawstydzać. Odsłaniają mizerię naszej duchowości i pokazują, że stać nas na więcej. Bóg oczekuje od nas więcej.

    Od Różańca do mistyki

    Można zaryzykować tezę, że to modlitwa różańcowa poprowadziła Jana Pawła w stronę mistyki. Jako młody chłopak zapisał się w krakowskich Dębnikach do Żywego Różańca. To tam poznał Jana Tyranowskiego, niezwykłego animatora róż różańcowych, który wprowadził młodego Wojtyłę w świat lektur wielkich mistyków.

    Cezary Sękalski, autor książki poświęconej Różańcowi, zwraca uwagę, że papieska reforma nie polegała tylko na dołożeniu nowych tajemnic światła. „W liście »Rosarium Virginis Mariae« zawarta jest genialna zmiana filozofii myślenia o różańcu! W Polsce jest milion osób w różach różańcowych. Z praktyki wiem, że najczęściej jest to modlitwa prośby. Traktujemy różaniec jak skuteczne narzędzie wypraszania łask. Jasne, to jeden z aspektów tej modlitwy, ale w różańcu zawarty jest też drugi, niesamowicie ważny aspekt: formacja i medytacja. Gdy Karol Wojtyła był w róży różańcowej, Jan Tyranowski robił swoim podopiecznym wykłady z duchowości św. Jana od Krzyża! Był to czas okupacji: spacerowali sobie po bulwarach wiślanych i rozmawiali o Bogu. Jeśli takie będą nasze róże różańcowe, to nie mam zastrzeżeń”. Nie wiem, czy róże różańcowe studiują dziś na spotkaniach dzieła Jana od Krzyża. Byłoby świetnie, gdybyśmy z lekcji Jana Pawła II zapamiętali, że Różaniec jest medytacją, rozważaniem tajemnic życia Jezusa i Maryi. „W powściągliwości swych elementów skupia w sobie głębię całego przesłania ewangelicznego”. Żyjemy w czasach, w których epatuje się szokującą, krzyczącą formą, za którą często nie ma nic. Różaniec jest symbolem zupełnie innego stylu. Nie musimy nic wymyślać, kombinować jak koń pod górę, wystarczy wziąć do ręki koronkę i dać się poprowadzić tej modlitwie, ostatecznie Bogu. Cudowne jest to, że – jak pisze papież – w dziesiątki Różańca możemy „wprowadzić wszystkie sprawy, które składają się na życie człowieka, rodziny, narodu, Kościoła, ludzkości. Sprawy osobiste, sprawy naszych bliźnich, zwłaszcza tych, którzy są nam najbliżsi, tych, o których się troszczymy. W ten sposób ta prosta modlitwa różańcowa pulsuje niejako życiem ludzkim”.

    Powtórzmy papieską lekcję: Różaniec to powściągliwość i prostota formy, ewangeliczna głębia, pulsowanie ludzkiego życia. Błogosławiony Jan Paweł kończy swój list wezwaniem: „weźcie do rąk koronkę różańca”. I dodaje: „Oby ten mój apel nie popadł w zapomnienie niewysłuchany!”. W bieżącym numerze czytelnicy znajdą płytę z czterema częściami Różańca. Może nam ona pomóc modlić się w samotności, w samochodzie, na wycieczce… Głos Jana Pawła II przypomni nam, że święci, choć są już u Boga, są nadal z nami. Modlą się za nas i z nami! Mistyka? Owszem, a dlaczego nie?

    tekst ks.Tomasza Jaklewicza z 2011 r./Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec – modlitwa, która jest egzorcyzmem

    ***

    Współczesny świat zdaje się nie pamiętać lub bagatelizować fakt, że ten ciemny, niepokojący byt istnieje i działa, sprowadzając na ludzkość ogromne, wręcz niewyobrażalne nieszczęścia… Dlatego tak gorącą potrzebą staje się właśnie dziś, teraz, ponowne odkrycie Różańca jako duchowej broni w walce ze złem. Warto uświadomić sobie, że na tym polu walki nie jesteśmy sami, bo gdyby tak było, już dawno ludzkość poniosłaby klęskę. Z tego, toczonego właśnie boju możemy wyjść zwycięsko jedynie z różańcem w ręku. Pamiętajmy: Piekło drży, gdy odmawiamy Zdrowaś Maryjo” – pisał ks .Jarosław Grabowski  w artykule „Jedyna taka broń” na łamach tygodnika „Niedziela” (22/2022)

    Różaniec to modlitwa, która jest skutecznym egzorcyzmem!

    Do historii przeszła audiencja św. Jana Pawła II dla Polaków w 1981 r., w czasie której papież wyjął z kieszeni różaniec i, pokazując go stojącym obok siebie, powiedział: „To jest egzorcyzm przeciw wszystkim złym duchom, dostępny także dla świeckich” – pisał na łamach „Niedzieli” (41/2023) ojciec Oskar Michał Maciaczyk, franciszkanin.

    Opowiadał o tym także – ks. bp Zbigniew Kraszewski: podczas prywatnej audiencji dla Polaków, Jan Paweł II pochwalił praktykę odmawiania egzorcyzmu Leona XIII. Po chwili jednak wyjął z kieszeni swój różaniec i pokazując obecnym powiedział: Ale przecież to jest egzorcyzm przeciw wszystkim złym duchom, dostępny także dla świeckich. Widząc zaskoczenie na twarzach dodał: Żebyście nie mieli wątpliwości, to ja w tej chwili nadaję różańcowi moc egzorcyzmu! (…) Papież ustanowił modlitwę różańcową egzorcyzmem, a Maryja potwierdziła to podczas objawień, ukazując tę modlitwę jako skuteczną broń przeciw wszelkiemu złu” (ks .Bogumił Nowosiadły „Nadzieja i życie” nr 58/2011).

    Różaniec „jest modlitwą, w której rozważa się tajemnice: wcielenia Syna Bożego, ogłaszania dobrej nowiny, męki, śmierci i Zmartwychwstania oraz życia ludu Bożego, do którego został posłany Duch Święty. Sam fakt kontemplacji Chrystusa, tajemnicy zbawienia, jednoczenia się z Chrystusem w poszczególnych misteriach Jego życia i przede wszystkim wyznawania wiary, iż On zmartwychwstał, jest czymś, co odpycha szatana. Warto przy tym pamiętać, że szatana dyskredytuje nie nasza siła, lecz zwycięstwo Jezusa Chrystusa” – pisze wspomniany ojciec Maciaczyk i dodaje modlitwa różańcowa jest egzorcyzmem również dzięki ważnej roli Maryi.

    Warto przywołać też słowa egzorcysty, które padły w Niepokalanowie w 2017 roku:

    „Moglibyśmy bez przerwy mówić, czym jest Różaniec. Jaka jest jego siła. Ja o tym bardzo dużo wiem, bo jestem egzorcystą. Ile diabeł porozrywał różańców. Jak on się boi Różańca. Pamiętajmy: Różaniec jest prywatnym egzorcyzmem człowieka. Nigdy nie wychodźmy z domu, żebyśmy w kieszonce, czy na palcu nie mieli Różańca (…)” /śp. ks. Jan Pęzioł, egzorcysta archidiecezji lubelskiej w Niepokalanowie, Wielkie Zawierzenie Niepokalanemu Sercu Maryi, 2017 r./

    radio Niepokalanów/30 września 2024 MaryjaModlitwaRóżaniec

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec – modlitwa na czasy trudne

    Historia Różańca pokazuje, jak tej modlitwy używano, gdy Kościół przeżywał trudne chwile z powodu szerzenia się herezji. „Dziś stoimy wobec nowych wyzwań. Czemuż nie wziąć znowu do ręki koronki z wiarą tych, którzy byli przed nami?”.

    Bernardo Cavallino, „Wizja świętego Dominika”, ok. 1640 r.

    zasoby internetu/Gość Niedzielny

    ***

    Było to w święto św. Jana Ewangelisty. Święty Dominik modlił się w katedrze Notre Dame w Paryżu. Kilka chwil później miał wyjść przed znakomite audytorium, by wygłosić kazanie między innymi do profesorów paryskiego uniwersytetu. Krótkie spotkanie z Matką Bożą zmieniło jego misternie przygotowaną przemowę. Kunsztowna retoryka, precyzyjnie cyzelowane argumenty teologiczne poszły na bok: „Nadchodzi pora kazania, miałem przed sobą cały paryski Uniwersytet i wielu wielmożów. Oni słyszeli i widzieli wielkie znaki, jakich Pan dokonywał przeze mnie. Wchodzę na ambonę. Było to w dniu świętego Jana; ale odnośnie do tego Apostoła poprzestaję jedynie na stwierdzeniu, że zasłużył na wybranie go za opiekuna Królowej Nieba. Następnie tak mówiłem do swoich słuchaczy: »Panowie i dostojni Pedagodzy, jesteście przyzwyczajeni słuchać kazań kunsztownych i uczonych. Jeżeli chodzi o mnie, nie chcę kierować do was uczonych słów mądrości ludzkiej, ale ukazać wam Bożego Ducha i Jego cnoty«”. Cytat ze świętego Dominika pochodzi z najbardziej chyba zasłużonego w temacie Różańca dominikanina, bł. Alana de la Roche. Jego książka zatytułowana jest „De dignitate psalterii” („O godności psałterza”) – i nie, nie jest to błąd. Tak właśnie nazywano początkowo różańcową modlitwę. I chociaż cytowanego założyciela dominikanów przywykliśmy traktować jako inicjatora różańcowej pobożności, z legend warto wyłuskać potwierdzone fakty, by poznać prawdziwą historię Różańca.

    Poszukiwanie drogi

    Jakie jest podstawowe pragnienie człowieka, który uwierzył w Boga? Bez wątpienia: nieustanne przebywanie z Nim. To dość oczywiste, o ile faktycznie mówimy o uwierzeniu w Boga z całym emocjonalnym ładunkiem tego aktu, przeorganizowaniem życia i swojego myślenia o życiu. Stąd cierpienie mistyków, którzy tęskniąc do jak najpełniejszego zjednoczenia z Bogiem, wylewali łzy tęsknoty za niebem. „Ja tym umieram, że umrzeć nie mogę” – wyznała święta Teresa Wielka. Podkreślę jedynie, że niekoniecznie uważam tę postawę za najwłaściwszy sposób realizacji swojego chrześcijańskiego powołania, mowa jest jedynie o naturalnych odruchach, emocjach, które towarzyszą człowiekowi odkrywającemu Boga. To „nieustanne przebywanie” w naturalny sposób wyewoluowało w pragnienie odkrycia sposobu na nieustanne modlenie się. „Nieustannie się módlcie” – zachęcał święty Paweł Tesaloniczan (1 Tes 5,17) i od starożytności w rozmaity sposób wierzący usiłują na tę zachętę odpowiadać. Wielu robi to przez odejście na pustynię, gdzie zrodziła się tak zwana Modlitwa Jezusowa, polegająca na wielokrotnym powtarzaniu tych samych słów (między innymi wezwania: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną grzesznym”), wspieranym często przez różnego rodzaju modlitewne sznury (znane również w innych religiach). Powtarzanie było metodą na zapamiętanie, ale i na przeniknięcie powtarzanej treści z ust do serca. Żyjący w IV wieku pustelnik Paweł z Teb chciał odmawiać każdego dnia 300 razy Modlitwę Pańską. Używał do tego miski z kamieniami – po każdym „Ojcze nasz” wyciągał z niej jeden kamyk. No cóż, ktoś, komu ta metoda nie kojarzy się z duchowością, skomentuje pogardliwym: „klepanie modlitw”. I może tak być, podobnie jak z odmawianiem Różańca. Co nie znaczy, że tak być musi.

    Po zmianach dokonanych przez Jana Pawła II (list „Rosarium Virginis Mariae” wprowadzający tajemnice światła do dotychczasowych trzech części Różańca) to skojarzenie nie jest już aż tak jasne, ale liczba 150 była bardzo istotnym motywem ukonstytuowania się modlitwy różańcowej taką, jaką znamy dziś. Chodzi oczywiście o liczbę psalmów Dawidowych w Piśmie Świętym. Ci z mnichów, którzy nie potrafili czytać, mogli w ramach wielokrotnej modlitwy w chórze w ciągu dnia odmawiać zamiast nich „Ojcze nasz”. W VIII wieku w Irlandii spowiednicy zadawali jako pokutę odmawianie takich pięćdziesiątek swoim penitentom, którzy albo byli analfabetami, albo nie znali języka łacińskiego. Taki „psałterz” wraz z rozwojem pobożności maryjnej zmienił się w XII wieku w „psałterz maryjny” – „Psalterium Beatae Virginis” (przed psalmami dodawano antyfony maryjne rozpoczynające się od łacińskiego pozdrowienia „Ave”), który w XIII wieku wyewoluował w nową formę, polegającą na powtarzaniu 150 razy „Zdrowaś, Maryjo”.

    Tajemnice i obrazy

    Popularność „psałterza maryjnego” niosła ze sobą, co oczywiste, niebezpieczeństwo – nazwijmy to współczesnym językiem – bezmyślnego klepania zdrowasiek. Zdecydowano się zatem na wprowadzenie krótkich dopowiedzeń odnoszących się do wydarzeń z życia Jezusa. „Nazywane klauzulami, były dodawane do każdego »Zdrowaś, Maryjo«” – napisał w artykule „Nowe spojrzenie na początki modlitwy różańcowej” ojciec Bogusław Kochaniewicz, dominikanin, dodając: „Po wypowiedzeniu imienia Jezus dodawano na przykład taką formułę: »którego starzec Symeon wzią­wszy w objęcia pobłogosławił, a Anna wdowa poznała.« Wprowadzenie do psałterza klauzul pomagało nie tylko w pobożnym recytowaniu psałterza, lecz również umożliwiało rozważanie tajemnic naszego zbawienia”.

    W tym miejscu konieczna jest pauza. „Tajemnice naszego zbawienia” są bowiem kluczem do zrozumienia, dlaczego Różaniec stał się modlitwą bardzo popularną wśród wiernych i polecaną przez papieży oraz z jakiej przyczyny tak często Matka Boża w swoich objawieniach prosi, nalega albo wręcz błaga, by go odmawiać. Chodzi o wartość najwyższą – zbawienie dusz.

    Po tym dopowiedzeniu na scenę ponownie zapraszamy świętego Dominika. Na obrazie Pedra Berruguete spogląda on w ogień. Płoną w nim heretyckie księgi albigensów. Niewielki stos rozdzielający heretyków od prawowiernych jest typową formą średniowiecznego „sądu Bożego”: katolickie księgi są odporne na płomienie, które pożerają nieprawowite tezy. Warto je przypomnieć. Chodzi o istnienie w świecie dwóch pierwiastków, dwóch królestw – królestwa dobra i królestwa zła, w opinii większości uznawanych przez katarów za równorzędne, z których każdy ma swojego boga. Prawdziwy Bóg stworzył jedynie to, co duchowe, wszystko zaś, co materialne, cielesne, pochodzi od diabła, „księcia tego świata”. Nie pierwsza to tego typu herezja, ale po raz pierwszy prowadząca aż tak wielu nie tylko do trwania w błędzie, ale i do praktycznego zaprzeczenia podstawowej wartości ludzkiego życia (a co za tym idzie, właściwej interpretacji całej historii zbawienia). Do tej sceny warto już dodać Różaniec.

    Teologia i obraz, czyli wizja Dominika

    Na jednym ze znanych obrazów Dominik całuje go z pobożną czcią. Podaje mu go Najświętsza Maryja Panna. Święta Katarzyna ze Sieny z drugiego planu w ekstazie spogląda w twarz Madonny, podobnie jak Dzieciątko Jezus, które zsuwa się z kolan Matki, chwytając małą dłonią różańcowy sznur. Trudno stwierdzić, ileż to razy i na jakie sposoby malowano tę scenę. „Wizja świętego Dominika” z ok. 1640 roku pędzla Bernarda Cavallino ma w sobie szczególny rys bliskości całej czwórki. Katarzyna zdaje się trochę „poza”, ale także Madonna i Jezus, i Dominik, namalowani w jednej linii, zdają się tworzyć całość. I choć różaniec mógłby być głównym bohaterem tej sceny, nie jest nim na pewno. To raczej mały Jezus o obfitych kształtach, wyraźnie cielesny, nonszalancko wręcz oparty o kolana Maryi, wpatrzony w Nią, jakby pytający wzrokiem, co właściwie Mama podaje temu dziwnemu człowiekowi z tonsurą na głowie. Ta kwintesencja człowieczeństwa Jezusa wpisuje się w narrację objawień, wyraźnie ukierunkowanych na bezwzględny priorytet prawdy o dwóch naturach w Chrystusie: boskiej i ludzkiej, o autentycznym wcieleniu, czyli o tym, co albigensi negowali. Tu dochodzimy do właściwej roli świętego założyciela dominikanów w krzewieniu modlitwy różańcowej. Według tradycji, w 1214 roku Matka Boża objawiła mu, że nabożeństwo Różańca św. jest najskuteczniejszym środkiem wybawienia Europy od błędnych nauk. „Widząc, że ciężar grzechów uniemożliwia albigensom nawrócenie, odszedł w lasy w pobliżu Tuluzy, gdzie modlił się bez przerwy przez trzy dni i noce” – napisał o tym wydarzeniu św. Ludwik de Montfort. I dodał: „Wówczas ukazała mu się Najświętsza Maryja Panna i powiedziała: »Drogi Dominiku, czy wiesz, jakiej broni chce użyć Błogosławiona Trójca, aby zmienić ten świat? (…). Chcę, abyś wiedział, że w tego rodzaju walce taranem pozostaje zawsze Psałterz anielski, który jest kamieniem węgielnym Nowego Testamentu. Jeśli więc chcesz zdobyć te zatwardziałe dusze i pozyskać je dla Boga, głoś mój Psałterz«”. Tak też święty Dominik zrobił. Udał się do katedry w Tuluzie i – jak kontynuuje św. Ludwik – „tak gorąco i przekonująco wyjaśniał znaczenie i wartość świętego Różańca, że niemal wszyscy mieszkańcy Tuluzy go przyjęli i odrzucili fałszywe wierzenia”. Ponoć w samej tylko Lombardii nawrócił około stu tysięcy albigensów.

    Ku nawróceniu świata

    – Ja tam nie zamierzam odmawiać Koronki do Miłosierdzia Bożego – stanowczo oznajmił mi przed laty pewien starszy pan. Zapytany dlaczego, odpowiedział, że koronka to jakieś nowe, ludzkie wymysły, a on chce „prawdziwej”, Bożej modlitwy, najlepiej takiej, która jest w Kościele znana od zawsze i nie ulegała zmianom. Przez wszystkie wieki wieków. Więc on odmówi Różaniec. Nie oponując, usiłowałem jednak delikatnie tłumaczyć, że zupełnie niedawno papież Jan Paweł II wprowadził pewne zmiany również w Różańcu, a poza tym on również jest wielkim czcicielem Miłosierdzia Bożego. Nie poskutkowało. Rozstaliśmy się w nerwach, a ja nigdy do końca nie zrozumiałem intencji mojego rozmówcy. Może chodziło o przywiązanie do tradycji? No cóż – po ogłoszeniu listu apostolskiego „Rosarium Virginis Mariae” należało jednak uznać, że nawet najdłużej istniejące w Kościele praktyki modlitewne mogą ewoluować. Dodanie tajemnic światła jako czwartej części było w istocie dopełnieniem tego, co rozpoczęło się przed wiekami. Ale najważniejsze jest jednak to, o czym papież w swoim liście napisał: „Matka Boża Różańcowa również w ten sposób prowadzi dalej swe dzieło głoszenia Chrystusa. Historia Różańca pokazuje, jak tej modlitwy używali zwłaszcza dominikanie, gdy Kościół przeżywał trudne chwile z powodu szerzenia się herezji. Dziś stoimy wobec nowych wyzwań. Czemuż nie wziąć znowu do ręki koronki z wiarą tych, którzy byli przed nami?”.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bp Strickland: modlitwa różańcowa to potężne nabożeństwo. Może być „sposobem życia”

    Amerykański biskup Joseph Strickland zachęcał do odmawiania modlitwy różańcowej. Podkreślił, że jest ona potężnym nabożeństwem, które prowadzi nas przez życie Jezusa Chrystusa. Dodał, że różaniec uczy każdego z nas pokory i może być „sposobem życia”.

    Biskup Joseph Strickland, do niedawna ordynariusz diecezji Tyler w Teksasie wygłosił w tym tygodniu przemówienie na trzecim dorocznym wiecu różańcowym Akademii św. Jana Bosko w Cumming w stanie Georgia. Biskup Strickland podkreślił jak ważną modlitwą jest różaniec i zaapelował o codzienne jej odmawianie. Hierarcha wskazywał, że różaniec może być „sposobem życia” dla wszystkich chrześcijan i jest potrzebny w naszych mrocznych czasach.

    Amerykański biskup podkreślał, że wszystkie katolickie modlitwy przypominają nam o odkupieńczym akcie Jezusa Chrystusa, ale najlepiej czyni to właśnie modlitwa różańcowa, co czyni go potężnym nabożeństwem.

    „Nauczyłem się, aby różaniec nie był tylko modlitwą, którą odmawiam każdego dnia, ale sposobem życia. To sposób podróżowania z Chrystusem” — powiedział biskup. Następnie przypomniał uczestnikom wiecu różańcowego, że my, jako ochrzczeni chrześcijanie, jesteśmy powołani do życia w łasce, nawet jeśli nie jesteśmy biskupami ani nawet księżmi. Jednym ze sposobów na życie w łasce jest modlitwa różańcem świętym.

    Podkreślając, że różaniec jest podróżą przez życie Chrystusa, hierarcha rozważał pierwszą tajemnicę różańca, Zwiastowanie, która pokazuje początek życia Naszego Pana. „Kiedy anioł Gabriel przychodzi, aby oznajmić Najświętszej Maryi Pannie, że została wybrana przez Boga, aby nosić Jezusa, Syna Bożego w swoim łonie, Maryja mówi „Tak”. Biskup Strickland zauważył, że to tutaj zaczyna się historia Jezusa i w tym samym miejscu zaczyna się nasza podróż w modlitwie różańcowej.

    Biskup Joseph Strickland podkreślił następnie, że filarami wiary katolickiej są Eucharystia i różaniec, nawiązując do wizji św. Jana Bosko, w której Kościół jest okrętem w straszliwej burzy. Jest on zakotwiczony do filaru Maryi i naszego Eucharystycznego Pana. „Potrzebujemy tych filarów w tym czasie wyzwań i głupoty, gdy zbyt wielu mówi: „Nie potrzebujemy Boga; możemy naprawić ten świat sami”. Świetnie sobie z tym radzimy, prawda?’” – wskazał hierarcha z USA.

    Były ordynariusz diecezji Tyler podkreślił następnie, jak modlitwa różańcowa uczy nas pokory i doceniania każdego życia. Zwrócił tu uwagę na problem aborcji dzieci nienarodzonych, który dotyka cały świat.  

    „Podobnie jak wszyscy z nas, Syn Boży uniżył się, aby zostać poczętym w łonie swojej matki, Maryi. Nie ma bardziej kruchego życia niż nowo poczęte ludzkie dziecko”. Zauważając ponownie, że Syn Boży uniżył się, aby zostać poczętym w łonie Najświętszej Maryi Panny i umarł w pokorze, poświęcając się na krzyżu, biskup powiedział, że różaniec przypomina nam, że nasze życie jest święte. „Więc wejście w Jego życie, w różańcu, możle pomóc nam nauczyć się, że nasze życie jest święte. I życie każdego dziecka poczętego w łonie jest święte, życie każdej kobiety noszącej to dziecko jest święte, życie każdego mężczyzny zaangażowanego w tę ciążę jest święte, różaniec uczy nas tego, jeśli tylko będziemy słuchać” – powiedział biskup Joseph Strickland.

    źródło: LifeSiteNews.com/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    III Archidiecezjalna Pielgrzymka Chorych, Niepełnosprawnych i Ich Rodzin z Katowic  do Lourdes. Wieczorna procesja.

    III Archidiecezjalna Pielgrzymka Chorych, Niepełnosprawnych i Ich Rodzin z Katowic do Lourdes. Wieczorna procesja.
    fot. Krzysztof Błażyca/Gość Niedzielny

    ***

    Modlitwy jak z procy.

    Różaniec to modlitwa wyjątkowa

    Nikt nie odmawia Różańca samotnie. Obok zawsze stoi Maryja.

    Grota massabielska koło Lourdes, 11 lutego 1858 roku. 14-letnia Bernadeta Soubirous widzi „piękną Panią”. Z prawego ramienia „zjawy” zwisa różaniec. Dziewczyna boi się, ale nie jest to taki lęk, który skłania do ucieczki. Przeciwnie, chciałaby tu „zostać na zawsze”. Przychodzi jej na myśl, żeby się pomodlić. Sięga po różaniec, który ma zawsze przy sobie.

    „Uklękłam i chciałam się przeżegnać, ale nie mogłam unieść do czoła opadającej ręki” – opowie później. Tymczasem Pani staje obok, teraz już trzymając różaniec w dłoni, i czyni znak krzyża. „Wtedy i ja spróbowałam, i udało się” – relacjonuje dziewczyna. Zaczyna odmawiać Różaniec, lęk ustępuje. Pani przesuwa w palcach paciorki różańca jednocześnie z Bernadetą, uśmiechając się, ale nie wypowiada słów modlitwy „Zdrowaś, Maryjo” ani „Ojcze nasz”. Mówi natomiast razem z nią „Chwała Ojcu”, pochylając się z najgłębszym szacunkiem.

    Całe widzenie trwało tyle, ile potrzeba na odmówienie Różańca bez pośpiechu – bo też w istocie było to tylko odmówienie Różańca.

    Bezwładna ręka

    Będą kolejne spotkania, ale już to pierwsze pokazało, że Różaniec to modlitwa wyjątkowa. Szczegóły, które Bernadeta, wówczas jeszcze analfabetka, opowie o jej przebiegu w obecności widzianej na własne oczy Maryi, zadziwią teologów. Rzeczywiście to logiczne, że Maryja nie odmawiała „Ojcze nasz”, bo jest to modlitwa grzesznych śmiertelników, potrzebujących „chleba powszedniego”, wzywających Bożego przebaczenia i podlegających pokusom. Nie odmawiała też modlitwy „Zdrowaś, Maryjo”, bo nie pozdrawiałaby przecież sama siebie.

    Przebieg pierwszego objawienia Maryi w Lourdes zawiera wiele ważnych komunikatów. Choćby taki, że gdy odmawiamy Różaniec, Maryja staje obok nas i towarzyszy nam. Gdy przesuwamy paciorki, Ona robi to także. Gdy oddajemy chwałę Trójcy Świętej, Ona oddaje ją również, powtarzając z nami te same słowa: „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu”.

    A dlaczego na początku ręka Bernadety była bezwładna i zdołała uczynić znak krzyża dopiero, gdy zrobiła to Maryja?

    – Bardzo mnie to ucieszyło, gdy o tym kiedyś przeczytałem – mówi Andrzej, który od lat codziennie odmawia Różaniec. Dlaczego? – Bo uświadomiłem sobie wtedy, że już samo wykonanie znaku krzyża jest łaską. A skoro to mogę zrobić, to znaczy, że mam tę łaskę. I teraz najważniejsze: gdy z różańcem w dłoni zaczynam od przeżegnania się, wiem, że Maryja właśnie to zrobiła i będzie mi towarzyszyć. Gdyby było inaczej, nawet bym się nie zdołał przeżegnać – cieszy się. – Gdy człowiek o tym myśli, z większą uważnością i szacunkiem się modli – dodaje.

    Drugie spotkanie Bernadety z Maryją, 14 lutego, też było w gruncie rzeczy wspólnym odmówieniem jednej części Różańca – pięciu dziesiątek. Później Maryja przedstawiła główny cel modlitwy: o nawrócenie grzeszników. Trzykrotne wezwanie: „pokuty!” wytyczyło drogę do nawrócenia.

    Codziennie!

    Gdy pół wieku później milionowe armie w Wielkiej Wojnie rzuciły się sobie do gardeł, Maryja przyszła z tym samym wezwaniem do pokuty – i znów prosiła o odmawianie Różańca. „Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby wyprosić pokój dla świata” – usłyszały w pierwszym objawieniu 13 maja 1917 roku dzieci z Fatimy. Dwa miesiące później Maryja ponownie poprosiła o codzienne odmawianie Różańca w intencji pokoju. Wtedy dzieci poznały modlitwę, zwaną dziś fatimską. Miały mówić po każdej tajemnicy: „O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia”. Modlitwa ta stała się elementem modlitwy różańcowej. W sierpniu 1917 roku dzieci usłyszały: „Chcę, abyście nadal odmawiały Różaniec. Módlcie się, módlcie się wiele, czyńcie ofiary za grzeszników, bo wiele dusz idzie na wieczne potępienie, gdyż nie mają nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił”. We wrześniu znów padło wezwanie do modlitwy różańcowej, a podczas ostatniego objawienia, 13 października 1917 roku, Maryja powiedziała o sobie: „Jestem Matką Bożą Różańcową”. W trakcie tego spotkania powiedziała także: „Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniła życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają Różaniec i pokutują za grzechy”. Potwierdzeniem autentyczności tego orędzia był zapowiedziany „cud słońca”.

    Maryja, wzywając do codziennego odmawiania Różańca, zrobiła to także w języku polskim. „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali Różaniec” – powiedziała do dwóch dziewczynek podczas jednego z pierwszych objawień w Gietrzwałdzie w 1877 roku. Matka Boża pojawiała się tam przez niespełna trzy miesiące, gdy ludzie modlili się na różańcu. Także Jej ostatnie słowa, wypowiedziane na zakończenie objawień, brzmiały: „Odmawiajcie gorliwie Różaniec”. Od tego Maryja uzależniała wysłuchanie wielu próśb, które przekazywały Jej dzieci.

    Niebiańskie pochodzenie

    Różaniec pojawia się w wielu objawieniach Maryjnych. Czym więc jest ta modlitwa, skoro Matka Zbawiciela tak często do niej nawołuje? Pius XII w encyklice Ingruentium malorum porównał Różaniec do procy, z którą Kościół jak Dawid „będzie mógł wyjść naprzeciw swojego odwiecznego wroga”. W tej samej encyklice papież pisał: „Chociaż istnieje wiele rodzajów modlitwy, aby otrzymać tę pomoc, uważamy Różaniec za najbardziej właściwą i najbardziej owocną, na co wyraźnie wskazuje jej pochodzenie – bardziej niebiańskie niż ludzkie”.

    Niebiańskie pochodzenie Różańca? Sceptyk powiedziałby, że to modlitwa monotonna i nudna, automatyczna i infantylna, niegodna dorosłego człowieka. Albo że to przeżytek z czasów, gdy dostęp do Biblii był ograniczony choćby przez analfabetyzm.

    Kto odkrył Różaniec, wie, że jest inaczej. Albino Luciani, późniejszy Jan Paweł I, powiedział kiedyś, że „nie jest sprawą naczelną kryzys Różańca, lecz kryzys modlitwy w ogóle”. Ludzie, zajęci sprawami materialnymi, niewiele dziś myślą o duszy i żyją w hałasie, nie znajdując paru minut na życie wewnętrzne. Przyszły papież zakwestionował też postawę „dorosłego chrześcijanina” na modlitwie. „Osobiście, gdy rozmawiam sam z Bogiem lub z Maryją, wolę się czuć dzieckiem aniżeli dorosłym; znika infuła, piuska i pierścień. Na wakacje wysyłam dorosłego biskupa, z jego dostojną powagą i autorytetem należnym temu stanowisku! I oddaję się tej spontanicznej czułości, jaką ma dziecko dla mamy i taty” – wyznał.

    Odnosząc się do zarzutu, że Różaniec jest powtarzaniem wciąż tych samych słów, przywołał słowa Karola de Foucauld: „Miłość wyraża się kilkoma tylko słowami, zawsze tymi samymi, wciąż powtarzanymi”.

    Luciani podkreślił ważność czytania Biblii, lecz „nawet ci, którzy ją czytają, powinni potem, w niektórych sytuacjach – w podróży, na ulicy czy gdy zajdzie szczególna potrzeba – rozmawiać z Matką Bożą – jeśli się wierzy, że jest nam Ona Matką i Siostrą” – stwierdził, zaznaczając, że „w gruncie rzeczy tajemnice Różańca, gdy się je rozważy, przemyśli (…), są niczym innym jak właśnie Biblią, samą esencją Biblii”.

    Oponenci mówią, że Różaniec to modlitwa zubożona. „A co w takim razie ma być modlitwą bogatą?” – pyta przyszły Jan Paweł I, żeby następnie stwierdzić: „Różaniec to procesja »Ojcze nasz« – modlitwy, której nauczył nas Jezus; »Zdrowaś« – pozdrowienia, jakie Bóg skierował do Przenajświętszej Panny za pośrednictwem anioła; »Chwała« – pochwały Trójcy Przenajświętszej”. W jego przekonaniu „Różaniec wyraża wiarę bez fałszywych komplikacji, wykrętów, nadmiaru słów; pomaga poddać się woli Bożej i nauczyć się, jak przyjmować cierpienie”. Zwraca też uwagę na znaczenie Różańca odmawianego w rodzinie. „Odmawiany wieczorem przez rodziców wraz z dziećmi jest formą liturgii rodzinnej” – zauważa.

    Koresponduje to z wezwaniem Maryi w Fatimie. Odpowiadając na prośbę Łucji o łaskę dla pewnej rodziny, Matka Boska powiedziała: „Niech codziennie, przez rok, odmawiają Różaniec w rodzinie”. Gdy rodzina przez rok odmawia Różaniec, zapewne zechce go odmawiać aż do śmierci. I najpewniej będzie to śmierć szczęśliwa.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O. Jacek Salij OP: Różaniec bronił nas przed niejedną armią i ideologią

    fot. Screenshot – YouTube (Dominikanie.pl)

    ***

    o. Jacek Salij OP:

    Różaniec bronił nas przed niejedną armią i ideologią

    Bez niego nasza historia wyglądałyby całkiem inaczej. Bronił nas przed niejedną armią i ideologią.

    Pierwszym wielkim papieżem różańcowym był św. Pius V. W wydanej 17 września 1569 roku konstytucji apostolskiej Consueverunt Romani Pontificeszaleca on różaniec jako szczególnie skuteczną modlitwę błagalną w czasie zagrożeń i utrapień.

    Luter i Turcy

    Papież niewątpliwie miał na myśli ówczesne rozdarcie chrześcijaństwa po wystąpieniu Marcina Lutra oraz narastające wtedy zagrożenie ze strony Turków, którzy nie ukrywali, że następnym ich celem po zdobyciu Konstantynopola jest zdobycie Rzymu.

    „Biskupi rzymscy oraz inni święci ojcowie, nasi poprzednicy ilekroć trapiły ich wojny cielesne bądź duchowe, albo kiedy zagrażały im inne niebezpieczeństwa, mieli zwyczaj z tym większym pokojem i żarliwością służyć i oddawać się Bogu, aby tym łatwiej uniknąć zagrożeń i uzyskać bezpieczeństwo. Błagali o Bożą pomoc, swoimi prośbami i litaniami wzywali wstawiennictwa Świętych, i wraz z Dawidem wznosili oczy ku górom, mając niezachwianą nadzieję, że stamtąd przyjdzie im pomoc” – pisał Pius V.

    Papież wspomniał ponadto, że powtarzając „stosownie do liczby Psalmów Dawida sto pięćdziesiąt Pozdrowień Anielskich, z Modlitwą Pańską przy każdej dziesiątce, medytuje się, czci i rozmyśla o całym życiu Pana naszego Jezusa Chrystusa”.

    Przesadą byłoby jednak twierdzić, a twierdzenie takie można spotkać w niektórych książkach poświęconych historii różańca, jakoby dopiero w konstytucji apostolskiej Consueverunt Romani Pontifices ustalona została ostateczna forma tej modlitwy. Wydaje się, że duszpasterskie znaczenie tej konstytucji polega przede wszystkim na podkreśleniu wielkiej skuteczności różańca.

    Zwycięstwo pod Lepanto

    Rzecz jasna, kiedy wkrótce potem niebezpieczeństwo tureckie zaczęło coraz bardziej narastać, różaniec stał się szczególnie ważną modlitwą o ocalenie, przełomowe zaś – dwa lata później, 7 października 1571 – zwycięstwo nad znacznie liczniejszą flotą turecką pod Lepanto zaczęło być przypisywane potędze modlitwy różańcowej. Żywe odtąd, również dzisiaj, przeświadczenie, że różaniec jest modlitwą szczególnie skuteczną, stało się nieustannym źródłem jego popularności w Kościele.

    Odnotujmy jeszcze, że szczególnym owocem zwycięstwa pod Lepanto, który wiele przyczyniał się do popularności modlitwy różańcowej, było ustanowione przez następcę Piusa V, Grzegorza XIII, dekretem z 1 kwietnia 1573 święto Matki Bożej Różańcowej. Papież nakazał obchodzić je – wyraźnie zaznaczając, że jest to podziękowanie Bogu za ocalenie od niebezpieczeństwa tureckiego – w każdą pierwszą niedzielę października.

    W każdym katolickim kościele głoszone było dzięki temu świętu rok rocznie kazanie zachęcające do odmawiania różańca, w wielu zaś kościołach ważną formą popularyzacji tej modlitwy były urządzane z okazji tego święta procesje różańcowe.

    8760 godzin

    W wiekach następnych, kilka inicjatyw oddolnych oraz dwie wielkie inicjatywy papieskie wciąż na nowo odświeżały i pogłębiały w Kościele pobożność różańcową. Najpierw wymieńmy założony za pontyfikatu Urbana VIII (1623-1644) przez dominikanów włoskich, Petroniusza Martini oraz Tymoteusza Ricci, tzw. „różaniec wieczny”.

    Jego idea polegała na tym, żeby Matka Najświętsza była czczona nieustanną modlitwą różańcową i w tym celu 8760 godzin, jakie składają się na jeden rok, rozdzielano między tyluż ludzi. Do inicjatywy, niegdyś ogromnie popularnej zwłaszcza we Włoszech i w Hiszpanii, przyłączył się sam papież Urban VIII, któremu przypadła ostatnia godzina przed północą każdego 22 maja.

    Ustalona przez inicjatorów „różańca wiecznego” zasada, że każda z 8760 godzin powinna być obsadzona przez innego modlącego się istotnie utrudniała rozwój tej inicjatywy, toteż – w połowie XIX wieku, za sprawą Augustyna Charbon – zrezygnowano z cyklu całorocznego na rzecz cyklu comiesięcznego.

    Żywy różaniec i róże

    Bez porównania większą popularność uzyskał założony w Lyonie przez Paulinę Marię Jaricot w roku 1826 i po dziś dzień popularny „żywy różaniec”, polegający na organizowaniu się w piętnastoosobowe grupy, zwane „różami”, zobowiązujące się do codziennego odmawiania jednej dziesiątki różańca, tak żeby wszyscy razem – ponieważ każdy z członków „róży” medytuje inną tajemnicę – odmówili cały różaniec.

    Rzecz jasna, po wprowadzeniu przez Jana Pawła II „tajemnic Światła” róże powinny być teraz dwudziestoosobowe.

    W wieku XIX Kościół miał drugiego po św. Piusie V papieża, który okazał się wielkim promotorem różańca. Był nim Leon XIII (1878-1903), autor wydanej 1 września 1883 roku encykliki Supremi apostolatus, w której zalecił całemu Kościołowi codzienne nabożeństwa różańcowe przez cały miesiąc październik.

    Papież ten wydał później jeszcze kilkanaście następnych encyklik różańcowych. Jeśli pamiętać o tym, że wówczas nie odprawiano Mszy świętych wieczorem, łatwo domyślić się, że ten sposób zachęcania do modlitwy różańcowej okazał się wyjątkowo skuteczny, tak że od czasów Leona XIII różaniec stał się w Kościele naprawdę modlitwą powszechnie znaną.

    Odnotujmy różańcową działalność rozpoczętą za pontyfikatu Leona XIII i pod jego wpływem wielkiego charyzmatyka świeckiego, bł. Bartolo Longo (1841-1926), budowniczego bazyliki w Nowej Pompei, który propagował ideę, że modlitwa różańcowa powinna owocować czynami życia chrześcijańskiego, a zwłaszcza miłosierdziem wobec ubogich.

    Odmawiajcie codziennie

    Do tego dodajmy różańcowy charakter najważniejszych objawień maryjnych. W roku 1858 Matka Najświętsza kilkanaście razy objawia się małej Bernadecie Soubiroux, zawsze z różańcem w ręku. Różańcowy charakter objawień w Fatimie w roku 1917 jest tak znany, że nie trzeba o tym przypominać.

    Również w Gietrzwałdzie w roku 1877 Matka Najświętsza przekazała wizjonerkom swoje życzenie, żeby ludzie codziennie odmawiali różaniec.

    Rzecz jasna, wszystkie te wydarzenia pomogły wielu ludziom odkryć znaczenie, piękno i moc modlitwy różańcowej.

    Sowieci się wycofali

    W wieku XX zwłaszcza dwie oddolne inicjatywy różańcowe zasługują na odnotowanie i pamięć. Najpierw, podjęta przez ojca Patryka Peytona na początku II wojny światowej Krucjata Różańca Rodzinnego, którego główna idea sprowadzała się do tego, że poszczególne rodziny zobowiązywały się odmawiać codziennie przynajmniej jedną dziesiątkę różańca.

    W Polsce, szczególnie zasłużonymi promotorami tej krucjaty byli, od roku 1958, dwaj dominikanie: Szymon Niezgoda i Reginald Wiśniowski. Obaj przeprowadzili setki różańcowych rekolekcji, w wyniku których setki tysięcy rodzin podjęły się codziennie odmawiać różaniec.

    Na szczególną pamięć zasługuje ponadto krucjata różańcowa o wolność ojczyzny, zainicjowana w roku 1948 przez dawnego niewierzącego, który po swoim nawróceniu został franciszkaninem, ojca Piotra Pawliczka. Około siedemset tysięcy ludzi zobowiązało się wtedy codziennie odmawiać różaniec.

    Po siedmiu latach modlitwy krucjata została uwieńczona spektakularnym zwycięstwem: 13 maja 1955, a więc dokładnie w rocznicę objawień fatimskich, władze ZSRR – bez żadnego politycznego powodu – podjęły decyzję wycofania swych wojsk z Austrii. W czasach komunizmu był to jedyny przypadek dobrowolnego wycofania się Sowietów z okupowanego przez nich kraju.

    o. Jacek Salij OP/info.dominikanie.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec Święty – potężna broń o sprawdzonej skuteczności

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    (fot. pixabay)

    ***

    Środek zbawienia, jeden z najbardziej potężnych i skutecznych, jakie oferuje nam Boża Opatrzność przeciwko szatanowi i jego naśladowcom, którzy pragną zguby dusz. Różaniec rozwiązuje niezliczone problemy, zapewnia wieczne zbawienie i przybliża Królestwo Niepokalanego Serca Maryi.

    Kiedy Łucja zapytała Przenajświętszą Dziewicę w dniu jej ukazania się, 13 października 1917 w Fatimie, czego pragnie, Ona odpowiedziała: „Chcę ci powiedzieć, aby zbudowano tu kaplicę na moją cześć. Jestem Matką Boską Różańcową. Odmawiajcie w dalszym ciągu codziennie Różaniec.”

    W wielu objawieniach Matka Boża zalecała nabożeństwo do Różańca, ale szczególnie w Fatimie podkreślała znaczenie tej praktyki modlitewnej jako środka potrzebnego do nawrócenia świata. Przedstawiła się też jako Pani Różańca.

    Czy może być większe nabożeństwo?

    Na pytanie to odpowiada nam sam św. Ludwik Maria Grignion de Montfort (1673 – 1716), wielki apostoł Przenajświętszej Maryi, który pisze: „Najświętsza Dziewica objawiła bł. Alanowi, że po Najświętszej Ofierze Mszy Świętej, która jest pierwszą i najbardziej żywą pamiątką Naszego Pana, nie ma praktyki wspanialszej i wyjednującej większe łaski od Różańca Świętego, który jest jakby drugą kommemoracją i przedstawieniem Życia i Męki Chrystusa.”

    Istnieją liczne dokumenty papieskie wychwalające doskonałość Różańca Świętego. W nich to Papieże niestrudzenie polecają to nabożeństwo.

    Nabożeństwo Różańca Świętego – cudowne dzieje

    Według tradycji Matka Boża objawiła nabożeństwo Różańca Świętego św. Dominikowi Guzmanowi w roku 1214 jako środek wybawienia Europy od herezji. Chodziło o albigensów, którzy rozprzestrzeniając się niczym śmiertelna epidemia zarażali swymi błędami inne kraje – od północnych Włoch do okolic Albi w południowej Francji. Stąd pochodzi nazwa nadana tym heretykom, znanym także jako katarzy (od greckiego słowa oznaczającego „czysty”). Tym mianem, pełnym pychy, określali oni samych siebie.

    Byli niczym wilki w owczych skórach. Przedostawali się do środowisk katolickich, aby skuteczniej oszukiwać i zyskiwać sympatię. Heretycy ci wyznawali między innymi panteizm, wolną miłość, chcieli zniesienia bogactwa, hierarchii społecznej i własności prywatnej. Podobieństwo ich do współczesnych komunistów jest aż nazbyt wyraźne.

    Różne regiony XIII-wiecznej Europy zostały skażone herezją albigensów, a wszelkie wysiłki katolików zmierzające do ich powstrzymania okazywały się daremne. Heretycy po zdobyciu wielu dusz, zburzeniu wielu ołtarzy i przelaniu ogromnej ilości katolickiej krwi wydawali się ostatecznie zwyciężać.

    Św. Dominik (założyciel Zakonu Dominikanów) odważnie zaangażował się w walkę przeciwko sekcie albigensów, ale nie udało mu się powstrzymać naporu heretyków, którzy nadal deprawowali wiernych katolików. Ci, którzy próbowali się oprzeć, byli mordowani.

    Zrozpaczony św. Dominik błagał Najświętszą Dziewicę, aby wskazała mu jakąś skuteczną broń duchową, zdolną do zniszczenia straszliwych wrogów Kościoła Świętego.

    Najlepsza artyleria przeciwko szatanowi i jego naśladowcom

    Ściskając w ręku potężną broń, jaką w istocie był Różaniec, św. Dominik wrócił do walki głosząc niestrudzenie we Francji, Włoszech i Hiszpanii nabożeństwo, którego nauczyła go sama Matka Boża i wszędzie odzyskiwał dusze. Katolicy letni stawali się żarliwi, gorliwi uświęcali się, a zakony rozkwitały. Św. Dominik nawrócił rzesze heretyków, którzy wyrzekając się błędów powrócili do Kościoła katolickiego, grzesznicy zrywali z grzechami i odprawiali pokutę, wyrzucał demony z opętanych, czynił cuda i uzdrawiał. Tylko w samej Lombardii ów potężny krzyżowiec Różańca nawrócił ponad 100 000 albigensów. Wszystko to za pomocą najskuteczniejszej artylerii przeciwko szatanowi i jego sługom: Różańca Świętego.

    Broń zwyciężająca zło

    Tę tajemniczą broń Bóg umieszcza w dłoniach swych wiernych żołnierzy, walczących z szatanem i jego sługami krążącymi po świecie na zgubę dusz. Ta potężna broń jest dostępna dla wszystkich katolików (czcicieli Niepokalanej). Za jego pośrednictwem otrzymujemy ochronę przed zakusami diabła i gotowi jesteśmy stawić czoła wszelkim trudom życia.

    Zapewnia nas o tym sam św. Ludwik Maria Grignion de Montfort: „Choćbyście się znaleźli nad brzegiem przepaści, choćbyście mieli już jedną nogę w piekle, choćbyście się nawet zaprzedali diabłu jak jaki czarownik, choćbyś był heretykiem zatwardziałym i uporczywym jak szatan, wcześniej czy później nawrócicie się i zbawicie się, jeżeli – powtarzam wam, a zważcie dobrze słowa i treści mojej rady – będziecie pobożnie odmawiali Różaniec Święty każdego dnia aż do śmierci, w celu poznania prawdy i otrzymania skruchy i przebaczenia waszych grzechów”.

    Potrzeba stałego odmawiania Różańca Świętego

    W dzisiejszych dniach również jesteśmy zagrożeni ze wszystkich stron. My i nasi bliscy doświadczamy trudności duchowych i materialnych. Nasz kraj jest ciągle w niebezpieczeństwie, a kryzysy stale narastają. Wzrasta też poczucie zagrożenia. Święty Kościół katolicki jest atakowany przez szatana i przeciwników zewnętrznych oraz wewnętrznych chcących go zniekształcić, a wreszcie całkowicie zniszczyć.

    Czy nie potrzebujemy nowych cudów? Oczywiście, że tak i to jak najrychlej! W tym celu winniśmy gorąco się o nie modlić. Dlaczego nie mielibyśmy posłużyć się ową potężną „artylerią” Różańca Świętego, który od wieków ratuje chrześcijaństwo i katolików z najgorszych opałów? Różaniec jest modlitwą prostą, krótką i tyleż przyjemną, co skuteczną.

    Różaniec jest najpiękniejszą i najcenniejszą ze wszystkich modlitw do Pośredniczki wszelkich łask i modlitwą najbliższą sercu Matki Bożej. Módlcie się na nim codziennie”.

    Papież św. Pius X

    Korzyści i łaski, jakie możemy uzyskać odmawiając Różaniec Święty z rozważaniem tajemnic

    ˇ wznosi nas niepostrzeżenie ku doskonałemu poznaniu Jezusa Chrystusa
    ˇ oczyszcza nasze dusze z grzechów
    ˇ pozwala nam zwyciężać naszych nieprzyjaciół
    ˇ ułatwia nam praktykowanie cnót
    ˇ rozpala naszą miłość do Jezusa Chrystusa
    ˇ uzdalnia nas do spłacania naszych długów wobec Boga i wobec ludzi
    ˇ wreszcie, wyjednuje nam od Boga wszelkiego rodzaju łaski

    św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

    PCh24pl/artykuł ukazał się w 1. numerze „Przymierza z Maryją”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Karolina Grabowska/Pexels

    Najczęstsze błędy podczas odmawiania różańca. Nie popełniaj ich!

    Jak odmawiasz różaniec? Sprawdź, jakich błędów nie popełniać przy modlitwie różańcowej.

    Modlitwa różańcowa – jedna z najpopularniejszych, najbardziej skutecznych i najbardziej lubianych przez wierzących modlitw. To właśnie jej odmawianie poleciła sama Matka Boża.

    Okazuje się jednak, że jej odmawianie nie jest taką prostą sprawą, a podczas modlitwy może się wkraść kilka ważnych błędów, których nie warto popełniać. O czym mowa?

    Osobą, która przyczyniła się do upowszechnienia modlitwy różańcowej był francuski święty Ludwik Maria Griñon de Montfort. Był ogromnym miłośnikiem i czcicielem Matki Bożej, stąd jego zamiłowanie do modlitwy różańcowej. Stworzył nawet dzieło jej poświęcone pt. „Przedziwny sekret różańca świętego, aby się nawrócić i zbawić”. Zachęcał on, by każdego dnia rozważać poszczególne tajemnice odkupienia, zawarte właśnie w tajemnicach różańca.

    Modlitwa różańcowa. Jakich błędów nie popełniać?

    Aby dobrze odmówić różaniec, po wezwaniu Ducha Świętego stań przez chwilę w obecności Boga (…). Przed rozpoczęciem dziesiątki zatrzymaj się dłużej lub krócej, w zależności od czasu, jakim dysponujesz, aby rozważyć tajemnicę, którą sławisz w tej dziesiątce i proś zawsze w owej tajemnicy, przez wstawiennictwo Matki Bożej, o jedną z cnót, która najmocniej w niej promieniuje lub o tę, której najbardziej potrzebujesz – pisał święty.

    Ludwik Maria Griñon de Montfort zwrócił uwagę na dwa najczęstsze błędy, które popełniają odmawiający różaniec. Pierwszy to taki, że nie wzbudzają oni w swoim sercu żadnej intencji. Jest to ważny element modlitwy, ponieważ dodanie intencji nadaje odmawianiu różańca jeszcze większy sens. Drugi natomiast błąd to taki, aby nie modlić się zbyt szybko i bezrefleksyjnie. Różaniec wymaga ciszy i spokoju, aby był odmawiany w sposób godny i właściwy.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Gdy odmawiasz różaniec, zyskujesz odpust. Ale pod jednym warunkiem

    Gdy odmawiasz różaniec, zyskujesz odpust. Ale pod jednym warunkiem

    fot. Gianna B. / Unsplash

    ***

    Różaniec jest jedną z najbardziej lubianych przez Polaków modlitw. Czasem to zwykła dziesiątką w drodze do pracy czy na uczelnię, czasem cała część odmawiana w parafialnej wspólnocie, czasami – tak zwana pompejanka. Za każdym razem, gdy odmawiamy różaniec, jesteśmy obdarowywani łaską odpustu, ale pod jednym warunkiem: musimy mieć najpierw taką intencję. 

    Odpust za różaniec. Jak to działa?

    Odpust według nauki Kościoła to darowanie konsekwencji grzechów, które popełniliśmy. Część z nich dotknie nas w czyśćcu, ale części doświadczamy – czasem bardzo boleśnie – już teraz, gdy skutki naszych grzechów psują nam życie, niszczą relacje, kradną radość i nie pozwalają się pozbierać.

    Właśnie od konsekwencji grzechów uwalniają nas wyznaczone przez Kościół czynności, które mają budować naszą relację z Bogiem, pogłębiać życie duchowe, wspierać naszą pobożność i nas nawracać. Część z odpustów związana jest z konkretnymi świętami czy miejscami, inne z modlitwami i aktami pobożności. I właśnie do tych drugich należy różaniec.

    W wykazie odpustów zupełnych i cząstkowych, podanych przez Penitencjarię Apostolską 29 czerwca 1969 roku, znajdujemy kilka związanych z różańcem. 

    Za publiczne odmówienie różańca zyskasz odpust zupełny

    Za odmówienie różańca w kościele, kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, w pobożnym stowarzyszeniu (wystarczy odmówić tylko jedną część różańca) zyskujemy odpust zupełny; natomiast za odmówienie poza tymi miejscami lub wspólnotami – odpust cząstkowy – podaje wykaz Penitencjarii. Co więcej, gdy nie odmawiamy całej części różańca, już za samo pobożne przeżegnanie się i wypowiedzenie słów: W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen zyskujemy odpust cząstkowy, podobnie jak za odmówienie wyznania wiary. 

    Co mówi o odpustach kościelne prawo?

    Choć może się to wydać zaskakujące, kwestię uzyskiwania odpustów reguluje m.in. kodeks prawa kanonicznego. To w nim znajdujemy definicję odpustu, która brzmi następująco: “Odpust jest to darowanie wobec Boga kary doczesnej za grzechy odpuszczone już co do winy. Otrzymuje je wierny, odpowiednio przygotowany i po wypełnieniu pewnych określonych warunków, przez działanie Kościoła, który jako sługa odkupienia autorytatywnie rozporządza i dysponuje skarbcem zadośćuczynień Chrystusa i świętych.” (Kan. 992). W kolejnych kanonach (993-997) czytamy, że odpust jest cząstkowy albo zupełny, zależnie od tego, czy uwalnia od kary doczesnej należnej za grzechy w części lub całości, a każdy wierny może zyskiwać odpusty czy to cząstkowe, czy zupełne albo dla siebie, albo ofiarowywać za zmarłych na sposób wstawiennictwa.

    Zdolna do uzyskania odpustu jest tylko osoba, która została ochrzczona, nie jest ekskomunikowana i znajduje się w stanie łaski, przynajmniej pod koniec wypełniania przepisanych czynności, powinna też mieć przynajmniej intencję zyskania odpustu oraz wypełnić w określonym czasie i we właściwy sposób nakazane czynności.

    KPK / Archidiecezja łódzka / mł / Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Historia świata dowodzi, że Różaniec ma potężną moc

    O Różańcu jako modlitwie biblijnej, potężnej, przyczyniającej się do zmiany życia, ponadczasowej i umacniającej jedność w duchu pokoju pisze dla portalu Polskifr.fr ks. dr hab. Janusz Lekan, prof. KUL z Katedry Chrystologii i Personalizmu Chrześcijańskiego, członek Polskiego Towarzystwa Mariologicznego. 7 października obchodzimy wspomnienie Matki Bożej Różańcowej.

    Pełny tekst rozważania:

    Świat, w którym żyjemy myśli, że mając bogactwa można zawładnąć wszystkim: ludzkim sumieniem, życiem, sposobem myślenia. A my wiemy, gdzie jest prawdziwa siła: w obecności Boga, który jedynie ma moc zbawić, dać człowiekowi to, czego naprawdę potrzebuje. Co ma z tym wspólnego prosty różaniec? 

    To modlitwa, która stawia nas w obecności Boga. W niej rozważamy tajemnice naszego zbawienia. Dzięki tej modlitwie stajemy się obecnymi w tych tajemnicach, które przenikają nasze życie wiary i przemieniają nas.

    Różaniec jest modlitwą biblijną 

    Jako dzieci Boże rozmawiamy z Ojcem niebieskim słowami, jakich nauczył nas Jezus Chrystus. Powtarzamy i medytujemy słowa, jakie Anioł wypowiedział do Maryi i jakie Elżbieta skierowała do Maryi przychodzącej jej z pomocą. To pozwala nam stać się obecnymi w tych dialogach: rozważać wiarę Maryi i Jej odwagę zawierzenia się Bogu; medytować hymn uwielbienia Boga, jaki wyśpiewała Maryja w domu Elżbiety i Zachariasza. Wreszcie uwielbiamy Trójcę Świętą: niezgłębiona tajemnica wiary, objawiona nam przez Jezusa.

    Różaniec jest modlitwą potężną

    Zaświadcza to historia ogólnoświatowa, jak i historia indywidualna wielu ludzi. Październik stał się miesiącem modlitwy różańcowej od wydarzenia spod Lepanto w zatoce Korynckiej. Był rok 1571. Olbrzymia flota turecka wyruszyła na podbój Europy. Żadne chrześcijańskie państwo nie miało tylu okrętów, by stawić jej czoła. Sułtan turecki był pewien zwycięstwa. Mówił, że z bazyliki św. Piotra zrobi stajnię dla swych koni. Wtedy papież Pius V zarządził wielką błagalną modlitwę różańcową. I wtedy wbrew przewidywaniom wojskowym 7 października niewielka flota hiszpańska i wenecka odniosły druzgocące zwycięstwo nad flotą turecką. Stało się jasne, że była to interwencja Matki Bożej. Papież Pius V zdecydował, że fakt ten nie powinien być zapomniany i ustanowił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, które nazwano potem świętem Matki Bożej Różańcowej.

    Różaniec przyczynił się również do zmiany życia konkretnych ludzi, którzy stali się potem jego wielkimi propagatorami 

    Takim był Bartłomiej Longo, Włoch, urodzony w 1841 r. Wychowany w pobożnej rodzinie, doskonale wykształcony, ale w czasie studiów jego wiara uległa załamaniu. Wstąpił do sekty spirytystycznej, stał się „kapłanem” szatana, oddając mu swoją duszę. Doprowadziło go to na skraj obłędu. Bóg zesłał mu jednak dobrych przyjaciół, którzy pomogli mu wrócić na łono Kościoła. Po obronie doktoratu z prawa wrócił w rodzinne strony i w ramach pokuty zaczął pomagać biednym i chorym. Gnębiły go jednak wyrzuty sumienia, popadł w rozpacz i bliski był samobójstwa. Wtedy usłyszał w sercu słowa bliskiego mu zakonnika, powtarzającego za Maryją: „Ten, kto propaguje mój różaniec, będzie zbawiony”. I spełnił te słowa. Razem z mieszkańcami wybudował kościół w Pompejach, który stał się potężnym sanktuarium Matki Bożej Różańcowej. Bartłomiej szerzył też, przekazaną w objawieniu Matki Bożej Nowennę Pompejańską. Założył czasopismo „Różaniec i Nowe Pompeje”, które po dziś dzień jest drukowane i rozprowadzane na całym świecie.

    Różaniec dziś

    Różaniec w znanym dziś kształcie zatwierdził papież Pius V w 1569 r. Do roku 2002 składał się z trzech części: radosnej, bolesnej i chwalebnej po pięć tajemnic w każdej. Papież Jan Paweł II 16 października 2002 r. listem apostolskim „Rosarium Virginis Mariae” dodał do różańca tajemnice światła, zapełniając lukę między dzieciństwem Pana Jezusa i Jego męką. Zaznaczył w tym dokumencie, że „różaniec należy do najlepszej i najbardziej wypróbowanej tradycji kontemplacji chrześcijańskiej”. Rozwinięty na Zachodzie, jest modlitwą typowo medytacyjną i odpowiada poniekąd „modlitwie serca” czy „modlitwie Jezusowej”, która wyrosła na glebie chrześcijańskiego Wschodu. Papież zastrzegł, że „choć różaniec ma charakter maryjny, to jest modlitwą o sercu chrystologicznym”. „Skupia w sobie głębię całego przesłania ewangelicznego, którego jest jakby streszczeniem. W nim odbija się echem modlitwa Maryi, Jej nieustanne <Magnificat> za dzieło odkupieńcze Wcielenia, rozpoczęte w Jej dziewiczym łonie” – napisał.

    Sięgajmy po różaniec

    Trzymając go w dłoniach i rozważając tajemnice naszego zbawienia utwierdzamy się w prawdzie, że choć życie wieczne jest darem Boga, to musi być również w naszych rękach. Jak paciorki stanowią jeden różaniec, tak nasza modlitwa umacnia całą wspólnotę modlącego się Kościoła, za który każdy z nas jest odpowiedzialny. Niech ta prosta modlitwa staje się źródłem pokoju: na świecie i w naszych sercach.

    Fronda.pl/Polskifr.fr

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec – historia i teologia

    Samplefot. Anuja Tilj/Unsplash

    ***

    Październik jest miesiącem modlitwy różańcowej. Tradycja tej modlitwy sięga średniowiecza. Różaniec łączy w sobie prostotę i głębię, duchowość chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu. Papież Leon XIII mówił, że jest on „streszczeniem całej Ewangelii

    Modlitwa różańcowa, jaką znamy dziś, kształtowała się przez wiele wieków. Tradycja monastycznej modlitwy zwraca uwagę na ciągłą potrzebę trwania w Bożej obecności. Wschodni chrześcijanie, wzrastając w tradycji medytacji, wprowadzili powtarzanie wybranych słów Pisma: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu” czy „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”. Czyniono to w rytm oddechu, posługiwano się często kamykami, by zliczyć ilość powtórzeń i pomóc w skupieniu.

    Powoli powstawały różne nurty modlitwy medytacyjnej, powiązanej z kultem oddawanym Bogurodzicy. Znana nam w obecnej formie modlitwa Ave Maria (Zdrowaś Maryjo) ukształtowała się dopiero około XIII i XIV w., kiedy to najpierw powiązano ze sobą ewangeliczne słowa pozdrowienia anielskiego oraz słowa św. Elżbiety. Epidemie „czarnej śmierci”, dziesiątkujące ludzi w średniowiecznej Europie, spowodowały, że do pozdrowienia dołączono następnie prośbę do Maryi o modlitwę za „nas grzesznych teraz i w godzinę śmierci naszej”. Zdarzało się, że odmawiano pięćdziesiąt czy sto razy Zdrowaś Maryjo między innymi na pamiątkę dzieła stworzenia świata. Stopniowo utarło się stosowanie stu pięćdziesięciu wezwań do Maryi. W Europie rozpowszechnił ją św. Dominik, założyciel Zakonu Kaznodziejskiego.

    Ważną rolę w rozpowszechnianiu różańca odgrywają dominikanie, którzy uczą, jak się modlić, odwołując się przy tym do rozważań biblijnych. Bretoński dominikanin bł. Alain de la Roche porządkuje rozmaite tradycje i upowszechnia podział różańca (nazywa go Psałterzem Jezusa i Maryi) na piętnaście dziesiątków (jedno Ojcze nasz, dziesięć Zdrowaś) podzielonych na trzy części.

    Od XV wieku rozkwitają także bractwa różańcowe, dla których pierwszy statut opracował w 1476 r. przeor dominikańskiego kościoła św. Andrzeja z Kolonii. Znamy też jeden z pierwszych obrazów różańcowych (ok. 1500 r.), przedstawiający Maryję z Dzieciątkiem trzymającym w ręku różaniec, obok których klęczą św. Dominik i męczennik Piotr z Werony; pod płaszczem opieki Maryi zgromadzeni są licznie duchowni i świeccy. Za przyczyną żyjącego w XVI w. kartuza Dominika z Prus zaczyna rozpowszechniać się legenda o św. Dominiku, który otrzymał od Maryi sznur różańcowych pereł jako broń w duchowej walce z herezją albigensów. Przez długi czas powstanie różańca kojarzono z postacią św. Dominika, który miał go „otrzymać” od samej Matki Bożej podczas objawienia.

    Widać jednak, że różaniec powstawał przez wieki i nie sposób przypisać jego genezę jednemu objawieniu czy człowiekowi. Niewątpliwie jednak Zakon św. Dominika, wędrowni kaznodzieje, którzy przemarzali Europę, ogromnie przyczynił się do rozpowszechnienia tej modlitwy.

    Oficjalnie jednolity Różaniec Najświętszej Maryi Panny zatwierdza papież (też dominikanin) św. Pius V w 1569 r., a później, na pamiątkę zwycięstwa chrześcijan nad Turkami pod Lepanto, ustanawia dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej. Na różańcu modli się, zalecając go jednocześnie innym, wielu papieży, między innymi Leon XIII, bł. Jan XXIII, Paweł VI, aż przychodzi czas obecnego pontyfikatu. Jan Paweł II wpisuje się w ciągłość nauki o znaczeniu różańcowej modlitwy, a w liście „Rosarium Virginis Mariae” (RVM) z 2002 r. uzupełnienia ją przez dodanie rozważań tajemnic światła.

    Zarys teologii różańca

    Różaniec jest modlitwą co najmniej dwupoziomową. Pierwszy poziom urzeczywistnia się przez stosowanie specjalnej techniki modlitewnej: rytmicznym powtarzaniu formuły. Dzięki melodyce i rytmowi słów, serce i umysł mogą oczyścić się z natłoku uczuć i myśli, a skoncentrować na sprawach Bożych. Przywoływanie słów Modlitwy Pańskiej czy Pozdrowienia Anielskiego pozawala, by w sercu doświadczać bardziej opieki świętych osób. Powtarzanie jest jedną z metod pomagającą przez kontemplację wspominać i uobecniać Osoby Boże, a w powiązaniu z Nimi także Maryję. Przywoływanie imienia ukochanej osoby pozwala zobaczyć, że podobnie jak w centrum modlitwy Zdrowaś Maryjo tkwi słowo „Jezus”, imię Zbawiciela może przenikać nasze życie.

    Nasza pamięć przywołuje ukochaną Osobę, rozmawiamy z Przyjacielem, jakby „oddychamy uczuciami Chrystusa” (RVM 15), a to powoduje zacieśnienie więzów przyjaźni. By przyjaźń wzrastała, trzeba „przegadać” wiele godzin! Powracanie do ukochanej osoby nie nuży, ale umacnia, podobnie jak trzykrotne wyznanie miłości do Zmartwychwstałego ze strony Piotra (RVM 26). Poziom rytmicznego powtarzania jest ściśle związany z używaniem paciorków, które pomagają odmierzać rytm modlitwy i dają szansę skupienia się.

    Metoda modlitwy na różańcu znajduje liczne interpretacje i omówienia, z których na uwagę szczególną zasługuje „List o Różańcu” (RVM) Jana Pawła II. Co prawda, jak uczy św. Augustyn, kiedy dzięki jakiejś metodzie kontaktujemy się z Bogiem, to w rzeczywistości nie możemy na tym spocząć. Gdybyśmy się zatrzymali na określonym sposobie kontaktu, to poprzestalibyśmy na metodzie, a nie na żywym Bogu, którego żadna droga, metoda czy forma objąć i wyczerpać nie może. Bóg jest zawsze dalej, zawsze bardziej, zawsze inaczej niż pozwalają sięgnąć możliwości jego stworzeń. Jednakże w nauce wielu mistrzów duchowych słyszymy, iż metody, o ile nie „ubóstwiają” same siebie, służą pomocą w tym, co nazwać i określić nie sposób, czyli w osobowym spotkaniu z żywym Bogiem. Więź z Chrystusem, która jest celem, może być osiągana za pomocą różnych metod, spośród których szczególnie wartościową jest różaniec.

    Różaniec łączy prostotę i głębię. „Rozwinięty na Zachodzie, jest modlitwą typowo medytacyjną i odpowiada poniekąd modlitwie serca czy modlitwie Jezusowej, która wyrosła na glebie chrześcijańskiego Wschodu” (RVM 5). Poziom medytacyjnego powtarzania, zaczerpnięty z tradycji wschodniej, łączy się z rozważaniem i kontemplacją tajemnic życia Jezusa i całej Trójcy Św. oraz Maryi i innych świętych, które są przedmiotem tzw. tajemnic czterech części różańca.

    Tajemnice różańca są określane mianem miniaturowej Biblii. Trudno przecenić ich rolę w kształtowaniu biblijnej świadomości katolików. Najbardziej dotyczą nauki o Jezusie Chrystusie. Dokonane niedawno papieskie uzupełnienie wypełnia pewną chrystologiczną lukę. Otóż tajemnice radosne opisują akt Wcielenia oraz dzieciństwo Jezusa. Bolesne odsyłają nas do Jego męki i śmierci. Część chwalebna przypomina o tym, że nasz Pasterz wrócił do życia i jest zmartwychwstały. Dodanie tajemnic światła rozwija wymiar chrystologiczny, wnikając w tajemnice publicznego życia Chrystusa. Ewangelii i tak nie sposób wyczerpać. Wskazanie na chrzest w Jordanie, początek znaków w Kanie Galilejskiej, głoszenie Dobrej Nowiny i wzywanie do nawrócenia, Góra Przemienienia i ustanowienie Eucharystii pomagają nam zobaczyć, że bogactwo tajemnicy Chrystusa staje przed nami otworem.

    Nie jesteśmy zatem ograniczeni piętnastoma, czy nawet dwudziestoma tajemnicami różańca. Pozostajemy otwarci na nie dającą się domknąć przestrzeń głębi Bożej tajemnicy (Kol 2,2-3), tajemnicy, która przewyższa wszelką wiedzę (Ef 3,19). Gdy wspominamy, wraz z Maryją, życie Chrystusa, światło łaski pozwala nam dostrzec w Nim nie tylko Boga, ale misterium człowieka, godność jego poczęcia, narodzin, nauki, wesela, pracy czy śmierci (25).

    e-KAI.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pocałunki dla Maryi

    „Zdrowaś Maryjo” i „Pod Twoją obronę” to najbardziej znane modlitwy maryjne. Czy znamy ich historię i rozumiemy słowa?

    Papirus z fragmentami „Pod Twoją obronę” z III wieku znajduje się zbiorach Biblioteki Rylandsa w Manchesterze.

    (zasoby internetu)

    *
    Najstarszą modlitwą do Maryi jest „Pod Twoją obronę”. Co do tego nie ma wątpliwości. Jej najstarszy rękopis, znaleziony w Egipcie, pochodzi z III wieku. „Zdrowaś Maryjo”, bazująca prawie w całości na słowach z Biblii, choć wydaje się bardziej pierwotna, weszła w krwiobieg modlitwy Kościoła kilka wieków później. To „Pod Twoją obronę” otwiera wspaniałą tradycję pobożności maryjnej. Uroczystość Wniebowzięcia NMP to dobra okazja, by przypomnieć ich historię i pomedytować nad treścią. W nich bowiem wyraża się geniusz katolickiej maryjności.

    Modlitwa zagrożonych

    „Pod Twoją obronę” powstała najprawdopodobniej jako hymn liturgiczny Kościoła w Egipcie. Niektórzy uczeni twierdzą, że powstanie tej modlitwy należy przesunąć na IV wiek ze względu na występujący w niej termin Theotokos (pol. Bogarodzica), który rzekomo nie mógł być znany tak wcześnie. To prawda, że Kościół uznał poprawność teologiczną tytułu Theotokos dopiero na Soborze Efeskim w 431 r., ale wcześniej pojawiał się on w pismach ojców Kościoła. „Pod Twoją obronę” jest świadectwem tego, że tytuł Bożej Rodzicielki był też obecny w modlitwie Ludu Bożego. Oprócz najstarszego greckiego tekstu znane są jej starożytne wersje w językach koptyjskim, syryjskim, armeńskim i łacińskim.

    Najstarsza wersja w tłumaczeniu na polski brzmi tak: „Uciekamy się pod obronę Twego miłosierdzia, Bogarodzico. Nie gardź naszymi prośbami, ale w potrzebach naszych od wszelkiej zguby zachowaj nas, jedyna czysta i błogosławiona”. W tekście łacińskim (i potem w polskiej upowszechnionej wersji) słowo „miłosierdzie” zostało zamienione na „obrona” (łac. praesidium – oznacza także garnizon, załogę, straż). Dopiero w XI wieku, z inspiracji św. Bernarda z Clairvaux, poszerzono tekst modlitwy o inwokację do Maryi jako Pani, Orędowniczki, Pośredniczki i Pocieszycielki oraz o prośbę o pojednanie z Jej Synem, także polecenie Mu i ofiarowanie wiernych.

    Treść modlitwy wskazuje, że powstała ona w sytuacji zagrożenia. To modlitwa Kościoła poddanego prześladowaniom ze strony Rzymu. Dziś w Egipcie i na terenach bliskich Ziemi Świętej chrześcijanie nadal doświadczają ucisku ze strony islamistów. Wołanie o ratunek pozostaje aktualne. „Pod Twoją obronę” jest z jednej strony świadectwem, że chrześcijanie od początku widzieli w Maryi nie tylko Matkę Chrystusa, ale i swoją duchową Matkę. Tę, która ze względu na bliskość z Jezusem może im pomóc, może ich ochronić. W ikonografii zobrazowaniem modlitwy „Pod Twoją obronę” stało się przedstawienie Maryi, która rozpościera płaszcz swojej opieki nad ludźmi w potrzebie.

    Od strony teologicznej „Pod Twoją obronę” akcentuje trzy prawdy. Po pierwsze tytuł Theotokos podkreśla Boże macierzyństwo Maryi. Ten tytuł ma swoje uzasadnienie w tajemnicy Bożego narodzenia i może być poprawnie rozumiany tylko w kontekście prawdy o wcieleniu („Słowo stało się ciałem”). Maryja, rodząc Syna, zrodziła nie tylko człowieka, ale także wcielonego Boga. W tym sensie jest Bogarodzicą. Termin Theotokos rodził opory. Protestował przeciwko niemu Nestoriusz. Nurt tego protestu, zwanego nestorianizmem, został odrzucony na Soborze Efeskim. Druga rzecz, „Pod Twoją obronę” zwraca uwagę na fakt, że Maryja została wybrana przez Boga dzięki specjalnej łasce. Wskazują na to słowa „jedyna błogosławiona”. Trzeci ważny element to określenie „jedyna czysta”. Kryje się tu intuicja niepokalanego poczęcia oraz trwałego dziewictwa Matki Jezusa.

    Archanioł Gabriel, Elżbieta i my

    Słowniki podają, że „Zdrowaś Maryjo” (łac. Ave Maria) stało się powszechnie używaną modlitwą już w XII wieku. Miałbym ochotę napisać nie tyle „już”, ile „dopiero” w XII wieku. Początkowo odmawiano tylko pierwszą jej część, tę biblijną, do słowa „Jezus”. Dopiero w XV wieku dodano słowa prośby: „Święta Maryjo, Matko Boża…”.

    Nazywamy tę modlitwę Pozdrowieniem Anielskim, ale jej biblijny korzeń to nie tylko słowa Gabriela ze zwiastowania, ale także słowa Elżbiety ze sceny nawiedzenia. Trzecia część „Zdrowaś Maryjo” występuje tylko w tradycji łacińskiej. Zaczęło się pojawiać pod koniec średniowiecza. W czasach Soboru Trydenckiego zakończenie „Zdrowaś Maryjo” było już szeroko rozpowszechnione. W 1566 roku dodatkowe słowa modlitwy pojawiły się w katechizmie trydenckim. W ten sposób „Zdrowaś Maryjo” przybrało swoją formę odmawianą do dziś.

    W XI wieku rozwija się praktyka powtarzania serii zdrowasiek. Ten wieniec modlitw, przyrównywanych do bukietu róż, zostanie nazwany Różańcem. Święty Ludwik Grignion de Montfort pisze: „»Zdrowaś Maryjo« dobrze odmawiane, czyli uważnie, z nabożeństwem i pokorą, jest według świadectwa świętych nieprzyjacielem szatana, którego zmusza do ucieczki, jest młotem, który go miażdży, jest uświęceniem duszy, radością aniołów, śpiewem wybranych, pieśnią Nowego Testamentu, radością Maryi i chwałą Trójcy Przenajświętszej. »Zdrowaś Maryjo« jest rosą niebieską, która czyni duszę urodzajną; jest czystym i pełnym miłości pocałunkiem, jaki składamy Maryi; jest czerwoną różą, którą Jej ofiarujemy, kosztowną perłą, którą Jej składamy w ofierze; jest czarą ambrozji i boskiego nektaru, który Jej dajemy”.

    Piękno, poezja, miłość, kobiecość, walka ze złem, Bóg i człowiek – wszystko to genialnie łączy się w katolickiej maryjnej pobożności. Feministki powinny to docenić. I nie tylko one. •

    Zdrowaś Maryjo

    (łac. Ave) – to staropolskie tłumaczenie oryginalnego biblijnego }chaire. Anioł Gabriel, Boży wysłannik, zwiastując Maryi wieść o Jej wyjątkowej misji, zwraca się do Niej tym słowem jako pozdrowieniem. Chaire oznacza dosłownie „raduj się”. To zgodne z biblijną logiką. Proroctwa zapowiadające Mesjasza zawsze łączyły się z wezwaniem do radości, np.: „Raduj się wielce, Córo Syjonu, wołaj radośnie, Córo Jeruzalem!” (Za 9,9). Imienia Maryi nie ma w pozdrowieniu anioła, ale w modlitwie z oczywistych względów zostało one dodane.

    łaski pełna

    (łac. {gratia plena) – tak tłumaczone jest inne greckie słowo kecharitomene. Jest to imiesłów bierny od czasownika charito, oznaczającego „przemieniać kogoś przez łaskę”. Maryja jest obdarowana nadobficie przez Boga, dlatego piękna. W tym słowie ukrywa się prawda o Jej niepokalanym poczęciu. Ze względu na swoje powołanie Maryja została uchroniona od grzechu pierworodnego.

    Pan z Tobą

    – to wyrażenie pojawia się w Biblii w scenach powołania np. Mojżesza czy proroków. Zadania powierzane przez Boga ludziom przekraczają ich możliwości, ale to sam Bóg zapewnia swoją obecność i siłę. Słowa „Pan z Tobą” już po zgodzie Maryi (po Jej fiat) nabierają jeszcze głębszego sensu. Pan jest nie tylko z Nią, ale w Niej – jako wcielony Bóg żyjący w Jej łonie.

    błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus

    – można powiedzieć, że te słowa są wkładem Elżbiety w treść „Zdrowaś Maryjo”. Łukasz pisze, że był to wręcz okrzyk brzemiennej kobiety, która uradowała się wizytą swojej młodszej krewnej i rozpoznała w Niej Matkę Pana (Łk 1,42). Staropolskie „żywot” nie oznacza życia, ale łono. Ewangelista zwraca uwagę, że Elżbieta mówiła pod wpływem Ducha Świętego. Brzemienna Maryja, wchodząc do domu Elżbiety, wnosi w jej życie wcielonego Boga – Zbawiciela, którego nosi pod sercem, owoc Jej łona. To zapowiedź jej misji – przynoszenie ludziom Jezusa. Sama błogosławiona jest błogosławieństwem dla innych, dla świata, dla mnie i ciebie. Niesie swojego Syna, Zbawiciela – największe błogosławieństwo dla człowieka. Słowa Jezus nie wypowiada Elżbieta. Zaczęto je dodawać później. W ten sposób imię Jezus stało się centrum modlitwy. Oddziela ono część biblijną od prośby modlącego się Kościoła.

    Święta Maryjo, Matko Boża

    – tym wezwaniem ropoczyna się modlitwa, którą dopisano do słów archanioła Gabriela i Elżbiety. Maryja zajmuje pierwsze miejsce w Litanii Wszystkich Świętych jako Matka Boża (Theotokos). Wszystkie dogmaty o Maryi (niepokalane poczęcie, dziewictwo, wniebowzięcie) mają swoją przyczynę w prawdzie o Bożym macierzyństwie.

    módl się za nami grzesznymi

    – te słowa przypominają modlitwę celnika, który pokornie błagał o miłosierdzie Boże. Maryja została zachowana od grzechu. My, grzeszni, szukamy u Niej wstawiennictwa, pomocy w naszej niedoli. Sobór Watykański II wyjaśnia: „Albowiem wzięta do nieba, nie zaprzestała tego zbawczego zadania, lecz poprzez wielorakie swoje wstawiennictwo ustawicznie zjednuje nam dary zbawienia wiecznego. Dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się braćmi Syna swego, pielgrzymującymi jeszcze i narażonymi na trudy i niebezpieczeństwa, póki nie zostaną doprowadzeni do szczęśliwej ojczyzny” (KK 62). Sobór zwraca też uwagę, że Jej misja niczego nie ujmuje działaniu Chrystusa, jedynego Pośrednika.

    teraz i w godzinę śmierci naszej

    – te słowa przenoszą nas pod krzyż Jezusa. Maryja była przy śmierci swojego Syna ze swoją miłością i modlitwą. Będzie i przy naszej śmierci. Każde „Zdrowaś” przypomina o naszej śmiertelności. Nie wiemy, ile zostało nam czasu między „teraz” a godziną śmierci. Nie wolno odkładać rzeczy najważniejszych na później.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________

    KATECHEZA DLA DOROSŁYCH

    Od 22 lutego 2022 roku w każdy wtorek o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytywaliśmy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Te katechezy były propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary.

    Dla zainteresowanych tymi spotkaniami – można je znaleźć na zakładce:

    Katecheza dla dorosłych – katecheza.kosciol.org

    This image has an empty alt attribute; its file name is 27A4A7E9-6ED8-4ED3-8FDB-25824FF9BE6B.webp

    ___________________________________________________________________________________________

    Ks. prof. Tadeusz Guz wzywa:

    Katolicy muszą bronić podstawowych prawd!

    (ks. prof. Tadeusz Guz (PCh24TV – Polonia Christiana/YouTube)

    ***

    Ks. prof. Tadeusz Guz w mocnych słowach zwrócił uwagę, że we współczesnym świecie fałszowane i zakłamywane są kluczowe fakty, definiujące człowieka, jego naturę i miejsce w świecie. Zadaniem Kościoła jest ocalić prawdę o kobiecie, mężczyźnie, małżeństwie, macierzyństwie i narodzie – podkreśla wykładowca KUL.

    Znany i ceniony filozof oraz teolog z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego zwrócił uwagę, że świadomość współczesnych Polaków deprawują dziś karykaturalne ideologie. Dlatego konieczna jest odważna obrona podstawowych faktów o człowieku, rodzinie i narodzie.

     Żeby ocalić prawdę o kobiecie i mężczyźnie, oraz że jedna kobieta i jeden mężczyzna tworzą związek małżeński, zaplanowany przez odwiecznego Boga-Kreatora; że oni jako rodzice współpowołują dzieci do istnienia wraz z Panem Bogiem, który stwarza każdemu człowiekowi w łonie matki odrębną, osobową podmiotową duszę i ducha – wyjaśnia ks. prof. Tadeusz Guz.

    W jego opinii jako Polacy i katolicy musimy się dzisiaj zmagać o tak podstawowe i naturalne prawdy jak człowiek – osoba, będąca podmiotem prawa.

    – Jak również o to, że istnienie rodziny, małżeństwa i nas, jako narodu polskiego to jest efekt porządku Boskiego, a nie karykaturalnych ideologii – zaznacza ks. prof. Tadeusz Guz.

    Wyraziste słowa lubelskiego duchownego i myśliciela są częścią filmu „Orędownik Polski”, poświęconemu kultowi i nieprzemijającej roli oraz misji w historii Polski św. Andrzeja Boboli. Film ten wkrótce będzie miał premierę na kanale Wydawnictwa Biały Kruk na platformie Youtube. Tam też można już znaleźć wypowiedź ks. prof. Tadeusza Guza, będącą fragmentem tej produkcji. 

    źródło: bialykruk.pl/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kardynał Eijk: Drogą Kościoła nie jest reformizm, ale rzetelne nauczanie i godna liturgia.

    ***

    Prymas Niderlandów kard. Willem Jacobus Eijk nie sądzi, by reformizm mógł przynieść Kościołowi katolickiemu wiele dobrego. W jego ocenie przyszłość katolicyzmu leży zupełnie gdzie indziej.

    Kardynał Eijk, choć jest Holendrem, prezentuje konsekwentnie konserwatywne spojrzenie na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość Kościoła.

    O ideach reformistycznych wyraził się krytycznie na łamach magazynu „Communio”

    To prestiżowe czasopismo założono w 1972 roku z inicjatywy Hansa Ursa von Balthasara, Józefa Ratzingera oraz Henry’ego de Lubaca. Było odpowiedzią na progresywny kurs nieco młodszego czasopisma „Concilium”, w którym publikowali wymienieni autorzy.

    Od dziesiątków lat „Communio” stanowi przestrzeń dyskusji teologicznej, która kształtuje rzeczywistość Kościoła katolickiego w epoce posoborowej. „Communio” od początku miało charakter międzynarodowy i było wydawane również w Polsce, jakkolwiek z racji na jego genezę pozostaje najważniejsze dla dyskusji teologicznej w krajach germańskich, w tym w Holandii. 

    Prymas Niderlandów udzielił niderlandzkiej edycji „Communio” obszernego wywiadu. Dziennikarze pytali go między innymi o jego ocenę reform, które chce wdrażać Kościół w RFN w ramach Drogi Synodalnej. W ocenie holenderskiego purpurata przyjęty tam kierunek jest głęboko błędny.

    – Mogą Państwo dowiedzieć się właśnie od Kościoła w Niderlandach, że jest to błąd. Ten, kto wprowadza zamieszanie, odpycha ludzi od Kościoła. W ten sposób nikogo nie uda się Państwu przyciągnąć. Chciałbym powiedzieć biskupom innych krajach: nie popełniajcie tych samych błędów, które myśmy popełnili. Kościoły są pełne w tych parafiach, w których dobrze głosi się wiarę i gdzie liturgia jest godnie sprawowana. Chodzi o to, by postawić Chrystusa w centrum. Kiedy ludzie odkrywają Chrystusa i lepiej rozumieją Pismo Święte, będą mogli lepiej zrozumieć również nauczanie Kościoła – powiedział.

    Kardynał wskazał, że niemiecka Droga Synodalna wykazuje duże podobieństwo do Synodu Duszpasterskiego Niderlandzkiej Prowincji Kościelnej, który obradował w latach 1966 – 1970. Tamten synod rozpoczął się wśród wielkiego entuzjazmu i stawiał sobie liczne reformistyczne cele, na przykład zniesienie obowiązku celibatu. Ostatecznie nic z tego nie wyszło.

    Prymas Niderlandów odrzucił też koncepcję podejmowania zróżnicowanych regionalnie i kulturowo decyzji w tak kluczowych kwestiach, jak na przykład dostęp kobiet do sakramentu święceń.

    – Słowo «synod» pochodzi od greckiego «syn», czyli razem, oraz «hodos», czyli droga. Musimy iść wspólną drogą i nie możemy oddalać się od Kościoła powszechnego. Papież podkreślił to w roku 2019 w swoim „Liście do pielgrzymującego Kościoła w Niemczech”. Jeżeli zatracimy jedność przepowiadania, Kościół utraci wiarygodność. W Niderlandach w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat zgromadziliśmy bardzo wiele złych doświadczeń dotyczących dwuznaczności i zamieszania. Ludzie mieli wrażenie, że Kościół sam nie wie, czego chce – wskazał.

    Hierarcha został też zapytany o niderlandzki eksperyment zbudowania społeczeństwa bez Boga. Wskazał na fundamentalne problemy, które ten eksperyment przyniósł.

    – W mojej ocenie sekularyzacja oznacza, że osoba człowieka nie stoi już w centrum, a państwo w coraz większej mierze decyduje o prawach podstawowych. Tam, gdzie wcześniej panowało przekonanie o stworzeniu człowieka na obraz Boży, co wiązało się z przysługiwaniem człowiekowi nieodwoływalnych praw, dzisiaj to państwo przejęło rolę. Przykładem na to jest legalizacja i szerokie rozpowszechnienie aborcji. Wydaje się, że życie ma coraz mniejszą wartość. Dramatycznie wzrasta liczba przypadków eutanazji – od tysiąca pięciuset w roku 1991 aż do nawet 10 000 w tym roku. Prawie 40 proc. małżeństw kończy się rozwodem, co oznacza dla rozwodników oraz ich dzieci bardzo często wielkie emocjonalne obciążenie. Próbuje się rozszerzyć badania na embrionach i tak zmienić prawodawstwo, by zezwolić dzieciom w wieku 16 lat samodzielnie zmieniać płeć w dokumentach – podkreślił.

    – Te zmiany społeczne mają dalekosiężne skutki. Nabrzmiewający indywidualizm prowadzi do osamotnienia, zwłaszcza w przypadku ludzi starszych. Również wielu ludzi młodych czuje się zdezorientowanych i cierpi na problemy psychiczne, często uwarunkowane brakiem wartości. Społeczny eksperyment ustanowienia porządku etycznego bez Boga w dłuższej perspektywie zakończy się klęską – zaznaczył kardynał Eijk.

    (Cały wywiad można przeczytać również w internetowej, niemieckojęzycznej edycji „Communio”)

    PCh24.pl/źródło: Herder.de

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Być kobietą, być kobietą. Jak Maryja

    W czym kobiecie najbardziej jest do twarzy?

    Miłość, dobroć, pokora, rozwaga to atrybuty, z którymi jest pięknie każdej kobiecie. Spędzamy godziny na pielęgnowaniu cery, włosów, paznokci, wszystko po to, byśmy były piękniejsze. No i dobrze! Dla nas samych, naszego samopoczucia, dla bliskich, dla męża naprawdę warto. Są jednak takie cechy, które czynią nas piękniejszymi i nie wymagają od nas wielu godzin spędzonych w salonach piękności.

    Miłość

    Wydaje się, że z tą sobie jeszcze radzimy. Przychodzi sama, naturalnie, wręcz instynktownie. Każda matka wie, że miłość do dziecka jest bezgraniczna i całkowicie bezinteresowna, po prostu jest. Nawet często silniejsza od nas.

    Miłość macierzyńska jest wzorem dla każdej miłości, bo w każdej prawdziwej miłości do drugiego człowieka jest ta troska, zapobiegliwość, domyślność, przeczucie serca. Miłość macierzyńska najlepiej pokazuje, że w prawdziwej miłości nie widzę siebie,  całkowicie oddaję się na potrzeby drugiego i w pełnym zaufaniu daję się porwać. Iść za tą miłością, otwierać na zmiany, przyjmować niedogodności.

    Podobnie jest z miłością tą pierwszą, świeżą, czystą – człowiek jest w stanie wtedy zrobić wiele, rzuca wszystko, daje się porwać i tylko tym żyć. Wtedy nie ma jeszcze kalkulowania, zazdrości, szukania poklasku, unoszenia się pychą i gniewem. Jest wyłącznie piękno i otwarcie na drugiego. Trzeba tylko tę miłość wziąć i przenieść przez całe życie aż do końca. Żeby nie ustała dalej trzeba wszystkiemu wierzyć, we wszystkim pokładać nadzieję i wszystko przetrzymać.

    Tak właśnie zrobiła Maryja. Tak kochała Boga. Całkowicie z pełnym zaufaniem powiedziała tak. Przyjęła tę miłość, a potem przeniosła ją przez całe życie, mimo ciężkich, najcięższych prób, we wszystkim z wiarą i nadzieją. Maryja uczy nas prawdziwej miłości do Boga.

    Możemy wyobrazić sobie tę sytuację. Jesteśmy świeżo upieczonymi narzeczonymi, napełnia nas szczęście i wizja pięknej przyszłości, spełnienia marzeń o mężu, dzieciach, rodzinie. Nagle dowiadujemy się, że mamy z tego wszystkiego zrezygnować, zaryzykować zmianę w imię wiary i miłości. Ciekawe, która z nas powiedziałaby oto ja służebnica, tak wchodzę w to, chcę, choć całe moje życie legnie w gruzach, będzie wręcz zagrożone, wchodzę w to. Można to ocenić jako naiwność. Ale taka ma być miłość. Ta prawdziwa. Bez kalkulacji i szukania fałszywych korzyści. Tak właśnie Boga kochała Maryja.

    Tylko taka miłość sprawia, że piękniejemy w oczach.

    Czy potrafimy kochać jak Maryja? Czy potrafimy na miłości do Boga zbudować miłość do drugiego człowieka? Czy nasza dusza tak wielbi Pana, że aż raduje się Duch nasz? Czy potrafimy dać bliskim Boga, dać Jezusa jak Maryja?

    Może warto poświęcić chociaż jeden wielkopostny wieczór na to, by pogawędzić z Maryją, poopowiadać jej jak to jest u nas, czy nasza miłość czyni nas błogosławionymi między niewiastami. Zastanowić się jak Ona to robiła, że tak kochała…

    Dobroć

    Staramy się być dobre. Chętnie bierzemy udział w różnych akcjach dobroczynnych, wspieramy fundacje, angażujemy się w różne ruchy, by wesprzeć innych: modlitwą, swoim czasem, może finansowo. Zabiegamy, by robić dla innych coś dobrego, ale jak daleko nam do tej dobroci zwykłej, codziennej, takiej powszedniej, bez zbędnych uniesień i litościwych odruchów serca. Być dobrym na co dzień, okazuje się, naprawdę trudnym zadaniem.

    Pewna pani doktor pediatra, która najczulej na świecie zajmuje się swoimi małymi pacjentami (jest dobra, serdeczna, miła), opowiadała, że w momencie gdy siada za kierownicę samochodu, staje się innym człowiekiem. Coś się zmienia, coś przestawia. Nie potrafi być dobra, cierpliwa, zaczyna trąbić, rzucać wyzwiska na innych kierowców a nawet pokazywać brzydkie gesty. Dlaczego? Dlaczego ktoś kto jest dobry i czuły w swojej pracy w sytuacji, gdzie potrzebne jest współczucie i miłosierdzie, nie potrafi okazać tych uczuć na co dzień? Dlaczego brakuje nam cierpliwości, by być dobrym dla innych?

    Często jest tak, że im nam się lepiej powodzi, im więcej dobrego wokół nas dzieje, tym mniej myślimy o innych. „Wskakujemy” na jakiś poziom pozycji społecznej, który sprawia, że czujemy się lepsi. I to jakoś tak poza nami, poza naszą kontrolą. Jesteśmy ważniejsi i już. Brakuje nam zwykłej ludzkiej dobroci i takiego codziennego zainteresowania się drugimi, po prostu bycia miłym i serdecznym.

    Dlaczego nie potrafimy cieszyć radością innych? Koleżanka dostała w pracy awans i zdecydowanie lepsze wynagrodzenie. Kupiła samochód i bardzo się cieszyła. Przestała jednak po kilku dniach jeździć samochodem do pracy, ponieważ inne koleżanki przestały się do niej odzywać, odtąd nie miały już o niej najlepszego zdania.

    Dlaczego mamy taki problem z okazywaniem zwykłej dobroci?

    Maryja była dobra. Tak naprawdę. W sytuacji gdy dowiedziała się, że jest najlepsza, że właśnie Bóg wywyższył jej pokorę, uczynił jej wielkie rzeczy, nie stała się zadufana w sobie. Pierwsza rzecz, jaka przyszła jej do głowy, to podzielenie się swoją radością z krewną Elżbietą oraz radość z tego szczęścia, które spotkało Elżbietę. Bez zawiści, bez kalkulowania, że no fajnie, że tak mi dobrze, ale może Ona ma lepiej. Bez zastanawiania się, jak jej to powiedzieć, żeby mnie doceniła, żeby czuła, że tak mi się w życiu poszczęściło. Dobroć w najczystszej postaci. Myślenie o drugim człowieku w jego szczęściu i radość z tego szczęścia.

    Nam łatwiej przychodzi współczuć bliźniemu, gdy jest nieszczęśliwy, gdy spotka go jakaś bieda. Wtedy tak, wtedy często sprawdzamy się, jesteśmy blisko, powtarzamy sobie przysłowie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. No a co jeśli nasz przyjaciel się wzbogaci, jeśli dobrze mu się wiedzie? Czy stać nas na to, żeby iść do niego daleko przez góry i powiedzieć: to dla mnie naprawdę wielka radość, że tak Ci się w życiu poszczęściło?

    Jak daleko nam do takiej dobroci? Jak być dobrą jak Maryja?

    Pokora

    Z  tą nam chyba najtrudniej – te mocne, współczesne kobiety, ta moda na niepokorne – słowo które staje się synonimem atrakcyjne.

    Warto sobie wyobrazić, co byłoby gdyby Maryja swoją siłę i odwagę pomyliła z naszą współczesną niepokornością i powiedziała nie. Tak z czystej przekory, by się „nie naginać”, nie dopasowywać, nie będzie jej nikt kazał.

    Czy współczesne biznes women są na tyle silne, by umiały być pokorne jak Maryja?

    My często dajemy się porwać pokusie „szukania sprawiedliwości”, nade wszystko, zapominając o innych. W trosce o to, byśmy nie były nazwane „frajerkami”, pozostajemy asertywne do granic możliwości. Do udowodnienia naszym mężom, współpracownikom, szefom, że posiadamy tę wysoko cenioną współcześnie „kompetencję”. Nasze aplikacje do pracy, profile zawodowe, wymagane cechy, rozmowy kwalifikacyjne czynią z nas kogoś zupełnie innego niż jesteśmy.

    A pokora, to taka piękna cecha, która dodaje kobiecie powabu i urody. Jeśli jest szczera i mądrze „zarządzana”, tzn. wypływa z głębi serca, może okazać się najlepszą kompetencją, nie tylko dla najbliższej rodziny, ale też w wymarzonej pracy i karierze zawodowej.

    Coraz częściej na rozmowach kwalifikacyjnych – szczególnie do dużych korporacji  – nie  zadaje się pytań o dyspozycyjność, asertywność i szalone pasje, lecz o trzy najważniejsze wartości w życiu i co jest dla nas takim prawdziwym sukcesem, z czego jesteśmy najbardziej dumni.

    Kolega został zatrudniony dlatego, że powiedział prawdę, wymienił w kolejności trzy wartości, którymi się w życiu kieruje: Bóg, Rodzina, Ojczyzna.

    Koleżankę zatrudniono, ponieważ powiedziała, że największym sukcesem w jej życiu jest rodzina i prawdziwa miłość.

    To tak jak Maryja, została wybrana nie dlatego, że wyróżniała się zarozumiałością, bezczelnością i asertywnością ale dlatego, że była piękna w swojej sile pokory. To dlatego zaczęły błogosławić ją wszystkie pokolenia, bo miała tyle siły i dystansu do siebie, że wolała być uniżoną służebnicą niż pysznić się i dać strącić z prawdziwego tronu.

    Prawdziwa nasza siła kryje się w pokorze.

    Czy potrafimy być pokorne? Czy staramy się w ogóle kiedykolwiek dobiec do pokory Maryi, uczyć się od niej tej znakomitej kompetencji? Może właśnie z taką cechą staniemy się bezkonkurencyjne na rynku pracy?

    Rozwaga

    Przyda się, aby zapanować nad wszystkimi pozostałymi atrybutami naszej urody.

    Ciężko o lepszy przykład rozwagi, niż przykład Maryi. W sytuacji w jakiej się znalazła, niejedna z nas wpadłaby w panikę, histerię, straciła przytomność lub przeciwnie – wpadłybyśmy w zachwyt, ekstazę, poczucie sławy.

    Maryja nie pozostała wolna od lęku, ale też nie popadła w jakieś skrajne emocje. Jak na bystrą i inteligentną kobietę przystało, gdy znalazła się w trudnym położeniu, zaczęła rozważać.

    My teraz nazywamy to planowaniem, zarządzaniem ryzykiem, zarządzaniem zmianą. Wszystkim i wszystkimi staramy się zarządzać. Maryja nie musiała mieć certyfikatu PMP, żeby zachować spokój w ekstremalnej dla siebie sytuacji. My coraz mniej słuchamy, bo mamy już ułożony w głowie plan, postawione cele i często wszystko do tego planu staramy się dopasować.

    Trudne sytuacje, które nas wytrącają rosną tym samym do rangi życiowych problemów nie do rozwiązania. Jan Paweł II nazywał to pokusą beznadziei. Ta pokusa sprawia, że w przypadku najmniejszego zachwiania naszych wyobrażeń o życiu nie radzimy sobie, wpadamy w stany depresyjne, szukamy pomocy u specjalistów… a często wystarczy chwila namysłu, rozważenia sytuacji. Dzisiaj nazywamy to analizą SWOT.

    Maryja po prostu wykonała taką analizę. Cały klucz jednak polega na tym, aby ustawienie mocnych i słabych stron, szans i zagrożeń wypływało z głębi naszego serca. Serca rozumianego nie jako zagłębie chimerycznych emocji, ale jako centrum sumienia, rozumu i woli. Bez zbędnych definicji Maryja rozważyła szybko wszystko w swoim sercu. Nie skupiała się na nieistotnych szczegółach, tak jak my teraz często mamy w zwyczaju. Nie zastanawiała się, jak wygląda anioł, jak wszedł, jaki ma głos, co w ogóle się dzieje. Maryja słuchała co On mówi, co znaczą jego słowa. Rozważała je i reagowała błyskawicznie, żeby poznać całą sytuację, zadała pytania istotne dla Sprawy, konkretne: jak to się stanie?

    Gdybyśmy my tak jak Maryja nie skupiały się na szczegółach, ale w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji umiały rozważyć to, co jest kluczowe dla sprawy zamiast zabiegać o drobiazgi, nieważne szczegóły. Gdybyśmy przestały się zamartwiać o to co nieistotne, może weszłybyśmy wtedy na drogę Maryi i zaczęły nią podążać rozważnie i w dobrym kierunku. Może wtedy tak jak Ona, rozważając wszystko w bojaźni Bożej, poczułybyśmy moc Jego ramienia.

    Warto wejść na drogę Maryi, warto mieć w sobie tę radość, mądrość, siłę i entuzjazm. Może wtedy uda się nam ustawić wszystkie wartości na swoim miejscu.

    Tak jak zrobiła to Ona, tak jak zrobiła Maryja!

    Aneta Liberacka/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy istnieje jedna prawdziwa religia?

    Czy istnieje jedna prawdziwa religia?

    godongphoto / Shutterstock

    ***

    Jeśli nie traktujemy kwestii prawdy w religii lekceważąco, jeśli nie zakładamy, że wszystkie religie są dobre (co oznaczałoby, że ich treść nie jest istotna), którąś musimy uznać za skuteczną – czyli taką, która doprowadza do Boga.

    Od czasu do czasu powraca dyskusja na temat tego, czy do Boga prowadzą wszystkie religie, czy może któraś z nich jest uprzywilejowana. Przyjrzyjmy się, co na ten temat mówi Kościół katolicki.

    Bóg na szczycie góry

    Można czasem usłyszeć, że wszystkie religie tak czy inaczej prowadzą do Boga. Wielu ludzi mówi, że Bóg jest wierzchołkiem góry, na którą można wejść z różnych stron. Niektórzy porównują religie do różnych języków, które w rozmaity sposób mówią na ten sam temat.

    Obie te metafory mają swoje lepsze i gorsze strony. Spójrzmy na te słabsze. Pierwsza ignoruje fakt, że człowiek nie może sam wspiąć się do Boga. To Jego łaska nas przyciąga, nawet jeśli nosimy w sobie wielkie pragnienie bycia blisko Stwórcy.

    Co więcej, z powodu upadku Adama i Ewy obciąża nas skłonność do grzechu. Każdy z nas je popełnia, a zatem potrzebujemy kogoś, kto mógłby wykupić nasze dusze z ich niewoli. Sami nie posiadamy odpowiednich środków, by to zrobić, dlatego nigdy nie dojdziemy na ten szczyt, którego wierzchołkiem jest Pan Bóg.

    Religia ukryta w wielu językach

    Metafora wielu języków także wydaje się atrakcyjna. Łatwo jest nam pomyśleć, że w różnych kulturach ludzie nauczyli się po prostu inaczej mówić o Panu Bogu. Miałoby to sens, gdyby w każdym języku mówione było to samo. Jednak każdy z nas dobrze wie, że religie mówią bardzo różne rzeczy, co innego uznają za przedmiot wiary, dają inne wskazania moralne.

    Religie mówią bardzo różne rzeczy, co innego uznają za przedmiot wiary, dają inne wskazania moralne

    Są religie całkowicie mitologiczne (hinduizm), są też religie, które łączą opowieści mitologiczne z wydarzeniami historycznymi (buddyzm). Istnieją religie filozoficzne (konfucjanizm), aż wreszcie mamy religie historyczne (chrześcijaństwo i islam).

    Prawdziwa religia?

    Jeśli nie traktujemy kwestii prawdy w religii lekceważąco, jeśli nie zakładamy, że wszystkie religie są dobre (co oznaczałoby, że ich treść nie jest istotna), którąś musimy uznać za skuteczną – czyli taką która doprowadza do Boga.

    Kościół katolicki wierzy, że upadek pierwszych ludzi i potrzeba zbawienia nie jest tylko przypowieścią, ale opisem rzeczywistości dotykającej ludzi. Wierzy również, że pojawił się jeden człowiek, będący jednocześnie Synem Boga, który podjął się misji zbawczej ludzkości. Był nim Jezus Chrystus.

    Ojcowie Kościoła epoki starożytnej, ale także późniejsi pisarze średniowieczni i nowożytni nie mieli wątpliwości, że tylko chrześcijaństwo jest religią prawdziwą. Dziś można czasem usłyszeć, że Sobór Watykański II zmienił tę naukę. Jednak i ostatni sobór powszechny nauczał na temat “jedynej prawdziwej religii i katolickiego Kościoła Chrystusowego”. Nic się w tej sprawie nie zmieniło.

    Ojcowie Kościoła epoki starożytnej, ale także późniejsi pisarze średniowieczni i nowożytni nie mieli wątpliwości, że tylko chrześcijaństwo jest religią prawdziwą.

    Jan Paweł II mówi

    Ważnym współczesnym wykładem katolickiej nauki o jedyności zbawczej misji Jezusa Chrystusa i Kościoła była encyklika Jana Pawła II Redemptoris missio. Polski papież pisał tam m. in.:

    Chrystus jest jedynym pośrednikiem między Bogiem a ludźmi […] Ludzie zatem mogą wejść w komunię z Bogiem wyłącznie za pośrednictwem Chrystusa, pod działaniem Ducha”. Ewentualne „inne pośrednictwa […] czerpią znaczenie i wartość wyłącznie z pośrednictwa Chrystusa i nie można ich pojmować jako równoległe i uzupełniające się

    W innym miejscu tej samej encykliki papież tłumaczył:

    Fakt, że wyznawcy innych religii mogą otrzymać łaskę Bożą i zostać zbawieni przez Chrystusa niezależnie od środków zwyczajnych, jakie On ustanowił, nie przekreśla bynajmniej wezwania do wiary i chrztu, których Bóg pragnie dla wszystkich ludów.

    Prawdziwa religia zobowiązuje

    Znajomość orędzia prawdziwej religii sprawia, że człowiek zaciąga zobowiązanie do jej wyznawania, które nie może być już realizowane w innej wierze. Nie jest już także moralnie możliwy i dopuszczalny synkretyzm czy wybiórcze uznawanie prawd wiary.

    Często jednak sami chrześcijanie dorzucają do swojego życia niechrześcijańskie zabobony – wróżenie, horoskopy, tarota, elementy buddyzmu, new age, czy nowych form religijności, jak reiki czy mindfulness. Synkretyzm religijny ma różne oblicza.

    To, co chrześcijanie powinni mieć dla wyznawców innych religii, to pewność, że Chrystus daje najpewniejszą drogę do Boga i wiecznej szczęśliwości zbawionych, a także dobrego życia doczesnego.

    Chrystus daje najpewniejszą drogę do Boga i wiecznej szczęśliwości zbawionych, a także dobrego życia doczesnego.

    Dominus Iesus

    W deklaracji Dominus Iesus przygotowanej w roku 2000 przez kard. Josepha Ratzingera i podpisanej przez Jana Pawła II czytamy:

    Należy […] stanowczo wyznawać jako prawdę wiary katolickiej, że powszechna wola zbawcza Boga Trójjedynego została ofiarowana i spełniona raz na zawsze w tajemnicy wcielenia, śmierci i zmartwychwstania Syna Bożego.

    Autor deklaracji dodaje:

    W powiązaniu z jedynością i powszechnością zbawczego pośrednictwa Jezusa Chrystusa należy stanowczo wyznawać jako prawdę wiary katolickiej jedyność założonego przezeń Kościoła. Tak jak jest jeden Chrystus, istnieje tylko jedno Jego Ciało, jedna Jego Oblubienica: “jeden Kościół katolicki i apostolski”.

    W innych punktach deklaracji Jan Paweł II i kard. Ratzinger przypominają, że istnieje wyłączna ciągłość historyczna pomiędzy Jezusem a Kościołem, a sam Kościół jest konieczny do zbawienia.

    Odwaga w czasach relatywizmu

    W czasach powszechnego relatywizmy, który w szczególny sposób dotyka religii, często trudno jest głosić te prawy wobec innych. A jednak jesteśmy do tego zobowiązani. Z delikatnością, znajdując słowa, które raczej zachęcają do poszukiwania prawdy niż od niej – nieraz w sposób trwały – odepchną.

    Tomasz Rowiński/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Jej oczy płonęły intensywnym żarem”.

    Zmarła Alice von Hildebrand, filozof, krytyk moralnego relatywizmu

    Public-Domain

    ***

    Była uchodźczynią z Europy i dożywotnią wielbicielką Dietricha von Hildebranda. Sławę zyskała jako niestrudzona orędowniczka Prawdy.

    Alice von Hildebrand, katolicka filozof, zmarła w swoim domu w New Rochelle w stanie Nowy Jork w piątek (14.01) rano. Miała 98 lat. Jako wykładowczyni poświęciła swe życie rozwijaniu myśli zmarłego męża, filozofa Dietricha von Hildebranda.

    Von Hildebrand urodziła się jako Alice Jourdain 11 lutego 1923 r. w Brukseli. Była studentką, a później bliską współpracowniczką Dietricha von Hildebranda na Uniwersytecie FordhamW 1959 r., dwa lata po śmierci jego pierwszej żony, Alice i Dietrich pobrali się.

    Podzielamy wszystkie te same pasje. Szekspir, sztuka, muzyka, Dante, Włochy. Kiedy jesteśmy szczególnie szczęśliwi, mówimy po włosku – powiedziała niegdyś Alice.

    Osiedlili się w New Rochelle, na północnych przedmieściach Nowego Jorku. Dietrich von Hildebrand zmarł tam w 1977 roku. Para nie miała dzieci.

    Zarówno Alice, jak i Dietrich byli uchodźcami z rozdartej wojną EuropyDramatyczna historia ucieczki Dietricha z nazistowskich Niemiec, gdzie usiłowano uciszyć go za jego ostrą krytykę Adolfa Hitlera, została przez Alice opowiedziana w napisanej przez nią w 2000 r. biografii męża pt. Dusza lwa. Dietrich von Hildebrand.

    Przerwana idylla

    Język francuski był ojczystym językiem dorastającej w Belgii Alice Jourdain. W wieku 11 lat, studiując XVII-wieczną literaturę francuską, odkryła Blaise’a Pascala. Jego Myśli przytłoczyły ją, zwłaszcza pięknem stylu. [Pascal] obudził we mnie głębokie zainteresowania filozoficzneZacząłem zapamiętywać wiele jego najpiękniejszych myśli i przypominam sobie, że recytowałem je w kółko, chodząc wzdłuż belgijskiego wybrzeża, gdzie moi rodzice mieli letni dom – wspominała później.

    To sielankowe życie zostało brutalnie przerwane przez niemiecką inwazję w maju 1940 roku. W wieku 17 lat Jourdain popłynęła do Stanów Zjednoczonych. Po drodze niemiecki U-Boot zagroził jej statkowi zatopieniem. Na szczęście okręt podwodny został odwołany przez dowódców, ale tamto zdarzenie wzbudziło w Alice refleksje dotyczące wieczności.

    Spotkanie przemieniające życie

    Podczas studiów w Manhattanville College w Nowym Jorku młoda kobieta usłyszała wykład Dietricha von Hildebranda pt. “Przemienienie w Chrystusie”. Taki tytuł nosi też jedna z jego najbardziej znanych książek. Alice była pod takim wrażeniem erudycji i jasności myśli Dietricha, że zapisała się na jego wykłady w Fordham. Tam też w 1949 r. uzyskała doktorat.

    Trudno było jej jednak zdobyć etat wykładowczyni, nawet w katolickich koledżach, które odmawiały zatrudniania kobiet na posadach wykładowców filozofii. Zatrudniona ostatecznie w Hunter College, będącym częścią City University of New York, Alice została pierwszą kobietą wykładającą tam filozofię. Po raz pierwszy znalazła się także w otoczeniu niekatolickim. Alice wspominała później, że ​​jej oddanie obiektywnej prawdzie wzbudzało wstręt wśród profesorów, którzy przyjmowali postawy materialistyczne, liberalne i komunizujące. Odpowiadając na sugestię rektora uczelni, katolika George’a N. Shustera, że ​​byłaby szczęśliwsza w instytucji katolickiej, Alice odpowiedziała, że ​​jej zdaniem ważne jest, aby katolik był obecny na świeckim uniwersytecie.

    W ciągu jej 37-letniej pracy na uczelni wielu studentów Alice von Hildebrand — nawet ateistów — nawróciło się na katolicyzm. Nie dlatego, że ona ich nawracała, ale dlatego, że na swoich wykładach uparcie podkreślała, że istnieje coś takiego jak obiektywna prawda, którą można poznać. Alice i Dietrich stali się nawet rodzicami chrzestnymi kilkorga ze swoich słuchaczy.

    Kluczowym pytaniem w nauczaniu filozofii jest to, czy istnieje obiektywna prawda i czy ludzki umysł może ją znaleźć – powiedziała w 1996 r. w wywiadzie dla gazety prowadzonej przez nowojorską archidiecezję. Relatywizm i subiektywizm blokują drogę do Boga, który jest samą prawdą… W momencie gdy rozpoznajesz, że istnieje obiektywna prawda, niezależna od ludzkiego umysłu, szukasz jej i – jeśli jesteś w tym uczciwy – odnajdujesz Boga – tłumaczyła.

    Wielu moich słuchaczy rozpoczynało studia przeżywając niesamowite przygnębienieŻycie nie miało dla nich sensu… Nagle ktoś powiedział im, że życie ma sens, że istnieje coś pięknego i wartościowego. Każdego roku cieszyłem się, gdy widziałam, że moi studenci przychodzą do Kościoła – powiedziała Alice von Hildebrand w tym samym wywiadzie.

    Pomimo ciągłego sprzeciwu wobec jej filozofii ze strony kolegów z wydziału, po przejściu na emeryturę w 1984 r. filozof otrzymała prestiżową Nagrodę Prezydenta za Doskonałość w Nauczaniu (President’s Award for Excellence in Teaching). Wręczyła ją Donna Shalali, późniejsza Sekretarz Zdrowia i Opieki Społecznej w gabinecie Billa Clintona.

    Jej zajęcia mnie zmieniły. Była bardzo dynamicznym mówcą… Jej oczy płonęły intensywnym żarem. Odnosiło się wyraźne wrażenie, że przez cały czas zajęć rozmawia bezpośrednio z tobą – powiedział w wywiadzie z 1996 r. były student Alice, Gary Fuchs.

    Podobnie jak w przypadku innych studentów, zetknięcie z kobietą odmieniło życie Fuchsa, który do tej pory nie znalazł na studiach niczego, co karmiłoby jego duszę. Fuchs zastanawiał się nad istnieniem Boga, a wykład Alice von Hildebrand pt. “Wprowadzenie do filozofii religii” (taki tytuł nosi również jedna z jej książek) stanowił odpowiedź na jego pytania. Profesor nigdy nie wygłaszała kazań, badała jedynie istotę religii – wspominał mężczyzna. Dzięki jej wykładom i własnym poszukiwaniom Gary zdał sobie sprawę, że katolicyzm jest „natchniony przez Boga”. I sam został katolikiem. 

    Alice von Hildebrand – niestrudzona propagatorka filozofii

    Alice von Hildebrand propagowała myśl męża również m.in. poprzez częste występy w katolickiej telewizji EWTN. Napisała także kilka książek popularyzujących katolickie nauczanie i filozofię. Wśród nich m.in. By Love Refined: Letters to a Young Bride (znaną pod polskim tytułem Jak kochać po ślubie?), wydaną w formie serii listów doradzających świeżo poślubionej kobiecie. W 1989 r. Jan Paweł II listownie podziękował Alice von Hildebrand za tę książkę. Niech Pan obdarzy ją sukcesem, na jaki ta publikacja zasługuje, ponieważ poruszasz w niej najważniejszy i zagrożony obszar zagadnień – napisał Ojciec Święty.

    By Grief Refined: Letters to a Widow (w Polsce jako: Uszlachetnione cierpieniem. Listy do wdowy), napisane w ten sam epistolarny sposób, przedstawiają zaś rady od kobiety, która przed laty straciła męża, do tej, która zmaga się ze świeżą stratą. Alice napisała tę książkę specjalnie dla swojej bliskiej przyjaciółki, Madeleine Stebbins, po śmierci jej męża, H. Lymana Stebbinsa, założyciela Catholics United for the FaithMadeleine Stebbins zmarła w ubiegłym roku.

    Alice von Hildebrand napisała także kilka prac wraz ze swoim mężem Dietrichem. Najbardziej znana z nich to Sztuka życia (oryg. Art of living).

    Jej własna autobiografia, Memoirs of a Happy Failure (Wspomnienia szczęśliwej porażki) opowiada o ucieczce z nazistowskiej Europy i karierze nauczycielskiej w Hunter College. Alice napisała również Przywilej bycia kobietą, gdzie podkreśla rolę Najświętszej Maryi Panny we wcieleniu, wskazując na prawdziwy przywilej bycia kobietą. Dziewictwo i macierzyństwo spotykają się w Maryi, która przejawia kobiece dary czystości, podatność na słowo Boże i życiodajną opiekę na najwyższym poziomie – czytamy w opisie. 

    Mężczyzna i kobieta: Boski wynalazek kontyunował zawartą w Przywileju… myśl, poszerzając dyskusję o refleksję nad pełnią ludzkiej natury, zawierającą się w związku między mężczyzną a kobietą.

    Życie i wystąpienia publiczne Alice nie były oczywiście pozbawione kontrowersji. W 2009 roku wywołała lawinę komentarzy, gdy skrytykowała wywiad telewizyjny z Christopherem Westem, wybitnym propagatorem teologii ciała Jana Pawła II. Krytykowała Westa jako lekceważącego i nieczułego wobec „ogromnych niebezpieczeństw” pożądliwości. W wywiadzie dla telewizji ABC wezwał on katolików do dokończenia „tego, co rozpoczęła rewolucja seksualna”. Opisał także „bardzo głębokie” historyczne powiązania pomiędzy Hugh Hefnerem, założycielem “Playboya”, a papieżem Janem Pawłem II. Sam West stwierdził później, że stacja telewizyjna nadała jego słowom sensacyjny wydźwięk.

    Podejście Westa sprawia, że ​​zapominamy, że ​​seks jest ekstremalnym niebezpieczeństwem. Chociaż seks może być uświęcony, to uświęcenie oznacza pokorę, ducha czci i całkowite unikanie wulgarności, której West używa w swoim języku – powiedziała von Hildebrand w wywiadzie dla Catholic News Agency.

    Jestem zszokowana i przerażona słowami, których używa. Jego samo wspomnienie o Hugh Hefnerze jest dla mnie obrzydliwością – dodała Alice.

    W 2004 r. Alice von Hildebrand połączyła siły z kilkoma byłymi studentami męża, powołując do życia Dietrich von Hildebrand Legacy Project, instytut pielęgnujący spuściznę wybitnego filozofa.

    Ci, którzy znali Alice, często słyszeli jak mówiła, że ​​knot jej świecy staje się coraz krótszy. W rzeczywistości pragnęła śmierciPragnęła ujrzeć oblicze Naszego Pana, w końcu zjednoczyć się ze swoim mężem Dietrichem, rodzicami, najdroższą przyjaciółką Madeleine Stebbins. Pragnęła tego z pokojem, którego źródłem może być jedynie głęboka wiara – powiedział John Henry Crosby, założyciel i prezes Legacy Project. To właśnie Crosby podał informację o śmierci von Hildebrand.

    Doceniona przez papieża

    Aby uczcić jej 90. urodziny, w 2013 r. papież Franciszek nadał Alicji von Hildebrand Krzyż Wielki Orderu Świętego Grzegorza WielkiegoKard. Raymond Burke, ówczesny prefekt Sygnatury Apostolskiej, wręczył go kobiecie podczas kolacji w Nowym Jorku w październiku tego samego roku. 

    [Alice Von Hildebrand] niestrudzenie daje świadectwo prawdzie wiary poprzez swoją życiową postawę oraz to, co głosi i o czym pisze. Tak wielu uczniów przyprowadziła ona do Chrystusa, pomagając im w przyjęciu wiary w Tego, który jest naszym jedynym zbawieniem. Naprawdę kochała swoich uczniów i dlatego chciała, aby poznali prawdę i jej żywe źródło w Bogu – powiedział wówczas kard. Burke.

    W swoim wystąpieniu Alice von Hildebrand zastanawiała się nad wpływem, jaki jej mąż wywarł na jej życieJego podejście pokazało, że filozofia nie jest abstrakcyjną dyscypliną – podkreśliła wówczas. Filozofia to życie. Obejmuje ona moje serce, moją inteligencję i moją wolę, a zatem otwiera perspektywę wielkości i piękna, której większość z nas nie jest świadoma. (…) Dietrich pokazał mi, że to, co nazywamy filozofią chrześcijańską, nie jest abstrakcją, jest po prostu rozumem ochrzczonym przez wiarę – rozwijała.

    Wieczór obejmował również odczytanie listu od kard. Christopha Schönborna z Wiednia, dziękującego von Hildebrand za „wszystko, co zrobiła dla Kościoła i społeczeństwa”.

    W Lady Alice Kościół posiada córkę, szczególnie uzdolnioną w nauczaniu i słowie pisanymJest ona zawsze gotowa bronić prawdy, którą odnajduje w Jezusie Chrystusie, naszyn Zbawicielu – napisał kard. Schönborn.

    John Burger/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Filozofia jak piękna, mądra kobieta?

    Coś w tym jest…

    KOBIETA

    Africa Studio | Shutterstock

    ***

    Wygląda na to, że filozofowie doceniali przedstawicielki płci pięknej, nawet jeśli w samej swojej myśli nie poświęcali im dużo uwagi.

    Na przełomie V i VI wieku żył Boecjusz, którego życie przypadło na ostatnie lata Imperium Rzymskiego. Był wybitnym myślicielem, filozofem i teologiem, dlatego określa się go mianem „ostatniego Rzymianina” i „pierwszego scholastyka”. W swoim dziele „O pocieszeniu, jakie daje filozofia” opisał tę ostatnią jako piękną kobietę. Znamienne, że także w Biblii mądrość przedstawiana jest podobnie. A przecież filozofia to umiłowanie mądrości…

    Boecjusz pochodził z wpływowej senatorskiej rodziny Anicjuszów. Dziadek Boecjusza był prefektem Rzymu. Po śmierci ojca Boecjusz został adoptowany przez Kwintusa Memmiusza Symmachusa, prefekta Rzymu. Boecjusz zrobił wielką karierę na dworze królewskim Teodoryka. Został wpierw patrycjuszem, a potem konsulem. Na skutek dworskich intryg został aresztowany.

    Później był prawdopodobnie torturowany, a potem stracony. Czekając na egzekucję, napisał słynne dzieło „O pocieszeniu, jakie daje filozofia”. Zgodnie z tytułem, książka ta miała być zachętą do studiowania filozofii, w której jako jedynej Boecjusz szukał pocieszenia. Nie znaczy to, że Boecjusz był niewierzący. To on skonstruował system nazwany scholastyką, łączący rozum i wiarę. Filozofia była dla niego środkiem do zrozumienia Bożej Opatrzności i pogodzenia się z jej wyrokami.

    Boecjusz opisuje pewną niewiastę, która pociesza go, wyjaśnia mu, jakie znaczenie ma jego trudny los w planach Bożej Opatrzności i przegania muzy, które oskarża o to, że sztuka, którą reprezentują, jedynie miesza mu w głowie. W końcu okazuje się, że kobieta ta ma na imię „Filozofia”, którą zresztą symbolizuje. Boecjusz pisze o niej: „U wezgłowia stanęła postać niewiasty, o wielce czcigodnym obliczu, oczach gorejących i ponad zwyczajną u ludzi miarę bystro patrzących, o świeżym życia kolorze i niewygasłej sile żywotnej, jakkolwiek była już w tak podeszłym wieku, że w żaden sposób nie można było jej było uważać za nam współczesną”.

    Kobieta ta raz ma zwyczajny wzrost, raz jest niesamowicie wysoka. Nosi piękną suknię, którą sama wykonała z niezniszczalnej materii. Na skraju sukni ma wyszyte greckie litery. W prawej ręce trzyma księgę, a w lewej berło, które oznaczają wiedzę i władzę. Co ciekawe, Boecjusz pisze o tym, że suknia tej kobiety jest już poszarzała, a nawet podarta przez gwałtowników. Tym samym sugeruje, że nie wszyscy ją szanują i potrafią się do niej właściwie odnosić.

    W Biblii, w Księdze Mądrości, odnajdujemy z kolei personifikację mądrości. Czytamy w niej: „Bóg bowiem miłuje tylko tego, kto przebywa z Mądrością. Bo ona piękniejsza niż słońce i wszelki gwiazdozbiór. Porównana ze światłością – uzyska pierwszeństwo, po tamtej bowiem nastaje noc, a Mądrości zło nie przemoże” (Mdr 7,28-30).

    Natchniony autor, mędrzec, kocha ją i podziwia: „Ją to pokochałem, jej od młodości szukałem: pragnąłem ją sobie wziąć za oblubienicę i stałem się miłośnikiem jej piękna. Sławi ona swe szlachetne pochodzenie, gdyż obcuje z Bogiem i miłuje ją Władca wszechrzeczy, bo jest wtajemniczona w wiedzę Boga i w Jego dziełach dokonuje wyboru” (Mdr 8,2-4).

    Niektórzy mogą powiedzieć, że skoro filozofią zajmowali się przez wieki głównie mężczyźni, to stąd łatwo im było przedstawiać ją i samą mądrość jako kobietę. Można jednak i tak zastanawiać się, dlaczego utożsamiali ją z kobietą. Wygląda na to, że doceniali przedstawicielki płci pięknej, nawet jeśli w samej swojej myśli nie poświęcali im dużo uwagi.

    Znamienne, że w chrześcijańskiej tradycji najmądrzejszym człowiekiem na ziemi, poza Jezusem Chrystusem, Bogiem-człowiekiem, jest Maryja. W litanii określamy ją nawet mianem „Stolicy mądrości”, aby podkreślić jej głębokie zrozumienie spraw Bożych. Co istotne, Maryja nie była filozofem, nie stworzyła żadnego systemu, ale potrafiła rozpoznać dobro i wybrać je. Tym zaś jest właśnie mądrość: nie teoretyzowaniem, ale umiejętnością dostrzeżenia tego, co służy nam i innym oraz wprowadzania tego w życie.

    Michał Krajski /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Matka Boża i Święci Pańscy – październik 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Wszyscy Święci” Fra Angelico, XV w./wikimedia commons

    ***

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 października

    Święty Anioł z Acri, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Wolfgang, biskup
    ***
    Święty Anioł z Acri

    Łukasz Antoni Falcone urodził się w Acri, w Kalabrii, 19 października 1669 roku, w rodzinie robotniczej. Wcześnie został osierocony przez ojca. Zaopiekował się nim wówczas brat matki, ksiądz Domenico Errico. Wuj oczekiwał, że Łukasz zdobędzie zawód i będzie wspierał swoją owdowiałą matkę.
    Jednak młody Falcone już w wieku 19 lat postanowił wstąpić do kapucynów. Rodzina była temu przeciwna, więc pewnie nie zmartwiła się widząc, że Łukasz już po kilkunastu dniach wrócił do domu. I to rozczarowany, bo – jak twierdził – w zakonie nie znalazł takiego ubóstwa, jakiego oczekiwał.
    Jednakże nie mógł znaleźć sobie miejsca w domu i postanowił wrócić do zakonu. Z pokorą przyszedł ponownie do klasztoru kapucyńskiego w Acri, by znów prosić o przyjęcie w szeregi braci. Prowincjał zgodził się i 8 listopada 1689 Łukasz rozpoczął ponownie nowicjat. Niestety i tym razem dał posłuch podszeptom szatańskim i uległ pokusom, niepewności, zwątpieniom. Znowu wrócił do domu. Dopiero tam zrozumiał, że nie powinien tak łatwo poddawać się; wreszcie zaczął gorąco modlić się o rozeznanie swojej drogi. Kiedy zrozumiał, że jego miejscem jest jednak Zakon Braci Mniejszych Kapucynów, odważył się po raz trzeci zapukać do furty klasztornej. O zgodę na ponowne rozpoczęcie nowicjatu tym razem musiał zwrócić się do przełożonego generalnego. Wbrew oczekiwaniom niektórych, zgodę taką uzyskał i 12 listopada 1690 roku został po raz trzeci obłóczony w kapucyński habit, tym razem już na zawsze. Otrzymał zakonne imię Anioł.
    Podobne wątpliwości miał jeszcze wiele razy i musiał stawić czoła wielu pokusom, jednak zdołał je wszystkie pokonać. Kapucyni opowiadają, że pewnego dnia, gdy młody brat Falcone był szczególnie zgnębiony, w czasie obiadu czytano akurat życiorys br. Bernarda z Corleone, współbrata zmarłego 30 lat wcześniej w opinii świętości, który żarliwie modlił się o Boże zmiłowanie. Po posiłku brat Anioł padł w swojej celi pod krucyfiksem i zapłakał, wołając: “Panie, pomóż mi! Już nie mam sił”. Usłyszał wtedy głos: “Postępuj tak, jak brat Bernard z Corleone!” Odtąd wiedział już, na kim ma się wzorować. Zaczął dokładnie czytać biografię Bernarda i naśladować go, zwłaszcza w modlitwie i pokucie.
    O tym, że zakonna droga Anioła nie była łatwa, może świadczyć wyjątkowo długi okres formacji i studiów. Chociaż pierwsze śluby złożył w 1691 r., studia teologiczne rozpoczął dopiero w roku 1695. Ukończył je po pięciu latach i 10 kwietnia 1700 roku, w wieku 31 lat, przyjął święcenia kapłańskie. Potrzebował blisko 10 lat formacji, żeby przygotować się do kapłaństwa.
    Jako kapłan rozpoczął działalność apostolską, z entuzjazmem i przekonaniem zachęcając wiernych do naśladowania męki Chrystusa. Szybko zasłynął jako charyzmatyczny kaznodzieja i świetny spowiednik. Był poszukiwanym kierownikiem duchowym, zwłaszcza kapłanów i osób konsekrowanych. Mówiono, że był bardzo surowy na ambonie, za to w konfesjonale łagodny i miłosierny. Przez 35 lat głosił słowo Boże w różnych miejscowościach na południu Włoch, dlatego nazwano go Apostołem Kalabrii.
    W kolejnych latach zakonnego życia pełnił wiele ważnych funkcji: był mistrzem nowicjatu, gwardianem, wizytatorem, członkiem zarządu prowincji i prowincjałem. Odznaczał się gorliwością i wyrozumiałością wobec braci. Dla siebie samego był surowy i wymagający.
    Zmarł 30 października 1739 roku. Jego beatyfikacji dokonał papież Leon XII w dniu 18 grudnia 1825 r. W listopadzie 2002 r. rozpoczęto proces kanonizacyjny, zakończony kanonizacją w roku 2017.
    Święty Anioł z Acri może być patronem wszystkich, którzy z trudem rozpoznają swoje życiowe powołanie. Jego życie pokazuje bowiem, że do świętości dochodzi się dzięki łasce Bożej poprzez wytrwałą pracę nad sobą.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    31 października

    Święty Alfons Rodriguez, zakonnik

    Święty Alfons Rodriguez

    Alfons urodził się w rodzinie kupca w Segowii (Hiszpania) 25 lipca 1533 r. Kiedy miał 10 lat, do pierwszej spowiedzi i Komunii świętej przygotował go bł. Piotr Faber, jeden z pierwszych towarzyszy św. Ignacego Loyoli. W wieku 14 lat został przyjęty do kolegium jezuitów w Alcali. Po roku musiał je jednak opuścić, ponieważ zmarł jego ojciec i trzeba było zająć się administracją przedsiębiorstwa tekstylnego, które prowadził. W 1560 r. Alfons ożenił się z Marią Suarez. Po 7 latach szczęśliwego życia jego żona zmarła (1567). Zmarło także ich dwoje dzieci. Rozgorzało w nim pielęgnowane od młodości pragnienie kapłaństwa. Postanowił je wreszcie wypełnić. Sprzedał przedsiębiorstwo i rozpoczął studia na uniwersytecie w Walencji. Okazało się jednak, że po tylu latach przerwy w nauce miał zbyt wiele zaległości. Miał już bowiem 39 lat. Musiał zrezygnować ze studiów.
    Alfons jednak nie poddał się. Wstąpił do jezuitów w charakterze brata zakonnego (1571). Nowicjat odbył na Majorce, w Palmas, i tam pozostał przez kolejnych 36 lat. Pełnił funkcję furtiana. Skazany na dobrowolne “więzienie” przy furcie, starał się wykorzystać cenny czas na modlitwę. Zasłynął duchem kontemplacji tak dalece, że miewał nawet zachwyty i ekstazy. Nie wypuszczał z rąk różańca. Z modlitwą łączył ducha pokuty. Przez całe lata walczył nieustannie z dręczącymi go pokusami. Zwalczał je postami, czuwaniami, biczowaniem ciała. W poczuciu posłuszeństwa spełniał najsumienniej wszystkie rozkazy i polecenia.
    Wyróżniał się wielką cierpliwością. Do furty przychodzili różni ludzie: potrzebujący i wagabundy. Alfons umiał zawsze zdobyć się na życzliwe i uprzejme słowo. Kolegium jezuitów było duże, więc też i liczba interesantów znaczna. Klerycy, przebywający tu na studiach, budowali się anielską dobrocią furtiana. Wśród nich był także św. Piotr Klawer, późniejszy apostoł Murzynów amerykańskich, który z bratem Alfonsem zawarł serdeczną przyjaźń.
    Bóg obdarzał Alfonsa niezwykłymi łaskami, m.in. darem proroctwa i czynienia cudów, objawieniami i widzeniami. W ostatnim czasie swego życia Alfons doświadczył chorób i utrapienia duszy; trzy dni przed śmiercią wszystkie dolegliwości ustały w zachwyceniu, jakiego doznał.
    Zmarł w nocy z 30 na 31 października 1617 r. ze słowami: “Mój Jezusie” na ustach. W pogrzebie skromnego brata zakonnego wziął udział wicekról, biskup i duchowieństwo, zakonnicy i tłumy ludu. Największe poruszenie wywołał szereg idących na eksponowanym miejscu w procesji osób, które Alfons uzdrowił swoją modlitwą. Został beatyfikowany w roku 1825 przez Leona XII; kanonizował go – razem ze św. Janem Berchmansem – papież Leon XIII (1888).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    30 października

    Błogosławiony Dominik Collins,
    zakonnik i męczennik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Benwenuta Bojani
    ***
    Błogosławiony Dominik Collins

    Dominik urodził się w dobrze sytuowanej, katolickiej rodzinie w Youghal w hrabstwie Cork (w Irlandii) około 1566 r. W tym czasie królową Anglii i Irlandii była Elżbieta I, a anglikanizm ustanowiony został jako oficjalna religia. Gdy Dominik miał jedenaście lat, na krótko zetknął się z jezuitami, którzy w jego mieście założyli kolegium, ale zostało ono zamknięte po dwóch latach, gdy miasto zniszczyły wojska angielskie tłumiące bunt mieszkańców przeciwko narzuconej religii.
    Dwudziestoletni Dominik udał się do Francji, gdzie zaciągnął się do wojska księcia Mercoeur, walczącego przeciwko hugenotom w Bretanii. Przez ponad dziewięć lat służył w Lidze Katolickiej, a że był sumienny w wypełnianiu swoich obowiązków, systematycznie awansował, aż do stopnia wojskowego gubernatora regionu.
    Pod koniec lat dziewięćdziesiątych szesnastego stulecia trafił nad Zatokę Biskajską w Hiszpanii, gdzie po przyznaniu mu emerytury król Filip II umieścił go w garnizonie w La Coruña. Jednak kariera wojskowa przestała interesować Dominika, który więcej czasu poświęcał teraz na życie duchowe. Podczas Wielkiego Postu w 1598 r. jako spowiednik żołnierzy trafił do jego oddziału kolega Irlandczyk – jezuita Thomas White, któremu Dominik zwierzył się z pragnienia życia religijnego. Wiedział już, że jego powołaniem jest bycie bratem zakonnym u jezuitów. Wyznał więc Thomasowi, że przez dziesięć miesięcy doświadczał niepokoju, który ustąpił dopiero, gdy zetknął się z nim – gorliwym kapłanem.
    Został przyjęty do nowicjatu w Santiago de Compostela, po półrocznej próbie w kolegium jezuitów. Wykazał się wtedy wielkim poświęceniem. Nie uciekł, jak wielu innych, przed zarazą, która dotknęła kolegium, ale został, by opiekować się chorymi, pocieszać ich w ostatnich godzinach życia. W ten sposób przekonał nieufnych wobec siebie przełożonych i zdołał ukończyć nowicjat. Raport na jego temat wysłany do Rzymu brzmiał: “Człowiek to rozsądny, o wielkiej sile fizycznej, dojrzały, roztropny i towarzyski, choć skłonny do zapalczywości i uparty”.
    W 1601 r. król Hiszpanii Filip III podjął decyzję o wysłaniu wojsk na pomoc rebelii, która rozpoczęła się w Irlandii. Wraz z wojskiem wyruszył w rodzinne okolice Dominik. Zdziesiątkowane przez sztorm oddziały dotarły do Castleheaven 1 grudnia 1601 r. Rozpoczęły się, zakończone klęską, walki. 17 czerwca 1602 r. zakutych w kajdany jezuitów uwięziono i poprowadzono na przesłuchanie. Obiecano im wielkie nagrody za wyrzeczenie się wiary katolickiej, a gdy nie chcieli tego zrobić, zostali poddani bestialskim torturom. Mimo prób perswazji ze strony części rodziny, by udawał konwersję w celu uratowania życia, Dominik pozostał niezłomny.
    Dowodzący wojskiem angielskim Georges Carew chciał zmusić go do wyrzeczenia się wiary katolickiej i złamać jego wierność wobec Ojca Świętego. Gdy w ciągu ponad 4 miesięcy uwięzienia nie udało mu się osiągnąć tego celu, Dominik został przewieziony do Youghal na egzekucję. Na miejscu kaźni zawołał: “Bądź pozdrowiony, Krzyżu Święty, którego tak bardzo pragnąłem!” Powiedział także do zgromadzonych mieszkańców, że przybył do Irlandii, by bronić rzymskiego Kościoła katolickiego, jedynego miejsca, w którym Bóg obdarza zbawieniem. Był przy tym bardzo pogodny. Angielski oficer powiedział: “On tak traktuje śmierć, jak ja ucztę”. Collins usłyszał go i odpowiedział: “W tej sprawie będę gotów umrzeć nie raz, ale tysiące razy”.
    Po tak odważnym i pełnym wiary świadectwie kaci nie chcieli dokonać egzekucji. Przymuszono do jej wykonania pewnego rybaka, który prosił skazańca o przebaczenie. Dominik udzielił mu go z uśmiechem. Na koniec zawołał: “Panie, w Twoje ręce powierzam ducha mego”. Oddał życie za wiarę 31 października 1602 r. Obecnie, w miejscu egzekucji, znajduje się tablica pamiątkowa. Został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II w 1992 roku, razem z szesnastoma innymi męczennikami irlandzkimi.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    29 października

    Błogosławiony Michał Rua, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Felicjan, męczennik
    ***
    Błogosławiony Michał Rua

    Michał urodził się w Turynie 9 czerwca 1837 roku. Jego ojciec, Jan Chrzciciel Rua, był kierownikiem jednego z wydziałów fabryki broni. Z pierwszego małżeństwa doczekał się 5 synów, z drugiego – trzech kolejnych i jednej córki. Michał był wśród nich najmłodszy. Gdy się urodził, czworo z jego rodzeństwa już nie żyło. Kiedy Michał miał 8 lat, zmarł jego ojciec. Wtedy dwaj synowie z pierwszego małżeństwa opuścili macochę, będąc już ludźmi pełnoletnimi. Pozostała więc ona z trzema synami: Janem, Alojzym i Michałem. Pani Rua nadal mieszkała w fabryce, gdzie wkrótce pracę rozpoczął Jan. Alojzy i Michał uczęszczali natomiast do szkoły elementarnej, którą przy fabryce prowadził kapelan robotników.
    W pobliżu fabryki na Valdocco św. Jan Bosko rozpoczął właśnie swoje dzieło pod nazwą Oratorium. Michał chętnie do niego uczęszczał wraz ze swoim bratem, Alojzym. Do pierwszej Komunii świętej Michał został dopuszczony w roku 1846. W roku 1848 zapisał się do szkoły, prowadzonej przez Braci Szkół Chrześcijańskich. Co niedzielę uczęszczał natomiast do Oratorium św. Jana Bosko, w którym po Mszy świętej chłopcy mieli zapewnioną godziwą rozrywkę. Św. Jan Bosko kierował także do chłopców kazanie i osobną katechezę. Bacznym okiem śledził swoich podopiecznych, gdyż najlepszych z nich zamierzał doprowadzić do kapłaństwa, by w przyszłości mogli dalej prowadzić jego dzieło.
    Pewnego dnia zaproponował także Michałowi naukę łaciny i dalsze studia. Matka zamierzała wysłać Michała do pracy w fabryce broni. Chłopak poprosił matkę, by zezwoliła mu na dalszą edukację. Wkrótce Michał zamieszkał przy Oratorium (1853). Pełnił rolę asystenta św. Jana Bosko, kiedy chłopcy zbierali się w niedziele i w święta. W roku 1854 Rua na ręce św. Jana Bosko złożył śluby zakonne i objął jako kleryk samodzielne prowadzenie Oratorium na drugim krańcu Turynu. W roku 1858 przeniosła się na stałe do Oratorium także pani Rua, by pomagać św. Janowi Bosko w gotowaniu, praniu i pracach w ogródku warzywnym. Przez 18 lat była dobrym aniołem dla kilkudziesięciu sierot internatu, żywiąc ich i odziewając.
    W tym samym czasie Michał Rua uczęszczał codziennie do seminarium diecezjalnego w Turynie na wykłady filozofii (1854-1856) oraz teologii (1856-1860). W roku 1860 otrzymał święcenia kapłańskie. Był to pierwszy kapłan, wychowanek św. Jana Bosko. Cały czas wolny od studiów bł. Michał Rua spędzał w Oratorium z uczącą się młodzieżą. Do najpiękniejszych chwili życia Michała należała niewątpliwie pielgrzymka do Rzymu wraz ze św. Janem Bosko w roku 1858. Założyciel salezjanów rozpoczął wtedy zabiegi o zatwierdzenie reguły nowego zgromadzenia.
    Zaraz po święceniach kapłańskich św. Jan Bosko uczynił księdza Rua kierownikiem naukowym wszystkich szkół salezjańskich. Około 300 uczniów uczęszczało wtedy do gimnazjum, drugie tyle chodziło do szkół zawodowych i wieczorowych, wreszcie ponad 1000 osób w niedziele i w święta – do trzech oratoriów: św. Franciszka, św. Alojzego i do nowo otwartego oratorium Anioła Stróża. Zadaniem księdza Rua było czuwanie nad programami nauki, nad nauką młodzieży, kontakt z nauczycielami i wychowawcami, dostarczanie dla oratoriów odpowiednich gier i staranie się o kapłanów dla posługi duchowej.
    W roku 1862 miasto Mirabello w Piemoncie ofiarowało św. Janowi posesję i przyrzekło dopomóc w budowie internatu i szkoły gimnazjalnej. Na przełożonego nowej placówki Jan Bosko wybrał księdza Rua. Kiedy po 5 latach ks. Michał opuszczał Mirabello, szkoła bardzo dobrze funkcjonowała. W roku 1865 św. Jan Bosko mianował księdza Rua dyrektorem administracyjnym całej rodziny salezjańskiej. Powstawały nowe domy. Nad wszystkimi miał opiekę ks. Rua.
    Kiedy miał 30 lat, bardzo poważnie zachorował, lekarze byli bezradni. Wtedy św. Jan Bosko powiedział do swojego wychowanka: “Nie chcę, żebyś umarł. Musisz mi jeszcze pomóc w tylu sprawach”. Ks. Michał wyzdrowiał i podjął dalej na długie lata pracę u boku Założyciela.
    Współpracował ze św. Janem Bosko w założeniu żeńskiej rodziny zakonnej Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych, powołanych do życia w roku 1872. Pomagał w zorganizowaniu pierwszej wyprawy misyjnej do Ameryki Południowej (1875), w dziele Pomocników Salezjańskich (1876), w założeniu czasopisma dla wszystkich dzieł salezjańskich (1877) – był więc “prawą ręką” św. Jana Bosko.
    Od roku 1884 św. Jan Bosko był tak wyczerpany pracą, że nie mógł prowadzić tak wielu instytucji. Dlatego, za zezwoleniem papieża Leona XIII, wyznaczył swoim wikariuszem generalnym i zastępcą księdza Rua. To na jego rękach św. Jan Bosko zmarł 31 stycznia 1888 roku. Niecałe dwa tygodnie później, 11 lutego, ks. Rua otrzymał dekret Stolicy Apostolskiej, która wyznaczyła go na przełożonego generalnego zgromadzenia salezjańskiego. Kierował nim przez 22 lata, aż do śmierci w dniu 10 kwietnia 1910 roku. W momencie śmierci św. Jana Bosko ks. Rua objął opiekę nad 64 placówkami i ok. 700 współbraćmi. Swoim następcom zostawił natomiast 341 domów w 30 krajach i ok. 4000 członków.
    Michał Rua był cały oddany Panu Bogu. Za swoją naczelną i jedyną misję uznał pracę dla chwały Bożej, zwłaszcza poprzez służbę wobec ubogiej i opuszczonej młodzieży. Wedle relacji świadków jego życia miał dar czytania w sercach i w sumieniach, przepowiadał przyszłość, przywrócił zdrowie kilkunastu chorym i kalekom. Wymagał od innych, ale ogromnie troszczył się także o potrzeby swoich współbraci. Rady, jakie pozostawił przełożonym domów, są bezcenne dla wszystkich przełożonych, tak wiele w nich serca, doświadczenia i mądrości.
    Michał Rua przyjmował pierwszych Polaków do zgromadzenia. Otworzył także pierwsze domy w Polsce (Miejsce Piastowe w roku 1892 i Oświęcim w roku 1898). Sam też dwa razy odwiedził naszą Ojczyznę: w roku 1901 i 1904. Jest patronem Suwałk i Szczecina.
    Do chwały ołtarzy wyniósł go papież Paweł VI w dniu 29 października 1972 roku. Dzień śmierci bł. Michała przypada pod koniec Wielkiego Postu lub w tygodniu wielkanocnym, dlatego na dzień liturgicznego wspomnienia obrano właśnie datę beatyfikacji.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    28 października

    Święci Apostołowie Szymon i Juda Tadeusz

    Święty Szymon Apostoł

    Ewangelie wymieniają św. Szymona w ścisłym gronie uczniów Pana Jezusa. Jest on chyba najmniej znanym spośród nich. Ewangelie wspominają o nim tylko trzy razy. Mateusz i Marek dają mu przydomek Kananejczyk (Mt 10, 4; Mk 3, 18). Dlatego niektórzy Ojcowie Kościoła przypuszczali, że pochodził on z Kany Galilejskiej i był panem młodym, na którego weselu Chrystus Pan uczynił pierwszy cud. Współczesna egzegeza dopatruje się jednak w słowie Kananejczyk raczej znaczenia “gorliwy”, gdyż tak je również można tłumaczyć. Łukasz wprost daje Szymonowi przydomek Zelotes, czyli gorliwy (Łk 6, 15). Specjalne podkreślenie w gronie Apostołów, że Szymon był gorliwy, może oznaczać, że faktycznie wyróżniał się wśród nich prawością i surowością w zachowywaniu prawa mojżeszowego i zwyczajów narodu.
    Szymon Kananejczyk jest we wszystkich czterech katalogach Apostołów wymieniany zawsze obok św. Jakuba i św. Judy Tadeusza, “braci” (stryjecznych albo ciotecznych) Chrystusa, czyli Jego kuzynów (Mt 10, 4; Mk 3, 18; Łk 6, 15; Dz 1, 13). Czy był nim także i Szymon? Według Ewangelii św. Mateusza wydaje się to być pewnym (Mt 13, 55). Także i w tradycji chrześcijańskiej mamy nikłe wiadomości o Szymonie. Miał być bratem Apostołów: Jakuba Młodszego i Judy Tadeusza. Będąc krewnym Pana Jezusa, miał według innych zasiąść na stolicy jerozolimskiej po Jakubie Starszym i Jakubie Młodszym jako trzeci biskup i tam ponieść śmierć za cesarza Trajana, kiedy miał już ponad sto lat.
    Są jednak pisarze, którzy twierdzą, że Szymon Apostoł nie był krewnym Jezusa i jest osobą zupełnie inną od Szymona, biskupa Jerozolimy, który poniósł śmierć męczeńską za panowania cesarza Trajana. Powołują się oni na to, że tradycja łączy go ze św. Judą Tadeuszem tylko dlatego, jakoby miał z nim głosić Ewangelię nad Morzem Czerwonym i w Babilonii, a nawet w Egipcie – i poza Palestyną razem z nim miał ponieść śmierć. Według tej tradycji obchodzi się ich święto tego samego dnia. Również ikonografia chrześcijańska dość często przedstawia razem obu Apostołów.
    O przecięciu Szymona piłą na pół, jak głosi legenda (a nawet – piłą drewnianą), dowiadujemy się z jego średniowiecznych żywotów. Ciało św. Szymona, według świadectwa mnicha Epifaniusza (w. IX), miało znajdować się w Nicopolis (północna Bułgaria), w kościele wystawionym ku czci Apostoła. W kaplicy świętych Szymona i Judy w bazylice św. Piotra, która obecnie jest także kaplicą Najświętszego Sakramentu, mają znajdować się relikwie obu Apostołów. Część relikwii ma posiadać również katedra w Tuluzie. Św. Szymon jest patronem diecezji siedleckiej oraz farbiarzy, garncarzy, grabarzy i spawaczy.
    W ikonografii św. Szymon w sztuce wschodniej przedstawiany jest z krótkimi włosami lub łysy, w sztuce zachodniej ma dłuższe włosy i kędzierzawą brodę. Jego atrybutami są: księga, kotwica, palma i piła (drewniana), którą miał być rozcięty, topór, włócznia.

    Święty Juda Tadeusz, Apostoł

    O życiu św. Judy nie wiemy prawie nic. Miał przydomek Tadeusz, czyli “Odważny” (Mt 10, 3; Mk 3, 18). Nie wiemy, dlaczego Ewangeliści tak go nazywają. Był bratem św. Jakuba Młodszego, Apostoła (Mt 13, 55), dlatego bywa nazywany również Judą Jakubowym (Łk 6, 16; Dz 1, 13). Nie wiemy, dlaczego Orygenes, a za nim inni pisarze kościelni nazywają Judę Tadeusza także przydomkiem Lebbeusz. Mogłoby to mieć jakiś związek z sercem (hebrajski wyraz leb znaczy tyle, co serce) albo wywodzić się od pewnego wzgórza w Galilei, które miało nazwę Lebba. Był jednym z krewnych Jezusa. Prawdopodobnie jego matką była Maria Kleofasowa, o której wspominają Ewangelie.
    Imię Judy umieszczone na dalszym miejscu w katalogu Apostołów sugeruje jego późniejsze wejście do grona uczniów. To on przy Ostatniej Wieczerzy zapytał Jezusa: “Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?” Zasadne jest zatem przypuszczenie, że św. Juda, przystępując do grona Apostołów, kierował się na początku perspektywą zrobienia przy Chrystusie kariery.
    Juda jest autorem jednego z listów Nowego Testamentu. Sam w nim nazywa siebie bratem Jakuba (Jud 1). Z listu wynika, że prawdopodobnie był człowiekiem wykształconym. List ten napisał przed rokiem 67, gdyż zapożycza od niego pewne fragmenty i słowa nawet św. Piotr. Po Zesłaniu Ducha Świętego Juda głosił Ewangelię w Palestynie, Syrii, Egipcie i Mezopotamii; niektóre z wędrówek misyjnych odbył razem ze św. Szymonem. Część tradycji podaje, że razem ponieśli śmierć męczeńską. Inne mówią, że Szymon został zabity w Jerozolimie, a Juda Tadeusz prawdopodobnie w Libanie lub w Persji.
    Hegezyp, który żył w wieku II, pisał, że Juda był żonaty, kiedy wstąpił do grona Apostołów. Dlatego podejrzliwy na punkcie władzy cesarz Domicjan kazał wezwać do Rzymu wnuków św. Judy w obawie, aby oni – jako “krewni” Jezusa – nie chcieli kiedyś sięgnąć także po jego cesarską władzę. Kiedy jednak ujrzał ich i przekonał się, że są to ludzie prości, odesłał ich do domu.
    Kult św. Judy Tadeusza jest szczególnie żywy od XVIII w. w Austrii i w Polsce. Bardzo popularne jest w tych krajach nabożeństwo do św. Judy jako patrona od spraw beznadziejnych. Z tego powodu w wielu kościołach odbywają się specjalne nabożeństwa ku jego czci, połączone z odczytaniem próśb i podziękowań. Czczone są także jego obrazy. Jest patronem diecezji siedleckiej i Magdeburga. Jest także patronem szpitali i personelu medycznego.
    W ikonografii św. Juda Tadeusz przedstawiany jest w długiej, czerwonej szacie lub w brązowo-czamym płaszczu. Trzyma mandylion z wizerunkiem Jezusa – według podania jako krewny Jezusa miał być do Niego bardzo podobny. Jego atrybutami są: barka rybacka, kamienie, krzyż, księga, laska, maczuga, miecz, pałki, którymi został zabity, topór.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Święty Juda Tadeusz – odważny i ostry. Internet jest pełen podziękowań pod adresem apostoła, o którym… niewiele wiadomo

    Co wiadomo o patronie od spraw beznadziejnych i skąd jego popularność?

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Sekta, z którą związał się Kamil, robiła mu pranie mózgu. Czuł, że jest w matni, myślał o samobójstwie. Tamtego dnia w jakimś odruchu wszedł do kościoła. Było po Mszy św. Usiadł w ławce. Czy rozsadzająca jego serce rozpacz była widoczna na twarzy? Nie wiadomo, dość, że wtedy właśnie jakiś nieznajomy podszedł do niego i podał mu obrazek z wizerunkiem św. Judy Tadeusza i z modlitwą do niego. „Po kilku dniach modlitwy do Ciebie nagle znalazłem w sobie siłę i zdołałem uciec z sekty. Dziękuję Ci Święty Apostole, że mnie ocaliłeś” – zaświadczył potem Kamil.

    Patron od spraw beznadziejnych, za jakiego uchodzi św. Juda Tadeusz, jest jednym z najpopularniejszych orędowników. Ludzie zwracają się do niego praktycznie ze wszystkim – od zdrowia przez relacje rodzinne, zawodowe i społeczne po kwestie ściśle duchowe. Ludzie proszą za siebie i za innych. Wystarczy zajrzeć do sieci. Ktoś po odprawionej do świętego nowennie wyzdrowiał z ciężkiej choroby nerek, inny pozbył się chorobliwej otyłości, ktoś wbrew przewidywaniom zdał egzaminy, a ktoś nieoczekiwanie znalazł dobrą pracę. Wstawiennictwo Judy Tadeusza ocaliło czyjeś małżeństwo, jakiś mężczyzna odzyskał wiarę, a pewien ksiądz wrócił do gorliwej służby. Internet jest pełen podziękowań pod adresem apostoła, o którym… niewiele wiadomo.

    Brat i kuzyn

    Najważniejsze informacje przynoszą ewangeliści. „Czy Jego Matce nie jest na imię Mariam, a Jego braciom Jakub, Józef, Szymon i Juda?” – pytają krajanie Jezusa (Mt 13,55). Chodzi oczywiście o kuzynów Zbawiciela, choć stopień ich pokrewieństwa z Jezusem trudno z całą pewnością ustalić.

    Łukasz Ewangelista, wymieniając apostołów, używa określenia „Juda Jakuba” (Łk 6,16). Nie jest jasne, czy chodzi o ojca imieniem Jakub, czy o brata o tym imieniu. Wiele przemawia za tą drugą wersją. Sam Juda, którego uważa się za autora ostatniego z listów Nowego Testamentu, przedstawia się w adresie listu: „Juda, sługa Jezusa Chrystusa, brat zaś Jakuba” (Jud 1,1). Jakub, zwany Młodszym, był pierwszym biskupem Jerozolimy. Cieszył się wówczas bardzo dużym autorytetem, stąd powołanie się na niego przez Judę miało zapewne wzmocnić autorytet listu.

    Imię Juda było wśród Żydów bardzo popularne. Oznaczało „godzien czci, poszanowania”. Ewangeliści Mateusz i Łukasz wymieniają Judę w wykazie apostołów pod imieniem Tadeusz. Prawdopodobnie chodziło o odróżnienie go od Judasza, który stał się zdrajcą. Z tego samego powodu św. Jan podkreśla: „Rzekł do Niego Juda, ale nie Iskariota…” (J 14,22).

    Tadeusz to drugie imię Judy albo jego przydomek. Ks. dr hab. Piotr Łabuda w opracowaniu nt. Judy Tadeusza wskazuje, że słowo to pochodzi prawdopodobnie od aramejskiego tadda, co znaczy „pierś”, ale oznacza też „odważny” lub „wielkoduszny”.

    W Ewangelii tylko raz padają słowa Judy – podczas ostatniej wieczerzy. Przytacza je Jan Ewangelista. „Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?” – pyta apostoł. Jezus mu odpowiada: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać. Kto Mnie nie miłuje, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca” (14,21-24).

    „Juda jest zdziwiony, że Mistrz zapowiada objawienie się tylko »swoim«, czyli uczniom” – zauważa ks. Piotr Łabuda, stwierdzając, że w pytaniu Judy pobrzmiewa pytanie, które stawiali sobie chrześcijanie końca I wieku, wynikające z oczekiwania na rychłe nadejście Chrystusa w chwale na oczach całego świata. Biblista przytacza także inne opinie, sugerujące, że przez apostoła przemawiał lęk, że dalsze „nieobjawianie się światu” przez Jezusa może sprowadzić niebezpieczeństwo także na jego uczniów. „Nie oznacza to, że w gronie Dwunastu właśnie Juda był szczególnie bojaźliwy” – zaznacza. Jego drugie imię (bądź przydomek) wskazuje na coś przeciwnego. „Wiadomo, że imiona określały kiedyś jakieś szczególne właściwości ich nosicieli. Może właśnie dlatego w tradycji chrześcijańskiej imię »Tadeusz« pojawia się o wiele częściej niż »Juda«” – przypuszcza duchowny.

    Ostre słowa

    O temperamencie Judy Tadeusza sporo mówi list jego autorstwa, skierowany do gmin judeochrześcijańskich wczesnego Kościoła. Uwagę zwraca pasja, z jaką pisze apostoł. Po kilku słowach powitania rzuca twarde słowa. „Wkradli się bowiem pomiędzy was jacyś ludzie, którzy dawno już są zapisani na to potępienie, bezbożni, którzy łaskę Boga naszego zamieniają na rozpustę, a nawet wypierają się jedynego Władcy i Pana naszego Jezusa Chrystusa” – czytamy (1,4). Najwyraźniej autor jest wzburzony wieściami o bulwersujących zachowaniach członków wspólnoty. Z treści wynika, że grzeszne zachowania były konsekwencją fałszywych nauk „proroków ze snów”, którzy „ciała plugawią, Panowanie odrzucają i wypowiadają bluźnierstwa na »Chwały«” (1,8). Ci ludzie „samych siebie pasą… obłoki bez wody wiatrami unoszone… drzewa jesienne nie mające owocu, dwa razy uschłe, wykorzenione… rozhukane bałwany morskie wypluwające swoją hańbę… gwiazdy zabłąkane, dla których nieprzeniknione ciemności na wieki przeznaczone…” (12-13). Przypomina o nieuniknionym sądzie i o karze dla „wszystkich bezbożników za wszystkie bezbożne uczynki, przez które okazywała się ich bezbożność, i za wszystkie twarde słowa, które wypowiadali przeciwko Niemu grzesznicy bezbożni”.

    Do tych słów nawiązał Benedykt XVI podczas audiencji generalnej 11 października 2006 r. „Dzisiaj może odzwyczailiśmy się już od tak polemicznego języka, który jednak przekazuje nam coś ważnego. Pośród wszystkich pojawiających się pokus i wszystkich prądów współczesnego życia powinniśmy zachować tożsamość naszej wiary” – przypomniał papież. Wskazując, że „trzeba nadal wytrwale iść drogą wyrozumiałości i dialogu, jaką słusznie podjął Sobór Watykański II”, zauważył, że nie powinno to nigdy prowadzić do „zapominania o obowiązku przemyślenia i ukazywania zawsze z jednakową mocą zasadniczych i niezbywalnych rysów naszej tożsamości chrześcijańskiej”. W drugiej części listu Juda łagodnieje. Zwracając się do „umiłowanych”, zaleca im trwanie na fundamencie wiary i wzywa do ratowania wątpiących.

    List kończy uwielbieniem Boga: „Temu zaś, który może was ustrzec od upadku i stawić nienagannymi i rozradowanymi wobec swej chwały, jedynemu Bogu, Zbawcy naszemu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego, chwała, majestat, moc i władza przed wszystkimi wiekami i teraz, i na wszystkie wieki!” (24-25).

    „Dobrze widać, że autor tych słów żyje pełnią swojej wiary, która obejmuje wielkie rzeczywistości, jak moralna integralność i radość, zaufanie i wreszcie chwała, bo racją wszystkiego jest tylko dobroć naszego jedynego Boga oraz miłosierdzie Pana naszego Jezusa Chrystusa” – podkreślił Benedykt XVI.

    Tradycja

    W tradycji Kościoła uważa się Judę Tadeusza za syna Kleofasa, brata św. Józefa. Historyk Euzebiusz z Cezarei (zm. ok. 340 r.) twierdził, że apostoł był żonaty. Powołując się na innego autora, Hegesipposa, pisał: „Z rodziny Pańskiej żyli jeszcze wnukowie Judy, tak zwanego brata Pańskiego według ciała”. Mieli oni zostać wezwani do Rzymu przed oblicze cesarza Domicjana, który uznał ich za prostaków i puścił wolno.

    Po Zesłaniu Ducha Świętego Juda miał głosić Ewangelię w Palestynie, Syrii, Arabii i Mezopotamii. Według niektórych przekazów zginął męczeńsko w Mezopotamii razem ze swoim bratem Szymonem, według innych został zamęczony w Edessie. To właśnie z Edessą wiąże się „specjalność” Judy, czyli załatwianie spraw beznadziejnych. Według podania Juda Tadeusz zjawił się u trędowatego króla Edessy z płótnami, w które owinięto po śmierci ciało Jezusa. Ich dotknięcie uzdrowiło władcę z beznadziejnej wówczas choroby.

    Juda Tadeusz, jako patron od spraw beznadziejnych, jest szczególnie czczony od XVIII wieku w Austrii i w Polsce. W naszym kraju w wielu kościołach raz w tygodniu odbywają się nabożeństwa do Judy Tadeusza, podczas których odczytywane są kierowane do niego prośby i podziękowania za doznane łaski. Tych drugich jest wiele. Jak widać, święty nie daje się długo prosić.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    27 października

    Święty Frumencjusz, biskup

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Sabina, Wincenty i Chrestyna
    ***
    Święty Frumencjusz

    Frumencjusz doznaje czci we wszystkich obrządkach. Do Martyrologium Rzymskiego wpisał go kardynał Baroniusz (+ 1607). Żywot Frumencjusza przekazał potomnym Rufin. Według jego relacji pewien filozof z Tyru w towarzystwie dwóch swoich uczniów – Frumencjusza i Edezjusza – udawał się do Indii. Jednak burza zagnała jego okręt do granic Etiopii. Tam zostali pochwyceni i wzięci do niewoli. Odesłano ich na dwór króla do Axum. Byli bowiem bardzo pięknymi i obiecującymi młodzieńcami. Na dworze królewskim doszli do najwyższych godności. Frumencjusz miał zostać sekretarzem królewskim. Po śmierci króla w tym samym charakterze zatrzymała go na swoim dworze królowa. Niedługo potem obaj młodzieńcy poprzez kupców chrześcijańskich zapoznali się z Kościołem katolickim. Odtąd stali się najżarliwszymi propagatorami wiary w Chrystusa.
    Za pozwoleniem syna królowej, który objął z kolei tron, Edezjusz wrócił do Tyru, a Frumencjusz udał się do Egiptu, do Aleksandrii, gdzie z rąk św. Atanazego ok. roku 340 przyjął sakrę biskupią. W taki to sposób został nie tylko ojcem chrześcijaństwa w Etiopii, ale także hierarchii kościelnej, którą tam założył. Było to za czasów cesarza Konstantyna I Wielkiego i jego syna Konstancjusza. Król Ezan nie tylko dał Frumencjuszowi pełną swobodę w tej pięknej akcji, ale nawet sam z jego rąk wraz z bratem przyjął chrzest.
    Ponieważ patriarcha Aleksandrii, św. Atanazy, udzielił sakry biskupiej Frumencjuszowi, dlatego przez 1500 lat Kościół w Etiopii był uzależniony od patriarchów Aleksandrii. Oni mianowali biskupów tegoż kraju. Dopiero w roku 1959 prawosławny Kościół w Etiopii uzyskał status autokefalicznego (niezależnego), z własnym patriarchą. Niestety, w V wieku patriarchowie aleksandryjscy przeszli na monofizytyzm. Wprowadzili więc monofizytyzm jako obowiązujący w Etiopii. Monofizytów egipskich i etiopskich zwykło się nazywać koptami. Na Soborze Florenckim (1431-1445) Abisynia przystąpiła wprawdzie do unii z Kościołem katolickim, ale tylko na krótko. W roku 1555 dzięki wspaniałej akcji jezuitów Etiopia była bliska pełnego i trwałego zjednoczenia z Rzymem. O. Perez pozyskał dla wiary króla-cesarza Zara Dagaba, a potem również jego syna i następcę na tronie, Seltana Sagada. W roku 1626 król ogłosił nawet katolicyzm jako religię państwową. Wywołało to jednak tak gwałtowną reakcję ze strony prawosławnych, monofizyckich koptów, że cesarz cofnął dekret. Rozpoczęło się długoletnie, krwawe prześladowanie, trwające ponad 150 lat (1633-1797), które zniszczyło tak piękne owoce.
    Od roku 1839 misjonarze katoliccy mogli powrócić na te tereny. W roku 1847 Stolica Apostolska erygowała w Etiopiii dwa wikariaty apostolskie w obrządku etiopskim: jeden zarządzany przez lazarystów, drugi przez kapucynów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    26 września

    Najświętsza Maryja Panna Leśniańska

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Kosma i Damian
      •  Święci męczennicy Wawrzyniec Ruiz i Towarzysze
      •  Święty Elzear i błogosławiona Delfina, małżonkowie
      •  Święty Ketyl, prezbiter
      •  Święty Nil Młodszy, opat
      •  Błogosławiony Kaspar Stanggassinger, prezbiter
      •  Błogosławiony Aureliusz z Vinalesa, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Święta Teresa Couderc, zakonnica
      •  Błogosławiony Alojzy Tezza, prezbiter
    ***
    Bazylika w Leśnej na Podlasiu

    26 września 1683 r. dwaj chłopcy, pasący bydło, znaleźli na drzewie dzikiej gruszy jaśniejący obraz. Wizerunek, umieszczony w zbudowanym dlań kościele, zaczął gromadzić rzesze ludzi. W miejscu zaś, gdzie według tradycji ukazał się cudowny wizerunek, została później zbudowana kaplica. Komisja biskupia dwukrotnie: w 1684 i 1700 r. wydała dekret o niezwykłości łask. Doświadczyli ich już w czasie wyprawy pod Wiedniem Jan Michałowski i Grzegorz Kulczycki, wysłani przez króla Jana III Sobieskiego do księcia Lotaryngii. Musieli się oni w przebraniu przedzierać przez obóz turecki. Uratowali się, bo polecili się opiece Matce Bożej Leśniańskiej i kiedy wrócili szczęśliwie z wojny do kraju, złożyli Jej swoje wota oraz zabrane Turkom pałasze.

    Obraz Matki Bożej Leśniańskiej

    Parafię w Leśnej na Podlasiu erygowano w 1695 r. Na miejscu dawnego kościoła z XVIII w. stoi obecnie barokowy, murowany kościół pw. świętych Apostołów Piotra i Pawła i Narodzenia NMP. W ołtarzu głównym znajduje się wyryta na kamieniu płaskorzeźba Matki Bożej z Dzieciątkiem, pochodząca z XVII w. Przedstawia ona Matkę Bożę w półpostaci z Dzieciątkiem na prawym ręku, w lewej ręce trzymającą otwartą książkę, na której wspiera się skrzydłami gołębica. Pan Jezus natomiast w prawej rączce trzyma książkę, a lewą unosi do góry.
    Opiekę nad wizerunkiem i parafią powierzono zakonowi paulinów. W okresie zaborów klasztor zamknięto jednak za sprzyjanie powstaniu styczniowemu. Do budynków popaulińskich sprowadzono zaś mniszki prawosławne, a kościół przebudowano na cerkiew. Gorący kult Maryi Leśniańskiej trwał nieprzerwanie mimo ukrycia obrazu w obawie przed zabraniem około 1867 r. Obraz odnaleziono i w 1927 r. uroczyście wprowadzono do Leśnej. Wizerunek koronował kard. Stefan Wyszyński 18 sierpnia 1963 r. (w 280. rocznicę objawienia się) w obecności 12 biskupów i ok. 150 tys. pielgrzymów. W 1984 r. kościół leśniański podniesiono do godności bazyliki mniejszej. W głównych odpustach uczestniczą setki grup pątniczych.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    25 października

    Święci męczennicy Chryzant i Daria

    Zobacz także:
      •  Święty Bernard Calvo, biskup
    ***
    Święci Chryzant i Daria

    W oparciu o inskrypcje w Passio można przyjąć, że Chryzant przybył do Rzymu na studia. Nawróciwszy się, przywiódł do Chrystusa westalkę Darię oraz innych mieszkańców. Podczas prześladowania za czasów cesarza Numeriana zostali oni pochwyceni i skazani na śmierć. Wyrok wykonano w sposób okrutny – wrzucono ich do dołu powstałego po nieużywanym akwedukcie przy via Salaria i tam żywcem zasypano ziemią oraz kamieniami. Śmierć ponieśli w 283 lub 284 r. Ci egipscy męczennicy są patronami sędziów.
    Według innych podań Chryzant, który był synem senatora, przypadkowo przeczytał Ewangelię i zapragnął zostać chrześcijaninem. Kiedy ojciec dowiedział się, że syn przyjął chrzest, chciał go siłą odwieść od wiary. Najpierw więził go i głodził, a następnie sprowadził do niego prostytutki. Kiedy nic nie osiągnął i syn dalej uparcie trwał w wierze, postanowił zmusić go do małżeństwa z westalką Darią. Efekt był taki, że Chryzant nawrócił Darię. Żeby uspokoić ojca, pobrali się, ale trwali w dziewiczym małżeństwie.
    Opis męczeństwa jest podobny jak wyżej, z jednym uzupełnieniem, że chrześcijanie zostali zasypani żywcem, kiedy zebrali się, by sprawować Eucharystię.
    W ikonografii przedstawia się św. Chryzanta jako rzymskiego młodzieńca z palmą w dłoni. Czasami jako rycerza Chrystusa w wianku na głowie. Jego atrybutami są: chorągiew, kamienie, korona, tarcza.
    Św. Daria ukazywana jest w sztuce religijnej jako matrona rzymska z palmą w jednej, a z księgą w drugiej ręce. Jej atrybutami są: kamienie, korona, lew.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    24 października

    Błogosławiony Jan Wojciech Balicki, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Antoni Maria Claret, biskup
      •  Błogosławiony Kontard Ferrini
      •  Błogosławiona Józefina Leroux, dziewica i męczennica
      •  Święty Alojzy Guanella, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Jan Wojciech Balicki

    Jan Wojciech Balicki urodził się 25 stycznia 1869 r. w Staromieściu pod Rzeszowem. Pochodził z biednej, bardzo religijnej rodziny dróżnika kolejowego. Był synem grekokatolika Nicetasa Balickiego i jego rzymskokatolickiej żony Katarzyny. Zgodnie z wolą ojca został ochrzczony w Kościele grekokatolickim; także ówczesne prawo kościelne nakazywało wychowywanie chłopców w obrządku ojca. Ponieważ o tym przepisie dowiedział się dopiero w czasie studiów teologicznych, zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o zgodę na święcenia w obrządku łacińskim. Po ukończeniu seminarium duchownego w Przemyślu, w 1892 r. został wyświęcony na kapłana. Został skierowany do pracy w parafiach jako wikary. Szybko dał się poznać jako świetny kaznodzieja i cierpliwy spowiednik.
    Wkrótce potem podjął studia teologiczne w Rzymie, zakończone doktoratem. Po powrocie do kraju pracował w przemyskim seminarium, gdzie wykładał teologię dogmatyczną. Jego posługa profesorska była owiana duchem głębokiej wiary i umiłowaniem prawdy. W modlitwie najczęściej szukał mądrości Ducha Świętego. W latach 1928-1934 piastował urząd rektora.
    Po przejściu na emeryturę wiele czasu poświęcał na posługę spowiedzi. Jeszcze jako młody ksiądz założył dom opieki dla prostytutek – z tego powodu wielokrotnie rzucano na niego oszczerstwa. Po wkroczeniu do Przemyśla Sowietów w czasie II wojny światowej dom ten został zlikwidowany. Jan Balicki zmarł w Przemyślu w opinii świętości 15 marca 1948 r.
    Po siedmiu latach, 31 października 1955 r. – zgodnie z powszechnym życzeniem – ciało ks. Jana przeniesiono do osobnego grobowca. W 1959 r. przemyskie seminarium duchowne poprosiło biskupa Franciszka Bardę o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego. W 1963 r. wszystkie akta przesłano do Rzymu, gdzie po zbadaniu zeznań świadków i analizie pism ks. Jana ogłoszono dekret o heroiczności jego cnót (grudzień 1994 r.). Osobę ks. Balickiego dawał za wzór kapłanom kardynał Karol Wojtyła, który w 1975 roku pisał o nim: “W czasach, gdy Kościół poszukuje nowych wzorów duchowości dla kapłana diecezjalnego, w sytuacji, gdy wśród samych kapłanów zdarzają się kontestacje, niewierności oraz tendencje, by poszukiwać rzeczy materialnych bardziej niż duchowych, sługa Boży może być przedstawiony jako model życia kapłańskiego. W osobie ks. Balickiego kapłani mogą znaleźć wzór, w jaki sposób połączyć działalność duszpasterską z codzienną kontemplacją tajemnicy Boga”.
    Już jako papież dokonał beatyfikacji ks. Balickiego w sierpniu 2002 roku podczas Mszy świętej na krakowskich Błoniach. Powiedział m.in.: Służbą miłosierdziu było życie błogosławionego Jana Balickiego. Jako kapłan miał zawsze otwarte serce dla wszystkich potrzebujących. Jego posługa miłosierdzia przejawiała się w niesieniu pomocy chorym i ubogim, ale szczególnie mocno wyraziła się przez posługę w konfesjonale. Zawsze z cierpliwością i pokorą starał się zbliżyć grzesznego człowieka do tronu Bożej łaski.
    Wspominając o tym, zwracam się do kapłanów i seminarzystów: proszę was, bracia, nie zapominajcie, że na was, szafarzach Bożego miłosierdzia, spoczywa wielka odpowiedzialność, ale też pamiętajcie, że sam Chrystus umacnia was obietnicą, którą przekazał przez św. Faustynę: “Powiedz Moim kapłanom, że zatwardziali grzesznicy kruszyć się będą pod ich słowami, kiedy będą mówić o niezgłębionym miłosierdziu moim, o litości, jaką mam dla nich w sercu swoim” (Dzienniczek, 1521).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 października

    Święty Józef Bilczewski, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Kapistran, prezbiter
      •  Święty Seweryn Boecjusz
    ***
    Na zakończenie XI Zwyczajnego Zgromadzenia Biskupów, obradującego w Watykanie z woli św. Jana Pawła II w dniach 2-23 października 2005 r., kończąc Rok Eucharystii, papież Benedykt XVI dokonał pierwszej kanonizacji w czasie swego pontyfikatu. W poczet świętych zaliczonych zostało pięciu błogosławionych, w tym dwóch Polaków: abp Józef Bilczewski, ordynariusz lwowski, i ks. Zygmunt Gorazdowski, założyciel józefitek. Oprócz nich świętymi ogłoszeni zostali: chilijski jezuita ksiądz Albert Hurtado, żyjący w I poł. XX w., oraz dwóch Włochów: żyjący w XVIII w. kapucyn, brat Feliks z Nikozji, i ksiądz Kajetan Catanoso, zmarły w roku 1963.

    Święty Józef Bilczewski

    Józef Bilczewski urodził się 26 kwietnia 1860 r. w Wilamowicach koło Kęt. Po ukończeniu szkoły podstawowej w Wilamowicach, a potem w Kętach, uczęszczał do gimnazjum w Wadowicach, gdzie zdał maturę w czerwcu 1880 r., i wstąpił do seminarium duchownego w Krakowie. 6 lipca 1884 r. przyjął tu święcenia kapłańskie. W latach 1886-1888 odbył studia teologiczne w Wiedniu (gdzie uzyskał doktorat z teologii), w Rzymie i Paryżu. Po powrocie do kraju był wikariuszem w Kętach i w Krakowie. W 1890 r. uzyskał habilitację na Uniwersytecie Jagiellońskim. W rok później został profesorem teologii dogmatycznej na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, na którym przez pewien okres pełnił funkcję dziekana wydziału teologicznego i rektora. Jako profesor uniwersytetu był bardzo ceniony przez studentów, cieszył się szacunkiem i przyjaźnią innych pracowników naukowych. Opublikował wiele artykułów z dziedziny teologii i archeologii chrześcijańskiej, a także na temat Eucharystii.
    17 grudnia 1900 r. Leon XIII mianował 40-letniego ks. prał. Józefa Bilczewskiego arcybiskupem lwowskim obrządku łacińskiego. Konsekracja biskupia odbyła się 20 stycznia 1901 r. w katedrze we Lwowie. Nowy biskup wyróżniał się ogromną dobrocią serca, wyrozumiałością, pokorą, pobożnością, pracowitością i gorliwością duszpasterską, które płynęły z wielkiej miłości do Boga i bliźniego. Był mężem modlitwy, która inspirowała wszelką jego działalność. Fundował kościoły i kaplice, szkoły i ochronki, krzewił oświatę. Wspierał duchowo i materialnie wszystkie ważniejsze dzieła powstające w archidiecezji lwowskiej. Uważał, że jego obowiązkiem jest bronienie i ratowanie obrządku łacińskiego, za który odpowiadał przed Bogiem i Kościołem, własnym sumieniem i narodem. Życie abp. Józefa Bilczewskiego, wypełnione modlitwą, pracą i dziełami miłosierdzia, sprawiło, że cieszył się wielkim szacunkiem ludzi wszystkich wyznań, obrządków i narodowości.
    W duchu nauczania Piusa X zbliżał wiernych do Eucharystii, częstej Komunii św., pobożnego uczestniczenia w Mszy św. W czasach I wojny światowej rozwijał kult Najświętszego Serca Pana Jezusa, ukazując ludziom nieskończoną miłość Boga, zdolną do przebaczenia i darowania wszystkich grzechów. Czcią i miłością najlepszego syna otaczał Matkę Najświętszą, nazywając Ją swą «Matuchną». Pragnął, by taką samą pobożnością darzyli Ją wierni archidiecezji, naśladując Jej cnoty, szczególnie całkowite zaufanie Bogu.
    Umarł z przepracowania 20 marca 1923 r. Jego zabalsamowane serce umieszczono w kaplicy bł. Jakuba w bazylice katedralnej we Lwowie, a ciało zostało złożone w grobie na cmentarzu janowskim, gdzie grzebano ubogich, dla których był zawsze ojcem i opiekunem.
    Staraniem archidiecezji lwowskiej przeprowadzono proces beatyfikacyjny Józefa Bilczewskiego, którego pierwsza faza została zakończona 18 grudnia 1997 r. ogłoszeniem przez św. Jana Pawła II dekretu o heroiczności jego cnót. W czerwcu 2001 r. za cudowny został uznany przez Kongregację Spraw Kanonizacyjnych fakt nagłego, trwałego i niewytłumaczalnego co do sposobu uzdrowienia dziewięcioletniego chłopca Marcina Gawlika z bardzo ciężkich poparzeń, dokonanego przez Boga za wstawiennictwem Józefa Bilczewskiego – co otworzyło drogę do beatyfikacji arcybiskupa lwowskiego. Dokonał jej św. Jan Paweł II 26 czerwca 2001 r. we Lwowie podczas swej podróży apostolskiej na Ukrainę. W 2005 r. świętym ogłosił go papież Benedykt XVI.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________________

    Tajemnica Eucharystii w życiu św. Józefa Bilczewskiego

    Św. Józef Bilczewski

    ***

    Biogram św. Józefa Bilczewskiego

    Józef Bilczewski urodził się 26 kwietnia 1860 r. w Wilamowicach, w diecezji krakowskiej. Był jednym z dziewięciorga dzieci Franciszka Biby i Anny Fajkisz. Rodzice byli rolnikami. Ojciec był człowiekiem głębokiej wiary, surowym i wymagającym. Ciężko pracował na roli, dorabiając jako cieśla, by utrzymać liczną rodzinę. Matka była kobietą cichą i pracowitą. Z miłością zajmowała się domem i wychowaniem dzieci. Głęboko pobożna, uczyła je całkowitego zaufania Bogu. W niedzielę, czytając z dziećmi ilustrowaną Biblię, przekazywała im prawdy wiary.

    Józef uczęszczał do szkoły podstawowej w Wilamowicach i w Kętach (1868-1872), a następnie kontynuował naukę w gimnazjum w Wadowicach (1872-1880). Był pilnym i pracowitym uczniem. Czas nauki wykorzystywał nie tylko na zdobywanie wiedzy, ale również na budowanie trwałych przyjaźni. Pogłębiał swoją wiarę i uczył się konsekwentnych wyborów. Po maturze, w sierpniu 1880 r. podjął decyzję wstąpienia do seminarium duchownego w Krakowie.

    Studia filozoficzno-teologiczne w latach 1880-1884 odbył na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Gorliwie uczestniczył w wykładach, studiując ze szczególnym upodobaniem apologetykę i dogmatykę. Pogłębiał wiedzę z historii i literatury polskiej, zapoznawał się z historią Kościoła. Doskonalił znajomość języka niemieckiego i francuskiego.

    Kapłan według Serca Jezusa

    Józef Bilczewski pracował nad kształtowaniem charakteru i powołania kapłańskiego. Na biurku w pokoju seminaryjnym umieścił obrazek z napisem «Któż jak Chrystus» i uczynił te słowa mottem każdego dnia. Osobistą relację z Chrystusem, najwyższym Kapłanem, pogłębiał uczestnicząc codziennie w Mszy św., na modlitwie i adoracji Najświętszego Sakramentu.

    6 lipca 1884 r. otrzymał święcenia kapłańskie z rąk kard. Albina Dunajewskiego w kościele Najświętszego Serca Jezusowego w Krakowie. Tydzień później odprawił Mszę św. prymicyjną w kościele parafialnym w Wilamowicach, dziękując Bogu za dar kapłaństwa.

    We wrześniu 1884 r. ks. Józef Bilczewski rozpoczął pracę jako wikariusz w parafii św. Bartłomieja w Mogile koło Krakowa. Gorliwie wypełniał obowiązki kapłańskie — prowadził katechizację dzieci, wygłaszał kazania i ofiarnie posługiwał w konfesjonale. Jednocześnie kontynuował naukę: zdawał egzaminy z teologii dogmatycznej, historii Kościoła i prawa kanonicznego. We wrześniu 1885 r. udał się na studia specjalistyczne do Wiednia, które odbywał w Instytucie Wyższych Studiów Kościelnych św. Augustyna, pogłębiając swoją wiedzę w dziedzinie nauk biblijnych. Po roku obronił pracę doktorską z dogmatyki pt. Deus est Creator mundi («Bóg jest Stworzycielem świata»).

    Pragnąc poszerzyć swoją wiedzę teologiczną, ks. Bilczewski w 1886 r. udał się do Rzymu, gdzie kontynuował studia na Uniwersytecie Gregoriańskim. Uczestniczył w wykładach wybitnych dogmatyków jezuickich: o. De Augustinisa, o. Ludwika Billotta i o. Guida Latiusiego. Rozpoczął też studia z archeologii chrześcijańskiej pod kierunkiem prof. Jana Baptysty De Rossiego, twórcy tej dziedziny wiedzy, a kontynuował je w Paryżu pod kierunkiem o. Ludwika Marii Duchesne’a. W grudniu 1887 r. udał się znów do Rzymu i pod kierunkiem prof. De Rossiego przygotował pracę na temat Eucharystii w najstarszych inskrypcjach rzymskich. Zwiedzał zabytki starożytnego chrześcijaństwa, badając symbole wskazujące na wiarę pierwszych chrześcijan w żywą obecność Pana Jezusa pod postacią chleba i wina.

    Po powrocie z Rzymu ks. dr Józef Bilczewski został skierowany przez kard. Albina Dunajewskiego do pracy w parafii w Kętach. Z zapałem podjął obowiązki wikariusza, ciesząc się, że może głosić Chrystusa. Szczególną opieką otoczył dzieci niepełnosprawne i troszczył się o to, by uczestniczyły w katechezie, a także, aby im nikt nie dokuczał w szkole. Kontynuował również pracę naukową, przygotowując rozprawę na temat wczesnochrześcijańskich symboli Eucharystii. W kwietniu 1890 r. przedstawił na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego rozprawę habilitacyjną pt. Archeologia chrześcijańska wobec historii Kościoła i dogmatu.

    W 1891 r. ks. Józef Bilczewski został zatrudniony na stanowisku profesora dogmatyki szczegółowej na uniwersytecie lwowskim. Bardzo szybko dał się poznać jako gorliwy i pokorny kapłan oraz wytrawny naukowiec. Mieszkał w klasztorze ojców bernardynów i uczestniczył w ich życiu. Nadano mu godność kanonika Kapituły Metropolitalnej we Lwowie. Jako profesor uniwersytetu lwowskiego prowadził badania w dziedzinie archeologii chrześcijańskiej. W 1894 r. opublikował w Krakowie książkę pt.

    1. Eucharystia w świetle najstarszych malowideł i epigrafów

    , włączając się w ożywiony nurt pobożności eucharystycznej, jaki pojawił się na przełomie XIX i XX w. w Kościele powszechnym.

    W roku akademickim 1896/1897 pełnił obowiązki dziekana Wydziału Teologicznego uniwersytetu lwowskiego, a w r. 1900/1901 rektora tego uniwersytetu. Cieszył się ogromnym autorytetem wśród profesorów i studentów, nie tylko dzięki rozległej wiedzy w dziedzinie dogmatyki i archeologii chrześcijańskiej, ale przede wszystkim dzięki osobistym przymiotom. Zawsze wyznawał biblijną zasadę, że początkiem wszelkiej mądrości jest bojaźń Boża (por. Ps 111 [110], 10). Starał się być kapłanem według Serca Jezusowego, gotowym do służenia i dzielenia się swoją wiedzą. W wykładach przybliżał Bożą mądrość swoim słuchaczom językiem prostym i zrozumiałym. Studenci szczególnie cenili sobie jego wykłady o Eucharystii. Wiedzą i doświadczeniem wiary dzielił się również w kazaniach, poświęcając wiele uwagi wyjaśnianiu tajemnicy Najświętszego Sakramentu.

    17 grudnia 1900 r. papież Leon XIII mianował ks. Józefa Bilczewskiego arcybiskupem lwowskim. Konsekracja biskupia odbyła się 20 stycznia 1901 r. w katedrze lwowskiej.

    Pasterz Kościoła lwowskiego

    Obejmując archidiecezję lwowską, abp Józef Bilczewski przedstawił swój program duszpasterski, który zawarł w słowach: «Oddanie się całopalne na sprawę Kościoła». Pragnął być przede wszystkim dobrym pasterzem, który wszystkie swoje siły oddaje dla budowania Królestwa Bożego. Chciał prowadzić swoje owce na zasobne pastwiska, dawać im dobry i zdrowy pokarm. Cele i kierunki duszpasterskiego działania wyrażał w listach pasterskich i odezwach kierowanych do kapłanów i wiernych archidiecezji lwowskiej — Listy pasterskie, odezwy, kazania i mowy okolicznościowe (Lwów, T. I, 1908, T. II, 1922, T. III, 1924).

    Za pierwszorzędny cel uznał zwiększenie liczby duchowieństwa i podniesienie poziomu wychowania w seminariach. W związku z tym prosił diecezjan o modlitwy w intencji dobrych powołań kapłańskich. Wzywał wiernych do pogłębiania znajomości katechizmu i podstawowych prawd wiary. Proboszczów zobowiązał do wykładania katechizmu w każdą niedzielę.

    Wyprzedzając decyzje św. Piusa X, wskazywał na potrzebę rozwijania nabożeństwa do Najświętszego Sakramentu i częstego przyjmowania komunii św. W duchu nauczania papieża Leona XIII zachęcał chrześcijan do podejmowania działalności społecznej, szczególnie uwrażliwiał ich na sprawiedliwość społeczną. Często odwiedzał parafie archidiecezji lwowskiej, by lepiej poznać życie wiernych. Chciał być ojcem dla wszystkich wiernych i pobudzić ich do głębszego życia duchowego.

    Abp Józef Bilczewski był przekonany, że przybliży swoim diecezjanom Chrystusa, jeśli utrudzonym i zapracowanym ludziom skróci drogę do kościoła parafialnego. Od pierwszych dni swojego duszpasterzowania w archidiecezji lwowskiej starał się o budowę nowych kościołów. Tworzył ośrodki duszpasterskie i zachęcał zakony żeńskie do zakładania domów, ochronek dla dzieci i szkół.

    W miejscowościach, gdzie były żeńskie domy zakonne, starał się włączyć siostry zakonne do prowadzenia katechezy dzieci, młodzieży i dorosłych. Popierał te zgromadzenia, które opiekowały się chorymi, i zachęcał do prowadzenia duszpasterstwa chorych, polegającego na przygotowywaniu ich do sakramentu pokuty i komunii św. W czasie swojego duszpasterzowania w archidiecezji lwowskiej abp Bilczewski zaprosił do współpracy siostry służebniczki Najświętszej Maryi Panny starowiejskie, siostry sercanki, siostry nazaretanki i siostry józefitki. Siostrom zakonnym powierzał zadanie przygotowania dzieci i młodzieży do sakramentów, organizowanie spotkań z dorosłymi, prowadzenie duszpasterstwa kobiet. W tym czasie w 135 domach zakonnych w archidiecezji lwowskiej było 865 sióstr. Ich praca duszpasterska na wsiach i w środowiskach robotniczych prowadziła do ożywienia życia religijnego.

    Ważnym aspektem pasterskiego działania abpa Józefa Bilczewskiego była budowa kościołów i tworzenie nowych parafii. Zależało mu na tym, aby proboszcz i parafianie dzielili odpowiedzialność materialną i duchową za powstającą świątynię. Był przekonany, że udział w budowie kościoła prowadzi do wytworzenia więzi między proboszczem i wiernymi, a w konsekwencji do budowania żywego Kościoła, którego głową jest Chrystus. Aby pomóc wspólnotom parafialnym, lwowskiemu architektowi T. Obmińskiemu zlecił przygotowanie trzech projektów kościołów, mogących pomieścić 200, 400 i 600 osób, które byłyby do dyspozycji i w każdej chwili mogły być realizowane. Owocem wytrwałej i systematycznej pracy było powstanie w czasie jego rządów w archidiecezji 328 nowych kościołów i kaplic. Liczba parafii wzrosła z 223 do 261, natomiast kościołów rektoralnych i kaplic publicznych z 39 do 135.

    Poświęcając nowe kościoły, abp Bilczewski myślał o żywym Kościele, który rośnie i rozwija się dzięki udzielaniu sakramentów świętych, wspólnej modlitwie i słuchaniu słowa Bożego. Dlatego też szczególnie troszczył się o powołania kapłańskie i formację seminaryjną. W pierwszym liście do archidiecezji prosił kapłanów i wiernych o codzienną modlitwę w intencji dobrych powołań kapłańskich i zakonnych, szczególnie zachęcał rodziny do odmawiania przynajmniej jednego «Ojcze nasz» i «Zdrowaś Maryjo» w tej intencji. W latach od 1900, kiedy rozpoczął duszpasterzowanie, do 1914, gdy wybuchła I wojna światowa, liczba kleryków wzrosła z 79 do 134. Abp Józef Bilczewski zabiegał o wysoki poziom wykształcenia filozoficzno-teologicznego, posyłał najzdolniejszych kapłanów na studia specjalistyczne do Rzymu. Często też odwiedzał seminarium duchowne, uczestniczył w modlitwie, posiłkach i rekreacji. W konferencjach dla kleryków pouczał ich, jak mają pracować nad swoim charakterem, jak rozwijać przyjaźń z Chrystusem i jak trwać w łasce uświęcającej.

    Z myślą o podniesieniu intelektualnego poziomu duchowieństwa i wiernych zainicjował w archidiecezji lwowskiej wydawanie «Przeglądu Teologicznego», «Miesięcznika Katechetycznego i Wychowawczego», «Dziennika Kościelnego» oraz serii wydawniczej «Biblioteka religijna».

    Abp Józef Bilczewski oddziaływał na kapłanów i wiernych przede wszystkim przez przykład życia, pracował nieustannie nad swoim charakterem, starał się być cierpliwy, wyrozumiały, gotowy do wyrzeczeń i poświęcenia. Kiedy wybuchła I wojna światowa i do Lwowa zbliżał się front, nie opuścił swoich owiec, pozostając razem z nimi w trudnym czasie próby.

    W centrum troski pasterskiej abpa Józefa Bilczewskiego była katecheza dzieci, młodzieży i dorosłych. W pierwszym liście pasterskim z 1901 r. wskazał jako główny cel swojej posługi w archidiecezji lwowskiej doprowadzenie wiernych do Jezusa, «by zakochali się w Nim i nigdy Go nie opuścili». Sprawę katechezy kładł na sercu przede wszystkim duszpasterzom i osobom zakonnym. Prosił nauczycieli świeckich, aby również oni angażowali się w przekaz prawd wiary, zwracał się do matek, aby uczyły swoje dzieci modlitwy codziennej i katechizmu, gdyż prawdy wiary przyjęte w sercu są najlepszym fundamentem życia chrześcijańskiego. Zwracał uwagę szczególnie na dobre przygotowanie dzieci do I komunii św. Nakazał proboszczom, aby prowadzili katechezę dorosłych w każdą niedzielę przed Mszą św., ucząc modlitwy, wyjaśniając prawdy wiary i przykazania Boże.

    Abp Bilczewski starał się, aby do gimnazjum trafiali najlepsi katecheci, którzy umieliby przekazać prawdy wiary młodzieży uczącej się i studiującej. W kilku listach pasterskich (1905, 1911, 1917, 1918, 1919) zwracał się do młodzieży, apelując o świadome i odważne kształtowanie własnego charakteru w oparciu o wartości chrześcijańskie. Jak ojciec i przyjaciel przestrzegał przed fałszywymi koncepcjami życia i ukazywał niebezpieczeństwa postawy polegającej na szukaniu tylko przyjemności. Zachęcał, aby dążyć do ideału, jaki ukazał Chrystus w Kazaniu na Górze: «Bądźcie (…) wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski» (Mt 5, 48). Przypominał, że każdy człowiek został dotknięty przez grzech, ale w zjednoczeniu z Chrystusem może pokonać słabości i osiągnąć chrześcijańską doskonałość, wyrażającą się w męstwie, roztropności, ofiarnej miłości i poświęceniu dla bliźnich.

    Eucharystia w centrum życia chrześcijańskiego

    Tajemnica Eucharystii jest obecna w całym życiu kapłańskim abpa Józefa Bilczewskiego. Poświęcił jej zarówno pierwsze artykuły, jak i wielką rozprawę na temat symboli eucharystycznych w katakumbach rzymskich: Eucharystia w świetle najdawniejszych pomników piśmiennych, ikonograficznych, epigraficznych (1897). Wskazywał na zabytki archeologiczne jako locus theologicus dla wiary chrześcijan pierwszych wieków w żywą, prawdziwą i rzeczywistą obecność Chrystusa pod postaciami chleba i wina.

    Stosując naukową metodę analizy tekstów teologicznych, Józef Bilczewski ukazywał najpierw Eucharystię w świetle najdawniejszych zabytków piśmiennictwa: Ewangelii, Dziejów Apostolskich, Didache, Listu Klemensa Rzymskiego do Koryntian, pism św. Ignacego Antiocheńskiego, św. Justyna, św. Ireneusza, Klemensa Aleksandryjskiego, Tertuliana, św. Hipolita, Orygenesa i św. Cypriana. Udowadniał, że istnieje bezpośredni związek między ustanowieniem Eucharystii i ucztą paschalną Izraelitów oraz że ma ona wymiar ofiarniczy. Eucharystia jest prawdziwą Ofiarą i jednocześnie ucztą ofiarną, w której chrześcijanie jednoczą się ze swoim Zbawicielem. Prawda ta była, według Józefa Bilczewskiego, nieprzerwanie obecna w pismach Ojców Apostolskich i najstarszych pisarzy chrześcijańskich.

    Twierdził, że również najstarsza ikonografia świadczy o wierze w rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii. Pierwsi chrześcijanie wyrazili ją w obrazach pozostawionych w katakumbach i na nagrobkach. O żywej obecności Pana Jezusa w Eucharystii świadczą obrazy rozmnożenia chleba i ryb w katakumbach Pryscylli, św. Piotra i Marcelina, na sarkofagu laterańskim i galijskim oraz w szkatułce kartagińskiej. Podobną wymowę mają przedstawienia ryb i chleba na innych pomnikach starochrześcijańskich oraz obrazy przedstawiające Eucharystię symbolicznie: cud w Kanie, manna na pustyni, ofiara Abla i Daniel między lwami.

    Osobny rozdział poświęcił Józef Bilczewski epigrafom na nagrobkach: Abrecjusza z Hierapolis, Pektoriusza z Autun, św. Sebastiana w katakumbach rzymskich. Napisy te potwierdzają, że pierwsi chrześcijanie wierzyli w żywą obecność Chrystusa pod postaciami chleba i wina. Na koniec omówił praktyki eucharystyczne, zwracając uwagę na szafarza Eucharystii, chleb i wino używane do świętych obrzędów oraz na to, kto może przyjmować komunię św., i na ceremonie z nią związane. Przypomniał również, że w pierwotnym Kościele chrześcijanie codziennie przyjmowali komunię św., która była dla nich duchowym pokarmem w walce z grzechem i złem.

    Doświadczeniem Eucharystii arcybiskup lwowski dzielił się w listach pasterskich, kierowanych do wiernych archidiecezji: na początku Wielkiego Postu 1902 r. — List o Najświętszym Sakramencie; o Pierwszej Komunii świętej dzieci (1906); do kapłanów i wiernych — Chleb żywota (1910), oraz w kazaniu Maryja a Przenajświętszy Sakrament (1911).

    Wyjaśniając wiernym tajemnicę Eucharystii, abp Bilczewski odwoływał się do obrazów starotestamentalnych, które zapowiadały ustanowienie tego sakramentu: ofiary Melchizedeka, manny na pustyni, podpłomyków Eliasza, ofiary Abrahama, Izaaka oraz baranka paschalnego spożywanego przez Izraelitów w Egipcie. Więcej uwagi poświęcił obrazom Eucharystii, jakie pojawiły się w nauczaniu Pana Jezusa: rozmnożenie chleba na pustyni i nakarmienie pięciu tysięcy ludzi. Wyjaśniał słowa Chrystusa o «chlebie żywym», podkreślając, że należy je rozumieć dosłownie. Powracał do sceny ustanowienia Eucharystii w Wieczerniku, aby przypomnieć, że łamanie chleba było bezkrwawą ofiarą, która dopełniła się w Wielki Piątek w śmierci Chrystusa. Eucharystia, dając Chrystusa, jest jednocześnie chlebem na życie wieczne i zapowiada tę rzeczywistość, w której człowiek będzie na zawsze cieszył się Jego obecnością. Przez udział we Mszy św. chrześcijanin może włączyć się w Ofiarę Chrystusa i przyjmować jej owoce.

    Odpowiedzią chrześcijanina na tak wielki dar, jakim jest Eucharystia, jest — według abpa Józefa Bilczewskiego — kult Najświętszego Sakramentu. Arcybiskup lwowski zachęcał kapłanów i wiernych do rozwijania nabożeństwa do Najświętszego Sakramentu przez nawiedzenia i adoracje w czasie jego wystawienia. W parafiach tworzył stowarzyszenia Najświętszego Sakramentu. Wiele uwagi poświęcał komunii św. dzieci, wierny nauczaniu św. Piusa X. Prosił duszpasterzy i rodziców, aby dobrze przygotowywali dzieci do spotkania z Chrystusem w komunii św. i tak zorganizowali ten dzień, aby pozostał na zawsze w pamięci dzieci.

    Wieloaspektowa działalność duszpasterska św. Józefa Bilczewskiego przyniosła owoce w postaci ożywienia życia religijnego archidiecezji lwowskiej. Pamięć o dobrym pasterzu przetrwała zawieruchy historii. Na jego grobie, na cmentarzu janowskim, gdzie kazał się pochować w zwykłej mogile, zawsze były świeże kwiaty.

    ks. Jan Machniak Profesor Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie

    Opoka.pl/L’Osservatore Romano 11-12/2005

    ______________________________________________________________________________________________________________

    22 października

    Święty Jan Paweł II, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Donat, biskup
      •  Błogosławiony Tymoteusz Giaccardo, prezbiter
      •  Święta Salome, uczennica Pańska
    ***
    Karol Wojtyła z matką

    Karol Józef Wojtyła urodził się 18 maja 1920 r. w Wadowicach, niewielkim miasteczku nieopodal Krakowa, jako drugi syn Emilii i Karola Wojtyłów. Został ochrzczony w kościele parafialnym 20 czerwca 1920 r. przez ks. Franciszka Żaka, kapelana wojskowego. Rodzice nadali imię Karolowi na cześć ostatniego cesarza Austrii, Karola Habsburga.
    Rodzina Wojtyłów żyła skromnie. Jedynym źródłem utrzymania była pensja ojca – wojskowego urzędnika w Powiatowej Komendzie Uzupełnień w stopniu porucznika. Edmund, brat Karola, studiował medycynę w Krakowie i został lekarzem. Wojtyłowie mieli jeszcze jedno dziecko – Olgę, która zmarła zaraz po urodzeniu.
    W dzieciństwie Karola nazywano najczęściej zdrobnieniem imienia – Lolek. Uważano go za chłopca utalentowanego i wysportowanego.
    13 kwietnia 1929 r. zmarła matka Karola, a trzy lata później, w 1932 r., w wieku 26 lat, zmarł na szkarlatynę brat Edmund. Chorobą zaraził się od swojej pacjentki w szpitalu w Bielsku.
    Od września 1930 r. Karol rozpoczął naukę w ośmioletnim Państwowym Gimnazjum Męskim im. Marcina Jadowity w Wadowicach. Nie miał żadnych problemów z nauką; już w tym wieku, według jego katechetów, wyróżniała go także ogromna wiara. 14 maja 1938 r. Karol zakończył naukę w gimnazjum, otrzymując świadectwo maturalne z oceną celującą, następnie wybrał studia polonistyczne na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zamieszkał z ojcem w Krakowie.

    Karol Wojtyła po maturze

    W lutym 1940 r. poznał osobę ważną dla swego rozwoju duchownego. Był to Jan Tyranowski, który prowadził dla młodzieży męskiej koło wiedzy religijnej. Uczestniczący w nim Wojtyła poznał wówczas i po raz pierwszy czytał pisma św. Jana od Krzyża.
    18 lutego 1941 r. po długiej chorobie zmarł ojciec Karola. Było to poważnym ciosem dla młodego chłopaka, który w 21. roku życia pozostał zupełnie bez rodziny. Po śmierci ojca Karol Wojtyła pozostał bez środków do życia. W normalnych czasach mógłby liczyć na studenckie stypendium, ale w czasie wojny uczelnie nie działały. Karol wykorzystał ten czas na intensywne samokształcenie. Środowisko akademickie utrzymywało więzi i działało w podziemiu.
    W 1942 i 1943 r. jako reprezentant krakowskiej społeczności akademickiej udawał się do Częstochowy, by odnowić śluby jasnogórskie (tradycja akademickich pielgrzymek majowych zapoczątkowana w 1936 r. trwa do dziś).
    Za jedną z najważniejszych dla siebie inicjatyw okresu okupacji Karol uważał pracę aktorską w konspiracyjnym Teatrze Rapsodycznym, pod kierownictwem Mieczysława Kotlarczyka (teatr działał pod auspicjami podziemnej organizacji narodowo-katolickiej Unia). W tym czasie powstało wiele utworów poetyckich Wojtyły, publikowanych później pod pseudonimem Andrzej Jawień (inne pseudonimy literackie to AJ, Piotr Jasień, a od 1961 r. – Stanisław Andrzej Gruda). Twórczość literacką kontynuował także w latach późniejszych.
    Karol podjął pracę jako pracownik fizyczny w zakładach chemicznych Solvay, początkowo w kamieniołomie w Zakrzówku, a potem w oczyszczalni sody w Borku Fałęckim (obecnie na terenie Krakowa). Współpracownicy wspominali później, że każdą przerwę w pracy spędzał zatopiony w lekturze. W drodze do pracy wstępował do kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach, obok cmentarza, na którym w 1938 r. pochowano przyszłą świętą – s. Faustynę Kowalską.
    W 1942 r. wstąpił do tajnego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie, nie przerywając pracy w Solvayu. W tym samym czasie rozpoczął w konspiracji studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. 29 lutego 1944 roku potrąciła go niemiecka ciężarówka wojskowa i dwa tygodnie musiał spędzić w szpitalu. Zapytany po latach, czy łączy w jakiś sposób ten wypadek z zamachem na swoje życie w 1981 roku, przyznał: “Tak, w obu przypadkach czuwała nade mną Opatrzność”.
    Kiedy w Warszawie wybuchło Powstanie, w Krakowie hitlerowski terror nasilił się (w tzw. “czarną niedzielę” 6 sierpnia 1944 r. Niemcy aresztowali ponad 7 000 mężczyzn). Wówczas kardynał Sapieha, chcąc ratować przyszłych kapłanów, zdecydował, że alumni mają zamieszkać w pałacu arcybiskupim. Tam Karol pozostał do końca wojny, do czasu odbudowania krakowskiego seminarium na Podwalu.

    Ksiądz Karol Wojtyła

    13 października 1946 r. alumn Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie Karol Wojtyła został subdiakonem, a tydzień później diakonem. Już 1 listopada 1946 r. kard. Adam Stefan Sapieha wyświęcił Karola na księdza. 2 listopada jako neoprezbiter Karol Wojtyła odprawił Mszę św. prymicyjną w krypcie św. Leonarda w katedrze na Wawelu.
    15 listopada 1946 r. wraz z klerykiem Stanisławem Starowiejskim poprzez Paryż wyjechał do Rzymu, aby kontynuować studia na Papieskim Międzynarodowym Athenaeum Angelicum (obecnie Papieski Uniwersytet św. Tomasza z Akwinu). Podczas studiów zamieszkiwał w Kolegium Belgijskim, gdzie poznał wielu duchownych z krajów frankofońskich oraz z USA. W 1948 r. ukończył studia z dyplomem summa cum laude.
    W lipcu 1948 r. na okres 7 miesięcy ks. Karol został skierowany do pracy w parafii Niegowić, gdzie spełniał zadania wikarego i katechety. W marcu 1949 r. został przeniesiony do parafii św. Floriana w Krakowie. Tam założył chór gregoriański, z którym wkrótce przygotował i odśpiewał mszę De Angelis (“O Aniołach”). Swoich chórzystów zaraził pasją i miłością do gór – razem przewędrowali Gorce, Bieszczady i Beskid. Organizowali także spływy kajakowe na Mazurach. W Krakowie otrzymał też w końcu (1948) tytuł doktora teologii (którego nie dostał w Rzymie z powodu braku funduszy na wydanie drukiem rozprawy doktorskiej). Uzyskawszy po śmierci kard. Sapiehy urlop na pracę naukową, w latach 1951-1953 rozpoczął pisanie pracy habilitacyjnej, która, chociaż przyjęta w 1953 roku przez Radę krakowskiego Wydziału Teologicznego, została odrzucona przez Ministerstwo Oświaty i tytułu docenta Karol Wojtyła nie uzyskał (aż do roku 1957). W roku 1956 objął za to katedrę etyki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

    Biskup Karol Wojtyła

    W 1958 r. Karol Wojtyła został mianowany biskupem pomocniczym Krakowa i biskupem tytularnym Umbrii. Przyjął wówczas, zgodnie z obyczajem, jako hasło przewodnie swej posługi słowa Totus tuus (łac. “Cały Twój”); kierował je do Matki Chrystusa. Konsekracji biskupiej ks. Karola Wojtyły dokonał 28 września 1958 r. w katedrze na Wawelu metropolita krakowski i lwowski, arcybiskup Eugeniusz Baziak. Współkonsekratorami byli biskup Franciszek Jop i biskup Bolesław Kominek. W tym okresie powstały najgłośniejsze prace biskupa Wojtyły, które przyniosły mu sławę wśród teologów: “Miłość i odpowiedzialność” (1960) oraz “Osoba i czyn” (1969). W 1962 r. został krajowym duszpasterzem środowisk twórczych i inteligencji. Na okres biskupstwa Karola przypadły także obrady Soboru Watykańskiego II, w których aktywnie uczestniczył.
    30 grudnia 1963 r. Karol Wojtyła został mianowany arcybiskupem metropolitą krakowskim. Podczas konsystorza 26 czerwca 1967 r. został nominowany kardynałem. 29 czerwca 1967 r. otrzymał w kaplicy Sykstyńskiej od papieża Pawła VI czerwony biret, a jego kościołem tytularnym stał się kościół św. Cezarego Męczennika na Palatynie.
    Jako pasterz diecezji starał się ogarniać swą posługą wszystkich potrzebujących. Wizytował parafie, odwiedzał klasztory. W 1965 r. otworzył proces beatyfikacyjny siostry Faustyny Kowalskiej. Utrzymywał dobry i ścisły kontakt z inteligencją krakowską, zwłaszcza ze środowiskiem naukowym i artystycznym. Zyskał dojrzałość jako myśliciel, sięgając nie tylko do rozległej tradycji filozoficznej, lecz także do Biblii i do mistyki (zawsze był mu bliski święty Jan od Krzyża) i budując harmonijnie koncepcję z pogranicza filozofii oraz teologii: człowieka jako integralnej osoby. Stał się znanym poza Polską autorytetem. Był obok Prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego najważniejszą postacią Episkopatu Polski. Z Prymasem Tysiąclecia ściśle współpracował, okazując szacunek dla jego doświadczenia i mądrości. W nielicznych wolnych chwilach nadal z chęcią jeździł na Podhale i w Tatry, chodził po górach, uprawiał narciarstwo.

    Święty Jan Paweł II zaraz po wyborze na papieża

    W nocy z 28 na 29 września 1978 roku po zaledwie 33 dniach pontyfikatu zmarł papież Jan Paweł I. 14 października rozpoczęło się więc drugie już w tym roku konklawe – zebranie kardynałów, mające wyłonić nowego papieża. 16 października 1978 roku około godziny 17.15 w siódmym głosowaniu metropolita krakowski, kardynał Karol Wojtyła został wybrany papieżem. Przyjął imię Jan Paweł II. O godz. 18.45 kard. Pericle Felici ogłosił wybór nowego papieża – HABEMUS PAPAM!Jan Paweł II udzielił pierwszego błogosławieństwa “Urbi et Orbi” – “Miastu i Światu”. 22 października na Placu Świętego Piotra odbyła się uroczysta inauguracja pontyfikatu, a następnego dnia pierwsza audiencja dla 4000 Polaków zgromadzonych w auli Pawła VI. Msza św. inaugurująca pontyfikat była transmitowana przez radio i telewizję na wszystkie kontynenty. Dla Polaków, w kraju rządzonym przez komunistów, była to pierwsza transmisja Mszy św. od czasów przedwojennych. 12 listopada Jan Paweł II uroczyście objął katedrę Rzymu – Bazylikę św. Jana na Lateranie, stając się w ten sposób Biskupem Rzymu.Jan Paweł II był pierwszym papieżem z Polski, jak również pierwszym po 455 latach biskupem Rzymu, nie będącym Włochem. Wybór na głowę Kościoła osoby z kraju socjalistycznego wpłynął znacząco na wydarzenia w Europie Wschodniej i w Azji w latach 80-tych i 90-tych XX w.
    Pontyfikat Jana Pawła II trwał ponad 26 lat i był drugim co do długości w dziejach Kościoła. Najdłużej – 32 lata – sprawował swój urząd Pius IX (nie licząc pontyfikatu Piotra – pierwszego następcy Jezusa).
    Podczas wszystkich pielgrzymek Jan Paweł II przebył ponad 1,6 miliona kilometrów, co odpowiada 40-krotnemu okrążeniu Ziemi wokół równika i czterokrotnej odległości między Ziemią a Księżycem. Jan Paweł II odbył 102 pielgrzymki zagraniczne, podczas których odwiedził 135 krajów, oraz 142 podróże na terenie Włoch, podczas których wygłosił 898 przemówień. Z 334 istniejących rzymskich parafii odwiedził 301. Jego celem było dotarcie do wszystkich parafii, zabrakło niewiele.

    Święty Jan Paweł II, papież-apostoł

    Jan Paweł II mianował 232 kardynałów (w tym 9 Polaków), ogłosił 1318 błogosławionych (w tym 154 Polaków) i 478 świętych. Napisał 14 encyklik, 14 adhortacji, 11 konstytucji oraz 43 listy apostolskie. Powyższe dane statystyczne nie oddają jednak nawet skrawka ogromnego dziedzictwa nauczania i pontyfikatu pierwszego w dziejach Kościoła Papieża-Polaka.
    Wprawdzie już począwszy od Jana XXIII papiestwo zaczęło rezygnować z niektórych elementów ceremoniału, jednakże dopiero Jan Paweł II zniwelował większość barier, przyjmując postawę papieża bliskiego wszystkim ludziom, papieża-apostoła. Chętnie spotykał się z młodymi ludźmi i poświęcał im dużo uwagi. Na spotkanie w Rzymie w roku 1985, który ONZ ogłosiła Międzynarodowym Rokiem Młodzieży, napisał list apostolski na temat roli młodości jako okresu szczególnego kształtowania drogi życia, a 20 grudnia zapoczątkował tradycję Światowych Dni Młodzieży. Odtąd co roku przygotowywał orędzie skierowane do młodych, które stawało się tematem międzynarodowego spotkania, organizowanego w różnych miejscach świata (np. w 1991 r. w Częstochowie, a w 2016 r. – w Krakowie).
    Chociaż kardynał Wojtyła rozpoczynając posługę Piotrową był – jak na papieża – bardzo młody (miał 58 lat), cieszył się dobrym zdrowiem i był wysportowany, to niemal cały jego pontyfikat naznaczony był cierpieniem. Choroby Jana Pawła II zaczęły się od pamiętnego zamachu na życie papieża. 13 maja 1981, podczas audiencji generalnej na Placu św. Piotra w Rzymie o godzinie 17.19 papież został postrzelony przez tureckiego zamachowca Mehmeta Ali Agcę w brzuch oraz rękę. Ocalenie, jak sam wielokrotnie podkreślał, zawdzięczał Matce Bożej Fatimskiej, której rocznicę objawień tego dnia obchodzono. Powiedział później: “Jedna ręka strzelała, a inna kierowała kulę”. Cały świat zamarł w oczekiwaniu na wynik sześciogodzinnej operacji w Poliklinice Gemelli. Papież spędził wtedy na rehabilitacji w szpitalu 22 dni.
    Niestety, do pełnego zdrowia nie powrócił nigdy. Następstwa postrzału spowodowały liczne komplikacje zdrowotne, konieczność kolejnych operacji, pobyty w szpitalu. Zaraz po zamachu w przekazie nadanym przez Radio Watykańskie papież powiedział: “Modlę się za brata, który zadał mi cios, i szczerze mu przebaczam”. Później odwiedził zamachowca w więzieniu.
    Papież nigdy nie ukrywał swojego stanu zdrowia. Cierpiał na oczach tłumów, którym w ten sposób dawał niezwykłą katechezę. Wielokrotnie też podkreślał wartość choroby i zwracał się do ludzi chorych i starszych o modlitewne wspieranie jego pontyfikatu.
    W pierwszą rocznicę zamachu na Placu świętego Piotra, 13 maja 1982 r., papież udał się z dziękczynną pielgrzymką do Fatimy. Tam, podczas nabożeństwa, niezrównoważony mężczyzna Juan Fernández y Krohn lekko ugodził papieża nożem. Ochrona szybko obezwładniła napastnika, a papież dokończył nabożeństwo pomimo krwawienia. Na szczęście ten drugi zamach nie miał poważnych następstw.

    Święty Jan Paweł II w ostatnim okresie swego życia

    Jan Paweł II od początku lat 90. cierpiał na postępującą chorobę Parkinsona. Mimo licznych spekulacji i sugestii ustąpienia z funkcji, które nasilały się w mediach zwłaszcza podczas kolejnych pobytów papieża w szpitalu, pełnił ją aż do śmierci. Nagłe pogorszenie stanu zdrowia papieża rozpoczęło się 1 lutego 2005 r. Przez ostatnie dwa miesiące życia Jan Paweł II wiele dni spędził w szpitalu i nie pojawiał się publicznie. Przeszedł grypę i zabieg tracheotomii, wykonany z powodu niewydolności oddechowej. W czwartek, 31 marca, wystąpiły u Ojca Świętego silne dreszcze ze wzrostem temperatury ciała do 39,6 st. C. Był to początek wstrząsu septycznego połączonego z zapaścią sercowo-naczyniową.
    Kiedy medycyna nie mogła już pomóc, uszanowano wolę papieża, który chciał pozostać w domu. Podczas Mszy św. sprawowanej przy jego łożu, którą Jan Paweł II koncelebrował z przymkniętymi oczyma, kardynał Marian Jaworski udzielił mu sakramentu namaszczenia. 2 kwietnia 2005 r. o godz. 7.30 papież zaczął tracić przytomność. W tym czasie w pokoju umierającego czuwali najbliżsi, a przed oknami, na Placu św. Piotra modlił się wielotysięczny tłum. Relacje na cały świat nadawały wszystkie media. Wieczorem, przy łóżku chorego odprawiono Mszę św. wigilii Święta Miłosierdzia Bożego. Ok. godz. 19.00 Jan Paweł II wszedł w stan śpiączki. Monitor wykazał postępujący zanik funkcji życiowych. O godz. 21.37 osobisty papieski lekarz Renato Buzzonetti stwierdził śmierć Jana Pawła II. Jan Paweł II odszedł do domu Ojca po zakończeniu Apelu Jasnogórskiego, w pierwszą sobotę miesiąca i wigilię Święta Miłosierdzia Bożego, które sam ustanowił.

    Trumna z ciałem św. Jana Pawła II

    Pogrzeb Jana Pawła II odbył się w piątek, 8 kwietnia 2005 r. Uczestniczyło w nim na placu św. Piotra i w całym Rzymie ok. 300 tys. wiernych oraz 200 prezydentów i premierów, a także przedstawiciele wszystkich wyznań świata, w tym duchowni islamscy i żydowscy. Po zakończeniu nabożeństwa żałobnego, w asyście tylko duchownych z najbliższego otoczenia, papież został pochowany w podziemiach bazyliki św. Piotra, w krypcie bł. Jana XXIII, beatyfikowanego w 2000 r.13 maja 2005 r. papież Benedykt XVI zezwolił na natychmiastowe rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II, udzielając dyspensy od konieczności zachowania pięcioletniego okresu od śmierci kandydata, jaki jest wymagany przez prawo kanoniczne. Formalny proces rozpoczął się 28 czerwca 2005 r., kiedy zaprzysiężeni zostali członkowie trybunału beatyfikacyjnego. Postulatorem został ksiądz Sławomir Oder. 23 marca 2007 r. trybunał diecezjalny badający tajemnicę uzdrowienia jednej z francuskich zakonnic – Marie Simon-Pierre – za wstawiennictwem papieża Polaka potwierdził fakt zaistnienia cudu. Po niespodziewanym uzdrowieniu, o które na modlitwie prosiły za wstawiennictwem zmarłego papieża członkinie jej zgromadzenia, s. Marie powróciła do pracy w szpitalu dziecięcym. Przy okazji podania tej wiadomości ks. Oder poinformował, że istnieje kilkaset świadectw dotyczących innych uzdrowień za wstawiennictwem Jana Pawła II.
    2 kwietnia 2007 r. miało miejsce oficjalne zamknięcie diecezjalnej fazy procesu beatyfikacyjnego w Bazylice św. Jana na Lateranie w obecności wikariusza generalnego Rzymu, kardynała Camillo Ruiniego.
    16 listopada 2009 r. w watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych odbyło się posiedzenie komisji kardynałów w sprawie beatyfikacji Jana Pawła II. Obrady komisji zakończyło głosowanie, w którym podjęto decyzję o skierowaniu do Benedykta XVI prośby o wyniesienie polskiego papieża na ołtarze.
    19 grudnia 2009 r. papież Benedykt XVI podpisał dekret o uznaniu heroiczności cnót Jana Pawła II, który zamknął zasadniczą część jego procesu beatyfikacyjnego. Jednocześnie rozpoczęło się dochodzenie dotyczące cudu uzdrowienia przypisywanego wstawiennictwu polskiego papieża.
    12 stycznia 2011 r. komisja Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych zaaprobowała cud za wstawiennictwem Jana Pawła II polegający na uzdrowieniu francuskiej zakonnicy. Zgodnie z konstytucją apostolską Jana Pawła II Divinus perfectionis Magister z 1983 r. ustalającą nowe zasady postępowania kanonizacyjnego, orzeczenie Kongregacji zostało przedstawione papieżowi, który jako jedyny ma prawo decydować o kościelnym kulcie publicznym Sług Bożych.

    Święty Jan Paweł II

    14 stycznia 2011 r. papież Benedykt XVI podpisał dekret o cudzie i wyznaczył na dzień 1 maja 2011 r. beatyfikację papieża Jana Pawła II. Dokonał jej osobiście podczas uroczystej Mszy Świętej na placu św. Piotra w Rzymie, którą koncelebrowało kilka tysięcy kardynałów, arcybiskupów i biskupów z całego świata. Liczba wiernych uczestniczących w nabożeństwie jest szacowana na 1,5 mln osób, w tym trzysta tysięcy Polaków. Warto wspomnieć, że Benedykt XVI uczynił wyjątek, osobiście przewodnicząc beatyfikacji swojego Poprzednika – jako zwyczajną praktykę Benedykt XVI przyjął, że beatyfikacjom przewodniczy jego delegat, a on sam dokonuje jedynie kanonizacji.
    Na datę liturgicznego wspomnienia bł. Jana Pawła II wybrano dzień 22 października, przypadający w rocznicę uroczystej inauguracji pontyfikatu papieża-Polaka.Papież Franciszek dokonał kanonizacji papieża-Polaka w niedzielę Bożego Miłosierdzia, 27 kwietnia 2014 r., w Rzymie. Do chwały świętych Jan Paweł II został wyniesiony razem z jednym ze swoich poprzedników, Janem XXIII.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    WTOREK, 22 PAŹDZIERNIKA 2024

    wspomnienie św. Jana Pawła II

    zkoty1953-cc/Aleteia.pl

    ***

    Karol Józef Wojtyła urodził się 18 maja 1920 r. w Wadowicach, jako drugi syn Emilii i Karola Wojtyłów. Został ochrzczony w kościele parafialnym 20 czerwca 1920 r. przez ks. Franciszka Żaka, kapelana wojskowego. Rodzice nadali imię Karolowi na cześć ostatniego cesarza Austrii, bł. Karola Habsburga.

    Rodzina Wojtyłów żyła skromnie. Jedynym źródłem utrzymania była pensja ojca – wojskowego urzędnika w Powiatowej Komendzie Uzupełnień w stopniu porucznika. Edmund, brat Karola, studiował medycynę w Krakowie i został lekarzem. Wojtyłowie mieli jeszcze jedno dziecko – Olgę, która zmarła zaraz po urodzeniu.

    W dzieciństwie Karola nazywano najczęściej zdrobnieniem imienia – Lolek. Uważano go za chłopca utalentowanego i wysportowanego.

    13 kwietnia 1929 r. zmarła matka Karola a trzy lata później, w 1932 r., w wieku 26 lat, zmarł na szkarlatynę brat Edmund. Chorobą zaraził się od swojej pacjentki w szpitalu w Bielsku-Białej.

    Od września 1930 r. Karol rozpoczął naukę w 8-letnim Państwowym Gimnazjum Męskim im. Marcina Jadowity w Wadowicach. Nie miał żadnych problemów z nauką, już w tym wieku, według jego katechetów, wyróżniała go także ogromna wiara.

    14 maja 1938 r. Karol zakończył naukę w gimnazjum otrzymując świadectwo maturalne z oceną celującą, następnie wybrał studia polonistyczne na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W lutym 1940 r. poznał osobę ważną dla swego rozwoju duchownego. Był to Jan Tyranowski, który prowadził dla młodzieży męskiej koło wiedzy religijnej. Uczestniczący w nim Wojtyła poznał wówczas i po raz pierwszy czytał pisma św. Jana od Krzyża.

    18 lutego 1941 r. po długiej chorobie zmarł ojciec Karola. W 1942 i 1943 r. jako reprezentant krakowskiej społeczności akademickiej udawał się do Częstochowy, by odnowić śluby jasnogórskie.

    Wojna odebrała Karolowi możliwość kontynuowania studiów, zaczął więc pracować jako pracownik fizyczny w zakładach chemicznych Solvay. Początkowo w kamieniołomie w Zakrzówku a potem w oczyszczalni sody w Borku Fałęckim. W tym okresie Karol związał się też z polityczno-wojskową katolicką organizacją podziemną Unia, która starała się między innymi ochraniać zagrożonych Żydów.

    W 1942 r. postanowił studiować teologię i wstąpił do tajnego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie gdzie 1 listopada 1946 r. otrzymał święcenia kapłańskie. W tym samym czasie rozpoczął w konspiracji studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W okresie od kwietnia 1945 r. do sierpnia 1946 r. Karol pracował na uczelni jako asystent i prowadził seminaria z historii dogmatu.

    13 października 1946 r. alumn Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie Karol Wojtyła został subdiakonem, a tydzień później diakonem. Już 1 listopada 1946 r. kard. Adam Stefan Sapieha wyświęcił Karola na księdza. 2 listopada jako neoprezbiter odprawił Mszę św. prymicyjną w krypcie św. Leonarda w katedrze na Wawelu.

    15 listopada Karol wraz z klerykiem Stanisławem Starowiejskim poprzez Paryż wyjechał do Rzymu, aby kontynuować studia na Papieskim Międzynarodowym Athenaeum Angelicum (obecnie Papieski Uniwersytet św. Tomasza z Akwinu) w Rzymie. Podczas studiów zamieszkiwał w Kolegium Belgijskim, gdzie poznał wielu duchownych z krajów frankofońskich oraz USA. W 1948 r. ukończył studia z dyplomem summa cum laude.

    W lipcu 1948 r. na okres 7 miesięcy Karol został skierowany do pracy w parafii Niegowić, gdzie spełniał zadania wikarego i katechety.

    W marcu 1949 r. został przeniesiony do parafii św. Floriana w Krakowie. Tam założył chór gregoriański, z którym wkrótce przygotował i odśpiewał mszę „De Angelis” („O Aniołach„). Swoich chórzystów zaraził pasją i miłością do gór – razem przewędrowali Gorce, Bieszczady i Beskid. Organizowali także spływy kajakowe na Mazurach. W Krakowie otrzymał też w końcu tytuł doktora teologii i uzyskawszy urlop na pracę naukową 1951-1953 rozpoczął pisanie pracy habilitacyjnej, która, mimo że w 1953 roku przyjęła ją Rada krakowskiego Wydziału Teologicznego, została odrzucona przez Ministerstwo Oświaty i tytułu docenta Karol Wojtyła nie uzyskał (uzyskał go dopiero w 1957 r.). W roku 1956 objął za to katedrę etyki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.  W 1958 r. Karol Wojtyła został mianowany biskupem tytularnym Umbrii, a także biskupem pomocniczym Krakowa. Konsekracji biskupiej ks. Karola Wojtyły dokonał 28 września 1958 r. w katedrze na Wawelu metropolita krakowski i lwowski, arcybiskup Eugeniusz Baziak. Współkonsekratorami byli biskup Franciszek Jop i Bolesław Kominek. Wtedy też powstały jego najgłośniejsze prace, które przyniosły mu sławę wśród teologów – „Miłość i odpowiedzialność” (1960) oraz „Osoba i czyn” (1969). W 1962 r. został krajowym duszpasterzem środowisk twórczych i inteligencji. Na okres biskupstwa Karola przypadły także obrady Soboru Watykańskiego II, w których aktywnie uczestniczył.

    Jako biskup przyjął, zgodnie z obyczajem, hasło przewodnie swej posługi „Totus Tuus” (łac. „Cały Twój”), kierował je do Matki Chrystusa.

    30 grudnia 1963 r. Karol Wojtyła został mianowany arcybiskupem metropolitą krakowskim. Podczas konsystorza 26 czerwca 1967 r. został nominowany kardynałem. 29 czerwca 1967 r. otrzymał w kaplicy Sykstyńskiej od papieża Pawła VI czerwony biret, a jego kościołem tytularnym stał się kościół św. Cezarego Męczennika na Palatynie.

    Jako pasterz diecezjalny starał się ogarniać swą posługą wszystkich potrzebujących. Wizytował parafie, odwiedzał klasztory. W 1965 r. otworzył proces beatyfikacyjny siostry Faustyny Kowalskiej. Z chęcią jeździł na Podhale i w Tatry. Utrzymywał dobry i ścisły kontakt z inteligencją krakowską, zwłaszcza ze środowiskiem naukowym i artystycznym.

    Zyskał dojrzałość jako myśliciel, sięgając do rozległej tradycji filozoficznej, lecz też do Biblii i do mistyki (zawsze był mu bliski święty Jan od Krzyża) i budując harmonijnie koncepcję z pogranicza filozofii oraz teologii: człowieka jako integralnej osoby. Stał się znanym poza Polską autorytetem. Był obok Prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego, najważniejszą postacią Episkopatu Polski. Z, nazwanym tak przez siebie, „prymasem Tysiąclecia”, ściśle współpracował, okazując szacunek dla jego doświadczenia i mądrości.

    Na zwołanym po śmierci Jana Pawła I konklawe w roku 1978 Wojtyła został wybrany na papieża i przybrał imię Jana Pawła II. Wynik wyboru ogłoszono 16 października o godz. 16:16.

    Jan Paweł II była pierwszym papieżem z Polski, jak również pierwszym po 455 latach biskupem Rzymu, nie będącym Włochem. Wybór na głowę Kościoła osoby z kraju socjalistycznego wpłynął znacząco na wydarzenia w Europie wschodniej i Azji w latach 80. XX w.

    Osobistym sekretarzem Jana Pawła II przez cały pontyfikat był arcybiskup Stanisław Dziwisz.

    Podczas jego pontyfikatu ponad 300 milionów ludzi przeszło na katolicyzm.

    Pontyfikat Jana Pawła II był drugi co do długości w dziejach Kościoła. Najdłużej – 32 lata – sprawował swój urząd Pius IX (nie licząc pontyfikatu Piotra – pierwszego następcy Jezusa).

    Podczas wszystkich pielgrzymek przebył ponad 1,6 miliona kilometrów, co odpowiada 40-krotnemu okrążeniu ziemi wokół równika i czterokrotnej odległości między ziemią a księżycem. Jan Paweł II odbył 102 pielgrzymki zagraniczne podczas których odwiedził 135 krajów i 142 podróże na terenie Włoch, podczas których wygłosił 898 przemówień. Z 334 istniejących rzymskich parafii, odwiedził 301. Jego celem było dotarcie do wszystkich parafii, zabrakło niewiele.

    Papież Jan Paweł II mianował 232 kardynałów (w tym 9 Polaków), beatyfikował 1318 błogosławionych (w tym 154 Polaków) i kanonizował 478 świętych.

    Ojciec Święty napisał 14 encyklik, 14 adhortacji, 11 konstytucji oraz 43 listy apostolskie.

    Wprawdzie już począwszy od Jana XXIII papiestwo zaczęło rezygnować z niektórych elementów ceremoniału, jednakże dopiero Jan Paweł II zniwelował większość barier, przyjmując postawę papieża bliskiego wszystkim ludziom, papieża – apostoła.

    Papież chętnie spotykał się z młodymi ludźmi i poświęcał im dużo uwagi. Na spotkanie w Rzymie 31 marca 1985 r., który ONZ ogłosiło Międzynarodowym Rokiem Młodzieży napisał list apostolski na temat roli młodości jako okresu szczególnego kształtowania drogi życia, a 20 grudnia zapoczątkował tradycję Światowych Dni Młodzieży. Odtąd co roku przygotowywał orędzie skierowane do młodych, które stawało się tematem tego międzynarodowego spotkania, organizowanego w różnych miejscach świata (np. w 1991 r. w Częstochowie).

    Jan Paweł II od początku lat 90. cierpiał na postępującą chorobę Parkinsona. Mimo licznych spekulacji i sugestii ustąpienia z funkcji, które nasilały się w mediach zwłaszcza podczas kolejnych pobytów papieża w szpitalu, pełnił ją aż do śmierci. Nagłe pogorszenie stanu Zdrowia papieża rozpoczęło się 1 lutego 2005 r. Przez ostatnie dwa miesiące życia Jan Paweł II wiele dni spędził w szpitalu i nie udzielał się publicznie. Ojciec Święty Jan Paweł II zmarł 2 kwietnia 2005 r. po zakończeniu Apelu Jasnogórskiego, w pierwszą sobotę miesiąca i wigilię Święta Miłosierdzia Bożego, w 9666 dniu swojego pontyfikatu. W ciągu ostatnich dwóch dni życia towarzyszyli mu nieustannie wierni z całego świata.

    Pogrzeb Jana Pawła II odbył się w piątek 8 kwietnia 2005 r., w którym uczestniczyło na placu św. Piotra ok. 300 tys. wiernych oraz 200 prezydentów i premierów a także przedstawiciele wszystkich wyznań świata, w tym duchowni islamscy i żydowscy. Po zakończeniu nabożeństwa żałobnego, w asyście tylko duchownych z najbliższego otoczenia, papież został pochowany w podziemiach bazyliki św. Piotra, w krypcie Jana XXIII.

    13 maja 2005 r. papież Benedykt XVI (następca Jana Pawła II) zezwolił na natychmiastowe rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II, udzielając dyspensy od pięcioletniego okresu oczekiwania od śmierci kandydata, jaki jest wymagany przez prawo kanoniczne. Formalny proces rozpaczał się 28 czerwca 2005 r., kiedy zaprzysiężeni zostali członkowie trybunału beatyfikacyjnego. Postulatorem został polski ksiądz Sławomir Oder. 2 kwietnia 2007 r. zakończyła się faza diecezjalna procesu i wszystkie akta zostały przekazane do watykańskiej Kongregacji ds. kanonizacyjnych.

    1 maja 2011 nastąpiła beatyfikacja Jana Pawła II podczas uroczystej mszy świętej na placu Św. Piotra w Rzymie. Ogłoszony świętym przez papieża Franciszka 27 kwietnia 2014 roku.

    biogram zaczerpnięty z serwisu Ewangelia na co dzień/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    21 października

    Święty Kasper del Bufalo, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jakub Strzemię, biskup
      •  Święta Urszula, dziewica i męczennica
    ***
    Święty Kasper del Bufalo

    Kasper urodził się 6 stycznia 1786 r. w Rzymie, ochrzczony został dzień później w rzymskim kościele San Martino ai Monti. 6 sierpnia 1787 r. przyjął w domu bierzmowanie z powodu groźby śmierci. W 1788 r. został uzdrowiony z choroby oczu za wstawiennictwem św. Franciszka Ksawerego.
    Ojciec Kaspra, Antoni, był kucharzem, matka – Anuncjata z domu Quartieroni – zajmowała się synem, bo był on chorowitym chłopcem. Od najmłodszych lat często przebywał w kościele, a zapał, z jakim poznawał prawdy wiary sprawił, że zyskał przydomek “małego apostoła Rzymu”. Chciał być misjonarzem. Gdy miał dziewiętnaście lat, został przełożonym nowej szkoły katechetycznej przy Santa Maria del Pianto. Często przemawiał w kościołach i na placach Rzymu, mówił jasnym i prostym językiem. Zajmował się też ewangelizacją prostych, biednych ludzi z wiosek. Ze szczególną miłością zajmował się obłożnie chorymi w hospicjach i szpitalach. W latach 1797-1808 studiował w Collegium Romanum w Rzymie od pierwszego kursu łaciny aż do ukończenia teologii.
    Dnia 31 lipca 1808 r. otrzymał święcenia kapłańskie w kościele Misjonarzy św. Wincentego a Paulo w Montecitorio i został mianowany kanonikiem przy bazylice San Marco. Zajmował się wiernymi w ubogich dzielnicach miasta. Gdy Napoleon zajął Rzym i deportował papieża, a od kapłanów zażądał złożenia przysięgi na wierność sobie, Kasper, kierując się wiernością Ojcu Świętemu, 13 czerwca 1810 r. odmówił złożenia przysięgi. Został za to zesłany do Piacenzy, a później do Bolonii. 13 września 1812 r. został uwięziony w San Giovanni in Monte, w Bolonii, za powtórne odmówienie złożenia przysięgi na wierność Napoleonowi. 12 stycznia 1813 r. przewieziono go do więzienia w Imoli. Gdy 16 maja 1813 r. po raz trzeci odmówił złożenia przysięgi, został przewieziony do fortecy w Lugo, a 10 grudnia skazano go na wyjazd na Korsykę.
    W lutym 1814 r., po czterech latach wygnania i niewoli, Kasper wrócił do Rzymu. Liczył na to, że teraz za przykładem św. Franciszka Ksawerego, którego chciał naśladować, zostanie misjonarzem. Jednak wówczas powierzono mu, wraz z grupą księży i za zgodą papieża, głoszenie nauk rekolekcyjnych i misji ludowych na terenie Włoch. Chciał wstąpić do jezuitów, ale jego spowiednik i przewodnik duchowy poradził mu, by założył własny zakon. Ponieważ chciał przybliżyć wiernym tajemnicę Krwi Chrystusa, założył, wraz z trzema towarzyszami, Zgromadzenie Misjonarzy Krwi Chrystusa. Miało to miejsce w opactwie w San Felice w Giano, w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, 15 sierpnia 1815 r. Bardzo szybko papież Pius VII zaakceptował nazwę i to on ofiarował pierwszą siedzibę.
    W styczniu 1821 r. Kasper wstawił się u papieża w sprawie ocalenia miasta Sonnino, które miało być ukarane z powodu istniejącego tam rozboju. Dlatego Pius VII powierzył mu uzdrowienie moralne całej prowincji dotkniętej bandyckimi napadami. W czasie swojej posługi Kasper mocno naraził się karbonariuszom, których zwalczał. Oskarżano go nawet przed papieżem. Reakcję papieża Leona XII, który w rezultacie pomówień wycofał udzielone pełnomocnictwa i gotów był rozwiązać założoną przez Kaspra kongregację, zniósł z pokorą i w rezultacie niebawem mógł znowu podjąć przerwaną działalność. 15 sierpnia 1825 r. papież zorientował się, że oskarżenia skierowane przeciwko Kasprowi były fałszywe. W lutym następnego roku chciał go nominować na biskupa, internuncjusza w Brazylii, ale Kasper odmówił przyjęcia tej godności. Pozostał w Rzymie i pracował w Kongregacji Rozkrzewiania Wiary, a w październiku 1826 r. wrócił do pracy w swoim zgromadzeniu. W 1834 r. pomógł św. Marii de Mattias założyć Zgromadzenie Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa.
    W dwa lata później był już tak wyczerpany, że musiał zmniejszyć swoją aktywność. Jednak gdy w grudniu 1837 r. dowiedział się, że w Rzymie wybuchła epidemia cholery, pośpieszył do miasta, by nieść posługę kapłańską wśród umierających na ulicach. Wygłaszał dla nich ostatnie nauki rekolekcyjne. Gdy sam zachorował, 27 grudnia 1837 r. w Albano otrzymał sakrament namaszczenia chorych, a dzień później zmarł. Pochowano go w kościele San Paolo w Albano. Beatyfikował go w bazylice św. Piotra w Rzymie papież Pius X dnia 18 grudnia 1904 r., a kanonizował w pięćdziesiąt lat później papież Pius XII. Święty Kasper uznawany jest za jednego z patronów osób cierpiących na choroby nowotworowe.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    20 października

    Święty Jan Kanty, prezbiter

    Święty Jan Kanty

    Jan urodził się 24 czerwca 1390 r. w Kętach (ok. 30 km od Oświęcimia). Do naszych czasów przetrwało ok. 60 dokumentów z jego autografem, stąd wiemy, że podpisywał się najczęściej po łacinie jako Jan z Kęt (Johannes de Kanti, Johannes de Kanty, Johannes Kanti i Joannes Canthy). Po ukończeniu szkoły w Kętach, która musiała stać na wysokim poziomie, zapisał się w 1413 r. na Uniwersytet Jagielloński (miał wówczas już 23 lata). Studia przebiegały pomyślnie, o czym świadczą daty osiąganych stopni naukowych. Najpierw studiował nauki wyzwolone na wydziale artium, gdzie głównym wykładanym przedmiotem była filozofia Arystotelesa. Tu uzyskał w 1415 roku stopień bakałarza, a trzy lata później w styczniu 1418 roku został magistrem filozofii. Objął wówczas funkcję wykładowcy. Stanowisko to było wówczas bezpłatne. Dlatego na swoje utrzymanie Jan zarabiał prywatnymi lekcjami i pomocą duszpasterską jako kapłan (nie znamy dokładnej daty ani miejsca święceń kapłańskich, ale musiało to być między 1418 a 1421 rokiem).
    W 1421 r. na prośbę bożogrobców z Miechowa Akademia Krakowska wysłała Jana Kantego w charakterze kierownika do tamtejszej szkoły klasztornej. Spędził tam osiem lat (1421-1429). Zadaniem szkoły było przede wszystkim kształcenie kleryków zakonnych. Wolny czas Jan spędzał na przepisywaniu rękopisów, które były mu potrzebne do wykładów. Wśród zachowanych kopii są pisma Ojców Kościoła, św. Augustyna, św. Tomasza, a także Arystotelesa. W Miechowie Jan Kanty pełnił równocześnie obowiązki kaznodziei przy kościele klasztornym. Musiał również interesować się w pewnej mierze muzyką, gdyż odnaleziono drobne fragmenty zapisów pieśni dwugłosowych, skreślonych jego ręką.
    W roku 1429 zwolniło się miejsce w jednym z kolegiów Akademii Krakowskiej. Przyjaciele natychmiast zawiadomili o tym Jana i sprowadzili go do Krakowa. Kolegium dawało pewną stabilizację – zapewniało bowiem utrzymanie i mieszkanie. Profesorowie w kolegiach mieszkali razem i wiedli życie na wzór zakonny. W początkach Uniwersytetu tych kolegiów było niewiele i były bardzo małe. Dlatego niełatwo było w nich o miejsce.
    Gdy tylko Jan wrócił do Krakowa, objął wykłady na wydziale filozoficznym. Równocześnie jednak zaczął studiować teologię (miał wówczas już ok. 40 lat). Jednocześnie jako profesor wykładał traktaty, które przypadły mu – ówczesnym zwyczajem – przez losowanie. Z nielicznych zapisków wiemy, że komentował logikę, potem fizykę i ekonomię Arystotelesa. Na tym wydziale piastował także urząd dziekański w półroczach zimowych: 1432/1433, 1437/1438 oraz w półroczu letnim 1438. Od roku 1434 sprawował także urząd rektora Kolegium Większego.
    W roku 1439 zdobył tytuł bakałarza z teologii. Pod kierunkiem swojego mistrza studiował Pismo święte, potem cztery księgi Piotra Lombarda, wreszcie teologię ścisłą. Co pewien czas trzeba było zdawać egzaminy, brać udział w dysputach, mówić kazania i prowadzić ćwiczenia. Ponieważ Jan był równocześnie profesorem filozofii, dziekanem i rektorem Kolegium Większego, nie dziw, że jego studia teologiczne wydłużyły się aż do 13 lat. Dopiero w roku 1443 uzyskał tytuł magistra teologii, który był wówczas jednoznaczny z doktoratem.
    W roku 1439 został kanonikiem i kantorem kapituły św. Floriana w Krakowie oraz proboszczem w Olkuszu. Nie był jednak w stanie pogodzić obowiązków duszpasterskich i uniwersyteckich. Po kilku miesiącach zrzekł się probostwa w Olkuszu. Hagiografowie zgodnie podkreślają, że beż żalu zrezygnował ze sporych dochodów. Fakt, że został wybrany na kantora, świadczy, że musiał znać się na muzyce. Urząd ten nakładał bowiem obowiązek opieki nad muzyką i śpiewem liturgicznym.
    Po uzyskaniu stopnia magistra (mistrza) teologii w roku 1443 Jan Kanty poświęcił się do końca życia wykładom z tej dziedziny. Pośród tych rozlicznych zajęć Jan znajdował jeszcze czas na przepisywanie manuskryptów. Jego rękopisy liczą łącznie ponad 18 000 stron. Biblioteka Jagiellońska przechowuje je w 15 grubych tomach. Część z nich znajduje się w Bibliotece Watykańskiej. Własnoręcznie przepisał 26 kodeksów. Zapewne sprzedawał je nie tyle na swoje utrzymanie, gdyż miał je wystarczające, ile raczej na dzieła miłosierdzia i na pielgrzymki. Jest rzeczą pewną, że w roku 1450 udał się do Rzymu, aby uczestniczyć w roku świętym i uzyskać odpust jubileuszowy. Prawdopodobnie do Rzymu pielgrzymował więcej razy, aby w ten sposób okazać swoje przywiązanie do Kościoła i uzyskać odpusty. Dyskusyjna jest natomiast pielgrzymka do Ziemi Świętej, o której piszą niektórzy biografowie. Niewykluczone, że Jan Kanty pielgrzymował nie do grobu świętego, ale do jego kopii w miechowskim kościele bożogrobców.
    Był człowiekiem żywej wiary i głębokiej pobożności. Słynął z wielkiego miłosierdzia. Nie mogąc zaradzić nędzy, wyzbył się nawet własnego odzienia i obuwia. Wielokrotne dzielił się posiłkiem z biednymi. Legenda mówi, że zdarzało się, iż wiktuały dane potrzebującemu bliźniemu w cudowny sposób odnawiały się na talerzu Jana. Będąc rektorem Akademii, zapoczątkował tradycję odkładania ze stołu profesorów części pożywienia codziennie dla jednego biednego. Dbał także o ubogich studentów, których wspomagał z własnych, skromnych zasobów. Przez całe życie nie zaniechał działalności duszpasterskiej. Wiemy, że krzewił kult eucharystyczny i zachęcał do częstego przyjmowania Komunii świętej, a wiele czasu poświęcał pracy w konfesjonale.
    Pomimo bardzo pracowitego i pokutnego życia, jakie Jan prowadził, dożył 83 lat. Zmarł w Krakowie 24 grudnia 1473 r. Istniało tak powszechne przekonanie o jego świętości, że od razu pochowano go w kościele św. Anny pod amboną. W 1621 r. synod biskupów w Piotrkowie wniósł prośbę do Stolicy Apostolskiej o rozpoczęcie procesu kanonicznego. Prace przygotowawcze rozpoczęto w roku 1628. W roku 1625 napisano życiorys Jana. Dla kanonizacji przygotowano jeszcze jeden żywot, według schematu przysłanego kwestionariusza. Beatyfikacja nastąpiła 27 września 1680 r. Dokonał jej papież bł. Innocenty XI. Kanonizacji – łącznie ze św. Józefem Kalasantym – dokonał Klemens XIII 16 lipca 1767 r.
    Kult św. Jana Kantego jest do dnia dzisiejszego żywy. Jest on bowiem czczony przede wszystkim jako patron uczącej się i studiującej młodzieży. Poświęcił jej przecież prawie całe swoje życie, aż 55 lat profesury. Jest także patronem Polski, archidiecezji krakowskiej i Krakowa; profesorów, szkół katolickich i “Caritasu”.
    W ikonografii św. Jan przedstawiany jest w todze profesorskiej. Często w ręku ma krzyż. Bywa ukazywany w otoczeniu studentów lub ubogich. Jego atrybutami są: scalony dzbanek, obuwie, które daje ubogiemu, pieniądze wręczane zbójcom, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    19 października

    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Jan de Brebeuf, Izaak Jogues, prezbiterzy, oraz Towarzysze
      •  Święty Paweł od Krzyża, prezbiter
      •  Święty Piotr z Alkantary, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko

    Jerzy Popiełuszko urodził się 14 września 1947 r. na Podlasiu we wsi Okopy, w parafii Suchowola, z rodziców Władysława i Marianny z domu Gniedziejko. W dwa dni po urodzeniu, 16 września, został ochrzczony w parafialnym kościele pod wezwaniem świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli i otrzymał imię swojego stryja, Alfonsa (zmienił je na Jerzy Aleksander dopiero w okresie nauki w seminarium, w 1971 r.). W tym samym kościele 17 czerwca 1956 r. przyjął bierzmowanie z rąk biskupa Władysława Suszyńskiego. Wybrał sobie wówczas imię patrona archidiecezji wileńskiej – Kazimierza.
    W latach 1954-1965 Alek Popiełuszko uczęszczał do Szkoły Podstawowej oraz Liceum Ogólnokształcącego w Suchowoli. W kościele parafialnym, odległym od domu o kilka kilometrów, od 11. roku życia był ministrantem i służył do Mszy św. codziennie przed lekcjami w szkole. Uzyskawszy świadectwo maturalne, zgłosił się 24 czerwca 1965 r. do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego św. Jana Chrzciciela w Warszawie, gdzie przez siedem lat przygotowywał się intelektualnie i duchowo do przyjęcia święceń kapłańskich. Podczas tych studiów musiał odbyć dwuletnią służbę wojskową w specjalnej jednostce dla kleryków w Bartoszycach. Z tego okresu znany jest fakt mężnej postawy alumna Popiełuszki, który nie pozwolił odebrać sobie medalika i różańca, za co był szykanowany przez tamtejsze władze wojskowe. Celem tych szykan i obostrzeń w służbie było zniechęcanie żołnierzy-kleryków do kontynuowania drogi powołania kapłańskiego.
    Po powrocie do seminarium musiał poddać się operacji tarczycy, leczył się też z powodu choroby serca. W pewnym momencie był w tak ciężkim stanie, że koledzy kursowi całą noc modlili się w jego intencji (18 kwietnia 1970 r.). Przeżycia w wojsku, choroba i pobyt w szpitalu bardzo zbliżyły go do kolegów oraz w szczególny sposób uwrażliwiły na potrzeby, cierpienia i krzywdy bliźnich. Stał się opiekuńczy i zatroskany, zwłaszcza o chorych.
    W dniu 12 grudnia 1971 r. otrzymał święcenia subdiakonatu, a 12 marca 1972 r. – diakonatu. Święcenia kapłańskie przyjął z rąk kardynała Stefana Wyszyńskiego dnia 28 maja 1972 r. w bazylice archikatedralnej św. Jana Chrzciciela w Warszawie. Jako neoprezbiter został skierowany do pracy duszpasterskiej i katechetycznej najpierw w parafii Świętej Trójcy w Ząbkach koło Warszawy, gdzie pracował trzy lata (1972-1975), a następnie do parafii Matki Bożej Królowej Polski w Warszawie-Aninie. Po kolejnych trzech latach, 20 maja 1978 r., został przeniesiony na wikariat do parafii Dzieciątka Jezus w Warszawie na Żoliborzu, skąd 25 maja 1979 r. władza archidiecezjalna skierowała go do pracy duszpasterskiej przy kościele akademickim św. Anny w Warszawie. Prowadził tam konwersatoria dla studentów medycyny, organizował rekolekcje i obozy o charakterze rekolekcyjnym oraz kierował duszpasterstwem pielęgniarek w kaplicy Res Sacra Miser. Był członkiem Krajowej Konsulty Duszpasterstwa Służby Zdrowia, a na terenie archidiecezji warszawskiej – diecezjalnym duszpasterzem środowisk medycznych. Dnia 6 października 1981 r. podjął się także opieki duszpasterskiej nad chorymi w Domu Zasłużonego Pracownika Służby Zdrowia w Warszawie przy ul. Elekcyjnej 37, urządzając tam własnym sumptem kaplicę i stając się na mocy nominacji kurialnej kapelanem.
    Ostatnim miejscem zamieszkania i pracy ks. Jerzego Popiełuszki od 20 maja 1980 r. była parafia św. Stanisława Kostki w Warszawie na Żoliborzu, gdzie jako rezydent pomagał w pracy parafialnej i zajmował się duszpasterstwem specjalistycznym. Między innymi kierował zebraniami formacyjnymi grupy studentów Akademii Medycznej, był duszpasterzem średniego personelu medycznego (pielęgniarek) oraz co miesiąc urządzał dla lekarzy spotkania modlitewne.
    Na podkreślenie zasługuje udział ks. Jerzego Popiełuszki w przygotowaniu dwóch wizyt papieskich w Ojczyźnie (w 1979 i 1983 r.). W obydwu przypadkach, wbrew sprzeciwom władz komunistycznych i Służby Bezpieczeństwa, był faktycznym przewodniczącym Sekcji Sanitarnej Komitetu Przyjęcia Jana Pawła II w Warszawie i ze swoją kilkusetosobową grupą medyczną roztaczał z ramienia Kościoła opiekę zdrowotną nad uczestnikami pielgrzymek.
    Oddzielną kartę życia ks. Jerzego, która doprowadziła go do palmy męczeństwa, było jego bezkompromisowe zaangażowanie się w duszpasterstwo świata pracy, zarówno w okresie tworzenia się “Solidarności”, jak i później, gdy trwał stan wojenny w Polsce oraz po jego zniesieniu. Pomimo szykan ze strony czynników państwowych i esbeckich oraz pomówień i oszczerstw w środkach masowego przekazu, był rzecznikiem i obrońcą godności człowieka, praw ludzkich do wolności, sprawiedliwości, miłości i prawdy, a także heroldem Pawłowego i papieskiego nauczania, że zło należy zwyciężać dobrem. Prawdy te głosił wraz ze swym proboszczem – ks. prałatem Teofilem Boguckim – przede wszystkim podczas nabożeństw za Ojczyznę, urządzanych w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu od czasu ogłoszenia stanu wojennego we wszystkie ostatnie niedziele miesiąca. Pierwsza taka Msza św. została odprawiona 28 lutego 1982 r.
    Serdeczne więzy ks. Popiełuszki ze światem pracy, zwłaszcza z pracownikami Huty Warszawa, zadzierzgnięte zostały w sposób niemal przypadkowy, ale opatrznościowy i nieodwracalny. Gdy w sierpniu 1980 r. doszło do strajku w Hucie Warszawa, pięciu przedstawicieli tej Huty przybyło do rezydencji arcybiskupów warszawskich, prosząc kardynała Stefana Wyszyńskiego, ażeby przyjechał do nich lub wyznaczył im jakiegoś kapłana do odprawienia Mszy świętej. Twierdzili, że prawie wszyscy strajkujący wewnątrz Huty są katolikami i pragną uczestniczyć w niedzielnej liturgii mszalnej, ale ze względu na sytuację – nie mogą opuścić miejsca pracy. Była to pierwsza niedziela, około godziny ósmej, kiedy strajkowały już Gdańsk, Szczecin i śląskie kopalnie. Prymas Polski, nie mogąc ze względu na inne zaplanowane zajęcia osobiście odprawić tej Mszy świętej, zlecił swojemu kapelanowi – ks. prałatowi Bronisławowi Piaseckiemu: “Poszukaj księdza”. Ks. kapelan udał się niezwłocznie na pobliski Żoliborz, do kościoła św. Stanisława Kostki, i propozycję pójścia do Huty przedstawił pierwszemu napotkanemu kapłanowi – ks. Jerzemu Popiełuszce. Ks. Jerzy chętnie przyjął propozycję i, po porozumieniu się z proboszczem, wyruszył do Huty. Był to początek kolejnej formy jego duszpasterstwa – duszpasterstwa, które zakończyło się jego męczeńską śmiercią.
    Kiedy w 1981 roku strajkowały uczelnie wyższe, ks. Jerzy Popiełuszko roztoczył opiekę duszpasterską nad studentami warszawskiej Akademii Medycznej i jednocześnie nad słuchaczami Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej, gdzie protest miał dramatyczny przebieg. Kiedy 2 grudnia 1981 r. władze dokonały pacyfikacji WOSP w Warszawie przy użyciu helikopterów i sprzętu bojowego (co stanowiło swoiste preludium do wprowadzenia za kilka dni stanu wojennego), ksiądz Jerzy był w gmachu uczelni.
    Władze komunistyczne nasiliły szykanowanie kapłana. Był wielokrotnie przesłuchiwany w prokuraturze, zatrzymywany i aresztowany. Przedstawiono mu nawet akt oskarżenia, w którym zarzucano mu, że działał na szkodę interesów PRL, ponieważ nadużywając funkcji kapłana czynił z kościołów miejsce propagandy antypaństwowej (sąd umorzył postępowanie w sierpniu 1984 r.). Prasa reżimowa nasiliła ataki drukując liczne oszczercze artykuły, mające skompromitować kapelana Solidarności (opisywano rzekome nadużycia finansowe i skandale obyczajowe).
    Ksiądz Jerzy nie zaprzestał swojej działalności. Oprócz Mszy św. za Ojczyznę, zainicjował w 1982 r. pielgrzymkę robotników Huty Warszawa na Jasna Górę, która przerodziła się wkrótce w Ogólnopolską Pielgrzymkę Ludzi Pracy. W końcu władze zdecydowały się na ostrzejsze działania. 13 października 1984 r. milicja usiłowała doprowadzić do wypadku drogowego, w którym ks. Jerzy miał zginąć; akcja ta nie powiodła się. Kolejną próbę podjęto kilka dni później.

    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko

    Kiedy późnym wieczorem dnia 19 października 1984 r. ks. Jerzy wracał samochodem z posługi duszpasterskiej w Bydgoszczy, został zatrzymany przez trzech funkcjonariuszy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (Wydział do walki z Kościołem) i uprowadzony. Stało się to na szosie w Górsku niedaleko Torunia. Niemal cudem ocalał kierowca – pan Waldemar Chrostowski, jedyny świadek bandyckiego porwania, który, chociaż skuty kajdankami, wyskoczył z pędzącego samochodu i niezwłocznie powiadomił władze kościelne i społeczeństwo o dokonanym przez przedstawicieli władz komunistycznych bezprawiu. Nastało wtedy dziesięć dni modlitewnego oczekiwania na powrót kapłana w wielu świątyniach kraju, zwłaszcza w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie. Niestety, w dniu 30 października 1984 r. ze sztucznego zbiornika wodnego przy tamie na Wiśle koło Włocławka milicja wyłowiła ciało ks. Jerzego Popiełuszki. Sekcja zmasakrowanego ciała została przeprowadzona w Białymstoku, ale pogrzeb, zgodnie z wolą katolickiego społeczeństwa, odbył się w Warszawie 3 listopada 1984 r. Ks. Jerzy Popiełuszko został pochowany w grobie przy kościele św. Stanisława Kostki. Obrzędom pogrzebowym przewodniczył i okolicznościowe kazanie wygłosił kardynał Józef Glemp, Prymas Polski. W pogrzebie uczestniczyło wielu biskupów, kilkuset kapłanów oraz prawie milion wiernych, w tym setki pocztów sztandarowych spod znaku “Solidarności” z całego kraju.
    Przekonanie duchowieństwa i wiernych o męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki za wiarę spowodowało, że kardynał Józef Glemp, arcybiskup metropolita gnieźnieński i warszawski oraz Prymas Polski, wystarał się o potrzebne zezwolenie Stolicy Apostolskiej i powołał archidiecezjalny trybunał, który zajął się procesem beatyfikacyjnym ks. Jerzego. Proces ten na szczeblu diecezjalnym trwał od 8 lutego 1997 r. do 8 lutego 2001 r. Następnie akta procesu zostały przewiezione do Stolicy Apostolskiej i poddane dalszym badaniom w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. 6 czerwca 2010 r. w Warszawie odbyła się beatyfikacja ks. Jerzego Popiełuszki. Jego liturgiczne wspomnienie wyznaczono na 19 października – w dniu jego narodzin dla nieba.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 października

    Święty Łukasz, Ewangelista

    Święty Łukasz

    Euzebiusz z Cezarei i Tertulian piszą, że rodzinnym miastem św. Łukasza była Antiochia Syryjska. W tym cała tradycja jest zgodna. Był poganinem, a nie Żydem. Zdaje się to potwierdzać pośrednio św. Paweł Apostoł, kiedy w Liście do Kolosan wymienia najpierw swoich przyjaciół i pomocników z narodu żydowskiego, a potem z pogaństwa. Łukasza umieszcza w grupie drugiej (Kol 4, 10-14). Naukę Chrystusa Łukasz przyjął przed przystąpieniem do św. Pawła. Nie należał do 72 uczniów Pana Jezusa, jak o tym pisze św. Epifaniusz, ani też nie należy go utożsamiać z uczniem, który z Jezusem zetknął się w dzień Jego zmartwychwstania w drodze do Emaus, jak to twierdzą św. Grzegorz Wielki i Teofilakt.
    Z zawodu Łukasz był lekarzem, jak o tym pisze wprost św. Paweł Apostoł (Kol 4, 14). Należał do ludzi wykształconych i doskonale obeznanych z ówczesną literaturą. Świadczy o tym jego piękny język grecki, kronikarska dokładność informacji i umiejętność zdobywania źródeł. Jego znajomość judaizmu jest powierzchowna, a łacińskie imię wskazuje na jego pochodzenie. Około 40 r. po narodzeniu Chrystusa i ok. 7 lat po Jego śmierci zapewne w samej Antiochii stał się wyznawcą Chrystusa.
    Około 50 r. po raz pierwszy spotyka na swojej drodze św. Pawła, przyłącza się do niego jako uczeń, towarzysz podróży i lekarz. Nie wiemy, dlaczego dopiero w Troadzie św. Paweł zabrał go ze sobą w długą podróż apostolską (Dz 16, 10-17). W Filippach św. Paweł go zostawia, znowu nie wiemy z jakiej przyczyny. Dopiero w trakcie trzeciej podróży, która rozpoczęła się w 58 r., Łukasz przyłącza się ponownie do Apostoła, aby go już więcej nie opuścić. Towarzyszy mu do Jerozolimy, potem zaś do Rzymu. Swą wierność Łukasz posunął tak dalece, że jako jedyny pozostał przy św. Pawle w więzieniu w Rzymie (2 Tm 4, 11). W czasie aresztowania i dwóch lat więzienia św. Pawła w Cezarei Palestyńskiej Łukasz miał dosyć czasu, aby zapytać naocznych świadków o szczegóły, które przekazał w swojej Ewangelii.
    Nie wiemy, co działo się z Łukaszem po męczeńskiej śmierci św. Pawła (+ 67). Ojcowie Kościoła i liczne legendy wymieniają wiele różnych miejsc (Achaję, Galię, Macedonię itp.), w których miał nauczać. Wydaje się to mało wiarygodne. Bardziej prawdopodobna wydaje się wzmianka, w której autor pewnego prologu do Ewangelii (pochodzącego z II w.) twierdzi stanowczo, że Łukasz zmarł w Beocji przeżywszy 84 lata. Tak dawna wzmianka, sięgająca czasów niemal apostolskich, zasługuje na wiarę. Autor nie wspomina jednak o śmierci męczeńskiej, pisze tylko, że Łukasz zmarł “pełen Ducha Świętego”. Dlatego późniejsze świadectwa o jego męczeńskiej śmierci są raczej legendą.

    Święty Łukasz

    Łukasz zostawił po sobie dwie bezcenne pamiątki, które zaskarbiły mu wdzięczność całego chrześcijaństwa. Są nimi Ewangelia i Dzieje Apostolskie. Chociaż sam prawdopodobnie nie znał Jezusa, to jednak badał świadków i od nich jako z pierwszego źródła czerpał wszystkie wiadomości. Formę i układ swej Ewangelii upodobnił do tekstu poprzedników, czyli do Mateusza i Marka. Ubogacił ją jednak w wiele cennych szczegółów, które tamci pominęli w swoich relacjach. Jako jedyny przekazał scenę zwiastowania i narodzenia Jana Chrzciciela i Jezusa, nawiedzenie św. Elżbiety, pokłon pasterzy, ofiarowanie Jezusa i znalezienie Go w świątyni – jest więc autorem tzw. Ewangelii Dzieciństwa Jezusa. Zawdzięczamy mu niejeden szczegół z życia Matki Bożej. On także przekazał pierwsze wystąpienie Jezusa w Nazarecie i próbę zamachu na Jego życie, wskrzeszenie młodzieńca z Nain, opowiadanie o jawnogrzesznicy w domu Szymona faryzeusza, o posługiwaniu pobożnych niewiast, zapisał okrzyk niewiasty: “Błogosławione łono, które Cię nosiło”, gniew Apostołów na miasto w Samarii, rozesłanie 72 uczniów oraz przypowieści: o miłosiernym Samarytaninie, o nieurodzajnym drzewie, o zaproszonych na gody weselne, o zgubionej owcy i drachmie, o synu marnotrawnym, o przewrotnym włodarzu, o bogaczu i Łazarzu. Przekazał nam scenę uzdrowienia dziesięciu trędowatych i nawrócenie Zacheusza.
    Bardzo cennym dokumentem są także Dzieje Apostolskie. Jest to bowiem jedyny dokument o początkach Kościoła, mówiący o tym, co się działo po wniebowstąpieniu Jezusa. Ponieważ w wielu wypadkach Łukasz sam był uczestnikiem opisywanych wydarzeń, związanych z podróżami apostolskimi św. Pawła, dlatego przekazał ich przebieg z niezwykłą sumiennością.
    Dante określił Łukasza “historykiem łagodności Chrystusowej”. Nie wiemy, gdzie znajduje się grób św. Łukasza. Przyznają się do posiadania jego relikwii Efez, Beocja, Wenecja i Padwa. Przez długie wieki pokazywano i czczono relikwie św. Łukasza w Konstantynopolu. Tam miały być przeniesione za cesarza Justyniana (ok. 527). Potem relikwie przewieziono do Wenecji, a stąd w czasie najazdu Węgrów miały być umieszczone dla bezpieczeństwa w Padwie (899). Do dnia dzisiejszego pokazują je tam w kaplicy bazyliki św. Justyny.
    Św. Łukasz jest patronem Hiszpanii i miasta Achai; introligatorów, lekarzy, malarzy i rzeźbiarzy, notariuszy, rzeźników, złotników. Według legendy malował portrety Jezusa, apostołów, a zwłaszcza Maryi, Matki Bożej. Jeden z nich, jak opisuje Teodor Lektor z VI wieku, cesarzowa Eudoksja, żona Teodozego II Wielkiego, zabrała z Jerozolimy i przesłała św. Pulcherii, siostrze cesarza. Według innej opowieści kopią jednego z obrazów św. Łukasza jest ikona jasnogórska.
    W ikonografii św. Łukasz prezentowany jest jako młodzieniec o ciemnych, krótkich, kędzierzawych włosach, w tunice. Sztuka zachodnia ukazuje go z tonsurą lub łysiną, czasami bez zarostu. Bywa przedstawiany, gdy maluje obraz. Jego atrybutami są: księga, paleta malarska, przyrządy medyczne, skalpel, wizerunek lub figura Matki Bożej, wół, zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    17 października

    Święty Ignacy Antiocheński, biskup i męczennik

    Święty Ignacy Antiocheński

    Legenda głosi, że Ignacy był tym szczęśliwym dzieckiem, które kiedyś Chrystus postawił przed uczniami swoimi i rzekł: “Zaprawdę powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży, jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje” (Mt 18, 1-5).
    Nie wiemy nic o latach dziecięcych i młodzieńczych Ignacego. Spotykamy go dopiero jako trzeciego z kolei biskupa Antiochii (po św. Piotrze Apostole i św. Ewodiuszu). W czasie prześladowania za cesarza Trajana Ignacy został uwięziony i skazany na śmierć. Wysłano go pod eskortą żołnierzy do Rzymu, aby tam rzucić na pożarcie dzikim zwierzętom w czasie organizowanych właśnie igrzysk.
    W czasie tej podróży Ignacy zatrzymał się w Smyrnie, gdzie czekał na okręt. Korzystając z chwilowej przerwy, napisał 4 listy do gmin chrześcijańskich: w Efezie, Magnezji, w Trallach i w Rzymie. Wyszedł mu naprzeciw św. Polikarp z liczną delegacją, by uczcić w ten sposób bohatera. Polikarp dostarczył Ignacemu materiału do pisania i zobowiązał się odesłać jego listy do adresatów. Ignacy ukazał w tych listach Chrystusa jako prawdziwego Boga i człowieka, łączącego w sobie naturę Boską i ludzką; określił Kościół jako katolicki na oznaczenie całego ludu Bożego złączonego z Chrystusem w jeden organizm. Hierarchię Kościoła stanowią biskupi, prezbiterzy i diakoni. Biskupi reprezentują autorytet Boga Ojca, prezbiterzy stanowią grono apostolskie, a diakoni pełnią zadanie Chrystusa sługi. Według św. Ignacego, ten, kto ma wiarę, nadzieję i miłość, jest zjednoczony z Chrystusem Panem. Wiele szacunku okazał też biskup Antiochii Kościołowi, który jest w stolicy cesarstwa rzymskiego.
    W swoich listach Ignacy wyraził żarliwość wiary oraz głęboki pokój serca wobec czekającego go męczeństwa. Listy te są ważnym dokumentem wiary pierwotnego Kościoła. W Godzinie Czytań we wspomnienie św. Ignacego czytamy jego znamienne słowa napisane do Rzymian, których prosił, aby nie starali się o uwolnienie go od męczeńskiej śmierci, której bardzo pragnął: “Pozwólcie mi się stać pożywieniem dla dzikich zwierząt, dzięki którym dojdę do Boga. Jestem Bożą pszenicą. Zostanę starty zębami dzikich zwierząt, aby się stać czystym chlebem Chrystusa. Proście za mną Chrystusa, abym za sprawą owych zwierząt stał się żertwą ofiarną dla Boga”.
    W Troadzie Ignacy musiał ponownie przesiąść się na inny okręt. Skorzystał z okazji, by napisać listy do Filadelfii, Smyrny i do św. Polikarpa. Z Troady dotarł do Neapolu, miasta w Macedonii (dzisiaj nosi ono nazwę Cavalla), a następnie musiał podążać pieszo pod eskortą do Filippi, Salonik i Dyrrachium. Tam dopiero wszyscy wsiedli na statek i dopłynęli do portu włoskiego, Brindisi. Stąd znowu pieszo szli drogą lądową aż do Rzymu. Dla osiemdziesięcioletniego starca cała ta podróż była prawdziwą katorgą.
    Św. Ignacy, “Teoforos” (tzn. “niosący Boga”) – jak przedstawia się w pismach – zginął śmiercią męczeńską na arenie w Rzymie, prawdopodobnie w Koloseum. Dzieje jego bohaterskiej śmierci opisali między innymi: św. Ireneusz, Orygenes, Euzebiusz z Cezarei, św. Polikarp, św. Jan Chryzostom i św. Hieronim. Przyjmuje się, że jego śmierć miała miejsce ok. roku 107. Chrześcijanie zebrali ze czcią pozostałe na arenie kości Męczennika, a potem przewieźli je do Antiochii. Wiemy o tym z mowy św. Jana Chryzostoma, poświęconej Ignacemu. Cesarz Teodozjusz II (+ 450) nakazał umieścić relikwie św. Ignacego w świątyni Fortuny, zamienionej na chrześcijańską. Trzecie przeniesienie relikwii odbyło się w roku 540, kiedy Chozroes, król perski, najechał na Palestynę i Syrię. Wreszcie relikwie powróciły do Rzymu, kiedy w VII w. Saraceni zajęli Syrię. Imię św. Ignacego wymieniane jest w Kanonie Rzymskim.
    W ikonografii św. Ignacy ukazywany jest w szatach biskupich rytu wschodniego lub jako młody biskup z raną na piersi. Jego atrybutami są lew u stóp, symbol IHS na piersi Świętego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    16 października

    Święta Jadwiga Śląska

    Zobacz także:
      •  Święty Gerard Majella, zakonnik
      •  Święty Gaweł (Gall), opat
      •  Błogosławiony Józef Jankowski, prezbiter i męczennik
    ***
    Święta Jadwiga Śląska


    Jadwiga urodziła się między 1174 a 1180 rokiem na zamku nad jeziorem Amer w Bawarii jako córka hrabiego Bertolda VI i Agnieszki Wettyńskiej, hrabiów Andechs, którzy tytułowali się również książętami Meranu (w północnej Dalmacji) i margrabiami Istrii. Miała czterech braci i trzy siostry. Jedną wydano za Filipa, króla Francji, drugą za Andrzeja, króla Węgier (była matką św. Elżbiety), trzecia wstąpiła do klasztoru. Jadwiga otrzymała staranne wychowanie najpierw na rodzinnym zamku, potem zaś w klasztorze benedyktynek w Kitzingen nad Menem (diecezja Würzburg), znanym wówczas ośrodku kulturalnym. Do programu ówczesnych szkół klasztornych należała nauka łaciny, Pisma Świętego, dzieł Ojców Kościoła i żywotów świętych, a także haftu i malowania, muzyki i pielęgnowania chorych.
    W roku 1190 Jadwiga została wysłana do Wrocławia na dwór księcia Bolesława Wysokiego, gdyż została upatrzona na żonę dla jego syna, Henryka. Miała wtedy prawdopodobnie zaledwie 12 lat. Data ślubu nie jest bliżej znana. Możliwym do przyjęcia jest czas pomiędzy rokiem 1186 a 1190. Jako miejsce ślubu przyjmuje się zamek Andechs, chociaż nie jest też wykluczone, że było to we Wrocławiu lub Legnicy. Henryk Brodaty 8 listopada 1202 r. został panem całego księstwa. Rychło też udało mu się do dzielnicy śląskiej dołączyć dzielnicę senioratu, czyli krakowską, a także znaczną część Wielkopolski. Dlatego figuruje on w spisie władców Polski.
    Henryk i Jadwiga stanowili wzorowe małżeństwo. Mieli siedmioro dzieci: Bolesława (ur. ok. 1194), Konrada (1195), Henryka (1197), Agnieszkę (ok. 1196), Gertrudę (ok. 1200), Zofię (przed 1208) i najmłodsze, nieznane z imienia dziecko, ochrzczone w okresie Bożego Narodzenia na zamku w Głogowie w 1208 roku, które prawdopodobnie wkrótce zmarło (według niektórych źródeł był to syn Władysław). Krótko żyło kilkoro dzieci Jadwigi: Bolesław zmarł pomiędzy 1206 a 1208 r., zaś Konrad w 1213 roku. Podobnie dwie córki: Agnieszka i Zofia zostały pochowane przed 1214 rokiem. Tak więc w okres pełnej dojrzałości weszli tylko Henryk i Gertruda.
    Ostatnich 28 lat pożycia małżeńskiego małżonkowie przeżyli wstrzemięźliwie, związani ślubem czystości zawartym uroczyście w 1209 roku przed biskupem wrocławskim Wawrzyńcem. Jadwiga miała w chwili składania tego ślubu około 33 lat, a Henryk Brodaty ok. 43 (na pamiątkę tego wydarzenia Henryk zaczął nosić tonsurę mniszą i zapuścił brodę, której nie zgolił aż do śmierci).
    Na dworze wrocławskim powszechne były zwyczaje i język polski. Jadwiga umiała się do nich dostosować, nauczyła się języka i posługiwała się nim. Jej dwór słynął z karności i dobrych obyczajów, gdyż księżna dbała o dobór osób. Macierzyńską troską otaczała służbę dworu. Wyposażyła wiele kościołów w szaty liturgiczne haftowane ręką jej i jej dwórek. Do dworu księżnej należała również niewielka grupa mężczyzn duchownych i świeckich. Księżna bardzo troszczyła się o to, aby urzędnicy w jej dobrach nie uciskali poddanych kmieci. Obniżyła im czynsze, przewodniczyła sądom, darowała grzywny karne, a w razie klęsk nakazywała mimo protestów zarządców rozdawać ziarno, mięso, sól itp. Zorganizowała także szpitalik dworski, gdzie codziennie znajdowało utrzymanie 13 chorych i kalek (liczba ta miała symbolizować Pana Jezusa w otoczeniu 12 Apostołów). W czasie objazdów księstwa osobiście odwiedzała chorych i wspierała hojnie ubogich.
    Jadwiga popierała także szkołę katedralną we Wrocławiu i wspierała ubogich zdolnych chłopców, którzy chcieli się uczyć. Starała się także łagodzić dolę więźniów, posyłając im żywność, świece i odzież. Bywało, że zamieniała karę śmierci czy długiego więzienia na prace przy budowie kościołów lub klasztorów. Jej mąż chętnie na to przystawał. Była jednak tak delikatna wobec Henryka, że zawsze to jemu zostawiała ostateczną decyzję. Dlatego to jego podpis figuruje przy licznych dekretach fundacji.

    Święta Jadwiga Śląska

    W swoim życiu Jadwiga dość mocno doświadczyła tajemnicy Krzyża. Przeżyła śmierć męża i prawie wszystkich dzieci. Jej ukochany syn, Henryk Pobożny, zginął jako wódz wojska chrześcijańskiego w walce z Tatarami pod Legnicą w 1241 r. Narzeczony jej córki Gertrudy, Otto von Wittelsbach, stał się mordercą króla niemieckiego Filipa, w następstwie czego zamek rodzinny Andechs zrównano z ziemią, a Ottona utopiono w Dunaju. Po tych strasznych wydarzeniach Gertruda nie chciała wychodzić za mąż za kogo innego. Po osiągnięciu odpowiedniego wieku wstąpiła w 1212 roku do klasztoru trzebnickiego, ufundowanego dziesięć lat wcześniej przez jej rodziców.
    Siostra Jadwigi, również Gertruda, królowa węgierska, została skrytobójczo zamordowana; druga siostra, królowa francuska, Agnieszka, ściągnęła na rodzinę hańbę małżeństwem, którego nie uznał papież (ponieważ poprzedni związek Filipa II Augusta nie został unieważniony), była zatem matką nieślubnych dzieci. Mąż Jadwigi, książę Henryk, w 1229 r. dostał się do niewoli Konrada Mazowieckiego; Jadwiga pieszo i boso poszła z Wrocławia do Czerska i rzuciła się do nóg Konradowi – dopiero wówczas wyżebrała uwolnienie męża, pod warunkiem jednak, że ten zrezygnuje z pretensji do Krakowa. W końcu jeszcze spadł na Henryka grom klątwy za przywłaszczenie sobie dóbr kościelnych i książę umarł obłożony klątwą. Jadwiga jednak bez szemrania znosiła te wszystkie dopusty Boże.
    Po śmierci męża, Henryka (19 marca 1238 r.), Jadwiga zdała rządy żonie Henryka Pobożnego, Annie, i zamknęła się w klasztorze sióstr cysterek w Trzebnicy, który sama wcześniej ufundowała. Kiedy dowiedziała się o niezwykle surowym życiu swojej siostrzenicy, św. Elżbiety z Turyngii (+ 1231), postanowiła ją naśladować. Do cierpień osobistych zaczęła dodawać pokuty, posty, biczowania, włosiennicę i czuwania nocne. Przez 40 lat życia spożywała pokarm tylko dwa razy dziennie, bez mięsa i nabiału. W 1238 r. na ręce swojej córki Gertrudy, ksieni w Trzebnicy, złożyła śluby zakonne i stała się jej posłuszna. Zasłynęła z pobożności i czynów miłosierdzia.
    Wyczerpana surowym życiem mniszki, zmarła 14 października 1243 r., mając ponad 60 lat. Zaraz po jej śmierci do jej grobu w Trzebnicy zaczęły napływać liczne pielgrzymki: ze Śląska, Wielkopolski, Łużyc i Miśni. Gertruda z całą gorliwością popierała kult swojej matki. Ostatni etap procesu kanonicznego św. Stanisława biskupa dostarczył cysterkom w Trzebnicy zachęty do starania się o wyniesienie także na ołtarze Jadwigi. Zaczęto spisywać łaski, a grób otoczono wielką troską. Już w 1251 r. zaczęto obchodzić w klasztorze co roku pamiątkę śmierci Jadwigi. Kiedy w roku 1260 odwiedził Trzebnicę legat papieski Anzelm, siostry wniosły prośbę o kanonizację. Tę inicjatywę poparł polski Episkopat i Piastowicze. Z polecenia papieża w latach 1262-1264 przeprowadzono badania kanoniczne w Trzebnicy i we Wrocławiu. Ich akta przesłano do Rzymu. O kanonizację Jadwigi zabiegał także papież Urban IV, który jako legat papieski w latach 1248-1249 aż trzy razy odwiedził Wrocław i znał dobrze Jadwigę. Jednak jego śmierć przeszkodziła kanonizacji. Dokonał jej dopiero jego następca, Klemens IV, w kościele dominikanów w Viterbo 26 marca 1267 r. Na prośbę Jana III Sobieskiego papież bł. Innocenty XI rozciągnął kult św. Jadwigi na cały Kościół (1680).
    Ku czci św. Jadwigi powstała na Śląsku (w 1848 r. we Wrocławiu) rodzina zakonna – siostry jadwiżanki. Św. Jadwiga Śląska czczona jest jako patronka Polski, Śląska, archidiecezji wrocławskiej i diecezji w Görlitz; miast: Andechs, Berlina, Krakowa, Trzebnicy i Wrocławia; Europy; uchodźców oraz pojednania i pokoju.
    W ikonografii św. Jadwiga przedstawiana jest jako młoda mężatka w długiej sukni lub w książęcym płaszczu z diademem na głowie, czasami w habicie cysterskim. Jej atrybutami są: but w ręce, krzyż, księga, figurka Matki Bożej, makieta kościoła w dłoniach, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    16 października

    Błogosławiony Józef Jankowski SAC,
    prezbiter i męczennik

    Błogosławiony Józef Jankowski

    Józef urodził się 17 listopada 1910 r. w pomorskiej wsi Czyczkowy koło Brus. Był drugim synem z ośmiorga dzieci rolników Roberta i Michaliny. Już jako dziecko lubił się modlić, jego wiara szybko się pogłębiała. Odznaczał się też wrażliwością na potrzeby innych ludzi. Bardzo wcześnie rozpoznał w sobie powołanie kapłańskie.
    W latach 1924-1925 rozpoczął naukę w założonym zaledwie trzy lata wcześniej gimnazjum pallotyńskim w Sucharach koło Bydgoszczy. Później kontynuował ją w założonym w 1909 r. pallotyńskim “Collegium Marianum” w Wadowicach, na Kopcu. Działał w kółku misyjnym i gimnazjalnej orkiestrze, a w lecie wakacje spędzał w domu, gdzie chętnie wracał, by pomagać rodzicom w pracach polowych.
    W 1929 r. rozpoczął nowicjat w Ołtarzewie u pallotynów. Aby ukończyć gimnazjum, wrócił do Wadowic i tam w 1931 r. złożył pierwszą profesję. Następnie w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie ukończył studia filozoficzno-teologiczne. W 1934 r. otrzymał tonsurę i święcenia niższe z rąk ks. kard. Augusta Hlonda, ówczesnego Prymasa Polski. Rok później został subdiakonem i diakonem. Na kapłana wyświęcił go w Sucharach biskup gnieźnieński Antoni Laubitza w dniu 2 sierpnia 1936 r.
    W swojej pracy ks. Józef zawsze kierował się postanowieniem: “Chcę dążyć do wielkiej świętości i kochać Boga nade wszystko, ale równocześnie chcę być zapomnianym”. Dlatego powierzone funkcje pełnił ofiarnie, zapominając o sobie. Był prefektem szkół w Ołtarzewie i okolicy oraz opiekunem Krucjaty Eucharystycznej i postulantów.
    Na jego życie wewnętrzne głęboki wpływ wywarła lektura Dziejów duszy św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Z dużą gorliwością zachęcał dzieci i młodzież do wchodzenia na drogę dziecięctwa duchowego, proponowanego przez Teresę. Stał się też cenionym spowiednikiem. Pamiętając o swojej licznej i niezamożnej rodzinie, starał się być dla niej przewodnikiem duchowym.
    Od 1939 r., po wybuchu II wojny światowej, był sekretarzem Komitetu Pomocy Dzieciom – organizacji, która była bardzo potrzebna, bo ojcowie rodzin byli często na froncie. Pracował także jako duszpasterz żołnierzy i ludności cywilnej. Podczas kampanii wrześniowej, walki w ramach tzw. bitwy nad Bzurą toczyły się w okolicach Ołtarzewa. Ks. Józef poszedł spowiadać rannych, a umierających przygotować na śmierć.
    Gdy rozpoczęła się okupacja niemiecka, klerycy zostali ewakuowani na wschód. Józef pozostał z kilkoma braćmi w Ołtarzewie, pomagając okolicznej ludności i ukrywającym się żołnierzom kampanii wrześniowej. Został ekonomem domu seminaryjnego, w którym przebywało wtedy około stu osób. Gdy na jakiś czas Niemcy zamienili ten dom w szpital wojenny, Józef odpowiadał za jego zaopatrzenie.
    Z chęcią podejmował się coraz to większej ilości obowiązków, bo jak napisał, “nie godność, nie władza daje szczęście, ale zbliżenie się do Boga – miłość”.
    W 1941 r. został mistrzem nowicjatu. Zanotował wtedy: “Za najszczęśliwsze uważam w swym życiu chwile, które przepędziłem na serdecznej modlitwie, w bezpośrednim obcowaniu z Bogiem”.

    Błogosławiony Józef Jankowski

    16 maja 1941 r. został aresztowany przez gestapo, przewieziony na warszawski Pawiak, a po dwóch tygodniach okrutnych tortur zabrany, tym samym transportem co o. Maksymilian Kolbe, do obozu zagłady w Oświęcimiu. Dostał numer 16895. Przez pięć miesięcy pracował ponad siły o głodzie i w ciągłych upokorzeniach.
    Naoczni świadkowie zapamiętali, z jaką godnością i spokojem znosił prześladowania, poniżenia i udręki, zadawane mu z nienawiści do wiary i kapłaństwa. Do końca był wierny zapisanym kiedyś przez siebie słowom: “Pragnę kochać Boga nad życie. Oddam je chętnie w każdym czasie, ale bez gorącej i wielkiej miłości Boga nie chciałbym iść na drugi świat”.
    Nawet oprawcy dziwili się jego pokornej postawie. Aby go złamać, 16 października 1941 r. oddano go w ręce “krwiożercy” – kryminalisty Heinricha Krotta, słynącego ze swego okrucieństwa kapo podobozu Babice. Był to ten sam sadysta, który nękał o. Maksymiliana. To on poddał Józefa tak okrutnym torturom, że tego samego dnia umęczony pallotyn odszedł do Pana. Jego ciało spalono w obozowym krematorium. Miał zaledwie 31 lat, z czego 5 lat przeżył w kapłaństwie.
    Kierując się przykładem św. Wincentego Pallottiego, przez całe życie ks. Józef konsekwentnie dążył do świętości i stawiał sobie najwyższe wymagania. Swoją miłość do Boga potwierdził niezłomną postawą i ofiarą z własnego życia. Był przykładem – w słowie i czynie – szczególnej miłości do Jezusa Eucharystycznego i szczerego zawierzenia Matce Bożej, Królowej Apostołów.W 1999 r. został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II w grupie 108 polskich męczenników II wojny światowej. Papież powiedział wtedy:W akcie beatyfikacji niejako odżywa w nas wiara, że bez względu na okoliczności, we wszystkim możemy odnieść pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. Błogosławieni męczennicy wołają do naszych serc: Uwierzcie, że Bóg jest miłością! Uwierzcie na dobre i na złe! Obudźcie w sobie nadzieję! Niech ta nadzieja wyda w was owoc wierności Bogu we wszelkiej próbie!
    Raduj się, Polsko, z nowych błogosławionych […] Spodobało się Bogu wykazać przemożne bogactwo Jego łaski na przykładzie dobroci twoich synów i córek w Chrystusie Jezusie. Oto bogactwo Jego łaski, oto fundament naszej niewzruszonej ufności w zbawczą obecność Boga na drogach człowieka w trzecim tysiącleciu! Jemu niech będzie chwała na wieki wieków.
    Za zgodą Stolicy Apostolskiej bł. Józef Jankowski został ogłoszony patronem miasta i gminy Brusy.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    15 października

    Święta Teresa od Jezusa,
    dziewica i doktor Kościoła


    Mistyczka i wizjonerka 
    François Gérard (PD)
    ***

    Teresa de Cepeda y Ahumada urodziła się 28 marca 1515 r. w Hiszpanii. Pochodziła ze szlacheckiej i zamożnej rodziny zamieszkałej w Avila. Miała dwie siostry i dziewięciu braci. Czytanie żywotów świętych tak rozbudziło jej wyobraźnię, że postanowiła uciec do Afryki, aby tam z rąk Maurów ponieść śmierć męczeńską. Miała wtedy zaledwie 7 lat. Zdołała namówić do tej wyprawy także młodszego od siebie brata, Rodriga. Na szczęście wuj odkrył ich plany i w porę zawrócił oboje do domu. Kiedy przygoda się nie powiodła, Teresa obrała sobie na pustelnię kącik w ogrodzie, by naśladować dawnych pokutników i pustelników. Mając 12 lat przeżyła śmierć matki. Pisała o tym w swej biografii: “Gdy mi umarła matka… rozumiejąc wielkość straty, udałam się w swoim utrapieniu przed obraz Matki Bożej i rzewnie płacząc, błagałam Ją, aby mi była matką. Prośba ta, choć z dziecinną prostotą uczyniona, nie była – zdaje mi się – daremną, bo ile razy w potrzebie polecałam się tej wszechwładnej Pani, zawsze w sposób widoczny doznawałam jej pomocy”.
    Jako panienka, Teresa została oddana do internatu augustianek w Avila (1530). Jednak ciężka choroba zmusiła ją do powrotu do domu. Kiedy poczuła się lepiej, w 20. roku życia wstąpiła do klasztoru karmelitanek w tym samym mieście. Ku swojemu niezadowoleniu zastała tam wielkie rozluźnienie. Siostry prowadziły życie na wzór wielkich pań. Przyjmowały liczne wizyty, a ich rozmowy były dalekie od ducha Ewangelii. Już wtedy powstała w Teresie myśl o reformie. Złożyła śluby zakonne w roku 1537, ale nawrót poważnej choroby zmusił ją do chwilowego opuszczenia klasztoru. Powróciła po roku. Wkrótce niemoc dosięgła ją po raz trzeci, tak że Teresa była już bliska śmierci. Jak wyznaje w swoich pismach, została wtedy cudownie uzdrowiona. Pisze, że zawdzięcza to św. Józefowi. Odtąd będzie wyróżniać się nabożeństwem do tego właśnie świętego. Choroba pogłębiła w Teresie życie wewnętrzne. Poznała znikomość świata i nauczyła się rozumieć cierpienia innych. Podczas długich godzin samotności i cierpienia zaczęło się jej życie mistyczne i zjednoczenie z Bogiem. Utalentowana i wrażliwa, odkryła, że modlitwa jest tajemniczą bramą, przez którą wchodzi się do “twierdzy wewnętrznej”. Mistyczka i wizjonerka, a jednocześnie osoba o umysłowości wielce rzeczowej i praktycznej.
    Pewnego dnia, w 1557 r., wpatrzona w obraz Chrystusa ubiczowanego, Teresa doznała przemiany wewnętrznej. Uznała, że dotychczasowe ponad 20 lat spędzone w Karmelu nie było życiem w pełni zakonnym. Zrozumiała także, że wolą Bożą jest nie tylko jej własne uświęcenie, ale także uświęcenie jej współsióstr; że klasztor powinien być miejscem modlitwy i pokuty, a nie azylem dla wygodnych pań. W owym czasie Teresa przeżywała szczyt przeżyć mistycznych, które przekazała w swoich pismach. W roku 1560 przeżyła wizję piekła. Wstrząsnęła ona nią do głębi, napełniła bojaźnią Bożą oraz zatroskaniem o zbawienie grzeszników i duchem apostolskim ratowania dusz nieśmiertelnych. Miała szczęście do wyjątkowych kierowników duchowych: św. Franciszka Borgiasza (1557) i św. Piotra z Alkantary (1560-1562), który właśnie dokonywał reformy w zakonie franciszkańskim.
    Teresa zabrała się najpierw do reformy domu karmelitanek w Avila. Kiedy jednak zobaczyła, że to jest niemożliwe, za radą prowincjała karmelitów i swojego spowiednika postanowiła założyć nowy dom, gdzie można by było przywrócić pierwotną obserwancję zakonną. Na wiadomość o tym zawrzało w jej klasztorze. Wymuszono na prowincjale, by odwołał zezwolenie. Teresę przeniesiono karnie do Toledo. Reformatorka nie zamierzała jednak ustąpić. Dzięki pomocy św. Piotra z Alkantary otrzymała od papieża Piusa IV breve, zezwalające na założenie domu pierwotnej obserwy. W roku 1562 zakupiła skromną posiadłość w Avila, dokąd przeniosła się z czterema ochotniczkami. W roku 1567 odwiedził Avila przełożony generalny karmelitów, Jan Chrzciciel de Rossi. Ze wzruszeniem wysłuchał wyznań Teresy i dał jej ustne zatwierdzenie oraz zachętę, by zabrała się także do reformy zakonu męskiego. Ponieważ przybywało coraz więcej kandydatek, Teresa założyła nowy klasztor w Medina del Campo (1567).
    Tam spotkała neoprezbitera-karmelitę, 25-letniego o. Jana od św. Macieja (to przyszły św. Jan od Krzyża, reformator męskiej gałęzi Karmelu). On również bolał nad upadkiem obserwancji w swoim zakonie. Postanowili pomagać sobie w przeprowadzeniu reformy. Bóg błogosławił reformie, gdyż mimo bardzo surowej reguły zgłaszało się coraz więcej kandydatek. W roku 1568 powstały klasztory karmelitanek reformowanych w Malagon i w Valladolid, w roku 1569 w Toledo i w Pastrans, w roku 1570 w Salamance, a w roku 1571 w Alba de Tormes. Z polecenia wizytatora apostolskiego Teresa została mianowana przełożoną sióstr karmelitanek w Avila, w klasztorze, w którym odbyła nowicjat i złożyła śluby. Zakonnic było tam ok. 130. Przyjęły ją niechętnie i z lękiem. Swoją dobrocią i delikatnością Teresa doprowadziła jednak do tego, że i ten klasztor przyjął reformę. Pomógł jej w tym św. Jan od Krzyża, który został mianowany spowiednikiem w tym klasztorze.

    Święta Teresa od Jezusa

    Nie wszystkie klasztory chciały przyjąć reformę. Siostry zmobilizowały do “obrony” wiele wpływowych osób. Doszło do tego, że Teresie zakazano tworzenia nowych klasztorów (1575). Nałożono na nią nawet “areszt domowy” i zakaz opuszczania klasztoru w Avila. Nasłano na nią inkwizycję, która przebadała pilnie jej pisma, czy nie ma tam jakiejś herezji. Nie znaleziono wprawdzie niczego podejrzanego, ale utrzymano zakaz opuszczania klasztoru. W tym samym czasie prześladowanie i niezrozumienie dotknęło również św. Jana od Krzyża, którego więziono i torturowano.
    Klasztor w Avila otrzymał polecenie wybrania nowej ksieni. Kiedy siostry stawiły opór, 50 z nich zostało obłożonych klątwą kościelną. Teresa jednak nie załamała się. Nieustannie pisała listy do władz duchownych i świeckich wszystkich instancji, przekonując, prostując oskarżenia i błagając. Dzieło reformy zostało ostatecznie uratowane. Dzięki możnym obrońcom zdołano przekonać króla i jego radę. Król wezwał nuncjusza papieskiego i polecił mu, aby anulował wszystkie drastyczne zarządzenia wydane względem reformatorów (1579). Teresa i Jan od Krzyża odzyskali wolność. Mogli bez żadnych obaw powadzić dalej wielkie dzieło. Karmelici i karmelitanki zreformowani otrzymali osobnego przełożonego prowincji. Liczba wszystkich, osobiście założonych przez Teresę domów, doszła do 15. Św. Jan od Krzyża zreformował 22 klasztory męskie. Grzegorz XIII w roku 1580 zatwierdził nowe prowincje: karmelitów i karmelitanek bosych.
    Pan Bóg doświadczył Teresę wieloma innymi cierpieniami. Trapiły ją nieustannie dolegliwości ciała, jak choroby, osłabienie i gorączka. Równie ciężkie były cierpienia duchowe, jak oschłości, skrupuły, osamotnienie. Wszystko to znosiła z heroicznym poddaniem się woli Bożej.
    Zmarła 4 października 1582 r. w wieku 67 lat w klasztorze karmelitańskim w Alba de Tormes koło Salamanki. Tam, w kościele Zwiastowania NMP, znajduje się jej grób. Została beatyfikowana w roku 1614 przez Pawła V, a kanonizował ją w roku 1622 Grzegorz XV.Św. Teresa Wielka zapisała wspaniałą kartę nie tylko jako reformatorka Karmelu, ale też jako autorka wielu dzieł. Kiedy 27 września 1970 r. Paweł VI ogłosił ją doktorem Kościoła, nadał jej tytuł “doktora mistycznego”. Zasłużyła sobie na ten tytuł w całej pełni. Zostawiła bowiem dzieła, które można nazwać w dziedzinie mistyki klasycznymi. W odróżnieniu od pism św. Jana od Krzyża, jej styl jest prosty i przystępny. Jej dzieła doczekały się przekładów na niemal wszystkie języki świata. Do najważniejszych jej dzieł należą: Życie (1565), Sprawozdania duchowe (1560-1581), Droga doskonałości (1565-1568), Twierdza wewnętrzna (1577), Podniety miłości Bożej (1571-1575), Wołania duszy do Boga (1569), Księga fundacji (1573-1582) i inne pomniejsze. Św. Teresa Wielka zostawiła po sobie także poezje i listy. Tych ostatnich było wiele. Do naszych czasów zachowało się 440 jej listów.
    Św. Teresa z Avila jest patronką Hiszpanii, miast Avila i Alba de Tormes; karmelitów bosych, karmelitów trzewiczkowych, chorych – zwłaszcza uskarżających się na bóle głowy i serce, dusz w czyśćcu cierpiących.
    W ikonografii św. Teresa przedstawiana jest w habicie karmelitanki. Jej atrybutami są: anioł przeszywający jej serce strzałą miłości, gołąb, krzyż, pióro i księga, napis: Misericordias Domini in aeternum cantabo, strzała.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Święta Teresa z Avili.

    Pierwsza kobieta doktor Kościoła

    (św. Teresa, Josefa de Óbidos 1672)

    ***

    Kościół katolicki wspomina dziś wyjątkową świętą – Teresę z Avili. Pierwszą kobietę doktora Kościoła, współtwórczynie Zakonu Karmelitów Bosych, reformatorkę, pisarkę kontrreformacji, hiszpańską mistyczkę, która kierowała się w życiu słowami: „Panie, pozwól mi cierpieć z Tobą albo umrzeć”.

    Teresa z Avila, z domu Teresa Sanchez de Cepeda y Ahumada, znana również jako Teresa Hiszpańska, Teresa od Jezusa, Teresa Wielka do dziś jest źródłem inspiracji dla wiernych i duchownych Kościoła katolickiego. Pracowita, niesłychanie żarliwa, skuteczna politycznie i piękna święta, motywuje do działania najbardziej nawet zatwardziałe serca, pokazując im drogę, którą warto przemierzyć na spotkanie z Bogiem Żywym. Teresa była twórczynią zakonu opartego na skrajnym ubóstwie, zakładającym całkowite wyrzeczenie się dóbr materialnych. Pierwszy zakon pod wezwaniem świętego Józefa, który otworzyła w odpowiedzi na swój pobyt w karmelitańskim Zakonie Wcielenia, był początkowo zwalczany przez władze Avili, chcące odebrać Teresie mały dom i kapliczkę.

    Wśród społeczności lokalnej posunięcia Teresy również wywołało niemałe kontrowersje. I nie ma co się dziwić. W tym samym mieście istniał przecież dobrze odbierany i od lat funkcjonujący (wspomniany wyżej) zakon, którego członkinią była również sama Teresa, oparty na zgoła innych zasadach. Jak twierdziła święta, było tam zbyt dużo duchowego lenistwa, a wzmocnienie i chronienie gorącej duchowość wydawało się w tym przypadku mijać z celem. Pierwotna surowość zakonu, do którego wstąpiła 2 listopada 1535 roku, ustąpiła miejsca swobodzie. Do zakonu trafiały w tamtym czasie nie tyle kobiety mające prawdziwe powołanie, a częściej panny ze znanych rodów, które posiadały zbyt małe posagi, by dobrze wyjść za mąż i zakon traktowały bardziej jako miejsce towarzyskich spotkań, niż przestrzegania klauzury.

    Jednak nim doszło o założeniu nowego zakonu, św. Teresa musiała przejść przez ciężką chorobę serca. Leżąc obłożnie chora w rodzinnym domu, przeczytała książkę „Abecadło hiszpańskie” franciszkanina Franciszka de Osuna. Lektura ta odmieniła jej życie, wykazując, jak doskonalić się krok po kroku, by doznać bezpośredniej obecności Boga i pomogła jej po dwudziestu latach życia zakonnego podjąć historyczną decyzję.

    Zakon Teresy, powstały w 1562 r., opierał się na starych, surowych zasadach skrajnego ubóstwa, zrzeczenia się dóbr materialnych oraz na wprowadzeniu nowych: biczowania się raz w tygodniu i chodzenia boso. W późniejszym czasie udało jej się również uzyskać pozwolenie na utworzenie dwóch klasztorów dla mężczyzn, w czym pomogli jej święty Jan od Krzyża (spowiednik Teresy) oraz święty Antonii od Jezusa, którzy w 1568 roku otworzyli pierwszy klasztor braci Karmelitów Bosych. Osiem lat później zaczęły się prześladowania płynące ze strony Kapituły Generalnej starszych Karmelitów, którzy przeciwstawiali się reformie. W ich rezultacie Teresa została zmuszona do przejścia na emeryturę, a świętego Jana od Krzyża uwięziono w Toledo, gdzie był torturowany i głodzony. Dopiero w 1579 r. papież Grzegorz XIII zatwierdził oficjalnie osobną prowincję Karmelitów Bosych. Teresa razem ze świętym Janem od Krzyża założyła 32 klasztory, a w ciągu trzech lat 17 zakonów męskich przejęło jej regułę.

    Pierwszą wizję mistyczną Chrystusa św. Teresa miała w 1554 roku, kiedy to, w święto Piotra, ukazał jej się Syn Boży – w postaci cielesnej, aczkolwiek niewidzialny. Od tamtej pory Jezus pojawiał się jej coraz częściej. Przeżywała stany ekstazy. Otrzymała od Chrystusa nakaz naprawy sposobu życia mniszek. Jak pisała o niej Bożena Mazur: „Teresa była mistyczką i wizjonerką, ale przy wdrażaniu takiego zadania okazała się osobą bardzo rzeczową i praktyczną. Wiele podróżowała, spotykała się z władzami duchownymi i świeckimi, wygłaszała konferencje o odnowie życia zakonnego, pisała”. Dzieła św. Teresy plasują ją w czołówce literatury mistycznej Kościoła katolickiego. I nie ma co się dziwić – Teresa przez pięć lat przebywała w całkowitym odosobnieniu, zajmując się właśnie pisaniem.

    „Niech Ci Bóg przebaczy, bracie Janie! Namalowałeś mnie brzydką i kaprawą”

    Teresa, co może zaskakiwać, już jako zakonnica sama przyznawała: „Chciałam się podobać, wyglądać zawsze korzystnie, dbałam bardzo o swoje ręce, o włosy, perfumy, o wszystkie możliwe marności”. „Pragnęłam bardzo być kochana przez wszystkich” – wyznała, a jej wrodzony wdzięk, inteligencja, wesołość powodowały, że w klasztorze bez klauzury, w którym przebywała przez dwadzieścia lat swojego życia, wciąż miała wokół siebie przyjaciół, a nawet adoratorów. „Chciałam pogodzić ze sobą życie duchowe z pociechami, upodobaniami i rozrywkami zmysłowymi. (…) W efekcie ani Bogiem się nie cieszyłam, ani nie miałam zadowolenia ze świata” – pisała. Tak było zanim dostąpiła łaski prawdziwego nawrócenia i zanim zaczęła otrzymywać wizje mistyczne.

    Z opisu zawartego w książce „Święta Teresa z Avila” Emmanuela Renaulta poznajemy ją jako kobietę „wysokiego wzrostu”, która była „wybitnie piękna w młodości, ale i w podeszłym wieku wyglądała bardzo dobrze. Była korpulentna, cerę miała bardzo jasną, za to twarz okrągłą, pełną, o bardzo pięknym profilu i regularnych rysach. Jej włosy były czarne i wijące się; czoło wysokie, gładkie i piękne; oczy czarne, okrągłe, wypukłe, wielkości zwykłej, lecz cudownie ustawione, żywe i pełne uroku. Nos mały, pośrodku niezbyt wydatny, zaokrąglony na końcu i nieco nachylony ku dołowi, usta ani małe, ani duże; broda kształtna i proporcjonalna; szyja długa i szlachetna, ręce drobne i bardzo piękne. Wszystko wydawało się w niej doskonałe: postawa majestatyczna, chód pełen godności i gracji. Można by zapytać czy to Anioł czy Człowiek i można by odpowiedzieć – jedno i drugie – to Święta. Święta Teresa z Avila. Taką osobliwość chyba łatwiej opisać, niż namalować”.

    Sama Teresa, mając 61 lat, zakrzyknęła żartobliwie do Jana od Nędzy, który podjął się namalowania jej obrazu: „Niech ci Bóg przebaczy bracie Janie! Namalowałeś mnie brzydką i kaprawą”.

    ***

    Teresa urodziła się 28 marca 1515 roku w Avili, zmarła 15 października 1582 r. w Alba de Tormes. Została beatyfikowana przez papieża Pawła V w 1614 r., czterdzieści lat po śmierci, kanonizowana została przez papieża Grzegorza XV. W 1970 r. papież Paweł VI ogłosił ją wraz ze świętą Katarzyną ze Sieny doktorem Kościoła. Jej życie było inspiracją m.in. dla św. Franciszka Salezego.

    Św. Teresa jest patronką Hiszpanii, miasta Avila, Alba de Tormes, a także karmelitanek, karmelitów bosych, trzewiczkowych, chorych (cierpiących na bóle głowy i serca), dusz cierpiących w czyśćcu. W ikonografii przedstawia się ją w habicie karmelitanki, a jej atrybuty to anioł przeszywający serce strzałą, krzyż, pióro i księga, gołąb oraz sama strzała.

    Magdalena Żura/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Teresa od Jezusa. Karmelitańska mistyczka, nauczycielka drogi modlitwy kontemplacyjnej

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Św. Teresa od Jezusa. Karmelitańska mistyczka, nauczycielka drogi modlitwy kontemplacyjnej

    Pewnego dnia, w 1557 r., wpatrzona w obraz Chrystusa ubiczowanego, Teresa doznała przemiany wewnętrznej. Teresa przeżywała szczyt przeżyć mistycznych, które przekazała w swoich pismach. W roku 1560 przeżyła wizję piekła. Wstrząsnęła ona nią do głębi, napełniła bojaźnią Bożą oraz zatroskaniem o zbawienie grzeszników i duchem apostolskim ratowania dusz nieśmiertelnych.

    Teresa de Cepeda y Ahumada urodziła się 28 marca 1515 r. w Hiszpanii. Pochodziła ze szlacheckiej i zamożnej rodziny zamieszkałej w Avila. Miała dwie siostry i dziewięciu braci. Czytanie żywotów świętych tak rozbudziło jej wyobraźnię, że postanowiła uciec do Afryki, aby tam z rąk Maurów ponieść śmierć męczeńską. Miała wtedy zaledwie 7 lat. Zdołała namówić do tej wyprawy także młodszego od siebie brata, Rodriga. Na szczęście wuj odkrył ich plany i w porę zawrócił oboje do domu. Kiedy przygoda się nie powiodła, Teresa obrała sobie na pustelnię kącik w ogrodzie, by naśladować dawnych pokutników i pustelników. Mając 12 lat przeżyła śmierć matki. Pisała o tym w swej biografii: “Gdy mi umarła matka… rozumiejąc wielkość straty, udałam się w swoim utrapieniu przed obraz Matki Bożej i rzewnie płacząc, błagałam Ją, aby mi była matką. Prośba ta, choć z dziecinną prostotą uczyniona, nie była – zdaje mi się – daremną, bo ile razy w potrzebie polecałam się tej wszechwładnej Pani, zawsze w sposób widoczny doznawałam jej pomocy”.

    Jako panienka, Teresa została oddana do internatu augustianek w Avila (1530). Jednak ciężka choroba zmusiła ją do powrotu do domu. Kiedy poczuła się lepiej, w 20. roku życia wstąpiła do klasztoru karmelitanek w tym samym mieście. Ku swojemu niezadowoleniu zastała tam wielkie rozluźnienie. Siostry prowadziły życie na wzór wielkich pań. Przyjmowały liczne wizyty, a ich rozmowy były dalekie od ducha Ewangelii. Już wtedy powstała w Teresie myśl o reformie. Złożyła śluby zakonne w roku 1537, ale nawrót poważnej choroby zmusił ją do chwilowego opuszczenia klasztoru. Powróciła po roku. Wkrótce niemoc dosięgła ją po raz trzeci, tak że Teresa była już bliska śmierci. Jak wyznaje w swoich pismach, została wtedy cudownie uzdrowiona. Pisze, że zawdzięcza to św. Józefowi. Odtąd będzie wyróżniać się nabożeństwem do tego właśnie świętego. Choroba pogłębiła w Teresie życie wewnętrzne. Poznała znikomość świata i nauczyła się rozumieć cierpienia innych. Podczas długich godzin samotności i cierpienia zaczęło się jej życie mistyczne i zjednoczenie z Bogiem. Utalentowana i wrażliwa, odkryła, że modlitwa jest tajemniczą bramą, przez którą wchodzi się do “twierdzy wewnętrznej”. Mistyczka i wizjonerka, a jednocześnie osoba o umysłowości wielce rzeczowej i praktycznej.

    Pewnego dnia, w 1557 r., wpatrzona w obraz Chrystusa ubiczowanego, Teresa doznała przemiany wewnętrznej. Uznała, że dotychczasowe ponad 20 lat spędzone w Karmelu nie było życiem w pełni zakonnym. Zrozumiała także, że wolą Bożą jest nie tylko jej własne uświęcenie, ale także uświęcenie jej współsióstr; że klasztor powinien być miejscem modlitwy i pokuty, a nie azylem dla wygodnych pań. W owym czasie Teresa przeżywała szczyt przeżyć mistycznych, które przekazała w swoich pismach. W roku 1560 przeżyła wizję piekła. Wstrząsnęła ona nią do głębi, napełniła bojaźnią Bożą oraz zatroskaniem o zbawienie grzeszników i duchem apostolskim ratowania dusz nieśmiertelnych. Miała szczęście do wyjątkowych kierowników duchowych: św. Franciszka Borgiasza (1557) i św. Piotra z Alkantary (1560-1562), który właśnie dokonywał reformy w zakonie franciszkańskim.

    Teresa zabrała się najpierw do reformy domu karmelitanek w Avila. Kiedy jednak zobaczyła, że to jest niemożliwe, za radą prowincjała karmelitów i swojego spowiednika postanowiła założyć nowy dom, gdzie można by było przywrócić pierwotną obserwancję zakonną. Na wiadomość o tym zawrzało w jej klasztorze. Wymuszono na prowincjale, by odwołał zezwolenie. Teresę przeniesiono karnie do Toledo. Reformatorka nie zamierzała jednak ustąpić. Dzięki pomocy św. Piotra z Alkantary otrzymała od papieża Piusa IV breve, zezwalające na założenie domu pierwotnej obserwy. W roku 1562 zakupiła skromną posiadłość w Avila, dokąd przeniosła się z czterema ochotniczkami. W roku 1567 odwiedził Avila przełożony generalny karmelitów, Jan Chrzciciel de Rossi. Ze wzruszeniem wysłuchał wyznań Teresy i dał jej ustne zatwierdzenie oraz zachętę, by zabrała się także do reformy zakonu męskiego. Ponieważ przybywało coraz więcej kandydatek, Teresa założyła nowy klasztor w Medina del Campo (1567).

    Tam spotkała neoprezbitera-karmelitę, 25-letniego o. Jana od św. Macieja (to przyszły św. Jan od Krzyża, reformator męskiej gałęzi Karmelu). On również bolał nad upadkiem obserwancji w swoim zakonie. Postanowili pomagać sobie w przeprowadzeniu reformy. Bóg błogosławił reformie, gdyż mimo bardzo surowej reguły zgłaszało się coraz więcej kandydatek. W roku 1568 powstały klasztory karmelitanek reformowanych w Malagon i w Valladolid, w roku 1569 w Toledo i w Pastrans, w roku 1570 w Salamance, a w roku 1571 w Alba de Tormes. Z polecenia wizytatora apostolskiego Teresa została mianowana przełożoną sióstr karmelitanek w Avila, w klasztorze, w którym odbyła nowicjat i złożyła śluby. Zakonnic było tam ok. 130. Przyjęły ją niechętnie i z lękiem. Swoją dobrocią i delikatnością Teresa doprowadziła jednak do tego, że i ten klasztor przyjął reformę. Pomógł jej w tym św. Jan od Krzyża, który został mianowany spowiednikiem w tym klasztorze.

    Nie wszystkie klasztory chciały przyjąć reformę. Siostry zmobilizowały do “obrony” wiele wpływowych osób. Doszło do tego, że Teresie zakazano tworzenia nowych klasztorów (1575). Nałożono na nią nawet “areszt domowy” i zakaz opuszczania klasztoru w Avila. Nasłano na nią inkwizycję, która przebadała pilnie jej pisma, czy nie ma tam jakiejś herezji. Nie znaleziono wprawdzie niczego podejrzanego, ale utrzymano zakaz opuszczania klasztoru. W tym samym czasie prześladowanie i niezrozumienie dotknęło również św. Jana od Krzyża, którego więziono i torturowano.

    Klasztor w Avila otrzymał polecenie wybrania nowej ksieni. Kiedy siostry stawiły opór, 50 z nich zostało obłożonych klątwą kościelną. Teresa jednak nie załamała się. Nieustannie pisała listy do władz duchownych i świeckich wszystkich instancji, przekonując, prostując oskarżenia i błagając. Dzieło reformy zostało ostatecznie uratowane. Dzięki możnym obrońcom zdołano przekonać króla i jego radę. Król wezwał nuncjusza papieskiego i polecił mu, aby anulował wszystkie drastyczne zarządzenia wydane względem reformatorów (1579). Teresa i Jan od Krzyża odzyskali wolność. Mogli bez żadnych obaw powadzić dalej wielkie dzieło. Karmelici i karmelitanki zreformowani otrzymali osobnego przełożonego prowincji. Liczba wszystkich, osobiście założonych przez Teresę domów, doszła do 15. Św. Jan od Krzyża zreformował 22 klasztory męskie. Grzegorz XIII w roku 1580 zatwierdził nowe prowincje: karmelitów i karmelitanek bosych.

    Pan Bóg doświadczył Teresę wieloma innymi cierpieniami. Trapiły ją nieustannie dolegliwości ciała, jak choroby, osłabienie i gorączka. Równie ciężkie były cierpienia duchowe, jak oschłości, skrupuły, osamotnienie. Wszystko to znosiła z heroicznym poddaniem się woli Bożej.
    Zmarła 4 października 1582 r. w wieku 67 lat w klasztorze karmelitańskim w Alba de Tormes koło Salamanki. Tam, w kościele Zwiastowania NMP, znajduje się jej grób. Została beatyfikowana w roku 1614 przez Pawła V, a kanonizował ją w roku 1622 Grzegorz XV.

    Św. Teresa Wielka ma nie tylko wspaniałą kartę jako reformatorka Karmelu, ale też jako autorka wielu dzieł. Kiedy 27 września 1970 r. Paweł VI ogłosił ją doktorem Kościoła, nadał jej tytuł “doktora mistycznego”. Zasłużyła sobie na ten tytuł w całej pełni. Zostawiła bowiem dzieła, które można nazwać w dziedzinie mistyki klasycznymi. W odróżnieniu od pism św. Jana od Krzyża, jej styl jest prosty i przystępny. Jej dzieła doczekały się przekładów na niemal wszystkie języki świata. Do najważniejszych jej dzieł należą: Życie (1565), Sprawozdania duchowe (1560-1581), Droga doskonałości (1565-1568), Twierdza wewnętrzna (1577), Podniety miłości Bożej (1571-1575), Wołania duszy do Boga (1569), Księga fundacji (1573-1582) i inne pomniejsze. Św. Teresa Wielka zostawiła po sobie także poezje i listy. Tych ostatnich było wiele. Do naszych czasów zachowało się 440 jej listów.

    Św. Teresa z Avila jest patronką Hiszpanii, miast Avila i Alba de Tormes; karmelitów bosych, karmelitów trzewiczkowych, chorych – zwłaszcza uskarżających się na bóle głowy i serce, dusz w czyśćcu cierpiących.

    brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Teresa z Avila o modlitwie. Ważna przestroga

    Św. Teresa z Avila o modlitwie. Ważna przestroga

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    …. Kto bowiem modli się bez zastanowienia się nad tym, do kogo mówi, o co prosi, i kto jest on, który prosi, a kto Ten, którego prosi, tego modlitwy, jakkolwiek by długo i pilnie ruszał wargami, ja nie nazwę modlitwą.

    Może wprawdzie się zdarzyć, że w pewnych wypadkach niestarania się o uwagę, ona przyjdzie, a to skutkiem starań poprzednio czynionych, lecz kto by nałogowo zwykł rozmawiać z Majestatem Boskim tak, jakby mówił do sługi swego, nie zważając czy wyraża się dobrze, czy źle, i mówi co mu przyjdzie na usta albo co od ciągłego powtarzania już umie na pamięć, tego modlitwy, powtarzam, nie uznaję za modlitwę, a daj Boże, by nie było żadnej duszy chrześcijańskiej, która by się w taki sposób modliła.

    św. Teresa z Avila z “Twierdza wewnętrzna”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Życie to zła noc w kiepskiej karczmie”.

    Siedem głębokich myśli św. Teresy z Ávili

    "Życie to zła noc w kiepskiej karczmie". Siedem głębokich myśli św. Teresy z Ávili

    fot. domena publiczna / commons.wikimedia.org

    ***

    Dziś wspominamy św. Teresę z Ávili, hiszpańską karmelitankę, mistyczkę, pisarkę i teolog życia kontemplacyjnego. Tej niezwykłej świętej zawdzięczamy bardzo wiele, a jej głębokie myśli są aktualne do dziś i z pewnością mogą zmienić nasze spojrzenie na rzeczywistość.

    Siedem głębokich myśli św. Teresy z Ávili

    1. Wszystko mija, Bóg się nie zmienia. Cierpliwość osiąga wszystko.
    2. Temu, kto ma Boga, nie brakuje niczego. Bóg sam wystarczy.
    3. Modlitwa wewnętrzna jest to nic innego, jak tylko, poufne i przyjacielskie obcowanie z Bogiem.
    4. Zrób wszystko, co w twojej mocy, a resztę zostaw Bogu.
    5. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek aż do tej chwili prosiła św. Józefa o jaką rzecz, której by mi nie wyświadczył. Jest to rzecz zdumiewająca, jak wielkie rzeczy Bóg mi uczynił za przyczyną tego chwalebnego Świętego, z ilu niebezpieczeństw na ciele i na duszy mnie wybawił.
    6. Życie to zła noc w kiepskiej karczmie.
    7. Dla kogo Chrystus jest przyjacielem i wielkodusznym przewodnikiem, ten wszystko potrafi znieść.

    Deon.pl/źródło: pl.wikiquote.org / tk

    Zobacz także – św. Teresa z Avila – Święta z charakterem

    ______________________________________________________________________________________________________________

    14 października

    Święta Małgorzata Maria Alacoque, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Kalikst I, papież i męczennik
      •  Błogosławiony Radzim Gaudenty, biskup
    ***
    Święta Małgorzata Maria Alacoque

    Małgorzata urodziła się 22 lipca 1647 r. w Burgundii (Francja). Kiedy Małgorzata miała zaledwie 4 lata, złożyła ślub dozgonnej czystości. Jej ojciec był notariuszem i sędzią. Zmarł, gdy Małgorzata miała 8 lat. Oddano ją wtedy do kolegium klarysek w Charolles. Ciężka choroba zmusiła ją jednak do powrotu do domu. Oddana z kolei na wychowanie do apodyktycznego wuja i gderliwych ciotek, wiele od nich wycierpiała. Choroba trwała cztery długie lata. Dziecko dojrzało w niej duchowo. Nie pociągał jej świat, czuła za to wielki głód Boga. Pragnęła też gorąco poświęcić się służbie Bożej. Musiała jednak pomagać w domu swoich opiekunów. Marzenie jej spełniło się dopiero kiedy miała 24 lata. Wstąpiła wtedy do Sióstr Nawiedzenia (wizytek) w Paray-le-Monial. Zakon ten założyli św. Franciszek Salezy (+ 1622) i św. Joanna Chantal (+ 1641), a przez 40 lat kierownictwo duchowe nad nim miał św. Wincenty a Paulo (+ 1660). Małgorzata otrzymała habit zakonny 25 sierpnia 1671 r. Musiała wyróżniać się wśród sióstr, skoro dwa razy piastowała urząd asystentki przełożonej, a w latach 1685-1687 była mistrzynią nowicjuszek.
    Małgorzata była mistyczką – od 21 grudnia 1674 r. przez ponad półtora roku Pan Jezus w wielu objawieniach przedstawiał jej swe Serce, kochające ludzi i spragnione ich miłości. Chrystus żądał od Małgorzaty, by często przystępowała do Komunii świętej, jak tylko pozwoli jej na to posłuszeństwo, a przede wszystkim tego, by przyjmowała Go w Komunii świętej w pierwsze piątki miesiąca. Polecał także, aby w każdą noc z czwartku na pierwszy piątek uczestniczyła w Jego śmiertelnym konaniu w Ogrójcu między godziną 23 a 24: “Upadniesz na twarz i spędzisz ze Mną jedną godzinę. Będziesz wzywała miłosierdzia Bożego dla uproszenia przebaczenia grzesznikom i będziesz się starała osłodzić mi choć trochę gorycz, jakiej doznałem”.
    W związku z otrzymanym orędziem i poleceniem, aby ustanowiono święto czczące Jego Najświętsze Serce oraz przystępowano przez 9 miesięcy do pierwszopiątkowej Komunii św. wynagradzającej, Małgorzata doznała wielu przykrości i sprzeciwów. Nawet jej przełożona nie wierzyła w prawdziwość objawień. Dopiero w 1683 r., gdy wybrano nową przełożoną, Małgorzata mogła rozpocząć rozpowszechnianie Bożego przesłania. Od 1686 r. obchodziła święto Najświętszego Serca Jezusa i rozszerzyła je na inne klasztory sióstr wizytek. Z jej inicjatywy wybudowano w Paray-le-Monial kaplicę poświęconą Sercu Jezusa.
    Małgorzata zmarła 17 października 1690 r. po 43 latach życia, w tym 18 latach profesji. Beatyfikował ją Pius IX (1864), kanonizował Benedykt XV (1920). Wraz ze św. Janem Eudesem jest nazywana “świętą od Serca Jezusowego”. Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa został uznany oficjalnie w 1765 r. przez Klemensa XIII.
    W ikonografii św. Małgorzata Maria przedstawiana jest w czarnym habicie wizytek, w rękach trzyma przebite serce.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Święta Małgorzata Maria Alacoque

    ŚWIĘTA MAŁGORZATA MARIA ALACOQUE – OBLUBIENICA SERCA JEZUSOWEGO

    WIOSNA ŻYCIA
    Był rok 1647. 22 lipca zamek Lauthecourt zabrzmiał radością. Dziedzicowi Klaudiuszowi Alacoque, notariuszowi z Verovres i jego małżonce urodziła się druga córeczka – piąte dziecko. Ochrzczono ją po 3 dniach, nadając imię Małgorzaty. Kiedy miała 4 lata chrzestna matka zabrała ją na zamek Corcheval, odległy o milę od rodzinnego domu. Zdarzało się tam, że dziewczynkę znajdowano w kaplicy albo w kościele, zatopioną w modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Klęczała bez ruchu, bo jej powiedziano, że w tabernakulum przebywa nieustannie i prawdziwie Boski Zbawca. W zabawie była jednak Małgorzata tak żywa, że nieraz ganiono ją za zachowanie. Wystarczało jednak powiedzieć: „Nie powinnaś tak robić, bo tym brzydzi się nasz kochany Bóg”, by ją powstrzymać. Małe serduszko pałało dziwną odrazą do grzechu. „O moja jedyna Miłości – pisała o swoim dzieciństwie Małgorzata – już od najwcześniejszych lat pragnąłeś być władcą serca mego”. Nieustannie czuła też natchnienie do powtarzania: „Mój Boże, poświęcam ci moją czystość, ślubuję Ci wieczyste dziewictwo”. Wierność wewnętrznym natchnieniom stała się dla niej krynicą niewyczerpanych zdrojów błogosławieństwa Bożego.
    Po wczesnej śmierci ojca na matkę spadła troska o siedmioro dzieci. Małgorzata znalazła się u SS. Urbanistynek w Charolles. Siostry zauważyły niepospolitość pensjonarki i zaledwie Małgorzata ukończyła 9 lat, dopuściły ją do Komunii św. „Pierwsza Komunia św. – pisała później Małgorzata – rozlała tyle goryczy na zabawy i przyjemności mojego wieku, że chociaż do nich lgnęłam, stawały się dla mnie przykre i wprost nieznośne. Ile razy zabrałam się z koleżankami do zabawy, tyle razy miałam wrażenie, że jakaś tajemnicza moc gwałtem mnie od nich odrywa, że jakiś wewnętrzny głos, który mię rwał do samotności, tak długo mi nie dawał spokoju, aż mu uległam, by klęcząc lub pochylona ku ziemi, zatopić się w modlitwie, aż mnie w tym stanie znajdowano, co znowu stale było dla mnie niemałą przykrością…” Bolesna choroba, która nawiedziła Małgorzatę po dwuletnim pobycie u Sióstr, zmusiła ją do powrotu do domu: choć patrzyła na nie z podziwem, postanawiając naśladować ich życie, to nie tutaj chciał ją mieć Boski Mistrz.
    Przez 4 lata lekarze leczyli ją bezskutecznie. Zrozpaczona matka zwróciła się więc do Maryi tymi słowy: „Święta Matko Boża, jeśli dziecko moje powróci do zdrowia, poświęcę je całkowicie Twej służbie”. Po żarliwej modlitwie zranionego serca matki, Małgorzata odzyskała zdrowie. Tak stanęła u bram życia, w okresie, w którym pęd ku swobodzie wiedzie w ułudne krainy przyjemności. Szesnastoletnia panienka, otoczona dostatkami, obdarzona zaletami umysłu i ciała, pełnymi haustami poczęła pić z upajającego kielicha dozwolonych przyjemności. Owładnęła nią zalotność i pragnienie podobania się. Nie przekroczyła granicy chrześcijańskiej moralności, a jednak to, że za wiele troszczyła się o wygląd i raz w karnawale poszła z przyjaciółką w przebraniu na bal, przez całe życie opłakiwała, jako swoje największe przewinienia. Jezus postanowił ją wyrwać ze świata i jego przyjemności. Jako Jego towarzyszka – nim się stała tłumaczem Jego wzgardzonej przez ludzi miłości – miała wstąpić na kalwaryjską ścieżkę i zranić cierpieniem stopy.

    CZAS WALKI
    Matka Małgorzaty powierzyła prowadzenie domu krewniaczkom. Skończyły się kłopoty finansowe, ale i swoboda matki i dzieci. W domu rządziła tyrania. Małgorzata pożyczała czasem u sąsiadek suknię, by móc udać się do kościoła. Jedyną pociechę znajdowała u stóp tabernakulum. Wkrótce zakazano jej bez zezwolenia opuszczać dom, a jeśli jedna krewna pozwoliła jej na odwiedzenie kościoła, wtedy druga ją zatrzymywała. Wobec tak bolesnej odmowy Małgorzata zalewała się łzami. Wyrzucano jej więc niesprawiedliwie, że to nie kościół ją tak gorąco pociąga, ale pewnie tajemna schadzka z mężczyzną, a wstyd, iż słowa danego nie dotrzyma, gorzkie łzy wyciska jej z oczu. Kryła się więc w ogrodzie, skąd swobodnie spoglądała na kościół: „Tam On dla mnie przebywa i z miłości ku mnie”, powtarzała zalewając się łzami. Całe dni spędzała w tej kryjówce, nie jedząc i nie pijąc, chyba że wieśniacy przynieśli jej mleka lub owoców. Pod wieczór wracała do zamku drżąc ze strachu, jak po ciężkiej zbrodni. Spadały na nią nagany, że nie pracuje i nie troszczy się o rodzeństwo.
    Jednej nocy objawił się jej Chrystus jako ‘Ecce homo’, mówiąc, że dopuszcza te cierpienia, aby ją do siebie bardziej upodobnić. Objawienia powtarzały się. Widywała Zbawiciela ociekającego krwią lub obarczonego krzyżem. Widzenia te umacniały ją do tego stopnia, że czasami było jej nawet przykro, że grożąca ręka wstrzymała się przed spełnieniem pogróżek. W osobach, które niesprawiedliwie ją traktowały, zaczęła widzieć najlepsze przyjaciółki. Chwaliła je i szanowała. „Ale – pisze o sobie – nie ja spełniałam to wszystko, lecz Mistrz mój Boski, który mnie do tego skłaniał, i który nie pozwolił, aby skarga wypełzła na moje wargi, albo by jakieś drgnienie niechęci przemknęło się po moim obliczu, albo bym szukała współczucia i pociechy. On to nakazał mi mówić, że one słusznie ze mną postępują, podczas gdy ja przez moje grzechy na więcej jeszcze zasłużyłam przykrości”.
    W tych czasach prób, cierpień i walki powtarzała nieustannie: „Panie, gdybyś Ty tego wszystkiego nie dopuszczał, to by się ono dziać nie mogło; dziękuję Ci, że to na mnie zsyłasz, bo w ten sposób upodobniam się do Ciebie”.
    Przez szereg lat wyłącznym przewodnikiem na drodze modlitwy i rozmyślania był dla niej Jezus. „Od tego czasu, kiedy poczęłam samą siebie poznawać – opowiada później – stał się On wyłącznym panem mej woli, tak iż musiałam Mu we wszystkim ulegać, nie mogąc nawet stawić Mu oporu. On sam ganił mnie łagodnie, ale stanowczo z powodu błędów, choćby one były i najdrobniejsze. Od tego czasu taki wstręt powzięłam do grzechu, iż po najmniejszym wykroczeniu poszukiwałam samotności, by się móc głośno wypłakać”. „Uczułam w sobie silny pociąg do rozmyślania, i niemało cierpiałam z tego powodu, iż nie mogłam się dowiedzieć, jak to się przy tym zachować, nie miałam bowiem nikogo, kto by mnie w tym względzie pouczył; nie wiedziałam także, na czym ono właściwie polega, ale już sama nazwa: ‘modlitwa myślna’ miała w sobie dla mnie coś pociągającego”.
    Małgorzata prosiła Boskiego Mistrza, by On sam raczył nauczyć ją rozmyślania. Jezus polecił jej rzucić się na ziemię i błagać Go o przebaczenie za wszystko, czym Go obraziła, a potem całe rozmyślanie Jemu ofiarować. I wtedy to w najwyraźniejszych konturach zjawiał się przed jej duchem Zbawiciel w tej tajemnicy, w jakiej Go sobie właśnie przedstawiała; zdawało się jej, jak gdyby wszystkie władze jej duszy zagubiły się w Bogu, tak że żadne roztargnienie nie mąciło jej wewnętrznej ciszy, a serce jej ogarniał żar pożądania Komunii św. i cierpienia.
    Kiedy bracia zaczęli zarządzać rodzinnymi dobrami, powrócił do domu dobrobyt. Jednak walka o powołanie zakonne stała się ostrzejsza. Wśród zwalczających ją stanęła ukochana matka, gdy o Małgorzatę – pochodzącą z dobrej rodziny, posiadającą miły charakter i piękną – zaczęli się ubiegać młodzieńcy. Czy jednak nie złożyła ślubu czystości? Czy nie czuła nieustannego pociągu do życia w murach klasztornych? Czy ma wzgardzić łaską powołania? Krewni naciskali: musi wyjść za mąż, zamiast zdeptać własne szczęście. „Drogie dziecię… – mówiła matka – wybierz sobie pobożnego męża i pozwól mi u ciebie mojego życia dokonać; tak mi osłodzisz te ciężkie lata goryczy, które w tym domu przeżyć musiałam”. Nękała ją myśl: jeśli wstąpisz do klasztoru, matka umrze ze smutku, a ma prawo do opieki, odpowiesz wtedy przed Bogiem za surowość i oziębłość wobec matki. Równocześnie w sercu rosła skłonność do życia zakonnego, by zostać oblubienicą Tego, który ją przed wszystkimi ukochał.
    Małgorzata – niemalże pokonana – stwierdziła wreszcie, że ślub czystości, złożony Bogu w wieku 4 lat, nie mógł być przeszkodą w zawarciu małżeństwa. Zaczęła się też bać, że stan zakonny domaga się świętości, jakiej nigdy nie osiągnie. Życie w zakonie stałoby się więc powodem potępienia. Zaczęła się stroić, by znaleźć męża. Szukała przyjemności… ale nie mogła ich znaleźć. Niewidzialne strzały Bożej miłości boleśnie raniły jej serce. Jakaś siła zmuszała ją do szukania samotności, a tam czekał na nią Jezus zazdrosny o jej miłość. Upadłszy na twarz, błagała o przebaczenie… A potem znowu pozwoliła się unieść prądowi otoczenia i znowu stawiła Bogu opór.
    Pewnego wieczora, kiedy Małgorzata wkładała na siebie świetne stroje, stanął przed nią Zbawiciel zelżony, okrwawiony, ubiczowany. Odezwał się: „Spojrzyj, czego twa próżność na mnie dokonała. Trwonisz czas drogocenny, z którego w godzinę śmierci złożyć będziesz musiała rachunek. Więc nie będziesz mi wierną? Prześladujesz mnie za to, że ci tyle dałem jawnych dowodów mojej ku tobie miłości, że cię do siebie chciałem upodobnić?”
    Raniące wyrzuty wywarły na nią wpływ głęboki. W żalu postanowiła pokutować, by upodobnić się do Boskiego Męczennika. Opasała się powrozem poskręcanym w węzły tak, że ledwie mogła oddychać i z trudem jadła. Tak długo na sobie go nosiła, aż wpił się głęboko w jej ciało i z wielką boleścią można go było usunąć. W nocy kładła się na łoże wysłane sękami, zrywała się, by się dręczyć biczowaniem. Upokorzenia ze strony krewnych, nie wystarczały, by zaspokoić pragnienie cierpienia.
    Walczyła tak prawie 5 lat. Tęsknota za życiem zakonnym rosła nieustannie, choć nieustannie trwał też opór rodziny. Kiedy budziło się w niej pragnienie rozrywki, przed oczyma duszy wyłaniał się krwią zbroczony Chrystus i szeptał: „Ty szukasz przyjemności? A jam jej nigdy nie zaznał. Wszystko przecierpiałem, byle twe serce pozyskać, a ty mi go teraz nie chcesz powierzyć (…) Wybrałem cię na mą oblubienicę i przyrzekliśmy sobie wierność wzajemną wtedy, kiedy to ślub dziewictwa dla mnie w ofierze złożyłaś; jam cię nim natchnął, zanim jeszcze świat nawet najdrobniejszej cząsteczki w tobie nie posiadł, bo chciałem twe serce uczynić wolnym od więzów doczesnych. I aby Cię dla mnie dziewiczą zachować, uwolniłem Twą wolę od zła wszelkiego i oddałem cię w opiekę mej świętej Matki, aby cię według moich zamiarów kształciła”.
    I tak, mając 22 lata, przybierając imię Maria, Małgorzata przystąpiła do bierzmowania. Umocniona tym sakramentem rozpoczęła ostateczną walkę o swe powołanie. Matka wznowiła wyrzuty, a duch ciemności szeptał: „Ty chcesz zostać zakonnicą? Ośmieszysz się tylko, bo przecież w zakonie stanowczo nie wytrwasz. Jakiż to wstyd spadnie na ciebie, kiedy będziesz musiała habit zakonny odłożyć i na świat znowu powrócić. Gdzież się wtedy ukryjesz?”. Małgorzata nie była już daleka od decyzji o zamążpójściu. Jednak Jezus po raz ostatni sprzeciwił się temu. Kiedy pewnego dnia przyjęła Komunię św., zjawił się przed nią jako najpiękniejszy, najbogatszy, najpotężniejszy i najbardziej porywający. Czynił jej wyrzuty, że ośmieliła się zapragnąć innego. „Jeśli wyrządzisz mi tę obelgę – zagroził – wtedy opuszczę cię na zawsze; ale jeśli dotrzymasz mi słowa, trwać będę przy tobie i zapewnię ci triumf nad twymi wszystkimi wrogami. Można ci wybaczyć, bo dotąd mnie jeszcze nie poznałaś, pójdź za mną, a ja ci się objawię”. Małgorzata postanowiła raczej umrzeć niż zawrzeć małżeństwo.

    NARESZCIE WOLNA!
    Kiedy rodzina pogodziła się z decyzją Małgorzaty, postanowiono, że musi wstąpić do Urszulanek. Jej zaś wydawało się, że jakiś głos wewnętrzny nieustannie jej szepce: „Nie tutaj pragnę cię posiadać, ale wśród córek Maryi”. Bliskiej realizacji planów przeszkodziła choroba matki. „Widzisz, jak twa nieobecność na matkę zgubnie oddziałuje – wyrzucano jej – jeszcze się staniesz przyczyną jej śmierci”. Nawet kapłani temu przyświadczali. Małgorzata zdwajała pokuty, wołając: „O mój ukochany Zbawco, jakżebym gorąco pragnęła, żebyś mnie gorzkich swych cierpień uczynił wspólniczką”. „Dokonam tego – brzmiała odpowiedź – jeśli ty się nie sprzeciwisz, i jeśli ze swej strony uczynisz wszystko, co w twej będzie mocy”. Małgorzata surowo umartwiała się, biczując się aż do krwi. Niepewna, czy podoba się Boskiemu Mistrzowi, błagała: „Panie, ześlij mi kogoś, kto by mną pokierował, kogo bym we wszystkim słuchać musiała”. „Czyż ja ci nie wystarczam?” – brzmiało pytanie Chrystusa. „Czyż dziecię, które jest tak ukochane jak ty, może źle postępować pod kierunkiem ojca, który jest wszechmocny?”
    Wreszcie w roku 1670, kiedy papież Klemens X, ogłosił Rok Jubileuszowy, przyszedł Małgorzacie z pomocą kapłan głoszący rekolekcje. W spowiedzi otwarła przed nim serce. Jasne było, że Bóg powołał ją do zakonnego życia. Polecił więc jej bratu, by zamiast piętrzyć przed nią trudności, dopomógł jej wreszcie w spełnieniu zamiaru.
    Wśród klasztorów, które jej wyliczono, wybrała Paray jako najbardziej odległy od domu. Spodziewała się, że tam najmniej dozna roztargnień ze strony rodziny. Wiosną r. 1671 wybrała się z bratem Chryzostomem prosić o przyjęcie u Sióstr Nawiedzenia. Kiedy wkroczyła do rozmównicy, usłyszała głos: „Pragnę byś tutaj została”. Mając 24 lata pożegnała się więc z bliskimi i przyjaciółmi z radością podobną do niewolnicy, dla której godzina wyzwolenia nareszcie wybiła. U wrót klasztoru stanęła w sobotę 25 maja i tak stała się nowicjuszką zakonu Nawiedzenia. Na żądanie św. Franciszka Salezego, zakon ten posiadał w godle Serce Boże przebite, otoczone cierniową koroną i uwieńczone krzyżem. Małgorzata Maria o tym nie wiedziała! Wiedział jednak Ten, który ją wybrał i pokierował jej wyborem. On przygotowywał ją na posłańca Swego Serca.

    ŻYCIE OFIARY
    Nowicjat był dla niej okresem szczęścia. Ponosiła ofiary, buntowała się miłość własna, ale czymże to było w porównaniu z tym, czego już w swoim życiu doznała w domu? Odczuwała radość, wiedząc, że wypełniła wolę Bożą.
    Kiedy szukała rady, jak rozmyślać, mistrzyni powiedziała jej: „Uklęknij przed Najświętszym Sakramentem i stań się jakby płótnem rozpiętym przed malarzem”. Małgorzata nie ośmieliła się pytać, co to oznaczało. Za to usłyszała wyraźnie słowa: „Pójdź tylko, a ja cię pouczę”. Boski Mistrz objawił życzenie, by dusza jej stała się płótnem, na którym On wymaluje główne rysy swego życia. Rozniecił w jej sercu taki żar miłości i pragnienie cierpienia, iż jedynym dążeniem jej było cierpieć z miłości ku Niemu.
    25 sierpnia r. 1671 odbyły się obłóczyny. „Był to dzień moich zaręczyn – pisała – który nową władzę nade mną oddał memu Oblubieńcowi, a mnie nałożył zobowiązanie, bym Go wyłącznie i jeszcze goręcej umiłowała. On natomiast, jako Oblubieniec najczulszy, złożył mi to przyrzeczenie, że mi z początku da zakosztować wszelkiej słodyczy, jaka się w miłości ukrywa”.
    Małgorzata wskutek wewnętrznego szczęścia wpadała w zachwyt i nie zdawała sobie sprawy z tego, co czyniła. Martwiło ją, że coś może zdradzić stan jej duszy. Przełożone, widząc w jej nieprzepartej skłonności do modlitwy przeszkodę w spełnianiu reguł, obawiały się, że może ją to sprowadzić na manowce. „Siostro – powiedziano jej – duch naszego zakonu nie znosi wszystkiego, co wygląda na niezwykłe w modlitwie i ćwiczeniach pokutnych; dlatego o ile się nie odmienisz, nie możesz być dopuszczoną do ślubów.” W czasie przeznaczonym na modlitwę zlecano jej więc zamiatanie korytarzy. Kiedy prosiła o odprawienie opuszczonej modlitwy, odmawiano. A jednak – mimo rozpraszających czynności – żyła w Bożej obecności. Daleka od unikania cierpienia, prosiła mistrzynię o umartwienia. Najczęściej otrzymywała upokarzającą odmowę albo polecenie wykonania czegoś, do czego czuła wstręt. Mówiła: „Panie, musisz mi teraz dopomóc, bo czyż nie Ty dałeś mi takie zlecenia?” „Uznaj tylko – odpowiadał życzliwie Jezus – że beze mnie niczego nie zdołasz, a ja cię nie opuszczę, jeśli tylko swą niemoc i słabość o moją oprzesz potęgę”.
    Przełożone nabrały jednak przekonania, że Małgorzata nie nadaje się do zachowania prostej i wspólnej reguły św. Franciszka Salezego i nadal nie chciały jej dopuścić do ślubów. Małgorzata nigdy nie przebyła cięższej próby. Skarżyła się, ale tylko Temu, który całą winę ponosił za to, On zaś dodał jej odwagi: „Powiedz przełożonej, że nie potrzebuje się obawiać i że na moją odpowiedzialność może cię do ślubów przypuścić.” Ciężar spadł z serca Małgorzaty, ale przełożona poleciła jej wybłagać znak u Zbawiciela na potwierdzenie, że będzie potrafiła zachować reguły. Jezus rzekł: „Przyrzekam ci, że cię uczynię bardziej pożyteczną dla zakonu, aniżeli tego przełożona się domyśla, ale w taki sposób, który jest na razie mnie tylko jednemu wiadomy. Od tej chwili łask moich udzielać ci będę w zespole z duchem twej reguły, ze względu na twą słabość i ze względu na żądanie twoich przełożonych. Nie ufaj zatem w przyszłości niczemu, co by cię miało od zachowania reguły odwodzić, ponieważ chcę, abyś ją ponad wszystko stawiała. Wolę przełożonej winnaś przedkładać nad swoją własną wolę i na jej rozkaz wszystkiego poniechać, czego spełnienie ja bym ci polecił. Oddaj się całkowicie jej kierownictwu. A ja już troszczyć się będę, by plany moje zostały spełnione, choćbym miał wszelkie przeszkody zamienić na środki do celu. Ale sercem twym muszę ja sam swobodnie rozporządzać; ono do mnie należy, nie powierzaj go nikomu.”
    Nadszedł poranek 6 listopada r. 1672. Małgorzata Maria złożyła uroczyste śluby. Po Komunii św. Jezus powiedział: „Spojrzyj tu na ranę mojego boku. Tu musisz na zawsze zamieszkać, jeśli chcesz szatę niewinności, którą cię dziś odziałem, zachować i życie Boga-Człowieka prowadzić.”
    Słodycz zalała jej serce, ale kiedy ujrzała Boskiego Oblubieńca skrwawionego i okrytego ranami, jakby na Golgocie, zaczęła się skarżyć: „Ach, nie jestem podobna do Ciebie”. „Pozwól mi uczynić wszystko w swoim czasie – odpowiedział Jezus. – Powierz się tylko mojej miłości i memu upodobaniu, nic na tym nie stracisz. Ja cię nie opuszczę.” I obdarzył ją łaską swej niewidzialnej obecności tak, jak tego nie doświadczyła jeszcze w swoim życiu. „Widziałam Go – pisała później – czułam Go przy sobie, słyszałam głos Jego, a to wszystko wyraźniej, aniżeli przy pomocy zmysłów, bo wszelkie roztargnienie było wykluczone, moja uwaga nie mogła się od Niego oderwać. Obecność mojego Boskiego Mistrza doprowadziła mnie do najgłębszego zrozumienia mojej nicości, i tego zrozumienia odtąd nigdy nie straciłam. W poczuciu głębokiej czci byłabym najchętniej trwała nieustannie na kolanach u Jego stóp. I o ile moja praca i ma słabość na to pozwalały, przybierałam owo położenie. Mimo mojej skłonnej do pychy natury, pragnęłam gorąco być zapomnianą i wzgardzoną i radość mą znajdowałam w upokorzeniu oraz w przeciwnościach. Boski mój Nauczyciel powiedział, że to musi się stać moim najmilszym pokarmem i jeśliby mi ludzie tej strawy dostarczyć nie chcieli, On sam miał jej braki uzupełnić, lecz w sposób daleko bardziej dający się odczuć”.
    Przełożoną klasztoru w Paray została matka Franciszka de Saumaise: zakonnica troskliwa o zachowanie reguły i przeciwniczka nowości. Mimo wszystko od pierwszych dni nie przestała podziwiać Małgorzaty Marii. Jednak jako przezorna i roztropna przełożona, umiała w ciągu 6 lat sprawowania urzędu – czyli w czasie najważniejszych zdarzeń w życiu Małgorzaty – ukryć cześć i podziw dla Świętej. Nakazała jej jednak spisać wszystkie łaski i dary otrzymane od Zbawiciela. A po złożeniu urzędu włączyła się w szerzenie kultu Serca Jezusowego.

    ŚLADAMI JEZUSA
    Pewnego dnia Boski Mistrz przyszedł trzymając w jednej ręce obraz życia zakonnego, spędzonego w szczęściu, w drugiej – rozdartego katuszami duszy i udręką ciała. Małgorzata musiała wybierać: „Wybieraj teraz, które życie pragniesz prowadzić? W jednym i drugim z równą łaską towarzyszyć ci będę”. Małgorzata przypadła do stóp Jezusa: „Panie, Ty mi wystarczysz, ja tylko Ciebie pragnę, Ty dla mnie wybieraj”. Odkupiciel nalegał. „Panie – powiedziała – w takim razie daj mi to, co będzie na większą Twą chwałę. Nie zważaj na moje skłonności, na moje zachcianki; postąp ze mną według Twojego upodobania, niczego innego nie pragnę”. „Patrz! – rzekł Jezus – oto dla ciebie wybieram – wskazał jej życie pełne cierpień – czynię to dlatego, aby się spełniły na tobie moje zamiary, jak również, by cię bardziej upodobnić do Siebie”. Małgorzata Maria, przejęta drżeniem, ucałowała rękę, która ofiarowywała jej życie hańby i cierpienia.
    Pewnego ranka, wyszła do ogrodu. Nieraz słyszała tu głos Boskiego Mistrza. Zażądał od niej odnowienia ofiary. Potem pokazał jej krzyż. Jak daleko Małgorzata mogła sięgnąć wzrokiem, zdobiły go kwiaty. „Patrz, oto ołtarz – rzekł do niej Zbawiciel – na którym czyste me oblubienice muszą dokonać ofiary. Kwiaty te zwiędną, ale ciernie, które pod nimi się kryją, trwać będą i tak boleśnie wbiją się w ciebie, że całej potęgi mojej miłości potrzeba ci będzie, byś na tym krzyżu mogła wytrzymać.” Później ujrzała po Komunii św. Zbawiciela z cierniową koroną w rękach. Koroną tą uwieńczył jej skronie: „Przyjmij moja córko, tę koronę, jako zapowiedź innych cierpień, które cię wkrótce do mnie upodobnią”. Od tego czasu płonęła w jej sercu potrójna żądza: cierpieć, przyjmować Komunię św. i umrzeć – trzy przejawy jednego pragnienia: z Oblubieńcem serca na wieki się połączyć. Gdzie się zatrzymała, dokąd zwróciła kroki, wszędzie znajdowała Chrystusa z krzyżem.
    W tym czasie podjęła pracę przy chorych. Szatan z zazdrości o jej miłość do Zbawiciela wytrącał jej nieustannie z rąk to, co niosła. Było to przyczyną wielu upokorzeń ze strony innych. Potem odzywał się: „Głupia, nigdy niczego dobrego nie zrobisz”.
    Pewnego dnia chciała wyciągnąć ze studni wiaderko wody, ale uchwyt koła nieszczęśliwie wymknął się jej i tak silnie uderzył w twarz, że runęła na ziemię. Przednie zęby zostały wybite, a dziąsła poszarpane. Spowodowane przez to boleści i nieustanny ból głowy, sprowadziły na nią niejedną bezsenną noc. Zatopiona w rozmyślaniu o cierpieniach Zbawiciela w ogrodzie oliwnym, uczuła w sercu pragnienie uczestniczenia w mękach Boskiego Oblubieńca. Jezus odezwał się: „Przeszedłem tam większe wewnętrzne cierpienia, niż w całej mej pozostałej męce, ponieważ uczułem się opuszczonym i obciążonym brzemieniem grzechów świata całego. Te cierpienia i ta trwoga konania dręczą każdego grzesznika, kiedy dochodzi do poznania Bożej świętości. Wstyd na niego spływający zda się go prawie druzgotać. Teraz właśnie gniew mój gotowy, by w kilku grzeszników ugodzić. Ale za nich ty musisz odczuć, co w ogrodzie getsemańskim przecierpiałem.”
    W dzień Zmartwychwstania Pańskiego nie mogła z innymi siostrami odprawić rozmyślania. To pozbawiło ją humoru, ale natychmiast usłyszała głos Boskiego Mistrza: „Modlitwa ofiary i poddania się jest mi przyjemniejszą, niż wszelka inna modlitwa”.

    POWIERNICA SERCA JEZUSOWEGO
    W ostatnich dniach października, r. 1673, kiedy Małgorzata po raz pierwszy po złożeniu ślubów zaczęła właśnie ćwiczenia duchowne, Zbawiciel pokazał jej miłością rozpromienione Serce, krwią zlane od ran i uderzeń: „Oto rany, które mi zadaje mój naród wybrany; inni ranią me ciało, ci przeszywają me Serce”. Małgorzata błagała o przebaczenie dla tych, którzy zawinili, ale cierpienie jej trwało bez przerwy. Komunia św. stała się dla niej męczarnią, bo w spojrzeniu umiłowanego Mistrza wciąż odczytywała ból.
    Całując w duchu krwawiące rany Boskiego Nauczyciela usłyszała ciche słowa: „Dziecię moje, czy chcesz mi oddać twe serce, aby na nim mogła odpocząć wzgardzona ma miłość?” „Panie – odpowiedziała – Ty wiesz, że całkowicie do Ciebie należę; postąp ze mną tak, jak Tobie się tylko podoba”. „Czy wiesz, dlaczego ci tyle łask użyczam? Twoje serce musi się stać ołtarzem, na którym by nieustannie gorzał ogień miłości; nic zmazanego znaleźć się tam nie może. Ciebie wybrałem, by Ojcu memu wiekuistemu, złożyć ofiarę miłości i pojednania”.
    Małgorzata Maria prosiła więc przełożoną, by wolno jej było podwoić pokuty. Stanowczo jej odmówiono. Zawstydzona wróciła do Boskiego Mistrza, On zaś wskazał na własne jej błędy i niedoskonałości, wyrzucał, że niedawno, wyraziła o sobie z próżności jakąś pochwałę: „Z czego ty się możesz szczycić prochu i popiele? Czyż ty jesteś z siebie czymś innym, jak prochem i nicością? Patrz, jakie łaski zlewam na ciebie, a czym ty sama z siebie jesteś?” I ukazał jej oczom obraz, na którego widok krzyknęła: „O Boże usuń ten obraz lub każ mi umrzeć! Niepodobna mi bowiem patrzeć na ten mój stan i żyć jeszcze!”
    27 grudnia r. 1673, w uroczystość św. Jana Ewangelisty, zbliżyła się Małgorzata z siostrami do Stołu Pańskiego, i w tym momencie uczuła, że tak jak św. Lutgarda, powinna wargi swoje przycisnąć do Najświętszej Rany Jezusowego boku. Pełnymi haustami poczęła pić z tego źródła szczęścia. Usłyszała słowa: „Czy widzisz teraz, że nie ma żadnej obawy u źródła potęgi i że w tej rozkoszy o wszystkim się zapomina?” W dniu tym miała więcej wolnego czasu, więc powróciła przed tabernakulum, by przy piersi Boskiego Mistrza wypocząć, jak Jan, umiłowany uczeń.
    Wtedy po raz pierwszy, otwarło się przed nią Boskie Serce, a z tajemnic, które dotychczas były przed nią zakryte, opadła zasłona. Małgorzata Maria upadła na kolana w zachwycie na widok tych cudów dobroci, a Jezus przemówił:
    „Moje Boskie Serce przepełnione jest miłością ku ludziom, a zwłaszcza ku tobie, dlatego też biją z niego płomienie, by się przez ciebie ludziom objawić, i w skarby, na które ty patrzysz, ich zaopatrzyć, w skarby, na które składają się łaski konieczne do tego, by ludzi wybawić z przepaści zatracenia. Ciebie niegodną i nieuczoną wybrałem do wypełnienia moich zamiarów, aby jasną było rzeczą, że wszystko jest wyłącznie moim dziełem. Dlatego daj mi serce twoje!”
    I wziął Jezus serce Małgorzaty i oddał je jej rozpłomienione miłością ze słowami:
    „Patrz ukochana, oto zadatek mojej miłości! Żar, który zapaliłem w twym sercu, nigdy nie zgaśnie i tylko pewną ulgę znajdziesz krwi swej upuszczeniem, chociaż i ten środek raczej upokorzenie, niż ulgę w cierpieniu przynosić ci będzie. Ale powinnaś o to prosić, by w ten sposób krew swoją dla mnie przelewać i byś się mogła przekonać, że to wszystko nie jest jakimś urojeniem, ale oznaką, iż pierwsza z łask, które przeznaczyłem dla ciebie, udzielona ci będzie. Ranę serca twego zasklepiłem, ale ból jego zatrzymasz; dlatego od tej chwili już nie, jak dotychczas, niewolnicą Serca mego, ale ‘uczennicą Serca Jezusa’, nazywać się będziesz”.
    Płomień, który rozgorzał w jej piersi, sprawiał gwałtowny ból. Widziała Najświętsze Serce Jezusa na płomiennym tronie, wysyłające, niby słońce, promienie na wszystkie strony, a zarazem przejrzyste, jakby z kryształu. Widać było ranę zadaną włócznią, a całe Serce otaczała cierniowa korona. Na szczycie wznosił się krzyż. Te oznaki cierpienia Chrystusa pokazywały, że Jego miłość ku ludzkości stała się źródłem wszelkiego cierpienia i pogardy, którą od pierwszej chwili Wcielenia na siebie przyjął i w Najświętszym Sercu odczuwał, jak i ona jedynie tłumaczy cierpliwe znoszenie zniewag, na które wystawił się w Najświętszym Sakramencie Ołtarza.
    „Następnie dał mi poznać – pisze Małgorzata Maria – jak pragnienie wzajemnej miłości skłoniło Go do objawienia ludziom swego Serca, wraz ze wszystkimi skarbami miłości, miłosierdzia, łaski i świętości, które w sobie zawiera, tak że każdy, ktokolwiek tylko zechce, pełną dłonią może z niego czerpać. Nadto złożył mi zapewnienie, że osobliwą to będzie dla Niego radością, jeżeli temu Sercu cześć składać będą i że wizerunek Jego wszędzie wystawiony być musi, by nieczułe serca ludzkie poruszyć do głębi. Tym, którzy temu Sercu cześć oddają, pozwoli obficie uczestniczyć w największych łaskach a na dom, gdzie obraz tego Serca szczególną czcią otaczany będzie, przebogate spłyną błogosławieństwa, to nabożeństwo jest bowiem jedną z ostatnich prób Jego miłości, by ludzi do siebie pociągnąć”.
    „Patrz, moja córko – powiedział – do jakiego to zadania ciebie wybrałem! Dlatego ci tyle łask wyświadczałem już od najwcześniejszego dzieciństwa. Twoim mistrzem i przewodnikiem sam być chciałem, by cię na moje łaski przygotować; ale za największe dobrodziejstwo to uważaj, żem ci objawił i podarował me Serce”.
    Co roku w uroczystość św. Jana powtarzało się to objawienie. Wskazując na swoje Serce, Jezus powtarzał: „Pragnę cześć w Najświętszym Sakramencie odbierać, a nie ma nikogo, kto by mnie przez miłość wzajemną choć nieco chciał orzeźwić”.
    Małgorzata chętniej wyznałaby grzechy przed siostrami, niż tajemnice, powierzone jej przez Boskiego Mistrza i Oblubieńca. A jednak musiała to czynić i ze względu na wolę Jezusa, i z posłuszeństwa regule. Przełożona – słuchając jej wyznań – z przekonania lub może dla jej zbadania – żartowała z opowiadań o zjawieniu się Zbawcy i jej bólu. Małgorzata, niezdolna do wytrzymania trawiącego ją nieustannie żaru Bożej miłości, zachorowała. Z dnia na dzień coraz bardziej opadała z sił. Dopiero gdy na jej prośbę – przy sprzeciwie lekarzy – upuszczono jej krwi, odzyskała siły, zgodnie z zapowiedzią Jezusa. Powtarzało się to wiele razy. Począwszy od 27 grudnia r. 1673, dolegliwości odnawiały się w każdy pierwszy piątek miesiąca. Zjawiało się jej przed oczyma Boskie Serce Jezusa do błyszczącego słońca podobne i zsyłało płonące promienie w jej duszę. Siostry, które nie znały powodu jej cierpień, naśmiewały się z tej regularnie powracającej słabości.
    8 lutego 1674 r. Małgorzata klęczała, zatopiona w modlitwie przed tabernakulum. Zjawił się przed nią Zbawiciel. Z pięciu ran rozchodziły się lśniące promienie, a pierś świeciła jasnym żarem. W głębi piersi wskazał jej Boski Mistrz na Serce, jako na ognisko owego płomienia i znowu jej opowiadał o miłości ku ludziom i jak oni tylko niewdzięcznością płacą, co mu większą sprawia udrękę, niż wszystkie cierpienia, które w czasie męki wycierpiał: „Gdyby mi okazywali miłość wzajemną, wtedy bym za nic poczytał to wszystko, com dla nich uczynił, ale oni pozostają zimni i bez żadnego odczucia. Wynagradzaj więc przynajmniej Ty, ile zdołasz to, czego im nie dostaje.” „Jakżeż mogę tego dokonać, mój Panie? Jestem tak słaba i tak niegodna”. „Patrz, oto teraz potrafisz” – odpowiedział jej Zbawca. W tej chwili płomień, który wytrysnął z Bożego Serca, przeniknął jej serce tak, że myślała, iż skona, i tylko prosiła: „Oszczędź mnie, o Panie, śmiertelnym jestem człowiekiem!” „Ja będę twą mocą, nie trwóż się, ale spełnij to, co ci polecę. Najpierw musisz tak często, jak tylko ci posłuszeństwo zezwoli, przyjmować mnie w Komunii św., choćby kosztem upokorzenia i hańby. W każdy pierwszy piątek miesiąca przystępuj do Stołu Pańskiego. Następnie w każdym tygodniu w nocy z czwartku na piątek pozwolę ci uczestniczyć w mej trwodze konania, jaką na górze oliwnej przeszedłem, tak, że nie wiedząc nawet w jaki sposób, doznawać będziesz trwóg konania. Dlatego powinnaś w nocy od 11-12 godziny łączyć się z moją modlitwą w ogrojcu i leżąc twarzą zwrócona ku ziemi, błagać o miłosierdzie dla grzeszników i pocieszać mnie w opuszczeniu przez śpiących uczniów.”
    Przełożona, nazwawszy wszystko wymysłem próżności i urojeniem, zakazała jej wykonania czegokolwiek z Bożych poleceń. Małgorzata osłabiona postami znowu zaczęła chorować tak, że przełożona sądziła, że bliska jest jej śmierć. Czy to wszystko było tylko złudną grą gorączką rozpalonej wyobraźni, czy też dowodem Bożej łaski? Przełożona nie ośmieliła się rozstrzygać. „Siostro – powiedziała – proś Pana Boga o twe wyzdrowienie, abyś wspólnie z innymi siostrami mogła wypełniać święte reguły zakonne. Jeśli rzeczywiście nagle zdrowie odzyskasz, to ci pozwolę na Komunię w pierwszy piątek miesiąca, oraz na wstawanie w noc czwartkową”.
    Małgorzata Maria prosiła o wyzdrowienie z nadzieją, że nie zostanie wysłuchana, bo kochała cierpienia i upokorzenia. A jednak postawiony warunek został wypełniony. Mimo to przełożona ociągała się z zezwoleniem Małgorzacie na to, o co prosił Jezus, zaś kapłani, do których zwróciła się o radę wydali jednogłośny wyrok: „Przesada, urojenie, marzycielstwo. Nie zważać na rzekome objawienia, skrócić modlitwy”. Tak osądzona Małgorzata stwierdziła, że pewnie kroczy błędnymi ścieżkami. Czasem skarżyła się na niedolę Jezusowi i prosiła, by już raz walce tej koniec położył. Usłyszała: „Przyślę ci sługę mojego, przedstaw mu wszystkie tajniki twego serca, a on cię na prawej drodze umocni”.

    UPEWNIENIE W DRODZE
    Pod koniec roku 1674 o. Klaudiusz de la Colombiere został rektorem Jezuitów w Paray. Fakt ten wywołał powszechne zdziwienie, nie dlatego, że kapłan był młody, bo – jako doświadczony w życiu duchowym – cieszył się powagą, szacunkiem i zaufaniem. Żałowano jedynie, że znalazł się nagle w miejscu tak nieznanym i ciasnym. Takie jednak były drogi Bożej Opatrzności…
    Kiedy po raz pierwszy odwiedził siostry, Małgorzata Maria usłyszała głos wewnętrzny: „Ten to jest, którego ci posyłam”. Był on nadzwyczajnym spowiednikiem sióstr i w czasie wielkiego postu w r. 1675 po raz pierwszy rozmawiał z Małgorzatą w konfesjonale. O. de la Colombiere zatrzymał ją dłużej i mówił tak, jakby wiedział o tym, co działo się w jej sercu. Małgorzata Maria całkowicie zamilczała o nadzwyczajnych łaskach. Usiłowała szybko odejść, by nie zmuszać sióstr do czekania. Ojciec, po nauce do sióstr, zapytał przełożoną: „Kim jest młoda siostra, która tam siedziała?”. Wskazał na pewne miejsce. Przełożona wymieniła Małgorzatę Marię, na co kapłan odrzekł: „Wielce to łaskami obdarzona dusza”. Przełożona postanowiła więc powierzyć kierownictwo Małgorzaty Marii o. de la Colombiere i odesłała ją do niego. On zaś zapewnił, że powinna słuchać głosu, który do niej przemawiał, i całkowicie się Bogu powierzyć. Gdy się skarżyła, że Boski Zbawca nieustannie przy niej przebywa i uniemożliwia jej ustną modlitwę, odpowiedział roztropnie: „Nie powinnaś się przymuszać, odmawiaj tylko godzinki i różaniec, o ile potrafisz”. Z prawdziwą ulgą opuściła Małgorzata Maria o. de la Colombiere i tak często, jak tylko mogła, śpieszyła do niego po radę.
    Rozeszła się wieść, że o. de la Colombiere stał się przewodnikiem duchownym Małgorzaty Marii. On, pytany o „marzycielkę”, wyrażał się o niej z głęboką czcią. Zaczęto więc mówić, iż dał się zwieść i oszukać, bo uważa za prawdziwe to, co starsi kapłani nazwali obłudą i szaleństwem. Poważanie wobec niego zaczęło się zmniejszać, a ponieważ ojciec de la Colombiere szacunku świata nie szukał, dlatego nie zmienił sądu o swej penitentce.

    WIELKIE OBJAWIENIE SERCA JEZUSOWEGO

    Jezus nie zaprzestawał przygotowywać wiernej uczennicy do głównego objawienia swojej wzgardzonej miłości. Z początkiem lata r. 1675 siostry zebrały się przy pracy na wewnętrznym dziedzińcu klasztornym. Małgorzata Maria uczuła wewnętrzny pociąg, by usiąść pod murem kaplicy, w której przechowywano Najświętszy Sakrament. Siostry wołały, żartowały tak długo, aż wreszcie powstała. Jednak natchnienie, by wróciła pod mur kaplicy, stało się tak silne, że poprosiła o radę przełożoną. „Idź i tam sobie usiądź” – brzmiała odpowiedź. Mimo głośnych śmiechów sióstr wróciła na dawne miejsce i klęcząc spełniała pracę, ale z tak wielkim skupieniem, jak gdyby się znajdowała w jakiejś ustronnej samotni. Nagle zjawiło się przed nią Serce Zbawiciela, jaśniejące jak słońce, płomieniami uwieńczone. Chór Serafinów zstąpił z obłoków i śpiewał: „Z miłości tryska radość i zasług zdrój płynie. Szczęśliwy, kto Serce Pana pokochał jedynie”. Duchy niebieskie wezwały Małgorzatę, by śpiewała razem z nimi, ale się nie ośmieliła. Następnie wysłańcy nieba oświadczyli, że przybyli razem z nią złożyć u stóp Serca Jezusa hołd, uwielbienie i miłość i że zastępować będą jej miejsce, ilekroć nie będzie mogła trwać przed Najświętszym Sakramentem, by w ten sposób za ich pośrednictwem mogła przebywać nieustannie u stóp Jezusa. Objawienie to wyryło w pamięci Małgorzaty niezatarte wspomnienia.
    Jeszcze głębszy wpływ już na cały świat katolicki, miało wywrzeć objawienie, którym Małgorzata zaszczycona została 19 czerwca tego samego roku 1675, w oktawie Bożego Ciała. Wybrana uczennica Pańska, klęcząc przed tabernakulum, odbierała objawy miłości Boskiego Oblubieńca. Pod wpływem tych łask zbudziło się w jej sercu gwałtowne pragnienie, by złożyć Zbawicielowi dowody wzajemnej miłości. Wtedy Chrystus tak przemówił: „Niczym innym nie potrafisz lepiej okazać mi swojej miłości, jak spełniając to, czego już tyle razy od ciebie żądałem”. Przy tych słowach Zbawiciel odsłonił Serce i tak dalej mówił: „Patrz! Oto Serce, które tak bardzo ludzi ukochało, i które niczego nie szczędziło, by się za nich poświęcić i wyczerpać się w objawach miłości; a jako nagrodę odbieram od największej części ludzi tylko oziębłość, brak czci, pogardę i świętokradztwa w tym Sakramencie miłości. Ale co mi największy ból sprawia to to, że serca szczególniej mi poświęcone, w ten sposób ze mną postępują. Dlatego żądam od ciebie, by pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała, szczególną był uroczystością ku czci Serca mego, by w tym dniu zbliżano się do Stołu Pańskiego, by mi cześć składano, celem wynagrodzenia tych wszystkich zniewag, które Serce me spotykają, gdy na ołtarzach przebywam. A ja ci powiadam, że Serce moje w obfitej mierze da odczuć wpływ swej miłości tym, którzy je czcią otoczą i którzy o to starać się będą, by i inni cześć mu oddawali.” „Ależ Panie – ośmieliła się Małgorzata przemówić – do kogóż Ty się zwracasz? Do nędznego stworzenia, do biednej grzesznicy, której niegodność musi stanąć w poprzek drogi spełnieniu się Twego życzenia! Znasz przecież tyle szlachetnych dusz, którym możesz owo zlecenie powierzyć” „Czyż nie wiesz, że używam słabych, by mocnych zawstydzić? – odpowiedział Boski Nauczyciel. – Że wszechmoc moja objawia się w małych i ubogich duchem, aby sobie samym niczego przypisywać nie mogli?” „To wskaż mi przynajmniej środek do spełnienia tego, co mi rozkazujesz – odrzekła odważnie Małgorzata Maria. A Chrystus odpowiedział: – Zwróć się do mego sługi, o. Klaudiusza de la Colombičre z Towarzystwa, które Imię moje nosi i poleć mu w moim imieniu, by wszystko uczynił, co tylko leży w jego mocy, by memu Boskiemu Sercu żądane wynagrodzenie zapewnić. Liczne trudności, na które napotka, nie powinny go odstraszać, ale o tym niech pamięta, że ten, co sobie nie ufa, lecz całą swą ufność we mnie pokłada, wszystkiego dokonać potrafi”.
    O. Klaudiusz de la Colombičre dowiedział się od Małgorzaty, jakie zadanie zostało jemu wyraźnie zlecone. Znając ją nie żywił w sercu żadnej wątpliwości co do objawienia, którym była zaszczycona i z pokorą przyjął to słodkie brzemię. 21 czerwca, w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała poświęcił się całkowicie i niepodzielnie Boskiemu Sercu Jezusa, gotów dla czci i chwały tegoż Serca żyć, pracować i życie poświęcić. Zachęcał penitentki w Paray, by w pierwszy piątek każdego miesiąca przystępowały do Stołu Pańskiego celem wynagrodzenia Zbawicielowi za obojętność i zniewagi, jakie, przebywając na ołtarzach, miał wycierpieć. Zwycięstwo wydawało się bliskie. Tymczasem Jezus przygotował Małgorzacie nową ofiarę. O. de la Colombičre nie tylko nie pozostał w Paray, ale nawet musiał opuścić Francję. On przywrócił pokój i pogodę jej sercu wtedy, kiedy ona sama i wszyscy inni byli przekonani, że zły duch wiedzie ją na manowce. Małgorzata Maria odczuła więc głęboko ten cios, choć go przewidziała. Aż do końca swego krótkiego życia pozostał wierny misji szerzenia kultu Najświętszego Serca Jezusa, według wskazówek udzielonych św. Małgorzacie Marii w objawieniach Zbawcy.
    Po wyjeździe o. de la Colombičre uczennica Najświętszego Serca Jezusa prowadziła dalej życie, które przyjęła z rąk Boskiego Oblubieńca: życie cierpienia i miłości. W listopadzie 1677 r., Boski Mistrz odezwał się: „Pragnę ci oddać me Serce, ale najpierw musisz złożyć całopalną ofiarę, by razem ze mną odczuć karzącą prawicę mojego Ojca, ponieważ w swym sprawiedliwym gniewie grozi, że pewien klasztor surowo ukarze.” Czy ta groźba odnosiła się do klasztoru Nawiedzenia w Paray? Małgorzata Maria zamilczała odpowiedź na to pytanie nawet przed przełożoną. Jednak w otoczeniu Małgorzaty oprócz gorliwych zakonnic znajdowały się i oziębłe, które niezupełnie żyły według ducha reguł i objawiały niechęć wobec uczennicy Zbawiciela. Jezus odsłonił przed nią cierpienia, jakie miały ją spotkać. Widok ten przejął ją drżeniem, więc stwierdziła, że bez pozwolenia przełożonej do niczego nie może się zobowiązywać. Nie poprosiła jednak o pozwolenie z obawy, że przełożona może się na wszystko zgodzić. Nie zaznała spokoju. Przełożona widząc jej udrękę, zapytała ją o przyczynę łez i przerażenia. Usłyszawszy odpowiedź, natychmiast udzieliła Małgorzacie pozwolenia, przed którym właśnie taki lęk ją ogarniał. Małgorzata ociągała się z ostateczną decyzją. Miała przed oczyma anioła sprawiedliwości z biczem, którym ją miał ukarać z chwilą, kiedy się na ofiarę zdecyduje. Wśród wahań i lęku uklękła w wigilię uroczystości Ofiarowania Najświętszej Marii Panny wraz z innymi siostrami przed Najświętszym Sakramentem. Usłyszała głos Boży: „Trudno ci będzie stawić opór pragnieniu mojej sprawiedliwości; ale upokorzenia, które było złączone z twoją ofiarą, doznasz teraz w podwójnej mierze. Pragnąłem tylko ukrytej ofiary, nie chciałaś. Teraz wbrew twym ludzkim rachubom złożyć ją musisz publicznie i wśród nadzwyczaj upokarzających okoliczności, które cię przez całe życie będą poniżać, tak w oczach własnych, jak i wobec innych. Teraz poznasz, co to znaczy, sprzeciwiać się Bogu”.
    Kiedy dokonała wynagrodzenia i w uroczystość Ofiarowania Najświętszej Marii Panny zbliżyła się do Stołu Pańskiego, Jezus ukoił jej udręczone serce, mówiąc: „Rana się zamknęła; sprawiedliwości mojej stało się zadość. Ofiarę twą zespoliłem z moją ofiarą. Nie szukaj nadal w swym cierpieniu niczego innego, jak tylko mego upodobania. Cierp i pracuj w cichości na chwałę Bożą i ku rozszerzeniu królestwa mojego Serca wśród ludzi, bo do tego właśnie dzieła cię wybrałem”.
    W roku 1678 miejsce Matki de Saumaise zajęła Rozalia Greyffié z klasztoru Annecy, kobieta szczególnej cnoty i pokory. Małgorzata od pierwszego dnia powierzyła się jej całkowicie, zgodnie z regułą posłuszeństwa i zaleceniem Jezusa. Nowa przełożona nie mogła sobie wyrobić o Świętej jasnego zdania na podstawie tego co mówiono o niej w Paray. Nie zwracała więc uwagi na nadzwyczajne doznania Małgorzaty, nie powierzała jej żadnego urzędu i korzystała z każdej sposobności, by ją upokarzać. Spostrzegła, że to było Małgorzacie najmilsze. By nie zaszkodzić jej zdrowiu, nie pozwoliła jej na godzinę rozmyślania, które odprawiała w noc czwartkową, leżąc na ziemi z rozciągniętymi ramionami. Nieco później, nie znając powodów, które skłaniały Małgorzatę Marię do tej modlitwy w czasie nocnego spoczynku klasztoru, zakazała jej zupełnie tego rozmyślania. Małgorzata posłusznie poddała się zarządzeniu, ale przekazała przełożonej, że Jezus nie jest zadowolony i że da jej to odczuć. Kiedy 14 grudnia r. 1678, jedna z najlepszych sióstr po krótkiej chorobie skonała na rękach matki Greyffié, uznała ona wreszcie w tej stracie karę Bożą i pozwoliła bezzwłocznie siostrze Alacoque na jej rozmyślanie.
    Podczas rekolekcji Małgorzata doznawała w takim stopniu objawów miłości ze strony Oblubieńca, że była zmuszona wołać: „Dosyć, Panie, dosyć!”. Ale Jezus odpowiedział: „Jedz i pij z stołu moich radości; potrzebujesz siły i orzeźwienia, by naprzód odważnie kroczyć. Długa i ciężka droga ściele się przed tobą i od czasu do czasu będziesz musiała odetchnąć i wypocząć w moim Sercu, które dla Ciebie zawsze bezpiecznym będzie schronieniem. Jeśli dam ci poznać, że sprawiedliwość moja gniewa się z powodu grzeszników, wtedy zbliżaj się do św. Stołu i módl się do mnie serdecznie i gorąco. A nie opieraj mi się, ponieważ musisz mi służyć jako narzędzie, by pozyskać ludzkie serca dla mojej miłości.” „Ależ nie pojmuję, o Boże, w jaki sposób stać się to może”. „Przez moją wszechmoc, która wszystko z nicości wywiodła. Pomnij, że do mnie należysz, i że tobie nic nie pozostaje; natomiast rozporządzać możesz sercem moim; skarby w nim zawarte możesz podług upodobania swojego rozdzielać, komukolwiek tylko zechcesz. A w podarkach nie bądź skąpa, bo skarby te nieskończone. Jeszcze wielkim i ciężkim krzyżem obarczę twe ramiona, ale niczego się nie obawiaj, jestem dość potężny, by stać się twoją podporą. Szatan pragnie twą cnotę na próbę wystawić, ale pozwolę mu dręczyć cię tylko tymi samymi pokusami, z którymi przyszedł do mnie na pustynię. Połóż tylko ufność swą we mnie, a ja będę twą ochroną”.
    W Wielki Piątek 1687 r., dnia 28 marca dusza Małgorzaty tak pragnęła Eucharystycznego Chleba, że zaczęła mówić do swego Oblubieńca: „Miły Jezu, chcę strawić się w pragnieniu Ciebie, a nie mogąc Cię dzisiaj posiadać, nie przestanę Cię łaknąć”. Jezus przyszedł ją pocieszyć: „Twoje pragnienie tak przeniknęło moje Serce, że gdybym nie ustanowił tego Sakramentu miłości, uczyniłbym to teraz, by stać się twoim pokarmem. Znajduję tyle przyjemności w tym, gdy mnie ktoś z taką żarliwością pragnie, że ile razy jakie serce to pragnienie wyrazi, tyle razy spoglądam na nie z miłością, by je do siebie przygarnąć”. Przeniknęło mnie to tak wielkim żarem, iż dusza moja czuła się na wskroś uniesiona i nie mogła wyrazić swych uczuć inaczej, jak tylko przez te słowa: O miłości, o nadmiarze miłości Boga względem tak nędznego stworzenia!

    MISTRZYNI NOWICJUSZEK
    Przyszedł jednak – wśród cierpień i upokorzeń, których Małgorzacie nigdy nie brakowało – czas, w którym Jezus postanowił dać jej sposobność rozszerzenia pragnień Jego Serca na inne dusze. I tak z końcem 1684 r. zachorowała mistrzyni nowicjatu. Bez zastanowienia przeznaczono na ten urząd Małgorzatę. Pokorna zakonnica była doskonałą mistrzynią. I nie mogło być inaczej, skoro za podstawę oddziaływania na dusze przyjęła zasadę, by udzielać tylko to, co sama otrzyma od Serca Jezusowego. Przez cały czas, gdy była mistrzynią, Mistrzem nowicjatu w klasztorze w Paray było Najświętsze Serce Jezusa.
    Dobrze zrozumiała swoje zadanie i czuła, że Jezus pragnie, by i w innych wszczepiała poznanie i cześć Jego Serca. Wesołym, ujmującym wyglądem i dzięki łagodnemu i przyjaznemu usposobieniu pozyskała natychmiast zaufanie nowicjuszek. „Zachowujcie – mawiała – z wielką wiernością wszystkie reguły nawet i najmniejsze, przez to pozyskacie sobie Serce Ojca, który tak czule was kocha. Jak długo Mu wierne będziecie, nie potrzebujecie się obawiać niczego. Nie popełniajcie nigdy z rozmysłem jakiegokolwiek uchybienia. Pamiętajcie, że jesteście oblubienicami ukrzyżowanego Boga i że dlatego całkowicie do Niego musicie należeć, jeśli zechce w was królestwo Boże utrwalić. A królestwo Jego jest królestwem pokoju w cierpieniach”.

    DALSZE PRÓBY I PIERWSZE ZWYCIĘSTWA
    W r. 1685 w uroczystość jej imienin, w piątek, nowicjuszki chciały ofiarować mistrzyni kilka wianuszków kwiatów. Ona zaś poprosiła, by złożyły je Boskiemu Sercu Jezusa w ofierze. Spełniając życzenie ukochanej mistrzyni, zbudowały więc maleńki ołtarzyk, umieściły na nim wycięte z papieru, uwieńczone płomieniami serce i ozdobiły ołtarz kwiatami. Następnie wśród objawów żywej radości poprowadziły mistrzynię do tego skromnego ołtarza. Ona uniesiona wewnętrzną radością rzuciła się na kolana przed tym symbolem miłości Jezusa Chrystusa i w świętym zachwycie głośno poświęciła się Sercu Boskiemu. To samo uczyniła gromadka nowicjuszek.
    Nieopisaną była radość mistrzyni, kiedy zauważyła, że ogień miłości Boskiego Serca Jezusa poczyna żarzyć się w niewinnych sercach młodych nowicjuszek. Ale to jej nie wystarczało. By jak najwięcej dusz pozyskać dla umiłowanego Zbawcy zaprosiła kilka starszych sióstr. Zaproszone nie zjawiły się, z wyjątkiem trzech, które przyszły z grzeczności. Niektóre szydziły i stanowczo wystąpiły przeciw „duchowi świętych reguł nie odpowiadającym nowościom”.
    Boski Oblubieniec przepowiedział jej, że sprawa ta napotka na wielkie przeszkody, ale że mimo wszystko nabożeństwo do Boskiego Jego Serca rozszerzy się po całym chrześcijańskim świecie i że zakwitnie w zakonie Nawiedzenia. Dlatego pełna otuchy mówiła do młodych nowicjuszek: „Dobrze, one nie chcą przyjść, ale Serce Jezusa i tak je do siebie pociągnie. Jezus pragnie wszystkiego z miłości, a niczego nie chce z musu. Trzeba ten czas przeczekać, który On naznaczył, a czas stosowny nadejdzie.” Już po roku wypełniła się przepowiednia Małgorzaty. Na razie publicznie napomniano Małgorzatę i zakazano objawiać nabożeństwo w klasztorze, chyba że w ukryciu, w nowicjacie. Za karę nie wolno jej było częściej niż innym siostrom przystępować do Stołu Pańskiego. Jezus pocieszał ją:
    „Bądź spokojna, moja córko; ja będę panował mimo mych nieprzyjaciół, i mimo wszystkich, którzy mi się sprzeciwiają”. Pełna ufności spoglądała wtedy Małgorzata na tabernakulum i wzdychała: „Kiedyż, ukochany Zbawicielu, wybije ta szczęśliwa godzina? Tymczasem powierzam Tobie Twą własną sprawę. Będę cierpieć i milczeć”.
    W kilka zaledwie tygodni po tych zdarzeniach, jedna z nowicjuszek poważnie się rozchorowała. Mało już było nadziei utrzymania jej przy życiu. Kiedy Małgorzata gorąco błagała o jej wyzdrowienie, Jezus dał jej poznać, że zdrowie chorej się nie polepszy, dopóki jej przełożona nie pozwoli na Komunię św. w pierwszy piątek miesiąca. Małgorzata zapisała usłyszane słowa: „Powiedz swojej przełożonej, że wielką wyrządziła mi przykrość przez to, że dla przypodobania się stworzeniom nie zawahała się mnie obrazić, zabraniając ci Komunii św., której przyjmowanie nakazałem ci w tym celu, aby przez zasługi Serca mojego Ojcu niebieskiemu składać zadośćuczynienie za wszystkie wykroczenia przeciwne miłości. Ciebie sobie wybrałem, byś mi składała ofiarę błagalną, więc skoro ona przeszkadza postąpić ci według mej woli, zabiorę jako ofiarę, tę cierpiącą siostrę”. Przełożona natychmiast pozwoliła jej na Komunię św. i niebezpieczeństwo minęło. Duch ciemności poruszał wszystkie sprężyny, by ją usunąć z urzędu mistrzyni. Ale Boski Zbawiciel sam jej przyrzekł, że jej nowicjuszki staną się kamieniem węgielnym świątyni poświęconej czci Jego Serca. Kiedy kadencja Małgorzaty Marii jako mistrzyni nowicjatu dobiegła końca, kilka sióstr, które miały wyjść z nowicjatu w tym czasie, co ich ukochana mistrzyni, postanowiło zabrać mały obrazek Najświętszego Serca. W oddalonym miejscu, gdzie rzadko zachodzono, znalazły niewielką niszę i tam umieściły ów obrazek. Urządziły tam małe oratorium, które wychodziło na schody prowadzące do wieży nowicjatu. Pierwsze czcicielki Serca Jezusowego uczyniły z tego małe sanktuarium, upiększając je według możliwości.
    Nowy duch ożywił zgromadzenie od czasu, gdy zaczęto czcić w nim Serce Jezusa. Ks. Languet opisuje wspaniałą przemianę klasztoru w Paray pod wpływem nabożeństwa do Najświętszego Serca: „W ten sposób nabożeństwo do Serca Pana naszego dokonało w tym zgromadzeniu cudownej zmiany, którą siostra Małgorzata osiągnęła przez swoje łzy i cierpienia. Jej cierpliwość i pokora przezwyciężyły wszystko, a Syn Boży przemienił serca, które zaczęły czcić Jego Najświętsze Serce. Rozlał w nich umiłowanie doskonałości zakonnej i gorliwość w nabywaniu jej. Ale w miarę jak siostrom otwierały się oczy na świętość swych obowiązków, otwierały je równocześnie na zasługi tej, która sprowadziła na nie tyle błogosławieństw Bożych. Sprzeciwy i wzgardy, których dotychczas doznawała, zmieniły się w uwielbienie. Nie nazywano jej inaczej, jak tylko świętą i słuchano jej słów jak wyroczni”.
    Na cały dom spływało błogosławieństwo tego nabożeństwa. Siostry złożyły dary, prosząc przełożoną o zamówienie obrazu Serca Jezusowego. Uznała ona jednak za lepsze poczekać, aż będzie mogła zbudować kaplicę. Dla apostołki Najświętszego Serca nadszedł więc dzień szczęścia. Kaplica ku czci Serca Jezusa, zaprojektowana 21 czerwca 1686 r., została ukończona w końcu 1688 r. Uroczyste poświęcenie wyznaczono na dzień 7 września 1688 r. Całe miasto pragnęło wziąć udział w uroczystości. Rozpoczęły się modlitwy i ceremonie. Małgorzata Maria była w stanie ekstazy, przebywała raczej w niebie niż na ziemi.

    DROGA KU NIEBU
    Złożywszy urząd mistrzyni nowicjatu, siostra Małgorzata Maria wróciła na stanowisko pomocnicy w infirmerii. Tam znowu miała dosyć okazji do praktykowania wyrzeczenia i pokory. Cieszyła się jednak widząc, że kaplicę Serca Jezusowego nawiedzały wszystkie siostry i że stała się ona celem pielgrzymek zgromadzenia, zwłaszcza w pierwsze piątki miesiąca, kiedy siostry udawały się tam w procesji, śpiewając litanię do Najświętszego Serca i odmawiając modlitwy przebłagalne oraz akt poświęcenia.
    W roku 1690 imię s. Małgorzaty Marii miało się znaleźć na karteczkach sióstr dokonujących wyboru nowej przełożonej. Przerażona Małgorzata błagała Jezusa o odjęcie tego krzyża. Uzyskała zgodę. Nowa przełożona pragnęła jej jednak jako asystentki. Małgorzata prosiła o zwolnienie i z tego, lecz to nie podobało się Jezusowi i zganił ją z tego powodu. Tak więc pozostała asystentką, a zarazem zaufaną przyjaciółką tak przełożonej jak i wszystkich sióstr, które spieszyły do niej po radę. Rozmawiała z nimi o Bogu tak porywająco, że nawet najmniej gorliwe zmuszone były do miłowania Go.
    Kiedy Małgorzata poprosiła nową przełożoną, by mogła noc z czwartku na piątek spędzać na modlitwie, ta odmówiła ze względu na jej słabość i niedomagania. Zakazała jej też wszelkich ćwiczeń pokutnych. Małgorzata stwierdziła: „Nie pożyję ja już długo, brak mi bowiem cierpień. Matka nasza zanadto troszczy się o mnie”. Do innej siostry powiedziała: „Na pewno umrę w tym roku, bo nie doznaję już żadnego cierpienia, a życie moje przeszkadza zebraniu owoców, które pewna książka o czci Najświętszego Serca Jezusa przynieść może”.
    Istotnie po książce o. de la Colombičre, wydanej już po jego śmierci, teraz jezuita, o. Croiset, pisał dziełko o nabożeństwie do Serca Jezusa. Wydał je w rok po śmierci Małgorzaty. Nie chciała dożyć pojawienia się tej książki, by nie wychodzić ze swego ukrycia, choć z drugiej strony gorąca miłość Serca Jezusa budziła w niej pragnienie, aby dzieło to było jak najszybciej poznane i rozszerzane.
    Rosło w niej przekonanie, że dzień jej odejścia jest bliski. Dlatego poprosiła w dniu urodzin, 22 lipca 1690 r. o pozwolenie na 40-dniowe rekolekcje, by przygotować się na spotkanie z Boskim Oblubieńcem. Wśród cierpień rozpoczęła je w październiku. 8-go października pozostała już w łóżku. Lekarz, który odwiedził chorą, oświadczył, że słabość jest tylko nieznaczna. Jednak Małgorzata nadal twierdziła, że na tę chorobę życie zakończy. „Czy wiesz – rzekła do niej pielęgniarka – że lekarz orzekł właśnie coś zupełnie przeciwnego?” W kilka dni potem zapragnęła przyjąć Wiatyk. „Siostro, przecież to jest rzeczą niedozwoloną – odpowiedziano jej – nie jesteś w niebezpieczeństwie”. „Proszę mi jednak podać Komunię św., jeszcze jestem na czczo”. Przeczuwała, że na ziemi czyni to po raz ostatni. Prośbę jej spełniono. Mimo gwałtownych cierpień, lekarz nie obawiał się niczego: siostra Małgorzata zawsze była cierpiąca, wychudła i blada.
    Niespodziewanie odwaga jej została wystawioną na ciężką próbę. Myśl o nieskończonej sprawiedliwości Bożej przejmowała ją obawą i drżeniem. Obejmując kurczowo krzyż, przyciskała go do piersi, wzdychając: „Miłosierdzia Boże mój, miłosierdzia…” Wkrótce jednak rozjaśniły się jej oczy i oblał ją rumieniec radości: „Miłosierdziu Twemu, o Panie, pragnę śpiewać wieczystą pieśń. Cóż jest na niebiosach i czego pożądam na ziemi prócz Ciebie!”
    Teraz nawet lekarz zauważył, że Małgorzata popadła w osłabienie. „Dzięki Bogu – wyszeptała – że się już zabezpieczyłam, przypuszczałam, że mnie nie uznają za zbyt chorą. Dzięki Bożej dobroci przyjęłam w ostatniej Komunii św. Zbawcę mojego jako Wiatyk… O, goreję, goreję wewnętrznie. Ach, żeby to pochodziło z miłości ku Bogu. Alem nigdy nie kochała doskonale Boga mojego. Siostry proście Go za mnie o przebaczenie i kochajcie Go z całego serca waszego, aby Mu wynagrodzić za wszystkie przeze mnie zmarnowane chwile. Kochać Boga, o cóż to za szczęście! O miłujcie Go, miłujcie!”
    Był dzień 17 października r. 1690. Małgorzata Maria błagała siostry, by zechciały odmówić litanię do Boskiego Serca Jezusa i do Matki Bożej, aby wyjednać ich pomoc na ostatnią godzinę. Kiedy kapłan udzielił jej sakramentu namaszczenia, wtedy otworzyła jeszcze raz wargi i wezwanie: ‘Jezus’ było ostatnim jej słowem.
    Siostra Małgorzata Maria Alacoque przeżyła 43 lata. 19 lat spędziła w klasztorze Sióstr Nawiedzenia (Wizytek). Siostry gorzko płakały po stracie takiego wzoru życia. Widziały jednak, jak lekką i słodką jest śmierć dla tych, którzy żarliwie czcili Najświętsze Serce Jezusa.
    Zaledwie wiadomość o śmierci wyszła poza kraty klauzury, już zaczęto w mieście opowiadać: „Umarła święta”! Na drugi dzień, gdy otwarto kościół, ludzie przybyli tłumnie. Pogrzeb odbył się wieczorem 18 października.

    ŚWIĘTA
    Grób s. Małgorzaty Marii zaczął Bóg uświetniać nieustannie wielkimi cudami. Największym cudem, jaki zdziałała prawica Boża przez tę słabą i światu nieznaną dziewicę, było rozszerzenie nabożeństwa do Boskiego Serca Jezusa, z którego spłynęły i spływają bogate strumienie łask na Kościół Boży i wiernych. Tak spełniła Małgorzata Maria powierzone jej przez Boskiego Mistrza zadanie.
    22 września 1827 r. kardynałowie, którym zlecono zbadanie jej dzieł, oznajmili papieżowi Leonowi XII, że pisma te nie przedstawiają przeszkody do prowadzenia procesu beatyfikacyjnego. Z dokładnie zbadanych pism wyjęto dwanaście obietnic dla czczących Boskie Serce Jezusa, które we wszystkich językach świata rozbrzmiały donośnie, a 18 września 1864 r. Pius IX ogłosił Małgorzatę Marię błogosławioną.
    W kilka miesięcy później w Paray-le-Monial obchodzono uroczystości ku jej czci. Święte szczątki złożono w złocistym relikwiarzu. Wkrótce potem podniesiono w całym Kościele święto Najświętszego Serca Jezusa do godności uroczystości. Od tego czasu rozlewa się to nabożeństwo po świecie, niosąc zdroje niezliczonych łask i cudów. Tam, gdzie dociera nauka Kościoła, tam zjawia się i wizerunek Boskiego Serca, które darzy wszystkich czcicieli przedziwnymi łaskami.
    W 2 lata po uroczystej beatyfikacji, pod wpływem napływających nieustannie próśb i błagań, rozpoczęto proces kanonizacyjny. Uroczystość tę zachowało Serce Jezusa na czas, gdy świat rozdarty ranami wojny potrzebował balsamu na swe cierpienia. Gdy burza wojenna przycichła, z woli Ojca św. odbyło się w Rzymie 13 maja 1920 roku, uroczyste zaliczenie błogosławionej Małgorzaty w poczet Świętych.

    w: „Vox Domini” nr 5/97, str. 2-9. Oprac. red. na podstawie:

    1. Ks. W. van Nieuwenhoff Żywot św. Małgorzaty Marii Alacoque. Tłum.: Ks. E. Kosibowicz wyd. II. Kraków, 1930.

    2. Święta Małgorzata Maria, Wydawnictwo Sióstr Loretanek Warszawa 1976

    Więcej o Przesłaniu Serca Pana Jezusa w naszej ofercie:

    ______________________________________________________________________________________

    Serce, które umiłowało ludzi…

    – św. Małgorzata Alacoque

    Serce, które umiłowało ludzi... - św. Małgorzata Alacoque

    św. Małgorzata Maria Alacoque/Ar Gwennek (PD)

    ***

    Paray-le Monial to małe miasteczko położone w Burgundii. W średniowieczu region ten stanowił centrum życia religijnego. Najcenniejszą ozdobą miasta jest piękna, kamienna bazylika, zbudowana przez zakonników z Cluny na przestrzeni XI i XII wieku.

    Ale Paray-le Monial znane jest na całym świecie przede wszystkim dzięki wydarzeniom, które rozegrały się w jego murach w XVII wieku.Wtedy to skromna i zapomniana przez ludzi kaplica klasztoru Sióstr Wizytek, znajdująca się w cieniu słynnej romańskiej bazyliki, została wybrana przez Boga jako miejsce objawień.

    U źródeł powołania

    Małgorzata Maria Alacoque, której Jezus objawił swoje Serce, urodziła się 22 lipca 1647 r. w Lauthecour, miejscowości oddalonej o 30 km od Paray-le Monial. Po śmierci ojca, który osierocił siedmioro dzieci, ośmioletnia Małgorzata została oddana do kolegium klarysek w Charolles. Kiedy ciężko zachorowała, musiała opuścić to miejsce i trafiła do apodyktycznego wuja. Przez cztery lata ciężkiej choroby dziewczynka dojrzewała duchowo i gorąco pragnęła poświęcić się Bogu. Jej marzenie spełniło się dopiero w wieku 24 lat.

    Objawienia

    Dwa lata po otrzymaniu habitu zakonnego, w 1673 roku, kiedy siostra Małgorzata w chórze klasztornym adorowała Najświętszy Sakrament, Jezus objawił jej się po raz pierwszy. Otworzył swoją pierś i powiedział: „Moje Boskie Serce płonie tak silną miłością ku ludziom, że nie może dłużej utrzymać tych gorących płomieni, zamkniętych w moim łonie. Ono pragnie je rozlać za twoim pośrednictwem i pragnie wzbogacić ludzi swoimi skarbami”. Podczas tego objawienia Jezus wziął serce Małgorzaty i umieścił je symbolicznie w swoim Sercu, a następnie oddał jej serce gorące.

    Podczas drugiego objawienia, kiedy Święta ujrzała Serce Boże na tronie, jaśniejące jak słońce, Pan Jezus objawił jej, że chce, by w Kościele wprowadzono nowe nabożeństwo i wyjaśnił: „To nabożeństwo jest ostatnim wysiłkiem Mojej miłości i będzie dla ludzi jedynym ratunkiem w tych ostatnich czasach”.

    Przy kolejnym objawieniu Pan Jezus ukazał się, jaśniejący chwałą, ze stygmatami pięciu ran, błyszczącymi jak słońce. Z Jego świętej postaci biły promienie, a z piersi – płomienie jakby z ogniska gorejącego. Pan Jezus rozwarł swoją pierś i ukazał swe Serce, które było źródłem tych promieni. Małgorzata usłyszała: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, a w zamian za to otrzymuje wzgardę i zapomnienie. Ty przynajmniej staraj się mi zadośćuczynić, o ile to będzie w twojej mocy, za ich niewdzięczność”. Jezus polecił Małgorzacie, by często, a zwłaszcza w pierwsze piątki miesiąca, przystępowała do Komunii świętej, a w każdą noc z czwartku na pierwszy piątek miesiąca uczestniczyła w jego konaniu w Ogrójcu między godziną 23.00 a 24.00: „Upadniesz na twarz i przepędzisz ze Mną jedną godzinę. Będziesz wzywała miłosierdzia Bożego dla uproszenia przebaczenia grzesznikom i będziesz się starała osłodzić mi choć trochę gorycz, jakiej doznałem”.

    Święto ku czci Serca Pana Jezusa

    Przy ostatnim objawieniu w 1675 roku Pan Jezus zażądał, żeby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był poświęcony jako osobne święto na uczczenie Jego Serca i na wynagrodzenie Mu przez Komunię świętą i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznawał, gdy w czasie oktawy był wystawiany na ołtarzach. W zamian za to obiecał Małgorzacie, że Jego Serce wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób Jego Sercu oddadzą cześć lub przyczynią się do rozszerzenia święta.

    Małgorzata, poruszona do głębi obrazem zranionego Serca Jezusa i jako świadek gorącej miłości, jaką ono płonie, głosiła aż do śmierci, która nastąpiła 17 października 1690 roku, powierzone jej orędzie. Jej ciało pochowano na terenie klasztoru; w czasie procesu beatyfikacyjnego przeprowadzono ekshumację. Obecnie szczątki Świętej spoczywają w ołtarzu kaplicy klasztornej, pod relikwiarzem z jej woskową podobizną.

    Święto Serca Pana Jezusa zostało początkowo przez niektóre kręgi (np. przez jansenistów) uznane za herezję. Przez wiele lat milczała również Stolica Apostolska, pomimo próśb biskupów, bractw i zakonów. Pożądany skutek odniósł memoriał Episkopatu Polski, skierowany w roku 1765 do papieża Klemensa XIII. Papież zezwolił najpierw na obchodzenie święta wizytkom, a później całej Polsce. Wprawdzie papież Pius IX w 1856 roku uznał święto Serca Pana Jezusa w całym Kościele, to jednak dopiero beatyfikacja Sługi Bożej Małgorzaty Alacoque w 1864 roku, dokonana przez papieża Piusa IX, i kanonizacja w 1920 r. przez papieża Benedykta XV przyczyniły się do ostatecznej aprobaty tego święta. Jest ono ruchome, obchodzi się je w piątek po zakończeniu oktawy Bożego Ciała.

    wiara.pl

    _____________________________________________________________________________

    Serce Jezusa

    Serce Jezusa

    “św. Małgorzata Maria Alacoque kontempluje Serce Jezusa”

    olej na płótnie, ok. 1765, kolekcja prywatna/Corrado Giaquinto (PD)

    ***

    Rozmodlona święta wydaje się zachęcać widza do przyklęknięcia i adoracji Bożego Serca.

    Pomiędzy 1673 a 1675 rokiem, w klasztorze wizytek w Parayle-Monial w Burgundii, mniszka Małgorzata Maria Alacoque czterokrotnie ujrzała Zbawiciela, który nakazał jej szerzyć kult swego Serca. Pod wpływem jej objawień wprowadzono uroczystość Najświętszego Serca Jezusa, którą Kościół katolicki obchodzi w piątek po oktawie Bożego Ciała.

    Chrystus ukazał się św. Małgorzacie Marii już podczas rekolekcji poprzedzających obłóczyny, 6 listopada 1672 r. Potem nastąpiły cztery objawienia, zwane dziś wielkimi.

    Po śmierci świętej kult Najświętszego Serca Jezusa rozszerzał się coraz bardziej. Wreszcie, w 1765 roku, papież Klemens XIII ustanowił święto. Prawdopodobnie w tym samym roku Corrado Giaquinto, włoski malarz barokowy, namalował Małgorzatę Marię modlącą się do Serca Jezusa.

    Na obrazie widzimy drugie z czterech wielkich objawień, do którego doszło w kaplicy klasztornej. Jezus przekazał pobożnej mniszce swoje pragnienie, aby ludzie Go miłowali. Wyjaśnił, że właśnie dlatego objawia im swoje Serce wraz ze wszystkimi skarbami Bożej Miłości. Serce było otoczone promieniami i koroną cierniową. U góry wieńczył Je krzyż.

    Giaquinto namalował objawienie w ten sposób, że na pierwszym planie widzimy Serce, oglądając je od innej strony niż święta. Cała sytuacja została przez artystę odrealniona. Tłumy aniołków skąpanych w złocistym świetle, podtrzymują teatralną kurtynę otaczającą Serce i Małgorzatę Marię. Całość przypomina pobożne obrazki, które wierni wieszają na ścianach swych mieszkań. Rozmodlona święta wydaje się zachęcać widza do przyklęknięcia i adoracji Bożego Serca.

    Leszek Śliwa/wiara.pl

    _____________________________________________________________________________________

    14 października

    Święty Jan Ogilvie, prezbiter i męczennik

    Święty Jan Ogilvie

    Jan urodził się w Keith (północna Szkocja) w 1579 r. w protestanckiej rodzinie szlacheckiej. W wieku 15 lat został wysłany do Europy na naukę, którą rozpoczął we Francji, skąd w 1595 r. przeniósł się do Leuven (obecnie Belgia), a potem do Ratyzbony i Ołomuńca. Zdobyta wiedza filozoficzna i teologiczna spowodowała nawrócenie na katolicyzm. 24 grudnia 1599 r. wstąpił w Brnie do Towarzystwa Jezusowego. Od 1607 r. był wykładowcą w Wiedniu. Święcenia kapłańskie otrzymał w Paryżu w 1610 r. Później został wysłany do Rouen. Dwa lata starał się o to, by wyjechać na misje do rodzinnej Szkocji. Wreszcie przełożony zakonu, Klaudiusz Aquaviva, w listopadzie 1613 r. wyraził zgodę na wyjazd, mimo że podczas panowania Jakuba I Stuarta trwały w Anglii prześladowania katolików.
    W przebraniu żołnierza i pod przybranym nazwiskiem Watson, Jan dostał się do Leith (obecnie dzielnica Edynburga). Odprawiał Msze święte na terenie Renfrewshire (wschodnia Szkocja). Po jedenastu miesiącach działalności, 4 października 1614 r., został aresztowany w Glasgow, zadenuncjowany przez fałszywego katolika. Był poddawany torturom, bo chciano, by podał nazwiska innych katolików. Próbowano go trzykrotnie złamać, ale wytrwał. Odmówił poddania się duchowej jurysdykcji króla, uznając jedynie prymat papieża. Nawracanie protestantów na wiarę katolicką uznano za zdradę stanu i 10 marca 1615 r. Jan został skazany na karę śmierci przez powieszenie. Egzekucję wykonano w dniu ogłoszenia wyroku w Glasgow, gdy św. Jana Ogilvie miał trzydzieści sześć lat. Został pochowany w zbiorowej mogile.
    Beatyfikował go papież Pius XI w dniu 22 grudnia 1929 r., a kanonizował 17 października 1976 r. papież Paweł VI.Do przykładu św. Jana Ogilvie odwołał się Benedykt XVI podczas wizyty apostolskiej w Wielkiej Brytanii. Podczas Mszy św. sprawowanej w Glasgow 16 września 2010 r. powiedział do szkockich kapłanów:
    Drodzy kapłani Szkocji, jesteście wezwani do świętości i do służenia ludowi Bożemu przez kształtowanie ich życia w tajemnicy krzyża Pana. Głoście Ewangelię czystym sercem i jasnym umysłem. Poświęcajcie się samemu Bogu, a staniecie się dla młodych ludzi jaśniejącymi przykładami świętego, prostego i radosnego życia: oni ze swej strony z pewnością zapragną przyłączyć się do was w waszej, pełnej gotowości służbie ludowi Bożemu. Niech przykład św. Jana Ogilviego, oddanego, pełnego samozaparcia i mężnego, będzie natchnieniem dla was wszystkich.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 października

    Błogosławiony Honorat Koźmiński, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Aleksandrina Maria da Costa, dziewica
      •  Święty Teofil z Antiochii, biskup
    ***
    Błogosławiony Honorat Koźmiński

    Wacław Koźmiński urodził się 16 października 1829 r. w Białej Podlaskiej, w rodzinie inteligenckiej, jako drugi syn Stefana i Aleksandry z Kahlów. Miał także dwie młodsze siostry. Był bardzo zdolny, po ukończeniu gimnazjum w Płocku studiował na wydziale budownictwa warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Będąc w gimnazjum zaniechał praktyk religijnych, a w czasie studiów zupełnie stracił wiarę.
    23 kwietnia 1846 r. został aresztowany przez policję carską pod zarzutem udziału w spisku i osadzony w X pawilonie Cytadeli Warszawskiej. Wówczas ciężko zachorował; powracając do zdrowia, przemyślał dokładnie swoje życie i nawrócił się. Uwolniony z więzienia po blisko roku, podjął dalsze studia, a jednocześnie prowadził bardzo surowy tryb życia.
    Po ukończeniu studiów, 8 grudnia 1848 r. wstąpił do klasztoru kapucynów. Już 21 grudnia przyjął habit zakonny i otrzymał imię Honorat. Pierwszą profesję złożył dokładnie rok później. Chociaż pragnął być bratem zakonnym, przełożeni polecili mu, aby przygotowywał się do kapłaństwa. Po ukończeniu studiów teologicznych przyjął święcenia kapłańskie 27 listopada 1852 r. Wkrótce został mianowany profesorem retoryki oraz sekretarzem prowincjała, lektorem teologii i spowiednikiem nawracających się. Zasłynął w Warszawie jako znakomity rekolekcjonista i misjonarz ludowy. Pracując w III Zakonie św. Franciszka, gorliwie działał w kościołach Warszawy. Swoją głęboką religijnością i troską o człowieka zjednywał wielu ludzi dla Chrystusa.
    W 1861 roku, po kasacie zakonów przez władze carskie, o. Honorat został przewieziony do Zakroczymia pod Warszawą. Pomimo trudnych warunków tworzył tam dalej grupy tercjarek. Około 1889 r. zwrócił się do Stolicy Świętej o zatwierdzenie zgromadzeń bezhabitowych. W tym samym roku uzyskał aprobatę. Dzięki temu powstało 26 stowarzyszeń tercjarskich, z których na przestrzeni lat uformowały się liczne zgromadzenia zakonne. Ojciec Honorat stał się odnowicielem życia zakonnego i twórcą jego nowej formy zbliżonej do dzisiejszych instytutów świeckich. Poprzez swoje duchowe córki i synów starał się docierać do wszystkich środowisk i odrodzić w społeczeństwie ducha gorliwości pierwszych chrześcijan. Kierował tymi wspólnotami przez konfesjonał i korespondencję, ponieważ rząd carski nie pozwoliłby na formowanie się nowych zakonów, zaś w roku 1864 skasował zakon kapucynów, pozostawiając tylko klasztor w Zakroczymiu. Do dziś istnieją trzy zgromadzenia honorackie habitowe: felicjanki – powołane we współpracy z bł. Marią Angelą Zofią Truszkowską, serafitki i kapucynki oraz czternaście bezhabitowych, utajonych przed carskim zaborcą.
    Zgromadzenia o. Honorata podejmowały prace charytatywne i apostolskie, m.in. wśród młodzieży szkolnej i rzemieślniczej, w fabrykach, wśród ludu wiejskiego, w przytułkach dla ludzi starych i upośledzonych. Powstały w 1893 r. na terenie Królestwa ruch mariawitów zaszkodził opinii o. Honorata. Gdy w 1908 r. biskupi zreorganizowali jego zgromadzenia, a ich postanowienie zatwierdził Watykan, zalecając o. Honoratowi powstrzymanie się od dalszego kierowania nimi, przyjął to z pokorą i posłuszeństwem.

    Błogosławiony Honorat Koźmiński

    Ostatecznie osiadł w Nowym Mieście nad Pilicą. W 1895 r. został komisarzem generalnym polskiej prowincji kapucynów i przyczynił się do znacznego rozwoju zakonu. Jednocześnie prowadził intensywną pracę pisarską, zabierał głos w aktualnych sprawach, zajmował się zagadnieniami społecznymi. Był człowiekiem wielkiej gorliwości, jeśli chodzi o zbawienie dusz. Wiele godzin spędzał w konfesjonale. Praktykował surowe umartwienia, sporo czasu spędzał na modlitwie.
    Pozbawiony słuchu i cierpiący fizycznie, resztę lat spędził na modlitwie i kontemplacji. Wyczerpany pracą apostolską, zmarł w opinii świętości 16 grudnia 1916 r. 16 października 1988 r., w 10. rocznicę swego pontyfikatu, beatyfikował go św. Jan Paweł II. Bł. Honorat jest głównym patronem diecezji łowickiej.
    W ikonografii bł. Honorat przedstawiany jest w habicie kapucynów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    13 października

    Błogosławiona Aleksandrina Maria da Costa, dziewica

    Błogosławiona Aleksandrina Maria da Costa

    Aleksandra urodziła się 30 marca 1904 r. w Balasarze koło Bragi, w Portugalii. W wieku 7 lat została wysłana przez rodziców na naukę do szkoły powszechnej w Póvoa de Varzim. Dziewczynka zamieszkała przy rodzinie pewnego stolarza. W 1911 r. przyjęła I Komunię świętą, a potem wróciła do domu rodzinnego.
    W Wielką Sobotę 1918 r. została napadnięta przez mężczyznę, który chciał ją zgwałcić. Uciekając przed nim, wyskoczyła przez okno i spadła z wysokości ok. 4 metrów. Z powodu tego upadku została całkowicie sparaliżowana. Od kwietnia 1925 r. nie była w stanie zupełnie podnieść się z łóżka; spędziła w nim kolejnych 30 lat.
    W pierwszych latach choroby Aleksandra błagała Boga – przez wstawiennictwo Maryi – o łaskę uzdrowienia. Obiecywała Mu, że gdy wyzdrowieje, poświęci się bez reszty pracy misyjnej. Jednak gdy przez trzy lata paraliż nie ustępował, zrozumiała, że to cierpienie jest jej powołaniem – i przyjęła je całym sercem. Jak sama powiedziała, “Matka Najświętsza wyjednała jej jeszcze większą łaskę: najpierw rezygnację, potem całkowite poddanie się woli Bożej, a w końcu pragnienie cierpienia”.
    Przeżywanie cierpienia otworzyło Aleksandrę na doświadczenia mistyczne. Doznawała głębokiego zjednoczenia z Chrystusem Eucharystycznym. Powtarzała nieraz: “Jezu, jesteś więźniem tabernakulum, a ja mojego łóżka, z Twojej woli. Będę więc trwała przy Tobie”. Między 3 października 1938 roku a 24 marca 1942 roku, co piątek (a więc w sumie 182 razy), pomimo paraliżu i w niewytłumaczalny dla nikogo sposób, wstawała z łóżka i przez trzy i pół godziny rozważała stacje Drogi Krzyżowej. 3 kwietnia 1939 r. stan jej zdrowia pogorszył się, przyjęła więc sakrament namaszczenia chorych. Zaczęła cierpieć jeszcze bardziej, tym razem także duchowo.
    W 1936 r. Pan Jezus za pośrednictwem Aleksandry polecił papieżowi poświęcić świat Niepokalanemu Sercu Maryi. Kierownik duchowy Aleksandry, o. Pinho, trzykrotnie przekazywał to życzenie papieżom. Wreszcie po dokładnym zbadaniu wiarygodności objawień przez arcybiskupa Bragi, papież Pius XII 31 października 1942 r. zawierzył świat Niepokalanemu Sercu Maryi w przesłaniu wysłanym do Fatimy. 8 grudnia tego samego roku powtórzył ten akt w watykańskiej bazylice św. Piotra.
    W dniach 13 i 28 czerwca 1939 r. Pan Jezus w widzeniu zapowiedział Aleksandrze wybuch II wojny światowej jako kary za ciężkie grzechy. Aleksandra ofiarowała Mu swoje życie, by powstrzymać rozlew krwi.
    Od 27 marca 1942 r. Jezus obdarzył Aleksandrę jeszcze jedną łaską mistyczną: od tej pory nie przyjmowała już żadnego pokarmu, żyła jedynie Eucharystią. Za radą kolejnego kierownika duchowego, ks. Umberta Pasquale, salezjanina, wstąpiła do Unii Współpracowników Salezjańskich, aby móc ofiarować swoje cierpienie dla zbawienia młodzieży. Wiele osób przybywało do niej po rady i z prośbą o modlitwę. W tym czasie ks. Pasquale zaczął gromadzić świadectwa o życiu, cierpieniach i łaskach otrzymanych przez modlitwę Aleksandry – zebrał ok. pięciu tysięcy stron.
    7 stycznia 1955 r. Jezus objawił Aleksandrze, że w tym roku zakończy ona swoje ziemskie życie; 6 maja potwierdziła to także Matka Boża. W dniu 12 października Aleksandra przyjęła sakrament namaszczenia chorych, a następnego dnia, 13 października 1955 r. – w rocznicę ostatniego objawienia Matki Bożej w Fatimie – odeszła do Pana.
    Do grona błogosławionych wprowadził ją św. Jan Paweł II w dniu 25 kwietnia 2004 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Bł. Aleksandra Maria da Costa

    Krótka biografia bł. Aleksandry Marii da Costa (1904-1955)

    Bł. Aleksandra Maria da Costa/Radio Niepokalanów

    ***

    Była jedną z największych mistyczek ubiegłego stulecia. Współcierpiąc z Chrystusem, miała udział w Jego dziele odkupienia.

    Urodziła się 30 marca 1904 r. w Balasarze w archidiecezji Braga w Portugalii. Gdy miała 7 lat, rodzice posłali ją do Póvoa de Varzim, gdzie znajdowała się najbliższa szkoła podstawowa. Mieszkała przy rodzinie pewnego stolarza. Tam w 1911 r. przyjęła I komunię św. Po osiemnastu miesiącach nauki powróciła do domu rodzinnego.

    Gdy miała 14 lat, doszło do tragicznego wydarzenia, które przesądziło o całym jej życiu. W Wielką Sobotę 1918 r., chcąc się uchronić przed gwałtem, wyskoczyła przez okno z wysokości 4 m. Następstwem upadku był postępujący paraliż.

    Od 14 kwietnia 1925 r. nie mogła już podnieść się z łóżka, w którym pozostała przez 30 lat, aż do śmierci.

    W pierwszych latach choroby błagała Boga za wstawiennictwem Matki Bożej o łaskę uzdrowienia. Złożyła też przyrzeczenie, że jeśli wyzdrowieje, poświęci się pracy misyjnej. Dopiero w 1928 r. zrozumiała, że to cierpienie jest jej powołaniem, i przyjęła je całym sercem. Mawiała: «Matka Najświętsza wyjednała mi jeszcze większą łaskę. Najpierw rezygnację, potem całkowite poddanie się woli Bożej i w końcu pragnienie cierpienia».

    Ta nowa wizja cierpienia otwiera ją na życie mistyczne. Aleksandra doznaje głębokiego zjednoczenia z Jezusem Eucharystycznym. Swoje powołanie ujmuje w następujących słowach: «Jezu, jesteś więźniem tabernakulum, a ja mego łóżka, z Twojej woli. Będę więc trwała przy Tobie». Niczym lampka przed tabernakulum, chce zawsze trwać przed Jezusem w Eucharystii, a podczas każdej Mszy św. ofiarowywać się Przedwiecznemu Ojcu za grzeszników, wraz z Jezusem i w Jego intencjach.

    Od 3 października 1938 r. do 24 marca 1942 r. co piątek — czyli 182 razy — pomimo paraliżu w niewytłumaczalny sposób wstawała z łóżka i przez trzy i pół godziny odprawiała Drogę Krzyżową.

    «Kochać, cierpieć i wynagradzać» — taki program życia wyznaczył jej sam Jezus. Od 1934 r., na polecenie swego kierownika duchownego o. Mariana Pinhy SJ, Aleksandra spisywała wszystko, co mówił do niej Zbawiciel.

    W 1936 r. Pan Jezus za jej pośrednictwem polecił papieżowi poświęcić świat Niepokalanemu Sercu Maryi. O. Pinho trzykrotnie informował papieży o tym życzeniu. Wreszcie, po dokładnym zbadaniu wiarygodności objawień przez arcybiskupa Bragi, papież Pius XII 31 października 1942 r. zawierzył świat Niepokalanemu Sercu Maryi w przesłaniu przekazanym do Fatimy. 8 grudnia tego samego roku powtórzył ten akt w Bazylice św. Piotra.

    27 marca 1942 r. Aleksandra przestała jeść i od tej pory żyła jedynie Eucharystią.

    Idąc za radą swego nowego kierownika duchownego, ks. Umberta Pasquale, salezjanina, wstąpiła do Unii Współpracowników Salezjańskich, aby swym cierpieniem przyczyniać się do zbawienia młodych. Bardzo interesowała się ludźmi, ich problemami i życiem duchowym. Wiele osób przyjeżdżało do niej po radę lub z prośbą o modlitwę. W dalszym ciągu dyktowała swój dziennik.

    7 stycznia 1955 r. zostało jej objawione, że w ciągu roku umrze. 12 października przyjęła namaszczenie chorych, a następnego dnia, w rocznicę ostatniego objawienia Matki Bożej w Fatimie, umarła. «Jestem szczęśliwa, bo idę do nieba» — powiedziała przed śmiercią. Na swym grobie, który obecnie znajduje się w kościele parafialnym w Balasarze, kazała umieścić słowa: «Grzesznicy, jeśli proch mego ciała może przyczynić się do waszego zbawienia, zbliżcie się, depczcie go, aż całkiem zniknie. Ale nie grzeszcie już więcej, nie obrażajcie naszego Pana Jezusa!»

    L\’OSSERVATORE ROMANOL’Osservatore Romano 6/2004

    ____________________________________________________________________________

    Beatyfikacja ks. Czartoryskiego i pięciu kobiet

    Jan Paweł II wyniósł na ołtarze sześcioro nowych błogosławionych. Wśród nich jest znany polski salezjanin August Czartoryski, a także salezjanki, siostry z Hiszpanii i Portugalii, dwie zakonnice z Kolumbii i Meksyku oraz jedna z Włoch.

    W kazaniu, wygłoszonym w kilku językach przypomniał sylwetki nowych błogosławionych, zwracając uwagę zwłaszcza na ich zasługi duchowe. Nawiązując do fragmentu Ewangelii św. Jana, czytanej w czasie liturgii, Papież powiedział, że gdy uczniowie „rozpoznali zmartwychwstałego Pana, (…), ufając Jego słowom, zarzucili sieci do wody i wyciągnęli na brzeg »mnóstwo ryb«”. – Podobnie jak apostołowie, my także zdumieni jesteśmy w obliczu bogactwa wspaniałości, jakie Pan Bóg dokonuje w sercach tych, którzy pokładają w Nim ufność – powiedział Papież.

    Przechodząc następnie do krótkich charakterystyk nowych błogosławionych, Ojciec Święty podkreślił, że „są oni wymownymi przykładami, jak Pan odmienia życie wierzących, kiedy Mu się ufa”.

    *Jako pierwszego omawiał polskiego księcia-salezjanina*. Oto pełny tekst tej części kazania:

    „Jak miłe są przybytki Twoje, Panie Zastępów… dzień jeden w przybytkach Twoich lepszy jest niż innych tysiące” (Ps 84/83/, 2.11). Te słowa Psalmu zapisał jako motto życia na prymicyjnym obrazku błogosławiony August Czartoryski. Zawiera się w nich zachwyt człowieka, który idąc za głosem powołania odkrywa piękno kapłańskiej posługi. Brzmi w nich również echo różnorakich wyborów, jakich musi dokonywać każdy, kto odkrywa wolę Bożą i pragnie ją pełnić.

    August Czartoryski, młody książę, wypracował skuteczną metodę rozeznawania zamysłów Bożych. Wszystkie pytania i rozterki przedstawiał najpierw Bogu w modlitwie, a potem w duchu posłuszeństwa szedł za radą swoich duchowych przewodników. Tak odczytał swoje powołanie, aby podjąć życie ubogie i służyć najmniejszym. Ta sama metoda pozwoliła mu przez całe życie dokonywać takich wyborów, że możemy dziś powiedzieć, że realizował zamysły Bożej Opatrzności w sposób heroiczny.

    Przykład jego świętości pragnę pozostawić szczególnie ludziom młodym, którzy dziś szukają sposobu na odkrywanie woli Bożej odnośnie do ich życia i pragną wiernie podążać każdego dnia za głosem Bożym. Moi drodzy młodzi przyjaciele, uczcie się od błogosławionego Augusta gorąco prosić na modlitwie o światło Ducha Świętego i o mądrych przewodników, abyście mogli poznawać Boży plan waszego życia i byście zdołali zawsze kroczyć drogą świętości.

    *Z kolei Papież przedstawił krótko zasługi pozostałych beatyfikowanych*. O pierwszej z nich – Kolumbijce *bł. Laurze Montoya* – powiedział m.in., iż przejęta losem tubylców, mieszkających z dala od ośrodków miejskich, postanowiła założyć Zgromadzenie Misjonarek Maryi Niepokalanej i św. Katarzyny Sieneńskiej, „aby nieść światło Ewangelii mieszkańcom dżungli”. Czuła się ona duchową matką autochtonów, którym pragnęła ukazać miłość Boga. Żyłą w trudnych czasach, „gdyż napięcia społeczne wykrwawiały również wtedy jej szlachetną ojczyznę”, toteż „czerpiąc natchnienie z jej pokojowego przesłania, prosimy dzisiaj, aby umiłowana Kolumbia cieszyła się wkrótce pokojem, sprawiedliwością i postępem” – powiedział Papież.

    Zaznaczył następnie, że skierowane trzykrotnie do Piotra pytanie Jezusa: „Czy Mnie miłujesz?” zadaje On także ludziom wszystkich czasów, a chrześcijanie winni odpowiedzieć z całą mocą i szybko na plany, jakie Bóg ma wobec każdego człowieka. Tak uczyniła Meksykanka *bł. Maria Guadalupe Garcia Zavala*, która wyrzekłszy się małżeństwa, oddała się w służbę najuboższym, potrzebującym i chorym, powołując do życia Zgromadzenie Sióstr św. Małgorzaty Marii i Ubogich. – Z głęboką wiarą, nieskończoną nadzieją i wielką miłością Boga szukała ona własnego uświęcenia, płynącego z umiłowania Serca Jezusowego i wierności Kościołowi. W ten sposób żyła zgodnie z hasłem, które pozostawiła swym siostrom: „Miłość aż do ofiary i stałość aż do śmierci” – powiedział Ojciec Święty.

    Podkreślił z kolei, że okazywanie miłości Boga dzieciom, biednym i każdemu człowiekowi w każdym zakątku ziemi było bodźcem do działania Włoszki *bł. Nemezji Valle* przez całe jej życie – kontynuował kaznodzieja. Nauczanie to pozostawiła jako szczególny nakaz swym Siostrom Miłosierdzia św. Joanny Antydy Thouret, jak również wiernym archidiecezji turyńskiej. – Jest to przykład jaśniejącej świętości, podniesionej do najwyższych stopni doskonałości ewangelicznej, która się przekłada na proste gesty codziennego życia, całkowicie polegającego na Bogu – podkreślił Papież. Dodał, że nowa błogosławiona nadal powtarza nam wszystkim: „Świętość nie polega na czynieniu wielu lub wielkich rzeczy. Świętym jest ten, kto pełni swe codzienne zadania dla Pana”.

    Również Hiszpanka *bł. s. Euzebia Palomino Yenes* usłyszała pewnego dnia wołanie Pana: „Pójdź za Mną” i odpowiedziałą na nie silną duchowością i głęboką pokorą w życiu codziennym. Jako dobra salezjanka była ożywiana umiłowaniem Eucharystii i Maryi Panny. Ważne były dla niej miłość i służba, o resztę nie dbała, była wierna salezjańskiemu hasłu: „Da mihi animas, caterea tolle” (Daj dusze, resztę zabierz). Radykalizmem i dokładnym przylgnięciem do dokonanego prze z siebie wyboru s. Euzebia kroczyła fascynującą, a zarazem wymagającą drogą świętości dla nas wszystkich, a zwłaszcza dla młodych naszych czasów – mówił Papież.

    Jako ostatnią przypomniał Portugalkę *bł. Aleksandrynę Marię da Costa*, której życie można porównać z odpowiedzią Szymona-Piotra na trzykrotne pytanie Jezusa: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię miłuję”. Odpowiedziała ona podobnie Jezusowi na to pytanie, całym swoim życiem okazując, że Go kocha. Poślubiona Mu krwią, przeżywała mistycznie Mękę Chrystusa i ofiarowała Mu samą siebie za grzeszników – mówił Ojciec Święty. Podkreślił, że czerpała ona siłę wyłącznie z Eucharystii, żywiąc się nią jako jedynym pokarmem przez 13 lat. W dewizie życiowej nowej błogosławionej: „Cierpieć, kochać, wynagradzać” chrześcijanie mogą odnaleźć bodziec i motywację do uszlachetniania wszystkiego, co w życiu jest bolesne i smutne, przez najwyższą próbę miłości: poświęcenia życia za tego, kogo się kocha – stwierdził Jan Paweł II.

    – „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham” (J 21, 15). Podobnie jak Piotr, jak inni Apostołowie na brzegu Jeziora Tyberiadzkiego, również ci nowi błogosławieni powtórzyli to proste, lecz wymowne wyznanie wiary i miłości, i byli mu do końca konsekwentni. Miłość do Chrystusa jest tajemnicą świętości! Drodzy bracia i siostry, idźmy za przykładem tych Błogosławionych! Dajmy, jak oni, konsekwentne świadectwo wiary i miłości w żywej i czynnej obecności Zmartwychwstałego! – zakończył swe kazanie Papież.

    Kai.pl/25 kwietnia 2004 |

    ______________________________________________________________________________________________________________


    12 października

    Błogosławiony Jan Beyzym, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Serafin z Montegranaro, zakonnik
      •  Święty Edwin, król
    ***
    Błogosławiony Jan Beyzym

    Jan Beyzym urodził się 15 maja 1850 roku w Beyzymach na Wołyniu, w rodzinie szlacheckiej. Po ukończeniu gimnazjum w Kijowie w 1872 r. wstąpił do Towarzystwa Jezusowego (jezuitów). 26 lipca 1881 r. w Krakowie przyjął święcenia kapłańskie. Przez wiele lat był wychowawcą i opiekunem młodzieży w kolegiach Towarzystwa Jezusowego w Tarnopolu i Chyrowie.
    W wieku 48 lat podjął decyzję o wyjeździe na misje. Prośba, którą 23 października 1897 roku skierował do generała zakonu jezuitów, o. Ludwika Martina, świadczy o tym, że była ona głęboko przemyślana:Rozpalony pragnieniem leczenia trędowatych, proszę usilnie Najprzewielebniejszego Ojca Generała o łaskawe wysłanie mnie do jakiegoś domu misyjnego, gdzie mógłbym służyć tym najbiedniejszym ludziom, dopóki będzie się to Bogu podobało. Wiem bardzo dobrze, co to jest trąd i na co muszę być przygotowany; to wszystko jednak mnie nie odstrasza, przeciwnie, pociąga, ponieważ dzięki takiej służbie łatwiej będę mógł wynagrodzić za swoje grzechy.Generał wyraził zgodę. Początkowo o. Beyzym miał jechać do Indii, ale nie znał języka angielskiego. Udał się więc na Madagaskar, gdzie językiem urzędowym był francuski, którego Beyzym uczył się już w Chyrowie. Tam oddał wszystkie swoje siły, zdolności i serce opuszczonym, chorym, głodnym, wyrzuconym poza nawias społeczeństwa; szczególnie dużo uczynił dla trędowatych. Zamieszkał wśród nich na stałe, by opiekować się nimi dniem i nocą. Stworzył pionierskie dzieło, które uczyniło go prekursorem współczesnej opieki nad trędowatymi. Z ofiar zebranych głównie wśród rodaków w kraju (w Galicji) i na emigracji wybudował w 1911 r. w Maranie szpital dla 150 chorych, by zapewnić im leczenie i przywracać nadzieję. W głównym ołtarzu szpitalnej kaplicy znajduje się sprowadzona przez o. Beyzyma kopia obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Do dzisiaj chorzy Malgasze otaczają Maryję z Jasnej Góry wielką czcią. Szpital bowiem istnieje do dziś.Wyczerpany pracą ponad siły, o. Beyzym zmarł 2 października 1912 roku, otoczony nimbem bohaterstwa i świętości. Śmierć nie pozwoliła mu zrealizować innego cichego pragnienia – wyjazdu na Sachalin do pracy misyjnej wśród katorżników.Proces beatyfikacyjny o. Jana Beyzyma SJ – “posługacza trędowatych” – rozpoczął się w 1984 roku. Dekret Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych dotyczący heroiczności życia i cnót o. Beyzyma został odczytany w obecności św. Jana Pawła II w Watykanie 21 grudnia 1992 roku. W marcu 2002 r. kard. Macharski zamknął dochodzenie kanoniczne w sprawie cudownego uzdrowienia młodego mężczyzny za wstawiennictwem Jana Beyzyma. Jego beatyfikacji dokonał podczas swej ostatniej pielgrzymki do Polski św. Jan Paweł II. Na krakowskich Błoniach 18 sierpnia 2002 r. mówił on m.in.:

    Św. Jan Paweł II podczas beatyfikacji Jana Beyzyma SJ, Kraków-Błonia, 18 sierpnia 2002 r.

    Pragnienie niesienia miłosierdzia najbardziej potrzebującym zaprowadziło błogosławionego Jana Beyzyma – jezuitę, wielkiego misjonarza – na daleki Madagaskar, gdzie z miłości do Chrystusa poświęcił swoje życie trędowatym. Służył dniem i nocą tym, którzy byli niejako wyrzuceni poza nawias życia społecznego. Przez swoje czyny miłosierdzia wobec ludzi opuszczonych i wzgardzonych dawał niezwykłe świadectwo Ewangelii. Najwcześniej odczytał je Kraków, a potem cały kraj i emigracja. Zbierano fundusze na budowę na Madagaskarze szpitala pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej, który istnieje do dziś. Jednym z promotorów tej pomocy był św. Brat Albert.
    Dobroczynna działalność błogosławionego Jana Beyzyma była wpisana w jego podstawową misję: niesienie Ewangelii tym, którzy jej nie znają. Oto największy dar: dar miłosierdzia – prowadzić ludzi do Chrystusa, pozwolić im poznać i zakosztować Jego miłości. Proszę was zatem, módlcie się, aby w Kościele w Polsce rodziły się coraz liczniejsze powołania misyjne. W duchu miłosierdzia nieustannie wspierajcie misjonarzy pomocą i modlitwą.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    11 października

    Święty Jan XXIII, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Aleksander Sauli, biskup
      •  Święty Bruno I Wielki z Kolonii, biskup
    ***
    Błogosławiony Jan XXIII

    Urodził się we Włoszech 25 listopada 1881 r. jako Angelo Giuseppe Roncalli, w biednej rodzinie chłopskiej. Jego matka była osobą bardzo religijną. Urodziła 11 dzieci, z których Angelo przyszedł na świat jako czwarty. Charakteryzowała go niezwykła dobroć, ciepło i pogoda ducha.
    Mając 12 lat wstąpił do niższego seminarium duchownego w Bergamo, które było wówczas jednym z najbardziej prestiżowych miejsc kształcenia przyszłych księży. Tam też został przyjęty do III Zakonu św. Franciszka (1 marca 1896 r.). Po otrzymaniu stypendium za wyniki w nauce, rozpoczął naukę w Papieskim Seminarium Rzymskim. W 1902 roku przerwał naukę na rok, żeby odbyć służbę wojskową. Po jej zakończeniu obronił doktorat z teologii i przyjął święcenia kapłańskie. Rok po podjęciu nauki w seminarium zaczął spisywać swoje notatki duchowe i kontynuował tę pracę aż do późnej starości. Jego zapiski wydane zostały pod tytułem “Dziennik duszy”. W 1903 roku napisał w nim między innymi: “Bóg pragnie, abyśmy podążali wzorem świętych poprzez czerpanie z życiodajnej esencji ich cnót, a następnie przerabianie jej na swój własny sposób, adaptowanie do naszych indywidualnych możliwości i okoliczności życia. Gdyby św. Alojzy był taki, jak ja, stałby się świętym w zupełnie inny sposób”.
    Jako młodemu księdzu powierzono mu funkcję sekretarza biskupa Bergamo, Giacomo Radiniego Tedeschi. W tym czasie wykładał też w seminarium, redagował biuletyn “Życie diecezjalne”, współpracował również z innym lokalnym pismem katolickim, a także był duszpasterzem Akcji Katolickiej. Inspirowała go zwłaszcza postawa świętych: Karola Boromeusza, Franciszka Salezego i Grzegorza Barbarigo.
    W 1925 mianowany został oficjałem w Bułgarii i arcybiskupem Areopolis. Jako swoje hasło biskupie Angelo Roncalli wybrał Obedientia et Pax (Posłuszeństwo i pokój). W późniejszych latach pełnił funkcję kolejno: apostolskiego delegata w Bułgarii, w Turcji i Grecji oraz nuncjusza apostolskiego w Paryżu. Tę ostatnią funkcję sprawował już w czasie trwania II wojny światowej.
    W 1953 roku Angelo Roncalli został mianowany kardynałem i patriarchą Wenecji. Prezydent Francji, Vincent Auriol, powołał się na stary przywilej francuskich królów i sam włożył czerwony kapelusz na głowę kardynała Roncalli w czasie ceremonii w Pałacu Elizejskim. Z tego okresu przyszły papież zapamiętał pewne humorystyczne zdarzenie, kiedy to na jednym z oficjalnych przyjęć, na jakie został zaproszony, pojawiła się kobieta w sukni z zadziwiająco dużym dekoltem. Zwróciło to uwagę nie tyle na samą kobietę, co na kardynała – goście przyglądali się jego reakcji na odsłonięte kobiece wdzięki. Po przyjęciu kardynał podszedł do kobiety, wręczył jej czerwone jabłko i zapytał: “Pamięta Pani, co uświadomiła sobie Ewa, kiedy zjadła jabłko?”.

    Błogosławiony Jan XXIII

    W 1958 roku, po śmierci Piusa XII, podczas trzydniowego konklawe, kard. Roncalli został wybrany papieżem. Jego pierwszą reakcją był strach i zmieszanie wyrażone w słowach: tremens factus sum ego timero (drżę i lękam się). Ufny w wybór biskupów i Bożą Opatrzność, Angelo Roncalli przyjął wybór konklawe, a wraz z nim imię Jana XXIII. Przez zebranych na konklawe biskupów był traktowany jako “papież przejściowy”. Ich faworytem był arcybiskup Mediolanu Montini, ale ten nie był w tamtym czasie jeszcze kardynałem. Godność tę otrzymał później z rąk samego Jana XXIII, a jeszcze później został jego następcą jako Paweł VI.
    Jan XXIII jako papież podbił serca wiernych. Zawsze otwarty na kontakty z prasą, patrzył odważnie w obiektyw aparatu. Był pierwszym papieżem od 1870 r., który odbył oficjalne spotkanie poza Watykanem. Spotkał się wówczas z więźniami, którzy sami do niego przyjść nie mogli. Słynął także ze zdystansowanego podejścia do ceremoniału papieskiego. Starał się go przestrzegać, ale z przymrużeniem oka. Anegdotyczna opowieść dotycząca dnia koronacji Jana XXIII na papieża mówi, że kiedy podszedł do niego po błogosławieństwo włoski ordynariusz polowy, zobaczył, jak papież przyjmuje postawę zasadniczą i usłyszał: “Panie generale, melduje się sierżant Roncalli”. Przez ludzi zapamiętany został jako papież, który palił fajkę i zawsze się uśmiechał, a przede wszystkim jako papież, który zwołał Sobór Watykański II i na zawsze zmienił historię Kościoła.
    Sobór Watykański II zwołano, ku zdziwieniu wielu, na mniej niż 90 lat po kontrowersyjnym Soborze Watykańskim I. Ponadto, pomimo zapewnień sekretarzy, że na przygotowania potrzeba dziesiątek lat – Jan XXIII przewidział tylko kilkanaście miesięcy pomiędzy zwołaniem a rozpoczęciem soboru 11 października 1962 r.

    Błogosławiony Jan XXIII

    Jan XXIII ogłosił osiem encyklik, z których najważniejsze to “Mater et Magistra” oraz “Pacem in terris”. Ta druga adresowana była do “wszystkich ludzi dobrej woli”, nawoływała do pokoju między narodami całego świata. Papież ustanowił komisję ds. rewizji prawa kanonicznego, której ostatecznym celem było opracowanie nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego (opublikowanego w 1983 r.). Wiele ojcowskiej troski wykazał o “Kościół milczenia”, prześladowany na różne sposoby w krajach rządzonych przez komunistów, m.in. w Polsce.
    3 czerwca 1963 roku, o godzinie 19:49 (dzień po Zesłaniu Ducha Świętego), w wyniku krwotoku związanego z wcześniej zdiagnozowanym rakiem żołądka, Jan XXIII zmarł. Jego ostatnie słowa brzmiały: “Nie mam innej woli, jak tylko wolę Boga. Ut unum sint!” (Aby byli jedno!). W swoim testamencie, nawiązując do duchowości franciszkańskiej, z jaką związał się we wczesnych latach młodości, pisał: “Pozory dostatku często zasłaniały ukryte ciernie dotkliwego ubóstwa i uniemożliwiały mi dawanie zawsze z taką hojnością, jakiej bym pragnął. Dziękuję Bogu za tę łaskę ubóstwa, które ślubowałem w młodości, ubóstwa ducha, jako kapłan Serca Bożego, i ubóstwa rzeczywistego, co mi dopomogło, by nigdy o nic nie prosić, ani o stanowiska, ani o pieniądze, ani o względy, nigdy, ani dla siebie, ani dla mojej rodziny, czy przyjaciół”.
    Św. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym w 2000 roku, razem z papieżem Piusem IX. W liturgii wspominany jest 11 października – w rocznicę dnia, w którym nastąpiło uroczyste otwarcie Soboru Watykańskiego II.
    Jan XXIII został kanonizowany przez papieża Franciszka – wraz z Janem Pawłem II – na placu św. Piotra w Rzymie w niedzielę Miłosierdzia Bożego, 27 kwietnia 2014 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    10 października

    Błogosławiona
    Maria Angela Truszkowska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Daniel i Towarzysze
      •  Święty Jan z Bridlington, prezbiter
      •  Święty Tomasz z Villanova, biskup
      •  Święty Paulin z Yorku, biskup
    ***
    Błogosławiona Maria Angela Truszkowska

    Zofia Kamila urodziła się 16 maja 1825 r. w Kaliszu jako dziecko wielodzietnej, głęboko wierzącej rodziny szlacheckiej. Jej ojciec był prawnikiem. Od najmłodszych lat wyczulona była na działanie łaski Bożej i wrażliwa na potrzeby drugiego człowieka. Pragnęła życia zakonnego i usilnie pracowała nad sobą. Po latach edukacji w Warszawie i Szwajcarii wróciła do domu i pielęgnowała chorego ojca, a w miarę możliwości niosła pomoc ubogim.
    W 1854 r. wstąpiła w szeregi Stowarzyszenia św. Wincentego a Paulo i należała do członkiń najgorliwiej odwiedzających chorych i opiekujących się ubogimi. Umiała zachęcić do działalności charytatywnej wiele młodych kobiet. Z jej inicjatywy powstał w Warszawie mały przytułek dla biednych dzieci i opuszczonych samotnych staruszek. 27 maja 1855 r. razem ze swoją krewną wstąpiła do świeckiego III zakonu św. Franciszka. Jej powołanie związane było z postacią bł. ojca Honorata Koźmińskiego, wielkiego apostoła zgromadzeń bezhabitowych. 21 listopada 1855 r. obie siostry Truszkowskie poświęciły się Najświętszej Maryi Pannie, obiecując rozwijać dzieło rozpoczęte z woli Boga. Datę tę przyjmuje się jako początek nowego Zgromadzenia. Siostry wraz ze swymi podopiecznymi często modliły się w kościele ojców kapucynów przed ołtarzem św. Feliksa z Cantalice, dlatego też nazwano je “felicjankami”.
    10 kwietnia 1857 r. siostry przyjęły habit zakonny, a ich wspólnotą kierował dalej o. Honorat Koźmiński. Pod koniec 1859 r. matka Angela stanęła oficjalnie na czele nowego zgromadzenia. W latach 1858-1864 siostry felicjanki założyły 27 ochronek wiejskich i rozwinęły wielostronną działalność charytatywną w Warszawie. W październiku 1860 r. matka Angela wraz z jedenastoma towarzyszkami odłączyła się od sióstr czynnych, tworząc grupę kontemplacyjną opartą na drugiej regule św. Franciszka – siostry kapucynki. Po wybuchu powstania styczniowego na mocy ukazu carskiego felicjanki czynne zostały rozwiązane. Podczas obrad kapituły zgromadzenia, 25 sierpnia 1868 r., matka Angela została jednogłośnie wybrana po raz trzeci przełożoną generalną. 21 listopada tegoż roku złożyła śluby wieczyste. Rok później, ze względu na postępującą chorobę nowotworową oraz prawie całkowitą utratę słuchu, zrzekła się urzędu. Odtąd przez 30 lat służyła swemu Zgromadzeniu cichą pracą, modlitwą, ofiarą, dobrym przykładem i radą.
    Wzór doskonałego posłuszeństwa wobec woli Bożej Maria Angela widziała w Maryi. Uczyła się od Niej pokory, zawierzenia i męstwa w cierpieniu. Wierzyła, że tylko przez Maryję można osiągnąć doskonałe zjednoczenie z Bogiem. Dlatego wszystkie swoje siostry oddała Niepokalanemu Sercu Maryi. Żywiła wielki kult Eucharystii, wielbiła Chrystusa ukrytego w tabernakulum. Usilnie zabiegała o uzyskanie dla swojego zgromadzenia przywileju nieustannej adoracji, aby ożywiać i umacniać w siostrach miłość do Eucharystii.
    Na kilka miesięcy przed śmiercią przeżyła wielką radość, przyjmując z rąk kardynała Jana Puzyny dekret papieża Leona XIII zatwierdzający zgromadzenie. Zmarła wyniszczona chorobą nowotworową i cierpieniami, które znosiła w pokorze, 10 października 1899 r. w Krakowie. Św. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji matki Marii Angeli Truszkowskiej 18 kwietnia 1993 r. podczas uroczystej Mszy św. na placu św. Piotra w Rzymie. Mówił wtedy, że jej życie “znaczone było miłością. Była to troska o wszystkich głodnych chleba, serca i domu oraz prawdy ewangelicznej”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    9 października

    Błogosławiony Wincenty Kadłubek, biskup

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Dionizy, biskup, i Towarzysze
      •  Święty Jan Leonardi, prezbiter
      •  Święty Ludwik Bertrand, prezbiter
      •  Święci Cyryl Bertram i Towarzysze, męczennicy
      •  Abraham, patriarcha
    ***
    Błogosławiony Wincenty Kadłubek

    Wincenty urodził się w Karwowie pod Opatowem pomiędzy 1155 a 1160 r. W sprawie jego pochodzenia historycy nie są zgodni. Jedni uważają, że pochodził z rodu Porajów herbu Róża (Różyców). Inni natomiast podają, że z tego rodu pochodziła matka Wincentego, a ojcu przypisują imię Bogusław. W jeszcze innych źródłach pojawia się informacja, że Wincenty należał do rodu Lisów, a jego ojcem był możny palatyn Stefan, brat wojewody krakowskiego Mikołaja (Mikory). Nazwisko Kadłubek pojawia się po raz pierwszy dopiero w dokumentach z XV w. Przypuszcza się jednak, że pochodzi z rękopisów dawniejszych.
    Pierwsze nauki Wincenty pobierał w pobliskiej Stopnicy, potem udał się do Krakowa, gdzie uczęszczał do szkoły katedralnej, w której wykładał biskup Mateusz Cholewa. Cieszył się przyjaźnią księcia Kazimierza Sprawiedliwego, który być może wspomógł go materialnie i umożliwił studia za granicą. Nie wiemy, na którym uniwersytecie Wincenty wówczas studiował. Nie było jednak jeszcze wtedy wielu uniwersytetów. Przypuszcza się, że miejscem jego nauki były Paryż albo Bolonia – albo obie te uczelnie. Wincenty należał więc do elity uczonych w Polsce.
    Po raz pierwszy Wincenty nazwany jest mistrzem (magistrem) w dyplomie Kazimierza Sprawiedliwego z 12 kwietnia 1189 r. Zapewne zaraz po powrocie ze swoich studiów otrzymał święcenia kapłańskie. Do kraju powrócił Mistrz Wincenty między 1183 a 1189 r., gdyż w 1189 r. był na pewno na dworze książęcym Kazimierza Sprawiedliwego, zapewne w charakterze notariusza, a potem kanclerza jego dworu. Zapewne zaraz po powrocie ze swoich studiów otrzymał święcenia kapłańskie. Mógł więc być także kapelanem książęcym. W tym czasie zaczął zapewne pisać swoją Kronikę polską (Chronica Polonorum) – największe dzieło swego życia i literatury tamtych czasów. Wracając z zagranicy prawdopodobnie przywiózł ze sobą relikwie św. Floriana męczennika. Mógłby na to wskazywać fakt szczególnego nabożeństwa Wincentego do św. Floriana, który dotąd był w Polsce zupełnie nieznany.
    Po śmierci księcia Wincenty został prepozytem kolegiaty sandomierskiej (1194). Korzystając z wolnego czasu kontynuował pisanie Kroniki (1194-1207). W 1207 r. umarł biskup krakowski, Pełka. Na jego następcę został wybrany Wincenty. Papież Innocenty III bullą z 18 marca 1208 r. wybór ten zatwierdził. Konsekracji dokonał arcybiskup gnieźnieński, Kietlicz. Wincenty jako biskup podpisywał się “niegodny sługa Kościoła”. Świadczy to, jak pojmował zadanie swojego urzędu. Należał do najżarliwszych zwolenników reform, jakie wówczas w Polsce przeprowadził abp Henryk Kietlicz (wprowadzenie celibatu, uniezależnienie Kościoła od władzy świeckiej). Dla poparcia reform, inspirowanych przez Stolicę Apostolską, Wincenty brał udział w synodach, zwołanych specjalnie w tym celu w Borzykowie (1210), w Matyczowie (1212), w Wolborzu (1214), w których uczestniczyli również książęta – Leszek Biały, Konrad Mazowiecki, Henryk Brodaty i Władysław Odonicz. Reformy te przeprowadzano również na zjazdach w Gnieźnie (1213) i w Sieradzu (1213). Kiedy na Kraków najechał Mieszek Raciborski, przeciwnik reform, Wincenty – z powodu swojej postawy – musiał czasowo opuścić miasto (1210). W 1212 r. na zjeździe w Mąkowie omawiano sprawę Prus i nawrócenia Prusaków. Tego roku Wincenty wziął udział w konsekracji biskupa poznańskiego w Mstowie.
    Wincenty jako biskup krakowski wspierał szczególnie zakony bożogrobowców (nadał dziesięciny ze wsi Świniarowo Kanonikom Bożego Grobu w Miechowie) i cystersów (klasztorowi w Sulejowie darował dwie wsie, opactwu w Pokrzywnicy darował wieś, a opactwu w Jędrzejowie nadał przywilej pobierania dziesięcin z trzech wsi). Wśród jego osiągnięć warto wymienić zreformowanie kapituł prowincjalnych, zlikwidowanie kolegiaty w Kijach (1213), oddanie kościoła oraz wsi Podłęże zreformowanej kolegiacie w Kielcach (1214), konsekrację bazyliki w Krakowie pod wezwaniem św. Floriana (1216) i wreszcie osobisty udział w uroczystej koronacji Kolomana Węgierskiego na króla Rusi Halickiej oraz w Soborze Laterańskim IV (1215), który miał charakter wybitnie reformistyczny. O soborze Wincenty zawiadomił swoje duchowieństwo i wiernych na synodzie w Sieradzu, gdzie przygotowano propozycje na sobór (1213). Na tym właśnie soborze wprowadzono obowiązek spowiedzi i Komunii wielkanocnej, obostrzono przepisy odnośnie małżeństwa, by nie dopuścić do konkubinatów, obostrzono przepisy dotyczące karności kościelnej, zwłaszcza celibatu duchownych, i ogłoszono nową krucjatę na rok 1217.
    Po powrocie do kraju Wincenty energicznie wprowadził w swojej diecezji uchwalone na soborze ustawy. Niewykluczone, że z polecenia księcia Leszka Białego pośredniczył także w wysłaniu na dwór węgierski księżniczki bł. Salomei. Wincenty ma także zasługę w podniesieniu poziomu szkoły katedralnej, którą kiedyś sam prowadził. Szerzył kult św. Floriana i św. Stanisława, biskupa. Cześć do Najświętszego Sakramentu miał podkreślić przez wprowadzenie tzw. wiecznej lampki przed tabernakulum.

    Błogosławiony Wincenty Kadłubek

    Po dziesięciu latach pasterzowania diecezji krakowskiej, za pozwoleniem papieża Honoriusza III, w 1218 r. Wincenty zrzekł się urzędu. Czuł, że spełnił zadanie swojego życia i postanowił wstąpić do klasztoru. Wybrał sobie opactwo cystersów w Jędrzejowie, przy kościele, który sam konsekrował. Zgodnie z zasadą ascetyczną “Bogu wszystko – sobie nic” pozostawił swój majątek rodowy, bogactwo i splendor urzędu biskupiego, sławę, jaką cieszył się na dworze księcia krakowskiego i – jak podaje tradycja – boso i pieszo jako pokutnik udał się do klasztoru. Przyjął go opat Teodoryk (1206-1247), trzeci z kolei przełożony klasztoru. Opat z zakonnikami wyszli mu na spotkanie; miejscowi do dziś pokazują usypany na tym miejscu Kopiec Spotkania. Ówczesnym zwyczajem biskup rzucił się przed opatem i całym konwentem na twarz i prosił o przyjęcie. Wincenty przeżył tam ostatnich 5 lat swego życia. Mimo że liczył wtedy ok. 70 lat, jako zwyczajny mnich spełniał wszystkie obowiązki surowej reguły: wstawał o północy na dwugodzinne pacierze, uczestniczył siedem razy każdego dnia we wspólnych modlitwach, zachowywał posty. Zasadą cysterskich pokutników było skąpe pożywienie, zgrzebny strój i krótki sen.
    W wolnych chwilach kończył pisać Kronikę polską. Jako biskup krakowski napisał trzy pierwsze księgi. Teraz zamierzał dzieło dokończyć. Niestety napisał tylko część czwartą – śmierć zabrała go zbyt rychło i przerwała Kronikę w najciekawszym miejscu, kiedy zaczął pisać dzieje, których sam był świadkiem. Kronikę swoją zdołał doprowadzić zaledwie do roku 1202, to jest do końca księgi czwartej. Wincenty Kadłubek jest pierwszym historykiem polskim. Jego historia ma formę dialogu. Jest pisana pięknym językiem łacińskim. Zasługą Wincentego jest to, że zebrał w niej wszystkie podania i mity o początkach Polski. Dużo jest w niej poetyckiej fantazji, ale są także ważne ziarna tradycji.
    Wincenty zmarł w Jędrzejowie 8 marca 1223 r. i został pochowany w prezbiterium klasztornego kościoła, co może świadczyć o tym, że zmarł w opinii świętości. Publiczny kult biskupa-mnicha nie rozwinął się od razu. Klasztory cysterskie były wtedy szczelnie zamknięte, nawet ich wspaniałe świątynie służyły jedynie celom klasztornym. Nawiedzali grób Wincentego Konrad Mazowiecki, król Kazimierz Wielki, król Kazimierz Jagiellończyk wraz ze swoją matką królową Zofią i Jan Długosz, który w swoich Dziejach wydał mu najpiękniejsze świadectwo. Z lat 1583-1640 Szymon Starowolski na podstawie ksiąg klasztornych przytacza ponad 150 wypadków cudownych, przypisywanych Wincentemu. Wśród nich są nawet wskrzeszenia umarłych.
    26 kwietnia 1633 r. dokonano otwarcia grobu Wincentego. Ciało znaleziono prawie nienaruszone, co przyczyniło się do rozbudzenia jego czci. 19 sierpnia tegoż roku ciało umieszczono w mauzoleum, specjalnie dla tego celu zbudowanym. Odtąd kult Wincentego stał się bardzo żywy. Zaczęli napływać pielgrzymi, za zgodą biskupa krakowskiego odprawiano przed ołtarzem wzniesionym Msze wotywne ku czci Kadłubka, przed mauzoleum palono świece. W 1683 r. papież bł. Innocenty XI uznał ołtarz Wincentego za uprzywilejowany, tzn. obdarzony przywilejem odpustu. 13 listopada 1634 r. synod krajowy pod przewodnictwem prymasa Jana Wężyka wniósł do Stolicy Apostolskiej urzędową prośbę o kanonizację Wincentego Kadłubka (oraz Stanisława Kostki, Kingi, Władysława z Gielniowa, Jozafata Kuncewicza i Jana Kantego). W roku 1764 Kongregacja Obrzędów zatwierdziła kult, a papież Klemens XIII podpisał odpowiednią bullę, co równało się formalnej beatyfikacji. Wincenty jest patronem archidiecezji warmińskiej oraz diecezji kieleckiej i sandomierskiej.
    W ikonografii bł. Wincenty przedstawiany jest w stroju biskupim. Jego atrybutami są pastorał oraz infuła u stóp.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________

    Staroświecki historyk – bł. Wincenty Kadłubek

    Staroświecki historyk - bł. Wincenty Kadłubek

    Bł. Wincenty Kadłubek/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    To, jak człowiek czyta historię, zależy od tego, co ma w głowie i w sercu.

    Zasłynął przede wszystkim jako pierwszy w historii uczony Polak i pisarz, autor „Kroniki Polski”. Był kapelanem i doradcą księcia krakowskiego, potem biskupem krakowskim, w końcu mnichem cysterskim. Kiedy po 400 latach otwarto grób, jego ciało znaleziono prawie nienaruszone.

    Bł. Wincenty Kadłubek urodził się ok. roku 1150. Wiedzę zdobywał najpierw w Krakowie, potem studiował w Paryżu lub w Bolonii, lub nawet na obu uniwersytetach. Bez wątpienia należał do najbardziej światłych Polaków swojej epoki. Krakowski książę Kazimierz Sprawiedliwy uczynił go swoim kapelanem i doradcą, on też namówił go do pisania „Kroniki”. Po śmierci księcia Wincenty został prepozytem kolegiaty w Sandomierzu, a w 1208 r. wybrano go biskupem krakowskim. Jako biskup wziął udział w Soborze Laterańskim IV (1215 r.).

    We wstępie do jednego z dokumentów, wystawionych przez biskupa Wincentego, czytamy: „Ojczyzna i Kościół potrzebują opieki ze strony swoich synów, najlepiej mogą oni bronić ojczyzny i Kościoła przez piśmienne regulowanie stosunków własnościowych i przestrzeganie prawa”. Po dziesięciu latach pasterzowania w Krakowie Wincenty zrezygnował z biskupstwa i postanowił wstąpić do klasztoru cystersów w Jędrzejowie. Osiemdziesięciokilometrową drogę z Krakowa do opactwa przebył jako pielgrzym, pieszo i boso. Do dziś w Jędrzejowie pokazują kopiec, usypany w miejscu, gdzie Wincenty padł na twarz przed opatem, prosząc go o przyjęcie do wspólnoty. Jako cysterski mnich Wincenty kontynuował pisanie swojej „Kroniki”. Pisał ją po łacinie, pięknym, wyszukanym stylem.

    W jego dziele historia miesza się z poetycką fantazją. Jest świadectwem jego żarliwej miłości do Polski, rozbitej wtedy na dzielnice. Jak powie po latach kard. Wyszyński, dzieło Kadłubka „stawia sobie za cel uczyć cnoty, zwłaszcza miłości ojczyzny, miłości własnego kraju, do dziejów ojczystych, zachęcać do czynów rycerskich, czynów wzniosłych”. Mistrz Wincenty nie zdążył dokończyć dzieła, doprowadził je do roku 1202 r., sam zmarł w 1223 r., po pięciu latach surowego życia klasztornego.

    Święty historyk? Ciekawe zestawienie. Bardzo aktualne dziś, kiedy historia stała się narzędziem walki politycznej. Politycy, dziennikarze, historycy wyciągają z niej brudy, którymi obrzucają innych. Jak tak dalej pójdzie, historia będzie się nam kojarzyć z wielkim szambem, zmagazynowanym w teczkach, z których co chwila wypływa kolejna śmierdząca sprawa. Czy na historię składają się tylko dzieje zdrady, nieprawości i głupoty? Czy nie są to także dzieje dobra, patriotyzmu, wierności i innych jasnych stron ludzkiej duszy? To, jak człowiek czyta historię, zależy od tego, co ma w głowie i w sercu.

    Zarzuca się bł. Wincentemu, że za bardzo moralizował i dlatego nie jest wiarygodny. Na marginesie opisywanej historii notował np.: „Każde państwo kwitnie zgodą, a nie kłótniami” lub „Nie godzi się o własnym myśleć bezpieczeństwie, gdy dobro ogółu jest narażone na niebezpieczeństwo”. Racja, takie teksty brzmią dziś w Polsce bardzo staroświecko… Niestety.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    _______________________________________________________________________________

    ŚRODA, 9 PAŹDZIERNIKA 2024

    bł. Johna Henry’ego Newmana

    JOHN HENRY NEWMAN

    Herbert Rose Barraud – Newman | PD

    ***

    Bł. John Henry Newman urodził się 21 lutego 1801 r. w Londynie, w zamożnej rodzinie anglikańskiej. W wieku 15 lat Newman przeżył swoje pierwsze nawrócenie, które – jak mawiał – uczyniło z niego „właściwego chrześcijanina”. Uznał wtedy fundamentalne, nieodzowne dla wiary, znaczenia dogmatów.

    W 1817 rozpoczął studia w – na wskroś anglikańskim – Trinity College w Oksfordzie. Rok 1822 był ważnym rokiem dla młodego Newmana: podjął decyzję o przyjęciu święceń, które przyjął 13 czerwca 1824; wybrano go również na fellowa (wykładowcę i opiekuna) w Oriel College. Zatopił się w studia nad Biblią i pismami wczesnych Ojców Kościoła. Objął funkcję wikarego uniwersyteckiej świątyni Najświętszej Maryi Panny. Tu głosił swoje sławne kazania.

    W 1833 r., podczas podróży po Sycylii, ciężko zachorował. Wtedy też przeżył drugie nawrócenie, które kazało mu oddać się sprawie reformy Kościoła anglikańskiego. W tym samym roku z przyjaciółmi zorganizował Ruch Oksfordzki. Reformatorzy przeciwstawiali się liberalizmowi, pracowali na rzecz uniezależnienia (państwowego) Kościoła Anglii od władz państwowych, akcentowali apostolski i sakramentalny charakter Kościoła, przypisywali istotne znaczenie urzędowi biskupa, przychylali się do sprawowania liturgii według katolickiej tradycji.

    W 1841 r. Newman opublikował tekst, w którym 39 Artykułów Wiary, doktrynalny fundament anglikanizmu, zinterpretował w duchu katolickim, po linii dekretów Soboru Trydenckiego. W efekcie ściągnął na siebie falę krytyki i naraził się wszystkim biskupom Kościoła Anglii. W następnych latach kolejno rezygnował z pełnionych funkcji w tym Kościele, by 9 października 1845 r. wstąpić do Kościoła katolickiego.

    Dwa lata potem w Rzymie przyjął święcenia kapłańskie. Wrócił na Wyspy, by w Birmingham tworzyć dom Zgromadzenia Oratorian (filipini), założony przez św. Filipa Neri (zm. 1595). Członkiem tej wspólnoty  pozostał do końca życia, czyli do 1890 r.
    Blisko 20 lat po swoim nawróceniu na katolicyzm Newman tak opisał to wydarzenie: „Było to jak wpłynięcie do portu po żegludze przez burzliwe morze, a radość moja z tego faktu trwa niczym nie zakłócona”.

    W 1851 Newman (na prośbę biskupów irlandzkich) zajął się organizacją uniwersytetu katolickiego w Dublinie. Pragnął on by uczelnia ta była uczelnią świeckich, do tego przyjmującą w swe szeregi również Anglików i Amerykanów. Kiedy zrozumiał, że to niemożliwe, zrezygnował ze stanowiska rektora (1858).

    Zdając sobie sprawę z niskiego poziomu nauczania w angielskich szkołach katolickich, założył w 1859 szkołę Oratorium, która miała zapewnić katolickim chłopcom porządne wykształcenie religijne i świeckie – zapoczątkowało to wzrost poziomu edukacji katolickiej w Anglii. Przez kilka miesięcy roku 1859 był Newman redaktorem literackiego czasopisma „The Rambler”, przeznaczonego dla wykształconych katolików; nierzadko drukowano tam śmiałe opinie świeckich, co budziło żywe emocje, zwłaszcza wśród biskupów.

    W 1879 r. papież Leon XIII – przychylając się do prośby licznych świeckich – mianował Newmana swoim pierwszym kardynałem. Rehabilitacja wielkiego konwertyty stała się faktem. Zmarł  11 sierpnia 1890 w Edgbaston, w Birmingham.

    Ewangelia na co dzień/Aleteia.pl

    ____________________________________________________________________________________-

    John Henry Newman: anglikański ksiądz, który wybrał katolicyzm i znalazł odpowiedź na bezbożne czasy

    JOHN HENRY NEWMAN

    Emmeline Deane | Public Domain

    ***

    Newman mówił, że „każde dziecko dobrze znające katechizm, jest, nawet nie wiedząc o tym, prawdziwym misjonarzem”. Relacja z Bogiem musi mieć solidną intelektualną podbudowę. Bez tego nie jest możliwy wzrost chrześcijaństwa w świecie.

    Kanonizacja kard. Newmana

    Wielokrotnie zdarzało mi się odpowiadać na dręczące pytanie moich przyjaciół i znajomych: dlaczego ciągle jesteś w Kościele, który jest aż tak niemoralny? Po skandalach seksualnych objawił się raz jeszcze dojmujący konkret, że katolickie duchowieństwo to grupa, która nieustannie zdradza Jezusa Chrystusa i Ewangelię. Można i trzeba być dziś chrześcijaninem w innej wspólnocie…

    Inni w swych oskarżeniach szli jeszcze dalej: chrześcijaństwo jest głównym sprawcą zła, które się dzieje we współczesnych społeczeństwach. Ta irracjonalna wiara w „boga, którego urodziła dziewica i który jednocześnie był swoim ojcem” (jak drwiąco zauważył w korespondencji ze mną jeden ze znanych polskich pisarzy) nie różni się niczym od wiary w krasnoludki, a światu od wieków przynosi więcej szkody niż pożytku.

    Myśląc o tych atakach, często wracałem do postaci i dzieła bł. kard. Johna Henry’ego Newmana, który 13 października 2019 roku został ogłoszony przez papieża Franciszka świętym. Jestem pewien, że ta kanonizacja może być drogowskazem dla wielu katolików na świecie. Newman często bowiem w swym życiu spotykał się z atakami na swoją wiarę w Chrystusa, jak i Kościół, do którego z wolnego wyboru postanowił przynależeć.

    Duchowa przemiana Newmana

    Przyszły katolicki kardynał urodził się w Londynie w 1801 r. w rodzinie bogatego bankiera. Był najstarszym z sześciorga dzieci. Ojciec nie bardzo interesował się religią, choć przykładnie chadzał z bliskimi na anglikańskie nabożeństwa. Matka wywodziła się z rodu francuskich hugenotów. Dbała o religijne wychowanie dzieci.

    Jednak Johna Henry’ego religia zbytnio nie zajmowała aż do ukończenia przezeń 15. roku życia. Był wtedy uczniem elitarnej szkoły w Ealing. Czytał z upodobaniem Woltera, Hume’a i Paine’a. Podobał mu się sceptyczny, antychrześcijański wydźwięk dzieł tych autorów.

    ***

    JOHN HENRY NEWMAN

    ***

    W tym czasie w jego rodzinie wydarzyła się poważna katastrofa. Prowadzony przez ojca bank zbankrutował. John Henry nie mógł nawet dostać od rodziców pieniędzy, by wrócić do rodzinnego domu. Pomógł mu wtedy jeden z nauczycieli – Walter Mayers, który kilka lat wcześniej przeżył wewnętrzne nawrócenie w duchu ewangelikalnym.

    Ów szkolny profesor podsuwał Newmanowi pobożne lektury. Skutek był taki, że i sam 15-letni John Henry doświadczył wkrótce intensywnej duchowej przemiany. Wspominał po wielu latach, że istnienie Boga ukazało mu się nagle jako coś bardziej pewnego niż to, że ma ręce i nogi. Wiara ta nie miała jednak nic wspólnego z mistycyzmem. Opierała się głównie na uczuciach i mocnym (ważnym w protestantyzmie) przekonaniu o usprawiedliwieniu płynącym z samej wiary w moc zbawczą Chrystusa.

    Kapłaństwo

    Niedługo po tym doświadczeniu Newmanowi udało się wstąpić na Uniwersytet w Oksfordzie. Po kilku latach dołączył do kolegium Oriel, gdzie znalazł krąg przyjaciół, w którym mógł toczyć pasjonujące debaty również na tematy religijne.

    Postanowił zostać anglikańskim księdzem. Święcenia przyjął w 1824 r. Mimo że nie miał zdolności oratorskich, jego kazania cieszyły się w Oksfordzie wielką popularnością. Od 1828 r., gdy Newmana mianowano wikariuszem w uniwersyteckiej kaplicy św. Marii, słuchać go przychodziły tłumy.

    Pod wpływem intelektualnych dyskusji z innymi członkami Oriel College Newman zaczął odchodzić od emocjonalnego traktowania wiary – charakterystycznego dla wyznawanego przezeń dotąd kalwińskiego z ducha ewangelicyzmu. Poświęcał wiele czasu na studia nad pismami Ojców Kościoła (przede wszystkim św. Ireneusza, św. Atanazego, św. Hieronima).

    Kolejny ważny przełom nastąpił w jego życiu w 1833 r. Podróżował wówczas po Sycylii, gdzie zapadł na gorączkę tyfusową. Ledwo uszedł z życiem. Uznał to uzdrowienie za znak działania Bożej Opatrzności. Uwierzył, że Bóg, darowując mu życie, przeznaczył go do wykonania jakiegoś szczególnego zadania.

    Droga do katolicyzmu

    Po powrocie do Anglii zaczął wraz ze swymi przyjaciółmi wydawać „Traktaty dla Czasów” – cyklicznie ukazujące się eseje o znaczeniu chrześcijaństwa w historii i współczesnej epoce. Dało to początek słynnemu „ruchowi oksfordzkiemu”.

    Newman i inni jego członkowie (zwani „traktarianami” od tytułu cyklicznie ukazujących się tekstów) chcieli widzieć w Kościele anglikańskim tzw. via media – pośrednią drogę między „bałwochwalczym, kierowanym przez Antychrysta” katolicyzmem a „ludowym protestantyzmem”, w którym emocje brały górę nad intelektualną refleksją nad wiarą. Uważali, że tylko w ten sposób można będzie się przeciwstawić widocznym już wtedy sekularyzacyjnym tendencjom.

    Po kilku latach intensywnych studiów, refleksji i modlitwy Newman uznał jednak, że anglikanizm nie ma w sobie takiej mocy. W 1845 r. postanowił ostatecznie przejść na katolicyzm. Rok później przyjął w Rzymie święcenia kapłańskie.

    Ja i Bóg, a między nami szczególna relacja

    Bł. Pius IX zlecił mu zakładanie wspólnot oratoriańskich w Anglii. W związku z konwersją na katolicyzm Newman musiał opuścić ukochany Oksford. Od 1848 r. przewodził lokalnej oratoriańskiej parafii w Birmingham.

    Newman głosił z pełnym przekonaniem, że każdy człowiek jest w stanie sobie uświadomić, że istnieją tylko dwie pewne rzeczywistości w jego egzystencji: on sam i Bóg. Między tymi dwiema rzeczywistościami wydarza się szczególna relacja, która najwłaściwsze swe spełnienie znajduje w kontemplacji Bożego istnienia.

    Dla Newmana refleksja nad religijną wiarą łączyła się zatem z modlitwą. W jednej ze swoich medytacji tak oto w charakterystyczny dla siebie sposób zwracał się bezpośrednio do Boga:

    Ty podtrzymujesz wszystko w życiu i działaniu, aż osiągnie swój cel. Żaden gad, żaden owad nie ma życie sam z siebie, Ty mu je dajesz, gdy nadchodzi jego czas. Żaden grzesznik, żaden bałwochwalca, żaden bluźnierca ani ateista nie żyje inaczej, jak za Twą sprawą, a to po to, by mógł się nawrócić. Jesteś tak troskliwy i czuły wobec każdej z istot, którą stworzyłeś, jakby tylko ona była na całym świecie. Bo Ty możesz widzieć każdą z nich od razu i kochasz każdą z nich, zanurzoną w swym śmiertelnym życiu, i dla każdej jesteś wsparciem: mocą pełni swoich przymiotów, jakbyś cały tego pragnął i służył im dla ich wyłącznego dobra.
    Mój Boże, kocham kontemplować Ciebie jako cudownego Pracownika, który trudzi się nad wszelkimi rzeczami, każdego dnia i w każdym miejscu.

    Należy zawsze słuchać sumienia

    Newman zdawał sobie przy tym mocno sprawę, że kontemplacja Boga nie powinna się opierać tylko na emocjach i afektach. Musi mieć solidną intelektualną podbudowę, bez której nie jest możliwy wzrost chrześcijaństwa w świecie.

    Dlatego Newman z całym przekonaniem mówił w jednym ze swoich kazań, że „każde dziecko, dobrze znające katechizm, jest, nawet nie wiedząc o tym, prawdziwym misjonarzem”. Chrześcijanin musi zatem starać się żyć w obecności Boga, ale musi też starać się o intelektualne wsparcie dla swej wiary i wynikających z niej działań.

    Z tego powodu Newman podkreślał dobitnie wagę sumienia. Nie było ono dla niego – wbrew popularnej w Anglii tradycji – ośrodkiem moralnych emocji i odczuć. Jego zdaniem w sądach sumienia odzywa się głos Boga, ale ich źródłem jest przede wszystkim ludzki rozum. Zatem:

    Należy słuchać sumienia, bez względu na to, czy jego decyzje są słuszne czy błędne, i bez względu na to, czy błąd jest winą błądzącego czy nie. […] Oczywiście, jeśli człowiek jest winien błędu, którego mógłby uniknąć, gdyby sprawę zbadał poważniej, to jest odpowiedzialny przed Bogiem za ten błąd, ale mimo to, jak długo jest w tym błędzie, musi działać według niego, bo szczerze uważa błąd za prawdę.

    Newman uważał przy tym, że indywidualne błędy sumień mogą się komasować w różnych okolicznościach historycznych. I tym zbiorowym fałszywym sądom chrześcijaństwo powinno dać intelektualny odpór, jak w IV w. ortodoksyjni chrześcijanie dali odpór biskupom Kościoła, którzy w większości uznali doktrynę ariańską za prawdę.

    Odpowiedź kard. Newmana na nowe czasy

    Inna rzecz, że XIX w. oznaczał dla Newmana początek czasu bardzo szczególnego. W jednym ze swoich kazań mówił:

    Myślę, że próby, jakie są przed nami, przeraziłyby i przyprawiłyby o zawrót głowy nawet tak mężne głowy jak św. Atanazego i św. Grzegorza. Wyznaliby oni, że ciemność, jako perspektywa ich czasów, istniała dla nich indywidualnie, nasze czasy odznaczają się ciemnością jakościowo różną od tej, jaka była kiedykolwiek przedtem […]. Chrześcijaństwo nigdy nie miało do czynienia ze światem po prostu bezbożnym.

    Wydaje się, że Newman trafnie rozpoznał epokę, w której i my żyjemy. Jednak nie wzywał do braku nadziei. Uważał, że chrześcijaństwo musi dawać odpowiedź światu w każdych okolicznościach.

    Nigdy nie jest to, jak wierzą dziś niektórzy tradycjonaliści, odpowiedź niezmienna. Prawdziwa doktryna rozwija się i dlatego kształt autentycznych chrześcijańskich odpowiedzi może się różnić i formą, i treścią w różnych historycznych kontekstach.

    Papież Leon XIII uwierzył tym intuicjom Newmana, gdy w 1879 r. mianował go kardynałem. Nie inaczej jest pewnie w przypadku papieża Franciszka, który postanowił ogłosić świętym tego zmarłego w 1890 r. angielskiego chrześcijańskiego myśliciela świętym Kościoła.

    I to w czasie obrad Synodu Amazońskiego, ogłoszonego przez niektórych katolików „początkiem końca katolicyzmu”. Ci jednak zdają się nie podzielać newmanowskiej nadziei – wyrażonej w zdaniach, które ongiś zacytował na Westerplatte św. Jan Paweł II:

    Wasza siła jest w waszym Bogu i w waszym sumieniu […]. Tym, czego brak wyczuwam u katolików, jest zdolność do uwydatnienia tego, czym jest religia […]. Pragnę ludzi, którzy znają swoją religię, którzy w nią wnikają, którzy dokładnie wiedzą, na czym stoją, którzy wiedzą, co uznają, a czego nie, którzy tak dobrze znają swoje wyznanie wiary, że potrafią je wytłumaczyć, którzy tyle wiedzą z historii, że potrafią jej bronić.

    Sebastian Duda/Aleteia.pl

    _______________________________________________________________________________________

    Samotny wędrowiec

    John Henry Newman nie zadowalał się nigdy połowicznymi odpowiedziami. Intuicyjnie wyczuwał, że tylko ktoś nieskończony może w pełni zaspokoić ludzkie pragnienie szczęścia. W całym świecie odnajdujemy jeden taki byt – to Bóg – mówi ks. prof. Andrzej Muszala, wykładowca etyki i bioetyki na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II, autor książki „Ja oraz mój Stwórca. John Henry Newman”.

    bł. kard. John Henry Newman/reprodukcja – Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: Dlaczego John Henry Newman – jako niemłody, bo 44-letni duchowny anglikański – został katolikiem?

    Ks. prof. Andrzej Muszala: 
    Stało się to wskutek jego osobistych, głębokich przemyśleń, poszukiwań, rozmów oraz rozwoju duchowego. Inspiracją było też jego zaangażowanie się w tzw. ruch oksfordzki. Newman studiował źródła chrześcijaństwa – wczytywał się w pisma Ojców Kościoła, zwłaszcza wielkich starożytnych apologetów Justyna i Ireneusza z Lyonu. Ostatecznie doszedł do wniosku, że niemożliwe jest, by człowiek – w tym wypadku król Anglii Henryk VIII – mógł sobie stworzyć własny Kościół, ogłaszając się jego głową. A skoro tak, to jedynym wyjściem było opowiedzenie się po stronie prawdziwej religii. W Kościele katolickim odkrył pełną prawdę.

    Studiował też Pismo Święte.

    Newman już od wczesnej młodości czytał Biblię w popularnym wśród anglikanów tłumaczeniu King James Version. Duża w tym zasługa jego matki, pochodzącej z francuskiej rodziny protestanckiej, która zaszczepiła w nim umiłowanie Słowa Bożego. W czasach, gdy Kościół katolicki traktował je wciąż „po macoszemu”, anglikanie prowadzili dogłębne studia biblijne, dokonywali kolejnych przekładów Pisma Świętego z języków oryginalnych. Newman do tego stopnia pokochał Biblię, że niektóre księgi znał na pamięć! Miał świadomość, że Bóg przyjął ludzkie ciało, widzialne oblicze, że używał ludzkiego języka. Wierzył, że poprzez Pismo Święte Bóg wciąż mówi do człowieka. Szczególnie umiłował Ewangelię św. Jana i listy św. Pawła.

    Ta zażyłość z Pismem Świętym stała się powodem jego kłopotów, gdy był już katolikiem. Chciał zaszczepić w wiernych pragnienie karmienia się Słowem Bożym, jednak napotykał na duży opór. Dopiero po wielu latach Sobór Watykański II docenił częstą lekturę Biblii. Można powiedzieć, że w tym wymiarze Newman był prekursorem Soboru.

    Ruch oksfordzki, w którym był zaangażowany, stanowił próbę anglikańskiej odpowiedzi na laicyzację. Przyświecały mu więc podobne cele do Vaticanum II.

    XIX-wieczna Anglia to kraj, gdzie szeroko upowszechniły się zasady liberalizmu Johna Stuarta Milla. Także teoria pochodzenia gatunków opracowana przez Karola Darwina spowodowała kryzys wiary u wielu osób. Skoro człowiek jest jednym z wielu gatunków oraz wyewoluował w trakcie bardzo długich procesów, zatem nie jest kimś wyjątkowym, zaś cały biblijny opis stworzenia ma się nijak do ewolucyjnego obrazu świata. My dzisiaj nie mamy z tym problemu; w refleksji naukowej rozróżniamy płaszczyznę biologiczną od teologicznej, jednak w II połowie XIX wieku wcale nie było łatwe pogodzić Biblię i naukę. Wiele osób skierowało się w stronę naturalizmu, sądząc, że człowiek jest jedynie zwierzęciem na wyższym stopniu organizacji; nie ma duszy, zaś mówienie o życiu wiecznym i świecie  nadprzyrodzonym jest mrzonką. Ruch oksfordzki, który powstał nieco wcześniej niż dzieło Darwina “O powstawaniu gatunków”, przygotował grunt pod konstruktywny dialog nauk ścisłych z Biblią. Stworzył podwaliny solidnej refleksji teologicznej, opartej na badaniach historycznych źródeł chrześcijaństwa.

    A jak wyglądała u Newmana kwestia Eucharystii?

    Newman – jako ksiądz anglikański – przez wiele lat sądził, że Eucharystia jest jedynie symbolem obecności Chrystusa. Opierał się w swoim przekonaniu na dogmatycznym fundamencie Kościoła anglikańskiego, jakim było dziesięć artykułów wiary spisanych przez komisję teologiczną w roku 1546 na polecenie króla Henryka VIII. Wśród nich znajdował się zapis dotyczący Eucharystii, w którym uznano, że Jezus Chrystus jest obecny w Eucharystii symbolicznie. Zewnętrznym znakiem Eucharystii są chleb i wino, które przyjmowane są przez wiernych zgodnie z nakazem Chrystusa, natomiast darem duchowym są ciało i krew Chrystusa przez Niego rzeczywiście dane.

    Im dłużej jednak proboszcz kościoła St. Mary sprawował ucztę eucharystyczną ze swoimi parafianami, tym bardziej przekonywał się, że chleb i wino nie są tylko symbolami obecności Jezusa pośród nas – są miejscem Jego realnego przebywania. Wszak nasz Pan powiedział: „To jest Ciało moje, które za was będzie wydane” (Łk 22,19). Zdanie to nie pozostawia żadnego złudzenia, że chodzi tu o rzeczywistą obecność Jezusa w Eucharystii. Newman był o tym coraz bardziej przekonany, co między innymi przechyliło szalę na rzecz jego przejścia do Kościoła katolickiego. Jeszcze jako anglikanin zazdrościł katolikom tabernakulum – mieszkania Jezusa; Tego, którego codziennie mógł odwiedzać i adorować w ciszy. Także w domach niektórych katolików znajdowała się Eucharystia, a ludzie w swoich czterech ścianach oddawali się modlitwie, mieszkając z Nim pod jednym dachem. Newman zachwycił się tym niebywale…

    A do tego samotne wyprawy wokół Oksfordu…

    Newman nie zadowalał się nigdy połowicznymi odpowiedziami. Intuicyjnie wyczuwał, że tylko ktoś nieskończony może w pełni zaspokoić ludzkie pragnienie szczęścia. W całym świecie odnajdujemy jeden taki byt – to Bóg, jakkolwiek się Go pojmuje. Tylko On, Mądrość odwieczna, potrafi odpowiedzieć na ludzkie poszukiwanie sensu; tylko On, jako osoba w pełni doskonała, może reagować miłością na miłość – najszlachetniejszy ludzki akt. W takim świetle wszelkie inne byty skończone – przyroda, przedmioty nieożywione, drugi człowiek – rozbłyskują swym właściwym i pełnym światłem. Newman zachwycał się angielskim pejzażem, lubił spacerować samotnie po polach wokół Oksfordu, kontemplować harmonię przyrody. W pewnym sycylijskim porcie, czekając na statek, który miał zabrać go do ojczyzny, wpatrzony w błękit morza, złapał za pióro i napisał swą najpiękniejszą modlitwę: Prowadź mnie, Światło…. Potrafił dostrzec urok falującej trawy na łące, czar zachodzącego słońca, majestat gór. Równocześnie nie izolował się od ludzi. Lubił przebywać i bawić się z dziećmi, kochał muzykę. Nie był zimny, obojętny wobec świata, który go otaczał. Posiadał specyficzne poczucie humoru. Odkrycie Boga – pełni doskonałej i nieskończonej – nie zrodziło w nim pogardy wobec dzieła stworzenia. Przeciwnie, zaowocowało głębszym spojrzeniem, odkryciem sensu we wszystkim, uszczęśliwieniem. W tym jedynie prawdziwym świetle oglądał wszystko, co go otaczało; wszędzie widział ślad Boga i subtelny wyraz Jego życzliwości do człowieka.

    Kiedy konwertował, przestał być swoim dla anglikanów, ale ciągle był przyjmowany z nieufnością w Kościele katolickim.
    Na rok 1839 przypadł szczyt popularności i sławy Newmana jako kaznodziei w kościele anglikańskim i jednego z głównych przywódców ruchu oksfordzkiego. I właśnie wtedy – po długich przemyśleniach i modlitwach – doszedł do wniosku, że winien opuścić parafię St. Mary the Virgin w Oksfordzie. Usunął się do Littlemore, by z kilkoma osobami wieść surowe życie przepełnione modlitwą i pracą. Przez kolejnych kilka lat dojrzewał do przejścia na katolicyzm. W 1845 roku napisał “Essay on the Development of Christian Doctrine” – rozprawę o rozwoju doktryny chrześcijańskiej, znaczące dzieło w całej jego piśmienniczej spuściźnie. Przekonywał w nim, że istotą chrześcijaństwa jest rozwój. Przez dwadzieścia wieków chrześcijanie dostrzegali coraz to nowe horyzonty przeżywania swej wiary. Ostatecznie podjął decyzję o wstąpieniu do Kościoła katolickiego, nie bacząc na krytykę, jaką na siebie ściągnął od anglikanów i ciągłą nieufność katolików, którzy długo jeszcze uważali go za kryptoanglikanina. Nie do końca wierzono w jego nawrócenie. Pamiętajmy, że żył w czasie dość poważnego zamknięcia się Kościoła na świat, na nowości techniki i nauki oraz na  niekatolików. Nie było wówczas ruchu ekumenicznego, dialogu z anglikanami, jaki zaistniał po Soborze Watykańskim II. Dlatego Newman napisał też dzieło pt. Apologia pro vita sua – obronę swojej decyzji o konwersji, a właściwie – obronę całego swojego życia.

    A w końcu w uwiarygodnieniu pomógł mu papież.

    9 października 1845 roku Newman został przyjęty do Kościoła katolickiego. Stał się „nowym człowiekiem” (new man). W dowód uznania i potwierdzenia słuszności obranej drogi papież Leon XIII mianował go kardynałem. Zmarł 11 lat później – w 1890 roku, pozostawiając po sobie czterdzieści sześć książek, dwanaście tomów kazań, tysiące listów, dwie powieści, dziennik, liczne rozważania i modlitwy.

    Jakie to wszystko ma znaczenie dla nas?

    Od Newmana możemy  nauczyć się pogłębionej refleksji nad naszą wiarą i własnym życiem w świetle Pisma Świętego i tekstów Ojców Kościoła. Na to właśnie kładł akcent Sobór Watykański II. Przyznajmy szczerze, że mało, może nawet w ogóle nie czytamy starożytnych Ojców – Ireneusza, Grzegorza z Nyssy, Orygenesa, Augustyna i innych. A przecież  byli to pierwsi świadkowie Chrystusa po apostołach. Oni pokazują nam, jak asymilować Ewangelię do codziennego życia. Nasza wiara winna karmić się solidnymi treściami, lectio divina – czytaniem o boskich kwestiach. W przeciwnym razie grozi nam niebezpieczeństwo iluminizmu, sentymentalizmu religijnego, niezdrowej gonitwy za sensacjami. Newman ukazuje nam, jak ważna jest rola rozumu w dochodzeniu do Boga oraz odkrywaniu Jego tajemnic. Rozum oświecony wiarą oraz darami Ducha Świętego doprowadza nas do głębszego poznania Boga i nas samych.

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 października

    Święta Pelagia, męczennica

    Święta Pelagia

    Pelagia, znana również jako Małgorzata, pochodziła z Antiochii. Żyła w V w. Wedle przekazów była kobietą lekkich obyczajów, obdarzoną nieprzeciętną urodą. Pochodziła z bogatej pogańskiej rodziny.
    Biskup Antiochii zaprosił pewnego razu do siebie ośmiu biskupów, wśród nich m.in. Nonnusa z Heliopolis, znanego ze swej pobożności i ascezy. Gdy wszyscy zgromadzili się przed kościołem, a Nonnus przemawiał do nich, nieopodal przejeżdżała Pelagia. Jej kosztowny strój zwracał uwagę. Nonnus dostrzegł to i gorzko zapłakał, wskazując, że jego słuchacze nie dbają o swoje dusze w takim stopniu, w jakim owa kobieta dbała o własną urodę. Gdy Nonnus wrócił do swej celi, podjął modlitwę o nawrócenie spotkanej kobiety.
    Otrzymał wówczas widzenie: ujrzał czarną gołębicę, która – zanurzona przez Nonnusa w wodzie święconej – stała się czysta i biała. Biskup odczytał to jako znak zapowiadający nawrócenie Pelagii. Kiedy kolejnym razem nauczał o Sądzie Ostatecznym, do świątyni weszła Pelagia. Usłyszane słowa wywarły na niej wielkie wrażenie. Z płaczem rzuciła się do nóg biskupa. Nonnus ochrzcił ją. Pelagia postanowiła oddać swój majątek biskupowi, by ten mógł go rozdzielić między potrzebujących.
    Nowo nawrócona kobieta podjęła pokutę. Wkrótce potem udała się do Jerozolimy. Tam, ukrywając się pod przybranym męskim imieniem, podjęła surowe wysiłki ascetyczne. Zamieszkała w jednej z pustelni na Górze Oliwnej, gdzie około 457 roku odeszła do Pana.

    ______________________________________________________________________________________________________________


    7 października

    Najświętsza Maryja Panna Różańcowa

    Zobacz także:
      •  Święta Justyna z Padwy, dziewica i męczennica
    ***
    Matka Boża Różańcowa Tarnopolska

    Dzisiejsze wspomnienie zostało ustanowione na pamiątkę zwycięstwa floty chrześcijańskiej nad wojskami tureckimi, odniesionego pod Lepanto (nad Zatoką Koryncką) 7 października 1571 r. Sułtan turecki Selim II pragnął podbić całą Europę i zaprowadzić w niej wiarę muzułmańską. Ówczesny papież – św. Pius V, dominikanin, gorący czciciel Matki Bożej – usłyszawszy o zbliżającej się wojnie, ze łzami w oczach zaczął zanosić żarliwe modlitwy do Maryi, powierzając Jej swą troskę podczas odmawiania różańca. Nagle doznał wizji: zdawało mu się, że znalazł się na miejscu bitwy pod Lepanto. Zobaczył ogromne floty, przygotowujące się do starcia. Nad nimi ujrzał Maryję, która patrzyła na niego spokojnym wzrokiem. Nieoczekiwana zmiana wiatru uniemożliwiła manewry muzułmanom, a sprzyjała flocie chrześcijańskiej. Udało się powstrzymać inwazję Turków na Europę.

    Matka Boża Różańcowa z kościoła mniszek dominikańskich w Radoniach pod Warszawą

    Zwycięstwo było ogromne. Po zaledwie czterech godzinach walki zatopiono sześćdziesiąt galer wroga, zdobyto połowę okrętów tureckich, uwolniono dwanaście tysięcy chrześcijańskich galerników; śmierć poniosło 27 tys. Turków, kolejne 5 tys. dostało się do niewoli. Pius V, świadom, komu zawdzięcza cudowne ocalenie Europy, uczynił dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej i zezwolił na jego obchodzenie w tych kościołach, w których istniały Bractwa Różańcowe. Klemens XI, w podzięce za kolejne zwycięstwo nad Turkami odniesione pod Belgradem w 1716 r., rozszerzył to święto na cały Kościół. W roku 1883 Leon XIII wprowadził do Litanii Loretańskiej wezwanie “Królowo Różańca świętego – módl się za nami”, a w dwa lata później zalecił, by w kościołach odmawiano różaniec przez cały październik.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    6 października

    Święty Brunon Kartuz, opat

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jakub (Dydak) Alojzy de San Vitores, prezbiter i męczennik
      •  Święta Maria Franciszka od Pięciu Ran Pana Jezusa, dziewica
      •  Błogosławiony Innocenty z Berzo, prezbiter
    ***
    Święty Brunon

    Brunon urodził się w Kolonii około 1030 r. Pochodził ze znakomitej rodziny. Po ukończeniu szkół na miejscu udał się do Reims, gdzie była głośna szkoła katedralna. Następnie udał się do Tours, gdzie za nauczyciela miał słynnego wówczas Berengariusza. W roku 1048 powrócił do Kolonii, gdzie został kanonikiem przy kościele św. Kuniberta. Ok. roku 1055 przyjął święcenia kapłańskie. W rok potem powołał go do siebie biskup Reims, Manasses I, by prowadził mu szkołę katedralną. Pozostał tu 20 lat (1056-1075). Z jego szkoły wyszło wielu wybitnych mężów owych czasów. W roku 1075 arcybiskup Reims mianował Brunona swoim kanclerzem. Kiedy Brunon wystąpił przeciw niemu z powodu symonii, stracił urząd, majątek i musiał opuścić miasto. Wrócił do Reims w 1080 r., gdzie zaproponowano mu biskupstwo; nie przyjął jednak tej godności.
    Wkrótce z dwoma towarzyszami opuścił Reims i udał się do opactwa cystersów w Seche-Fontaine, by poddać się kierownictwu św. Roberta. Po pewnym jednak czasie opuścił wspomniany klasztor i w towarzystwie 8 uczniów udał się do Grenoble. Tam św. Hugo przyjął swojego mistrza z wielką radością i jako biskup oddał mu w posiadanie odległą od Grenoble o 24 kilometry pustelnię, zwaną Kartuzją. Tutaj w roku 1084 Bruno urządził sobie mieszkanie. Zbudowano również skromny kościółek. Konsekracji kościółka i poświęcenia klasztoru oraz uroczystego wprowadzenia do niego zakonników dokonał św. Hugo. Klasztor niebawem tak się rozrósł, że otrzymał nazwę “Wielkiej Kartuzji” (La Grande Chartreuse). Osada ta stała się kolebką nowego zakonu – kartuzów.
    W 1090 r. Bruno został wezwany do Rzymu przez swojego dawnego ucznia – papieża bł. Urbana II – na doradcę. Bruno zabrał ze sobą kilku towarzyszy i z nimi zamieszkał przy kościele św. Cyriaka. W tym czasie na Rzym najechał antypapież i bł. Urban wraz z Brunonem musieli chronić się ucieczką pod opiekę króla Normanów, Rogera. Daremnie Bruno błagał papieża, by mu pozwolił wrócić do Francji. Papież zgodził się jedynie, by mnich założył nową kartuzję w Kalabrii. Król Roger chętnie ofiarował mu ustronne miejsce, zwane La Torre. Tu z pomocą arcybiskupa Reggio Calabria wystawiono nową kartuzję w roku 1092, która istnieje do dziś. W pobliskim San Stefano in Bosco Bruno stworzył jej filię. Tam zmarł 6 października 1101 r.
    Jego śmiertelne szczątki pochowano w kościele opactwa. W roku 1513 znaleziono je jeszcze nienaruszone. Obecnie kości Brunona znajdują się w trumience wraz z relikwiami jego następcy. Jego kanonizacja nie odbyła się nigdy uroczyście. Na oddawanie św. Brunonowi kultu pozwolił Leon X w roku 1514. Grzegorz XV rozszerzył jego kult w 1623 r. na cały Kościół. Św. Brunon jest patronem kartuzów.
    W ikonografii św. Brunon przedstawiany jest w białym habicie kartuzów. Jego atrybutami są: gałązka oliwna, globus, krzyż, mitra i pastorał u stóp, palec przy ustach, czaszka.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Zakonnik z ostrym dowcipem – św. Brunon

    Zakonnik z ostrym dowcipem - św. Brunon

    Święty Brunon Kartuz/Frnciisco RibaltaI (PD)

    ***

    “Zaiste raduję, się, pragnę wielbić Pana i dziękować Mu, a zarazem przeżywam smutek. Cieszę się wprawdzie – co jest słuszne – wzrostem owoców waszych cnót, boleję zaś i wstydzę, iż sam bezczynnie i gnuśnie trwam w nędzy moich grzechów”.

    Takie szczególne rozdwojenie między radością z osiągnięć innych, a smutkiem spowodowanym własną niedoskonałością przeżywał święty Brunon, człowiek, którego życie wypełnione było licznymi szansami na błyskotliwą karierę. Żadnej z nich nie wykorzystał.

    Urodził się około roku 1030 (lub według innych badaczy około roku 1035) w Kolonii. Ukończywszy szkoły w swej rodzinnej miejscowości dalszą edukację podjął w słynnej szkołę katedralnej w Reims. Jak twierdzi ks. Piotr Skarga, był uczniem “ostrego dowcipu i pamięci wielkiej”, dlatego wkrótce sam został nauczycielem i szefem tej uczelni. Pracował w niej przez dwadzieścia lat. Wychował wielu ludzi wybitnych i świętych (m. in. św. Hugo i bł. Urbana II). U początków swej kariery nauczycielskiej, ok. roku 1055, przyjął święcenia kapłańskie.

    W roku 1075 został kanclerzem w Reims. Jednak doszło do ostrego konfliktu między nim a miejscowym arcybiskupem, któremu Brunon publicznie zarzucił symonię (handlowanie godnościami kościelnymi). W rezultacie hierarcha musiał ustąpić, a Brunonowi zaproponowano objęcie jego funkcji. Z propozycji nie skorzystał.

    Postanowił zrealizować swe długoletnie pragnienie służenia Bogu w odosobnieniu. Początkowo założył pustelnię w Seche–Fontaine. Jednak po niedługim czasie przeniósł się w okolice Grenoble i tam powstała pierwsza osada eremicka zwana Wielką Kartuzją. Stała się ona kolebką nowego zgromadzenia zakonnego, nazywanego kartuzami.

    Niestety, nie dane było świętemu Brunonowi prowadzić na uboczu spokojnego pustelniczego życia. Został wezwany do Rzymu przez swego byłego ucznia, papieża Urbana II. Był jego osobistym doradcą, jednak funkcję pełnił bez rozgłosu, tak, że nie zachowały się żadne dokumenty na ten temat. Nie skorzystał ze sposobności, aby zrobić karierę u boku papieża.

    Swoich “synów Kartuzów” pouczał w jednym z listów: “Cieszcie się, bracia umiłowani, szczęściem, które wam przypadło w udziale, oraz hojnością danej wam łaski. Cieszcie się, że uniknęliście tak wielu niebezpieczeństw i nieszczęść w zawierusze tego świata. Cieszcie się, że znaleźliście spokojną i bezpieczną przystań w doskonale chronionym porcie; wielu pragnie się tam dostać, wielu dokłada starań, a jednak nie dochodzą. Liczni zaś, chociaż doszli, zostali usunięci, ponieważ nie otrzymali łaski z wysoka”.

    Był ze swoich współbraci zakonnych dumny: “Choć nie wyróżniacie się wykształceniem, Bóg sam wypisuje w sercach waszych nie tylko miłość, ale też znajomość swego prawa. Czynem ukazujecie, co miłujecie i co znacie. Kiedy bowiem z wszelką gorliwością i staraniem zachowujecie prawdziwe posłuszeństwo, jest rzeczą jasną, że w ten sposób zbieracie doskonały i życiodajny owoc Ksiąg świętych”. O sobie samym miał znacznie gorsze zdanie.

    Zmarł 6 października 1101 roku w kolejnej kartuzji, zwanej La Torre, położonej w Kalabrii. Nawet po śmierci omijały go “zaszczyty”. Nigdy nie został kanonizowany w sposób uroczysty. Dopiero w XVII stuleciu papież Grzegorz XV rozszerzył istniejący wcześniej lokalny kult Brunona na cały Kościół.

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    5 października

    Święta Faustyna Kowalska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Rajmund z Kapui, prezbiter
      •  Błogosławiony Albert Marvelli
      •  Błogosławiony Franciszek Ksawery Seelos, prezbiter
    ***
    Święta Faustyna Kowalska

    Helena Kowalska urodziła się 25 sierpnia 1905 r. w rolniczej rodzinie z Głogowca k/Łodzi jako trzecie z dziesięciorga dzieci. Dwa dni później została ochrzczona w kościele parafialnym pod wezwaniem św. Kazimierza w Świnicach Warckich (diecezja włocławska). Nadano jej wówczas imię Helena. Kiedy miała siedem lat, po raz pierwszy usłyszała w duszy głos wzywający do doskonalszego życia. W 1914 r. przyjęła I Komunię świętą, a dopiero trzy lata później rozpoczęła naukę w szkole podstawowej. Mimo dobrych wyników uczyła się tylko trzy lata, potem musiała zrezygnować, aby pomagać matce w domu.
    W szesnastym roku życia opuściła dom rodzinny, by na służbie u zamożnych rodzin w Aleksandrowie, Łodzi i Ostrówku zarobić na własne utrzymanie i pomóc rodzicom. Przez cały czas bardzo pragnęła życia zakonnego, ale rodzicom powiedziała o swoich zamiarach dopiero w 1922 r. Ojciec jednak nie wyraził zgody, motywując odmowę brakiem pieniędzy na wyprawę wymaganą w klasztorach.
    W lipcu 1924 r., kiedy Helena z koleżankami uczestniczyła w zabawie w parku koło łódzkiej katedry, Pan Jezus przemówił do niej i polecił niezwłocznie pojechać do Warszawy i wstąpić do klasztoru. Helena postanowiła nie wracać do domu i postawić rodziców przed faktem dokonanym. O tym planie powiedziała tylko siostrze, z którą była, i pierwszym pociągiem przyjechała do Warszawy. Tu następnego dnia zgłosiła się do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ul. Żytniej. Musiała jednak jeszcze rok przepracować w Warszawie, aby odłożyć pieniądze na skromną wyprawę. 1 sierpnia 1925 r. została przyjęta do Zgromadzenia. Postulat odbywała w Warszawie, a nowicjat w Krakowie, gdzie w czasie obłóczyn zakonnych razem z habitem otrzymała imię Maria Faustyna. Od marca 1926 r. Bóg doświadczał siostrę Faustynę ogromnymi trudnościami wewnętrznymi; wiele przecierpiała aż do końca nowicjatu. W Wielki Piątek 1927 r. zbolałą duszę nowicjuszki ogarnął żar Bożej Miłości. Zapomniała o własnych cierpieniach, poznając, jak bardzo cierpiał dla niej Jezus. 30 kwietnia 1928 r. złożyła pierwsze śluby zakonne, następnie z pokorą i radością pracowała w różnych domach zakonnych, m.in. w Krakowie, Płocku i Wilnie, pełniąc rozmaite obowiązki. Zawsze pozostawała w pełnym zjednoczeniu z Bogiem. Jej bogate życie wewnętrzne wspierane było poprzez wizje i objawienia.

    Święta Faustyna Kowalska

    W zakonie przeżyła 13 lat. 22 lutego 1931 r. po raz pierwszy ujrzała Pana Jezusa Miłosiernego. Otrzymała wtedy polecenie namalowania takiego obrazu, jak ukazana jej postać Zbawiciela, oraz publicznego wystawienia go w kościele. Mimo znacznego pogorszenia stanu zdrowia pozwolono jej na złożenie profesji wieczystej 30 kwietnia 1933 r. Później została skierowana do domu zakonnego w Wilnie. Na początku 1934 roku zwróciła się z prośbą do artysty-malarza Eugeniusza Kazimirowskiego o wykonanie według jej wskazówek obrazu Miłosierdzia Bożego. Gdy w czerwcu ujrzała ukończony obraz, płakała, że Chrystus nie jest tak piękny, jak Go widziała.
    Dzięki usilnym staraniom ks. Michała Sopoćko, kierownika duchowego siostry Faustyny, obraz został wystawiony po raz pierwszy w czasie triduum poprzedzającego uroczystość zakończenia Jubileuszu Odkupienia świata w dniach 26-28 kwietnia 1935 r. Został umieszczony wysoko w oknie Ostrej Bramy i widać go było z daleka. Uroczystość ta zbiegła się z pierwszą niedzielą po Wielkanocy, tzw. niedzielą przewodnią, która – jak twierdziła siostra Faustyna – miała być przeżywana na polecenie Chrystusa jako święto Miłosierdzia Bożego. Ksiądz Michał Sopoćko wygłosił wówczas kazanie o Bożym Miłosierdziu.
    W 1936 r. stan zdrowia siostry Faustyny pogorszył się znacznie, stwierdzono u niej zaawansowaną gruźlicę. Od marca tego roku do grudnia 1937 r. przebywała na leczeniu w szpitalu na krakowskim Prądniku Białym. Wiele modliła się w tym czasie, odwiedzała chorych, a umierających otaczała szczególną modlitewną pomocą. Po powrocie ze szpitala pełniła przez pewien czas obowiązki furtianki. Starała się bardzo, by żaden ubogi nie odszedł bez najmniejszego choćby wsparcia od furty klasztornej. Wywierała bardzo pozytywny wpływ na wychowanki Zgromadzenia, dając im przykład pobożności i gorliwości, a zarazem wielkiej miłości.
    Chrystus uczynił siostrę Faustynę odpowiedzialną za szerzenie kultu Jego Miłosierdzia. Polecił pisanie Dzienniczka poświęconego tej sprawie, odmawianie nowenny, koronki i innych modlitw do Bożego Miłosierdzia. Codziennie o godzinie 15:00 Faustyna czciła Jego konanie na krzyżu. Przepowiedziała także, że szerzona przez nią forma kultu Miłosierdzia Bożego będzie zabroniona przez władze kościelne. Dzięki s. Faustynie odnowiony i pogłębiony został kult Miłosierdzia Bożego. To od niej pochodzi pięć form jego czci: obraz Jezusa Miłosiernego (“Jezu, ufam Tobie”), koronka do Miłosierdzia Bożego, Godzina Miłosierdzia (godzina 15, w której Jezus umarł na krzyżu), litania oraz święto Miłosierdzia Bożego w II Niedzielę Wielkanocną.
    W kwietniu 1938 r. nastąpiło gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia siostry Faustyny. Ksiądz Michał Sopoćko udzielił jej w szpitalu sakramentu chorych, widział ją tam w ekstazie. Po długich cierpieniach, które znosiła bardzo cierpliwie, zmarła w wieku 33 lat – 5 października 1938 r. Jej ciało pochowano na cmentarzu zakonnym w Krakowie-Łagiewnikach. W 1966 r. w trakcie trwania procesu informacyjnego w sprawie beatyfikacji siostry Faustyny, przeniesiono jej doczesne szczątki do kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach.
    S. Faustyna została beatyfikowana 18 kwietnia 1993 r., a ogłoszona świętą 30 kwietnia 2000 r. Uroczystość kanonizacji przypadła w II Niedzielę Wielkanocną, którą św. Jan Paweł II ustanowił wtedy świętem Miłosierdzia Bożego. Relikwie św. siostry Faustyny znajdują się w Krakowie-Łagiewnikach, gdzie mieści się sanktuarium Miłosierdzia Bożego odwiedzane przez setki tysięcy wiernych z kraju i z całego świata. Dwukrotnie nawiedził je również św. Jan Paweł II, po raz pierwszy w 1997 r., a po raz drugi – 17 sierpnia 2002 r., aby dokonać uroczystej konsekracji nowo wybudowanej świątyni w Krakowie-Łagiewnikach i zawierzyć cały świat Bożemu Miłosierdziu.
    W ikonografii św. Faustyna przedstawiana jest w czarnym habicie, w stroju swego zgromadzenia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Po prostu Kowalska

    „Czułam się bardzo szczęśliwa, gdy mogłyśmy razem być przy jednej robocie” – wspomina jedna z sióstr. „Gdy po jej śmierci dowiedziałam się o wielkich rzeczach, które zdziałał w niej Bóg, uwierzyć nie mogłam, przecież nic w niej nadzwyczajnego nie widziałyśmy”. Jaka była św. Faustyna?

    Siostra Faustyna Kowalska ,  Płock 1931 r.

    ARCHIWUM ZGROMADZENIA SIÓSTR MATKI BOŻEJ MIŁOSIERDZIA

    ***

    Może to właśnie najbardziej uderza – zwyczajność. Proza zakonnego życia, wypełnionego pracą, modlitwą, cierpieniem, która była zasłoną jej bogatego życia wewnętrznego. Czytając „Wspomnienia o świętej siostrze Faustynie Kowalskiej”, można zastanawiać się nad tajemnicą świętości, która z jednej strony wyraża się w konkretnych zdarzeniach, słowach, sytuacjach, a z drugiej pozostaje dyskretna, nieuchwytna, niepoddająca się ludzkim miarom. Książka jest zbiorem krótkich świadectw ludzi, którzy ją spotkali i żyli z nią na co dzień, w większości sióstr z jej zgromadzenia. Zapiski pochodzą sprzed beatyfikacji, są wolne od pobożnego lukru, nakładanego zwykle na biografie świętych. Autorzy i autorki tych wspomnień nie ukrywają swoich emocji: sympatii, ale czasem i niechęci. Te „kwiatki” św. Faustyny układają się w niewyretuszowany portret prostej zakonnicy, którą Pan Jezus wybrał na Sekretarkę Bożego Miłosierdzia.

    Ach, ty babo litościwa!

    Jak wyglądała? „Wzrost trochę wyższy niż średni. Ryżawa szatynka o cerze typowej dla osób rudych, mocno w okresie wiosny i lata piegowatej, do tego stopnia, że nawet tęczówka jej oczu koloru szarozielonego miała żółte plamki. Źrenice oczu najczęściej mocno rozszerzone. Łatwość rozszerzania źrenic właściwa osobom pobudliwym i nerwowym. Twarz ściągła, rysy regularne, usta dosyć szerokie, ale proporcjonalne. Uzębienie słabe, na przodzie miała jedną czy dwie złote koronki na zębach, co przy uśmiechu nadawało jej pewien swoisty charakter. Uśmiechem swym zwykle akcentowała swój wewnętrzny stan radosny – rodzaj zachłystywania. Ruchy miała spokojne, godne, zakonne”. Tak ją postrzegała s. Borgia Tichy, jedna z jej przełożonych. Helena Kowalska urodziła się we wsi Głogowiec, jako trzecia z dziesięciorga dzieci Marianny i Stanisława Kowalskich w 1905 roku.

    Jak ją zapamiętali najbliżsi? Matka wspomina, że „dzieci ją biły i znęcały się nad nią, że ona ma łaskę u tatusia i mamusi”. Dodaje jednak, że „cała wieś, wszyscy ją tak kochali.Chętna była do każdej roboty, nigdy nikomu nic nie odmówiła. Miała litość dla zwierząt i litościwa była dla wszystkich. Dzieci nieraz się śmiały: »Ach, ty babo litościwa« – rzucały, ale jej to nie zrażało. Skryta była, wszystko chowała w swym sercu. Nigdy się nie wychwalała”. „Rodzice kochali ją chyba najbardziej ze wszystkich dzieci i stawiali ją jako przykład dla nas” – mówi jej rodzona siostra Natalia Grzelak. „Dbała o ołtarzyk w izbie. Stały tam pasyjka i dwie figurki z porcelany: Pana Jezusa i Matki Bożej, które ojciec przywiózł z Częstochowy. Te figurki bardzo Helenka kochała”. „Helenka od najmłodszych lat miała pociąg do opowiadania nam o świętych, o pielgrzymach, pustelnikach jedzących tylko korzonki i miód leśny” – wspomina jej brat Stanisław Kowalski. „Bardzo dbała o to, aby wszyscy z rodziny dopełnili swego obowiązku wysłuchania Mszy świętej w niedzielę, dlatego wstawała raniutko i wychodziła oknem, by nie zbudzić rodziny otwieraniem drzwi, i wypędzała bydełko skoro świt na paszę. Ojciec nasz chociaż bardzo surowy, nigdy się na nią nie gniewał, z wyjątkiem jednego razu, gdy wraz ze starszą siostrą powróciła za późno z zabawy. Wtedy, upomniana surowo, powiedziała, że już nigdy ojcu nie zrobi przykrości i nie zasmuci go, lecz raczej mu przyniesie pociechę w życiu. Gdy podrosła, to już jej żadna zabawa nie obchodziła. (…) Po jej wstąpieniu do klasztoru cały dom był jakby w żałobie, bo ona miała coś dziwnie pociągającego w sobie i wszyscy ją lubili”.

    Rodzice, a zwłaszcza ojciec, byli przeciwni wstąpieniu Heleny do klasztoru. Helena Kowalska ukończyła trzy klasy szkoły podstawowej. W wieku 16 lat podjęła pracę służącej. Myślała już o wstąpieniu do klasztoru, odkładała zarobione pieniądze na tzw. wyprawę. Jak ją zapamiętali ci, u których służyła? Marcjanna Sadowska: „No cóż ja mogę o niej powiedzieć, nic ciekawego nie było, tylko… jak poszła ze mną na miasto, to mi odbierała torbę z kupnem, a ja jej nie dawałam, bo ona bardzo wycieńczona, bo wciąż pościła.Była zgodliwa i śmieszka. Wieczór, jak siadła na stołku – troje moich dzieci koło niej – to tak im opowiadała jakieś bajki i tak się śmiała, a one z nią”. Leokadia Baryszewska: „Nic szczególnego o Helence nie pamiętam, tylko że była dla mnie bardzo dobra”. Aldona Lipszyc: „Pamiętam jej zdrowy radosny śmiech. Śpiewała dużo i dla mnie osoba jej związana jest z tą pieśnią, którą najczęściej śpiewała i której się od niej nauczyłam: »Jezusa ukrytego«. Teraz, kiedy się dowiedziałam o jej życiu, zrozumiałam, że ta pieśń była całą treścią jej życia”.

    Kasztelanka, królewna, kierowniczka duchowa

    Helena Kowalska zapukała do domu Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Warszawie. „Nic nadzwyczajnego” – tak zareagowała siostra wydelegowana do „zbadania nowego powołania”. Chciano ją z miejsca odesłać. Siostra Michaela Moraczewska wspomina: „Nie zrobiła na mnie na pierwszy rzut oka dodatniego wrażenia ze względu na swój nieco zaniedbany wygląd zewnętrzny. Pomyślałam sobie: »Ej, to nie dla nas!«. Zauważyłam, że kandydatka bardzo zyskuje z bliska, że ma miły uśmiech, sympatyczny wyraz twarzy, dużo prostoty, szczerości i rozsądku w wyrażaniu się”. Przyjęto ją do drugiego chóru, czyli uboższej grupy sióstr zajmujących się pracami fizycznymi. Wciąż przerzucano ją do różnych domów zakonnych. Pracowała w kuchni, w ogrodzie, przy sprzątaniu, przy furcie. Od strony zewnętrznej jej życie zakonne przedstawiało się „dość szaro i niepozornie, choć przykładnie budująco” – opowiada o. Józef Andrasz, jezuita, kierownik duchowy. „Kto jednak miał sposobność poznać Siostrę Faustynę od strony jej życia wewnętrznego, ten nie może się oprzeć silnemu wrażeniu, że ma do czynienia z niepospolitą duszą”.

    W świadectwach przewija się motyw niepozorności jej postaci, a jednocześnie przeczucie wyjątkowości. „Oczy jej nabierały blasku, gdy patrzyła na Najświętszy Sakrament, były promienne, jakby widziała samego Pana Jezusa. Nie była wylewną na zewnątrz, przez co ukrywała swą świętość” – zauważa s. Irena Krzyżanowska, przełożona w Wilnie i Krakowie. „Szczególniej z wielkim entuzjazmem i pieczołowitością hodowała kwiaty, ciesząc się, że to wszystko do kapliczki dla Pana Jezusa. Wolny czas poświęcała na robienie swoich notatek, z którymi chętnie się kryła. To właśnie pobudzało niejednokrotnie siostry do rozmaitych, mniej lub więcej złośliwych uwag, tym bardziej że to wiązało się z częstszym w tygodniu kontaktem ze spowiednikiem. Na skutek tego otrzymała między siostrami miano »kasztelanki«. Mimo świadomości, że jej postępowanie razi otoczenie, Siostra Faustyna nic ze »swego« sposobu nie zmieniła, świadoma oparcia u wyższej władzy” – pisze s. Borgia Tichy. Kiedy z powodu choroby Faustyna dostała jakiś dodatek do jedzenia, jedna z sióstr powiedziała o niej głośno „królewna”. Faustyna odpowiedziała z uśmiechem: „A tak, jestem królewna, bo przyjęłam Pana Jezusa, więc płynie we mnie krew królewska”. „Często wpadała do kaplicy na sekundę, by się do Pana Jezusa uśmiechnąć” – wspomina s. Borgia.

    Jako jej przełożona dostrzega, że „miała słabość do uważania się za »kierowniczkę duchową«. Pozornie cicha i spokojna, ale nie bez temperamentu, który dosyć często się ujawniał. Była bezkompromisowa, czasem zbyt odważna w robieniu uwag siostrom starszym od niej czy to stopniem, czy też wiekiem lub urzędem”. Wiele sióstr zapamiętało jej duchowe porady. „Przenikliwe jej oczy czytały, co się kryło na dnie mojej duszy, zawsze wyczytały moje grzechy i upadki. (…) Często powtarzała, że choćbym miała grzechy jak szkarłat, to mi nie wolno ani chwili wątpić, że mi Bóg przebaczyć nie może. Mówiła mi często, że kiedy dusza po upadku boi się zbliżyć do Pana Jezusa, to straszną ranę zadaje w samo Serce najświętsze; gorzej je boli nieufność aniżeli grzechy najstraszniejsze – opowiada s. Justyna Gołofit. – Miała niemało upokorzeń od sióstr, ale jednak nigdy się nie użalała przed nikim, ale zawsze uśmiechnięta i spokojna, przepraszała, że nie dość była uważna, dokładna”. Reagowała stanowczo na grzech, szczera do bólu. Zachęcała do gorliwości, posłuszeństwa, prawdomówności wobec przełożonych. Siostry często prosiły ją o modlitwę. Nieraz wypisywała karteczki ze słowami zachęty. Siostra Zuzanna Tokarska nie ukrywa swojej niechęci. „Ja zawsze byłam Martą, ona Marią – pisze. – Ona już wtedy miała głowę zajętą i myśli przepełnione objawieniami i poleceniami Pana Jezusa, a robotą się wcale nie przyjmowała, choćby jej było jak najwięcej. Skarżyłam na nią do matki generalnej i do matki Małgorzaty.

    Tylko czekałam, żebym się od niej uwolniła. Myślałam prosić, żeby ją ode mnie wzięli… Ale do dziś żałuję, żem tego nie zrobiła. Byłabym uniknęła teraz wyrzutów sumienia, żem się ze świętą tak obchodziła”. Dodaje jednak: „ale za to teraz z nieba odpłaca mi za wszystkie przykrości, jakie miała ode mnie, bo dużo razy doznałam za jej przyczyną łask, bardzo znaczących”.

    Największa nędza i nicość. S. Faustyna

    Chyba nikt tak dobrze nie poznał św. Faustyny jak bł. ks. Michał Sopoćko, kierownik duchowy z Wilna. „Była to osoba zupełnie zrównoważona, bez cienia psychoneurozy lub histerii. Naturalność i prostota cechowała jej obcowanie zarówno z siostrami w zgromadzeniu, jak i z osobami obcymi. Nie było w niej żadnej sztuczności i teatralności, żadnej wymuszoności ani chęci zwracania uwagi na siebie. Przeciwnie, starała się w niczym nie wyróżniać od innych, a o swych przeżyciach wewnętrznych nikomu nie mówiła oprócz spowiednika i przełożonych. Nie ulegała żadnej depresji psychicznej ani zdenerwowaniu w niepowodzeniach, które znosiła spokojnie, z poddaniem się woli Bożej”. Ksiądz Sopoćko opisuje, że w 1934 roku, podczas jego kilkutygodniowej nieobecności, siostra Faustyna spaliła swój dziennik. „Ponoć zjawił się jej anioł i kazał wrzucić go do pieca, mówiąc: »Głupstwo piszesz i narażasz tylko siebie i innych na wielkie przykrości. Cóż ty masz z tego miłosierdzia? Po co czas tracisz na pisanie tych jakichś urojeń? Spal to wszystko, a będziesz spokojniejsza i szczęśliwsza«. Siostra Faustyna nie miała się kogo poradzić i gdy widzenie się powtórzyło, spełniła polecenie rzekomego anioła. Po tym zorientowała się, że postąpiła źle, opowiedziała mi wszystko i spełniła polecenie odpisania wszystkiego na nowo”.

    W świadectwach powtarza się motyw przyciągania, promieniowania świętości Faustyny. S. Serafina Kukulska: „Ile razy ją odwiedzałam, czułam wewnętrznie jakiś urok, coś, czego nie pojmowałam, ale nie mogłam się zdobyć na rozmowę duchową, gdyż byłam przez inne siostry niekorzystnie do niej usposobiona”. S. Anna Słomińska: „Obcowanie z nią uszczęśliwiało mnie wprost, choć nie zdawałam sobie sprawy dlaczego. Oczy miała pełne szczęścia, lubiłam w nie patrzeć”. S. Eufemia Traczyńska: „Pragnęła świętości i chciała, żeby cały świat był święty. Była niby zwyczajna, ale taki duch się od niej udzielał, i zawsze była radosna”. Stefania Krupa, wychowanka domu sióstr: „Raz tylko spotkała Faustynę. „Mówiąc »Pochwalonego« podniosłam na nią oczy, a ten wzrok, który na mnie skierował siostra Faustyna, był czymś takim, że przez lata całe do dziś go pamiętam. To było chyba niebo lub odbicie Boga, którego miała w duszy”.

    Sześć tygodni przed śmiercią Faustyna pisze list do przełożonej: „Najdroższa Mateczko, zdaje mi się, że jest to ostatnia nasza rozmowa na ziemi; czuję się bardzo słabiutka i piszę drżącą ręką, cierpię tyle, ile znieść jestem zdolna. Jezus nie daje ponad siły; jeżeli cierpienia są wielkie, to i łaska Boża jest potężna. Zdana jestem całkowicie na Boga i Jego świętą wolę. Tęsknota coraz większa ogarnia mnie za Bogiem, śmierć mnie nie przeraża, dusza moja obfituje w wielki spokój. (…) Przepraszam najpokorniej Najdroższą mateczkę za niedokładne zachowanie reguł, za zły przykład, jaki dawałam siostrom, za brak gorliwości w życiu zakonnym, za wszystkie przykrości i cierpienia, jakie mogłam zrobić Mateczce, choć nieświadomie (…). Do widzenia, Najdroższa Mateczko, zobaczymy się w niebie u stóp Tronu Bożego. A teraz niech się sławi w nas i przez nas Miłosierdzie Boże. Największa nędza i nicość s. Faustyna”.•

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ___________________________________________________________________________________

    Po prostu Faustyna

    W jaki sposób ta niepozorna kobieta, zamknięta w klasztorze, mogła odcisnąć tak silne piętno na obliczu współczesnego Kościoła?

    św. Faustyna Kowalska/Ze zbiorów Muzeum Diecezjalnego w Płocku

    ***

    Wpatruję się w te zdjęcia, jakbym mogła dzięki temu odkryć tajemnicę jej świętości. Pierwsze – to fotografia młodej dziewczyny, zrobiona w jakiś słoneczny dzień, drugie to już zdjęcie zakonnicy – św. Siostry Faustyny. Te zdjęcia dzieli kilka lat, ale duchowo są to lata świetlne. To wiemy dziś, tajemnicą pozostaje, co zdarzyło się między tymi dwoma ujęciami. W jaki sposób ta niepozorna kobieta, zamknięta w klasztorze, mogła odcisnąć tak silne piętno na obliczu współczesnego Kościoła? W jaki sposób modlitwa, którą zapisała w swoim „Dzienniczku”, stała się jedną z najchętniej odmawianych? Jakim cudem? No właśnie…

    Tajemnica Faustyny staje się tajemnicą świętości i odkrywa przed nami odrobinę Bożej metody działania. Jak mawia papież Franciszek: Bóg lubi to, co małe, niepozorne, skromne, zwyczajne. Jak Faustyna – kucharka, ogrodniczka, sprzedawczyni chleba w prowincjonalnej piekarni, furtianka, zakonnica drugiego chóru. Nikt ważny. Musiał minąć czas, by świat jej uwierzył, by drzewo w niej zasadzone przyniosło owoc.

    Dwie fotografie

    Trudno opisać tę twarz, pomijając fakt fatalnej jakości przedwojennej fotografii. Helena, jeszcze nie Faustyna, ma jasne niebieskie oczy i gęste włosy koloru miedzianego. Jest 1923 r. i jakaś beztroska sytuacja. Widać modną w latach przedwojennych fryzurę na hollywoodzką gwiazdę i żakiecik w kratkę. Zapamiętano, że nie zwracała szczególnej uwagi na strój, z wyjątkiem okresu, gdy chcąc zagłuszyć myśl o życiu zakonnym, ubierała się modnie i po miejsku.

    Na tych niewielu zdjęciach uderza jeszcze jedna rzecz – uśmiech. Szeroki, szczery, przy takim każda twarz z miejsca robi się ładna. Podobno lubiła się śmiać i śpiewać na cały głos. To dla nas, współczesnych, ważne, żeby uzmysłowić sobie, iż święci mieli nasze cechy – skłonność do żartu, zabawy, śmiechu. Siostra Beata Piekut, świadek życia Faustyny, wspomina, że zapamiętała ją jako osobę promienną i rozradowaną. Tak zresztą zapamiętało Helenę, a potem Faustynę, wiele osób.

    Na późniejszych zdjęciach zakonnych ma już rys pewnej powagi. Surowości dodaje jej welon ściśle okalający twarz. Ale na ustach błąka się lekki uśmiech, jakby przepraszający. Wydaje się szczęśliwa i promienna. Jednocześnie to spojrzenie – bardzo skupione, skoncentrowane na widzu, badawcze.

    Codzienność

    Helena – Faustyna znała trudy życia od dziecka. W domu rodzinnym opiekowała się rodzeństwem i zajmowała domem. Była trzecim z dziesięciorga dzieci. Zdołała ukończyć tylko 3 klasy szkoły powszechnej – ledwie pisała, i to z błędami. Potem jako nastolatka służyła w domach w Aleksandrowie Łódzkim, Łodzi i Ostrówku pod Warszawą.

    Zatrudniające ją rodziny, a później i współsiostry chwaliły jej pracowitość i sumienność. Niczego nie trzeba było jej dwa razy powtarzać – zapisała jedna z zakonnic. – Mogłam zostawić cały dom pod jej opieką i być spokojna – wspomina jedna z pracodawczyń. Miała rękę do dzieci, np. u rodziny Lipszyców spod Warszawy niańczyła piątkę malców. Nie dziwi, że widziano w niej idealny materiał na żonę i matkę, że namawiano Helenę do zamążpójścia.

    Helena Kowalska, rok 1923/Nieznane zdjęcie św. Faustyny z bratem
Stanisławem od lat spoczywało w archiwum
parafii księży marianów pw. Matki Bożej
Królowej Polski w Warszawie

    Helena Kowalska, rok 1923/Nieznane zdjęcie św. Faustyny z bratem Stanisławem od lat spoczywało w archiwum parafii księży marianów pw. Matki Bożej Królowej Polski w Warszawie/Archiwum/www.zyciezakonne.pl

    ***

    Lubiła się modlić. Matka wspominała o niej, że codziennie chciała chodzić do kościoła. Gdy podpisywała kiedyś umowę o pracę, Helena zażądała klauzuli, że wolno jej będzie chodzić codziennie na Mszę św., odwiedzać chorych i konających. To dość asertywne zachowanie jak na pannę służącą, która w tamtych czasach nie miała praktycznie żadnych praw. Nie ma się co dziwić, skoro Helenka jeszcze jako dziecko potrafiła udawać żebraczkę, prosić ludzi o datek, a potem zanosić wszystko proboszczowi z prośbą, by rozdał pieniądze biednym. Już jako panna dokarmiała starego chorego człowieka, mieszkającego pod schodami łódzkiej kamienicy. Były w niej jakaś nadwrażliwość, nieobojętność na biedy tego świata. O taką nadwrażliwość apeluje dziś Ojciec Święty, widząc w niej ratunek dla świata.

    Mizerotka

    Marzył jej się klasztor. W „Dzienniczku” napisała: „W siódmym roku życia usłyszałam pierwszy raz głos Boży w duszy”.

    Dwa razy prosiła rodziców o pozwolenie na pójście za furtę. I dwa razy usłyszała odmowę. Choć byli pobożnymi ludźmi, nie stać ich było na konieczne wówczas zakonne wiano. Po drugie – nie chcieli oddawać klasztorowi swojego – jak sami mówili – „najlepszego dziecka”. Mama, strofując młodsze, wołała: „Do Heli toście nie warci stanąć!”. Może widzieli w córce opiekunkę na starość? – Mnie i bez pieniędzy Pan Jezus przyjmie! – ripostowała Helenka, rozczarowana nieustępliwością rodziców.

    Trzeci raz nie zapytała. Spakowała walizkę i pojechała w ciemno do Warszawy. Nie znała miasta, nie znała ludzi. Przypadkowo spotkany ks. Jakub Dąbrowski, proboszcz stołecznego kościoła pw. św. Jakuba, pomógł nieznajomej i polecił ją zaprzyjaźnionej rodzinie Aldony i Samuela Lipszyców. Helena w każdej wolnej chwili szukała dla siebie zakonu. Praktycznie wszędzie odsyłano ją z kwitkiem. Niemal tak samo skończyłaby się wizyta w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ul. Żytniej. – Niepozorna, wiek troszkę spóźniony, dosyć wątłej kompleksji, służąca, z zawodu kucharka, a przy tym nieposiadająca nie tylko posagu, ale nawet najmniejszej wyprawki. Nic nadzwyczajnego, ot, zgłosiła się taka mizerotka, wątła, biedna, bez wyrazu, nic obiecującego – relacjonowała m. Małgorzata Gimbutt. Gdyby nie m. Michaela Moraczewska – przełożona warszawskiego domu, która zdecydowała się jednak porozmawiać z „mizerotką”, Helena szukałaby zapewne dalej.

    Wejście za mur klasztorny było dla Heleny momentem przełomowym. Otrzymała imię Maria Faustyna i rozpoczęła nowe życie. „Zdawało mi się, że wstąpiłam w życie rajskie” – napisała. Jej zakonna droga to głównie Warszawa, Kraków, Wilno, Płock i, oczywiście, Łagiewniki. Wykonywała najprostsze prace, głównie fizyczne. Otoczenie nie miało pojęcia, co działo się w duszy skromnej zakonnicy, nie wiedziało o bogactwie jej życia mistycznego. Jak zwykle pracowita, posłuszna, zdyscyplinowana, rozmodlona – nie sprawiała kłopotów. Aż do zimnej lutowej nocy 1931 r.

    Sfera mistyczna

    Faustyna nosiła ukryte stygmaty i dar rozmaitych widzeń. Widziała cierpienia dusz czyśćcowych, oglądała niebo i piekło. Widziała cierpienia Jezusa podczas Drogi Krzyżowej. Ale nade wszystko otrzymała dar rozmawiania z Jezusem.

    Miała jakieś 7 lat, gdy pierwszy raz „tego” doświadczyła. „Byłam na Nieszporach – wspominała po latach – a Pan Jezus był wystawiony w monstrancji, wtenczas po raz pierwszy udzieliła mi się miłość Boża”.

    Czy próbowała mówić o tym zdarzeniu najbliższym? Matka już wcześniej dostrzegła nieustającą chęć córki do modlitwy i nawet łajała ją za zrywanie się po nocach do pacierza. Bała się, że dziecko postrada zmysły.

    Gdy zdarzyło się to po raz drugi, dziewczyna była niemal dorosła, ale postawiła na nogi cały dom, krzycząc, że się pali – taka jasność biła z jej izdebki. Potem zdarzenie z Łodzi – gdy jednej z sióstr udało się wyciągnąć Helenkę na tańce. Nagle w tłumie roześmianych ludzi Helena dostrzegła obnażonego i poranionego Jezusa. Ten widok zrobił na niej piorunujące wrażenie. Udała ból głowy i uciekła. Pobiegła do łódzkiej katedry. Nie zważając na modlących się wokół ludzi, położyła się krzyżem i błagała o wskazówki, co ma dalej robić. W „Dzienniczku” zapisała, że usłyszała wtedy głos nakazujący jej jechać do Warszawy i wstąpić do zakonu.

     

    Łagiewniki
– furta klasztorna

    Łagiewniki – furta klasztorna/fot. Grażyna Kołek/Tygodnik Niedziela

    ***

    Życie zakonne sprawia, że jej doznania duchowe intensyfikują się. Kolejne klasztory stają się słupami milowymi na tej drodze. W Płocku rozpoczyna się jej wielka misja. W niedzielny zimowy wieczór 22 lutego 1931 r. wraca do swojej celi i widzi w niej Jezusa w białej szacie. Doznanie jest wstrząsające. Opowiada o tym spowiednikowi i przełożonej, która żąda dowodu objawień. Na klasztornych korytarzach już szepcze się o objawieniach siostry z kuchni. Niektóre nazywają Faustynę histeryczką i fanatyczką, inne mają sceptyczny stosunek, ale są i takie, które dostrzegają w tym palec Boży. Faustynę odsyła się do kapłanów, a kapłani odsyłają ją do przełożonych. Nikt nie rozstrzyga sprawy ostatecznie, co powoduje, że sama nie wie, co o tym myśleć. Podczas jednej ze spowiedzi – u jezuity o. Edmunda Eltera słyszy wreszcie to, na co czeka. Kapłan wyjaśnia, że jest na dobrej drodze, a jej obcowanie z Jezusem nie jest ani histerią, ani złudzeniem, ani marzycielstwem. Zaleca prosić Boga o kierownika duchowego. Dopiero w Wilnie spotka odpowiedniego kapłana – ks. Michała Sopoćkę. Ta znajomość ma przełomowe znaczenie. Gdy kapłan przekonuje się, że młoda zakonnica nie jest chora psychicznie, a stwierdza to lekarz specjalista, staje się dla niej – jak go sama nazwała – „kierownikiem duszy”. Zresztą Wilno to ważne miejsce: tutaj Faustyna zaczyna pisać „Dzienniczek”, tutaj powstaje – dokładnie według wskazówek zakonnicy – pierwszy obraz Jezusa Miłosiernego z napisem: „Jezu, ufam Tobie”. Wreszcie w Wilnie przyszła święta słyszy słowa, które napełniają ją lękiem: „Przygotujesz świat na ostateczne przyjście moje. (…) Będziesz wypraszać z towarzyszkami swymi miłosierdzie dla siebie i świata”. Podczas jednej z wizji Jezus dyktuje zakonnicy słowa Koronki do Miłosierdzia Bożego. Więcej nawet – uczy, jak ją prawidłowo odmawiać.

    Doznania mistyczne nabierają siły. Są coraz częstsze. Ksiądz Sopoćko zanotował, że czasem wyglądała, jakby wpatrywała się w jakąś jasność – „nieprzystępną, uszczęśliwiającą światłość; w tej niepojęcie uszczęśliwiającej światłości trzymała przez czas jakiś wzrok utkwiony”.

    W Krakowie, dokąd została wysłana ze względu na pogarszający się stan zdrowia, kończy się przekazywanie Siostrze Faustynie prorockiej misji. Zakonnica nadal jednak pisze „Dzienniczek”, pełen już jej własnych rozważań. Motywem przewodnim są słowa Jezusa, by głosić światu Jego miłosierdzie. Wielokrotnie słyszała: „Pisz… mów światu o moim miłosierdziu, o mojej miłości”.

    Powraca pytanie: jak s. Faustyna w warunkach, jakie zostały jej dane, mogła rozsławić Boże Miłosierdzie na cały świat? Nie była kaznodzieją ani misjonarzem, ani nikim znacznym. Jednych irytowała, innych szokowała, a dziś miliony ludzi codziennie odmawiają Koronkę przed obrazem „Jezu, ufam Tobie”. Siostra Elżbieta Siepak, rzecznik prasowy Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, mówi o tajemnicy i nieustającej tęsknocie człowieka za miłością. – Siostra Faustyna pokazuje światu oblicze Boga sprawiedliwego i miłosiernego. Odkrywa przed ludźmi, na czym polega miłość, i to miłość miłosierna. Pokazuje to, czego człowiek najbardziej potrzebuje – podkreśla s. Siepak.

     Katarzyna Woynarowska/Tygodnik Niedziela

    __________________________________________________________________________________


    5 października

    Błogosławiony Bartolo Longo

    Błogosławiony Bartolo Longo

    Bartolo Longo urodził się w Latiano, w pobliżu Brindisi, 10 lutego 1841 roku. Po ukończeniu szkoły elementarnej i średniej zapisał się na uniwersytet w Neapolu. Wtedy jednak zarówno młodzież tego uniwersytetu, jak i profesorowie mało myśleli o nauce, a więcej o polityce, od której aż wrzało. Dlatego Longo udał się do Lecce, gdzie pod opieką wytrawnych profesorów odbył prywatne studia. W wolnym czasie z pasją oddawał się muzyce. Ponieważ nie stać go było na opłacanie nauczyciela gry na fortepianie i na flecie, żył tak bardzo skromnie, że zapadł na zdrowiu. Kiedy Neapol został przyłączony do zjednoczonych Włoch, Longo wraz ze swoim młodszym bratem, Alcestem, powrócił na uniwersytet do Neapolu, by uzupełnić studia. Tu niestety zaraził się duchem laickim, jaki wówczas był w modzie na tym uniwersytecie, i sam także zaczął występować przeciwko Kościołowi. Obojętny religijnie, oddał się modnym w owym czasie praktykom spirytystycznym. Przyjął nawet “święcenia kapłańskie” organizowane na wzór katolickich, jako kapłan szatana, który miał mu się pokazywać pod imieniem św. Michała.
    Na szczęście Longo miał przyjaciela, profesora Wincentego Pepe, człowieka głębokiej wiary. Ten powoli przekonał Longo, że jest na złej drodze, na której nie osiągnie ani szczęścia doczesnego, ani wiecznego. Profesor zapoznał Longo z pewnym kapłanem z Zakonu Kaznodziejskiego, uczonym, który w dyskusji rozjaśnił mu wiele wątpliwości, jakie napotykał w wierze katolickiej. Powoli Bartolo stawał się na nowo katolikiem praktykującym.
    W roku 1864 Longo otrzymał doktorat z prawa i powrócił do domu. Był jednak już wtedy zupełnie innym człowiekiem. Oddał się modlitwie i uczynkom miłosierdzia. Odrzucił dwa razy proponowane mu małżeństwo, by wypełnić to, co proroczo przepowiedział mu Emanuel Ribera, kapłan-redemptorysta: “Pan żąda od ciebie wielkich rzeczy. Jesteś przeznaczony do wysokiego zadania”. Porzucił więc zawód adwokata i złożył ślub dozgonnej czystości. Powrócił do Neapolu, gdyż tu widział o wiele szersze pole dla swojej apostolskiej pracy. Związał się z księżną Marianną de Fusco, która hojną ręką będzie odtąd wspierać wszystkie jego dzieła. Ta uczyniła Longo również administratorem swoich majątków w okolicach Pompei (1872).
    Tu dopiero zapoznał się z religijnym opuszczeniem tamtejszej ludności. Natychmiast zabrał się do pracy. Odwiedzał osobiście poszczególne miejscowości, uczył katechizmu. Ze szczególną gorliwością szerzył nabożeństwo różańca świętego. Pewnego dnia siostra Maria Concetta de Litala ofiarowała panu Longo bardzo zniszczony obraz Matki Bożej Różańcowej, malowany na płótnie. Bartolo odnowił go w roku 1876 i umieścił, za zezwoleniem proboszcza, w kościółku parafialnym w Pompei. Matka Boża za ten skromny gest odpowiedziała hojnie łaskami. Wieść o cudownym obrazie zaczęła rozchodzić się coraz szerzej. Napływali pielgrzymi ze wszystkich stron. Niebawem kościółek okazał się za mały i zbyt skromny. Longo, zachęcony przez biskupa miasta Nola, do którego diecezji należała wtedy Pompeja, zabrał się do budowy okazałej świątyni. Ofiary na ten cel płynęły tak szczodrze, że w ciągu zaledwie 11 lat ukończył budowę (1876-1887). Konsekracji świątyni dokonał kardynał Monaco La Valletta. Dokonano też koronacji obrazu koronami papieskimi, na którą zezwolił papież Leon XIII (1887). Koronę ozdobiło ponad 700 drogich kamieni.

    Błogosławiony Bartolo Longo

    Bartolo Longo chciał, aby sanktuarium było nie tylko centrum pobożności, ale także i dzieł miłosierdzia. Dlatego przy kościele założył sierociniec, który oddał pod opiekę założonych przez siebie “Córek Różańca z Pompei”. Założył także w pobliżu Instytut Dzieci Więźniów dla opieki nad dziećmi więźniów. Był bowiem przekonany, że synowie i córki tych, którzy minęli się z prawem, są także narażone – przez zły przykład – na podobny los. Do prowadzenia tego zakładu zaprosił Braci Szkół Chrześcijańskich. Tysiące wychowanków tego instytutu wyrosło na dobrych obywateli i na wzorowych katolików.
    Longo wyróżniał się nabożeństwem do Matki Bożej Różańcowej Pompejańskiej. Zaczął wydawanie czasopism Różaniec i Nowa Pompeja. Opublikował ponadto wiele pism, dotyczących Różańca świętego. Siebie nazywał “kawalerem Maryi”. Nie mniejszym przywiązaniem i czcią wyróżniał się dla Stolicy Apostolskiej. Całe sanktuarium oraz wszystkie swoje dzieła oddał pod jej opiekę (1893).
    Niebawem pustynia, na której Longo ufundował swoje instytucje, zaczęła się zaludniać, tak że dzisiaj Nowe Pompeje to piękne miasteczko. Stare Pompeje – to rzymskie miasto, zasypane lawiną w czasie wybuchu Wezuwiusza w 79 roku po narodzeniu Chrystusa. Najcenniejsze znaleziska w postaci mozaik i malowideł ściennych zostały przeniesione do Muzeum Narodowego w Neapolu. Zrekonstruowano część budynków, pozostawiając znalezione w nich przedmioty. W obrębie murów odkryto ślady budynków mieszkalnych, sklepów, warsztatów, trzech łaźni publicznych, teatru, amfiteatru, koszar gladiatorów i kilku świątyń. Odkrycie Pompei i Herkulanum spod lawy ma ogromne znaczenie dla poznania życia dawnych Rzymian.
    Magnesem, który przyciąga dziś w te rejony dziesiątki tysięcy pielgrzymów, jest sanktuarium Matki Bożej Różańcowej z cudownym obrazem, który Longo kupił w roku 1875 za 8 karlinów. Dzisiaj bazylika jest cała w marmurach i złoceniach. Potężna kopuła z daleka zwraca na siebie uwagę. Okazały, renesansowy fronton dobudowano w roku 1901, w tym samym stylu wybudowano też przepiękną dzwonnicę w roku 1925.
    Bartolo Longo musiał wiele w życiu dla Maryi wycierpieć. Rzuciła się do walki z nim cała masoneria i sfora liberałów. W gazetach opluwano go, nazywano szalbierzem, obskurantem. “Kawaler Maryi” cieszył się, że może dla swojej Pani cierpieć i tym goręcej szerzył Jej chwałę. Dla dopełnienia zasług Pan Bóg nie szczędził swojemu słudze także i fizycznych cierpień. Znosił je z poddaniem się woli Bożej. Jakby w nagrodę zabrała Maryja swojego “kawalera” w miesiącu różańca, 5 października 1926 roku, w 85. roku życia.
    Jego ciało złożono w kaplicy pod bazyliką (w krypcie). Tłumy, nawiedzające sanktuarium, przychodzą również i tu, by pomodlić się i rozpalić w swoim sercu miłość dla Królowej Różańca świętego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    Bartolo Longo nie od zawsze był święty!

    Dobrze znany scenariusz: pobożny syn wyjeżdża na studia, wpada w złe towarzystwo, oddala się od Boga i popełnia błędy. Najczęściej jednak nie osiągają one takich rozmiarów jak w przypadku Bartolo Longo, który przez lata żył jako satanistyczny kapłan.

    Każdy grzesznik, nawet najbardziej upadły, może znaleźć ocalenie w Różańcu – tę myśl zapisał bł. Bartolo Longo

    Bartolo Longo/Archiwum Sanktuarium w Pompejach

    Każdy grzesznik, nawet najbardziej upadły, może znaleźć ocalenie w Różańcu – tę myśl zapisał bł. Bartolo Longo

    ***

    Skrajne decyzje

    Jak wielu świętych, Bartolo wychował się w gorliwej, katolickiej rodzinie. Pobożni rodzice z południowych Włoch, dr Bartolomeo Longo i Antonina Luparelli, codziennie odmawiali Różaniec. W 1851 r. mając zaledwie 10 lat, chłopiec stracił ojca. Był to przełomowy moment w życiu młodego Włocha. Od tego tragicznego wydarzenia Bartolo coraz bardziej oddalał się od wiary katolickiej. Rozpoczynając studia prawnicze na uniwersytecie w Neapolu, pod wpływem m.in. profesorów dołączył do antyklerykalnego ruchu.

    Bartolo zaczął poszukiwać odpowiedzi na egzystencjalne pytania u wróżbitów. Brał udział w seansach spirytystycznych i orgiach. Publicznie wyśmiewał chrześcijaństwo i robił wszystko, co w jego mocy, by obalać katolickie wpływy w społeczeństwie i kulturze. Wkrótce pragnienie dotknięcia tego, co nadprzyrodzone, doprowadziło go do uprawiania satanizmu. Po okresie intensywnych nauk i rygorystycznych postów został wyświęcony na satanistycznego kapłana, po czym oddał swoją duszę demonowi.

    Załamanie psychiczne i przełom

    Im więcej Bartolo eksperymentował z siłami złego, tym bardziej pogrążał się w depresji i demonicznej obsesji. Radość całkowicie go opuściła. Zamiast niej były paranoje, nienawiść do ludzi i poddenerwowanie. Mężczyznę nękały diaboliczne wizje i koszmary. Ostatecznie przeżył załamanie psychiczne.

    Jego rodzina nie przestawała się za niego modlić. Za namową bliskich opętanego, katolicki profesor Vincenzo Pepe zgodził się porozmawiać z Bartolo. Zapytał go: „Czy chcesz umrzeć w zakładzie dla obłąkanych i być na zawsze potępionym?”. Profesor w końcu przekonał mężczyznę do wizyty u dominikanina o. Alberto Radenta, który po tygodniach długich rozmów, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa w 1865 r., umożliwił byłemu sataniście powrót do Kościoła i udzielił mu rozgrzeszenia.

    Wyrzuty sumienia

    W ramach pokuty przez dwa lata Bartolo pomagał w szpitalu dla nieuleczalnie chorych. Gorliwie się modlił. Został dominikaninem trzeciego stopnia. Pomimo odwrócenia się od grzechu i łaski spowiedzi świętej Bartolo jednak nie mógł sobie wybaczyć. Pewnego dnia, gdy załatwiał w Pompejach sprawy hrabiny Marianny de Fusco, wspomniał swoją grzeszną przeszłość. Później napisał: „Pewnego dnia na polach wokół Pompei przypomniałem sobie mój dawny stan jako kapłana szatana… Pomyślałem, że być może tak jak kapłaństwo Chrystusa jest na wieczność, tak też kapłaństwo szatana jest na wieczność. Tak więc, pomimo mojej pokuty, pomyślałem: nadal jestem poświęcony szatanowi (…). Poczułem głębokie poczucie rozpaczy i prawie popełniłem samobójstwo. Wtedy usłyszałam w uszach echo głosu brata Alberta powtarzającego słowa Najświętszej Maryi Panny: »Ten, kto propaguje mój Różaniec, będzie zbawiony!«. Padając na kolana, zawołałem: »Osiągnę zbawienie, ponieważ nie opuszczę tej ziemi bez rozpowszechnienia Twojego Różańca!«”.

    I tak też uczynił. Przy finansowym wsparciu hrabiny zbudował znaną na całym świecie bazylikę Matki Bożej Różańcowej w Pompejach. Założył szkoły i domy dziecka. Wspierał więźniów i ich potomstwo. Pisał książki o różańcu, nowenny i podręczniki do modlitwy. Zaprzyjaźnił się nawet z papieżem Leonem XIII, wielkim czcicielem Matki Bożej. Przez 50 lat wiernie propagował Różaniec, w tym Nowennę Pompejańską.

    Wkład na wieki

    Jan Paweł II beatyfikował Bartolo Longo w 1980 r., nazywając go „człowiekiem Maryi”. To właśnie w pismach bł. Bartolo polski papież znalazł inspirację do stworzenia Tajemnic Światła Różańca Świętego. Kiedy Jan Paweł II w swojej encyklice „Różaniec Najświętszej Maryi Panny” z 2002 r. przedstawił nowe tajemnice, nie zawahał się okazać podziwu temu świętemu człowiekowi, którego nawrócenie, a także późniejsze działania pokazały, że bez względu na to, jak bardzo oddalimy się od Boga, zawsze jest nadzieja na powrót do Naszego Stwórcy i szansa na nowe, święte życie.

    Anna Casanova/Tygodnik Niedziela

    ___________________________________________________________________________________

    Opluwał wiarę, hołdował złym duchom.

    Bł. Bartolo Longo nie od zawsze święty był…

    Wiele osób sięga po Nowennę Pompejańską, decydując się na trud wytrwania z paciorkami w dłoniach. Od Pompejanki ich kroki biegną do bł. Bartolo Longo…

    Każdy grzesznik, nawet najbardziej upadły, może znaleźć ocalenie w Różańcu – tę myśl zapisał bł. Bartolo Longo

    Bartolo Longo/Archiwum Sanktuarium w Pompejach

    Każdy grzesznik, nawet najbardziej upadły, może znaleźć ocalenie w Różańcu – tę myśl zapisał bł. Bartolo Longo

    ***

    Z prześladowcy w apostoła

    Opluwał wiarę, gardził chrześcijanami, hołdował złym duchom. historia Kościoła niejednokrotnie notowała takie przypadki. Wystarczy przypomnieć sobie chociażby Szawła, który „ciągle jeszcze siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich” (Dz 9, 1). Takie zdarzenia to nie tylko anachroniczne sceny z Pisma Świętego, ale realne postawy ludzi żyjących wokół nas. XIX wiek – historia Kościoła znów odnotowuje podobny przypadek: Bartolo Longo, młodzieniec dopiero co zaczynający studia prawnicze na wydziale prawa Uniwersytetu Neapolitańskiego. Chłopak bardzo szybko wciela się w liberalny nurt włoskiej uczelni naznaczonej ateizmem i praktykami okultystycznymi. Jego bunt wobec religii chrześcijańskiej jest tak silny, że w pewnym momencie ofiarowuje się na służbę szatanowi. Na szczęście na ratunek spieszy przyjaciel rodziny, Vincent Pepe, który pomaga mu uwolnić się z satanizmu. Nawrócenie Bartolo owocuje przyjęciem go na tercjarza Zakonu Dominikańskiego, który jako jego członek obiera imię Brat Rosario (Brat Różaniec). I tak Szaweł stał się Pawłem, a Bartolo Bratem Różańcem. Zmiana imienia jest tu bardzo istotna. Symbolizuje bowiem moment ponownych narodzin, ponieważ imię otrzymujemy tylko w momencie przyjścia na świat, zatem zarówno Paweł, jak i Brat Rosario narodzili się dla świata na nowo. Longo wierzył, że tylko Różaniec jest w stanie wyrwać go z rąk szatana, więc gorliwie szerzył szczególny rodzaj modlitwy różańcowej przekazany w objawieniu. Modlitwa ta została nazwana Nowenną Pompejańską.

    Jak Maryja podaje drabinę do nieba

    Czym jest i skąd wzięła się Nowenna Pompejańska? Wszystko zaczęło się w 1884 r. we Włoszech, gdy ciężko chora Fortunatina Agrelii poprosiła o uzdrowienie z ataków dziwnej choroby i ciężkich cierpień Najświętszą Pannę Różańcową z Pompejów. Maryja objawiła się wtedy dziewczynie i poleciła jej codzienne odmawianie 15 tajemnic Różańca. Najświętsza Panna obiecała Fortunatinie, że uzdrowi ją we wskazanym dniu. Oczywiście wypełniła obietnicę. Pompejanka trwa 54 dni, co daje nam 6 nowenn – trzy błagalne i trzy dziękczynne. Ta wspaniała modlitwa ze względu na swoją siłę nazywana jest nowenną nie do odparcia. To cudowny dar miłości ofiarowany przez Maryję. Przypomina drabinę zrzuconą z nieba, po której mogą wspinać się grzesznicy.

    Owoce Nowenny Pompejańskiej

    „Odmówiłem chyba cztery nowenny. Dwie nowenny były w moich intencjach. Prosiłem o czystość (Maryja wyprosiła tę łaskę – zacząłem widzieć wszystko głębiej, dostrzegać pewne rzeczy w samym sobie, nawet to, dlaczego czasami ulegałem pokusie) i dobre rozeznanie studiów. Pozostałe prośby są procesem, który się niedawno zaczął. Jestem z Ukrainy, a tam katolików jest bardzo mało. Kiedyś byłem niewierzący, a teraz Maryja dała mi tak dużo łask” – pisze Wasyl. „Już dwie Pompejanki mam za sobą. Ciężko je zacząć, a jeszcze ciężej wytrwać. Przez 54 dni w głowie jedna myśl. Jak zaczynałem różaniec, to zawsze coś się pojawiało, żeby przeszkodzić (ktoś dzwonił albo przychodził, zawsze coś). U mnie w trakcie Pompejanki strasznie zmieniały się relacje między ludźmi. Bez tych zmian na pewno nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem teraz. Pompejanka buduje drogę do tego, o co się modlisz. To jest proces. Daje też poczucie bezpieczeństwa. Według mnie i tak Pan Bóg daje więcej niż to, o co się modlisz i wie lepiej, czego potrzebujesz. Chwała Panu. Zachęcam do Pompejanki” – mówi Adam.

    Idź jego śladem

    We Wrocławiu relikwie bł. Bartolo Longo są u Ojców Oblatów w parafii Matki Bożej Królowej Pokoju i w kościele pw. Matki Bożej Pompejańskiej w Żernikach Wrocławskich, gdzie znajduje się także największy w Polsce obraz Matki Bożej Pompejańskiej. Warto tam zajrzeć, powinni się wybrać zwłaszcza ci, którzy odmawiają Nowennę Pompejańską, poznają historię Brata Różańca – Bartolo Longo, ale z różnych przyczyn nie mogą wybrać się do włoskich Pompejów.

    Agata Iwanek/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________


    4 października

    Święty Franciszek z Asyżu

    Święty Franciszek z Asyżu

    Św. Franciszek – Jan Bernardone – przyszedł na świat w 1182 r. w Asyżu w środkowych Włoszech. Urodził się w bogatej rodzinie kupieckiej. Jego rodzice pragnęli, by osiągnął on stan szlachecki, nie przeszkadzali mu więc w marzeniach o ostrogach rycerskich. Nie szczędzili pieniędzy na wystawne i kosztowne uczty, organizowane przez niego dla towarzyszy i rówieśników. Jako młody człowiek Franciszek odznaczał się wrażliwością, lubił poezję, muzykę. Ubierał się dość ekstrawagancko. Został okrzyknięty królem młodzieży asyskiej. W 1202 r. wziął udział w wojnie między Asyżem a Perugią. Przygoda ta zakończyła się dla niego niepowodzeniem i niewolą. Podczas rocznego pobytu w więzieniu Franciszek osłabł i popadł w długą chorobę.

    Święty Franciszek z Asyżu

    W roku 1205 uzyskał ostrogi rycerskie (został pasowany na rycerza) i udał się na wojnę, prowadzoną między Fryderykiem II a papieżem. W tym czasie Bóg wyraźniej zaczął działać w życiu Franciszka. W Spoletto miał sen, w którym usłyszał wezwanie Boga. Powrócił do Asyżu. Postanowił zamienić swoje bogate ubranie z żebrakiem i sam zaczął prosić przechodzących o jałmużnę. To doświadczenie nie pozwoliło mu już dłużej trwać w zgiełku miasta. Oddał się modlitwie i pokucie. Kolejne doświadczenia utwierdziły go w tym, że wybrał dobrą drogę. Pewnego dnia w kościele św. Damiana usłyszał głos: “Franciszku, napraw mój Kościół”. Wezwanie zrozumiał dosłownie, więc zabrał się do odbudowy zrujnowanej świątyni. Aby uzyskać potrzebne fundusze, wyniósł z domu kawał sukna. Ojciec zareagował na to wydziedziczeniem syna. Pragnąc nadać temu charakter urzędowy, dokonał tego wobec biskupa. Na placu publicznym, pośród zgromadzonego tłumu przechodniów i gapiów, rozegrała się dramatyczna scena między ojcem a synem. Po decyzji ojca o wydziedziczeniu Franciszek zdjął z siebie ubranie, które kiedyś od niego dostał, i nagi złożył mu je u stóp, mówiąc: “Kiedy wyrzekł się mnie ziemski ojciec, mam prawo Ciebie, Boże, odtąd wyłącznie nazywać Ojcem”. Po tym wydarzeniu Franciszek zajął się odnową zniszczonych wiekiem kościołów. Zapragnął żyć według Ewangelii i głosić nawrócenie i pokutę. Z czasem jego dotychczasowi towarzysze zabaw poszli za nim.24 lutego 1208 r. podczas czytania Ewangelii o rozesłaniu uczniów, uderzyły go słowa: “Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski” (Mt 10, 10). Odnalazł swoją drogę życia. Zrozumiał, że chodziło o budowę trudniejszą – odnowę Kościoła targanego wewnętrznymi niepokojami i herezjami. Nie chcąc zostać uznanym za twórcę kolejnej grupy heretyków, Franciszek spisał swoje propozycje życia ubogiego według rad Ewangelii i w 1209 r. wraz ze swymi braćmi udał się do Rzymu. Papież Innocenty III zatwierdził jego regułę. Odtąd Franciszek i jego bracia nazywani byli braćmi mniejszymi. Wrócili do Asyżu i osiedli przy kościele Matki Bożej Anielskiej, który stał się kolebką Zakonu. Franciszkowy ideał życia przyjmowały również kobiety. Już dwa lata później, dzięki św. Klarze, która była wierną towarzyszką duchową św. Franciszka, powstał Zakon Ubogich Pań – klaryski.

    Święty Franciszek z Asyżu

    Franciszek wędrował od miasta do miasta i głosił pokutę. Wielu ludzi pragnęło naśladować jego sposób życia. Dali oni początek wielkiej rzeszy braci i sióstr Franciszkańskiego Zakonu Świeckich (tercjarstwu), utworzonemu w 1211 r. W tym też roku Franciszek wybrał się do Syrii, ale tam nie dotarł i wrócił do Włoch. W 1217 r. zamierzał udać się do Francji, lecz został zmuszony do pozostania we Włoszech. Uczestniczył w Soborze Laterańskim IV. Z myślą o ewangelizacji pogan wybrał się na Wschód. W 1219 r. wraz z krzyżowcami dotarł do Egiptu i tam spotkał się z sułtanem Melek-el-Kamelem, wobec którego świadczył o Chrystusie. Sułtan zezwolił mu bezpiecznie opuścić obóz muzułmański i dał mu pozwolenie na odwiedzenie miejsc uświęconych życiem Chrystusa w Palestynie, która była wtedy pod panowaniem muzułmańskich Arabów.

    Święty Franciszek z Asyżu

    W 1220 r. Franciszek wrócił do Italii. Na Boże Narodzenie 1223 r., podczas jednej ze swoich misyjnych wędrówek, w Greccio zainscenizował religijny mimodram. W żłobie, przy którym stał wół i osioł, położył małe dziecko na sianie, po czym odczytał fragment Ewangelii o narodzeniu Pana Jezusa i wygłosił homilię. Inscenizacją owego “żywego obrazu” dał początek “żłóbkom”, “jasełkom”, teatrowi nowożytnemu w Europie. 14 września 1224 r. w Alvernii, podczas czterdziestodniowego postu przed uroczystością św. Michała Archanioła, Chrystus objawił się Franciszkowi i obdarzył go łaską stygmatów – śladów Męki Pańskiej. W ten sposób Franciszek, na dwa lata przed swą śmiercią, został pierwszym w historii Kościoła stygmatykiem.Franciszek aprobował świat i stworzenie, obdarzony był niewiarygodnym osobistym wdziękiem. Dzięki niemu świat ujrzał ludzi z kart Ewangelii: prostych, odważnych i pogodnych. Wywarł olbrzymi wpływ na życie duchowe i artystyczne średniowiecza. Trudy apostolstwa, surowa pokuta, długie noce czuwania na modlitwie wyczerpały siły Franciszka. Zachorował na oczy, próby leczenia nie przynosiły skutku. Zmarł 3 października 1226 r. o zachodzie słońca w kościele Matki Bożej Anielskiej w Asyżu. Kiedy umierał, prosił, by bracia zwlekli z niego odzienie i położyli go na ziemi. Rozkrzyżował przebite stygmatami ręce. Odszedł z psalmem 141 na ustach, wcześniej wysłuchawszy Męki Pańskiej według św. Jana. W chwili śmierci miał 45 lat. W dwa lata później uroczyście kanonizował go Grzegorz IX.Najpopularniejszym tekstem św. Franciszka jest Pieśń słoneczna. Pozostawił po sobie pisma: Napomnienia, listy, teksty poetyckie i modlitewne. Św. Franciszek jest patronem wielu zakonów, m. in.: albertynów, franciszkanów, kapucynów, franciszkanów konwentualnych, bernardynek, kapucynek, klarysek, koletanek; tercjarzy; Włoch, Asyżu, Bazylei; Akcji Katolickiej; aktorów, ekologów, niewidomych, pokoju, robotników, tapicerów, ubogich, więźniów.W ikonografii św. Franciszek ukazywany jest w habicie franciszkańskim, czasami ze stygmatami. Bywa przedstawiany w otoczeniu ptaków. Jego atrybutami są: baranek, krucyfiks, księga, ryba w ręku.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    3 października

    Święty Franciszek Borgiasz, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Chrodegang z Metzu, biskup
      •  Błogosławiony Kolumban Józef Marmion, prezbiter
    ***
    Święty Franciszek Borgiasz

    Franciszek urodził się 28 października 1510 r. w Gandii koło Walencji, w jednym z najznakomitszych hiszpańskich rodów Borgiów. Był pierworodnym dzieckiem Jana, księcia Gandii, i Joanny Aragońskiej, a prawnukiem: po mieczu – niesławnego papieża Aleksandra VI, zaś po kądzieli – króla Ferdynanda Katolickiego. W młodości otrzymał bardzo dobre wykształcenie. Gdy miał dziesięć lat, umarła jego ukochana matka. Zaopiekował się nim i zadbał o jego wykształcenie wuj, arcybiskup Saragossy.
    Już jako młodzieniec Franciszek miał ochotę zamienić wspaniałe komnaty pałacowe na klasztorną celę, ale ojciec wysłał go jako pazia na dwór cesarza Karola V do Valladolid, gdzie, mimo okazji do złego, Franciszek zachował czystość. Podczas służby ożenił się z Eleonorą de Castro Melo e Menezes, która słynęła nie tylko z urody, ale i z niezwykłej zacności duszy. Mieli ośmioro dzieci – Karola Carlosa urodzonego w 1530 r., dwa lata młodszą Izabelę (matkę Franciszka Goméz de Sandoval y Rojas – faworyta króla Filipa III Habsburga), trzy lata młodszego Jana. Były jeszcze o pięć lat młodsze od Karola bliźniaki Alvaro i Joanna, a także Ferdynand, Dorota i Alfons.
    O pobożności całej rodziny niech świadczy fakt, że ilekroć usłyszeli dzwonek towarzyszący kapłanowi idącemu do umierającego, zrywali się wraz z dziećmi, we dnie czy w nocy, i odprowadzali księdza z Ciałem Pańskim na miejsce.
    Mimo że szczęście sprzyjało Franciszkowi, nie zaprzestał pracy nad sobą. Często uczestniczył we Mszy świętej, przystępował do spowiedzi i Komunii i dużo pracował. W rzadkich godzinach wypoczynku zajmował się śpiewem i muzyką, niekiedy myślistwem, unikał gier w karty i kostki, bo jak mawiał, “tracimy przez to trzy kosztowne rzeczy: czas, pieniądze i sumienie”.
    W 1539 r. podczas sejmu w Toledo niespodzianie zmarła młoda cesarzowa Izabela Portugalska. Uchodziła ona za dobrą, szlachetną i najpiękniejszą z kobiet swoich czasów. Miała zaledwie 36 lat i cieszyła się powszechną miłością dla swej szlachetności i dobroci. Franciszek towarzyszył z urzędu jej ciału do grobu w Grenadzie. Wielkie wrażenia na nim zrobiły zmiany, jakie poczyniła śmierć na twarzy cesarzowej. Postanowił odtąd służyć Bogu i wstąpić do zakonu, gdyby przeżył żonę. Później nieraz wspominał, że śmierć cesarzowej Izabeli powołała go do nowego życia.
    Niezwłocznie po pogrzebie pośpieszył do Toledo, aby zrezygnować z pełnienia urzędu, ale cesarz nie chciał się pozbyć swego najwierniejszego towarzysza i mianował go wicekrólem Katalonii. Franciszek Borgiasz w latach 1539-1543 rządził mądrze i sprawiedliwie i był dla wszystkich wzorem zacności. Co dzień odmawiał różaniec, spowiadał się, przystępował do Komunii w każdą niedzielę i święto, biczował się, a sypiał tylko cztery do pięciu godzin na dobę.
    Po śmierci ojca w 1543 r. zrzekł się godności wicekróla, wyjechał z Katalonii i objął zarząd dziedzicznego księstwa Gandii. Dbał o swoich poddanych. Starał się o poprawę ich moralności i warunków materialnych. Chciał też podnieść poziom oświaty. Swoim przykładem doprowadził do tego, że każdy w Gandii chociaż raz na miesiąc przystępował do Stołu Pańskiego.
    Gdy umierała jego żona Eleonora, klęcząc u stóp Ukrzyżowanego, prosił Boga o jej zdrowie i życie. Usłyszał wtedy głos: “Jeśli koniecznie żądasz, aby małżonka twoja dłużej żyła, niech się stanie wola twoja, ale wiedz, że to nie wyjdzie jej na dobre”. “Panie – odpowiedział zapłakany Franciszek – jakże bym miał żądać, abyś spełnił wolę moją? Niech się zawsze i wszędzie dzieje wola Twoja! U nóg Twych składam moje, mej żony i mych dzieci życie i wszystko, co tylko posiadam. Rozporządzaj wszystkim według upodobania”.

    Święty Franciszek Borgiasz

    W 1548 r. żona Franciszka umarła, mając tylko 35 lat. Wypełnił on wtedy powzięte po śmierci cesarzowej Izabeli postanowienie – wstąpił do zakonu jezuitów. Za pozwoleniem Stolicy Apostolskiej został jeszcze rok w świecie, aby zabezpieczyć dzieci i zamknąć wszystkie sprawy osobiste i publiczne. W 1549 r. w Rzymie został przez św. Ignacego przyjęty do zakonu. Na wieść o tym, że papież Juliusz III chce mu ofiarować kapelusz kardynalski, uciekł z Rzymu i wrócił do Hiszpanii, gdzie w roku 1551 przyjął święcenia kapłańskie.
    W małej celce kolegium w Ognate przeżył kilka następnych lat na modlitwie i pokucie, pełniąc najniższe posługi. Codzienne zastanawiał się nad sobą i robił rachunek sumienia, co doprowadziło do takiej pokory, że uważał się za największego grzesznika na świecie. Swoje listy podpisywał wtedy “Franciszek grzesznik”. W okolicy działał jako misjonarz. Tam, gdzie przychodził, zbierały się tysiące ludzi, by go słuchać i doznać od niego pociechy. Później św. Ignacy wysłał go na dwa lata, by był kaznodzieją i spowiednikiem przy dworze portugalskim. Cieszył się tam zaufaniem najwyższych dostojników i magnatów. Pięć razy papież ofiarował mu godność kardynalską, on jednak za każdym razem odpowiadał: “Nie dlatego zrzuciłem gronostaje książęce, aby przywdziać arcykapłańską purpurę!”
    Nie chciał piastować żadnych stanowisk, ale przekonano go, że jego pochodzenie, zdolności i wykształcenie powodują, że powinien kierować innymi. Dlatego w 1554 r. został prowincjałem Hiszpanii, Portugalii i Indii, a jedenaście lat później wybrano go na generała zakonu. Przyjął tę godność, mówiąc: “Prosiłem Boga o krzyż, ale przyznaję się, że o takim jak ten nie myślałem”. Rządził z niezwykłą mądrością. Zakon liczył wtedy już około stu trzydziestu domów i trzech i pół tysiąca członków, dlatego Franciszek musiał odbywać częste i męczące podróże. Wzmocnił organizacyjnie zakon, kładąc podstawy pod jego potęgę. To on przyjął do nowicjatu Stanisława Kostkę. Był również spowiednikiem św. Teresy z Avila.
    Będąc przyjacielem i doradcą Ignacego Loyoli, wspomógł utworzenie przez niego Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego (Collegium Romanum). Ponadto w Rzymie głosił kazania, uczył dzieci, a w czasie zarazy w 1566 r. ratował chorych.

    Święty Franciszek Borgiasz

    W 1572 r. z polecenia papieża św. Piusa V Franciszek, mimo złego samopoczucia, objechał wraz z kardynałem Alessandrim dwory hiszpański, francuski i portugalski, aby namówić te państwa do wyprawy przeciw Turkom. Ta mediacja doprowadziła do powstania koalicji państw chrześcijańskich, która pokonała wielką flotę turecką pod Lepanto.
    W czasie drogi powrotnej, już we Włoszech, zasłabł tak bardzo, że zaniesiono go w lektyce do Rzymu, gdzie zmarł po kilku miesiącach 1 października 1572 r. w opinii świętości. Przeżył 62 lata. Pozostawił po sobie wiele pism filozoficznych. Relikwie Franciszka Borgiasza zostały przeniesione z Ferrary do kościoła jezuitów w Madrycie w 1901 roku.
    Został beatyfikowany przez papieża Urbana III 23 listopada 1624 r., a kanonizowany przez Klemensa X 20 czerwca 1670 r. Jest patronem Portugalii, Roty (Mariany Północne), a także orędownikiem, do którego zwracają się zagrożeni trzęsieniem ziemi.
    W ikonografii jego atrybutem jest często czaszka w diademie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 października

    Świętych Aniołów Stróżów

    Anioł Stróż

    Aniele Boży, Stróżu mój,
    Ty zawsze przy mnie stój.
    Rano, w wieczór, w dzień i w nocy
    Bądź mi zawsze ku pomocy.
    Strzeż duszy i ciała mego
    I doprowadź mnie do żywota wiecznego.
    Amen.

    Anioł Stróż

    Chociaż może ta modlitwa kojarzy się z dzieciństwem i dziećmi, przekonanie o istnieniu i obecności Aniołów, w tym również Aniołów Stróżów, jest jednym z ważnych elementów naszej wiary. Aniołowie są duchami stworzonymi przez Boga dla Jego chwały i pomocy ludziom. Ci, którym Bóg zleca opiekę nad ludźmi, są nazywani Aniołami Stróżami. Opieka ta trwa przez całe nasze ziemskie życie. Każdy z nas ma swojego, “osobnego” Anioła Stróża.
    Pismo Święte nie pozostawia wątpliwości co do istnienia aniołów, posłańców Bożych, którzy uczestniczą w dziejach zbawienia człowieka. Te czysto duchowe istoty pośredniczą między Bogiem a ludźmi. Nauka o nich jest oparta przede wszystkim na dwóch fragmentach Biblii. W psalmie 91 czytamy:Niedola nie przystąpi do ciebie, a cios nie spotka twojego namiotu, bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień.Natomiast św. Mateusz przekazuje nam w swojej Ewangelii m.in. takie słowa Jezusa:Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie.Nie są to bynajmniej jedyne teksty Pisma świętego wskazujące na to, że Bóg posługuje się aniołami dla dobra rodzaju ludzkiego lub poszczególnych ludzi. Wystarczy przypomnieć o opiece anioła nad Hagar i jej synem, Izmaelem (Rdz 16, 7-12); anioł powstrzymuje Abrahama, by nie dokonywał zabójstwa swego pierworodnego syna, Izaaka (Rdz 22, 11), anioł ratuje Lota i jego rodzinę (Rdz 19), anioł ratuje trzech młodzieńców od śmierci w piecu ognistym (Dn 3, 49-50) i Daniela w lwiej jamie (Dn 6-22), żywi proroka Eliasza i ratuje go od śmierci głodowej (1 Krl 19, 5-8), wyprowadza Apostołów z więzienia (Dz 5, 19-20) i ratuje św. Piotra z rąk Heroda (Dz 12, 7-23).

    Anioł Stróż

    Aniołowie byli obecni w nauczaniu Kościoła już od pierwszych wieków, w dziełach wybitnych myślicieli chrześcijańskich. W pismach ojców Kościoła naukę o Aniołach Stróżach spotykamy już w pierwotnych dokumentach chrześcijaństwa. Św. Cyprian (+ 258) nazywa aniołów naszymi przyjaciółmi. Św. Bazyli (+ 379) widzi w nich naszych pedagogów. Św. Ambroży (+ 397) uważa ich za naszych pomocników. Św. Hieronim (+ ok. 420) twierdzi: “Tak wielka jest godność duszy, że każda ma ku obronie Anioła Stróża”. Św. Bazyli idzie dalej, gdy pisze: “Niektórzy między aniołami są przełożonymi nad narodami, inni zaś dodani każdemu z wiernych”. Podobnie pisze św. Augustyn (+ 430): “Wielkim jest staranie, jakie ma Pan Bóg o ludzi. Wielką nam miłość okazał przez to, że ustanowił aniołów, aby nas strzegli”.
    Wśród świętych, którzy wyróżniali się szczególnym nabożeństwem do Aniołów Stróżów, należałoby wymienić: św. Cecylię (+ w. III), św. Franciszkę Rzymiankę (+ 1440) i bł. Dalmacjusza, dominikanina z Gerony (+ 1341), którzy mieli szczęście często przestawać ze swoim Aniołem Stróżem, jak głoszą ich żywoty; św. Stanisława Kostkę, naszego rodaka, patrona Polski, który z rąk anioła miał otrzymać cudownie Komunię świętą, gdy był w drodze do Dyllingen; św. Franciszka Salezego, który miał zwyczaj pozdrawiać Anioła Stróża w każdej miejscowości, do której przybywał; oraz św. Jana Bosko, którego Anioł Stróż kilka razy uratował od niechybnej śmierci w czasie czynionych na niego zamachów, kiedy posyłał mu tajemniczego psa ku obronie.

    Anioł Stróż

    Aniołom oddawano cześć już w liturgii starochrześcijańskiej. Wprawdzie pierwotne chrześcijaństwo walczące z wszelkimi przejawami pogaństwa nie rozwinęło kultu aniołów, podobnie jak powstrzymywało się od publicznego kultu Matki Bożej i świętych, jednak pierwsze wzmianki o kulcie aniołów spotykamy już u św. Justyna (+ ok. 165) w jego pierwszej Apologii. Od IV w. wyróżnia się kult św. Michała Archanioła. Aniołowie są wymieniani często w różnych liturgiach jako oddający chwałę Panu Bogu. W ikonografii spotykamy aniołów już w katakumbach (w. III).
    Osobne święto pojawiło się dopiero w XV w. na Półwyspie Iberyjskim, zwłaszcza na terenie Hiszpanii oraz we Francji. W roku 1608 Paweł V pozwolił obchodzić to święto w pierwszy dzień zwykły po św. Michale. Na stałe do kalendarza liturgicznego dla całego Kościoła wprowadził je Klemens X w roku 1670. Żywą wiarą w Aniołów Stróżów wyróżniał się m.in. bł. Jan XXIII, który jeszcze jako nuncjusz apostolski przed każdym ważnym spotkaniem prosił swego Anioła Stróża o pomyślny przebieg rozmowy i jej dobre owoce.Niech dzisiejsze wspomnienie uświadomi nam, że Aniołowie Stróżowie realnie istnieją, opiekują się nami, chroniąc przed złem i prowadząc ku dobru, a wiara w nich nie jest zarezerwowana tylko dla dzieci. Nie zapominajmy o częstej modlitwie do naszych duchowych opiekunów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Prawda o aniołach

    – integralna część wiary chrześcijańskiej

    Z cyklu “Poszukiwania w wierze”

    W którąkolwiek stronę rzeczywistości by spojrzeć, jej granice są dla nas nieosiągalne. Patrząc w dal, mamy wszystkie powody do przypuszczeń, że chociaż najnowocześniejsze teleskopy sięgają odległości, od których aż w głowie się kręci, to przecież poza ich zasięgiem istnieją dalsze przestrzenie kosmiczne, w ogóle niedostępne w tej chwili ludzkiej obserwacji. Patrząc w głąb, w najmniejszą odrobinę materii, coraz więcej zdajemy sobie sprawę z tego, że moment, w którym będziemy mogli sobie powiedzieć, iż na temat struktury materii wiemy już wszystko, odsuwa się nam praktycznie w nieskończoność. W ten sposób nawet świat materialny świadczy o swoim pochodzeniu od nieskończonego Boga.

    To zaś, że człowiek jest jedyną na tej ziemi istotą, zdolną rozpoznać tę bezgraniczność materialnego kosmosu, też zapewne coś znaczy. Czyż nie wolno nam dopatrywać się w tym znaku, że stworzeni zostaliśmy dla nieskończonego Boga? Że — jak powiada ostatni sobór — człowiek jest jedynym na tej ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego?

    Ale zapatrzyliśmy się ostatnio w bezkres materii i zmniejszyły się nasze zainteresowania bezkresem świata duchowego. Owszem, jesteśmy świadomi naszej niemożności całościowego ogarnięcia ludzkich dziejów, ludzkiej myśli, a nawet ludzkiej psychiki. Czyżby jednak świat ducha ograniczał się do człowieka? Warto zdać sobie sprawę z tego, że chociaż o aniołach wiemy z Bożego objawienia, przecież istnienia ich domyślali się najwybitniejsi filozofowie starożytności. Do jakiego stopnia problem bytów pośrednich — wyższych od człowieka, a przecież stworzonych i zależnych od Boga — zaprzątał umysły Platona, Arystotelesa i innych ojców filozofii, osobiście zorientowałem się dopiero w trakcie pracy nad przekładem dziełka św. Tomasza pt. O substancjach czystych.

    Istotą prawdy o aniołach jest oczywiście jej wymiar religijny. Wykład tej prawdy zacznijmy od miejsca dla wiary chrześcijańskiej absolutnie centralnego, tzn. od starannie zaznaczonego w Ewangeliach udziału aniołów w tajemnicy Wcielenia i Odkupienia. To naprawdę nie przypadek ani szczegół bez znaczenia, że właśnie anioł zwiastował nam najwspanialszą nowinę, jaką kiedykolwiek na ziemi słyszano: że Syn Boży stanie się człowiekiem. Aniołów, śpiewających chwałę Bogu i pokój ludziom, słyszymy w noc Bożego Narodzenia. Pojawiają się oni na początku publicznej działalności Chrystusa i w Ogrodzie Oliwnym, i w grobie Zmartwychwstałego, i w dniu Wniebowstąpienia.

    Spróbujmy odnaleźć sens, jaki zawiera w sobie ta nieprzypadkowa przecież obecność aniołów przy Synu Bożym, dokonującym zbawienia rodu ludzkiego. Czyż nie świadczy ona o tym, że Odkupienie nie jest partykularną sprawą między Bogiem a mieszkańcami ziemi, ale w jakiś tajemniczy sposób dotyczy ono całego wszechstworzenia? Już Stary Testament różnorodnie mówi o dwukierunkowej naszej łączności ze światem aniołów, stworzeń duchowych niewyobrażalnie od nas doskonalszych. Z Ewangelii zaś jednoznacznie wynika, że centrum i przestrzenią tej naszej wspólnoty z aniołami jest Chrystus.

    Przypatrzmy się owym dwóm kierunkom solidarności aniołów z zagubionym rodem ludzkim. Najzwięźlej symbolizuje je drabina, którą zobaczył we śnie Jakub: „We śnie ujrzał drabinę opartą na ziemi, sięgającą swym wierzchołkiem nieba, oraz aniołów Bożych, którzy wchodzili w górę i schodzili na dół, a oto Pan stał na jej szczycie” (Rdz 28,12n). Aniołowie, idący od nas ku górze, obrazują, rzecz jasna, potężną, pociągającą nas ku Bogu życzliwość, jaka płynie z tego niepojętego dla nas świata. Życzliwość tę Pismo Święte raz przedstawi w obrazie aniołów, którzy zanoszą do Boga nasze modlitwy i ofiary (Tb 12,12; Ap 5,8; 8,3n), raz w obrazie naszego przyłączania się do wiekuistej liturgii, odprawianej przez aniołów.

    „Będę Ci śpiewał wobec aniołów!” — woła Psalmista (Ps 138,1). I ujrzałem i usłyszałem głos wielu aniołów (…), a liczba ich była miriady miriad i tysiące tysięcy, mówiących głosem doniosłym: Baranek zabity jest godzien wziąć potęgę i bogactwo, i mądrość, i moc, i cześć i chwałę, i błogosławieństwo” — czytamy w Apokalipsie (5,11n; por. 7,11nn). Właśnie dlatego artyści często wyobrażali sobie aniołów w szatach liturgicznych.

    W obrazie drabiny Jakubowej widzimy również aniołów, którzy zstępują do nas od Boga, aby być towarzyszami, przewodnikami i obrońcami naszej trudnej i pełnej niebezpieczeństw drogi. Ta posługa aniołów najbardziej obrazowo przedstawiona została w Księdze Tobiasza. W Dziejach Apostolskich dwukrotnie czytamy o aniele, który przyjaciół Bożych cudownie wyprowadza z więzienia (Dz 5,19n; 12,7—11). Z opowieści o nawróceniu dworzanina królowej Etiopczyków dowiadujemy się, że anioł Boży może wskazywać drogę głosicielom Ewangelii (Dz 8,26). Najbardziej generalnie o tym towarzyszeniu aniołów ludzkim losom mówił Pan Jezus: Nawet najmniejsi spośród nas są Bogu tak drodzy, że mają swoich aniołów, którzy „wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie” (Mt 18,10). „Czyż nie są oni wszyscy — czytamy w Liście do Hebrajczyków — duchami przeznaczonymi do usług, posłanymi na pomoc tym, którzy mają posiąść zbawienie?” (1,14)

    Dla wielu chrześcijan współczesnych prawda o aniołach trąci mitologią. Otóż warto sobie uświadomić, że nie jest to pomysł nowy. Podobnego zdania byli już saduceusze, którzy głosili, „że nie ma zmartwychwstania ani anioła, ani ducha” (Dz 23,8). Osobiście sądzę, że mamy w sobie coś z saduceuszy nawet wówczas, kiedy nie odrzucamy może wprost prawdy o aniołach, ale ich istnieniem praktycznie się nie przejmujemy. W wierszu Nie umiem z aniołami Kazimiera Iłłakowiczówna znakomicie sformułowała przeciętne problemy, jakie prawda ta stwarza dzisiejszym chrześcijanom. Co zatem robić? Jak prawdę o aniołach uczynić żywą?

    Odpowiedź jest bardzo prosta. Wystarczy chcieć jeszcze więcej zbliżyć się do Chrystusa, który jest — powtórzmy to jeszcze raz — centrum i przestrzenią naszej wspólnoty z aniołami. Zbliżając się do Chrystusa, zbliżamy się zarazem do Jego przyjaciół, wchodzimy w większym stopniu „do Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie do Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach” (Hbr 12,22n). Pieśń 28 „Nieba” w Boskiej Komedii przedstawia Boga jako Ogień otoczony dziewięciu świetlistymi kręgami, czyli dziewięciu chórami aniołów. Aniołowie właśnie dlatego są tak niewyobrażalnie wspaniali i zasługują na naszą miłość, i właśnie dlatego mogą być naszymi potężnymi pomocnikami, że są nierozerwalnie złączeni z Bogiem i z Chrystusem. Już Ojcowie Kościoła porównywali aniołów do promieni Boskiego Słońca.

    Byłoby obrazą aniołów, gdybyśmy próbowali ich czcić w taki sposób, że kult ten rozpraszałby naszą uwagę religijną i utrudniałby całoosobowe zwrócenie ku Bogu. „Niechaj was nikt nie odsądza od nagrody, zamiłowany w uniżaniu siebie i czci aniołów” (Kol 2,18). Kiedy obaj Tobiasze upadli na twarz przed aniołem, ten całą ich uwagę stara się zwrócić ku Bogu, który jeden godzien jest uwielbienia (Tb 12,16nn). W analogicznej sytuacji anioł zakazuje autorowi Apokalipsy oddawać sobie pokłon: „Bacz, byś tego nie czynił, bo jestem współsługą twoim i braci twoich, proroków, i tych, którzy strzegą słów tej Księgi. Bogu samemu złóż pokłon” (Ap 22,9). Tę anielską pokorę znakomicie oddaje wiersz Konopnickiej pt. Angelus, w którym anioł, zwiastujący Wcielenie, stanowi dla uczonego materialisty ostatnią nitkę do utraconego wymiaru, gdzie można znaleźć Boga.

    Prawdziwa cześć aniołów zbliża do Boga, a zarazem jest znakiem Jego bliskości. Niezwykle przejmujące pod tym względem jest świadectwo dzieci fatimskich o spotkaniu z aniołem, które poprzedzało objawienia Matki Bożej: „Otaczała nas tak intensywna atmosfera nadprzyrodzona, nieledwie nie zdawaliśmy sobie sprawę z własnego istnienia. Trwało to dość długo. Trwaliśmy w postawie, w której anioł nas opuścił, powtarzając bez przerwy jego modlitwę. Obecność Boga czuliśmy tak potężnie i tak głęboko, że nawet między sobą nie odważyliśmy się mówić o zjawisku. Jeszcze nazajutrz umysły nasze pogrążone były w tej atmosferze”.

    Rezultaty tego spotkania przedstawiały się następująco: „Od czasu, gdy tajemnicze światło oświeciło ich dusze, patrzą na ziemię innymi oczami. Po zjawiskach anielskich jakoś inaczej wyglądają góry i lasy, doliny, słońce, ludzie i owce. Dzieci odczuwają to, co wracający z daleka podróżnik, któremu każda rzecz wydaje się zmieniona. Anioł wprowadził je w krainę, o której miały tylko mgliste pojęcie. Teraz ich wyobrażenie o Bogu było bez porównania wyższe, większym też było obrzydzenie do grzechu”.

    W tym właśnie leży sens szukania przyjacielskiej zażyłości z aniołami: aniołowie pomagają nam zbliżyć się do Chrystusa i oddalić się od zła. Ich nieobecność w naszym życiu religijnym może (choć zapewne nie musi) być znakiem naszego oddalenia od Boga. „Jak dym odgania pszczoły, a smród gołębie — powiedział kiedyś św. Bazyli — tak czyn brzydki i haniebny oddala od nas naszego anioła stróża”.

    Dawne wieki pozostawiły nam wiele świadectw tej intuicji. Tu nie mogę się powstrzymać przed przytoczeniem rozbrająjąco naiwnej opowiastki, przekazywanej w legendach dominikańskich: „W jednym z klasztorów Lombardii było dwóch pobożnych braci, którzy przechadzali się rozmawiając o Bogu. Wówczas pewien starzec zakonnik zobaczył przez okno, że nad głowami owych braci unoszą się aniołowie i wzniósłszy ręce w niebo, błogosławią Boga. Kiedy jednak rozmowa tych braci zwróciła się ku rzeczom niepotrzebnym i bezmyślnym, aniołowie przedziwnie się zagniewali i porzucili ich, zatykając sobie nosy. Natychmiast nad głowy owych braci nadciągnęło stado czarnych wieprzy, które smrodziły na nich i straszliwie ryczały. Wreszcie bracia znów zaczęli rozmawiać o Bogu i zaraz wieprze zniknęły, przystąpili zaś aniołowie, chwaląc Boga i obmywając braci z nieczystości”.

    Opowieść ta jest rzeczywiście bardzo naiwna. Ale może warto się zastanowić nad zawartą w niej intuicją? Może prawdy o aniołach należy szukać nie tyle poprzez zwiększenie zainteresowań tą problematyką, ale właśnie poprzez odnowę życia? Adam Asnyk chyba miał rację, kiedy pisał, że śpiewy anielskie słyszą „tylko ci, którzy toną w wielkiej miłości pragnieniu”. Zaś według legend franciszkańskich, „pycha brata Eliasza niegodna była rozmawiać z aniołem”.

    Jeszcze jedno dość ważne pytanie: Co sądzić o pojawiającym się w naszej mowie codziennej, a częstym zwłaszcza w poezji motywie podobieństwa i upodabniania się ludzi do aniołów?

    Czy nie jest to dowolność, wprowadzająca zamęt w religijną prawdę o aniołach? Zwłaszcza trzy przymioty ośmielają do porównania człowieka z aniołem. Po pierwsze, dobroć i współczujące pochylenie się nad cierpiącym i bezradnym. Po wtóre, ta postać czystości, dzięki której człowiek osiąga jakąś transcendencję wobec ciała i różnych potrzeb, i ambicji tylko doczesnych (por. marzenie Słowackiego, żeby zjadacze chleba przetworzyli się w aniołów). Po trzecie, do anioła porównuje się również zwiastuna Dobrej Nowiny.

    Czy wolno nam stosować takie porównania i symboliczne identyfikacje? Ależ tak! Obiecano nam przecież równość z aniołami, a stanie się to wówczas, kiedy już ostatecznie i w całej pełni otrzymamy nieśmiertelność i synostwo Boże. W życiu przyszłym „już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania” (Łk 20,36). Ziarna zaś nieśmiertelności i synostwa Bożego nosimy w sobie już teraz. W paralelnych tekstach Mateusza i Marka (Mt 22,30; Mk 12,25) nauczyciele Kościoła jednozgodnie odczytywali sugestię, że szczególne podobieństwo do aniołów osiąga się przez celibat, pojmowany jako zdobywanie transcendencji wobec swojej seksualności.

    Toteż nie tylko w poezji, lecz również w najbardziej oficjalnym nauczaniu wiary mówi się o możliwości upodobnienia do aniołów. „Na wzniosłe imię anioła — mówi święty papież Grzegorz Wielki w Homilii 6,6 — również wy, jeśli chcecie, możecie zasłużyć. Każdy z was — o ile otrzymał do tego natchnienia z nieba — prawdziwie jest aniołem, jeśli zdoła odwieść bliźniego od zła, jeżeli stara się zachęcić go do dobrego, jeśli błądzącemu mówi o wiecznym królestwie i o karze, i nie szczędzi mu świętych słów upomnienia”.

    Przede wszystkim jednak anioł kojarzy nam się z gestem pochylenia nad człowiekiem słabym i bezradnym lub cierpiącym. Skojarzenie to utrwaliło się w języku, w postaci takich zwrotów jak: „anielska cierpliwość”, „anioł dobroci”, „to anioł, nie człowiek” itp. Zauważmy jednak, że anielska pomoc istotnie różni się od ludzkiej. Jest potężna. Weźmy dla przykładu słynną scenę z Księgi Daniela: „Anioł Pański zstąpił z Azariaszem i jego towarzyszami do pieca i wyrzucił płomień ognisty z pieca. Sprawił, że w środku pieca przewiewał jakby wietrzyk rosisty, a ogień nie dotknął się ich wcale i nie zadał im żadnego bólu ani szkody” (3,49). Przecież to od razu rzuca się w oczy, że ten anioł różni się bardzo od miłosiernego Samarytanina. Nie dotyczą go ograniczenia naszej ludzkiej kondycji.

    Potęga aniołów nie tylko wspiera przyjaciół Bożych. Jest groźna dla zła. W Biblii mówi się o tym tak często, że aż trudno zrozumieć, dlaczego prawda o aniołach jako o potężnych wrogach zła jest w naszej świadomości prawie nieobecna. Przypomnijmy główne epizody tworzące tę tradycję. Otwierają ją Cheruby z ognistym mieczem, postawieni u bram Edenu (Rdz 3,24). W czasach Wyjścia Anioł Niszczyciel pozabijał pierworodnych Egiptu (Wj 12,23), w okresie zagrożenia asyryjskiego anioł Pański sprawił spustoszenie w najeźdźczej armii Sennacheryba (2 Krl 19,35), anioł też dopełnił sprawiedliwości na bezbożnych prześladowcach Zuzanny (Dn 13,55 i 59). O karzącym aniele mówi się w modlitwie przeciwko niegodziwcom:

    Niech będą jak plewa na wietrze,

    gdy będzie ich gnać anioł Pana.

    Niech droga ich będzie ciemna i śliska,

    gdy anioł Pana będzie ich ścigał. (Ps 35,5n)

    A nade wszystko w Apokalipsie aniołowie wielokrotnie przedstawieni są jako posłańcy gniewu Bożego, skierowanego przeciwko złu. W tej podwójnej roli — obrońców dobra i mścicieli zła — wystąpią aniołowie na sądzie Bożym (Mt 24,31; 13,41).

    Tradycję tę cudownie interpretuje m.in. Odyniec w swoim Aniele śmierci. Spróbujmy i my te groźne wątki prawdy o aniołach w sobie ożywić. Czy nie moglibyśmy na przykład modlić się do Boga, aby raczył uprzedzać swój sąd nad nami? Aby wysłał do mnie i do ciebie swoich aniołów, którzy będą niemiłosierni dla mojego i twojego grzechu (choćby nie wiem jak miałoby to nas boleć), będą zaś uwalniali w nas to wszystko, co dobre i tęskniące za prawdziwą miłością!

    Wydaje się, że tymi przede wszystkim treściami należałoby napełniać naszą modlitwę do Anioła Stróża. Te motywy można też dołączać, ilekroć wspominamy aniołów w prefacji Modlitwy Eucharystycznej. Nie lękajmy się prosić Boga również o to, żeby przysyłał przeciwko nam — przeciwko temu wszystkiemu, co zasługuje w nas na zniszczenie — swoich aniołów mścicieli. Będzie to przecież dla naszego dobra.

    o. Jacek Salij OP/opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Kim są aniołowie i co robią w niebie?

    (Francesco Botticini, Public domain, via Wikimedia Commons)

    ***

    Są nieśmiertelni, nie cierpią i nie chorują, mają dostęp do Boga na zupełnie innej zasadzie niż ludzie. Ich głównym zadaniem jest przede wszystkim adorowanie Boga i kontemplacja Jego przymiotów: dobroci, mądrości, miłości…  – o Aniołach opowiada ks. Mateusz Szerszeń CSMA, michalita, kierownik duchowy, redaktor dwumiesięcznika „Któż jak Bóg”, autor „Wielkiego Zawierzenia Świętemu Michałowi Archaniołowi”.

    Proszę Księdza, kim są aniołowie? 

    Aniołowie są duchami, które żyją pośród nas w niewidzialnej części świata stworzonego przez Boga. Ich głównym zadaniem jest adoracja Boga i wypełnianie Jego rozkazów. Z woli Stwórcy służą także ludziom i troszczą się o ich zbawienie.

    Jak wyglądają aniołowie? 

    Ciężko mówić o wyglądzie niewidzialnych duchów. Ludzie jednak potrzebują obrazów, którymi mogą się między sobą komunikować, dlatego już Stary Testament opisuje rzeźby cherubinów, którzy okrywali swymi skrzydłami Arkę Przymierza. W sztuce przyjęło się przedstawiać ich jako postaci ludzkie o pięknym wyglądzie, aby podkreślić ich osobowy charakter. Późniejsze przedstawienia dodają im skrzydła i ubierają w strój rycerski. Wygląd jest jednak cechą świata materialnego. Aniołowie po prostu „nie wyglądają”. Co nie oznacza, że nie istnieją. Fal radiowych też nie oglądamy, a jednak widzimy ich działanie.

    Aniołowie różnią się między sobą?

    Owszem, różnica między nimi nie jest jedynie różnicą osobową, jak między dwiema istotami ludzkimi. Istnieje miedzy nimi różnica gatunkowa. Jeden anioł od drugiego różni się jak lew od gołębia. To dwa różne gatunki.

    Z teologicznego punktu widzenia – aniołowie nie posiadają płci, ale jakoś tak spontanicznie uważamy ich za mężczyzn… Dlaczego?

    Tu znowu dotykamy problemu dotyczącego bardziej historii sztuki niż teologii. Sztuka czerpiąc z angelologii uważała aniołów za dobrze zorganizowane wojsko Boga. Na ziemi armie głównie składają się z mężczyzn. Stąd ta nierówność. W rzeczywistości aniołowie nie dzielą się na płci. Ta kategoria w żaden sposób do nich nie pasuje.

    Co robią aniołowie w niebie?

    Przede wszystkim żyją inaczej niż my. Są nieśmiertelni, nie cierpią i nie chorują, mają dostęp do Boga na zupełnie innej zasadzie niż ludzie. Ich głównym zadaniem jest przede wszystkim adorowanie Boga i kontemplacja Jego przymiotów: dobroci, mądrości, miłości… 

    Czym się różnią aniołowie od archaniołów? 

    Pomysł na zhierarchizowanie bytów duchowych pochodzi ze starożytności. Autorzy pierwszych wieków chcieli podkreślić wzajemne zależności miedzy aniołami i tak powstała hierarchia mówiąca o „chórach anielskich”. Według niej na najniższym stopniu anielskiej hierarchii znajdują się aniołowie a zaraz nad nimi archaniołowie, którzy posyłani są do ważniejszych zadań.

    Aniołowie opiekują się nami. Czy więc grzechem jest kiedy zaniechamy odmawiania modlitwy do Anioła Stróża? Będzie się przecież nami opiekował chyba bez względu na to czy wzywamy jego pomocy czy też nie?

    Prawda o istnieniu Aniołów Stróżów jest dogmatem potwierdzonym na Soborze w XIII wieku. Odrzucenie każdego dogmatu może oczywiście skutkować nawet grzechem ciężkim. W praktyce prawda o istnieniu duchowych opiekunów od zawsze spotykała się z pozytywną pobożnością wiernych i ich świadectwami. Nie bez powodu jedna z pierwszych dziecięcych modlitw to: „Aniele Boży, Stróżu mój”.

    Anioł Stróż może nas doprowadzić do nieba?

    Doprowadzanie do nieba, czyli zbawienie to dzieło Jezusa Chrystusa, który umarł za nasze grzechy. Jego pośrednictwo jest jedyne i niepowtarzalne. Kościół jednak, w przeciwieństwie do ruchów protestanckich naucza, że w ramach jedynego pośrednictwa Chrystusa możemy także włączać pośrednictwo aniołów i świętych. Relacja z nimi jest dla wielu niebagatelną pomocą.

    Dlaczego warto zaprzyjaźnić się ze swoim Aniołem Stróżem? 

    Budowanie przyjaźni z własnym aniołem stróżem to niezwykle ważna rzecz dla każdego chrześcijanina. Z postanowienia Bożego mamy przy sobie duchowego obrońcę i orędownika, który został wybrany do tego, aby pomagać nam w osiągnięciu świętości. Tylko jeżeli będziemy wierni jego natchnieniom i z wiarą wzywać będziemy jego obecności, możemy mieć pewność, że ochroni nas to przed grzechem i wieloma niebezpieczeństwami. W powszechnej wiedzy znane są historie wyjątkowych interwencji aniołów stróżów wśród ludzi, którzy wierzą w ich obecności i ufają w ich pomoc. Wśród nich jest święty papież Jan XXIII, który wspomina, że pewnego dnia bardzo zamartwiał się o losy Kościoła, którym w tamtym czasie kierował. Na szczęście przyśnił mu się jego anioł stróż, który pocieszył go i dodał mu otuchy. Od tego czasu papież podjął swoje obowiązki z nowymi siłami i wiarą w anielską pomoc.

    Czasami do kogoś nam bliskiego powiemy, że jest aniołem, ma anielską cierpliwość itd. Słusznie przypisujemy ludziom anielskie cechy?

    Rozwój człowieka domaga się istnienia wzorców, do których może się odwołać i ku nim zmierzać. Aniołowie bez wątpienia są dobrymi wzorcami do naśladowania, dlatego mówi się o anielskiej cierpliwości, urodzie i dobroci.

    Co się stanie z naszymi Aniołami Stróżami po naszej śmieci?

    Na pewno nie opuści swojego podopiecznego i nadal będzie modlił się o jego zbawienie. Może to mieć wielkie znaczenie dla nas, zwłaszcza jeżeli trafimy do czyśćca, gdzie każdy dobry czyn będzie mógł się przyczynić do naszego oczyszczenia i szybszego spotkania z Bogiem w niebie.

    Dziękuję za rozmowę

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Oni cię strzegą na każdej drodze – świętych Aniołów Stróżów

    Oni cię strzegą na każdej drodze – świętych Aniołów Stróżów

    Abraham i trzy Anioły – Ludovico Carracci, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    W dniu 2 października Kościół oddaje cześć świętym Aniołom Stróżom. Choć obecność aniołów stróżów kojarzona jest z obrazami z dzieciństwa, to jednak ich istnienie i obecność jest istotnym elementem wiary. Aniołowie to istoty duchowe, stworzone przez Boga dla Jego chwały i ku pomocy ludziom. Każdy z nas ma swojego anioła opiekuna. Ta opieka trwa przez całe życie.

    Pismo święte jasno ukazuje prawdę o istnieniu aniołów, posłańców Boga. Psalm 91 uczy, że „niedola nie przystąpi do ciebie, a cios nie spotka twojego namiotu, bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień”. Słowa te szatan wykorzystał w czasie kuszenia Chrystusa na pustyni. W ewangelii św. Mateusz przytacza słowa Jezusa, kiedy mówi: „strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie”.

    Na wielu kartach Pisma św. znajdziemy fragmenty mówiące o obecności i roli aniołów. I tak w Księdze Rodzaju anioł opiekuje się niewolnicą Hagar i Izmaelem, jej synem zrodzonym z Abrahama. Anioł powstrzymuje też samego Abrahama przed zabiciem swego syna Izaaka. Anioł ratuje Lota i jego rodzinę od śmierci w ogniu spuszczonym na Sodomę i Gomorę. Księga Daniela opowiada o tym, jak anioł ratuje trzech młodzieńców wrzuconych do pieca ognistego, jak ratuje samego Daniela wrzuconego do jaskini lwów. Anioł żywi proroka Eliasza, a w Nowym Testamencie wyprowadza Apostołów z więzienia i uwalnia z rąk Heroda samego św. Piotra.

    Pierwsze wzmianki o kulcie aniołów znajdziemy w połowie II wieku u św. Justyna w jego ‘Apologii’. W III wieku, w katakumbach, pojawiają się ikonograficzne wyobrażenia aniołów.

    Anioł Stróż - Pietro da Cortona, Public domain, via Wikimedia Commons

    Anioł Stróż Pietro da Cortona, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    aniołach stróżach mówią także najwcześniejsi myśliciele chrześcijańscy i pierwotne dokumenty. Św. Cyprian w III wieku nazywa aniołów przyjaciółmi ludzi. W IV wieku św. Bazyli widzi w aniołach naszych pedagogów i twierdzi, że „niektórzy między aniołami są przełożonymi nad narodami, inni zaś dodani każdemu z wiernych”. A św. Ambroży uważa aniołów za naszych pomocników. Św. Hieronim w V wieku stwierdza, iż „tak wielka jest godność duszy, że każda ma ku obronie anioła stróża”, a św. Augustyn przekonuje, że „wielkim jest staranie, jakie ma Pan Bóg o ludzi. Wielką nam miłość okazał przez to, że ustanowił aniołów, aby nas strzegli”.

    W historii było wielu świętych, którzy mieli szczególne nabożeństwo do aniołów stróżów. Św. Cecyliaśw. Franciszka Rzymianka, błogosławiony Dalmacjusz mieli szczęście często przestawać ze swoim aniołem stróżem. Św. Stanisław Kostka miał cudownie otrzymać Komunię św. z rak anioła. Św. Piotr Faber prosił anioła stróża miasta, do którego przybywał, o duchowe przygotowanie mieszkańców do słuchania kazań, które wygłosi. Św. Siostra Faustyna miała przywilej mistycznego widzenia swojego anioła stróża. Św. Jan XXIII przed każdym ważnym spotkaniem prosił swego anioła stróża o jego pomyślny przebieg i dobre owoce.

    „Wielkim jest staranie, jakie ma Pan Bóg o ludzi. Wielką nam miłość okazał przez to, że ustanowił aniołów, aby nas strzegli”

    Osobne święto ku czci świętych aniołów stróżów pojawiło się dopiero w XV wieku. Paweł V w 1608 roku pozwolił obchodzić to święto w zwykły dzień po św. Michale. Na stałe do kalendarza liturgicznego wprowadził je w roku 1670 Klemens X. Obecnie jest obchodzone 2 października.
    Kult aniołów stróżów nie jest zarezerwowany dla dzieci. Są oni bowiem duchowymi opiekunami każdego, chronią przed złem i prowadzą do dobra.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    1 października

    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus,
    dziewica i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Remigiusz, biskup
      •  Święty Roman Hymnograf, diakon
    ***
    Święta Teresa z Lisieux

    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus, zwana także Małą Tereską (dla odróżnienia od św. Teresy z Avila, zwanej Wielką) albo Teresą z Lisieux, urodziła się w Alencon (Normandia) w nocy z 2 na 3 stycznia 1873 r. jako dziewiąte dziecko Ludwika i Zofii. Kiedy miała 4 lata, umarła jej matka. Wychowaniem dziewcząt zajął się ojciec. Teresa po śmierci matki obrała sobie za matkę Najświętszą Maryję Pannę. W tym samym roku (1877) ojciec przeniósł się z pięcioma swoimi córkami do Lisieux. W latach 1881-1886 Teresa przebywała u sióstr benedyktynek w Lisieux, które w swoim opactwie miały także szkołę z internatem dla dziewcząt.
    25 marca 1883 r. dziesięcioletnia Teresa zapadła na ciężką chorobę, która trwała do 13 maja. Jak sama wyznała, uzdrowiła ją cudownie Matka Boża. W roku 1884 Teresa przyjęła pierwszą Komunię świętą. Odtąd przy każdej Komunii świętej powtarzała z radością: “Już nie ja żyję, ale żyje we mnie Jezus”. W tym samym roku otrzymała sakrament bierzmowania.
    Przez ponad rok dręczyły ją poważne skrupuły. Jak sama wyznała, uleczenie z tej duchowej choroby zawdzięczała swoim trzem siostrom i bratu, którzy zmarli w latach niemowlęcych. W pamiętniku zapisała, że w czasie pasterki w noc Bożego Narodzenia przeżyła “całkowite nawrócenie”. Postanowiła zupełnie zapomnieć o sobie, a oddać się Jezusowi i sprawie zbawienia dusz. Zaczęła odczuwać gorycz i wstręt do przyjemności i ponęt ziemskich. Ogarnęła ją tęsknota za modlitwą, rozmową z Bogiem. Odtąd zaczęła się jej wielka droga ku świętości. Miała wtedy zaledwie 13 lat.
    Rok później skazano na śmierć głośnego bandytę, który był postrachem całej okolicy, Pranziniego. Teresa dowiedziała się z gazet, że zbrodniarz ani myśli pojednać się z Panem Bogiem. Postanowiła zdobyć jego duszę dla Jezusa. Zaczęła się serdecznie modlić o jego nawrócenie. Ofiarowała też w jego intencji specjalne pokuty i umartwienia. Wołała: “Jestem pewna, Boże, że przebaczysz temu biednemu człowiekowi (…). Oto mój pierwszy grzesznik. Dla mojej pociechy spraw, aby okazał jakiś znak skruchy”. Nadszedł czas egzekucji, lecz bandyta nawet wtedy odrzucił kapłana. A jednak ku zdziwieniu wszystkich, kiedy miał podstawić głowę pod gilotynę, nagle zwrócił się do kapłana, poprosił o krzyż i zaczął go całować. Na wiadomość o tym Teresa zawołała szczęśliwa: “To mój pierwszy syn!”

    Święta Teresa z Lisieux

    Kiedy Teresa miała 15 lat, zapukała do bramy Karmelu, prosząc o przyjęcie. Przełożona jednak, widząc wątłą i bardzo młodą panienkę, nie przyjęła Teresy, obawiając się, że nie przetrzyma ona tak trudnych i surowych warunków życia. Teresa jednak nie dała za wygraną; udała się z prośbą o pomoc do miejscowego biskupa. Ten jednak zasłonił się prawem kościelnym, które nie zezwala w tak młodym wieku wstępować do zakonu. W tej sytuacji dziewczyna nakłoniła ojca, by pojechał z nią do Rzymu. Leon XIII obchodził właśnie złoty jubileusz swojego kapłaństwa (1887). Teresa upadła przed nim na kolana i zawołała: “Ojcze święty, pozwól, abym dla uczczenia Twego jubileuszu mogła wstąpić do Karmelu w piętnastym roku życia”. Papież nie chciał jednak uczynić wyjątku. Teresa chciała się wytłumaczyć, ale gwardia papieska usunęła ją siłą, by także inni mogli – zgodnie z ówczesnym zwyczajem – ucałować nogi papieża.
    Marzenie Teresy spełniło się dopiero po roku. Została przyjęta najpierw w charakterze postulantki, potem nowicjuszki. Zaraz przy wejściu do klasztoru uczyniła postanowienie: “Chcę być świętą”. W styczniu 1889 r. odbyły się jej obłóczyny i otrzymała imię: Teresa od Dzieciątka Jezus i od Świętego Oblicza. Jej drugim postanowieniem było: “Przybyłam tutaj, aby zbawiać dusze, a nade wszystko, by się modlić za kapłanów”. W roku 1890 złożyła uroczystą profesję. W dwa lata potem po raz ostatni odwiedził siostrę Teresę ojciec. Cierpiał już wtedy na zaburzenia umysłowe, ale rozpoznał córkę i powiedział do niej na pożegnanie: “W niebie”. Przełożona poznała się na niezwykłych cnotach młodej siostry, skoro zaledwie w trzy lata po złożeniu ślubów wyznaczyła ją na mistrzynię nowicjuszek. Obowiązek ten Teresa spełniała do śmierci, to jest przez cztery lata.
    W zakonnym życiu zadziwiała jej dojrzałość duchowa. Starała się doskonale spełniać wszystkie, nawet najmniejsze obowiązki. Nazwała tę drogę do doskonałości “małą drogą dziecięctwa Bożego”. Widząc, że miłość Boga jest zapomniana, oddała się Bogu jako ofiara za zbawienie świata. Swoje przeżycia i cierpienia opisała w księdze Dzieje duszy.

    Święta Teresa z Lisieux

    Zanim zapadła na śmiertelną chorobę, Teresa była wyjątkowo surowo traktowana przez przełożoną, która uważała, że dziewczyna lekkomyślnie i niepoważnie zgłosiła się do Karmelu. Jej stały uśmiech brała za lekkie traktowanie swojej profesji. Także zakonnica, którą się s. Teresa opiekowała z racji jej wieku i kalectwa, nie umiała zdobyć się na słowo podzięki, ale często ją rugała i mnożyła swoje wymagania. Teresa cieszyła się z tych krzyży, bo widziała w nich piękny prezent, jaki może złożyć Bogu.
    Na rok przed śmiercią zaczęły pojawiać się u Teresy pierwsze objawy daleko już posuniętej gruźlicy: wysoka gorączka, osłabienie, zanik apetytu, a nawet krwotoki. Pierwszy krwotok zaalarmował klasztor w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek. Mimo to siostra Teresa spełniała nadal wszystkie zlecone jej obowiązki: mistrzyni, zakrystianki i opiekunki jednej ze starszych sióstr. Zima w roku 1896/1897 była wyjątkowo surowa, klasztor zaś był nie ogrzewany. Teresa przeżywała prawdziwe tortury. Nękał ją uciążliwy kaszel i duszność. Przełożona zlekceważyła jej stan. Nie oddano jej do infirmerii ani nie wezwano lekarza. Uczyniono to dopiero wtedy, kiedy stan był już beznadziejny. Jeszcze wówczas zastosowano wobec chorej drakońskie środki, takie jak stawianie baniek. Z poranionymi plecami i piersiami musiała iść do normalnych zajęć i pokut zakonnych, nawet do prania. Do infirmerii posłano ją dopiero w lipcu roku 1897, gdzie po kilkunastu tygodniach niezwykłych mąk 30 września 1897 roku zmarła, zapowiedziawszy: “Chcę, przebywając w niebie, czynić dobro na ziemi. Po śmierci spuszczę na nią deszcz róż”.

    Święta Teresa z Lisieux

    Pius XI beatyfikował ją w 1923 r., a już w dwa lata później – kanonizował. W 1927 r. ogłosił ją, obok św. Franciszka Ksawerego, główną patronką misji katolickich. W roku 1890 bowiem – a więc jeszcze za życia Teresy – klasztor w Sajgonie zamierzał otworzyć w Hanoi drugi klasztor karmelitanek na ziemiach wietnamskich. W tej sprawie zwrócono się do klasztoru macierzystego w Lisieux o pomoc. Siostry zamierzały wysłać pomoc także w personelu. Wśród pierwszych ochotniczek była także siostra Teresa od Dzieciątka Jezus. Ustalenia trwały jednak zbyt długo; Teresa zachorowała i zmarła.
    W roku 1944 Pius XII ustanowił św. Teresę drugą, obok św. Joanny d’Arc, patronką Francji. W 1997 r., w 100. rocznicę śmierci św. Teresy, papież św. Jan Paweł II ogłosił ją doktorem Kościoła – razem z Teresą z Avili i Katarzyną ze Sieny. Św. Teresa z Lisieux jest patronką zakonów: karmelitanek, teresek, terezjanek; archidiecezji łódzkiej.
    W ikonografii św. Teresa przedstawiana jest na podstawie autentycznych fotografii. Jej atrybutami są: Dziecię Jezus, księga, pęk róż, pióro pisarskie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    135. rocznica wstąpienia do Karmelu św. Teresy

    ***

    Teresa Martin (św. Teresa od Dzieciątka Jezus) wstąpiła do Karmelu w Lisieux 9 kwietnia 1888 r. w wieku 15 lat. Jej wstąpienie naznaczone było zmaganiami i trudnościami, które musiała pokonać, aby przekroczyć progi Karmelu w tak młodym wieku.

    Teresa wstąpiła do zakonu z jasnymi ideami. Była już po lekturze Autobiografii św. Teresy z Avila i od niej uczyła się jak sięgać po wysokie cele i wielkie pragnienia. Jak Teresa Wielka była również gotowa oddać życie za innych, na wzór Chrystusa, praktykować miłość, aż do wyniszczenia i ducha apostolskiego, który równie w pełni może być realizowany w murach Karmelu. Lektura Autobiografii oraz zbieżność duchowych pragnień z Teresą Wielką pozwoliły Teresie pójść naprzód w realizacji pragnień, do których zapraszał ją Jezus.

    Czym jest Karmel, do którego wstąpiła Teresa?

    Zakon Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel wywodzi się z Ziemi Świętej, z terenów położonych na południe od Hajfy. Tam na zboczach góry Karmel osiedli pustelnicy, którzy naśladowali proroka Eliasza, rozpalonego żarliwością Boga. Reguła tej pierwszej grupy pustelniczej została opracowana przez Alberta, patriarchę Jerozolimy ok. 1210 r. Gałąź żeńska Karmelu o powołaniu kontemplacyjnym narodziła się dopiero w 1452 r. Zakon rozwijał się na zachodzie, gdzie po upadku i, wywołanym złagodzeniu Reguły rozwinął się ruch reformy zapoczątkowany przez św. Teresę z Avila i św. Jana od Krzyża. Wraz z innymi karmelitankami, Teresa z Avila powróciła do pierwotnej Reguły Karmelu.

    Karmelitanki bose, do których wstąpiła Teresa to pustelniczki, które dniem i nocą czuwają na modlitwie, wsłuchują się w Słowo i pozwalają mu wzrastać na glebie serca przenikniętego ciszą i milczeniem.

    Teresa z Lisieux była w pełni świadoma surowości życia, które podjęła przekraczając mury klasztoru, owego pamiętnego dnia, 9 kwietnia 1888 r. Podczas pierwszych miesięcy pobytu w klasztorze, wyznała, że: „spotkała więcej cierni aniżeli róż”. Poznawanie dynamicznej wspólnoty liczącej 26 sióstr, o średniej 47 lat o różnorodnych charakterach, temperamentach i wykształceniu to duże wyzwanie dla Teresy, wszak owa różnorodność generuje różne konflikty.

    Teresa uczy się przyjmować z miłością i ze zrozumieniem swoją wspólnotę i w niej pragnie wzrastać. Doświadczenia wielu cierpień spowodowanych konfliktami w życiu wspólnoty nie ominą rzecz jasna Teresy. To drobne „ukłucia szpilką”, jak sama mówiła, dawały jej możliwość praktykowania umartwienia i wymagania siostrzanej wspólnoty. W swojej formacji serca, w praktykowaniu życia wspólnotowego Teresa uczyła się rozumieć niż oceniać, miłować aniżeli krytykować.

    Wspólnota do której weszła Teresa to również mocno osadzony charyzmat, który wskazuje karmelitance na jasność wspólnego posłannictwa. To żarliwość o ratowanie grzeszników, aby nikt nie zginął spośród tych, których dał Ojciec, modlitwa za Kościół, za kapłanów, płodność apostolska w miłości Ukrzyżowanego.

    Teresa z Lisieux w pierwszym etapie życia zakonnego odnalazła się z łatwością. Wyznała: „Wszystko mnie tu zachwycało (…)”. Z takim przeświadczeniem z początków lat życia w Karmelu pozostała aż do śmierci.

    Całe życie Teresy to hymn pochwalny na cześć nieustającego miłosierdzia przelewającego się w jej duszy. Miłosierdzia, które opiewała życiem, miłością i czynem.

    s. Dawida Prusińska CST/Zgromadzenie Sióstr św. Teresy od Dzieciątka Jezus

    ___________________________________________________________________________________

    “Dzieje duszy”

    Tegoroczne liturgiczne wspomnienie św. Teresy od Dzieciątka Jezus, przypada w 100-lecie polskiego wydania “Dzieje duszy”

    Na oryginalną całość składają się trzy teksty świętej Karmelitanki, nazywane dziś Rękopisami autobiograficznymi. Pierwszy z nich (rękopis “A”), zawierający wspomnienia z dzieciństwa i początków życia zakonnego, Teresa napisała w 1895 r. na prośbę m. Agnieszki od Jezusa (siostra Teresy – Paulina). Rękopis “B” z września 1896 r. jest tekstem adresowanym do s. Marii od Najświętszego Serca (siostra Teresy – Maria). Powstał on po odprawionych rekolekcjach i uważany jest za arcydzieło chrześcijańskiej duchowości. Ostatni fragment (rękopis “C”) Teresa pisała na polecenie m. Marii od św. Gonzagi w ostatnich miesiącach życia. Tuż przed śmiercią Karmelitanka wyraziła pragnienie, by jej wspomnienia zostały rozprzestrzenione jako narzędzie jej posłannictwa. Umierając, tak o nim mówiła: “Czuję, że moje posłannictwo wnet się rozpocznie; posłannictwo pociągania dusz do miłowania Boga, jak ja Go miłuję, dawania im mojej małej drogi”.
    Przeczucia umierającej Teresy zaczęły przybierać realne kształty, gdy zostały opublikowane jej pisma. Uporządkowała je, zebrała w rozdziały i przygotowała do druku m. Agnieszka. Za sprawą jej pracy redaktorskiej rękopisy Teresy ukazały się jako autobiografia pt. Dzieje duszy. Ostatni, dwunasty rozdział, zawierał wspomnienia zakonnic o Świętej. Dołączono również wyjątki z listów, niektóre poezje, myśli i modlitwy Teresy.
    Jeden z dwóch tysięcy pierwszych egzemplarzy Dziejów duszy trafił do rąk Karmelitanek Bosych w Przemyślu. Siostry zachwycone postacią młodej Karmelitanki natychmiast poprosiły klasztor w Lisieux o pozwolenie na tłumaczenie i niezwłocznie przystąpiły do pracy. Tłumaczenia tekstu francuskiego dokonały s. Anna od Jezusa Kalkstein i m. Elżbieta od Ducha Świętego Wańczura. Przy pomocy przyjaciółki sióstr, p. Marii Kobylińskiej, autobiografia Teresy ukazała się w Księgarni św. Wojciecha (Poznań 1902), pt. Dzieje duszy, czyli Żywot Siostry Teresy od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, karmelitanki bosej 1873-1897 przez nią samą skreślony. Bp Edward Likowski jako oficjał i wikariusz generalny napisał: “Nie tylko chętnie udzielam imprimatur, ale gorąco polecam Żywot Siostry Teresy w polskim przekładzie. Dawno już w literaturze ascetycznej nie ukazała się książka, zwłaszcza w języku polskim, tak pouczająca i budująca, jak książka niniejsza. Bez zbudowania i pouczenia nikt jej czytać nie będzie”.
    Tak jest do dzisiaj, o czym świadczą stuletnie dzieje autobiografii, przetłumaczonej już na 60 języków świata. Jej ustawiczną aktualność jako ewangelicznej doktryny i drogi życia potwierdził na nowo Kościół z okazji 100. rocznicy śmierci św. Teresy z Lisieux. Stało się to, gdy w niedzielę misyjną – 19 października 1997 r., u progu trzeciego tysiąclecia, Jan Paweł II ogłosił świętą Karmelitankę doktorem Kościoła. W wydanym na tę okoliczność przepięknym liście apostolskim Divini amoris scientia Ojciec Święty pisze: “Teresa jest mistrzynią dla naszej epoki spragnionej słów żywych i ważkich, świadectw heroicznych i wiarygodnych” (nr 11).
    To w naszych czasach Opatrzność na nowo stawia nam ją jako wzór i mistrzynię życia. Spełniły się jej pragnienia: “Mimo mej maleńkości chciałabym oświecać dusze jak prorocy, doktorzy (…). Odczuwam w sobie powołanie doktora”. Takie przeświadczenie Teresy wypływało z jej osobistego doświadczenia. To sam Duch Święty dał jej zrozumieć, że ono przeznaczone jest dla wszystkich i że Bóg powierzył jej szczególne posłannictwo. Spełniły się jej pragnienia i została ogłoszona doktorem Kościoła – oznacza to, iż właściwa misja św. Teresy i jej “małej drogi” dopiero się rozpoczyna.
    Warto popatrzeć na tę “żywą ikonę Boga”, jak nazywa św. Teresę Jan Paweł II. Jako doktor Kościoła przynosi nam bowiem niezwykle cenne ewangeliczne światło. Jej ciągle żywą misją jest nauczyć każdego “małej drogi”, która prowadzi do odkrycia miłosiernej miłości Boga. Św. Teresa czyni to za sprawą swoich pism, a szczególnie Dziejów duszy. Wspominając z wdzięcznością przemyskie Karmelitanki, które pierwsze przed stu laty przetłumaczyły autobiografię Teresy, należy dziękować Bogu za dobro, jakie ona przyniosła polskiemu katolicyzmowi na przestrzeni ubiegłego wieku. Dziś mamy już dostęp do nowych przekładów. W 17. wydaniu Dziejów duszy (1996 r.) wykorzystano przekłady wcześniejszego zbiorowego wydania Pism Świętej z 1971 r. Poddano go jednak rewizji na podstawie najnowszego krytycznego wydania francuskiego wszystkich Pism Teresy (8 tomów). To wydanie z 1992 r. rozpoczynają Rękopisy autobiograficzne. W nowym przekładzie i z nowymi przypisami zostały one wydane przez Wydawnictwo Karmelitów Bosych w 1997 r. Dzięki temu mamy dostęp do najbardziej autentycznej wersji autobiograficznych tekstów św. Teresy z Lisieux.
    W ten sposób stają się one jeszcze doskonalszym narzędziem jej oddziaływania. Zaś z obecnej sytuacji w świecie można wnioskować, że to oddziaływanie będzie jeszcze bardziej skuteczne. Wielu ludzi szuka swego miejsca w Kościele, którego nie rozumieją i boleśnie odczuwają jego braki. Przybywa takich, którzy doświadczają życiowej pustki, granic własnych możliwości, mając równocześnie wielkie pragnienia. Wobec tych wszystkich wyzwań mistrzynią i przewodniczką pozostaje św. Teresa. Wystarczy tylko popatrzeć na tę “ikonę”, posłuchać jej opowieści o swoim doświadczeniu wiary, by uczyć się od niej kontemplacji oblicza Chrystusa i “wyobraźni miłosierdzia”.

    ks. Stanisław Haręzga/Tygodnik Niedziela

    _______________________________________________________________________________

    Św. Teresa z Lisieux

    René Lejeune

    ŚWIĘTA TERESA Z LISIEUX CZYLI „MAŁA DROGA” SZCZĘŚCIA

    «JAKŻE TO MOŻE BYĆ, BY DUSZA TAK NIEDOSKONAŁA JAK MOJA, PRAGNĘŁA POSIĄŚĆ PEŁNIĘ MIŁOŚCI?…»
    Doskonałe wiersze aleksandryjskie, tchnące autentyczną poezją, wyrażają krystaliczną duchowość św. Teresy od Dzieciątka Jezus i od Najświętszego Oblicza. W okresie od lutego 1893 do maja 1897 ulubiona święta XX wieku często dawała się ponieść natchnieniu. Zachowało się jej 60 wierszy, nie licząc tych, które włączyła do 8 rekreacji, małych sztuk teatralnych, przeznaczonych do rozweselenia surowego klauzurowego życia.
    Te kilka linijek, stanowiących motto, pochodzi z wiersza Moja pieśń na dzień dzisiejszy, który Teresa ułożyła 1 czerwca 1894 roku, naśladując rytm kantyku Bóg pokoju i miłości. Nie znała zasad prosodii ani nie posługiwała się słownikiem rymów. Oddawała się poezji wiedziona intuicją. Jej intuicja była bardzo pewna, kierowało nią pragnienie absolutu i nieskończoności. Biblia, a szczególnie psalmy, jak i teksty liturgiczne, stanowiły dla niej źródło natchnienia. Niektóre z jej wierszy stanowią arcydzieło spontaniczności, świeżości i głębi duchowej. Zdolne są one wzbudzić w sercu czytelnika falę radości lub wywołać zalew łask. Są wiersze, które poruszają wrażliwość, ale jest i taka poezja, która karmi duszę swoim pięknem i przenikliwością. Pierwsze są wdziękiem, drugie – to pokarm. Teresa karmi pożywnie tak przez swoje wiersze, jak i przez pisma. W miarę jak czyni żwawym krokiem postępy w świętości, wszelka myśl wymykająca się w jakiejkolwiek postaci z jej ogromnego serca jest myślą kierownika duchowego, przewodnika, który sprawia, że odkrywa drogę szczęścia. Nie szczęścia zbuntowanej przeszłości lub przyszłości, która do nas nie należy, lecz szczęścia, które jest w zasięgu ręki, szczęścia dnia dzisiejszego, tego, które możemy uchwycić, przytrzymać, wyryć w całej naszej istocie. Co to za szczęście? Miłość! To znaczy „kochać Cię, Panie”. Teresa wiedziała, jak nikt inny, że szczęście – inne imię miłości – przechodzi przez tego, który JEST miłością.
    „Ukażesz mi ścieżkę życia, pełnię radości u Ciebie, rozkosze na wieki po Twojej prawicy” – mówi Psalm 16. „Nie ma dla mnie dobra poza Tobą…” – mówi dusza Bogu w tym samym psalmie. A mama, która kocha swe dzieci? A małżonek, który kocha swą małżonkę? A św. Wincenty, który kocha ubogich? Święta Tereska ukazuje wspaniale, że w istocie swej wszelka miłość przechodzi przez Serce Boga. Szczęście, jakie daje mi moja małżonka, dzieci, przyjaciele, płynie z ich miłości. Jednak każde uczucie miłości, każdy akt miłości jest cząstką Bożego Serca. To właśnie oznaczają słowa „nie ma dla mnie dobra poza Tobą…” Przeszłość to zgromadzone cząstki miłości, teraźniejszość to rodzące się cząstki miłości. A jedynym sensem przyszłości jest zdolność, jaką posiadamy mnożenia do nieskończoności cząstek miłości, Boskiej złotej nitki, z której utkane jest nasze życie. Teresa poucza nas o tej podstawowej prawdzie przez swoje życie i swoje pisma.

    «POJĘŁAM, CZYM JEST ŻYCIE… NIEUSTANNYM CIERPIENIEM I ROZŁĄKĄ…»
    Ostatnia z dziewięciorga dzieci, z których czworo umarło bardzo wcześnie, Teresa wzrastała otoczona miłością rodziców i czterech sióstr. Zanurzona w miłości, a więc ukryta w Bożym Sercu. Miłość ta nie pozostanie bez cienia. Całe ludzkie życie jest bowiem tajemniczą próbą.
    «Przychodzą z wielkiego ucisku…» – mówi Apokalipsa o tłumie wybranych, którzy opłukali szaty we krwi Baranka. Teresa ma zaledwie 4 lata, kiedy rozpoczyna doświadczać cierpienia. Poznaje boleść najokrutniejszą, która może dotknąć dziecko: pozbawiona zostaje matki, która umiera nagle w wieku 45 lat, jako ofiara raka. W jej krótkim życiu doświadczenia się spiętrzą. Mogłyby one zniszczyć każdą wrażliwą duszę. Teresa – dusza najwrażliwsza wytrzymuje wobec ataków.
    Całkiem mała, a już posiada niezwyciężoną siłę, swoją drogę, drogę zadziwiająco prostą i cudownie skuteczną. Drogę świętości w zasięgu wszystkich, która czyni z Teresy niezrównanego przewodnika duchowego na nasze czasy i na czasy, które nadchodzą. A jednak ta siła i ta droga nabiorą kształtów dopiero przez zadziwiającą interwencję Bożą po Mszy św. pasterskiej w Boże Narodzenie 1886 r.
    Po śmierci mamy rodzina żegna się z Alençon, w którym przedsiębiorstwo «point d’Alençon» zrujnowało zdrowie Pani Martin. Osierocona rodzina przeprowadza się do Lisieux i mieszka z bratem mamy, Izydorem Guérin, w Buissonnets, w pięknej posiadłości otoczonej murami i zatopionej w zieleni. Usytuowana na obrzeżach Lisieux, może cieszyć się piękną panoramą miasta. Maleńka Teresa doświadcza tu czułości sióstr. Paulina, najstarsza z nich, wybrana na „drugą mamę”, doskonale wywiązuje się ze swej roli. Ojciec, jej „ukochany król”, podwaja swą czułość, darząc ją „miłością iście matczyną”. W Buissonnets Teresa zaznała głębokiego szczęścia, które trwało prawie 11 lat. Czas ten zaznaczył się jednak także zawieruchami, które nią gwałtownie wstrząsnęły.
    Pierwsza w jej życiu wichura nadchodzi w październiku 1881 roku, kiedy wstępuje do szkoły przy klasztorze benedyktynek. Teresa ma 8 lat, przebywa tam jako pensjonariuszka. Małe pisklę, które wypadło z gniazda i z „ziemi obiecanej” znalazło się na „wspólnej ziemi”. Jest nieszczęśliwa. Doświadczenie to potrwa 5 długich lat „najsmutniejszych z całego życia” – jak napisze. Jest tam ofiarą swej wrażliwości: delikatna i czuła jak płatek róży.
    Drugie doświadczenie, jakie dotyka ją w tym czasie, nadchodzi gdy Paulina, jej „druga mama” kończy 21 lat. Oczekiwała pełnoletności, aby móc zrealizować marzenie, jakie dojrzewało w niej od dawna: wstępuje do Karmelu w Lisieux, przyjmując imię Agnieszki od Jezusa. 2 października 1882, mała Tereska, zalana łzami, otrzymuje „ostatni pocałunek”. Jej rozpacz jest tak wielka, że wkrótce podupada na zdrowiu. „Dziwna choroba” nasila się w okresie od 25 marca (Zwiastowanie) do 13 maja (Zesłanie Ducha Świętego). Dziecko cierpi na halucynacje i stany lękowe, majaczy. Rodzina i Karmel wzywają wstawiennictwa Matki Bożej Zwycięskiej. 13 maja 1883 r. w dniu Pięćdziesiątnicy i w dniu tak umiłowanym przez Matkę Bożą Maryja ukazuje się dziewczynce. Widzi ona rodzinną figurkę Matki Bożej Zwycięskiej, jak się ożywia i uśmiecha. „Cudowny uśmiech Najświętszej Dziewicy” uwalnia ją nagle od podstępnej boleści, z powodu której tak straszliwie cierpi.
    Teresa ma 10 lat. Dojrzała dzięki doświadczeniu. Gwiazda wzeszła w głębi jej duszy. Marzenie powoli staje się pewnością: ona także, jak Paulina zostanie karmelitanką, nie dla Pauliny, ale „dla samego Jezusa”.
    8 maja 1884 r. to wzniosły dzień dla Teresy: przystępuje po raz pierwszy do Komunii Świętej. Odczuwa wielkie wylanie miłości. „Kocham Cię i oddaję Ci siebie na zawsze” – szepcze 11-letnia Teresa Umiłowanemu Panu, Jezusowi.
    Radość i cierpienia pozostają ściśle połączone w jej życiu. 14 czerwca przyjmuje „sakrament Miłości”, jak nazywa bierzmowanie. Przygotowuje się do niego w stanie „świętego uniesienia”. Szczęście przerywa nowe rozstanie: jej siostra Maria, „trzecia mama”, idąc w ślady Pauliny, wstępuje do Karmelu. Przyjmuje imię Marii od Najświętszego Serca. Dorastająca i tak bardzo wrażliwa Teresa wylewa potoki łez. Płacze tak bardzo, że zadaje sobie pytanie, czy ona sama, ze swą naturą, stanie się kiedykolwiek godna świętej Teresy z Avila…
    Doświadczenie spowodowane odejściem Marii, które spada na nią 15 października 1886 roku jest tym okrutniejsze, że 8 dni później także Leonia, która zajmowała szczególne miejsce w jej sercu przez całe dzieciństwo, opuszcza dom: wstępuje nieoczekiwanie do klarysek w Alençon.
    Boże Narodzenie 1886 roku zostanie naznaczone pięknym wspomnieniem w życiu dorastającej Tereski. Kiedy po Mszy świętej pasterskiej wchodzi po schodach, Duch Jezusa wlewa w nią dar, jakiego tak bardzo jej brakowało, dar mocy i siły. Teresa nazywa ten szczególnie ważny moment „nawróceniem”. „W jednej chwili dzieło, którego nie potrafiłam dokonać przez 10 lat, Jezus wykonał zadowalając się moją dobrą wolą”. Wraz z tym darem Ducha Świętego rozpoczyna się w jej życiu okres „najpiękniejszy ze wszystkich, najbardziej wypełniony łaskami z Nieba.”

    «PRAGNĘ…»
    Zaczyna dzielić pragnienie dusz, które odczuwał Ukrzyżowany. Słyszy rozmowy o Pranzinim, wielkim zbrodniarzu, który – skazany na szafot – trwa w niewierze, mimo że znajduje się u progu śmierci. Teresa dosłownie szturmuje Niebo, aby wyjednać łaskę nawrócenia dla Pranziniego. Ofiarowuje Bogu nieskończone zasługi Jezusa, skarby Kościoła Świętego, prosi o odprawienie Mszy Św. czując, że z siebie samej „nic nie mogła uczynić”. I cud dokonuje się na samej szubienicy. Zanim skazaniec włożył głowę w ponury otwór, dotąd niewzruszony na prośby kapłana, który mu towarzyszył, Pranzini odwrócił się nagle, złapał krucyfiks, który kapłan niósł w swojej ręce, i „trzykroć ucałował święte rany”. Potem rzucił się w ramiona śmierci i Boskiego miłosierdzia. Było to 31 sierpnia 1887.
    Rok 1887 był rokiem najszczęśliwszym ze wszystkich. Teresa ma 14 lat. Wzrasta fizycznie i intelektualnie. „Pociąga ją najwyższe pragnienie wiedzy”. Uwolniona w dniu Bożego narodzenia od powłoki, która oddzielała ją od zewnętrznego świata, otwiera się na innych, na cierpiących, na spragnionych miłości, których świat nie może zaspokoić.
    W dniu Zesłania Ducha Świętego 1887 roku Teresa powierza swój sekret Paulinie i ukochanej siostrze Celinie – ostatniej, która jeszcze pozostała z nią w domu. Powierza tę tajemnicę także ojcu: i ona chciałaby bardzo szybko wstąpić do Karmelu, bez względu na swój wiek.
    Spotyka w ogrodzie ojca, który siedzi na brzegu basenu, ze złożonymi rękoma. „Piękna postać Tatusia sprawiała niebiańskie wrażenie, czułam, że w jego sercu panuje pokój. Nic nie mówiąc usiadłam obok niego, z oczami pełnymi łez. Popatrzył na mnie z czułością i obejmując moją głowę, przytulił ją do serca mówiąc: „Co ci jest, moja królewno?” I ten ojciec, tak przecież doświadczony, powiedział we wspaniałym porywie wiary, że „Dobry Bóg uczynił mu wielki zaszczyt prosząc go o jego dzieci”. On sam także marzył przez długi czas o klasztornym życiu i ożenił się mając dopiero 38 lat.

    W OGNIU WALKI
    Rozpoczyna się ostra walka w celu zrealizowania marzenia Teresy. Ma zaledwie 15 lat. Sama się postarza, czesząc sobie kok na czubku głowy. Musi jednak błagać władze kościelne o stosowne dyspensy, aby móc przekroczyć progi Karmelu pomimo młodego wieku. Przełożony Karmelu odrzuca jej prośbę, podtrzymuje to veto pomimo nalegania karmelitanek. Ukrycie sprzeciwia się także biskup diecezji – Hugonin. „Dusza moja była pogrążona w goryczy, lecz także w pokoju, ponieważ szukałam jedynie woli Bożej.” I tak w głębi jej serca Bóg podtrzymuje ją w postanowieniu. Oświadczyła: „jeśli Biskup nie zechce mi pozwolić na wstąpienie do Karmelu w piętnastym roku życia, to pójdę aż do Ojca Świętego”… I istotnie zdarzyło się coś niezwykłego. Podczas pielgrzymki do Rzymu, którą odbyła z ojcem i siostra Celiną, wykorzystała okazję, by upaść do stóp Ojca Świętego i osobiście poprosić go o dyspensę od wieku. Leon XIII słucha jej ze wzruszeniem, nie zniechęca, lecz odsyła ją do biskupa diecezji.
    Pielgrzymi powracają do Lisieux 2 grudnia. Podróż nauczyła Teresę więcej o świecie niż mogła się dotąd dowiedzieć. Wśród pielgrzymów byli liczni członkowie normandzkiej arystokracji oraz 73 kapłanów. W czasie tak długiego przebywania razem ujawniają się wszystkie strony dobre i złe osób, które zazwyczaj ukrywają te ostatnie pod maską… Teresa odkrywa próżność wielkich i utytułowanych, a zachowanie niektórych kapłanów umacnia ją w postanowieniu częstej za nich modlitwy. Zaczyna rozumieć powołanie Karmelu, bo potrzeby tej modlitwy dotąd nie rozumiała. Tak o tym pisze: „Zachwycała mnie modlitwa za grzeszników; ale modlić się za dusze kapłanów, które uważałam za czystsze nad kryształ, wydawało mi się rzeczą dziwną!.. Jakże piękne jest powołanie Karmelu, ponieważ jedynym celem naszych modlitw i ofiar jest to, abyśmy jako apostołki apostołów błagały za nimi, podczas gdy oni głoszą duszom Ewangelię słowem, a nade wszystko przykładem.”

    UPRAGNIONE ZWYCIĘSTWO: «PRZYSZŁAM RATOWAĆ DUSZE…»
    Po powrocie z Rzymu biskupa diecezji Bayeux po raz drugi dosięga prośba dorastającej panienki. Teresa poluje co dnia na odpowiedź J. E. Hugonina. Nie przestaje „ufać wbrew wszelkiej nadziei”. Słuszność jest przecież po jej stronie! 28 grudnia Matka Maria od św. Gonzagi, przeorysza Karmelu w Lisieux, otrzymuje – to prawdziwy cud! – pisemne zezwolenie biskupa. 9 kwietnia 1888 r. Teresa przekracza progi Karmelu. Pozostanie tu do śmierci i za kratami wypełni misję, jaką na siebie wzięła: „Przyszłam ratować dusze i przede wszystkim po to, aby się modlić za kapłanów”. Jezus pozwolił jej zrozumieć, że da jej dusze przez krzyż. Ona zaś coraz bardziej miłowała cierpienie.
    W okresie 9,5 lat spędzonych za milczącymi murami karmelitańskiego klasztoru skrystalizowała się w duszy tej pokornej zakonnicy duchowość prosta i jaśniejąca, porównywalna z najbardziej owocnymi w całej historii Kościoła. „Mała droga” terezjańska pociągnie swym świetlistym śladem ogromne tłumy wiernych aż do końca czasów.

    «MAŁY KWIATEK PRZESZCZEPIONY NA GÓRĘ KARMEL ROZKWITAŁ W CIENIU KRZYŻA…»
    9 kwietnia 1888 roku o poranku, po Mszy św. Ludwik Martin, w wieku 65 lat, pobłogosławił płacząc swoją „królewnę”, która opuszczała go na zawsze. Postulantkę przyjmuje w drzwiach klasztoru wspólnota sióstr złożona z 26 karmelitanek, otaczających przeoryszę. Najpierw przełożony Karmelu, ojciec Delatroette, zwraca się do sióstr z napomnieniem: „Jako delegat biskupa przedstawiam wam to 15-letnie dziecko, którego wstąpienia pragnęłyście. Życzę, by ona nie zawiodła waszych nadziei, lecz jeśli tak się stanie, przypominam wam, że jedynie wy poniesiecie ciężar tej odpowiedzialności”. Przełożony zagniewany, pozbawiony rozeznania…
    Cela, w której spędzi 5 lat, posiada jedynie siennik położony na deskach i elementarne wyposażenie. Nie ma ani wody, ani ogrzewania, tylko mała spirytusowa lampka. Widok zasłania dach. Czym się zajmuje? Nabożeństwa i modlitwy, zamiatanie, cerowanie, praca w ogrodzie. Wywiązuje się wspaniale z prostych rzeczy, to jest jej droga do świętości. „Ani jednego słowa, które można jej powiedzieć, wszystko jest doskonałe…” – pisze przełożona do pani Guérin, ciotki Teresy. Bez zwłoki dosięga ją kolejne doświadczenie: tracąc zmysły ojciec popada w chorobę. Z tego powodu obłóczyny Teresy odwlekają się. Po wylewie, kilku atakach i halucynacjach, ojciec znalazł się w szpitalu Dobrego Zbawcy w Caen. Jego pobyt tam trwa 3 lata.
    Przez pierwsze 5 lat w Karmelu Teresa otrzymuje „więcej kolców aniżeli róż”. W dniu obłóczyn, 10 stycznia 1889 Teresa od Dzieciątka Jezus dorzuca do swego imienia i od Najświętszego Oblicza, zaznaczając tak wolę przyjęcia – jak Jezus w czasie Męki – doświadczeń, ran i cierpień na okup za grzeszników. Zostaje „przeszyta ukłuciami szpilek” przez niektóre siostry. „Stworzenia, ach te stworzenia!” – jęczy. Jednak czuje, że wzrasta jej wiara: „Oderwać się od wszystkiego, co nie jest Nim” – oto czego uczy się młoda zakonnica w wieku 16 lat: Jezus, centrum jej życia.
    20 miesięcy nowicjatu. Ukłucia są liczniejsze. Boli ją szczególnie choroba ojca. Przed zakrwawionym Obliczem Jezusa uczy się, że „Miłość pokorna, to ta co się unicestwia, miłość hojna to ta, co zapomina o sobie”. Takie są jej aspiracje. Karmi się tekstami biblijnymi. Czwarta pieśń Sługi Jahwe (Iz 52,13 – 53,12) przeszywa jej serce. Będzie wpatrzona w jej słowa aż do śmierci.
    Podczas gdy jansenizm odbiera pokój kilku zakonnicom Teresa zagłębia się w pismach św. Jana od Krzyża, „Doktora Miłości”. Całkowicie zdaje się na Jezusa, odtąd jej jedynego kierownika: ” On nie uczy mnie liczenia moich uczynków, lecz uczy mnie robienia wszystkiego z miłości. To Jezus czyni wszystko, ja nie robię nic.”
    8 września 1890 – dzień profesji, poprzedzonej rekolekcjami przeżytymi „w zupełnej oschłości, prawie w opuszczeniu”. „W przeddzień – pisze Teresa – podniosła się w mej duszy zawierucha, jakiej dotąd nie przechodziłam. Dotychczas nigdy nie przyszła mi na myśl żadna wątpliwość co do mego powołania; trzeba było, abym przeszła i przez tę próbę. Wieczorem, po jutrzni, kiedy odprawiałam Drogę Krzyżową, powołanie moje wydało mi się urojeniem i mrzonką… Ciemności stały się tak wielkie, że widziałam i rozumiałam już tylko to jedno: ja nie mam powołania!..” Jednak w dniu profesji „zalała jej duszę rzeka pokoju”, pomimo strasznego cierpienia z powodu nieobecności ojca, uwięzionego chorobą.
    Odważne i niosące otuchę działanie Teresy jako pielęgniarki i zakrystianki w czasie epidemii grypy, która spada na wspólnotę w zimie 1891-92, zabierając cztery karmelitanki, sprawia, że Przełożony mówi wreszcie: „Ona jest wielką nadzieją dla tej wspólnoty”. Teresa pisze o tym okresie: „Podczas tego ciężkiego doświadczenia w Zgromadzeniu miałam niewymowną pociechę, mogąc codziennie przyjmować Komunię św… Ach! Cóż to była za rozkosz!… Jezus rozpieszczał mnie długo, znacznie dłużej niż swe wierne oblubienice; pozwolił bowiem, by mi Go dawano, choć inne nie miały już szczęścia przyjmować Go…”
    Teresa stała się, zgodnie z opinią mistrzyni nowicjatu: „duszą zawsze spokojną, która doskonale panuje nad sobą we wszystkim i wobec wszystkich”. Uczy się „zstępować, by służyć za mieszkanie Jezusowi.” Zstępować do żyznej doliny zamiast wspinać się na obnażone wierzchołki gór.
    W lutym 1893 roku Paulina, jeszcze tak niedawno „druga mama”, zostaje wybrana przeoryszą Karmelu. Naprzemienność radości i cierpień trwa nadal. Wyrzeczenie się trwa nadal. Myli się ten, kto sądzi, że przełożeństwo jej siostry, Paulinki, dało jej jakieś korzyści. Przeciwnie – jest siostrą, która najrzadziej może się z nią spotykać… Pobyty w oazach są więc krótkie, a przejścia przez pustynie, bez wody – długie. Radość wznosi duszę, cierpienie – oczyszcza. To w ten sposób Pan naucza tych, którzy Go kochają.

    29 lipca 1894 r. umiera ukochany ojciec, po długiej drodze krzyżowej, w czasie której Teresa widziała go zaledwie jeden raz i usłyszała z jego ust tylko jedno słowo: „niebo”. W trzy tygodnie później Celina wstępuje do Karmelu, po zakończonym czuwaniu u boku chorego ojca. Przyjmuje imię Genowefy od Najświętszego Oblicza. Tak spełnia się najgłębsze pragnienie Teresy: „Nie do przyjęcia była dla mnie jedynie myśl, że [Celina] mogłaby nie zostać oblubienicą Jezusa, bo kochając ją jak samą siebie, za nic nie chciałam, by oddała swe serce śmiertelnemu człowiekowi. …Teraz nie pragnę już niczego, jak tylko do szaleństwa kochać Jezusa… Znikły już dziecinne pragnienia; to prawda, że w dalszym ciągu lubię zdobić kwiatami ołtarz Małego Jezusa, ale odkąd ofiarował mi On Kwiat, jakiego pożądałam, moją drogą Celinę, nie pragnę już innych, lecz ją składam Mu jako najwspanialszą wiązankę… Nie pragnę już ani cierpienia, ani śmierci, choć kocham jedno i drugie; tylko miłość mnie pociąga…”

    MAŁA DROGA: «WRESZCIE ODKRYŁAM MOJE POWOŁANIE!»
    To pod koniec roku 1894 Teresa – rozdarta pomiędzy ogromnymi aspiracjami a ograniczeniami natury ludzkiej nie do pokonania – czyni swoje wielkie odkrycie: odkrycie „małej drogi” lub „drogi dziecięctwa duchowego”. Odkrywa ją w kilku wersetach biblijnych:
    „Kto jest mały, niechaj tu przybędzie.” (Prz 9,4).
    „Najmniejszy znajdzie litościwe przebaczenie.” (Mdr 6,7)
    „On jak pasterz pasie swą trzodę, ramieniem swym ją zgromadza. Słabsze owieczki niesie na swej piersi, matki karmiące prowadzi ostrożnie.” (Iz 40,11)
    „Ich niemowlęta będą noszone na rękach i na kolanach będą pieszczone. Jak kogo pociesza własna matka, tak Ja was pocieszać będę…” (Iz 66,12-13)
    Wystarczy więc uczynić się całkiem małym, by zostać przygarniętym w ramiona ukochanego Ojca, stać się jak mały baranek, by Pan przygarnął go do serca. Uczynić się całkiem małym z miłości. Kiedy Teresa odkrywa tę podstawową prawdę, odczuwa przejmującą radość i woła: „O Jezu, moja miłości, wreszcie odkryłam moje powołanie. Moim powołaniem jest Miłość!” „W Sercu Kościoła będę Miłością i w ten sposób będę wszystkim”…
    Być Miłością, a cóż to oznacza? Och, nic wielkiego. Św. Teresa pisze: „Mam tylko jeden sposób, by okazać Ci moją miłość: rzucanie kwiatów, to znaczy, że nie opuszczę żadnej okazji do ofiary, choćby najmniejszej, żadnego spojrzenia, żadnego słowa, wykorzystam najdrobniejsze nawet czyny, by je pełnić z miłości”… „O, gdyby wszystkie dusze słabe i niedoskonałe czuły to, co czuje najmniejsza z nich wszystkich, dusza twej małej Teresy, ani jedna nie straciłaby nadziei, że zdobędzie szczyt góry miłości, ponieważ Jezus nie żąda wielkich czynów, ale jedynie zdania się na Niego i wdzięczności.” Jak małe dziecko w ramionach matki, w radości i w trwodze…
    To w „Liście do siostry Marii od Najświętszego Serca” Teresa przedstawia duchowość małej drogi, swą „małą doktrynę”. To jeden ze szczytów chrześcijańskiego piśmiennictwa, tekst o niezmierzonej głębi. Odpowiada w ten sposób na prośbę najstarszej siostry, która jest równocześnie jej matką chrzestną.
    Odtąd z całkowitą i zupełnie naturalną ufnością dziecka, które czuje, że się je kocha i zawsze wybacza wszelkie popełnione błędy Teresa pójdzie naprzód swoją „małą drogą ufności i miłości”, bez zatruwająćego dni lęku i skrupułów. W ten sposób pokonuje liczne przeszkody, które opóźniały jej postęp na drodze do świętości: drodze bez końca i świętości bez granic…
    Oto stała się całkiem mała i całkowicie oddana Bogu. To w tym momencie Paulina, czyli Matka Agnieszka od Jezusa, poprosiła ją o spisanie wspomnień z dzieciństwa. W 1895 roku przelała więc na papier z posłuszeństwa swe myśli o łaskach, jakich Dobry Bóg zechciał jej udzielić. Dzięki odkryciu „małej drogi” spogląda ponownie na swe życie w świetle Boga miłości i miłosierdzia. Stąd radosny ton przepełniający jej rękopis.
    9 czerwca Teresa czyni na drodze dziecięctwa heroiczny akt: ofiaruje siebie jako ofiarę całopalną Miłości miłosiernej. Odnawia ten akt aż do śmierci. Pan przyjmuje Teresę jako ofiarę. Ma 22 lata. Pozostaje jej 2 lata życia.

    NOC CIEMNA…
    Była na szczycie szczęścia, całkiem mała, zdana na Boże Miłosierdzie, teraz pozna najboleśniejsze doświadczenie, najbardziej okrutne, jakie może zostać zadane duszy rozpalonej miłością Jezusa Chrystusa. Teresa wchodzi w noc wiary. To najwyższe doświadczenie spada na jej duszę w okresie radości paschalnej. Przeżyje kilka rozjaśnień w tej wewnętrznej nocy, lecz ciemności nie opuszczą jej aż do śmierci. Ona sama rozumie sens tej próby: oddała życie za ocalenie grzeszników, musi więc pozostać siedząc za ich stołem, ratując ich nie przez radości ani przez plan cudownej „małej drogi” – odkrytej po tylu walkach – lecz w strapieniu, z dala od Umiłowanego, w oschłości duszy. W stanie grzesznika, choć nie zgrzeszyła. Jak Ukrzyżowany, który niósł na Krzyżu przygniatający ciężar wszystkich grzechów świata. W chwilach, gdy ciemności się rozpraszają i kiedy wkracza na nowo w gorejącą światłość wiary, apostolska dusza Teresy zwiększa się do rozmiarów Kościoła i świata. Pisze: „Być Twą Oblubienicą, o Jezu, być karmelitanką, być przez zjednoczenie z Tobą matką dusz, to wszystko powinno mi wystarczyć… jest jednak inaczej… Bez wątpienia te trzy przywileje stanowią moje powołanie: być karmelitanką, Oblubienicą i matką. A jednak odczuwam w sobie jeszcze inne powołania, powołanie wojownika, kapłana, doktora, męczennika; czuję wreszcie potrzebę dokonania dla Ciebie, Jezu, czynów najbardziej bohaterskich…”
    Ponad wszystko jednak pragnie męczeństwa: „Kiedy myślę o udręczeniach, które w czasach Antychrysta staną się udziałem chrześcijan, czuję, jak serce moje wyrywa się do nich… Jezu, Jezu, gdybym chciała spisać wszystkie moje pragnienia, musiałabym się odnieść do twej księgi żywota, gdzie są podane czyny wszystkich Świętych; tego wszystkiego chciałabym dokonać dla Ciebie…”
    Noc duszy stanie się męczarnią. Teresa ma 24 lata. Pochłonięta miłością, męczona nocą wiary, odczuwa, że zbliża się koniec próby. Zgaduje, że śmierć jest blisko. Kaszle bez końca. Gorączka jej nie opuszcza. Całe ciało jest obolałe, przychodzą krwotoki płucne. Ujawniła się gruźlica, stan jest poważny. Niezdrowe usytuowanie klasztoru i surowość mniszego życia osłabiły wrażliwy mały kwiatek. Przeorysza prosi ją o uzupełnienie rękopisów o jej życiu o doświadczenia duchowe w klasztorze.
    Na wiosnę 1897 roku gruźlica nasila się. Prawie co dnia Teresa cierpi z powodu krwotoków płucnych. 30 lipca przyjmuje sakrament chorych. Dwa ostatnie miesiące jej krótkiego życia są bardzo bolesne z wszystkich punktów widzenia. Niepokoje, lęki, pokusy… Ofiara całopalna z 9 czerwca 1895 r. została w sposób widoczny całkowicie przyjęta. Ona jest ofiarą, by móc w ten sposób ocalić jak najwięcej dusz. Jedyne pytanie, jakie ją teraz nurtuje, to czy można ocalać dusze jeszcze po śmierci? „Gdybyście wiedziały, ile czynię planów o rzeczach, które będę robić, kiedy będę w Niebie. Zacznę moją misję.” – powiedziała siostrze Marii od Najświętszego Serca 13 lipca 1897. Tak, postanowiła spędzić czas w Niebie sprawiając, że deszcz róż spadnie na ziemię i obiecała często na nią schodzić…

    «O, JAKŻE GO KOCHAM!…»
    W ostatnich dniach swego życia cierpi straszliwie. Udręczona pokusami szatana błaga o modlitwę i woła: „O, jakże wiele trzeba się modlić za konających! Gdyby o tym wiedziano!” Gruźlica pożera całkowicie jej płuca. Od 19 sierpnia do 30 września spada na nią bardzo bolesne doświadczenie. Z powodu częstych krwotoków nie może już przyjmować Komunii św., a tak bardzo jej pragnie!
    28 sierpnia jęczy: „Brak mi powietrza ziemskiego, kiedyż będę oddychać powietrzem niebios?” Rozpoczyna się agonia trwająca dwa dni: „Mój Boże, miej litość…!” – woła w straszliwych cierpieniach. „O moja Matko, zapewniam cię, że kielich jest pełny aż po brzegi” – powiedziała przełożonej. 30 września Teresa otoczona przez wspólnotę wypowiada ostatnie słowa. Słowa pochodzące od duszy, która stała się tak bardzo podobna do jej Umiłowanego Ukrzyżowanego, mogły być tylko słowami miłości: „O, jakże Go kocham!” „Mój Boże… kocham Cię!” – wyszeptała umierając. „Byłam świadkiem jej długiego, pięknego spojrzenia jak w ekstazie w chwili, gdy umierała” – napisała siostra Maria od Najświętszej Trójcy, nowicjuszka Teresy.

    POCZĄTEK MISJI
    Wspaniała misja świętej Teresy od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza rozpoczyna się 30 września 1897. „Wspaniała” misja, która napełnia przerażeniem szatana i jego zastępy, bardziej dziś szalejące niż kiedykolwiek dotąd. Trzeba nam szukać wstawiennictwa bardziej niż kiedyś św. Tereski. Przede wszystkim jednak trzeba nauczyć się praktykować jej „małą drogę”, wejść na „drogę dziecięctwa”, na drogę szczęścia, szczęścia na dzień dzisiejszy!

    René Lejeune

    Szwajcarski miesięcznik religijny Stella Maris, nr 9/96 str. 1-5) przekład z franc. E. B. w: „Vox Domini” nr 8/96, str. 3-6. Cytaty pochodzą z rękopisów św. Teresy wydanych przez OO. Karmelitów w zbiorze „Dzieje duszy”

    _____________________________________________________________________________

    św. Tereska/ fot Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Perełki św. Tereski wybrane przez dziennikarzy „Gościa”

    Całkowita ufność w Bogu – to kwintesencja „małej drogi” Teresy z Lisieux. Jakie jej słowa poruszają nas najbardziej? Opowiadają dziennikarze naszej redakcji.

    „Nawet gdybym popełniła wszystkie możliwe zbrodnie, miałabym zawsze tę samą ufność” – wołała. Żyła zaledwie dwadzieścia cztery lata. Na dzień przed śmiercią, słabiuteńkim głosem zawołała: „Cóż to za łaska mieć wiarę! Gdybym nie miała wiary, bez wahania zadałabym sobie śmierć!”. Odeszła wieczorem 30 września 1897 r. Mniszki zanotowały jej ostatnie słowa. Zerkając na twarz Jezusa przybitego do krucyfiksu, który trzymała w rękach szepnęła: „Mój Boże! Kocham Cię!”.

    Dla biednych niewierzących

    Teksty św. Teresy prowadzą mnie od młodości. Wiele z nich jest dla mnie jak te róże, symbolizujące łaski, które obiecała zsyłać. Które są dla mnie najważniejsze czy ulubione? Na różnych etapach życia jaśniej świeciły raz te, raz tamte. Od pewnego czasu chodzą za mną słowa, które święta wypowiedziała w czasie, gdy jej horyzont zaciągnął się najciemniejszymi chmurami. To był ten etap jej życia, gdy gruźlica dokonywała w jej organizmie ciężkich spustoszeń. W tych warunkach Teresa udowodniła, że dziecięca prostota w relacji z Bogiem jest możliwa zawsze, także wtedy, gdy człowiek przedziera się przez gęste ciemności. A to się właśnie z tą dziewczyną działo: do narastających cierpień fizycznych dołączyły udręki duchowe. W pewnym momencie zwierzyła się swojej rodzonej siostrze, że dręczą ją „straszne myśli”. Prosiła ją o modlitwę, żeby nie słuchać kłamstw diabła.

    Argumenty wielu materialistów wciskają się w mój umysł. (…) Och, matko moja, nie powinno być nigdy podobnych myśli, kiedy tak bardzo kocha się Boga! Jednak ofiaruję te bolesne potworności, aby otrzymać wiarę dla biednych niewierzących, za tych wszystkich, którzy oddalili się od nauki Kościoła

    – zapewniła. To słowa niezwykle cenne, bo dające otuchę ludziom, którzy zmagają się z wątpliwościami w wierze i boją się, że robią coś złego. „Ona też tak miała” to bardzo krzepiący wniosek. „Argumenty wielu materialistów” są przecież także dziś atakującą ludzi pokusą. Dzięki Teresie łatwiej sobie z tym poradzić – a i ona w tym pomoże.

    Franciszek Kucharczak

    Niezdolna do modlitwy

    Gdy nic nie czuję, gdy jestem NIEZDOLNA DO MODLITWY, do praktykowania cnót; jest to właśnie chwila stosowna, aby szukać drobnych okazji, tych nic, które cieszą Jezusa, i to bardziej niż władztwo świata, a nawet bardziej niż męczeństwo ofiarnie zniesione. Na przykład, uśmiech, miłe słówko, wypowiedziane wtedy, gdy miało by się ochotę milczeć albo okazać znudzenie, itp., itp. (…) Nie dlatego, by zgotować sobie koronę, zyskać zasługi, ale tylko, by Jezusowi sprawić przyjemność… Gdy nie mam sposobności, to przynajmniej mówię Mu często, że Go kocham; to nic trudnego a podtrzymuje ogień. CHOCIAŻBY się zdawało, że zgasł ten płomień miłości, mimo to pragnę rzucać cokolwiek, a Jezus potrafi rozpalić go na nowo.

    Chwile, kiedy czuję się zupełnie niezdolna do modlitwy, nie są dla mnie niczym obcym. Bywa, że spotkanie z Bogiem wydaje się być wyzwaniem, przekraczającym siły. Wtedy przychodzą z pomocą te słowa świętej Tereski z listu do jej siostry Celiny. Przypominają, że nawet wielcy święci musieli mierzyć się z kryzysami modlitwy, że im też bywało bardzo ciężko – a skoro tak, to te trudne momenty nie są niczym nadzwyczajnym w życiu duchowym. Ale przede wszystkim pokazują, że dla Jezusa liczą się nawet te najmniejsze gesty, drobiazgi codzienności. Zamiast obwiniać się, że nie potrafię zmobilizować się do długiej, głębokiej modlitwy, chwytam się prostych słów, aktów strzelistych, drobnego „Kocham Cię, Jezu”, albo modlę się uśmiechem i dobrym słowem. A reszta należy do Niego.

    Agnieszka Huf

    Bez miary

    Żyć miłością – to dawać bez miary,
    Bo kto miłuje, w liczbach się nie gubi,
    I nic nie żąda za swoje ofiary,
    Wiedząc, że miłość rachować nie lubi.

    To fragment dłuższego wiersza Teresy. W każdej z jego piętnastu strof wyczuwam puls głębokiego wyznania miłości. Święta spogląda na życie Jezusa, Jego przemienienie, ostatnią wieczerzę, mękę, śmierć i zmartwychwstanie. Wie, że nie może przywiązywać się do zachwytu Taboru, czuje się wezwana do tego, by świadomie przejść przez próbę Kalwarii. Wspomina też pozostawione przez Jezusa przykazanie miłości. Ma głębokie przekonanie, że jej Umiłowany jest z nią we wszystkim, na dobre i na złe. Wierzy, że zamieszka w Jego domu, podobnie jak On zamieszkał w jej wnętrzu.

    Kiedy usłyszałem po raz pierwszy ten wiersz w oryginale, śpiewany przez jedną z francuskich wokalistek, przeszył mnie na wylot i pozostał ze mną. Inspirował, czasem też wzywał do działania. Towarzyszył mi w drodze, oświecał wybory, pomagał znosić przeciwności. Odzierał z fałszywych oczekiwań, a nawet oskarżał. Ile już razy gubiłem się w liczbach próbując traktować życie i ludzi w wyrachowany sposób? Ile razy dawałem wymierzając moją ciasną, ludzką miarą? Gdy dziś czytam ten wiersz widzę zamkniętą w swojej celi Teresę. Święta podnosi głowę znad kartek, ze spokojem spogląda wokół, jak gdyby chciała powiedzieć, że przelane na papier poetyckie strofy mają stawać się życiem.

    ks. Rafał Bogacki

    Dobranoc!

    Jakże daleko mi do świętości! Już to jedno jest wystarczającym tego dowodem; zamiast cieszyć się z mojej oschłości, winnam trapić się, że zasypiam (od 7 lat) podczas modlitwy i dziękczynienia, ale się nie smucę! Sądzę, że małe dzieci podobają się swoim rodzicom zarówno wtedy, kiedy śpią, jak i kiedy nie śpią. Myślę też, że lekarze, chcąc zrobić operację, usypiają swoich chorych, i że Pan widzi naszą słabość i wie, żeśmy proch.

    Mój przyjaciel opowiadał mi speszony, że zasnął w czasie nocnej adoracji. Pocieszyłem go, że Teresa z Lisieux… robiła to regularnie. Miała do siebie ogromny dystans i nie katowała się tym doświadczeniem. Paradoksalnie pomogło jej to, że jako mała dziewczynka (dojrzała duchowo bardzo wcześnie) przeżyła „noc skrupułów” – czas, w którym katowała się każdym drobiazgiem, uznawała się za niegodną, grzeszną i niewystarczającą. Przeżywając na modlitwie chwile oschłości, pisała, że „Jezus jak zwykle śpi w swojej małej łódeczce”. Jej wyznania rozbrajają mnie od lat. Może dlatego, że współczesny Kościół często nie potrafi przyznać się do słabości i za parawanem przypudrowanej pobożności skrywa swą kruchość? A Teresa – doktor Kościoła nie pisze, że jest „rozproszona w czasie modlitwy”. Nie! Pisze, że jest do tej modlitwy… niezdolna.  Nie owija w bawełnę, nie doprawia sobie duchowych szczudeł. Pisze, jak jest. Tak, to najbardziej mnie w niej zachwyca.

    Marcin Jakimowicz

    Ucieczka!

    Ostatnim środkiem, by nie dać się pokonać, pozostaje dla mnie ucieczka.

    Kontekstem tego zdania są relacje św. Teresy z innymi ludźmi, zwłaszcza współsiostrami w Karmelu. Teresa opisuje atak ze strony jednej z nich i dodaje: „byłam zdecydowana się bronić. Na szczęście przyszła mi do głowy genialna myśl, że jeśli zaczną się usprawiedliwiać, na pewno stracę pokój ducha. Lecz czułam jednocześnie, że nie mam dość sił, by biernie słuchać rzucanych na mnie oskarżeń. Ratowała mnie więc tylko ucieczka. (…)  Przysiadłam na schodach, by nacieszyć się zwycięstwem. Co prawda, brawury w nim nie było, sądzę jednak (…), że lepiej nie ryzykować starcia, kiedy porażka jest pewna” – pisała.  

    Co byłoby dla Teresy porażką? Utrata pokoju serca, oddanie złem za zło. Jedynym miarodajnym testem jakości modlitwy (i życia duchowego w ogóle) nie jest samopoczucie, jakie jej towarzyszy, ale relacje z bliźnimi.

    Jarosław Dudała

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________

    „Ach! Cóż to za chwila!”. Niezwykły opis wstąpienia św. Teresy od Dzieciątka Jezus do zakonu

    fot. screenshot – Facebook (Jasna Góra)

    ***

    „Ach! Cóż to za chwila!”.

    Niezwykły opis wstąpienia św. Teresy od Dzieciątka Jezus do zakonu

    9 kwietnia 1888 roku 15-letnia wówczas Francuzka Teresa Martin, znana dziś jako św. Teresa od Dzieciątka Jezus, wstąpiła do zakonu karmelitanek bosych w Lisieux. Niezwykle przejmujący opis przekroczenia klasztornej klauzury, ta jedna z najpopularniejszych świętych w historii Kościoła, pozostawiła w spisanych przez siebie „Dziejach duszy”.

    „Cała rodzina zebrana jak dnia poprzedniego, wysłuchała Mszy św. i przyjęła komunię św. W chwili, gdy Jezus zstępował do serc mych najbliższych słyszałam wokół siebie jedynie stłumione łkanie; tylko ja jedna nie płakałam, czułam jednak tak gwałtowne bicie serca, że kiedy dano znak, by zbliżyć się do drzwi klauzurowych, zdawało mi się, iż nie będę w stanie podejść. Zbliżyłam się jednak, zadając sobie równocześnie pytanie, czy nie umrę z powodu silnego bicia serca… Ach! Cóż to za chwila! Trzeba to przeżyć samemu, by zrozumieć, co to znaczy…

    Wzruszenie moje nie objawiało się jednak na zewnątrz. Uścisnąwszy wszystkich członków mojej kochanej rodziny, uklękłam przed mym niezrównanym ojcem prosząc o błogosławieństwo; udzielając mi go, sam również ukląkł i błogosławił mnie płacząc… Widok tego starca ofiarującego Panu swoje dziecko w wiośnie życia musiał uweselić aniołów!…

    W parę chwil potem brama świętej arki zamknęła się za mną o zostałam uściskana przez moje drogie siostry (…) Nareszcie ziściły się moje pragnienia; w duszy zapanował POKÓJ tak słodki i głęboki, że niepodobna tego wyrazić (…) Z jakąż głęboką radością powtarzałam te słowa: „Na zawsze, na zawsze jestem tutaj!…”

    Szczęście to nie było przelotne, nie miało się rozwiać wraz ze „złudzeniami pierwszych dni”. Złudzeń z łaski Bożej nie miałam ŻADNYCH wstępując do Karmelu: życie zakonne znalazłam takim, jakim je sobie wyobrażałam; nie dziwiła mnie żadna ofiara (…). Tak, cierpienie wyciągało do mnie ramiona a ja rzuciłam się w nie z miłością. Wszak po to przyszłam do Karmelu (…). Przyszłam ratować dusze, a przede wszystkim modlić się za kapłanów”.

    Fronda.pl/ren/”Dzieje duszy”, Kraków 1996

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Matka Boża i Święci Pańscy – wrzesień 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Wszyscy Święci” Fra Angelico, XV w./wikimedia commons

    ***

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    30 września

    Święty Hieronim, prezbiter i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Grzegorz Oświeciciel, biskup
    ***
    Święty Hieronim

    Hieronim urodził się ok. 345 r. w Strydonie (prawdopodobnie na terenie dzisiejszej Chorwacji). Był synem zamożnych ludzi pochodzenia rzymskiego, katolików. Studiował w Rzymie pod kierunkiem mistrzów łaciny i retoryki, m.in. Donata. Tam – w wieku młodzieńczym, zgodnie z ówczesnym zwyczajem – przyjął chrzest między 358 a 364 r. z rąk papieża św. Liberiusza. Wówczas postanowił porzucić światowe życie i zająć się zagadnieniami religijnymi. Udał się następnie do Trewiru, ówczesnej stolicy cesarstwa, gdzie na życzenie rodziców miał rozpocząć karierę urzędniczą; prawdopodobnie jednak podjął tam studia teologiczne. Z Galii powrócił do Włoch. W tym czasie jego siostra wstąpiła do klasztoru. Także i sam Hieronim został w Akwilei mnichem i ok. 373 r. wyjechał na Wschód, by w Jerozolimie pracować naukowo i poddać się rygorystycznemu życiu. Poprzez Azję Mniejszą wyruszył do Ziemi Świętej, ale wyczerpany trudami podróży zatrzymał się w Antiochii. Znalazł się o krok od śmierci. Po wyzdrowieniu zaczął intensywną naukę greki i języka hebrajskiego, poświęcił się studiowaniu Pisma świętego na Pustyni Chalcydyckiej.

    Święty Hieronim

    W 377 r. w Antiochii Hieronim przyjął święcenia kapłańskie, zastrzegając jednak, że pragnie dalej wieść życie ascetyczne. Za cel swojego życia postawił pracę naukową. Na dłuższy czas (379-382) zatrzymał się w Konstantynopolu. Miasto urzekło go swoją historią, bogactwem zabytków, zasobnością w książki. Właśnie wtedy patriarchą Konstantynopola był św. Grzegorz z Nazjanzu. Hieronim słuchał pilnie jego kazań. W tym czasie przełożył na język łaciński niektóre homilie Orygenesa i Historię Euzebiusza z Cezarei Palestyńskiej.
    W 382 r. uczestniczył w synodzie rzymskim, gdzie na polecenie papieża Damazego zaczął pracować nad poprawianiem dawnego przekładu Nowego Testamentu i psalmów. W latach 382-384 był sekretarzem i doradcą papieża Damazego. Mieszkał na Awentynie, gdzie skupił wokół siebie elitę intelektualną i religijną Rzymu. Wśród jego uczniów znalazła się także św. Marcella (+ 410). Właśnie w jej pałacu zamieszkał. Na spotkania duchowe przybywała do niego również inna można pani Rzymu, św. Paula (+ 404), i jej córka, św. Eustochia (+ ok. 419). Po śmierci papieża (+ 384) Hieronim udał się do Egiptu; zwiedził Ziemię Świętą, Egipt, klasztory w Nitrii. Słuchał wykładów znakomitego znawcy pism Orygenesa, Dydyma Ślepca. Udał się następnie do Palestyny i w 386 r. zamieszkał w Betlejem. Tam pozostał już do śmierci.
    Organizował tam działalność charytatywną, prowadził wykłady, pod jego opieką powstały cztery klasztory. Odznaczał się encyklopedyczną wiedzą, umiłowaniem ascezy, pracowitością, gorącym przywiązaniem do Kościoła, czcią do Matki Bożej, a przede wszystkim umiłowaniem Pisma Świętego. Współcześni mu odnotowali jednak, że miał wybuchowy charakter.

    Święty Hieronim

    Pozostawił po sobie niebywale ogromną spuściznę literacką. W latach 389-395 przełożył na łacinę wiele ksiąg Septuaginty (greckiego przekładu Biblii). Przez 24 lata (382-406) przetłumaczył na łacinę całe Pismo święte. Jego przekład, tzw. Wulgata (co oznacza “powszechnie przyjmowane”), został przyjęty przez Sobór Trydencki jako tekst urzędowy. Hieronim napisał także komentarze do wielu ksiąg Pisma oraz przełożył liczne teksty Ojców Kościoła. Zwalczał współczesne mu herezje. Ostatnie lata spędził w grocie sąsiadującej z Grotą Narodzenia Pana Jezusa. Zmarł osamotniony 30 września 419 lub 420 r. Jego relikwie sprowadzono z czasem do Rzymu. Obecnie znajdują się w głównym ołtarzu bazyliki S. Maria Maggiore. Jest jednym z czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego, patronem eremitów, biblistów, egzegetów, księgarzy i studentów.
    Ikonografia ukazuje najczęściej św. Hieronima jako wielkiego pokutnika w długiej szacie albo obnażonego starca, w przepasce na biodrach, wycieńczonego postami. Czasami przedstawiany jest w kapeluszu kardynalskim, co jest aluzją do jego funkcji sekretarza papieskiego, lub w postawie siedzącej przy pulpicie. Atrybutami Świętego są: czaszka, gołębica, kamienie, klepsydra, księga, lew u stóp, oswojone lwiątko, model kościoła, pióro pisarskie, rylec do pisania i tabliczka, trąba powietrzna przypominająca Sąd Ostateczny, wielbłąd.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________

    Święty Hieronim

    Święty Hieronim

    Święty Hieronim studiuje Pismo/Domenico Ghirlandaio(PD)

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 7 LISTOPADA 2007

    (…) Hieronim skomentował także wiele teksów biblijnych. Według niego komentarze powinny przynosić rozmaite opinie, “tak aby bystry czytelnik, po przeczytaniu różnych wyjaśnień i zapoznaniu się z różnorodnymi opiniami – które można przyjąć bądź odrzucić – ocenił, która jest najbardziej wiarygodna i niczym wprawny bankier, odrzucił fałszywy pieniądz” (Contra Rufinum 1,16).

    Drodzy bracia i siostry!

    Skupimy dziś naszą uwagę na świętym Hieronimie, Ojcu Kościoła, który w centrum swego życia umieścił Biblię: przetłumaczył ją, komentował w swych dziełach, przede wszystkim zaś podjął zadanie konkretnego życia nią w swym długim ziemskim istnieniu, mimo dobrze znanego trudnego i porywczego charakteru, jakim obdarzyła go natura.

    Hieronim urodził się w Strydonie około roku 347 w rodzinie chrześcijańskiej, która zapewniła mu staranne wykształcenie, wysyłając go nawet do Rzymu, by udoskonalił swe studia. W młodości czuł pociąg do światowego życia (por. Epist. 22,7), górę jednak wzięło w nim pragnienie i zainteresowanie religią chrześcijańską. Po przyjęciu chrztu około roku 366 wybrał życie ascetyczne, a udawszy się do Akwilei, przyłączył się do grupy żarliwych chrześcijan, których sam określił jako “chór błogosławionych” (Chron. ad ann. 374), skupiony wokół biskupa Waleriana. Następnie wyruszył na wschód i jako pustelnik żył na Pustyni Chalcydyckiej na południe od Aleppo (por. Epist. 14,10), oddając się poważnym studiom. Udoskonaliwszy znajomość greki, zaczął uczyć się hebrajskiego (por. Epist. 125,12), przepisał kodeksy i dzieła patrystyczne (por. Epist. 5,2). Medytacja, samotność, kontakt ze Słowem Bożym przyczyniły się do dojrzewania jego chrześcijańskiej wrażliwości. Coraz dotkliwiej odczuwał ciężar młodzieńczej przeszłości (por. Epist. 22,7) i wyraźnie dostrzegał kontrast między pogańskim sposobem myślenia a życiem chrześcijańskim: kontrast ten stał się znany w wyniku dramatycznego i żywego “widzenia”, o którym zostawił nam świadectwo. Wydawało mu się w nim, że jest biczowany na oczach Boga, ponieważ był “cyceroński, a nie chrześcijański” (por. Epist. 22,30).

    W roku 382 przeniósł się do Rzymu: tu papież Damazy, znając jego sławę ascety i jego kompetencje naukowe, przyjął go na swego sekretarza i doradcę; zachęcił go do nowego łacińskiego przekładu tekstów biblijnych dla celów duszpasterskich i kulturalnych. Niektóre osoby z rzymskiej arystokracji, zwłaszcza takie damy, jak Paula, Marcela, Asella, Lea i inne, pragnące osiągnąć chrześcijańską doskonałość i pogłębić znajomość Słowa Bożego, wybrały go na swego kierownika duchowego i nauczyciela w metodycznym podejściu do świętych tekstów. Damy te nauczyły się nawet greki i hebrajskiego.

    Po śmierci papieża Damazego Hieronim opuścił Rzym w 385 roku i wyruszył w pielgrzymkę najpierw do Ziemi Świętej – milczącego świadka ziemskiego życia Jezusa, następnie do Egiptu, ziemi wybranej przez wielu mnichów (por. Contra Rufinum 3,22; Epist. 108,6-14). W roku 386 zatrzymał się w Betlejem, gdzie dzięki szczodrości damy Pauli wzniesione zostały klasztory męski i żeński oraz hospicjum dla pielgrzymów, którzy udawali się do Ziemi Świętej, “myśląc o tym, że Maryja i Józef nie mieli się gdzie zatrzymać” (Epist. 108, 14). W Betlejem pozostał do śmierci, prowadząc nadal intensywną działalność: komentował Słowo Boże, bronił wiary, opierając się energicznie rozmaitym herezjom, wzywał mnichów do doskonałości, uczył kultury klasycznej i chrześcijańskiej młodych uczniów, sercem pasterza podejmował pielgrzymów, odwiedzających Ziemię Świętą. Zgasł w swej celi, w pobliżu Groty Narodzenia, 30 września 419/420.

    Przygotowanie literackie i rozległa erudycja pozwoliły Hieronimowi dokonać rewizji i przekładu licznych tekstów biblijnych: był to bezcenne dzieło dla Kościoła łacińskiego i kultury Zachodu. Na podstawie oryginałów greckich i hebrajskich oraz dzięki porównaniu z wcześniejszymi wersjami, dokonał on przeglądu czterech Ewangelii w języku łacińskim, następnie Psałterza i dużej części Starego Testamentu. Biorąc pod uwagę oryginały hebrajski i grecki, Septuagintę (Siedemdziesięciu), klasyczną grecką wersję Starego Testamentu, sięgającą czasów przedchrześcijańskich oraz wcześniejsze wersje łacińskie, Hieronim, przy pomocy innych współpracowników, mógł zaproponować lepszy przekład: stanowi on tak zwaną Wulgatę, “oficjalny” tekst Kościoła łacińskiego, uznany za takowy przez Sobór Trydencki, który po ostatniej rewizji pozostaje “oficjalnym” tekstem Kościoła języka łacińskiego.

    Warto zwrócić uwagę na kryteria, jakimi ten wielki biblista kieruje się w swej pracy translatorskiej. On sam ujawnia je, gdy podkreśla, że przestrzega nawet kolejności słów Pisma Świętego, ponieważ w nich “nawet kolejność słów jest tajemnicą” (Epist. 57,5), czyli objawieniem. Podkreśla ponadto konieczność odwoływania się do tekstów oryginalnych: “Kiedy dochodzi do dyskusji między łacinnikami na temat Nowego Testamentu w związku z rozbieżną interpretacją rękopisów, odwołujemy się do oryginału, to jest do tekstu w języku greckim, w którym spisano Nowe Przymierze. Tak samo w przypadku Starego Testamentu, kiedy występują rozbieżności między tekstami greckimi i łacińskimi, odwołujemy się do tekstu oryginalnego, w języku hebrajskim; w ten sposób to wszystko, co wypływa ze źródła, znaleźć możemy w strumieniach” (Epist. 106,2).

    Hieronim skomentował także wiele teksów biblijnych. Według niego komentarze powinny przynosić rozmaite opinie, “tak aby bystry czytelnik, po przeczytaniu różnych wyjaśnień i zapoznaniu się z różnorodnymi opiniami – które można przyjąć bądź odrzucić – ocenił, która jest najbardziej wiarygodna i niczym wprawny bankier, odrzucił fałszywy pieniądz” (Contra Rufinum 1,16).

    Zdecydowanie i energicznie odpierał heretyków, którzy podważali tradycję i wiarę Kościoła. Ukazał także znaczenie i aktualność literatury chrześcijańskiej, która stała się już prawdziwą kulturą, godną, by zmierzyć się z literaturą klasyczną: uczynił to, pisząc “De viris illustribus” – dzieło, w którym Hieronim przedstawia żywoty ponad stu autorów chrześcijańskich. Napisał też biografie mnichów, ukazując – obok innych dróg duchowych – także ideał monastycyzmu; ponadto przełożył liczne dzieła autorów greckich. Wreszcie w znaczącym Epistolarium, arcydziele literatury łacińskiej, Hieronim wykazał swe przymioty człowieka uczonego, ascety i duszpasterza.

    Czego możemy nauczyć się my od św. Hieronima? Wydaje mi się, że przede wszystkim tego, by kochać Słowo Boże w Piśmie Świętym. Powiada św. Hieronim: “Nieznajomość Pisma Świętego to nieznajomość Chrystusa”. Dlatego ważne jest, aby każdy chrześcijanin żył w styczności i osobistym dialogu ze Słowem Bożym, danym nam w Piśmie Świętym. Ten nasz dialog z nim musi mieć zawsze dwa wymiary: z jednej strony musi być dialogiem rzeczywiście osobistym, ponieważ Bóg przemawia do każdego z nas przez Pismo Święte i ma przesłanie do każdego. Musimy czytać Pismo Święte nie jako słowo przeszłości, ale jako Słowo Boże, które skierowane jest także do nas, i starać się zrozumieć, co Pan chce nam powiedzieć. Żeby jednak nie popaść w indywidualizm, musimy pamiętać, że Słowo Boże dane jest nam właśnie po to, by budować komunię, by jednoczyć nas w prawdzie w naszym marszu do Boga. A zatem, choć jest ono zawsze Słowem osobistym, jest też Słowem, które buduje wspólnotę, które buduje Kościół. Dlatego musimy czytać je we wspólnocie z żywym Kościołem. Najlepszym miejscem czytania i słuchania Słowa Bożego jest liturgia, w której, celebrując Słowo i uobecniając w Sakramencie Ciało Chrystusa, aktualizujemy Słowo w naszym życiu i sprawiamy, że jest obecne wśród nas. Nie powinniśmy nigdy zapominać, że Słowo Boże przekracza granice czasu. Ludzkie opinie przychodzą i odchodzą. To, co jest dzisiaj najnowocześniejsze, jutro będzie przebrzmiałe. Słowo Boże natomiast jest Słowem życia wiecznego, zawiera w sobie wieczność, to, co jest zawsze ważne. Niosąc w sobie Słowo Boże, niesiemy więc w sobie wieczność, życie wieczne.

    I tak kończę słowami św. Hieronima do św. Paulina z Noli. Wielki egzegeta wyraża w nich właśnie tę rzeczywistość, to znaczy że w Słowie Bożym otrzymujemy wieczność, życie wieczne. Mówi św. Hieronim: “Starajmy się nauczyć na ziemi tych prawd, których wartość przetrwa także w niebie” (Epist. 53,10).

    Benedykt XVI

    ___________________________________________

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 14 LISTOPADA 2007

    (…) Prawdziwie “rozmiłowany” w Słowie Bożym, pytał się: “Jak można żyć bez znajomości Pisma, przez które uczymy się poznawać samego Chrystusa, który jest życiem wiernych?” (Ep. 30,7).

    Drodzy bracia i siostry!
    Dziś nadal przedstawiamy postać św. Hieronima. Jak powiedzieliśmy w ubiegłą środę, poświęcił on swoje życie poznawaniu Biblii, tak iż jeden z moich poprzedników, papież Benedykt XV, nazwał go “wybitnym doktorem interpretacji Pisma Świętego”. Hieronim podkreślał radość i znaczenie zażyłości z tekstami biblijnymi: “Czyż nie wydaje ci się, że mieszkasz – już tu, na ziemi – w królestwie niebieskim, gdy żyje się wśród tych tekstów, gdy się je rozważa, gdy nie zna się i nie szuka niczego innego?” (Ep. 53,10). W rzeczywistości dialog z Bogiem, z Jego Słowem, jest w jakimś sensie obecnością Nieba, to znaczy obecnością Boga. Podejście do tekstów biblijnych, przede wszystkim do Nowego Testamentu, jest dla wierzącego zasadnicze, albowiem “nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa”. To on wypowiedział to słynne zdanie, cytowane nawet przez Sobór Watykański II w konstytucji “Dei Verbum” (n. 25).

    Prawdziwie “rozmiłowany” w Słowie Bożym, pytał się: “Jak można żyć bez znajomości Pisma, przez które uczymy się poznawać samego Chrystusa, który jest życiem wiernych?” (Ep. 30,7). Biblia, narzędzie, “za którego pośrednictwem Bóg każdego dnia przemawia do wiernych” (Ep. 133,13), staje się tym samym bodźcem i źródłem życia chrześcijańskiego we wszystkich sytuacjach i dla wszystkich osób. Czytanie Pisma to rozmowa z Bogiem: “Kiedy modlisz się – pisze on do młodej arystokratki rzymskiej – rozmawiasz z Oblubieńcem; kiedy czytasz, to On przemawia do ciebie” (Ep. 22,25). Poznawanie i rozważanie Biblii czynią człowieka mądrym i pełnym pokoju (por. In Eph., Wstęp). Oczywiście, aby coraz bardziej zgłębiać Słowo Boże, trzeba się stale i coraz bardziej przykładać. Tak oto Hieronim zalecał kapłanowi Nepocjanowi: “Czytaj bardzo często Pisma Boże; co więcej, nigdy nie wypuszczaj Księgi Świętej z rąk. Naucz się tu tego, czego masz nauczać” (Ep. 52,7). Rzymskiej matronie Lecie udzielał następujących rad, dotyczących chrześcijańskiego wychowania córki: “Upewnij się, czy studiuje ona codzienne fragment Pisma… Po modlitwie niechaj czyta, a po lekturze niech się modli… Niech zamiast klejnotów i jedwabnych szat rozmiłuje się ona w Księgach Bożych” (Ep. 107,9.12). Dzięki medytacji i znajomości Pisma Świętego utrzymuje się “równowagę ducha” (Ad Eph., Wstęp). Tylko głęboki duch modlitwy i pomoc ze strony Ducha Świętego mogą przywieść nas do zrozumienia Biblii: “W interpretacji Pisma Świętego ustawicznie potrzebujemy wsparcia ze strony Ducha Świętego” (In Mich 1,1,10,15).

    Namiętna miłość do Pisma przeniknęła więc całe życie Hieronima, miłość, którą chciał on zawsze budzić także u wiernych. Swojej duchowej córce zalecał: “Miłuj Pismo Święte, a miłować cię będzie mądrość; miłuj je z czułością, a ono cię ochroni; czcij je, a otrzymasz jej pieszczoty. Nich będzie ono dla ciebie, jak twoje naszyjniki i kolczyki” (Ep. 130,20). I dalej: “Miłuj wiedzę Pisma, a nie będziesz miłować przywar ciała” (Ep. 125,11).

    Dla Hieronima podstawowym kryterium metody interpretacyjnej Pisma Świętego była zgodność z urzędem nauczycielskim Kościoła. Nie możemy nigdy samemu czytać Pisma Świętego. Natrafiamy na zbyt wiele zamkniętych drzwi i łatwo popadamy w błąd. Biblia napisana została przez Lud Boży i dla Ludu Bożego pod natchnieniem Ducha Świętego. Tylko w tej jedności z Ludem Bożym możemy rzeczywiście niejako wejść ze swoim “my” w jądro prawdy, którą sam Bóg pragnie nam powiedzieć. Dla niego autentyczna interpretacja Biblii musiała zawsze być zgodna z wiarą Kościoła katolickiego. Nie chodzi tu o wymaganie narzucone tej Księdze z zewnątrz; to właśnie Księga jest głosem pielgrzymującego Ludu Bożego i tylko w wierze tego Ludu jesteśmy, by tak rzec, we właściwej tonacji, aby zrozumieć Pismo Święte. Dlatego Hieronim napominał: “Pozostań trwale przywiązany do tradycyjnej nauki, jaka została ci wpojona, abyś mógł wzywać zgodnie ze zdrową nauką i odpierać tych, co jej zaprzeczają” (Ep. 52,7). W szczególności, ponieważ Jezus Chrystus założył swój Kościół na Piotrze, każdy chrześcijanin – konkludował – musi pozostawać w jedności “z katedrą św. Piotra. Wiem, że na tej skale zbudowany jest Kościół” (Ep. 15,2). W rezultacie, bez ogródek stwierdzał: “Jestem z każdym, kto jest w jedności z Katedrą św. Piotra” (Ep. 16).

    Hieronim nie zaniedbywał oczywiście aspektu etycznego. Co więcej, często przypominał o obowiązku dostosowania życia do Słowa Bożego, bo tylko żyjąc nim, znajdziemy także zdolność do jego zrozumienia. Tego rodzaju spójność jest niezbędna każdemu chrześcijaninowi, a w szczególności kaznodziei, aby jego uczynki, gdyby nie były zgodne z mową, nie wprowadzały go w zakłopotanie. Tak oto zachęca kapłana Nepocjana: “Niech czyny twe nie zaprzeczają twoim słowom, aby nie zdarzyło się, że gdy nauczasz w Kościele, ktoś w duszy skomentuje: «Dlaczego więc ty sam tak nie postępujesz?». Prawdziwie czarujący jest ten nauczyciel, co z pełnym brzuchem rozwodzi się na temat postu; złodziej także może pomstować na chciwość; ale u kapłana Chrystusa umysł i słowo muszą być w zgodzie” (Ep. 52,7). W innym liście Hieronim stwierdza: “Nawet jeśli posiada wspaniałą naukę, bezwstydny będzie ten, kto czuje się potępiony przez własne sumienie” (Ep. 127,4).

    Mówiąc o spójności zauważa on jeszcze: Ewangelia musi przekładać się na postawę prawdziwej miłości, ponieważ w każdej istocie ludzkiej obecna jest Osoba samego Chrystusa. Zwracając się na przykład do kapłana Paulina (który zostanie później biskupem Noli i świętym), Hieronim radzi mu: “Prawdziwą świątynią Chrystusa jest dusza wiernego: ozdabiaj ją, to sanktuarium, upiększaj je, złóż w nim swoje ofiary i przyjmij Chrystusa. Po cóż wykładać ściany drogimi kamieniami, jeśli Chrystus umiera z głodu w osobie ubogiego?” (Ep. 58,7). Hieronim podaje konkrety: należy “przyodziać Chrystusa w ubogich, nawiedzać Go w cierpiących, karmić Go w wygłodniałych, ugościć Go w pozbawionych dachu nad głową” (Ep. 130,14). Miłość do Chrystusa, podsycana przez studium i medytację, pozwala nam pokonać każdą trudność: “My także miłujemy Jezusa Chrystusa, szukamy stale jedności z Nim: wówczas łatwe wyda się nam to, co jest trudne” (Ep. 22,40).

    Hieronim, nazwany przez Prospera z Akwitanii “wzorem postępowania i nauczycielem rodzaju ludzkiego” (Carmen de ingratis, 57), pozostawił nam także cenną i bogatą naukę na temat ascetyzmu chrześcijańskiego. Przypomina on, że odważne zaangażowanie na rzecz doskonałości, wymaga stałej czujności, częstych umartwień, choć z umiarem i roztropnością, stałej pracy umysłowej lub fizycznej, by uniknąć lenistwa (por. Epp. 125,11 i 130,15), przede wszystkim zaś posłuszeństwa wobec Boga: “Nic… tak nie podoba się Bogu jak posłuszeństwo…, które jest najwyższą i jedyną cnotą” (Hom. de oboedientia: CCL 78, 552). Do drogi ascetycznej należeć może też praktyka pielgrzymowania. W szczególności Hieronim nadał impuls pielgrzymkom do Ziemi Świętej, gdzie pielgrzymów podejmowano i goszczono w budynkach wzniesionych obok klasztoru w Betlejem, dzięki wielkoduszności damy Pauli, duchowej córki Hieronima (por. Ep. 108,14).

    I wreszcie nie można przemilczeć wkładu Hieronima w dziedzinę pedagogiki chrześcijańskiej (por. Epp. 107 i 128). Stawiał on sobie za cel wykształcenie “duszy, która winna się stać świątynią Pańską” (Ep. 107,4), “bezcennym klejnotem” w oczach Boga (Ep. 107,13). Z wielkim wyczuciem radzi zachować ją od złego i od grzesznych okazji, wykluczyć dwuznaczne bądź rozpustne przyjaźnie (por. Ep. 107,4 i 8-9; por. także Ep. 128,3-4). Przede wszystkim nawołuje rodziców, aby tworzyli swym dzieciom środowisko pełne pogody i radości, by zachęcali je do nauki i pracy, także pochwałami i przykładem (por. Epp. 107,4 i 128,1), by dodawali im otuchy do przezwyciężania trudności, sprzyjali ich dobrym nawykom i uchronili przez przyjęciem złych, albowiem – i tu cytuje zasłyszane w szkole słowa Publiliusza Syrusa – “na próżno próbować będziesz wyplenić u siebie to, do czego w spokoju się przyzwyczajasz” (Ep. 107, 8). Rodzice są głównymi i najważniejszymi wychowawcami dzieci, pierwszymi nauczycielami życia. Bardzo jasno, zwracając się do matki pewnej dziewczyny i wspominając następnie o ojcu, napomina, niejako wyrażając podstawową potrzebę każdej ludzkiej istoty wchodzącej w życie: “Niech ma ona w tobie nauczycielkę i spogląda na ciebie z podziwem swego niedoświadczonego dzieciństwa. Ani w tobie, ani w swym ojcu niech nie zobaczy nigdy zachowania, które prowadzi do grzechu, jeśliby miała je naśladować. Pamiętajcie, że… możecie wychować ją bardziej przykładem niż słowem” (Ep. 107,9).

    Wśród najważniejszych intuicji Hieronima jako pedagoga należy podkreślić wagę, jaką przywiązywał do zdrowego i całościowego wychowania od wczesnego dzieciństwa, szczególną odpowiedzialność spoczywającą na rodzicach, pilną potrzebę poważnej formacji moralnej i religijnej, potrzebę nauki dla pełniejszej formacji ludzkiej. Oprócz tego aspektem dość lekceważonym w czasach starożytnych, ale uważanym za żywotny przez naszego autora, jest promocja kobiety, której przyznaje on prawo do pełnej formacji: ludzkiej, szkolnej, religijnej, zawodowej. A właśnie dzisiaj widzimy, jak wychowanie osobowości w całej jej integralności , wychowanie do odpowiedzialności przed Bogiem i człowiekiem stanowi prawdziwy warunek wszelkiego postępu, wszelkiego pokoju, wszelkiego pojednania i wykluczenia przemocy. Wychowanie przed Bogiem i przed człowiekiem: to właśnie Pismo Święte jest dla nas przewodnikiem w wychowaniu, a tym samym w autentycznym humanizmie.

    Nie możemy zakończyć tych krótkich uwag na temat wielkiego Ojca Kościoła, nie wspominając o skutecznym wkładzie, jaki wniósł on w obronę pozytywnych i cennych elementów starożytnej kultury hebrajskiej, greckiej i rzymskiej w rodzącej się cywilizacji chrześcijańskiej. Hieronim docenił i przyswoił występujące u klasyków wartości artystyczne, bogactwo uczuć i harmonię obrazów, które kształtują serce i wyobraźnię ku szlachetnym uczuciom. Przede wszystkim umieścił on w centrum swego życia i swej działalności Słowo Boże, które wskazuje człowiekowi ścieżki życia i ukazuje mu tajemnice świętości. Za to wszystko musimy mu być głęboko wdzięczni, właśnie w naszych czasach.

    Benedykt XVI

    wiara.pl

    ____________________________________________________________________________

    „Wizja św. Hieronima” na obrazie Davida Teniersa młodszego

    Stary pustelnik na chwilę przerywa lekturę i spogląda na krucyfiks stojący na skale pełniącej funkcję polowego ołtarza. To głos anielskiej trąby skierował myśli pustelnika na mękę Chrystusa.

    David Teniers młodszy Wizja św. Hieronima olej na blasze, ok. 1640 Muzeum Sztuk Pięknych, Dijon (Francja)

    ***

    Siwobrody pustelnik to św. Hieronim ze Strydonu, teolog, doktor Kościoła, który przetłumaczył Pismo Święte na język łaciński (przekład ten nazwano później Wulgatą). Dlatego oprócz książki, którą czyta, leży przed nim stos otwartych i zamkniętych ksiąg.

    Święty w latach 375–378 przebywał w pustelni na pustyni Chalkis w Syrii, dlatego często przedstawiany jest jako pustelnik. Na ołtarzu w swojej grocie oprócz krucyfiksu ustawił klepsydrę i czaszkę. Przypominać one mają o upływie czasu i nieuchronnym przemijaniu ziemskiego życia. Czaszka wraz z opartą o ołtarz dyscypliną podkreśla też rolę ascezy. Hieronim okrył nagie ciało purpurowym płaszczem kardynalskim. Kapelusz uzupełniający ten strój wisi na skalnej ścianie z lewej strony. To tradycyjny atrybut tego świętego. Wprawdzie nigdy nie był on kardynałem, ale pełnił funkcję sekretarza papieża Damazego.

    Z lewej strony obok ołarza spokojnie śpi lew. To kolejny atrybut św. Hieronima. Przypomina on legendę, która pojawiła się średniowieczu. Otóż pewnego dnia, kiedy Hieronim mieszkał w klasztorze i odmawiał nieszpory wraz ze swoimi braćmi, do klasztoru wszedł lew. Wszyscy bracia uciekli, z wyjątkiem Hieronima. Wtedy lew pokazał mu zranioną łapę, w którą wbił się potężny cierń. Hieronim ulitował się nad zwierzęciem, wyciągnął kolec i wyleczył ranę. Od tego czasu lew pozostał z nim jako oswojone zwierzę domowe.

    Autor obrazu, flamandzki malarz i grafik David Teniers młodszy (1610–1690), wielokrotnie podejmował w swej twórczości motywy religijne, a św. Hieronim w pustelni był jednym z jego ulubionych tematów.

    Leszek Śliwa/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________________________________


    29 września

    Święci Archaniołowie Michał, Rafał i Gabriel

    Zobacz także:
      •  Święty Szymon Ruiz de Rojas, prezbiter
      •  Błogosławiony Ludwik Monza, prezbiter
      •  Rachela, żona Jakuba
    ***
    Aniołowie są istotami ze swej natury różnymi od ludzi. Należą do stworzeń, są nam bliscy, dlatego Kościół obchodzi ich święto. Do ostatniej reformy kalendarza kościelnego (z 14 lutego 1969 r.) istniały trzy odrębne święta: św. Michała czczono 29 września, św. Gabriela – 24 marca, a św. Rafała – 24 października. Obecnie wszyscy trzej archaniołowie są czczeni wspólnie.

    Archanioł Michał depcze bestię

    W tradycji chrześcijańskiej Michał to pierwszy i najważniejszy spośród aniołów (Dn 10, 13; 12, 1; Ap 12, 7 nn), obdarzony przez Boga szczególnym zaufaniem.
    Hebrajskie imię Mika’el znaczy “Któż jak Bóg”. Według tradycji, kiedy Lucyfer zbuntował się przeciwko Bogu i do buntu namówił część aniołów, Archanioł Michał miał wystąpić i z okrzykiem “Któż jak Bóg” wypowiedzieć wojnę szatanom.
    W Piśmie świętym pięć razy jest mowa o Michale. W księdze Daniela jest nazwany “jednym z przedniejszych książąt nieba” (Dn 13, 21) oraz “obrońcą ludu izraelskiego” (Dn 12, 1). Św. Jan Apostoł określa go w Apokalipsie jako stojącego na czele duchów niebieskich, walczącego z szatanem (Ap 12, 7). Św. Juda Apostoł podaje, że jemu właśnie zostało zlecone, by strzegł ciała Mojżesza po jego śmierci (Jud 9). Św. Paweł Apostoł również o nim wspomina (1 Tes 4, 16). Jest uważany za anioła sprawiedliwości i sądu, łaski i zmiłowania. Jeszcze bardziej znaczenie św. Michała akcentują księgi apokryficzne: Księga Henocha, Apokalipsa Barucha czy Apokalipsa Mojżesza, w których Michał występuje jako najważniejsza osoba po Panu Bogu, jako wykonawca planów Bożych odnośnie ziemi, rodzaju ludzkiego i Izraela. Michał jest księciem aniołów, jest aniołem sądu i Bożych kar, ale też aniołem Bożego miłosierdzia. Pisarze wczesnochrześcijańscy przypisują mu wiele ze wspomnianych atrybutów; uważają go za anioła od szczególnie ważnych zleceń Bożych. Piszą o nim m.in. Tertulian, Orygenes, Hermas i Didymus. Jako praepositus paradisi ma ważyć dusze na Sądzie Ostatecznym. Jest czczony jako obrońca Ludu Bożego i dlatego Kościół, spadkobierca Izraela, czci go jako swego opiekuna. Papież Leon XIII ustanowił osobną modlitwę, którą kapłani odmawiali po Mszy świętej z ludem do św. Michała o opiekę nad Kościołem.
    Kult św. Michała Archanioła jest w chrześcijaństwie bardzo dawny i żywy. Sięga on wieku II. Symeon Metafrast pisze, że we Frygii, w Małej Azji, św. Michał miał się objawić w Cheretopa i na pamiątkę zostawić cudowne źródło, do którego śpieszyły liczne rzesze pielgrzymów. Podobne sanktuarium było w Chone, w osadzie odległej 4 km od Kolosów, które nosiło nazwę “Michelion”. W Konstantynopolu kult św. Michała był tak żywy, że posiadał on tam już w VI w. aż 10 poświęconych sobie kościołów, a w IX w. kościołów i klasztorów pod jego wezwaniem było tam już 15. Sozomenos i Nicefor wspominają, że nad Bosforem istniało sanktuarium św. Michała, założone przez cesarza Konstantyna (w. IV). W samym zaś Konstantynopolu w V w. istniał obraz św. Michała, czczony jako cudowny w jednym z klasztorów pod jego imieniem. Liczni pielgrzymi zabierali ze sobą cząstkę oliwy z lampy płonącej przed tym obrazem, gdyż według ich opinii miała ona własności lecznicze. W Etiopii każdy 12. dzień miesiąca był poświęcony św. Michałowi.
    W Polsce powstały dwa zgromadzenia zakonne pod wezwaniem św. Michała: męskie (michalitów) i żeńskie (michalitek), założone przez błogosławionego Bronisława Markiewicza (+ 1912, beatyfikowanego przez kard. Józefa Glempa w Warszawie w czerwcu 2005 r.).
    Św. Michał Archanioł jest patronem Cesarstwa Rzymskiego, Papui Nowei Gwinei, Anglii, Austrii, Francji, Hiszpanii, Niemiec, Węgier i Małopolski; diecezji łomżyńskiej; Amsterdamu, Łańcuta, Sanoka i Mszany Dolnej; ponadto także mierniczych, radiologów, rytowników, szermierzy, szlifierzy, złotników, żołnierzy. Przyzywany jest także jako opiekun dobrej śmierci.
    W ikonografii św. Michał Archanioł przedstawiany jest w tunice i paliuszu, w szacie władcy, jako wojownik w zbroi. Skrzydła św. Michała są najczęściej białe, niekiedy pawie. Włosy upięte opaską lub diademem. Jego atrybutami są: globus, krzyż, laska, lanca, miecz, oszczep, puklerz, szatan w postaci smoka u nóg lub skrępowany, tarcza z napisem: Quis ut Deus – “Któż jak Bóg”, waga.

    Archanioł Gabriel zwiastuje Maryi wolę Bożą

    Gabriel po raz pierwszy pojawia się pod tym imieniem w Księdze Daniela (Dn 8, 15-26; 9, 21-27). W pierwszym wypadku wyjaśnia Danielowi znaczenie tajemniczej wizji barana i kozła, ilustrującej podbój przez Grecję potężnych państw Medów i Persów; w drugim wypadku archanioł Gabriel wyjaśnia prorokowi Danielowi przepowiednię Jeremiasza o 70 tygodniach lat. Imię “Gabriel” znaczy tyle, co “mąż Boży” albo “wojownik Boży”. W tradycji chrześcijańskiej (Łk 1, 11-20. 26-31) przynosi Dobrą Nowinę. Ukazuje się Zachariaszowi zapowiadając mu narodziny syna Jana Chrzciciela. Zwiastuje także Maryi, że zostanie Matką Syna Bożego.
    Według niektórych pisarzy kościelnych Gabriel był aniołem stróżem Świętej Rodziny. Przychodził w snach do Józefa (Mt 1, 20-24; 2, 13; 2, 19-20). Miał być aniołem pocieszenia w Ogrójcu (Łk 22, 43) oraz zwiastunem przy zmartwychwstaniu Pana Jezusa (Mt 28, 5-6) i przy Jego wniebowstąpieniu (Dz 1, 10). Niemal wszystkie obrządki w Kościele uroczystość św. Gabriela mają w swojej liturgii tuż przed lub tuż po uroczystości Zwiastowania. Tak było również w liturgii rzymskiej do roku 1969; czczono go wówczas 24 marca, w przeddzień uroczystości Zwiastowania. Na Zachodzie osobne święto św. Gabriela przyjęło się dopiero w wieku X. Papież Benedykt XV w roku 1921 rozszerzył je z lokalnego na ogólnokościelne. Pius XII 1 kwietnia 1951 r. ogłosił św. Gabriela patronem telegrafu, telefonu, radia i telewizji. Św. Gabriel jest ponadto czczony jako patron dyplomatów, filatelistów, posłańców i pocztowców. W 1705 roku św. Ludwik Grignion de Montfort założył rodzinę zakonną pod nazwą Braci św. Gabriela. Zajmują się oni głównie opieką nad głuchymi i niewidomymi.
    W ikonografii św. Gabriel Archanioł występuje niekiedy jako młodzieniec, przeważnie uskrzydlony i z nimbem. Odziany w tunikę i paliusz, czasami nosi szaty liturgiczne. Na włosach ma przepaskę lub diadem. Jego skrzydła bywają z pawich piór. Szczególnie ulubioną sceną, w której jest przedstawiany w ciągu wieków, jest Zwiastowanie. Niekiedy przekazuje Maryi jako herold Boży zapieczętowany list lub zwój. Za atrybut służy mu berło, lilia, gałązka palmy lub oliwki.

    Archanioł Rafał prowadzi Tobiasza

    Rafał przedstawił się w Księdze Tobiasza, iż jest jednym z “siedmiu aniołów, którzy stoją w pogotowiu i wchodzą przed majestat Pański” (Tb 12, 15). Występuje w niej pod postacią ludzką, przybiera pospolite imię Azariasz i ofiarowuje młodemu Tobiaszowi wędrującemu z Niniwy do Rega w Medii swoje towarzystwo i opiekę. Ratuje go z wielu niebezpiecznych przygód, przepędza demona Asmodeusza, uzdrawia niewidomego ojca Tobiasza. Hebrajskie imię Rafael oznacza “Bóg uleczył”.
    Ponieważ zbyt pochopnie używano imion, które siedmiu archaniołom nadały apokryfy żydowskie, dlatego synody w Laodycei (361) i w Rzymie (492 i 745) zakazały ich nadawania. Pozwoliły natomiast nadawać imiona Michała, Gabriela i Rafała, gdyż o tych wyraźnie mamy wzmianki w Piśmie świętym. W VII w. istniał już w Wenecji kościół ku czci św. Rafała. W tym samym wieku miasto Kordoba w Hiszpanii ogłosiło go swoim patronem.
    Św. Rafał Archanioł ukazuje dobroć Opatrzności. Pobożność ludowa widzi w nim prawzór Anioła Stróża. Jest czczony jako patron aptekarzy, chorych, lekarzy, emigrantów, pielgrzymów, podróżujących, uciekinierów, wędrowców i żeglarzy.
    W ikonografii św. Rafał Archanioł przedstawiany jest jako młodzieniec bez zarostu w typowym stroju anioła – tunice i chlamidzie. Jego atrybutami są: krzyż, laska pielgrzyma, niekiedy ryba i naczynie. W ujęciu bizantyjskim ukazywany jest z berłem i globem.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________

    Święty Michał Archanioł: opiekun dzieci twojego narodu

    Modlitwa do św. Michała Archanioła nie jest zwykłą modlitwą.

    Michał Archanioł, fragment “Sądu Ostatecznego” Hansa Memlinga

    ***

    Sienkiewiczowski „mały rycerz” przedstawiał się jako Michał Jerzy Wołodyjowski, ale w rozmowie z Kmicicem ujawnił, że „w dowodzie” ma trochę inaczej. „Właściwie to ja jestem Jerzy Michał, ale że święty Jerzy smoka tylko roztratował, a święty Michał całemu komunikowi niebieskiemu przewodzi i tyle już nad piekielnymi chorągwiami odniósł wiktoryj, przeto jego wolę mieć za patrona”.

    Michał to istotnie patron potężny. Biblia kilkakrotnie mówi o wodzu anielskich zastępów.

    W księdze Daniela czytamy: „W owych czasach wystąpi Michał, wielki książę, który jest opiekunem dzieci twojego narodu” (Dn 12,1).

    Jan apostoł w nadprzyrodzonej wizji opisuje taki obraz: „I nastąpiła walka na niebie: Michał i jego aniołowie mieli walczyć ze Smokiem. I wystąpił do walki Smok i jego aniołowie, ale nie przemógł, i już się miejsce dla nich w niebie nie znalazło” (Ap 12,7-8).

    Niestety, znalazło się jeszcze miejsce dla niego na ziemi. A już na pewno tam, gdzie mu ludzie to miejsce robią. To dlatego św. Paweł ostrzega: „Nie dawajcie miejsca diabłu!” (Ef 4,27).

    Walka ze smokiem-diabłem trwa i będzie trwała dopóki istnieje ten świat. Trwa też rola archanioła Michała jako opiekuna tych, którzy nie chcą dać miejsca Złemu albo też chcą się wyrwać z diabelskich szponów. O tej roli przypomniał papież Leon XIII, który w 1884 roku, wskutek osobistej wizji, napisał modlitwę do św. Michała Archanioła. Dwa lata później zarządził odmawianie tej modlitwy w całym Kościele przed zakończeniem Mszy. Sobór Watykański II zniósł ten obowiązek, ale zalecano tę modlitwę do prywatnego odmawiania.

    Sto lat po decyzji Leona XIII, podczas międzynarodowego Roku Rodziny w 1984 r. także Jan Paweł II zachęcił katolików do odmawiania tej modlitwy.

    Również papież Franciszek 29 września 2014 r. zalecił „piękną modlitwę do archanioła Michała, żeby nadal walczył w obronie największej tajemnicy ludzkości: że Słowo stało się ciałem, że On umarł i zmartwychwstał. To jest nasz skarb. Niech Michał nadal walczy, aby jej strzec”.

    Modlitwa do św. Michała Archanioła

    Święty Michale Archaniele! Wspomagaj nas w walce, a przeciw zasadzkom i niegodziwości złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu niebieskich zastępów, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 września

    Święty Wacław, męczennik

    Zobacz także:
      •  Błogosławieni Ferdynand i Towarzysze, męczennicy
      •  Baruch, prorok
    ***
    W 845 roku 14 książąt czeskich przyjęło chrzest w Ratyzbonie. W tymże wieku książę Mojmir (+ 846) utworzył państwo wielkomorawskie. Jego następca, Rościsław, sprowadził na Morawy św. Cyryla i św. Metodego. Z ich pomocą zaprowadził chrześcijaństwo w obrządku słowiańsko-bizantyńskim. Z końcem wieku IX i na początku wieku X książę czeski Bożywoj podbił państwo wielkomorawskie i przyjął chrzest w obrządku słowiańskim. W wieku X obrządek ten został wyparty przez obrządek rzymski, łaciński. W roku 973 powstało biskupstwo w Pradze, zależne od metropolii w Moguncji. Drugim biskupem Pragi był św. Wojciech (+ 997). Jednak największym bohaterem katolickich Czech jest św. Wacław, król i męczennik. On też jest głównym patronem kraju i narodu.

    Święty Wacław

    Wacław był synem księcia Czech, Wratysława I, i Drahomiry lutyckiej. Pogaństwo miało w kraju jeszcze wielu przedstawicieli. Wśród nich złym duchem była Drahomira, która po śmierci męża objęła w Czechach rządy. Korzystając z małoletniości Wacława, urządziła napad na jego babkę, św. Ludmiłę, wdowę po Bożywoju, pierwszym chrześcijańskim władcy w Czechach. Ludmiłę napadnięto 15 września 921 roku na zamku w Tetin i uduszono. Drahomira zaczęła na nowo wprowadzać siłą pogaństwo i niszczyć Kościół. Doprowadziło to do wojny z Niemcami. Najpierw na Czechy wyruszył książę Bawarii, Arnulf (922), a potem sam cesarz, Henryk I (928) występując w obronie misjonarzy, którzy znaleźli się w niebezpieczeństwie śmierci.
    Na skutek tej interwencji Drahomira została zmuszona do tego, by ustąpić i oddać rządy swemu starszemu synowi, Wacławowi. Przyszedł on na świat ok. roku 907. Kiedy miał 7 lat, zwyczajem ówczesnym, któremu podlegał jeszcze nasz król, Bolesław Chrobry, odbyła się na zamku praskim uroczystość postrzyżyn. Kapłan przy tym obrzędzie odmawiał modlitwę: “Wszechmogący, wieczny Boże, spójrz łaskawie na Twego sługę, Wacława, którego zechciałeś powołać do łaski postrzyżyn. Udziel mu przebaczenia wszystkich grzechów i użycz mu darów niebieskich”.

    Święty Wacław

    Młody książę zabrał się natychmiast do zagojenia ran, zadanych Kościołowi. Trzeba było zająć się odbudową zniszczonych kościołów i uzupełnieniem szeregów duchowieństwa. Żywot Wacława głosi, że wyróżniał się on wielką pobożnością. Ikonografia przedstawia go czasem, jak nocą nawiedza kaplicę zamkową, gdyż pracowity dzień nie zostawiał mu wiele czasu na modlitwę. Miał osobiście uprawiać winną latorośl i pszenicę, by na ołtarz do katedry i swojej kaplicy zamkowej dostarczać koniecznego wina i chleba. Szczególną miłością darzył ubogich. Mówi się o nim, że podobnie jak św. Edward Wyznawca w Anglii, miał nawet na swoich ramionach nosić znalezionych chorych i zajmować się nimi. Państwo czeskie było wówczas podzielone na wiele mniejszych księstw. Nie były to więc łatwe rządy. Dochodziło nawet często do starć zbrojnych. Legenda głosi, że w czasie jednej z potyczek przy św. Wacławie miał zjawić się szereg aniołów, co tak przeraziło przeciwników, że wycofali się z walki. Ikonografia często przedstawia więc Wacława w otoczeniu aniołów.
    Od cesarza Henryka I Wacław otrzymał w darze relikwię św. Wita i św. Zygmunta. Ku czci św. Wita książę wystawił najpierw skromny kościół, który został z czasem rozbudowany do najokazalszej świątyni Czech. Do dziś jest ona klejnotem Pragi. Wacław wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do tego męczennika (+ ok. 305) jakby w przeczuciu, że i jemu przypadnie podobna śmierć.
    Tak się też stało. Jego młodszy brat, Bolesław, za namową niecnej matki, Drahomiry, zaprosił Wacława do udziału w konsekracji świątyni, jaką wystawił przy swoim zamku w Starym Bolesławcu ku czci świętych męczenników Kosmy i Damiana. Kiedy Wacław tam się udał, został zamordowany przez siepaczy, nasłanych przez Bolesława. Według podania, mord miał mieć miejsce w samym kościele. Działo się to 28 września ok. 929 roku. Ciało Wacława pochowano w kościele św. Wita, zamienionym potem na katedrę, kiedy w Pradze zostało założone biskupstwo (963).
    Święty książę został natychmiast uznany za męczennika, a niebawem został głównym patronem kraju. Zaczęły ukazywać się jego żywoty, a Widuking, mnich z Korbei, w roku 967 pisał o cudach, jakie działy się przy grobie Świętego. Najpiękniejszy plac w Pradze otrzymał jego imię. Znajduje się na nim okazały pomnik, przedstawiający św. Wacława w zbroi rycerza na koniu. Wystawiono go w roku 1908. Imię Świętego stało się w Czechach bardzo popularne. Trzech władców kraju po św. Wacławie nosiło to imię. Dwóch z nich było nawet królami Polski: Wacław II (1291-1300) i Wacław III (1305-1306).
    Ku czci św. Wacława wystawiono w Czechach ok. 180 kościołów oraz ok. 100 kaplic. Z jego podobizną bito monety czeskie. Kiedy Karol IV odbywał koronację (1347), swoją koronę przytknął do relikwii św. Wacława, które znajdują się w bogatym sarkofagu w kaplicy katedry św. Wita. Odtąd koronę królów czeskich, a również państwo czeskie zaczęto nazywać “koroną św. Wacława”.
    Papież Benedykt XIV zatwierdził kult św. Wacława w roku 1729 z okazji 800-lecia śmierci Świętego i rozszerzył jego cześć na cały Kościół. Córką Bolesława I Okrutnego, który dokonał zabójstwa na osobie św. Wacława, była Dobrawa, żona księcia Mieszka I, która przyczyniła się walnie do jego nawrócenia (966). Św. Wacław jest patronem Czech, Moraw, Pragi i katedry krakowskiej na Wawelu.
    W ikonografii atrybutami św. Wacława są: anioł podający włócznię, aniołowie niosący jego trumnę, korona, sztylet, którym go zabito, zbroja rycerska z białym orłem na tarczy lub proporcu.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Św. Wacław wzorem świętości dla kierujących losami wspólnot i narodów

    Homilia podczas Mszy św. we wspomnienie św. Wacława – Podróż apostolska Benedykta XVI do Czech 26-28.09.2009 – Stary Bolesławiec

    Księża kardynałowie, czcigodni bracia w biskupstwie i kapłaństwie, drodzy bracia i siostry, drodzy młodzi!

    Z wielką radością spotykam się z wami dziś rano, gdy dobiega końca moja podróż apostolska do umiłowanej Republiki Czeskiej. Wszystkich serdecznie witam, a w sposób szczególny kardynała arcybiskupa, i jestem mu wdzięczny za słowa, które w waszym imieniu skierował do mnie na początku Eucharystii. Moim pozdrowieniem obejmuję pozostałych kardynałów, biskupów, kapłanów i osoby konsekrowane, przedstawicieli ruchów i stowarzyszeń świeckich, a szczególnie młodzież. Z szacunkiem witam pana prezydenta Republiki, któremu składam serdeczne życzenia z okazji imienin; takie same życzenia pragnę złożyć również wszystkim, którzy noszą imię Wacław, oraz całemu narodowi czeskiemu w dniu jego święta narodowego.

    Dziś rano gromadzi nas wokół ołtarza chwalebne wspomnienie św. Wacława, męczennika, którego relikwiom oddałem cześć przed Mszą św. w bazylice pod jego wezwaniem. On przelał krew na waszej ziemi, a jego orzeł, który wybraliście na symbol dzisiejszej wizyty — o czym przypomniał przed chwilą kardynał arcybiskup — widnieje w historycznym godle szlachetnego narodu czeskiego. Ten wielki święty, którego zwykliście nazywać «wiecznym» księciem Czechów, zachęca nas, byśmy zawsze i wiernie naśladowali Chrystusa, zachęca nas, byśmy byli święci. On sam jest wzorem świętości dla wszystkich, szczególnie dla tych, którzy kierują losami wspólnot i narodów. Pytamy jednak: czy w naszych czasach świętość jest jeszcze ważna? Czy raczej jest tematem mało atrakcyjnym i niezbyt istotnym? Czyż nie bardziej cenione są dziś sukces i sława u ludzi? Jak długo trwa jednak i ile jest wart sukces doczesny?

    W minionym stuleciu — wasza ziemia była tego świadkiem — doszło do upadku wielu mocarzy, którzy jak się wydawało, wznieśli się na wyżyny niemal niedosiężne. Nagle zostali pozbawieni władzy. Wydaje się, że ten kto odrzucił i nadal odrzuca Boga, a w konsekwencji nie szanuje człowieka, ma łatwe życie i sukcesy materialne. Lecz wystarczy zajrzeć pod zewnętrzną warstwę, by dostrzec, że te osoby są smutne i niespełnione. Jedynie ten, kto zachowuje w sercu świętą «bojaźń Bożą», pokłada ufność także w człowieku i swe życie poświęca budowaniu świata bardziej sprawiedliwego i braterskiego. Dziś potrzeba osób «wierzących» i «wiarygodnych», gotowych szerzyć w każdym środowisku społecznym owe chrześcijańskie zasady i ideały, które inspirują ich działania. Na tym polega świętość, będąca powszechnym powołaniem wszystkich ochrzczonych, która skłania do wypełniania obowiązków wiernie i z odwagą, mając na względzie nie własny egoistyczny interes, ale wspólne dobro, i w każdym momencie starając się rozpoznać wolę Bożą.

    Odnośnie do tego słyszeliśmy w Ewangelii bardzo jasne słowa: «Cóż bowiem za korzyść — mówi Jezus — odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?» (Mt 16, 26). W ten sposób skłania nas do uznania, że prawdziwej wartości ludzkiego życia nie mierzy się jedynie miarą dóbr doczesnych i ulotnych korzyści, gdyż to nie rzeczy materialne zaspokajają głębokie pragnienie sensu i szczęścia, które jest w sercu każdego człowieka. Dlatego Jezus nie waha się proponować swym uczniom «wąskiej» drogi świętości: «Kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je» (w. 25). I zdecydowanie powtarza nam dzisiejszego poranka: «Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje» (w. 24). Z pewnością są to słowa twarde, trudne do zaakceptowania i zastosowania w praktyce, lecz świadectwo świętych kobiet i mężczyzn daje pewność, że jest to możliwe dla każdego, jeśli zaufa i zawierzy się Chrystusowi. Ich przykład zachęca tych, którzy mówią, że są chrześcijanami, by byli wiarygodni, to znaczy postępowali zgodnie z wyznawanymi zasadami i wiarą. Nie wystarcza bowiem sprawiać wrażenia dobrych i uczciwych; należy takimi być naprawdę. A dobry i uczciwy jest ten, kto swoim «ja» nie przesłania Bożego światła, nie stawia siebie na pierwszym miejscu, lecz pozwala, by był widoczny Bóg.

    Taka jest lekcja życia św. Wacława, który miał odwagę przedłożyć Królestwo niebieskie nad urok władzy doczesnej. Nigdy nie odrywał wzroku od Jezusa Chrystusa, który za nas cierpiał, dając nam przykład, abyśmy szli za Nim Jego śladami, jak pisze św. Piotr w drugim czytaniu, którego przed chwilą wysłuchaliśmy. Jako posłuszny uczeń Pana, młody władca Wacław dochował wierności nauczaniu ewangelicznemu, które mu przekazała babcia, św. Ludmiła męczennica. Postępując zgodnie z nim, jeszcze zanim zaangażował się w budowanie pokojowych stosunków w kraju i z państwami ościennymi, szerzył wiarę chrześcijańską, sprowadzając kapłanów i budując kościoły. W pierwszej relacji, napisanej w języku starocerkiewnosłowiańskim czytamy, że «wspierał księży i przyczynił się do upiększenia wielu kościołów» oraz że «wspomagał biednych, przyodziewał nagich, karmił głodnych, przyjmował pielgrzymów, dokładnie tak jak nakazuje Ewangelia. Nie dopuszczał, żeby wdowom działa się niesprawiedliwość, kochał wszystkich ludzi, czy byli biedni, czy bogaci». Od Pana nauczył się być «miłosiernym i litościwym» (Psalm responsoryjny), a kierując się duchem Ewangelii, zdobył się nawet na to, by przebaczyć bratu, który odebrał mu życie. Dlatego też słusznie wzywacie go jako «dziedzica» waszego kraju i w dobrze wam znanej pieśni prosicie, aby nie pozwolił mu zginąć.

    Wacław umarł za Chrystusa śmiercią męczeńską. Warto zauważyć, że jego brat Bolesław, który go zamordował, zdołał zagarnąć tron w Pradze, lecz korona, którą później wkładali na głowę jego następcy, nie została nazwana jego imieniem. Nazwana jest natomiast imieniem Wacława, na świadectwo, że «tron króla, który sądzi ubogich w prawdzie, pozostanie niezachwiany na zawsze» (por. dzisiejsze oficjum czytań). Ten fakt uznaje się za cudowne zrządzenie Boga, który nie opuszcza swoich wiernych: «Niewinny zwyciężony pokonał okrutnego zwycięzcę, podobnie jak Chrystus na krzyżu» (por. Legenda o św. Wacławie), a krew męczennika nie wzywała do nienawiści czy zemsty, ale do przebaczenia i pokoju.

    Drodzy bracia i siostry, razem dziękujmy Panu w tej Eucharystii za to, że dał waszej ojczyźnie oraz Kościołowi tego świętego władcę. Módlmy się jednocześnie, abyśmy jak on, także i my szybkim krokiem dążyli do świętości. Jest to z pewnością trudne, gdyż przed wiarą zawsze stawać będą liczne wyzwania, ale gdy damy się zdobyć Bogu, który jest Prawdą, krok staje się zdecydowany, ponieważ doświadczamy siły Jego miłości. Obyśmy otrzymali tę łaskę za wstawiennictwem św. Wacława i innych świętych patronów czeskich ziem. Niech nas zawsze strzeże i nam towarzyszy Maryja, Królowa Pokoju i Matka Miłości. Amen!

    Benedykt XVI

    Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    27 września

    Święty Wincenty a Paulo, prezbiter

    Święty Wincenty a Paulo

    Wincenty urodził się w Pouy (obecnie St-Vincent-de-Paul w południowo-zachodniej Francji) 24 kwietnia 1581 r. jako trzecie z sześciorga dzieci, w biednej, wiejskiej rodzinie. Jego dzieciństwo było pogodne, choć od najmłodszych lat musiał pomagać w ciężkiej pracy w gospodarstwie i wychowywaniu młodszego rodzeństwa. Rodzice marzyli o tym, by ich syn w przyszłości wyrwał się ku łatwiejszemu życiu. Czternastoletniego Wincentego wysłali więc do szkoły franciszkanów w Dax. Na opłacenie szkoły Wincenty zarabiał dawaniem korepetycji kolegom zamożnym, a mniej uzdolnionym lub leniwym. Po ukończeniu szkoły nie bez zachęty ze strony rodziny podjął studia teologiczne w Tuluzie. W wieku 19 lat został kapłanem; jednak kapłaństwo było dla niego jedynie szansą na zrobienie kariery. Chciał w ten sposób pomóc swojej rodzinie. Studia w Tuluzie Wincenty zwieńczył bakalaureatem w 1604 r. Później pogłębił swoje studia jeszcze na uniwersytecie w Rzymie i w Paryżu, zdobywając licencjat z prawa kanonicznego (1623).
    Kiedy udał się Morzem Śródziemnym z Marsylii do Narbonne, został wraz z całą załogą i pasażerami napadnięty przez tureckich piratów i przewieziony do Tunisu jako niewolnik. W ciągu dwóch lat niewoli miał kolejno czterech panów. Ostatnim z nich był renegat z Nicei Sabaudzkiej. Młody kapłan zdołał go jednak nawrócić. Obaj szczęśliwie uciekli do Europy. Właściciel Wincentego znalazł w Rzymie przytułek. Wincenty przez ten rok nawiedzał w Rzymie miejsca święte i dalej się kształcił. Papież Paweł V wysłał Wincentego do Francji w nieznanej bliżej misji na dwór Henryka IV. Pozyskał sobie zaufanie królowej, Katarzyny de Medicis, która obrała go sobie za kapelana, mianowała go swoim jałmużnikiem i powierzyła mu opiekę nad Szpitalem Miłosierdzia.
    Wincenty przeżył ogromny kryzys religijny. Był skoncentrowany wyłącznie na tym, co może osiągnąć jedynie własnymi siłami. Zmianę w jego sposobie myślenia przyniosły dopiero lata 1608-1620. Poznał wówczas w Paryżu wielu wyjątkowych ludzi, m.in. ks. Pierre’a de Berrulle’a, który zgromadził wokół siebie kapłanów, ukazując im wielkość i znaczenie posługi kapłańskiej. Wincenty niemało zawdzięczał też św. Franciszkowi Salezemu i św. Franciszce de Chantal. Przez pewien czas głosił Chrystusa galernikom (więźniom, którzy pracowali jako wioślarze). Zaczął dostrzegać ludzką nędzę – materialną i moralną.

    Święty Wincenty a Paulo

    Prawdopodobnie duże znaczenie w życiu Wincentego odegrało zdarzenie, jakie miało miejsce 25 stycznia 1617 r. w Folleville. Wincenty głosił wówczas rekolekcje. Wezwano go do chorego, cieszącego się opinią porządnego i szanowanego człowieka. Na łożu śmierci wyznał mu on, że jego życie całkowicie rozminęło się z prawdą, że ciągle udawał kogoś innego niż był w rzeczywistości. W liturgii tego dnia przypadała uroczystość Nawrócenia św. Pawła. Dla Wincentego był to wstrząs. Zrozumiał, że Bóg pozwala się dotknąć w ubogich, w nich potwierdza swoją obecność. Odtąd Wincenty zaczął gorliwie służyć ubogim i pokrzywdzonym. Złożył Bogu ślub poświęcenia się ubogim. Głosił im Chrystusa i prawdę odnalezioną w Ewangelii. Zgromadził wokół siebie kilku kapłanów, którzy w sposób bardzo prosty i dostępny głosili ubogim Słowo Boże. W ten sposób w 1625 r. powstało Zgromadzenie Księży Misjonarzy – lazarystów.
    Wincenty w sposób szczególny dbał o przygotowanie młodych mężczyzn do kapłaństwa. Organizował specjalne rekolekcje przed święceniami, powołał do życia seminaria duchowne. Wincenty założył również stowarzyszenie Pań Miłosierdzia, które w sposób systematyczny i instytucjonalny zajęły się biednymi, porzuconymi dziećmi, żebrakami, kalekami. Spotkanie ze św. Ludwiką zaowocowało powstaniem Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia (1633 r.), zwanych szarytkami (od franc. charite – miłosierdzie). W okresie frondy (zamieszki polityczne w Paryżu w latach 1648-1653) Wincenty niósł pomoc rzeszom głodujących, dotkniętym nieszczęściami i zniszczeniami wojennymi. Przez wiele lat był członkiem Rady Królewskiej – tzw. Rady Sumienia, której podlegały wszystkie sprawy Kościoła. Zajmując tak wysokie stanowisko pozostał cichy i skromny.

    Święty Wincenty a Paulo

    Wincenty zmarł w 1660 r. w wieku 79 lat. Jego misjonarze pracowali wtedy już w większości krajów europejskich, dotarli też do krajów misyjnych w Afryce północnej. W 1651 r. przybyli również do Polski. W roku 1729 papież Benedykt XIII wyniósł Wincentego do chwały błogosławionych, a papież Klemens XII kanonizował go w roku 1737. W 1885 r. Leon XIII uznał go za patrona wszystkich dzieł miłosierdzia w Kościele. Jest także patronem zgromadzenia lazarystów (założonego przez Wincentego zgromadzenia księży misjonarzy), szarytek, kleru, organizacji charytatywnych, podrzutków, szpitali i więźniów.
    W ikonografii św. Wincenty a Paulo przedstawiany jest w długiej szacie zakonnej i szerokim płaszczu. Jego atrybutami są: anioł, dziecko w ramionach, dziecko u stóp, krucyfiks.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    Miłość przez wielkie M daje prawdziwe szczęście!

    Miłość przez wielkie M daje prawdziwe szczęście!

    BENEDYKT XVI

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Postaci św. Wincentego a Paulo i św. Ludwiki de Marillac – współtwórców katolickich dzieł miłosierdzia – przypomniał Benedykt XVI w rozważaniach przed modlitwą Anioł Pański 26 września 2010 roku w Castel Gandolfo. Po ich wygłoszeniu odmówił z wiernymi modlitwę maryjną i udzielił zebranym na dziedzińcu letniej rezydencji papieskiej błogosławieństwa apostolskiego oraz pozdrowił ich w różnych językach, m.in. po polsku.

    Oto przemówienie Ojca Świętego:

    Drodzy bracia i siostry!

    W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę (Łk 16, 19-31) Jezus opowiada przypowieść o bogaczu i ubogim Łazarzu. Ten pierwszy żyje w luksusie i egoizmie, i gdy umiera, trafia do piekła. Ubogiego natomiast, który żywił się odpadkami ze stołu bogacza, w chwili jego śmierci aniołowie zabrali do wiecznego mieszkania Boga i świętych. „Błogosławieni jesteście wy, ubodzy – powiedział Pan swoim uczniom – albowiem do was należy Królestwo Boże” (Łk 6, 20). Przesłanie przypowieści idzie jednak dalej: przypomina, że przebywając na tym świecie, powinniśmy słuchać Pana, który przemawia do nas przez Pismo Święte i żyć zgodnie z Jego wolą, w przeciwnym bowiem wypadku po śmierci będzie już za późno, aby się poprawić. Przypowieść ta mówi nam zatem o dwóch sprawach: po pierwsze, że Bóg kocha ubogich i podnosi ich z ich uniżenia, po drugie, że nasze ostateczne przeznaczenie jest uwarunkowane naszą postawą, że powinniśmy kroczyć drogą, którą Bóg nam pokazał, abyśmy osiągnęli życie, a drogą tą jest miłość, rozumiana nie jako uczucie, ale jako służba innym, w miłości Chrystusa.

    Szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że jutro będziemy obchodzić liturgiczne wspomnienie św. Wincentego a Paulo – patrona katolickich organizacji charytatywnych, którego 350. rocznicę śmierci teraz wspominamy. W XVII-wiecznej Francji zetknął się on namacalnie z silnym kontrastem między najbogatszymi a najbiedniejszymi. Jak kapłan miał bowiem okazję bywać zarówno w środowiskach arystokratycznych, jak i na wsi oraz wśród elementów przestępczych Paryża. Pobudzany miłością Chrystusa Wincenty a Paulo potrafił stworzyć stałe formy posługiwania osobom z marginesu, powołując do życia tzw. „szarytki”, czyli grupy kobiet, które oddawały własny czas i dobra do dyspozycji najbardziej zmarginalizowanych. Wśród tych wolontariuszek niektóre wybrały całkowite poświęcenie się Bogu i biednym i tak oto wraz ze św. Ludwiką de Marillac św. Wincenty założył wspólnotę „Córek Milosierdzia” – pierwsze żeńskie zgromadzenie zakonne, które żyło konsekracją „w świecie”, wśród ludzi, z chorymi i potrzebującymi.

    Drodzy przyjaciele, tylko Miłość przez wielkie M daje prawdziwe szczęście! Pokazuje to także inny świadek – młoda dziewczyna, która wczoraj została ogłoszona błogosławioną tu, w Rzymie. Mówię o Klarze Badano – młodej Włoszce, urodzonej w 1971, którą choroba doprowadziła do śmierci w wieku niespełna 19 lat, ale która stała się dla wszystkich promieniem światła, jak na to wskazuje jej przydomek: „Chiara Luce” [Klara Światło lub jasne światło – KAI]. Jej parafia, diecezja Acqui Terme i Ruch Focolari, do którego należała, przeżywają dziś święto – i jest to święto wszystkich młodych, którzy mogą znaleźć w niej przykład spójnego życia chrześcijańskiego. Jej ostatnie słowa, pełne przylgnięcia do woli Bożej, brzmiały: „Żegnaj, mamo. Bądź szczęśliwa, bo ja nią jestem”. Wychwalajmy Boga, gdyż Jego miłość jest silniejsza od zła i śmierci i dziękujmy Maryi Pannie, która prowadzi młodych, także wśród trudności i cierpień, do zakochania się w Jezusie i odkrycia piękna życia.


    Benedykt XVI

    Kai/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 września

    Święci męczennicy Kosma i Damian

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Wawrzyniec Ruiz i Towarzysze
      •  Święty Elzear i błogosławiona Delfina, małżonkowie
      •  Święty Ketyl, prezbiter
      •  Święty Nil Młodszy, opat
      •  Błogosławiony Kaspar Stanggassinger, prezbiter
      •  Błogosławiony Aureliusz z Vinalesa, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Najświętsza Maryja Panna Leśniańska
      •  Święta Teresa Couderc, zakonnica
      •  Błogosławiony Alojzy Tezza, prezbiter
    ***
    Święci Kosma i Damian

    Na temat życia tych dwóch świętych nie wiemy niestety nic pewnego. Historia nie pozostawiła po nich żadnych wiarygodnych dokumentów. Istnieją jedynie różne legendy, w których z całą pewnością jest i ziarno prawdy historycznej. Mówią one m.in. o tym, że byli prawdopodobnie bliźniakami. Rodzina dała im solidne wychowanie chrześcijańskie, dzięki któremu zdolni byli do ofiarnego życia, aż do oddania go za wiarę. Być może pochodzili z Arabii. Stamtąd udali się do Syrii, do Cylicji w Małej Azji, by doskonalić się w sztuce lekarskiej. Zamieszkali w Egei, w portowym mieście Cylicji. Byli lekarzami, cieszyli się więc szeroką sławą; leczyli bowiem wielu chorych – również pogan, przez co wielu z nich doszło do Chrystusa.
    Odznaczali się niezwykłą sumiennością, dzięki czemu stali się wybitnymi lekarzami. Przedmiotem ich troski był każdy potrzebujący ich pomocy, chory człowiek. W szczególny sposób zajmowali się biednymi. Podkreśla się, że za swe usługi nie pobierali zapłaty (stąd źródła wschodnie nazywają ich anargyrami, prawosławni zaś biezsriebriennikami). Uważali, że wszystko mają od Boga i należy to do Boga i Jego stworzeń. Pragnęli postępować zgodnie z poleceniem Zbawiciela: “Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (Mt 10, 8).
    Godnie i cierpliwie znieśli okrutne tortury, do końca nie wyparli się Chrystusa. Pozostali niezłomnymi do ostatniej chwili swego życia. Do sędziego podczas procesu mieli powiedzieć: “Jesteśmy chrześcijanami”.Według legendy ich męczeństwo miało miejsce ok. 300 r. podczas prześladowań za czasów Dioklecjana. Zginęli w Cyrze (Kyrros) w Syrii, gdzie zostali pochowani. Ich grób od razu zasłynął cudami, a kult wzrastał, czego mamy dowody w piśmiennictwie wczesnochrześcijańskim. Nad grobem męczenników wzniesiono wspaniałą bazylikę, która do czasów przybycia Arabów, a potem Turków, była celem licznych pielgrzymek. Stamtąd ich kult rozpowszechniał się bardzo szybko i objął cały Kościół. W Konstantynopolu cesarz Justynian Wielki (+ 565) wystawił ku ich czci dwie świątynie, gdyż – jak twierdził – dzięki ich wstawiennictwu wyzdrowiał z ciężkiej choroby.
    Już w VI wieku św. Grzegorz z Tours był w posiadaniu ich relikwii. W Rzymie papież św. Symmach (498-514) wybudował ku ich czci oratorium, a papież Feliks IV (526-530) kościół świętych Kosmy i Damiana przy Forum Romanum – dziś jest to główne miejsce ich kultu. Tam znajduje się znaczna część relikwii obu Świętych. Pozostałe relikwie odbierają cześć w różnych miejscach świata; w sposób szczególny w kościele katedralnym w Amalfi, na południu Włoch. Fragment relikwii znajduje się także w Polsce – w cerkwi na Bacieczkach w Białymstoku.
    Święci Kosma i Damian są patronami Florencji, aptekarzy, farmaceutów, lekarzy, chirurgów, akuszerek, dentystów, fryzjerów, fizyków, cukierników, wytwórców substancji chemicznych, mędrców; są też opiekunami fakultetów medycznych, przemysłu chemicznego, ludzi niewidomych i osób chorych na nowotwory; chronią przed epidemiami, przed przepukliną i przed chorobami koni. Ich imiona są wymieniane w Kanonie Rzymskim.
    W ikonografii święci Kosma i Damian przedstawiani są jako ludzie młodzi, ubrani w wytworne szaty, z narzędziami medycznymi, szkiełkami, pudełkami maści, łyżką aptekarską do nabierania maści, moździerzem, laską Eskulapa, a także podczas męczeństwa.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 września

    Błogosławiony Władysław z Gielniowa, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Kleofas, uczeń Pański
    ***
    Błogosławiony Władysław z Gielniowa

    Marcin Jan (takie imiona otrzymał na chrzcie) urodził się w Gielniowie koło Opoczna ok. 1440 r. Jego rodzice byli ubogimi mieszczanami. Po ukończeniu szkoły parafialnej udał się do Krakowa, gdzie kontynuował swoje studia, aż znalazł się na tamtejszym uniwersytecie w roku 1462. Pod tą datą figuruje w księdze rejestracyjnej Akademii Krakowskiej.
    W Krakowie zapoznał się z bernardynami, których zaledwie 9 lat wcześniej sprowadził tam św. Jan Kapistran (1453). Jak sam pisze w swoim wierszu autobiograficznym, 1 sierpnia 1462 r. Marcin wstąpił do bernardynów i przyjął imię zakonne Władysław. Tu również najprawdopodobniej odbył swoje studia zakonne i otrzymał święcenia kapłańskie. Nie wiadomo, gdzie spędził pierwsze lata w kapłaństwie. Nie są nam także znane urzędy, jakie sprawował w owym czasie w zakonie. Wiadomo na pewno, że w latach 1486-1487 Władysław przebywał w Krakowie, gdzie m.in. pełnił obowiązki egzaminatora w sprawie cudów, jakie działy się za przyczyną św. Szymona z Lipnicy, zmarłego w Krakowie w roku 1482. Możemy przypuszczać, że po śmierci Szymona pełnił zajmowany wcześniej przez niego urząd kaznodziei.
    W latach 1487-1490 i 1496-1499 sprawował urząd wikariusza prowincji i prowincjała. Przez sześć lat czuwał nad 22 domami zakonu w Polsce: odbywając co roku kapituły prowincji, wizytując domy braci i sióstr, troszcząc się o domy formacyjne, uczestnicząc w kapitułach generalnych w Urbino w roku 1490 i w Mediolanie w roku 1498, przyjmując komisarzy generalnych zakonu. Za jego rządów polska prowincja bernardynów powiększyła się o placówki w Połocku i Skępem.
    Dla swojego zakonu Władysław zasłużył się najbardziej przez to, że stał się współautorem konstytucji, które – zatwierdzone przez kapitułę prowincji i kapitułę generalną w Urbino (1490) – stały się na pewien czas dla prowincji obowiązkowym kodeksem prawnym.
    Jego życie było przepełnione modlitwą i duchem pokuty. Miał szczególne nabożeństwo do Męki Pańskiej. Sypiał zaledwie kilka godzin na lichym sienniku, bez poduszki, przykryty jedynie własnym habitem. Swoje ciało trapił bezustannie postem i biczowaniem. Na modlitwę poświęcał wiele godzin. Miał dar łez i ekstaz. Chodził zawsze boso, nawet w najsurowsze zimy. Boso także (w trepkach) odbywał wizytacje swojej odległej prowincji i zagraniczne podróże. Wyróżniał się niezwykłą gorliwością o zbawienie dusz, nie oszczędzając się na ambonie i w konfesjonale.
    Pomimo wielkiej surowości dla siebie, był dla swoich podwładnych prawdziwym ojcem. Otaczał szczególną opieką zakonników starszych, spracowanych oraz chorych. W swoich konstytucjach wyznacza bardzo surowe kary wobec przełożonych, którzy zaniedbują opiekę nad chorymi braćmi. Silnie zabiegał, aby przełożeni pilnie zaopatrywali potrzeby swoich współbraci, tak dalece, by nie ważyli się kupować czy sprawiać sobie czegokolwiek, zanim nie zadbają o to, by w rzeczy potrzebne byli zaopatrzeni najpierw ich podopieczni. Nakazuje bardzo starannie wybierać kandydatów do zakonu. Mistrzów nowicjatu przestrzega przed zbytnią gorliwością w stosowaniu prób. Gdzie jednak widział nadużycia i świadome rozluźnienie reguły, był nieubłagany i stanowczy. Miał czułe serce dla uciśnionych i potrzebujących.
    Zapamiętano go jako płomiennego kaznodzieję. Był jednym z pierwszych duchownych, który wprowadził do Kościoła język polski poprzez kazania i poetyckie teksty. Tradycja przypisała mu autorstwo wielu pobożnych pieśni. Sam je układał i uczył wiernych śpiewać. Służyły one pogłębieniu życia duchowego, zapoznaniu się z prawdami wiary i moralności, ukochaniu tajemnic Bożych, zwłaszcza osoby Jezusa Chrystusa i Jego Matki. Nie tylko sam układał teksty, ale zachęcał do tego także swoich współbraci. Ponadto układał w języku polskim koronki, godzinki i inne nabożeństwa.
    Charakterystycznym rysem osobowości Władysława było także jego nabożeństwo do Imienia Jezusa oraz do Najświętszej Maryi Panny. Za przykładem św. Bernardyna, który nosił ze sobą stale tabliczkę, na której był złotymi głoskami wypisany monogram Imienia Jezus, także Władysław za osnowę swoich kazań brał Imię Jezus. Swój najpiękniejszy utwór, Żołtarz Jezusów, ułożył w taki sposób, że każda nowa strofa rozpoczyna się właśnie tym Imieniem.
    W 1504 r. został gwardianem przy kościele św. Anny w Warszawie. Tutaj umarł 4 maja 1505 r., w kilka tygodni po ekstazie, jaką przeżył podczas kazania w Wielki Piątek. Uniósł się wówczas na oczach tłumu wypełniającego świątynię w górę ponad ambonę i zaczął wołać: “Jezu, Jezu!”.
    Zaraz po śmierci oddawano Władysławowi cześć należną świętym. 13 kwietnia 1572 r. dokonano uroczystego przeniesienia jego relikwii. Miało to miejsce w obecności kardynała-legata papieskiego, Franciszka Commendone, i nuncjusza apostolskiego, arcybiskupa Wincentego Portico. W uroczystości wziął udział także król Zygmunt August ze swoją siostrą Anną Jagiellonką, senatorowie i posłowie, którzy zjechali się na sejm do Warszawy. W roku 1627 rozpoczęto proces informacyjny według nowych rozporządzeń, jakie wydał papież Urban VIII. Tenże papież podpisał akta tego procesu przesłane do Rzymu. W 1635 roku komisja pod przewodnictwem biskupa Adama Nowodworskiego otworzyła grób ponownie, szczątki śmiertelne zmarłego przełożono do cynowej urny i sporządzono protokół. Z powodu wojen proces wznowiono dopiero w 1724 r.
    Benedykt XIV wydał urzędowy akt beatyfikacji 11 lutego 1750 r. Właściwe uroczystości przygotowano jednak dopiero w roku 1753, łącząc je z 300. rocznicą przybycia bernardynów do Polski. W roku 1759 Klemens XIII ogłosił bł. Władysława patronem Królestwa Polskiego i Litwy. 19 grudnia 1962 r. papież Jan XXIII ogłosił go głównym patronem Warszawy. Obecnie bł. Władysław jest patronem drugorzędnym, a główną Patronką Warszawy jest Najświętsza Maryja Panna Łaskawa z wizerunku znajdującego się w kościele jezuitów przy archikatedrze na Starym Mieście.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    24 września

    Błogosławiona Kolumba Gabriel, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Gerard, biskup i męczennik
      •  Znalezienie ciała św. Klary
      •  Święta Tekla, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiony Herman Kaleka
      •  Błogosławiony Antoni Marcin Slomšek, biskup
      •  Święty Pacyfik z San Severino, prezbiter
      •  Święty Liberiusz, papież
      •  Kościół katedralny w Kaliszu
    ***
    Błogosławiona Kolumba Gabriel

    Janina Matylda Gabriel przyszła na świat 3 maja 1858 r. w Stanisławowie. Rodzice wychowali ją w głębokiej wierze i rozbudzili w niej zainteresowanie malarstwem, muzyką i tańcem. Mając 11 lat rozpoczęła naukę w szkole sióstr benedyktynek klauzurowych we Lwowie i po kilku latach otrzymała dyplom nauczycielski, który uprawniał ją także do prowadzenia lekcji religii. W czasie lat nauki umocniło się jej powołanie zakonne.
    30 sierpnia 1874 r. wstąpiła do nowicjatu benedyktynek i otrzymała imię Kolumba. Wyróżniała się wśród sióstr gorącym umiłowaniem modlitwy, czystością serca i ogromną wrażliwością na potrzeby bliźnich. 6 sierpnia 1882 r. złożyła uroczystą profesję zakonną. Pomimo młodego wieku współsiostry darzyły ją wielkim zaufaniem ze względu na zrównoważenie, inteligencję, zdolności organizatorskie oraz głębokie zjednoczenie z Bogiem. Już w 1889 r. została wybrana przeoryszą klasztoru we Lwowie. W 1894 r. powierzono jej urząd mistrzyni nowicjatu, a w 1897 r. – ksieni. Wykazała wielką ofiarność i oddanie służąc zgromadzeniu. Troszczyła się także o ubogich, którzy przychodzili do klasztoru z prośbą o pomoc.
    Napotkawszy trudności nie do pokonania zarówno wewnątrz klasztoru, jak i na zewnątrz, za zgodą ordynariusza archidiecezji opuściła klasztor we Lwowie i ojczyznę. Przybyła do Rzymu. Przez jakiś czas przebywała w domu Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu, przygarnięta przez jego założycielkę, błogosławioną Marię Franciszkę Siedliską. Dopiero 3 czerwca 1902 r. otrzymała pozwolenie Watykanu na wstąpienie do klasztoru benedyktynek w Subiaco pod Rzymem. Nie mogąc jednak odzyskać wewnętrznego spokoju i ze względów zdrowotnych, zmuszona była prosić Kongregację Rzymską o pozwolenie na pobyt poza klasztorem.
    Powróciła do Rzymu i za radą swego duchowego kierownika, bł. o. Jacka Marii Cormiera, dominikanina, zajęła się katechizacją dzieci i roztoczyła opiekę nad chorymi i ubogimi. Dzięki pomocy ojca Vincenzo Ceresiego z zakonu misjonarzy Najświętszego Serca otworzyła 25 kwietnia 1908 r. zakład zwany “domem rodzinnym” dla młodych robotnic, zapewniający im mieszkanie, utrzymanie i pobyt w środowisku, gdzie mogły rozwijać więzy solidarności i miłości.
    Dosyć szybko matka Kolumba zgromadziła wokół siebie grupę dziewcząt i aby nieść wraz z nimi w duchu miłości Chrystusa bezinteresowną pomoc opuszczonym, postanowiła założyć nowy instytut życia konsekrowanego. 8 maja 1908 r. zaczęło istnieć czynne zgromadzenie Sióstr Benedyktynek od Miłości. Prowadziło ono działalność charytatywną i wychowawczą w bardzo wielu miastach.
    Matka Kolumba zmarła w opinii świętości 24 września 1926 r. w Rzymie. 16 maja 1993 r. św. Jan Paweł II w czasie uroczystej Mszy św. beatyfikacyjnej odprawionej w Bazylice Watykańskiej wyniósł ją do chwały ołtarzy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________

    24 września

    Kościół katedralny w Bielsku-Białej

    Kościół katedralny w Bielsku-Białej

    Prawdopodobnie już w chwili lokacji Bielska pod koniec XIII w. istniał w nim drewniany kościółek, otoczony cmentarzem. Wzrost znaczenia miasta i jego rozbudowa skłoniła księcia Wacława I do budowy nowego, murowanego kościoła, wybudowanego w stylu gotyckim w latach 1443-1447. Jego patronem został św. Mikołaj, biskup, uważany w średniowieczu za opiekuna kupców. W 1447 r. kościół ten stał się kościołem parafialnym, a św. Mikołaj – patronem całego miasta. W 1559 r. w wyniku reformacji kościół bielski został zamieniony w zbór protestancki. W ręce katolików wrócił dopiero w 1630 r. W 1659 r. spłonął doszczętnie w wyniku pożaru. Został szybko odbudowany dzięki finansowej pomocy właścicieli Bielska. W 1682 r. powstańczy oddział węgierskiej armii obrabował miasto, nie oszczędzając również kościoła św. Mikołaja.
    Na początku XVIII w. ufundowano nowe, barokowe wyposażenie (m.in. ołtarz główny). W 1750 r., w wyniku uderzenia pioruna, wnętrze kościoła ponownie spaliło się. Wkrótce podjęto jego odbudowę i wyposażono w ołtarz główny i 6 bocznych w stylu barokowym. W 1783 r. zlikwidowano okalający kościół cmentarz. W 1792 r. do kościoła trafił łaskami słynący obraz – cudowna kopia wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej. W 1808 r. nastąpił kolejny pożar; kościół odbudowano i ufundowano tym razem barokowo-klasycystyczne wyposażenie. W 1836 r. mniejszy pożar dotknął jedynie dach i wieżę kościoła, oszczędzając jego wnętrze. Ostatni, również niegroźny pożar, miał miejsce w 1860 r.
    W 1893 r. kościół zelektryfikowano (jako pierwszy kościół w diecezji wrocławskiej). W latach 1908-1910, wskutek szybkiego rozwoju miasta i znacznego wzrostu liczby parafian, dokonano rozbudowy dotychczasowej świątyni. Dobudowano drugą część nawy, utrzymaną w stylu neoromańskim. Jej poświęcenia dokonał w 1911 kard. Jerzy Kopp. Po II wojnie światowej, w wyniku migracji ludności, parafia w Bielsku po raz pierwszy w swej historii stała się jednonarodowościowa; dotychczas, zwłaszcza od czasów reformacji, raczej zgodnie koegzystowali w niej Polacy i Niemcy. 25 marca 1992 r. św. Jan Paweł II na mocy bulli Totus Tuus Poloniae Populus powołał do istnienia diecezję bielsko-żywiecką. Tym samym, w 545. rocznicę konsekracji, podniósł kościół św. Mikołaja do rangi katedry, a do rangi konkatedry – kościół Narodzenia NMP w Żywcu. Obecnie ordynariuszem diecezji jest bp Roman Pindel. Pomaga mu biskup Piotr Greger oraz biskup senior Tadeusz Rakoczy.
    Diecezja bielsko-żywiecka zajmuje obszar ok. 3 tys. km kwadratowych, liczy ok. 770 tys. mieszkańców i jest podzielona na 22 dekanaty, obejmujące 210 parafii. Pracuje w niej ok. 550 kapłanów diecezjalnych i ok. 120 zakonnych. Patronami diecezji są św. Maksymilian Maria Kolbe, św. Jan Kanty i św. Jan Sarkander.
    Najważniejszym wydarzeniem w historii tej diecezji była wizyta św. Jana Pawła II, który 22 maja 1995 r., w trakcie pielgrzymki do Czech, gdzie dzień wcześniej kanonizował św. Jana Sarkandra, odwiedził Bielsko-Białą, Żywiec i Skoczów. Mówił wtedy m.in.: Z waszym miastem związany byłem od wczesnego dzieciństwa, gdyż w Białej urodził się mój ojciec, tutaj i w okolicy mieszkali moi krewni, a w bielskim szpitalu pracował mój starszy brat – lekarz; tam też zmarł, służąc chorym. Potem doszły związki innego rodzaju, wynikające z mojej posługi biskupiej w Kościele krakowskim, który jeszcze do niedawna obejmował Białą, aż po rzekę Białkę.
    To, co uderza w Bielsku-Białej, to fakt spotkania i harmonijnego przenikania się tutaj dwóch tradycji kulturowych i kościelnych: to znaczy tradycji krakowskiej i śląskiej. Jest to wielkie bogactwo tego miasta i całego regionu. Ta wielość w jedności stanowi także wielkie bogactwo duchowe nowej diecezji bielsko-żywieckiej. Trzeba, ażebyście, drodzy bracia i siostry, umiejętnie z tych zasobów czerpali, a także ciągle je pomnażali. Niech ta wymiana darów duchowych przyczynia się do pogłębienia i rozwoju życia chrześcijańskiego wszystkich i każdego z osobna!
    Bielsko-Biała jest obecnie nie tylko miastem wojewódzkim, ale także stolicą diecezji, czyli Kościoła lokalnego. To jest nowa jakość w życiu tego miasta. Jest to także jakieś nowe zadanie. Stolica diecezji to nie tylko centrum administracyjne, lecz przede wszystkim centrum duchowego promieniowania na cały region. Życzę więc, aby Bielsko-Biała do tej ważnej roli coraz bardziej dorastała, ku pożytkowi wszystkich.
    2 lipca 1995 r. Ojciec Święty kanonizował także św. Melchiora Grodzieckiego, kapłana pochodzącego z Cieszyna – miasta leżącego na terenie nowo powstałej diecezji.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 września

    Święty Pio z Pietrelciny, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Linus, papież i męczennik
      •  Błogosławiona Emilia Tavernier Gamelin, zakonnica
      •  Błogosławiony Józef Stanek, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty ojciec Pio

    Francesco Forgione urodził się w Pietrelcinie (na południu Włoch) 25 maja 1887 r. Już w dzieciństwie szukał samotności i często oddawał się modlitwie i rozmyślaniu. Gdy miał 5 lat, objawił mu się po raz pierwszy Jezus. W wieku 16 lat Franciszek przyjął habit kapucyński i otrzymał zakonne imię Pio. Rok później złożył śluby zakonne i rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne. W 1910 r. przyjął święcenia kapłańskie. Już wtedy od dawna miał poważne problemy ze zdrowiem. Po kilku latach kapłaństwa został powołany do wojska. Ze służby został zwolniony ze względu na zły stan zdrowia. Pod koniec lipca 1916 r. przybył do San Giovanni Rotondo i tam przebywał aż do śmierci. Był kierownikiem duchowym młodych zakonników.

    Ojciec Pio przed wizerunkiem Ukrzyżowanego

    20 września 1918 r. podczas modlitwy przed wizerunkiem Chrystusa ukrzyżowanego o. Pio otrzymał stygmaty. Na jego dłoniach, stopach i boku pojawiły się otwarte rany – znaki męki Jezusa. Wkrótce do San Giovanni Rotondo zaczęły przybywać rzesze pielgrzymów i dziennikarzy, którzy chcieli zobaczyć niezwykłego kapucyna. Stygmaty i mistyczne doświadczenia o. Pio były także przedmiotem wnikliwych badań ze strony Kościoła. W związku z nimi o. Pio na 2 lata otrzymał zakaz publicznego sprawowania Eucharystii i spowiadania wiernych. Sam zakonnik przyjął tę decyzję z wielkim spokojem. Po wydaniu opinii przez dr. Festa, który uznał, że stygmatyczne rany nie są wytłumaczalne z punktu widzenia nauki, o. Pio mógł ponownie publicznie sprawować sakramenty.

    Ojciec Pio ze stygmatami na dłoniach

    Ojciec Pio był mistykiem. Często surowo pokutował, bardzo dużo czasu poświęcał na modlitwę. Wielokrotnie przeżywał ekstazy, miał wizje Maryi, Jezusa i swojego Anioła Stróża. Bóg obdarzył go również darem bilokacji – znajdowania się jednocześnie w dwóch miejscach. Podczas pewnej bitwy w trakcie wojny, o. Pio, który cały czas przebywał w swoim klasztorze, ostrzegł jednego z dowódców na Sycylii, by usunął się z miejsca, w którym się znajdował. Dowódca postąpił zgodnie z tym ostrzeżeniem i w ten sposób uratował swoje życie – na miejsce, w którym się wcześniej znajdował, spadł granat.

    Ojciec Pio odprawiający Eucharystię

    Włoski zakonnik niezwykłą czcią darzył Eucharystię. Przez długie godziny przygotowywał się do niej, trwając na modlitwie, i długo dziękował Bogu po jej odprawieniu. Odprawiane przez o. Pio Msze święte trwały nieraz nawet dwie godziny. Ich uczestnicy opowiadali, że ojciec Pio w ich trakcie – zwłaszcza w momencie Przeistoczenia – w widoczny sposób bardzo cierpiał fizycznie. Kapucyn z Pietrelciny nie rozstawał się również z różańcem.

    Ojciec Pio niedługo przed śmiercią

    W 1922 r. powstała inicjatywa wybudowania szpitala w San Giovanni Rotondo. Ojciec Pio gorąco ten pomysł poparł. Szpital szybko się rozrastał, a problemy finansowe przy jego budowie udawało się szczęśliwie rozwiązać. “Dom Ulgi w Cierpieniu” otwarto w maju 1956 r. Kroniki zaczęły się zapełniać kolejnymi świadectwami cudownego uzdrowienia dzięki wstawienniczej modlitwie o. Pio. Tymczasem zakonnika zaczęły powoli opuszczać siły, coraz częściej zapadał na zdrowiu. Zmarł w swoim klasztorze 23 września 1968 r. Na kilka dni przed jego śmiercią, po 50 latach, zagoiły się stygmaty.W 1983 r. rozpoczął się proces informacyjny, zakończony w 1990 r. stwierdzeniem przez Kongregację Spraw Kanonizacyjnych jego ważności. W 1997 r. ogłoszono dekret o heroiczności cnót o. Pio; rok później – dekret stwierdzający cud uzdrowienia za wstawiennictwem o. Pio. Św. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji o. Pio w dniu 2 maja 1999 r., a kanonizował go 16 czerwca 2002 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    Sensacja prowadząca do Chrystusa

    Jest jednym z najpopularniejszych świętych. Książki poświęcone jego osobie wypełniłyby po brzegi kilka bibliotek. Wydawać by się mogło, że wiemy o nim wszystko, ale czy na pewno?

    ***

    Ojciec Pio miał swoje osobiste, pełne czułości zwroty,
którymi odnosił się do swojej „Mateczki”, „Mateńki”,
„Kochanej Matki”, „Pięknej Matki”, „Najbardziej Świętej Matki”

    Ojciec Pio miał swoje osobiste, pełne czułości zwroty, którymi odnosił się do swojej „Mateczki”, „Mateńki”, „Kochanej Matki”, „Pięknej Matki”, „Najbardziej Świętej Matki”

    ***

    Zaczęło się skromnie – urodził się w ubogiej chłopskiej rodzinie Giuseppy i Grazia, w Pietrelcinie – małej, spalonej słońcem włoskiej miejscowości, w której życie upływało zgodnie z rytmem pracy w polu. Państwo Forgione, aby zapewnić utrzymanie dzieciom, pracowali bez wytchnienia. Giuseppa, gdy była w ciąży z Francescem (przyszłym Ojcem Pio), do samego rozwiązania pomagała mężowi na roli. Również pierwsze miesiące jego życia przebiegały pozornie typowo – jak każde dziecko dniami i nocami zanosił się płaczem. Dopiero po latach, do czego sam się przyznał, okazało się, że powodem permanentnego płaczu nie był banalny głód czy mokra pieluszka, ale atakujące go złe duchy, które już wtedy obrały go sobie za cel.

    Z każdym kolejnym rokiem dzieciństwo Francesca coraz bardziej wyłamywało się poza schematy wychowania na włoskiej wsi. Owszem, brał on udział w typowo chłopięcych zabawach, takich jak zapasy, ale czynił to sporadycznie. Na przekleństwa, które nagminnie pojawiały się w słowniku jego rówieśników, reagował alergicznie, niekiedy uciekając w popłochu przed wulgarnym językiem kolegów, tak jakby papierkiem lakmusowym jego pobożności była czystość mowy i myśli. Dość wcześnie jego ulubionym zajęciem stało się przebywanie na modlitwie. Już w wieku 5 lat okazywał dojrzałość duchową, której pozazdrościłby niejeden z nas. Większość jego biografów jest zgodna, że we wczesnym dzieciństwie Jezus wybrał go do pełnienia szczególnej misji w Kościele. Ale jak to dziecku, nie brakowało mu też skłonności do psot. Szczególnie upodobał sobie płatanie figli swojej siostrze Felicycie. Gdy dziewczyna się myła, chwytał ją znienacka za głowę i zanurzał w wodzie. Nie był urwisem. Jak przyznawała jego matka, nie został ani razu skarcony. Mimo to dostarczał jej powodów do zmartwień, gdy sypiał na podłodze w geście umartwienia.

    Nowo narodzony

    Francesca stale coś pociągało do życia konsekrowanego, dlatego już w wieku 15 lat rozpoczął nowicjat w zakonie. Nakładając habit, przyjął imię Pio. W 1910 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Wkrótce stan jego zdrowia pogorszył się do tego stopnia, że przełożeni wysłali go do domu rodzinnego, gdzie przebywał do 1916 r. Gdy wydobrzał na tyle, aby ponownie pełnić zakonną posługę, trafił do klasztoru św. Anny w Foggii, a później do miejsca, które stało się dla niego domem na kolejne 52 lata – do klasztoru w San Giovanni Rotondo. Jak sądzili jego przełożeni, górski mikroklimat tego miejsca miał sprzyjać zdrowiu chorowitego zakonnika.

    Wstydliwa sprawa

    Wbrew temu, co możemy mniemać z telewizyjnych doniesień, wielkie dzieła dzieją się w ciszy i samotności a nie w blasku fleszy… 20 września 1918 r. wydarzyła się rzecz po ludzku niewytłumaczalna. Po Mszy św. Ojciec Pio przebywał chwilę na chórze, gdzie nagle ogarnął go błogostan; ujrzał wtedy tajemniczą postać. Gdy ta się oddaliła, zakonnik spostrzegł na swoich dłoniach, stopach i boku rany, z których sączyła się krew. Niejeden z nas otrzymawszy takie wyróżnienie, pobiegłby do telewizji, udzielał wywiadu… Kultura masowa wyzwala w nas potrzebę ekshibicjonistycznego chełpienia się swoją wyjątkowością. Dla Ojca Pio stygmaty były wstydliwym faktem. Ten skromny człowiek nigdy nie chodził jak paw. Gdy na jego ciele pojawiły się widoczne rany męki Chrystusa, starał się je ukryć przed światem, dlatego przez lata nosił długie rękawice, które z czasem zamienił na mitenki, aby móc celebrować Eucharystię.

    Pokora i posłuszeństwo

    Wiele osób z dystansem podchodziło do nadnaturalnych zjawisk towarzyszących osobie Ojca Pio. Doszukiwano się w nim oszusta i szarlatana, który z różnych pobudek miał zwodzić wiernych. Mówiono, że rany powstały na skutek działania samego zakonnika, który co noc sam odnawiał stygmaty, raniąc się fenolem. Poddawano go przez to niekończącym się i uciążliwym badaniom medycznym. Konsekwencją negatywnego stosunku do stygmatyka były ograniczenia, które na niego nakładano (zakaz publicznego odprawiania Mszy św., spowiadania, odpisywania na listy wiernych). Pierwsze restrykcje dotknęły go w latach 1922-23, kolejne w 1931-34 r., a ostatnie w latach 1960-64. Niejeden z nas by się zbuntował, obraził na przełożonych, złorzeczył, ale nie Ojciec Pio. Każdą godzącą w niego decyzję przyjmował z pokorą i w pełnym posłuszeństwie. Stygmaty miał przez kolejne 50 lat. Zniknęły dopiero tuż przed jego śmiercią, nie pozostawiając po sobie nawet blizny. Lekarze obliczyli, że przez ten czas wypłynęło z nich 3400 litrów krwi.

    Ojciec Pio posłuszeństwa wymagał także od innych. Pewnego razu pojawiły się u niego dwie dziewczyny z Mediolanu, które uciekły z domu, aby zobaczyć go w San Giovanni Rotondo. Czekały na Eucharystię, ale stygmatyk im jej nie udzielił, powiedział: „Przede wszystkim posłuszeństwo”.

    Sensacyjny święty

    Czasami potrzebujemy sensacji, aby pobudziła nas do działania. Dla wielu stał się nią Ojciec Pio. Do zakonnika z Pietrelciny zaczęły przybywać tłumy wiernych, ale nie brakowało również sceptyków. Stygmaty stały się cudem, który nieustannie dokonywał się na oczach ludzi, przekonując niedowiarków, aby oddali swe życie Chrystusowi, a wierzących umacniając w pobożności. Stygmaty nie były jednak jedynym nadprzyrodzonym darem, który Bóg zesłał Ojcu Pio. Otrzymał także dary: bilokacji, czytania w duszy, telestazji (zdolność widzenia na odległość) czy niezwykły zapach, jaki unosił się z jego ran.

    Stygmaty nie były najważniejsze. To, co istotne w życiu Ojca Pio, to głębia jego wiary, którą zaszczepiał w bliźnich. Znakomitą do tego okazją była spowiedź. Osób, które chciały się wyspowiadać u Ojca Pio, nie brakowało – ludzie często czekali na swoją kolej wiele dni. Dar czytania w duszach sprawiał, że penitent nie był w stanie zataić przed nim grzechów. Ojciec Pio wymagał autentycznego nawrócenia – jeśli nie dostrzegał tego w grzeszniku, krzyczał na niego i „wyganiał” od konfesjonału, aż ten skruszeje. I tak się działo – przy kratach konfesjonału, w którym posługiwał Pio, ludzie prawdziwie jednali się z Bogiem.

    Wciąż obecny

    Po śmierci Ojca Pio (1968 r.) wydawało się, że pamięć o nim zaginie. Do San Giovani Rotondo przestały przyjeżdżać tłumy wiernych, a dziennikarze nie wspominali o nim na łamach swoich pism. Jak się wkrótce okazało, stygmatyk po śmierci narobił jeszcze większego rabanu niż za życia. Kolejne cuda dokonane za jego wstawiennictwem pokazały, że Ojciec Pio nawet po śmierci przyciąga ludzi do Boga. Owszem, dokonują się dzięki niemu uzdrowienia cielesne, ale najważniejsze są te duchowe. Wielu dzięki Ojcu Pio ponownie odkryło sakrament pokuty i pojednania, modlitwę oraz Eucharystię. Ten święty z Pietrelciny stale pomaga nam odkryć głębię wiary, a widzialnym znakiem jego działania są np. Grupy Modlitewne.

    Przywróć mi wzrok
    Poruszające jest świadectwo dziewczyny, która w wieku 12 lat zachorowała na białaczkę. Jednym ze skutków ubocznych zastosowanej chemioterapii była utrata wzroku. Ktoś przyniósł jej obrazek z Ojcem Pio. Zaczęła się modlić do świętego. Po kilku dniach w ciemności zaczęła czuć zapach fiołków i lilii oraz obecność stygmatyka. Otworzyła oczy, została uzdrowiona.

    Ignacy Tarnobrzeski/Tygodnik Niedziela

    ________________________________________________________________________________

    reprodukcja – Henryk Przondziono /Gość Niedzielny

    ***

    Oszust? Szarlatan? Wszystkie kłamstwa o ojcu Pio

    O żadnym ze świętych nie napisano tyle nieprawdy. Postać Stygmatyka z San Giovanni Rotondo nieustannie powraca w mediach i rozgrzewa do czerwoności internetowe fora. Panie, Panowie: oto największe kłamstwa na temat o. Pio.

    Jeśli sądzisz, że pierwsze skrzypce w teleturnieju „Wszystkie kłamstwa na temat ojca Pio” grają środowiska antyklerykalne, jesteś w błędzie. Najczęściej powtarzaną nieprawdę powielają w nieskończoność środowiska „ultrakatolickie” lub te, które za takie chcą uchodzić. Te wypowiedzi pobożnych-nadgorliwych niewiele mają wspólnego z nauczaniem Kościoła i niebieskim tomem katechizmu. Jednym z najpopularniejszych wątków jest przypisywanie ojcu Pio orędzia o tzw. trzech dniach ciemności, którego… nigdy nie wypowiedział. Niektórzy robią na tym niezły biznes. Powstają strony internetowe, po sieci krążą modlitewne łańcuszki, a na Allegro można kupić specjalne „świece na trzy dni ciemności”. Do wyboru, do koloru.

    List, którego nie napisał

    – Osobą najczęściej przywoływaną w kontekście tzw. trzech dni ciemności jest św. ojciec Pio – opowiada o. dr Wit Chlondowski, franciszkanin. – Wielu cytuje jego sławny już list do komisji z Heroldsbach (badała nieuznane ostatecznie przez Kościół objawienia), w którym miał mówić wprost o tych wydarzeniach: „dobrze pozamykajcie się, uszczelniajcie okna, nie wyglądajcie na zewnątrz, zapalcie święconą świecę, która wystarczy na wiele dni, módlcie się na Różańcu”. Tyle że ojciec Pio takiego listu nie napisał! Ten list jest falsyfikatem. Ktoś w świadomy sposób, chcąc podeprzeć swe chorobliwe teorie spiskowe, sfałszował pismo. Kapucyni mają wszystkie listy ojca Pio i zaświadczają, że nie ma wśród nich takiego. To kłamstwo tych, którzy są zbytnio skupieni w niezdrowy sposób na temacie objawień prywatnych i wyszukiwaniu zagrożeń.

    Nie od dziś wiadomo, że narracja lękowa sprzedaje się najlepiej. Dzięki niej słowo „Apokalipsa” zaczyna kojarzyć się nam z filmowym zapachem napalmu o poranku, a nie z opowieścią o triumfie Baranka. 

    ***

    Bp Raffaello Carlo Rossi, inkwizytor: Mszę odprawia, nawet…za bardzo pobożnie.

    Bp Raffaello Carlo Rossi, inkwizytor: Mszę odprawia, nawet…za bardzo pobożnie.
    reprodukcja – Henryk Przondziono /Gość Niedzielny

    ***

    Czuję się jak w piecu

    Bardzo często powtarzaną nieprawdą jest to, że o. Pio „szukał stygmatów”, czy – jak napisał kiedyś dziennikarz „Polityki” – „miał obsesję na punkcie cierpienia”. Źródła przeczą tym zarzutom. Nie był masochistą.

    W roku 1911 pisał list do ojca Benedetto z San Marco in Lamis: „Ostatniej nocy stało się coś, czego nie potrafię ani wyjaśnić, ani zrozumieć. W połowie mych dłoni pojawiły się czerwone znaki o wielkości grosza. Towarzyszył mi przy tym ostry ból w środku czerwonych znaków. Ból był bardziej odczuwalny w środku lewej dłoni. Był tak wielki, że jeszcze go czuję”. Innym razem odpowiadał: „Co czuję? Ciągły ból. Nieraz nie mogę go wytrzymać. Często towarzyszy mu bardzo wysoka gorączka. Czuję się wtedy jak w piecu”.

    Nie epatował cierpieniem – jak czytam na popularnych portalach. Gdy jego penitentka Cleonice Morcaldi zawołała: „Ojcze, cały jesteś jedną raną!”, usłyszała: „Nie sądź, że kocham cierpienie dla niego samego”. Była jego duchową córką i świadkiem jego ostatniej Mszy. Napisała o tym książkę „Moje życie w bliskości Ojca Pio”. Jak to zwykle bywa, i tu świeckie media zalała fala plotek: „Stygmatyk i piękna Włoszka? Czy to może być jedynie »duchowa przyjaźń«? A może w tę relację wkroczyła lubieżność i przekraczanie granic przyzwoitości?” Czyż nie takie same zarzuty padały w kontekście relacji Karol Wojtyła–Wanda Półtawska? Kapucyni zdecydowali się wydać dziennik duchowy Cleonice Morcaldi. Odsłania on piękno duchowej więzi, a ci, którzy czekali na pikantne opowiastki, musieli obejść się smakiem. To ona notowała fragmenty rozmów („Na kim spoczęło ostatnie spojrzenie umierającego Jezusa?” „Na Jego Matce”), a po śmierci duchowego kierownika cztery dni spędziła na piętrze galerii kościoła, w którym była wystawiona trumna, szepcząc: „Jezu, Ty dałeś mi Ojca i Ty mi go odebrałeś. Bądź wola Twoja”.

    Masochista?

    Ojciec Pio przyjmował cierpienie początkowo z wielkimi oporami. Gdy 20 września 1918 roku młodziutki kapucyn zauważył na swych dłoniach stygmaty, natychmiast poprosił swoich bliskich, by „błagali Boga o zabranie tych znaków i umniejszenie męki”. Ale stygmaty nie zniknęły. Zakonnik z Pietrelciny ukrywał je przed światem. Poddawany był bolesnym operacjom, wielokrotnie badany. Upokarzało go to, ale przyjmował te doświadczenia z pokorą. Lekarze byli bezradni wobec tajemniczych znaków. Jak rozbrajająco brzmią słowa stygmatyka, który przyparty do muru przez inkwizytora („Czy Ojciec przysięga na świętą Ewangelię, że nigdy nie spowodował żadnych zmian na swojej skórze, to znaczy czy nigdy nie wykonywał żadnych znaków, które mogłyby potem pojawić się widzialnie?”), zawołał: „Przysięgam, na miłość boską. Na miłość boską! O, jakże byłbym wdzięczny Panu, gdyby mnie od tego uwolnił!”. Stygmaty zanikły dopiero pod koniec życia zakonnika. Wówczas jedna z jego duchowych córek zdziwiona zawołała: „Ojcze, nie masz już ran na rękach!”. „A czy to takie ważne?” – odpowiedział o. Pio.

    Niezły kwas

    „To szarlatan” – pisano (i pisze się czasem nadal) o nim. Sergio Luzzatto, szukający sensacji włoski historyk z Genui, nazwał go przed laty „małym chemikiem”, bezpodstawnie oskarżając o polewanie rąk kwasem karbolowym. Tezę oparł na zeznaniach aptekarki Marii De Vito,  u której ojciec Pio miał go nabyć. Rozdmuchana sensacja okazała się manipulacją. Sam kapucyn opowiadał, że nie stosował kwasu, „wyjąwszy przypadki, kiedy używał go lekarz do sterylizacji, gdy robił mu zastrzyki”. Sporo wyjaśnia raport doktora Giorgia Festy z 7 lipca 1925 roku: „Co do kwasu karbolowego, jest moim obowiązkiem sprecyzować pewne fakty. Ojciec rektor kolegium na zlecenie osobistego lekarza wykonywał w klinice podskórne zastrzyki młodzieńcom, którzy zgłaszali się do szkoły z internatem i często pochodzili z miejsc dotkniętych malarią”. Ot i cała tajemnica.

    Oskarżający o. Pio o manipulacje Sergio Luzzatto ukuł tezę, że „narcystyczny stygmatyk chętnie pozował do zdjęć”. Tymczasem historycy przytaczali wspomnienie o współbracie o. Pio, który „przybywszy 19 sierpnia 1919 r. do San Giovanni Rotondo, nakazał mu ściągnąć rękawiczki i skrzyżować ręce na piersi. Wobec tak dziwnej prośby ojciec Pio zaprotestował i rzekł: »Placido, żartujesz czy zwariowałeś? Jeśli chcesz mnie sfotografować, to proszę, ale nie licz na to, że zdejmę rękawiczki«. Ojciec Placido rzekł: »Przybyłem z polecenia prowincjała, a ty musisz być mu posłuszny. Jeśli nie usłuchasz, obrazisz Boga«. Na taki rozkaz ojciec Pio pochylił głowę, zdjął rękawiczki i skrzyżował ręce na piersi”.

    Ponurak

    „Był śmiertelnym ponurakiem” – pisał Luzzatto. Znów strzał w płot! Franciszkanie opowiadali o jego poczuciu humoru, które pomagało stygmatykowi znosić ciągłe prześladowania. Gdy kardynał Clemente Micary, cierpiący z powodu bólu nóg, prosił go o błogosławieństwo i… skarpety, ojciec Pio odparł: „Mnie również bolą nogi, ale skarpety – a stale je noszę – jeszcze nigdy mnie nie uleczyły. Kiedy to się stanie, wyślę je również Jego Eminencji. Ale nie wierzę, by zdołały dokonać tego cudu!”. „Gdy w 1952 roku miała się odbyć wizyta Prokuratora Generalnego, ojca Agatangelo z Langasco (który kiedyś powiedział o mnichach z San Giovanni Rotondo: »Znajduję tu rodzinę złożoną z czterech głupców«), ojciec Pio, śmiejąc się, zasugerował: »Powiedział, że jesteśmy rodziną głupców? Przyjmijmy go więc jak członka rodziny!«” – piszą Saverio Gaeta i Andrea Tornielli.

    Wielokrotnie czytałem, że stygmatyk jako kurację zdrowotną polecał przede wszystkim „środki nadprzyrodzone”, a zatem długie modlitwy i posty. Innymi słowy: spirytualizował rzeczywistość. Do dziś wielu powtarza, że remedium na chorobę jest odmawianie, jak on, kilkudziesięciu Różańców dziennie. To bzdura, bo gdyby tak było w istocie, nie zainicjowałby budowy w San Giovanni Rotondo potężnego szpitala – Domu Ulgi w Cierpieniu.

    Przeglądając świeckie portale, zauważyłem, że większość neguje nie tyle samą działalność ojca Pio, co po prostu cud jako taki. Z podejrzliwością patrzą na słowa „uzdrowienie”, „proroctwo”, nie mówiąc już o „bilokacji”. I zderzają się z murem.

    Zdrowa nieufność

    Najwięcej wątpliwości związanych z życiem o. Pio rozwiewają zeznania biskupa Raffaella Carla Rossiego, Toskańczyka z Pizy, który w liście Świętego Oficjum przeczytał: „Zlecamy Waszej Ekscelencji wizytację kanoniczną w San Giovanni Rotondo”. Miał „rozpracować” zakonnika, o którym szeptała już cała Italia. Był niezwykle sceptyczny, a to jedynie uwiarygodnia jego ocenę sytuacji. 14 czerwca 1921 roku inkwizytor zapukał do furty klasztoru w San Giovanni Rotondo… W książce Francesca Castellego „Przesłuchanie Ojca Pio. Odtajnione archiwa Watykanu” znajdziemy niepublikowane wcześniej materiały z pierwszego przesłuchania kapucyna, w tym sześć zeznań złożonych przez niego pod przysięgą przed inkwizytorem Świętego Oficjum. „Ma cerę bladą, z wyglądu wydaje się chorowity i cierpiący (ale nie bardzo), chód ma chwiejny (powiedziałbym raczej, że chodzi powoli i czasem niezbyt pewnie)” – zapisywał Rossi. „Mszę odprawia, nawet… za bardzo pobożnie: pięć minut na Memento za żywych, cztery na Memento za zmarłych, dwie minuty na konsekrację Kielicha – mierzone z zegarkiem w dłoni”.

    Dlaczego stygmaty wydzielają specyficzny, podobny do aromatu lilii zapach? „To perfumy?” – pytał inkwizytor. „Nie, w celi nie mam nic prócz mydła” – odpowiadał kapucyn. „Co ojciec czuje?”. „Ciągły ból. Nieraz nie mogę go wytrzymać. Często towarzyszy mu bardzo wysoka gorączka. Czuję się wtedy jak w piecu”. „Jakie umartwienia poza tymi, które są nakazane wszystkim, ojciec podejmuje?”. „Żadne. Przyjmuję te, które zsyła mi Pan”.

    Przesłuchanie trwało miesiąc, a poza o. Pio przed trybunałem stanęło wielu jego współbraci. Akta przesłuchania zawierają sześć szczegółowych zeznań złożonych pod przysięgą. Inkwizytor Świętego Oficjum odwijał bandaże z rąk kapucyna i dotykał jego ran. Sprawdzał, co się z nimi stanie, gdy zostaną zaplombowane. Z przesłuchań o. Pio: „Czy ojciec przysięga na Ewangelię, że nie wywoływał, nie podtrzymywał, nie wzmacniał, nie pielęgnował bezpośrednio bądź pośrednio znaków, które nosi na rękach, stopach i na piersi?”. „Przysięgam”.

    Choć inkwizytor z Pizy przyznawał, że był sceptycznie nastawiony do kapucyna, wynik dochodzenia był dla ojca Pio bardzo korzystny. Jedną z pierwszych osób, które przeczytały sprawozdanie, był Benedykt XV. To pokazuje skalę zjawiska.

    Narcyz?

    Kolejny podnoszony w mediach zarzut: skupiał na sobie uwagę – był kimś w rodzaju duchowego narcyza. Inne „pobożne opracowania” przedstawiają go jako człowieka niemal bezgrzesznego. Nieprawda. Gdy przerażony swymi grzechami o. Pio błagał innych o modlitwę, ci z niedowierzaniem kręcili głowami, traktując to jako wyraz wielkiej pokory. Cleonice Morcaldi wspominała: „Zaczęłam mówić do niego: »Ojcze, który jesteś tak dobry, uczyń…«, ale nie pozwolił mi dokończyć zdania: »Ja dobry? Jeśli poznałabyś, kim naprawdę jestem, uciekłabyś przestraszona! Największy zbój jest człowiekiem honoru w porównaniu ze mną!« A powiedział to z takim przekonaniem, że nie wiedziałam, co odpowiedzieć”.

    Z jednej strony o. Pio był anielsko cierpliwy, z drugiej zmagał się ze swymi przywarami, na przykład wybuchowym charakterem. Jego sekretarz o. Marciano Morra wspominał: „Kim był o. Pio? W pierwszym rzędzie grzesznikiem! Ciągle się nawracał. Gdy nakrzyczał na penitenta, często przez pół nocy leżał krzyżem i modlił się za niego. Prosił, by ostre słowa nie zraziły tego człowieka do Kościoła”. „Kiedy był młodszy, spowiadał cały dzień. Potem zredukował ten czas z 17 do 10 godzin dziennie. Kiedy po 16 godzinach wychodził z konfesjonału, oblepiały go kobiety i błagały o modlitwę, dotykały. Ja też bym wyszedł z siebie” – opowiadał „Gościowi Niedzielnemu”. „Zawsze do konfesjonału o. Pio stały dwie kolejki z biletami: jedna przybyszów z daleka, druga wieśniaków z okolicy, tzw. dzieci duchowych o Pio. Chętnych do spowiedzi było tylu, że dochodziło do bójek o miejsce, a porządku pilnowały specjalne służby”.

    Po wielu latach jeden z najzacieklejszych oszczerców stygmatyka, Domenico Palladino, najmłodszy zakonnik w San Giovanni Rotondo (zmarł w 1977 roku), przyznał: „Byłem przekonany, że robię dobrze. Sądziłem, że ojciec Pio to oszust. Z upływem czasu zacząłem wątpić. W końcu po tylu wydarzeniach, przykrościach, rozczarowaniach i przemyśleniach, przekonałem się, że się myliłem”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________

    O. Pio: „Krzyknąłem z bólu. Czułem, że umieram”. Niezwykłe okoliczności otrzymania stygmatów

    Black and white photo of Padre Pio celebrating Mass, taken by Elia Stelluto, published by the Saint Pio Foundation

    © Photo by Elia Stelluto via Saint Pio Foundation

    ***

    Ojciec Pio siedział w swoim konfesjonale. Nagle poczuł przeszywający strach. Zobaczył przed sobą nigdy wcześniej niewidzianą istotę, która zbliżała się do niego z żelazną włócznią w ręce…

    Był piątek, 20 września 1918 r. Ojciec Pio skończył właśnie sprawować poranną mszę i zatrzymał się jeszcze na chórze, aby odprawić dziękczynienie. Mijał czas, trwał zatopiony w modlitwie. Gdy się ocknął, było koło dziesiątej. Nic nie zapowiadało, że właśnie tego dnia Jezus naznaczy go kolejnymi ranami miłości.

    Od ponad roku ojciec Pio doświadczał wstrząsających zjawisk mistycznych, a jego duszę spowijała ciemność. Nie wiedział, że zarówno duchowe jak i fizyczne cierpienia były tylko preludium, przygotowaniem do wielkiego obdarowania.

    San Giovanni Rotondo

    W San Giovanni Rotondo trzeba poruszać się powoli. Znaleźć czas na udział we mszy świętej, odprawienie drogi krzyżowej na zboczach stromego wzgórza i modlitwę w krypcie przy ciele stygmatyka w ozdobionym mozaikami kościele.

    Poza wypiciem kapucyńskiej kawy warto też wybrać się na zwiedzanie muzeum, na które zamieniono część starego klasztoru. Ojciec Pio mieszkał tu od 1916 r. aż do śmierci w 1968 r. i dziś zwiedzanie to tak naprawdę wędrówka po śladach świętego.

    To korytarze, którymi codziennie przechodził do kaplicy i na chór. To cela, w której mieszkał, i kościółek z konfesjonałem. Tym samym, w którym spędzał kilkanaście godzin dziennie. Jest  ściana pełna listów, które przez całe życie otrzymywał. Przychodziły ze wszystkich zakątków świata.

    W gablotach rzeczy osobiste: grzebień, okulary w rogowej oprawie i stosy białych rękawiczek. W celi, obok łóżka leżą zakonne sandały. Klęcznik i stolik nocny. Nad łóżkiem ściana wytarta od dotyku rąk i pościeli. Ślady, które nie mają ceny.

    ***

    PADRE PIO

    ***

    Rany miłości

    Ale mnie najbardziej wzruszył krzyż Chrystusa, pod którym 20 września 1918 r. ojciec otrzymał stygmaty. Chrystus wiszący na belce jest wyrzeźbiony z cyprysowego drzewa. I wywołuje drżenie.

    Ten, który cierpiał za wszystkich, podzielił się z nim cierpieniem. Wtajemniczył ojca Pio w dramat i głębię swojego bólu. Ale też w jego trwanie w czasie.

    Można spekulować, dyskutować, po ludzku próbować tłumaczyć istotę stygmatów. Jednak pod tym krzyżem pozostaje tylko wiara, że to było możliwe, podarowane i boskie – a nie ludzkie – naznaczenie. I że są to rany miłości.

    Cierpienie w ciemności

    „Po raz kolejny w tych dniach dusza moja zeszła do piekieł, raz jeszcze Pan ukazał mi furię szatana. Jego ataki są gwałtowne i nieustanne. Ten okryty niesławą odstępca pragnie wydrzeć mi z serca to, co jest w nim najświętsze: wiarę. Atakuje mnie w każdej godzinie dnia i w każdym miejscu, zaprawia goryczą sen w godzinach nocy” – pisał 19 czerwca 1918 r. w liście do o. Benedetto.

    Ale wcześniej, bo w listopadzie 1917 r., a więc zaledwie rok po przybyciu do San Giovanni Rotondo, pisał: „Jestem zupełnie pozbawiony światła i to wystarcza, aby napełnić mnie grozą, a także przekonać mnie, że zostałem poddany surowym regułom sprawiedliwości Bożej… Ojciec niebieski nie zapomina również o tym, abym uczestniczył w cierpieniach, także fizycznie, Jego jedynego Synaczka. Cierpienia te są tak straszliwe, że nie sposób ani ich opisać, ani wyobrazić sobie…”.

    „Gdzie mam szukać mojego Boga?” – pytał rozpaczliwie w innym liście do o. Benedetto z lipca 1918 r.

    Rana serca: podczas spowiadania

    Zmiana nastąpiła w sierpniu. Wieczorem 5 sierpnia, w wigilię święta Przemienienia Pańskiego ojciec Pio siedział w swoim konfesjonale, spowiadał chłopców. Nagle poczuł przeszywający strach.

    Zobaczył przed sobą nigdy wcześniej niewidzianą istotę, która zbliżała się do niego z żelazną włócznią w ręce. Ostrze włóczni miało dobrze naostrzony koniec,  z którego – tak zapamiętał – buchał ogień.

    „Patrzenie na to wszystko i doświadczenie, jak ta postać wbija z całą gwałtownością to narzędzie w moją duszę, było jednym i tym samym. Z trudem krzyknąłem z bólu, czułem, że umieram. To męczeństwo trwało aż do poranka siódmego dnia sierpnia. Tego, jak bardzo cierpiałem w tym bolesnym okresie, nie umiem opisać. Zostałem śmiertelnie zraniony” – pisał w liście.

    Ojciec Agostino zanotował w pamiętniku: „Szóstego sierpnia ukazał mu się Jezus pod postacią niebiańskiej istoty, uzbrojony w lancę, którą przebił mu serce. Czuł, jak jego serce rozdziera się na kawałki, a krew rozlewa się po wszystkich członkach ciała”.

    Ojciec Pio notował w kolejnych listach, że wszystkie te zdarzenia przerażają go, nie tylko w wymiarze duchowym, ale przede wszystkim fizycznym. Bo jak sobie wyobrazić dalsze życie z przebitym sercem? I w jakim celu ta rana jest mu zadawana? Jak długo będzie cierpiał i czuł upływ krwi? „Rana otwarta we mnie powtórnie krwawi i krwawi cały czas” – pisał.

    ***

    Ciemna noc ojca Pio. Prywatne notatki mistyka

    Ciemna noc ojca Pio. Prywatne notatki mistyka

    Rany rąk, stóp i boku

    Wrześniowego poranka siedział w ostatnim z trzech rzędów spróchniałych, drewnianych krzeseł ustawionych na posadzce chóru, przodem do głównego ołtarza. Kościół Matki Bożej Łaskawej, nad którego główną nawą znajdował się zakonny chór, był całkiem pusty.

    Kobiety licznie biorące udział w nabożeństwie już się rozeszły, świątynia tonęła w lekkim półmroku. Światło dnia wpadające przez jedyne na chórze maleńkie okienko oświetlało osiemnastowieczny krucyfiks zawieszony na balustradzie chóru. Jezus na tym krzyżu patrzył wprost na modlącego się ojca.

    PADRE PIO

    Gdyby mógł się wychylić, zobaczyłby ciągnące się za oknem drzewa migdałowców. Ale ojciec też migdałowców nie widział, siedział do nich tyłem, pogrążony w modlitwie. W tym dniu rozpoczął nowennę do Michała Archanioła. Był zmęczony, obolały i cierpiący. Rana w sercu pulsowała.

    Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Całą moją duszę wypełnia jasny obraz mojej mizerii… Widzę całe zło mojej natury i moją niewdzięczność. O ja nieszczęsny! Któż uwolni mnie ode mnie samego?” – modlił się bezradny i skupiony na własnym bólu.

    I właśnie wtedy to się stało. Wszystkie zmysły wewnętrzne i zewnętrzne zatopiły się w niewysłowionym spokoju. Wokół zapanowała całkowita cisza, Ojciec upadł zemdlony i gdy odzyskał świadomość zobaczył, że jego ręce, nogi i bok zostały przebite. I mocno krwawią. Co robić?

    Bolesne naznaczenie

    Najpierw nie chciał o tym mówić nikomu. Ujawnianie zjawisk mistycznych, których doznawał, wywoływało u niego ból i zawstydzenie. Relacjonował je ojcu duchowemu tylko i wyłącznie z racji posłuszeństwa.

    „Mój Boże, jak bardzo jestem zawstydzony i jakiego upokorzenia doznaję, kiedy muszę wyjawić to, czego Ty dokonałeś w tym swoim mizernym stworzeniu! Na chórze, po odprawieniu mszy świętej nagle ogarnął mnie stan spoczynku, podobny do słodkiego snu. Otaczała mnie całkowita cisza, która ogarnęła także moje wnętrze. Pojawił się pełny spokój i aprobata dla całkowitego wyrzeczenia się wszystkiego oraz wytchnienie od boleści.

    Wszystko to wydarzyło się w okamgnieniu! Czułem, że umieram i zapewne umarłbym, gdyby Pan nie pospieszył mi z pomocą…” – zeznawał w liście napisanym miesiąc później.

    Pięć ran Chrystusa

    Czy to sam Chrystus naznaczył ojca Pio stygmatami? To samo pytanie zadał mu jego przyjaciel, Giuseppe Orlando.

    „Wśród wielkiej światłości ukazał mi się Chrystus, pokryty ranami. Nic nie powiedział. Zniknął… Kiedy się ocknąłem, spostrzegłem, że leżę poraniony na ziemi. Dłonie, stopy i serce krwawiły i bolały tak bardzo, że nie miałem siły się podnieść. Na czworakach wlokłem się z chóru przez cały długi korytarz aż do celi. Rzuciłem się na łóżko i modliłem się, aby powtórnie ujrzeć Jezusa. Lecz później zanurzyłem się w siebie, przypatrzyłem się moim ranom i zapłakałem, wznosząc hymny dziękczynienia i modlitwy” – odpowiedział.

    Ślady odwiecznej miłości nosił przez pięćdziesiąt lat, od 20 września 1918 r. do 23 września 1968 r., a więc do dnia śmierci. Lekarze, którzy wielokrotnie badali ojca Pio obliczyli, że od dnia stygmatyzacji w ciągu 50 lat z jego ran wypłynęło 3-4 tys. litrów krwi. Po śmierci ojca rany zniknęły bez śladu, a raport lekarski podaje, że ciało było zupełnie pozbawione krwi.

    (korzystałam z książek:
    – G. F. Majka OFMCap, „Życie Ojca Pio”,
    – L. Peroni, „Ojciec Pio. Pełna biografia w 40. rocznicę śmierci”
    )

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________

    Sekret ojca Pio i Karola Wojtyły. Tajemnica szóstego stygmatu

    PIO

    Bundesarchiv-CC-BY-SA-3.0)

    ***

    „Wstrząsającego odkrycia” istnienia stygmatu na prawym ramieniu ojca Pio dokonał brat Modestino Fucci z Pietrelciny, któremu ówczesny przełożony dał klucz do celi ojca Pio i klucz do archiwum, żeby uporządkować jego rzeczy.

    Tak jak ojciec Pio, brat Daniele przejawiał swoim życie liczne charyzmaty – bilokacje, dar proroctwa czy czytanie w ludzkich sercach. W najnowszej książce pt. Ojciec Pio i brat Daniele – bratnie dusze, wydanej nakładem wydawnictwa Esprit, poznajemy sekrety życia przez wielu jeszcze nieodkrytego mistyka i orędownika oraz odkrywamy wyjątkową relację, która łączyła ojca Pio i brata Daniele.

    Ojciec Pio miał na prawym ramieniu taką samą ranę jak Jezus. Sprawiała mu ona najwięcej bólu, jednak konsekwentnie zachowywał fakt jej istnienia dla siebie. Wspomniał o niej jedynie przyszłemu papieżowi, Karolowi Wojtyle.

    Zdumiewające jest to, że zarówno bratu Daniele, jak i ojcu Pio najwięcej mistycznych cierpień przysparzał ten sam stygmat i że obaj – jeśli nie liczyć wyznania poczynionego jednej zaufanej osobie (jako testament?) – uparcie zachowywali go w tajemnicy.

    „Wstrząsającego odkrycia” istnienia stygmatu na prawym ramieniu ojca Pio dokonał brat Modestino Fucci z Pietrelciny, któremu ówczesny przełożony, ojciec Pellegrino Funicelli, dał klucz do celi ojca Pio i klucz do archiwum, żeby uporządkować jego rzeczy. Modestino miał zapieczętować w specjalnie przygotowanych pojemnikach z celofanu odzież ojca i wszystko, co do niego kiedyś należało lub było przez niego używane, z wyjątkiem tego, co było zastrzeżone dla kompetencji postulatora.

    Oto opowieść brata Modestina Fucciego:

    „Wciąż odkrywałem, starannie i ostrożnie, każdy kawałek odzieży, który opisywałem i zabezpieczałem, z przeczuciem, że jeszcze dokonam jakiegoś wstrząsającego odkrycia. Nie myliłem się! Gdy przyszła kolej na podkoszulki, przypomniałem sobie, że któregoś wieczoru w 1947 roku przed celą nr 5 ojciec Pio wyznał mi, że jednego z największych cierpień doświadcza, gdy zmienia sobie podkoszulek. […] Pomyślałem wówczas, że ból ten powoduje rana, którą błogosławiony ojciec miał w boku. 4 lutego 1971 roku musiałem zmienić zdanie.

    Przyglądając się z większą uwagą jednej z używanych przez niego wełnianych koszulek, zauważyłem, ku memu wielkiemu zdziwieniu, na wysokości prawego obojczyka niedający się wywabić ślad krwi. Nie wydawało mi się, aby – tak jak w przypadku „koszuli biczowania” – była to plama z krwawego potu. Chodziło o ewidentny ślad kolistej krwawej wybroczyny o średnicy około dziesięciu centymetrów na prawym ramieniu, blisko obojczyka. Zabłysła mi myśl, że ból, na który skarżył się ojciec Pio, mógł pochodzić od tej tajemniczej rany.

    Byłem wstrząśnięty i zakłopotany. Czytałem kiedyś w jakiejś religijnej książce modlitwę do uczczenia rany barku naszego Pana, zadanej Mu przez najtwardsze drzewo krzyża. Rana ta odsłoniła Jego trzy przenajświętsze kości i była przyczyną nieludzkiego bólu. Jeśli w ojcu Pio powtórzyły się wszystkie cierpienia męki, nie można wykluczyć, że cierpiał także z powodu rany na ramieniu”.

    O wyznaniu, jakie ojciec Pio poczynił Karolowi Wojtyle, wspomina katolicki pisarz i dziennikarz, Andrea Tornielli:

    Ojca Pio i Karola Wojtyłę łączył pewien sekret – zazdrośnie przez nich strzeżony, lecz zarazem objawiający silną mistyczną więź, jaka zrodziła się pomiędzy świętym stygmatykiem z półwyspu Gargano a polskim księdzem, który w przyszłości miał zostać papieżem. Ojciec Pio z Pietrelciny wyjawił ów sekret w 1948 roku, kiedy młody ksiądz po raz pierwszy przyjechał do San Giovanni Rotondo. Treść rozmowy kapucyna z przyszłym Janem Pawłem II ujawnił bliski przyjaciel tego drugiego, kardynał Andrzej Deskur. Wojtyła powiedział mu:

    „Z ojcem Pio rozmawialiśmy jedynie o jego stygmatach. Zapytałem go tylko: który ze stygmatów sprawia mu największy ból. Byłem przekonany, że to ten w sercu. Ojciec Pio bardzo mnie zaskoczył, mówiąc: «Nie, najbardziej boli mnie ten na ramieniu, o którym nikt nie wie i który nie jest nawet opatrywany». Ten stygmat sprawiał największy ból”. […]

    Tak pisze Stefano Campanella: „O tej ranie ojca Pio właściwie nikt nie wiedział aż do jego śmierci. Nic nie wiadomo o tym, by komukolwiek o niej mówił, za wyjątkiem przyszłego papieża, lub by zostawił o niej jakieś świadectwo albo przynajmniej jakąś pisemną wzmiankę”.

    Godny uwagi jest wywiad, jaki Renzo Allegri przeprowadził z bratem Modestinem Fuccim w 2003 roku. Brat Modestino porównał w nim szósty stygmat ojca Pio do rany „na ramieniu ukrzyżowanego Jezusa”, którą, jak utrzymywał, „wyraźnie widać na całunie”. Oto opowieść brata:

    „Któregoś dnia, gdy ostrożnie składałem wełniane koszulki ojca Pio, […] zauważyłem, że każda z nich ma na wysokości prawej łopatki niezmywalną plamę krwi. W chwilę później przypomniałem sobie, że pewnego wieczoru w roku 1947 ojciec Pio zwierzył mi się, że najbardziej dotkliwy ból odczuwa przy zmianie bielizny. Założyłem, że był on spowodowany raną w boku, lecz tamtego dnia musiałem zmienić zdanie. Plama krwi na wełnianej koszulce była pozostałością po okrągłej ranie o średnicy około dziesięciu centymetrów, przypominającej ranę na ramieniu ukrzyżowanego Jezusa. To skaleczenie wyraźnie widać na całunie. Ojciec Pio doświadczał tego cierpienia na własnym ciele – zarówno w wymiarze mistycznym, jak i fizycznym”.

    Może zdumiewać, że milczące, dotkliwe cierpienie ojca Pio z powodu szóstego stygmatu, a także wyznanie brata Daniele, który powiedział Silvanowi, iż rana na prawym ramieniu przysparzała Jezusowi największego bólu (wiele wskazuje na to, że podobny ból stawał się nocą udziałem samego zakonnika), pokrywają się z mistycznym objawieniem, jakiego za sprawą Jezusa doznał św. Bernard.

    Święty Bernard, opat klasztoru w Clairvaux, zapytał w modlitwie naszego Pana, która z boleści, jakie odczuł na swym ciele podczas męki, była najbardziej dotkliwa. Odpowiedź brzmiała:

    – Miałem ranę na ramieniu, spowodowaną dźwiganiem krzyża, na trzy palce głęboką, z której widniały trzy odkryte kości. Sprawiła mi ona większe cierpienie i ból aniżeli wszystkie inne. Ludzie mało o niej myślą, dlatego jest nieznana. Lecz ty staraj się objawić ją wszystkim chrześcijanom całego świata. Wiedz, że o jakąkolwiek łaskę prosić Mnie będą przez tę właśnie ranę, udzielę jej – i wszystkim, którzy z miłości do Tej Rany uczczą Mnie odmówieniem codziennie trzech Ojcze nasz i trzech Zdrowaś, Maryjo, daruję grzechy powszednie, ich grzechów ciężkich już więcej pamiętać nie będę, nie umrą nagłą śmiercią, w chwili skonania nawiedzi ich Najświętsza Dziewica i uzyskają łaskę i zmiłowanie moje.

    Silvano – bliski przyjaciel, potrafiący czytać w duszy brata Daniele – dopatrzył się w incydencie naczyniowym znaku wewnętrznej stygmatyzacji, która upodabniała brata do ojca Pio.

    Jakiego rodzaju stygmaty miał więc brat Daniele? Dlaczego porównuje się go do ojca Pio?

    Odpowiedź na to pytanie znają jedynie Jezus i Matka Boża, ponieważ sam brat zachowywał swoje udręki w tajemnicy. Wiele zdarzeń i poszlak zdaje się jednak świadczyć o tym, że otrzymał wewnętrzne, ukryte stygmaty. Pamiętajmy, że brat Daniele:

    1. Łączył się z ojcem Pio w cierpieniu, aby móc ofiarować je Jezusowi (Brat powiedział ojcu: „Niech ojciec wraz ze swoimi ofiaruje Panu i moje cierpienia”. Na co ojciec Pio odparł: „Tak, nie tylko teraz, lecz po wieki”).

    2. Otrzymał od ojca Pio takie same władze, jakimi dysponował stygmatyk, i pozostawał z nim w symbiozie („na mszy świętej i podróżując przez świat”, za życia ojca Pio, w bilokacji, i po jego śmierci, za specjalnym namaszczeniem: „Gdzie ja jestem, tam jest i ojciec Pio”).

    3. Ugasił pragnienie bezpośrednio z przebitego serca Jezusa w ojcu Pio, dzieląc ze Zbawicielem cierpienia i biorąc udział w Jego męce. Podobnie jak ojciec Pio żył w sercu Jezusa i mawiał: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”.

    4. Ofiarował się Panu i zawarł z Nim porozumienie: „W nocy zsyłaj na mnie tyle cierpień, ile tylko zechcesz, ale za dnia pozwól mi pracować. Spraw, abym spotkał się w raju ze wszystkimi, z którymi spotykam się na ziemi”.

    Świadkiem owych nocnych udręk był częsty gość w domu brata Daniele w San Giovanni Rotondo, Silvano Scapin. Z kolei brat Silvana, Luciano Scapin, który również bywał u zakonnika, twierdzi, że już przed rokiem 1991 słyszał nocami jego skargi.

    5. W nocy brat Daniele przeżywał mękę Jezusa, jak gdyby miał niewidzialne stygmaty. Jak zostało to już powiedziane, pewnego ranka, po całej nocy straszliwych boleści, skomentował: „Największe cierpienie sprawiało Jezusowi to, że musiał dźwigać krzyż; rana na prawym ramieniu była najbardziej bolesna”.

    6. Straciwszy przytomność, brat Daniele bezwiednie przyjął pozycję ukrzyżowanego. Nie leżał jak ktoś, kto osunął się na podłogę wskutek zwykłego omdlenia. Czyżby poczuł, że jest przybijany do krzyża?

    *fragment książki “Ojciec Pio i brat Daniele – bratnie dusze“, Esprit 2022; tytuł, lead, śródtytuły pochodzą od redakcji Aleteia.pl

    ________________________________________________________________________________

    Ojciec Pio, bat na ateistów, znak dany przez Boga

    fot. via Wikipedia.org, Domena publiczna

    ***

    Ojciec Pio, bat na ateistów, znak dany przez Boga

    W życiu wielu świętych mistyków odnotowano przypadki bilokacji, czyli stanu, w którym dana osoba znajduje się równocześnie w dwóch różnych miejscach, nieraz oddalonych od siebie o tysiące kilometrów. Jest to jedno z najbardziej tajemniczych zjawisk w życiu mistyków.

    Ojciec Pio posiadał dar bilokacji, z którego bardzo często korzystał, aby nieść pomoc ludziom będącym w potrzebie. Kiedyś zwierzył się, że śpi tylko siedem godzin w roku. Dla niego dzień bilokacji rozpoczynał się, kiedy kładł się na nocny spoczynek. Udawał się w bilokacjach tam, gdzie posyłał go Chrystus, do konkretnych osób, z duchowym wsparciem, radą i pomocą. W tych “bilokacyjnych podróżach” często towarzyszyli mu św. Antoni Padewski lub św. Franciszek z Asyżu. Faktu bilokacji nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Przypuszcza się, że duch opuszcza ciało i udaje się w inne miejsce, natomiast ciało pozostaje w bezruchu. Kiedy św. Alfons Liguori udał się w bilokacji do Rzymu, aby być przy śmierci papieża Klemensa XIV i uczestniczyć w jego pogrzebie, przez dwa dni siedział jak skamieniały w fotelu, w miejscu swego zamieszkania. Zjawisko bilokacji w życiu o. Pio jest bogato udokumentowane.

    Obronił San Giovanni Rotondo przed zbombardowaniem

    Piloci wojsk alianckich stacjonujących w okolicach Bari od września 1943 r. byli podczas lotów świadkami nadzwyczajnych spotkań. Za każdym razem, kiedy odbywali loty bojowe i zbliżali się w okolice San Giovanni Rotondo, widzieli pojawiającego się na niebie zakonnika, który nie dopuszczał do zrzucenia bomb i zawracał samoloty. Wszystkie miejscowości w okolicy były mocno bombardowane, natomiast na San Giovanni Rotondo nie spadła ani jedna bomba. “Kiedy piloci wracali po wykonaniu lotu – wspomina generał Rossini – opowiadali, że w pewnym momencie na niebie ukazywał się im zakonnik i wtedy samoloty natychmiast same zmieniały kurs”.

    Początkowo wielu nie dowierzało tym nieprawdopodobnym historiom. Jednak kiedy coraz więcej pilotów dzieliło się podobnymi doświadczeniami (a byli wśród nich Amerykanie, Anglicy, Polacy, Żydzi, katolicy, protestanci, niewierzący), naczelny dowódca, którym był amerykański generał, postanowił osobiście sprawdzić wiarygodność tych opowieści.

    Poprowadził eskadrę bombowców, która miała zniszczyć niemiecki magazyn amunicji, znajdujący się w pobliżu San Giovanni Rotondo. Była to któraś z kolei misja, wszystkie poprzednie nie powiodły się, z powodu tajemniczej zjawy pojawiającej się na niebie.

    Wszyscy w napięciu czekali, jak tym razem powiedzie się lot bombowe; Kiedy eskadra wróciła do bazy, ameryf kański generał był w prawdziwym szoku. Opowiedział, że kiedy byli już blisko celu bombardowania, nagle zauważyli na wysokości lecących samolotów, postać zakonnika ze wzniesionymi rękami. W pewnym momencie we wszystkich samolotach bomby samoczynnie się odczepiły spadając na okoliczne lasy. Natomiast samoloty, same, bez ingerencji pilotów wróciły w kierunku bazy. Wydarzenie to stało się głownym temeatem tematem rozmów w całej jednostce. W czasie dyskusji ktoś zasugerował, że tym zakonnikiem może być stygmatyzowany o. Pio, przebywający w klasztorze w San Giovanni Rotondo. Generał stwierdził, że jak tylko przesunie się linia frontu, to osobiście pojedzie do klasztoru, aby to sprawdzić. Kiedy Niemcy wycofali się Generał wybrał się z kilkoma pilotami do San Giovanni Rotondo. Przy wejściu do zakrystii natychmiast zauważył, że w grupie zakonników jest ten, który zawracał samoloty. Ojciec Pio podszedł do generała, położył mu rękę na ramieniu i powiedział: “To ty chciałeś nas wszystkich wysadzić w powietrze!”. Słysząc te słowa i widząc o. Pio generał przeżył duchowy wstrząs. Później długo jeszcze rozmawiali ze sobą, doskonale się rozumieli, chociaż generał mówił po angielsku, a o. Pio w swoim rodzinnym dialekcie z Benewentu. Po tym spotkaniu, generał, protestant przeszedł na katolicyzm.

    Ślad ręki na szybie

    Ojciec Placid Bux w 1957 r. zachorował na marskość wątroby i w stanie beznadziejnym leżał w szpitalu w San Severo. W nocy zauważył, że przy jego łóżku stoi o. Pio, który pocieszając go zapewnił, że wyzdrowieje, później podszedł do okna, odcisnął dłoń na Szybie i zniknął. Rano o. Placid czuł się bardzo dobrze, spojrzał w okno i zobaczył na szybie odciśniętą dłoń Stygmatyka, co go upewniło, że nocna wizyta o. Pio rzeczywiście miała miejsce. Wiadomość rozeszła się po szpitalu i po całym mieście. Do pokoju chorego o. Placido zaczęło przychdzić mnóstwo ciekawskich ludzi, aby obejrzeć odbicie dłoni o. Pio. Władze szpitala nakazały, aby je zmyć. I chociaż użyto wszystkich dostępnych środków czyszczących, śladu dłoni o. Pio nie udało się usunąć. O. Placido całkowicie wyzdrowiał i po wyjściu ze szpitala natychmiast pojechał do San Giovanni Rotondo. Kiedy spotkał o. Pio na klasztornym korytarzu , usłyszał pytanie: “Jak się czuje nasz o. Placido? Wspaniale” – odpowiedział i korzystając z okazji zapytał: “Czy rzeczywiście był ojciec u mnie w szpitalu i zostawił ślad ręki na szybie?” Patrząc mu prosto w oczy o. Pio odpowiedział: “I ty w to wątpisz. Byłem tam, ale nikomu o tym nie mów”.

    Dziękuję za uratowanie mi życia

    Pewnego dnia po Mszy św. w zakrystii o. Pio zdejmował szaty liturgiczne. Podszedł wtedy do niego mężczyzna, który upadł na kolana i płacząc mówił: “Ojcze, dziękuję, że uratowałeś mi życie”. Był to kapitan piechoty. W czasie wojny przebywał na froncie, wokół szalała bitwa. W pewnym momencie zobaczył, że kilkanaście metrów od niego stoi jakiś zakonnik, daje mu znak ręką i mówi: “Niech pan kapitan jak najprędzej ucieka z miejsca, gdzie pan teraz jest, i stanie obok mnie”. Kapitan natychmiast podbiegł do zakonnika i w tym momencie uderzył granat, dokładnie w to miejsce, w którym przez chwilą stał. Kiedy oficer odwrócił się, aby podziękować zakonnikowi, jego już tam nie było, zniknął bez śladu. Kapitan po wojnie przyjechał do San Giovanni Rotondo i wtedy rozpoznał, że tym tajemniczym zakonnikiem był właśnie o. Pio.

    List z Czechosłowacji

    Wśród wielkiej ilości listów, które nadeszły do San Giovanni Rotondo, była też korespondencja z krajów bloku komunistycznego. Świadczą one o tym, że o. Pio często udawał się tam w bilokacji. Był w Jugosławii, przy arcybiskupie Alojzym Stepinaciu podczas jego procesu. Towarzyszył prymasowi Węgier, kard. Józefowi Mindszentiemu, w czasie, gdy był w więzieniu. Sekretarz prymasa Węgier opowiadał, że podczas pobytu w wiezieniu, w 1956 r., kardynał bardzo pragnął odprawić Mszę św. Pewnego dnia o. Pio zjawił się w jego więziennej celi, przynosząc ze sobą to, co potrzebne do sprawowania Eucharystii, nawet służył mu do Mszy św. Odchodząc zabrał wszystko ze sobą .

    W Czechosłowacji władze komunistyczne, rozwiązały zakony, a księża zostali uwięzieni. Jedna ze wspólnot zakonnych sióstr prowadziła życie ukryte. Siostry nie nosiły habitów, w ciągu dnia pracowały na roli, a w nocy zbierały się na wspólną modlitwę. Właśnie te siostry napisały list do o. Pio, dziękując mu za to, że specjalnie przyjechał do nich, aby odprawić Mszę św. Przykro im było tylko, że o. Pio nie przyjął zaproszenia na skromny posiłek. W liście pytały również, jak udała mu się powrotna podróż i czy miał problemy na przejściu granicznym. Z tego listu wynika, że siostry były absolutnie przekonane, że o. Pio opuścił San Giovanni Rotondo i wybrał się w podróż do Czechosłowacji. A była to podróż bilokacyjna.

    Cudowny zapach

    Z krwawiących ran o. Pio emanował wyjątkowy, niespotykany zapach, który przypominał mieszaninę fiołków, róż, lilii i kadzidła. Nie sposób go jednak opisać ponieważ zawiera obok znanych aromatów – nowe, dotąd nieznane elementy. Te cudowne zapachy emanowały również z przedmiotów związanych z o. Pio. Często pojawiały się znienacka, trwały krótko lub długo. O. Pio wyjaśnił, że zapach ten jest znakiem, który mówi, że przez jego pośrednictwo Bóg zsyła łaskę, pociesza, ostrzega przed niebezpieczeństwem, pokusą lub grzechem.

    Od ludzi świętych, zjednoczonych w miłości z Bogiem, emanowała cudowna woń. I tak na przykład ciało św. Marcina de Porres wydzielało subtelny zapach. Kiedy po 25 latach od śmierci 5 otwarto jego grób, z ciała emanował ten sam aromat. Niezaprzeczalną wiarygodność faktu cudownego zapachu o. Pio potwierdzają i tysiące świadectw ludzi, którzy go doświadczyli nie tylko za życia o. Pio. ale również i po jego śmierci.

    Dr Giorgio Festa przywiózł z San Giovanni Rotondo do swojego gabinetu w Rzymie, mały kawałek bandaża nasiąkniętego krwią z rany boku o. Pio. Przez długi czas ten mały kawałek płótna, zamknięty w szafce, emanował tak silnym zapachem, że wszyscy przychodzący pacjenci pytali doktora Festę o pochodzenie tej subtelnej, niespotykanej woni.

    Gwardian klasztoru w San Giovanni Rotondo – o. Rosario napisał, że przez pierwsze trzy miesiące swego urzędowania jako przełożony o. Pio, każdego dnia czuł przedziwny zapach, rozchodzący się z celi Stygmatyka, z którym sąsiadował.

    Giuseppe Onufrio z Palermo wspomina, że podczas spowiedzi ojciec Pio trzymał go za prawą rękę. Kiedy wrócił do domu poczuł, że prawa ręka emanuje zapachem o. Pio. Pomimo wielokrotnego mycia rąk zapach nie ustępował przez wiele dni. Ojciec Pio nałożył mu pokutę, która miała trwać przez trzy miesiące. W tym okresie Onufrio odczuwał niezwykle intensywny i przyjemny zapach. Pojawiał się niespodziewanie, a potem ustawał. Kiedy skończył się czas pokuty, zapach ustał.

    Rosa Baldi miała bardzo wysoką gorączkę dochodzącą do 40°C. Lekarze byli bezradni, nie potrafili ustalić jej przyczyn. Pani Baldi wysłała swego syna do San Giovanni Rotondo, aby prosił o pomoc o. Pio. Podczas spowiedzi chłopiec poprosił ojca o uzdrowienie mamy. W dzień powrotu syna, w domu pani Baldi wszyscy poczuli niesamowity zapach. Tego samego dnia jej gorączka nagle zniknęła. W ten sposób o. Pio dał znać o swojej duchowej obecności i łasce uzdrowienia, którą wymodlił.

    Przez cudowny zapach o. Pio dawał i ciągle daje znak swoim duchowym synom i córkom, że chociażby przeżywali najciemniejszą życiową noc, największe niebezpieczeństwa i trudności, , to nigdy nie są sami, bo jest z nimi zawsze kochający Bóg. “Kiedy próby są bardzo ciężkie – pisze o. Pio – powtarzam ci w nieskończoność, że nie musisz się lękać, bo nawet jeżeli widzisz, że twa dusza stoi na skraju przepaści, to przecież jest z tobą Jezus. Musisz nieprzerwanie wznosić swój głos do nieba, nawet kiedy atakuje twą duszę strapienie i przytłacza cię samotność. Krzycz głośno razem z bezgranicznie cierpliwym Hiobem, który, doświadczając za przyzwoleniem Bożym tego, co ty teraz przeżywasz, wołał: Choćby mnie zabił Wszechmocny – ufam”.

    mp/Miłujcie się, nr 3/2002

    ___________________________________________________________________________________

    9 fundamentalnych wskazówek św. o. Pio dla duchowej córki

    9 fundamentalnych wskazówek św. o. Pio dla duchowej córki

    fot. san giuseppe da copertino / youtube.com / Elwira Ginalska

    ***

    Niewiele osób zna listy, które św. ojciec Pio wysyłał do Raffaeliny Cerase. Zawarta jest w nich wielka mądrość, która odkrywa przed nami ważne i uniwersalne prawdy o życiu i relacji z Bogiem. Oto 9 fundamentalnych wskazówek świętego stygmatyka.

    Raffaelina Cerase – rodzina i przyjaciele mówili do niej Lellina – urodziła się w Foggii 1 listopada 1868 roku. Pochodziła ze szlacheckiej, majętnej rodziny. W swoim życiu doświadczała zarówno zwykłych, codziennych problemów – trudnych relacji rodzinnych, trudności mieszkaniowych, jak również trosk związanych z zagrożeniem życia – cierpiała na chorobę nowotworową. Chociaż życie Raffaeliny nie wyróżniało się niczym szczególnym, kobieta doświadczyła relacji z wielkim świętym, ojcem Pio, który widział w niej swoją duchową córkę. W listach, które św. ojciec Pio przez wiele lat wysyłał Raffaelinie, zawarta jest wielka mądrość, która może odkryć przed nami wiele ważnych i uniwersalnych prawd.

    Oto 9 ważnych myśli św. ojca Pio, które zawarł w listach do swojej duchowej córki Raffaeliny Cerase (zakonnik zwracał się do niej w formie, która była przyjęta w jego czasach):

    1. Łaska Boża jest zawsze z nami i jesteśmy bardzo drodzy Panu Bogu

    “Kiedy dusza jęczy i boi się obrazić Boga, nie obraża Go i jest bardzo daleka od popełnienia grzechu. Łaska Boża jest zawsze z Wami i jesteście bardzo droga Panu. Cienie, lęki, przeciwne temu przekonania, to szatańskie podstępy, którymi w imię Jezusa musicie gardzić. Nie słuchajcie tych pokus. Rolą ducha nieczystego jest przekonać Was, że całe Pani dotychczasowe życie było usiane grzechami. Posłuchajcie raczej mnie, który mówię i to samo mówi Oblubieniec naszych dusz, że Wasz obecny stan jest efektem Waszej miłości do Boga i jednocześnie dowodem niezrównanej miłości Boga do Was. Odrzućcie lęki, rozwiejcie cienie, które nad Waszą duszą zagęszcza demon, aby Was nękać i oddalać, o ile to możliwe, nawet od codziennej Komunii”.

    2. Jesteśmy dziećmi Bożymi, przeznaczonymi do królowania z Jego Synem przez całą wieczność

    “Och, gdybyśmy wszyscy mogli pojąć, z jak wielkiej nędzy i hańby wydobyła nas wszechpotężna ręka Boga. Och! Gdybyśmy choć przez chwilę mogli przenikać to, co nadal zadziwia same duchy niebieskie, czyli stan, do którego łaska Boża nas wyniosła, żeśmy są ni mniej ni więcej tylko Jego dziećmi przeznaczonymi do królowania z Jego Synem przez całą wieczność!

    Kiedy dusza ludzka będzie dopuszczona do zgłębiania tego, nie będzie mogła żyć inaczej jak tylko życiem w całości niebiańskim. Jakże nędzny jest stan ludzkiej natury! Jak wiele razy Ojciec niebieski chciałby przed nami odkryć swoje tajemnice i jest zmuszony nie czynić tego, bo nie dostajemy do nich z powodu naszej nieprawości. Oby Pan zechciał położyć kres tak wielkiej niedoli i tak wielkiej nędzy. Niech królowanie szatana skończy się raz na zawsze i niech nastanie sprawiedliwość”.

    3. Nie jesteśmy oddzieleni od Jezusa. To kłamstwo złego

    “Nie ma sensu przekonywać Was, że nie jesteście – jak utrzymujecie – oddzielona od Jezusa. Ach! Ufajcie Mu i nie bójcie się, gdyż nie macie ku temu żadnego powodu. Nie jest to opuszczenie, lecz miłość, którą ukazuje Wam najsłodszy nasz Zbawiciel. A ja nie mam odpowiednich słów, aby podziękować za dobroć Pana, który traktuje Was i strzeże z taką miłością. Zły chce Was przekonać, że jesteście ofiarą jego ataków i została Pani przez Boga opuszczona. Nie wierzcie mu, bo chce Was oszukać. Wzgardźcie nim w imię Jezusa i Jego Najświętszej Matki”. 

    4. Pamiętajmy o cnotach: skromności, wstrzemięźliwości i czystości

    “Są trzy cnoty, które doskonalą i regulują stosunek pobożnej osoby do własnych zmysłów: skromność, wstrzemięźliwość i czystość. Przy pomocy cnoty skromności pobożna dusza reguluje wszystkie swoje odruchy zewnętrzne. (…) Przy pomocy wstrzemięźliwości dusza powstrzymuje wszystkie zmysły: wzrok, dotyk, smak, powonienie, słuch od nadmiernych przyjemności nawet dozwolonych. Przy pomocy czystości, cnoty, która sublimuje naszą naturę na wzór aniołów, dusza tłumi zmysłowość i oddziela ją od przyjemności zakazanych. To jest najszlachetniejszy obraz doskonałości chrześcijańskiej. Błogosławiona dusza, która posiada wszystkie te piękne cnoty, owoce Ducha Świętego, który jest w niej. Nie ma się czego obawiać, będzie jaśnieć w świecie jak słońce na firmamencie”.

    5. Jesteśmy niczym bez Bożej pomocy

    “Nie powinno Was zniechęcać ani pogrążać w smutku to, że nie pełnicie uczynków z taką doskonałością, z jaką Pani zamierzała: Cóż chcecie! Jesteśmy krusi, jesteśmy ziemią a nie każda gleba wydaje te same owoce zgodne z intencją rolnika. Ale kórzmy się zawsze z powodu naszych mizerii, uznając żeśmy niczym bez Bożej pomocy. Niepokój po czynie, który nie wypadł zgodnie z naszą czystą intencją, jaką mieliśmy – to nie jest pokora, to widoczny znak, że dusza nie powierzyła wydoskonalenia swego dzieła Bożej pomocy, lecz zanadto ufała swoim własnym siłom. (…)”.

    6. Najważniejsze jest przebywanie w obecności Pana

    “Nie zatapiajcie się tak bardzo waszego ducha w pracach domowych i rozlicznych sprawunkach, żeby nie cierpiało na tym przebywanie w obecności Pana. Z tego powodu proszę często odnawiać Waszą dobrą intencję, jaką powzięła Pani na początku; od czasu do czasu odmawiać akty strzeliste, które są jak liczne strzały, które mają zranić serce Boga i zobligować Go, proszę mi pozwolić na to wyrażenie, które wcale nie jest przesadzone w naszym przypadku, zobligować Go, mówię, do udzielenia nam łask i wszelkiej pomocy”.

    7. Zawsze rozpoczynajmy posiłek od modlitwy

    “Nie siadajcie do posiłku bez uprzedniej modlitwy i prośby o pomoc bożą, aby pokarm, który niechętnie przyjmujemy, chcąc ulżyć naszemu ciału, nie zaszkodził naszemu duchowi. Potem zasiądziecie do stołu z jakąś pobożną myślą, rozmyślając, że macie koło siebie Boskiego mistrza i Jego świętych Apostołów z ostatniej wieczerzy, jaką spożył ze swoimi, zanim ustanowił sakrament ołtarza. Starajmy się, aby wieczorny posiłek cielesny stał się przygotowaniem do boskiego pokarmu w najświętszej Eucharystii, a wszystko niech się dzieje bez nadmiernego przemęczania ducha”. 

    8. Szatan chce, abyśmy zobojętnieli na dobro

    “Proszę nie dawać posłuchu Swojej niespokojnej wyobraźni, kuszonej i potężnie wystawianej na próbę przez naszego wroga. On chciałby, aby uwierzyła Pani, że jej życie zobojętniało na dobro. Na tym polega ta wyszukana i oczywista machinacja demona. Łaska Jezusa, moja Droga, czyni Panią aż za bardzo wyczuloną na dobro”.

    9. Nie kładźmy się spać bez modlitwy

    “Nigdy nie kładźcie się do łóżka bez zapytania Waszego sumienia, jak minął dzień, i bez uprzedniego skierowania wszystkich Waszych myśli ku Bogu; bez oddania i poświęcenia Mu Waszej osoby i wszystkich chrześcijan a szczególnie mojej skromnej osoby, bo ja to samo czynię dla Was”.

    Deon.pl

    ***

    Jeśli zainspirowała cię treść listów św. ojca Pio do Raffaeliny Cerase, weź udział w rekolekcjach internetowych, opracowanych na ich podstawie>>

    _______________________________________________________________________________

    23 września

    Błogosławiony Józef Stanek SAC
    prezbiter i męczennik

    Błogosławiony Józef Stanek

    Józef Stanek urodził się w 1916 r. w Łapszach Niżnych w diecezji krakowskiej, na pograniczu polsko-słowackim. Był ósmym, najmłodszym dzieckiem Józefa i Agnieszki, którzy zajmowali się rolnictwem. W 1923 r. rodzinę nawiedziła tragedia. Epidemia tyfusu w ciągu dziewięciu miesięcy pochłonęła życie obojga rodziców i dwóch dziadków. Opiekę nad Józefem przejęło starsze rodzeństwo, w szczególności 34-letnia najstarsza siostra Stefania i brat Wendelin.
    W 1929 r. Józef po ukończeniu podstawowej edukacji został wysłany do Wadowic. Tam ukończył szkołę średnią prowadzoną przez pallotynów. Nie było to łatwe, bo gdy przyjeżdżał do tej szkoły, nie znał dobrze języka polskiego – w domu rodzinnym mówiono bowiem spiską, góralską gwarą.
    Po maturze, w 1935 r., wstąpił do pallotynów w Sucharach nad Notecią k. Nakła. Tam odbył nowicjat. Pierwszą profesję złożył dwa lata później. Studia filozoficzno-teologiczne rozpoczął w seminarium pallotynów w Ołtarzewie koło Ożarowa. Gdy wybuchła II wojna światowa, klerycy z Ołtarzewa zostali ewakuowani przed najeżdżającymi Rzeczpospolitą wojskami niemieckimi – na wschód. Tam wpadli w ręce sowieckie.
    Józkowi udało się na szczęście uciec z naprędce zorganizowanego obozu przejściowego. Powrócił do rodzinnego Spiszu, w międzyczasie przyłączonego do współpracującego z Niemcami państwa słowackiego. Po krótkim pobycie w rodzinnych stronach wrócił do Ołtarzewa. Spotkał się tam z wieloma innymi seminarzystami, którzy po wojnie obronnej 1939 r. zdołali powrócić. Święcenia kapłańskie przyjął w 1941 r. w katedrze w Warszawie.
    Rozpoczął studia specjalistyczne na tajnych kompletach Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Złożył też, gdzieś w 1941 r., przysięgę Związku Walki Zbrojnej ZWZ, przemianowanej w 1942 r. na Armię Krajową, stając się jej członkiem i rozpoczynając działalność w podziemnej konspiracji. Jednocześnie posługiwał jako duszpasterz i kapelan Zakładu Sióstr Rodziny Maryi na Koszykach przy ul. Hożej w Warszawie. Tam też, 1 sierpnia 1944 r., zastał go wybuch Powstania Warszawskiego.
    Do drugiej połowy sierpnia ofiarnie spełniał posługę na Koszykach, pełniąc rolę kapelana, także w prowizorycznych szpitalach powstańczych. Wtedy to przełożeni skierowali go do pracy w Zgrupowaniu AK “Kryska”, walczącym w okolicy ul. Czerniakowskiej na Powiślu. Ksiądz Józef przybrał pseudonim “Rudy”. Rozpoczął szeroką i wszechstronną pracę duszpasterza i kapelana. Odprawiał Msze św. polowe i spowiadał. Często odwiedzał polowe szpitale, niosąc duchową pomoc i nadzieję walczącym i rannym. Nosił rannych, docierając do najbardziej wysuniętych pozycji powstańczych. Pomagał walczącym żołnierzom i ludności cywilnej odkopywać zasypanych.
    Wielu rannych uratował od niechybnej śmierci, zwłaszcza w ostatnich dniach Powstania na przyczółku czerniakowskim, jednym z regionów Warszawy znajdującym się jeszcze w ręku powstańców.
    Chociaż miał możliwość uratowania życia, przeprawiając się pontonem na drugi brzeg Wisły, nie skorzystał z niej. Oddał przeznaczone dla niego miejsce rannemu żołnierzowi. Chciał dzielić los żołnierzy i ludności cywilnej, która została na lewym, walczącym brzegu rzeki. Od 10 do 23 września trwały krwawe walki o przyczółek Czerniakowski. Teren opanowany przez powstańców nieustannie zmniejszał się. Wkrótce część żołnierzy ewakuowała się kanałami na Mokotów, inni dostali się na prawy brzeg Wisły.
    23 września 1944 r. Niemcy wysłali na tereny bronione przez “Kryskę” parlamentariuszy – przedstawicieli ludności cywilnej – z wezwaniem do poddania się i całkowitej kapitulacji. Powstańcy podjęli rozmowy. Działania zostały przerwane. Nastąpiła ewakuacja rannych i ludności cywilnej. W pertraktacjach wziął udział kapelan “Kryski” – Józef Stanek “Rudy”. Rozmowy nie dały jednak rezultatów. Powstańcy nie przyjęli niemieckich warunków. Józef Stanek został zatrzymany przez Niemców jako zakładnik.
    Ściągnął na siebie specjalną nienawiść Niemców między innymi za to, że polecił powstańcom, na własną odpowiedzialność, przed poddaniem niszczyć broń. Każdego bowiem schwytanego powstańca z bronią w ręku rozstrzeliwano. Ks. Józef nie chciał także, aby broń dostała się w ręce hitlerowców i służyła zabijaniu Polaków.
    Dla ks. Józefa Niemcy przygotowali specjalny rodzaj śmierci. Bity, popychany przez hitlerowskich siepaczy, został odprowadzony pod szubienicę – wystającą z muru żelazną belkę. Podchodził do niej spokojnie, z powagą i majestatem… W sąsiedztwie Niemcy pędzili – jak się okazało do niewoli, obozów koncentracyjnych i obozów zagłady – opuszczającą płonącą Warszawę ludność cywilną i ukrywających się wśród niej żołnierzy AK. Chcieli im pokazać, jaki los spotyka “głównego bandytę Powstania”. Zarzucono mu pętlę na szyję (ponoć była to jego stuła). Ks. Stanek, w czarnej sutannie, choć bez oznak Armii Krajowej, wyprostował się i w ostatnich chwilach życia, spod szubienicy, błogosławił przechodzących żołnierzy i ludność cywilną, których wcześniej spowiadał i podnosił na duchu. Powieszono go na zapleczu magazynu przy ulicy Solec.
    W 1945 r. jego szczątki ekshumowano i złożono w zbiorowej mogile przy ul. Solec w Warszawie (ogółem, w dwóch mogiłach, pochowano 278 pomordowanych). Rok później przeniesiono je na Powązki. Szczątki, w sutannie, były dobrze zachowane – na szyi widać było odciśniętą pętlę. W kieszeni sutanny znajdował się kapłański brewiarz. W 1987 r. spoczęły one w kwaterze zgrupowania AK “Kryska” na tym cmentarzu. Przy skrzyżowaniu ulic Wilanowskiej i Solec w 1994 r. postawiono pomnik księdza oraz innych żołnierzy i powstańców walczących na tym terenie.
    Beatyfikacji ks. Józefa Stanka dokonał św. Jan Paweł II w grupie 108 polskich męczenników za wiarę w dniu 13 czerwca 1999 r. w Warszawie. W 2000 r. relikwie bł. ks. Józefa Stanka zostały przeniesione do dolnego kościoła Chrystusa Króla w parafii pw. św. Wincentego Pallottiego w Warszawie. Cztery lata później ks. Józefa ustanowiono patronem kaplicy w nowo otwartym Muzeum Powstania Warszawskiego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Błogosławieństwo spod szubienicy. Ks. Józef Stanek – patron kaplicy w Muzeum Powstania Warszawskiego

    Gdy powstanie dogorywało, odmówił ewakuacji na praski brzeg Wisły. Swe miejsce w pontonie oddał rannemu żołnierzowi.

    bł. ks. Józef Stanek SAC, patron kaplicy w Muzeum Powstania Warszawskiego

    fot. Mirosław Rzepka/Gość Niedzielny

    ***

    Przyszedł na świat w przepięknych okolicznościach przyrody – tuż przy słowackiej granicy, między postrzępionymi szczytami Tatr, stokami Pienin i zielonych Gorców. Na Spiszu – w prawdziwym tyglu kultur. „W spiskiej muzyce znajdziemy i elementy węgierskie (słynne czardasze, przy których nogi same rwą się do tańca), i cygański ogień, i elementy wołoskiej kultury pasterskiej” – słyszałem w Dursztynie. Do momentu odzyskania przez Polskę niepodległości Spisz należał do monarchii austro-węgierskiej. Skrawek tej ziemi został nam przydzielony 28 lipca 1920 roku w wyniku decyzji Rady Ambasadorów. To dlatego gdy Józef Stanek, urodzony cztery lata wcześniej w Łapszach Niżnych, po ukończeniu szkoły powszechnej trafił do wadowickiej pallotyńskiej szkoły średniej, miał początkowo problemy – nie znał dobrze języka polskiego, ponieważ w domu wszyscy mówili spiską gwarą.

    Wcześnie został sierotą, bo w 1923 roku epidemia tyfusu zabrała jego rodziców i dziadków. Wychowywało go starsze rodzeństwo. Po maturze, w 1935 roku, Józef wstąpił do pallotynów. Gdy wybuchła II wojna światowa, a klerycy z ołtarzewskiego seminarium uciekali na wschód, wpadli w ręce Sowietów. Stanek uciekł i schronił się na rodzinnym Spiszu. Zdecydował się jednak wrócić do braci pallotynów i w 1941 roku w warszawskiej katedrze przyjął święcenia kapłańskie. Uczył się na tajnych kompletach Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Działał w strukturach Armii Krajowej.

    1 sierpnia 1944 roku o 17.00 posługiwał przy ul. Hożej. Jako „Rudy” stał się powstańczym kapelanem walczącego na Powiślu zgrupowania AK „Kryska”. Spowiadał, podnosił na duchu, opatrywał rannych, odprawiał polowe Msze, odkopywał zasypanych powstańców. Gdy powstanie dogorywało, odmówił ewakuacji na praski brzeg Wisły. Swe miejsce w pontonie oddał rannemu żołnierzowi.

    Podczas pacyfikacji Czerniakowa hitlerowcy wezwali zgrupowanie „Kryska” do bezwzględnej kapitulacji. Ks. Stanek uczestniczył w negocjacjach, apelując o ewakuację cywilów i rannych. Ponieważ rozmowy nie przyniosły rezultatu (powstańcy nie przyjęli niemieckich warunków), został zatrzymany jako zakładnik. Rozwścieczył okupantów, ponieważ polecił walczącym, by zniszczyli broń (powstańców, których złapano z bronią w ręku, rozstrzeliwano, a „Rudy” nie chciał, by przejęli ją Niemcy). Przygotowano więc dla niego, jako ostrzeżenie dla walczących, specjalny rodzaj egzekucji. 23 września 1944 r. szturchany i bity, został doprowadzony do wystającej z muru żelaznej szyny. Szyję okręcono mu stułą. Ks. Józef do ostatnich chwil błogosławił spod tej prowizorycznej szubienicy przerażoną i uciekającą z płonącej stolicy ludność.

    Beatyfikował go Jan Paweł II w grupie 108 męczenników II wojny światowej. „Rudy” został patronem kaplicy w Muzeum Powstania Warszawskiego.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 września

    Błogosławiona
    Bernardyna Maria Jabłońska, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święci Maurycy i Towarzysze, męczennicy
      •  Święty Emmeran, męczennik
      •  Święty Ignacy z Santhià, prezbiter
      •  Błogosławiony Jan Maria od Krzyża Mendez, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławieni Tomasz Sitjar, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Błogosławieni Dionizy Pamplona, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Święty Feliks IV, papież
    ***
    Błogosławiona Bernardyna Maria Jabłońska

    Maria Jabłońska urodziła się 5 sierpnia 1878 roku we wsi Pizuny koło Lubaczowa. Była jednym z czworga dzieci niezamożnych rolników Grzegorza i Marii. Do szkoły nie chodziła, pisać i czytać nauczył ją domowy nauczyciel. W wieku 18 lat po spotkaniu Brata Alberta Chmielowskiego wstąpiła do Albertynek. Została główną kucharką w Miejskim Domu Kalek. W jej zapiskach można przeczytać: “Dopełniajmy pracy Jezusa, Jego trudów, cierpień, miłości, cichości, łez, a szczególnie Jego miłosierdzia nad nędzami duszy i ciała bliźnich”.
    24-letnią siostrę Marię, która w zakonie przybrała imię Bernardyna, brat Albert mianował przełożoną generalną Albertynek. W testamencie napisała: “Czyńcie dobrze wszystkim” – jakby uzupełniając słowa Adama Chmielowskiego: “Trzeba być dobrym jak chleb”. Siłę siostra Bernardyna odnajdywała w Eucharystii. W dzień zajęta sprawami Zgromadzenia i ubogich, nie miała czasu na dłuższą modlitwę, więc wynagradzała Panu Bogu, trwając nocą godzinami przed Najświętszym Sakramentem. To umiłowanie Jezusa w Eucharystii przekazała swoim siostrom, zachęcając je do częstej adoracji. Zmarła 23 września 1940 roku.
    Beatyfikacji Bernardyny Jabłońskiej dokonał 6 czerwca 1997 r. św. Jan Paweł II podczas Mszy św. odprawianej pod Krokwią w Zakopanem. W homilii mówił on między innymi: Maria Bernardyna Jabłońska – duchowa córka św. brata Alberta Chmielowskiego, współpracownica i kontynuatorka jego dzieła miłosierdzia – żyjąc w ubóstwie dla Chrystusa poświęciła się służbie najuboższym. Kościół stawia nam dzisiaj za wzór tę świątobliwą zakonnicę, której dewizą życia były słowa: “dawać, wiecznie dawać”. Zapatrzona w Chrystusa, szła wiernie za Nim, naśladując Go w miłości. Chciała zadośćuczynić każdej prośbie ludzkiej, otrzeć każdą łzę, pocieszyć choćby słowem każdą cierpiącą duszę. Chciała być dobrą zawsze dla wszystkich, a najlepszą dla najbardziej pokrzywdzonych. “Ból bliźnich moich jest bólem moim” – mawiała. Wraz ze św. Bratem Albertem zakładała przytuliska dla chorych i tułaczy wojennych.
    Ta wielka heroiczna miłość dojrzewała na modlitwie, w ciszy pobliskiej pustelni na Kalatówkach, gdzie przez jakiś czas przebywała. W najtrudniejszych chwilach życia – zgodnie z zaleceniami jej duchowego opiekuna – polecała się Najświętszemu Sercu Jezusa. Jemu ofiarowała wszystko, co posiadała, a zwłaszcza cierpienia wewnętrzne i udręki fizyczne. Wszystko dla miłości Chrystusa! Jako przez wiele lat przełożona generalna Zgromadzenia Sióstr Posługujących Ubogim III Zakonu św. Franciszka – albertynek, nieustannie dawała swoim siostrom przykład tej miłości, która wypływa ze zjednoczenia ludzkiego serca z Najświętszym Sercem Zbawiciela. To Serce Jezusa było jej umocnieniem w heroicznej posłudze najbardziej potrzebującym.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    21 września

    Święty Mateusz, Apostoł i Ewangelista

    Zobacz także:
      •  Jonasz, prorok
    ***
    Święty Mateusz

    Ewangeliści Marek i Łukasz nazywają Mateusza najpierw “Lewi, syn Alfeusza” (Mk 2, 14; Łk 5, 27), dopiero później w innych miejscach wymieniane jest imię Mateusz. Prawdopodobnie Chrystus powołując Lewiego nadał mu imię Mateusz. Imię to nie należy do często spotykanych w Piśmie świętym. Pochodzi ono z hebrajskiego Mattaj lub Mattanja, co po polsku oznacza “dar Boga” (Teodor, Deusdedit, Bogdan).
    Mateusz był Galilejczykiem. Jego pracą było pobieranie ceł i podatków w Kafarnaum, jednym z większych handlowych miasteczek nad jeziorem Genezaret. Pobierał tam opłaty za przejazdy przez jezioro i przewóz towarów.W Palestynie pogardzano celnikami właśnie z tego powodu, że ściągali opłaty na rzecz Rzymian. Ich pracę rozumiano jako wysługiwanie się okupantom. Celnicy słynęli również z żądzy zysku, nieuczciwie czerpali korzyści z zajmowanego stanowiska. Uważano ich za grzeszników i pogan. Przebywający wśród celników stawał się nieczysty i musiał poddawać się przepisowym obmyciom. Z tego środowiska wywodził się Mateusz. Wydaje się, że był nawet kierownikiem i naczelnikiem celników w Galilei.
    Chociaż celnicy tak często są w Ewangelii nazywani grzesznikami (Mt 9, 11; 11, 19; Mk 2, 15. 16; Łk 3, 12; 5, 29-30; 7, 34; 15, 12; 19, 2), to jednak Pan Jezus odnosił się do nich życzliwie: odwiedzał ich (Łk 19, 9-10; Mt 9, 10-11), nawet z nimi jadał (Łk 5, 29-33), jednego z nich uczynił bohaterem przypowieści (Łk 18, 9-14). Nie zachęcał jednak do łupienia innych. Jego delikatność i miłosierdzie raczej pobudzały celników do umiaru i nawrócenia (Łk 19, 8). Kiedy Żydzi postawili zarzut: “Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?” – Chrystus wypowiedział znamienne słowa: “Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają… Bo nie przyszedłem powoływać sprawiedliwych, ale grzeszników”. Słowa te przekazał w swojej Ewangelii właśnie św. Mateusz (Mt 9, 12-13).
    O młodzieńczym życiu Mateusza nie wiemy nic. Spotykamy się z nim po raz pierwszy dopiero w Kafarnaum, kiedy Chrystus zastał go w komorze celnej i powołał na swojego Apostoła. To wezwanie odbyło się po cudownym uzdrowieniu paralityka, którego spuszczono przez otwór zrobiony w suficie mieszkania (Mt 9, 1-8). O tym cudzie musiał dowiedzieć się i Mateusz, gdyż natychmiast rozniosły go setki ust. Być może Mateusz słuchał wcześniej mów pokutnych Jana Chrzciciela. Na wezwanie Chrystusa zostawił wszystko i poszedł za Nim. Nawrócony, zaprosił do swego domu Jezusa, Jego uczniów i swoich przyjaciół: celników i współpracowników. W czasie uczty faryzeusze zarzucili Chrystusowi, że nie przestrzega Prawa. Ten jednak wstawił się za swoimi współbiesiadnikami. Odtąd Mateusz pozostał już w gronie Dwunastu Apostołów.
    O powołaniu Mateusza na Apostoła piszą w swoich Ewangeliach także św. Marek i św. Łukasz (Mk 2, 13-17; Łk 5, 27-32). Jest to jednak równocześnie pierwsza i ostatnia osobna wzmianka o nim w Piśmie świętym. Potem widzimy go jedynie w spisach ogólnych na liście Apostołów (Mt 10, 3; Mk 3, 18; Łk 6, 15; Dz 1, 13). W katalogach Apostołów figuruje on na miejscu siódmym lub ósmym.

    Święty Mateusz

    Po Wniebowstąpieniu Chrystusa Mateusz przez jakiś czas pozostał w Palestynie. Apostołował wśród nawróconych z judaizmu. Dla nich też przeznaczył napisaną przez siebie księgę Ewangelii. Napisał ją między 50 a 60 rokiem, najprawdopodobniej ok. 55 r. Starał się w niej wykazać, że to właśnie Chrystus jest wyczekiwanym od dawna Mesjaszem, że na Nim potwierdziły się proroctwa i zapowiedzi Starego Testamentu. Najstarsza tradycja kościelna za autora pierwszej Ewangelii zawsze uważała Mateusza. Twierdzą tak m.in. Papiasz, biskup Hierapolis, Klemens Aleksandryjski, Orygenes i Ireneusz. Pierwotnie Ewangelia według św. Mateusza była napisana w języku hebrajskim lub aramejskim; nie wiadomo, kto i kiedy przetłumaczył ją na język grecki. Nie zachowały się żadne ślady oryginału, tylko grecki przekład. Tłumacze pozostawili część słownictwa aramejskiego, chcąc zachować tzw. ipsissima verba Iesu – najbardziej własne słowa Jezusa.
    Mateusz przekazał wiele szczegółów z życia i nauki Jezusa, których nie znajdziemy w innych Ewangeliach: np. rozbudowany tekst Kazania na Górze, przypowieść o kąkolu, o ukrytym skarbie, o drogocennej perle, o dziesięciu pannach. On jeden podał wydarzenie o pokłonie Magów i rzezi niewiniątek, o ucieczce do Egiptu, a także wizję sądu ostatecznego.
    Mateusz udał się później między pogan. Ojcowie Kościoła nie są zgodni dokąd. Wyliczają Etiopię, Pont, Persję, Syrię i Macedonię. Najbardziej prawdopodobna jest jednak Etiopia. Relikwie Mateusza miały być przewiezione ze Wschodu do Paestum (Pasidonii) w Italii. Jego ciało przewieziono do Italii w X w. Znajduje się ono obecnie w Salerno w dolnym kościele, wspaniale ozdobionym marmurami i mozaikami. Miejsce to nie stało się jednak powszechnie znanym sanktuarium. Mateusz uznawany jest za męczennika.
    Z apokryfów o Mateuszu dochowały się jedynie tzw. Ewangelia (inna, oczywiście) i Dzieje. Pierwszy utwór nieznanego autora pochodzi z VI w. i zdradza duże zapożyczenie w Protoewangelii Jakuba (aż 24 rozdziały są niemal identyczne). Pozostałe rozdziały tej Pseudo-ewangelii zawierają w sobie tak wiele cudowności i legend, że nie stanowią wiarygodnego źródła.
    W ikonografii św. Mateusz przedstawiany był w postaci młodzieńca, później – zwłaszcza w sztuce bizantyjskiej – jako siwowłosy, stary mężczyzna. W sztuce zachodniej od czasów średniowiecza dominuje obraz silnie zbudowanego, brodatego mężczyzny w średnim wieku. Ubrany bywa w tradycyjną długą, białą suknię apostolską i w tunikę. Bywa także ukazywany w postawie siedzącej, kiedy pisze – przy nim stoi anioł, przekazujący natchnienie. Jego atrybutami są: księga i pióro, miecz lub halabarda, postać uskrzydlonego młodzieńca, sakwa z pieniędzmi u stóp, torba podróżna.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________

    Święty Mateusz

    Święty Mateusz

    Powołanie św. Mateusza/Michelangelo Merisi da Caravaggio (PD)

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 30 SIERPNIA 2006

    Pierwszą jest to, że Jezus przyjął do grupy swych najbliższych człowieka, który zgodnie z ówczesnym sposobem myślenia w Izraelu uważany był za publicznego grzesznika. Mateusz bowiem nie tylko obracał pieniędzmi uważanymi za nieczyste z powodu ich pochodzenia od ludzi obcych ludowi Bożemu, ale kolaborował też z obcą władzą, nienawistnie chciwą, która mogła ustalać podatki także w sposób arbitralny.

    Drodzy bracia i siostry!

    Kontynuujemy cykl wizerunków dwunastu Apostołów, który rozpoczęliśmy kilka tygodni temu. Zatrzymujemy się dzisiaj przy św. Mateuszu. Prawdę powiedziawszy wyczerpujące nakreślenie jego postaci jest prawie niemożliwe, ponieważ Ewangelie nie przynoszą nam jego biografii, dają nam tylko elementy zarysu tej postaci.

    Tymczasem okazuje się, że jest on zawsze obecny na liście Dwunastu, wybranych przez Jezusa (por. Mt 10,3; Mk 3,18; Łk 6,15; Dz 1,13). Jego hebrajskie imię oznacza “dar Boga”. Pierwsza Ewangelia kanoniczna nosi jego imię i wymienia go na liście Dwunastu z wyraźnie określonym mianem: “celnik” (Mt 10,3). W ten sposób został on zidentyfikowany jako człowiek siedzący za biurkiem poborcy podatkowego, którego Jezus wzywa, by poszedł za Nim. Słyszeliśmy przed chwilą te słowa: “Odchodząc stamtąd, Jezus ujrzał człowieka siedzącego w komorze celnej, imieniem Mateusz, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną». On wstał i poszedł za Nim” (Mt 9,9). Również Marek (por. 2,13-17) i Łukasz (por. 5,27-30) opowiadają o powołaniu człowieka z komory celnej, nazywają go jednak “Lewi”. Ale to ten sam Apostoł! Aby wyobrazić sobie tę scenę, opisaną w Mt 9,9, wystarczy wspomnieć wspaniałe płótno Caravaggia, znajdujące się tu w Rzymie, w kościele francuskim św. Ludwika.

    Z Ewangelii wynika jeszcze jeden szczegół do jego biografii: we fragmencie, który poprzedza opis powołania mowa jest o cudzie, jakiego dokonał Jezus w Kafarnaum (por. Mt 9, 1-8; Mk 2, 1-12) i wspomina się o bliskości Morza Galilejskiego, czyli Jeziora Tyberiadzkiego (por. Mk 2, 13-14). Można zatem wywnioskować, że Mateusz pracował jako poborca podatkowy w Kafarnaum, leżącym właśnie “nad jeziorem” (Mt 4, 13), gdzie Jezus był stałym gościem w domu Piotra.

    Na podstawie tych prostych ustaleń, które przynosi Ewangelia, możemy sformułować parę refleksji. Pierwszą jest to, że Jezus przyjął do grupy swych najbliższych człowieka, który zgodnie z ówczesnym sposobem myślenia w Izraelu uważany był za publicznego grzesznika. Mateusz bowiem nie tylko obracał pieniędzmi uważanymi za nieczyste z powodu ich pochodzenia od ludzi obcych ludowi Bożemu, ale kolaborował też z obcą władzą, nienawistnie chciwą, która mogła ustalać podatki także w sposób arbitralny. Z tego powodu więcej niż jeden raz Ewangelie mówią jednocześnie o “celnikach i grzesznikach” (Mt 9,10; Łk 15,1), czy nawet o “celnikach i nierządnicach” (Mt 21, 31). Oprócz tego upatrują one w celnikach przykład małoduszności (por. Mt 5,46: miłują tylko tych, którzy ich miłują) i wymieniają jednego z nich, Zacheusza, jako “zwierzchnika celników” (Łk 19,2), podczas gdy w opinii ludowej kojarzeni byli ze “zdziercami, oszustami i cudzołożnikami” (Łk 18,11).

    Pierwsza rzecz, jaka rzuca się w oczy na podstawie tych wzmianek: Jezus nie wykluczał nikogo ze swej przyjaźni. Owszem, właśnie kiedy siedział za stołem w domu Mateusza-Lewiego, w odpowiedzi komuś, kto gorszył się jego kontaktami z niegodnym polecenia towarzystwem, złożył ważne oświadczenie: “Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mk 2,17).

    Dobra nowina Ewangelii polega właśnie na tym: na propozycji Bożej łaski wobec grzesznika! Gdzie indziej w słynnej przypowieści o faryzeuszu i celniku, modlących się w Świątyni, Jezus wskazuje wręcz na anonimowego celnika jako na godny uznania wzór pokornej ufności w miłosierdzie Boże: kiedy faryzeusz chełpił się własną moralną doskonałością, celnik “nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: «Boże, miej litość dla mnie, grzesznika»”. I Jezus komentuje: “Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, a nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony” (Łk 18,13-14).

    Tak więc w postaci Mateusza Ewangelie ukazują paradoks z prawdziwego zdarzenia: ten, kto pozornie daleki jest od świętości, może stać się wręcz przykładem przyjęcia miłosierdzia Bożego i ukazać jego cudowne skutki w swym życiu. W związku z tym św. Jan Chryzostom uczynił znaczące spostrzeżenie: zauważył on, że tylko w opowieści o kilku powołaniach wspomina się o pracy, jaką wykonywali zainteresowani. Piotr, Andrzej, Jakub i Jan zostali wezwani, kiedy łowili ryby, Mateusz właśnie kiedy pobierał podatki. Chodzi tu o zajęcia mało liczące się – komentuje Chryzostom – “albowiem nie ma nic bardziej wstrętniejszego od poborcy podatków i nic bardziej pospolitego od rybołówstwa” (“In Matth. Hom.”: PL 57, 363). Wezwanie Jezusa dociera więc także do osób będących na dole drabiny społecznej, kiedy wykonują swą zwykłą pracę.

    Inną refleksją, jaką nasuwa opowiadanie ewangeliczne, jest stwierdzenie, że na powołanie przez Jezusa Mateusz odpowiada natychmiast: “On wstał i poszedł za Nim”. Zwięzłość tego zdania wyraźnie ukazuje gotowość Mateusza do udzielenia odpowiedzi na wezwanie. Oznacza to dla niego porzucenie wszystkiego, przede wszystkim tego, co gwarantowało mu pewny dochód, choć często nieuczciwy i hańbiący. Najwidoczniej Mateusz zrozumiał, że zażyłość z Jezusem nie pozwalała mu kontynuować działalności potępianej przez Boga. Łatwo domyślić się odniesienia do teraźniejszości: dziś również niedopuszczalne jest przywiązanie do rzeczy będących nie do pogodzenia z pójściem za Chrystusem, jak w przypadku nieuczciwie zgromadzonego bogactwa. Kiedyś Jezus powiedział bez niedomówień: “Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną” (Mt 19,21). To właśnie uczynił Mateusz: wstał i poszedł za Nim! W owym “wstaniu” można odczytać dystans do sytuacji grzechu i zarazem świadome przylgnięcie do nowego życia, prawego, w jedności z Jezusem.

    Przypomnijmy na koniec, że tradycja starożytnego Kościoła zgodna była w przypisywaniu Mateuszowi ojcostwa pierwszej Ewangelii. Było tak poczynając od Papiasza, biskupa Gerapoli we Frygii około roku 130. Pisał on: “Mateusz zebrał słowa [Pana] w języku hebrajskim, a każdy interpretował je, jak umiał” (w: Euzebiusz z Cezarei, “Historia Kościoła” III,39,16). Historyk Euzebiusz dodał tę wiadomość: “Mateusz, który zrazu przepowiadał wśród Żydów, kiedy postanowił pójść także do innych narodów, spisał w swym języku ojczystym Ewangelię, którą głosił; w ten sposób starał się tym, których opuszczał, zastąpić na piśmie to, co tracili oni wraz z jego wyjazdem” (tamże, III, 24,6).

    Nie mamy już Ewangelii napisanej przez Mateusza po hebrajsku ani po aramejsku, ale w Ewangelii po grecku, którą mamy, w pewnym sensie nadal słyszymy przekonujący głos celnika Mateusza, który, zostawszy Apostołem, głosi nam dalej zbawcze miłosierdzie Boga. Słuchajmy tego orędzia św. Mateusza, rozważajmy je stale na nowo, abyśmy i my nauczyli się wstać i pójść całkowicie za Jezusem. Dziękuję!

    Benedykt XVI

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    20 września

    Święci męczennicy
    Andrzej Kim Tae-gŏn, prezbiter,
    Paweł Chŏng Ha-sang i Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święty Józef Maria de Yermo y Parres, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Teresa od św. Józefa, zakonnica
      •  Błogosławiony Franciszek Martín Fernández de Posadas, zakonnik
    ***
    Święty Andrzej Kim Tae-gŏn

    Andrzej Kim Tae-gŏn był pierwszym kapłanem koreańskim. Urodził się w 1821 r. w koreańskiej prowincji Tcziong-Czu w rodzinie katolickiej. Jego pradziadek, Pius Kim Chin-hu, z powodu wiary spędził ponad 10 lat w więzieniu, gdzie zmarł, a jego ojciec, bł. Ignacy Kim, zginął w czasie prześladowań w roku 1839 (został beatyfikowany w 1925 r.). Po chrzcie, który Andrzej przyjął mając 15 lat, przebył kilkaset kilometrów do seminarium w Makao (Chiny). Po sześciu latach zdołał wrócić do swojego kraju poprzez Mandżurię. W tym samym roku przebył Morze Żółte i w Szanghaju w 1845 r. przyjął święcenia kapłańskie. Został skierowany do przygotowania bezpiecznej przeprawy wodnej dla misjonarzy chrześcijańskich, tak aby udało im się ujść straży granicznej. Andrzej został aresztowany i po torturach ścięty niedaleko stolicy swojego kraju, Seulu, 16 września 1846 r.

    Święty Paweł Chŏng Ha-sang

    Paweł Chŏng Ha-sang był współpracownikiem i tłumaczem kapłanów. Przez dwadzieścia lat przewodził wspólnocie chrześcijańskiej w Korei. W wieku 44 lat jako kleryk seminarium poniósł śmierć męczeńską, ścięty mieczem 22 kwietnia 1839 r.Chrześcijaństwo dotarło do Korei podczas japońskiej inwazji w 1592 r., kiedy to ochrzczono zaledwie kilku Koreańczyków (prawdopodobnie dokonali tego katoliccy żołnierze japońscy). Ewangelizacja była utrudniona, ponieważ Korea przez wiele dziesiątków lat całkowicie izolowała się od innych państw. Jedynym kontaktem ze światem była doroczna wyprawa oficjalnej delegacji do Pekinu, z urodzinowymi życzeniami dla chińskiego cesarza. W jednej z takich ekspedycji uczestniczył niejaki Li Sung-Hun. W Chinach spotkał jezuickich misjonarzy, zafascynował się ich nauczaniem, przyjął chrzest, przybierając imię Piotr. W 1784 roku wrócił do ojczyzny, szmuglując tyle chrześcijańskiej – pisanej po chińsku – literatury, ile tylko zdołał. Ochrzcił pierwszych uczniów. Wokół nich zaczęła gromadzić się potajemnie chrześcijańska wspólnota, która bardzo szybko zaczęła się rozrastać. Sami świeccy, bez udziału nawet jednego duchownego, wprowadzili chrześcijaństwo do swojego kraju i stali się pierwszymi misjonarzami. Wiara umacniała się i szerzyła przez lekturę Biblii i książek katolickich, które tłumaczono z chińskiego na koreański. Kiedy dwanaście lat później udało się na teren Korei przedostać chińskiemu księdzu, zastał on tam już około 4 tys. chrześcijan – żaden z nich dotąd nie widział nigdy kapłana. Siedem lat później chrześcijan w Korei było już prawie 10 tys. Wolność religijną wprowadzono dopiero w 1887 r., po podpisaniu traktatu z Francją. W XIX w. poniosło śmierć męczeńską 3 biskupów katolickich, 10 kapłanów i ponad 10 tys. wiernych. Z nich tylko część dostąpiła chwały ołtarzy.

    Męczennicy koreańscy

    Św. Jan Paweł II podczas swojej wizyty apostolskiej w Korei w 1984 r. kanonizował, oprócz Andrzeja Kim Tae-gŏn i Pawła Chŏng Ha-sang, także 98 Koreańczyków i trzech misjonarzy francuskich, którzy ponieśli śmierć męczeńską pomiędzy 1839 a 1867 rokiem. Wśród nich byli biskupi i księża; większość z nich jednak to ludzie świeccy (47 kobiet i 45 mężczyzn).
    Wśród męczenników koreańskich była m.in. 26-letnia Kolumba Kim. Została ona umieszczona w więzieniu, gdzie przypalano ją za pomocą gorących narzędzi i rozżarzonych węgli. Wraz ze swoją siostrą, Agnieszką, były trzymane przez dwa dni w jednej celi z osądzonymi już przestępcami, czekającymi na wykonanie wyroku. Obie zostały ścięte. Inny męczennik, 13-letni chłopiec, Piotr Ryou, był tak mocno umęczony, że mógł ściągać z siebie skórę, a następnie rzucać nią w sędziów. Został uduszony. Protazy Chong, 41-letni szlachcic, po uwięzieniu wyparł się wiary i został uwolniony. Wkrótce jednak wrócił, przyznał się ponownie do Jezusa i został zamęczony.
    W Korei Płd. w ciągu ostatnich dziesięcioleci niezwykle dynamicznie wzrasta liczba chrześcijan. Dzisiaj Kościół katolicki w Korei Płd. liczy około 4 milionów wyznawców, żyjących w 19 diecezjach (9 proc. ludności). Każdego roku sakrament chrztu przyjmuje około 150 tys. dorosłych.
    Zagadką jest natomiast to, co działo się i dzieje z wierzącymi w Korei Płn., rządzonej przez reżim komunistyczny. Oficjalnie nie ma tam ani jednego katolickiego księdza. Liczbę katolików szacuje się dzisiaj na 3-4 tysiące. Św. Jan Paweł II nazwał ich Kościołem milczenia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    19 września

    Najświętsza Maryja Panna z La Salette

    Zobacz także:
      •  Święty January, biskup i męczennik
      •  Święty Franciszek Maria z Camporosso, zakonnik
      •  Święty Józef z Kupertynu, prezbiter
      •  Błogosławiony Gerhard Hirschfelder, prezbiter i męczennik
      •  Święta Emilia Maria Wilhelmina de Rodat, zakonnica
    ***
    Matka Boża z La Salette

    W sobotę, 19 września 1846 r., Matka Najświętsza ukazała się dwojgu dzieciom pochodzącym z Corps w Alpach francuskich: jedenastoletniemu Maksyminowi Giraud i prawie piętnastoletniej Melanii Calvat, którzy pilnowali swoich krów na hali należącej do La Salette, na górze Planeau, na wysokości 1800 metrów. W kotlinie strumyka spostrzegli nagle kulę ognia – “jakby tam spadło słońce”. W oślepiającej jasności rozpoznali siedzącą kobietę z łokciami opartymi na kolanach i z twarzą ukrytą w dłoniach. Piękna Pani podniosła się i powiedziała do nich po francusku: “Zbliżcie się, moje dzieci, nie bójcie się, jestem tu po to, by wam opowiedzieć wielką nowinę”.
    Zrobiła następne kilka kroków w ich kierunku. Nabrawszy pewności, Maksymin i Melania zbiegli ze zbocza na dół. Piękna Pani cały czas płakała. Była wysoka i cała ze światła, ubrana jak miejscowe kobiety: w długą suknię, w wielki fartuch wokół bioder, w chustkę skrzyżowaną na piersiach i zawiązaną na węzeł na plecach, w czepek wieśniaczki. Szeroki, płaski łańcuch biegł brzegiem jej chusty. Inny łańcuch podtrzymywał na Jej piersi wielki krucyfiks. Pod ramionami krzyża, po prawej ręce Chrystusa, znajdowały się obcęgi, po lewej – młotek. Z postaci Ukrzyżowanego wypływała cała światłość, z której jest utworzona zjawa, światłość, która tworzyła iskrzący się diadem na czole Pięknej Pani. Róże otaczały wieńcem Jej głowę, obrębiały Jej chustę i zdobiły obuwie.
    Oto, co Piękna Pani powiedziała do pasterzy, najpierw po francusku: “Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię mojego Syna. Jest ono tak mocne i ciężkie, że dłużej nie mogę go podtrzymywać. Od jak dawna cierpię z waszego powodu! Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, muszę Go nieustannie o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie. Choćbyście nie wiedzieć, jak się modlili i co robili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie – i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni ciężkim ramię mojego Syna! Również woźnice przeklinają, mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. To są dwie rzeczy, które czynią tak bardzo ciężkim ramię mego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to w roku ubiegłym na ziemniakach. Wy jednak nic sobie z tego nie robiliście. Przeciwnie, kiedy znajdowaliście zgniłe ziemniaki, przeklinaliście mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. Będą się psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale”.
    Słowo pommes de terre wprawiło w zakłopotanie Melanię. W gwarze, której się używało w tamtej okolicy, na ziemniaki mówiło się las truffas. Pasterka zwróciła się więc do Maksymina, ale Piękna Pani ją uprzedziła: “Nie rozumiecie tego, moje dzieci? Zaraz powiem wam to inaczej”.
    Piękna Pani powtórzyła ostatnie zdanie i prowadziła dalszą rozmowę w narzeczu z Corps: “si la recolta se gasta… Si ava de bla… Jeżeli macie zboże, nie trzeba go siać. Wszystko, co posiejecie, zje robactwo, a to, co wzejdzie, rozsypie się w proch przy młóceniu. Nastanie wielki głód. Zanim głód nadejdzie, dzieci w wieku poniżej siedmiu lat dostaną dreszczy i będą umierać na rękach trzymających je osób. Inni będą pokutować z powodu głodu. Orzechy zrobaczywieją, a winogrona zgniją”.
    W tym miejscu Piękna Pani powierzyła tajemnicę Maksyminowi, później – Melanii. Następnie powiedziała do obojga dzieci: “Jeżeli się nawrócą, kamienie i skały zamienią się w sterty zboża, a ziemniaki same się zasadzą. Czy dobrze się modlicie, moje dzieci?” – “Nie bardzo, proszę Pani!” – odpowiedzieli obydwoje. “Ach! Moje dzieci, trzeba się dobrze modlić wieczorem i rano. Jeżeli nie macie czasu, zmówcie przynajmniej Ojcze nasz i Zdrowaś, a jeżeli będziecie mogły – módlcie się więcej. W lecie na Mszę świętą chodzi tylko kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedzielę przez całe lato. W zimie, gdy nie wiedzą, co robić, idą na Mszę św. jedynie po to, by sobie drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu jedzą mięso jak psy. Moje dzieci, czy nie widziałyście kiedyś zepsutego zboża?” – “Nie, proszę Pani” – odpowiedziały dzieci.
    Wówczas Piękna Pani zwróciła się do Maksymina: “Lecz ty, moje dziecko, musiałeś je kiedyś widzieć, w Coin, razem z twoim ojcem. Właściciel pola powiedział wówczas do twego ojca: «Chodźcie zobaczyć, jak moje zboże się psuje». Poszliście razem. Twój ojciec wziął dwa lub trzy kłosy w dłonie, pokruszył je i wszystko obróciło się w proch. Wracaliście później do domu. Kiedy byliście około godziny drogi od Crops, ojciec dał ci kawałek chleba, mówiąc: «Masz, dziecko, jedz jeszcze chleb w tym roku, bo nie wiem, czy go kto będzie jadł w roku przyszłym, jeżeli zboże będzie się dalej tak psuło». – “O tak, proszę Pani! – odpowiedział Maksymin – teraz sobie to przypominam. Przed chwilą o tym nie pamiętałem”. I Piękna Pani dokończyła, nie w gwarze, ale po francusku: “A więc, moje dzieci, ogłoście całemu mojemu ludowi”.
    Później przesunęła się naprzód, przekroczyła strumyk i nie oglądając się, powtórzyła z naciskiem: “A więc, moje dzieci, ogłoście to całemu mojemu ludowi”. Następnie wspięła się po krętym zboczu, które wznosi się w stronę Le Collet (mała przełęcz). Tam uniosła się do góry. Dzieci podbiegły do Niej. Ona spojrzała w niebo, potem ku ziemi. Zwrócona w kierunku południowo-wschodnim, “rozpłynęła się w świetle”. Potem zniknęła również światłość.

    Matka Boża z La Salette

    Dnia 19 września 1851 r., po przeprowadzeniu dokładnych i surowych badań zdarzenia, świadków, treści orędzia i oddźwięku na nie, Philibert de Bruillard, biskup Grenoble, zawyrokuje w swoim orzeczeniu doktrynalnym, że “zjawienie Najświętszej Dziewicy dwojgu pasterzom 19 września 1846 r. na jednej z gór w łańcuchu Alp, położonej w parafii La Salette, posiada wszelkie znamiona prawdy i wierni mogą w nie wierzyć bez obawy błędu”.
    Dnia 1 maja 1852 r., w nowym orędziu, po zapowiedzeniu budowy sanktuarium na górze Zjawienia, biskup Grenoble dodał: “Jakkolwiek wielką rzeczą byłaby budowa sanktuarium, jest jeszcze coś ważniejszego: chodzi o sługi ołtarza, przeznaczonych do jego obsługi, do przyjmowania pobożnych pielgrzymów, do głoszenia im słowa Bożego, do sprawowania wśród nich posługi pojednania, do sprawowania dla nich czcigodnego sakramentu ołtarza i do wiernego rozdawania wszystkim tajemnic Bożych i duchowych skarbów Kościoła. Ci kapłani będą się nazywać Misjonarzami Matki Bożej z La Salette. Ich powołanie i istnienie będą – tak jak i Sanktuarium – wieczną pamiątkę miłościwego zjawienia się Maryi”.
    Pierwsi misjonarze wybrani zostali spośród kapłanów diecezjalnych przez biskupa Philiberta de Bruillard. Tej wspólnocie księży misjonarzy diecezjalnych biskup Grenoble nadał 5 marca 1852 roku tymczasowo projekt reguły, skopiowany z Konstytucji misjonarzy diecezjalnych z Lyonu, zwanych chartreux.
    Wśród kapłanów, którzy przejęli się duchem Zjawienia i oddali się na posługę pielgrzymów, od samego początku ujawniło się powołanie do życia zakonnego i jego potrzeba. Biskup J.M.A. Ginoulhiac zatwierdził w dniu 2 lutego 1852 roku regułę jako obowiązującą we wspólnocie misjonarzy diecezjalnych i nadał jej tytuł: Tymczasowe reguły Misjonarzy diecezjalnych Matki Bożej z La Salette. W tym samym dniu pierwsi misjonarze złożyli zgodnie z nadaną im i promulgowaną przez biskupa regułą trzy śluby zakonne: posłuszeństwa, ubóstwa i czystości na okres jednego roku. Ten dzień można uważać za dzień narodzenia Zgromadzenia Misjonarzy diecezjalnych Matki Bożej z La Salette.
    Po Soborze Watykańskim II saletyni podjęli zadanie rewizji i odnowy Konstytucji i Norm Kapitulnych, w duchu soborowym i według zachęt i wskazówek papieskich dotyczących odnowy życia zakonnego w świecie współczesnym. Praca ta jest owocem modlitwy i rozmyślania, wierności i doświadczeń wspólnot i zakonników wszystkich prowincji. Reguła życia Misjonarzy Matki Bożej z La Salette została zatwierdzona przez Stolicę świętą dekretem z dnia 6 czerwca 1985 r. “Misjonarze Matki Bożej z La Salette, których dom generalny znajduje się w Rzymie, mają za cel, obrany w świetle Zjawienia Matki Bożej z La Salette, być oddanymi sługami Chrystusa i Kościoła, aby się dokonała tajemnica pojednania” (z dekretu zatwierdzającego regułę).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 września

    Święty Stanisław Kostka, zakonnik
    patron Polski

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Fidel Fuidio Rodriguez, zakonnik i męczennik
      •  Błogosławiony Józef Kut, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty Stanisław Kostka

    Stanisław urodził się 28 grudnia 1550 r. w Rostkowie na Mazowszu (obecnie powiat przasnyski). Był synem Jana, kasztelana zakroczymskiego, i Małgorzaty z Kryskich (z Drobina). Krewni rodziny zajmowali eksponowane stanowiska w ówczesnej Polsce. Miał trzech braci: Pawła (+ 1607), Wojciecha (+ 1576) i Mikołaja, oraz dwie siostry, z których znamy imię tylko jednej, Anny. Historia nie przekazała nam bliższych szczegółów z lat dziecięcych Stanisława. Wiemy tylko z akt procesu beatyfikacyjnego, że był bardzo wrażliwy. Dlatego ojciec w czasie przyjęć, na których niekiedy musiał bywać także Stanisław, nakazywał gościom umiar w żartach, gdyż inaczej chłopiec może omdleć.
    Pierwsze nauki Stanisław pobierał w domu rodzinnym. W wieku 14 lat razem ze swoim bratem, Pawłem, został wysłany do szkół jezuickich w Wiedniu. Kostkowie przybyli do Wiednia w dzień po śmierci cesarza Ferdynanda, to znaczy 24 lipca 1564 r. Wiedeńska szkoła jezuitów cieszyła się wówczas zasłużoną sławą. Codziennie odprawiano Mszę świętą. Przynajmniej raz w miesiącu studenci przystępowali do sakramentu pokuty i do Komunii. Modlono się przed lekcjami i po nich. Na pierwszym roku wykładano gramatykę, na drugim “nauki wyzwolone”, na trzecim – retorykę.
    Początkowo Stanisławowi nauka nie szła zbyt dobrze. Nie otrzymał bowiem dostatecznego przygotowania w Rostkowie. Pod koniec trzeciego roku studiów należał już jednak do najlepszych uczniów. Władał płynnie językiem łacińskim i niemieckim, rozumiał również język grecki. Zachowały się zeszyty Stanisława z błędami poprawianymi ręką nauczyciela. Pozostały również notatki dotyczące problemów religijnych, jakie poruszano, aby chłopców przygotować także pod tym względem i umocnić ich w wierze katolickiej. Wolny czas Stanisław spędzał na lekturze i modlitwie. Ponieważ w ciągu dnia nie mógł poświęcić kontemplacji wiele czasu, oddawał się jej w nocy. Zadawał sobie także pokuty i biczował się. Taki tryb życia nie mógł się podobać kolegom, wychowawcy i bratu. Uważali to za rzecz niemoralną, a Stanisława za “dziwaka”. Usiłowali go przekonywać złośliwymi przycinkami “jezuity” i “mnicha”, a potem nawet biciem i znęcaniem skierować na drogę “normalnego” postępowania. Stanisław usiłował im dogodzić, dlatego nawet brał lekcje tańca. Nie potrafił się jednak w tym odnaleźć.
    W grudniu 1565 r. ciężko zachorował. Według własnej relacji, był pewien śmierci, a nie mógł otrzymać Komunii świętej, gdyż właściciel domu nie chciał wpuścić kapłana katolickiego. Wówczas sama św. Barbara, patronka dobrej śmierci, do której się zwrócił, w towarzystwie dwóch aniołów nawiedziła jego pokój i przyniosła mu Wiatyk. W tej samej chorobie zjawiła mu się Najświętsza Maryja Panna z Dzieciątkiem, które złożyła mu na ręce. Od Niej też doznał cudu uzdrowienia i usłyszał polecenie, aby wstąpił do Towarzystwa Jezusowego.

    Święty Stanisław Kostka otrzymuje Dzieciątko Jezus z rąk Maryi

    Jezuici jednak nie mieli zwyczaju przyjmować kandydatów bez zezwolenia rodziców, a na to Stanisław nie mógł liczyć. Zdobył się więc na heroiczny czyn: zorganizował ucieczkę, do której się starannie przygotował. Było to 10 sierpnia 1567 r. Legenda osnuła ucieczkę szeregiem niezwykłych wydarzeń. O jej prawdziwym przebiegu dowiadujemy się z listu samego Stanisława. Za poradą swojego spowiednika, o. Franciszka Antonio, który był wtajemniczony w jego plany, Stanisław udał się nie wprost do Rzymu, gdzie byłby łatwo pochwycony w drodze, ale do Augsburga, gdzie przebywał św. Piotr Kanizjusz, przełożony prowincji niemieckiej. Spowiednik Stanisława stwierdza, że w drodze otrzymał on również łaskę Komunii świętej z rąk anioła, kiedy wstąpił do protestanckiego kościoła w przekonaniu, że jest to kościół katolicki. W Augsburgu nie zastał Piotra Kanizjusza, dlatego podążył dalej do Dylingi. Trasa z Wiednia do Dylingi wynosi około 650 km. W Dylindze jezuici mieli swoje kolegium. Tam Stanisław został przyjęty na próbę.
    Wyznaczono mu zajęcia służby u konwiktorów: sprzątanie ich pokoi i pomaganie w kuchni. Stanisław boleśnie przecierpiał tę decyzję. Ufając jednak Bogu, starał się wypełniać swoje obowiązki jak najlepiej. Po powrocie do Dylingi św. Piotr Kanizjusz bał się przyjąć Stanisława do swojej prowincji w obawie przed gniewem rodziców i ich zemstą na jezuitach w Wiedniu. Mając jednak od miejscowych przełożonych bardzo dobre rekomendacje, skierował go wraz z dwoma młodymi zakonnikami do Rzymu z listem polecającym do generała. Droga była długa i uciążliwa. Stanisław z towarzyszami odbywał ją przeważnie pieszo. Dotarli tam 28 października 1567 r.

    Święty Stanisław Kostka otrzymuje Komunię św. z rąk anioła

    Stanisław został przyjęty do nowicjatu, który znajdował się przy kościele św. Andrzeja. Było z nim wtedy około 40 nowicjuszów, w tym czterech Polaków. Rozkład zajęć nowicjatu był prosty: modlitwy, praca umysłowa i fizyczna, posługi w domu i w szpitalach, konferencje mistrza nowicjatu i przyjezdnych gości, dyskusje na tematy życia wewnętrznego i kościelnego. Stanisław rozpoczął nowicjat pełen szczęścia, że nareszcie spełniły się jego marzenia. Ojciec jednak postanowił za wszelką cenę go stamtąd wydostać. Wykorzystał w tym celu wszystkie możliwości. Do Stanisława wysłał list, pełen wymówek i gróźb. Za poradą przełożonych Stanisław odpisał ojcu, że ten powinien raczej dziękować Bogu, że wybrał jego syna na swoją służbę. W lutym 1568 r. Stanisław przeniósł się z kolegium jezuitów, gdzie mieszkał przełożony generalny zakonu, do domu św. Andrzeja na Kwirynale, w którym pozostał do śmierci.
    Swoim wzorowym życiem, duchową dojrzałością i rozmodleniem budował całe otoczenie. W pierwszych miesiącach 1568 r. Stanisław złożył śluby zakonne. Miał wtedy zaledwie 18 lat. W prostocie serca w uroczystość św. Wawrzyńca (10 sierpnia) napisał list do Matki Bożej i schował go na swojej piersi. Przyjmując tego dnia Komunię świętą, prosił św. Wawrzyńca, aby uprosił mu u Boga łaskę śmierci w święto Wniebowzięcia. Prośba została wysłuchana. Wieczorem tego samego dnia poczuł się bardzo źle. 13 sierpnia gorączka nagle wzrosła. Przeniesiono go do infirmerii. 14 sierpnia męczyły Stanisława mdłości. Wystąpił zimny pot i dreszcze, z ust popłynęła krew. Była późna noc, kiedy zaopatrzono go na drogę do wieczności. Prosił, aby go położono na ziemi. Prośbę jego spełniono. Przepraszał wszystkich. Kiedy mu dano do ręki różaniec, ucałował go i wyszeptał: “To jest własność Najświętszej Matki”.
    Zapytany, czy nie ma jakiegoś niepokoju, odparł, że nie, bo ma ufność w miłosierdziu Bożym i zgadza się najzupełniej z wolą Bożą. Nagle w pewnej chwili, jak zeznał naoczny świadek, kiedy Stanisław modlił się, twarz jego zajaśniała tajemniczym blaskiem. Kiedy ktoś zbliżył się do niego, by zapytać, czy czegoś nie potrzebuje, odparł, że widzi Matkę Bożą z orszakiem świętych dziewic, które po niego przychodzą. Po północy 15 sierpnia 1568 r. przeszedł do wieczności. Kiedy podano mu obrazek Matki Bożej, a on nie zareagował na to uśmiechem, przekonano się, że cieszy się już oglądaniem Najświętszej Maryi Panny w niebie.Jego kult zrodził się natychmiast i spontanicznie. Wieść o śmierci świętego Polaka rozeszła się szybko po Rzymie. Starsi ojcowie przychodzili do ciała i całowali je ze czcią. Wbrew zwyczajowi zakonu ustrojono je kwiatami. Z polecenia św. Franciszka Borgiasza, generała zakonu, ciało Stanisława złożono do drewnianej trumny, co również w owych czasach było wyjątkiem. Także na polecenie generała magister nowicjatu napisał o Stanisławie krótkie wspomnienie, które rozesłano po wszystkich domach Towarzystwa Jezusowego. Ojciec Warszewicki ułożył dłuższą biografię Stanisława. W dwa lata po śmierci współbracia udali się do przełożonego domu nowicjatu, aby pozwolił im zabrać ze sobą relikwię głowy Stanisława. Kiedy otwarto grób, znaleziono ciało nienaruszone.
    Proces kanoniczny trwał jednak długo. W latach 1602-1604 Klemens VII zezwolił na kult. 18 lutego 1605 r. Paweł V zezwolił na wniesienie obrazu Stanisława do kościoła św. Andrzeja w Rzymie oraz na zawieszenie przed nim lampy i wotów; w 1606 r. ten sam papież uroczyście zatwierdził tytuł błogosławionego. Uroczystości beatyfikacyjne odbyły się najpierw w Rzymie w domu św. Andrzeja, a potem w Polsce. Był to pierwszy błogosławiony Towarzystwa Jezusowego. Klemens X zezwolił zakonowi jezuitów w roku 1670 na odprawianie Mszy świętej i brewiarza o Stanisławie w dniu 13 listopada. W roku 1674 tenże papież ogłosił bł. Stanisława jednym z głównych patronów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litwy. Dekret kanonizacyjny wydał Klemens XI w 1714 r. Jednak z powodu śmierci papieża obrzędu uroczystej kanonizacji dokonał dopiero Benedykt XIV 31 grudnia 1726 r. Wraz z naszym Rodakiem chwały świętych dostąpił tego dnia również św. Alojzy Gonzaga (+ 1591). Jan XXIII uznał św. Stanisława szczególnym patronem młodzieży polskiej.
    Relikwie Świętego spoczywają w kościele św. Andrzeja na Kwirynale w Rzymie. Św. Stanisław Kostka jest patronem Polski (od 1671 r.) i Litwy, archidiecezji łódzkiej i warszawskiej oraz diecezji płockiej, a także Gniezna, Lublina, Lwowa, Poznania i Warszawy; oręduje także za studentami i nowicjuszami jezuickimi, a także za polską młodzieżą.Św. Stanisławowi Kostce przypisuje się zwycięstwo Polski odniesione nad Turkami pod Chocimiem w 1621 r. W tym dniu o. Oborski, jezuita, widział św. Stanisława na obłokach, jak błagał Matkę Bożą o pomoc. Król Jan Kazimierz przypisywał orędownictwu Świętego zwycięstwo odniesione pod Beresteczkiem (1651).
    W ikonografii św. Stanisław Kostka przedstawiany jest w stroju jezuity. Jego atrybutami są: anioł podający mu Komunię, Dziecię Jezus na ręku, krucyfiks, laska pielgrzymia, lilia, Madonna, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Święty Stanisław Kostka – zbuntowany Młodzieniaszek z Rostkowa

    Sample

    ***

    Przez dwa dni Płock gościł będzie uczestników 380. Zebrania Plenarnego Konferencji Episkopatu Polski. Miejscem spotkania biskupów jest Płock, bowiem to z tej diecezji pochodzi urodzony w Rostkowie św. Stanisław Kostka, którego rok obchodzony jest w Kościele w Polsce. Zanim trafił do panteonu świętych, ten Młodzieniaszek z Rostkowa i „Boży szaleniec”, jak bywa określany, udowodnił, że świadomość powołania do służby Bożej jest silniejsza od rodzinnych zakazów i pozwala przezwyciężyć wiele trudności.

    Stanisław Kostka urodził się w grudniu 1550 r. w Rostkowie na Mazowszu w diecezji płockiej, został ochrzczony w kościele parafialnym św. Wojciecha w Przasnyszu. Jego ojciec był kasztelanem zakroczymskim, a krewni zajmowali znaczące stanowiska w Polsce Jagiellonów i Wazów. Matką Stanisława była Małgorzata z zamożnego rodu Kryskich (pochodząca z Drobina koło Płocka). Stanisław miał czworo rodzeństwa: trzech braci – Pawła, Wojciecha i Mikołaja oraz siostrę Annę. Dwaj z braci – Wojciech i Mikołaj zmarli w dzieciństwie.

    Chłopiec od dzieciństwa wzrastał w religijnej atmosferze rodzinnego domu. Tak napisał o tym jego brat Paweł: „Rodzice postępowali z nami surowo i przyzwyczajali do modlitwy i uczciwości. Wszyscy nas upominali i brali udział w naszym wychowaniu, wszystkich czciliśmy, przez wszystkich byliśmy kochani”.

    Do dwunastego roku życia Stanisław uczył się w domu i u miejscowego kapelana. Później razem z bratem Pawłem kształcił się pod opieką młodego nauczyciela Jana Bilińskiego. Gdy miał lat czternaście, na początku lipca 1564 r., razem z bratem Pawłem i Janem Bilińskim wyjechał do Wiednia, aby tam uczyć się w elitarnym kolegium jezuickim. Jego duchowość kształtowała się w trudnym dla Kościoła okresie – czasach reformacji. Po ośmiu miesiącach pobytu w kolegium, gdy jezuitom zabrano internat, Stanisław przeniósł się do domu luteranina Kimberkera. Z bólem dostrzegał negację prawdy o Eucharystii i kultu Matki Bożej.

    Początkowo nauka sprawiała Stanisławowi trudności, później jednak dzięki zdolnościom, ale też pracowitości i sumienności stał się jednym z najlepszych uczniów. Uchodził za chłopca bardzo pobożnego: często adorował Najświętszy Sakrament i gorliwie służył do Mszy św. Poza tym bardzo czcił Matkę Bożą. Gdy powziął zamiar wstąpienia do zakonu jezuitów, usiłował prowadzić życie na wzór zakonny, z czego żartowali nie tylko rówieśnicy, ale nawet jego starszy brat. Mimo to Stanisława nie rezygnował z częstej modlitwy i medytacji.

    Stanisław powtarzał nieraz, że „trzeba więcej podobać się Bogu, niż bratu”. Za swoją życiową dewizę obrał wyznanie: „Ad maiora natus sum”, czyli „Do wyższych rzeczy jestem stworzony”, za czym nie kryje się pycha, ale tęsknota za tym, co święte i doskonałe.

    W czasie pobytu w Wiedniu, w grudniu 1566 roku, Stanisław ciężko zachorował i obawiano się o jego życie. Powrót do zdrowia zawdzięczał cudownej interwencji Matki Bożej. Opowiadał potem w nowicjacie w Rzymie, że ujrzał Maryję z Dzieciątkiem Jezus, które złożyła mu Jezusa na wyciągnięte ręce. Otrzymał też wtedy polecenie wstąpienia do Towarzystwa Jezusowego. Niestety, na to nie chciał wyrazić zgody jego ojciec, który marzył o innej karierze dla syna.

    Kiedy Stanisław, świadom swego powołania do służby Bożej przekonał się, że w Wiedniu, z powodu interwencji ojca, nie uda mu się dostać do zakonu (konieczna był zgoda rodzica), zdecydował się na czyn szaleńczy. Pełen determinacji, w niedzielę 10 sierpnia 1567 roku, po porannej Mszy św., ubrany w ubogie szaty, by nie zwracać na siebie uwagi, zdecydował się na ucieczkę. 17-latek zostawił list, w którym tłumaczył się przed bratem i nauczycielem, dlaczego podjął taką decyzję oraz prosił o pożegnanie w jego imieniu rodziców. Brat Paweł i Jan Biliński zorganizowali wprawdzie pościg, ale Stanisława nigdzie nie rozpoznano, ponieważ był przebrany za żebraka.

    Najpierw Stanisław udał się do Augsburga, a następnie po przejściu 600 km, do Dylingi w Bawarii, mając nadzieję, że być może zostanie przyjęty przez prowincjała jezuitów w Niemczech, ojca Piotra Kanizjusza. Nikt jednak nie czekał tam na Stanisława z otwartymi ramionami: przyszły święty pomagał w kuchni i sprzątał. Jednak kiedy Piotr Kanizjusz, także późniejszy święty, przekonał się o wielkiej, duchowej wartości Stanisława, poradził mu, aby poszedł do samego generała ojców jezuitów do Rzymu. Wystawił też Stanisławowi wspaniałą opinię, pisząc: „Spodziewam się po nim rzeczy wielkich”.

    Stanisław po długiej drodze dotarł do Wiecznego Miasta 25 października 1567 roku i zapukał do furty klasztornej ojców jezuitów. Generał zakonu ojciec Franciszek Borgiasz, późniejszy święty, zadecydował o przyjęciu Stanisława do nowicjatu wbrew woli rodziców. Ceremonia przyjęcia odbyła się 28 października 1567 roku. Gdy nowicjusz napisał do ojca, że jest w jezuickim nowicjacie, ten zareagował groźbami. Jednak Stanisław ripostował, że to wielka łaska, że Bóg raczył przyjąć na służbę jego syna.

    W nowicjacie, jak stwierdzili liczni świadkowie, był wzorem zakonnika. Najświętszą Maryję Pannę nazywał swoją Matką i Panią. Na miesiąc przed śmiercią Stanisław wyznał przyjaciołom, że nie opuszcza go przeczucie o bliskiej śmierci. W dniu św. Wawrzyńca, 10 sierpnia 1568 roku, w rocznicę swej ucieczki z Wiednia, zachorował i po raz drugi ujawnił swe przeczucie bliskiej śmierci.

    Prosił Matkę Bożą, by Jej Wniebowzięcie mógł przeżywać w niebie. Stan jego zdrowia nagle się pogorszył, poprosił wiec o spowiedź, przyjął komunię św i sakrament chorych. Jego zaledwie osiemnastoletnie życie dobiegało końca. Tego dnia krew popłynęła z jego ust a czoło pokrył zimny pot. Oblicze zmieniło się tuż przed śmiercią, kiedy ujrzał Matkę Boską w otoczeniu dziewic. Odszedł z tego świata maja lat osiemnaście, z krzyżem i obrazkiem Matki Bożej w ręku, w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny 15 sierpnia 1568 roku, prawdopodobnie o godzinie trzeciej nad ranem. Znane jest powiedzenie, że „żyjąc krótko, przeżył czasów wiele”.

    Kult świętego Polaka zrodził się natychmiast i spontanicznie, wieść o jego śmierci bardzo szybko rozeszła się po Rzymie. Starsi ojcowie przychodzili do ciała i całowali je ze czcią. Wbrew zwyczajowi zakonu ustrojono je kwiatami. Z polecenia Franciszka Borgiasza, generała zakonu, ciało Stanisława złożono do drewnianej trumny, co również w owych czasach było wyjątkiem. Także na polecenie generała magister nowicjatu napisał o Stanisławie krótkie wspomnienie, które rozesłano po wszystkich domach Towarzystwa Jezusowego. W dwa lata po śmierci współbracia udali się do przełożonego domu nowicjatu, aby pozwolił im zabrać ze sobą relikwię głowy Stanisława. Kiedy otwarto trumnę, by pobrać relikwie, ciało wyglądało jak w dniu śmierci.

    Proces kanoniczny trwał jednak długo. W latach 1602-1604 Klemens VII zezwolił na jego kult. 18 lutego 1605 roku Paweł V zezwolił na wniesienie obrazu Stanisława do kościoła św. Andrzeja w Rzymie oraz na zawieszenie przed nim lampy i wotów; w 1606 r. ten sam papież uroczyście zatwierdził tytuł błogosławionego. Uroczystości beatyfikacyjne odbyły się najpierw w Rzymie w domu św. Andrzeja, a potem w Polsce. Był to pierwszy błogosławiony Towarzystwa Jezusowego.

    Klemens X zezwolił zakonowi jezuitów w roku 1670 na odprawianie Mszy świętej i brewiarza o Stanisławie w dniu 13 listopada. W roku 1674 tenże papież ogłosił bł. Stanisława jednym z głównych patronów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litwy. Dekret kanonizacyjny wydał Klemens XI w 1714 r. Jednak z powodu śmierci papieża obrzędu uroczystej kanonizacji dokonał dopiero Benedykt XIV 31 grudnia 1726 roku.

    Relikwie Świętego spoczywają w kościele św. Andrzeja na Kwirynale w Rzymie. Św. Stanisław Kostka jest patronem Polski (od 1671 roku) i Litwy, archidiecezji łódzkiej i warszawskiej, głównym patronem diecezji płockiej, a także Gniezna, Lublina, Lwowa, Poznania i Warszawy oraz wielu szkół i seminariów duchownych. Oręduje za dziećmi i młodzieżą, studentami i nowicjuszami jezuickimi.

    Św. Stanisławowi Kostce przypisuje się zwycięstwo Polski odniesione nad Turkami pod Chocimiem w 1621 r. W tym dniu o. Oborski, jezuita, widział św. Stanisława na obłokach, jak błagał Matkę Bożą o pomoc. Król Jan Kazimierz przypisywał orędownictwu Świętego zwycięstwo odniesione pod Beresteczkiem (1651).

    Z inicjatywy biskupa płockiego Piotra Libery Episkopat Polski ogłosił rok 2018, w 450. rocznicę śmierci św. Stanisława Kostki i 100. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości – Rokiem Świętego Stanisława Kostki.

    380. Zebranie Plenarne Konferencji Episkopatu Polski w Płocku w dniach 25-26 września, jest jednym z wydarzeń obchodów tego roku w diecezji płockiej.

    e-kai/2018

    ______________________________________________________________________________________________________________


    17 września

    Święta Hildegarda z Bingen,
    dziewica i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Robert Bellarmin, biskup i doktor Kościoła
      •  Święty Zygmunt Szczęsny Feliński, biskup
      •  Święty Jan Macías, zakonnik
      •  Stygmaty św. Franciszka z Asyżu
      •  Święty Piotr z Arbués, męczennik
      •  Święty Marcin z Finojosa, biskup
      •  Święty Lambert z Liege, biskup i męczennik
      •  Błogosławiony Zygmunt Sajna, prezbiter i męczennik
    ***
    Święta Hildegarda z Bingen

    Hildegarda urodziła się 16 września 1098 w Rupertsbergu koło Bingen. Jej rodzicami byli Hildebert i Mechtylda von Bermersheim. Ponieważ była dziesiątym dzieckiem w szlacheckiej rodzinie, w wieku ośmiu lat, zgodnie z tradycją dziesięciny, została poświęcona Kościołowi. Zaopiekowała się nią przeorysza benedyktynek – Judyta. Przygotowując się do życia w zakonie, w Disibodenbergu, Hildegarda otrzymała klasyczne wykształcenie. Dzięki wrodzonym zdolnościom do nauki i umiejętności wykorzystywania zdobytej wiedzy zyskała uznanie. Gdy w 1136 r. Judyta umarła, Hildegarda zajęła jej miejsce.
    Jako przeorysza cieszyła się wielka estymą. Podjęła liczne dzieła dla swojego zakonu. By mniszki nie dzieliły murów z zakonnikami, spowodowała przeniesienie konwentu do ufundowanego przez jej rodzinę klasztoru we wsi Rupertsberg (1150). Po latach zbudowała dla nich jeszcze jeden klasztor w Eibingen (1165). Już będąc przeoryszą Hildegarda ujawniła, że od trzeciego roku życia miewała wizje, podczas których rozmawiała z Bogiem. Nie ujawniała tego przez skromność, a może z obawy przed inkwizycją. Dopiero gdy mając 42 lata osiągnęła najwyższe dostępne kobiecie stanowiska w Kościele i uzyskała wpływy w najważniejszych biskupstwach i na dworze papieskim, bez obaw przyznała się do swoich doświadczeń. W czasie jednej z wizji usłyszała głos nakazujący jej spisywać swoje wizje. W ten sposób zaczęło powstawać dzieło Sci vias – “Poznaj ścieżki Pana”.
    Wiadomość o tych wizjach roznosiła się coraz dalej, aż przez opata Disibodenbergu i arcybiskupa Moguncji Henryka dotarła do papieża Eugeniusza III, który wysłał do klasztoru specjalną komisję, mającą wyjaśnić autentyczność cudów. Wybrane fragmenty wizji zostały przeczytane na synodzie w Trewirze (1147-1148). Hildegarda uzyskała błogosławieństwo i pozwolenie na rozpowszechnienie swoich idei i nakaz spisywania dalszych objawień dzięki wstawiennictwu wpływowego teologa i założyciela zakonu cystersów, św. Bernarda z Clairvaux. Treść przeżyć mistycznych spisała w trzech księgach: Scito vias Domini (“Poznaj drogi Pana”), Liber vitae (“Księga zasług życia”) i Liber divinorum operum (“Księga dzieł Bożych”). Dzięki przychylności papieża mogła posunąć się do zawoalowanej krytyki rozwiązłości kleru i domagać się większego uznania dla roli kobiet. Właśnie w tym tonie jest jej sztuka moralna Ordo virtutum (“O sztuce cnoty”), do której sama skomponowała muzykę.
    Chociaż autentyczność jej objawień była przez niektórych kwestionowana (uważano, że były one wynikiem migren), to jednak szlacheckie pochodzenie i wysokie stanowisko w hierarchii kościelnej spowodowały, że listy i pisma Hildegardy znajdowały czytelników wśród władców kościelnych i świeckich. Dla wielu ludzi średniowiecza jej wypowiedzi były głosem, który pochodził od Boga.
    Dzięki solidnemu wykształceniu i bogatemu doświadczeniu oraz wybitnym zdolnościom oratorskim Hildegarda zjednała sobie w końcu przychylność oponentów. Jej rozważania z zakresu teologii, filozofii i historii naturalnej były przyjmowane z zainteresowaniem w kręgach kościelnych i świeckich, przynosząc jej powszechny szacunek i uznanie. Wśród wiernych jej osoba stała się obiektem kultu. Historie o jej nadprzyrodzonych zdolnościach przenikały poza klasztorne mury i krążyły po średniowiecznej Europie. U szczytu popularności Hildegarda została okrzyknięta “Sybillą znad Renu” i była czczona jako chrześcijańska wyrocznia o atrybutach proroka, do której udawali się po radę i pociechę biskupi, papieże i władcy. W 1152 r. została zaproszona na specjalne spotkanie z cesarzem Fryderykiem I Barbarossą, którego wcześniej krytykowała.
    Ważne w jej piśmiennictwie były również dzieła o medycynie, historii naturalnej i lecznictwie. Hildegarda była uważną obserwatorką natury i ludzi. Kierując się grecką filozofią czterech żywiołów, badała wzajemne oddziaływania pomiędzy światem żywym i martwym oraz ich wpływ na stan organizmu i duszy człowieka. Swoje wnioski przedstawiła w nieco panteistycznym traktacie o leczniczym i szkodliwym działaniu roślin i minerałów, które, jak sądziła, uczestniczyły w nieustannym procesie wymiany wewnętrznych zasobów energii. Publikacje z zakresu medycyny ludowej przyniosly jej miano pierwszej niewiasty pośród lekarzy i przyrodników Niemiec.
    Ponadto w latach 1158-1170 głosiła kazania w środkowych i południowych Niemczech. Była zapraszana na wykłady i wizytacje w klasztorach. Ta światła kobieta uważała, że śpiew powinien być nieodłączną częścią liturgii, gdyż śpiew, tak jak modlitwa, przybliża człowiekowi zbawienie. Wierzyła, że twórcze natchnienie pochodzi wprost od Boga, a dzieło artysty jest w rzeczywistości boskim przekazem. Sama skomponowała moralitet i liczne religijne, choć nie liturgiczne pieśni. W odróżnieniu od typowych wówczas śpiewów chorałowych, jej melodie były znacznie bardziej emocjonalne. Pod koniec XX w. jej muzyka zyskała dużą popularność.
    Zmarła 17 września 1179 r. w klasztorze w Rupertsbergu i została pochowana w kościele parafialnym w Einbingen, którego obecnie jest patronką. Mimo iż rozpoczęty w 1227 roku proces kanonizacyjny został wstrzymany w niewyjaśnionych okolicznościach, Hildegarda z Bingen nad Renem została w XIV w. umieszczona w martyrologium jako święta. Do kalendarza liturgicznego obchód ku jej czci wpisano w 1971 roku. Jej biografia jest kompletna i dobrze udokumentowana, co jest rzadkie jak na tamte czasy. Zawdzięczamy to m.in. dwóm mnichom. Jeszcze za życia Hildegardy w latach 1174-1175 mnich Gottfried rozpoczął pracę nad systematyzacją jej dzieł, a w latach 1180-1190 mnich Theoderich ukończył jego prace.
    Papież Benedykt XVI potwierdził 10 maja 2012 r., że Hildegarda z Bingen, ze względu na swoje zasługi dla Kościoła i ogromny wkład w rozwój myśli katolickiej, może odbierać cześć jako święta w całym Kościele. 7 października 2012 r. papież ogłosił św. Hildegardę doktorem Kościoła powszechnego, wraz ze św. Janem z Avili.
    Hildegarda jest patronką esperanto, językoznawców i naukowców.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    Św. Hildegarda z Bingen (1)

    Katecheza podczas audiencji generalnej 1.09.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    W 1988 r., z okazji Roku Maryjnego, czcigodny sługa Boży Jan Paweł II napisał list apostolski, zatytułowany Mulieris dignitatem, poświęcony cennej roli, jaką kobiety odgrywały i nadal odgrywają w życiu Kościoła. «Kościół — czytamy — składa dzięki za wszystkie przejawy ‘kobiecego geniuszu’ w ciągu dziejów, pośród wszystkich ludów i narodów; składa dzięki za wszystkie charyzmaty, jakie Duch Święty udziela niewiastom w historii Ludu Bożego, za wszystkie zwycięstwa, jakie zawdzięcza ich wierze, nadziei i miłości: składa dzięki za wszystkie owoce kobiecej świętości» (n. 31).

    Również w okresie historii, który zwykle nazywamy Średniowieczem, różne postaci kobiet wyróżniły się świętością i bogactwem nauczania. Dzisiaj chciałbym przedstawić jedną z nich: św. Hildegardę z Bingen, która żyła w Niemczech w xii w. Urodziła się w 1098 r. w Hesji, prawdopodobnie w Bermersheim, w pobliżu Alzey, a zmarła w 1179 r. w wieku 81 lat, mimo że nigdy nie cieszyła się dobrym zdrowiem. Hildegarda pochodziła ze szlacheckiej, wielodzietnej rodziny i od urodzenia została przez rodziców przeznaczona do służby Bogu. W 8. roku życia została poświęcona Kościołowi w zakonie (zgodnie z regułą św. Benedykta, rozdz. 59) i oddana na naukę i wychowanie chrześcijańskie pod opiekę wdowy konsekrowanej Udy z Göllheim, a potem Juty ze Spanheim, żyjącej w pustelni w benedyktyńskim klasztorze w Disibodenbergu. Powstał tam mały żeński klasztor klauzurowy, który stosował się do reguły św. Benedykta. Hildegarda przyjęła welon zakonny z rąk biskupa Ottona z Bambergu, a w 1136 r., po śmierci matki Juty, która była przełożoną wspólnoty, współsiostry wybrały ją na jej następczynię. Wykonywała to zadanie, wykorzystując swoje możliwości kobiety wykształconej, o głębokim życiu duchowym i potrafiącej radzić sobie z organizacyjnymi stronami życia klauzurowego. Kilka lat później, również ze względu na rosnącą liczbę młodych kobiet, które pukały do furty klasztornej, Hildegarda odłączyła się od męskiej wspólnoty z Disibodenbergu i zamieszkała ze wspólnotą w Bingen, gdzie spędziła resztę życia. Styl, który cechował jej posługę władzy, jest wzorem dla wszystkich wspólnot zakonnych: pobudzał on do świętego współzawodnictwa w czynieniu dobra, toteż — jak wynika ze świadectw epoki — matka i jej córki wzajemnie okazywały sobie szacunek i posługiwały.

    Już w latach, kiedy była przełożoną klasztoru w Disibodenbergu, Hildegarda zaczęła dyktować opisy mistycznych wizji, które miała od pewnego czasu, swojemu kierownikowi duchownemu, mnichowi Volmarowi, oraz swojej sekretarce, współsiostrze Richardis ze Strade, do której była bardzo przywiązana. Jak wszyscy prawdziwi mistycy, Hildegarda pragnęła, by mądre osoby swoim autorytetem rozeznały pochodzenie jej wizji, lękała się bowiem, że mogą być one wynikiem iluzji i nie pochodzić od Boga. Zwróciła się przeto do osoby, która w jej czasach cieszyła się największym szacunkiem w Kościele: do św. Bernarda z Clairvaux, o którym już mówiłem w kilku katechezach. Uspokoił on Hildegardę i dodał jej odwagi. W 1147 r. spotkała się ona z aprobatą jeszcze jednej, niezmiernie ważnej osoby. Papież Eugeniusz III, który przewodniczył synodowi w Trewirze, przeczytał tekst podyktowany przez Hildegardę, przedstawiony mu przez arcybiskupa Henryka z Moguncji. Papież upoważnił mistyczkę do spisywania swoich wizji i do przemawiania publicznie. Od tego momentu duchowy prestiż Hildegardy wzrastał coraz bardziej, a współcześni nadali jej tytuł «prorokini germańskiej» (Sybilli znad Renu). Drodzy przyjaciele, oto przypieczętowanie autentycznego doświadczenia Ducha Świętego, źródła każdego charyzmatu: osoba obdarzona darami nadprzyrodzonymi nie chełpi się nimi, nie obnosi się z nimi, a przede wszystkim jest całkowicie posłuszna władzy kościelnej. Przeznaczeniem każdego daru udzielonego przez Ducha Świętego jest bowiem budowanie Kościoła, a Kościół przez swoich pasterzy uznaje jego autentyczność.

    W najbliższą środę jeszcze raz będę mówił o tej wielkiej kobiecie, «prorokini»; w bardzo aktualny sposób przemawia dzisiaj również do nas jej odważna umiejętność rozeznawania znaków czasu, jej miłość do stworzenia, jej poezja, jej muzyka, która dzisiaj jest wydobywana z zapomnienia, jej miłość do Chrystusa i Jego Kościoła, cierpiącego również w tamtych czasach, zranionego również wówczas grzechami księży i świeckich, i tym bardziej miłowanego jako ciało Chrystusa. Św. Hildegarda mówi zatem do nas. Będziemy jeszcze o tym mówić w najbliższą środę. Dziękuję wam za uwagę.

    do Polaków:

    Witam pielgrzymów z Polski. Wspominając dziś św. Hildegardę z Bingen, zakonnicę i mistyczkę, która z oddaniem troszczyła się o odnowę życia religijnego w zakonach, pośród duchowieństwa i wiernych, prosimy Boga, aby i w naszych czasach budził w wielu kobietach pragnienie włączenia swego geniuszu w apostolską działalność Kościoła. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 1/09/2010/Opoka.pl

    _________________________________________________________________________________

    Św. Hildegarda z Bingen (2)

    Katecheza podczas audiencji generalnej 8.09.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Chciałbym dziś powrócić do refleksji nad św. Hildegardą z Bingen, ważną postacią żeńską Średniowiecza, która wyróżniła się ze względu na duchową mądrość oraz świętość życia. Mistyczne wizje Hildegardy przypominają wizje proroków Starego Testamentu: wyrażając się w kategoriach kulturowych i religijnych swoich czasów, interpretowała w Bożym świetle Pismo Święte, odnosząc je do różnych okoliczności życia. Tak więc wszyscy jej słuchacze czuli się zachęceni do prowadzenia konsekwentnego i zaangażowanego życia chrześcijańskiego. W jednym z listów do św. Bernarda mistyczka znad Renu wyznaje: «Wizja ogarnia całe moje jestestwo: nie widzę oczyma ciała, lecz ukazuje mi się w duchu tajemnic. (…) Znam głęboki sens tego, co wyrażone jest w Psałterzu, w Ewangeliach oraz w innych księgach, które zostały mi przedstawione w wizji. Pali ona niczym płomień w mojej piersi i duszy, i uczy mnie głębokiego zrozumienia tekstu» (Epistolarium pars prima I-XC: CCCM, 91).

    Mistyczne wizje Hildegardy zawierają bogate treści teologiczne. Odnoszą się do zasadniczych wydarzeń dziejów zbawienia, a ich język jest przede wszystkim poetycki i symboliczny. Na przykład, w jej najbardziej znanym dziele Scivias, to znaczy Poznaj drogi, opisuje ona w trzydziestu pięciu wizjach wydarzenia z dziejów zbawienia, od stworzenia świata aż do końca czasów. Z charakterystyczną kobiecą wrażliwością Hildegarda właśnie w głównej części swego dzieła rozważa temat mistycznych zaślubin między Bogiem i ludzkością, które urzeczywistniły się we wcieleniu. Na drzewie krzyża dopełniają się zaślubiny Syna Bożego z Kościołem, Jego Oblubienicą, napełnioną łaskami i uzdolnioną do dawania Bogu nowych dzieci, w miłości Ducha Świętego (por. Visio tertia: PL 197, 453 c). Już z tych krótkich wzmianek widzimy, że również kobiety mogą wnieść w teologię szczególny wkład, ponieważ zdolne są one mówić o Bogu i o tajemnicach wiary z właściwą sobie inteligencją i wrażliwością. Zachęcam więc wszystkie kobiety pełniące tę posługę, by czyniły to w głębokim duchu eklezjalnym, karmiąc swoją refleksję modlitwą i uwzględniając wielkie i częściowo jeszcze niezbadane bogactwo średniowiecznej tradycji mistycznej, zwłaszcza tej reprezentowanej przez świetlane wzorce, jak właśnie Hildegarda z Bingen.

    Mistyczka znad Renu jest autorką również innych pism, z których dwa są szczególnie ważne, ponieważ zawierają, podobnie jak Scivias, jej mistyczne wizje; są to Liber vitae meritorum (Księga zasług życia) oraz Liber divinorum operum (Księga dzieł Bożych), zwana również De operatione Dei. W pierwszej opisana jest jedyna i wielka wizja Boga, ożywiającego wszechświat swą mocą i swym światłem. Hildegarda podkreśla głęboką relację między człowiekiem i Bogiem oraz przypomina nam, że całe stworzenie, którego człowiek stanowi uwieńczenie, otrzymuje życie od Trójcy Świętej. Głównym tematem tekstu jest relacja między cnotami i wadami; człowiek powinien zatem codziennie stawiać czoło wyzwaniu, jakim są wady, które oddalają go od drogi do Boga, oraz cnót, sprzyjających temu dążeniu. Jest to zachęta do wystrzegania się zła, by chwalić Boga oraz by po cnotliwym życiu wkroczyć w życie «pełne radości». W drugim dziele, uważanym przez wielu za mistrzowskie, w dalszym ciągu opisuje stworzenie w jego odniesieniu do Boga i centralne miejsce człowieka, wykazując silny chrystocentryzm o zabarwieniu biblijno-patrystycznym. Święta, opisując pięć wizji, zainspirowanych Prologiem Ewangelii św. Jana, zamieszcza słowa, które Syn kieruje do Ojca: «Całe dzieło, którego pragnąłeś i które mi powierzyłeś, doprowadziłem pomyślnie do końca, i oto Ja jestem w Tobie, a Ty we Mnie, i stanowimy jedno» (Pars III, Visio X: PL 197, 1025 a).

    Wreszcie w innych pismach Hildegarda wykazuje wszechstronność zainteresowań i kulturową aktywność żeńskich klasztorów Średniowiecza, na przekór przesądom panującym jeszcze na temat tej epoki. Hildegarda zajmowała się medycyną i naukami przyrodniczymi, jak również muzyką, jako że była obdarzona talentem artystycznym. Komponowała m.in. hymny, antyfony i pieśni, które zostały zebrane pod tytułem Symphonia Harmoniae Caelestium Revelationum (Symfonia harmonii objawień niebieskich); wykonywano je radośnie w jej klasztorach, szerząc pogodną atmosferę, a przetrwały one aż do naszych czasów. Dla niej całe stworzenie jest symfonią Ducha Świętego, który sam jest radością i weselem.

    Popularność, jaką cieszyła się Hildegarda, skłaniała wiele osób, by się do niej zwracać. Toteż dysponujemy wieloma jej listami. Zwracały się do niej wspólnoty monastyczne męskie i żeńskie, biskupi i opaci. Wiele odpowiedzi jest aktualnych również dla nas. Na przykład, do jednej ze wspólnot zakonnych żeńskich Hildegarda pisała: «Trzeba bardzo troszczyć się o życie duchowe. Na początku trud jest gorzki. Wymaga bowiem wyrzeczenia się zachcianek, przyjemności cielesnych i tym podobnych rzeczy. Jeśli jednak święta dusza daje się oczarować świętości, pogarda świata będzie dla niej słodka i pełna miłości. Trzeba tylko rozumnie strzec się, by dusza nie zwiędła» (E. Gronau, Hildegard. Vita di una donna profetica alle origini dell’età moderna, Milano 1996, s. 402). A kiedy cesarz Fryderyk Barbarossa doprowadził do schizmy w Kościele, przeciwstawiając trzech antypapieży prawowitemu papieżowi Aleksandrowi III, zainspirowana swoimi wizjami Hildegarda nie wahała się przypomnieć mu, że również on, cesarz, podlega sądowi Bożemu. Z odwagą charakteryzującą wszystkich proroków napisała do cesarza następujące słowa w imieniu Boga: «Biada, biada temu niegodziwemu postępowaniu bezbożnych, którzy Mną pogardzają! Słuchaj, o królu, jeśli chcesz żyć! W przeciwnym razie przeszyje cię mój miecz!» (tamże, s. 412).

    Obdarzona duchowym autorytetem, Hildegarda w ostatnich latach swego życia udała się w podróż pomimo zaawansowanego wieku i trudów związanych z przemieszczaniem się, aby mówić ludziom o Bogu. Wszyscy chętnie jej słuchali, nawet gdy przemawiała surowym tonem: uważano ją za wysłanniczkę Boga. Nawoływała zwłaszcza wspólnoty klasztorne oraz duchowieństwo do życia zgodnego z ich powołaniem. W sposób szczególny Hildegarda przeciwstawiała się ruchowi niemieckich katarów. Oni to — katarzy dosłownie znaczy «czyści» — domagali się radykalnej reformy Kościoła, zwłaszcza w celu zwalczania nadużyć kleru. Ona zarzucała im ostro, że chcą zmienić naturę Kościoła, i przypominała im, że prawdziwą odnowę wspólnoty kościelnej uzyskuje się nie tyle przez zmianę struktur, ile raczej dzięki szczeremu duchowi pokuty i na drodze prawdziwego nawrócenia. O tym przesłaniu nie powinniśmy nigdy zapominać. Prośmy nieustannie Ducha Świętego o święte i odważne kobiety w Kościele, jak św. Hildegarda z Bingen, aby korzystając z otrzymanych od Boga darów, wnosiły swój cenny i szczególny wkład, przyczyniając się do duchowego wzrostu naszych wspólnot oraz Kościoła naszych czasów.

    do Polaków:

    Serdecznie pozdrawiam pielgrzymów polskich. Witam profesorów i alumnów seminarium duchownego z Grodna na Białorusi, którzy tu w Rzymie świętują 20-lecie jego istnienia. Niech to seminarium i wszystkich tu obecnych wspiera wstawiennictwo Maryi Dziewicy, której święto Narodzenia dzisiaj obchodzimy. Z serca wam błogosławię. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 8/09/2010/Opoka.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Św. Hidegarda z Bingen – spuścizna

    Réné Lejeune

    Spuścizna po ŚWIĘTEJ HILDEGARDZIE Z BINGEN

    17 września 1179 roku, o czwartej nad ranem, na wygwieżdżonym niebie, niedaleko Bingen, daje się zobaczyć tajemnicze zjawisko świetlne. Wśród ciemności na firmamencie rozbłyskają dwie promienne tęcze, które w najwyższym punkcie krzyżują się pod kątem prostym. W miejscu ich przecięcia widoczny jest okrąg i wpisany w niego krzyż. Rośnie on stopniowo, by w końcu sięgnąć ramionami aż po horyzont. Wokół gigantycznego krzyża pojawiają się mniejsze okręgi z krzyżami. Mimo tak wczesnej pory, kilka osób jest świadkami cudu. Ich okrzyki pełne zdumienia i lęku wyrywają ze snu mieszkańców Bingen i okolicznych wiosek. Na dworze gromadzi się coraz liczniejszy tłum obserwatorów dziwnego wydarzenia. Olbrzymi jaśniejący krzyż długo jeszcze widnieje na nocnym niebie, a po pewnym czasie zaczyna stopniowo maleć, by wreszcie stać się świetlnym punktem na wschodnim krańcu nieba. Świadkowie rozpoznają miejsce, nad którym zawisa: klasztor benedyktynek w Rupertsbergu. Właśnie wówczas, 17 września 1179 roku, około piątej nad ranem umiera przeorysza, Matka Hildegarda. W dniu swego powrotu do domu Ojca Niebieskiego ma 81 lat. Jest ona jedną z najniezwyklejszych świętych wspaniałego i kwitnącego ogrodu średniowiecza.

    Urodziła się w zamku, nieopodal Bingen, w pobliżu miejsca, gdzie Ren staje się legendą w zbiorowej pamięci Niemców. Hildegarda umrze na jednym z okolicznych wzgórz, po przebyciu mistycznej i wewnętrznej wędrówki w zaciszu własnej klasztornej celi, później zaś – pełnego pasji, kaznodziejskiego szlaku wiodącego przez niemieckie miasta i wsie, gdzie przemawia do tłumów, opowiadając o wizjach i odwiedzinach z Niebios, jakich dane jej było doświadczyć. Spokojna dusza kontemplatyczki rozbłyska wtedy płomieniem Bożego ognia, tego samego, który Jezus „przyszedł rzucić na ziemię” i jakże „gorąco pragnął, aby on już zapłonął”. Zjawisko świetlne z 17 września 1179 przemawia do tysięcy jego naocznych świadków o tym, że dusza posłuszna Bogu staje się światłem na podobieństwo Pana, który jest Światłością Świata.

    Uzdrowić chorą duszę i ciało

    Wizje św. Hildegardy utwierdzają nas w wierze, iż człowiek jest ostatecznym celem Stworzenia. Szczęście i zdrowie zostają mu zapewnione wówczas, gdy podporządkowuje się on prawom wszechświata i w pełni przyjmuje plan miłości Bożej: oto dwie strony jednej, nadprzyrodzonej rzeczywistości. Cielesność rządzi się swymi prawami, konkretnie wpisanymi w porządek Stworzenia. Dusza też podlega pewnemu prawu: jest nim miłość, istota Stworzyciela. Dusza i ciało zostały zranione przez grzech i są chore. Troska o duszę i uzdrowienie ciała pozostają w zasięgu znakomitej większości istot ludzkich. Słowo Boże objawia nam drogę do tego celu w Piśmie Świętym, a Jezus Chrystus, Bóg wcielony, ukazuje nam ją w dziejach świata. Hildegarda, dzięki swemu darowi i powołaniu, pozwala zrozumieć swoim i naszym współczesnym, w jaki sposób ukoić duszę pokojem Chrystusowym oraz uzdrowić ciało za pomocą leków ofiarowanych nam przez naturę. Grzech zranił wprawdzie istotę ludzką, jej duszę i ciało, natura zawiera w sobie jednak antidotum na to zranienie. Stwórca ukrył w niej niezawodną farmakopeę, która swą skutecznością przewyższa leki syntetyzowane chemicznie przez ludzkie laboratoria. Święta odkrywa przed nami w ten sposób drogi wiodące do uzdrowienia. Przez całe stulecia interesowano się duchowym i medycznym przesłaniem tej wyjątkowej nadreńskiej benedyktynki. Niestety, w czasach triumfu medycyny analitycznej i zarozumiałego scjentyzmu, „Physica” oraz „Causae et curae” popadną w zapomnienie. Określane jako „brednie pewnej mniszki”, staną się przedmiotem wzgardy. W obliczu sytuacji bez wyjścia, w jakiej znalazły się nauki medyczne przesadnie podzielone, sfragmentaryzowane i zatomizowane, powracamy dziś do intuicji podsuniętych przez niektóre wybitne umysły kroczące drogą doświadczenia, niekiedy pod wpływem nieodpartego wewnętrznego impulsu. Lub też ku realistycznym mistykom, takim, jak Hildegarda z Bingen, rzeczniczka tego, co nadprzyrodzone.

    Tajemnica jej wiedzy

    Jej postać wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Czy jej znajomość leków pochodzi od Boga? Święta zapewnia nas o tym z niezachwianą wiarą. Nie jest ona autorką tego, co przekazuje. Językiem własnej epoki opisuje ludzki organizm z taką samą pewnością, z jaką prezentuje swą znajomość człowieczej duszy. Wiedza ta została jej objawiona, nie zaś zdobyta przez nią w drodze nauki. Mądrość Hildegardy jest mądrością wiary, a Bóg – jej Nauczycielem. W Niemczech pojawiają się coraz liczniejsze analizy jej dzieł. Laboratoria medyczne potwierdzają jej teorie. We Francji, św. Hildegarda znana jest od niedawna. Mamy obecnie dostęp do jej pism, wydawanych przez kilka dziesięcioleci po wojnie przez benedyktynki z klasztoru w Eibingen k. Rüdesheim nad Renem. Krążą pogłoski, że część rękopisów jest przechowywana w ukryciu przez Związek Farmaceutów Niemieckich. Czy chodzi o niepublikowane dotąd dzieła Hildegardy? Tajemnica oczekuje wyjaśnienia. Matka Hildegarda jest naszą współczesną. Nie zapominajmy, że w oczach Boga „tysiąc lat (…) jest jak dzień” (Ps 89, 4). Związana ze św. Hildegardą kosmiczna wizja prowadzi nas w świat XXI wieku, czasu globalnego pojmowania realiów pozamaterialnych i fizycznych. Stulecia XIX i XX dzieliły, analizowały, odgradzały i separowały. Nadchodzi epoka wielkich syntez, które scalą podzielony świat nauki, spoglądający w zwierciadło wiedzy rozbite na tysiąc okruchów, z przerażeniem Fausta, obserwującego, jak z probówki wyłania się homunkulus. Bez owej przemiany zatomizowanemu światu groziłoby ostateczne zniszczenie, w wyniku którego zamiast ziemi pozostałaby już tylko czeluść.

    Nauka w służbie stworzenia

    Jest prawdopodobne, że w poszukiwaniu globalnej wizji świata, człowieka i jego życia, coraz więcej naukowców będzie poświęcać uwagę natchnionym pismom nadreńskiej mistyczki. Jej objawienia będą traktowane jako przedmiot badań naukowych. Hildegarda otwiera przed nami nowe a zarazem odwieczne drogi, mogące uwolnić naukę od jej mechanistycznych przeszkód oraz oddać ją w służbę Stworzeniu. To ostatnie jest „dobre” w oczach Boga, podczas gdy człowiek zostaje oceniony przezeń jako coś „bardzo dobrego”. Mówi nam o tym pierwszy rozdział Księgi Rodzaju we fragmencie zwieńczającym opis sześciu dni stworzenia świata.

    Nowe perspektywy

    Na owej drodze, człowiek będzie musiał nauczyć się nowego sposobu patrzenia na rzeczywistość, odnalezienia Bożej perspektywy, danej mu przez Stwórcę, ale zaciemnionej przez grzech. Pryzmatem dla nowego spojrzenia jest łaska, a wyostrza się ono dzięki codziennemu przyswajaniu Słowa Bożego. Świadkiem prawdziwości tego, o czym mowa, jest Hildegarda. Wszystko jest łaską, również wiedza. Łaska zaś jest przekazywana przez Jezusa Chrystusa, który rekapituluje w sobie alfę i omegę Stworzenia. Św. Hildegarda uchyla bramy prowadzącej ku nowym przestrzeniom. Wcześniej otwarły się już, lub zostaną w przyszłości otwarte, bramy do zadziwiających tajemnic. Chora ludzkość znajdzie w nich nieznane sposoby uzdrawiania ciała i duszy, nierozłącznie związanych ze sobą w planie Bożej Miłości.

    W centrum wszechrzeczy

    Najcudowniejszym kluczem do nowych obszarów wiedzy jest ludzki genom. Również on poucza nas o tym, co św. Hildegarda wiedziała dzięki objawieniu: wszystko podlega Bożemu prawu. Człowiek powstaje w wyniku działania praw fizycznych o niezwykłej złożoności, powinien zaś podporządkować się prawu Bożemu, by zapewnić sobie pełny rozkwit i szczęście. Zwłaszcza na nowym etapie rozwoju nauki, na jakim znalazła się ludzkość, z wszystkimi możliwościami profanacji sanktuarium życia – klonowaniem, medycyną genetyczną, diagnostyką prenatalną i terapią genową! „Pogłębianie wiedzy nie jest celem samym w sobie” – powiada papież Jan Paweł II. Aby jeszcze bardziej zbliżyć się do celu, jakim jest: 1) rozszyfrowanie nieskończonej złożoności Stworzenia na płaszczyźnie fizycznej; 2) szukanie nowych rozwiązań w moralności, stosownie do wciąż ubogacanego skarbca wiedzy – należy w obu przypadkach działać w świetle danego ludziom przez Boga Objawienia, którego istotą jest prymat miłości… Mamy Objawienie przekazane ludziom przez Boga i zapisane w Biblii, Słowie Bożym, oraz objawienia dane wybranym duszom, takim, jak św. Hildegarda z Bingen. Czyż nie powinniśmy prosić Boga, aby posłał nam dziś nową, uprzywilejowaną duszę, by przez nią objawić, u zarania nowej epoki, misterium i tajemnice owego dowodu ludzkiej tożsamości zapisanej w wielkiej księdze życia? Zwróćmy uwagę na ciekawą zbieżność – hebrajski rdzeń imienia Bożego ADoNai, zawiera litery przekaźnika informacji genetycznej, DNA, kontrolującego aktywność zdrowych komórek. Możemy dopatrywać się tu symbolu stworzenia człowieka na podobieństwo Boże.

    Vox Domini/Stella Maris, nr 369, str. 30-31

    ____________________________________________________________________________________
    17 września

    Stygmaty św. Franciszka z Asyżu

    Święty Franciszek z Asyżu otrzymuje stygmaty

    W roku 1224 św. Franciszek z Asyżu otrzymał dar stygmatów. W jego życiu od dawna szczególne miejsce zajmowała kontemplacja wcielenia Chrystusa. Najprawdopodobniej 14 września 1224 roku, w święto Podwyższenia Krzyża Świętego, kiedy na górze La Verna Franciszek modlił się i kontemplował mękę Chrystusa, doświadczył nadprzyrodzonego spotkania z Chrystusem, który ukazał mu się jako serafin, okryty sześcioma skrzydłami i przybity do krzyża. Z jego ciała wychodziły promienie, które przeszyły stopy, dłonie i bok św. Franciszka.
    Opis tego wydarzenia przekazał nam Tomasz z Celano, franciszkanin żyjący w XIII wieku, historyk i pierwszy biograf Franciszka. Zatopiony w kontemplacji, Franciszek “ujrzał w widzeniu rozciągniętego nad sobą Serafina, wiszącego na krzyżu, mającego sześć skrzydeł, za ręce i nogi przybitego do krzyża. Dwa skrzydła unosiły się mu nad głową, dwa wyciągały do lotu, a dwa okrywały całe ciało. Widząc to, Franciszek zdumiał się gwałtownie, a gdy nie umiał wytłumaczyć, co by znaczyło to widzenie, wtargnęła mu w serce radość pomieszana z żałością. Cieszył się z łaskawego wejrzenia, jakim Serafin patrzył na niego, ale przybicie do krzyża przeraziło go. Natężył umysł, by pojąć, co mogłaby znaczyć ta wróżba, i duch jego silił się trwożnie nad jakimś jej zrozumieniem. Otóż, podczas gdy szukając wyjaśnienia na zewnątrz, poza sobą, nie znalazł rozwiązania, nagle objawiło mu je w nim samym odczucie bólu.
    Natychmiast bowiem na jego rękach i nogach zaczęły jawić się znaki gwoździ, jak to na krótko przedtem widział u Męża ukrzyżowanego, ponad sobą w powietrzu. Jego ręce i nogi wyglądały przebite gwoździami w samym środku; główki gwoździ były widoczne na wewnętrznej stronie rąk i na wierzchniej stronie nóg, a ich ostre końce były na stronie odwrotnej… Zaś prawy bok, jakby przebity lancą, miał na sobie czerwoną bliznę, która często broczyła i spryskiwała tunikę oraz spodnie świętą krwią”.Święto stygmatów św. Franciszka, potwierdzone przez papieża Benedykta XI, zostało ustanowione na kapitule generalnej franciszkanów w 1337 roku w Cahors we Francji. Jest obchodzone 17 września w całym zakonie franciszkańskim.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 września

    Święci męczennicy
    Korneliusz, papież, i Cyprian, biskup

    Zobacz także:
      •  Święta Edyta, ksieni
      •  Święta Eufemia, męczennica
      •  Święty Doroteusz z Tebaidy
      •  Błogosławieni Jan Chrzciciel i Hiacynt od Aniołów, męczennicy
    ***
    Święty Korneliusz

    Korneliusz był synem Kastyna z rodu Cornelia. Jako kapłan rzymski był bliskim współpracownikiem papieża św. Fabiana (236-250). Z listu św. Cypriana z Kartaginy dowiadujemy się, że Korneliusz został namiestnikiem Chrystusa nie dzięki własnej inicjatywie, ale został wybrany głosem ludu rzymskiego ze względu na swoją pokorę, łagodność i roztropność. Cyprian pisze, że Korneliusz przeszedł wszystkie stopnie w hierarchii kościelnej, zanim został wybrany biskupem rzymskim. Z tego wynika, że w Kościele rzymskim był już od dłuższego czasu. Po męczeńskiej śmierci św. Fabiana (+ 250), poniesionej w czasie prześladowania, jakie rozpętał cesarz Decjusz, Stolica Rzymska była przez dłuższy czas nieobsadzona. W tym okresie Kościołem zarządzali wspólnie duchowni, których rzecznikiem był prezbiter Nowacjan.
    Gdy prześladowania ustały, wybór większości padł na Korneliusza, a nie – jak się spodziewał Nowacjan – na niego. Mniejszość gminy ogłosiła w tym czasie papieżem Nowacjana. Nowacjan, by zyskać dla siebie zwolenników, zaczął rozsyłać do biskupów listy i swoich wysłańców. Nawet Cyprian nie był pewien, kto jest właściwie biskupem rzymskim. Wysłał swoich delegatów, by na miejscu zorientowali się w sytuacji. Kiedy przekonał się, że prawowitym biskupem rzymskim jest Korneliusz, udzielił mu całkowicie swojego wsparcia. Skłonił także biskupów Afryki, by go uznali. Nowacjanowi natomiast udało się pozyskać dla siebie biskupa Antiochii.
    Korzystając z chwilowego pokoju, jaki nastał dla Kościoła po śmierci Decjusza (+ 251), papież Korneliusz zwołał do Rzymu synod, na którym Nowacjan został potępiony i wyłączony ze wspólnoty Kościoła. Aktualne wówczas stało się pytanie, co należy uczynić z tymi, którzy za prześladowania Decjusza ze strachu wyparli się wiary, a teraz chcieli do niej powrócić (z łac. lapsi). Rygoryści byli za tym, by ich do Kościoła ponownie nie przyjmować; jednak dzięki papieżowi uchwalono, że ich powrót do Kościoła – po spełnieniu określonych warunków – będzie możliwy.
    Korneliusz rządził Kościołem w latach 251-253. Po raz pierwszy w historii Kościoła Korneliusz wymienił w swoich pismach wszystkie stopnie duchowieństwa rzymskiego. Kościół w Rzymie liczył za jego panowania 46 kapłanów, 7 diakonów, 7 subdiakonów, 42 akolitów, 52 egzorcystów, a także kilkunastu lektorów i ostiariuszy. Cała gmina chrześcijańska w Rzymie liczyła wówczas, jak się przypuszcza, ok. 10 tysięcy wiernych.

    Święci Korneliusz i Cyprian

    Po krótkotrwałym pokoju w Rzymie wybuchła epidemia (252). Dla przebłagania bóstw urządzano publiczne procesje i modły, składano ofiary. Chrześcijanie nie mogli w nich uczestniczyć. Rozjuszony tłum rzucał się na domy modlitwy chrześcijan i burzył je. Atakowano chrześcijan i zabijano ich, uważając, że to oni są sprawcami zarazy, bo swoim kultem wywołali gniew bogów. W takiej właśnie sytuacji w 253 r. poniósł śmierć męczeńską Korneliusz. Według innej wersji Korneliusz został skazany przez cesarza Trebonaniusa Gallusa na wygnanie do Civitavecchia, a tam, źle traktowany – zmarł.
    Cyprian w swoich listach nazywa go męczennikiem – i taką też Korneliusz odbiera cześć. Tytuł znaleziony w katakumbach św. Kaliksta potwierdza, że już w początkach chrześcijaństwa Korneliusz odbierał cześć jako męczennik. Grób św. Korneliusza ozdobił pięknym wierszem w katakumbach papież św. Damazy (366-384). Relikwie św. Korneliusza rozdzielono z czasem po różnych kościołach Włoch, Francji i Niemiec.
    Hieronim pisze, że już za jego czasów doroczną rocznicę św. Korneliusza liturgia rzymska łączyła ze wspomnieniem św. Cypriana. Dlatego ich wspomnienie przypada dzisiaj, chociaż śmierć zastała Korneliusza zapewne w lipcu 253 r.
    W ikonografii św. Korneliusz przedstawiany jest w stroju papieskim z paliuszem, czasami w tiarze. Jego atrybutami są korona w ręku, gałązka palmowa, miecz, róg, tiara.

    Święty Cyprian

    Thascius Caecilius Cyprianus urodził się około 210 r. w rodzinie pogańskiej, najprawdopodobniej w Kartaginie. Jego ojciec był senatorem i należał do najznakomitszych obywateli miasta. Początkowo jego życie było podobne do życia ówczesnej złotej młodzieży z arystokracji rzymskiej. Sam mówi, że “oddany był złym nałogom”, z których nawrócił go dopiero kapłan Cecyliusz. Miało to miejsce w 246 r. Wtedy też Cyprian przyjął chrzest. Przez wdzięczność dla mistrza i ojca duchowego przybrał jego imię. Rozpoczął wówczas w odosobnieniu pokutę za swe grzechy.
    Przykładnym, prawdziwie chrześcijańskim życiem uzyskał takie poważanie, że w 247 roku został wyświęcony na prezbitera przy jednomyślnym poparciu wiernych z Kartaginy. Kiedy w roku 248 umarł Donatus, biskup Kartaginy, Cyprian, mimo ucieczki i stawianego oporu, został odszukany i konsekrowany na biskupa. Sprzeciw wyraziło jednak pięciu kapłanów, którzy zazdrościli Cyprianowi tak szybkiego awansu. Odtąd stali się jego śmiertelnymi wrogami.
    Jako biskup Cyprian z całym zapałem zabrał się do naprawy obyczajów, do zwalczania błędów, do opieki nad powierzonymi sobie duszami, wreszcie także do misji, jaka go czekała wśród większości pogańskiej. Te wszystkie zabiegi przerwało jednak jedno z najkrwawszych prześladowań, jakie rozpoczął cesarz Decjusz (249-251). Nowy władca obrał sobie za cel wzmocnienie państwa w oparciu o pogan. Sobie nakazywał oddawać cześć boską. Ponieważ chrześcijanie kultu takiego oddawać mu nie chcieli i nie mogli, w odwecie nakazał ich tępić jako wrogów cesarstwa. Żądał, aby torturami zmuszać opornych do wyrzeczenia się wiary. Szczególną nienawiść obrócił przeciwko hierarchii kościelnej. Lud zaczął się domagać w amfiteatrze, aby biskupa Cypriana oddać na pożarcie lwom. Cyprian, idąc za radą Ewangelii i znanymi mu przykładami roztropnych i świątobliwych pasterzy, ukrył się na czas prześladowania (na początku 250 r.). Ze swego ukrycia przez kilka lat rządził Kościołem kartagińskim zarówno za pośrednictwem licznych listów pasterskich, jak i emisariuszy, których starannie wybierał spośród biskupów i prezbiterów.
    Po śmierci Decjusza powrócił do Kartaginy. Tu spotkał się z nowym problemem: wielu chrześcijan wystraszonych torturami wyparło się wiary. Teraz chcieli powrócić do wspólnoty z Kościołem. Rygoryści byli zdania, że nie wolno ich przyjmować. Inni znowu z biskupów afrykańskich przyjmowali ich na łono Kościoła zbyt łatwo. Na synodzie, zwołanym do Kartaginy, Cyprian przeprowadził zasadę, że “upadłych” (łac. lapsi) należy przyjmować ponownie do ich gmin, ale pod warunkami, które gwarantowałyby, że nie powtórzą już tego występku. Podobne stanowisko zajął w Rzymie papież Korneliusz, ale przeciwko niemu stanęła opozycja z antypapieżem Nowacjanem na czele. Cyprian nie tylko poparł papieża, ale nawet napisał osobny traktat: O jedności Kościoła. W tej samej sprawie napisał potem także drugi traktat: O upadłych. Na oba dzieła i na dekrety synodu kartagińskiego rygoryści odpowiedzieli zarzutem, że takie postępowanie będzie tylko zachętą, by przy najbliższej okazji ponownie wyprzeć się wiary.
    Niedługo potem północną Afrykę nawiedziła epidemia, która pochłonęła wiele ofiar. Podobnie jak w Rzymie, poganie urządzali procesje do świątyń swoich bóstw i składali ofiary. Chrześcijanie milczeli. Poganie uznali to za oznakę nienawiści do nich, a zarazę poczytali za gniew obrażonych bóstw. Cyprian napisał nowy traktat – O nieśmiertelności – w którym zbijał zarzuty stawiane przez pogan wyznawcom Chrystusa. Wykorzystał czas pokoju na to, by uzupełnić szeregi kleru swojej diecezji. Zwoływał synody dla przywrócenia karności i jedności w Kościele, organizował nowe gminy. Zyskał sobie w całej Afryce tak wielką powagę, że zwracano się do niego ze wszystkich stron po radę.
    W roku 255 powstał nowy problem: czy należy chrzcić na nowo tych, którzy wyrzekli się błędów heretyckich i połączyli się z Kościołem. Rzym stanął na stanowisku, że chrzest, jeśli był udzielony ważnie, nie może być ponawiany. Inaczej twierdzili jednak biskupi afrykańscy. Na synodzie w Kartaginie uchwalili oni w 256 r., że heretyków powracających na łono Kościoła, a ochrzczonych w herezji, należy chrzcić na nowo. Uchwałę tę podpisało w okręgu kartagińskim 72 biskupów, a w okręgu Mauretanii – 87. Cyprian popierał tę decyzję i stosowne uchwały przesłał do Rzymu, do papieża św. Stefana.
    Wybuchło w tym czasie kolejne prześladowanie zorganizowane przez cesarza Waleriana. Pod karą śmierci zakazał on zebrań liturgicznych. Wyłamujących się z tego zakazu karano konfiskatą majątku, banicją i śmiercią. Do dzisiaj zachował się dokładny opis przewodu sądowego i tekst wyroku śmierci na biskupa Cypriana. Po aresztowaniu został zesłany do miasteczka Kombis (257 r.). Przebywał tam prawie rok. Korzystając ze względnej wolności, w ukryciu nadal rządził swoją diecezją przez listy i swoich wysłanników. W lipcu 258 r. postawiono go przed sędzią, którym był ówczesny namiestnik cesarski (prokonsul), Galeriusz Maksym. Został skazany na śmierć przez ścięcie głowy. Wyrok wykonano w obecności zebranego ludu 14 września 258 r. W tym samym czasie w Rzymie odbywało się przeniesienie relikwii św. Korneliusza. Imiona obu męczenników wymienia się w Kanonie rzymskim.
    Św. Cyprian z Kartaginy jest największą postacią wśród świętych Kościoła Afryki północnej, obejmującej wybrzeże Morza Śródziemnego od Cieśniny Gibraltarskiej do Libii i Egiptu (wyłącznie).
    W ikonografii św. Cyprian przedstawiany jest w szatach biskupich. Jego atrybuty to biskupi krzyż, księga, gałązka palmowa, miecz, paliusz, pastorał.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________-

    Święty Cyprian z Kartaginy

    Święty Cyprian z Kartaginy

    św. Cyprian z Kartaginy/autor nieznany(PD)

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 6 CZERWCA 2007

    (…) W tych rzeczywiście trudnych warunkach Cyprian wykazał się wybitnymi zdolnościami rządzenia: był surowy, ale nie nieustępliwy, wobec lapsi, umożliwiając im uzyskanie przebaczenia po przykładnej pokucie.

    Drodzy bracia i siostry,

    W cyklu naszych katechez na temat wielkich postaci Kościoła starożytnego dochodzimy dziś do wybitnego biskupa afrykańskiego z III wieku, św. Cypriana, który “był pierwszym biskupem, jaki w Afryce zdobył koronę męczeństwa”. Jednocześnie sława jego – jak o tym zaświadcza diakon Poncjusz, który jako pierwszy opisał jego żywot – związana jest z twórczością literacką i działalnością duszpasterską w ciągu trzynastu lat, jakie dzielą jego nawrócenie od męczeństwa (por. Vita 19,1; 1,1). Urodzony w Kartaginie w zamożnej rodzinie pogańskiej, po hulaszczej młodości Cyprian nawrócił się na chrześcijaństwo w wieku 35 lat. On sam opowiada o swoje duchowej drodze: “Kiedy jeszcze pogrążony byłem w mrocznej nocy – pisze kilka miesięcy po przyjęciu chrztu – wydawało mi się wyjątkowo trudne i mozolne wykonanie tego, co proponowało mi Boże miłosierdzie… Przywiązany byłem do licznych błędów mego poprzedniego życia i nie wierzyłem w możliwość uwolnienia się od nich, do tego stopnia ulegałem przywarom i zaspokajałem moje złe pragnienia… Potem jednak, z pomocą ożywczej wody, zmyta została nędza mego poprzedniego życia; monarsze światło zalało me serce; ponowne narodziny zamieniły mnie w całkiem nową istotę. W cudowny sposób zaczęły się wówczas rozwiewać wszelkie wątpliwości… Wyraźnie pojmowałem, że ziemskie było to, co żyło we mnie wcześniej, w niewoli ciała, boskie zaś było i niebiańskie to, co zrodziło się już we mnie z Ducha Świętego” (Do Donata, 3-4).

    Zaraz po nawróceniu – nie bez zazdrości i oporów – Cyprian wybrany został na urząd kapłański i podniesiony do godności biskupa. W krótkim okresie swego biskupstwa stawał w obliczu dwóch fal prześladowań, zarządzonych dekretem, cesarza, najpierw Decjusza (250), następnie Waleriana (257-258). Po szczególnie okrutnych prześladowaniach Decjusza biskup musiał zająć się mężnie przywróceniem dyscypliny we wspólnocie chrześcijan. Wielu wiernych bowiem wyrzekło się wiary lub co najmniej nie zachowało właściwej postawy w obliczu próby. Byli to tak zwani lapsi – czyli “upadli” – którzy gorąco pragnęli powrócić do wspólnoty. Dyskusja nad ich ponownym przyjęciem doprowadziła do podziału chrześcijan w Kartaginie na tolerancyjnych i rygorystów. Do trudności tych dodać należy ciężką zarazę, która wstrząsnęła Afryką i postawiła niepokojące pytania natury teologicznej zarówno wewnątrz społeczności, jak i w stosunkach z poganami. Należy też wspomnieć o sporze między Cyprianem a biskupem Rzymu Stefanem na temat ważności chrztu udzielonego poganom przez chrześcijan – heretyków.

    W tych rzeczywiście trudnych warunkach Cyprian wykazał się wybitnymi zdolnościami rządzenia: był surowy, ale nie nieustępliwy, wobec lapsi, umożliwiając im uzyskanie przebaczenia po przykładnej pokucie; w stosunkach z Rzymem bronił stanowczo zdrowych tradycji Kościoła afrykańskiego; był niezwykle ludzki i przepojony najprawdziwszym duchem Ewangelii, gdy wzywał chrześcijan do braterskiej pomocy poganom podczas zarazy; potrafił zachować właściwy umiar w przypominaniu wiernym – zbyt przerażonym możliwością utraty życia i dóbr ziemskich – że ich prawdziwe życie i prawdziwe dobra nie są z tego świata; był nieustępliwy w zwalczaniu zepsutych obyczajów i grzechów, które czyniły spustoszenie w życiu moralnym, zwłaszcza skąpstwa. “Spędzał tak swoje dni – mówi o tym diakon Poncjusz – gdy oto, na rozkaz prokonsula, przyszedł niespodziewanie do jego willi dowódca policji” (Vita, 15,1). Owego dnia święty biskup został aresztowany i po krótkim przesłuchaniu odważnie stawił czoło męczeństwu pośród swego ludu.

    Cyprian napisał liczne traktaty i listy, wszystkie związane z jego posługą pasterską. Niezbyt skłonny do rozważań teologicznych, pisał przede wszystkim w celu zbudowania wspólnoty i dobrego zachowania wiernych. W istocie temat Kościoła był mu znacznie droższy od innych. Rozróżniał Kościół widzialny, hierarchiczny od Kościoła niewidzialnego, mistycznego, ale z naciskiem stwierdzał, że Kościół jest jeden, zbudowany na Piotrze. Niezmordowanie powtarzał, że “kto porzuca katedrę Piotrową, na której wsparty jest Kościół, łudzi się, że pozostaje w Kościele” (O jedności Kościoła Katolickiego, 4). Cyprian wiedział doskonale i wyraził to w mocnych słowach, że “poza Kościołem nie ma zbawienia” (List 4,4 i 73,21) i że “nie może mieć Boga za ojca ten, kogo matką nie jest Kościół” (O jedności Kościoła Katolickiego, 4). Niezbywalną znamienną cechą Kościoła jest jedność, symbolizowana przez tunikę Chrystusową bez szwów (tamże, 7): jedność, która, jak mówi, znajduje swój fundament w Piotrze (tamże, 4) a swoje doskonałe urzeczywistnienie w Eucharystii (List 63, 13). “Jest jeden tylko Bóg, jeden tylko Chrystus”, napomina Cyprian, “jeden jest Jego Kościół, jedna wiara, jeden lud chrześcijański, scalony w jedności przez spoiwo zgody: nie można rozdzielić tego, co stanowi jedno z natury” (O jedności Kościoła Katolickiego, 23).

    Mówiliśmy o jego myśli dotyczącej Kościoła, nie można jednak pominąć na koniec nauczania Cypriana na temat modlitwy. Ja lubię szczególnie jego książkę o “Ojcze nasz”, która bardzo pomogła mi lepiej zrozumieć i lepiej odmawiać “modlitwę Pańską”: Cyprian naucza, że to właśnie w “Ojcze nasz” chrześcijanin otrzymuje wskazówkę, jak ma się modlić; i podkreśla, że modlitwa ta jest w liczbie mnogiej, “aby modlący się, nie modlił się jedynie za siebie. Modlitwa nasza – pisze – jest publiczna i wspólnotowa, a kiedy modlimy się, nie modlimy się za jednego tylko, ale za cały lud, albowiem z całym ludem stanowimy jedno” (O modlitwie Pańskiej, 8). Tym samym modlitwa osobista i liturgiczna jawią się jako silnie związane z sobą. Ich jedność wypływa z faktu, że odpowiadają one na to samo Słowo Boże. Chrześcijanin mówi nie: “Ojcze mój”, ale “Ojcze nasz”, nawet w ukryciu zamkniętego pokoju, wie bowiem, że w każdym miejscu i w każdej sytuacji jest członkiem jednego i tego samego Ciała.

    “Módlmy się więc, umiłowani bracia – pisał Biskup Kartaginy – jak Bóg, Nauczyciel, nas nauczył. To modlitwa poufna i intymna prosić Boga o to, co jest Jego, zanosić do Jego uszu modlitwę Chrystusa. Niech Ojciec rozpozna słowa swego Syna, kiedy odmawiamy modlitwę: ten, kto mieszka wewnątrz duszy, niech będzie obecny też w głosie… Ci, którzy się modlą, niech czynią to w sposób odpowiedni; w skupieniu i ze czcią. Pamiętajmy, że stoimy przed obliczem Boga. Trzeba zatem spodobać się Bogu zarówno postawą ciała, jak i sposobem przemawiania… Kiedy więc gromadzimy się wspólnie z braćmi i wraz z kapłanem Boga sprawujemy święte obrzędy, trzeba pamiętać o skromności i porządku. Nie wypowiadajmy naszych modlitw bezmyślnie ani też nie bądźmy gadatliwi w przedstawianiu prośby, którą należy polecić Bogu z całą skromnością i czcią. Bóg bowiem słucha serca, a nie języka (non vocis sed cordis auditor est)” (3-4). To słowa, które obowiązują i dzisiaj i pomagają nam dobrze sprawować Świętą Liturgię.

    Jednym słowem Cyprian sytuuje się u początku tej owocnej tradycji teologiczno-duchowej, która w “sercu” upatruje uprzywilejowane miejsce modlitwy. Albowiem, opierając się na Biblii i Ojcach, serce jest wnętrzem człowieka, miejscem, w którym mieszka Bóg. W nim dochodzi do spotkania, podczas którego Bóg przemawia do człowieka, a człowiek słucha Boga; człowiek mówi do Boga, a Bóg słucha człowieka: wszystko to za sprawą jedynego Słowa Bożego. Dokładnie w tym znaczeniu – niczym echo Cypriana – Szmaragd, opat św. Michała nad Mozą, w pierwszych latach IX wieku zaświadcza, że modlitwa “jest dziełem serca, nie warg, albowiem Bóg patrzy nie na słowa, lecz na serce modlącego się” (Korona mnichów, l).

    Najdrożsi, uczyńmy naszym owo “serce zasłuchane”, o którym mówi Biblia (por. 1 Krl 3,9) i Ojcowie Kościoła: bardzo nam tego potrzeba! Tylko w ten sposób doświadczymy w pełni, że Bóg jest naszym Ojcem i że Kościół, święta Oblubienica Chrystusa, prawdziwie jest naszą Matką.

    Benedykt XVI

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    15 września

    Najświętsza Maryja Panna Bolesna

    Zobacz także:
      •  Święta Katarzyna Genueńska
      •  Błogosławiony Antoni Maria Schwartz, prezbiter
      •  Błogosławiony Józef Puglisi, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Paweł Manna, prezbiter
    ***
    “Oto Ten przeznaczony jest na upadek… A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2, 34a. 35).

    Maryja siedmiokrotnie przebita mieczem boleści

    Tymi słowami prorok Symeon, podczas ofiarowania Jezusa w świątyni, zapowiedział Maryi cierpienie. Maryja, jako najpokorniejsza i najwierniejsza Służebnica Pańska, miała szczególny udział w dziele zbawczym Chrystusa, wiodącym przez krzyż.Przez wiele stuleci Kościół obchodził dwa święta dla uczczenia cierpień Najświętszej Maryi Panny: w piątek przed Niedzielą Palmową – Matki Bożej Bolesnej oraz 15 września – Siedmiu Boleści Maryi. Pierwsze święto wprowadzono najpierw w Niemczech w roku 1423 w diecezji kolońskiej i nazywano je “Współcierpienie Maryi dla zadośćuczynienia za gwałty, jakich dokonywali na kościołach katolickich husyci”. Początkowo obchodzono je w piątek po trzeciej niedzieli wielkanocnej. W roku 1727 papież Benedykt XIII rozszerzył je na cały Kościół i przeniósł na piątek przed Niedzielą Palmową.
    Drugie święto ma nieco inny charakter. Czci Maryję jako Matkę Bożą Bolesną i Królową Męczenników nie tyle w aspekcie chrystologicznym, co historycznym, przypominając ważniejsze etapy i sceny dramatu Maryi i Jej cierpień. Święto to jako pierwsi zaczęli wprowadzać serwici. Od roku 1667 zaczęło się ono rozszerzać na niektóre diecezje. Pius VII w roku 1814 rozszerzył je na cały Kościół, a dzień święta wyznaczył na trzecią niedzielę września. Papież św. Pius X ustalił je na 15 września. W Polsce oba święta rychło się przyjęły. Już stary mszał krakowski z 1484 r. zawiera Mszę De tribulatione Beatae Virginis oraz drugą: De quinque doloribus B. M. Virginis. Również mszały wrocławski z 1512 roku i poznański z 1555 zawierają te Msze.
    Oba święta są paralelne do świąt Męki Pańskiej, są w pewnym stopniu ich odpowiednikiem. Pierwsze bowiem święto łączy się bezpośrednio z Wielkim Tygodniem, drugie zaś z uroczystością Podwyższenia Krzyża świętego. Ostatnia zmiana kalendarza kościelnego zniosła pierwsze święto, obchodzone przed Niedzielą Palmową.Od XIV w. często pojawiał się motyw siedmiu boleści Maryi. Są nimi:
    1. Proroctwo Symeona (Łk 2, 34-35)
    2. Ucieczka do Egiptu (Mt 2, 13-14)
    3. Zgubienie Jezusa (Łk 2, 43-45)
    4. Spotkanie z Jezusem na Drodze Krzyżowej (Ewangelie o nim nie wspominają)
    5. Ukrzyżowanie i śmierć Jezusa (Mt 27, 32-50; Mk 15, 20b-37; Łk 23, 26-46; J 19, 17-30)
    6. Zdjęcie Jezusa z krzyża (Mk 15, 42-47; Łk 23, 50-54; J 19, 38-42)
    7. Złożenie Jezusa do grobu (Mt 27, 57-61; Mk 15, 42-47; Łk 23, 50-54; J 19, 38-42)

    Maryja Bolesna

    Jest rzeczą niezaprzeczalną, że Maryja wiele wycierpiała jako Matka Zbawiciela. Nie wiemy, czy dokładnie wiedziała, co czeka Jej Syna. Niektórzy pisarze kościelni uważają to za rzecz oczywistą. Ich zdaniem, skoro Maryja została obdarzona szczególniejszym światłem Ducha Świętego odnośnie do rozumienia ksiąg świętych, gdzie w wielu miejscach i nieraz bardzo szczegółowo jest zapowiedziana męka i śmierć Zbawiciela świata, to również wiedziała o przyszłych cierpieniach Syna. Inni pisarze, powołując się na miejsca, gdzie kilka razy jest podkreślone, że Maryja nie rozumiała wszystkiego, co się działo, są przekonani, że Maryja nie była wtajemniczona we wszystkie szczegóły życia i śmierci Jej Syna.
    Maryja nie była tylko biernym świadkiem cierpień Pana Jezusa, ale miała w nich najpełniejszy udział. Jest nie do pomyślenia nawet na płaszczyźnie samej natury, aby matka nie doznawała cierpień na widok umierającego syna. Maryja cierpiała jak nikt na ziemi z ludzi. Zdawała sobie bowiem sprawę z tego, że Jej Syn jest Zbawicielem rodzaju ludzkiego.Wśród świętych, którzy wyróżniali się szczególniejszym nabożeństwem do Matki Bożej Bolesnej, należy wymienić siedmiu założycieli zakonu serwitów (w. XIII), św. Bernardyna ze Sieny (+ 1444), bł. Władysława z Gielniowa (+ 1505), św. Pawła od Krzyża, założyciela pasjonistów (+ 1775) i św. Gabriela Perdolente, który sobie obrał imię zakonne Gabriel od Boleści Maryi (+ 1860).
    Ikonografia chrześcijańska zwykła przedstawiać Matkę Bożą Bolesną w trojaki sposób: najdawniejsze wizerunki pokazują Maryję pod krzyżem Chrystusa, nieco późniejsze (od XIV w.) w formie Piety, czyli jako rzeźbę lub obraz Maryi z Jezusem złożonym po śmierci na Jej kolanach. W tym czasie pojawiają się obrazy i figury Maryi z mieczem, który przebija jej pierś lub serce. Potem pojawia się więcej mieczy – do siedmiu włącznie. Znany jest także średniowieczny hymn Stabat Mater, opiewający boleści Maryi. Wątek współcierpienia Maryi w dziele odkupienia znajduje swoje odzwierciedlenie także w znanym polskim nabożeństwie wielkopostnym (Gorzkie Żale).Przez wspomnienie Maryi Bolesnej uświadamiamy sobie cierpienia, jakie były udziałem Matki Bożej, która – jak nikt inny – była zjednoczona z Chrystusem, również w Jego męce, cierpieniu i śmierci.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    14 września

    Podwyższenie Krzyża Świętego

    Zobacz także:
      •  Święty Albert, biskup
    ***

    Aniołowie adorujący Krzyż

    Kiedy w roku 70 Jerozolima została zdobyta i zburzona przez Rzymian, rozpoczęły się wielkie prześladowania religii Chrystusa, trwające prawie 300 lat. Dopiero po ustaniu tych prześladowań matka cesarza rzymskiego Konstantyna, św. Helena, kazała szukać Krzyża, na którym umarł Pan Jezus.
    Po długich poszukiwaniach Krzyż odnaleziono. Co do daty tego wydarzenia historycy nie są zgodni; najczęściej podaje się rok 320, 326 lub 330, natomiast jako dzień wszystkie źródła podają 13 albo 14 września. W związku z tym wydarzeniem zbudowano w Jerozolimie na Golgocie dwie bazyliki: Męczenników (Martyrium) i Zmartwychwstania (Anastasis). Bazylika Męczenników nazywana była także Bazyliką Krzyża. 13 września 335 r. odbyło się uroczyste poświęcenie i przekazanie miejscowemu biskupowi obydwu bazylik. Na tę pamiątkę obchodzono co roku 13 września uroczystość Podwyższenia Krzyża Świętego. Później przeniesiono to święto na 14 września, ponieważ tego dnia wypada rocznica wystawienia relikwii Krzyża na widok publiczny, a więc pierwszej adoracji Krzyża, która miała miejsce następnego dnia po poświęceniu bazylik. Święto wprowadzono najpierw dla tych kościołów, które posiadały relikwie Krzyża, potem zaś dla całego Kościoła Powszechnego.
    Ważnym wkładem w historię dzisiejszego święta jest świadectwo mniszki Egerii, która w Itinerarium Egeriae relacjonuje obchody Podwyższenia Krzyża połączone ze świętem dedykacji, czyli poświęcenia kościoła Męczenników (Martyrium) na Golgocie: “Dniami Eucenii (dedykacji) zwą się te dni, w których święty kościół stojący na Golgocie, zwany Martyrium, poświęcony został Bogu. Także święty kościół znajdujący się w Anastasis, to jest w miejscu, gdzie Pan po męce zmartwychwstał, tego samego dnia został Bogu poświęcony. Rocznica poświęcenia tych świętych kościołów jest obchodzona z całą czcią, bo i Krzyż znaleziono tego samego dnia […]”

    Podwyższenie Krzyża

    W 614 r. na Ziemię Świętą napadli Persowie pod wodzą Chozroeza. Zburzyli wówczas wszystkie kościoły, także i kościół Bożego Grobu, a wiedząc, jak wielkiej czci doznaje Krzyż Pana Jezusa, zabrali go ze sobą. Cały świat modlił się o odzyskanie Krzyża Świętego. Po zwycięstwie, jakie cesarz Herakliusz odniósł nad Chozroezem, w traktacie pokojowym Persowie zostali zmuszeni do oddania świętej relikwii (628). Podanie głosi, że kiedy sam cesarz chciał na swoich ramionach zanieść Krzyż Chrystusa na Kalwarię, mógł to uczynić dopiero wówczas, kiedy zdjął swoje królewskie szaty. Jest to legenda, gdyż ze świadectwa św. Cyryla Jerozolimskiego (+ 387) wiemy, że już za jego czasów czcigodną relikwię podzielono na drobne części i rozesłano je niemal po wszystkich okolicznych kościołach.Kościół w Krzyżu Jezusa widział zawsze ołtarz, na którym Syn Boży dokonał zbawienia świata. Dlatego każda jego cząstka, tak obficie zroszona Jego Najświętszą Krwią, doznawała zawsze szczególnej czci. Nie chodzi w tym wypadku o autentyczność poszczególnych relikwii, ale o fakt, że przypominają one Krzyż Chrystusa i wielkie dzieło, jakie się na nim dokonało dla dobra rodzaju ludzkiego.
    O ukrzyżowaniu Pana Jezusa piszą wszyscy Ewangeliści. Co więcej, podają bardzo szczegółowe okoliczności tego wydarzenia. Według świadectwa Ewangelistów Pan Jezus został ukrzyżowany około godziny 12, a umarł o godzinie 15. Jego pogrzeb odbył się ok. godziny 17.
    Kara ukrzyżowania była u Żydów znana, chociaż w prawie mojżeszowym nie była przewidziana. Aleksander Janneusz (103-76 przed Chrystusem) użył jej dla ukarania zbuntowanych przeciwko niemu faryzeuszów. Taką karę stosowali powszechnie Fenicjanie, Kartagińczycy, Persowie i Rzymianie. Ci ostatni jednak nie stosowali jej wobec obywateli rzymskich. Była to bowiem kara uznawana za hańbiącą i bardzo okrutną. Skazańca odzierano z szat, rzucano go na ziemię, rozciągano mu ramiona i nogi, przybijając je do krzyża. Skazaniec konał z omdlenia i gorączki, dusił się. Na domiar złego wisielca nękało mnóstwo komarów, a bywało, że konającego rozrywały sępy. Krzyż miał zwykle kształt litery T (tau). Ponieważ śmierć na krzyżu miała wszystkie znamiona hańby, dlatego cesarz Konstantyn Wielki zniósł karę śmierci przez ukrzyżowanie (316).

    Relikwiarz Krzyża św. z Olkusza

    Największą część drzewa Krzyża świętego posiada obecnie kościół św. Guduli w Brukseli. Bazylika św. Piotra w Rzymie przechowuje część relikwii, którą cesarze bizantyjscy nosili na piersi w czasie największych uroczystości. W skarbcu katedry paryskiej jest cząstka Krzyża świętego, podarowana przez polską królową Annę Gonzagę, którą miała otrzymać od króla Jana Kazimierza. Największą część Krzyża świętego w Polsce posiadał kościół dominikanów w Lublinie (zostały one skradzione w roku 1991, chociaż nadal w kościele tym znajdują się dwa inne relikwiarze Krzyża świętego). Stosunkowo dużą część Krzyża świętego posiada kościół św. Krzyża na Łysej Górze pod Kielcami. Miał ją podarować benedyktynom św. Emeryk (+ 1031), syn św. Stefana, króla Węgier (+ 1038). Od tej relikwii i klasztoru pochodzi nazwa “Góry Świętokrzyskie”. Wreszcie dość znaczna relikwia Krzyża świętego znajduje się w bazylice Krzyża Świętego w Rzymie.
    Ku czci Krzyża Świętego wzniesiono mnóstwo kościołów. W samej Polsce jest ich ponad 100. Istnieje również kilka rodzin zakonnych – męskich i żeńskich – pod nazwą Świętego Krzyża. Wśród nich najliczniejsze to Zgromadzenie Św. Krzyża, założone w 1837 r., a zatwierdzone przez Rzym w 1855 r.
    Na czele czcicieli Krzyża stoi św. Paweł Apostoł. Szczególnym nabożeństwem do Krzyża wyróżniała się św. Helena, cesarzowa. Jednak na wielką skalę kult Krzyża zapoczątkowało średniowiecze, kiedy to bardzo żywo i powszechnie rozwinął się kult męki Pańskiej. Wśród świętych wyróżnili się tym nabożeństwem: św. Bernard z Clairvaux (+ 1153), św. Franciszek z Asyżu (+ 1226), św. Bonawentura (+ 1274), św. Filip Benicjusz (+ 1285), a w latach późniejszych bł. Władysław z Gielniowa (+ 1505), św. Piotr z Alkantary (+ 1562), św. Jan od Krzyża (+ 1591) i św. Paweł od Krzyża (+ 1775). W nagrodę za serdeczne nabożeństwo do swojej męki Jezus obdarzył wielu świętych darem stygmatów. Dzieje Kościoła znają aż 330 podobnych wypadków. Pierwszy stwierdzony historycznie fakt stygmatów spotykamy u św. Franciszka z Asyżu. W ostatnich czasach mówiło się głośno o stygmatykach: Teresie Neumann z Konnersreuth (+ 1962) i o św. o. Pio (+ 1969).

    Krzyż celtycki z Irlandii

    Od I w. spotykamy krzyże wypisywane, rysowane czy ryte graficznie – i to w najróżnorodniejszych formach i symbolice, której postacią naczelną jest zawsze Chrystus. Od IV w. spotykamy krzyże bez Ukrzyżowanego, ale za to bogato wykładane szlachetnymi kamieniami i złotem (crux gemmata). Ich forma jest także różna. Spotykamy między innymi krzyże Chrystusa, Piotra, Andrzeja, św. Pachomiusza, krzyż etiopski, ormiański, jerozolimski itp. We wczesnym średniowieczu zwykło się wyrabiać krzyże (pasje) z wizerunkiem Chrystusa, ale z koroną królewską (diademem) na głowie. Od wieku XII datują się krzyże współczesne, pełne wyrazu cierpienia i grozy. Najdawniejszy krzyż znaleziono w Herkulanum, w jednym z domów zasypanego przez wulkan (Wezuwiusz) w roku 63 i 79, którego to odkrycia dokonano w 1748 roku. Na jednej ze ścian domu znaleziono wyraźny odcisk dużego krzyża, który tam wisiał. Jest nawet otwór po gwoździu w ścianie, na którym ten krzyż był umieszczony.
    Krzyż Chrystusa czci się także czyniąc znak krzyża. Początkowo czyniono krzyż nad przedmiotami, kreśląc go dłonią. Miał on być wyznaniem wiary, chronić od nieszczęść, sprowadzać Boże błogosławieństwo. Zwyczaj ten sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa. Był on traktowany jako credo katolickie, streszczenie najważniejszych prawd wiary. Słowami podkreślano wiarę w Boga w Trójcy Świętej jedynego, a ruchem ręki podkreślano nasze zbawienie przez Chrystusową mękę i śmierć. O znaku krzyża świętego pisze już Tertulian (+ ok. 240). Św. Hieronim mówi o nim w liście do Eustochii. Pierwsi chrześcijanie tym znakiem posługiwali się bardzo często. Kościół zachował ten zwyczaj, kiedy w liturgii błogosławi swoich wiernych.Dzisiejsze święto przypomina nam wielkie znaczenie krzyża jako symbolu chrześcijaństwa i uświadamia, że nie możemy go traktować jedynie jako elementu dekoracji naszego mieszkania, miejsca pracy czy jednego z wielu elementów naszego codziennego stroju.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    13 września

    Święty Jan Chryzostom, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Franciszek Drzewiecki, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty Jan Chryzostom

    Jan urodził się ok. 349 r. (jak uważają katolicy) lub ok. 347 r. (jak podają prawosławni) w Antiochii, ówczesnej metropolii prowincji syryjskiej, jednym z największych miast świata. Pochodził z możnej rodziny. Jego ojciec był oficerem cesarskim. Wcześnie osierocił syna. Wszechstronne wykształcenie zapewniła Janowi matka. U jej boku wiódł życie na pół mnisze. Rozczytywał się w klasykach i uczył się ich na pamięć. Lubił jednak także rozrywkę i nie gardził młodzieńczymi figlami.
    Chrzest przyjął dopiero, gdy miał 20 lat. To był punkt zwrotny w jego dotychczasowym życiu. Wstąpił do stanu duchownego. Jako lektor uczestniczył w służbie liturgicznej u boku biskupa Antiochii, Melecjusza. Jednak po śmierci matki (372) opuścił Antiochię i udał się na pustkowie, by tam prowadzić życie ascetyczne. W grocie spędził 4 lata. Zbyt surowe życie tak dalece nadwyrężyło mu zdrowie, że musiał pustynię opuścić. Powrócił więc do Antiochii, gdzie ponownie pełnił obowiązki lektora (378), a potem diakona (381). Święcenia kapłańskie przyjął w roku 385, gdy miał już ok. 36 lat.
    W roku 387 w Antiochii wybuchły rozruchy przeciwko cesarzowi, Teodozemu I Wielkiemu. Rozjuszony tłum zaczął rozbijać pomniki cesarza, co wywołało ze strony władz represje. Wtedy to Jan wygłosił słynne Mowy wielkopostne, w których zganił popędliwość ludu, a równocześnie wstawiał się za nim. Wpłynął także na biskupa Antiochii, Flawiana, by ten osobiście wstawił się za swoim ludem u cesarza. Cesarz ogłosił amnestię i zakazał swojemu namiestnikowi represji. To zjednało Janowi wielką wdzięczność ludu i przydomek Złotousty (Chryzostom). Na jego kazania przybywały tłumy.
    W roku 397 zmarł patriarcha Konstantynopola. Urząd ten cesarz ofiarował Janowi. Konsekrowany na biskupa przez patriarchę Aleksandrii, Jan z całym zapałem wziął się do pracy dla dobra swojej owczarni. Udało mu się najpierw pojednać ze Stolicą Apostolską biskupa Antiochii, Flawiana. W ten sposób zakończyła się przykra schizma z Rzymem. Na swoim dworze Jan zniósł wszelki przepych, jakim dotąd otaczali się jego poprzednicy. Zachęcał swoje duchowieństwo do podobnej reformy. Lud zjednał sobie wspaniałymi kazaniami, jakie regularnie głosił, i troską o potrzeby zwykłych ludzi. Piętnował nadużycia, nie szczędząc także dworu cesarskiego. Dla ubogich i bezdomnych wystawiał gospody i schroniska. Użyczył azylu nawet ministrowi cesarskiemu, kiedy ten popadł w niełaskę. Wysyłał misjonarzy na obszary objęte przez Arabów.
    Tradycja przypisuje św. Janowi Chryzostomowi autorstwo jednej z form celebracji Boskiej Liturgii, nazywanej jego imieniem, która do dziś jest praktykowana w obrządku bizantyjskim. Jest to tzw. zwyczajna (czyli odprawiana przez większą część roku) liturgia prawosławna i grekokatolicka.

    Święty Jan Chryzostom

    Z czasem pojawili się przeciwnicy radykalnego patriarchy. Duchowni mieli mu za złe, że zbyt wiele od nich wymagał; klasztory – że wprowadzał w nich pierwotną karność, a zwalczał rozluźnienie obyczajów. Ponadto Jan naraził się na gwałtowne ataki ze strony św. Epifaniusza tym, że dał u siebie schronienie zwalczanym zwolennikom nauki Orygenesa. Zarzucano mu, że okazuje jawnie sympatię dla Orygenesa. Najwięcej kłopotów wywołało jednak to, że Jan zaatakował w swoich kazaniach zbyt swobodne życie dworu cesarskiego, przede wszystkim cesarzowej Eudoksji. Z polecenia cesarzowej zwołano pod Chalcedonem synod, zwany później synodem “Pod Dębem” (nazwa wywodzi się od miejscowości Onercia – Dąb). Wrogowie Jana pod przewodnictwem patriarchy Aleksandrii, Teofila, posunęli się do tego, że usunęli Jana z urzędu patriarchy, a cesarzowa skazała go na banicję. Wywieziono go do Prenetos w Bitynii. Lud jednak tak gwałtownie wystąpił w obronie swego pasterza, że cesarzowa była zmuszona przywrócić biskupowi wolność.
    Spokój trwał jednak krótko. Cesarzowa kazała wystawić sobie pomnik przed samą katedrą Mądrości Bożej, gdzie urządzano krzykliwe festyny i zabawy, nie licujące ze świętym miejscem. Jan potępił to w kazaniu z całą stanowczością. W odwecie cesarzowa zwołała do Konstantynopola synod swoich zwolenników, który ponownie deponował Jana. Na mocy orzeczeń tegoż synodu, w roku 404, cesarzowa skazała Jana na wygnanie. Wśród szykan i niewygód prowadzono go do Cezarei Kapadockiej, stąd do Tauru, wreszcie do Pontu nad Morzem Czarnym. Zima była bardzo surowa, co wymagało od biskupa szczególnego hartu. On jednak nie załamał się. Pisał listy do papieża oraz do wpływowych i wiernych sobie osób. Papież pięknym listem pochwalił bohaterstwo Chryzostoma i wysłał legatów w jego obronie do Konstantynopola. Dwór cesarski jednak ich nie przyjął.

    Święty Jan Chryzostom

    Jan Złotousty zmarł w drodze, w mieście Comana, 14 września 407 r. Już w roku 428 Kościół w Konstantynopolu obchodził doroczną pamiątkę św. Jana Chryzostoma. W roku 438, na żądanie patriarchy stolicy cesarstwa – św. Proklusa, cesarz Teodozy II nakazał sprowadzić relikwie Chryzostoma. 27 stycznia 438 r. triumfalnie witał je Konstantynopol. Ciało złożono w kościele Dwunastu Apostołów. W roku 1489 sułtan turecki Bajazed II podarował te relikwie królowi francuskiemu Karolowi VIII. Od roku 1627 relikwie znajdują się w Rzymie, w bazylice św. Piotra, w kaplicy Najświętszego Sakramentu. Ponadto relikwie św. Jana Chryzostoma znajdują się dzisiaj także na Górze Athos, w Brugii, Clairvaux, Dubrowniku, Kijowie, Maintz, Messynie, Moskwie, Paryżu i Wenecji.
    Jan pozostawił po sobie ogromną spuściznę literacką: kanon liturgii świętej (Boska Liturgia św. Jana Złotoustego), liczne pisma teologiczne (traktaty o naturze boskiej i ludzkiej Jezusa, o Eucharystii – jako identycznej ofierze z ofiarą na Krzyżu, o prymacie papieskim, O kapłaństwie, O wychowaniu syna oraz Przeciwko Żydom i poganom), kazania, które są w znacznej mierze komentarzem do Pisma świętego, mowy i szeroką korespondencję (w tym 17 listów do św. Olimpii, diakonisy). Jan Złotousty wyróżniał się przede wszystkim jako znakomity znawca pism św. Pawła Apostoła. Całość dzieł Chryzostoma obejmuje kilka opasłych tomów.
    Św. Jan Chryzostom należy do czterech wielkich doktorów Kościoła wschodniego (obok św. Bazylego, św. Grzegorza z Nazjanzu i św. Atanazego). Na Wschodzie cieszy się tak wielkim kultem, że jego imię wspomina się w roku liturgicznym kilka razy. Papież Pius V ogłosił go doktorem Kościoła (1568). Jest patronem kaznodziejów i studiujących teologię oraz orędownikiem w sytuacjach bez wyjścia.W ikonografii św. Jan Chryzostom przedstawiany jest jako patriarcha w stroju rytu ortodoksyjnego (z dużymi krzyżami), czasami jako biskup Kościoła katolickiego, zazwyczaj z krótką, niekiedy spiczastą bródką i łysiną czołową. Prawą rękę ma uniesioną w błogosławieństwie, w lewej trzyma Ewangelię. Niekiedy wyobrażany jest z krzyżem w dłoni.
    W ikonografii często spotykany jest na ikonach “Trzech Wielkich Hierarchów” razem ze św. Bazylim Wielkim i św. Grzegorzem Teologiem, spośród których wyróżnia się przede wszystkim najkrótszą brodą.
    W sztuce zachodniej jego atrybutami są: księga, osioł, pisarskie pióro.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    Audiencja Generalna, 19 września 2007

    Święty Jan Chryzostom

    Drodzy Bracia i Siostry!

    W tym roku przypada 1600. rocznica śmierci św. Jana Chryzostoma (407-2007). Jan z Antiochii, nazywany Chryzostomem, czyli „Złotoustym”, z racji swej wymowy, jest nadal żywy, również ze względu na swoje dzieła. Anonimowy kopista napisał, że jego dzieła „przemierzają cały świat jak świetliste błyskawice”. Pozwalają również nam, podobnie jak wierzącym jego czasów, których okresowo opuszczał z powodu skazania na wygnanie, żyć treścią jego ksiąg mimo jego nieobecności. On sam sugerował to z wygnania w jednym z listów (por. Do Olimpiady, List 8, 45).
    Urodził się około 349 r. w Antiochii w Syrii (dzisiaj Antakya na południu Turcji), tam też podejmował posługę kapłańską przez około 11 lat, aż do 397 r., gdy został mianowany biskupem Konstantynopola. W stolicy cesarstwa pełnił posługę biskupią do czasu dwóch wygnań, które nastąpiły krótko po sobie – między 403 a 407 r. Dzisiaj ograniczymy się do spojrzenia na lata antiocheńskie Chryzostoma.
    W młodym wieku stracił ojca i żył z matką Antuzą, która przekazała mu niezwykłą wrażliwość ludzką oraz głęboką wiarę chrześcijańską. Odbył niższe oraz wyższe studia, uwieńczone kursami filozofii oraz retoryki. Jako mistrza miał Libaniusza, poganina, najsłynniejszego retora tego czasu. W jego szkole Jan stał się wielkim mówcą późnej starożytności greckiej. Ochrzczony w 368 r. i przygotowany do życia kościelnego przez biskupa Melecjusza, przez niego też został ustanowiony lektorem w 371 r. Ten fakt oznaczał oficjalne przystąpienie Chryzostoma do kursu eklezjalnego. Uczęszczał w latach 367-372 do swego rodzaju seminarium w Antiochii, razem z grupą młodych. Niektórzy z nich zostali później biskupami, pod kierownictwem słynnego egzegety Diodora z Tarsu, który wprowadzał Jana w egzegezę historyczno-literacką, charakterystyczną dla tradycji antiocheńskiej.
    Później udał się wraz z eremitami na pobliską górę Sylpio. Przebywał tam przez kolejne dwa lata, przeżyte samotnie w grocie pod przewodnictwem pewnego „starszego”. W tym okresie poświęcił się całkowicie medytacji „praw Chrystusa”, Ewangelii, a zwłaszcza Listów św. Pawła. Gdy zachorował, nie mógł się leczyć sam i musiał powrócić do wspólnoty chrześcijańskiej w Antiochii (por. Palladiusz, „Życie”, 5). Pan – wyjaśnia jego biograf – interweniował przez chorobę we właściwym momencie, aby pozwolić Janowi iść za swoim prawdziwym powołaniem. W rzeczywistości, napisze on sam, postawiony wobec alternatywy wyboru między trudnościami rządzenia Kościołem a spokojem życia monastycznego, tysiąckroć wolałby służbę duszpasterską (por. „O kapłaństwie”, 6, 7), gdyż do tego właśnie Chryzostom czuł się powołany. I tutaj nastąpił decydujący przełom w historii jego powołania: został pasterzem dusz w pełnym wymiarze! Zażyłość ze Słowem Bożym, pielęgnowana podczas lat życia eremickiego, spowodowała dojrzewanie w nim silnej konieczności przepowiadania Ewangelii, dawania innym tego, co sam otrzymał podczas lat medytacji. Ideał misyjny ukierunkował go, płonącą duszę, na troskę pasterską.
    Między 378 a 379 r. powrócił do miasta. Został diakonem w 381 r., zaś kapłanem – w 386 r.; stał się słynnym mówcą w kościołach swego miasta. Wygłaszał homilie przeciwko arianom, następnie homilie na wspomnienie męczenników antiocheńskich oraz na najważniejsze święta liturgiczne. Mamy tutaj do czynienia z wielkim nauczaniem wiary w Chrystusa, również w świetle Jego świętych. Rok 387 był „rokiem heroicznym” dla Jana, czasem tzw. przewracania posągów. Lud obalił posągi cesarza, na znak protestu przeciwko podwyższeniu podatków. W owych dniach Wielkiego Postu, jak i wielkiej goryczy z powodu ogromnych kar ze strony cesarza, wygłosił on 22 gorące „Homilie o posągach”, ukierunkowane na pokutę i nawrócenie. Potem przyszedł okres spokojnej pracy pasterskiej (387-397).
    Chryzostom należy do Ojców najbardziej twórczych: dotarło do nas jego 17 traktatów, ponad 700 autentycznych homilii, komentarze do Ewangelii Mateusza i Listów Pawłowych (Listy do Rzymian, Koryntian, Efezjan i Hebrajczyków) oraz 241 listów. Nie uprawiał teologii spekulatywnej, ale przekazywał tradycyjną i pewną naukę Kościoła w czasach sporów teologicznych, spowodowanych przede wszystkim przez arianizm, czyli zaprzeczenie boskości Chrystusa. Jest też ważnym świadkiem rozwoju dogmatycznego, osiągniętego przez Kościół w IV-V wieku. Jego teologia jest wyłącznie duszpasterska, towarzyszy jej nieustanna troska o współbrzmienie między myśleniem wyrażonym słowami a przeżyciem egzystencjalnym. Jest to przewodnia myśl wspaniałych katechez, przez które przygotowywał katechumenów na przyjęcie chrztu. Tuż przed śmiercią napisał, że wartość człowieka leży w „dokładnym poznaniu prawdziwej doktryny oraz w uczciwości życia” („List z wygnania”). Te sprawy, poznanie prawdy i uczciwość życia, muszą iść razem: poznanie musi się przekładać na życie. Każda jego mowa była zawsze ukierunkowana na rozwijanie w wierzących wysiłku umysłowego, autentycznego myślenia, celem zrozumienia i wprowadzenia w praktykę wymagań moralnych i duchowych wiary.
    Jan Chryzostom troszczył się, aby służyć swoimi pismami integralnemu rozwojowi osoby, w wymiarach fizycznym, intelektualnym i religijnym. Różne fazy wzrostu są porównane do licznych mórz ogromnego oceanu: „Pierwszym z tych mórz jest dzieciństwo” (Homilia 81, 5 o Ewangelii Mateusza). Rzeczywiście, „właśnie w tym pierwszym okresie objawiają się skłonności do wad albo do cnoty”. Dlatego też prawo Boże powinno być już od początku wyciśnięte na duszy, „jak na woskowej tabliczce” (Homilia 3, 1 do Ewangelii Jana): w istocie jest to wiek najważniejszy. Musimy brać pod uwagę, jak ważne jest, aby w tym pierwszym etapie życia człowiek posiadł naprawdę te wielkie ukierunkowania, które dają właściwą perspektywę życiu. Dlatego też Chryzostom zaleca: „Już od najwcześniejszego wieku uzbrajajcie dzieci bronią duchową i uczcie je czynić ręką znak krzyża na czole” (Homilia 12, 7 do Pierwszego Listu do Koryntian). Później przychodzi okres dziecięcy oraz młodość: „Po okresie niemowlęcym przychodzi morze okresu dziecięcego, gdzie wieją gwałtowne wichury (…), rośnie w nas bowiem pożądliwość…” (Homilia 81, 5 do Ewangelii Mateusza). Potem jest narzeczeństwo i małżeństwo: „Po młodości przychodzi wiek dojrzały, związany z obowiązkami rodzinnymi: jest to czas szukania współmałżonka” (tamże). Przypomina on cele małżeństwa, ubogacając je – z odniesieniem do cnoty łagodności – bogatą gamą relacji osobowych. Dobrze przygotowani małżonkowie zagradzają w ten sposób drogę rozwodowi: wszystko dzieje się z radością i można wychowywać dzieci w cnocie. Gdy rodzi się pierwsze dziecko, jest ono „jak most; tych troje staje się jednym ciałem, gdyż dziecko łączy obie części” (Homilia 12, 5 do Listu do Kolosan); tych troje stanowi „jedną rodzinę, mały Kościół” (Homilia 20, 6 do Listu do Efezjan).
    Przepowiadanie Chryzostoma dokonywało się zazwyczaj podczas liturgii, w „miejscu”, w którym wspólnota buduje się Słowem i Eucharystią. Tutaj zgromadzona wspólnota wyraża jeden Kościół (Homilia 8, 7 do Listu do Rzymian), to samo słowo jest skierowane w każdym miejscu do wszystkich (Homilia 24, 2 do Pierwszego Listu do Koryntian), zaś komunia Eucharystyczna staje się skutecznym znakiem jedności (Homilia 32, 7 do Ewangelii Mateusza). Jego plan duszpasterski był włączony w życie Kościoła, w którym wierni świeccy przez fakt chrztu podejmują zadania kapłańskie, królewskie i prorockie. Do wierzącego laika mówi: „Również ciebie chrzest czyni królem, kapłanem i prorokiem” (Homilia 3, 5 do Drugiego Listu do Koryntian). Stąd też rodzi się fundamentalny obowiązek misyjny, gdyż każdy w jakiejś mierze jest odpowiedzialny za zbawienie innych: „Jest to zasada naszego życia społecznego (…) żeby nie interesować się tylko sobą” (Homilia 9, 2 do Księgi Rodzaju). Wszystko dokonuje się między dwoma biegunami, wielkim Kościołem oraz „małym Kościołem” – rodziną – we wzajemnych relacjach.
    Jak możecie zauważyć, Drodzy Bracia i Siostry, ta lekcja Chryzostoma o autentycznej obecności chrześcijańskiej wiernych świeckich w rodzinie oraz w społeczności pozostaje również dziś jak najbardziej aktualna. Módlmy się do Pana, aby uczynił nas wrażliwymi na nauczanie tego wielkiego Nauczyciela Wiary.

    Benedykt XVI – papież

    z oryginału włoskiego tłumaczył o. Jan Pach OSPPE/Tygodnik Niedziela

    ________________________________________________________________________________________

    Św. Jan Chryzostom (355-407)

    René Lejeune

    OJCOWIE KOŚCIOŁA: ŚWIĘTY JAN CHRYZOSTOM (355-407), CZYLI SZALEŃSTWO DLA CHRYSTUSA

    Epoka

    W roku 380, 28 lutego, ukazuje się w Rzymie dziwny edykt: cesarz Teodozjusz, ostatni z wielkich imperatorów rezydujących w stolicy imperium Cezarów, poleca:

    „Wszystkie nasze narody są zobowiązane do podporządkowania się wierze przekazanej Rzymianom przez apostoła Piotra, tej wierze, którą wyznaje papież Damazy i biskup Piotr z Aleksandrii, to znaczy do uznania Najświętszej Trójcy – Ojca, Syna i Ducha Świętego.”

    Tym zaś, którzy się nie poddadzą temu nakazowi, imperator grozi: „Bóg zemści się na nich i my także”.

    Taka jest wiara imperatora. Jedność jego ziem należących do wielu narodów nie jest zachowywana przez wspólny im kult pogański, w sercu którego znajdował się imperator Rzymu. Odtąd chrześcijaństwo ma zachować tę jedność. Symbioza między państwem i religią jest całkowita; wywołuje ona procesy korzystne i równocześnie poważne niedogodności.

    Korzyść. Ponieważ imperium jest u schyłku i rozpada się szybko, dlatego biskupi, pasterze całego ludu, będą mogli zastąpić swoim autorytetem upadający autorytet świecki potężnej rzymskiej machiny administracyjnej.

    Niedogodność. Rozdział władzy świeckiej od religijnej – dwa miecze – którego pragnął Chrystus, zostaje usunięty.

    Teodozjusz wstąpił na tron cesarski rok wcześniej. Będzie rządził przez 15 lat, zachowując na jakiś czas jedność imperium przez zatrzymanie w rzymskiej armii barbarzyńskich przywódców.

    Co do Kościoła, wchodził on w swój złoty okres. Prześladowania, powstrzymane przez Konstantyna w 314 roku, były już tylko odległym bolesnym wspomnieniem.

    Pochodzenie

    W tym przełomowym roku ogłoszenia wiary chrześcijańskiej religią państwową Jan Chryzostom miał 25 lat.

    Jego życie jest dobrze znane. Żadnego autora chrześcijańskiego nie uhonorowano tyloma biografiami, poczynając od życiorysu napisanego przez biskupa Palladiusza z Helenopolis, który ukazał się kilka lat po śmierci tego Ojca Kościoła. Pozostaje on najlepszym aż po ostatni, opublikowany w końcu okresu bizantyńskiego.

    Jan urodził się w Antiochii około 355 roku. Jego matka Antuza była niewiastą pobożną. Wywodziła się ze szlachty. Została wdową w wieku 20 lat, kiedy Jan był jeszcze zupełnie mały. To ona przekaże dziecku swoje odbicie.

    Gruntowne wykształcenie i droga do kapłaństwa

    Troszcząc się o właściwe wychowanie syna, Antuza powierzy go najwybitniejszym nauczycielom w Antiochii, na czele z Andragatiusem, który otwarł szkołę filozoficzną. Jan ociera się też o sofistę Libaniosa, przeciwko którego wielosłowiu zbuntuje się w wieku 18 lat. Młodzieniec ten bowiem ma inteligencję wyjątkową. Nie znosi sztucznej retoryki swego mistrza. Pragnie jasności zakorzenionej w prawdzie, podczas gdy poganin Libanios naucza swoich uczniów sztuki z pozoru poprawnego i logicznego rozumowania, ale jego celem jest wprowadzenie zamętu w umysły i wprowadzenie w błąd słuchaczy. Oto sofistyka.

    Jan delektuje się natomiast nauczaniem biskupa Antiochii, św. Melecjusza. Biskup zaś jest zauroczony błyskotliwą inteligencją młodego wyznawcy chrześcijaństwa, a jeszcze bardziej – szlachetnością jego charakteru. Wyposażony w prorocze spojrzenie, biskup Melecjusz przewiduje nadzwyczajną przyszłość Jana. Dopuszcza go w wieku 18 lat do przyjęcia sakramentu „kąpieli odrodzenia” – jak nazywano chrzest. Po nim przez 3 lata Jan posługuje biskupowi. Po tym okresie zostaje lektorem. Jego nauczycielem jest teolog Diodor z Tarsu.

    Jan jest młodym człowiekiem spragnionym absolutu. Poddaje się surowym umartwieniom. Pragnie się wycofać, aby prowadzić życie pustelnicze. Jego matka błaga go, aby nie uczynił jej wdową po raz drugi. Głuchy na matczyną prośbę wycofuje się w góry, bliskie Antiochii, gdzie przyłącza się do starca eremity. Pozostaje tam przez dwa lata, żyjąc bardzo skromnie i czuwając w bezsenne noce. Taki rytm życia osłabia jego układ trawienny, następuje blokada nerek. To zmusza go do powrotu do Antiochii, gdzie prowadzi życie nieco bardziej rozsądne w sferze fizycznej. Jednak te dwa lata samotności pozwoliły mu zgłębić Ewangelię i odkryć w całej pełni prawa Chrystusa.

    W roku 381 Jan przyjmuje święcenia diakonatu. W pięć lat później zostaje kapłanem. Ma 30 lat. Biskup Flawian, odkrywszy talenty oratorskie nowego kapłana powierza mu misję głoszenia Słowa Bożego we wszystkich kościołach Antiochii dla pobudzenia wiary wspólnoty chrześcijańskiej. Jana otacza szybko sława największego mówcy w Kościele. To właśnie oznacza przydomek „chryzostom”, czyli „złotousty”. Ten tytuł będzie się mu nadawać od VI wieku.

    Tak trwa szczęśliwy i błogosławiony okres jego życia. Będzie trwał dwanaście lat. Ta aktywność dla Chrystusa, wypełniająca całe jego życie, zostaje brutalnie przerwana w roku 397.

    Walczący biskup

    Nektariusz, patriarcha Bizancjum, umarł w roku 397. Sława zaś Jana przekroczyła już dawno granice Antiochii. Imperator, który pragnął nadać blask siedzibie Bizancjum, nazwanej teraz Konstantynopolem – na pamiątkę Konstantyna – postanawia, że nowym patriarchą będzie znany kapłan z Antiochii – Jan. Jednak Jan jest temu zdecydowanie przeciwny. Zna wielkość tego zadania. Miasto jest osłabione moralnie i wiara w nim obumiera. Imperator jednak nie daje za wygraną. Kiedy nie udaje mu się osiągnąć swojego celu przez perswazję, ucieka się do przebiegłości. Każe go po prostu porwać i doprowadzić przemocą do Konstantynopola. Jan dociera do miasta wycieńczony, po odbyciu drogi liczącej jakieś tysiąc kilometrów na koniu… Imperator nakazuje biskupowi Aleksandrii, Teofilowi, bezzwłoczne udanie się do Konstantynopola, aby udzielił sakry biskupiej Janowi z Antiochii. Teofil poddaje się rozkazowi cesarza, jednak to właśnie on będzie najbardziej zaciętym przeciwnikiem patriarchy Jana…

    Nowy przywódca Kościoła Konstantynopola staje przed gigantycznym zadaniem. Podejmuje je jednak z taką samą pasją, jaka charakteryzowała go w chwili buntu przeciwko nauczycielowi – sofiście. Najpierw wytyka nadużycia, a następnie – pragnie umocnić moralność. To nie będzie rzeczą łatwą. „Kościół stale się reformuje”. Tak, Kościół musi stale być reformowany, aby zasłużyć na swój przywilej bycia Oblubienicą Chrystusa. Dzisiaj, tak samo jak i za czasów Jana…

    Biskup zaczyna od samego siebie. Czyż nie powinien dać przykładu? Żadnego przywiązania do jedzenia, żadnych wystawnych posiłków. Wszelki przepych znika z biskupiego pałacu. Jego poprzednik podjął przygotowania pod budowę niezwykłej bazyliki. Kolumny z marmuru są już wyrzeźbione, jednak nowy biskup sprzedaje je i dzieli zyskane w ten sposób pieniądze pomiędzy ubogich. Zamiast bazyliki buduje liczne przytułki dla chorych, biednych i cudzoziemców. Będą nimi kierować dwaj kapłani znani z cnotliwego życia. Chorzy i ubodzy są szanowani jak królowie. Pomaga im grupa medyków, kucharzy i zakonników. Krótko: biskup wciela Ewangelię w życie. Przypominając sobie o wdowieństwie i trudnościach, jakie jego matka musiała pokonywać, patriarcha Jan organizuje posługę na rzecz wdów, posługę istniejącą zresztą od pierwszego pokolenia chrześcijan, w wierności nauczaniu Pana. Tą posługą kierują diakonisy, które poddaje rygorowi życia pełnego ofiar i wyrzeczeń. Tym, które są niezadowolone, Jan radzi wyjść za mąż.

    Drugim celem jest umocnienie duchowieństwa. To było bardzo potrzebne. Konkubinaty, alkoholizm, chciwość, przywiązanie do dobrego jedzenia, podporządkowanie bogaczom i kurtyzanom, grzech, czyni spustoszenie wśród bizantyjskiego kleru. Tak samo jest z zakonnikami. Wielu błąka się tu i tam, żyjąc z żebrania lub ze zdzierstwa. Jan gani takie postępowanie i zmusza ich do poddania się władzy kościelnej lub do odejścia.

    Lawina reform, choć ucieszyła wiernych chrześcijan, sprawiła, że podnieśli się przeciwko biskupowi wszyscy błądzący i libertyni Konstantynopola, na czele z syryjskim mnichem Izaakiem, znanym ze swoich wybryków.

    W kazaniach, pełnych realizmu i żaru, biskup chłoszcze też bogaczy i kurtyzany. Ukazuje zepsucie obyczajów z taką mocą i dokładnością, że wszyscy grzesznicy rozpoznają się w obrazie wymalowanym pędzlem słów biskupa-reformatora.

    A oto oddziały Gotów obległy Konstantynopol i dokonują aktów przemocy w okolicach miasta. Aby ocalić miasto od splądrowania, biskup daje barbarzyńcom skarby swoich kościołów. Narzekanie wzmaga się bez przerwy zarówno pośród możnych świeckich, jak i w łonie duchowieństwa oraz w środowisku cesarskim. Wystarczy już tylko odrobina, aby woda się przelała.

    Dwa incydenty rozpętają burzę przeciw niemu. Jeden jest związane z biskupami. Ponieważ wybiera ich kolegium kapłańskie, wielu nowych biskupów oskarża się o to, że zapłacili za swój wybór. Sytuacja związana z tymi podejrzeniami jest poważna w Azji Mniejszej. Jan decyduje się więc tam udać. Filary wiary, którym są biskupi, mogą być nieskazitelne, aby nie można ich było atakować. Jan nakazuje w Efezie wybrać diakona Izydora, człowieka godnego i doskonałego, dla zachowania czystości wiary. Nakazuje mu usunięcie ze stanowiska sześciu biskupów oskarżonych o nadużycia. Potem powraca do Konstantynopola, pozostawiając za sobą niechęć i wrogość, szczególnie pośród bogatych i potężnych. Zniszczenie siedliska żmij nigdy nie jest pozbawione niebezpieczeństwa.

    Potem jeszcze poważniejsza przeszkoda wznosi się na jego drodze. Orygenes, wielki głos z Aleksandrii, w którym Jan rozpoznaje brata trawionego jak on przez zafascynowanie Chrystusem, wyraził kilka poglądów zbyt śmiałych, które zresztą zostaną potępione przez Kościół. Orygenes stał się w ten sposób zwolennikiem zbawienia powszechnego, utrzymując, że wszystkie stworzenia rozumne, bez wyjątku, będą pewnego dnia uczestniczyć w szczęściu Boga. Biskup Jan jest proszony o potępienie Orygenesa. Odmawia. Nie chce potępiać. Co gorsza, przyjmuje w Konstantynopolu 70 mnichów egipskich oskarżonych o sprzyjanie Orygenesowi i jego poglądom. I tak Jan znajduje się w otwartym konflikcie z biskupem Aleksandrii, który go wyświęcił. Czara się przelewa. Zaczynają się knowania przeciwko niemu w celu o pozbawienia go urzędu. Cesarzowa Eudoksja jest także przeciwna Janowi, gdyż wychłostał on bez oszczędzania jej próżność i jest próżność zbytkowną.

    Odrzuciwszy potępienie Orygenesa odmawia równocześnie udania się przed nielegalny synod zwołany, aby go osądzić. Tak więc osądzają go zaocznie i pozbawiają urzędu. Cesarz dodaje do tej kary skazanie Jana na wygnanie. Wszystko to bez liczenia się z „głosem ludu”, który określa się przecież mianem „głosu Bożego”.

    Lud Konstantynopola odrzuca z obrzydzeniem ten pozór sądu. Domaga się stanowczo powrotu swego biskupa. Cesarz poddaje się! Jan powraca i wygrywa: utwierdza jeszcze bardziej moralność chrześcijańską, jej ścisłość i czystość. Przyjęty tryumfalnie przez ludność po powrocie z wygnania, wznawia swe płomienne, polemiczne mowy, sprzeciwiając się korupcji i przepychowi, smagając na przykład złotą statuę cesarzowej Eudoksji, którą dopiero co postawiono. Cesarzowa, małżonka cesarza Arkadiusza, która wstąpiła na tron Cesarstwa Wschodniego w roku 395, chciałaby śmierci tego niepokojącego ją biskupa. To kobieta ambitna i energiczna. Wpłynęła na swego męża – słabego i niezdecydowanego. Patriarcha mógł kontynuować tak długo swą duchową i moralną krucjatę tylko dlatego, że wpływowy doradca i sekretarz cesarza, Eutrop, chronił biskupa Jana. Niestety, intrygi Eudoksji osiągnęły w końcu skutek, doprowadzając do wypędzenia Eutropa w 399 roku. Wtedy cesarzowa wznawia ataki na patriarchę. To prawda, on nie pozostawiał ich bez odpowiedzi. I tak w święto św. Jana Chrzciciela porównał cesarzową do Herodiady mówiąc: „Na nowo Herodiada dusi się ze złości, na nowo ona tańczy, na nowo domaga się głowy Jana na misie.”

    To już zbyt wiele dla domu cesarskiego. Cesarz nakazuje biskupowi Janowi złożenie urzędu. Patriarcha odmawia. Zakazuje się mu więc wstępu do wszystkich kościołów patriarchatu. Kapłani pozostają jednak wierni swojemu biskupowi. Cesarz pod presją swej małżonki chce z nim skończyć.

    W czasie świąt paschalnych w 404 roku wojsko przemocą wkracza do kościołów, chcąc zatrzymać biskupa. Leje się krew.

    9 lipca 404 roku, po ostatnim nabożeństwie w katedrze Świętej Mądrości, biskup Jan udaje się po raz drugi na wygnanie. Idzie pod eskortą wojska. Kiedy opuszcza miasto, lud powstaje w jego obronie, pożary ogarniają miasto, bliscy i przyjaciele biskupa są tropieni i wtrącani do więzienia. Na tron patriarchy Konstantynopola wstępuje uzurpator. To gorzki owoc tajnego porozumienia władzy duchownej z władzą świecką.

    Walka i męczeństwo na wygnaniu

    Przywódca oddziału ma rozkaz zaprowadzić pozbawionej funkcji patriarchę do serca Anatolii, o dobry tysiąc kilometrów od Bizancjum. Jan zostaje zamknięty w twierdzy Arabissos. Tak niebezpieczny agitator, mówca, który zapalał tłumy wiernych, a drażnił satrapów i potężnych, został zmuszony do milczenia.

    Z wnętrza swego więzienia kontynuuje jednak nadal swą niezmordowaną prorocką walkę przy pomocy pióra. Zachęca do ewangelizowania pogan. Posyła misjonarzy do regionów, które aż do tej pory pozostały na marginesie głoszenia Dobrej Nowiny Jezusa Chrystusa. Wielu z jego misjonarzy poniesie tam śmierć męczeńską.

    Jan naraża się jeszcze bardziej pisząc do biskupów Zachodu, informując ich o niesprawiedliwości nie do przyjęcia, której jest ofiarą. Prosi ich o pomoc. Wygnany patriarcha myli się jednak co do ich odwagi i jasności widzenia. Nie znajdując żadnego oddźwięku pośród współbraci, zwraca się do wielkich patrycjuszowskich rodzin Rzymu, zwłaszcza do kobiet, których wspaniałomyślność jest mu znana. Błaga o obronę wiary i autorytetu Kościoła.

    Patriarcha ostro spogląda na władzę, a opierając się na Ewangelii i na słowach Apostoła Pawła, uznaje, że ma prawo do działania na mocy nakazu Boga. To on, prawny patriarcha może sprawować władzę biskupią, a nie uzurpator, który zajmuje jego siedzibę.

    Zemsta cesarzowej

    Tym razem cesarzowa Eudoksja dusi się naprawdę ze złości. Ponieważ nie udało się jej unieszkodliwić siewcy „nieładu”, pomimo że zamknęła go w głębi Anatolii, chce go umieścić na tyle daleko, aby nie mógł już jej szkodzić. Nakazuje deportować go w miejsce niedostępne, o jeszcze jeden tysiąc kilometrów na wschód. Na wiosnę 406 roku, po trzech latach spędzonych w twierdzy Arabisson, biskup zostaje wysłany pod eskortą do twierdzy Kukuzy, na granice Armenii. Nowa Herodiada dosięgła więc głowy swego Jana…

    Podróż pieszo przewidziano na wiele miesięcy. Eskorta ma nakaz nie oszczędzać pięćdziesięcioletniego mężczyzny, przeciwnie, należało go wystawić celowo na zmęczenie i nadludzki wysiłek. Nakaz jest przestrzegany ściśle; podróż jest straszna. 14 września 407 roku wygnaniec jest zupełnie wyczerpany. Eskorta właśnie dotarła przed małą kaplicę. Patriarcha błaga, żeby pozwolono na małą przerwę. Przywdziewa białą komżę i przyjmuję komunię. Potem żołnierze słyszą, jak mówi po cichu: „Niech Bóg będzie uwielbiony przez wszystko.” I biskup Jan, przyszły święty Jan Chryzostom, pada, oddając Panu swą duszę nieustraszonego wojownika ożywionego przez całe swe życie szaleństwem dla Chrystusa. Szaleństwem upartym, które nie godziło się na żaden kompromis w swoim ewangelicznym radykalizmie. Kiedy wieść o śmierci męczennika za wiarę dochodzi do Konstantynopola, sumienie odpowiedzialnych budzi się. Eudoksja umiera w tym samym roku. Zgubny wiatr jej intryg uspokaja się. Wkrótce tron w Konstantynopolu obejmie nowy cesarz. Teodozjusz II, syn i następca Arkadiusza, wstępuje na tron na kilka miesięcy po śmierci wygnanego patriarchy. To władca światły, który będzie panował w Bizancjum przez 42 lata. Powstanie uniwersytetu, skrócenie Kodeksu teodozjańskiego, zwołanie Soboru Efeskiego, zwycięstwo nad Persami – oto wydarzenia znaczące czas jego długiego panowania. Zaczyna się marzyć o rozkwicie religijnym, jaki Jan Chryzostom mógł dać temu panowaniu, gdyby dane mu było żyć jeszcze przez trzy lata na swej biskupiej stolicy…

    Pisma św. Jana Chryzostoma

    Po św. Janie pozostały jego pisma. Są znaczące zarówno co do objętości, jak i co do jakości. Żaden Ojciec Kościoła nie pozostawił po sobie tak wielkiego dzieła. Chryzostom to dla historii chrześcijaństwa Dante, Goethe albo Wiktor Hugo. Nadzwyczajna czystość stylu, szlachetność myśli – oto ich główne cechy. Wielki erudyta uważa, że „jego dzieło wyraża jego attycką duszę”. Św. Jan Chryzostom napisał wiele traktatów, liczne listy i ogromną ilość kazań. Jego pisma są cenne nie tylko jako znacząca część świata duchowego Ojców Kościoła, stanowią one również skarbnicę dla poznania życia społecznego, politycznego i kulturalnego Bizancjum i Antiochii. Są nawet źródłem archeologicznym nie do pogardzenia. Ogromna ilość manuskryptów, które zachowały się do naszych czasów, świadczy o wyjątkowej renomie tego wielkiego ducha.

    W swoich kazaniach Jan Chryzostom jest prawdziwym „lekarzem dusz”, wydającym trafne diagnozy i polecającym skuteczne środki zaradcze. On umiał, z wysokości ambony, przykuć uwagę i dotknąć serc. Homilie, odnoszą się do Starego Testamentu, a w szczególności do Księgi Rodzaju, Psalmów i proroka Izajasza. Porusza w nich wady i cnoty, dobry sposób modlenia się, nie tylko w kościele, ale i w rodzinie chrześcijańskiej, kapłaństwo, życie w dziewictwie itp.

    Jego komentarze do Ewangelii według św. Mateusza i św. Jana, w liczbie 178, stanowią najstarszy tekst z okresu patrystycznego. Homilie trwają od dziesięciu do piętnastu minut, gdyż tyle trwa – według niego –„uwaga użyteczna” słuchaczy. Wskazówki tej żaden mądry kaznodzieja nie powinien lekceważyć. Św. Jan Chryzostom pokazuje w sposób przekonywujący, że Stary i Nowy Testament noszą piętno tego samego Ducha Świętego. Jezus, to co najważniejsze, oświetla niezrównanym światłem Swojego Boskiego Słowa; wypełnia lukę i uzupełnia żydowskie Prawo. Tłumaczenie przypowieści z Ewangelii wywołuje wrażenie jeszcze dzisiaj.

    Homilie do Ewangelii według św. Jana odpowiadają na błędne argumenty arian; ci bowiem opierają swoją naukę głównie na czwartej Ewangelii. Opierają na niej błędną naukę o istotnej – według nich – różnicy między Ojcem i Synem. Te homilie Chryzostoma są też bardziej polemizujące. Rozwija w nich naukę o prawdziwej Kenozie, czyli uniżeniu się Syna Bożego.

    55 homilii wyjaśniających Dzieje Apostolskie to jedyny pełny komentarz przekazany przez pierwsze tysiąclecie. Homilie bazujące na listach św. Pawła liczą się na setki. Jak we wszystkich pismach św. Jana Chryzostoma, tak i te charakteryzuje krystaliczna jasność. Stanowią skarby mądrości, zaskakując przy tym pięknem formy oraz precyzją wyrażania myśli.

    W pismach św. Jana Chryzostoma uwidocznia się też pewna nowoczesność tonu i myśli, która czyni tego wielkiego pisarza wizjonerem, prorokiem przyszłych czasów. Aż do powrotu Chrystusa. To w ten sposób homilia 23, będąca komentarzem do Listu do Rzymian, stanowi trwały traktat o chrześcijańskiej myśli politycznej. Jan rozróżnia między autorytetem władzy, który jest pochodzenia boskiego i możliwym jej wypełnieniem, a [konkretną formą] władzy i jej wypełnieniem, będącym pochodzenia ludzkiego. Autorytet domaga się posłuszeństwa i podporządkowania bezwarunkowego, lecz nie każda forma sprawowania władzy.

    Kilka słów o panegirykach i jego traktatach. W pochwale św. Pawła, Jan wyraża swój podziw bezgraniczny i entuzjazm dla Apostoła Pawła. Pod jego piórem Paweł z Tarsu jest jak zmartwychwstały, staje się żywym wzorem doskonałości chrześcijańskiej. Inne panegiryki odnoszą się do wielkich postaci ze Starego Testamentu jak i do świętych biskupów i męczenników.

    Pośród traktatów żaden nie był tak często wydawany ponownie jak ten, który odnosi się do kapłaństwa. „U każdego, kto przeczytał tę książkę, serce rozpaliło się miłością do Boga” – pisze Izydor z Peluzjum, kilka lat po śmierci Chryzostoma. Traktat ten cechuje wzniosłość myśli, czystość wyrażenia, piękno stylu. Pozostaje „jednym z najcenniejszych skarbów literatury patrystycznej” (J. Quasten). Któż by uwierzył, że to arcydzieło zostało zredagowane w czasie, kiedy Jan był zaledwie diakonem. Miał wtedy 25 lat! Św. Hieronim czytał je w 392 roku. Każdy kandydat do kapłaństwa powinien się pochylić długo nad tym dziełem. Każdy kapłan powinien przeczytać wiele razy je w ciągu swego kapłańskiego życia…

    Konkluzja

    Ten Ojciec Kościoła jest wielkim świętym z powodu swego ewangelicznego życia, gorliwości w obronie czystości wiary, odwagi nie znającej kompromisów w obliczu władzy cesarskiej, w obliczu każdej władzy świeckiej. Jego nauczanie jest jasne, przyjemne w formie oraz pewne, przetrwało przez wieki i niezwykle się upowszechniło. Wielki biskup! Bardzo wielki pasterz owiec, powierzonych mu przez Pana. Głos potężny rozbrzmiewający przez wieki. Św. Jan Chryzostom pozostaje nauczycielem dla każdego chrześcijanina zatroskanego o postęp na drodze świętości.

    René Lejeune

    Vox Domini/przekład z franc. za zgodą Wydawnictwa du Parvis, Stella Maris nr 339, str. 6-9.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 września

    Najświętsze Imię Maryi

    Zobacz także:
      •  Najświętsza Maryja Panna Piekarska
      •  Najświętsza Maryja Panna Rzeszowska
      •  Święty Gwidon z Anderlecht
      •  Święty Piotr z Tarentaise, biskup
      •  Błogosławiona Maria od Jezusa, dziewica
      •  Błogosławiona Maria Luiza Prosperi, zakonnica
    ***
    Najświętsza Maryja Panna

    Imię Maryi czcimy w Kościele w sposób szczególny, ponieważ należy ono do Matki Boga, Królowej nieba i ziemi, Matki miłosierdzia. Dzisiejsze wspomnienie – “imieniny” Matki Bożej – przypominają nam o przywilejach nadanych Maryi przez Boga i wszystkich łaskach, jakie otrzymaliśmy od Boga za Jej pośrednictwem i wstawiennictwem, wzywając Jej Imienia.
    Zgodnie z wymogami Prawa mojżeszowego, w piętnaście dni po urodzeniu dziecięcia płci żeńskiej odbywał się obrzęd nadania mu imienia (Kpł 12, 5). Według podania Joachim i Anna wybrali dla swojej córki za wyraźnym wskazaniem Bożym imię Maryja. Jego brzmienie i znaczenie zmieniało się w różnych czasach. Po raz pierwszy spotykamy je w Księdze Wyjścia. Nosiła je siostra Mojżesza (Wj 6, 20; Lb 26, 59 itp.). W czasach Jezusa imię to było wśród niewiast bardzo popularne. Ewangelie i pisma apostolskie przytaczają oprócz Matki Chrystusa cztery Marie: Marię Kleofasową (Mt 27, 55-56; Mk 15, 40; J 19, 25), Marię Magdalenę (Łk 8, 2-3; 23, 49. 50), Marię, matkę św. Marka Ewangelisty (Dz 12, 12; 12, 25) i Marię, siostrę Łazarza (J 11, 1-2; Łk 10, 38). Imię to wymawiano różnie: Miriam, Mariam, Maria, Mariamme, Mariame itp. Imię to posiada również kilkadziesiąt znaczeń. Najczęściej wymienia się “Mój Pan jest wielki”.
    Maryję nazywamy naszą Matką; jest Ona – zgodnie z wolą Chrystusa, wyrażoną na krzyżu – Matką całego Kościoła. Po Wniebowzięciu została ukoronowana na Królową nieba i ziemi. Polacy czczą Ją także jako Królową Polski. Maryja jest naszą Wspomożycielką i Pośredniczką, jedyną ucieczką grzeszników. W ciągu wieków historii Kościoła powstały setki różnorodnych tytułów (wymienianych np. w Litanii Loretańskiej czy starszej od niej, pięknej Litanii Dominikańskiej, a także w starożytnym hymnie greckim Akatyście). Za pomocą tych określeń wzywamy opieki i orędownictwa Matki Boże

    Najświętsza Maryja Panna

    Bardzo wielu świętych wyróżniało się szczególnym nabożeństwem do Imienia Maryi, wiele razy wypowiadając je z największą radością i słodyczą serca, np. Piotr Chryzolog (+ 450), św. Bernard (+ 1153), św. Antonin z Florencji (+ 1459), św. Hiacynta Marescotti (+ 1640), św. Franciszek z Pauli (+ 1507), św. Alfons Liguori (+ 1787).
    Dzisiejsze wspomnienie jest jednym z wielu obchodów maryjnych, które są paralelne do obchodów ku czci Chrystusa. Jak świętujemy narodzenie Chrystusa (25 grudnia) i Jego Najświętsze Imię (3 stycznia), podobnie obchodzimy wspomnienia tych samych tajemnic z życia Maryi (odpowiednio 8 i 12 września). Obchód ku czci Imienia Maryi powstał w początkach XVI w. w Cuenca w Hiszpanii i był celebrowany 15 września, w oktawę święta Narodzenia Maryi. Z czasem został rozszerzony na teren całej Hiszpanii. Po zwycięstwie króla Jana III Sobieskiego nad Turkami w bitwie pod Wiedniem w 1683 r. Innocenty XI rozszerzył ten obchód na cały Kościół i wyznaczył go na niedzielę po święcie Narodzenia Maryi. Późniejsze reformy kalendarza i przepisów liturgicznych przeniosły go na dzień 12 września, kiedy to Martyrologium Rzymskie wspomina wiktorię wiedeńską. Obchód ten dekretem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 2001 r. wprowadzono do Kalendarza Rzymskiego (ogólnego) w randze wspomnienia dowolnego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    W imię Maryi

    Co wspólnego ma imię Maria z odsieczą wiedeńską? Bynajmniej nie chodzi o to, że imię to nosiła żona zwycięzcy spod Wiednia, króla Jana III Sobieskiego.

    “Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył” – napisał Sobieski w liście do papieża Innocentego XI po pokonaniu armii Imperium Osmańskiego pod wodzą Kary Mustafy przez sprzymierzone siły polsko-austriacko-niemieckie. Wskazał tym samym na pierwszego Zwycięzcę w bitwie, po której potężna dotychczas Turcja już się nie podźwignęła i przestała zagrażać chrześcijańskiej Europie. Była jedna z bitew, które historycy uważają za decydujące o losach nasz cywilizacji. Bitwa rozpoczęła się 12 września 1683 roku rano, trwała 12 godzin, z czego przeważającą większość trwał ostrzał artylerii przygotowującej atak. Szarża husarii Sobieskiego – zaledwie pół godziny.

    Powtarzająca się tu jak refren liczba przywodzi na myśl 12 gwiazd w wieńcu na głowie Niewiasty. Jej imię – imię Maryi – widniało pod Wiedniem na sztandarach polskich wojsk, wypisane z rozkazu króla Jana III, gorliwego czciciela Matki Bożej. Wcześniej, idąc na odsiecz, nasz władca zatrzymał się na modlitwę na Jasnej Górze i w sanktuarium maryjnym w Piekarach Śląskich. Na miejsce starcia przybył 8 września, w dniu Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Przed bitwą brał wraz z wojskiem udział na Kahlenbergu we Mszy Świętej, osobiście do niej służył i przyjął Komunię Świętą.

    Ani król, ani papież nie mieli wątpliwości, że zwycięską hetmanką w tym starciu chrześcijaństwa z islamem była Matka Jezusa. Nie po raz pierwszy. Dość wspomnieć wcześniejszą o 112 lat bitwę morską pod Lepanto między Świętą Ligą a Imperium Osmańskim, 7 października, który to dzień na pamiątkę tamtego wydarzenia obchodzimy jako wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej. Tam również zwycięstwo przypisywano wstawiennictwu Dziewicy, wymodlonemu na Różańcu. Nasuwa się tu podobieństwo do innej jeszcze bitwy, nazwanej Cudem nad Wisłą, kilka wieków później, w roku 1920 pod Warszawą. Tam także wynik starcia “dwóch światów” został przesądzony w święto maryjne, 15 sierpnia, w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i w dniu wspomnienia Matki Bożej Zwycięskiej.

    Dzień wiedeńskiej wiktorii – 12 września – został przez Innocentego XI ustanowiony świętem Najświętszego Imienia Maryi. Święto takie w liturgii jako pierwsi – jak to nieraz, jeśli chodzi o kult maryjny, bywało – zaczęli obchodzić Hiszpanie w diecezji Cienca, która już w roku 1513 otrzymała na to pozwolenie Stolicy Apostolskiej. Po zwycięstwie pod Wiedniem zaczęło ono obowiązywać w całym Kościele, początkowo w niedzielę po Narodzeniu Najświętszej Maryi Panny, szczególną popularność zyskując, ze zrozumiałych względów, w Polsce, Austrii i Niemczech. Od 1911 roku przeniesione na stale na 12 września, dziś ma charakter wspomnienia dowolnego.

    IMIENINY X 33

    Niełatwo zapewne było znaleźć w kalendarzu miejsce na kolejne święto maryjne. Tylko w Kościele w Polsce jest ich długa lista, złożona z 33 dat stałych i czterech ruchomych. Są wśród nich uroczystości, święta oraz wspomnienia obowiązkowe i dowolne. Przy czym mogą mieć one różną rangę, w zależności od diecezji. Tak więc 12 września najuroczyściej chyba obchodzi się w diecezji katowickiej, ponieważ przypada wówczas wspomnienie głównej patronki diecezji, Matki Bożej Piekarskiej – tej samej, przed której cudownym wizerunkiem modlił się w drodze na Wiedeń Jan III Sobieski.

    Każdego z tych dni Marie, którym patronuje Matka Boża, obchodzą imieniny. Imię Maria od wielu lat – po okresie lat 60. i 70. ubiegłego wieku, kiedy to wydawało się nieco niemodne – znów należy do najpopularniejszych imion. Według raportu MSWiA, w roku 2010 nadano je 3525 dziewczynkom w Polsce, a w 2011 roku, do 1 września, w samej Warszawie – 51 dziewczynkom, co daje mu 10. miejsce w rankingu najczęstszych imion kobiecych. Zupełnie natomiast wydaje się obecnie w odwrocie męska wersja imienia – Marian.

    Nie zawsze jednak nadawanie na chrzcie imienia Maria było bezproblemowe. Imię to uważano bowiem za zbyt dostojne, święte, cieszące się samo w sobie czcią ze względu na Bogurodzicę. Podobnie jak w większości krajów chrześcijańskich – oprócz bodajże Kastylii i hiszpańskojęzycznych krajów Ameryki Południowej – nikt nie śmie nazywać swoich synów imieniem Jezus. Już ks. Jan Długosz pisał, że nadawanie dzieciom imienia Maria jest niestosowne, a król Kazimierz Wielki postanowi! wręcz wydać przepis zabraniający przyjmowania tego imienia. Radzono sobie, używając w zamian formy Marianna lub – jak choćby w przypadku młodzieńczej miłości Mickiewicza – Maryla. Zwyczaj ten był żywy w niektórych parafiach w Polsce jeszcze po II wojnie światowej. Dziś wyjątkowość imienia Matki Bożej i pełen czci dystans wobec niego podkreśla zachowana staropolska jego forma: Maryja zamiast Maria. Przez wieki imię Maria nie tylko stało się najpopularniejszym imieniem żeńskim, ale także zaczęto je nadawać – jako drugie – mężczyznom, i to w niemal całym świecie chrześcijańskim.

    Przypadek szczególny stanowi tu Kościół w Etiopii, jeden z chrześcijańskich Kościołów Wschodnich, w którym cześć wobec Matki Chrystusowej była posunięta bardzo daleko. Jej imienia nadawać nie wolno tam było pod żadnym pozorem. Wobec tego pomysłowi Jej czciciele stworzyli wiele zamienników, takich jak “Kwiat Maryi”, “Sługa Maryi”, “Cnota Maryi”, “Dar Maryi”, “Ukochany Maryi” i tym podobne, którymi nazywano zarówno dziewczynki, jak i chłopców.

    Kochający Maryję wszędzie nadawali Jej przydomki – często wbrew oficjalnym nazwom świąt. I tak w Polsce mamy Gromniczną, Zielną czy Siewną. Inne ludy chrześcijańskie także zapewne mają podobne sposoby na okazanie Maryi miłości i przywiązania. Do kultu Matki Bożej odnosi się np. jedno z najpowszechniejszych imion języka hiszpańskiego – Pilar. Oznacza ono “kolumnę” i pochodzi od Nuestra Seńora del Pilar – przydomka Matki Bożej na Kolumnie, której słynąca łaskami XV-wieczna figura na jaspisowym pilastrze znajduje się w bazylice w Saragossie. Virgen del Pilar jest patronką całego Hispanidad – Świata Hiszpańskiego.

    UKOCHANA PRZEZ BOGA

    “Dziewicy zaś było na imię Maryja” – tymi słowami w Ewangelii św. Łukasza zostaje przedstawiona. Co jednak znaczy Jej imię, kochane, czczone, wypisywane na sztandarach, tylekroć powtarzane? Za paradoks można uznać fakt, że imię to, wyjątkowe i tak rozpowszechnione, święte i pospolite – ma znaczenie niejasne. Na postawie różnych źródłosłowów hebrajskie Mrym, wymawiane jako Mirydm, interpretowano rozmaicie, jako m.in.: “Świetlista”, “Miła”, “Pani”, “Wysoka” czy też “Wzniosła”, “Gwiazda morska”, “Buntowniczka”, “Napawająca radością”, “Dająca pić”, a nawet “Grubaska” – co byłoby u starożytnych semitów nie lada komplementem. Według innej koncepcji, imię to, które nosiła także siostra Mojżesza w czasach niewoli egipskiej, mogłoby mieć właśnie egipskie pochodzenie. Znaczyłoby wówczas “Ukochana przez Boga”. Czy można znaleźć bardziej satysfakcjonujące objaśnienie tego imienia? Żadne jednak, nawet najbardziej trafne teologicznie, etymologicznie nie jest do końca pewne.

    Jedno nie ulega wątpliwości: imię to było również w ówczesnym Izraelu bardzo popularne, pojawiające się często także w Ewangeliach. “Trzy Maryje poszły” wszak do grobu Jezusa, a żadna z nich nie była Jego Matką. Wybrana przez Boga na Matkę Zbawiciela cicha oblubienica cieśli z Nazaretu nosiła imię najzwyklejsze, w niczym Jej od innych kobiet niewyróżniające. “Imię – jak ktoś napisał – co choć nadane tym, którzy je noszą, nigdy do nich nie przywiera, nigdy do nich właściwie nie należy, tak dalece jest ono wyłączną własnością Matki Chrystusa.” W nim można się dopatrywać jeszcze jednego pięknego przykładu pokory Dziewicy Maryi.Lidia Molak

    Lidia Molak/Adonai.pl

    (przy pisaniu artykułu korzystałam z książki Vittoria Messoriego “Opinie o Maryi”,
    Wydawnictwo Fronda, Warszawa 2007
    )

    (tekst pochodzi z Tygodnika Idziemy, 18 września 2011)

    ______________________________________________________________________________________________________________


    11 września

    Błogosławiony Franciszek Jan Bonifacio,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Prot i Hiacynt
      •  Święty Jan Gabriel Perboyre, prezbiter i męczennik
    ***
    Błogosławiony Franciszek Jan Bonifacio

    Franciszek Jan urodził się 7 września 1912 r. w Piranie, mieście na adriatyckim półwyspie Istria, stanowiącym wówczas część cesarstwa austro-węgierskiego (dziś Słowenia). Uczył się w szkole podstawowej w rodzinnym mieście, będąc jednocześnie ministrantem w parafii św. Franciszka z Asyżu. Już w wieku 12 lat znalazł się w niższym seminarium w miejscowości Koper. W 1932 r. zakończył nauki na poziomie gimnazjalnym i licealnym i został przeniesiony do seminarium duchownego w Gorycji. Tam studiował filozofię i teologię. W 1936 r. przyjął święcenia kapłańskie w Trieście.
    Jego pierwszą placówką duszpasterską było Cittanova na półwyspie Istria. Tam swoją posługę rozpoczął od stworzenia oddziału Akcji Katolickiej. W 1939 r. został mianowany proboszczem niewielkiej parafii Villa Gardossi. Również i tu odtworzył Akcję Katolicką. Założył chór. Nauczał religii w lokalnej szkole. Zorganizował niewielką bibliotekę. Prawie codziennie, mimo chronicznej astmy i nieustannie atakującego go kaszlu, odwiedzał swoich parafian, szczególnie starszych, chorych i z małymi dziećmi, podróżując na rowerze albo pieszo, opierając się na lasce, z nieodłącznie towarzyszącym mu psem.
    W czerwcu 1940 r. II wojna światowa dotarła do Istrii. Do 1943 r. nie wpływała jednak znacząco na życie mieszkańców. Gdy jednak 8 września 1943 r. nowy rząd Włoch ogłosił zawieszenie broni z nacierającymi od południa siłami alianckimi Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, sytuację starali się natychmiast wykorzystać komuniści, zarówno włoscy, jak i jugosłowiańscy. Zaczęli się organizować w Istrii, która stała się terenem starć między komunistami a faszystami. W połowie września do Istrii wkroczyli Niemcy, wspierający słabnące siły faszystowskie. W lasach nieopodal Villa Gardossi zaczęli pojawiać się partyzanci.
    Ks. Franciszek starał się dalej posługiwać swoim parafianom, choć sytuacja stawała się krytyczna. Z narażeniem życia próbował odzyskiwać ciała poległych partyzantów i chować je po chrześcijańsku. Zapobiegł podpaleniu przez Niemców domu, którego mieszkańców podejrzewano o przechowywanie partyzantów. Interweniował w dowództwie sił faszystowskich w miejscowości Buje protestując przeciw zamordowaniu miejscowego chłopa. Uratował przed rozstrzelaniem przez partyzantów innego parafianina, którego komuniści podejrzewali o donosicielstwo. Ukrywał też młodzież, która nie chciała być powołana do nowej faszystowskiej armii.
    W maju 1945 r. Niemcy poddali się. Włoskie wojska zostały wypędzone z Istrii przez zwycięskich komunistycznych partyzantów Józefa Broz Tito. Natychmiast rozpoczęły się prześladowania Kościoła. Organizowano “masówki”, na które zapędzano wieśniaków i indoktrynowano ich, oskarżając Kościół o “wstecznictwo”. Komunaziści zastąpili formalnie religijne święta świętami komunistycznymi. Zaczęto zapisywać wszystkich uczęszczających na Msze św. i nabożeństwa kościelne. Donosicielstwo stało się normą życia.
    Franciszek kontynuował swoje posłannictwo. Ostrzegano go, że wśród jego parafian niektórzy zaczęli służyć nowym panom. Radzono, by nikomu nie ufał. Nie zastosował się do tych rad, mimo że realnie oceniał coraz bardziej zaciskającą się pętlę komunistycznych rządów. Wkrótce znalazł się, z wieloma innymi księżmi, na “czarnej” liście komunistycznej. Propaganda zaczęła go oskarżać o “antykomunizm i działalność wywrotową”.
    W czerwcu 1946 r. komuniści pobili biskupa Antoniego Santin, ordynariusza Triestu i Koper, przełożonego Franciszka, gdy udawał się na bierzmowanie w Koprze. 1 września 1946 r. ks. Franciszek miał mówić w kazaniu: “Chrystus kocha grzeszników, jest dobrym pasterzem, który szuka zagubionych owiec. Pragnie ich nawrócenia. Kocha nawet zdrajcę i nazywa go przyjacielem. Kocha swoich katów: prosi swego Ojca w niebie o łaskę wybaczenia dla nich”.
    11 września 1946 r. Franciszek, wracając z posługi w jednej z miejscowości, gdzie słuchał spowiedzi, został porwany i wywieziony w nieznanym kierunku. Jego ciała nigdy nie znaleziono. Ostatni raz widziano go ok. godziny 16.00, gdy został zatrzymany przez kilku komunistycznych milicjantów. Prawdopodobnie został zakatowany na śmierć: istnieją niepotwierdzone relacje o tym, że Franciszek był bity, okradziony z odzienia, bity kamieniami po głowie i w końcu dwukrotnie zasztyletowany, po czym wrzucony do jednej z wielu okolicznych jam krasowych. Przypuszcza się, że na samej Istrii komuniści jugosłowiańscy, z pomocą rosyjskich doradców, zamordowali w masakrach od 4 do 20 tys. osób.
    Przez dziesięciolecia nad życiem i śmiercią ks. Franciszka panowała cisza. Dopiero ok. 1970 r. pojawiły się pierwsze relacje opisujące prawdopodobny przebieg ostatnich chwil jego życia. W 1998 r., w krypcie narodowego, włoskiego, sanktuarium Maryi Matki i Królowej, na wzgórzu Grisa niedaleko Triestu umieszczono cenotaf – symboliczny grób Franciszka. Został beatyfikowany 8 października 2008 r. w Trieście przez biskupa Eugeniusza Ravignani, ordynariusza Triestu, i reprezentującego papieża Benedykta XVI abp. Angelo Amato SDS.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 września

    Święty Mikołaj z Tolentino, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Pulcheria, cesarzowa
      •  Błogosławiony Ogleriusz, opat
      •  Błogosławiony Franciszek Gárate, zakonnik
    ***
    Święty Mikołaj z Tolentino

    Mikołaj urodził się w Castel Sant Angelo (obecnie Sant Angelo di Pontano), we Włoszech, w roku 1245. Na chrzcie otrzymał imię Mikołaj, gdyż rodzice prosili o syna przez wstawiennictwo św. Mikołaja z Bari – matka była bowiem od wielu lat niepłodna. W podzięce rodzice ofiarowali syna, gdy miał zaledwie 12 lat, jako oblata do zakonu augustianów (1257). W trzy lata potem młodzieniec wstąpił do nowicjatu. W domach zakonnych w Tolentino i w Cingoli odbył studia średnie, a potem studia w zakresie filozofii i teologii. Święcenia kapłańskie otrzymał z rąk św. Benvenuta, biskupa Osimo, w roku 1269 w Cingoli, w wieku 24 lat.
    W latach 1269-1275 Mikołaj pełnił funkcję misjonarza-kaznodziei: w Macerata, w Piaggiolino di Fano, w Montegiorgio, w Corridonio, w San Elpidio, w Recanati, w Treia, w Valmente di Pesaro oraz w Fermo. W latach 1275-1305 – przez 30 lat – przebywał w Tolentino.
    W posłuszeństwie zakonnym był tak doskonały, że wypełniał nie tylko najdrobniejsze nawet nakazy reguły, ale i życzenia swoich przełożonych. Chętnie spełniał także życzenia swoich współbraci, chociaż niektórzy z nich byli od niego młodsi i mniej zasłużeni. Był tak bardzo skromny, że nigdy nie podnosił oczu: na słuchaczy, na rozmówców, na penitentów w sakramencie pokuty. Miał tylko jeden habit, a na noc okrywał się swoim wytartym płaszczem. W uczynkach pokutnych naśladował ascetów pierwszych wieków chrześcijaństwa: co piątek biczował się do krwi specjalnie przez siebie sporządzoną wymyślnie dyscypliną; nigdy nie jadł mięsa, nabiału ani owoców; cztery razy w tygodniu pościł o chlebie i wodzie, podobnie we wszystkie dni Wielkiego Postu z wyjątkiem niedziel. Sypiał trzy do czterech godzin na dobę; oprócz Mszy świętej, którą odprawiał ze szczególną żarliwością, odmawiał wspólnie brewiarz, a ponadto psalmy pokutne, oficjum o Świętym Krzyżu i o zmarłych. Wszystkie te pacierze odmawiał na kolanach, na posadzce kamiennej. Chociaż był tak surowy dla siebie, był niezwykle wyrozumiały dla bliźnich, zwłaszcza dla grzeszników w konfesjonale. Spowiadał bardzo wiele, gdyż sława jego świętości gromadziła przy jego konfesjonale nieraz całe tłumy.

    Święty Mikołaj z Tolentino

    Był szczególnie wrażliwy na niedolę ubogich. Umiał przemawiać do zamożnych, by dzielili się chętnie swoją majętnością z tymi, którzy są głodni. Za zezwoleniem przełożonych utworzył stały fundusz dla ubogich. Bywało, że mył im nogi.
    Największą jednak sławę Mikołaj zdobył swoją pracą kaznodziejską. Zatroskany o wieczne zbawienie dusz nieśmiertelnych, okupionych tak wielką ceną męki i śmierci Syna Bożego, wykorzystywał każdą okazję, by przemawiać i kruszyć serca. Jego żarliwość apostolska i widok wychudłej od postów twarzy przemawiał wymowniej od najpiękniejszych słów. Swoje cierpienia i pokuty miał zwyczaj ofiarowywać za nawrócenie grzeszników.
    Pan Bóg obdarzył go niezwykłymi charyzmatami. Mikołaj miał rzadki dar łączności z duszami w czyśćcu cierpiącymi. W procesie kanonicznym stwierdzono ponad 300 wypadków cudownych uzdrowień, jakie wierni otrzymali za przyczyną Mikołaja tak za jego życia, jak i po jego śmierci. Wśród nich są wymienione trzy wypadki wskrzeszenia umarłych: 12-letniej córki Filipa z Fermo – cud potwierdzony przysięgą czterech kapłanów-świadków (1306); wskrzeszenie córki Jacopuzzo z Chieti (1320) i Venturyna z Gigliolo, potwierdzone przez niego, jego ojca, żonę i biskupa Maceraty.

    Święty Mikołaj z Tolentino

    Mikołaj zmarł w Tolentino 10 września 1305 roku. Jego pogrzeb był wielką manifestacją miasta i okolicy. Pochowano go w kościele klasztornym. Kiedy w roku 1345 odjęto od ciała dwie ręce, by je umieścić w drogocennych relikwiarzach, według kroniki klasztoru z ciała nienaruszonego rozkładem miała wypłynąć obficie krew. Ta sama kronika wspomina, że fakt płynięcia krwi miał się powtórzyć w ciągu wieków jeszcze kilka razy. Papież Eugeniusz IV w roku 1446 wyniósł Mikołaja uroczyście do chwały świętych. Jego kult zakon augustianów rozniósł po całym świecie. Jego główne sanktuarium znajduje się w Tolentino. Pierwotny kościół klasztorny pw. św. Jerzego powiększono i dano mu nowy tytuł – św. Mikołaja. Sanktuarium nawiedziło 12 papieży, 9 świętych i błogosławionych, 38 królów i książąt (wśród nich sam Napoleon i nasza królowa, Maria Kazimiera, żona króla Jana III Sobieskiego).
    Ikonografia przedstawia zwykle św. Mikołaja z Tolentino w czarnym habicie augustianina z regułą w ręku na znak sumiennego jej zachowania; z lilią w ręku, symbolem niewinności jego serca; z krzyżem w ręku, który oznacza ducha pokuty i z gwiazdą na piersiach lub nad głową Świętego, gdyż świadkowie mieli ją kilka razy nad nim oglądać.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    9 września

    Błogosławiona Aniela Salawa, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr Klawer, prezbiter
      •  Święty Piotr z Pébrac, prezbiter
      •  Błogosławiony Jakub Laval, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Eutymia Üffing, dziewica i zakonnica
      •  Błogosławiony Piotr Bonhomme, prezbiter
    ***
    Błogosławiona Aniela Salawa

    Aniela Salawa urodziła się 9 września 1881 r. w wielodzietnej, ubogiej rodzinie chłopskiej w Sieprawiu pod Krakowem. Jej rodzice byli bardzo pobożni, a matka mimo wielu zajęć i obowiązków nie zaniedbywała wspólnej modlitwy rodzinnej, głośnego czytania książek i czasopism religijnych. Aniela odznaczała się niezwykłą urodą. Ukończyła jedynie dwie klasy szkoły elementarnej, ponieważ musiała pomagać matce przy gospodarstwie. Mimo wątłego zdrowia zawsze była bardzo chętna do pracy.
    Jako młoda dziewczyna, jesienią 1897 r. udała się do Krakowa, gdzie podjęła pracę jako służąca. W dwa lata później bardzo przeżyła śmierć swojej dwudziestopięcioletniej siostry. Uświadomiła sobie wówczas, jak bardzo kruche jest życie. Po głębokim namyśle zdecydowała się na złożenie ślubu dozgonnej czystości. W 1900 r. przystąpiła do Stowarzyszenia Sług Katolickich św. Zyty, którego zadaniem było niesienie pomocy służącym. Miała więc okazję, aby bardzo owocnie prowadzić apostolstwo w gronie koleżanek, dla których była przykładem chrześcijańskiego życia. Wywierała bardzo silny wpływ na otoczenie. Dzieliła się pożywieniem i pieniędzmi z biedniejszymi od siebie. Garnęły się do niej zwłaszcza najmłodsze służące, dla których była matką i przyjaciółką.
    W 1912 r. Aniela Salawa wstąpiła do III zakonu św. Franciszka i złożyła profesję. Zafascynowana duchowością Biedaczyny z Asyżu, okazywała niezwykłą wrażliwość na działanie Ducha Świętego. Modlitwa umacniała ją w cierpliwym dźwiganiu codziennego krzyża. Wszelkie urazy i poniżenia składała w ofierze Bogu za grzeszników. Umiała przebaczać i odpłacać dobrem za zło.
    W czasie I wojny światowej – mimo że bardzo pogorszył się jej stan zdrowia, nasiliły się dolegliwości płuc i żołądka – pomagała w krakowskich szpitalach, niosąc pomoc i wsparcie rannym żołnierzom. Opiekowała się także jeńcami wojennymi. W 1916 r. podupadła jednak na zdrowiu tak, że konieczna stała się hospitalizacja. Po wypisaniu ze szpitala nie mogła już podjąć pracy zarobkowej. Ostatnie pięć lat życia spędziła w nędzy, z pogodą ducha dźwigając krzyż choroby. Swoje cierpienia ufnie ofiarowała Chrystusowi jako wynagrodzenie za grzechy świata. W tym czasie wiele też modliła się, czytała, rozmyślała. Obdarzona została przeżyciami mistycznymi.
    Zmarła na gruźlicę 12 marca 1922 r. w krakowskim szpitalu św. Zyty. Umierała samotnie, opuszczona przez wszystkich, wśród straszliwych cierpień, ale w głębokim zjednoczeniu z Chrystusem jako tercjarka franciszkańska. Beatyfikowana została 13 sierpnia 1991 r. przez św. Jana Pawła II na krakowskim Rynku.
    W ikonografii bł. Anielę przedstawia się w pomieszczeniu kuchennym. Jej atrybutem jest także szczotka do zamiatania.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    8 września

    Narodzenie Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Najświętsza Maryja Panna Gietrzwałdzka
      •  Błogosławiona Serafina de Montefeltro
      •  Błogosławiony Alan de la Roche, prezbiter
      •  Błogosławiony Fryderyk Ozanam
      •  Święty Sergiusz I, papież
      •  Błogosławiony Wilhelm z Saint-Thierry, opat
      •  Błogosławiony Władysław Błądziński, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Adam Bargielski, prezbiter i męczennik
    ***
    Narodziny Maryi

    Pismo Święte nigdzie nie wspomina o narodzinach Maryi. Tradycja jednak przekazuje, że Jej rodzicami byli św. Anna i św. Joachim. Byli oni pobożnymi Żydami. Mimo sędziwego wieku nie mieli dziecka. W tamtych czasach uważane to było za karę za grzechy przodków. Dlatego Anna i Joachim gorliwie prosili Boga o dziecko. Bóg wysłuchał ich próśb i w nagrodę za pokładaną w Nim bezgraniczną ufność sprawił, że Anna urodziła córkę, Maryję.
    Nie znamy miejsca urodzenia Maryi ani też daty Jej przyjścia na ziemię. Według wszelkich dostępnych nam informacji, Maryja przyszła na świat pomiędzy 20. a 16. rokiem przed narodzeniem Pana Jezusa.

    Narodziny Maryi

    Z pism apokryficznych mówiących o Maryi należałoby wymienić przede wszystkim: Protoewangelię Jakuba, Ewangelię Pseudo-Mateusza, Ewangelię Narodzenia Maryi, Ewangelię arabską o młodości Chrystusa, Historię Józefa Cieśli i Księgę o przejściu Maryi. Największy wpływ wywarła na tradycję Kościoła Protoewangelia Jakuba. Pochodzi ona bowiem z roku ok. 150, jest więc bardzo bliska Ewangelii według św. Jana. Stamtąd właśnie dowiadujemy się, że rodzicami Maryi byli św. Joachim i św. Anna, i że Maryja jako kilkuletnie dziecię została przez rodziców ofiarowana w świątyni, gdzie też zamieszkała. Śladem tego opisu jest obchodzone w Kościele w dniu 21 listopada wspomnienie Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.Pierwsze wzmianki o liturgicznym obchodzie narodzin Maryi pochodzą z VI w. Święto powstało prawdopodobnie w Syrii, gdy po Soborze Efeskim kult maryjny w Kościele przybrał zdecydowanie na sile. Wprowadzenie tego święta przypisuje się papieżowi św. Sergiuszowi I w 688 r. Na Wschodzie uroczystość ta musiała istnieć wcześniej, bo kazania-homilie wygłaszali o niej św. German (+ 732) i św. Jan Damasceński (+ 749). W Rzymie gromadzono się w dniu tego święta w kościele św. Adriana, który był przerobiony z dawnej sali senatu rzymskiego, po czym w uroczystej procesji udawali się wszyscy z zapalonymi świecami do bazyliki Matki Bożej Większej.
    Datę 8 września Kościół przyjął ze Wschodu – w tym dniu obchód ten znajdował się w sakramentarzach gelazjańskim i gregoriańskim. Święto rozszerzało się w Kościele dość wolno – wynikało to m.in. z tego, że wszelkie informacje o okolicznościach narodzenia Bożej Rodzicielki pochodziły z apokryfów.

    Narodziny Maryi

    W Polsce święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny ma także nazwę Matki Bożej Siewnej. Był bowiem dawny zwyczaj, że dopiero po tym święcie i uprzątnięciu pól zaczynano orkę i siew. Lud chciał najpierw, aby rzucone w ziemię ziarno pobłogosławiła Boża Rodzicielka. Do ziarna siewnego mieszano ziarno wyłuskane z kłosów, które były wraz z kwiatami i ziołami poświęcane w uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej, by uprosić sobie dobry urodzaj. Na Podhalu święto 8 września nazywano Zitosiewną, gdyż tam sieje się wtedy żyto. W święto Matki Bożej Siewnej urządzano także dożynki.
    We Włoszech i niektórych krajach łacińskich istnieje kult Maryi-Dziecięcia. We Włoszech istnieją nawet sanktuaria – a więc miejsca, gdzie są czczone jako cudowne figurki i obrazy Maryi-Niemowlęcia w kołysce. Do nich należą między innymi: Madonna Bambina w Forno Canavese, Madonna Bambina w katedrze mediolańskiej – najwspanialszej świątyni wzniesionej pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny; Madonna Bambina w kaplicy domu generalnego Sióstr Miłosierdzia. Matka Boża-Dzieciątko jest główną Patronką tego zgromadzenia. Czwarte sanktuarium Matki Bożej-Dzieciątka jest w Mercatello – znajduje się tam obraz namalowany przez św. Weronikę Giuliani (+ 1727).Dzisiejsze święto przypomina nam, że Maryja była zwykłym człowiekiem. Choć zachowana od zepsucia grzechu, przez całe życie posiadała wolną wolę, nie była do niczego zdeterminowana. Tak jak każdy z nas miała swoich rodziców, rosła, bawiła się, pomagała w prowadzeniu domu, miała swoich znajomych i krewnych. Dopiero Jej zaufanie, posłuszeństwo i pełna zawierzenia odpowiedź na Boży głos sprawiły, że “będą Ją chwalić wszystkie pokolenia”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Święto Narodzenia NMP

    Święto Narodzenia NMP

    Narodzenie Maryi/Domenico Ghirlandaio(PD)

    ***

    Narodzenie Twoje, Boża Rodzicielko, zwiastowało radość całemu światu: z Ciebie bowiem wzeszło Słońce Sprawiedliwości, Chrystus, Bóg nasz. (Liturgia bizantyjska)

    Początków Święta Narodzenia Maryi trzeba szukać w Kościele Jerozolimskim. Apokryfy podawały wiele szczegółów z dzieciństwa Maryi, umieszczając miejsce Jej narodzin w pobliżu świątyni jerozolimskiej. Już od V w. pielgrzymi przybywający do świętego miasta nawiedzają kościół Najświętszej Panny „w miejscu Jej urodzenia”. Wydaje się, że uroczystość poświęcenia tej bazyliki leży u początków święta. Jest to obecna bazylika Sw. Anny, gdzie do dziś jest czczona figurka Maryi jako małego dziecka. Z Jerozolimy święto przechodzi do Konstantynopola. Na Zachodzie po raz pierwszy spotykamy je w kalendarzu Sonnancjusza, biskupa Reims (614—631). Za pontyfikatu papieża Sergiusza (687—701) święto nabiera w Rzymie dużego znaczenia i zostaje zaliczone do czterech uroczystości maryjnych połączonych z procesją stacyjną. W średniowieczu święto otrzyma oktawę i wigilię.

    W Polsce, ze względu na rozpoczynające się we wrześniu siewy, święto nosi nazwę Matki Bożej Siewnej, a w kościołach poświęca się ziarno siewne.

    Kościół obchodzi dziś narodzenie Maryi, Tej, którą obdarza tak wielu i tak wielkimi tytułami. Ona jest świętą Bożą Rodzicielką, Matką łaski Bożej, Matką przedziwną, Stolicą mądrości, Przybytkiem Ducha Świętego, Arką przymierza i Bramą niebios. Królową Aniołów i Królową Wszystkich Świętych. Maryja jest Matką Chrystusa i Matką Kościoła. Oto dlaczego Kościół, który obchodzi narodzenie świętych dla nieba, czyli dzień ich śmierci, czyni dla Maryi wyjątek. Jej przyjście na świat stało się nadzieją i jutrzenką zbawienia dla całego świata. Z Niej Syn Boży weźmie ludzką naturę, z Niej wzejdzie Słońce sprawiedliwości, Chrystus, nasz Bóg. Narodzenie Maryi przybliżyło zbawienie świata. Życie Kościoła koncentruje się wokół tajemnicy Chrystusa, dla Kościoła Chrystus jest wszystkim i dlatego to Kościół nie zadowala się .obchodem narodzin Słońca, czuwa już przy wzejściu Jutrzenki.

    Narodzenie Twoje, Boża Rodzicielko,
    zwiastowało radość całemu światu:
    z Ciebie bowiem wzeszło Słońce Sprawiedliwości,
    Chrystus, Bóg nasz.
    On zniweczył przekleństwo,
    dał nam błogosławieństwo,
    śmierć pokonał,
    życie wieczne nam darował.

    (Liturgia Bizantyjska)

    Narodzenie Maryi

    Narodzenie Najświętszej Maryi Panny jest jednym z najstarszych świąt maryjnych w Kościele Chrystusowym. Już w V wieku – kiedy Sobór w Efezie (431) ogłosił dogmat o Macierzyństwie Bożym NMP – obchodzono w Jerozolimie uroczystość poświęcenia bazyliki w miejscu narodzenia Matki Bożej. Zaś w wieku VII święto to było już znane zarówno w Bizanjcum, jak i w Rzymie. Tajemnica narodzin Maryi tchnie radosnym przesłaniem, że z Niej, która „znalazła łaskę u Boga”, narodzi się oczekwiany Emmanuel – Zbawiciel świata (por. Mt 1, 20-23).

    Przez Chrystusa do Maryi

    Zgodnie z duchem listu apostolskiego Jana Pawła II Rosarium Virginis Mariae (16 X 2002) – każde święto maryjne chcemy przyjąć i przeżywać jako szczególną okazję do „kontemplacji Oblicza Chrystusa w szkole Maryi”. Kościół, wpatrując się w Nią jako swój wzór, jest wezwany do naśladowania Jej otwartości na łaskę i więź z Trójjedynym Bogiem: Ojcem i Synem, i Duchem Świętym. A wychodząc od tej największej tajemnicy obecności i działania Boga żywego wśród ludzi, odczytujemy na kartach Pisma Świętego, że Jego Jednorodzony Syn uczy nas tajemnic swojej niezwykłej Matki. To w Maryi – jak podkreśli Jan Paweł II – „poznajemy przemieniającą moc miłości Bożej. W Niej dostrzegamy świat odnowiony w miłości…” (por. Ecclesia de Euchristia, 62). To Ona z kolei „uczy” nas uznawać zbawcze i miłosierne działanie Boga i w Jego świetle odczytywać własne drogi powołań i całą ludzką historię. Maryja pomaga nam również interpretować to wszystko, co dziś się wydarza i odnosić do Jej Syna, Jezusa. A będąc nowym stworzeniem ukształtowanym przez Ducha Świętego, sprawia, że wzrasta w nas cnota nadziei pokładanej w Bogu na wszelkie okoliczności naszego życia. Brak kontemplacji oblicza Maryi, a wraz z nim utrata prawdy o Jezusie Chrystusie, który z Niej za sprawą Ducha Świętego stał się człowiekiem, uniemożliwiają wniknięcie w samą tajemnicę miłości Bożej i komunii trynitarnej (por. Jan Paweł II, Ecclesia in Europa, nr 19.125).

    Miłość, która wyjaśnia…

    Zazwyczaj o początku swojego życia każdy człowiek wie tylko tyle, ile dowiaduje się z urzędowego świadectwa urodzenia. To „opieczętowane” świadectwo może być wzmocnione relacją najbliższych, czy osób obecnych przy narodzinach. Ale mało kto zastanawia się nad tym, że jego biografia nie zaczyna się dopiero w dniu urodzenia, czy nawet w momencie poczęcia – ale w miłosnym zamyśle Boga Stwórcy. W Nim bowiem „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”. W Bogu samym odnajdujemy nienaruszalny fundament godności każdego człowieka. Dlatego na wzór Maryi każdy bez wyjątku człowiek zobowiązany jest odkryć tę prawdę, że: „Bóg mnie kocha, to znaczy, że wydobywa mnie z anonimowości stworzenia i czyni mnie kimś jedynym, którego On chciał dla mnie samego” (por. Gaudium et spes, 24). Pewną ilustracją tej tajemnicy naszego osobistego zaistnienia są słowa zapisane przez Jana Pawła II w medytacji biblijnej: „Kim On jest? Jest jak gdyby niewysłowiona przestrzeń, która wszystko ogarnia – On jest Stwórcą. Ogarnia wszystko, powołując do istnienia z nicości nie tylko na początku, ale wciąż… Niewypowiedziany. Samoistne Istnienie. Jedyny. Stwórca wszystkiego. Zarazem Komunia Osób. W tej Komunii wzajemne obdarowywanie pełnią prawdy, dobra i piękna… Wzięliśmy w siebie – na ludzką miarę – to wzajemne obdarowanie, które jest w Nim… Żyjemy ze świadomością daru, choć może nawet nie umiemy tego nazwać – być widzialnym znakiem Odwiecznej Miłości…” (por. Poezje zebrane. Tryptyk rzymski, Kraków 2003, s.287.295).

    I pomimo iż w źródłach biblijnych nie znajdziemy ani imion rodziców Najświętszej Maryi Panny, ani daty czy miejsca urodzenia – to przyjmujemy z wiarą objawioną prawdę, że cała Jej wielkość i niezwykłość pochodzi z daru uprzedzającej miłości Boga i wybrania na Matkę Jednorodzonego Syna (por. Łk 1, 26-28.30-32). Zaś już od II wieku Tradycja poapostolska przekaże nam prawdę, że rodzicami Maryi byli: Joachim i Anna. Inny zaś głos tradycji, w osobie św. Bernarda, doktora Kościoła (†1153), w następujący sposób wysławia tę tajemnicę: „Trzeba było, aby Stwórca ludzi, który miał się narodzić jako człowiek, wybrał spośród wszystkich niewiast, albo raczej utworzył, taką Matkę, jaka byłaby godna i Jemu miła… Nie znaleziono Jej przypadkiem, w ostatniej chwili, ale od wieków została wybrana, przewidziana i przygotowana przez Najwyższego, strzeżona przez aniołów, zapowiedziana przez patriarchów, obiecana przez proroków… Dlatego spośród wszystkich poruszeń duszy, spośród wszystkich uczuć i przeżyć, jedynie miłość rozjaśnia wszystko i pozwala Maryi – odpowiedzieć swemu Stwórcy wzajemnością, wprawdzie nie równą, ale podobną…”.

    Maryjne „dzisiaj”…

    Święto Narodzenia NMP pozwala nam uświadomić sobie rolę chrześcijańskiego dziedzictwa rodzinnego. Ma ono bowiem wielkie znaczenie i może się stać błogosławieństwem zarówno dla dzieci, jak i rodziców. W klimacie rodzinnego domu – na podobieństwo domu Joachima, Anny i Maryi – rodzice nie mogą podarować swemu dziecku nic ważniejszego, niż przygotowanie daru jego życia poprzez łaskę osobistej wiary, własną modlitwę i zawierzenie siebie we wszystkim Bogu. Wciąż zbyt słabo zakorzeniona jest w nas świadomość, że Bóg, który obdarował nas życiem na swoje podobieństwo (Rdz 1,28), ogarnia każdego człowieka w swoich zbawczych planach, w określonym czasie, miejscu i wspólnocie osób. Dopiero wtedy z pogłębioną wiarą, nadzieją i miłością wpatrywać się będziemy w Ikonę Maryi, którą Bóg wybrał w sposób szczególny na Powierniczkę i Zwiastuna Dobrej Nowiny dla nas.

    ks. Wacław Depo/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 września

    Błogosławiony Ignacy Kłopotowski, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Melchior Grodziecki, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiona Eugenia Picco, zakonnica
    ***
    Błogosławiony Ignacy Kłopotowski

    Ignacy urodził się 20 lipca 1866 r. w Korzeniówce koło Drohiczyna na Podlasiu w patriotycznej i głęboko wierzącej rodzinie. Uczył się w gimnazjum klasycznym w Siedlcach. Dalsze kształcenie podjął w seminarium duchownym w Lublinie i w Akademii Duchownej w Petersburgu. Święcenia kapłańskie przyjął 5 lipca 1891 r. w katedrze lubelskiej.
    Po święceniach został wikariuszem parafii Nawrócenia św. Pawła w Lublinie. Jednocześnie w lubelskim seminarium duchownym od 1892 r. przez czternaście lat prowadził wykłady z Pisma Świętego, katechetyki, kaznodziejstwa, teologii moralnej i prawa kanonicznego. Pracował też w wikariacie katedralnym, a potem był rektorem kościoła św. Stanisława (w tym czasie pomagał prześladowanym unitom).
    Swojej działalności nie ograniczał do obowiązków duszpasterskich. Był wrażliwy na potrzeby innych i nie pozostawał obojętnym wobec biedy i upadku moralnego, z którymi zetknął się w czasie swojej pracy. Z myślą o bezdomnych i bezrobotnych już w 1893 r. stworzył Lubelski Dom Zarobkowy, w którym mogli oni pracować w wielu warsztatach, zarabiając na utrzymanie i mieszkanie. Zadbał również o kształcenie zacofanego społeczeństwa, inicjując szkołę rzemieślniczą. Trzy lata później dla moralnie upadłych kobiet założył Przytułek św. Antoniego. Zakładał też domy opieki dla starców i sierocińce.
    Z pomocą bogatych ziemian zainicjował też założenie w podlubelskich wsiach sieci szkół wiejskich; pomagały mu w tym także siostry zgromadzenia Służek Niepokalanej z Mariówki, za co Ignacego spotkały represje ze strony władz rosyjskich.
    Pisał, wydawał i rozpowszechniał modlitewniki oraz tanie broszurki religijno-patriotyczne. Wydawał: dziennik “Polak-Katolik”, tygodniki “Posiew” i “Anioł Stróż” (pisemko dla dzieci), miesięczniki “Dobra Służąca” i “Kółko Różańcowe”. Łączny ich nakład wyniósł ponad 8 milionów egzemplarzy. Po odzyskaniu niepodległości wznowił i redagował “Przegląd Katolicki”, zaś pod koniec życia zaczął wydawać “Głos Kapłański”. Zakładał też księgarnie.
    W 1908 r. przeniósł się z działalnością wydawniczą do Warszawy, aby ją rozwinąć na szerszą skalę. Mimo kłopotów z cenzurą, trudności finansowych i krytyki ze strony prasy liberalnej, trwał wiernie przy tej formie apostolstwa.
    W Warszawie prowadził także pracę duszpasterską. W 1913 r. został mianowany wikariuszem przy kościele św. Anny, a rok później rektorem dominikańskiego kościoła przy ul. Freta, którym opiekowało się duchowieństwo diecezjalne po usunięciu zakonników w ramach carskich represji. Sześć lat później został proboszczem parafii Matki Bożej Loretańskiej przy kościele św. Floriana na warszawskiej Pradze. Pelnił rownież funkcje dziekana praskiego i kanonika gremialnego kapituły warszawskiej.
    Kierując się chęcią zapewnienia ciągłości zapoczątkowanej przez siebie działalności wydawniczej, 31 lipca 1920 r. założył Zgromadzenie Sióstr Loretanek, które kontynuują dzieło ks. Kłopotowskiego, prowadząc drukarnię oraz wydawnictwo, w którym ukazuje się wiele pism i książek.
    Ks. Ignacy przyczynił się do powstania domów noclegowych, przytułków dla starców i kobiet oraz ochronek dla dzieci i młodzieży również w Warszawie. W 1928 r. założył Loretto k. Wyszkowa – ośrodek kolonijny dla biednych dzieci i dla staruszek. Dziś Loretto stało się sanktuarium Matki Bożej Loretańskiej.
    Ks. Kłopotowski organizował dla najbiedniejszych bezpłatne kuchnie, kolonie, ochronki. Do dziś w budynku przy ul. Sierakowskiego 6 siostry loretanki prowadzą Dom Ojca Ignacego – świetlicę dla dzieci z najuboższych rodzin z terenu warszawskiej Pragi.
    Ludzie, którzy zetknęli się z nim, nazywali go “prawdziwym ojcem, opiekunem sierot”. Jako kapłan odznaczał się wielką gorliwością, umiłowaniem Boga i bliźniego, wiernością modlitwie, szczególną czcią Najświętszej Eucharystii i gorącym nabożeństwem do Matki Najświętszej. Ignacy Kłopotowski zmarł nagle 7 września 1931 r., w wigilię święta Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. W dniu śmierci ostatnią Mszę św. swego życia odprawił przy Jej ołtarzu w kościele św. Floriana.
    Początkowo został pochowany na Powązkach, ale zgodnie z jego wolą 26 września 1932 r. jego ciało złożono na cmentarzu w Loretto, a w 2000 r. prochy ks. Ignacego przeniesiono do kaplicy sanktuarium założonego przez niego zgromadzenia loretanek.
    Proces beatyfikacyjny rozpoczęto w 1988 r. W grudniu 2004 r. w obecności papieża św. Jana Pawła II ogłoszono dekret o heroiczności cnót ks. Ignacego. 3 maja 2005 r. Stolica Apostolska orzekła, że złożone w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych udokumentowane świadectwo uzdrowienia ks. Antoniego Łatko z Szerokiej ma charakter cudu dokonanego za pośrednictwem ks. Kłopotowskiego. Beatyfikacja ks. Ignacego odbyła się 19 czerwca 2005 r. w Warszawie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    6 września

    Błogosławiony Michał Czartoryski,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Magnus z Füssen
    ***
    Błogosławiony Michał Czartoryski

    Jan Franciszek Czartoryski urodził się 19 lutego 1897 roku w Pełkiniach koło Jarosławia. Był szóstym z jedenaściorga dzieci Witolda i Jadwigi z domu Dzieduszyckiej. Atmosfera domu była przesiąknięta głęboką wiarą, zarówno matka, jak i ojciec należeli do Sodalicji Mariańskiej. W wieku trzech lat Jan przeszedł ciężką szkarlatynę, po której częściowo stracił słuch. Po otrzymaniu starannego wychowania w domu, uczył się w prywatnej szkole “Ognisko” prowadzonej przez ks. Jana Gralewskiego w Starej Wsi pod Warszawą. Po maturze zdanej w Krakowie rozpoczął studia techniczne we Lwowie i ukończył je jako inżynier architekt. W międzyczasie brał udział w obronie Lwowa w roku 1920 i otrzymał za męstwo okazane w na polu bitwy Krzyż Walecznych.
    Gdy w 1921 roku zaczęto we Lwowie organizować katolickie stowarzyszenie młodzieży “Odrodzenie”, Jan Czartoryski był jednym z jego założycieli. Od 1923 roku był współorganizatorem wakacyjnych kursów “Odrodzenia”. Od tego czasu był również regularnym uczestnikiem rekolekcji zamkniętych organizowanych przez związek. W 1924 roku odbył własne rekolekcje w klasztorze redemptorystów w Krakowie pod kierunkiem o. Bernarda Łubieńskiego.
    W 1926 roku, po długich wakacjach spędzonych w podróży po Francji i Belgii, Jan wstąpił do seminarium duchownego obrządku łacińskiego we Lwowie. Po krótkim pobycie w seminarium opuścił je, a w rok później, 18 września 1927 roku, przyjął w Krakowie w kaplicy św. Jacka habit dominikański i rozpoczął nowicjat. W zakonie otrzymał imię Michał. Po roku złożył śluby zakonne. Już w trzy lata później otrzymał święcenia kapłańskie. Po ukończeniu studiów teologicznych został wychowawcą najpierw braci nowicjuszy, a potem studentów. To trudne i odpowiedzialne zadanie wypełniło większość jego życia zakonnego. Oprócz tego przez jakiś czas był odpowiedzialny za budowę nowego klasztoru na warszawskim Służewie. Gromadził wokół siebie środowiska inteligencji, zajmował się III Zakonem św. Dominika, głosił rekolekcje. Wiosną 1944 r. został skierowany do klasztoru na Służewie w Warszawie.
    Wybuch Powstania Warszawskiego zaskoczył o. Michała na Powiślu. Ponieważ w wyniku walk została odcięta możliwość powrotu do klasztoru, zgłosił się do dowództwa walczącego na Powiślu III Zgrupowania AK “Konrad” i został kapelanem powstańców. Większość czasu spędzał w szpitalu zorganizowanym w piwnicach firmy “Alfa-Laval” u zbiegu ulic Tamka i Smulikowskiego, opiekując się rannymi, niosąc otuchę i posługę duszpasterską. W zorganizowanej przez siebie kaplicy odprawiał msze.
    W nocy z 5 na 6 września 1944 r. odziały III Zgrupowania AK “Konrad” wycofały się z Powiśla do Śródmieścia. W szpitalu pozostali ciężko ranni żołnierze, kilka osób z personelu medycznego, cywile i o. Michał. Po wkroczeniu oddziałów niemieckich cywile oraz sanitariuszki zostali wyprowadzeni z piwnic i mogli opuścić miasto. Ojciec Michał był gorąco zachęcany przez przyjaciół, aby zdjął habit i w cywilnym ubraniu wyszedł ze szpitala. Nie przyjął tych propozycji; jak przekazał jeden ze świadków, “łagodnie uśmiechnął się i powiedział, że szkaplerza nie zdejmie i rannych, którzy są zupełnie bezradni i unieruchomieni w łóżkach nie opuści”. Niemcy zatrzymali go w szpitalu. Około godziny 14 w szpitalnym pomieszczeniu został rozstrzelany wraz z ciężko rannymi powstańcami, z którymi pragnął pozostać. Ciała zabitych wywleczono na barykadę, oblano benzyną i podpalono. Ocalałe resztki pochowano tymczasowo na podwórzu pobliskiego domu. Kiedy w rok później przeprowadzono ekshumację szczątek w celu przeniesienia ich do wspólnego grobu powstańców na Woli, ciała o. Michała już nie rozpoznano.
    Został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II 13 czerwca 1999 r. w Warszawie w gronie 108 męczenników II wojny światowej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    5 września

    Święta Matka Teresa z Kalkuty,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Wiktoryn, męczennik
    ***
    Święta Matka Teresa z Kalkuty

    Matka Teresa – właściwie Agnes Gonxha Bojaxhiu – urodziła się 26 sierpnia 1910 r. w Skopje (dzisiejsza Macedonia) w rodzinie albańskiej. Została ochrzczona następnego dnia i ten dzień obchodziła później jako swoje urodziny. Dzieciństwo upłynęło jej w harmonii, pośród małych, codziennych spraw, w atmosferze wsparcia ze strony rodziny. W 1919 r. jej ojciec, kupiec, wyjechał w interesach. Wrócił z podróży w bardzo ciężkim stanie zdrowia i mimo natychmiastowej pomocy zmarł. Odbiło się to istotnie na sytuacji materialnej rodziny. Matka pozostała bez środków do życia. Choć nie było im łatwo, przyjmowali w swoich murach ubogich i szukających pomocy. Regularnie na posiłki przychodziła do nich pewna starsza kobieta. Matka mówiła wtedy do dzieci: “Przyjmujcie ją serdecznie, z miłością. Nie bierzcie do ust nawet kęsa, jeśli wcześniej nie podzielicie się z innymi”. Ponadto matka odwiedzała raz w tygodniu staruszkę opuszczoną przez rodzinę, zanosiła jej jedzenie, sprzątała dom, prała, karmiła. Powtarzała dzieciom: “Gdy czynicie coś dobrego, róbcie to bez hałasu, jakbyście wrzucały kamyk do morza”.
    Mając 18 lat Agnes wstąpiła do Sióstr Misjonarek Naszej Pani z Loreto i wyjechała do Indii. Składając pierwsze śluby zakonne w 1931 r., przyjęła imię Maria Teresa od Dzieciątka Jezus. Sześć lat później złożyła śluby wieczyste. Przez dwadzieścia lat w kolegium sióstr w Entally, na wschód od Kalkuty, uczyła historii i geografii dziewczęta z dobrych rodzin. W 1946 r. zetknęła się z wielką biedą w Kalkucie i postanowiła założyć nowy instytut zakonny, który zająłby się opieką nad najuboższymi. W 1948 r., po 20 latach życia zakonnego, postanowiła opuścić mury klasztorne. Chciała pomagać biednym i umierającym w slumsach Kalkuty. Przez dwa lata oczekiwała na decyzję władz kościelnych, by móc założyć własne Zgromadzenie Misjonarek Miłości i zamienić habit na sari – tradycyjny strój hinduski. 7 października 1949 r. nowe zgromadzenie zostało zatwierdzone przez arcybiskupa Kalkuty Ferdinanda Periera na prawie diecezjalnym. Po odbyciu nowicjatu 12 sióstr złożyło pierwszą profesję zakonną 12 kwietnia 1953 r., a założycielka złożyła profesję wieczystą jako Misjonarka Miłości. 1 lutego 1965 r. zgromadzenie otrzymało zatwierdzenie przez Stolicę Apostolską. Stopniowo do sióstr dołączali spontanicznie lekarze, pielęgnarki i ludzie świeccy. Organizowano kolejne punkty pomocy, by uporać się z chorobami będącymi skutkiem niedożywienia i przeludnienia.
    W ciągu długiego życia Matka Teresa przemierzała niezmordowanie cały świat, zakładając placówki swej wspólnoty zakonnej i pomagając na różne sposoby najuboższym i najbardziej potrzebującym. W 1963 r. założyła męską wspólnotę czynną Braci Misjonarzy Miłości. W 1968 r. papież Paweł VI poprosił Matkę Teresę o przysłanie sióstr z jej zgromadzenia do Rzymu do opieki nad biedakami. W 1976 r. Matka Teresa utworzyła wspólnotę kontemplacyjną dla sióstr i braci.
    Otrzymała wiele nagród i odznaczeń międzynarodowych, m.in. Pokojową Nagrodę Nobla w 1979 r. Dzięki temu wiele krajów otworzyło drzwi dla sióstr. Papież Paweł VI nagrodził ją Nagrodą Pokoju papieża Jana XXIII “za pracę na rzecz ubogich, obraz chrześcijańskiej miłości i wysiłki na rzecz pokoju”. W 1976 r. otrzymała nagrodę Pacem in terris. Na wniosek włoskich dzieci została Kawalerem Orderu Uśmiechu (1996).
    Wielokrotnie gościła w Polsce, odkąd w 1983 r. Misjonarki Miłości podjęły służbę w naszym kraju. Podczas tych wizyt witana była przez hierarchów Kościoła i tłumy wiernych. Przyjmowała śluby swoich sióstr, odwiedzała prowadzone przez nie domy i otwierała nowe. Spotkać ją można było też wśród bezdomnych na Dworcu Wschodnim czy u więźniów na Służewcu w Warszawie. W 1993 r. przyjęła doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dyplom wręczył jej rektor Uniwersytetu; uroczystość odbyła się jednak nie w murach krakowskiej uczelni, ale w Warszawie, w pomieszczeniu, które na co dzień służy jako stołówka dla najuboższych.
    Obecnie w ponad 560 domach w 130 krajach pracuje prawie 5 tys. sióstr. Gałąź męska zgromadzenia liczy ok. 500 członków w 20 krajach. Strojem zakonnym sióstr jest białe sari z niebieskimi paskami na obrzeżach.Matka Teresa zmarła w opinii świętości w wieku 87 lat na zawał serca w domu macierzystym swego zgromadzenia w Kalkucie 5 września 1997 r. Jej pogrzeb w dniu 13 września 1997 r., decyzją władz Indii, miał oprawę należną osobom zajmującym najważniejsze stanowiska w państwie.
    Na prośbę wielu osób i organizacji św. Jan Paweł II już w lipcu 1999 r., a więc zaledwie w 2 lata po jej śmierci, wydał zgodę na rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, chociaż przepisy kościelne wymagają minimum 5 lat od śmierci sługi Bożego na podjęcie takich działań. Proces na szczeblu diecezjalnym zakończono już w 2001 r. Beatyfikacji Matki Teresy dokonał w ramach obchodów 25-lecia swojego pontyfikatu św. Jan Paweł II dnia 19 października 2003 r. Kanonizacja Matki Teresy odbyła się w ramach obchodów Nadzwyczajnego Jubileuszu Świętego Roku Miłosierdzia w Watykanie 4 września 2016 r., a dokonał jej papież Franciszek.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Św. Matka Teresa widziała Chrystusa jak św. Siostra Faustyna

    fot. via Wikipedia (John Mathew Smith & www.celebrity-photos.com from Laurel Maryland, USA), CC BY-SA 2.0

    ***

    Św. Matka Teresa widziała Chrystusa jak św. Siostra Faustyna

    Nawet jej wielki przyjaciel i przez niemal 30 lat kierownik duchowy, ojciec Sebastian Vazhakal, nie zawsze wiedział, że Matka Teresa rozmawiała z Jezusem i miała nadprzyrodzone wizje. Najbardziej mistyczna część jej życia miała miejsce jeszcze przed tym nim założyła zgromadzenie Misjonarek. Ta część jej duchowych doświadczeń została ujawniona dopiero po jej śmierci i dla wielu “To było wielkie odkrycie,” jak twierdzi ten kapłan, Misjonarz Miłosierdzia, dla telewizji CNA.

     Matka Teresa zmarła w opinii świętości i już w samej chwili śmierci można się było spodziewać, że jej wszelkie zapiski potrzebne będą do procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego. Zatem jej dokumenty były zabezpieczane i stopniowo gromadzone w archiwach jezuitów w Kalkucie. Jej proces kanonizacyjny został otwarty wyjątkowo szybko, bo już w dwa lata po jej śmierci. Odnaleziono wówczas także jej korespondencję z kierownikiem duchowym ojcem Vazhakala, który współtworzył z nią Zgromadzenie Sióstr. W tych pismach czytamy o tym że Jezus przemawiał do Matki Teresy podczas bezpośrednich objawień i wizji, tak jak pokazywał się św Siostrze Faustynie.

    Według tych dokumentów objawienia te trwały od 10 września 1946 do 3 grudnia 1947 roku. Wówczas św. Matka Teresa była w stałym dialogu z Jezusem poprzez słowa i wizje. Wówczas była jeszcze zakonnicą w innym zgromadzeniu i uczyła w szkole w Kalkucie. Matka Teresa pisze, że jednego dnia podczas Komunii świętej, usłyszała jak Jezus powiedział do niej: “Chcę aby powstało zgromadzenie indyjskich zakonnic, ofiar miłości mojej, które byłyby jak Maria i Marta, które byłyby tak zjednoczone ze mną, aby promieniowały moją miłością na dusze”. To dzięki temu i innym słowom Jezusa Eucharystycznego, Matka Teresa otrzymała ukierunkowanie w kształtowaniu tworzonego przez nią zgromadzenia Misjonarek Miłości. Jej kierownik duchowy twierdzi że istotnie była ona tak zjednoczona z Jezusem, że to właściwie nie ona kochała, ale sam Jezus kochał ludzi przez nią.

    Jezus powiedział jej dokładnie, powstania jakiego rodzaju zgromadzenia zakonnic by oczekiwał. Jezus chciał aby były skryte w ubóstwie Krzyża, aby były posłuszne posłuszeństwem Krzyża, aby były pełne miłości. Ten okres duchowej pociechy i wsparcia nie trwał jednak długo. Po tym okresie radości około 1949 roku Matka Teresa zaczęła doświadczać “straszliwej ciemności i oschłości” w jej życiu duchowym, mówiła o tym cierpieniu do ks Vazhakala. “że na początku myślała, że ​​to opuszczenie jest z powodu jej własnej grzeszności, niegodności, jej własnych słabości. Kierownik duchowy Matki Teresy pomógł jej zrozumieć, że ta duchowa oschłość, to był tylko kolejny sposób na jaki Jezus pragnął, aby uczestniczyła w nędzy ubogich z Kalkuty. Okres ten trwał prawie 50 lat, aż do śmierci i był ​​bardzo bolesny. To właśnie z tej oschłości św Matka Teresa jest bardziej znana niż z mistycznych wizji.

    Ale nawet te duchowe cierpienia św Matka Teresa znosiła w łączności z Jezusem. Powiedziała kiedyś “Jeżeli moja ciemność i oschłości może być światłem dla jakiejś duszy, to pozwól abym była w tym pierwsza. Jeśli moje życie, jeśli moje cierpienie, może pomóc w czymś duszom, wówczas chcę cierpieć i umierać, choćby miało to trwać od stworzenia świata aż do końca czasu. “

    Ludzie na całym świecie wiedzą o widocznych aktach miłosierdzia Matki Teresy z Kalkuty, o jej czynach wobec ubogich, ale jej życie wewnętrzne z etapu objawień Jezusa nie jest ludziom znane

    Mottem Matki Teresy, wezwaniam jej zgromadzenia, były słowa Jezusa wypowiedziane z Krzyża: “Pragnę”. I chociaż to opiekowanie się Jezusem obecnym w bliźnich miało bardzo materialny charakter, poprzez karmienie osób umierających w zakładanych przez nią domach opieki, to źródło tego pragnienia i siły do realizacji tych wielkich dzieł tkwiły w jej nadzwyczajnej relacji z Jezusem. Ta codzienna modlitwa motywowała ją do ofiar i działania niemal bez odpoczynku.

    Matka Teresa nie zamierzała odpoczywać po swojej śmierci. Mówiła: “Kiedy umrę i pójdę do domu Boga, wówczas będę mogła przyprowadzić jeszcze więcej dusz do Boga”, Jej kierownik duchowy wspomina, że powiedziała “Nie będę spać w niebie, ale idę do cięższej pracy w innej formie.”

    Maria Patynowska/www.catholicnewsagency.com/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________

    Matka Teresa z Kalkuty o ,,największym niszczycielu pokoju’’

    fot. Suma Iyer via Wikipedia, CC BY-SA 4.0 / Pixabay, CC 0

    Matka Teresa z Kalkuty o ,,największym niszczycielu pokoju’’

    „Ale czuję, że największym niszczycielem pokoju jest aborcja, ponieważ jest to wojna przeciwko dziecku, bezpośrednie zabicie niewinnego dziecka, morderstwo dokonane przez samą matkę. A jeśli zaakceptujemy, że matka może zabić nawet własne dziecko, to jak możemy mówić innym ludziom, by nie zabijali się nawzajem” – powiedziała Matka Teresa z Kalkuty. Warto przypomnieć te słowa wielkiej świętej, które wygłosiła 5 lutego 1994 w Waszyngtonie.

    Matka Teresa wypowiedziała te słowa w obronie nienarodzonych, kiedy prezydentem był proaborcyjny Bill Clinton. Dzisiaj Stanami Zjednoczonymi rządzi – jak się go określa – „najbardziej proaborcyjny prezydent w historii USA”, czyli Joe Biden. Jak na ironię „katolik”. Wzruszające są protesty przeciwko wojnie na Ukrainie, ale trudno przejść do porządku dziennego nad faktem, że często ci sami ludzie popierają inną wojnę: „wojnę przeciwko dziecku”.

    Jak pisze Louis Knuffke na łamach „Life Site News”: „Jesteśmy na wojnie, a nasze ręce są głęboko zanurzone we krwi. Ale to nie tutaj patrzy świat”. Dalej autor stwierdza: „Jeśli ludzkie życie na jego najbardziej bezbronnym etapie traktuje się jako tanie i bezlitośnie depce w imię wygody, wyzwolenia seksualnego, opieki zdrowotnej czy jakiegokolwiek innego eufemizmu, w imię jakiej logiki możemy zmienić zdanie i zakazać, potępić czy karać inne akty przemocy przeciwko życiu ludzkiemu?”

    Knuffke zauważa, że obrazy przedstawiające ofiary wojny często są zbyt traumatyczne, by przedstawiać je w mediach. „Jednak codziennie – pisze dalej – w dokładnie tych samych krajach, które potępiają okrucieństwa wojny, otwarcie bronimy w naszych sądach i legislaturach metody aborcji tak przerażające, że robi się niedobrze słysząc o wykonywaniu takich procedur, nie mówiąc już o ich oglądaniu”.

    Trudno wręcz porównać okrucieństwa wojny do praktyk, jakie się stosuje do zabijania niewinnych – także niewinnych żadnej zbrodni wojennej – dzieci nienarodzonych. Jedną z takich metod jest „rozczłonkowanie”. Jak pisze autor, „praktyka ta jest tak przerażająca, jak sugeruje to nazwa. Dziecko jest dosłownie rozczłonkowywane, kawałek po kawałku. Żaden obraz nie może adekwatnie przedstawić cierpienia i zgrozy tej rzeczywistości”.

    „Aborcja niszczy pokój, ponieważ niszczy miłość do małych dzieci. A kto nie akceptuje małych dzieci, nie akceptuje Chrystusa. Jeśli chcemy mieć pokój, wówczas musimy zaakceptować i chronić nienarodzone dzieci” – pisze Knuffke, przypominają jednocześnie, że sam Chrystus wybrał bycie bezbronnym dzieckiem przez 9 miesięcy w łonie Matki Bożej. Chrystus też powiedział: „Kto jedno z tych dzieci przyjmuje w imię moje, Mnie przyjmuje” (Mk 9,37).

    jjf/LifeSiteNews.com/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 września

    Bł. Maria Stella i Towarzyszki,
    męczennice z Nowogródka

    Zobacz także:
      •  Święta Rozalia, dziewica
      •  Najświętsza Maryja Panna, Matka Pocieszenia
      •  Błogosławieni męczennicy francuscy
      •  Święty Bonifacy I, papież
      •  Błogosławiona Katarzyna z Racconigi
      •  Błogosławiona Maria od św. Cecylii Rzymianki, zakonnica
      •  Mojżesz, prorok i prawodawca
    ***
    Błogosławione męczennice z Nowogródka

    Po napadzie wojsk niemieckich na Polskę we wrześniu 1939 roku część przerażonej ludności polskiej mieszkającej dotąd w Nowogródku opuściła swe domostwa i udała się na Wileńszczyznę. Na miejscu pozostał jedynie proboszcz miejscowej fary. Musiał się podzielić swym dwupokojowym mieszkaniem z funkcjonariuszem NKWD. Właśnie przy farze nowogródzkiej przyszło pracować nazaretankom.
    Zgromadzenie zostało zaproszone do pracy na tej ziemi przez biskupa Zygmunta Łozińskiego w 1920 roku. Siostry zajęły się wychowaniem religijnym i edukacją dzieci i młodzieży. Najpierw założyły internat, następnie szkołę powszechną. Otwarte na potrzeby ludzi w czasie pokoju, tym bardziej gorliwie służyły innym podczas okupacji wojennej. Musiały jednak w czasie okupacji opuścić tak szkołę, jak i własny klasztor. Zmieniły habity na świecki strój i szukały jakiegoś zajęcia, aby zapewnić sobie skromne utrzymanie. Jedynie siostra Imelda nie zdjęła habitu. Siostry szukały odpowiedniego dachu nad głową u dobrych ludzi. Spotykały się razem tylko w kościele farnym na Mszy i różańcu. Rosjanie, którzy zetknęli się bliżej z siostrami, byli pod wrażeniem ich uczciwości i rzetelności w pracy. Nie mogli wyjść z podziwu dla polskiej ludności, która bardzo licznie gromadziła się w kościele.
    6 lipca 1941 roku w Nowogródku zmienili się okupanci. Okazało się szybko, że nowy okupant nie jest lepszy od poprzedniego. Niemcy starali się wykorzystywać antagonizmy między Białorusinami i Polakami, by skłócać ich na wszelki możliwy sposób. Obiecywali Białorusinom autonomię, a nawet niepodległość. Kiedy w 1943 r. sowieccy i polscy partyzanci zajęli miasteczko Iwieniec, Niemcy przystąpili do planowego mordowania Polaków.
    Co jakiś czas organizowali “pokazowe” rozstrzeliwanie Polaków, aby zastraszyć wszystkich stawiających jakikolwiek opór. Podobna akcja miała miejsce 18 lipca 1943 roku, kiedy to aresztowano 120 osób z zamiarem rozstrzelania. Wówczas to siostry nazaretanki wspólnie podjęły decyzję ofiarowania swego życia za uwięzionych członków rodzin. Wobec kapelana i rektora fary, ks. Aleksandra Zienkiewicza, tę decyzję w imieniu wszystkich wypowiedziała siostra Maria Stella, pełniąca wtedy obowiązki przełożonej. Uwięzieni zostali wywiezieni na roboty do Rzeszy, a kilku zwolniono. Wobec zagrożenia życia jedynego w okolicy kapłana siostry ponowiły gotowość ofiary: “Ksiądz kapelan jest bardziej potrzebny ludziom niż my, toteż modlimy się teraz o to, aby Bóg raczej nas zabrał niż Księdza, jeśli jest potrzebna dalsza ofiara”. Bóg tę ofiarę przyjął.
    31 lipca 1943 r. wieczorem siostry otrzymały wezwanie na komisariat. Po wieczornym nabożeństwie 11 sióstr stawiło się na wezwanie. Dwunasta siostra, Małgorzata Banaś (jej proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 2003 r.) nie wróciła jeszcze z pracy w szpitalu. Tego samego wieczoru Niemcy wywieźli siostry za miasto, szukając miejsca na egzekucję. Nie znaleźli odpowiedniego miejsca, więc wrócili na komisariat i zamknęli siostry w piwnicach.
    Następnego dnia, w niedzielę, 1 sierpnia 1943 roku, około godziny 5.00 rano, ponownie wywieźli siostry poza miasto. Tam w lesie dokonał się mord na niewinnych zakonnicach. Niemcy rozstrzelali 11 sióstr nazaretanek. Były to: s. Maria Stella od Najświętszego Sakramentu – Adela Mardosewicz, lat 55, pochodząca z okolic Pińska; s. Maria Imelda od Jezusa Hostii – Jadwiga Żak, lat 51, z Oświęcimia; s. Maria Rajmunda od Jezusa i Maryi – Anna Kukołowicz, lat 51, z Wileńszczyzny; s. Maria Daniela od Jezusa i Maryi Niepokalanej – Eleonora Jóźwik, lat 48, z Podlasia; s. Maria Kanuta od Pana Jezusa w Ogrójcu – Józefa Chrobot, lat 47, z ziemi wieluńskiej; s. Maria Sergia od Matki Bożej Bolesnej – Julia Rapiej, lat 43, z okolic Grodna; s. Maria Gwidona od Miłosierdzia Bożego – Helena Cierpka, lat 43, z woj. poznańskiego; s. Maria Felicyta – Paulina Borowik, lat 37, z Podlasia; s. Maria Heliodora – Leokadia Matuszewska, lat 37, z Pomorza; s. Maria Kanizja – Eugenia Mackiewicz, lat 39, z Suwałk; s. Maria Boromea – Weronika Narmontowicz, lat 27, z okolic Grodna.
    Jeden z morderców opowiadał później, że siostry przed straceniem uklękły, modliły się, żegnały się ze sobą. Matka przełożona każdą błogosławiła. Zarówno ks. Zienkiewicz, jak i pozostali uwięzieni ocaleli.
    Rok po męczeństwie sióstr ks. Zienkiewicz powrócił do Nowogródka. Dzięki jego zabiegom doczesne szczątki nazaretanek 19 marca 1945 r. ekshumowano i przeniesiono do wspólnej mogiły przy farze. Opiekowała się nią, aż do swej śmierci w 1966 roku, uratowana od rozstrzelania s. Małgorzata Banaś. Troszczyła się też o kościół farny. Relikwie nazaretanek znajdują się w sarkofagu w tym właśnie kościele.
    5 marca 2000 r. św. Jan Paweł II dokonał na placu św. Piotra pierwszej beatyfikacji Wielkiego Jubileuszu Roku 2000, wynosząc do chwały ołtarzy 44 męczenników, którzy oddali życie za wiarę w różnych krajach i epokach. Byli wśród nich: pierwsi męczennicy brazylijscy, kapłani Andrzej de Soveral i Ambroży Franciszek Ferro oraz 28 świeckich towarzyszy, zamordowanych w 1645 roku w czasie prześladowań Kościoła w Brazylii przez protestantów; tajlandzki kapłan Mikołaj Bunkerd Kitbamrung, który w 1944 roku zmarł w więzieniu, gdzie osadzono go pod fałszywym zarzutem szpiegostwa; dwaj młodzi katechiści świeccy: Filipińczyk Piotr Calungsod, zabity w 1672 roku podczas misji na Wyspach Mariańskich na Pacyfiku, i Wietnamczyk Andrzej z Phú Yen, który poniósł śmierć męczeńską w 1644 roku, oraz polskie nazaretanki: Maria Stella (Adela Mardosewicz) i 10 Towarzyszek.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Błogosławione siostry Nazaretanki z Nowogródka – orędowniczki spraw polskich

    (Śmierć 11 nazaretanek z Nowogródka w wizji malarskiej Adama Styki, 1948 fot. nazareth.org)

    ***

    4 września obchodzimy liturgiczne wspomnienie błogosławionych 11 sióstr Nazaretanek z Nowogródka, który dziś leży na terenie Białorusi. W roku 1943 oddały one swoje życie, w zamian za życie 120 zakładników – głównie ojców rodzin, których Niemcy zamierzali rozstrzelać. Błogosławione siostry stały się patronkami Polaków na Białorusi. Nie ustają modlitwy o ich wstawiennictwo w intencjach zakończenia wojny hybrydowej, która trwa na naszej granicy z Białorusią oraz godnego pochówku ofiar sowieckich zbrodni – operacji polskiej NKWD i obławy augustowskiej.

    Zgromadzenie Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu, potocznie zwane Nazaretankami przybyło w okolice Nowogródka w roku 1920 na zaproszenie biskupa Zygmunta Łozińskiego. Na miejscu siostry założyły internat oraz szkołę powszechną i zajęły się edukacją miejscowych dzieci. Jednocześnie pracowały przy nowogródzkiej farze pw. Przemienienia Pańskiego. 

    Podczas II wojny światowej w odpowiedzi na akcje oddziałów AK na terenie Nowogródczyzny, od lipca 1942 roku, Niemcy prowadzili liczne aresztowania i egzekucje wśród ludności polskiej. Zamordowano wówczas wielu przedstawicieli przedwojennej inteligencji polskiej i miejscowych kapłanów katolickich. Ostatnia fala aresztowań nastąpiła w nocy z 17 na 18 lipca 1943, kiedy to z zamiarem rozstrzelania, oddziały gestapo zatrzymały około 120 osób – głównie ojców i rodzin z Nowogródka.

    Pełniąca obowiązki przełożonej domu zakonnego Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu (nazaretanek) w Nowogródku – s. Maria Stella, w imieniu całej wspólnoty domu zakonnego złożyła Bogu ofiarę w zamian za uratowanie życia aresztowanym, w tym  ks. Aleksandra Zienkiewicza – kapelana sióstr i rektora kościoła farnego p.w. Przemienienia Pańskiego w Nowogródku.

    Bóg przyjął ofiarę sióstr. 120 aresztowanym członkom rodzin, za których siostry ofiarowały życie, zamieniono karę śmierci na przymusowe roboty w Niemczech, po zakończeniu działań wojennych wszyscy wrócili do swoich rodzin. Natomiast 31 lipca 1943 roku s. Maria Stella wraz ze wspólnotą otrzymała z Gestapo nakaz zgłoszenia się wieczorem do nowogórdzkiej siedziby tej zbrodniczej organizacji. Na komisariat udało się 11 sióstr. Wczesnym rankiem 1 sierpnia siostry zostały przetransportowane i rozstrzelane nad, wykopanym wcześniej, dołem śmierci w lesie niedaleko Nowogródka.

    Niemcy zamordowali wówczas przełożoną domu Nazaretanek siostrę Marię Stella oraz siostry – Imeldę (Jadwiga Żak), Rajmundę (Anna Kukołowicz), Danielę (Eleonora Jóźwik), Kanutę (Józefa Chrobot), Sergię (Julia Rapiej), Gwidonę (Helena Cierpka), Felicytę (Paulina Borowik), Heliodorę (Leokadia Matuszewska), Kanizję (Eugenia Mackiewicz) i Boromę (Weronika Narmontowicz). 11 nazaretanek z Nowogródka zostało beatyfikowanych przez papieża Jana Pawła II w Rzymie 5 marca 2000 roku.

    Z całej dwunastoosobowej nowogródzkiej wspólnoty przy życiu pozostała jedynie, pochodząca z okolic Wadowic, siostra Małgorzata Banaś (1896 – 1966), która w tym czasie pracowała w szpitalu. Trwa jej proces beatyfikacyjny.

    Jak przekazały nam siostry Nazaretanki z Grodna, błogosławione męczennice, z nieba bardzo wspierają Kościół na Białorusi, który obecnie przeżywa prześladowania ze strony białoruskiego reżimu. Aresztowani są księża, zamykane są kościoły.

    Rośnie ruch pielgrzymkowy do grobu męczennic nazaretanek w farze w Nowogródku. Za ich wstawiennictwem wypraszane są tu liczne łaski dla Polski. Wierni modlą się m.in. o ustanie nawały emigrantów na naszą granicę z Białorusią. Często trwa tu modlitwa o godny pochówek dla tysięcy ofiar operacji polskiej NKWD oraz obławy augustowskiej. Ich ciała nadal leżą w bezimiennych dołach śmierci na Białorusi. Do Nowogródka przybywają pielgrzymki ojców rodzin, prosząc o potrzebne łaski.

    Często peregrynują tu również potomkowie osób ocalonych dzięki ofierze nazaretanek. – Moja mama przyjaźniła się z siostrą Stellą, ówczesną przełożoną z Nowogródka. Ja dziedziczę po niej imię. Bezpośrednio nie znałam sióstr, bo byłam zbyt mała, ale z opowieści mamy wiem, że to one się bardzo przyjaźniły. Miałam pół roku, jak mama zaprowadziła mnie na miejsce rozstrzelania sióstr. Opowiadała dużo o nich, o wsparciu, jakiego jej udzielały w trudnej, wojennej codzienności – wspomina pani Stella Góźdź, pochodząca z Nowogródka.   

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    3 września

    Święty Grzegorz Wielki,
    papież i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Marinus, pustelnik
      •  Święta Feba z Kenchr, wdowa
      •  Błogosławiony Gerard z Jerozolimy, zakonnik
      •  Błogosławiony Brygida od Jezusa Morello, zakonnica
    ***
    Święty Grzegorz Wielki

    Grzegorz urodził się w 540 r. w Rzymie w rodzinie patrycjuszy. Jego rodzice, św. Gordian i św. Sylwia, doznają chwały ołtarzy. Na jego wychowanie miały dość duży wpływ również jego ciotki: św. Farsylia i św. Emiliana, które mieszkały w pałacu Gordiana. Swoją młodość Grzegorz spędził w domu rodzinnym na Clivus Scauri, położonym w pobliżu dawnego pałacu cesarza Septymiusza Sewera, Cyrku Wielkiego oraz istniejących już wówczas bazylik – świętych Jana i Pawła, św. Klemensa, Czterech Koronowanych i Lateranu.
    Piastował różne urzędy cywilne, aż doszedł do stanowiska prefekta (namiestnika) Rzymu, znajdującego się wtedy pod władzą cesarstwa wschodniego (od roku 552). Po czterech latach mądrych i szczęśliwych rządów (571-575) niespodziewanie opuścił tak eksponowane stanowisko i wstąpił do benedyktynów. Własny, rodzinny dom zamienił na klasztor dla dwunastu towarzyszy. Ten czyn zaskoczył wszystkich – pan Rzymu został ubogim mnichem. Dysponując ogromnym majątkiem, Grzegorz założył jeszcze 6 innych klasztorów w swoich dobrach na Sycylii. W cieniu słynnego później opactwa św. Andrzeja na wzgórzu Celio trwał na modlitwie i poście.
    W roku 577 papież Benedykt I mianował Grzegorza diakonem Kościoła rzymskiego, a w roku 579 papież Pelagiusz II uczynił go swoim apokryzariuszem, czyli przedstawicielem na dworze cesarza wschodniorzymskiego. Grzegorz udał się więc w stroju mnicha wraz z kilkoma towarzyszami do Konstantynopola. Spędził tam 7 lat (579-586). Wykazał się dużymi umiejętnościami dyplomatycznymi. Korzystając z okazji, nauczył się języka greckiego. Ceniąc wielką mądrość i roztropność Grzegorza, papież Pelagiusz II wezwał go z powrotem do Rzymu, by pomagał mu bezpośrednio w zarządzaniu Kościołem i służył radą. Miał jednocześnie pełnić obowiązki osobistego sekretarza papieża. Od roku 585 był także opatem klasztoru.

    Święty Grzegorz Wielki

    7 lutego 590 r. zmarł Pelagiusz II. Na jego miejsce lud, senat i kler rzymski jednogłośnie, przez aklamację, wybrali Grzegorza. Ten w swojej pokorze wymawiał się. Napisał nawet do cesarza i do swoich przyjaciół w Konstantynopolu, by nie zatwierdzano jego wyboru. Stało się jednak inaczej. 3 września 590 r. odbyła się jego konsekracja na biskupa. Przedtem przyjął święcenia kapłańskie. W tym samym roku Rzym nawiedziła zaraza, jedna z najcięższych w historii tego miasta. Grzegorz zarządził procesję pokutną dla odwrócenia klęski. Wyznaczył 7 kościołów, w których miały gromadzić się poszczególne stany: kler – w bazylice świętych Kosmy i Damiana; mnisi – w bazylice świętych Gerwazego i Protazego; mniszki – w kościele świętych Piotra i Marcelina; chłopcy – w bazylice świętych Jana i Pawła; wdowy – w kościele św. Eufemii, a wszyscy inni – w kościele św. Stefana na Celio. Z tych kościołów wyruszyły procesje do bazyliki Matki Bożej Większej, gdzie papież-elekt wygłosił wielkie przemówienie o modlitwie i pokucie. Podczas procesji Grzegorz zobaczył nad mauzoleum Hadriana anioła chowającego wyciągnięty, skrwawiony miecz. Wizję tę zrozumiano jako koniec plagi. Utrwalono ją artystycznie. Do dnia dzisiejszego nad mauzoleum Hadriana, zwanym także Zamkiem Świętego Anioła, dominuje ogromny posąg anioła ze wzniesionym mieczem.
    Pontyfikat Grzegorza trwał 15 lat. Zaraz na początku swoich rządów Grzegorz nadał sobie pokorny tytuł, który równocześnie miał być programem jego pontyfikatu: servus servorum Dei – “sługa sług Bożych”. Do ówczesnych patriarchów Konstantynopola, Antiochii, Jerozolimy i Aleksandrii skierował wysłanników z zawiadomieniem o swoim wyborze w słowach pełnych pokory i przyjaźni, czym pozyskał sobie ich miłość. Codziennie głosił słowo Boże. Usunął z kurii papieskiej niegodnych urzędników. Podobnie uczynił z biskupami i proboszczami na parafiach. Zreformował służbę wobec ubogich. Wielką troską otoczył rzymskie kościoły i diecezje Włoch. Dla lepszej kontroli i orientacji wyznaczył wśród biskupów osobnego wizytatora. Był stanowczy wobec nadużyć. Poprzez przyjaźń z królową Longobardów, Teodolindą, pozyskał ją dla Kościoła.
    Kiedy Bizantyjczycy pokonali Wandalów i zajęli północną Afrykę, tamtejsi biskupi zaczęli dążyć do zupełnej autonomii od Rzymu, co mogło grozić schizmą. Papież energicznie temu zapobiegł. Wielką radość sprawiła mu wiadomość o nawróceniu w Hiszpanii ariańskich Wizygotów, dzięki gorliwości i taktowi św. Leandra (589), z którym św. Grzegorz był w wielkiej przyjaźni. Nawiązał także łączność dyplomatyczną z władcami Galii. Do Anglii wysłał benedyktyna św. Augustyna (późniejszego biskupa Canterbury) wraz z 40 towarzyszami. Ich misja powiodła się. W samą uroczystość Zesłania Ducha Świętego w 597 r. król Kentu, Etelbert I, przyjął chrzest. Obecnie czczony jest jako święty.

    Święty Grzegorz Wielki - reformator śpiewu kościelnego

    Najgorzej układały się stosunki Rzymu z Konstantynopolem. Chociaż papież utrzymywał z cesarstwem jak najlepsze stosunki, patriarchowie uważali się za równorzędnych papieżom, a nawet za wyższych od nich właśnie dlatego, że byli biskupami w stolicy cesarzy. W tym właśnie czasie patriarcha Konstantynopola nadał sobie nawet tytuł patriarchy “ekumenicznego”, czyli powszechnego. Przeciwko temu Grzegorz zaprotestował i nigdy tego tytułu nie uznał, uważając, że należy się on wyłącznie biskupom rzymskim.
    Grzegorz rozwinął owocną działalność także na polu administracji kościelnej. Uzdrowił finanse papieskie, zagospodarował majątki, które służyły na utrzymanie dworu papieskiego. W równym stopniu zasłużył się na polu liturgii przez swoje reformy. Ujednolicił i upowszechnił obrządek rzymski. Dotąd bowiem każdy kraj, a nawet wiele diecezji miały swój własny ryt, co wprowadzało wiele zamieszania.
    Od pontyfikatu Grzegorza pochodzi zwyczaj odprawiania 30 Mszy św. za zmarłych – zwanych “gregoriańskimi”. Kiedy papież był jeszcze opatem benedyktynów w Rzymie, zmarł pewien mnich, przy którym znaleziono pieniądze. W owych czasach posiadanie własnych pieniędzy przez zakonnika było uważana za wielkie przestępstwo. Grzegorz, aby dać lekcję mnichom, nakazał pogrzebać ciało owego zakonnika poza klasztorem, w miejscu niepoświęconym. Pełen jednak troski o jego duszę nakazał odprawić 30 Mszy świętych dzień po dniu. Kiedy została odprawiona ostatnia Msza święta, ów zakonnik miał się pokazać opatowi i podziękować mu, oświadczając, że te Msze święte skróciły mu znacznie czas czyśćca. Odtąd panuje przekonanie, że po odprawieniu 30 Mszy świętych Pan Bóg w swoim miłosierdziu wybawia duszę, za którą są one ofiarowane, i wprowadza ją do nieba.
    Przy bardzo licznych i absorbujących zajęciach publicznych Grzegorz także bardzo wiele pisał. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę literacką. Do najcenniejszych jego dzieł należą: Dialogi, Reguła pasterzowania, Sakramentarz, Homilie oraz Listy. Tych ostatnich zachowało się do naszych czasów aż 852. Jest to największy zbiór epistolarny starożytności chrześcijańskiej.
    Z imieniem św. Grzegorza Wielkiego kojarzy się także tradycyjny śpiew liturgiczny Kościoła łacińskiego – chorał gregoriański, który choć w pełni ukształtował się dopiero w VIII w., to jednak przypisywany jest temu Świętemu.

    Zurbaran: Święty Grzegorz Wielki

    Grzegorz zmarł 12 marca 604 r. Obchód ku jego czci przypada obecnie 3 września, w rocznicę konsekracji biskupiej. Jego ciało złożono obok św. Leona I Wielkiego, św. Gelazjusza i innych w pobliżu zakrystii bazyliki św. Piotra. Pół wieku później przeniesiono je do samej bazyliki wśród ogromnej radości ludu rzymskiego. Średniowiecze przyznało Grzegorzowi przydomek Wielki. Historia nazwała go “apostołem ludów barbarzyńskich”. Należy do czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego. Jest patronem m.in. uczniów, studentów, nauczycieli, chórów szkolnych, piosenkarzy i muzyków.
    W ikonografii św. Grzegorz Wielki przedstawiany jest jako mężczyzna w starszym wieku, w papieskim stroju liturgicznym, w tiarze, czasami podczas pisania dzieła. Nad księgą lub nad jego głową unosi się Duch Święty w postaci gołębicy, inspirując Świętego. Jego atrybutami są: anioł, trzy krwawiące hostie, krzyż pontyfikalny, model kościoła, otwarta księga, parasol – jako oznaka papiestwa, zwinięty zwój. Na Wschodzie św. Grzegorz Wielki czczony jest jako Grzegorz Dialogos.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Święty Grzegorz Wielki

    Święty Grzegorz Wielki

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 28 MAJA 2008

    (…) Za dochody z majątków, jakie Stolica Rzymska posiadała w Italii, zwłaszcza na Sycylii, kupił i rozdał zboże, pomagał potrzebującym, wspierał kapłanów, mnichów i mniszki, którzy żyli w niedostatku, płacił okup za obywateli, którzy dostali się do niewoli u Longobardów, kupował zawieszenie broni i rozejmy.

    Drodzy bracia i siostry!

    W ubiegłą środę mówiłem o mało znanym na Zachodzie Ojcu Kościoła – Romanie Pieśniarzu, dziś chciałbym przedstawić postać jednego z największych Ojców w dziejach Kościoła, jednego z czterech doktorów Zachodu, papieża św. Grzegorza, który był biskupem Rzymu od 590 do 604 roku i któremu tradycja nadała tytuł Magnus, Wielki. Grzegorz rzeczywiście był wielkim papieżem i wielkim doktorem Kościoła! Urodził się w Rzymie około roku 540 w zamożnej rodzinie patrycjuszów z rodu Anicjuszy, który wyróżnił się nie tylko swą szlachecką krwią, ale także ze względu na służbę Stolicy Apostolskiej. Z rodziny tej wyszło dwóch papieży: Feliks III (483-92), pradziad Grzegorza i Agapit (535-36). Dom, w którym wychował się Grzegorz, znajdował się na Clivus Scauri, otoczonym przez szacowne gmachy, będące świadectwem wielkości starożytnego Rzymu i duchowej siły chrześcijaństwa. Szczytne uczucia chrześcijańskie wpajali mu także swoim przykładem rodzice – Gordian i Sylwia, oboje czczeni jako święci, oraz dwie ciotki ze strony ojca, Emiliana i Tarsylia, mieszkające we własnym domu jako dziewice konsekrowane i żyjące modlitwą i ascezą.

    Grzegorz rozpoczął wcześnie karierę administracyjną, której poświęcił się także jego ojciec i w 572 r. osiągnął jej szczyt, zostając prefektem miasta. Urząd ten, skomplikowany z powodu ponurych czasów, pozwolił mu zająć się w szerokim wymiarze wszelkiego rodzaju problemami administracyjnymi i zdobyć doświadczenie do zadań czekających go w przyszłości. W szczególności pozostało mu głębokie poczucie porządku i dyscypliny: zostawszy papieżem, podpowie biskupom, by postawili sobie za wzór w zarządzaniu sprawami Kościoła skrupulatność i poszanowanie praw właściwe funkcjonariuszom cywilnym. Życie to musiało go jednak nie zadowalać, skoro niedługo potem postanowił zrezygnować ze wszystkich urzędów świeckich, by zamknąć się w domu i podjąć życie mnicha, przekształcając rodzinny dom w klasztor św. Andrzeja na Celio. Z tego okresu życia monastycznego, życia w nieustannym dialogu z Panem we wsłuchiwaniu się w Jego słowo, pozostanie mu nieustanna tęsknota, która wciąż na nowo i coraz bardziej przebija z jego homilii: pośród myśli podyktowanych troskami pasterskimi powracać będzie do niego w swoich pismach jako do czasu szczęśliwego zatopienia w Bogu, oddania się modlitwie i spokojnej nauce. W ten sposób mógł zdobyć głęboką wiedzę o Piśmie Świętym i Ojcach Kościoła, która służyła mu później w jego dziełach.

    Klauzura Grzegorza nie trwała jednak długo. Cenne doświadczenie zdobyte w administracji cywilnej w okresie brzemiennym w poważne problemy, stosunki, jakie nawiązał, pełniąc ten urząd, z Bizantyńczykami, powszechny szacunek, jaki sobie zaskarbił, skłoniły papieża Pelagiusza do mianowania go diakonem i wysłania do Konstantynopola w charakterze swego apokryzariusza, dziś byśmy powiedzieli – nuncjusza apostolskiego, by przyczynić się do przezwyciężenia ostatnich resztek sporu z monofizytyzmem a przede wszystkim, aby pozyskać poparcie cesarza dla wysiłków powstrzymania naporu Longobardów. Pobyt w Konstantynopolu, gdzie wraz z grupą mnichów podjął na nowo życie monastyczne, był dla Grzegorza niezwykle ważny, umożliwił mu bowiem bezpośrednie poznanie świata bizantyńskiego, jak również zbliżenie się do problemu Longobardów, który na trudną próbę wystawił później jego biegłość i energię w latach pontyfikatu. Po kilku latach papież wezwał go do Rzymu i mianował go swoim sekretarzem. Były to trudne lata: nieustanne deszcze, rzeki występujące z brzegów, głód nękały wiele obszarów Italii i sam Rzym. W końcu wybuchła też zaraza, która pociągnęła liczne ofiary, wśród których był także papież Pelagiusz II. Duchowieństwo, lud i senat jednogłośnie wybrały na jego następcę na Stolicy Piotrowej właśnie Grzegorza. Starał się temu opierać, próbując nawet ucieczki, ale nic to nie dało i w końcu musiał ulec. Był rok 590.

    Widząc w tym, co się stało, wolę Boga, nowy papież przystąpił natychmiast z zapałem do pracy. Od samego początku wykazał się wyjątkowo przenikliwym osądem rzeczywistości, z którą musiał się zmierzyć, niezwykłą zdolnością pracy w podejmowaniu spraw zarówno kościelnych, jak i cywilnych, stałym zachowywaniem równowagi w podejmowaniu decyzji, nawet śmiałych, jakich wymagał od niego sprawowany urząd. Zachowała się bogata dokumentacja związana z jego rządami dzięki Rejestrowi jego listów (ponad osiemset), w których znalazło odbicie codzienne borykanie się ze złożonymi pytaniami, jakie trafiały na jego biurko. Były to problemy nadsyłane przez biskupów, opatów, duchownych a nawet przez władze świeckie różnego szczebla i rangi. Wśród problemów, które dręczyły wówczas Włochy i Rzym, jeden był szczególnej wagi dla życia zarówno obywatelskiego, jak i kościelnego: sprawa Longobardów. Poświęcił jej papież całą swą energię, mając na względzie jej prawdziwie pokojowe rozwiązanie. W odróżnieniu od cesarza Bizancjum, który wychodził z założenia, że Longobardowie to jedynie nieokrzesane jednostki i łupieżcy, których należy pokonać lub wytępić, św. Grzegorz patrzył na tych ludzi oczyma dobrego pasterza, troszcząc się o głoszenie im słowa zbawienia, nawiązując z nimi braterskie stosunki w perspektywie przyszłego pokoju, opartego na wzajemnym szacunku i pokojowym współistnieniu między Italią, Cesarstwem Wschodnim i Longobardami. Zajął się nawracaniem młodych narodów i nowym układem sił w Europie: Wizygoci w Hiszpanii, Frankowie, Saksończycy migrujący do Brytanii oraz Longobardowie byli uprzywilejowanymi adresatami jego misji ewangelizacyjnej. Obchodziliśmy wczoraj liturgiczne wspomnienie św. Augustyna z Canterbury, stojącego na czele grupy mnichów wysłanych przez Grzegorza do Brytanii, by ewangelizować Anglię.

    Papież zaangażował się w osiągnięcie rzeczywistego pokoju w Rzymie i w Italii – był prawdziwym mediatorem – podejmując szybkie rokowania z królem Longobardów Agilulfem. Rokowania doprowadziły do zawieszenia broni, które trwało prawie trzy lata (598-601), po czym można było zawrzeć w 603 trwalszy rozejm. Ten pozytywny rezultat osiągnięty został dzięki równoległym kontaktom, jakie papież utrzymywał z królową Teodolindą, która była księżniczką bawarską i w odróżnieniu od wodzów innych plemion germańskich katoliczką, głęboką katoliczką. Zachował się szereg listów papieża Grzegorza do tej królowej z wyrazami szacunku i przyjaźni do niej. Teodolinda zdołała stopniowo doprowadzić króla do katolicyzmu, przygotowując w ten sposób drogę dla pokoju. Papież zatroszczył się nawet o wysłanie jej relikwii do bazyliki św. Jana Chrzciciela, którą kazała wznieść w Monzy, nie omieszkał też wystosować do niej życzeń i cennych darów dla tejże katedry w Monzy z okazji narodzin i chrztu syna Adaloalda. Postawa tej królowej stanowi piękne świadectwo znaczenia kobiet w historii Kościoła.
    W gruncie rzeczy Grzegorz stale stawiał przed sobą trzy cele: powstrzymać ekspansję Longobardów w Italii; ochronić królową Teodolindę od wpływu schizmatyków i umocnić jej katolicką wiarę oraz pośredniczyć między Longobardami a Bizantyńczykami w perspektywie porozumienia, które zapewniłoby pokój na półwyspie, a zarazem pozwoliłoby prowadzić działalność ewangelizacyjną wśród samych Longobardów. Dwojaka była więc zawsze jego stała orientacja w tej złożonej historii: dążyć do porozumień na płaszczyźnie dyplomatyczno-politycznej, szerzyć orędzie prawdziwej wiary wśród ludności.

    Obok działalności czysto duchowej i duszpasterskiej papież Grzegorz brał czynny udział w wielorakiej działalności społecznej. Za dochody z majątków, jakie Stolica Rzymska posiadała w Italii, zwłaszcza na Sycylii, kupił i rozdał zboże, pomagał potrzebującym, wspierał kapłanów, mnichów i mniszki, którzy żyli w niedostatku, płacił okup za obywateli, którzy dostali się do niewoli u Longobardów, kupował zawieszenie broni i rozejmy. Ponadto tak w Rzymie, jak i w innych częściach Włoch, podjął dzieło starannego uporządkowania administracji, wydając dokładne polecenia, aby dobra Kościoła, służące jego utrzymaniu i działalności ewangelizacyjnej na świecie, zarządzane były z całkowitą prawością i zgodnie z zasadami sprawiedliwości i miłosierdzia. Wymagał, by rolnicy chronieni byli przed nadużyciami dzierżawców gruntów należących do Kościoła, a w razie oszustwa by otrzymywali natychmiastowe odszkodowanie, aby oblicza Oblubienicy Chrystusa nie zatruł nieuczciwy zysk.

    Tę intensywną działalność Grzegorz prowadził mimo słabego zdrowia, które zmuszało go do częstego leżenia w łóżku przez długie dni. Posty praktykowane w latach życia monastycznego spowodowały poważne zaburzenia układu trawienia. Ponadto miał bardzo słaby głos, tak iż często zmuszony był do powierzania diakonowi lektury swoich kazań, aby obecni w rzymskich bazylikach wierni mogli go słyszeć [Dzięki Bogu mamy dziś w rzymskich bazylikach mikrofony]. Robił jednak wszystko, aby odprawiać w dni świąteczne Missarum sollemnia, czyli uroczystą Mszę św. i wówczas osobiście spotykał się z ludem Bożym, który był do niego bardzo przywiązany, widział w nim bowiem wiarygodny punkt odniesienia, z którego czerpać można było pewność: nieprzypadkowo szybko przylgnął do niego przydomek „consul Dei”. Mimo niezwykle trudnych warunków, w jakich przyszło mu działać, zdołał dzięki świętości życia i bogatemu człowieczeństwu zdobyć zaufanie wiernych, osiągając naprawdę ogromne rezultaty na swoje czasy i na przyszłość. Był człowiekiem zatopionym w Bogu: pragnienie Boga było stale żywe w jego duszy i właśnie dlatego był zawsze bliski bliźniemu, potrzebom ludzi swoich czasów. W czasach nieszczęść, wręcz beznadziejnych potrafił wnosić pokój i dawać nadzieję. Ten mąż Boży pokazuje nam, gdzie znajdują się prawdziwe źródła pokoju, skąd płynie prawdziwa nadzieja, i w ten sposób staje się przewodnikiem także dla nas, dzisiaj.

    BENEDYKT XVI

    wiara.pl

    __________________________________________________________________________________________

    Święty Grzegorz Wielki

    Święty Grzegorz Wielki

    ***

     KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 4 CZERWCA 2008

    (…) Wielki papież kładzie jednak nacisk na obowiązek, jaki ma pasterz, by przyznawać się każdego dnia do swojej nędzy, aby pycha nie zniweczyła w oczach najwyższego Sędziego dokonanego dobra. Dlatego końcowy rozdział Reguły poświęcony jest pokorze: „Kiedy człowiek szczyci się osiągnięciem wielu cnót, dobrze jest zastanowić się nad własnymi niedociągnięciami i ukorzyć (…)

    Drodzy bracia i siostry,

    w czasie naszego środowego spotkania powrócę dziś do niezwykłej postaci papieża Grzegorza Wielkiego, by zaczerpnąć jeszcze więcej światła z jego bogatego nauczania. Mimo rozlicznych zajęć związanych ze swą posługą Biskupa Rzymu pozostawił nam on wiele dzieł, z których w późniejszych wiekach Kościół czerpał pełnymi garściami. Oprócz bogatej korespondencji – Rejestr, o którym wspomniałem na poprzedniej audiencji, zawiera ponad 800 listów – pozostawił nam przede wszystkim pisma o charakterze egzegetycznym, wśród których na wyróżnienie zasługują Komentarz moralny do Hioba – znany pod łacińskim tytułem „Moralia in Librum Iob”, Homilie nt. Ezechiela, Homilie o Ewangeliach. Istnieje jeszcze ważne dzieło o charakterze hagiograficznym – „Dialogi”, napisane przez Grzegorza ku zbudowaniu królowej lombardzkiej Teodolindy. Głównym i najbardziej znanym dziełem jest niewątpliwie „Księga reguły pasterskiej”, którą papież napisał na początku pontyfikatu z zamiarem wyraźnie programowym.

    Chcąc dokonać szybkiego przeglądu tych dzieł, musimy przede wszystkim zauważyć, że w swoich pismach Grzegorz nigdy nie troszczy się o nakreślenie „swojej” doktryny, o swoją oryginalność. Zależy mu raczej na tym, aby oddać tradycyjne nauczanie Kościoła, chce po prostu być ustami Chrystusa i Jego Kościoła na drodze, którą należy przebyć, aby dotrzeć do Boga. Przykładem mogą tu być jego komentarze egzegetyczne. Był on zapalonym czytelnikiem Biblii, której nie traktował wyłącznie spekulatywnie: uważał on, że z Pisma Świętego chrześcijanin powinien czerpać nie tyle wiedzę teoretyczną, ile raczej codzienny pokarm dla duszy, dla swego życia człowieka na tym świecie. W Homiliach o Ezechielu na przykład kładzie on silny nacisk właśnie na tę rolę świętego tekstu: zbliżenie się do Pisma tylko dla zaspokojenia własnego pragnienia poznania oznacza uleganie pokusie pychy i wystawienie się tym samym na niebezpieczeństwo popadnięcia w herezję. Pokora intelektualna jest pierwszą regułą każdego, kto stara się zgłębić rzeczywistość nadprzyrodzoną, wychodząc od świętej Księgi. Oczywiście pokora nie wyklucza poważnego studium; jest jednak niezbędna, aby było ono owocne duchowo i pozwoliło rzeczywiście dotrzeć do głębi tekstu. Tylko w tej wewnętrznej postawie rzeczywiście słucha się i postrzega w końcu głos Boga. Z drugiej strony, gdy chodzi o Słowo Boże, zrozumienie go jest niczym, jeśli nie prowadzi do działania. W tych kazaniach na temat Ezechiela znajduje się jeszcze to piękne sformułowanie, według którego „kaznodzieja musi zamoczyć swe pióro w krwi własnego serca; w ten sposób dotrze do ucha bliźniego”. Czytając jego homilie, widać, że Grzegorz rzeczywiście pisał krwią swego serca i dlatego dziś jeszcze przemawia do nas.

    Temat ten Grzegorz rozwija też w Komentarzu moralnym do Hioba. Podążając za tradycją patrystyczną analizuje on święty tekst w trzech wymiarach jego znaczenia: dosłownym, alegorycznym i moralnym, będących wymiarami jedynego znaczenia Pisma Świętego. Grzegorzy przyznaje jednak wyraźną przewagę znaczeniu moralnemu. W tej perspektywie wykłada on swoją myśl przez kilka znaczących dwumianów – umieć-czynić, mówić-żyć, znać-działać, przywołujących dwa aspekty życia ludzkiego, które powinny się uzupełniać, które jednak często przeciwstawiają się sobie. Ideał moralny, komentuje, polega zawsze na osiągnięciu harmonijnej syntezy słowa i czynu, myśli i działania, modlitwy i pełnienia obowiązków swego stanu: oto droga prowadząca do syntezy, dzięki której to, co boskie, zstępuje na człowieka, człowiek zaś wyrasta aż do utożsamienia się z Bogiem. Wielki papież kreśli tym samym dla prawdziwego wierzącego pełny program życia; dlatego ten Komentarz moralny stanowić będzie przez całe średniowiecze swego rodzaju summę chrześcijańskiej moralności.

    Wielkie znaczenie i urodę mają również Homilie o Ewangeliach. Pierwszą z nich wygłosił w bazylice św. Piotra podczas Adwentu roku 590, a więc kilka miesięcy po wyborze na papieża; ostatnią – w bazylice św. Wawrzyńca w drugą niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego 593 roku. Papież mówił do ludu w kościołach, w których odprawiano „stacje” – szczególne ceremonie modlitewne w ważnych okresach roku liturgicznego – bądź święta męczenników patronów tych świątyń. Inspirująca zasada, łącząca razem te różne wystąpienia, streszcza się w słowie „praedicator”: nie tylko kapłan Boży, ale także każdy chrześcijanin, ma zadanie stać się „głosicielem” tego, czego zaznał w swojej duszy za przykładem Chrystusa, który stał się człowiekiem, aby przynieść wszystkim orędzie zbawienia. Horyzont tego zadania jest eschatologiczny: oczekiwanie na wypełnienie się w Chrystusie wszystkich rzeczy to stała myśl wielkiego papieża, która stała się motywem inspirującym każdą jego myśl i każde działania. Stąd jego nieustanne nawoływanie do czujności i zaangażowania się w dobre uczynki.

    Może najbardziej jednorodnym tekstem Grzegorza Wielkiego jest Reguła pasterska, napisana w pierwszych latach pontyfikatu. Autor postawił w nim sobie za cel zarysowanie postaci idealnego biskupa, nauczyciela i przewodnika swej owczarni. W tym celu opisuje on brzemię urzędu pasterza w Kościele i obowiązki, jakie się z nim wiążą: dlatego ci, którzy nie zostali do niego powołani, niech o niego nie zabiegają powierzchownie, ci zaś, którzy objęli go bez należnej refleksji, niech poczują w duszy konieczne drżenie. Podejmując ulubiony temat, Grzegorz stwierdza, że biskup jest w pierwszej kolejności w całym tego słowa znaczeniu „głosicielem”; jako taki, musi dawać przede wszystkim przykład innym, tak aby jego zachowanie mogło być dla wszystkich punktem odniesienia. Skuteczne działanie pasterskie wymaga z kolei, by znał on adresatów i dostosował swoje wystąpienia do sytuacji każdego z nich: Grzegorz zatrzymuje się, by opisać różne kategorie wiernych z przenikliwymi i trafnymi uwagami, które mogą uzasadnić opinię tego, kto w dziele tym dopatrywał się traktatu z psychologii. Dzięki temu można zrozumieć, że rzeczywiście znał on swoją owczarnię i mówił o wszystkim z ludźmi swego miasta i swoich czasów.

    Wielki papież kładzie jednak nacisk na obowiązek, jaki ma pasterz, by przyznawać się każdego dnia do swojej nędzy, aby pycha nie zniweczyła w oczach najwyższego Sędziego dokonanego dobra. Dlatego końcowy rozdział Reguły poświęcony jest pokorze: „Kiedy człowiek szczyci się osiągnięciem wielu cnót, dobrze jest zastanowić się nad własnymi niedociągnięciami i ukorzyć: zamiast uwzględniać dokonane dobro, trzeba pamiętać o tym, co zaniedbało się zrobić”. Wszystkie te cenne wskazania pokazują wysokie mniemanie, jakie św. Grzegorz miał o duszpasterstwie, które określił mianem „ars artium” – sztuki sztuk. Reguła cieszyła się tak dużym powodzeniem, że bardzo szybko przełożono ją na grecki i staroangielski, co było raczej rzadkością.

    Znaczące jest również inne dzieło – Dialogi, w którym przyjacielowi i diakonowi Piotrowi, przekonanemu, że obyczaje uległy już takiemu zepsuciu, iż niemożliwe jest przyjście na świat świętych, jak w przeszłości, Grzegorz udowadnia, że jest przeciwnie: świętość jest zawsze możliwa, nawet w trudnych czasach. Dowodzi tego, opowiadając o życiu osób współczesnych bądź niedawno zmarłych, które śmiało można było uznać za święte, choć nie zostały kanonizowane. Opowiadaniu temu towarzyszą przemyślenia teologiczne i mistyczne, które czynią z książki wyjątkowy tekst hagiograficzny, zdolny do zafascynowania całych pokoleń czytelników. Materiał zaczerpnięty jest z żywej tradycji ludu i ma na celu zbudowanie i formację, przyciągając uwagę czytającego całym szeregiem kwestii, jak sens cudu, interpretacja Pisma, nieśmiertelność duszy, istnienie piekła, wyobrażenie drugiego świata, tematy, które wymagały odpowiedniego wyjaśnienia. Księga jest w całości poświęcona postaci Benedykta z Nursji i jest jedynym starożytnym świadectwem życia świętego mnicha, którego duchowe piękno jawi się w tekście w całej pełni.

    W programie teologicznym, który Grzegorz rozwija w swoich dziełach, relatywizacji uległy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. To, co liczy się dla niego ponad wszystko, to cały okres historii zbawienia, która nie przestaje toczyć się w mrocznych zakolach czasu. W perspektywie tej znaczące jest, że umieszcza on zapowiedź nawrócenia Aniołów w samym środku Komentarza moralnego do Hioba: w jego oczach wydarzenie to stanowiło postęp Królestwa Bożego, o którym mowa jest w Piśmie; mogło zatem słusznie być wspomniane w komentarzu do świętej księgi. Według niego przewodnicy wspólnot chrześcijańskich muszą zobowiązać się do odczytania na nowo wydarzeń w świetle Słowa Bożego: w tym sensie wielki papież poczuwa się do obowiązku pokierowania pasterzami i wiernymi na drodze duchowej lectio divina oświeconej i konkretnej, umieszczonej w kontekście własnego życia.

    Zanim zakończę, muszę poświęcić kilka słów stosunkom, jakie papież Grzegorz utrzymywał z patriarchami Antiochii, Aleksandrii i samego Konstantynopola. Troszczył się on zawsze o uznanie i poszanowanie ich praw, wystrzegając się jakiejkolwiek ingerencji, która mogłaby ograniczyć ich prawowitą autonomię. Jeśli jednak św. Grzegorz w kontekście sytuacji historycznej sprzeciwił się tytułowi „ekumeniczny” dla Patriarchy Konstantynopola, uczynił tak nie dlatego, by ograniczyć czy zaprzeczyć tej prawowitej władzy, lecz z powodu zatroskania o braterską jedność Kościoła powszechnego. Uczynił to przede wszystkim ze względu na swoje głębokie przekonanie, że skromność powinna być podstawową cnotą każdego biskupa, a tym bardziej patriarchy. W swym sercu Grzegorz pozostał prostym mnichem i dlatego był zdecydowanie przeciwny wielkim tytułom. On sam chciał być – to jego określenie – servus servorum Dei. Termin ten, przez niego ukuty, nie był w jego ustach pobożną formułą, lecz prawdziwym wyrazem jego sposobu życia i działania. Był on głęboko poruszony pokorą Boga, który w Chrystusie stał się naszym sługą, obmył nam i obmywa brudne stopy. Dlatego był przekonany, że przede wszystkim biskup powinien naśladować tę skromność Boga i w ten sposób iść za Chrystusem. Pragnął prawdziwie żyć jak mnich w stałej rozmowie ze Słowem Bożym, lecz z miłości do Boga potrafił stać się sługą wszystkich w czasach pełnych udręk i cierpienia, potrafił stać się „sługą sług”. Właśnie dlatego, że był taki, jest wielki i pokazuje także nam miarę prawdziwej wielkości.

    BENEDYKT XVI

    wiara.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Pierwszy Europejczyk, Grzegorz Wielki

    Fragment książki “Współtwórcy Europy” – o. Mirewicz Jerzy SJ

    Pierwszy Europejczyk, Grzegorz Wielki

    św. Grzegorz Wielki – ur. ok. 540, zm. 604

    Na gruzach Imperium Rzymskiego prawdziwą Europę tworzył Kościół. On dopiero mitologiczną jej nazwę, pierwszy raz zapisaną przez Hezjoda, oraz niejasny geograficzny kontur, odziedziczony po nauce greckiej, wypełnił żywą historią ludów, które dzięki łączności z nim poczuły się członkami jednej europejskiej rodziny.

    Nie wszyscy historycy są skłonni uznać tę jego rolę i zasługę. Zapatrzeni w postać Karola Wielkiego i w dzieła przezeń dokonane, od tego władcy zaczynają badanie dziejów wspólnoty kulturalnej i politycznej krystalizującej się naokoło dawnej prowincji rzymskiej — Galii. Jest to do pewnego stopnia zrozumiałe. Karol Wielki za życia jeszcze obrósł legendami jak staw sitowiem. Kroniki i literatura piękna owych czasów są barwnym i głośnym, ale nie zawsze wiernym rzeczywistości hymnem ku jego czci. Poeta Angilbert wita go w 799 roku tytułem: „Głowa świata” i przemawia doń: „Monarcho, ojcze Europy!”. Zaimponował bowiem swoim współczesnym odbudowaniem autorytetu jednolitej i silnej władzy na obszernym terenie, zmysłem administracyjnym i troską o kulturę. Dostąpił więc tego rzadkiego przywileju panowania nie tylko nad zaprzyjaźnionymi lub podbitymi plemionami, lecz i nad ich wyobraźnią, która usłużnie przekazywała następnym pokoleniom przedziwną opowieść o władcy użyczającym swego imienia dalekim ludom słowiańskim dla oznaczenia osoby rządzącej. Nasze słowo „król” od niego się wywodzi.

    A jednak gdy Leon II koronował w Rzymie Karola wśród radosnych okrzyków tłumu zebranego w Bazylice św. Piotra: „Karolowi, Augustowi, przez Boga ozdobionemu koroną, wielkiemu i pokój niosącemu imperatorowi Rzymian, długie życie i zwycięstwo!”, to diadem stawał się znakiem wielkości nie jednostki tylko lub dynastii, lecz idei, która przez poprzedników Leona wznoszona była z wielką cierpliwością w nie ustalony jeszcze społecznie i duchowo świat barbarzyńców. Idea ta jako wyraz ambicji chrześcijaństwa potrafiła z różnorodności języków, obyczajów i kultur plemiennych ułożyć jeden obraz przemawiający jeszcze dzisiaj do nas swoim dynamizmem i harmonią. Domem rodzinnym Europy jest Kościół.

    Pierwszym Europejczykiem możemy nazwać Grzegorza Wielkiego. Był Rzymianinem z pochodzenia, członkiem szlachetnego i starego rodu, który dał Kościołowi dwóch papieży: Feliksa III (483—492) oraz Agapita (535—536). Dzięki zamożności rodziców i jednocześnie trosce ich o każdego syna, przyszły papież otrzymał staranne i wszechstronne wykształcenie. Podkreślają to późniejsi, ale dobrze poinformowani kronikarze. Krążyło już wówczas powiedzenie, że „mądry ojciec sto razy więcej wkłada pieniędzy w naukę dzieci aniżeli w utrzymanie winnicy”. W naukę Grzegorza włożono dużo, by mógł zapoznać się z dziedzictwem kultury rzymskiej — pogańskiej i chrześcijańskiej. Studium prawa przygotowało go do służby publicznej, w której doszedł aż do urzędu pretora Rzymu. Otrzymał tę nominację od Justyna II, cesarza Wschodu. Był to szczyt kariery politycznej i administracyjnej w tej kresowej części cesarstwa wschodniego. Wyższy awans wiązał urzędnika z dworem władcy, więc z Rawenną lub Konstantynopolem.

    Grzegorz jednak nie pragnął awansu i nawet z zajmowanego stanowiska zrezygnował. W 573 roku przemienia pałac otrzymany po zmarłym ojcu na klasztor, gdzie razem z grupą znajomych i przyjaciół rozpoczyna życie zakonne. Majątkami posiadanymi na Sycylii wyposaża sześć założonych przez siebie klasztorów. Resztę przeznacza na cele dobroczynne. Nie wzbudziło to wówczas niczyjego zdziwienia. Nikt też nie tłumaczył gestu Grzegorza zawodem miłosnym lub niepowodzeniem życiowym. Wiedziano bowiem, że ze służby cesarskiej odszedł na służbę w królestwie Chrystusowym, wnosząc w nie nie tylko ofiarę z posiadanych bogactw, lecz swoje zdolności, energię młodzieńczą i zamiłowanie do systematycznej pracy. Ale przede wszystkim i on i jego współcześni patrzyli na przekształcanie się prezydenta miasta w zakonnika jak na dzieło łaski Bożej. Obowiązywała wtedy w ocenie każdego czynu jednostki zasada umieszczania go w perspektywie prawd nadprzyrodzonych. W tej perspektywie nie Grzegorz wyrządzał łaskę Chrystusowi, Kościołowi i ubogim, lecz on zaznał dobrodziejstwa łaski Bożej. Późne średniowiecze ujmie to w formułę: „Chrześcijanin — szczęśliwy dłużnik Stwórcy”. Grzegorz uważał się zawsze za szczęśliwego człowieka.

    Nawet wtedy kiedy na rozkaz władz kościelnych musiał rezygnować z osobistych zamiłowań i planów. Stało się to pierwszy raz za papieża Benedykta I, który mianował go diakonem i powierzył mu obowiązek jałmużnika. Następca Benedykta, Pelagiusz II, natychmiast po swoim wyborze w 579 roku wysyła Grzegorza w charakterze nuncjusza do Konstantynopola. Był to dla niego nowy świat, mało mu znany i prawie obcy. Grzegorz bowiem — podobnie jak Augustyn — nie zamieszkiwał ani intelektem, ani upodobaniami w kręgu języka i kultury bizantyjskiej. Greckim władał słabo. Należał do pokolenia rozkochanego w łacinie i widzącego w niej jeden z elementów łączących narody barbarzyńskie w chrześcijańską wspólnotę. Już jako papież w liście do Narzesa, wysokiego urzędnika na dworze w Konstantynopolu, przesyłając pozdrowienia niejakiej Dominice, pisze: „Dostojnej Dominice przekaż moje pozdrowienie. Nie odpowiedziałem jej wcale, ponieważ napisała do mnie po grecku, chociaż włada łaciną”. Ale nie tylko w języku widział granicę oddzielającą Wschód od Zachodu. Dostrzegał między nimi groźniejsze pęknięcie w postaci oddalania się od siebie dwóch teologicznych, filozoficznych i obyczajowych wizji chrześcijaństwa. Było to bolesne stwierdzenie, że dialog Rzymu z Bizancjum zamienia się powoli w dwa równocześnie wygłaszane monologi, złożone z tych samych słów, ale o różnej pojęciowej treści. Przez sześć lat usiłował wyjaśniać i uzasadniać stanowisko papieża pragnącego utrzymać dogmatyczną i hierarchiczną jedność Kościoła wschodniego i zachodniego. Trudził się nad pracą skazaną na bezskuteczność. Dalsze próby podejmować będzie już jako biskup Rzymu. Jedynym ich owocem, który dotrwał do naszych czasów, jest tradycyjny tytuł papieża: Servus servorum Dei (Sługa sług Bożych), użyty pierwszy raz przez Grzegorza w odpowiedzi na nazwanie się patriarchy Konstantynopola: Powszechny — Oikumenos. Z pobytu jednak na Wschodzie, gdzie piastując ważny urząd i ocierając się o przepych dworu cesarskiego, zachował jednocześnie sposób zakonnego życia, wiele skorzystał. Wynosił stamtąd obraz Kościoła zrośniętego prawie organicznie ze strukturą władzy cesarskiej. Nie miał więc wielkich złudzeń co do wartości takiej symbiozy dwóch instytucji o różnych celach i odmiennych metodach działania. Nie miał również żadnych wątpliwości, że w takiej sytuacji decyzja ostateczna nawet w sprawach kościelnych będzie pobierana i narzucana przez zasobniejszego w środki materialne i w pomoc fizyczną partnera.

    Wracał więc ze Wschodu z doświadczeniem, o którym może wtedy nie wiedział, jak będzie mu użyteczne w niedalekiej przyszłości. Wracał z radością do klasztoru w Rzymie, gdzie spodziewał się spędzić resztę życia w atmosferze modlitwy i ćwiczeń ascetycznych. Ale Rzym w czasie nieobecności Grzegorza bardzo się zmienił. Wiele patrycjuszowskich rodzin opuściło go w ucieczce przed Longobardami, napłynęła zaś doń biedota z terenów spustoszonych najazdem barbarzyńców. Papież Pelagiusz II, z pochodzenia Got, któremu cesarz Maurycjusz, sam bezsilny, radził, by sprowadził sobie Franków na pomoc, uwolnił Rzym od Longobardów za cenę wysokiego okupu. Wieczne Miasto było więc zubożałe, bez blasku chwały i chore. Epidemia zdziesiątkowała jego mieszkańców, nie oszczędzając i Pelagiusza, który zmarł w lutym 590 roku.

    Następcą Gota został Rzymianin — Grzegorz. Niechętnie przyjmował urząd Najwyższego Pasterza. Próbował bronić się przed nim ucieczką, a gdy to zawiodło, liczył jeszcze na veto cesarza Maurycjusza. Może nawet i wpływał przez swoich przyjaciół w Konstantynopolu, by władca zaprotestował przeciwko jego wyborowi. Czytamy w liście do patrycjusza Jana, ekskonsula i kwestora: „Ponieważ doświadczyłem dobrodziejstw Waszej Dostojności, jestem z wami związany węzłami tak wielkiej miłości, że nic nie może z mego serca wymazać pamięci o was. Wbrew temu uczuciu ogarnia mnie smutek niemały, ponieważ widzieliście, iż pragnę spokoju, a mimo to doprowadziliście mnie do niepokoju. Niech wam też Bóg wszechmocny da za to dobra wieczne, ponieważ uczyniliście to w dobrej wierze, a mnie — jeśli zechce — niech uwolni od tak wielkiego niebezpieczeństwa na tym stanowisku. Albowiem zasłużyłem swoimi grzechami na to, że zostałem biskupem nie Rzymian, lecz Longobardów, których układy są jak miecze, a łaska jak kara. Oto dokąd mnie zawiodła wasza opieka” (luty, 591 r.). Nie uważał się za męża opatrznościowego, nie wyżywał się w sprawowaniu władzy, był rzeczywiście sługą wszystkich, o pamięci chwytającej szybko i zatrzymującej na stałe wszelkie biedy ludzkie materialne i duchowe. Biografowie zestawiając go z Hieronimem lub Augustynem twierdzą, że nie dorasta do nich ani głęboką myślą teologiczną, ani znajomością dziedzictwa kultury helleńskiej. Mają rację, ale zapominają zwykle porównać i uwarunkowania, w jakich żyli i pracowali wymienieni Ojcowie Kościoła. Za czasów Grzegorza przycichły już spory teologiczne, najważniejsze problemy stawiane i wyjaśniane w ogniu walki katolików z herezjami przekazywano teraz w formie ustalonej jako katechizmowe prawdy. Nie było więc potrzeby wzniecania dyskusji teologicznych. Gasło również z konieczności zainteresowanie się kulturą grecką razem z rozpływaniem się rzymskiej elity intelektualnej w morzu barbarzyństwa. Między światem Grzegorza a tym, w którym myśleli i tworzyli Hieronim z Augustynem, pomimo zachowania ciągłości historycznej, zaznaczały się coraz większe różnice.

    Olbrzymią zasługą następcy Pelagiusza było dostrzeżenie tych różnic i rozeznanie potrzeb rodzącej się nowej epoki. Epoki pięknej, nazywanej jednak przez wielu historyków z uporem ciemną, ponieważ nie znajdują w niej tak licznych znaków kultury materialnej i duchowej jak w poprzedniej — grecko-rzymskiej. Piękno początków średniowiecza jest oczywiście trudne do określenia. Wyraża się bowiem nieuchwytnym procesem przemian wewnętrznych pod wpływem zasad Ewangelii, głoszonej barbarzyńcom i masowo przez nich przyjmowanej. Można powiedzieć, że wtedy przekształcali się oni w obywateli Europy o jednej wierze i obyczajach chrześcijańskich we wszystkich dziedzinach życia.

    Procesowi temu patronował i dbał o jego poprawność papież Grzegorz. Był w nim obecny przede wszystkim prawdziwą pracą duszpasterską. Nowy, powstający w jego oczach świat traktował jak swoją parafię i brał na siebie odpowiedzialność za wszystko, co się w tym świecie działo i co dziać się powinno. Wrósł weń wielką miłością ludzi bez względu na ich pochodzenie, stanowisko i poziom wykształcenia. Dlatego też pierwszym jego dziełem było usprawnienie administracji dóbr kościelnych jako podstawy akcji filantropijnych. Dobra te powstawały z darowizn cesarskich i prywatnych w formie latyfundiów w Italii, Dalmacji, Południowej Galii oraz w Afryce. Stanowiły one zaczątek późniejszego państwa kościelnego. Za czasów Grzegorza były tylko własnością Kościoła, a dochody z nich obracano na poprawę losu mnóstwa wygnańców, uciekinierów, wywłaszczonych posiadaczy majątków, byłych urzędników cesarskich w dawnych prowincjach Imperium. Podziwu godne jest uczulenie Grzegorza na stosowanie sprawiedliwości i jednocześnie dobroci względem wszystkich — chrześcijan, pogan i Żydów. Ci ostatni mieli w nim dobrego opiekuna. Nie byli nigdy wyłączani z ogólnego rozdawnictwa jałmużn ubogim. Wiedzieli też, że Grzegorz, biskup rzymski, nie pozwala na przeszkadzanie im w oddawaniu czci Bogu według dawnych zwyczajów. Świadczy o tym jego list z marca 591 roku, skierowany do Piotra, biskupa miasta Terracina, w którym pisze: „Żyd Józef, oddawca obecnego pisma, doniósł mi, żeś, Czcigodny Bracie, wygnał Żydów z tego miejsca w terracyneńskiej warowni, w którym się zwykle gromadzili celem święcenia uroczystości, i że za twoją wiedzą i zgodą przenieśli się na inne miejsce, by podobnie mogli obchodzić swoje święta. A teraz żalą się, że znów zostali wypędzeni z tego miejsca. Jeśli tak jest, chcę, abyś, Czcigodny Bracie, nie dawał powodu do takiego rodzaju zażaleń, lecz zezwól im gromadzić się według zwyczaju w tym miejscu, które jak wyżej powiedziałem, uzyskali za twoją wiedzą celem urządzania zgromadzeń. Albowiem tych, którzy są poza obrębem religii chrześcijańskiej, należy pozyskiwać dla jedności wiary łagodnością, życzliwością, napominaniem, przekonywaniem, aby nie odstręczać groźbami i postrachem tych, których można było przywieść do wiary słodyczą nauki i ukazywaniem grozy przyszłego sądu. Należy więc starać się o to, aby raczej garnęli się do słuchania z ust waszych słowa Bożego, niż lękali nadmiernej surowości”. Takim gestem pragnął papież i Żydów włączyć w strukturę chrześcijańskiej Europy. Na podobny temat mamy jego list z listopada 602 roku pisany do Paschazjusza, biskupa Neapolu. Świadczy on o zaufaniu, jakim Żydzi darzyli Grzegorza, uciekając się doń ze swoimi krzywdami doznawanymi od lokalnych władz kościelnych i świeckich. Uważali go za najwyższą instancję po Bogu. Miało to wielkie znaczenie w czasach pustki wytworzonej przez zanik cesarskiej władzy administracyjnej, a przed powstaniem nowego ładu polityczno-społecznego. O wszystko troszczyć się musiał papież.

    Odczuwała tę troskę przede wszystkim ludność wiejska, związana z ziemią, narażona na wszelkiego rodzaju nadużycia nie tylko ze strony barbarzyńców, lecz i miejscowych urzędników, poborców podatkowych i administratorów. W maju 591 roku pisze Grzegorz listę-instrukcję do subdiakona Piotra, który był zarządcą dóbr kościelnych na Sycylii. Instrukcja ta jest bardzo szczegółowa i świadczy nie tylko o doskonałych informacjach, jakie miał do dyspozycji jej autor, lecz też i o jego umiejętności w ich analizowaniu i wyciąganiu wniosków. Przytaczamy jeden charakterystyczny urywek: „Prócz tego dowiedziałem się, że pierwsza opłata podatku gruntowego bardzo jest dokuczliwa dla naszych rolników, dlatego że są zmuszeni do płacenia podatków, zanim mogą sprzedać owoce swej pracy. A ponieważ ze swoich zasobów uiścić tego nie mogą, pożyczają od urzędników skarbowych i ciężko płacą za to dobrodziejstwo. To sprawia, że narażeni są na wielkie wydatki. Wobec tego niniejszym nakazuję, abyś ty przy twojej obrotności zwrócił z dochodów publicznych to wszystko, co w tych okolicznościach mogli pożyczyć od postronnych. Nakazuję dalej, aby powoli ściągano podatki z wieśniaków kościelnych — w miarę jak będą mogli płacić — aby w okresie, gdy na nich wywierają nacisk, nie byli zmuszeni sprzedawać zbyt tanio tego, co by im później mogło starczyć na zapłatę; nadto wówczas nie mogliby wcale wywiązać się z dostawy do spichrzów”. Kończy się ten list twardo: „To wszystko uważnie czytaj i pozbądź się swego nałogowego niedbalstwa. Postaraj się, aby moje pismo skierowane do rolników odczytano we wszystkich osadach, żeby wieśniacy wiedzieli, jak z mego upoważnienia mają się bronić przeciw gwałtom; trzeba im wręczyć bądź oryginały, bądź odpisy… Usłyszałeś, czego chcą, zastanów się, co masz czynić”.

    Wszyscy więc mieszkańcy miast i wsi należących do Kościoła byli pewni, że papież wchodzi w najdrobniejsze szczegóły ich codziennego życia z gestem dobroczynności, gdy tego potrzebują, a z zasadami chrześcijańskimi, według których to życie powinno być prowadzone — zawsze. Umoralniał rodzącą się Europę. Uważał to za najpotrzebniejsze, by nowym układom polityczno-społecznym służyły jasne normy etyczne obowiązujące w konkretnych sytuacjach ludzi również konkretnych. Dlatego też jego listy (a zachowało się ich z okresu jego rządzenia Kościołem przeszło osiemset) są małymi traktacikami z dziedziny moralności ogólnoludzkiej i chrześcijańskiej. Uczyły nie tylko poprawnie myśleć, lecz także sprawiedliwie działać. Okazało się to zbawienne jako metoda wychowawcza zastosowana względem barbarzyńców nieprzywykłych do abstrakcyjnego myślenia. Dzięki niej Longobardowie stali się katolikami. Przyciągnął ich do Kościoła humanistyczny sposób traktowania spraw ludzkich oraz ich uładzania harmonijnego bez fanatyzmu i przesady kryjących się w każdej herezji. Okres ten oczywiście nie dał arcydzieł sztuki i literatury. Nikt się nie znalazł, by rozwijać dalej i pogłębiać filozoficzną wizję Boecjusza zawartą w Consolatio philosophiae. Klasyczny język łaciński w zetknięciu się z wieloma narzeczami celtyckimi i germańskimi tracił swoją klarowność, gubił końcówki słów, zmieniał ich znaczenie, zapożyczał się od barbarzyńców, ale wyrażał lepiej zwykłego człowieka, zatroskanego swoim losem zarówno doczesnym, jak i wiecznym. Przy tym losie następowało spotkanie z podobnie zatroskanym Kościołem.

    A spotkań tych było coraz więcej. W 587 roku nawraca się na katolicyzm król Rekared, pociągając za sobą Wizygotów w Hiszpanii. Augustyn, mnich z klasztoru św. Andrzeja, założonego przez Grzegorza, zostaje wysłany w 596 roku do Anglii. W tej sprawie Grzegorz prowadzi obfitą korespondencję z biskupami Galii, z królową Franków Brunhildą, z władcą Anglów Adilbertem. Był to okres wzmożonego działania misyjnego, kierowanego z Rzymu przez papieża, który umiał myśleć kategoriami całości i patrzeć odważnie w przyszłość. Longobardów pozyskał, zawierając z nimi na własną rękę, wbrew sprzeciwom Maurycjusza i jego namiestnika w Rawennie, pokój i przez to właśnie zbliżył ten dynamiczny naród do katolicyzmu. Polityki jednak nie uprawiał. Władców świeckich traktował jako ludzi, którzy również dbać muszą o swoje zbawienie, a on ma obowiązek pomagać im w osiągnięciu tego celu. Stosował i tutaj zasadę praw osoby ludzkiej dochowującej wierności prawom i celom społeczeństwa.

    Posiadał też nadzwyczajną zdolność interesowania się sprawami określonych jednostek bez gubienia z oczu spraw ogólnych. W październiku 598 roku poleca w ten sposób opiece subdiakona Antemiusza wdowę Teodorę: „Teodora, wdowa po obrońcy Sabinie, żali się nam przez przysłanego tu człowieka, że została oszukana przez swego syna i przez niejakiego Aligerna, którego córkę tenże jej syn pojął za żonę. Całe bowiem mienie zapisała tytułem darowizny temuż synowi, a teraz jest przez nich lekceważona i poniewierana do tego stopnia, iż zabrali jej rzeczy, a ona nie ma żadnych środków do życia… A ponieważ — jeśli tak jest w istocie — jest to zbyt ciężki i Bogu przeciwny występek, przeto na mocy niniejszego upoważnienia polecamy ci, byś się starał poznać prawdę, a jeśli się przekonasz, że tak jest naprawdę, użycz jej kościelnej opieki i we wszystkim rozumnie ją wspieraj, aby w czasie twego urzędowania nie doznała więcej przykrości ani ucisku od wymienionych ludzi”. Przytułek dla starców na górze Synaj otrzymuje wsparcie materialne wraz z listem do opata tamtejszego klasztoru, w którym pisze Grzegorz: „… dowiedzieliśmy się, że w przytułku starców, zbudowanym tam przez niejakiego Izaura, brak łóżek i pościeli. Posyłamy więc koców piętnaście, ubrań trzydzieści, łóżek piętnaście; dajemy również pieniądze na sprawienie poduszek albo materaców”. Była to lekcja miłosierdzia dawana przez najwyższego reprezentanta Kościoła ludziom twardych i niepewnych czasów. Z tej lekcji skorzystała młoda Europa. Chrześcijaństwo wnosiło wówczas w stosunki międzyludzkie element ofiarnej miłości bliźniego. Europejczyk wychowywał się w atmosferze służby biednym, pokrzywdzonym i nieszczęśliwym.

    I w atmosferze modlitwy. Ideałem Grzegorza był człowiek rozważający prawdy Boże modlitewnie i szukający w nich motywu i pomocy w chrześcijańskim działaniu. Dlatego jeszcze za swego pobytu w Konstantynopolu zaczyna pisać traktat Moralia in lob; nie jako traktat z dziedziny egzegezy, lecz jako podręcznik teologii moralnej i ascetycznej. Dzisiaj możemy dać mu podtytuł: „Teoria sprawiedliwego czynu wewnętrznego”. Temu samemu celowi służyły jego Homilie, wyjaśniające, jak można życie kształtować według słów Bożego objawienia. Przykłady zaś takiego kształtowania podaje w zbiorze życiorysów pt. Dialogi, w których historia miesza się z legendą, realizm z cudownościami i wezwanie łaski z odpowiedzią bohaterów. Grzegorz bowiem nie chciał pisać ich żywotów według ścisłych wymagań stawianych przez naukę dzisiejszą. Pragnął jedynie członkom powstającej wspólnoty dać wzory do naśladowania. Wiemy, że na tych wzorach wychowywały się całe pokolenia chrześcijan we wszystkich zakątkach Europy. Z innego znowu dzieła korzystał kler diecezjalny w swojej duszpasterskiej pracy. Była to Księga reguły pasterskiej (591), mówiąca o wychowaniu i wyrobieniu wewnętrznym kapłana oraz o umiejętności przekazywania prawd Bożych powierzonym jego opiece duszom. Księga ta została prawie natychmiast przełożona na język grecki. Tłumaczenie anglosaksońskie ukazało się za króla Alfreda.

    Przy czytaniu pism Grzegorza powstaje samorzutnie pytanie: „Kiedy one mogły powstać?”. Papieski urząd — tak jak on go traktował — zabierał mu cały czas i absorbował wszystkie siły. Grzegorz nie czekał nigdy na to, że gotowe problemy podpłyną same aż pod brzeg jego uwagi. Szukał ich i przewidywał, zanim zdążyły się skrystalizować. Żył wprawdzie współczesnością i brał za nią odpowiedzialność, posiadając świadomość swojej pozycji i godności, ale był również świadomy stopniowego gaśnięcia sił fizycznych. Pisze do biskupa Arabii Maryniana w lutym 601 roku: „Dużo bowiem już upłynęło czasu, odkąd nie mogę się dźwignąć z łóżka. Raz dręczy mnie ból podagry, drugi raz nie wiem jaki ogień z bólem rozchodzi się po całym ciele; a często bywa, że równocześnie ogień ściera się z bólem i omdlewa we mnie ciało i duch”. O chorobie swojej dawał znać różnym przyjaciołom. Czynił to jednak bez tragizowania, ze spokojem świadczącym o ładzie wewnętrznym człowieka, który swoim sprawom osobistym poświęcał tylko tyle czasu i zainteresowania, ile tego wymagało zorganizowanie rozumnej i owocnej służby Bogu i ludzkości.

    Porównanie jego życia z chorałem gregoriańskim jest podwójnie uzasadnione. Jeżeli nawet Grzegorz nie był twórcą tak genialnego zespolenia słów modlitwy z melodią, to pod jego patronatem Kościół, a z nim i w nim Europa, uczyły się śpiewem oddawać chwałę Bogu i wypowiadać najpiękniejsze uczucia serca ludzkiego. A stało się tak, ponieważ on umiał ze swoich trudów i prac, radości i smutków, wspaniałych osiągnięć i niepowodzeń układać poważną pieśń o dobrze spełnionym obowiązku wobec Boga i człowieka.

    Nagrodził go Bóg szczęściem bez końca, Kościół — tytułem Wielkiego Doktora, ludzie nazwali „Ojcem Miasta Wiecznego i Rozkoszą całego świata”. A on sam mówił o sobie, że chce być „konsulem Boga”. Nie gniewałby się na pewno, gdyby go ogłoszono „Pierwszym Europejczykiem”.

    Copyright © Wydawnictwo WAM 2003/opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    2 września

    Błogosławieni męczennicy Jan Franciszek Burté, Apolinary Morel, Seweryn Girault oraz Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święta Beatrycze z Silvy, dziewica
      •  Święty Wilhelm, biskup
      •  Błogosławiona Ingrida Szwedzka, zakonnica
    Ścięcie na gilotynie - powszechna metoda wykonywania wyroków śmierci w czasie rewolucji francuskiej

    Wielka Rewolucja Francuska (1789-1799) miała wśród swoich celów m.in. zniesienie katolicyzmu we Francji. Radykałowie przeforsowali uchwałę stanowiącą o tym, że wszystkie dobra kościelne mają przejść na własność skarbu państwa, a duchowni, jak wszyscy urzędnicy, będą otrzymywali pensję. Zaczęły się sypać jedne po drugich uchwały i dekrety wrogie Kościołowi. 13 lutego 1790 r. uchwalono kasatę większości zakonów, ocalały jedynie te oddane pracy charytatywnej lub oświatowej. Zabroniono składania ślubów zakonnych na terenie Francji.
    12 lipca 1790 r. uchwalono Konstytucję cywilną duchowieństwa, która redukowała liczbę diecezji i stolic biskupich według liczby i granic departamentów. Ograniczono władzę biskupów, zniesiono kapituły. Odtąd biskupów i proboszczów mieli wybierać sami parafianie i diecezjanie. Równocześnie wszyscy członkowie stanu duchownego otrzymali prawo opuszczenia go i przejścia do stanu świeckiego. Odtąd to państwo, a nie papież miało być zwierzchnikiem Kościoła we Francji, chociaż ustanowiona została funkcja pośrednika między państwem a papieżem. Duchowieństwo zobowiązano do składania przysięgi na wierność nowej konstytucji, która była wręcz wroga Kościołowi. Już kilka dni później jej treść potępił ostro papież Pius VI. Mimo tego protestu król Ludwik XVI 23 lipca wyraził aprobatę wobec przegłosowanego projektu ustawy, a 26 grudnia zgodził się formalnie również na dekret wprowadzający ustalenia konstytucji w praktyce.
    4 stycznia 1791 r. rozpoczęły się ceremonie składania przysięgi na konstytucję przez wszystkich księży. Jako pierwsi przysięgali deputowani duchowieństwa do Konstytuanty; z tego grona 80 biskupów odmówiło tego aktu. Konstytucja była przyjmowana z podobnymi oporami we wszystkich diecezjach: uroczyste przysięgi były zależnie od regionu przeprowadzane przez cały styczeń i luty, jednak zdecydowana większość biskupów i około połowa proboszczów nie zaakceptowała ustawy. Istniały nawet regiony, w których większość duchownych odmówiła złożenia przysięgi, jak Bretania, Alzacja i Prowansja. W ten sposób kler francuski podzielił się na księży konstytucyjnych i niekonstytucyjnych. Dylemat, przed którym stanęli księża, powiększało jeszcze nieprzejednanie papieża, który ponowił swój sprzeciw wobec ustawy w breve Quod aliquantum z 10 marca 1791 r. oraz Caritas z 13 kwietnia 1791 r. W dokumentach tych uznawał on postanowienia konstytucji cywilnej za świętokradztwo i herezję, a wszystkich duchownych wzywał do nieskładania przysięgi lub jej odwołania.
    Zaczęło się krwawe prześladowanie. Tych, którzy odmówili złożenia przysięgi, traktowano jako wrogów rewolucji, skazywano ich na banicję, więzienie, a często na śmierć. 21 września 1792 r. wprowadzono rozwody. Duchowieństwu zakazano nosić strój kościelny poza kościołem. Zniesiono bractwa i stowarzyszenia religijne. Wprowadzono śluby cywilne, zniesiono celibat, a dekretem z 7 listopada 1793 r. w miejsce chrześcijaństwa wprowadzono “religię rozumu i natury”. Zaczęto likwidować kościoły. Niedziele zastąpiono dekadami, a święta katolickie uroczystościami rewolucyjnymi.W okresie Rewolucji śmierć poniosło kilkanaście tysięcy katolików: duchownych, zakonników i świeckich. Największą grupę stanowią męczennicy z Paryża, gdzie między 2 a 6 września 1792 r. (w czasie tzw. masakr wrześniowych) zamordowano około 1400 osób, w tym ok. 300 duchownych i zakonników. Byli oni więzieni i zginęli w benedyktyńskim opactwie Saint-Germain-des-Pres, w seminarium św. Firmina, więzieniu La Force i kościele Saint Nicolas du Chardonnet. Ponad 100 osób, w większości prezbiterów, zginęło także w klasztorze karmelitów przy Rue de Vaugir.
    Wśrod nich byli franciszkanie: Jan Franciszek Burté, Apolinary Morel i Seweryn Girault. Zostali oni beatyfikowani w dniu 17 października 1926 r. przez papieża Piusa XI w gronie 191 osób, których męczeństwo udało się udokumentować.
    Jan Franciszek Burté urodził się w 1740 r. Wstąpił do franciszkanów w Nancy w wieku 16 lat. Po przyjęciu święceń kapłańskich wykładał teologię młodszym braciom. Został gwardianem klasztoru w Paryżu. Tam został aresztowany i uwięziony w klasztorze karmelitów.

    Błogosławiony Apolinary Morel

    Apolinary Morel urodził się w 1739 r. w Szwajcarii. Wstąpił do kapucynów i zyskał z czasem sławę wspaniałego kaznodziei, spowiednika i wychowawcy kleryków. Aby mógł podjąć działalność misyjną na Wschodzie, wysłano go do Paryża na studia języków wschodnich. Tam zastała go rewolucja. Gdy odmówił wyrzeczenia się wiary, aresztowano go i zamknięto w klasztorze karmelitów.
    Seweryn Girault urodził się w 1728 r. w Rouen. W 1750 r. wstąpił do III Zakonu Franciszkańskiego. Cztery lata później przyjął święcenia kapłańskie. Kiedy wybuchła rewolucja, był spowiednikiem franciszkanek w Paryżu. Gdy zapytano go, czy chce pozostać w klasztorze i ryzykować życie, czy też woli uciec z klasztoru i rozpocząć życie świeckie, bez wahania wybrał pozostanie wiernym regule i siostrom, którym służył. Wkrótce aresztowano go. Jako pierwszy poniósł śmierć: kiedy odmawiał brewiarz, odcięto mu głowę.Trzech wyżej wspomnianych męczenników oraz 182 innych, włączając w to kilku biskupów oraz wielu kapłanów zakonnych i diecezjalnych, zostało zamęczonych w klasztorze karmelitów w Paryżu 2 września 1792 r. Więźniowie otrzymali tego dnia tajną wiadomość, że zbliża się dzień ich śmierci. Wszyscy zakonnicy i kapłani tam spędzeni odbyli spowiedź i cały czas poświęcili na modlitwę. O godzinie 16 wyprowadzono ich – niby na spacer – na podwórze więzienne. Tam czekał na nich tłum, który rzucił się na więźniów. Rozpoczęła się rzeź. Pozostałych wpędzono do kościoła, gdzie zaimprowizowano trybunał sądowy. Każdego pytano: “Obywatelu, czy złożyłeś przysięgę?” Gdy padała odpowiedź: “Nie!”, wyprowadzano ofiary przed kościół i tam je mordowano siekaniem szablami i strzałami.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 września

    Najświętsza Maryja Panna, Królowa Pokoju

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Bronisława, dziewica
      •  Święta Teresa Małgorzata Redi od Najświętszego Serca Jezusa, dziewica
      •  Święta Dulcelina
      •  Jozue, praojciec
      •  Gedeon, sędzia Izraela
      •  Rut
    ***
    W Stoczku Klasztornym (znanym też pod nazwą Stoczek Warmiński) w archidiecezji warmińskiej w 1640 r. zbudowano kościół pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Obecnie znajduje się tu także dom zakonny marianów, założony w 1958 r. w starym klasztorze pobernardyńskim.
    W klasztorze tym przez rok (w latach 1952-1953) więziony był przez władze komunistyczne Prymas Tysiąclecia, Sługa Boży Stefan kard. Wyszyński. Tutaj właśnie przygotował akt zawierzenia całej Ojczyzny Matce Bożej. W jednym z pomieszczeń klasztoru znajduje się dziś izba pamięci, utrwalająca obecność ks. Prymasa w tym miejscu.
    W roku 1987 kościół w Stoczku decyzją papieża podniesiony został do rangi bazyliki mniejszej.

    Maryja - Królowa Pokoju

    W ołtarzu głównym kościoła znajduje się słynący łaskami obraz Matki Bożej Królowej Pokoju. Jest on kopią obrazu Salus Populi Romani z rzymskiej bazyliki Matki Bożej Większej. Został namalowany na płótnie przez nieznanego artystę. Oblicze Matki Bożej jest pełne godności i dobroci. Dzieciątko w swojej lewej ręce trzyma księgę, zaś prawą wznosi do błogosławieństwa. W tle obrazu widzimy chmury, z których u stóp Maryi wynurza się księżyc. Obraz najprawdopodobniej został przywieziony z Rzymu około 1640 roku. W 1670 r. przyozdobiono go dwiema koronami, a w 1687 r. udekorowano srebrną sukienką ze złotymi kwiatami. W 1700 roku dodano berło.
    Św. Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Polski dnia 19 czerwca 1983 r. na wałach Jasnej Góry dokonał rekoronacji obrazu. W homilii Ojciec Święty powiedział o nim: “Tym aktem wyrażam dziękczynienie Matce Pokoju za trzysta z górą lat opieki nad Świętą Warmią, która na przestrzeni dziejów i zmiennych losów historii dochowała wierności Chrystusowi i Jego Kościołowi”. Wspomniał też o Stoczku jako miejscu uwięzienia ks. Kardynała Wyszyńskiego oraz o jego akcie oddania się Matce Bożej. Zakończył słowami: “Wszystkich Was zawierzam Matce Pokoju”.
    Koronacja ta otworzyła nowy etap w rozwoju kultu Królowej Pokoju. Wiele parafii archidiecezji warmińskiej przeżyło nawiedzenie kopii stoczkowskiego obrazu. Liczne kopie trafiły do kościołów w całej Polsce – i nie tylko. W ciągu pierwszych 20 lat po rekoronacji do różnych miejsc w kraju i poza jego granicami powędrowało około 80 kopii obrazu. Z roku na rok rośnie też liczba pielgrzymów nawiedzających klasztor w Stoczku. Wspomnienie Maryi jako Królowej Pokoju jest obchodzone liturgicznie co roku 1 września – w rocznicę wybuchu II wojny światowej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – wrzesień 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    _________________________________________________________________________________

    W KAŻDY PIĄTEK JEST ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMNTEM OD GODZ. 18.00

    W CZASIE ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    MSZA ŚWIĘTA WYNAGRADZAJĄCA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA

    ODPRAWIANA JEST O GODZ. 19.00

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17-tej. Chętni bardzo mile widziani.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLEŚCIWEJ MATKI – SERCA PRZEBITEGO SIEDMIOMA MIECZAMI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    _______________________________________________________________________

    OD 2 WRZEŚNIA TRWAJĄ PRACE RENOWACYJNE KOŚCIOŁA ŚW. PIOTRA.

    DLATEGO W PIĄTKI ADORACJA, SPOWIEDŹ ŚW. I MSZA ŚW. NA CZAS REMONTU BĘDĄ W SALI PARAFIALNEJ.

    NATOMIAST W SOBOTY I W NIEDZIELE MSZE ŚWIĘTE BĘDĄ W KOŚCIELE.

    ***

    image.png

    _______________________________________________________________________

    REKOLEKCJE RÓŻAŃCOWE W DNIACH OD 3 – 6 PAŹDZIERNIKA WYGŁOSI KS. TOMASZ ROŻEK, MICHAELITA Z GÓRY GARGANO

    ***

    Jak prawidłowo odmawiać Różaniec?

    ***

    W ROKU 2013 REKOLEKCJE O ANIOŁACH WYGŁOSIŁ W NASZEJ WSPÓLNOCIE WSPÓŁBRAT KSIĘDZA TOMASZA – KSIĄDZ PIOTR PRUSAKIEWICZ CSMA, KTÓRE MOŻNA ODSŁUCHAĆ NA STRONIE MISJI KATOLICKIEJ W GLASGOW. 

    ___________________________________________________________________

    W południowo-wschodnim regionie Włoch, zwanym Apulią, na górze Gargano, w mieście Monte Sant’Angelo znajduje się jedno z najsłynniejszych w Kościele katolickim sanktuariów ku czci świętego Michała Archanioła. Na szczycie góry wznosi się jedyna w swoim rodzaju Niebiańska Bazylika. To niezwykłe miejsce położone jest na wysokości 856 m n.p.m. i znajduje się około 20 kilometrów od San Giovanni Rotondo, miejsca, w którym żył i działał św. o. Pio. Ks. Tomasz, nasz tegoroczny rekolekcjonista, w tym miejscu sprawuje kapłańską posługę.

    ***

    ***

    PROGRAM REKOLEKCJI:

    PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA – 3 PAŹDZIERNIKA – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    PO MSZY ŚWIĘTEJ GODZINA ŚWIĘTA, KTÓRĄ POPROWADZI KS. REKOLEKCJONISTA

    _____________________________________________

    PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA – 4 PAŹDZIERNIKA – SALA PARAFIALNA PRZY KOŚCIELE

    OD GODZ. 18.00 – ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    NAUKA REKOLEKCYJNA

    _________________________________________________

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 5 PAŹDZIERNIKA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.30 – MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    NAUKA REKOLEKCYJNA

    __________________________________________________

    PIERWSZA NIEDZIELA MIESIĄCA – 6 PAŹDZIERNIKA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    ZAKOŃCZENIE REKOLEKCJI

    ___________________________________________________

    “Madonna z Dzieciątkiem i różańcem” /Bartolomé Esteban Murillo/fot. Wikimedia commons

    ***

    7 PAŹDZIERNIKA

    Najświętsza Maryja Panna Różańcowa

    Nasza Pośredniczka

    ____________________________________________

    Cudowna interwencja Matki Bożej

    Powstanie święta łączy się z wydarzeniem militarnym, które miało wpływ na losy Europy. Ekspansja turecka na Morzu Śródziemnym została zatrzymana pod Lepanto. W dniu 7 października 1571 r. połączone floty Hiszpanii, Wenecji i Państwa Kościelnego pod wodzą Juana d`Austria pokonały flotę turecką. W tym samym dniu ulicami Rzymu kroczyła pod przewodem Piusa V procesja odmawiając różaniec. Na czele procesji niesiono obraz Matki Boskiej Śnieżnej zwany Salus Populi Romani z bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie.

    Do zwycięstwa pod Lepanto przyczyniła się nagła zmiana wiatru uznana za cudowną interwencję Matki Bożej na skutek odmawiania różańca. Od tej pory obraz Matki Boskiej Śnieżnej złączył się na stałe z nabożeństwem różańcowym i otrzymał nazwę Matki Boskiej Zwycięskiej. Pius V ustanowił święto Matki Boskiej Zwycięskiej, które rok później (1572) Grzegorz XIII zmienił na święto Matki Boskiej Różańcowej. Klemens XI rozszerzył je na cały Kościół w 1716 r., a Leon XIII w 1888 r. ustalił liturgię święta i przeznaczył październik na odprawianie nabożeństwa różańcowego.

    Idea odwoływania się do wstawiennictwa Matki Bożej w potrzebach militarny przez modlitwę różańcową praktykowana była także w Rzeczpospolitej. Olbrzymia procesja różańcowa z biskupem Marcinem Szyszkowskim przeszła ulicami Krakowa 3 października 1621 r. w intencji wojsk polskich pod Chocimiem. I tu niesiono kopię obrazu Matki Boskiej Śnieżnej przywiezioną do Krakowa z Rzymu w 1600 r. Na pamiątkę zwycięstwa nad Turkami pod Chocimiem odbywała się odtąd w Krakowie co roku procesja różańcowa. Grzegorz XV (1621-1623) polecił aby Kościół w Rzeczpospolitej obchodziły rocznicę Chocimia uroczystym nabożeństwem ze śpiewem Te Deum.

    Maryja naszą Pośredniczką

    Różaniec jest najintensywniejszą formą pobożności maryjnej, a także najbardziej uniwersalnym sposobem modlitwy. Maryja powinna być czczona jako Pośredniczka, która włącza wiernych w misterium życia Chrystusa.

    Poznawanie tajemnic Jego zbawczego dzieła ukazuje niebiański i historyczny zarazem wymiar tych wydarzeń oraz akcentuje ich realność i zakorzenienie w świecie wyrażając istotne elementy dziejów zbawienia. W ten sposób różaniec przeciwstawia się redukcji świętej historii do zespołu jedynie ponadczasowych idei. Różaniec wpisuje misterium Chrystusa w tok Jego ziemskiego życia i życia Maryi, czyniąc je przez to bliskim i zrozumiałym.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Różaniec kontra mantra”

    „Różaniec kontra mantra”

    Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Therese Westby/Unsplash.com)

    ***

    Za kilka dni rozpocznie się październik, który w Kościele katolickim kojarzony jest z modlitwą różańcową. Wspominam swój „różańcowy” felieton sprzed roku, który wywołał ogromną falę hejtu na Facebooku, mimo że sam tekst nie ma w sobie nic kontrowersyjnego. Pamiętam, jak rozmawiając z przyjaciółką powiedziałam, że to taki niepozorny temat, a pod nim morze gnoju. Zaskoczyło mnie to wtedy bardzo. Czy modlitwa różańcowa jest aż tak kontrowersyjna, trudna, niezrozumiana? Widocznie tak. Być może jest też w jakiś sposób wyrzutem sumienia dla katolika…

    Patrząc na to od strony osoby wierzącej, widzę że wielu katolików nie lubi powtarzalności różańca. To z pozoru bardzo łatwa modlitwa, ale ta prostota to złudzenie. Odmawianie kolejnych Zdrowasiek wymaga przecież niesamowitego skupienia, bycia tu i teraz, wyciszenia, powtarzania tych samych fraz, co patrząc zwyczajnie po ludzku – może nudzić, usypiać, łatwo wkrada się zniechęcenie. Dlatego sama modląc się na różańcu, świadomie wybieram konkretne tajemnice różańcowe. Czasem czytam do nich jakiś katolicki komentarz, choć bardzo dawno tego nie robiłam. Zawsze jednak, pociągnięta przez duchowość ignacjańską, staram się mieć przed oczyma konkretny obraz. Wracać myślami np. do Maryi, która spotyka św. Elżbietę, albo do Jezusa, któremu ciernie przebijają skórę głowy. Gdy moje myśli na modlitwie uciekają, wracam do wyobrażenia sobie konkretnej tajemnicy, którą właśnie staram się rozważać. Wtedy moja modlitwa różańcowa nabiera dodatkowej głębi.

    Jak patrzą na różaniec osoby niewierzące? Czuję tutaj niejednokrotnie duży zgrzyt i ogromne nieporozumienie. Wiele osób niepraktykujących bądź uważających się za niewierzące, które mam w swoim najbliższym otoczeniu, korzysta z technik medytacyjnych. Powtarza mantry, ćwiczy uważność, wycisza się tak jak uczą tego ich mentalne guru. I jednocześnie śmieją się z różańca, jako czegoś bezsensownego. Serio, pytam? Czym, tak od strony osoby niewierzącej, różni się powtarzanie słów modlitwy różańcowej, od twojej mantry? Niczym. Niczym dla kogoś, kto nie wierzy, bo osoba wierząca ma świadomość, że modlitwa to nie puste słowa, rzucone w próżnię.

    Tyle od strony czysto ludzkiej, można by powiedzieć zewnętrznej, powierzchownej. Nieprzekonanych i tak nie przekona, wiem. Może też dlatego, że różaniec nie jest tylko powtarzaniem tych samych fraz. To modlitwa, której bardzo nie lubi szatan. Tak, słyszę ten rechot osób antykatolickich. Trudno, śmiejcie się dalej. Jednak ci, którzy próbowali kiedykolwiek odmówić nowennę pompejańską, albo tacy jak ja, którzy zobowiązali się odmawiać jedną dziesiątkę dziennie (to tylko 3 minuty!) w ramach róży różańcowej, wiedzą ile pojawia się przeciwności, gdy chwytają za różaniec. Ile wtedy myśli atakuje spokojny dotąd mózg! Dzieci nagle wychodzą ze swojej pieczary, w której siedziały ostatnią godzinę i nagle, teraz, już, natychmiast potrzebują twojego wsparcia. Kto na serio wchodzi w modlitwę różańcową, ten wie. Może nie zauważamy tego często, może nas ten problem nie dotyczy, albo nie jest mocno uciążliwy. Jednak znam wiele osób i sama też do nich należę, dla których różaniec jest modlitwą trudną, bo wiąże się z dużą wewnętrzną walką – o czas, skupienie, regularność. Ta modlitwa nie podoba się złemu. Zrobi wszystko, byśmy zrezygnowali. Dlaczego?

    Po ludzku – byśmy żyli w ciągłym hałasie, a skupienie na różańcu ten wewnętrzny wrzask wycisza. Z perspektywy duchowej – byśmy nie uczyli się ufności, otwartości, byśmy nie rozważali kolejnych tajemnic z życia Jezusa. Tak, Jezusa. Jednym z zarzutów wobec różańca jest to, że skupia nadmiernie na Maryi, ale wystarczy poznać tajemnice różańcowe by dostrzec, że ta modlitwa – owszem, jest maryjna – ale prowadzi do głębszego poznania życia Jezusa, do kontemplacji Jego drogi, która często tak bardzo może przenikać się z naszą.

    Październik, miesiąc różańca. Warto zatrzymać się i nazwać swoje odczucia wobec tej modlitwy. Nawet jeśli będą tylko negatywne, czy nie warto zobaczyć skąd we mnie takie przekonania, może też niezrozumienie i lęk? Myślę, że warto, a Kościół nie bez powodu zaprasza nas kolejny rok na różańcowe nabożeństwa.

    Magdalena Urbańska/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC WRZESIEŃ 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby każdy z nas usłyszał i wziął sobie do serca wołanie ziemi i ofiar klęsk żywiołowych i zmian klimatycznych oraz zobowiązał się do troski o świat, który zamieszkujemy.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *  “Matko Najświętsza do Serca Twego, Mieczem boleści wskroś przeszytego, Wołajmy wszyscy z jękiem ze łzami, Ucieczko grzesznych módl się za nami”.

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 września modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 sierpnia z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ***

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO, MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST GODZINA ŚWIĘTA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W KAŻDĄ TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM. NA POCZĄTKU SPOTKANIA O GODZ. 10.00 ŚPIEWAMY GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY A NA ZAKOŃCZENIE – W POŁUDNIE – MODLITWA NA ANIOŁ PAŃSKI.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I MSZA ŚWIĘTA O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA O GODZ. 5.00.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adoracja, czyli… z głową na sercu Boga

    Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli.

    Jan Paweł II adoruje Jezusa w Najświętszym Sakramencie w uroczystość Bożego Ciała w Rzymie w 2001 roku.

    fot. Daniel Gracia/East News

    ***

    Ostatnie lata życia papieża Jana Pawła II, gdy schorowany i zmęczony przed kamerami całego świata przez długie chwile w ciszy trwał w dziękczynieniu, są jak odrębny, ważny rozdział jego nauczania. Osłabiony papież modlił się z zamkniętymi oczami w milczeniu. Trudne to chwile dla dziennikarzy – nie wiadomo wszak, co w mediach lepiej wypadnie: cisza czy może komentarz ze studia. Głowa schorowanego starca z powodu postępującej choroby była przechylona. A może z dnia na dzień coraz wyraźniej wskazywała na jeden z najpiękniejszych gestów odnotowanych przez Ewangelie dwa tysiące lat wcześniej, gdy umiłowany uczeń złożył głowę na piersi Pana? Dwa lata przed śmiercią, 17 kwietnia 2003 roku, w Wielki Czwartek w Roku Różańca Świętego, dwudziestym piątym swojego pontyfikatu, Jan Paweł II podpisał encyklikę „Ecclesia de Eucharistia”. Napisał w niej między innymi: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca”. Ten wzruszający gest miłości człowieka do Boga opisany został w części poświęconej adoracji Najświętszego Sakramentu. Nieco dalej papież stwierdził: „Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim »sztuką modlitwy«, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”.

    Założenie, że chrześcijaństwo ma się wyróżniać „sztuką modlitwy”, po dwudziestu latach od ukazania się encykliki zawierającej to stwierdzenie jest jeszcze bardziej zasadne. A słowa, których użył Jan Paweł II w cytowanym tekście, mogą być pomocną wskazówką, jak się tej sztuki uczyć: najpierw zatrzymać się przed Nim; kolejne etapy to: duchowa rozmowa, cicha ado­racja i postawa miłości. Owoce: pociecha i wsparcie. Kto z nas ich nie potrzebuje?

    Zatrzymać się

    W ciemnym kinie oczekujący na rozpoczęcie seansu, znudzeni długimi reklamami widzowie otrzymują na moment przed projekcją komunikat: nie rozpraszaj się. Przekazany jest w krótkim filmie, na którym setki, tysiące ludzi wpatrzonych w ekrany smartfonów odbiera co chwilę powiadomienia. Rozbrzmiewają dźwięki Messengera, WhatsAppa, esemesów i e-maili. Coraz więcej i coraz szybciej. Powiadomienia, powiadomienia, powiadomienia – nie da się na dłużej skupić na żadnym, bo wciąż przychodzą nowe i domagają się reakcji. Twórcy komunikatu mówią wprost: przestań reagować. Skup się na jednym. Aż dziw bierze, że takich czasów dożyliśmy. Kiedy w średniowieczu zainicjowano praktykę wystawiania Najświętszego Sakramentu do adoracji, nikomu nie śniło się nawet ich nadejście. Pod koniec XIV wieku, gdy zaczęto używać monstrancji, zapewne też nie. A jednak nadeszły takie czasy i – zgodnie z radą papieża Polaka – warto przemyśleć kwestię, czy jako chrześcijanie nie powinniśmy zaproponować tym czasom antidotum. Czy nie powinna być nim monstrancja z wystawionym w niej Najświętszym Sakramentem?

    Zatrzymaj się! Mamy ci coś do zaproponowania. Odłóż telefon, wyłącz się z tej chaotycznej gonitwy myśli przebiegających między głową, oczami i kciukiem. Adoracja Najświętszego Sakramentu jest taką chwilą zatrzymania, o ile pod ławką nie schowasz wyciszonego smartfona, by widzieć jego rozświetlający się co chwilę ekran i trzymać rękę na pulsie. Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli. Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować, zwłaszcza gdy na adorację udajesz się w chwilach trudnych i wymagających podejmowania kluczowych decyzji. Skupienie na oddechu i na prostej, białej Hostii z pewnością pomoże odciąć choć na chwilę ten nurt myśli, które cię zalewają. Z każdą kolejną próbą szansa na powodzenie staje się coraz większa.

    Duchowa rozmowa

    Siostry z klasztoru św. Hildegardy przyjmowały Komunię Świętą w stroju oblubienicy – z koroną na głowie. W barokowych świątyniach uwagę miał przykuwać ozdobiony złoty ołtarz z „mieszkaniem Króla” w centrum. Jak to w historii bywa, co epoka następuje zmiana w odwrotnym kierunku. Oświecenie, wraz z kultem rozumu, przyniosło odwrót i niemal zamarcie zewnętrznych form adoracji (w Polsce nastąpiło to o wiele później niż w innych krajach Europy). To zestawienie nie jest przypadkowe i może się stać pomocne w zrozumieniu, na czym polega drugi krok wytyczony słowami Jana Pawła II w encyklice o Eucharystii. Rozum czasem powinien zamilknąć, by na adoracji podjąć rozmowę duchową. Bo nie chodzi w niej przecież o pozałatwianie z Bogiem wszystkich swoich codziennych problemów. Pociecha i wsparcie mają przyjść po niej, ale żeby przyszły, trzeba najpierw duchowo porozmawiać z Jezusem, w którym utkwiło się spojrzenie. Mówienie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza wypowiadanie słów (nawet wewnątrz siebie i bez otwierania ust). Słuchanie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza słyszenie słów (również wewnątrz siebie). To tajemnicze spotkanie, które dokonuje się między adorującym a Bogiem, nie ma innego języka niż spoglądanie na siebie. Stara i powszechnie znana opowieść o wieśniaku, którego spotykał w kościele św. Jan Maria Vianney, dobrze oddaje tę rzeczywistość. – Co robisz? – spytał kiedyś klęczącego przed Najświętszym Sakramentem człowieka. – Nic. Patrzę tylko na Niego, a On patrzy na mnie – usłyszał w odpowiedzi.

    Cicha adoracja

    Kwintesencją tej duchowej rozmowy jest cicha adoracja. Łacińskie adoratio oznacza oddawanie czci, uwielbianie. „Jedna chwila prawdziwej adoracji ma większą wartość i przynosi więcej pożytku niż najintensywniejsza działalność, choćby to była nawet działalność apostolska” – napisał święty Jan od Krzyża („Pieśń duchowa” 29,3), którego słowa zacytował Jan Paweł II, przemawiając 24 listopada 1978 r. do przełożonych generalnych zakonów męskich. Odwieczne napięcie między actio i contemplatio, pomiędzy „działać” a „modlić się”, znajduje rozwiązanie. Chodzi przecież o to, by oddać chwałę Bogu, „prawdziwie” oddać, jak napisał hiszpański mistyk, to znaczy tak, aby faktycznie Bóg został uwielbiony. A nie o to, aby w ciszę uciekać od codziennych obowiązków.

    Kiedy świeżo nawrócony święty Karol de Foucauld poszukiwał dla siebie miejsca na świecie, pragnienia miał tylko dwa: być najmniejszym i najuboższym oraz trwać na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Piaski Sahary, które zdają się puste (to dlatego w ich kierunku udawali się mistrzowie ducha – ojcowie pustyni), w rzeczywistości okazały się ziemią, na której żyło wielu ludzi potrzebujących pomocy. Od Karola otrzymali pomoc zarówno materialną, jak i duchową, sami o niego również się troszcząc, zwłaszcza wtedy, gdy śmiertelnie zachorował. Trudno uniknąć skojarzeń ze sformułowaniem: jeśli Bóg jest na właściwym miejscu, to wszystko inne również. Bo jeśli w ciszy adorujesz Boga, całe twoje rozdygotane wnętrze, wypełnione Jego chwałą, ma szansę się zmienić.

    Postawa miłości

    W osobie świętego Jana, kojarzonego z „umiłowanym uczniem”, jest coś tajemniczego. Utożsamienie go z autorem księgi bardzo niezwykłej – Apokalipsy – pogłębia to wrażenie. A jednak, gdy pod krzyżem stał obok Maryi, symbolizował Kościół. Cały, powszechny, którego Ona stała się wówczas Matką. Nie każdy z nas może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem. Janem jednak jesteśmy wszyscy, i to jest bardzo pocieszające. Czy kładąc głowę na piersi Jezusa w czasie pierwszej Eucharystii, dostąpił zaszczytu? Niewątpliwie. Każdy z nas może tego zaszczytu dostąpić, o ile uda się na ado­rację Najświętszego Sakramentu. „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi” – napisał Jan Paweł II w encyklice, dokumencie o bardzo wysokiej randze w nauczaniu Kościoła. Nie chodzi zatem o jakąś wysublimowaną poezję, piękne słowa i porównania. Chodzi o rzeczywistość.

    W „postawie miłości”, którą powinniśmy przyjąć w trakcie adoracji Najświętszego Sakramentu, również nie chodzi o wzbudzanie w sobie jakichkolwiek uczuć, bo nie one są istotą oddawania czci; raczej o gotowość dochowania wierności, całkowitego podporządkowania siebie Chrystusowi. Jeśli kładę głowę na Jego piersi, to znaczy, że mogę usłyszeć bicie Jego serca, z którego wypłynęły krew i woda. „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał…” (J 3,16) – a czy dla Ojca może być coś ważniejszego od Syna? Dla Boga Ojca tak. Ty. Historia twojego życia to historia miłości, o której napisano najpiękniejszy w historii eucharystyczny hymn. Padają w nim słowa: „Ty, co jak pelikan Krwią swą karmisz lud…”. Wedle legendy pelikan dziobem otwierał własną pierś i krwią karmił zgłodniałe potomstwo, a nawet przywracał je do życia. Masz Komu zaufać, bo krew i woda, które wytrysnęły z otwartego boku Zbawiciela, do końca świata kojarzyć się będą z krótkim podpisem: „Jezu, ufam Tobie!”.

    Pociecha i wsparcie

    Powróćmy do wyznania świętego Jana Pawła II: „Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”. Czy można pomiędzy bólem poszczególnych ludzi dokonywać porównań? Obiektywnie tak, ale przecież każdy z nas ma swój wewnętrzny, intymny świat, w który inni nie mają wglądu. Jeśli jednak przyjrzeć się temu, jak święty Jan Paweł II przeżywał swoją posługę na Piotrowej stolicy, siła, pociecha i wsparcie były niezbędne. Niemal natychmiast po powrocie do sił po zamachu w 1981 roku zainaugurował w bazylice Świętego Piotra wieczystą adorację. Modlił się wówczas: „Pewnego dnia, Panie, zapytałeś Piotra: – Czy miłujesz Mnie? Zapytałeś go po trzykroć – i trzy razy apostoł Piotr odpowiedział: – Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham (J 21,17). Odpowiedź Piotra wyraża się w tej codziennej i całodziennej adoracji. Niech wszyscy, którzy uczestniczą w adoracji Twojej eucharystycznej obecności, odczują i usłyszą w czasie każdej wizyty, jak na nowo rozbrzmiewa prawda zawarta w słowach Apostoła: Panie, ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”.

    Nie każdy z nas – powtórzmy – może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem i nosić na barkach ciężar całego świata. Janem jednak jesteśmy wszyscy i to jest bardzo pocieszające. Głowa złożona na piersi Mistrza w czasie adoracji ma szansę boleć mniej, nawet w najtrudniejszych chwilach życia i na najostrzejszych jego zakrętach. Możemy – ufając słowom świętego Jana Pawła II – doświadczyć pociechy i wsparcia. A i dać świadectwo, wyróżniać się „sztuką modlitwy” wobec świata, który pragnie Boga bardziej, niż podejrzewa.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Tylko przed Bogiem. Klęczenie przed Eucharystią jest wyznaniem wolności

    „Robię, co mogę; ciągle na nowo czerpię odwagę z tabernakulum” – pisała św. Edyta Stein. Gdzie mamy szukać nadziei, jak nie przed Najświętszym Sakramentem? Kto klęka przed Jezusem, ten staje się wolny.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Nawet Msza święta może stać się nudnym niedzielnym obowiązkiem. Przyznam, że kiedy ją odprawiam, łapię się często na tym, że moje myśli i uczucia krążą daleko od ołtarza. Podejrzewam, że dotyczy to nie tylko mnie. Przychodzimy do kościoła z naszym grzechem, zagonieniem, zniechęceniem, zwątpieniem… Całe to nasze zagubienie jest jeszcze jednym dowodem na to, że potrzebujemy odkupienia. Bóg nie da się wyprzedzić w miłości. On pierwszy chce nas odnaleźć, zanim my zaczniemy Go szukać. On zawsze JEST, my tylko bywamy.

    Kiedy Mojżesz zobaczył płonący krzew, znak obecności żywego Boga, usłyszał: „Mojżeszu, Mojżeszu! (…) Zdejm sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą!”. Bóg przedstawił mu się słowami: „JESTEM, Który JESTEM”. W czasie każdej Eucharystii stajemy na świętej ziemi. Bóg wychodzi nam na spotkanie i mówi: „JESTEM tutaj z wami, JESTEM dla was”. Czy rozpoznajemy tę tajemniczą obecność ukrytą za zasłoną pokornych znaków? Czy zdejmujemy sandały? Co może nas, kapłanów i świeckich, wyrwać z rutyny, z obojętności? Jan Paweł II i Benedykt XVI podpowiadają skuteczny środek pobudzający: adoracja Eucharystii – trwanie przed Najświętszym Sakramentem, także poza Mszą świętą.

    Chcę uklęknąć!

    Ksiądz Konrad Krajewski, papieski ceremoniarz, wspominał niedawno na naszych łamach (GN13/2011) ostatnią procesję Bożego Ciała z udziałem bł. Jana Pawła II. Był rok 2004. Papież fizycznie był bardzo słaby. „Ojciec Święty koniecznie chciał uklęknąć. Powiedział do mnie: »Chciałbym uklęknąć«. Ja mówię: »Ojcze Święty, ale ten samochód bardzo trzęsie« (bo jechaliśmy na aucie-platformie). Nie wiedziałem, co powiedzieć. Ojciec Święty: »Aha«. Ale za chwilę znowu: »Chcę uklęknąć«. Ja: »To może na wysokości redemptorystów«. Koło redemptorystów papież zwrócił się jeszcze raz stanowczo, troszkę podenerwowany: »Tam jest Najświętszy Sakrament!«. Wtedy razem z abp. Marinim pomogliśmy mu uklęknąć. Dosłownie na parę sekund. Jak tylko uklęknął, wiedział, że musi zaraz wstać, bo kolana już nie wytrzymywały”.

    Jeszcze jeden obraz. Jeden z kolegów księży opowiadał o swoich wrażeniach ze Mszy świętej w prywatnej kaplicy Jana Pawła II. „Kiedy weszliśmy do kaplicy, on już klęczał na klęczniku na środku kaplicy i modlił się. Głowę miał ukrytą w dłoniach. Ani drgnął. Trwał tak bez ruchu bardzo długo. Pomyślałem sobie, że to jest właśnie skała – Piotr. W tym miejscu, w tej postawie modlitwy przed Eucharystią, jakby nieobecny, całkowicie zanurzony w Bogu”. Ten obraz papieża klęczącego przed Najświętszym Sakramentem powracał podczas licznych stacji jego pielgrzymki przez ziemię.

    Kiedy Jan Paweł II przyjechał do Turynu, aby oddać cześć Całunowi Turyńskiemu, minął tę bezcenną relikwię. Pierwsze kroki skierował w stronę Najświętszego Sakramentu. Jakby chciał nam podpowiedzieć: żadna relikwia nie dorównuje tabernakulum!

    Benedykt XVI jeszcze jako kard. Ratzinger w słynnej książce „Duch liturgii” przeciwstawił się poglądom kwestionującym wartość adoracji Najświętszego Sakramentu. Tu i ówdzie słychać było zdanie, że dary eucharystyczne są po to, by je spożywać, a nie oglądać. „Lekkomyślność, z jaką głoszone są takie opinie, może jedynie dziwić” – komentuje obecny papież. To prawda, że adoracja eucharystyczna poza Mszą świętą rozwinęła się w Kościele dopiero w średniowieczu, ale było to pogłębienie tego, w co wierzono od początku, że zmartwychwstały Chrystus jest realnie obecny w Eucharystii. Łacińskie słowo tabernaculum oznacza namiot. To adaptacja hebrajskiego shekina, którym nazywano namiot z Arką Przymierza towarzyszący Żydom podczas ich drogi do Ziemi Obiecanej. Tabernakulum jest dziś dla nas tym, czym niegdyś była Arka Przymierza. Jest namiotem obecności Boga, w wiejskim kościółku, w szpitalnej kaplicy czy we wspaniałej katedrze. „Kościół, w którym pali się wieczna lampka, żyje zawsze i jest czymś więcej niż kamienną budowlą – w kościele tym zawsze czeka na mnie Jezus Chrystus, woła mnie, chce mnie samego uczynić »eucharystycznym«” – pisał kard. Ratzinger.

    Potrzebne zdumienie

    Podczas pierwszego „papieskiego” Bożego Ciała w 1979 roku Jan Paweł II mówił z zachwytem: „W tym milczeniu białej Hostii niesionej w monstrancji są wszystkie słowa Chrystusa, jest całe Jego życie oddane na ofiarę Ojcu za każdego z nas”. Po 25 latach pontyfikatu papież podarował Kościołowi encyklikę poświęconą Eucharystii, jak się okazało – ostatnią. „Ecclesia de Eucharistia” jest więc w pewnym sensie jego duchowym testamentem. Kluczowe słowo tego dokumentu brzmi „zdumienie”. Eucharystii powinno towarzyszyć zdumienie, podkreśla Jan Paweł II. „Pragnę to eucharystyczne »zdumienie« rozbudzić, pisząc tę encyklikę” – dodaje.

    W tej ostatniej encyklice sporo jest słów bardzo osobistych, pokazujących, jak bezcennym skarbem dla Jana Pawła II była Eucharystia. „Od ponad pół wieku, począwszy od pamiętnego 2 listopada 1946 roku, gdy sprawowałem moją pierwszą Mszę św. w krypcie św. Leonarda w krakowskiej katedrze na Wawelu, mój wzrok spoczywa każdego dnia na białej hostii i kielichu, w których czas i przestrzeń jakby »skupiają się«, a dramat Golgoty powtarza się na żywo, ujawniając swoją tajemniczą »teraźniejszość«. Każdego dnia dane mi było z wiarą rozpoznawać w konsekrowanym chlebie i winie Boskiego Wędrowca, który kiedyś stanął obok dwóch uczniów z Emaus, ażeby otworzyć im oczy na światło, a serce na nadzieję”.

    Zachęta do trwania na adoracji przed wystawionym Najświętszym Sakramentem brzmi również bardzo osobiście: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,23), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca” – wyznaje Jan Paweł II. I dodaje: „Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim »sztuką modlitwy«, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”.

    Grzechem byłoby nie adorować

    Papież Benedykt rozpoczął swój pontyfikat w kwietniu roku 2005. Było to dokładnie w połowie Roku Eucharystycznego, który w październiku 2004 zainaugurował Jan Paweł II. Czy nie jest to wymowny znak? Zmieniają się ziemscy pasterze, ale Najważniejszy Pasterz pozostaje z nami – szczególnie w Eucharystii.

    Benedykt XVI w adhortacji apostolskiej „Sacramentum caritatis” podkreśla konieczności adoracji. Raz jeszcze, tym razem jako papież, odrzuca zarzut, że chleb eucharystyczny miałby nam być dany nie dla kontemplacji, a tylko dla spożywania. Benedykt przywołuje mocne słowa św. Augustyna: „Niech nikt nie spożywa tego Ciała, jeśli Go najpierw nie adorował; grzeszylibyśmy, gdybyśmy Go nie adorowali”. A następnie wyjaśnia, że między adoracją a samą Mszą św. istnieje ścisły związek. „Akt adoracji poza Mszą św. przedłuża i intensyfikuje to, co się dokonało podczas samej celebracji liturgicznej. W rzeczywistości tylko przez adorację można dojrzeć do głębokiego i autentycznego przyjęcia Chrystusa”.

    W naszym świecie narasta zjawisko idolatrii, czyli kultu bożków. Świat stwarza wciąż swoich bogów: pieniądze, seks, aborcja, sława. Wszystkie te fałszywe bóstwa obiecują wyzwolenie i wolność. Chrześcijańska odpowiedź jest tylko jedna: tylko Bóg objawiony przez Jezusa jest Bogiem, który wyzwala. Benedykt XVI trafia w punkt: „Adoracja Boga Jezusa Chrystusa, który stał się chlebem łamanym z miłości, jest najbardziej skutecznym i radykalnym środkiem przeciwdziałającym wszelkiej, dawnej i współczesnej, idolatrii.

    Klęczenie przed Eucharystią jest wyznaniem wolności: ten, kto klęka przed Jezusem, nie może i nie powinien korzyć się przed żadną władzą ziemską, bez względu na jej siłę. My, chrześcijanie, klękamy tylko przed Bogiem, przed Najświętszym Sakramentem, ponieważ w Nim, jak wiemy i jak wierzymy, jest obecny jedyny prawdziwy Bóg, który stworzył świat i tak go umiłował, że dał swego Jednorodzonego Syna”.

    W wielu kościołach w Polsce jest zwyczaj całodziennej adoracji Najświętszego Sakramentu. We Francji rozpowszechnia się w parafiach wieczysta adoracja. Ludzie raz w tygodniu poświęcają godzinę na modlitwę (w dzień lub w nocy) przed Najświętszym Sakramentem. Na przykład w miasteczku Sanary-sur-Mer nad Morzem Śródziemnym. Tristan, ojciec rodziny, szef przedsiębiorstwa, jest jednym ze 168 osób (tyle jest godzin w tygodniu), które uczestniczą w tej sztafecie. Przychodzi do kościoła w każdy poniedziałek rano, od piątej do szóstej. „Żyję na wysokich obrotach” – zwierza się. „Spędzenie tej godziny raz w tygodniu z Panem Jezusem zmienia spojrzenie na życie, na radości, na trudności”. Czy nie jest to dobry pomysł i dla naszych parafii? Czy znajdziemy w parafii 168 ludzi gotowych dać jedną godzinę w tygodniu dla Boga? Kiedyś zapytano bł. Matkę Teresę: „Co uratuje świat?”. Odpowiedziała: „Moją odpowiedzią jest modlitwa. Każda parafia musi godzinami trwać na adoracji, u stóp Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    Inspiracją dla tego tekstu była książka Ludovica Lecuru i Floriana Racine, Adoracja eucharystyczna, wyd. PROMIC, Warszawa 2010.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Suplikacje

    Jest to błagalna pieśń, prośba, śpiewana w okresach wielkich nieszczęść, zarazy, klęsk żywiołowych

    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny,
    Zmiłuj się nad nami…
    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny,
    Zmiłuj się nad nami…
    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny,
    Zmiłuj się nad nami…

    Od powietrza, głodu, ognia i wojny
    Wybaw nas Panie!

    Od powietrza, głodu, ognia i wojny
    Wybaw nas Panie!

    Od powietrza, głodu, ognia i wojny
    Wybaw nas Panie!

    Od nagłej i niespodzianej śmierci
    Zachowaj nas Panie!


    Od nagłej i niespodzianej śmierci
    Zachowaj nas Panie!

    Od nagłej i niespodzianej śmierci
    Zachowaj nas Panie!


    My grzeszni Ciebie Boga prosimy
    Wysłuchaj nas Panie!

    My grzeszni Ciebie Boga prosimy
    Wysłuchaj nas Panie!


    My grzeszni Ciebie Boga prosimy
    Wysłuchaj nas Panie!

    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny,
    Zmiłuj się nad nami…
    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny,
    Zmiłuj się nad nami…
    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny,
    Zmiłuj się nad nami.

    ***

    Krucyfiks z ogarniętego powodzią kościoła franciszkanów w Kłodzku

    fot. Kamil Gąszowski/ Gość Niedzielny

    __________________________________________________________

    W NIEDZIELĘ 22 WRZEŚNIA TACA BYŁA PRZEZNACZONA NA POMOC NASZYM RODAKOM POTRZEBUJĄCYM POMOCY Z POWODU OGROMNYCH SZKÓD POWODZI

    ZEBRALIŚMY 1200 FUNTÓW, KTORE PRZEKAŻEMY W NAJBLIŻSZYCH DNIACH POWODZIANOM.

    BARDZO SERDECZNIE DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM OFIARODAWCOM. NIECH PAN BÓG WYNAGRODZI WASZĄ WIELKĄ CHOJNOŚĆ.

    _______________________________________________________________

    Proboszcz z Kłodzka o zniszczeniu miasta przez powódź: To bardzo trudne. Kolejny raz trzeba będzie wszystko odbudować

    Kłodzko po zejściu wody / fot. Maciej Kulczyński/Gość Niedzielny/PAP

    ***

    Zbiórki pomocowe i modlitwa.

    Kościół odpowiada na potrzeby powodzian

    Powódź, która dotyka południowe rejony Polski, niesie za sobą zniszczenia na ogromną skalę. Diecezje i instytucje kościelne wzywają do modlitwy i organizują działania pomocowe. Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Tadeusz Wojda SAC zaapelował, by niedziela 22 września była dniem zbiórki na pomoc poszkodowanym w wyniku powodzi.

    Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Tadeusz Wojda SAC zaapelował, by niedziela 22 września była dniem zbiórki na pomoc poszkodowanym w wyniku powodzi. Zebrane środki finansowe zostaną przekazane osobom dotkniętym kataklizmem za pośrednictwem Caritas Polska

    „Chcę wyrazić nasze współczucie wobec tych, którzy doświadczyli tego wielkiego dramatu, ale jednocześnie zapewnić, że nie pozostają oni sami. Modlimy się za nich, wspieramy ich duchowo, ale jednocześnie chcemy wesprzeć ich również materialnie. Caritas Polska, która koordynuje pomoc w imieniu całego Kościoła w Polsce, już zaczęła ją świadczyć” – zaznaczył Przewodniczący Episkopatu.

    „Apeluję do wszystkich o hojność, wsparcie, pomoc, tak jak zawsze to czyniliśmy. Hojność Polaków jest wielka” – podkreślił abp Wojda.


    Wcześniej przeprowadzenie zbiórki we wszystkich parafiach w najbliższą niedzielę zapowiedziała archidiecezja krakowska, deklarując również przekazanie 500 tysięcy złotych na ten cel. Środki będą rozdzielane przez Caritas Archidiecezji Krakowskiej w porozumieniu z diecezjami, obejmującymi najbardziej poszkodowane tereny

    W niedzielne popołudnie zbiórkę uruchomiła Caritas Polska. Na początek przekazała 200 tys. zł na pilną pomoc interwencyjną powodzianom z terenów diecezji opolskiej, świdnickiej, bielsko-żywieckiej i legnickiej. To środki, które trafią do diecezjalnych ośrodków Caritas na terenach dotkniętych powodzią i będą mogły być wydane na pilne potrzeby. Na ogólnopolską zbiórkę wpłat można dokonywać na stronie www.caritas.pl, ale także poprzez BLIK na numer 668 070 000 tytułem POWODZ oraz przelewem tradycyjnym na konto 77 1160 2202 0000 0000 3436 4384 z dopiskiem POWODZ.

    Potrzebna jest też pomoc rzeczowa od firm (ilości hurtowe). – W tym momencie nie prowadzimy zbiórek rzeczowych od osób indywidualnych. Potrzebne są: osuszacze, woda pitna, agregaty prądotwórcze, łopaty, taczki, gumowce, ścierki, artykuły higieniczne, żywność z długim terminem ważności – informują pracownicy Caritas Polska.

    Pomoc rzeczowa od firm może być zgłaszana na adres powodz@caritas.org.pl.

    Działania podjęły także diecezjalne Caritas – w diecezjach świdnickiej i opolskiej zostały uruchomione jadłodajnie, w których z ciepłego posiłku mogą skorzystać osoby poszkodowane przez żywioł. 

    Pomoc dla poszkodowanych organizuje także diecezja legnicka, na terenie której znajdują się między innymi Jelenia Góra, Wleń i Lwówek Śląski. 

    Najbardziej w tej chwili potrzeba takich artykułów jak: woda, środki czystości, papier toaletowy i papierowe ręczniki, środki higieniczne i nowe ręczniki bawełniane, nowe koce i pościel. W późniejszym terminie będą potrzebne narzędzia do porządkowania pozalewanych posesji, domów, osuszacze, buty gumowe, rękawiczki gumowe, worki.

    – Informacje o chęci przekazania ww. rzeczy można kierować na adres Caritas Diecezji Legnickiej: powodz@caritaslegnica.pl oraz na numer tel. 767244300 (od 7.00 do 15.00), jak i na FB legnickiej Caritas.

    Pomoc można też przekazywać do siedziby Legnickiej Kurii Biskupiej przy ul. Jana Pawła II 1 od poniedziałku do wtorku (16-17 września) w godzinach od 8:00 do 15:00. – Spieszmy z pomocą naszym braciom i siostrom dotkniętym przez powódź – apeluje biskup legnicki Andrzej Siemieniewski. – W niedzielę na własne oczy mogłem się przekonać o tym, jakich zniszczeń dokonują wody Bobru czy Kaczawy. To, co było zapowiadane od kilku dni, teraz stało się faktem. Wiele miejsc zostało dotkniętych powodzią, wielu ludzi potrzebuje pomocy, stąd mój apel do wszystkich diecezjan o pomoc i wsparcie – mówi bp Siemieniewski.

    Jak informuje ks. Robert Serafin, pierwszy transport wyruszy do potrzebujących już we wtorek.

    W pomoc poszkodowanym mieszkańcom Kłodzka angażują się tamtejsi jezuici przy parafii pw. Wniebowzięcia NMP. Jak informuje proboszcz parafii o. Andrzej Migacz SJ, zakonnicy we współpracy z urzędem miasta zorganizowali punkt pomocy dla powodzian. Zbierane są tam żywność długoterminowa, woda oraz środki czystości. 

    – Zorganizowaliśmy zespół wolontariuszy przy naszym Caritas, aby zapewnić stałe dyżury w punkcie pomocy. Naszym celem jest także dotarcie bezpośrednio do rodzin, które ucierpiały w wyniku powodzi, z myślą o długoterminowej pomocy. W tej chwili zbieramy najpilniejsze środki, ale jesteśmy świadomi, że z biegiem czasu może zmniejszyć się zainteresowanie wsparciem. Dlatego planujemy również zbiórkę funduszy, które pomogą w przyszłości w odbudowie i remontach zniszczonych domów – mówi o. Migacz.

    Franciszkański Wolontariat „Bracia Braciom” szuka osób gotowych do podjęcia wolontariatu w Kłodzku. Jak informuje br. Cordian Szwarc, ze względu na kryzysową sytuację i wymagające warunki pracy poszukiwane są osoby pełnoletnie, odpowiedzialne, chcące włączyć się w bezpośrednią pomoc osobom poszkodowanym, niebojące się wyzwań, pracy fizycznej i działania w zespole.

    Zadaniem wolontariuszy jest pomoc w pracach porządkowych, oczyszczanie budynków z mułu wodnego, skuwanie tynków, prace gospodarcze, wsparcie logistyczne
    i inne zadania wynikające z potrzeb mieszkańców.

    Fundacja zapewnia wolontariuszom nocleg, wyżywienie, ubezpieczenie, umowę wolontariacką, transport do miejsc, w których będzie odbywała się pomoc, narzędzia, sprzęty niezbędne do wykonywania prac gospodarczych. Franciszkanie proszą, aby każdy wolontariusz miał ze sobą przynajmniej dwa zestawy odzieży roboczej oraz
    obuwie odporne na wodę (najlepiej kalosze).

    W sieci pojawia się dużo zbiórek, wielu oszustów próbuje wykorzystać naturalną chęć pomagania – zebrane przez nich pieniądze nigdy nie trafią do potrzebujących. Dlatego ważne jest, aby weryfikować, gdzie przelewamy pieniądze – najlepiej korzystać wyłącznie ze zweryfikowanych profili lub wchodzić na strony internetowe organizacji pomocowych.

    Ze strony hierarchów nie brakuje także wyrazów wsparcia i wezwań do modlitwy.

    “Łączę się duchowo ze wszystkimi dotkniętymi skutkami powodzi w południowej części naszego kraju. Modlę się także za niosących pomoc i apeluję do ludzi dobrej woli o konieczne wsparcie dla poszkodowanych i ofiar żywiołu” – przekazał za pośrednictwem mediów społecznościowych przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Tadeusz Wojda SAC.

    Wyrażam serdeczną jedność ze wszystkimi poszkodowanymi powodzią. W sposób szczególny otaczam modlitwą tych, którzy stracili dorobek swojego życia. Bardzo proszę duszpasterzy i wiernych o nieustanną modlitwę i pomoc w organizowaniu wsparcia poszkodowanym – napisał bp Marek Mendyk, biskup świdnicki. Walka z powodzią wciąż trwa, z jej skutkami wciąż mierzą się mieszkańcy wielu gmin i powiatów diecezji.

    Dziękuję osobom i instytucjom, które tak ofiarnie angażują się w ochronę lokalnej społeczności przed nowymi zagrożeniami. Łączę się duchowo ze strażakami, wolontariuszami, harcerzami, służbami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo mieszkańców. Bardzo proszę duszpasterzy i wiernych o nieustanną modlitwę i pomoc w organizowaniu wsparcia poszkodowanym. Niech Matka Boża Bolesna, patronka dnia dzisiejszego, wyprasza nam u swojego Syna Jezusa Chrystusa błogosławieństwo i ufną nadzieję na ten trudny czas. 
    bp Marek Mendyk, biskup świdnicki.

    Bp Andrzej Czaja zaapelował o pomoc powodzianom na terenie diecezji opolskiej. Wieczorem ma się zebrać diecezjalny sztab kryzysowy, który zbierze informacje o potrzebach i opracuje formy wsparcia. – Jeśli nasza pomoc ma być skuteczna, musimy to skoordynować – zaznacza biskup, apelując o solidarność z poszkodowanymi. – Jesteśmy z wami i zapewniam, że będziemy was wspierać – dodaje.

    artykuł aktualizowany/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Freepik

    **

    W obliczu klęski powodzi módlmy się za ofiary, wszystkich ludzi, których dotknęła powódź i służby ratunkowe.

    Święty Jan Nepomucen, prezbiter i męczennik to ten, który jest orędownikiem w czasie powodzi.

    Jego imienia wzywali także wszyscy tonący. Święty pochodził z Czech i tam prowadził między innymi swoją działalność ewangelizacyjną. Był posłuszny wobec biskupa i troszczył się o dobro wspólnoty Kościoła.

    Legenda głosi, że święty pewnego dnia, podczas trwających zatargów między królem praskim a arcybiskupem Pragi, Jan prowadził mediacje, które niestety nie zakończyły się sukcesem. Z tego też powodu, Wacław IV Luksemburczyk pojmał kapłana i poddał go torturom, a następnie pół żywego kazał zrzucić go z przywiązanym kamieniem do szyi.

    Według historii kamień urwał się, a niezwykła jasność obudziła mieszkańców Pragi. Podobno widząc to król odbył pokutę i zaniechał swych działań, choć nie na długo. Jan niezwykle umiłował sobie tajemnicę spowiedzi. Strzegł jej, pomimo gróźb króla, który mówił, że jeśli kapłan nie zdradzi tego, co podczas spowiedzi powiedziała mu królowa, to zostanie zamordowany… Tak też się stało.

    Modlitwa w czasie powodzi

    Do Ciebie, któremu wichry i jeziora są posłuszne, wołamy dziś: święty Boże, święty Mocny, święty a Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami, od zarazy, głodu, deszczu i powodzi wybaw nas Panie!

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Módlcie się za nas”. Reportaż z dotkniętych powodzią Głuchołazów

    Woda, która z hukiem gnała między domami, niosła ogromne drzewa, samochody osobowe, a nawet przyczepę kempingową. Rozmawialiśmy z ludźmi dotkniętymi przerażającym doświadczeniem: powodzią w Głuchołazach.

    Biała Głuchołaska zerwała mosty w mieście.

    zdjęcia w tym artykule – Henryka Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Sylwia Gitlarz jest jedną z osób, które w niedzielę 15 września straciły w tym mieście dorobek życia. Woda wdarła się do jej mieszkania na parterze wielorodzinnego, jednopiętrowego budynku przy alei Jana Pawła II. Zalała wszystko oprócz wiszących półek w kuchni i obrazów na ścianie, w tym jednego z Jezusem Miłosiernym.

    Wyrwane kable z lodówki

    A było to mieszkanie niedawno wyremontowane, z uroczym tarasem, na którym Sylwia z mężem i przyjaciółmi, którzy ich odwiedzali, uwielbiali spędzać czas. Dobrze się im tu żyło, zwłaszcza że trafili na bardzo dobrych sąsiadów.

    Dla głodnych, pozbawionych prądu i wody mieszkańców Głuchołaz na rynku zupę gotowała ekipa z Fundacji Dobre Miejsce z tutejszymi wolontariuszami.

    Dla głodnych, pozbawionych prądu i wody mieszkańców Głuchołaz na rynku zupę gotowała ekipa z Fundacji Dobre Miejsce z tutejszymi wolontariuszami.

    ***

    Kiedy woda opadła, musieli wyrzucić całe wyposażenie mieszkania. – Straciliśmy wszystko. Płaczemy, ale bierzemy się do roboty, choć nie mamy za bardzo pojęcia, za co konkretnie się wziąć… Wczoraj przyszli do nas sąsiedzi. Też płakali. Posprzątaliśmy razem szlam, wyrzuciliśmy panele i meble – wylicza pani Sylwia. – Mamy więc pomoc sąsiedzką. Z miasta za darmo przywożą jedzenie. Ludzie z serca pomagają i to jest wzruszające. Pan, od którego wynajmujemy garaż, zadzwonił, że zwraca nam wrześniową opłatę i dalsze wstrzymuje. Ludzie są dobrzy. Choć są też jednostki, które kradną. Wystawiliśmy na podwórko lodówkę w nadziei, że może uda się ją wysuszyć, to już nam z niej powyrywali kable – dodaje.

    Gorzej niż w 1997

    Rzeka Biała Głuchołaska wyrwała się z koryta w niedzielny poranek 15 września. – Sąsiadka do mnie zadzwoniła, że właśnie puściły wały. Wyskoczyłam z łóżka, popatrzyłam: woda szła z tamtej strony – pani Sylwia wskazuje na południe, na przestrzeń pomiędzy stojącymi w rzędzie czteropiętrowymi blokami. Teraz ziemia jest tu pokryta grubą warstwą czarnego szlamu i piętrzącymi się stertami wyposażenia, wyrzuconego z mieszkań. W tamtej chwili jednak gnała tędy wielka woda. – Z sekundy na sekundę jej poziom się podnosił. To było przerażające – mówi.

    Kazimierz Grubiak w kościółku św. Rocha. Dwa dni wcześniej ołtarz stał tu w wodzie.

    Kazimierz Grubiak w kościółku św. Rocha. Dwa dni wcześniej ołtarz stał tu w wodzie.

    ***

    Woda niosła ogromne drzewa. Towarzyszył temu głośny huk. Kazimierz Grubiak z Głuchołaz widział z okna, jak nurt zabiera i znosi samochód z parkingu. – Widziałem też, jak odpłynął drewniany klomb, w którym rosło drzewko – mówi.

    Jadwiga Studzienna, radna miasta Głuchołazy, obserwowała to, co się dzieje, z mieszkania na trzecim piętrze bloku. W jej budynku powódź aż po sufit zalała piwnice, ale na szczęście oszczędziła mieszkania. – O piątej rano, kiedy mój mąż wstawał do pracy, jeszcze nie było wody. Kiedy ja przebudziłam się o 7.20, podwórko było już zalane. Biała Głuchołaska jest górską rzeką, więc nabrała tutaj ogromnego rozpędu i ogromnej mocy. Wielu z nas widziało takie rzeczy, ale tylko w filmach katastroficznych, jako fantazje scenarzystów i reżyserów. Natomiast to, co tutaj się zadziało, to był prawdziwy koszmar – wspomina. – Żeby dzieci były spokojniejsze, przenieśliśmy się do przyjaciół mieszkających wyżej. To moja druga powódź, bo z dzieciństwa pamiętam tę z 1997 roku. To, co było teraz, było o wiele gorsze – uważa.

    Płynąca przyczepa

    – Woda niosła takie pocięte pniaki, jakby je zabrała z jakiejś sterty w lesie. Koło nas przepłynęła też przyczepa kempingowa – relacjonuje Sylwia Gitlarz.

    Wraz z mężem uciekła na piętro, do sąsiadki. Niepokojącym widokiem dla wszystkich tam zgromadzonych było stopniowe podnoszenie się wody na klatce schodowej. – Nie mieliśmy żadnych wiadomości z zewnątrz, bo nie było prądu. Oszczędzaliśmy komórki na najpilniejsze telefony. Zapaliłam w oknie gromnicę. W tym czasie moja córka Anita, która mieszka w Głuchołazach w bloku na czwartym piętrze, modliła się za nas i płakała. Tak samo córka Wiktoria z zięciem Łukaszem w Opolu – mówi.

    Mąż pani Sylwii w pewnym momencie wyczuł ulatniający się gaz. Córka przez telefon radziła, żeby się ewakuowali. – Napisałam na Messengerze do burmistrza. Odpisał z prośbą o telefon kontaktowy. Zaraz straż miejska do nas zadzwoniła. Służby odcięły dopływ gazu. Na samą ewakuację musieliśmy jeszcze dość długo poczekać, bo wielu ludzi było w gorszej sytuacji niż my. Dla nas ważna była już świadomość, że służby o nas wiedzą – wspomina.

    Żadne filmy ani zdjęcia nie oddadzą skali wielkiego sprzątania po zejściu wody – dom za domem, ulica za ulicą.

    Żadne filmy ani zdjęcia nie oddadzą skali wielkiego sprzątania po zejściu wody – dom za domem, ulica za ulicą.

    ***

    Wnieśli mnie do łódki

    Łódka, na której mieli się ewakuować, dotarła pod ich okna po południu. – Strażacy to są wspaniali chłopcy: szli w wodzie do ramion i nas w tej łódce przepychali. Jestem im bardzo wdzięczna – mówi Sylwia Gitlarz.

    Wtóruje jej sąsiadka z góry, Alicja. Miesiąc temu doznała wypadku, przez co na razie ma sprawną tylko jedną rękę. – Mam też rany na nogach, więc nie mogłam wejść do tej wody, żeby nie dostać infekcji. Strażacy wnieśli mnie więc do tej łódki, a później jeszcze przenieśli z łódki do samochodu – relacjonuje.

    Mieszkanie pani Alicji na piętrze ocalało: zabrakło pół metra, żeby woda wlała się do niego. Kiedy ściana wody runęła na miasto, jej mąż był akurat w delegacji, a później już nie mógł dostać się z powrotem. – W 1997 r. przeżyłam powódź, ale wtedy woda sięgała mniej więcej do kolan. Teraz w ogóle nie ma porównania. Widzi pan te garaże? Były zalane aż do dachu. Mój mąż miał tam trzy motocykle. Zostały zalane. Udało się mi tylko uratować samochód, bo z wyprzedzeniem poprosiłam, żeby mi go wywieźli. Z motocyklami to się nie udało, bo nie wszyscy mają na nie prawo jazdy – mówi.

    Powódź i czarna śmierć

    Woda zerwała mosty w Głuchołazach. Ocalała tylko kładka dla pieszych. Do tej części miasta, która jest położona na lewym brzegu Białej Głuchołaskiej, z początku nie można było nawet wysłać cysterny z wodą.

    Pod wodą znalazł się cały rynek. Tylko trochę wyżej stoi kościół św. Wawrzyńca, którego ozdobą jest XIII-wieczny portal wczesnogotycki – najwspanialszy zabytek Głuchołaz. Świątynia została wcześniej szczelnie zabezpieczona workami z piaskiem. Co prawda na jej posadzce pojawiło się kilka centymetrów wody, ale główna fala powodzi, niosąca kleisty szlam, nie przedostała się do środka.

    Mętna woda wlała się natomiast do XVII-wiecznego kościółka św. Rocha. To filialna świątynia należąca do parafii św. Wawrzyńca. Stoi na miejscu kaplicy z 1350 r., wzniesionej na pamiątkę „czarnej śmierci”, czyli ogromnej epidemii dżumy, która zabiła połowę Europejczyków. Najcenniejszym zabytkiem w jego wnętrzu jest późnorenesansowy drewniany ołtarz z 1625 roku. Na umieszczonym w nim obrazie widać Maryję z Dzieciątkiem, powstrzymujących uzbrojoną w pioruny rękę Boga Ojca. – Ołtarz został odnowiony przed siedmiu laty. Jego dolna część w czasie tej powodzi niestety stała w wodzie – pokazuje Kazimierz Grubiak, który na prośbę proboszcza opiekuje się zabytkową budowlą i oprowadza po niej zwiedzających. W miejscu, do którego doszła woda, na drewnianej płaskorzeźbie widać spore pęknięcie.

    Kiedy woda opadła, okazało się też, że na posadzce zalega gruba na 10 cm warstwa szlamu. Oczyścili ją pan Kazimierz z kilkoma innymi parafianami.

    Sylwia Gitlarz z mężem stracili dorobek życia. Wskazuje poziom wody w ich mieszkaniu.

    Sylwia Gitlarz z mężem stracili dorobek życia. Wskazuje poziom wody w ich mieszkaniu.

    ***

    Pomidorówka dla głodnych

    Już w poniedziałek 16 września, gdy Biała Głuchołaska wróciła do koryta, do miasta przyjechali ludzie z katowickiej Fundacji Wolne Miejsce. Dotarli na rynek, na którym dopiero zaczynało się wielkie czyszczenie z grubej warstwy szlamu. Rozstawili wielkie kotły i zaczęli… gotować zupę pomidorową. – Nie mogło nas zabraknąć na Dolnym Śląsku, gdzie nasi rodacy zostali podtopieni, a już dzisiaj, po przejściu wody, są głodni! W wielu domach nie ma ani prądu, ani gazu, ani czystej wody. Ugotowanie gorącego posiłku jest dla ludzi w tych warunkach niemożliwe. Poczęstowaliśmy ich więc zupą. Aplauz był niesamowity, bo dla wielu to był pierwszy gorący posiłek od soboty – mówi Mikołaj Rykowski, prezes Fundacji Wolne Miejsce. – Widzieliśmy szczególną radość dzieci. To się rzadko zdarza, żeby dzieci z taką chęcią, z taką radością zjadały zwyczajną zupę, a nie jakieś wykwintne dania – zauważa.

    Kolejnego dnia, we wtorek 17 września, ekipa ugotowała już dwie zupy: mięsną oraz wegetariańską, kalafiorową. – Bardzo nas cieszy, że wiele osób nie zjada zupy na miejscu, ale zabiera ją do wiaderek, garnków, jakichś dużych misek i zanosi swoim bliskim albo sąsiadom, którzy nie mogą tutaj sami przyjść. Ludzie okazują sobie tutaj solidarność. Część wolontariuszy nalewających zupę to także mieszkańcy Głuchołaz, którzy do nas dołączyli – przedstawia Mikołaj Rykowski.

    Wśród tych wolontariuszy są Jadwiga Studzienna z nastoletnią córką Antosią. – Wielu ludzi jest ogromnie poszkodowanych, niektórzy stracili dorobek całego życia. W tej wielkiej tragedii piękne jest jednak to, że ludzie się jednoczą i pomagają. Dbają o swoich sąsiadów, zwłaszcza o osoby starsze, o ludzi, którzy jeszcze nie potrafią się wydostać z domów, bo w mieście jest przecież ciągle pełno mułu – podkreśla.

    16 czerwca na rynku w Głuchołazach ludzie z fundacji rozdali dwa tysiące porcji gorącej zupy, a kolejnego dnia już trzy tysiące. Dwie inne ekipy z Wolnego Miejsca gotowały dla mieszkańców Lądka-Zdroju i Nysy.

    Ulice, podwórka, parki są pokryte grubą warstwą szlamu.

    Ulice, podwórka, parki są pokryte grubą warstwą szlamu.

    ***

    Tony szlamu

    W tym czasie na wszystkich ulicach i na wszystkich podwórkach w centrum Głuchołaz trwało intensywne sprzątanie. To był przejmujący widok, którego skali nie potrafią oddać żadne filmy publikowane w internecie czy emitowane w telewizji.

    Do uwijających się przy pracy mieszkańców dołączyło m.in. kilkudziesięciu harcerzy, którzy przyjechali z różnych miast województwa opolskiego. Łopatami usuwali szlam, wynosili naniesione przez wodę śmieci i drewno. – Sprzątaliśmy przed przedszkolami, przed siedzibą Ośrodka Pomocy Społecznej oraz budynkami, w których ma zostać uruchomione wydawanie pomocy dla mieszkańców – relacjonuje harcmistrz Adam Panczocha, zastępca komendanta chorągwi opolskiej ZHP.

    Choć szlam szybko znikał z ulic i placów miasta, nadal jednak zalega na podwórkach, w parkach, oblepia aż po dachy samochody stojące między kamienicami. Pracy wciąż jest ogrom.

    Sylwia Gitlarz, która straciła wszystko, co miała w mieszkaniu, mówi: – Dziękujemy wszystkim, którzy nam pomogli, którzy dowożą nam jedzenie i wodę, poświęcają nam swój czas i o nas pamiętają. Proszę, módlcie się za nas, bo odbudowa tego, co straciliśmy, może potrwać bardzo długo.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ***

    MIĘDZYNARODOWA KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA NA CAŁYM ŚWIECIE O GODZINIE 15.00 W SOBOTĘ 28 WRZEŚNIA 2024

     ***
    Te 15 minut dla świata wydaje się nic nie znaczyć, ale dla Miłosiernego Boga jest to wielkie wołanie grzeszników.

    Bardzo ważne jest włączenie się do tej wspólnej modlitwy o tej samej godzinie, tego samego dnia i połączyć się z Panem Jezusem konającym na krzyżu modląc się słowami Koronki do Bożego Miłosierdzia…

    ***

    W tym roku szczególnie modlimy się w następujących intencjach:

    1. Aby w Panu Bogu pokładać nadzieje stawiając Go na pierwszym miejscu
        w życiu rodzinnym, społecznym i politycznym.

    2. Za Kościół Boży, aby wiernie i konsekwentnie bronił depozytu wiary
        i moralności.

    3. Za biskupów i księży, aby byli kapłanami według Serca Jezusowego.
    4. Za rządzących, aby sprawowanie  władzy  traktowali  jako służbę  na
        rzecz wspólnego dobra wszystkich ludzi.

    5. O poszanowanie życia ludzkiego – od poczęcia do naturalnej śmierci.
    6. O pokój na całym świecie, zwłaszcza w miejscach wojen i niepokoju
        ogarniętych zamętem i bezprawiem.

    7. Za więźniów, a zwłaszcza tych, którzy trwają daleko od Boga, nie widzą sensu nawrócenia, którym brakuje nadziei w Boże Miłosierdzie
    8. O powrót uchodźców do ich ojczystych krajów i pomoc w odbudowie ich domów.
    9. Za żołnierzy i obrońców granic, aby skutecznie i godnie bronili Ojczyzny.
    10. Za nasze ojczyste kraje, miasta, wsie, nasze rodziny i nas samych.

    __________________


    W tej modlitwie niech nam towarzyszą święci z nieba :
    św. siostra Faustyna Kowalska i bł. ksiądz Michał Sopoćko
    .

    ***

    ***

    W sobotę, 28 września 2024 r., w 16. rocznicę beatyfikacji ks. Michała Sopoćki, o godzinie 15:00 na placach, rogach i skrzyżowaniach ulic miast, a także w innych miejscach publicznych i na wiejskich rozdrożach, już po raz siedemnasty pojawią się ludzie, by odmówić Koronkę do Miłosierdzia Bożego w ramach akcji Koronka na ulicach miast świata.

    Do tej akcji, która przypomina o przesłaniu Bożego miłosierdzia, może włączyć się każdy. Wystarczy znaleźć swoje miejsce na skrzyżowaniu i odmówić Koronkę do Miłosierdzia Bożego, indywidualnie lub w grupie, a jeśli to niemożliwe – to można połączyć się duchowo.

    _______________________________________________________________________

    13 września – rocznica objawienia Koronki do Bożego Miłosierdzia

    13 września 1935 r. Pan Jezus podyktował św. Faustynie tekst Koronki do Bożego Miłosierdzia. Dziś jest to jedna z najpopularniejszych modlitw. – Przez odmawianie tej koronki podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie prosić będą, jeżeli to (…) będzie zgodne z Moją wolą – powiedział Pan Jezus.

    ***

    fot. Katarzyna Matejek/Gość Niedzielny

    ***

    Pochodzenie i obietnice

    Tę modlitwę podyktował Pan Jezus siostrze Faustynie w Wilnie 13 września 1935 roku. W następnych objawieniach ukazał jej wartość i skuteczność oraz przekazał obietnice do niej przywiązane.

    W tej modlitwie ofiarujemy Bogu Ojcu “Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa, łączymy się z Jego ofiarą złożoną na Krzyżu dla zbawienia świata. Ofiarując Bogu Ojcu Jego “najmilszego Syna”, odwołujemy się do najsilniejszego argumentu, by być wysłuchanym. Prosimy o “miłosierdzie dla nas i całego świata”. Słowo “nas” oznacza odmawiającego koronkę i tych, za których pragnie lub jest zobowiązany się modlić. Natomiast “cały świat” – to wszyscy ludzie żyjący na ziemi i dusze w czyśćcu cierpiące. Modląc się słowami tej koronki, spełniamy akt miłości bliźniego, który – obok ufności – jest nieodzownym warunkiem otrzymania łask.

    Przez odmawianie tej koronki – obiecał Pan Jezus – podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie prosić będą (1541) i dodał: jeżeli to (…) będzie zgodne z Moją wolą. (1731)

    Szczegółowe obietnice dotyczą godziny śmierci: łaski szczęśliwej i spokojnej śmierci. Mogą je uprosić tylko ci, którzy sami z ufnością i wytrwale odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.

    Kapłani – powiedział Jezus – będą (ją) podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko odmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego. (687) Chociaż raz, ale w postawie zgodnej z treścią modlitwy, a przede wszystkim z wiarą, ufnością i w pokorze oraz ze szczerym i głębokim żalem za grzechy.

    W “Dzienniczku”

    Pod datą 13 września 1935 roku, Święta siostra Faustyna zapisała w swoim Dzienniczku taką oto wizję odnośnie tej koronki:

    Wieczorem, kiedy byłam w swojej celi, ujrzałam anioła, wykonawcę gniewu Bożego. Był w szacie jasnej, z promiennym obliczem, obłok pod jego stopami, z obłoku wychodziły pioruny i błyskawice do rąk jego, a z ręki jego wychodziły i dopiero dotykały ziemi. Kiedy ujrzałam ten znak gniewu Bożego, który miał dotknąć ziemię, […] zaczęłam prosić anioła, aby się wstrzymał chwil kilka, a świat będzie czynił pokutę. Jednak niczym prośba moja była wobec gniewu Bożego. W tej chwili ujrzałam Trójcę Przenajświętszą. Wielkość majestatu Jej przeniknęła mnie do głębi i nie śmiałam powtórzyć błagania mojego. W tej samej chwili uczułam w duszy swojej moc łaski Jezusa, która mieszka w duszy mojej; kiedy przyszła mi świadomość tej łaski, w tej samej chwili zostałam porwana przed stolicę Bożą. O, jak wielki jest Pan i Bóg nasz i niepojęta jest świętość Jego. Nie będę się kusić opisywać tej wielkości, bo niedługo ujrzymy Go wszyscy, jakim jest. Zaczęłam błagać Boga za światem słowami wewnętrznie słyszanymi.

    Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność anioła, i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy. Z taką mocą wewnętrzną jeszcze się nigdy nie modliłam jako wtenczas. Słowa te, którymi błagałam Boga, są następujące: Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, za grzechy nasze i świata całego; dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas.

    Na drugi dzień rano, kiedy weszłam do naszej kaplicy, usłyszałam te słowa wewnętrznie: Ile razy wejdziesz do kaplicy, odmów zaraz tę modlitwę, której cię nauczyłem wczoraj. Kiedy odmówiłam tę modlitwę, usłyszałam w duszy te słowa:

    Modlitwa ta jest na uśmierzenie gniewu mojego, odmawiać ją będziesz przez dziewięć dni na zwykłej cząstce różańca w sposób następujący: najpierw odmówisz jedno “Ojcze nasz” i “Zdrowaś Maryjo”, i “Wierzę w Boga”, następnie na paciorkach “Ojcze nasz” mówić będziesz następujące słowa: “Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego”; na paciorkach “Zdrowaś Maryjo” będziesz odmawiać następujące słowa: “Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego”. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem”. (474 – 476)

    Sposób odmawiania:

    (na zwykłym różańcu)

    Na początku:

    Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego . Amen.

    Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi. I w Jezusa Chrystusa. Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego; narodził się z Maryji Panny. Umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, Święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.

    Na dużych paciorkach (1 raz):

    Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa-Chrystusa na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.

    Na małych paciorkach (10 razy):

    Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.

    Na zakończenie (3 razy):

    Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.

    Gość Niedzielny

    ________________________________________________________________________

    Domy rekolekcyjne – miejsca strategiczne dla życia Kościoła i parafii

    O znaczeniu rekolekcji zamkniętych i o domach rekolekcyjnych jako miejscach ważnych dla życia Kościoła i parafii mówi ks. Krzysztof Wons SDS.

    Ks. Krzysztof Wons SDS jest dyrektorem Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów w Krakowie, redaktorem naczelnym „Zeszytów Formacji Duchowej” oraz dyrektorem Szkoły Wychowawców Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Franciszek Kucharczak: Czy rekolekcje zamknięte z Księdza perspektywy są tak samo popularne dzisiaj jak były kiedyś?

    ks. Krzysztof Wons SDS: Z mojej perspektywy są coraz bardziej popularne. Od wielu lat, odkąd tutaj działamy, widzę to jako szczególny znak czasu. Mianowicie że Kościół mocno zaangażowany w duszpasterstwie parafialnym, w którym niestety transmisja wiary w rodzinach jest coraz słabsza, bardzo potrzebuje środków, które będą tę wiarę na nowo ożywiały – a może nawet rodziły dzięki łasce Ducha – i prowadziły ludzi ku wierze pogłębionej. Takie domy są niezwykle ważnym płucem, może nawet drugim płucem dla parafii. Pojawia się u nas coraz więcej ludzi, którzy nie tylko szukają pogłębionej wiary, ale wręcz są u początku i potrzebują rozpalenia w wierze. Niemało jest takich, którzy po latach wracają i szukają świeżości życia w Kościele.

    Czy to dzieje się we wszystkich domach rekolekcyjnych, czy też zależy od rodzaju rekolekcji?

    Przede wszystkim mamy tych domów bardzo dużo. Natomiast mało jest, moim zdaniem, takich, które mają własną osobowość formacyjną. Chodzi o dom, który kojarzony jest z bardzo konkretną propozycją formacyjną. Mam na myśli taką formację, która jest dynamiczna, rozwojowa, która prowadzi osobę konsekwentnie przez cały rok, przez lata, która ma propozycje wzrostu w wierze. Jest natomiast wiele domów, które świadczą tak zwane usługi. One są niezwykle cenne, chcę to podkreślić. Te domy są nieraz wypełnione różnymi wspólnotami, które są już na drodze wiary. To jest Domowy Kościół, to jest Neokatechumenat, to są ruchy odnowowe. One często w niemałej mierze wypełniają te domy swoim życiem, programem.

    Ksiądz jest dyrektorem Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów w Krakowie. Wasz dom ma „osobowość”?

    Od początku staramy się wspólnie – mamy wspaniałą ekipę salwatorianów i salwatorianek – by ten dom miał konkretną propozycję formacyjną. Ona zresztą bardzo się rozwija, bo uczestnicy nas też wychowują, pomagają nam przyłożyć ucho do potrzeb ludzi. I okazuje się, że jest duży wzrost. Dlatego rozbudowaliśmy ośrodek – wyzwanie po ludzku ryzykowne, ale widzieliśmy, że jest taka potrzeba.

    Na prowadzone u Was rekolekcje przeżywania słowa Bożego według tradycji lectio divina jest dużo chętnych.

    I tu chcę powiedzieć o czymś bardzo ważnym. To, co ja obserwuję w Kościele, to jest ogromny głód słowa. Przypomina mi się Księga Joela i obietnica Boga, że wzbudzi głód słowa od najmniejszych do największych. Benedykt XVI mówił do teologów w 2006 roku, że jeśli Kościół wróci do lectio divina, przeżyje nową duchową wiosnę. My to robimy w naszym domu bardzo konsekwentnie od wielu lat, rozszerzamy ten program, ciągle dajemy nowe propozycje. I proszę mi wierzyć, my tę wiosnę widzimy. Mamy bardzo dużo uczestników, do tego stopnia, że często nie wszystkich możemy przyjąć.

    Są też domy dające inne propozycje.

    Tak. Znam domy o konkretnej „osobowości”. Pośród wielu innych są to ośrodki prowadzone przez jezuitów. Oni kiedyś byli dla mnie dużą inspiracją. Zwłaszcza rekolekcje wokół ćwiczeń ignacjańskich cieszą się cały czas dużym powodzeniem.

    Wy natomiast skupiliście się na słowie Bożym.

    Poszliśmy mocno w kierunku słowa, ale uważam, że nie robimy niczego nowego. Jest to coś fundamentalnego, bo słuchanie go jest istotą rekolekcji. Jeśli rekolekcje nie polegają na słuchaniu słowa, to na czym polegają? Bóg nas wyprowadza na pustynię właśnie po to, by do nas mówić. Ludzie czują się w tym jak ryba w wodzie, i to również tacy, którzy dopiero zaczynają, szukają. Przyjeżdżają i świeccy, i duchowni. Oczywiście można powiedzieć, że to jest kropla w morzu, ale musimy przyzwyczaić się do patrzenia nie przez pryzmat doświadczenia Kościoła masowego, tylko Kościoła, który cierpliwie i pokornie zaczyna formację u podstaw. Jeśli ta formacja będzie istniała, to jestem przekonany, że to ziarno w ziemi zacznie wydawać owoce i Kościół powoli od wewnątrz będzie się odradzał.

    Pocieszająca prognoza.

    Osobiście uważam, że jest wiosna w Kościele w Polsce. Ktoś może mnie uważać za szaleńca, ale twierdzę, że to jest ten moment wiosny, kiedy ziarno jest w ziemi i zaczyna obumierać. Ja to widzę: jeśli się ludzi przyprowadzi do słowa, ujawnia się ogromny głód słowa.

    Jak przyprowadzić do słowa?

    My, księża, nie docieramy do wielu z tych, do których docierają świeccy i przyprowadzają ich na rekolekcje. Z nimi mają relacje, przyjaźnie, nam nie zaufają, dopóki nie poznają nas z bliska. Ale im ufają. Reagują na to, co mówią ich bliscy, krewni. Kapitalnie to działa.

    To rekolekcje w milczeniu. Co ciekawe, ludzi to pociąga.

    Benedykt XVI w Verbum Domini mówi, że bez wejścia w milczenie nie ma wejścia w słuchanie słowa. To jest podstawa, to jest kultura słuchania słowa. Lectio divina to droga, którą idziemy. To nie jest nic nowatorskiego, ta metoda jest tak stara jak Kościół. My natomiast wprzęgliśmy ją w rekolekcje, które dajemy. No i dajemy, na przykład, program „Cztery Ewangelie jako cztery etapy dojrzewania chrześcijańskiego”. Tam jest kompendium wiary, formacji chrześcijańskiej. I gdy ludzie zaczynają wracać do słowa, do źródła, do Ewangelii, to dzieje się coś pięknego.

    Żeby się do Was dostać, trzeba czekać w kolejce.

    Kolejki są, to prawda. Rozbudowaliśmy ośrodek, więc mamy sporo miejsc na takie sesje weekendowe. Na to może przyjechać 200 osób i więcej. Ale na przykład na rekolekcje ośmiodniowe w lipcu potrafimy przyjąć ponad 100 osób. Dajemy szlaban, bo tam jest nie tylko wejście w ciszę, słuchanie słowa przez 8 dni – tam też my każdemu indywidualnie towarzyszymy. Czyli na taką grupę musimy mieć 10–11 kierowników. Poświęcamy na to wiele sił personalnych, bo jeśli stworzymy jakość, to będzie to prowadziło do smakowania kultury słowa, kultury chrześcijańskiej. To jest powrót do istoty. Jeśli wrócimy do źródła, do słowa, to wrócimy do wiary, bo wiara rodzi się ze słuchania. Uważam, że nie ma nic bardziej fundamentalnego.

    Kto na te rekolekcje przyjeżdża?

    Świeccy różnego pokroju i różnych zawodów. Największą u nas grupą zawodową, warto zauważyć, są nauczyciele. Stanowią kilkanaście procent wszystkich uczestników. Przyjeżdżają też księża, siostry, ale nie robimy rekolekcji grupowych dla różnych stanów. Niemal zawsze robimy mieszane. I są razem, siedzą „w jednej ławce” z otwartą Biblią: księża, siostry zakonne, świeccy. To jest przepiękne doświadczenie Kościoła. To jest model Kościoła, który istniał na początku: formacja przez relacje, przez małe grupy, przez wspólnoty. Ja osobiście uważam, że to jest podstawa. Uważam, że domy rekolekcyjne są dzisiaj miejscami strategicznymi dla życia Kościoła i parafii.

    Czy można powiedzieć, że rekolekcje są dla każdego?

    Dla każdego! Właśnie skończyliśmy 8-dniowe lectio divina i dzisiaj powiedziałem na zakończenie: „Myślicie, że pozwoliliście sobie na luksus? Ja uważam, że to jest konieczność”. Bo to jest konieczne, jeśli ktoś trochę świadomie chce żyć wiarą, oddychać wiarą w tym zabieganym świecie. Uważam, że dziś jedną z pandemicznych dolegliwości jest pośpiech. Ogromny. To jest taki „pośpiech życia”. To słynne „pokolenie zero”, o którym się mówi, już nie zna tego, czym jest proces. Żyje bardziej z klikania. Potrzebujemy więc takich domów rekolekcyjnych, żeby się zatrzymać i zobaczyć, że istnieje inny świat – i wrócić. Bo, co zawsze podkreślam, rekolekcje nie są izolatorem. Nie są po to, by izolować, ale by wrócić. By wrócić do modlitwy, do słuchania słowa. By wrócić do relacji, do więzi, do rodziny. Dobrze wrócić. Na to mocno zwracam uwagę: żeby patrzeć na pustynię jako na wezwanie, które daje nam codzienność. Pustynia jest po to, byśmy funkcjonowali w naszej codzienności, bo przecież ona jest sanktuarium Boga w naszej codzienności.

    Czy jest jakieś zalecenie co do częstotliwości korzystania z rekolekcji?

    Mamy takie zalecenia. Generalnie – bo indywidualnie może to różnie wyglądać – na takie dłuższe rekolekcje zapraszamy raz w roku. Nie częściej. Dlatego że, co mocno podkreślam, to jest proces. Rekolekcje nie tworzą jakiegoś epizodu, który później karmi mnie przez cały rok, tylko rozpoczynają proces, który ma trwać w ciągu roku. Więc trzeba świadomie postanowić, żeby trawić, trawić… Bo inaczej można też dostać niestrawności. Życie duchowe nie polega na jeżdżeniu od rekolekcji do rekolekcji. Celem życia duchowego wcale nie są ani rekolekcje, ani modlitwa sama w sobie. Celem życia duchowego jest świadome życie z Bogiem w świecie, w swoim powołaniu, w swojej rodzinie, w zjednoczeniu z Nim. Jeśli tak ma być, to rekolekcje dają impuls, dają pokarm i zmieniają myślenie. To jest szalenie ważne: ta metanoia, zmiana myślenia, gdy człowiek nagle widzi, że naprawdę może w życiu inaczej funkcjonować. I to od niego zależy, nie od świata ani od innych.

    Czy Centrum wdraża jakieś nowe projekty?

    Tak, zapraszamy na tak zwane krótsze spotkania. One są po to, żeby odświeżyć, odnowić w sobie, rozpalić charyzmat tych rekolekcji. Bo serce pamięta, co przeżyło, trzeba mu tylko tę pamięć ożywiać. Spotkania weekendowe to jest pierwsza formuła. Czasami są czterodniowe. Z kolei raz w roku mamy Dni Duchowości Biblijnej. To jest ważne. I wtedy zachęcamy do przyjazdu nawet dwa–trzy razy w roku. Albo rytmicznie, na przykład co trzy miesiące ktoś przyjeżdża, żeby taki weekend przeżyć. To jest coś naturalnego. Ale jest jeszcze nowa formuła, którą rozpoczęliśmy. To jest Dzień Pustyni dla Krakowa. Tak to nazwaliśmy. To są jednodniowe spotkania. Dzień w ciszy, na modlitwie. Zaczynamy o dziesiątej, ale ludzie zbierają się o dziewiątej, bo muszą się wcześniej wpisać. Około osiemnastej kończymy Eucharystią. Sam jestem zdumiony efektem.

    Dlaczego?

    Myślałem na początku, że przyjedzie dwadzieścia, może trzydziedzieści, czterdzieści osób, ale mamy grupy zawsze ponadstuosobowe. Ostatnio zgłosiło się prawie 150 osób. Nie tylko z Krakowa, ale też z Warszawy, z Łodzi, z innych miast. To mi uświadomiło, że ludzie ogromnie tego potrzebują i że trzeba to robić też w innych miastach. Łódź już zaczęła. Wiem, że inne miasto też ma zacząć. Wielu ludzi żyje dziś od weekendu do weekendu, ale ten weekend nie zawsze jest dobrze przemyślany. Tymczasem tu ludzie odkrywają, że można go przeżyć jako czas odpoczynku, czas modlitwy.

    Jak długo Ksiądz prowadzi te rekolekcje?

    Już 27 lat tu jestem, więc tego doświadczenia jest trochę. Przez ten dom rekolekcyjny w Krakowie przewinęło się już ponad 70 tys. ludzi, może i więcej. Siedmiuset księży wyszło ze Szkoły Wychowawców Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych, którą prowadzimy tu pod patronatem episkopatu. Wielu z nich wchodzi później w lectio divina, zapraszają, sami zaczynają głosić. Następuje takie pączkowanie. To się nie dzieje w jakichś niebotycznych rozmiarach, ale ja uważam, że to jest właśnie ten moment. Jestem przekonany, że Kościół przeżywa wiosnę i że ona teraz jest w ziemi. Ale oczywiście trzeba dbać o tę ziemię, żeby ziarnu pomóc. Żeby ono mogło żyć.

    rozmawiał Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dom rekolekcyjny od strony parku.

    Dom rekolekcyjny od strony parku.
    fot. Roman Koszowski
    /Gość Niedzielny 

    ***

    „Zatrzymuje się tu nawet pendolino z Trójmiasta”. Najstarszy na ziemiach polskich dom rekolekcyjny otwarty po remoncie

    Nie tylko katolicy, ale też protestanci i odkrywający Jezusa żydzi przyjeżdżają do tego miejsca, żeby w pełnym milczeniu przeżyć rekolekcje ignacjańskie. Bywają tu Romowie i Niemcy, którzy specjalnie uczą się polskiego, żeby zrozumieć, o czym mowa. Najstarszy na ziemiach polskich, 119-letni dom rekolekcyjny w Czechowicach-Dziedzicach został otwarty po gruntownym remoncie.

    To Dom Rekolekcyjny św. Józefa, prowadzony przez jezuitów. O zbudowanie go na Śląsku Cieszyńskim na przełomie XIX i XX wieku poprosił tych zakonników sam Leon XIII. – Ten papież chciał, żeby jezuici z Galicji ochronili robotników Śląska przed wpływem komunizmu – mówi ks. dr Seweryn Wąsik SJ, dyrektor domu.

    Zamysł Leona XIII najwyraźniej się udał, a jezuici z Czechowic znaleźli się wśród tych, którzy się do tego przyczynili. Górny Śląsk był w XX wieku jedynym w Europie wielkim zagłębiem przemysłowym, w którym robotnicy odrzucili lewicowy światopogląd i pozostali blisko związani z Kościołem. To fenomen. Na zachodzie kontynentu, a nawet już kilka kilometrów za granicą Śląska, w Zagłębiu Dąbrowskim, leżącym wtedy w zaborze rosyjskim, społeczności robotników były podatne na czerwoną agitację.

    Dzieci w karcerze

    Jezuici wznieśli ten dom w latach 1903–1905. Wybrali Czechowice ze względu na istniejący w sąsiedniej wsi Dziedzice wielki węzeł kolejowy. – Dzięki temu do dzisiaj można bez przesiadki dojechać pociągiem na nasze rekolekcje z Warszawy, Zakopanego czy Białegostoku. Zatrzymuje się tu nawet pendolino z Trójmiasta – mówi o. Seweryn Wąsik.

    Kiedy powstawał dom, Czechowice leżały na Śląsku Austriackim, ale zaledwie 4 km od granicy ze Śląskiem Pruskim, gdzie znajdowała się wielka aglomeracja. Prości robotnicy stamtąd chętnie przyjeżdżali tu na rekolekcje ignacjańskie. W 1906 r. dotarło m.in. 195 robotników z Bogucic, dzisiejszej dzielnicy Katowic, oraz 58 robotników z Kochłowic, obecnie dzielnicy Rudy Śląskiej. Zostali zgłoszeni przez swoich proboszczów. Ks. Ludwik Skowronek z Bogucic był zresztą później krytykowany przez niemieckojęzyczną prasę za to, że wysyła parafian na rekolekcje do tego „polskiego klasztoru”.

    W Czechowicach często bywał na rekolekcjach – jako prowadzący i jako uczestnik – o. Józef Andrasz, jezuita znany z „Dzienniczka” św. siostry Faustyny Kowalskiej. Był jej spowiednikiem i kierownikiem duchowym. – Siostra Faustyna wielokrotnie była formowana przez jezuitów rekolekcjami ignacjańskimi. Jak widać, skutecznie – mówi o. Seweryn. – Zresztą większość najmłodszych świętych korzystała z ignacjańskiej metody modlitwy. Byli wśród nich Bernadetta Soubirous, Matka Teresa z Kalkuty czy Jan Paweł II, który codziennie praktykował medytację ignacjańską – wskazuje. 

    ***

    Na ścianach wiszą rozświetlane od wewnątrz kopie obrazów – tu „Wieczerza w Emaus” Caravaggia.

    Na ścianach wiszą rozświetlane od wewnątrz kopie obrazów – tu „Wieczerza w Emaus” Caravaggia.
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny 

    ***

    W czasie wojny Niemcy już wiosną 1940 r. wywieźli tutejszych jezuitów do obozów koncentracyjnych i zajęli gmach. Kwaterowali tu czasowo żołnierze Wehrmachtu oraz niemieccy przesiedleńcy z Besarabii, którym władze III Rzeszy przekazywały gospodarstwa odebrane Polakom. – Później została tu utworzona filia obozu Auschwitz dla kobiet i dzieci. Niemcy prowadzili na nich eksperymenty – mówi ojciec Seweryn. Prowadzi nas do piwnicy i pokazuje ciasne pomieszczenie pod schodami, w którym esesmani urządzili karcer. Zachowały się oryginalne drzwi do niego z tak zabezpieczonym okienkiem, żeby nikt nie mógł podać więźniowi czegoś do jedzenia czy picia. – Odwiedzają nas ludzie, którzy w dzieciństwie cierpieli w tym karcerze. Przygotowujemy teraz, w tym pomieszczeniu, kaplicę Getsemani, z postacią Jezusa na podświetlonym obrazie, z jednym lub dwoma klęcznikami – zapowiada. – Ten dom, w którym tysiące ludzi zbliżyło się do Jezusa, doświadczył też tajemnicy zła. W kaplicy św. Józefa Niemcy urządzili kino dla Wehrmachtu i zawiesili tam portret Adolfa Hitlera. Dzisiaj w tym samym miejscu można zobaczyć wielki obraz Jezusa Miłosiernego – mówi o. Seweryn Wąsik.

    To kopia wizerunku z Krakowa-Łagiewnik autorstwa Adolfa Hyły. Ten malarz sam zgłosił się w czasie wojny do tamtejszych sióstr, żeby coś namalować jako swoje wotum. Ojciec Józef Andrasz poprosił go wtedy o obraz Jezusa Miłosiernego. Wspierał go też, udzielając wskazówek zaczerpniętych z wizji siostry Faustyny.

    Adolf Hyła również był w młodości przez sześć lat jezuitą. Przyszły malarz Bożego Miłosierdzia przed przyjęciem święceń wystąpił jednak z zakonu. – Jezuici pomogli mu rozeznać powołanie do małżeństwa i do służenia Bogu przez malowanie. Jego przyjaźń z jezuitami zaowocowała później obrazem Jezusa Miłosiernego. Pan Bóg prowadzi różnymi drogami, dla nas nieraz niespodziewanymi – mówi ojciec dyrektor. – Poza tym Adolf Hyła pochodził z Białej Krakowskiej, miejscowości znajdującej się niedaleko Czechowic. Przez wybór tego obrazu chcemy go upamiętnić. Była kiedyś w naszym domu grupa rekolektantów, która chciała ufundować dla tej kaplicy wizerunek Jezusa Miłosiernego w wersji wileńskiej. Odpowiedziałem, że nie mogę się na to zgodzić, bo po kumotersku muszę promować dzieła jezuitów – śmieje się.

    Jezus przy kluczu

    Po dwuletnim remoncie dom ten został na nowo otwarty. Na gości czeka tutaj do 70 miejsc w 40 pokojach. ­Wystrój jest elegancki i nowoczesny. Kopie obrazów Caravaggia i innych mistrzów, które mają pomagać w medytacji ewangelicznej, dzięki nowatorskiej technice są rozświetlane za pomocą LED-ów od wewnątrz.

    W domu wszystko ma koncentrować na Jezusie, dlatego jest wiele monogramów Jego imienia – emblematów IHS – nawet w formie breloczka przy kluczu do pokoju. To ma pomagać uczestnikom w skupieniu się na Bożej obecności. 

    ***

    Monogram Chrystusa – IHS – jest umieszczony w wielu miejscach domu, nawet na breloczkach kluczy. Ma pomagać w skupieniu się na Bożej obecności.

    Monogram Chrystusa – IHS – jest umieszczony w wielu miejscach domu, nawet na breloczkach kluczy. Ma pomagać w skupieniu się na Bożej obecności.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny 

    ***

    Zdecydowana większość osób korzysta z rekolekcji ignacjańskich. Ich uczestnicy trwają – poza ostatnim dniem dzielenia się wiarą – w pełnym milczeniu. – Dzięki temu ziarno słowa Bożego może wpaść w serce rekolektanta jak w glebę żyzną. Jeśli jednak ktoś nie zachowuje milczenia, nie skupia się na tym, co usłyszał, wówczas ziarno już jest na drodze… – tłumaczy jezuita z Czechowic.

    Z powodu zanurzenia w media i internet ludzie są współcześnie nieustannie bombardowani tysiącami informacji, z których większość w ogóle nie jest im potrzebna. Choćby tylko z tego powodu niektórzy doceniają dziś wartość trwania w ciszy. – Są tacy, którzy na początku rekolekcji zostawiają w sejfie w sekretariacie swój smartfon, żeby wręcz fizycznie się od niego oddzielić. Chcą odciąć się od sprawdzania powiadomień i serwisów społecznościowych, które wcale nie tworzą żadnej społeczności, a już na pewno nie społeczności Bożej – zauważa ojciec dyrektor.

    ***

    Jezus Miłosierny w kaplicy. W tym domu bywał o. Józef Andrasz, spowiednik i kierownik duchowy św. siostry Faustyny.

    Jezus Miłosierny w kaplicy. W tym domu bywał o. Józef Andrasz, spowiednik i kierownik duchowy św. siostry Faustyny.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny 

    ***

    Policjant i więzień

    Przyjeżdżają tu ludzie z różnych środowisk. Niedawno w jednej grupie rekolekcyjnej spotkali się oficer policyjnego Archiwum X, badającego najtrudniejsze sprawy sprzed lat, oraz chłopak, który właśnie wyszedł z więzienia. Nawróconych więźniów jest zresztą wielu, zwłaszcza takich, którzy „siedzieli” w Wielkiej Brytanii. – Jeden chłopak przeczytał w polskim więzieniu całą Biblię. Wyszedł na wolność i powiedział: „Panie Jezu, jak tak bardzo mnie kochasz, to mi teraz daj pracę”. Tak jak synowi marnotrawnemu, który marzy o chlebie w domu ojca, zapachniał mu na ulicy chleb. Wszedł do piekarni i kupił sobie pieczywo. Piekarz niespodziewanie go zapytał: „A nie chciałbyś sobie tu dorobić? Bo potrzebuję pomocnika do piekarni”. Z pierwszą wypłatą przyjechał do nas na „Fundament”, czyli rekolekcje ignacjańskie dla początkujących – mówi o. Seweryn.

    Dyrektor domu podkreśla, że ludzie uczą się tutaj walki duchowej i radzenia sobie w skomplikowanym świecie, w którym łatwo o rozproszenia i pokusy. – Święty Ignacy uczył skupienia i rozeznawania duchów, a także przejścia od pobożności do pełnienia woli Bożej, do oddania się do dyspozycji Panu Bogu. To już jest znaczne naruszenie własnego komfortu i swojego egoizmu. Założyciel jezuitów zachęcał, żeby w modlitwie nie tyle chcieć czegoś od Boga jak od złotej rybki, ale by pytać, co ja mogę zrobić dla Niego. Ignacy uczył też, że prawdziwą religijnością jest przyjaźń z Jezusem i pełnienie Jego świętej woli – mówi.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Produkt katolickopodobny. Łańcuszki modlitewne, fałszywe objawienia – dlaczego tak łatwo im ulegamy?

    Co sprawia, że tak wielu katolików wierzy w kwestie, które nie mają podstaw w nauczaniu Kościoła?

    SHUTTERSTOCK

    ***

    Na facebookowej ścianie wyświetla się kolorowa grafika ze stągwią i winem, na niej duży napis: „Bóg może zamienić wodę w wino i może zamienić nasz ból w radość, napisz Amen jeśli wierzysz” (pisownia oryginalna). Opublikował ją profil pod nazwą Ewangelia Jezusa Chrystusa. Licznik wskazuje tysiąc komentarzy. Inny profil, Katolicyzm i Pan Jezus, wrzuca posta ze zdjęciem figury Maryi i wpisem „Dziś jest dzień, w którym Matka Boża modli się o zdrowie Twojej rodziny, dotknij obrazka i napisz »Amen«”. Tym razem komentarzy jest ponad pięć tysięcy. Takich profili o chrześcijańsko brzmiących nazwach powstają dziesiątki, a posty niejednokrotnie gromadzą grube tysiące odpowiedzi.

    Co dzieje się po wpisaniu „amen”? Po kilku sekundach na Messengerze pojawia się upstrzona emotikonami wiadomość, zapraszająca do wysłuchania „specjalnie przygotowanego kazania” i prosząca o wybranie dogodnej pory. Pierwsze „kazanie” rozpoczyna się zwykle od odmówienia modlitwy „Wierzę w Boga”, następnie prowadzący, często podkreślając swoją przynależność do Kościoła katolickiego, rozpoczynają nauczanie. Co jakiś czas proszą o wspólne przeczytanie „Bożego Słowa”. I o ile niektóre fragmenty tekstu, które wklejają w okienko czatu, rzeczywiście pochodzą z Biblii Tysiąclecia (podawany jest nawet link do jej internetowego, oficjalnego wydania), to jako „Słowo Boga” podawane są również fragmenty niemające z Pismem Świętym absolutnie nic wspólnego. Natychmiast też pojawiają się zaproszenia do zawarcia facebookowych znajomości, między innymi od osób podających się za księży czy siostry zakonne – na zdjęciu profilowym występują w stroju duchownym, piszą nie całkiem czystą polszczyzną i tłumaczą, że choć mają polskie korzenie, to wychowali się i pracują za granicą. Dopytują o samopoczucie, pytają o wrażenia z „kazań”, które odbywają się codziennie, okazują troskę, mobilizują… Tymczasem z dnia na dzień nauczanie prezentowane w czasie „kazań” odchodzi coraz dalej od nauki Kościoła. Głoszący podkreślają, że słuchacze są wybrani, aby „poznać prawdę o królestwie niebieskim”.

    Złudne bezpieczeństwo

    Mechanizm ten dobrze znany jest o. Emilowi Smolanie, pracującemu w Dominikańskim Centrum Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach. – Trudno mówić o skali, ale zgłoszenia dotyczące tego typu działań powtarzają się. Angażują się w to często osoby starsze czy samotne, które czują się tam zaakceptowane, przyjęte, ważne – mówi zakonnik. Do Centrum zgłaszają się osoby, które zauważają, że z ich najbliższymi, uczestniczącymi w internetowych nauczaniach, dzieje się coś złego – stają się zamknięci, odcinają się od rodziny, zmieniają rutynowe zachowania, zaczynają poświęcać dużo czasu na nowe aktywności i zaniedbywać swoje życie. Wszystko zaczyna się dla nich koncentrować wokół nowej grupy, spotkań, idei; podkreślają swoje wybranie i wyjątkowość.

    Nie ulega wątpliwości, że osoby, które umieszczają swój komentarz pod postem, robią to z potrzeby religijnej – pragną otrzymać błogosławieństwo czy włączyć się w modlitwę. Ta sama motywacja kierowała ludźmi, którzy w maju gromadzili się pod jednym z drzew w Parczewie, gdzie zdaniem niektórych „objawiła się” Matka Boża. Rzecznik siedleckiej kurii bardzo szybko uciął spekulacje o nadprzyrodzonym charakterze zjawiska, wskazując na konkretne elementy, których wystąpienie jest niezbędne, żeby Kościół rozpoczął jego pogłębione badanie. Mimo to na parczewskim osiedlu nadal można było spotkać modlących się ludzi. W rozmowach z dziennikarzami krytycznie odnosili się do stanowiska kurii i podkreślali, że nie wierzą w zdanie Kościoła i będą się nadal modlić pod drzewem.

    Niemałe grono gromadzą wokół siebie także kapłani, na których Kościół nałożył karę suspensy, a oni nie podporządkowali się jej i nie przerwali swojej działalności. W swoim nauczaniu przedstawiają siebie jako niemalże męczenników za wiarę, oskarżając Kościół i biskupów o niesłuszne upomnienia i sprzeniewierzenie się prawdziwej wierze katolickiej. Komunikaty władz kościelnych, przypominające o nałożonych na kapłanów karach kanonicznych, odbijają się szerokim echem wśród ich zwolenników, którzy nierzadko w bardzo ostrych słowach atakują biskupów czy władze zakonne. Zarzucają im przynależność do masonerii, chęć zniszczenia Kościoła i prześladowanie „jedynych kapłanów wiernych Chrystusowi i Matce Bożej”.

    Wszystkie powyższe sytuacje mają wspólny mianownik: występują w nich ludzie, którym nie brakuje głębokiej wiary i zaangażowania religijnego, wszyscy też są formalnie członkami Kościoła katolickiego. Dlaczego więc tak łatwo odchodzą od jego oficjalnego nauczania i obdarzają zaufaniem przywódców dalekich od ortodoksji? I w jaki sposób ustrzec siebie i swoich bliskich przed uwikłaniem się w te sidła? – Tę kwestię dobrze jest rozpatrzyć w dwóch aspektach: ludzkim, opierającym się m.in. na mechanizmach psychologicznych, i duchowym, które przenikają się wzajemnie – tłumaczy ks. dr Krzysztof Matuszewski, teolog duchowości, psycholog i psychoterapeuta, rektor Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego.

    Aktualnie przeżywamy rodzaj epidemii osamotnienia, nie zawsze uświadomionego. Pod osamotnieniem kryje się silne, niezaspokojone pragnienie bycia w relacji, potrzeba bezpieczeństwa, przynależności, opieki itp. Poczucie przynależności do grupy, wręcz ekskluzywizmu, podnosi samoocenę i zaspokaja niektóre potrzeby. Kolejną kwestią jest podwyższony poziom lęku w społeczeństwie, spotęgowany zewnętrznymi okolicznościami, np. niedawną pandemią, wojną na Ukrainie czy wzrostem cen. Niepewność dotycząca przyszłości zaburza poczucie bezpieczeństwa, co z kolei sprawia, że zaczynamy nadmiarowo myśleć i analizować. W ten sposób umysł chce się przygotować na nadchodzące zagrożenie, mieć je pod kontrolą, co daje ulgę. Tymczasem nauczanie internetowej grupy czy ukaranych kapłanów koncentruje się często na wątkach apokaliptycznych, pojawia się straszenie piekłem, wskazywanie znaków zbliżającego się końca świata, podkreślane jest zepsucie współczesnej cywilizacji i wszechobecne zagrożenie. – Wiele osób szuka ulgi w nauczaniu, które tłumaczy ich stan. To styl radzenia sobie z lękiem polegający na potwierdzaniu. Czuję niepokój i szukam zarówno wytłumaczenia, jak i szybkiego rozwiązania: „Jest się czego bać, bo świat jest zły, jeśli zrobisz to czy tamto, jeśli będziesz słuchał moich słów, odmawiał określone modlitwy, będziesz bezpieczny”. W tym wypadku działanie zabezpieczające przed zbliżającym się zagrożeniem daje chwilową ulgę, ale to pułapka. Zachowanie ochronne jest równocześnie zachowaniem podtrzymującym wiarę w zagrożenie. Dokładam kolejne modlitwy, słucham kolejnych apokaliptycznych przekazów. To znany mechanizm nerwicowy – wyjaśnia ks. Matuszewski.

    Rolę lęku podkreśla również o. Tomasz Franc OP, psycholog, psychoterapeuta na Oddziale Leczenia Zaburzeń Osobowości i Nerwic Szpitala Klinicznego im. dr. J. Babińskiego w Krakowie. – Kiedy pojawia się w nas lęk, chcemy jak najszybciej rozładować napięcie. Wydaje nam się, że jeśli coś jest konkretne, dobitne, jednoznaczne, to jest bezpieczne. Tylko że kiedy skupiamy się na szukaniu szybkich rozwiązań, gubimy to, co jest w relacji z Bogiem najcenniejsze – zaufanie, budowanie długoterminowej więzi – tłumaczy. Pseudoautorytety pomagają opanować lęk, bo zdejmują ze słuchacza konieczność podejmowania własnych decyzji, brania odpowiedzialności za swoje życie. Dają narzędzia i podpowiadają czarno-biały schemat dobra i zła. – Jeśli dodatkowo są prześladowani, to wpisują się w popularny w dzisiejszych czasach schemat mówiący, że instytucja – w tym wypadku Kościół, ale to myślenie dotyczy też na przykład państwa – ma charakter opresywny, a najważniejsza jest doznaniowość, moje własne odczucia – dodaje zakonnik.

    Religijna dieta cud

    Mechanizm „napisz »amen«, a otrzymasz błogosławieństwo” nie jest niczym nowym – przed laty w kościołach można było znaleźć kartki z modlitewnymi łańcuszkami zakończonymi poleceniem przepisania tekstu określoną liczbę razy i zostawienia go w świątyniach. Kiedy technologia się rozwinęła, łańcuszki przyjęły formę SMS-ów, często straszących nieszczęściami, które spadną na tego, kto przerwie „łańcuch modlitwy” i nie roześle wiadomości do wskazanej grupy. – Dieta cud – uśmiecha się ks. Matuszewski i tłumaczy, że chociaż większość z nas wie, że redukcja wagi wymaga wytrwałości, systematyczności i wolnego tempa, to chętnie rzucamy się na różne cudowne diety, mające nam gwarantować schudnięcie po tygodniu. – Tu podobnie: wystarczy kliknąć, wpisać wskazane słowo albo odmówić jakąś modlitwę i hop – już mamy wyższy poziom duchowy. Coś, co wymaga czasu, cierpliwego trwania, ludzie chcą załatwić jednym kliknięciem – wyjaśnia i dodaje, że jedną z negatywnych cech naszej religijności są elementy myślenia magicznego, zabobonnego. Nie oczekujemy od Boga, że nas wspomoże, tylko liczymy, że nas wyręczy, sam załatwi sprawę, a nas zwolni z decydowania i działania. Wystarczy, że do „duchowego bankomatu” wklepię PIN składający się z określonych modlitw, a natychmiast otrzymam „zapłatę” w postaci realizacji przez Pana Boga moich próśb.

    – Przyczyną jest m.in. niedostatek w formacji, w tym rzetelnej wiedzy religijnej. W przypadku starszego pokolenia trochę to zrozumiałe: w czasach PRL, kiedy do konfesjonałów ustawiały się kilometrowe kolejki, ksiądz nie miał czasu na pogłębione duszpasterstwo indywidualne. Aktualnie zmienia się model duszpasterski: w stronę bardziej zindywidualizowanego, z zachętą do osobistej formacji. Brak porządnej wiedzy religijnej zwiększa podatność na różne nadużycia – podkreśla ks. Matuszewski.

    W tym wszystkim nie można zapomnieć o aspekcie duchowym. Jesteśmy kuszeni do zła. Zły duch podaje się za anioła światłości, pozostaje jednak ojcem kłamstwa. Będzie podpowiadał zagrożenia tam, gdzie ich realnie nie ma, odwracając uwagę od tych prawdziwych. Jasne, że nie wolno uciekać od dramatu grzechu i zła na świecie, jednak nadmiernie akcentowanie zagrożenia, piekła i zbliżającej się apokalipsy jest nieewangeliczne, bo skupiamy się na złu, a nie na Bogu i Jego chwale. – Ewangelia to Dobra Nowina, która uwalnia od lęku, bo jest manifestem Bożej miłości i zwycięstwa życia nad śmiercią. Kiedy Piotr idzie po wodzie, radzi sobie, dopóki ma Jezusa przed oczami, ale gdy zaczyna patrzeć tylko na wzburzone morze, natychmiast tonie – przypomina kapłan.

    Sprawdzone źródła wiedzy

    Czy istnieje rodzaj zbroi zdolnej nas uchronić przed zaangażowaniem się w inicjatywy, które co prawda na pierwszy rzut oka koncentrują się na Panu Bogu, ale z katolicyzmem nie mają wiele wspólnego? – Najważniejsze to pamiętać, że nasza relacja z Bogiem jest długofalowa, ciągła. On nie zwraca na nas swojego oblicza dopiero wtedy, gdy ukłujemy Go jak szpilką wpisaniem formułki w internecie. Bóg jest zawsze obecny w naszym życiu – czy śpimy, czy jemy, robimy to pod okiem Jego opatrzności. A budowanie głębokiej relacji wymaga czasu, wolności i zaufania, a nie podejmowania działań, które mają na Nim coś wymusić – podpowiada o. Tomasz Franc.

    Tym, co może zabezpieczać nasze życie religijne przed wejściem na niezdrowy grunt, jest wiedza ze sprawdzonych źródeł. Internet, z którego najczęściej korzystamy, jest zarówno skarbnicą wartościowych treści, jak i śmietnikiem pełnym szkodliwych produktów. – Przede wszystkim sięgajmy po główne źródła teologiczne: Pismo Święte i sprawdzone komentarze do niego oraz Katechizm Kościoła Katolickiego i oficjalne jego nauczanie. Należy krytycznie podchodzić do – niestety częstych w sieci – fundamentalistycznych interpretacji tekstu, w których zdania z Biblii wyrywane są z kontekstu i tłumaczone dosłownie. Zaglądajmy też na oficjalne, sprawdzone strony internetowe. Wiele osób karmi się przekazami o prywatnych objawieniach, często niepotwierdzonych przez Kościół, zna strony internetowe o egzorcyzmach i zagrożeniach duchowych, które nieraz nie mają nawet podanego autora. Nie wiadomo, kto bierze odpowiedzialność za zamieszczane tam treści – wskazuje ks. Matuszewski i przypomina, że słowo „sekta” bierze się z łacińskiego secare – ciąć. Niektóre sekty biorą elementy doktryny katolickiej i „przycinają” ją zgodnie ze swoim pomysłem. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się w porządku, ale diabeł (w tym wypadku bardzo dosłownie) tkwi w szczegółach. – Kiedy brakuje nam wiedzy religijnej, to jesteśmy podatni na manipulacje, łatwo można nam wmówić wiele rzeczy. •

    Agnieszka Huf/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 września 1953 roku – w dzień patrona Warszawy bł. Władysława z Gielniowa, Ksiądz Kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski, został aresztowany przez władze komunistyczne

    ***

    Rocznica aresztowania Prymasa Wyszyńskiego

    W Stoczku Warmińskim zachowało się świadectwo mężczyzny, który przygotowywał klasztor na więzienie dla Prymasa Wyszyńskiego. Dziś syn tego człowieka jest księdzem.

    Instytut Prymasowski Stefana Kardynała Wyszyńskiego

    ***

    Kard. Stefan Wyszyński został aresztowany przez władze komunistyczne w nocy z 25 na 26 września 1953 r. Podczas trzyletniego okresu odosobnienia przebywał kolejno w czterech miejscach internowania: Rywałdzie, Stoczku, Prudniku Śląskim i Komańczy. W wyniku wypadków październikowych 1956 r. powrócił do Warszawy na prośbę przedstawicieli rządu i 26 października – po uprzednim przyrzeczeniu ze strony władz państwowych przywrócenia Kościołowi głównych praw i naprawienia krzywd – objął ponownie wszystkie swoje funkcje w Kościele. Cennym dokumentem okresu odosobnienia Prymasa Polski są „Zapiski więzienne”. Obok kroniki życia codziennego obejmują również takie teksty, jak notatnik duchowy, listy, memoriały do władz oraz obszerne wypowiedzi będące osobistą refleksją nad sytuacją Kościoła w Polsce.

    Stoczek Warmiński na północnym wschodzie Polski. Kompletne odludzie. Do granicy z Rosją – niecałe trzydzieści kilometrów. Po obu stronach szosy rozciągają się lasy. Droga wydaje się bezkresna, prowadząca nie wiadomo dokąd. Tędy właśnie przewożono nocą pod eskortą więźnia Prymasa Wyszyńskiego. Powtarzała się scena znana z III części „Dziadów” Mickiewicza: „…coraz ku dzikszej krainie/Leci kibitka jako wiatr w pustynie …/Oko nie spotka ni miasta, ni góry,/Żadnych pomników ludzi ni natury;/Ziemia tak pusta, tak nie zaludniona…”.

    Jedynie widoczne z daleka wieże barokowego kościoła wskazują, że to tutaj znajduje się klasztor, w którym w latach 1952-53 był więziony za drutami kolczastymi prymas Polski Stefan kardynał Wyszyński.

    Cela została do dziś

    Dzisiaj klasztor jest otoczony tym samym masywnym, wysokim murem. Teraz jednak na bramie widnieje wskazówka: „Do celi Prymasa Wyszyńskiego”. Trzeba przejść długie, zabytkowe krużganki, aby dostać się do domofonu na furcie. Dopiero po wciśnięciu dzwonka okazuje się, że ktoś tu mieszka.

    – Można zwiedzić nie tylko celę, ale także Muzeum Prymasa Wyszyńskiego – mówi ks. Piotr Sroka, miejscowy proboszcz. I zaprasza najpierw do muzeum na parterze. To przestronna sala, w której zwracają uwagę szklane gabloty z rękopisami byłego więźnia i fragmentami „Zapisków więziennych”. Także z pamiątkami z pobytu Kardynała. Wśród nich jest urządzenie znalezione niedawno podczas remontu w futrynie drzwi klasztornych, za którymi przebywał Prymas Wyszyński. Sygnalizowało każde jego wyjście do ogrodu.

    Prosto z muzeum schodami wchodzi się na piętro, gdzie znajdowała się cela kard. Wyszyńskiego. W celi – łóżko, dzbanek, miednica i jedno drewniane krzesło z napisem na kartce naklejonej niedawno: „Na tym krześle siedział Prymas Wyszyński”. Tu więzień dostawał twardą szkołę życia. Twardą, bo takie były warunki, w jakich przebywał. Budynek był nieogrzewany, ściany pokrywał biały szron i mróz, przy drzwiach leżały sterty lodu. Z powodu zimna Prymas miał popuchnięte ręce i oczy. Bolały go nerki. Dokuczliwy był też brak wody. Na skargi czynione komendantowi słyszał, iż sam jest sobie winien, że tu się znalazł. Mimo to zanotował w „Zapiskach”: „Nie czuję uczuć… nieprzyjaznych do nikogo z tych ludzi. Nie umiałbym zrobić im najmniejszej nawet przykrości. Wydaje mi się, że jestem w pełnej prawdzie, że nadal jestem w miłości, że jestem chrześcijaninem i dzieckiem mojego Kościoła, który nauczył mnie miłować ludzi, i nawet tych, którzy chcą uważać mnie za swego nieprzyjaciela”.

    Ta sama jodła

    Klasztoru w Stoczku w dzień i w nocy strzegło około 30 funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Wyszyński miał ograniczony zakres poruszania się: z celi mógł jedynie zejść na dół i przejść do ogrodu. Tego samego, co jest tu dziś. Tylko na drzewach i na ogrodzeniu nie ma teraz drutów kolczastych, które wówczas zewsząd otaczały klasztor. Tuż za oknem celi pozostała nawet ta sama jodła, na którą Wyszyński codziennie spoglądał i o której pisał filozoficznie: „Siadła wrona na czole wyniosłej jodły. Spojrzała władczo wokół i wydała okrzyk zwycięstwa. Jodła ani drgnie; zda się nie dostrzegać wrony. Znosi spokojnie wrzaskliwego gościa. Wszak tyle chmur już przeszło nad jej czołem, tyle ptaków przelotnych tu się zatrzymało. Poszły, jak ty pójdziesz. Nie twoje to miejsce. Cóż zdołasz krzykiem zdziałać? Ja pozostanę, by trwać w skupieniu, by budować swoją cierpliwością, by przetrwać wichry i naloty, by spokojnie piąć się wzwyż. Słońca mi nie przesłonisz, sobą nie zachwycisz, celu mej wspinaczki nie zmienisz. Był las, nie było was – i nie będzie was, będzie las. Bajka? Nie bajka!”.

    Widać, że w duszy więźnia bezsilność ustępowała miejsca akceptacji. A „kraty” powoli stawały się jakby niewidoczne. Zaczynał prowadzić „normalne” życie. Na tyle, na ile mógł. Za swoim przewodnikiem duchowym, ks. Korniłowiczem, Prymas Wyszyński powiedział sobie, że „zadanie życia sprowadza się do chwili obecnej”. Zatem najpierw ustalił sobie program dnia, którego pieczołowicie przestrzegał. Dzień zaczynał o świcie. Godzina 5 – pobudka. 5.45 – modlitwy poranne i rozmyślanie. O 7 odprawiał Mszę św. (w małym bocznym pomieszczeniu urządził kaplicę). Potem jadł śniadanie, a zaraz po nim, niezależnie od pogody, szedł na spacer. Potem odmawiał cząstkę Różańca i pracował – dużo czytał, pisał także artykuły i książki. Uczył się również języków obcych. Po obiedzie znów szedł na spacer do ogrodu i odmawiał kolejną cząstkę Różańca. I ponownie praca własna. Wieczór wypełniała modlitwa. W celi, gdyż drzwi do pobliskiego kościoła, który dzisiaj stanowi sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju, były wtedy zamurowane. O tym, że miejsce odosobnienia sąsiaduje z kościołem, utwierdziły Wyszyńskiego dochodzące do niego zza muru słowa śpiewanej kolędy i dźwięk dzwonka wzywający na Mszę św. Przez cały okres uwięzienia nigdy nie mógł tam pójść.

    Prymas Wyszyński ułożył też w Stoczku akt osobistego oddania się Matce Najświętszej. Uczynił to 8 grudnia, w święto Niepokalanego Poczęcia Maryi, przed obrazem Świętej Rodziny, który do dziś tutaj się zachował. Szybko okazało się, jak Opatrzność Boża przygotowywała go do większego dzieła. Jego osobisty akt oddania się Matce Bożej stał się fundamentem dla późniejszych Ślubów Jasnogórskich i Milenijnego Aktu na Tysiąclecie Chrztu Polski w 1966 r.

    Zadanie specjalne

    W Stoczku zachowało się świadectwo mężczyzny, który przygotowywał klasztor na więzienie dla Prymasa Wyszyńskiego. – Skojarzyłem to sobie po przeczytaniu książki „Zapiski więzienne” – wyznaje pan Józef. W 1953 r. służył w wojsku w Ośrodku Szkoleniowym Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego w Szczytnie. Pod koniec września cała kompania została wywieziona do Stoczka, aby wykonać „zadanie specjalne”. Nie powiedziano żołnierzom jakie.

    – Mieszkaliśmy niedaleko klasztoru. W klasztorze wykonywaliśmy prace porządkowe, jak: wynoszenie mebli, figur, książek, które składaliśmy na korytarzu przy kościele. W jednym z pokojów była biblioteka pełna książek. Na drzwiach do pokojów były wypisane imiona mieszkających tam kiedyś zakonników. Wszystko to zostało zamalowane, również ściany i podłogi. Pracowaliśmy w dzień, natomiast w nocy pracowali jacyś cywile, którzy zakładali różne instalacje elektryczne. Prądu tam nie było, przy wejściu od strony podwórza stał agregat prądotwórczy. Podczas malowania podłogi jeden z żołnierzy zauważył w otworze po wykruszonym sęku w listwie przypodłogowej coś błyszczącego, podobnego do sitka, oderwał listwę i wyciągnął mikrofon. Zameldował o odkryciu oficerowi, no i się zaczęło. Przerwano pracę, a następnego dnia wyjaśniono nam, że to, co tu wykonujemy, jest ściśle tajne, że tu, w tych pomieszczeniach, będą mieszkali i szkolili się polscy szpiedzy, że służby specjalne muszą o nich wszystko wiedzieć, nawet to, co mówią przez sen, stąd te podsłuchy – relacjonuje pan Józef.

    W ogrodzie, razem z innymi żołnierzami, wycinał drzewa, stawiał parkany, a na strychu budynku gospodarczego budował stanowisko obserwacyjne i miejsce na karabin maszynowy.

    Dziś pan Józef żałuje jednego: że nie powiedział o tym wszystkim Prymasowi. Gdy przeczytał „Zapiski więzienne” i zorientował się w całej sytuacji, Prymas już nie żył.

    Dzisiaj najstarszy syn pana Józefa jest księdzem.

    Bez wyroku, bez aktu oskarżenia

    W więzieniu władze państwowe pozbawiły Wyszyńskiego wszelkich praw. Został on uwięziony, nie wiadomo na jak długo, bez przysługujących mu praw więźnia, bez wyroku, bez aktu oskarżenia. „Zostałem skazany na śmierć cywilną i sprowadzony do poziomu «liszeńca». Z takim stanowiskiem, wydaje mi się, nie powinienem się tak łatwo pogodzić i muszę czynić wszystko, by doszło do wymiany poglądów” – pisał Wyszyński. Ale zwodzono go przez cały czas. Na wszelkie skargi, iż jest bez podstaw prawnych pozbawiony wolności, słyszał z ust komendanta, że nie jest więźniem, lecz osobą, która „przebywa w klasztorze”, a to jest zasadnicza różnica…

    Tymczasem zgodę na uwięzienie Prymasa Polski wyrazili przedstawiciele najwyższych władz państwowych: prezydent Bolesław Bierut, premier Józef Cyrankiewicz, Franciszek Mazur, Edward Ochab i marszałek Konstanty Rokossowski. Po tym, jak w nocy z 25 na 26 września 1953 r. esbecy wtargnęli do rezydencji przy Miodowej i jak skazańca wyprowadzili Prymasa do samochodu, nikt nie wiedział, jakie są jego losy. Miejsca pobytu Wyszyńskiego komunistyczne władze nie chciały ujawnić nawet jego najbliższej rodzinie. Kiedy jedna z jego sióstr udała się do premiera, licząc, że uzyska jakieś informacje na temat brata, najpierw długo czekała w kolejce interesantów, a gdy dostała się na rozmowę, premier zapytał ją: „Pani w jakiej sprawie?”.

    – Jestem siostrą kard. Wyszyńskiego. My wszyscy, cała rodzina, stary ojciec, czekamy i prosimy o kontakt… Czy tak musiało być?

    Premier odparł zdenerwowany: – On nam tak przeszkadzał…, już nam tak przeszkadzał!

    W końcu do opinii publicznej dotarł lakoniczny oficjalny komunikat rządowy, stwierdzający, że „zakazano arcybiskupowi Stefanowi Wyszyńskiemu wykonywania funkcji związanych z dotychczasowymi jego stanowiskami kościelnymi”.

    A tak się kiedyś bał młody ksiądz Stefan Wyszyński, że „nie dostąpi zaszczytu, którego doznali wszyscy koledzy z ławy seminaryjnej. Wszyscy oni przeszli przez obozy koncentracyjne i więzienia…”.

    Gdy w 1956 r. został uwolniony, stwierdził, że nigdy nie wyrzekłby się tych trzech lat. „Lepiej, że upłynęły one w więzieniu, niżby miały upłynąć na Miodowej. Lepiej dla chwały Bożej, dla pozycji Kościoła powszechnego w świecie – jako stróża prawdy i wolności sumień; lepiej dla Kościoła w Polsce i lepiej dla pozycji mojego Narodu. A już na pewno lepiej dla dobra mej duszy. Ten wniosek zamykam dziś, w godzinie mego aresztowania, swoim Te Deum i Magnificat”.

    – Pobyt w więzieniu wyraźnie pokazuje, jak Prymas dorastał do świętości – ocenia ks. dr Andrzej Gałka, sędzia w procesie beatyfikacyjnym kard. Wyszyńskiego. – Był to dla niego czas bliskiej przyjaźni z Panem Jezusem i z Matką Bożą. Umiał zaufać Bożej Opatrzności, dostrzec wolę Bożą w swoim życiu. Dlatego wyszedł z więzienia jako zupełnie inny człowiek. 

    Milena Kindziuk/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W sobotę 28 maja 2014 roku po raz pierwszy Kościół w Polsce przeżywał liturgiczne wspomnienie błogosławionego Księdza Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

    “Tego dnia rozpoczeły się modlitwy o jego kanonizację Prymasa Tysiąclecia” – przekazał KAI ks. Bogdan Bartołd, proboszcz archikatedry warszawskiej, w której kard. Wyszyński jest pochowany.

    Kard. Stefan Wyszyński

    pl.wikipedia.org

    ***

    Jeszcze przed beatyfikacją do kaplicy, w której spoczywa Prymas stale przychodzili wierni, żeby się modlić. Natomiast po beatyfikacji, która miała miejsce 12 września ub. roku, każdego 28 dnia miesiąca o godz. 19.00 w archikatedrze warszawskiej jest odprawiana Msza św. dziękczynna za beatyfikację Prymasa Tysiąclecia.

    “Począwszy od dnia pierwszego liturgicznego wspomnienia, kard. Wyszyńskiego, a więc właśnie od 28 maja, modlimy się o jego kanonizację” – zapowiedział ks. Bartołd w rozmowie z KAI. Wyraził przy tym nadzieję, że nie trzeba będzie czekać tak długo jak na beatyfikację. Przypomnijmy, że proces beatyfikacyjny kard. Wyszyńskiego trwał 30 lat.

    W każdy wtorek w katedrze warszawskiej odprawiana jest Msza w intencjach kierowanych do Boga za przyczyną kard. Wyszyńskiego. “Tych intencji jest tak wiele, że ich odczytanie zajęłoby mi kilkanaście godzin” – powiedział KAI proboszcz katedry.

    Beatyfikacja bł. Stefana Wyszyńskiego i bł. Elżbiety Róży Czackiej odbyła się 12 września 2021 r. w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. Rytowi beatyfikacji oraz uroczystej Mszy św. przewodniczył w imieniu papieża Franciszka kard. Marcello Semeraro, prefekt watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

    Odczytując z mandatu Ojca Świętego list apostolski, w którym Franciszek wpisał dwójkę Polaków w poczet błogosławionych, kard. Semeraro poinformował, że wspomnienie liturgiczne bł. Stefana Wyszyńskiego obchodzone będzie 28 maja a wspomnienie liturgiczne bł. matki Czackiej – 19 maja.

    ***

    Stefan Wyszyński urodził się w 3 sierpnia 1901 r. w miejscowości Zuzela nad Bugiem. Po ukończeniu gimnazjum w Warszawie i Łomży wstąpił do Seminarium Duchownego we Włocławku, gdzie 3 sierpnia 1924 roku został wyświęcony na kapłana. Po czterech latach studiów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim na Wydziale Prawa Kanonicznego i Nauk Społecznych uzyskał stopień doktora.

    Podczas II wojny światowej jako znany profesor był poszukiwany przez Niemców. Ukrywał się m.in. we Wrociszewie i w założonym przez matkę Elżbietę Czacką zakładzie dla ociemniałych w Laskach pod Warszawą. W okresie Powstania Warszawskiego ks. Wyszyński pełnił obowiązki kapelana grupy “Kampinos” AK.

    25 marca 1946 Pius XII mianował go biskupem lubelskim (sakrę nominat przyjął 12 maja tegoż roku), a 22 października 1948 powołał go na arcybiskupa Gniezna i Warszawy oraz Prymasa Polski. Na konsystorzu 12 maja 1953 papież włączył go w skład Kolegium Kardynalskiego, ale ówczesne władze nie zezwoliły nowemu purpuratowi na wyjazd do Rzymu po odbiór insygniów kardynalskich. Przyjął je z rąk Piusa XII dopiero 18 maja 1957.

    W coraz bardziej narastającej konfrontacji z reżimem komunistycznym, Prymas Wyszyński podjął decyzję zawarcia “Porozumienia”, które 14 lutego 1950 podpisali przedstawiciele Episkopatu i władz państwowych. Mimo to, sytuacja coraz bardziej się zaostrzała i 25 września 1953 prymas został aresztowany i internowany. Przebywał kolejno w Rywałdzie Królewskim koło Grudziądza, w Stoczku Warmińskim, w Prudniku koło Opola i w Komańczy w Bieszczadach.

    W ostatnim miejscu internowania napisał tekst odnowionych Ślubów Narodu, wygłoszonych następnie na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 jako Jasnogórskie Śluby Narodu. 26 października 1956 ks. prymas wrócił do Warszawy z internowania. W latach 1957-65 prowadził Wielką Nowennę przed Jubileuszem Tysiąclecia Chrztu Polski. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych czynnie uczestniczył w pracach Soboru Watykańskiego II. W okresie rodzącej się “Solidarności” pozostawał ośrodkiem równowagi i spokoju społecznego.

    Zmarł 28 maja 1981 r. w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Na pogrzeb kardynała w Warszawie 31 maja przybyły dziesiątki tysięcy ludzi.

    Stefan Wyszyński został beatyfikowany 12 września 2021 roku w Warszawie.

    Kai/Tygodnik Niedziela

     _____________________________________________________________________________________________________________________________

    Wielka Brytania: będą grzywny za gesty sprzeciwu wobec aborcji

    Jest już pewne, że brytyjski rząd podpisze ustawę, która wprowadza karę grzywny za jakikolwiek gest sprzeciwu wobec działalności ośrodka aborcyjnego. Karane ma być nie tylko rozdawanie ulotek czy próba rozmowy, ale nawet modlitwa w ciszy nieopodal budynku.

     ***

    ***

    W Wielkiej Brytanii ponad 200 tys. nienarodzonych dzieci co roku traci życie na skutek aborcji. Tymczasem nowa ustawa zabrania nawet cichej modlitwy w odległości 150 metrów od ośrodka świadczącego usługi aborcyjne. Partia Pracy odrzuciła projekt poprzedniego rządu, który sugerował, by cicha modlitwa była dozwolona w nowych „bezpiecznych strefach dostępu”. Obecny rząd zlikwidował wyjątki, umożliwiające „dobrowolną” komunikację w obrębie strefy buforowej, ponieważ zinterpretowano tę propozycję jako zezwolenie na angażowanie ludzi w rozmowy czy rozdawanie ulotek przez przeciwników aborcji.

    Jak stanowi nowe prawo nielegalne jest każde działanie, które może wpływać na czyjąś decyzję o skorzystaniu z usług aborcyjnych. Każda osoba skazana podlega karze grzywny w nieograniczonej wysokości. Równocześnie w ostatnich tygodniach znana brytyjska działaczka pro-life, Isabel Vaughan Spruce z March for Life UK otrzymała odszkodowanie w wysokości 13 tysięcy funtów i przeprosiny od policji po tym, jak udowodniła przed sądem, że jej aresztowanie za cichą modlitwę przed ośrodkiem aborcyjnym było niesprawiedliwe i naruszyło jej prawa człowieka. Jak powiedziała podczas tegorocznego Marszu dla Życia w Londynie: „W naszym kraju nigdy nie będzie pokoju, jeśli najpierw nie wprowadzimy go w łonie matki, pokoju strzeżonego prawem. Wszyscy stajemy się współwinni aborcji przez naszą apatię lub milczenie. Nasza obojętność wobec aborcji rodzi konsekwencje, które mogą nas i naszych bliskich drogo kosztować”.

     Elżbieta Sobolewska-Farbotko – Radio Bobola – 24.09.224/Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK 12 WRZEŚNIA

    UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEGO IMIENIA MARYI

    MSZA ŚWIĘTA – GODZ. 19.00 W KAPLICY-IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    web3-1-oldesticonmary-Agiosoritissa-Icon

    Ta piękna ikona, napisana w siódmym wieku, jest jednym z najstarszych znanych przedstawień Matki Boskiej. To prawdziwy skarb – z tego czasu zachowały się jedynie nieliczne dzieła. (Aleteia.pl)

    ***

    Imię Maryi czcimy w Kościele w sposób szczególny, ponieważ należy ono do Matki Boga, Królowej nieba i ziemi, Matki miłosierdzia. Dzisiejsze wspomnienie – “imieniny” Matki Bożej – przypominają nam o przywilejach nadanych Maryi przez Boga i wszystkich łaskach, jakie otrzymaliśmy od Boga za Jej pośrednictwem i wstawiennictwem, wzywając Jej Imienia.

    Zgodnie z wymogami Prawa mojżeszowego, w piętnaście dni po urodzeniu dziecięcia płci żeńskiej odbywał się obrzęd nadania mu imienia (Kpł 12, 5). Według podania Joachim i Anna wybrali dla swojej córki za wyraźnym wskazaniem Bożym imię Maryja. Jego brzmienie i znaczenie zmieniało się w różnych czasach. Po raz pierwszy spotykamy je w Księdze Wyjścia. Nosiła je siostra Mojżesza (Wj 6, 20; Lb 26, 59 itp.). W czasach Jezusa imię to było wśród niewiast bardzo popularne. Ewangelie i pisma apostolskie przytaczają oprócz Matki Chrystusa cztery Marie: Marię Kleofasową (Mt 27, 55-56; Mk 15, 40; J 19, 25), Marię Magdalenę (Łk 8, 2-3; 23, 49. 50), Marię, matkę św. Marka Ewangelisty (Dz 12, 12; 12, 25) i Marię, siostrę Łazarza (J 11, 1-2; Łk 10, 38). Imię to wymawiano różnie: Miriam, Mariam, Maria, Mariamme, Mariame itp. Imię to posiada również kilkadziesiąt znaczeń. Najczęściej wymienia się m.in. “Mój Pan jest wielki”, “Pani” i “Gwiazda morza”.

    Maryję nazywamy naszą Matką; jest Ona – zgodnie z wolą Chrystusa, wyrażoną na krzyżu – Matką całego Kościoła. Po Wniebowzięciu została ukoronowana na Królową nieba i ziemi. Polacy czczą Ją także jako Królową Polski. Maryja jest naszą Wspomożycielką i Pośredniczką, jedyną ucieczką grzeszników. W ciągu wieków historii Kościoła powstały setki różnorodnych tytułów (wymienianych np. w Litanii Loretańskiej czy starszej od niej, pięknej Litanii Dominikańskiej, a także w starożytnym hymnie greckim Akatyście). Za pomocą tych określeń wzywamy opieki i orędownictwa Matki Bożej.

    Najświętsza Maryja Panna Bardzo wielu świętych wyróżniało się szczególnym nabożeństwem do Imienia Maryi, wiele razy wypowiadając je z największą radością i słodyczą serca, np. Piotr Chryzolog (+ 450), św. Bernard (+ 1153), św. Antonin z Florencji (+ 1459), św. Hiacynta Marescotti (+ 1640), św. Franciszek z Pauli (+ 1507), św. Alfons Liguori (+ 1787).

    Dzisiejsze wspomnienie jest jednym z wielu obchodów maryjnych, które są paralelne do obchodów ku czci Chrystusa. Jak świętujemy narodzenie Chrystusa (25 grudnia) i Jego Najświętsze Imię (3 stycznia), podobnie obchodzimy wspomnienia tych samych tajemnic z życia Maryi (odpowiednio 8 i 12 września). Obchód ku czci Imienia Maryi powstał w początkach XVI w. w Cuenca w Hiszpanii i był celebrowany 15 września, w oktawę święta Narodzenia Maryi. Z czasem został rozszerzony na teren całej Hiszpanii. Po zwycięstwie króla Jana III Sobieskiego nad Turkami w bitwie pod Wiedniem w 1683 r. Innocenty XI rozszerzył ten obchód na cały Kościół i wyznaczył go na niedzielę po święcie Narodzenia Maryi. Późniejsze reformy kalendarza i przepisów liturgicznych przeniosły go na dzień 12 września, kiedy to Martyrologium Rzymskie wspomina wiktorię wiedeńską. Obchód ten dekretem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 2001 r. wprowadzono do Kalendarza Rzymskiego (ogólnego) w randze wspomnienia dowolnego.

    brewiarz.pl/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Imieniny Maryi

    Odmów specjalną modlitwę „o Jej miłosierne pośrednictwo”

    WSTAWIENNICTWO MARYI

    Fr Lawrence Lew OP/Flickr

    ***

    12 września obchodzimy wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi. W ten szczególny dzień zachęcamy do odmówienia tej pięknej modlitwy.

    „Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja” (Łk 1,26-27).

    Czy nadane nam przez rodziców imię posiada jakieś znaczenie? Czy potrafi ono określać nas przez całe życie? Dlaczego niektóre imiona kojarzą nam się źle, a inne dobrze? Czy istnieją imiona ponadczasowe? I dlaczego imię Matki Boga zostało wywyższone w sposób szczególny?

    Wpisując w wyszukiwarkę frazę: „znaczenie imion”, internet huczy. Czytam o wielkiej księdze imion, magii oraz zabobonnych skojarzeniach związanych ze swoim mieniem. Znajduję również słowa pani profesor Krystyny Leśniak-Moczuk, które są poparte badaniami i dzięki nim mogę odpowiedzieć na powyższe pytania, oczywiście w dużym skrócie.

    Imię ma znaczenie, jest ono wyrazem, który w ciągu życia słyszymy najczęściej w odniesieniu do siebie. Dlatego organizm przyzwyczaja się do jego brzmienia, drgania i dźwięku. Tym samym dziecko, które nie skończyło jeszcze 5 miesięcy, potrafi odróżnić swoje imię od innych usłyszanych wyrazów. A kiedy kończy 3 lata, zauważa znaczenie noszonego imienia.

    Nadane imię potrafi nas określać. Np. Radosław – oznacza kogoś radosnego. W starożytności imię oznaczało rolę, którą dana osoba musi spełnić, np. Bogusława to kobieta pobożna, sławiąca imię Boga.

    Niektóre imiona z czymś nam się kojarzą, np. “Monika, dziewczyna ratownika”. Jest to związane z kulturą, tradycją, przysłowiami, ale i również ich… długością. Imię Aleksander zazwyczaj kojarzone jest z sukcesem, pewnością siebie oraz inteligencją.

    Wyliczenia pokazały, że mniej więcej po trzech pokoleniach wracają stare imiona, które wcześniej uważane były za niemodne. Do imion uniwersalnych w Polsce zaliczane są takie jak: Anna, Wiktoria, Piotr, Adam, Jan, Małgorzata, Magdalena czy w końcu Maria. Ostatnie z wymienionych imion posiada wiele znaczeń i bez wątpienia pochodzi od imienia Matki Bożej.

    Etymologia imienia Maryja nie jest jednoznaczna. Św. Hieronim uważał, że imię to oznacza “Pani”. Natomiast wg św. Bonawentury imię to jest wieloznaczne, np. ,,morze” – od metafory mówiącej, że Maryja jest morzem łask Ducha Świętego, lub “gwiazda”, bo swoim życiem i przykładem, a także jaśniejącą czystością wskazuje ludziom odpowiednią drogę.

    Z kolei w Polsce najczęściej nazywana jest Królową, szczególnie przez pielgrzymów odwiedzających sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej na Jasnej Górze. Jej imię zapisało się w historii narodu już dawno, np. kiedy Jan III Sobieski wygrał bitwę z Turkami pod Wiedniem w 1683 r.

    Ówczesny król był gorliwym czcicielem Maryi, to właśnie Jej imię umieścił na chorągwiach podczas odsieczy wiedeńskiej. W liście do papieża Innocentego XI napisał: “Przyszliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył”. Z wdzięczności za wygraną chrześcijaństwa nad islamem Innocenty XI ogłosił dla całego Kościoła święto Imienia Maryi – które obecnie obchodzimy 12 września.

    W litanii do Najświętszej Maryi Panny czytamy, że nazwana jest w różnoraki sposób: Boża Rodzicielka, Panna nad pannami, Matka Chrystusa, Matka łaski Bożej, Panna roztropna, Panna wierna, Pocieszycielka strapionych, Królowa męczenników i dziewic, Królowa rodzin i pokoju.

    Bez względu na to, jakiego tytułu użyjemy zwracając się do Niej o pomoc, Ona zawsze wstawi się za nami do swojego syna, Jezusa. Liczne przykłady z życia świętych potwierdzają te słowa. Natomiast dziś, w ten szczególny dzień, zachęcam do odmówienia tej modlitwy:

    Spraw miłościwie, wszechmogący Boże, aby wierni słudzy Twoi, którzy pod zasłoną Imienia Najświętszej Maryi Panny cieszą się Jej opieką, za Jej miłosiernym pośrednictwem od wszelkiego złego uchowani zostali na ziemi i do wesela wiecznego doprowadzeni byli w niebie. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.

    Monika Lender- Gołębiowska/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jan III Sobieski w drodze pod Wiedeń modlił się w wielu sanktuariach. Do dziś tam o tym pamiętają

    Bitwa pod Wiedniem i polskie ślady podróży Jana III Sobieskiego

    Pomnik Jana III Sobieskiego w Łazienkach w Waszawie / fot. Ritu Manoj Jethani / Shutterstock.

    ***

    Król Jan III Sobieski jadąc pod Wiedeń w 1683 r. nawiedzał po drodze sanktuaria. W wielu miejscach w Polsce zachowała się pamięć o tej podróży na bitwę, która zmieniła losy Europy.

    Jan Sobieski przed każdą wyprawą zawierzał się Maryi. Bitwa pod Wiedniem nie była tu wyjątkiem. Udając się na odsiecz król odwiedzał po drodze wraz z rodziną i dworem sanktuaria maryjne i uczestniczył we mszach świętych i nabożeństwach.

    „Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały” – tak skomentował później wiktorię wiedeńską. 12 września 1683 r. wojska polsko-austriacko-niemieckie pod dowództwem króla Jana III Sobieskiego rozgromiły armię imperium osmańskiego dowodzoną przez wezyra Kara Mustafę.

    Pielgrzymka do Studzianny i na Jasną Górę

    Bitwa pod Wiedniem i polskie ślady podróży Jana III Sobieskiego

    Sanktuarium Matki Bożej Świętorodzinnej w Studziannie

    ***

    Jednym z miejsc, które odwiedził król Sobieski, była Studzianna i sanktuarium Matki Bożej Świętorodzinnej, którym obecnie opiekują się księża filipini. To tu polski monarcha prosił o „niebiańską pomoc i asystencję”. Według jednej z hipotez Sobieski miał ofiarować świątyni liczne dary, w tym srebrną wieczną lampę z wytłoczonym herbem królewskim, która do dziś płonie przed głównym ołtarzem, kryształowo-złoty ołtarzyk polowy oraz dywan.

    Bitwa pod Wiedniem i polskie ślady podróży Jana III Sobieskiego

    Sanktuarium Matki Bożej Świętorodzinnej w Studziannie / fot. neverhoods / Shutterstock

    ***

    Następnie król zatrzymał się na Jasnej Górze, prosząc Królową Polski o wsparcie i błogosławieństwo. Od prowincjała paulinów o. Tobiasza Czechowicza otrzymał miecz hetmana Stanisława Żółkiewskiego, na którym widniał napis: Ergo sum mancipium Mariae (łac. „Jestem narzędziem Maryi”). Władca przyjął jedynie głownię, pozostawiając w sanktuarium ozdobną rękojeść i pochwę, które do dziś można zobaczyć na Jasnej Górze.

    Jasna Góra i jej skarby

    fot. Karl Allen Lugmayer / Shutterstock

    ***

    Orszak królewski w Krakowie i na Górnym Śląsku

    Przez Lelów i Żarnowiec Sobieski udał się do Krakowa, gdzie modlił się w siedmiu tamtejszych kościołach.

    Zatrzymał się także w Piekarach Śląskich. „Przybądź nam, miłościwa Pani, ku pomocy, a wyrwij nas z potężnych nieprzyjaciół mocy” – modlił się przed obrazem Matki Bożej. Warto wspomnieć, że Sobieski był pierwszym polskim monarchą, który oddał cześć Najświętszej Maryi Pannie Piekarskiej przybywając do świątyni z biskupami, wodzami, książętami i ludem zbrojnym.

    Bitwa pod Wiedniem i polskie ślady podróży Jana III Sobieskiego

    Ołtarz Główny w sanktuarium Matki Bożej w Piekarach Śląskich / fot. DyziO / Shutterstock

    ***

    Król dotarł także do Tarnowskich Gór, gdzie oczekiwali na niego cesarscy wysłannicy.

    22 sierpnia 1683 r. Sobieski został powitany w Gliwicach. Wjeżdżającego do miasta monarchę przywitała salwa z 28 armat i bicie kościelnych dzwonów. Przy Bramie Bytomskiej władca ukląkł i ucałował krzyż podany mu przez proboszcza parafii Wszystkich Świętych. Sobieski udał się na nabożeństwo do kościoła Podwyższenia Krzyża Świętego. Dokonał przeglądu wojska, napisał listy do żony, papieża Innocentego II i cesarza Leopolda I, w których informował o postępach w podróży. Wziął udział w uroczystości chrztu świętego dwóch muzułmanów.

    Kolejnego dnia zatrzymał się na noc w klasztorze cystersów w Rudach Raciborskich.  „Jego Królewska Mość zatrzymał się o milę drogi przez Rudami i tam w pięknym klasztorze ojców cystersów przenocował, a w dniu następnym przybył na obiad do Raciborza i zagościł na naszym zamku” – czytamy w relacji korespondenta „Kuriera Wojennego”.

    Bitwa pod Wiedniem i polskie ślady podróży Jana III Sobieskiego

    Klasztor w Rudach Raciborskich / fot. Pawel Filusz / Shutterstock

    ***

    Pobyt na Śląsku wspominał Sobieski całkiem dobrze, co zresztą opisał w liście do Marysieńki: „Lud tu niewymownie dobry i błogosławiący nam, kraj cudownie wesoły. Przybyło do nas ludzi nie mało […]”. Towarzyszący wyprawie francuski pamiętnikarz Francois Paul D’Alerac zapisał: „Nigdy żaden monarcha nie spotkał się z tak dobitnymi wyrazami hołdu ludności obcego państwa, jak król polski ze strony poddanych cesarza”.

    Jedna z legend mówi, że na pamiątkę przemarszu monarchy przez Śląsk sadzono tym szlakiem lipy. Do dzisiaj niektóre drzewa noszą nazwę „lip króla Sobieskiego”.

    Wrocławska Madonna Adorująca

    Z wiktorią wiedeńską wiąże się jeszcze jedno miejsce – katedra wrocławska pw. św. Jana Chrzciciela. W tym kościele znajduje się otoczony kultem cudowny obraz Matki Bożej. W 1713 r. papież Klemens XI ofiarował królewiczowi Aleksandrowi Sobieskiemu, mieszkającemu wówczas w Rzymie, piękny wizerunek Maryi. Po jego śmierci płótno trafiło do jego brata – Jakuba, panującego w Oławie. Kolejnym właścicielem obrazu stał się hrabia Michael von Althan z Międzylesia, który umieścił go w ołtarzu głównym kościoła parafialnego. Potem wizerunek przeniesiono na boczną ścianę prezbiterium.

    Bitwa pod Wiedniem i polskie ślady podróży Jana III Sobieskiego

    Matka Boża Sobieska z katedry we Wrocławiu / fot. Romuald M. Sołdek

    ***

    W 1951 r. decyzją władz kościelnych wizerunek został przeniesiony do katedry we Wrocławiu. Znany jest również jako Matka Boża Sobieska, Matka Boża Adorująca lub Wodząca Oczami. Obraz prawdopodobnie namalował Carlo Marratti, znakomity włoski malarz i portrecista. Przedstawia Maryję ze złożonymi rękami, o spokojnym, ciepłym spojrzeniu. Jej  zatroskane oczy zwrócone są w kierunku ukochanych dzieci.

    Anna Gębalska-Berekets/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy wiesz, który polski król ma własną salę w Muzeach Watykańskich?

    Domena Publiczna/Wikipedia

    ***

    Choć Sala Sobieskiego znajduje się na głównej trasie prowadzącej do Kaplicy Sykstyńskiej, często wybieramy „przyspieszone” przejście do fresków Michała Anioła. A szkoda.

    Muzea Watykańskie odwiedza się zazwyczaj ze względu na imponującą Kaplicę Sykstyńską. Ewentualnie ważne dla turystów są także freski Rafaela czy starożytne rzeźby. Jednak mało kto wie, że pomiędzy innymi zachwycającymi dziełami sztuki znajdziemy też obraz „Sobieski pod Wiedniem – 1683” autorstwa Jana Matejki. I to właśnie od niego wzięła się nazwa Sala Sobieskiego, której północną ścianę zajmuje płótno o wielkości ponad 40 metrów kwadratowych.

    Krótka powtórka z historii

    Obraz „Sobieski pod Wiedniem – 1683” jest upamiętnieniem wydarzeń z 12 września 1683 roku. Wtedy miała miejsce bitwa pod Wiedniem między armią Imperium Osmańskiego a polsko-niemiecko-austriackimi wojskami dowodzonymi przez Jana III Sobieskiego.

    Było to wydarzenie rozstrzygające dla chrześcijańskiej przyszłości Europy, udało się bowiem powstrzymać islamskie ataki z Turcji. Matejko ukazał na obrazie wyobrażenie sceny po Wiktorii Wiedeńskiej – kiedy król Polski postanowił wysłać papieżowi Innocentemu XI zdobytą „Świętą Chorągiew Proroka” oraz list królewski, rozpoczynający się słowami „Venimus, vidimus, Deus vicit” (Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył).

    Głównymi elementami, które widzimy na płótnie Matejki, są: moment przekazania listu przez króla Jana III Sobieskiego wysłannikowi ze Stolicy Apostolskiej, kanonikowi Denhoffowi; pochylona turecka chorągiew; zwycięska husaria polska; pokonana armia turecka oraz rozciągająca się na niebie tęcza. Jej końce sięgają Wiednia oraz namiotu wezyra, w jej centrum zaś znajduje się głowa Jana III Sobieskiego. Układ ten najprawdopodobniej wskazywać ma na potęgę Polski jako przedmurza chrześcijaństwa. Warto też pamiętać, że nie ma w tym obrazie niczego przypadkowego, zwłaszcza że nie jest on w pełni zgodny z rzeczywistymi wydarzeniami. Wspomnieć tu należy chociażby o błędnym przedstawieniu chorągwi, która u Matejki ma cechy renesansowe i niezgodna jest z opisem oryginału.

    W jakich okolicznościach powstał obraz?

    Jan Matejko był malarzem zaangażowanym społecznie, starał się poprzez swoją sztukę upamiętniać ważne dla Polski wydarzenia historyczne. Jego dzieła miały zatem charakter edukacyjny. „Sobieskiego pod Wiedniem” malował przez co najmniej rok, przygotowując się na 200. rocznicę pokonania armii islamskiej przez wojska chrześcijańskie. W tym czasie austriacka propaganda głosiła wyłącznie o własnych zasługach w związku ze zwycięstwem z roku 1683.

    Co postanowił artysta, polski patriota? Zbuntować się i uświadomić społeczeństwu prawdę. W Wiedniu wystawił więc publicznie swój imponujący obraz. I zrobił to bezpłatnie, wynajmując w tym celu salę za własne pieniądze (co było i zapewne wciąż jest ewenementem wśród artystów). Dzięki temu cały naród austriacki mógł sobie przypomnieć o nieocenionej pomocy Polski i zdolnościach przywódczych króla Jana III Sobieskiego.

    Dlaczego obraz znajduje się akurat w Watykanie?

    Bo tak zdecydował sam Matejko. Osobiście zawiózł „Sobieskiego” papieżowi Leonowi XIII jako „dar od narodu polskiego”. Dzieło miało stać się upamiętnieniem zwycięstwa Jana III Sobieskiego oraz symbolem siły Polski, która w 1883 roku wciąż jeszcze nie odzyskała niepodległości.

    Sala Sobieskiego w XVI wieku stanowiła część apartamentów papieża Piusa V, które w XIX wieku papież Pius IX przeobraził w Galerię świętych i błogosławionych – miejsce, gdzie wystawiano współczesne dzieła sztuki zamawiane specjalnie na ceremonię kanonizacji lub beatyfikacji. Obecnie, oprócz płótna polskiego artysty, można tu znaleźć obrazy Porziano Loveriniego, Francesco Grandiego, Francesco Podestiego oraz dzieło Cesare Fracassiniego pt. „Męczennicy z Gorkum”, które w 1572 roku odniosło wielki sukces w Rzymie.

    Choć Sala Sobieskiego znajduje się na głównej trasie prowadzącej do Kaplicy Sykstyńskiej, odwiedzający często ją omijają, wybierając „przyspieszone” przejście do fresków Michała Anioła. A szkoda. Bo naprawdę warto docenić fakt istnienia polskiej sztuki w Muzeach Watykańskich. Ostatecznie przecież Matejko stworzył swój obraz ku chwale naszego Narodu.

    Magda Jakubiak/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 września – rocznica objawienia Koronki do Bożego Miłosierdzia

    13 września 1935 r. Pan Jezus podyktował św. Faustynie tekst Koronki do Bożego Miłosierdzia. Dziś jest to jedna z najpopularniejszych modlitw. – Przez odmawianie tej koronki podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie prosić będą, jeżeli to (…) będzie zgodne z Moją wolą – powiedział Pan Jezus.

    ***

    fot. Katarzyna Matejek/Gość Niedzielny

    ***

    Pochodzenie i obietnice

    Tę modlitwę podyktował Pan Jezus siostrze Faustynie w Wilnie 13 września 1935 roku. W następnych objawieniach ukazał jej wartość i skuteczność oraz przekazał obietnice do niej przywiązane.

    W tej modlitwie ofiarujemy Bogu Ojcu “Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa, łączymy się z Jego ofiarą złożoną na Krzyżu dla zbawienia świata. Ofiarując Bogu Ojcu Jego “najmilszego Syna”, odwołujemy się do najsilniejszego argumentu, by być wysłuchanym. Prosimy o “miłosierdzie dla nas i całego świata”. Słowo “nas” oznacza odmawiającego koronkę i tych, za których pragnie lub jest zobowiązany się modlić. Natomiast “cały świat” – to wszyscy ludzie żyjący na ziemi i dusze w czyśćcu cierpiące. Modląc się słowami tej koronki, spełniamy akt miłości bliźniego, który – obok ufności – jest nieodzownym warunkiem otrzymania łask.

    Przez odmawianie tej koronki – obiecał Pan Jezus – podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie prosić będą (1541) i dodał: jeżeli to (…) będzie zgodne z Moją wolą. (1731)

    Szczegółowe obietnice dotyczą godziny śmierci: łaski szczęśliwej i spokojnej śmierci. Mogą je uprosić tylko ci, którzy sami z ufnością i wytrwale odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.

    Kapłani – powiedział Jezus – będą (ją) podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko odmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego. (687) Chociaż raz, ale w postawie zgodnej z treścią modlitwy, a przede wszystkim z wiarą, ufnością i w pokorze oraz ze szczerym i głębokim żalem za grzechy.

    W “Dzienniczku”

    Pod datą 13 września 1935 roku, Święta siostra Faustyna zapisała w swoim Dzienniczku taką oto wizję odnośnie tej koronki:

    Wieczorem, kiedy byłam w swojej celi, ujrzałam anioła, wykonawcę gniewu Bożego. Był w szacie jasnej, z promiennym obliczem, obłok pod jego stopami, z obłoku wychodziły pioruny i błyskawice do rąk jego, a z ręki jego wychodziły i dopiero dotykały ziemi. Kiedy ujrzałam ten znak gniewu Bożego, który miał dotknąć ziemię, […] zaczęłam prosić anioła, aby się wstrzymał chwil kilka, a świat będzie czynił pokutę. Jednak niczym prośba moja była wobec gniewu Bożego. W tej chwili ujrzałam Trójcę Przenajświętszą. Wielkość majestatu Jej przeniknęła mnie do głębi i nie śmiałam powtórzyć błagania mojego. W tej samej chwili uczułam w duszy swojej moc łaski Jezusa, która mieszka w duszy mojej; kiedy przyszła mi świadomość tej łaski, w tej samej chwili zostałam porwana przed stolicę Bożą. O, jak wielki jest Pan i Bóg nasz i niepojęta jest świętość Jego. Nie będę się kusić opisywać tej wielkości, bo niedługo ujrzymy Go wszyscy, jakim jest. Zaczęłam błagać Boga za światem słowami wewnętrznie słyszanymi.

    Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność anioła, i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy. Z taką mocą wewnętrzną jeszcze się nigdy nie modliłam jako wtenczas. Słowa te, którymi błagałam Boga, są następujące: Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, za grzechy nasze i świata całego; dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas.

    Na drugi dzień rano, kiedy weszłam do naszej kaplicy, usłyszałam te słowa wewnętrznie: Ile razy wejdziesz do kaplicy, odmów zaraz tę modlitwę, której cię nauczyłem wczoraj. Kiedy odmówiłam tę modlitwę, usłyszałam w duszy te słowa:

    Modlitwa ta jest na uśmierzenie gniewu mojego, odmawiać ją będziesz przez dziewięć dni na zwykłej cząstce różańca w sposób następujący: najpierw odmówisz jedno “Ojcze nasz” i “Zdrowaś Maryjo”, i “Wierzę w Boga”, następnie na paciorkach “Ojcze nasz” mówić będziesz następujące słowa: “Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego”; na paciorkach “Zdrowaś Maryjo” będziesz odmawiać następujące słowa: “Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego”. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem”. (474 – 476)

    Sposób odmawiania:

    (na zwykłym różańcu)

    Na początku:

    Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego . Amen.

    Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi. I w Jezusa Chrystusa. Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego; narodził się z Maryji Panny. Umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, Święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.

    Na dużych paciorkach (1 raz):

    Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa-Chrystusa na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.

    Na małych paciorkach (10 razy):

    Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.

    Na zakończenie (3 razy):

    Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.

    Gość Niedzielny

    __________________________________________________________________________

    MIĘDZYNARODOWA KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA NA CAŁYM ŚWIECIE O GODZINIE 15.00

    W SOBOTĘ 28 WRZEŚNIA 2024

     ***
    Te 15 minut dla świata wydaje się nic nie znaczyć, ale dla Miłosiernego Boga jest to wielkie wołanie grzeszników.

    Bardzo ważne jest, aby włączyć się do wspólnej modlitwy o tej samej godzinie, tego samego dnia i połączyć się z Panem Jezusem konającym na krzyżu modląc się słowami Koronki do Bożego Miłosierdzia…

    ***

    W tym roku szczególnie będziemy modlić się w następujących intencjach:

    1. Aby w Panu Bogu pokładać nadzieje stawiając Go na pierwszym miejscu
        w życiu rodzinnym, społecznym i politycznym.
    2. Za Kościół Boży, aby wiernie i konsekwentnie bronił depozytu wiary
        i moralności.
    3. Za biskupów i księży, aby byli kapłanami według Serca Jezusowego.
    4. Za rządzących, aby sprawowanie  władzy  traktowali  jako służbę  na
        rzecz wspólnego dobra wszystkich ludzi.
    5. O poszanowanie życia ludzkiego – od poczęcia do naturalnej śmierci.
    6. O pokój na całym świecie, zwłaszcza w miejscach wojen i niepokoju
        ogarniętych zamętem i bezprawiem.
    7. Za więźniów, a zwłaszcza tych, którzy trwają daleko od Boga, nie widzą sensu nawrócenia, którym brakuje nadziei w Boże Miłosierdzie
    8. O powrót uchodźców do ich ojczystych krajów i pomoc w odbudowie ich domów.
    9. Za żołnierzy i obrońców granic, aby skutecznie i godnie bronili Ojczyzny.
    10. Za nasze ojczyste kraje, miasta, wsie, nasze rodziny i nas samych.


    W tej modlitwie na pewno towarzyszyć nad będą święci z nieba :
    św. siostra Faustyna Kowalska i bł. ksiądz Michał Sopoćko

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zaproszenie na nabożeństwo

    24 Godzin Męki Pańskiej za Polskę:

    Jasna Góra 13-14 września 2024

    Na portalu: VICONA czytamy:


    13-14 września 2024 roku Sama Królowa Polski przyjęła nas pod swój dach, aby u Jej Tronu na Jasnej Górze wynagradzać wraz z Nią za grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie.

    Nabożeństwo odbędzie się w Kaplicy Sakramentu Pokuty (wymowa tego miejsca też nie bez znaczenia…)

     Prowadzenie rozważań: Aleksandra Barnat, Rafał Piech, Tomasz Ustowski, Hanna Gwizdała
     Oprawa muzyczna: Michał Niemiec
     Transmisja on-line: Radosław Pęksa, Mirosław Załuska

    Zapraszamy wszystkich! 

    ***

    Sanktuarium NMP na Jasnej Górze w Częstochowie – Kaplica Sakramentu Pokuty

    ROZPOCZĘCIE:

    piątek 13.09.2024 godz. 17:00 – Msza Święta

    godz. 18:30 w Kaplicy Cudownego Obrazu

    ZAKOŃCZENIE:

    sobota 14.09.2024 godz. 16:00 – Msza Święta

    godz. 18:30 w Kaplicy Cudownego Obrazu

    ***

    Podczas tego nabożeństwa o charakterze ekspiacyjnym, będziemy wynagradzać za wszystkie grzechy popełnione w naszej ojczyźnie, zwłaszcza za grzechy: zbrodni wobec nienarodzonych dzieci, nieczystości, apostazji, nienawiści, podziałów, kłótni i nieprzebaczenia, pijaństwa, rozwodów, niegodnego przyjmowania Komunii Świętej, zdrady narodu. Żyjemy dziś w czasach największej apostazji, czyli odejścia od Boga. Sekularyzacja państw Zachodu jest faktem. Polska, choć uważana za ostoję katolicyzmu, też stopniowo ulega tej fali. Coraz więcej ludzi, także tych deklarujących się katolikami, żyje tak, jakby Pana Boga nie było i opowiada się za strukturami zła w swoich wyborach. Czas, w którym przyszło nam żyć, jest czasem bezkompromisowej walki duchowej. Ale co gorsza, nawet ludzie wierzący nie zawsze to widzą, trwając w stanie uśpienia i letargu. A przecież wiele proroctw mówi o szczególnej misji, jaką Polska ma odegrać wobec innych narodów. Jakże się to stanie, skoro widzimy, że sprawy w naszym kraju idą w tak złym kierunku? Będziemy modlić się, prosząc o wstawiennictwo: Maryję Królową Polski, Świętego Michała Archanioła, Anioła Stróża Polski, patronów Polski, a zwłaszcza św. Andrzeja Boboli, polskich świętych i błogosławionych oraz dusz w czyśćcu cierpiących naszych rodaków. Dziś mało kto wzywa do pokuty i nawrócenia. Bezprecedensowym wydarzeniem w dziejach Kościoła w Polsce była zorganizowana w 2016 r. Wielka Pokuta – największe w historii chrześcijaństwa nabożeństwo przebłagalno-ekspiacyjne, które zgromadziło pod wałami klasztoru jasnogórskiego ponad 140 tysięcy wiernych. Zebrali się, by prosić Boga o wybaczenie grzechów swoich oraz całego narodu. Wierzymy, że tamto wydarzenie nie było ostatnim, ale zapoczątkowało akty kolejnych wynagrodzeń. Będziemy zatem modlić się w duchu i w łączności z Wielką Pokutą, aby kontynuować to wielkie dzieło ekspiacji. Podczas modlitwy o uwolnienie Polski spod mocy ciemności, które zostały wypowiedziane 15 października 2016 r., padły m.in. takie słowa:

    „Ojcze, Boże Wszechmogący, nadszedł już czas, aby raz na zawsze odwrócić się od grzechów naszych i naszych nieprawości, które ranią Twoje Ojcowskie Serce, od szatana, księcia tego świata, ojca kłamstwa i iluzji, a zwrócić się całym sercem do Ciebie. Pragniemy jak mieszkańcy Niniwy dzisiaj błagać Cię o przebaczenie naszych grzechów, win i nieprawości. Za św. Janem Pawłem II wołamy: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze tej ziemi!”. Niech Jego oczyszczający i uświęcający płomień zstąpi teraz na nas tu obecnych, na wszystkich Polaków mieszkających na tej ziemi i poza jej granicami”.

    Dlatego i my powtórzymy te słowa oraz inne fragmenty tej potężnej modlitwy, rozpalając wielki płomień, czego konkretnym wyrazem będzie wieńczące nasze spotkanie nabożeństwo przekazania Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi.

    Zapraszamy, zawalcz z nami o Polskę! 🇵🇱 TRANSMISJA ON-LINE: kanał YT VICONA | Echo Boga FIAT | Wobroniewiary | 🇵🇱 STRONA WYDARZENIA: www.vicona.pl/24

    Jeśli nie możesz lub nie czujesz się na siłach, aby uczestniczyć w 24 godzinnej modlitwie, możesz przyjechać tylko na jedną lub kilka godzin, choć ideą tego spotkania jest trwanie na Adoracji i rozważaniu przez pełne 24 godziny. Módl się o tę łaskę. Ta ofiara złożona ze swojego czasu i zmęczenia pomnoży jeszcze bardziej wartość Twojej modlitwy!

    Zachęcamy wysłuchać świadectwo Oli o Krzyżu Pasyjnym    • Świadectwo Oli o Krzyżu Pasyjnym   więcej na https://www.vicona.pl/24Wobroniewiary38,9 tys. subskrybentówWideoInformacje

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy Polacy wymodlili zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej?

    10 faktów, których możesz nie znać…

    BITWA WARSZAWSKA

    Wikipedia | Domena publiczna

    Po bitwie – polscy żołnierze ze sztandarami zdobytymi na bolszewikach.

    ***

    Myślicie, że główna ofensywa była prowadzona znad Wieprza? Otóż, gdyby dokładniej się przyjrzeć, to ofensywę zaczęto już dużo wcześniej. Na klęczkach!

    Myślicie, że główna ofensywa była prowadzona znad Wieprza? Otóż, gdyby dokładniej się przyjrzeć, to ofensywę zaczęto już dużo wcześniej. Na klęczkach!

    Określenie „Cud nad Wisłą”, choć utrwalone w polskiej historiografii głównie za sprawą przedwojennych politycznych oponentów Józefa Piłsudskiego, niezamierzenie po części oddaje istotę drugiej, mniej znanej ofensywy, która dla losów Bitwy Warszawskiej mogła mieć znaczenie nie mniejsze niż uderzenie znad Wieprza. Nie będzie chyba bowiem wielkim nadużyciem nazwanie „cudem” wielkiego narodowego zjednoczenia, jakie dokonało się w Narodzie nie tylko na poziomie militarnym, ale też duchowym.

    ***

    Polscy hierarchowie zalecili wiernym szereg szczególnych praktyk modlitewnych w intencji ocalenia Ojczyzny. 7 lipca 1920 r. w „Liście pasterskim biskupów polskich do Narodu” napisali między innymi takie wskazania:

    • 4
    • …a także prosili o pomoc Ojca Świętego… Tego samego dnia hierarchowie wystosowali apel o modlitwę za Polskę również do Ojca Świętego Benedykta XV:
    • 5

    … a ten wstawił się za naszym Narodem. W reakcji na list polskich hierarchów 5 sierpnia 1920 roku Benedykt XV skierował do biskupów świata przesłanie “O zmiłowaniu Boga nad nieszczęsną Polską”. Pisał w nim m.in.:

    • 6
      7
      8

    8 sierpnia 1920 r. był dniem ofensywy na froncie modlitewnym. Tego dnia, w niedzielę poprzedzającą święto Wniebowzięcia NMP, niezwiązani zadaniami frontowymi warszawianie wzięli udział w wielkim modlitewnym wydarzeniu. Począwszy od godz. 7 rano we wszystkich kościołach miasta wystawiony został Najświętszy Sakrament, a o godz. 9 odprawiane w nich były msze święte z Komunią generalną. Po zakończeniu adoracji o godz. 17, procesje błagalne ze wszystkich świątyń połączyły się na pl. Zamkowym, gdzie wierni odśpiewali suplikacje. Cała taca we wszystkich kościołach archidiecezji była tego dnia przeznaczona na potrzeby żołnierzy.


    • 9
      10
      11
      12
      13

    Kolejny papież powiesił u siebie obraz “Cud nad Wisłą”. Ówczesny nuncjusz apostolski w Polsce, abp. Achille Ratti (późniejszy papież Pius XI) często wymieniany bywa jako jeden z dwóch ambasadorów (obok tureckiego), którzy w obliczu sowieckiej nawałnicy nie opuścili Warszawy.

    • Pomnik_Braterstwa_Broni_w_Warszawie_001

    Bolszewicy przez chwilę „wygrywali” z ks. Skorupką. Przynajmniej we własnym mniemaniu. Mało kto wie bowiem, że cokół, na którym w 1945 r. odsłonięty został niesławny Pomnik Braterstwa Broni, powszechnie znany jako „Czterech śpiących”, pierwotnie przeznaczony był pod statuę ks. Ignacego Skorupki, która stanąć tam miała w 20. rocznicę Bitwy Warszawskiej, 15 sierpnia 1940 r. Plany te pokrzyżował oczywiście wybuch II wojny światowej, a ks. Skorupka doczekał się na warszawskiej Pradze pomnika dopiero w 2005 r., w 85. rocznicę bitwy.+. © wikimedia.com

    Karol Wojteczek/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    14 WRZEŚNIA – SOBOTA – GODZ. 18.00 – MSZA ŚWIĘTA

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    ***

    Święto Podwyższenia Krzyża Świętego

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    *****

    14 września 335 r. dokonano konsekracji Bazyliki Zmartwychwstania, którą wybudował cesarz Konstantyn blisko miejsca ukrzyżowania Chrystusa. Od tego czasu Wschód chrześcijański obchodził tego dnia uroczyste święto na cześć Krzyża Zbawiciela.

    Krzyż jest miejscem zwycięstwa Chrystusa. Z wysokości Krzyża Jezus pociąga do siebie wszystkich grzeszników (zob. J 12, 32) i objawia im miłość Ojca, który Go posłał. Oddając na nim ostatnie tchnienie, ofiarował się jako żertwa przebłagalna za grzechy całego świata i oddał chwałę Ojcu z wszystkimi, których zbawił.

    Krzyż nie jest więc znakiem słabości Jezusa, lecz Jego chwały. Spojrzenie na przybitego Jezusa przynosi uzdrowienie i zbawienie nam, którzy jesteśmy śmiertelnie zatruci jadem świata. Wobec Krzyża nie można przejść obojętnie, bowiem budził on i zawsze budzi niepokój ludzkiego sumienia. Jest znakiem miłości, która się otwiera na każdego człowieka.

    Jezus, otwierający na Krzyżu swe ramiona, rezygnuje z jakiejkolwiek ochrony, jaką my często roztaczamy wokół siebie. Ten gest jest wzmocniony obrazem otwartego serca, które oddaje do dyspozycji wszystkich to, co najbardziej intymne i osobiste. Jezus na Krzyżu zrezygnował ze swojej siły, by „cicha” moc Boga okazała się silniejsza niż siła wszystkich ludzi i uświadomiła nam, że zawsze do niej będzie należeć ostatnie słowo.

    Krzyż jest koniecznym etapem na drodze do chwały. Dlatego Jezus zaprasza nas: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje (Łk 9, 23). Krzyż jest nieustannym wezwaniem, by zaakceptować to, czego doświadczamy każdego dnia. Przypomina nam, że nie wszystko jest dla nas proste, jak sobie zaplanujemy. Musimy się więc pogodzić się z codziennymi utrudnieniami i tym, co krzyżuje nasze plany. Dla osoby cierpiącej Krzyż jest pocieszeniem, przypomina, że nie jest ona w swym cierpieniu sama, ale Ktoś idzie z nią w najgłębszą ciemność aż do samotności i opuszczenia, aż po największą niemoc śmierci.
    Krzyż zmusza nas, byśmy zastanowili się nad sobą. Każe nam szukać odpowiedzi na pytanie: Kim jesteśmy? Obraz Krzyża towarzyszy nam wszędzie i przybliża do prawdziwego człowieczeństwa. Nie pozwala, byśmy w przekonaniu o własnej wielkości uciekli od prawdy o naszym życiu. Ukazuje on naszą ograniczoność i ukierunkowanie na śmierć. I jedynie ten, kto gotów jest przyjąć śmierć, staje się prawdziwie człowiekiem.
    Akceptacja Krzyża przejawia się w spokojnej, milczącej i opanowanej postawie wobec życia. Człowiek, przyjmując Krzyż, przyjmuje niepowodzenia, ma odwagę przyjąć siebie takiego, jaki jest. Krzyż wyzwala go od samego siebie, wyjawia mu prawdę, od której ucieka. Znoszona z wiarą choroba jest posłuszeństwem Bogu i twórczą gotowością, staje się dla nas objawieniem odkupienia i w radykalny sposób przemienia nasze życie. Akceptacja cierpienia jest jednocześnie drogą do wyzwolenia się z niego. Wielu ludzi cierpi dzisiaj na nerwice, bo nie przyjmują Krzyża, nie chcą przyjąć prawdy o sobie.

    W chrześcijaństwo wpisany jest Krzyż i jest on znakiem tożsamości każdego z nas, jest naszym znakiem rozpoznawczym. Chrześcijanie mają w nim swoje korzenie, ale nie utożsamiają go z cierpiętnictwem. Krzyż wskazuje na głęboki sens cierpienia i otwiera człowieka na misterium samego Boga. Jest bramą, wprowadzającą w Boże życie i nasze zbawienie. Krzyż jest znakiem solidarności Boga z cierpiącym człowiekiem.

    Przyjęcie Krzyża przynosi owoce wewnętrznej przemiany, dodaje człowiekowi sił do owocnej pokuty i nawrócenia. Krzyż jest proklamacją życia, nadziei, chrześcijańskiego optymizmu i wolności. Zapowiada radość Zmartwychwstania, której nie stłumi już żadna ziemska moc zła i nie zaciemni panowanie grzechu. Cierpienie ludzkie odniesione do cierpienia Jezusa zwiastuje radość wieczną, nie odniesione do Niego staje się rozpaczą, która nigdy się nie skończy. Krzyż demaskuje wszelką pozorną radość.

    Krzyż jest znakiem Miłości, która choć nie jest kochana, nie zna granic. Miarą bowiem miłości jest miłość bez granic. Nawet śmierć jej nie kończy. Krzyż Chrystusa pyta nas o miłość, o nasze chrześcijaństwo. Zaprasza, byśmy przyszli do Niego ze swoim cierpieniem, spowodowanym zranieniem przez innych, różnego rodzaju prześladowaniem, ubóstwem, bezdomnością, bezrobociem, pokrzywdzeniem przez los. U stóp Krzyża znajdziemy wszystko.

    s. Anna Siudak/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Między niebem a ziemią

    „Chrystus św. Jana od Krzyża” – Salvador Dalí, olej na płótnie, 1951 Galeria Sztuki, Glasgow

    ***

    W klasztorze la Encarnación w Ávila zachował się niezwykły rysunek, stworzony ręką św. Jana od Krzyża. Ten żyjący w XVI wieku hiszpański mistyk narysował Jezusa na krzyżu widocznego z góry, jakby oglądał go z nieba Ojciec.

    „Kiedy pierwszy raz zobaczyłem ten rysunek, wywarł na mnie wielkie wrażenie. Potem przyśnił mi się w kolorze. Krucyfiks w moim śnie unosił się nad zatoką Port Lligat w Katalonii. Zrozumiałem, że muszę tak namalować” – napisał w 1952 roku najsławniejszy surrealista, hiszpański malarz Salvador Dalí na łamach „Scottish Art Review”.

    Artysta umieścił postać Zbawiciela w centrum kompozycji. Ciało Jezusa nie nosi żadnych śladów cierpienia. „Najpierw chciałem namalować krew, gwoździe, koronę cierniową. Ale potem zrezygnowałem z tego wszystkiego. Chciałem, by Chrystus był na moim obrazie piękny, by kojarzył się z metafizycznym pięknem Boga” – tłumaczył artysta.

    Pomiędzy krucyfiksem a zatoką ze spokojnie pracującymi rybakami Dalí namalował rozświetlone tajemniczym światłem chmury. Nadnaturalne światło z nieba oświetla też postać Zbawiciela kontrastującą z czarnym tłem. Wszystko to sprawia, że krzyż wydaje się umieszczony w jakiejś nieuchwytnej rzeczywistości pomiędzy niebem a ziemią.

    Nie widzimy twarzy Jezusa. Patrzy on w dół, na świat i ludzi, których zdaje się brać w opiekę swymi rozpostartymi ramionami.

    Leszek Śliwa/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    RÓŻNE PRZEDSTAWIENIA KRZYŻA

    Krzyż św. Jana od Krzyża

    Najbardziej jest znany w wersji namalowanej przez Salvadora Dalego, jednak pierwowzór tego obrazu stanowi szkic karmelitańskiego mistyka i jest zdecydowanie bardziej plastyczny i emocjonalny. W jednej ze swoich wizji św. Jan ujrzał Ukrzyżowanego, ale tak, jakby patrzył na Niego nieco z góry, w chwili, kiedy Pan dopiero skonał. Rysunek jest niesłychanie dynamiczny i poruszający, ciało Pana jest na nim wyschnięte, dramatycznie skręcone. Podobną ekspresję można znaleźć w barokowych krucyfiksach, jednak rysunek karmelity uderza swoją prawdziwością – jest raczej szkicem z natury niż wyobrażeniem artysty.

    Aleteia.pl /Wikipedia | Domena publiczna/

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 WRZEŚNIA – NIEDZIELA

    ŚWIĘTO MATKI BOŻEJ SIEDMIU BOLEŚCI

    Pietro Lorenzetti/WIKIMEDIA COMMONS

    ___________________________________________

    Od siedmiu boleści

    Najświętszej Maryi Panny Bolesnej

    Najświętszej Maryi Panny Bolesnej

    Matka Boża Staniątecka/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Jest rzeczą niezaprzeczalną, że Maryja wiele wycierpiała jako Matka Zbawiciela.

    Myśl: Maria otula Kościół, zakrywa swym płaszczem jego liczne grzechy. Bardzo cierpi.

    Dzień po dniu. 14 września przeżywamy święto Podwyższenie Krzyża Świętego, a już następnego dnia wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Bolesnej. Tak jakby Kościół zwracał uwagę na to, że cierpienie Maryi idzie krok w krok za ogromnym bólem Jej Syna. To ciekawe, że Kościół przywołuje te dni nie w „fioletowym” czasie Wielkiego Postu, ale latem, tuż po sezonie urlopowym… Czytam pełne tęsknoty wersy Pieśni nad pieśniami. Zdumiewa mnie intuicja brata Efraima, założyciela Wspólnoty Błogosławieństw, który w tym miłosnym hymnie odnalazł obraz… Piety.

    „Wypełniają się słowa Pieśni nad pieśniami: »Lewa twoja ręka pod głową moją, a prawica twoja obejmuje mnie« (Pnp 2,6). Jakże piękna jesteś między niewiastami, jakże piękna jesteś w Twoim niezmąconym bólu – woła Efraim. – To właśnie w tej godzinie aniołowie nadali Ci tytuł Królowej Męczenników. Twoje męczeństwo trwa jeszcze dłużej niż męczeństwo Syna: Twoja męka i Jego Męka spotkały się we współodczuwaniu, współczuciu. Maryjo, Matko Miłosierdzia”.

    Watykan. Bazylika Świętego Piotra. Po marmurowych posadzkach przelewa się wielobarwny tłum. Japończycy dyskretnie robią zdjęcia spod łokci. Starają się utrwalić Pietę – rzeźbę, która zachwyca od pięciu wieków. Została ukończona w roku 1499, gdy Michał Anioł miał zaledwie 25 lat. To najpowszechniejsze przedstawienie Maryi Bolejącej. Inne ikonograficzne symbole to Mater Dolorosa – złamana cierpieniem, słaniająca się na nogach Matka adorująca zawieszone na krzyżu ciało Syna.

    Niezwykle poruszające są obrazy i figury Maryi, której serce przebija siedem ostrych mieczy. Ten motyw „siedmiu boleści” często pojawiał się w sztuce od XIV w. Jakie to miecze? Proroctwo Symeona („Twoją duszę miecz przeniknie…”), ucieczka do Egiptu, zgubienie dwunastoletniego Jezusa, spotkanie z Synem na drodze krzyżowej, ukrzyżowanie i śmierć Jezusa, zdjęcie Jezusa z krzyża i złożenie do grobu. W rozważaniach Brata Efraima zachwyciła mnie jeszcze jedna intuicja. „Maryja trwa aż po wypełnienie wieków, trzymając w ramionach ogromne Ciało swego Syna, zakrywając Jego nagość swoim płaszczem, otulając Go czułością”. Maryja otula Kościół, zakrywa swym płaszczem jego liczne grzechy. Bardzo cierpi.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK 16 WRZEŚNIA

    147 lat temu na polskiej ziemi, w miejscowości Gietrzwałd, miały miejsce objawienia Matki Bożej, które rozpoczęły się wieczorem 27 czerwca i trwały aż do 16 września tego samego roku. Są to objawienia jedyne w Polsce, które Kościół zatwierdził.

    _____________________________________________________________________________

    Gietrzwałd (1877, Polska)

    OBJAWIENIA MATKI BOŻEJ W GIETRZWAŁDZIE

    Są takie miejsca na świecie, do których, jeżeli raz się je ujrzało, chciałoby się znowu wrócić, przebywać w nich jak najczęściej, jak najdłużej. Niewątpliwie do takich miejsc należy Sanktuarium Maryjne w Gietrzwałdzie, na ziemi warmińskiej, osiemnaście kilometrów na południowy zachód od Olsztyna.
    By wejść w klimat tego cudownego miejsca, musimy cofnąć się nieco w czasie, do XIX wieku. Był to okres chwały żelaznego kanclerza Bismarcka i nasilonego działania jego Kulturkampfu. Okres, kiedy wszystko, co polskie i związane z religią katolicką było niszczone i straszliwie prześladowane. Zamykano w więzieniach katolickich księży. Różnymi ustawami uniemożliwiano księżom i biskupom głoszenie Dobrej Nowiny oraz prowadzenie duszpasterstwa. Kasowano i zamykano dobra kościelne. Zlikwidowano najstarsze na polskich ziemiach seminarium duchowne w Braniewie. Zakazywano nauczania języka polskie­go w szkołach. I właśnie wówczas, nie­spodziewanie dla wszystkich, jakby dla pokrzepienia serc, w Gietrzwałdzie ukazała się Matka Boża, przemawiając do dwóch polskich dziewczynek w ich ojczystym języku.

    Wiosną 1877 roku Justyna Szafryńska przygotowywała się do Pierwszej Komunii Świętej. Nie przychodziło jej to łatwo. Dopiero 27 czerwca, w środę, złożyła pomyślnie ostatni egzamin u ks. Proboszcza Weichsla i uradowana wracała z matką do domu. Dochodziła już godzina dziewiąta wieczorem, dlatego matka przynaglała Justynę, by szła prędzej. Nadciągała noc, a ponadto zanosiło się na burzę. Minęły właśnie plebanię , gdy dzwon na wieży kościelnej zadzwonił na Anioł Pański. Przystanęły więc obie, zwracając się twarzą w kierunku kościoła i zaczęły odmawiać modlitwę. Ponaglana przez matkę Justyna przerwała modlitwę, mówiąc: Czekajcie no, matulu, aż zobaczę, co to takiego białego na drzewie. Dziewczynka dostrzegła bowiem w koronie rosnącego przy plebanii drzewa klonu jakąś dziwną jasność. W pierwszej chwili pomyślała, że to ogień. Zafascynowana zjawiskiem, zdawała się nie słyszeć głosu matki, z uporem wpatrywała się w oddalone drzewo. Niezwykła jasność przybrała w tym czasie postać człowieka. Justyna szarpnięta za rękę, sprawiała wrażenie jakby przebudzonej z głębokiego snu. Dziwne zachowanie Justyny, zauważył przechodzący obok proboszcz, ks. Augustyn Weichsel. Podobnie jak matka dziewczynki, nie widział żadnej jasności, ale otworzył ogród przy plebanii i podprowadził Justynę w pobliże wskazywanego przez nią drzewa.

    Dziewczynka była ekstatycznie wpatrzona w drzewo klonu i opowiadała coś o Ślicznej Pani, która z uśmiechem zachęcała ją, aby przychodziła tu odmawiać różaniec. Pani znajdowała się pośród niezwykłej jasności, była ubrana na biało, z długimi włosami opadającymi na ramiona, siedziała na złocistym tronie, udekorowanym perłami. Po chwili zauważyła również w blasku bijącym z nieba, zstępującego anioła ze złotymi skrzydłami, w biało-złotej szacie, z białym wieńcem na skroniach. Anioł złożył niski pokłon swojej Pani. Gdy oniemiała z wrażenia Justyna skończyła odmawiać Pozdrowienie Anielskie, zaczęły z matką odmawiać różaniec. Dopiero kiedy skończyły, objawienie również zakończyło się. Pani wstała z tronu i razem z aniołem uniosła się do nieba. Jak się później okazało – to był dopiero początek cudownych wydarzeń w maleńkiej, warmińskiej miejscowości.
    Gdy Justyna opowiedziała to wszystko proboszczowi, ten nie miał wątpliwości, że dziewczynka była świadkiem jakiegoś nadprzyrodzonego widzenia. Następnego dnia, 28 czerwca, do Justyny dołączyła jej kuzynka – Barbara Samulowska. W godzinie objawień, a była to wigilia uroczystości św. Piotra i Pawła, patronów parafii, we dwie zaczęły odmawiać modlitwę różańcową. I znowu, kiedy dzwon uderzył na wieczorny Anioł Pański, drzewo zajaśniało niezwykłym blaskiem. Najpierw zjawił się tron, potem Matka Boża, w towarzystwie dwóch aniołów. Po dłuższej chwili aniołowie przynieśli jej Dzieciątko Jezus, promieniujące niezwykłym światłem, odziane w białą, wyszywaną złotem szatę. W lewej ręce trzymało kulę zwieńczoną krzyżem – insygnia władzy królewskiej. Nad wszystkim pojawił się jeszcze jeden anioł, który wskazywał na wielki krzyż w pozycji poziomej, bez wizerunku Chrystusa ukrzyżowanego. To objawienie trwało ok. pół godziny, podobnie jak poprzednie.

    W niedzielę 1 lipca Justyna Szafrańska, przystąpiła do I Komunii Św. Tego dnia dziewczęta, nie pytając o zgodę proboszcza, nawiązały dialog z Maryją:
    Kim jesteś, piękna pani?
    Jestem Maryja Panna, Niepokalanie Poczęta, Matka Różańcowa, a przychodzę z nieba.
    Czego od nas żądasz?
    Chcę, abyście codziennie odmawiały różaniec.
    Tymi słowami Niebieska Pani nie tylko potwierdziła swoją tożsamość, ale też – podobnie jak w Lourdes – odwołała się do niedawno ogłoszonego, choć wciąż budzącego spory dogmatu o Niepokalanym Poczęciu. Od 24 lipca Maryja objawia się dziewczynkom trzykrotnie w ciągu dnia i za każdym razem, gdy odmawiają wraz z coraz liczniej gromadzącymi się pielgrzymami różaniec. 28 lipca zatroskana Maryja kieruje przez usta młodych wizjonerek mocne słowa do zgromadzonych przy klonie ludzi: „Teraz, przed końcem świata szatan obchodzi ziemię jak zgłodniały pies, aby pożreć ludzi”.

    Wielokrotnie w czasie objawień Maryja przypominała o wielkiej mocy i znaczeniu Mszy Świętej – w życiu wierzącego człowieka. Jeśli uważnie prześledzimy treść gietrzwałdzkich objawień to zauważymy, że najważniejszym życzeniem Matki Chrystusa było wezwanie do modlitwy, szczególnie modlitwy różańcowej. Jednak Maryja któregoś dnia mocno wyakcentowała, że od różańca ważniejsza jest Eucharystia. 20 sierpnia Justyna zapytała, czy z powodu rozpoczęcia roku szkolnego mają przychodzić na różaniec rano przed Mszą Świętą. Matka Boża odpowiedziała: „Najpierw wysłuchać Mszy Świętej, a potem odmawiać różaniec, ponieważ Msza jest ważniejsza od różańca”.

    Ciekawym faktem w orędziu Niepokalanej jest też Jej częste wezwanie skierowane do modlących się ludzi, by byli posłuszni kapłanom. Maryja zachęcała przez wizjonerki do częstego korzystania z Sakramentu Pojednania i korzystania z porad spowiedników, którzy mają łaskę rozeznawania prawdy i każdemu potrafią wskazać drogę prowadzącą do Boga. 7 września – na pytanie, czego sobie życzy Matka Boża od duchowieństwa, Barbara Samulowska usłyszała z ust Maryi: „Kapłani powinni gorliwie modlić się do Najświętszej Panny, wtedy Ona zawsze będzie przy nich”.
    Jak zachowywały się dziewczęta podczas objawień? Barbara i Justyna ujrzawszy Maryję, składały niski pokłon i przez kilka chwil trwałe w tej postawie. Potem podnosiły się, spoglądając niewzruszenie na drzewo klonu, na którym widziały Najświętszą Pannę. Oczy podczas objawienia miały szeroko otwarte i nieruchome, źrenice zwrócone ku górze, ku niebu. Świadkowie zauważyli również pewną jasność na obliczu dziewcząt. Ich ciała podczas objawień pozostawały jakby bez czucia, ramiona, ręce i palce były miękkie i pozwalały się w każdym kierunku naginać, co nie wywoływało na twarzach wizjonerek najmniejszego skurczu. W zeznaniu Justyny Szafryńskiej, spisanym przez Komisję Biskupią, która przybyła do Gietrzwałdu na zlecenie biskupa warmińskiego Filipa Krementza, czytamy: „Ze zbliżeniem się objawienia nagle powstawała całkowita ciemność wokół mnie. Różaniec, który zaczęłam odmawiać objawieniem i modliłam się w ciszy ze zgromadzonymi ludźmi, odmawiałam w duchu dalej po rozpoczęciu się objawienia aż do chwili, gdy skierowałam do zjawy zadane mi pytanie, co też działo się w duchu. Nie wiem, co działo się w tym czasie koło mnie, nie czułam, gdy mi się ściskało rękę, widziałam objawienie także wtedy, gdy ktoś zakrył oczy. Skoro tylko zjawa zaczęła podnosić się z krzesła, co oznacza zakończenie tego objawienia, oddaję niski pokłon i gdy znowu się podniosę, widzę wszystko na nowo w zwyczajnym świetle dziennym. Odpowiedzi, które otrzymuję na moje pytania, udzielane są tak głośno, że powinny być słyszane na całym placu kościelnym. Wydaje mi się, że zjawa porusza przy tym wargami”…

    Objawienia Matki Bożej trwały nieprzerwanie od 27 czerwca do 16 września 1877 roku. Łącznie w ciągu osiemdziesięciu dwóch dni Maryja ukazała się sto sześćdziesiąt razy. Spuścizna archiwalna umożliwia odtworzenie tego, co działo się każdego dnia: kto w spotkaniu brał udział, w jaki sposób objawiała się Matka Boża, co mówiła. Trzeba podkreślić mocno fakt, że Maryja przemawiała do dwóch wizjonerek wyłącznie po polsku, czyli w języku, w którym dziewczynki mówiły na co dzień. Objawienia natomiast dokumentowano zarówno w języku polskim jak i niemieckim. Oprócz treści stricte religijnych, dotyczących duchowości i zbawienia ludzi, odmawiania różańca czy innych form pobożności, dziewczynki pytały Matkę Bożą o wiele szczegółowych spraw, związanych z sytuacją społeczno-polityczną, prześladowaniem Kościoła, obsadzaniem kapłanami parafii warmińskich w okresie kulturkampfu. Przebieg objawień znamy dzięki szczegółowym opisom i dokumentacji prowadzonej przez proboszcza parafii gietrzwałdzkiej – ks. Augustyna Weichsela. Kolejnym, bardzo ważnym źródłem do poznania historii objawień są protokoły przesłuchań widzących, a także urzędowe relacje komisji biskupich oraz różne doniesienia kapłanów i świeckich.

    Objawienia maryjne w Gietrzwałdzie wpisują się w szereg podobnych zdarzeń XIX i XX stulecia, a było ich wiele: św. Katarzyna Laboure (1830), objawienia w La Salette (1846), w Lourdes (1858), a także późniejsze w Fatimie (1917) oraz nam współczesne. W stulecie wydarzeń gietrzwałdzkich Biskup Warmiński Józef Drzazga dekretem z dnia 11 września 1977 r. zatwierdził kult objawień Matki Boskiej w Gietrzwałdzie jako nie sprzeciwiający się wierze i moralności chrześcijańskiej, oparty na faktach wiarygodnych, których charakter nadprzyrodzony i Boży nie da się wykluczyć. Warto w tym miejscu mocno podkreślić, że są to jedyne w Polsce objawienia Maryjne zatwierdzone oficjalnie przez Kościół. 11 września 1977 r. podczas uroczystości stulecia objawień maryjnych w Gietrzwałdzie kazanie wygłosił kard. Karol Wojtyła, abp metropolita krakowski. Kard. Wojtyła dostrzegł uniwersalny charakter orędzia z Gietrzwałdu, mówił bowiem: „Maryja na tym miejscu upomniała się o prawa człowieka i prawa narodu. Upomniała się w imieniu swojego Syna Ta, która jest Matką wszystkich ludzi i wszystkich narodów, ale w szczególny sposób są Jaj bliscy ci, którzy są uciskani i prześladowani. (…)I dlatego też całe stulecie lud Warmii, a wraz z nim cały naród polski, zwłaszcza od czasu, kiedy te ziemie znalazły się znowu w obrębie naszego państwa, dziękuje Matce Bożej Gietrzwałdzkiej za Jej proste, macierzyńskie słowa. Za wszystko, co powiedziała. Za to, że powiedziała w ojczystym języku; za to, że podniosła na duchu, że przypomniała różaniec, że dodała nadziei, pomogła przetrwać,, że wypomniała te wady, które przeszkadzają nam w utrzymaniu ludzkiej godności i w obronie praw narodu”.

    Jest w Gietrzwałdzie ten niezapomniany zapach Bożej tajemnicy, unoszący się w powietrzu, nad ziemią, której dotknęła swoimi stopami Matka Najświętsza. Czuć w tym miejscu modlitwę tysięcy pielgrzymów, którzy przybywali do tej małej warmińskiej wioski, by powierzyć Bogu – przez Maryję – swoje życiowe drogi, czasami mocno poplątane, pełne trudnych i bolesnych doświadczeń. Ale jest też ten jedyny, subtelny, pełen serdecznej troski, kobiecy głos, zdający się cały czas powtarzać słowa: „Nie smućcie się, bo Ja zawsze będę z wami”… Były to ostatnie słowa Maryi. Ten głos, przeplatany radosnym śpiewem ptaków, wkomponowany w uroczy i spokojny pejzaż ziemi warmińskiej, powraca jak bumerang w ciszy serc rozmodlonych pielgrzymów. Dla tego głosu warto do Gietrzwałdu zawędrować. I dać się ponieść atmosferze tego miejsca, pełnej Bożych tajemnic, macierzyńskiej troski Maryi i Bożego Ducha – za którym przecież każdy z nas tak bardzo tęskni i którego równie mocno potrzebuje…


    Maryja przemawiała do dwóch wizjonerek wyłącznie po polsku, czyli w języku, w którym dziewczynki mówiły na co dzień. Objawienia natomiast dokumentowano zarówno w języku polskim jak i niemieckim. Oprócz treści stricte religijnych, dotyczących duchowości i zbawienia ludzi, odmawiania różańca czy innych form pobożności, dziewczynki pytały Matkę Bożą o wiele szczegółowych spraw, związanych z sytuacją społeczno-polityczną, prześladowaniem Kościoła, obsadzaniem kapłanami parafii warmińskich w okresie kulturkampfu. Przebieg objawień znamy dzięki szczegółowym opisom i dokumentacji prowadzonej przez proboszcza parafii gietrzwałdzkiej – ks. Augustyna Weichsela. Kolejnym, bardzo ważnym źródłem do poznania historii objawień są protokoły przesłuchań widzących, a także urzędowe relacje komisji biskupich oraz różne doniesienia kapłanów i świeckich.

    Vox Domini/KATOLICKIE WYDAWNICTWO EWANGELIZACYJNE

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Gietrzwałd

    Jedyne w Polsce objawienia maryjne uznane przez Kościół

    Obraz Matki Bożej w Gietrzwałdzie

    fot. PAP

    ***

    Z pobłogosławionego przez Matkę Bożą 8 września 1877 r. źródełka pielgrzymi od lat czerpią wodę, która przynosi ulgę cierpiącym i liczne uzdrowienia.

    Gietrzwałd (niem. Dietrichswalde) został założony przez Warmińską Kapitułę Katedralną. Pierwsze przejawy kultu Najświętszej Maryi Panny w Gietrzwałdzie pojawiają się w drugiej połowie XIV wieku. Związany najpierw był z pietą, a od XVI w. z obrazem Matki Bożej z Dzieciątkiem, umieszczonym w miejscowym kościele. Obraz przedstawia Maryję okrytą ciemnoniebieskim płaszczem, trzymającą na lewym ramieniu Dziecię, ubrane w długą, czerwoną sukienkę. W 1717 r. obraz został ozdobiony srebrnymi koronami. Kult obrazu potwierdzają liczne wota.

    Gietrzwałd zamieszkiwali najpierw potomkowie dawnych Prusów, a potem głównie „Warmiacy”, potomkowie przybyszów z Polski, którzy od XIV wieku zasiedlali ten teren. Sytuacja uległa zmianie dopiero w drugiej połowie XIX stulecia. Germanizacja przebiegała coraz gwałtowniej, od momentu wprowadzenia ustaw uderzających w Kościół katolicki.

    W 1873 r. język polski został zabroniony we wszystkich szkołach warmińskich, a pod wpływem kulturkampfu zaczęto rugować z Warmii niepokornych kapłanów i zgromadzenia religijne, z wyjątkiem tych, które zajmowały się działalnością charytatywną.

    Objawienia maryjne w Gietrzwałdzie

    27 czerwca 1877 r. 13-letnia Justyna Szafryńska wracała z kościoła w Gietrzwałdzie do domu. Przygotowywała się do I Komunii Świętej i właśnie zdała egzamin u proboszcza, ks. Augustyna Weichsela. Gdy na głos dzwonu odmówiła Anioł Pański, na klonie rosnącym koło plebanii zobaczyła niezwykłą jasność, a w niej biało ubraną postać, siedzącą na złocistym tronie, udekorowanym perłami.

    Po chwili zauważyła jasny blask zstępujący z nieba i anioła ze złotymi skrzydłami, w białej szacie. Gdy dziewczynka odmówiła Zdrowaś, Mario, postać podniosła się z tronu i wraz z aniołem uniosła się do nieba. Tak rozpoczęły się objawienia Matki Bożej, które trwały do 16 września.

    Dziewczynka opowiedziała wszystko proboszczowi, który polecił jej następnego dnia przyjść na to samo miejsce. Gdy zadzwoniono na Anioł Pański, drzewo klonu zostało oświetlone. Wokół niego utworzył się złoty krąg, a na jego tle ukazał się tron ze złota, do którego dwaj aniołowie przyprowadzili Najświętszą Dziewicę.

    Gdy usiadła, inni dwaj aniołowie przynieśli Dziecię Jezus w niebiańskim blasku, trzymające w lewym ręku kulę ziemską i posadzili Je na lewym kolanie Matki Bożej. Jeszcze inni dwaj aniołowie unosili błyszczącą koronę nad głową Madonny. Inny znów anioł przyniósł złote berło i trzymał je w prawej ręce nad koroną. Nad wszystkimi pojawił się jeszcze jeden anioł, który wskazywał na wielki krzyż bez wizerunku Chrystusa ukrzyżowanego.

    Czego żądasz, Matko Boża?

    30 czerwca Matka Boża objawiła się sama, bez towarzystwa aniołów. Tego dnia po raz pierwszy miała wizję także 12-letnia Barbara Samulowska, która przyszła wraz z Justyną. Obie dziewczynki pochodziły z ubogich warmiackich rodzin o korzeniach polskich, aczkolwiek niektóre źródła niemieckie twierdzą, że Justyna pochodziła z rodziny niemieckiej. Nie zostało to jednak potwierdzone.

    Podczas widzenia Szafryńska zapytała Najświętszą Pannę: „Czego żądasz, Matko Boża?” i otrzymała odpowiedź: „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali różaniec”. Matka Boża mówiła w zrozumiałej dla widzących miejscowej gwarze, bliskiej językowi polskiemu.

    1 lipca Szafryńska zapytała: „Kto Ty jesteś?” i usłyszała w odpowiedzi: „Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta”.

    Warto przypomnieć, że objawienia w Gietrzwałdzie miały miejsce w niecałe 20 lat po objawieniach w Lourdes, gdzie Matka Boża powiedziała Bernadetcie Soubirous: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”, a także niespełna 23 lata po ogłoszeniu przez papieża Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny.

    Gorliwa modlitwa was uratuje

    Od w lipca Szafryńska i Samulowska miały codziennie objawienia w czasie wieczornego nabożeństwa różańcowego. Między wieloma pytaniami o zdrowie i zbawienie różnych osób, dzieci zapytały także: „Czy Kościół w Królestwie Polskim będzie oswobodzony?” oraz czy osierocone – na skutek kulturkamfu – parafie na południowej Warmii wkrótce otrzymają kapłanów?

    W odpowiedzi usłyszały: „Tak, jeśli ludzie gorliwie będą się modlić, wówczas Kościół nie będzie prześladowany, a osierocone parafie otrzymają kapłanów!”.

    Wieść o objawieniach spowodowała napływ do Gietrzwałdu licznych pielgrzymów. Pierwszą wzmiankę o objawieniach podał pelpliński „Pielgrzym” w 1877 r. Podczas trzydniowych obchodów święta Narodzenia Matki Bożej zgromadziło się w Gietrzwałdzie aż 50 tysięcy ludzi.

    Z pobłogosławionego przez Matkę Bożą 8 września 1877 r. źródełka pielgrzymi od lat czerpią wodę, która przynosi ulgę cierpiącym i liczne uzdrowienia. 6 września 1877 r. w miejscu, gdzie dzieciom ukazywała się Matka Boża, umieszczona została kapliczka z figurą Najświętszej Marii Panny. Została ona wykonana w Monachium.

    Odrodzenie polskości

    Objawienia wstrząsnęły Warmią i życiem lokalnej społeczności. Z perspektywy coraz trudniejszego położenia ludności polskiej w państwie pruskim potraktowano je jako ważny znak, symbol obrony zarówno katolików, jak i polskiej społeczności. Polacy ze wszystkich zaborów zaczęli gromadnie nawiedzać Gietrzwałd, aczkolwiek przybywali tu także pielgrzymi narodowości niemieckiej, Kaszubi, Mazurzy, Litwini, itd.

    Choć objawienia te spowodowały odrodzenie polskości, w sensie religijnym miały charakter uniwersalny, owocowały odrodzeniem życia religijnego i podniesieniem świadomości religijnej wiernych oraz ich postaw moralnych.

    Co roku do Gietrzwałdu 29 czerwca, 15 sierpnia i 8 września przybywały rzesze polskich pielgrzymów ze wszystkich zaborów. Pielgrzymowali też Niemcy, Kaszubi, Mazurzy i Litwini. Napływ pątników skłaniał kolejnych proboszczów do rozbudowy sanktuarium.

    Dalsze losy wizjonerek

    Losy obu wizjonerek do pewnego czasu po objawieniach były takie same. Obie zostały siostrami w zakonie szarytek (św. Wincentego a Paulo), najpierw w Chełmnie, a potem w Paryżu. Z Paryża Barbara Samulowska (imię zakonne Stanisława) wyjechała z misją do Gwatemali, gdzie zmarła 6 grudnia 1950 r. w opinii świętości. 2 lutego 2005 r. w bazylice gietrzwałdzkiej, abp Edmund Piszcz, metropolita warmiński, otworzył proces beatyfikacyjny siostry Stanisławy Barbary Samulowskiej.

    Natomiast Justyna Szafryńska w 1897 r. opuściła zakon i powróciła do życia w stanie świeckim. Poślubiła w 1899 r. w Paryżu Raymonda Etienne Bigota. Po 1904 r. ślad o niej zaginął, nie wiadomo, gdzie spędziła resztę życia oraz gdzie jest pochowana.

    Uznanie objawień

    Ówczesny biskup warmiński, Filip Krementz, jeszcze podczas trwania objawień w 1877 r. zwołał specjalną komisję teologów, by gruntownie zbadali sprawę. Komisja przebywała w Gietrzwałdzie już od 20 sierpnia, jeszcze podczas trwania objawień. W liczącym 47 stron sprawozdaniu zajęła stanowisko pozytywne, a dziewczęta określiła jako “bezpretensjonalne, proste, naturalne, dalekie od jakiejkolwiek przebiegłości”.

    Na początku września 1877 r. biskup powołał ponadto komisję składającą się z trzech lekarzy, by zbadali wizjonerki podczas objawień. Lekarze orzekli, że symulacja nie wchodzi w rachubę. W czasie objawień u dziewczynek zaobserwowali zwolnienie tętna, utratę ciepłoty w rękach i ramionach, zastygnięcie twarzy.

    1 września 1977 r. odbyły się uroczystości 100-lecia objawień Matki Bożej, którym przewodniczył kard. Karol Wojtyła, metropolita krakowski. W tym dniu bp Józef Drzazga, biskup warmiński, uroczyście zatwierdził kult objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie. Wydał dekret zatwierdzający objawienia jako wiarygodne, nie sprzeciwiające się wierze i moralności chrześcijańskiej.

    Katolicka Agencja Informacyjna /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WTOREK 17 WRZEŚNIA

    Pierwszy stygmatyk – jubileusz niezwykłego przywileju danego Franciszkowi z Asyżu

    800 lat temu pewien człowiek tak upodobnił się do Chrystusa, że Chrystus podzielił się z nim znakami swojej męki.

    „Stygmatyzacja św. Franciszka”, witraż według projektu Józefa Mehoffera w kościele Najświętszego Serca Jezusa w Turku / fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Góra La Verna (w Polsce znana jako Alwernia) wyróżnia się w krajobrazie włoskiej prowincji Arezzo surowym wyglądem. Prześwitujące między drzewami skały już z daleka zapowiadają miejsce pełne pieczar i rozpadlin. Tak jest w istocie, a ta okoliczność jest wielkim błogosławieństwem dla przybysza zmęczonego letnim upałem Italii. Są tam przestrzenie, w których, niezależnie od pory roku, panuje ożywczy chłód. Góra ta „nadaje się niezmiernie dla chcących czynić pokutę w miejscu odludnym i dla pragnących życia samotnego” – mówił hrabia Orlando z Chiusi, który w 1213 roku ofiarował ją świętemu Franciszkowi i jego towarzyszom.

    Franciszek takiego miejsca pragnął. U progu jesieni 1224 roku dotarł do Alwerni, gdzie prawdopodobnie przebywało już kilku braci. Chciał tu odbyć czterdziestodniowy post ku czci Matki Bożej Wniebowziętej i św. Michała Archanioła. Rozpoczął go z wewnętrznym przeczuciem, że ten czas ma dla niego wielkie znaczenie i że Zbawiciel chce w szczególny sposób przybliżyć go do tajemnicy krzyża.

    W trakcie postu przeżywał wewnętrzne uniesienie, zmagając się jednocześnie z pokusami i duchowymi udrękami. Aż nadszedł ranek, najprawdopodobniej 14 września, w święto Podwyższenia Krzyża Świętego. Biedaczyna z Asyżu modlił się na zboczu góry, rozważając mękę Chrystusa. W pewnej chwili „ujrzał w widzeniu Bożym jakiegoś męża: jakby Serafina, mającego sześć skrzydeł, usadzonego nad nim z rozłożonymi rękami i złączonymi stopami. Przybitego do krzyża. Dwa skrzydła założone ponad głową, dwa były rozpostarte do lotu, a dwa pozostałe okrywały całe ciało” – zanotował Tomasz z Celano, towarzysz Franciszka i jego pierwszy biograf.

    Franciszek zdumiał się. Gdy ujrzał pełne miłości spojrzenie Serafina, ogarnęła go wielka radość, a jednocześnie poczuł dreszcz przerażenia na widok krzyżowej męki unoszącej się przed nim postaci. „Franciszek powstał więc – by tak rzec – radosny i smutny zarazem, bo radość i smutek na przemian go przenikały. Usilnie rozważał, cóż miałoby znaczyć to widzenie i dlatego był bardzo zaniepokojony” – opisuje Tomasz.

    Święta krew

    Święty Bonawentura uzupełnił relację Tomasza wzmianką, że między Franciszkiem a postacią, która mu się objawiła, doszło do rozmowy „tajemnej i poufnej”.

    Wtedy nastąpiła kulminacja mistycznego spotkania – niezwykłe wydarzenie, o którym nikt dotąd nie słyszał ani nawet nie miał pojęcia. „Gdy jednak [Franciszek] nadal wyraźnie niczego nie rozumiał i pozostawał zaniepokojony niezwykłością widzenia, oto na jego rękach i nogach zaczęły się ukazywać znaki gwoździ, jakie przed chwilą widział u męża ukrzyżowanego. Jego ręce i nogi były przebite w środku gwoździami” – czytamy w biografii spisanej przez Tomasza z Celano. Z opisu wynika więc, że na ciele Franciszka pojawiły się nie tylko rany, ale także to, co te rany spowodowało. „Główki gwoździ wystawały od strony wewnętrznej rąk i wierzchu stóp, a końce z przeciwnej strony. Znaki te na rękach były okrągłe od wewnątrz, na zewnątrz zaś podłużne i wyglądały jak końce gwoździ, utworzone jak gdyby z narośli ciała, stępione i zagięte. Na stopach wyciśnięte były podobne znaki wystających gwoździ. Także na prawym boku, jakby przebitym włócznią, widniała rana, z której często płynęła krew, tak że jego tunika i spodnie wielokroć zraszane były świętą krwią” – relacjonuje pierwszy biograf świętego.

    Dalej Tomasz z Celano wspomina o świadkach znaków stygmatycznych Franciszka: „Patrzyli na błogosławione ciało zdobne stygmatami Chrystusa, mianowicie nie na przebicia gwoźdźmi na rękach i nogach, ale na same gwoździe mocą boską cudownie utworzone z jego ciała, owszem wrośnięte w samoż ciało. Gdy się je nacisnęło z jednej strony, to natychmiast wychodziły po stronie przeciwnej jako tkanka ciągła”.

    Niewielu miało przywilej oglądać rany na ciele żyjącego Biedaczyny. Biografie wymieniają brata Eliasza, brata Rufina, brata Pacyfika, a także papieża Aleksandra IV. Należał do tego grona także, a raczej przede wszystkim, brat Leon, jeden z pierwszych braci mniejszych, spowiednik świętego, a zarazem jego przyjaciel i towarzysz. Tylko on doglądał Franciszka w czasie jego czterdziestodniowego postu na górze Alwerni, odprawiając dla niego Msze i udzielając sakramentów, i to zapewne od niego pochodzą spisane później szczegóły na temat okoliczności stygmatyzacji.

    Sam święty z pewnością wiele o tym nie mówił, o ile w ogóle powiedział cokolwiek. Tomasz z Celano zauważa, że Franciszek „bardzo pilnie ukrywał rany przed obcymi: lecz także z wielką przezornością osłaniał przed przyjaciółmi, tak że nawet jego najbliżsi współbracia i najbardziej gorliwi naśladowcy przez długi czas nic nie wiedzieli o tym cudzie”. Zakonnik zaznacza, że Biedaczyna „ozdobiony chwałą i czcią bardziej niż ktokolwiek z ludzi, nie wznosił się jednak w sercu swoim, nie zabiegał, by się komuś przypodobać przez pragnienie próżnej chwały, lecz by ludzka cześć nie odebrała mu udzielonej łaski. Jak umiał, wszelkimi sposobami starał się ją ukryć”.

    Ogłaszam cud

    Franciszek żył ze stygmatami jeszcze dwa lata. Ukrywanie ran musiało być bardzo trudne, jeśli się zważy szczegóły podane przez św. Bonawenturę. „Samo zaś zagięcie gwoździ pod stopami było tak sterczące i tak na zewnątrz wystające, że nie tylko nie pozwalało swobodnie stawiać stopy, ale nawet w otwór, gdzie było zagięcie można było włożyć palec ręki”.

    Rany stygmatyczne wzmogły cierpienia Franciszka, którego zdrowie od czasu wyprawy na Wschód i tak już było mocno nadwątlone. Franciszek nabawił się tam stanu zapalnego oczu, przypuszczalnie jaskry. Teraz z trudem trzymał się na nogach, a rany rąk utrudniały trzymanie czegokolwiek. Bardzo bolesna była rana w boku. Brocząca z niej krew często przysychała do habitu. Dodatkowo cierpiał na bóle żołądka i śledziony. A jednak nic nie mogło powstrzymać jego zapału apostolskiego. Nie mogąc chodzić, głosił Ewangelię po wsiach i miastach, przemieszczając się na osiołku.

    Ostatecznie siły stracił dopiero latem 1226 roku. Zmarł w nocy z 3 na 4 października, w wieku 44 lat. Wtedy dopiero wiadomość o stygmatach stała się powszechnie znana. Po śmierci świętego widziała je św. Klara i siostry z jej klasztoru, i inne osoby. Bonawentura stwierdza, że było wśród nich ponad stu duchownych i przedstawicieli możnych rodów.

    Wówczas też powstał oficjalny opis ran stygmatycznych św. Franciszka. Jego autorem jest brat Eliasz, który po śmierci założyciela przejął kierowanie zakonem. Rozesłany przezeń do wszystkich prowincji zakonu „List okólny o śmierci św. Franciszka” jest świadectwem przeżyć towarzyszących braciom mniejszym. Eliasz wyraża ból, że „oddalił się od nas przyjaciel, a ten, który nosił nas jak baranki na ramionach swoich, odjechał w daleką krainę”. Po chwili jednak dodaje: „To powiedziawszy, ogłaszam wam wielką radość i nowy cud… Niedługo przed śmiercią nasz brat i ojciec okazał się ukrzyżowany, nosząc na swoim ciele pięć ran, które prawdziwie są stygmatami Chrystusa. Jego dłonie i stopy miały na sobie z obydwu stron jakby przebicia gwoźdźmi, zachowując rany i okazując czerń gwoździ. Okazało się także, że jego bok był przebity włócznią i często krwawił” – czytamy w liście. Brat Eliasz kończy wezwaniem: „Zatem, bracia, uwielbiajcie Boga na niebie i wysławiajcie Go przed wszystkimi, bo wyświadczył nam swoje miłosierdzie; zachowujcie pamięć ojca i brata naszego Franciszka – na cześć i chwałę Tego, który wywyższył go pośród ludzi i uwielbił go wobec aniołów”.

    Stygmaty mówią

    Franciszek z Asyżu jest uważany za pierwszego stygmatyka. Nikt wcześniej – a przynajmniej nic o tym nie wiadomo – nie otrzymał podobnych znaków. Od czasów Franciszka zjawisko stygmatów pojawiało się u licznych świętych, ale Kościół poza świętym z Asyżu oficjalnie uznał ich autentyczność tylko u św. Katarzyny ze Sieny.

    Niezależnie od kwestii formalnych faktem pozostaje, że dla świata chrześcijańskiego Zachodu stygmaty Franciszka stały się potwierdzeniem, iż ten człowiek w wyjątkowy sposób upodobnił się do Zbawiciela. Rany na ciele Biedaczyny, który miłość Bożą przedłożył nad wszystko inne, są świadectwem jego wyjątkowej zażyłości z Chrystusem ukrzyżowanym.

    Pisząc o Franciszku, Tomasz z Celano stwierdza, że „nic nie mówi o nim prawdziwiej, jak opowieść o stygmatach krzyża”.

    Od tamtej pory do Biedaczyny z Asyżu przylgnęło określenie: alter Christus – drugi Chrystus. Zaszczytniejszego tytułu nie ma.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    85. ROCZNICA ATAKU ZSRR NA POLSKĘ

    17 września 1939 roku Rosja ,,wbiła nóż w plecy’’ Polsce walczącej z hitlerowską napaścią

    17 września 1939 roku, tuż po północy niemiecki ambasador Friedrich-Werner von Schulenburg został wezwany na Kreml przez samego Stalina, aby o godzinie 2 dowiedzieć się o planowanym ataku Związku Sowieckiego na Polskę. Dwa totalitarne reżimy, hitlerowskie Niemcy i ZSRR dokonały kolejnego rozbioru Polski skazując tym samym Polaków na lata represji, deportacji i śmierci w męczarniach. Pamiętamy nie tylko dziś w naszych modlitwach o wszystkich ofiarach II wojny światowej, jak również o ofiarach powojennych.

    ***


    Wywózki na Sybir, przemoc i mordy oczami świadków. 85 lat temu w Polskę uderzył sowiecki młot i sierp

    ***

    Już pierwszego dnia agresji na Polskę, 17 września 1939 roku, sowiecka bezpieka rozpoczęła akcję mordowania polskich patriotów, w tym księży katolickich. Nastał czas strzelania w tył głowy i wywózek na Sybir. Jak straszny był to okres, pokazują relacje świadków tamtych wydarzeń.

    Pierwsza okupacja sowiecka (wrzesień 1939 – czerwiec 1941) była wynikiem zawartego 23 sierpnia 1939 roku tajnego układu Ribbentrop – Mołotow oraz późniejszych roboczych uzgodnień między najeźdźcami – Związkiem Sowieckim oraz III Rzeszą Niemiecką. Po agresji Armii Czerwonej na Polskę 17 września 1939 roku Sowieci zajęli wschodnie tereny II Rzeczypospolitej. Do ZSRS włączono połowę powierzchni przedwojennej Polski, zamieszkaną przez 12,5 mln osób. Agresorzy podpisaną 28 września umową o „granicy i przyjaźni” rozdarli między sobą nasz kraj granicą biegnącą wzdłuż rzek: Pisy, Narwi, Bugu i Sanu.

    Na Kresach rozpoczął się czas komunistycznego terroru i zbrodni. – We wrześniu 1939 roku mieszkałem wraz z matką na Polesiu, w miasteczku Raków, niedaleko Mińska, obecnej stolicy Białorusi. Kiedy Sowieci weszli do Rakowa, miały tam miejsce dantejskie sceny. Dopuszczali się gwałtów i zabójstw. Wielu miejscowych Żydów przyłączyło się do bolszewików i wydawało NKWD swoich dawnych polskich sąsiadów. Dla przykładu złapali oni kapitana Korpusu Ochrony Pogranicza, zbili go okrutnie i ledwo żywego oddali bolszewikom, którzy go zabili. Później, kiedy NKWD aresztowało moją mamę, uciekłem do Wilna i niemal do końca okupacji tam się ukrywałem – wspominał Jan Priachin.

    Po 17 września uaktywniły się komórki komunistyczne zrzeszające Białorusinów i Ukraińców. Zwano je „jaczejkami” od rosyjskiego słowa „komórka, zalążek”. Członkowie tych grup dokonali wielu zabójstw i zbrodni na żołnierzach oraz osadnikach polskich. – Mój ojciec w roku 1920, jako legionista walczył z Sowietami. Później, do czasu wojny był gajowym. Gdy rozpoczęła się wojna i 17 września 1939 roku Sowieci zaatakowali nasz kraj, ojca zmobilizowano. Pracował na lotnisku wojskowym w Żabczycach. Tam zgromadzono samoloty „Łoś”, które ocalały po niemieckich bombardowaniach. Ojciec zginął 21 września. Zabili go białoruscy komuniści, członkowie miejscowych bojówek. Wywlekli ojca do lasu – w miejsce zwane Biały Jaz i tam zastrzelili – mówi Grażyna Jedlińska, urodzona 16 lipca 1926 w gajówce Bagryny na Polesiu.

    Sowieci zajmowali miasta i miasteczka Kresów Rzeczypospolitej, ustanawiając tam swoje komunistyczne rządy. Zaraz po zajęciu Białegostoku zburzyli zabytkowy, barokowy Ratusz, jako symbol „pańskiej Polski”. Zaczęły się aresztowania patriotów. – 20 października mój ojciec niósł zamaskowany sztandar POW, aby go ukryć przed bolszewikami, którzy w tym czasie okupowali już miasto. Ojciec nie wiedział jednak, że śledzą go ludzie z NKWD. Pozwolili mu wejść do fary, lecz gdy z niej wychodził, już bez sztandaru, zaraz go aresztowali. Wraz z innymi Polakami został wywieziony do więzienia w Mińsku. Podczas ewakuacji tego więzienia mojego ojca Rosjanie zamordowali – wspomina ze smutkiem Elżbieta Zubrycka, córka Jana Paszty, prezesa białostockiego koła Polskiej Organizacji Wojskowej.

    Stolica Podlasia była punktem zbiorczym, gdzie NKWD zwoziła naszych rodaków przeznaczonych do wywózki. Z tamtejszego dworca fabrycznego wywieziono na wschód ponad 40 tysięcy osób. – Kiedy przyszli Sowieci, rozpoczęły się aresztowania. Zamknęli w więzieniu księdza proboszcza z Tryczówki i wszystkich członków Rady Parafialnej, do której należał też mój ojciec. Później wywieźli go do łagru, gdzie pracował katorżniczo w kopalni, a potem na Syberii przy transporcie drewna. Moja mama została z trojgiem małych dzieci, do tego nosząc w łonie czwarte dziecko. Była wówczas w szóstym miesiącu ciąży. My również już niedługo cieszyliśmy się wolnością. NKWD przyszło po nas, rodzinę „wroga ZSRS”. Kazano mamie szybko się zbierać i wychodzić z domu. Przewieziono nas na dworzec fabryczny do Białegostoku, a z tego miejsca – na ciężkie roboty do Kazachstanu. To był dramat – mówi Jadwiga Suchowierska z domu Sidz, wówczas siedmiolatka.

    Jak wyglądała okupacja sowiecka Białegostoku, dowiadujemy się też od innego świadka, któremu wryła się ona w pamięć. – Nasza rodzina przyjechała z Wilna w roku 1935. We wrześniu 1939 weszli Sowieci. Ich wojsko prezentowało się bardzo nędznie. Obszarpani, prawie na bosaka, karabiny na sznurkach. Byli bardzo okrutni, dzicy. Bili kogo popadło, nastąpiły aresztowania i rozstrzeliwania. Z dworca fabrycznego wywozili masy ludzi na Sybir. Jeszcze gorzej było gdy przyszli drugi raz. Wcześniej doszczętnie zniszczyli Białystok bombardowaniami. Dużo ludzi wówczas zginęło od bomb. Ja z rodzicami cały czas siedzieliśmy w bunkrze. Nie sposób było wyjść, bo to groziło śmiercią – mówi Józef Minkiewicz.

    Aresztowania patriotów i wywózki na wschód trwały na całej Białostocczyźnie. – We wrześniu 1939 mieszkaliśmy z rodzicami w miasteczku Krynki. U rodziców było nas pięcioro dzieci. Ja miałem właśnie iść do drugiej klasy podstawówki. Mój ojciec walczył w Legionach Piłsudskiego, więc był zagrożony aresztowaniem i wywózką, dlatego uciekł na Kielecczyznę i tam się ukrywał do końca wojny. Sowieci nam, dzieciom kazali chodzić do bolszewickiej szkoły, gdzie była komunistyczna indoktrynacja. Ruscy wszystkich byłych wojskowych i urzędników oraz ich rodziny wywieźli na Sybir, między innymi naszych sąsiadów Kasackich. Całą ich rodzinę NKWD wywiozło – wspomina Franciszek Zawalski.

    Mało znane są zbrodnie popełnione przez czerwonoarmistów na polskich żołnierzach września, a było ich wiele. Oto jedna z tych tragicznych historii, która miała miejsce niedaleko wsi Płaska, położonej w rejonie Puszczy Augustowskiej. – Szczegółowy przebieg tego mordu znał tylko jeden Polak. Był to jedyny żołnierz, który ocalał z tej masakry. Udało mu się uciec, kiedy rozpętało się to piekło. Dotarł do Płaskiej i tam powiadomił jej mieszkańców, m.in. mojego ojca, o tym, co zaszło. Mówił, że on i jego koledzy z oddziału wracali do domów. Nagle okrążyło ich sowieckie wojsko. Była to piechota i kolumna czołgów. Sowieci ustawili ich w szeregu i kazali tak nieruchomo stać pod groźbą śmierci, jednocześnie mierząc do nich z karabinów maszynowych. Następnie jeden z tanków wjechał w tę grupę polskich żołnierzy. To była masakra – opowiada nam Jan Zubkiewicz.

    Mieszkańcy Płaskiej sprawili zamordowanym żołnierzom godny, katolicki pochówek. Dziś stoi w tym miejscu pomnik, przy którym zawsze są kwiaty lub płoną znicze, światła naszej pamięci.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zesłania na Syberię to rosyjska specjalność. Polacy od wieków byli jej ofiarami

    Rodziny z dziećmi wywożono masowo w bydlęcych wagonach na Syberię.

    fot. Henryk Przondziono – reprodukcja/Gość Niedzielny

    ***

    Ok. 330 tys. Polaków z terenów wcielonych w 1939 r. do Związku Sowieckiego zostało deportowanych na Wschód w 1940 i 1941 roku. Tylko części z nich udało się przeżyć. Niektórzy wydostali się okrężną drogą przez Iran, Palestynę i Włochy, a w przypadku dzieci – nawet przez… Afrykę i Meksyk.

    Rosjanie mają długą tradycję wywożenia swoich wrogów na wschodnie rubieże swojego państwa. Pierwszymi Polakami, którzy poznali smak życia na Syberii, byli żołnierze króla Stefana Batorego. Mieli oni nieszczęście dostać się do niewoli u Moskali. Zostali przymusowo wcieleni do kozackich oddziałów i wraz z nimi podbijali tę krainę, łamiąc opór rdzennych plemion.

    Wywózki na Wschód osiągnęły większą skalę w XVIII i XIX wieku. Carat zsyłał tam polskich spiskowców i powstańców. Na rozkaz carycy Katarzyny II na Syberię trafiły m.in. tysiące wziętych do niewoli konfederatów barskich. Niektórzy z nich w brawurowy sposób próbowali stamtąd się wydostać.

    Ucieczka z Kamczatki

    Słynną na cały świat ucieczkę zorganizowali w 1771 r. polscy konfederaci barscy, dowodzeni przez Maurycego Beniowskiego. Wraz z rosyjskimi towarzyszami zsyłki opanowali miasto Bolszerieck na Kamczatce i porwali okręt Święty Piotr i Paweł. Byli pierwszymi Europejczykami, którzy postawili stopy na wielu wyspach zachodniego Pacyfiku – jeszcze zanim w te rejony dotarł wielki odkrywca James Cook. Uzupełniali tam żywność i wodę. Przez Aleuty, Kuryle i Japonię dopłynęli do portugalskiej kolonii Makau w Chinach. Tam sprzedali okręt i jako pasażerowie statków handlowych udali się do Francji.

    Za cara trzeba było być buntownikiem – oczywiście z punktu widzenia Rosjan – żeby zostać zesłanym na Sybir. Sowieci przeszli na kolejny poziom: wystarczyło być Polakiem. Pierwszymi ofiarami ich zsyłek stali się ci nasi rodacy, którzy po wojnie polsko-bolszewickiej z lat 1919–1921 znaleźli się po sowieckiej stronie granicy. Ich tragedia jest bardzo mało znana, chociaż dotknęło ich ludobójstwo.

    Według spisu w 1926 r. w Związku Radzieckim żyło 782,3 tys. Polaków. W 1936 r. sowiecka Rada Komisarzy Ludowych przyjęła rezolucję o przesiedleniu ich z terenu Ukrainy do Kazachstanu. Zostali oni określeni jako „politycznie niepewni”. Sowieckie władze chciały pozbyć się ich z terenów nadgranicznych przed planowaną wojną z krajami Zachodu. Polacy stawiali też największy opór ateizacji, kolektywizacji i kształtowaniu nowego „sowieckiego człowieka”. Z tego powodu bolszewicy zlikwidowali chwilę wcześniej polskie rejony autonomiczne na sowieckiej Ukrainie i Białorusi.

    Kołek w stepie

    W 1936 r. wywieziono więc ok. 70 tysięcy ludzi, z których ponad 75 proc. było Polakami, a pozostali głównie mieszkającymi w ZSRR Niemcami. W czerwcu tego roku „Gość” rozmawiał w Szczucińsku w północnym Kazachstanie z potomkami wywiezionych tam Polaków, w tym z małżeństwem Leny i Leonida Griebionkinów. Ona jest pielęgniarką, on emerytowanym kierowcą ciężarówek. Ich dziadkowie – Kobierscy i Laskowscy – w 1936 r. zostali zawiezieni pociągiem towarowym do miasta Tajynsza, a stamtąd saniami 50 km w głąb bezkresnego stepu. – Był tam wbity w ziemię kołek, a na nim tabliczka z wypisanym numerem „11”. I to była cała wieś… – relacjonuje Leonid.

    Polakom rozdano łopaty i kazano zbudować sobie ziemianki. Udało się im tego dokonać przed nadejściem mrozów. – W każdej ziemiance żyło w ciasnocie po pięć, sześć rodzin – mówi Leonid.

    Przeżyli chyba tylko dlatego, że pomogli im rodowici Kazachowie, dobrzy ludzie żyjący w oddalonej o 12 km wiosce. Widząc dramatyczną sytuację Polaków, podarowali im kilka krów i kóz. Dzięki temu deportowani mieli mleko dla najmłodszych. I tak śmiertelność była jednak zastraszająca, zwłaszcza wśród starców i małych dzieci. Zmarły też dwie ciocie Leny Griebionkiny.

    Osada o numerze 11 zyskała później nazwę Zielony Gaj. Jest jedną z polskich wiosek w północnym Kazachstanie, podobnie jak sąsiednia Jasna Polana, Konstantynowka czy Oziornoje, gdzie ludzie do dzisiaj modlą się i śpiewają w naszym języku.

    Wzięli lustro

    Ledwie zakończyła się wywózka w 1936 r., a na rozkaz Nikołaja Jeżowa, szefa NKWD, jednego z największych zbrodniarzy w historii świata, w latach 1937–1938 została przeprowadzona tak zwana operacja polska. Nie mniej niż 111 091 ludzi zostało wtedy zamordowanych strzałem w tył głowy. Był wśród nich Jan Mohylnicki, mieszkaniec sowieckiej Ukrainy. Jego bliscy otrzymali pismo z urzędową informacją, że został skazany na „10 lat więzienia bez prawa do korespondencji”. Nie wiedzieli, że NKWD tak nazywa karę śmierci… Latami czekali na jego powrót.

    Mieszkająca dziś w Szczucińsku w Kazachstanie Antonina Swidzinskaja, córka Jana Mohylnickiego, w chwili jego aresztowania w 1937 r. miała 7 miesięcy. Powiedziała „Gościowi”, że po zabraniu taty cała rodzina została uznana za wrogów ludu. – Zabrali nam wszystko, co cenne. Moja siostra często wspominała, że wzięli nawet duże lustro ze złoconą ramą – stwierdziła.

    W ramach „operacji polskiej” co najmniej 28 744 osób osadzono też w łagrach. Sowieci prowadzili również operacje skierowane przeciw innym narodom, choćby Niemcom wołżańskim, ale działania wobec naszym rodakom wyróżniały się wielką skalą i brutalnością. Według IPN zamordowani Polacy stanowili aż 44,9 proc. ofiar wszystkich operacji narodowościowych w ZSRR.

    Szalona abstrakcja

    17 września 1939 r. Sowieci zaatakowali wschodnią część II Rzeczypospolitej. W 1940 r. w ramach zbrodni katyńskiej wymordowali co najmniej 21,7 tys. polskich oficerów. W lutym tego samego roku przeprowadzili też deportację ok. 140 tys. obywateli polskich za Ural, do Kazachstanu czy do Archangielska. Kolejne ludzkie fale przymusowo płynęły tam aż do 1941 r. – w sumie ok. 330 tys. ludzi.

    Bywało tak, jak w rodzinie Jonkajtysów z Augustowa. Ojca, Hieronima, kierownika szkoły i komisarycznego burmistrza, Sowieci rozstrzelali. Zabili też najstarszego syna, Bronka. Pozostałych sześcioro dzieci wraz z mamą w kwietniu 1940 r. wywieźli do Kazachstanu. Mimo niedostatku żywności i opału wszystkim udało się tam przeżyć. Grażyna Jonkajtys-Luba w 2009 r. opowiedziała autorowi tego tekstu, że w każdym mieszkaniu, które zajmowali w ciągu tych sześciu lat zesłania, zawieszali nad drzwiami krzyżyk, a naprzeciw obrazek Czarnej Madonny. Codziennie wieczorem wszyscy razem się modlili, a także śpiewali „O mój rozmarynie”, „Jedzie, jedzie na kasztance”. „Przywieźliśmy też z Polski małe, gipsowe popiersie marszałka Piłsudskiego. Stało na honorowym miejscu na półeczce. Jak bolszewicy nas pytali, kto to jest, odpowiadaliśmy, że to dziadek” – śmiała się pani Grażyna. „Dziadek” to było jedno z przezwisk Piłsudskiego. „Ratowało nas na tym Sybirze poczucie humoru. Urządzaliśmy sobie konkursy i prześmiewcze akademie na rocznicę rewolucji, ze wzniosłymi przemówieniami naszego najmłodszego brata Mariana. To, co nas otaczało, to była tak szalona abstrakcja, że tego nie można było brać za rzeczywistość” – mówiła.

    Sowiecki świat wokół nich był jednak nie tylko głupi, ale i straszny. W sąsiedniej wsi Nowouzinka 16-letni wywieziony Polak, syn burmistrza Wołkowyska, doznał ataku bólu brzucha, wskazującego na zapalenie wyrostka robaczkowego. Przewodniczący kołchozu odmówił jednak wypożyczenia koni na podróż do szpitala w odległym o 65 km miasteczku Jawlenka. Uzasadnił, że konie są potrzebne do pracy. A potem dodał: „Was, wrogow naroda, na to zdies priwiezli, sztob wy podochli” (zdechli). Chłopak skonał w męczarniach na kolanach matki.

    Za pracę w kołchozie nikt im nie płacił. Aby nie umrzeć z głodu, Jonkajtysowie wzorem miejscowych zaczęli więc podkradać stamtąd ziarno. „W pierwszej po sześciu latach spowiedzi w Warszawie powiedziałam o tym księdzu. Ale on aż wyszedł z konfesjonału ze śmiechu, że w tych warunkach uznałam to za grzech” – powiedziała „Gościowi” pani Grażyna.

    Były w czasie tych wywózek i takie niezwykłe postacie jak ksiądz Tadeusz Fedorowicz, który… na ochotnika dołączył do deportowanych. Wmieszał się między nich i trafił do sowieckiej Republiki Maryjskiej po europejskiej stronie Uralu. Ponieważ pojechał dobrowolnie, do wszystkiego podchodził pozytywnie. Zachwycał się kąpielami w krystalicznie czystej wodzie. Tak polubił swoją pracę drwala, że przełożeni zaliczyli go do najlepszych robotników i przyznali mu wysoki limit 1,5 kg chleba na dzień. Po pracy jednak ten drwal odprawiał w lesie tajne Msze Święte. Między drzewami spowiadał Polaków. Ostatecznie nie uniknął więzienia – ale i w nim był świadkiem Ewangelii.

    W 1942 r. ponad 110 tys. Polaków, w tym 36 tys. kobiet i dzieci, ewakuowało się ze Związku Sowieckiego do Iranu wraz z Armią Andersa. Te dzieci, niektóre z matkami, czekały potem na koniec wojny w obozach w Afryce, w Nowej Zelandii czy w Meksyku. Pozostali wrócili do Polski albo z „ludowym” Wojskiem Polskim gen. Berlinga, albo sami, już po wojnie. Niestety, mijali się z transportowaną w przeciwnym kierunku – na Sybir – kolejną falą Polaków, liczącą od 70 do 100 tys. ludzi. Sowieci wysłali ich na Wschód, gdy po raz drugi wkroczyli na ziemie polskie w latach 1944–1945.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚRODA 18 WRZEŚNIA

    św. Stanisław Kostka jest Patronem Polski i Litwy na równi ze św. Wojciechem i św. Stanisławem biskupem i męczennikiem.

    ,,Nie zawiodłeś, Polaku'' - cuda za wstawiennictwem św. Stanisława Kostki

    fot. via Wikipedia.org, Domena publiczna

    ***

    ,,Nie zawiodłeś, Polaku” – cuda za wstawiennictwem św. Stanisława Kostki

    W 1674 r. papież Klemens X ogłosił dekretem błogosławionego Stanisława Kostkę Patronem Polski i Litwy na równi ze św. Wojciechem i Św. Stanisławem biskupem i męczennikiem. W 1714 r. papież Klemens XI wydał dekret kanonizacyjny, a samego aktu kanonizacji dokonał jego następca Benedykt XIII w 1726 r.

    Relikwie świętego spoczywają w Kościele św. Andrzeja na Kwirynale w Rzymie. Dwieście lat po kanonizacji sprowadzono do Polski cząstkę jego relikwii. W uroczystościach jubileuszowych wziął udział prezydent RP Ignacy Mościcki. Od 2011 r. część relikwii spoczywa w Parafii św. Stanisława Kostki w Sulechowie. Główne sanktuarium Świętego znajduje się w Rostkowie (Diecezja Płocka). W 1926 r. do kościoła zostały sprowadzone z Rzymu relikwie Świętego patrona młodzieży. 12 maja 2000 r. kościół w Rostkowie został ustanowiony sanktuarium diecezjalnym św. Stanisława Kostki. 

    Wkrótce po śmierci Stanisława przyszły kardynał Franciszek Toledo zawołał: “Na Boga, młodzik polski umiera i całe niemal miasto się zbiega! Każdy chce go przynajmniej zobaczyć. Każdy chce ucałować jego zwłoki“. Piotr Kanizjusz, który wysyłając Stanisława do Rzymu pełen nadziei napisał: “wielkich rzeczy spodziewamy się po nim“, po jego śmierci stwierdził: “Nie zawiodłeś, Polaku. Nie zawiodłeś. Którego ojczyzny nigdy nie zrozumiałem – nie zawiodłeś“. 

    Szczególnym nabożeństwem do św. Stanisława wyróżniał się św. Robert Bellarmin (+ 1623), który miał jego obrazek nad swoim łóżkiem wraz z wizerunkiem św. Alojzego, którego był kiedyś przełożonym. Św. Franciszek Salezy poświęca naszemu rodakowi przepiękny wstęp w swoim traktacie O miłości Bożej. A oto jak pisze św. Alfons Liguori o naszym Świętym: “Św. Stanisław Kostka napisał list do Matki Bożej, by mógł w Jej święto umrzeć. Przy śmierci całował z rozkoszą obrazek Matki Bożej. Jeden z Ojców spytał: »Na co ta koronka owinięta na ręce?« Na to Stanisław: »Jest mi ona pociechą, bo to przedmiot poświęcony mej Matce«. Ukazała mu się Matka Boża, jak sam to oznajmił. Umarł cicho, że nawet nie spostrzeżono. Dopiero gdy mu podano i pokazano obrazek Matki Bożej, i zauważono, że mimo to nie daje znaku życia, przekonano się, że już uleciał do nieba” (Uwielbienia Maryi). Św. Jan Bosko lubił opowiadać swojej młodzieży wydarzenia z życia św. Stanisława i chętnie stawiał jego osobę za przykład.

    Pierwszy z żywotów św. Stanisława Kostki został napisany przez współnowicjusza o. Stanisława Warszewickiego. W rok potem do tego samego nowicjatu jezuitów wstąpił nieśmiertelny kaznodzieja Piotr Skarga (1569). Papież Jan XXIII dla podkreślenia swojej czci dla św. Stanisława osobiście nawiedził jego grób w Rzymie w listopadzie 1962 roku, gdzie spotkał się z polskimi ojcami Soboru Watykańskiego II. Uroczystości 400-lecia śmierci św. Stanisława odbyły się w 1966 roku w Austrii, w 1967 w Polsce a w 1968 – Rzymie. Z tej okazji Episkopat polski wydał specjalną odezwę – słowo pasterskie do wiernych i młodzieży. Papież Jan Paweł II rozpoczął drugie dziesięciolecie swojego Pontyfikatu modlitwą na rzymskim Kwirynale, klęcząc przy sarkofagu polskiego świętego – Stanisława Kostki. Do zebranych gości Namiestnik Chrystusa wypowiedział wiele osobistych myśli i przeżyć. Powiedział wtedy m.in.: „«Żyjąc krótko, przeżył czasów wiele». Wszyscy znamy te słowa, które stanowią syntezę życia naszego Świętego, postaci doprawdy niezwykłej: w tak niedługim czasie zdołał osiągnąć ogromną dojrzałość powołania chrześcijańskiego i zakonnego. Ten święty patron młodzieży polskiej towarzyszył mi od dawna, w czasach młodości i potem, stale. (…) Młodzi dzisiaj mają w Polsce trudną młodość, czasem wydaje mi się, że nie potrafią sprostać wyzwaniom, czasem szukają wyjścia poza Ojczyzną. Dla wszystkich: i tych, co odchodzą z Ojczyzny, i tych, co zostają, niech św. Stanisław Kostka będzie patronem – patronem trudnych dróg życia polskiego, życia chrześcijańskiego. Szukajmy u niego stale wspomożenia dla całej młodzieży polskiej, dla całej młodej Polski”.

    W 1604 r. papież Klemens VIII wydał brewe, w którym nazwał Kostkę błogosławionym. Dokument ten stał się podstawą do szerzenia kultu młodego Polaka. Rok później kolejny papież Paweł V ogłosił Stanisława błogosławionym i zezwolił na zawieszenie srebrnych tabliczek i lampy (podarowanej przez kard. Bernarda Maciejowskiego, dawnego kolegę Kostki z Wiednia) przed jego obrazem w kościele na Kwirynale.

    W 1670 r. król Michał Wiśniowiecki otrzymał list od papieża Klemensa X, w którym ogłosił on Kostkępatronem Polski i Litwy a jego święto ustanowił na 13 listopada. Stanisław został oficjalnie świetnym dla całego Kościoła Powszechnego w 1726 r. po kanonizacji dokonanej przez papieża Benedykta XIII. O tę kanonizację prosili uczeni, królowie i cesarze ówczesnej Europy. Cesarz Józef I prośbę swoją tak uzasadniał w liście do Papieża: “Nie wątpimy, że Waszej Świątobliwości dostatecznie jest wiadomym, jak bardzo zasługi Stanisława Kostki oddaliły morowe zarazy i liczne niebezpieczeństwa“.

    Kiedy lud pobożny w narodzie polskim, twardą uci­skany przygodą, odbierał od Boga przez św. Stanisława coraz liczniejsze łaski nadprzyrodzone, które szeroko po narodzie rozgłoszone, budziły w panach polskich, a szczególniej w księdzu Maciejowskim kardynale i arcybisku­pie gnieźnieńskim pobożną żarliwość o wyjednanie u Sto­licy Apostolskiej kanonizacji dla świętego rodaka i pa­trona swojego; wtedy to wymieniony x. Maciejowski, pry­mas Królestwa, a współuczeń św. Stanisława w szkole wiedeńskiej, czynnie działał w roku 1607 na zjeździe piotrkowskim, by sprawy tej nadal nie odkładano; zwła­szcza że Klemens VIII papież w 1604 r. już był wpi­sał Stanisława w poczet błogosławionych wyznawców. Jakoż skrzętnie zaczęto zbierać nowe dowody cudowne do procesu kanonizacji; a skoro te zebrane zostały, za wstawieniem się Józefa cesarza Austrii, Klemens XI papież, uznawszy przedstawione sobie dowody za dosta­teczne, uroczystym dekretem swym, dnia 18 listopada 1714 roku Stanisława Kostkę w poczet świętych Bożych zapisać kazał. Wszakże uroczystą kanonizację dopiero w 1726 roku odprawiono za Benedykta XIII papieża; a lubo dzień 13 listopada, w którym szczęty jego były przeniesione do nowo wystawionego kościoła św. An­drzeja w Rzymie, ku czci św. Stanisława był przezna­czony, jednak naród polski pamiątkę św. Stanisława w niedzielę następną po dniu 13 listopada uroczyście uświęca, na cześć i chwałę Bogu w Trójcy Świętej Jednemu, i na pociechę prawowiernych Polaków. [Żywoty Świętych Patronów polskich, napisał X. Piotr Pękalski Ś. T. Dr. Kan. Stróż Ś. Grobu Chrystusowego. Z ośmią rycinami. Kraków 1862, ss. 542-569.]

    Św. Stanisławowi przypisuje się zwycięstwo Polski nad Turkami pod Chocimiem w 1621 r. W dniu bitwy jezuita, o. Oborski, miał widzieć na obłokach Stanisława Kostkę, jak błagał Matkę Bożą o pomoc dla wojsk polskich. dla oręża polskiego. Zwycięstwo to było tym cenniejsze, że rok przedtem (1620) Polacy ponieśli straszliwą klęskę pod Cecorą, gdzie zginął hetman Stanisław Żółkiewski. 

    Nie wyliczamy tu innych bardzo ciężkich chorób, utratą nawet życia grożących, od których Bóg wszechmo­cny za przyczyną świętego Stanisława, zwłaszcza w na­rodzie polskim, rozmaite osoby nagle uzdrowić raczył. – Nie możemy wszakże pokryć milczeniem objawu, którym ten święty nasz patron widocznie przybył w pomoc na­rodowi polskiemu, podczas chocimskiej potrzeby. W ro­ku 1622, za panowania Zygmunta III, Osman sułtan tu­recki zagroził całemu chrześcijaństwu zniszczeniem, i w tym zamiarze zgromadził niezliczone swe wojska z Eu­ropy, Afryki i Azji, oprócz tego przyzwał do wojennego wspólnictwa Chana tatarskiego i ku polskim przyciągnął granicom. Nie przeląkł się wcale król Zygmunt doniesie­niem o nadciągnionych hordach barbarzyńców, ale po staropolsku, ufny w ramię Boże, wezwawszy wstawienia się Najświętszej Panny i św. Stanisława Kostki, wysłał czym prędzej niewielką liczbę polskich zastępów, na wstrzy­manie napływu nieprzyjaciela, póki on sam z wojskiem nie nadciągnie. Jakoż, kiedy Polacy mieli już zwodzić bój pod Chocimiem, Stanisław Kostka widocznie ukazał się w powietrzu nad polskim rycerstwem, i tak walne sprawił zwycięstwo, że zamieć turecka tył podała, zostawiwszy na pobojowisku 60000 bisurmanów, a pokój z korzyścią dla Polski został zawarty. [Żywoty Świętych Patronów polskich, napisał X. Piotr Pękalski…]


    Za Jana Kazimierza, Chan tatarski najechał Polskę w 15000 pohańców, i już miasto Lublin otoczył; król całą noc strawił na modlitwie w kościele przed wizerun­kiem św. Stanisława Kostki, i uczynił ślub przed roz­poczęciem bitwy, że ten obraz jego złotą ozdobi sukienką. Tej samej nocy, w której się król modlił, szyki nieprzy­jacielskie ujrzały w powietrzu wielką jasnością otoczo­nego młodzieńca w sukni jezuickiej; i w dniu następnym w boju porażone ucieczką się ratowały, a Lublin został oswobodzony. [Żywoty Świętych Patronów polskich, napisał X. Piotr Pękalski…]Przed cudownym obrazem św. Stanisława w katedrze lubelskiej modlił się Jan Kazimierz, przypisując jego wstawiennictwu zwycięstwo pod Beresteczkiem (1651).

    Prośby swe słali Zygmunt III Waza, Władysław IV, Michał Korybut Wiśniowiecki i Jan Sobieski, który darzył szczególną czcią św. Stanisława Kostkę. Król Jan III Sobieski tak pisał do sekretarza papieskiego: “albowiem przy wszelkich operacjach wojennych wszyscy byli świadkami, skorośmy wzywali pomocy tego wielkiego Błogosławionego, nigdyśmy nie mieli niepowodzenia, lecz odnosiliśmy natomiast zawsze zwycięstwo bez przykładu i końca“.

    Stanisław (Staszek) Kostka Stanisław wyznawał zasadę: „ad maiora natus sum”(do wyższych rzeczy zostałem stworzony). Z upodobaniem prowadził ascetyczny tryb życia nie znajdując zrozumienia i akceptacji współlokatorów. Jezuici nie chcieli przyjąć Stanisława do Zakonu – choć wielokrotnie o to prosił. W grudniu 1566 r. Stanisław poważnie zachorował i bardzo pragnął przyjąć Komunię św. W nocy otrzymał wizję jak św. Barbara z dwoma Aniołami przynoszą mu Komunię św. Otrzymał też drugą wizję jak Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus pochyla się na Nim i składa Mu w ramiona Dzieciątko. Nazajutrz Stanisław, ku ogólnemu zdziwieniu wstał zupełnie zdrowy z głębokim przeświadczeniem, że Maryja go uzdrowiła i Maryja pragnie, by wstąpił do Jezuitów.

    Za czasów króla Zygmunta III Wazy żył w Neapolu sławny ze swej świętości jezuita, o. Juliusz Mancinelli. Odznaczał się szczególnym nabożeństwem do Niepokalanej i świętych po­lskich. 14 sierpnia 1608 r. w wigilię Wniebo­wzięcia Najświętszej Maryi Panny, ukazała mu się Maryja z Dzieciątkiem Jezus. U jej stóp klęczał św. Stanisław Kostka, O. Juliusz nigdy nie widział Matki Bożej w tak wielkim maje­stacie. Pragnął pozdrowić Ją takim tytułem, jakim jeszcze nikt Jej nie uczcił. Wtedy Maryja powiedziała: Dlaczego nie nazywasz mnie Królową PolskiJa to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie. W krótkim czasie potem, za pozwoleniem swych przełożo­nych, którzy objawienie to zbadali, o. Mancinelli przekazał tę radosną wiadomość ks. Piot­rowi Skardze i jezuitom w Polsce. Oni z kolei donieśli o tym królowi.

    Wszechmogący Boże, który przedziwnym zrządzeniem wybrałeś Świętego Stanisława Kostkę i uzdolniłeś go do wierności Tobie, wejrzyj, na naszą słabość i niestałość. Spraw łaskawie, abyśmy – dzięki wstawiennictwu i opiece Świętego Stanisława – do końca naszego życia w wierności Tobie wytrwali. Amen. 

    Święty Stanisławie wstawiaj się za nami, abyśmy mogli szerzyć w naszej Ojczyźnie Królestwo Chrystusa! 

    Fronda.pl/18.09.2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O Kostce, ale tym razem nieco inaczej…

    O Kostce, ale tym razem nieco inaczej...

    (fot. rysował Przemo Wysogląd SJ)

    ***

    Błogosławiony czystego serca. Spoglądając w górę prezbiterium kościoła krakowskich jezuitów.

    Prostymi ścieżkami prowadził Pan sprawiedliwego i ukazał mu Królestwo Boże.

    Tę antyfonę ze świątecznego oficjum ku czci św. Stanisława Kostki bardzo dobrze obrazuje mozaika z prezbiterium najpiękniejszego kościoła Krakowa – Bazyliki Najświętszego Serca Pana Jezusa.
    Piotr Stachiewicz, artysta akademicki, twórca popularnych ludowych obrazów Matki Bożej zaprojektował wielobarwny korowód polskich świętych i historycznych postaci, które zbliżają się do Chrystusa błogosławiącego im i niejako obejmującego ramionami cały naród. Blisko pięćdziesiąt osób, które wzrok wbijają pokornie w ziemię, albo błagalnie wznoszą oczy ku niebu. Wyróżnia się tylko jedna osoba – w grupie przedstawiającej polskich jezuitów młody Stanisław Kostka odważnie patrzy wprost na Chrystusa, ma dumnie wypiętą pierś, sylwetka zdaje się wyrywać w stronę złotej poświaty otaczającej naszego Pana. Jezus w końcu obiecał w kazaniu na górze, że “błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” (por. Mt 5).

    Jednak co to znaczy mieć “czyste serce”?

    Potocznie czyste serce kojarzymy z czystością seksualną i owszem, jest ono z nią związane, ale raczej wynika to z czystego serca. Najpierw trzeba zrozumieć, że wstrzemięźliwość seksualna bez czystego serca szybko może zamienić się w życiową mękę. Św. Paweł pisze w liście do młodego Tytusa: “dla czystych wszystko jest czyste, dla skalanych zaś i niewiernych nie ma nic czystego, lecz duch ich i sumienie są zbrukane” (Tt 1, 15).

    Czyste serce związane jest z patrzeniem na świat. Na mozaice Stanisław Kostka patrzy najpierw na Boga, a przez Niego widzi resztę stworzenia. Jeśli nie widzisz Boga, masz serce pełne innych obrazów. Mieć czyste serce to znaczy być wpatrzonym w Jezusa, który jest i powinien być naszym jedynym wzorem. Czyste serce jest wolne od jakichkolwiek przywiązań, jest nastawione na Boga, nie pragnie niczego innego, jak tylko uporczywie wpatrywać się w Boga. To łaska, o którą możemy się modlić z psalmistą: “Stwórz we mnie Boże serce czyste” (Ps 51), i możemy być pewni, że zostaniemy wysłuchani, o ile tylko będziemy się modlić ze skruchą. Oczywiście, musimy być realistami – nie jesteśmy aniołami, których naturą jest wpatrywanie się w Boga i chwalenie Go – będziemy upadać, ale z Bożą pomocą za każdym powstawać, jak młody Kostka w swojej wyczerpującej wędrówce do Rzymu.

    Nie możemy być pewni, co miał na myśli Stachiewicz, projektując w ten sposób mozaikę. Jednak jego intuicja malarska dobrze wyraża prawdę o dzisiejszym patronie: wystarczy być wpatrzonym w Boga, a reszta będzie nam dana, jak w niezwykłej historii krótkiego życia Stanisława Kostki. Bo prostymi ścieżkami Pan go przeprowadził i ukazał mu swoje Królestwo…

    o. Przemysław Wysogląd SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Stanisław Kostka – umiłował wolę Boga

    Św. Stanisław Kostka - umiłował wolę Boga

    Święty Stanisław Kostka, patron młodzieży (fot. DEON.pl)

    ***

    Na tle sylwetki św. Stanisława warto budzić wiarę w istnienie rzeczywistości pozaziemskiej, domu Ojca, do którego wszyscy spieszymy. Mimo że umarł młodo, tęsknił za niebem.

    Józef Augustyn: Od wielu lat jest Ojciec rektorem kościoła pod wezwaniem św. Andrzeja na Kwirynale. Tu znajduje się grób św. Stanisława Kostki, jego relikwie; przy nim swego czasu św. Stanisław odbywał swój nowicjat. Proszę nam o tym opowiedzieć.

    Kazimierz Przydatek: św. Stanisław Kostka po przybyciu do Rzymu nie od razu zamieszkał na Kwirynale. Najpierw przebywał w domu przy kościele Imienia Jezus. Przez pierwsze trzy miesiące, aż do Bożego Narodzenia, wędrował z domu do domu, jak zresztą większość nowicjuszy. Dopiero w okolicy Bożego Narodzenia św. Franciszek Borgiasz ustanowił nowicjat w nowo otrzymanych budynkach przy kościele św. Andrzeja Apostoła na Kwirynale. Wcześniej był tam niewielki dom dla zmęczonych posługą, schorowanych misjonarzy. Franciszek Borgiasz połączył dwa domy: dla starców jezuitów i nowicjat. W nowicjacie Stanisław był przez osiem miesięcy. W sumie spędził w Rzymie dziesięć miesięcy, czyli niecały rok.

    To rzecz niezwykła, iż przez tak krótki czas młody, osiemnastoletni chłopak stał się do tego stopnia znany w Rzymie, że w jego pogrzebie uczestniczyli wszyscy kardynałowie. Jak ujawniła się jego świętość? Jakie są jej główne rysy?

    Moim zdaniem okres pobytu w Rzymie był dojrzewaniem Stanisława do świętości. By to zrozumieć, trzeba uwzględnić okoliczności historyczne. Wiemy, że w owym czasie nasilała się propaganda religijna protestantów. Po zamknięciu naszego kolegium w Wiedniu, po śmierci cesarza Leopolda, wszyscy uczniowie, łącznie ze św. Stanisławem, musieli szukać prywatnych mieszkań. Stanisław znalazł pokoik przy rodzinie, która sympatyzowała z protestantyzmem. Spotkał się więc z zaprzeczeniem najważniejszych spraw w Kościele: kultu maryjnego i Eucharystii. Mimo to jego duchowość rozwijała się właśnie w tych dwóch kierunkach. Najważniejszą jednak cechą Stanisława – jak opisują jego biografowie, zwłaszcza o. Józef Majkowski – była zdecydowana chęć pełnienia woli Bożej. Kiedy odkrył w sobie powołanie, chciał na nie odpowiedzieć za wszelką cenę. Odrzucał wszystko, co przeszkadzało w wypełnieniu woli Niebieskiego Ojca, nawet miłość rodziny.

    W życiu Stanisława pojawiały się też bardzo trudne chwile. Myślę tu o konflikcie z ojcem. Nie jest on uwypuklany w życiorysach, prawdopodobnie ze względu na obawę, że nie byłby to dobry przykład dla młodych ludzi, którzy mają tendencje do buntowania się przeciw rodzicom. Co Ojciec myśli o tym epizodzie z życia św. Stanisława?

    W owym czasie syn całkowicie zależał od ojca. To ojciec decydował o tym, co syn będzie w przyszłości robił, z czego będzie żył. Stanisław po przeżyciu pierwszego tygodnia ćwiczeń duchownych, a na pewno je odbywał w tej czy innej formie, wiedział już, że przede wszystkim należy poznać Boga Ojca – to było dla niego najważniejsze i przejął się tym. Dlatego jego reakcją na sprzeciw rodziców była odpowiedź, że trzeba bardziej słuchać Boga Ojca niż własnych rodziców. Kiedy otrzymał list, w którym ojciec groził mu między innymi wydziedziczeniem, z całą godnością odpowiedział, że idzie za głosem powołania i pragnie nade wszystko słuchać Boga. Cała ta sytuacja czyni go rzeczywiście patronem młodzieży, bo wbrew temu, co można by powierzchownie sądzić, nie jest to zły przykład, ale wręcz odwrotnie – bardzo dobry.

    Zostałem kiedyś poproszony o przetłumaczenie z języka włoskiego na polski Litanii do Boga Ojca. Uczyniłem to, ale kiedy doszedłem do końca wezwań, spontanicznie dopisałem jeszcze jedno: Ojcze Najukochańszy. Zaskoczyło mnie bowiem, że wynaleziono różne tytuły, a ten, który jest najważniejszy, streszczający najistotniejsze, podstawowe przykazanie: miłuj Boga całym sercem, całym umysłem i ze wszystkich sił, został pominięty. Ludzie bardzo często zapominają o głównej postawie, jaka powinna być przyjmowana wobec Boga: miłości nade wszystko. Stanisław zaś potrafił to zrozumieć i to w czasach, które nie były łatwe. Kto wie, czy nawet nie były trudniejsze od naszej współczesności.


    Podzieliłbym okres trzydziestu lat, które spędziłem w Rzymie, na dwie części: do wyboru papieża Jana Pawła II i po jego wyborze. Polacy, którzy przyjeżdżali do Pawła VI, chętnie przybywali do grobu św. Stanisława. Paweł VI był bowiem papieżem, którego nie rozumieli – ze względów językowych -szukali więc mocniejszych przeżyć religijnych i to właśnie przy grobie św. Stanisława.

    Szukali czegoś polskiego…

    Otóż to. A nasza świątynia jest przecież polskim sanktuarium. Sam kościół jest również bardzo piękny. Potwierdza to choćby ilość profesorów i studentów z całego świata, którzy się nim interesują. Tylko za czasów mojego tu pobytu napisano dwie albo trzy prace doktorskie na temat jego architektury i malarstwa.

    Jednak po wyborze Jana Pawła II na Stolicę Piotrową sytuacja zmieniła się. Do Rzymu nie tylko zaczęły przybywać pielgrzymki zorganizowane przez księży, ale także grupy turystyczne prowadzone przez świeckich przewodników. Księża, owszem, przyprowadzali pielgrzymki do kościoła św. Andrzeja, natomiast grupy turystyczne rzadziej do nas trafiały. W pewnym stopniu jest to zrozumiałe, bo przewodnik wybierał inne atrakcyjne miejsca. Woleli czasem iść na zakupy i szukać różnych fatałaszków, niż dobijać się do centrum. Mówię “dobijać się”, bo od paru lat – i to jest główną przyczyną zmniejszenia się liczby turystów i pielgrzymów do grobu św. Stanisława – centrum Rzymu podzielono na sektory, a ten, w którym znajduje się nasz kościół, jest szczególnie chroniony przed wjazdem autobusów. By do nas dotrzeć, trzeba więc daleko zaparkować i dwadzieścia minut iść pod górę. Starsi pielgrzymi często rezygnują z tej “wspinaczki”. Częściej docierają do nas grupy młodzieży. Dużo łatwiej bowiem poruszają się i podejmują trud pielgrzymowania do swego patrona.

    Ojciec przedstawia racje obiektywne, techniczne. Ale czy zmniejszenie odwiedzin św. Stanisława w Rzymie nie wynika po prostu z osłabienia kultu tego świętego w Polsce?


    Na pewno. Wydaje się, że jest to w jakimś stopniu związane ze zmianą daty obchodzenia uroczystości ku czci św. Stanisława Kostki. Do mnie, jako rektora opiekującego się kościołem, nieraz kierowano prośby, by wrócić do dawnej daty święta. Nie mogę tego zmienić, bo nie ode mnie to zależy. Aprobata zmiany daty dokonała się na poziomie Episkopatu i została zatwierdzona przez odpowiednią kongregację. Praktyka duszpasterska wykazuje jednak, że nie było to szczęśliwe rozwiązanie. Warto by więc wrócić do poprzedniego terminu święta. Przecież cały Kościół obchodzi je 13 listopada, jedynie w Polsce zostało przeniesione na 18 września. Księża mówią mi, że nie ma czasu na duchowe przygotowanie młodzieży do właściwego przeżycia tego święta. Przedtem od rozpoczęcia roku szkolnego było na to prawie dwa i pół miesiąca. We wrześniu bardziej myśli się o zorganizowaniu roku pracy niż o triduumku czci św. Stanisława Kostki.


    Oczywiście, że tak. Wpływ na takie błędne myślenie ma praktykowane nabożeństwo, które w dużej mierze opiera się na “słodko-nudnych” śpiewach. Wyrażam tu nie tylko moją opinię, ale też niejednego znawcy muzyki kościelnej. A tymczasem św. Stanisław nie był nudny. Był człowiekiem o bardzo mocnym charakterze. Już będąc w nowicjacie, potrafił połączyć twardy charakter i żywe nabożeństwo do tych negowanych w ówczesnym Kościele wartości duchowych: kultu Maryi i Eucharystii. Trzeba pamiętać, że w Rzymie był świadkiem niszczenia obrazów Matki Bożej, które zostały umieszczone na różnych budynkach. Widział to, przeżywał i bolał nad tym. Słyszał o różnych nadużyciach w stosunku do Eucharystii. Potrafił być jednak bardzo zdecydowany w swojej wierze, a równocześnie w życiu codziennym był bardzo usłużny, a przy tym ciepły, braterski i towarzyski. Ponoć naprawdę zabiegano o jego obecność.

    Posłużę się przykładem. Jest w Kampanii mała miejscowość, a w niej kościół i parafia pod wezwaniem naszego świętego. Przez cztery wieki co roku odbywała się tam uroczysta, typowo włoska, procesja po mieście ku czci św. Stanisława. Dlaczego? Otóż swego czasu prowadził tam misje i tak ujął wiernych swoją osobowością, że corocznie obchodzono jego święto bardzo uroczyście. Stąd ta procesja. We Włoszech kult św. Stanisława Kostki nadal jest żywy. Ciągle dostajemy listy z prośbami, by odprawić Mszę św. przy jego grobie. Wiele osób chce też brać ślub w naszym kościele właśnie ze względu na św. Stanisława.

    W Polsce również bardzo mocno wpisał się w historię. Jest wiele kościołów, parafii pod jego wezwaniem. Na przestrzeni wieków ukazało się wiele publikacji jemu poświęconych, mimo że nie były one tak łatwo dostępne jak dzisiaj… św. Stanisław jest naprawdę niezwykłą postacią, pokazuje autentyzm młodego człowieka. Co w takim razie powinniśmy robić dla podtrzymania kultu tego świętego w Polsce?

    Moim zdaniem trzeba go przede wszystkim “odcukierkować”. Często przedstawiając postać św. Stanisława, podkreśla się jego czystość, niewinność. Dzisiaj na dźwięk tych słów młodzi uśmiechają się. Taki jest stan moralny świata. Widzę to na przykład w mojej pracy z narzeczonymi. Dla nich sprawy pożycia przedmałżeńskiego są tak naturalne, że czasem dziwią się, iż ksiądz w ogóle mówi na ten temat. Nastąpiło tak wielkie wykrzywienie sumień, że pary, które zachowały czystość przedmałżeńską, wstydzą się przyznać do tego nawet przed księdzem. Trudno zatem kłaść nacisk na ten właśnie aspekt świętości św. Stanisława. Korzystniejsze wydaje się natomiast zwrócenie uwagi na jego miłość do Boga, miłość ponad wszystko, na jego zjednoczenie z Nim. To właśnie dawało mu siłę do wyrzeczenia i trwania w czystości.

    Na tle sylwetki św. Stanisława warto też budzić wiarę w istnienie rzeczywistości pozaziemskiej, domu Ojca, do którego wszyscy spieszymy. Mimo że umarł młodo, tęsknił za niebem. Dwa tygodnie przed śmiercią zapowiedział, że wkrótce umrze i że będzie – pragnął tego – oglądał chwałę nieba. Dał tym samym wyraz bardzo prostego, ale najgłębszego ujęcia naszej wiary. Wszyscy przecież żyjemy teraz, żeby zacząć żyć w wieczności.

    Jak należałoby ukazywać nabożeństwo św. Stanisława do Matki Bożej, aby zainteresować nim współczesną młodzież?

    św. Stanisław nazywał Maryję swoją Matką. Warto to rozwinąć i połączyć z Ewangelią, dotykając źródeł nabożeństwa do Maryi. Chrystus daje swoją Matkę Janowi, nie używając nawet jego imienia. Czyni to celowo, by powiedzieć w ten sposób, że oddaje Ją wszystkim swoim uczniom.

    Jedno wydarzenie z życia św. Stanisława mocno zapadło mi w pamięć. Tuż przed śmiercią współbrat zapytał go, czy kocha Matkę Najświętszą. Ze zdziwieniem odpowiedział: “Jak można nie kochać swojej Matki?”.

    To jest najgłębsze pojęcie nabożeństwa maryjnego. Sobór Watykański II określił Maryję jako Matkę Kościoła, czyli nas wszystkich. I to także warto podkreślać w pobożności maryjnej św. Stanisława.

    Jednym z pielgrzymów do grobu św. Stanisława Kostki był Jan Paweł II. Już jako kardynał odwiedzał grób św. Stanisława, ale był tam również jako papież. Jest to wydarzenie o tyle niezwykłe, że papież nie odwiedza rzymskich kościołów bez powodu.

    Kiedy opowiadam o św. Stanisławie, mówię o trzech rzeczach. Po pierwsze o jego determinacji w pełnieniu woli Bożej; po drugie – o pobożności Maryjnej, która prowadzi do Jezusa Eucharystycznego. I wreszcie o nabożeństwie do tego świętego jednego z największych ludzi współczesności – Jana Pawła II. Na własne uszy słyszałem bowiem od niego, że od dzieciństwa czcił św. Stanisława Kostkę. I mogłem się o tym przekonać…

    Kiedy Jan Paweł II rozpoczynał drugie dziesięciolecie swojego pontyfikatu, 13 listopada 1988 roku przyjechał, by się pomodlić, jak sam to określił, przy grobie św. Stanisława Kostki. Kiedy przybył, przemawiał i po włosku, i po polsku, przypominając, że w czasie studiów, w latach 1946-1948, mieszkał niedaleko i codziennie wstępował, żeby się pomodlić w swoich sprawach. Inni klerycy czynili podobnie. Dlatego rozpoczynając drugie dziesięciolecie pontyfikatu, chciał tutaj wrócić.

    W pięćdziesiątą rocznicę święceń kapłańskich Jana Pawła II radio i telewizja włoska zaproponowały mu program transmitowany na cały świat, zapytały też, z jakiego kościoła chciałby, żeby go nadawać. Ojciec święty odrzekł, że z kościoła, gdzie znajduje się grób św. Stanisława Kostki.

    Ostatnia ciekawostka, którą chciałem tu przytoczyć, ma charakter osobisty (opublikowałem ją w albumach Aż po krańce ziemi). 12 czerwca 1995 roku zostałem zaproszony do Ojca Świętego na kolację, by w jej trakcie porozmawiać o Eucharystii. Przez pierwsze piętnaście minut naszego godzinnego spotkania Ojciec święty zadawał mi szczegółowe pytania dotyczące właśnie kultu św. Stanisława: ilu Polaków przyjeżdża, kto przyjeżdża, czy się modlą itd.

    Ojciec tyle lat spędził przy św. Stanisławie… Czy nie myślał Ojciec o tym, by napisać nowy, “uwspółcześniony” życiorys św. Stanisława?

    Nie jestem historykiem tylko teologiem duchowości… Niemniej wydaje mi się, że trzeba by po prostu dokładniej zbadać tło historyczne jego pobytu w Wiedniu, bo tam jego świętość rozkwitła, w kontekście wypadków, które miały tam miejsce. I dopiero na tym tle ukazać świętość Stanisława.

    Kim jest dla Ojca św. Stanisław Kostka?
    Bliska jest mi jego duchowość, bo dla mnie ogromne znaczenie ma zarówno pobożność maryjna, jak i Eucharystia. W ikonografii Stanisław przedstawiany jest albo kiedy przyjmuje od aniołów komunię święta, albo gdy przyjmuje na ręce Dziecię Jezus od Maryi. To są bardzo wymowne obrazy. I to mnie w nim najbardziej urzeka i dopinguje.

    Papież Jan Paweł II w encyklice Ecclesia de Eucharistia napisał, że bez Eucharystii nie ma Kościoła. Ja powiedziałbym – bez Maryi nie byłoby ani Jezusa, ani Eucharystii. Z własnego doświadczenia wiem, że nabożeństwo do Matki Bożej ożywia modlitwę w czasie Mszy św. Tak jakby te dwie rzeczywistości funkcjonowały na zasadzie naczyń połączonych.

    rozmawiał o. Kazimierz Przydatek SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Anioł ziemski wśród aniołów niebieskich.

    Św. Stanisław Kostka i komunia św. przyjmowana z rąk anioła

    STANISŁAW KOSTKA

    fot. Wojciech Kućko/Aleteia.pl

    ***

    O północy jeden z aniołów niósł hostię, na co młodzieniec z Rostkowa wstał z łóżka i zawołał: „Upadnijcie na kolana, oto św. Barbara w towarzystwie dwóch aniołów niesie mi Komunię św.”.

    Pobożność naszych przodków uczyniła nieco krzywdy św. Stanisławowi Kostce, nazywając go „aniołem ziemskim bez winy”. Rzeczywiście, życie świętego z Rostkowa było święte i przepełnione unikaniem okazji do grzechu. Ale Stanisław Kostka miał dużo więcej wspólnego z aniołami, zwłaszcza stróżami, niż tylko swoją anielską cierpliwość.

    W towarzystwie Jezusowych aniołów

    Stanisław Kostka (1550-1568), urodzony w mazowieckim Rostkowie, pragnął wstąpić do Towarzystwa Jezusowego, jednak krótka historia jego życia pokazuje, że to właśnie towarzystwo aniołów pozwoliło mu przetrwać najtrudniejsze chwile.

    Czterdzieści lat po śmierci Stanisława jego kolega z wiedeńskiego kolegium Henryk Pisnitz choć nie pamiętał twarzy młodzieńca, to na zawsze przyswoił sobie przydomek, którym go określano: „Najlepszy”. W takim świetle można zrozumieć podziw współczesnych Stanisławowi dla jego czynów.

    W zawodach życia ziemskiego postanowił być „najlepszy” nie przez zazdrość czy nieuczciwe współzawodnictwo, ale przez cierpliwe wykonywanie swoich obowiązków i dążenie do celu, jaki sobie postawił. Nie powinno to dziwić, bo był po prostu przyjacielem Boga, a dla wielu ludzi okazał się jego posłańcem, czyli właśnie „ziemskim aniołem”, który zmienił nastawienie i życie napotykanych osób.

    Czytaj także :Pielgrzymowali tu Stanisław Kostka i Edmund Bojanowski. Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia

    Chleb aniołów

    Jeden z najstarszych wizerunków kultycznych św. Stanisława Kostki z ok. 1605 r. znajduje się w jego pokojach na rzymskim Kwirynale. Został namalowany niedługo po śmierci Polaka, na bazie informacji słownych, a być może i innego, niezachowanego do dzisiaj obrazu.

    Ubrany w strój nowicjacki młodzieniec wpatrzony w niebo przyjmuje ze czcią i nabożeństwem komunię św. z rąk anioła, któremu towarzyszą inne duchy niebieskie. To nawiązanie do opisywanej przez biografów Kostki historii, która musiała być bardzo rozpowszechniona i została uznana za jeden z najważniejszych momentów życia ziemskiego tego świętego.

    Komunia św. nazywana jest „chlebem Aniołów”, a świętemu z Rostkowa udzielali jej właśnie sami aniołowie w towarzystwie świętych. Warto przypomnieć te fakty, które mogą umocnić niejednego chrześcijanina w wytrwałym przystępowaniu do Stołu Pańskiego.

    Kiedy Stanisław postanowił wstąpić do jezuitów, a nie miał na to wymaganej wówczas zgody rodziców. W 1567 r. w tajemnicy ułożył sobie plan pójścia z Wiednia do Augsburga, do Piotra Kanizjusza, ówczesnego prowincjała jezuitów. Podróż była pełna przygód, ale wsparcie przynieśli mu – co znane jest z życiorysów wielu świętych – właśnie aniołowie.

    W dokumentach procesu beatyfikacyjnego, zapisanych w Poznaniu w 1603 r., opisano przekazywaną przez wielu historię usłyszaną od Tomasza Schotta, towarzysza podróży Stanisława. Gdy Kostka wszedł do świątyni wspólnoty protestanckiej, o czym nie wiedział, i chciał tam przystąpić do Komunii św. Kiedy zorientował się, że nie był to kościół katolicki, miał otrzymać Ciało Pańskie z rąk anioła.

    ***

    [GALERIA] Św. Stanisław Kostka i Komunia św. przyjmowana z rąk anioła

    ***

    Anielska cierpliwość Stanisława

    To doświadczenie skutecznej pomocy Bożych posłańców było kolejnym w życiu św. Stanisława. Kilka miesięcy wcześniej, w grudniu 1565 r., przebywając w kolegium wiedeńskim, Stanisław ciężko zachorował. Historię tę potwierdził potem sam w opowiadaniu swojemu koledze Stefanowi Augusti, gdy podjęli temat kultu św. Barbary.

    Kostka miał do niej szczególne nabożeństwo, ponieważ to ona pospieszyła mu z pomocą, gdy mieszkał w domu luteranina, a bardzo pragnął w chorobie przystąpić do Komunii św. Fakty te zeznał pod przysięgą w czasie procesu jego nauczyciel Jan Biliński, który miał widzieć omawiane wydarzenie.

    O północy jeden z aniołów niósł hostię, na co młodzieniec z Rostkowa wstał z łóżka i zawołał: „Upadnijcie na kolana, oto św. Barbara w towarzystwie dwóch aniołów niesie mi komunię świętą”. Uklęknął na kolana, trzy razy, jak w czasie mszy św. wypowiedział słowa: Domine, non sum dignus… („Panie, nie jestem godzien…”), po czym przyjął ze czcią Ciało Chrystusa.

    Takie były przeżycia młodego świętego, który wielokrotnie o nich zaświadczał, co potwierdzano w czasie procesu beatyfikacyjnego, zakończonego w 1605 r., gdy młody Kostka został ogłoszony pierwszym błogosławionym jezuitą, wyprzedzając nawet założycieli tego dopiero co powstałego zgromadzenia.

    Wytrwała modlitwa św. Stanisława pokazała, że miał wręcz anielską cierpliwość w sytuacjach trudnych, beznadziejnych, w których szukał zawsze wsparcia u Boga, nie tylko u ludzi.

    Anielski święty

    Kaplicę relikwii świętego z Rostkowa, znajdującą się w kościele św. Andrzeja na Kwirynale, zdobią trzy obrazy, a na każdym z nich to aniołowie nie odstępują młodzieńca. Centralny wizerunek Carla Maratty z 1687 r. przedstawia świętego w towarzystwie aniołów, oddającego pokłon Maryi.

    Obrazy na bocznych ścianach ok. 1760 r. namalował Lodovico Mazzanti, ukazując na nich ekstazę modlitewną św. Stanisława, któremu aniołowie pomagają przetrwać chwile uniesień mistycznych, oraz przywoływaną historię Komunii św. otrzymanej z rąk anioła.

    Ta właśnie opowieść stała się inspiracją dla Krzysztofa Chodkiewicza, który w 1606 r., kilka miesięcy po beatyfikacji Kostki, ryciną ze sceną komunii udekorował wydane przez siebie dzieło: Błogosławiony Stanisław Kostka z Rostkowa Societatis Iesu: z ciała, z świata, y z śmierci, szczęśliwie tryumphuiacy, dedykowane królowi polskiemu Zygmuntowi III Wazie.

    Warto także przywołać cykl akwarel przypisywanych Andrei del Pozzo, jezuickiemu malarzowi przełomu XVII i XVIII w., zdobiących pokoje Kostki przy kościele św. Andrzeja na Kwirynale (wł. Camere di San Stanislao).

    Na dwunastu wizerunkach z życia świętego snują się właśnie aniołowie, którzy dodają tajemniczości, a jednocześnie Bożego spokoju opowiadanym dziejom. Stanisław rodzi się w Rostkowie, a jego matkę otaczają opieką Boże duchy. W czasie podróży do Dylingi to Anioł Stróż prowadzi Stanisława, którego nie rozpoznaje nawet szukający go brat Paweł, a w dniu śmierci, w wigilię Wniebowzięcia, przychodzi do niego Maryja w towarzystwie aniołów.

    Św. Stanisław Kostka przekonuje, że warto zaprzyjaźnić się ze światem niebieskich posłańców, bo można na tym tylko zyskać. Nasz świat widzialny, w którym niewiele już nas może zaskoczyć, zespolony jest przez wiarę ze światem niewidzialnych duchów, którzy ciągle nas zadziwiają swoim skutecznym działaniem. Nie tylko w naszym dzieciństwie…

    Wojciech Kućko/Aleteia.pl 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża Płacząca

    Matka Boża z La Salette

    19 września wspominamy Najświętszą Maryję Pannę z La Salette.

    Jest rok 1846. Francja przechodzi poważny kryzys, epokę fermentu i zmian społecznych. Kraj przeżywa najpierw rewolucję, czasy napoleońskie, wreszcie lata nędzy. Rodzi się moda na racjonalizm i krytykę Kościoła. W wielu miejscach z wolna zanika wiara.

    Nawet najzdrowsze zdawałoby się środowiska – wsie – tracą swą tożsamość i wyrzekają się swoich tradycji. W Corps ludzie żyją tak, jakby Boga nie było. Tam właśnie mieszkała Melania Calvat (lub Mathieu). W 1846 r. miała czternaście lat. Tam żył też jedenastoletni Maksymin Giraud. Choć oboje mieszkali w tej samej parafii, La Salette, pierwszy raz spotkali się dopiero na dwa dni przed objawieniem się Matki Najświętszej. Nic dziwnego, byli tak różni, że nawet gdyby się gdzieś zobaczyli, nie zauważyliby swojej obecności.

    OBJAWIENIE SIĘ PŁACZĄCEJ PANI

    Była sobota, gdy o brzasku wyruszyli razem w góry. Melania nie była z tego zadowolona. Jej towarzysz gadał bez przerwy, bez ładu i składu, ona zaś pragnęła ciszy. Ta zapanowała dopiero w południe, kiedy dzwony bijące na Anioł Pański oznajmiły dzieciom, iż nadszedł czas posiłku. Możemy zaryzykować twierdzenie, że w tym momencie zakradła się do nich nadprzyrodzoność. Oto, zjadłszy chleb i ser, dzieci poczuły dziwne znużenie, położyły się na trawie i zasnęły. Kiedy po niemal dwóch godzinach Melania zbudziła się, przerażona zaczęła z Maksyminem szukać stada. Wkrótce zobaczyli, że zwierzęta znajdują się nieco dalej i spokojnie się pasą. Melania wróciła do wąwozu, by zabrać stamtąd torby i resztę jedzenia. Nagle stanęła jak rażona piorunem. Zdołała tylko zawołać Maksymina i po chwili oboje przypatrywali się niezwykłemu zjawisku.

    Niedaleko, w suchym korycie rzeki, jaśniała świetlista kula. Jej blask stawał się coraz wspanialszy, aż w pewnym momencie kula otworzyła się jak olbrzymia muszla i dzieci ujrzały w niej jakąś kobiecą postać, która siedziała z twarzą ukrytą w dłoniach i płakała. Gdy się podniosła, skrzyżowała dłonie na piersiach. Była niezwykle piękna. Na głowie miała czepek, a na nim świetlistą koronę. Z białej sukni wytryskały promienie światła, na szyi wisiał łańcuszek ze złotym krucyfiksem – na jednym jego ramieniu wisiał młotek, na drugim obcęgi. Całą postać otaczała aureola.

    Płacząca Pani zaczęła mówić: „Chodźcie do mnie, moje dzieci. Nie bójcie się. Przyszłam, żeby powiedzieć wam o sprawach najwyższej wagi”. Melania i Maksymin wspominają: „Jak tylko powiedziała nam, abyśmy się zbliżyli, natychmiast zeszliśmy, przeszliśmy przez strumyk (…). Prawie się dotykaliśmy, byliśmy bardzo blisko (…)”. I Najświętsza Maryja Panna zaczęła mówić o swej miłości, o ludzkich grzechach, gniewie Boga, o karze czekającej grzeszników. „Jeżeli lud mój mnie nie posłucha, będę musiała puścić ramię mego Syna. Jest ono tak ciężkie, tak mnie przygniata, że nie jestem w stanie dalej go powstrzymywać. Od jak dawna już cierpię za was!”. Maryja mówiła po francusku, ale szybko ujrzała zmieszanie Melanii, która niewiele rozumiała, znała bowiem tylko miejscową gwarę. Uśmiechnęła się lekko: „O, widzę, że nie rozumiecie francuskiego, moje dzieci”. Odtąd posługiwała się już lokalną mową.

    Mówiła: „Jeżeli mój Syn ma was nie odrzucić, muszę Go o to nieustannie błagać. Wy jednak nie zwracacie na to najmniejszej uwagi. Bez względu na to, jak wiele będziecie się modlić w przyszłości, bez względu na to, jak dobrze będziecie postępować, nigdy nie będziecie w stanie odwdzięczyć mi się za to, co dla was wycierpiałam”. Oto wytyczne dla naszej maryjności. Nigdy dość modlitwy, nigdy dość wynagrodzenia, ofiary i miłości. Nigdy najmniejszej nawet myśli o swoich zasługach, dobru czy świętości. Bowiem przenigdy nie będziemy w stanie odwdzięczyć się Maryi za Jej miłość i cierpienie.

    W La Salette urzeka piękno tego miejsca, jego surowość i cisza

     W La Salette urzeka piękno tego miejsca, jego surowość i cisza/fot. s. Iwona Józefiak

    ***

    TEMAT PODJĘTY PRZEZ MATKĘ BOŻĄ

    „Jeżeli żniwa będą nieudane, będzie to wasza własna wina. Ostrzegałam was w ubiegłym roku przez kartofle. Nie zwróciliście na to żadnej uwagi. Wręcz przeciwnie, kiedy zobaczyliście, że kartofle zgniły, przeklinaliście imieniem mego Syna. Będą one dalej gniły i do Bożego Narodzenia nie będzie już ani jednego”. To ciekawa uwaga, której nie wolno nam przeoczyć i to z dwóch powodów.

    Zwróćmy najpierw uwagę na temat podjęty przez Matkę Bożą. Rozmawia Ona nie o życiu duchowym, nie o cnotach i łaskach, nie o niebie i życiu wiecznym, ale o… ziemniakach! Tymczasem nas nie powinno to dziwić. Przecież Maryja sama żyła w ubóstwie i bywało, że cierpiała niedostatek; Ona dobrze rozumie, że głód i cierpienie wcale nie muszą zbliżać nas do Boga. Bywa, że przed Nim zamykają. Co więcej, czy wolno nam dokonywać ostrego podziału na to, co naturalne i nadprzyrodzone, na doczesność i wieczność, na to, co „godne Boga” i co „niegodne”?

    Matka Najświętsza wypowiedziała słowa wielkiej obietnicy: „Jeżeli ludzie się nawrócą, to skały zmienią się w sterty zboża i okaże się, że kartofle same się zasadziły”. Ale nawrócenie oznacza nie tylko zmianę życia; to także oddanie się modlitwie. Maryja bowiem po chwili milczenia zapytała: „Czy dobrze odmawiacie modlitwy, moje dzieci?”. Odpowiedź wizjonerów była przecząca – żadne z nich nie uczęszczało na lekcje katechizmu, ich domy były obojętne religijnie. „Ach, moje dzieci – powiedziała Matka Boża – to bardzo ważne. Odmawiajcie je wieczorem i rano. Kiedy nie macie wiele czasu, odmawiajcie przynajmniej jedno Ojcze nasz i jedno Zdrowaś Maryjo. A kiedy możecie, odmawiajcie więcej”.

    UKRYTA WSZECHOBECNOŚĆ MARYI

    Maryja zapytała: „Moje dzieci, czy widzieliście kiedyś zepsute zboże?”, na co Maksymin odpowiedział: „Nie, nigdy”. Wówczas usłyszał: „Ależ, moje dziecko, musiałeś je kiedyś widzieć…”. I Matka Najświętsza opowiedziała szczegółowo o pewnym zdarzeniu, w którym uczestniczył tylko chłopiec i jego ojciec. Nie było przy tym nikogo innego! Skąd Maryja wiedziała to wszystko? – pytał siebie zdumiony Maksymin. Tak, Matka Najświętsza tam była, jest bowiem wszechobecna, pozostaje zawsze blisko każdego ze swych dzieci. Objawienie w La Salette dobiega końca. Matka Boża z powagą patrzy na dzieci i poleca im: „Moje dzieci, ogłoście to całemu memu ludowi”. Powoli odwraca się i zaczyna odpływać w głąb wąwozu.

    Zatrzymuje się, by nie odwracając się, powtórzyć: „Ogłoście to całemu memu ludowi”. Spogląda w kierunku nieba, a wtedy na Jej twarzy pojawia się radość. Już nie płacze. Patrzy z troską na świat, a potem ku Rzymowi. Otaczające Ją światło zaczyna być coraz bardziej oślepiające, a Jej postać powoli rozpływa się w powietrzu. Dzieci długo wpatrywały się w tę niewidzialną bramę do nieba, za którą zniknęła Maryja. W końcu otrząsnęły się i, już mocno spóźnione, pognały stado w dół zbocza.

    DOWÓD PRAWDZIWOŚCI OBJAWIEŃ – NAWRÓCENIA

    W tym miejscu zaczyna się druga część objawień w La Salette. Tym razem niewidzialnych. Wydaje się, że właśnie to, co zaczęło się dziać po 19 września 1846 r., zadecydowało o uznaniu objawień w La Salette za prawdziwe. I nie chodzi tu wcale o cuda. Owszem, były one liczne, i to już w pierwszych dniach po objawieniach. Z miejsca, gdzie siedziała Matka Najświętsza, wytrysnęło źródło, a jego woda zaczęła uzdrawiać. Przykłady można by mnożyć. Nie one jednak stanowią o fenomenie La Salette. Objawienie Płaczącej Pani pociągnęło za sobą lawinowe nawrócenia. Były one widoczne już nazajutrz, w niedzielę, kiedy po raz pierwszy od lat świątynia parafialna nie była pusta. Ludzie wzięli sobie do serca napomnienia Matki Bożej i sprawili, że nie spełniły się zapowiedzi Maryi.

    ks. Eugeniusz Burzyk/Tygodnik Niedziela/

    (z książki Wincentego Łaszewskiego: “Świat Maryjnych objawień”)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Objawienie Płaczącej Pani. Przestroga Najświętszej Maryi Panny z La Salette

    screenshot Youtube / fot. Qfamily via Flickr, CC BY 2.0

    ***

    Objawienie Płaczącej Pani.

    Przestroga Najświętszej Maryi Panny z La Salette

    W sobotę, 19 września 1846 r., Matka Najświętsza ukazała się dwojgu dzieciom pochodzącym z Corps w Alpach francuskich: jedenastoletniemu Maksyminowi Giraud i prawie piętnastoletniej Melanii Calvat, którzy pilnowali swoich krów na hali należącej do La Salette, na górze Planeau, na wysokości 1800 metrów. W kotlinie strumyka spostrzegli nagle kulę ognia – “jakby tam spadło słońce”. W oślepiającej jasności rozpoznali siedzącą kobietę z łokciami opartymi na kolanach i z twarzą ukrytą w dłoniach. Piękna Pani podniosła się i powiedziała do nich po francusku: “Zbliżcie się, moje dzieci, nie bójcie się, jestem tu po to, by wam opowiedzieć wielką nowinę”.

    Zrobiła następne kilka kroków w ich kierunku. Nabrawszy pewności, Maksymin i Melania zbiegli ze zbocza na dół. Piękna Pani cały czas płakała. Była wysoka i cała ze światła, ubrana jak miejscowe kobiety: w długą suknię, w wielki fartuch wokół bioder, w chustkę skrzyżowaną na piersiach i zawiązaną na węzeł na plecach, w czepek wieśniaczki. Szeroki, płaski łańcuch biegł brzegiem jej chusty. Inny łańcuch podtrzymywał na Jej piersi wielki krucyfiks. Pod ramionami krzyża, po prawej ręce Chrystusa, znajdowały się obcęgi, po lewej – młotek. Z postaci Ukrzyżowanego wypływała cała światłość, z której jest utworzona zjawa, światłość, która tworzyła iskrzący się diadem na czole Pięknej Pani. Róże otaczały wieńcem Jej głowę, obrębiały Jej chustę i zdobiły obuwie.

    Oto, co Piękna Pani powiedziała do pasterzy, najpierw po francusku: “Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię mojego Syna. Jest ono tak mocne i ciężkie, że dłużej nie mogę go podtrzymywać. Od jak dawna cierpię z waszego powodu! Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, muszę Go nieustannie o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie. Choćbyście nie wiedzieć, jak się modlili i co robili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie – i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni ciężkim ramię mojego Syna! Również woźnice przeklinają, mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. To są dwie rzeczy, które czynią tak bardzo ciężkim ramię mego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to w roku ubiegłym na ziemniakach. Wy jednak nic sobie z tego nie robiliście. Przeciwnie, kiedy znajdowaliście zgniłe ziemniaki, przeklinaliście mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. Będą się psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale”.

    Piękna Pani powtórzyła ostatnie zdanie i prowadziła dalszą rozmowę w narzeczu z Corps: “si la recolta se gasta… Si ava de bla… Jeżeli macie zboże, nie trzeba go siać. Wszystko, co posiejecie, zje robactwo, a to, co wzejdzie, rozsypie się w proch przy młóceniu. Nastanie wielki głód. Zanim głód nadejdzie, dzieci w wieku poniżej siedmiu lat dostaną dreszczy i będą umierać na rękach trzymających je osób. Inni będą pokutować z powodu głodu. Orzechy zrobaczywieją, a winogrona zgniją”.

    W tym miejscu Piękna Pani powierzyła tajemnicę Maksyminowi, później – Melanii. Następnie powiedziała do obojga dzieci: “Jeżeli się nawrócą, kamienie i skały zamienią się w sterty zboża, a ziemniaki same się zasadzą. Czy dobrze się modlicie, moje dzieci?” – “Nie bardzo, proszę Pani!” – odpowiedzieli obydwoje. “Ach! Moje dzieci, trzeba się dobrze modlić wieczorem i rano. Jeżeli nie macie czasu, zmówcie przynajmniej Ojcze nasz i Zdrowaś, a jeżeli będziecie mogły – módlcie się więcej. W lecie na Mszę świętą chodzi tylko kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedzielę przez całe lato. W zimie, gdy nie wiedzą, co robić, idą na Mszę św. jedynie po to, by sobie drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu jedzą mięso jak psy. Moje dzieci, czy nie widziałyście kiedyś zepsutego zboża?” – “Nie, proszę Pani” – odpowiedziały dzieci.

    Wówczas Piękna Pani zwróciła się do Maksymina: “Lecz ty, moje dziecko, musiałeś je kiedyś widzieć, w Coin, razem z twoim ojcem. Właściciel pola powiedział wówczas do twego ojca: «Chodźcie zobaczyć, jak moje zboże się psuje». Poszliście razem. Twój ojciec wziął dwa lub trzy kłosy w dłonie, pokruszył je i wszystko obróciło się w proch. Wracaliście później do domu. Kiedy byliście około godziny drogi od Crops, ojciec dał ci kawałek chleba, mówiąc: «Masz, dziecko, jedz jeszcze chleb w tym roku, bo nie wiem, czy go kto będzie jadł w roku przyszłym, jeżeli zboże będzie się dalej tak psuło». – “O tak, proszę Pani! – odpowiedział Maksymin – teraz sobie to przypominam. Przed chwilą o tym nie pamiętałem”. I Piękna Pani dokończyła, nie w gwarze, ale po francusku: “A więc, moje dzieci, ogłoście całemu mojemu ludowi”.

    Później przesunęła się naprzód, przekroczyła strumyk i nie oglądając się, powtórzyła z naciskiem: “A więc, moje dzieci, ogłoście to całemu mojemu ludowi”. Następnie wspięła się po krętym zboczu, które wznosi się w stronę Le Collet (mała przełęcz). Tam uniosła się do góry. Dzieci podbiegły do Niej. Ona spojrzała w niebo, potem ku ziemi. Zwrócona w kierunku południowo-wschodnim, “rozpłynęła się w świetle”. Potem zniknęła również światłość.

    Dnia 19 września 1851 r., po przeprowadzeniu dokładnych i surowych badań zdarzenia, świadków, treści orędzia i oddźwięku na nie, Philibert de Bruillard, biskup Grenoble, zawyrokuje w swoim orzeczeniu doktrynalnym, że “zjawienie Najświętszej Dziewicy dwojgu pasterzom 19 września 1846 r. na jednej z gór w łańcuchu Alp, położonej w parafii La Salette, posiada wszelkie znamiona prawdy i wierni mogą w nie wierzyć bez obawy błędu”.

    Dnia 1 maja 1852 r., w nowym orędziu, po zapowiedzeniu budowy sanktuarium na górze Zjawienia, biskup Grenoble dodał: “Jakkolwiek wielką rzeczą byłaby budowa sanktuarium, jest jeszcze coś ważniejszego: chodzi o sługi ołtarza, przeznaczonych do jego obsługi, do przyjmowania pobożnych pielgrzymów, do głoszenia im słowa Bożego, do sprawowania wśród nich posługi pojednania, do sprawowania dla nich czcigodnego sakramentu ołtarza i do wiernego rozdawania wszystkim tajemnic Bożych i duchowych skarbów Kościoła. Ci kapłani będą się nazywać Misjonarzami Matki Bożej z La Salette. Ich powołanie i istnienie będą – tak jak i Sanktuarium – wieczną pamiątkę miłościwego zjawienia się Maryi”.

    Pierwsi misjonarze wybrani zostali spośród kapłanów diecezjalnych przez biskupa Philiberta de Bruillard. Tej wspólnocie księży misjonarzy diecezjalnych biskup Grenoble nadał 5 marca 1852 roku tymczasowo projekt reguły, skopiowany z Konstytucji misjonarzy diecezjalnych z Lyonu, zwanych chartreux.

    Wśród kapłanów, którzy przejęli się duchem Zjawienia i oddali się na posługę pielgrzymów, od samego początku ujawniło się powołanie do życia zakonnego i jego potrzeba. Biskup J.M.A. Ginoulhiac zatwierdził w dniu 2 lutego 1852 roku regułę jako obowiązującą we wspólnocie misjonarzy diecezjalnych i nadał jej tytuł: Tymczasowe reguły Misjonarzy diecezjalnych Matki Bożej z La Salette. W tym samym dniu pierwsi misjonarze złożyli zgodnie z nadaną im i promulgowaną przez biskupa regułą trzy śluby zakonne: posłuszeństwa, ubóstwa i czystości na okres jednego roku. Ten dzień można uważać za dzień narodzenia Zgromadzenia Misjonarzy diecezjalnych Matki Bożej z La Salette.

    Po Soborze Watykańskim II saletyni podjęli zadanie rewizji i odnowy Konstytucji i Norm Kapitulnych, w duchu soborowym i według zachęt i wskazówek papieskich dotyczących odnowy życia zakonnego w świecie współczesnym. Praca ta jest owocem modlitwy i rozmyślania, wierności i doświadczeń wspólnot i zakonników wszystkich prowincji. Reguła życia Misjonarzy Matki Bożej z La Salette została zatwierdzona przez Stolicę świętą dekretem z dnia 6 czerwca 1985 r. “Misjonarze Matki Bożej z La Salette, których dom generalny znajduje się w Rzymie, mają za cel, obrany w świetle Zjawienia Matki Bożej z La Salette, być oddanymi sługami Chrystusa i Kościoła, aby się dokonała tajemnica pojednania” (z dekretu zatwierdzającego regułę).

    brewiarz.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mama płacze w La Salette.

    Objawienie, które nie jest „modne” i mamy z nim kłopot

    LA SALETTE

    Figura płaczącej Maryi w La Salette/fot. A. Bugała

    ***

    To, co powiedziała Maryja w La Salette było wstrząsające, pełne żalu, wyrzutów. Przypominało słowa, które mówią zmęczone, zrozpaczone matki, które pracują od rana do nocy dla swoich dzieci, a one nie tylko nie okazują żadnej wdzięczności, ale nawet nie uznają w mamie mamy…

    Czy przypominasz sobie dzień, w którym zobaczyłeś łzy na policzkach swojej mamy? Chwilę, w której po raz pierwszy w życiu twoja mama siedziała bezradna na krześle, fotelu, czy podłodze i zasłaniając dłońmi twarz próbowała ukryć się przed całym światem? Łzy ziemskiej mamy mogą wywołać szok, a co dopiero łzy Mamy Jezusa…

    Łzy matki wprawiają nas w zakłopotanie. Nie wiemy, jak się zachować, gdy widzimy ją płaczącą. Mama jest tą, która zna odpowiedź na wszystkie pytania. Zna rozwiązania spraw najtrudniejszych, potrafi pomóc w tych sytuacjach, w których nikt inny nie wie, co robić.

    Zwłaszcza we wczesnym dzieciństwie to ona jest pierwszą i ostatnią instancją, u której szukamy ratunku. Nasza mama czarodziejka. To dlatego dziecko nie wie, co robić, gdy widzi mamę zalaną łzami. Czy tak było 19 września 1846 r. w La Salette?

    Maleńkie La Salette leży wysoko we francuskich Alpach. Najpierw trzeba dojechać do Corps, niewielkiej miejscowości o ciasnych uliczkach i przytulonych do siebie zabudowaniach. A potem wyjechać poza nią i wąską drogą wspinać się coraz wyżej.

    Droga wije się wśród drzew, potem zbocze jest już nagie i odsłania coraz piękniejsze widoki. Ślady rdzy na asfalcie przypominają, że zimą nie da się tu jeździć bez łańcuchów. W niektórych miejscach chmury otaczają krawędzie szczytów, raz po raz przepuszczając promienie słońca.

    Zieleń i błękit mieszają się ze sobą we wszystkich odcieniach i nagle, zza zakrętu i wysokiej skały, wyłania się krzyż na wieży sanktuarium wybudowanego w miejscu objawień Matki Jezusa. Objawień, z którymi wciąż mamy sporo kłopotu. Dlaczego?

    Zawsze z miłości. Przychodzi, bo widzi, że zeszliśmy z trasy, a zejście z trasy nie tylko oddala cel – często prowadzi do przepaści. Orędzia i przesłania, które zostawia Maryja w miejscach, które wybiera na spotkania, zawsze pokazują kondycję człowieka i świata. I nawołują do nawrócenia.

    Każde ze spotkań z Maryją – od Lourdes, przez Fatimę, Gietrzwałd, Akitę i inne – było prośbą Matki do dzieci, aby zmieniły swoje życie. Aby zrezygnowały z tego, co im szkodzi, prowadzi do zguby i by podjęły trud naprawy, wróciły do modlitwy i uznania w Bogu Boga.

    Objawienia są niczym innym, jak odwiedzinami Mamy, która tęskni za swoimi dziećmi. Kocha je, a one nie chcą z nią kontaktu. Gorzej – często obmawiają ją, wyśmiewają, drwią z jej Syna. Żyją tak, jakby ona nic dla nich nie znaczyła.

    Mimo to przychodzi, bo wie, że dziecko, zanim znajdzie właściwą drogę, błądzi, schodzi na manowce, gubi cel. I mimo pogardy dla rodziców zawsze potrzebuje pomocy.

    19 września 1846 r. dwoje dzieci: 15-letnia Melania Calvat i 11-letni Maksymin Giraud zobaczyli kulę jasnego światła na zboczu. Podeszli bliżej i wtedy okazało się, że kula tylko otacza Piękną Panią siedzącą w środku.

    Kobieta, ubrana w strój miejscowych, siedziała, jakby zrezygnowana, skulona w sobie. Miała łokcie oparte na kolanach i dłońmi zasłaniała twarz. Płakała. Co robić, gdy obca, piękna kobieta siedzi na kamieniu w świetlistej kuli i płacze?

    Gdy odsunęła ręce od twarzy dzieci zobaczyły, że na piersiach, zamiast korali, które zakładają kobiety z wioski, miała krzyż z Jezusem Chrystusem i z zawieszonymi na nim narzędziami męki: młotkiem i obcęgami. Gdy wstała, zaprosiła dzieci, by podeszły bliżej.

    To, co powiedziała później i co dziś nazywamy treścią objawienia z La Salette, było wstrząsające, pełne żalu, wyrzutów. Przypominało słowa, które często mówią zmęczone, zrozpaczone matki, które pracują od rana do nocy dla swoich dzieci, a one nie tylko nie okazują żadnej wdzięczności, ale nawet nie uznają w mamie mamy…

    Mówiła o cierpieniu podejmowanym za dzieci, o trudzie. Mówiła o realiach prostego ludu z okolicznych wiosek, który nawet gdy psują się ziemniaki, przeklina za to Jezusa.

    „Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię Mojego Syna – mówiła. – Jest ono tak mocne i tak ciężkie, że nie zdołam go dłużej podtrzymać. Od jak dawna już cierpię za was. Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, jestem zmuszona ustawicznie Go o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie.

    Choćbyście nie wiem jak się modlili i nie wiem, co czynili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni tak ciężkim ramię mego Syna.

    Woźnice przeklinając wymawiają imię mego Syna. Te dwie rzeczy tak bardzo obciążają ramię mojego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to zeszłego roku na ziemniakach, ale nic sobie z tego nie robicie. Przeciwnie, znajdując zepsute ziemniaki, przeklinacie, wymawiając wśród przekleństw imię mojego Syna. Będą się one psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale”.

    Przypomniała też podstawowe zasady bycia chrześcijaninem – konieczność modlitwy, uczestniczenia we mszy świętej, przestrzegania postów. Minimum, które jest konieczne, abyśmy nie żyli jak zwierzęta.

    „Ach, moje dzieci, trzeba się dobrze modlić, rano i wieczorem – mówiła. – Jeżeli nie macie czasu, odmawiajcie przynajmniej Ojcze Nasz i Zdrowaś, Maryjo, a jeżeli będziecie mogły, módlcie się więcej. Na mszę świętą chodzi zaledwie kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedzielę przez całe lato, a w zimie, gdy nie wiedzą, czym się zająć, idą na mszę świętą jedynie po to, by drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu chodzą do rzeźni jak psy”.

    „Jeżeli Maryja płacze, to znaczy, że ma do tego powody!”, „Matka płacze, gdy dzieciom zagraża zło, duchowe czy fizyczne. Łzy Maryi są zawsze uczestnictwem w płaczu Chrystusa nad Jerozolimą” – mówił św. Jan Paweł II.

    Mimo to mamy kłopot z orędziem, które Matka Jezusa wygłosiła Melanii i Maksyminowi. Jego treść nie przebiła się do powszechnej świadomości, nie rozpowszechniła tak jak tajemnice z Fatimy czy obietnice z Lourdes. Czy potrafimy zacytować słowa żalącej się Matki w La Salette?

    Maryja, zalana łzami, z narzędziami męki Syna nie stała się modna. W La Salette nie sprzedaje się kubków z Jej twarzą, ręczników i wachlarzy. Nie ma kiczowatych figurek i straganów z chińskimi dewocjonaliami. Czy tylko dlatego, że do sanktuarium prowadzi trudna droga?

    A może gdy widzimy Maryję zalaną łzami dociera do nas smutna prawda, że jednak nie żyjemy tak, jak nas wychowywała? I wolimy nie konfrontować tego odkrycia z jej szczerym wyznaniem?

    Gdybyśmy wpadli do naszej ziemskiej mamy w odwiedziny, a w pokoju zamiast nakrytego stołu i pachnącej na nim drożdżówki zobaczylibyśmy siedzącą mamę, z twarzą zalaną łzami i zakrytą rękami, a potem usłyszelibyśmy jej gorzką skargę, wyrzut, że nie żyjemy zgodnie z Dekalogiem, to może też wolelibyśmy o tym spotkaniu szybko zapomnieć?

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Objawienie w La Salette

    Grzegorz Górny opowiada o treści orędzia Maryi oraz o słynnych sekretach

    (fot. Wikipedia)

    ***

    19 września 1846 roku Matka Boża objawiła się dzieciom w La Salette. Wzywała je do kultywowania pobożności i przestrzegania zwłaszcza trzech pierwszych przykazań Dekalogu. W późniejszym czasie pojawiły się jednak sensacyjne interpretacje tego objawienia, które bazują na publikowanych „sekretach”. Jaka jest prawda o objawieniu w La Salette? O tym mówił współautor książki o La Salette, red. Grzegorz Górny, w rozmowie z PCh24 TV.

    – Nigdy wcześniej objawienia Maryjnego nie doświadczyły dzieci. Chodziło tutaj o biednych, niepiśmiennych pastuszków z alpejskiego przysiółka. Dopiero później miały miejsce takie objawienia jak Lourdes, Gietrzwałd, Fatima i wiele innych, gdzie adresatami orędzia Matki Bożej były dzieci. Wtedy do czegoś takiego w Kościele nikt nie przywykł – powiedział red. Grzegorz Górny. Gość red. Pawła Chmielewskiego jest współautorem książki „La Salette. Objawienia Matki Bożej” wydanej w tym roku razem z Januszem Rosikoniem.

    Jak wskazał dalej red. Górny, po raz pierwszy w historii do zbadania prawdziwości tego objawienia postanowiono użyć całej aparatury naukowej; powołano specjalną komisję, analizowano drobiazgowo każdy szczegół. W końcu wydano orzeczenie o autentyczności tego zjawienia Matki Bożej. Wreszcie jest to objawienie wyjątkowe, bo to jedyne objawienia, po którym jako owoc powstały zakony – księży saletynów i sióstr saletynek.

    Jak podkreślił rozmówca red. Pawła Chmielewskiego, Melania i Maksymin byli niepiśmienni; Maksymin ni potrafił nawet zapamiętać słów pacierza. Był jednak w stanie powtórzyć objawienie Matki Bożej wielokrotne i dokładnie, w dodatku w języku francuskim, a nie w znanej mu gwarze. Stąd uznano, że to, co dzieci mówiły, przekracza ich zdolności poznawcze, a zatem nie może mieć naturalnego pochodzenia.

    Gdy idzie o treść objawień z La Salette, to sprawa jest złożona i ciekawa. Należy bowiem zdecydowanie odróżnić treść samego objawienia od treści rzekomych sekretów, które były później publikowane. W pierwotnym objawieniu Matka Boża nie mówiła bowiem o sprawach ogólnoświatowych czy cywilizacyjnych, ale raczej apelowała o wzmożenie pobożności ludzi, którzy mieszkali w regionie, w którym się zjawiła.

    – Część teologów do dziś uważa, że to niemożliwe, żeby Matka Boża mówiła o tak trywialnych rzeczach jak kartofle, zboże czy orzechy – powiedział red. Grzegorz Górny. Maryja zapowiadała bowiem klęski nieurodzaju (które rzeczywiście się zdarzyły), napominając dzieci i całą lokalną społeczność do praktykowania pobożności.

    – Gdyby sprowadzić treść objawień do jakiejś syntezy, to byłyby to trzy pierwsze przykazania Dekalogu – powiedział red. Górny. – My często te przykazania ograniczamy do grzechów przeciwko innym ludziom. Tymczasem orędzie to jest skoncentrowane na trzech pierwszych przykazaniach, czyli grzechach przeciwko Bogu: żeby nie mieć cudzych bogów, to znaczy żeby nic nie było dla nas w życiu ważniejsze od Boga; żeby nie nadużywać imienia Bożego nadaremno; żeby święcić dzień święty – dodał.

    Jak podkreślił, wskutek objawień nawrócił się nie tylko ojciec Maksymina, który wcześniej był antyklerykałem i w ogóle nie pojawiał się w kościele, ale cała okolica. Co więcej La Salette stało się głównym ośrodkiem pielgrzymkowym i sanktuarium maryjnym we Francji.

    Inaczej wygląda sprawa ze słynnymi sekretami. Matka Boża każdemu z dzieci powierzyła sekret, mówiąc, że jest on przeznaczony tylko dla niego, a nie do publicznego rozgłoszenia. W czasie badania prawdziwości objawienia pojawiły się jednak naciski, by dzieci te sekrety ujawniły; uczyniły to wreszcie spisując czy dyktując ich treść tak, że powstały teksty mieszczące się każdy na pojedynczej kartce. Kartki te włożono do koperty, zalakowano i wysłano do rąk własnych papieża, Piusa IX. Nastąpiło to w roku 1851, a więc pięć lat po objawieniach.

    Jak referował red. Grzegorz Górny, Melania jednak w latach późniejszych zaczęła publikować treść swojego sekretu, ale w różnych wersjach, które okazywały się coraz dłuższe. Zawierały też zapowiedzi wydarzeń, które nie nastąpiły, takie jak zniszczenie Rzymu czy Paryża lub też pojawienie się antychrysta na ziemi w latach 60. XIX wieku. Pojawiały się pytania o autentyczność tej treści. Tłumaczono to tak, że Melania nie otrzymała sekretu w formie słownej, ale w formie obrazów; stąd można było to opisywać na różne sposoby. Jednak po publikacji najdłuższego z sekretów, który pojawił się w formie broszury, zainterweniowała Stolica Apostolska. Wciągnęła ten sekret na indeks ksiąg zakazanych, nakazała wycofać imprimatur biskupowi, który go udzielił. Stolica Apostolska uznała za niewiarygodną treść rzekomego sekretu, wskazując, że nie można przypisywać tej treści Matce Bożej.

    Gość PCh24 TV wskazał, że w roku 2000 w archiwum Kongregacji Nauki Wiary udało się jednak odnaleźć pierwotny sekret Melanii i Maksymina. Okazało się, że nie ma w nich niczego o narodzinach antychrysta ani o zniszczeniu różnych miast czy utracie wiary w Rzymie. Jest tam mowa ogólnie o walce z religią czy o konfrontacji duchowej, do jakiej doszło w drugiej połowie XIX wieku. Nie ma jednak tych wszystkich szczegółów, które budziły tyle kontrowersji.

    Grzegorz Górny/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA, 8 WRZEŚNIA 2024

    Święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny

    MARY

    Pianobits CC

    ***

    Kościół katolicki obchodzi 8 września święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Nie wiemy dokładnie, kiedy narodziła się Maryja, a data tego święta wynika z tradycji kultu maryjnego.

    Świętowane tego wydarzenia niesie głęboką treść teologiczną. Narodzenie Maryi było bezpośrednią zapowiedzią przyjścia Zbawiciela. Ojcowie Kościoła mówili, że Maryja poprzedza przyjście Mesjasza tak, jak nastanie jutrzenki zapowiada pełny blask dnia. W liturgii bizantyjskiej prawdę tę wyrażają słowa: „Narodzenie Twoje, Boża Rodzicielko, zwiastowało radość całemu światu: z Ciebie bowiem wzeszło Słońce Sprawiedliwości, Chrystus, nasz Bóg”, a w liturgii zachodniej prośba o wstawiennictwo tej, która „dla całego świata stała się nadzieją i jutrzenką zbawienia”.

    Biblijne objawienie często podkreśla znaczenie urodzin osoby, która odgrywa ważną rolę dla historii zbawienia. Symbolika narodzin jest zapowiedzią nowego życia w wierze, chrztu, Bożego błogosławieństwa. W kanonie Pisma Świętego nie znajdujemy jednak opisu narodzenia i dzieciństwa Maryi, choć temat ten podejmują liczne apokryfy m. in. „Protoewangelia Jakuba”. Trudno jednak na podstawie tych pism odtworzyć prawdziwe wydarzenia z życia Matki Bożej.

    Tradycja mówi o tym, że jej rodzicami byli św. Anna i św. Joachim, którzy doczekali się córki dopiero w późnym wieku. Należy pamiętać, że Kościół wyznaje wiarę w niepokalane (ale nie dziewicze, jak w przypadku Jezusa Chrystusa) poczęcie Maryi, która została w ten sposób zachowana od skażenia grzechem pierworodnym. O randze święta Narodzenia NMP świadczy fakt, iż uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi jest obchodzona 8 grudnia, czyli dziewięć miesięcy przed wspomnieniem jej narodzin.

    Historia święta sięga czasu poświęcenia jerozolimskiego kościoła św. Anny, wzniesionego w V wieku na domniemanym miejscu urodzenia Maryi. Z Jerozolimy, gdzie otacza się czcią figurkę Maryi jako małego dzieciątka, święto przeniesiono w VI wieku do Konstantynopola a następnie na Zachód. Pod koniec VIII wieku w Rzymie obchodzono je bardzo uroczyście z procesją stacyjną przy świecach i pochodniach, a przyczynił się do tego papież Sergiusz I.

    Współcześnie kult Maryi Dzieciątka (Madonna Bambina) jest silnie rozpowszechniony we Włoszech. W polskiej tradycji dzień 8 września nosi także nazwę święta Matki Bożej Siewnej i jest związany z poświęceniem ziarna na nowy zasiew. Jednym z polskich sanktuariów maryjnych, które obchodzi uroczystości odpustowe w tym dniu, jest Gietrzwałd niedaleko Olsztyna, a także bazylika katedralna w Tarnowie.

    KAI/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 września 2024 – pierwsza rocznica beatyfikacji Rodziny Ulmów.

    Sample

    ***

    Czekam na skonsultowanie pewnej konkretnej historii dziecka, u którego jeszcze pod sercem matki wykryto poważne schorzenie. Lekarz zalecił aborcję. Rodzice dowiedziawszy się o rodzinie Ulmów, zaczęli się modlić za ich wstawiennictwem. I 10 września 2023 r., dokładnie w dniu ich beatyfikacji, dziewczynka urodziła się zupełnie zdrowa – relacjonuje w rozmowie z KAI ks. Witold Burda, postulator procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego bł. rodziny Ulmów. Duchowny zaznacza jednocześnie, że do uznania cudu konieczna jest dogłębna analiza zdarzenia i wykazanie, że nie da się go wytłumaczyć od strony naukowej.

    Jak zauważa ks. Burda, błogosławieni są czczeni w Kościele lokalnym, a kult rodziny Ulmów bardzo naturalnie rozwija się poza archidiecezję przemyską, a nawet poza Polskę. Prosi też, aby zgłaszać kolejne łaski wypraszane za wstawiennictwem „Samarytan z Markowej”. – Ufam, że wśród tych informacji będzie ta jedna, potrzebna do udowodnienia cudu za wstawiennictwem rodziny Ulmów – mówi z nadzieją.

    Paweł Bugira (KAI): – 10 września minie rok od beatyfikacji rodziny Ulmów. Widzimy, że ich kult nie zamknął się na samej uroczystości, ale stale się rozwija. Jak ten czas wygląda oczami postulatora ich procesu beatyfikacyjnego?

    – Osobiście przeżywam ten rok przede wszystkim w perspektywie głębokiej wdzięczności Panu Bogu za przykład świętości rodziny Ulmów, za ich wierność Panu Bogu, życiu i człowieczeństwu.

    Ich żywy kult pokazuje, jak bardzo dzisiaj potrzeba ludziom takich konkretnych, namacalnych znaków i przykładów osób nam bliskich, zwyczajnych, a takimi właśnie są Ulmowie. W ich prostocie, w ich różnych pasjach, sposobie przeżywania relacji małżeńskiej, w trosce o wychowanie dzieci, w ich relacji do każdego człowieka – w tym wszystkim każdy z nas może się odnaleźć. Warto też podkreślić troskę Ulmów o rozwój intelektualny i duchowy – to również bardzo wymowny aspekt ich drogi do świętości, który kryje w sobie piękną lekcję dla współczesnego człowieka.

    Ktoś pięknie powiedział, że w Ulmach wszyscy odkrywamy zapisane przez Pana Boga w sercu każdego człowieka pragnienie dobra. Przecież nie ma człowieka, który chciałby swoje życie zmarnować. W głębi serca wszyscy chcemy dobrze i mądrze żyć. I w Ulmach to pragnienie było bardzo żywe, głębokie i oni za tym pragnieniem cały czas szli. Owo pragnienie to kolejny swoisty wspólny mianownik, który pomaga nam znaleźć coś pięknego i budującego w życiu bł. Rodziny Ulmów.

    – Liczba parafii i wspólnot, które chcą przyjąć relikwie błogosławionych z Markowej liczona jest w setkach.

    – Liczba próśb kierowana do arcybiskupa Adama Szala jako kustosza relikwii jest kolejnym potwierdzeniem ich kultu. Do tej pory nasza diecezja przekazała od dnia beatyfikacji około 1200 relikwiarzy: do wszystkich parafii archidiecezji przemyskiej (blisko 400 – przyp. KAI) oraz do wielu wspólnot parafialnych i zakonnych w Polsce, ale też za granicą. Te prośby cały czas napływają.

    Również ten wymiar kultu Ulmów ukazuje z jednej strony przekonanie ludzi o świętości życia „Samarytan z Markowej”, a z drugiej strony jest to wyraz wiary ludzi, że w Ulmach możemy znaleźć i znajdujemy skutecznych orędowników naszych spraw u Pana Boga.

    Miniony rok był bardzo bogaty w różne doświadczenia duszpasterskie: spotkania, konferencje, rekolekcje, uroczystości wprowadzenia do parafii relikwii rodziny Ulmów. A poza tym – co szczególnie noszę w sercu – wiele głębokich rozmów z bardzo konkretnymi ludźmi i możliwość słuchania ich świadectw o tym, kim jest dla nich rodzina Ulmów, czego się od nich uczą, jak bardzo ich historia fascynuje i pomaga pięknie, mądrze i dobrze żyć.

    – W związku z tak ożywionym kultem, wydaje się, że naturalnym krokiem będą starania o kanonizację. Koniecznym warunkiem będzie udowodnienie cudu za wstawiennictwem rodziny Ulmów. Może jest już badany konkretny przypadek?

    – Warto w tym miejscu zauważyć, że pełna nazwa to „proces beatyfikacyjny i kanonizacyjny” albo nawet wystarczy w skrócie mówić: „proces kanonizacyjny”. Wszystko bowiem zmierza do tego, żeby papież w Rzymie ogłosił świętymi konkretnych błogosławionych. Błogosławieni to ci, którzy wypraszają nam łaski i są czczeni w Kościele lokalnym. Ale sami widzimy, jak bardzo naturalnie ten kult rodziny Ulmów się rozwija poza naszą diecezję, a nawet poza granice naszej ojczyzny.

    Do tego, aby miała miejsce kanonizacja, jest potrzebne wyproszenie cudu. Spływają do nas różne informacje, ale pamiętajmy, że cud wymaga bardzo rzetelnego zweryfikowania, najpierw od strony naukowej. W przypadku cudu uzdrowienia potrzebna jest pełna dokumentacja medyczna. Dobrze jest też skonsultować to uzdrowienie, którego nie da się wytłumaczyć od strony naukowej z innym, niezależnym specjalistą w danej dziedzinie. Oczywiście potem przesłuchuje się świadków, żeby zebrać kompletną dokumentację. Wymaga to bardzo rzetelnego opracowania. Wszystkie dokumenty są następnie przesyłane do Stolicy Apostolskiej. Jeśli mówimy o cudzie uzdrowienia to pierwszą komisją w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, która ocenia materiały, jest komisja medyczna, którą tworzą wybitni eksperci w tej dziedzinie. Później dokumentację oceniają kolejne komisje, najpierw teologiczna, a następnie biskupów i kardynałów, aż w końcu trafi do ostatecznej aprobaty Ojca Świętego.

    Nie ma żadnej bariery czasowej i nie musimy czekać określonego czasu od beatyfikacji. Przykładami mogą być bł. Carlo Acutis, czy św. Jan Paweł II, których droga do kanonizacji była bardzo krótka.

    Ufamy, że po dokładnym zweryfikowaniu, jedna z tych spraw jakie już do nas napłynęły, zostanie wybrana. Czekam na skonsultowanie pewnej konkretnej historii dziecka, u którego jeszcze pod sercem matki wykryto poważne schorzenie. Lekarz doradzał aborcję, ale rodzice zdecydowanie odmówili. Poprosili o modlitwę krewnych i przyjaciół, a dowiedziawszy się o rodzinie Ulmów, zaczęli się modlić za ich wstawiennictwem. I 10 września 2023 r., dokładnie w dniu ich beatyfikacji, dziewczynka urodziła się zupełnie zdrowa. Dziecko otrzymało na imię Gloria. Oczywiście ta sprawa wymaga jeszcze rzetelnego sprawdzenia i rozeznania, tzn. najpierw jest kwestia uzyskania odpowiedniej dokumentacji medycznej.

    Otrzymujemy więcej podobnych wiadomości. Przy tej okazji proszę wszystkich zainteresowanych, żeby przesyłać do nas informacje o łaskach wyproszonych za wstawiennictwem rodziny Ulmów. Na stronie www.ulmowie.pl jest specjalna zakładka „Księga łask” i są też dane kontaktowe, gdzie można je zgłaszać osobiście. Ufam, że wśród tych informacji będzie ta jedna, potrzebna do udowodnienia cudu za wstawiennictwem rodziny Ulmów.

    – Kiedy mówimy o cudzie, myślimy przede wszystkim o uzdrowieniu. Ale również inne zdarzenia mogą być brane pod uwagę.

    – Może to być uratowanie małżeństwa przed rozpadem. Na przykład złożono już dokumenty do rozwodu w sądzie cywilnym, ale jednocześnie jedno z małżonków kontynuowało cały czas walkę o uratowanie tego małżeństwa, modliło się za wstawiennictwem rodziny Ulmów. Owocem tej wytrwałej i ufnej modlitwy jest to, że małżonkowie wrócili do siebie i dzisiaj ta relacja na nowo rozkwita, więź małżeńska się pogłębia.

    Kolejny przykład to małżeństwa, które miały problem z poczęciem potomstwa, ale doczekały się dziecka.

    Również nawrócenie może być postrzegane jako cud, co wymaga przede wszystkim rzetelnych świadectw ze strony tych, którzy o taką łaskę dla danej osoby się modliły.

    W Afryce w jednej ze spraw kanonizacyjnych cud dotyczył tego, że w regionie panowała ogromna susza, która uniemożliwiała normalne funkcjonowanie mieszkańców. I oni wyprosili, że źródło wytrysnęło w miejscu, gdzie z naukowego punktu widzenia nie powinno być wody. Potwierdziły to badania geologiczne.

    W każdej sprawie pierwszym etapem jest dogłębna analiza pod kątem naukowym i wykazanie, że nie da się tego wytłumaczyć z punktu widzenia nauki. Kolejny krok to udowodnienie, że nadzwyczajne wydarzenie ma związek z modlitwą za wstawiennictwem konkretnych kandydatów do beatyfikacji lub kanonizacji.

    – Pojawił się pomysł utworzenia domu pielgrzyma i domu pamięci rodziny Ulmów. Wspominał o tym również w niedawnym komunikacie abp Adam Szal. Na jakim etapie jest realizacja tej idei?

    – Głębokim pragnieniem naszego Arcybiskupa jest powstanie takiego centrum, w którym ludzie przyjeżdżający do Markowej mogliby się zatrzymać na posiłek, czy też na nocleg. Będzie to też miejsce, gdzie odbywać się będą różne rekolekcje, warsztaty i gdzie będzie udzielana fachowa, wielowymiarowa pomoc małżeństwom i rodzinom.

    Intencją jest, aby to była przestrzeń, gdzie można się zatrzymać, odpocząć, pomodlić się, porozmawiać z kapłanem, przystąpić do sakramentu pokuty, zatrzymać się na głębszą modlitwę, refleksję i przyzywać tu szczególnie wstawiennictwa błogosławionej rodziny Ulmów.

    Rozmowy trwają, konkretne miejsce jeszcze nie zostało wyznaczone.

    rozmawiał Paweł Bugira/e-Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Książka o bł. rodzinie Ulmów do pobrania za darmo!

    Wiktoria i Józef Ulmowie

    źródło: arch. Mateusza Szpytmy | EpiskopatNews | Flickr | CC BY-NC-SA 2.0; koloryzacja: Aleteia.pl

    ***

    Poruszająca książka „Zabili nawet dzieci. Historia rodziny Ulmów, męczenników, którzy pomagali Żydom” autorstwa Manueli Tulli i ks. Pawła Rytel-Andrianika, nagrodzona prestiżową nagrodą we Włoszech, właśnie ukazała się w języku polskim z okazji rocznicy beatyfikacji błogosławionych z Markowej.

    Poruszająca historia rodziny Ulmów teraz w języku polskim

    Książka „Zabili nawet dzieci. Historia rodziny Ulmów, męczenników, którzy pomagali Żydom” autorstwa Manueli Tulli i ks. Pawła Rytel-Andrianika, która zdobyła prestiżową nagrodę im. kard. Giordano we Włoszech, została właśnie wydana po polsku z okazji rocznicy beatyfikacji błogosławionych z Markowej. Dzieło to, wcześniej opublikowane we Włoszech i Stanach Zjednoczonych, od dziś jest dostępne do pobrania za darmo.

    ***

    Książka „Zabili nawet dzieci”

    ***

    Rodzina Ulmów – wzór poświęcenia i odwagi

    Józef i Wiktoria Ulmowie wraz z sześciorgiem dzieci mieszkali w podkarpackiej wsi Markowa koło Łańcuta. Prowadzili gospodarstwo, a Józef specjalizował się w uprawie warzyw i owoców, pszczelarstwie i hodowli jedwabników. Tuż przed świtem 24 marca 1944 r. do Markowej przyjechali z Łańcuta niemieccy żandarmi wraz z granatową policją. Na poddaszu znaleźli ukrywających się Żydów. W ciągu kilkunastu minut z rąk oprawców zginęli wszyscy członkowie rodziny Ulmów oraz ukrywani przez nich Żydzi. Ciała ofiar na rozkaz Niemców zakopali mieszkańcy wsi. 

    Książka „Zabili nawet dzieci” wydana przez Wydawnictwo Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II,  przybliża niezwykłą historię tej rodziny, która w obliczu śmierci nie wyrzekła się ukrywanych Żydów. Ulmowie, wraz z siedmiorgiem małych dzieci, w tym jednym nienarodzonym, zostali rozstrzelani za okazaną pomoc. Ich postawa jest niezwykłym przykładem poświęcenia i odwagi, a także świadectwem wiary i miłości do bliźniego. 

    ***

    Beatyfikacja i upamiętnienie rodziny Ulmów

    Dzień 24 marca, w którym Józef i Wiktoria Ulmowie wraz z dziećmi oraz ukrywanymi Żydami zostali zamordowani przez Niemców, został ustanowiony przez Prezydenta RP Narodowym Dniem Pamięci Polaków Ratujących Żydów pod okupacją niemiecką. 10 września 2023 r. Józef i Wiktoria Ulmowie zostali beatyfikowani.

    Książka „Zabili nawet dzieci” jest hołdem dla tej niezwykłej rodziny, a jej wydanie w języku polskim z okazji rocznicy beatyfikacji błogosławionych z Markowej ma na celu upamiętnienie ich heroicznej postawy i przybliżenie tej poruszającej historii szerszemu gronu czytelników. 

    książkę można pobrać za darmo – tutaj -Aleteia.pl

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Rodzina Ulmów – pasje, codzienne życie, przelana krew

    Gdy po egzekucji w ich domu znaleziono Biblię, okazało się, że zakreślili w niej na czerwono dwa fragmenty – tytuł: „Przykazanie miłości. Miłosierny Samarytanin” i zdanie: „Albowiem jeślibyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż byście mieli za to zapłatę?”. To mówi więcej o życiu Ulmów niż tysiące opracowań.

    ***

    „On był bardzo za nią” – tak małżeńską miłość Wiktorii i Józefa Ulmów scharakteryzowała jedna z ich bliskich znajomych.

    reprodukcja – Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Biała, kryta wapnem chata. 550 metrów od parafialnego kościoła. Trzeba ją zobaczyć, dotknąć strzechy, by zrozumieć to, co wydarzyło się w wiosce. Dwie izby, w których krzątało się ośmioro Ulmów, i mały stryszek, gdzie Żydzi ukrywali się za ścianą siana. Jak w takim mikroświecie pomieścić kilkanaście osób? Jak ich wyżywić? Jak nie zwariować w tej klaustrofobicznej przestrzeni? Im bardziej poznaję Ulmów, tym silniej zawstydza mnie ich wybór.

    Rytm

    Pole, kapliczka, pole, kapliczka, pole, krzyż. To rytm tej ziemi. Markowa tonie w dywanach łąk i szachownicach pól. Tu wyrośli. Na co dzień czytamy o ich dramatycznych wyborach, przelanej krwi, heroizmie. A mnie interesuje historia opowiedziana nie z wysokiego „C”, ale pisana przez „c” zwykłe, jak codzienność.

    Spaceruję po skąpanym w słońcu cmentarzu. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to króciutkie jedno- lub dwusylabowe nazwiska: Lonc, Homa, Kud, Bar, Ulma, Szylar, Szpytma (rodzina Mateusza, wiceprezesa IPN pochodzi właśnie z tej wioski). Ulmowie znali się od urodzenia. Byli stąd. Oboje urodzili się w Markowej – Józef w 1900 r., a Wiktoria, z domu Niemczak, dwanaście lat później. Oboje pochodzili z rodzin, w których się nie przelewało i które znały smak i cenę ciężkiej pracy. – Spotykali się często: w szkole, na polu, na drodze, w kościele św. Doroty – opowiada Maria Ryznar-Fołta, prezeska Towarzystwa Przyjaciół Markowej. – Prawdopodobnie najbardziej zbliżyli się jednak do siebie, pracując w Związku Młodzieży Wiejskiej Rzeczypospolitej „Wici”. To tam uczyli się, czym jest służba w praktyce.

    Pochodząca z wielodzietnej rodziny Wiktoria pobierała nauki na Uniwersytecie Ludowym w Gaci. W 1935 r. cała wioska żyła ich ślubem. Rok później na świat przyszła Stanisława, potem kolejno: Basia (1937), Władek (1938), Franek (1940), Antoś (1941) i Marysia (1942). Wesele Wiktorii i Józefa Ulmów, 7 lipca 1935 roku.

    Wesele Wiktorii i Józefa Ulmów, 7 lipca 1935 roku.

    Wesele Wiktorii i Józefa Ulmów, 7 lipca 1935 roku.

    reprodukcja – Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Józef był synem Marcina i Franciszki z domu Kluz. Rytm dnia wyznaczała praca na trzyhektarowym gospodarstwie. Jak inne dzieciaki z Markowej, od najwcześniejszych lat pomagał w niej rodzicom. Ukończył czteroklasową szkołę powszechną, a jako 21-latek został powołany do wojska. Po ośmiu latach rozpoczął naukę w szkole rolniczej w Pilźnie, którą ukończył, z bardzo dobrym wynikiem. – Z Pilzna, w liście z 20 lutego 1930 roku, udzielał rodzicom instruktażu, co mają zrobić z roślinami strączkowymi, które leżakują na strychu. Pisał, że trzeba je przewietrzyć, fasolę wyłuszczyć, a soję jedynie przewietrzyć i zostawić, aby jej nie zmarnować. On już niemal 100 lat temu przeczuwał, że soja stanie się bardzo pożyteczną rośliną (dziś podstawowy składnik pożywienia wegetarian!) – uśmiecha się Maria Ryznar-Fołta. – Był człowiekiem nie tylko wielkiego serca, ale i otwartego umysłu oraz bardzo szerokich horyzontów. Wizjonerem, nie boję się użyć tego słowa – dodaje.

    Zerkam na ten list. „Żółta fasola to »Claus Riwal«, biało-zielonkawa, płasko-podłużna to »Cud Francji«, biała pękata z rdzawą plamką to »Złoty deszcz«. Zobaczyć w piwnicy sadzonki pigwy i rajskiej, czy myszy nie ruszają” – przypominał rodzicom Józef.

    Pokrzyżowane plany

    Po powrocie do domu zaczął realizować swe wielkie pasje: założył pierwszą szkółkę drzew owocowych w wiosce i zaczął utrzymywać się ze sprzedaży sadzonek. To dzięki niemu pojawiły się w Markowej szczepione jabłonie. Uprawiał warzywa, owoce i był pasjonatem bartnictwa. Zaangażowanie i pasję nagrodzono podczas Powiatowej Wystawy Rolniczej w Przeworsku, którą w 1933 r. zorganizowało Okręgowe Towarzystwo Rolnicze. Zachowała się część księgozbioru, opatrzona ekslibrisem „Biblioteka domowa – Józef Ulma”. Na półce w chacie Ulmów stały: „Podręcznik Elektrotechniczny”, „Wykorzystanie wiatru w gospodarce”, „Radiotechnika dla wszystkich”, „Przemysł drobny”, „Przyroda i technika”, „Atlas geograficzny”, „Słownik wyrazów obcych”, „Podręcznik fotografii”, a nawet książki o australijskich Aborygenach! Józef prenumerował również „Wiedzę i Życie”. Jeśli książka zniszczyła się, własnoręcznie ją naprawiał. Jego kolejną pasją było introligatorstwo. Do dziś w domach w Markowej ludzie przechowują stare zakurzone tomy, na których obwolutach widać pieczęć „Józef Ulma”. Markowianin Antoni Olbrycht, uczeń szkoły powszechnej, pożyczył od dyrektora książkę. Niestety, pozostawił ją na stole i dorwał się do niej pies. Przerażony chłopiec pobiegł natychmiast do Ulmy, bo wiedział, że tylko on może mu pomóc. I tak się stało. Józef był złotą rączką. Zbudował maszynę introligatorską i… przydomową elektrownię wiatrową. To dzięki tej konstrukcji Ulmowie jako pierwsi w Markowej oświetlali dom prądem, a nie lampami naftowymi.

    ***

    Józef nie tylko prowadził bardzo nowoczesne jak na tamte czasy gospodarstwo rolne, ale założył też hodowlę jedwabników, za którą został doceniony podczas wystawy rolniczej w Przeworsku w 1933 roku.

    Józef nie tylko prowadził bardzo nowoczesne jak na tamte czasy gospodarstwo rolne, ale założył też hodowlę jedwabników, za którą został doceniony podczas wystawy rolniczej w Przeworsku w 1933 roku.

    reprodukcja – Roman Koszowski/Gość Niedzielny
    ***

    Był człowiekiem renesansu. Założył plantację drzew morwowych, a w adaptowanych izbach mieszkalnych – hodowlę jedwabników (sensacja na całą okolicę!). Pomagał mu w tym brat Władysław, który zapamiętał „szum larw jedwabników karmionych morwami”. – Ciągnęły wycieczki, hodowlę odwiedzili książę Lubomirski i starosta z Przeworska. Ulma otrzymał za kokony 140 zł i 200 zł nagrody – opowiada Mateusz Szpytma. – Był jednym z pierwszych uprawiających w Markowej warzywa. W jego ogrodzie rosły sałata i pomidory. Pasje i wynalazki Ulmy budziły zainteresowanie wśród młodych. Angażował się w działalność Stowarzyszenia Młodzieży Katolickiej, a później Związku Młodzieży Wiejskiej RP „Wici”, w którym był bibliotekarzem i fotografem. Często dyskutował z przyjeżdżającymi do Markowej działaczami ludowymi i spółdzielczymi, którzy po sąsiedzku, dwie parcele dalej, zakładali pierwszą w Polsce wiejską spółdzielnię zdrowia, w co również zaangażował się Ulma. Przez pewien czas był także prezesem spółdzielni mleczarskiej.

    Rodzina, choć niezwykle „obrotna” i gospodarna, nie była wcale zamożna. Mieszkała w skromnym dwupokojowym, tymczasowym domu. Mieli inne plany. Rok przed wybuchem wojny zakupili 5 hektarów czarnoziemu w Wojsławicach, nieopodal Sokala na wschodnim krańcu województwa lwowskiego. Przeznaczyli na to całe oszczędności. Tam chcieli przeprowadzić się z rodziną. Nie doczekali się. Wybuchła wojna.

    Sąsiedzi wspominali ich jako ludzi żyjących na co dzień słowem Bożym. Świadkowie procesu beatyfikacyjnego podkreślali, że Ulmowie byli ludźmi uczciwymi, sumiennymi i odpowiedzialnymi. Pomagali innym i czynili to bez rozgłosu. Mieszkańcy Markowej przychodzili do nich, mówili o problemach i prosili o radę.

    Ulmowie żyli wedle zegara roku liturgicznego: Adwent, Boże Narodzenie, wielkopostna pokuta, palmy, pisanki, majowe, procesja Bożego Ciała. Część tych uroczystości Józef dokumentował na zdjęciach.

    Ocalił od zapomnienia

    Był pasjonatem fotografii. Pierwszy aparat skonstruował (a jakże!) samodzielnie, ale gdy fundusze na to pozwoliły, zakupił profesjonalny sprzęt. T​o dzięki jego zdjęciom poznajemy klimat ciężkiej pracy rzeszowskiej wsi. To on ocalił ten świat od zapomnienia. Zerkam na fotografie i mogę znów być pod organistówką, gmachem szkoły, w której dzieciaki uczyły się w dwu dużych salach lekcyjnych (w budynku mieszkał też dyrektor, a w większej z sal odbywały się przedstawienia amatorskiego teatru, w którym występowała Wiktoria). Ulma fotografował wierzby, łany zbóż, rozstaje błotnistych dróg, chałupy, będące jasnym punktem odniesienia na czarnej rozoranej ziemi, orszaki weselne, stogi obłędnie pachnącego siana, powódź we wsi Gać (w 1934 r. wylała rzeka Markówka), sadzenie ziemniaków, żniwa, Ochotniczą Straż Pożarną w Markowej, dzieciaki w strojach krakowskich z wychowawczynią Stefanią Szylar. – Ulma pozostawił po sobie setki klisz – wyjaśnia Mateusz Szpytma. – Nieistniejący już dzisiaj niewielki dom stał na uboczu, otoczony ogrodem pełnym kwiatów i drzew. Na jego tle dzieci z mamą, odświętnie ubrane po powrocie z niedzielnej Mszy, w rękach trzymają bukiety polnych kwiatów. Piękna pogoda, uśmiechy. Nic nie wskazuje, że toczy się wojna, a na strychu domu ukrywa się już od miesięcy ośmioro Żydów: pięciu mężczyzn z Łańcuta oraz sąsiedzi z rodzinnego domu Józefa Ulmy – Lea z siostrą Gołdą i jej małą córeczką.

    Nic nie zapowiada koszmaru.

    Ostateczne rozwiązanie

    W drugiej połowie 1942 r. do chaty Ulmów zapukali Żydzi, a rodzina wykonała heroiczny krok: mimo biedy i nieustannego zagrożenia życia zdecydowała się przyjąć do swojego domu osiem osób. A przecież doskonale wiedziała, że na mocy rozporządzenia, które 15 października 1941 r. wydał generalny gubernator Hans Frank, Żydzi opuszczający teren gett mieli być karani śmiercią, a identyczny wyrok czekał na tych, którzy ośmieliliby się udzielić im pomocy. 

    Wiktoria Ulma z dziećmi. Być może uczy je pisania lub czytania albo pomaga w odrabianiu pracy domowej.

    Wiktoria Ulma z dziećmi. Być może uczy je pisania lub czytania albo pomaga w odrabianiu pracy domowej.

    reprodukcja – Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Józef przyjął pod strzechę łańcuckiego handlarza bydłem Saula Goldmana, jego czterech synów: Barucha, Mechela, Joachima i Mojżesza. Ukrywał również Gołdę (zwaną tu powszechnie Genią) Grünfeld i Leę Didner z malutką córeczką Reszlą. Czy znali się wcześniej? Józef pozostawał z żydowskimi sąsiadami w dobrych stosunkach, handlował z nimi uprawianymi przez siebie warzywami. Wiemy, że wraz z Goldmanami zajmował się garbowaniem skór, które sprzedawał, by zarobić na życie. Ukrywający się Żydzi być może łożyli na swe utrzymanie; nic nie wskazuje jednak na to, aby Ulmowie pomagali im w zamian za gratyfikację finansową. Mieszkańcy musieli domyślać się, że ukrywają Żydów, bo zaczęli kupować więcej żywności niż dotąd. Gdy brat Józefa Antoni Ulma przestrzegał: „Nie przechowuj Żydów, bo będą z tego kłopoty”, słyszał krótkie: „Nie mogę ich wyrzucić, bo to są również ludzie”.

    Na kolana

    Stanisława Kuźniar, która była częstym gościem w domu Józefa i Wiktorii, wspomina: „On był bardzo za nią”. Przecież w tym zdaniu zawierają się cała złożoność, miłość, codzienność wielodzietnej, ciężko pracującej rodziny! Pani Stanisława, chrzestna małego Władzia Ulmy, zapamiętała charakterystyczny obrazek: ojca, który każdego dnia klękał z rodziną do wieczornej modlitwy.

    Po egzekucji w ich domu znaleziono rodzinną Biblię. Podkreślili w niej na czerwono dwa fragmenty – tytuł podrozdziału: „Przykazanie miłości. Miłosierny Samarytanin” i zdanie: „Albowiem jeślibyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż byście mieli za to zapłatę?”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    (tekst pochodzi z dodatku specjalnego „Męczennicy z Markowej”, który ukazał się wraz z 36. numerem GN (na niedzielę 10 września), a przygotowany został z okazji beatyfikacji rodziny Ulmów.)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST GODZINA ŚWIĘTA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W KAŻDĄ TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM. NA POCZĄTKU SPOTKANIA O GODZ. 10.00 ŚPIEWAMY GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY A NA ZAKOŃCZENIE – W POŁUDNIE – MODLITWA NA ANIOŁ PAŃSKI.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I MSZA ŚWIĘTA O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA O GODZ. 5.00.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adoracja, czyli… z głową na sercu Boga

    Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli.

    Jan Paweł II adoruje Jezusa w Najświętszym Sakramencie w uroczystość Bożego Ciała w Rzymie w 2001 roku.

    fot. Daniel Gracia/East News

    ***

    Ostatnie lata życia papieża Jana Pawła II, gdy schorowany i zmęczony przed kamerami całego świata przez długie chwile w ciszy trwał w dziękczynieniu, są jak odrębny, ważny rozdział jego nauczania. Osłabiony papież modlił się z zamkniętymi oczami w milczeniu. Trudne to chwile dla dziennikarzy – nie wiadomo wszak, co w mediach lepiej wypadnie: cisza czy może komentarz ze studia. Głowa schorowanego starca z powodu postępującej choroby była przechylona. A może z dnia na dzień coraz wyraźniej wskazywała na jeden z najpiękniejszych gestów odnotowanych przez Ewangelie dwa tysiące lat wcześniej, gdy umiłowany uczeń złożył głowę na piersi Pana? Dwa lata przed śmiercią, 17 kwietnia 2003 roku, w Wielki Czwartek w Roku Różańca Świętego, dwudziestym piątym swojego pontyfikatu, Jan Paweł II podpisał encyklikę „Ecclesia de Eucharistia”. Napisał w niej między innymi: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca”. Ten wzruszający gest miłości człowieka do Boga opisany został w części poświęconej adoracji Najświętszego Sakramentu. Nieco dalej papież stwierdził: „Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim »sztuką modlitwy«, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”.

    Założenie, że chrześcijaństwo ma się wyróżniać „sztuką modlitwy”, po dwudziestu latach od ukazania się encykliki zawierającej to stwierdzenie jest jeszcze bardziej zasadne. A słowa, których użył Jan Paweł II w cytowanym tekście, mogą być pomocną wskazówką, jak się tej sztuki uczyć: najpierw zatrzymać się przed Nim; kolejne etapy to: duchowa rozmowa, cicha ado­racja i postawa miłości. Owoce: pociecha i wsparcie. Kto z nas ich nie potrzebuje?

    Zatrzymać się

    W ciemnym kinie oczekujący na rozpoczęcie seansu, znudzeni długimi reklamami widzowie otrzymują na moment przed projekcją komunikat: nie rozpraszaj się. Przekazany jest w krótkim filmie, na którym setki, tysiące ludzi wpatrzonych w ekrany smartfonów odbiera co chwilę powiadomienia. Rozbrzmiewają dźwięki Messengera, WhatsAppa, esemesów i e-maili. Coraz więcej i coraz szybciej. Powiadomienia, powiadomienia, powiadomienia – nie da się na dłużej skupić na żadnym, bo wciąż przychodzą nowe i domagają się reakcji. Twórcy komunikatu mówią wprost: przestań reagować. Skup się na jednym. Aż dziw bierze, że takich czasów dożyliśmy. Kiedy w średniowieczu zainicjowano praktykę wystawiania Najświętszego Sakramentu do adoracji, nikomu nie śniło się nawet ich nadejście. Pod koniec XIV wieku, gdy zaczęto używać monstrancji, zapewne też nie. A jednak nadeszły takie czasy i – zgodnie z radą papieża Polaka – warto przemyśleć kwestię, czy jako chrześcijanie nie powinniśmy zaproponować tym czasom antidotum. Czy nie powinna być nim monstrancja z wystawionym w niej Najświętszym Sakramentem?

    Zatrzymaj się! Mamy ci coś do zaproponowania. Odłóż telefon, wyłącz się z tej chaotycznej gonitwy myśli przebiegających między głową, oczami i kciukiem. Adoracja Najświętszego Sakramentu jest taką chwilą zatrzymania, o ile pod ławką nie schowasz wyciszonego smartfona, by widzieć jego rozświetlający się co chwilę ekran i trzymać rękę na pulsie. Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli. Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować, zwłaszcza gdy na adorację udajesz się w chwilach trudnych i wymagających podejmowania kluczowych decyzji. Skupienie na oddechu i na prostej, białej Hostii z pewnością pomoże odciąć choć na chwilę ten nurt myśli, które cię zalewają. Z każdą kolejną próbą szansa na powodzenie staje się coraz większa. 

    Medalik noszony na szyi przez siostry klaryski od Wieczystej Adoracji.

    Medalik noszony na szyi przez siostry klaryski od Wieczystej Adoracji.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Duchowa rozmowa

    Siostry z klasztoru św. Hildegardy przyjmowały Komunię Świętą w stroju oblubienicy – z koroną na głowie. W barokowych świątyniach uwagę miał przykuwać ozdobiony złoty ołtarz z „mieszkaniem Króla” w centrum. Jak to w historii bywa, co epoka następuje zmiana w odwrotnym kierunku. Oświecenie, wraz z kultem rozumu, przyniosło odwrót i niemal zamarcie zewnętrznych form adoracji (w Polsce nastąpiło to o wiele później niż w innych krajach Europy). To zestawienie nie jest przypadkowe i może się stać pomocne w zrozumieniu, na czym polega drugi krok wytyczony słowami Jana Pawła II w encyklice o Eucharystii. Rozum czasem powinien zamilknąć, by na adoracji podjąć rozmowę duchową. Bo nie chodzi w niej przecież o pozałatwianie z Bogiem wszystkich swoich codziennych problemów. Pociecha i wsparcie mają przyjść po niej, ale żeby przyszły, trzeba najpierw duchowo porozmawiać z Jezusem, w którym utkwiło się spojrzenie. Mówienie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza wypowiadanie słów (nawet wewnątrz siebie i bez otwierania ust). Słuchanie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza słyszenie słów (również wewnątrz siebie). To tajemnicze spotkanie, które dokonuje się między adorującym a Bogiem, nie ma innego języka niż spoglądanie na siebie. Stara i powszechnie znana opowieść o wieśniaku, którego spotykał w kościele św. Jan Maria Vianney, dobrze oddaje tę rzeczywistość. – Co robisz? – spytał kiedyś klęczącego przed Najświętszym Sakramentem człowieka. – Nic. Patrzę tylko na Niego, a On patrzy na mnie – usłyszał w odpowiedzi.

    Cicha adoracja

    Kwintesencją tej duchowej rozmowy jest cicha adoracja. Łacińskie adoratio oznacza oddawanie czci, uwielbianie. „Jedna chwila prawdziwej adoracji ma większą wartość i przynosi więcej pożytku niż najintensywniejsza działalność, choćby to była nawet działalność apostolska” – napisał święty Jan od Krzyża („Pieśń duchowa” 29,3), którego słowa zacytował Jan Paweł II, przemawiając 24 listopada 1978 r. do przełożonych generalnych zakonów męskich. Odwieczne napięcie między actio i contemplatio, pomiędzy „działać” a „modlić się”, znajduje rozwiązanie. Chodzi przecież o to, by oddać chwałę Bogu, „prawdziwie” oddać, jak napisał hiszpański mistyk, to znaczy tak, aby faktycznie Bóg został uwielbiony. A nie o to, aby w ciszę uciekać od codziennych obowiązków.

    Kiedy świeżo nawrócony święty Karol de Foucauld poszukiwał dla siebie miejsca na świecie, pragnienia miał tylko dwa: być najmniejszym i najuboższym oraz trwać na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Piaski Sahary, które zdają się puste (to dlatego w ich kierunku udawali się mistrzowie ducha – ojcowie pustyni), w rzeczywistości okazały się ziemią, na której żyło wielu ludzi potrzebujących pomocy. Od Karola otrzymali pomoc zarówno materialną, jak i duchową, sami o niego również się troszcząc, zwłaszcza wtedy, gdy śmiertelnie zachorował. Trudno uniknąć skojarzeń ze sformułowaniem: jeśli Bóg jest na właściwym miejscu, to wszystko inne również. Bo jeśli w ciszy adorujesz Boga, całe twoje rozdygotane wnętrze, wypełnione Jego chwałą, ma szansę się zmienić.

    Postawa miłości

    W osobie świętego Jana, kojarzonego z „umiłowanym uczniem”, jest coś tajemniczego. Utożsamienie go z autorem księgi bardzo niezwykłej – Apokalipsy – pogłębia to wrażenie. A jednak, gdy pod krzyżem stał obok Maryi, symbolizował Kościół. Cały, powszechny, którego Ona stała się wówczas Matką. Nie każdy z nas może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem. Janem jednak jesteśmy wszyscy, i to jest bardzo pocieszające. Czy kładąc głowę na piersi Jezusa w czasie pierwszej Eucharystii, dostąpił zaszczytu? Niewątpliwie. Każdy z nas może tego zaszczytu dostąpić, o ile uda się na ado­rację Najświętszego Sakramentu. „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi” – napisał Jan Paweł II w encyklice, dokumencie o bardzo wysokiej randze w nauczaniu Kościoła. Nie chodzi zatem o jakąś wysublimowaną poezję, piękne słowa i porównania. Chodzi o rzeczywistość.

    W „postawie miłości”, którą powinniśmy przyjąć w trakcie adoracji Najświętszego Sakramentu, również nie chodzi o wzbudzanie w sobie jakichkolwiek uczuć, bo nie one są istotą oddawania czci; raczej o gotowość dochowania wierności, całkowitego podporządkowania siebie Chrystusowi. Jeśli kładę głowę na Jego piersi, to znaczy, że mogę usłyszeć bicie Jego serca, z którego wypłynęły krew i woda. „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał…” (J 3,16) – a czy dla Ojca może być coś ważniejszego od Syna? Dla Boga Ojca tak. Ty. Historia twojego życia to historia miłości, o której napisano najpiękniejszy w historii eucharystyczny hymn. Padają w nim słowa: „Ty, co jak pelikan Krwią swą karmisz lud…”. Wedle legendy pelikan dziobem otwierał własną pierś i krwią karmił zgłodniałe potomstwo, a nawet przywracał je do życia. Masz Komu zaufać, bo krew i woda, które wytrysnęły z otwartego boku Zbawiciela, do końca świata kojarzyć się będą z krótkim podpisem: „Jezu, ufam Tobie!”.

    Pociecha i wsparcie

    Powróćmy do wyznania świętego Jana Pawła II: „Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”. Czy można pomiędzy bólem poszczególnych ludzi dokonywać porównań? Obiektywnie tak, ale przecież każdy z nas ma swój wewnętrzny, intymny świat, w który inni nie mają wglądu. Jeśli jednak przyjrzeć się temu, jak święty Jan Paweł II przeżywał swoją posługę na Piotrowej stolicy, siła, pociecha i wsparcie były niezbędne. Niemal natychmiast po powrocie do sił po zamachu w 1981 roku zainaugurował w bazylice Świętego Piotra wieczystą adorację. Modlił się wówczas: „Pewnego dnia, Panie, zapytałeś Piotra: – Czy miłujesz Mnie? Zapytałeś go po trzykroć – i trzy razy apostoł Piotr odpowiedział: – Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham (J 21,17). Odpowiedź Piotra wyraża się w tej codziennej i całodziennej adoracji. Niech wszyscy, którzy uczestniczą w adoracji Twojej eucharystycznej obecności, odczują i usłyszą w czasie każdej wizyty, jak na nowo rozbrzmiewa prawda zawarta w słowach Apostoła: Panie, ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”.

    Nie każdy z nas – powtórzmy – może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem i nosić na barkach ciężar całego świata. Janem jednak jesteśmy wszyscy i to jest bardzo pocieszające. Głowa złożona na piersi Mistrza w czasie adoracji ma szansę boleć mniej, nawet w najtrudniejszych chwilach życia i na najostrzejszych jego zakrętach. Możemy – ufając słowom świętego Jana Pawła II – doświadczyć pociechy i wsparcia. A i dać świadectwo, wyróżniać się „sztuką modlitwy” wobec świata, który pragnie Boga bardziej, niż podejrzewa.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć w Liturgii Mszy świętej

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski/Kai

    ***

    W roku liturgicznym niektóre święta i uroczystości mają stałe daty – tak jak Boże Narodzenie 25 grudnia. Są również święta i uroczystości, których daty przypadają w różnych dniach kolejnego roku – tak jak  Wielkanoc, czy Uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    Dla przypomnienia podaję listę świąt i uroczystości w 2024 roku:

    1 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (sobota) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    31 marca (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    12 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    19 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    30 maja (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (czwartek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (piątek) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (środa) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2024 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:

    2 lutego (piątek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (wtorek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    1 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    8 kwietnia (poniedziałek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    20 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (sobota) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    9 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (czwartek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika


    Adwent w 2024 roku rozpocznie się 1 grudnia.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dla Jego bolesnej męki.

    Czy rozumiemy słowa Koronki do Miłosierdzia Bożego?

    Pan Jezus, wyjaśniając sens koronki, mówi, że jest to „modlitwa na uśmierzenie gniewu Mojego”.

    Pan Jezus, wyjaśniając sens koronki, mówi, że jest to „modlitwa na uśmierzenie gniewu Mojego”.
    fot. Agnieszka Otłowska/G
    ość Niedzielny 

    ***

    Odmawia się ją dziś na całym świecie. Koronka to najbardziej popularna forma kultu Miłosierdzia Bożego. Co ciekawe, ta modlitwa budziła początkowo wątpliwości wśród teologów. Czy dobrze rozumiemy jej słowa?

    Zdarzyło się to dokładnie 13 września 1935 roku w Wilnie. Wieczorem tego dnia siostrze Faustynie Kowalskiej ukazał się anioł, który z polecenia Boga miał ukarać ziemię za grzechy. „Kiedy ujrzałam ten znak gniewu Bożego, który miał dotknąć ziemię – relacjonuje w „Dzienniczku” – zaczęłam prosić anioła, aby się wstrzymał chwil kilka, a świat będzie czynił pokutę”. Siostra zaczyna wtedy modlić się słowami „wewnętrznie słyszanymi”, po raz pierwszy odmawia koronkę. „Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność Anioła i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy”. Koronka jawi się w tej wizji jako narzędzie powstrzymania Bożej kary.

    Na drugi dzień Pan Jezus potwierdza Faustynie, że modlitwa pochodzi od Niego, i podaje jej dokładny układ: „Najpierw odmówisz jedno »Ojcze nasz« i »Zdrowaś Maryjo« i »Wierzę w Boga«, następnie na paciorkach »Ojcze nasz« mówić będziesz: »Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata«. Na paciorkach »Zdrowaś Maryjo« będziesz odmawiać: »Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i całego świata«. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: »Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny – zmiłuj się nad nami i nad całym światem«”.

    Na uśmierzenie gniewu Bożego

    Koronka wzmiankowana jest w „Dzienniczku” czternaście razy. Jezus wzywa do jej odmawiania i wiąże z tą modlitwą wiele obietnic. Dotyczą one miłosierdzia okazanego przez Boga grzesznikom, zwłaszcza w godzinie konania. Pan Jezus, wyjaśniając sens koronki, mówi, że jest to „modlitwa na uśmierzenie gniewu Mojego”. Powraca więc myśl z wizji z 13 września 1935 roku. Jak to zrozumieć? Czym jest gniew Boży i czy może on być uśmierzony przez odmówienie modlitwy? Czy nie jest to za proste, za łatwe?

    Zacznijmy od wyjaśnienia pojęcia „gniew Boży”. Otóż w Biblii wielokrotnie jest mowa o Bożym gniewie, nie tylko w Starym, ale i w Nowym Testamencie. Pewnym przybliżeniem tego pojęcia jest reakcja rodziców, którzy są świadkami nieodpowiedzialnego zachowania swoich dzieci. Który rodzic usiedzi spokojnie na miejscu, gdy widzi dziecko bawiące się zapałkami albo stąpające po cienkim lodzie? Normalne jest, że zareaguje gwałtownie, wołając: „Stop, dość tego!”. „Boży gniew” oczywiście nie jest zwykłym opisem reakcji emocjonalnej Boga na zło, ale coś jest tu na rzeczy. Chodzi o Bożą niezgodę na grzech, który z definicji jest czymś przeciwnym dobru, czyli Jemu także. Zło jest skandalem, który bulwersuje Najwyższe Dobro i prowokuje do reakcji. „Gniew Boży” łączy się z pojęciem sprawiedliwości. Zło powinno być ukarane, tego wymaga sprawiedliwość. Kara ma za zadanie powstrzymać zło, naprawić nieporządek i skierować grzesznika ku dobru. Prorocy Starego Testamentu powtarzali, że nieszczęścia spotykające jednostkę, naród czy świat są przejawem gniewu Bożego, a więc odpowiedzią Bożej sprawiedliwości na zło popełniane przez ludzi. Boża odpowiedź na grzech nie wyczerpuje się jednak w samym gniewie. Sprawiedliwość Boża jest dopełniona Jego miłosierdziem. Święty Paweł mówi, że Jezus przez swój krzyż dokonał definitywnego uśmierzenia Bożego gniewu. „Będziemy przez Niego zachowani od karzącego gniewu, gdy teraz przez krew Jego zostaliśmy usprawiedliwieni” (Rz 5,9). Pozornie może wydawać się, że Bóg ma schizofrenię: z jednej strony okazuje gniew, z drugiej miłosierdzie, jakby walczył z samym sobą. Sprawiedliwość i miłość miłosierna nie wykluczają się jednak. One się dopełniają. Jan Paweł II pisał wręcz o „pocałunku”, jakiego Boże miłosierdzie udzieliło Bożej sprawiedliwości na krzyżu.

    My, grzeszni, liczymy raczej na miłosierdzie Boże, dlatego ku niemu się zwracamy, słusznie lękając się samej sprawiedliwości. Koronka do Bożego Miłosierdzia jest modlitewnym odwołaniem się do krzyżowej ofiary Chrystusa, gdy On sam wziął na siebie należną nam karę za grzechy. Zrobił to po to, aby nas usprawiedliwić, czyli uleczyć ze zła, zbawić, dać nowe życie. Odmawiając koronkę, stajemy w duchu pod krzyżem i prosimy o to, by owoce zbawczej męki Chrystusa sięgnęły naszego życia i świata całego. Wiemy, że zasługujemy na Boży gniew i słuszną karę, ale zasłaniając się krzyżem Chrystusa, prosimy Ojca o miłosierdzie. Taka jest wewnętrzna logika tej modlitwy.

    Ofiaruję Ojcu Syna

    Nie sposób zrozumieć koronki bez spoglądania na krzyż. Widzimy na nim Jezusa, który cierpi, umiera. Jego ciało zostało wydane, a krew przelana. Sednem jest tutaj nie samo cierpienie, ale akt ofiarnej miłości. Jezus ofiaruje się, oddaje się cały Bogu Ojcu, także nam. Umierając, modli się do Ojca i zarazem modli się za nas, grzesznych. Odmawiając koronkę, wchodzimy w modlitwę Ukrzyżowanego. Czynimy naszą modlitwę konającego Pana. Nie możemy Ojcu niczego sami z siebie ofiarować, możemy jednak uchwycić się krzyża i włączyć nasze małe serca w ofiarniczy akt Jezusa.

    Mówimy: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Najmilszego Syna Twojego”. Te słowa brzmią szokująco. Kimże ja jestem, abym mógł ofiarować Ojcu Jego Syna? A jednak. Z Jezusem wszystko jest możliwe. Moja mała miłość zostaje włączona w największą miłość, w Jego miłość.

    Aby zrozumieć, jak to jest możliwe, trzeba odwołać się do Mszy Świętej, najdoskonalszej z modlitw. W Modlitwie Eucharystycznej kapłan po przeistoczeniu modli się tymi lub podobnymi słowami: „Wspominając śmierć i zmartwychwstanie Twojego Syna, ofiarujemy Tobie, Boże, Chleb życia i Kielich zbawienia”. W sensie najgłębszym to sam Jezus się za nas ofiaruje. Ale my, choć słabi i grzeszni, możemy włączyć się w ten ofiarniczy akt. Miłość Jezusa wyrażona w ofierze krzyżowej uobecnia się na ołtarzu i ta miłość ciągnie nas w górę. To jest wąska brama, przez którą idziemy do Ojca.

    Słowa „Ciało i Krew” w oczywisty sposób nawiązują do Eucharystii. Jezus w znaku chleba i wina daje nam swoje ciało i krew, czyli siebie. Sobór Trydencki, definiując prawdę o obecności Jezusa w Eucharystii, stwierdził, że w Najświętszym Sakramencie „są zawarte prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Ciało i Krew wraz z duszą i Bóstwem Pana naszego Jezusa Chrystusa, a więc cały Chrystus”. Katechizmy często cytowały to soborowe wyrażenie. Nie wiemy, czy siostra Faustyna znała to sformułowanie, być może tak. Wyrażenie „Ciało i Krew wraz z duszą” opisuje człowieczeństwo Jezusa. Słowo „Bóstwo” wskazuje na Jego Bożą naturę. Prawdziwy Bóg, prawdziwy człowiek – to sedno dogmatu o Chrystusie. To opis Jego tożsamości. Taki został nam wydany, taki umarł na krzyżu dla naszego zbawienia.

    Niektórzy polscy teologowie (Wincenty Granat, Czesław Bartnik) kwestionowali wyrażenie „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo”. Twierdzili, że bóstwo Syna nie może być ofiarowane Bogu Ojcu. Wątpliwości rozwiał ks. prof. Ignacy Różycki, który zwrócił uwagę na wspomnianą definicję trydencką. Syn ofiaruje się cały Ojcu, w Jego Osobie mieści się bóstwo i człowieczeństwo, nie da się tego oddzielić. Odmawiając koronkę, odwołujemy się nie tylko do miłości Boga do nas, ale raczej do miłości wewnątrztrynitarnej, czyli Ojca do Syna i Syna do Ojca.

    Na przebłaganie

    „Na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego”. Słowo „przebłaganie” odnosi się do krzyża Jezusa. Chrystus został ukrzyżowany rękami ludzi, ale stało się to dzięki Jego zgodzie. To jest Jego akt woli, Jego największe dzieło, najdoskonalszy akt miłości wobec Ojca i nas. Jest on aktem przebłagania za grzechy, najdoskonalszą ekspiacją, najczystszym miłosierdziem. Święty Paweł, wyjaśniając sens krzyża, pisze, że Chrystus stał się „narzędziem przebłagania dzięki wierze mocą Jego krwi” (Rz 3,25). „Narzędzie przebłagania”, czyli w greckim oryginale hilasterion (odpowiednik hebrajskiego kapporeth). To słowo pochodzi z kultu Starego Testamentu. Oznaczało ono wieko Arki Przymierza, tzw. przebłagalnię. W liturgii żydowskiej w Dniu Przebłagania skrapiano to wieko krwią ofiar ze zwierząt na znak przebłagania Boga. Ukrzyżowany Jezus jest nową „przebłagalnią”. On bierze na siebie wszystkie konsekwencje grzechów i definitywnie je pokonuje mocą swojej miłości do końca, do ostatniej kropli krwi. Cały brud świata zostaje wchłonięty, usunięty przez nieskończone Boże miłosierdzie.

    Powtarzając w koronce słowo „ofiaruję”, jednoczę się z modlitwą Jezusa na krzyżu. Uczestniczę w Jego ofiarnym geście. Nie mając nic, „ofiaruję” Bogu największy dar. Tym samym dokonuje się przebłaganie, czyli zostaję uwolniony z mojej winy.

    Warto zwrócić uwagę na zbieżność między słowami modlitwy, której anioł nauczył dzieci w Fatimie, a słowami Koronki do Bożego Miłosierdzia. We wrześniu 1916 roku dzieci fatimskie miały wizję anioła trzymającego w ręce kielich. Unosiła się nad nim Hostia, z której spływały doń krople krwi. Anioł kazał im powtórzyć modlitwę, w której padają m.in. słowa: „O Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu, Duchu Święty, ofiaruję Wam Najdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa, obecnego na wszystkich ołtarzach świata, jako zadośćuczynienie za zniewagi, świętokradztwa i obojętności, którymi jest obrażany”. Treść tej modlitwy i jej sens jest całkowicie zbieżny ze słowami koronki. W Fatimie dodatkowo pojawia się motyw maryjny, ale podobieństwo sformułowań jest uderzające. Jest mało prawdopodobne, by św. Faustyna znała tę modlitwę.

    Dla Jego bolesnej męki

    Przyimek „dla” funkcjonuje w koronce w archaicznym znaczeniu jako „z powodu”, „ze względu na”. Profesor Miodek przywołuje kilka przykładów użycia „dla” w takim samym znaczeniu jak w koronce: „Dla ciebie jestem wygnan”; „Więcej dla bojaźni niźli dla Boga”. „Dla Jego bolesnej męki” znaczy więc „ze względu na Jego bolesną mękę”, „przez wzgląd na Jego bolesną mękę”.

    Prosimy o miłosierdzie Boże, wierząc w zbawczą moc męki i śmierci umiłowanego Syna Bożego. Przypomnijmy sobie Abrahama, który wstawiał się za Sodomą i Gomorą. On prosił o Boże miłosierdzie dla miast pogrążonych w grzechu. Wystarczyło dziesięciu sprawiedliwych, aby je ocalić przed zniszczeniem. Koronka do Miłosierdzia Bożego jest wstawianiem się do Boga za światem pogrążonym w grzechu. To wołanie o ocalenie, o ratunek już nie ze względu na dziesięciu sprawiedliwych, ale ze względu na tylko Jednego Sprawiedliwego.

    Słowa kończące koronkę: „Święty Boże” pochodzą ze starożytnego hymnu „Trisagion” (gr. triságios – trzykroć święty) na cześć Trójcy Świętej. Występują one również w tzw. suplikacjach, czyli w pieśni błagalnej śpiewanej w sytuacjach jakiegoś zagrożenia, np. wojną albo zarazą. Suplikacje śpiewamy także w Wielki Piątek podczas adoracji krzyża.

    Może ktoś zapytać: po co Bogu przypominać o tym, o czym On sam wie najlepiej? Po co „ofiarować” Jezusa Ojcu? Po co powtarzać „miej miłosierdzie”, przecież On jest miłosierny. Nie chodzi o to, by zmienić Boga, ale chodzi o naszą przemianę. Powtarzając te słowa, wyznajemy naszą ufność, uczymy się kochać. Jeśli się kogoś kocha, to ciągle powtarza się to samo: „kocham cię, bądź ze mną, kochaj mnie”. Kiedy dziecko coś nabroi, płacze i szuka bezpiecznych ramion ojca lub mamy. Czymś takim jest koronka. Ciągle sami grzeszymy, wciąż widzimy wiele zła i grzechu w świecie. Czasem chce się płakać z powodu tego wszystkiego. Odwołujemy się jednak do Bożego miłosierdzia. Chcemy jak syn marnotrawny wtulić się w ramiona Ojca, chcemy jak Jan położyć głowę na piersi Jezusa. „Panie, do kogóż pójdziemy?”. Ufamy Tobie! Znikąd nie mamy nadziei. Dlatego wołamy wielekroć do Ojca: „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i całego świata”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Powstał krótki film o “Ostatniej Wieczerzy”.

    To odpowiedź na bluźnierstwo na Igrzyskach Olimpijskich

    Nowy krótki film zatytułowany “Ostatnia Wieczerza” ukazuje piękno wielkoczwartkowej uczty paschalnej i jej kontynuację poprzez Mszę Świętą w ramach zadośćuczynienia za bluźnierczą ceremonię otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Paryżu w 2024 roku.

    Ostatnia Wieczerza

    Ostatnia Wieczerza

    ***

    Brytyjscy katolicy stworzyli nowy film podkreślający świętość Ostatniej Wieczerzy w ramach zadośćuczynienia za bluźnierstwo ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich. 

    “Ideą było odtworzenie obrazu Ostatniej Wieczerzy w piękny i pełen czci sposób oraz wyrażenie świętości i znaczenia tego historycznego wydarzenia jako szczytu wiary”

    – napisał dyrektor wytwórni filmowej House of Gold Marco Eastwood w oświadczeniu przesłanym portalowi LifeSiteNews.

    “Był to akt zadośćuczynienia za kpinę z ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich. To było niesamowite, jak hojnie zgłosili się wolontariusze, aby poświęcić swój czas, talenty i zasoby, aby to się stało na chwałę Boga” – podkreślił.

    Jak czytamy na portalu LiveSiteNews, jednominutowy film został wyprodukowany w niecałe 36 godzin przez zespół wiernych wolontariuszy, “którzy zebrali się w ostatniej chwili, aby pomóc tej szczytnej sprawie”. “Wśród wolontariuszy na planie panowało spokojne, ciche podekscytowanie, a ja byłem poruszony widząc młodych ludzi, aż po osoby starsze, podejmujących wyzwanie oddania sprawiedliwości wizerunkowi naszego Pana podczas Ostatniej Wieczerzy z taką godnością” – powiedział Eastwood. “Chcę, aby ten obraz był rozpowszechniany daleko i szeroko oraz aby dotarł do jak największej liczby dusz na chwałę Boga i jako zadośćuczynienie” – oświadczył.

    Film przedstawia Chrystusa i Jego apostołów podczas ostatniego wspólnego posiłku przed ukrzyżowaniem. Ostatnia Wieczerza jest również pierwszą Mszą św., podczas której Jezus przemienia chleb i wino w swoje Ciało i Krew, którymi dzieli się z apostołami.

    Po pokazaniu Chrystusa i jego apostołów, film przełącza się na współczesną Mszę św., która jest taką samą ofiarą, jaką Chrystus złożył 2000 lat wcześniej. Podczas filmu ksiądz z szacunkiem wypowiada słowa konsekracji, które są tymi samymi słowami, które wypowiedział Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy. “To jest Ciało Moje”, Chrystus i kapłan wypowiadają w odstępie prawie 2000 lat, trzymając świętą Hostię, a następnie podnosząc kielich z winem i oświadczając: “To jest Krew Moja”.

    Wideo oddaje piękno i powagę Ostatniej Wieczerzy, która została tak groteskowo wyszydzona podczas ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich. Ceremonia olimpijska była ostro potępiona zarówno przez chrześcijan, jak i niewierzących, a wielu wskazuje, że jest to “nowe dno ludzkości”.

    Film pt.,, The Last Supper” można zobaczyć na YouTube – Kanał YT House of Gold Nowy

     Łukasz Brodzik /LifeSiteNews/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    85 ROCZNICA II WOJNY ŚWIATOWEJ

    BENEDYKTYNKI SAKRAMENTKI, POWSTANIE WARSZAWSKIE

    Wikipedia | Domena publiczna

    ***

    1 września Kościół wspomina Najświętszą Maryję Pannę jako Królowę Pokoju. Jej obraz, czczony pod tym wezwaniem, znajduje się nad głównym ołtarzem klasztornego kościoła w Stoczku Warmińskim. Dzisiejsze święto Matki Bożej, jako Królowej Pokoju, wiąże się z objawieniami fatimskimi. Bowiem już wtedy, w roku 1917, z wielką troską napominała ludzkość mówiąc o strasznej alternatywie przed jaką stoi świat: “Jeśli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to świat spotka okropna kara za jego zbrodnie, przez wojny, głód i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego. Wtedy za następnego pontyfikatu (papieża o imieniu Pius XI) rozpocznie się druga wojna światowa, jeszcze straszniejsza od obecnie toczonej. Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniła życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają różaniec i pokutują za grzechy.”

    I upomnienie nie zostało przyjęte, bo w pierwszy piątek miesiąca września 1939 roku rozpoczęła się właśnie hekatomba II wojny światowej.

    Niemcy bez wypowiedzenia wojny o świcie przekroczyły na całej długości granice naszego państwa. Osamotniona Polska mimo bohaterskiego oporu trwającego ponad pięć tygodni nie mogła skutecznie przeciwstawić się agresji Niemiec i sowieckiej inwazji przeprowadzonej 17 września.

    ***

    Najświętsza Maryja Panna Królowa Pokoju. Jej obraz znajduje się w klasztornym kościele w Stoczku Warmińskim.

    ***

    Zofia Kossak tu, na Wyspach Brytyjskich, będąc na emigracji, napisała  “Rok polski” w 1955 roku. Cudownie wyraziła naszą tęsknotę za zwyczajną, ludzką Polską, gdzie “słowiki śpiewają, kukułka kuka i wróży”… Stworzyła książkę żywą i prawdziwą opisując polskie miesiące. Zacytuję fragment dotyczący właśnie września:

    “Do niedawna słowo „wrzesień” budziło w umyśle każdego Polaka skojarzenia pełne słodyczy i barwy. Zieleń ustępująca miejsca purpurze i złotu, perlista biel obfitych ros rannych, niezmącenie modre niebo, fiolet śliw, granat jeżyn, rumieńce jabłek, czerwień pomidorów, kaliny, jarzębin, sady pełne zapachu owoców, brzęk os nad gruszkami, woń pietruszki i selerów niosąca się z warzywników — to wrzesień. Lasy zakwitające płomieniem albo koralem, błękitne dymy ognisk pastuszych snujące się ponad sczerniałe łęciny ziemniaczane; w młodych dębinach, zagajach świerkowych, urodzaj rydzów dorzucających swą jaskrawość do ogólnej złocistości, pod strzechami chat nad przyzbą pęki liści tytoniowych, mafcówek i żółte kolby kukurydzy — to i — to wrzesień...

    Takie zatem, a nie inne  — i jakże pogodne — były do niedawna skojarzenia budzące się w umyśle polskim przy wspomnieniu września. Od dnia 1 września 1939 roku tamte wrażenia zapadły w niepamięć. Odtąd dla każdego Polaka, gdziekolwiek by się znajdował, wrzesień jest miesiącem klęski.

    …Wrzesień…

    Przez wyzłocony słońcem krajobraz tysiące zbiegów wędruje na wschód dziwacznymi taborami, gdzie chłopskie konie ciągną auta bez paliwa, wozy zaprzężone w krowy pośród morza pieszych. Wędrują, mijając po drodze żałosne szczątki zdruzgotanej państwowości polskiej w postaci uciekającej policji lub straży ogniowych. Wędrują ludzie obłąkani z rozpaczy, ludzie skowyczący z bólu jak zwierzęta, ludzie padający na szosie zamienionej w krwawe pobojowisko przez nurkujące nisko samoloty nieprzyjaciela. Wędrują dzieci płaczące, gdyż zgubiły w zamieszaniu rodziców, rodzice odchodzący od zmysłów, gdyż zgubili  dzieci,  żołnierze  bez  broni,  bez oddziałów, pożary na prawo, pożary na lewo, łuny na wprost, zatarasowane drogi, a ponad wszystko, silniejsze niż ból i trwoga, poczucie, że Polska zginęła…

    Wrześniu, kto ciebie widział w owym kraju…

    Tysiące  oszalałych   ludzi   wędruje  na wschód, tysiące wraca ze wschodu uderzywszy o ścianę nowego, nieoczekiwanego wroga, świat się kończy, zapada, gdy cofają się nazad w ręce tego samego nieprzyjaciela, przed którym pierzchali. Zdarzało się, że w tej ucieczce od ucieczki docierali do brzegu rzeki, pięknej polskiej rzeki Wieprz.

    (Wieprz był niegdyś, niegdyś bóstwem opiekuńczym wód, przeto dostojna nazwa wyróżniała ten bieg wody spośród innych bystrzyc, pilic.) Stanęli nad brzegiem w miejscu gdzie był bród dzięki niskiej wodzie, a za nimi czerwoni tuż tuż, podobno o pare kilometrów zaledwie, a na drugim brzegu na drągach rozpięta widniała płachta z olbrzymią czarną swastyką. Za plecami wróg, przed nimi wróg i zabrakło już ojczyzny pod stopami. Już nie znajdziesz, Polaku, skrawka swojej ziemi, na której czułbyś się wolny. Nawet tyle co na grób. W niewysłowionej rozpaczy wołali, jak niegdyś ksieni Bronisława: Wzgórza, otwórzcie się i pochłonijcie nas! — Modlili się, by ulecieć w górę, jak ulatywał błog. Ładysław. Lecz święci milczeli i ziemia milczała.

    Tylko modrzyło się pogodne niebo, błękitniała rzeka, bielił się piasek nadbrzeżny, a zarośla  płonęły czerwienią i  złotem. Przyroda zdawała się nie wiedzieć nic o narodzie, który konał w męce.

    Potem zaczęły się wyraje ludzi, podobne odlotom jesiennym ptactwa. Choć poeci lubią porównywać człowieka do ptaków („gdybym ja była ptaszkiem z tego gaju”… – „gdyby orłem być…”), jest między nimi ta zasadnicza różnica: Ptak odlatuje i wraca. Człowiek, gdy się od ziemi oderwie — nie  wróci.  Tułacz podobien jest raczej drzewu wyrwanemu z gruntu, rzuconemu w przestrzeń siłą wybuchu, usycha bowiem jak drzewo.

    Ptaki wracają. Bocian ląduje na swym starym gnieździe. Jaskółki świergocą pod tą samą strzechą, co osłaniała je zeszłego lata. Źórawie zapadną na opuszczone w tamtym roku oparzele. Skowronek, sygnaturka wiosny, zadzwoni nad głową rolnika o właściwej porze, a ludzie, zali powrócą?...

    Czy stanie się jak w mickiewiczowskiej pieśni o żórawiach  przelatujących nad dzikim ostrowem, co słysząc zaklętego chłopca skargę głośną, rzuciły mu pióra, by skrzydła zrobił i do swoich wrócił? Czy też, widząc ciągnące do kraju klucze dzikich gęsi, wygnańcy tłuc się będą bezradnie po obcych podwórkach, nie mając już siły do lotu?

    Jeśli zaś wrócą po latach, czy swoich poznają i będą od nich poznani? Może jedni i drudzy okażą się inni, niż byli w chwili rozstania? Ślady zarosła trawa zapomnienia i nikt wygnańców nie czeka? Bo istotą życia jest ciągła przemiana. Czas odpływa, unosi, przekształca i co minęło – nie wraca…

    ***

    fot. Wikipedia

    ***

    Co św. Faustyna mówiła o II wojnie światowej?

    Święta siostra Faustyna zmarła na rok przed wybuchem II wojny światowej. Jednak już za swojego życia mówiła o okrutnej wojnie i cierpieniu Polaków.

    Tym, którzy przeszli przez doświadczenie II wojny światowej, słowa zapisane w „Dzienniczku” św. Faustyny jawią się jako szczególna Ewangelia miłosierdzia Bożego napisana w perspektywie XX wieku – pisał Jan Paweł II.

    Św. Faustyna o II wojnie światowej. Te słowa skierowała do ks. Sopoćki

    W 1938 roku w szpitalu na krakowskim Prądniku, Faustyna kilku innym siostrom zakonnym, zapowiedziała wybuch II wojny światowej. Miała widzenia ogromnych zniszczeń, eksterminacji, prześladowań duchowieństwa.

    Swojemu spowiednikowi, księdzu Sopoćce mówiła, że „w Polsce przyjdą bardzo ciężkie chwile. Widziałam rodaków wywożonych na wschód i zachód”.

    Ważne słowa Pana Jezusa do Faustyny. Dotyczyły Polski

    W ostatnim roku życia usłyszała wewnętrznie słowa Jezusa: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje” (Dz. 1732).

    Te słowa były na różne sposoby interpretowane. Jan Paweł II w swojej wypowiedzi z 17 sierpnia 2002 roku mówił, że ową iskrą jest orędzie Miłosierdzia Bożego przekazane przez św. Faustynę. W jego opinii „iskra” nie jest pojedynczą, konkretną osobą, ale jest zadaniem czcicieli Bożego Miłosierdzia z Polski i całego świata, która przygotuje przemianę, w imię Bożego miłosierdzia, Polski i całego świata.

    Św. Jan Paweł II: Na ten czas Bóg przygotował posłannictwo Bożego Miłosierdzia

    Posłannictwo Miłosierdzia Bożego miało swój czas, był to czas straszliwej II wojny światowej, straszliwej pod wielu względami, była to jakaś ostateczna eskalacja zła na naszym kontynencie. Na ten czas Bóg przygotował posłannictwo Bożego Miłosierdzia, którego świadkiem, rzecznikiem stała się ta prosta córka polskiej ziemi – mówił Jan Paweł II w Płocku, 7 czerwca 1991 roku.

    Św. s. Faustyna o ojczyźnie: „Rzucam się z ufnością w przepaść miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę”

    Faustyna codziennie modliła się za Polskę i ofiarowywała za nią cierpienia. W swoim „Dzienniczku” zapisała: „Ojczyzno moja kochana, Polsko, o gdybyś wiedziała, ile ofiar i modłów za ciebie do Boga zanoszę. Ale uważaj i oddawaj chwałę Bogu, Bóg cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna.” (Dz. 1038)

    W innym miejscu pisała: „Często się modlę za Polskę, ale widzę wielkie zagniewanie Boże na nią, iż jest niewdzięczna. Całą duszę wytężam, aby ją bronić. Nieustannie przypominam Bogu Jego obietnice miłosierdzia. Kiedy widzę Jego zagniewanie, rzucam się z ufnością w przepaść miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę, a wtenczas nie może użyć swej sprawiedliwości. Ojczyzno moja, ile ty mnie kosztujesz, nie ma dnia, w którym bym się nie modliła za ciebie.” (Dz 1188)

    faustyna.pl, wikipedia, Onet Religia/Stacja7

    ___________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Demokracja jednostronna

    To bez znaczenia, co uważa władza, jeśli nie uważa, co robi z człowiekiem.

    Choć od chwili, gdy Sejm odrzucił projekt ustawy dekryminalizujący pomoc przy aborcji, minęło już trochę czasu, nie mija szok w środowiskach lewicowych i liberalnych. Ci ludzie są bezustannie zapowietrzeni z oburzenia. A przecież zadziałała demokracja, no nie? Suweren się wypowiedział, więc o co chodzi? Ano o to, że w pojęciu tych ludzi demokracja ma obowiązek służyć tylko ich wizji świata. Wszystko musi iść coraz bardziej w lewo i coraz dalej od chrześcijaństwa. Jeśli tak się nie dzieje, natychmiast podnosi się jazgot, że neonazizm, że faszyzm, ksenofobia, homofobia, dyktatura kleru i co tam jeszcze mają…

    To ciekawe, jak bardzo wkodował się w głowy laicki dogmat, że w życiu publicznym dobre jest wszystko to, co nie ma związku z zasadami ufundowanymi na cywilizacji chrześcijańskiej i prawie naturalnym. Kwestia aborcji jest tego najjaskrawszym symptomem. Świat dziś oszalał na punkcie zabijania dzieci. Całe społeczeństwa oślepły na podłość tego procederu, tak jak kiedyś były ślepe na podłość niewolnictwa. Kiedyś pewnie ludzie to zrozumieją, tak jak dziś zrozumieli krzywdę wyrządzoną czarnoskórym, ale ludzie sumienia nie mogą na to czekać, bo takie otrzeźwienie zawsze przychodzi za późno. Sztuką jest postawienie się zbrodni teraz, gdy całe państwa czynią z niej cnotę. I tylko taka postawa jest coś warta. Zagrożonym dzieciom nic po tym, że za sto lat ktoś zechce przewracać pomniki dzisiejszych „obrońców kobiet”. Dzieci mają przeżyć dzięki temu, że dziś ktoś weźmie je w obronę nawet za cenę szykan i prześladowania.

    Skończyłem właśnie czytać książkę Stephena E. Ambrose’a o żołnierzach amerykańskich w drugiej wojnie. Autor boleje tam nad wieloma wspaniałymi młodymi ludźmi, którzy wtedy polegli. „Zastanawiałem się, czyje życie zostało przecięte. Geniusza? Nie wiemy, co mógłby wynaleźć, wiemy, że jego brak jest naszą stratą. Początkującego polityka? Dokąd mógłby nas zaprowadzić? Budowniczego? Nauczyciela? Uczonego? Pisarza? Muzyka? Czasami wydaje mi się, że największą ceną, jaką zapłaciliśmy za wojnę, są niespełnione możliwości” – pisze.

    A ja pytam: czyje życie zostało przecięte podczas aborcji? To refleksja prosta jak drut: życie człowieka zabitego przed urodzeniem jest zaprzepaszczeniem takiego samego potencjału jak ofiary działań wojennych. Różnica jest tylko taka, że ta druga zdążyła dłużej pobyć na tym świecie.

    Przyszło nam żyć w czasach wyjątkowo zakłamanych właśnie z powodu aborcji. Nigdy chyba ludzkość nie miała tak dobrego mniemania o sobie, o swojej wrażliwości i gotowości pomocy innym, przy jednoczesnej kompletnej nieczułości wobec ludzi najmłodszych. Tych morduje się milionami, opowiadając, że to mordowanie jest prawem człowieka.

    My, Polacy, mamy powody do dumy, bo dziś nasze prawo w znacznej mierze chroni ludzkie życie i obecna władza, mimo wysiłków, nie potrafi tego zmienić. I niech tak zostanie.


    KRÓTKO:

    Nauka z cudzego

    Sejmowa Komisja do spraw Petycji jednogłośnie przekazała do dalszych prac opracowany przez Instytut Ordo Iuris projekt „Stop okaleczeniu dzieci”. Postuluje on zakazanie wykonywania na dzieciach operacji „zmiany płci”. W dołączonym do projektu uzasadnieniu wskazano, że „w ostatnich latach, w wielu krajach na świecie, szczególnie w Europie i Ameryce Północnej, obserwuje się drastyczny wzrost liczby osób małoletnich deklarujących identyfikację z płcią przeciwną względem ich płci urodzenia. Szczególnie alarmujące są statystyki zgłoszeń do specjalistycznych ośrodków medycznych dokonujących interwencji hormonalnych i chirurgicznych na dzieciach”. Wspomniano też, że w Szwecji, Finlandii, Wielkiej Brytanii i w 25 stanach USA „zaprzestano lub radykalnie ograniczono podejmowanie wobec osób małoletnich interwencji medycznych zmierzających do upodobnienia pacjenta do płci przeciwnej”. Czy ostatecznie doprowadzi to do zakazu takich działań w Polsce, zanim zaczęto je stosować? Oby. Nauka na cudzych błędach jest dużo tańsza niż na własnych.

    Guzik piękno

    W Szwajcarii zacznie działać kapsuła śmierci „Sarco” – maszyna, która pomoże popełnić samobójstwo. Wystarczy nacisnąć guzik. Poinformował o tym Florian Willet, dyrektor proeutanazyjnej organizacji The Last Resort. Twierdzi on, że to „piękny sposób” na śmierć. O tak, piękny – dla tych, którzy zamiast dbać o chorych, wolą ich sprzątnąć.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO, MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Jan Paweł II: Maryja w tajemnicy Chrystusa

    fot. Zarateman via Wikipedia, CC BY-SA 4.0 / Beyond Forgetting via Flickr, CC 2.0

    ***

    Św. Jan Paweł II: Maryja w tajemnicy Chrystusa

    Pierwsza część Encykliki Jana Pawła II “Redemptoris Mater”, w której Ojciec Święty przybliżał istotę świętości Maryi i rolę matki Chrystusa w historii zbawienia.

    1. Łaski pełna

    7. „Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa; On napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich — w Chrystusie” (Ef 1, 3). Słowa Listu do Efezjan odsłaniają odwieczne zamierzenia Boga i Ojca, odwieczny plan zbawienia człowieka w Chrystusie. Jest to plan uniwersalny, odnosi się do wszystkich ludzi stworzonych „na obraz i podobieństwo Boże” (por. Rdz 1, 26). Wszyscy, objęci „u początku” Boskim dziełem stworzenia, odwiecznie są też ogarnięci Boskim planem zbawienia, który ma się do końca objawić w „pełni czasu”, wraz z przyjściem Chrystusa.

    Ten Bóg bowiem, który jest „Ojcem Pana naszego Jezusa Chrystusa”, „w Nim — są to dalsze słowa tegoż Listu — wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym. W Nim mamy odkupienie przez Jego krew — odpuszczenie występków, według bogactwa Jego łaski” (Ef 1, 4-7).

    Boski plan zbawienia, który został nam objawiony wraz z przyjściem Chrystusa, jest odwieczny. Jest on także — wedle nauki zawartej w Liście do Efezjan i innych Listach Pawłowych (por. Kol 1, 12-14; Rz 3, 24; Ga 3, 14; 2 Kor 5, 18-29) — odwiecznie związany z Chrystusem:. W całokształcie tego planu, który ogarnia wszystkich ludzi, szczególne miejsce zajmuje „niewiasta” jako Matka Tego, z którym Ojciec odwiecznie związał dzieło zbawienia19. Jak uczy Sobór Watykański II, „zarysowuje się Ona (…) proroczo już w obietnicy danej pierwszym rodzicom, upadłym w grzech” — według Księgi Rodzaju (por. 3, 15). „Podobnie jest to ta Dziewica, która pocznie i zrodzi Syna, którego imię będzie Emmanuel (…)” — wedle słów Izajasza (por. 7, 14)20. W ten sposób Stary Testament przygotowuje ową „pełnię czasu”, kiedy Bóg ześle „Syna swego, zrodzonego z niewiasty, (…) abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo”. Przyjście Syna Bożego na świat jest wydarzeniem, opisanym w pierwszych rozdziałach Ewangelii według św. Łukasza i według św. Mateusza.

    8. Maryja zostaje definitywnie wprowadzona w tajemnicę Chrystusa przez to wydarzenie: przez zwiastowanie anielskie Dzieje się to w Nazarecie, w konkretnych okolicznościach dziejów Izraela — Judu powołanego do zachowania Bożych obietnic. Zwiastun mówi do Dziewicy: „Bądź pozdrowiona, łaski pełna, Pan z Tobą” (Łk 1, 28). Maryja „zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie” (Łk 1, 29): co znaczą te niezwykłe słowa, a w szczególności wyrażenie „łaski pełna” (Kecharitoméne)21.

    Rozważając te słowa, a zwłaszcza wyrażenie „łaski pełna”, razem z Maryją, znajdujemy szczególnie bogaty do nich odpowiednik właśnie w Liście do Efezjan, w tekście powyżej przytoczonym. Jeśli po zwiastowaniu anielskim Dziewica z Nazaretu zostaje nazwana „błogosławioną między niewiastami” (por. Łk 1, 42), to tłumaczy się to poprzez owo błogosławieństwo, którym „Bóg Ojciec” napełnił nas „na wyżynach niebieskich, w Chrystusie”. Jest to błogosławieństwo duchowe, odnosi się ono do wszystkich ludzi, ma w sobie pełnię i powszechność („wszelkie błogosławieństwo”), które płynie z miłości, jaka jednoczy współistotnego Syna z Ojcem w Duchu Świętym. Równocześnie jest to błogosławieństwo zwrócone za sprawą Jezusa Chrystusa w stronę dziejów człowieka aż do końca: w stronę wszystkich ludzi. Do Maryi to błogosławieństwo odnosi się w mierze szczególnej i wyjątkowej. Elżbieta pozdrawia Ją jako „błogosławioną między niewiastami”.

    Uzasadnieniem podwójnego pozdrowienia jest to, że w duszy tej „Córy Syjonu” odsłonił się niejako cały „majestat łaski” — tej łaski, jaką „Ojciec (…) obdarzył nas Umiłowanym”. Zwiastun mówi wszak do Maryi: „łaski pełna” — mówi zaś tak, jakby to było Jej właściwe imię. Nie nazywa swej rozmówczyni imieniem własnym „Miriam (= Maryja)”, ale właśnie tym nowym imieniem: „łaski pełna”. Co znaczy to imię? Dlaczego anioł tak nazywa Dziewicę z Nazaretu?

    W języku Biblii „łaska” oznacza szczególny dar, który według Nowego Testamentu ma swe źródło w trynitarnym życiu Boga samego — Boga, który jest miłością (por. 1 J 4, 8). Owocem tej miłości jest wybranie — to, o którym mówi List do Efezjan. Wybranie to jest zatem ze strony Boga odwieczną wolą zbawienia człowieka przez uczestnictwo w Bożym życiu (por. 2 P 1, 4) w Chrystusie: jest zbawieniem poprzez uczestnictwo w życiu nadprzyrodzonym. Następstwem tego przedwiecznego daru, tej łaski wybrania człowieka przez Boga, jest jakby zaczyn świętości, jakby źródło tryskające w duszy człowieka jako dar Boga samego, które poprzez łaskę ożywia i uświęca wybranych. Poprzez to wszystko dokonuje się — czyli staje rzeczywistością — owo „napełnienie” człowieka wszelkim „błogosławieństwem duchowym”, owo „przybranie za synów w Chrystusie” — w Tym, który jest odwiecznie „Umiłowany” przez Ojca.

    Kiedy czytamy, że zwiastun mówi do Maryi „łaski pełna”, kontekst ewangeliczny, w którym zbiegają się dawne objawienia i obietnice, pozwala nam zrozumieć, że chodzi tutaj o szczególne błogosławieństwo pośród wszelkich „błogosławieństw duchowych w Chrystusie”. W tajemnicy Chrystusa jest Ona obecna już „przed założeniem świata”, jako Ta, którą Ojciec „wybrał” na Rodzicielkę swego Syna we Wcieleniu — a wraz z Ojcem wybrał Ją Syn i odwiecznie zawierzył Duchowi świętości. Maryja jest w sposób zupełnie szczególny i wyjątkowy związana z Chrystusem i równocześnie jest umiłowana w Tym przedwiecznie umiłowanym Synu, współistotnym Ojcu, w którym skupia się cały „majestat łaski”. Równocześnie pozostaje Ona doskonale otwarta w stronę tego „daru z wysokości” (por. Jk 1, 17). Jak uczy Sobór: Maryja „zajmuje pierwsze miejsce wśród pokornych i ubogich Pana, którzy z ufnością oczekują od Niego zbawienia i dostępują go”22.

    9. Jeśli pozdrowienie i imię „łaski pełna” mówią o tym wszystkim, to w kontekście zwiastowania anielskiego odnoszą się one przede wszystkim do wybrania Maryi na Matkę Syna Bożego. Równocześnie pełnia łaski wskazuje na całe nadprzyrodzone obdarowanie Maryi, jakie wiąże się z tym, że została wybrana i przeznaczona na Matkę Chrystusa. Jeśli wybranie to jest kluczowe dla wypełnienia się zbawczych zamierzeń Boga w stosunku do ludzkości; jeśli odwieczne wybranie w Chrystusie i przeznaczenie do godności przybranych synów odnosi się do wszystkich ludzi — to wybranie Maryi jest całkowicie wyjątkowe i jedyne Stąd także Jej jedyne i wyjątkowe miejsce w tajemnicy Chrystusa.

    Zwiastun mówi do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego” (Łk 1, 30-32). A kiedy Dziewica, zmieszana niezwykłym pozdrowieniem, pyta: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?”, słyszy od anioła potwierdzenie poprzednich słów i zarazem ich wyjaśnienie. Gabriel mówi: „Duch Święty zstąpi w Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym” (Łk 1, 35).

    Zwiastowanie anielskie jest więc objawieniem tajemnicy Wcielenia w samym zaczątku jego wypełnienia na ziemi. Zbawcze udzielanie się Boga, życia Bożego, w jakiś sposób całemu stworzeniu — a bezpośrednio: człowiekowi — osiąga w tajemnicy Wcielenia jeden ze swych punktów szczytowych. Jest to bowiem zarazem szczyt wśród całego obdarowania łaską w dziejach człowieka i kosmosu. Maryja jest „łaski pełna”, ponieważ Wcielenie Słowa, zjednoczenie osobowe Boga-Syna z naturą ludzką, z człowieczeństwem, w Niej właśnie się urzeczywistnia i dokonuje. „Jest Rodzicielką. Syna Bożego, a przez to najbardziej umiłowaną córą Ojca i świętym przybytkiem Ducha Świętego; dzięki zaś temu darowi szczególnej łaski góruje wielce nad wszystkimi innymi stworzeniami zarówno ziemskimi, jak niebieskimi” — uczy Sobór23.

    10. List do Efezjan, mówiąc o „majestacie łaski”, jaką „Bóg i Ojciec (…) obdarzył nas w Umiłowanym”, dodaje: „w Nim mamy odkupienie przez krew” (Ef 1, 7). Wedle miary wyrażonej w uroczystym nauczaniu Kościoła, ów „majestat łaski” objawił się w Bogurodzicy przez to, że została Ona odkupiona „w sposób wznioślejszy”24. Za sprawą bogactwa łaski Umiłowanego, ze względu na odkupieńcze zasługi Tego, który miał stać się Jej Synem, Maryja została uchroniona od dziedzictwa pierworodnego grzechu25.

    W ten sposób, od pierwszej chwili poczęcia, czyli zaistnienia na ziemi, należy Ona do Chrystusa, ma udział w zbawczej łasce uświęcającej oraz w tej miłości, która swój początek znajduje w „Umiłowanym”, w Synu Ojca Przedwiecznego, który poprzez Wcielenie stał się Jej rodzonym Synem. Dlatego, za sprawą Ducha Świętego, w wymiarze łaski, czyli uczestnictwa Bożej natury, Maryja otrzymuje życie od Tego, któremu w porządku ziemskiego rodzenia sama dała życie jako Matka. Liturgia nie waha się nazywać Ją „Rodzicielką swego Stworzyciela”26 i pozdrawiać Ją słowami, które Dante Alighieri wkłada w usta św. Bernarda: „Córo Twego Syna”27. A ponieważ to „nowe życie” Maryja otrzymuje w takiej pełni, jaka odpowiada miłości Syna do Matki, a więc godności Bożego macierzyństwa — stąd przy zwiastowaniu anioł nazywa Ją „łaski pełną”.

    11. Tajemnica Wcielenia stanowi w zbawczym zamierzeniu Trójcy Przenajświętszej wypełnienie ponadobfite obietnicy danej ludziom przez Boga po grzechu pierworodnym: po owym pierwszym grzechu, którego skutki obciążają całe dzieje człowieka na ziemi (por. Rdz 3, 15). Oto przychodzi na świat Syn, „potomek niewiasty”, który „zmiażdży głowę węża”. Jak wynika ze słów protoewangelii, zwycięstwo Syna niewiasty nie dokona się bez ciężkiej walki, która ma wypełnić całe ludzkie dzieje. „Nieprzyjaźń” zapowiedziana na początku, zostaje potwierdzona w Apokalipsie, która jest „księgą spraw ostatecznych” Kościoła i świata, gdzie znowu powraca znak „Niewiasty”, tym razem: „obleczonej w słońce” (por. 12, 1).

    Maryja, Matka Słowa Wcielonego, zostaje wprowadzona w samo centrum owej nieprzyjaźni, owego zmagania, jakie towarzyszy dziejom ludzkości na ziemi, a zarazem dziejom zbawienia. Należąc do „ubogich i pokornych Pana”, Maryja nosi w sobie, jak nikt inny wśród ludzi, ów „majestat łaski”, jaką Ojciec „obdarzył nas w Umiłowanym”, a łaska ta stanowi o niezwykłej wielkości i pięknie całej Jej ludzkiej istoty. Maryja pozostaje w ten sposób wobec Boga, a także wobec całej ludzkości jakby niezmiennym i nienaruszonym znakiem tego Bożego wybrania, o jakim mówi List Pawłowy: „w Chrystusie (…) wybrał nas przed założeniem świata (…) i przeznaczył dla siebie jako przybranych synów” (Ef 1, 4. S). Wybranie to jest potężniejsze od wszelkich doświadczeń zła i grzechu, od całej owej „nieprzyjaźni”, jaką naznaczone są ziemskie dzieje człowieka. Maryja pozostaje w tych dziejach znakiem niezawodnej nadziei.

    2. „Błogosławiona, która uwierzyła”

    12. Ewangelista Łukasz — wkrótce po opisie zwiastowania — prowadzi nas w ślad za Dziewicą z Nazaretu „do pewnego miasta w pokoleniu Judy” (Łk 1, 39). Miastem tym ma być, zdaniem uczonych, dzisiejsze Ain-Karim, położone w okolicy górzystej, opodal Jerozolimy. Maryja „wybrała się tam z pośpiechem”, aby odwiedzić Elżbietę, swoją krewną. Przyczynę odwiedzin wypada upatrywać w tym także, że podczas zwiastowania Gabriel wskazał w znamienny sposób na Elżbietę, która w podeszłym wieku mocą Bożą poczęła syna z męża Zachariasza: „krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego” (Łk 1, 36-37). Zwiastun powołał się na przykład Elżbiety, aby odpowiedzieć na pytanie Maryi: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” (Łk 1, 34). Otóż stanie się to właśnie „mocą Najwyższego”, podobnie i nawet bardziej niż w przypadku Elżbiety.

    Maryja więc udaje się w duchu miłości do domu swej krewnej. Przy wejściu, w odpowiedzi na pozdrowienie Maryi, Elżbieta, „napełniona Duchem Świętym”, czując szczególne poruszenie dziecka we własnym łonie, wielkim głosem pozdrawia Maryję: „Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona” (por. Łk 1, 40-42). Ten okrzyk czy też aklamacja Elżbiety weszła później do modlitwy Zdrowaś Maryjo jako dalszy ciąg pozdrowienia anielskiego, stając się w ten sposób jedną z najczęstszych modlitw Kościoła. Jeszcze więcej mówią dalsze słowa Elżbiety zawarte w pytaniu: „A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?” (Łk 1, 43). Elżbieta daje świadectwo Maryi: rozpoznaje i głosi, że przed nią stoi Matka Pana, Matka Mesjasza. W tym świadectwie uczestniczy też syn, którego Elżbieta nosi w swoim łonie: „poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie”. „Dzieciątko” — to przyszły Jan Chrzciciel, który nad Jordanem wskaże na Jezusa jako Mesjasza.

    Wszystkie te słowa w pozdrowieniu Elżbiety mają doniosłą wymowę, jednakże znaczenie kluczowe wydaje się posiadać to, co mówi ona na końcu: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełniły się słowa powiedziane Ci od Pana” (Łk 1, 45)28. Można postawić te słowa obok wyrażenia „łaski pełna” w pozdrowieniu anioła. Odsłania się w nich — podobnie jak w tamtych — zasadnicza treść mariologiczna, zasadnicza prawda o Maryi, która stała się rzeczywiście obecna w tajemnicy Chrystusa właśnie przez to, że „uwierzyła”. Pełna łaski, przy zwiastowaniu anielskim oznacza dar Boga samego; wiara Maryi, którą głosi Elżbieta przy nawiedzeniu, wskazuje na to, jak Dziewica nazaretańska odpowiedziała na ten dar.

    13. „Bogu objawiającemu należy okazać «posłuszeństwo wiary» (por. Rz 16, 26; por. Rz 1, 5; 2 Kor 10, 5-6), przez które człowiek z wolnej woli cały powierza się Bogu” — uczy Sobór29. Takie właśnie ujęcie wiary znalazło doskonałe urzeczywistnienie w Maryi. Momentem „przełomowym” było zwiastowanie. Słowa Elżbiety: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła”, na pierwszym miejscu odnoszą się do tego właśnie momentu30.

    Przy zwiastowaniu bowiem Maryja, okazując „posłuszeństwo wiary” Temu, który przemawiał do Niej słowami swego zwiastuna, poprzez „pełną uległość rozumu i woli wobec Boga objawiającego”31 — w pełni powierzyła się Bogu. Odpowiedziała więc całym swoim ludzkim, niewieścim „ja”. Zawierało się w tej odpowiedzi wiary doskonałe współdziałanie „z łaską Bożą uprzedzającą i wspomagającą” oraz doskonała wrażliwość na działanie Ducha Świętego, który „darami swymi wiarę stale udoskonala”32.

    Słowo Boga żywego, które zwiastował Maryi anioł, odnosiło się da Niej samej: „Oto poczniesz i porodzisz Syna” (Łk 1, 31). Maryja, przyjmując to zwiastowanie, miała stać się „Matką Pana”. Miała w Niej dokonać się Boska tajemnica Wcielenia. „Było zaś wolą Ojca miłosierdzia, aby Wcielenie poprzedziła zgoda Tej, która była przeznaczona na matkę”33. I Maryja wyraża tę zgodę, po wysłuchaniu wszystkich słów zwiastuna. Mówi: „Oto Ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa!” (Łk 7, 38). Owo Maryjne fiat — „niech mi się stanie” — zadecydowało od strony ludzkiej o spełnieniu się Bożej tajemnicy. Zachodzi pełna zbieżność ze słowami Syna, który według Listu do Hebrajczyków mówi do Ojca, przychodząc na świat: „Ofiary ani daru nie chciałeś, aleś Mi utworzył ciało (…) Oto idę (…) abym spełniał wolę Twoją, Boże” (10, 5. 7). Tajemnica Wcielenia urzeczywistniła się wówczas, gdy Maryja wypowiedziała swoje fiat: „niech mi się stanie według twego słowa!”, czyniąc możliwym — na ile wedle planu Bożego od Niej to zależało — spełnienie woli Syna.

    Wypowiedziała to fiat przez wiarę. Przez wiarę bezwzględnie „powierzyła siebie Bogu”, a zarazem „całkowicie poświęciła samą siebie, jako służebnicę Pańską, osobie i dziełu swego Syna”34. Syna tego zaś — jak uczą Ojcowie pierwej poczęła duchem niż ciałem: właśnie przez wiarę!35 Słusznie przeto sławi Maryję Elżbieta: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana”. Te słowa już się spełniły: Maryja z Nazaretu staje na progu domu Elżbiety i Zachariasza jako Matka Syna Bożego. I Elżbieta czyni radosne odkrycie: „Matka mojego Pana przychodzi do mnie”.

    14. Dlatego też wiara Maryi przyrównywana bywa do wiary Abrahama, którego Apostoł nazywa „ojcem naszej wiary” (por. Rz 4, 12). W zbawczej ekonomii Objawienia Bożego wiara Abrahama stanowi początek Starego Przymierza, wiara Maryi przy zwiastowaniu daje początek Przymierzu Nowemu. Podobnie też, jak Abraham „wbrew nadziei uwierzył nadziei, że stanie się ojcem wielu narodów” (Rz 4, 18), tak Maryja, która przy zwiastowaniu wyznaje swoje dziewictwo („Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?”), uwierzyła, że z mocy Najwyższego, za sprawą Ducha Świętego, stanie się Matką Syna Bożego zgodnie z objawieniem anioła: „Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym” (Łk 1, 35).

    Jednakże słowa Elżbiety: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła” odnoszą się nie tylko do tego szczegółowego momentu, jakim było zwiastowanie. Jeśli chodzi o wiarę Maryi oczekującej Chrystusa, zwiastowanie jest z pewnością momentem przełomowym, ale zarazem jest także punktem wyjścia, od którego zaczyna się całe „itinerarium ku Bogu”: cała Jej droga wiary. Na tej zaś drodze w sposób niezwykły, zaiste heroiczny — owszem, z coraz większym heroizmem wiary — będzie się urzeczywistniać owo „posłuszeństwo”, które wyznała wobec słowa Bożego objawienia. A to „posłuszeństwo wiary” ze strony Maryi w ciągu całej drogi posiadać będzie zadziwiające podobieństwo do wiary Abrahama. Podobnie jak ten patriarcha całego Ludu Bożego, tak i Maryja, w ciągu całej drogi swego uległego, macierzyńskiego fiat, będzie potwierdzać, iż „wbrew nadziei uwierzyła nadziei”. Na niektórych zaś etapach tej drogi nabierze szczególnej wymowy błogosławieństwo Tej, „która uwierzyła”. Uwierzyć — to znaczy „powierzyć siebie” samej istotnej prawdzie słów Boga żywego, znając i uznając z pokorą, „jak niezbadane są Jego wyroki i niezgłębione Jego drogi” (por. Rz 11, 33). Maryja, która z odwiecznej woli Najwyższego znalazła się — rzec można — w samym centrum owych „niezgłębionych dróg” oraz „niezbadanych wyroków” Boga, poddaje się w półcieniu wiary, przyjmując całkowicie i z sercem otwartym to wszystko, co było przewidziane w planie Bożym.

    15. Kiedy przy zwiastowaniu usłyszała o Synu, którego ma stać się Rodzicielką, któremu „nada imię Jezus” (Zbawiciel), usłyszała również, iż „Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida” i że będzie On „panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca” (Łk 1, 32-33). W tym kierunku zwraca się nadzieja całego Izraela Obiecany Mesjasz ma być „wielki” — zwiastun też mówi: „będzie On wielki” — wielki czy to imieniem „Syna Najwyższego”, czy też przejęciem dziedzictwa Dawidowego. Ma więc być królem: ma panować „nad domem Jakuba”. Maryja wyrosła wśród tych oczekiwań swojego ludu. Czyż w chwili zwiastowania mogła przeczuwać, jakie istotne znaczenie mają te słowa anioła? Jak najeży rozumieć owo „panowanie”, któremu „nie będzie końca”?

    Chociaż — przez wiarę — poczuła się w tej chwili Matką „Mesjasza króla”, to przecież odpowiedziała: „Oto Ja, służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa!” (Łk 1, 38). Od pierwszej chwili dała wyraz przede wszystkim „posłuszeństwu wiary”, zdając się na takie znaczenie powyższych słów zwiastowania, jakie nada im Ten, od kogo słowa te pochodzą: jakie nada im sam Bóg.

    16. Na tej samej drodze „posłuszeństwa wiary” usłyszała Maryja niedługo potem inne słowa, które pochodziły od Symeona w świątyni jerozolimskiej. Było to już czterdziestego dnia po narodzeniu Jezusa, gdy zgodnie z przepisem Prawa Mojżeszowego, Maryja wraz z Józefem „przynieśli Dziecię do Jerozolimy, aby Je przedstawić Panu” (por. Łk 2, 22). Samo narodzenie miało miejsce w warunkach skrajnego ubóstwa. Wiemy bowiem od św. Łukasza, że w związku ze spisem ludności, zarządzonym przez władze rzymskie, Maryja udała się wraz z Józefem do Betlejem, a nie znalazłszy tam żadnego „miejsca w gospodzie”, urodziła swego Syna w stajni i „położyła Go w żłobie” (por. Łk 2, 7).

    Człowiek sprawiedliwy i pobożny, imieniem Symeon, pojawia się na początku Maryjnego „itinerarium” wiary. Słowa jego, natchnione przez Ducha Świętego (por. Łk 2, 25-27), potwierdzają prawdę zwiastowania. Czytamy bowiem, że „wziął On w objęcia” Dzieciątko, któremu zgodnie z poleceniem anioła „nadano imię Jezus” (por. Łk 2, 21). Jego słowa są zgodne z brzmieniem tego imienia, które znaczy: Zbawiciel — „Bóg jest zbawieniem”. Zwracając się do Pana, mówi: „moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela” (Łk 2, 30-32). Równocześnie jednak Symeon zwraca się do Maryi z następującymi słowami: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą”. I dodaje wprost pod adresem Maryi: „A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2, 34-35). Słowa Symeona stawiają w nowym świetle zapowiedź, jaką Maryja usłyszała od anioła: Jezus jest Zbawicielem, jest „światłem na oświecenie” ludzi. Czyż nie okazało się to w pewien sposób w noc Narodzenia, gdy do stajni przybyli pasterze? (por. Łk 2, 8-20). Czyż nie miało się jeszcze bardziej okazać, gdy przybędą Mędrcy ze Wschodu? (por. Mt 2, 1-12). Równocześnie jednak, już u początku swego życia, Syn Maryi — a wraz z Nim Jego Matka — doznają na sobie prawdy dalszych słów Symeona: „znak, któremu sprzeciwiać się będą”. Słowa Symeona są jakby drugą zapowiedzią dla Maryi, gdyż wskazują na konkretny wymiar historyczny, w którym Jej Syn wypełni swoje posłannictwo, to jest wśród niezrozumienia i w cierpieniu. Jeśli taka zapowiedź potwierdza z jednej strony Jej wiarę w wypełnienie Boskich obietnic zbawienia, to z drugiej strony objawia również, że swoje posłannictwo będzie musiała przeżywać w cierpieniu u boku cierpiącego Zbawiciela i że Jej macierzyństwo pozostanie w cieniu i będzie bolesne Oto po odwiedzinach Mędrców ze Wschodu, po ich ukłonie („upadli na twarz i oddali Mu pokłon”) i po złożeniu przez nich darów (por. Mt 2, 11), Maryja wraz z Dziecięciem musi uchodzić do Egiptu pod troskliwą opieką Józefa, gdyż „Herod (…) szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić” (Mt 2, 13). I aż do śmierci Heroda wypadnie Im pozostać w Egipcie (por. Mt 2, 15).

    17. Po śmierci Heroda, kiedy nastąpił powrót Świętej Rodziny do Nazaretu, rozpoczyna się długi okres życia ukrytego. Ta, która „uwierzyła, że spełnią się: słowa powiedziane Jej od Pana” (por. Łk 1, 45), żyje na co dzień treścią tych słów. Na co dzień jest przy Niej Syn, któremu nadała imię Jezus — więc z pewnością w obcowaniu z Nim posługuje się tym imieniem, które zresztą nikogo nie mogło dziwić, gdyż od dawna było używane w Izraelu. Jednakże Maryja wie, że Ten, który nosi imię Jezus, został nazwany przez anioła „Synem Najwyższego” (por. Łk 1, 32). Maryja wie, że poczęła Go i wydała na świat, „nie znając męża”, za sprawą Ducha Świętego, mocą Najwyższego, która osłoniła Ją (por. Łk 1, 35), podobnie jak obłok osłaniał Bożą obecność w czasach Mojżesza i ojców (por. Wj 24, 16; 40, 34-35; 1 Krl 8, 10-12). Tak więc Maryja wie, że Syn, którego wydała na świat w sposób dziewiczy — to właśnie owo „Święte” — „Syn Boży”, o którym mówił do Niej anioł.

    W ciągu lat ukrytego życia Jezusa w domu nazaretańskim, życie Maryi jest również „ukryte z Chrystusem w Bogu” (por. Kol 3, 3) przez wiarę. Wiara bowiem — to obcowanie z tajemnicą Boga. Maryja stale, na co dzień, obcuje z niewypowiedzianą tajemnicą Boga, który stał się człowiekiem, z tajemnicą, która przewyższa wszystko, co zostało objawione w Starym Przymierzu.

    Od chwili zwiastowania Dziewica-Matka została wprowadzona w całkowitą „nowość” samoobjawienia się Boga i stała się świadomą tajemnicy. Jest Ona pierwszą z tych „prostaczków”, o których kiedyś Jezus powie: „Ojcze (…) zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom” (Mt 11, 25). Przecież: „nikt nie zna Syna, tylko Ojciec” (Mt 11, 27).

    Jakże więc Maryja może „znać Syna”? Z pewnością nie zna Go tak jak Ojciec — a przecież jest pierwszą wśród tych, którym „Ojciec zechciał objawić” (por. Mt 11, 26-27; l Kor 2, 11). O ile jednak od chwili zwiastowania objawiony Jej został Syn, którego całkowicie zna tylko Ojciec — Ten, który Go rodzi w odwiecznym „dzisiaj” (por. Ps 2, 7) — to Maryja Matka z tą prawdą swego Syna obcuje tylko w wierze i przez wiarę! Błogosławiona jest przeto, że „uwierzyła” — i wierzy na co dzień, wśród wszystkich doświadczeń i przeciwności czasu dziecięctwa Jezusa, a potem w ciągu lat życia ukrytego w Nazarecie, gdzie Jezus „był im poddany” (Łk 2, 51): Maryi, a także Józefowi, bo on wobec ludzi zastępował Mu ojca. Dlatego też Syn Maryi był uważany przez ludzi za „syna cieśli” (por. Mt 13, 55).

    Matka tego Syna, pamiętna wszystkich słów zwiastowania i późniejszych wydarzeń, nosi więc w sobie całkowitą „nowość” wiary: początek Nowego Przymierza. Jest to początek Ewangelii, czyli dobrej, radosnej nowiny. Nietrudno jednak dostrzec w nim także swoisty trud serca, jaki związany jest z „ciemną nocą wiary” — używając słów św. Jana od Krzyża — jakby z „zasłoną”, poprzez którą wypada przybliżać się do Niewidzialnego i obcować z tajemnicą36. W taki też sposób Maryja przez wiele lat obcuje z tajemnicą swego Syna i idzie naprzód w swojej pielgrzymce wiary, w miarę jak Jezus „czynił postępy w mądrości (…) i w łasce u Boga i u ludzi” (Łk 2, 52). Coraz bardziej ujawniało się oczom ludzi upodobanie, jakie Bóg w Nim znajduje. A pierwszą pośród tych ludzi, którym dane było odkryć Chrystusa, była Maryja, która z Józefem mieszkała w tym samym domu w Nazarecie.

    A jednak, kiedy po znalezieniu w świątyni, na pytanie Matki: „czemuś nam to uczynił?”, dwunastoletni Jezus odpowiedział: „Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?”, Ewangelista dodaje: „Oni jednak (Józef i Maryja) nie zrozumieli tego, co im powiedział” (Łk 2, 48-50). Tak więc Jezus miał świadomość, że „tylko Ojciec zna Syna” (por. Mt 11, 27), a nawet Ta, której najpełniej została objawiona tajemnica Jego Boskiego synostwa, Matka, z tajemnicą tą obcowała tylko przez wiarę. Znajdując się przy boku Syna, pod dachem jednego domu, „utrzymując wiernie swe zjednoczenie z Synem (…) szła naprzód w pielgrzymce wiary”, jak podkreśla Sobór37. I tak było również w ciągu publicznego życia Chrystusa (por. Mk 3, 21-35), stąd, z dnia na dzień, wypełniało się na Maryi błogosławieństwo wypowiedziane przez Elżbietę przy nawiedzeniu: „Błogosławiona, któraś uwierzyła”.

    18. To błogosławieństwo osiąga pełnię swego znaczenia wówczas, kiedy Maryja stale pod Krzyżem swego Syna (por. J 19, 25). Sobór stwierdza, że stało się to „nie bez postanowienia Bożego”: „najgłębiej ze swym Jednorodzonym współcierpiała i z ofiarą Jego złączyła się matczynym duchem, z miłością godząc się (na to), aby doznała ofiarniczego wyniszczenia żertwa z Niej narodzona”. W ten sposób Maryja „utrzymała wiernie swe zjednoczenie z Synem aż do Krzyża”38: zjednoczenie przez wiarę. Przez tę samą wiarę, przez którą przyjęła objawienie anioła w momencie zwiastowania. Wtedy też usłyszała: „Będzie On wielki (…) Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie (…) panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca” (Łk 1, 32-33).

    A oto, stojąc u stóp Krzyża, Maryja jest świadkiem całkowitego, po ludzku biorąc, zaprzeczenia tych słów. Jej Syn kona na tym drzewie jako skazaniec. „Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści (…) wzgardzony tak, iż miano Go za nic (…) zdruzgotany” (por. Iz 53, 3-5). Jakże wielkie, jak heroiczne jest wówczas posłuszeństwo wiary, które Maryja okazuje wobec „niezbadanych wyroków” Boga! Jakże bez reszty „powierza siebie Bogu”, „okazując pełną uległość rozumu i woli”39 wobec Tego, którego „drogi są niezbadane” (por. Rz 11, 33)! A zarazem: jak potężne jest działanie łaski w Jej duszy, jak przenikliwy wpływ Ducha Świętego, Jego światła i mocy!

    Przez tę wiarę Maryja jest doskonale zjednoczona z Chrystusem w Jego wyniszczeniu. Wszak „On (Jezus Chrystus), istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał (…), aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi”. A oto teraz, na Golgocie, „uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci — i to śmierci krzyżowej” (Flp 2, 5-8). U stóp Krzyża, Maryja uczestniczy przez wiarę we wstrząsającej tajemnicy tego wyniszczenia. Jest to chyba najgłębsza w dziejach człowieka „kenoza” wiary. Przez wiarę Matka uczestniczy w śmierci Syna — a jest to śmierć odkupieńcza. W przeciwieństwie do uczniów, którzy uciekli, była to wiara pełna światła. Jezus z Nazaretu poprzez Krzyż na Golgocie potwierdził w sposób definitywny, że jest owym „znakiem, któremu sprzeciwiać się będą”, wedle słów Symeona. Równocześnie zaś spełniły się tam jego słowa skierowane do Maryi: „A Twoją duszę miecz przeniknie”40.

    19. Zaiste, „błogosławiona jest Ta, która uwierzyła”! Te słowa Elżbiety wypowiedziane po zwiastowaniu tutaj, u stóp Krzyża, osiągają swą definitywną wymowę. Przejmująca staje się moc, jaką słowa te w sobie zawierają.. Od stóp Krzyża zaś, jakby z samego wnętrza tajemnicy Odkupienia, rozprzestrzenia się zasięg i perspektywa tego błogosławieństwa wiary. Sięga ono do „początku” i jako uczestnictwo w ofierze Chrystusa, nowego Adama, staje się poniekąd przeciwwaga nieposłuszeństwa i niewiary, zawartej w grzechu pierwszych ludzi. Tak uczą Ojcowie Kościoła, a zwłaszcza św. Ireneusz, cytowany w Konstytucji Lumen gentium: „Węzeł splątany przez nieposłuszeństwo Ewy rozwiązany został przez Maryi; co związała przez niewierność dziewica Ewa, to dziewica Maryja rozwiązała przez wiarę”41; w świetle tego porównania z Ewą, Ojcowie — jak przypomina ten sam Sobór — nazywają Maryję „matką żyjących” i niejednokrotnie stwierdzają: „śmierć przez Ewę, życie przez Maryję”42.

    Słusznie przeto w owym wyrażeniu „Błogosławiona, któraś uwierzyła”, możemy upatrywać jakby klucz, który otwiera nam wewnętrzną prawdę Maryi: tej, którą anioł przy zwiastowaniu pozdrowił jako „łaski pełną”. Jeśli jako „łaski pełna” była Ona odwiecznie obecna w tajemnicy Chrystusa, to przez wiarę stawała się w niej obecna w wymiarach całego swego ziemskiego itinerarium: „szła naprzód w pielgrzymce wiary”. Równocześnie zaś tę tajemnicę Chrystusa w sposób dyskretny — ale bezpośredni i skuteczny — uobecniała ludziom. I nadal nie przestaje jej uobecniać. Przez tajemnicę Chrystusa także Ona jest obecna wśród ludzi. Poprzez Syna rozjaśnia się także tajemnica Matki.

    3. Oto Matka Twoja

    20. Jest w Ewangelii św. Łukasza taki moment, gdy „jakaś kobieta z tłumu głośno zawołała”, zwracając się do Jezusa: „Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś” (Łk 11, 27). Słowa te stanowią pochwałę Maryi jako rodzonej Matki Jezusa. Może owej kobiecie Matka Jezusa osobiście nie była znana. Kiedy bowiem Syn rozpoczął swą mesjańską działalność, Maryja Mu w tym nie towarzyszyła. Pozostawała nadal w Nazarecie. Można powiedzieć, że powyższe słowa nieznanej kobiety niejako wywołały Ją z tego ukrycia.

    Poprzez słowa te, stała się też niejako obecna wśród tłumu bodaj na chwilę cała ewangelia dziecięctwa Jezusa. Tam właśnie Maryja jest obecna jako Matka, która poczyna Jezusa w swym łonie, która Go rodzi i jako Dziecię karmi po macierzyńsku piersią: Matka-Karmicielka, którą ma na myśli owa „kobieta z tłumu”. Poprzez to macierzyństwo, Jezus — Syn Najwyższego (por. Łk 1, 32) — jest prawdziwym Synem człowieczym. Jest „ciałem”, jak każdy człowiek: jest „Słowem, które stało się ciałem” (por. J 1, 14). Jest to ciało i krew Maryi!43

    Na to błogosławieństwo, jakie nieznana kobieta wypowiedziała pod adresem jego Matki i Rodzicielki, Jezus odpowiada w sposób znamienny: „Owszem, ale przecież błogosławieni ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je” (Łk 11, 28). Jezus chce odwrócić uwagę od macierzyństwa, o ile oznacza ono tylko więź ciała, aby skierować ją w stronę tych tajemniczych więzi ducha, jakie powstają przez słuchanie słowa Bożego i zachowywanie go.

    Jeszcze wyraźniej to przeniesienie do dziedziny wartości duchowych zarysowuje się w innej odpowiedzi Jezusa, którą zapisali wszyscy Synoptycy. Gdy mianowicie oznajmiono Jezusowi, że Jego „Matka i bracia stoją na dworze i chcą się z Nim widzieć” — wówczas On odpowiedział: „Moją Matką, i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je” (por. Łk 8, 20-21). Powiedział to zaś „spoglądając na siedzących dokoła Niego”, jak czytamy w zapisie Markowym (3, 34) — czy też Mateuszowym (12, 49): „wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom”.

    Wypowiedzi powyższe zdają się leżeć jakby na przedłużeniu tego, co Dwunastoletni odpowiedział Maryi i Józefowi, gdy znaleźli Go po trzech dniach w świątyni jerozolimskiej.

    Teraz, gdy Jezus odszedł z Nazaretu, gdy rozpoczął swą działalność publiczną w całej Palestynie, jest już całkowicie i wyłącznie „w sprawach Ojca” (por. Łk 2, 49). Głosi Jego królestwo: „królestwo Boże” i „sprawy Ojca”, które dają mowy wymiar i nowe znaczenie wszystkiemu, co ludzkie, a więc każdej ludzkiej więzi w odniesieniu do celów i zadań każdego człowieka. Również taka więź jak „braterstwo” znaczy w tym nowym wymiarze coś innego niż „braterstwo wedle ciała” — skutek pochodzenia od tych samych rodziców. Nawet „macierzyństwo” w wymiarze królestwa bożego, w zasięgu ojcostwa Boga samego, nabiera innego znaczenia. Jezus, w słowach przytoczonych przez św. Łukasza, uczy właśnie o tym nowym znaczeniu macierzyństwa.

    Czy przez to odsuwa się od tej, która była Jego Rodzicielką, Jego rodzoną Matką? Czy pragnie pozostawić Ją w cieniu ukrycia, które sama wybrała? Jeśli tak mogłoby się wydawać na podstawie brzmienia samych słów, to równocześnie należy stwierdzić, że to inne i nowe macierzyństwo, o jakim mówi Jezus swoim uczniom, w sposób najszczególniejszy odnosi się właśnie do Niej. Czyż Maryja nie jest pierwszą pośród tych, „którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je”? Czyż nie do Niej odnosi się nade wszystko owo błogosławieństwo, jakie, wypowiedział Jezus odpowiadając na słowa nieznanej kobiety? Niewątpliwie Maryja jest godna błogosławieństwa dlatego, że stała się dla swego Syna Matką wedle ciała („Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś”) — ale również i nade wszystko dla tego, że już przy zwiastowaniu przyjęła słowo Boże, że słowu temu uwierzyła, że była Bogu posłuszna, ponieważ słowo to „zachowywała” i „rozważała w sercu” (por. Łk 1, 38. 45; 2, 19. 51) i całym swoim życiem wypełniała. Tak więc błogosławieństwo wypowiedziane przez Jezusa nie przeciwstawia się — wbrew pozorom — błogosławieństwu wypowiedzianemu przez nieznaną kobietę, ale z nim się spotyka w osobie tej Matki-Dziewicy, która sama siebie nazwała „służebnicą Pańską” (Łk 1, 38). Jeśli „wszystkie pokolenia zwać Ją będą błogosławioną” (por. Łk 1, 48) — to owa anonimowa kobieta zdaje się być pierwszą, która potwierdza nieświadomie ów proroczy werset z Magnificat Maryi i zapoczątkowuje Magnificat wieków.

    Jeśli przez wiarę Maryja stała się Rodzicielką Syna, którego dał Jej Ojciec w mocy Duch Świętego, zachowując nienaruszone Jej dziewictwo, to w tejże samej wierze odnalazła Ona i przyjęła ów inny wymiar macierzyństwa, który Jej Syn objawił w czasie swego mesjańskiego posłannictwa. Można powiedzieć, że wymiar ten był udziałem Matki Chrystusa od początku, od chwili poczęcia i narodzin Syna. Od tego momentu była Tą, która uwierzyła. Jednak w miarę jak odsłaniało się Jej oczom i duchowi posłannictwo Syna, Ona sama jako Matka otwierała się ku tej „nowości” macierzyństwo, jakie miało stawać się Jej udziałem przy boku Syna. Czyż nie powiedziała na początku: „Oto Ja, służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa!” (Łk 1, 38)? Przez wiarę słuchała w dalszym ciągu i rozważała to słowo, w którym stawało się coraz przejrzystsze, w sposób „przekraczający wszelką wiedzę” (por. Ef 3, 19) samoobjawienie się Boga żywego. Maryja Matka, stawała się w ten sposób pierwszą poniekąd „uczennicą” swego Syna, pierwszą, do której On zdawał się mówić „pójdź za Mną”, wcześniej niż wypowiedział to wezwanie do Apostołów czy do kogokolwiek innego (por. J 1, 43).

    21. Pod tym względem szczególnie wymowny jest zapis Ewangelii Janowej, który ukazuje nam Maryję obecną na weselu w Kanie. Maryja pojawia się tam jako Matka Jezusa na początku Jego życia publicznego: „Odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów” (J 2, 1-2). Z tekstu wynikałoby, że Jezus i uczniowie zaproszeni są razem z Maryją i jakby z tej racji, że Ona była tam obecna. Wydaje się, że zaproszono Syna ze względu na Matkę. Znana jest dalsza kolej wydarzeń związanych z tym zaproszeniem — ów „początek znaków”, jaki uczynił Jezus: woda przemieniona w wino — tak, że Ewangelista dodaje: „objawił swą chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie” (J 2, 11).

    Maryja obecna jest w Kanie Galilejskiej jako Matka Jezusa — i w sposób znamienny przyczynia się do owego „początku znaków”, objawiających mesjańską moc Jej Syna. Oto „kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: «Nie mają już wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?»” (J 2, 3-4). Wedle Ewangelii św. Jana owa „godzina” oznacza moment przeznaczony przez Ojca, w którym Syn wypełni swoje dzieło i ma doznać uwielbienia (por. J 7, 30; 8, 20; 12, 23. 27; 13, 1; 17, 1; 19, 27). Chociaż więc to, co Jezus odpowiedział swej Matce, zdaje się wskazywać raczej na odmowę (co bardziej jeszcze uwydatnia się wówczas, gdy zdanie ma charakter twierdzący: „jeszcze nie nadeszła godzina moja”), tym niemniej Maryja zwraca się do sług ze słowami: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2, 5). Wtedy Jezus nakazuje sługom napełnić wodą stągwie tam stojące — a woda stale się winem, lepszym niż to, jakie uprzednio zostało podane gościom weselnym.

    Jak głębokie zrozumienie istniało między Jezusem a Jego Matką? Jak wniknąć w tajemnicę ich wewnętrznej jedności duchowej? Sam fakt jest jednak wymowny. Zapewne w wydarzeniu tym zarysowuje się już dość wyraźnie nowy wymiar, nowe znaczenie macierzyństwa Matki Chrystusa. Ma ono znaczenie, które nie mieści się wyłącznie w wypowiedziach Jezusa i w różnych wydarzeniach przytoczonych przez Synoptyków (Łk 11, 27-28 oraz Łk 8, 19-21; Mt 12, 46-50; Mk 3, 31-35). Tam Jezus nade wszystko przeciwstawiał macierzyństwo, wynikające z samego faktu zrodzenia, temu, czym to „macierzyństwo” (podobnie jak „braterstwo”) ma być w wymiarze królestwa Bożego, w zbawczym zasięgu ojcostwa Boga samego. W tekście Janowym opisu wydarzenia z Kany zarysowuje się to, w, czym to nowe macierzyństwo wedle Ducha, a nie tylko wedle ciała konkretnie się przejawia. Przejawia się więc w trosce Maryi o ludzi, w wychodzeniu im naprzeciw w szerokiej skali ich potrzeb i niedostatków. W Kanie Galilejskiej została ukazana jedna tylko konkretna odmiana ludzkiego niedostatku, pozornie drobna i nie największej wagi („wina już nie mają”). Posiada ona jednak znaczenie symboliczne: owo wychodzenie naprzeciw potrzebom człowieka oznacza równocześnie wprowadzenie ich w zasięg mesjańskiej misji i zbawczej mocy Chrystusa. Jest to więc pośrednictwo: Maryja staje pomiędzy swym Synem a ludźmi w sytuacji ich braków, niedostatków i cierpień. Staje „pomiędzy”, czyli pośredniczy, nie jako obca, lecz ze stanowiska Matki, świadoma, że jako Matka może — lub nawet więcej: „ma prawo” — powiedzieć Synowi o potrzebach ludzi. Jej pośrednictwo ma więc charakter wstawienniczy: Maryja „wstawia się” za ludźmi. Ale nie tylko to: jako Matka równocześnie chce, aby objawiła się mesjańska moc Jej Syna. Jest to zaś moc zbawcza, skierowana do zaradzenia ludzkiej niedoli, do uwalniania od zła, jakie w różnej postaci i w różnej mierze ciąży nad życiem ludzkim. Tak właśnie mówił o Mesjaszu prorok Izajasz w znanym tekście, na który Jezus powołał się wobec swoich rodaków z Nazaretu: „(…) abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom wolność, a niewidomym przejrzenie (…)” (por. Łk 4, 18).

    Inny istotny element tego macierzyńskiego zadania Maryi wyrażają słowa skierowane do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. Matka Chrystusa staje się wobec ludzi rzecznikiem woli Syna, ukazując te wymagania, jakie winny być spełnione, aby mogła się objawić zbawcza moc Mesjasza. W Kanie dzięki wstawiennictwu Maryi i posłuszeństwu sług Jezus zapoczątkował „swoją godzinę”. W Kanie Maryja jawi się jako wierząca w Jezusa: Jej wiara sprowadza pierwszy „znak” i przyczynia się do wzbudzenia wiary w uczniach.

    22. Możemy więc powiedzieć, że w powyższym zapisie Ewangelii Janowej znajdujemy jakby pierwszy zarys prawdy o macierzyńskiej trosce Maryi. Prawda ta znalazła wyraz również w magisterium ostatniego Soboru. Warto zauważyć, jak macierzyńska rola Maryi została przedstawiona przezeń w odniesieniu do pośrednictwa Chrystusa. Czytamy bowiem: „Macierzyńska rola Maryi w stosunku do ludzi żadną miarą nie przyćmiewa i nie umniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusowego, lecz ukazuje jego moc”, ponieważ „Jezus Chrystus jest jedynym pośrednikiem między Bogiem a ludźmi” (por. 1 Tm 2, 5-6). Ta macierzyńska rola wypływa — dzięki upodobaniu Bożemu — „z nadmiaru zasług Chrystusowych, na Jego pośrednictwie się opiera, od tego pośrednictwa całkowicie jest zależna i z niego czerpie całą moc swoją”44. Właśnie w takim znaczeniu wydarzenie w Kanie Galilejskiej jest jakby zapowiedzią pośrednictwa Maryi, które skierowane jest do Chrystusa, a zarazem zmierza do objawienia Jego zbawczej mocy.

    Z tekstu Janowego widać, że chodzi tu o pośrednictwo macierzyńskie. Jak głosi Sobór: Maryja „stała się nam matką w porządku łaski”. To Maryjne macierzyństwo „w porządku łaski” wyłoniło się z Jej Boskiego macierzyństwa: będąc z postanowienia Opatrzności Bożej Matką-Żywicielką Odkupiciela, „stała się (…) w sposób szczególny przed innymi szlachetną towarzyszką i pokorną służebnicą Pana”, która „współpracowała z dziełem Zbawiciela przez wiarę, nadzieję i miłość żarliwą dla odnowienia nadprzyrodzonego życia dusz Ludzkich”45. To macierzyństwo Maryi w ekonomii łaski trwa nieustannie (…) aż do wiekuistego dopełnienia się zbawienia wszystkich wybranych46.

    23. Jeżeli zapis Ewangelii Janowej o Kanie Galilejskiej mówi o macierzyńskiej trosce Maryi u początku mesjańskiej działalności Chrystusa, to istnieje inny jeszcze zapis tej samej Ewangelii, który owo Maryjne macierzyństwo w zbawczej ekonomii łaski potwierdza w momencie szczytowym, to znaczy wówczas, gdy spełnia się ofiara krzyżowa Chrystusa, Jego paschalna tajemnica. Zapis Janowy jest zwięzły: „obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: «Niewiasto, oto syn Twój». Następnie rzekł do ucznia: «Oto Matka twoja». I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie” (J 19, 25-27).

    Niewątpliwie trzeba widzieć w tym wydarzeniu wyraz szczególnej troski Syna o Matkę, którą pozostawiał w tak wielkiej boleści. Jednakże o znaczeniu tej troski Chrystusowy „testament z Krzyża” mówi więcej. Jezus uwydatnia nową więź pomiędzy „Matką” a „Synem”. Ta więź zostaje uroczyście potwierdzona w całej swojej prawdzie i rzeczywistości. Można powiedzieć, że — o ile uprzednio macierzyństwo Maryi względem ludzi było już zarysowane — w tej chwili zostaje ono wyraźnie określone i ustanowione: wyłania się zaś z całej dojrzałości paschalnej Tajemnicy Odkupiciela. Matka Chrystusa, znajdując się w bezpośrednim zasięgu tej tajemnicy, która ogarnia człowieka — każdego i wszystkich — zostaje dana człowiekowi każdemu i wszystkim — jako Matka. Tym człowiekiem u stóp Krzyża jest Jan, „uczeń umiłowany”47. Jednakże nie tylko on jeden. Zgodnie z Tradycją Sobór nie waha się nazywać Maryi Matką Chrystusa i Matką ludzi: jest Ona bowiem „złączona z wszystkimi ludźmi (…) pochodzeniem z rodu Adama, a co więcej, jest «zgoła matką członków (Chrystusowych; …) ponieważ miłością swoją współdziałała, aby wierni rodzili się w Kościele»”48.

    Tak więc, to „nowe macierzyństwo Maryi”, zrodzone przez wiarę, jest owocem „nowej” miłości, która ostatecznie dojrzała w Niej u stóp Krzyża, poprzez uczestnictwo w odkupieńczej miłości Syna.

    24. Znajdujemy się zarazem w samym centrum urzeczywistniania obietnicy zawartej w protoewangelii: „potomstwo niewiasty zmiażdży głowę węża” (por. Rdz 3, 15). Jezus Chrystus bowiem swą odkupieńczą śmiercią zwycięża zło grzechu i śmierci u samego korzenia. Jest rzeczą znamienną, iż zwracając się do Matki z wysokości Krzyża nazywa Ją „niewiastą” i mówi do Niej: „Niewiasto, oto syn Twój”. Podobnie zresztą odezwał się i w Kanie Galilejskiej (por. J 2, 4). Jakże wątpić, że zwłaszcza teraz — na Golgocie — zwrot ten sięga głębiej w tajemnicę Maryi i dotyka Jej szczególnego „miejsca” w całej ekonomii zbawienia? Uczy Sobór: „Wraz z Nią, wzniosłą Córą Syjonu, po długim oczekiwaniu spełnienia obietnicy, przychodzi pełnia czasu i nastaje nowa ekonomia zbawienia, kiedy to Syn Boży przyjął z Niej naturę ludzką, aby przez tajemnicę ciała swego uwolnić człowieka od grzechu”49.

    Słowa wypowiedziane z wysokości Krzyża mówią o tym, że macierzyństwo Matki Chrystusa znajduje swoją „nową” kontynuację w Kościele i przez Kościół, jakby symbolicznie obecny i reprezentowany przez Jana. W ten sposób Ta, która jako „łaski pełna” została wprowadzona w tajemnicę Chrystusa, by być Jego Matką, czyli Świętą Bożą Rodzicielką, przez Kościół pozostaje w tej tajemnicy jako owa „niewiasta”, na którą wskazuje Księga Rodzaju (3, 15) u początku, Apokalipsa zaś u kresu dziejów zbawienia (12, 1). Zgodnie z odwiecznym planem Opatrzności, macierzyństwo Boże Maryi ma udzielić się Kościołowi, jak na to wskazują wypowiedzi Tradycji, dla których macierzyństwo Maryi w odniesieniu do Kościoła jest odbiciem i przedłużeniem Jej macierzyństwa w odniesieniu do Syna Bożego50.

    Już sam moment narodzin Kościoła, jego pełne objawienie się wobec świata pozwala — według Soboru — dostrzec to trwanie macierzyństwa Maryi: „A kiedy podobało się Bogu uroczyście objawić tajemnice zbawienia ludzkiego nie wcześniej, aż ześle obiecanego przez Chrystusa Ducha, widzimy Apostołów przed dniem Zielonych Świąt «trwających jednomyślnie na modlitwie wraz z niewiastami i z Maryją Matką Jezusa i z braćmi Jego» (Dz 1, 14), także Maryję błagającą w modlitwach o dar Ducha, który podczas zwiastowania już Ją był zacienił”51.

    Tak więc w ekonomii łaski, sprawowanej pod działaniem Ducha Świętego, zachodzi szczególna odpowiedniość pomiędzy momentem Wcielenia Słowa a momentem narodzin Kościoła. Osobą, która łączy te dwa momenty, jest Maryja: Maryja w Nazarecie — i — Maryja w Wieczerniku Zielonych Świąt. W obu wypadkach Jej obecność w sposób dyskretny, a równocześnie wymowny — ukazuje drogę „narodzin z Ducha”. W ten sposób Maryja, obecna w tajemnicy Chrystusa jako Matka, staje się — z woli Syna i za sprawą Ducha Świętego — obecna w tajemnicy Kościoła. Jest to nadal obecność macierzyńska, jak potwierdzają słowa wypowiedziane na Krzyżu: „Niewiasto, oto syn Twój”; „Oto Matka twoja”.

    mp/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Encyklika, która rozwścieczyła Hitlera.

    Jak naziści zemścili się na katolikach?

    Pius XI w swoim gabinecie przemawia za pośrednictwem Radia Watykańskiego.
    AKG IMAGES /EAST NEWS

    ***

    Dokument Mit brennenden Sorge był dla nazistów szokiem. Zemścili się we właściwy sobie sposób.

    Była Niedziela Palmowa 21 marca 1937 r. W prawie 12 tysiącach niemieckich kościołów rozbrzmiewały słowa: „Z palącą troską i ze wzrastającym zdziwieniem patrzymy od dłuższego czasu na udręczenie Kościoła, na wzmagające się uciemiężenie katolików, dochowujących mu wierności w tym kraju i w tym narodzie, któremu kiedyś św. Bonifacy przyniósł radosną wieść o Chrystusie i królestwie Bożym”.

    Tak zaczynała się encyklika Mit brennenden Sorge, jedyna w historii napisana w oryginale po niemiecku, bo do Niemców skierowana. Pius XI w stanowczych słowach potępiał nazizm, stwierdzając, że rasizmu i neopogaństwa nie można pogodzić z wiarą katolicką, i przypominając, że duchowni i świeccy mają obowiązek zachowania wierności słowu Bożemu i dawania świadectwa prawdzie, nawet gdy ceną będzie życie. Choć w dokumencie nie padło nazwisko Hitlera ani nie pojawił się zwrot „narodowy socjalizm”, jasne było, o kim mowa.

    Nie miał co do tego wątpliwości minister propagandy Joseph Goebbels. Był wściekły, gdy informację o planowanym nazajutrz odczytaniu encykliki otrzymał dopiero w sobotę wieczorem. 

    ***

    Encyklika, która rozwścieczyła Hitlera. Jak naziści zemścili się na katolikach?

    Pius XI/Wikipedia

    ***

    My mamy religię

    Kościół w Niemczech krytykował ideologię nazistowską, jeszcze zanim jej głosiciele doszli do władzy. Biskupi ostrzegali wiernych przed narodowym socjalizmem i już w 1932 roku uznali członkostwo w NSDAP za niezgodne z wiarą chrześcijańską. Gdy jednak Adolf Hitler wygrał wybory, Watykan zawarł w lipcu 1933 r. konkordat z III Rzeszą, który określał warunki współistnienia państwa i Kościoła. Stolica Apostolska liczyła na ochronę niemieckich katolików, nie zdawała sobie jednak do końca sprawy, jak zbrodniczy potencjał niesie nazizm. Uświadomienie przyszło szybko. Wkrótce jasne się stało, że reżim hitlerowski nie zamierza stosować się do umowy i nie uszanuje praw Kościoła. Dało się to odczuć w wielu obszarach, szczególnie w odniesieniu do wychowania młodzieży. III Rzesza dążyła do uzyskania w tym zakresie monopolu, co boleśnie odbiło się na katolickich szkołach wyznaniowych, katolickich stowarzyszeniach młodzieżowych i nauczycielskich. Konkordat nie przeszkodził nazistom w szykanowaniu duchownych. Najbardziej niewygodni księża zaczęli zapełniać utworzony już w 1933 roku obóz koncentracyjny w Dachau.

    Szczególną zawziętość wobec Kościoła przejawiał Goebbels, który już w 1928 r. pisał: „Czymże jest dziś dla nas chrześcijaństwo? Narodowy socjalizm jest religią. Brak jedynie religijnego geniuszu, który rozsadza przebrzmiałe formy i tworzy nowe. Brakuje nam rytuału. Narodowy socjalizm stać się musi kiedyś w Niemczech religią państwową”.

    Watykan protestował przeciw antykościelnym działaniom nazistowskiego rządu, ale bezskutecznie. W końcu strona kościelna zrozumiała, że cicha dyplomacja jest niewystarczająca, i postanowiła użyć najmocniejszego argumentu – autorytetu papieża. Autorem projektu encykliki był kardynał Michael von Faulhaber, arcybiskup Monachium. Przy powstawaniu tekstu pracował, oprócz samego papieża, jego przyszły następca, kardynał Eugenio Pacelli.

    Encyklika została przewieziona do Niemiec kanałami dyplomatycznymi w 26 kopertach do nuncjusza arcybiskupa Cesarego Orsenigo, a ten przekazał je poszczególnym biskupom. Biskupi diecezjalni zlecili wydrukowanie dokumentu w 300 tys. egzemplarzy.

    Dużym sukcesem Watykanu było utrzymanie tak wielkiej operacji w tajemnicy prawie do końca. Pierwsza strona encykliki Mit brennenden Sorge.

    ***

    Encyklika, która rozwścieczyła Hitlera. Jak naziści zemścili się na katolikach?
    Pierwsza strona encykliki Mit brennenden Sorge/Wikipedia

    ***

    Głosicie urojenia!

    „Kto wynosi ponad skalę wartości ziemskie rasę albo naród, albo państwo, albo ustrój państwa, przedstawicieli władzy państwowej albo inne podstawowe wartości ludzkiej społeczności, które w porządku doczesnym zajmują istotne i czcigodne miejsce, i czyni z nich najwyższą normę wszelkich wartości, także religijnych, i oddaje się im bałwochwalczo, ten przewraca i fałszuje porządek rzeczy stworzony i ustanowiony przez Boga-człowieka i daleki jest od prawdziwej wiary w Boga i od światopoglądu odpowiadającego takiej wierze” – niosło się po kościołach jak Niemcy długie i szerokie. Papież napiętnował dążenie do zatarcia w ludziach prawa naturalnego i znieczulenia sumień. Przestrzegł przed nadużywaniem symboliki chrześcijańskiej do propagowania rzeczy z chrześcijaństwem sprzecznych. „Tysiące języków głosi wam dzisiaj ewangelię, która nie jest objawiona przez Ojca niebieskiego. Tysiące piór stoi na usługach pozornego chrześcijaństwa, które nie jest chrześcijaństwem Chrystusa. Prasa i radio zasypują was codziennie wytworami o treści wrogiej Kościołowi i wierze i atakują bezceremonialnie i bez żadnych skrupułów wszystko, co dla was musi być wzniosłe i święte” – pisał Pius XI. Wyraźną aluzją do kultu Wodza było wskazanie, że kto stawia jakiegokolwiek śmiertelnika „obok Chrystusa lub nawet ponad Nim i przeciwko Niemu, ten (…) jest obłąkanym prorokiem, głoszącym urojenia”. Papież wezwał wiernych, a zwłaszcza rodziców, do niezgody na niszczenie wiary dzieci.

    Proroczo zabrzmiało ostrzeżenie, że „zaprzepaszczenie wiecznych norm obiektywnej nauki moralnej (…) jest grzechem przeciwko przyszłości narodu, a za gorzkie owoce grzechu będą musiały zapłacić przyszłe pokolenia”. „Alarmowy krzyk papieża” – Pius XI na okładce francuskiego czasopisma w marcu 1937 r., po ogłoszeniu encykliki Mit brennenden Sorge.


    ***

    „Alarmowy krzyk papieża” – Pius XI  na okładce francuskiego czasopisma w marcu 1937 r., po ogłoszeniu encykliki Mit brennenden Sorge.

    „Alarmowy krzyk papieża” – Pius XI na okładce francuskiego czasopisma w marcu 1937 r., po ogłoszeniu encykliki Mit brennenden Sorge.

    Bridgeman Images/East News

    ***

    Wielkie natarcie

    Zaskoczenie encykliką wśród nazistów było duże, Joseph Goebbels zdawał sobie jednak sprawę, że otwarta konfrontacja nie byłaby na razie korzystna. Zalecił „udawać obojętność i zignorować”. Zanotował, że „klechy” nie doceniają „cierpliwości i łagodności”, niech więc teraz „poznają naszą surowość, twardość i nieubłaganie”.

    Pierwsi tę surowość poznali drukarze, którzy wydrukowali teksty encykliki – stracili za to swoje zakłady. W następnym kroku policja ogłosiła, że encyklika jest aktem zdrady państwa. W następstwie tego do więzień trafiło wiele osób zaangażowanych w rozpowszechnianie dokumentu.

    Posypały się oskarżenia duchownych o nieobyczajność i wszczęto procesy „przeciwko niemoralności kleru”. Zaczęło się wyszukiwanie skandali z udziałem duchownych, zintensyfikowano też dochodzenia, które toczyły się już wcześniej, głownie związane z zarzutami o homoseksualizm. Służby zostały zaangażowane w dostarczanie materiału, który nadawałby się do przedstawienia Kościoła jako organizacji zbrodniczej i do cna zdeprawowanej. W tym celu gestapo prowadziło przesłuchania, stosując groźby i zastraszanie, a zeznania świadków przeformułowywano do protokołu w taki sposób, żeby obciążały oskarżonych.

    W toku postępowania wiele zarzutów okazało się bezpodstawnych, ale liczył się efekt propagandowy, a ten zapewniała prasa. W gazetach zaczęły się mnożyć opisy deprawacji wśród duchownych, przedstawiane w taki sposób, żeby społeczeństwo nabrało odrazy do całego duchowieństwa. Na zlecenie władzy w Niemczech zaczęły się mnożyć broszury i książki o charakterze antykościelnym, pełne sarkastycznych komentarzy i obraźliwych karykatur. Ponownie wydawano starsze książki o takiej wymowie.

    Goebbels w swoich zapiskach nazwał tę akcję „wielkim natarciem przeciw czarnemu lęgowi”. W jej ramach zlecił dyrektorowi ministerialnemu Alfredowi Berndtowi uregulowanie języka tej kampanii. Berndt codziennie musiał wymyślać nowe obelgi na Kościół, które następnie były obowiązkowo drukowane we wszystkich gazetach. Na przykład: „Zakrystia powszechnie stała się burdelem”, „Klasztory to prawdziwa wylęgarnia homoseksualizmu”, „Kościół walczy o szkoły wyznaniowe, bo chce utrzymać w tajemnicy to, co zakonnicy robią w toaletach”. I tak dalej.

    Moralista propagandysta

    Kulminacją nagonki był tzw. piekielny koncert – wystąpienie Goebbelsa 28 maja 1937 r. na wiecu w wypełnionej po brzegi berlińskiej Deutschlandhalle, transmitowane przez wszystkie rozgłośnie, a nazajutrz wydrukowane we wszystkich gazetach pod tytułem „Ostatnie ostrzeżenie”.

    Minister Propagandy Rzeszy, występując jako zatroskany ojciec czworga dzieci, wyjaśnił, że Rząd Rzeszy chciał milczeć w sprawie tych smutnych wydarzeń, ale katolicka bezczelność zniweczyła ten zamiar. Goebbels określił duchownych jako „zezwierzęconych i pozbawionych skrupułów deprawatorów młodzieży” i grzmiał, że ta „zaraza musi być wytępiona ogniem i mieczem”. Mówił o „skandalach kaznodziejów moralności”, które „wołają o pomstę do nieba”. Twierdził, że przypadki nadużyć seksualnych wśród księży wychodzą na światło dzienne każdego dnia. „Niestety, nie można już mówić o pojedynczych przypadkach, lecz raczej o zbiorowej zapaści moralnej. Wychodzą na światło dzienne przypadki molestowania seksualnego, których dopuszcza się ogromna część katolickiego duchowieństwa. I nie są to przypadki sporadyczne, ale obejmująca cały kler katolicki fala zgnilizny moralnej, jakiej w takim przerażającym nasileniu świat dotychczas nie widział. Ujawniane są sprawki niezliczonej ilości księży i zakonników i nie ulega wątpliwości, że tysiące tych spraw, które rozpatruje dziś nasz system sprawiedliwości, są zaledwie ułamkiem całości, obejmującej także wszystko to, co hierarchowie Kościoła próbują zamieść pod dywan”.

    Przestrzelili

    Konsekwencją akcji rozpętanej przeciw Kościołowi było około 2500 śledztw. Spośród tej liczby podejrzanych skazano jednak tylko 64 duchownych i 170 braci zakonnych. Zdecydowana większość spraw w ogóle nie zakończyła się aktem oskarżenia, została umorzona lub zakończona uniewinnieniem. Był to m.in. skutek licznych kompromitujących wpadek fałszywych świadków, rekrutowanych na ogół spośród ludzi słabo rozgarniętych. O tym jednak mediom nie wolno było informować. Chodziło o stworzenie wrażenia, że ​​nie chodzi o przypadki indywidualne, ale że cały system kościelny jest chory. Szczególnie ostrzegano przed Kościołem rodziców i sugerowano, że młodzi ludzie są bezpieczniejsi w organizacjach nazistowskich niż kościelnych.

    „Wielkie natarcie przeciw czarnemu lęgowi” nie przyniosło oczekiwanego skutku – naziści przestrzelili. Tak nagłe „odkrycie” kościelnych nieprawości nie przekonało katolików. Wierni nie odwrócili się od swoich pasterzy. Frekwencja w kościołach w ogóle nie zmalała, tym bardziej że biskupi nie pozostali bezczynni. W listach pasterskich i memorandach bronili się przed rzucanymi przez państwo oszczerstwami, wykazując na przykład, że podawane przez władze liczby przestępców są rażąco przesadzone.

    A później zaczęła się wojna. Naziści, choć stosunku do chrześcijaństwa nie zmienili, mieli inne rzeczy na głowie. Kwestię zniszczenia Kościoła odłożyli na później, nie wiedząc, że „Tysiącletnia Rzesza” ma przed sobą już tylko kilka lat.

    Od dawna nie ma już nazizmu, ale encyklika, która przed nim ostrzegała, wciąż zawiera aktualne wątki, bo tendencja do ubóstwiania człowieka jest niestety pokusą ludzi każdej epoki.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Fake newsy 1939.

    Jak Hitler przekonał niemieckie społeczeństwo do wojny?

    „Polscy szaleńcy wtargnęli na terytorium niemieckie”. „Została zaatakowana Byczyna w pobliżu Kluczborka. Inny atak – na Stodoły – jeszcze trwa” – donosiły 1 września 85 lat temu media III Rzeszy. Było w tym ziarno prawdy…

    Ato dlatego, że w noc przed wybuchem II wojny światowej Niemcy rzeczywiście zostali napadnięci we wsi Stodoły, która dzisiaj jest dzielnicą Rybnika, a także w Byczynie i w Gliwicach. Napastnicy wrzeszczeli tam po polsku, śpiewali „Mazurka Dąbrowskiego” i strzelali w górę. Koronnym dowodem na atak „polskich szaleńców” było kilkanaście trupów w polskich mundurach wojskowych, rozciągniętych na łące przy niemieckiej komorze celnej w Stodołach. Zabici mieli w kieszeniach autentyczne książeczki żołdu Wojska Polskiego, a nawet bilety tramwajowe i bilety do kina z różnych polskich miast.

    Przypominamy wydarzenia z nocy, która poprzedziła wybuch II wojny światowej. Zwłaszcza to, co stało się wtedy w Stodołach i w Byczynie, jest do dziś bardzo mało znane.

    Führer chce pretekstu

    Adolf Hitler na naradzie z wyższymi oficerami wojskowymi omawiał 22 sierpnia 1939 roku plan ataku na Polskę. W pewnym momencie rzucił: „Ja dam potrzebny dla propagandy powód wybuchu wojny, obojętne jest, czy będzie wiarygodny. Zwycięzcy nikt nie spyta, czy mówił prawdę”.

    Te tajemnicze słowa wiązały się ze ściśle tajnymi przygotowaniami, które od blisko trzech tygodni realizowali funkcjonariusze SS i gestapo. Na początku sierpnia 1939 r. na Górny Śląsk przyleciał samolotem sam Reinhard Heydrich, szef Służby Bezpieczeństwa SS i gestapo. Krótko oświadczył: „Führer potrzebuje pretekstu do wojny”. Następnie kazał się obwozić samochodem wzdłuż ówczesnej granicy niemiecko-polskiej. Po całodziennym poszukiwaniu Heydrich osobiście wybrał dwa miejsca, w których Hitler miał znaleźć swój pretekst. Były to okolice komory celnej w Stodołach oraz las koło Byczyny. Później wyznaczył jeszcze trzecie miejsce: Gliwice.

    Do realizacji planu zostali specjalnie wybrani funkcjonariusze SS, którzy umieli mówić po polsku. O takich ludzi, wychowanych na niemiecko-polskim pograniczu, nie było trudno. Abwehra, czyli niemiecki wywiad wojskowy, dostarczyła dwie ciężarówki pełne używanych przez Wojsko Polskie mundurów oraz broni.

    31 sierpnia wieczorem do akcji w Byczynie ruszyło około 130 esesmanów, przebranych za powstańców śląskich. Podeszli do niemieckiej leśniczówki, skąd wcześniej została ewakuowana rodzina leśniczego. Trochę postrzelali i pokrzyczeli po polsku. O godzinie 22.00 już w komplecie raczyli się herbatą z rumem na swojej kwaterze w gospodzie u Wyrwicha w Byczynie. Zbigniew Gołasz z mikrofonem burzowym w sali nadajnika Radiostacji Gliwickiej.

    Konserwy w mundurach

    Akcja w Stodołach była o wiele bardziej dramatyczna. 1 września o 4.00 nad ranem esesmani w polskich mundurach wojskowych zaatakowali niemiecką komorę celną. „Natarliśmy na budynek celny, strzelając w powietrze, wrzeszcząc, nawołując się i wydając komendy w języku polskim” – zeznał po wojnie Karl Hoffmann, dowódca tego oddziału SS. „Po dotarciu do komory celnej porozbijaliśmy szyby w oknach, zdemolowaliśmy drzwi, strzelaliśmy po dachu, czyniąc ciągle wielką wrzawę. Od strzałów pospadały z dachu rynny” – dodał.

    Inny esesman, Josef Grzimek, wspominał: „Mieliśmy przed sobą majątek niemiecki, dlatego niezbyt dobrze rozumieliśmy sens rozkazu i ociągaliśmy się z rozpoczęciem dewastacji. Dopiero gdy podoficerowie SS zaczęli dzieło zniszczenia, nawołując nas do współdziałania, przyłączyliśmy się do demolowania całego inwentarza”. Kiedy esesmani opuszczali już budynek celny, natknęli się na leżące przed nim ludzkie ciała. Dla zwykłych szeregowych, niewtajemniczonych w szczegóły akcji, było to zaskoczenie. „Schyliłem się i ujrzałem kilku ludzi w polskich mundurach, leżących nieruchomo na ziemi; uderzyło mnie, że głowy mieli ostrzyżone »na zero«. Gdy ujrzałem przed sobą te ciała niedające znaku życia, bardzo się przeląkłem; zdawało mi się, że to nasi koledzy. Z początku sądziliśmy, iż to kilku spośród naszych, których zabito w trakcie nieostrożnej strzelaniny. Dopiero gdy zrobiliśmy zbiórkę i okazało się, że nikogo nie brakuje, ogarnęły nas wątpliwości. Oficjalnie nic nam nie było wiadomo w tej sprawie. Uznaliśmy jednak, że w akcji brali udział również inni ludzie, nienależący do naszego oddziału specjalnego”. Zeznania te przytacza w książce „Akcja Tannenberg” Andrzej Szefer.

    Skąd wzięło się kilkanaście ciał na łące przed komorą celną w Stodołach? Otóż byli to więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych. Dlatego mieli głowy ogolone „na zero”. Gestapowcy wstrzyknęli więźniom narkotyki i przywieźli ich żywych, ale odurzonych, na miejsce prowokacji w Stodołach. Dopiero tutaj więźniowie zostali zastrzeleni. Niemcy nazywali tych więźniów „konserwami” – bo dla gestapo najlepszą konserwą trupa był żywy człowiek… Autorzy tej mistyfikacji zadbali nawet o takie szczegóły, jak włożenie ofiarom do kieszeni polskich dokumentów czy biletów tramwajowych. Niemcy od razu sfotografowali te ciała, żeby mieć dowód polskiej agresji.

    Babcia umarła

    Kolejna niemiecka akcja tej nocy jest znana – i to na całym świecie – jako „Prowokacja gliwicka”. Niewielu jednak wie, że esesmani przeprowadzili napad na tamtejszą radiostację tak nieudolnie, jakby byli bohaterami duńskiej komedii kryminalnej „Gang Olsena”.

    Tutaj także Niemcy zaplanowali zamordowanie człowieka, którego nazywali „konserwą”. Szef gestapo, Heinrich Müller, początkowo planował, że „konserwa” będzie ubrana w polski mundur. Alfred Naujocks, esesman dowodzący akcją, zaprotestował – jednak nie ze względu na obiekcje moralne związane z morderstwem, ale z powodu tego munduru. Radiostacja gliwicka znajdowała się 8 km od granicy. Niemożliwe więc byłoby, żeby oddział regularnej polskiej armii przeniknął aż tak daleko w terenie, na którym roiło się od niemieckiego wojska. Po latach Naujocks mówił: „Wyjaśniłem Müllerowi, że akcja, którą miałem dowodzić w Gliwicach, powinna przebiegać pod znakiem ataku polskich powstańców, czyli cywilów, a nie żołnierzy. Świetnie – odrzekł na to Müller – dostanie więc go pan w cywilu. Zaczyna pan akcję o godz. 20.00, a między 20.00 a 20.10 dostarczam panu »konserwę« do radiostacji”.

    Przeprowadzający prowokację esesmani kwaterowali w Gliwicach, w hotelu Haus Oberschleisen – dzisiaj w tym gmachu mieści się Urząd Miasta. 31 sierpnia około 16.00z Alfredem Naujocksem telefonicznie skontaktował się z Berlina sam Reinhard Heinrich. Rzucił do słuchawki: „Babcia umarła”. To było hasło do rozpoczęcia napadu na Radiostację Gliwicką, stojącą przy dzisiejszej ulicy Tarnogórskiej. Policjanci, którzy jej pilnowali, zostali wcześniej odwołani na polecenie „z góry”. Rybnik-Stodoły, budynek dawnej  komory celnej, gdzie rozegrał się dramat. Dziś to restauracja przy Zalewie Rybnickim.

    Studia tu nie ma

    O 20.00, gdy nad Gliwicami zapadał zmierzch, do gmachu bez przeszkód weszli więc esesmani, przebrani za powstańców śląskich. – Mieli biało-czerwone opaski na ramionach i orzełki na czapkach, więc wyglądali wiarygodnie – mówi historyk Zbigniew Gołasz, kierownik Radiostacji Gliwickiej, która dzisiaj jest oddziałem Muzeum w Gliwicach.

    W sali nadajnika przebywało w tamtym momencie trzech pracowników: telegrafista Nawroth, maszynista Kotz i dozorca Foitzik. – Są oni kompletnie zaskoczeni. Napastnicy terroryzują ich za pomocą broni, związują i sprowadzają do piwnicy. Następnie zaczynają poszukiwania studia, żeby nadać komunikat radiowy. Szukają i nie potrafią znaleźć… Idą więc do piwnicy, zapytać pracowników, gdzie jest to studio. Wtedy dowiadują się, że studia tu nie ma. Jest 4 km stąd, w innym budynku, przy ulicy Radiowej… – relacjonuje Zbigniew Gołasz.

    Wśród esesmanów nastąpiła wtedy konsternacja. Okazało się, że zawiodło ich rozpoznanie, skoro nie wiedzieli, że w Gliwicach były dwa obiekty radiowe: stary przy ulicy Radiowej, gdzie znajdowało się studio dziennikarskie, oraz nowy przy Tarnogórskiej, gdzie był tylko nadajnik, bez studia. Opanowali tylko ten drugi budynek… Żeby nadać swój komunikat, musieliby jednocześnie zająć oba gmachy. – Esesmani muszą podjąć jakąś decyzję. Mogą pojechać na ulicę Radiową, ale zaczęli już akcję i są zdekonspirowani. Co więcej, wyglądają jak Polacy i są uzbrojeni, a miasto jest pełne niemieckiego wojska i policji, bo jutro ma się zacząć wojna. Inne służby nic nie wiedzą o ich ściśle tajnej misji, więc po drodze mogą zostać zatrzymani i zastrzeleni… To jest ryzykowne – mówi kierownik Radiostacji Gliwickiej. – Przeszukują więc jeszcze raz salę nadajnika i znajdują mikrofon burzowy. To urządzenie, które służyło do ostrzegania mieszkańców, że nadchodzą wyładowania atmosferyczne, albo że są prowadzone prace na terenie radiostacji i będą przerwy w programie. Podpinają mikrofon burzowy do tego panelu – pokazuje.

    Esesmani zaczęli więc nadawać przygotowany komunikat po polsku i niemiecku. Były w nim słowa: „Halo, tu Gliwice, radiostacja i miasto znajdują się w polskich rękach” oraz wezwanie Polaków mieszkających na terenie Rzeszy do powstania przeciwko Hitlerowi. Napastnicy zadbali też o zrobienie hałasu: strzelali w sufit, śpiewali polski hymn i pieśni patriotyczne. – Jeden z mieszkających w sąsiednim budynku pracowników, który nazywał się Klose, usłyszał, że coś jest nie tak. Przyszedł sprawdzić, co się dzieje. Stanął w drzwiach i zobaczył mężczyzn z bronią. Oni też go zobaczyli i usiłowali zatrzymać, ale okazał się sprawny fizycznie. Uderzył jednego z przebranych esesmanów w podbródek i uciekł do swojego mieszkania, gdzie miał telefon. Zadzwonił po policję. Napastnicy wiedzieli już, że muszą kończyć tę akcję. Wychodząc, na podłodze w sali maszynowni natknęli się na ciało Franciszka Honioka – mówi historyk. Właśnie ten człowiek stanowił dla gestapowców kolejną „konserwę”. Był mieszkającym w Niemczech Polakiem; 18 lat wcześniej brał udział w III powstaniu śląskim. Niemcy zatrzymali go w karczmie U Jarzombka w jego rodzinnej, podgliwickiej wsi Łubie. Wstrzyknęli mu narkotyki, odurzonego przywieźli do budynku radiostacji i tam zastrzelili.

    Odpowiadamy ogniem

    – W tym czasie w Berlinie Hitler i jego ludzie siedzieli przy radiu, nasłuchując, ale nic nie usłyszeli. A to dlatego, że esesmani nadali ten komunikat przez mikrofon burzowy, a jest to sprzęt, który ma zasięg… wyłącznie lokalny. To, co mówili, było słyszalne tylko w okolicach Gliwic – opowiada Zbigniew Gołasz. – Stało się jasne, że fake news się nie udał. Podjęto więc decyzję, że o 22.30 nada go Radio Berlin. Następnego dnia fake newsa o Polakach, którzy zaatakowali Rzeszę, opublikowały wszystkie niemieckie gazety – dodaje.

    O poranku 1 września pismo NSDAP „Völkischer Beobachter” donosiło: „Została zaatakowana Byczyna w pobliżu Kluczborka. Inny atak – na Stodoły – jeszcze trwa”. Także Adolf Hitler w przemówieniu w Reichstagu nawiązał do prowokacji w Gliwicach, Stodołach i Byczynie, choć z ostrożności nie wymienił nazw tych miejscowości. Powiedział, że z winy Polski doszło do czternastu incydentów granicznych, w tym trzech „bardzo poważnych”. Podkreślił, że Niemcy nie dadzą się poniżać, a na siłę odpowiedzą siłą. Zaznaczył, że Polacy „dzisiaj po raz pierwszy ostrzeliwują nasze terytorium także przy użyciu regularnych wojsk. (…) Od godz. 4.45 odpowiadamy ogniem”.

    Zbigniew Gołasz zwraca uwagę, że Hitler liczył na przekonanie Francji i Anglii o tym, że to Polacy napadli na Niemców. Wtedy te dwa państwa nie musiałyby wypełniać swoich zobowiązań sojuszniczych wobec Polski. Führer wiedział, że są nieprzygotowane do wojny i miał nadzieję, że skorzystają z pretekstu, który im podsuwał… Mimo to władze Francji i Anglii 3 września 1939 r. wypowiedziały Niemcom wojnę.

    Przywódca III Rzeszy osiągnął jednak coś ważnego przez przygotowanie tych trzech prowokacji: przekonał własny naród, że wojna z Polską jest słuszna.

    Radiostację Gliwicką można zwiedzać od piątku do niedzieli w godzinach 11.00–16.00. Można w niej zobaczyć oryginalne urządzenia, w tym panel, do którego esesmani w czasie prowokacji wpięli mikrofon burzowy. Za budynkiem stoi smukła wieża radiostacji, wysoka na 112 metrów i przypominająca paryską wieżę Eiffla. Przez ponad 80 lat była to najwyższa na świecie konstrukcja wykonana z drewna; dopiero w zeszłym roku wyższa została wzniesiona w Japonii.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Spowiednik ludobójcy. O księdzu, który udzielił rozgrzeszenia nawróconemu zbrodniarzowi z Auschwitz

    Wykładowca teologii i organizator tajnych kompletów z jednej strony. Komendant niemieckiego obozu koncentracyjnego, jeden z najbardziej zaufanych ludzi Hitlera – z drugiej. O. Władysław Lohn SJ i Rudolf Höss. Spowiednik i… penitent.

    ***

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny/Persona77

    ***

    Ich drogi przecinały się dwukrotnie. W 1940 roku Rudolf Höss darował życie o. Władysławowi Lohnowi SJ. Siedem lat później o. Lohn wysłuchał spowiedzi komendanta niemieckiego obozu koncentracyjnego.

    Władysław

    O jego życiu wiadomo niewiele – przeważają suche, biograficzne fakty. Przyszedł na świat 5 kwietnia 1889 roku w Gorzkowie. Już jako 15-latek wstąpił do zakonu jezuitów w Starej Wsi, następnie kształcił się w Chyrowie, Nowym Sączu i Dziedzicach, gdzie 17 czerwca 1917 roku przyjął święcenia kapłańskie. Kilka lat później rozpoczął karierę naukową – w Rzymie odbył studia doktorskie z teologii dogmatycznej i fundamentalnej, a we Francji kształcił się w zakresie prawa kanonicznego. Po powrocie do Polski zajął się nauczaniem teologii. Został pierwszym wychowawcą w nowo utworzonym Śląskim Seminarium Duchownym, które mieściło się w Krakowie, a później pierwszym rektorem stworzonego w Lublinie Collegium Bobolanum. Jego dokonania były na tyle znaczące, że w 1928 roku otrzymał nominację na wykładowcę teologii dogmatycznej na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Kiedy wrócił do Polski, został mianowany przełożonym Prowincji Małopolskiej Towarzystwa Jezusowego.

    Wybuch II wojny światowej zastał go w Starej Wsi. Już w grudniu 1939 roku o. Władysław zajął się organizowaniem akcji pomocy materialnej dla okolicznych mieszkańców. Nie zapomniał jednak o swoich naukowych zainteresowaniach – najpierw zainicjował szeroki krąg tajnego nauczania w zakresie szkoły średniej, a kiedy Niemcy zamknęli polskie uczelnie i uwięzili profesorów, zorganizował w Nowym Sączu i Starej Wsi wykłady z zakresu filozofii i teologii. 

    Komendant  obozu Auschwitz  Rudolf Höss  i jezuita  Władysław Lohn,  który przed śmiercią udzielił mu  rozgrzeszenia  – montaż.

    Komendant obozu Auschwitz Rudolf Höss i jezuita Władysław Lohn, który przed śmiercią udzielił mu rozgrzeszenia – montaż.
    NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE / WIKIPEDIA

    ***

    Rudolf

    Urodził się 25 listopada 1901 w niemieckim Baden-Baden. Wychowany w głęboko katolickiej rodzinie Rudolf Höss przez całe dzieciństwo gorliwie służył jako ministrant. Jego ojciec miał już dla niego sprecyzowany plan: pójdzie do seminarium i zostanie księdzem. Dziecięca wiara Rudolfa zachwiała się, kiedy miał 13 lat – do jego rodziców dotarła wiadomość o wypadku, który spowodował w szkole. Chłopak uznał, że zdradził go jego spowiednik, zaprzyjaźniony z rodziną Hössów. I choć po latach przyznał, że o złamaniu tajemnicy spowiedzi nie mogło być mowy, to jednak tamto zdarzenie spowodowało, że Rudolf zaczął stopniowo odsuwać się od wiary, żeby wreszcie w wieku 21 lat oficjalnie wystąpić z Kościoła katolickiego. W tym czasie był już żołnierzem i całym sercem, fanatycznie uwierzył w ideę narodowego socjalizmu i w Adolfa Hitlera, „którego rozkazy i wypowiedzi były dla mnie ewangelią” – jak zapisał w swojej autobiografii.

    Kiedy Höss został komendantem powstającego obozu Auschwitz, całym sobą zaangażował się w powierzone mu zadanie. „Od początku byłem całkowicie pochłonięty – wprost opętany – moim zadaniem i otrzymanym poleceniem. Wyłaniające się trudności podniecały jeszcze mój zapał. Nie chciałem kapitulować, nie pozwalała mi na to moja ambicja. Widziałem wciąż tylko swoją pracę” – notował już po wojnie, kiedy uwięziony czekał na proces i wyrok. Jego zapiski to opisy przerażającego, bezwzględnego okrucieństwa, którego dokonywał, będąc absolutnie przekonanym o słuszności swoich działań. Głód, nieludzkie warunki życia, praca ponad siły, tortury, którym byli poddawani więźniowie, wreszcie masowe egzekucje – w ostatnich miesiącach funkcjonowania obozu każdego dnia mordowanych było w nim nawet kilka tysięcy nowo przybyłych więźniów… Całą tą machiną zagłady kierował jeden człowiek.

    Pierwsze spotkanie

    Była druga połowa 1940 roku. Od kilku miesięcy w Oświęcimiu, z początkiem wojny przemianowanym na Auschwitz, funkcjonował obóz koncentracyjny. Jeszcze nie dymiły krematoryjne piece, jeszcze nie używano cyklonu B do masowej eksterminacji ludzi, ale już wówczas Auschwitz było czymś więcej niż zwykłe więzienie. „Przybyliście do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia jak przez komin. Jeśli się to komuś nie podoba, to może iść zaraz na druty. Jeśli są w transporcie Żydzi, to mają prawo żyć nie dłużej niż dwa tygodnie, księża miesiąc, reszta trzy miesiące” – tak SS Obersturmführer Karl Fritzsch, zastępca Rudolfa Hössa, powitał pierwszy transport polskich więźniów politycznych, przywiezionych do obozu 14 czerwca 1940 roku.

    Kilka miesięcy później do obozu trafili pierwsi jezuici. Z pomocą duchową i materialną pospieszył do nich ich prowincjał – o. Władysław Lohn. Nie wiedział, czego się może spodziewać. Oczywiście o legalnym widzeniu z więźniami nie mogło być mowy, zakonnik znalazł jednak przerwę w drucie kolczastym otaczającym obóz i przekradł się na jego teren w poszukiwaniu współbraci. Niestety jego misja została brutalnie przerwana. Kapłana szybko dostrzegli obozowi strażnicy, zatrzymali i powiedli przed oblicze samego komendanta. Tu ta historia powinna się zakończyć, za tak zuchwały czyn mogła grozić tylko jedna kara: rozstrzelanie. A jednak komendant obozu nieoczekiwanie zaczął rozmawiać z kapłanem. Nie wiadomo, czy zaimponowała mu perfekcyjna znajomość języka niemieckiego, czy odwaga zakonnika, czy niemiecko brzmiące nazwisko. Dość, że Höss podjął zupełnie nieoczekiwaną decyzję: kazał puścić o. Lohna wolno.

    Przemiana

    Po wojnie Rudolf Höss uciekł i ukrywał się pod przybranym nazwiskiem, jako Franz Lang. 11 marca 1946 roku został ujęty i przekazany polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Proces zbrodniarza rozpoczął się dokładnie rok później, 11 marca 1947 roku, i trwał niecały miesiąc, do 2 kwietnia. Obserwatorzy byli zadziwieni jego postawą – zeznania składał spokojnie, bez cienia emocji. Nie próbował się bronić, przyznał, że jest odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi. Po usłyszeniu wyroku skazującego na śmierć podziękował obrońcom i stwierdził, że nie będzie składał apelacji. Na wykonanie wyroku miał czekać w wadowickim więzieniu.

    Dwa dni po wyroku były komendant poprosił o spotkanie z katolickim kapłanem. Ponieważ na prośbę nie zareagowano, powtórzył ją na piśmie. Co mogło stać za zaskakującą prośbą komendanta? Badacze jego życiorysu uważają, że dużą rolę w jego przemianie mogli odegrać polscy strażnicy więzienni. Kilkoro z nich w czasie wojny było więźniami niemieckich obozów koncentracyjnych, dlatego były komendant mógł spodziewać się z ich strony najgorszego traktowania. Höss mógł obawiać się, że w więzieniu padnie ofiarą tortur, zemsty, prowadzonej przy niemej zgodzie polskich władz. Stało się jednak inaczej. Otwierając proces, sędzia Alfred Eimer zaapelował do składu sędziowskiego: „Pomni wielkiej odpowiedzialności naszej wobec zmarłych i żywych, nie traćmy z oczu tego, o co się toczył bój miłujących wolność narodów. Poszanowanie godności człowieka stanowiło ten wielki cel, niechże będzie ono również udziałem oskarżonego, bowiem przed sądem staje przede wszystkim człowiek”.

    Również w więzieniu Höss traktowany był przez strażników w sposób, który dogłębnie go zadziwił. Dał temu wyraz w liście do żony: „Czym jest człowieczeństwo, dowiedziałem się dopiero tutaj, w polskich więzieniach. Mnie, który jako komendant Oświęcimia wyrządziłem polskiemu narodowi tyle szkód i bólu (…), okazywano ludzkie zrozumienie, co mnie bardzo często głęboko zawstydzało. Nie tylko ze strony wyższych funkcjonariuszy, ale również ze strony najprostszych strażników. Wielu z nich to byli więźniowie Oświęcimia i innych obozów. Właśnie teraz, w ostatnich dniach życia, doznaję ludzkiego traktowania, jakiego się nigdy nie spodziewałem. Mimo wszystkiego, co się stało, widzi się jeszcze we mnie zawsze człowieka” – pisał.

    Drugie spotkanie

    Ojciec Władysław Lohn przybył do wadowickiego więzienia 10 kwietnia 1947 roku. Rozpoczęło się kilkugodzinne spotkanie, zakończone złożeniem przez byłego komendanta pisemnego wyznania wiary. Po nim jezuita udzielił zbrodniarzowi rozgrzeszenia. „Wypowiedział nad nim słowa: Dominus noster Iesus Christus te absolvat et ego auctoritate ipsius e absolve ab omni viculo excommunicationis et interdicti in quantum possum, et tu indiges. Deínde ego te absólvo a peccátis tuis, in nómine Patris, et Fílii, et Spíritus Sancti. Amen (Pan nasz Jezus Chrystus niechaj cię rozgrzeszy, a ja Jego mocą uwalniam cię z wszelkich więzów ekskomuniki i interdyktu według rozciągłości mej władzy i twojej potrzeby. Następnie ja ci odpuszczam twoje grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen)”. Tym samym przywrócił go do pełnej jedności z Bogiem i Kościołem.

    Następnego dnia o. Lohn ponownie przybył do wadowickiego więzienia. Tym razem miał ze sobą przyniesiony z parafialnego kościoła Wiatyk. Wiadomo było, że wykonanie wyroku nastąpić może lada dzień. Kościelny Karol Leń, który był obecny przy udzielaniu Komunii, zrelacjonował, że Höss uklęknął na środku celi, a po przyjęciu Chrystusa wybuchnął płaczem.

    Tego samego dnia napisał listy pożegnalne. Do żony skierował następujące słowa: „Moje chybione życie nakłada na Ciebie, Najukochańsza, święty obowiązek wychowania naszych dzieci w duchu prawdziwego, płynącego z serca człowieczeństwa”. Dzień później jeszcze raz sięgnął po pióro i napisał oświadczenie, które wręczył prokuratorowi, prosząc o jego podanie do publicznej wiadomości. W krótkim tekście po raz pierwszy przyznał, że za swoje czyny ponosi odpowiedzialność nie tylko w wymiarze prawnym, ale także moralnym:

    „Sumienie zmusza mnie do złożenia jeszcze następującego oświadczenia: W osamotnieniu więziennym doszedłem do gorzkiego zrozumienia, jak ciężkie popełniłem na ludzkości zbrodnie. Jako komendant obozu zagłady w Oświęcimiu urzeczywistniałem część straszliwych planów Trzeciej Rzeszy – ludobójstwa. W ten sposób wyrządziłem ludzkości i człowieczeństwu najcięższe szkody. Szczególnie Narodowi polskiemu zgotowałem niewysłowione cierpienia. Za odpowiedzialność moją płacę życiem. Oby mi Bóg wybaczył kiedyś moje czyny. Naród polski proszę o przebaczenie. Dopiero w polskich więzieniach poznałem, co to jest człowieczeństwo. Mimo wszystko, co się stało, traktowano mnie po ludzku, czego nigdy bym się nie spodziewał i co mnie najgłębiej zawstydzało. Oby obecne ujawnienia i stwierdzenia tych potwornych zbrodni przeciwko człowieczeństwu i ludzkości doprowadziły do zapobieżenia na całą przyszłość powstawaniu założeń, mogących stać się podłożem tego rodzaju okropności.

    Rudolf Franz Ferdinand Hoess, Wadowice, 12 IV l947 r.”.

    Ostatnie chwile

    W przeddzień egzekucji Höss raz jeszcze wyspowiadał się u o. Lohna. 16 kwietnia wszedł na szubienicę, specjalnie wybudowaną w tym celu na terenie byłego już obozu, którym przez lata kierował, tuż obok pierwszego krematorium. Po pierwszej, nieudanej próbie wykonania wyroku skazaniec sam założył i zacisnął pętlę na swojej szyi. Obok niego stał ks. Tomasz Zaremba, salezjanin z Oświęcimia, odmawiając modlitwy za konających. Były komendant największego nazistowskiego, niemieckiego obozu koncentracyjnego i zagłady, odpowiedzialny za śmierć setek tysięcy ludzi, umarł pojednany z Bogiem.

    Francis Clooney SJ z Uniwersytetu Harvarda, współautor wydanej w USA w styczniu tego roku książki „Auschwitz i rozgrzeszenie: Przypadek komendanta i spowiednika”, przypomina, że rozgrzeszenie udzielone Hössowi nie oznacza, że jego dusza po śmierci trafiła prosto do nieba. Przywołuje nauczanie papieża Benedykta o czyśćcu, który papież definiuje jako rodzaj nieskończenie intensywnego momentu oczyszczenia poza czasem i przestrzenią. Akt rozgrzeszenia, udzielony przez polskiego jezuitę niemieckiemu zbrodniarzowi, nie zwalnia go z odpowiedzialności za zło, którego dokonał, ale otwiera na możliwość wejścia w proces oczyszczenia, w którym grzechy są wypalane poprzez skonfrontowanie z Bogiem twarzą w twarz. „Pod Jego spojrzeniem – pisze Benedykt XVI – topnieje wszelki fałsz. Spotkanie z Nim przepala nas, przekształca i uwalnia, abyśmy odzyskali własną tożsamość. (…) Jednak w bólu tego spotkania, w którym to, co nieczyste i chore w naszym istnieniu, jasno jawi się przed nami, jest zbawienie. Jego wejrzenie, dotknięcie Jego Serca uzdrawia nas przez bolesną niewątpliwie przemianę, niczym »przejście przez ogień«. Jest to jednak błogosławione cierpienie, w którym święta moc Jego miłości przenika nas jak ogień, abyśmy w końcu całkowicie należeli do siebie, a przez to całkowicie do Boga”.

    Ojciec Lohn o sakramencie, którego udzielił Hössowi, wspomniał krótko swoim współbraciom kilka dni po powrocie z wadowickiego więzienia. Później opowiedział o tym tylko w 1958 roku, podczas homilii wygłoszonej na prymicjach jezuity Władysława Kubika. Potwierdził przebieg wydarzeń z 10 i 11 kwietnia 1947 roku i wspomniał o ich pierwszym spotkaniu na terenie obozu w roku 1940. Trudno się dziwić – w trudnych latach, kiedy Polska powoli podnosiła się z wojennych zgliszczy, jezuici wiedzieli, jaka może być reakcja społeczeństwa na wiadomość, że polski ksiądz udzielił przebaczenia samemu komendantowi Auschwitz. A dla zaciekle antykatolickiego reżimu komunistycznego taka wiadomość byłaby niesłychanym propagandowym sukcesem.

    Po zakończeniu wojny o. Lohn dalej pełnił funkcję prowincjała. Jego zadaniem było między innymi ewakuowanie polskich jezuitów z Kresów i przejęcie poniemieckich klasztorów jezuickich na Śląsku i trzech kościołów we Wrocławiu. W 1947 roku złożył urząd i rozpoczął pracę w Wydawnictwie Apostolstwa Modlitwy. Publikował teksty popularyzujące wiedzę teologiczną, komentarze do Ewangelii i szkice kazań. Dokonał także kolejnego przekładu na język polski dzieła Tomasza à Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”. Zmarł 3 grudnia 1961 roku.

    Agnieszka Huf/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – sierpień 2024

    ______________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PARTICK, 46 HY

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W NIEDZIELĘ – 25 SIERPNIA

    KAPŁANI ZAPRASZAJĄ NA DOROCZNĄ POLSKĄ PIELGRZYMKĘ DO SZKOCKIEGO SANKTUARIUM W CARFIN,

    ABY WSPÓLNIE MODLIĆ SIĘ

    Z BOŻĄ MATKĄ, KTÓRA

    JASNEJ BRONI CZĘSTOCHOWY I W OSTREJ ŚWIECI BRAMIE

    _________________________________________________

    TEGO DNIA NIE BĘDZIE MSZY ŚW. W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 14.00


    fot. Michał Jarka / Radio BOBOLA/Sancta Familia Media / Carfin Grotto

    ***

    Pielgrzymowanie Polaków do Carfin ma swój początek w czasach II wojny światowej. To tutaj przybywali, jeszcze w wojskowych mundurach razem ze swoim Biskupem polowym Józefem Gawliną i z polskimi kapłanami. I to pielgrzymowanie wciąż trwa. Na te pielgrzymki przybywał Ksiądz Kardynał Władysław Rubin, który w roku 1983 poświęcił polską kapliczkę zaprojektowaną i wykonaną przez artystę rzeźbiarza Tadeusza Zielińskiego, twórcę sławnej rzeźby Matki Bożej Kozielskiej. Również wiele razy przyjeżdżał na doroczną pielgrzymkę Ksiądz Arcybiskup Szczepan Wesoły. Obok kapliczki Szkoci umieścili pomnik św. Jana Pawła II, aby upamiętnić rok 1982, w którym nawiedził był Szkocję nasz wielki Rodak.

    ***

    IMG_20190511_140037.jpg

    ***

    Across from the Glass Chapel is the Polish Shrine built in 1983. The shrine has an image of Our Lady of Częstochowa – The Black Madonna and a statue of Pope St John Paul II which was blessed by Archbishop Szczepan Wesoły in 2001.

    ***

    PROGRAM PIELGRZYMKI:

    GODZ. 14.00 – ROZPOCZĘCIE MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ PRZY POLSKIEJ KAPLICZCE

    PO PROCESJI – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM ZAKOŃCZONA KORONKĄ DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA O GODZ. 15.00

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 16.00 – UROCZYSTA MSZA ŚW. KONCELEBROWANA

    ___________________________________________________________________


    TEGO DNIA JEST RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ PIELGRZYMKI PIESZEJ Z GLASGOW DO CARFIN

    Początek pielgrzymki: 

    niedziela 25 sierpnia 2024 godz. 8.00 – na parkingu Morrisons Cambuslang

    o godz. 8.15 pielgrzymka wyrusza z modlitwą na kładce dla pieszych nad rzeką Clyde

    Po drodze jest wspólny Różaniec

    Zakończenie pielgrzymki – w sanktuarium w Carfin Mszą św. o godz. 16.00

    ***

    Całość trasy z Glasgow (Cambuslang) do Carfin ma około 25 km

    Przejście całej trasy trwa około 7 godzin marszu razem z krótkimi postojami.

    Pielgrzymi szlak z Glasgow zaczyna się na pograniczu Glasgow i Cambuslang i biegnie zielonymi dróżkami, które w wielu miejscach są bardzo wąskimi ścieżkami w dolinie rzeki Clyde i South Calder Water.

    ***

    Dogodne miejsca gdzie można dołączyć po drodze:


    – stacja kolejowa NEWTON (Lanark) G72 7TD – około godz. 9.00 (z Newton  do Carfin  21 km)

    – okolice muzeum w BLANTYRE G72 9BY – około godz. 11.00 (z Blantyre  do Carfin 16 km)

    – przy parku rozrywki M&D’s  ML1 3RT – około godz.13.00 (z  M&D’s  do Carfin 10 km)

    _____________________________

    image.png

    ***

    JEST TO NIEOFICJALNA PIESZA PIELGRZYMKA, 

    DLATEGO KAŻDY UCZESTNIK IDZIE NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

    MŁODZIEŻ NIEPEŁNOLETNIA MUSI BYĆ POD OPIEKĄ OSOBY DOROSŁEJ.

    ZAINTERESOWANYCH PROSIMY O KONTAKT:

     link do dołączenia do grupy na whatsappie:

    https://chat.whatsapp.com/CqZ9opqtqvGKDkmQIz2Cvj

    image.png

    ***

    Vimeohttps://vimeo.com › user210406803

    mapka: – https://www.google.com/maps/d/viewer?…

    website: https://sites.google.com/view/piesza-…

    Piesza Pielgrzymka do Carfin (pieszapielgrzymkadocarfin)

    ________________________________________________________________________________________

    Najlepsza modlitwa do anioła stróża

    +++

    PAMIĘTAJMY W NASZYCH MODLITWACH O KAPŁANACH, KTÓRZY DUSZPASTERZOWALI POPRZEDNIM POKOLENIOM POLAKÓW NA SZKOCKIEJ ZIEMI I PRZESZLI JUŻ PRZEZ PRÓG ŚMIERCI DO ŻYCIA WIECZNEGO:

    +KSIĄDZ INFUŁAT LUDWIK BOMBAS (1892 – 1970) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – EDYNBURG
    +KS. KANONIK JAN GRUSZKA (1909 – 1974) – GLASGOW
    +KSIĄDZ PRAŁAT WINCENTY NAGI-DROBINA (1913 – 1988) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – FALKIRK
    +O. PIUS LEWANDOWSKI OFM (1907 – 1997) – KIRKCALDY, DUNDEE, ABERDEEN
    +KSIĄDZ KANONIK BOLESŁAW SZUBERLAK (1912 – 2000) – EDYNBURG
    +KSIĄDZ ANTONI DĘBKOWSKI SAC (1943 – 2004) – FALKIRK
    +KSIĄDZ BOGDAN PAŁKA SDS (1963 – 2024) – Perth

    +++++++

    +++

    RÓWNIEŻ W NASZYCH MODLITWACH POLECAJMY BOŻEMU MIŁOSIERDZIU WSZYSTKICH RODAKÓW, KTÓRZY POZOSTAWILI NAM MOCNO WYDEPTANE ŚLADY PIELGRZYMKOWYCH DRÓŻEK.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W niedzielę 25 sierpnia ulicami Warszawy przejdzie procesja różańcowa

    Procesja różańcowa wyruszy w niedzielę o godz. 14 sprzed Sanktuarium św. Andrzeja Boboli i przejdzie ulicami Warszawy do grobu bł. ks. Jerzego Popiełuszki na Żoliborzu. Uczestnicy będą modlić się o Boże błogosławieństwo dla Polski.

    ***

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    “Trwając w ramach Nowenny przed Jubileuszem Dwutysiąclecia Dzieła Odkupienia, w dniu 25 sierpnia A.D. 2024, w wigilię uroczystości Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej oraz w wigilię rocznicy złożenia Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego, zapraszamy do wspólnej modlitwy na polskich ulicach lub przed Najświętszym Sakramentem” – napisali organizatorzy na stronie internetowej Zjednoczeni 2022.

    Organizatorzy zachęcają także do włączenia się w 54-dniową nowennę pompejańską w intencji Polski. Nowenna rozpoczęła się 15 sierpnia w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, a zakończy się 07 październik w Święto Matki Bożej Różańcowej. Uczestnicy każdego dnia odmawiają wszystkie części różańca świętego.

    Inicjatywa Zjednoczeni 2022 rozpoczęła się od spotkania, które miało miejsce 15 stycznia 2022 r. w bazylice Świętego Krzyża w Warszawie. Celem Inicjatywy Zjednoczeni 2022 jest organizowanie wydarzeń wspierających ochronę życia, małżeństwa i rodziny w Polsce oraz zachowanie wierności Bogu i Ewangelii.

    Do tej pory członkowie inicjatywy zorganizowali m.in. procesję różańcową z relikwiami bł. rodziny Ulmów, która przeszła ulicami Warszawy 12 maja 2024 r.

    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 sierpnia- Uroczystość Matki Boskiej Częstochowskiej

    NMP Częstochowska

    ***

    Na częstochowskim obrazie Matka Boża przedstawiona jest jako Hodegetria – z Dzieciątkiem na lewej ręce, prawą ma ułożoną na piersiach w taki sposób, jakby wskazywała na Syna.

    Był rok 1382 lub 1384. Książę Władysław Opolczyk podróżował do Opola, wioząc na załadowanym po brzegi wozie znaleziony na zamku księcia ruskiego Lwa Daniłowicza w Bełzie obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem. W pobliżu Częstochowy konie nagle zatrzymały się i nie chciały ruszyć z miejsca. A książę we śnie otrzymał polecenie, by przewożony obraz umieścić w pobliskim klasztorze. Od tej pory Jasna Góra staje się miejscem wyjątkowego kultu Matki Bożej, a Jej wizerunek, nazywany jasnogórskim, otaczany jest szczególną czcią przez wiele pokoleń Polaków. W roku 1931, na skutek starań generała paulinów Piotra Markiewicza, watykańska Kongregacja Obrzędów ustanowiła święto Matki Boskiej Częstochowskiej, które jest obchodzone 26 sierpnia.

    Nie ustalono, gdzie i kiedy powstał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, mimo że całe pokolenia badaczy trudzą się nad wyjaśnieniem tych kwestii. Według jednej z legend, obraz miał wykonać św. Łukasz Ewangelista na desce pochodzącej ze stołu stojącego w nazaretańskim domu Świętej Rodziny. Św. Helena przywiozła go z Jerozolimy do Konstantynopola i podarowała swemu synowi Konstantynowi Wielkiemu. Potem należał on do cesarza Karola Wielkiego, a wreszcie trafił do rąk księcia ruskiego Lwa Daniłowicza, który ukrył obraz w zamku w Bełzie, skąd zabrał go Władysław Opolczyka

    Obraz jasnogórski podobny jest do ikon, na których Matka Boska przedstawiana jest z Dzieciątkiem na lewym ramieniu jako Hodegetria, czyli Przewodniczka, Wskazująca Drogę. W ikonografii terminem tym określa się konkretny sposób przedstawiania Maryi z Dzieciątkiem, który obrazuje dogmat o wcieleniu Syna Bożego dla zbawienia człowieka (w odróżnieniu od ikon przedstawiających macierzyńskie uczucia Maryi wobec Syna, bardziej eksponujących człowieczeństwo Chrystusa, określanych mianem Eleusa, Galaktotrofusa lub Kykkotissa).

    Na częstochowskim obrazie Matka Boża przedstawiona jest więc jako Hodegetria – z Dzieciątkiem na lewej ręce, prawą ma ułożoną na piersiach w taki sposób, jakby wskazywała na Syna. Ona nie skupia uwagi na sobie ani nie tuli zaborczo Dziecka, ale wskazuje na Syna jako na Emmanuela, przez którego człowiek wraca do Boga, dostępuje zbawienia. Maryja przyniosła światu Zbawcę, nie zatrzymuje Jezusa dla siebie, ale oddaje Go człowiekowi. Ułożenie prawej dłoni Madonny wyraża prawdę o tym, że jest Ona przewodniczką w wierze, że prowadzi do Syna. Na twarzy widoczny jest smutek, a jednocześnie jakaś łagodność i spokój, co podkreśla godność Boskiego macierzyństwa Maryi.

    Sposób przedstawienia Dzieciątka charakterystyczny dla tego typu ikon – z główką lekko uniesioną w stronę Matki, ale nie przytuloną do Niej, wzrokiem skierowanym na wprost, w lewej ręce trzymającego zwój lub księgę Ewangelii, a prawą uniesioną w geście błogosławieństwa – wyraża prawdę, że Chrystus, chociaż wcielony, a więc wyobrażalny, jest zarazem Bogiem. Jego Boski majestat symbolizuje gest błogosławieństwa i pełen godności wyraz twarzy, a także księga w lewej dłoni – symbol Słowa (Logosu), które stało się Ciałem, jak czytamy w Ewangelii wg św. Jana (zob. J1,1). Wyniosła postawa przypomina o wyjątkowej misji, jaką ma do spełnienia na ziemi Syn Boży – zbawienia świata. Sposób ukazywania postaci Madonny i Dzieciątka podkreśla prawdę, że macierzyństwo Maryi jest wyjątkowe, że jest Ona przede wszystkim Matką Boga.

    W 1430 roku na jasnogórski klasztor napadła banda zbójców. Zrabowali naczynia liturgiczne i klasztorne skarby. Wdarli się do kaplicy z Cudownym Obrazem, który po odarciu z kosztowności sprofanowali. Twarz Madonny została pocięta mieczem, a w końcu ikona rozbita. Obraz został poddany renowacji, jednak, aby zachować pamięć o tym smutnym wydarzeniu, pozostawiono blizny na twarzy Matki Bożej.
    Są obrazy o tematyce religijnej, które nawet podobają się oglądającym je, są uznawane za arcydzieła, dostrzega się w nich talent artysty, ale nie wpływają na ich wiarę czy pobożność. A są obrazy cudowne, słynące łaskami, których twórcom udało się uchwycić i wyrazić Tajemnice, które zbliżają do Boga, przemieniają serce człowieka. Takim obrazem jest wizerunek Czarnej Madonny z Jasnej Góry.

    (tekst ze strony parafii pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Nieustającej Pomocy we Wrocławiu)

    ***

    17-25 sierpnia 2024

    Nowenna do Matki Bożej Częstochowskiej – rozważania

    Nowenna przed Uroczystością Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej trwa od 17 do 25 sierpnia przez dziewięć kolejnych dni, podczas których odmawiamy przypisane na każdy dzień poniższe modlitwy.

    – Módlmy się za Kościół w Polsce, aby nie odchodził od Boga, by życie nienarodzonych było chronione i aby lekcje religii nie zniknęły ze szkół – apeluje ks. Marek Studenski. Wikariusz generalny diecezji bielsko-żywieckiej poprowadzi w tym roku duchowe przygotowanie do obchodzonej 26 sierpnia uroczystości Matki Bożej Częstochowskiej.

    Ks. Studenski zaprosza wszystkich do „Szkoły Jasnogórskiej Matki i Królowej”. – Nie ma świętego czy błogosławionego, który nie byłby w szkole Matki Bożej, każdy z nich zawdzięcza Jej bardzo wiele. Przychodzimy na Jasną Górę i najczęściej prosimy, bo mamy doświadczenie tego, że Ona wysłuchuje i pomaga, ale chciałbym, żebyśmy podczas tej nowenny spojrzeli na Maryję i posłuchali, co Ona ma nam do powiedzenia – zachęca.

    ***

    DZIEŃ PIERWSZY (17.08.2024)

    WPROWADZENIE:

    Obraz Jasnogórski od samego początku słynął cudami, które nadawały rozgłos Jasnej Górze i ściągały pielgrzymów z całego kraju i z zagranicy. Z listu króla Władysława Jagiełły, pisanego w roku 1428 do papieża Marcina V, a mającego za cel poparcie prośby Paulinów o nadanie Jasnej Górze specjalnych odpustów, dowiadujemy się, iż klasztor utrzymuje się jedynie z jałmużny pątników i ludzi, których tu „mnóstwo” przybywa… We wspomnianym kościele Bogurodzicy Maryi na Jasnej Górze, blisko Częstochowy… mocą Bożą dzieją się często tajemnice wielkich cudów.

    Jan Długosz, opisując napad na Jasną Górę w roku 1430, podaje: „Z całej bowiem Polski i krain sąsiednich, mianowicie Śląska, Moraw, Prus i Węgier na uroczystość Maryi Świętej – której rzadki i nabożny obraz na drzewie wykonany, w tym miejscu się znajduje – zbiegał się lud dla zdumiewających cudów, jakie za przyczyną Najświętszej Panny i Orędowniczki naszej tu się dokonywały” (Liber Beneficiorum, Opera omnia, t. V. s. 369).

    W księdze cudów i łask z dawnych lat zanotowano 1336 nadzwyczajnych faktów, które uważa się za cudowne, zdziałanych przez przyczynę Obrazu Jasnogórskiego. Pierwsze notowane cuda są już w XIV wieku. Np. księga zawiera opis cudu przywrócenia wzroku malarzowi Jakubowi Wężykowi, w roku 1392 (por. A. Łaziński, Cuda i Łaski… Jasna Góra, 1938, s. 56-57).

    MODLITWA DZIĘKCZYNIENIA:

    • Za Twoje przybycie i obecność od sześciuset lat w cudownym Obrazie Jasnogórskim, – dziękujemy Ci, Matko Jasnogórska!

    • Za liczne łaski i cuda płynące odtąd bez przerwy przez Twoje ręce, – dziękujemy Ci, Matko Jasnogórska!

    • Za Twoje przedziwne kierowanie dziejami Narodu, – dziękujemy Ci, Matko Jasnogórska!

    • Za wierną opiekę, którą w Twoim Wizerunku otaczasz rzesze emigrantów, synów i córek Narodu polskiego na wszystkich kontynentach świata, – dziękujemy Ci, Matko Jasnogórska!

    MODLITWA CZCI I MIŁOŚCI:

    • Pani z Jasnej Góry, chwalebna Córko Boga Ojca Niebieskiego, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Przedziwna Matko Syna Bożego, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Przeczysta Oblubienico Ducha Świętego – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Łaskawa Wspomożycielko naszego Narodu, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    MODLITWA PROŚBY:

    • Wielka Matko Boga, umiłowana w Jasnogórskim Wizerunku przez wszystkich synów i córki naszej Ojczyzny, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Matko z Dzieciątkiem na ręku, której obraz wisi w każdym polskim domu – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Matko Częstochowska, czczona w niezliczonych kapliczkach przydrożnych, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Umiłowana Matko Jasnogórska, której przedziwne oblicze jest dla nas światłem w smutkach i uciskach, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Matko Narodu naszego, której Wizerunek jest znakiem jedności i polskości dla emigracji polskiej na całym świecie, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    MODLITWA:

    Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś Narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych; spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem. Przez Chrystusa Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ***

    DZIEŃ DRUGI (18.08.2024)

    WPROWADZENIE:

    Dnia 26 lipca 1962 roku, Rzeszów. Kona kobieta – matka pięciorga dzieci. Umiera na skutek komplikacji przy porodzie ostatniego dziecka (skrzep). Dwóch lekarzy robi wszystko, by ratować matkę, lecz są bezsilni. Oznajmiają mężowi, iż nie są w stanie uratować żony. Zgon nastąpi wkrótce. Jasna Góra otrzymuje w tym dniu pilny telegram z Rzeszowa z prośbą o Mszę św. przed cudownym Obrazem w intencji umierającej. Nazajutrz, tj. 27 lipca 1962 roku, odprawiono w tej intencji Mszę Św. o godz. 7.30. Wieczorem drugi telegram z Rzeszowa: „Dzisiaj o godz. 7.30 (!) moja żona nagle ozdrowiała”. Lekarze uznali fakt za cudowny. Gdy mąż przyjechał na Jasną Górę podziękować Matce Bożej, poprosił na Salę Rycerską ówczesnego przeora jasnogórskiego O. Anzelma Radwańskiego, a dziękując mu za Mszę św. upadł na posadzkę i w obecności zwiedzających pielgrzymów ze łzami calowa! mu nogi.

    MODLITWA DZIĘKCZYNIENIA:

    • Maryjo ze zranionym obliczem, za to, że jesteś z nami w dniach ciężkich klęsk i cierpień Narodu, – dziękujemy Ci, Pani Jasnogórska!

    • Za uratowanie od zniszczenia Twego obrazu w sercach pokoleń idących przez polską ziemię, – dziękujemy Ci, Pani Jasnogórska!

    • Za budzenie w polskich sercach miłości ku Tobie, miłości niweczącej smutek i rozpacz, – dziękujemy Ci, Pani Jasnogórska!

    MODLITWA CZCI I MIŁOŚCI:

    • Matko Jasnogórska, w Twoim Obrazie pociętym mieczami – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie!

    • Maryjo, która odbierasz hołdy na Jasnej Górze tak od możnych jak i od ubogich, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie!

    • Matko, która jesteś Pośredniczką łask w licznych sanktuariach i świątyniach wzniesionych ku Twojej czci na całym świecie, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie!

    MODLITWA PROŚBY:

    Prosimy Cię, Jasnogórska Matko:

    • Kiedy źli ludzie nam zagrażają, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Kiedy ogarnia nas zwątpienie i pokusa niewiary, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Kiedy tracimy dobra materialne, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Kiedy jesteśmy smutni i opuszczeni po stracie bliskich nam osób, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Kiedy z lękiem patrzymy na liczne niebezpieczeństwa zagrażające młodzieży Polonii świata, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    MODLITWA:

    Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś Narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych; spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem. Przez Chrystusa Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ***

    DZIEŃ TRZECI (19.08.2024)

    WPROWADZENIE

    Dnia 9 marca 1962 roku pani. K. (personalia znane kronikarzowi), pracownica szpitala przy ul. św. Barbary w Częstochowie opisała następujące wydarzenie, którego była świadkiem: „Przed kilku laty spod Częstochowy przyjechało małżeństwo z ciężko chorym synkiem, liczącym 9 miesięcy. Zmarło im już 11 (jedenaścioro) dzieci, które nie żyły dłużej jak jeden rok. Również i ten synek, imieniem Marian, dostał konwulsji i był w stanie agonalnym. Przed pójściem do szpitala rodzice udali się najpierw na Jasną Górę, by prosić Matkę Bożą o ratunek. W szpitalu w Częstochowie przy ul. św. Barbary lekarz oświadczył, iż nic nie może pomóc: „Tu tylko Jasna Góra”. Ojciec dziecka powrócił na Jasną Górę, by się modlić. Kiedy przyszedł do szpitala, dziecko konało, lekarz powiedział, że to już koniec. Zrozpaczony ojciec rzuca się na ziemi i krzyczy przeraźliwym głosem: „O Boże, zabrałeś mi tyle, zostaw mi chociaż to jedno! Matko Najświętsza, tak Ci zaufałem, nie opuszczaj mnie!” Obecni przy tym płakali, a niektórzy uciekli. Po chwili jednak dały się zauważyć objawy polepszenia, a więc nadzieja na życie. Po zbadaniu lekarz stwierdził: „Tak jest, Jasna Góra – cud!” I Marian żyje.

    Najczęściej o doznanych cudach i łaskach za pośrednictwem Matki Bożej Jasnogórskiej dowiadujemy się z okazji składania wotów dziękczynnych. Np. w roku 1974 złożono 526 wotów, w tym 300 dziękczynnych, a w nich 15 ofiarodawców przekonanych jest o doznanym cudzie (uzdrowienie, uratowanie życia w wypadku); w 1975 złożono 805 wotów, w tym 485 dziękczynnych, wśród których 11 wotów za doznane cuda, wg przekonania ofiarodawców.

    MODLITWA DZIĘKCZYNIENIA:

    • Za ratunek w niebezpieczeństwach, – dziękujemy Ci, Maryjo!

    • Za obronę przed zagrożeniem wiary, – dziękujemy Ci, Maryjo!

    • Za Twoje natchnienia, które niosą nam łaskę i radość, – dziękujemy Ci, Maryjo!

    • Za Twoją nieustanną opiekę i miłość ku nam, – dziękujemy Ci, Maryjo!

    MODLITWA CZCI I MIŁOŚCI:

    • Pośredniczko wszelkich łask udzielanych nam przez Boga, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Potężna Rycerko Boga Żywego, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Zwycięska Królowo, tryumfująca nad wszystkimi wrogami Twego Syna, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Matko, która pomagasz nam przezwyciężać zło i wszelką słabość, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    MODLITWA PROŚBY:

    • Maryjo, która jesteś ucieczką i nadzieją wszystkich, którzy utracili wiarę w Boga, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Matko Miłosierdzia, która nie odmawiasz swej opieki nawet tym, co zwalczają Twego Syna i Kościół Chrystusowy, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Matko wiary świętej, która i dziś, w powodzi licznych niebezpieczeństw laicyzacji i materializmu w świecie, bronisz naszej przynależności do Chrystusa, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    MODLITWA:

    Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś Narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych; spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem. Przez Chrystusa Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ***

    DZIEŃ CZWARTY (20.08.202)

    WPROWADZENIE:

    „Jako wotum dla Matki Bożej składam srebrną nóżkę, za cudowne uratowanie od amputacji nogi mojej żony Eugenii, a tym samym za ocalenie życia, bo żona jest chora na cukrzycę. Nie zgodziłem się na amputację, chociaż była konieczna, bo noga w stanie rozkładu. Zabrałem żonę do domu, zacząłem się modlić do Matki Bożej, złożyłem ofiarę na Mszę św. i przyszła mi myśl by przeprowadzić moczenie chorej nogi trzy razy dziennie w bardzo gorącej wodzie. Gdy po trzech tygodniach lekarz (Ławiński) obejrzał nogę, zdumiał się i powiedział: »Dwadzieścia lat jestem lekarzem, to pierwszy przypadek w mym życiu, by noga w stanie rozkładu odzyskała wtórny obieg krwi. Za to, co się stało, niech pan podziękuje Matce Bożej«” (Wrocław, 11 listopada 1975 roku, Księga Wotów, nr 694).

    MODLITWA DZIĘKCZYNIENIA:

    • Służebnico Boga, która rodzisz na ziemi Syna Ojca Przedwiecznego, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Wspomożycielko Jezusa Chrystusa w dziele zbawienia świata, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Pomocnico Ducha Świętego w uświęcaniu pokoleń idących przez wieki, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Matko powołująca swe dzieci na wszystkich kontynentach świata do udziału w ewangelizowaniu ludzkości, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    MODLITWA PROŚBY:

    • Zwycięska Pani z Jasnej Góry, któraś zjednoczyła wszystkich Polaków w obronie Twojej chwały, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Jasnogórska Pani, która jesteś dla każdego z nas najczulszą Matką, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Królowo nasza umiłowana, która dla wszystkich dzieci Narodu polskiego nieustannie jesteś znakiem jedności i zwycięstwa, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    MODLITWA:

    Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś Narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych; spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem. Przez Chrystusa Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ***

    DZIEŃ PIĄTY (21.08.2024)

    WPROWADZENIE:

    Dnia 15 sierpnia 1950 roku Alejami NMP w Częstochowie, od dworca PKP w kierunku Jasnej Góry zdąża boso matka, trzymając na ręku dwuletnią córeczkę. Dziecko jest chore, wg orzeczenia lekarza (dr. Wilczka z kliniki krakowskiej) niebawem utraci całkowicie wzrok. Dziewczynka podczas nieobecności matki urządziła sobie „kąpiel” a będąc po szczepieniu ospy, przez zatarcie zaraziła sobie oczy. Grozi jej nieuchronna ślepota. Nie czekając na dalsze interwencje lekarzy, udaje się kobieta z dzieckiem do Częstochowy, wierząc usilnie w pomoc Matki Bożej Jasnogórskiej. Modląc się przed Cudownym Obrazem, około godz. 16 zauważyła nagle uspokojenie się dziecka – najwyraźniej dziecko przestało cierpieć i zaczęło się wesoło bawić. Za poradą ojca Paulina, pątniczka udała się z dzieckiem do lekarza do kliniki krakowskiej, gdzie zdziwiono się niezmiernie zaszłej sytuacji. Oczy były uratowane. Dzisiaj, gdy matka składa to zeznanie – 30 października 1962 roku, Marysia ma czternaście lat, czuje się zupełnie dobrze, widzi normalnie i chodzi do szkoły. Matka zaznacza, iż jest bezwzględnie przekonana o doznanym cudzie, zdziałanym za przyczyną Matki Bożej Jasnogórskiej w Jej Cudownym Obrazie (AJG Dział 8 – H, Cuda i Łaski – podziękowania).

    MODLITWA DZIĘKCZYNIENIA:

    • Za to, iż jesteś Królową naszego Narodu, – dziękujemy Ci, Matko Boga!

    • Za łaskę nieustannie trwającego Przymierza naszego Narodu z Tobą, Królowo Polski – dziękujemy Ci, Matko Boga!

    • Za pokonanie ataków godzących w jedność wiary katolickiej na polskiej ziemi, – dziękujemy Ci, Matko Boga!

    • Za to, że mocą swoją ratujesz wiarę Polonii świata, – dziękujemy Ci, Matko Boga!

    MODLITWA CZCI I MIŁOŚCI:

    • Wielka Boga-Człowieka Matko, za Twe łaskawe panowanie nad nami, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Dziewico Wspomożycielko, dana na pomoc ku obronie Narodu naszego, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Strażniczko sumienia chrześcijańskiego, która nieustannie „pomagasz nam do odnowy życia, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    MODLITWA PROŚBY:

    • Matko i Królowo nasza! We wszelkich niebezpieczeństwach, grożących naszej chrześcijańskiej Ojczyźnie, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • W nieustannej trosce o zachowanie katolickiego dziedzictwa polskiego, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • W zmaganiach o dochowanie wierności Bogu, Krzyżowi i Ewangelii w naszym życiu osobistym, rodzinnym i społeczności katolickiej, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • W niebezpieczeństwach ulegania nałogom, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    MODLITWA:

    Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś Narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych; spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem. Przez Chrystusa Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ***

    DZIEŃ SZÓSTY (22.08.2024)

    WPROWADZENIE:

    Szczecin, 10 maja 1961 roku. Stan bardzo ciężki, wg orzeczenia lekarzy skoncentrowało się w organizmie pacjentki aż pięć chorób (serca, wątroby, nerek oraz zapalenie stawów i zaburzenia spowodowane okresem klimakterium). Orzeczenie lekarskie skierowane do męża brzmi: „My w tej sytuacji jesteśmy bezsilni, trudno, trzeba pogodzić się z tym, że żona jest dogorywająca. Lek na jedną chorobę powiększa drugą i pogarsza stan do ostateczności wycieńczonego organizmu”. Mąż nie licząc już na umiejętności lekarzy, wysyła list na Jasną Górę z prośbą o Mszę Św., która została odprawiona 17 maja 1961 o godz. 9 (zapamiętajmy). Sam udaje się na Mszę św. do kościoła w swojej parafii, i przystępuje do Komunii św. W intencji żony modli się gorliwie do Matki Bożej Jasnogórskiej. W niedzielę, dnia 19 maja udaje się do szpitala pełen obaw o stan zdrowia żony. Spotyka go radosna niespodzianka: umierająca kilka dni temu kobieta, obecnie siedzi na parapecie okna i wyraźnie oczekuje kogoś z domu. Już z daleka zauważyła męża i przywołuje go do siebie. Okazuje się, iż właśnie w piątek 17 maja o godz. 9 (podczas Mszy św. na Jasnej Górze) poczuła się nagle lepiej, doznała ulgi w cierpieniu, zaczęła normalnie oddychać i spostrzegła, iż ustąpiła opuchlizna na nogach. Chciała nawet spróbować chodzić, lecz na jej wyznanie lekarz kategorycznie zabronił opuszczać łóżko, ale zezwolił spróbować wieczorem. Spróbowała i oczywiście mogła chodzić. Była zdrowa – o czym zaświadczają chore z sali, umieszczając na zeznaniu swoje podpisy (AJG Dział 8-H. Cuda i Łaski – podziękowania).

    MODLITWA DZIĘKCZYNIENIA:

    • Za to, że od wieków jesteś naszą niezawodną pomocą, – dziękujemy Ci, Matko Jasnogórska!

    • Za to, że umacniasz nas w walce ze ziem, – dziękujemy Ci, Matko Jasnogórska!

    • Za to, że na wszystkich kontynentach świata pomagasz dzieciom Narodu polskiego zachować wierność Kościołowi, – dziękujemy Ci, Matko Jasnogórska!

    • Za to, że jak dawniej tak i dziś wspierasz nas, abyśmy byli przedmurzem chrześcijaństwa, – dziękujemy Ci, Matko Jasnogórska!

    MODLITWA CZCI I MIŁOŚCI:

    • Pomocnico Chrystusa w dziele zbawienia, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Najlepsza Matko wszystkich ludzi, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Matko Kościoła wspierająca Ojca świętego, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    MODLITWA PROŚBY:

    • Matko Chrystusa, która powołujesz nas do współdziałania ze sobą w dziele odkupienia, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Matko rodziny ludzkiej, która uczysz nas pomagać sobie wzajemnie, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Matko Miłosierdzia, która pragniesz, abyśmy przebaczali wyrządzone nam krzywdy, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    MODLITWA:

    Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś Narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych; spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem. Przez Chrystusa Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ***

    DZIEŃ SIÓDMY (23.08.2024)

    WPROWADZENIE:

    Zapisy w „Księdze pamiątkowej” w Arsenale:

    „Przybywać tutaj, to znaczy stać się innym człowiekiem” (uczeń L.E., Olkusz, 6 lutego 1976 r.).

    „Jako młodzi ludzie wierzący, przybywamy na Jasną Górę z bagażem swych wątpliwości i win. Pełni ufności polecamy to Maryi i pozostawiamy w murach jasnogórskich. Wracamy pełni optymizmu Z pogłębioną wiarą, do obowiązków na uczelniach i zakładów pracy” (pielgrzymka studentów, maj 1978 r.).

    „Matko, pomóż mi uwierzyć w sens życia, znaleźć jego cel, być lepszą, umocnij moja wiarę, Matko Nieustającej Pomocy, dziękuję Ci za okazaną mi łaskę nawrócenia” (czerwiec 1978 r.).

    „Matko Boża Częstochowska, dziękujemy Ci, że mogłyśmy tu przybyć, być bliżej Ciebie. Dziękujemy, o Pani Jasnogórska, za tak pięknie przeżyte rekolekcje w duchu wiary i miłości. Matko, bardzo prosimy Cię o szczęśliwe zdanie matury Prosimy, pomóż w wybraniu właściwej drogi życia” (maturzystki, luty 1978 r.).

    „O Matko, dzisiaj zrozumiałam, jak mam żyć. To wszystko, co było do dzisiaj, było po prostu »niczym«, jedną pustką wokół mnie. Dziękuję, że pozwoliłaś mi to zrozumieć” (lipiec 1978 r.)

    „Matko! Pozwól mi uwierzyć w człowieka i sens życia” (czerwiec 1978 r.).

    MODLITWA DZIĘKCZYNIENIA:

    • Za Twoje macierzyńskie władanie nad nami, – dziękujemy Ci, Królowo Polski!

    • Za Twoją opiekę i pomoc w trudnych latach niewoli i zaborów, – dziękujemy Ci, Królowo Polski!

    • Za to, że zawsze jesteś Tą, która jednoczy Polaków, pomimo wszelkich podziałów, odległości i granic, – dziękujemy Ci, Królowo Polski!

    • Za to, że zawsze jesteś z nami, w okresach powodzenia i niedoli, – dziękujemy Ci, Królowo Polski!

    MODLITWA CZCI I MIŁOŚCI:

    • Królowo prześladowana przez zaborców na naszej ziemi, – miłujemy Cif i wysławiamy Ciebie.

    • Matko Bolesna stojąca wytrwale pod naszym polskim krzyżem, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Najczulsza Matko wszystkich prześladowanych i udręczonych niewolą, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Najlepsza Wspomożycielko, która byłaś szczególne bliska Narodowi, gdy był opuszczony przez mocarstwa tego świata, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    MODLITWA PROŚBY:

    • Gdy popadamy w nieszczęścia na skutek naszych grzechów, spraw, abyśmy nigdy nie utracili wewnętrznej więzi z Tobą, Jasnogórska Królowo Polski, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Gdy wady nasze i słabości zagradzają nam drogę do wewnętrznej wolności w Bogu, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Gdy atakuje nas pokusa materializmu, zła i nienawiści, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem! Królowo wszystkich Polaków rozrzuconych po całym świecie, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    MODLITWA:

    Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś Narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych; spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem. Przez Chrystusa Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ***

    DZIEŃ ÓSMY (24.08.2024

    WPROWADZENIE:

    „Matuchno, nie mam żadnych skarbów i bogactw, ale mam serce. Weź je takie, jakie jest, weź moją wolność i wszystko, czym jestem i co posiadam. Posługuj się tym do woli dla mojego zbawienia i całego Kościoła świętego” (luty 1978 r). „Dziękuję Ci, Matko, za moje wielkie nawrócenie, w tym celu odbyłam pieszą pielgrzymkę z Rzeszowa. Dopomóż zrealizować to zadanie” (Maria, lipiec 1978 r.)

    „Dziękuję, Pani Jasnogórska, za naprowadzenie mnie na właściwą drogę. Bez Ciebie tak długi czas czułem się samotny, a teraz zdobyłem Twoją łaskę. Jesteś, o Pani, niezmiernie dobra. Proszę Cie, dopomóż mi w wymazaniu moich grzechów przy konfesjonale. Dopomóż mi, bym był prawym, szczerym, otwartym, pracowitym, inteligentnym, usłużnym młodzieńcem, mężczyzną. Dopomóż mi w egzaminach” (Wojtek, kwiecień 1978 r.).

    „Matko Boża, Jasnogórska Pani, serdecznie dziękuję za ten mój największy cud zmartwychwstania ze śmierci grzechu do życia w tej przecudnej łasce Bożej na co dzień” (syn marnotrawcy, maj 1978 r.).

    „Najświętsza Maryjo Panno! Przyszedłem do Ciebie po długich latach odżegnania się od Ciebie i odsuwania w niepamięć Twego istnienia. Dziękuję Ci za to z całego serca. Staję się zupełnie innym człowiekiem. Pomóż mi wytrwać przy Tobie i napełnij mnie co dzień miłością do bliźnich” (kwiecień 1978 r.).

    „Jestem tu po raz pierwszy. Atmosfera tego miejsca zmusza mnie, aby przebaczyć moim wrogom. Proszę Cię, pomóż mi, Matko” (kwiecień 1978 r.)

    MODLITWA DZIĘKCZYNIENIA:

    • Za to, że stale pociągasz nas ku sobie i kierujesz naszym życiem, – dziękujemy Ci, Królowo Polski!

    • Za to, że w Twoim Jasnogórskim Sanktuarium jednoczysz nas z Synem swoim, – dziękujemy Ci, Królowo Polski!

    • Za to, że od wieków jesteś wzorem polskich kobiet i uczysz je macierzyńskiej mądrości, godności i dobroci, – dziękujemy Ci, Królowo Polski!

    • Za to, że dla młodych pokoleń jesteś niezawodnym Drogowskazem ku Chrystusowi, – dziękujemy Ci, Królowo Polski!

    • Za to, że bramy Twego Jasnogórskiego Sanktuarium otwarte są dla wszystkich, – dziękujemy Ci, Królowo Polski!

    MODLITWA PRZEPROSZENIA:

    • Za grzechy niewiary i obojętności dla Twego Syna, – przepraszamy Cię, Matko nasza Jasnogórska.

    • Za tych, którzy odstąpili od wiary w Syna Twojego (…), – przepraszamy Cię, Matko nasza Jasnogórska.

    • Za tych, którzy odrzucają Cię, Matko, odmawiają Ci czci i miłości, a nawet bluźnią przeciwko Tobie, – przepraszamy Cię, Matko nasza Jasnogórska.

    • Za niedotrzymanie ślubów składanych Tobie przez Naród polski w ciągu dziejów i w czasach obecnych, przepraszamy Cię, Matko nasza Jasnogórska.

    • Za to, że postępowanie nasze tak często nie jest zgodne z wiarą świętą i godnością dziecka polskiego Narodu, za grzechy przeciwko życiu, za pijaństwo, egoizm, lekkomyślność, zazdrość, niezgodę społeczną i rozwiązłość, – przepraszamy Cię, Matko nasza Jasnogórska.

    • Za każdy dzień przeżyty z dala od miłości i łaski Twojego Syna, za każde zaniedbanie w stosunku do najbliższych braci naszych, – przepraszamy Cię, Matko nasza Jasnogórska.

    MODLITWA CZCI I MIŁOŚCI:

    • Matko, nieustannie czekająca na każde z Twych dzieci, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Matko, wspierająca nas w trudnej ziemskiej wędrówce do Ojca Niebieskiego, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Wychowawczyni Syna Bożego, która macierzyńską troską otaczasz naszą młodzież i dzieci, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    MODLITWA:

    Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś Narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych; spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem. Przez Chrystusa Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ***

    DZIEŃ DZIEWIĄTY (25.08.2024)

    WPROWADZENIE:

    Wypowiedzi młodzieży maturalnej po nocy spędzonej na adoracji przed Cudownym Obrazem Matki Bożej: „Powieki ciążyły bardziej niż zwykle, ale na duszy było lekko, to Ty sprawiłaś Maryjo, Twój wzrok, Twoje serce. Cały mój trud, zmęczenie, Tobie oddałem, dla Ciebie”.

    „Na Jasnej Górze coś się ze mną siało. Zobaczyłam, że żyję dla innych ludzi i jestem głównie po to, aby im służyć. Zobaczyłam, jak szczęśliwi są ludzie, którzy całkowicie poświęcili się Bogu i Matce Bożej. Dzięki temu zrozumiałam, jak wielką łaską jest powołanie do życia poświęconego wyłącznie Bogu. Przestałam myśleć o wstąpieniu do klasztoru jako o szaleństwie i chyba – gdyby Pan Bóg tego zażądał – to posłuchałabym głosu Bożego”.

    „Była trochę smutna, a zarazem pełna nadziei, miłości. Jej blizny sprawiły, że przez pewien moment, gdy trochę zasypiałam, zdawało mi się, ze płacze.. Czułam, że jest prawdziwą moją Matką i dlatego bardzo Jej zaufałam.”

    „Tutaj odczułam jedność i wspólnotę wszystkich obecnych i miałam poczucie tego. że naprawdę potrafimy rozsiewać dobro i radość wśród ludzi”.

    „Teraz, chociaż byłem już wyczerpany i zmęczony, zdobyłem się na to, żeby na Ciebie popatrzeć. Tylko popatrzeć. To tak mało, a jednocześnie tak dużo. Tam dopiero nie tylko znalazłem, ale i pokochałem Maryję. Bardzo Cię kocham, Matko Boska. Tak jakoś bezinteresownie, nie jak kogoś, od kogo się czegoś chce i dlatego udaje się uczucia – zresztą, tego nie da się powiedzieć”.

    MODLITWA DZIĘKCZYNIENIA:

    • Za twoją wędrówkę w Jasnogórskim Obrazie Nawiedzenia, – dziękujemy Ci, najlepszą Matko!

    • Za wszystkie łaski nawróceń, – dziękujemy Ci, najlepsza Matko!

    • Za pojednane małżeństwa, – dziękujemy Ci, najlepsza Matko!

    • Za radość i zgodę w rodzinach, – dziękujemy. Ci, najlepsza Matko!

    • Za liczne uzdrowienia z chorób i nałogów, – dziękujemy Ci, najlepsza Matko!

    • Za miłość i pokój między ludźmi, – dziękujemy Ci, najlepsza Matko!

    MODLITWA PROŚBY:

    Królowo i Matko nasza, prosimy Cię:

    • Ojcom, aby byli wierni podjętym obowiązkom, – daj łaskę wiary i moc miłości!

    • Matkom, aby chętnie podejmowały trud macierzyństwa, – daj łaskę wiary i moc miłości

    • Dzieciom, aby zachowały zawsze czystość i prostotę serca, – daj łaskę wiary i moc miłości

    • Młodzieży w twórczym wysiłku budowania lepszej przyszłości, – daj łaskę wiary i moc miłości!

    • Samotnym, chorym i opuszczonym, – daj łaskę wiary i moc miłości!

    • Zrozpaczonym, aby nie ulegli nigdy pokusie beznadziejności, – daj łaskę wiary i moc miłości!

    MODLITWA CZCI I MIŁOŚCI:

    • Matko Boga i nasza Królowo, nawiedzająca nasze polskie domy, świątynie i parafie, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Matko, podążająca za swoimi dziećmi do najdalszych zakątków świata, gdzie tylko biją polskie serca, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Matko, która jesteś z nami i przez Twój święty Obraz Jasnogórski wspierasz nas w każdej chwili życia w naszych smutkach, doświadczeniach i radościach, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    MODLITWA:

    Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś Narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych; spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem. Przez Chrystusa Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    (Modlitwy dziękczynienia, prośby, czci i miłości zostały wzięte z „Nowenny do Matki Bożej Częstochowskie” opracowanej przez Ks. Zdzisława Paszkowskiego).

    Modlitewnik Jasnogórski, oprac. o. Konstancjusz Kunz OSPPE, Jasna Góra 1995 (wyd. Paulinianum)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    _________________________________________________________________________________

    W KAŻDY PIĄTEK JEST ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMNTEM OD GODZ. 18.00

    W CZASIE ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    MSZA ŚWIĘTA WYNAGRADZAJĄCA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA

    ODPRAWIANA JEST O GODZ. 19.00

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17-tej. Chętni bardzo mile widziani.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLEŚCIWEJ MATKI – SERCA PRZEBITEGO SIEDMIOMA MIECZAMI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST GODZINA ŚWIĘTA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W KAŻDĄ TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM. NA POCZĄTKU SPOTKANIA O GODZ. 10.00 ŚPIEWAMY GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY A NA ZAKOŃCZENIE – W POŁUDNIE – MODLITWA NA ANIOŁ PAŃSKI.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I MSZA ŚWIĘTA O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA O GODZ. 5.00.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adoracja, czyli… z głową na sercu Boga

    Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli.

    Jan Paweł II adoruje Jezusa w Najświętszym Sakramencie w uroczystość Bożego Ciała w Rzymie w 2001 roku.

    fot. Daniel Gracia/East News

    ***

    Ostatnie lata życia papieża Jana Pawła II, gdy schorowany i zmęczony przed kamerami całego świata przez długie chwile w ciszy trwał w dziękczynieniu, są jak odrębny, ważny rozdział jego nauczania. Osłabiony papież modlił się z zamkniętymi oczami w milczeniu. Trudne to chwile dla dziennikarzy – nie wiadomo wszak, co w mediach lepiej wypadnie: cisza czy może komentarz ze studia. Głowa schorowanego starca z powodu postępującej choroby była przechylona. A może z dnia na dzień coraz wyraźniej wskazywała na jeden z najpiękniejszych gestów odnotowanych przez Ewangelie dwa tysiące lat wcześniej, gdy umiłowany uczeń złożył głowę na piersi Pana? Dwa lata przed śmiercią, 17 kwietnia 2003 roku, w Wielki Czwartek w Roku Różańca Świętego, dwudziestym piątym swojego pontyfikatu, Jan Paweł II podpisał encyklikę „Ecclesia de Eucharistia”. Napisał w niej między innymi: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca”. Ten wzruszający gest miłości człowieka do Boga opisany został w części poświęconej adoracji Najświętszego Sakramentu. Nieco dalej papież stwierdził: „Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim »sztuką modlitwy«, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”.

    Założenie, że chrześcijaństwo ma się wyróżniać „sztuką modlitwy”, po dwudziestu latach od ukazania się encykliki zawierającej to stwierdzenie jest jeszcze bardziej zasadne. A słowa, których użył Jan Paweł II w cytowanym tekście, mogą być pomocną wskazówką, jak się tej sztuki uczyć: najpierw zatrzymać się przed Nim; kolejne etapy to: duchowa rozmowa, cicha ado­racja i postawa miłości. Owoce: pociecha i wsparcie. Kto z nas ich nie potrzebuje?

    Zatrzymać się

    W ciemnym kinie oczekujący na rozpoczęcie seansu, znudzeni długimi reklamami widzowie otrzymują na moment przed projekcją komunikat: nie rozpraszaj się. Przekazany jest w krótkim filmie, na którym setki, tysiące ludzi wpatrzonych w ekrany smartfonów odbiera co chwilę powiadomienia. Rozbrzmiewają dźwięki Messengera, WhatsAppa, esemesów i e-maili. Coraz więcej i coraz szybciej. Powiadomienia, powiadomienia, powiadomienia – nie da się na dłużej skupić na żadnym, bo wciąż przychodzą nowe i domagają się reakcji. Twórcy komunikatu mówią wprost: przestań reagować. Skup się na jednym. Aż dziw bierze, że takich czasów dożyliśmy. Kiedy w średniowieczu zainicjowano praktykę wystawiania Najświętszego Sakramentu do adoracji, nikomu nie śniło się nawet ich nadejście. Pod koniec XIV wieku, gdy zaczęto używać monstrancji, zapewne też nie. A jednak nadeszły takie czasy i – zgodnie z radą papieża Polaka – warto przemyśleć kwestię, czy jako chrześcijanie nie powinniśmy zaproponować tym czasom antidotum. Czy nie powinna być nim monstrancja z wystawionym w niej Najświętszym Sakramentem?

    Zatrzymaj się! Mamy ci coś do zaproponowania. Odłóż telefon, wyłącz się z tej chaotycznej gonitwy myśli przebiegających między głową, oczami i kciukiem. Adoracja Najświętszego Sakramentu jest taką chwilą zatrzymania, o ile pod ławką nie schowasz wyciszonego smartfona, by widzieć jego rozświetlający się co chwilę ekran i trzymać rękę na pulsie. Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli. Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować, zwłaszcza gdy na adorację udajesz się w chwilach trudnych i wymagających podejmowania kluczowych decyzji. Skupienie na oddechu i na prostej, białej Hostii z pewnością pomoże odciąć choć na chwilę ten nurt myśli, które cię zalewają. Z każdą kolejną próbą szansa na powodzenie staje się coraz większa. 

    Medalik noszony na szyi przez siostry klaryski od Wieczystej Adoracji.

    Medalik noszony na szyi przez siostry klaryski od Wieczystej Adoracji.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Duchowa rozmowa

    Siostry z klasztoru św. Hildegardy przyjmowały Komunię Świętą w stroju oblubienicy – z koroną na głowie. W barokowych świątyniach uwagę miał przykuwać ozdobiony złoty ołtarz z „mieszkaniem Króla” w centrum. Jak to w historii bywa, co epoka następuje zmiana w odwrotnym kierunku. Oświecenie, wraz z kultem rozumu, przyniosło odwrót i niemal zamarcie zewnętrznych form adoracji (w Polsce nastąpiło to o wiele później niż w innych krajach Europy). To zestawienie nie jest przypadkowe i może się stać pomocne w zrozumieniu, na czym polega drugi krok wytyczony słowami Jana Pawła II w encyklice o Eucharystii. Rozum czasem powinien zamilknąć, by na adoracji podjąć rozmowę duchową. Bo nie chodzi w niej przecież o pozałatwianie z Bogiem wszystkich swoich codziennych problemów. Pociecha i wsparcie mają przyjść po niej, ale żeby przyszły, trzeba najpierw duchowo porozmawiać z Jezusem, w którym utkwiło się spojrzenie. Mówienie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza wypowiadanie słów (nawet wewnątrz siebie i bez otwierania ust). Słuchanie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza słyszenie słów (również wewnątrz siebie). To tajemnicze spotkanie, które dokonuje się między adorującym a Bogiem, nie ma innego języka niż spoglądanie na siebie. Stara i powszechnie znana opowieść o wieśniaku, którego spotykał w kościele św. Jan Maria Vianney, dobrze oddaje tę rzeczywistość. – Co robisz? – spytał kiedyś klęczącego przed Najświętszym Sakramentem człowieka. – Nic. Patrzę tylko na Niego, a On patrzy na mnie – usłyszał w odpowiedzi.

    Cicha adoracja

    Kwintesencją tej duchowej rozmowy jest cicha adoracja. Łacińskie adoratio oznacza oddawanie czci, uwielbianie. „Jedna chwila prawdziwej adoracji ma większą wartość i przynosi więcej pożytku niż najintensywniejsza działalność, choćby to była nawet działalność apostolska” – napisał święty Jan od Krzyża („Pieśń duchowa” 29,3), którego słowa zacytował Jan Paweł II, przemawiając 24 listopada 1978 r. do przełożonych generalnych zakonów męskich. Odwieczne napięcie między actio i contemplatio, pomiędzy „działać” a „modlić się”, znajduje rozwiązanie. Chodzi przecież o to, by oddać chwałę Bogu, „prawdziwie” oddać, jak napisał hiszpański mistyk, to znaczy tak, aby faktycznie Bóg został uwielbiony. A nie o to, aby w ciszę uciekać od codziennych obowiązków.

    Kiedy świeżo nawrócony święty Karol de Foucauld poszukiwał dla siebie miejsca na świecie, pragnienia miał tylko dwa: być najmniejszym i najuboższym oraz trwać na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Piaski Sahary, które zdają się puste (to dlatego w ich kierunku udawali się mistrzowie ducha – ojcowie pustyni), w rzeczywistości okazały się ziemią, na której żyło wielu ludzi potrzebujących pomocy. Od Karola otrzymali pomoc zarówno materialną, jak i duchową, sami o niego również się troszcząc, zwłaszcza wtedy, gdy śmiertelnie zachorował. Trudno uniknąć skojarzeń ze sformułowaniem: jeśli Bóg jest na właściwym miejscu, to wszystko inne również. Bo jeśli w ciszy adorujesz Boga, całe twoje rozdygotane wnętrze, wypełnione Jego chwałą, ma szansę się zmienić.

    Postawa miłości

    W osobie świętego Jana, kojarzonego z „umiłowanym uczniem”, jest coś tajemniczego. Utożsamienie go z autorem księgi bardzo niezwykłej – Apokalipsy – pogłębia to wrażenie. A jednak, gdy pod krzyżem stał obok Maryi, symbolizował Kościół. Cały, powszechny, którego Ona stała się wówczas Matką. Nie każdy z nas może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem. Janem jednak jesteśmy wszyscy, i to jest bardzo pocieszające. Czy kładąc głowę na piersi Jezusa w czasie pierwszej Eucharystii, dostąpił zaszczytu? Niewątpliwie. Każdy z nas może tego zaszczytu dostąpić, o ile uda się na ado­rację Najświętszego Sakramentu. „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi” – napisał Jan Paweł II w encyklice, dokumencie o bardzo wysokiej randze w nauczaniu Kościoła. Nie chodzi zatem o jakąś wysublimowaną poezję, piękne słowa i porównania. Chodzi o rzeczywistość.

    W „postawie miłości”, którą powinniśmy przyjąć w trakcie adoracji Najświętszego Sakramentu, również nie chodzi o wzbudzanie w sobie jakichkolwiek uczuć, bo nie one są istotą oddawania czci; raczej o gotowość dochowania wierności, całkowitego podporządkowania siebie Chrystusowi. Jeśli kładę głowę na Jego piersi, to znaczy, że mogę usłyszeć bicie Jego serca, z którego wypłynęły krew i woda. „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał…” (J 3,16) – a czy dla Ojca może być coś ważniejszego od Syna? Dla Boga Ojca tak. Ty. Historia twojego życia to historia miłości, o której napisano najpiękniejszy w historii eucharystyczny hymn. Padają w nim słowa: „Ty, co jak pelikan Krwią swą karmisz lud…”. Wedle legendy pelikan dziobem otwierał własną pierś i krwią karmił zgłodniałe potomstwo, a nawet przywracał je do życia. Masz Komu zaufać, bo krew i woda, które wytrysnęły z otwartego boku Zbawiciela, do końca świata kojarzyć się będą z krótkim podpisem: „Jezu, ufam Tobie!”.

    Pociecha i wsparcie

    Powróćmy do wyznania świętego Jana Pawła II: „Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”. Czy można pomiędzy bólem poszczególnych ludzi dokonywać porównań? Obiektywnie tak, ale przecież każdy z nas ma swój wewnętrzny, intymny świat, w który inni nie mają wglądu. Jeśli jednak przyjrzeć się temu, jak święty Jan Paweł II przeżywał swoją posługę na Piotrowej stolicy, siła, pociecha i wsparcie były niezbędne. Niemal natychmiast po powrocie do sił po zamachu w 1981 roku zainaugurował w bazylice Świętego Piotra wieczystą adorację. Modlił się wówczas: „Pewnego dnia, Panie, zapytałeś Piotra: – Czy miłujesz Mnie? Zapytałeś go po trzykroć – i trzy razy apostoł Piotr odpowiedział: – Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham (J 21,17). Odpowiedź Piotra wyraża się w tej codziennej i całodziennej adoracji. Niech wszyscy, którzy uczestniczą w adoracji Twojej eucharystycznej obecności, odczują i usłyszą w czasie każdej wizyty, jak na nowo rozbrzmiewa prawda zawarta w słowach Apostoła: Panie, ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”.

    Nie każdy z nas – powtórzmy – może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem i nosić na barkach ciężar całego świata. Janem jednak jesteśmy wszyscy i to jest bardzo pocieszające. Głowa złożona na piersi Mistrza w czasie adoracji ma szansę boleć mniej, nawet w najtrudniejszych chwilach życia i na najostrzejszych jego zakrętach. Możemy – ufając słowom świętego Jana Pawła II – doświadczyć pociechy i wsparcia. A i dać świadectwo, wyróżniać się „sztuką modlitwy” wobec świata, który pragnie Boga bardziej, niż podejrzewa.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć w Liturgii Mszy świętej

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski/Kai

    ***

    W roku liturgicznym niektóre święta i uroczystości mają stałe daty – tak jak Boże Narodzenie 25 grudnia. Są również święta i uroczystości, których daty przypadają w różnych dniach kolejnego roku – tak jak  Wielkanoc, czy Uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    Dla przypomnienia podaję listę świąt i uroczystości w 2024 roku:

    1 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (sobota) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    31 marca (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    12 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    19 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    30 maja (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (czwartek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (piątek) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (środa) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2024 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:

    2 lutego (piątek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (wtorek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    1 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    8 kwietnia (poniedziałek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    20 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (sobota) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    9 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (czwartek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika


    Adwent w 2024 roku rozpocznie się 1 grudnia.

    _______________________________________________________________________________________

    V przykazań kościelnych

    Przykazania kościelne wyznaczają normy postępowania, które ustanawia Kościół Katolicki. Dotyczą one uczestniczenia w życiu Kościoła, a zwłaszcza w liturgii.

    1. W niedziele i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych.

    2. Przynajmniej raz w roku przystąpić do Sakramentu Pokuty.

    3. Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię świętą.

    4. Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w czasie Wielkiego Postu powstrzymywać się od udziału w zabawach.

    5. Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła.

    ____________________________________

    W niedziele i w święta wierni nie powinni wykonywać prac, które utrudniają oddawanie czci Bogu, przeżywania radości właściwej dniowi świątecznemu i korzystania z należytego odpoczynku duchowego i fizycznego.

    Zgodnie z drugim przykazaniem kościelnym każdy wierny powinien przynajmniej raz w roku przystąpić do spowiedzi św.

    5 warunków dobrej spowiedzi świętej:

    • Rachunek sumienia.
    • Żal za grzechy.
    • Mocne postanowienie poprawy.
    • Szczera spowiedź
    • Zadość uczynienie Panu Bogu i Bliźniemu.

    Okres Wielkanocny w trzecim przykazaniu obejmuje czas od Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego do Niedzieli Zesłania Ducha Świętego.

    Co do czwartego przykazania – wszyscy wierni obowiązani są czynić pokutę. Dla wyrażenia tej pokutnej formy pobożności chrześcijańskiej Kościół ustanowił dni i okresy pokuty. W tym czasie chrześcijanin powinien szczególnie praktykować czyny pokutne służące nawróceniu serca, co jest istotą pokuty w Kościele. Powstrzymywanie się od zabaw pomaga w opanowaniu instynktów i sprzyja wolności serca.

    • Czynami pokutnymi są: modlitwa, jałmużna, uczynki pobożności i miłości, umartwianie przez wierniejsze pełnienie obowiązków, wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post.
    • Czasem pokuty w Kościele są poszczególne piątki całego roku i czas Wielkiego Postu.
    • Wstrzemięźliwość obowiązuje wszystkich, którzy ukończyli 14 rok życia we wszystkie piątki i Środę Popielcową.
    • Post ścisły obowiązuje w Środę Popielcową i w Wielki Piątek wszystkich między 18 a 60 rokiem życia.
    • Uzasadniona niemożliwość zachowania wstrzemięźliwości w piątek domaga się od chrześcijanina podjęcia innych form pokuty.
    • Powstrzymywanie się od zabaw obowiązuje we wszystkie piątki i w czasie Wielkiego Postu.

    _______________________________________________________________________________________

    Dnia 12 lipca 2024 roku ustawa o mordowaniu dzieci została odrzucona przez Sejm zaledwie trzema glosami.

    Fundacja Życie i Rodzina dziękuje wszystkim, którzy wspierali komisję do spraw aborcji poprzez modlitwę i wpływanie na posłów, aby głosowali za życiem.

    ***

    DLA PRZYPOMNIENIA DLA TYCH, KTÓRZY PRZYSTĘPUJĄ DO KOMUNII ŚW. MIMO, ŻE ZGADZAJĄ SIĘ NA ZABIJANIE DZIECI W ŁONIE MATEK:

    Zgodnie z kan. 1364 §1 PRAWA KANONICZNEGO KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO, ekskomunice „latae sententiae” – wiążącej mocą samego prawa podlegają katolicy odstępujący od prawd wiary, heretycy lub schizmatycy. W Encyklice „Evangelium vitae” św. Jan Paweł II napisał: „Dlatego mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami […]  oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na Słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne”. Oznacza to więc, że aprobowanie aborcji jest odstąpieniem od prawdy katolickiej wiary.

    ***

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
    materdolorosa.pl

    ***

    Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą oganiamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.

    Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).

    Duchowa Adopcja

    Może ją podjąć każdy człowiek:

    • obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
    • trwa przez dziewięć miesięcy

    Warunki

    • codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
    • dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
    • modlitwa w intencji uratowania życia dziecka

    Modlitwa codzienna

    Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.

    Treść przyrzeczenia

    “Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, ze od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:

    • jedna tajemnica Różańca;
    • modlitwa, która dziś po raz pierwszy odmówię;
    • ewentualne dobrowolne postanowienie(a): .…………………………..”

    www.duchowaadopcja.com.pl

    ze strony parafii Matki Bożej Bolesnej w Jawiszowicach

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniu podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.

    ____________________________________________________

    __________________________________________________________________________________________________________

    figura św. Michała Archanioła w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Płocku

    fot. ks. Włodzimierz Piętka/Gość Niedzielny 

    ***

    Msza święta nie potrzebuje dodatków

    Czy odmawianie modlitwy do św. Michała Archanioła tuż po błogosławieństwie może przeszkadzać w kształtowaniu zdrowej pobożności? I czy Msza potrzebuje “dopełnienia” w postaci takich egzorcyzmów? W rozmowie z “Gościem” na pytania odpowiada ks. dr Mariusz Szypa, ceremoniarz katedry wrocławskiej, wykładowca z Papieskiego Wydziału Teologicznego.

    Karol Białkowski: Od kilkunastu lat coraz większą popularnością cieszy się modlitwa do św. Michała Archanioła. Jakie są jej źródła?

    Ks. dr Mariusz Szypa
    : Napisał ją w 1886 roku papież Leon XIII i zalecił do odmawiania po każdej Mszy św. recytowanej. Było to związane z jego prywatnym objawieniem, które dotyczyło zbliżającego się wielkiego zagrożenia dla Państwa Kościelnego. Modlitwa do św. Michała nie była jedyną. Wcześniej odmawiano „Salve Regina”, a później trzykrotne „Jezu, zmiłuj się nad nami”. To były tzw. modlitwy leoniańskie. One zostały zniesione w 1964 roku w duchu odnowy jeszcze przed wydaniem nowych ksiąg liturgicznych po Soborze Watykańskim II.

    Czemu zatem możemy przypisywać wzrost jej popularności w ostatnich kilkunastu latach?

    Przypuszczam, że to wyraz pewnej mody teologicznej i duszpasterskiej. W pewnym momencie wzmogło się w Polsce zainteresowanie demonologią i zagrożeniami duchowymi. Praktyka pokazuje, jak wielką popularnością wciąż cieszą się wystąpienia, katechezy, w których poruszane są tematy o egzorcyzmach, o złym duchu i jego działaniu. Zdecydowanie mniejsze zainteresowanie wzbudzają spotkania, które dotykają na przykład pogłębiania wiedzy o Trójcy Świętej, czy innych prawd wiary. To właśnie w tych okolicznościach ta modlitwa wróciła – z lęku przed szatanem i jego działaniem.

    Szatana i jego zagrywek bać się trzeba. Dobrze więc prosić o wsparcie kogoś takiego jak św. Michał Archanioł…

    Oczywiście, ale pamiętając o odpowiednim jej miejscu. Problem w tym, że jej miejsce znane zwykle z naszych parafialnych kościołów, nie jest właściwe. To nie znaczy, że nie można w nich jej odmawiać, ale złym momentem z pewnością jest jeszcze nie zakończona celebracja Eucharystii. Jesteśmy podatni na pewne „magiczne” praktyki, zabezpieczenia słowne, które dalekie są od chrześcijaństwa. Taka jest natura ludzka, aby ciągle coś od siebie dodawać tak „w razie czego”. Między innymi z tej potrzeby wynika włączanie tej modlitwy do Mszy św. Drugą przyczyną jest niezrozumienie, że Eucharystia jest pełnią i nic jej więcej nie trzeba. W tym konkretnym przypadku mamy taką sytuację, że modlitwa o charakterze prywatnym staje się częścią czegoś, co jest powszechne.

    W sumie to nie jest nic nowego. W zasadzie tak też tworzyła się często liturgia. Różne modlitwy prywatne kapłanów stały się ostatecznie integralną częścią Mszy św. Przykłady? Modlitwy: przed Ewangelią, po przygotowaniu darów oraz jedna z dwóch do wyboru przed Komunią Świętą. Różnica między nimi a modlitwą do św. Michała Archanioła jest taka, że tamte otrzymały aprobatę Kościoła. Inna była też ich motywacja – one nie wynikały z tego, że czegoś odmawiającym we Mszy św. brakowało. One wyrażały ten moment w liturgii, którego dotyczyły. Były też modlitewnym przygotowaniem kapłana przed kolejnymi częściami Eucharystii.

    Nie brakuje jednak tych, którzy mają argumenty „za”…

    Wielu jest takich, którzy mówią, że skoro prawnie nie jest zabronione dodawanie modlitw, to nie ma przeciwwskazań, by to zrobić. Do obrzędów zakończenia należy modlitwa po Komunii, ewentualne ogłoszenia oraz błogosławieństwo i rozesłanie. I nie ma nic więcej. Nie ma nawet mowy o śpiewie na zakończenie. I tutaj – skoro jest już po Mszy św. – można odmówić taką modlitwę, ale z drugiej strony prawa liturgicznego nie można traktować w kategoriach „skoro coś nie jest zabronione, to jest dozwolone”.

    Jeśli chodzi o aspekt duszpasterski, to pojawia się znacznie większy problem. Bo skoro coś dodajemy, oznacza to jednoznacznie, że tego czegoś brakowało. A przecież Mszy św. nic nie brakuje. To jest jedyna, doskonała ofiara Jezusa Chrystusa. Jeżeli coś do niej dodajemy, to istnieje pewne niebezpieczeństwo herezji. To bardzo mocne sformułowanie, ale tak trzeba nazwać podważanie tej prawdy. Podsumowując: każde dodawanie jakiejkolwiek nieprzewidzianej przez Kościół modlitwy do Mszy św. jest jakby pokazaniem, że Msza św. w swej formie rytualnej jest niedoskonała, mało skuteczna. A my wierzymy, że jest dokładnie odwrotnie.

    Istnieje też niebezpieczeństwo dla kształtowania pobożności wiernych, którzy mogą rzeczywistość eucharystyczną i żywą obecność Chrystusa w przyjętej Komunii Świętej traktować jako coś niewystarczającego. Może zaistnieć przeświadczenie, że warto jeszcze poprosić „specjalistów” od różnych spraw, by jednak nasze prośby wzięli w swoje ręce. Tymczasem modlitwa eucharystyczna uczy nas, że święci to nie jacyś specjalni i wyjątkowi cudotwórcy, ale pośrednicy, którzy razem z nami proszą o łaski Boga. A odnosząc się do św. Michała, jego imię oznacza „któż jak Bóg?” i jasno wskazuje na to, Kto jest najważniejszy.

    No właśnie. Bo tu nie chodzi tylko o egzorcyzm do św. Michała, prawda?

    Tak. Innymi przykładami mogą być: zawierzanie się Matce Bożej w modlitwie „Pod Twoją obronę” czy „Wieczny odpoczynek…” za zmarłych w ostatnim tygodniu parafian. W tym ostatnim przypadku lepszym momentem jest modlitwa wiernych, w której zawsze jest wezwanie za zmarłych. Rzadko jest używana Pierwsza Modlitwa Eucharystyczna, czyli Kanon Rzymski, w której również możemy wymienić nie tylko imiona zmarłych, a także polecać z imienia żywych.

    Czyli odmawianie tych modlitw jest „zabezpieczeniem” wiernych, gdyby jednak nie wystarczyła sama Eucharystia?

    Większość raczej modli się nimi bez tego typu refleksji. Niestety to bardziej kwestia nieświadomości. Wiele dokumentów ostatnich lat zwraca uwagę na małe zrozumienie Eucharystii. To wybrzmiewa również w nauczaniu kolejnych papieży oraz podczas kongresów eucharystycznych. Mówi się o potrzebie odnowy Soboru Watykańskiego II, który był też pokłosiem ruchu liturgiczno-biblijnego. Ta odnowa to proces, który cały czas trwa. I nie wystarczy zmienić księgi liturgiczne, zmienić ryt, ale trzeba zmienić myślenie. Potrzebna jest katechizacja, nauczanie, formacja, które pozwolą wszystko dobrze zrozumieć. O tym pisał papież Franciszek w liście o formacji liturgicznej. Wielką rolę do spełnienia mają tu duszpasterze, którzy powinni pamiętać, że są szafarzami, a nie właścicielami liturgii. Ona jest czymś, co nam Pan Bóg dał, a Kościół trzyma pieczę, by nic nie zostało zniekształcone. W budowaniu świadomości i katechizacji widzę też dużą rolę mediów katolickich, które mogą być skutecznym narzędziem uczenia i wskazywania, jak jest, a nie jak nam się wydaje, że powinno być.

    Który moment jest więc najlepszy do odmawiania egzorcyzmu do św. Michała Archanioła i innych wspomnianych już modlitw?

    Najwcześniej po błogosławieństwie i rozesłaniu. Osobiście skłaniałbym się ku temu, by jednak było to nawet po pieśni na zakończenie. To pozwoliłoby wyraźnie oddzielić je od Mszy św. Lepiej byłoby też, gdyby nie inicjował ich celebrujący Eucharystię kapłan, co również pozwoliłoby „oderwać” ją od liturgii i podkreśliłoby jej prywatny charakter.

    rozmowę z ks. dr Mariuszem Szypą przeprowadził Karol Białkowski/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK 22 SIERPNIA

    UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY KRÓLOWEJ

    Koronacja Matki Boskiej, El Greco, 1591, Muzeum Santa Cruz, Toledo, Hiszpania

    Charakterystyczna dla obrazów El Greca świetlistość opływa scenę koronacji Najświętszej Marii Panny. W dole zebrali się Apostołowie – wznoszą wzrok w górę, kontemplując niebiańską scenę: trzy osoby Świętej Trójcy koronują Matkę Bożą na Królową Niebios.

    ***

    Papież Pius XII encykliką “Ad Caeli Reginam” 11 października 1954 r., w setną rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, ustanowił święto Królowej Maryi, które początkowo obchodzone było 31 maja a po reformie kalendarza liturgicznego w czasie Soboru Watykańskiego II przesunięto je na oktawę uroczystości Wniebowzięcia NMP.

    “Nakazujemy również, aby tegoż dnia ponawiano poświęcenie się rodzaju ludzkiego nieskalanemu Sercu Panny Maryi. W nim bowiem leży nadzieja nadejścia lepszego wieku, tryumfu wiary i chrześcijańskiego pokoju”.

    papież Pius XII

    ***

    “Niepokalana Dziewica, zachowana wolną od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego, z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana, jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego, Pana panującego oraz zwycięzcy grzechu i śmierci”.

    z Konstytucji Dogmatycznej o Kościele Soboru Watykańskiego II – Lumen gentium (KK59)

    ***

    ***

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00 W KAPLICY-IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    PO MSZY ŚW. ODNOWIENIE AKTU ODDANIA

    MATCE BOŻEJ, KRÓLOWEJ ŚWIATA

    ***

    Akt osobistego oddania się Matce Bożej 

    Matko Boża, Niepokalana Maryjo!
    Tobie poświęcam ciało i duszę moją, wszystkie modlitwy i prace,
    Radości i cierpienia, wszystko czym jestem i co posiadam.
    Ochotnym sercem oddaję się Tobie w niewolę miłości.
    Pozostawiam Ci zupełną swobodę posługiwania się mną dla zbawienia ludzi
    i ku pomocy Kościołowi świętemu, którego jesteś Matką.
    Chcę odtąd czynić wszystko z Tobą, przez Ciebie i dla Ciebie.
    Wiem, że własnymi siłami niczego nie dokonam.
    Ty zaś wszystko możesz, co jest wolą Twego Syna i zawsze zwyciężasz.
    Spraw więc, Wspomożycielko Wiernych, by moja rodzina, parafia i cała Ojczyzna
    była rzeczywistym królestwem Twego Syna i Twoim.
    Amen. 

    ***

    22 sierpnia 2012 roku, jeszcze w kościele św. Szymona, oddaliśmy siebie i całą wspólnotą do dyspozycji naszej Bożej Matce. Bogu niech będą dzięki za wiele błogosławieństw jakie dokonały się przez ten Akt oddania. Nadal pragniemy podejmować wezwanie do pokuty za grzechy nasze i za grzechy całego świata, aby ratować biednych grzeszników i błagać o Boży pokój w ludzkich sercach. Nadal pragniemy wynagradzać Najświętszemu Sercu Jezusa i Niepokalanemu Sercu Maryi za tych, którzy nie tylko nie czczą i nie kochają, ale wręcz bluźnią Miłosiernemu Bogu, który tak umiłował świat, że dał Syna swego Jednorodzonego, aby każdy, kto wierzy w Niego, nie umarł, lecz miał życie, Boże życie.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK 15 SIERPNIA

    UROCZYSTOŚĆ WNIEBOWZIĘCIA

    NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    Sample

    Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny / Rubens, 1626 | wikipedia

    ***

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 20.00 – UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA

    ***

    Dla przypomnienia:

    W tym szczególnym dniu członkowie Żywego Różańca mogą uzyskać 

    odpust zupełny 

    za siebie albo za dusze w czyśćcu cierpiące  

    pod zwykłymi warunkami:

    – być w stanie łaski uświęcającej; 

    (jeżeli tego warunku brak, należy przystąpić do spowiedzi św.)

    – nie mieć w sobie przywiązania do jakiegokolwiek grzechu; 

    – uczestniczyć w pełni we Mszy św.;

    – pomodlić się w intencjach, w których modli się Ojciec św.

    ___________________________________________________________________________________________

    „Błogosław Ojczyźnie naszej, by była Tobie zawsze wierna…”

    Obraz przedstawiający scenę kapłana w stroju liturgicznym kroczącego na czele żołnierzy.

    Ksiądz Skorupka w obronie Warszawy w 1920 r. Obraz namalowany na życzenie papieża Piusa XI, kaplica w Castel Gandolfo przez Jana Henryka Rosena.

    ***

    W dzisiejszą uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny wspominamy 104. rocznicę Cudu nad Wisłą – „Bitwę Warszawską”, która ocaliła Europę przed bolszewickim najazdem.

    Zawierzajmy Panu Bogu naszą Ojczyznę

    Boże, Rządco i Panie narodów,

    z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, 
    a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, 
    błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna, 
    chwałę przynosiła Imieniowi Twemu 
    a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

    Wszechmogący wieczny Boże, 
    spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom 
    i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, 
    byśmy jej i ludowi Twemu, 
    swoich pożytków zapomniawszy, 
    mogli służyć uczciwie.

    Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, 
    rządy kraju naszego sprawujące, 
    by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym 
    mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.

    Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    (Modlitwa za Ojczyznę ks. Piotra Skargi)

    _______________________________________________________________

    Sample

    fot. patrizio righero / Cathopic

    ***

    Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny

    jest jednym z dogmatów Kościoła Katolickiego od roku 1950 – ustanowił go papież Pius XII 1 listopada 1950 r. w konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus (łac. Najszczodrobliwszy Bóg), w odpowiedzi m. in. na prośbę polskich biskupów.

    „Powagą Pana naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła i Naszą, ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” (Breviarium fidei VI, 105).

    Na Wschodzie Wniebowzięcie nazywane jest do dzisiaj obchodzone jako święto «Zaśnięcia Matki Bożej».
    Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, obchodzona przez Kościół katolicki 15 sierpnia, sięga V wieku i jest rozpowszechniona w całym chrześcijaństwie. Jednocześnie należy zaznaczyć, że Nowy Testament nigdzie nie wspomina o ostatnich dniach życia, śmierci i o Wniebowzięciu Matki Bożej. Nie ma Jej grobu ani Jej relikwii. Ale od początku dziejów Kościoła istniała żywa wiara, że Maryja „wraz z ciałem i duszą” została wzięta do nieba.

    Uroczystość Matki Bożej Wniebowziętej ma swoje początki w Kościele wschodnim, który wprowadził ją w 431 roku. Kościół łaciński (rzymski) obchodzi Wniebowzięcie (Assumptio) Maryi od VII wieku. Pisma teologiczne potwierdzają, że liczni święci, m.in. Grzegorz z Tours, Albert Wielki, Tomasz z Akwinu i Bonawentura często rozważali wzięcie Maryi z duszą i ciałem do nieba.

    Czy dogmat o Wniebowzięciu oznacza, że Matka Boża nie umarła śmiercią fizyczną? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Nie wszyscy ojcowie Kościoła, zwłaszcza na Wschodzie, byli przekonani o fizycznej śmierci Maryi. Papież Pius XII ustanawiając dogmat nie wspomina o śmierci, a jedynie o chwalebnym uwielbieniu ciała Maryi i jego Wniebowzięciu. Kościół nie rozstrzygnął zatem, czy Maryja umarła i potem została wzięta do nieba z ciałem i duszą, czy też przeszła do chwały nie umierając, lecz „zasypiając”. Stąd zresztą w różnych tradycjach i okresach różne nazwy tego wydarzenia, jak na przykład: Wzięcie Maryi do nieba, Przejście, Zaśnięcie czy Odpocznienie Maryi.

    Przekonanie o tym, że Pan Jezus nie pozostawił ciała swojej Matki na ziemi, ale je uwielbił, uczynił podobnym do swojego ciała w chwili zmartwychwstania i zabrał do nieba, było powszechnie wyznawane w Kościele katolickim. Już w VI wieku cesarz Maurycy (582-602) polecił obchodzić na Wschodzie w całym swoim państwie w dniu 15 sierpnia osobne święto dla uczczenia tej tajemnicy. Święto to musiało lokalnie istnieć już wcześniej, przynajmniej w V w. W Rzymie istnieje to święto z całą pewnością w wieku VII. Wiemy bowiem, że papież św. Sergiusz I (687-701) ustanawia na tę uroczystość procesję. Papież Leon IV (+ 855) dodał do tego święta wigilię i oktawę.

    Z pism św. Grzegorza z Tours (+ 594) dowiadujemy się, że w Galii istniało to święto już w VI w. Obchodzono je jednak nie 15 sierpnia, ale 18 stycznia. W mszale na to święto, używanym wówczas w Galii, czytamy, że jest to „jedyna tajemnica, jaka się stała dla ludzi – Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny”. W prefacji zaś znajdujemy słowa: „Tę, która nic ziemskiego za życia nie zaznała, słusznie nie trzyma w zamknięciu skała grobowa”.

    Tradycja ikonograficzna przedstawia ciało Matki Bożej unoszone w promienistym świetle przez aniołów do nieba. W taki sposób Wniebowzięcie ukazuje większość dzieł sztuki.

    Do najpiękniejszych obrazów o tej tematyce zalicza się „Assunta” (Wniebowzięta) Tycjana w kościele Santa Maria Gloriosa (Matki Bożej Chwalebnej) w Wenecji. Ten wielki obraz w głównym ołtarzu, namalowany w latach 1516-18, należy do mistrzowskich dzieł wielkiego malarza, w późniejszym okresie również wziętego portrecisty papieskiego. Ukazuje on Maryję jako piękną, powabną kobietę – nawet zbyt piękną i zbyt zmysłową dla zamawiających go franciszkanów. Dopiero po długich targach i długotrwałym procesie przyzwyczajania się do obrazu, przywykli do ascetycznego życia zakonnicy weneccy zgodzili się przyjąć pracę i zapłacić za nią Tycjanowi.

    W Niemczech tematyka ta pojawia się przede wszystkim na barokowych freskach kościołów Bawarii. Często w sklepieniach można zobaczyć freski ukazujące Maryję, otoczoną aniołami i unoszącą się na obłoku. Hiszpański malarz okresu baroku, Bartolomé Esteban Murillo poświęcił temu tematowi w 1675 r. dzieło, którego oryginał znajduje się obecnie w petersburskim Ermitażu. „Wniebowzięcie Maryi” Petera Paula Rubensa z 1626 r. znajduje się w Narodowej Galerii Sztuki w Waszyngtonie.

    Zwyczaje ludowe

    W Polsce i wielu innych krajach europejskich dzień ten jest często nazywany także świętem Matki Bożej Zielnej lub Korzennej. W kościołach święci się wówczas zioła, kwiaty i snopy dożynkowe. W sanktuariach maryjnych gromadzą się wielkie rzesze pielgrzymów.

    Z Wniebowzięciem NMP łączą się liczne zwyczaje ludowe. Święci się w tym dniu zioła. Wierni przynoszą do kościołów artystycznie ułożone, barwne bukiety. Liczba ziół waha się w nich od siedmiu do 77; najczęściej są wśród nich dziurawiec, rumianek, przywrotnik, oset, kozłek lekarski (waleriana) i lawenda, ale zdarzają się też koper, mięta i szałwia. W środku, niczym berło, umieszczana jest często dziewanna.

    Podczas obrzędu poświęcenia śpiewane są pieśni, wychwalające Maryję jako „lilię dolin” i „kwiat pól”. Bukiety poświęconych roślin zanosi się do domów i zasusza. Mają one chronić przed chorobami i przynosić błogosławieństwo domostwu. Po poświęceniu ziół często rzuca się za siebie przez lewe ramię jabłka i gruszki, wyrażając w ten sposób nadzieję na dobre zbiory, zaczynające się właśnie wtedy; od niepamiętnych czasów również zbiorom owoców patronuje Matka Boża. 15 sierpnia jest dla rolników dniem szczególnym.

    Niemieckie przysłowie mówi, że „gdy w dzień Wniebowstąpienia świeci słońce, można spodziewać się obfitego owocobrania i słodkich winogron”, co miało oznaczać, że Maryja błogosławi niebo i ziemię, faunę i florę.

    Pielęgnowany jest też zwyczaj tzw. trzydziestki maryjnej, rozpoczynającej się 15 sierpnia. Od tego dnia przez 30 dni w kościołach, głównie z tytułami maryjnymi, wierni uczestniczą w nabożeństwach i procesjach ku czci Matki Bożej. W ciągu tych 30 dni przypadają także święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny – 8 września i Imienia Maryi – 12 września.

    Święcenie ziół ma podkreślać, że człowiekowi potrzebna jest ozdrowieńcza moc natury. Chrześcijaństwo ma tu bogatą tradycję, jeśli wspomnieć choćby bardzo dziś popularną św. Hildegardę z Bingen, żyjącą w latach 1098-1179 frankońską mniszkę, a także liczne klasztory, zajmujące się ziołolecznictwem.

    W Sienie, we włoskiej Toskanii, 15 sierpnia odbywa się święto zwane palio – wyścigi zaprzęgów konnych wokół głównego rynku. Organizuje się je na pamiątkę 1260 roku, gdy miasto, przeżywające wielkie nieszczęścia, oddało się w opiekę Najświętszej Maryi Pannie i zwyciężyło w walce o uniezależnienie się od Florencji. Zwycięzca palio otrzymuje szarfę z wymalowanym wizerunkiem Matki Bożej.

    W Polsce ta uroczystość maryjna wiązała się z zakończeniem zbioru plonów, toteż mówiono, że „na Wniebowzięcie zakończone żęcie”. Stało się więc zwyczajem święcenie plonów, przede wszystkim tego, co rosło na własnych polach i w przydomowych ogródkach. Owa „dożynkowa wiązanka” musiała zawierać pokruszone kłosy pszenicy, żyta, jęczmienia i owsa – tzw. próżankę. Obowiązkowe były też len i groch, bób i marchew z natką, gałązka z gruszką lub jabłko, makówka i orzechy. Ale razem z „wiązanką” święciło się także różne zioła lecznicze.

    Katolicka Agencja Informacyjna

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Hugo van der Goes/Wikipedia12

    ***

    Matka Boża Zielna.

    Jakie zioła powinny znaleźć się w świątecznym bukiecie?

    Dlaczego święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny nazywane jest tradycyjnie – Matki Bożej Zielnej? Dlaczego w tym dniu przynosimy do kościoła bukiety z ziół? Co powinno się znaleźć w bukiecie?

    Matkę Najświętszą czcimy jako opiekunkę ludzi i ziemi, nic więc dziwnego, że nasi dziadowie obrali Maryję jako patronkę przełomowych momentów w cyklu wegetacyjnym roślin, które pozwalałyby na utrzymanie w zdrowiu i dobrobycie ich rodzin.

    Skąd określenie – Matka Boża „Zielna”?

    Stąd też 25 marca – w dzień zwiastowania Pańskiego – Maryja czczona była jako Matka Boska Roztworowa – wierzono, że tego dnia rozpoczynają swój rozwój wszystkie rośliny. Święto Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny – 2 lipca – stało się świętem Matki Bożej Jagodnej, gdyż od tego momentu można było zbierać jagody. 8 września – czyli święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny nazywane było dniem Matki Boskiej Siewnej, ponieważ to właśnie tego dnia Maryja miała przechadzać się po obsianych oziminą polach błogosławiąc je, dzięki czemu ziemia miała wydać wysokie plony.

    Świętem maryjnym związanym z uprawą ziemi, które do dzisiaj najmocniej i chyba najokazalej kultywowane jest nie tylko w Polsce, ale w całej Europie jest święto Wniebowzięcia Najświętszej Panny, poświęcone tzw. Matce Bożej Zielnej. W ten dzień Maryja czczona jest jako patronka ziemi będącej w bujnym rozkwicie – kwiatów, ziół, owoców i warzyw.

    W Polsce Maryja w to sierpniowe święto nazywana jest Zielną, w Bawarii i Nadrenii – Kwietną, w Estonii – Żytnią, a w Czechach – Korzenną. Już same nazwy przywodzą na myśl niesłychany bukiet kolorów i zapachów, mocno działających na zmysły, stąd też w tym dniu święcimy wonne bukiety kwiatów i ziół.

    W tradycji Kościoła święto Wniebowzięcia było obchodzone już w V wieku jako Zaśnięcie Najświętszej Maryi Panny i jest najstarszym świętem maryjnym w historii Kościoła. W połowie VII stulecia święto to obchodzono również w Rzymie, a w VIII wieku zostało szerzej upowszechnione w całej Europie, choć dogmat o Wniebowzięciu NMP ogłoszony został dopiero w 1950 r. przez papieża Piusa XII.

    Historycy nie są do końca zgodni co do miejsca, w którym nastąpiło Wniebowzięcie opisywane na kartach Pisma Świętego. Jedni uważają, że było to w Efezie, inni że w Jerozolimie – tam też został zbudowany kościół upamiętniający Zaśnięcie NMP. Warto również wspomnieć, że oprócz wielu przedstawień sceny zaśnięcia w sztuce, właśnie to wydarzenie zainspirowało Wita Stwarza i uczynił je centralną scena ołtarza w Kościele Mariackim w Krakowie.

    Dlaczego przynosimy kwiaty i zioła do kościoła?

    A skąd wziął się właściwie zwyczaj czczenia Matki Bożej bukietami w święto Wniebowzięcia?

    Jak wierzymy, Matka Boża nie umarła, lecz zasnęła głębokim snem, a aniołowie zanieśli Jej duszę wraz z ciałem do nieba, gdzie jaśnieje jako Królowa zasiadając po prawicy Jezusa Chrystusa. Według jednej z zachowanych w przekazach ustnych opowieści, w dniu zaśnięcia zjechali się z różnych stron świata apostołowie, by u podnóża Góry Oliwnej pochować ciało Matki Bożej. Nie było jednak wśród nich spóźnialskiego Tomasza, którego ominęło już wcześniej pierwsze spotkanie z Jezusem Zmartwychwstałym w Wieczerniku. Gdy wreszcie przybył, poprosił o otwarcie grobu. Gdy wszedł do wewnątrz nie znalazł tam ciała Maryi. Na miejscu gdzie zostało złożone, leżały tylko wianki i pachnące lilie. Stąd zwyczaj święcenia w tym dniu pachnących kwiatów i ziół.

    Jakie zioła powinny się znaleźć w bukiecie?

    Współczesne wiązanki zwane w różnych regionach Polski: zielem, ograbką, lub rózgą, w porównaniu z bukietami, które do świątyń przynosili nasi dziadkowie nie są już tak okazałe. Dawniej obowiązkowymi elementami takich bukietów były: kłosy zbóż, len, makówki, macierzanka, mięta, nabite na patyk warzywa i owoce takie jak marchew, jabłka i ziemniaki, gałązki późnych wiśni i leszczyny z orzechami itp.

    Wierzono, że poświęcony bukiet nabiera niezwykłych właściwości leczniczych. Dlatego w drodze z kościoła zostawiano go na kilka dni w bruzdach między zagonami, by szkodniki nie zagrażały plonom kapusty i ziemniaków. Po kilku dniach bukiet zabierano do domu i przechowywano, podobnie jak palmę wielkanocną, wetknięty za któryś ze świętych obrazów. Zioła z bukietu stosowano do herbat, naparów, a nawet kąpieli. Okadzano nimi wnętrza domów i budynki gospodarskie – co miało chronić przed gruźlicą, zarazą i rzuceniem uroku.

    Wniebowzięcie i… dożynki

    Mawiano: „na Wniebowzięcie – ukończone żęcie”, dlatego w tym dniu organizowano czasem również parafialne dożynki. Częściej jednak rolnicy dawali sobie drugą szansę na świętowanie, wyznaczając święto dożynkowe w innym terminie. Święto Wniebowzięcia było okazją do tłumnego pielgrzymowania do sanktuariów maryjnych, szczególnie na Jasną Górę i do Kalwarii Zebrzydowskiej, w której w ten dzień do dziś odbywa się inscenizacja Zaśnięcia i Wniebowzięcia Maryi. W czasie procesji, która kończy uroczystości, posąg Matki Bożej niesiony jest na marach, a następnie podnosi się go i pokazuje wiernym.

    Nasze życie najczęściej nie jest już ściśle związane z uprawą roli, monitorowaniem plonów zboża i czuwaniem nad tym czy w zagrodzie zwierzęta dorodnie wyglądają. Świat się zmienił i nasze „plony” częściej można przeliczyć na ilości tabel, prezentacji i wydruków. Myślę jednak, że Maryja jako najlepsza nasza opiekunka i tych plonów dogląda swym matczynym, gospodarskim okiem. Nie zapomnijmy w święto Wniebowzięcia uczcić Maryi bukietem.

    Iwona Kołodziej/Wiara.pl/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Apokaliptyczna Niewiasta jest znakiem zwycięskiej nadziei.

    NIEPOKALANE POCZĘCIE/Peter Paul Rubens,1628–1629/Wikimedia

    ***

    Wniebowzięta. Fakty i legendy

    Jak ustosunkować się do różnych, często bardzo dziwacznych opowiadań o wniebowzięciu Maryi? Czy należy je uznać po prostu za piękne baśnie wyrażające ludową wiarę, czy też można odnaleźć w nich okruchy historycznej prawdy? Co daje nam, chrześcijanom, przekaz o Wniebowzięciu Maryi?

    Katolicy zobowiązani są do przyjęcia za prawdę, że „Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” (Breviarium fidei VI, 105).

    Papież Pius XII skorzystał z dogmatu o nieomylności papieskiej, aby uczynić dogmatem coś, co i tak do wieków było przedmiotem powszechnej wiary ludzi, bo Uroczystość Wniebowzięcia NMP zaliczana jest przecież do najstarszych świąt maryjnych w Kościele. Obchodzono ją już w V wieku. Kościół nie rozstrzygnął jednak nigdy, czy Maryja umarła i potem została wzięta do Nieba z ciałem i duszą, czy też przeszła do chwały Bożej, nie umierając lecz „zasypiając”. Niektórzy próbowali odpowiedzieć na te pytania i opisać szczegółowo, jak odbyło się wniebowzięcie Maryi pod względem – powiedzmy to, technicznym… I tu wyobraźnia ludzka podpowiadała różne rozwiązania.

    Literatura apokryficzna, która zajęła się tematem wniebowzięcia Matki Bożej, ubarwiła go szeregiem legend i cudów.

    Tajemnicze zniknięcie ciała

    Pismo Święte po raz ostatni wspomina o Matce Jezusa, jako trwającej na modlitwie z Apostołami w Wieczerniku. Na temat dalszych dni Jej życia i okolicznościach śmierci nic w Biblii więcej nie zapisano. W 450 roku, gdy cesarzowa Pulcheria postanowiła sponsorować budowę kościoła ku czci Matki Bożej w Konstantynopolu, poprosiła listownie biskupa Jerozolimy Juwenalisa o jakieś relikwie Matki Bożej. Dowiedziała się wtedy, że żadne przedmioty, szaty ani kości Matki Bożej nie zostały zachowane, a Jej ciało zostało wzięte do Nieba „jak to wiemy ze starożytnego i bardzo pewnego podania” – pisał Biskup.

    Jan Damasceński (zm. ok. 749) opisuje, że Apostołowie przybyli do grobu Maryi trzeciego dnia po Jej śmierci, ale nie znaleźli w nim ciała: …jedynie mogli pomyśleć, że Ten…, który zachował Jej nienaruszone dziewictwo nawet po swoim narodzeniu, uchronił Jej ciało od skażenia i przeniósł je do Nieba przed powszechnym ciał zmartwychwstaniem”. A zatem, wiara we wniebowzięcie Maryi była właśnie konsekwencją tajemniczego zniknięcia jej ciała.

    Zioła w grobie Maryi

    Idea Wniebowzięcia stała się głównym tematem cyklu około dwudziestu apokryfów, znanych pod ogólnym tytułem Transitus Mariae.

    Transitus oznacza „przejście”, niejako paschę – co możemy rozumieć, jako przemianę życia obecnego w jego pełnię. Teksty apoktyficzne, zachowane w różnych językach (syryjskim, koptyjskim, etiopskim, greckim, ormiańskim), pochodzą z okresu między IV a VI w. i mimo, iż różnią się od siebie treścią, czasami wręcz sobie przecząc, zachowują pewien ogólny schemat.

    Maryja, w cudowny sposób uprzedzona o swojej śmierci, umiera w Jerozolimie; zostaje złożona do grobu, jakiś czas później lub bezpośrednio po złożeniu do grobu jej ciało zostaje jednak wzięte do Nieba, toteż gdy (po przybyciu spóźnionego Tomasza) Apostołowie otwierają grób, znajdują w nim jedynie świeże kwiaty. Stąd właśnie w Polsce mówi się, że 15 sierpnia przypada Święto Matki Boskiej Zielnej.

    Z objawień Katarzyny Emmerich

    Cechą wspólną wszystkich apokryfów jest umiejscowienie końca ziemskiego życia Maryi w okolicach Jerozolimy, zazwyczaj w dolinie Jozafata, pod Górą Oliwną. Wbrew późniejszej tradycji, której propagatorką była zakonnica z Westfalii św. Katarzyna Emmerich, jakoby św. Jan Apostoł zabrał Maryję ze sobą do Efezu, gdzie miała ona doczekać kresu swojego ziemskiego życia, wszystko wskazuje na to, że Maryja umarła w Jerozolimie.

    Zwolennikom wizji św. Katarzyny Emmerich trudno to zaakceptować. Przecież opisała ona dokładnie mały domek w górach, 7 km za Efezem, wzniesiony dla Matki Bożej przez św. Jana. W lipcu 1891 r. dwóm francuskim lazarystom, profesorom kolegium Najświętszego Serca Jezusowego w Izmirze, udało się odnaleźć nawet ruiny tego domku, które są w 100 procentach zgodne z opisem niemieckiej mistyczki. Co prawda Katarzyna Emmerich twierdzi, że to z Efezu Maryja została wniebowzięta, ale niektórzy, próbując ocalić wiarygodność efeskiego Domku Świętej Maryi, sugerują, że Maryja faktycznie wyemigrowała, a następnie powróciła do Jerozolimy, by jej śmierć mogła dokonać się w miejscu o wymiarze symbolicznym.

    Decyzja Apostołów

    W wielu apokryfach pojawia się motyw konsultowania się Chrystusa z Apostołami na temat tego, co powinno stać się z ciałem Maryi po śmierci. Wprost pyta o to Dwunastu, a oni decydują demokratycznie, że wypadałoby wziąć ciało Matki Boskiej do Nieba.

    W utworze Św. Melitona z Sardes Księga o odejściu Dziewicy Maryi” (Transitus Melitona z Sardes) czytamy:
    Wtedy rzekł Piotr i inni apostołowie: Panie, wybrałeś tę oto służebnicę Twoją, by stała się dla Ciebie niepokalaną komnatą (…). Wydaje się nam, sługom Twoim, że jest rzeczą słuszną , tak jak to, iż przezwycieżywszy śmierć, królujesz w chwale, abyś również, po wskrzeszeniu ciała matki, doprowadził ją pełną radości do Nieba. Wtedy rzekł Zbawiciel: Niech się stanie według waszego zdania (TransMel XV, 3 – XVI, 1).

    W ten oto sposób Maryja zostaje wniebowzięta na mocy decyzji Kościoła. Apokryfy wskazują także dość konsekwentnie, że dodatkowym argumentem za cudownym zabraniem ciała Maryi do Nieba były próby sprofanowania jej zwłok podejmowane rzekomo przez kapłanów żydowskich.

    Legendy a prawda wiary

    Apokryf o nazwie Opowieść Jana Teologa o uśnięciu świętej Bogurodzicy (Transitus Jana Teologa) podaje rozwiązanie pośrednie. Czytamy w nim opis, jak Chrystus zstępuje z Nieba w asyście cherubinów i objaśnia Maryi, co stanie się z jej ciałem, a co z duszą:
    Oto od teraz zostanie twoje drogocenne ciało przeniesione do Raju, a święta Twoja dusza do Niebios, do skarbów Ojca Mojego, do nadprzyrodzonej światłości” (TransJTeol XXXIX).

    Wtedy oblicze Matki Pana zabłysło bardziej niż słońce (…), Pan zaś wyciągnąwszy ręce przyjął jej świętą i przeczystą duszę, a w chwili wyjścia jej przeczystej duszy, napełniło się miejsce owo zapachem i niewypowiedzianym światłem” (TransJTeol XLIV-XLV).

    Ciało Maryi zostaje złożone najpierw do grobu, po trzech dniach w tajemniczy sposób znika: I poprzez trzy dni słyszano głosy niewidzialnych aniołów, którzy chwalili Chrystusa, Boga naszego, który się z niej narodził. A gdy wypełnił się trzeci dzień, zmilkły głosy, z tego więc poznali wszyscy, że drogocenne jej ciało zostało przeniesione do Raju” (TransJTeol XLVIII).

    Autor ma świadomość, że należy wyłączyć Maryję spod prawa rozkładu ciała w grobie (no bo nie wypada), z drugiej strony jednak uważa, że wystarczy uznać niezniszczalność jej ciała, przeniesionego do Raju, gdzie oczekuje na powszechne zmartwychwstanie. Mamy tu zatem właściwie teorię podwójnego wniebowzięcia: ciała złożonego w Raju i duszy przeniesionej do Siódmego Nieba.

    Raj to Ogród Eden (ten w którym żyli przed upadkiem Adam i Ewa). Według legend żydowskich został on tuż przed Potopem usunięty z ziemskiej rzeczywistości, przemieniony i umieszczony w Trzecim Niebie. O ile więc ciało Maryi nadal czeka na zmartwychwstanie ciał, tyle że w Trzecim Niebie, to jej dusza jest już przy Tronie Boga.

    Te historie o wyjmowaniu duszy i wkładaniu jej z powrotem, czy też o rozdzielaniu miejsca pobytu duszy i ciała, wydawały się jednak pomysłami nazbyt fantastycznymi.

    Za bardziej wiarygodne uznano, że Maryja zmartwychwstała i została wzięta do Nieba (z duszą i ciałem) bezpośrednio po śmierci, a nie trzy dni po niej. Tak wniebowzięcie przedstawia chociażby wzmiankowany już apokryf pod tytułem „Transitus Melitona z Sardes”. Taka też koncepcja wniebowzięcia Maryi najbardziej utrwaliła się w powszechnej świadomości wiernych.

    Czasami nawet pomijano śmierć i wskrzeszenie Maryi przez Jezusa, sugerując jakoby została ona zabrana do Nieba jeszcze za życia, co rozumiano w ten sposób, że kresem jej ziemskiego życia było po prostu wniebowzięcie, a nie śmierć. Precedens już istniał, bo żywcem został porwany do Nieba prorok Eliasz (2 Krl 2, 11), a jeszcze wcześniej Henoch (Rdz 5,24; Syr 44,16; Hbr 11,5). Skoro oni mogli nie doświadczyć śmierci, mogła i Maryja.

    Pamiątka z wniebowzięcia

    Według apokryfu przypisywanego Józefowi z Arymatei, kiedy apostoł Tomasz (który nie był na pogrzebie) zbliżał się do Góry Oliwnej, ujrzał, jak aniołowie niosą ciało Maryi do Nieba. Zaczął więc wołać:
    O święta Matko, Matko błogosławiona, Matko niepokalana, jeśli już doznałem tej łaski, że cię teraz widzę, gdy dążysz do Nieba, uraduj sługę twego dzięki twemu wielkiemu miłosierdziu” (TransJózAr XVII).

    Wówczas przepaska, którą apostołowie opasali wcześniej ciało Maryi, została zrzucona z Nieba, aby Tomasz mógł ją sobie zachować na pamiątkę. Po przybyciu do Wieczernika Tomasz wysłuchał opowieści pozostałych apostołów o śmierci i pogrzebie Matki Boskiej. Oświadczył wówczas, że Jej ciała już nie ma w grobie, bo zostało zabrane do Nieba. Zdenerwowani Apostołowie zaczęli mu wypominać grzech niewiary w zmartwychwstanie Jezusa, zarzucając, że teraz dla odmiany fantazjuje. Tomasz jednak domagał się, aby poszli do grobu i otwarli go celem sprawdzenia, czy nadal znajduje się w nim ciało Matki Boskiej. Oczywiście grób okazał się pusty. Gdy zaś Tomasz pokazał szarfę, która spadła, gdy aniołowie nieśli ciało Maryi w stronę Nieba, apostołom nie pozostało nic innego, jak uznać, że doszło do wniebowzięcia, którego świadkiem był Tomasz.

    Tę właśnie przepaskę Maryi, jako relikwię i pamiątkę z wniebowzięcia przechowuje katedra pw. św. Szczepana w Prato w kaplicy o nazwie Del Sacro Cingolo. Jeśli więc ktoś nie dowierza, może udać się do Toskanii i naocznie przekonać, że Maryja wniebowstąpiła, czego widomym dowodem jest przepaska oprawiona w złoty relikwiarz i wystawiana kilka razy do roku na widok publiczny.

    Jak ustosunkować się do tych różnych, często bardzo dziwacznych, apokryficznych opowiadań o wniebowzięciu Maryi? Należy je uznać po prostu za piękne baśnie wyrażające ludową wiarę. Już dekret papieża Gelazego z 495 r. wzywa do wstrzemięźliwości w czytaniu apokryfów o wniebowzięciu i postuluje zdrowy rozsądek. Być może nie wszystko jest tam legendą i apokryfy te zawierają jakieś okruchy prawdy historycznej, ale tego nie potrafimy rozstrzygnąć. Dają nam natomiast ciekawy wgląd w to, jak chrześcijanie kiedyś wyobrażali sobie wniebowzięcie Maryi.

    Roman Zając/Wiara.pl/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    XVII-wieczny obraz wotywny z gidelskiego sanktuarium Matki Bożej.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny 

    ***

    Niebo manifestuje się na ziemi – trzeba tylko otworzyć oczy

    Maryja została wzięta do nieba, ale to nie znaczy, że już do nas nie zagląda. Matka Boża i inni mieszkańcy krainy zbawionych wciąż nam nieba przychylają.

    Janina Lach z Łodzi cierpiała na stwardnienie rozsiane. Mąż ją zostawił, więc sama wychowywała dwójkę małych dzieci. Straciła władzę w nogach, lekarze nie dawali jej żadnej nadziei. Dowiedziała się, że konsekwencją choroby będą całkowity paraliż i ślepota. Miała 26 lat, gdy przyznano jej inwalidztwo pierwszej grupy. Pod koniec stycznia 1979 roku przyśniła się jej Jasna Góra i Matka Boża. Maryja mówiła coś do pielgrzymów, ale w pewnym momencie spojrzała na nią i powiedziała: „Przybądź do mnie, doznasz łaski”. Było to tak wyraźne, że kobieta się nie zastanawiała. Poruszając się o kulach, w ciężkim kołnierzu ortopedycznym, dotarła do pociągu i przyjechała do Częstochowy.

    Gdy znalazła się w Kaplicy Cudownego Obrazu, było około południa. Wkrótce miała się zacząć Msza św. Janina ujrzała bijącą z obrazu jasność i czuła ogarniające ją wielkie ciepło. W głowie słyszała słowa: „No chodź, chodź. Podejdź bliżej, bliżej…”. Podeszła tak blisko, że bliżej już się nie dało.

    Świadkiem tej sceny była siostra Rafaela Marek, służebniczka. Klęczała obok. Ona też widziała nadzwyczajną jasność bijącą z Obrazu. Myślała, że włączono jakieś nowe reflektory – aż odwróciła się, żeby to sprawdzić. W pewnej chwili usłyszała stukot upadających na posadzkę kul. Zauważyła, że kobieta stoi z rękami skrzyżowanymi na piersiach, wpatrzona jak w ekstazie w wizerunek Maryi. „Podeszłam, podniosłam kule, uklękłam obok tej kobiety i zaczęłam się modlić. Z wielkim wzruszeniem, bo już wiedziałam, że jestem świadkiem dziejącego się właśnie cudu” – opowiadała później. Kiedy Janina oprzytomniała, zwróciła się do zakonnicy. „Siostro, co się ze mną dzieje, ja stoję? Od pięciu lat nie rozstaję się z kulami” – powiedziała. Zdała sobie sprawę, że dzieje się coś ponadnaturalnego. Płakała ze wzruszenia.

    Szczegółowe badania potwierdziły niewytłumaczalne uzdrowienie Janiny Lach z nieuleczalnej choroby. Całkowicie zdrowa mogła zająć się dziećmi. Wyremontowała dom i przyjęła do niego także swojego męża, który schorowany i pozbawiony dachu nad głową, wrócił do żony.

    Znowu cud

    Wiosną 2005 roku Janina Lach, wskutek wypadku samochodowego, straciła wzrok. Lekarze orzekli: pourazowy zanik nerwu wzrokowego. 15 lipca całkowicie ociemniałą przywiozły na Jasną Górę córka i wnuczka. Poprosiła o podprowadzenie jej do miejsca, gdzie pielgrzymi na klęczkach okrążali ołtarz. Ona też uklękła i zaczęła iść na kolanach. Będąc przed Obrazem Matki Bożej, poczuła powiew ciepłego powietrza. Chciała powiedzieć: „Matko Boża, widzisz, z jakim problemem do Ciebie przybywam”, ale gdy doszła do słowa „widzisz”… zobaczyła twarz Maryi w jasnogórskim Obrazie. „Dalej szłam na kolanach z wdzięcznością, dziękując, że mogę Ją widzieć” – zeznała później do protokołu stwierdzającego kolejny cud, którego doświadczyła.

    Janina do wiszących na ścianie kaplicy swoich kul dołączyła białą laskę. W 2014 roku, kolejny raz odwiedzając Jasną Górę, powiedziała: „Cały czas się czuję jak Jej dziecko, a Ona – moja ukochana Mama. Wyszło to z moich lat dziecięcych, kiedy nie miałam mamy, i od dziecięcych lat przychyliłam się do Matki Najświętszej. Ta miłość do Maryi pogłębiała się z miesiącami, z latami. Teraz jestem całkowicie Jej oddana. Zawierzam Jej wszystko”.

    – Na Jasnej Górze wciąż dzieją się cuda. Mniej lub bardziej spektakularnie. Są ludzie, którzy o tym informują osobiście, czasem listownie, a czasem zawiadamia o tym ich rodzina – mówi paulin o. Michał Bortnik, rzecznik prasowy Jasnej Góry. Podkreśla, że współczesne cuda są dokładnie dokumentowane, oparte nie tylko na zeznaniach osób uzdrowionych i świadków, ale też – a może przede wszystkim – na świadectwach lekarskich. Zakonnik wskazuje, że uzdrowienie Janiny Lach jest jednym z bardziej spektakularnych przypadków ingerencji nadprzyrodzonej na Jasnej Górze w ostatnich czasach.

    Znaczące, że przypadkiem Janiny Lach bardzo szybko zainteresowała się SB. Rządzący wtedy komuniści próbowali podważać jej wiarygodność. Szczęśliwie udało się zdobyć dokumentację medyczną, zanim bezpieka położyła na niej rękę. Sugerowano, że wcześniej udawała chorobę albo, przeciwnie – że wciąż jest chora. Dlatego, choć była w pełni sprawna, w papierach długo pozostawała jako osoba z ciężkim inwalidztwem.

    Reakcja bezpieki PRL pokazuje, jak bardzo „niebezpieczne” dla ideologów nieistnienia Boga są wydarzenia, w których niebo manifestuje swoją obecność. Według wyznawanej przez nich ideologii zdarzenia te nie mają prawa zaistnieć. Zdarzają się jednak, i to znacznie częściej niż się na ogół wydaje. Maryja spośród wszystkich świętych najczęściej i najwyraźniej sprowadza niebo na ziemię. Przejawia się to w niezliczonych łaskach i znakach, w doświadczeniu Bożej miłości i w przemianie serc, jaka następuje wskutek spotkania z Nią.

    Mama i rodzeństwo

    Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny nie oznaczało Jej nieobecności na ziemi. Historia Kościoła pokazała, że stało się przeciwnie – Maryja spośród wszystkich świętych najczęściej i najwyraźniej sprowadza niebo na ziemię. Przejawia się to w niezliczonych łaskach i znakach, w doświadczeniu Bożej miłości i w przemianie serc, jaka następuje wskutek spotkania z Nią. Czy jednak mogło być inaczej, skoro w testamencie Jezusa z krzyża otrzymała misję bycia Matką dla wszystkich ludzi? To oczywiste, że Jej troska dotyczy nas, przebywających jeszcze w doczesności, a nie zbawionych, o których troszczyć się już nie musi. Ponieważ Matka Boża jest także naszą Matką, robi wszystko, żebyśmy trafili do nieba. Nic też dziwnego, że ingerencje Maryi mają konkretny wymiar i zawsze zmierzają do wzmocnienia więzi człowieka z Bogiem.

    W niebie mamy też rodzeństwo. Jezus, który sam określił się jako nasz brat, tym samym uczynił naszymi braćmi i siostrami wszystkich zbawionych. Kościół niebiański, do którego należą wszyscy święci z Maryją i aniołami, manifestuje się na różne sposoby. Konstytucja dogmatyczna o Kościele Soboru Watykańskiego II mówi o „trosce braterskiej” mieszkańców nieba, która „wspomaga wydatnie słabość naszą”.

    „Przyjęci bowiem do ojczyzny i znajdując się blisko przy Panu, przez Niego, z Nim i w Nim nieustannie wstawiają się za nas u Ojca” – czytamy.

    Będę kradła

    Wstawiennictwo świętych ma nieraz wymiar konkretnych, dających się zweryfikować zdarzeń. Są tacy, których „specjalnością” jest ingerowanie na ziemi i rozwiązywanie ludzkich problemów. Święta Teresa od Dzieciątka Jezus przed śmiercią zapowiedziała: „Chcę, przebywając w niebie, czynić dobro na ziemi. Po śmierci spuszczę na nią deszcz róż”. Nazwała się małą złodziejką. „Będę kradła. Dużo rzeczy w niebie zniknie, bo je wam przyniosę” – obiecała. Gdy 30 września 1897 roku zmarła, zaczęła spełniać swoją zapowiedź, wysłuchując niezliczonych modlitw ludzi na całym świecie.

    „Ujrzałam Tereskę stojącą tuż przy moim łóżku, wzięła mnie za rękę i się zaśmiała. Była prześliczna. Miała na sobie welon i wokół jej głowy roztaczał się blask” – opowiadała Reine Fauquet, kilkuletnia dziewczynka, która po odwiedzeniu grobu Teresy odzyskała wzrok. To było w maju 1908 roku i przyczyniło się do otwarcia procesu beatyfikacyjnego karmelitanki z Lisieux.

    Nie sposób oszacować liczby uzdrowień za wstawiennictwem św. Teresy, jakie dokonały się od tamtego czasu. Sama święta nie ogranicza się do tej dziedziny. Po prostu pomaga ludziom w potrzebie, objawiając wielkość i miłość Bożą. Już przed beatyfikacją „poratowała finansowo” zadłużone karmelitanki z klasztoru w Apulii, na południu Włoch. „Słuchaj, Pan posługuje się niebianami jak ziemianami, oto pięćset lirów, którymi spłacisz dług wspólnoty” – powiedziała we śnie przeoryszy. Pieniądze były we wskazanym miejscu. Podobne świadectwa dawane są do dzisiaj.

    Chodzi o niebo

    Teresa osobiście zajmuje się także formacją poszczególnych ludzi, instruując ich, jak mają żyć, żeby osiągnąć świętość. Zdarzyło się to m.in. siostrze Dulcissimie – Helenie Hoffmann, Ślązaczce zmarłej w 1936 roku w Brzeziu k. Raciborza. Zaczęło się od tego, że jako dziewczynka wykopała na polu medalik ze św. Tereską. Nie wiedziała, kim jest „ta pani”, rozpoznała ją dopiero po zdjęciu w gazecie. Potem Teresa przedstawiła się Helence w czasie snu i tak zaczęła się ich mistyczna przyjaźń. Formacja okazała się tak skuteczna, że dziś trwa proces beatyfikacyjny siostry Dulcissimy. Na jego finał oczekuje wielu ludzi, którzy za wstawiennictwem śląskiej zakonnicy doznali wielu łask.

    Ingerencje świętych zawsze mają jeden cel, wyznaczony przez Boga – przybliżyć śmiertelnikom niebo, uświadomić im ich właściwy cel i wskazać drogę, którą zawsze jest zaufanie Bogu. Ten rys jest bardzo wyraźny u św. Szarbela, którego wstawiennictwu przypisuje się 45 tysięcy potwierdzonych cudów. Znamienne są słowa, które usłyszała z jego ust spektakularnie uzdrowiona w 1993 roku Libanka Nouhad Al-Chami: „Zoperowałem Cię, aby ludzie się nawracali, widząc, że zostałaś cudownie uzdrowiona. Wielu ludzi oddaliło się od Boga, przestali się modlić, przystępować do sakramentów, żyją tak, jakby Bóg nie istniał”.

    Ostatecznie zawsze chodzi o to, żeby ludzie się nawracali i tak trafili do nieba. Dlatego niebo tak często wychodzi do nas.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W UROCZYSTOŚĆ PRZEMIENIENIA PAŃSKIEGO – 6 SIERPNIA

    wyruszyła z Warszawy 313 najstarsza polska pielgrzymka na Jasną Górę

    Najstarsza polska pielgrzymka wyruszyła na Jasną Górę

    fot. JM/Gość Niedzielny

    ***

    Ponad 2,5 tys. pielgrzymów w 18 grupach wyruszyło po porannej Mszy na Jasną Górę. Międzypokoleniowo, radośnie, z ważnymi intencjami w sercach. Na drogę pobłogosławił im metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz, który apelował, by pielgrzymowanie było też ewangelizacją. Hasło tegorocznej, 313 pielgrzymki, to “Uświęć ich w Prawdzie”. Najstarsza w Polsce, warszawska Pielgrzymka Piesza, w tym roku wpisana została na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego.

    Przed 6 rano pod paulińskim kościołem Ducha Świętego w Warszawie zgromadziło się ponad 2,5 tysiąca pielgrzymów. Rodziny z dziećmi w wózkach, seniorzy z kijkami trekkingowymi. Siostry zakonne, księża przewodnicy. O dobrą organizację troszczą się porządkowi. Nie brakuje instrumentów – oprócz gitar, dostrzec można było akordeon, ukulele, grzechotki. Ważną i wymagającą posługą podczas pielgrzymowania jest noszenie nagłośnienia. Na czele każdej z grup niesiony jest krzyż i jej znak, niektórzy pielgrzymi niosą flagi transparenty. Jednej grupie towarzyszy wielki portret Prymasa Tysiąclecia. Pątnicy niosą w sercach różne intencje, od tych osobistych, rodzinnych, po opiekę nad ojczyzną i pokój na świecie, zwłaszcza w Ukrainie. 

    Przed Mszą trwały jeszcze ostatnie zapisy na pielgrzymkę, do której dołączyć się można w każdej chwili na trasie. Organizatorzy liczą, że po weekendzie w drodze będzie 4,5 tys. pątników. 

    – Mam już swoje lata, więc taka wyprawa to zawsze wysiłek, ale ofiaruję go Bogu z modlitwami za moje wnuki, a w tym roku też za prawnuczkę albo prawnika, bo parę dni temu wnuczka powiedziała, że jest w stanie błogosławionym – mówi KAI pani Maria, który na pielgrzymim szlaku była już 11 razy, ale z Warszawy rusza po raz pierwszy. 

    Pan Michał, formujący się w ruchu Światło Życie, który idzie na Jasną Górę z żoną i trójką dzieci, w pielgrzymowaniu widzi dobrą metodę na umacnianie więzi rodzinnych. – Mamy też nadzieję, że dla dzieci to będzie owocna na całe życie katecheza i będą trwały w Kościele, który poznają jako radosną i wspierającą wspólnotę – dodaje. 

    Mszy polowej przed kościołem Ducha Świętego przewodniczył metropolita warszawski, kard. Kazimierz Nycz. W kazaniu zauważył, że już tradycją stało się rozpoczynanie warszawskiego pielgrzymowania w święto Przemienienia Pańskiego, „by tam przede wszystkim na końcowej Eucharystii przeżyć prawdę tych słów – to jest mój Syn umiłowany, w którym jest nasze zbawienie, w którym dokonała się ofiara na krzyżu”. 

    Hierarcha podkreślił, że tajemnica zbawienia jest sensem bycia w Kościele i życia, powinna też wzniecić zapał do głoszenia tej prawdy innym, zwłaszcza na peryferiach, „gdzie coraz więcej jest ludzi, którzy nie znają jeszcze Chrystusa, albo nie znają już Chrystusa. Jeszcze 50 lat temu chrześcijanie stanowili jedną trzecią mieszkańców ziemi, dziś na 9 mld jest nas trochę ponad miliard”.

    – Zmienia się optyka świata, zmienia się optyka miejsc, gdzie rozwija się Kościół. Nie należy już do tych miejsc Europa. Także w Polsce w ciągu ostatnich 30 lat powiększyły się peryferia ludzi, którzy się znaleźli poza chrześcijaństwem, poza Kościołem – mówił dodając, że ten proces sekularyzacji na świecie próbuje postawić w centrum człowieka zamiast Boga. Zauważył, że z tym związane jest inne współczesne zjawisko, przejawiające się w czynieniu wartości nie z dobra samego w sobie a z tego, w czym człowiek chce widzieć swoje szczęście, dla którego jest w stanie nawet poświęcić prawdziwe dobro. Zapewnił, że szczęście bierze się właśnie z czynienia dobra, a źródłem prawdziwego szczęścia jest Chrystus, zapraszający do wiecznego szczęścia w swoim zmartwychwstaniu. 

    Nawiązując do Ewangelii o przemienieniu na górze Tabor kaznodzieja mówił, że to doświadczenie tuż przed wydarzeniem Kalwarii miało apostołów przygotować, by było im łatwiej w obliczu męki Chrystusa, na innej górze – Kalwarii. „Statystycznie nie wszystko się z tego zamiaru Pana Jezusa udało, bo pod krzyżem został tylko Jan” – zauważył kardynał podkreślając, że jednak to doświadczenie góry Tabor pomogło im przyswajać prawdę zmartwychwstania. 

    – W naszym życiu czasem jest podobnie, spotykają nas różne drogi krzyżowe i góry Kalwarie, często zapominamy, że by je pokonać i przeżyć, trzeba wstępować na Górę Przemienienia, przemienienia Jezusa. Dlatego tak ważna jest Eucharystia. To jest dla wierzącego Góra Przemienienia, by umocnionym przejść do swojego życia – wskazał kard. Nycz. 

    Przytaczając dzieje tej najstarszej polskiej pielgrzymki wyraził radość, że po czasie pandemii pielgrzymów jest z roku na rok więcej, że pielgrzymka jest międzypokoleniowa. Dziękując za ich trud pielgrzymowania prosił, by w modlitwach pamiętać o lokalnym Kościele oraz powołaniach kapłańskich i zakonnych. Wezwał też, by pielgrzymowanie było ewangelizacją, dawaniem świadectwa po drodze. 

    – Wasze pielgrzymowanie do Częstochowy ma na celu spotkanie Chrystusa Przemienionego, który woła do Ojca „uświęć ich w Prawdzie” – mówił warszawski metropolita, nawiązując do hasła tegorocznej pielgrzymki. – Pierwszym wymiarem tej modlitwy Jezusa jest to, byśmy uwierzyli, że dla chrześcijanina jedyną najważniejszą prawdą jest Jezus Chrystus. Ale kiedy Jezus mówi te słowa, ma na myśli też to, co świat przez wieki robi z tą ziemską prawdą. W XXI wieku człowiek współczesny często mówi, że prawda jest to, co uważam za prawdę, inna jest prawda mediów, polityki, w życiu codziennym. Kiedy wołamy „Uświęć nas w Prawdzie”, wołamy o to, by Pan nam pomógł wracać do prawdy obiektywnej – dodał hierarcha, wzywając do powrotu do prawdy zwłaszcza o małżeństwie i życiu.  

    Po Mszy kard. Nycz błogosławił pielgrzymom relikwiami Rodziny Ulmów, a w darze otrzymał pakiet duchowego pielgrzyma i odprowadził pielgrzymów do archikatedry św. Jana. 

    Warszawska Pielgrzymka Piesza na Jasną Górę trafiła w tym roku na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego.

    Pielgrzymka warszawska nazywana także paulińską, początkami sięga XVIII w., ma swoje korzenie w 1711 roku. Wówczas Bractwo Pięciu Ran Chrystusa z warszawskiego kościoła paulinów postanowiło zorganizować wędrówkę, aby wyrazić wdzięczność Matce Bożej za ocalenie Warszawy przed epidemią dżumy w latach 1708-1711. Wyruszyło około 20 mężczyzn, ofiarując srebrne wota jako podziękowanie. Pielgrzymowanie kontynuowano w trudnych czasach stopniowej utraty niepodległości Rzeczypospolitej w XVIII wieku. W okresie zaborów pielgrzymka stała się symbolem wierności i wdzięczności wobec Matki Bożej Częstochowskiej. Począwszy od 1950 roku, Warszawska Pielgrzymka Piesza wyruszała z odbudowanego kościoła Ducha Świętego, tradycyjnego miejsca wymarszu. W latach 60-tych pomimo zakazu zgromadzeń religijnych, pielgrzymka odbywała się dzięki staraniom organizatorów i wsparciu paulinów. Każda pielgrzymka idzie na Jasną Górę z wybranym hasłem, do którego opracowywany jest program rozpisany na 9 dni. Fenomen tej pielgrzymki polega na ciągłości – wierni wypełniali śluby pielgrzymowania do Częstochowy nawet w czasie rozbiorów, wojen, zaraz i komunizmu. Jest nazywana „matką” pielgrzymek w Polsce.

    Kai/Gość NIedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jedna z najstarszych pielgrzymek na Jasną Górę wyruszyła na szlak

    Jedna z najstarszych pielgrzymek na Jasną Górę wyruszyła na szlak

    fot. via Facebook (Warszawska Pielgrzymka Piesza na Jasną Górę) – ojcowie Paulini/6 sierpnia 2024

    ***

    Niech doświadczenie pieszej pielgrzymki ku Jasnogórskiej Pani, Matce Wcielonej Prawdy, umocni waszą wiarę i rozpali serca miłością najpierw do Boga, aby potem, gdy wrócicie do rodzin i domów oraz codziennych zadań, móc miłować się wzajemnie – napisał metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz w przesłaniu do uczestników 313. Warszawskiej Pielgrzymki Pieszej, która 6 sierpnia wyruszyła na szlak, aby 14 sierpnia dotrzeć na Jasną Górę.

    Pielgrzymowanie z Warszawy do Częstochowy pod hasłem „Uświęć ich w Prawdzie” rozpoczęło się poranną Mszą św. pod przewodnictwem kard. Nycza w kościele paulinów pw. Ducha Świętego w Warszawie. W drogę wyruszyło 2,5 tys. pielgrzymów w 18 grupach, reprezentujących różne grupy wiekowe. Zostali pobłogosławieni relikwiami bł. rodziny Ulmów. Zdaniem organizatorów liczba pątników może jeszcze wzrosnąć do ok. 4,5 osób.

    W tym roku Warszawska Pielgrzymka Piesza na Jasną Górę została wpisana na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego. Jej początki sięgają 1711 r. Czasami nazywa się ją „matką” pielgrzymek w Polsce.

    We wtorek 6 sierpnia na pątniczy szlak z Wawelu w kierunku Jasnej Góry wyruszyło również ok. 6,5 tys. pielgrzymów z archidiecezji krakowskiej, którzy dotrą do celu 11 sierpnia. Mszy św. inaugurującej 44. Pieszą Pielgrzymkę Krakowską na Jasną Górę przewodniczył metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski. Hasłem tegorocznej pielgrzymki są słowa „Uczestniczę we wspólnocie Kościoła”. Pielgrzymka krakowska składa się z ośmiu wspólnot. Po 5 latach przerwy na pątniczy szlak powróciło ok. 750 Włochów ze wspólnoty Comunione e Liberazione.

    44. Krakowska Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę (Michał Michalski)

    Początki Krakowskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę sięgają tzw. Białego Marszu, który został zorganizowany przez krakowskich studentów 17 maja 1981 r., cztery dni po zamachu na życia św. Jana Pawła II.

    44. Krakowska Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę (Michał Michalski)

    Lipiec i sierpień to w Polsce sezon pielgrzymkowy. Wiele pielgrzymek wyruszyło lub wyruszy w trasę na Jasną Górę z różnych zakątków Polski. W poniedziałek 5 sierpnia Mszą św. w sanktuarium w Wiślicy zainaugurowano 43. Kielecką Pieszą Pielgrzymkę na Jasną Górę, która u celu będzie 13 sierpnia. Eucharystii przewodniczył ordynariusz kielecki bp Jan Piotrowski. 17 sierpnia wystartuje 42. Piesza Pielgrzymka Tarnowska na Jasną Górę, która tradycyjnie przybędzie do sanktuarium jasnogórskiego w wigilię uroczystości NMP Częstochowskiej – 25 sierpnia. 

    Pielgrzymi docierają na Jasną Górę nie tylko pieszo, ale również w ramach pielgrzymek biegowych, a nawet na rolkach czy konno. Różnorodność form pielgrzymowania to prawdziwy polski fenomen. Szczyt pielgrzymkowy przypada kilka razy w okolicach głównych świąt Maryjnych obchodzonych w tym czasie: 16 lipca (Matki Bożej Szkaplerznej), 26 sierpnia (Matki Bożej Częstochowskiej) i 8 września (Narodzenie NMP).

    mp/Vatican News, Artur Hanula

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czym są sanktuaria i dlaczego do nich pielgrzymujemy?

    Sample

    fot. BP KEP

    ***

    Polska jest krajem obfitującym w sanktuaria o żywym ruchu pielgrzymkowym. Sanktuaria to miejsca uznane za wyjątkowe, w których w sposób szczególny Bóg udziela swych łask. Miejsca te w naturalny sposób stawały i stają się celem pielgrzymek – pobożnych wędrówek, zbiorowych lub indywidualnych, mających na celu oddanie czci Bogu oraz duchowy wzrost. Polacy najliczniej pielgrzymują na Jasną Górę, a naszym najbardziej międzynarodowym sanktuarium są krakowskie Łagiewniki.

    Sanktuaria powstają zwykle w miejscach związanych z nadprzyrodzonym wydarzeniem, miejscach związanych z relikwiami lub ze szczególnymi obiektami kultu, np. cudownymi wizerunkami. Dzielą się na sanktuaria Pańskie – miejsca szczególnego kultu Bożych tajemnic, np. Trójcy Świętej, Miłosierdzia Bożego, Świętego Krzyża, sanktuaria maryjne – związane z czcią oddawaną Matce Bożej oraz sanktuaria związane z kultem poszczególnych świętych. Miejsca święte dzielą się również pod względem prawnym na erygowane, czyli takie, które zatwierdzone zostały przez odpowiednią władzę kościelną, oraz takie, które nie posiadają takiego statusu. Wiąże się to z rangą oraz oddziaływaniem sanktuarium. Mogą zatem istnieć sanktuaria międzynarodowe – erygowane przez Stolicę Apostolską, narodowe – przez konferencję episkopatu danego kraju, i diecezjalne – przez biskupa danej diecezji.

    Warto jednak podkreślić, że podział prawny w istocie nie oddaje znaczenia poszczególnych sanktuariów. Dla przykładu w Polsce dekretami Stolicy Apostolskiej zatwierdzone zostały sanktuarium na Górze św. Anny i sanktuarium św. Jadwigi Śląskiej w Trzebnicy. Dekretu takiego nie ma natomiast Jasna Góra, która jest przecież jednym z najważniejszych sanktuariów na świecie. Podział sanktuariów na międzynarodowe, krajowe, ponadregionalne, regionalne, lokalne i parafialne nie ma więc w gruncie rzeczy charakteru formalnego i opiera się na obserwacji rzeczywistego zasięgu oddziaływania danego miejsca ze względu na ruch pielgrzymkowy.

    Historia pielgrzymek

    Za pierwszą pielgrzymkę na ziemiach polskich uznaje się podróż, którą cesarz Otton III odbył do grobu św. Wojciecha w Gnieźnie w 1000 r. Najstarsze wzmianki o ruchu pielgrzymkowym związane są natomiast z sanktuarium Relikwii Drzewa Krzyża Świętego na Łysej Górze, miejscu uznawanym za święte jeszcze w czasach przedchrześcijańskich. Wieki średnie to czas powstawania kolejnych sanktuariów związanych z kultem relikwii świętych oraz z rozwijającym się kultem maryjnym

    W 1382 r. książę opolski Władysław przekazał wizerunek Matki Bożej paulinom, sprowadzonym z Márianosztra na Węgrzech do Częstochowy. Szybko stał się on celem pielgrzymek wszystkich stanów i regionów. Kult ten nabrał z czasem cech kultu państwowego i dynastycznego. W XVII w. kult jasnogórski był już ważną praktyką społeczną, ze stałymi szlakami pątniczymi. Od XVI w. liczne sanktuaria maryjne zaczęły powstawać na kresach Rzeczypospolitej. W tym czasie pielgrzymki stały się potrzebą religijną wszystkich warstw społecznych. W XVII w. zaczęły też powstawać liczne kalwarie, począwszy od Kalwarii Zebrzydowskiej (1602), odtwarzające w terenie realia Jerozolimy i upowszechniające kult Męki Pańskiej.

    8 września 1717 r. odbyła się uroczysta koronacja wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej. Do końca I Rzeczypospolitej odbyło się w sumie 29 koronacji wizerunków maryjnych. Były to wielkie uroczystości gromadzące w sanktuariach nawet setki tysięcy pielgrzymów. W 1711 r. wyruszyła pierwsza piesza pielgrzymka z Warszawy do Częstochowy. Od tego czasu organizowana jest ona nieprzerwanie każdego roku aż do dziś – co jest społecznym i religijnym fenomenem na skalę europejską.
    Władze zaborcze starały się ograniczać zarówno ruch pielgrzymkowy, jak i działalność sanktuariów – ale bez większych efektów. Co więcej, pielgrzymki stawały się często manifestacjami patriotyzmu, a sanktuaria integrowały pozbawiony państwa naród, umacniając więzi społeczne oraz propagując język i kulturę polską. Nie bez znaczenia dla ruchu pielgrzymkowego było też upowszechnienie kolei żelaznej. Jeszcze w latach 60. XIX w. na Jasną Górę przybywało rocznie około 100 tys. pątników. W latach 80. i 90. liczba ta wzrosła do około 300 tys. osób. Na przełomie wieków pojawiły się też pierwsze pielgrzymki zawodowe i stanowe.

    Objawienia maryjne z 1877  r. w Gietrzwałdzie skutkowały odrodzeniem polskości na Warmii, przyniosły też znaczne ożywienie i pogłębienie religijności we wszystkich zaborach. Gietrzwałd jest jedynym w Polsce i jednym z 12 na świecie miejsc objawień maryjnych uznanych przez Stolicę Apostolską za autentyczne.

    27 czerwca 1877  r. 13-letnia Justyna Szafryńska wracała z kościoła w Gietrzwałdzie do domu. Przygotowywała się do pierwszej komunii świętej i właśnie zdała egzamin u proboszcza, ks. Augustyna Weichsela. Gdy na głos dzwonu odmówiła „Anioł Pański”, na klonie rosnącym koło plebanii zobaczyła niezwykłą jasność, a w niej biało ubraną postać, siedzącą na złocistym tronie udekorowanym perłami. Po chwili zauważyła jasny blask zstępujący z nieba i anioła ze złotymi skrzydłami, w białej szacie. Gdy dziewczynka odmówiła „Pozdrowienie Anielskie”, postać podniosła się z tronu i wraz z aniołem uniosła się do nieba. Tak rozpoczęły się objawienia Matki Bożej, które trwały do 16 września 1877 r. Objawienia te wstrząsnęły Warmią i życiem lokalnej społeczności. Z perspektywy coraz trudniejszego położenia ludności polskiej w państwie pruskim potraktowano je jako ważny znak, symbol obrony zarówno katolików, jak i polskiej społeczności. Do Gietrzwałdu zaczęli też masowo przybywać pielgrzymi z innych zaborów.

    Odzyskanie niepodległości przyczyniło się do dalszego rozwoju ruchu pielgrzymkowego. Umocniło też znaczenie sanktuariów, zwłaszcza maryjnych, na czele z Jasną Górą, która w tym czasie uzyskała światowe znaczenie. Jasna Góra stała się też celem pielgrzymek narodowych, organizowanych z udziałem przedstawicieli Episkopatu i władz państwowych.

    Po II wojnie światowej w wyniku zmian terytorialnych układ polskich sanktuariów i związany z tym ruch pielgrzymkowy uległ znacznym zmianom. Repatrianci przywieźli ze sobą około 100 wizerunków Maryi i świętych wywiezionych w większości nielegalnie z Kresów Rzeczypospolitej. Wizerunki te umieszczone zostały w nowych miejscach, jednak ich kult nie miał już tak wielkiego zasięgu jak niegdyś. W nowych granicach Polski pojawiły się za to nowe sanktuaria, jak np. Góra św. Anny, Gietrzwałd, Trzebnica czy Wambierzyce. Ruch pielgrzymkowy w tych miejscach, początkowo nikły, z czasem się ożywił.

    Represje komunistyczne spowodowały, że pątnictwo w latach 50. nie przekraczało stanu przedwojennego. Ożywienie nastąpiło w związku z przygotowaniami do obchodów milenijnych. Pielgrzymowanie stało się dla Polaków ponownie czynem patriotycznym i formą wyrażenia oporu. W 1966 r. Jasną Górę odwiedziło w sumie milion osób. W 1977 r. – już 2 mln. Na początku lat 80. przybywało tam 5 mln pielgrzymów rocznie. Oblężenie przeżywały też inne sanktuaria. Nie bez znaczenia był tu wpływ Jana Pawła II – papieża pielgrzyma.

    Sanktuaria dzisiaj

    W  Polsce jest 1050 sanktuariów – 793 maryjne, 126 Pańskich i 131 dotyczących świętych. Około 500 tych miejsc stanowi regularny cel pielgrzymek. Najważniejszym sanktuarium w kraju, o randze sanktuarium narodowego, pozostaje Jasna Góra. W 2019  r. nawiedziło ją 4 mln 400 tys. pielgrzymów. Jasna Góra to również sanktuarium międzynarodowe, gromadzące pątników z wszystkich kontynentów, w istocie jedno z najważniejszych sanktuariów maryjnych na świecie.

    Poza Jasną Górą wśród najliczniej odwiedzanych miejsc świętych na świecie znajdują się (według danych z lat 2015‒2016) jeszcze krakowskie Łagiewniki. Za fenomenem Łagiewnik stoi nowy, silnie rozwijający się na całym świecie kult Bożego Miłosierdzia związany z objawieniami św. s. Faustyny. Do Krakowa-Łagiewnik rocznie przybywa około 2 mln osób z około 90 krajów świata. To najbardziej międzynarodowe polskie sanktuarium. Pod względem liczby krajów, z których pochodzą pielgrzymi, Łagiewniki ustępują tylko Rzymowi.

    Pielgrzymi z kraju i zagranicy przybywają też licznie do nowego zakopiańskiego sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach i do Kalwarii Zebrzydowskiej (około 1 mln pielgrzymów rocznie), sanktuarium silnie związanego z osobą Jana Pawła II. Pielgrzymi z różnych stron świata odwiedzają też Niepokalanów i grób bł. ks. Jerzego Popiełuszki przy kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie, który uzyskał rangę sanktuarium diecezjalnego. O międzynarodowym charakterze sanktuarium na Górze św. Anny przesądzają z kolei liczne pielgrzymki z Niemiec.

    Wśród sanktuariów o charakterze krajowym wymienić należy także Licheń. Przybywa tam rocznie około milion osób. Ważne są również Piekary Śląskie – miejsce szczególnie istotne dla ludzi pracy. Rośnie znaczenie Gniezna i kultu św. Wojciecha, patrona Polski, świętego przypominanego podczas spotkań młodzieży nad Lednicą. Coraz więcej pielgrzymów przyjeżdża w ostatnich latach do Gietrzwałdu, miejsca, gdzie objawiła się Matka Boża w 1987 r., mówiąc w bliskiej językowi polskiemu gwarze warmińskiej. 10 września 2017 r. odbyły się w Gietrzwałdzie uroczystości 140-lecia objawień maryjnych z udziałem Episkopatu oraz kilkuset tysięcy wiernych. Dwadzieścia pięć sanktuariów ma charakter ponadregionalny. To m.in. Borek Wielkopolski, Święta Lipka, Gostyń – Święta Góra, Kalwaria Pacławska, Leśna Podlaska, Ludźmierz, Swarzewo, Tuchów czy Wambierzyce. Są to wszystko sanktuaria maryjne, gdzie rocznie przybywa po około 200 tys. pielgrzymów, a trwałe szlaki pielgrzymkowe dochodzą do 150 km. Około 200 sanktuariów – jak Górka Duchowna, Rychwałd czy Skępe – ma charakter regionalny. Odwiedza je rocznie po około 50 tys. pątników z okolicy. Podczas pielgrzymek akcentowane są często elementy folklorystyczne. Ostatnią, najliczniejszą grupę stanowią ośrodki lokalne i parafialne. To około 500 sanktuariów, głównie maryjnych. Trzeba podkreślić, że kult w nich się nie rozwija, a w niektórych wręcz zamiera, ograniczając się do odpustu i procesji. Pielgrzymki lokalne tracą bowiem popularność na rzecz pątnictwa dalekiego.

    Pielgrzymki we współczesnej Polsce

    Pielgrzymowanie cieszy się w Polsce niesłabnącą popularnością. W ciągu roku uczestniczy w nim ok. 6 mln osób, czyli niemal 15 %  ludności. Dla porównania w latach 70. pielgrzymowało 10 proc. Polaków, a w okresie międzywojennym zaledwie 5 proc. 32 proc. Polaków deklaruje, iż przynajmniej raz w trakcie swojego życia uczestniczyło w pielgrzymce (niezależnie od jej formy i celu), w tym 14 proc. brało udział jeden raz, a 18 proc. – więcej niż raz.

    Polacy pielgrzymują przede wszystkim w grupach parafialnych – takie doświadczenie ma ponad połowa (56 proc.) osób, które kiedykolwiek brały udział w pielgrzymce. Mniej niż jedna trzecia (29 proc.) zadeklarowała, że była na pielgrzymce ze znajomymi, 17 proc. – z inną grupą kościelną, a 11 proc. – z grupą zawodową lub związaną ze wspólnymi zainteresowaniami. Na indywidualne pielgrzymowanie zdecydowało się 7 proc. wszystkich uczestników pielgrzymek.

    Obecnie w Polsce przeważają pielgrzymki autokarowe. To one ostatecznie przezwyciężyły sezonowość pątnictwa i wpłynęły na jego umasowienie. Spowodowały też wzrost zainteresowania pielgrzymowaniem dalekim. Należy podkreślić, że około 10 proc. wszystkich pielgrzymujących Polaków wyjeżdżało za granicę, najczęściej do Rzymu. Dla części pątników jednak ważniejsze niż dotarcie do celu wydaje się samo wędrowanie i związane z tym przeżycia fizyczne i duchowe. Ta grupa bierze zwykle udział w pielgrzymkach pieszych.

    Ekstremalne Drogi Krzyżowe to również swego rodzaju pielgrzymki. Celem ich jednak nie jest dotarcie do sanktuarium, ale właśnie przebycie określonej drogi. W 2019 r. w EDK uczestniczyło w Polsce kilkadziesiąt tysięcy osób, wędrujących na kilkuset trasach. Ekstremalne Drogi Krzyżowe odbyły się również poza Polską. Trasy zorganizowane zostały w 24 innych krajach.

    W pielgrzymkach częściej biorą udział kobiety niż mężczyźni. Widać też nadreprezentację osób w wieku 55-64 lat, choć i tak od przełomu lat 70. i 80. XX w. możemy mówić o odmłodzeniu pątnictwa. Do końca lat 60. ludzie starsi stanowili nawet 70-80 proc. ogółu pielgrzymujących. Obecnie młodzi to już prawie 50 proc. wszystkich pątników.

    Epidemia koronawirusa przyniosła w pielgrzymowaniu istotne zmiany i ograniczenia. Zarówno duszpasterzom, jak i wiernym zależało jednak na tym, by mimo trudności podtrzymać tradycję pieszego pielgrzymowania na Jasną Górę. Udało się to w znacznym stopniu, m.in. z uwagi na fakt, że latem nastąpiło znaczne poluzowanie obostrzeń związanych z epidemią.

    W 2020 r. na Jasną Górę przybyło w sumie niespełna 1 mln pielgrzymów. W ograniczonej formie odbyło się m.in. 120 pielgrzymek ogólnopolskich, 160 pielgrzymek pieszych z poszczególnych diecezji, 130 pielgrzymek rowerowych, 20 pielgrzymek biegowych i 1 pielgrzymka konna. Tegoroczne pielgrzymowanie miało jednak przede wszystkim wymiar duchowy. Odbywające się pielgrzymki organizowały na różny sposób łączność z tymi, którzy z różnych względów nie wyruszyli w drogę. Duchowi pielgrzymi mogli nie tylko słuchać konferencji, np. za pośrednictwem mediów społecznościowych, ale również podejmować konkretny wysiłek modlitewny czy uczestniczyć w akcjach charytatywnych. Po pandemii pielgrzymi licznie powrócili na pielgrzymi szlak.

    Najnowsze dane

    W ubiegłym roku przed obraz Matki Bożej Częstochowskiej przybyło 3,6 mln pielgrzymów. To o  2, 6 mln więcej niż trzy lata temu a 1,1 mln więcej niż przed dwoma laty.  Skutki pandemii wygasają. Tylko w pieszych pielgrzymkach w 228 grupach przeszło w ub. r. 77,5 tys. pątników. Grup rowerowych było 200, łącznie liczyło 8,6 tys. pielgrzymów. Z kolei w 17 pielgrzymkach biegowych udział wzięło 475 osób. W tym roku Jasna Góra spodziewa się rekordowej liczy pątników.

    Maria Czerska/e-kai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana a nie obrażana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC SIERPIEŃ 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby przywódcy polityczni służyli obywatelom, pracując dla integralnego rozwoju człowieka i dla dobra wspólnego, szczególnie troszcząc się o najuboższych i o tych, którzy stracili pracę.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *  Miesiąc sierpień dla naszej Wspólnoty Żywego Różańca jest przypomnieniem naszego całkowitego oddania się do zupełnej dyspozycji Bożej Matce. Dlatego w różańcowej modlitwie pragniemy coraz bardziej świadomie przeżywać Boże tajemnice naszego życia w Kościele, którego Ty jesteś Matką. Oby Twój głos: “Zróbcie wszystko co Syn mój wam powie” był usłyszany i wypełniany aż po brzegi naszych ludzkich możliwości. Bo tylko w ten sposób uratujemy siebie i bliźnich, z którymi przyszło nam razem przechodzić przez ten padół. W tym zamęcie obecnego czasu innego ratunku nie ma.

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 sierpnia modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 lipca z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ***

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO, MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    fot. via: Pixabay

    ***

    Ogromna rola różańca w historii Narodu Polskiego

    W historii Narodu Polskiego modlitwa różańcowa odegrała wielką rolę. Polacy niejednokrotnie mieli okazję przekonać się o tym, że wytrwałe, pełne ufności odmawianie różańca stanowi niezastąpioną pomoc i pewny ratunek w najtrudniejszym nawet położeniu. Fakt ten podkreślał Ojciec Święty Jan Paweł II w swoim dokumencie Rosarium Virginis Mariae: “Kościół zawsze uznawał szczególną skuteczność tej modlitwy, powierzając jej (…) najtrudniejsze sprawy. W chwilach, gdy samo chrześcijaństwo było zagrożone, mocy tej właśnie modlitwy przypisywano ocalenie przed niebezpieczeństwem, a Matkę Bożą Różańcową czczoną jako Tę, która wyjednywała wybawienie”.

      Potęga tej modlitwy uwidoczniła się między innymi w moralnym odrodzeniu, jakie się dokonało po objawieniach Matki Bożej w drugiej połowie XIX w. w Gietrzwałdzie na Warmii. W czasach rozpasanej germanizacji ziem polskich w zaborze pruskim, kiedy walka z polskością przybierała na sile, Najświętsza Panna wezwała miejscową ludność do odmawiania różańca. W krótkim czasie ujawniły się tego owoce. Jak relacjonował potem proboszcz Gietrzwałdu, świadek objawień: “Wśród wszystkich mówiących po polsku radosne postępy czyni szczególnie zapał do modlitwy i Bractwo Wstrzemięźliwości. Miliony modlą się na różańcu, przez co utwierdzają się w wierze katolickiej i ogromna ilość pijaków wyrwana została z doczesnej i wiecznej zguby. Do tego należy dodać czystość życia, jaką można zaobserwować wśród młodzieży, liczne powołania zakonne męskie i żeńskie, różne nawrócenia i konwersje oraz częste przystępowanie do sakramentów świętych. W całej Warmii, prawie we wszystkich domach, różaniec jest wspólnie odmawiany”.

         Objawienia się Matki Bożej na ziemi warmińskiej wywołały więc duchową odnowę mieszkańców tych terenów i zapoczątkowały podobne przemiany w innych regionach Polski, a ponadto stały się podstawą, dzięki której odzyskanie niepodległości przez nasz kraj zaczęło nabierać realnych kształtów.

         Suwerenność Polski, odzyskana wraz z zakończeniem pierwszej wojny światowej, po wielu latach niewoli, została poważnie zagrożona w roku 1920, kiedy to nasza ojczyzna przeżywała natarcie potężnej armii bolszewików. Wydarzenie owo zostało upamiętnione pod nazwą “cudu nad Wisłą”, gdyż rzeczywiście jedynie w kategoriach cudu można je rozpatrywać. Wystarczy wspomnieć, że naprzeciwko sowieckiej potęgi (12 dywizji piechoty i 2 dywizje jazdy) stanęło zaledwie trzy i pół dywizji polskiej piechoty oraz kilka drobnych oddziałów. Wynik konfrontacji wydawał się z góry przesądzony… Rychłego zwycięstwa bolszewików oczekiwali też Niemcy, dla których zdobycie Warszawy miało się stać hasłem do oderwania Gdańska i Górnego Śląska.

         Wojska bolszewickie w szybkim tempie zbliżały się do stolicy. Zatrwożeni warszawiacy zaczęli tłumnie wypełniać świątynie; wydano zarządzenie, że od 6 do 14 sierpnia we wszystkich kościołach zostanie wystawiony Najświętszy .Sakrament, na placu Zamkowym zaś około 30 tysięcy kobiet, dzieci oraz ludzi w podeszłym wieku żarliwie modliło się na różańcu. Dodawano sobie wzajemnie otuchy, przypominając słowa, które 31 lipca wypowiedział młody warszawski katecheta, ks. Ignacy Skorupka: “Nie martwcie się, Bóg i Matka Boska Częstochowska, Królowa Korony polskiej, nie opuści nas… Nastąpi zwycięstwo. Bliskim jest ten dzień! Nie minie 15 sierpnia, dzień Matki Boskiej Zielnej, a wróg będzie pobity”. Tymczasem z oddali dochodziły już odgłosy toczącej się bitwy…

         Walka rozgorzała na dobre w nocy z 13 na 14 sierpnia. Wziął w niej udział także ks. Skorupka, który niosąc krzyż wzniesiony wysoko nad głową, pobudzał wiarę polskich żołnierzy oraz dawał im przykład męstwa i odwagi, do czasu gdy został trafiony w głowę odłamkiem pocisku. Jego niezwykle ofiarna postawa i bohaterska śmierć odebrane zostały przez Polaków jako potężny, nadprzyrodzony impuls, który wywarł wielki wpływ na ducha narodu i wojska oraz przyczynił się do tego, że 15 sierpnia 1920 r., w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, potęga wroga załamała się i zapowiedziane zwycięstwo polskiego oręża nad potężną armią bolszewików stało się faktem.

         Jeden z uczestników bitwy warszawskiej 1920 r., ks. Stanisław Tworkowski, następująco podsumował tamte dramatyczne wydarzenia: “Cud nad Wisłą to dzieło Bożej Opatrzności, w które swój wysiłek włączył mój naród, naród wierzący, naród wzywający Boga, miłujący Go… To była walka w imię Jezusa Chrystusa, w imię Krzyża Świętego. Symbolem tego jest nasz kapelan katolicki – ks. Ignacy Skorupka, który z krzyżem w ręku biegł w tyralierze pod Ossowem. (…) Tajemnicę Cudu nad Wisłą stanowi modlitwa ludu Warszawy na placu Zamkowym… Przebieg walki z przytłaczającymi siłami bolszewików i odparcie ich w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny”.

         Także druga połowa XX wieku obfitowała w objawienia maryjne, podczas których Matka Boża wskazywała na wielką potrzebę modlitwy różańcowej, między innymi w rodzinie. Nie wszystkie wprawdzie te objawienia zostały oficjalnie potwierdzone przez władze kościelne, ale każde jest dokładnie obserwowane i w wielu wypadkach uznano błogosławione owoce duchowe, które przyniosły. Spróbujmy zatem opisać pokrótce niektóre z nich, przypuszczalnie mniej znane polskiemu czytelnikowi.

         W roku 1980 w miejscowości Cuapa w Nigerii wieśniak Bernard Martinez, który spytał Najświętszą Pannę o Jej życzenia, otrzymał następującą odpowiedź: “Pragnę, abyś codziennie odmawiał różaniec”. Nieco później zaś Matka Boża dodała: “W rodzinie, wraz z dziećmi – od chwili, gdy będą zdolne zrozumieć. Trzeba odmawiać różaniec o stałej godzinie, po zakończeniu zajęć domowych”. A innego dnia objawień Matka Boża dodała: “Odmawiajcie różaniec, rozmyślajcie nad tajemnicami, słuchajcie słowa Bożego zawartego w tajemnicach”. Objawienia w Cuapie nie zostały jeszcze oficjalnie uznane, ale miejscowy biskup zachęcał wiernych do rozważania i realizacji przesłania Maryi.

         Nad trwającymi od 1983 r. objawieniami w Campito w Argentynie, otrzymywanymi przez Gladys Quirodę de Mota, czuwa bezpośrednio biskup Castagna, który z uwagą śledzi rozwój kultu w miejscu objawień i stwierdza wielkie ich duchowe owoce. 6 czerwca 1987 r., gdy światowe telewizje transmitowały różaniec z papieżem Janem Pawłem II, Matka Boża powiedziała wizjonerce: “Dziś Pan będzie słuchał różańca świętego tak, jakby był on odmawiany moim głosem”.

         W obu oficjalnie uznanych objawieniach w Naju w Korei (połowa lat 80. XX w.) Matka Boża przekazała następujące orędzie: “Odmawiajcie z żarliwością różaniec, w intencji pokoju na świecie i za nawrócenie grzeszników. Starajcie się, aby odżyła świętość rodzin”.

         We wszystkich tych przesłaniach – a także w wielu innych – różaniec jest ukazywany jako najważniejsza po Mszy św. forma modlitwy, sposób na zażegnanie lub złagodzenie cierpień grożących światu za jego odejście od praw Bożych. Dzięki systematycznemu praktykowaniu nabożeństwa różańcowego możemy zaprosić do swego życia osobistego oraz rodzinnego Jezusa i Jego Matkę.

         Ażeby zaś nasze zaufanie do mocy różańca mogło stale wzrastać, byśmy byli coraz bardziej świadomi jego piękna, módlmy się jak najczęściej słowami apelu bł. Bartolomea Longo: “O błogosławiony różańcu Maryi, słodki łańcuchu, który łączysz nas z Bogiem, więzi miłości, która nas jednoczysz z aniołami; wieżo ocalenia od napaści piekła; bezpieczny porcie w morskiej katastrofie! Nigdy cię już nie porzucimy. Będziesz nam pociechą w godzinie konania. Tobie ostatni pocałunek gasnącego życia. A ostatnim akcentem naszych warg będzie Twoje słodkie imię, o Królowo Różańca, o Matko nasza droga, o Ucieczko grzeszników, o Władczyni, Pocieszycielko strapionych. Bądź wszędzie błogosławiona, dziś i zawsze, na ziemi i w niebie”.

         Zachętą do odmawiania różańca niech będą dla nas także słowa Ojca Świętego Jana Pawła II: “Dziś skuteczności tej modlitwy zawierzam (…) sprawę pokoju w świecie i sprawę rodziny (…). [Pamiętajmy bowiem, że] różaniec był zawsze modlitwą rodziny i za rodzinę, że niegdyś była ona szczególnie droga rodzinom chrześcijańskim i niewątpliwie sprzyjała ich jedności. (…)

         Tak więc różaniec, kierując nasze spojrzenie ku Chrystusowi, czyni nas również budowniczymi pokoju w świecie. Mając charakter nieustającego, wspólnego błagania, zgodne z Chrystusowym wezwaniem, by modlić się »zawsze i nie ustawać« (por. Łk 18,1), pozwala on mieć nadzieję, że również dzisiaj »walka« tak trudna jak ta, która toczy się o pokój, może być zwycięska. Różaniec, daleki od tego, by być ucieczką od problemów świata, skłania nas, by patrzeć na nie oczyma odpowiedzialnymi i wielkodusznymi, i wyjednuje nam siłę, by powrócić do nich z pewnością co do Bożej pomocy oraz z silnym postanowieniem, by we wszelkich okolicznościach dawać świadectwo miłości, która jest »więzią doskonałości« (Koi 3, 14).(…)

         Patrzę na Was wszystkich, Bracia i Siostry wszelkiego stanu, na Was, rodziny chrześcijańskie, na Was, osoby chore i w podeszłym wieku, na Was, młodzi: weźcie znów ufnie do rąk koronkę różańca, odkrywając ją na nowo w świetle Pisma Świętego, w harmonii z liturgią, w kontekście codziennego życia. (…) Modlitwa różańcowa jest wielką pomocą dla naszego czasu. Sprowadza ona pokój i sumienie; wprowadza nasze życie w tajemnice Boże i sprowadza Boga do naszego życia”.

    Robert Bil

    źródła: Gottfried Hierzenberger, Otto Nedomansky:

    “Księga objawień maryjnych od I do XX wieku”,

    Warszawa 2003; Ewa Hanter: “Tyś wielką chlubą naszego narodu “,

    Toruń 2000; “Godzina różańca”, Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej

    w Zakopanem, 2003; Jan Paweł II: List apostolski “Rosarium Virginis Mariae”.

    Do biskupów, duchowieństwa i wiernych o różańcu świętym, Kraków 2002.

    dam/adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 sierpnia Kościół wspomina św. Dominika,

    któremu miała objawić się Maryja i dać radę, jak wybawić Europę

    Dziś wspomnienie św. Dominika. Miała objawić mu się Maryja i dać radę, jak wybawić Europę

    święty Dominik Guzman (fot. domena publiczna / commons.wikimedia.org)

    ***

    Kościół katolicki 8 sierpnia wspomina św. Dominika Guzmána, któremu przypisuje się upowszechnienie modlitwy różańcowej w zbliżonej formie do obecnej. Mimo że założony przez niego zakon kaznodziejski dominikanów liczy ponad 800 lat, w Polsce ma najwięcej kandydatów przygotowujących się do kapłaństwa.

    Powstanie modlitwy różańcowej w formie zbliżonej do znanej obecnie tradycja Kościoła przypisuje założycielowi zakonu dominikanów św. Dominikowi Guzmánowi ur. ok. 1171–1173.

    Objawienie maryjne św. Dominika

    Według tradycji Kościoła katolickiego, w 1214 r. objawiła mu się Matka Boża wskazując nabożeństwo Różańca Świętego jako środek wybawienia Europy od herezji albingensów. Sekta pojawiła się ok. 1200 r. a jej członkowie zaprzeczali głównym prawdom wiary katolickiej, m.in. Trójcy Świętej, wcieleniu Syna Bożego, odrzucali mszę św., małżeństwo i pozostałe sakramenty. Burzyli także chrześcijańskie kościoły i klasztory oraz niszczyli obrazy i krzyże.

    W związku z tym, że albingensi zarzucali mu, że ma majątek i prowadzi wystawne życie, Dominik postanowił prowadzić życie ewangeliczne na wzór Jezusa chodząc od wioski do wioski, aby wyjaśniać ludziom naukę Chrystusa. Papież Innocenty III zatwierdził tę formę pracy apostolskiej. Do Dominika dołączyło 11 cystersów, którzy postanowili prowadzić podobny tryb życia, co dało początek 1207 r. zakonowi kaznodziejów – dominikanów. Jego głównym celem było głoszenie słowa Bożego i zbawianie dusz. Zakon zatwierdził papież Honoriusz III 22 grudnia 1216 r. Kapituła generalna w Bolonii w 1220 r. zdecydowała, że zakon nie może posiadać na własność stałych dóbr, ale że ma żyć wyłącznie z ofiar. W ten sposób dominikanie dołączyli do rodziny zakonów mendykanckich (żebrzących), jakimi byli w XIII w. franciszkanie, augustianie, karmelici, trynitarze, serwici i minimi.

    Dominikański sposób życia był nowością w odniesieniu do wcześniej istniejących zakonów, które cechowało “stabilitas loci”, czyli stałość miejsca oraz zamknięcie. Ważne miejsce w duchowości dominikańskiej zajmuje studiowanie rozumiane jako poszukiwanie prawdy, które powinno prowadzić do troski o zbawienie bliźniego. Według św. Dominika, słowo Boże powinno się głosić całym sobą. Postawę tę potwierdza dominikańska dewiza, “contemplata aliis tradere” (nauczać innych tego, w czym jest się samemu zakorzenionym poprzez kontemplację). Poza tym, ważna elementem duchowości dominikańskiej jest równowaga pomiędzy aktywnością a życiem modlitwy.

    Papież Grzegorz IX kanonizował św. Dominika w roku 1234. Wśród najbardziej znanych dominikanów są m.in. św. Tomasz z Akwinu (doktor Kościoła), papież św. Pius V czy św. Katarzyna ze Sieny (doktor Kościoła i patronka Europy).

    Pierwsi polscy dominikanie

    Pierwszymi Polakami, którzy wstąpili do zakonu kaznodziejskiego jeszcze za życia św. Dominika, był św. Jacek i bł. Czesław. Założyli oni klasztory dominikańskie w najważniejszych miastach Polski i Czech. Prowadzili także misje w Prusach, na Litwie i Rusi. Do rozbiorów zakon był jedną z największych rodzin zakonnych w Polsce.

    Także dziś zakon dominikanów cieszy się dużą popularnością. W kraju jest blisko 450 dominikanów. Według danych przekazanych Konferencji Rektorów Wyższych Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych z października 2023 r. do kapłaństwa przygotowywało się w zakonie 59 mężczyzn. Na drugim miejscu za nimi byli salezjanie (49) a na trzecim paulini i Seminarium Redemptoris Mater (37).

    Cechą charakterystyczną niemal wszystkich polskich klasztorów dominikańskich jest codzienna msza św. z kazaniem odprawiana w samo południe oraz wspólnie odmawiana lub śpiewana w tradycyjny, gregoriański sposób Liturgia Godzin.

    Różaniec składający się z trzech części: radosnej, bolesnej i chwalebnej i z 15 tajemnic, zatwierdził po soborze trydenckim w roku 1569 papież Pius V. W 2002 r. papież Jan Paweł II listem apostolskim “Rosarium Virginis Mariae” dodał do różańca tajemnice światła, zapełniając lukę między dzieciństwem Pana Jezusa i Jego męką.

    Na modlitwę różańcową jako szczególnie skuteczną i miłą Bogu wskazywało wielu papieży, począwszy od Piusa X. Wielkim czcicielem różańca był m.in. papież Leon XIII, którego pontyfikat przypadał na lata 1878-1903. Napisał on 12 encyklik i dwa listy apostolskie poświęcone różańcowi. Papież Paweł VI w adhortacji “Marialis cultus” z 2 lutego 1974 r. wskazał na różaniec jako na modlitwę głęboko zakorzenioną w Biblii.

    W liście apostolskim “Rosarium Virginis Mariae” z 16 października 2002 r. papież Jan Paweł II nazwał różaniec “modlitwą o wielkim znaczeniu, przynoszącą owoce świętości”.

    “W powściągliwości swych elementów skupia w sobie głębię całego przesłania ewangelicznego, którego jest jakby streszczeniem” – zaznaczył papież. Podkreślił, że od młodzieńczych lat modlitwa ta miała ważne miejsce w jego życiu duchowym i zachęcał wszystkich do jej odmawiania.

    Jak wskazał, różaniec jest szczególnie skuteczną modlitwą o dar pokoju. Zachęcał, by różańcem modlić się w rodzinach.

    “Powrót do różańca w rodzinach chrześcijańskich ma być, w ramach szerzej zakrojonego duszpasterstwa rodzin, skuteczną pomocą, by zapobiec zgubnym następstwom tego kryzysu znamiennego dla naszej epoki” – pisał.

    Święto Matki Bożej Różańcowej Kościół katolicki obchodzi 7 października. Ustanowił je papież Pius V w 1572 r. na pamiątkę zwycięstwa wojsk Ligi Świętej, skupionej wokół Państwa Kościelnego, nad wojskami Imperium Osmańskiego, odniesionego pod Lepanto 7 października 1571 r.

    Deon.pl/źródło: PAP / tk

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krótka historia różańca świętego według o. Amortha

    fot. screenshot – YouTube/Pixabay (Myriams-Fotos)

    ***

    Krótka historia różańca świętego według o. Amortha

    Wszystko zaczęło się w klasztorach. Tu od nie-pamiętnych czasów odmawiano sto pięćdziesiąt psalmów Dawidowych. Mnichom, a także ludowi, który nawiedzał klasztory, trudno było nauczyć się na pamięć każdego z nich. W związku z tym około roku 850 pewien mnich o irlandzkich korzeniach zaproponował, aby odmawiano zamiast nich sto pięćdziesiąt razy Ojcze nasz. I tak się stało. Wierni i mnisi skorzystali z rady irlandzkie-go duchownego i zaczęli odliczać powtórzenia Modlitwy Pańskiej na różne sposoby. Niektórzy posługiwali się stu pięćdziesięcioma kamykami, niektórzy sznurkami, a jeszcze inni węzłami.

    Z biegiem lat z węzłów i kamyków powstał różaniec. W XIII wieku mnisi cysterscy opracowali nową formę modlitwy, którą nazwali właśnie różańcem. Dlaczego? Po prostu porównywali ją do bukietu mistycznych róż ofiarowanych Maryi. Następnie św. Dominik rozpowszechnił różaniec, ogłaszając w 1214 roku, że nabożeństwo różańcowe jest pomocne w walce chrześcijan z herezjami.

    Tajemnice różańcowe w takiej postaci, w jakiej znamy je dzisiaj, jeszcze się wtedy nie ukształtowały. Nastąpiło to dopiero w XIII wieku. Różni teologowie od dawna uważali, że sto pięćdziesiąt psalmów to ukryte proroctwa o życiu Jezusa. W oparciu o studia nad psalmami opracowano psałterze naszego Pana, Jezusa Chrystusa, a tak-że hymny na cześć Maryi. Powstały cztery różne psałterze: sto pięćdziesiąt razy Ojcze nasz, sto pięćdziesiąt razy Pozdrowienie anielskie, sto pięćdziesiąt razy Chwała Jezusowi, sto pięćdziesiąt razy Chwała Maryi.

    Około roku 1350 ukształtowało się Zdrowaś Mario w takiej postaci, w jakiej znamy je dzisiaj. Stało się to dzięki zakonowi kartuzów, który połączył pozdrowienie archanioła Gabriela z pozdrowieniem św. Elżbiety oraz dodał „teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”.

    W XIV wieku cystersi, zwłaszcza we francuskim regionie Trèves, wprowadzili dodatkowe fragmenty wypowiadane po imieniu Jezus, aby objąć w tej modlitwie całe życie Chrystusa.

    Około połowy XIV wieku Enrico Kalkar, kar-tuz z Kolonii, wprowadził Ojcze nasz przed każdą dziesiątką Zdrowaś Mario. Ten sposób odmawiania różańca szybko rozpowszechnił się w całej Eu-ropie.

    Również w kartuzji w Trewirze na początku XV wieku Dominik Helion (zwany także Dominikiem z Prus lub Dominikiem z Trewiru) opracował różaniec, do którego dodał pięćdziesiąt ułożonych przez siebie formuł odnoszących się do wydarzeń związanych z życiem Jezusa Chrystusa. Formuły dodawał po każdym odmawianym Zdrowaś Mario, po słowach „błogosławiony owoc żywota twojego, Jezus”.

    Podobnie jak w propozycji Enrica Kalkara, wezwania Dominika z Prus były podzielone w grupy po dziesięć, przy czym każdą grupę poprzedzało Ojcze nasz.

    W latach 1435–1445 Dominik ułożył dla flamandzkich braci kartuzów odmawiających psałterz Maryi sto pięćdziesiąt formuł podzielonych na trzy grupy odwołujące się do ewangelicznych przekazów o dzieciństwie Chrystusa, Jego publicznej działalności i męce oraz zmartwychwstaniu.

    W 1470 roku dominikanin Alan de la Roche w porozumieniu z kartuzami, od których na-uczył się odmawiać różaniec, stworzył pierwszą konfraternię różańcową, szybko rozpowszechniając ten rodzaj modlitwy. Nazwał nowym różańcem formę obejmującą rozważania wewnątrz każdego Zdrowaś Mario, a starym różańcem – formę bez medytacji, w której odmawia się jedynie Zdrowaś Mario.

    Należy również wspomnieć o św. Piotrze z Werony, dominikaninie, który przyczynił się do wielkiej popularyzacji konfraterni maryjnych. Alan de la Roche ograniczył modlitwę różańcową do piętnastu tajemnic podzielonych na radosne, bolesne i chwalebne i – jak już wspomniałem – dopiero Jan Paweł II, wielki apostoł modlitwy różańcowej, w liście apostolskim Rosarium Virginis Mariae wprowadził tajemnice światła streszczające publiczne życie Jezusa.

    Dominikanie byli wielkimi głosicielami modlitwy różańcowej na świecie. Stworzyli liczne bractwa różańcowe, wśród których należy wy-mienić Konfraternię Różańca założoną w 1470 roku, Konfraternię Różańca Nieustającego, zwaną także Godziną Czuwania, założoną w 1630 roku przez ojca Tymoteusza Ricciego (inicjatywa polegała na tym, aby odmawiać różaniec przez wszystkie godziny dnia i nocy we wszystkie dni roku) oraz Konfraternię Żywego Różańca założoną w 1826 roku przez Paulinę Jaricot.

    Od średniowiecznej formuły różańca odchodzono stopniowo w okresie renesansu. Ostateczną formę różaniec uzyskał w 1521 roku za sprawą dominikanina Alberta de Castella.

    Święty Pius V, również dominikanin, był pierwszym papieżem różańcowym. W 1569 roku opisał owoce zebrane przez św. Dominika dzięki tej modlitwie i zachęcał wszystkich chrześcijan, aby ją odmawiali. Leon XIII ze swoimi dwunasto-ma encyklikami poświęconymi różańcowi był drugim papieżem różańcowym.

    Od roku 1478 do dnia dzisiejszego powstało ponad dwieście dokumentów papieskich poświęconych różańcowi.

    W kilku objawieniach sama Matka Boża wskazała modlitwę różańcową jako najbardziej potrzebną ludzkości. W czasie objawienia w Lourdes w 1858 roku miała długi sznur różańca na ramieniu. W 1917 roku w Fatimie, podobnie jak w ostatnich latach w Medjugorje, Matka Boża zachęcała, aby odmawiać różaniec codziennie.

    O. Gabriele Amorth

    Esej pochodzi z książki “Mój różaniec” o. Gabriele Amortha wydanej nakładem wydawnictwa Esprit

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dusze zmarłych? Są bliżej niż myślimy!

    fot. via: Pixabay

    ***

    Dusze zmarłych? Są bliżej niż myślimy!

    Śmierć człowieka otacza obłok tajemnicy. Odczuwa ją umierający, a najbliżsi zmarłego zadają sobie pytania: “Co się stało z tym, którego kochaliśmy? Co ze mną będzie po śmierci?”.

    Jedyną odpowiedź na te najważniejsze pytania daje Jezus: “Kto we Mnie wierzy, ma życie wieczne” (J 6, 47). Jest życie wieczne, jest niebo, które On nam otworzył swoją męką i zmartwychwstaniem, jest Jego nauka, jak to niebo osiągnąć, oraz są przestrogi przed utratą życia wiecznego. Chrystus mówi nam, że przez próg śmierci przechodzimy do nowego życia, gdzie wszystko ma wymiar duchowy, gdzie nie ma przestrzeni, materii, czasu, cierpienia i strachu, natomiast wszystkim we wszystkich jest Bóg – Miłość i Światłość odwieczna i wiekuista.

    Ażeby przybliżyć człowiekowi prawdę o rzeczach ostatecznych, które go czekają, a przede wszystkim by złagodzić ten naturalny lęk przed śmiercią albo niewiedzę o losach bliskich zmarłych, Bóg udziela czasem daru kontaktowania się żywych z umarłymi. Dzieje się to jednak rzadko i tylko wtedy, gdy w planach Bożych ma z tego wyniknąć wielkie dobro.

         Współcześnie taki dar – a nawet misję – otrzymała Maria Simma, zmarła w roku 2004 mieszkanka małej szwajcarskiej wioski Sonntag w Alpach.

         Maria pochodziła z licznej rodziny, w której się nie przelewało, więc dzieci wcześnie musiały pójść do pracy. Po ukończeniu szkoły ludowej dziewczyna pragnęła wstąpić do zakonu; trzykrotnie próbowała w różnych klasztorach, lecz wszędzie odmawiano jej przyjęcia ze względu na jej słabe zdrowie. Mając od dziecka bardzo żywe nabożeństwo do Matki Bożej, złożyła prywatny ślub czystości i oddała Jej dalszą drogę swego życia, pragnąc służyć Jej przez modlitwę i ofiarę w intencji dusz czyśćcowych. Po śmierci rodziców zamieszkała sama w domu rodzinnym w Sonntagu, pracując na bardzo skromne utrzymanie.

         Pewnej nocy w 1940 r. Maria nagle się obudziła i dostrzegła obcego mężczyznę chodzącego po jej pokoju. Na pytanie, kim jest, nie otrzymała od przybysza żadnej odpowiedzi. Ponieważ Simma była z natury odważna, momentalnie wyskoczyła z łóżka, chcąc schwytać intruza, lecz jej ręce trafiły w próżnię; wtedy zrobiło się jej nieswojo. W tej samej chwili zjawa znikła. Zaraz rano kobieta opowiedziała widzenie swemu spowiednikowi; ten radził jej w takich momentach pytać: “Czego potrzebujesz, czego chcesz ode mnie?”. Następnej nocy tajemniczy mężczyzna znów się pojawił. Na pytanie Marii odpowiedział: “Postaraj się o trzy Msze święte, a będę wybawiony”.

         Tak się zaczęła współpraca Marii z duszami pokutującymi w czyśćcu. Przez kilkanaście lat zjawiały się u niej w liczbie kilku rocznie. Proboszcz i spowiednik Marii, ks. Alfons Matt, którego kobieta informowała o każdej prośbie kierowanej do niej z zaświatów, polecał jej, aby żadnej duszy nie odrzucała, ale żeby starała się spełnić jej życzenie.

    W 1954 r. – a był to rok maryjny – dusze zaczęły przychodzić do Marii już co noc. Gdy ten rok minął, zjawiały się znowu rzadziej, ale najczęściej w pierwszą sobotę miesiąca, w święta Matki Bożej, w wielkim poście (szczegółnie w Wielkim Tygodniu), a także w listopadzie oraz w adwencie. Każdy kontakt duszy czyśćcowej z Mafią Simmą był szczególnym darem Bożym, uzyskanym przez Matkę Bożą dla danej duszy. To, co dusze mogły powiedzieć Marii Simmie, też było darem Bożym; wprawdzie wizjonerka nie mogła ich wypytywać sama, ale przez długie lata tych kontaktów uzyskała bogatą wiedzę i doświadczenie w sprawach czyśćcowych. Nie wolno jej jednak było przywoływać dusz z czyśćca: “Przychodzą po prostu, kiedy Pan Bóg im pozwoli postarać się o szybsze wybawienie” – wyjaśniała Maria. Wynika z tego, że wszelkie przywoływanie duchów, seanse spirytystyczne itp. nie są po myśli Bożej i należy się ich całkowicie wyrzec. Duchy, które mogą się w nich pojawiać, to duchy złe, podszywające się pod osoby zmarłe.

         Natomiast Simma przekonała się, że “dusze czyśćcowe wiedzą o nas i o tym, co się dzieje, więcej, niż myślimy. Wiedzą na przykład o tym, kto bierze udział w pogrzebie i czy się modli, czy tylko idzie, aby inni go widzieli. Wiedzą, kto wysłuchał za nie Mszy św., bo dla umarłego pobożne wysłuchanie Mszy św. ma większe znaczenie aniżeli towarzyszenie zwłokom na cmentarz. Wiedzą również dusze czyśćcowe, co się o nich mówi i co się dla nich robi. Są bliżej nas, niż myślimy; są całkiem blisko nas”.

         Na pytanie, jak i za co dusze cierpią w czyśćcu najbardziej, Simma daje następujące wyjaśnienie: “Jest tyle różnych rodzajów czyśćca co dusz. Każdą duszę trapi tęsknota za Bogiem i to powoduje najboleśniejsze cierpienia ze wszystkich. Poza tym każda dusza jest tak karana, jak grzeszyła (…). Grzechy przeciwko miłości, oszczerstwo, zniesławienie, brak pojednania się, kłótnie z powodu chciwości i zazdrości są w wieczności bardzo karane (…). Jak często grzeszy się bezlitosnymi wypowiedziami i płochymi sądami o drugich (…). Słowo może zabić – słowo może uzdrowić”. Do nieba może wejść tylko czysta miłość.

         “Co się dzieje z samobójcami? Są oni najczęściej niepoczytalni w chwili, gdy odbierają sobie życie. Przeważnie więcej winy ponoszą ci, którzy ich do samobójstwa doprowadzili”. A najlepszy sposób, aby się do piekła nie dostać, to pokora.

         Pomimo wielkich cierpień doznawanych w czyśćcu “żadna dusza nie chciałaby wrócić na ziemię i nadal żyć, ponieważ ma ona poznanie, o którym my nie mamy pojęcia. Dusze pokutujące w czyśćcu pragną oczyszczenia. Czy możemy sobie wyobrazić dziewczynę, która odważyłaby się przyjść na pierwszy bal w brudnej sukience i nie uczesana? Dusza w miejscu oczyszczenia – czyli w czyśćcu – ma tak świetlane pojęcie o Bogu, że przedstawia się jej w oślepiającej piękności. Żadna siła nie zdołałaby jej zmusić, aby stanęła przed Jego Obliczem, jeżeli najdrobniejsza skaza nie została z niej jeszcze zmazana. Tylko doskonale czysta odważy się stanąć przed Bogiem, aby oglądać Go twarzą w twarz”.

         Dusze ukazujące się Marii Simmie prosiły przede wszystkim o Msze św., modlitwę, ale także o zwrócenie się do ich bliskich z przestrogą, z prośbą o ofiary lub o wyrównanie krzywd. Z czasem zaczęły też prosić o przyjęcie cierpień za nie. Gdy wizjonerka się na to zgadzała, przeżywała godziny wielkich cierpień fizycznych; po ich upływie wracała do normalnego samopoczucia i mogła pójść rano do pracy. Ten rodzaj wspierania dusz pokutujących stał się dominującym nurtem misji Marii Simmy. Poznała, jak wielką wartość ma modlitwa i cierpienie ofiarowywane Bogu tu na ziemi w intencji zmarłych. Kilka godzin cierpień Marii skracało komuś czyściec o kilkadziesiąt lat. Dusze pokutujące z tej perspektywy żałują każdej okazji do cierpienia, której nie wykorzystały na ziemi, aby ją Bogu ofiarować w duchu pokuty.

         Wszystkie prośby dusz i informacje od nich uzyskane Maria przekazywała swemu proboszczowi, ks. Mattowi, bardzo troskliwie czuwającemu nad misją duchową, którą Bóg obdarzył jego penitentkę. Przekonując się, jak dobroczynne to zadanie dla dusz poku tujących w czyśćcu, a równocześnie jaki ma ono walor ewangelizacyjny dla ich rodzin, kapłan zgodził się, aby Simma wygłaszała odczyty o czyśćcu po okolicznych parafiach. Ludzie się o to dopominali, a dusze czyśćcowe popierały tę akcję, bo

         Wielekroć dusze przychodzące do Marii Simmy mówiły o roli Matki Bożej w wypraszaniu im skrócenia lub złagodzenia cierpień czyśćcowych. Matce Bożej należy się tytuł Matki Miłosierdzia Dusz Czyśćcowych – stąd tak cenna dla nich jest modlitwa różańcowa. Jedna dusza objawiająca się powiedziała Simmie, że Matka Boża upomina się o wybudowanie kaplicy ku Jej czci na rozstaju, gdzie kiedyś już kapliczka stała. Gdy przeprowadzano nową drogę, starą kapliczkę zniesiono, a o postawieniu nowej zapomniano. Matka Boża przypomina o konieczności jej postawienia, wyrażając też życzenie, aby znajdował się w niej obraz przedstawiający Ją jako Matkę Miłosierdzia Dusz Czyśćcowych. Obraz ma być piękny. Krótko potem Simmę odwiedził ksiądz z Polski. Gdy Maria opowiedziała mu o życzeniu Matki Bożej, kapłan podjął się znalezienia malarza i pokrycia kosztów.

         Obraz namalował Adolf Hyła z Krakowa, autor obrazu Jezusa Miłosiernego w Łagiewnikach. W maju 1959 r. obraz ikaplica w Sonntagu zostały poświęcone i są teraz miejscem pielgrzymek oraz modlitw za dusze w czyśćcu. 

    Teresa Tyszkiewicz/Maria Simma “Moje przeżycia z duszami czyśćcowymi”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Słowo z mocą

    Czy Kościół katolicki zabraniał czytania Pisma Świętego?

    „Nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa” – mawiał św. Hieronim.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Młody mężczyzna miał wrażenie, że stoi przed sądem Boga. „Zapytany o stan swój, odpowiedziałem, że jestem chrześcijaninem. A ów, który siedział na przedzie, rzekł: »Kłamiesz! Jesteś cyceronianinem, nie chrześcijaninem«” – wspominał w jednym z listów Hieronim.

    Istotnie, ten doskonale wykształcony człowiek był tak zafascynowany literaturą łacińską, że pisma biblijne w porównaniu z dziełami Cycerona i innych pisarzy rzymskich wydawały mu się szorstkie i słabe. Tego dnia jednak wszystko się zmieniło. Nadprzyrodzona wizja tak poruszyła przyszłego świętego, że całe jego dalsze życie było służbą słowu Bożemu.

    W roku 382 papież Damazy poprosił Hieronima o uporządkowanie i ujednolicenie istniejących już przekładów na łacinę Nowego Testamentu i psalmów. Powstawały one na potrzeby różnych gmin chrześcijańskich, różna też była ich jakość. Z reguły były tłumaczone z języka greckiego. Dotyczyło to także Starego Testamentu, który najczęściej stanowił tłumaczenie na łacinę tzw. Septuaginty, czyli przekładu greckiego z III–II wieku przed Chr.

    Hieronim znał doskonale nie tylko grecki, lecz także hebrajski, czyli język oryginalnych tekstów Starego Testamentu. 1640 lat temu przystąpił do dzieła, którego zakres okazał się daleko większy od zakładanego, stał się bowiem w dużej części tłumaczeniem własnym i objął niemal całą Biblię. Dokonane przez Hieronima tłumaczenie pozostało na wiele wieków podstawowym tekstem biblijnym Kościoła zachodniego. Z tego względu nazwano je Wulgatą (od łacińskiego vulgata – rozpowszechniona).

    Praca nad jednolitym tłumaczeniem Biblii na łacinę zajęła Hieronimowi 16 lat. Nie od razu jednak Wulgata stała się powszechnym tekstem Kościoła łacińskiego. Poszczególne Kościoły lokalne były przyzwyczajone do własnych tłumaczeń, dlatego proces ujednolicenia trwał do VIII wieku. Nawet wówczas jednak przepisywanie ksiąg Pisma Świętego i tłumaczenie ich na języki narodowe nie były objęte kontrolą Kościoła. Dopiero w XII wieku, wskutek pojawienia się heretyckich ruchów katarów (albigensów) i waldensów, Kościół we Francji i Hiszpanii, a potem częściowo w Niemczech zaczął wprowadzać ograniczenia w stosowaniu przekładów.

    Popyt biblijny

    Pod koniec XV wieku z pras drukarskich zeszło wiele wydań Biblii po łacinie i w językach narodowych. Nie było jeszcze wtedy żadnych przepisów kościelnych dotyczących publikowania tej formy tekstów świętych. Szybko jednak okazało się, że druk niesie wielkie możliwości, także w szerzeniu herezji. Wtedy Kościół zaczął cenzurować księgi, które miały być wydane. Pierwsze obostrzenia na niewielką terytorialnie skalę wprowadzono na niektórych obszarach Hiszpanii i Niemiec i dotyczyły one druku Biblii w językach narodowych.

    W miarę narastania prądów reformacyjnych Kościół zaczął reagować „przykręcaniem śruby”. Papież Leon X w 1515 roku zobowiązał biskupów i inkwizytorów do czytania książek przed ich wydrukowaniem. Każda z nich musiała być sygnowana nazwiskiem autora i zaopatrzona w adres wydawniczy. Biblia w językach narodowych mogła zostać wydrukowana tylko za zgodą władz kościelnych. Ksiądz profesor Rajmund Pietkiewicz w opracowaniu „Czy Kościół katolicki zabraniał czytania Biblii?” podkreśla, że nie same tłumaczenia były powodem restrykcji, lecz szerzone za ich pośrednictwem błędy doktrynalne. „Wolno było czytać Pismo Święte, ale zawsze z prawowiernym wyjaśnieniem, które odpowiadałoby poziomowi intelektualnemu czytelników” – zaznacza teolog. Wskazuje, że obiegowe opinie o masowym paleniu książek, także Biblii, i o zakazie czytania Pisma Świętego nie znajdują potwierdzenia w danych na temat liczby i zakresu edytorstwa w okresie poprzedzającym reformację. Znamienne, że Biblia Gutenberga, pierwsza księga wydawana drukiem w latach 1455–1446, to właśnie Wulgata. Rok później ukazał się Psałterz moguncki, a potem tzw. Biblia 36-wierszowa, po niej natomiast, w 1462 roku, tzw. Biblia 48-wierszowa. W sumie do roku 1500 wydrukowano 94 wydania całej Biblii w tłumaczeniu św. Hieronima, co w przybliżeniu oznacza 47 tys. sztuk. Jak na ówczesne standardy to wiele.

    Dlaczego akurat Biblia była pierwszą wydrukowaną księgą? Ksiądz Rajmund Pietkiewicz przypuszcza, że właśnie Biblia łacińska mogła zapewnić Gutenbergowi sukces ekonomiczny, co wyraźnie wskazuje na duży popyt na Pismo Święte i chęć jego czytania w tamtych czasach.

    Nakazy, zakazy

    W obliczu zamieszania wywołanego reformacją Sobór Trydencki ogłosił autentyczność Wulgaty w sprawach wiary i moralności. Oznaczało to, że Wulgata nie zawiera żadnego błędu dotyczącego wiary i moralności, ale nie wykluczało jednocześnie istnienia niedokładności formalnych w stosunku do Biblii hebrajskiej i greckiej. Odtąd to przede wszystkim Wulgatą należało się posługiwać w trakcie dysput i w głoszeniu kazań. „Ponadto święty synod (…) orzeka więc i postanawia, ażeby na przyszłość Pismo Święte, a zwłaszcza to stare i rozpowszechnione wydanie, było jak najbardziej starannie drukowane” – brzmiał oficjalny dekret Soboru Trydenckiego z 8 kwietnia 1546 roku. Wyrażenie „a zwłaszcza” wskazuje, że sobór nie odrzucił możliwości publikowania innych tłumaczeń.

    W postanowieniach soborowych znalazł się też zakaz komentowania Pisma Świętego „wbrew jednomyślnej opinii ojców”. Nakazano także „słuszny umiar” wydawcom, którzy „drukują cokolwiek bez zezwolenia przełożonych Kościoła, same nawet księgi Pisma Świętego z adnotacjami w nich i z czyimikolwiek bez różnicy wyjaśnieniami”. Za złamanie tych przepisów drukarzom groziła kara anatemy i grzywny, podobnie tym, którzy by rozpowszechniali księgi nieposiadające zezwoleń kościelnych. „Z kolei ich posiadacze lub czytelnicy, jeśli nie ujawnią ich autorów, sami zostaną za nich uznani” – ostrzegał dekret.

    Jak wskazuje ks. Pietkiewicz, było to równoznaczne z wprowadzeniem cenzury kościelnej i zobowiązaniem do uzyskania zgody na druk książek religijnych.

    Indeks

    Jeszcze w czasie trwania soboru papież Paweł IV opublikował Indeks Ksiąg Zakazanych. Był to wykaz dzieł, które Kościół uznał za niebezpieczne dla życia duchowego katolików. Oprócz licznych utworów literackich znalazły się tam wydania Biblii, które nie miały wyraźnej zgody Kongregacji Świętej Inkwizycji. Pius IV w 1564 roku wydał Konstytucję Pascendi dominici gregis, która wymieniała dziesięć reguł dotyczących Indeksu. Dwie z nich dotyczyły Pisma Świętego. Zdecydowano tam, że niekatolickie przekłady Starego Testamentu mogą czytać – za zezwoleniem biskupa – tylko katolicy wykształceni i pobożni. Czytania niekatolickich przekładów Nowego Testamentu zakazano całkowicie. Z kolei kto chciał czytać albo tylko posiadać Biblię katolicką w języku narodowym, musiał, po konsultacji z proboszczem lub spowiednikiem, otrzymać pozwolenie biskupa bądź inkwizytora. Kilkadziesiąt lat później papież prawo rozpatrywania takich próśb zarezerwował dla Stolicy Apostolskiej.

    Stanowisko Kościoła dotyczące prywatnej lektury Pisma Świętego złagodził Benedykt XIV. W 1753 roku pozwolił na lekturę przekładów narodowych, jeśli posiadają one aprobatę Stolicy Apostolskiej albo są w nich odpowiednie noty wyjaśniające.

    W 1900 roku Leon XIII zezwolił na korzystanie przez wiernych z tłumaczeń Biblii w językach narodowych, o ile zostały one zatwierdzone przez Stolicę Apostolską. Wciąż jednak istniał praktyczny zakaz sięgania po wydania niekatolickie.

    Pius X w 1907 roku zaostrzył cenzurę wydawnictw dotyczących spraw wiary. Publikowane mogły być tylko te, które otrzymały imprimatur i nihil obstat.

    Wiele zmienił pontyfikat Piusa XII. W encyklice Divino afflante Spiritu papież wezwał wszystkich wiernych do korzystania z Biblii, a nawet ich do tego zobowiązał. Zaapelował także o tworzenie nowych przekładów Biblii, w tym z języków oryginalnych.

    Koniec z „ochroną”

    W 1966 roku Paweł VI zniósł Indeks Ksiąg Zakazanych. Rok wcześniej Sobór Watykański II w konstytucji Dei verbum z 1965 roku wskazał na konieczność korzystania z Pisma Świętego w duszpasterstwie. Stwierdzono tam, że potrzebne są „dobre przekłady, przede wszystkim z oryginalnych tekstów ksiąg świętych”. Została wówczas przełamana trwająca od reformacji strategia chronienia wiernych przed bliskim i stałym kontaktem z tekstem biblijnym. Co więcej, dokument otworzył drogę do tworzenia tłumaczeń wspólnie z przedstawicielami innych wyznań, dzięki czemu „będą mogły być używane przez wszystkich chrześcijan”.

    Od tamtej pory w wielu katolickich środowiskach inspirowanych wiarą rodzi się praktyka codziennej lektury Pisma Świętego, a życie słowem Bożym nie jest dla tych ludzi pustym frazesem, lecz podstawą podejmowanych wyborów.

    „Nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa” – to stwierdzenie św. Hieronima potwierdza się dziś z całą wyrazistością.•

    Co to znaczy?

    Nihil obstat (z  łac. nic nie przeszkadza) to informacja, że tekst jest zgodny z doktryną Kościoła i wolny od błędów moralnych, nie ma więc przeszkód, aby go opublikować. Stwierdza to wyznaczony przez biskupa cenzor diecezji, w której wydawana jest dana pozycja. Przed wydaniem nihil obstat cenzor wskazuje autorowi ewentualne błędy w celu ich usunięcia. Imprimatur (z łac. wolno drukować) jest urzędowym aktem przełożonego kościelnego, w którym wyraża on zgodę na druk książek bądź wszelkiego rodzaju czasopism katolickich, które takiego pozwolenia wymagają. Wydanie imprimatur zazwyczaj wymaga uprzedniej pozytywnej oceny cenzora, czyli nihil obstat. W razie odmowy wydania imprimatur, należy ją uzasadnić.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    80 lat temu – wtorek 1 sierpnia 1944 roku,

    dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Komorowski „Bór”

    wydał decyzję o rozpoczęciu powstania w Warszawie,

    które trwało 63 dni

    78 lat temu w Warszawie wybuchło powstanie - największa akcja zbrojna podziemia w okupowanej przez Niemców Europie
    Pomnik małego powstańca/ fot.Henryk Przomdziono/Gość Niedzielny

    ________________________________________________________________________________

    Figura Chrystusa sprzed kościoła Św. Krzyża i zaskakujące “proroctwo” niemieckich żołnierzy

    Figura Chrystusa sprzed kościoła Św. Krzyża i zaskakujące "proroctwo" niemieckich żołnierzy

    zdjęcie leżącego na bruku Chrystusa pokazali ks. Wyszyńskiemu niemieccy żołnierze/Wikipedia

    ***

    Figura Chrystusa dźwigającego krzyż stanęła przed kościołem na Krakowskim Przedmieściu w 1858 r. Była świadkiem wielu historycznych wydarzeń. W tym roku mija 75 lat od jej powrotu na schody bazyliki.

    Pomysłodawcą ustawienia rzeźby na balustradzie schodów świątyni był hrabia Andrzej Zamoyski. Z zamówieniem zwrócił się do popularnego wówczas rzeźbiarza – Andrzeja Pruszyńskiego, autora licznych posągów i grobowców na warszawskich cmentarzach oraz epitafium Fryderyka Chopina we wnętrzu bazyliki św. Krzyża. Artysta przedstawił Chrystusa upadającego pod krzyżem w drodze na Golgotę. Była to pierwsza rzeźba polskiego dłuta w czasie carskiej niewoli w Warszawie. 

    Mało kto wie, że rzeźbę początkowo wykonano z cementu. Mało trwały materiał pod wpływem warunków atmosferycznych kruszył się i pękał. Był też łatwym celem dla wandali. Cała stolica była oburzona, gdy w 1887 r. kilku pijanych po raz kolejny uszkodziło rzeźbę. Przyspieszyło to decyzję, by odlać ją z brązu. Na łamach “Wędrowca” ukazał się apel o zbiórkę funduszy na ten cel. Wykonania odlewu podjął się najwybitniejszy ówczesny rzeźbiarz polski Józef Pius Weloński. Pracował w Rzymie i tam też odlał nowy posag, umieszczając na kopii figury autorstwa Pruszyńskiego swój podpis. Rzeźbę ponownie ustawiono na schodach świątyni 2 listopada 1898 r. na nowym cokole z czarnego granitu, zaprojektowanym przez Stefana Szyllera z wygrawerowanym złoconym napisem “Sursum Corda” (“W górę serca”).

    Cementową figurę Chrystusa przewieziono do Kruszyny i umieszczono na grobowcu Lubomirskich. Obecnie znajduje się ona przed tamtejszym kościołem parafialnym św. Macieja Apostoła.

    We wrześniu 1944 wskutek detonacji Goliatów brązowa figura Chrystusa upadła na bruk ulicy, ręką wskazując na napis na cokole: “Sursum corda”. W swoich wspomnieniach z Powstania Warszawskiego wydarzenie to przytacza ks. Stefan Wyszyński.

    „Mam (…) w pamięci zdarzenie, które przeżyłem wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego. Do wojskowego szpitala frontowego koło Izabelina, wróciła grupa oficerów niemieckich – lekarzy, którzy tam pracowali. Jeden z nich zatrzymał mnie, gdy biegłem od jednego chorego do drugiego. Wyciągnąwszy z kieszeni jakąś fotografię, gwałtem niemal kazał mi ją oglądać. Rzuciłem okiem. Niezwykłe wydało mi się to spotkanie i swoisty przymus żołnierza niemieckiego. Spieszyło mi się bardzo, mnóstwo chorych i cierpiących czekało. A on swoje: Zobacz – powiada – zobacz. Przyglądam się więc – i cóż widzę? Chrystus z frontonu kościoła Świętego Krzyża w Warszawie, leżący na bruku ulicznym. Zdjęcie zrobione od strony Kopernika. Chrystus, leżący na bruku warszawskim, dłonią – przedziwnym zbiegiem okoliczności zachowaną – pokazywał w kierunku kościoła. Dłoń ta kierowała się na napis, który pozostał nietknięty na cokole: «Sursum Corda». Patrzyłem, ale jeszcze nie mogłem zrozumieć żołnierza: Czego ode mnie chciał? Co go w tym uderzyło? W pewnym momencie z ust jego wyrywają się słowa, od których niemal odzwyczaiło się nasze ucho, dawno już ich nie słyszeliśmy: «Ist noch Polen nicht verloren – Jeszcze Polska nie zginęła». Zdumiałem się. Po chwili podeszło bliżej jeszcze kilku oficerów. Spojrzałem na nich pytającym wzrokiem… Jeden z nich zawołał: «Sursum corda! Sursum corda!»… Było to na kilka miesięcy przed wyjściem [tej]  «zwycięskiej armii» z powalonej Warszawy. Zdarzeniem tym byłem dogłębnie wstrząśnięty. Niewątpliwie i ja to wiedziałem. Niewątpliwie i ja tak wierzyłem. Ale nie przypuszczałem, że w chwilach smutku i tragizmu naszego Narodu, będę miał taką pociechę – i to z pomocą ludzi, których uważaliśmy za nieprzyjaciół. Tymczasem ich właśnie uderzyło to «Sursum corda». Na warszawskim bruku zburzonego miasta, zamienionego w popioły i zgliszcza – pozostał Chrystus. Obalony wprawdzie, niemocny, leżący na swym krzyżu, ale dłonią pokazujący zburzonej stolicy niebo, aby nie przestała wierzyć, iż może się odrodzić. Jednego tylko potrzeba – nadziei! «Sursum corda, w górę serca!»”

    – Wydarzenie to ks. Wyszyński odczytał symbolicznie, jako palec Bożej Opatrzności, która czuwa nad miastem – mówi ks. Piotr Rutkowski z parafii św. Krzyża.

    Zniszczoną figurę 22 października 1944 Niemcy wywieźli z Warszawy, jednak wraz z pomnikiem Mikołaja Kopernika porzucili w przydrożnym rowie w Hajdukach Nyskich. Rozpoznali ją polscy żołnierze i oba pomniki wróciły do Warszawy. Posąg Chrystusa ponownie stanął przed kościołem 19 lipca 1945, poświęcony w obecności prezydenta RP Bolesława Bieruta i przedstawicieli rządu przybyłych na odsłonięcie pomnika Mikołaja Kopernika.

    Losy figury zostały przypomniane przez Jana Pawła II na pl. Zwycięstwa podczas jego pierwszej pielgrzymki do ojczyzny 2 czerwca 1979. Papież powiedział wówczas w homilii:

    (…) Nie sposób zrozumieć dziejów narodu polskiego – tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas — bez Chrystusa. Jeślibyśmy odrzucili ten klucz dla zrozumienia naszego narodu, narazilibyśmy się na zasadnicze nieporozumienie. Nie rozumielibyśmy samych siebie. Nie sposób zrozumieć tego narodu, który miał przeszłość tak wspaniałą, ale zarazem tak straszliwie trudną — bez Chrystusa. Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu”.

    Słowa papieskiej homilii wygrawerowane są na Ołtarzu Ojczyzny, który znajduje się w bazylice.

    Sama bazylika to ponad trzysta lat historii naszego kraju. Tu spoczywają serca Fryderyka Chopina i Władysława Reymonta. Tu złożono szczątki księcia Adama Czartoryskiego. Tu odbywały się egzekwie pogrzebowe księcia Józefa Poniatowskiego, a na organach w św. Krzyżu grał Stanisław Moniuszko. Z bazyliki św. Krzyża w każdą niedzielę nadawane są Msze św. radiowe. W tym roku mija 75 lat od powrotu figury na schody bazyliki.

    Agata Ślusarczyk/Gość Niedzielny 30.07.2020/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wyjątkowe proroctwo dla Polski! Niemcy pokazali prymasowi Wyszyńskiemu jedno zdjęcie

    Figura Chrystusa niosącego krzyż, znajdująca się na Krakowskim Przedmieściu bez wątpienia jest jednym z najbardziej wymownych symboli II wojny światowej i Powstania Warszawskiego. W cyfrowym archiwum fotografii zebranych przez Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji znajduje się fotografia z adnotacją w języku angielskim, z której wynika, że „w zrujnowanej Warszawie posąg Chrystusa, w cudowny sposób pozostał nietknięty”. Na tym jednak symbolika związana z monumentem się nie skończyła. Niesamowitą historię przytacza w swoich wspomnieniach z Powstania Warszawskiego ksiądz Stefan Wyszyński, późniejszy kardynał – Prymas Polski.

    ***

    To jeden z symboli Powstania Warszawskiego. Chrystus niosący Krzyż – figura sprzed kościoła św. Krzyża w Warszawie. Postawiono ją w 1858 roku, na kilka lat przez wybuchem Powstania Styczniowego. Fundatorem był Andrzej Zamoyski, który niedaleko miał swój „dom”, duży budynek czynszowy. To z okna jednego z mieszkań Moskale na bruk wyrzucili fortepian Chopina – historię i burzliwe losy figury Chrystusa przybliża na łamach portalu niezalezna.pl Tomasz Łysiak

    Figura stała na swoim miejscu nietknięta aż do września 1944. Wówczas wskutek detonacji Goliatów (samobieżnych min niemieckich) pomnik upadł na bruk w taki sposób, że Chrystus wskazywał dłonią napis „Sursum corda” (łac. w górę serca) znajdujący się na cokole.

    W swoich wspomnieniach z czasów Powstania Warszawskiego prymas Wyszyński opisał niezwykłe wydarzenie związane z tym pomnikiem.

    „Mam (…) w pamięci zdarzenie, które przeżyłem wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego. Do wojskowego szpitala frontowego koło Izabelina, wróciła grupa oficerów niemieckich – lekarzy, którzy tam pracowali. Jeden z nich zatrzymał mnie, gdy biegłem od jednego chorego do drugiego. Wyciągnąwszy z kieszeni jakąś fotografię, gwałtem niemal kazał mi ją oglądać. Rzuciłem okiem. Niezwykłe wydało mi się to spotkanie i swoisty przymus żołnierza niemieckiego. Spieszyło mi się bardzo, mnóstwo chorych i cierpiących czekało. A on swoje: Zobacz – powiada – zobacz. Przyglądam się więc – i cóż widzę? Chrystus z frontonu kościoła Świętego Krzyża w Warszawie, leżący na bruku ulicznym. Zdjęcie zrobione od strony Kopernika. Chrystus, leżący na bruku warszawskim, dłonią – przedziwnym zbiegiem okoliczności zachowaną – pokazywał w kierunku kościoła. Dłoń ta kierowała się na napis, który pozostał nietknięty na cokole: «Sursum Corda». Patrzyłem, ale jeszcze nie mogłem zrozumieć żołnierza: Czego ode mnie chciał? Co go w tym uderzyło? W pewnym momencie z ust jego wyrywają się słowa, od których niemal odzwyczaiło się nasze ucho, dawno już ich nie słyszeliśmy: «Ist noch Polen nicht verloren – Jeszcze Polska nie zginęła». Zdumiałem się. Po chwili podeszło bliżej jeszcze kilku oficerów. Spojrzałem na nich pytającym wzrokiem… Jeden z nich zawołał: «Sursum corda! Sursum corda!»… Było to na kilka miesięcy przed wyjściem [tej]  «zwycięskiej armii» z powalonej Warszawy. Zdarzeniem tym byłem dogłębnie wstrząśnięty. Niewątpliwie i ja to wiedziałem. Niewątpliwie i ja tak wierzyłem. Ale nie przypuszczałem, że w chwilach smutku i tragizmu naszego Narodu, będę miał taką pociechę – i to z pomocą ludzi, których uważaliśmy za nieprzyjaciół. Tymczasem ich właśnie uderzyło to «Sursum corda». Na warszawskim bruku zburzonego miasta, zamienionego w popioły i zgliszcza – pozostał Chrystus. Obalony wprawdzie, niemocny, leżący na swym krzyżu, ale dłonią pokazujący zburzonej stolicy niebo, aby nie przestała wierzyć, iż może się odrodzić. Jednego tylko potrzeba – nadziei! «Sursum corda, w górę serca!»”
     – relacjonował kard. Stefan Wyszyński we wspomnieniach 17 czerwca 1962 r.

    Muzeum Jana Pawła II i prymasa Wyszyńskiego przypomina, że Powstanie Warszawskie zastało ks. prof. Stefana Wyszyńskiego w podstołecznych Laskach, w Puszczy Kampinoskiej, gdzie od 1942 r. był kapelanem miejscowego zakładu dla niewidomych.
     
    Jeszcze przed wybuchem powstania zgłosił się do niego ks. Jerzy Baszkiewicz, ps. Radwan II, naczelny kapelan Zgrupowania AK „Kampinos”, z taką wiadomością:
    „Księże Profesorze, przychodzę z dość trudną misją. To jest dobra wola, propozycja, a nie konieczność. Jestem kapelanem Puszczy Kampinoskiej i mam zorganizować służbę duszpasterską. Czy Ksiądz Profesor mógłby wziąć udział w tej akcji?”.

    Ks. Wyszyński odparł bez wahania: „Jestem do dyspozycji”, a następnie złożył przysięgę wojskową na ręce młodszego o 13 lat – ale starszego rangą – ks. Baszkiewicza i przyjął pseudonim Radwan III.
     
    Ks. kapelan Wyszyński był jednym z organizatorów szpitala powstańczego w Laskach. Pracował tam tylko jeden lekarz – dr Kazimierz Cebertowicz, wspomagany przez pielęgniarki – siostry ze Zgromadzenia Franciszkanek Służebnic Krzyża oraz personel świecki.  Z relacji świadków i pacjentów szpitala wynika, że obecność ks. Wyszyńskiego przynosiła rannym spokój. Zapamiętano go jako tego, który gotów jest ryzykować własne życie dla bliźnich.
     
    Częstym obrazem z tamtych czasów był widok ks. Wyszyńskiego błogosławiącego oddziałom powstańczym wyruszającym do lasu. 


    POWSTANIE OCZAMI KS. KAPELANA STEFANA WYSZYŃSKIEGO

    Pierwszego sierpnia wybuchło Powstanie Warszawskie. Ostatniego lipca zebraliśmy się tutaj, w sąsiedniej sali i poświęciliśmy szpital powstańczy.
    Stefan Wyszyński, Laski, 3 sierpnia 1960, Laski
     
    Szpital zapełniał się bardzo szybko. Wkrótce stał się za mały. Musieliśmy rannych żołnierzy kłaść, gdzie tylko się dało. Zajęliśmy cały dom rekolekcyjny i domek obok. Spowiadało się zazwyczaj tych, który czekali na operację tutaj, w tej kaplicy. Przynoszeni byli na noszach albo na jakimś kocu. Tutaj czekali, potem przenosiło się ich na stół operacyjny. Prześcieradła i koce, na których leżeli, były przesiąknięte krwią.
    Stefan Wyszyński, Droga życia
     
    Pamiętam, jak byłem zmęczony, znużony tą ciągłą krwią, amputacjami, koszami wynoszonych rąk i nóg, tą męką żołnierzy, którzy byli bohaterscy na froncie, a jak dzieci na stole operacyjnym. Patrzyłem na to wszystko , przeżywałem strasznie. Wydawało mi się, że nie dla mnie ten obraz, ale dzisiaj rozumiem, jak wiele mi to dało.
    Stefan Wyszyński, Warszawa, 31 stycznia 1965 r.
     
    […] ten szesnastoletni chłopaczek służył ze swoim starszym bratem w armii powstańczej w formacji kawalerii wileńskiej. Padł zaraz w pierwszych dniach.
    Przeniesiono go do szpitala, położono na niewielkiej sali w zakładzie franciszkanek w Laskach. Tam się z nimi spotkałem, spowiadałem go i przygotowałem na śmierć. Był bardzo poszarpany od kul, bo gdy został ranny, przez trzy dni leżał na deszczu i chłodzie pod kulami. Nikt nie mógł się do niego dostać, aby go stamtąd zabrać. Więc gdy wreszcie został przeniesiony do szpitala wojennego, był już prawie bez sił i trudno go było uratować. […]
    Pochowałem go na cmentarzu pod Izabelinem na górce, w piasku, bez trumny, bo już trumien nie było.

    Stefan Wyszyński, Stryszawa, 1 sierpnia 1963 r.
     
    Pamiętam operację bardzo dzielnego żołnierza, któremu trzeba było odjąć nogę. Powiedział, że zgodzi się na operację pod tym warunkiem, że przez cały czas będę przy nim stał. Złapał mnie za rękę i trzymał ją, dopóki nie zaczął działać środek usypiający. Byłem wtedy strasznie nieuczciwy, bo gdy poczułem, że jego ręka opadła, pobiegłem do innych, których trzeba było spowiadać lub przygotować do następnych operacji. Aby zdążyć na czas, umówiłem się tylko z lekarzem, że mnie natychmiast wezwie, gdy mój żołnierz zacznie się budzić. W tym wypadku nie było innego wyjścia. Przyszedłem w porę, gdy on budził się już po operacji.
    Stefan Wyszyński, Droga życia
     
    Już pod koniec powstania, idąc przez las, zobaczyłem stertę spopielonych kart przyniesionych przez wiatr. Na jednej z nich został niedopalony środek, a na nim słowa: „Będziesz miłował…”. Nic droższego nie mogła nam przynieść ginąca Stolica. To najświętszy apel walczącej Warszawy do nas i do całego świata. Apel i testament… „Będziesz miłował…”.
    Stefan Wyszyński, Droga życia

    Piotr Łukawski | Niezalezna.pl

    ______________________________________________________________________________________________

    Świadkowała historii

     Archiwum/wikipedia

    ***

    Figura Chrystusa sprzed kościoła Świętego Krzyża, która była świadkiem wielkich wydarzeń w historii Polski, ostatnią wojnę przetrwała cudem. Mija 70 lat od ponownego umieszczenia figury na Krakowskim Przedmieściu

    Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, kościół Świętego Krzyża przechodził z rąk do rąk. 5 sierpnia Niemcy podpalili część kościoła, a po zdobyciu go przez Powstańców ostrzeliwali pociskami artyleryjskimi, powodując wielkie zniszczenia. Gdy na początku września Niemcy ponownie zdobyli kościół i zdetonowali ładunki wybuchowe, rozbita została fasada świątyni, zniszczone ołtarze, załamało się sklepienie.

    Wtedy także figura Chrystusa dźwigającego krzyż spadła na bruk. Jak pokazują dawne zdjęcia, legła w gruzach z ręką uniesioną w górę. Tak przeleżała kilka tygodni. Już po upadku Powstania, Niemcy wywieźli figurę w nieznanym kierunku.

    W górę serca

    Warszawiacy zżyli się z figurą Chrystusa. Po raz pierwszy stanęła przed kościołem Świętego Krzyża w Warszawie w 1858 r. Jej autorem był Andrzej Pruszyński, znany warszawski rzeźbiarz, a odlano ją początkowo w cemencie. Jednak uszkodzona kilkanaście lat później przez nieznanych sprawców, została zastąpiona przez nową. Nowy odlew – tym razem z brązu – wykonał w Rzymie uczeń Pruszyńskiego – Pius Weloński.

    Pomnik ustawiono na nowym cokole z czarnego granitu, ze złoconym napisem „Sursum Corda” (W górę serca). Cementową figurę Chrystusa umieszczono na grobowcu Lubomirskich w Kruszynie (i do dziś znajduje się ona przed tamtejszym kościołem).

    Podczas sympozjum, zorganizowanego w 150-lecie powstania figury, ks. Marian Wnuk CM zwrócił uwagę, że była ona przez lata świadkiem przeróżnych wydarzeń. W marcu 1861 r. przeszła tędy wielka 150-tysięczna manifestacja patriotyczna po śmierci tzw. Pięciu Poległych, zabitych przez rosyjskich żołnierzy.

    W czasie Powstania Styczniowego figura była też świadkiem nieudanego zamachu na Fiodora Berga, rosyjskiego namiestnika i spalenia przez Rosjan fortepianu Fryderyka Chopina. Księża Misjonarze, prowadzący parafię, przechowywali archiwum powstańcze, czego następstwem była kasata zgromadzenia w 1864 r.

    Jak zrozumieć to miasto

    To o tej figurze św. Jan Paweł II mówił w 1979 r., w czasie pamiętnej Mszy św. na dzisiejszym pl. Piłsudskiego. – Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu – mówił Ojciec Święty.

    W 1920 r., w czasie wojny polsko-bolszewickiej, trwały tu nieustanne nabożeństwa i modły o zwycięstwo, w których brał udział m.in. nuncjusz Achille Ratti, późniejszy papież Pius XI. W 1944 r. trwały tu jedne z najbardziej zaciętych walk powstańczych. W 1968 r. figura była świadkiem tzw. wydarzeń marcowych.

    Figura była też świadkiem pogrzebów zasłużonych Polaków, m.in.: Stanisława Moniuszki, Edwarda Odyńca, Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury, Józefa Piłsudskiego, Marii Rodziewiczównej, Jana Kiepury, Karola Szymanowskiego, Pawła Jasienicy, Stefana Kisielewskiego i Ignacego Paderewskiego.

    W przydrożnym rowie

    Po upadku Powstania Warszawskiego figurą leżącą na zgliszczach kościoła z ręką uniesioną w górę zainteresowali się Niemcy. W końcu października wywieźli ją z Warszawy w nieznanym kierunku. Figura nie świadkowała już ostatecznemu aktowi zniszczenia kościoła Świętego Krzyża, który Niemcy dokonali parę miesięcy później, kilka dni przed wycofaniem się ze zniszczonego miasta, wysadzając w powietrze wieżę, na której wisiały dzwony.

    Nie świadkowała też w styczniu 1945 r. pierwszej Mszy św. odprawionej przez ks. Antoniego Czaplę CM na gruzach kościoła i powrotowi do Warszawy Księży Misjonarzy, wywiezionych wcześniej przez Niemców.

    Figurę Niemcy najpewniej chcieli przetopić w hucie na Dolnym Śląsku. Jednak nie zdążyli. Porzucili ją na złomowisku, w przydrożnym rowie w Hajdukach Nyskich. Znaleźli i rozpoznali ją tam kilka miesięcy później, razem z pomnikiem Mikołaja Kopernika, żołnierze Berlinga.

    Na początku lipca 1945 r. odesłano figurę do Warszawy. Tu poddano ją renowacji w słynnej pracowni Braci Łopieńskich i oficjalnie przekazano jej właścicielowi: parafii Świętego Krzyża. Posąg ponownie stanął przed kościołem, został poświęcony w obecności ówczesnego prezydenta Bolesława Bieruta i przedstawicieli rządu przybyłych na odsłonięcie pomnika Mikołaja Kopernika.

    Wkrótce rozpoczęto też odbudowę kościoła. W 1951 r. ukończono odbudowę wież, a dwa lata później zrekonstruowano fasadę kościoła. W 1969 r. prymas Polski Stefan Wyszyński poświęcił rekonstruowany przez lata główny ołtarz.

    Witold Dudziński/Niedziela warszawska 26/2015

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Historia cudownego krzyża z warszawskiej archikatedry. Do dziś słynie łaskami

    Krzyż z archikatedry św. Jana Chrzciciela w Warszawie

    ***

    Wchodząc do archikatedry św. Jana Chrzciciela, warto zwrócić uwagę na kaplicę znajdującą się po lewej stronie prezbiterium. W jej centrum zawieszony jest niezwykły krucyfiks – jeden z symboli Starego Miasta, ważny obiekt kultu, a do tego jeden z najcenniejszych zabytków Warszawy.

    Uwagę przykuwa naturalnej wielkości figura Ukrzyżowanego, jego ekspresyjna, pełna bólu twarz, kruczoczarne włosy. Krzyż ten adorowali królowie, modlili się przed nim uczestnicy powstań i mieszkańcy Warszawy.

    O krucyfiksie wspomina też m.in. Walery Przyborowski w książce „Legendy dawnej Warszawy ” (1916). Podkreśla, że dwuwiersz: „U Fary, gdzie Pan Jezus Stary” powtarzali flisacy, przybijający do wiślańskiego brzegu w stolicy.

    Jak cudowny krucyfiks trafił do katedry w Warszawie?

    Według legendy, warszawski kupiec Jerzy Baryczka wywiózł potajemnie krucyfiks z ogarniętej reformacją Norymbergi. „W czasach, […] gdy zabierano kościoły, odzierano je z ozdób, niszczono zabytki sztuki średniowiecznej, znalazł się w Norymberdze zamożny kupiec i obywatel warszawski, pan Jerzy Baryczka, konsul miejski. Właśnie wicher namiętności religijnych szalał w tej chwili najmocniej w owem mieście; urządzono stos i rzucano w ogień obrazy i rzeźby, wydobyte z kościołów” – pisał Przyborowski. Według niego krzyż i figura zostały rozebrane na części i wśród towarów dojechały szczęśliwie do Warszawy.

    Legenda wiąże się też z włosami Chrystusa. Głosi ona, że gdy krucyfiks pozostawał jeszcze w przedreformacyjnej Norymberdze, włosy na głowie Ukrzyżowanego wyglądały normalnie, jednak w czasie reformacyjnych wstrząsów zaczęły usychać i wypadać. Po przywiezieniu krzyża do Warszawy na otoczonej kultem figurze znów pojawiły się włosy, które co roku, w Wielki Piątek, musiały strzyc najcnotliwsze z panien. Działo się tak aż do chwili, gdy postrzyżyn dokonała prawnuczka Jerzego Baryczki. Niestety, dziewczyna zataiła grzech cudzołóstwa i ponoć od tego roku włosy Zbawiciela przestały odrastać.

    Cudowny krucyfiks przetrwał dwa pożary świątyni (1598 i 1607), a także zawalenie się sklepienia kościoła (1602). Znalazł swoje miejsce w specjalnie ufundowanej przez ród Baryczków kaplicy.

    ***

    cross; warsaw
    Krzyż z archikatedry św. Jana Chrzciciela w Warszawie

    ***

    Przed krzyżem z archikatedry św. Jana modlili się królowie

    Właśnie w tym czasie do katedry przybywali spławiający w dół Wisły zboże flisacy, proszący o szczęśliwą podróż do Gdańska. Wtedy też powstał wspomniany wyżej wierszyk. Jednak „Jezusa z Fary” czcią otaczali nie tylko mieszkańcy miasta i flisacy.

    Klękali przed nim i prosili o zwycięstwa królowie Stefan Batory, Zygmunt III Waza, Stanisław August Poniatowski, a także bohaterowie hetman Stefan Czarniecki i Tadeusz Kościuszko. U stóp krzyża odprawiano nabożeństwa rozpoczynające kolejne sejmy i dziękowano za Konstytucję 3 maja.

    Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. pod tym krzyżem swoje święcenia biskupie z rąk kard. Aleksandra Kakowskiego otrzymał ks. prałat Achille Ratti, nuncjusz apostolski, który trzy lata później został wybrany papieżem i przyjął imię Pius XI.

    ***

    Krzyż z archikatedry św. Jana Chrzciciela w Warszawie

    ***

    Krzyż z katedry w czasie Powstania Warszawskiego

    Katedra warszawska szczęśliwie przetrwała kampanię wrześniową, mimo że 17 września podczas nabożeństwa spadły na nią bomby. Doszczętnie zniszczona została dopiero w czasie Powstania Warszawskiego. W gruz i popiół obróciło się niemal całe wyposażenie świątyni.

    Krucyfiks ocalał dzięki bohaterskiemu jezuicie o. Wacławowi Karłowiczowi, którzy przeniósł go do podziemi kościoła św. Jacka i złożył przykryty całunem wśród znajdujących się tam rannych. Podobno jeden z posługujących kapłanów, nie wiedząc o ukrytej figurze, przekonany w ciemnościach, że ma do czynienia ze zmarłym powstańcem, próbował zaopatrzyć go na ostatnią drogę…

    Po wydobyciu z ruin kościoła św. Jacka cudowny krucyfiks na kilka lat został przeniesiony do ocalałego z pożogi wojennej kościoła św. Józefa Oblubieńca (czyli kościoła seminaryjnego), skąd został uroczyście przeniesiony 21 marca 1948 do odbudowanej archikatedry.

    Przed nim modlił się podczas swej pierwszej wizyty apostolskiej  w 1979 r. Jan Paweł II, a także w 2006 r. Benedykt XVI.

    Cudowny krucyfiks stawał się natchnieniem dla twórców. Artur Oppman (Or-Ot) poświęcił mu swój wiersz „Chrystus Cudowny u Fary”, a ks. Jan Twardowski utwór „Do Jezusa z warszawskiej katedry”.

    Do dziś krzyż ten cieszy się powszechnym kultem i nadal słynie łaskami.

    Krzysztof Stępkowski/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża objawiła mistyczce Bronisławie Kuczewskiej wybuch Powstania Warszawskiego

    Matka Boża objawiła mistyczce Bronisławie Kuczewskiej wybuch Powstania Warszawskiego
    fot. screenshot – YouTube (Rekonstrukcja Cyfrowa)/Adrian Grycuk
    via: Wikipedia CCBY-SA 3.0 pl

    ***

    Matka Boża Łaskawa, obrana w 1652 roku Patronką Warszawy i Strażniczką Polski [pełen tytuł warszawskiej Madonny, przyp. red.] w 1943 roku ukazała się w Warszawie, na osadzie Siekierki, by uprzedzić swój lud o grożącym nieszczęściu. Maryja przybywa, aby miasto, któremu od 291 lat patronuje, nie podzieliło losu dopalającego się w tym czasie żydowskiego get­ta. Mistyczka Bronisława Kuczewska (1907-1989) tak wspomina swoje pierwsze spotkania z Matką Bożą na Siekierkach: 28 kwietnia 1943 roku Matka Boża objawiła mi się w domu rodzinnym w Nowym Dobrem i powiedziała: Dziecino, nie będziesz już do Mnie przychodzić do Przygód i do Budzieszyna. Wybieram sobie inne miejsce, w Warszawie, na Siekierkach. Będziesz miała tylko 3 kilometry od tramwaju, z ulicy Czerniakowskiej, i tam masz przychodzić. Ujrzałam wiśnię i dziewczynkę. Jak się później okazało, była nią 13-letnia Władysława Fronczakówna [obecnie Papis przyp.aut.], której Matka Najświętsza objawi się 3 maja 1943 roku.

    Bogurodzica, niebiańsko piękna, ukazała się wśród zieleni, na drzewie wiśni obsypanym kwiatami. Jej słowa były poważne i brzmiały złowieszczo: Módlcie się, bo idzie na was WIELKA KARA, CIĘŻKI KRZYŻ. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo lud się nie nawraca. Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi rato­wać przed zagładą. Bóg żąda nawrócenia!

    Bronisława relacjonuje dalej: 4 maja 1943 roku przyjechał do mnie mąż i powie­dział, że w Warszawie na Siekierkach było objawienie [Bogurodzicy] 3 maja. Ja mu na to odpowiedziałam, że wiem o tym, bo Matka Boża powiedziała mi o tym 5 dni wcześniej. 5 maja 1943 roku urodziłam syna Janusza. 28 maja 1943 roku pojechałam z mężem i małym dzieckiem [23-dniowym niemowlęciem] na Siekierki, gdzie 3 maja objawiła się Matka Boża, i miałam z Nią tam po raz pierwszy objawienie. Odtąd chodziłam na Siekierki i tam otrzymywałam od Matki Bożej polecenia do wyko­nania przez 38 lat, aż do 1981 roku. Kilka razy w mie­siącu nawiedzałam to miejsce, a szczególnie każdego 3 i 28 dnia miesiąca oraz w uroczystości Matki Bożej.

    3 czerwca 1943 roku poszłam z synkiem na ręku na Siekierki. Ujrzałam Matkę Najświętszą, która powiedziała mi, że pragnie, aby na tym miejscu wybudować klasztor. Powiedziała też, że to będzie jakby druga Częstochowa dla War­szawy, że ludność nie będzie musiała tak daleko jeździć, względnie chodzić. Będą mogli przychodzić na Siekierki.

    W lipcu 1943 roku w Orzywole, gdzie pojechałam na rozkaz Matki Najświętszej, po modlitwie, miałam widzenie Pana Jezusa, który trzymał rózgę nad War­szawą. Wiedziałam, że Warszawę czeka wielka kara.

    W okresie międzywojnia sytuacja moralna społe­czeństwa polskiego była, oględnie mówiąc, nienajlepsza. Dlatego Jezus Chrystus prosił wizjonerów św. siostrę Faustynę, Sługi Boże: Rozalię Celakównę, Leonię Nastał, Kunegundę (Kundusię) Siwiec o modlitwy wynagradzające za grzechy rozwiązłości: Strasznie ranią moje Serce Najświętsze grzechy nieczyste. Żądam ekspiacji!
    Nasz Pan szczególnie prosił o modlitwy za warszawian: stolica odrodzonej Polski, nie chciała pamiętać o Dekalogu. Wystarczy zajrzeć do pamiętników i wspomnień z tego okresu. Luminarze życia społecznego i kulturalnego prowadzili ostentacyjnie, nader rozwiązłe życie, zarażając tym stylem życia otoczenie, a szczególnie podatną na wpływy młodzież.

    Masoni zdawali sobie sprawę z tego, że aby osiągnąć powszechne rozluźnienie obyczajów potrzebna jest demoralizacja. Starali się, aby romanse i rozwody sławnych ludzi były nagłaśniane w bulwarowej prasie tak, by te niemoralne zachowania przestały bulwersować, by spowszedniały i powoli stały się obowiązującą normą. Postarali się także, by swobodę obyczajów lansowali pisarze i dziennikarze, sami żyjący według tego wzorca, tak długo, aż stanie się ona normą i nastąpi wyparcie z powszechnej świadomości zarówno pojęcia grzechu, jak i jego skutków [w książce autorzy zamieścili m. in. cytaty z autobiografii Ireny Krzywickiej, o znamiennym tytule: Wyznania Gorszycielki, gdzie bez żenady opowiada o sobie (pisarce, matce dwóch synów), mężu (znanym warszawskim adwokacie Jerzym Krzywickim) i… wieloletnim kochanku, żonatym pisarzu i krytyku teatralnym Tadeuszu Boyu-Żeleńskim]. świadectwa rozwiązłości znajdziemy nie tylko we wspomnieniach Krzywickiej. Z długiej listy książek lansujących „nowy moralny ład” wybija się książka Tadeusza Wittlina Pieśniarka Warszawy. Biografia. Hanna Ordonówna i jej świat (Wydawnictwo POLONIA, Warszawa 1990). Jej autor na 300 stronach (małym drukiem!) relacjonuje życie gwiazdy, tzn. omawia trwające do ostatnich miesięcy życia romanse zamężnej artystki, podając bardzo szczegółowo źródła każdej informacji (por. także: Magdalena Samozwaniec, Maria i Magdalena. Z pamiętnika niemłodej już mężatki.

    Dzięki aktywnym propagatorkom wolności seksualnej masoni stopniowo osiągnęli cel, jakim było doprowadzenie do tego, że większa część społeczeństwa polskiego odrzuci chrześcijańskie zasady moralne, tj. prawa Dekalogu. Masoni przyjęli roztropną taktykę: „wyciszenia religii katolickiej nie rozumowaniem, ale psuciem obyczajów”.

    W roku 1936, po osiemnastu latach niepodległości, masoni mogli się wykazać znacznymi osiągnięciami w demoralizacji społeczeństwa. [Tu opuszczam fragmenty książki Sławomira Kopera Życie prywatne elit Drugiej Rzeczy­pospolitej (Bellona Rytm, Warszawa, 2009, md]

    Katolicki pisarz Gilbert Keith Chesterton w roku 1923 napisał: Rozwód to coś, co dzisiejsze gazety nie tylko reklamują, ale wręcz zalecają, zupełnie jakby to była przyjemność sama w sobie.

    Ks. kard. August Hlond konkluduje: Fala wszelkiego rodzaju nowinkarstwa zabagnia dziedzinę obyczajów. Podkopuje nie tylko moralność chrześcijańską, ale godzi wprost w etykę naturalną, szerzy nieobyczajność wśród młodzieży i dorosłych. Celem tej propagandy jest zachwianie idei katolickiej, aby zastąpić naukę chrześcijańską „masońskim naturalizmem”. Koła liberalne i masońskie przypuściły atak na małżeństwa chrześcijańskie, sprowadzając je tylko do rangi kontraktu cywilnego, pozbawiając je wszelkiej nadprzyrodzoności.

    Zapoczątkowany przed II wojną światową proces upadku moralności doprowadził do tego, że w pierw­szej dekadzie XXI wieku, już nikt nie ośmieli się przypomnieć „nowożeńcom z odzysku”, zawierającym kontrakt małżeński (w urzędzie Stanu Cywilnego), że w świetle prawa kanonicznego popełniają cudzołóstwo (gdy któreś z nich jest nadal związane sakramentem małżeństwa). Czyli zaczynają, świadomie i dobrowolnie, tzw. nowe życie w grzechu ciężkim, co prowadzi prostą drogą do piekła!

    Wygodny eufemizm, używany w kościele – „związek niesakramentalny” – zgrabnie ukrywa złowieszczą perspektywę. Autor wielokrotnie rozmawiał w konfesjonale z kobietami, które dla swoich dzieci, związanych sakramentem małżeństwa, a rozwiedzionych w świetle prawa cywilnego, modlą się o… założenie nowej, szczęśliwej rodziny! Sądzą one, że jest to intencja słuszna! Te „pobożne” matki realizują plan masonów, którzy chcą zniszczyć chrześcijaństwo… rękami samych katolików!
    Trwająca od dziesięcioleci promocja wszelkiej wolności seksualnej i zanik społecznego ostracyzmu w stosunku do tzw. „związków partnerskich” doprowadził, zdaniem księdza profesora Jerzego Bajdy, do: Zniszczenia moralnych, religijnych, społecznych i ekonomicznych podstaw rodziny i fałszowania jej struktury personalistycznej. Profesor przestrzega: Jeżeli proces niszczenia rodziny będzie się dalej toczył tak, jak tego chcą promotorzy rewolucji obyczajowej – a właściwie promotorzy rozwiązłości, […] wkrótce może zupełnie zniknąć ta formuła antropologiczna, której na imię naród, a społeczeństwo nie będzie się niczym różniło od stada zwierząt, chyba tylko strojem. Choć i pod tym względem różnica systematycznie maleje.

    Czyny, których nikt nie ośmieliłby się publicznie nazwać grzechem, a więc nierząd, cudzołóstwo, lesbijstwo i homoseksualizm – nadal wywołują, określone w Piśmie świętym, konsekwencje. […]

    Bóg Ojciec, chcąc ocalić Warszawę przed zasłużoną karą pozwala, by Matka Łaskawa ostrzegła swój lud, by żądała nawrócenia, całkowitego odwrócenia się od grzesznego życia i wynagrodzenia za dotychczas popełnione grzechy: rozwiązłości, cudzołóstwa i te najstraszniejsze – grzechy dzieciobójstwa. Trzeba bo­wiem wiedzieć, że w okresie międzywojennym prze­ciętna liczba umyślnych poronień wynosiła rocznie, według oficjalnych statystyk: przeciętnie od 100 do 130 tysięcy.

    Kiedy Maryja przybędzie na Siekierki, orędzia będzie otrzymywać nie tylko trzynastoletnia Władysława Fronczakówna, ale przede wszystkim Jej ulubienica, trzydziestosześcioletnia Bronisława Kuczewska: Od 9 kwietnia przestałam chodzić do Budzieszyna, natomiast od 28 maja 1943 roku zaczęłam chodzić na Siekierki, gdzie otrzymywałam polecenia od Matki Bożej do wykonania, przez okres 38 lat, do 21 sierpnia 1981 roku [tj. od święta Maryi Królowej Polski do wigilii święta Matki Bożej Królowej].
    Maryja, Matka Łaskawa Patronka Warszawy, za pośrednictwem Broni Kuczewskiej i Fronczakówny będzie apelować do ludu stolicy, aby przez przemianę życia, respektowanie praw Dekalogu i pokutę odwrócił wiszące nad miastem nieszczęście.
    Prosi warszawian o modlitwę powszechną, czyli taką jak w 1920 roku, kiedy to lud stolicy żarliwie błagał Boga i Patronkę Warszawy o ocalenie przed bolszewikami [rozdziały 15 i 16 cytowanej książki przyp. red.] i wymodlił cud Jej publicznego ukazania się, które w konsekwencji zmieniło zdawałoby się już przesądzony wynik wojny i ocaliło Polskę!

    Po 23 latach, w roku 1943 – czwartym roku okupacji niemieckiej, sytuacja jest diametralnie różna: to nie lud błaga Maryję, Patronkę Warszawy i Strażniczkę Polski o ustanie okropieństw wojny, lecz Ona Sama schodzi z nieba i osobiście wzywa do modlitwy o pokój, błagając Swój lud o nawrócenie i pokutę!!! Najłaskawsza z Matek chce odwrócić od miasta zapowiedzianą karę! Podejmuje się tej niewdzięcznej misji, by nie doszło do tragedii: Jeśli się nie nawrócicie, to wszyscy zginiecie!

    Pomimo ośmieszania i deprecjonowania objawień wiadomości o nich rozchodzą się po mieście. Dzieje się tak dzięki niestrudzonej Broni Kuczewskiej, która dociera z nimi do warszawskich księży, oraz życzliwym mieszkankom Siekierek, które rozwożąc mleko i warzywa „na gospody”, opowiadają w mieście o objawieniach.

    Mimo wielu wysiłków przestrogi Maryi nie dotrą do ogółu warszawian. Główną przyczyną jest brak zainteresowania objawieniami ze strony kleru.

    Wydawało się oczywiste, że księża Zmartwychwstańcy z parafii św. Bonifacego na Czerniakowie, pełniący posługę w osadzie, dopomogą w upowszechnieniu orędzi i że słowa Bogurodzicy, uprzedzające o mającej nadejść na miasto karze, będą głoszone ze wszystkich ambon stolicy. Niestety, Zmartwychwstańcy nie tylko nie traktowali objawień poważnie, ale negowali wszystko, co miało z nimi związek, m.in. odmówili poświęcenia malutkiej kapliczki, umiejscowionej przy drzewie, na którym ukazała się Matka Boża. Bronisława Kuczewska napisze: Po postawieniu kapliczki Pan Jezus dał mi polecenie, abym poszła do księdza do parafii św. Kazimierza na ul. Chełmską. Kiedy przyszłam i powiedziałam, że Pan Jezus życzy sobie, aby poświęcić kapliczkę, ksiądz wysłał mnie do parafii św. Jakuba [na Ochocie, przyp. aut.]. Było tam 5 księży. Wypyty­wali mnie o objawienia na Siekierkach. Opowiadałam im o nich przez około 4 godziny. Potem wysłali mnie z powrotem do parafii św. Kazimierza [Dolny Mokotów, przyp. aut.]. Ksiądz jednak nadal nie chciał wyrazić zgody na poświęcenie kapliczki. Powiedział, że nie ma pozwolenia, bo trzeba iść z procesją i on nie może tego wykonać. Wróciłam więc do domu [przy ul. Jasnej, przyp. aut.], a że byłam zmęczona, położyłam się. I wtem słyszę głos Pana Jezusa: Idź Dziecino do księdza po raz trzeci, i powiedz, żeby poszedł z kościelnym, bez ludzi i bez procesji, i poświęcił kapliczkę. Powiesz, że taka jest Wola Moja i Matki Mojej, ażeby kapliczka była poświęcona, bo jest bardzo znieważana.
    Kiedy poszłam po raz trzeci do księdza, chciał mi drzwi zamknąć przed nosem, ale ja przytrzymałam je nogą i powtórzyłam to, co mi Pan Jezus powiedział. Ksiądz jednak nie wykonał tego polecenia. Dopiero jedna z wiernych przyprowadziła, po kryjomu, księdza jezuitę, ojca Antoniego Kozłow­skiego, który był wielkim czcicielem Matki Bożej i wiedział o moich objawieniach, i on poświęcił kapliczkę.

    Wokół siostry Bronisławy, profeski III Zakonu św. Franciszka, spontanicznie gromadzili się ludzie i wkrótce zawiązała się wspólnota, której Sama Bogurodzica nadała nazwę Grono Matki Bożej i Miłosierdzia Bożego. Jej członkowie, osoby świeckie, pomagały mistyczce w wykonywaniu poleceń z Nieba. Grono podejmowało także cotygodniowe modlitwy o nawrócenie Warszawy i upowszechniało orędzia Maryi i Pana Jezusa w swoich środowiskach.

    Misja ostrzeżenia Warszawy przed mającym wy­buchnąć za 16 miesięcy powstaniem wymagała od Kuczewskiej heroizmu i zaparcia: W sierpniu 1943 roku [rok przed wybuchem powstania] na modlitwie u pani Teofili Ciecierskiej, przy ul. Płockiej 25, miałam objawienie Matki Najświętszej. Maryja ukazała mi okropny widok Warszawy w czasie Powstania. Widziałam masowe aresztowania, rozstrzeliwania, palące się domy. Zobaczyłam też dom, w którym modliliśmy się. Matka Boża powiedziała mi, że ten dom będzie podlany benzyną i podpalony od dołu przez Niemców. W widzeniu widziałam, jak matki wyskakiwały z dziećmi z płonącego domu. Zaraz powiedziałam o tym widzeniu obecnym, ale nie chcieli mi uwierzyć. Huknęli na mnie, że opowiadam głupstwa, bo Niemcy będą liczyć się z nami. [W innym miejscu Bronisława mówi o tym wydarzeniu w ten sposób: Powiedzieli, żebym nie plotła głupstw i zajęła się robotą, a nie plotkami, że Niemcy będą się z nami liczyć].

    Trzy dni przed Powstaniem Matka Boża dała mi polecenie, abym zabrała dzieci i wyjechała z Warszawy w rodzinne strony, do Dobrego. Kiedy po Powstaniu wróciłam do Warszawy, dom, który miałam ukazany przez Matkę Bożą przy ul. Płockiej 25 – był spalony. W domu tym i w sąsiednich zabito 300 ludzi. Ludzie mówili, że matki wyrzucały swoje dzieci przez okna, a za nimi same wyskakiwały. Dzisiaj widnieje w tym miejscu tablica pamiątkowa mówiąca, że zginęło tu ok. 300 osób.

    Proroctwa nie lekceważcie – pisze św. Paweł w Liście do Tesaloniczan (1 Tes 5,20). Proroctwo o całkowitym zniszczeniu Warszawy zostało lekceważone. Przestroga, jaką w imieniu Boga Najwyższego, Bogurodzica przeka­zała warszawianom: Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi ratować przed zagładą. Żąda nawrócenia! – do nich nie dotrze…

    Powstanie Warszawskie wybuchnie po szesnastu miesiącach od pierwszych objawień i ostrzeżeń Maryi. W sierpniu 1944 roku młodych warszawian rozpiera chęć walki ze znienawidzonym wrogiem, ruszą więc naprzeciw potędze militarnej Niemców z gorącymi sercami, z butelkami napełnionymi benzyną, ale… bez błogosławieństwa Bogurodzicy.

    Dowództwo nie czuło potrzeby oficjalnego zawierzenia akcji zbrojnej Patronce miasta. Owszem, indywidualnie zawierzano się Maryi Łaskawej, modlono się na różańcu, przyjmowano sakramenty, uczestniczono w polowych Mszach świętych (co w swojej książce wspomina s. Maria Okońska), lecz oficjalnego – jak za Marszałka Piłsudskiego – zawierzenia akcji zbrojnej Bogu Najwyższemu nie było! Po 47 latach w dniu święta Najświętszego Imienia Maryi, 12.09.1991r., w Sastin, Narodowym Sanktuarium Słowacji, w orędziu skierowanym do ks. Stefano Gobbi’ego Maryja dobitnie wyjaśni kwestię oficjalnego zawierzenia na przykładzie odsieczy wiedeńskiej: Turcy zostali pokonani, gdy oblegali Wiedeń i grozili zniszczeniem całego chrześcijańskiego świata. Przewyższali żołnierzy świętej Ligi liczbą, siłą, uzbrojeniem i czuli, że do nich należy zwycięstwo, ale: wezwano Mnie publicznie, i publicznie proszono o pomoc, Moje Imię zostało wypisane na proporcach i było wzywane przez wszystkich żołnierzy. To za Moim wstawiennictwem miał miejsce cud zwycięstwa, który uratował świat chrześcijański.

    Matka Łaskawa w ciągu 16 miesięcy wielokrotnie uprzedzała, że jedynym sposobem na pokój i zakończenie wojny jest nawrócenie, modlitwa i pokuta, nie zaś pięści i butelki z benzyną.

    Młodzi warszawianie jednakże bezgranicznie ufali w moc pięści i nie widzieli powodu, by w swoje plany wtajemniczać Boga. Stolica w obliczu godziny W zachowała się tak, jak zachowują się przemądrzałe dzieci, które chcą wszystko robić same, bez pomocy Mamy i Taty!

    Nie chciano pamiętać, że to, co dzieli zwycięstwo od klęski, to nie moc oręża, przeważające siły czy strategia nawet najgenialniejszych dowódców, lecz wola Boga Najwyższego, który zawsze i wszędzie Sam o wszystkim decyduje!
    Nie chciano pamiętać, że to jedynie od Niego zależy, czy ludzkie plany zaowocują sukcesem, czy zakończą się porażką.
    Miał tą świadomość lud Warszawy w sierpniu 1920 roku, kiedy leżał krzyżem przed Patronką Stolicy i Strażniczką Polski, błagając o ocalenie stolicy, ocalenie Polski.

    W 1920 roku warszawianie mieli świadomość, że współpracując z Najwyższym, będą w stanie pokonać pięciokrotnie liczniejszych i zdeterminowanych bolszewików. Wiedzieli, że gdy współpracują z Bogiem, siła i moc są po ich stronie. Bo: Jeśli Bóg jest z nami, to kto przeciwko nam?

    1 sierpnia 1944 roku, w dniu wybuchu Powstania Warszawskiego, Hitler wspólnie z Himmlerem wydał rozkaz, który przesądzi o losie „zbuntowanej” Warszawy: Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią. W ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy.

    Po drugiej stronie Wisły stały wojska radzieckie, Sowieci jednak nie kiwnęli palcem, by konającej Warszawie przybyć z odsieczą. Stalin zdawał sobie sprawę, że skupione w Warszawie młode pokolenie polskiej inteligencji zagraża jego koncepcji utworzenia w Polsce rządu totalitarnego. Dlatego nie przeszkadzał w zbrodni, która dokonywała się niemieckimi rękami w zbuntowanym mieście.
    Sowieci, zgrupowani na drugim brzegu Wisły, z zimną krwią przyglądali się agonii Warszawy, miasta, którego nie udało się im zdobyć i złupić w 1920 roku:
    [….]

    1 sierpnia 1944 roku o godzinie „W” nastąpiło zderzenie młodzieńczego zapału, młodzieńczych wizji, z realnymi możliwościami, ergo brutalną rzeczywistością. Akcja zbrojna, podjęta bez wsparcia się na Bogu i Maryi, po dwóch miesiącach zakończyła się totalną, niewyobrażalną klęską, jakiej w historii Polski i Narodu jeszcze nie było. Daremny był trud żołnierzy, daremna ofiara z życia i krwi osób cywilnych.

    Czas gorzki, zły, zwątpienia czas podchodzi nam pod gardło,
    Czy wszyscy zapomnieli nas, czekając, by miasto padło?…
    Na barykadach wciąż czekamy, licząc ostatnie chwile,
    Tak się powoli dopalają warszawskie Termopile…

    Tylko na Woli w dniach 3-5 sierpnia bestialsko za­mordowano pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Ogółem zginało pół miliona ludzi (wg szacunku historyka Norberta Boratyna). Z pewnością nie taki los w zamyśle Bożym miał spotkać lud Warszawy, gdyby usłuchał ostrzeżeń swej Łaskawej Matki, swej Patronki!

    Nurtuje pytanie: co w ciągu dwudziestu czterech lat, które upłynęły od bitwy warszawskiej, mogło tak bardzo odmienić serca i umysły mieszkańców stolicy, że bez oficjalnego zawierzenia Bożej Opatrzności podjęli się walki z przeważającym wrogiem? Skąd pomysł, by własnymi, wątłymi siłami, bez Bożego błogosławieństwa próbować oswobodzić stolicę? Nie od dziś wiadomo, że: jeśli Pan miasta nie strzeże, daremnie czuwają straże (Ps 127,1).

    Chrystus Pan uprzedzał: beze Mnie nic dobrego uczynić nie możecie (J 15,5). Skąd więc ta krótkowzroczność w Polsce, która w owym czasie uważała się za kraj katolicki? Gdyby orędzia Bogurodzicy zostały przyjęte, gdyby podjęto powszechne modlitwy przebłagalne w intencji pokoju (jak w 1920 roku), gdyby lud Warszawy zreflektował się i podjął przemianę życia, to losy Powstania z pewnością potoczyłyby się inaczej! Tak ocalała Niniwa, której mieszkańcy posłuchali proroka Jonasza i nawrócili się, żałując za dawne grzechy. Niniwici mieli czterdzieści dni na zmianę postępowania, a warszawianie… prawie półtora roku! Tak ocalał Rzym dwa miesiące wcześniej (5. VI.44). Dzięki modlitwie uratowało się zaminowane przez Niemców miasto, miliony ludzi ocaliły życie, o czym piszemy dalej.

    Dowódcom AK nie brakowało bojowej odwagi, ale zabrakło im wiary, by los powstania oficjalnie, przez ręce Maryi, powierzyć Bogu Najwyższemu. Ze słów Matki Bożej, które padły na Siekierkach, wybraliśmy te z listopada 1943 roku, są one bowiem kluczem do zrozumienia przyczyny klęski Powstania Warszaw­skiego: Jak wy jesteście ze Mną, to i Ja jestem z wami i nic się wam nie stanie!
    Dowódcy Armii Krajowej nie poszli w bój z Jej błogosławieństwem, okryci płaszczem Jej opieki. Nie prosili Patronki Warszawy, by skruszyła strzały Bożego gniewu godzące w miasto, nie prosili, by odrzucała, jak ongiś w Wólce Radzymińskiej, wrogie pociski, które teraz bezkarnie burzyły dom po domu. Nie byli z Maryją, więc nie mogli doświadczyć skutków Jej solennej obietnicy: i nic się wam nie stanie! Dlatego nie może nikogo dziwić, że w sierpniu 1944 roku, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, nie powtórzył się Cud nad Wisłą z 1920 roku, nie pokonano i nie przepędzono okupanta ze stolicy!

    Nie może nikogo dziwić, że wszystko dookoła leżało w gruzach. Wszystko było zburzone i wszystko się paliło. Między jednym a drugim schronem przekopy były zniszczone. Nie było możliwości życia. Bomby padały i burzyły ulicę po ulicy, dom po domu.
    Po sześćdziesięciu trzech dniach powstanie poniosło druzgoczącą klęskę, a Warszawa została totalnie zrujnowana, wręcz starta z powierzchni ziemi. Stało się tak, jak zaplanował Hitler: Warszawa [została] zrównana z ziemią, [by] w ten sposób [stworzyć] zastraszający przykład dla całej Europy. Warschau caput! ! !

    Pół miliona niewinnych ludzi straciło życie. Słusznie zauważa ks. Kazimierz Góral: Gdy zlekceważy się przestrogi Maryi, przychodzi tylko czekać na zapowiadaną otchłań rozpaczy!

    Ponawiamy pytanie, czy tak się musiało stać? Odpowiadamy: na pewno nie! Wystarczy przyjrzeć się analogicznej sytuacji, jaka w tym samym czasie miała miejsce w okupowanym Rzymie: Rzym, maj 1944 roku. Front szybko zbliżał się do Wiecznego Miasta. Walki toczyły się zaledwie o 12 kilometrów od centrum, w pobliżu miejscowości Castel di Leva. Papież Pius XII zatroskany o bezpieczeństwo cudownego, starożytnego obrazu Madonny Bożej Miłości, nakazał przeniesienie go do rzymskiej bazyliki św. Ignacego.

    W końcu maja, gdy działania wojenne objęły przedmieścia, Papież polecił, by przed obrazem Madonny dei Divino Amore została podjęta nowenna o ocalenie miasta. Sam w imieniu mieszkańców Rzymu złożył Maryi ślubowanie. Przyrzekł, że jeśli Madonna ocali miasto, to na ruinach zamku Castel di Leva zostanie zbudowana dla cudownego obrazu nowa świątynia i zostaną erygowane organizacje religijne i charytatywne Jej imienia.

    4 czerwca 1944 roku czołgi generała Alexandra ruszyły do ataku. Niemcy byli przygotowani do zdetonowania założonych ładunków i wysadzenia w powietrze miasta. Chcieli pozostawić po sobie pamiątkę: spaloną ziemię i rumowisko gruzów (takie samo, jakie w 3 miesiące później pozostawili w Warszawie i jakie chcieli pozostawić po sobie na Jasnej Górze, w styczniu 1945 roku).
    Lud Rzymu, odmiennie niż lud Warszawy, nie sposobił się do akcji zbrojnej. Jego mieszkańcy trwali na modlitwie dzień i noc na placu przed bazyliką świętego Ignacego. Zawierzali Matce Bożej Miłości los Wiecznego Miasta, a władze magistratu oficjalnie potwierdziły gotowość wypełnienia ślubów, jakie w ich imieniu złożył Madonnie Ojciec święty.
    I oto tego samego dnia, w nocy z 4 na 5 czerwca, Niemcy nagle, z niewiadomych przyczyn, opuścili Rzym, nie detonując założonych ładunków. Nikt nie mógł pojąć, jak to się właściwie stało i dlaczego? Wszystkich: cywilów, wojskowych i polityków zadziwił ten cudowny obrót sprawy! Winston Churchill dał wyraz zdumieniu, pisząc: „Rzym zdobyto w sposób całkowicie nieoczekiwany!”

    12 czerwca 1944 r. „L’ Osservatore Romano” poinformował swoich czytelników: 11 czerwca dziesiątki tysięcy ludzi zebrały się przed Bazyliką Sant Ignazio, a wielu z nich przyszło tutaj boso. Przybyły rodziny, instytucje i szkoły. W procesji bez końca podchodzono, by ucałować obraz Madonny Bożej Miłości, by podziękować i oddać Jej cześć. Wśród rzeszy pątników znajdował się także Papież Pius XIL który przemówi! do Maryi w imieniu zgromadzonych, wyrażając Jej wdzięczność za cud bezkrwawego oswobodzenia Rzymu! Następnego dnia nieprzebrane tłumy odprowadziły procesyjnie cudowny obraz Madonny dei Divino Amore do jej siedziby w Castel di Leva.

    Rzymianie nie chcieli rozstać się ze swoją dobrodziejką! W ścianach rzymskich kamienic wykuwano nisze, gdzie wśród kwiatów i płonących lampek kró­lował obraz ich umiłowanej Matki! Magistrat Rzymu wkrótce wywiązał się ze złożonych obietnic: Czym się odpłacimy Maryi, za wszystko co nam wyświadczyła? Wypełnimy nasze śluby dla Niej, przed ludem Rzymu!

    Porównajmy skuteczność sposobów zastosowanych dla wyzwolenia dwóch europejskich stolic latem 1944 roku:
    . lud Wiecznego Miasta sposobił się do wyzwolenia stolicy, nie chwytając za broń i nie wzniecając powstania. Pod przewodnictwem swego biskupa, ojca świętego Piusa XII, złożył Bogurodzicy ślubowania i … trwał na ufnej modlitwie przed Jej obliczem;
    . papież, Głowa Kościoła katolickiego i jednocześnie biskup Rzymu, mimo realnie istniejącego śmiertelnego niebezpieczeństwa (zaminowane miasto miało być lada chwila wysadzone w powietrze!) nie opuścił miasta, by ratować życie, lecz jak Dobry Pasterz pozostał ze swoimi owcami. I był promotorem ocalenia miasta, które dokonało się w sposób duchowy, bez użycia broni i przelewu krwi. Bo jak siłą armii jest wódz, tak siłą wierzącego ludu są jego pasterze;
    ˇ prymas Polski, kard. Hlond opuścił Polskę i swoją owczarnię już we wrześniu 1939 roku;
    . w Warszawie słowa ostrzeżeń Matki Bożej, nawołujące do pokuty i modlitwy, zostały praktycznie zignorowane, trafiając jedynie do znikomej części warszawian;
    . Mater Gratiarum odwrotnie niż Madonna dei Divino Amore nie została oficjalnie zaproszona do współpracy! Pozbawione Jej matczynej opieki Powstanie upadło, hitlerowcy stolicę Polski spalili i wymordowali pół miliona jej mieszkańców;
    . rzymianie postawili na MARYJĘ i… uratowali miasto;
    . warszawianie postawili na SIEBIE i… ponieśli totalną klęskę;
    . nie chciano pamiętać, że: lepiej uciekać się do Pana, niźli pokładać ufność w człowieku (Ps 118);
    . zapomniano, że : bez Boga ani do proga!

    Fragment książki ks. dra Józef Marii Bartnika SJ i Ewy J. Storożyńskiej „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą, czyli prawdziwa historia Bitwy Warszawskiej, rozdz. pt.: Rok 1943 Matka Łaskawa objawia się na Siekierkach, czyli S.O.S dla Warszawy.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niechciany Jezus z żydowskiego obrazu

    Kopia malowidła „Jezu ufam Tobie” autorstwa Pereca Willenberga w Muzeum Powstania Warszawskiego. Fot. PAP/G. Jakubowski

    Kopia malowidła „Jezu ufam Tobie” autorstwa Pereca Willenberga w Muzeum Powstania Warszawskiego/ fot. PAP/G. Jakubowski

    ***

    Czy malowidło żydowskiego artysty, które przetrwało Powstanie, uda się dziś ocalić?

    Perec Willenberg, malarz synagog, we wrześniu 1944 r. mieszkał – a właściwie ukrywał się pod nazwiskiem Karol Baltazar Pękosławski – w kamienicy przy ul. Marszałkowskiej 60. Przez swój żydowski akcent nie mógł ukryć swojego pochodzenia, dlatego też często musiał zmieniać miejsce pobytu.

    – Przeprowadzaliśmy się z miejsca na miejsce. Wcześniej mieszkaliśmy u pani sędziny przy ul. Natolińskiej, dokąd trafiliśmy z ul. Grójeckiej 104, bo pod numerem 80 zaczęły się już aresztowania – mówi Samuel Willenberg, 90-letni syn Pereca. Dla większego bezpieczeństwa ojciec przy ul. Marszałkowskiej udawał niemowę. – Nawet do mnie zwracał się, pisząc na kartce – wspomina Samuel Willenberg, który swoją historię opisał w książce „Ucieczka z Treblinki”. W przygotowaniu jest film na ten temat.

    Samuel Willenberg jest także artystą, rzeźbiarzem. Po wizycie Jana Pawła II wyrzeźbił postać Papieża nad rozwiniętym zwojem Tory, która może już niedługo stanie w Warszawie. Jest ostatnim żyjącym uczestnikiem buntu w niemieckim obozie zagłady w Treblince, skąd uciekł 2 sierpnia 1943 roku, przedostał się do stolicy i walczył w Powstaniu Warszawskim.

    – Akurat 4 września byłem na barykadzie na Mokotowskiej. Śródmieście było wtedy bombardowane przez Niemców. Zobaczyłem, jak w okolice domu, gdzie był ojciec, uderzyły cztery pociski nazywane krowami. Pobiegłem do ojca, który mieszkał na pierwszym piętrze. Leżał na łóżku, przykryty kurzem i gruzem, mówił, że źle się czuje. – Tato – mówię – zejdź do schronu. Zanim wyszliśmy z mieszkania, tata poszedł do pokoju i zabrał ze sobą pudełko, w którym trzymał akwarele, pędzle, węgiel, ołówki i pastele. Brodząc w gruzie, zaczęliśmy schodzić z pierwszego piętra na parter. Tata zatrzymał się przy zejściu do piwnicy i nie chciał już schodzić. Zaczął rysować ołówkiem i węglem głowę Chrystusa – opowiada Samuel Willenberg.

    Wizerunek Chrystusa Perec Willenberg opatrzył napisem: „Jezu Ufam Tobie”. – Ludzie nabrali wtedy takiej otuchy, nadziei, że ocaleją, przeżyją wojnę – opowiada z werwą Samuel Willenberg.

    Ocalenie budynku uznali za cud i przypisali go wizerunkowi Jezusa, bo kamienice wokół zostały zburzone. Jako drugi cud uznali to, że Perec Willenberg zaczął mówić.

    – W tamtym czasie wszystkie zapasy żywności zostawiliśmy na ul. Natolińskiej. Po tym wydarzeniu tata zapraszany był przez mieszkańców na posiłki – opowiada.

    Dlaczego żydowski malarz namalował ten niezwykły, głęboko katolicki w swojej wymowie wizerunek, wtedy z mało znanym jeszcze zawołaniem, które brzmi jak wyznanie wiary? Co działo się wtedy w jego sercu? Na to pytanie mógłby odpowiedzieć tylko on sam. Wiadomo, że w czasie okupacji malował obrazy Chrystusa, Matki Bożej i świętych, żeby zarobić na utrzymanie. Do obrazów często pozował mu syn Samuel. Tak powstał – zachowany do dziś – obraz Jezusa Miłosiernego w kościele św. Stanisława w Siedlcach.

    – W czasie okupacji ojciec malował obrazy dla kościołów, z tego żył, ale wtedy, w Powstaniu, to był impuls. Zaczął rysować Chrystusa, schodząc do piwnicy. To w żadnym stopniu nie było zaplanowane – powiedział Samuel Willenberg 29 sierpnia, kiedy kopia Jezusa z kamienicy przy ul. Marszałkowskiej odsłaniana była w Muzeum Powstania Warszawskiego. Ale ten obraz nie był wykonany na niczyje zamówienie i nie był na sprzedaż. Został przecież namalowany bezpośrednio na sklepieniu.

    Perec Willenberg był utalentowanym artystą, jednym z najbardziej cenionych malarzy fresków w synagogach. Wskazuje się go jako twórcę nowego żydowskiego stylu w sztuce. – W synagodze nie można malować twarzy. Ojciec używał w malowidłach hebrajskich liter – wyjaśnia syn artysty.

    Perec Willenberg ozdobił m.in. synagogę w Opatowie, Częstochowie i w Piotrkowie. Organizował wystawy z Romanem Kramsztykiem, Stanisławem Wyspiańskim, Jackiem Malczewskim i Leonem Wyczółkowskim. Pracował także jako nauczyciel rysunku w żydowskim gimnazjum w Częstochowie. W tym mieście spędzał z rodziną ostatnie lata przed wybuchem wojny: z żoną Maniefą, córkami Itą i Tamarą, które zginęły w Treblince, oraz z synem Samuelem, któremu z Treblinki udało się uciec, aby dziś dawać świadectwo prawdzie. Perec Willenberg przeżył wojnę. Zmarł na gruźlicę w 1947 r. w Łodzi.

    Trzy lata później, w 1950 r. Samuel z matką i żoną wyjechali do Izraela.


    KOPIA W MUZEUM

    – Kiedy w 1983 r. rząd komunistyczny w Polsce zezwolił na przyjazdy grupom z Izraela, przybyliśmy tu z żoną i córką. Jechałem tramwajem ul. Marszałkowską i zdumiony zobaczyłem, że kamienica z numerem 60 wciąż stoi. Wszedłem do klatki, a tam przy zejściu do piwnicy nadal był rysunek taty – wspomina Samuel Willenberg. Wtedy jeszcze nie wiedział, że podczas remontów wizerunek był starannie chroniony przez robotników.

    Podczas kolejnej z wizyt okazało się, że wizerunek Chrystusa przy ul. Marszałkowskiej został zasłonięty. – W sierpniu 2010 r. Samuel Willenberg zwrócił się do nas o zaopiekowanie się malowidłem i pomoc w wynegocjowaniu dostępu dla zwiedzających – mówi Anna Grzechnik z Muzeum Powstania Warszawskiego.

    Wspólnota mieszkaniowa nie zgodziła się jednak na udostępnienie wizerunku. – Nie pozwolono nam na umieszczenie w bramie budynku kopii, wizerunku i tablicy z informacją o tej niezwykłej powstańczej pamiątce. Nie mogliśmy wykonać także kopii do Muzeum Powstania Warszawskiego – mówi Anna Grzechnik. – Kopię wykonano na podstawie zdjęcia zrobionego przez Samuela Willenberga w latach 80.

    Odsłonięta została z udziałem Samuela Willenberga w Muzeum Powstania Warszawskiego 29 sierpnia. – Przygotowane dla niej miejsce nie jest przypadkowe. Znalazła się na ekspozycji poświęconej żydowskim artystom, obok jest fragment wystawy na temat Władysława Szpilmana. Kopię malowidła Willenberga scenograficznie umieściliśmy tak, by przypominała klatkę schodową – miejsce, gdzie znajduje się oryginał – tłumaczy Anna Grzechnik.

    ORYGINAŁ NISZCZEJE

    Kiedy 3 września odwiedziłam kamienicę przy ul. Marszałkowskiej 60, swobodnie weszłam nie tylko na dziedziniec. Otwarte były też drzwi na klatkę schodową, gdzie schronił się Perec Willenberg. Podobnie otwarta była krata w zejściu do piwnic. Odpadająca ze ścian farba, wytarte od stóp drewniane schody – klatka czeka na remont i zapewne lepiej musiała wyglądać w czasie wojny.

    Czy tak powinno wyglądać zabezpieczenie cennego zabytku? Biuro Stołecznego Konserwatora Zabytków pytane o sprawę wyjaśnia, że od ośmiu lat wie o istnieniu malowidła. Jak nas informuje, wydało „zalecenia dla użytkownika obiektu, w których zasugerowano zabezpieczenie obiektu przed ewentualnym zniszczeniem, które mogło nastąpić podczas prowadzonych wówczas prac remontowych w budynku”. Dodaje, że konsultowało zabezpieczenie malowidła z konserwatorem malarstwa ściennego, a jego trwałość monitorowana jest przez Zarząd Gospodarowania Nieruchomościami, któremu podlega budynek.

    Drążenie sprawy odsłania jednak coraz większy bałagan w miejskich instytucjach. Tam chyba nikt liczy się z narodowym dobrem. Zakład Gospodarowania Nieruchomościami odpowiada, że to konserwator monitoruje jakość zabezpieczenia malowidła, a ostatnia kontrola odbyła się rok temu.

    – Według oceny naszego pracownika, od strony konserwatorskiej zabezpieczenie malowidła jest niewystarczające i może przyczynić się do jego uszkodzenia – ocenia Anna Grzechnik z Muzeum Powstania Warszawskiego.

    Są sprzeczne informacje dotyczące wpisu malowidła do rejestru zabytków. Jednego dnia Agnieszka Kasprzak z Biura Stołecznego Konserwatora Zabytków (BSKZ) informuje w rozmowie telefonicznej, że sprawa wpisu malowidła do rejestru zabytków jest w toku u wojewódzkiego konserwatora zabytków. Następnego dnia redakcja otrzymuje informację, że jest inaczej: obiekt nie jest pod ochroną konserwatora, nie został wpisany do rejestru zabytków, do chwili obecnej nie wszczęto postępowania w tej sprawie. Odpowiedzialność za wpis do rejestru BSKZ przerzuca na mazowieckiego konserwatora i właściciela budynku. – Jeśli pani redaktor ma w domu zabytkowy wazon, to co do tego ma konserwator zabytków? – konkluduje Agnieszka Kasprzak z BSKZ.

    Biuro Stołecznego Konserwatora Zabytków nie widzi różnicy pomiędzy zabytkowym wazonem w prywatnym mieszkaniu a zabytkowym malowidłem w warszawskim budynku! Czy to znaczy, że niezwykłe malowidło – podwójnie unikatowa pamiątka, bo i ocalonego żydowskiego artysty, i Powstania Warszawskiego – może podzielić los innych zdewastowanych obiektów: 100-letniego budynku koszar przy Łazienkach Królewskich albo XIX-wiecznej parowozowni na Pradze, która nie znalazła się w rejestrze zabytków?

    A może sprawa wyraźnie niechcianego wizerunku Chrystusa, który stawia nas wobec wielu pytań bez odpowiedzi, ma jakieś drugie dno?

    Irena Świerdzewska/Idziemy nr 37 (418), 15 września 2013 r.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie ma, jak u Mamy:

    Matka Boska Armii Krajowej

    ***

    „Nie ma, jak u Mamy” to nasz radiowy cotygodniowy cykl internetowy, w którym pragniemy przybliżać Matkę Bożą. Jej życie, Jej skuteczne wstawiennictwo, Jej „obecność” w życiu świętych, modlitwy do Maryi, miejsca Jej kultu, a także wizerunki Matki Bożej. Może na wzór św. Maksymiliana, który, jak napisał o. Roman Soczewka – „lubił soboty i radością z tego dnia dzielił się ze współbraćmi zakonnymi, wygłaszając im pogadanki lub konferencje o Matce Bożej Niepokalanej.”

    ***

    Z okazji 77. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, pragniemy zapoznać Państwa z historią powstania niezwykłego obrazu, zatytułowanego „Matka Boska Armii Krajowej”. Obraz namalowała podczas Powstania Warszawskiego Irena Pokrzywnicka, a inspracją do tego było kazanie ks. Apolinarego Leśniewskiego.

    Obraz przedstawia „Madonnę z Dzieciątkiem w strojnej szacie, w koronach, osłaniającą prawym ramieniem powstańca. Żołnierz jest w stopniu kaprala, w mundurze wojskowym, furażerce na głowie i z krzyżykiem na szyi. Dzieciątko Jezus trzyma nad głową powstańca gałązkę wawrzynu – symbol zwycięstwa i męczeństwa, w tle widać zaś płonącą Warszawę (prawdopodobnie jest to zarys uszkodzonych wież kościoła Najświętszego Zbawiciela)”.

    Dzieło Ireny Pokrzywnickiej powstawało podczas niemieckich ostrzałów. Mimo tego artystka nie zeszła do schronu i za wszelką cenę pragnęła dokończyć pracę, przedstawiającą Maryję, osłaniającą powstańca… „Malarka tłumaczyła później swój upór tym, że obraz musiał być gotowy dla ks. Apolinarego na wieczorną Mszę św.” – czytamy na stronie przystanekhistoria.pl  W rezultacie Pokrzywnicka została ranna, malowany przez nią obraz nie został jednak zniszczony, ani nawet uszkodzony.

    Malarka wykonała także ok. 4 tys. obrazków z reprodukcją Matki Boskiej Armii Krajowej. Obrazki te były rozdawane żołnierzom, a celem tych działań było dodanie walczącym otuchy i wiary w zwycięstwo.

    Dzieło życia Ireny Pokrzywnickiej przetrwało w ukryciu aż do 1962 r., kiedy to ks. Apolinary przekazał je kard. Stefanowi Wyszyńskiemu. W Pałacu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej obraz przebywał do 2008 r., kiedy abp Kazimierz Nycz przekazał go Muzeum Powstania Warszawskiego. Jego kopia  jest wystawiana podczas Mszy św. odprawianej na ołtarzu polowym cmentarza Powstańców Warszawy na Woli w każdą rocznicę wybuchu powstania.

    Więcej na temat Ireny Pokrzywnickiej, ks. Apolinarego Leśniewskiego, ich spotkania i wzajemnej inspiracji, a także niezwykłego obrazu Matki Boskiej Armii Krajowej można przeczytać na stronie Instytutu Pamięci Narodowej – przystanekhistoria.pl 

    radio NIEPOKALANÓW/31 lipca 2021

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża Armii Krajowej

    Historia obrazu Matki Bożej Armii Krajowej jest niezwykłym świadectwem zawiłości losów Polski i Polaków w XX wieku oraz bezcennym skarbem wiary i patriotyzmu. Ten wyjątkowy wizerunek maryjny powstał w ciągu zaledwie kilku dni sierpnia 1944 roku. Jego autorka, wszechstronna artystka Irena Pokrzywnicka (była nie tylko malarką, ale też projektantką mody i wnętrz), na początku Powstania Warszawskiego zaprzysiężona na żołnierza Armii Krajowej, w czasie Mszy Świętej polowej w święto Wniebowzięcia NMP wysłuchała kazania ks. Apolinarego Leśniewskiego, kapelana AK. Pod wpływem jego słów poczuła natchnienie do namalowania obrazu, na którym Matka Boża z Dzieciątkiem osłania swoją ręką powstańca w stopniu kaprala, w mundurze i z krzyżykiem na szyi, na tle płonącej Warszawy.

    Już sam proces powstawania obrazu był niesamowity: w trakcie jego malowania Niemcy rozpoczęli ostrzał artyleryjski i trafili w pracownię Pokrzywnickiej – malarka została powalona na ziemię, ale płótno nie doznało żadnego uszczerbku. Następnie, po przekazaniu obrazu ks. Leśniewskiemu, Matka Boża Armii Krajowej została umieszczona w ołtarzu polowym przy ul. Marszałkowskiej, który w toku walk powstańczych został zniszczony, lecz obraz ponownie ocalał i został wyciągnięty z gruzów. Po kapitulacji powstania ks. Leśniewski ukrył go w swoim mieszkaniu, które później zostało obrabowane – ale obrazem złodzieje się nie zainteresowali. Po raz czwarty groźba zniszczenia zawisła nad wizerunkiem Matki Bożej Armii Krajowej już po wojnie, gdy funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa przeprowadzali rekwizycję na plebanii w Sieradzu, gdzie posługiwał wówczas ks. Leśniewski. Na szczęście obraz nie został znaleziony.

    Obecnie Matka Boża Armii Krajowej znajduje się na stałe w Muzeum Powstania Warszawskiego. Jednakże raz do roku, w rocznicę powstania, jest wystawiana podczas Mszy Świętej na Cmentarzu Powstańców Warszawy, gdzie cześć oddają jej tłumy mieszkańców stolicy, ostatni żyjący powstańcy i wszyscy, którym drogi jest ten wizerunek maryjny.

    Marcin Więckowski/artykuł z PzM 119 lipiec/sierpień 2021

    ______________________________________________________________________________________________________________


    „Matka Boska Powstańcza”

    Bóg Ci słońca na dłonie Twe nie żałował
    ani ciszy na usta Twe zbyt mało dał –
    broń bym zdobył dla Ciebie, o głodzie wędrował,
    potajemnie orzechy na ołtarz Ci rwał.

    Najświętsza, utracona, z rozkazami spalona –
    w barykady równoczarnym strumieniu –
    z Tobą twarz zapłakana, z Tobą bitwy do rana
    i uśmiechy, i sen na kamieniu.

    ks. Jan Twardowski

    ***

    Matka Boża Armii Krajowej

    Historia obrazu Matki Bożej Armii Krajowej jest niezwykłym świadectwem zawiłości losów Polski i Polaków w XX wieku oraz bezcennym skarbem wiary i patriotyzmu. Ten wyjątkowy wizerunek maryjny powstał w ciągu zaledwie kilku dni sierpnia 1944 roku. Jego autorka, wszechstronna artystka Irena Pokrzywnicka (była nie tylko malarką, ale też projektantką mody i wnętrz), na początku Powstania Warszawskiego zaprzysiężona na żołnierza Armii Krajowej, w czasie Mszy Świętej polowej w święto Wniebowzięcia NMP wysłuchała kazania ks. Apolinarego Leśniewskiego, kapelana AK. Pod wpływem jego słów poczuła natchnienie do namalowania obrazu, na którym Matka Boża z Dzieciątkiem osłania swoją ręką powstańca w stopniu kaprala, w mundurze i z krzyżykiem na szyi, na tle płonącej Warszawy.

    Już sam proces powstawania obrazu był niesamowity: w trakcie jego malowania Niemcy rozpoczęli ostrzał artyleryjski i trafili w pracownię Pokrzywnickiej – malarka została powalona na ziemię, ale płótno nie doznało żadnego uszczerbku. Następnie, po przekazaniu obrazu ks. Leśniewskiemu, Matka Boża Armii Krajowej została umieszczona w ołtarzu polowym przy ul. Marszałkowskiej, który w toku walk powstańczych został zniszczony, lecz obraz ponownie ocalał i został wyciągnięty z gruzów. Po kapitulacji powstania ks. Leśniewski ukrył go w swoim mieszkaniu, które później zostało obrabowane – ale obrazem złodzieje się nie zainteresowali. Po raz czwarty groźba zniszczenia zawisła nad wizerunkiem Matki Bożej Armii Krajowej już po wojnie, gdy funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa przeprowadzali rekwizycję na plebanii w Sieradzu, gdzie posługiwał wówczas ks. Leśniewski. Na szczęście obraz nie został znaleziony.

    Obecnie Matka Boża Armii Krajowej znajduje się na stałe w Muzeum Powstania Warszawskiego. Jednakże raz do roku, w rocznicę powstania, jest wystawiana podczas Mszy Świętej na Cmentarzu Powstańców Warszawy, gdzie cześć oddają jej tłumy mieszkańców stolicy, ostatni żyjący powstańcy i wszyscy, którym drogi jest ten wizerunek maryjny.

    Marcin Więckowski/artykuł z PzM 119 lipiec/sierpień 2021

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Widziałam wielkie zagniewanie Boże”. Czy zniszczenie Warszawy było karą za grzechy?

    oprac. GS/PCh24.pl

    ***

    Rok po śmierci świętej Siostry Faustyny na polskiej ziemi wybuchł zbrojny konflikt, który przerodził się z czasem w wojnę o światowym zasięgu. Towarzyszące działaniom wojennym hitlerowskie okrucieństwo wobec ludności cywilnej wprawiło w osłupienie nawet tych, których oczy widziały niejedną straszliwą zbrodnię. Do najkrwawszych przewinień niemieckiego okupanta względem Polski zaliczyć można dokonany na mieszkańcach powstańczej Warszawy mord. Wraz z bestialsko tłumioną insurekcją niszczono dobytek całych pokoleń. Czy w wydarzeniu tym należy dopatrywać się Bożej kary, która – zgodnie z wizją wspomnianej mistyczki i stygmatyczki – miała spaść na „najpiękniejsze w Ojczyźnie miasto” za rozliczne grzechy jej mieszkańców?

    Trudno, by odwiedzającym stołeczne Muzeum Powstania Warszawskiego nie zakręciła się łezka w oku po seansie wyświetlanego tam filmu ukazującego zgliszcza polskiej stolicy po niemieckiej, niszczycielskiej nawałnicy, jaka przez nią przeszła po upadku sierpniowej insurekcji. Malowniczy, architektoniczny krajobraz miasta, nazywanego czasem „Paryżem Północy”, hitlerowski okupant przeistoczył w smętne gruzowisko, wraz z usunięciem którego żegnano opiewany w tak wielu dziełach przedwojenny świat. Granice powojennej Warszawy wyznaczyły obszar rozległego cmentarzyska, w którym obok żołnierza z karabinem leżała matka ze swym niemowlęciem. Powracającym do stolicy mieszkańcom widok ruin tętniącego niegdyś życiem miejsca mógł nasuwać biblijne obrazy miast ukaranych przez Boga za ich liczne występki.

    W upamiętniających sierpniowe wydarzenia roku 1944 tekstach spotkać się można czasem z wizją zniszczonej Warszawy jako kary Bożej za jej rozliczne przewinienia. Za takim sposobem patrzenia na dziejowy moment w historii miasta przemawiają zapisane w „Dzienniczku” słowa św. Siostry Faustyny: Pewnego dnia powiedział mi Jezus, że spuści karę na jedno miasto, które jest najpiękniejsze w Ojczyźnie naszej. Kara ta miała być [taka], jaką Bóg ukarał Sodomę i Gomorę. Widziałam wielkie zagniewanie Boże i dreszcz napełnił, przeszył mi serce.

    Uważa się, że powodem Bożego zagniewania była dokonująca się w majestacie polskiego prawa zbrodnia na nienarodzonych. O duchowej wadze tej winy świadczy ogrom cierpienia, jakie Sekretarka Bożego Miłosierdzia musiała znosić, czyniąc zadość Stwórcy za wołające o pomstę do Nieba krzyki mordowanych w łonach kobiet dzieci.

    Dziś tak gorąco pragnęłam odprawić godzinę św. przed Najświętszym Sakramentem – czytamy w „Dzienniczku” – jednak inna była wola Boża; o godzinie ósmej dostałam tak gwałtownych boleści, że musiałam się natychmiast położyć do łóżka; wiłam się w tych boleściach trzy godziny, to jest do jedenastej wieczorem. Żadne lekarstwo mi nie pomogło, co przyjęłam, to zrzuciłam; chwilami odbierały mi te boleści przytomność. Jezus dał mi poznać, że w ten sposób wzięłam udział w Jego konaniu w ogrodzie i że te cierpienia Sam dopuścił dla zadośćuczynienia Bogu za dusze pomordowane w żywotach złych matek. (…)Mówiłam lekarzowi, że jeszcze nigdy w życiu podobnych cierpień nie miałam, on oświadczył, że nie wie co to za cierpienie. Teraz rozumiem co to za cierpienie, bo mi Pan dał poznać… Jednak kiedy pomyślę, że może kiedyś jeszcze będę w podobny sposób cierpieć, to dreszcz mnie przenika, (…). Obym tymi cierpieniami uratować mogła choćby jedną duszę od morderstwa.

    Prenatalne dzieciobójstwo nie było jedynym uchybieniem, jakiego dopuścił się wobec Boga polski naród, o czym Święta wzmiankuje wiele razy w swoim dziele. Duchowy stan rodaków przynaglał ją do nieustannego orędownictwa. Św. Siostra Faustyna pisała:

    Często się modlę za Polskę, ale widzę wielkie zagniewanie na nią, iż jest niewdzięczna. Całą duszę wytężam, aby ją bronić. Nieustannie przypominam Bogu Jego obietnice miłosierdzia. Kiedy widzę Jego zagniewanie, rzucam się z ufnością miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę, a wtenczas nie może użyć swej sprawiedliwości. Ojczyzno moja, ile ty mnie kosztujesz, nie ma dnia, w którym bym się nie modliła za ciebie.

    Trudno wyobrazić sobie los Polaków bez przemożnego wstawiennictwa Apostołki Bożego Miłosierdzia. Rąbek tajemnicy uchyla Siostra Faustyna w następującym fragmencie „Dzienniczka”:

    Widziałam gniew Boży ciążący nad Polską. I teraz widzę, że jeśliby Bóg dotknął kraj nasz największymi karami, to byłoby to jeszcze Jego wielkie miłosierdzie, bo by nas mógł ukarać wiecznym zniszczeniem za tak wielkie występki. Struchlałam cała, jak mi Pan choć trochę uchylił zasłony. Teraz widzę wyraźnie, że dusze wybrane podtrzymują w istnieniu świat, aby się dopełniła miara.

    Wśród ogromu ludzkich przewinień, których ciężar poznać miała polska Święta, były grzechy przeciwko ciału.

    Kiedy przyszłam na adorację, zaraz mnie ogarnęło wewnętrzne skupienie i ujrzałam Pana Jezusa przywiązanego do słupa, z szat obnażonego i zaraz nastąpiło biczowanie. Ujrzałam czterech mężczyzn, którzy na zmianę dyscyplinami siekli Pana. Serce mi ustawało patrząc na te boleści; wtem rzekł mi Pan te słowa: – „cierpię jeszcze większą boleść od tej, którą widzisz?” I dał mi Jezus poznać za jakie grzechy poddał się biczowaniu, są to grzechy nieczyste. O, jak strasznie Jezus cierpiał moralnie, kiedy się poddał biczowaniu – pisała.

    Gdy w kontekście przywołanych słów spróbujmy naszkicować duchową mapę przedwojennej Polski, to nietrudno będzie nam zauważyć wyróżniającą się na tle pozostałych miast ilość stołecznych domów rozpusty. Gdyby zapytać przedwojennego policjanta – czytamy w książce Pawła Rzewuskiego pt. „Warszawa. Miasto grzechu. Prostytucja w II RP” – co stanowi największy problem Warszawy, odpowiedziałby, że prostytucja. Co prawda stolicy Polski daleko było do Berlina z czasów Republiki Weimarskiej, barwnie ukazanego w filmie „Kabaret”, to jednak proceder ten był powszechny. I niezwykle widoczny.

    „Przybytki rozkoszy” rozlokowane były nawet w wokół Bożych Świątyń, co niezgodne było zresztą z obowiązującym wówczas prawem. Na warszawskiej mapie grzechu niechlubnie wyróżniały się dzielnice: Wola, Muranów, Powiśle i Stare Miasto. Warto zauważyć, że to właśnie w tych miejscach okupant przelał brutalnie najwięcej polskiej krwi w czasie Powstania. W labiryncie ulokowanych w centralnej części miasta uliczek przybyszowi trudno było z kolei znaleźć miejsce na nocleg, jako że właścicielom lokali opłacało się bardziej wynajmować pokoje na tak zwane „godziny”. Im dalej od śródmieścia, tym trudniej spotkać było córy Koryntu, co potwierdzą dane wskazujące na centrum stolicy jako na teren, w którym znaleźć można było najwięcej lunaparów.

    W próbie zrozumienia problemu przedwojennej prostytucji w Warszawie nie sposób nie odnieść się do przepisów regulujących ten aspekt życia II RP. W odrodzonej Polsce zakazano prowadzenia domów publicznych, legalna była natomiast prostytucja pod warunkiem stawiania się przez osobę zajmującą się nierządem na regularne badania lekarskie. Panie do towarzystwa zobowiązane były do posiadania karty zdrowia, czyli tak zwanej „czarnej książeczki”, którą – zgodnie z opisem – nie należało traktować jako „zachętę do rozpusty ani przeszkodę dla pracy”. Wszystko to było jednak papierową fikcją, ponieważ po warszawskim niebem czynne stały domy publiczne, w których zamieszkiwały zarówno zarejestrowane, jak i nielegalne prostytutki.

    Możemy być niemal pewni, że jednym ze skutków pleniącego się w stolicy nierządu były usługi płatnych morderców nienarodzonych dzieci. Trudno określić dokładną ich ilość, ponieważ tego typu przestępstwa zatajano lub nie zgłaszano organom ścigania.

    Z fragmentarycznych danych ogólnopolskich wynika, że w latach 1924–1928 odnotowywano rocznie 1233 do 1393 zgłoszeń dotyczących przeprowadzenia nielegalnych aborcji. Według obliczeń dokonanych przez Adama Czyżewicza na podstawie danych statystycznych dotyczących liczby kobiet z rozpoznaniem poronienia, które zostały przyjęte do szpitali, wynika natomiast, że w latach 1922–1938 przestępstw dokonywano rocznie od 256213 do 513237 tego typu – czytamy w artykule Mateusza Łodygi pt. „Metody i środki stosowane w procederze aborcyjnym w okresie międzywojennym na przykładzie spraw z terenu siedleckiego okręgu sądowego”.

    Skala tego procederu pokazuje, że w aborcyjnym podziemiu ginęły nie tylko dzieci zdeprawowanych matek. Kwestia „zabiegów” i środków służących przeprowadzaniu nielegalnych aborcji stanowiła swego rodzaju „tajemnicę poliszynela” w II RP, w której, co warto podkreślić, legalnie zabić można było nienarodzonego człowieka ze względu na stan zdrowia ciężarnej matki lub gdy ciąża była wynikiem przestępstwa (czyn nierządny z nieletnią lub upośledzoną, zgwałcenie, kazirodztwo). Za te, wołające o pomstę do Nieba grzechy, najdotkliwiej cierpiała znana prawie na całym świecie polska mistyczka.

    Czy wobec powyższego możemy domniemywać, że to właśnie te przewinienia ściągnęły pod koniec wojny na miasto Bożą karę, zgodnie z zapowiedzią, jaką otrzymała Apostołka Bożego Miłosierdzia? Ks. Sopoćko w swoich wspomnieniach opisuje jedną z ostatnich wizyt u chorej na gruźlicę zakonnicy:

    Znalazłem Siostrę Faustynę w szpitalu zakaźnym na Prądniku już zaopatrzoną na śmierć.(…) Jeszcze opisała mi wygląd kościółka i domu pierwszego zgromadzenia oraz ubolewała na losem Polski, którą bardzo kochała i za którą często się modliła. (…)W tym wypadku również nie zapytałem, jaki to los ma spotkać Polskę, że ona tak ubolewa. Sama mi tego nie powiedziała, tylko westchnąwszy zakryła twarz od zgrozy obrazu, który prawdopodobnie wówczas widziała.

    Modlitwa za Polskę była jedną z najczęstszych, jakich się podejmowała, o czym mówi nam sama Święta na łamach „Dzienniczka”: Ojczyzno moja kochana, Polsko, o gdybyś wiedziała, ile ofiar i modłów do ciebie do Boga zanoszę. Ale uważaj i oddawaj chwałę Bogu. Bóg cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna. Nie bez powodu intencja ta była tak droga sercu zakonnicy. Wagę jej ustawicznego orędownictwa za ojczyznę dostrzec można lepiej w perspektywie cierpień, które stały się udziałem ludności cywilnej w czasie wojny. Pod tym względem hekatomba mieszkańców Warszawy w czasie Powstania i późniejsze, niemal doszczętne, zniszczenie miasta musiały nasuwać związek między wizjami i przestrogami mistyczki a stanem faktycznym.

    Powiązanie skutków sierpniowej insurekcji z przyczyną, jaką miały być grzechy zamieszkujących w stolicy ludzi, budzi do dzisiaj wiele emocji, dzieląc włączających się w dyskusję o tym na zwolenników i przeciwników takiej tezy. Trudno rozstrzygnąć powstały spór, jako że dotyka materii wymagającej spojrzenia na nią oczami wiary. Bez tej optyki nie sposób zrozumieć skierowanych do Siostry Faustyny słów Zbawiciela o szczególnym umiłowaniu przez Niego naszej ojczyzny. W obliczu dramatycznej historii obywateli II RP dane mistyczce słowo jawi się jako niedorzeczność, którą przemóc może w jakiejś mierze znajomość Biblii. W perspektywie ukazanych tam dziejów zobaczyć możemy nie tylko Bożą Sprawiedliwość, ale też Boże Miłosierdzie względem grzesznika, a w związku z tym pedagogiczny wymiar kary.

    Uprawniony wydaje się zatem sąd, że dopuszczone przez Boga skutki ludzkich działań są z jednej strony konsekwencją danej człowiekowi wolności, z drugiej zaś ukazują w jakiś sposób Bożą pedagogię w prowadzeniu człowieka. Nie możemy więc wykluczyć Bożego dopustu, jakim było zniszczenie Warszawy z powodu rozlicznych grzechów jej mieszkańców. Rozważając problem w takim ujęciu, jednego możemy być pewni. Wraz z cierpiącymi mieszkańcami stolicy współcierpiał Jezus. Prawdę tę pięknie ujął Paul Claudel, pisząc: „Ach, Panie, (…)wiemy, że Cię boli, gdy w nas uderzasz”.

    Anna Nowogrodzka-Patryarcha/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________________

    „Krew będzie płynęła rynsztokami”

    fot. kadr z filmu

    ***

    Głusi na ostrzeżenia, przekonani o własnej wielkości ludzie z trudem akceptują prawdę o Bogu „Sędzim sprawiedliwym, który za dobro wynagradza a za złe karze”. Dlatego wielu z nas sugestia, że straszliwa hekatomba stolicy Polski, której 70. rocznicę właśnie obchodzimy, mogła być karą za grzechy przedwojennych mieszkańców Stolicy, może wydać się wręcz bluźnierstwem. Warto jednak pamiętać, że przedwojenna Warszawa była prawdziwą stolicą prostytucji i aborcji. I że kara za te grzechy była zapowiadana.

    Rzadko pamięta się też, iż przedwojenna Warszawa była prawdziwym zagłębiem haniebnych praktyk aborcyjnych. Przepisy chroniące życie od poczęcia obowiązywały w odrodzonym państwie polskim do 1932 r, choć i wówczas istniało duże „podziemie aborcyjne”. W latach 20. ruszyła jednak szeroko zakrojona akcja na rzecz wprowadzenia zmian ułatwiających zabijanie dzieci nienarodzonych. Po stronie domagającej się legalizacji aborcji „z przyczyn społecznych” szczególną aktywnością wykazywali się m. in. mason Tadeusz Boy-Żeleński i jego partnerka, działaczka feministyczna Irena Krzywicka z domu Goldberg. Antynatalistyczne lobby odniosło wreszcie sukces i w 1932 r. rządząca Polską Sanacja zalegalizowała aborcję w Polsce artykułem 233 Kodeksu Karnego (wprowadzonego rozporządzeniem Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 11 lipca 1932 r.).

    Nowe przepisy tworzyły możliwość dokonania aborcji w dwóch przypadkach: z powodu ścisłych wskazań medycznych, oraz gdy ciąża zaistniała w wyniku gwałtu, kazirodztwa bądź współżycia z nieletnią poniżej lat 15. Kodeks wprowadzał wymóg, aby „zabieg” był dokonany przez lekarza. Co najbardziej przerażające, nie określono trybu stwierdzania przesłanek umożliwiających „legalną” aborcję. Nie określono także stadium zaawansowania ciąży, do jakiego wolno dokonać aborcji. Trzeba zauważyć, że wprowadzone przez władze II RP aborcyjne regulacje mogły śmiało stawać w śmiertelne szranki z przepisami obowiązującymi w latach 1920-1936 w ZSRR.

    Tylko komunistyczne Sowiety mogły poszczycić się bardziej złowrogimi dla życia nienarodzonych przepisami.

    Według różnych danych, w okresie międzywojennym przeciętna liczba zabójstw dokonywanych na dzieciach poczętych zarówno w lekarskich gabinetach, jak i nielegalnie wynosiła od 100 do 130 tysięcy rocznie! Tylko w latach 1932-1939 mogło więc zostać zabitych nawet milion nienarodzonych Polaków! Zjawisko to nasiliło się jeszcze po 1939 roku: okupacyjne władze hitlerowskie śmiało wkroczyły w uchylone przez władze II RP bramy aborcyjnego koszmaru, wprowadzając w 1943 roku „aborcję na życzenie”. Znakomita część zbrodniczych „zabiegów” wykonywana była w Warszawie, możliwe więc, że do 1944 zabito w łonach warszawianek więcej dzieci, niż wyniosły straty w ludności cywilnej podczas samego Powstania Warszawskiego.

    Znakomita część sanacyjnej elity II RP nie przykładała szczególnej wagi do nauczania Kościoła w zakresie nierozerwalności małżeństwa i etyki seksualnej. Przykłady można mnożyć: Józef Piłsudski, Rydz-Śmigły, Walery Sławek, Józef Beck. Obraz kondycji moralnej elit – choć z pewnością przerysowany – jaki odnajdujemy w „Karierze Nikodema Dyzmy” nie odbiegał zbytnio od rzeczywistości. Promowanie stylu życia pozbawionego moralności, nagłaśnianie skandali obyczajowych, lekceważący stosunek do dramatu, jakim jest rozwód, stały się chlebem powszednim obyczajowości międzywojennej Polski, a zwłaszcza stołecznej Warszawy.

    Do największych problemów z jakim zmagali się stróże porządku przedwojennej Warszawy należała prostytucja. Pod tym względem Stolica była prawdziwym miastem grzechu. Korzystanie z „usług” panien lekkich obyczajów było zjawiskiem mocno egalitarnym. Gdzie znaleźć najbliższy lupanar wiedzieli zarówno biedni i bogaci, gimnazjaliści oraz panowie posunięci w latach.

    To, co kiedyś szokowało, powoli stawało się „normalnością”; to, co wzbudzało odrazę okazywało się „dobrodziejstwem współczesności”. W taki sposób rewolucja wprowadzała w narodowy krwioobieg swój antyporzadek oparty na nihilizmie i skoncentrowany na człowieku.

    Zapowiedź kary

    Oddajmy głos ks. kard. Augustowi Hlondowi: „Fala wszelkiego rodzaju nowinkarstwa zabagnia dziedzinę obyczajów. Podkopuje nie tylko moralność chrześcijańską, ale godzi wprost w etykę naturalną, szerzy nieobyczajność wśród młodzieży i dorosłych. Celem tej propagandy jest zachwianie idei katolickiej, aby zastąpić naukę chrześcijańską masońskim naturalizmem”. Jakże zatem, w kontekście szerokiej fali demoralizacji płynącej zarówno w elitach społecznych jak i wśród warstw mniej wpływowych w przedwojennej Polsce, dramatycznie brzmią słowa skierowane przez Pana Jezusa do Sługi Bożej Rozalii Celakównej:

    „Trzeba ofiary za Polskę, za grzeszny świat (…), straszne są grzechy Narodu Polskiego. Bóg chce go ukarać. Ratunek dla Polski jest tylko w moim Boskim Sercu”.

    Ponieważ mimo wielu starań do intronizacji w Polsce nie dochodziło, na parę miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej Rozalia otrzymuje następną wizję ukazującą ogrom nieszczęść, jakie spadną na Polskę, a zarazem zapewnienie, że jeśli Polska – z rządem na czele – dokona intronizacji, do zapowiadanej wojny nie dojdzie.

    „Pod koniec lutego 1939 roku – pisze Rozalia – Pan Jezus przedstawił mej duszy następujący obraz w czasie, gdy Mu polecałam naszą Ojczyznę i wszystkie narody świata. Zobaczyłam w sposób duchowy granicę polsko-niemiecką, począwszy od Śląska, aż po Pomorze, całą w ogniu. Widok był to naprawdę przerażający, zdawało mi się, że ten ogień zniszczy całkowicie cały świat. Po pewnym czasie ogień ogarnął całe Niemcy niszcząc je tak, że ani śladu nie pozostało z dzisiejszej Trzeciej Rzeszy. Wtedy usłyszałam w głębi duszy głos i równocześnie odczułam pewność niezwykłą, że tak się stanie: Moje dziecko, będzie wojna straszna, która spowoduje takie zniszczenie (…). Wielkie i straszne grzechy i zbrodnie są Polski. Sprawiedliwość Boża chce ukarać ten Naród za grzechy, zwłaszcza za grzechy nieczyste, morderstwa i nienawiść. Jest jednak ratunek dla Polski, jeśli Mnie uzna za swego Króla i Pana w zupełności poprzez intronizację, nie tylko w poszczególnych częściach kraju, ale w całym państwie z rządem na czele. To uznanie ma być potwierdzone porzuceniem grzechów, a całkowitym zwrotem do Boga (…). Tylko we Mnie jest ratunek dla Polski”. (op. cit. rozalia.krakow.pl).

    Zapowiedź wielkiego nieszczęścia i grożącej Polakom kary padła także w trakcie objawień w Siekierkach w 1943 r. Choć nie zostały one oficjalnie uznane przez Kościół, warto jednak przyglądnąć się ich treści, zwłaszcza w kontekście następujących po nich wydarzeń z sierpnia 1944 r. Matka Boża miała zwrócić się do 12-letniej Władzi Fronczak tymi słowami: „Módlcie się, bo idzie na was wielka kara, ciężki krzyż. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo się lud nie nawraca”. Wśród słów skierowanych do dziewczynki szczególnie dramatycznie brzmią z 27 października 1943r: „Śmierć będzie dla was straszna. Krew będzie płynęła rynsztokami”.

    Szczególnie tragicznie w kontekście dramatu Powstania Warszawskiego brzmią słowa zapowiadające „straszliwą śmierć”. Choć Kościół do dziś nie ustosunkował się oficjalnie do siekierkowskich objawień, nie trudno dostrzec w nich pewnego podobieństwa do treści objawień z Fatimy. Stałym motywem objawień maryjnych pozostaje konieczność nawrócenia i pokuty oraz ostrzeżenie przed indywidualnymi i społecznymi konsekwencjami popełnianych grzechów. Nie oszukujmy się, te wezwania są ciągle aktualne. Słowa, jakie skierował Bóg do Kaina o „krwi brata wołającej z ziemi”, znakomicie pasują do współczesnego świata. Głos mordowanych nienarodzonych dzieci, szaleństwo homorewolucji, planowa destrukcja rodziny – to dramaty wołające współcześnie z ziemi do naszego Stwórcy. A jest On Sędzią sprawiedliwym…

    Łukasz Karpiel/PCh24.pl

    TEKST ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W 70. ROCZNICĘ POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 sierpnia mija 80. rocznica Powstania Warszawskiego.

    Było planowane na kilka dni, a trwało ponad dwa miesiące.

    ***

    Kula przeznaczona dla powstańca trafiła w Jezusa. Przestrzelone Boże Serce z Powstania Warszawskiego.

    ***

    Figura Jezusa na Cmentarzu Ewangelicko-Augsburskim przy ul. Młynarskiej w Warszawie

    Figura Jezusa na Cmentarzu Ewangelicko-Augsburskim przy ul. Młynarskiej w Warszawie

    ***

    Do walki przystąpiło ok. 50 tys. powstańców i przez 63 dni prowadzili heroiczny, samotny bój z wojskami niemieckimi wspieranymi przez kolaboracyjne jednostki sformowane z obywateli republik Związku Sowieckiego. Militarnym celem zrywu było odwrócenie biegu historii – wyzwolenie stolicy spod niezwykle brutalnej niemieckiej okupacji, pod którą znajdowała się od września 1939 r., przed spodziewanym wkroczeniem wojsk sowieckich do Warszawy.

    Warszawa powstaje

    Pierwsze strzały Powstania Warszawskiego padły na Żoliborzu już ok. godz. 13:50, znacznie wcześniej przed zaplanowaną na godz. 17:00 godziną “W”. Oddał je kapral podchorąży Zdzisław Sierpiński z plutonu 226 Zgrupowania “Żniwiarz”, gdy drużyna transportująca broń, którą prowadził, natknęła się na żołnierzy niemieckich. Także na Woli walki powstańcze rozpoczęły się wcześniej niż planowano. Już ok. godz. 16:00 doszło tam w rejonie cmentarzy do pierwszych walk z Niemcami.

    Nekropolie wolskie w ogniu

    Cmentarze na Woli miały strategiczne znaczenie dla powstania. W pobliskiej fabryce Kamlera przy ul. Dzielnej 72 w pierwszych dniach zrywu mieścił się sztab główny Armii Krajowej i tu przebywał Komendant Główny AK gen. Tadeusz Bór-Komorowski. Natomiast dla Niemców Wola była bardzo ważnym odcinkiem na szlaku zaopatrzeniowym niemieckich oddziałów na prawym brzegu Wisły. Cmentarze wolskie obsadzone przez elitarne bataliony “Zośka”, “Miotła” i “Parasol” Zgrupowania “Radosław” stały się areną zaciętych walk. Przechodziły z rąk do rąk a front na cmentarzu ewangelickoreformowanym przy ul. Żytniej przebiegał pomiędzy grobami. Dochodziło do walk wręcz. W bojach o cmentarze ewangelickie poległa także łączniczka z “Parasola”, 25-letnia Krystyna Wańkowiczówna ps. “Anna”, córka pisarza Melchiora Wańkowicza. Ciało Krystyny i sześciu poległych powstańców towarzysze broni złożyli na cmentarzu kalwińskim w prowizorycznym płytkim grobie. Gdy w 1945 r. matka odnalazła zbiorowy grób, wśród siedmiu ciał nie rozpoznała córki. Zofia Wańkowiczowa zapamiętała córkę z długimi warkoczami i w plisowanej spódnicy. Nie wiedziała, że tuż przed powstaniem Krystyna ścięła warkocze a plisowaną spódnicę zmieniła na Woli na zdobyty na Stawkach niemiecki mundur.

     Archiwum Zgromadzenia Sióstr Nazaretanek

    ***

    Ślady powstańczych walk

    Są wciąż widoczne na wolskich cmentarzach. To pokryte postrzelinami i zryte odłamkami granatów grobowce, nagrobki, granitowe słupy i kolumny. Rosyjskojęzyczni kryminaliści z okrytej szczególnie złą sławą Grupy Szturmowej Dirlewanger z premedytacją strzelali w krawędzie granitowych pomników, by odłamki raziły jak najdalej. Poruszającym świadectwem sierpniowych walk na cmentarzu ewangelicko-augsburskim przy ul. Młynarskiej jest rozpostarta na metalowym krzyżu nagrobnym figura Jezusa z przestrzelonym sercem. Kula, najpewniej strzelca wyborowego, przeznaczona dla powstańca trafiła w plecy Jezusa i wyszła sercem. Metalowa figura zmieniła tor kuli. Być może nie dosięgła powstańca…

    Piotr Myśliński/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy powstańcy mogą być kanonizowani?

    O istocie świętości ludzi, którzy walczyli w powstaniu warszawskim, mówi autorka książki „Święci 1944. »Będziesz Miłował«” red. Agata Puścikowska.

    Bogumił Łoziński: Napisałaś książkę o świętych w powstaniu. Czy walcząc na barykadzie, można zostać świętym?

    Agata Puścikowska:
     Najwyraźniej można, takie jest doświadczenie przynajmniej tych siedmiorga osób, które opisałam, ale tak naprawdę dużo więcej powstańców umarło w tym czasie w opinii świętości.

    Gdy mówię o walce, mam na myśli zabijanie wrogów, a to raczej nie jest objaw świętości?

    Nie chodzi mi o zabijanie. Nie ma do tej pory, a przynajmniej ja nie wiem o przypadku procesu beatyfikacyjnego osoby, która w powstaniu walczyła wręcz, zabijała. Co nie znaczy, że byłoby to niemożliwe. Wielu powstańców walczących z bronią w ręku umierało w opinii świętości. Tym razem napisałam o osobach oficjalnie uznanych przez Kościół za błogosławionych albo których proces beatyfikacyjny się toczy. Jednak, gdy pojawiły się zapowiedzi, że taka książka zostanie opublikowana, czytelnicy zaczęli do mnie pisać i pytali, dlaczego „nie opisałam wujka, cioci – powstańców, którzy umarli w opinii świętości”.

    Jak to argumentowali?

    Dla nich są świętymi, ponieważ oddali życie za kraj, za kolegów z batalionu, za przyjaciół, byli heroiczni. Wśród nich znajdowali się głęboko wierzący. Oczywiście nie jesteśmy w stanie powiedzieć, ilu było świętych w powstaniu, jednak już wcześniej, opisując zaangażowanie w nie sióstr zakonnych, doszłam do przekonania, że to była walka dobra ze złem.

    Powstanie miało wymiar mistyczny?

    Oczywiście, przecież to nie był przypadek, że tylu głęboko wierzących ludzi poszło do powstania, zginęło w nim. To, że osoby, które opisuję, zostały uznane za błogosławione, odbieram symbolicznie, przecież wokół nich, np. przy ks. Józefie Stanku, były osoby, które walczyły i zginęły niemal jak on. Nie jestem teologiem, mówię o wydarzeniach, faktach, ludziach, wszystko jest bardzo dobrze udokumentowane i cały czas przebija się tam walka dobra ze złem. To jest w powstaniu tak mocne, tak namacalne, że nie mam wątpliwości o mistycznym wymiarze tej walki. Tam, gdzie panowało zło, gdy wydawało się totalne, rodziło się wielkie dobro. Ks. Stanek powiedział: „Wojna to jest barbarzyństwo, lecz bliskie są Bogu serca żołnierzy, którzy walczą o słuszną sprawę, a nasza sprawa jest słuszna i sprawiedliwość jest po naszej stronie, ponieważ walczymy w obronie własnej. Krew przelaną w tej wojnie i poniesione ofiary składamy nie tylko ku chwale ojczyzny, ale i ku chwale Boskiej”. To oczywiście jest jego spojrzenie, z którym nie wszyscy musieli się identyfikować. W wymiarze symbolicznym, ten wymiar mistyczny udało się, moim zdaniem, pokazać Kubie Szymczukowi, który jest autorem okładki książki. To ikona walczącego miasta…

    Co więc ich łączyło w tym wymiarze mistycznym?

    Wszystkich powstańców łączyły słowa odczytane przez ks. Stefana Wyszyńskiego – kapelana powstańczego Radwana III, z nadpalonej kartki, którą do podwarszawskich Lasek przyniósł wiatr z płonącego miasta. Napisane były na niej dwa słowa: „Będziesz miłował”. Każdy z powstańców na swój sposób to wezwanie wypełniał, za nie umierał. Co więcej, to jest tak, jakby Warszawa wskazała jemu, i nam wszystkim, drogę na przyszłość, bo przecież Wyszyński, kapelan powstania warszawskiego, później został Prymasem Tysiąclecia, który formował Kościół i Polaków.

    Na czym polegał udział w powstaniu osób, które opisujesz?

    Był bardzo różny, zależy o kim mówimy. Pogrupowałam ich na kapelanów i cywilów, jest jeszcze wielka kobieta, bł. matka Róża Czacka, która była takim nieformalnym mistycznym przywódcą Lasek i okolic. Generalnie można powiedzieć, że w piekle powstania nieśli miłość, miłosierdzie, życzliwość, normalność, przyjaźń. Dominikanin Michał Czartoryski, książę, był w powstaniu kapelanem Armii Krajowej na Powiślu. Został z rannymi do końca, choć miał możliwość uratowania się. Człowiek, który był ogromnym przyjacielem walczących. Odprawiał Msze, w których uczestniczyło bardzo dużo ludzi. Są opisy, że gdy pojawiał się w swym białym habicie, nastawał wśród powstańców spokój. Przeprowadzał ich również na drugą stronę życia, grzebał. Pallotyn Józef Stanek, też kapelan Armii Krajowej, był z totalnie innego środowiska niż Czartoryski. Kolejna wielka postać, chłopak ze Spisza, jako dziecko posługiwał się spiską gwarą, nie znał literackiego polskiego. Wykształcił się, został pallotynem. W czasie wojny prawdopodobnie był zaangażowany w konspirację. Powstanie zastało go w centrum Warszawy, potem przebił się na Czerniaków. Tam nie było dostatecznej liczby kapelanów. Spowiadał, ratował dusze, ale i ciała: przebijał się do najniebezpieczniejszych miejsc, by wyciągać z nich rannych. Gdy powstańcy zostali okrążeni przez Niemców na przyczółku czerniakowskim, jako jeden z parlamentariuszy poszedł negocjować, bezskutecznie. Niemcy zabili niemal wszystkich żołnierzy. Stanka zamordowali w okrutny sposób, powiesili go na belce. Zemścili się za jego postawę, wiarę i niezłomność. Co ciekawe, świadkiem jego śmierci była łączniczka AK, Małgorzata Lorentowicz, znana jako „babcia Wolańska” z komedii „Kogel-mogel”.

    Wśród świętych 1944 jest i kobieta, matka Czacka, założycielka i przełożona Sióstr Franciszkanek Służebniczek Krzyża, twórczyni ośrodka dla niewidomych w Laskach, która też była niewidoma, i która przeżyła wojnę. Na czym polegał jej udział w powstaniu?

    Matka Czacka włączyła się w powstanie, razem ze zgromadzeniem i ośrodkiem w Laskach, świadomie. A było to konsekwencją jej całego życia, miała wówczas prawie 70 lat. To była osoba o bardzo szerokich horyzontach, dziś byśmy powiedzieli awangardowa, otwarta, świetnie wykształcona. Z pochodzenia hrabianka. W 1939 r. podjęła decyzję, że zgromadzenie nie będzie neutralne, że Polska jest wielką wartością i trzeba walczyć o jej wolność. Już we wrześniu wysłała siostry do broniącej się Warszawy, aby budowały barykady. W czasie okupacji Laski były jednym wielkim ośrodkiem konspiracyjnym, tu ukrywali się żołnierze 1939 r., ludzie, których poszukuje gestapo, w tym ks. Wyszyński, a w okolicznych lasach zawiązało się dużo różnych oddziałów AK. Czacka ryzykowała wiele, a to, że zaangażowanie Lasek nie zostało w pełni odkryte przez Niemców, można chyba rozpatrywać w kategorii cudu. Wiedziała, że powstanie wybuchnie, więc się do niego przygotowywano, gromadzono leki, jedzenie, utworzono bardzo dobry szpital polowy, potem powstał drugi. W tym szpitalu rannymi opiekowali się również niewidomi, co wówczas było czymś niezwykłym. To zaangażowanie w powstanie nie było takie oczywiste, przecież mogła odmówić.

    Opisujesz także ks. Tadeusza Burzyńskiego, który był jedną z pierwszych ofiar walk, zginął w wieku 29 lat. Znalazł się wówczas w Warszawie, gdyż w niej studiował. Dlaczego umieściłaś go wśród „swoich” świętych?

    Jego proces beatyfikacyjny się toczy, jest sługą Bożym. Miał bardzo ciekawe życie, harcerz, człowiek energiczny, aktywista, kochał Polskę, wszędzie go było pełno, już w wieku 15 lat pisał też poezje, skończył seminarium w diecezji łódzkiej. W momencie wybuchu powstania mieszkał w domu urszulanek szarych na Tamce na Powiślu. Ten dom jest bardzo ważny, bo w nim kwaterowała m.in. płk. Maria Wittek, przewijało się dużo osób zaangażowanych w Armię Kajową, niektóre urszulanki były zaprzysiężone w AK. Tam też mieszkał ks. Jan Zieja, który był kapelanem sióstr i miał być kapelanem powstańczym. Ks. Burzyński zastąpił ks. Zieję, który poszedł do powstania, i został kapelanem sióstr. W momencie wybuchu walk, odprawiał nabożeństwo w kaplicy urszulanek. Gdy po godzinie były pierwsze ofiary, siostry – sanitariuszki, pobiegły, aby ratować rannego. Zostały natychmiast obrzucone przez Niemców granatami: cztery zginęły, jedna cudem ocalała. Z nimi wybiegł Burzyński, który nie musiał tego robić, ale chciał udzielić sakramentów rannemu. Gdy to robił, dosięgły go kule. Udało się go przenieść do domu sióstr, gdzie umarł. To pokazuje, że ten człowiek był absolutnie oddany Bogu i ludziom.

    Chciałbym zapytać o spuściznę świętych z powstania, tych uznanych przez Kościół, i tych, którzy są za takich uważani. Czy ich postawa wpływa na nas, współczesnych Polaków?

    Nie potrafię ocenić, jak wpływa na nas, ale wiem, że jeśli wczytamy się w ich biografie i któraś do nas przemówi, to możemy być lepszymi, pełniejszymi, bardziej uformowanymi ludźmi. I nie tylko na poziomie religijnym, ale na poziomie uniwersalnym, czysto ludzkim. Każdy z tych świętych może pozostawić w człowieku coś na przyszłość. W obecnej sytuacji posuchy autorytetów, posuchy wiary w cokolwiek, ta niezłomność powstańców, bycie na śmierć i życie przy drugim człowieku, wskazuje nam to, co najważniejsze.

    wywiad przeprowadził Bogumił Łoziński/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. fragment okładki książki “Święci 1944. Będziesz miłował” Agaty Puścikowskiej / Wyd. Znak

    ***

    “Radwan III”- święty bohater Powstania Warszawskiego. Zaskoczy cię, kim był!

    Kim był Powstaniec o pseudonimie “Radwan III”, który podczas Powstania Warszawskiego udzielał sakramentów, grzebał umarłych, spowiadał, a także opatrywał rany, a nawet asystował przy operacjach?

    Działalność „Radwana III” jest mało znana. Jakby lata tej posługi – wśród umierających, cierpiących, walczących – nie formowały go. Czy bez doświadczenia okupacji, a potem powstania warszawskiego 1944 roku teolog i intelektualista, profesor Stefan Wyszyński stałby się niezłomnym Ojcem Wolnych Ludzi? 

    książce “Święci 1944”. Będziesz miłować” Agata Puścikowska przedstawia dobrze udokumentowaną powstańczą historię prymasa Stefana Wyszyńskiego.

    „Radwan III”: główny czynnik uspokajający 

    Po wielu latach kapitan Józef Krzyczkowski, dowódca Grupy „Kampinos” Armii Krajowej, tak mówił o powstańczej posłudze Wyszyńskiego: „On był głównym czynnikiem uspokajającym ciężko rannych partyzantów. Gdyby nie jego osobowość, to jestem przekonany, że nie przetrwalibyśmy tego okresu”.

    Kiedy w Warszawie wybuchło powstanie, ksiądz Jerzy Baszkiewicz nie skierował – wówczas już czterdziestotrzyletniego, a więc dojrzałego wiekiem, księdza porucznika Stefana Wyszyńskiego „Radwana III” na pierwszą linię walki. Pozostawił go w Laskach, co być może okazało się opatrznościowe, bo było to miejsce pod wieloma względami strategiczne dla okolicy. Potrzebowano tam człowieka zaufanego, ale też wyważonego – by po prostu bez powodu nie narażać cywili.

    Ksiądz Wyszyński, choć rozumiał powstańców i ich motywacje, do samego powstania był nastawiony dość sceptycznie. Doskonale zdawał sobie sprawę, że euforia może zamienić się w grozę. I być może – znając realia geopolityki, metody działania Sowietów – nie wierzył w oczekiwaną przez Polaków pomoc z Zachodu i ze Wschodu.

    Wspominał: „Ja osobiście byłem przeciwny powstaniu, gdy jednak otrzymałem nominację na kapelana AK okręgu Laski–Izabelin, Wawrzyszew, Boernerowo, Kampinos, poddałem się bez zastrzeżeń decyzjom dowództwa. Dążyłem tylko do tego, by z zakładu nie czynić ośrodka koncentracji, intendentury, zaopatrzenia, piekarni i kuchni polowych, a nadto radia i formacji wileńskich. Uważałem, że to daje sposobność do ataków (…). Główną troskę zwróciłem na szpital powstańczy w domu rekolekcyjnym, salę chirurgiczną, dom św. Stanisława, salę położoną w piwnicach św. Teresy. Ważne było podtrzymywanie atmosfery spokoju, opanowanie podniecenia krzyżujących się wykładników różnych formacji wojskowych, wielkich dygnitarzy partyjnych, którzy siali podejrzliwość wobec niewinnych ludzi, przyprawiając niekiedy ich o śmierć.”

    Na dystans księdza profesora do włączenia się Lasek w powstanie miały wpływ losy wychowanków sióstr. Obawiał się zapewne ewentualnych represji na cywilach, w tym niewidomych dzieciach.

    Rozmawiał o tym z matką Czacką. Wyszyński pytał wprost o los niewidomych: „Czy mamy prawo tak ich narażać? Są bezbronni, nie biorą udziału w walkach, a zostaną wystawieni na śmierć!”. Matka uważała, że wszyscy Polacy, również niewidomi, powinni mieć szansę i możliwość walki za ojczyznę.

    Wyszyński podczas Powstania Warszawskiego. „Dużo spowiadał”

    Wyszyński z wielkim oddaniem i pietyzmem udzielał sakramentów, grzebał umarłych. Dużo spowiadał. Był charakterystyczny, więc wielu powstańców go zapamiętywało. Kapral Longin Kołosowski, ps. „Longinus”, z Grupy AK „Kampinos” tak go wspominał:

    „Pamiętam, na krzesełkach pięciu kapłanów siedziało w ogrodzie. Przystąpiłem do spowiedzi, ale moim spowiednikiem był chyba ksiądz Stefan Wyszyński, później kardynał, później Prymas Tysiąclecia. On był w czasie Powstania kapelanem w Laskach w szpitalu powstańczym. (…) Prawdopodobnie to był on, gdyż był wysoki, chudy. W czasie spowiedzi otrzymałem od niego specjalną modlitwę z Rzymu, która się nazywała odpust zupełny, gdyż żołnierze w czasie wojny narażeni byli na śmierć. Złożyłem tę modlitwę w Muzeum Powstania Warszawskiego”.

    Apteczka, zgubiony termometr i towarzyszenie rannym

    Wyszyński świadomie i dobrowolnie angażował się w działania i akcje  wykraczające poza jego podstawowe powołanie.

    Już od 2 sierpnia ksiądz „Radwan III” opiekuje się rannymi powstańcami, którym nie udało się opanować i przejąć lotniska bielańskiego. Szpital zapełnia się ciężko rannymi, których trzeba obsłużyć. Wyszyński spełnia najprostsze posługi: pierze bandaże, zmienia opatrunki. Ma przy sobie apteczkę, którą z pudełka po butach i resztek skóry uszyły franciszkanki.

    Asystuje też przy operacjach. W trakcie pierwszej zemdlał. A operacje trwały tam zresztą niemal bez przerwy. Prymas wspominał później, że doktor Cebertowicz operował nawet przez trzy dni i trzy noce – bez odpoczynku… Ksiądz Wyszyński był wciąż na nogach, w gotowości. Wspierał chorych duchowo, ale i po prostu obecnością…

    „Jak wspominano, zjawiał się w salach, gdzie odczuwało się niebezpieczne w takich sytuacjach zdenerwowanie (…). Jego niesłychany spokój, wiara, że wszystko skończy się dla szpitala pomyślnie, były stałym zastrzykiem optymizmu. Oddziaływało to na cały personel szpitala (…), uzbrajało w łagodność, cierpliwość, wyrozumiałość w stosunku nawet do najbardziej nieznośnych pacjentów”.

    Stanowczo nie był to łatwy czas dla księdza profesora. Nie skarżył się jednak. Dopiero po latach szczerze przyzna: „Pamiętam, jak byłem zmęczony, znużony tą ciągłą krwią, amputacjami, koszami wynoszonych rąk i nóg, tą męką żołnierzy, którzy byli bohaterscy na froncie, a jak dzieci na stole operacyjnym. Patrzyłem na to wszystko, przeżywałem strasznie. Wydawało mi się, że nie dla mnie ten obraz, ale dzisiaj rozumiem, jak wiele mi to dało” -wspominał jako prymas… Wszystkie te „doświadczenia wiele go nauczyły. Jak sam mówił, więcej niż uniwersytet. Głównie – prawdy o ludzkiej wielkości. Bo – jak pisał – »szacunku do człowieka nabywa się wtedy, gdy się go widzi w udręce«.

    Już wiele lat po powstaniu, Wyszyński mówił z podziwem również o swoich młodych współpracownikach: „Praca w szpitalu była niesłychanie trudna i ciężka, musieliśmy być zawsze gotowi. Pracowało tutaj kilka młodych dziewcząt, uczennic z siódmej i ósmej klasy. Spisywały się bardzo dzielnie. (…) Mieliśmy wiele przykładów bohaterstwa i ogromnego poświęcenia. Była to przeważnie młodzież – starszych prawie nie było – chłopcy osiemnastoletni, bez żadnej zaprawy wojennej, bez żadnego przygotowania”.

    Ciągły kontakt z rannymi to jedno. Praca ponad siły fizyczne to drugie. A do tego dochodziło jeszcze nieustanne napięcie nerwowe spowodowane zagrożeniem życia. Bo przecież w Laskach było wielu Niemców, a potem członków brygad RONA. Szperali, myszkowali, siali postrach.

    Wyszyński był też świadkiem częstych niemieckich rewizji. I był świetny w wyprowadzaniu Niemców w pole: „Gdyby nie opanowanie księdza kapelana Wyszyńskiego w trudnych sytuacjach – także podczas rewizji dokonywanych wewnątrz szpitala – wszystko mogłoby się skończyć tragicznie. Niemcy wystawili od frontu szpitala wartę, której zadaniem było wykrywanie wśród chorych wnoszonych do budynku partyzantów i żołnierzy AK. Dlatego też ksiądz Wyszyński wspólnie z doktorem Cebertowiczem ściągał do szpitala z okolicznych wsi starców i kobiety, by upozorować normalny, cywilny szpital. Rannych powstańców i partyzantów wnoszono od tyłu budynku od razu na salę, gdzie dokonywano poważniejszych zabiegów i operacji. W szpitalu przebywało zwykle od 100 do 120 rannych”. 

    Zdarzyło się też zresztą kiedyś, że do księdza Stefana w korytarzu budynku administracyjnego podeszli niemieccy żołnierze i zapytali o adres… księdza Wyszyńskiego. Chcieli go aresztować i… nie poznali. Ksiądz Stefan spokojnie poinformował, gdzie mieszka, i wskazał swój pokój. Niemcy poszli go szukać. A on… szybko się oddalił.

    Upadek powstania. “Będziesz miłował”

    Pod koniec września i na początku października do zakładu w Laskach zaczęli napływać bezdomni z Warszawy. Codziennie przychodziło od czterystu do sześciuset osób. Jedzenia nie starczało już nawet dla „swoich”. A dzielono się wszystkim… Bratanica matki Zofia Czacka powie potem, że było to zupełnie niewytłumaczalne, ale stawał się tam „nieustanny cud rozmnożenia chleba”, a Wyszyński nazwał to „Bożą ekonomią Lasek”.

    Wówczas też ogromnie przygnębiające wrażenie robiły łuny nad spaloną Warszawą. Widać je było z Lasek. Do miejscowości i do zakładu, w okoliczne lasy, docierał też pył z płonącej stolicy. Ksiądz Wyszyński, który słynął z częstych spacerów po lesie, gdzie się modlił i spowiadał, któregoś razu wrócił z nadpaloną kartką przyniesioną przez wiatr z Warszawy. Tak wspominał ten moment. Być może – dla niego samego – przełomowy, a z pewnością bardzo ważny…

    „Już pod koniec powstania, idąc przez las, zobaczyłem stertę spopielonych kart przyniesionych przez wiatr. Na jednej z nich został niedopalony środek, a na nim słowa: »Będziesz miłował…«. Nic droższego nie mogła nam przynieść ginąca Stolica. To najświętszy apel walczącej Warszawy do nas i do całego świata. Apel i testament… »Będziesz miłował…« 

    Fragment książki „Święci 1944. Będziesz miłował” Agaty Puścikowskiej

    Agata Puścikowska dotarła do niepublikowanych tekstów na temat świętych z powstania, czyli ludzi wielkich, dobrych i oddanych, wartych pamiętania i odkrywania na nowo. Część bohaterów została wyniesiona na ołtarze. Inni są Sługami Bożymi, których proces beatyfikacyjny jest już na etapie watykańskim.

    Ich historia jednak nie zakończyła się w momencie zakończenia upadku powstania lub śmierci. Trwa do dziś. Jak? Warto się przekonać…

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pocieszali, spowiadali, ginęli – o kapelanach Powstania Warszawskiego

    Sample

    fot. Muzeum Powstania Warszawskiego

    ***

    Około 150 duchownych wzięło udział w Powstaniu Warszawskim jako kapelani poszczególnych oddziałów i szpitali polowych. W ciągu 63 dni wolnościowego zrywu byli stale przy walczących – odprawiali Msze, organizowali wspólne modlitwy, pocieszali, spowiadali i odprowadzali zmarłych w ostatniej drodze, wreszcie sami ginęli. Dziś, 1 sierpnia, przypada 80. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.

    Powstańczy kapelani wykazali się ogromnym bohaterstwem i poświęceniem. Nie przeżyło około 50 z nich: zginęli podczas ostrzałów i bombardowań a niektórzy zostali bestialsko zabici przez Niemców ponosząc śmierć męczeńską.

    Najbardziej znanymi kapelanami Powstania byli: ks. Zygmunt Trószyński, ps. „Alkazar”, o. Józef Warszawski SJ, ps. „Ojciec Paweł”, ks. mjr Władysław Zbłowski SAC, ps. „Struś” czy o. Tomasz Rostworowski SJ, ps. „Ojciec Tomasz”.

    Przed wojna byli zwyczajnymi duchownymi, niemniej w wielu tych życiorysach obecny jest epizod 1920 roku, to znaczy zaangażowania wojskowego w wojnie polsko-bolszewickiej na różnych poziomach. Niektórzy z przyszłych księży brali urlop w seminarium, żeby zaangażować się w wojsku. Widać więc wśród duchownych poczucie służby, nie tylko na rzecz Kościoła ale państwa polskiego. Później ci ludzie w różny sposób się rozwijają: niektórzy robią kariery naukowe, inni widzą swoje powołanie w zakonach, itd.

    Kapelan w każdym oddziale, w każdej dzielnicy

    Byli świetnie zorganizowani i mimo polskiego bałaganiarstwa i dramatycznych warunków, działali bardzo sprawnie, w miarę możliwości utrzymywali łączność z dowództwem i między sobą, ale – co najważniejsze – nie opuszczali ani na chwilę walczących. Przemieszczali się wraz z powstańcami, byli w pobliżu działań wojennych, w szpitalach polowych, na ulicach zbuntowanego miasta.

    Kapelani stanowili integralną część struktury organizacyjnej Armii Krajowej. W każdym okręgu AK był ksiądz odpowiedzialny za zapewnienie opieki duchowej żołnierzom. Dzięki temu w 1944 roku niemal każdy oddział partyzancki miał swojego kapelana. Na czele tego duszpasterstwa stał ks. płk. Tadeusz Jachimowski, ps. „Budwicz”, który zginął 7 sierpnia.

    Powstanie zastało księdza Jachimowskiego na Elektoralnej. 7 sierpnia w ten rejon wkroczyli Niemcy i aresztowali go wraz grupą cywilów. Wraz innymi zostali poprowadzeni przez Wolę. Następnego dnia jeden z esesmanów, prawdopodobnie z oddziałów Oskara Dirlewangera, zobaczył sutannę, czego nie mógł znieść… Wyciągnął go z kolumny cywilów i zastrzelił przy wszystkich.

    Dziekanem obszaru stolicy był ks. Stefan Kowalczyk (ps. Biblia), który po rozstrzelaniu ks. Jachimowskiego przejął faktycznie obowiązki szefa Duszpasterstwa AK, zbudował podziemną kurię polową i dokooptował kapelanów tam, gdzie ich zabrakło. Po kapitulacji wraz z żołnierzami poszedł do niewoli. Najbardziej znanymi kapelanami Powstania byli: ks. Zygmunt Trószyński, ps. „Alkazar”, o. Józef Warszawski SJ, ps. „Ojciec Paweł”, ks. mjr Władysław Zbłowski SAC, ps. „Struś” czy o. Tomasz Rostworowski SJ, ps. „Ojciec Tomasz”.

    To ks. Kowalczyk na polecenie przełożonego zwołał 1 sierpnia 1944 roku na godzinę 11.00 ostatnią odprawę kapelanów. Do budynku przy ul. Długiej przybyło 14 księży. Odprawa została zwołana za późno, gdyż walki wybuchły o godz. 17 i nie wszyscy zdążyli dotrzeć na powierzone im placówki. Element improwizacji stale towarzyszył posłudze duchownych w walczącym mieście. Ks. prałat Wacław Karłowicz (powstańczy kapelan zmarły w 2007 r.) wprost mówił o bałaganie. Mimo wszystkich trudności, ks. Kowalczykowi udało się wysyłać księży wszędzie tam, gdzie prosili o to dowódcy.

    „Już po paru dniach mój szef «Biblia» miał swą kwaterę przy ulicy Marszałkowskiej, potem chyba na Pięknej, Koszykowej. Ale kontakt z podwładnymi utrzymywał żywy, żądał stałych sprawozdań, zatwierdzenia każdej sprawy duszpasterskiej, dyspensy, ślubów. A kiedy ludność cywilna i niektórzy księża zaczęli opuszczać Warszawę, czuwał, by żadna formacja, a łącznie z tym i dzielnica, nie była pozbawiona opieki duszpasterskiej” – pisał po latach ks. Mieczysław Paszkiewicz.

    Między godziną „W” a kapitulacją

    Kapelani wojskowi stanowili integralną część struktury Armii Krajowej. Każdy Okręg AK miał kapelana, który odpowiadał za zorganizowanie opieki duchowej dla poszczególnych jednostek. W 1944 r. prawie każdy oddział partyzancki AK miał swojego kapelana. I tak kapelanem obwodu I -Śródmieście był o. Jan Wojciechowski SJ, ps. „Korab”, kapelanem na Woli był odważny pallotyn – ks. mjr Władysław Zbłowski, ps. „Struś”, a na Żoliborzu proboszcz na Marymoncie ks. Zygmunt Trószyński, ps. „Alkazar”.

    Na Ochocie żołnierzami obwodu opiekował się znany logik, prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego ks. Jan Salamucha, który należał do wybitniej szkoły matematyczno-logicznej w Krakowie. Godził działalność naukową z duszpasterstwem. Został aresztowany wraz z grupą profesorów krakowskich podczas słynnej akcji SS, w listopadzie 1939 r. i jak wszyscy pozostali wywieziony do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Upomnieli się o niego włoscy naukowcy i w styczniu 1941 r. ks. Salamuchę uwolniono. Po powrocie do Polski został wikarym w parafii św. Jakuba na Ochocie.

    Ks. Salamucha, tuż po gimnazjum sanitariusz w wojnie polsko-bolszewickiej, był w konspiracji. Bardzo też angażował się politycznie na rzecz zjednoczenia AK i Narodowych Sił Zbrojnych. Był szanowany przez obydwa środowiska. Wiele tajemnic tych negocjacji zabrał do grobu: jak każdy porządny konspirator, był bardzo dyskretny.

    Zginął na Ochocie, w Reducie Wawelskiej. Gdy oddziały RONA otoczyły Redutę, powstańcy zaproponowali księdzu wycofanie się kanałami. Prosili, by szedł z nimi, ale on odpowiedział, żartując oczywiście, że jest za duży i nie zmieści się w kanale. Wiadomo było, że nie chce zostawić rannych bez opieki. Został rozstrzelany.

    1 sierpnia dominikanin, o. Michał Czartoryski zjawił się na Powiślu u lekarza okulisty, odwiedzał też bliskiego znajomego i tam zastało go Powstanie. Także on bez reszty zaangażował się wśród w działania duszpasterskie. Pełnił posługi religijne, m.in. odprawiał Msze. Przed wojną słynął z praktykowania radykalnego ubóstwa. Podkreślał, że musi być ono tak radykalne jak u św. Franciszka. Swojego miejsca szukał długo i w różnych zakonach.

    Podczas powstania był kapelanem w szpitalu na Powiślu, urządzonym w piwnicy budynku na rogu ulic Smulikowskiego i Tamka. Na początku września dopadli go tam Niemcy. Choć mógł się ratować, nie chciał zostawić chorych, którymi się opiekował.

    Świadek, któremu udało się uratować relacjonował, że Niemcy wyciągnęli o. Michała ze szpitala i zapytali kim jest. Dominikanin był w sutannie, nie chciał nawet rozmawiać, pokazał tylko dokumenty. Kazali mu zdjąć sutannę ale kategorycznie odmówił. Wtedy go zabili. Rozstrzelali też wszystkich pacjentów, a następnie spalili ciała zamordowanych.

    1 sierpnia o godz. 11.00 na odprawę u ppłk. „Biblii”, która odbywała się przy ul. Długiej w byłym budynku Kurii Polowej, przybyło zaledwie czternastu duchownych. Pozostali albo nie otrzymali informacji o spotkaniu, albo nie zdołali dotrzeć na czas. Sytuacja na odprawie znalazła swoje odzwierciedlenie już po godzinie „W”. Część oddziałów nie miała swojego kapelana, jak np. słynny batalion „Zośka”, którego kapelanem został 4 sierpnia, trochę przypadkowo, słynny „Ojciec Paweł”, czyli o. Józef Warszawski SJ. Niektórzy księża dołączyli do wyznaczonych im oddziałów z opóźnieniem, a niektórzy zgłaszali się ochotniczo już w trakcie walk i otrzymywali przydział do jednostek od ks. „Biblii”. Duża część duchownych nie pełniła formalnie funkcji kapelanów, natomiast opiekowali się oni ludnością cywilną i rannymi w szpitalach polowych. Po kapitulacji opuścili miasto wraz z jego mieszkańcami udając się do obozów przejściowych w podwarszawskich miejscowościach. Niektórzy, jak dziekan okręgu Warszawa czy o. Warszawski poszli do niewoli wraz ze swoimi żołnierzami.

    Powieszony na stule

    Na pamięć zasługuje także inna, wybitna postać Powstania Warszawskiego. To pallotyn, ks. Józef Stanek. Kapelanem został przypadkowo. Urodził się na pograniczu polsko-słowackim, w Łapszach Niżnych. Podczas okupacji mieszkał w domu swojego zgromadzenia w Ołtarzewie pod Warszawą, studiował na tajnym uniwersytecie.

    1 sierpnia miał zajęcia z socjologii i po prostu nie zdążył wrócić. Na początku był w Śródmieściu na ul. Hożej, potem sprawował posługę na Koszykach. Po jakimś czasie okazało się, że na Czerniakowie brakuje kapelanów i szef duszpasterstwa Powstania warszawskiego, ks. Stefan Kowalczyk ps. „Biblia” wysłał go właśnie tam. Ks. Józef w pełni zaangażował się w pracę wśród żołnierzy, chociaż wcześniej nie należał do struktur konspiracyjnego duszpasterstwa. Nie rozstawał się ze stułą ani z sutanną, otwarcie pokazując, że jest osobą duchowną. I to rozwścieczyło Niemców, którzy „wyłowili” go z szeregu.

    To było w końcu września, kiedy powstanie na Czerniakowie już padło. Oprawcy, którzy wpadli na Czerniaków nie mogli znieść zachowania ks. Stanka. Znane są relacje bezpośrednich świadków tamtych chwil. Jeden z esesmanów krzyczał do księdza: jesteś najgorszy ze wszystkich, już wolę Polaków i Żydów, jesteś diabłem.

    Ks. Stanek, który znał niemiecki, próbował negocjować z esesmanami, żeby zachowywali się godnie wobec ludności cywilnej. Trafił jednak na najgorszych oprawców Powstania czyli esesmanów z oddziałów Oskara Dirlewangera.

    Najpierw został brutalnie pobity w obecności grupy zatrzymanych cywili a następnie powieszony na stule… Świadkiem jego śmierci był ks. mjr Józef Warszawski ps. „Paweł”, który stał w mundurze wojskowym. Opisał później to zdarzenie i, jak wyznaje, zastanawiał się, dlaczego ominął go podobny los. Niemcy wiedzieli, że jest księdzem, no ale nie „kłuł” ich w oczy sutanną… „Paweł” był zresztą znakomitym kapelanem w „Zośce” i „Parasolu”, niósł otuchę walczącym harcerzom, wspomina o nim Kamiński w „Kamieniach na szaniec”. Zmarł w 1997 r.

    Zarówno ks. Stanek jak i o. Czartoryski znaleźli się w gronie 108 męczenników II wojny światowej beatyfikowanych przez Jana Pawła II w Warszawie w 1999 r.

    Duszpasterstwo pod ostrzałem

    Mimo nadzwyczajnych warunków posługi kapelanów w czasie Powstania, nie stosowali oni taryfy ulgowej ani wobec siebie, ani wobec wiernych. Kapelani bez przerwy byli przy walczących. Ich najważniejszym obowiązkiem było chowanie zmarłych, prowadzenie spisu poległych. Starannie wypełniali więc protokoły zgonów. Dla żołnierzy i ludności cywilnej odprawiali Msze św., organizowali wspólne modlitwy, spowiadali umierających, towarzyszyli im w ostatnich chwilach. Ponieważ mimo grozy toczyło się też normalne życie – chrzcili i błogosławili związki małżeńskie.

    Dowództwo AK wydało polecenie odprawiania jednolitych modlitw porannych i wieczornych. Rano „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Mario”, „Wierzę w Boga”, wieczorem „Anioł Pański” i trzykrotnie „Wieczny odpoczynek”.

    Pragnąc zawierzyć walkę powstańców Najświętszej Maryi Pannie ks. Kowalczyk zorganizował modlitwę warszawiaków do Matki Bożej, która trwała od 15 sierpnia – uroczystości Wniebowzięcia do 26 sierpnia – uroczystości Matki Boskiej Częstochowskiej.

    Historycy Powstania odnotowali jeden przypadek kapelana, który – wbrew zasadom – włączył się do walki. Ks. Antoniemu Czajkowskienu „puściły nerwy”, gdy na jego oczach postrzelił się i zaraz potem zmarł młody powstaniec. Szok był tak mocny, że kapelan przez dwa tygodnie walczył za pomocą własnoręcznie zdobytego mausera. Zastąpił rannego porucznika Bolesława Niemirowskiego „Leka”, ale wrócił do swej posługi po dłuższych perswazjach ks. Kowalczyka.

    Prof. Norman Davies podkreśla, że to posługa kapelanów zhumanizowała walkę, dzięki księżom nie dochodziło do samosądów, a jeńcy niemieccy byli traktowani zgodnie z Konwencją Genewską. W szpitalach polowych ranni okupanci byli traktowani tak samo jak Polacy – operacje i zabiegi były wykonywane w zależności od stanu pacjenta, wszyscy zaś otrzymywali te same racje żywnościowe.

    Ale przede wszystkim obecność księży dawała siłę do przyjęcia śmierci, gdy średnio co dwie minuty ktoś ginął, a groby były rozsiane po całym mieście. Brytyjski historyk uważa, że katolicki rytuał śmierci i pogrzebu miał w tych warunkach ogromne znaczenie.

    Śmierć kapelana naczelnego

    Ks. płk. Tadeusz Jachimowski, ps. „Budwicz” w chwili wybuchu Powstania znajdował się w mieszkaniu na ul. Elektoralnej. Nie uczestniczył w przedpołudniowej odprawie u ks. „Biblii”, zresztą jego miejsce było przy Komendzie Głównej, skąd czekał na polecenia. Przez pierwsze dni kontakt z dowództwem był bardzo sporadyczny. Komenda Główna w tym czasie była odcięta od pozostałych oddziałów i po kilku dniach musiała się ewakuować z Woli na Stare Miasto. Czekając na rozkazy, które nie nadchodziły, ks. „Budwicz” urządził prowizoryczną kaplicę w domu przy Elektoralnej, gdzie okoliczni mieszkańcy zbierali się na modlitwie.

    Kapelan naczelny nie marnował czasu spowiadając tych, którzy do niego przychodzili, udzielając ostatniego namaszczenia i umacniając na duchu ludność cywilną. 7 sierpnia, gdy Niemcy zajęli już całą Wolę, ks. Jachimowski otrzymał polecenie, by opuścić swoje dotychczasowe miejsce postoju i dołączyć do oddziałów powstańczych koncentrujących się wokół gmachów Sądów Grodzkich na Lesznie. Zwlekał jednak, spowiadając ludzi. Akurat udzielał rozgrzeszenia, gdy do zaimprowizowanej kaplicy wtargnęli niemieccy żołnierze. Jeden z nich wycelował w niego karabin, gdy sekretarka kapelana „Mira” zaczęła błagać innego żołnierza, obserwującego scenę ze współczuciem, aby ocalił księdza. Przekonywała go, że to kapłan, który ma ze sobą Najświętszy Sakrament. Żołnierz, widocznie katolik, powiedział coś do kolegi trzymającego wycelowany karabin, podszedł do „Budwicza” i sprawdził, czy rzeczywiście ma ze sobą Najświętszy Sakrament. Następnie kazał, aby kapelan dołączył do grupy cywili, którzy zostali pognani przez miasto.

    W drodze ks. Jachimowskiemu udało się zostawić w Najświętszy Sakrament w kościele św. Andrzeja na Chłodnej. Kilka godzin później Niemcy dołączyli go do grupy mężczyzn pędzonych na rampę kolejową na Woli. Na noc grupa Polaków została zamknięta w kościele św. Wojciecha. Rano, gdy Niemcy prowadzili ich do transportów, jeden z konwojentów zobaczywszy w grupie księdza wyciągnął go z szeregów i zabił strzałem z pistoletu.

    Opiekę duszpasterską nad powstańczą Warszawą organizował ks. „Biblia”, pełniąc de facto obowiązki kapelana naczelnego AK. Po kapitulacji, gdy ks. ppłk. Kowalczyk poszedł do niewoli wraz z innymi żołnierzami Powstania, kapelanem naczelnym został ks. płk. Jerzy Sienkiewicz, ps. „Gruzenda”, pełniący wcześniej funkcję zastępcy kapelana naczelnego.

    Karabin i sutanna

    Sekretarz kapelana naczelnego AK ks. Antoni Czajkowski, ps. „Badur” w godzinie „W” spowiadał młode sanitariuszki z Wyższej Szkoły Pielęgniarek. Miał przydział do oddziałów koncentrujących się w gmachu Sądów Grodzkich na Lesznie. Po wyspowiadaniu dziewcząt udał się w kierunku wyznaczonych jednostek. Po drodze, w Alejach Jerozolimskich, zatrzymali go jednak akowcy ppor. Bolesława Niewiarowskiego, ps. „Lek”. Kiedy zobaczyli, że mają przed sobą księdza, poprosili, aby został ich kapelanem. Zaczęli rozmawiać, a jeden z młodych żołnierzy – ps. „Rola” – pochwalił się swoim pistoletem. Broń okazała się niezabezpieczona i wypaliła. Powstaniec ciężko ranny upadł na ziemię w kałuży krwi. Wypadek tak wstrząsnął ks. „Badurem”, że postanowił zostać z oddziałem „Leka” i zastąpić tragicznie postrzelonego powstańca. Poprosił dowódcę o przyjęcie do jednostki i przyjął pseudonim żołnierski „Rola II” dla upamiętnienia postrzelonego chłopca.

    Ks. Czajkowski brał udział w zdobyciu kolejnych kamienic w Alejach Jerozolimskich i silnie bronionego gmachu Zarządu Wodociągów i Kanalizacji na placu Starynkiewicza. W walkach wyróżniał się odwagą i pomysłowością. Ranny w jednej z akcji ppor. „Lek” mianował go swoim zastępcą. Po dwóch tygodniach Powstania, gdy do oddziału zgłaszali się nowi ochotnicy, ks. „Badur” postanowił powrócić do swoich pierwotnych zadań, nadal bowiem odczuwalny był brak kapelanów. Po zgłoszeniu się do ks. płk. „Biblii”, ks. Czajkowski otrzymał przydział jako kapelan Zgrupowania „Chrobry II”`, a więc oddziałów, z którymi walczył do tej pory. Towarzyszył im aż do kapitulacji.

    Chrystus z ciężko rannymi

    W sierpniu trwały zażarte walki na Starówce. W tych dniach zarówno powstańcy, jak i ludność cywilna szukali pociechy i wsparcia u Matki Bożej Łaskawej oraz przy trumnie św. Andrzeja Boboli w kościele jezuitów na Świętojańskiej, a także przed cudownym krucyfiksem w katedrze. 17 września, ks. Wacław Karłowicz, ps. Andrzej Bobola, był wśród rannych przy ul. Długiej, gdy ktoś przybiegł do niego z wiadomością, że pali się katedra. Ks. Karłowicz, kustosz kościoła, poszedł tam natychmiast. Katedra rzeczywiście była w płomieniach, paliły się posągi królów polskich i stalle, ogień ogarniał ołtarz. Ks. Karłowicz chwilę zastanawiał się co zrobić, postanowił uratować przed zniszczeniem przynajmniej cudowny krucyfiks. Udało mu się jednak zdjąć z krzyża tylko figurę Chrystusa i wynieść ją na zewnątrz.

    Po bombardowaniu ludzie spontanicznie utworzyli procesję, w której wśród ruin Starówki przenieśli figurę Jezusa do klasztoru sakramentek. Wielu cierpiących miało poczucie, że Bóg dzieli ich los i razem z nimi przemierza staromiejską Drogę Krzyżową. Po zniszczeniu klasztoru czyjeś troskliwe ręce przeniosły Jezusa z katedry do podziemi kościoła dominikanów na Freta. Tam zupełnie nieoczekiwanie natknął się na Niego ks. „Czesław” – Henryk Cebulski podczas spowiadania i namaszczania rannych. Obok spoczywających na posadzce ciężko rannych ludzi leżała też okryta płaszczem figura Chrystusa.

    Błogosławieni i oczekujący na beatyfikację

    Postaci pallotyna, ks. Józefa Stanka SAC i dominikanina, o. Michała Czartoryskiego OP są szerzej znane opinii publicznej, gdyż zostali wyniesieni na ołtarze przez Jana Pawła II w 1999 r. w grupie 108 męczenników II wojny światowej. Obaj zakonnicy rozpoczęli posługę kapelanów w sposób nieplanowany – wybuch Powstania zaskoczył ich, zostali mianowani kapelanami „w biegu”, ks. Stanek posługiwał na Czerniakowie, o. Czartoryski na Powiślu.

    Kandydatem na ołtarze jest natomiast jezuita, o. Władysław Wiącek. Niemcy wtargnęli do klasztoru jezuitów przy ul. Rakowieckiej już 2 sierpnia. Uwięzili zakonników wraz z grupą świeckich, szukających w klasztorze bezpieczeństwa. Oprawcy wzywali ich pojedynczo i po rewizji kierowali do pokoju organisty, do którego wrzucali granaty. Była to systematycznie przeprowadzana egzekucja.

    Kilku osobom udało się zbiec i to one zaświadczyły, jak upłynęły ostatnie godziny życia zakonników i świeckich. Na śmierć przygotował ich o. Wiącek. To on zainicjował modlitwy, żegnał osoby, wywoływane na egzekucję. Zgromadzeni odmawiali Koronkę do Miłosierdzia, „Pod Twoją obronę”, zakonnik zachęcał do spowiedzi, gdyż „za chwilę każdy znajdzie się z Panem Jezusem, a księży jest dość”. Tak też się stało, wierni się spowiadali, o. Aleksander Kisiel uspakajał dziesięcioletniego ministranta, żeby się nie bał i był tylko gotów. Inny jezuita, o. Madaliński, udzielił zebranym odpustu zupełnego w obliczu śmierci, co było stałą praktyką w czasie Powstania Warszawskiego.

    „Dzięki opiece duchowej ojców zakonników, wszystkie ofiary tego wydarzenia odeszły do Pana rozgrzeszone” – stwierdza Marcelina Koprowska w książce “Życie religijne podczas Powstania Warszawskiego” (Instytut Dziedzictwa i Myśli Narodowej, Nerton, Warszawa 2022). Są nieformalnymi męczennikami, zaś duchowy przewodnik ich ostatnich godzin życia, o. Władysław Wiącek, zostanie w przyszłości wyniesiony na ołtarze – przewiduje autorka.

    Nie bójcie się śmierci…

    Kapelani starali się tłumaczyć powstańcom, że śmierć nie jest końcem. Bardzo powszechne było zbiorowe rozgrzeszenie „in articulo mortis” czyli „w obliczu śmierci”, udzielane po spowiedzi powszechnej. Czyli: jeśli nie przeżyjesz to masz odpuszczenie grzechów, a jeśli powrócisz po walce, to przed przyjęciem komunii św. musisz się z nich wyspowiadać. Bardzo rygorystycznie przestrzegano też zasady, że duszpasterz ma pozostać duszpasterzem i nie może biegać z bronią. On jest od tego, by pilnować spraw duchowych.

    Na jednym z filmów zrealizowanych przez Muzeum Powstania Warszawskiego jest scena z Mszy św. odprawianej przez bp. Stanisława Adamskiego – biskupa katowickiego, który został stamtąd wysiedlony bo nie podpisał volkslisty i w czasie okupacji przebywał w Warszawie. Na podstawie ruchu jego udało się odtworzyć fragmenty kazania, prawdopodobnie z 15 sierpnia, wielkiego święta Maryjnego, kiedy to, podobnie jak 26 sierpnia powstańcy masowo uczestniczyli w mszach i spowiadali się.

    Wlewanie otuchy i ukazywanie powstańczego „tu i teraz” w perspektywie metafizycznej było lejtmotywem warszawskiej homiletyki tamtych dni. Starano się odnaleźć i ukazać jakiś sens tego, co wokół się dzieje; że to, co nas tu spotyka jest częścią jakiegoś Bożego planu i że śmierć nie jest końcem. Powtarzano: nie bójcie się śmierci, bo w kontekście chrześcijańskim śmierć jest początkiem.

    Kilka dni temu, 28 lipca, w Parku Wolności Muzeum Powstania Warszawskiego biskup polowy WP Wiesław Lechowicz przewodniczył Mszy św. Podczas liturgii wspominano bł. o. Michała Czartoryskiego w 80. rocznicę jego śmierci w Powstaniu i 25. rocznicę beatyfikacji. We Mszy św. dziękowano także za 20 lat funkcjonowania Muzeum Powstania Warszawskiego.

    01 sierpnia 2024/ e-kai/ aw, ps, tk/Warszawa

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Jan Zieja często wspominał Msze św. odprawiane w czasie powstania.

    ks. Jan Zieja często wspominał Msze św. odprawiane w czasie powstania

    fot. Tomasz Michalak/PAP


    ***

    Koloratka i powstańcza opaska.

    Kapelani z płonącej Warszawy

    Gdy powstańcy biegną na barykady, oni biegną do rannych i konających. Zamiast strzelać z karabinu lub rzucać butelki z benzyną, przesuwają paciorki różańca. Niemcy będą ich nienawidzić bardziej niż powstańczych żołnierzy. Kapelani powstania warszawskiego.

    Nie wiem, czy ktokolwiek potrafi zliczyć książki o powstaniu. Od kilku lat przyglądamy się jego fenomenowi z różnych ujęć. Oglądaliśmy walczącą Warszawę oczami kobiet, a nawet z perspektywy żołnierzy III Rzeszy. Stanisław Zasada w książce „Duch ’44” pokazuje jeszcze jedno spojrzenie – przez pryzmat księży, którzy byli kapelanami powstańców. Autor przedstawił 10 portretów księży i jednego zakonnika, a wybierać miał w czym. Liczbę „duchowej armii” powstania szacuje się na około 150 osób. 100 było wcześniej aktywnymi i zaprzysiężonymi członkami konspiracji. 50 kolejnych dołączyło w trakcie trwania walk. 40 zginęło w sierpniowej Warszawie. Tyle mówią liczby. Zasada w portretowanych sylwetkach kapłanów wychodzi poza usypiającą statystykę i pokazuje osoby z krwi i kości, które mają bardzo różny stosunek do decyzji o wybuchu powstania. Na przykład ks. Wacław Karłowicz na długo przed Godziną „W” twierdził stanowczo: „będzie rzeź”. Gdy rozpoczęły się walki, ruszył tam, gdzie być powinien: pomiędzy ludzi. Tych, którzy walczyli, i tych, którzy leżeli ranni w polowych szpitalach, tkwili przestraszeni w piwnicach, wołali pod gruzami.

    Pseudonimy

    „Biblia”, „Rybak”, „Andrzej Bobola”. Księżowskie pseudonimy konspiracyjne są nader oczywiste, ale mają w sobie jakiś urok i fantazję. Choć pseudonimy mają ukryć tożsamość, to te wybrane przez księży na ogół potwierdzają jedno: jesteśmy osobami duchownymi. I tu musi paść pytanie: co robi ksiądz w powstaniu? Paradoksalnie – nic nowego. Spowiada, udziela ślubów i ostatniego namaszczenia. Sprawuje Mszę św., prowadzi nabożeństwa, adoruje Najświętszy Sakrament. Chciałoby się rzec: normalne duszpasterstwo w płonącej Warszawie. Pomimo konspiracyjnych pseudonimów tu nic nie dzieje się na niby. Przeciwnie, tu wszystko dzieje się tak, jak zawsze: na śmierć i życie. Dobrym przykładem jest ks. Tadeusz Burzyński, który zginął jako pierwszy z kapelanów powstania warszawskiego, niecałą godzinę po jego wybuchu. Jest właśnie w trakcie adoracji Najświętszego Sakramentu, gdy na ulicy słyszy starzały i wybuchy. Nie zwlekając, zakłada komżę i biegnie ze świętymi olejami do ofiar. Zostaje zastrzelony (jak cztery siostry zakonne, które są z nim) przez niemieckich snajperów, pogardliwie nazywanych przez powstańców „gołębiarzami”. Zatrzymuje mnie ta śmierć, ona jest symboliczna. Księża, siostry i bracia zakonni są osobami cywilnymi, nie żołnierzami. Podobnie jak znak Czerwonego Krzyża lekarzy i sanitariuszy, tak ich chroni habit, sutanna, koloratka. Duchowni chodzą w ubraniach podkreślających ich stan życia, są doskonale widoczni. Każde prawo międzynarodowe gwarantuje im traktowanie z szacunkiem. Tylko nie III Rzesza, tylko nie w sierpniowej Warszawie. Tutaj te prawa nie obowiązywały. Na wieść o powstaniu Hitler wyraził się przerażająco jasno: „Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy”.

    Duszpasterska codzienność powstania

    Koloratka i powstańcza opaska na czarnej sutannie – ten widok musiał robić wrażenie. Powstańcze pismo „Walka” zapisuje: „Dwa są symbole sierpniowego powstania walczącej Warszawy: biały orzeł na czerwonym tle i ksiądz z biało-czerwoną opaską, który wśród kul i bomb, wśród gryzącego dymu pożarów i trzasków walących się domów spieszy na swój kapłański posterunek”. Ten posterunek zdaje się nie mieć granic, księża są bowiem wszędzie. Zarówno na pierwszej linii walk, jak i na innych frontach bitwy, gdzie toczą się nie mniejsze boje – w szpitalach i w piwnicach, razem z umierającymi. Spowiadają i sprawują sakramenty. Śluby i pogrzeby to zdaje się codzienność duszpasterska księży. W czasie powstania warszawskiego ślub wzięło 256 par, co oznacza, że na każdy dzień walki przypadały cztery śluby. Kapelani powstania dużą wagę przykładali do ważności małżeństwa. Tłumaczyli, że nie może być chwilowym pocieszeniem. Nawoływali do wierności małżeńskiej i ganili tymczasowe „małżeństwa wojenne”. Narzeczonym stającym na ślubnym kobiercu księża stawiali te same wymagania, czyli dostarczenie odpowiednich dokumentów (w miarę możliwości) oraz świadków. To wszystko miało uświadamiać, że pomimo wojny i być może bliskiej śmierci, niewoli lub rozdzielenia, małżeństwo jest ważne. Niejako na drugim biegunie sytuuje się wypowiedź ks. Wacława Karłowicza: „Grzebałem około 40 osób dziennie z mojego szpitala na Długiej”. Duszpasterska codzienność powstania.

    Ewangelia w czasie wojny

    Po latach ks. Jan Zieja wspominał jedną z Mszy św. odprawianych w czasie powstania: huk artylerii zagłusza słowa, ale liturgię sprawuje się pomimo to. Do Komunii przystępują wszyscy żołnierze. Gdy ksiądz odwraca się, aby pobłogosławić wiernych, nikogo już nie ma. Wszyscy pobiegli walczyć. Ta scenka wiele mówi. Księża starali się sprawować codziennie Msze Święte. Każde bezpieczne miejsce – mieszkania, podwórka kamienic – do tego się nadawało. Zachęcano do życia sakramentalnego. Ganiono też wady powstańców: pijaństwo, niedochowanie wierności małżeńskiej. Upominano, że nie można się zatracić w walce, że nienawiść nie może zwyciężyć i podkreślano, że nie ma miejsca na samosądy. Kapelani powstania musieli odpowiedzieć na wiele trudnych pytań: czy można zażyć truciznę, gdy jest się torturowanym na przesłuchaniu, aby nie wydać innych ludzi działających w konspiracji? Jak przygotować się na własną śmierć? Jak przestać nienawidzić? Odpowiedzi szukano, adorując Najświętszy Sakrament, księża prowadzili nabożeństwa, intonowali litanie… W jakiś sposób duszpasterstwo powstańcze było przedłużeniem walki zbrojnej. Kapłani podtrzymywali na duchu i zwyczajnie nie pozwalali osunąć się żołnierzom i cywilom powstania w ciemność zatracenia. Nie wiem, jak zakończyć opis posługi sakramentalnej kapłanów sierpniowej Warszawy, dlatego odwołam się do dwóch scen opisanych przez Zasadę. Obraz nienawiści: po wzięciu do niewoli ks. Józef Stanek został powieszony na stule kapłańskiej. Obraz ewangeliczny: przebywający wraz z innymi powstańcami w obozie jenieckim ks. Jan Zieja spowiada żołnierzy niemieckich, którzy byli katolikami.

    Ciche bohaterstwo

    Stanisław Zasada opisał jedną z pięknych kart powstania warszawskiego, którą trudno czytać bez wzruszenia. Podobnych emocji dostarcza opis innych cichych bohaterek walczącej stolicy – sióstr zakonnych. Niedługo po rozpoczęciu walk przeorysza klasztoru benedyktynek sakramentek Janina Byszewska podejmuje niezwykłą decyzję: otwieramy klauzurę. Klasztor znajduje się w śródmiejskim obszarze działań wojennych. Sakramentki, jak je popularnie nazywano, są zakonem klauzurowym, który w Warszawie znalazł się w 1688 r., ufundowany przez królową Marię Kazimierę w podzięce za zwycięstwo pod Wiedniem. Teraz sakramentki otwierają swój klasztor i czynią z niego szpital, stołówkę, miejsce schronienia. Klasztor będzie bombardowany, a Stare Miasto powtarzać będzie: „sakramentki się palą”. Miron Białoszewski w „Pamiętniku z powstania warszawskiego” zapisał przejmująco: „A sakramentki się paliły. I latały w welonach. Białych. I biły świnie i krowy. Codziennie. I rozdawały ludziom. I przyjmowały, i opatrywały u siebie ludzi. Coraz większe gromady. Tysiące. Te sakramentki, które przez ileś set lat, od Marysieńki, śpiewały za kratami i przez kraty przyjmowały komunię, nagle stały się działaczkami, społeczniczkami, bohaterską instytucją, oparciem dla Nowego Miasta”.•

    Marcin Cielecki/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Siostry zakonne w czasie powstania warszawskiego ratowały, żywiły, opatrywały… Były sanitariuszkami, łączniczkami i prowadziły powstańcze szpitale.

    Siostry zakonne w czasie powstania warszawskiego ratowały, żywiły, opatrywały… Były sanitariuszkami, łączniczkami i prowadziły powstańcze szpitale.(z zasobów internetu)

    ***

    Powstańcze siostry – zapomniane bohaterki

    Z poświęceniem karmiły, opatrywały, przygarniały. Kto? Siostry zakonne podczas powstania warszawskiego. Ich bohaterstwo bywa jednak zapomniane…

    Od sierpnia do października 1944 r. zakonnice z dziesiątków warszawskich domów i z przeróżnych zgromadzeń bez rozgłosu dokonywały rzeczy niemożliwych i heroicznych. Ich postawa, historie i dramatyczna powstańcza codzienność nie przebiły się jednak do szerokiej świadomości społecznej. Dlaczego? Po pierwsze, ze względu na zakonną skromność: po co mówić o bohaterstwie, gdy trzeba działać? Po drugie, po powstaniu siostry musiały ratować dobytek, utrzymać się w trudnym okresie, więc nie starczało czasu na spisywanie wojennych doświadczeń, gdy były jeszcze świeżo w pamięci. Po trzecie, szalała komuna. Zgromadzenia i tak były często prześladowane, siostry bały się więc mówić głośno o działaniach wojennych, najczęściej przecież w powiązaniu z AK. I po czwarte, gdy w końcu przyszedł czas na mówienie o powstaniu, w pierwszej kolejności robili to mężczyźni, którzy opowiadali… o mężczyznach. Czas odkrywania bohaterstwa, jakim wykazały się kobiety podczas wojny, nadszedł stosunkowo niedawno.

    Siostry zakonne w powstaniu warszawskim ratowały, żywiły, opatrywały. Większość z nich więc uczestniczyła w konspiracji. Ich liczba jest ogromna, choć niepoliczalna, bo po prostu często działały w ukryciu.

    Ratowniczki

    Na około 200 szpitali i punktów sanitarnych działających podczas powstania warszawskiego na terenie stolicy i najbliższych okolic co najmniej kilkadziesiąt znajdowało się w żeńskich klasztorach. Wiele sióstr pracowało jako pielęgniarki także w innych placówkach medycznych. Zawsze działo się to za pozwoleniem władz zakonnych oraz przy współpracy całych zgromadzeń. Jedną z największych powstańczych lecznic był szpital sióstr zmartwychwstanek na Żoliborzu, czyli szpital polowy nr 100. W czasie okupacji, gdy powstanie było nieuchronne, siostry w głębokiej konspiracji, we współpracy z AK, gromadziły żywność i lekarstwa na terenie klasztoru i prowadzonych przez siebie szkół przy Krasińskiego 31. Ze strony zakonnej za organizację szpitala odpowiedzialna była zaprzysiężona lekarka s. Amata Pruszko. Placówka działała dzięki ogromnemu zaangażowaniu kilkudziesięciu innych sióstr, które ofiarnie pracowały jako pielęgniarki, praczki, kucharki. Bywało, że ośrodek ratował po 400 rannych jednocześnie: powstańców i cywili, również jeńców niemieckich.

    W wielu zgromadzeniach, chociaż formalnie nie powoływano szpitala, rzeczywistość powstańcza wymuszała jego uruchomienie. Tak się stało m.in. w klasztorze sióstr nazaretanek na Czerniakowie. „Gdy o godz. 18 zaczęło się powstanie, przynoszono tu rannych, którymi opiekowały się siostry pod kierunkiem naszej szkolnej lekarki. Często zdarzały się stany bardzo ciężkie, nie można było uratować rannego” – zapisała s. Irmina Hass.

    Szpitalik działał też w tzw. szarym domu – klasztorze urszulanek przy ul. Wiślanej. Siostra Franciszka Popiel wspominała: „Przed chwilą wpadł młody człowiek ranny w nogę. Trzeba przygotowywać punkt opatrunkowy. Tymczasem mamy do dyspozycji salkę jadalną i przedszkole. (…) W tej chwili nosimy materace i łóżka do przedszkola. Siostra dr Zofia Wojno obejmuje naczelną komendę”. Siostra Wojno była cenioną okulistką, w czasie okupacji i powstania wraz z innymi urszulankami uratowała tysiące osób. Urszulanki były też nieustraszonymi sanitariuszkami, m.in. znosiły rannych z miejsc walk. Cztery z nich zginęły w pierwszym dniu powstania.

    Żywicielki

    Na terenach wielu klasztorów w czasie powstania chronili się cywilni mieszkańcy stolicy. Szukali tam ratunku przed ostrzałem, ukrywając się w piwnicach lub schronach, choć jeszcze częściej prosili o jedzenie i wodę. Siostry nigdy nie odmawiały, choć ich własne zapasy z dnia na dzień stawały się coraz mniejsze. Prowadziły kuchnie dla cywili, nosiły im jedzenie. Przykładem takiej działalności jest klasztor franciszkanek Rodziny Maryi i postawa m. Matyldy Getter. Przed wybuchem walk matka Matylda zgromadziła w domu przy Hożej zapasy żywności oraz wodę. Wszystko działo się w wielkiej tajemnicy, by nie wywoływać paniki i się nie zdekonspirować. Po 1 sierpnia zakonnice udzielały pomocy potrzebującym. „Około stu rannych i 40 osób personelu żywiło się w naszej kuchni. Nosiło się również jedzenie do szpitali na mieście i do biednych” – wspominała jedna z franciszkanek. Siostry pod gradem kul przedzierały się do bunkrów, aby nakarmić ukrywających się tam ludzi. Od rana do wieczora wypiekały chleb. Gdy pod koniec powstania brakowało jedzenia, matka Matylda poleciła przygotowywać „sałatki” z zieleniny, jaka została jeszcze w ogrodzie: z liści buraków, naci marchwi i pietruszki, pędów dzikiego wina i nasturcji. Odpowiednio przyrządzone były podobno bardzo smaczne. Z pewnością pozwoliły przeżyć.

    Chleb piekły też urszulanki w szarym domu. Matka Andrzeja Górska po latach wspominała: „Zrobiłyśmy trzy ekipy, każda pracowała po osiem godzin. Piekłyśmy w dzień i w nocy, (…) na podwórzu chleb się wydawało. Ludzie mówili: Bóg zapłać! Dziękujemy! Albo i nie mówili, tylko brali. I tak póki tylko mogłyśmy, do ostatniej chwili”. Gdy zapasów chleba było już niewiele, siostry nie jadły własnych, maleńkich porcji, tylko dzieliły się z głodnymi.

    Podobnie działały pasjonistki mieszkające przy ul. Belgijskiej. Przyjmowały do schronów tłumy cywili: starców, kobiet i dzieci. „Wszyscy przybyli ludzie znaleźli się bez środków do życia. Z miejsca zorganizowałyśmy dożywianie z zapasów, jakie posiadałyśmy w magazynach żłobka i własnych (…). Gotowano zupy początkowo dwa razy dziennie, a pod koniec powstania z powodu braku żywności tylko raz dziennie” – pisała m. Stanisława Natalia Żebrowska CP.

    W najbliższych tygodniach, kiedy obchodzić będziemy 75. rocznicę powstania warszawskiego, przedstawimy w „Gościu Niedzielnym” bohaterskie siostry i zakony, które w 1944 r. dokonywały niemożliwego. •

    Agata Puścikowska/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Sakramentki – w poszukiwaniu dróg do beatyfikacji

    Trzydziestego pierwszego sierpnia 1944 roku pod gruzami własnego kościoła i klasztoru zginęły trzydzieści cztery benedyktynki sakramentki ze wspólnoty na Nowym Mieści. Co o nich wiadomo? Niewiele poza tym, że wcześniej ofiarowały swoje życie „aby Polska nie była taka czy inna, ale Chrystusowa”.

    Zespół klasztorny sióstr benedyktynek sakramentek na Nowym Mieście w Warszawie

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Za miasto, Polskę, świat i Kościół, za nawrócenie Hitlera czy brata-kapłana, zgodnie z tzw. ślubem żertwy, składanym obok ślubów czystości, ubóstwa i posłuszeństwa – ofiarowania życia w ważnej intencji, gdyby taka była wola Boga. Ofiarowanie sakramentek i fama ich świętości były znane mieszkańcom Warszawy, którzy otaczali je czcią i podziwem, pamięć o nich była bardzo żywa zwłaszcza w pierwszych latach po wojnie. Ta pamięć trwa, a ci, którzy się dowiadują o ich ofierze, pytają, czy są wyniesione na ołtarze.

    Dwadzieścia sześć dni heroizmu

    W Przemienienie Pańskie, szóstego sierpnia 1944 roku, który był szóstym dniem Powstania, do furty zgromadzenia, które dyskretnie egzystowało i modliło się na Nowym Mieście od ponad dwustu pięćdziesięciu lat, zapukali dowódcy i zaapelowali, żeby siostry otworzyły swój klasztor i wpuściły żołnierzy. Walki toczyły się w pobliżu – w Wytwórni Papierów Wartościowych, nadwiślańskiej, nieistniejącej dziś dzielnicy Rybaki, w pobliżu wznoszono barykady. Przeorysza, matka Jadwiga Byszewska, wyraziła zgodę i kolejnych dwadzieścia sześć dni były nieustającą pomocą i ofiarną służbą – siostry karmiły powstańców i mieszkańców Starówki, leczyły rannych w zaimprowizowanym szpitalu polowym, oddawały wszystko, co miały.

    Niemcy szybko zorientowali się, że klasztor stał się mocnym punktem oporu, więc cały kompleks klasztorny był bombardowany i podpalany, zakonnice gasiły płomienie wśród sypiących się tynków i walących się ścian… i cały czas adorowały Najświętszy Sakrament, wierne charyzmatowi Zgromadzenia – nieprzerwanego wielbienia Jezusa Eucharystycznego. Któregoś dnia Niemcy wydali rozkaz opuszczenia klasztoru przez siostry, one odmówiły, m. Byszewska powiedziała, że widać wolą Bożą jest „żebyśmy tu umarły”. Decyzja była konsultowana z dowódcami powstańców, którzy prosili, żeby zostały, bo opuszczenie klasztoru źle wpłynie na morale żołnierzy, że będzie to znak, że nie ma już nadziei. W ostatnim dniu sierpnia nastąpił koniec – po zbombardowaniu resztek kościoła i klasztoru śmierć poniosło około tysiąc osób cywilnych, czterech księży, dwie zakonnice bezhabitowe, trzydzieści cztery sakramentki.

    Warszawska legenda miejska mówi, że w chwili ich śmierci w niebo wzbiło się stado białych gołębi.

    Te, które przeżyły, zostały popędzone do Dulagu 121 wraz z ludnością cywilną. Klasztor i kościół pw. św. Kazimierza zostały doszczętnie zrujnowane, obrócone w kupę gruzu. Historyczny pałac Kotowskich, biblioteka, złożona z 60 tysięcy woluminów i cenne archiwa, gromadzone od XVII wieku zostały spalone (klasztor był fundacją królowej Marii Kazimiery, wotum dziękczynne za wiktorię wiedeńską, pierwsze zakonnice przybyły z Francji). Zniszczone zostały bezcenne historyczne zabytki. Dwanaście ocalałych sióstr wróciło, gdy tylko było to możliwe, zaczęła się mozolna odbudowa w mało przychylnych dla Kościoła warunkach PRL.

    Niezwykła załoga

    Mimo pożogi i zniszczeń pamięć o sakramentach, które ofiarowały się i zginęły, przetrwała dzięki wspomnieniom, artykułom w powojennej prasie, nade wszystko dzięki książce s. Jadwigi Stabińskiej OSB AP, która starannie zbierała wszelkie informacje o współsiostrach i wydarzeniach z sierpnia ‘44. Z jej studium wyłania się zupełnie wyjątkowy i wielobarwny zespół kobiet. Podprzeoryszą i mistrzynią nowicjatu była s. Tomea Koperska, wybitna tomistka, która obroniła doktorat we Fryburgu szwajcarskim. Była też i s. Klara, córka ubogiej chłopskiej rodziny, prawie analfabetka, która była tak dojrzała duchowo, że przełożona zasięgała jej rad. Siostra Ignacja Rejewska, poliglotka, biegła maszynistka i stenopistka, była konwertytką z kalwinizmu. Na katolicyzm przeszła dla sakramentu spowiedzi, gdyż szukała w niej pomocy i dźwigni do rozwoju duchowego. Były wśród zakonnic panny, pochodzące z ziemiaństwa, tak jak przeorysza, m. Jadwiga Byszewska „wypożyczona” z klasztoru panien benedyktynek w Staniątkach żeby wspomóc formację i s. Małgorzata Zalazek, nieślubna chłopska córka, dla której ten fakt był powodem do własnych upokorzeń. Córka kowala, s. Anzelma Matuszczak, ukończyła polonistykę na uniwersytecie w Poznaniu, ale w klasztorze najczęściej pracowała fizycznie. Były wśród nich mistyczki, s. Katarzynie objawiał się Jezus w koronie z gwiazd, Który chciał, żeby złożyła ofiarę życia za miasto, Kościół i świat, a ona tak bardzo się przed tym broniła, że pewnego dnia rozpłakała się na rekreacji, bo nie potrafiła opanować napięcia. S. Magdalena Schmitz de Grollenbourg, ciekawa postać, miała ogromne poczucie humoru, które objawiało się w sposób nietypowy w klasztorze kontemplacyjnym. Miała alzackie korzenie, a swój nieustająco dobry humor tłumaczyła tym, że ojciec wykąpał ją w szampanie, gdy w wieku niemowlęcym zachorowała.

    Siostra Michaela, postulantka, z wykształcenia architekt, 31 sierpnia była chora, dlatego siedziała w piwnicy, więc nie przyszła na adorację z siostrami (sakramentki zginęły adorując Jezusa w Eucharystii), dlatego ocalała. Choć s. Józefa biegała i namawiała: Siostry, ofiarujcie się, ofiarujcie się, s. Michaela tego nie podjęła. Po wojnie jej wykształcenie okazało się opatrznościowe, gdy odbudowywano zespół klasztorny.

    Były w tym gronie zakonnice po wyższej szkole politycznej, konserwatorium, polonistyce, seminarium pedagogicznym i siostry, które ukończyły kilka klas szkoły powszechnej.

    Zostały świstki papierów

    Przy bliższej analizie okazuje się, że to i sporo, i mało jeśli chodzi o znajomość faktów. – Mamy wszystkie nazwiska sióstr, które się ofiarowały i które później zginęły. Datę i miejsca urodzenia, w większości datę wstąpienia do sakramentek czy profesji, ale tylko połowę ich zdjęć – mówi s. Maria Józefina, która kompletuje informacje o współsiostrach. – Nawet nie wiemy, jak wyglądały. O niektórych zachował się najwyżej jeden dokument albo jakiś mały świstek, np. dyplom ukończenia szkoły, papiery dotyczące meldunków, metryki urodzenia. Część informacji można było znaleźć dzięki digitalizacji ksiąg parafialnych, jednak co do starszych sióstr, dokumenty, jeszcze z czasów zaborów, były sporządzane po rosyjsku lub niemiecku – czyli w języku zaborców – trzeba je odczytać. Czy posiadając takie dane można rozpocząć proces beatyfikacyjny?

    Strona Genealogia.pl jest w tym względzie bardzo pomocna. Co do archiwów Zgromadzenia – w czasie pożogi spaliło się praktycznie wszystko, nic nie zostało. Ocalały fragmenty, na niektórych pojedynczych kartkach, nadpalonych, są jakieś informacje, ale są siostry, po których absolutnie nic nie ma, najmniejszego śladu. Siostra Ignacja Rejewska zrobiła spis tego, co było w archiwum. Dzięki temu wiemy, co było, a czego już nie ma.

    Żyją w pamięci

    – Zaraz po wojnie śmierć sióstr była bardzo głośną sprawą – mówi przeorysza m. Maria Blandyna. – Jedna z sióstr jechała do rodziny i w pociągu zauważyła w jakiejś gazetce zdjęcie ruin kościoła wraz z opisem tego, co się wydarzyło – że siostry ofiarowały swoje życie. To był fakt powszechnie znany, a nabożeństwa rocznicowe ściągały tłumy. Do tego stopnia, że gdy ja wstąpiłam do klasztoru, siostry były w fazie wyciszania tego, bo uznały, że za dużo jest szumu, że lepiej, żeby te siostry „wtopiły się w powstańców”, którzy walczyli na Starówce. Odmawiamy więc ogólną intencję modlitewną, nie wspominamy o siostrach.

    – Są świadectwa, że w czasie pogrzebu ludzie garnęli się do trumien, ocierali o nie różańce czy obrazki, żyły w pamięci okolicznych mieszkańców – dodaje s. Maria Józefina. – Była więc fama świętości. Gdy ocalałe siostry znalazły się w Otwocku, tam już wszyscy wiedzieli o ich ofiarowaniu. Także opowieść, może legenda miejska, że w chwili ich śmierci pod gruzami, uniosło się w niebo stado białych gołębi.

    Dziś ludzie nadal gromadzą się w rocznicę ich śmierci, przychodzi wiele młodych ludzi, co jakiś czas zgłaszają się osoby, które twierdzą, że np. siostry uratowały życie komuś z rodziny.

    Siostra Maria Józefina opowiada, że do rozmównicy przyszła kobieta, która twierdziła, że jej mama i babcia umarłyby z głodu, gdyby nie siostry, które karmiły je opłatkami, gdy te ukrywały się w piwnicy. I one przeżyły Powstanie. Jej mama, babcia i prababcia chroniły się w podziemiach klasztoru i gdy dowiedziały się, że będzie bombardowanie, mama i babcia wyszły, ale zostawiły prababkę, gdyż ona nie mogła chodzić, a one nie miały siły ją stamtąd wyciągnąć, więc tam zginęła. I matka całe życie pamiętała wzrok prababci, która została w podziemiach.

    Rodzina s. Alojzy Tryc, kolejne pokolenie, przechowuje pamięć o krewnej. Ostatnio przyszła pani, należąca do rodziny, przeświadczona, że jest ona święta i opowiedziała, że ostatnio czuła się bardzo źle, nic nie pomagało, więc pomodliła się do s. Alojzy i odszedł ból głowy, a miała mieć operację.

    Bez sugestii ze strony sióstr warszawskich sakramentek benedyktyni z przeoratu Silverstream w Irlandii z własnej inicjatywy napisali modlitwę za wstawiennictwem sióstr, gdyż są przekonani o ich świętości i zachęcają do rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego.

    – Próbujemy zebrać co się da, szukamy kontaktów z rodzinami. Czasami same się zgłaszają, przyjechała do nas wnuczka kuzynki s. Elżbiety Naruk. Opowiedziała, że w jej rodzinie pielęgnowana jest pamięć, o tym, że ich krewna ofiarowała swoje życie za nawrócenia Hitlera. Ta rodzina jest przeświadczona, że jest świętą – mówi s. Maria Józefina. – Dzięki niej mamy jej zdjęcie oraz wiedzę, że rodzony brat s. Elżbiety był karmelitą, w czasie okupacji był w klasztorze w Czernej i gdy się dowiedział, że zginęła w czasie Powstania, zdecydował, że chce mieć jakiś jej wizerunek. Poprosił więc rysownika z Krzeszowic o zrobienie portretu siostry na podstawie zdjęcia, a po bokach stoją rodzice. Prawdopodobnie fotografia została zrobiona przed jej wstąpieniem do zakonu – welon jest fantazyjny. Od o. Zielińskiego z Czernej otrzymałyśmy całą teczkę dokumentów, bo uznał, że dla nas są cenniejsze.

    – Poszukujemy najmniejszy drobiażdżek, czujemy się do tego zobowiązane, są ludzie przeświadczeni o ich świętości, nawet w pandemii przychodzili – mówią zakonnice.

    – Znalazłyśmy też zdjęcie s. Kolumby Sumińskiej. Ona pochodziła z Krotoszyna i tam mocno czczą s. Kolumbę. Co roku jest Msza św. za tych, co zginęli w Powstaniu i zawsze wspominana jest s. Kolumba, jest nagrobny pomnik na krotoszyńskim cmentarzu, a na nim widnieje napis, że zginęła tragicznie w czasie Powstania – mówi s. Maria Józefina. Zdjęcie już pokolorowane. Napisałyśmy do proboszcza parafii, on dał telefon do p. Stanisława, bratanka s. Kolumby, ale to zdjęcie jest jedyną pamiątką, zresztą z archiwum szkolnego, bo rodzina nie ma żadnych pamiątek po niej. Tu pojawia się trudność, bo jej rodzina sądzi, że s. Kolumba wstąpiła do sakramentek zaraz po maturze, dokumenty pokazują zaś, że wstąpiła w 1941, czyli w czasie wojny. I nie wiadomo, co robiła przez dziesięć lat – od matury do zgłoszenia się do nowicjatu. Prawdopodobnie wyjechała z domu, nie wiadomo po co, może chciała studiować, może do pracy.

    Czasami ślady życia sióstr trafiają do sakramentek w zadziwiający sposób. Matka Maria Blandyna opowiada, że znalazła doktorat s. Tomei na Allegro. – Napisany, rzecz jasna po niemiecku, obroniony we Fryburgu szwajcarskim. Ten doktorat nam przysłano. Otwieram przesyłkę, a tam wpis s. Tomei, która we Fryburgu ofiarowała egzemplarz jakiejś znajomej.

    Miała wykłady nt. spuścizny św. Tomasza, na które przychodzili ludzie z miasta, ówczesna elita intelektualna. Siostry są w kontakcie z bratanicą s. Tomei i mają nadzieję, że otrzymają od niej nieznane dotąd informacje.

    W cudowny sposób ocalał dziennik s. Ignacji Rejewskiej, tej, która przeszła z protestantyzmu. To niezwykłe, ale jego fragmenty ocalały. Jego ostatnie zachowane strony były pisane w styczniu 1944. – Bije z tych zapisków duch wynagrodzenia za to, co się dzieje dookoła. Te notatki sięgają roku 1909, później zaczęła to sobie porządkować. To piękne konferencje ascetyczne, wewnętrzne światła, ona czasami tak pisze, jakby pisała poemat, jej wzniesienie duszy do Boga jest niesamowite, szczególnie te, pisane w czasie wojny, aż ciarki przechodzą – mówi s. Maria Józefina. – I dodaje, że na cmentarzu kalwińskim w Warszawie znalazła nagrobek jej rodziców.

    Siostra Katarzyna miała wizję Pana Jezusa, który chciał od niej, żeby ofiarowała się za miasto, Polskę, Kościół i świat. Ona odsuwała od siebie tę wizję, nie chciała tego, była przerażona, nie wytrzymywała napięcia, rozpłakała się na rekreacji. Pan Jezus nadal jej się ukazywał w koronie z gwiazd i żądał ofiary. Były nawet wśród sióstr narady teologiczne, czy Pan Jezus może się pokazywać w koronie z gwiazd, bo ikonografia nie zna takiego wyobrażenia.

    Zakonnice ubolewają, bo jedna z sióstr, która wstąpiła już po wojnie, znalazła w gruzach jakiś bilecik. Po pierwszych linijkach zorientowała się, że to tekst ofiarowania. Przypuszczała, że pisała go s. Katarzyna. Ale ponieważ zakonnice były uczone, że cudzych papierów się nie czyta, więc nie czytała dalej, a zaniosła go przełożonej. A tu trwała odbudowa klasztoru, bałagan i ten papier zaginął. Tak samo jak zaginął, już dużo później, brudnopis kroniki z czasów okupacji. Sama kronika się nie zachowała, ale zachował się brudnopis, z którego korzystała s. Assumpta Stabińska przy pisaniu swojej książki „Danina krwi” w latach 70. ub. wieku. Zniknął.

    Siostra Hilaria studiowała medycynę na tajnych kompletach. – Zwróciłam się do Uniwersytetu Medycznego w Warszawie z zapytaniem o archiwa. Okazało się, że owszem, studiował tam jej ojciec Stanisław i dwóch jego braci. Jeden studiował medycynę, drugi farmację, prawo, są ich zdjęcia w pięknych mundurach, bo byli w 3. Pułku Ułanów, podlegającym pod Generalny Inspektorat Kawalerii, ale nie ma informacji o s. Hilarii. To było tajne nauczanie, nikt przecież nie robił list studentów. Jest też dom całodziennej opieki dla powstańców, w którym była pani, która też studiowała na tajnych kompletach. Pytałam o s. Hilarię Irenę Kraków, nie pamiętała takiej osoby. S. Assumpta dotarła do proboszcza, który znał s. Hilarię, ale on niewiele wiedział.

    – Na stronie internetowej naszego klasztoru zamieściłyśmy z prośbę o informacje o sakramentkach, ale nikt się nie odezwał – ubolewają sakramentki.

    My nie wątpimy w ich świętość – trudna droga do beatyfikacji

    Siostry modlą się w ukryciu w intencji beatyfikacji. W tym roku każda z nich wylosowała jedną z sióstr, które zginęły. Siostra, która wylosowała s. Anzelmę, ułożyła litanię do niej. I modli się tą litanią. To ta zakonnica, która ofiarowała życie za brata kapłana, który był uwięziony w Dachau. On rzeczywiście ocalał i po wojnie mówił, że to cud, bo kilka razy groziło mu rozstrzelanie. W Ostrowie Wielkopolskim, gdzie pracował po wojnie, jest szkoła sióstr salezjanek im. Siostry Anzelmy Matuszczak. – A ja wylosowałam s. Kolumbę i sen spędza mi z powiek, co ona robiła przez te dziesięć lat między maturą a wstąpieniem do zakonu – wyznaje s. Maria Józefina.

    Opinia z Dykasterii ds. Kanonizacji głosi, że przy obecnym stanie prawa kanonicznego beatyfikowanie sakramentek jako męczennic jest niemożliwe, bo trzeba by było udowodnić, że Niemcy, którzy bombardowali klasztor i kościół, robili to z nienawiści do wiary. A dlaczego bombardowali kościół? – Bo tam byli ludzie, ognisko oporu.

    Z kolei ktoś wybił im z głowy „trzecią drogę”, nakreśloną niedawno przez papieża Franciszka w motu proprio „Maiorem hac dilectionem” (za dar życia czyli męczeństwo z miłości, dobrowolnego oddania życia), bo trzeba by było prowadzić procesy każdej siostry z osobna i udowodnić, że złożyły akt dobrowolnego ofiarowania, ale my poza świadectwem, sióstr, które przeżyły nie mamy nic. – Musiałybyśmy wybrać jedną, dwie siostry, nie mam do tego przekonania. Poradzono nam, żeby nie wchodzić na tę trzecią drogę, tylko trwać przy drodze męczeństwa – mówi m. Maria Blandyna. Męczeństwo jest prostszą drogą, bo nie jest potrzebny cud, a przez brak cudu ileś procesów stoi w miejscu. Jest potwierdzenie heroiczności cnót, a nie ma cudu.

    – Ksiądz dr Jacek Wiliński odpowiedzialny za Wydział Spraw Kanonizacyjnych Archidiecezji Warszawskiej nas zachęca, ks. prof. Tomasz Nawracała z Uniwersytetu Poznańskiego zachęca. Trzeba iść do przodu, choć nie ma wielu dowodów, wszystko spłonęło w popowstańczej pożodze.

    Po zebraniu materiałów trzeba znaleźć elokwentnego teologa, który napisałby uzasadnienie, ale musiałby być o tym głęboko przekonany. Dobre uzasadnienie teologiczne jest potrzebne. – My nie wątpimy w ich świętość.

    ***

    Instytut Benedyktynek Sakramentem od Nieustającej Adoracji powstał we Francji w XVII w. jako kontemplacyjna gałąź rodziny monastycznej św. Benedykta. Jego założycielką była m. Mechtylda od Najświętszego Sakramentu, w świecie Katarzyna de Bar (1614-1698). Charyzmatem Instytutu jest życie według Reguły św. Benedykta i szczególny kult Eucharystii w duchu wynagrodzenia. Zakonnice nieustannie adorują Najświętszy Sakrament, całą dobę. Zakonnice, poza tradycyjnymi ślubami czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, składają czwarty ślub, tzw. ślub żertwy. Jest to gotowość ofiarowania życia w ważnej sprawie Kościoła i świata, gdyby taka była wola Boga. Do Polski przybyły na zaproszenie królowej Marii Sobieskiej, która ufundowała klasztor jako wotum dziękczynne za wiktorię wiedeńską i sprowadziła pierwsze zakonnice z Francji.

    Kai/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 LIPCA 2019

    Powstanie Warszawskie. Z kroniki klasztornej sióstr benedyktynek sakramentek

    “Zwykle, gdy bombowce warczały nad nami, odmawiano wspólnie jakieś błagalne modlitwy, dziś przeciwnie – zapanowała wielka cisza, pełna powagi śmierci.

    Klasztor sióstr Benedyktynek od Nieustającej Adoracji w Warszawie to najstarsze w Polsce ognisko nieustającej, trwającej nieprzerwanie w dzień i w nocy adoracji. Została ona przerwana tylko jeden raz, gdy w czasie Powstania Warszawskiego kościół i klasztor zostały doszczętnie zburzone, grzebiąc w swych ruinach 35 mniszek i wielką liczbę ludności Starówki. 

    Zanim przeczytasz dalszą część artykułu o nieustraszonych siostrach sakramentkach, chcemy powiedzieć Ci, że chcą one uczcić 34 sióstr, które zginęły za Warszawę, Polskę i świat. Robią wystawę w 80. rocznicę ich śmierci. Możesz wspomóc to dzieło, dzięki czemu siostry zapewnią sobie i zakonowi niezbędne środki finansowe do utrzymania.

    Przebieg Powstania został zapisany na kartach kroniki klasztornej. Historia sakramentek oraz ich dobrowolnego aktu, przez który oddały swoje życie Bogu w ofierze, stała się znana – wiele o niej mówiono i pisano, wspomniał o niej także Jan Paweł II.

    Publikujemy fragmenty kroniki klasztornej z Powstania Warszawskiego, opisujące zaangażowanie sióstr w pomoc Powstańcom oraz ich ofiarę.

    Wtorek, 1 sierpnia 1944

    Wielki dzień dla Warszawy! O godzinie 5 po południu wybuchło powstanie! Serca nam mocno biją, oby się tylko udało! Zapał wielki! Na placu przed klasztorem wywieszono chorągwie narodowe. Powstańcy opanowali już parę punktów, w których bronili się Niemcy, kilku jeńców przeprowadzono wśród tryumfalnych okrzyków przez plac. Cała ludność – mężczyźni, kobiety i dzieci – biorą udział w budowaniu barykad. My zaś gorącą modlitwą wspomagamy naszych rodaków, bo przedsięwzięcie ogromne, ponad słabe siły naszych chłopców.

    Środa, 9 sierpnia 1944

    Musiałyśmy się już przenieść całkowicie do piwnic, bo coraz niebezpieczniej. Wiele już pocisków wpadło do naszego klasztoru, robiąc znaczne szkody. Najwięcej się martwimy naszą ukochaną Przewielebną Matką, dla której piwnica jest zabójcza, a jednak pozostawanie w celi grodzi prawdziwym niebezpieczeństwem. Na razie chroni się Matka Wielebna do depozytu lub na korytarzyk, gdzie stał katafalk. Zakonnice zaś usadowiły się w grobach* pod kościołem, gdzie też Matka Wielebna pozwoliła przytulić trochę inteligencji, która przedarła się z Woli. Tam już Niemcy prawie wszystko opanowali. Opowiadają o potwornych scenach wleczenia Polaków przed czołgami niemieckimi, podpalania domów od piwnic wraz z ich mieszkańcami itd., po prostu włosy stają na głowie. Wszyscy ci biedni uciekinierzy są na naszym utrzymaniu, za co są bardzo wdzięczni. Od początku powstania młodsze i dzielniejsze siostry pod wodzą nieustraszonej Matki Subprzeoryszy utrzymują na zmianę nocną straż nad klasztorem i całym dołem.

    Czwartek, 10 sierpnia 1944

    Wczoraj wieczorem część naszego klasztoru zajął szpital wojskowy, a mianowicie: rozmównice, korytarze, przedchórze i kapitularz; na czele stoi niejaki doktor Morwa, bardzo dzielny i gorliwy. Od rana dziś znoszą rannych biedaków, lecz robią tym tyle ruchu i hałasu, że cud będzie, jeśli Niemcy nas do szczętu nie zbombardują, bo na szpitale specjalnie zażarci.

    Aby utrzymać pomimo wszystko naszą klauzurę i regularne życie zakonne, koło kaplicy i koło katafalku zawiesiłyśmy zasłony z napisem: „Klauzura”. Tam już szpitalowi wchodzić nie wolno. Przy tej zasłonie pozostaje zawsze jedna z sióstr, by przyjmować polecenia, których wciąż jest bez liku. Właściwie cała nasza kuchnia, apteczka i siostry są do ich dyspozycji. Pomagamy, jak możemy i umiemy, a cały personel szpitalniany, zwłaszcza zaś chorzy, niezmiernie mile się do nas odnoszą, wyrażając swą radość, że się u nas znajdują.

    ***

    Ostrzał Warszawy z wyrzutni rakietowych, zwanych “szafami” (zdjęcie niemieckie, sierpień-wrzesień 1944) / benedyktynki-sakramentki.org

    ***

    Sobota, 12 sierpnia 1944

    Przeżyliśmy noc prawdziwie koszmarną. Niemcy widocznie odkryli u nas szpital i po południu puścili na nas tzw. „szafę” (są to jakieś straszne nowoczesne bomby rozsadzające i buchające płomieniem). Właśnie przybył nasz zacny spowiednik, O. Prowincjał, i korzystając ze względnego spokoju zaczął spowiadać siostry w zakrystii. Gdy od Pragi runęła ta „szafa”, przeleciała przez ogród jak lawina ognia paląc i niszczą wszystkie rośliny i drzewa i zatrzęsła posadami klasztoru. Podmuch powietrza był tak silny, że w zakrystii i innych miejscach powyrywało drzwi i okna. Zakonnice czekające na spowiedź poprzewracało, szarpiąc na nich welony i habity i obsypując gruzami. Dzięki Bogu nikt z nas nie zginął., ale wszyscy byli strasznie przerażeni i oszołomieni. […]

    Niedziela, 20 sierpnia 1944

    Klasztor powoli się dopala. Zdaje się, że piwnice będą uratowane. Całe mnóstwo ludzi bez mieszkania tłoczy się do nas bez ceremonii, zapełniając nasze piwnice i rekwirując, co się da. Na czele schronu postawiłyśmy kierownika szkoły, który się u nas umieścił z żoną i córką. Mężczyźni obiecali bronić od pożaru korytarze przy schronie, leży to w ich interesie.

    Straszna „szafa” po południu. Ksiądz Kanonik, który był właśnie na korytarzu, zasypany i poraniony.

    Sobota, 26 sierpnia 1944

    Pomimo wielkiego wyczerpania u Sióstr, wszystkie ćwiczenia jak: medytacja, adoracja, a przede wszystkim wspólne odmawianie chórowych pacierzy – są zachowywane i pilnie przestrzegane, zwłaszcza przez nieustraszoną Matkę Subprzeoryszę. Czasem głosy się trzęsą, zwłaszcza gdy bombowce warkoczą nisko nad naszymi głowami, albo pociski artyleryjskie wstrząsają murami, ale modlitwa chóralna ani na chwilę nie jest przerwana. Raz gdy naleciała „szafa” silnym podmuchem nas przewracając i gasząc wszystkie świece, powstało zamieszanie, lecz wnet odważniejsze siostry podjęły psalm na nowo i odmawiały go z pamięci, póki się nie uspokoiło i świece nie zostały zapalone. Jak pięknie byłoby dla benedyktynki od nieustającej adoracji umrzeć u stóp ołtarza odmawiając pacierze kanoniczne! Ale to najlepsze, co Bóg da!

    ***

    Ruiny kościoła Sakramentek, 1945 (fot. Danuta Smoszewska „Sawo”, MPW) / benedyktynki-sakramentki.org

    ***

    Czwartek, 31 sierpnia 1944

    Dzień dopełnienia się ofiary. Z rana część ludności z naszego schronu przeszła na stronę niemiecką. Odprowadziłyśmy ich za bramę, powstańcy dali parę salw, ale, zdaje się, nikogo nie trafili. U nas w ogrodzie i na gruzach stoją wciąż jeszcze powstańcy i strzelają. Na próżno siostry prosiły, by odeszli i nie narażali już więcej zakonnic i ludności cywilnej, kryjącej się w schronach. Gdy jedni dali się przekonać i odeszli, nadbiegli inni, twierdząc, że mają polecenie do końca bronić naszych murów i odejść nie mogą. Obręcz niemiecka zaciskała się coraz silniej, już i czołgi wjechały na Nowe Miasto i waliły w mury kościelne. A bombowce raz po raz zniżały się tuż nad nami, zrzucając swój ładunek coraz bliżej naszych murów.

    Po południu o trzeciej nieszpory, jak zwykle w czwartek, o Najśw. Sakramencie, potem kompleta, w czasie której nalot. Aeroplany krążą bez końca nad samym kościołem, nie zrzucając jednak bomb. Pomimo to mężnie mówimy kompletę: Sub umbra alarum tuarum protege nos [Pod cieniem skrzydeł Twoich osłoń nas], potem cudna oracja Visita nos [Nawiedź nas], błogosławieństwo i w końcu Salve Regina [Witaj, Królowo]. Z jakim uczuciem odmawiałyśmy tę przepiękną antyfonę, będącą chyba najlepszym przygotowaniem na godzinę śmierci!

    Warkot aeroplanów nieco przycichł, jakby się oddalił, z uczuciem pewnej ulgi, lecz zawsze w poważnym skupieniu, siostry otoczyły wieńcem tabernakulum i rozpoczęły adorację wynagradzającą.  Zwykle, gdy bombowce warczały nad nami, odmawiano wspólnie jakieś błagalne modlitwy, dziś przeciwnie – zapanowała wielka cisza, pełna powagi śmierci.

    Nagle straszny wstrząs, ciemność, krzyk ludzki i wołanie komendanta: Spokojnie, Państwo, to tylko filar!

    Pomylił się biedny komendant. Nie był to filar, ale całe sklepienie kościelne zapadło się z cichym poszumem, grzebiąc pod swymi gruzami nasze zakonnice i do tysiąca cywilnych osób.

    Jednocześnie, a raczej na małą chwilę przedtem, padły bomby na piwnice pod nowicjatem, które też bez hałasu zawaliły się, oprócz piwnicy refektarskiej i małej piwniczki kamiennej. W tej to piwniczce uratowały się S. Rafaela i S. Gerarda oraz 2 postulantki: S. Iza i S. Celina. Piwnica jednak była zbyt wysoka, by mogły się wydostać, więc za pomocą chustki, osadzonej na szczotce, dawały znać o sobie. Kierownik szkoły, szukający swej żony i córki, ujrzał szmatę i wyciągnął S. Rafaelę. Ona znów pomogła wydobyć się reszcie, spuszczając im wybite okno z kapitularza jako drabinę. Biedne siostry, jakiż żal je ogarnął, gdy ujrzały zawalony kościół. Jednak biegając wokół z płaczem zauważyły, że chór się nie zawalił, a tam przecież, w tej wnęce, leżała Matka Wielebna i chore siostry! Nadbiegli żołnierze polscy, lecz próżno błagała ich S. Rafaela, by spróbowali odrzucić gruzy. Siostro, tu już nikt żyć nie może, szkoda pracy! – i odeszli. Siostra jednak nie dała za wygraną, a ponieważ niemieckie czołgi waliły bezkońca, wraz z ludnością uratowaną z piwnicy refektarskiej przebiegła na stronę niemiecką. Tam ze łzami przedstawiła oficerowi niemieckiemu grozę położenia: schron zawalony, całe Zgromadzenie zasypane, a kopać nie można, bo czołgi niemieckie i pancerka walą bez ustanku. Niemiec się wzruszył i obiecał przez całą noc nie strzelać w tę stronę. Trzeba było jednak dać mu porękę, że siostry odgrzebane przejdą na stronę niemiecką. Jako poręczycielka została S. Gerarda z małą 6-letnią Marysią Widłówną. S. Rafaela zaś powróciła i szukała mężczyzn, aby się dokopać pod chór. Znalazło się kilku złodziejaszków, którzy za obietnicę sutego poczęstunku z winem podjęli się dokonać dzieła.

    Rzeczywiście, pod chórem uratowało się wprost cudownie 7 zakonnic: Przewielebna Matka Przełożona, M. Symplicja, S. Celestyna, S. Egidia, S. Placyda, S. Maura i S. Leonarda. Gdy bomby padły na kościół, jedna z nich padła też na chór zakonny, jednak nie wypaliła, tak że właśnie to  najsłabsze sklepienie ocalało. Gruzy jednak z kościoła, padając ukosem, wpadły i do wnęki, zasypując łóżko Matki Wielebnej i S. Celestynę, która stała obok łóżka. Przy pomocy sióstr pozostających w głębi, Matka Wielebna i S. Celestyna wydobyły się z gruzów, ale położenie było wprost tragiczne: jedyne wyjście z piwnicy do grobów zawalone, poza tym żadnych drzwi i okien… Przyłożywszy ucho do zawalonych gruzów słyszały przez chwilę pod kościołem bolesne jęki, potem zapanowała martwa cisza… Tylko czołgi rozwalały resztki murów kościelnych! Matka Wielebna wraz z pozostałymi przy życiu zakonnicami pogrążyła się w cichej modlitwie. Były przekonane, iż są skazane na śmierć albo od nowej bomby, albo przez powolne dogorywanie w tym żywym grobie. We wszystkim zdawały się na wolę Bożą, modląc się też gorąco za zmarłe przed chwilą zakonnice. S. Celestyna z S. Placydą próbowały odwalić nieco gruzy, by się przedostać pod kościół, ale przy usuwaniu gruzów jeszcze większe się waliły, całe olbrzymie odłamy marmuru ołtarzowego, zbyt ciężkie na ich ręce, tak, że musiały zaprzestać roboty.

    Dopiero około godz. 11 w nocy usłyszały chodzenie po chórze i uderzanie w podłogę siekierką. Aby dać znać o sobie siostry porwały jakiś drąg żelazny, uderzając nim w sklepienie. Praca na górze się wzmagała, niedługo tynk zaczął się sypać i odezwały się męskie głosy. Ucieszyli się, że udało im się odkopać zakonnice. Nadbiegła S. Rafaela i gdy tylko dziura była dostatecznie wielka, przesunęła się i spuściła na dół. Jakżeż bolesne było powitanie, tak mało pozostało nas przy życiu! A tamte zmarły tak tragiczną śmiercią! Ale czy naprawdę wszystkie już nie żyją?

    Tymczasem złodzieje, którzy nas odkopali, zapijali się węgrzynem po Ks. Kanoniku, którym trzeba było ich uraczyć. Namawiałyśmy ich, aby spróbowali odrzucić gruzy, zasłaniające otwór prowadzący pod kościół. Nie mieli ochoty, ale w końcu dali się zachęcić i zaczęli odwalać gruzy. Okazało się, że część podziemia kościelnego nie była zawalona – ta pod kaplicą. Serca nasze zabiły nadzieją, wszak tam właśnie było dużo sióstr naszych! Dwóch złodziei wraz z S. Celestyną spuściło się po gruzach pod kaplicę ze świecą. Co za przerażający widok uderzył ich oczy! Prawie na metr wysoko spiętrzone ciała ludzkie: mężczyzn, kobiet i dzieci – wszyscy nieżywi! Siostra starała się przede wszystkim rozpoznać swoje zakonnice; welony i habity były na nich poszarpane przez silny podmuch bomby. Niestety, żadna z nich nie żyła. Z kolei próbowano ratować i inne osoby. Okazało się, że 2 mężczyzn i 1 niewiasta jeszcze żyją. Z wielkim trudem wyciągnęliśmy ich z gruzów do piwnicy, a stamtąd wybitą dziurą, na sznurach, aż na chór. Jednak mimo ratunku nie odzyskali już przytomności i w parę godzin potem skonali.

    Tymczasem trzeba było się już zbierać, by opuścić piwnicę przed ranem. Na wpółprzytomne i oszołomione tym, co się stało, przygotowywałyśmy małe tłumoczki z bielizną. Po czym przy pomocy złodziei wywindowałyśmy się dziurą na górę. Na razie zatrzymałyśmy się w małej komórce przy opłatkarni, gdzie znalazło się jedyne krzesło dla Matki Wielebnej, a my posiadałyśmy na tłumoczkach, oczekując rana. Po chwili nadciągnęli Widłowie i Rudzińscy, którzy się uratowali w piwnicy refektarskiej. Przynieśli wiadomość, że w tej piwnicy leży jeszcze S. Henryka, wykopana z gruzów, żywa, ale z tak potłuczonymi nogami, że się ruszać nie może, i S. Alojza z przygniecioną gruzami nogą, której odkopać nie można. Natychmiast siostry zatroszczyły się, by przyjść z pomocą biedaczkom. Trzeba było uprosić ludzi, by szli do piwnicy, niebezpieczeństwo groziło tak od ogrodu, jak i od palącego się ostatniego skrzydła klasztornego. W końcu ludzie, rabujący opuszczoną przez nas piwnicę pod chórem, dali się uprosić i poszli siostrom na ratunek. Jeden wziął na ramiona S. Henrykę i tak ją wyniósł po drabince przez okienko w piwnicy i przyniósł ją nam pod furtę. Gorzej było z S. Alojzą, nie można jej było w żaden sposób wydobyć, bo zaraz nowe gruzy osypywały się na jej biedną nogę, gdzieś uwięzioną pod cegłami. Godziny z wolna płynęły, o brzasku miałyśmy opuścić nasz ukochany klasztor i wyruszyć na wygnanie.

    Oto imiona pozostałych przy życiu zakonnic, które miały odtąd tworzyć zgromadzenie sakramentek:

    Przewielebna Matka Przełożona Janina Byszewska, M. Symplicja, S. Celestyna, S. Egidia, S. Rafaela (profeska czasowa) i S. Iza (postulantka), a Siostry II chóru: S. Gerarda, S. Placyda, S. Maura, S. Leonarda, 3 czepeczki: S. Henryka, S. Celina i S. Genowefa. Razem 13.

    W w ów dzień pamiętny 31 sierpnia przeszły z adoracji ziemskiej u stóp tabernakulum do wiekuistej i najszczęśliwszej adoracji w niebie 34 siostry i 4 księży.

    Szczegółową relację z Powstania Warszawskiego zapisaną na kartach kroniki klasztornej można przeczytać na stronie internetowej Zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Sakramentek.


    Agata Puścikowska opisuje nieznane dotąd dramatyczne historie zakonnic, które brały udział w powstaniu warszawskim. Niektóre z sióstr były sanitariuszkami, inne wspierały powstańców, leczyły cywili i żołnierzy, przygarniały tysiące dzieci – sierot wojennych, organizowały modlitwy i duchowo wspierały złamanych ludzi. Do tej pory o zaangażowaniu warszawskich klasztorów niewiele się mówiło, tymczasem skala pomocy niesionej przez zakonnice skrwawionej Warszawie była ogromna i trudno ją przecenić. Książka zawiera portrety bohaterek, ale zarazem kobiet z krwi i kości.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31.07.2024 | Elżbieta Sobolewska-Farbotko (Radio BOBOLA)/fot. Benedyktynki Sakramentki w Warszawie/Radio BOBOLA/nuz. GGDuo & Piotr Kurstak – Jezusa Ukrytego LIVE

    Siostry 44: Ocalić pamięć

    Pod gruzami klasztoru na Rynku Nowego Miasta 2 w Warszawie 31 sierpnia 1944 r. zginęły 34 siostry Sakramentki. Do końca nie opuściły mieszkańców Warszawy, którzy chronili się w podziemiach kościoła i klasztoru. Pod hasłem „Siostry 44 Ocalić pamięć” zbierane są wspomnienia, pamiątki oraz informacje związane z tymi, które ofiarowały swoje życie, aby Polska była Chrystusowa. 

    W rozmowie z Radiem BOBOLA s. Maria Józefina prosi o wasze świadectwa:

    – Widzimy w tym wielkie Boże prowadzenie. Przeżyło 12 sióstr, dokładnie tyle, ile potrzeba żeby trwał klasztor, który podtrzymuje nieustającą adorację Najświętszego Sakramentu. Wśród starszych warszawiaków nie ma osób, które by nie słyszały o Sakramentkach, ale zbieramy też świadectwa o tym, jak ich ofiara oddziałuje na młode pokolenie.

    Świadectwa można przesłać mailem: siostry.1944@gmail.com; zadzwonić: 22 831 49 62; lub przyjść osobiście: rynek Nowego Miasta 2, 00-229 Warszawa, do godz. 16.30.

    POSŁUCHAJ ROZMOWY (47 min.) :

    Materiała audio możliwy do pobrania i użycia w innych mediach (prosimy o podanie źródła: Radio BOBOLA)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Sto lat temu Stefan Wyszyński przyjął święcenia kapłańskie

    Sto lat temu, 3 sierpnia 1924 roku, kleryk Stefan Wyszyński przyjął w katedrze we Włocławku święcenia kapłańskie. Po latach, już jako Prymas Polski, wspominał: „Gdy przyszedłem do katedry, stary zakrystian, pan Radomski, powiedział do mnie: «Proszę księdza, z takim zdrowiem to chyba raczej trzeba iść na cmentarz, a nie do święceń»”. W najbliższą niedzielę, 4 sierpnia, w katedrze włocławskiej sprawowana będzie uroczysta Msza św. z okazji rocznicy święceń kapłańskich błogosławionego Stefana Wyszyńskiego. Liturgii transmitowanej w TVP Polonia będzie przewodniczył biskup włocławski Krzysztof Wętkowski.

    Kard. Stefan Wyszyński z Obrazem Jasnogórskim/fot. Instytut Prymasowski

    Kard. Stefan Wyszyński z Obrazem Jasnogórskim

    ***

    Wydarzenie sprzed stu lat obrosło anegdotami, z których wyłaniają się dramatyczne okoliczności tych święceń. Przeszkód namnożyło się wiele. Grupie siedemnastu diakonów święceń kapłańskich miał udzielić bp Stanisław Zdzitowiecki w uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła 29 czerwca 1924 r. Jednakże z tego grona – dwóch zostało wcześniej wysłanych na studia w Lille, a diakon Stefan Wyszyński trafił do szpitala.

    Przeszkoda wieku

    Oprócz fatalnego zdrowia, przeszkodą do przyjęcia w tym dniu święceń był wiek ks. Stefana Wyszyńskiego. Według wówczas obowiązującego Kodeksu Prawa Kanonicznego kandydat do święceń kapłańskich musiał mieć ukończone dwadzieścia cztery lata życia. Stefan Wyszyński urodził się 3 sierpnia 1901 r. Stąd pomimo dyspensy biskupiej, która mogła skrócić wiek kanoniczny o jeden rok i tak nie spełniało to wymogów prawa. Ostatecznie święcenia przyjął w dniu swoich dwudziestych trzecich urodzin, co i tak stanowiło uchybienie, gdyż według przepisów prawa wiek kończy się dopiero z upływem rocznicy dnia urodzenia.

    Rekolekcje przed święceniami

    Ks. Stefan Wyszyński przygotowywał się do przyjęcia święceń poprzez odprawienie rekolekcji, które rozpoczął wspólnie z kolegami ze swego rocznika, lecz musiał je przerwać i dokończyć samodzielnie w szpitalu. Sam wspominał: „Moi koledzy 29 czerwca poszli na święcenia, a ja do szpitala. Tam ledwo uszedłem śmierci” (Warszawa, 3 sierpnia 1965 r.). Podobnie jak św. Maksymilian Maria Kolbe, spisał wówczas swój regulamin życia, który później nosił w brewiarzu:

    Mów mało – żyj bez hałasu – cisza.

    Czyń wiele, lecz bez gorączki, spokojnie.

    Pracuj systematycznie.

    Unikaj marzycielstwa – nie myśl o przyszłości, to rzecz Boga.

    Nie trać czasu, gdyż on do ciebie nie należy; życie jest celowe, a więc i każda w nim chwila.

    We wszystkim wzbudzaj dobre intencje.

    Módl się często wśród pracy – sine me nihil potestis facere (beze Mnie nic nie możecie uczynić J 15,5).

    Szanuj każdego, gdyż jesteś odeń gorszy: „Bóg pysznym się sprzeciwia” (por. Jk 4,6).

    Omni custodia serva cor tuum, quia ex ipso vita procedit („Z całą pilnością strzeż swego serca, bo życie ma tam swoje źródło” Prz 4,23).

    Misericordias Dei in aeternum cantabo (Miłosierdzie Boże na wieki wyśpiewywał będę” Ps 89,2).

    Święcenia kapłańskie zostały wstrzymane, gdyż Stefan Wyszyński w tym czasie trafił do szpitala. Ponownie więc rozważano jego dalsze losy, łącznie z wydaleniem z seminarium.

    Złe rozeznanie choroby

    Z perspektywy pół wieku Prymas Tysiąclecia wspominał o kulisach ówczesnego pobytu w szpitalu: „Na skutek rozeznania dr. Piaseckiego, lekarza zakładowego, zostałem skazany «na paratyfus». Trzymano mnie miesiąc na ostrej diecie. Doszedłem do zaniku sił, nie mogłem się ruszać (…) Przypadek sprawił, że przyszedł dr N. w zastępstwie ordynatora. Rozeznał, że nie ma tu paratyfusu, tylko zajęte szczyty płuc. Trzeba by stąd pospiesznie wyjść, ale może już jest zaciągnięty tyfus w otoczeniu…”.

    Według innych relacji wspomnianym zastępcą ordynatora miał być lekarz żydowskiego pochodzenia, który rozpoznał chorobę i podjął właściwe leczenie, czym ocalił życie Stefana Wyszyńskiego: „Co ksiądz tu robi – miał zapytać diakona Wyszyńskiego badający go lekarz, Żyd. Ksiądz nie ma tyfusu, tylko ostre zapalenie płuc. Ja księdza wyleczę. Jeszcze ksiądz biskupem zostanie”.

    Siostra szarytka

    Do ocalenia ks. Stefana Wyszyńskiego walnie miała przyczynić się siostra zakonna. Sam prymas wspominał: „Ratowała mnie siostra Benigna, osłaniała przed ludźmi, którzy tu umierali dość często. Wynoszono ich do sali, przez którą przechodziłem do łazienki. Siostra Benigna była jedyną osobą, która się o mnie troszczyła. Z seminarium nikt nie przyszedł, z kolegów, zajętych prymicjami, też nikt”. Tą siostrą była Józefa Seipp (Sejpp) ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, zwanych potocznie szarytkami.

    Bp Stanisław Zdzitowiecki

    Ostateczną decyzję odnośnie losów ks. Stefana Wyszyńskiego musiał podjąć biskup włocławski Stanisław Zdzitowiecki. I tu ponownie z pomocą przyszła siostra Benigna. Spore światło na okoliczności dopuszczenia do święceń ks. Stefana Wyszyńskiego rzucił arcybiskup Bronisław Dąbrowski. Urodził się on w Grodźcu, w diecezji włocławskiej, znał środowisko włocławskie i był jednym z najbliższych współpracowników Prymasa Tysiąclecia, stąd jego relacja wydaje się bardzo wiarygodna. Według niego: „Siostra tak przejęła się tym bólem chorego, że kiedy robiła zastrzyk biskupowi Zdzitowieckiemu – ordynariuszowi diecezji włocławskiej, wtedy zapytała: «Dlaczego diakon Wyszyński nie może być kapłanem?». Ksiądz Biskup na to odpowiedział: «Trupa się nie święci». Wówczas siostra zaindagowała: «Co wczoraj ksiądz biskup mówił w czasie święceń? Mówił ksiądz biskup, że Msza Święta ma tak wielką wartość, iż warto wyświęcić człowieka dla odprawienia tylko jednej Mszy Świętej». Ksiądz Biskup zastanowił się…”.

    Ta rozmowa z siostrą zakonną wpłynęła na decyzję o udzieleniu święceń kapłańskich Stefanowi Wyszyńskiemu. Zważywszy na odwołanie się do słów z dnia święceń, decyzję o wyświęceniu Stefana Wyszyńskiego biskup podjął 30 czerwca 1924 r.

    Czy może przekonała biskupa strzykawka w dłoni siostry? Niekoniecznie. Już wcześniej bp Stanisław Zdzitowiecki uratował kleryka Stefana przed dyscyplinarnym wyrzuceniem z Seminarium Duchownego we Włocławku. Miało to miejsce, gdy klerycy niesieni młodzieńczą rozrywką na korytarzu „rozgrzewali się”. W tę gromadę wszedł ks. prof. Borowski. Klerycy też go „rozgrzali”. Po skończonej przepychance ks. Borowski wpadł do pokoju profesorskiego i wołał: „Łapać łobuzów”. Wszyscy uciekli. Zostało tylko siedmiu alumnów na korytarzu. Wśród nich był kleryk Wyszyński.

    Następnego dnia księża profesorowie udali się do biskupa Stanisława Zdzitowieckiego, sugerując konieczność usunięcia tej grupy kleryków z seminarium. Gdy biskup spostrzegł na sporządzonej liście swego ceremoniarza zapytał: „Tego też?” i podsumował: „To wobec tego żaden” i wówczas nie usunięto z listy kleryków również Stefana Wyszyńskiego.

    Bp Stanisław Zdzitowiecki był człowiekiem o wielkim, ojcowskim sercu. Sam Prymas Tysiąclecia wspominał: „Gdy nieraz badam swoje sumienie, nie przypominam sobie ani jednej myśli, ani jednego słowa, które byłoby skierowane, chociażby najbardziej wewnętrznie, przeciwko memu biskupowi czy moim zwierzchnikom. Tego mnie nauczył sędziwy biskup Zdzitowiecki, który był mężem Bożym, mężem Kościoła Chrystusowego” (Jasna Góra, 24 sierpnia 1961 r.). Nie było tu jednak czasu na długie indywidualne rozstrzyganie za i przeciw udzielenia święceń schorowanemu diakonowi, którego stan nie rodził nadziei na daleką przyszłość.

    Święcenia kapłańskie w kaplicy Matki Bożej

    „Wszystko to zaczęło się tutaj, a miało skończyć gdzie indziej… w szpitalu. Jednakże nie skończyło się. Od tamtej chwili czuję, że ciągnę nie swoimi siłami, tylko mocami Bożymi” – powiedział prymas Wyszyński we Włocławku wspominając początek kapłaństwa.

    W kaplicy jego święceń kapłańskich znajduje się w ołtarzu obraz Matki Bożej. Jest to kopia wizerunku Matki Bożej Śnieżnej, którego oryginał znajduje się w Bazylice Matki Bożej Większej w Rzymie. Obraz nosi wymowną nazwę Salus Populi Romani. „Salus” można z łaciny przetłumaczyć jako ocalenie, zbawienie, zdrowie i to zdrowie było darem Matki Bożej dla kapłana, który po latach wspominał: „Gdy miano mi udzielić święceń, zastanawiano się, gdzie one mają być: w prezbiterium katedry czy w kaplicy prywatnej biskupa? Zdecydowano, że w kaplicy Matki Bożej w katedrze włocławskiej. Byłem wdzięczny ludziom, którzy podjęli tę decyzję, za taki właśnie wybór. To mi dodawało otuchy. Skoro wyświęcono mnie na oczach Matki, która patrzyła na Mękę swojego Syna na Kalwarii, to już Ona zatroszczy się, aby reszta zgodna była z planem Bożym” (Włocławek, 18 września 1974 r.).

    „Tak się wszystko układało, że tylko miłosierne oczy Matki Najświętszej patrzyły na ten dziwny obrzęd, który miał wówczas miejsce. Byłem tak słaby, że wygodniej było mi leżeć krzyżem na ziemi, niż stać” (Stryszawa, 1 sierpnia 1965 r.).

    Gdy 18 września 1974 r. prymas celebrował Mszę św. w katedrze włocławskiej, otrzymał jako dar od biskupa Jana Zaręby i diecezji włocławskiej kopię obrazu Matki Bożej z kaplicy katedry włocławskiej, w której otrzymał święcenia kapłańskie.

    Świadkowie

    Jak schorowanym był wówczas Stefan Wyszyński świadczą słowa zakrystiana, o czym wspominał sam prymas: „Gdy przyszedłem do katedry, stary zakrystian, pan Radomski, powiedział do mnie: «Proszę księdza, z takim zdrowiem to chyba raczej trzeba iść na cmentarz, a nie do święceń»” (Stryszawa, 1 sierpnia 1965 r.).

    Prymas Tysiąclecia wspominał: „Byłem święcony przez chorego, ledwo trzymającego się na nogach bp. Wojciecha Owczarka. Ale i ja czułem się niewiele lepiej. Podczas Litanii do Wszystkich Świętych, spoczywając na posadzce, lękałem się chwili, gdy trzeba będzie wstać. Czy zdołam utrzymać się na nogach? Taki był stan mojego zdrowia” (Włocławek, 18 września 1974 r.).

    Uroczystość święceń miała skromny, wręcz kameralny charakter. W kaplicy była zaledwie garstka osób. Sam prymas mógł wyliczyć świadków na palcach jednej ręki: „Zachowuję we wdzięcznej pamięci bp. Owczarka, który wziął na siebie odpowiedzialność za mnie. Pamiętam również ks. Stefana Petrykowskiego, notariusza Kurii Włocławskiej, który był podczas moich święceń współcelebransem i miał za zadanie wspierać biskupa i mnie. Wspominam z wdzięcznością jedynego kolegę, który był obecny w czasie moich święceń – ks. Józefa Dunaja i siostrę moją, która wówczas mi towarzyszyła. Pamiętam także o czcigodnym zakrystianie, panu Radomskim.

    Ks. Stefan Wyszyński na obrazku prymicyjnym umieścił jako motto słowa z Drugiej Księgi Samuela w przekładzie zaczerpniętym z Wulgaty: „Cóżem ja jest, Panie Boże, i co za dom mój, iżeś mię przywiódł aż dotąd?” (2 Sm 7,18). Poniżej słowa Psalmu: „Cóż oddam Panu za wszystko dobre, które mi wyświadczył?” (Ps 116,12). Umieścił na obrazku również modlitwę za kapłana: „Wszechmogący i miłosierny Boże, któryś przez nieskończoną łaskę swoją raczył powołać do sprawowania Przenajświętszej Ofiary sługę Twego STEFANA, wysłuchaj próśb naszych i spraw, aby łaską Twoją świętą wspomagany coraz więcej stawał się godnym powołania swego i aby błogosławieństwo Twoje uświęcało słowa jego i prace. Przez Pana Naszego Jezusa Chrystusa. Amen. Jezu cichy i pokornego Serca, uczyń serce moje, według Serca Twego”.

    Znalazła się tam też informacja, iż Mszę św. prymicyjną miał odprawić 6 lipca 1924 r. we Wrociszewie. Jednakże ze względu na chorobę i przesunięcie terminu święceń kapłańskich na 3 sierpnia, ks. Stefan Wyszyński odprawił Mszę św. prymicyjną 5 sierpnia na Jasnej Górze, co też własnoręcznie poprawiał na wielu obrazkach. Tego dnia przypadało w liturgii wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Śnieżnej. Tytuł ten nosi wspomniany obraz, przed którym został wyświęcony. Dzień ten był więc dalszym promieniem łask, które Maryja wyjednała dla przyszłego Prymasa Polski.

    Natomiast we Wrociszewie, gdzie mieszkał jego ojciec, celebrował prymicje 6 sierpnia 1924 r. Po latach mógł podsumować: „Jestem kapłanem, który wyrósł pod skrzydłami Świętej Matki – Kościoła włocławskiego, który swego ducha wypielęgnował w Katedrze Włocławskiej, który wziął wychowanie kapłańskie od doświadczonych profesorów i wychowawców tego sławetnego seminarium”.

    ***

    Stefan Wyszyński urodził się w 3 sierpnia 1901 r. w miejscowości Zuzela nad Bugiem. Po ukończeniu gimnazjum w Warszawie i Łomży wstąpił do Seminarium Duchownego we Włocławku, gdzie 3 sierpnia 1924 roku został wyświęcony na kapłana. Po czterech latach studiów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim na Wydziale Prawa Kanonicznego i Nauk Społecznych uzyskał stopień doktora. Podczas II wojny światowej jako znany profesor był poszukiwany przez Niemców. Ukrywał się m.in. we Wrociszewie i w założonym przez matkę Elżbietę Czacką zakładzie dla ociemniałych w Laskach pod Warszawą. W okresie Powstania Warszawskiego ks. Wyszyński pełnił obowiązki kapelana grupy „Kampinos” AK. 25 marca 1946 Pius XII mianował go biskupem lubelskim (sakrę nominat przyjął 12 maja tegoż roku), a 22 października 1948 powołał go na arcybiskupa Gniezna i Warszawy oraz Prymasa Polski. Na konsystorzu 12 maja 1953 papież włączył go w skład Kolegium Kardynalskiego, ale ówczesne władze nie zezwoliły nowemu purpuratowi na wyjazd do Rzymu po odbiór insygniów kardynalskich. Przyjął je z rąk Piusa XII dopiero 18 maja 1957. W coraz bardziej narastającej konfrontacji z reżimem komunistycznym, Prymas Wyszyński podjął decyzję zawarcia „Porozumienia”, które 14 lutego 1950 podpisali przedstawiciele Episkopatu i władz państwowych. Mimo to, sytuacja coraz bardziej się zaostrzała i 25 września 1953 prymas został aresztowany i internowany. Przebywał kolejno w Rywałdzie Królewskim koło Grudziądza, w Stoczku Warmińskim, w Prudniku koło Opola i w Komańczy w Bieszczadach. W ostatnim miejscu internowania napisał tekst odnowionych Ślubów Narodu, wygłoszonych następnie na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 jako Jasnogórskie Śluby Narodu. 26 października 1956 ks. prymas wrócił do Warszawy z internowania. W latach 1957-65 prowadził Wielką Nowennę przed Jubileuszem Tysiąclecia Chrztu Polski. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych czynnie uczestniczył w pracach Soboru Watykańskiego II. W okresie rodzącej się „Solidarności” pozostawał ośrodkiem równowagi i spokoju społecznego.

    Zmarł 28 maja 1981 r. w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Na pogrzeb kardynała w Warszawie 31 maja przybyły dziesiątki tysięcy ludzi.

    Stefan Wyszyński został beatyfikowany 12 września 2021 roku w Warszawie.

    ks. Mariusz Budkiewicz/Tygodnik Niedziela/Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kiedy nad Paryżem zapanowała ciemność, jedno miejsce pozostało oświetlone – bazylika Sacré-Cœur

    W sobotę duża część Paryża pogrążyła się w ciemności. Dzień wcześniej odbyła się bluźniercza inauguracja Igrzysk Olimpijskich. Kiedy dzień później zgasły światła, jedno miejsce pozostało oświetlone: bazylika Sacré-Cœur na Montmartre.

    ***

    Bazylika Najświętszego Serca – Basilique du Sacré-Cœur/Adobe.Stock

    Bazylika Najświętszego Serca (Basilique du Sacré-Cœur)

    ***

    „FRANCUSKA STOLICA W CIEMNOŚCI” – ks. Sławomir Kostrzewa

    Dzisiejszej sobotniej nocy, 27 lipca 2024 roku, w całej stolicy Francji doszło do awarii prądu, podczas gdy Paryż 🇫🇷 pozostawał w ciemnościach, tylko Bazylika Najświętszego Serca pozostała oświetlająca miasto. BÓG DALEJ MÓWI, I MA SWOJE SPOSOBY, NA TO CO SIĘ DZIEJE.

    KOŚCIÓŁ ZAWSZE PROWADZI DO ŚWIATŁOŚCI, NIESIE ŚWIATŁO CHRYSTUSA W ŚRODKU CIEMNOŚCI”.

    MODLIMY SIĘ:

    „Panie Jezu, Ty, który przybyłeś, aby oświecić świat, poświęcamy Ci nasze życie i nasze społeczeństwo, ogłaszamy Cię Królem i Panem Niebios i ziemi. Oczyść serca ludzi, rozpal je miłością i dobroczynnością. Niech rośnie w nas pragnienie świętości. Przez Niepokalane Serce Maryi oddajemy się w całości Twojemu Najświętszemu Sercu, aby Cię kochać i służyć i błagać o litość dla całej ludzkości. Amen. ”

    ___________________________________________________________________________________________

    Paris goes dark day after ‘debauched’ Olympics opening ceremony mocks Last Supper

    Sacré-Cœur Basilica remained lit amid the darkness

    By Jon Brown, Christian Post Reporter Monday, July 29, 2024

    ***
    Parts of Paris, France, were struck with a blackout over the weekend, just 24 hours after the Olympics drew global backlash for its opening ceremony that detractors claimed mocked Christianity and the Last Supper with drag queens.

    Approximately 85,000 Parisians in four districts were affected by the blackout that lasted for about 10 minutes at 11:40 p.m. on Saturday night, which the electricity supplier Enedis chalked up to “a technical anomaly,” according to Le Parisien.

    Footage of the blackout went viral on social media, with many users also pointing out the striking image of the Basilique du Sacré-Cœur de Montmartre (Basilica of the Sacred Heart of Montmartre) remaining brightly lit amid the darkness.

    ***

    Awaria dotknęła ok. 85 tysięcy odbiorców. Objęła dzielnice, w których znajduje się Luwr, opera, łuk triumfalny, kabaret Moulin Rouge oraz wzgórze Montmartre.

    Sama bazylika na wzgórzu pozostała jednak podświetlona. W internecie pojawiły się zdjęcia, które pokazują jedyny jasny punkt w morzu ciemności – bazylikę Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    Budowa bazyliki ma swoje źródło w wojnie francusko-pruskiej, która nie objęła Paryża; z wdzięczności postanowiono wybudować kościół. Budowa ruszyła w 1876 roku. Poświęcenie bazyliki Najświętszemu Sercu Pana Jezusa miało być zarazem aktem wynagrodzenia za grzechy rewolucji.

    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Każdy czyn człowieka podyktowany pychą zrodzi zło i obróci się przeciw niemu. Każde działanie ludzkości przez pychę i pogardę wobec Mądrości i Miłości Boga gotuje jej zagładę. Na miarę posiadanej pychy świat dąży do samozniszczenia, albowiem Dobro i Życie jest tylko w Bogu. Poza Bogiem jest tylko śmierć i cierpienia.” (słowa zapisane przez Alicję Lenczewską w sobotę 29 stycznia 1994 roku).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Światowy różaniec wynagradzający za bluźniercze otwarcie igrzysk

    Samplefot. Gerardo Juarez Martinez / Cathopic

    ***

    Francuscy katolicy apelują o publiczne odmówienie na całym świecie różańca jako wynagrodzenie Bogu za bluźnierczą wobec Jezusa Chrystusa scenę Ostatniej Wieczerzy w czasie ceremonii otwarcia Letnich Igrzysk Olimpijskich w Paryżu. Proszą, by zrobić to 2 sierpnia o godzinie 16.00 na ulicy, przed krucyfiksem, kapliczką itp.

    Z kolei w najbliższą niedzielę 4 sierpnia przed paryską katedrą Notre Dame odbędzie się spotkanie międzyreligijne. Jego celem jest wyrażenie „pragnienia pokoju” przez przedstawicieli pięciu religii obecnych w wieloreligijnym centrum w wiosce olimpijskiej. Temat spotkania brzmi: „W jaki sposób sport łączy się z tym, co najlepsze w naszym człowieczeństwie?”. Każdy, według własnej tradycji religijnej, będzie modlił się o pokój i braterstwo.

    Niektóre francuskie diecezje włączają się w tę akcję organizując modlitwę różańcową w konkretnej świątyni. Tak będzie na przykład w diecezji Aire-et-Dax, w Akwitanii, gdzie na miejsce modlitwy wynagradzającej wyznaczono kościół w Linxe.

    Choć organizatorzy otwarcia igrzysk tłumaczyli, że ich intencją było przedstawienie „Uczty bogów” Jana van Biljerta, to jednak niektórzy jej uczestnicy ujawnili prawdziwą intencję sparodiowania „Ostatniej Wieczerzy” Leonarda da Vinci. Barbara Butch, która w inscenizacji zajmowała miejsce Jezusa, w mediach społecznościowych nazwała to przedstawienie „gejowskim Nowym Testamentem”, podaje portal Tribune Chrétienne.

    02 sierpnia 2024/tribunechretienne.com, pb/Paryż/mp/Vatican News/Kai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Inauguracja IO. Kard. Burke: To teatr szatana

    „Dokonanie tego aktu pokazuje w niezwykle bolesny sposób, że to, co było kiedyś chrześcijańską kulturą, stało się teatrem szatana i ludzi uczestniczących w jego przesiąkniętych złem planach” – stwierdził kard. Raymond Burke, odnosząc się do ceremonii otwarcia IO.

    Nie milkną echa skandalicznej ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Paryżu, w czasie której najpierw uczczono Rewolucję Francuską, a później kpiono z chrześcijaństwa. Bluźnierczą scenę, którą jej główna bohaterka określiła jako „Nowy Gejowski Testament”, skomentował kard. Raymond Burke, wygłaszając 31 lipca homilię z okazji 16. rocznicy poświęcenia Sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe w La Crosse w stanie Wisconsin w USA. Polskie tłumaczenie rozważań hierarchy opublikował portal PCh24.pl.

    – „W miniony piątek byliśmy świadkami niewiarygodnej manifestacji ciemności i grzechu w naszym świecie: na otwarciu letnich Igrzysk Olimpijskich w Paryżu doszło do okropnego wyszydzenia Świętej Eucharystii. Trudno wyobrazić sobie coś bardziej nikczemnego i bluźnierczego”

    – mówił duchowny.

    Purpurat zwrócił uwagę, iż „dokonanie tego aktu pokazuje w niezwykle bolesny sposób, że to, co było kiedyś chrześcijańską kulturą, stało się teatrem szatana i ludzi uczestniczących w jego przesiąkniętych złem planach”.

    – „Zgorszenie i złość na to, co stało się na letniej Olimpiadzie, wzbudza w nas na powrót pamięć o wielu innych przejawach jawnej rebelii przeciwko Bogu i Jego planom zbawienia w świecie, w którym żyjemy. To ataki na ludzkie życie i jego kolebkę wewnątrz rodziny stworzonej przez małżeństwo mężczyzny i kobiety, ataki na samą religię i swobodę jej praktykowania”

    – zauważył kard. Burke.

    Podkreślił, że towarzyszy temu „celowe rozpowszechnianie błędów i niejasności odnośnie prawd naszej wiary” w samym Kościele. Dlatego hierarcha zachęcił do modlitwy o dary Ducha Świętego.

    kak/PCh24.pl, Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Marcin Ob ara/PAP

    ***

    Katolik wobec znieważania Boga

    Czy Boga można obrazić? Czym jest bluźnierstwo i jak zachować się w obliczu drwin z tego, co święte?

    Ceremonia otwarcia igrzysk olimpijskich w Paryżu wywołała skandal o międzynarodowej skali. Scena zatytułowana „Festivite”, z udziałem m.in. drag queens, została powszechnie odczytana jako parodia „Ostatniej wieczerzy”. Nie tylko katolicy, ale także przedstawiciele innych religii wyrazili oburzenie wywołane brakiem szacunku dla chrześcijan. Niewielu dało wiarę tłumaczeniom organizatorów i autorów przedstawienia, którzy twierdzili, że mieli na myśli „święto pogańskie z bogami Olimpu”. W komentarzach często pojawiał się zarzut bluźnierstwa, świętokradztwa, profanacji czy obrazy uczuć religijnych.

    Niezależnie od rzeczywistych intencji towarzyszących organizatorom paryskiego wydarzenia faktem pozostaje, że naruszanie wrażliwości religijnej wyznawców Chrystusa należy w pewnych środowiskach nieomal do dobrego tonu i stanowi element ich strategii promocyjnej. Kpiny ze świętości, parodiowanie elementów kultu, zakłócanie zgromadzeń modlitewnych, choć na ogół zakazane prawem, często uchodzą sprawcom na sucho. Bo, jak twierdzą, darcie i deptanie Biblii miało miejsce podczas koncertu i było wyrazem ekspresji artystycznej. Bo manifestanci proaborcyjni przerywający Mszę nie robili tego złośliwie i działali w ważnej społecznie sprawie. Bo krzyż zanurzony w moczu to sztuka, bo parodia Bożego Ciała z podobizną waginy niesionej na kiju to wolność wypowiedzi, bo tęczowa aureola na wizerunku Czarnej Madonny wyraża szacunek dla odmienności…

    Jesteśmy świadkami przesuwania kolejnych granic wytrzymałości chrześcijan. Podkreślmy – chrześcijan, bo zasadniczo nie praktykuje się naruszania wrażliwości przedstawicieli innych religii, zwłaszcza islamu, ponieważ ci na znieważanie swoich świętości reagują zgoła inaczej niż wyznawcy Chrystusa. Wątpliwe, żeby muzułmanie przyjęli za dobrą monetę tłumaczenie, „co autor miał na myśli”, gdy produkował coś, co wygląda na kpiny z tego, co dla nich ważne. Tu „sztuka” i „swoboda ekspresji” mogłyby „artystów” słono kosztować.

    To nam potrzebne

    Co z tego wynika? Na pewno nie postulat, żeby chrześcijanie wzorem innych odpowiadali przemocą na przemoc i agresją na agresję. Być może posługując się takimi środkami, zastraszyliby potencjalnych profanatorów, ale zaprzeczyliby istocie Ewangelii, która zakazuje sprzeciwiania się złu przy użyciu jego metod.

    Jasno trzeba jednak powiedzieć, że wszelkie akty bluźnierstwa i profanacji są obiektywnym złem. Chrześcijanin powinien mieć świadomość, że akty bluźnierstwa i profanacji nie tylko dotykają sfery społecznej, lecz także niosą ze sobą skutki duchowe.

    „Bluźnierstwo sprzeciwia się bezpośrednio drugiemu przykazaniu. Polega ono na wypowiadaniu przeciw Bogu – wewnętrznie lub zewnętrznie – słów nienawiści, wyrzutów, wyzwań, na mówieniu źle o Bogu, na braku szacunku względem Niego w słowach, na nadużywaniu imienia Bożego” – mówi Katechizm Kościoła Katolickiego (2148). Dalej czytamy, że bluźnierstwo „sprzeciwia się szacunkowi należnemu Bogu i Jego świętemu imieniu”. I że z natury jest grzechem ciężkim.

    Ale właściwie dlaczego? Czy człowiek bluźniący lub profanujący świętości może Bogu zaszkodzić? Czy stworzenie może w jakikolwiek sposób umniejszyć świętość i naruszyć majestat Wszechmogącego Stwórcy? – Nasz kult niczego Bogu nie dodaje, a jego brak niczego Mu nie ujmuje. Oddawanie czci Bogu jest więc nie tyle potrzebne Bogu, ile nam. Dlaczego? Bo to jest sprawa naszego zbawienia – odpowiada michalita ks. dr Ryszard Andrzejewski, specjalista z zakresu teologii moralnej. Podkreśla, że w relacji człowieka stworzonego na obraz Boży jedyną właściwą wobec Boga postawą są cześć i miłość. W nich wyraża się prawdziwa wiara w Stwórcę prowadząca do zbawienia – mówi o tym już pierwsze przykazanie Dekalogu. Wiara zaś najczytelniej wyraża się w kulcie, czyli w oddawaniu czci Bogu. – Mnie jako księdza z 40-letnim stażem od lat przejmują w tym względzie dwa zdania z Pisma Świętego: „Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu” (Hbr 11,6) i „Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, już został potępiony” (Mk 16,16) – wyjaśnia duchowny. Wskazuje, że teologia moralna wylicza wiele deformacji – czyli grzechów – w zakresie kultu, jaki człowiek powinien oddawać Bogu. Główne to: desakralizacja, świętokradztwo, zabobon, bałwochwalstwo, bluźnierstwo.

    Wrogie Bogu nastawienie

    – Bodaj najcięższym grzechem w tej materii jest bluźnierstwo. Jest ono z reguły traktowane jako wykroczenie przeciw religijności lub, według większości moralistów ze św. Tomaszem z Akwinu na czele, jako wykroczenie przeciw wierze. Święty Hieronim stwierdził wręcz, że „każdy grzech w porównaniu z bluźnierstwem jest lżejszy”. Definiuje się je jako urąganie, lżenie, szydzenie, które jest skierowane przeciw Bogu bądź przeciw stworzeniom, rzeczom, ale ze względu na Boga. Może się ono wyrażać nie tylko w słowach, ale również w myślach lub czynie – zauważa kapłan. Podkreśla, że w Starym Testamencie bluźnierstwem były również pewne formy przekleństw, także występki prowokujące bliźnich do zniewagi Boga bądź Jego imienia. Takimi występkami były również wątpliwości co do zbawczej opieki i interwencji Bożej oraz złamanie Przymierza.

    W Nowym Testamencie bluźnierstwem nazywano wszelkie słowa i czyny ubliżające Bogu, jego imieniu, słowu, prawu, aniołom, świętym, czy też przedmiotom poświęconym kultowi Bożemu. – Z punktu widzenia teologii moralnej za źródło bluźnierstwa uważa się wrogie Bogu nastawienie woli ludzkiej, które może wypływać np. z rozgoryczenia, pychy, lub chęci samousprawiedliwienia własnych grzechów – zaznacza duchowny.

    Czy jednak można mówić o bluźnierstwie w wykonaniu osób niewierzących lub przedstawicieli innych religii, gdy obrażają „Boga katolików”? – Owszem. Wynika to z rozumności, która „sama z siebie” rozróżnia dobro od zła, a poza tym z sumienia, które jest wpisane przez Stwórcę w serce każdego człowieka – tłumaczy ks. Ryszard Andrzejewski. Zaznacza, że o tym właśnie pisał św. Paweł w Liście do Rzymian: „Gniew Boży ujawnia się z nieba na wszelką bezbożność i nieprawość tych ludzi, którzy przez nieprawość nakładają prawdzie pęta. To bowiem, co o Bogu można poznać, jawne jest wśród nich, gdyż Bóg im to ujawnił. Albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty – wiekuista Jego potęga oraz bóstwo – stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła, tak że nie mogą się wymówić od winy. Ponieważ, choć Boga poznali, nie oddali Mu czci jako Bogu ani Mu nie dziękowali, lecz znikczemnieli w swoich myślach i zaćmione zostało bezrozumne ich serce” (1,18-21).

    Bierność wykluczona

    Jak w takim razie w obliczu bluźnierstwa mają się zachowywać chrześcijanie? Co mają robić, gdy ktoś chce ich obrazić, naruszyć ich świętości? Czy w takich sytuacjach miałoby zastosowanie „nadstawienie drugiego policzka”, rozumiane jako brak reakcji albo wręcz ułatwienie kolejnych bluźnierczych czynów? – Nie! Katolik ma obowiązek stanąć w obronie Boga i Jego czci. Taka postawa wynika przynajmniej z trzech racji. Po pierwsze z powodu przynależności, na mocy chrztu, do wspólnotowego kapłaństwa. Notabene dokumenty Soboru Watykańskiego II, zwłaszcza Konstytucja dogmatyczna o Kościele, w języku oryginalnym Kościoła używają terminu sacerdotium commune (wspólnotowe), a nie universale (powszechne). Doprawdy nie wiem, dlaczego w języku polskim przyjęło się używanie terminu „kapłaństwo powszechne” ochrzczonych. „Wspólnotowość” wzywa do większej odpowiedzialności aniżeli „powszechność”. Po drugie aktywna obrona wiary i czci Boga wynika wprost z sakramentu bierzmowania, który z definicji każe nam Boga nie tylko wyznawać, ale także czcić Go i bronić, gdy zajdzie potrzeba. Po trzecie jest to pierwszy z uczynków miłosierdzia co do duszy: „Grzeszących upominać” – tłumaczy teolog.

    A zatem – miłość. Wszelkie upominanie i jakikolwiek sprzeciw wobec zła muszą wynikać z tej motywacji: troski o dobro własne i bliźnich. Ostatecznie prawdziwym dobrem jest zawsze zbawienie. Nie oznacza to „świętej naiwności”. Gdy sprawcy profanują świętości, a potem robią wielkie niewinne oczy, tłumacząc, że chodziło im o promocję tolerancji, praw człowieka czy tym podobnych rzeczy, nie zasługują na zaufanie. Zawsze jednak zasługują na szacunek, bo choć, być może, własna godność nie stanowi dla nich szczególnej wartości, wciąż ją przecież mają. Chrześcijanin odrzuca więc nienawiść, zacietrzewienie, znieważanie, a w obronie tego, co święte, gdy trzeba, jest gotów raczej sam ponieść szkodę niż okazać agresję i znieważyć człowieka. Tak zawsze zachowują się świadkowie wiary, którzy pamiętają, że sam Zbawiciel odkupił ludzkość, gdy pozwolił się najstraszniej sprofanować.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Miewałem jakieś zakręty, jednak nie przypominam sobie, żebym w swoim życiu zwątpił w Boga.

    fot. TVP/Forum/Gość Niedzielny

    ***

    Przemysław Babiarz: Jestem komentatorem, a komentator, tak czy inaczej, prezentuje swoje poglądy

    O okolicznościach zawieszenia w obowiązkach komentatora na olimpiadzie, kontrowersjach związanych z ceremonią jej otwarcia i swojej wierze mówi Przemysław Babiarz.

    Bogumił Łoziński: Gdy zostałeś zawieszony, otrzymałeś olbrzymie wsparcie kibiców, sportowców, kolegów z redakcji sportowych, ujął się za Tobą Rzecznik Praw Obywatelskich, bronili Cię nawet ludzie ze środowisk odległych od siebie ideowo. Czy to miało wpływ na przywrócenie do komentowania olimpiady w Paryżu?

    Przemysław Babiarz:
     A jak myślisz?

    Myślę, że zasadniczy.

    I na tym stwierdzeniu poprzestańmy. Nie chcę mówić o kulisach przywrócenia do komentowania olimpiady. Myślę, że to rozumiesz, jestem przecież pracownikiem TVP.

    Jak odebrałeś tak duże wsparcie?

    Bardzo mnie to podtrzymywało na duchu. Nietrudno się domyślić, że dla dziennikarza, który, owszem, komentuje inaugurację, ale przyjechał przede wszystkim, aby komentować pływanie i lekkoatletykę, taki rodzaj zawieszenia, z perspektywą, że w ogóle się nie będzie tego robić, jest bardzo trudnym doświadczeniem.

    Byłeś zaskoczony? Przecież już wcześniej, podczas inauguracji olimpiady w Pekinie w 2022 r., mówiłeś, że piosenka „Imagine” zawiera w sobie wizję komunizmu, i przypominałeś, że tak ją oceniał sam autor John Lennon.

    Byłem zaskoczony, ponieważ odnosiłem się do niej parokrotnie, i tym razem już bym może nawet zostawił to „Imagine” Lennona w spokoju, gdyby nie to, że padł komentarz, iż to jest niejako oficjalny hymn pokoju Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Ponieważ ten utwór jest wykonywany na inauguracji od kilku igrzysk, mnie skłoniło to do bardzo krótkiego, nieagresywnego komentarza. Ja po prostu stwierdziłem fakt. Chodziło mi o to, dlaczego MKOL bierze utwór, którego autor mówił, że jest inspirowany poglądami komunistycznymi, że sam ma takie poglądy, chociaż komunistą nie jest, że manifest komunistyczny niewątpliwie jest dla niego źródłem inspiracji. Lennon opowiadał też o swojej taktyce publikowania własnych poglądów.

    Na czym ona polegała?

    Ponieważ na początku lat 70. rozgłośnie odmawiały puszczania takich jego piosenek jak „God” czy „Mother”, zaczął umieszczać w utworach swoje poglądy w lekkiej, popkulturowej formie, żeby łatwiej było je zaakceptować. Mówił to wprost, kiedy tworzył „Imagine”. To nie jest żadna wiedza tajemna, jakaś interpretacja jego słów, przytoczyłem dokładnie to, co on sam mówił. Nie interpretowałem, lecz właściwie zacytowałem.

    Dyrektor TVP Sport Jakub Kwiatkowski powiedział, że już wcześniej Cię prosił, abyś w czasie komentowania nie przekazywał swoich poglądów. Komentator nie powinien ujawniać swoich przekonań?

    Komentator – nie dziennikarz informacyjny, ale, podkreślam, komentator – tak czy inaczej w jakiś sposób prezentuje te poglądy, pośrednio lub bezpośrednio. Ktoś kiedyś powiedział, żeby nie mylić tolerancji, poglądów politycznych, ze zwykłą spostrzegawczością. W tym przypadku polegała ona na tym, że przypomniałem, co autor tego utworu mówił o nim wprost w swojej korespondencji.

    Komentatorzy sportowi bardzo często mówią nie tylko o sporcie, ale przedstawiają też tło zawodów, sportowców, historię danej dyscypliny, przytaczają różne ciekawostki itp. Czy Twoja opinia w tym się mieściła?

    Z pewnością. W czasie inauguracji przypomniano dziesięć postaci kobiecych, które zdaniem organizatorów odegrały największą rolę w historii emancypacji kobiet. Mieliśmy też bardzo wyraźne nawiązania do rewolucji francuskiej, które wskazywały na polityczne i ideologiczne poglądy oraz sympatie twórców widowiska. Jeżeli oni mogą sobie pozwolić na otwarciu igrzysk olimpijskich, które z definicji mają łączyć ludzi bez względu na kolor skóry, poglądy, religię itp., na promowanie wyraźnego nurtu lewicowego, to komentator ma prawo na ten problem zwrócić uwagę – czy rzeczywiście ta inauguracja, zgodnie z ideą olimpizmu, łączyła ludzi, czy dzieliła.

    Ceremonia otwarcia wzbudziła olbrzymie kontrowersje i protesty na całym świecie, szczególnie z powodu sparodiowania ostatniej wieczerzy. Widziałeś bezpośrednio inauguracje kilku olimpiad, jak oceniasz francuską?

    W Pekinie była prezentacja pewnej dumy gospodarza ze swojego rozwoju, nie mieliśmy jednak złudzeń co do ustroju Chin. Mocno rzutowała na atmosferę tych igrzysk sprawa brutalnego stłumienia protestów w Tybecie – z tego powodu wycofał się z reżyserii otwarcia tej olimpiady Steven Spielberg. W Londynie obserwowaliśmy widowisko zbudowane na przedstawieniu trzech rewolucji: przemysłowej, obyczajowej i muzycznej oraz pewnym spleceniu elementów popkulturowych z ceremoniałem królewskim. Na przykład królowa Elżbieta II wyskoczyła na spadochronie z helikoptera. To był rodzaj angielskiej autoironii, to było spójne widowisko, które się bardzo podobało, raczej nie słyszałem krytycznych uwag. Jeśli chodzi o Paryż, to wiadomo było, że Francja ma potężne tradycje rewolucyjne z wieków XVIII i XIX. Można powiedzieć, że istotą tego okresu była rywalizacja republiki z monarchią, a ponieważ republika zwyciężyła (a republika dla Francuzów to coś więcej niż kwestia ustrojowa, to również rodzaj światopoglądu, mocno świeckiego, który coraz bardziej w kolejnych etapach dystansuje się od chrześcijaństwa) to spodziewałem się, że w takim duchu będzie inauguracja. Nie przypuszczałem jednak, że będą aż takie skrajności. Żarty z tego, że królowej Marii Antoninie obcięto głowę, były nie na miejscu. Wiem, że w popkulturze wszystko jest możliwe, ale jak się poczyta, z jaką godnością Maria Antonina szła na szafot, że potem zbezczeszczono jej ciało, że rodzina odzyskała je po 30 latach, a potem widzi się na inauguracji olimpiady postać Marii Antoniny trzymającej swoją obciętą głowę – to budzi to niesmak.

    Czy ta olimpiada może przejść do historii z innego powodu niż kontrowersje na otwarciu?

    Chciałbym zwrócić uwagę na rzecz, która mi się na tej olimpiadzie podoba, choć nie jest jedyna. Londyn wypchnął igrzyska trochę na peryferie, do specjalnie zbudowanej dzielnicy. Tymczasem Paryż w całości oddał się olimpiadzie. My na przykład mamy karty na całą komunikację miejską, bo zawody odbywają się w różnych częściach miasta. Paryż żyje tymi igrzyskami i odbieram to bardzo pozytywnie.

    Czy przygotowujesz się wcześniej do komentowania zawodów sportowych?

    Jeśli chodzi o moje specjalności letnich igrzysk olimpijskich, czyli lekkoatletykę i pływanie, to śledzę je na bieżąco, jestem na mistrzostwach Polski, na mitingach lekkoatletycznych w naszym kraju, pozostaję w stałym kontakcie ze środowiskiem. Są też znakomite strony internetowe, statystki, gdzie mogę w każdej chwili sprawdzić, czy nie pokazał się nowy rezultat, jak on plasuje się w hierarchii tegorocznych wyników itd. Oczywiście rozmawiam z trenerami, zawodnikami, co pozwala mi głęboko siedzieć w tym wszystkim. Później bardzo szczegółowo przygotowuję się do konkurencji, które będą konkretnego wieczoru. Polega to m.in. na znalezieniu kontekstu historycznego, jak w tej konkurencji bywało w przeszłości, kiedy weszła na igrzyska, czy Polska miała w niej jakieś sukcesy albo dobre występy, porównuję też wyniki z poprzedniej olimpiady czy mistrzostw, które są między igrzyskami. Wszystko to jest abecadło, które się robi od lat. W przygotowaniach uwzględniam również miejsce igrzysk – przed tymi studiowałem historię Francji, Paryża, analizowałem topografię miasta itd. Najtrudniejszą rzeczą jest przygotowanie do uroczystości otwarcia, ponieważ zawsze są w nim elementy zupełnie nowe, mimo stałego ceremoniału olimpijskiego czy tradycyjnego przemarszu ekip, który tym razem był przepływem.

    W Paryżu nie oglądaliście próby inauguracji. Dlaczego?

    Na poprzednich igrzyskach zawsze mogliśmy uczestniczyć w próbie, w Paryżu nie było takiej możliwości ze względu na usytuowanie ceremonii na Sekwanie. Stadion można zamknąć, wpuścić dziennikarzy pod rygorem poufności, oglądamy więc, co się będzie działo w czasie otwarcia, otrzymujemy też specjalny rozkład uroczystości z komentarzami. Oczywiście teraz też go dostaliśmy, choć niestety nie w formie papierowej, lecz elektronicznej, co przy padającym obfitym deszczu jest utrudnieniem – nam na przykład zgasł na jakiś czas monitor. Gdy jesteś na stadionie, to po pierwsze nie pada ci na głowę, po drugie, nawet jeśli wyłączy się monitor, możesz spojrzeć na to, co się dzieje. Tu mieliśmy nad głową wielki plastik, który osłaniał stanowisko komentatorskie, ale bokami lała się woda, tryskając na komputer, i w dodatku oglądaliśmy to po raz pierwszy, więc komentowanie było znacznie trudniejsze niż na poprzednich igrzyskach.

    Nie ukrywasz swoich konserwatywnych poglądów. Może to nie wszystkim się podoba i stąd obecne perturbacje?

    Być może. Natomiast zawsze podkreślam, że mnie interesuje przede wszystkim świat wartości. Spoglądam, rzecz jasna, na świat polityki, ale nie jest on moim żywiołem. Polityka interesuje mnie o tyle, o ile układa świat według wartości, reprezentuje je. Stąd moje ewentualne sympatie są związane z tym, czy dana formacja polityczna jest wierna tym wartościom, czy może wykorzystuje je tylko instrumentalnie, a może wprost je zwalcza, bo są różne sposoby ich traktowania. Przede wszystkim wartości chrześcijańskich.

    Jesteś katolikiem, dajesz temu publicznie świadectwo. Możesz opowiedzieć o swojej wierze?

    Jest to przede wszystkim wiara odziedziczona. Pochodzę z rodziny, w której mama, tata, babcia, dziadek, druga babcia i dziadek, pradziadkowie – wszyscy byli ludźmi wierzącymi, praktykującymi, chodzili na Msze św., zwracali uwagę na kwestie regularnej modlitwy, rachunku sumienia; moi rodzice śpiewali w chórze franciszkańskim. Dość wcześnie, już od Pierwszej Komunii św. i spowiedzi, rozwijałem wiarę na sposób indywidualny, polegający na osobistej relacji z Panem Bogiem. Spotykałem się z Nim jako dziecko, On jest Ojcem. To jest wyjątkowość naszej religii, że mówimy do Boga „Ojcze”, to jedna z pierwszych modlitw, której się uczy dziecko. Jak się ma dobrego ojca ziemskiego, to łatwo jest ten szacunek przenosić z niego na Pana Boga i odwrotnie. Oczywiście miewałem jakieś zakręty, jednak nie przypominam sobie, żebym w swoim życiu zwątpił w Boga.

    Przemysław Babiarz

    Dziennikarz i komentator sportowy. Jako sprawozdawca sportowy specjalizuje się w komentowaniu, pływania, lekkoatletyki, biegów i skoków narciarskich oraz łyżwiarstwa figurowego. Wielokrotnie komentował przebieg zawodów na letnich i zimowych igrzyskach olimpijskich. Był ambasadorem ŚDM w Krakowie. Współpracuje z Caritas Polska, Szlachetną Paczką, Salezjańską Organizacją Sportową „Salos” oraz akcją „Cała Polska Czyta Dzieciom”.

    rozmawiał Bogumił Łoziński:/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Igrzyska, nienawiść do Chrystusa

    i przyszłość Zachodu

    Wrogowie Zachodu wiedzą, że zwyciężą w chwili, w której Zachód odrzuci chrześcijaństwo i powróci do pogańskich idei i zwyczajów. Przyszłością świata nie jest jednak sztandar Dionizosa, islamu ani komunizmu, ale sztandar prawdziwego Boga – Jezusa Chrystusa.

    Nasze czasy są pełne symbolicznych wydarzeń. Groteskowego otwarcia paryskiej Olimpiady w dniu 26 2024 nie można jednak po prostu zlekceważyć jako przykładu złego smaku czy prowokacji kulturowej. To najnowszy akt w wojnie przeciwko cywilizacji chrześcijańskiej, której jednym z historycznych momentów szczytowych była Rewolucja Francuska.

    W centrum kontrowersji dotyczącej ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich stała francuska DJ Barbara Butch, znana z określania siebie samej jako «grubej, lesbijki, queer, żydówki – dumnej z bycia tym, kim jest». Miała koronę w kształcie aureoli, była otoczona przez drag queen, transgenderową modelkę Rayę Martigny i wielu tancerzy o niewiadomej płci; pojawił się też nagle «Dionizos», piosenkarz Philippe Katerine, niemal nagi i pomalowany na niebiesko.

    Przedstawienie wydało się wielu bluźnierczą parodią Ostatniej Wieczerzy i wywołało wściekłość i protesty w całym świecie katolickim. Inscenizator całego przedsięwzięcia, Thomas Jolly, który nie ukrywa swojej «queerowej» tożsamości, mówił, że czerpał inspirację nie ze znanego obrazu Leonarda da Vinci, ale z mało znanego dzieła siedemnastowiecznego artysty, Jana Harmensza van Bijlerta, autora obrazu «Le Festin des dieux», który przedstawia bankiet bogów olimpijskich.

    Niezależnie od inspiracji, całej tej inicjatywy nie można sprowadzić do pokręconego dyrektora artystycznego. Poprzez niego przesłanie przemawiały najwyższe francuskie autorytety, począwszy od głowy państwa. Prezydent Emmanuel Macron to człowiek, który 4 marca ogłosił dumnie, że Francja będzie pierwszym krajem, który wpisze aborcję do swojej konstytucji, nazywając to przesłaniem do całego świata. Macron w swojej arogancji, nie przejmując się ostatnią klęską wyborczą, chciał zaproponować wszystkim nowe przesłanie antychrześcijańskiej «inkluzji».

    Dionizos jest «hybrydowym» bogiem pogańskich orgii, nieokiełznanej zmysłowości i zaciemnienia rozumu, a jasną intencją organizatorów było zastąpienie misterium chrześcijaństwa dionizyjskimi bakchanaliami. Nienawiść do chrześcijaństwa zawsze wymagała symbolicznych przedstawień. Rewolucja francuska karmiła się od samego początku pogańską mitologią. Istnieje oczywista ciągłość pomiędzy bluźnierczą parodią Ostatniej Wieczerzy z 26 lipca a wydarzeniem z 10 sierpnia 1793 roku, kiedy w Paryżu intronizowano Boginię Rozumu upodobnioną do egipskiej bogini Izydy.

    Jest też coś świętokradczego w absurdalnej i haniebnej nienawiści przeciwko Królowej Marii Antoninie, którą przedstawiono w Paryżu 26 lipca jako postać trzymającą swoją własną głowę odciętą na gilotynie. Głowa śpiewała rewolucyjny hymn Ça ira. Macron i jego współpracownicy chcieli usprawiedliwić to, co najpodlejsze w Rewolucji Francuskiej: zamordowanie z rewolucyjnej nienawiści niewinnej ofiary, królowej Francji, tak jak i króla Ludwika XVI. [Rewolucjoniści] chcieli w osobach suwerenów uderzyć w samą zasadę społecznego królowania Chrystusa.

    Maria Antonina, najbardziej zniesławiana i zarazem najbardziej czczona królowa w historii, nie była winna żadnego przestępstwa poza ucieleśnieniem arystokratycznego wdzięku niezgodnego z rewolucyjnym egalitaryzmem. Wiele napisano o jej rzekomej frywolności, a niewiele o pobożności. Duchowość królowej, uwidoczniona w ostatnich dniach we więzieniu, była zakorzeniona w wychowaniu i światopoglądzie wprost przeciwnym do rewolucyjnego. Na procesie pokazowym przed trybunałem jakobińskim z 14 i 16 października 1793 roku postawiono jej skandaliczne zarzuty. Angielski malarz William Hamilton przedstawił ją w nieskalanie białej szacie, kiedy wychodzi z Conciergerie, otoczona przez kobiety «tricoteuses» domagające się nowej krwi dla Rewolucji. Henry Sanson, syn paryskiego kata, wspominał, że weszła na stopnie gilotyny z zaskakującą godnością, tak jakby to były wielkie schody Wersalu. Te same słowa, które papież Pius VI odniósł w przemówieniu Quare lacrymae z 17 czerwca 1793 roku do Ludwika XVI, nazywając go męczennikiem, mogą zostać odniesione do królowej Marii Antoniny. W przemówieniu tym Pius VI stwierdził:

    «O, Francjo, Francjo! Nazywana przez naszych poprzedników „zwierciadłem chrześcijaństwa i pewną podporą wiary”, ty, która w chrześcijańskiej gorliwości i oddaniu Stolicy Apostolskiej nigdy nie szłaś za innymi narodami, ale zawsze je poprzedzałaś! Jak bardzo jesteś dziś od nas oddalona, ze swoją wrogością wobec prawdziwej religii: stałaś się najbardziej zajadłym wrogiem pośród wszystkich przeciwników wiary, jacy kiedykolwiek istnieli!»

    Zamordowanie pary monarszej jest aktem założycielskim Republiki Francuskiej, a konstytucjonalizacja aborcji reprezentuje symboliczną ciągłość mordu państwowego.

    Myliliby się jednak ci, którzy chcieliby utożsamić Francję z bluźnierczym otwarciem Igrzysk Olimpijskich. Francja to nie Plac Gilotyny, ale Notre-Dame i Sainte-Chapelle. Francja to nie Robespierre albo Macron, ale św. Ludwik i św. Joanna d’Arc. W błędzie byliby ludzie, którzy chcieliby utożsamić pokazany w Paryżu zdegenerowany spektakl z cywilizacją Zachodu, do której Francja tak wiele wniosła. Zachód to historia wiary religijnej, sposób życia, sztuka, literatura, muzyka i wielkie bitwy w obronie cywilizacji.

    Zewnętrzni wrogowie Zachodu – dziedzice Mahometa w świecie arabskim i spadkobiercy Lenina w Rosji i Chinach – nie gardzą dekadencją Zachodu, ale Zachodem jako takim – nienawidzą go, bo Zachód pokonał islam w Lepanto i pod Wiedniem i zatrzymał komunizm w Warszawie w 1920 roku i w Hiszpanii w latach 30. XX wieku.

    Wrogowie Zachodu szukają zemsty. Wiedzą, że osiągną zwycięstwo, jeżeli Zachód przestanie być chrześcijański i powróci do pogańskich idei i obyczajów. Wtedy spadnie im jak dojrzałe jabłko, tak jak stało się to z Imperium Rzymskim. Barbarzyńcy nie czuli nienawiści do dekadencji Rzymu, ale do władzy, która ujarzmiała ich przez wieki.

    Odnieśli triumf 24 sierpnia 410 roku, kiedy got Alaryk najechał Wieczne Miasto. Święci Hieronim w Betlejem i Augustyn w Hipponie płakali rzewnymi łzami nad tym symbolicznym wydarzeniem. Kto płacze dziś nad zagrożeniem dla Zachodu ze strony nowych barbarzyńców? Co jeszcze ważniejsze: kto chce bronić Zachodu w imię zasad i instytucji, które dały mu historyczną wielkość? Siła tych wartości, wywodzących się z prawdy Chrystusa, jest niezniszczalna. Przyszłość świata to nie sztandar Dionizosa, to nie sztandar komunizmu ani islamu, ale sztandar zwycięskiego Boga, którym jest Jezus Chrystus. Świadczą o tym wiara i rozum.

    Kiedy i jak do tego dojdzie? Dla Boga wszystko w historii jest możliwe. Tylko ci, którzy wierzą w ślepy determinizm historyczny, myślą, że «historia nie składa się co-jeżeli». Historia składa się z «co-jeżeli» właśnie z powodu mnogości propozycji, które zawiera w sobie każdy moment. To właśnie dlatego kiedy badamy swoje sumienie przyglądamy się błędom, które popełniliśmy, a których popełniać wcale nie trzeba było.

    Podobnie historia, tak jak nasze życie, mogła potoczyć się inaczej i pójść inną drogą. Co by się stało, gdyby 14 lipca 1789 roku dragoni księcia Lambesc, sprzeciwiając się wydanemu im przez króla Ludwika XVI zakazowi przelewania krwi, roznieśli w pył rewolucyjny tłum maszerujący na Bastylię? Antychrześcijańska Rewolucja nie ma złudzeń. Dragoni księcia Lambesc zawsze są za rogiem historii – z mieczami w dłoniach.

    Roberto de Mattei

    PCh24.pl/źródło: rorate-caeli.blogspot.com

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 sanktuariów układa się na mapie w jedną linię. Czy to miecz Michała Archanioła?

    ***

    Według legendy linia przedstawia uderzenie miecza, którym archanioł pchnął diabła, strącając go do piekieł.

    Tajemnicza linia łączy ze sobą 7 sanktuariów związanych z archaniołem Michałem i sięga od Irlandii aż do Izraela. Czy to tylko zbieg okoliczności? Tych 7 sanktuariów leży od siebie w znacznej odległości, a jednak razem tworzą niemal idealną linię.

    Tajemnicza linia św. Michała Archanioła odzwierciedla, według legendy, uderzenie miecza, którym zadał on cios diabłu, by strącić go do piekieł. Stało się to po tym, jak odbyli oni apokaliptyczną walkę w niebiosach.

    W każdym razie zaskakuje fakt, że sanktuaria ułożone są na mapie w jednej linii. A trzy najważniejsze miejsca – Mont Saint Michel we Francji, Sacra di San Michele w Dolinie Susa oraz sanktuarium Monte Sant’Angelo w Gargano – są w tej samej odległości.

    Interpretuje się to jako napomnienie od samego świętego archanioła, który przypomina, że prawa Boskie powinny być zawsze szanowane, a wierni mają niezmiennie kontynuować życie w prawości. Ponadto, okazuje się, że w dniu przesilenia letniego święta linia idealnie wyrównuje się z zachodzącym słońcem (www.viagginews.com).

    Poniższa galeria przedstawia siedem kolejnych miejsc linii św. Michała Archanioła, wraz z ich krótkimi opisami:

    • web-star-wars-monastery-ireland-michael-skellig-cc-2

    1. Skelling Michael (Skała Michała) Linia ma swój początek w Irlandii, na bezludnej wyspie, gdzie archanioł Michał objawił się św. Patrykowi, by pomóc mu w oswobodzeniu tego kraju od demonów. Tam też pojawiło się pierwsze sanktuarium – Skellig Michael (czyli „Skała Michała”).

    • st_michaels_mount

    • 2. Saint Michael’s Mount. Linia kieruje się dalej na południe i zatrzymuje w Anglii na St. Michael Mount (Górze św. Michała), na wyspie u wybrzeży Kornwalii, która podczas odpływu stanowi jedno z kontynentem. Właśnie tu archanioł Michał miał rozmawiać z grupą rybaków.
    • © De Jim Champion/Flickr

    • mont_st_michel__jetc3a9e_par_marc3a9e_haute

    3. Mont Saint Michel. Tajemnicza linia biegnie dalej do Francji, na inną słynną wyspę – Mont Saint Michel. To również jedno z miejsc, w których objawił się archanioł Michał. Piękno samego sanktuarium oraz zatoka przy wybrzeżu Normandii czynią wyspę jednym z najbardziej uczęszczanych przez turystów miejsc w całej Francji. Od 1979 roku sanktuarium wpisane jest także na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. To miejsce od czasów Galów było przepełnione silnym mistycyzmem. W 709 roku archanioł objawił się św. bp. Aubertowi, namawiając go, by zbudował kościół na skale. Prace rozpoczęły się, a św. Aubert wzniósł na skalistym wzgórzu kaplicę. Dało to początek rozwoju kultu św. Michała. Następnie w to miejsce w 966 roku sprowadzono Benedyktynów, którzy mieli rozwijać i umacniać kult św. Michała.

    © De Mathias Neveling

    • 1200px-la_sacra_ammantata_dalla_neve

    4. Sacra di San Michele. Około 1000 km dalej, w Val de Susa (Dolinie Susa) w Piemoncie, znajduje się czwarte sanktuarium: Sacra di San Michele. Linia prosta łączy to święte miejsce z pozostałymi klasztorami wzniesionymi ku czci św. Michała. Główna część opactwa powstała w roku 1000, a w trakcie kolejnych wieków sukcesywnie je rozbudowywano. Benedyktyni zbudowali również karczmę, ponieważ to święte miejsce znajdowało się na szlaku, którym pielgrzymi podążali przez Via Francigena (znaną także jako „Drogę Lombardzką).

    © De Elio Pallard

    • santuario_san_michele_arcangelo

    5. Sanktuarium św. Michała Archanioła w Gargano. Podążając kolejne tysiąc kilometrów w linii prostej, dotrzemy do Apuli na Półwyspie Gargano, gdzie z pozoru niedostępna jaskinia zamieniła się w święte miejsce – sanktuarium św. Michała Archanioła. Sanktuarium powstało ok. 490 roku, kiedy archanioł objawił się po raz pierwszy biskupowi Siponto – świętemu Lorenzo Maloriano.

    © De Aw58

    • simi_klasztor_c59bwic499tego_michac582a_nad_zatokc485_panormitis_-_14-09-2008_r

    6. Klasztor na wyspie Symi. Jadąc dalej i wykraczając poza Włochy, archanioł pozostawił po sobie ślad w miejscu szóstego sanktuarium. Tym razem w Grecji, na wyspie Symi: tam umieszczono trzymetrową statuę przedstawiającą wizerunek świętego anioła. To jeden z największych takich posągów na świecie.

    © De Aw58

    • 1200px-notre-dame_du_mont-carmel_6

    7. Klasztor na Górze Karmel. Święta linia ma swój koniec w dzisiejszym Izraelu, w klasztorze na Górze Karmel w Hajfie. To miejsce otoczone jest kultem już od starożytności, jednak jako sanktuarium chrześcijańskie i katolickie zaczęło funkcjonować w XII wieku.

    © תומר א.

    Gelsomino del Guercio/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Matka Boża i Święci Pańscy – sierpień 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Wszyscy Święci” Fra Angelico, XV w./wikimedia commons

    ***

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    31 sierpnia

    Błogosławiony Piotr Tarrés y Claret, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Józef z Arymatei
      •  Święty Nikodem
      •  Święty Arystydes Marcjanus, męczennik
      •  Święty Jan z Riły, pustelnik
      •  Święty Rajmund Nonnat, kardynał
      •  Kościół katedralny w Bydgoszczy
    ***
    Błogosławiony Piotr Tarrés y Claret

    Piotr urodził się 30 maja 1905 r. w Manresie (nieopodal Barcelony), w rodzinie robotniczej. Całe wykształcenie zdobył dzięki stypendiom za bardzo dobre wyniki w nauce. W 1921 r. rozpoczął studia medyczne na uniwersytecie w Barcelonie. Egzaminy zdawał z wyróżnieniem; w wieku 23 lat otrzymał dyplom lekarza. Bardzo lubił swoją pracę.
    Jeszcze jako uczeń gimnazjum wstąpił do Federacji Młodzieży Chrześcijańskiej. Był gorliwym apostołem młodzieży i cenionym publicystą. Mimo wielu obowiązków lekarskich zawsze znajdował czas na spotkania lokalnych grup stowarzyszenia w całej Katalonii.
    Wybuch wojny domowej w Hiszpanii w 1936 r. zastał go na rekolekcjach w sanktuarium w Montserrat. Przez ponad rok Piotr musiał ukrywać się w różnych domach w Barcelonie. Przez ten czas dużo się modlił, czytał i pisał. Stopniowo odkrywał też swe powołanie kapłańskie.
    Pod koniec 1938 r. został powołany do Armii Republikańskiej. Jeszcze podczas wojny potajemnie przygotowywał się do kapłaństwa, studiując łacinę i filozofię. Po zakończeniu konfliktu powrócił do pracy jako lekarz, angażując się jednocześnie w działalność Akcji Katolickiej i kontynuując studia w seminarium duchownym w Barcelonie. W przeddzień święceń pisał: “Mam tylko jeden cel, Panie – być świętym kapłanem, nieważne, za jaką cenę!” Sakrament kapłaństwa otrzymał 30 maja 1942 r. w Barcelonie.
    Pracował krótko w jednej z parafii w Barcelonie, a w 1943 r. rozpoczął studia na uniwersytecie w Salamance, uwieńczone w 1944 r. licencjatem z teologii. Po powrocie do Barcelony rozwinął ożywioną działalność duszpasterską. Był odpowiedzialnym za działalność charytatywną w diecezji, ojcem duchownym w seminarium, profesorem w katolickiej szkole nauk społecznych i kapelanem w szpitalu dla prostytutek. Żył bardzo skromnie. Żywo interesował się kwestiami społecznymi i duszpasterstwem robotników. Odwiedzał rodziny w ubogich dzielnicach miasta i opiekował się chorymi na gruźlicę. Z myślą o nich założył specjalistyczną klinikę.
    W wieku 45 lat zachorował na raka. Wielkie cierpienia ofiarował Bogu w intencji uświęcenia duchowieństwa. Zmarł w założonej przez siebie klinice w Barcelonie 31 sierpnia 1950 r. Beatyfikował go papież św. Jan Paweł II podczas swojej wizyty w Loreto 5 września 2004 r.opracowano na podstawie L’Osservatore Romano
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    30 sierpnia

    Przebicie serca św. Teresy od Jezusa,
    dziewicy i doktora Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święta Małgorzata Ward, męczennica
      •  Święci Gwaryn i Amadeusz, biskupi
      •  Święty Juniper Serra, prezbiter
      •  Błogosławiony Ghebre Michał, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Alfred Ildefons Schuster, biskup
      •  Rebeka, żona Izaaka
    ***
    Bernini: Ekstaza św. Teresy

    Święta Teresa od Jezusa, odnowicielka Karmelu, w Księdze Życia wspomina wydarzenie, które miało miejsce w klasztorze w Avili w 1560 r. Na prośbę jej duchowych synów i córek papież Benedykt XIII w 1726 roku zgodził się na ustanowienie specjalnego święta przebicia serca świętej Matki Teresy, które zakony karmelitańskie obchodzą 30 sierpnia.Widziałam anioła, stojącego tuż przy mnie z lewego boku, w postaci cielesnej (…). Nie był wysokiego wzrostu, raczej mały, a bardzo piękny. Z twarzy jego płonącej niebieskim zapałem znać było, że należy do najwyższego rzędu aniołów, całkiem jakby w ogień przemienionych. Musiał być z rzędu tych, których nazywają cherubinami (…). Ujrzałam w ręku tego anioła długą, złotą włócznię, a grot jej żelazny u samego końca był jakby z ognia. Tą włócznią kilka razy przebijał mi serce, zagłębiając ją aż do wnętrzności. Za każdym wyciągnięciem włóczni miałam to uczucie, jakby wraz z nią wnętrzności mi wyciągał. Tak mnie pozostawił całą gorejącą wielkim zapałem miłości Bożej. Tak wielki był ból tego przebicia, że wyrywał mi z piersi te jęki, o których wyżej wspomniałam. Ale taką zarazem przewyższającą wszelki wyraz słodycz sprawia mi to niewypowiedziane męczeństwo, że najmniejszego nie czuję w sobie pragnienia, by ono się skończyło i w niczym innym dusza moja nie znajduje zadowolenia, tylko w samym Bogu. Nie jest to ból cielesny, ale duchowy, chociaż i ciało niejaki, owszem, nawet znaczny ma w nim udział. Taka mu towarzyszy słodka, między Bogiem a duszą, wymiana oznak miłości, że opisać jej nie zdołam, tylko Boga proszę, aby w dobroci swojej dał zakosztować jej każdemu, kto by mnie nie wierzył (Księga Życia, rozdz. 29, 13).Serce św. Teresy, wyjęte po śmierci z jej ciała i umieszczone w specjalnym relikwiarzu, znajduje się w klasztorze mniszek w Alba de Tormes.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    W szkole Ducha Świętego

    W szkole Ducha Świętego

    Przebicie serca



    Zranienia boskim grotem przez serafina doznała Święta dwa lata później (w 1560 r.). Ujrzała anioła, “a w jego ręku długą włócznię złotą, której grot był jakby z ognia. Tą włócznią, zdało mi się – pisze – kilkoma nawrotami serce mi przebijał, zagłębiając ją aż do wnętrzności. Pozostawił mnie całą gorejącą wielkim zapałem miłości Bożej. Ból tego przebicia był tak wielki, że wyrywał mi z piersi jęki; lecz to męczeństwo sprawia zarazem taką przewyższającą wszystko słodycz, że nie czuję najmniejszego pragnienia, by się ono skończyło, i w niczym innym dusza moja nie znajduje zadowolenia, jeno w Bogu samym“.

    Bernini w sławnej rzeźbie w kościele S. Maria della Vittoria w Rzymie usiłował przedstawić tę scenę z plastyczną wyrazistością upojenia Świętej. Cała postać zdaje się być tylko jednym uczuciem zachwytu i bólu. W swej próbie uzmysłowienia zjawiska, Bernini, mimo że w zestawieniu upojenia i religijności posunął się do granic tego, co dopuszczalne, dał przecież tylko słaby zarys rzeczywistości.

    Bo jak oddać wołania Teresy, która każdym nerwem swej istoty modli się: “Któż by zdołał zbadać, jak głęboko sięga ta rana i skąd pochodzi? I czym by się dała uśmierzyć ta męka, tak bolesna zarazem i rozkoszna? (…) Jakże prawdziwie mówi oblubienica w Pieśni: «Miły mój dla mnie, a ja dla Niego». Najpierw mówi. «Miły mój dla mnie» – bo niepodobna, by taka miłość boska poczęła się z tak niskiego źródła, jakim jest miłość moja. (…) Już więc Miły mój dla mnie, a ja dla Niego! Któż teraz pokusi się rozdzielić i zagasić te dwa ognie, takim płomieniem płonące? Próżny by był wysiłek, bo oba się złączyły z sobą i zamieniły się w jeden”.

    Św. Jan od Krzyża, przed którym Teresa wypowiadała się swobodniej niż w opisie literackim daje nam jej teologiczną interpretację tej łaski, wskazując na Ducha Świętego jako jej sprawcę. Pisze: “Ranę zadał Duch Święty, w celu uszczęśliwienia duszy, a Jego pragnienie, by ją uszczęśliwić, jest wielkie. (…) Możemy powiedzieć, że to upalenie i ta rana są najwyższym stanem, jaki można osiągnąć w tym życiu. (…) Zachodzi tu bezpośrednie, bez żadnej formy i figury rozumowej czy wyobrażeniowej, dotknięcie duszy przez Bóstwo“.

    To dotknięcie – według św. Jana od Krzyża – udarowuje duszę charyzmatem duchowego ojcostwa czy macierzyństwa. “Mało dusz dochodzi do tego stanu; osiągają go te zwłaszcza, których moc i duch mają przejść w spuściźnie na ich dzieci. Bóg w pierwocinach ducha daje rodzicom bogactwa i zasoby, odpowiednio do liczby tych, którzy mają przejąć ich naukę i dziedzictwo“.

    O łasce zranienia Miłością, zwanej również “Chrztem Ducha Świętego”, będącej równocześnie łaską dla całego Karmelu terezjańskiego, mówi modlitwa mszalna i brewiarzowa na uroczystość “Przebicia serca św. Teresy”, obchodzoną w rodzinie karmelitańskiej corocznie w dniu 26 sierpnia: “Panie, Boże nasz, któryś w cudowny sposób rozpalił serce naszej św. Matki Teresy ogniem Twojego Ducha Świętego i umocniłeś ją do podjęcia trudnych zadań na chwałę Twego Imienia, spraw za jej przyczyną, abyśmy przeżywali w sobie moc Twojej Miłości, która by nas pobudzała do wielkodusznej pracy dla Ciebie“.

    Mszał rzymski, choć tej modlitwie nadaje powściągliwszą formę, treść przecież zostawia tę samą: “O Boże, Ty za pośrednictwem Twego Ducha kierowałeś św. Teresą, aby ukazała Kościołowi drogę poszukiwania doskonałości, spraw, abyśmy karmili się skarbem jej nauki duchowej, i racz nas zapalić pragnieniem prawdziwej świętości“.

    Oszołamiające bezmiarem swej tajemnicy ekstazy Teresy trwały zaledwie krótkie chwile, ale wynagradzały lata. Koniec zachwytu i powrót do zwykłego życia był  dla niej jak wygnanie z raju. Pisze: “Czułam ból w nerwach i w całym ciele, jak gdybym wszystkie członki miała rozbite i stargane“. I znów wkraczała w nowy okres mąk duchowej oschłości, których misterium zastrzeżone jest świętym. Gdy zaś ten dar uznała za łaskę cenniejszą nad zachwyty, bo zespalającą ją z wolą Bożą, Duch z jeszcze większą mocą porywał ją na szczyty zjednoczenia z sobą.

    W szkole Ducha Świętego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    29 sierpnia

    Męczeństwo św. Jana Chrzciciela

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Beatrycze z Nazaretu, dziewica
      •  Błogosławiona Teresa Bracco, dziewica i męczennica
      •  Święta Eufrazja od Najświętszego Serca Jezusa, zakonnica
      •  Błogosławiony Dominik Jędrzejewski, prezbiter i męczennik
    ***
    Męczeństwo św. Jana Chrzciciela

    Jan Chrzciciel był jedynym synem kapłana Zachariasza i Elżbiety, krewnej Najświętszej Maryi Panny. Jego cudowne narodzenie i posłannictwo zwiastował Anioł Gabriel Zachariaszowi, kiedy ten sprawował w świątyni swe funkcje kapłańskie. Jan urodził się sześć miesięcy przed narodzeniem Chrystusa.
    Bardzo wcześnie, może już w dzieciństwie, Jan udał się na pustynię. W piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza rozpoczął swą misję poprzednika i zwiastuna Zbawiciela. Czynił to na pustkowiu, nad Jordanem, w Betanii, później w Ainon niedaleko Salim. Zjawienie się Jana i jego wystąpienia odbijały się szerokim echem po Palestynie i okolicznych krajach. Sprawiła to wiadomość, że oczekiwany Zbawiciel już pojawił się na ziemi. Jan prowadził pokutniczy i pustelniczy tryb życia. Chrzcił wodą ciągnące do niego tłumy. Ochrzcił również Jezusa.

    Głowa św. Jana Chrzciciela

    Zainteresował się nim także władca Galilei, Herod II Antypas. Być może sam Jan udał się do niego, by rzucić mu w oczy: “Nie wolno ci mieć żony twego brata”. Rozgniewany władca nakazał go aresztować i osadzić w twierdzy Macheront. W czasie uczty urodzinowej pijany król pod przysięgą zobowiązał się dać córce Herodiady, Salome, wszystko, o cokolwiek poprosi. Ta po naradzie z matką zażądała głowy Jana Chrzciciela. Zginął on ścięty mieczem. Był ostatnim prorokiem Starego Testamentu.Jan Chrzciciel jest jedynym świętym, którego Kościół czci w ciągu roku dwukrotnie: 24 czerwca – w uroczystość jego narodzenia, i 29 sierpnia – we wspomnienie jego męczeńskiej śmierci.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________

    Męczeństwo św. Jana Chrzciciela

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 29.08.2012

    Drodzy Bracia i Siostry!

    W tę ostatnią środę sierpnia przypada liturgiczne wspomnienie męczeństwa św. Jana Chrzciciela, poprzednika Jezusa. Jest to jedyny święty, w którego przypadku w kalendarzu rzymskim obchodzone jest zarówno narodzenie, 24 czerwca, jak i męczeńska śmierć. Dzisiejsze wspomnienie związane jest z poświęceniem krypty w Sebaste w Samarii, gdzie już od połowy IV w. otaczano czcią jego głowę. Kult rozprzestrzenił się później w Jerozolimie, w Kościołach wschodnich i w Rzymie, pod nazwą: Ścięcie św. Jana Chrzciciela. W Martyrologium Rzymskim mówi się o drugim odnalezieniu cennej relikwii, przeniesionej wówczas do kościoła św. Sylwestra na Polu Marsowym w Rzymie.

    Te wzmianki historyczne pozwalają nam zrozumieć, jak dawne i głębokie jest nabożeństwo do św. Jana Chrzciciela. W Ewangeliach dobrze ukazana jest jego rola w odniesieniu do Jezusa. W szczególności św. Łukasz opowiada o jego narodzinach, życiu na pustyni, przepowiadaniu, a św. Marek w dzisiejszej Ewangelii mówi o jego dramatycznej śmierci. Jan Chrzciciel rozpoczyna swoje głoszenie za czasów cesarza Tyberiusza, w 27-28 r. po Chrystusie, i w wyraźny sposób wzywa ludzi, którzy przybywali, by go słuchać, do przygotowywania drogi na przyjęcie Pana, do prostowania krzywych ścieżek własnego życia poprzez radykalne nawrócenie serca (por. Łk 3, 4). Chrzciciel nie ogranicza się jednak do głoszenia pokuty, ale uznając, że Jezus jest «Barankiem Bożym», który przyszedł, by zgładzić grzech świata (por. J 1, 29), z głęboką ufnością wskazuje na Jezusa jako na prawdziwego wysłannika Boga, usuwając się w cień, aby Chrystus mógł wzrastać, być słuchany i naśladowany. Przelanie własnej krwi na świadectwo wierności przykazaniom Bożym, jest ostatnim aktem Chrzciciela, który nie ugiął się i niczego nie wyparł, wypełniając do końca swoją misję. Św. Beda, mnich z IX w., tak mówi w swoich Homiliach: «Św. Jan za [Chrystusa] oddał swoje życie, choć nie kazano mu wyprzeć się Jezusa Chrystusa, kazano mu tylko przemilczeć prawdę» (por. Hom. 23: CCL 122, 354). Nie przemilczał prawdy i umarł za Chrystusa, który jest Prawdą. Właśnie z miłości do prawdy nie poszedł na kompromis i nie lękał się upominać w ostrych słowach tych, którzy zagubili Bożą drogę.

    Patrzymy na tę postać, tę gorącą pasję, która opiera się możnym. Pytamy: skąd bierze się to życie, ta wielka siła wewnętrzna, tak prawa, tak konsekwentna, tak całkowicie oddana Bogu i przygotowaniu drogi Jezusowi? Odpowiedź jest prosta: z więzi z Bogiem, z modlitwy, która jest nicią przewodnią całej jego egzystencji. Jan jest darem Bożym, o który długo prosili jego rodzice, Zachariasz i Elżbieta (por. Łk 1, 13); wielkim darem, na który po ludzku nie mogli mieć nadziei, ponieważ oboje byli w podeszłym wieku, a Elżbieta była bezpłodna (por. Łk 1, 7); «dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego» (Łk 1, 36). Zapowiedź tych narodzin nastąpiła właśnie w miejscu modlitwy, w świątyni jerozolimskiej, i to wręcz w momencie, gdy Zachariasza spotkał wielki przywilej, by wejść do przybytku w świątyni i złożyć Panu ofiarę kadzenia (por. Łk 1, 8-20). Również narodzinom Chrzciciela towarzyszy modlitwa: pieśń radości, uwielbienia i dziękczynienia, którą Zachariasz wznosi do Pana i którą odmawiamy codziennie rano w Jutrzni, «Benedictus», uwydatnia działanie Boga w historii i profetycznie wskazuje misję jego syna Jana: poprzedza on Syna Bożego — który stał się ciałem — by Mu przygotować drogi (por. Łk 1, 67-79). Całe życie Poprzednika Jezusa ożywia więź z Bogiem, w szczególności okres spędzony na pustkowiu (por. Łk 1, 80); pustkowie jest miejscem kuszenia, ale też miejscem, gdzie człowiek odczuwa swoje ubóstwo, bo jest pozbawiony oparcia i bezpieczeństwa materialnego, i rozumie, że jedynym trwałym punktem odniesienia jest sam Bóg. Jednakże Jan Chrzciciel nie jest tylko człowiekiem modlitwy, utrzymującym stały kontakt z Bogiem, ale również przewodnikiem w tej relacji. Ewangelista Łukasz, przytaczając modlitwę, której Jezus uczy swoich uczniów, Ojcze nasz, odnotowuje, że uczniowie wyrażają swoją prośbę następującymi słowami: «Panie, naucz nas modlić się, tak jak i Jan nauczył swoich uczniów» (Łk 11, 1).

    Drodzy bracia i siostry, obchody męczeństwa św. Jana Chrzciciela przypominają również nam, współczesnym chrześcijanom, że nie jest możliwy kompromis z miłością do Chrystusa, do Jego słowa, do Prawdy. Prawda jest Prawdą, nie ma kompromisu. Życie chrześcijańskie wymaga, że tak powiem, «męczeństwa» codziennej wierności Ewangelii, a więc odwagi, potrzebnej, by pozwolić Chrystusowi, by wzrastał w nas i nadawał kierunek naszym myślom i uczynkom. Może to nastąpić w naszym życiu tylko wtedy, kiedy więź z Bogiem jest mocna. Modlitwa nie jest czasem straconym, nie jest odbieraniem czasu działaniu, nawet apostolskiemu, a wręcz przeciwnie: tylko wtedy, gdy potrafimy pielęgnować życie modlitwy wiernej, stałej i ufnej, Bóg da nam zdolności i siłę, by żyć w sposób szczęśliwy i pogodny, pokonywać trudności i z odwagą dawać Mu świadectwo. Niech św. Jan Chrzciciel wstawia się za nami, abyśmy potrafili zawsze dawać pierwszeństwo Bogu w naszym życiu. Dziękuję.

    po polsku:

    Witam obecnych tu Polaków. Moi drodzy, męczeństwo św. Jana Chrzciciela, które dziś wspominamy, uświadamia nam, że wiara budowana na więzi z Bogiem uzdolnia człowieka do dochowania wierności dobru i prawdzie nawet za cenę wyrzeczenia i ofiary. Jak Jan trwajmy przy Bogu na modlitwie, aby kompromis ze złem i kłamstwem tego świata nie fałszował naszego życia. Niech Bóg wam błogosławi!

    Służba Kościołowi przy ołtarzu

    Na zakończenie audiencji generalnej 29 sierpnia Papież udał się na dziedziniec Pałacu Apostolskiego, gdzie krótko przemówił do oczekującej go grupy 2600 ministrantów, przybyłych z Francji w krajowej pielgrzymce.

    Drodzy Bracia i Siostry, witam serdecznie was, drodzy ministranci, przybyli z Francji w krajowej pielgrzymce do Rzymu, a także bpa Bretona, innych obecnych tu biskupów i osoby towarzyszące tej wielkiej grupie. Drodzy młodzi, służba, którą wiernie pełnicie, pozwala wam przebywać szczególnie blisko Chrystusa w Eucharystii. Przypadł wam w udziale niezwykły przywilej, jakim jest być blisko ołtarza, blisko Pana. Bądźcie świadomi, że ta służba jest ważna dla Kościoła i dla was. Niech to będzie dla was okazją do pogłębienia przyjaźni, osobistej relacji z Jezusem. Nie bójcie się dzielić z entuzjazmem radością, którą wam daje Jego obecność. Niech całe wasze życie opromienia szczęście, którym napełnia was bliskość Pana Jezusa! I jeśli pewnego dnia usłyszycie Jego głos, wzywający was, byście poszli za Nim drogą kapłaństwa lub życia zakonnego, odpowiedzcie z wielkodusznością! Życzę wam wszystkim udanej pielgrzymki do grobów Apostołów Piotra i Pawła! Dziękuję. Pomyślnej pielgrzymki! Niech Pan was błogosławi.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 9-10/2012/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 sierpnia

    Święty Augustyn, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święta Maria od Krzyża (Joanna Jugan), zakonnica
      •  Błogosławiony Alfons Maria Mazurek, prezbiter i męczennik
      •  Ezechiasz, król
    ***
    Święty Augustyn z matką, św. Moniką

    Augustyn urodził się 13 listopada 354 r. w Tagaście (obok Suk Ahras w Algierii), w rodzinie urzędnika państwowego Patrycjusza. Matka Augustyna, św. Monika, pochodziła z rodziny o tradycji chrześcijańskiej i bardzo pragnęła, by jej syn przyjął chrzest. Pragnienie to spełniło się jednak dopiero po 33 latach. Na rozwoju Augustyna niewątpliwie zaciążył fakt, że ojciec i matka różnili się co do wiary i przekonań odnośnie do spraw decydujących o losach człowieka. Przez to Augustyn przez wiele lat pozostawał rozdarty między wpływem matki i ojca.
    Augustyn był najstarszy z rodzeństwa, po nim urodził się Nawigiusz. Nawrócił się on w tym samym czasie, co Augustyn, był też przy śmierci matki. Nawigiusz ożenił się i miał kilka córek, z których wszystkie poświęciły się Panu Bogu na służbę w jednym z klasztorów. Jedna z sióstr Augustyna wyszła za mąż, a po śmierci męża wstąpiła do klasztoru w Hipponie, gdzie została przełożoną. Gdy w roku 424 zmarła, Augustyn napisał dla tego klasztoru regułę. Na niektórych manuskryptach Augustyn podpisuje się jako Aureliusz. Był to zapewne jego przydomek, chociaż nie wiadomo, kiedy go sobie nadał.
    W wieku 16 lat musiał przerwać naukę z powodu braku pieniędzy, chociaż miał wielkie zdolności. Nauka szła mu łatwo; imponował kolegom niezwykłą pamięcią. Jednak pierwsze lata nauki Augustyn wspomina w swojej autobiografii – Wyznaniach – z niesmakiem. Miał bowiem nauczyciela, bijącego swoich uczniów bez miłosierdzia za najmniejsze przewinienia. Nie lubił matematyki, ale za to rozkoszował się w literaturze łacińskiej. Jego ulubionym autorem był Wergiliusz.
    Jako młodzieniec Augustyn żył swobodnie. Lubił zabawy, dobre jadło i picie. Chętnie uczęszczał do teatru, miał ciągoty do psot chłopięcych. Trudny okres dojrzewania, dużo wolnego czasu i pogańskie zwyczaje sprawiły, że po pierwszych studiach w Tagaście (do roku 366) i w Madurze (366-370) udał się na dalsze kształcenie do Kartaginy, metropolii Afryki Północnej, i tam związał się z kobietą. Z tego związku po pewnym czasie urodził się syn Adeodatus (z łac. “dany od Boga”). Augustyn żył z tą dziewczyną przez 15 lat. Igrzyska, cyrk, walki gladiatorów, teatr – to był jego ulubiony żywioł.

    Święty Augustyn

    Pod wpływem lektury klasyków rzymskich Augustyn wpadł w sceptycyzm racjonalistyczny. Zaczął szukać prawdy. Biblia wydawała mu się prostacka, bo jej łacińskie tłumaczenia były wówczas nie zawsze udane. Za problemami filozoficznymi poszły i wątpliwości religijne. W tym czasie wstąpił do sekty manichejskiej, do której wciągnął go tamtejszy biskup, imponując mu wymową i oczytaniem.
    W 374 roku Augustyn powrócił do Tagasty, gdzie otworzył własną szkołę gramatyki. Po dwóch latach zamknął ją jednak i udał się do Kartaginy, gdzie otworzył szkołę retoryki (376). Miał wtedy 22 lata. Po 7 latach udał się do Rzymu, gdzie także założył swoją szkołę (383). Tu dowiedział się, że w Mediolanie poszukują retora. Natychmiast tam się zgłosił (384). Mediolan był wówczas stolicą cesarstwa zachodnio-rzymskiego – pierwszym miastem Europy po Konstantynopolu. Oprócz prowadzenia szkoły Augustyn miał obowiązek wygłaszania mów podczas uroczystości państwowych w Mediolanie. Augustyn miał już 30 lat.
    W Mediolanie zetknął się ze św. Ambrożym, który był wówczas biskupem tego miasta. Augustyn zaczął słuchać jego kazań. Wielki biskup zaimponował mu wymową i głębią przekazywanej treści.
    Niedługo potem przyszło uderzenie łaski Bożej (386). Pewnego dnia Augustyn wziął do ręki Listy św. Pawła Apostoła. Przypadkowo otworzył fragment Listu do Rzymian: “Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i w wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa, i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom” (Rz 13, 13-14).
    Jak pisze w swoich Wyznaniach, Augustyn poczuł nagle jakby strumień silnego światła w ciemnej nocy swojej duszy. Zrozumiał sens swojego życia, poczuł żal z powodu zmarnowanej przeszłości. Dotrwał jako nauczyciel retoryki do wakacji, następnie udał się w pobliże Mediolanu, do wioski Cassiciaco, i tam u przyjaciela Werekundusa spędzał czas na modlitwie i na rozmowach na tematy ewangeliczne. Rozczytywał się równocześnie w Piśmie świętym. Na początku Wielkiego Postu zgłosił się do św. Ambrożego jako katechumen i w Wielką Sobotę w nocy z 24 na 25 kwietnia 387 r. z rąk Ambrożego przyjął chrzest. Miał wówczas 33 lata. Wraz z nim przyjęli chrzest jego syn, Adeodatus, i przyjaciel, Alipiusz. Augustyn postanowił powrócić do Afryki, by nawracać współziomków i pozyskiwać ich dla Chrystusa. Tuż przed opuszczeniem Italii umarła w Ostii jego matka, św. Monika; wkrótce po dotarciu do Afryki zmarł także jego syn. Po przybyciu do Tagasty Augustyn rozdał swoją majętność pomiędzy ubogich i z przyjaciółmi – św. Alipiuszem i Ewodiuszem – zamieszkali razem, oddając się modlitwie, dyskusji na tematy religijne i studiom Pisma świętego.Więcej informacji o nawróceniu św. Augustyna – pod datą 24 kwietnia. W 391 r. Augustyn wraz z przyjaciółmi udał się do Hippony, gdzie postanowił założyć klasztor i tam spędzić resztę swego życia. Niebawem dał się poznać wszystkim jako człowiek bardzo pobożny. Dlatego, gdy biskup Waleriusz zwrócił się pewnego dnia do ludu, by mu wskazano kandydata na kapłana, gdyż potrzebował jego pomocy, wszyscy w katedrze zwrócili się do Augustyna, wołając: “Augustyn kapłanem!” Ten, zalany łzami, przyjął propozycję biskupa i ludu. Po przyjęciu święceń nie zmienił jednak trybu życia, ale nadal prowadził życie wspólne w klasztorze. Zaczął nawet przyjmować nowych kandydatów. W ten sposób powstało jakby seminarium, z którego wyszło wielu biskupów afrykańskich: św. Alipiusz, biskup Tagasty, bezpośredni przyjaciel Augustyna; Profuturus, biskup Syrty; Ewodiusz, biskup Uzalis, przyjaciel Augustyna; Sewer, biskup Milewy; Urban, biskup Sicea; Peregrinus, biskup Thehac, i Bonifacy. Biskup Waleriusz konsekrował wkrótce Augustyna na swojego sufragana w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego 394 r. ku ogromnej radości ludu. W dwa lata potem przeniósł się do wieczności (396) i Augustyn został jego następcą, biskupem Hippony.
    Nadal prowadził życie wspólne, w którym formował przyszłych biskupów i kapłanów. Po długich latach doświadczenia ułożył dla nich regułę, która w przyszłości miała się stać podstawą dla wielu rodzin zakonnych (m.in. augustianów, kanoników regularnych, dominikanów i paulinów). Dużo czasu zajmowała mu korespondencja. Nie traktował jej jednak jedynie jako rodzaj kontaktu towarzyskiego, ale wykorzystywał ją jako okazję do apostolstwa. Korespondował m.in. ze św. Janem Jerozolimskim, ze św. Paulinem z Noli, św. Hieronimem, św. Prosperem i ze św. Hilarym z Arles.
    Augustyn wypowiedział nieubłaganą walkę błędom, jakie za jego czasów nękały Kościół: manicheizmowi (396-400), donatystom (400-411) i pelagianom (411-430). Prowadził dysputy z manichejczykami, których znał osobiście, bo był z nimi przez szereg lat ideowo związany. Nie spoczął, aż tę herezję wyplenił. W owym czasie w Afryce najsilniejsi byli donatyści. W 330 r. mieli w swoich rękach aż 270 stolic biskupich. Potępieni na synodach w Arles (313) i w Mediolanie (316), zagnieździli się silnie w północnej Afryce. Jako rygoryści nie pozwalali przyjmować do społeczności kościelnej tych, którzy w czasie prześladowań wyparli się wiary, a teraz chcieli do niej powrócić – zwanych lapsi. Donatyści żądali dla kapłanów i wiernych, łamiących prawo, najsurowszych kar. Posuwali się często do gwałtów. Augustyn zwalczał ich pismem i żywym słowem. Był jednak zdania, że tych biskupów i kapłanów, którzy do jedności kościelnej powrócą, należy zostawić na ich urzędach. Tym pozyskał sobie donatystów. Na synodach w Kartaginie w 401 i 411 roku herezja została zwyciężona.
    W tym samym czasie przybył do Afryki Pelagiusz i Celestiusz. Głosili, że grzech Adama i Ewy zaszkodził tylko pierwszym rodzicom, a nie całemu rodzajowi ludzkiemu, że dzieci rodzą się w stanie łaski i nie jest konieczny chrzest, a łaska uświęcająca nie jest do zbawienia konieczna. Ta herezja była dla Augustyna okazją do tego, aby jako pierwszy z Ojców mógł gruntownie wyjaśnić teologiczny problem łaski uświęcającej i uczynkowej oraz problem zbawienia.
    Pod koniec swego życia Augustyn przeżył tragedię. Namiestnik rzymski zaprosił do północnej Afryki Wandalów dla obrony przeciwko szczepom dzikich mieszkańców Sahary. Kiedy spostrzegł, że Wandalowie są nie mniej od tamtych barbarzyńscy, wypowiedział im wojnę. Było jednak za późno. Po odniesionym zwycięstwie, Wandalowie zaczęli zajmować miasto po mieście. Hippona broniła się bohatersko przez trzy miesiące, aż wrogom udało się zrobić wyłom w murze i spowodować pożar miasta. Augustyn wtedy już nie żył. Zmarł w czasie oblężenia 28 sierpnia 430 r. Wandalowie siłą zaprowadzili arianizm. Polała się obficie krew męczeńska. W 150 lat potem Afryka padła pod hordami Arabów.
    Ciało Augustyna złożono w katedrze w Hipponie. Potem jednak w obawie przed profanacją Wandalów przeniesiono je do Sardynii, aż wreszcie król Longobardów, Luitprand (+ 744), przeniósł je do Pawii, gdzie po dzień dzisiejszy opiekę nad relikwiami roztaczają synowie duchowi wielkiego biskupa, augustianie.

    Święty Augustyn

    Po Augustynie pozostało kilkadziesiąt tomów jego pism. Do najcenniejszych z nich należą: Wyznania (386-387), O katechizacji ludzi prostych (395), O wierze i symbolu wiary (396) i O państwie Bożym ksiąg 22 (413-427). Zachowały się jego 363 kazania i 217 listów. Słusznie więc zdobył sobie tytuł największego teologa chrześcijańskiej starożytności. Jest jednym z czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego. Patron augustianów, kanoników regularnych, magdalenek, Kartaginy; drukarzy, wydawców, teologów.
    W ikonografii św. Augustyn przedstawiany jest w stroju biskupim, czasami jako zakonnik. Jego atrybutami są: anioł mówiący mu do ucha, dziecko nad brzegiem morza przelewające wodę do dołka, księga, pastorał, serce w dłoni, serce przeszyte dwiema strzałami, uczeń lub grupa uczniów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    Św. Augustyn (354-430)

    René Lejeune

    ŚWIĘTY AUGUSTYN (354-430) – GWIAZDA NA NIEBIE OJCÓW KOŚCIOŁA

    Spis treści:

    • Głos Boga
    • Kochać i być kochanym
    • Wytrwałość matki
    • «Augustyn – kapłanem!»
    • Biskup
    • Barbarzyńskie rozruchy
    • Monumentalne dzieło
    • Z Księgi X „Wyznań”

    GŁOS BOGA

    «W bezmiernej skrusze serca płakałem. I nagle słyszę dziecięcy głos z sąsiedniego domu, nie wiem, czy chłopca, czy dziewczyny, jak co chwila powtarza śpiewnie taki refren: „Weź to, czytaj! Weź to, czytaj!” …Zdusiwszy w sobie łkanie, podniosłem się z ziemi, znajdując tylko takie wytłumaczenie, że musi to być nakaz Boży, abym otworzył księgę i czytał ten rozdział, na który najpierw natrafię.» (Wyznania, VIII.12)

    Scena rozgrywa się w Mediolanie, w ciepły sierpniowy dzień 386 roku. Retor Augustyn z Tagasty w Numidii ma 31 lat. Znany jest z wymowy i filozoficznego stylu. To jego wybrano do wygłoszenia mowy pogrzebowej cesarza i konsula.
    W czasie swych studiów w Kartaginie, rozpoczętych w 17 roku życia, z dala od swej matki, Moniki, pobożnej chrześcijanki, zanurzył się w złudnych przyjemnościach pogaństwa. Zamieszkał z młodą, prostą dziewczyną. Miał z nią syna, którego nazwał Adeodat (dar Boga). Szybko zmęczony powierzchownym życiem usiłował nasycić swe pragnienie nieskończoności manicheizmem. Teraz zaś jest w Mediolanie słysząc dziwny głos. Bierze księgę z pismami św. Pawła, otwiera przypadkowo i czyta znamienity fragment z Listu do Rzymian: „Noc się posunęła, a przybliżył się dzień. Odrzućmy więc uczynki ciemności, a przyobleczmy się w zbroję światła. Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom” (Rz 13,12-14).
    Młodego i znanego retora uderza jak grom łaska Boga. Cała jego istota zostaje wstrząśnięta niezwykłym i nie do odparcia wylaniem Ducha Świętego. Jego nawrócenie się na katolicyzm będzie błyskawiczne i pozostanie niewzruszone.
    Umiera w nim człowiek zmysłowy, a w jednej chwili rodzi się człowiek duchowy. Ginie ostatni geniusz zrodzony przez świat starożytny. Rodzi się duch natchniony, prekursor czasów współczesnych. Po rozstaniu się z nielegalną żoną i zgromadzeniu małej wspólnoty w Mediolanie Augustyn zagłębia się w lekturze Pisma Świętego i w kontemplowaniu Boga w Trójcy, modli się i studiuje. Pisze wyznania i oddaje je biskupowi Ambrożemu. Dotyczą jego błędów, postępowania pogańskiego i manichejskiego, całości jego grzechów oraz nawrócenia.
    W Wielkanoc, 25 kwietnia 387 r., świętując Uroczystość Zmartwychwstania Jezusa Augustyn także zmartwychwstaje do życia poprzez chrzest. Jego syn, 14-letni Adeodat, także przyjmuje chrzest z rąk biskupa Ambrożego. Przygotowując się do tego dnia Augustyn narzucił sobie surowe umartwienia.

    «KOCHAĆ I BYĆ KOCHANYM»

    Augustyn do dnia swego nawrócenia i chrztu przebył w swym życiu długą drogę. Urodził się 13 listopada 354 roku w Tagaście (dziś: Souk-Ahras w Algierii). Jego ojcem był poganin, matką – chrześcijanka. W Tagaście i w Kartagninie, gdzie się kształcił, jego umysł przeniknęła kultura rzymska. Matka bardzo wcześnie chciała go włączyć w grono katechumenów. Augustyn opierał się. Monika wyżaliła się więc przed starym biskupem Tagasty, który pocieszył ją, choć w twardych słowach: „Zostaw mnie, idź w pokoju. Nie może się to stać, żeby syn takich łez miał zginąć” (Ks. III.12). Monika płakała jeszcze 20 lat. Czas Boga nie jest naszym czasem.
    Tak więc po ukończeniu szkoły w Tagaście, Augustyn rozpoczął studia w Kartaginie. Młodego studenta pochłania retoryka. W wieku wzburzonego rozwoju biologicznego i emocjonalnego, odkrywa rozkosze miłości: „Przybyłem do Kartaginy i od razu znalazłem się we wrzącym kotle erotyki. Jeszcze się nie zakochałem, a już kochałem samą myśl o zakochaniu… Szukałem przedmiotu miłości. Samo bowiem kochanie kochałem, a gardziłem bezpieczeństwem, drogami bez wilczych dołów… To było moim marzeniem: kochać i być kochanym wzajemnie, i radować się ciałem owej istoty kochającej… Pogrążyłem się też wreszcie w takim romansie, jakiego szukałem… Byłem wtedy kochany wzajemnie i w ukryciu dałem się spętać łańcuchami wypełnienia…” (Ks. III.1)
    Augustyn zapisał to mając 45 lat. 25 lat wcześniej rozkoszował się jeszcze życiem zmysłowym, nie umiejąc go porzucić. Matka wiele razy usiłowała go z tego wyciągnąć. Konkubina Augustyna pochodziła z prostego ludu. Prawo zaś rzymskie zakazywało podobnych mezaliansów. Przez to więc już sama obiecująca kariera Augustyna była zagrożona. Inny to był czas i inne zwyczaje.
    Augustyn oddawał się też studiom – swej drugiej pasji. Pochłonął „Hortensjusza” Cicerona, dzieło mądrości pogańskiej, ograniczone, które go rozczarowuje. Zaciekawiony zwraca się ku Biblii: „Postanowiłem więc zbadać księgi Pisma Świętego, sam się przekonać, co w nich się kryje.” (Ks. III,5). Te pierwsze nasiona rozkwitną dopiero w Mediolanie. Wznoszenie się bowiem ku temu co Boskie następuje etapami. Retora Augustyna, wrażliwego na zachowywanie klasycznych kryteriów formy i treści, początkowo rozczarowuje Biblia. Odkrywa więc w Kartaginie manicheizm. Na 10 lat wpada w pułapkę wewnętrznego świata okrutnie skłóconego i nie do pogodzenia.
    Po studiach podejmuje pracę nauczyciela: uczy retoryki w Tagaście, potem w Kartaginie. Również teorie Manesa zaczynają go rozczarowywać. Spotkanie z „biskupem” manichejczyków, Faustusem pozbawia go ostatecznie złudzeń: widzi rozbieżność pomiędzy głoszoną nauką a życiem. Pragnie zmienić atmosferę i horyzonty. Wtedy cały jego wewnętrzny świat doznaje wstrząsu między jesienią 384 roku a Wielkanocą 385. Jako narzędzie Pana Augustyn stanie się jednym z geniuszów ducha z pierwszych wieków chrześcijaństwa.
    Na razie udaje się do Rzymu, a potem do Mediolanu. Jego pobyt w Italii potrwa 5 lat. Tu wywrze na niego niezwykły wpływ biskup Ambroży. On także jest także wyposażony w niezwykły, rozpalający dar wymowy. W dodatku jest mistrzem egzegezy biblijnej. Augustyna pociąga ten wzniosły umysł, który jest mu bliski i tak łatwo zaspokaja jego pragnienie nieskończoności.
    Ewangelia – oto odpowiedź ostateczna i całkowicie zadowalająca tak dla ducha jak i dla rozumu szukającego pewników. To dzięki niej, w Mediolanie, Augustyn doszedł do kresu nocy duszy.

    WYTRWAŁOŚĆ MATKI

    Monika marzyła o tym, by ujrzeć syna żyjącego w dobrym chrześcijańskim małżeństwie. Augustyn zaś wszedł na drogę radykalną. Przyoblekł się w Jezusa Chrystusa i zdecydował się na zostanie mnichem, idąc śladami św. Antoniego Pustelnika.
    Monika spotkała się z Augustynem w Mediolanie. Postanowili powrócić do rodzinnej ziemi. To tam Augustyn miał nadzieję znaleźć dusze spragnione nieskończoności i pragnące dzielić radykalizm jego wyboru: wspólnotowego życia zakonnego.
    Wyjechał z matką z Mediolanu, po swoim chrzcie, w sierpniu 387 roku. Przybyli do Ostii. To w tym porcie, czekając na statek, Augustyn i Monika przeżyli ekstazę. Na moment dotknęli niewysłowionej pełni Nieba, pogrążając się w Bogu. „Synu – wyszeptała potem Monika – mnie już nic nie cieszy w tym życiu. Niczego się po nim nie spodziewam, więc nie wiem, co ja tu jeszcze robię i po co tu jestem. Jedno było tylko życzenie, dla którego chciałam trochę dłużej pozostać na tym świecie: aby przed śmiercią ujrzeć ciebie chrześcijaninem katolikiem. Obdarzył mnie Bóg ponad moje życzenie, bo widzę, jak wzgardziwszy szczęściem doczesnym stałeś się Jego sługą. Co ja tu jeszcze robię?”
    Po 5 dniach Monika rozchorowała się w wilgotnym i ciepłym powietrzu Ostii. Wkrótce zmarła. Miała 56 lat. Pan zabrał ją dawszy jej poznać smak wysłuchania nieustannej modlitwy całego jej życia. Augustyn pochował ją w Ostii z dala od rodzinnych stron. Jeszcze przez rok pozostał w Rzymie, a potem z synem Adeodatem wyjechał do Numidii.
    Odkąd Augustyn odpowiedział na wezwanie Chrystusa życie jego toczy się w radości. Tymczasem przed 5 laty, przybywając do Italii, żył w niepokoju bliskim wewnętrznej rozpaczy.
    Oto jest w Tagaście. Rozdziela biednym swój majątek, w posłuszeństwie Ewangelii. Zakłada ubogi klasztor i chroni się w nim wraz z przyjaciółmi i Adeodatem. Mała wspólnota oddaje się modlitwie, postowi, rozmyślaniu nad Słowem Bożym. W nim zaś odżywa jeszcze duch dawnego retora: w rzadkich chwilach wolnych pisze traktat o muzyce.
    Trzy lata słodkiego szczęścia przerywa brutalnie najokrutniejsze z doświadczeń: Adeodat ledwie osiągnął wiek dojrzały, syn, którego tak bardzo ukochał i tak się nim szczycił dzięki wczesnym oznakom genialnego umysłu i pobożności, nagle odchodzi. Augustyn pisze: „Przedwcześnie, Panie, odebrałeś mu życie, lecz myślę o nim jako o duchu ogarniętym pokojem.”

    «AUGUSTYN – KAPŁANEM!»

    Po odnalezieniu pokoju mała wspólnota oddaje się życiu poświęconemu uwielbianiu Boga. Wtedy zaczynają się podnosić głosy wśród chrześcijan z Tagasty, domagające się, by Augustyn został wyświęcony na kapłana. On zaś marzy jedynie o samotności. „Beata solitudo, sola beatitudo!” Okazuje się, że zamysł Augustyna nie jest zamysłem Pana.
    Chcąc umknąć przed coraz bardziej natarczywymi głosami Kościoła w Tagaście, wzywającymi go do kapłaństwa, Augustyn podejmuje decyzję oddalenia się ze swymi mnichami, bezimiennie do Hippony. Ledwie tam przybył, w niedzielę słucha w kościele biskupa Waleriusza. Głosi on kazanie o dramatycznym braku kapłanów w diecezji. Z pochodzenia Grek, biskup Waleriusz bardzo źle mówi po łacinie, a wcale – w lokalnym dialekcie. W obliczu mnożących się ognisk arianizmu – jest bezbronny. Wierni nie są zadowoleni. Nagle w czasie homilii biskupa rozlega się wołanie tłumu: „Augustyn – kapłanem!” Cóż, sława nawróconego retora rozeszła się wbrew niemu! Wierni szczycą się nawróceniem znanego pisarza.
    Mnich zostaje więc wyświęcony na kapłana i oto jest nim już na wieki. „Zadano mi gwałt – jęczy święty – z pewnością po to, by mnie za me grzechy ukarać. Z jakiegoż innego powodu powierzono by mi drugie miejsce u steru, gdy tymczasem nie potrafiłem nawet wiosła utrzymać”?
    Rzeczywiście, zaledwie Augustyn przyzwyczaja się do swej funkcji, a już biskup – uznając jego duchowe walory i uzdolnienia – powierza mu zadanie wygłaszania kazań w bazylice oraz przemawiania do katechumenów, przygotowujących się do chrztu. To są dwa ważne zadania, zastrzeżone dla biskupa. Jednak Waleriuszowi z trudem przychodzi wypełnianie ich z powodu ubóstwa jego łaciny. Augustyn staje się więc rzeczywistym asystentem swego biskupa. Ten zaś oddaje mu swój wielki ogród na wybudowanie w nim klasztoru: przyszłej szkółki kapłanów i biskupów. Augustyn dzieli teraz czas pomiędzy życie wspólnotowe i troskę o dusze u boku biskupa.

    BISKUP

    Cztery lata po święceniach kapłańskich, biskup Waleriusz wyświęca Augustyna na biskupa. Śpieszył się, gdyż sława Augustyna szerzy się w Numidii, więc starego biskupa ogarnia lęk, że odbiorą mu Augustyna, by uczynić go biskupem gdzie indziej. W dwa lata później sam oddaje ducha Panu.
    Odtąd Augustyn niesie na sobie brzemię diecezji w Hipponie. Będzie je niósł przez 34 lata. Będzie to czas niezwykły nie tylko dla Kościoła w Hipponie, lecz także dla Kościołów w Afryce, a nawet dla całego chrześcijańskiego świata po dziś dzień.
    W biskupim domu, gdzie chroni się ze swą wspólnotą, oddaje się lekturze i pisarstwu. W tej wspólnocie – utworzonej przez wyświęconych mnichów, a nie, jak u początków, świeckich – może zaspokoić pragnienie modlitwy i kontemplacji.
    Jego działalność nie ma granic. W soboty i niedziele – głosi kazania. Dar wymowy przyciąga tłumy, które są jego słowami wstrząśnięte. Formuje kapłanów z dobrocią i surowością. Zakłada klasztory męskie i żeńskie. Odwiedza chorych. Zarządza dobrami kościelnymi, zasiada jako sędzia pod portykiem przylegającym do bazyliki. W obronie wiernych interweniuje u władz świeckich.
    Jego działalność nie ogranicza się do diecezji. Często podróżuje: albo żeby uczestniczyć w licznych afrykańskich synodach, albo żeby odpowiedzieć na wezwania, jakie otrzymuje zewsząd, a zwłaszcza z diecezji osaczonych przez heretyków. Wkrótce ujawnia się jako wielki obrońca wiary katolickiej. W istocie bez wytchnienia walczy przeciw tym, którzy schodzą z drogi wiary określonej przez wielkie Sobory. Manichejczycy, donatyści, pelagianie, arianie i poganie to cel, jakiego bez wytchnienia dosięga potężny głos biskupa Hippony.
    W decydującej fazie rozwoju Kościół jest w stanie oblężenia. Pan wzbudza więc obrońcę na miarę zagrożenia. „Wybrałem sobie tego człowieka za narzędzie. On zaniesie imię moje do pogan i królów” (Dz 9,15). Słowo Pana wypowiedziane o Szawle, przyszłym apostole Pawle, zachowuje aktualność w czasie całej dramatycznej historii Kościoła.

    BARBARZYŃSKIE ROZRUCHY

    Pod koniec roku 410 dochodzi do Hippony niewiarygodna nowina o zniszczeniu Rzymu przez barbarzyńskie hordy. Wykształcony Augustyn, dawny retor, błyszczący rzymską kulturą jest tym straszliwie dotknięty. Od dawna, agonia Imperium sprawiała, że przewidywał to, co najgorsze. Bardziej niż kiedykolwiek dotąd jest przekonany, iż jedynym rozwiązaniem problemu moralnej nędzy świata, ogarniętej gorączką rozluźnienia obyczajów jest Ewangelia. Plądrowanie Rzymu to jedynie powtórzenie zniszczenia Jerozolimy, z tych samych powodów, jakie zaistniały w przeszłości. Te same przyczyny, te same skutki: „Jeśli Rzym został ukarany, to dlatego że pozostał w większości pogański. Niechże się nawróci, niech powróci do cnót swych przodków, a na nowo stanie się nauczycielką narodów” – stwierdza Augustyn.
    Niestety w 20 lat później przyjdzie kolej na Numidię. Stary biskup Hippony stanie się jej ofiarą tej napaści. Wobec potężnych ciosów barbarzyńskich hord, władza rzymska, niedawno tak potężna, upada. Alanowie, Swewowie, Burgonowie i Wandalowie osiedlają się w Galii. Wandalowie zalewają swą niszczycielską siłą Hiszpanię i Portugalię. Pokonują morze i oto są już w Numidii, na północy Afryki, zwycięscy i nie do pokonania.
    W 430 r. oblegają Hipponę. Augustyn usiłuje pojąć sens tej barbarzyńskiej inwazji, jej znaczenie w Bożym planie. Pióro Orosa, uciekiniera z Portugalii, ujawnia myśl biskupa – wizjonera: „Któż wie, może barbarzyńcy mogli przeniknąć do cesarstwa rzymskiego, aby na Wschodzie, jak i na Zachodzie, Kościoły Chrystusa otwarły się szeroko przed Hunami, Wandalami, Swebami i innymi niezliczonymi ludami przyszłych wierzących? Czy w takim wypadku nie należałoby czcić Miłosierdzia Bożego? Dzięki bowiem naszemu zniszczeniu tak wiele ludów dowiedziało się o prawdzie, z którą inaczej nie mieliby styczności” („Historia przeciw Poganom”).
    Jeśli władza rzymska upada, to jednak powstają inni obrońcy ludzi: biskupi. Są zarządcami i sędziami, organizują obronę miasta, zapewniają bezpieczeństwo. To właśnie czyni Augustyn.

    MONUMENTALNE DZIEŁO

    Od zniszczenia Rzymu do oblężenia Hippony minęło 20 lat. Pobudzany upływem czasu Augustyn publikuje swe dzieła. Napisał 50 książek, w tym dzieło największe: „De Civitate Dei”. Wspaniała broń wojenna przeciw pogaństwu, z jego obrządkami, krwawymi ofiarami, świętami, którym towarzyszą orgie, hulanki, pijaństwo i lubieżne rozpasanie. Dzieło „O państwie Bożym” ukazuje – w przeszywającym kontraście z państwem tego świata skazanym na upadek – promienne Państwo całkowicie zdane na Opatrzność Bożą, budujące swą harmonię społeczną na mocy jaśniejącej broni: duchowej. Wychodząc od tej początkowej wizji Augustyn ukazuje historię jako dramat w pięciu aktach: Stworzenie, Upadek, Zapowiedź Zbawiciela, Wcielenie, Kościół. Wiara i rozum powinny razem współdziałać dla rozwiązania wielkich problemów historii, wywołanych walką dobra ze złem, mając na uwadze zwycięstwo dobra w perspektywie wiecznego przeznaczenia człowieka.
    To dzieło „gigantyczne, długie i trudne” – jak mówił o nim Augustyn – nad którym pracował 15 lat, wywrze niezwykły wpływ na nadchodzące wieki, a szczególnie na średniowiecze. Przez całe drugie tysiąclecie, użyźnione Ewangelią dzieło Augustyna „De Civitatis Dei”, będzie silnie uczestniczyć w szerzeniu na świecie, począwszy od Europy, myśli zachodniej, przenikniętej wiarą chrześcijańską. Dzieło to nie traci swej aktualności, gdyż zajmuje się fundamentalnymi problemami moralnymi, społecznymi oraz politycznymi człowieka. Rzuca na historię ostatnich czasów Światło Chrystusa.
    Poza tym arcydziełem są dwie księgi autobiograficzne „Wyznania” (jego najbardziej poczytna książka do dnia dzisiejszego) oraz rozprawy. Jest to seria dzieł filozoficznych dotyczących takich problemów jak: wolność człowieka, istnienie Boga, obrona wiary chrześcijańskiej w obliczu pogaństwa, dzieła dogmatyczne, moralne, duszpasterskie, liczne księgi egzegetyczne o Nowym i Starym Testamencie, traktaty biblijne, takie jak komentarz do pism św. Jana oraz psalmów, będący jedynym pełnym wykładem o psalmach w całej literaturze patrystycznej. Zachowało się też 300 listów, bezcennych dla poznania przeróżnych aspektów ciekawej osobowości Augustyna. W końcu jest też skarbiec jego homilii. Pozostało ich 400 z trzech może czterech tysięcy, jakie mieściła biblioteka w Hipponie. To wzorce przemów prostych, jasnych i głębokich, bliskich ludowi wiernych. „Wolę być krytykowany przez gramatyków niż niezrozumiany przez prosty lud” – mawiał wzorowy pasterz.
    Analiza myśli augustiańskiej jest niewyczerpana. Takim bowiem jest także jego geniusz. Do niego „możemy porównać zaledwie nieliczne jednostki zrodzone na ziemi od początku świata do dziś” – powiedział o Augustynie Pius XI w 1930 roku. I to wciąż jest prawdą, choć od jego śmierci minęło już blisko szesnaście wieków, a my stoimy u progu trzeciego tysiąclecia.
    W 429 r. rozpętuje się wielki barbarzyński zalew. Ogarnięta jest nim Numidia, zrozpaczona ludność rzuca się do ucieczki. W Hipponie Augustyn powstaje jak gigant: zbiera siły, apeluje do władz politycznych i wojskowych. Daremnie! W 430 roku Hippona jest w oblężeniu. Stary biskup, mający 75 lat, nadal napełnia odwagą chwiejące się dusze.
    W trzecim miesiącu oblężenia Augustyn pada zwalony chorobą. Z pewnością stał się ofiarą jakiejś epidemii. Szerzą się one w powietrzu ciepłym i wilgotnym, w którym szybko rozkładają się zwłoki. Do Augustyna przyprowadzają chorych, choć i on sam leży już w łóżku. Przez jego wstawiennictwo liczni odzyskują zdrowie. Stan samego Augustyna pogarsza się. 5 sierpnia 430 roku jest już w agonii, otoczony kapłanami i michami. Święty biskup szepcze: „Moja dusza pragnie Boga, Boga żywego. kiedyż więc ujrzę Jego oblicze?” (Ps 42,3).
    Kołysany liturgicznym śpiewem zalanych łzami towarzyszy, biskup zamyka oczy, jego twarz łagodnieje, a wargi przestają szeptać… Umarł na ziemi Augustyn z Tagasty, lecz zrodził się dla Nieba jeden z największych świętych w historii ludzkości.
    Stella Maris, listopad 1998, str. 10-12. Przekład z franc.: E. B.

    Z Księgi X „Wyznań” – w przekładzie Z. Kubiaka

    1. Pragnąłbym Cię poznać, o Panie, który mnie znasz. Pragnąłbym Cię poznać tak, jak i ja jestem poznany: Mocy duszy mej! – wejdź w nią i przystosuj ją do siebie, abyś ją objął w posiadanie nieskalaną i bez zmazy. Ufam, że tak się stanie. Dlatego ośmielam się tak mówić. I tą nadzieją się weselę, ilekroć się weselę zbawiennie. A inne tego życia sprawy? Tym mniej zasługują na łzy, im częściej się nad nimi płacze. Tym bardziej się powinno nad nimi płakać, im mniej się nad nimi łez leje. Ty prawdę umiłowałeś. Kto ją wypełnia, dąży do światła. W moich wyznaniach pragnę ją w sercu wypełniać wobec Ciebie, a w tej książce – wobec wielu świadków.

    2. Dla Ciebie jednak, Panie, przed którego oczyma cała otchłań ludzkiego sumienia jest obnażona, cóż mogłoby we mnie być zakryte, choćbym nawet nie chciał się spowiadać? Tylko Ciebie przed sobą bym ukrył, a nie siebie przed Tobą. Kiedy wydzierający się z mej piersi jęk daje świadectwo, jak bardzo się sobie nie podobam, Ty mi rozbłyskasz na nowo, raduję się Tobą, kocham Cię, tęsknię za Tobą; wstydząc się siebie, odrzucając siebie precz. Ciebie tylko wybieram. I nie tylko Tobie, lecz i sobie samemu mogę się podobać tylko w Tobie. Wyraźnie widzisz, Panie, to wszystko, czym jestem. A jak jest dla mnie pożyteczne spowiadanie się Tobie, już powiedziałem. Składam wyznanie nie tylko słowami wypowiadanymi językiem, lecz głosem duszy, wołającą do Ciebie myślą. Dobrze słyszysz takie wołanie. Kiedy jestem zły, już samo to, że się sobie nie podobam, jest wyznaniem złożonym wobec Ciebie. Kiedy jestem dobry, wyznaniem wobec Ciebie jest to, że nie przypisuję sobie zasługi. Ty, Panie, błogosławisz sprawiedliwemu; ale przecież to Ty przedtem z grzesznika uczyniłeś sprawiedliwego. Dzieje się tak, Boże mój, że moja spowiedź wobec Ciebie dokonuje się w wielkiej ciszy, a zarazem rozgłośnie: choćby język milknął, serce woła. Cokolwiek słusznego mówię ludziom, Ty to wszystko już przedtem w sercu mym usłyszałeś; jak też niczego takiego nie usłyszysz ode mnie, czego byś mi wcześniej nie powiedział.

    3. Czemu więc zależy mi na tym, by ludzie usłyszeli moje wyznania? Czyż to oni zdołają mnie podźwignąć ze wszystkich moich słabości? Jakże skwapliwie ludzie badają cudze życie, a jak się opieszale zabierają do naprawienia swojego. Czemu chcą się ode mnie dowiedzieć, jakim jestem człowiekiem, skoro nie pragną usłyszeć od Ciebie, jacy oni sami są? Kiedy się o mnie dowiadują ode mnie samego, skąd wiedzą, że mówię prawdę? Przecież nikt z ludzi nie wie, co się dzieje w człowieku, prócz ducha człowieczego, który w nim jest. Gdyby zaś od Ciebie usłyszeli coś o sobie samych, nie mogliby powiedzieć: „Zwodzi nas Pan”. Czyż usłyszenie od Ciebie, jakim się jest, nie jest równoznaczne z poznaniem siebie? A skoro ktoś rozpoznaje siebie, czyż bez kłamstwa może powiedzieć: „To nieprawda”? Ale dlatego, że miłość wszystkiemu wierzy – oczywiście pośród tych, których złączyła w jedną wspólnotę – także ja, Panie, spowiadam się Tobie w taki sposób, aby to słyszeli ludzie; chociaż nie mogę im udowodnić, że mówię prawdę. Wierzą mi jednak ci, których uszy otwarła dla mnie miłość. Lekarzu mojej duszy, pomóż mi dokładnie zrozumieć, jak bardzo to jest owocne. Dawne moje winy odpuściłeś mi i okryłeś je zasłoną, aby mnie uszczęśliwić w Tobie, przemieniając duszę moją poprzez Twoją wiarę i sakrament. Kiedy zaś o tych minionych winach czytają albo słyszą inni, ich serca już nie zapadają w sen rozpaczy z tym ciężkim westchnieniem: „Nie zdołam!” Budzą się, pokrzepione Twoją miłującą dobrocią i słodyczą Twojej łaski, umacniającej każdego słabego, który sobie dzięki niej słabość swoją uświadomił. Dla dobrych jest radością słuchanie o dawnych występkach ludzi, którzy już się od tych występków uwolnili; nie dlatego radością, że są występkami, lecz dlatego, że były, a już ich nie ma. Ale, o Panie, Boże mój, któremu codziennie się spowiada moje sumienie, bezpieczniej ufając Twemu miłosierdziu niżeli własnej niewinności – jaki może być z tego pożytek, jeśli spowiadam się w tej książce już nie z tego; czym byłem, ale z tego, czym jestem? Wiem, dzięki czemu pożyteczne jest wyznawanie, jaka była przeszłość; już o tym powiedziałem. Lecz jaki jestem teraz, w tym momencie, gdy składam te wyznania? Sporo ludzi chciałoby to wiedzieć i takich, którzy mnie znają, i takich, którzy mnie nie znają, lecz coś tam o mnie albo ode mnie słyszeli. Nie mogą ucha przyłożyć do mego serca, a tylko w nim jestem taki; jaki naprawdę jestem. Chcą więc przynajmniej słuchać, jak wyznaję, czym jestem wewnątrz siebie, tu, dokąd ani okiem, ani uchem, ani myślą nie mogą sięgnąć. Chcą słuchać i gotowi są wierzyć. Ale czy zdołają mnie poznać? Miłość, dzięki której są dobrzy, mówi im; że ja o sobie nie kłamię w tych wyznaniach. I ta sama w nich miłość mi wierzy.

    4. A jakiej oni z tego spodziewają się korzyści? Czy chcą się radować razem ze mną, gdy się dowiedzą, jak bardzo się do Ciebie zbliżyłem dzięki Twojej łasce, i modlić się w mojej intencji, gdy im powiem, jak bardzo moje brzemię opóźnia tę wędrówkę? Jeśli o to im chodzi, odkryję im siebie. Nie będzie to mały pożytek; Boże mój, jeśli wielu podziękuje Ci za mnie i wielu się za mnie pomodli. Niechaj bratni duch kocha we mnie to, co według Twojej nauki, zasługuje na miłość, i niech się smuci tym wszystkim we mnie, co według Twojej nauki jest godne pożałowania. Tego oczekuję od ducha bratniego. Bo nie zwracam się tu do obcych, do owych synów obcych, których usta głoszą marność, a prawica ich jest prawicą nieprawości. Mówię o duchu bratnim, który wtedy, gdy może mnie pochwalić, cieszy się mną. Kiedy zaś musi mnie ganić, nade mną boleje. Bo czy pochwala mnie, czy gani, zawsze mnie miłuje. Takim ludziom ukażę siebie. Niech się moimi dobrymi uczynkami uradują, niech westchną nad moimi grzechami. To, co dobre, Ty czynisz we mnie; z Twojej to pochodzi łaski. Co złe, jest moim grzechem i karą przez Ciebie wymierzoną. Niech odetchną tym, co dobre, westchną nad tym, co złe. I pieśń dziękczynna, i płacz niech się ku Tobie wzniosą z bratnich serc, tych kadzielnic gorejących dla Ciebie. Ty zaś, Panie, uradowany tą wonią bijącą ze świętego przybytku Twego, przez wzgląd na Twoje imię, zmiłuj się nade mną według wielkiego miłosierdzia Twego. Co rozpocząłeś, tego nie zaniechaj i dopełnij to, czego mi jeszcze nie dostaje….

    w: Vox Domini, nr 44, str. 8-11.

    _____________________________________________________________________________________________________________

    27 sierpnia

    Święta Monika

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Dominik od Matki Bożej Barberi, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Pilar Izquierdo Albero, zakonnica
    ***
    Święta Monika

    Monika urodziła się ok. 332 r. w Tagaście (północna Afryka), w rodzinie rzymskiej, ale głęboko chrześcijańskiej. Jako młodą dziewczynę wydano ją za pogańskiego urzędnika, Patrycjusza, członka rady miejskiej w Tagaście. Małżeństwo nie było dobrane. Mąż miał charakter niezrównoważony i popędliwy. Monika jednak swoją dobrocią, łagodnością i troską umiała pozyskać jego serce, a nawet doprowadziła go do przyjęcia chrztu. W wieku 22 lat urodziła syna – Augustyna. Po nim miała jeszcze syna Nawigiusza i córkę, której imienia historia nam nie przekazała. Nie znamy także imion innych dzieci.
    W 371 r. zmarł mąż Moniki. Monika miała wówczas 39 lat. Zaczął się dla niej okres 16 lat, pełen niepokoju i cierpień. Ich przyczyną był Augustyn. Zaczął on bowiem naśladować ojca, żył bardzo swobodnie. Poznał jakąś dziewczynę; z tego związku narodziło się nieślubne dziecko. Ponadto młodzieniec uwikłał się w błędy manicheizmu. Zbolała matka nie opuszczała syna, ale szła za nim wszędzie, modlitwą i płaczem błagając dla niego u Boga o nawrócenie. Kiedy Augustyn udał się do Kartaginy dla objęcia w tym mieście katedry wymowy, matka poszła za nim. Kiedy potajemnie udał się do Rzymu, a potem do Mediolanu, by zetknąć się z najwybitniejszymi mówcami swojej epoki, Monika odnalazła syna. Pewien biskup na widok jej łez, kiedy wyznała mu ich przyczynę, zawołał: “Matko, jestem pewien, że syn tylu łez musi powrócić do Boga”. To były prorocze słowa. Augustyn pod wpływem kazań św. Ambrożego w Mediolanie przyjął chrzest i rozpoczął zupełnie nowe życie (387).

    Święta Monika i jej syn, św. Augustyn

    Szczęśliwa matka spełniła misję swojego życia. Mogła już odejść po nagrodę do Pana. Kiedy wybierała się do rodzinnej Tagasty, zachorowała na febrę i po kilku dniach zmarła w Ostii w 387 r. Daty dziennej Augustyn nam nie przekazał. Wspomina jednak jej pamięć w najtkliwszych słowach.
    Ciało Moniki złożono w Ostii w kościele św. Aurei. Na jej grobowcu umieszczono napis w sześciu wierszach nieznanego autora. W 1162 r. augustianie mieli zabrać święte szczątki Moniki do Francji i umieścić je w Arouaise pod Arras. W 1430 r. przeniesiono je do Rzymu i umieszczono w kościele św. Tryfona, który potem otrzymał nazwę św. Augustyna. Św. Monika jest patronką kościelnych stowarzyszeń matek oraz wdów.
    W ikonografii św. Monika przedstawiana jest w stroju wdowy. Jej atrybutami są książka, krucyfiks, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna Częstochowska

    Zobacz także:
      •  Święta Joanna Elżbieta Bichier des Ages, dziewica
      •  Święta Teresa od Jezusa Jornet e Ibars, dziewica
      •  Błogosławiona Maria od Aniołów Ginard Marti, zakonnica i męczennica
    ***
    Klasztor na Jasnej Górze

    Wśród bardzo licznych w Polsce sanktuariów Jasna Góra ma swoje pierwsze i uprzywilejowane miejsce. Rocznie nawiedza ją od miliona do dwóch milionów pielgrzymów. Przybywają, by modlić się przed cudownym obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, słynącym wieloma łaskami i na trwałe wpisanym w dzieje Polski.
    Pierwszym i najdawniejszym dokumentem, informującym o cudownym obrazie, jest łaciński rękopis, który znajduje się w archiwum klasztoru: Translatio tabulae Beatae Mariae Virginis quam Sanctus Lucas depinxit propriis manibus (Przeniesienie obrazu Błogosławionej Maryi Dziewicy, który własnymi rękami wymalował św. Łukasz). W rękopisie tym czytamy:Autorem obrazu jest św. Łukasz Ewangelista. Na prośbę wiernych wymalował wizerunek Maryi z Dzieciątkiem na blacie stołu, przy którym siadywała. Cesarz Konstantyn kazał przenieść obraz z Jerozolimy do Konstantynopola i umieścić w świątyni. Tam obraz zasłynął cudami. Urzeczony cudownym obrazem książę ruski Lew, pozostający w służbie cesarza, uprosił Konstantyna o darowanie mu obrazu, który też przeniósł do swojego księstwa i kazał go bogato ozdobić. Obraz znowu zasłynął cudami. W czasie wojny prowadzonej na Rusi przez Ludwika Węgierskiego obraz ukryto w zamku bełskim. Po poddaniu się zamku Ludwikowi, namiestnik króla, książę Władysław Opolczyk zajął obraz. W czasie oblegania zamku przez Litwinów i Tatarów strzała wpadła do zamku i ugodziła w prawą stronę wizerunku. Wtedy nieprzyjaciół otoczyła mgła, która przeraziła wrogów. Książę wypadł na nich z wojskiem i ich rozgromił. Kiedy chciał wywieźć obraz do swojego księstwa, mimo dużej liczby koni obraz nie ruszał z miejsca. Wtedy książę uczynił ślub, że wystawi kościół i klasztor tam, gdzie umieści obraz. Wtedy konie lekko ruszyły i zawiozły obraz na Jasną Górę. Tam umieścił go w kaplicy kościoła, gdzie obraz ponownie zajaśniał cudami.Cytowany dokument pochodzi z I poł. XV w. Być może został przepisany z dokumentu wcześniejszego. Tradycja głosi, że obraz został namalowany przez św. Łukasza Ewangelistę na desce stołu z domu Świętej Rodziny w Nazarecie. Wizerunek z Jerozolimy do Konstantynopola miał przewieźć cesarz Konstantyn. Służący w wojsku cesarskim książę ruski Lew zapragnął przenieść obraz na Ruś. Cesarz podarował mu wizerunek i od tego czasu obraz otaczany był na Rusi wielką czcią. Obraz rzeczywiście mógł dostać się na Ruś z Konstantynopola, gdyż w XI-XIV w. pomiędzy Cesarstwem Bizantyjskim a Rusią trwał żywy kontakt. Nie jest również wykluczone, że obraz został zraniony strzałą w czasie bitwy. W czasie walk prowadzonych przez Kazimierza Wielkiego i Ludwika Węgierskiego na Rusi obraz ukryto w zamku w Bełzie. W roku 1382 znalazł go tam książę Władysław Opolczyk. Doznając wielu łask przez wstawiennictwo Matki Bożej, książę zabrał obraz i przywiózł do Częstochowy.
    Pierwotny obraz jasnogórski mógł pochodzić z VII w. Byłby to więc jeden z najstarszych na świecie wizerunków Matki Bożej. Analiza obrazu wykazuje duże podobieństwo do obrazów, jakie mnisi bazyliańscy malowali na Krecie. W tym wypadku obraz mógłby pochodzić z X w. Stąd mógł znaleźć się w Konstantynopolu.
    Po II wojnie światowej znaleziono na Jasnej Górze inny dokument, pochodzący z 1474 r. Zawiera on szerszy opis dziejów cudownego obrazu, ale pełno w nim legend. Mamy jednak także dokument najwyższej wagi: dwa dzieła, które wyszły spod pióra Jana Długosza (1415-1480). Żył on w czasach, które blisko dotyczą cudownego obrazu – sam mógł więc być świadkiem niektórych wydarzeń. Długosz kilka razy pisze o cudownym obrazie częstochowskim.

    Klasztor na Jasnej Górze

    Książę Władysław Opolczyk sprowadził do Częstochowy z Węgier paulinów. Oddał im drewniany kościół parafialny w Starej Częstochowie. Długosz przekazał nam dokładnie akt zrzeczenia się tegoż kościoła przez ówczesnego proboszcza, Henryka Bielę, na ręce ojca Jerzego, przeora klasztoru paulinów w Budzie na Węgrzech. Długosz podaje, że akt przekazania odbył się dnia 23 czerwca 1382 r. 10 sierpnia tego roku książę Opolczyk specjalnym dokumentem przekazał uposażenie, jakie nadał klasztorowi w Starej Częstochowie.
    Darowizny te musiały być niewystarczające, skoro 24 lutego 1393 r. książę Opolczyk ponowił akt darowizn przez swoich pełnomocników. Byli nimi: krakowianin Spytko z Melsztyna i Jan Tarnowski z Sandomierza. Długosz wymienia szczegółowo, jakie to były darowizny i świadczenia. Dowiadujemy się także, jaki był wówczas stan klasztoru i kościoła.

    Klasztor na Jasnej Górze

    Bardzo szybko do obrazu zaczęli przybywać pierwsi pielgrzymi, którzy dzięki modlitwie do Maryi doznawali wielu łask. Z czasem zaczęli tu przynosić swoje wota. Przyciągnęły one złodziei. Na Wielkanoc 1430 r. dwaj panowie polscy i książę ruski dokonali napaści na Jasną Górę. Dla zatarcia śladów posłużyli się bandami husyckimi, grasującymi na Śląsku. W tym czasie klasztor słynął już z powodu cudownych łask otrzymywanych dzięki modlitwie do Maryi przedstawionej w wizerunku jasnogórskim. Napastnicy sądzili, że w klasztorze są zatem jakieś wielkie bogactwa i skarby, bo ściągały do niego rzesze pielgrzymów na święta maryjne. Kiedy okazało się, że wyposażenie klasztoru jest dość skromne – ukradli naczynia i sprzęty liturgiczne, kielichy, krzyże i ozdoby. Odarli także cudowny obraz ze złota i klejnotów, którymi przyozdobili go pobożni pielgrzymi. Wreszcie przecięli twarz Maryi cięciem szabli.

    Klasztor na Jasnej Górze

    Na prośbę paulinów król Władysław Jagiełło pozwolił zabrać zniszczony i zbeszczeszczony przez rabusiów obraz do Krakowa i powierzył jego odnowienie – na własny koszt – nadwornym malarzom. Przypuszcza się, że pochodzili oni z Rusi i specjalizowali się w sztuce bizantyjskiej. Usiłowali oni naprawić obraz i przywrócić go do stanu pierwotnego. Kładli jednak farby nową techniką (tempera), czego stare malowidło nie przyjmowało. Nie znali bowiem dawnej techniki enkaustycznej, stosowanej w obrazach starochrześcijańskich i bizantyjskich, którą wykonano pierwotny wizerunek. W tej sytuacji albo zrobiono najpierw wierną kopię obrazu poprzedniego, albo powielono jedną z już istniejących kopii. Prace trwały długo, być może nawet dwa lata. To świadczy, z jak wielkim pietyzmem go malowano. Dla zaakcentowania wierności dla pierwowzoru artyści pozostawili nawet ślady ran, zadanych Matce Bożej na obrazie pierwotnym. Zachowali również te same deski, na których namalowano pierwowzór, chociaż kosztowało ich to wiele dodatkowego trudu.
    Zmieniono natomiast ozdoby szat. Lilie andegaweńskie na płaszczu Maryi nawiązują zbyt wyraźnie do herbu andegaweńskiego króla Węgier Ludwika. Prawdopodobnie dodano także do rąk Dzieciątka książkę. Do dziś pozostały na obrazie jedynie ślady napaści z 1430 r. – są nimi dwa równoległe ślady cięcia miecza na policzku Maryi, przecięte trzecim na linii nosa, oraz kilka podobnych, choć znacznie mniejszych cięć na szyi (dwa widoczne wyraźniej, cztery pozostałe słabiej).
    Księgi klasztoru częstochowskiego potwierdzają niezwykłe fakty, związane z cudownym obrazem. Zapisywano je skrzętnie w osobnej księdze łask. Najstarszy zachowany opis cudownego uzdrowienia pochodzi z roku 1402. O sławie jasnogórskiego obrazu świadczy również to, że już w owych czasach sporządzano jego kopie. Już w roku 1390 miał ją Głogówek, w roku 1392 daleki Sokal, a w roku 1400 – jeszcze dalszy Lepogłów w Chorwacji.
    Na Jasnej Górze wielokrotnie modlili się polscy królowie i książęta, m.in. Kazimierz Jagiellończyk (1448 i 1472), św. Kazimierz królewicz (1472), Zygmunt I Stary (1510 i 1514), Stefan Batory (1581), Zygmunt III Waza (1616, 1620, 1630), Władysław IV (1621, 1633, 1638, 1642, 1644, 1646), Jan Kazimierz (1649, 1656, 1658, 1661), Michał Korybut Wiśniowiecki (1669, 1670), Jan III Sobieski (1676, 1683), August II Sas (1704), August III Sas (1734).W roku 1655 miała miejsce słynna obrona Jasnej Góry. 9 listopada 1655 r. hrabia Wejhard podszedł pod Jasną Górę w 3 tys. żołnierzy i zażądał bezwzględnej kapitulacji. Przeor klasztoru, o. Augustyn Kordecki, odmówił. Zaczęło się więc oblężenie. 19 listopada przybył generał Burhardt Miller oraz pułkownik Wacław Sadowski. Oblężenie trwało do Bożego Narodzenia, a więc ponad miesiąc. O. Kordecki miał do dyspozycji 160 żołnierzy i 70 zakonników. Obroną klasztoru dowodzili Stefan Zamojski i Piotr Czarnecki. Miller do rozbicia klasztoru i kościoła oraz otaczających murów użył najcięższych dział. Wyrzucono 340 armatnich kul o masie sześciu, a nawet dwunastu kilogramów. Naród zerwał się do walki. To zmusiło Millera do opuszczenia Jasnej Góry nocą 27 grudnia. Usiłował on jeszcze powrócić i z nagła zaskoczyć 24 i 28 lutego, a potem 9 kwietnia 1656 r., ale również bezskutecznie.

    Cudowny Obraz Maryi z Jasnej Góry

    Obecny obraz Matki Bożej, namalowany na drewnianej tablicy, zalicza się do ikon bizantyjskich określanych nazwą Hodegetria, co oznacza “Tę, która prowadzi”. Sam obraz (o wymiarach 122,2 x 82,2 x 3,5 cm) jest ułożony na trzech deseczkach lipowych, sklejonych, na które została położona kredowa zaprawa grubości 2-3 mm. Samo malowidło położono temperą na płótnie. Przedstawia ono stojącą Najświętszą Maryję Pannę z Dzieciątkiem Jezus na lewym ręku. Matka Boża ma na sobie czerwoną suknię, a na nią narzucony niebieski płaszcz ozdobiony liliami andegaweńskimi. Prawa ręka Maryi spoczywa na piersi. Jezus jest przyodziany w sukienkę koloru karminowego, bogato złoconą ozdobami, z rękawami szczelnie zapiętymi u dłoni – podobnie jak u Maryi. W lewym ręku trzyma księgę, prawą natomiast unosi w geście błogosławieństwa, wskazując jednocześnie na Maryję. Całe pole nimbu Maryi i Jezusa jest wypełnione pozłotą. Tło obrazu jest zielone, co w symbolice obrazów bizantyjskich wyraża często pełnię łask Ducha Świętego. Dziecię Boże ma stopy bose, co wyróżnia się na tle bogactwa jego szaty. Płaszcz przykrywa także głowę Najświętszej Panny jakby naturalnym welonem. Nad czołem na płaszczu widać złotą gwiazdę. Obramowanie szaty Jezusa i płaszcza Maryi ma szeroką złotą oblamówkę. U płaszcza Maryi ma ona dodatkową ozdobę w postaci artystycznej koronki. Na to wszystko są nałożone na obie postacie artystyczne i zdobne w drogie kamienie szaty i korony.
    Obraz jasnogórski był kilka razy odnawiany. Po raz pierwszy – przypuszczalnie w roku 1682 z okazji przygotowań do 300-lecia sprowadzenia obrazu. Wtedy to nieznany malarz, podpisany J.K. pinxit indignus servus wymalował olejnymi farbami obraz, przedstawiający historię cudownego obrazu. Obraz ten umieścił na odwrocie cudownego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Nie przeprowadził jednak konserwacji samego obrazu. Dokonał jej dopiero w 1705 r. na dwanaście lat przed koronacją brat zakonny, Makary Szybkowski. Z tej okazji również przemalował on olejnymi farbami płaszcz i suknię Maryi i Dzieciątka; do płaszcza Maryi wbił także 28 mosiężnych gwiazdek. Usunął je dopiero profesor Jan Rutkowski, kiedy w 1925-1926 roku dokonywał naukowego badania obrazu i jego gruntownej konserwacji. Usunął on przy tym także olejne farby, nałożone w latach późniejszych, oraz sadze z twarzy Matki Bożej i Pana Jezusa. Usunął też ślady gwoździ, które były przybite do deski celem umocnienia sukienek srebrno-złotych. Oczyszczono deski od robactwa i ubytków powstałych na skutek próchnienia. Oczyszczono także i zabezpieczono ramy obrazu. W latach 1948-1952 przeprowadzono jeszcze raz naukowe badania najnowocześniejszymi dostępnymi wówczas środkami: prześwietlenie rentgenowskie, badano obraz pod mikroskopem, wykorzystując kryteria mikropaleontologiczne i mineralogiczne, przeprowadzono także ocenę technologiczną i artystyczno-formalną. W latach II wojny światowej (1939-1945) obraz znajdował się w ukryciu. Dlatego wymagał kolejnej renowacji. Dzieła dokonał konserwator R. Kozłowski.

    Św. Jan Paweł II przed Cudownym Obrazem w 1999 r.

    Od bardzo dawna istnieje zwyczaj ozdabiania cudownych obrazów Maryi koronami. Pierwsza papieska koronacja obrazu jasnogórskiego miała miejsce w 1717 r. Korony ofiarował sam król August II Mocny. Aktu koronacji dokonał brat prymasa, biskup Krzysztof Szembek, w dniu 8 września 1717 r. Obecni byli ponadto biskup wileński i inflancki. W uroczystej procesji przeniesiono obraz z kościoła do sali rycerskiej. Tam odczytano dekret papieski i przyniesiono korony. Następnie obraz przeniesiono uroczyście do kościoła wśród modlitw, śpiewów i salw armatnich. Tu nastąpił obrzęd nałożenia koron i Msza święta. Po obiedzie odprawiono Nieszpory i przeniesiono obraz z kościoła do kaplicy. Tam odśpiewano Litanię Loretańską i Te Deum. Z okazji koronacji nałożono na obraz Matki Bożej kosztowne szaty wykonane przez złotnika, brata Makarego Szybkowskiego. Sporządził on trzy suknie na różne uroczystości: granatową haftowaną diamentami, niebieską z rubinami i zieloną z perłami i różnymi drogimi kamieniami. Od 1817 r. zaczęto obchodzić uroczyście rocznicę koronacji. W 1909 r. w nocy z 22 na 23 października zakonnik i kapłan Macoch dokonał kradzieży koron z obrazu Matki Bożej, perłowej sukni i wielu kosztowności. Ze świętokradztwem połączył mord dokonany na wspólniku. Skazano go na dożywotnie więzienie. Papież św. Pius X ofiarował nowe korony. Rekoronacja odbyła się 22 maja 1910 r.W 1957 r. na apel prymasa Stefana Wyszyńskiego i uchwałą Episkopatu Polskiego Polska rozpoczęła Wielką Nowennę, aby przygotować cały naród do obchodów tysiąclecia przyjęcia Chrztu przez Mieszka I (966-1966). Równocześnie zarządzono peregrynację kopii cudownego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej po wszystkich diecezjach i parafiach. Peregrynacja rozpoczęła się dnia 26 sierpnia 1957 r. w archidiecezji warszawskiej. Dokładnie rok wcześniej, 26 sierpnia 1956 r., w 300 lat od ślubów króla Jana Kazimierza, złożonych przed obrazem Matki Bożej Łaskawej we Lwowie 1 kwietnia 1656 roku, Episkopat Polski pod nieobecność uwięzionego Prymasa Wyszyńskiego w obecności około miliona wiernych odnowił uroczyście te ślubowania. 5 maja 1957 r. odnowienie tych ślubów odbyło się we wszystkich kościołach polskich. Śluby króla Jana Kazimierza były jego osobistym zobowiązaniem, śluby jasnogórskie zaś stały się zobowiązaniem całego narodu polskiego jako program chrześcijańskiego życia, wytyczony przez Wielką Nowennę przed Tysiącleciem Chrztu Polski.
    Najbardziej znana i uroczysta koronacja obrazu odbyła się w 1966 r. w ramach obchodu Tysiąclecia Chrztu Polski. Dokonał jej Prymas Tysiąclecia, błogosławiony kardynał Stefan Wyszyński, wielki czciciel Maryi Jasnogórskiej, oddany Jej z synowską ufnością; jest on założycielem Instytutu Świeckiego Pomocnic Maryi Jasnogórskiej Matki Kościoła, działającego obecnie pod nazwą Instytutu Prymasowskiego Stefana kard. Wyszyńskiego.

    Św. Jan Paweł II przed Cudownym Obrazem

    Cudowny obraz jest otaczany przez Polaków niezwykłą czcią. Wielokrotnie modlił się przed nim także kard. Karol Wojtyła, a potem – papież Jan Paweł II. Co roku, na uroczystości maryjne (szczególnie 15 i 26 sierpnia) do jasnogórskiego sanktuarium przybywają setki tysięcy ludzi, bardzo często idąc w pieszych pielgrzymkach przez wiele dni.Dzisiejsza uroczystość powstała z inicjatywy bł. Honorata Koźmińskiego, który po upadku powstania styczniowego starał się zjednoczyć naród wokół Królowej Polski – Maryi. Wraz z ówczesnym przeorem Jasnej Góry, o. Euzebiuszem Rejmanem, wyjednał on u św. Piusa X ustanowienie w 1904 r. święta Matki Bożej Częstochowskiej. Papież Pius XI rozciągnął w 1931 r. ten obchód na całą Polskę oraz zatwierdził nowy tekst Mszy świętej i brewiarza.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 sierpnia

    Święty Józef Kalasanty, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Ludwik IX, król
      •  Święta Maria od Jezusa Ukrzyżowanego, dziewica
      •  Błogosławiona Maria del Transito od Jezusa Sakramentalnego, dziewica
      •  Błogosławiona Maria Troncatti, zakonnica
    ***
    Święty Józef Kalasanty

    Józef urodził się w Paralta de la Sal na terenie Aragonii (Hiszpania) 31 lipca 1556/1557 r. Pochodził z rodziny szlacheckiej, w której jeszcze dość żywe były tradycje rycerskie. Do stanu duchownego został przygotowany dobrze w szkołach w Estadella, w Leridzie, w Huesca i w Walencji. W 1583 roku, gdy miał 27 lat, przyjął święcenia kapłańskie. Pierwsze lata kapłaństwa spędził na posłudze duszpasterskiej w Barbastro, Urgel i Tremp oraz na pracy w administracji kościelnej. W 1592 r. towarzyszył kardynałowi Markowi Colonnie w podróży do Rzymu.Do Hiszpanii już nigdy nie powrócił. Związał się wkrótce z bractwem młodych kapłanów, którzy za cel swojej pracy apostolskiej uznali nauczanie religii wśród ludu i dzieci. Józef spostrzegł jednak, że praca prowadzona tylko dorywczo i okazyjnie, uzależniona od dobrej woli jednostek oraz ich wolnego czasu, dawała niewiele. Dlatego postanowił sam prowadzić katechizację w zakresie mniejszym, ale zorganizowanym i stałym. W 1597 r. otworzył pierwszą prywatną bezpłatną szkołę w Europie. Założył ją na Zatybrzu, w najuboższej dzielnicy Rzymu. Dziełu swojemu dał nazwę “Szkół Pobożnych”. Zamierzał osiągnąć cel podwójny: przez bezpłatną naukę pociągnąć do siebie młodzież najuboższą, a więc i najbardziej zaniedbaną; nauczanie zaś tak przepoić nauką i życiem chrześcijańskim, by młodzież, wychodząca z jego szkół, była wierząca. Zdarzało się, że dzieci trzeba było najpierw nakarmić chlebem, a nieraz dać im dach nad głową. Do tak rozległej akcji Józef potrzebował ludzi dobrej woli, wspomagających go bezpośrednią współpracą. Powstało więc nowe zgromadzenie zakonne pod nazwą “Zgromadzenie Pawłowe dla Ubogich Matki Bożej od Szkół Pobożnych” (popularnie zwane pijarami). Swoją rodzinę zakonną nazwał “Pawłową” ku czci papieża, Pawła V, któremu oddał pod opiekę swoje dzieło. Był to rok 1617. Papież Grzegorz XV w roku 1621 podniósł kongregację do stopnia zakonu o ślubach uroczystych. Jeszcze za życia Założyciela pijarzy otworzyli dom i szkołę w Ołomuńcu, w Czechach (1631) i w Warszawie (1642).

    Święty Józef Kalasanty

    W 1621 r. Józef został generałem zgromadzenia. Jego następne lata wypełniły cierpienia fizyczne i duchowe. Znaleźli się ludzie, którzy pozazdrościli mu sławy, a równocześnie chcieli nowemu dziełu narzucić własne idee i programy. Przez nieuczciwą propagandę zdołali pozyskać sobie większość w zakonie. Ciemną postacią był tu przede wszystkim o. Mariusz, pijar, który stanął na czele opozycji przeciwko Założycielowi. Te kłótnie sprzyjały interesom kierowników szkół i szkółek prywatnych, którzy w pijarach ujrzeli groźnego rywala, mogącego pozbawić ich zarobku. Oni także podnieśli niemniej krzykliwą wrzawę przeciwko Józefowi. Doszło nawet do tego, że wraz ze swoimi asystentami został aresztowany przez inkwizycję. Po kilku dniach wszyscy zostali wprawdzie uwolnieni, ale pozbawieni urzędów. Wizytator papieski, poinformowany jednostronnie i fałszywie przez zbuntowanych, przedstawił zakon w tak czarnych barwach, że Rzym nosił się nawet z myślą jego likwidacji. Tak też niebawem uczynił Innocenty X, który dekretem z dnia 16 marca 1646 r. zredukował zakon do kongregacji bez ślubów i poddał ją pod władzę miejscowych biskupów. Nadto członkowie otrzymali zezwolenie ogólne, że w każdej chwili mogą opuścić szeregi pijarów.
    Józef poddał się tym wydarzeniom z cichością i pokorą. Cierpiał bardzo nie dla własnej miłości i ambicji, ale z żalu, że tak wiele ubogiej dziatwy zostanie pozbawionej nauki Bożej i oświaty. Zmarł jako 92-letni starzec w dniu 25 sierpnia 1648 r. Pozostawił po sobie ok. 5000 listów, będących bogatym źródłem wiedzy o nim samym i o jego dziele. Jego relikwie znajdują się w kościele św. Pantaleona w Rzymie.
    W 1748 roku papież Benedykt XIV wyniósł sługę Bożego do chwały błogosławionych, a papież Klemens XIII w 1767 roku wpisał go uroczyście do katalogu świętych. Rehabilitacji doczekało się też jego dzieło. Klemens IX w 1669 roku przywrócił pijarom formę kongregacji zakonnej i wszystkie przywileje sprzed roku 1646. W 1948 roku, w 300-lecie śmierci św. Józefa Kalasancjusza, papież Pius XII ogłosił go patronem wszystkich katolickich szkół podstawowych.

    Święty Józef Kalasanty

    Józef Kalasancjusz w swojej szkole wychowawczej kładł wielki nacisk na sakrament pokuty. Wiedział dobrze, jak wielkie kryją się w nim wartości. Sakrament ten bowiem zmusza człowieka do zastanowienia się nad sobą, do żałowania swoich win i do poprawy życia. W czasach, kiedy kara fizyczna była w szkołach powszechnie stosowana, Józef zniósł ją u siebie całkowicie. Gdyby zaś była ona konieczną, doradzał, by była zawsze proporcjonalnie mniejsza od winy. Pod żadnym pretekstem nie pozwalał też przyjmować jakichkolwiek wynagrodzeń. Szkoły pijarów były bezpłatne. Opłacano jedynie w miarę możliwości konwikt. Istota systemu nauczania i wychowania pijarskiego zawierała się w haśle, jakie Założyciel zostawił swoim duchowym synom: Pobożność i nauka.
    Do Polski pijarów zaprosił w 1642 r. król Władysław IV. Największą chwałą okrył zakon w Polsce ks. Stanisław Konarski (+ 1773), autor pism, które miały na celu przeprowadzenie reform w Polsce. Z jego inspiracji po kasacie jezuitów w 1773 roku powstała Komisja Edukacji Narodowej, pierwsze w świecie ministerstwo oświaty i wychowania. Pijarzy zainicjowali w naszej Ojczyźnie kult Serca Pana Jezusa. Założyli bractwo Najświętszego Serca Pana Jezusa, zatwierdzone przez papieża Klemensa XI w 1705 roku.
    W ikonografii św. Józef Kalasancjusz przedstawiany jest w habicie zgromadzenia. Jego atrybutami są: lilia, księga, mitra i kapelusz kardynalski jako znak odmówionych godności, pióro pisarskie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    24 sierpnia

    Święty Bartłomiej, Apostoł

    Zobacz także:
      •  Święta Emilia de Vialar, dziewica i zakonnica
      •  Błogosławiona Maria od Wcielenia (Vincenta Rosal), dziewica
      •  Błogosławiony Mirosław Bulesić, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiona Poznańska Piątka, męczennicy
    ***
    Święty Bartłomiej

    Święty Bartłomiej jest jednym z dwunastu Apostołów, których wybrał sobie Jezus spośród kilkudziesięciu uczniów.
    W Ewangeliach spotykamy dwa imiona: Bartłomiej i Natanael. Synoptycy (Mateusz, Łukasz i Marek) używają nazwy pierwszej, natomiast Jan posługuje się imieniem drugim. Jednak według krytyki biblijnej i tradycji chodzi w tym wypadku o jedną i tę samą osobę. Jan pisze o Natanaelu jako o Apostole (J 1, 35-51; 21, 2). Ponadto akcentuje wyraźnie, że Natanaela łączyła przyjaźń z Filipem Apostołem, a synoptycy umieszczają Bartłomieja zawsze właśnie przy Filipie w katalogach Apostołów (Mt 10, 3; Mk 3, 18; Łk 6, 14). Co więcej, są oni nawet wymienieni ze spójnikiem “i”: “Filip i Bartłomiej”.
    Aramejskie słowo Bartolmaj znaczy tyle, co “syn Tolmaja”. Z tym imieniem spotykamy się w Biblii kilka razy (Joz 15, 14; 2 Sm 3, 3). Wyraz Natanael jest imieniem hebrajskim i znaczy tyle, co “Bóg dał” – byłby więc odpowiednikiem greckiego imienia Teodoros czy łacińskiego Deusdedit oraz polskiego Bogdan. Z imieniem Natanael spotykamy się w Piśmie świętym znacznie częściej (Lb 1, 8; 2, 5; 7, 18; 10, 15; 1 Krn 2, 14; 15, 24; 24, 6 i in.). Jeśli Bartłomiej jest tożsamy z Natanaelem, to jego imię brzmiałoby poprawnie: Natanael, bar Tholmai (Natanael, syn Tolmaja).

    Święty Bartłomiej

    Synoptycy wymieniają imię św. Bartłomieja jedynie w katalogach Apostołów. Św. Jan podaje, że pochodził z Kany Galilejskiej. Szczegółowo zaś opisuje pierwsze spotkanie Natanaela z Chrystusem (J 1, 35-51), którego był naocznym świadkiem. To Filip, uczeń Pana Jezusa, późniejszy Apostoł, przyprowadził Natanaela do Chrystusa i dlatego zawsze w wykazie Apostołów Natanael znajduje się tuż za Filipem. Niektórzy uważają, że to właśnie na weselu Natanaela w Kanie był Chrystus z uczniami i Matką, gdzie na Jej prośbę dokonał pierwszego cudu.
    Z opisu pierwszego spotkania wynika, że Natanael nie był zbyt pozytywnie nastawiony do mieszkańców Nazaretu. Kiedy jednak usłyszał słowa Chrystusa i poznał, że Chrystus przeniknął głębię jego wnętrza, serce i duszę, od razu zdecydowanie w Niego i Jemu uwierzył. Świadczy to o wielkiej prawości jego serca i otwarciu na działanie łaski Bożej. Odtąd już na zawsze pozostał przy Chrystusie. O Natanaelu św. Jan Ewangelista wspomina jeszcze raz – brał on udział w cudownym połowie ryb na jeziorze Genezaret po zmartwychwstaniu Chrystusa (J 21, 2-6).Tradycja chrześcijańska ma niewiele do powiedzenia o św. Bartłomieju. Zainteresowanie innymi Apostołami jest znacznie większe, postać św. Bartłomieja jest raczej w cieniu. Pierwszy historyk Kościoła, św. Euzebiusz, pisze, że ok. roku 200 Pantenus znalazł w Indiach Ewangelię św. Mateusza. Wyraża przy tym przekonanie, że zaniósł ją tam właśnie św. Bartłomiej. Podobną wersję podaje św. Hieronim. Natomiast św. Rufin i Mojżesz z Horezmu są zdania, że św. Bartłomiej głosił naukę Chrystusa w Etiopii. Pseudo-Hieronim zaś twierdzi, że św. Bartłomiej apostołował w Arabii Saudyjskiej. Jeszcze inni są zdania, że św. Bartłomiej pracował wśród Partów i w Mezopotamii. Ta rozbieżność pokazuje, jak mało wiemy o losach Apostoła po Wniebowstąpieniu Pana Jezusa.

    Święty Bartłomiej odzierany ze skóry

    Z apokryfów o św. Bartłomieju zachowały się Ewangelia Bartłomieja i Apokalipsa Bartłomieja. Znamy je jednak w dość drobnych fragmentach. Zachował się również obszerniejszy apokryf Męka Bartłomieja Apostoła. Według niego Bartłomiej miał głosić Ewangelię w Armenii. Tam miał nawet nawrócić brata królewskiego – Polimniusza. Na rozkaz króla Armenii, Astiagesa, został pojmany w mieście Albanopolis, ukrzyżowany, a w końcu ścięty. Od św. Izydora (+ 636), biskupa Sewilli, rozpowszechniła się pogłoska, że św. Bartłomiej został odarty ze skóry. Stąd też został uznany za patrona rzeźników, garbarzy i introligatorów. Jako przypuszczalną datę śmierci Apostoła podaje się rok 70.

    Święty Bartłomiej

    Zaraz po śmierci Bartłomiej odbierał cześć jako męczennik za wiarę Chrystusową. Dlatego i jego relikwie chroniono przed zniszczeniem. Około roku 410 biskup Maruta miał je przenieść z Albanopolis do Majafarquin, skąd przeniesiono je niedługo do Dare w Mezopotamii. Stamtąd zaś relikwie umieszczono w Anastazjopolis we Frygii w Azji Mniejszej ok. roku 507. Kiedy jednak najazdy barbarzyńców groziły zniszczeniem i profanacją, w roku 580 przewieziono je na Wyspy Liparyjskie, a w roku 838 do Benewentu. Obecnie znajdują się pod mensą głównego ołtarza tamtejszej katedry. Część tych relikwii została przeniesiona za panowania cesarza Ottona III do Rzymu. Władca ten wystawił bazylikę na Wyspie Tyberyjskiej (dla przechowania relikwii św. Wojciecha), do której to bazyliki sprowadzono potem relikwie Apostoła, zmieniając jej tytuł.

    Święty Bartłomiej

    Kult św. Bartłomieja datuje się od V w. Grecy obchodzą jego uroczystość 11 czerwca, Ormianie 8 grudnia i 25 lutego, Etiopczycy 18 lipca i 20 listopada. Kościół łaciński święto Apostoła od wieku VIII obchodzi 24 sierpnia. W VI w. spotykamy już pierwszy kościół wzniesiony ku jego czci na wyspie Eolia. Piza, Wenecja, Pistoia i Foligno wystawiły mu okazałe świątynie. W Polsce kult św. Bartłomieja był niegdyś bardzo żywy – wystawiono ku jego czci na naszych ziemiach ponad 150 kościołów. Miał on nawet w Polsce swoje sanktuaria, np. w Polskich Łąkach koło Świecia, gdzie na odpust ściągały tłumy z daleka.
    W ikonografii św. Bartłomiej jest przedstawiany w długiej tunice, przepasanej paskiem, czasami z anatomiczną precyzją jako muskularny mężczyzna. Bywa ukazywany ze ściągniętą z niego skórą. Jego atrybutami są: księga, nóż, zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 sierpnia

    Święta Róża z Limy, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Bernard z Offidy, zakonnik
      •  Błogosławiony Władysław Findysz, prezbiter i męczennik
      •  Święty Filip Benicjusz, prezbiter
    ***
    Święta Róża

    Izabela Flores urodziła się w Limie, stolicy Peru, 20 kwietnia 1586 r. Tam też przeżyła całe swoje życie. Ze względu na jej nadzwyczaj delikatną cerę nazywano ją Różą. Dość wcześnie przyjęła I Komunię świętą i sakrament bierzmowania z rąk biskupa Limy, św. Turybiusza.
    Od młodości odznaczała się głęboką wiarą i pobożnością. Sprzyjała temu atmosfera w domu; rodzice, Gaspar Flores i Maria Oliva, dbali o jej wykształcenie, wygląd i ogładę. Róża była dumą i radością rodziców, pełna miłości i posłuszeństwa. Jako dziecko złożyła Bogu ślub dozgonnej czystości.

    Święta Róża

    Rodzice za wszelką cenę chcieli ją wydać za bogatego człowieka. Róża jednak dość wcześnie postanowiła, że będzie starała się całkowicie przypodobać Chrystusowi i dlatego przygotowywała się do życia pełnego wyrzeczeń i medytacyjnej modlitwy. Dlatego też zdecydowanie odmawiała zgody na ślub, przez co wiele wycierpiała – zwłaszcza od matki, która ją prosiła, błagała, groziła, a nawet maltretowała. Róża ofiarowała te cierpienia Chrystusowi.
    W dwudziestym roku życia wstąpiła do Trzeciego Zakonu św. Dominika. Jako tercjarka nadal pozostawała w domu rodzinnym, zajmując osobny domek z ogródkiem. Zwiększyła swoje posty i umartwienia, modlitwy, czuwania, surowe pokuty i wyrzeczenia. Wielu zaczęło ją uważać za nienormalną. Była pogardzana. Bóg obdarzał ją jednak nowymi łaskami, głównie darem modlitwy.

    Święta Róża

    Róża żyła niezwykle surowo. Przez cały Wielki Post nie jadła nawet chleba, lecz – jak przekazała tradycja – dziennie jadła tylko pięć pestek cytryny. Znosiła wiele cierpień i prześladowań złego ducha, różne choroby, obelgi i oszczerstwa ze strony otoczenia. Dotykał ją często bezwład członków, omdlenia, ataki słabości. Ona jednak błagała o miłosierdzie Boga dla grzeszników i łaskę przebaczenia.
    Za patronkę swoich dążeń do świętości obrała sobie św. Katarzynę Sieneńską, również dominikańską tercjarkę. Zgłębiała tajemnicę jej życia i świętości, na niej wzorowała swoją miłość. Róża w swym życiu wiele wycierpiała. Przeżyła śmierć rodziców, samotność, opuszczenie, oschłości i najrozmaitsze doświadczenia wewnętrzne. To wszystko mocno nadwerężało jej siły.

    Święta Róża

    Praktykowała najrozmaitsze pokuty i umartwienia. W nagrodę za takie życie cieszyła się poufnym przestawaniem ze swoim Aniołem Stróżem i Matką Bożą. Przez piętnaście lat doświadczała zupełnego opuszczenia. Nie odczuwała żadnego pociągu do modlitwy, żadnej pociechy ani poczucia bliskości Boga. Dzień i noc prześladowały ją myśli, że Bóg ją odrzucił. Wówczas dopiero doszła do kontemplacji i mistycznego zjednoczenia z Chrystusem. Odtąd żyła jeszcze bardziej dla Niego.
    Ostatnie trzy lata życia spędziła u małżonków Gonzaleza della Maza i Marii Uzategui, którzy darzyli ją pełną miłością. W ich domu zmarła w wieku 31 lat, 24 sierpnia 1617 r., w dniu, który przepowiedziała. Sława jej świętości była tak wielka, że dominikanie pochowali jej ciało najpierw w krużganku klasztornym, a w dwa lata potem – w swoim kościele w Limie w kaplicy św. Katarzyny ze Sieny. Wraz z jej ciałem zamknięto niektóre jej pisma i próby rysunku. W 1923 roku odnaleziono je.
    Papież Klemens IX dokonał beatyfikacji Róży w 1668 roku i ogłosił ją patronką Ameryki, a w roku 1670 także patronką Filipin i Antyli. W trzy lata po beatyfikacji nastąpiła jej kanonizacja, której dokonał papież Klemens X w 1671 roku.
    W ikonografii św. Róża przedstawiana jest jako młoda dominikanka w habicie. Atrybuty: Dziecię Jezus w ramionach, korona z cierni, kotwica, krzyż, róża, wianek z róż; wiązanka róż, z których wychyla się Dziecię Jezus.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna Królowa

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Agatonik i Towarzysze
      •  Błogosławiony Franciszek Dachtera, prezbiter i męczennik
    ***
    Guido Reni: Dziewica na tronie z Dzieciątkiem

    Wspomnienie Maryi Królowej zostało wprowadzone do kalendarza liturgicznego przez papieża Piusa XII encykliką Ad caeli Reginam (Do Królowej niebios), wydaną 11 października 1954 r., w setną rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Już w czasie Soboru Watykańskiego I w roku 1869 biskupi francuscy i hiszpańscy prosili o to święto. Pierwszy Krajowy Kongres Maryjny w Lyonie (1900) prośbę tę ponowił. Uczyniły to również międzynarodowe kongresy maryjne odbyte we Fryburgu (1902) i w Einsiedeln (1904). Od roku 1923 wyłonił się specjalny ruch pro regalitate Mariæ. Początkowo wspomnienie Maryi Królowej obchodzone było w dniu 31 maja, ale w wyniku posoborowej reformy kalendarza liturgicznego przesunięto je na oktawę uroczystości Wniebowzięcia Maryi – 22 sierpnia. To właśnie wydarzenie ukoronowania Maryi wspominamy w piątej tajemnicy chwalebnej różańca.W Piśmie świętym nie mamy tekstu, który by wprost mówił o królewskim tytule Najświętszej Maryi Panny. Są jednak teksty pośrednie, które tę prawdę zawierają. W raju pojawia się zapowiedź Niewiasty, która skruszy głowę węża (Rdz 3, 15). Archanioł Gabriel i Elżbieta wołają do Maryi: “Błogosławiona jesteś między niewiastami” (Łk 1, 28. 43) – a więc spomiędzy wszystkich niewiast na ziemi Ty jesteś pierwsza. Sama też Maryja w proroczym natchnieniu wypowiada o sobie słowa: “Oto błogosławić Mnie będą odtąd wszystkie pokolenia” (Łk 1, 48). Apokalipsa zawiera taką relację: “Potem ukazał się znak na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod Jej stopami, a na Jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu” (Ap 12, 1) – tą Niewiastą, według Tradycji Kościoła, jest właśnie Maryja.
    Drugim źródłem naszej wiary w królowanie Maryi jest podanie ustne, które objawia się w zwyczajnym nauczaniu Kościoła i w pismach jego Ojców. Tu mamy już świadectwa wprost, a jest ich bardzo wiele. Św. Efrem (+ 373) już 1600 lat temu tak pisze o Maryi: “Dziewico czcigodna, Królowo i Pani”, “po Trójcy jest Panią wszystkich”, “jest Panią wszystkich śmiertelnych”. Samego siebie nazywa “sługą Maryi”. Św. Piotr Chryzolog (+ 451), również doktor Kościoła, nazywa Matkę Bożą “Panią” (Domina). W dawnej terminologii oznaczało to słowo godność władcy i króla. Św. Ildefons, biskup Toledo (+ 669), nazywa Maryję nie tylko Panią, ale “panującą nad wszystkimi ludźmi”. Przy tej okazji wypowiada przepiękne słowa: “Stałem się sługą Twoim, boś Ty się stała Matką mojego Stworzyciela”. Św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732), nazywa Maryję “Królową wszystkich mieszkańców ziemi”, a św. Jan Damasceński (+ 749) “Królową rodzaju ludzkiego” i “Królową wszystkich ludzi”, “Panią wszechstworzenia”. Potwierdzenie powszechnej wiary w to, że Maryja jest Królową nieba i ziemi, wyraża również ikonografia chrześcijańska, która od lat najdawniejszych przedstawia Maryję na tronie, z nimbem, w którym przedstawiano tylko cesarzy. Spotykamy taki sposób przedstawiania Najświętszej Maryi Panny już od III w. w katakumbach. Na ikonach bizantyjskich od wieku VI Matka Boża jest zawsze na tronie. Tego rodzaju obrazy, a potem figury nosiły nazwę Basilissa, czyli Królowa, lub Theantrōpos, czyli Pani siedząca na tronie, mająca na kolanach Dziecię Boże. Często dla podkreślenia, że Maryja jest także Królową aniołów, przedstawiano Jej postać w ich otoczeniu. W obrazach wczesnośredniowiecznych aniołowie podtrzymują koronę nad Jej głową. Ten typ obrazów nosił grecką nazwę Panagia angeloktistos. Od X w. powszechnym zwyczajem staje się przedstawianie Maryi na tronie i z koroną, w szatach królewskich, a nawet siedzącej po prawicy Chrystusa. Od XIV w. ulubionym tematem artystów staje się scena “koronacji” Maryi przez Pana Jezusa i Boga Ojca.W VIII w. jako forma walki z obrazoburcami przyjął się zwyczaj prywatnego koronowania obrazów i figur Matki Bożej, zwłaszcza słynących szczególnymi łaskami. W 732 r. papież św. Grzegorz III ukoronował obraz Matki Bożej szczerozłotymi koronami z diamentami. Papież Grzegorz IV w roku 838 podobną koronę ofiarował Matce Bożej w kościele św. Kaliksta w Rzymie. Od XVII w. zwyczaj ten stał się urzędowo zastrzeżony Stolicy Apostolskiej. Początkowo koronacje te były zastrzeżone jedynie w stosunku do cudownych obrazów włoskich. Wkrótce jednak rozszerzono je na cały świat. Pierwszym obrazem, który doczekał się zaszczytu papieskiej koronacji, był obraz Matki Bożej w zakrystii bazyliki św. Piotra w Rzymie (1631). W Polsce tego zaszczytu dostąpił jako pierwszy obraz Matki Bożej Łaskawej w Warszawie (1651), a następnie obraz Matki Bożej Częstochowskiej w roku 1717.
    Do najdawniejszych i najbardziej popularnych modlitw Kościoła należą “Pod Twoją obronę” (Sub Tuum præsidium) i “Witaj, Królowo” (Salve Regina) oraz Litania Loretańska, gdzie ostatnie wezwania wychwalają Matkę Bożą jako Królową.
    Tytuł Maryi Królowej podkreślony został także w dokumentach Soboru Watykańskiego II, szczególnie w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele Lumen gentium:

    Koronacja Maryi na Królową nieba i ziemi

    Niepokalana Dziewica, zachowana wolną od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego, z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego, Pana panującego (por. Ap 19,16) oraz zwycięzcy grzechu i śmierci (KK 59).
    Tytuł “Królowa” podkreśla stan Maryi w czasach ostatecznych jako Tej, która zasiada obok swego Syna, Króla chwały. W ten sposób wypełniły się słowa Magnificat: “Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny”. Maryja ma uczestnictwo w chwale zmartwychwstałego Chrystusa, gdyż miała udział w Jego dziele zbawczym. Jest Jego Matką, nosiła Go w swoim łonie, urodziła Go, zadbała o Jego wychowanie, towarzyszyła Mu nieustannie podczas Jego nauczania – aż do krzyża, a potem Wieczernika w dniu Pięćdziesiątnicy.
    Maryja nie jest Królową absolutną, najwyższą i jedyną. Jest nad Nią Bóg i tylko On ma najpełniejsze prawo do tego tytułu. Jeśli więc Maryję nazywamy Królową, to jedynie ze względu na Jej Syna. Godność Jej Boskiego Macierzyństwa wynosi Ją ponad wszystkie stworzenia, czyni Ją Królową aniołów i wszystkich Świętych, Królową nieba i ziemi. Królewskość Maryi jest więc pośrednia. Tylko Pan Bóg jest władcą najwyższym i jedynym. Maryja ma władzę jedynie honorową i zleconą, pełni na ziemi rolę “Regentki”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Maryja to królowa, która służy

    Królowaniu Maryi poświęcił papież swoją katechezę podczas audiencji ogólnej w Castel Gandolfo. Ojciec Święty zaznaczył, że temat ten obrał w związku z przypadającym dziś w kalendarzu liturgicznym wspomnieniem Najświętszej Maryi Panny, Królowej.

    Benedykt XVI/BROC/CC-SA 3.0

    ***

    Tekst papieskiej katechezy:

    Drodzy bracia i siostry,

    Dzisiaj przypada liturgiczne wspomnienie Najświętszej Maryi Panny przyzywanej jako „Królowa”. Święto to wprowadzono niedawno, chociaż jego pochodzenie i kult są bardzo dawne. Ustanowił je Czcigodny Sługa Boży Pius XII w 1954 roku, na zakończenie Roku Maryjnego, wyznaczając jego datę na 31 maja (por. Encyklika Ad Caeli Reginam, 11 octobris 1954: AAS 46 [1954], 625-640). Przy tej okazji papież powiedział, że Maryja jest Królową, bardziej niż wszelka inna istota stworzona ze względu na wyniesienie Jej duszy i doskonałość otrzymanych darów. Nieustannie obsypuje Ona ludzkość wszystkimi skarbami swej miłości i troski (por. Discorso in onore di Maria Regina, 1° novembre 1954). Obecnie, po posoborowej reformie kalendarza liturgicznego zostało ono umieszczone osiem dni po uroczystości Wniebowzięcia NMP, aby podkreślić ścisły związek między królowaniem Maryi a Jej uwielbieniem w duszy i ciele, u boku swego Syna. W konstytucji dogmatycznej II Soboru Watykańskiego Lumen gentium czytamy: „Maryja z ciałem i duszą została wzięta do niebieskiej chwały i wywyższona przez Pana jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobnić się do swego Syna” (n. 59).

    Tutaj jest źródło dzisiejszego święta: Maryja jest Królową, ponieważ jest związana w sposób wyjątkowy ze swym Synem, zarówno w życiu doczesnym, jak i w chwale nieba. Jak stwierdza Efrem Syryjczyk, królewskość Maryi pochodzi z Jej Boskiego macierzyństwa: jest Matką Pana, Króla królów (por. Iz 9, 1-6), a ukazuje nam Jezusa jako nasze życie, zbawienie i nadzieję. Jak już przypominał Sługa Boży Paweł VI w adhortacji apostolskiej Marialis Cultus: „W Maryi Pannie wszystko odnosi się do Chrystusa i od Niego zależy: mianowicie ze względu na Niego Bóg Ojciec od wieków wybrał Ją na Matkę pod każdym względem świętą, a Duch Święty przyozdobił darami, jakich nikomu innemu nie udzielił”(n. 25),

    Pytamy się teraz, co oznacza, „ Maryja-Królowa”? Czy to jeden z tytułów między innymi, czy korona jest jedną z ozdób? Jak już wskazałem jest to konsekwencja Jej zjednoczenia z Synem, przebywania w niebie, czyli w jedności z Bogiem. Ma Ona udział w odpowiedzialności Boga za świat i miłości Boga wobec świata. Istnieje popularne pojęcie króla czy królowej, zgodnie z którym miała by to być osoba obdarzona władzą i bogactwem. Nie jest to jednak ten rodzaj królowania, właściwy Jezusowi i Maryi. Pomyślmy o Panu Jezusie. Królowanie Chrystusa jest utkane z pokory, służby i miłości. Jest to przede wszystkim służenie, pomaganie, miłowanie. Pamiętajmy, że Jezus został ogłoszony królem na krzyżu, gdy Piłat napisał „Król żydowski”. Na krzyżu ukazał On, że jest królem i w jaki sposób jest królem – cierpiąc za nas, z nami, miłując aż do końca i w ten sposób rządzi, tworzy prawdę, miłość, sprawiedliwość. Czy też podczas Ostatniej Wieczerzy, pochylając się i obmywając stopy swoim uczniom. Tak więc królowanie Jezusa nie ma nic wspólnego z panowaniem władców tego świata, jest Królem, który służy swoim sługom. Ukazał to na przestrzeni całego swego życia ziemskiego.

    Tak samo jest z Maryją: jest Ona Królową w służbie Bogu i ludzkości; jest Królową miłości, przeżywającą dar z siebie dla Boga, aby wejść w plan zbawienia człowieka. Odpowiada aniołowi: „Oto ja, Służebnica Pańska”, a w Magnificat wyśpiewuje: „Bóg wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy”. Pomaga nam i jest Królową właśnie miłując nas, kochając nas. W każdej naszej potrzebie jest naszą siostrą, pokorną służebnicą.

    Jak Maryja sprawuje tę królewskość służby i miłości? Czuwając nad nami, Jej dziećmi: dziećmi, które zwracają się do Niej w modlitwie, aby Jej podziękować lub wypraszać Jej macierzyńską opieką i Jej niebiańską pomoc, być może zagubiwszy drogę, uciskani bólem lub udręką z powodu smutnych i trudnych perypetii życiowych. W pomyślności czy też mrokach życia zwracamy się do Maryi, powierzając się jej nieustannemu wstawiennictwu, aby wyjednywała nam u Syna wszelkie łaski i miłosierdzie potrzebne na nasze pielgrzymowanie po drogach świata. Do Tego, który rządzi światem i trzyma w ręku losy wszechświata zwracamy się ufni, za pośrednictwem Maryi Panny. Jest Ona od wieków przyzywana, jako Królowa Nieba. Po modlitwie Różańca Świętego osiem razy jest Ona w Litanii Loretańskiej przyzywana jako Królowa aniołów, patriarchów, proroków, apostołów, męczenników, wyznawców, dziewic, Wszystkich Świętych i rodzin. Rytm tych starożytnych wezwań i codziennych modlitw, jak na przykład Salve Regina, pomaga nam w zrozumieniu, że Najświętsza Dziewica jako nasza Matka u boku Syna swego Jezusa w chwale niebios jest z nami zawsze, w dniu powszednim naszego życia. Tak więc tytuł „Królowej” jest więc tytułem zaufania, radości, miłości. Wiemy, że Ta, która ma po części w ręku losy świata jest dobra, kocha nas i pomaga w naszych trudnościach.

    Drodzy przyjaciele, nabożeństwo do Matki Bożej jest ważnym elementem życia duchowego. W naszej modlitwie zwracamy się do Niej ufni. Maryja nie omieszka wstawiać się za nami u swego Syna. Spoglądając na Nią, naśladujmy Jej wiarę, pełną gotowość wypełniania Bożego planu miłości, hojne przyjęcie Jezusa, uczymy się od Maryi życia. Maryja jest Królową Nieba, bliska Bogu, ale jest również matką bliską każdego z nas, miłującą nas i wysłuchującą nasz głos. Dziękuję za uwagę.

    BENEDYKT XVI

    22.08.2012/KAI/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    21 sierpnia

    Święty Pius X, papież

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Brunon Zembol, zakonnik i męczennik
      •  Błogosławiona Wiktoria Rasoamanarivo
    ***
    Święty Pius X

    Giuseppe (Józef) Sarto urodził się 2 czerwca 1835 r. w rodzinie wiejskiego listonosza, w Riese koło Wenecji. Uczęszczając do szkoły podstawowej w Riese, uczył się równocześnie języka łacińskiego u kapelana tej wioski, ks. Alojzego Horacjusza. W 1846 r. został przyjęty do gimnazjum w Castelfranco Veneto. Codziennie musiał więc przebiegać 14 km (po 7 km tam i z powrotem do domu). Trwało to przez 4 lata (1846-1850). W 1845 r. otrzymał sakrament bierzmowania; pierwszą Komunię świętą przyjął dwa lata później, kiedy miał 12 lat.
    Za pieniądze kardynała Jakuba Monico Józef podjął studia w seminarium w Padwie. Przebywał tam 8 lat (1850-1858). W tym czasie zmarł jego ojciec (1852) i była obawa, że Józef będzie musiał przerwać studia, aby pomagać matce. Matka jednak zdecydowała się dorabiać krawiectwem, aby synowi nie przerywać studiów. Święcenia kapłańskie Józef otrzymał 18 września 1858 r.
    Pierwszą placówką młodego kapłana była kapelania w Tombolo. Wyróżniał się tam jako doskonały kaznodzieja. Dlatego zapraszano go chętnie z kazaniami z różnych okazji. Swoje kazania przygotowywał bardzo starannie, każde z nich zapisując. Budował wiernych pobożnością i gorliwością kapłańską. Opiekował się ubogimi. Po 9 latach (1858-1867) biskup przeznaczył go na proboszcza do Salvano. Tu zajął się szczególnie katechizacją dzieci, uczeniem chóru śpiewu liturgicznego i biednymi. Sam będąc wiele razy głodny jako chłopiec, umiał zrozumieć głód innych. Był tak szczodry dla ubogich, że siostra częstokroć z płaczem skarżyła się mu, że nie ma co do garnka włożyć, a wstydzi się brać w sklepie na kredyt. Miał dwóch wikariuszy do pomocy, z którymi codziennie wieczorem omawiał potrzeby parafii. Po 8 latach został zwolniony z parafii i mianowany kanonikiem w Treviso. Niebawem biskup mianował ks. Józefa Sarto swoim kanclerzem (1875). Po śmierci biskupa został wybrany na wikariusza kapitulnego diecezji (1882).

    Święty Pius X w ówczesnym uroczystym stroju papieskim

    W 1884 r. papież Leon XIII mianował ks. Sarto biskupem Mantui i sam udzielił mu sakry biskupiej. Jako pasterz diecezji Józef umiał być kochającym i życzliwym dla wszystkich ojcem, ale bywał także stanowczy, kiedy tego wymagała chwała Boża. Sam przyświecał swojemu duchowieństwu przykładem modlitwy, ubóstwa i gorliwości kapłańskiej. Baczną uwagę zwrócił na seminarium duchowne, by mogli stąd wychodzić odpowiednio przygotowani do przyszłej misji kapłani. Osobiście zwizytował wszystkie kościoły i parafie diecezji, by się przekonać naocznie o ich potrzebach materialnych i duchowych. Na zakończenie wizytacji zwołał synod diecezjalny (1888), którego nie było od 250 lat. W 1891 roku urządził wielkie uroczystości w 300-lecie śmierci św. Alojzego Gonzagi, który pochodził z Mantui.
    W 1892 r. zmarł patriarcha Wenecji, kardynał Dominik Agostini. Leon XIII wyznaczył na jego miejsce biskupa Józefa Sarto. W trzy dni potem nowy patriarcha Wenecji otrzymał nominację na kardynała Kościoła. Całe swoje doświadczenie i gorliwość oddał do usług nowej archidiecezji. Rozwinął więc akcję katechizacji, by ją postawić na poziomie i ożywić ją we wszystkich parafiach oraz rektoratach swojej metropolii. W seminarium oprócz teologii dogmatycznej i moralnej wprowadził studia biblijne, historię Kościoła i ekonomię społeczną. Rozpoczął akcję oczyszczania muzyki kościelnej z elementów świeckich, jakie powszechnie wówczas wdarły się do liturgii. Pomagał mu w tym znany muzyk, Wawrzyniec Perosi. W roku 1895 zorganizował uroczystości jubileuszu 800-lecia konsekracji bazyliki św. Marka. W roku 1900 celebrował rocznicę 100-lecia konklawe, na którym w Wenecji został wybrany papieżem Pius VII. Jako patriarcha Wenecji mawiał do swoich kapłanów: “Głosicie wiele dobrych kazań. Niektóre zdradzają ogień najcudowniejszej wymowy i przewyższają nawet aktorów gestami i grą twarzy. Ale bądźmy szczerzy. Co mają z tego nasi biedni rybacy? Ile z tego rozumieją służące, robotnicy portowi i tragarze? Można dostać zawrotu głowy od tych hamletycznych salw huraganowych, ale serce, bracia, serce pozostaje puste. Proszę was, bracia, mówcie prosto oraz zwyczajnie, żeby i najprostszy człowiek was zrozumiał. Mówcie z dobrego i pobożnego serca, wtedy traficie nie tylko do uszu, ale i do duszy waszych słuchaczy”.

    Święty Pius X

    W 1903 r. zmarł wielki papież Leon XIII. 62 kardynałów po siódmym głosowaniu w dniu 4 sierpnia wybrało na jego następcę kardynała Józefa Sarto. Wybór przyjął zalany łzami. Uroczysta koronacja odbyła się 9 sierpnia. Nowy papież przyjął imię Piusa X. W dwa miesiące później (4 października 1903 r.) wydał swą pierwszą encyklikę E supremi apostolatus, w której wyłożył program swojego pontyfikatu: odnowić wszystko w Chrystusie (instaurare omnia in Christo). W 1906 r. wydał drugą z kolei encyklikę, dotyczącą karności i reformy duchowieństwa. W 1908 r. zaprowadził reformę kurii papieskiej i zmiany w procedurze konklawe. Rozpoczął reformę prawa kanonicznego, którą dokończył papież Benedykt XV, jego następca, wydaniem nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego (1917). W 1905 r. ukazał się Katechizm Piusa X najpierw dla diecezji rzymskiej, potem dla całego Kościoła z instrukcją o nauczaniu dzieci prawd wiary. Za pomocą listu motu proprio z 1903 r. Pius X wprowadził reformę muzyki kościelnej. Zreformował również brewiarz. Dekretem z 1905 r. zniósł konieczność przystępowania do spowiedzi przed każdym przyjęciem Komunii świętej, a dekretem Quam singulari Christus amore (z 8 sierpnia 1910 r.) obniżył wiek dzieci mogących przyjąć Komunię świętą.
    Z całą energią zwalczał współczesne błędy. Największym niebezpieczeństwem był modernizm – prąd, który obalał niemal wszystkie dogmaty. W encyklice Pascendi dominici gregis z 8 września 1907 r. modernizm został uroczyście potępiony, a kapłani zostali zobowiązani do składania przysięgi antymodernistycznej. Dla podniesienia wagi nauk biblijnych i dla przeciwstawienia się szerzonym błędom racjonalistycznym Pius X ustanowił Papieski Instytut Biblijny, istniejącą do dziś najwyższą szkołę biblijną (1909).
    Z całą stanowczością stawał w obronie Kościoła. Na tym tle doszło do gwałtownego zatargu z rządem francuskim, który w roku 1905 samowolnie zerwał konkordat z roku 1801 i usiłował narzucić Kościołowi ograniczające jego wolność prawa. Wtedy właśnie wypędzono z Francji zakonników i zlikwidowano niemal wszystkie klasztory. Papież mianował 40 biskupów na nie obsadzonych dotąd diecezjach, nie konsultując tego z rządem.
    Pius X bywa nazywany papieżem dzieci. Kochał je i pragnął, by jak najwcześniej spotkały się z Panem Jezusem, zanim szatan zajmie jego miejsce. Po wydaniu dekretu o wczesnej Komunii świętej otrzymał moc listów od dzieci. Pan Bóg obdarzył go także darem łask niezwykłych, m.in. uzdrawiania chorych.Święty Pius X - papież Eucharystii
    25 maja 1914 r. zdołał jeszcze zwołać konsystorz i ogłosić na nim wybór 13 nowych kardynałów. Z tej okazji dał wyraz swojemu przeczuciu bliskiej śmierci z powodu choroby nerek i oskrzeli, na którą od dawna cierpiał. 28 czerwca 1914 r. padł w Sarajewie od kuli zamachowca następca tronu Austro-Węgier, Franciszek Ferdynand. Wojna wisiała na włosku. Papież wydał orędzie do państw, usiłując zatrzymać groźbę wojny. Nie udało mu się to – 28 lipca stała się ona faktem. 21 sierpnia 1914 r. o godzinie 1 w nocy papież Pius X przeniósł się do wieczności. Następnego dnia odbył się jego pogrzeb i złożenie ciała do podziemi watykańskich pod bazyliką św. Piotra. 3 czerwca 1951 r. Pius XII dokonał uroczystej beatyfikacji sługi Bożego, a w trzy lata później, 29 maja 1954 r., ten sam papież dokonał jego uroczystej kanonizacji. Ciało św. Piusa X znajduje się w bazylice św. Piotra na Watykanie w kaplicy Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. Jest on czczony jako patron esperantystów.
    W ikonografii św. Pius X przedstawiany jest w stroju papieskim.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Audiencja Generalna Benedykta XVI, 18 sierpnia 2010

    Święty Pius X

    Św. Pius X, Papież.

    ***

    Dzisiaj chciałbym się zatrzymać przy postaci mojego poprzednika, św. Piusa X, którego wspomnienie liturgiczne przypada w najbliższą sobotę, podkreślając niektóre jego cechy, które mogą być użyteczne także dla duszpasterzy i wiernych naszych czasów.
    Giuseppe Sarto – tak się nazywał – urodził się w Riese (prowincja Treviso) w 1835 r. w wiejskiej rodzinie. Po studiach w seminarium w Padwie został wyświęcony na kapłana, mając zaledwie 23 lata. Początkowo był wikarym w Tombolo, następnie proboszczem w Salzano, później został kanonikiem katedry w Treviso, pełniącym obowiązki kanclerza biskupiego i ojca duchownego seminarium diecezjalnego. W tych latach bogatych w doświadczenia duszpasterskie przyszły papież wykazywał się głęboką miłością do Chrystusa i do Kościoła, pokorą i prostotą oraz wielką miłością do najbardziej potrzebujących, która charakteryzowała całe jego życie. W 1884 r. został mianowany biskupem Mantui, a w 1893 r. – patriarchą Wenecji. 4 sierpnia 1903 r. wybrano go na papieża. Posługę tę przyjął z wahaniem, gdyż nie uważał się za godnego tak wzniosłego zadania.
    Pontyfikat św. Piusa X pozostawił niezniszczalne znaki w historii Kościoła i był naznaczony wielkim wysiłkiem reformy, streszczającej się w jego haśle biskupim: „Instaurare omnia in Christo” – Odnowić wszystko w Chrystusie. Jego posunięcia obejmowały różne środowiska kościelne. Od początku zaangażował się w reorganizację Kurii Rzymskiej, później zapoczątkował prace nad redakcją Kodeksu Prawa Kanonicznego, zatwierdzonego przez jego następcę Benedykta XV. Wspierał następnie reformę studiów i formacji przyszłych kapłanów, zakładając również wiele seminariów lokalnych, wyposażonych w dobre biblioteki i mających odpowiednio przygotowanych profesorów. Innym ważnym polem była formacja doktrynalna ludu Bożego. Gdy jeszcze był proboszczem, ułożył katechizm, a jako biskup Mantui pracował nad redakcją jednolitego katechizmu, jeśli nie powszechnego, to przynajmniej w języku włoskim. Jako prawdziwy pasterz rozumiał, że w sytuacji tamtych czasów, choćby ze względu na zjawisko emigracji, koniecznością był katechizm, do którego każdy wierny mógłby sięgnąć, niezależnie od miejsca i okoliczności jego życia. Jako papież przygotował tekst doktryny chrześcijańskiej dla diecezji rzymskiej, którą później rozszerzył na całe Włochy i na cały świat. Katechizm ten, noszący jego imię, stał się dla wielu niezawodnym przewodnikiem w poznaniu prawd wiary, dzięki prostemu, jasnemu i ścisłemu językowi oraz ze względu na skuteczność w wyjaśnianiu.
    Wiele uwagi poświęcał Pius X reformie liturgii, zwłaszcza muzyki sakralnej, aby prowadzić wiernych do głębszego życia modlitwą i do pełniejszego udziału w sakramentach. W motu proprio „Tra le Sollecitudini” (1903 – pierwszy rok jego pontyfikatu) stwierdza, że prawdziwy duch chrześcijański ma swoje pierwsze i niepodważalne źródło w czynnym uczestnictwie w świętych tajemnicach oraz w uroczystej i publicznej modlitwie Kościoła (por. ASS 36 [1903], 531). Dlatego zalecał częste korzystanie z sakramentów, popierając codzienne przyjmowanie Komunii św. przy dobrym przygotowaniu. Faworyzował też, i to z powodzeniem, wcześniejszą Pierwszą Komunię św. dla dzieci w wieku 7 lat, „kiedy dziecko zaczyna rozumować” (por. Święta Kongregacja ds. Sakramentów, Decretum „Quam singulari”: AAS 2 [1910]).
    Wierny zadaniu utwierdzania braci w wierze, św. Pius X wobec pewnych tendencji, które pojawiły się w środowisku teologicznym na przełomie XIX i XX wieku, zareagował zdecydowanie, potępiając „modernizm”, by bronić wiernych przed błędnymi ideami i wspierać naukowe zgłębianie Objawienia zgodnie z tradycją Kościoła. Listem apostolskim „Vinea electa” z 7 maja 1909 r. ustanowił Papieski Instytuty Biblijny.
    Ostatnie miesiące jego życia były naznaczone łunami wojennymi. Apel do katolików świata, ogłoszony 2 sierpnia 1914 r., aby wyrazić „gorzki ból” obecnego czasu, był pełnym cierpienia krzykiem ojca, który widzi synów stojących naprzeciw siebie. Zmarł wkrótce potem – 20 sierpnia 1914 r., a jego sława świętości zaczęła się natychmiast szerzyć wśród ludu chrześcijańskiego.
    Drodzy Bracia i Siostry! Św. Pius X uczy nas wszystkich, że u podstaw naszych działań apostolskich podejmowanych na wielu polach musi być zawsze głęboka osobista więź z Chrystusem, którą należy pielęgnować i rozwijać dzień po dniu. Dopiero wtedy, gdy jesteśmy rozmiłowani w Panu, będziemy w stanie poprowadzić ludzi do Boga i otworzyć ich na Jego miłosierną miłość, i w ten sposób otworzyć świat na miłosierdzie Boże.

    Benedykt XVI

    z oryginału włoskiego tłumaczył o. Jan Pach OSPPE/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________


    20 sierpnia

    Święty Bernard z Clairvaux,
    opat i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Władysław Mączkowski, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Alojzy od Świętego Sakramentu (Jerzy Häfner), prezbiter i męczennik
      •  Samuel, prorok
    ***
    Święty Bernard z Clairvaux

    Bernard urodził się w rycerskim rodzie burgundzkim, na zamku Fontaines pod Dijon (Francja) w 1090 r. Jego ojciec, Tescelin, należał do miejscowej arystokracji jako wasal księcia Burgundii. Jego matka (Aletta) była córką hrabiego Bernarda z Montbard. Jako chłopiec Bernard uczęszczał do szkoły prowadzonej przez kanoników diecezjalnych w St. Vorles, gdzie ojciec Bernarda miał swoją posiadłość. Ojciec marzył dla syna o karierze na dworze księcia Burgundii. W Boże Narodzenie Bernardowi miało się pojawić Dziecię Boże i zachęcać chłopca, aby poświęcił się służbie Bożej. Kiedy Bernard miał 17 lat (1107), umarła mu matka. Zwrócił się wówczas do Maryi, by mu zastąpiła matkę ziemską. Będzie to jeden z rysów charakterystycznych jego ducha: tkliwe nabożeństwo do Bożej Matki.
    Mając 22 lata wstąpił do surowego opactwa cystersów w Citeaux, pociągając za sobą trzydziestu towarzyszy młodości. Niedługo potem również jego ojciec wstąpił do tego opactwa. Żywoty Bernarda głoszą, że wśród niewiast powstała panika, iż nie będą miały mężów, bo wszystko, co było najszlachetniejsze, Bernard zabrał do zakonu.
    Nadmierne pokuty, jakie Bernard zaczął sobie zadawać, tak dalece zrujnowały jego organizm, że był już bliski śmierci. Kiedy tylko poczuł się nieco lepiej, wraz z 12 towarzyszami został wysłany przez św. Stefana, opata, do założenia nowego opactwa w pobliżu Aube, w diecezji Langres, któremu Bernard od pięknej kotliny nadał nazwę Jasna Dolina (Clara Vallis – Clairvaux). Jako pierwszy opat tegoż klasztoru otrzymał święcenia kapłańskie. Miał wówczas 25 lat. W tym opactwie pozostał przez 38 lat jako opat. Stąd też rozpowszechniał dzieło św. Roberta (+ 1110) i św. Stefana (+ 1134) przez założenie 68 nowych opactw, toteż słusznie nadano mu tytuł współzałożyciela zakonu cystersów. Bernard nadał mu bowiem niebywały dotąd rozwój w całej Europie. Co więcej, oprócz nowych kandydatów w szeregi jego synów duchowych zaczęli się zaciągać także zwolennicy reformy z wielu opactw benedyktyńskich.

    Francisco Goya: Święty Bernard przyjęty do cystersów

    Bernard był nie tylko gorliwym opatem swojej rodziny zakonnej. Zasłynął także jako myśliciel, teolog i kontemplatyk. Umiał łączyć życie czynne z mistyką. Mając do dyspozycji na rozmowę z Bogiem tak mało czasu w ciągu dnia, poświęcał na nią długie godziny nocy. Założył około trzystu fundacji zakonnych, w tym także cysterską fundację w Jędrzejowie. Wywarł wpływ na życie Kościoła swej epoki. Był jedną z największych postaci XII wieku. Nazwano go “wyrocznią Europy”. Był obrońcą papieża Innocentego II. Położył kres schizmie Anakleta w Rzymie. Z polecenia Eugeniusza III ogłosił II krucjatę krzyżową. Napisał regułę templariuszy, zakonu powołanego w 1118 r. do ochrony pielgrzymów od napadów i stania na straży Grobu Chrystusa. Wyjednał także u papieża jej zatwierdzenie.

    Święty Bernard z Clairvaux - gorliwy czciciel Maryi

    Bernard bardzo żywo bronił czystości wiary. Wystąpił przeciwko tezom Abelarda, znanego dialektyka, bardzo awanturniczego i zbyt intelektualizującego prawdy wiary. Skłonił go do pojednania z Kościołem.
    Bernard zasłynął także swymi pismami. Jest ich wiele: od drobnych rozpraw teologicznych, poprzez utwory ascetyczne, kończąc na listach i kazaniach. Z traktatów najważniejsze to: O łasce i wolnej woli, O stopniach pokory i pychy, Księga o miłowaniu Boga, Pięć ksiąg do papieża Eugeniusza III. Z jego kazań najpiękniejsze to komentarze do Pieśni nad pieśniami (1136) i O Najświętszej Maryi Pannie. Wśród listów zachował się także list do biskupa krakowskiego.
    Bernard wyróżniał się także nabożeństwem do Męki Pańskiej. Na widok krzyża zalewał się obfitymi łzami. Bracia zakonni widzieli nieraz, jak czule rozmawiał z Chrystusem ukrzyżowanym. Dla wyrażenia swojej miłości do NMP nie tylko pięknie o Niej pisał, ale często Ją pozdrawiał w Jej świętych wizerunkach. Powtarzał wówczas radośnie Ave, Maria! Legenda głosi, że raz z figury miała mu odpowiedzieć Matka Boża na to pozdrowienie słowami: Salve, Bernardzie! Ikonografia często przedstawia go w tej właśnie sytuacji. Nadzwyczajny dar wymowy zjednał mu tytuł “doktora miodopłynnego”.

    Święty Bernard z Clairvaux - czciciel Męki Pańskiej

    Zmarł w Clairvaux 20 sierpnia 1153 r. Do chwały świętych wyniósł go papież Aleksander III w 1174 roku. Doktorem Kościoła ogłosił Bernarda papież Pius VIII w 1830 roku. W osiemsetną rocznicę jego śmierci Pius XII w 1953 r. wydał ku czci św. Bernarda piękną encyklikę, zaczynającą się od słów Doktor miodopłynny. Bernard jest czczony jako patron cystersów, Burgundii, Ligurii, Genui, Gibraltaru, Pelplina, a także pszczelarzy; wzywany jako opiekun podczas klęsk żywiołowych, sztormów oraz w godzinie śmierci.
    W ikonografii Bernard przedstawiany jest w stroju cysterskim. Jego atrybutami są m.in.: księga, krzyż opacki, krucyfiks; Matka Boża z Dzieciątkiem, narzędzia Męki Pańskiej, pióro pisarskie, różaniec, trzy infuły u stóp, rój pszczeli, ul.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Św. Bernard z Clairvaux

    Św. Bernard z Clairvaux

    Św. Bernard z Clairvaux

    “Wizja św. Baernarda ze św. Benedyktem i św. Janem Ewangelistą”/Fra Bartolomeo (PD)

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 21 PAŹDZIERNIKA 2009 R.

    Opat z Clairvaux zachęca do kontemplacji i mistycyzmu. Tylko Jezus jest „miodem w ustach, kantykiem w uchu, radością w sercu.

    Drodzy bracia i siostry,

    dziś chciałbym mówić o świętym Bernardzie z Clairvaux, nazywanym „ostatnim z Ojców” Kościoła, ponieważ w XII wieku raz jeszcze odnowił i uobecnił wielką teologię Ojców. Nie znamy szczegółów jego dzieciństwa; wiemy jednak, że urodził się w 1090 roku w Fontaines we Francji, w dość zamożnej rodzinie wielodzietnej. Jako młodzieniec wyróżnił się w nauce tak zwanych sztuk wyzwolonych – zwłaszcza gramatyki, retoryki i dialektyki – w szkole kanoników kościoła w Saint-Vorles, w Châtillon-sur-Seine i dojrzewał w nim powoli zamiar podjęcia życia zakonnego. W wieku około dwudziestu lat wstąpił do Cîteaux – nowej fundacji monastycznej, lżejszej od starych i czcigodnych ówczesnych klasztorów, jednocześnie jednak bardziej wymagającej, gdy chodzi o praktykowanie rad ewangelicznych. Kilka lat później, w 1115, św. Stefan Harding, trzeci opat Cîteaux wysłał Bernarda do założenia klasztoru w Clairvaux. Tu młody opat, który miał zaledwie 25 lat, mógł wydoskonalić swoje pojęcie życia monastycznego i zaangażować się we wcielanie go w życie. Widząc dyscyplinę panującą w innych klasztorach, Bernard zdecydowanie podkreślał konieczność życia wstrzemięźliwego i umiarkowanego tak przy stole, jak i w stroju i w zabudowaniach klasztornych, zalecając utrzymanie i troskę o ubogich. Tymczasem wspólnota w Clairvaux rosła wciąż liczebnie i mnożyła swoje fundacje.

    W owych latach, przed rokiem 1130, Bernard prowadził bogatą korespondencję z wieloma osobami, zarówno ważnymi, jak i skromnej kondycji społecznej. Do licznych Lisów z tego okresu należy dodać równie liczne Kazania, a także Sentencje i Traktaty. Na ten okres przypada też wielka przyjaźń Bernarda z Wilhelmem – opatem Saint-Thierry i Wilhelmem z Champeaux, należącymi do najważniejszych postaci XII stulecia. Od roku 1130 zajmował się wieloma poważnymi sprawami Stolicy Apostolskiej i Kościoła, dlatego coraz częściej musiał opuszczać swój klasztor, a czasami i Francję. Założył też kilka klasztorów żeńskich i był uczestnikiem ożywionej wymiany korespondencji z Piotrem Czcigodnym, opatem Cluny, o którym mówiłem w ubiegłą środę.

    Swoje pisma polemiczne skierował przede wszystkim przeciwko Abelardowi, wielkiemu myślicielowi, który zapoczątkował nowy sposób uprawiania teologii, wprowadzając przede wszystkim dialektyczno-filozoficzną metodę konstruowania myśli teologicznej. Innym frontem, na którym walczył Bernard, była herezja katarów, którzy gardzili materią i ludzkim ciałem, pogardzając tym samym Stwórcą. On natomiast czuł się w obowiązku występować w obronie Żydów, potępiając oraz bardziej szerzące się nawroty antysemityzmu. Ze względu na ten ostatni aspekt jego działalności apostolskiej, kilkadziesiąt lat później Efraim, rabin Bonn, oddał Bernardowi przejmujący hołd. W tym samym okresie święty Opat napisał swoje najsławniejszego dzieła, jak głośne Kazania o Pieśni nad pieśniami.

    W ostatnich latach swego życia – zmarł w 1153 roku – Bernard musiał ograniczyć podróże, nie rezygnując z nich jednak zupełnie. Wykorzystał to do ostatecznego przejrzenia zbioru Listów, Kazań i Traktatów. Na wspomnienie zasługuje książka dość wyjątkowa, którą ukończył właśnie w tym okresie, w 1145, kiedy jeden z jego uczniów, Bernardo Pignatelli, został papieżem, przyjmując imię Eugeniusz III. Z tej okazji Bernard, jako ojciec duchowy, skierował do tego swego syna duchowego tekst zatytułowany „De Consideratione”, zawierający wskazania, jak być dobrym papieżem. W księdze tej, która pozostaje lekturą odpowiednią dla papieży wszystkich czasów, Bernard nie mówi jedynie, jak być dobrym papieżem, ale ukazuje też głęboką wizję tajemnicy Kościoła i tajemnicy Chrystusa, która prowadzi ostatecznie do rozważania tajemnicy Boga Trójjedynego: „Należałoby nadal szukać tego Boga, którego jeszcze nie dość szukany”, pisze święty Opat, „być może jednak uda się szukać lepiej i łatwiej w modlitwie niż w dyskusji. Zakończmy więc na tym księgę, ale nie poszukiwania” (XIV, 32: PL 182, 808), nie drogę ku Bogu.

    Chciałbym się teraz zatrzymać na dwóch głównych aspektach bogatej nauki Bernarda: dotyczą one Jezusa Chrystusa i Najświętszej Maryi, Jego Matki. Jego troska o głęboki i żywotny udział chrześcijanina w miłości Boga w Jezusie Chrystusie nie wnosi nowych wskazań do naukowego statusu teologii. Jednakże w sposób bardziej niż zdecydowany opat z Clairvaux zachęca teologa do kontemplacji i mistycyzmu. Tylko Jezus – podkreśla Bernard w obliczu złożonego dialektycznego rozumowania swoich czasów – tylko Jezus jest „miodem w ustach, kantykiem w uchu, radością w sercu (mel in ore, in aure melos, in corde iubilum)”. Stąd właśnie wziął się tytuł, jaki przyznała mu tradycja – Doctor mellifluus: jego wysławianie Jezusa Chrystusa „płynie niczym miód”. W wycieńczających bitwach między nominalistami a realistami – dwoma nurtami filozofii tamtej epoki – opat z Clairvaux niezmordowanie powtarza, że jedno tylko jest imię, które się liczy, imię Jezusa z Nazaretu. „Jałowy jest wszelki pokarm duszy – wyznaje – jeśli nie jest podlany tą oliwą; mdły, jeśli nie jest okraszony tą solą. To, co piszesz, nie ma dla mnie smaku, jeśli nie odczytam w tym Jezusa”. I kończy: „Gdy dyskutujesz bądź mówisz, nic nie ma dla mnie smaku, jeśli nie usłyszę brzmienia imienia Jezusa” (Sermones in Cantica Canticorum XV, 6: PL 183,847). Dla Bernarda bowiem prawdziwe poznanie Boga polega na osobistym, głębokim doświadczeniu Jezusa Chrystusa i Jego miłości. I to, drodzy bracia i siostry, dotyczy każdego chrześcijanina: wiara to przede wszystkim osobiste, intymne spotkanie z Jezusem, to doświadczenie Jego bliskości, Jego przyjaźni, Jego miłości, tylko tak nauczyć się można coraz lepiej poznawać Go, miłować i iść coraz bardziej za Nim. Oby tak było w przypadku każdego z nas!

    W innym znanym Kazaniu na niedzielę oktawy Wniebowzięcia święty Opat opisuje w porywających słowach intymny udział Maryi w odkupieńczej ofierze Syna: „Święta Matko – mówi on – prawdziwie miecz przeszył Twą duszę!… Do tego stopnia gwałt bólu przeszył Twoją duszę, że słusznie nazywać Cię możemy bardziej niż męczennikiem, albowiem w Tobie udział w męce Syna przewyższył znacznie jeśli chodzi swą intensywnością cierpienia męczeństwa” (14: PL 183,437-38). Bernard nie ma wątpliwości, że „per Mariam ad Iesum” – przez Maryję prowadzeni jesteśmy do Jezusa. Zaświadcza on wyraźnie podporządkowanie Maryi Jezusowi, zgodnie z podstawami tradycyjnej mariologii. Jednakże korpus Kazania dowodzi też uprzywilejowanego miejsca Dziewicy w ekonomii zbawienia, w następstwie zupełnie wyjątkowego udziału Matki (compassio) w ofierze Syna. Nieprzypadkowo półtora wieku po śmierci Bernarda Dante Alighieri, w ostatniej pieśni „Boskiej Komedii” włoży w usta Doktora Miodopłynnego wspaniałą modlitwę do Maryi: „Dziewico! Matko! Córko Twego Syna, / Pokorna, ale nad wszystkie wyniosła,/ zamierzeń boskich skarbnico jedyna!” (Raj, Pieśń 33, w. 1 i n.).

    Refleksje te, charakterystyczne dla kogoś, kto rozmiłowany jest w Jezusie i Maryi, jak św. Bernard, mają także dziś ozdrowieńczy wpływ nie tylko na teologów, ale na wszystkich wiernych. Czasem chce się rozwiązać podstawowe kwestie na temat Boga, człowieka i świata przy użyciu samej tylko siły rozumu. Św. Bernard natomiast, mocno opierając się na Biblii i na Ojcach Kościoła, przypomina nam, że bez głębokiej wiary w Boga, podsycanej modlitwą i kontemplacją, intymną relacją z Panem, naszym refleksjom na temat tajemnic Bożych grozi, że staną się czczym ćwiczeniem intelektualnym i stracą swą wiarygodność. Teologia odsyła do „nauki świętych”, do ich wyczucia tajemnic Boga żywego, do ich mądrości, daru Ducha Świętego, które stają się punktem odniesienia myśli teologicznej. Razem z Bernardem z Clairvaux my także musimy przyznać, że człowiek lepiej szuka i łatwiej znajduje Boga „w modlitwie aniżeli w dyskusji”. W ostateczności najprawdziwszą postacią teologa i każdego ewangelizatora pozostaje apostoł Jan, który oparł swoją głowę na sercu Nauczyciela.

    Chciałbym zakończyć te refleksje o św. Bernardzie wezwaniami do Maryi, które czytamy w jednym z jego pięknych kazań: „W niebezpieczeństwach, w niedostatkach, w niepewnościach – mówi on – myśl o Maryi, wzywaj Maryję. Niech Ona nie schodzi z twoich warg, nie opuszcza nigdy twego serca; i aby otrzymać pomoc Jej modlitwy, nie zapominaj nigdy o przykładzie Jej życia. Jeśli idziesz za Nią, nie zboczysz; jeśli modlisz się do Niej, nie możesz rozpaczać; jeśli myślisz o Niej, nie pomylisz się. Jeśli Ona cię wspiera, nie upadniesz; jeśli Ona się tobą opiekuje, nie masz się czego obawiać; jeśli Ona cię prowadzi, nie zmęczysz się; jeśli Ona ci sprzyja, dojdziesz do celu” (Hom. II super «Missus est», 17: PL 183, 70-71).

    BENEDYKT XVI

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    19 sierpnia

    Święty Jan Eudes, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Bernard Tolomei, opat
      •  Błogosławiony Gweryk, opat
      •  Święty Ludwik, biskup
      •  Święty Sykstus III, papież
    ***
    Święty Jan Eudes

    Jan Eudes urodził się 14 listopada 1601 r. w rodzinie wieśniaków, w Ry (Normandia). Po ukończeniu szkół podstawowych Jan wstąpił do kolegium jezuickiego w Caen. Tutaj pogłębił w sobie życie wewnętrzne. Znajomość języka łacińskiego opanował w tak doskonałym stopniu, że mógł się nim posługiwać na równi z językiem ojczystym. Jako wzorowy uczeń został przyjęty do Sodalicji Mariańskiej. Po ukończeniu kolegium w 1623 roku wstąpił do głośnego wówczas we Francji “Oratorium Jezusa”. Przyjął go sam założyciel tej instytucji, kardynał Piotr de Berulle, wówczas najwyższy autorytet moralny we Francji. W dwa lata potem Jan przyjął święcenia kapłańskie (1625).
    W 1627 r. powrócił do Argentan, kiedy dowiedział się, że panuje tam zaraza. Niósł pomoc zarażonym. Następnie został przeznaczony do Caen. Powierzono mu obowiązki wędrownego kaznodziei, by głosił rekolekcje, misje, słowo Boże z okazji odpustów i świąt. Tę wyczerpującą pracę prowadził przez 44 lata (1632-1676). Za podstawę obrał sobie katechizm. Systematycznie uczył prawd wiary i moralności tak dzieci, jak i dorosłych, wieśniaków, jak i mieszczan. Co roku przeprowadzał 3 do 4 misji, a każda z nich trwała od 4 do 8 tygodni. Przez całe swe życie przeprowadził 110 misji. W ciągu kilkudziesięciu lat przemierzył całą Normandię, Bretonię i część Burgundii. Wielu kapłanów i wiele sióstr zakonnych poddało się pod jego kierownictwo duchowe.
    Za poradą spowiednika wystąpił z Oratorium (1643) i postanowił założyć własne zgromadzenie misyjne (eudystów) dla nauczania i katechizowania ludu, który był pod tym względem mocno zaniedbany. Ponieważ wyróżniał się nabożeństwem do Serca Jezusa i Maryi, cześć dla tych Serc szerzył niezmordowanie żywym słowem i pismem. Założył szereg seminariów duchownych w diecezjach, w których ich jeszcze nie było, mimo bardzo surowych zaleceń soboru trydenckiego (1545-1563): w Coutances (1650), w Lisieux (1653), w Rouen (1658), w Evreux (1667) i w Rennes (1670), skąd wyszło wielu gorliwych kapłanów. Seminaria te prowadzili jego synowie duchowi.
    W swoich wędrówkach apostolskich zauważył, że po miastach szerzyła się rozpusta. Wiele młodych niewiast i dziewcząt w tego rodzaju życiu widziało jedyną dla siebie szansę zdobycia utrzymania. Nieustanne wojny i zamieszki, zarazy i pożary pomnażały nędzę, która pchała kobiety w ramiona rozpusty. Jan utworzył więc nową, żeńską rodzinę zakonną do opieki nad moralnie upadłymi dziewczętami, pod nazwą Sióstr Matki Bożej od Miłości. Tego rodzaju inicjatywa była potrzebna, gdyż nowy zakon otworzył swoje placówki w Caen (1642), w Rennes (1673), w Hennebont (1676) i w Guingamp (1676). Papież Aleksander VII zatwierdził nowe dzieło bullą w 1666 roku.
    Jan znajdował też czas na twórczość pisarską. Do najcenniejszych jego pism należą Królestwo Chrystusa (1637), Katechizm misyjny (1642), Kontrakt człowieka z Bogiem przez Chrzest święty (1654), Pamiętnik życia kościelnego (1681), Dobry spowiednik (1666) i Kaznodzieja apostolski (1685). Niektóre z tych dziełek ukazały się w druku dopiero po jego śmierci.

    Święty Jan Eudes

    Największe zasługi Jan Eudes położył jako niezmordowany apostoł nabożeństwa do Serca Pana Jezusa i Serca Jego Matki. Jako pierwszy wystąpił publicznie z rozpowszechnianiem nabożeństwa, które było dotąd zarezerwowane tylko dla wybranych. Rozpowszechniał wśród ludu i duchowieństwa obrazy i obrazki Najświętszych Serc, modlitwy i pobożne wezwania. U biskupów poszczególnych diecezji otrzymał zezwolenie na obchodzenie święta Serca Jezusa (20 października) i Serca Maryi (8 lutego). Ułożył do tekstu Mszy świętej i brewiarza osobne czytania i hymny. Rodziny zakonne, które założył, oddał pod opiekę Serca Maryi i Jezusa. Jako hasło i codzienne pozdrowienie wprowadził do swoich klasztorów: Zdrowaś, Serce Najświętsze! Zdrowaś, Najukochańsze Serce Jezusa i Maryi! Nabożeństwo to szerzył także poprzez misje urządzane przez siebie i swoich synów duchowych. Nakazał odprawiać je w seminariach, które prowadził jego zakon. W roku 1650 Jan założył bractwo Serca Jezusa i Maryi. W Coutance wystawił pierwszy kościół ku czci Serca Pana Jezusa i Matki Bożej.
    Właśnie ta akcja przysporzyła mu jednocześnie najwięcej cierpień. Naraził się bowiem jansenistom. Oratorianie, z których szeregów wystąpił, także nie mogli mu tego darować. Posądzono go o herezję. Doszło do tego, że król nakazał mu usunąć się z Paryża. Kapłan bronił się. Przekonywał, że teologicznie nabożeństwo to nie jest błędne, a z powodów duszpastersko-ascetycznych ma wielkie znaczenie. Opatrzność czuwała nad dziełem. Znaleźli się dygnitarze, którzy udzielili poparcia pięknej inicjatywie. Jan dla ostrożności oddał teksty liturgiczne, ułożone przez siebie, do przeglądu wybitnym teologom. Ci je zatwierdzili (1670). W 1672 roku Jan Eudes wysłał pismo do sześciu domów swojego zgromadzenia męskiego, w których polecił obchodzić święto Serca Pana Jezusa (20 października) jako święto patronalne zgromadzenia. W tym samym liście polecił równocześnie, by uroczystość tę poprzedziła uroczystość Serca Maryi (8 lutego). Za eudystami poszły z wolna inne zakony. Święto Serca Pana Jezusa przyjęły m.in. benedyktynki od Najświętszego Sakramentu (1674) i benedyktynki z Montmartre (1674). Po śmierci Jana w 1681 r. ukazało się w druku dziełko Przedziwne Serce Najświętszej Matki Bożej, w którym Jan wyłożył naukę dotyczącą tego nabożeństwa. Nosił się z myślą wydania podobnej pracy o Najświętszym Sercu Jezusowym, ale śmierć przerwała mu przygotowanie pracy.Zmarł w Caen 19 sierpnia 1680 r. Jego beatyfikacja miała miejsce w 1909 r., dokonał jej papież Pius X. Uroczystej kanonizacji dokonał jego następca, Pius XI, w roku świętym 1925.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 sierpnia

    Błogosławiona Sancja Szymkowiak, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święta Helena, cesarzowa
      •  Święty Albert Hurtado, prezbiter
      •  Błogosławieni prezbiterzy i męczennicy z Rochefort
    ***
    Błogosławiona Sancja Szymkowiak

    Janina Szymkowiak urodziła się 10 lipca 1910 r. w Możdżanowie koło Ostrowa Wielkopolskiego. Z domu rodzinnego wyniosła silną wiarę, zasady moralne i gorącą miłość ojczyzny. W 1929 roku, po ukończeniu gimnazjum w Ostrowie Wielkopolskim, podjęła studia romanistyki na Uniwersytecie Poznańskim. Od wczesnej młodości prowadziła głębokie życie religijne. Codziennie uczestniczyła we Mszy św. i przyjmowała Komunię św. Cechowała ją prawość w postępowaniu, wierność przyjętym zobowiązaniom i miłość bliźniego. W 1934 r. uzyskała absolutorium i wyjechała do Francji. Zamieszkała u sióstr oblatek. Chodziło jej o doskonalenie języka przed złożeniem magisterium.
    Udział w pielgrzymce do Lourdes zadecydował o dalszym jej życiu. Pozostała u oblatek i rozpoczęła postulat. Jednak na usilne prośby rodziców, po kilku miesiącach wróciła do Polski. Matka i ojciec doradzali jej wybór zakonu w kraju. Wkrótce zetknęła się z siostrami serafitkami i w 1936 r. wstąpiła do nich w Poznaniu. Otrzymała wówczas zakonne imię Sancja. Pracowała jako wychowawczyni, nauczycielka, furtianka i refektarka. W czasie wojny pozostała w klasztorze, mimo że przełożeni dali jej możliwość czasowego powrotu do domu rodzinnego. Niemcy zamienili dom sióstr w Poznaniu na hotel. Sancja pomagała jako tłumaczka angielskim i francuskim jeńcom, którzy nazywali ją “aniołem dobroci”.
    Wycieńczona ciężką pracą i skromnymi, klasztornymi warunkami, zachorowała na gruźlicę gardła. Cierpienia związane z chorobą ofiarowała Bogu za grzeszników. Przed śmiercią powiedziała: “Umieram z miłości, a Miłość miłości niczego odmówić nie może”. Ciężko chora złożyła śluby wieczyste. Umarła 29 sierpnia 1942 r. z nadzieją, a nawet pewnością, że nadal będzie pomagać innym. Jej grób znajduje się w kościele św. Rocha w Poznaniu.
    W 1996 r. za wstawiennictwem s. Sancji została cudownie uzdrowiona nowo narodzona dziewczynka z Poznania, której lekarze nie dawali szans na przeżycie. Po zbadaniu tego wydarzenia przez odpowiednich ekspertów Stolica Apostolska ogłosiła dekret o cudownym charakterze tego uzdrowienia. To otworzyło drogę do beatyfikacji s. Sancji. Dokonał jej podczas swojej ostatniej pielgrzymki do Polski św. Jan Paweł II. 18 sierpnia 2002 r. na krakowskich Błoniach mówił on o bł. Sancji Szymkowiak: Drogę powołania zakonnego bł. Sancji Janiny Szymkowiak, serafitki, wyznaczało dzieło miłosierdzia. Już z domu rodzinnego wyniosła gorącą miłość do Najświętszego Serca Jezusowego i w tym duchu była pełna dobroci dla wszystkich ludzi, a szczególnie dla najbiedniejszych i najbardziej potrzebujących. Przynależąc do Sodalicji Mariańskiej i Kółka Miłosierdzia św. Wincentego, niosła im konkretną pomoc, zanim jeszcze wstąpiła na drogę życia zakonnego, by potem jeszcze pełniej oddać się na służbę innym. Ciężkie czasy hitlerowskiej okupacji przyjęła jako okazję do całkowitego oddania siebie potrzebującym. Swoje powołanie zakonne zawsze uznawała za dar Bożego miłosierdzia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    17 sierpnia

    Święty Jacek, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święci Alipiusz i Posydiusz, biskupi
      •  Święta Klara z Montefalco, dziewica
      •  Święta Joanna Delanoue, zakonnica
      •  Błogosławiony Augustyn Anioł Mazzinghi, prezbiter
    ***
    Święty Jacek rozmawia z Matką Bożą

    Jacek urodził się w Kamieniu Śląskim, w ziemi opolskiej, na krótko przed 1200 rokiem. Był synem szlacheckiego, możnego rodu Odrowążów, krewnym biskupa krakowskiego Iwona Odrowąża i jego następcy, Jana Prandoty, również Odrowąża. Pierwsze nauki pobierał zapewne w Krakowie w szkole katedralnej. Być może jego nauczycielem był bł. Wincenty Kadłubek, który w kapitule krakowskiej mógł wówczas sprawować godność kanonika scholastyka (1183-1206). Jacek zamieszkał wtedy u stryja Iwona. Po ukończeniu szkoły katedralnej otrzymał święcenia kapłańskie z rąk biskupa Pełki lub bł. Wincentego. W 1219 r. był już kanonikiem krakowskim – został mianowany nim przez Iwona. Jest rzeczą prawdopodobną, że Iwo wysłał przedtem Jacka na studia teologiczne i prawa kanonicznego do Paryża i Bolonii. Sam wykształcony w Paryżu i w Vicenza, chciał, by i jego bratanek zdobył wiedzę i nabrał europejskiej ogłady. Jednak o tym źródła milczą.
    W 1215 r. biskup Iwo – przebywając jako kanclerz księcia Leszka Białego na Soborze Laterańskim – poznał św. Dominika Guzmana. Po raz drugi zetknął się ze św. Dominikiem być może w Rzymie, kiedy w roku 1216 stał na czele delegacji polskiej, która miała złożyć hołd (obediencję) nowemu papieżowi Grzegorzowi IX. Wtedy prawdopodobnie wyraził życzenie, aby św. Dominik wysłał także do Polski swoich duchowych synów. Na to zapewne otrzymał odpowiedź, aby przysłał z Polski kandydatów. Kiedy więc Iwo został biskupem krakowskim (1218), udał się do Rzymu ze swymi kanonikami Jackiem i Czesławem. Iwo wrócił do Polski, a Jacek i Czesław pozostali w Rzymie u boku św. Dominika.

    Święty Jacek rozmawia z Matką Bożą

    Nakaz nowicjatu wtedy jeszcze nie istniał. Pojawił się on w zakonie św. Dominika dopiero w 1244 r. Dlatego po krótkim pobycie w rzymskim klasztorze św. Sabiny Dominik mógł obu kandydatów obłóczyć w habit z myślą rychłego wysłania ich do Polski. Bezpośrednią przyczyną decyzji wstąpienia do dominikanów przez Jacka i Czesława miały być niezwykłe wydarzenia, których obaj mężowie byli świadkami. W klasztorze św. Sabiny w Rzymie ujrzeli pewnego dnia św. Dominika w czasie Mszy świętej, uniesionego w ekstazie w górę. Tego właśnie dnia św. Dominik wskrzesił Napoleona, siostrzeńca kardynała Stefana, co głośnym echem odbiło się w Rzymie. Jacek i Czesław odbyli jedynie półroczny okres próby, po którym złożyli śluby na ręce św. Dominika.
    Jeszcze tego samego roku (1219) jesienią Dominik wysłał obu Polaków do Bolonii. Szli pieszo o żebranym chlebie, jak to było wówczas w zakonie w zwyczaju, a nie konno, jak w czasie, gdy przybywali do Rzymu w orszaku biskupa Iwona. W Bolonii znajdował się wówczas główny i największy klasztor Zakonu Kaznodziejskiego. Pozostali tam rok, dokształcając się duchowo i umysłowo w obserwancji zakonu. Zdaniem niektórych pisarzy, dopiero teraz w roku 1220 lub nawet w 1221 Jacek i Czesław złożyli śluby, a nie w roku 1219. W maju 1221 r. w same Zielone Święta wzięli, być może, udział w kapitule generalnej Zakonu, na której utworzono pięć prowincji.
    W roku 1221 św. Dominik lub jego pierwszy następca, bł. Jordan z Saksonii, wysłał grupę 4 braci do Polski. Prowincjałem ustanowił Pawła Węgra. Ponieważ ten musiał chwilowo zostać w Bolonii, na czele wyprawy ustanowił Jacka. Do Polski udali się więc pieszo Jacek, Czesław, Herman i Henryk Morawianin. Jacek niósł ze sobą, jak to było w zwyczaju, odpis bulli papieskiej polecającej biskupom nowy zakon. Za nimi po pewnym czasie podążył Paweł Węgier.
    Jacek po drodze zatrzymywał się z towarzyszami swymi po klasztorach i domach księży. W miasteczku Fryzak na pograniczu Styrii i Karyntii zatrzymali się na dłuższy czas u kanoników regularnych. Kilku członków tego zakonu wstąpiło do nowej rodziny zakonnej św. Dominika. Jacek zostawił więc we Fryzaku jednego z kapłanów i brata Hermana Niemca wraz z nowymi kandydatami, a sam udał się do Lorch koło Linzu w Austrii. Stąd podążył do Pragi Czeskiej. Biskup Pragi przyjął ich bardzo serdecznie i prosił, by tam zostali. Ponieważ nie było jeszcze konkretnych propozycji, Jacek udał się z towarzyszami dalej do Krakowa.
    Podróż Jacka z towarzyszami z Bolonii do Krakowa trwała kilka miesięcy. To świadczy o tym, że Jacek nie miał jeszcze konkretnego planu działania. Św. Dominik polecił mu badać po drodze możliwości pozyskiwania nowych członków i zakładanie nowych placówek. Jacek uczynił to najpierw we Fryzaku, a w kilka lat potem duchowi synowie św. Dominika założą również klasztor w Pradze i we Wrocławiu.

    Święty Jacek rozmawia z Matką Bożą

    Jesienią 1221 r. (6 sierpnia tego roku zmarł św. Dominik, jego następcą został wybrany bł. Jordan z Saksonii) Jacek z towarzyszami znalazł się w Krakowie. 1 listopada w Krakowie pierwszych synów św. Dominika uroczyście przyjął biskup Iwo. Zamieszkali oni początkowo na Wawelu, na dworze biskupim. 25 marca 1222 r. było już gotowe skromne zabudowanie przy kościółku Świętej Trójcy. Tam też uroczyście przenieśli się dominikanie. Jacek natychmiast zabrał się do budowy klasztoru i kościoła. Poprzedni kościół był drewniany i zbyt mały. Całość była gotowa w roku 1227. Koszty poniósł w całości biskup Iwo. Konsekracji nowego kościoła dokonał legat papieski kardynał Grzegorz Krescencjusz. W 1227 r. biskup Iwo dokonał uroczyście aktu przekazania fundacji. Dokument ten zachował się szczęśliwie po nasze czasy. Kiedy w dwa lata potem (1229) zmarł biskup Iwo w czasie swojej podróży do Włoch, dominikanie z wdzięczności sprowadzili jego ciało do Polski i umieścili je w swoim kościele w Krakowie. Biskup zażywał tak wielkiej czci, że oddawano mu cześć jako błogosławionemu aż do wydania dekretu przez papieża Urbana VIII (1634), który zabraniał oddawania czci osobom, które nie otrzymały oficjalnej aprobaty Stolicy Apostolskiej. Biskup Iwo darzył wielką czcią św. Dominika i sam zamierzał wstąpić do dominikanów krakowskich. Wystarał się nawet o zgodę papieża Honoriusza III (+ 1227). Jednak na wieść o tym z Polski posypały się protesty i papież zezwolenie swoje wycofał. Zachowały się listy papieża z grudnia 1223 r., pisane do biskupa Wrocławia i do kapituły krakowskiej, w których papież wyjaśnia, dlaczego najpierw wyraził swoją zgodę, a teraz ją cofa.
    W roku 1225 przeorem w Krakowie został mianowany Gerard. Prowincjałem polsko-węgierskim był wówczas po Pawle Węgrze Teodoryk. Być może Jacek w tym czasie był już na Pomorzu, gdzie w Gdańsku i w okolicy miasta rozwijał żywą działalność. Zakon cieszył się niebywałym wzięciem. Garnęło się w jego szeregi wiele wybitnych jednostek. W bardzo krótkim czasie zaczęły się więc także mnożyć klasztory. Już w 1226 r. powstała odrębna prowincja polska. Jej pierwszym przełożonym został były student uniwersytetu paryskiego, Gerard. Na pierwszej kapitule prowincjalnej uchwalono wysłanie dominikanów do Pragi, Wrocławia, Kamienia Pomorskiego, Gdańska i Sandomierza. To, że kapituła uchwaliła założenie klasztorów w Gdańsku i Kamieniu Pomorskim, mogło być zasługą Jacka. Do Pragi został wysłany bł. Czesław, który jeszcze w tym samym roku założył tam klasztor, a w roku 1230 – w Iławie. W 1226 r. bł. Czesław założył konwent we Wrocławiu.
    W 1228 roku Jacek został wybrany na kapitule prowincji delegatem na kapitułę generalną. Udał się więc w podróż w towarzystwie przeora konwentu sandomierskiego, Marcina, i prowincjała, Gerarda. Kapituła odbyła się w Paryżu. Wybór Jacka na delegata prowincji świadczy, że cieszył się on wówczas wielkim autorytetem. Na kapitule paryskiej wydzielono 6 klasztorów jako odrębną prowincję polską. Należały do niej domy w Krakowie, Gdańsku, Kamieniu Pomorskim, Sandomierzu, Pradze i we Wrocławiu. Liczba polskich dominikanów wynosiła wtedy ok. 50.

    Święty Jacek wskrzesza Napoleona

    W latach 1233-1236 głową polskiej prowincji był bł. Czesław. Jacek w tym czasie zakładał placówki dominikańskie na Pomorzu. Polska prowincja, zatwierdzona ostatecznie na kapitule generalnej w 1228 roku jako dwunasta z kolei, przeżywała swój prawdziwy rozkwit. Na Pomorzu dominikanów przyjął życzliwie książę Świętopełk. Powstały konwenty w Gdańsku i w Kamieniu Pomorskim (po roku 1225), w Chełmie i w Płocku (1233), w Elblągu (1236), potem w Toruniu, a nawet w Rydze, Dorpacie i Królewcu.
    Jacek ustanowił przełożonym nad klasztorami pomorskimi swojego ucznia, Benedykta, a nad klasztorami litewskimi – Wita. Obaj do czasu wydania wspomnianego wcześniej dekretu papieża Urbana VIII (1634) cieszyli się chwałą błogosławionych. Wierny swoim założeniom ewangelizacji, zaraz po kapitule generalnej Jacek udał się na prawosławną Ruś, gdzie założył klasztor w Kijowie (po roku 1228). Misja ta musiała rokować wielkie nadzieje, skoro z tego czasu mamy aż pięć bulli papieskich. Jednak w 1233 r. książę kijowski, podburzony przez prawosławnych kniaziów, zlikwidował na pewien czas placówkę kijowską. Powodzeniem cieszyła się placówka dominikańska w księstwie suzdalskim pod Moskwą i w Haliczu, gdzie Jacek założył również konwent (1238). Według tradycji dominikańskiej, trzy lata wcześniej powstał ośrodek dominikański także w Przemyślu (1235).
    Po Krakowie, Gdańsku i Kijowie przyszła kolej na Prusy. Systematyczną pracę nad nawróceniem Prusaków rozpoczęli już cystersi z Łekna od roku 1206. Ich trud misyjny wydawał pewne owoce. Z czasem jednak okazało się, że Prusacy są silniejsi. Konrad Mazowiecki sprowadził więc w 1226 r. do Polski Krzyżaków. Ci, zaraz po przybyciu na Mazowsze zwrócili się do generała Zakonu Kaznodziejskiego, bł. Jordana, o kapłanów tak dla własnej obsługi, jak też dla prowadzenia misji. Z polecenia generała chętnie Krzyżakom z pomocą pospieszyli dominikanie z klasztorów w Gdańsku, Chełmnie i Płocku. W tej akcji misyjnej brał żywy udział Jacek, który nie mógł przewidzieć przewrotnych planów Krzyżaków, którzy zagarniali tereny oczyszczone z pogaństwa dla siebie. 2 października 1233 r. odbył się w Kwidzynie zjazd, w którym wzięli udział przywódcy krzyżaccy, Henryk Brodaty, Konrad Mazowiecki, arcybiskup gnieźnieński Pełka i bł. Czesław – ówczesny prowincjał polski. Był na tym zjeździe również Jacek. Omawiano na nim plan akcji nawrócenia Prus. Zaborcza polityka Krzyżaków prawdopodobnie zniechęciła Jacka do dalszego angażowania się w akcję misyjną w Prusach.

    Święty Jacek z monstrancją i figurą Matki Bożej

    Jak wielki wpływ zdobyli dominikanie w tym czasie, świadczy to, że na cztery biskupstwa, założone na obszarze Prus w XIII w., trzy były w ręku dominikanów: biskupem Chełmna został były prowincjał polski, Henryk z Lipska (1245), diecezję pomezańską (Kwidzyn) otrzymał dominikanin Ernest (1249), a biskupem sambijskim (w Królewcu) został Theward (1251). Biskupem na Litwie w Wilnie został uczeń Jacka, Wit. Książę litewski Mendog przyjął chrzest i otrzymał z rąk papieża Innocentego IV koronę królewską (1253). W tym samym czasie książę ruski, Daniel, przystąpił do unii z Kościołem rzymskim i otrzymał z rąk tegoż papieża koronę (1253). Wcześniej, w 1248 r., zostali wyświęceni na biskupów inni uczniowie Jacka: Henryk dla Jaćwingów, Bernard dla Halicza i Gerard dla reszty Rusi. Były starania, aby w Łukowie utworzyć stałe biskupstwo dla nawracania pogańskich Jadźwingów. Wreszcie biskupem łotewskim został mianowany inny uczeń Jacka, Meinard. Wszyscy wymienieni biskupi cieszyli się chwałą błogosławionych. Niestety, piękne dzieło na Rusi zniszczył najazd Tatarów. W 1241 r. padły ich ofiarą klasztory w Haliczu i Kijowie. Litwę źle usposobił przeciwko chrześcijaństwu zaborczy i bezwzględny zakon Krzyżaków, tak że odpadła wtedy od Kościoła. Podobnie stało się z Jaćwingami. Prusaków zaś Krzyżacy do tego stopnia zniszczyli, że pozostała po nich zaledwie nazwa.
    Według listy cudów, jakie nam zostawił biograf Jacka – lektor dominikański, o. Stanisław – wynika, że od roku 1240 Jacek mieszkał już w konwencie krakowskim. Przyczyną zaprzestania tak rozległej i dynamicznej akcji mogła być niechęć prawosławnych książąt ruskich, najazd Tatarów na Ruś i zaborcza polityka Krzyżaków, którzy paraliżowali wszelkie misyjne wysiłki polskich dominikanów. Zachowały się dwa dokumenty z lat 1236 i 1238, które zawierają podpis Jacka. Przyznają one Krzyżakom przywileje odnośnie ziem pruskich. Jacek występuje w nich jako świadek. Dowodzi to, że piastował wtedy jakiś urząd, przez co jego podpis był konieczny. Jednak rychło Jacek zawiódł się na zakonie rycerskim. Jako prawy syn św. Dominika nie mógł zrozumieć, że można ideę misyjną tak dalece wypaczyć.Lektor Stanisław podaje, że Jacek zmarł w Krakowie w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny 15 sierpnia 1257 r. po dłuższej chorobie. Być może forsowne podróże misyjne, w ówczesnych warunkach bardzo prymitywne i męczące, zniszczyły jego organizm. W tym czasie liczba klasztorów dominikańskich dochodziła do 30, w tym liczba konwentów, czyli pełnych, kanonicznych klasztorów, dochodziła do 20: w Polsce, w Prusach i na Pomorzu było ich 12, w Czechach i na Morawach – 8, a 10 klasztorów – na Śląsku. Liczba zakonników była szacowana na 300-400. Prowincja czeska została wyłoniona z polskiej dopiero w roku 1311.

    Święty Jacek z monstrancją i figurą Matki Bożej

    Jacek musiał swoim braciom zostawić wzór niezwykłej świętości i zakonnej obserwancji, skoro od samego początku jego grób był otoczony wielką czcią i otrzymywano przy nim niezwykłe łaski. W zapiskach konwentu krakowskiego z roku 1277 czytamy taki fragment: “W klasztorze krakowskim leży brat Jacek, mocen wskrzeszać zmarłych”. Rozpoczęto także starania o kanonizację, jak świadczy o tym fakt prowadzenia księgi cudów. Księga ta, prowadzona przy grobie Jacka w latach 1257-1290, przytacza ponad 35 niezwykłych wypadków. Jednak najazdy tatarskie, a potem walki o tron krakowski i dalsze wypadki sprawiły, że dopiero w XV w. ponowiono starania w Rzymie. Wskutek tych działań papież Klemens VII w roku 1427 zezwolił na obchodzenie święta św. Jacka w prowincji polskiej. Intensywne dalsze starania poparte przez królów polskich Stefana Batorego i Zygmunta III dały rezultat. 17 kwietnia 1594 r. papież Klemens VIII zaliczył uroczyście Jacka w poczet świętych. Jacek był siódmym z kolei dominikaninem wśród świętych, a piątym spośród Polaków wyniesionych na ołtarze. Relikwie św. Jacka spoczywają w osobnej kaplicy w kościele Świętej Trójcy w Krakowie w okazałym grobowcu. Kiedy w roku 1612 została utworzona dominikańska prowincja ruska, otrzymała za patrona św. Jacka. Św. Jacek jest otaczany czcią nie tylko w Polsce (zwłaszcza w Krakowie i na Śląsku), ale również w całej Europie, a także w obu Amerykach i Azji.
    Jak głosi tradycja, Jacek Odrowąż nie przyjmował żadnych godności zakonnych. Skupił się na ważnych celach zakonu dominikańskiego na terenie Polski. Jego życie było przepełnione czcią dla Matki Bożej. Legenda głosi, że kiedy musiał w czasie najazdu Tatarów na Kijów opuścić miasto, zabrał ze sobą Najświętszy Sakrament, aby go uchronić od zniewagi. Wtedy z wielkiej kamiennej figury miała odezwać się Matka Boża: “Jacku, zabierasz Syna, a zostawiasz Matkę?” “Jakże Cię mogę zabrać, Matko Boża, kiedy Twoja figura jest tak ciężka?” Jednak na polecenie z nieba, kiedy uchwycił figurę, miała okazać się bardzo lekką. W kościele dominikanów w Krakowie pokazują dużą statuę kamienną pod nazwą “Matki Bożej Jackowej”.
    W ikonografii Święty przedstawiany jest w habicie dominikańskim, z monstrancją w jednej ręce i figurą Matki Bożej w drugiej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________________

    św. Jacek inspiruje dominikanów do głoszenia Ewangelii ludziom, których nie znamy, którzy są daleko. Daleko od Kościoła, daleko od wiary.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny 

    ***

    Święty Jacek nie pozwala stać w miejscu

    – Przykład św. Jacka nie pozwala nam stać w miejscu i czekać, aż ludzie sami przyjdą do nas. To wielkie wyzwanie, do którego wciąż nie dorastamy – mówi przeor krakowskich dominikanów o. Paweł Klimczak OP.

    Na Jackowe święto 17 sierpnia dominikańska kuchnia w Krakowie serwuje uroczysty obiad i… pierogi. Jakie? – Zwyczajne, ruskie – odpowiada, uśmiechając się przeor klasztoru.

    Receptura Jackowych pierogów, którymi pierwszy dominikański święty miał karmić głodujących krakowian w czasie najazdu tatarskiego w 1241 roku, przepadła w odmętach historii przemieszanej z legendami. Jedna z nich mówi, że to dzięki Jackowi Odrowążowi możemy dziś raczyć się tym daniem – rzekomo przywiózł je z Kijowa, czyli z ówczesnej Rusi.

    Jackowe cuda

    Ile jest prawdy w historii o pierogach, które święty rozdawał cierpiącym głód? Jak w każdej legendzie, czyli – ziarenko. – Jacek miał wrażliwe serce i głodujący biedni zawsze znajdowali pomoc w klasztorze, nie tylko dominikańskim zresztą, ale także u franciszkanów czy benedyktynów – mówi o. Klimczak.

    Ze św. Jackiem od pierogów wiąże się też inna legenda. Opisuje ją m.in. słynny badacz kultury ludowej Oskar Kolberg: „Synowiec biskupa Iwona Odrowąża, święty Jacek, który przywdział habit dominikański roku 1257, a ciało jego spoczywa w kościele Świętej Trójcy, słynie cudem, że wskutek modlitwy jego na polu wsi Kościelniki, zbite gradem kłosy, leżące na ziemi pokotem, wstały razem, wyprostowały się i strzeliły jak dawniej ku niebu, bujnem ziarnem”. Etnograf notuje też popularne modlitewne wezwanie: „Święty Jacku z pierogami, módl się za nami!”.

    Historię tę odnotował także lektor Stanisław, autor XIV-wiecznego „Żywotu św. Jacka”. Kiedy zakonnik odwiedził w 1238 roku leżący nieopodal Krakowa Kościelec, rozpętała się burza z gradobiciem, która całkowicie zniszczyła zboże dojrzewające na polach. Święty Jacek zalecił mieszkańcom, by pomodlili się w kościele. Kłosy podniosły się, ratując całą wieś przed głodem i biedą. Mieszkańcy zebrali zboże, zrobili z niego mąkę, a z niej pierogi, którymi ugościli dominikanina.

    Pierogi stały się podstawową potrawą w Kościelcu, który słynie z nich już od kilkuset lat. Wszystkie składniki pochodziły z pracy ich rąk – mąka ze zbóż rosnących na ich polach, ser z mleka od własnych krów i… kurdybanek z kościeleckich ogródków. To właśnie kurdybanek, który nadaje farszowi charakterystyczny ostry smak, odróżnia kościeleckie pierogi od wszystkich innych. Jackowe pierogi z Kościelca wpisane są na listę produktów tradycyjnych.

    Krakowscy restauratorzy z okazji dominikańskiego święta organizują od lat Festiwal Pierogów. Bracia kaznodzieje bywają zapraszani do jury, które wyłania najbardziej smakowite i niebanalne wyroby, a nagrodą w konkursie jest statuetka św. Jacka z pierogami.

    Święty międzynarodowy

    Na pamiątkę przypisywanego Jackowi cudownego podniesienia kłosów w kościołach dominikańskich i parafiach pod jego wezwaniem święcone są kłosy zbóż. Tę tradycję pielęgnują również bracia z pierwszego polskiego klasztoru dominikanów. Dziś już pewnie nie przypisujemy poświęconemu zbożu cudownych właściwości ochrony domu i jego mieszkańców przed niedostatkiem, ale wierni chętnie je przechowują, by przypominały, że za wstawiennictwem św. Jacka mogą prosić Boga o interwencję w kryzysowych sytuacjach.

    Zresztą, widać na co dzień w bazylice Świętej Trójcy w Krakowie, gdzie spoczywa pierwszy polski dominikanin, że ludzie garną się do niego. – Może dziś nie ma jakichś spektakularnych wydarzeń za jego wstawiennictwem, ale wielu przychodzi modlić się do Jacka w różnych sprawach – o zdrowie, o błogosławieństwo, o rozwiązanie swoich problemów. Ten święty nie jest „specjalistą” od konkretnych spraw, jednak nie brakuje osób, które się do niego zwracają o pomoc – opowiada o. Klimczak. Przeor krakowskiego klasztoru zauważa, jak uderzająca jest ciągła popularność Jacka w zakonie dominikańskim. – Niedawno gościliśmy grupę sióstr dominikanek i jednego z braci z Filipin, którzy tutaj mieli swoją Mszę św. Takich zagranicznych wizyt jest sporo – relacjonuje.

    Ślady św. Jacka odnajdziemy w różnych miejscach świata. – Spotykamy je nawet w odległych klasztorach, w kontekstach, których byśmy się nie spodziewali. Sam mieszkałem 11 lat w klasztorze św. Jacka w Szwajcarii. Niewielkie miasteczko, a w nim klasztor św. Jacka z jego portretem – dodaje zakonnik. Święty jest popularny w Ameryce Południowej czy w południowej Azji.

    O międzynarodowej sławie Jacka Odrowąża pisze Elżbieta Wiater w książce „Wierny Pies Pański. Biografia św. Jacka Odrowąża”. Przypomina, że imieniem Odrowąża, choć w łacińskiej wersji zapisanej przez lektora Stanisława jako st. Hyacinthe, nazwano jedną z paryskich ulic, centrum jego kultu zaś stało się hrabstwo d’Anjou. W połowie XIX wieku wyruszyli stamtąd osadnicy, którzy w Kanadzie założyli osadę St. Hyacinth. Dziś jest to siedziba diecezji, w której wciąż żywy jest kult świętego z Polski. Dominikanie francuscy odwoływali się do św. Jacka, gdy ich prowincja odradzała się po kasacie. Tamtejsi bracia z upodobaniem przyjmowali imię tego świętego. „Równą popularnością, ale raczej ze względu na swoją misjonarską działalność, cieszył się Odrowąż w Portugalii i Hiszpanii. Jego figurę znajdziemy na portalach lub we wnętrzach bardzo wielu dominikańskich kościołów z epoki baroku. Iberyjscy misjonarze zanieśli kult świętego do obu Ameryk, a także na Daleki Wschód. W wielu ewangelizowanych przez nich krajach znajdziemy miejscowości noszące nazwę San Jacinto” – pisze E. Wiater.

    Ta najbardziej znana, z sanktuarium św. Jacka, ma ciekawą historię. Jak opowiada autorka książki, jeden z hiszpańskich XVII-wiecznych kupców mieszkał przez jakiś czas w Krakowie i tam poznał bliżej polskiego dominikanina. „W poszukiwaniu bogactwa postanowił wyruszyć do Ameryki Południowej, ale samemu jechać smutno, więc zabrał ze sobą podobiznę Jacka. I to właśnie ten kupiec zbudował pierwszą kapliczkę temu świętemu w miejscu, w którym obecnie jest miasto Yaguachi w Ekwadorze” – opisuje badaczka dziejów kultu św. Jacka. W 2007 roku została tam erygowana diecezja San Yacinto, a każdego roku 17 sierpnia odbywa się wielodniowa fiesta ku czci Odrowąża. Nie ma więc nic dziwnego w fakcie, że jako jedyny Polak znalazł się wśród świętych na kolumnadzie Berniniego w Watykanie.

    Wciąż w drodze

    Jacek dziś również przekracza granice, jak przekraczał je za życia. To nie tylko granice geograficzne, ale też mentalne, duszpasterskie, związane z szukaniem nowych dróg dotarcia do ludzi. – Dla mnie Jacek jest takim patronem. On nas, dominikanów, inspiruje do bardzo szerokiego głoszenia Ewangelii ludziom, których nie znamy, którzy są daleko. Daleko od Kościoła, daleko od wiary – mówi o. Klimczak. To święty, który uosabia wielką otwartość i niewątpliwie ma moc łączenia. – Był na Rusi, był na Pomorzu, był u Prusów, w wielu miejscach pozakładał klasztory. W Polsce rozbitej dzielnicowo to dominikanie, czy później franciszkanie, są siłą jednoczącą skłóconych rodaków – wylicza. Jak dodaje, Jacek uczy dziś odwagi wychodzenia do innych. – Jego przykład nie pozwala nam stać w miejscu i czekać, aż ludzie sami przyjdą do nas. To wielkie wyzwanie, do którego wciąż nie dorastamy – przyznaje krakowski przeor.

    Jak podkreśla inny dominikanin, o. Radosław Więcławem, św. Jacek uczy dziś przede wszystkim tego, by „zaufać niewygodzie, którą mamy w sercu”. – Kiedy coś nas kłuje lub uwiera – jako pragnienie czegoś więcej – Jacek mówi, żeby nie próbować tego zepchnąć, ale szukać dalej. Mając dobrze ustawioną pozycję jako duchowny, członek kapituły krakowskiej, będąc krewnym biskupa, zdecydował się porzucić swoje wygodne życie i wyruszyć do dalekiego kraju, do Rzymu, by podjąć charyzmat, który dopiero się rodził – wyjaśnia.

    Jacek nie bał się zupełnie nowych rozwiązań w młodziutkim, dopiero rodzącym się zakonie dominikańskim. – No i robił wielkie rzeczy z Bożą pomocą, co nam przypomina, że trzeba tak próbować, nie bać się tego – dodaje o. Klimczak. Założyciel polskich dominikanów był niezwykle aktywnym człowiekiem. Przemierzył kilkakrotnie Polskę, brał udział w kapitułach generalnych, które odbywały się w Paryżu i w Bolonii, szedł do Kijowa. Dziś może to nie brzmi imponująco, ale w czasach, gdy nie było kolei i samolotów, a reguła zakonna nakazywała braciom podróżowanie na piechotę, świadczyło to o ogromnej ruchliwości Odrowąża. Z tego też powodu niektórzy mówią dziś, że to święty z ADHD. – Taka aktywność była rysem charakterystycznym pierwszych świętych dominikańskich. To byli bracia, którzy wciąż wędrowali. Klasztory nie były tak prężnymi ośrodkami duszpasterskimi jak dzisiaj. Na początku były to po prostu miejsca, gdzie bracia się zatrzymywali, reorganizowali, modlili, odpoczywali… i szli dalej – opowiada krakowski przeor.

    Ojciec Paweł Klimczak jest następcą św. Jacka w długim łańcuchu przełożonych, który on sam rozpoczął ponad 800 lat temu, gdy zakładał w Krakowie pierwszy w Polsce klasztor braci kaznodziejów. Jak to jest mieszkać pod jednym dachem ze świętym dominikaninem? – To dla mnie jest ważne, bo do zakonu wstępowałem, kiedy obchodziliśmy 400. rocznicę kanonizacji św. Jacka, jest moim patronem – odpowiada o. Klimczak. Duch Jacka spaja stare krakowskie mury. – Przypomina, że jesteśmy odpowiedzialni za to miejsce. Przypomina nam, po co tu jesteśmy – dodaje zakonnik.

    Na świętego Jacka dominikanie w Krakowie tradycyjnie już zapraszają do przewodniczenia Mszy św. franciszkanów – w tym roku są to bracia kapucyni. Ta gościnność pielęgnowana jest zresztą w dwie strony, bo święta franciszkańskie obchodzone są z udziałem braci kaznodziejów. Jackowo jest też podczas Pieszej Pielgrzymki Dominikańskiej, bo święto przypada w przeddzień wejścia biało-czarnych pątników na Jasną Górę i jest hucznie fetowane podczas postoju w Poczesnej. A do kolebki polskich dominikanów przyjeżdżają bracia, którzy kilka dni wcześniej składają pierwsze śluby zakonne. – Ma to symboliczne znaczenie, że ten pierwszy klasztor, pokryty patyną czasu, wciąż jest otwarty, żywy i przyciąga młodych braci, którzy chcą inspirować się Jackiem, by iść do wielu różnych miejsc na świecie i głosić Ewangelię słowem i przykładem – podsumowuje o. Klimczak.

    Magdalena Dobrzyniak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    16 sierpnia

    Święty Stefan Węgierski, król

    Zobacz także:
      •  Święty Roch
      •  Błogosławiona Maria Sagrario od św. Alojzego Gonzagi, dziewica i męczennica
    ***
    Stefan według legendy przyjmuje chrzest z rąk św. Wojciecha

    Stefan był synem księcia węgierskiego Gejzy i Adelajdy – córki księcia polskiego Mieszka I. Urodził się w ówczesnej stolicy Węgier, Ostrzychomiu (Esztergom) ok. 969 r. Według legendy chrztu udzielił mu św. Wojciech, biskup czeskiej Pragi, czczony jako patron Polski. Biskup Wojciech udzielił natomiast na pewno młodemu księciu sakramentu bierzmowania. W 995 roku Stefan poślubił bł. Gizelę, siostrę św. Henryka II, cesarza Niemiec. Po śmierci ojca w 997 r. i pokonaniu wielmożów objął rządy.
    Jego największą zasługą jest zjednoczenie i umocnienie państwa po okresie rozbicia dzielnicowego. Rządził państwem węgierskim przez 41 lat. Stworzył organizację kościelną i gorliwie szerzył chrześcijaństwo. W nagrodę otrzymał od papieża Sylwestra II koronę królewską jako pierwszy król Węgier i zaszczytny tytuł “króla apostolskiego”. Koronacja nastąpiła 25 grudnia, w uroczystość Bożego Narodzenia, w roku 1000. Nadto papież przysłał Stefanowi krzyż procesjonalny i nadał mu przywilej obsadzania stolic biskupich w kraju. Król założył słynne opactwo benedyktyńskie w Pannohalma oraz cztery inne klasztory. Za zezwoleniem papieża ufundował metropolię w Ostrzychomiu i dziewięć zależnych od niej stolic biskupich. Niedługo potem założył drugą metropolię w Kalotsa. Sprowadził na Węgry kapłanów i zakonników, zakładał ośrodki duszpasterskie.
    Zostawił po sobie pamięć doskonałego, mądrego prawodawcy. Dzięki pomocy duchowieństwa wyszły dekrety królewskie, które państwu węgierskiemu zapewniły ład i dobrobyt. Dla ułatwienia administracji król podzielił państwo na komitaty (okręgi).
    W 1030 r. Stefan musiał stoczyć wojnę z cesarzem niemieckim, Konradem II, który chciał politycznie uzależnić Węgry od siebie. Wielkim ciosem dla Stefana była śmierć jego jedynego syna, św. Emeryka (Imredy), w 1031 r. W planach Stefana miał on być następcą tronu. Wychowawcą królewicza był św. Gerard (Gellerd), późniejszy biskup Csanad. Po śmierci Emeryka król stał się świadkiem dworskich intryg.

    Relikwie św. Stefana

    Stefan zmarł w Ostrzychomiu 15 sierpnia 1038 roku. Wyróżniał się nabożeństwem do Matki Bożej, którą zwykł nazywać “Wielką Panią Węgrów”. Relikwie św. Stefana spoczęły w katedrze w Szekesfehervar, którą wystawił. Papież św. Grzegorz VII w 1083 r. zezwolił na uroczyste “podniesienie” relikwii św. Stefana, co równało się wówczas kanonizacji. Tenże papież na prośbę św. Władysława, króla, zezwolił równocześnie na kult św. Emeryka, który doznaje czci jako patron katolickiej młodzieży węgierskiej. Św. Stefan jest patronem Serbii i Węgier oraz tkaczy.
    W ikonografii św. Stefan przedstawiany jest w stroju królewskim, w koronie. Jego atrybutami są: chorągiew z Matką Bożą, glob, a na nim krzyż – symbol misyjnej działalności, korona, makieta kościoła w ręku.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    15 sierpnia

    Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Najświętsza Maryja Panna z Rokitna
      •  Matka Boża Zwycięska
      •  Najświętsza Maryja Panna z Kalwarii Pacławskiej
      •  Święty Tarsycjusz, męczennik
    ***
    Prawda o Wniebowzięciu Matki Bożej stanowi dogmat naszej wiary, choć formalnie ogłoszony stosunkowo niedawno – przez papieża Piusa XII 1 listopada 1950 r. w konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus:“…powagą Pana naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła i Naszą, ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” (Breviarium fidei VI, 105)

    Wniebowzięcie Maryi

    Orzeczenie to papież wypowiedział uroczyście w bazylice św. Piotra w obecności prawie 1600 biskupów i niezliczonych tłumów wiernych. Oparł je nie tylko na innym dogmacie, że kiedy przemawia uroczyście jako wikariusz Jezusa Chrystusa na ziemi w sprawach prawd wiary i obyczajów, jest nieomylny; mógł je wygłosić także dlatego, że prawda ta była od dawna w Kościele uznawana. Papież ją tylko przypomniał, swoim najwyższym autorytetem potwierdził i usankcjonował.Przekonanie o tym, że Pan Jezus nie pozostawił ciała swojej Matki na ziemi, ale je uwielbił, uczynił podobnym do swojego ciała w chwili zmartwychwstania i zabrał do nieba, było powszechnie wyznawane w Kościele katolickim. Już w VI wieku cesarz Maurycy (582-602) polecił obchodzić na Wschodzie w całym swoim państwie w dniu 15 sierpnia osobne święto dla uczczenia tej tajemnicy. Święto to musiało lokalnie istnieć już wcześniej, przynajmniej w V w. W Rzymie istnieje to święto z całą pewnością w wieku VII. Wiemy bowiem, że papież św. Sergiusz I (687-701) ustanawia na tę uroczystość procesję. Papież Leon IV (+ 855) dodał do tego święta wigilię i oktawę.
    Z pism św. Grzegorza z Tours (+ 594) dowiadujemy się, że w Galii istniało to święto już w VI w. Obchodzono je jednak nie 15 sierpnia, ale 18 stycznia. W mszale na to święto, używanym wówczas w Galii, czytamy, że jest to “jedyna tajemnica, jaka się stała dla ludzi – Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny”. W prefacji zaś znajdujemy słowa: “Tę, która nic ziemskiego za życia nie zaznała, słusznie nie trzyma w zamknięciu skała grobowa”.
    U Ormian uroczystość Wniebowzięcia Maryi rozpoczyna nowy okres roku kościelnego. Liturgia ormiańska na ten dzień mówi m.in.: “Dziś duchy niebieskie przeniosły do nieba mieszkanie Ducha Świętego. (…) Przeżywszy w swym ciele życie niepokalane, zostałaś dzisiaj owinięta przez Apostołów, a przez wolę Bożą uniesiona do królestwa swojego Syna”.
    W liturgii abisyńskiej, czyli etiopskiej, w tę uroczystość Kościół śpiewa: “W tym dniu wzięte jest do nieba ciało Najświętszej Maryi Panny, Matki Bożej, naszej Pani”.
    15 sierpnia obchodzą pamiątkę tej tajemnicy również Chaldejczycy, Syryjczycy i maronici. Kalendarz koptyjski pod dniem 21 sierpnia opiewa Wniebowzięcie ciała Matki Bożej do nieba.

    Wniebowzięcie Maryi

    Różne bywają nazwy tej uroczystości: Wzięcie Maryi do nieba, Przejście, Zaśnięcie, Odpocznienie Maryi. Nie wszyscy ojcowie Kościoła, zwłaszcza na Wschodzie, byli przekonani o fizycznej śmierci Matki Najświętszej. Dlatego także Pius XII w swojej konstytucji apostolskiej nie mówi nic o śmierci, a jedynie o chwalebnym uwielbieniu ciała Maryi i jego wniebowzięciu. Kościół nie rozstrzygnął zatem, czy Maryja umarła i potem została wzięta do nieba z ciałem i duszą, czy też przeszła do chwały nie umierając, lecz “zasypiając”.Warto przytoczyć dość jasne wypowiedzi Ojców Kościoła na temat wniebowzięcia Maryi. Na Zachodzie pierwszą wzmiankę o tym niezwykłym przywileju Maryi podaje św. Grzegorz z Tours: (+ 594):I znowu przy Niej stanął Pan, i kazał Jej przyjąć święte ciało i zanieść w chmurze do nieba, gdzie teraz połączywszy się z duszą zażywa wraz z wybranymi dóbr wiecznych, które się nigdy nie skończą.Św. Ildefons (+ 667):Wielu przyjmuje jak najchętniej, że Maryja dzisiaj przez Syna Swego (…) do pałaców niebieskich z ciałem została wyniesiona.Św. Fulbert z Chartres (+ 1029) pisze podobnie:Chrześcijańska pobożność wierzy, że Bóg Chrystus, Syn Boży, Matkę swoją wskrzesił i przeniósł Ją do nieba.Św. Piotr Damiani (+ 1072) tak opiewa wielkość tajemnicy dnia Wniebowzięcia:Wielki to dzień i nad inne jakby jaśniejszy, w którym Dziewica królewska została wyniesiona do tronu Boga Ojca i posadzona na tronie. (…) Budzi ciekawość aniołów, którzy Ją pragną zobaczyć. Zbiera się cały zastęp aniołów, aby ujrzeć Królową, siedzącą po prawicy Pana Mocy w szacie złocistej w ciele zawsze niepokalanym.Z innych świętych można by wymienić: św. Anzelma (+ 1109), św. Piotra z Poitiers (+ 1112), św. Bernarda (+ 1153) i św. Bernardyna (+ 1444).

    Wniebowzięcie Maryi

    Najpiękniej jednak o tej tajemnicy piszą Ojcowie Wschodu. Św. Jan Damasceński (+ ok. 749) podaje, jak cesarzowa Pulcheria (ok. roku 450) wystawiła kościół ku czci Matki Bożej w Konstantynopolu i prosiła listownie biskupa Jerozolimy Juwenalisa o relikwie Matki Bożej. Juwenalis odpisuje jej na to, że relikwii takich nie ma, gdyż ciało Jej zostało wzięte do nieba “jak to wiemy ze starożytnego i bardzo pewnego podania”. Z kolei św. Jan Damasceński opisuje śmierć Maryi Panny w otoczeniu Apostołów: Kiedy zaś dnia trzeciego przybyli do grobu, aby opłakiwać Jej zgon, ciała już Maryi nie znaleźli. Kazanie swoje kończy refleksją: To jedynie mogli pomyśleć, że Ten, któremu podobało się wziąć ciało z Dziewicy Maryi i stać się człowiekiem; Ten, który zachował Jej nienaruszone dziewictwo nawet po swoim narodzeniu, uchronił Jej ciało od skażenia i przeniósł je do nieba przed powszechnym ciał zmartwychwstaniem. (…) W czasie tego wniebowzięcia, o Matko Boża, wojska anielskie przejęte radością i czcią okryły swoimi skrzydłami Twoje ciało, wielki namiot Boży.Św. Modest, biskup Jerozolimy (+ 634), niemniej pewnie opowiada się za tajemnicą Wniebowzięcia Maryi: Jako najchwalebniejszą Matkę Chrystusa, Zbawcy naszego, który jest dawcą życia i nieśmiertelności, wskrzesił Ją z grobu i wziął do siebie w sposób sobie wiadomy.Św. Andrzej z Krety (+ 740):Był to zaiste nowy widok, przechodzący siły rozumu, gdy niewiasta, która swoją czystością przewyższała niebian, w ciele (swoim) weszła do niebieskich przybytków. Jak przy narodzeniu Chrystusa nienaruszonym był Jej żywot, tak samo po Jej śmierci nie rozsypało się Jej ciało. O dziwo! Przy porodzeniu pozostała nieskażoną i w grobie również nie uległa zepsuciu.Św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732), w kilku kazaniach sławi tę tajemnicę, a nawet opisuje przymioty ciała Maryi po Jej wzięciu do nieba: Najświętsze ciało Maryi już powstaje z martwych, jest lekkie i duchowe, gdyż zostało już przemienione na zupełnie nieskazitelne i nieśmiertelne. (…) Tak jak napisano, jesteś piękna i Twoje dziewicze ciało jest święte, jest przybytkiem Boga i dlatego zostało zachowane od obrócenia się w proch. (…) Niemożliwym było, aby Twoje ciało, to naczynie godne Boga, w proch się rozsypało po śmierci. (…) Ciało Twoje dziewicze jest całkiem święte, choć jest ciałem ludzkim. Ponieważ dostąpiło najdoskonalszego żywota nieśmiertelnego (…), nie może ulec śmierci.Św. Kosma, biskup z Maiouma (+ 743), mówi: Rodząc Boga, Niepokalana, zdobyłaś palmę zwycięstwa nad naturą, (…) zmartwychwstałaś dla wieczności. Grób i śmierć nie mogą zatrzymać pod swoją władzą Bogurodzicy.

    Wniebowzięcie Maryi

    Teolodzy Kościoła usiłują nie tylko stwierdzić fakt istnienia tej tajemnicy, ale także go uzasadnić. O tej tajemnicy pisali św. Tomasz z Akwinu (+ 1274), św. Albert Wielki (+ 1280), Jan Gerson (+ 1429), Suarez (+ 1617) i inni. Kiedy w XV w. Jan Marcelle w kazaniu na Wniebowzięcie Maryi wypowiedział zdanie, że “nie jesteśmy wcale zobowiązani pod grzechem śmiertelnym wierzyć, że Maryja została z ciałem do nieba wziętą”, gdyż nie jest to dogmat, cały fakultet uniwersytetu paryskiego wystąpił z całą stanowczością przeciwko niemu i zażądał, by te słowa odwołał, gdyż tego rodzaju wypowiedź pobrzmiewa herezją i jest sprzeczna z ogólnie wyznawaną prawdą.
    Pisarze kościelni podkreślają, że skoro Matka Chrystusowa była poczęta bez grzechu, skoro Bóg obdarzył Ją przywilejem Niepokalanego Poczęcia, to konsekwencją tego jest, że nie podlegała prawu śmierci. Śmierć bowiem jest skutkiem grzechu pierworodnego. Ponadto nie wypadało, aby ciało, z którego Chrystus wziął swoją ludzką naturę, miało podlegać rozkładowi. Chrystus, którego ciało Bóg zachował od zepsucia, mógł zachować od skażenia także ciało swojej Matki. Wreszcie tajemnica zmartwychwstania i wniebowzięcia jest przewidziana dla wszystkich ludzi, dlatego nie sprzeciwia się rozumowi, aby Chrystus dla swojej Rodzicielki przyspieszył ten dzień.
    Dlaczego jednak dopiero od VI w. ta prawda przenika tak mocno świadomość wierzących? W Kościele jest więcej takich prawd, które rozwijały się i zostały wyjaśnione definitywnie później. Tak było np. odnośnie do osoby Jezusa Chrystusa, gdy występowano przeciwko Jego naturze Boskiej, przeciwko prawdzie o Jego dwóch naturach, dwóch wolach (arianizm, nestorianizm, monofizytyzm), a nawet przeciwko Jego naturze ludzkiej. Ogłoszenie prawdy o wniebowzięciu Maryi jako dogmatu wiary było przypieczętowaniem i ukoronowaniem starożytnej tradycji Kościoła.

    Wniebowzięcie Maryi

    Według Tradycji Matka Boża ostatnie lata swego życia spędziła w Jerozolimie w pobliżu Wieczernika albo w Efezie. Większość badaczy przychyla się do pierwszej możliwości. Istnieje przekaz, że św. Jan Apostoł opuścił Ziemię Świętą w czasie pierwszego wielkiego prześladowania Kościoła w roku 34 i udał się z Maryją do Efezu. Chciał Ją w ten sposób uchronić przed niebezpieczeństwami prześladowań. Jednakże w pierwotnej literaturze chrześcijańskiej nie ma żadnej wzmianki o takiej podróży. Ponadto ustalono, że św. Jan udał się do Efezu dopiero ok. 68 roku, Maryja miałaby więc wtedy około 85-90 lat. Św. Paweł Apostoł, który wkrótce po śmierci Chrystusa przybył do Efezu, nic nie wspomina, aby przed nim w tym mieście był św. Jan z Maryją. Nie napotkał tam też żadnych śladów chrześcijaństwa.
    Apokryficzne Acta Johannis z drugiej połowy II w. wspominają, że Jan, gdy przybył do Efezu, sam był już stary, nie ma też żadnej wzmianki, by Maryja była tam z nim. Aeteria, pątniczka nawiedzająca miejsca święte w latach 385-386, wspomina, że Jan był pogrzebany w Efezie, natomiast nie wie nic, aby tam był grób Maryi. Pseudo-Dionizy Areopagita pisze, że w czasie swojej pielgrzymki do Ziemi Świętej w roku 363-364 dowiedział się od św. Cyryla Jerozolimskiego, patriarchy Jerozolimy, że grób Maryi był w Jerozolimie w Dolinie Jozafata. Podobny opis zawiera apokryf Księga Jana z IV w. W apokryfie tym jest mowa o tym, że Maryja umarła śmiercią naturalną w Jerozolimie, została pogrzebana u stóp Góry Oliwnej w Dolinie Jozafata i że została wzięta do nieba. Wszystkie znane starożytne apokryfy wskazują, że grób Maryi jest w Getsemani w Dolinie Jozafata. Obecnie znajduje się tam kościół, którym opiekują się prawosławni Grecy.

    Wniebowzięcie Maryi

    Kult Maryi Wniebowziętej był w Kościele bardzo żywy i zdecydowanie wyróżniał się wśród wielu innych. Wystawiono tysiące świątyń pod wezwaniem Matki Bożej Wniebowziętej. W ciągu wieków powstało 8 zakonów pod tym wezwaniem: 1 męski (asumpcjoniści – Augustianie od Wniebowzięcia) i 7 żeńskich. W ikonografii scena Wniebowzięcia Maryi należy do bardzo często przedstawianych (dla przykładu: Fra Angelico – w kilku obrazach, Taddeo di Bartolo, Ottaviano Nelli, Giotto, Pinturicchio, C. Bellini, Raffael, Tycjan, Tintoretto, Tiepolo, Perugino, Procaccini, Filippino Lippi, Veronese, Murillo, Velasquez, Konrad von Goest; rzeźbiarze: Liberale da Verona, L. della Robbia, Michał Pacher, Wit Stwosz). Pod opiekę Maryi Wniebowziętej oddał Węgry król św. Stefan, a Francję – król Ludwik XIII (powtórzył to także Ludwik XV).W polskiej (i nie tylko) tradycji dzisiejsze święto zwane jest również świętem Matki Bożej Zielnej. Na pamiątkę podania głoszącego, że Apostołowie zamiast ciała Maryi znaleźli kwiaty, poświęca się kwiaty, zioła i kłosy zbóż. Lud wierzy, że zioła poświęcone w tym dniu za pośrednictwem Maryi otrzymują moc leczniczą i chronią od chorób i zarazy. Rolnicy tego dnia dziękują Bogu za plony ziemi i ziarno, które zebrali z pól.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________


    15 sierpnia

    Matka Boża Zwycięska

    Wizerunek Matki Bożej Zwycięskiej z konkatedry na Kamionku

    W głównym ołtarzu konkatedry diecezji warszawsko-praskiej na Kamionku (dzielnica Pragi Południe) znajduje się tryptyk pędzla Bronisława Wiśniewskiego z 1935 r. Jego centralna część przestawia Matkę Bożą Zwycięską, Patronkę diecezji. Na lewym skrzydle przedstawiono postacie św. Andrzeja Boboli i św. Stanisława Kostki, na prawym z kolei – abp. Achillesa Ratti, nuncjusza apostolskiego w Polsce, świadka “cudu nad Wisłą” i późniejszego papieża Piusa XI, oraz ks. Ignacego Skorupkę, który zginął w czasie bitwy warszawskiej 1920 r. 17 października 2004 r. obraz został koronowany.13 sierpnia 1920 r. ks. Ignacy Skorupka odprawił w kościółku na Kamionku Mszę św. i na tamtejszym cmentarzu wyspowiadał żołnierzy 236 pułku piechoty, którego był kapelanem. Nazajutrz zginął w Ossowie w przeddzień bitwy, zakończonej zwycięstwem wojsk polskich nad bolszewickimi, które przechodzi do historii jako “cud nad Wisłą”.
    8 września 1929 r. kard. Aleksander Kakowski dokonał poświęcenia i wmurowania kamienia węgielnego pod nową świątynię na Kamionku. Otrzymała ona wezwanie Matki Bożej Zwycięskiej i była budowana jako wotum wdzięczności Bogu za “cud nad Wisłą”. Konsekracji kościoła dokonał 12 września 1954 roku biskup Wacław Majewski. Po reorganizacji struktur administracyjnych Kościoła w Polsce świątynia na Kamionku stała się konkatedrą diecezji warszawsko-praskiej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    14 sierpnia

    Święty Maksymilian Maria Kolbe,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Meinard, biskup
      •  Święci Antoni Primaldo i Towarzysze, męczennicy z Otranto
    ***
    Święty Maksymilian Maria Kolbe

    Rajmund Kolbe urodził się w Zduńskiej Woli koło Łodzi 8 stycznia 1894 r. Był drugim z kolei dzieckiem, jego rodzice trudnili się chałupniczym tkactwem. Rodzina posiadała tylko jedną, dużą izbę: w kącie stał piec kuchenny, z drugiej strony cztery warsztaty tkackie, a za przepierzeniem była sypialnia. We wnęce znajdowała się na stoliku figurka Matki Bożej, przy której rodzina rozpoczynała i kończyła modlitwą każdy dzień.
    Rodzice, chociaż ubodzy, byli jednak przesiąknięci duchem katolickim i polskim. Należeli do Trzeciego Zakonu św. Franciszka. Ojciec Rajmunda bardzo czynnie udzielał się w parafii. Należał do konspiracji i swoim synom często czytał patriotyczne książki. Pierwsze nauki Rajmund pobierał w domu. Nie było bowiem wtedy szkół polskich, a rodzice nie chcieli posyłać dzieci do szkół rosyjskich. Rajmund sam więc uczył się czytania, pisania i rachunków. Wkrótce zaczął pomagać rodzicom w sklepie. Zdradzał bowiem zdolności matematyczne.
    Od najwcześniejszych lat Rajmund wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Matki Bożej. Jako mały chłopiec kupił sobie figurkę Niepokalanej. Nie był jednak chłopcem idealnym. Pewnego dnia na widok swawoli syna matka odezwała się do niego z wyrzutem: “Mundziu, co z ciebie będzie?” Chłopak zawstydził się i spoważniał; odtąd zaczął oddawać się modlitwie przy domowym ołtarzyku. Miał ok. 12 lat, kiedy prosił Matkę Bożą, aby Ona sama odpowiedziała mu, kim będzie. Jak opowiadał później mamie, pokazała mu się wtedy Maryja trzymająca dwie korony: jedną białą i drugą czerwoną, i zapytała, czy chce je otrzymać. “Biała miała oznaczać, że wytrwam w czystości, czerwona – że będę męczennikiem. Odpowiedziałem, że chcę. Wówczas Matka Boża mile na mnie spojrzała i zniknęła”. Działo się to w kościele parafialnym w Pabianicach.
    W roku 1907 w parafii pabianickiej po raz pierwszy od dziesiątków lat odbywały się misje. Prowadził je franciszkanin, o. Peregryn Haczela ze Lwowa. Na jednej z nauk misjonarz zachęcił chłopców, by wstąpili do zakonu św. Franciszka. Nauki zakonnicy udzielali za darmo w gimnazjum we Lwowie. Pod wpływem przeprowadzonej misji Rajmund ze swoim starszym bratem, Franciszkiem, postanowił wstąpić do franciszkanów konwentualnych. Za pozwoleniem rodziców obaj udali się do małego seminarium we Lwowie. W rok potem (1908) poszedł w ich ślady także najmłodszy brat, Józef. W gimnazjum Rajmund wybijał się w matematyce i fizyce.

    Święty Maksymilian Maria Kolbe i jego współbracia

    Będąc w gimnazjum, Rajmund postanowił zbrojnie walczyć dla Maryi. Wkrótce jednak doszedł do przekonania, że takiej walki nie da się połączyć ze stanem duchownym, który chciał obrać. Postanowił więc zrezygnować z powołania duchownego i kapłańskiego. W tej krytycznej chwili zjawiła się we Lwowie jego matka i wyznała obu synom, że postanowiła z ojcem poświęcić się na służbę Bożą. Matka miała wstąpić do benedyktynek we Lwowie, a ojciec – do franciszkanów w Krakowie. Rajmund ujrzał w tym wyraźną wolę Bożą i uznał, że jego przeznaczeniem jest pozostanie w zakonie. Poprosił więc o przyjęcie do nowicjatu, który rozpoczął 4 września 1910 r. Przy obłóczynach otrzymał zakonne imię Maksymilian.
    W tym czasie Maksymilian przeżywał okres skrupułów. Dzięki roztropności spowiednika i przełożonych rychło się z nich wyleczył. W rok potem złożył czasowe śluby (5 września 1911 r.). Po nowicjacie ukończył ostatnią, ósmą klasę gimnazjalną i zdał maturę. Jesienią 1912 r. udał się na dalsze studia do Krakowa. Przełożeni, widząc jego wyjątkowe zdolności, wysłali go jednak na studia do Rzymu, gdzie zamieszkał w Międzynarodowym Kolegium Serafickim. Równocześnie uczęszczał na wykłady na Gregorianum. Tam studiował filozofię (1912-1915), a potem, już w samym Kolegium Serafickim, teologię (1915-1919). Studia wyższe ukończył z dwoma dyplomami doktoratu: z filozofii i teologii. W wolnych chwilach oddawał się ulubionym studiom fizycznym. Napisał wtedy artykuł pt. Etereoplan o pojeździe międzyplanetarnym, który zaprojektował w oparciu o newtonowskie prawo akcji i reakcji.
    1 listopada 1914 r. złożył profesję uroczystą, czyli śluby wieczyste, przybierając sobie imię Maria. Ulubioną lekturą Kolbego były wówczas Dzieje duszy, napisane przez św. Teresę od Dzieciątka Jezus. Rozczytywał się w nich i pogłębiał swoje życie wewnętrzne. Duże wrażenie uczyniła także na nim lektura dzieła św. Gemmy Galgani Głębia duszy. Nie rozstawał się również z tekstem św. Alfonsa Marii Liguori Uwielbienia Maryi i św. Ludwika Marii Grignion de Monfort O ofiarowaniu się Jezusowi przez Maryję.
    Kiedy wybuchła I wojna światowa, klerycy spod zaboru austriackiego otrzymali rozkaz natychmiastowego opuszczenia Rzymu i powrotu do rodzinnego kraju. Kolbe wyjechał do San Marino, gdzie starał się o przedłużenie paszportu na odbywanie dalszych studiów w Rzymie. Wkrótce otrzymał wiadomość, że jego brat, Franciszek, opuścił zakon i wstąpił do polskich legionów. Po wojnie Franciszek założył rodzinę i pracował jako nauczyciel, organista, a w końcu jako urzędnik państwowy. Zginął w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, zapewne w roku 1943. Także ojciec Maksymiliana wstąpił do legionów i zginął w potyczce między Olkuszem a Miechowem (1914).
    W duszy Maksymiliana powstała walka, czy i on nie powinien iść w ich ślady. Doszedł jednak do przekonania, że więcej dla ojczyzny uczyni jako kapłan. 29 listopada 1914 r. otrzymał święcenia niższe, a 28 października 1915 r. na Uniwersytecie Gregoriańskim obronił pracę doktorską z wynikiem summa cum laude (z wyróżnieniem).

    Święty Maksymilian Maria Kolbe i Rycerz Niepokalanej

    Pod wpływem szeroko zakrojonej akcji antykatolickiej, której był świadkiem w Rzymie, po naradzie ze współbraćmi i za zgodą swego spowiednika, Maksymilian Maria założył Rycerstwo Niepokalanej (Militia Immaculatae). Celem tego stowarzyszenia była walka o nawrócenie schizmatyków, heretyków i masonów. Dla realizacji tego celu członkowie Rycerstwa mieli się oddawać na całkowitą i wyłączną służbę Maryi Niepokalanej i codziennie powierzać Jej los grzeszników. Temu programowi Maksymilian poświęcił się odtąd z całym zapałem i pozostał mu wiernym aż do śmierci. Wkrótce po założeniu Rycerstwa napisał list do przełożonego generalnego franciszkanów, o. Dominika Tavaniego, z prośbą o błogosławieństwo.
    8 października 1917 r. otrzymał święcenia diakonatu, a 28 kwietnia 1918 r. w kościele św. Andrzeja della Valle święcenia kapłańskie z rąk kard. Bazylego Pompilego. Mszę prymicyjną odprawiał w kościele i przy ołtarzu, gdzie w 1842 r. Niepokalana objawiła się Alfonsowi Ratisbonnowi. 22 lipca 1919 r. o. Maksymilian Kolbe ukończył wydział teologiczny – również ze stopniem naukowym doktora.
    W roku 1919, po siedmiu latach pobytu w Rzymie, o. Maksymilian wrócił do Polski. Postanawił dołożyć wszystkich sił, aby stała się ona królestwem Maryi. Przełożeni przeznaczyli go na nauczyciela historii Kościoła w seminarium zakonnym w Krakowie. Zaczął werbować kleryków do Milicji Niepokalanej. Do najgorliwszych apostołów należał o. Katarzyniec, zmarły w opinii świętości. Jego proces beatyfikacyjny jest w toku. Maksymilian miał wówczas 26 lat. Do Milicji Niepokalanej zaczęli napływać nie tylko klerycy i franciszkanie, ale również ludzie świeccy. Maksymilian zbierał ich w jednej z sal przy kościele franciszkanów i wygłaszał do nich referaty o Niepokalanej, oddaniu się Jej, o życiu wewnętrznym. Niestety, rozwijająca się gruźlica zmusiła przełożonych, by wysłali go na trzy miesiące do Zakopanego. Tam odprawił rekolekcje. Kiedy nastąpiła wyraźna poprawa, wrócił do Krakowa. Kiedy jednak choroba powróciła, prowincjał wysłał go ponownie do Zakopanego, zabraniając mu wszelkiej pracy apostolskiej. Przebywał tam przez osiem miesięcy, po czym przełożeni za radą lekarzy przenieśli go do Nieszawy. Z końcem października 1921 r. powrócił do Krakowa. 2 stycznia 1922 r. otrzymał z Rzymu upragnione zatwierdzenie Milicji Niepokalanej. W tym samym miesiącu zaczął wydawać w Krakowie miesięcznik pod znamiennym tytułem Rycerz Niepokalanej, który z czasem zdobędzie sobie niezmiernie wielką popularność w Polsce i za granicą.

    Święty Maksymilian Maria Kolbe

    Przełożeni, zaniepokojeni w ich mniemaniu zbyt szeroko zakrojoną akcją o. Kolbego, przenieśli go do Grodna. Jednak i tu rozpoczętego dzieła szerzenia Milicji Niepokalanej i rozpowszechniania Rycerza Niepokalanej franciszkanin nie zaniechał. Zdobył małą maszynę drukarską i wśród współbraci znalazł ochotnych pomocników. Zaczął także werbować powołania do pracy wydawniczej. Dzięki temu Rycerz stale zwiększał swój nakład. W ciągu pięciu lat (1922-1927) z 5.000 wzrósł on do 70.000 egzemplarzy! Na pięciolecie pisma o. Kolbe otrzymał wiele listów gratulacyjnych od biskupów oraz błogosławieństwo papieża Piusa XI z licznymi odpustami i łaskami, o które dla swojego związku prosił.
    Gdy w klasztorze grodzieńskim pole do pracy okazało się zbyt ciasne, o. Maksymilian Maria za pozwoleniem przełożonych zaczął oglądać się za nową placówką. Książę Jan Drucki-Lubecki ofiarował mu w okolicach Warszawy pięć morgów pola ze swego majątku Teresin. Ojciec Kolbe zjawił się w późniejszym Niepokalanowie 6 sierpnia 1927 r. i postawił tam figurę Niepokalanej. Z pomocą oddanych sobie współbraci i okolicznej ludności zabrał się też do budowy kaplicy. Postawiono także drewniane baraki, do których wniesiono maszyny. Przenosiny miały miejsce 21 listopada 1927 r. – w święto Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.
    Kiedy dzieło w Niepokalanowie doszło do pełni rozwoju, za zezwoleniem generała zakonu o. Kolbe w towarzystwie czterech braci zakonnych udał się do Japonii, aby tam szerzyć wielkie dzieło (26 lutego 1930 r.). W drodze zatrzymał się w Szanghaju. Znany chiński katolik Lo-Pa-Hong z miejsca zaofiarował mu dom, maszyny drukarskie i motor oraz zapewnił utrzymanie zakonnikom. Niestety tamtejszy biskup wyraził stanowczy sprzeciw. O. Kolbe udał się więc do Japonii. W niezmiernie ciężkich warunkach, bez żadnej pomocy miejscowego biskupa w Nagasaki, o. Kolbe rozpoczął pracę wydawniczą. W trzy miesiące później miał już własną drukarnię i dom. Pierwszy numer Rycerza japońskiego (Seibo no Kishi) ukazał się w nakładzie 18.000 egzemplarzy. Drugi numer, listopadowy, miał już nakład 20.000, a grudniowy – 25.000. W 1931 r. Maksymilian nałożył habit franciszkański pierwszemu Japończykowi. Dał mu na imię Maria. W tym samym roku nabył pod klasztor dziki stok góry, gdzie wystawił pierwszy własny budynek. Tak powstał japoński Niepokalanów (Mugenzai no Sono – Ogród Niepokalanej). W roku 1934 poświęcono tam także nowy kościół.
    W roku 1936 japoński Niepokalanów był już na tyle okrzepły, że o. Kolbe mógł go opuścić. Na kapitule prowincjalnej został bowiem wybrany przełożonym Niepokalanowa w Polsce. Po sześciu latach nieobecności wrócił do kraju. Sława Niepokalanowa rosła. Co roku zgłaszało się ok. 1800 kandydatów. O. Kolbe osobiście przyjmował zgłaszających się. Stosował surową selekcję. Przyjmował około 100. Głównym warunkiem przyjęcia było pragnienie świętości. W roku 1939 Niepokalanów liczył już 13 ojców, 18 kleryków-nowicjuszów, 527 braci profesów, 82 kandydatów na braci i 122 chłopców w małym seminarium. Rycerz Niepokalanej osiągnął nakład 750 tys. egzemplarzy. Rycerzyk Niepokalanej i Mały Rycerzyk Niepokalanej miały łączny nakład 221 tys. egzemplarzy, Mały Dziennik – nakład codzienny 137 tys., a niedzielny – 225 tys. egzemplarzy. Ponadto drukowano Informator Rycerstwa Niepokalanej, Biuletyn Misyjny i Echo Niepokalanowa. Kalendarz Niepokalanej liczył w 1937 r. 440 tys. egzemplarzy nakładu. Od roku 1938 Niepokalanów miał własną radiostację, której sygnałem była melodia Po górach, dolinach.

    Święty Maksymilian Maria Kolbe

    1 września 1939 r. wybuchła druga wojna światowa. Już 12 września Niepokalanów dostał się pod okupację niemiecką. 19 września gestapo aresztowało mieszkańców Niepokalanowa, którzy nie zdołali na czas uciec lub uciekać nie chcieli. W obozie tymczasowym w Lamsdorf (Łambinowice), a potem w Amteitz (Gębice) franciszkanie pozostawali od 24 września do 8 listopada. Było tam 14 tys. więźniów. Głód i robactwo dawało się bardzo we znaki. Esesmani bili więźniów i poniewierali ich. 9 listopada przewieziono franciszkanów do Ostrzeszowa. W samą zaś uroczystość Niepokalanej (8 grudnia) nastąpiło zwolnienie wszystkich z obozu.
    O. Kolbe natychmiast wrócił do Niepokalanowa i na nowo zorganizował wszystko od początku w warunkach o wiele trudniejszych. Trzeba było przygotować ok. 3 tys. miejsc dla wysiedlonych Polaków z województwa poznańskiego, wśród których było ok. 2 tys. Żydów. Ojciec Maksymilian znowu zdołał skupić dokoła siebie wielu współbraci. Nie mogąc wydawać żadnych pism, zorganizował nieustanną adorację Najświętszego Sakramentu i otworzył warsztaty dla ludności: kuźnię, blacharnię, dział naprawy rowerów i zegarów, dział fotografii, zakład krawiecki i szewski, dział sanitarny itp.
    17 lutego 1941 r. w Niepokalanowie ponownie zjawiło się gestapo i zabrało o. Kolbego i 4 innych ojców. Wywieziono ich do Warszawy. O. Kolbego umieszczono na Pawiaku. Strażnik na widok zakonnika w habicie z koronką u pasa zapytał, czy wierzy w Chrystusa. Kiedy otrzymał odpowiedź “wierzę”, wymierzył mu silny policzek. To powtórzyło się wiele razy, ale o. Kolbe nie ustąpił. Wkrótce jednak zabrano mu habit i nakazano wdziać strój więźnia. 28 maja 1941 r. został wywieziony do Oświęcimia wraz z 303 więźniami. Tu otrzymał na pasiaku numer 16670. Przydzielono go do oddziału “Krwawego Krotta”, znanego kryminalisty. Pewnego dnia Krott tak skatował o. Kolbego, że był cały pokrwawiony. Kazał jeszcze wymierzyć mu 50 razów. Przekonany, że nie żyje, kazał przykryć go gałęziami. Koledzy jednak wyciągnęli go i umieścili w rewirze. Cierpiał strasznie, ale wszystko znosił heroicznie, dzieląc się nawet swoją głodową porcją z innymi. Współwięźniów pocieszał i zachęcał do oddania się w opiekę Niepokalanej.
    Pod koniec lipca 1941 roku z bloku, w którym był o. Kolbe, uciekł jeden z więźniów. Rozwścieczony Rapportführer Karol Frotzsch zwołał na plac apelowy wszystkich więźniów z bloku i wybrał dziesięciu, skazując ich na śmierć głodową. Wśród nich znalazł się także Franciszek Gajowniczek, który osierociłby żonę i dzieci. Wtedy z szeregu wystąpił o. Kolbe i poprosił, aby to jego skazano na śmierć w miejsce Gajowniczka. Na pytanie kim jest, odpowiedział, że jest kapłanem katolickim. Poszedł więc z 9 towarzyszami do bloku 13, zwanego blokiem śmierci. Przyzwyczajony do głodu, przez dwa tygodnie pozostał żywy bez kruszyny chleba i kropli wody. Wreszcie hitlerowcy dobili go zastrzykiem fenolu. Stało się to dnia 14 sierpnia 1941 roku. Była to wigilia uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Ciało o. Maksymiliana zostało spalone w krematorium.
    Dzięki ofierze o. Maksymiliana Franciszek Gajowniczek zmarł dopiero w 1995 r. w wieku 94 lat. 17 października 1971 r. Paweł VI dokonał osobiście w sposób uroczysty beatyfikacji o. Maksymiliana w obecności wielu dziesiątków tysięcy wiernych z całego świata i ponad 3 tys. pielgrzymów z Polski. Kanonizacji dokonał 10 października 1982 r. św. Jan Paweł II. Podczas swej II pielgrzymki do Ojczyzny nawiedził Niepokalanów 18 czerwca 1983 r., gdzie odbyły się historyczne uroczystości pokanonizacyjne.

    Święty Maksymilian Maria Kolbe

    Święty Maksymilian Maria Kolbe jest patronem archidiecezji gdańskiej i diecezji koszalińskiej oraz – jak powiedział św. Jan Paweł II – “naszych trudnych czasów”.W ikonografii św. Maksymilian przedstawiany jest w habicie franciszkańskim lub w więziennym pasiaku, czasem z numerem obozowym 16670 na piersi. Towarzyszy mu Maryja Niepokalana. Jego atrybutem jest korona z drutu kolczastego lub dwie korony – czerwona i biała.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna Kalwaryjska

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Poncjan, papież, i Hipolit, prezbiter
      •  Święty Maksym Wyznawca
      •  Błogosławieni męczennicy Filip Munarriz, prezbiter, i Towarzysze
    ***
    Bazylika w Kalwarii Zebrzydowskiej
    W ufundowanym przez Mikołaja Zebrzydowskiego na początku XVII w. klasztorze bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej czczony jest łaskami słynący obraz Matki Bożej Płaczącej. Znajduje się on w bocznej kaplicy bazyliki Matki Bożej Anielskiej. Został on ukoronowany w dniu 15 sierpnia 1887 r. przez kard. Albina Dunajewskiego.

    Wizerunek Matki Bożej Kalwaryjskiej (bez sukienek)

    Sam obraz o wymiarach 74 cm x 90 cm, nieznanego autorstwa, pochodzi z I połowy XVII w. Namalowano go farbą olejną na grubym, lnianym płótnie. Jego twórca wzorował się na obrazie znajdującym się w kościele parafialnym w Myślenicach koło Krakowa. Madonna z tulącym się do Niej Dzieciątkiem przedstawiona jest w półfigurze, z wyraźnym nachyleniem w stronę Dzieciątka. Jej lewa dłoń, z szeroko rozpostartymi palcami, spoczywa na wysokości piersi. Uwagę zwracają ciemne, zamyślone oczy Maryi, ze spojrzeniem skierowanym w dół, w stronę widza. Wysokie czoło, wolne od zmarszczek, okalają brązowe włosy okryte welonem. Głowę przykrywa ozdobny czepiec. Pulchne Dzieciątko zostało przedstawione w pozycji stojącej od kolan, wyraźnie przechyla się w stronę Madonny. Lewą rączką obejmuje Jej szyję, prawą zaś chwyta fałdy Jej płaszcza. Szeroko otwarte, ciemne oko, kieruje ufne spojrzenie w stronę Matki. Usta pozostają lekko rozchylone. Ciemnowłosą główkę okrywa czepiec. Delikatna szata osłaniająca biodra opada miękko w dół.

    Wizerunek Matki Bożej Kalwaryjskiej

    Bazylika i klasztor bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej położone są na południe od miasta, a na południe i wschód od nich znajdują się 42 kaplice i kościoły dróżek. Jest to jedno z ważniejszych miejsc kultu pasyjnego i maryjnego. Znajduje się ono na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Od 1979 r. głównemu kościołowi w Kalwarii przysługuje tytuł bazyliki mniejszej.
    Wizerunek Matki Bożej Kalwaryjskiej szczególnie czułym kultem otaczał kard. Karol Wojtyła, a potem – również papież św. Jan Paweł II. Wielokrotnie modlił się przed tym obrazem, zarówno w czasie swojej posługi arcybiskupa metropolity Krakowa, jak i następcy św. Piotra. W sanktuarium modlił się także papież Benedykt XVI.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    Obraz Matki Bożej Kalwaryjskiej

    o. Cyprian Moryc OFM Lublin

    Matka Boza z Kalwarii Zebrzydowskiej

    ***

    Historia obrazu

    Wizerunek Matki Bożej Kalwaryjskiej należy do najbardziej czczonych obrazów maryjnych w Polsce. Od czterech stuleci z niesłabnącą żarliwością zdążają do niego rzesze pielgrzymów, dla których nieprzerwanie jest przedmiotem czci i głębokich wzruszeń. „Dziewica Słowiańska”, zespolona ściśle z dziejami najstarszej w Polsce Kalwarii, budziła również zainteresowanie historyków badających dzieje Sanktuarium. Najstarsze wzmianki dotyczące „pradziejów” wizerunku zamieszczają klasztorne kroniki oraz akta inkwizycji z 1641 roku. Łaskami słynący wizerunek przebywając od czterech stuleci w bazylice Matki Bożej Anielskiej w Kalwarii Zebrzydowskiej wtopił się w duchowy pejzaż sławnego sanktuarium. Trudno uwierzyć, że wcześniej służył prywatnej pobożności kolejnych, często zmieniających się właścicieli. Historyk zakonny odnotował szczególnie emocjonalny sposób odnoszenia się do obrazu: „codziennie wczesnym rankiem, a powtórnie o zachodzie słońca gromadzili się w jednej z komnat dworskich pan i pani, ich dziatki, domownicy i czeladź dworska i tu przed starym obrazem wspólnie odprawiano modlitwy. Niejeden z modlących się miał doznawać dziwnej radości i wesela wewnętrznego”. Wyjątkowy stosunek do obrazu wydaje się zrozumiały w kontekście ogólnej atmosfery religijnej XVII wieku. „Bywało, że gospodarz ze swą rodziną upodobali sobie wśród wielu wiszących pod powałą obrazów akurat jeden, modląc się przed nim chętniej. Pozostałe stawały się orszakiem wybrańca, który w miarę intensywności przeżyć duchowych ludzi nabierał nie tylko wysokiej wartości emocjonalnej, lecz stawał się istotą niemal osobową, której nie można zostawić bez opieki, jeśli tej nie da się zlecić spadkobiercy. Stąd nierzadkie przypadki przekazywania wizerunków do kościołów i klasztorów”.
     
    3 maja 1641 r. dwór Paszkowskich stał się miejscem niezwykłego zdarzenia. Obraz Matki Bożej zapłakał krwawymi łzami. Świadkami cudu byli domownicy oraz niezwłocznie wezwani duchowni z pobliskiej  Marcyporęby. Nadnaturalne wydarzenie nie pozostawało odosobnionym, przeciwnie, doskonale wpisało się w charakter i ducha całej epoki. Dość szybko w domu Paszkowskich zjawił się Walerian Kaliński, gwardian konwentu bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej. Właściciel obrazu odbył u niego spowiedź oraz deklarował chęć przekazania „cudownego” wizerunku do klasztoru. Obietnicę spełnił 5 maja 1641 roku. Zainteresowanie wystawionym do publicznego kultu “miraculum” stale wzrastało. Przybywający do Kalwarii pielgrzymi świadczyli o wymodlonych przed obrazem łaskach, wśród których nie zabrakło również konwersji. O zaistniałych wydarzeniach powiadomiono ordynariusza diecezji, który przekazał sprawę specjalnie powołanej komisji. W czerwcu 1641 r. przeprowadzono w Kopytówce wizję lokalną z udziałem naocznych świadków „cudu”.
     
    Właściwa inkwizycja odbyła się 5 lipca 1641 roku. Przedmiotem szczególnych kontrowersji pozostawało zjawisko krwawych łez. Komisja radziła, by biskup powstrzymał się od wyrażenia opinii o cudowności wizerunku i zakazał jego publicznej czci. Decyzja idąca za tymi sugestiami skazywała obraz na „uwięzienie” w klasztornym schowku. Zwinięto go w rulon i umieszczono w skarbcu przyklasztornej zakrystii. Wynik inkwizycji spotkał się z niezadowoleniem bernardynów, którzy starali się bronić cudowności obrazu.4. Tymczasem „więzień” cieszył się coraz większym zainteresowaniem wiernych. 9 września przybył do Kalwarii biskup administrator Tomasz Oborski. Stwierdziwszy rzeczywisty kult, zezwolił zakonnikom na urządzenie w zakrystii specjalnego ołtarza i umieszczenie w nim wizerunku. Z czasem zaproponowane rozwiązanie okazało się niewystarczające, bernardyni podjęli więc starania o przeniesienie obrazu do kościoła. Biskup administrator Mikołaj Oborski zezwolił na jego translację w roku 1658. Przy okazji wykonano pierwszą udokumentowaną konserwację. Początkowo, do 1667 roku, obraz pozostawał w ołtarzu św. Anny, następnie przeniesiono go do specjalnie wybudowanej przez Michała Zebrzydowskiego kaplicy.
     
    Wyrazem nieprzerwanego i wciąż żywego kultu, a jednocześnie największym religijnym wydarzeniem w XIX – wiecznej Galicji, była uroczysta koronacja obrazu w 1887 roku. Inicjatorem uroczystości był kardynał Albin Dunajewski, administrator diecezji krakowskiej. Jego myśl podjęli bernardyni z Kalwarii. Wizerunek poddano gruntownej konserwacji w pracowni Antoniego Gramatyki. Szanując starożytny zwyczaj ozdobiono obraz sukienką wykonaną przez krakowskie felicjanki. Uroczystości, połączone z sierpniowym odpustem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, urządzono w „Dolinie Jozafata”. Tam, 13 sierpnia, wokół Cudownego Obrazu zgromadziły się rzesze pielgrzymów reprezentujące tereny Galicji i Księstwa Poznańskiego, a także Litwy, Śląska, Słowacji, Moraw i Węgier. Porywające kazanie wygłosił ormiański arcybiskup Izaak Izaakowicz, zaś samego aktu koronacji dokonał kardynał Albin Dunajewski. Koronacja obrazu została upamiętniona na ścianie prezbiterium kościoła polichromią wykonaną przez Karola Polityńskiego.
     
    7 czerwca 1979 r. na kalwaryjskie wzgórze przybył papież Jan Paweł II. W okolicznościowym przemówieniu dał wyraz głębokiego przywiązania do Cudownego Wizerunku i religijnej atmosfery Kalwarii. Ponadto nakreślił własną wizję charyzmatu tego szczególnego miejsca. Dla podkreślenia duszpasterskich zasług kalwaryjskiego sanktuarium, Wikariusz Chrystusa wyniósł Kościół Matki Bożej Anielskiej do rangi Bazyliki Mniejszej. Następstwem zaszczytnych wydarzeń było wprowadzenie przez Kongregację Sakramentów i Kultu Bożego uroczystego obchodu ku czci Matki Bożej Kalwaryjskiej. Liturgiczny formularz tego święta został umieszczony w Mszale Rzymskim. Zainicjowana przez Jana Pawła II nowenna zakończyła się w 1987 r. Jubileuszowej celebrze na krakowskich Błoniach przewodniczył sam papież Jan Paweł II, przebywający w Polsce z racji kolejnej apostolskiej pielgrzymki. Na jego prośbę Cudowny Obraz został przewieziony do Krakowa i tam odznaczony Złotą Różą. Z racji jubileuszu stulecia koronacji obraz poddano gruntownej konserwacji w pracowni Jadwigi Wyszyńskiej z krakowskiej ASP.
     
    Drugi raz Jan Paweł II nawiedził Kalwarię Zebrzydowską 19 sierpnia 2002 roku . Msza św. pod przewodnictwem Papieża, odprawiona tego dnia w bazylice pw. Matki Bożej Anielskiej, była kulminacją obchodów 400-lecia sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej, ufundowanego przez Mikołaja Zebrzydowskiego w 1602 roku. W homilii Ojciec Święty przypomniał, że do Kalwarii pielgrzymował jako dziecko i młodzieniec, a potem jako kapłan, biskup i kardynał i że tu zdobywał także siłę do rozwiązywania wielu problemów. To miejsce w przedziwny sposób nastraja serce i umysł do wnikania w tajemnicę tej więzi, jaka łączyła cierpiącego Zbawcę i Jego współcierpiącą Matkę. Ojciec Święty wyraził wdzięczność opiekującym się kalwaryjskim sanktuarium ojcom bernardynom za umiłowanie cierpiącego Chrystusa i Jego współcierpiacej Matki, które z gorliwością i oddaniem przelewają tutaj w serca pielgrzymów. Homilię zakończył przejmującą modlitwą-zawierzeniem Matce Bożej Kalwaryjskiej siebie samego Kościół i Ojczyznę. Matko Najświętsza, Pani Kalwaryjska, wypraszaj także i mnie siły ciała i ducha, abym wypełnił do końca misję, którą mi zlecił Zmartwychwstały. Tobie oddaję wszystkie owoce mego życia i posługi, Tobie zawierzam losy Kościoła, Tobie polecam mój naród. Zawierzenie to jest obecnie każdego dnia odmawiane w bazylice kalwaryjskiej po każdej Mszy św., odprawianej dla wiernych. Ojciec Święty na zakończenie uroczystości złożył u stóp Matki Bożej Kalwaryjskiej jako wotum jubileuszowe złoty krzyż papieski z masą perłową.

    Opis obrazu

    Madonna z tulącym się do Niej Dzieciątkiem ujęta jest w półfigurze z wyraźnym nachyleniem w prawo, w stronę garnącego się do Niej Dzieciątka. Dłoń lewa, z rozpostartymi szeroko palcami, zastygła w bezruchu na wysokości piersi. Narzucającą się cechą pociągłej twarzy Maryi są ciemne, promieniujące głębokim zamyśleniem oczy. Spojrzenie skierowane jest w dół, w stronę widza. Wysokie czoło, wolne od zmarszczek, okalają brązowe włosy okryte muślinowym welonem. Finezyjnie zarysowane łuki brwiowe przechodzą bezpośrednio w linię prostego, ostro zakończonego nosa. Linie warg zlewają się w grubą, karminową plamę. Głowę przykrywa ozdobny czepiec. Gładki, ciemnobłękitny płaszcz okrywający ramiona, rozchyla się nieco z przodu ukazując ciemnoróżowe podbicie. Pulchne Dzieciątko ukazane w pozycji stojącej od kolan, wyraźnie przechyla się w stronę Madonny. Lewą rączką obejmuje Jej szyję, prawą zaś chwyta fałdy matczynego płaszcza. Okrągłą buzię zdobi rumieniec. Szeroko otwarte, ciemne oko, kieruje ufne spojrzenie w stronę Piastunki. Lewa część twarzy stapia się z matczynym policzkiem. Usta pozostają lekko rozchylone. Ciemnowłosą główkę okrywa czepiec. Delikatna szata osłaniająca biodra opada miękkimi kaskadami w dół.
    Wzdłuż dolnego brzegu obrazu występuje jasny pas z namalowanym barokową kapitałą napisem: „IMAGO B.M.V. MISLIMICENSIS”. Powyżej napisu, z lewej strony, odciśnięta w czerwonym laku pieczęć i odręczny podpis: „Nicolaus Oborski Epus. Laod. Suff. A-d. Vicarius in spiritualibus et off. Crac”.
     
    Do skromnej gamy kolorystycznej dzieła, zdominowanej przez brązy kontrastujące z rozbielonymi różami i szarościami, przynależą: biel ołowiowa, czerwień cynobrowa, minia, ugier, umbra, ochra czerwona, indygo i czerń kostna. Ciemnobrązowe, niemal czarne tło, tworzy interesujące zestawienie z ciemnobłękitnym płaszczem Maryi oraz z szarościami i beżami tkaniny opasującej Dzieciątko. Karnacje utrzymane są w różnych odcieniach brązu, różu i bieli rozjaśniającej niektóre partie. Dominantę stanowi ciepła karnacja twarzy Matki Bożej. Karnacja Dzieciątka jest ciemniejsza. W niektórych partiach występuje ciemny, linearny obrys. Żywsze kolory występują na czepcach. Ich czerwone tła obwiedzione sznurami białych pereł wypełniają oddane z jubilerską precyzją klejnoty: stylizowane kołnierze z ornamentów cęgowych, szlachetne kamienie płasko i stożkowato szlifowane, stylizowane rozety. Całość jest bardzo świetlista, rozedrgana plamkami blików. Nad skronią Maryi występuje rubinowy krzyżyk, oprawiony w prostokątne kaszty ze zwisającymi z ramion perełkami. Niezbyt głęboki i rozproszony światłocień obrazu uzyskano przy pomocy czerni i brązu. Mocniejsze kontrasty, zaznaczone głębokim cieniem, występują jedynie na lewym policzku i na szyi Madonny.
    Obraz wykonany jest w technice olejnej na grubym, lnianym płótnie o wymiarach: 80 x 58,5 cm., naklejonym na większą dębową deskę z jednego kawałka ( 94,2 x 70,5 x 4 cm.). Od strony odwrocia podobrazie wzmacniają metalowe szpongi. Płótno przyklejone jest do deski klajstrem i wzmocnione przy brzegach szeregiem małych, drewnianych kołków. Pod warstwą malarską występuje olejny grunt zabarwiony czerwoną ochrą. Farba posiada zróżnicowaną fakturę. W ciemnych partiach obrazu jest gładka, położona cienko, delikatnie ujawniając splot płótna. W partiach jaśniejszych, na szatach oraz w obrębie karnacji, widać dukt pędzla. Na czepcach gruba i chropowata powierzchnia farby tworzy wypukły relief imitujący sznury pereł i klejnoty.

    Geneza artystyczna wizerunku kalwaryjskiego

    Podczas przeprowadzonej w 1990 roku gruntownej konserwacji Cudownego Obrazu Matki Boskiej Kalwaryjskiej pod dwudziestowieczną sukienką odnaleziono napis: Imago B. M. V. Mislimicensis. Odkrycie potwierdziło tradycyjne poglądy o zależności kalwaryjskiego obrazu od wizerunku Madonny Myślenickiej i położyło kres długiej dyskusji na temat proweniencji naszego obiektu.
     
    Kult obrazu myślenickiego, niegdyś niezwykle żywy, i dlatego wpłynął na ikonografię maryjną regionu. Ogromnemu zapotrzebowaniu duchowemu pielgrzymów wychodziła naprzeciw produkcja naśladownictw, powstających szczególnie w wiekach XVII i XVIII, a także, dzięki Sebastianowi Stolarskiemu, w wieku XIX. Poszczególni artyści wprowadzili do wykonywanych przez siebie podobizn wiele nowych rozwiązań. Zmieniali rodzaj i wielkość podobrazia, modyfikowali kompozycję domalowując prawy bok Dzieciątka oraz prawą dłoń Maryi, stosowali chętnie złote tło oraz dekoracyjne ornamenty na szatach, wreszcie wprowadzali dodatkowe rekwizyty w postaci złotych koron, nimbów i inskrypcji.

    Powstanie Obrazu Matki Bożej Kalwaryjskiej niewątpliwie umieścić można w ramach czasowych wyznaczonych przez cudowne wydarzenia w Myślenicach w 1633 roku oraz zjawisko krwawych łez na wizerunku kalwaryjskim, mające miejsce w domu Paszkowskich w roku 1641.  Nie znamy nazwiska autora wizerunku Matki Bożej Kalwaryjskiej.

    Problem atrybucji obrazu oraz analiza treści formalnych i ideowych

    Analiza obiektu pozwala stwierdzić za Kutrzebianką, „że obraz kalwaryjski powstał w Polsce i że twórcą jego jest polski artysta, który wobec nowszych, bardziej postępowych prądów w malarstwie, czuł się skrępowany tradycjonalizmem religijnym”. Rzeczpospolita XVII wieku była terenem artystycznych oddziaływań od dawna obecnego u nas malarstwa niemieckiego oraz włoskiego i niderlandzkiego, przy czym wpływy tych ostatnich zaczynały w tym okresie coraz wyraźniej dominować. W grupie włoskich artystów działających w Krakowie przodował Tomasz Dolabella (1570 – 1650) Poza jego uczniami i naśladowcami w ówczesnym Krakowie spotykamy wielu malarzy niderlandzkiego pochodzenia, z główną postacią w osobie Jana Mertensa (1589 – 1609). Obecność obcych artystów nie pozostawała bez wpływu na twórczość rodzimą. Należy jednak zauważyć, że nie dorównywała ona artystycznym poziomem zachodnim wzorcom. Dotyczy to szczególnie malarstwa religijnego, będącego na usługach kontrreformacji. Liczebność produkcji oraz wykonywanie jej przez malarzy cechowych nie gwarantowała wysokiego poziomu artystycznego. Mimo to nasze malarstwo miało wzięcie u polskiego szlachcica, który nad zachodnie dzieła, często dla niego niezrozumiałe, przedkładał to, co swojskie i rodzime. Należy pamiętać, iż w naszej narodowej kulturze przez cały wiek XVI kształtował się typ postawy zwanej sarmacką. Ten szlachecko – ziemiański model Polaka wyrósł z narodowego obyczaju i trybu życia, przekonań, wiary, lektury i przyzwyczajeń. Wydaje się, iż autor kalwaryjskiego obrazu, świadomy społecznych zapotrzebowań i gustów, posługiwał się prostym językiem artystycznym, zdolnym dotrzeć do odbiorcy, któremu bardziej odpowiadała powierzchowna dewocja nad mistyczne wzloty.

    Kalwaryjski obraz nie jest w ścisłym znaczeniu kopią pierwowzoru z Myślenic. Obok uderzających podobieństw, które mogą świadczyć o szacunku i podziwie, jaki „kopista” żywił dla pierwowzoru, widzimy w omawianym wizerunku znaczne i świadome innowacje. Artysta przystępujący do pracy postanowił powiększyć rozmiary obrazu, zachowując jednak wielkość postaci. Przesunął ciężar kompozycji w prawą stronę, a powstałą w ten sposób przestrzeń wykorzystał dla uzupełnienia prawego boku Dzieciątka. Na głowach obydwu osób ukazał bardzo dekoracyjne elementy w postaci czepców, a dolną część kompozycji zamknął podpisem. Wspomniane czepce są prawdziwą osobliwością kalwaryjskiego wizerunku. Artysta nadał im formę spłaszczonych półksiężyców, ozdobionych bogatym ornamentem przypominającym z dala motyw kwiatów róży. Bliższa analiza tego motywu pozwala dostrzec bogaty zestaw klejnotów oddanych z jubilerską wręcz precyzją. Te osobliwe nakrycia głów przypominają swym kształtem i dekoracją staropolskie czepce1. Interesujący nas motyw czepca przypominającego nakrycia głowy Maryi i Jezusa z kalwaryjskiego obrazu, spotykamy w XVII – wiecznej ikonografii. Uproszczona forma czepca, zwana „czółkiem”, przetrwała jako element stroju ludowego.

    Czepce „Kalwaryjskiej Madonny” stanowią malarską imitację prawdziwych, materialnych czepców, które, jak wnioskujemy ze spisów inwentarza, zdobiły obraz myślenicki w latach 1633 – 1641. Fakt ten potwierdzają także ślady gwoździ zauważone podczas ostatniej konserwacji malowidła myślenickiego.  Kopista potraktował czepce jako dosyć efektowny element dekoracyjny, a także, co wydaje się szczególnie słuszne, skopiował je jako znak identyfikujący „naśladownictwo” ze słynącym łaskami oryginałem. Wykazana wcześniej wybiórczość artystycznego działania pozwala przypuszczać, iż malarz kierował się także względami ideowymi. Dekoracyjna funkcja opisywanych przedmiotów jest niewątpliwa. Dzięki nim obraz zyskuje partie o żywej kolorystyce, bogactwie rytmów i mocnych napięciach fakturalnych. Staropolskie czepce przydają też wizerunkowi wartości historycznej, stanowią bowiem świadectwo charakterystycznego dla Polskiej ikonografii XVII wieku zjawiska aktualizacji przedstawień religijnych. Polegało ono na przenoszeniu motywów biblijnych czy też religijnych w realia polskiego, szlacheckiego społeczeństwa4, bowiem: „Szlachcic ówczesny krzywym okiem patrzył na obcą i niezrozumiałą dlań alegoryczność. Dla niego portret musiał być ‘podobny’, to jest wierny zarówno w swej części fizjonomicznej jak i kostiumowej”. Wizerunek Matki Bożej Kalwaryjskiej zyskuje dzięki zdobiącym go czepcom bardziej rodzimy, szlachecki i domowy charakter. Zastosowanie motywu matczynego czepca sprawia, iż w obrazie Kalwaryjskiej Pani pojawia się klimat ciepła i macierzyńskiej bliskości. W tym miejscu dotykamy znamiennej cechy wszystkich niemal wyobrażeń Eleusy, którym wschodnia pobożność nadawała rangę ikon domowych. Wydaje się, iż podobną funkcję miał spełniać wizerunek kalwaryjski, wiszący pierwotnie pod stropem szlacheckiego dworu. Historia sprawiła jednak, iż ten „nie zalecający się pięknem, lecz cudownością” obraz6, przeniesiono z rodzinnej komnaty do Sanktuarium, gdzie „mieszkając z ujmującą dyskrecją” ( Jan Paweł II ) w bocznej kaplicy, nie traci nic ze swego pierwotnego, rodzinnego waloru.

    Opierając się na opinii J. Wyszyńskiej, próbującej zrekonstruować proces tworzenia podobizny, można stwierdzić, iż malarz posługiwał się kalką. Przy jej pomocy odwzorował układ postaci dokonując jednak przemieszczeń poszczególnych fragmentów. Postać Dzieciątka została oddana w pozie wyprostowanej i usztywnionej, co pociągnęło za sobą konieczność mocniejszego pochylenia głowy Madonny. Istotną innowację względem pierwowzoru stanowi kierunek spojrzenia Matki Bożej. Na pierwszym z obrazów spogląda Ona w niebo wyraźnie zatopiona w modlitwie, natomiast wzrok Madonny na wizerunku kalwaryjskim skierowany jest w dół, w stronę wiernych. Ponadto zwężeniu uległy dłonie Dzieciątka oraz Maryi. W pierwowzorze dłoń Matki Bożej sprawia wrażenie zbyt wielkiej i mocno wychylającej się na pierwszy plan. W kalwaryjskim obrazie nie znajdujemy już wyszukanego wachlarza środków malarskich zastosowanych w pierwowzorze. „W porównaniu z wizerunkiem myślenickim, obraz kalwaryjski malowany jest płasko. Jego działanie plastyczne opiera się na zestawieniu wyodrębnionych kolorem czy światłem jednolitych plam barwnych, pozbawionych wyraźnej linii konturu i głębi chromatycznej. Postacie są usztywnione. Dzieciątko przytulające się do Matki nie wykazuje naturalnego, spontanicznego gestu dziecka, lecz trwa zastygłe w tej pozie. Umiarkowany modelunek cieniem w partiach karnacji wprowadza element przestrzenności, który zdominowany jest zastosowanym równocześnie mocnym działaniem światła padającego z góry, z lewej strony. Jest ono obok rysunku głównym czynnikiem budującym obraz”.
    Wraz z innowacjami formalnymi w obrazie zastosowano także odmienne niż w oryginale rozwiązania ideowe. Zdaniem Kutrzebianki, obraz Matki Bożej Myślenickiej odznacza się cechami indywidualno-realistycznymi, natomiast wizerunek kalwaryjski posiada abstrakcyjno-schematyczny charakter. Zamiast uczuciowości i ciepła dostrzegamy w obliczu Madonny kalwaryjskiej wdzięk idealizmu tkwiący swymi korzeniami w epoce średniowiecza. Funkcję ideową w omawianym wizerunku spełnia padające z góry światło. Jego działanie odrealnia postacie, nadaje im nadprzyrodzony blask, stwarzając dystans wobec widza. Wydaje się, iż wszelkie przedstawione tu zmiany zostały wprowadzone świadomie. Jednocześnie obraz został podpisany, zgodnie z panującym w ówczesnej masowej rzemieślniczo-artystycznej wytwórczości, imieniem swego pierwowzoru BMV MISLIMICENSIS.  Wskazuje to z jednej strony na skrępowanie artysty zamówieniem podobizny konkretnego obrazu, oraz na szacunek dla wsławionego łaskami i cudami prototypu, a z drugiej strony wiele mówi o mentalności polskiego odbiorcy, który nie tyle troszczył się o otrzymanie wiernej kopii obrazu, co o uzyskanie dzieła o możliwie dużym ładunku sacrum. Podpisanie obrazu miało ukazać jego łączność z cieszącym się już niezwykłą sławą wizerunkiem myślenickim i przez to podnieść rangę podobizny. Chodziło także o zadowolenie odbiorcy, który poszukiwał obrazów cudownych, pełnych nadzwyczajnej mocy. Artysta niewątpliwie pragnął stworzyć obraz, który nasi dewocyjni pisarze XVII wieku określali jako: „dziwnie do nabożeństwa zachęcający”.

    Podsumowanie

    Obraz Matki Bożej Kalwaryjskiej reprezentuje ikonograficzny typ Eleusy, ukształtowany w kręgu kultury bizantyńskiej. Motyw ten przekroczył z czasem granice Bizancjum i dotarł do niemal wszystkich artystycznych ośrodków Europy. Jednocześnie przeszedł znaczną ewolucję. Krocząc niejako śladem rozwijającego się motywu Eleusy, staraliśmy się ukazać proces jego ewolucji, wskazując niektóre środowiska, szkoły i artystów podejmujących ten temat. W trakcie naszych poszukiwań spostrzegliśmy, iż środowiskiem istotnym dla rozwoju nowożytnej koncepcji Eleusy była Italia, gdzie krzyżowały się tendencje bizantyńskie i zachodnie. Niemałe znaczenie dla naszego tematu posiadają również środowiska sztuki niderlandzkiej. Artyści Zachodu nie poprzestawali na mechanicznym powielaniu wschodnich wzorców, ale wprowadzili w wizerunek Eleusy więcej swobody i rodzajowość, która często, ale nie zawsze, pozbawiała obraz duchowej głębi – sacrum – tak bardzo istotnego dla Eleusy bizantyńskiej.
    W środowisku polskim spostrzegliśmy ogromne bogactwo tematów, wyrażające się we współistnieniu motywów o różnej proweniencji: włoskiej, niderlandzkiej czy też ruskiej. Elementy te często spotykają się ze sobą w obrębie jednego obrazu, dając w rezultacie dzieło o swoiście „eklektycznym” charakterze.

    Obraz Matki Bożej Kalwaryjskiej, jak zauważyliśmy, nie jest zjawiskiem odosobnionym, pojedynczym, lecz występuje pośród wielu obiektów tego samego ikonograficznego typu. W odniesieniu do dzieł istniejących na ziemiach polskich, staraliśmy się uchwycić, przynajmniej ogólnie, wspólne cechy poszczególnych wizerunków i zakwalifikować je w określone grupy. Okazuje się, iż wielką rolę w owej klasyfikacji spełniają wizerunki słynące łaskami, jak np. Obraz Matki Bożej Passawskiej, Dzikowskiej, Parczewskiej, Myślenickiej i Kalwaryjskiej. Kultowi zorganizowanemu wokół tych wizerunków towarzyszyła niemal zawsze produkcja kopii i podobizn, które miały zaspokoić dewocyjne pragnienia i oczekiwania. Obraz Eleusy kalwaryjskiej, stanowiąc swoistą kompilację tematów, należy do wspomnianych wyżej dzieł o charakterze „eklektycznym”. W wizerunku dopatrujemy się obok bardzo już wyciszonych pierwiastków wschodnich, właściwych dla malarstwa ikonowego, również wątków rodzajowych, zachodnioeuropejskich i wreszcie tematów rodzimych, polskich. Słusznym wydaje się spostrzeżenie, że występujące w wizerunku kalwaryjskim elementy narodowe, czytelne szczególnie w wyjątkowym dla ikonografii motywie staropolskich czepców, zdobiących głowy Maryi i Jezusa, nadają mu szczególną wartość. Stanowią, podobnie jak w wielu innych naszych obrazach maryjnych, artystyczne świadectwo narodowej tradycji, wiary i kultury.

    SANKTUARIUM PASYJNO-MARYJNE KALWARIA ZEBRZYDOWSKA KLASZTOR OJCÓW BERNARDYNÓW

    ___________________________________________________________________________________

    13 sierpnia

    Błogosławiony Marek z Aviano, prezbiter

    Błogosławiony Marek z Aviano

    Karol Dominik przyszedł na świat 17 listopada 1631 roku w Aviano koło Wenecji. Wzrastał w rodzinie bogatych mieszczan, ale bogactwo nie stało się dla niego celem życia. Wybrał drogę doskonałości w zakonie kapucynów, który już wówczas w swym gronie miał wielu świętych mężów. W 1648 roku Karol wstąpił do klasztoru, przyjmując imię Marek. Siedem lat później przyjął święcenia kapłańskie. Jako kaznodzieja wędrował po wielu krajach, głosił słowo Boże w Tyrolu, Niderlandach, Szwajcarii, Francji, Austrii i Hiszpanii. Wielkim zaufaniem darzyli go papieże, dlatego wysyłali go często w charakterze legata na dwory królewskie. Był wędrownym kaznodzieją, spowiednikiem i powiernikiem władców.
    Za jego przyczyną dochodziło do wielu nawróceń i uzdrowień, które szybko przyniosły mu sławę w całej Europie. Sam określał się mianem “duchowego lekarza Europy”. Został mianowany przełożonym klasztorów w Bellono (1672-1674) i Oderzo (1674-1675).
    Marek z Aviano należał do najwybitniejszych kaznodziejów XVII-wiecznych. Jemu właśnie przypisuje się zjednoczenie chrześcijańskich wojsk pod Wiedniem. Odegrał tam rolę duchowego przywódcy. Przed decydującą bitwą odprawił Mszę świętą w namiocie króla Jana III Sobieskiego, gdzie znajdował się wielki obraz Matki Bożej Częstochowskiej. Na zakończenie Mszy skierował do króla przemówienie, w którym zachęcał do zaufania Bogu. O zwycięstwie ojciec Marek poinformował papieża, kończąc słowami: “Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył!”
    Marek zmarł 13 sierpnia 1699 roku w Wiedniu. Do grona błogosławionych włączył go dopiero św. Jan Paweł II w dniu 27 kwietnia 2003 r., w niedzielę Bożego Miłosierdzia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    12 sierpnia

    Święta Joanna Franciszka de Chantal, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Innocenty XI, papież
      •  Błogosławiony Izydor Bakanja, męczennik
      •  Błogosławiony Karol Leisner, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiona Wiktoria Díez y Bustos de Molina, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiony Florian Stępniak, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Józef Straszewski, prezbiter i męczennik
    ***

    AUT. NIEZNANY FOT. MONASTERY OF THE VISITATION OF HOLY MARY IN TOLEDO/WIKIMEDIA/AIREDAKCJA/JN  
    ***Joanna urodziła się w Dijon (w tym samym mieście urodził się też św. Bernard z Clairvaux i dominikanin Lacordaire) 23 stycznia 1572 r. Jej ojciec był prezydentem parlamentu Burgundii. Mając niecałe 2,5 roku Joanna straciła matkę, która zmarła przy porodzie jej młodszego brata, Andrzeja. Odtąd wychowywała się pod okiem opiekunki. Otrzymała staranne wykształcenie.
    W 1592 r. 20-letnia Joanna poślubiła Krzysztofa II, barona de Chantal, z którym miała sześcioro dzieci. Święta matka przyświecała swoim dzieciom przykładem życia chrześcijańskiego, a przede wszystkim wyczuleniem na potrzeby biednych. Toteż ci licznie nawiedzali codziennie jej dwór. Pan Bóg wynagrodził jej złote serce, bowiem gdy pewnego dnia zabrakło ziarna, a był głód, cudownie je rozmnożył. W 1601 r. w czasie polowania przyjaciel – przez lekkomyślną nieostrożność – zabił jej męża. Owdowiawszy w 29. roku życia, poświęciła się wychowaniu dzieci i podjęła głębokie życie wewnętrzne. Cios przeżyła tak boleśnie, że omal nie przypłaciła go utratą zdrowia. Wspaniałomyślnie jednak darowała nieumyślnemu zabójcy wyrządzoną jej i jej dzieciom krzywdę.
    Przeniosła się teraz do ojca, do Dijon, a potem do teścia w Monthelon. Ten jednak okazał się dla niej bardzo przykry i na każdym kroku dawał jej odczuć, że jest dla niego ciężarem. Jeszcze więcej Joanna cierpiała ze strony wszechwładnej na zamku służącej-metresy. Zachęcana do ponownego zamążpójścia, pomimo obiecujących ofert, Joanna postanowiła oddać się wyłącznie wychowaniu dzieci i służbie Bożej.
    W marcu 1604 r. spotkała św. Franciszka Salezego. Od tego czasu datuje się ich wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju przyjaźń duchowa. Święty zaszczepił w niej własny styl życia: dobroci i życzliwości dla wszystkich, naturalnego sposobu życia, przepojonego stałą pamięcią o obecności Bożej i czynienia wszystkiego dla Boga. Joanna zarzuciła więc dotychczasowy surowy styl życia, a oddawała się w wolnych chwilach posłudze chorym i ubogim. W trzy lata później św. Franciszek przedstawił baronowej projekt zgromadzenia akcentujący umartwienie wewnętrzne. W 1610 r. Joanna, zapewniwszy przyszłość dzieciom, opuściła Dijon. W Annecy założyła pierwszy klasztor nowego zgromadzenia Sióstr Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny – wizytek. Święty umyślnie dał tę nazwę swojemu zakonowi, gdyż w planie pierwotnym był on przeznaczony dla posługi ubogim. Niestety, Rzym na to nie zezwolił. Obawiał się, że to nowość zbyt śmiała, bez precedensu, by zakonnice wychodziły poza mury klasztoru i w pracy czynnego posługiwania bliźnim narażały własną duszę na niebezpieczeństwo. Św. Robert Bellarmin oraz Joanna zachęcali Franciszka, by nie ustępował. Może by i wygrał, ale pod naciskiem Rzymu ustąpił w obawie, że zakonu jego nie zatwierdzi.

    Święta Joanna Franciszka de Chantal

    W 1611 roku trzy pierwsze wizytki złożyły profesję. Jako pieczęć i herb dla swojego zakonu Franciszek Salezy obrał Serce Pana Jezusa, otoczone koroną cierniową z wyrastającym z niego krzyżem, oraz dwa miecze przecinające to Serce, wyobrażające miłość Boga i bliźniego.
    28 grudnia 1622 roku Franciszek zmarł. Dzięki energicznym zabiegom Joanny jego ciało zostało umieszczone w Annecy, w kościele wizytek. Joanna zajęła się również bardzo troskliwie zebraniem wszystkich pism Franciszka. Rozpoczęła także proces wstępny do kanonizacji Założyciela zakonu. Oddała teraz swój zakon pod bezpośrednią opiekę duchową św. Wincentego a Paulo. Przez 40 lat Wincenty udzielał rad i wskazań oraz prowadził siostry na wyżyny doskonałości chrześcijańskiej. Przez następne lata Joanna założyła 87 fundacji. Ostatnie lata życia spędziła na niezmordowanym wizytowaniu i umacnianiu powstałych klasztorów, jak też na zakładaniu nowych. Ostatnim domem przez nią założonym był klasztor w Turynie (1638).
    Zmarła podczas podróży 13 grudnia 1641 r. Wincenty a Paulo miał widzieć jej duszę idącą do nieba. Serce Joanny zatrzymano w Moulins, a jej ciało przewieziono uroczyście do Annecy, gdzie złożono je obok relikwii św. Franciszka Salezego w kościele wizytek. Uroczystej beatyfikacji dokonał w bazylice Św. Piotra papież Benedykt XIV w 1751 roku, a niedługo potem – w 1767 r. – papież Klemens XIII dokonał jej kanonizacji. Jest patronką sióstr wizytek. Do Polski zakon ten sprowadziła już w 1650 r. królowa Maria Ludwika Gonzaga, żona Jana Kazimierza.
    Św. Joanna zostawiła po sobie wiele pism. Jej duchowe córki zebrały je wszystkie z pietyzmem i wydały w ośmiu tomach. Składają się na nie listy i pouczenia duchowe, ascetyczne oraz okólniki organizacyjne.

    JANEPublic Domain
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Baronowa de Chantal – św. Joanna

    Baronowa de Chantal - św. Joanna

    św. Joanna Franciszka de Chantal/Valentin Metzinger (PD)

    ***

    Trzymajmy zawsze nasze serca głęboko ukryte w świętej ranie Jego boku… – pisał św. Franciszek Salezy do św. Joanny.

    Św. Joanna de Chantal (1572–1642) to jeszcze jedna z szeregu świętych kobiet, które zostawiły trwały ślad w życiu Kościoła. W tym roku mija dokładnie 400 lat od założenia Zakonu Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, czyli wizytek. Zakon zawdzięcza swoje powstanie duchowej przyjaźni, która połączyła Joannę de Chantal z biskupem Genewy św. Franciszkiem Salezym. Oboje spoczywają w kościele wizytek w Annency (Francja).

    Joanna doświadczyła w swoim życiu kilku powołań. Była żoną, matką, wdową, w końcu zakonnicą. Pochodziła z arystokratycznej rodziny z Dijon. Jako dwudziestolatka poślubiła barona de Chantal. To było szczęśliwe małżeństwo, które dało życie sześciorgu dzieciom. Joanna okazała się nie tylko dobrą żoną i matką, ale i dynamiczną organizatorką. Wyprowadziła z długów majątek męża. Dziewięć lat po ślubie baron de Chantal został śmiertelnie postrzelony podczas polowania. Joanna ciężko przeżyła śmierć męża. Jako 29-letnia wdowa postanowiła poświęcić swoje życie Bogu, mimo rodzinnych nacisków na kolejne zamążpójście. Przez kilka lat Joanna zajmowała się wychowaniem dzieci i opiekowała marudnym teściem.

    W 1604 roku baronowa de Chantal poznała bp. Franciszka Salezego. To spotkanie okazało się opatrznościowe. Salezy stał się jej kierownikiem duchowym i pomógł złagodzić pewną wrodzoną surowość Joanny. W 1610 roku, kiedy zapewniła już przyszłość dzieciom, powstał pierwszy dom nowego zakonu. W Annency baronowa de Chantal wraz z dwoma towarzyszkami złożyła pierwsze śluby. Ideałem, który przyświecał obojgu założycielom, było połączenie kontemplacji z czynnym apostolstwem. Rzym obawiał się jednak tego eksperymentu i ostatecznie zatwierdził regułę zakonu kontemplacyjnego.

    Joanna założyła 87 domów wizytek w całej niemal Europie, co było owocem jej talentu organizacyjnego i świętości. Osobiście przez 40 lat przeżywała jednak chwile całkowitego zwątpienia. Ciosem była nagła śmierć św. Franciszka. Płakała długo, potem zadbała o wydanie jego pism, zniszczyła tylko własne listy do niego. Szkoda, bo może dowiedzielibyśmy się więcej o tej niezwykłej przyjaźni. Choć, czy zrozumielibyśmy to…? Zachowały się listy Franciszka do Joanny. W jednym z nich pisze: „Trzymajmy zawsze nasze serca głęboko ukryte w świętej ranie Jego boku, nie martwmy się niczym”. Może tu tkwi sekret.

    Święta z Dijon

    Kościół wspomina 12 sierpnia św. Joannę Franciszkę de Chantal (czyt. szantal), zakonnicę.

    Joanna urodziła się we francuskim Dijon (czyt. diżą) w 1572 r. Jako 20-latka poślubiła Krzysztofa II, barona de Chantal, z którym miała sześcioro dzieci. Pełniąc rolę matki była dla swoich dzieci przykładem życia chrześcijańskiego. Szczególnie uczulała je na potrzeby najuboższych. Mając zaledwie 29 lat owdowiała. Zachęcana do ponownego zamążpójścia, pomimo obiecujących ofert, postanowiła oddać się wyłącznie wychowaniu dzieci i służbie Bożej. W marcu 1604 r. spotkała św. Franciszka Salezego – od tego czasu datuje się ich wyjątkowa przyjaźń duchowa.

    „Św. Joanna de Chantal potrafiła w swoim życiu doskonale odczytać Boży plan” – podkreśla ks. Wojciech Pieniak.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl/“Święta z Dijon”/ KAI.

    ______________________________________________________________________________________________________________


    11 sierpnia

    Święta Klara, dziewica

    Zobacz także:
      •  Najświętsza Maryja Panna Świętolipska, Matka jedności chrześcijan
      •  Święta Zuzanna, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiony Alojzy Biraghi, prezbiter
    ***



    Klara urodziła się w Asyżu w 1193 lub 1194 r. Była najstarszą z trzech córek pana Favarone z rycerskiego rodu Offreduccio i jego żony Ortolany. Jej matka, podczas ciąży, w trakcie modlitwy usłyszała słowa: “Nie bój się, gdyż to dziecko zabłyśnie swym życiem jaśniej niż słońce!” Pod wpływem tych słów nadała dziewczynce imię Klara (z języka łacińskiego clara – jasna, czysta, sławna).
    Klara wzrastała w atmosferze miłości i pobożności. Gdy miała 12 lat, w Asyżu zaczął swą działalność Jan Bernardone, przyszły św. Franciszek. Z czasem zaczął zdobywać ludzi, którzy poświęcali swe życie Bogu. Klara często spotykała się z nim, by zrozumieć jego słowa. Rodzice, zamożni mieszczanie, daremnie dwa razy usiłowali wydać córkę za mąż. Klara poprosiła bowiem Franciszka, by zwrócił się z prośbą do biskupa Asyżu, aby mogła stać się siostrą Braci Mniejszych. W Niedzielę Palmową 28 marca 1212 r. z całą rodziną poszła do pobliskiego kościoła. Po poświęceniu palm każdy odbierał palmę z rąk biskupa. Biskup Gwidon podszedł jednak sam do Klary i wręczył jej palmę – był to umówiony wcześniej znak zgody. Tej samej nocy dziewczyna wymknęła się z domu, by oddać życie Chrystusowi. Z rąk św. Franciszka otrzymała zgrzebny habit i welon zakonny. Po pewnym czasie przyłączyła się do niej jej siostra, bł. Agnieszka.Klara odmówiła powrotu do domu swoim krewnym, którzy przyjechali, by ją do tego przekonać. Franciszek wystawił siostrom mały klasztor przy kościółku św. Damiana. Pierwszą jego ksienią została Klara. Franciszek bardzo cieszył się z powstania tej rodziny żeńskiej. Kiedy bowiem bracia byli zajęci życiem apostolskim, siostry miały dla nich stanowić zaplecze pokuty i modlitwy. Zakon nosił nazwę Pań Ubogich, potem nazwano je II Zakonem, a popularnie klaryskami. W 1215 roku Innocenty III nadał zakonowi Klary “przywilej ubóstwa”. Siostry nie mogły posiadać żadnej własności, a powinny utrzymywać się jedynie z pracy swoich rąk. Odtąd San Damiano stało się kolebką nowego Zakonu. Wstępowały do niego głównie córki szlacheckie, pozostawiając wszystko i wybierając skrajne ubóstwo.

    Święta Klara

    Swoje żarliwe modlitwy Klara wspierała surowym życiem, częstymi postami i nocnymi czuwaniami. Dokonywała już za życia cudów – cudownie rozmnożyła chleb dla głodnych sióstr, uzdrawiała je, wyjednała im opiekę Jezusa. Pod koniec życia doznała cudownej łaski; kiedy bowiem nadeszła noc Narodzenia Pańskiego, osłabiona i chora Klara pozostała na swym posłaniu. Otrzymała jednak łaskę widzenia i słyszenia Pasterki, odprawianej w pobliskim kościele z udziałem Franciszka i jego braci. Z tego też powodu św. Klara została patronką telewizji. Po śmierci św. Franciszka cały trud utrzymania zakonu spadł na jej barki.
    Klara w klasztorze św. Damiana żyła przez 42 lata. Wyczerpujące posty, umartwienia i czuwania spowodowały, że 11 sierpnia 1253 r. umarła. Następnego dnia odbył się jej uroczysty pogrzeb, któremu przewodniczył papież Innocenty IV. Jej ciało złożono w grobie, w którym przedtem spoczywało ciało św. Franciszka. Już dwa lata później Aleksander IV, po zebraniu koniecznych materiałów kanonizacyjnych, ogłosił ją świętą. Papież dokonał jej uroczystej kanonizacji w Anagni w 1255 roku.Ikonografia najczęściej przedstawia św. Klarę z monstrancją w ręku. Podanie bowiem głosi, że w czasie najazdu Saracenów na Asyż Klara miała ich odstraszyć Najświętszym Sakramentem, który wyniosła z kościoła. Blask płynący z Hostii miał jakoby porazić wroga i zmusić go do ucieczki. Legenda powstała zapewne na tle szczególnego nabożeństwa, jakie miała św. Klara do Eucharystii.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________-

    Św. Klara z Asyżu

    fot. fragment obrazu w Bazylice Ojców Franciszkanów w Krakowie

    ***

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 15.09.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Jedną z najbardziej kochanych świętych jest z pewnością św. Klara z Asyżu; żyła ona w XIII w., w czasach św. Franciszka. Jej świadectwo pokazuje nam, jak wiele cały Kościół zawdzięcza takim jak ona kobietom odważnym i bogatym w wiarę, które potrafią dać decydujący impuls do odnowy Kościoła.

    Kim była Klara z Asyżu? Rzetelne źródła, którymi dysponujemy, pozwalają nam na to pytanie odpowiedzieć. Należą do nich nie tylko dawne biografie, na przykład pióra Tomasza z Celano, ale także Akta procesu kanonizacyjnego, rozpoczętego przez papieża zaledwie kilka miesięcy po śmierci Klary, zawierające świadectwa osób, które żyły z nią przez wiele lat.

    Klara urodziła się w 1193 r. w arystokratycznej i zamożnej rodzinie. Wyrzekła się szlachectwa i bogactw, by żyć pokornie i ubogo, wybierając styl życia propagowany przez Franciszka z Asyżu. Chociaż krewni, jak było wówczas w zwyczaju, planowali wydać ją za mąż za kogoś ważnego, Klara w wieku 18 lat — kierując się głębokim pragnieniem naśladowania Chrystusa i podziwem dla Franciszka — uczyniła śmiały krok: opuściła dom rodzinny i w towarzystwie swojej przyjaciółki Bony z Guelfuccio dołączyła potajemnie do braci mniejszych w małym kościółku Porcjunkuli. Było to wieczorem w Niedzielę Palmową 1211 r. W atmosferze ogólnego wzruszenia dokonał się wielce symboliczny akt: przy świetle pochodni, które trzymali w rękach bracia, Franciszek obciął włosy Klarze, a ona przywdziała zgrzebny habit pokutny. Od tej chwili stała się dziewiczą oblubienicą Chrystusa, pokornego i ubogiego, i całkowicie Mu się poświęciła. Podobnie jak Klara i jej towarzyszki, liczne kobiety na przestrzeni wieków urzekała miłość do Chrystusa, a On pięknem swej Boskiej Osoby wypełniał ich serca. A za sprawą mistycznego powołania oblubieńczego konsekrowanych dziewic cały Kościół jest tym, czym zawsze będzie: piękną i czystą Oblubienicą Chrystusa.

    W jednym z czterech listów, jakie Klara wysłała do św. Agnieszki z Pragi, córki króla Czech, która zapragnęła wstąpić w jej ślady, mówi o Chrystusie, swoim umiłowanym Oblubieńcu, używając oblubieńczych słów, które mogą zdumiewać, ale i wzruszają: «Miłując Go, jesteście czysta, dotykając Go, będziecie bardziej czysta, oddając się Mu, jesteście dziewicą. Jego moc jest silniejsza, Jego wspaniałomyślność większa, Jego wygląd piękniejszy, miłość słodsza, a wszelka łaska bardziej subtelna. Już jesteście w ramionach Tego, który ozdobił waszą pierś klejnotami (…) i ukoronował was złotą koroną z wyrytym znakiem świętości» (List pierwszy: FF, 2862).

    Zwłaszcza na początkach swego doświadczenia religijnego Klara znajdowała we Franciszku z Asyżu nie tylko nauczyciela, którego nauką się kierowała, ale także brata i przyjaciela. Przyjaźń między tymi dwiema świętymi osobami jest czymś bardzo pięknym i ważnym. Kiedy spotykają się bowiem dwie czyste i rozpalone tą samą miłością do Boga dusze, czerpią z wzajemnej przyjaźni niezwykle silną motywację do podążania drogą doskonałości. Przyjaźń to jedno z najszlachetniejszych i najwznioślejszych ludzkich uczuć, które łaska Boża oczyszcza i przemienia. Podobnie jak św. Franciszek i św. Klara, również inni święci szli drogą wiodącą do doskonałości chrześcijańskiej kultywując głęboką przyjaźń, na przykład św. Franciszek Salezy i św. Joanna Franciszka de Chantal. To właśnie św. Franciszek Salezy napisał: «Piękną rzeczą jest móc kochać na ziemi, tak jak się kocha w niebie, i nauczyć się kochać na tym świecie, jak będzie na wieki na drugim świecie. Nie mówię tu o zwykłej miłości, bo powinniśmy darzyć nią wszystkich ludzi; mówię o duchowej przyjaźni, w której dwie, trzy osoby lub więcej łączy przywiązanie, duchowe uczucia, i stają się rzeczywiście jednym duchem» (Filotea albo droga do życia pobożnego, III, 19).

    Po spędzeniu kilku miesięcy w różnych wspólnotach monastycznych, opierając się naciskom rodziny, która początkowo nie aprobowała jej wyboru, Klara zamieszkała z pierwszymi towarzyszkami w kościele św. Damiana, gdzie bracia mniejsi wygospodarowali dla nich mały klasztor. W tym klasztorze mieszkała ponad czterdzieści lat, aż do śmierci w 1253 r. Zachował się opis z pierwszej ręki życia owych kobiet w początkowych latach ruchu franciszkańskiego. Jest to pełna podziwu relacja flamandzkiego biskupa Jakuba z Vitry, który podróżował po Włoszech. Twierdził on, że spotkał wielką liczbę mężczyzn i kobiet ze wszystkich warstw społecznych, którzy «zostawiając wszystko ze względu na Chrystusa, porzucili świat. Nazywając siebie braćmi mniejszymi i siostrami mniejszymi i byli w wielkim poważaniu u papieża i kardynałów (…). Kobiety (…) mieszkają razem w różnych domach niedaleko miast. Niczego nie otrzymują, lecz żyją z pracy własnych rąk. I są bardzo zasmucone i zaniepokojone tym, że spotykają się z większym poważaniem ze strony duchownych i świeckich, niżby tego chciały» (List z października 1216: FF, 2205. 2207).

    Jakub z Vitry dostrzegł z przenikliwością charakterystyczną cechę duchowości franciszkańskiej, na którą Klara była bardzo wrażliwa: radykalne ubóstwo połączone z całkowitą ufnością w Bożą opatrzność. Dlatego też działała ona z wielką determinacją i uzyskała od papieża Grzegorza IX, a prawdopodobnie już od papieża Innocentego III, tak zwane Privilegium Paupertatis (por. FF, 3279). Na jego podstawie Klara i jej towarzyszki z klasztoru św. Damiana nie mogły niczego posiadać na własność. Był to rzeczywiście nadzwyczajny wyjątek w stosunku do obowiązującego prawa kanonicznego, a ówczesne władze kościelne udzieliły zgody na to, w uznaniu owoców ewangelicznej świętości, które dostrzegały w sposobie życia Klary i jej sióstr. Pokazuje to, że również w Średniowieczu rola kobiet nie była drugorzędna, ale znacząca. W związku z tym warto przypomnieć, że Klara była pierwszą w historii Kościoła kobietą, która ułożyła i spisała Regułę, przedłożoną do zatwierdzenia papieżowi, aby charyzmat Franciszka z Asyżu zachował się we wszystkich żeńskich wspólnotach, które licznie powstawały już w jej czasach i pragnęły brać przykład z Franciszka i Klary.

    W klasztorze św. Damiana Klara praktykowała w sposób heroiczny cnoty, które powinny cechować każdego chrześcijanina: pokorę, ducha pobożności i pokuty, miłość. Chociaż była przełożoną, sama usługiwała chorym siostrom, wykonując również najniższe prace: miłość przezwycięża bowiem wszelki opór, a ten kto kocha, zdobywa się z radością na wszelkie ofiary. Jej wiara w rzeczywistą obecność Eucharystii była tak wielka, że dwa razy powtórzyło się cudowne wydarzenie. Samo wystawienie Najświętszego Sakramentu oddaliło zaciężnych żołnierzy saraceńskich, którzy szykowali się do zaatakowania klasztoru św. Damiana i zniszczenia Asyżu.

    Te epizody, jak i inne cuda, o których zachowała się pamięć, przyczyniły się do tego, że papież Aleksander IV kanonizował ją zaledwie dwa lata po śmierci, w 1255 r.; jej pochwałę zawarł w bulli kanonizacyjnej, w której czytamy: «Jakże żywa jest moc tego światła i jak silny jest blask tego promiennego źródła. Doprawdy, światło to było zamknięte w ukryciu życia klasztornego, a na zewnątrz promieniowało jasnością; skupione było w ciasnym klasztorze, a poza nim szerzyło się na cały rozległy świat. Było strzeżone wewnątrz i rozchodziło się na zewnątrz. Klara bowiem się ukrywała, lecz jej życie zostało ukazane wszystkim. Klara milczała, lecz głośna była jej sława» (FF, 3284). I właśnie tak jest, drodzy przyjaciele: to święci zmieniają świat na lepszy, przemieniają go w sposób trwały, wnosząc energie, które może wzbudzić jedynie miłość inspirowana Ewangelią. Święci są wielkimi dobroczyńcami ludzkości!

    Duchowość św. Klary, synteza jej propozycji świętości zawarta jest w czwartym liście do św. Agnieszki z Pragi. Św. Klara posługuje się bardzo rozpowszechnionym w Średniowieczu obrazem, pochodzącym z tradycji patrystycznej, czyli zwierciadłem. Zachęca swoją przyjaciółkę z Pragi do przeglądania się w tym zwierciadle doskonałości wszelkich cnót, którym jest sam Pan. Pisze ona: «Z pewnością szczęśliwa jest ta, której dane jest dostąpić tych świętych zaślubin, by w głębi serca przylgnąć (do Chrystusa) do Tego, którego piękno podziwiają nieustannie wszystkie błogosławione zastępy niebios, którego miłość budzi pasję, którego kontemplacja przywraca siły, którego łaskawość syci, którego słodycz napełnia, którego wspomnienie łagodnie jaśnieje, którego woń przywróci umarłych do życia i którego chwalebny widok uszczęśliwi wszystkich mieszkańców niebieskiego Jeruzalem. A ponieważ On jest blaskiem chwały, jasnością wiecznego światła i zwierciadłem bez skazy, wpatruj się codziennie w to zwierciadło, o królowo oblubienico Jezusa Chrystusa, i w nim przyglądaj się nieustannie swojej twarzy, byś mogła cała się przystroić wewnątrz i na zewnątrz. (…) W tym zwierciadle jaśnieją błogosławione ubóstwo, święta pokora i niewypowiedziana miłość» (List czwarty: FF, 2901-2903).

    Dziękuję Bogu, bo daje nam świętych, którzy przemawiają do naszego serca i dają nam do naśladowania przykład życia chrześcijańskiego, i pragnę zakończyć słowami błogosławieństwa, ułożonego przez Klarę dla swoich współsióstr i zachowywanego z wielką pieczołowitością jeszcze dzisiaj przez klaryski, których modlitwa i dzieło odgrywają w Kościele cenną rolę. Z tych słów przebija cała jej miłość i duchowe macierzyństwo: «Błogosławię wam w moim życiu i po mojej śmierci, tak jak mogę i bardziej niż mogę, wszelkim błogosławieństwem, jakim Ojciec miłosierdzia pobłogosławił i pobłogosławi w niebie i na ziemi synów i córki, i jakim ojciec duchowy i matka duchowa błogosławili i błogosławią swoich synów duchowych i swoje córki duchowe. Amen» (FF, 2856).

    Apel o poszanowanie wolności religijnej

    Śledzę z troską zajścia, do których doszło w tych dniach w różnych regionach południowej Azji, zwłaszcza w Indiach, Pakistanie i Afganistanie. Modlę się za ofiary i proszę, aby poszanowanie wolności religijnej oraz logika pojednania i pokoju wzięły górę nad nienawiścią i przemocą.

    do Polaków:

    Drodzy polscy pielgrzymi. Dziś przypada wspomnienie Matki Bożej Bolesnej. Powracają na pamięć słowa ukrzyżowanego Pana: «Niewiasto, oto syn Twój», «Oto Matka twoja». Chrystus sam zawierza swojej Matce Jana, a wraz z nim wszystkie pokolenia uczniów. Zaprośmy Ją do domu naszej codzienności, aby Jej opieka i wstawiennictwo były dla nas wsparciem w czasie pomyślnym i w dniach cierpienia. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 11/2010/opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    10 sierpnia

    Święta Filomena, męczennica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Amadeusz Portugalski, zakonnik
      •  Błogosławiony Edward Detkens, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Edward Grzymała, prezbiter i męczennik
    ***
    Święta Filomena
    Filomena przez ponad 150 lat należała do najbardziej czczonych świętych. Jej kult został zapoczątkowany w oparciu o znalezisko. W czasie wykopalisk prowadzonych w Katakumbach Pryscyli w Rzymie 25 maja 1802 r. odnaleziono grób z ceramiczną tabliczką, na której znajdowały się symbole strzały, palmy, lilii, bicza oraz napis Pax tecum, Filemena. Wyciągnięto wniosek, że w miejscu tym pochowana została męczennica nosząca imię Filomena. Proboszcz parafii w Mugnano w diecezji Nola w Kampanii przeniósł 10 sierpnia 1805 r. odnalezione szczątki do Mugnano, miasta położonego na wzgórzu niedaleko Neapolu. Temu wydarzeniu towarzyszyły liczne cuda. Od tego dnia zaczął rozwijać się silny kult Filomeny, który wkrótce rozprzestrzenił się po świecie i został powiązany z legendą o rzymskiej męczennicy. W latach 1824-1836 wstawiennictwu św. Filomeny przypisywano wiele nagłych uzdrowień. Papież Grzegorz XVI zaaprobował Mszę i oficjum ku czci Świętej. Również kolejni papieże pozytywnie odnosili się do kultu św. Filomeny. Dopiero w roku 1961 Kościół katolicki zniósł święto Filomeny, chociaż do dziś jej kult jest dość żywy, szczególnie w Mugnano.
    Sama zaś legenda mówi, że ojciec Filomeny był greckim królem, który nawrócił się na chrześcijaństwo. Gdy w III wieku wybuchły prześladowania za Dioklecjana, król ze swoją córką udali się do Rzymu, by pertraktować z cesarzem. Władca, oczarowany pięknością dziewczyny, chciał pojąć ją za żonę. Filomena wyjaśniła mu jednak, że jest już poślubiona Chrystusowi. Rozzłoszczony odmową Dioklecjan rozkazał uwięzić młodą chrześcijankę i torturować ją, a na koniec z kotwicą przywiązaną do szyi wrzucić do Tybru, gdzie strzelano do niej z łuku. Ponieważ Filomena przeżyła, a co więcej nie odniosła żadnych ran, cesarz zarządził jej ścięcie, co miało nastąpić około 303 roku.
    Została formalnie kanonizowana po długim i dojrzałym rozważeniu oraz po zbadanym i potwierdzonym uzdrowieniu bł. Pauliny Jaricot (założycielki Krzewienia Wiary i Żywego Różańca) przez papieża Grzegorza XVI.
    Do najbardziej oddanych czcicieli św. Filomeny należał św. Jan Maria Vianney, który wraz z Pauliną Jaricot przyczynił się do powstania tego szeroko rozpowszechnionego nabożeństwa do Filomeny, z którego słynęła Francja. Medaliki błogosławione przez Vianney’a wysyłane były do wszystkich regionów Francji i stawały się kanałami niezliczonych błogosławieństw nimi obdarowanych, a uzdrowienia wszelkiego rodzaju miały miejsce dzięki użyciu oleju, który płonął dniem i nocą przed figurą Filomeny w kościółku w Ars, gdzie teraz znajduje się kaplica Cudotwórczyni.
    Do czcicieli św. Filomeny należeli też św. Magdalena Zofia Barat, założycielka zakonu Najświętszego Serca, św. Piotr Chanel, pierwszy męczennik Oceanii i św. Piotr Eymard, założyciel Ojców od Najświętszego Sakramentu (tzw. eucharystów).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    Św. Filomena – patronka na nasze czasy

    (By Ralph Hammann (Own work) [CC0], via Wikimedia Commons)

    ***

    11 sierpnia przypada główne święto św. Filomeny. Ta święta, choć mało jeszcze znana w Polsce, jest patronką m.in.  szczęśliwych narodzin, matek i dzieci. Sakramentalium z nią związane – Sznur św. Filomeny – jest najbardziej pomocne w czasie pokus przeciwko cnocie czystości.

    O tym, jak wielką świętą jest Filomena, może świadczyć zdanie św. Jana Maria Vianney’a. Proboszcz z Ars powierzał jej wszystkie wielkie sprawy Kościoła. Kiedyś powiedział: to nie ja cuda czynię! Jestem tylko biednym nieukiem, co pasał owce!… zwróćcie się do świętej Filomeny. Ilekroć prosiłem o co Boga przez jej przyczynę, zawsze byłem wysłuchany. Czcicielami św. Filomeny był także papież Leon XII, który mówił: „Miejcie pełne zaufanie do tej wielkiej Świętej. Uzyska dla was wszystko, o co poprosicie”. Czcią otaczał ją także bł. Pius IX, Grzegorz XVI oraz Paweł VI.

    Filomena była prostą dziewczyną i to w dodatku żyjącą wiele wieków temu. To chrześcijanie wyprosili jej narodziny i wówczas jej rodzice, którzy byli poganami, nawrócili się i przyjęli chrzest. Filomena, jako dziecko, złożyła Chrystusowi ślub wierności i dziewictwa. Zniewolona przez cesarza Dioklecjana, tyrana i prześladowcę chrześcijan, powiedziała: „Lepiej jest stracić życie na ziemi, by osiągnąć wiekuiste szczęście, niż uniknąć śmierci doczesnej i zasłużyć na wiekuistą karę. Pozostanę wierna Jezusowi nawet za cenę mojego życia!”.

    Aż 40-dni przebywała w więzieniu, następnie skazaną ją na śmierć. Była wielokrotnie męczona. Ostatecznie ścięto ją katowskim toporem 10 sierpnia 302. Jej szczątki zostały odkryte po 1500 latach w katakumbach św. Pryscyll 24 maja 1802 roku. Na grobowcu wyryte były: napis LUMENIA PAX TIBI (Pokój Tobie, Filomeno), kotwica, dwie strzały, włócznia, gałązka palmy i kwiat lilii – symbole nawiązujące do jej męczeństwa.

    Po latach, kiedy za jej wstawiennictwem została z choroby serca uzdrowiona Paulina Jaricot, Założycielka Stowarzyszenia Żywego Różańca, opowiedziała o swoim uzdrowieniu Grzegorzowi XVI. Papież wysłuchał jej i zatwierdził oficjalny kult św. Filomeny. 30 września 1837 roku Filomena została wyniesiona na ołtarze.

    Dziś św. Filomena jest patronką nie tylko Żywego Różańca, ale także m.in. patronką szczęśliwych narodzin, matek i dzieci i ludzi interesu. W Gniechowice na Dolnym Śląsku, gdzie znajduje się jedyna w Polsce parafia jej poświęcona, przy jej relikwiach każdego 11 dnia miesiąca odbywa się modlitwa połączona z prośbami i podziękowaniami. Jej czciciele proszą ją o szczęśliwe rozwiązanie, o rozeznanie powołania, nawrócenie, w różnych sprawach związanych z nauką, o pracę, o dar potomstwa, w różnych sprawach finansowych, o dobrą żonę czy męża.

    Choć św. Filomena jest jeszcze mało znana, jej kult rozwija się. Wielu jej czcicieli nosi sznur św. Filomeny w kolorach biało-czerwonym. Biała barwa symbolizuje dziewictwo a czerwona męczeństwo. Na obu końcach znajdują się węzły, które symbolizują jej podwójny tytuł: Dziewicy i Męczennicy. Noszący sznur św. Filomeny powinni każdego dnia odmawiać modlitwę: „Święta Filomeno, dziewico i męczennico, módl się za nami, abyśmy za twym cudownym i możnym wstawiennictwem zachowali czystość ducha i serca, która zaprowadzi nas do całkowitej miłości Boga. Amen”.

    pam/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Święta Filomena w Gniechowicach – parafia ze świętą od zadań specjalnych

     

    To będzie jedyne sanktuarium św. Filomeny w Polsce!

     fot. Anna Majowicz

    ***

    To będzie jedyne sanktuarium św. Filomeny w Polsce!

    Filomena była ulubioną świętą św. Jana Marii Vianneya. Mówił, że „Ilekroć prosił o coś Boga przez jej przyczynę, zawsze był wysłuchany”. To przy jej grobie w Mugnano cudu uzdrowienia z choroby doświadczyła Paulina Jaricot założycielka Żywego Różańca. Wielu, obok św. Rity, uznaje ją za świętą od zadań specjalnych.

    Czekała 1,5 tys. lat…

    Wiemy o niej niezbyt wiele a to, co wiemy, pochodzi nie z zapisów świadków jej życia, ale z objawień, które otrzymała zakonnica, matka Maria Luiza od Jezusa w pierwszej połowie XIX w. To właśnie jej Filomena wyznała, że była grecką księżniczką, która w wieku trzynastu lat towarzyszyła swoim rodzicom w czasie audiencji u cesarza rzymskiego Dioklecjana. Ten, zachwycony jej urodą, zaproponował małżeństwo, jednak ona, po ofiarowaniu wcześniej swego serca Jezusowi, odmówiła. Nic nie zdołało jej skłonić do zmiany decyzji i właśnie za to została najpierw uwięziona (na 40 dni, jak Jezus), a potem biczowana, topiona w Tybrze i ostrzelana z łuku. Po każdej serii tortur gniew cesarza wzrastał, bo dziewczyna była cudownie ocalana od śmierci. Wreszcie skazał ją na śmierć przez ścięcie mieczem. Nie zachowały się żadne przekazy o tym wydarzeniu. Dziewczyna została pochowana w rzymskich katakumbach a jej grób odnaleziono dopiero 1500 lat później, w czasie renowacji katakumb w 1802 r. Po przewiezieniu relikwii Filomeny do kościoła w Mugnano del Cardinale zaczęły dziać się cuda i tak jest do dziś…

    Gniechowice są blisko…

    24 czerwca 2019 roku, w liturgiczne wspomnienie św. Jana Chrzciciela, abp Józef Kupny metropolita wrocławski wydał dekret ustanawiający Sanktuarium św. Filomeny w kościele parafialnym pw. św. Filomeny w Gniechowicach, która istnieje już 720 lat. Jest to jedyne sanktuarium Świętej Filomeny w Polsce… i rownież wyjątkowe miejsce dla wszystkich czcicieli Różańca i dla tych, którzy powierzają swe sprawy św. Filomenie. Przy grobie Świętej pod Neapolem nie każdemu dane będzie przyklęknąć, ale Gniechowice są blisko.

    Agnieszka Bugała, Anna Majowicz/Tygodnik Niedziela

    __________________________________________________________________________________

    Odzyskana święta

     

    Kaplica św. Filomeny w Ars

    Kaplica św. Filomeny w Ars /fot.ks. Zbigniew Chromy

    ***

    Wśród grup modlitewnych w parafiach naszej diecezji najliczniejsza jest z pewnością Wspólnota Żywego Różańca, ruch modlitewny założony przez służebnicę Bożą Paulinę Jaricot (+1862)

    Ta córka bogatego przemysłowca przeżyła swoje głębokie nawrócenie w wieku 18 lat, czyli w czasie, w którym młodzi ludzie niekoniecznie myślą o Bogu. Wydarzenie to zaowocowało założeniem przez nią Związku Lyońskiego (podstawy dzisiejszych Papieskich Dzieł Misyjnych) oraz wspomnianych już wyżej Wspólnot Żywego Różańca. Paulina za patronkę wspólnot Żywego Różańca wybrała nieznaną przed 1805 rokiem świętą o imieniu Filomena, gdyż dzięki jej wstawiennictwu odzyskała zdrowie. O św. Filomenie Matka Żywego Różańca dała następujące świadectwo: „Słyszałam, jak demony mówiły podczas egzorcyzmu: «Dziewica i męczennica, św. Filomena, jest naszym przeklętym wrogiem. Nabożeństwo do niej jest nową straszną bronią przeciw piekłu»”. Kim jest tajemnicza święta, która tak poruszyła serca wierzących żyjących w XIX wieku, że modlili się do niej papieże, m.in. bł. Pius IX oraz święci tego wieku jak bł. Bartolo Longo czy też patron wszystkich księży, a szczególnie proboszczów św. Jan Maria Vianney. Proboszcz z Ars ułożył Litanię ku czci św. Filomeny, w centrum Ars postawił jej pomnik, a w kościele parafialnym dedykował jej jeden z bocznych ołtarzy. Wszystkich zachęcał, by modlili się do niej, mówiąc: „Ja cudów nie czynię! Jestem tylko biednym nieukiem, co pasał owce!… Zwróćcie się do św. Filomeny. Ilekroć prosiłem o coś Boga przez jej przyczynę, zawsze byłem wysłuchany”.

    Odkrycie grobu św. Filomeny wiąże się z pracami archeologicznymi w katakumbach Pryscylli przy Via Salaria. Sama Pryscylla była żoną konsula Maniusza Acyliusza Glabriona, która została stracona po nawróceniu na chrześcijaństwo za panowania cesarza Domicjana pod koniec I wieku. Pod jej willą powstała sieć katakumb, gdzie chowano zmarłych. To w tych katakumbach znajduje się najstarszy naścienny wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus. Otóż 24 maja 1802 r. znaleziono w katakumbach grobowiec, na którym był napis umieszczony na trzech ceramicznych płytkach LUMENA, PAX TE, CUM FI. Na płytkach były także namalowane: kotwica, palma, lanca i dwie strzały, które okazały się być znakami męki, zaś sam napis po odpowiednim przestawieniu płytek brzmiał: „Pokój z Tobą, Filomeno”. Komisja, która otworzyła grobowiec, znalazła w nim szczątki młodej, mniej więcej trzynastoletniej dziewczyny. Znaleziono także zniszczony flakonik z krwią, zachowany prawdopodobnie jako upamiętnienie męczeństwa, co było wpisane w tradycję chrześcijańską tamtych czasów.

    Krew została bezpiecznie umiejscowiona w kryształowej urnie. Kiedy promienie słoneczne dosięgały urny, każdy z obecnych mógł dostrzec zmieniającą się krew. Przypominała migoczące, świecące złoto i srebro, niczym diamenty, drogocenna biżuteria. Kard. Luigi Ruffo Scilla (+ 1832) tak opisuje znalezisko: „Widzieliśmy jej krew zmieniającą się w kilka olśniewających, małych, drogocennych kamieni różnych kolorów, w tym złota i srebra”. W roku 1805 starający się w Rzymie o jakieś relikwie do swojej prywatnej kaplicy ks. Francesco di Lucia z Mugnano otrzymał właśnie znalezione trzy lata wcześniej relikwie świętej, o której wiedziano na podstawie odnalezionych napisów na grobowcu, że należą do jakieś męczennicy o imieniu Filumena. Już w drodze z Rzymu do Mugnano, miejscowości leżącej koło Neapolu, zaczęły dziać się cuda uzdrowienia i nawróceń. Wydarzeń cudownych było tak wiele, że papież Leon XII nazwał św. Filomenę wielką taumaturgą (czyli cudotwórczynią) i zezwolił w roku 1826 na odprawianie Mszy św. Filomeny w jej święto, czyli 11 sierpnia. Mówił o niej: „Miejcie pełne zaufanie do tej wielkiej Świętej. Uzyska dla was wszystko, o co poprosicie”. Choć znane było jej imię, cuda dowodziły, że chodzi o wielką świętą męczennicę, nic nie wiedziano o jej życiorysie. Zatroskany tym Don Francesco di Lucia żarliwie prosił Boga o jakiś znak, który pomógłby ustalić jakieś dane życiorysu świętej oraz okoliczności jej męczeństwa. Filomena wysłuchała modlitw ks. Francesco i objawiła się siostrze zakonnej Marii Luizie od Jezusa, opisując swoje krótkie życie i przebieg męczeństwa. Ostatecznie relacja ta została zbadana i zaaprobowana przez Kościół.

    Ars. Grób św. Jana Marii Vianneya

    Ars. Grób św. Jana Marii Vianneya /fot. ks. Zbigniew Chromy

    ***

    Postać św. Filomeny, mało dziś znanej patronki Żywego Różańca, która w XIX wieku, odkąd odkryto jej grób w Katakumbach Pryscylli przy Via Salaria, stała się bardzo popularna, tak że modlili się do niej papieże i święci.

    Wśród wielkich czcicieli Filomeny wyróżniał się Jan Maria Vianney – patron wszystkich proboszczów, który z nabożeństwa do tej świętej męczennicy uczynił oręż w duchowej walce o zbawienie swych owiec. Dlatego w Ars do dziś w centrum stoi brązowa statua świętej, w kościele znajduje się boczna kaplica jej poświęcona. Proboszcz z Ars ułożył też Litanię do św. Filomeny.

    Przypomnijmy, że gdy dziękowano mu za łaski, które otrzymywali proszący go o wstawiennictwo, mawiał: „Ilekroć prosiłem o coś Boga przez jej przyczynę, zawsze byłem wysłuchany”. Kim była święta, do której tak żarliwie modlił się patron wszystkich księży? Wobec znikomych wiadomości historycznych na jej temat, sama Filomena opowiedziała swój życiorys świątobliwej zakonnicy Marii Luizie od Jezusa. Z jej opowiadania dowiadujemy się, że zginęła ona śmiercią męczeńską 10 sierpnia 302 r. za panowania cesarza Dioklecjana, wielkiego prześladowcy chrześcijan. To za jego panowania zginęli m.in. św. Jerzy, św. Agnieszka, św. Barbara, św. Zofia, św. Kosma i Damian czy też św. January, patron Neapolu, niedaleko którego w Mugnano spoczywają dziś relikwie św. Filomeny.

    Nasza święta pochodziła z arystokratycznej rodziny greckiego pochodzenia. Jej rodzicami byli Kalistos i Eutropia. Ojciec był namiestnikiem prowincji. Małżonkowie przez wiele lat nie mogli mieć dzieci, dlatego zanosili modły do bogów pogańskich, których czcili. Niestety, modlitwy ich były nieskuteczne. Wtedy ich lekarz Publiusz, który był chrześcijaninem, odważył się przedstawić im swoją wiarę, z przekonaniem, że jeśli się ochrzczą i pomodlą do chrześcijańskiego Boga, ich prośba zostanie wysłuchana. Ponieważ pragnienie posiadania potomstwa było wielkie, przyjęli radę lekarza Publiusza i krótkim czasie ich modlitwy zostały wysłuchane. Na świat przyszła córka, której nadano imię Filumena, czyli „córka światła”. Filomena jako dziecko w wieku 11 lat złożyła Jezusowi ślub dziewictwa i wierności. Gdy rodzice udali się na audiencję do cesarza Dioklecjana, 13-letnia wówczas Filomena spodobała się władcy i zaproponował jej rodzicom zawrotną karierę w zamian za rękę córki. Po odmowie Filomeny cesarz postanowił zniewolić 13-letnią męczennicę, lecz ani propozycja bogactwa, ani namowa rodziców, ani groźba męczeńskiej śmierci nie zmieniła decyzji Filomeny, która powiedziała: lepiej jest stracić życie na ziemi, by osiągnąć wiekuiste szczęście, niż uniknąć śmierci doczesnej i zasłużyć na wiekuistą karę: „Pozostanę wierna Jezusowi nawet za cenę mojego życia!”.

    Męczono ją okrutnie, ale niebo trzy razy ją „ułaskawiało”. Była biczowana, topiona z kotwicą u szyi w wodach Tybru, przeszyta gradem strzał przez oddział łuczników i uzdrawiana za każdym razem. Ostatecznie ścięto ją katowskim toporem 10 sierpnia 302 w piątek o godz. 15, czyli w godzinie śmierci Chrystusa dla miłości Którego, wzgardziła cesarzem.

    Jej życiorys podyktowany przez nią wspomnianej siostrze zakonnej został zatwierdzony przez Kościół. Święta tak opisuje ostatnie chwile swego życia: „Cesarz, osobiście obecny, wychodził z siebie z wściekłości i nazwał mnie czarownicą. Sądząc, że niszczycielska siła ognia oprze się mojej czarodziejskiej mocy, nakazał rozżarzyć strzały w piecu i wtedy ponownie je do mnie wystrzelić. Tak też uczyniono. Ale strzały, gdy przeleciały pewną odległość, obrały nagle odwrotny kierunek i poleciały na tych, którzy je wystrzelili. Sześciu z tych łuczników zginęło na miejscu, wielu innych z nich odwróciło się od pogaństwa. Lud publicznie uznał wszechmoc Boga, który mnie ochronił. Tyran, przerażony szemraniem i okrzykami ludu, pospieszył się z położeniem kresu memu życiu, każąc ściąć mi głowę. Moja dusza wzbiła się do nieba do mego Boskiego Oblubieńca, aby otrzymać od Niego koronę dziewictwa i palmę męczeństwa i cieszyć się szczególnym pierwszeństwem przed wieloma wybranymi w Jego obecności”.

    W Polsce znajduje się jedna parafia pod jej wezwaniem w Gniechowicach koło Kątów Wrocławskich, która od 11 sierpnia 2019 roku jest jedynym w Polsce sanktuarium św. Filomeny.

    ks. Zbigniew Chromy/Tygodnik Niedziela

    _______________________________________________________________________________________

    10 sierpnia

    Święty Wawrzyniec, diakon i męczennik

    Święty Wawrzyniec

    Wawrzyniec był jednym z siedmiu diakonów Kościoła rzymskiego za czasów papieża Sykstusa II. Mimo że wiele osób sławiło jego bohaterską śmierć – m.in. św. Ambroży (+ 397), św. Augustyn (+ 430), św. Maksym z Turynu (+ ok. 467), św. Piotr Chryzolog (+ 450) i św. Leon Wielki (+ 461) – wiadomości historyczne o nim posiadamy bardzo skromne. Właściwie jedynym źródłem jest Liber Pontificalis (Księga Papieży), który śmierć Wawrzyńca wiąże bezpośrednio z męczeństwem papieża św. Sykstusa II, który zginął dnia 6 sierpnia 258 r. wraz ze swoimi czterema diakonami. Niektórzy pisarze współcześni w tym samym dniu i w tych samych okolicznościach sytuują męczeństwo Wawrzyńca. Temu jednak stanowczo sprzeciwia się powszechna i najdawniejsza tradycja rzymska. Jej wyrazem jest Passio, czyli opis męki wielkiego diakona.
    Według niej Wawrzyniec miał być wyłączony z grupy skazanej na śmierć, która stanowiła orszak papieża. Wawrzyniec był bowiem administratorem majątku Kościoła w Rzymie. Miał równocześnie zleconą opiekę nad ubogimi. Namiestnik rzymski liczył, że namową i kuszącymi obietnicami, a w razie potrzeby katuszami, wymusi na nim oddanie całego majątku kościelnego w jego ręce. Wawrzyniec miał wówczas poprosić o kilka dni, aby mógł zebrać “skarby Kościoła” i pokazać je namiestnikowi. Kiedy nadszedł oznaczony dzień, diakon zgromadził wszystką biedotę Rzymu, którą wspierała gmina chrześcijańska. Miał przy tym wypowiedzieć słowa: “Oto są skarby Kościoła!” Zawiedziony tyran poddał go wyjątkowym katuszom. Walerian nakazał rozciągnąć go na żelaznych rusztach i wolno podgrzewać i piec żywcem w ogniu. Wawrzyniec miał się zdobyć jeszcze na słowa: “Widzisz, że ciało moje jest już dosyć przypieczone. Obróć je teraz na drugą stronę!” Św. Leon Wielki daje do tych słów piękny komentarz: “Jak silny musiał być ogień miłości Chrystusowej, skoro gasił on żar ognia naturalnego!”.
    Według wspomnianego opisu męki Wawrzyniec miał być przedtem biczowany knutami z drutu, potem wieszano go wyrywając członki ze stawów. W żywocie jest podany jeszcze jeden szczegół. Kiedy prowadzono papieża św. Sykstusa na śmierć z jego diakonami, chciał iść z nim także Wawrzyniec. Wymawiał mu nawet słodko: “Gdzie idziesz, Ojcze, bez syna? Jakże obejdziesz się bez swojego diakona? Nigdy nie odprawiałeś Eucharystii bez niego, czymże więc mogłem ściągnąć na siebie twoją niełaskę?” Na to św. Sykstus miał odpowiedzieć: “Dla mnie, steranego wiekiem, jest przygotowana mniejsza próba. Ciebie czekają wiele większe cierpienia, ale też i piękniejsza czeka cię korona”. Niektórzy z krytyków są skłonni uznać ten dialog za późniejszy, dodany do opisu męczeństwa ku zbudowaniu wiernych.

    Święty Wawrzyniec

    Niezwykłe okoliczności męczeńskiej śmierci, poniesionej 10 sierpnia 258 r., rozbudziły w Kościele rzymskim niezwykły kult Wawrzyńca. Św. Augustyn pisze, że jak Jerozolima szczyci się św. Szczepanem, tak Rzym jest dumny ze św. Wawrzyńca. Największy zaś poeta starożytnego chrześcijaństwa, Prudencjusz (+ 440), w natchnionych strofach podaje, że bohaterska śmierć Wawrzyńca zadała cios bałwochwalstwu, które od tego czasu zaczęło chylić się ku upadkowi aż do ostatecznego zwycięstwa Chrystusowego Kościoła.
    Ciało Męczennika pogrzebał św. Justyn, kapłan, w posesji św. Cyriaki. Co roku wierni tłumnie gromadzili się wokół jego grobu. Jego imię włączono do kanonu Mszy świętej i do Litanii do Wszystkich Świętych. Cesarz Konstantyn Wielki nad jego grobem w roku 330 wystawił bazylikę. Jeden z najdawniejszych zbiorów tekstów liturgicznych, zwany Sakramentarzem Leoniańskim, posiada kilkanaście różnych tekstów na uroczystość św. Wawrzyńca. Z Rzymu kult Męczennika rozszerzył się na cały Kościół. Niemcy przypisywali mu swoje zwycięstwo nad Madziarami w X w. Król hiszpański Filip II (+ 1598) ku czci św. Wawrzyńca wystawił w Escorial w pobliżu Madrytu na stokach gór Sierra de Guadarrama monumentalny zespół architektoniczny, obejmujący pałac królewski, klasztor augustianów i kościół – jako wotum za zwycięstwo odniesione nad Francuzami w bitwie pod Saint-Quentin 10 sierpnia 1557 r.
    Wawrzyniec był w starożytności i średniowieczu jednym z najbardziej popularnych świętych. Już w pierwszej połowie IV stulecia na cmentarzu przy Via Tiburtina obchodzono święto męczennika Wawrzyńca. Doznawał on czci jako szczególny patron ubogich, piekarzy, kucharzy i bibliotekarzy. Wzywano go na pomoc w czasie pożarów i przeciw chorobom reumatycznym. Postać jego otoczono wieloma legendami. Jemu także przypisywano, że co piątek schodzi do czyśćca, aby wybawić stamtąd choć jedną duszę.

    Święty Wawrzyniec

    Kult Wawrzyńca wcześnie rozprzestrzenił się także na ziemie polskie. Jest patronem Hiszpanii i Norymbergi, diecezji pelplińskiej i Wodzisławia Śląskiego.
    W ikonografii św. Wawrzyniec przedstawiany jest jako diakon w dalmatyce, czasami jako diakon ze stułą. Jego atrybutami są: księga, krata, palma, otwarta szafka, a w niej księgi Ewangelii, sakiewka, zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    9 sierpnia

    Święta Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein),
    dziewica i męczennica, patronka Europy

    Zobacz także:
      •  Święta Irena, cesarzowa
      •  Święta Marianna Cope z Molokai, zakonnica
      •  Błogosławiony Jan Guarna z Salerno, prezbiter
      •  Błogosławiony Jan z Alwerni, prezbiter
      •  Błogosławiony Franciszek Jägerstätter, męczennik
    ***
    Święta Teresa Benedykta od Krzyża

    Edyta Stein urodziła się 12 października 1891 r. we Wrocławiu jako jedenaste dziecko głęboko wierzących Żydów: Zygmunta i Augusty z domu Courant. Z licznego rodzeństwa wychowało się tylko siedmioro dzieci. Niedługo po urodzeniu Edyty zmarł jej ojciec. Rodzinny interes przejęła przedsiębiorcza matka, zmieniając go w dobrze prosperującą i uznaną firmę.
    W wieku 6 lat Edyta rozpoczęła naukę w szkole, gdzie osiągała bardzo dobre wyniki. W wieku 14 lat wyjechała do starszej siostry. W czasie trwającego 8 miesięcy pobytu jej życie religijne uległo znacznemu osłabieniu. Następnie wróciła do domu i z nowym zapałem podjęła dalszą naukę w gimnazjum. Chociaż w domu gorliwie przestrzegano przepisów religii, Edyta w wieku 20 lat uważała się za ateistkę. W 1911 r. z doskonałymi wynikami zdała egzamin dojrzałości i podjęła studia filozoficzne we Wrocławiu. Dwa lata później wyjechała do Getyngi, by tam studiować fenomenologię. Zgodnie ze swoimi wielkimi zdolnościami intelektualnymi, nie chciała przyjmować nic, jeżeli nie zbadała tego gruntownie sama. Dlatego tak usilnie poszukiwała prawdy. “Poszukiwanie prawdy było moją jedyną modlitwą” – pisała później. Zafascynowana wykładami prof. Edmunda Husserla, zaczęła pisanie doktoratu. Pracę nad nim przerwał wybuch I wojny światowej.

    Święta Teresa Benedykta od Krzyża

    Edyta zgłosiła się do Czerwonego Krzyża, została pielęgniarką i zaczęła pomagać zakaźnie chorym. Po półrocznej pracy, zupełnie wyczerpana, została zwolniona ze służby sanitarnej. W 1915 r. złożyła egzamin państwowy z propedeutyki filozofii, historii i języka niemieckiego. Wykładała te przedmioty w gimnazjum wrocławskim im. Wiktorii. W 1916 r. została asystentką prof. Husserla we Fryburgu. Rok później uzyskała u niego tytuł doktorski. Przyjaźniła się też z uczniami Husserla, między innymi z Romanem Ingardenem. Pod silnym wpływem mistrza i jego szkoły fenomenologicznej, Edyta Stein coraz bardziej poświęcała się filozofii, ucząc się patrzenia na wszystko bez uprzedzeń. Dzięki temu, że w Getyndze spotkała Maxa Schelera, po raz pierwszy poznała idee katolickie.
    W 1921 r. dokonało się jej nawrócenie dzięki zetknięciu się z autobiografią mistyczki i doktora Kościoła, św. Teresy z Avila. Przeczytała tę książkę w ciągu jednej nocy i wreszcie – szukając prawdy – znalazła Boga i Jego miłosierdzie. Poprosiła wówczas o chrzest i pociągnęła swoim zapałem siostrę – Różę. 1 stycznia 1922 r. przyjęła chrzest i I Komunię św. Otrzymała imię Teresa. Nie oznaczało to dla niej zerwania więzów z narodem żydowskim. Twierdziła, że właśnie teraz, gdy powróciła do Boga, poczuła się znów Żydówką. Była świadoma, że przynależy do Chrystusa nie tylko duchowo, lecz także poprzez więzy krwi. W 1923 r. przystąpiła także do sakramentu bierzmowania.
    Jej rozwój duchowy odbywał się głównie w klasztorze Sióstr Dominikanek św. Magdaleny. Nadal była nauczycielką w jednym z wrocławskich liceów, łącząc pracę pedagogiczną z naukową. W latach 1923-1931 wykładała w liceum i seminarium nauczycielskim w Spirze. W 1932 prowadziła wykłady w Instytucie Pedagogiki Naukowej w Monasterze, starała się łączyć naukę z wiarą i tak je przekazywać słuchaczom. W tym czasie złożyła trzy śluby prywatne i żyła już właściwie jak zakonnica, wiele czasu poświęcając modlitwie. Jednocześnie prowadziła bardzo wnikliwe studia nad spuścizną św. Tomasza z Akwinu, starając się objaśnić pewne elementy jego mistyki przy pomocy metody fenomenologicznej. Często była proszona o wygłaszanie odczytów na konferencjach i przy innych różnych okazjach. Prowadziła kursy szkoleniowe, pisała artykuły, wygłaszała wykłady w radio.

    Święta Teresa Benedykta od Krzyża

    W Monasterze wykładała tylko przez dwa miesiące – gdy władzę przejęli narodowi socjaliści, musiała opuścić Monaster. Przeniosła się do Kolonii, gdzie 14 października 1933 r. wstąpiła do Karmelu. 15 kwietnia następnego roku otrzymała habit karmelitański. Gorąco pragnęła mieć udział w cierpieniu Chrystusa, dlatego jej jedynym życzeniem przy obłóczynach było: “żeby otrzymać imię zakonne od Krzyża”. Po nowicjacie złożyła śluby zakonne i przyjęła imię Benedykta od Krzyża. Już jako karmelitanka zaczęła pisać swoje ostatnie dzieło teologiczne Wiedza krzyża, które pozostało niedokończone. 21 kwietnia 1938 r. złożyła śluby wieczyste.
    W tym czasie narodowy socjalizm objął swoim zasięgiem całe Niemcy. Benedykta, zdając sobie sprawę, że jej żydowskie pochodzenie może stanowić zagrożenie dla klasztoru, przeniosła się do Echt w Holandii. 2 sierpnia 1942 r. podczas masowego aresztowania Żydów została aresztowana przez gestapo i internowana w obozie w Westerbork. Następnie, wraz z siostrą Różą, 7 sierpnia deportowano ją do obozu w Auschwitz. Tam 9 sierpnia 1942 roku obie zostały zagazowane i spalone.
    Beatyfikacji Edyty Stein dokonał w Kolonii 1 maja 1987 r. św. Jan Paweł II, kanonizował ją zaś 11 października 1998 roku. Swoim listem apostolskim motu proprio z 1 października 1999 r. ogłosił ją – wraz ze św. Brygidą Szwedzką i św. Katarzyną ze Sieny – patronką Europy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Od Żydówki-ateistki do karmelitanki

    Wręcz niewyobrażalna jest droga Edyty Stein od ateistki żydowskiego pochodzenia do karmelitanki zagazowanej w obozie koncentracyjnym – mówi prof. Aleksander Bańka, filozof z Uniwersytetu Śląskiego. Dziś przypada liturgiczne wspomnienie św. Teresy Benedykty od Krzyża (Edyty Stein).

    ***

    Edyta Stein w roku 1928 i 1942. Zdjęcia znajdują się w Muzeum w Kolonii.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: Edyta Stein była z pochodzenia Żydówką, z przekonania ateistką. To, że zostanie katoliczką – a nawet mniszką kontemplacyjną – absolutnie nie było czymś oczywistym. To sytuacja wielu ludzi w naszych czasach: wiara nie jest dla nich czymś oczywistym. Pytanie: czy w tej sytuacji – do pewnego stopnia nowej dla Kościoła w Polsce – możemy się czegoś nauczyć z historii dr Stein?

    Prof. Aleksander Bańka: Dodałbym jeszcze, że Edyta już w okresie młodości była umysłem wybitnym, wyróżniała się wybitnymi zdolnościami. Jednocześnie nie do końca potrafiła odnaleźć się w otaczającej ją rzeczywistości, bo głębiej, na wielu poziomach ją analizowała. Rozumem doszła do doświadczenia ateizmu. Jako żydówka odeszła od swej pierwotnej religijności. Potem podczas studiów trafiła pod skrzydła Edmunda Husserla, najwybitniejszego filozofa tamtego czasu. Pokładał w niej wielkie nadzieje. Dostrzegł jej wybitny potencjał, a trzeba pamiętać, że kobiety rzadko bywały wówczas tak doceniane. Ona się wybijała. Jej habilitacja została zablokowana tylko dlatego, że była kobietą i Żydówką, a nazizm dochodził już w Niemczech do głosu.

    Jeśli mówimy o jej nieoczywistej drodze do wiary, to pamiętajmy, że był to umysł wybitny, kobieta, która ogromnym wysiłkiem intelektu wspieranego łaską Bożą weszła w przestrzeń, której w ogóle byśmy dla niej nie prognozowali. Wręcz niewyobrażalna jest jej droga od ateistki żydowskiego pochodzenia, która zajmuje się doświadczeniem wiary w refleksji intelektualnej do karmelitanki zagazowanej w obozie koncentracyjnym. Nikt by się nie spodziewał, że ona taką drogę przejdzie. A jednak przeszła.

    Jej wielkość intelektualna sprawia pewien kłopot. Bo nawet jeśli przeszła taką niesamowitą drogę, to trudno ją naśladować, bo niewielu z nas – wierzących, niewierzących i poszukujących – dysponuje tak potężnym umysłem.

    Ja bym powiedział trochę inaczej: ona pokazuje, że intelekt, który jest dziś stawiany w opozycji do wiary, nie musi tej wiary blokować.
    Pamiętajmy, że Edyta nie doszła do wiary wyłącznie na drodze intelektualnej. Uczciwość intelektualna sprawiła, że ona stawiała sobie pytanie o wiarę. Ale tym, co tak naprawdę ją duchowo przełamało, było doświadczenie wojennej śmierci jej przyjaciela Adolfa Reinacha oraz świadectwo jego młodej żony, która przyjęła śmierć męża z pokojem płynącym z chrześcijańskiej wiary. [Anna Reinach również była naukowcem, doktorem fizyki, z pochodzenia Żydówką, ochrzczoną jako osoba dorosła wraz mężem w Kościele luterańskim, a 8 lat po śmierci męża została katoliczką – przyp. JD.]

    Drugim elementem, który doprowadził Edytę do wewnętrznego otwarcia, była lektura duchowej autobiografii św. Teresy z Ávili.
    A więc – po pierwsze – intelekt nie jest dla wiary przeszkodą. Po drugie, do serca Edyty Stein przemówiły czynniki, które są dostępne dla nas wszystkich: świadectwo, spotkanie z osobą w sytuacji granicznej i uczciwość w poszukiwaniu prawdy.

    Jest jeszcze jeden element, który przyciągnął ją do Kościoła katolickiego: liturgia (chyba u benedyktynów). Może liturgia to coś, do czego powinniśmy przykładać większą wagę we współczesnej ewangelizacji?

    Jak najbardziej. Mamy też świadectwa tego, jak Edyta przeżywała liturgię już po swoim nawróceniu. To moment pewnej niezwykłości, jej rysu kontemplatywnego, ale także jej wrażliwości na to, co się w rzeczywistości liturgicznej dzieje. Ona może być inspiracją do tego, żeby się tej wrażliwości uczyć, bo łatwo ją zatracić. Liturgię łatwo zamienić w rutynę. Zwłaszcza, że mamy na razie jeszcze nieograniczony dostęp do Eucharystii i możemy z niej korzystać do woli. Czasem staje się ona dla nas zrytualizowanym, pustym obrzędem. A Edyta uczy nas jej głębi.

    Jest jeszcze jedno doświadczenie, które bardzo mocno się z tym łączy. Biografie opowiadają, jak Edyta weszła kiedyś do prawie pustego kościoła. Obserwowała kobietę, która podeszła do ołtarza, odłożyła koszyk z jajkami i modliła się z wielką gorliwością przed Najświętszym Sakramentem. Potem wzięła te swoje jajka i wyszła z kościoła. Refleksja Edyty była taka, że w jej pierwotnym, dziecięcym doświadczeniu religijnym nie spotkała się z tym, żeby można było tak spokojnie, a jednocześnie przedziwnie i głęboko wchodzić w dialog z Bogiem. Zauważyła to u prostej kobiety. I to ją zainspirowało.

    U Edyty w sposób spójny łączy się doświadczenie liturgiczne, poruszenie głębią teologicznego znaku i doświadczenie zachwytu tym, że można obcować z Bogiem w sposób tak bliski. Że jest On tak dostępny. Te rzeczy były później obecne także w jej życiu karmelitańskim.
    Ona dostrzegała, że nasza rzeczywistość jest przenikniętą Bogiem. Ona, która na początku nie miała z Nim kontaktu, ale miała taką potrzebę, którą rekompensowała sobie poprzez doświadczenie estetyczne (muzykę, sztukę), później odkryła bezpośrednie doświadczenie Boga. Zewnętrzna, estetyczna strona rzeczywistości prowadziła ją do kontaktu z Bogiem. Możemy uczyć się od niej szukania i znajdowania Prawdy w otaczającym nas świecie. Uczciwe, wrażliwe podejście prowadzi nas w głąb doświadczenia Boga.

    rozmawiał Jarosław Dudała/Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________________

    Nasza krewna od Jezusa

    – Ciociu Edyto, dlaczego to robisz? – pytała siostrzenica przyszłej świętej, Żydówki, gdy ta przyjęła chrzest. Kilkadziesiąt lat później jest na kanonizacji Edyty Stein w Rzymie. Wciąż stara się zrozumieć.

    ***

    Edyta Stein (na dole druga od prawej) z rodziną/reprodukcja: Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Siostrzenica świętej przez lata próbowała zmierzyć się z życiorysem swojej ciotki. Podobnie jak większość rodziny Steinów i krewnych nigdy nie potrafiła zrozumieć wyboru życiowego, jakiego dokonała 30-letnia siostra jej matki: najpierw chrzest w Kościele katolickim i wstąpienie do Karmelu. W niezwykłej książce „Ciocia Edyta. Żydowskie dziedzictwo katolickiej świętej” Batzdorff kreśli portret świętej z perspektywy jej żydowskiej rodziny. Dla części krewnych Edyta jest pomostem w dialogu z katolikami. A beatyfikacja w Kolonii i kanonizacja w Rzymie były okazją do wielkich spotkań rodzinnych.

    Urodzona w święto Jom Kippur, Dzień Pojednania, Edyta stała się de facto patronką odnowienia relacji rodzinnych pokoleń Steinów oraz dialogu chrześcijaństwa z judaizmem. Żydowscy krewni nie zgadzają się jednak na wyciąganie zbyt daleko idących wniosków z faktu ogłoszenia świętą jednej z nich: to nie jest droga dla wszystkich Żydów, mówią. I pytają: dlaczego Edyta została uznana za męczennicę Kościoła, choć zginęła w komorze gazowej w Auschwitz jako Żydówka, dzieląc los swoich braci i sióstr. Mają prawo stawiać takie pytania. 1 stycznia minie 90 lat od momentu chrztu Edyty Stein, jednej z najbardziej fascynujących postaci Kościoła XX w., patronki Europy.

    Judaizm (nie)znany

    Edyta Stein wzrastała w pobożnej rodzinie żydowskiej. Przygotowania do Paschy, zasady spożywania koszernego jedzenia, wizyty w synagodze – tego wszystkiego mogła nauczyć się w domu, obserwując matkę. Mimo to zarówno w autobiografii przyszłej świętej, jak i w książce jej siostrzenicy Susanne zaskakuje szczere wyznanie: Edyta posiadała niewielką wiedzę na temat judaizmu. Susanne tłumaczy to w ten sposób: „W judaizmie w tamtych dniach dziewczętom nie dawano nic więcej ponad podstawowe wykształcenie. Moja mama nigdy nie nauczyła się hebrajskiego i bardzo mało wiedziała o żydowskiej historii i liturgii. Będąc najmłodszą córką, Edyta doświadczyła w rodzinie osłabionego judaizmu”. Susanne zastanawia się, jak to możliwe, że osoba o tak dociekliwym umyśle i charakterze nie zdobyła się na „wyedukowanie samej siebie w judaizmie”, do którego przecież do końca życia, już jako chrześcijanka, zawsze się przyznawała. Ta niepełna znajomość judaizmu, zdaniem Susanne, nie dawała Edycie do końca prawa do krytycznych uwag pod adresem różnych aspektów wiary przodków. „Być może ciocia czuła potrzebę usprawiedliwiania przed samą sobą decyzji o opuszczeniu judaizmu i przyjęciu wiary katolickiej, próbując wykazać błędy i słabości w wierzeniach i pobożności swych przodków”, pisze po latach pani Batzdorff.

    Jednocześnie siostrzenica św. Edyty nie ma wątpliwości, że w poszukiwaniu prawdy i odkryciu jej w chrześcijaństwie ciotka była uczciwa i szczera. Co ważne, przyznaje to w kontekście opisu środowiska, w jakim znalazła się Edyta po przeprowadzce do Getyngi. Tam, między innymi w środowisku uniwersyteckim, zetknęła się z wieloma nauczycielami pochodzenia żydowskiego, którzy przyjęli chrzest. Dla jednych był to wynik autentycznej przemiany duchowej, ale dla wielu pragmatyczny krok umożliwiający rozwijanie kariery w coraz bardziej antysemickiej atmosferze. Jeszcze inni widzieli w „nowej wierze” szansę na nowe doświadczenia filozoficzne. Edyta z pewnością nie należała do dwóch ostatnich kategorii. „Byłabym daleka od sugerowania, że kobieta z jej intelektem i niezależną myślą zmieniłaby wyznanie tylko dlatego, że zrobili to inni. Na pewno nie postąpiłaby w ten sposób, gdyby studia i badania w tym kierunku nie doprowadziły jej do innej wiary”, pisze Batzdorff. Jednocześnie nie jest tajemnicą, że przyszła karmelitanka była pod wielkim wpływem zarówno swojego mistrza w filozofii, Edmunda Husserla, jak i Maxa Schelera. Obaj panowie przeszli na chrześcijaństwo, a Edyta w swojej autobiografii nie kryła fascynacji wykładami Schelera, podczas których bez skrępowania mówił o swojej wierze. Z pewnością jednak rodzenie się wiary u Edyty nie było ślepym podążaniem za swoimi guru. Wiara rodzi się ze słuchania świadków, czytania, poszukiwania prawdy. Ostatecznie jest łaską od Boga. Na odkrycie i głębokie przekonanie Edyty, że to Jezus Chrystus jest tym, którego w głębi duszy pragnie każdy człowiek, czasem po omacku szukając prawdy, nałożyły się te wszystkie elementy. Ostatecznie zadecydowała lektura św. Teresy z Avila, po której zamknęła książkę i powiedziała: to jest prawda. We wspomnieniach jej siostrzenicy zaskakuje jednak stwierdzenie, że ciotka Edyta przez całe życie raczej zachowywała dla siebie najskrytsze myśli i przeżycia duchowe, choć listy świętej mogłyby sugerować coś innego. „To, co zawierały jej listy, było tylko skromnym wycinkiem tego, co poruszało ją wewnątrz. Ostatecznie, gdyby kiedykolwiek ktoś chciał wiedzieć, dlaczego została katoliczką albo dlaczego wybrała Karmel jako miejsce swego przeznaczenia, odpowiedziałaby po łacinie secretum meum mihi (ten sekret należy do mnie). Lata wcześniej rodzina scharakteryzowała Edytę jako książkę z siedmioma pieczęciami. Tajemnicza pozostała przez całe swoje życie”.

    Tante

    Wspomnienia Batzdorff o niezwykłej ciotce to zarówno bezradne pytania żydowskich krewnych o przyczyny „odstępstwa od wiary”, szczere analizy jej duchowej drogi, jak i ciepłe wspomnienia Edyty jako bardzo rodzinnej i ciepłej osoby. Autorka książki nie wie do końca, jak to się stało, że w różnych tekstach pojawia się jako ulubiona siostrzenica Edyty, ale z opisów wynika, że faktycznie zdążyła wejść w dość zażyłe i serdeczne relacje z „kłopotliwą” krewną. Poza tym tante (ciocia) Edyta była otaczana szacunkiem pochłoniętej intelektualną pracą osoby. „Byliśmy napominani, by zachowywać się poprawnie, by być cicho, kiedy ona pisała”. Gdy Edyta, już jako s. Teresa Benedykta od Krzyża, przebywała w klasztorze, ciągle odpisywała na listy od Susanne i innych członków rodziny. Gdy nazistowski antysemityzm rozpędzał swoją machinę w Niemczech, rodzina Edyty czuła się coraz mniej bezpiecznie. Edyta w listach pisała z żalem, że nie może ich wesprzeć. Sama musiała uciekać z klasztoru w Kolonii do Karmelu w Echt w Holandii. Żałowała, że Susanne nie może jej odwiedzić w karmelitańskim domu, gdzie mogłaby znaleźć spokój i uzdrowienie. Jednak nawet po ucieczce rodziny z Niemiec nie udało się odwiedzić ciotki w Echt. „Jestem pewna, że pokój, jaki tam znalazła, był naprawdę w niej. Czy mogła się nim podzielić, czy mogła się podzielić tym wewnętrznym pokojem ze zrozpaczoną rodziną?”, pyta Susanne Batzdorff.

    Wiele o charakterze przyszłej świętej mówi historia kuzynki Susanne, Lotty. Jej akurat udało się odwiedzić Edytę w Echt podczas ucieczki do USA. Zobaczyły się przez kratę, rozmawiały, Lotta zjadła śniadanie. Na pożegnanie dostała małą książeczkę od krewnej karmelitanki. „Nie był to ani religijny traktat – pisze Susanne – ani ewangelizacyjny tekst mający nawrócić Lottę na chrześcijaństwo, ale nowela Bjørnsona. Wybór pożegnalnego prezentu dla młodej siostrzenicy ukazuje jej niechęć do jakichkolwiek prób nawracania osób z rodziny. Ciocia Edyta zachowała prawo do wyznawania wiary zgodnie z własnym sumieniem, a jednocześnie nie ośmielała się wykorzystywać bliskich więzi rodzinnych, by nawracać swoich krewnych”.

    Choć Teresa Benedykta poniosła okrutną śmierć jako Żydówka i była świadoma, że dzieli los swoich rodaków, to jednocześnie znalazła się w obozie jako katoliczka. W okupowanej Holandii hitlerowcy początkowo mordowali tylko wyznawców judaizmu, oszczędzając tych Żydów, którzy przeszli na chrześcijaństwo. Sytuacja zmieniła się po stanowczym proteście holenderskich biskupów, potępiających eksterminacyjną politykę nazistów wobec Żydów. W akcie zemsty za głos prawdy wywózki do obozów zagłady objęły również neofitów, w tym Edytę i Różę z Karmelu w Echt.

    „Kościół milczał”

    Na beatyfikację do Kolonii w 1987 r. przyjechało ponad 20 krewnych Teresy Benedykty z całego świata. Wśród nich Susanne. Nie wszyscy z nich byli wyznawcami judaizmu, lecz również protestantami i katolikami. Na kanonizacji w 1998 r. w Rzymie pojawiło się już ponad 90 krewnych, zarówno z Europy, USA, jak i Ameryki Południowej i Izraela. Wśród nich Ernst Ludwig Biberstein, brat Susanne, który 11 lat wcześniej nie chciał przyjechać na beatyfikację. Nie przyjmował argumentów Kościoła za ogłoszeniem Edyty Stein chrześcijańską męczennicą, a nie ofiarą Holokaustu z powodu żydowskiego pochodzenia. Zdania nie zmienił, ale dał się namówić i na kanonizację już przyjechał. Jednocześnie wysłał do papieża list, w którym wyraził swoje poglądy. Najważniejsze dotyczyły oskarżenia Kościoła o milczenie w latach 30. XX w. wobec tragedii Żydów. Jego zdaniem, kanonizacja Edyty jako męczennicy chrześcijańskiej była próbą odwrócenia uwagi od pytań o odpowiedzialność chrześcijan za Szoah. Susanne przywołuje list Edyty do papieża z 1933 r. Przez dziesięciolecia nie był upubliczniany. Przyszła święta, wtedy już katoliczka, w dramatycznym apelu zwróciła się do Piusa XI o interwencję w sprawie Żydów prześladowanych w Niemczech. „My wszyscy, którzy jesteśmy wiernymi dziećmi Kościoła, obawiamy się, że jeśli milczenie będzie trwało dłużej, to wizerunek Kościoła będzie jak najgorszy”. Zdaniem Susanne, Edyta nigdy nie otrzymała rzeczowej odpowiedzi. Jednak list, jaki papież wysłał do nuncjusza w Berlinie, może świadczyć o tym, że apel Edyty odbił się echem w Watykanie. W liście mowa jest o „wysoko postawionych osobach narodowości żydowskiej”, kontaktujących się z papieżem, który miał nakazać sprawdzenie, jakie działania można podjąć. Inne źródła podają, że jeszcze przed listem Edyty i papież, i nuncjusz Pacelli (późniejszy Pius XII) działali na rzecz prześladowanych Żydów. Susanne uważa, że pertraktowanie z Hitlerem i zawarcie konkordatu z Niemcami przeczy temu poglądowi. Ważne w rozumieniu myślenia krewnych Edyty Stein jest także to, że nie uznają oni słynnej encykliki „Mit brennender Sorge” za efekt listownej interwencji Edyty.

    Szabat z Edytą

    Przy całym krytycznym nastawieniu do wielu aspektów relacji katolicko-żydowskich trudno odmówić Susanne szczerości intencji i ofiarności w całym beatyfikacyjnym procesie Edyty i w prowadzeniu dialogu z chrześcijanami. Z widoczną pokorą wobec zapewne trudnego do przyjęcia dla niej zjawiska, opisuje przypadek „cudownie uzdrowionej”, jak sama pisze, Teresy Benedykty McCarthy. Ten cud przypisano wstawiennictwu św. Teresy Benedykty od Krzyża. W wieku dwóch lat mała Teresa połknęła śmiertelną dawkę tylenolu. W szpitalu stwierdzono stan śmiertelny. Imię dziewczynka otrzymała po zakonnym imieniu Edyty, bo urodziła się w rocznicę śmierci świętej. Jej ojciec poprosił krewnych i przyjaciół, by modlili się o wstawiennictwo właśnie do bł. Edyty Stein. W ciągu kilku dni dziecko zostało wypisane ze szpitala w pełni zdrowe. Lekarze byli zdumieni.

    Na kanonizację do Rzymu żydowska rodzina świętej przyjechała w piątek, tuż przed szabatem. „Kiedy jest się członkiem żydowskiej rodziny w Rzymie na uroczystości wyniesienia krewnego do godności świętego – pisze Susanne – w takim czasie żydostwo staje się szczególnie ważne, a obchody szabasowe nabierają szczególnego znaczenia”. Edyta zapewne, po drugiej stronie, w tym samym czasie rozpoczynała świętować ze swoimi krewnymi. Przecież do końca pozostała Żydówką.

    Jacek Dziedzina/Gość Niedzielny

    (Susanne Batzdorff, „Ciocia Edyta. Żydowskie dziedzictwo katolickiej świętej”, Zysk i S-ka, Poznań 2011)

    ____________________________________________________________________________________

    Edyta Stein jest perłą

    O drodze do Chrystusa św. Edyty Stein i jej związkach ze św. Janem Pawłem II mówi ks. Robert Skrzypczak. 9 sierpnia przypada liturgiczne wspomnienie tej niezwykłej kobiety.

    ***

    Edyta Stein (1891–1942).

    z zasobów internetu

    ***

    Gabriel Kayzer: Jak ważne dla współczesnego świata jest dziedzictwo św. Edyty Stein?

    Ks. Robert Skrzypczak: Edyta Stein jest perłą, która pojawiła się w naszej kulturze, a dokładniej na styku kultur. Wrocław, w którym się urodziła i spędziła lata przed wstąpieniem do Karmelu, to miasto, w którym łączą się kultury żydowska i chrześcijańska, kultury polska i niemiecka. Edyta jest tego streszczeniem. Jej osoba rozwija się na skrzyżowaniu kultur. Dlatego jest perłą. A przede wszystkim jest wielką kobietą – jednym z największych intelektualistów i filozofów XX wieku. Jest kobietą, która pokochała Chrystusa, która Go wybrała i doprowadziła ten wybór do ostatecznej konsekwencji.

    „Europa chce zapomnieć o chrześcijańskich korzeniach. Tragiczny staje się świat, który odrzuca Boga” – napisało Prezydium Episkopatu Polski w liście z okazji 75. rocznicy męczeńskiej śmierci św. Teresy Benedykty od Krzyża – Edyty Stein.

    Jestem wdzięczny biskupom, że zaznaczyli tę rocznicę specjalnym listem do wiernych. W ubiegłym roku obchodziliśmy 75. rocznicę męczeńskiej śmierci innego klejnotu naszego narodu i Kościoła – o. Maksymiliana Kolbego. Temu wydarzeniu towarzyszyło wiele cennych inicjatyw. Edyta Stein pozostała na uboczu, a przecież ma ona wiele do powiedzenia dzisiejszemu pokoleniu. Zwłaszcza że Jan Paweł II ogłosił ją jedną z patronek Europy, a więc to klejnot ogólnoeuropejski.

    Święty Jan Paweł II beatyfikował i kanonizował Edytę Stein. Czy można powiedzieć, że to Jan Paweł II odnalazł ten klejnot?

    Zostałem kiedyś poproszony o dokonanie porównania Edyty Stein i Jana Pawła II. Okazuje się, że jest dużo momentów zbieżnych między życiem Edyty a życiem Karola Wojtyły. Na przykładzie tych dwóch postaci widać, co to znaczy wzajemne pomaganie sobie, które dokonuje się między świętymi. Nazywamy to świętych obcowaniem. Myślimy na ogół, że to dotyczy zaświatów albo życia pozagrobowego. Jednak także tu, na ziemi, święci pomagają sobie.

    Edyta Stein była karmelitanką, a Karol Wojtyła był mocno związany z zakonem karmelitów.

    Paraleli jest więcej. Edyta traci ojca w wieku dwóch lat. Karol traci matkę w wieku sześciu lat. Edyta wzrasta w cieniu matki, która ogromnie wymaga od samej siebie. Jest kimś, kto poświęca się dla swojej wielkiej rodziny. Miała jedenaścioro dzieci. Karol Wojtyła wzrasta w cieniu ojca. Też wspaniałego człowieka, który podejmuje się wychowania syna. Decyduje się dla niego przenieść z Wadowic do Krakowa, gdzie spędzają ze sobą pierwsze lata okupacji. Edyta podejmuje studia z filologii niemieckiej. Karol idzie do Krakowa studiować filologię polską. Potem również rozpoczynają swoje studia filozoficzne. Edyta jedzie do Getyngi, żeby studiować fenomenologię u Husserla. Wśród jego uczniów poznaje m.in. Maxa Schelera. Karol Wojtyła będzie potem pisał o Maxie Schelerze habilitację. Aby go poznać, nauczy się języka niemieckiego. Edyta nauczyła się języka hiszpańskiego, żeby poznać w oryginale św. Jana od Krzyża. Karol Wojtyła napisał swój doktorat ze św. Jana od Krzyża. Tych podobieństw jest bardzo dużo.

    U Karola Wojtyły nie było jednak kryzysu wiary, jaki miał miejsce u Edyty Stein. Przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo.

    Edyta wzrastała w rodzinie o korzeniach judaistycznych, w której judaizm był osłabiony asymilacją z kulturą niemiecką. W wieku 14 lat ogłasza się ateistką i pozostawia swój dom rodzinny. Jedzie do Hamburga do swojej ciotki, żeby szukać prawdy. Od tego momentu postanowiła, że nigdy więcej nie będzie się modlić. U Karola Wojtyły był pewien moment kryzysowy, kiedy w lutym 1942 roku, wracając z robót w kamieniołomach, zastał w domu martwego ojca. Jak mówią jego przyjaciele – to było największe załamanie w całym jego życiu. Wyrzucał sobie, że nie był przy śmierci żadnej z osób, które go kochały. Ani przy śmierci matki, ani przy śmierci brata. Potem się dowie, że miał siostrzyczkę, która nie przeżyła. Kiedy stracił ojca, spadł na niego ciężar samotności. To było parę miesięcy jakiegoś „dołowania”, z którego wyszedł we wrześniu ze światłem na życie. Rozpoczyna się nowy dialog z Bogiem, który potem zaowocuje pewnością co do jego drogi życiowej. We wrześniu 1942 roku Karol Wojtyła poprosi o przyjęcie do seminarium. Edyta Stein miesiąc wcześniej zostaje wywleczona przez gestapo z holenderskiego klasztoru w Echt. Jest Żydówką, która nie tylko przyjęła chrzest, ale jest również karmelitanką. Wydawało się, że w Holandii będzie bardziej bezpieczna. Dlatego tam została przemycona w noc sylwestrową 1938 roku. I stamtąd została, wraz ze swoją siostrą, zawieziona do obozu jenieckiego w Westerbork. 6 sierpnia 1942 roku trafia do wagonu bydlęcego jadącego do Auschwitz-Birkenau. Razem z innymi więźniami zostaje od razu rozebrana do naga i obrabowana ze wszystkiego. Idzie oddać życie dla Chrystusa. Modli się za swój naród, z którego wyrosła, i za kraj – Niemcy – który dał jej wykształcenie, modli się również za pokój na świecie. Tutaj widzimy tę bliskość. W momencie, w którym Karol Wojtyła przeżywa swoją noc duchową, w odległości kilkudziesięciu kilometrów jest kobieta, która oddaje życie za Chrystusa, modląc się za obecnych tam ludzi oraz za Kościół. Miesiąc później zostaje ujawnione powołanie Karola Wojtyły. Rozpoczyna się droga do kapłaństwa, a potem do biskupstwa i do papiestwa. Myślę, że Jan Paweł II czuł jakąś szczególną osobistą więź i nić wdzięczności wobec tego potężnego świadectwa życia i wiary Edyty Stein.

    Karol Wojtyła bardzo cenił sobie duchowość karmelitańską.

    Droga duchowa Karola Wojtyły była związana z silną inspiracją karmelitańską i zafascynowaniem hiszpańskimi mistykami. W Wadowicach często chodził na Msze św. do karmelitów. Wzrastał też pod wpływem lokalnego kultu o. Rafała Kalinowskiego, który był tam spowiednikiem. Później ten dzielny karmelita zostanie przez Jana Pawła II kanonizowany. W Krakowie Karol Wojtyła zetknął się również ze środowiskiem Jana Tyranowskiego. To był krawiec, a jednocześnie świecki charyzmatyk zafascynowany św. Teresą Wielką, św. Janem od Krzyża, modlitwą i duchowością karmelitańską. Zarażał do tego młodych ludzi, wśród których znalazł się właśnie Karol Wojtyła. Stąd później jego główną linią życia będzie to, co jest obecne u mistyków hiszpańskich: „Bóg nade wszystko”.

    Wróćmy jeszcze do momentu kryzysu wiary u Edyty Stein. W związku z samobójstwami dwóch wujów, z powodu bankructwa, w wieku 14 lat porzuca ona wiarę.

    Samobójstwa były częstym zjawiskiem wśród Żydów zasymilowanych z niemiecką kulturą, którzy wymieniali wiarę w Boga na wiarę w pieniądz. Usiłowali szybko się dorobić. Mając pustkę po Bogu, którego pozostawili, w momentach bankructwa nie znajdowali żadnej siły wewnętrznej, żadnego oparcia. Edyta wspomina o tym w genialnej książce pt. „Dzieje pewnej rodziny żydowskiej”, do której lektury wszystkich zachęcam. Napisała ją w 1933 roku, przed wstąpieniem do klasztoru karmelitanek, a już po przyjęciu chrztu w czasie kilkumiesięcznej wizyty w rodzinnym Wrocławiu. Są tam cudowne opisy przeżywanych oczami małej dziewczynki świąt żydowskich – Pesach, Szawuot, Sukot, Rosz ha-Szana, Jom Kippur. A potem to wszystko nagle kończy się wielkim załamaniem. Wcześniej drażniło ją, że jej starsze rodzeństwo odchodzi od wiary i lekceważy tradycję żydowską. Potem jednak przyszła kolej na nią. Chciała oderwać się od dominującej postaci matki. Ogłosiła swój ateizm i wyjechała do Niemiec. Chciała szukać prawdy.

    I odkryła Chrystusa.

    Jej droga do Chrystusa przebiegała etapami. To nie dokonało się nagle. Pierwszym ważnym momentem była śmierć jednego z filozofów, Adolfa Reinacha, którego poznała, studiując w Getyndze. Zginął on na froncie I wojny światowej. Edyta pojechała do jego żony Anny, żeby ją pocieszyć. Myślała, że będzie załamana. Tymczasem spotkała się z niesamowitym świadectwem. Dowiedziała się, że Reinachowie spotkali Chrystusa i we wspólnocie ewangelickiej doświadczyli wiary w Zmartwychwstałego. Świadectwo wdowy, która nosiła w sobie ogromną nadzieję, postawiło przed nią wielki znak zapytania. Kolejny etap to jej wizyta w domu przyjaciółki Jadwigi Conrad-Martius. Edyta spędziła u niej noc w wielkiej bibliotece, z której wyciągnęła na chybił trafił opasłą, grubą książkę. Była to autobiografia św. Teresy z Avila. Pochłonęła tę książkę w jedną noc. Gdy ją skończyła, powiedziała: „To jest prawda”. Zaintrygowała ją zagadka, którą jest Krzyż. Kupuje Nowy Testament, mszalik katolicki, katechizm św. Piusa X. Studiuje to wszystko i przygotowana lepiej niż niejeden doktorant studiów teologicznych zgłasza się do proboszcza, aby zdać egzamin do chrztu. Przyjmuje chrzest w wierze katolickiej. Musi się potem zmierzyć z reakcją swojej rodziny. Jej matka nie będzie w stanie zrozumieć, dlaczego Edyta dokonała takiego wyboru. Wydawało jej się, że córka zdradziła judaizm. Co warte podkreślenia, Edyta nie wyparła się judaizmu, żeby przyjąć chrześcijaństwo. Ona nie przeszła z judaizmu na chrześcijaństwo. Jej spotkanie z Chrystusem oznaczało przejście z nowoczesnego intelektualnego ateizmu do Jezusa Chrystusa. Najciekawszy paradoks w życiu Edyty Stein, co sama podkreślała, polega na tym, że spotkanie z Chrystusem i światło, które rzuciła na jej życie Ewangelia, pozwoliły jej odzyskać judaizm. Wiara ojców nabrała wówczas dla niej nowego kolorytu, nowych soków, nabrała sensu. Chrystus jest tym Mesjaszem, namaszczonym Żydem, wybranym przez Boga nie po to, aby zanegować judaizm, ale doprowadzić obietnice Boga złożone Żydom do pełnej realizacji. Edyta to wszystko znalazła w spotkaniu z Żydem z Nazaretu, który – jak mówią – wrócił z cmentarza. I który w jej życiu dokonał tak wiele niezwykłych rzeczy.

    Warto nadmienić, że Edyta Stein miała możliwość uniknięcia śmierci, ale postanowiła, że nie będzie się ratować, tylko pójdzie na śmierć za swój naród.

    Mogła się uratować. Znamy jeden z jej listów, w którym prosiła, aby nie szukać żadnej możliwości ratowania jej. Zwłaszcza nie zgadzała się na taką ewentualność, że zostanie uratowana za poparciem sióstr albo poprzez jakieś inne koneksje, a tymczasem osoby, które zostały wraz z nią aresztowane, pójdą na śmierć. Ona wręcz opowiedziała w tym liście, że zgodzenie się dzisiaj, aby pójść wraz z innymi, żeby oddać życie dla Chrystusa, jest ostateczną konsekwencją decyzji o przyjęciu chrztu. Tak napisała, bo mocno czuła swój chrzest jako zanurzenie się w losie Mesjasza. To właśnie było skandalem dla jednych, a głupotą dla drugich. Że Bóg zechciał się objawić w miejscu największej tragedii człowieka. Tam, gdzie cierpienie wytrąca człowiekowi jakąkolwiek definicję, jakiekolwiek wytłumaczenie. Gdzie człowiek zatrzymuje się wokół takiego bólu i ciemności, że ma ochotę albo wyć z rozpaczy, albo rzucić się jak zwierzę do gardła drugiemu człowiekowi. Trzeba pamiętać, że nazistowskie Niemcy to był fenomen, który bez wątpienia należy kojarzyć z pandemonium. To jest objawienie się demona, szatana. Hitler budował Trzecią Rzeszę nie na wierze chrześcijańskiej. Odwoływał się do pangermanizmu o korzeniach jak najbardziej pogańskich. Edyta Stein i Maksymilian Kolbe pokazują, że jedynym wyjściem ze zła, jakim jest grzech, nienawiść i demon, jest Jezus Chrystus, który w jakiejś kobiecie i mężczyźnie jest gotowy na nowo przyjąć na siebie to zło i nie puścić go dalej. Zatrzymać na sobie. Poprzez heroiczny akt oddania życia. Tylko miłość potężna, heroiczna jest w stanie zniszczyć dzieło diabła.

    Wielu Żydów pyta jednak, czy po Auschwitz można jeszcze w ogóle wierzyć w Boga…

    Narodziła się cała tradycja teologiczna, która jest nazywana teologią po Auschwitz. Przedstawicielami tej teologii są Hans Jonas i inni myśliciele żydowscy, którzy pytają o to, gdzie był wówczas Bóg. Jak Bóg mógł dopuścić do takiego zła, jakim był Holocaust? W związku z tym narodziła się religia bez Boga. Religia, która w samym środku ma metafizyczną czy aksjologiczną pustkę, a która stała się ideologią łącząca ze sobą wielu Żydów. Ona jest często związana z politycznym syjonizmem. Auschwitz z jednej strony jest miejscem pokazującym ranę ludzkości. Ale w tym miejscu, jakby w popiele, pojawiły się takie perły jak Maksymilian Kolbe i Edyta Stein. Wielu ludzi, którym się wydawało, że już nie ma większej katastrofy niż Auschwitz, po bohaterskim czynie o. Kolbego i oddaniu przez niego życia za Gajowniczka uwierzyło, że jest nadzieja. Tak samo wiele osób, które wspominały s. Edytę Stein z Westerborku czy Auschwitz, mówiło, że to była kobieta, która im dostarczała ogromną porcję odwagi i ufności w momencie, w którym po ludzku wszystko jest już stracone i beznadziejne. To są te światła, które Bóg pozwolił, aby zajaśniały w miejscu największej ciemności. Największej bezradności człowieka i pustki.

    Czyli Edyta Stein może stać się dla nas symbolem tego, w którą stronę powinniśmy podążać?

    Ona jest prorokiem głębokiej prawdy o człowieku. Jest prorokiem głębokiej prawdy o Bogu, który jest często ignorowany i odrzucany. •

    rozmawiał Gabriel Kayzer/Gość Niedzielny

    ________________________________________________________________________________________

    „Nieznany” list św. Edyty Stein do Piusa XI

    ***

    Obchodzone w tym roku dwie ważne rocznice dotyczące św. Teresy Benedykty od Krzyża – Edyty Stein, tj. setna rocznica jej chrztu (1 stycznia) i osiemdziesiąta rocznica jej śmierci (9 sierpnia), stały się okazją do przywoływania postaci i przesłania tej Współpatronki Europy. 12 października przypada też 131. rocznica jej urodzin (1891). Warto zainteresować się m.in. listem, jaki w odległym, bo 1933 r. (niektórzy komentatorzy umiejscowili go ostatnio błędnie w roku 1935) napisała do papieża Piusa XI, informując Namiestnika Chrystusowego o prześladowaniach Żydów i chrześcijan w Niemczech i prosząc o interwencję.

    O liście tym było głośno w pierwszych miesiącach 2003 r., kiedy to Stolica Apostolska udostępniła badaczom tajne archiwa z lat 1922-1933. Wśród upublicznionych dokumentów znalazł się także wspomniany list. Jakkolwiek brakuje w nim daty, badacze uważają, że mógł być napisany 12 kwietnia 1933 r. (była to akurat Wielka Środa), gdyż taką datę nosi list o. Raphaela Walzera, arcyopata benedyktyńskiego klasztoru w Beuron, zaadresowany do Sekretarza Stanu Stolicy Apostolskiej, którym był wówczas kard. Eugenio Pacelli, późniejszy Pius XII. Ojciec Walzer podjął się doręczenia listu Edyty Stein do Watykanu, zaznaczając że jego autorka jest mu „znana osobiście i w całych katolickich Niemczech, jako znakomita kobieta wielkiej wiary, świętości obyczajów i wiedzy katolickiej (z wieloma naukowymi publikacjami)”. Kardynał Pacelli pismem z 20 kwietnia 1933 r. potwierdził o. Walzerowi przekazanie listu Piusowi XI.

    Zauważmy, że o. Walzer był kierownikiem duchowym Edyty Stein i często odwiedzała go ona w arcyopactwie w Bueron. Właśnie przybyła tam m.in. 7 kwietnia 1933 r., by przeżyć  w rozmodleniu Wielki Tydzień i Wielkanoc. To o. Walzer ukierunkował ją ku Karmelowi.

    Czy „nieznany”?

    Światowe agencje informacyjne pisząc w 2003 roku o liście Edyty Stein do Papieża, nazywały go „nieznanym”.  Tym bardziej, że po wojnie uważano, że list zaginął. Tymczasem Postulacja Generalna Zakonu Karmelitów Bosych w Rzymie, była od lat w posiadaniu autentyzowanej kopii tegoż listu, jak również listu arcyopata Walzera, do celów procesu beatyfikacyjnego św. Teresy Benedykty od Krzyża. Listy objęte były jednak embargiem Stolicy Apostolskiej. Faksymile, transkrypcję i fachowy komentarz do obu listów, dopiero po zniesieniu tegoż embarga, opublikował emerytowany postulator generalny karmelitów bosych, o. Symeon od św. Rodziny, pod koniec lutego 2003 roku w kwartalniku „Monte Carmelo” w Burgos (Hiszpania), nie nazywając jednak listu Edyty Stein „nieznanym”, ale autograficznym (nr 111/2003, s. 1*32*).

    O liście, w pięć lat po jego napisaniu (18 grudnia 1938 r) wspominała sama Edyta Stein, już jako siostra Teresa Benedykta od Krzyża w Karmelu w Kolonii. Stwierdziła wówczas, że było jej pragnieniem udanie się do Rzymu i osobista rozmowa z Papieżem. Gdy jednak wytłumaczono jej, że audiencja prywatna jest raczej niemożliwa, zanotowała: „Zrezygnowałam więc z podróży do Rzymu i przedłożyłam swą sprawę Ojcu Świętemu pisemnie. Wiem, że mój list doręczono Ojcu Świętemu zapieczętowany; otrzymałam też wkrótce potem jego błogosławieństwo dla siebie i dla swoich bliskich. Nic więcej”.

    Czy „nic więcej”?

    Czy naprawdę „nic więcej”? Wielu komentatorów, m.in. o. Gabriel Castro OCD, jest przekonanych, że list spowodował przyspieszenie podpisania konkordatu Stolicy Apostolskiej z Trzecią Rzeszą (20 lipca 1933) oraz wydanie przez Piusa XI encykliki antynazistowskiej „Mit brennender Sorge”. A dziennik włoskiej Konferencji Episkopatu „Avvenire”, już10 lipca 2001 roku opublikował artykuł: „Św. Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein) inspiratorką papieskiej encykliki”).

    Encyklika papieska ukazała się 14 marca 1937 r. Mógłby ktoś zapytać, dlaczego sama Edyta Stein nie dostrzegła w niej wątków, jakie zasygnalizowała Piusowi XI w swoim liście. Otóż specjaliści (m.in. W. Kubat, G. Castro) twierdzą, że pisząc swoje wspomnienia 18 grudnia 1938 r. (tj. po półtora roku od ukazania się encykliki), Edyta Stein, mniszka klasztoru w Kolonii, mogła o niej nic nie wiedzieć, i to nie tylko ze względu brak kontaktu ze światem zewnętrznym, spowodowany surową karmelitańską klauzurą, ale przede wszystkim z powodu tego, że cenzura państwowa Trzeciej Rzeszy konfiskowała kopie papieskiego dokumentu, a tych którzy go rozpowszechniali spotykały represje ze strony Gestapo (przedruk czy posiadanie encykliki uważano za przestępstwo i skutkiem jej rozpowszechnienia była seria aresztowań i zwiększenia represji wobec Kościoła). Być może o encyklice dowiedziała się dopiero w Holandii gdzie 31 grudnia 1938 wyjechała do klasztoru w Echt, czytając list pasterski tamtejszego biskupa Józefa Huberta Lemens na Wielki Post 1939. Do listu tego, w którym biskup powołuje się właśnie na encyklikę „Mit brennender Sorge”, Edyta czyni aluzję w swej korespondencji z 10 lipca 1940 r.

    Zbieżne treści

    Wspomniany o. Castro wykazuje, że papieska encyklika antynazistowska w wielu punkach przejmuje prorocze intuicje późniejszej karmelitanki bosej (Edyta wstąpiła do Karmelu w Kolonii 14 października 1933 r. tj. pół roku po napisaniu swego listu do Papieża). Podobieństwo stwierdzeń encykliki z intuicjami Edyty Stein autor widzi przędze wszystkim w tych punktach, w których Pius XI mówi o potrzebie zagwarantowania wolności religijnej i podpisaniu w tym celu konkordatu, by „zaoszczędzić Naszym synom i córkom w Niemczech tarć i cierpień, których w ówczesnych stosunkach z całą pewnością można by się było spodziewać” (nr 3), oraz gdy potępia „mit krwi i rasy” (nr 20, por. nr 12,14-15) i zaznacza, że używanie tej terminologii dla wyrażenia promieniowania historii jakiegoś narodu, wprowadza niepokój i „nie wolno takiej fałszywej monety brać do językowego skarbca wierzącego chrześcijanina” (nr 30). Nadto trudno nie dostrzec echa intuicji autorki listu w 12 numerze encykliki, w którym czytamy „o nadużyciach jakie się popełnia, kiedy najświętszego Imienia Bożego używa się jako etykiety bez treści dla określenia mniej lub bardziej dowolnego tworu ludzkich pragnień”. Czyż to spełnienie prośby Edyty do Papieża, „aby Kościół Chrystusowy podniósł głos, by położyć kres nadużywaniu imienia Chrystusa”?

    Bardziej wyraźnie, zwłaszcza w odniesieniu do kwestii rasowej, pragnąc potępić „szczególnie tę nienawiść, która jest określana imieniem antysemityzmu”, Pius IX  chciał się wypowiedzieć w encyklice „Humani generis unitas”, która była przygotowywana, jednak jej opublikowaniu przeszkodziła śmierć Papieża 10 lutego 1939 r.

    Profetyczna myśl

    W posumowaniu należy stwierdzić, że list Edyty Stein do Papieża, napisany w kontekście jej refleksji nad Męką Chrystusa w Wielkim Tygodniu 1993 r. (nie zapominajmy, że był to Rok Święty, ogłoszony jako taki przez Piusa XI w związku z jubileuszem 1900.lecia od śmierci Chrystusa), a nadto w kontekście prześladowani Żydów w Niemczech i przewidzianych przez nią późniejszych prześladowań chrześcijan, jakkolwiek może nie odbił się echem proporcjonalnym do oczekiwań autorki, dokumentuje jej wielką dojrzałość duchową i profetyczną myśl przyszłej karmelitanki bosej, męczennicy nazizmu i współpatronki Europy, a nadto kandydatki do tytułu doktora Kościoła, ku czemu wszczęto już oficjalnie starania. Co więcej, list stanowi kolejne ogniwo w jej dojrzewaniu duchowym, dokumentując jak bardzo przylgnęła do Chrystusa i głosiła Go nie tylko swoją „Kreuzeswissenschaft” (tj. pisząc książkę „Wiedza Krzyża”), ale swoją „Drogą Krzyża”, bo jak sama napisała i potwierdziła śmiercią w komorze gazowej, „Scientiam Crucis” (Wiedzę Krzyża) zdobywa się tylko wtedy, gdy się samemu do głębi doświadczy Krzyża. Dlatego wykrzyknęła z całego serca: „Ave Crux, Spes unica!” (Witaj Krzyżu, jedyna nadziejo!). A wszystko to w jedności ze swoim narodem żydowskim. Do swej siostry Róży, na trzy dni przed aresztowaniem, powiedziała: „Idziemy za nasz naród! […] Gdybym nie podzieliła losu mych braci, moje życie byłoby zmarnowane. […] Twój lud, Panie, Twego Izraela biorę głęboko w moje własne serce. W ukryciu modląc się i spalając w ofierze, chcę go doprowadzić do Serca Zbawiciela”.

    o. dr hab. Szczepan T. Praśkiewicz OCD

    Nasz Dziennik, 8-9.10.2022, s. M6.


    List św. Edyty Stein do Papieża Piusa XI

    Ojcze Święty!

    Jako dziecko narodu żydowskiego, które przez łaskę Boga od 11 lat jest dzieckiem Kościoła katolickiego, ośmielam się wyrazić przed Ojcem chrześcijaństwa to, co boli miliony Niemców.

    Od tygodni jesteśmy w Niemczech świadkami czynów, które urągają wszelkiej sprawiedliwości i człowieczeństwu, nie wspominając już o miłości bliźniego. Przez całe lata narodowosocjalistyczni przywódcy głosili nienawiść do Żydów. Ten zasiew nienawiści wzeszedł, odkąd dostali w ręce rządowy aparat przemocy i uzbroili swych stronników, wśród których niewątpliwie są elementy przestępcze. Niedawno rząd przyznał, że dochodzi do ekscesów. Jaka jest ich skala, nie możemy sobie wyobrazić, bo opinia publiczna jest zakneblowana. Ale oceniając na podstawie tego, co można dowiedzieć się tylko przez kontakty osobiste, nie chodzi w żadnym razie o odosobnione, wyjątkowe przypadki. Pod naciskiem głosów z zagranicy rząd przeszedł do „łagodniejszych” metod. Dał słowo, że „żadnemu Żydowi nie powinien spaść ani jeden włos z głowy”. Ale przez ogłoszenie bojkotu wpędza wielu – odbierając ludziom gospodarczą egzystencję, obywatelską godność i ojczyznę – w rozpacz. W ostatnim tygodniu powiadomiono mnie przez prywatne źródła o pięciu przypadkach samobójstw na skutek tych prześladowań. Jestem przekonana, że chodzi tu o powszechne zjawisko, które pochłonie jeszcze wiele ofiar. Można żałować, że nieszczęśnicy nie mają już więcej wewnętrznej siły, by dźwigać swój los. Odpowiedzialność spada jednak w dużej mierze na tych, którzy doprowadzili ich do ostateczności, a także na tych, którzy milczą w tej sprawie. Wszystko, co się stało i co dzieje się każdego dnia, pochodzi od rządu, który nazywa siebie „chrześcijańskim”. Od tygodni nie tylko Żydzi, ale i tysiące wiernych katolików w Niemczech i, jak myślę, na całym świecie czekają i żywią nadzieję, że Kościół Chrystusowy podniesie głos, by położyć kres nadużywaniu imienia Chrystusa. Czy to ubóstwienie rasy i państwowej przemocy, które codziennie radio wbija masom do głów, nie jest jawną herezją? Czy walka niosąca eksterminację żydowskiej krwi nie jest obelgą dla Przenajświętszego Człowieczeństwa naszego Odkupiciela, Najświętszej Dziewicy i Apostołów? Czy to wszystko nie stoi w drastycznej sprzeczności z postępowaniem naszego Pana i Zbawiciela, który jeszcze na krzyżu modlił się za swoich prześladowców? I czy nie jest to czarna plama w kronice tego Roku Świętego, który winien być rokiem pokoju i pojednania?

    My wszyscy, którzy jesteśmy wiernymi dziećmi Kościoła i z otwartymi oczami patrzymy na sytuację w Niemczech, obawiamy się, że jeśli milczenie będzie trwało dłużej, wizerunek Kościoła będzie jak najgorszy. Jesteśmy również przekonani, że to milczenie nie będzie w stanie okupić na dłuższą metę pokoju z obecnym niemieckim rządem. Walka z katolicyzmem jest na razie prowadzona po cichu i w mniej brutalnych formach, niż walka z Żydami. Ale nie mniej systematycznie. Niedługo żaden katolik w Niemczech nie będzie mógł sprawować urzędu, jeśli bezwarunkowo nie zaprzeda się temu nowemu kursowi.

    Do stóp Waszej Świątobliwości, z prośbą o błogosławieństwo apostolskie

    dr Edyta Stein

    docent w Niemieckim Instytucie Pedagogicznym

    w Münster Westfalia

    Collegium Marianum

    SERWIS INFORMACYJNY KONFERENCJI WYŻSZYCH PRZEŁOŻONYCH ZAKONÓW MĘSKICH W POLSCE – ŻYCIE ZAKONNE/za: Nasz Dziennik, 8-9.10.2022, s. M7

    _____________________________________________________________________________________________

    Żydówka, karmelitanka, męczennica Auschwitz – św. Edyta Stein

    Św. Edyta Stein i św. Maksymilian Maria Kolbe – Anne-Madeleine Plum, CC BY-SA 3.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons/Deon.pl

    ***

    Pani filozof przekreśliła siebie

    Raz o mało nie zatruła się gazem. Przeżywała wtedy potworną depresję. Po co mnie odratowaliście? – pytała z wyrzutem. Dwadzieścia lat później pogodzona z życiem trafiła do komory gazowej. Ale wtedy wiedziała już, że śmierć nie ma nad nią władzy.

    Czemu się nie bawisz? Ambicjuszka! – głośna drwina odbiła się od ścian wrocławskiej kamienicy. – Nie mówcie tak! – krzyknęła dziewczyna. Nie lubiła tego przezwiska. Nazwały ją tak siostry, które wychowywały ją po śmierci taty. Nie pamiętała go, zmarł, gdy miała dwa lata. Matki ciągle nie było w domu; prowadziła po ojcu składnicę opału. Harowała od świtu do nocy. Miała na utrzymaniu spore mieszkanie we wrocławskiej kamienicy i aż jedenaścioro dzieci. – Ambicjuszka! – krzyknęły siostry. Edyta skuliła się, odłożyła książkę. Dlaczego mnie tak nazywają? Była uparta. Gdy nie chciała pójść do przedszkola, potrafiła postawić cały dom na głowie. – Nazywano mnie mądrą Edytą – wspominała po latach. – Bardzo mnie to bolało, bo brzmiało, jakbym z tego powodu była zarozumiała.

    Zobaczycie: będę wielka
    – O czym tak rozmyślasz? – mama pogładziła czarne włosy córki. – O niczym… – zmieszała się dziewczyna. Jej bladziutką, delikatną twarz oblał rumieniec. Za nic nie przyznałaby się, że myślała o przyszłości. Czuła, że nie mieści się w ciasnych mieszczańskich ramach i jest przeznaczona do czegoś wielkiego. Marzyła o sławie. Nie, tego nie powiedziałaby mamie. Mogłoby ją to zranić. Widziała, jak bardzo troszczy się o rodzinę. To były trudne czasy: wuj, a rok później stryj stali się finansowymi bankrutami i odebrali sobie życie. Te śmierci wstrząsnęły dziewczynką. Często widziała matkę, gdy krzątając się po domu, szeptała: „Słuchaj, Izraelu, twój Bóg jest jeden”. Była szczerze wierzącą Żydówką. Sporo wycierpiała. Owdowiała, miała cały dom na głowie. Największym jej zmartwieniem było jednak to, że na jej oczach dzieci, jedno po drugim, odchodziły od wiary. Synowie kpili ze zwyczajów szabatu, córki, słysząc słowa Tory, wzruszały ramionami. Malutka Edyta obserwowała ich uważnie. Urodzona w 1891 roku w Jom Kippur, wielkie święto pojednania i pokuty, chciała uciec jak najdalej od świata psalmów i midraszy. I uciekała. W świat książek.

    Po co mnie odratowaliście?
    Przeżywała ogromny konflikt. Świat ją oszukiwał: była niezwykle zdolna, a jednak gdy rozdawano nagrody, Edytę pominięto. Nie pytała, dlaczego. Była Żydówką – słowo to zaczynało brzmieć jak wyrok. Wrażliwa czternastolatka bardzo to przeżyła. Do końca życia zapamiętała jednak ciepłe słowa dyrektora, który w czasie pomaturalnego komersu rzucił: „Uderz w kamień, a wytrysną skarby!”. To była jawna aluzja do jej nazwiska. Stein to po niemiecku kamień.

    Zdała na wrocławski uniwersytet. Studiowała germanistykę, historię i psychologię. – Jestem ateistką i feministką – odpowiadała twardo, ale jej głowę nieustannie bombardowały setki pytań: Gdzie znajdę prawdę? W zatopionym w modlitwach świecie matki? W ironii rodzeństwa? Zaufała psychologii, a później filozofii. Stały się jej prawdziwą pasją.

    W czasie studiów przeżyła potworną depresję. „Słońce zdawało się gasnąć, nawet w pełnym, jasnym dniu – wspominała. – Straciłam zupełnie zaufanie do ludzi; chodziłam jakby zmiażdżona strasznym ciężarem, nie umiałam niczym się cieszyć”. Kiedyś wraz z siostrą o mały włos nie zatruły się przypadkowo gazem. Gdy otworzyła oczy, wyszeptała: „Jaka szkoda! Dlaczego w tej głębokiej ciszy nie pozostawiono nas na zawsze?”.

    Filozof opatruje rany
    Uciekła z Wrocławia. Po trosze dlatego, że dusiła się w tym mieście. Zasadniczy powód był jednak inny: przygotowując referat z psychologii, natknęła się na wydawnictwa Edmunda Husserla, ojca fenomenologii. Połknęła je z wypiekami na twarzy. Czuła, że odpowiadają na wiele jej pytań. Młoda, zdolna studentka spakowała się i ruszyła do Getyngi. Na studia germanistyczne i filozoficzne. Do samego Husserla!

    Zaczęła studia u mistrza. Czuła się ogromnie szczęśliwa, radość trwała jednak krótko. Wybuchła wojna. – Wygasło moje życie osobiste; jeżeli przeżyję wojnę, podejmę je jako dar – pisała młodziutka studentka filozofii. Na własną prośbę trafiła do szpitala zakaźnego w morawskich Hranicach. Od świtu do nocy krzątała się przy rannych. Była nieprzytomna ze zmęczenia.

    Już w czasie wojennej zawieruchy Edyta rzuciła się w wir pracy uniwersyteckiej. Pracowała nad doktoratem: siedziała w książkach dzień i noc. – Gdy wołano mnie na obiad, wracałam jakby z innego świata i szłam wyczerpana, ale radosna – wspominała. Obroniła doktorat we Fryburgu, gdzie Husserl otrzymał katedrę, a w 1916 roku została nawet jego asystentką.

    Trzęsienie ziemi
    Wciąż uważała się za ateistkę. Jej deklaracje brzmiały już jednak mniej pewnie niż przed laty. Pan Bóg dawał jej coraz mocniejsze znaki swojej obecności. W Getyndze poznała młodego docenta Adolfa Reinacha. Zafascynowała ją jego dobroć i delikatność. Prawdziwym trzęsieniem ziemi była wiadomość: młody filozof zginął na froncie. Edyta odwiedziła jego żonę. Spodziewała się, że po przekroczeniu progu zastanie histerię czy przygnębienie. Ujrzała pełną pokoju, pogodzoną z życiem wdowę, która zdradziła sekret swego zachowania: kilka miesięcy temu przyjęliśmy chrzest w Kościele protestanckim. – Było to moje pierwsze spotkanie z krzyżem i Bożą mocą, jakiej udziela On tym, którzy go niosą – notowała zdumiona panna Stein. – Ujrzałam pierwszy raz w życiu Kościół w jego zwycięstwie nad ościeniem śmierci. W tym momencie załamała się moja niewiara i ukazał się Chrystus w tajemnicy krzyża.

    Od deski do deski
    Łaska nie wdarła się w jej życie z dnia na dzień. Delikatnie drążyła skałę. Edyta dostrzegła, że religia odpowiada na pytania, wobec których filozofia pozostaje bezradna. Gdy w 1921 roku wpadł jej w ręce opasły tom „Życia świętej Teresy z Avila”, przeczytała go z wypiekami na twarzy. – Byłam tak pochłonięta, że nie przerwałam czytania, póki nie doszłam do końca. Kiedy zamknęłam książkę, musiałam sama sobie wyznać: To jest prawda!

    W życiu Edyty rozpoczął się nowy etap. „Studium filozofii jest chodzeniem nad przepaścią” – notowała, ale nie miała jeszcze odwagi uklęknąć pod krzyżem. – Jedyną moją modlitwą była tęsknota za prawdą – wspominała. Zmagała się. Przez całe życie dążyła do poznania prawdy, a gdy już jej dotknęła, chciała być jej wierna. Bez zastrzeżeń, do końca. Po kryjomu biegała na poranne Msze. W końcu dała za wygraną. Poprosiła o chrzest.

    „W roku Pańskim 1922, w dniu 1 stycznia została ochrzczona Edyta Stein, lat 30, doktor filozofii. Po dobrej nauce i przygotowaniu przeszła z judaizmu na łono Kościoła i otrzymała na chrzcie świętym imiona Teresa – Jadwiga” – notował ksiądz w kronice parafialnej. W tym dniu Kościół świętował uroczystość Obrzezania Pańskiego: dla Żydów akt włączenia w naród Izraela. Dla Edyty rozpoczęcie nowego życia. Matka nie zaakceptowała wyboru córki, która powiedziała jej o tym na klęczkach. Twarda Żydówka, której nie złamały dotąd zawirowania życiowe, rozpłakała się.

    Panna Stein rozpoczęła dziesięcioletnią pracę nauczycielki. Jej pasjonujące wykłady stawały się coraz popularniejsze. Do tego stopnia, że Edytę nazwano „głosem katolickich Niemiec”.Żyła skromnie. Niemal klasztornie. Sporo czasu spędzała w kaplicy. Uczyła dziewczęta, a po pracy ślęczała nad tłumaczeniami dzieł Newmana i świętego Tomasza. Jej żydowskie pochodzenie znów brzmiało jak wyrok: nie mogła zrobić habilitacji. Z dnia na dzień dojrzewało w niej pragnienie wstąpienia do klasztoru. Czekała. Jej nawrócenie nie było fruwaniem neofity. Przeczuwała, że jej życie będzie naznaczone cierpieniem. Patrząc na zawieszony nad biurkiem krzyż, westchnęła: O, jak bardzo mój naród będzie musiał cierpieć, zanim się nawróci!

    Za kratami
    W 1933 roku zapukała do kolońskiego Karmelu. Miała mizerne szanse zostania mniszką: była 42-letnią Żydówką, bez posagu. Dla Boga nie było to jednak przeszkodą. Edyta zamieszkała za kratami. Przyjęła imię Teresa Benedykta od Krzyża. W dniu jej profesji wieczystej zmarł Husserl. Dwa lata wcześniej, w święto Podwyższenia Krzyża Świętego, gdy odnawiała swoje śluby, zmarła matka. Dla młodej karmelitanki była to wyraźna odpowiedź z nieba. Długo modliła się o ich zbawienie. Pracę naukową przerywała szyciem, sprzątaniem, doglądaniem schorowanych sióstr. Była szczęśliwa i starała się opowiedzieć o tym rodzinie. Słowa były jednak bezradne wobec tego, co czuła. Czy niewierząca rodzina mogła zrozumieć słowa: „Wzorem Matki Najświętszej całkowicie siebie przekreślić, a zatopić się w życiu i cierpieniu Chrystusa”?

    Idziemy ginąć
    W Niemczech wrzało. Zamykano żydowskie sklepy, wyrzucano Żydów z publicznych stanowisk. Po pogromie nocy kryształowej życie Edyty było zagrożone. Przeniesiono ją do holenderskiego Karmelu w Echt. Zza krat obserwowała wybuch wojny. Gdy pod klasztor podjechał gestapowski samochód, nie opierała się. Mogła uciec, odrzuciła jednak takie rozwiązanie. Wychodząc, powiedziała do swojej przerażonej siostry Róży, która również po chrzcie trafiła do Karmelu: „Chodź, idziemy cierpieć za nasz lud”. To były ostatnie słowa, które słyszały mniszki. Już wcześniej wspominała im, że chce być ubogą Esterą, która wstawia się u Boga za ludem, chcąc ocalić go z zagłady. Na karteczce, którą zostawiła, wzruszone mniszki przeczytały: „Wiedzę Krzyża można posiąść jedynie wtedy, gdy czuje się ciężar krzyża w całym jego ogromie”. Czuła jego ciężar w obozie w Amersfoort i Westerbork, i w czasie koszmarnej podróży do Oświęcimia. Czuła, gdy 9 sierpnia 65 lat temu zaryglowano drzwi komory gazowej.

    Oko w oko
    – Z całej duszy i z całego serca wierzę w Boga i w Jego Opatrzność – zawołał rabbi z Raciąża przed plutonem egzekucyjnym. – Nawet jeśli pozostaną po mnie jedynie kości, to będą one krzyczeć: „Któż, o Panie, podobny do Ciebie!” – szepnął rabbi z Piaseczna w obliczu śmierci. Jak modliła się czekająca na śmierć w lasku brzezińskim karmelitanka, córka Izraela? Kobietom powiedziano, że czekają na kąpiel. Ale Edyta przeczuwała, że to będzie inne zanurzenie: w śmierć, w cierpienie jej Oblubieńca. Szukała Go tyle lat, chwila spotkania była tak blisko. Edyta „przekreśliła siebie”, zrosła się całkowicie z krzyżem. Zatrzaśnięto drzwi komory. To się nie mogło inaczej skończyć.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________

    Mistyczne wizje św. Edyty Stein

    fot. via Wikipedia.org, Domena publiczna

    ***

    Mistyczne wizje św. Edyty Stein

    Traktowanie św. Edyty Stein jako mistyczki wcale nie jest czymś zupełnie nowym, aczkolwiek niezbyt częstym. Poruszenie więc problematyki mistyki w kontekście duchowości osoby, która nie jest powszechnie kojarzona z mistyką, stwarza możliwość uczynienia kolejnego kroku naprzód w kierunku zmiany raczej powszechnego, choć niesłusznego, myślenia o elitarności mistyki. Mistyka owszem jest elitarna, ale nie wynika to z jej natury.

    Edyta Stein nie uważała mistyki za coś nadzwyczajnego. Napisała: “Wszyscy chrześcijanie powołani są do tego, co najbardziej istotne, mianowicie – zjednoczenia z Bogiem. Nie zjednoczenie z Bogiem jest rzeczą nadzwyczajną, ale towarzyszące mu często ekstazy, wizje, itd.” (1).

    Powszechnie wiąże się dziś mistykę z tym, co stanowi jej istotę relatywizując jej nadzwyczajne przejawy. A istotą mistyki jest głębokie życie duchowe, zwane mistycznym. Wszyscy powołani są do świętości (2), ale nie wszyscy do doświadczeń mistycznych. W związku z powyższym wszyscy, powołani są do życia mistycznego, czyli do tej pełni chrześcijańskiego życia, w którym dominuje wpływ działania Ducha Świętego do tego stopnia, że żyje już nie chrześcijanin, ale Bóg w nim.

    Coraz bardziej zbliżamy się do utożsamienia życia mistycznego z wysokim stopniem życia duchowego wymaganym do świętości. Stąd już pozostaje do zrobienia jeden krok polegający na utożsamieniu mistyki z życiem mistycznym. Jak wiadomo nie ma powszechnej zgody teologów na postawienie tego kroku, a przynajmniej nie było w przeszłości. Dzisiaj, wydaje się, że, po prostu, nie ma innej drogi, niż postawienie tego znaku równości. Jeżeli mówimy o mistyce Edyty Stein, to właśnie dzięki traktowaniu mistyki w jej istocie, nie zaś w jej nadzwyczajnych przejawach.

    W sprawie rozumienia podjętego tematu należy wyjaśnić, że nie chodzi nam o teorię mistyki omawianą w pismach naszej bohaterki, bo tutaj jest całkowicie zależna od dzieł, które komentuje, a więc od Pseudo Dionizego, św. Jana od Krzyża i św. Teresy, ale o mistykę jako rzeczywistość dotyczącą Edyty Stein.

    Referat składa się z trzech części: pierwsza dotyczy powiązań naturalnego życia duchowego Edyty Stein z mistyką, drugi dotyczy przejścia od jej filozofii do mistyki, by w końcu wyłonić pewne założenia wynikające z jej doświadczenia mistycznego.

    1. Od “natury” do mistyki

    W życiu mistycznym zawsze dochodzi do głosu czynnik ludzki i boski. Z punktu widzenia teologicznego czynnik boski zawsze wyprzedza czynnik ludzki. Mistyczna bierność stanowiąca próg chrześcijańskiej mistyki i jej charakterystyczną cechę, jest doświadczeniem pierwszeństwa Bożego działania. Doświadczając jej wierzący może całkowicie dać się Bogu prowadzić. Jego życie duchowe nabiera odtąd cechy posłuszeństwa Duchowi Świętemu i zdania się na Boga we wszystkim. Edyta Stein jeszcze w okresie poprzedzającym nawrócenie znajdowała się w sytuacji duchowej niezwykle sprzyjającej życiu mistycznemu. Poszukiwała prawdy i była całkowicie na nią otwarta. W takim przypadku Bóg posiada bardzo łatwy przystęp do człowieka by dać się mu bliżej poznać gdy tylko nadejdzie stosowny czas.

    Patrząc na swoją historię sprzed nawrócenia Edyta nie przypisuje sobie zasługi, ale oddaje cześć Bogu za to, że tak doskonale wykorzystał wszystkie sytuacje i wydarzenia do tego, by Go mogła odkryć i spotkać.

    Ten ludzki czynnik mistyki można w omawianym przypadku zawrzeć w wyrażeniu: “poszukiwanie prawdy”, co już wczoraj zostało podkreślone. Jest to cecha tak bardzo charakterystyczna dla duchowości Edyty Stein, że mogłaby zostać uznana za dominującą cechę jej duchowości. Wypowiada tę swoją szczególną predyspozycję życia mistycznego jeszcze przed nawróceniem w słynnym zdaniu: “Kto szuka prawdy, szuka Boga, chociażby nawet o tym nie wiedział” (3). Droga jej życia do wiary, to droga do Prawdy, która była dla niej sprawą życia, nie tylko działalności naukowej. Edyta odnalazła Boga od innej strony niż dzieje się to normalną koleją rzeczy. Dochodzi do Boga wychodząc niejako od wnętrza swojej osoby, od pragnień własnego istnienia.

    W jej dziełach pochodzących z okresu przedchrześcijańskiego znajdziemy świadectwa, które najwyraźniej dowodzą posiadania przez nią szczególnego doświadczenia Boga o charakterze mistycznym. Czy to jest możliwe poza kontekstem łaski chrztu św.? Pytanie nie jest nowe, a odpowiedź nie może być tak po prostu twierdząca lub przecząca. Zależy to bowiem od sposobów pojmowania mistyki. Jeden z najwymowniejszych tekstów w tym względzie znajduje się w dziele o Psychicznej przyczynowości.

    “Istnieje stan odpoczynku w Bogu, stan całkowitego odpoczynku duchowej działalności, w którym nie czyni się planów, nie podejmuje się decyzji, nie tylko nic się nie czyni, ale i całą przyszłość oddaje się Bożej woli, «powierza się» całkowicie «przeznaczeniu». Ten stan, trochę znam, po tym jak doświadczenie, które przekracza moje siły, pochłonęły całkowicie moje duchowe energie i odebrały mi wszelką możliwość działania. Przyrównany do zatrzymania działalności z powodu braku naturalnej siły odpoczynek w Bogu jest czymś zupełnie nowym i nie do przezwyciężenia. Tamten był milczeniem śmierci, na jego miejsce wchodzi poczucie, że jest się strzeżonym, uwolnionym od wszelkiej troski, przymusu i odpowiedzialności za działanie. W miarę jak oddaję się temu uczuciu, stopniowo nowe życie zaczyna mnie wypełniać i, bez żadnego wysiłku ze strony mej woli, popychać w kierunku nowych przedsięwzięć. Ten napływ życiodajnej energii zdaje się pochodzić od działalności i siły, które nie są moje i który staje się we mnie czynny. Jedynym koniecznym wymaganiem tych nowych narodzin duchowych zdaje się być pewna zdolność przyjęcia, skoro ona opiera się na strukturze osoby, która wyjęta jest spod mechanizmów psychicznych” (4).

    Edyta Stein jeszcze w okresie poprzedzającym nawrócenie znajdowała się w sytuacji duchowej niezwykle sprzyjającej życiu mistycznemu. Czy jednak to wystarczy, by móc być podmiotem autentycznego doświadczenia mistycznego? Bez powoływania się na mistyczne autorytety można odpowiedzieć następująco na postawiony problem: szczególne doświadczenie Boga przed przyjęciem chrztu jest możliwe, gdyż u Boga nie ma nic niemożliwego, a przykład takiego doświadczenia znajdujemy w życiu św. Pawła pod Damaszkiem. Sprawą otwartą może być jedynie zakres treściowy tego doświadczenia. Chrześcijańskie doświadczenie mistyczne jest bowiem nieodłącznie związane z Misterium Chrystusa. W przypadku osoby nie znającej Chrystusa Bóg może dać się jej poznać w sposób nadzwyczajny, aby się nawróciła i szukała Go na drodze Objawienia.

    Nie ulega wątpliwości, że Edyta opisuje szczególny rodzaj doświadczenia duchowego, które dotyczy jej osoby. Najbliższe miesiące jej życia, po których przeszła na katolicyzm przyjmując chrzest, wydają się być najbardziej logiczną odpowiedzią na charakter opisanego doświadczenia. Poszła za Chrystusem aż po przyjęcie w sposób dobrowolny krzyża i dogłębnie zrozumiała jego zbawczą tajemnicę, co ukazała w ostatnim swoim dziele Wiedza krzyża.

    2. Od filozofii do mistyki

    Filozofia Edyty Stein. Naturalne poszukiwanie oparcia na solidnym gruncie prawdy stanowiło też o sposobie uprawiania przez nią filozofii, od której, bez problemów, przeszła do mistyki.

    Wydaje się na pierwszy rzut oka, że filozofia i mistyka niewiele mają wspólnego ze sobą. Tymczasem zależy to od traktowania jednej i drugiej rzeczywistości. Wychodząc od natury tych dyscyplin można powiedzieć, że pierwsza, zgodnie ze swoim etymologicznym znaczeniem, jest umiłowaniem mądrości, jest dochodzeniem do prawdy naturalnym wysiłkiem ludzkiego umysłu. Przez filozofię św. Tomasz rozumie całą wiedzę naturalną (5); druga jest również wiedzą, mądrością otrzymaną od Boga. Ten dar wymaga także wysiłku ludzkiego umysłu, serca i całej osoby, jednak ludzki wysiłek nie gwarantuje jeszcze otrzymania Bożego daru. Filozofia i mistyka są zatem dwoma odrębnymi drogami dochodzenia do mądrości. Przy odpowiednim pojmowaniu mądrości ich drogi mogą się spotkać. Taki przypadek ma miejsce u Edyty Stein. W dziele Byt skończony a Byt wieczny zauważa, że filozofię można rozumieć nie tylko jako wiedzę, ale również jako umiejętność. O takiej wiedzy i umiejętności w teologii mówi się w odniesieniu do jednego z darów Ducha Świętego (6), jakkolwiek nowożytna logika nie podziela takiego jej pojmowania. Stojąc na gruncie jej życia filozofia i mistyka spotykają się ze sobą, harmonizują, a nawet potrzebują siebie nawzajem. Zatem do spotkania filozofii i mistyki potrzebne jest pośrednictwo człowieka, który poszukuje Prawdy.

    Trzeba tutaj podkreślić sposób uprawiania przez Edytę zarówno filozofii jak i teologii. Filozofia była dla niej sposobem życia. W niej szuka odpowiedzi na pytania, które stawia jej życie (7).

    Fenomenologia pozwala jej odrzucić wszelkie uprzedzenia, z jakimi podchodziła do rzeczywistości obiektywnej, a przyjmować rzeczywistość taką, jaka jest. Była to nowa forma spotkania z rzeczywistością: od strony bezpośredniej obserwacji i doświadczenia, pozwolić, by “istota” przedmiotu kontemplowanego została uchwycona przez czyste duchowe spojrzenie podmiotu (8), co zostało nazwane przez Husserla “intuicją”. Trzeba jednak zaznaczyć, że Husserl nie był realistą, ale idealistą. Nie chodziło mu o rzeczywistość obiektywną, ale o fenomen tej rzeczywistości, który jawi się w świadomości. Edyta pójdzie dalej w swoim szukaniu Prawdy.

    Taka działalność intelektualna wymaga głębokiej umysłowej ascezy, polegającej na porzuceniu wszelkich racjonalistycznych uprzedzeń. Ten sposób otwierania się na rzeczywistość posiada wiele wspólnego z kontemplacyjnym spojrzeniem mistyka. Jest oczywiście ta zasadnicza różnica, że Bóg jako “przedmiot” kontemplacji osiągany jest nie wysiłkiem człowieka, ale sam udziela się człowiekowi. Mistyka także wymaga wielkiej ascezy, zdjęcia z siebie myślenia i postępowania “starego człowieka”, by móc kontemplować oblicze Boga takiego, jaki rzeczywiście jest, wolnego od zniekształceń, jakie poczynił człowiek swoim wyobrażeniem. Nic dziwnego, że wielu fenomenologów husserlowskich spotykając Chrystusa, nawróciło się na chrześcijaństwo (Max Scheler, Adolf Reinach, Dietrich von Hildebrand).

    Przejście od filozofii do mistyki moglibyśmy nazwać, interpretując jedno z jej poważnych dzieł, od Bytu Skończonego do Bytu Wiecznego. Edyta szczerze szukała odpowiedzi na pytanie o skończoność człowieka i znalazła otwarte drzwi do Bytu Nieskończonego, do Boga. Edyta nie tyle znalazła Prawdę, co otwarła się na Prawdę, by ją przyjąć i Boża Prawda, Prawda Osobowa wyszła jej na spotkanie.

    Edyta pisze traktaty filozoficzno-teologiczne, jednak nie są one podobne do wypracowań początkujących naukowców, gdzie nieustannie przytaczają opinie innych, sami nie mając na ten temat wielkiej albo nawet żadnej wiedzy. Ona pisze, wiedząc doskonale, co pisze. Stąd częste głosy komentatorów jej traktatów, że mają one charakter wybitnie autobiograficzny. Zresztą Edyta sama niejako przyznaje się do pewnej tożsamości życia i myśli. Doskonale rozumie, że człowiek szczery, autentyczny wypowiada siebie we wszelkim swoim działaniu (9).

    W mistyce Edyta znalazła prawdziwą towarzyszkę życia, poszukiwań Prawdy (10). Zarówno filozofia jak i mistyka były dla niej nauką żywą. Od młodości nosiła w sobie tęsknotą za kontemplacją Prawdy, która była celem jej naukowego życia. Można powiedzieć w pewnym sensie, że całe jej życie było modlitwą, której treść to poszukiwanie prawdy. Po nawróceniu jej modlitwa polegała na kontemplowaniu Prawdy. Staje się to szczególną rzeczywistością od dnia wstąpienia do Karmelu w Koloni, tj. od 14 października 1933 r.

    W tych latach obok poszukiwań naukowych zagłębia się w głębokim życiu mistycznym. I to osobiste głębokie doświadczenie mistyczne przebija przez wszystkie pisma komponowane w klasztorze. Tym bardziej, że większość z nich posiada charakter duchowy i mistyczny. W filozoficznym dziele Byt Skończony a Byt Wieczny uważa doświadczenie mistyczne za szczyt filozofii (11).

    Wychodząc od własnego doświadczenia mistycznego, dodatkowo ubogacona mistyką św. Jana od Krzyża i św. Teresy oraz Pseudo Dionizego, Edyta szkicuje swój obraz teologicznej antropologii. Odkrywa owo centrum duszy niedostępne dla ludzkiego umysłu, gdzie dokonuje się zjednoczenie człowieka z Bogiem i gdzie człowiek decyduje o realizacji siebie.

    Doświadczenie mistyczne Edyty Stein. Pisanie ostatniego swojego dzieła, Wiedzy krzyża, było dla Edyty wielką łaską dlatego, że pozwoliło jej żyć w logice wiedzy krzyża, iść drogą mistycznej transformacji w Chrystusa (12). Na sam szczyt Góry miłosnego zjednoczenia z Bogiem Edyta dała się prowadzić św. Janowi od Krzyża. Wiedza krzyża posiada charakter głęboko autobiograficzny. Całe jej doświadczenie Chrystusa cierpiącego, droga jej bolesnej akceptacji krzyża, ale i jej wewnętrznej otwartości na Ducha Świętego, znalazły wyraz na stronicach tego jej dzieła.

    Z tego, co dotąd powiedzieliśmy wiadomo, że doświadczenie Boga nie jest sprawą jedynie ostatnich lat życia. W momencie, kiedy Edyta pisze Byt skończony a Byt wieczny (1936), ma jasną świadomość Bożej obecności w swoim życiu, może nie jako Oblubieńca darzącego ją w sposób doświadczalny swoją miłością, ale jako czynnej i twórczej Opatrzności. W dziele tym kwestię współistnienia wszystkiego w Logosie obrazuje przykładem z własnego życia. Człowiek planuje i podejmuje poszczególne decyzje, ale podłożem tego wszystkiego jest Boży plan, który daje się dobrze odczytać może dopiero po latach (13).

    “Obieram określony kierunek studiów i poszukuję uniwersytetu, który zapewnia mi specjalne kształcenie w moim zawodzie. Powiązanie obu spraw jest tu sensowne i zrozumiałe. Ale w fakcie, że właśnie w tym mieście uniwersyteckim poznaję człowieka, który, «przypadkiem» tu także studiuje i któregoś dnia poruszam z nim «przypadkiem» zagadnienia światopoglądowe, nie dostrzegam na razie wcale związku dla mnie zrozumiałego. Kiedy jednak po latach myślę o moim życiu, widzę jasno, że ta rozmowa miała na mnie decydujący wpływ, chyba nawet bardziej «istotny» aniżeli całe moje studia; i przychodzi mi na myśl, że może «właśnie dlatego musiałam do owego miasta pojechać». Co nie leżało w moich planach, leżało w planach Boga. I im częściej coś takiego mnie spotyka, tym żywsze jest we mnie przekonanie płynące z wiary, że – gdy się patrzy od strony Boga – nie ma przypadków i że całe moje życie aż do najdrobniejszych szczegółów zostało nakreślone w planach boskiej opatrzności i przed oczyma wszystko widzącego Boga prezentuje się jako doskonałe powiązanie sensu. Wtedy to zaczynam radować się na światło chwały, w którym także mnie ma się kiedyś odsłonić tajemnica tego powiązania sensu” (14).

    Edyta ma jasną świadomość obecności Boga w swoim życiu. Wydaje się, że jest to nie tylko obecność wiary, ale również obecność doświadczana, której owocem jest poznanie sensu własnego życia i misji. Tego rodzaju zrozumienie posiadała już wcześniej. Z roku 1933 pochodzi następujące świadectwo:

    “Rozmawiałam ze Zbawicielem i powiedziałam Mu, że wiem, iż to Jego Krzyż zostaje teraz złożony na naród żydowski. Ogół tego nie rozumie, lecz ci, co rozumieją, ci muszą być gotowi w imieniu wszystkich wziąć go na siebie. Chcę to uczynić, niech mi tylko wskaże jak. Gdy nabożeństwo się skończyło, miałam wewnętrzną pewność, że zostałam wysłuchana. Ale na czym ma polegać to dźwiganie krzyża, tego jeszcze nie wiedziałam” (15).

    Sens tego doświadczenia może rozjaśnić jej dziełko Drogi poznania Boga na temat doktryny mistycznej Pseudo Dionizego.

    “Co daje prorokowi pewność, że stoi on w obliczu Pana? Niekoniecznie naoczne widzenie ani siła wyobraźni. Prawdziwy kontakt z Bogiem pozostawia wewnętrzną pewność, że pochodzi od Boga. Ta pewność polega na «poczuciu wnętrza» przez Obecnego. Nazywamy je w najwłaściwszym znaczeniu doświadczeniem Boga. Jest ono jądrem wszelkiego przeżycia mistycznego, osobowym spotkaniem Boga. Może mu towarzyszyć też wizja zmysłowa, jak u Izajasza” (16).

    “Właśnie w swym najgłębszym wnętrzu człowiek ma przystęp do Boga, i w takim tylko wypadku wolno mówić o Jego doświadczeniu i poznaniu. «Poczucie obecności Bożej’ nazwaliśmy zasadą wszelkiego doświadczenia mistycznego. Jest to zaledwie początek, najniższy stopień mistycznego życia modlitwy. Stąd aż do szczytu «kontemplacji wlanej», do trwałego zjednoczenia z Bogiem, prowadzą różne stopnie i przejścia. W każdym wyższym stopniu Bóg bogaciej i głębiej objawia się i udziela duszy, która otrzymując ciągle głębsze i lepsze przenikanie i poznanie Boga, chce na nie odpowiedzieć coraz bardziej totalnym oddaniem siebie” (17).

    Totalne oddanie siebie Bogu za naród i prawdziwy pokój s. Teresy Benedykty jest swego rodzaju sprawdzianem doświadczenia mistycznego.

    Jednym z ostatnich świadectw literackich, które potwierdza wzniosłość jej życia mistycznego, jest następująca poezja:

    “Kim jesteś, słodkie Światło, które mnie zalewasz
    i rozjaśniasz ciemności mojego serca?
    Ty mnie prowadzisz swą ręką jak matka;
    Jeżeli mnie pozostawisz,
    Nie postąpię naprzód nawet jednego kroku.
    Jesteś przestrzenią, która ogarnia moje istnienie
    i w której ono się ukrywa.
    Gdybyś mnie opuścił, runęłoby w przepaść
    nicości, z której je podniosłeś do istnienia.
    Jesteś bliżej mnie niż ja sobie (…),
    Jednakże jesteś niepojęty
    I łamiesz łańcuchy każdego imienia:
    Duchu Święty – Wieczna Miłości!” (18).

    3. Droga do mistycznego zjednoczenia

    Nie zamierzamy szukać etapów duchowej drogi w klasycznym tego słowa znaczeniu, gdyż tamte podziały uwzględniają życie wyłącznie chrześcijańskie i to począwszy od duchowego nawrócenia. Edyta pokazuje drogę do mistycznego zjednoczenia każdemu człowiekowi szukającemu Prawdy. Nie chodzi nam też o szczegółowe określenie etapów duchowej drogi Edyty Stein, ale przede wszystkim o wyznaczenie jej obowiązującego wszystkich ludzi kierunku jej postępu. Należy stwierdzić, że posiada ona mistyczną wizję ludzkiego życia. Ukazuje ją w dziełach pisanych w Karmelu w ostatnich latach życia, mając przed oczyma własną drogę życiową. Pierwszym etapem tej drogi jest wezwanie do życia wewnętrznego (nie mówimy tu jeszcze o życiu chrześcijańskim). Natomiast cały dalszy proces, który współistnieje z pierwszym etapem, możemy nazwać procesem śmierci i zmartwychwstania jako konsekwencja uczestnictwa w misterium Chrystusa. Epicentrum tego procesu, jeśli tak wolno powiedzieć, znajduje się w centrum duszy.

    Rozwiniemy tu krótko tylko dwa momenty tego podwójnego procesu: wezwanie do osobistego życia wewnętrznego, które zawsze wymaga oczyszczenia oraz mistyczne zjednoczenie z Bogiem w centrum własnej duszy.

    3.1. Powołanie do życia wewnętrznego i wewnętrzne oczyszczenie

    Wezwanie do pielęgnowania życia wewnętrznego wynika już ze struktury osoby, która odkrywa we własnym wnętrzu sens swojej ziemskiej egzystencji. Wezwanie osoby do wnętrza jej duszy u Edyty nie jest bezpośrednio związane z łaską inhabitacji Trójcy Świętej, a wejście do własnego wewnętrznego sanktuarium niekoniecznie dokonuje się, jak u wielkiej Teresy, tylko przez modlitwę. Własne wnętrze pojmuje wychodząc od struktury duszy, zaznacza jednak, że Teresa i w tej kwestii zgodziłaby się prawdopodobnie z nią:

    “Dusza ludzka jako duch i obraz Ducha Bożego, ma afirmować cały świat stworzony poznając go i kochając, widzieć w tym swoje powołanie i zgodnie z nim działać. Strukturze świata stworzonego odpowiadają mieszkania duszy: mamy tu na uwadze różnorodność jego głębi. Jeśli zaś najbardziej wewnętrzne mieszkanie zastrzeżone jest Panu stworzenia, oznacza to również, że jedynie z ostatecznej głębi duszy i niejako z punktu samego Stwórcy można powziąć najbardziej rzeczywisty obraz stworzenia, nie obejmujący wprawdzie wszystkiego do końca, bo to przynależy jedynie Bogu, ale obraz bez zniekształceń. Potwierdza się więc to, co św. Teresa ukazała jasno, że wejście w siebie prowadzi do stopniowego zbliżania się do Boga” (19).

    Wezwanie do wnętrza oznacza “postępujące ciągle zdobywanie coraz czystszego i słuszniejszego nastawienia do świata” (20) i wobec Boga. Dokonuje się to nie tylko poprzez modlitwę, ale także poprzez refleksję prowadzącą do poznania siebie. “Jako duch i odbicie Ducha Bożego, posiada dusza nie tylko poznanie świata zewnętrznego, ale również samej siebie. Jej całe życie duchowe jest świadome i daje możliwość wglądu w siebie, nawet poza modlitwą” (21). Tą drogą nie schodzimy jednak do samej głębi naszej istoty. Poznanie siebie, jakie zdobywamy przez zewnętrzny kontakt z ludźmi, zawiera wiele błędów, “które pozostają przed nami zakryte, dopóki Bóg przez rzeczywisty wstrząs wewnętrzny – przez wezwanie do wnętrza – nie zdejmie nam z oczu zasłony” (22). W tym momencie Edyta dopiero potwierdza tezę Teresy Wielkiej, że bramą do wewnętrznego mieszkania jest modlitwa. Lęk przed spotkaniem Boga zasłania ludziom wnętrze duszy, a jednocześnie, stwierdza Edyta: “Nikt tak nie wniknął w głębię duszy jak ludzie, którzy gorącym sercem kochali świat i oswobodzeni mocną ręką Boga od zaplątania się w jego sprawy, zostali wciągnięci do własnego wnętrza, do jego głębokich rejonów” (23). Wymienia tu św. Teresę i pokrewnego jej duchowo św. Augustyna. Dla zrozumienia owego ruchu człowieka ku jego wnętrzu, o czym mówią święci, Edyta proponuje rozróżnienie duszy i “Ja”. “Ja zdaje się być ruchowym punktem w przestrzeni duszy gdzie «ja» się zatrzymuje, powstaje świadomość i rozjaśnia pewien obręb, czy to we wnętrzu duszy, czy w otaczającym świecie, ku któremu jest zwrócone (…). Do tego właśnie miejsca jest ciągle wzywane (…) nie tylko do otrzymania najwyższych łask mistycznych, mistycznego zjednoczenia z Bogiem, lecz by móc powziąć ostateczne decyzje, do których został powołany człowiek jako osoba wolna” (24). To miejsce, gdzie się podejmuje wolne decyzje, jest także miejscem wolnego zjednoczenia z Bogiem (25).

    Z tych względów do istoty zjednoczenia należy oddanie swej woli Bogu; “jest to warunek obowiązujący wszystkich i wszyscy możemy go wypełnić. Decyduje on o mierze naszej świętości. Jednocześnie determinuje zjednoczenie mistyczne, nie będące w naszej mocy, a wypływające z czystego daru Boga. Stąd wydaje się sprawą możliwą życie w ośrodku duszy i kształtowanie siebie i swego życia, nawet bez łask mistycznych” (26).

    Zjednoczenie mistyczne nie może się więc dokonać bez procesu interioryzacji, który prowadzi do centrum duszy.

    Ten proces interioryzacji wymaga oczyszczenia, czy mówiąc językiem Jana od Krzyża, przejścia najpierw przez noc zmysłów a potem ducha. Nie chodzi o rezygnację z używania naszych zmysłów, ale o nauczenie się korzystania z nich inaczej, niż to czynimy z natury. “Należy zmienić zasadniczy stosunek do świata poznawanego zmysłami” (27). Noc można utożsamić z krzyżem. Nie chodzi o samo podjęcie własnego krzyża, ale i zgodę na śmierć na tym krzyżu. To jednak nie leży w naszej mocy. Uśmiercić w nas wszelkie korzenie grzechu może tylko Bóg, dlatego konieczna jest bierna noc zmysłów i ducha. “Czynne wejście w ciemną noc zmysłów jest równoznaczne z ochotnym przyjęciem krzyża oraz cierpliwym niesieniem go (…). Lecz niosąc jedynie krzyż – nie umiera się. Aby w pełni przejść noc musi człowiek umrzeć grzechowi. Można się wydać na ukrzyżowanie, ale nie można się samemu ukrzyżować. Dlatego wszystko, co uczyniła noc czynna musi byś uzupełnione w nocy biernej, to znaczy przez samego Boga” (28). Noc bierna nie oznacza jedynie śmierci dla grzechu, ale staje się także szkołą dla wszystkich cnót. “Radości przeplatają się tu z bolesnymi doświadczeniami” (29). W tym procesie oczyszczenia zmysłów i ducha, śmierci człowieka zmysłowego dotrzymuje kroku zmartwychwstanie człowieka duchowego, zgodnie z tym, co głosi liturgia Kościoła (30).

    Tego procesu nie będziemy jednak szczegółowo omawiać. Uczyniliśmy to podczas Tygodnia Duchowości o św. Janie od Krzyża (31). Można tu jedynie wspomnieć, że nasza Święta streszcza w tym względzie naukę św. Jana od Krzyża zawartą w drugiej i trzeciej księdze Drogi.

    Konkluduje rozważanie o nocy św. Jana twierdzeniem, że to kontemplacja wlana sprawia śmierć i zmartwychwstanie do nowego życia (32). Wiara jest punktem odniesienia dla rozumu, kontemplacja natomiast punktem odniesienia dla centrum duszy, a więc do najgłębszych duchowych sił człowieka, i obydwie rzeczywistości stanowią narzędzie w ręku Boga.

    3.2. Komunikacja człowieka z Bogiem w centrum duszy

    Bóg komunikuje się człowiekowi w centrum duszy. Komentarz tego zagadnienia stanowi najbardziej oryginalny wkład w interpretację dzieła Jana od Krzyża przez Edytę. Nie jest to nowy etap mistycznego itinerarium, ale ona wyjaśnia teraz czym jest to nowe życie. Człowiek znajduje się u siebie, gdy jest w swoim najgłębszym centrum. Dopiero stamtąd może wychodzić do zewnętrznego świata i wówczas ten świat nie będzie w stanie przeniknąć tego centrum. Jednak dopiero zjednoczenie z Bogiem pozwala człowiekowi wniknąć do własnego najgłęb szego wnętrza (33). Tam też człowiek może stać się zdolny do prawdziwie wolnych decyzji. Aktem w najwyższym stopniu wolnym jest oddanie się duszy Bogu. Dzięki temu Bóg wszystko działa w duszy, a jej nie pozostaje nic innego, jak przyjmować to Boże działanie (34). Wolność człowieka w mistycznym zjednoczeniu przybiera postać postawy biernej.

    W tym momencie Edyta stawia pytanie: Co dzieje się z większością ludzi, którzy nie dochodzą do mistycznych zaślubin? “Czy przebijają się do własnego wnętrza, by stamtąd podejmować decyzje, czy też zdolni są jedynie do decyzji mniej lub więcej powierzchownych?” (35). Nie da się według niej odpowiedzieć prostym tak lub nie. I pokazuje na przykładach, jak ludzkie “ja” uwikłane w ziemskie przywiązania musi się natrudzić, by pójść za dobrem, jakie pokazuje wiara, a czasami w ogóle nie ma tej wolności (36).

    W tej głębinie własnego bytu dokonuje się zjednoczenie człowieka z Bogiem. Edyta opisując tak dokładnie proces interioryzacji “ja” i osobistej wolności całkowicie zależnej od przebywania “ja” w centrum duszy, co jest z kolei możliwe dzięki zjednoczeniu z Bogiem, śledzi i opisuje własną drogę.

    Zakończenie

    Edyta Stein identyfikuje istotę chrześcijańskiej mistyki ze zjednoczeniem z Bogiem, o którym św. Jan od Krzyża poucza, że wymaga doskonałej zgodności ludzkiej woli z wolą Bożą (DGK II, 5). Lektura jej pism, zarówno autobiograficznych jak i naukowych, pozwala odnaleźć istotne cechy życia mistycznego u ich autorki. Jej droga do mistycznego zjednoczenia z Bogiem jest świadectwem na to, że Bóg poszukuje każdego człowieka nie patrząc na granice formalnej przynależności religijnej. Może też dokonywać cudów wewnętrznej przemiany ludzkiego serca, gdy ten jest otwarty na prawdę. Zauważyć należy ogromny wpływ wychowania rodzinnego na późniejsze wybory człowieka. Wbrew pozorom nawrócenie na chrześcijańską wiarę Edyta pośrednio zawdzięcza swojej matce, która tak głęboko wpoiła jej umiłowanie prawdy. Zawdzięcza je jednak przede wszystkim sobie, temu, że pozostała osobą tak bardzo szlachetną i wierną własnemu ludzkiemu bytowi, co otwarło jej drogę i doprowadziło do Bytu Wiecznego.

    o. Jerzy W. Gogola OCD

    (1) Cyt. za: I.J. Adamska, Niewidzialna Nowa Rzeczywistość, (w:) Nowa Rzeczywistość. Filozofia i świadectwo Edyty Stein, Poznań 2000, s. 196, (całość 191-202).
    (2) Zob. LG 39.
    (3) Congregatio pro Causis Sanctorum, P.N. 1182Teresiae Benedictae a Cruce. Positio super martyrio et super virtutibus, Roma 1986, s. 69.
    (4) Z dzieła Przyczynowość psychiczna V, 3, cyt. Za: M. Paolinelli, Esperienza mistica e conversione, (w:) “Teresianum” 49 (1998), nr 2, s. 533.
    (5) Por. E. Stein, Byt skończony a Byt wieczny, Kraków 1995, s. 50.
    (6) Por. tamże, s. 47.
    (7) Por. F.J. Sancho Fermin, “Del ser finito al ser eterno”. El paso de la filosofia a la mistica en Edith Stein, (w:) MteCarm, 107(1999), s. 371.
    (8) Por. tamże, s. 371.
    (9) Zob. E. Stein, Wiedza Krzyża. Studium o św. Janie od Krzyża, przeł. I.J. Adamska, Kraków 19992, s. 17.
    (10) Pisząc Wiedzę Krzyża zauważa: “Mówiąc o wiedzy krzyża nie mamy na myśli wiedzy w zwykłym znaczeniu; nie jest ona czystą teorią, to znaczy jedynie powiązaniem (…) prawdziwych twierdzeń, ani też idealną konstrukcją myślową, prawidłowym wnioskowaniem. Wiedza krzyża to uznana prawda – teologia krzyża – prawda żywa rzeczywista i działająca; wpada ona w duszę na kształt ziarna, zapuszcza w niej korzenie i wzrasta. Wyciska na duszy swe znamię, przez nie promieniuje i daje się poznać. (…) Ta żywotna forma i moc kształtuje w najgłębszym wnętrzu duszy sposób pojmowania życia, pewien obraz Boga oraz świata, który wyraża się w pojęciach. Coś podobnego znajdujemy w nauce św. Jana od Krzyża” (tamże, s. 19, 20).
    (11) “Doskonałym wypełnieniem tego, ku czemu zmierza filozofia jako dążenie do mądrości, jest sama Mądrość Boża, prosty ogląd, jakim Bóg obejmuje siebie samego i całe stworzenie. Najwyższą postacią urzeczywistniania się duchaumysłu stworzonego, osiągalną oczywiście nie własną siłą, jest widzenie (ogląd) uszczęśliwiające, którego mu Bóg użycza, gdy go jednoczy z sobą; uczestnicząc w boskim życiu osiąga on udział w boskim poznaniu. Na ziemi najbliższy tego najwyższego celu jest ogląd mistyczny” (tamże, s. 59).
    (12) Giovanna della Croce, Preghiera liturgica e preghhiera contemplativa, (w:) Edith Stein beata Teresa Benedetta della Corce. Vita, dottrina, testi inediti, a cura di E. Ancilli, Roma 1987, s. 101.
    (13) Por. E. Stein, Wiedza krzyża…, dz. cyt., s. 139n.
    (14) E. Stein, Byt…, dz. cyt., s. 148.
    (15) S. Teresa Benedykta od Krzyża, Światłość w ciemności. Wybór pism duchowych, t. 1, Kraków 1977, s. 220.
    (16) S. Teresa Benedykta od Krzyża OCD, Z własnej głębi. Pisma różne, Kraków 1978, s. 183-184.
    (17) Tamże, s. 185-186.
    (18) Cytat za: Giovanna della Croce, Preghiera liturgica…, s. 102.
    (19) E. Stein, Twierdza duchowa, (w:) Światłość w ciemności, dz. cyt., t. 2, s. 329.
    (20) Tamże.
    (21) Tamże.
    (22) Tamże, s. 330.
    (23) Tamże, s. 333.
    (24) Tamże, s. 334.
    (25) Por. tamże.
    (26) Tamże.
    (27) E. Stein, Wiedza Krzyża…, dz. cyt., s. 61.
    (28) Tamże, s. 64.
    (29) Tamże.
    (30) Por. tamże, s. 70.
    (31) Zob. J.W. Gogola, Oczyszczenia nocy ciemnej u św. Jana od Krzyża, (w:) Na drodze zjednoczenia z Bogiem, Kraków 2000, s. 135-150.
    (32) Zob. E. Stein, Wiedza Krzyża…, dz. cyt., s. 204.
    (33) Por. tamże, s. 180-181.
    (34) Por. tamże, s. 180.
    (35) Tamże.
    (36) Por. tamże, s. 180-181.

    Światłość w ciemności,
    Karmelitański Instytut Duchowości,
    Wydawnictwo Karmelitów Bosych,
    Kraków 2003

    mp/Wydawnictwo Karmelitów Bosych

    Fronda.pl

    __________________________________________________________________________________________

    Niewygodna święta

    święta Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein) 1891 – 1942

    fot. flickr.com/ WBUR Boston’s NPR News Station/PCh24.pl

    ***

    W życiu św. Edyty Stein skupiają się jak w soczewce różne wątki europejskiej tradycji. Jej pasja filozoficzna przywodzi na myśl tradycję grecką, żydowskie korzenie tradycję judaistyczną, nawrócenie – tradycję chrześcijańską. Wychowała się na styku kultur niemieckiej, żydowskiej i polskiej. Religijnie – na styku wiary żydowskiej, ewangelickiej, katolickiej oraz oświeceniowej quasi-religijnej niewiary. Może być osobą niewygodną dla wszystkich tych opcji. Dla Niemców za mało niemiecka, dla Żydów, choć ofiara Holocaustu, to jednak „przechrzta”, dla ewangelików zbyt katolicka, choć to świadectwo ewangelickiej rodziny przyczyniło się do jej nawrócenia, dla ateistów czy feministek będzie uchodzić za zdrajcę ich postępowych ideałów. Katolikom jej droga do wiary może wydać się zbyt intelektualna, za mało „charytatywna”. Auschwitz od razu kojarzymy ze św. Maksymilianem, z jego aktem oddania życia za brata, a o św. Edycie nie pamiętamy w tym kontekście. A przecież i ona zginęła w tym samym piekle. I ona dobrowolnie poszła na śmierć. Jako Żydówka i jako chrześcijanka. Mogła się uratować, proponowano jej to, odmówiła. Nie oddała życia za konkretnego człowieka, ale zginęła w duchu solidarności z własnym narodem, z którym czuła się zjednoczona nie tylko więzami krwi i religijnej tradycji, ale najbardziej przez to, że była uczennicą ukrzyżowanego Mesjasza, Żyda. Święty Maksymilian ma swoją celę śmierci, która przechowuje pamięć o jego heroizmie. Śmierć Edyty pozostała anonimowa, zagazowana i spalona, ukryta pośród cierpienia milionów jej sióstr i braci. Nie chciała, by chrzest dawał jej jakiekolwiek doczesne przywileje. „Jeżeli nie mogę dzielić losu moich braci i sióstr, moje życie jest jakby zniszczone” – odpowiedziała, gdy proponowano jej ratunek. „Doświadczenie tej kobiety, która musiała stawić czoło wyzwaniom naszego burzliwego stulecia, staje się dla nas wzorem” – mówił Jan Paweł II podczas kanonizacji. Akcentował, że jej życie jest potrójną lekcją: wolności, poszukiwania prawdy i cierpienia. Lekcja wolności: „Współczesny świat zwodzi nas kuszącą wizją otwartej bramy, która ma oznaczać, że wszystko jest dozwolone. Zarazem nie chce dostrzec ciasnej bramy rozeznania i wyrzeczenia” – zauważył papież i zwracając się do młodzieży, dodał: „Wasze życie nie jest niekończącym się dniem otwartych drzwi! Nie zatrzymujcie się na powierzchni, ale docierajcie do głębi rzeczywistości! A kiedy nadejdzie pora, miejcie odwagę dokonać wyboru! Bóg czeka na was, byście złożyli swoją wolność w Jego dobrych dłoniach”. Lekcja prawdy. Życie św. Edyty uczy, że nie ma wolności bez prawdy, a prawda i miłość są ze sobą nierozdzielnie związane. „Św. Teresa Benedykta od Krzyża mówi nam wszystkim: Nie uznawajcie za prawdę niczego, co jest wyzute z miłości. I nie uznawajcie za miłość niczego, co jest wyzute z prawdy! Jedno bez drugiego staje się niszczycielskim kłamstwem”. I wreszcie lekcja cierpienia: „Święta naucza, że droga miłości do Chrystusa prowadzi przez cierpienie. Kto naprawdę miłuje, nie cofa się przed perspektywą cierpienia: godzi się na komunię cierpienia z umiłowaną osobą. (…) Dzięki miłości cierpienie staje się owocne, samo zaś cierpienie pogłębia miłość”. Jan Paweł II przywołał też słowa świętej: „Żadne dzieło duchowe nie przychodzi na świat bez wielkich boleści”. Czy nie zapominamy o tym? Również w Kościele? Święci przypominają. •

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    8 sierpnia

    Święty Dominik Guzman, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Bonifacja Rodríguez Castro, zakonnica
      •  Święta Maria od Krzyża Helena MacKillop, zakonnica
      •  Błogosławiony Zefiryn Gimenez Malla, męczennik
      •  Błogosławiony Włodzimierz Laskowski, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty Dominik

    Święty Dominik urodził się około 1170 roku w Caleruega w Hiszpanii. Pochodził ze znakomitego rodu kastylijskiego Guzmanów. Jego ojcem był Feliks Guzman, a matką – bł. Joanna z Azy. Miał dwóch braci – bł. Manesa (który wstąpił potem do założonego przez Dominika zakonu) i Antoniego, kapłana diecezjalnego. Gdy Dominik miał 14 lat, rodzice wysłali go do szkoły w Palencji. Następnie studiował w Salamance. W 1196 roku, po ukończeniu studiów teologicznych, przyjął święcenia kapłańskie i wkrótce został mianowany kanonikiem katedry w Osmie. Pięć lat później został wiceprzewodniczącym tej kapituły. Gorliwie pracował tam nad sobą i nad bliźnimi, głosząc im słowo Boże.

    Święty Dominik

    Król Kastylii, Alfons IX, wysłał biskupa diecezji, w której pracował Dominik, Dydaka, z poselstwem do Niemiec i Danii. Dydak był przyjacielem Dominika, dlatego też przyszły święty towarzyszył biskupowi w podróży, w czasie której znalazł się w okolicach Szczecina i polskiego Pomorza. Dominik był świadkiem najazdu pogańskich Kumanów z Węgier na Turyngię. Wkrótce po zakończeniu powierzonej im misji udał się do Rzymu, by prosić Innocentego III o zezwolenie na pracę misyjną wśród Kumanów. Papież jednak takiej zgody nie udzielił.
    Wracając do Hiszpanii, Dydak i Dominik zetknęli się w południowej Francji z legatami papieskimi, wysłanymi tam do zwalczania powstałej właśnie herezji albigensów i waldensów. Sekta ta pojawiła się ok. 1200 r. w mieście Albi. Jej członkowie zaprzeczali ważnym prawdom wiary, m.in. Trójcy Świętej, Wcieleniu Syna Bożego, odrzucali Mszę świętą, małżeństwo i pozostałe sakramenty. Burzyli kościoły i klasztory, niszczyli obrazy i krzyże.

    Święty Dominik

    W porozumieniu z legatami Dominik postanowił oddać się pracy nad nawracaniem odszczepieńców. Do tej akcji postanowił włączyć się bezpośrednio także biskup Dydak. Ponieważ heretycy w swoich wystąpieniach przeciwko Kościołowi atakowali go za majątki i wystawne życie duchownych, biskup i Dominik postanowili prowadzić życie ewangeliczne na wzór Pana Jezusa i Jego uczniów. Chodzili więc od miasta do miasta, od wioski do wioski, by prostować błędną naukę i wyjaśniać autentyczną naukę Pana Jezusa. Innocenty III zatwierdził tę formę pracy apostolskiej. W centrum herezji znajdowało się miasto Prouille, położone pomiędzy Carcassonne a Tuluzą. Tam Dominik założył klasztor żeński, w którym życie zostało oparte na całkowitym ubóstwie.
    Pojawiły się pierwsze sukcesy. Niebawem biskup musiał powrócić do swojej diecezji. Natomiast do Dominika dołączyło 11 cystersów, którzy postanowili wieść podobny tryb życia apostolskiego. Z nich właśnie w 1207 r. powstał zalążek nowej rodziny zakonnej. W tym samym jednak roku papież ogłosił przeciwko albigensom i waldensom zbrojną krucjatę na wiadomość, że heretycy ruszyli na kościoły, plebanie i klasztory, paląc je i niszcząc. To skomplikowało pracę apostolską Dominika. Wtedy Dominik zwiększył posty, umartwienia, częściej się modlił. Dotychczasowe doświadczenie wykazało, że okazyjnie werbowani do tej akcji kapłani często nie byli do niej wystarczająco przygotowani. Wielu zniechęcał prymitywny rodzaj życia i połączone z nim niewygody.
    Dominik wybrał więc spośród swoich współtowarzyszy najpewniejszych. Na jego ręce złożyli oni śluby zakonne w 1215 r. Tak powstał Zakon Kaznodziejski – dominikanów. Jego głównym celem było głoszenie słowa Bożego i zbawianie dusz. Założyciel wymagał od zakonników ścisłego ubóstwa, panowania nad sobą i daleko idącego posłuszeństwa. Dzięki poparciu biskupa Tuluzy, Fulko, w Tuluzie powstały wkrótce aż dwa klasztory dominikańskie, które miały za cel nawracanie albigensów i waldensów. W tym samym roku odbył się Sobór Laterański IV. Dominik udał się wraz ze swoim biskupem, Fulko, do Rzymu. Innocenty III po wysłuchaniu zdania biskupa Tuluzy ustnie zatwierdził nową rodzinę zakonną.
    Zaraz po powrocie z soboru (1216) Dominik zwołał kapitułę generalną, na której przyjęto za podstawę regułę św. Augustyna i konstytucje norbertanów, którzy wytyczyli sobie podobny cel. Wprowadzono do konstytucji jedynie te zmiany, które w zastosowaniu do specyfiki zakonu okazały się konieczne. Kiedy Dominik po odbytej kapitule ponownie udał się do Rzymu, papież Innocenty III już nie żył (+ 1216). Bóg pokrzepił jednak Dominika tajemniczym, proroczym snem: pojawili mu się Apostołowie św. Piotr i św. Paweł, i zachęcili go, by na cały świat wysyłał swoich synów duchowych jako kaznodziejów. Dlatego kiedy tylko powrócił do Tuluzy, rozesłał grupę 17 pierwszych zakonników: do Hiszpanii, Bolonii i do Paryża. W dniu 22 grudnia 1216 r. papież Honoriusz III zatwierdził nowy zakon. Co więcej, wydał polecenie dla biskupów, by udzielili nowej rodzinie zakonnej jak najpełniejszej pomocy.
    Dominik założył również zakon żeński, zatwierdzony przez Honoriusza III dwa lata później.

    Święty Dominik

    Kapituła generalna w Bolonii w 1220 r. odrzuciła z reguły i z konstytucji to wszystko, co okazało się nieaktualne. W miejsce odrzuconych wstawiono nowe artykuły, wśród których znalazł się między innymi ten, że zakon nie może posiadać na własność stałych dóbr, ale że ma żyć wyłącznie z ofiar. W ten sposób zakon wszedł do rodziny zakonów mendykanckich (żebrzących), jakimi byli w XIII w. franciszkanie, augustianie, karmelici, trynitarze, serwici i minimi.
    W 1220 r. kard. Wilhelm ufundował dominikanom w Rzymie klasztor przy bazylice św. Sabiny, który odtąd miał się stać konwentem generalnym zakonu. Niemniej hojnym okazał się sam papież, który ofiarował dominikanom własny pałac. Tutaj właśnie Dominik miał wskrzesić bratanka kardynała Stefana z Fossanuova. Przed śmiercią Dominik przyjął do zakonu i nałożył habit św. Jackowi i bł. Czesławowi, pierwszym polskim dominikanom. Wysłał też swoich synów do Anglii, Niemiec i na Węgry.
    Dominik odbywał częste podróże, głosząc Ewangelię i organizując wykłady z teologii. Zakładał nowe klasztory zakonu, który bardzo szybko się rozpowszechnił. W 1220 r. Honoriusz III powołał Dominika na generała zakonu.

    Święty Dominik

    Dominik prowadził pracę misyjną na północy Włoch. Wyczerpany pracą w prymitywnych warunkach, wrócił do Bolonii. Jego ostatnie słowa brzmiały: “Miejcie miłość, strzeżcie pokory i nie odstępujcie od ubóstwa”. Zmarł 6 sierpnia 1221 r. na rękach swych współbraci. W jego pogrzebie wziął udział kardynał Hugolin i wielu dygnitarzy kościelnych. Dominik został pochowany w kościele klasztornym w Bolonii, w drewnianej trumnie, w podziemiu (w krypcie) tuż pod wielkim ołtarzem. Jego kult rozpoczął się zaraz po jego śmierci. Notowano za jego wstawiennictwem otrzymane łaski. Dlatego papież Grzegorz IX nakazał rozpocząć proces kanoniczny. Po jego ukończeniu wyniósł sługę Bożego do chwały świętych w 1234 r.
    Dominik odznaczał się wielką prawością obyczajów, niezwykłą żarliwością o sprawy Boże oraz niezachwianą równowagą ducha. Potrafił współczuć. Jego radosne serce i pełna pokoju wewnętrzna postawa uczyniły z niego człowieka niebywale serdecznego. Oszczędny w słowach, rozmawiał z Bogiem na modlitwie albo o Nim z bliźnimi. Żył nader surowo. Bardzo cierpliwie znosił wszelkie przeciwności i upokorzenia.Imię Dominik pochodzi od łacińskiego dominicus, co znaczy Pański, należący do Boga. Przed św. Dominikiem imię to było znane, ale właśnie Dominik Guzman spopularyzował to imię w całej Europie.
    Największą zasługą św. Dominika i pamiątką, jaką po sobie zostawił, jest założony przez niego Zakon Kaznodziejski. Zakon dał Kościołowi wielu świętych. Wśród nich do najjaśniejszych gwiazd należą św. Tomasz z Akwinu (+ 1274), doktor Kościoła, św. Rajmund z Penafort (+ 1275), św. Albert Wielki (+ 1280), doktor Kościoła, św. Wincenty Ferreriusz (+ 1419), św. Antonin z Florencji (+ 1459), papież św. Pius V (+ 1572), św. Ludwik Bertrand (+ 1581), św. Katarzyna ze Sieny (+ 1380), doktor Kościoła i patronka Europy, oraz św. Róża z Limy (+ 1617). Zakon położył wielkie zasługi na polu nauki, wydając uczonych na skalę światową w dziedzinie teologii, biblistyki czy liturgii. Kiedy zostały odkryte nowe lądy, dominikanie byli jednymi z pierwszych, którzy na odkryte tereny wysyłali swoich misjonarzy.

    Herb Zakonu Kaznodziejskiego
    W ikonografii św. Dominik przedstawiany jest w dominikańskim habicie. Jego atrybutami są: gwiazda sześcioramienna, infuła u stóp, lilia – czasami złota, księga, podwójny krzyż procesyjny, pastorał, pies w czarne i białe łaty trzymający pochodnię w pysku (symbol zakonu: Domini canes – “Pańskie psy”), różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    Św. Dominik

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 3.02.2010

    św. Dominik /El Greco/Wikimedia Commons, Licencja: 0

    ***

    Drodzy bracia i siostry!

    W ubiegłym tygodniu omawiałem wspaniałą postać Franciszka z Asyżu, dzisiaj natomiast chciałbym przedstawić innego świętego, który w tym samym okresie w zasadniczy sposób przyczynił się do odnowy współczesnego sobie Kościoła. Jest nim św. Dominik, założyciel Zakonu Kaznodziejskiego, znany także jako zakon braci dominikanów.

    Bł. Jordan z Saksonii, który stanął na czele zakonu jako następca Dominika, sportretował go najpełniej w sławnej modlitwie: «Rozpalony Bożą gorliwością i nadprzyrodzonym ogniem, wybrałeś dla siebie najdoskonalszą formę życia apostolskiego, w wielkiej miłości, w zapale ducha i w ślubie ubóstwa». Uwydatnia on ten właśnie zasadniczy rys świadectwa Dominika: rozmawiał zawsze z Bogiem i o Bogu. W życiu świętych zawsze idą z sobą w parze miłość do Pana i do bliźniego, szukanie chwały Bożej i pragnienie zbawienia dusz.

    Dominik urodził się w Hiszpanii, w Caleruedze, ok. 1170 r. Wywodził się ze szlacheckiej rodziny ze Starej Kastylii, a dzięki wsparciu wujka księdza zdobył wykształcenie w sławnej szkole w Palencii. Szybko wyróżnił się zamiłowaniem do studiów nad Pismem Świętym oraz tak wielką miłością do ubogich, że sprzedawał książki, które w jego czasach były dobrami o wielkiej wartości, by za uzyskane w ten sposób pieniądze pomagać ofiarom nieurodzaju.

    Przyjął święcenia kapłańskie i został wybrany na kanonika kapituły katedralnej w Osmie — diecezji, z której pochodził. Chociaż nominacja ta mogła przysporzyć mu prestiżu w Kościele i społeczeństwie, nie traktował jej jako osobistego przywileju ani wstępu do błyskotliwej kariery kościelnej, lecz jako posługę, którą pełnił z oddaniem i pokorą. Czyż kariera i władza nie kuszą nawet tych, którzy kształtują życie Kościoła i nim zarządzają? Mówiłem o tym parę miesięcy temu, podczas święceń kilku biskupów: «nie dążymy do zdobycia władzy, prestiżu, uznania dla nas samych. (…) Wiemy, jak w społeczeństwie świeckim, a nierzadko również w Kościele sprawy mogą ucierpieć, gdy wielu z tych, którzy piastują odpowiedzialne stanowiska, zabiega o dobro własne, a nie wspólnoty, nie o wspólne dobro» (homilia podczas konsekracji pięciu biskupów, 12 września 2009 r., «L’Osservatore Romano», wyd. polskie, n. 11-12/2009, s. 34).

    Biskup Osmy, który miał na imię Diego, prawdziwy i gorliwy pasterz, prędko dostrzegł duchowe zalety Dominika i zaprosił go do współpracy. Razem udali się do Europy Północnej z misją dyplomatyczną, którą powierzył im król Kastylii. Podczas podróży Dominik uświadomił sobie, że Kościół jego czasów stoi w obliczu dwóch ogromnych wyzwań, jakimi były nie zewangelizowane ludy na północnych krańcach kontynentu europejskiego oraz podziały religijne, osłabiające życie chrześcijańskie na południu Francji, gdzie działalność grup heretyckich wywoływała zamieszanie i oddalała od prawdy wiary. Dlatego Dominik postawił sobie jako cele apostolskie działalność misyjną pośród nie znających światła Ewangelii oraz powtórną ewangelizację wspólnot chrześcijańskich. Papież poprosił Dominika, który z biskupem Diego udał się do niego po radę, by poświęcił się przepowiadaniu wśród albigensów, heretyckiej grupy, głoszącej dualistyczną koncepcję rzeczywistości, opartą na dwóch jednakowo potężnych pierwiastkach stwórczych — dobru i złu. Ugrupowanie to gardziło zatem materią, bo wywodziła się ona z pierwiastka zła, odrzucało również małżeństwo, a także negowało wcielenie Chrystusa, sakramenty, przez które Pan «dotyka» nas za pośrednictwem materii, oraz zmartwychwstanie ciał. Albigensi cenili sobie ubogie i surowe życie — pod tym względem mogli stanowić wzór — i krytykowali bogactwo kleru swojej epoki. Dominik podjął się tej misji z entuzjazmem i wypełniał ją właśnie poprzez przykład swego ubogiego i surowego życia, głoszenie Ewangelii i publiczne rozprawy. Tej misji głoszenia Dobrej Nowiny poświęcił resztę swego życia. Jego synowie zrealizowali potem również inne marzenia św. Dominika: misję ad gentes, to znaczy wśród tych, którzy nie znali jeszcze Jezusa, oraz misję wśród mieszkańców miast, zwłaszcza uniwersyteckich, gdzie nowe prądy umysłowe wystawiały na próbę wiarę ludzi wykształconych.

    Ten wielki święty przypomina nam, że w sercu Kościoła zawsze musi płonąć ogień misyjny. Nakazuje on wciąż głosić Ewangelię tym, którzy o niej słyszą po raz pierwszy, a kiedy trzeba — głosić ją również na nowo: Chrystus jest bowiem najcenniejszym dobrem, które ludzie wszystkich epok i zakątków świata mają prawo poznać i pokochać! Pocieszający jest również w dzisiejszym Kościele widok tak wielu pasterzy i wiernych świeckich, członków starych zakonów i nowych ruchów kościelnych, którzy z radością poświęcają życie temu najwyższemu ideałowi: głoszeniu Ewangelii i dawaniu jej świadectwa!

    Do Dominika Guzmana przyłączyli się potem inni ludzie, których pociągał ten sam cel. I tak stopniowo, z pierwszej fundacji w Tuluzie zaczął się rodzić Zakon Kaznodziejski. Dominik posłusznie stosując się do wskazań papieży swoich czasów, Innocentego iii i Honoriusza iii, przyjął starożytną Regułę św. Augustyna, przystosowując ją do wymogów życia apostolskiego, zgodnie z którymi on sam oraz jego towarzysze prowadzili działalność kaznodziejską przemieszczając się z miejsca na miejsce, a następnie powracali do swoich klasztorów, będących miejscami studiów, modlitwy i życia wspólnotowego. Dominik podkreślał w sposób szczególny dwie wartości, które uważał za niezbędne, aby misja ewangelizacyjna się powiodła: życie wspólnotowe w ubóstwie oraz studium.

    Przede wszystkim Dominik i Zakon Kaznodziejski prowadzili życie żebracze, nie mieli zatem wielkich posiadłości ziemskich, którymi trzeba zarządzać. Ta cecha sprawiła, że mogli łatwiej poświęcać się studiom oraz wędrownemu przepowiadaniu, co było dla ludzi konkretnym świadectwem. System rządów w ich dominikańskich klasztorach i prowincjach był oparty na kapitułach, które wybierały swoich przełożonych, zatwierdzanych następnie przez wyższych przełożonych. Tego typu organizacja pobudzała życie braterskie i odpowiedzialność wszystkich członków wspólnoty, wymagała bowiem głębokich przekonań osobistych. Wybór tego systemu podyktowany był faktem, że dominikanie przepowiadali prawdę Bożą, a więc musieli żyć zgodnie z tym, co głosili. Zgłębiana i dzielona w miłości z braćmi prawda stanowi najgłębszy fundament radości. Bł. Jordan z Saksonii mówi o św. Dominiku: «Przyjmował on każdego człowieka do wielkiego łona prawdy, a ponieważ kochał wszystkich, wszyscy go kochali. Miał zasadę, by radować się z osobami szczęśliwymi i płakać z płaczącymi» (Libellus de principiis Ordinis Praedicatorum autore Iordano de Saxonia, wyd. H.C. Scheeben, [Monumenta Historica Sancti Patris Nostri Dominici, Romae 1935]).

    Po drugie, Dominik zdecydował się na odważny gest; chcąc, by jego towarzysze zdobyli solidną formację teologiczną, nie zawahał się posyłać ich na ówczesne uniwersytety, chociaż wielu ludzi Kościoła patrzyło na te ośrodki kultury z nieufnością. W Konstytucjach Zakonu Kaznodziejskiego studium ma wielkie znaczenie jako przygotowanie do apostolatu. Dominik chciał, żeby jego bracia oddawali się studiom zapamiętale, pilnie i pobożnie; podstawą tych studiów była dusza wszelkiej wiedzy teologicznej, czyli Pismo Święte, a cechował je szacunek dla wymogów rozumu. Rozwój kultury powoduje, że pełniący posługę Słowa na różnych poziomach muszą być dobrze przygotowani. Zachęcam więc wszystkich, pasterzy i świeckich, do pogłębiania tego «wymiaru kulturalnego» wiary, aby piękno prawdy chrześcijańskiej mogło być lepiej pojmowane oraz by wiara mogła być rzeczywiście karmiona, umacniana, a także broniona. W tym Roku Kapłańskim zachęcam seminarzystów i kapłanów, by doceniali duchową wartość studium. Jakość posługi kapłańskiej zależy również od tego, czy ofiarnie oddajemy się studium prawd objawionych.

    Dominik, który chciał, by założony przez niego zakon składał się z kaznodziejów-teologów, przypomina nam, że teologia ma wymiar duchowy i duszpasterski, ubogacający duszę i życie. Kapłani, osoby konsekrowane, a także wierni mogą odnaleźć głęboką «radość wewnętrzną» w kontemplowaniu piękna prawdy pochodzącej od Boga, prawdy zawsze aktualnej i żywej. Hasło braci kaznodziejów — contemplata aliis tradere — pomaga nam następnie odkryć w kontemplacyjnym studium owej prawdy cel duszpasterski, ponieważ owoce własnej kontemplacji muszą być przekazywane innym.

    Kiedy Dominik umarł w 1221 r. w Bolonii, w mieście, które ogłosiło go swoim patronem, jego dzieło cieszyło się już wielkim powodzeniem. Przy poparciu Stolicy Apostolskiej Zakon Kaznodziejski rozpowszechnił się w wielu krajach Europy, służąc dobru całego Kościoła. Dominik został kanonizowany w 1234 r. i swoją świętością wskazuje nam jakie środki są nieodzowne, aby działalność apostolska była skuteczna. Po pierwsze pobożność maryjna, którą kultywował z miłością i pozostawił jako cenną spuściznę swoim synom duchowym, którzy w dziejach Kościoła położyli wielkie zasługi w popularyzowaniu modlitwy Różańca świętego, tak drogiej ludowi chrześcijańskiemu i bogatej w wartości ewangeliczne, będącej prawdziwą szkołą wiary i pobożności. A po drugie, Dominik, który opiekował się kilkoma klasztorami żeńskimi we Francji i w Rzymie, wierzył głęboko, że modlitwa wstawiennicza jest ważna, aby praca apostolska była owocna. Dopiero w raju zrozumiemy, jak bardzo skutecznie modlitwa sióstr klauzurowych towarzyszy działalności apostolskiej! O każdej z nich myślę z wdzięcznością i serdecznością.

    Drodzy bracia i siostry, niech życie Dominika Guzmana zachęci nas wszystkich, byśmy byli gorliwi w modlitwie, odważnie żyli wiarą i byli głęboko zakochani w Jezusie Chrystusie. Za jego pośrednictwem prośmy Boga, by zawsze wzbogacał Kościół prawdziwymi głosicielami Ewangelii.

    do Polaków:

    Witam polskich pielgrzymów. Wczoraj obchodziliśmy święto Ofiarowania Pańskiego, z którym jest związany Dzień Życia Konsekrowanego. Wszystkim osobom konsekrowanym, zakonnicom, zakonnikom i świeckim, dziękujemy za duchowe, pasterskie i misyjne dzieło, jakie spełniają w Kościele zgodnie z ich charyzmatem. Polecam ich waszym codziennym modlitwom. Niech Bóg wam błogosławi!

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 3-4/2010/Opoka.pl

    ________________________________________________________________________________________

    Franciszkanie i dominikanie

    – główne zakony żebrzące XIII w.

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 13.01.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Na początku nowego roku przyjrzymy się dziejom chrześcijaństwa, by zobaczyć, jak się toczy historia i jak można ją odnawiać. Widzimy w niej, że to święci, kierujący się światłem Boga, są autentycznymi reformatorami życia Kościoła i społeczeństwa. Nauczając słowem i dając świadectwo własnym przykładem, potrafią oni zainicjować trwałą i głęboką odnowę Kościoła, bo sami są głęboko odnowieni, obcują z prawdziwą nowością: Bogiem obecnym w świecie. To pokrzepiające zjawisko, polegające na tym, że w każdym pokoleniu przychodzą na świat święci, a ich twórcze idee wzbogacają go i odnawiają, powtarza się nieustannie w historii Kościoła, nawet w smutnych i trudnych momentach. Widzimy bowiem, że w następujących po sobie stuleciach rodzą się także siły potrzebne do reformy i do odnowy, bo Bóg jest zawsze nowością i wciąż daje nowe siły, by posuwać się naprzód. Tak też było w xiii w., kiedy narodziły się i w nadzwyczajny sposób rozwinęły zakony żebrzące, które stanowiły wzór wielkiej odnowy w nowej epoce historycznej. Nazwano je w ten sposób, bo cechowało je «żebranie», czyli pokorne proszenie ludzi o wsparcie materialne, które pozwalało im żyć zgodnie ze ślubem ubóstwa i prowadzić misję ewangelizacyjną. Wśród zakonów żebrzących, które wówczas powstały, najbardziej znane i najważniejsze to Zakon Braci Mniejszych i Zakon Kaznodziejski, znane jako franciszkanie i dominikanie. Nazwy te pochodzą od imion ich założycieli, Franciszka z Asyżu i Dominika Guzmana. Ci dwaj wielcy święci potrafili w inteligentny sposób odczytywać «znaki czasu», wyczuwając, jakie wyzwania stały przed Kościołem ich czasów.

    Pierwszym wyzwaniem było powstawanie różnych grup i ruchów wiernych, którzy choć kierowali się usprawiedliwionym pragnieniem autentycznego życia chrześcijańskiego, często wyłączali się ze wspólnoty kościelnej. Głęboką niezgodę budził w nich piękny i bogaty Kościół, który zawdzięczał swój rozwój właśnie rozkwitowi monastycyzmu. W poprzednich katechezach mówiłem o wspólnocie monastycznej z Cluny, która stopniowo zaczęła coraz mocniej przyciągać młodzież, a więc siły żywotne, a także dobra i bogactwa. Pierwszym logicznym tego następstwem był rozwój Kościoła bogatego w posiadłości i statycznego. Temu Kościołowi przeciwstawiano ideę mówiącą, że Chrystus przyszedł na świat ubogi i że prawdziwy Kościół powinien być właśnie Kościołem ubogich; pragnienie prawdziwej autentyczności chrześcijańskiej wyraziło się w sprzeciwie wobec empirycznej rzeczywistości Kościoła. Były to tak zwane średniowieczne ruchy ubogich. Ostro krytykowały one styl życia księży i zakonników w tamtych czasach, oskarżając ich o zdradę Ewangelii i zarzucenie praktyki ubóstwa, które znamionowało pierwszych chrześcijan. Ruchy te przeciwstawiły posłudze biskupów własną «hierarchię paralelną». Aby usprawiedliwić swoje wybory, szerzyły one także naukę niezgodną z wiarą katolicką. Na przykład ruchy katarów czy albigensów nawiązywały do starych herezji, które głosiły lekceważenie świata materialnego bądź pogardę dla niego — sprzeciw wobec bogactwa szybko przerodził się w sprzeciw wobec rzeczywistości materialnej jako takiej — negację wolnej woli oraz dualizm, zakładający istnienie drugiej zasady, którą jest zło, porównywalnej z Bogiem. Ruchy te cieszyły się powodzeniem, zwłaszcza we Francji i we Włoszech, nie tylko ze względu na dobrą organizację, ale również dlatego, że krytykowały rzeczywisty nieład, który zapanował w Kościele na skutek niezbyt przykładnego postępowania różnych przedstawicieli duchowieństwa.

    Franciszkanie i dominikanie, idąc w ślady swoich założycieli, pokazali natomiast, że możliwe jest życie ewangelicznym ubóstwem, prawdą Ewangelii jako taką, bez zrywania z Kościołem; pokazali, że Kościół jest prawdziwym, autentycznym przybytkiem Ewangelii i Pisma Świętego. Więcej, właśnie głęboka więź z Kościołem i papieżem była źródłem siły świadectwa Dominika i Franciszka. Dokonując niezwykłego w historii życia konsekrowanego wybóru członkowie tych zakonów nie tylko rezygnowali z posiadania dóbr osobistych, jak czynili w starożytności mnisi, ale nie chcieli nawet, by wspólnota otrzymywała na własność ziemie i nieruchomości. Pragnęli w ten sposób dawać świadectwo życia niezwykle wstrzemięźliwego, wyrażającego solidarność z ubogimi i wyłączną ufność w Opatrzność, żyć na co dzień zdani na Opatrzność, ufnie oddawać się w ręce Boga. Ten styl życia osób i wspólnoty w zakonach żebrzących w połączeniu z całkowitym utożsamieniem się z nauczaniem Kościoła i jego władzą był bardzo ceniony przez ówczesnych papieży, takich jak Innocenty iii i Honoriusz iii, którzy w pełni zaakceptowali te nowe doświadczenia kościelne, rozpoznając w nich głos Ducha Świętego. Na owoce nie trzeba było długo czekać: grupy praktykujących ubóstwo, które oderwały się od Kościoła, powróciły do wspólnoty kościelnej bądź stopniowo się zmniejszyły i w końcu przestały istnieć. Dziś również, choć żyjemy w społeczeństwie, w którym «mieć» często bierze górę nad «być», bardzo skuteczne są przykłady ubóstwa i solidarności, które dają wierni, dokonujący tych odważnych wyborów. Dziś również nie brak tego typu inicjatyw: ruchów, które rzeczywiście rodzą się z nowości Ewangelii i radykalnie nią żyją w teraźniejszości, oddając się w ręce Boga, by służyć bliźniemu. Świat, jak przypomniał Paweł vi w Evangelii nuntiandi, chętnie słucha nauczycieli, kiedy są oni także świadkami. O tej lekcji nigdy nie należy zapominać w dziele głoszenia Ewangelii: trzeba przede wszystkim samemu żyć tym, co się głosi, być zwierciadłem Bożej miłości.

    Franciszkanie i dominikanie byli świadkami, ale również nauczycielami. W ich czasach występowało bowiem duże zapotrzebowanie również na wykształcenie religijne. Liczni wierni świeccy, mieszkający w miastach, które szybko się rozwijały, pragnęli praktykować bogate duchowo życie chrześcijańskie. Starali się zatem pogłębiać znajomość wiary i szukali przewodników na trudnej, lecz porywającej drodze świętości. Zakony żebrzące potrafiły znakomicie zaspokajać również tę potrzebę: głoszenie Ewangelii w jej prostocie, głębi i wielkości było celem, głównym bodajże celem tego ruchu. Z wielką gorliwością oddały się bowiem kaznodziejstwu. Bardzo liczni wierni, niejednokrotnie całe ich tłumy gromadziły się, by w kościołach i na wolnym powietrzu słuchać kaznodziejów, takich jak na przykład św. Antoni. Poruszali oni tematy bliskie życia ludzi, przede wszystkim praktykowanie cnót teologalnych i moralnych, ilustrując je konkretnymi przykładami, łatwo zrozumiałymi. Uczono także sposobów wzbogacania życia modlitwy i pobożności. Franciszkanie na przykład z zapałem szerzyli nabożeństwo do człowieczeństwa Chrystusa, które zobowiązywało do naśladowania Pana. Nie dziwi zatem, że liczni wierni, kobiety i mężczyźni, wybierali na przewodników na drodze chrześcijańskiej braci franciszkanów i dominikanów, którzy byli cenionymi i poszukiwanymi kierownikami duchowymi i spowiednikami. Powstały w ten sposób stowarzyszenia wiernych świeckich, którzy inspirowali się w życiu duchowością św. Franciszka i św. Dominika, dostosowując ją do swego stanu. Był to tzw. trzeci zakon, zarówno franciszkański, jak dominikański. Inaczej mówiąc, idea «świętości świeckiej» miała wielu zwolenników. Jak przypomniał Ekumeniczny Sobór Watykański ii, powołanie do świętości nie jest zastrzeżone dla niektórych, lecz jest powszechne (por. Lumen gentium, 40). We wszystkich stanach, zgodnie z potrzebami każdego z nich, można żyć Ewangelią. Również dzisiaj każdy chrześcijanin powinien dążyć do «wysokiej miary życia chrześcijańskiego», niezależnie od stanu, do jakiego należy!

    W Średniowieczu znaczenie zakonów żebrzących wzrosło tak dalece, że instytucje świeckie, takie jak organizacje pracowników, dawne korporacje, a nawet władze obywatelskie przy opracowywaniu swoich regulaminów, a niekiedy w poszukiwaniu rozwiązań wewnętrznych i zewnętrznych konfliktów często zasięgały porad duchowych członków owych zakonów. Średniowieczne miasto zawdzięczało swój rozwój duchowy franciszkanom i dominikanom. Z wielkim wyczuciem stosowali oni strategię duszpasterską dostosowaną do przemian społeczeństwa. Wiele osób przenosiło się ze wsi do miast, dlatego zaczęli wznosić swoje klasztory w obrębie miast, zamiast, jak wcześniej, z dala od nich. Aby prowadzić działalność dla dobra dusz, musieli także — w zależności od potrzeb duszpasterskich — podróżować. Innym nowatorskim wyborem zakonów żebrzących było zrezygnowanie z zasady życia w stałych miejscach, która była klasycznym rysem starożytnego monastycyzmu, na rzecz innego stylu. Bracia mniejsi i członkowie Zakonu Kaznodziejskiego z apostolską gorliwością podróżowali z miejsca na miejsce. W rezultacie organizacja ich zakonów zaczęła się różnić od organizacji większości zakonów monastycznych. Zamiast tradycyjnej autonomii, jaką cieszył się każdy klasztor, liczyły się bardziej zakon jako taki i jego główny przełożony oraz struktura prowincji. Zakony żebrzące były zatem bardziej otwarte na potrzeby Kościoła powszechnego. Ta elastyczność pozwalała na powierzanie specyficznych zadań braciom, którzy najlepiej się do tego nadawali, toteż zakony żebrzące dotarły do północnej Afryki, na Bliski Wschód i do północnej Europy. Ta elastyczność odnowiła dynamizm misyjny.

    Innym wielkim wyzwaniem były dokonujące się wówczas przemiany kulturowe. Nowe kwestie były przedmiotem żywych dyskusji na uniwersytetach, które powstały z końcem xii w. Bracia mniejsi i członkowie Zakonu Kaznodziejskiego bez wahania wzięli na siebie również to zadanie i jako studenci i profesorzy wstąpili na najbardziej znane wówczas uniwersytety, stworzyli ośrodki naukowe, pisali wartościowe dzieła, dali początek autentycznym systemom myślowym, przyczynili się do rozwoju teologii scholastycznej w okresie jej największego rozkwitu, wywarli istotny wpływ na rozwój myśli. Najwięksi myśliciele, św. Tomasz z Akwinu i św. Bonawentura, byli członkami zakonów żebrzących, działali z takim właśnie zapałem nowej ewangelizacji, który zrodził również nową odwagę myślenia, dialogu rozumu i wiary. Dziś również potrzebna jest «miłość prawdy i w prawdzie», «miłość intelektualna», by oświecić umysły i połączyć wiarę z kulturą. Praca franciszkanów i dominikanów na uniwersytetach średniowiecznych stanowi zachętę, drodzy wierni, do tego, by poprzez obecność w ośrodkach kształtowania się wiedzy z szacunkiem i przekonaniem ukazywać w świetle Ewangelii podstawowe kwestie dotyczące człowieka, jego godności, jego odwiecznego przeznaczenia. Myśląc o roli franciszkanów i dominikanów w Średniowieczu, o odnowie duchowej, do jakiej doprowadzili, o tchnieniu nowego życia, jakim napełnili świat, pewien mnich powiedział: «W owym czasie świat się starzał. Dwa zakony powstały w Kościele i odnowiły jego młodość jak młodość orła» (Burchard d’Ursperg, Chronicon).

    Drodzy bracia i siostry, zwróćmy się na początku tego roku do Ducha Świętego, wiecznej młodości Kościoła: niech On sprawi, że każdy poczuje, jak pilnie potrzebne jest konsekwentne i odważne świadectwo Ewangelii, aby nie zabrakło nigdy świętych, dzięki którym Kościół zabłyśnie jak zawsze czysta i piękna oblubienica, bez zmazy i bez zmarszczki, która potrafi w nieodparty sposób przyciągnąć świat do Chrystusa, do Jego zbawienia.

    ….

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 3-4/2010/Opoka.pl

    ________________________________________________________________________________

    Wiedział, że tylko wielkie wyzwania czynią ludzi wielkich.

    Wspominamy dziś św. Dominika

    NHEYOB /WIKIMEDIA COMMONS CC BY-SA 4.0

    ***

    Nazywany „Światłem Kościoła” (Lumen Ecclesiae) św. Dominik wiedział doskonale, że tylko wielkie wyzwania czynią ludzi wielkich – pisze ks. Arkadiusz Nocoń. 8 sierpnia przypada wspomnienie św. Dominika, prezbitera. Jego relikwie znajdują się w bazylice św. Dominika w Bolonii. Jest patronem Zakonu Braci Kaznodziejów (dominikanów) i Zakonu Dominikanek Klauzurowych.

    Św. Dominik urodził się ok. 1172 r. w Caleruega w Hiszpanii. Dzięki zamożności swoich rodziców odbył solidne studia świeckie i teologiczne. Kolejne tytuły naukowe nie pozbawiły go jednak ludzkiej wrażliwości. Gdy któregoś roku w jego stronach zapanował wielki głód i ludzie biedni masowo umierali, sprzedał wszystkie swoje książki: „Nie chcę – mówił – studiować na martwych skórach, gdy ludzie wokół umierają z głodu”.

    Wyświęcony na kapłana (1195 r.) wstąpił do Zgromadzenia Kanoników Regularnych. Opatrzność miała jednak wobec niego inne plany. Pod koniec roku 1203 towarzyszył swemu biskupowi w podróży do Danii, nie przypuszczając, że podróż ta odmieni jego życie. Zaraz po przejściu Pirenejów zetknął się z heretyckim ruchem albigensów i waldensów, którzy pod szczytnymi hasłami naprawy Kościoła wypaczali jego prawdziwą naukę. Posuwając się na północ był z kolei świadkiem najazdu pogańskich plemion – Kumanów, na Turyngię. Wstrząśnięty spustoszeniem, jakiego dokonali, postanowił wyruszyć do nich ze Słowem Bożym. Papież Innocenty III nie zgodził się jednak na to i zaproponował mu nawracanie heretyków na południu Francji. Dominik podjął to wyzwanie, choć jego marzeniem pozostanie zawsze misja na wschodzie Europy. 

    Papież tymczasem wiązał z Dominikiem wielkie nadzieje: wszystkie dotychczasowe misje wysyłane na tereny ogarnięte przez albigensów i waldensów kończyły się niepowodzeniem. Dominik wydaje się tym, który może to zmienić. On sam zmienia jednak najpierw metodę nauczania:

    „Jeśli chcemy nawracać zabłąkane umysły – mówi do współpracowników – musimy zacząć od dobrego przykładu. Porzućmy więc zbytek naszych orszaków i pieszo, ubodzy, jak nasz Zbawiciel, zaopatrzeni jedynie w mądrość Bożą, głośmy prawdziwą naukę Ewangelii”.

    Wędrując od miejscowości do miejscowości, głoszą więc Słowo Boże i nauczają. Ogromną pomocą są Dominikowi solidne studia i zdobyta wcześniej wiedza, pozwalająca prowadzić dyskusje z heretykami i przekonywać ich do prawdziwej nauki. Wreszcie mają miejsce pierwsze nawrócenia. Kiedy w roku 1216 Papież Honoriusz III zatwierdził założony przez Dominika Zakon Braci Kaznodziejów, misja ewangelizacyjna wśród albigensów i waldensów nabierze dodatkowego rozmachu, a sama herezja zaczęła powoli ustępować.

    Z „Dziejów Zakonu Kaznodziejskiego”: „Dominik był człowiekiem ewangelicznym w słowie i czynie. Za dnia nikt nie był bardziej przyjazny i miły względem braci; w nocy nikt bardziej oddany czuwaniom i modlitwie. (…) Zawsze nosił z sobą Ewangelię Mateusza i listy Pawła. Czytał je tak często, że znał je prawie na pamięć. Dwa albo trzy razy wyznaczany na stolicę biskupią, za każdym razem odmawiał, przedkładając ponad biskupstwo życie w ubóstwie i we wspólnocie z braćmi. (…) Za wiarę w Chrystusa pragnął doznawać chłosty i śmierci. Papież Grzegorz IX powiedział o nim: «Znałem go jako człowieka, który tak wiernie wypełniał wskazania Apostołów, iż nie wątpię, że wraz z nimi dzieli chwałę niebios»”.

    REKLAMA

    Herezje, które na przełomie XII i XIII wieku trawiły Kościół na południu Europy, wyrosły z upadku obyczajów i ignorancji religijnej. Przeciwstawiając się fałszywym naukom albigensów i waldensów, Dominik powołał zakon, którego charyzmatem miał być radykalizm ewangeliczny i zdrowa, oparta na nieustannym studium, nauka. Był to bodajże jedyny zakon, w którym przełożony miał też prawo dyspensować ze wspólnych modlitw i praktyk pokutnych, aby bracia lepiej przygotowali się do kazań.

    Nazywany „Światłem Kościoła” (Lumen Ecclesiae) św. Dominik wiedział doskonale, że tylko wielkie wyzwania czynią ludzi wielkich. Mając zaledwie szesnastu braci, rozesłał ich „na krańce świata”, aby nauczali i zakładali konwenty. Jego decyzja wydawała się im szalona: „Nie sprzeciwiajcie się! – mówił. Ja wiem, co robię. Ziarno zgromadzone w jednym miejscu butwieje, a rozsiane wydaje plony”.

    Wydało. Założony przez niego zakon przyczynił się do odrodzenia średniowiecznego Kościoła. Ostatni zaś z dominikanów, którego osobiście przyjął do swego zakonu i który słusznie cieszy się mianem jego najdoskonalszego ucznia – św. Jacek Odrowąż, został nie tylko wielkim Apostołem Północnej Europy, ale dotarł także na tereny pogańskich Kumanów, spełniając tym samym marzenie Ojca Dominika.

    Św. Dominik zmarł 6 sierpnia 1221 r. we włoskiej Bolonii. Kanonizował go Papież Grzegorz IX w 1234 r.

    ks. Arkadiusz Nocoń/źródło: vaticannews.va/Opoka.pl

    ____________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________


    7 sierpnia

    Błogosławiony Edmund Bojanowski

    Zobacz także:
      •  Święty Sykstus II, papież i męczennik
      •  Święty Kajetan, prezbiter
      •  Błogosławieni prezbiterzy i męczennicy Agatanioł i Kasjan
      •  Święty Albert z Trapani, prezbiter
      •  Błogosławiony Tadeusz Dulny, męczennik
    ***
    Błogosławiony Edmund Bojanowski

    Edmund Bojanowski urodził się 14 listopada 1814 r. w Grabonogu. W dzieciństwie został cudownie uzdrowiony za przyczyną Matki Bożej Bolesnej, czczonej na Świętej Górze w Gostyniu.
    Otrzymał staranne wychowanie w katolickiej rodzinie. Poważna choroba uniemożliwiła mu ukończenie studiów filozoficznych, które podjął na uniwersytetach we Wrocławiu i w Berlinie. Po intensywnej kuracji zamieszkał w rodzinnej miejscowości. Chociaż wykazywał zainteresowania literackie, jego głównym charyzmatem okazała się praca społeczna i charytatywna. Zakładał czytelnie dla ludu, rozpowszechniając dobre czasopisma, by w ten sposób pomagać ubogiej młodzieży w zdobywaniu wykształcenia. Dał się poznać jako człowiek wielkiej wytrwałości i dobroci serca. Wielokrotnie był zapraszany do uczestnictwa w stowarzyszeniach niosących pomoc ubogim. Podczas epidemii cholery w 1849 r. poświęcił się służbie zarażonym.

    Błogosławiony Edmund Bojanowski

    Będąc człowiekiem głęboko religijnym i praktykującym, na każdego człowieka, a zwłaszcza na biedne dziecko, patrzył przez pryzmat miłości do Boga. Mimo słabego zdrowia robił wszystko, by nieść pomoc zaniedbanemu ludowi wiejskiemu przez organizowanie ochronek dla dzieci i opieki nad chorymi, troszcząc się jednocześnie o podniesienie moralności dorosłych. Chociaż był człowiekiem świeckim, 3 maja 1850 r. założył zgromadzenie zakonne Sióstr Służebniczek Maryi Niepokalanej.
    Problemy zdrowotne uniemożliwiły mu realizację marzeń o kapłaństwie, chociaż podejmował próby studiów seminaryjnych.
    Dla otoczenia był zawsze przykładem heroicznej wiary, prostoty, miłości i ufności w Bożą Opatrzność. Już za życia przez wielu ludzi uznawany był za człowieka świątobliwego. Doczesne życie zakończył 7 sierpnia 1871 r. na plebanii w Górce Duchownej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 sierpnia

    Przemienienie Pańskie

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Oktawian, biskup
      •  Święty Hormizdas, papież
      •  Błogosławiony Bronisław Kostkowski, męczennik
    ***
    Przemienienie Pańskie

    Dzisiejsza Ewangelia prowadzi nas wraz z Chrystusem, Piotrem, Jakubem i Janem na górę Tabor. Tam Chrystus przemienił się wobec swoich Apostołów. Jego twarz zajaśniała jak słońce, a szaty stały się olśniewająco białe. Apostołowie byli zachwyceni, choć poznali jedynie niewielki odblask wiecznej chwały Ojca, w której po swoim zmartwychwstaniu zasiadł Jezus. To wydarzenie pozostało tajemnicą dla pozostałych uczniów – dowiedzieli się o nim dopiero po wniebowstąpieniu Jezusa.
    Zdarzenie to Ewangeliści musieli uważać za bardzo ważne, skoro jego szczegółowy opis umieścili wszyscy synoptycy: św. Mateusz (Mt 17, 1-9), św. Marek (Mk 9, 1-8) i św. Łukasz (Łk 9, 28-36). Również św. Piotr Apostoł przekazał opis tego wydarzenia (2 P 1, 16-18). Miało ono miejsce po sześciu dniach – czy też “jakoby w osiem dni” – po uroczystym wyznaniu św. Piotra w okolicach Cezarei Filipowej (Mt 16, 13-20; Mk 8, 27-30; Łk 9, 18-21).
    Św. Cyryl Jerozolimski (+ 387) jako pierwszy wyraził pogląd, że górą Przemienienia Chrystusa była góra Tabor. Za nim zdanie to powtarza św. Hieronim (+ ok. 420) i cała tradycja. Faktycznie, góra Tabor uważana była w starożytności za świętą.
    Może dziwić szczegół, że zaraz po przybyciu na górę Apostołowie posnęli. Po odbytej bardzo uciążliwej drodze musieli utrudzić się wspinaczką, zwłaszcza że wędrowali sześć dni od Gór Hermonu.
    W Starym Testamencie powszechne było przekonanie, że Jahwe pokazuje się w obłoku (Wj 40, 34; 1 Sm 8, 11). Dlatego w czasie Przemienienia ukazał się obłok, który okrył Chrystusa, Mojżesza i Eliasza. Głos Boży z obłoku utwierdził uczniów w przekonaniu o teofanii, czyli objawieniu się Boga. Dlatego Ewangelista stwierdza, że świadkowie tego wydarzenia bardzo się zlękli.

    Girolamo de Sermoneta: Przemienienie Pańskie

    Termin “Przemienienie Pańskie” nie jest adekwatny do greckiego słowa metemorfothe (por. Mk 9, 2), które ma o wiele głębsze znaczenie. Termin grecki oznacza dokładnie “zmienić formę zewnętrzną (morfe), kształt; przejść z jednej formy zewnętrznej do drugiej”. Chrystus okazał się tym, kim jest w swojej naturze i istocie – Synem Bożym. Przemienienie pozwoliło Apostołom zrozumieć, jak mizerne i niepełne są ich wyobrażenia o Bogu. Chrystus przemienił się na oczach Apostołów, aby w dniach próby ich wiara w Niego nie zachwiała się. Ewangelista wspomina, że Eliasz i Mojżesz rozmawiali z Chrystusem o Jego męce. Zapewne przypomnieli uczniom Chrystusa wszystkie proroctwa, które zapowiadały Mesjasza jako Odkupiciela rodzaju ludzkiego. Wydarzenie to musiało mocno utkwić w pamięci świadków, skoro po wielu latach przypomni je św. Piotr w jednym ze swoich Listów (2 P 1, 16-18).Uroczystość Przemienienia Pańskiego na Wschodzie spotykamy już w VI wieku. Była ona największym świętem w ciągu lata. Na Zachodzie jako święto obowiązujące dla całego Kościoła wprowadził ją papież Kalikst III z podziękowaniem Panu Bogu za zwycięstwo oręża chrześcijańskiego pod Belgradem w dniu 6 sierpnia 1456 r. Wojskami dowodził wódz węgierski Jan Hunyadi, a całą obronę i bitwę przygotował św. Jan Kapistran. Jednak lokalnie obchodzono to święto na Zachodzie już w VII wieku. W Polsce święto znane jest od XI wieku.Dzisiejsze święto przypomina, że Jezus może w każdej chwili odmienić nasz los. Ma ono jednak jeszcze jeden, radosny, eschatologiczny aspekt: przyjdzie czas, że Pan odmieni nas wszystkich; nawet nasze ciała w tajemnicy zmartwychwstania uczyni uczestnikami swojej chwały. Dlatego dzisiejszy obchód jest dniem wielkiej radości i nadziei, że nasze przebywanie na ziemi nie będzie ostateczne, że przyjdzie po nim nieprzemijająca chwała.
    Przemienienie to jednak nie tylko pamiątka dokonanego faktu. To nie tylko nadzieja także naszego zmartwychwstania i przemiany. To równocześnie nakaz zostawiony przez Chrystusa, to zadanie wytyczone Jego wyznawcom. Warunkiem naszego eschatologicznego przemienienia jest stała przemiana duchowa, wewnętrzne, uparte naśladowanie Chrystusa. Ta przemiana w zarodku musi mieć podstawę na ziemi, by do swej pełni mogła dojść w wieczności. W drodze ku wieczności uczeń Jezusa musi być Mu wierny: myślą, słowem i chrześcijańskim czynem.
    Chrystus obiecuje, że będziemy królować razem z Nim tam, gdzie – za Piotrem – będziemy powtarzać: “Mistrzu, jak dobrze, że tu jesteśmy”. Warunkiem jest to, abyśmy już teraz pamiętali o tym, co dla nas przygotował Bóg, i abyśmy każdego dnia karmili się Jego Słowem i Ciałem. On chce, abyśmy ufnie i wytrwale się do Niego modlili, służyli bliźnim, rozwijając w sobie cnoty. Takie dążenie do przemiany będzie odpowiedzią na zaproszenie św. Pawła: “Przemieniajcie się przez odnawianie umysłu” (Rz 12, 2).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 sierpnia Kościół obchodzi

    święto Przemienienia Pańskiego

    SamplePrzemienienie, Rafael, zbiory Muzeum Watykańskiego

    ***

    Święto Przemienienia Pańskiego zwane także epifanią lub teofanią obchodzi Kościół katolicki 6 sierpnia. Liturgia tego dnia wspomina opisane w ewangeliach wydarzenie, przez które Chrystus objawił swoje bóstwo.

    Czytany w liturgii ewangeliczny opis Przemienienia Pańskiego pełen jest znaczeń symbolicznych: góra, światło i obłok są w Biblii charakterystyczne dla objawień Boga. „Jezus wziął ze sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich” (Mt 17,1). Twarz Jezusa zajaśniała jak słońce, szata była biała jak światło, ukazali się też Mojżesz i Eliasz a z obłoku dobiegł głos Boga.

    Są oni świadkami, którzy potwierdzają widzenie Apostołów i wskazują, że całe objawienie prowadzi do Jezusa. Dodatkowym i niepodważalnym uwierzytelnieniem jest głos Ojca, który mówi: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!” (Mt 17,5).Przemienienie Jezusa miało umocnić wiarę Apostołów oraz przygotować ich na przeżycie męki i śmierci Jezusa. Przemienienie ukazuje też, że do chwały objawionej przez Jezusa dochodzi się przez cierpienie i śmierć. Tak jak każda teofania (czyli objawienie bóstwa) Przemienienie Pańskie budzi fascynację i zachwyt ale zarazem lęk, dlatego św. Piotr powiedział najpierw: „dobrze, że tu jesteśmy” a w chwilę później uczniowie „upadli na twarz i bardzo się zlękli”. W religioznawstwie mówi się, że Bóg jest „mysterium fascinosum et tremendum”, czyli tajemnicą fascynującą i przerażającą.

    W chrześcijaństwie wschodnim święto Przemienienia obchodzone było już w V wieku. Do dziś zajmuje ono w liturgicznym kalendarzu chrześcijańskiego Wschodu jedno z najważniejszych miejsc. Przemienienie jest też bardzo częstym motywem ikonografii wschodniej.

    Na Zachodzie pierwsze wzmianki o tym święcie pochodzą z VII i VIII wieku. Bardziej upowszechniło się ono w okresie wypraw krzyżowych, kiedy bardzo popularne były pielgrzymki do Ziemi Świętej, w tym także na Górę Tabor, uznawaną za górę przemienienia.

    W 1457 r. papież Kalikst III, jako wyraz wdzięczności za zwycięstwo nad Turkami odniesione 6 sierpnia 1456 r. pod Belgradem, wprowadził je do liturgii całego Kościoła katolickiego. W 1964 r. Górę Tabor odwiedził papież Paweł VI, który jako pielgrzym przemierzał Ziemię Świętą.

    Kai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna Śnieżna

    Zobacz także:
      •  Święty Oswald, król i męczennik
      •  Błogosławiony Fryderyk Jansoone, prezbiter
    ***
    Bazylika Sancta Maria Maior

    Przypadające dzisiaj wspomnienie dotyczy rocznicy poświęcenia bazyliki Najświętszej Maryi Panny “Większej” w Rzymie. Przymiotnik ten wynika z faktu, że jest to pierwszy i największy kościół rzymski poświęcony Maryi. Jest to także jedna z pierwszych na świecie świątyń poświęconych Matce Bożej. Kościół tak dalece ją wyróżnia, że należy ona do czterech tzw. bazylik większych Rzymu, które każdy pielgrzym nawiedzał w roku świętym, jeśli pragnął uzyskać odpust zupełny. Należą do nich: bazylika laterańska św. Jana (będąca katedrą biskupa Rzymu), bazylika św. Piotra na Watykanie, bazylika św. Pawła za Murami i właśnie bazylika Matki Bożej Większej.
    W Bazylice tej czci się Matkę Bożą Śnieżną. Według tradycji, w 352 r. Maryja ukazała się papieżowi Liberiuszowi i rzymskiemu patrycjuszowi Janowi, nakazując im budowę kościoła w miejscu, które im wskaże. 5 sierpnia, w okresie upałów, Wzgórze Eskwilińskie pokryło się śniegiem – tam zbudowano świątynię. Musiała być ona niewielka i być może uległa zniszczeniu. Sykstus III (432-440), pragnąc uczcić zakończenie soboru w Efezie, na którym ogłoszono dogmat o Bożym Macierzyństwie Maryi (Theotokos), postanowił przebudować gruntownie tę bazylikę. Wspomnienie tego wydarzenia obchodzono pierwotnie jedynie w samej bazylice, z czasem jednak kolejni papieże rozszerzali je najpierw na teren Rzymu, a potem już całego Kościoła.
    W ciągu wieków wielu papieży tę bazylikę upiększało i powiększało: Eugeniusz III (1145-1153) powiększył przedsionek i dał dzisiejszą przepiękną posadzkę; Mikołaj IV (1288-1293) dał nową bogatą absydę; za czasów Grzegorza XI (1370-1378) wzniesiono wieżę-dzwonnicę romańską; dziełem Klemensa X (1670-1676) jest tylny front bazyliki; Benedykt XIV (1740-1758) dokonał gruntownej przebudowy wnętrza, które podziwiamy po dzień obecny, oraz dał nowy, okazały, do dziś zachowany front główny bazyliki; Pius XI dla uczczenia 1500. rocznicy ogłoszenia na soborze efeskim dogmatu o Boskim Macierzyństwie Maryi (431-1931) odnowił wspaniałe pierwotne mozaiki, które znajdują się na łuku triumfalnym. Sykstus V (1585-1590) wystawił “Kaplicę Sykstyńską” w głębi prawej nawy, gdzie jest przechowywany Najświętszy Sakrament. Tam też spoczęły relikwie papieży św. Piusa V i Sykstusa V. Dziełem Pawła V (1605-1621) jest usytuowana naprzeciw Kaplicy Sykstyńskiej wspaniała Kaplica Matki Bożej Większej z Jej cudownym wizerunkiem (w kaplicy po lewej stronie bazyliki). Tu spoczęły śmiertelne szczątki papieży: Pawła V i Klemensa VIII.
    Starożytne mozaiki rzymskiej świątyni, dotyczące Bożego macierzyństwa Maryi, świadczą o tym, że Kościół już w wieku V przejął do celów religijnych znajomość najlepszej sztuki pogańskiego cesarstwa rzymskiego. W bazylice znajdują się relikwie żłóbka betlejemskiego i starożytny obraz Matki Bożej. Jest on największym skarbem bazyliki. Paweł V wystawił ku jego czci przebogatą kaplicę, od jego rodu zwaną także Borghese. Ołtarz, w którym mieści się obraz, jest wykładany agatami, ametystami i lazurytem. Całość kaplicy jest wyłożona najkosztowniejszymi marmurami.

    Salus Populi Romani

    Sam obraz Matki Bożej pochodzi z XII w. Ma wyraźne cechy bizantyjskie, o czym świadczą litery greckie. Dziecię Jezus trzyma księgę Ewangelii. Maryja trzyma Dziecię na lewym ręku i obejmuje je prawą. Ma pierścień na ręku, bogaty naszyjnik na szyi z dużym, kosztownym krzyżem. Jest piękny zwyczaj, że co roku w uroczystość Matki Bożej Śnieżnej (5 sierpnia) właśnie w kaplicy Matki Bożej z kopuły zrzuca się płatki białych róż, przypominające płatki śniegu. Są one również symbolem niezliczonych łask, jakie wyprasza sobie tu lud rzymski. Obraz jest uważany za cudowny. Jest też koronowany koronami papieskimi. Lud rzymski nazywa go Salus Populi Romani – Ocaleniem Ludu Rzymskiego, gdyż w Rzymie panuje powszechne przekonanie, że ten obraz wiele razy ratował Wieczne Miasto. Był bowiem dawny zwyczaj, że – na wzór Arki Przymierza – w czasach klęsk i niebezpieczeństw obnoszono ten obraz po ulicach Rzymu. Obraz Matki Bożej Większej stał się prototypem dla wielu innych obrazów Matki Bożej tak dalece, że mamy dzisiaj setki (w Polsce kilkadziesiąt) sanktuariów, w których znajdują się kopie tego obrazu. Wiele z nich (w Polsce kilkanaście) doczekało się koronacji koronami papieskimi. Można powiedzieć, że jest to najczęściej spotykany w świecie wizerunek Maryi.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Salus Populi Romani (Ocalenie Ludu Rzymskiego) – Matka Boża Śnieżna

    Salus Populi Romani (Ocalenie Ludu Rzymskiego) – Matka Boża Śnieżna

    Bazylika Santa Maria Maggiore w Rzymie – Jensens, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    W Rzymie 5 sierpnia białe płatki zawirują nad głowami wiernych… Śnieg w Wiecznym Mieście w środku gorącego lata? Tak, podobno kiedyś pojawił się na Eskwilinie, jednym z siedmiu wzgórz, na i wokół których rozrosło się miasto.  Kiedy biały puch przykrył zbocze uznano to za znak od Maryi. Wskazała miejsce, gdzie powinien powstać kościół ku Jej czci. 5 sierpnia przypada liturgiczne wspomnienie poświęcenia Bazyliki Najświętszej Maryi Panny Większej (Santa Maria Maggiore).

    To w Santa Maria Maggiore jest otaczany kultem wizerunek Matki Bożej zwany Salus Populi Romani (Ocalenia Ludu Rzymskiego), towarzyszący mieszkańcom miasta w szczególnie trudnych chwilach. A białe płatki?  Płatki róż posypią się z kopuły kaplicy Matki Bożej, by przypominać o niezliczonych łaskach jakich za Jej – Matki Bożej Śnieżnej – wstawiennictwem spływają na świat.

    Czasem pragniemy cudu
    Jak śniegu w środku lata… (fragment Hymnu do Matki Bożej Śnieżnej)

    To właśnie śnieg, który spadł z 4 na 5 sierpnia 352 roku był znakiem, który dała Maryja. Wskazała miejsce, gdzie ma powstać świątynia ku jej czci. Najpierw we śnie a później na jawie to zaskakujące, jak na porę roku, zjawisko atmosferyczne dane było zobaczyć ówczesnemu papieżowi Liberiuszowi oraz rzymskiemu patrycjuszowi Janowi. Jan z małżonką gorliwie modlił się o potomstwo, a prośby kierowali właśnie do Matki Bożej.

    Dziś kościoła, którego kształt podobno wyznaczył Liberiusz nie zobaczymy. Świątynia nazywana też Liberiana, za czasów papieża Sykstusa III (432 – 440) została przebudowana, a właściwie zbudowana na nowo. Nowa budowla miała upamiętnić ogłoszenie dogmatu o Bożym Macierzyństwie Maryi (Theotokos). Bazylika wówczas zyskała miano Matki Bożej Większej, a kolejni papieże powiększali ją i upiększali. To też pokazuje, jak szczególne jest to miejsce dla chrześcijan.

    ***

    Ikona Salus Populi Romani - Fallaner, CC BY-SA 4.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons

    Ikona Salus Populi Romani – Fallaner, CC BY-SA 4.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Common

    ***

    Jest to nie tylko jeden z najstarszych i największych kościołów rzymskich, poświęconych Maryi, jest też jednym z najstarszych na świecie. To jedna z czterech rzymskich bazylik patriarchalnych (tzw. bazylik papieskich), którą nawiedza się w roku świętym. Santa Maria Maggiore czy też Santa Maria della Neve (Matki Bożej Śnieżnej), gdzie kultem szczególnym otaczana jest ikona Maryi (Salus Populi Romani), jest również miejscem pochówku kilku papieży. Ponadto, od żłobka, który jest przechowywany w specjalnym relikwiarzu pod ołtarzem głównym nazywa się ją także Santa Maria ad Presepe – Matki Bożej przy Żłóbku.
    Od 2017 roku Polak, kardynał Stanisław Ryłko, jest archiprezbiterem i administratorem świątyni.

    Salus Populi Romani – Ocalenie Ludu Rzymskiego (Wybawicielka Ludu Rzymskiego)
    Wielki Tydzień w 2020 roku, to czas, kiedy pandemia zatrzymała świat. Media pokazywały opustoszały pusty plac Świętego Piotra. Papież Franciszek, ołtarz, krucyfiks i wizerunek Maryi – tylko to mogliśmy zobaczyć. Wizerunek Maryi właśnie ten, który na co dzień króluje w kaplicy Bazyliki Santa Maria Maggiore. Salus Populi Romani – Ocalenie Ludu Rzymskiego jak przed wiekami przyszło do potrzebujących, ponieważ to właśnie tę ikonę noszono ulicami miasta, kiedy atakowały plagi. To przed tym wizerunkiem Maryi modlono się, gdy muzułmanie zagrażali Europie (przed bitwą pod Lepanto w 1571 roku). W 1953 roku niesiono ją w procesji rozpoczynającej pierwszy rok maryjny w historii Kościoła.

    Obraz Matki Bożej znajdujący się w Bazylice Santa Maria Maggiore ma wyraźnie bizantyjskie cechy. Jest to forma ikony określana mianem Hodegetrii (czyli z gr. przewodniczki; Tej, która prowadzi). To wizerunek Maryi z Jezusem na ręku, ale też i wskazującej na Niego. Ikona została namalowana na cedrowej desce (117 x 79 cm). Kiedy dokładnie? Trudno określić, ponieważ była wielokrotnie przemalowywana. Być może powstała między XI a XIII wiekiem, ale – co ciekawe – i święty Łukasz jest wskazywany jako autor.  Ostatnia renowacja z 2017 roku sprawiła, że wrócił jej dawny blask.

    Salus Populi Romani jest Mamusią, która uzdrawia nas w naszym wzroście, uzdrawia nas w naszym podejmowaniu i rozwiązywaniu problemów, uzdrawia nas, byśmy stali się wolni w podejmowaniu ostatecznych wyborów… (Papież Franciszek)

    Podobno ta ikona jest najbardziej znanym i najczęściej kopiowanym wizerunkiem Matki Bożej na świecie. Skąd ta popularność?  Szczególne zasługi mają w tym jezuici. Na prośbę trzeciego generała zakonu, św. Franciszka Borgiasza, a za zgodą papieża Piusa V w 1569 roku obraz został skopiowany i wieszano go w domach jezuickich w różnych państwach, na różnych kontynentach. Tak poznawał go świat.

    Podobno ten, który znajduje się w kościele OO. Dominikanów w Krakowie należał do św. Stanisława Kostki SJ, a pewien związek z pojawieniem się Maryi Śnieżnej w Jarosławiu miał Piotr Skarga SJ. Obecnie – oprócz niezliczonych ilości obrazów w domach – to w różnych miejscach kultu towarzyszy nam w ponad 350 kopiach. Aż 37 z nich zostało ukoronowanych koronami papieskimi, a Santa Maria Maggiore dla 30 sanktuariów w Polsce jest sanktuarium macierzystym. Jan Paweł II wybrał ikonę Salus Populi Romani, aby towarzyszyła młodym ludziom, którzy biorą udział w Światowych Dniach Młodzieży.

    Dziś też ten maryjny wizerunek ma szczególnego orędownika. Kiedyś kardynał Bergoglio, gdy przebywał w Rzymie regularnie odwiedzał Bazylikę Matki Bożej Większej. Dziś jako papież Franciszek wielokrotnie pojawia się przed obliczem Salus Populi Romani. Otacza go szczególnym kultem. Już na drugi dzień po wyborze na Stolicę Piotrową był u Matki Bożej Śnieżnej z prośbą, by strzegła całego Rzymu. Wraca do Niej przed i po każdej pielgrzymce zagranicznej, przynosi białe róże.

    Joanna Pawełczak/Deon.pl

    ________________________________________________________________________________________

    Matka Boska Śnieżna

    Papież Franciszek przed obrazem Matki Boskiej Śnieżnej/Catholic News Agency 

    ***

    Tytuł “Śnieżna”, nadany przez tradycję Matce Bożej, związany jest z Bazyliką Matki Bożej Większej w Rzymie

    Tytuł „Śnieżna”, nadany przez tradycję Matce Bożej, związany jest z największą świątynią Jej dedykowaną na Zachodzie, mianowicie Bazyliką Matki Bożej Większej w Rzymie. Według legendy, upowszechnionej w końcu XIII wieku, „za papieża Liberiusza (352-366) patrycjusz rzymski Jan i jego szlachetna małżonka, nie mając potomstwa postanowili Matkę Bożą uczynić spadkobierczynią swego wielkiego majątku. Oboje małżonkowie prosili gorąco Boga, by wola Najświętszej Panny dotycząca dobrego zużytkowania ich posiadłości została im w jakiś sposób objawiona. Matka Boża wysłuchała ich prośby i potwierdziła to niezwykłym zjawiskiem. W nocy 5 sierpnia, a więc w czasie, gdy w Rzymie bywają największe upały, część wzgórza eskwilińskiego pokryła się śniegiem. Tej nocy Matka Boża objawiła się we śnie obojgu małżonkom i każdemu z nich przedłożyła swoje życzenie, aby tam, gdzie znajdą śnieg na wzgórzu, ku Jej czci zbudowali kościół. W taki właśnie sposób chciała zostać ich spadkobierczynią. Patrycjusz Jan powiadomił o tym papieża Liberiusza, który miał identyczny sen. Rano więc udał się papież, otoczony klerem i ludem, w uroczystej procesji na pokryte śniegiem wzgórze i tam oznaczył miejsce na budowę kościoła Panny Maryi” (J. J. Kopeć). Bazylika rzeczywiście została wybudowana za papieża Liberiusza i przez niego poświęcona. Kolejni papieże przebudowywali tę świątynię i ją upiększali. W tej Bazylice są relikwie żłóbka Pana Jezusa, groby siedmiu papieży, wśród nich relikwie św. Piusa V oraz kaplica z cudownym obrazem Matki Bożej Śnieżnej, zwanym też Salus Populi Romani, czyli Ocalenie Ludu Rzymskiego.

    Ikona Matki Bożej pochodzi z XII wieku i należy do bizantyjskiego typu Panagia Hodegetria. Tego rodzaju przedstawienia Matki Bożej „ukazującej drogę” do Chrystusa opierały się na wzorze ikony przypisywanej św. Łukaszowi, czczonej w jednym z kościołów Konstantynopola. Matka Boża jest ukazana w postawie stojącej, w półpostaci, Maryja podtrzymuje na lewym ramieniu błogosławiące Dzieciątko Jezus, które trzyma w lewej ręce księgę. Matka Boża ma pierścień na ręku, bogaty naszyjnik na szyi z dużym kosztownym krzyżem. Maryja w ręku trzyma chustę. Popularnie tłumaczy się, że Matka Boża tą chustą ociera ludzkie łzy, jest Matką Pocieszenia. Obraz jest ozdobiony papieskimi koronami (K. S. Moisan, W. Zaleski).

    Nazwa ikony — Ocalenie Ludu Rzymskiego- nawiązuje do przekonania mieszkańców Wiecznego Miasta, że Matka Boska Śnieżna wiele razy spieszyła im z pomocą. Najbardziej tego doświadczono w roku 1571, w którym miała miejsce jedna z największych bitew morskich pomiędzy zjednoczonymi flotami chrześcijańskimi a flotą turecką. W dniu 7 października, niedaleko miejscowości Lepanto, zjednoczona armada Hiszpanii, Wenecji i Państwa Kościelnego odniosła zwycięstwo nad o wiele większą flotą turecką. Tego dnia pod przewodnictwem papieża Piusa V odbywała się w Rzymie wielka pokutna procesja różańcowa. W procesji papież szedł boso, niesiono obraz Matki Boskiej Śnieżnej. Uczestnicy procesji byli przekonani, że to Matka Boża kolejny raz przyszła z pomocą i ocaliła chrześcijaństwo. Na tę pamiątkę papież Pius V wprowadził święto Matki Bożej Różańcowej, obchodzone współcześnie 7 października jako wspomnienie obowiązujące.

    W dzień dedykacji Bazyliki Matki Bożej Większej, 5 sierpnia, w kaplicy Matki Bożej z kopuły spuszcza się płatki białych róż na znak wielu łask, jakie spływają na ludzi za Jej wstawiennictwem. Maryjna świątynia z biegiem czasu nabrała wielkiego symbolicznego znaczenia. „W myśl legendy w żarze namiętności, które zżerają rodzaj ludzki, Maryja stoi jak śnieg nietknięta w swoim dziewictwie, czysta jak pierwszy śnieg” (J. Drozd). W tej Bazylice przed cudownym obrazem często modlił się św. Stanisław Kostka. Z dniem Matki Boskiej Śnieżnej łączy się śmierć kardynała Stanisława Hozjusza, biskupa warmińskiego, który tego dnia rano odmawiał brewiarz w kaplicy Matki Bożej wraz ze swoim sekretarzem ks. Tomaszem Treterem, który w mowie pogrzebowej wspominał: „tak tedy w dzień Najświętszej Maryi Panny, którą zawsze szczególną otaczał pobożnością, w wigilię Przemienienia przeszedł do wesela” (J. J. Kopeć).

    Święto Matki Boskiej Śnieżnej rozpowszechniło się w Polsce w wieku XV, natomiast liczne Jej wizerunki, często przywożone z Rzymu, zaczęły się upowszechniać od 1600 roku. Często te obrazy umieszczano w kaplicach bractw różańcowych, dlatego też nazywano je obrazami Matki Bożej Różańcowej. W Archidiecezji Białostockiej, w parafii Klimówka, cieszy się kultem obraz Matki Boskiej Śnieżnej od roku 1689 i w dniu 5 sierpnia jest tam uroczystość odpustowa. Łaskami słynący obraz Matki Bożej w Krypnie nosi nazwę Matki Bożej Pocieszenia, a w kościele parafialnym w Białymstoku Bacieczkach jest czczony pod tytułem Najświętszej Maryi Panny Królowej Rodzin. Również w kościele pw. św. Andrzeja Boboli w Białymstoku znajduje się obraz Matki Boskiej Śnieżnej.

    Liturgiczny obchód ku czci Matki Boskiej Śnieżnej nosi nazwę „ Rocznicy Poświęcenia Rzymskiej Bazyliki Najświętszej Maryi Panny”, ma charakter dowolny i przypada na dzień 5 sierpnia.

    W tym dniu modlimy się: „Miłosierny Boże, odpuść winy nam, swoim sługom, a ponieważ nasze czyny nie mogą się Tobie podobać, niech nam wyjedna zbawienie Matka Twojego Syna, Jezusa Chrystusa”.

    ks. Stanisław Hołodok/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    4 sierpnia

    Święty Jan Maria Vianney, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Rajner, biskup
      •  Błogosławiony Henryk Krzysztofik, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty Jan Maria Vianney

    Jan urodził się w rodzinie ubogich wieśniaków w Dardilly koło Lyonu 8 maja 1786 r. Do I Komunii przystąpił potajemnie podczas Rewolucji Francuskiej w 1799 r. Po raz pierwszy przyjął Chrystusa do swego serca w szopie, zamienionej na prowizoryczną kaplicę, do której wejście dla ostrożności zasłonięto furą siana. Ponieważ szkoły parafialne były zamknięte, nauczył się czytać i pisać dopiero w wieku 17 lat.
    Po ukończeniu szkoły podstawowej, otwartej w Dardilly w 1803 roku, Jan uczęszczał do szkoły w Ecully (od roku 1806). Miejscowy, świątobliwy proboszcz udzielał młodzieńcowi lekcji łaciny. Od służby wojskowej Jana wybawiła ciężka choroba, na którą zapadł. Wstąpił do niższego seminarium duchownego w 1812 r. Przy tak słabym przygotowaniu i późnym wieku nauka szła mu bardzo ciężko. W roku 1813 przeszedł jednak do wyższego seminarium w Lyonie. Przełożeni, litując się nad nim, radzili mu, by opuścił seminarium. Zamierzał faktycznie tak uczynić i wstąpić do Braci Szkół Chrześcijańskich, ale odradził mu to proboszcz z Ecully. On też interweniował za Janem w seminarium. Dopuszczono go do święceń kapłańskich właśnie ze względu na tę opinię oraz dlatego, że diecezja odczuwała dotkliwie brak kapłanów. 13 sierpnia 1815 roku Jan otrzymał święcenia kapłańskie. Miał wówczas 29 lat.
    Pierwsze trzy lata spędził jako wikariusz w Ecully. Na progu swego kapłaństwa natrafił na kapłana, męża pełnego cnoty i duszpasterskiej gorliwości. Po jego śmierci biskup wysłał Jana jako wikariusza-kapelana do Ars-en-Dembes. Młody kapłan zastał kościółek zaniedbany i opustoszały. Obojętność religijna była tak wielka, że na Mszy świętej niedzielnej było kilka osób. Wiernych było zaledwie 230; dlatego też nie otwierano parafii, gdyż żaden proboszcz by na niej nie wyżył. O wiernych Ars mówiono pogardliwie, że tylko chrzest różni ich od bydląt. Ks. Jan przybył tu jednak z dużą ochotą. Nie wiedział, że przyjdzie mu tu pozostać przez 41 lat (1818-1859).
    Całe godziny przebywał na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Sypiał zaledwie po parę godzin dziennie na gołych deskach. Kiedy w 1824 r. otwarto w wiosce szkółkę, uczył w niej prawd wiary. Jadł nędznie i mało, można mówić o wiecznym poście. Dla wszystkich był uprzejmy. Odwiedzał swoich parafian i rozmawiał z nimi przyjacielsko. Powoli wierni przyzwyczaili się do swojego pasterza. Kiedy biskup spostrzegł, że ks. Jan daje sobie jakoś radę, erygował w 1823 r. parafię w Ars. Dobroć pasterza i surowość jego życia, kazania proste i płynące z serca – powoli nawracały dotąd zaniedbane i zobojętniałe dusze. Kościółek zaczął się z wolna zapełniać w niedziele i święta, a nawet w dni powszednie. Z każdym rokiem wzrastała liczba przystępujących do sakramentów.

    Święty Jan Maria Vianney

    Pomimo tylu zabiegów nie wszyscy jeszcze zostali pozyskani dla Chrystusa. Ks. Jan wyrzucał sobie, że to z jego winy. Uważał, że za mało się za nich modli i za mało pokutuje. Wyrzucał także sobie własną nieudolność. Błagał więc biskupa, by go zwolnił z obowiązków proboszcza. Kiedy jego błagania nie pomogły, postanowił uciec i skryć się w jakimś klasztorze, by nie odpowiadać za dusze innych. Biskup jednak nakazał mu powrócić. Posłuszny, uczynił to.
    Nie wszyscy kapłani rozumieli niezwykły tryb życia proboszcza z Ars. Jedni czynili mu gorzkie wymówki, inni podśmiewali się z dziwaka. Większość wszakże rozpoznała w nim świętość i otoczyła go wielką czcią.
    Sława proboszcza zaczęła rozchodzić się daleko poza parafię Ars. Napływały nawet z odległych stron tłumy ciekawych. Kiedy zaś zaczęły rozchodzić się pogłoski o nadprzyrodzonych charyzmatach księdza Jana (dar czytania w sumieniach ludzkich i dar proroctwa), ciekawość wzrastała. Ks. Jan spowiadał długimi godzinami. Miał różnych penitentów: od prostych wieśniaków po elitę Paryża. Bywało, że zmordowany jęczał w konfesjonale: “Grzesznicy zabiją grzesznika!” W dziesiątym roku pasterzowania przybyło do Ars ok. 20 000 ludzi. W ostatnim roku swojego życia miał przy konfesjonale ich ok. 80 000. Łącznie przez 41 lat jego pobytu w tym miejscu przez Ars przewinęło się około miliona ludzi.
    Nadmierne pokuty osłabiły już i tak wyczerpany organizm. Pojawiły się bóle głowy, dolegliwości żołądka, reumatyzm. Do cierpień fizycznych dołączyły duchowe: oschłość, skrupuły, lęk o zbawienie, obawa przed odpowiedzialnością za powierzone sobie dusze i lęk przed sądem Bożym. Jakby tego było za mało, szatan przez 35 lat pokazywał się ks. Janowi i nękał go nocami, nie pozwalając nawet na kilka godzin wypoczynku. Inni kapłani myśleli początkowo, że są to gorączkowe przywidzenia, że proboszcz z głodu i nadmiaru pokut był na granicy obłędu. Kiedy jednak sami stali się świadkami wybryków złego ducha, uciekli w popłochu. Jan Vianney przyjmował to wszystko jako zadośćuczynienie Bożej sprawiedliwości za przewiny własne, jak też grzeszników, których rozgrzeszał.

    Święty Jan Maria Vianney

    Jako męczennik cierpiący za grzeszników i ofiara konfesjonału, zmarł 4 sierpnia 1859 r., przeżywszy 73 lata. W pogrzebie skromnego proboszcza z Ars wzięło udział ok. 300 kapłanów i ok. 6000 wiernych. Nabożeństwu żałobnemu przewodniczył biskup ordynariusz. Śmiertelne szczątki złożono nie na cmentarzu, ale w kościele parafialnym. W 1865 r. rozpoczęto budowę obecnej bazyliki. Papież św. Pius X dokonał beatyfikacji sługi Bożego w 1905 roku, a do chwały świętych wyniósł go w roku jubileuszowym 1925 Pius XI. Ten sam papież ogłosił św. Jana Vianneya patronem wszystkich proboszczów Kościoła rzymskiego w roku 1929. W stulecie śmierci proboszcza z Ars Jan XXIII wystosował osobną encyklikę, w której przypomniał tę piękną postać.
    W ikonografii Święty przedstawiany jest w stroju duchownym ze stułą na szyi, często w otoczeniu dzieci.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    3 sierpnia

    Święta Lidia

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Augustyn Kazotić, biskup
    ***
    Święta Lidia

    Lidia to postać znana z kart Nowego Testamentu. Mieszkała w Filippi, w Macedonii. Była zapewne osobą zamożną, bowiem purpura – tkanina, którą sprzedawała – stanowiła towar luksusowy. Kiedy św. Paweł przybył do miasta, w którym mieszkała, Lidia była poganką skłaniającą się ku monoteizmowi. Spotkawszy Apostoła, przyjęła chrzest. Tekst Łukasza odnotowuje, że udzieliła mu gościny:Odbiwszy od lądu w Troadzie, popłynęliśmy wprost do Samotraki, a następnego dnia do Neapolu, a stąd do Filippi, głównego miasta tej części Macedonii, które jest [rzymską] kolonią. W tym mieście spędziliśmy kilka dni. W szabat wyszliśmy za bramę nad rzekę, gdzie – jak sądziliśmy – było miejsce modlitwy. I usiadłszy, rozmawialiśmy z kobietami, które się zeszły. Przysłuchiwała się też nam pewna bojąca się Boga kobieta z Tiatyry, imieniem Lidia, która sprzedawała purpurę. Pan otworzył jej serce, tak że uważnie słuchała słów Pawła. Kiedy została ochrzczona razem ze swoim domem, poprosiła nas: “Jeżeli uważacie mnie za wierną Panu – powiedziała – przyjdźcie do mego domu i zamieszkajcie w nim”. I wymogła to na nas (Dz 16, 14-15).Paweł pozyskał ją dla Chrystusa jako pierwszą pogankę w Europie w czasie swojej drugiej podróży, która obejmowała Małą Azję, Macedonię oraz Grecję. Miała ona miejsce w latach 50-52. Łukasz podaje, że spotkanie Apostoła Narodów z Lidią odbyło się nad rzeką. Taki był bowiem u Żydów zwyczaj, że jeśli nie mieli jeszcze własnego domu modlitwy (synagogi), zbierali się w pobliżu rzeki dla obmyć rytualnych. Te miejsca nazywano proseuche, czyli miejscem modlitwy.
    Z mieszkańcami Filippi św. Paweł zawarł wielką przyjaźń, którą przypieczętował osobnym Listem; wchodzi on w skład ksiąg Nowego Testamentu. Apostoł chwali w nim nie tylko gorliwość tamtejszych chrześcijan, ale także ich niezwykłą ofiarność, jakiej nigdzie nie napotkał (Flp 4, 15). W tych słowach kryje się chyba również wyraźna pochwała dla św. Lidii, która pierwsza udzieliła Apostołowi gościny i zapewne nadal hojnie go wspierała w jego potrzebach.
    O dalszych losach św. Lidii nie wiemy nic więcej. Baroniusz wprowadził jej imię do Martyrologium Rzymskiego w wieku XVI (1584). Jest patronką farbiarzy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    2 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna, Królowa Aniołów
    Odpust Porcjunkuli

    Zobacz także:
      •  Święty Euzebiusz z Vercelli, biskup
      •  Święty Piotr Julian Eymard, prezbiter
      •  Błogosławiona Joanna z Azy
      •  Błogosławiony August Czartoryski, prezbiter
      •  Święty Piotr Faber, prezbiter
      •  Święty Justyn Maria Russolillo od Trójcy Przenajświętszej, prezbiter
      •  Święty Stefan I, papież
    ***
    Porcjunkula we wnętrzu Bazyliki MB Anielskiej

    U stóp Asyżu wznosi się bazylika Matki Bożej Anielskiej, wybudowana w XVI wieku. W samym centrum tej renesansowej świątyni znajduje się skromny kościółek benedyktyński z IX wieku, zwany Porcjunkulą. Pierwotny tytuł tego kościoła brzmiał – Najświętszej Maryi Panny z Doliny Jozafata. Według bowiem podania kapliczkę mieli ufundować pielgrzymi wracający z Ziemi Świętej. Mieli oni przywieźć grudkę ziemi z grobu Matki Bożej, który sytuowano w Dolinie Jozafata w Jerozolimie. Nazwę Matki Bożej Anielskiej prawdopodobnie nadał świątyni św. Franciszek z Asyżu. Legenda głosi, że słyszano często nad kapliczką głosy anielskie i dlatego dano jej tę nazwę. Na początku XIII w. kapliczka znajdowała się w stanie ruiny. Odbudował ją św. Franciszek zimą 1207/1208 roku i tu zamieszkał. Tu również w roku 1208 lub 1209 w uroczystość św. Macieja Apostoła (wtedy było to 24 lutego) Franciszek wysłuchał Mszy św. i usłyszał słowa Ewangelii:“Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. (…) Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski” (Mt 10, 6-10).Franciszek wziął te słowa do siebie jako nakaz Chrystusa. Zdjął swoje odzienie, nałożył na siebie habit, przepasał się sznurem, udał się do kościoła parafialnego św. Jerzego w Asyżu i zaczął na placu nauczać. Jeszcze w tym samym roku zgłosili się do niego pierwsi towarzysze: Bernard z Quinvalle i Piotr z Katanii, późniejszy brat Egidiusz. Obaj zamieszkali wraz z Franciszkiem przy kościółku Matki Bożej Anielskiej. Kiedy zebrało się już 12 uczniów Franciszka, nazwali się braćmi mniejszymi. Za cel obrali sobie życie pokutne i głoszenie Chrystusa, nawoływanie do pokuty i zmiany życia.
    W roku 1211 benedyktyni z góry Subasio odstąpili Franciszkowi i jego towarzyszom kaplicę i miejsce przy niej, na którym ci wybudowali sobie ubogie szałasy. Porcjunkula stała się w ten sposób domem macierzystym zakonu św. Franciszka. Tu również schroniła się św. Klara z Offreduccio. W Niedzielę Palmową 28 marca 1212 r. odbyły się jej obłóczyny. Tak powstał II zakon (klarysek) pod pierwotną nazwą “Ubogich Pań”. Niebawem w ślady św. Klary poszła jej siostra, św. Agnieszka. Zamieszkały one tymczasowo u benedyktynek w pobliżu Bastii, zanim św. Franciszek nie wystawił dla nich klasztorku przy kościele św. Damiana. Franciszek zakończył swoje życie przy kościele Matki Bożej Anielskiej w 1226 roku.
    11 kwietnia 1909 roku św. Pius X podniósł kościół Matki Bożej Anielskiej w Asyżu do godności bazyliki patriarchalnej i papieskiej. Nazwa Porcjunkula również była znana już za czasów św. Franciszka i być może przez niego została wprowadzona. Etymologicznie oznacza tyle, co kawałeczek, drobna część. Może to odnosić się do samej kapliczki, która była bardzo mała, jak również do posesji przy niej leżącej, także niewielkiej.

    Ikona Matki Bożej - Królowej Aniołów

    Maryja jako Matka Boża jest Królową także aniołów. Już Ewangelie zdają się wskazywać na służebną rolę aniołów wobec Maryi: tak jest w scenie zwiastowania, tak jest przy ukazaniu się aniołów pasterzom; tak jest wtedy, gdy anioł informuje Józefa, że ma uciekać z Bożym Dzieciątkiem do Egiptu. Ten sam anioł zawiadamia Józefa o śmierci Heroda. Pod wezwaniem Królowej Aniołów istnieją trzy zakony żeńskie. W roku 1864 zostało we Francji założone arcybractwo Matki Bożej Anielskiej, mające za cel oddawać cześć Maryi jako Królowej nieba. Wezwanie “Królowo Aniołów, módl się za nami” zostało włączone do Litanii Loretańskiej. Istnieje wiele kościołów pod tym wezwaniem, zwłaszcza wystawionych przez synów duchowych i córki św. Franciszka Serafickiego.

    Święty Franciszek przed obliczem Chrystusa i Jego Matki

    W 1216 roku św. Franciszkowi objawił się Pan Jezus, obiecując zakonnikowi odpust zupełny dla wszystkich, którzy po spowiedzi i przyjęciu Komunii świętej odwiedzą kapliczkę. Na prośbę Franciszka przywilej ten został zatwierdzony przez papieża Honoriusza III. Początkowo można go było zyskać jedynie między wieczorem dnia 1 sierpnia a wieczorem dnia 2 sierpnia. W 1480 r. Sykstus VI rozciągnął ten przywilej na wszystkie kościoły I i II Zakonu Franciszkańskiego, ale tylko dla samych zakonników. W 1622 r. Grzegorz XV objął nim także wszystkich świeckich, którzy wyspowiadają się i przyjmą Komunię świętą w odpowiednim dniu. Ponadto – oprócz kościołów franciszkańskich – Grzegorz XV rozszerzył ten odpust na kościoły kapucyńskie. Z czasem kolejni papieże potwierdzali ten przywilej.
    Paweł VI swoją konstytucją apostolską Indulgentiarium Doctrina w 1967 roku uczynił to ponownie. Każdy, kto w dniu 2 sierpnia nawiedzi swój kościół parafialny, spełniając zwykłe warunki (pobożne nawiedzenie kościoła, odmówienie w nim Modlitwy Pańskiej i wyznania wiary oraz sakramentalna spowiedź i Komunia św. wraz z modlitwą w intencjach papieża – nie za papieża, ale w intencjach, w których on się modli; ponadto wykluczone przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu), zyskuje odpust zupełny.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Odpust Porcjunkuli

    2 sierpnia w kościołach i klasztorach franciszkańskich obchodzone jest patronalne święto Matki Bożej Anielskiej Porcjunkuli. W Kalendarzu Liturgicznym czytamy, iż tego dnia w kościołach parafialnych można uzyskać odpust zupełny Porcjunkuli. Za zgodą biskupa diecezjalnego odpust ten może być przeniesiony na niedzielę, która poprzedza 2 sierpnia lub po nim następuje.

    ***

    Asyż, Bazylika Matki Bożej Anielskiej – Porcjunkula/ fot. Grażyna Kołek/Tygodnik Niedziela

    Asyż, Bazylika Matki Bożej Anielskiej – Porcjunkula

    ***

    Trochę historii

    Dlaczego święto Matki Bożej Anielskiej Porcjunkuli?

    Otóż ma to związek z kościołem Matki Bożej Anielskiej pod Asyżem. Według podania, była to pierwotnie kapliczka ufundowana w VI w. (2 km na południe od Asyżu) przez pielgrzymów wracających z Ziemi Świętej. Mieli oni przywieźć grudkę ziemi z grobu Matki Bożej. Za czasów św. Franciszka kapliczka ta miała już nazwę Matki Bożej Anielskiej. Była ona wówczas w stanie ruiny, dlatego też św. “Biedaczyna” z Asyżu w zimie 1207/1208 r. odbudował ją i tam zamieszkał. Wkrótce przyłączyli się do niego towarzysze. Nie jest wykluczone, że ona sam nadał jej nazwę Matki Bożej Anielskiej, bo jak głosi legenda, słyszano często nad kapliczką głosy anielskie. W tym czasie kapliczka wraz z przyległą posesją stanowiła jeszcze własność benedyktynów z pobliskiej góry Subasio, jednak wkrótce (1211 r.) odstąpili ją św. Franciszkowi i jego współbraciom, którzy wybudowali sobie tam ubogie szałasy – domy. W kilka lat później, dokładnie 2 sierpnia 1216 r., miało miejsce uroczyste poświęcenie (konsekracja) kapliczki-kościółka.

    W tym też czasie funkcjonowała w stosunku do ww. kościółka druga nazwa – Porcjunkula, być może również wprowadzona przez św. Franciszka. Etymologicznie oznacza ona tyle, co kawałeczek, drobna część. Prawdopodobnie nawiązywała ona do bardzo małych rozmiarów kościółka i przyległego terenu. Tak więc Porcjunkula stała się macierzystym domem zakonu św. Franciszka.

    Dwieście lat później – w roku 1415 św. Bernardyn ze Sieny osadził tu swoich synów duchowych – obserwantów, którzy wystawili tu spory klasztor wraz z okazałym kościołem. W latach 1569-1678 wybudowano świątynię, w środku której znajduje się w stanie surowym zachowany pierwotny kościółek-kapliczka Porcjunkula. Przy końcu bocznej nazwy jest cela, w której mieszkał i dokonał życia św. Franciszek. 11 kwietnia 1909 r. papież Pius X podniósł kościół Matki Bożej Anielskiej w Asyżu do godności Bazyliki patriarchalnej i papieskiej.

    Skąd odpust Porcjunkuli?

    Łączy się on z legendą. Głosi ona, że pewnej nocy latem 1216 r. św. Franciszek usłyszał w swojej celi głos: “Franciszku, do kaplicy!” . Kiedy tam się udał, ujrzał Pana Jezusa siedzącego nad ołtarzem, a obok z prawej strony Najświętszą Maryję Pannę w otoczeniu aniołów. Usłyszał głos: “Franciszku, w zamian za gorliwość, z jaką ty i bracia twoi, staracie się o zbawienie dusz, w nagrodę proś mię dla nich i dla czci mego imienia o łaskę, jaką zechcesz. Dam ci ją, gdyż dałem cię światu, abyś był światłością narodów i podporą mojego Kościoła” . Franciszek upadł na twarz i rzekł: “Trzykroć Święty Boże! Ponieważ znalazłem łaskę w Twoich oczach, ja który jestem tylko proch i popiół, i najnędzniejszy z grzeszników, błagam Cię z uszanowaniem, na jakie tylko zdobyć się mogę, abyś raczył dać Twoim wiernym tę wielką łaskę, aby wszyscy, po spowiedzi odbytej ze skruchą i po nawiedzeniu tej kaplicy, mogli otrzymać odpust zupełny i przebaczenie wszystkich grzechów”. Następnie św. Franciszek zwrócił się do Najświętszej Maryi Panny: “Proszę błogosławionej Dziewicy, Matki Twojej, Orędowniczki rodzaju ludzkiego, aby poparła sprawę moją przed Tobą”. Maryja poparła modlitwę Franciszka. Wtedy Chrystus Pan powiedział: “Franciszku, to, o co prosisz, jest wielkie. Ale otrzymasz jeszcze większe łaski. Daję ci odpust, o który usilnie błagasz, pod warunkiem jednak, że będzie on zatwierdzony przez mego Namiestnika, któremu dałem moc związywania i rozwiązywania tu na ziemi”. Podanie głosi, że następnego dnia św. Franciszek udał się do Perugii, gdzie przebywał wówczas papież Honoriusz III, który faktycznie udzielił odpustu zupełnego na dzień przypadający w rocznicę poświęcenia kapliczki Porcjunkuli, tj. 2 sierpnia. Początkowo więc odpust zupełny można było uzyskać jedynie w kościele Matki Bożej Anielskiej w Asyżu i to jedynie 2 sierpnia.

    Od XIV w. papieże zaczęli podobny odpust na ten dzień przyznawać poszczególnym kościołom franciszkańskim. Dostępować go mieli wszyscy ci wierni, którzy tego dnia nawiedzą któryś z kościołów franciszkańskich. W 1847 r. Papież Pius IX poszedł jeszcze dalej i przywilej odpustu rozszerzył na wszystkie kościoły parafialne i inne, przy których jest III Zakon św. Franciszka. W 1910 r. papież Pius X udzielił na ten dzień tego odpustu wszystkim kościołom, jeśli tylko biskup uzna to za stosowne. W rok później św. Pius X przywilej ten rozszerzył na wszystkie kościoły.

    By uzyskać wspomniany odpust, należy jednak spełnić następujące warunki, a więc:


    – pobożnie nawiedzić kościół,

    – odmówić w nim Modlitwę Pańską oraz Wyznanie Wiary,

    – przystąpić do spowiedzi świętej,

    – przyjąć Komunię świętą,

    – pomodlić się według intencji Ojca Świętego,

    – wykluczyć przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu.

    Warto więc tego dnia skorzystać ze “skarbca Bożego Miłosierdzia” i uzyskać za przyczyną Matki Bożej Anielskiej i św. Franciszka odpust zupełny, czyli darowanie kary doczesnej za popełnione grzechy.

    ks. Paweł Staniszewski/Tygodnik Niedziela

    ___________________________________________________________________________________

    Święto Matki Boskiej Anielskiej (Porcjunkuli)

    Święto Matki Boskiej Anielskiej (Porcjunkuli)

    Witraż w Bazylice MB Anielskiej

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Święto jest obchodzone bardzo uroczyście jako święto patronalne jedynie w kościołach i klasztorach franciszkańskich. Podajemy wszakże historię tegoż święta ze względu na jego bogatą historię i rozpowszechnienie.

    Pierwotny tytuł kościoła Matki Bożej Anielskiej pod Asyżem brzmiał – Najświętsza Maryja Panna z Doliny Jozafata. Według bowiem podania kapliczkę mieli ufundować pielgrzymi wracający z Ziemi Świętej w VI wieku. Mieli oni przywieźć grudkę ziemi z grobu Matki Bożej, który sytuowano w Dolinie Jozafata w Jerozolimie.

    Matka Boska Anielska. Taką nazwę miała kapliczka za czasów św. Franciszka. Nie jest wykluczone, że on sam jej dał taką nazwę. Legenda głosi, że słyszano często nad kapliczką głosy anielskie i dlatego dano jej tę nazwę.

    Porcjunkula. Nazwa również znana za czasów św. Franciszka i być może przez niego wprowadzona. Etymologicznie oznacza tyle, co kawałeczek, drobna część. Może to odnosić się do samej kapliczki, która była bardzo mała, a również do posesji przy niej leżącej, także niewielkiej. Nazwa dzisiaj równie powszechna jak poprzednia (Matka Boska Anielska) w odniesieniu do jednego z najmniejszych dzisiaj sanktuariów świata.

    Historia sanktuarium

    Kościół Matki Boskiej Anielskiej (Porcjunkula) leży około 2 kilometrów na południe od Asyżu. Położony jest w dolinie tuż przy dworcu kolejowym. Kiedyś stał tu las, a właścicielami kapliczki byli benedyktyni, którzy mieli swój klasztor na wzgórzu Subasio. Kapliczka była w stanie ruiny. Odbudował ją św. Franciszek w zimie 1207/1208 roku i tu zamieszkał. Tu również w roku 1208 lub 1209 w uroczystość św. Macieja Apostoła (24 lutego) wysłuchał Franciszek Mszy świętej i usłyszał słowa Ewangelii w czasie tej Mszy: “Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. (…) Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski” (Mt 10,6-10).

    Franciszek wziął te słowa do siebie jako nakaz Chrystusa. Dlatego zdjął swoje odzienie, nałożył na siebie habit, przepasał się sznurem i udał się do kościoła parafialnego Św. Jerzego w Asyżu i zaczął na placu nauczać. W tym samym jeszcze roku zgłosili się do niego pierwsi towarzysze: bogaty kupiec Bernard z Quinvalle i kapłan uczony, doktor prawa, Piotr z Katanii, późniejszy brat Egidiusz. Obaj zamieszkali wraz z Franciszkiem przy kościółku Matki Bożej Anielskiej. Kiedy zebrało się już 12 uczniów Franciszka, nazwali się Pokutnikami z Asyżu oraz Braćmi Mniejszymi. Za cel obrali sobie życie pokutne i głoszenie Chrystusa, nawoływanie do pokuty i zmiany życia.

    W roku 1211 benedyktyni z góry Subasio odstąpili Franciszkowi i jego towarzyszom kaplicę i posesję przy niej, na której ci wybudowali sobie ubogie szałasy – domy. Tak więc Porcjunkula stała się domem macierzystym zakonu św. Franciszka. Tu również schroniła się także św. Klara z Offreduccio. W samą Niedzielę Palmową dnia 28 marca 1212 roku odbyły się jej obłóczyny. Tak powstał II zakon (klarysek) pod nazwą pierwotną “Ubogich Pań”. Niebawem w ślad za św. Klarą wstąpiła jej siostra, św. Agnieszka. Zamieszkały one tymczasowo u benedyktynek w pobliżu Bastii, zanim św. Franciszek nie wystawił dla nich klasztorku przy kościele św. Damiana.

    W roku 1415 św. Bernardyn ze Sieny osadził tu swoich synów duchowych, obserwantów. Wystawili oni tu spory klasztor, a także okazały kościół. W latach 1569-1678 wystawiono świątynię, którą dzisiaj oglądamy. Wieża – dzwonnica pochodzi z roku 1684. Franciszek Overbeck wykonał malowidła i mozaiki wewnątrz (1829-1830). W roku 1832 trzęsienie ziemi zniszczyło znacznie kościół. Odbudowany został rychło w latach 1836-1840. Świątynia posiada okazałą fasadę z figurą Matki Bożej na szczycie, wykonaną z brązu pozłacanego, liczącą 7 metrów wysokości. W środku kościoła znajduje się w stanie surowym zachowany pierwotny kościółek – kaplica. Przy końcu bocznej nawy jest cela, ozdobiona freskami Tyberiusza z Asyżu (1516), w której mieszkał i dokonał życia św. Franciszek. W maleńkim ogrodzie rosną dzikie, czerwone róże bez kolców. Legenda głosi, że w ten właśnie krzak rzucił się dnia pewnego św. Franciszek dla umartwienia ciała. Ponieważ bardzo go wówczas kolce poraniły, za karę z woli Bożej przestały rodzić kolce i tak jest po dzień dzisiejszy. Listki tych róż rozdaje się na pamiątkę. Legenda głosi również, że raz po raz pojawiają się na różach krople krwi Świętego.

    11 kwietnia 1909 roku, papież św. Pius X, podniósł kościół Matki Bożej Anielskiej w Asyżu do godności Bazyliki patriarchalnej i papieskiej. W latach 1925-1928 kaplica Porcjunkuli została obudowana artystycznie. Obecnie dookoła bazyliki jest znaczna osada, która nosi nazwę Matki Boskiej Anielskiej.

    Matka Boska Anielska

    Tytuł ten przypomina, że Maryja jako Matka Boża jest Królową również aniołów, a więc istot najwyższych wśród stworzeń. Już Ewangelie zdają się wskazywać na rolę służebną aniołów wobec Najśw. Maryi: tak jest w scenie zwiastowania, tak jest przy ukazaniu się aniołów pasterzom; tak jest wtedy, gdy anioł informuje Józefa, że ma uciekać z Bożym Dzieciątkiem do Egiptu. Ten sam anioł zawiadamia Józefa o śmierci Heroda. Pod wezwaniem Królowej Aniołów istnieją trzy zakony żeńskie. W roku 1864 zostało we Francji założone arcybractwo Matki Bożej Anielskiej, mające za cel oddawać cześć Maryi jako Królowej nieba. Członkowie tegoż bractwa odmawiają codziennie trzy Zdrowaś z wezwaniem:

    “Królowo Aniołów, módl się za nami”. To wezwanie zostało także włączone do Litanii Loretańskiej. Istnieje wiele kościołów pod tym wezwaniem, zwłaszcza wystawionych przez synów duchowych i córki św. Franciszka Serafickiego. Niektóre z nich są nawet sanktuariami, posiadającymi wizerunki Matki Bożej, słynące łaskami. W Italii jest 9 podobnych sanktuariów. M. B. Anielska jest Patronką Kostaryki. W pobliżu miasta San José istnieje sanktuarium z figurką cudowną, koronowaną w 1927 roku. Według podania miejscowego mieli ją w roku 1635 przynieść aniołowie.

    Odpust Porcjunkuli

    Właśnie ze względu na ten odpust bazylika i sanktuarium nabrały tak wielkiej sławy w świecie chrześcijańskim. Legenda głosi, że pewnej nocy w lecie w roku 1216 Franciszek usłyszał w swojej celi głos: “Franciszku, do kaplicy!” Kiedy tam się udał, ujrzał Pana Jezusa siedzącego nad ołtarzem, a obok z prawej strony Najśw. Pannę Maryję w otoczeniu aniołów; tak się odtąd najczęściej przedstawia M. B. Anielską św. Franciszka z Asyżu.

    Usłyszał głos: “Franciszku, w zamian za gorliwość, z jaką ty i bracia twoi, staracie się o zbawienie dusz, w nagrodę proś mię dla nich i dla czci mego imienia o łaskę, jaką zechcesz. Dam ci ją, gdyż dałem cię światu, abyś był światłością narodów i podporą mojego Kościoła”. Franciszek upadł na twarz w adoracji Chrystusa, Maryi i aniołów, i rzekł: “Trzykroć święty Boże! Ponieważ znalazłem łaskę w Twoich oczach, ja który jestem tylko proch i popiół, i najnędzniejszy z grzeszników, błagam Cię z uszanowaniem, na jakie tylko zdobyć się mogę, abyś raczył dać Twoim wiernym tę wielką łaskę, aby wszyscy, po spowiedzi odbytej ze skruchą i po nawiedzeniu tej kaplicy mogli otrzymać odpust zupełny i przebaczenie wszystkich grzechów”.

    Z kolei zwrócił się Franciszek do Najśw. Maryi Panny: “Proszę błogosławionej Dziewicy, Matki Twojej, Orędowniczki rodzaju ludzkiego, aby poparła sprawę moją przed Tobą”. Maryja poparła modlitwę Franciszka. Wtedy Chrystus Pan: “Franciszku, to, o co prosisz, jest wielkie. Ale otrzymasz jeszcze większe łaski. Daję ci odpust, o który usilnie błagasz, pod warunkiem jednak, że będzie on zatwierdzony przez mego Namiestnika, któremu dałem moc związywania i rozwiązywania tu na ziemi”.

    Podanie głosi, że zaraz nazajutrz udał się Franciszek z bratem Masseuszem do Perugii, gdzie właśnie przebywał papież Honoriusz III:
    “Ojcze święty – powiedział – odbudowałem przed kilku laty mały kościółek w twoich posiadłościach, poświęcony Matce Bożej i błagam Waszej Świątobliwości, aby go raczył wzbogacić wielkim odpustem, nie zobowiązującym do dawania jałmużny”.

    “Zgadzam się – miał odpowiedzieć papież – ale na ile lat go żądasz?”

    Na to Franciszek: “Ojcze święty, proszę cię, byś odpustu tego nie liczył na lata, ale na dusze, aby wszyscy, którzy rozgrzeszeni i przejęci skruchą serdeczną wejdą do kościoła Matki Boskiej Anielskiej, otrzymali zupełne odpuszczenie grzechów i na tym, i na tamtym świecie”.

    “To, o co prosisz, jest wielkie i dotychczas niepraktykowane w Kościele”.

    Na to Franciszek: “Dlatego przychodzę tu i proszę nie w moim imieniu, ale w imieniu Jezusa Chrystusa, który mię tu posłał”.

    Tyle legenda. Faktem jest natomiast, że papież udzielił odpustu zupełnego na dzień przypadający w rocznicę poświęcenia kaplicy, które odbyło się dnia 2 sierpnia 1216 roku. Od wieku XIV papieże zaczęli podobny odpust na ten dzień przyznawać poszczególnym kościołom franciszkańskim. Papież Sykstus IV w roku 1480 udzielił tego przywileju wszystkim kościołom I zakonu. W dwa lata potem tenże papież udzielił tegoż odpustu zupełnego dla wszystkich kościołów franciszkańskich, także dla III zakonu. Papież Leon X przywilej ten potwierdził (1 IX 1518). Papież Grzegorz XV przywilej ten rozszerzył nie tylko na wszystkich duchowych synów i córki św. Franciszka, ale również na wszystkich wiernych, ilekroć dnia 2 sierpnia nawiedzą któryś z kościołów franciszkańskich (1622). Papież Pius IX poszedł jeszcze dalej i dnia 22 lutego 1847 roku przywilej odpustu toties quoties rozszerzył na wszystkie kościoły parafialne i inne, przy których jest III zakon. Papież św. Pius X udzielił na ten dzień tego odpustu wszystkim kościołom, jeśli to biskupi uznają za stosowne (1910). W rok potem przywilej ten św. Pius X rozszerzył na wszystkie kościoły (1911). Dnia 3 marca 1952 roku wyszedł dekret Kongregacji Odpustów rozszerzający przywilej odpustu zupełnego toties quoties na dzień 2 sierpnia lub w najbliższą niedzielę dla wszystkich kościołów i kaplic nawet półpublicznych.

    Warunki uzyskania odpustu

    Jak wspomnieliśmy, początkowo odpust zupełny można było uzyskać jedynie w kościele Matki Bożej Anielskiej w Asyżu, i to jedynie dnia 2 sierpnia. Potem papieże rozszerzyli ten przywilej na wszystkie dni w roku odnośnie Porcjunkuli. Wreszcie Porcjunkula otrzymała na dzień 2 sierpnia odpust toties quoties, czyli za każde nawiedzenie kościoła i wypełnienie warunków. Odpust ten rozszerzyli papieże na kościoły franciszkańskie, potem także na wszystkie kościoły. Pierwszy miał udzielić tego odpustu papież bł. Innocenty XI w roku 1687. Potem rozszerzył go papież Pius IX w roku 1847 na podstawie tradycji, która istniała już odnośnie Porcjunkuli w wieku XIV. Warunki dostąpienia odpustu Porcjunkuli były następujące: nawiedzenie kościoła, przystąpienie do Spowiedzi i do Komunii świętej, odmówienie 6 Ojcze nasz, 6 Zdrowaś i 6 Chwała Ojcu w intencjach, jakie ma papież. Odpust ten można było uzyskać od południa 1 sierpnia do północy 2 sierpnia. Nadto można było w ostatnich latach przenieść ten odpust na najbliższą niedzielę.

    Dzisiaj odpust ten uzyskuje się w kościołach parafialnych spełniając zwyczajne warunki: pobożne nawiedzenie kościoła, odmówienie w nim Modlitwy Pańskiej i Wyznania wiary oraz sakramentalna spowiedź i Komunia św. wraz z modlitwą w intencji Ojca świętego; wykluczone przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu. Papież Grzegorz XIII (1585) obdarował sanktuarium M. B. Anielskiej przywilejem, że można było odprawiać w nim Msze święte przez całą dobę. Sanktuarium wydaje pięknie redagowany miesięcznik “La Porziuncola”.

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    1 sierpnia

    Święty Alfons Maria Liguori,
    biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Etelwold, biskup
      •  Błogosławiony Aleksy Sobaszek, prezbiter i męczennik
      •  Eleazar, uczony w Piśmie
    ***
    Święty Alfons Maria Liguori

    Alfons Maria urodził się 27 września 1696 r. w Marinelli pod Neapolem, w zamożnej rodzinie szlacheckiej. W dwa dni potem otrzymał chrzest. Jego ojciec marzył dla niego o karierze urzędniczej. W rodzinnym pałacu Alfons miał doskonałych nauczycieli. Wykazywał także od dziecka niezwykłą pilność do nauki i duże zdolności. Gdy ukończył szkołę podstawową, został wysłany na studia prawnicze na uniwersytet w Neapolu. Miał wtedy zaledwie 12 lat (1708). Kiedy miał zaledwie 17 lat, był już doktorem obojga praw. Ojciec planował Alfonsowi odpowiednie małżeństwo. Wybrał mu nawet córkę księcia, Teresinę. Ta jednak wstąpiła do zakonu i niebawem zmarła. Alfons po kilku latach praktyki adwokackiej, zniechęcony przekupstwem w sądownictwie, ku niezadowoleniu ojca postanowił spełnić swoje marzenia. Przed obrazem Matki Bożej w Porta Alba złożył swoją szpadę i rozpoczął studia teologiczne (1723).
    Po 4 latach studiów Alfons przyjął święcenia kapłańskie (1727). Miał wówczas 31 lat. Pragnąc życia doskonalszego, marzył o zakonie. Zamierzał najpierw wstąpić do teatynów, potem do filipinów albo do jakiejś kongregacji misyjnej. Nie mógł się jednak zdecydować. Z zapałem oddał się więc pracy apostolskiej wśród młodzieży rzemieślniczej i robotniczej. Gromadził ją w dni wolne od pracy, grał z nimi na gitarze i śpiewał ułożone przez siebie pieśni, uczył prawd wiary. Zasłynął też jako doskonały kaznodzieja. Po trzech latach nadludzkiej pracy musiał udać się na wypoczynek do Amalfi. Nie przestał tam jednak pracować. Zetknął się z rodziną Sióstr Nawiedzenia. Zajął się nimi i przekształcił je na Kongregację Zbawiciela. Był to młody zakon kontemplacyjny. W przyszłości będzie on stanowił żeńską gałąź redemptorystów.
    Alfons zauważył, że tamtejsi górale nie mają dostatecznej opieki duszpasterskiej. Dojrzała więc w nim myśl utworzenia zgromadzenia męskiego, które oddałoby się pracy wśród najbardziej opuszczonych oraz zaniedbanych. Tak powstało dzieło “Najświętszego Odkupiciela” (redemptorystów). Był to rok 1732. Na zatwierdzenie reguł nowej rodziny zakonnej Alfons nie czekał długo. Zatwierdził ją niebawem papież Benedykt XIV (1749).
    W 1762 r. papież Klemens XIII mianował Alfonsa biskupem-ordynariuszem w miasteczku S. Agata dei Goti. Alfons miał wtedy już 66 lat. Zgodnie ze zwyczajem przyjętym w Kościele, udał się do Rzymu, by przedstawić się papieżowi. Z Rzymu podążył do Loreto, by w tym sanktuarium uprosić sobie błogosławieństwo u Matki Bożej. Pomimo wieku, z młodzieńczym zapałem zabrał się do pracy: wizytował, przemawiał, spowiadał, odwiedzał kapłanów i zagrzewał ich do gorliwości, reformował klasztory, budził nowe powołania kapłańskie i zakonne. Wszystkie dochody, jakie mu pozostawały dzięki nader skromnemu życiu, oddawał ubogim i fundacjom nowych placówek swojej kongregacji. Kiedy nastał głód, sprzedał sprzęty i naczynia domu biskupiego, aby za to kupić chleb dla głodujących. Jako biskup nie tylko nie zmienił surowego trybu życia, ale go nawet obostrzył, twierdząc, że teraz musi pokutować za swoich wiernych. Sypiał mało, jadł tylko zupę, chleb i jarzyny, nosił włosiennicę i kolczasty łańcuch, biczował się często do krwi.
    Nadmierne trudy, wiek i surowy tryb życia wyniszczyły jego organizm tak, że poczuł się zmuszony prosić papieża o zwolnienie z obowiązków pasterza diecezji. Paraliż kręgosłupa był dla niego bolesnym krzyżem. Po 13 latach pasterzowania powrócił więc do swoich duchowych synów (1775). Wskutek zatargu politycznego rozdzielono redemptorystów na dwie odrębne grupy. Papież ustanowił nad redemptorystami, zamieszkałymi na terenie Państwa Kościelnego, osobnego przełożonego, a redemptorystów neapolitańskich pozbawił wszelkich przywilejów. Założyciel bolał nad tym, ale znosił to cicho, z poddaniem się woli Bożej. Do tych cierpień przyczyniły się cierpienia fizyczne: reumatyzm, skrzywienie kręgosłupa i inne. Pochylony do ziemi, nie mógł już chodzić i został przykuty do fotela. Bóg doświadczył go także falą udręk moralnych: pokus, oschłości i skrupułów.

    Święty Alfons Maria Liguori

    Alfons Liguori zmarł 1 sierpnia 1787 r. w wieku 91 lat. Sława jego świętości była tak wielka, że Pius VI już w 1796 roku nakazał rozpoczęcie procesu kanonicznego. W 11 lat potem (1807) został ogłoszony dekret o heroiczności cnót Alfonsa. Pius VII dokonał jego uroczystej beatyfikacji w 1816 roku, a Grzegorz XVI kanonizował go w 1839 roku. W 10 lat potem Pius IX osobiście nawiedził grób św. Alfonsa (1849) i przy jego relikwiach odprawił Mszę świętą. Z tej okazji jako wotum ofiarował swój pierścień. Podobny pierścień ofiarował Jan XXIII w 1960 roku na wieść o kradzieży, jakiej dokonano w kaplicy św. Alfonsa. Pius IX ogłosił św. Alfonsa doktorem Kościoła (1871), a papieże Benedykt XV, Pius XI i Pius XII w publicznych wypowiedziach oddali mu najwyższe pochwały.Św. Alfons Liguori był ekspertem w tym, co dzisiaj nazywane jest teologią pastoralną. W swojej kapłańskiej pracy wygłosił ponad 500 misji i rekolekcji. Najwięcej jednak zasłużył się Kościołowi Chrystusa jako pisarz, jeden z najpłodniejszych, jakich znają dzieje chrześcijaństwa. Do dzieł, które mu zjednały największą sławę, należą: Teologia moralna, Uwielbienia Maryi, które zdobyły aż 324 wydania w różnych językach; rekordową popularność osiągnęła mała książeczka Nawiedzenie Najśw. Sakramentu i Najśw. Maryi Panny, która doczekała się ponad 2000 wydań w różnych językach. Łącznie wymienia się 160 tytułów prac, napisanych przez św. Alfonsa, których liczba wydań sięgnęła 17 125 w 61 językach! Św. Alfons pisał dla wszystkich: dla kapłanów, kleryków, zakonników, spowiedników, wiernych. Dzieła jego obejmują teologię dogmatyczną, moralną i ascetyczną. 26 kwietnia 1950 roku papież Pius XII ogłosił św. Alfonsa patronem spowiedników i profesorów teologii moralnej. Nauczanie duchowe św. Alfonsa zdominowało życie chrześcijańskie Italii XVIII w. Jest patronem zakonu redemptorystów; adwokatów, osób świeckich, spowiedników, teologów, zwłaszcza moralistów.

    Święty Alfons Maria Liguori

    W ikonografii św. Alfons przedstawiany jest w czarnej, zakonnej sutannie lub w szatach biskupich. Czasami trzyma krzyż lub ma różaniec na szyi. Bywa, że stoi przy nim anioł z pastorałem i mitrą.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________-

    Św. Alfons Maria Liguori

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 30.03.2011

    Drodzy bracia i siostry!

    Dziś chciałbym przedstawić postać świętego doktora Kościoła, wobec którego mamy wielki dług wdzięczności, był bowiem wybitnym teologiem moralnym i mistrzem życia duchowego dla wszystkich, zwłaszcza dla osób prostych. Jest autorem słów i melodii jednej z najpopularniejszych we Włoszech, i nie tylko, kolęd: Tu scendi dalle stelle (Zstąpiłeś z gwiazd dalekich).

    Alfons Maria Liguori urodził się w 1696 r. w zamożnej szlacheckiej rodzinie neapolitańskiej. Obdarzony wybitnymi przymiotami umysłu, w wieku 16 lat ukończył studia w zakresie prawa cywilnego i kanonicznego. Był najzdolniejszym adwokatem neapolitańskiej palestry: w ciągu 8 lat wygrywał wszystkie sprawy, których bronił. Jednakże Pan prowadził jego duszę, która była spragniona Boga i pragnęła doskonałości, do zrozumienia, że co innego było jego powołaniem. I tak w 1723 r., oburzony przekupstwem i niesprawiedliwością, szerzącymi się w środowisku prawniczym, porzucił swój zawód — rezygnując tym samym z bogactwa i sukcesów — i, mimo sprzeciwu ojca, postanowił zostać kapłanem. Miał znakomitych nauczycieli, pod których kierunkiem studiował Pismo Święte, historię Kościoła i teologię mistyczną. Zdobył rozległą wiedzę teologiczną, którą wykorzystał kilka lat później w działalności pisarskiej. Po przyjęciu święceń kapłańskich w 1726 r. związał swoją posługę z diecezjalną kongregacją misji apostolskich. Alfons rozpoczął działalność ewangelizacyjną i katechetyczną wśród najuboższych warstw społeczeństwa neapolitańskiego, którym chętnie głosił kazania i wpajał podstawowe prawdy wiary. Bardzo często wiele z tych osób, ubogich i skromnych, do których się zwracał, oddawało się nałogom i dopuszczało przestępstw. Cierpliwie uczył je modlitwy, zachęcając do poprawy swojego życia. Uzyskiwał znakomite rezultaty: w najnędzniejszych dzielnicach miasta powstawało coraz więcej grup osób, które wieczorem zbierały się w prywatnych domach i warsztatach, by modlić się i rozważać Słowo Boże pod kierunkiem katechetów, przygotowanych przez Alfonsa, i innych kapłanów, którzy regularnie odwiedzali te grupy wiernych. Kiedy na życzenie arcybiskupa Neapolu spotkania te zaczęto organizować w kaplicach miejskich, nadano im nazwę «wieczornych kaplic». Były one autentycznym źródłem wychowania moralnego, uzdrowienia życia społecznego, wzajemnej pomocy ubogich: kradzieże, pojedynki, prostytucja stawały się coraz rzadsze.

    Choć sytuacja społeczna i religijna w epoce św.Alfonsa była zupełnie inna niż w naszych czasach, «wieczorne kaplice» mogą być wzorem działalności misjonarskiej, z którego również dzisiaj możemy czerpać inspirację do «nowej ewangelizacji», zwłaszcza najuboższych, i w budowaniu bardziej sprawiedliwego, braterskiego i solidarnego współżycia między ludźmi. Zadaniem kapłanów jest posługa duchowa, natomiast dobrze uformowani wierni świeccy mogą być skutecznymi animatorami życia chrześcijańskiego, autentycznym zaczynem ewangelicznym w społeczeństwie.

    Alfons zamierzał początkowo udać się do ludów pogańskich, aby im głosić Ewangelię, ale gdy w wieku 35 lat zetknął się z wieśniakami i pasterzami z odległych regionów Królestwa Neapolu, zobaczywszy ich ignorancję religijną i zaniedbanie, postanowił opuścić stolicę i oddać się pracy z tymi osobami, ubogimi pod względem duchowym i materialnym. W 1732 r. założył zgromadzenie zakonne Najświętszego Odkupiciela, nad którym opiekę roztoczył bp Tommaso Falcoia, a którego następnie sam został przełożonym. Zakonnicy ci, pod kierunkiem Alfonsa, byli autentycznymi wędrownymi misjonarzami, którzy docierali nawet do najdalszych osad, nawoływali ludzi do nawrócenia i do wytrwałości w życiu chrześcijańskim z pomocą przede wszystkim modlitwy. Do dziś redemptoryści, działający w wielu krajach świata, dalej prowadzą tę misję ewangelizacyjną poprzez nowe formy apostolatu. Myślę o nich z wdzięcznością, wzywając ich, by zawsze wiernie naśladowali swojego świętego założyciela.

    Alfons, ceniony za dobroć i gorliwość duszpasterską, w 1762 r. został mianowany biskupem Sant’Agata dei Goti, ale z powodu nękających go chorób zrezygnował z tego urzędu w 1775 r., za zgodą papieża Piusa VI. Tenże papież, gdy dowiedział się o jego śmierci, która nastąpiła w 1787 r. po długich cierpieniach, zawołał: «To był święty!» I nie mylił się: w 1839 r. odbyła się kanonizacja Alfonsa, a w 1871 r. został on ogłoszony doktorem Kościoła. Tytuł ten należy mu się z różnych względów. Przede wszystkim ze względu na jego bogate nauczanie z zakresu teologii moralnej, w którym nauka katolicka przedstawiona jest tak trafnie, że papież Pius XII ogłosił go patronem wszystkich spowiedników i moralistów. W jego epoce, również pod wpływem mentalności jansenistycznej, rozpowszechniona była bardzo rygorystyczna interpretacja moralności, która zamiast umacniać nadzieję i ufność w miłosierdzie Boże, zasiewała lęk, przedstawiając obraz Boga srogiego i surowego, daleki od wizerunku objawionego przez Jezusa. Św. Alfons, zwłaszcza w swoim głównym dziele, zatytułowanym Teologia moralna, przedstawia zrównoważoną i przekonującą syntezę wymogów prawa Bożego — wypisanego w naszych sercach, objawionego w pełni przez Chrystusa i w autorytatywny sposób głoszonego przez Kościół — i wzajemnego oddziaływania sumienia i wolności człowieka, które właśnie dzięki przylgnięciu do prawdy i do dobra umożliwiają dojrzewanie i samorealizację osoby. Duszpasterzom i spowiednikom Alfons zalecał, by byli wierni katolickiemu nauczaniu moralnemu, a jednocześnie odnosili się do penitentów z miłosierdziem, wyrozumiałością i łagodnie, tak aby czuli oni, że nie są sami, że otrzymują wsparcie i zachętę na drodze wiary i chrześcijańskiego życia. Św. Alfons niestrudzenie powtarzał, że kapłani są widzialnym znakiem nieskończonego miłosierdzia Boga, który przebacza grzesznikowi i oświeca jego umysł i serce, aby się nawrócił i zmienił życie. W naszych czasach, w których wyraźnie widoczne są znaki utraty świadomości moralnej i — trzeba przyznać — pewnego braku szacunku dla sakramentu spowiedzi, nauczanie św. Alfonsa jest wciąż bardzo aktualne.

    Oprócz dzieł teologicznych św. Alfons napisał bardzo wiele innych, z myślą o formacji religijnej ludu. Ich styl jest prosty i potoczysty. Dzieła św.Alfonsa, czytane i tłumaczone na wiele języków, przyczyniły się do ukształtowania duchowości ludowej ostatnich dwóch wieków. Lektura niektórych z nich może przynieść pożytek także i dzisiaj; należą do nich Prawdy wieczneWysławianie Maryi i Umiłowanie Jezusa Chrystusa w życiu codziennym — ważne dzieło, zawierające syntezę jego myśli. Wielki nacisk kładzie on na potrzebę modlitwy, która pozwala otworzyć się na łaskę Bożą, by na co dzień wypełniać wolę Boga i dążyć do świętości. W odniesieniu do modlitwy pisze: «Bóg nikomu nie odmawia łaski modlitwy, która pomaga przezwyciężyć wszelką pożądliwość i pokusę. Mówię, powtarzam i póki będę żył, zawsze będę powtarzał, że całe nasze zbawienie jest w modlitwie». Stąd wzięło się jego słynne twierdzenie: «Zbawia się ten, kto się modli» (Del gran mezzo della preghiera e opuscoli affini. Opere ascetiche [O wielkim środku modlitwy i inne pisma na ten temat. Dzieła ascetyczne], II, Roma 1962, s. 171). Nasuwają mi się w związku z tym słowa mojego poprzednika, czcigodnego sługi Bożego Jana Pawła II: «Nasze chrześcijańskie wspólnoty winny (…) stawać się prawdziwymi ‘szkołami’ modlitwy (…) Trzeba zatem, aby wychowanie do modlitwy stało się (…) kluczowym elementem wszelkich programów duszpasterskich» (list apost. Novo millennio ineunte, 33,34).

    Pośród form modlitwy gorąco zalecanych przez św. Alfonsa na pierwszym miejscu jest nawiedzanie Najświętszego Sakramentu bądź, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, adoracja, krótka lub dłuższa, indywidualna lub wspólnotowa, Jezusa Eucharystycznego. «Spośród wszystkich praktyk pobożnych — pisze św. Alfons — adoracja Jezusa w Najświętszym Sakramencie z pewnością jest najmilsza Bogu i najpożyteczniejsza dla nas zaraz po sakramentach (…) Jak cudownie jest trwać z wiarą przed ołtarzem (…) i przedstawiać Mu własne potrzeby, jak przyjaciel przyjacielowi, z którym jest w zażyłości» (Nawiedzenia Najświętszego Sakramentu i Najświętszej Maryi Panny na każdy dzień miesiąca, Wstęp). Duchowość św. Alfonsa jest bowiem wybitnie chrystologiczna, skupiona na Chrystusie i Jego Ewangelii. Przedmiotem jego kazań często było rozważanie tajemnicy wcielenia i męki Pana. W tych bowiem wydarzeniach odkupienie zostaje ofiarowane wszystkim ludziom «w obfitości». Właśnie dlatego, że pobożność św. Alfonsa jest chrystologiczna, jest ona także głęboko maryjna. Był wielkim czcicielem Maryi i ukazał Jej rolę w dziejach zbawienia — jako współpracownicy w odkupieniu i Pośredniczki łaski, Matki, Orędowniczki i Królowej. Poza tym św. Alfons twierdzi, że nabożeństwo do Maryi będzie dla nas wielką pociechą w chwili śmierci. Był przekonany, że medytowanie nad naszym przeznaczeniem do wieczności, nad naszym powołaniem do uczestniczenia na zawsze w błogosławionej szczęśliwości Boga, jak również nad tragiczną możliwością potępienia pomaga żyć pogodnie i z zaangażowaniem i stawiać czoło śmierci, pokładając zawsze pełną ufność w dobroci Boga.

    Św. Alfons Maria Liguori jest przykładem gorliwego pasterza, który zdobywał dusze, głosząc Ewangelię i udzielając sakramentów, a jego postępowanie cechowała delikatność, łagodność i dobroć, których źródłem była ścisła więź z Bogiem — nieskończoną Dobrocią. Z realizmem i optymizmem patrzył na zasoby dobra, którymi Pan obdarza każdego człowieka, uważał też, że aby kochać Boga i bliźniego, oprócz umysłu potrzebne są także uczucia i poruszenia serca.

    Na zakończenie chciałbym przypomnieć, że omawiany przez nas święty, podobnie jak św. Franciszek Salezy — o którym mówiłem kilka tygodni temu — kładzie nacisk na to, że każdy chrześcijanin może osiągnąć świętość: «Zakonnik jako zakonnik, wierny świecki jako świecki, kapłan jako kapłan, żonaty jako żonaty, kupiec jako kupiec, żołnierz jako żołnierz, i podobnie jest z każdym stanem» (Pratica di amare Gesu Cristo. Opere ascetiche [Umiłowanie Jezusa Chrystusa. Dzieła ascetyczne] I, Roma 1933, s. 79).

    Dziękujmy Panu, który w swej opatrzności daje światu w różnych miejscach i czasach świętych i doktorów, mówiących tym samym językiem, aby nas zachęcić do wzrastania w wierze i przeżywania z miłością i radością naszego chrześcijaństwa w prostych codziennych uczynkach, abyśmy szli drogą świętości, drogą wiodącą do Boga i do prawdziwej radości. Dziękuję.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 5/2011/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Matka Boża i Święci Pańscy – lipiec 2014

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Wszyscy Święci” Fra Angelico, XV w./wikimedia commons

    ***

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    31 lipca

    Święty Ignacy z Loyoli, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Zdzisława Cecylia Schelingowa, zakonnica
      •  Święty Justyn de Jacobis, biskup
      •  Błogosławiony Michał Oziębłowski, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Franciszek Solanus Casey, prezbiter
    ***
    Święty Ignacy z Loyoli

    Inigo Lopez urodził się w roku 1491 na zamku w Loyola w kraju Basków (Hiszpania), jako trzynaste dziecko w zamożnym rycerskim rodzie. O jego wczesnej młodości mało wiemy. Otrzymał staranne wychowanie. Był paziem ministra skarbu króla hiszpańskiego, następnie służył jako oficer w wojsku wicekróla Nawarry. Nosił długie włosy, spadające mu aż do ramion, różnobarwne spodnie i kolorową czapkę. Publicznie najchętniej pojawiał się w pancerzu rycerza, nosząc miecz, sztylet i oręż wszelkiego rodzaju. Kiedy po latach opowiadał współbraciom o swoim życiu, wyznał, że do 30-tego roku życia oddawał się marnościom świata, że z próżnej żądzy sławy jego największą rozkoszą były ćwiczenia rycerskie. W czasie walk hiszpańsko-francuskich znalazł się w oblężonej Pampelunie. Zraniony poważnie w 1521 r. przez kulę armatnią w prawą nogę, został przewieziony do rodzinnego zamku.
    Długie miesiące rekonwalescencji były dla niego okresem łaski i gruntownej przemiany. Dla skrócenia czasu prosił o powieści rycerskie, ale na zamku ich nie było. Podano mu więc książkę znaną w całym średniowieczu, którą napisał bł. Jakub de Voragine – Złotą legendę. Bratowa podała mu ponadto Życie Jezusa Ludolfa de Saksa. Gdy tylko Inigo wyzdrowiał (chociaż na nogę kulał całe życie), opuścił rodzinny zamek i udał się do pobliskiego sanktuarium maryjnego, Montserrat. Zdumionemu żebrakowi oddał swój kosztowny strój rycerski. Przed cudownym wizerunkiem Maryi złożył swoją broń. Stąd udał się do Manrezy, gdzie zamieszkał w celi, użyczonej mu przez dominikanów. I tu jednak wydawało mu się, że ma za wiele wygód. Dlatego zamieszkał w jednej z licznych grot. Aby zdławić w sobie starego, próżnego, ambitnego człowieka, nie golił się ani nie strzygł, pościł codziennie i biczował się, nie obcinał paznokci, nie nakrywał głowy. Codziennie bywał u dominikanów na Mszy świętej. Oddawał się modlitwie i rozważaniu Męki Pańskiej. Szatan dręczył go gwałtownymi pokusami aż do myśli o samobójstwie. W takich zmaganiach powstał szkic jego najważniejszego dzieła, jakim są Ćwiczenia duchowne. Formę ostateczną otrzymały one dopiero w 1540 roku. Były więc owocem 19 lat przemyśleń i kontemplacji.
    Pragnąc nawiedzenia Ziemi Świętej i męczeństwa z rąk Turków, Ignacy zupełnie wyczerpany z sił, po prawie rocznym pobycie w Manrezie, przez Rzym i Wenecję udał się w pielgrzymkę. Żył z użebranych pieniędzy i czynionych po drodze przysług. W 1523 r. dotarł szczęśliwie do celu. Chciał tam pozostać do końca życia, dopiero w wyniku nalegań tamtejszego legata papieskiego wrócił do kraju. W drodze był dwukrotnie więziony pod zarzutem szpiegostwa. Po długiej podróży powrócił do Barcelony, gdzie przez dwa lata uczył się języka łacińskiego. Nie wstydził się zasiadać w ławie szkolnej z dziećmi, chociaż miał już wówczas 34 lata. Potem udał się do Alkala, by na tamtejszym uniwersytecie studiować filozofię. Wolny czas poświęcał nauczaniu prawd wiary prostych ludzi. Mieszkał w szpitalu i utrzymywał się za posługę oddawaną chorym.
    Jego żebraczy strój i niezwykły tryb życia wzbudziły u niektórych nadgorliwców podejrzenie, czy przypadkiem Ignacy nie należy do sekty alumbrado, która w tym czasie niepokoiła w Hiszpanii władze kościelne. Dostał się nawet do więzienia, które było w posiadaniu Świętej Inkwizycji. Po uwolnieniu z niego podążył do Salamanki, by na tamtejszym uniwersytecie kontynuować swoje studia (1527). I tu inkwizycja go zauważyła – ponownie trafił do więzienia. Przykre przesłuchania zniósł z radością dla Pana Jezusa. Po uwolnieniu z więzienia, w którym był kilka tygodni, powrócił do Barcelony, a stąd udał się do Paryża (1528). Miał już wówczas 37 lat. Utrzymywał się znów z żebraniny. Dla uzbierania koniecznych opłat w wolnych miesiącach udał się w charakterze żebraka do Belgii i Anglii.

    Święty Ignacy z Loyoli

    Na uniwersytecie paryskim Ignacy zapoznał się i zaprzyjaźnił ze św. Piotrem Faberem i ze św. Franciszkiem Ksawerym. Do ich trójki dołączyli niebawem Jakub Laynez, Alfons Salmeron, Mikołaj Bobadilla, Szymon Rodriguez i Hieronim Nadal. Wszyscy zebrali się rankiem 15 sierpnia 1534 roku w kapliczce na zboczu wzgórza Montmartre i tam w czasie Mszy świętej, odprawionej przez Piotra Fabera, który miesiąc wcześniej otrzymał święcenia kapłańskie, złożyli śluby ubóstwa, czystości oraz wierności Kościołowi, a zwłaszcza Ojcu Świętemu. W ten sposób powstał nowy zakon, zwany Towarzystwem Jezusowym.
    Wszyscy skierowali swoje kroki do Wenecji, by stamtąd odpłynąć do Ziemi Świętej, nawracać niewiernych i z ich ręki ponieść śmierć męczeńską. Do pielgrzymki jednak nie doszło, gdyż Turcja prowadziła właśnie wojnę z Wenecją. Udali się więc do Rzymu, aby przedstawić się papieżowi i oddać się do jego dyspozycji. Paweł III przyjął ich życzliwie. Korzystając z jego zachęty, wszyscy przyjęli święcenia kapłańskie (1536), oddali się posłudze chorym w szpitalach i nauczaniu prawd wiary wśród dzieci. Papież polecił, by Ignacy nakreślił szkic konstytucji nowego zakonu. Ignacy uczynił to pod nazwą Formuła Instytutu. Papież po przejrzeniu jej zażądał, by napisać całe konstytucje. Po wielu przeszkodach Rzym zatwierdził je w 1540 roku.

    Święty Ignacy z Loyoli

    Liczba członków Towarzystwa bardzo szybko rosła. Już w roku następnym (1541) św. Franciszek Ksawery został zaproszony do Indii. W tym samym czasie św. Piotr Faber głosił słowo Boże w północnych Włoszech, w południowej Francji i w Hiszpanii. W roku 1541 zebrała się pierwsza kapituła generalna. Przełożonym generalnym jednogłośnie został wybrany Ignacy. W tym samym roku papież oddał jezuitom do dyspozycji kościół w Rzymie pw. Matki Bożej della Strada (Patronki w drodze). W roku 1542 jezuici założyli w Coimbrze (Portugalia) słynne kolegium, które miało się stać zawiązką uniwersytetu. W 1550 r. do zakonu zgłosił się sam wicekról Katalonii, książę Gandii, św. Franciszek Borgiasz.
    Przez ostatnich 16 lat życia Ignacy był przykuty do swojego biurka i rzadko opuszczał progi domu generalnego swego zakonu, by być zawsze do dyspozycji duchowych synów. Nękany różnymi chorobami i dolegliwościami, 30 lipca 1556 roku zapowiedział swoją śmierć i poprosił o udzielenie mu odpustu papieskiego. Współbracia zdziwili się. Kiedy zaś przypuszczali, że mu jest lepiej, po wieczerzy odeszli od jego łoża. Gdy jednak powrócili dnia następnego, Ignacy był już w agonii i zmarł na ich rękach 31 lipca 1556 r.
    Pozostawił po sobie 7 tysięcy listów, zawierających nieraz cenne pouczenia duchowe, Opowiadanie pielgrzyma oraz Dziennik duchowy – świadectwo mistyki ignacjańskiej. W ewolucji chrześcijańskiej duchowości szczególne znaczenie mają Konstytucje zakonu, w których zniósł obowiązek wspólnego odmawiania oficjum, przestrzegania reguły klasztornej, nakazując w zamian praktykowanie codziennej modlitwy myślnej, a liturgię wskazując jako źródło życia duchowego. Szczególnie obfity owoc wydają do dziś Ćwiczenia duchowe – pierwowzór rekolekcji. W swoim nauczaniu Ignacy przypominał, że człowiek musi dokonać pewnego wysiłku, aby współpracować z Bogiem.

    Święty Ignacy z Loyoli

    Beatyfikacji Ignacego Loyoli dokonał papież Paweł V (w 1609 r.), a kanonizacji – Grzegorz XV (w 1623 r.). Św. Ignacy jest patronem trzech diecezji w kraju Basków; zakonu jezuitów; dzieci, matek oczekujących dziecka, kuszonych, skrupulantów, żołnierzy oraz uczestników rekolekcji – zarówno rekolektantów, jak i rekolekcjonistów. Jego relikwie spoczywają w rzymskim kościele di Gesu.Zakon jezuitów odegrał szczególną rolę także w Polsce. Wydał między innymi takie postaci, jak: św. Stanisław Kostka i św. Andrzej Bobola – patroni Polski, św. Melchior Grodziecki oraz Jakub Wujek (tłumacz pierwszej drukowanej “Biblii” w Polsce), Piotr Skarga Pawęski (wybitny kaznodzieja), Maciej Sarbiewski (poeta zwany polskim Horacym), Franciszek Bohomolec (ojciec komedii polskiej), Adam Naruszewicz (biskup, historyk, poeta), Franciszek Kniaźnin (poeta), Jan Woronicz (arcybiskup, prymas Królestwa Polskiego, poeta), Grzegorz Piramowicz (sekretarz Komisji Edukacji Narodowej) i bł. Jan Beyzym (apostoł trędowatych na Madagaskarze).
    W ikonografii św. Ignacy przedstawiany jest w sutannie i birecie lub w stroju liturgicznym z imieniem IHS na piersiach, niekiedy w stroju rycerskim i w szatach pielgrzyma. Jego atrybutami są: księga; globus, który popycha nogą; monogram Chrystusa – IHS; napis AMDG – Ad maiorem Dei gloriam – “Na większą chwałę Boga”; krucyfiks, łzy, serce w promieniach, smok, sztandar, zbroja.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    30 lipca

    Błogosławieni męczennicy
    Brauliusz Maria Corres i Fryderyk Rubio, prezbiterzy,
    i Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr Chryzolog, biskup i doktor Kościoła
    ***
    Błogosławieni męczennicy z zakonu bonifratrów

    W czasie hiszpańskiej wojny domowej w 1936 r. zginęło 98 bonifratrów. Opiekowali się oni chorymi i opuszczonymi. Dla milicji wystarczyło, że byli zakonnikami i że nie chcieli wyrzec się swojej wiary, aby móc ich wymordować. Siedemdziesięciu jeden z nich beatyfikował św. Jan Paweł II w dniu 25 października 1992 r. (wraz z 51 innymi męczennikami z Barbastro).Rankiem 25 lipca 1936 r. milicjanci wkroczyli do domu formacyjnego bonifratrów w Talavera de la Reina (w prowincji Toledo). Po południu rozstrzelali czterech zakonników, m.in. ojca Fryderyka (Karola) Rubio Alvareza, kapelana domu. Kilka dni później, 29 lipca, w Esplugentes pod Barceloną zginął kolejny zakonnik.
    W Calafell (nieopodal Tarragony) bonifratrzy prowadzili szpital, mieli tam też swój nowicjat. 23 lipca 1936 r. wtargnęli tam milicjanci, którzy zmusili zakonników do zdjęcia habitów i zabronili im spełniania jakichkolwiek praktyk religijnych. Zapowiedzieli równocześnie, że 30 lipca darują im wolność. Zakonnicy od razu wyczuli, że w tym dniu czeka ich śmierć. I rzeczywiście tak się stało. Rankiem kapelan wspólnoty odprawił jeszcze potajemnie Mszę św. dla zakonników i nowicjuszy jako pokrzepienie na męczeństwo. Po południu wywieziono piętnastu z nich na peryferie i rozstrzelano. Zginął wtedy m.in. ojciec Brauliusz Maria (Paweł) Corres Diaz de Cerio, który od pięciu lat był w Calafell mistrzem nowicjuszy i kapelanem. 4 sierpnia 1936 r. zamordowany został brat Gonsalwus, który posługiwał w hospicjum św. Rafała w Madrycie.
    W klasztorze w Ciempozuelos (prowincja madrycka) odbywało formację zakonną i zawodową także siedmiu bonifratrów z Kolumbii. Gdy rozgorzała wojna domowa, mieli z polecenia przełożonych wrócić do swego kraju. Z koniecznymi dokumentami wyruszyli z Madrytu do Barcelony, aby tam wsiąść na statek. Zostali jednak aresztowani i 9 sierpnia rozstrzelani w Barcelonie; są pierwszymi beatyfikowanymi Kolumbijczykami. W sierpniu zginęli jeszcze dwaj bonifratrzy w podmadryckiej miejscowości Valdemoro.
    1 września rewolucyjni milicjanci aresztowali wszystkich dwunastu zakonników opiekujących się chorymi w Carabanchel Alto. Po kilku godzinach zamordowano ich pod Madrytem. Ginęli z okrzykiem: Niech żyje Chrystus Król!
    W lipcu aresztowano zakonników posługujących w hospicjum psychiatrycznym w Ciempozuelos (Madryt). Osadzono ich w więzieniu San Anton i na różne sposoby dręczono. Gdy szli na rozstrzelanie, pozdrawiali się słowami: “Do zobaczenia w niebie”. Piętnastu z nich zginęło 28 listopada w podmadryckiej miejscowości Paracuellos del Jarama. Dwa dni później w tej samej miejscowości zginęło kolejnych sześciu bonifratrów. Ostatni z beatyfikowanych w 1992 r. zakonników z tego zakonu zginął w Barcelonie w dniu 14 grudnia 1936 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    29 lipca

    Święci Marta, Maria i Łazarz

    Zobacz także:
      •  Święty Olaf II, król
      •  Błogosławiony Urban II, papież
    ***
    Diego Velazquez: Chrystus w domu Marty i Marii

    Marta pochodziła z Betanii, miasteczka położonego na wschodnim zboczu Góry Oliwnej, w pobliżu wioski Betfage, odległego od Jerozolimy o ok. 3 km drogi (dzisiaj Al Azarija). Była siostrą Marii i Łazarza, których Chrystus darzył swą przyjaźnią. Wiele razy gościła Go w swoim domu. Św. Łukasz opisuje szczegółowo jedno ze spotkań (Łk 10, 38-42). Martę wspomina w Ewangelii św. Jan, odnotowując wskrzeszenie Łazarza. Wyznała ona wtedy wiarę w Jezusa jako Mesjasza i Syna Bożego (J 11, 1-45). Ewangelista Jan opisuje także wizytę Jezusa u Łazarza na sześć dni przed wieczerzą paschalną, gdzie posługiwała Marta (J 12, 1-11). Właśnie z Betanii Jezus wyruszył triumfalnie na osiołku do Jerozolimy w Niedzielę Palmową (Mk 11, 1). Wreszcie w pobliżu Betanii Pan Jezus wstąpił z Góry Oliwnej do nieba (Łk 24, 50).

    Święta Marta - patronka zbłąkanych

    Na Wschodzie cześć św. Marty datuje się od wieku V, na Zachodzie – od wieku VIII. Już w wieku VI istniała w Betanii bazylika na miejscu, gdzie miał stać dom Łazarza i jego sióstr. Św. Marta jest patronką gospodyń domowych, hotelarzy, kucharek, sprzątaczek i właścicieli zajazdów. Legenda prowansalska głosi, że po wniebowstąpieniu Jezusa Żydzi wprowadzili Łazarza, Marię i Martę na statek bez steru i tak puścili ich na Morze Śródziemne. Dzięki Opatrzności wszyscy wylądowali szczęśliwie u wybrzeży Francji, niedaleko Marsylii. Łazarz miał zostać pierwszym biskupem tego miasta, Marta założyła w pobliżu żeński klasztor, a Maria pokutowała w niedalekiej pustelni.

    Jan Vermeer: Chrystus w domu Marii i Marty

    W ikonografii św. Marta przedstawiana jest w skromnej szacie z pękiem kluczy za pasem, czasami we wspaniałej sukni z koroną na głowie. Często pojawia się na obrazach również z siostrą, św. Marią. Są prezentacje, w których prowadzi smoka na pasku lub kropi go kropidłem. Nawiązują one do legendy, iż pokonała potwora Taraska. Jej atrybutami są: drewniana łyżka, sztućce, księga, naczynie, różaniec.

    Święte rodzeństwo z Betanii: Marta, Łazarz i Maria

    Maria była siostrą Marty i Łazarza. Uwierzyła w Chrystusa jeszcze przed wskrzeszeniem brata (J 11, 1-44). Była tą kobietą, która według słów Jezusa “wybrała dobrą cząstkę” (Łk 10, 42), słuchając słów Zbawiciela. To ona namaściła Jego nogi drogocenną maścią nardową (J 12, 3). Według Tradycji Maria i Marta były w gronie niewiast, które pospieszyły do grobu Jezusa z wonnościami.
    Po męczeńskiej śmierci archidiakona Stefana i rozpoczęciu w Jerozolimie prześladowania wyznawców Chrystusa, Żydzi wygnali sprawiedliwego Łazarza. Siostry opuściły Palestynę wraz z bratem i pomagały mu głosić Ewangelię w różnych krainach.

    Święty Łazarz

    Łazarza znamy go z Ewangelii św. Jana (J 11, 1-44; 12, 1-11) jako brata Marii i Marty. Gdy z obawy przed Żydami Jezus przebywał w Zajordanii, dotarła do niego wiadomość o śmierci Łazarza. Powrócił wtedy – po odczekaniu – do Judei i udał się do Betanii. Św. Jan Ewangelista szczegółowo opisuje scenę Jego spotkania z siostrami i dialog z Martą, a następnie głębokie wzruszenie Jezusa i wskrzeszenie Łazarza. Dowiadujemy się także o reakcji Żydów, którzy nie mogli zaprzeczyć faktom, ale jeszcze bardziej znienawidzili Jezusa. Ta niechęć dotknęła także Łazarza. Ewangelista Jan opisuje także inny pobyt Jezusa w domu Łazarza na dzień przed Jego wjazdem do Jerozolimy (J 12, 1-11). Milczenie ewangelii o dalszych losach Łazarza uzupełnili anonimowi pisarze chrześcijańscy.
    Na Wschodzie najbardziej znana była legenda, która uczyniła Łazarza biskupem Cypru i tam umieściła jego – drugi – grób. Pewną rolę w rozwoju kultu odegrała też tzw. niedziela Łazarza, jedna z ostatnich niedziel Wielkiego Postu, w którą odczytywano ewangelię o jego wskrzeszeniu i dokonywano skrutynium przed dopuszczeniem do chrztu. Na Zachodzie w cyklu legend prowansalskich i burgundzkich pojawiła się w dość późnym średniowieczu opowieść o skazaniu świętego rodzeństwa z Betanii na wygnanie. Umieszczono ich na statku bez steru, który odepchnięto od brzegu. Po wielu miesiącach tułaczki przybyli oni do Marsylii. Łazarz miał być pierwszym biskupem tego miasta. Inne opowiadania wskazują na Autun i Avallon jako miejsca złożenia jego relikwii.
    Równie rozbieżne były daty wspomnień liturgicznych Łazarza. W kalendarzach spotykano je m.in. pod dniem 17 grudnia, 4 maja, 17 czerwca, 16 lub 17 października.
    W ikonografii ukazuje się św. Łazarza najczęściej w scenie wskrzeszenia oraz na uczcie w Betanii.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 lipca

    Święty Szarbel (Sarbeliusz) Makhluf, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Wiktor I, papież
      •  Błogosławiony Jan Soreth, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Teresa Kowalska, dziewica i męczennica
      •  Święta Alfonsa Muttathupadathu od Niepokalanego Poczęcia, zakonnica
    ***
    Święty Szarbel (Sarbeliusz) Makhluf

    Józef Makhluf urodził się 8 maja 1828 r. w Beka Kafra, małej wiosce położonej wysoko w górach Libanu. Był synem ubogiego wieśniaka. Nauki pobierał w szkółce, która funkcjonowała dosłownie pod drzewami. W 1851 r. wstąpił do maronickich antonianów (baladytów). Przebywał najpierw w Maifuq, potem w Annaya, w klasztorze pod wezwaniem św. Marona (Mar Maroun). Składając śluby zakonne, przybrał imię Szarbela (Sarbela, Sarbeliusza), męczennika z Edessy. W 1859 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Powrócił wówczas do klasztoru św. Marona i przebywał tam przez następne szesnaście lat.
    W 1875 r. za przyzwoleniem przełożonych udał się do górskiej samotni. Spędził w niej 23 lata, które wypełnił pracą, umartwieniami i kontemplacją Najświętszego Sakramentu. Zmarł 24 grudnia 1898 r. Bez zwłoki otoczyła go cześć świadczona świętym Pańskim oraz sława cudów. Do grobu Abuna Szarbela ciągnęli nie tylko chrześcijanie, ale i muzułmanie. Wielu fascynowało także to, że ciało świętego mnicha nie ulegało jakiemukolwiek zepsuciu.

    Święty Szarbel (Sarbeliusz) Makhluf

    Szarbela beatyfikował w ostatnich dniach Soboru Watykańskiego II, 5 grudnia 1965 r., papież Paweł VI. Mówił wtedy: “Eremita z gór Libanu zaliczony zostaje do grona błogosławionych. To pierwszy wyznawca pochodzący ze Wschodu, którego umieszczamy wśród błogosławionych według reguł obowiązujących aktualnie w Kościele katolickim. Symbol jedności Wschodu i Zachodu! Znak zjednoczenia, jakie istnieje między chrześcijanami całego świata! Jego przykład i wstawiennictwo są dzisiaj bardziej konieczne, niż były kiedykolwiek. (…) Właśnie ten błogosławiony zakonnik z Annaya powinien służyć nam za wzór, ukazując nam absolutną konieczność modlitwy, praktykowania cnót ukrytych i umartwiania siebie. Kościół bowiem wykorzystuje również dla celów apostolskich ośrodki życia kontemplacyjnego, gdzie wznoszą się do Boga, z zapałem, który nigdy nie stygnie, uwielbienie i modlitwa”. Ten sam papież kanonizował Szarbela 9 października 1977 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    27 lipca

    Błogosławiona
    Maria Klemensa od Jezusa Ukrzyżowanego
    (Helena Staszewska), zakonnica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Innocenty I, papież
      •  Błogosławiona Maria Magdalena Martinengo, dziewica
      •  Święty Tytus Brandsma, prezbiter i męczennik
      •  Święty Celestyn I, papież
      •  Błogosławiona Maria od Męki Pańskiej (Tarallo), dziewica
    ***
    Błogosławiona Maria Klemensa od Jezusa Ukrzyżowanego

    Helena Staszewska urodziła się w 1890 r. w Złoczewie koło Kalisza. Wychowywała się w wielodzietnej rodzinie – miała 12 rodzeństwa. Naukę rozpoczęła w Wieluniu, następnie uczyła się w Kaliszu i Piotrkowie. Po ukończeniu szkoły średniej rozpoczęła pracę w Sulejówku. W czasie I wojny światowej zmarł jej ojciec, a niedługo potem także i matka. Po ich śmierci musiała zająć się wychowaniem młodszego rodzeństwa. Pracowała jako nauczycielka.
    W wieku 31 lat wstąpiła do Sióstr Urszulanek Unii Rzymskiej w Krakowie. Wraz z nią do urszulanek wstąpiły też jej dwie siostry. Sześć miesięcy później otrzymała imię Marii Klemensy od Jezusa Ukrzyżowanego i przyjęła habit zakonny. Po złożeniu ślubów pracowała m.in. w szkole powszechnej urszulanek w Krakowie. Prowadziła także Krucjatę i założyła Sodalicję Mariańską w Sierczy koło Krakowa. Organizowała comiesięczne spotkania, na których czytano prasę katolickę, uczyła dziewczęta sztuki wypowiadania się. Doprowadziła też do uruchomienia ochronki, do której zapisało się ok. 50 dzieci. W czasie swego 22-letniego pobytu w zakonie pełniła wiele funkcji i spełniała różne obowiązki. Była między innymi zastępczynią przełożonej w klasztorach: w Sierczy, Zakopanem i Stanisławowie. Była także przełożoną w Częstochowie, Gdyni i Rokicinach Podhalańskich. W tej ostatniej miejscowości znalazła się 15 sierpnia 1939 r., tuż przed wybuchem II wojny światowej. Już 1 września została zmuszona, by wraz ze swoimi siostrami opuścić klasztor. Następnego dnia udały się do Krakowa, skąd do Rokicin powróciły w połowie września, już po nadejściu wojsk niemieckich. Siostry zaangażowały się w pomoc potrzebującym, których było coraz więcej. W lipcu 1940 r. w klasztorze po raz pierwszy pojawiło się gestapo, aby zastraszyć i zniechęcić siostry.
    Od 1941 r. siostry zaczęły przyjmować w klasztorze zagrożone gruźlicą dzieci warszawskie. Były wśród nich również dzieci żydowskie, ukrywane przez urszulanki. Przez dom zakonny przewijało się też wielu uciekinierów i tułaczy, Polaków i Żydów. Nikomu nie odmawiano pomocy.
    26 stycznia 1943 r. Niemcy weszli do klasztoru i aresztowali przełożoną, matkę Marię Klemensę. Pozwolono jej tylko uklęknąć w kaplicy i zmówić “Pod Twoją obronę”. Przez miesiąc przetrzymywano ją w miejscowym areszcie, po czym 26 lutego 1943 r. przewieziono ją do osławionego więzienia na Montelupich w Krakowie. Po kilku dniach znalazła się w transporcie do Auschwitz; tam otrzymała numer 38102.
    Od początku pobytu w obozie chorowała i cierpiała. Z trudem trzymała się na nogach. Niebawem słaby organizm zaatakował panoszący się w tym obozie koncentracyjnym tyfus. Zmarła z tego powodu 27 lipca 1943 r.
    13 czerwca 1999 r. w Warszawie papież św. Jan Paweł II beatyfikował 108 męczenników Kościoła z okresu II wojny światowej. W ich gronie znalazła się też Maria Klemensa Staszewska od Jezusa Ukrzyżowanego, urszulanka Unii Rzymskiej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 lipca

    Święci Anna i Joachim,
    rodzice Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Maria Pierina De Micheli, dziewica
    ***
    Ewangelie nie przekazały o rodzicach Maryi żadnej wiadomości. Milczenie Biblii dopełnia bogata literatura apokryficzna. Ich imiona są znane jedynie z apokryfów Protoewangelii Jakuba, napisanej ok. roku 150, z Ewangelii Pseudo-Mateusza z wieku VI oraz z Księgi Narodzenia Maryi z wieku VIII. Najbardziej godnym uwagi może być pierwszy z wymienionych apokryfów, gdyż pochodzi z samych początków chrześcijaństwa, stąd może zawierać ziarna prawdy zachowanej przez tradycję.

    Święta Anna z Maryją

    Anna pochodziła z rodziny kapłańskiej z Betlejem. Hebrajskie imię Anna w języku polskim znaczy tyle, co “łaska”. Od IV wieku do dzisiaj pokazuje się przy Sadzawce Owczej w Jerozolimie miejsce, gdzie stał dom Anny i Joachima. Obecnie wznosi się na nim trzeci z kolei kościół. Wybudowali go krzyżowcy.
    Św. Anna jest patronką diecezji opolskiej, miast, m.in. Hanoveru, oraz kobiet rodzących, matek, wdów, położnic, ubogich robotnic, górników kopalni złota, młynarzy, powroźników i żeglarzy.

    Święty Joachim z Maryją

    Joachim miał pochodzić z zamożnej i znakomitej rodziny z Galilei. Już samo jego imię miało być prorocze, gdyż oznacza tyle, co “przygotowanie Panu”. W dawnej Polsce czczony był jako “protektor Królestwa”. Kiedy Maryja była jeszcze dzieckiem, miał pożegnać ziemię. Razem ze św. Anną patronują małżonkom.
    Od dawna biblistów interesował problem, dlaczego Ewangeliści podają dwie odrębne genealogie Pana Jezusa: inną przytacza św. Mateusz (Mt 1, 1-18), a inną – św. Łukasz (Łk 3, 23-38). Przyjmuje się dzisiaj dość powszechnie, że św. Mateusz podaje rodowód Chrystusa Pana wymieniając przodków św. Józefa, podczas gdy św. Łukasz przytacza rodowód Pana Jezusa wymieniając przodków Maryi. Według takiej interpretacji ojcem Maryi nie byłby wtedy św. Joachim, ale Heli. Być może imię Joachim jest apokryficzne. Możliwe także, że Heli miał drugie imię Joachim. Sprawa jest nadal otwarta.

    Święci Joachim i Anna, rodzice Maryi

    Apokryficzna Protoewangelia Jakuba z II wieku podaje, że Anna i Joachim byli bezdzietni. Małżonkowie daremnie modlili się i dawali hojne ofiary na świątynię, aby uprosić sobie dziecię. Joachim, będąc już w podeszłym wieku, udał się na pustkowie i tam przez dni 40 pościł i modlił się o Boże miłosierdzie. Wtedy zjawił mu się anioł i zwiastował, że jego prośby zostały wysłuchane, gdyż jego małżonka Anna da mu Dziecię, które będzie radością ziemi. Tak też się stało. Przy narodzinach ukochanej Córki, której według zwyczaju piętnastego dnia nadano imię Maria, była najbliższa rodzina. W rocznicę tych narodzin urządzono wielką radosną uroczystość. Po urodzeniu się Maryi, spełniając uprzednio złożony ślub, rodzice oddali swą Jedynaczkę na służbę w świątyni. Kiedy Maryja miała 3 lata, oddano Ją do świątyni, gdzie wychowywała się wśród swoich rówieśnic, zajęta modlitwą, śpiewem, czytaniem Pisma świętego i haftowaniem szat kapłańskich. Wcześniej miał pożegnać świat Joachim. Według jednej z legend Annie przypisuje się trinubium – po śmierci Joachima miała wyjść jeszcze dwukrotnie za mąż.Kult świętych Joachima i Anny był w całym Kościele – a więc także na Wschodzie – bardzo dawny i żywy. W miarę jak rozrastał się kult Matki Chrystusa, wzrastała także publiczna cześć Jej rodziców. Już w IV/V w. istniał w Jerozolimie kościółek przy dawnej sadzawce Betesda w pobliżu świątyni pod wezwaniem św. Joachima i św. Anny. Tu nawet miał być według podania ich grób. Inni miejsce grobu sytuowali przy wejściu na Górę Oliwną. Cesarz Justynian wystawił w Konstantynopolu około roku 550 bazylikę ku czci św. Anny. Kazania o św. Joachimie i św. Annie wygłaszali na Wschodzie święci tej miary, co św. Epifaniusz (+ 403), św. Sofroniusz (+ po 638), św. Jan Damasceński (+ ok. 749), św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732), św. Andrzej z Krety (+ 750), św. Tarazjusz, patriarcha Konstantynopola (+ 806), a na Zachodzie: św. Fulbert z Chartres (+ 1029), św. Bernardyn ze Sieny (+ 1444) czy bł. Władysław z Gielniowa (+ 1505).
    Szczególną czcią była zawsze otaczana św. Anna. Jej kult był i jest do dnia dzisiejszego bardzo żywy. Na Zachodzie pierwszy kościół i klasztor św. Anny stanął w roku 701 we Floriac koło Rouen. Dowodem popularności św. Anny jest także to, że jej imię było i dotąd jest często nadawane dziewczynkom. Bardzo liczne są też kościoły i sanktuaria pod jej wezwaniem. Ku czci św. Anny powstało 5 zakonów żeńskich. W dawnej liturgii poświęcono św. Annie aż 118 hymnów i 36 sekwencji (wiek XIV-XVI).

    Święta Anna Samotrzecia

    Polska chlubi się wieloma sanktuariami św. Anny: na Górze św. Anny w pobliżu Brzegu Głogowskiego, w Jordanowie, w Selnikach, w Grębocicach, w Stoczku koło Lidzbarka Warmińskiego, w Kamiance. Największej jednak czci doznaje św. Anna w Przyrowie koło Częstochowy i na Górze Św. Anny koło Opola. Sanktuarium opolskie należy do najsłynniejszych w świecie – tak dalece, że figura św. Anny doczekała się uroczystej koronacji papieskimi koronami 14 września 1910 r. Sanktuarium to nawiedził św. Jan Paweł II 21 czerwca 1983 roku podczas swej drugiej pielgrzymki do Polski. Cudowna figura św. Anny wykonana jest z drzewa bukowego i liczy 66 cm wysokości. Przedstawia ona św. Annę piastującą dwoje dzieci: Maryję, której była matką, i Pana Jezusa, dla którego była babką (św. Anna Samotrzecia). Wszystkie trzy figury są koronowane. Początkowo była tylko jedna postać św. Anny (wiek XV). Potem dodano postacie Maryi i Jezusa (wiek XVII), umieszczając je przy głowie św. Anny.Liturgiczny obchód ku czci rodziców Maryi pojawił się najpierw na Wschodzie. Wprowadził go w 710 r. cesarz Justynian II pod tytułem Poczęcie św. Anny. Wspomnienie obchodzono w różnych dniach, łącznie (św. Joachima i św. Anny) lub oddzielnie. Na Zachodzie wprowadzono je późno. W Neapolu jest znane w wieku X. Papież Urban VI bullą Splendor aeternae gloriae z 21 czerwca 1378 r. zezwolił na obchodzenie tego święta w Anglii. Juliusz II w 1522 r. rozszerzył je na cały Kościół i wyznaczył na 20 marca. Paweł V zniósł jednak to święto w 1568 r., opierając swoją decyzję na tym, że o rodzicach Maryi z ksiąg Pisma świętego nic nie wiemy. Przeważyła jednak opinia, że należy im się szczególna cześć. Dlatego Grzegorz XIII święto Joachima i Anny ponownie przywrócił (1584). Z tej okazji wyznaczył jako dzień pamięci 26 lipca. Papież św. Pius X w 1911 roku wprowadził osobno święto św. Joachima, wyznaczając dzień pamiątki na 16 sierpnia. Św. Anna miała nadal swoje święto dnia 26 lipca. Reforma liturgiczna z roku 1969 połączyła na nowo imiona obojga pod datą 26 lipca.

    Święci Joachim i Anna, rodzice Maryi

    W ikonografii św. Anna ukazywana jest w scenach z apokryfów oraz obrazujących życie Maryi. Przedstawiana jako starsza kobieta z welonem na głowie. Ulubionym tematem jest św. Anna ucząca czytać Maryję. Niektóre jej atrybuty: palec na ustach, księga, lilia.
    Św. Joachim ukazywany jest jako starszy, brodaty mężczyzna w długiej sukni lub w płaszczu. Występuje w licznych cyklach mariologicznych oraz z życia św. Anny. Jego atrybutami są: anioł, Dziecię Jezus w ramionach, dwa gołąbki w dłoni, na zamkniętej księdze lub w małym koszyku, jagnię u stóp, laska, kij pasterski, księga, zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 lipca

    Święty Jakub Starszy, Apostoł

    Zobacz także:
      •  Święty Krzysztof, męczennik
      •  Święta Olimpia
      •  Święta Maria del Carmen Sallés y Barangueras, dziewica
    ***
    Święty Jakub Większy

    Wśród apostołów było dwóch Jakubów. Dla odróżnienia nazywani są Większym i Mniejszym albo też Starszym i Młodszym. Prawdopodobnie nie chodziło w tym wypadku o ich wiek, ale o kolejność przystępowania do grona Apostołów. Rozróżnienie to wprowadził już św. Marek (Mk 15, 40). Imię Jakub pochodzi z hebrajskiego “aqeb”, oznaczającego “chronić” – a zatem znaczy “niech Jahwe chroni”. Etymologia ludowa tłumaczy to imię jako “pięta”. Według Księgi Rodzaju, kiedy Jakub, wnuk Abrahama, rodził się jako bliźniak Ezawa, miał go trzymać za piętę (Rdz 25, 26).
    Św. Jakub Większy jest tym, który jest wymieniany w spisie Apostołów wcześniej – był powołany przez Jezusa, razem ze swym bratem Janem, jako jeden z Jego pierwszych uczniów (Mt 4, 21-22): święci Mateusz i Łukasz wymieniają go na trzecim miejscu, a święty Marek na drugim. Jakub i jego brat Jan byli synami Zebedeusza. Byli rybakami i mieszkali nad jeziorem Tyberiadzkim. Ewangelie nie wymieniają bliżej miejscowości. Być może pochodzili z Betsaidy, podobnie jak święci Piotr, Andrzej i Filip (J 1, 44), gdyż spotykamy ich razem przy połowach. Św. Łukasz zdaje się to wprost narzucać, kiedy pisze, że Jan i Jakub “byli wspólnikami Szymona – Piotra” (Łk 5, 10). Matką Jana i Jakuba była Salome, która należała do najwierniejszych towarzyszek wędrówek Chrystusa Pana (Mk 15, 40; Mt 27, 56).Jakub został zapewne powołany do grona uczniów Chrystusa już nad rzeką Jordan. Tam bowiem spotykamy jego brata, Jana (J 1, 37). Po raz drugi jednak Pan Jezus wezwał go w czasie połowu ryb. Wspomina o tym św. Łukasz (Łk 5, 1-11), dodając nowy szczegół – że było to po pierwszym cudownym połowie ryb.
    Jakub należał do uprzywilejowanych uczniów Pana Jezusa, którzy byli świadkami wskrzeszenia córki Jaira (Mk 5, 37; Łk 8, 51), przemienienia na górze Tabor (Mt 17, 1nn; Mk 9, 1; Łk 9, 28) oraz modlitwy w Ogrójcu (Mt 26, 37). Żywe usposobienie Jakuba i Jana sprawiło, że Jezus nazwał ich “synami gromu” (Mk 3, 17). Chcieli bowiem, aby piorun spadł na pewne miasto w Samarii, które nie chciało przyjąć Pana Jezusa z Jego uczniami (Łk 9, 55-56). Jakub był wśród uczniów, którzy pytali Pana Jezusa na osobności, kiedy będzie koniec świata (Mk 13, 3-4). Wreszcie był on świadkiem drugiego, także cudownego połowu ryb, kiedy Chrystus ustanowił Piotra głową i pasterzem swojej owczarni (J 21, 2). Ewangelie wspominają o Jakubie Starszym na 18 miejscach, co łącznie obejmuje 31 wierszy. W porównaniu do innych Apostołów – jest to bardzo dużo.

    Święty Jakub Większy

    Dzieje Apostolskie wspominają o św. Jakubie dwa razy: kiedy wymieniają go na liście Apostołów (Dz 1, 13) oraz przy wzmiance o jego męczeńskiej śmierci. Z tej okazji św. Łukasz tak pisze: “W tym samym czasie Herod zaczął prześladować niektórych członków Kościoła. Ściął mieczem Jakuba, brata Jana…” (Dz 12, 1-2). Jakuba stracono w 44 r. bez procesu – zapewne po to, aby nie przypominać ludowi procesu Chrystusa i nie narazić się na jakieś nieprzewidziane reakcje. Było to więc posunięcie taktyczne. Dlatego także zapewne nie kamieniowano św. Jakuba, ale ścięto go w więzieniu. Euzebiusz z Cezarei, pierwszy historyk Kościoła (w. IV), pisze, że św. Jakub ucałował swojego kata, czym tak dalece go wzruszył, że sam kat także wyznał Chrystusa i za to sam natychmiast poniósł śmierć męczeńską. Jakub był pierwszym wśród Apostołów, a drugim po św. Szczepanie, męczennikiem Kościoła (zgodnie z przepowiednią Chrystusa – Mk 10, 39).
    W średniowieczu powstała legenda, że św. Jakub udał się zaraz po Zesłaniu Ducha Świętego do Hiszpanii. Do dziś św. Jakub jest pierwszym patronem Hiszpanii i Portugalii.

    Święty Jakub Większy

    Według tradycji, w VII wieku relikwie św. Jakuba miały zostać sprowadzone z Jerozolimy do Compostelli w Hiszpanii. Nazwa Compostella ma się wywodzić od łacińskich słów Campus stellae (Pole gwiazdy), bowiem relikwie Świętego, przywiezione najpierw do miasta Iria, zaginęły – dopiero w IX w. miał je odnaleźć biskup, prowadzony cudowną gwiazdą. Hiszpańska nazwa Santiago znaczy zaś po polsku “święty Jakub”. Te dwie nazwy łączy się w jedno, stąd nazwa miasta brzmi dziś Santiago de Compostella. Do dziś znajduje się tam grób św. Jakuba. W wiekach średnich po Ziemi Świętej i Rzymie było to trzecie sanktuarium chrześcijaństwa. W katedrze genueńskiej oglądać można artystyczny relikwiarz ręki św. Jakuba, wystawiany na pokaz podczas rzadkich okazji.
    Święty jest patronem Hiszpanii i Portugalii; ponadto m. in. zakonów rycerskich walczących z islamem, czapników, hospicjów, szpitali, kapeluszników, pielgrzymów, sierot.
    W ikonografii św. Jakub przedstawiany jest jako starzec o silnej budowie ciała w długiej tunice i w płaszczu lub jako pielgrzym w miękkim kapeluszu z szerokim rondem. Jego atrybutami są: bukłak, kij pielgrzyma, księga, miecz, muszla, torba, turban turecki, zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Święty Jakub Większy, Apostoł

    Święty Jakub Większy, Apostoł

    św. Jakub Większy – Apostoł/Albrecht Durer(PD)

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 21 CZERWCA 2006

    (…) Ten Jakub, wraz z Piotrem i Janem, należy grupy trzech uczniów uprzywilejowanych, dopuszczonych przez Jezusa do udziału w ważnych chwilach Jego życia.

    Drodzy bracia i siostry,

    kontynuujemy cykl portretów Apostołów, wybranych przez samego Jezusa w czasie Jego życia ziemskiego. Mówiliśmy o świętym Piotrze i o jego bracie Andrzeju. Dzisiaj spotykamy postać Jakuba. Biblijna lista Dwunastu wymienia dwie osoby o tym imieniu: Jakuba, syna Zebedeusza i Jakuba, syna Alfeusza (por. Mk 3, 17.18; Mt 10, 2-3), których rozróżnia się powszechnie przydomkami: Jakub Starszy i Jakub Młodszy. Określenia te nie są oczywiście miarą ich świętości, odzwierciedlają jedynie różne znaczenie, jakie przypisują im teksty Nowego Testamentu, a zwłaszcza jakie mieli w ramach ziemskiego życia Jezusa. Dzisiaj skupimy naszą uwagę na pierwszym z tych imienników.

    Imię Jakub jest tłumaczeniem formy Iákobos – greckiego brzmienia imienia sławnego patriarchy Jakuba. Nazwany tak apostoł jest bratem Jana i we wspomnianych spisach zajmuje drugie miejsce, zaraz po Piotrze, u Marka (3, 17) lub trzecie, po Piotrze i Andrzeju w Ewangeliach Mateusza (10, 2) i Łukasza (6, 14), podczas gdy w Dziejach Apostolskich wymieniony jest po Piotrze i Janie (1, 13). Ten Jakub, wraz z Piotrem i Janem, należy grupy trzech uczniów uprzywilejowanych, dopuszczonych przez Jezusa do udziału w ważnych chwilach Jego życia.

    Ponieważ jest bardzo gorąco, chciałbym skrócić [swe rozważania] i wspomnieć tu jedynie o dwóch z tych zdarzeń. Mógł on uczestniczyć razem z Piotrem i Janem w chwili konania Jezusa w ogrodzie Getsemani i w wydarzeniu Przemienienia Jezusa. Chodzi więc o sytuacje bardzo różne i różniące się między sobą: w jednym przypadku Jakub wraz z pozostałymi dwoma Apostołami doświadcza chwały Pana, widzi Go rozmawiającego z Mojżeszem i Eliaszem, widzi w Jezusie boski blask; w drugim wydarzeniu staje w obliczu cierpienia i upokorzenia, widzi na własne oczy, jak Syn Boży poniża się, okazując posłuszeństwo aż do śmierci. Bezsprzecznie to drugie przeżycie było dla niego okazją do osiągnięcia dojrzałości w wierze, do skorygowania jednostronnej, triumfalistycznej interpretacji tego pierwszego doświadczenia: musiał on zobaczyć, że Mesjasz, oczekiwany przez naród żydowski jako triumfator, w rzeczywistości okryty był nie tylko czcią i chwałą, ale również cierpieniem i słabością. Chwała Chrystusa urzeczywistnia się właśnie w Krzyżu, w udziale w naszych cierpieniach.

    To dojrzewanie wiary dopełnione zostało przez Ducha Świętego w dniu Pięćdziesiątnicy, tak iż Jakub, gdy nadeszła chwila najwyższego świadectwa, nie cofnął się. Na początku lat czterdziestych I wieku król Herod Agrypa, wnuk Heroda Wielkiego, jak opisuje to Łukasz, “zaczął prześladować niektórych członków Kościoła. Ściął mieczem Jakuba, brata Jana” (Dz 12, 1-2). Lakoniczność tej wiadomości, pozbawionej jakichkolwiek szczegółów narracyjnych, pokazuje z jednej strony, jak bardzo czymś normalnym dla chrześcijan było dawanie świadectwa Panu własnym życiem, z drugiej zaś, że Jakub był wybijającą się postacią w Kościele jerozolimskim, również ze względu na rolę odegraną podczas ziemskiego życia Jezusa.

    Późniejsza tradycja, datująca się co najmniej od Izydora z Sewilli, mówi o pobycie Apostoła w Hiszpanii w celu ewangelizowania tego ważnego regionu cesarstwa rzymskiego. Według innej tradycji, to jego ciało miało zostać przywiezione do Hiszpanii, do miasta Santiago de Compostela. Jak wszyscy wiemy, miejsce to stało się przedmiotem wielkiej czci i jest do dzisiaj celem licznych pielgrzymek, i to nie tylko z Europy, ale z całego świata. I tym tłumaczy się ikonografię przedstawiającą Jakuba z pielgrzymim kijem w ręku i ze zwojem Ewangelii, typowymi dla wędrownego apostoła, oddanego głoszeniu “dobrej nowiny” i charakterystycznymi dla pielgrzymowania przez życie chrześcijańskie.

    Od św. Jakuba możemy się więc wiele nauczyć: gotowości do przyjęcia Pańskiego wezwania nawet wtedy, gdy każe nam pozostawić “łódź” naszej ludzkiej pewności, entuzjazmu w pójściu za Nim drogami, które On wskazuje, z pominięciem wszelkiej naszej złudnej zarozumiałości, gotowości do dawania o Nim świadectwa z odwagą, gdy to konieczne, aż po najwyższą ofiarę życia. Tak więc św. Jakub staje przed nami jako wymowny przykład wielkodusznego przylgnięcia do Chrystusa. On, który początkowo, ustami swej matki, prosił o to, by zasiąść wraz z bratem u boku Mistrza w Jego Królestwie, właśnie jako pierwszy wychylił kielich męki i dzielił męczeństwo z Apostołami.

    Na koniec zaś, podsumowując to wszystko, możemy powiedzieć, że droga nie tylko zewnętrzna, lecz przede wszystkim wewnętrzna – od Góry Przemienienia do góry konania, symbolizuje całe pielgrzymowanie życia chrześcijańskiego, pośród prześladowań świata i pocieszenia ze strony Boga, jak powiada Sobór Watykański II. Postępując za Jezusem jak św. Jakub wiemy, że nawet w chwilach trudnych idziemy właściwą drogą.

    Benedykt XVI

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    24 lipca

    Święta Kinga, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Krystyna z Bolseny, dziewica i męczennica
      •  Błogosławione dziewice i męczennice Maria Pilar, Teresa i Maria Angeles
      •  Błogosławiona Maria Mercedes Prat, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiona Joanna z Orvieto, dziewica
    ***
    Święta Kinga

    Kinga (Kunegunda) urodziła się w 1234 r. jako trzecia z kolei córka Beli IV, króla węgierskiego z dynastii Arpadów, i jego żony Marii, córki cesarza bizantyjskiego Teodora I Laskarisa. Miała dwóch braci i pięć sióstr, wśród nich były św. Małgorzata Węgierska oraz bł. Jolenta. Św. Elżbieta z Turyngii była jej ciotką.
    O latach młodości Kingi nie wiemy nic poza tym, że do piątego roku życia przebywała na dworze królewskim prawdopodobnie w Ostrzychomiu. Możemy przypuszczać, że otrzymała głębokie wychowanie religijne i pełne jak na owe czasy wykształcenie.
    W Wojniczu małoletnia jeszcze Kinga spotkała się z Bolesławem Wstydliwym; tam też doszło do zawarcia umowy małżeńskiej. Ze względu na małoletność obydwojga były to zrękowiny, po których w kilka lat później miał nastąpić akt właściwych zaślubin.
    Pierwsze swoje lata Kinga spędziła w Sandomierzu pod opieką Grzymisławy i pedagoga Mikuły, wraz ze swoim przyszłym mężem Bolesławem. Były to czasy najazdów Tatarów. Wieści o ich barbarzyńskich mordach dochodziły do Polski coraz bliżej. Na wiadomość o zdobyciu Lublina i Zawichostu Bolesław z Kingą i Grzymisławą opuścili Sandomierz i udali się do Krakowa. Po klęsce wojsk polskich pod Chmielnikiem koło Szydłowa (18 marca 1241 r.) uciekli na Węgry w nadziei, że tam będzie bezpieczniej. Jednak i tu nie znaleźli spokoju. Wojska węgierskie poniosły klęskę nad rzeką Sajo (11 kwietnia 1241 r.). Dlatego Kinga uciekła z Bolesławem na Morawy, gdzie zapewne zatrzymali się w Welehradzie w tamtejszym konwencie cystersów. Wódz tatarski Batu-chan stanął w Krakowie w Niedzielę Palmową, 24 marca; stąd Tatarzy ruszyli na Śląsk.
    Po bitwie pod Legnicą w 1241 r. Tatarzy wycofali się z Polski. Po bohaterskiej śmierci Henryka Pobożnego w bitwie z Tatarami rozgorzała walka o jego dziedzictwo śląskie i krakowskie. Dopiero po pokonaniu Konrada Mazowieckiego młodzi książęta mogli wrócić do Krakowa (1243). Ponieważ zamek w Krakowie, jak też w Sandomierzu, Tatarzy zupełnie zniszczyli, tak że się nie nadawał do zamieszkania, Bolesław i Kinga pozostali w Nowym Korczynie. Tu właśnie Kinga nakłoniła swego przyszłego męża do zachowania dozgonnej czystości, którą ślubowali oboje na ręce biskupa krakowskiego Prandoty. Dlatego historia nadała Bolesławowi przydomek “Wstydliwy”. W tej formie czystości małżeńskiej Kinga spędziła z Bolesławem 40 lat. Wtedy także zapewne Kinga wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka. Zaślubiny odbyły się na zamku krakowskim około roku 1247, bowiem wtedy Bolesław był władcą księstwa krakowsko-sandomierskiego. W posagu od ojca Kinga otrzymała 40 000 grzywien srebra, co Szajnocha przeliczył na około 3,5 miliona złotych. Była to ogromna suma.
    Kinga w tym czasie zapewne kilka razy odwiedzała rodzinne Węgry. Sprowadziła stamtąd do Polski górników, którzy dokonali pierwszego odkrycia złoży soli w Bochni (1251). Stąd powstała piękna legenda o cudownym odkryciu soli. Aby dopomóc w odbudowaniu zniszczonego przez Tatarów kraju, Kinga ofiarowała Bolesławowi część swojego posagu; Bolesław za to przywilejem z 2 marca 1252 r. oddał jej w wieczyste posiadanie ziemię sądecką. Kinga pomagała Bolesławowi w rządach nad obu księstwami (krakowskim i sandomierskim). Wskazuje na to spora liczba wystawionych przez obu małżonków dokumentów. Hojnie wspierała katedrę krakowską, klasztory benedyktyńskie, cysterskie i franciszkańskie. Ufundowała kościoły w Nowym Korczynie i w Bochni, a zapewne również w Jazowsku i w Łącku. Do Krakowa sprowadziła z Pragi Kanoników Regularnych od Pokuty i wystawiła im kościół św. Marka. Do Krzyżanowic nad Nidą sprowadzono norbertanki, gdzie im wystawiono kościół i klasztor. W Łukowie książę Bolesław osadził templariuszy. Swojej siostrze, bł. Salomei, Bolesław pozwolił i dopomógł wznieść w Zawichoście kościół, klasztor i szpital. Kinga w sposób istotny przyczyniła się do przeprowadzenia kanonizacji św. Stanisława ze Szczepanowa (1253). To ona miała wysłać do Rzymu poselstwo w tej sprawie i pokryć koszty związane z tą misją.
    7 grudnia 1279 r. umarł w Krakowie książę Bolesław Wstydliwy. Długosz wspomina, że biskup krakowski Paweł i niektórzy z panów zaofiarowali Kindze rządy. Kiedy Kinga poczuła się wolna, postanowiła zrezygnować z władzy i oddać się wyłącznie sprawie zbawienia własnej duszy. Upatrzyła sobie klaryski jako zakon dla siebie najodpowiedniejszy. Znała go dobrze, bo już w roku 1245 przyjęła welon i habit klaryski jej ciotka, bł. Salomea, która w tym czasie założyła w Zawichoście pierwszy ich klasztor, w roku 1259 przeniesiony do Skały. Sprawa założenia przez Kingę klasztoru klarysek w Starym Sączu komplikowała się, bo nowy władca Krakowa, Leszek Czarny, nie chciał zgodzić się na tę fundację i odkładał decyzję w obawie, aby nie utracić ziemi sądeckiej, którą Kinga chciała ofiarować klasztorowi na jego utrzymanie. Po czterech latach, w 1284 r., ostatecznie doszło do zgody. Kinga wstąpiła do tego klasztoru już wcześniej (1279), zaraz po śmierci męża. Prawdopodobnie nie zajmowała w klasztorze żadnych urzędów. Jej staraniem była budowa i troska o jego byt materialny. Welon zakonny otrzymała z rąk biskupa Pawła. Jednak śluby zakonne złożyła dopiero, jak to wynika ze szczęśliwie zachowanego dokumentu, 24 kwietnia 1289 roku. Spędziła w Starym Sączu 12 lat, poddając się we wszystkim surowej regule, zatwierdzonej przez Urbana IV w roku 1263.

    Święta Kinga - obraz kanonizacyjny

    Zmarła 24 lipca 1292 r. w Starym Sączu. Beatyfikacja Kingi nastąpiła dopiero za pontyfikatu papieża Aleksandra VIII. Dokonano jej po długim procesie kanonicznym dnia 10 czerwca 1690 r. Dekrety, wydane przez papieża Urbana VIII (1623-1644), zalecały w sprawach beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych jak najdalej posuniętą ostrożność i surowość. Kult świątobliwej księżnej trwał jednak od wieków. Sam fakt porzucenia świata i jej wstąpienia do najsurowszego zakonu żeńskiego był dowodem heroicznej świętości Kingi. Pamięć dzieł miłosierdzia chrześcijańskiego, jak również instytucji pobożnych, których była fundatorką, były bodźcem do oddawania jej kultu. Była powszechnie czczona przez okoliczny lud jako jego szczególna patronka. Do jej grobu napływali nieustannie pielgrzymi. Liczne łaski, otrzymane za jej wstawiennictwem, rozsławiały jej imię. Kult bł. Kingi znacznie wzrósł po jej beatyfikacji. Benedykt XIII przyznał jej tytuł patronki Polski i Litwy (31 sierpnia 1715 r.). Jest także patronką diecezji tarnowskiej.
    Kanonizacji Kingi dokonał św. Jan Paweł II w Starym Sączu dnia 16 czerwca 1999 r., podczas swojej przedostatniej pielgrzymki do Polski. Mówił wtedy między innymi: “Mury starosądeckiego klasztoru, któremu początek dała św. Kinga i w którym dokonała swego życia, zdają się dziś dawać świadectwo o tym, jak bardzo ceniła czystość i dziewictwo, słusznie upatrując w tym stanie niezwykły dar, dzięki któremu człowiek w sposób szczególny doświadcza własnej wolności. Tę zaś wewnętrzną wolność może uczynić miejscem spotkania z Chrystusem i z człowiekiem na drogach świętości. U stóp tego klasztoru, wraz ze św. Kingą proszę szczególnie was, ludzie młodzi: brońcie tej swojej wewnętrznej wolności! Niech fałszywy wstyd nie odwodzi was od pielęgnowania czystości! A młodzieńcy i dziewczęta, których Chrystus wzywa do zachowania dziewictwa na całe życie, niech wiedzą, że jest to uprzywilejowany stan, przez który najwyraźniej przejawia się działanie mocy Ducha Świętego”.
    W ikonografii przedstawiana jest w stroju klaryski lub księżnej, w ręku trzyma makietę klasztoru ze Starego Sącza, czasami bryłę soli, bywa w niej pierścień.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    23 lipca

    Święta Brygida Szwedzka, zakonnica,
    patronka Europy

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Wasyl (Bazyli) Hopko, biskup
      •  Święty Jan Kasjan
      •  Błogosławiony Krystyn Gondek, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Jan Huguet Cardona, prezbiter i męczennik
    ***
    Święta Brygida

    Brygida urodziła się w 1303 r. na zamku w Finstad koło Uppsali. Jej rodzina była spokrewniona z dynastią królewską w Szwecji. Rodzina ta była bardzo religijna. Ojciec co tydzień przystępował do sakramentów pokuty i Eucharystii. Odbył także podróż do Hiszpanii na grób św. Jakuba w Compostelli.
    Według żywotów Brygida miała od dziecka cieszyć się oznakami szczególnej przyjaźni Pana Jezusa. Kiedy miała 7 lat, ukazała się jej Najświętsza Maryja Panna i złożyła na jej głowie tajemniczą koronę. Trzy lata później zjawił się jej Chrystus na krzyżu. Na widok męki Pana Jezusa Brygida miała zawołać: “O, mój kochany Panie! Kto Ci to zrobił? Nie chcę niczego, jak tylko miłować Ciebie!” Kiedy Brygida miała 12 lat, zmarła jej matka (1314). Ojciec oddał kapłanom sumę 200 marek w złocie, co było dużym majątkiem, prosząc, by modlili się o spokój duszy dla małżonki. Po śmierci żony wziął rodzeństwo Brygidy – Katarzynę i Izraela – na swój zamek, a Brygidę oddał na wychowanie do wujenki na zamku w Aspanas. Surowy tryb życia, jaki na zamku wprowadziła wujenka, odpowiadał Brygidzie, która chciała cała należeć do Chrystusa.
    Wbrew swojej woli Brygida została wydana w czternastym roku życia za syna gubernatora Wastergotlandu, 19-letniego Ulfa Gotmarssona. Po ślubie przeniosła się na zamek męża (1316). Chociaż utratę dziewictwa opłakiwała rzewnymi łzami, umiała w swoim małżeństwie dostrzec wolę Bożą i starała się być dla męża najlepszą żoną. Trafiła też na dobrego człowieka. Dlatego żyli szczęśliwie razem 28 lat (1316-1344). Pałac Brygidy należał do najświetniejszych w kraju. Było w nim zawsze rojno od gości. Brygida dbała o to, by wszyscy wchodzący w jej progi czuli się dobrze. Kierowała domem i gospodarstwem wzorowo, dbała o służbę, z którą codziennie odmawiała pacierze. Nie pozwalała wszakże na żadne pohulanki i zbyt swobodne zachowania.
    Szczególnie jednak była oddana mężowi, okazując mu przywiązanie i wprost matczyną opiekę. Dała mu 4 synów i 4 córki: Martę (1319), Karola (1321), Birgera (1323), Benedykta (1326), Gutmara (1327), św. Katarzynę Szwedzką (1330), Ingeborgę (1332) i Cecylię (1334). Na wychowawców dla swoich dzieci dobierała pedagogów o odpowiednim wykształceniu i głębokiej wierze. Każde dziecko miało inny charakter. Trzeba było ze strony matki wiele subtelności, by uszanować ich osobowość, a nie dopuścić do wypaczenia ich charakterów, bowiem mąż był często poza domem, zajęty sprawami publicznymi. Nie zaniedbała wszakże Brygida wśród tak licznych zajęć rodzinnych troski o własną duszę. Jej kierownikiem duchowym był uczony wiceprzeor cystersów, Piotr Olafsson. Na jej prośbę jeden z kanoników katedry, Maciej, przetłumaczył Pismo święte na język szwedzki, by Brygida mogła w nim się rozczytywać. Na jej życzenie kanonik ten ułożył również komentarze do Pisma świętego.
    W 1332 roku Brygida została powołana na dwór króla Magnusa II w charakterze ochmistrzyni. Korzystając z osobistego majątku, jak też z majątku króla, nad którym otrzymała zaszczytny zarząd, hojnie wspierała kościoły, klasztory i ubogich. W 1339 roku utraciła nieletniego syna. Dla uproszenia błogosławieństwa Bożego dla całej rodziny udała się z pielgrzymką na grób św. Olafa (+ 1030). Tradycją w domu były pielgrzymki do Compostelli. I Brygida wraz z mężem udała się na grób św. Jakuba Apostoła (1342). Pielgrzymka trwała rok. Towarzyszył im spowiednik, cysters Svenung, który później opisał całą podróż. Po powrocie z pielgrzymki Ulf wstąpił do cystersów w Alvastra, gdzie zmarł w lutym 1344 r. Brygida była wolna.

    Święta Brygida

    Postanowiła oddać się wyłącznie służbie Bożej i pełnieniu dobrych uczynków. Długie godziny poświęcała modlitwie. Mnożyła akty umartwienia i pokuty. Naglona objawieniami, pisała listy do możnych tego świata, napominając ich w imię Pana Boga. Królowi szwedzkiemu i zakonowi krzyżackiemu przepowiedziała kary Boże, które też niebawem na nich spadły. W 1352 roku wezwała papieża Innocentego VI, aby powrócił do Rzymu. To samo wezwanie skierowała w imieniu Chrystusa do jego następcy, bł. Urbana V, który też w 1367 roku faktycznie do Rzymu powrócił. Kiedy zaś papież, zniechęcony zamieszkami w Rzymie, powrócił do Awinionu, przepowiedziała mu rychłą śmierć, co się niebawem sprawdziło (+ 1370). Niemniej żarliwie zabiegała o powrót do Rzymu papieża Grzegorza XI. Była hojną dla fundacji kościelnych i charytatywnych. Dom jej stał zawsze otworem dla potrzebujących.
    Z poparciem króla, który na ten cel ofiarował posiadłość w Vadstena, i za zezwoleniem Stolicy Świętej, Brygida założyła nową rodzinę zakonną pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela, zwaną często “brygidkami”. Jej córka, św. Katarzyna Szwedzka, w roku 1374 została jego pierwszą opatką. W roku 1349 Brygida udała się przez Pomorze, Niemcy, Austrię i Szwajcarię do Rzymu, by uzyskać odpust z okazji roku jubileuszowego 1350. Chodziło jej również o zatwierdzenie reguł swojego zakonu. W Rzymie założyła klasztor swojego zakonu.
    Korzystając ze swojej obecności w Italii, Brygida przewędrowała wraz z córką cały kraj, nawiedzając pieszo ważniejsze ówczesne sanktuaria: św. Franciszka w Asyżu, św. Antoniego w Padwie, św. Dominika Guzmana w Bolonii, św. Tomasza z Akwinu w Ortonie, św. Bartłomieja w Benevento, św. Macieja w Salerno, św. Andrzeja Apostoła w Amalfi, św. Mikołaja w Bari oraz św. Michała Archanioła na Monte Gargano. Do Rzymu powróciła dopiero w 1363 roku. W 1372 roku udała się z pielgrzymką do Ziemi Świętej. Miała wówczas 70 lat. Po powrocie do Rzymu, zmęczona podróżą, zmarła 23 lipca 1373 r., w dniu, który przepowiedziała. W jej pogrzebie wzięły udział tłumy wiernych. Był to prawdziwy hołd, jaki złożył jej Rzym. Kroniki głoszą, że z okazji pogrzebu św. Brygidy wielu chorych zostało uzdrowionych. Jej ciało poprzez Korsykę, Styrię, Morawy i Polskę sprowadzono do Szwecji, gdzie złożono w klasztorze w Vadstena, który założyła.
    Dzięki staraniom córki, św. Katarzyny, została kanonizowana już w 1391 r. W 1489 roku złożono relikwie matki i córki, to jest św. Brygidy Szwedzkiej i św. Katarzyny Szwedzkiej, w jednej urnie. Kiedy Szwecja przeszła na protestantyzm (1595), relikwie te zaginęły bezpowrotnie.Brygida pozostawiła po sobie księgę Objawień. Wkrótce znała ją cała Europa. Była wielokrotnie przepisywana. W księdze tej św. Brygida spisała przepowiednie dotyczące Kościoła, papieży żyjących w jej czasach, losów państw i ówczesnych panujących oraz odnośnie do przyszłości wielu innych osób. Była przekonana, że pisze to, co jej dyktował Chrystus. Nawoływała do poprawy obyczajów, groziła karami Bożymi. Dzieło to miało wśród teologów sporo przeciwników. Mimo aprobaty papieży Grzegorza XI i Urbana VI, dzieła św. Brygidy były przedmiotem ataków i dyskusji nawet na soborach w Konstancji (1414-1418) i w Bazylei (1431). Brygida, jakby w przeczuciu, ile kłopotu narobi ta księga, dała ją najpierw do przejrzenia teologom. Ostatecznej aprobaty pismom św. Brygidy udzielił Kościół w akcie jej kanonizacji.
    1 października 1999 r. św. Jan Paweł II listem motu proprio ogłosił św. Brygidę współpatronką Europy (razem ze św. Katarzyną ze Sieny i św. Teresą Benedyktą od Krzyża). Św. Brygida jest także patronką Szwecji, pielgrzymów oraz dobrej śmierci.

    Święta Brygida z córką, św. Katarzyną

    W ikonografii św. Brygida przedstawiana jest w ciemnowiśniowym habicie z czerwonym welonem, na nim korona z białego płótna z pięcioma czerwonymi znakami – symbolizującymi pięć ran Jezusa. Czasami siedzi przy pulpicie i spisuje swoje wizje. Jej atrybutami są: heraldyczny lew, korona; księga, którą pisze; ptasie pióro, pielgrzymi kapelusz, serce i krzyż.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 lipca

    Święta Maria Magdalena

    Zobacz także:
      •  Święta Maria z Betanii
      •  Błogosławieni męczennicy Nicefor Díez Tejerina, prezbiter, i Towarzysze
    ***
    Święta Maria Magdalena

    Według biblijnej relacji Maria pochodziła z Magdali – “wieży ryb” nad Jeziorem Galilejskim, ok. 4 km na północny zachód od Tyberiady. Jezus wyrzucił z niej siedem złych duchów (Mk 16, 9; Łk 8, 2). Odtąd włącza się ona do grona Jego słuchaczy i wraz z innymi niewiastami troszczy się o wędrujących z Nim ludzi.
    Po raz drugi wspominają o niej Ewangeliści pisząc, że była ona obecna podczas ukrzyżowania i śmierci Jezusa (Mk 15, 40; Mt 27, 56; J 19, 25) oraz zdjęcia Go z krzyża i pogrzebu. Maria Magdalena była jedną z trzech niewiast, które udały się do grobu, aby namaścić ciało Ukrzyżowanego, ale grób znalazły pusty (J 20, 1). Kiedy Magdalena ujrzała kamień od grobu odwalony, przerażona, że Żydzi zbezcześcili ciało ukochanego Zbawiciela, wyrzucając je z grobu w niewiadome miejsce, pobiegła do Apostołów i powiadomiła ich o tym. Potem sama wróciła do grobu Pana Jezusa. Zmartwychwstały Jezus ukazał jej się jako ogrodnik (J 20, 15). Ona pierwsza powiedziała Apostołom, że Chrystus żyje (Mk 16, 10; J 20, 18). Dlatego też jest nazywana apostola Apostolorum – apostołką Apostołów, a Kościół przez długie stulecia recytował w jej święto uroczyste wyznanie wiary. Wschód i Zachód, oddając hołd Magdalenie, obchodzą jej pamiątkę tego samego dnia – 22 lipca.Nie wiemy, co św. Łukasz miał na myśli, kiedy napisał o Marii Magdalenie, że Pan Jezus wypędził z niej siedem złych duchów. Św. Grzegorz I Wielki utożsamiał Marię Magdalenę z jawnogrzesznicą, o której na innym miejscu pisze tenże Ewangelista (Łk 7, 36-50), jak też z Marią, siostrą Łazarza, o której pisze św. Jan, że podobnie jak jawnogrzesznica u św. Łukasza, obmyła nogi Pana Jezusa wonnymi olejkami (J 11, 2). Współcześni bibliści, idąc za pierwotną tradycją i za ojcami Kościoła na Wschodzie, uważają jednak, że imię Maria miały trzy niewiasty nie mające ze sobą bliższego związku. Dotąd tak w liturgicznych tekstach, jak też w ikonografii Marię Magdalenę zwykło się przedstawiać w roli Łukaszowej jawnogrzesznicy, myjącej nogi Pana Jezusa. Najnowsza reforma kalendarza liturgicznego wyraźnie odróżnia Marię Magdalenę od Marii, siostry Łazarza, ustanawiając ku ich czci osobne dni wspomnienia. Marię Magdalenę nieraz utożsamiano także z Marią Egipcjanką, nierządnicą (V w.), która po nawróceniu miała żyć jako pustelnica nad Jordanem.
    Kult św. Marii Magdaleny jest powszechny w Kościele tak na Zachodzie, jak i na Wschodzie. Ma swoje sanktuaria, do których od wieków licznie podążają pielgrzymi. W Efezie pokazywano jej grób i bazylikę wystawioną nad nim ku jej czci. Kiedy zaś Turcy zawładnęli miastem, jej relikwie miały zostać przeniesione z Efezu do Konstantynopola za cesarza Leona Filozofa (886-912). Kiedy krzyżowcy opanowali Konstantynopol (1202-1261), mieli przenieść relikwie Marii Magdaleny do Francji, do Vezelay, gdzie do dnia dzisiejszego doznają czci. We Francji jest jeszcze jedno sanktuarium św. Marii Magdaleny, w La Saint Baume, gdzie według legendy miała mieszkać przez 30 lat w jaskini jako pustelnica i pokutnica, kiedy ją w dziurawej łódce na pełne morze wywieźli Żydzi.
    Maria Magdalena jest patronką zakonów kobiecych; Prowansji, Sycylii, Neapolu; dzieci, które mają trudności z chodzeniem, fryzjerów, kobiet, osób kuszonych, ogrodników, studentów i więźniów.
    W ikonografii św. Maria Magdalena przedstawiana jest według tradycji, która utożsamiła ją z innymi Mariami. Ukazywana w długiej szacie z nakrytą głową; w bogatym książęcym wschodnim stroju lub jako pokutnica, której ciało osłaniają długie włosy; w malarstwie barokowym ukazywana bez odzieży lub półnago. Jej atrybutami są: dyscyplina, instrumenty muzyczne, krucyfiks, księga – znak jej misyjnej działalności, naczynie z olejkiem, kadzielnica, gałązka palmowa, czaszka, włosiennica, zwierciadło.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    21 lipca

    Błogosławiony
    Franciszek Maria od Krzyża Jordan, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Wawrzyniec z Brindisi, prezbiter i doktor Kościoła
      •  Święty Apolinary, biskup i męczennik
      •  Daniel, prorok
    ***
    Błogosławiony Franciszek Maria od Krzyża Jordan

    Jan Chrzciciel Jordan urodził się 16 czerwca 1848 r. w Gurtweil, w pobliżu Waldshut w Badenii (Niemcy). W trzynastym roku życia, w czasie I Komunii Świętej, doświadczył szczególnej łaski, która stała się zaczynem kapłańskiego powołania. Droga do przyjęcia święceń była długa i trudna, przede wszystkim ze względu na skrajnie trudne warunki materialne rodziny.
    21 lipca 1878 r., w wieku 30 lat, przyjął święcenia kapłańskie. Został wysłany przez swojego biskupa do Rzymu na studia języków orientalnych pod skrzydłami Kongregacji Rozkrzewiania Wiary. Szczególnie ważna okazała się jego podróż na Bliski Wschód, gdzie został wysłany w celu praktycznego doskonalenia języków. Rozpoznał tam wezwanie do założenia nowego ruchu w Kościele, poświęconego apostolstwu. Po uzyskaniu błogosławieństwa papieża Leona XIII w dniu 8 grudnia 1881 r. Jordan z dwoma towarzyszami zapoczątkował Apostolskie Towarzystwo Nauczania.Nie chciał zakładać typowego zgromadzenia zakonnego, ale raczej ruch, który zaangażuje w ewangelizację nie tylko duchownych, ale również świeckich. Władze kościelne wymagały od niego jednak przedstawienia jasnych zasad funkcjonowania. Posłuszeństwo doprowadziło w 1883 r. do przekształcenia dzieła w zgromadzenie zakonne pod nazwą Towarzystwo Boskiego Zbawiciela (salwatorianie). Jan Chrzciciel Jordan przyjął wówczas imię Franciszek Maria od Krzyża. Pięć lat później – 8 grudnia 1888 r. – wraz z Marią Teresą von Wüllenweber (bł. Marią od Apostołów) Franciszek Maria założył Kongregację Sióstr Boskiego Zbawiciela (salwatorianki).
    Już w 1889 r. młode zgromadzenie otrzymało propozycję od prefekta Kongregacji Rozkrzewiania Wiary, aby przejąć nowo utworzoną prefekturę apostolską w Assam w Indiach. Mimo skromnych możliwości personalnych i materialnych następował dynamiczny rozwój Wspólnoty. W 1892 r. o. Jordan założył fundacje w Stanach Zjednoczonych i Austrii. W kolejnych latach powstawały misje w Ekwadorze-Kolumbii, Szwajcarii, Czechosłowacji, Brazylii, Rumunii, Belgii, Polsce i Jugosławii, Anglii i Niemczech. Współcześnie członkowie Towarzystwa Boskiego Zbawiciela głoszą Ewangelię w czterdziestu krajach. Na całym świecie działają również siostry salwatorianki oraz salwatorianie świeccy. Franciszek Maria od Krzyża Jordan zmarł 8 września 1918 r. w szwajcarskim Tafers, gdzie przebywał ze względu na kończącą się I wojnę światową. W 1956 r. jego doczesne szczątki zostały przeniesione do Rzymu i złożone w domu generalnym zgromadzenia.Proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 1942 r. W roku 2011 został ogłoszony dekret o heroiczności jego cnót, a 19 czerwca 2020 r. papież Franciszek zatwierdził cud za jego wstawiennictwem. Uroczystość beatyfikacji odbyła się 15 maja 2021 r. w bazylice św. Jana na Lateranie w Rzymie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    20 lipca

    Błogosławiony Czesław, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Małgorzata z Antiochii Pizydyjskiej, dziewica i męczennica
      •  Święty Torlak Thorhallsson, biskup
      •  Eliasz, prorok
      •  Błogosławiony Alojzy Novarese, prezbiter
      •  Święty Józef Barsaba Justus
    ***
    Błogosławiony Czesław

    Czesław urodził się około roku 1180 w Kamieniu Opolskim. Miał być krewnym św. Jacka. Wydaje się raczej mało prawdopodobne – co przekazują legendy – że studiował w Pradze, Paryżu i Bolonii i że miał studia uwieńczyć podwójnym doktoratem z teologii i prawa kanonicznego. Wiemy tylko, że należał obok św. Jacka Odrowąża i Hermana Niemca do księży z otoczenia biskupa krakowskiego, Iwona Odrowąża. Miał zajmować stanowisko kustosza kolegiaty sandomierskiej. Gdyby tak było, wskazywałoby to na rycerskie (szlacheckie) pochodzenie Czesława, gdyż wówczas tylko takich przyjmowano do kapituły.
    Jako kapłan diecezjalny w 1220 lub 1221 r. wstąpił do dominikanów. Habit otrzymał z rąk samego św. Dominika. W 1222 roku przybył z innymi współbraćmi, w tym ze św. Jackiem Odrowążem, do Krakowa. Tam przyjął ich uroczyście Iwo Odrowąż w otoczeniu kleru i ludu. Pierwsi dominikanie zamieszkali w Krakowie, oddając się pracy kaznodziejskiej i duszpasterskiej. W roku 1225 biskup Pragi zaprosił dominikanów do stolicy Czech. Wysłano tam Czesława z kilkoma ojcami. Czesław stał się więc założycielem rodziny dominikańskiej na ziemi czeskiej.
    Po założeniu klasztoru w Pradze (1225) udał się do Wrocławia. Tamtejszy biskup, Wawrzyniec, powitał go niemniej ciepło, jak to w Krakowie uczynił Iwo. Dominikanie otrzymali parafialny kościół św. Wojciecha. Zachował się do dzisiaj dokument przekazania świątyni z 1 maja 1226 r. Tam Czesław pozostał jako przeor do roku 1231, kiedy to został przez kapitułę wybrany na prowincjała (1233-1236). Jako prowincjał brał udział w kapitule generalnej w Bolonii i w kanonizacji św. Dominika w Rzymie (1234). Po złożeniu urzędu pozostał nadal przeorem w klasztorze wrocławskim, aż do swojej śmierci (ok. 1242).
    Jan Długosz przytacza barwną legendę, jak Czesław swoją modlitwą uratował Wrocław od najazdu Tatarów i całkowitego zniszczenia w roku 1241. Kiedy miasto zostało zajęte przez najeźdźców, część wrocławian postanowiła bronić się poza murami obronnego grodu. Czesław był duszą całej obrony, podobnie jak bł. Sadok w Sandomierzu, a później ks. Augustyn Kordecki podczas oblężenia Jasnej Góry. Podanie głosi, że Czesław modlił się o ocalenie miasta wychodząc często na jego wały i zachęcając dzielnych obrońców do oporu. Gdy Wrocław wyszedł obronną ręką z tej wojennej zawieruchy, mieszkańcy przypisywali uratowanie miasta modlitwom i wstawiennictwu Czesława, którego wiara złamała siły nieprzyjacielskie. Należy to uważać raczej za legendę, gdyż Wrocław został poważnie spalony właśnie w 1241 r. przez Tatarów. W innych zaś latach Mongołowie tak daleko już nie podeszli.
    Według tradycji wrocławskiej Czesław miał umrzeć 15 lipca 1242 r. Datę tę przyjmuje tradycja dominikańska. Zaraz po śmierci odbierał cześć jako święty. Nad jego grobem w kościele dominikanów we Wrocławiu wystawiono niebawem ołtarz. Cześć od dawna mu oddawaną zatwierdził papież Klemens XI 18 października 1713 roku. Ciało bł. Czesława spoczywa w dominikańskim kościele św. Wojciecha w osobnej kaplicy. Kiedy w czasie zdobywania Wrocławia w roku 1945 cały kościół legł w gruzach, zachowała się jedynie kaplica z relikwiami bł. Czesława. Jest on patronem Wrocławia.
    W ikonografii przedstawiany z kulą ognistą lub ze słupem ognia nad głową, który według tradycji ukazał się podczas oblężenia Wrocławia przez Tatarów. To niecodzienne zjawisko spowodowało ich odwrót. Atrybutami Błogosławionego są: krzyż misyjny, kielich, otwarta księga Ewangelii, laska pielgrzyma, lilia, monstrancja, puszka z komunikantami, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    19 lipca

    Błogosławiony Achilles Puchała,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święta Makryna Młodsza
      •  Błogosławiona Ludwika z Sabaudii, zakonnica
      •  Święty Symmach, papież
      •  Błogosławiony Herman Stępień, prezbiter i męczennik
    ***
    Błogosławiony Achilles Puchała
    Józef Puchała urodził się w 18 marca 1911 r. we wsi Kosina koło Łańcuta. Wychowywał się w średniozamożnej, rolniczej rodzinie Franciszka i Zofii z domu Olbrycht, w której pielęgnowano tradycje patriotyczne i katolickie. Miał siedmioro rodzeństwa. Miejscowy proboszcz wyczuł w nim znaki powołania i namówił rodziców do wysłania Józefa, po ukończeniu piątej klasy, do Lwowa, na naukę gimnazjalną w Małym Seminarium Misyjnym prowadzonym przez franciszkanów.
    W gimnazjum Józef wstąpił do Rycerstwa Niepokalanej i stał się jego aktywnym członkiem. W 1927 r. został przyjęty we Lwowie do franciszkanów konwentualnych i otrzymał zakonne imię Achilles. Śluby wieczyste złożył w 1932 r., a następnie rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne w Krakowie. W 1936 r. przyjął święcenia kapłańskie i jeszcze przez rok kontynuował studia.
    Pracował najpierw w konwencie franciszkańskim w Grodnie, a potem w Iwieńcu. Pod koniec 1939 r. pojechał do liczącej pięć tysięcy wiernych parafii pw. św. Jerzego we wsi Pierszaje (ok. 20 km od Iwieńca), aby objąć urząd proboszcza – opuszczony w trakcie kampanii wrześniowej przez kapłana diecezjalnego. Po pięciu miesiącach otrzymał do pomocy kapłana, innego franciszkanina, o. Hermana Karola Stępnia z Wilna. Ojciec Achilles pomagał materialnie wielu rodzinom, ubogim rozdawał chleb, dzielił się tym, co miał.
    W 1941 r. rozpoczęła się wojna rosyjsko-niemiecka. Proboszcz okazywał cierpiącym współczucie i niósł pociechę. Nie stawiał warunków w kwestii ofiar składanych z racji udzielanych sakramentów.
    Na plebanii w Pierszajach Niemcy zorganizowali posterunek żandarmerii. Dokonywali masowych aresztowań, poszukując partyzantów i kandydatów na roboty w Niemczech. O. Achilles zabiegał o uwolnienie uwięzionych: dzięki jego interwencji wielu zatrzymanych ocaliło życie. Ratował dzieci i dziewczęta, które miały być wywożone do niewolniczej pracy w III Rzeszy.
    W czerwcu 1943 r. w Iwieńcu i okolicach partyzanci z Armii Krajowej przeprowadzili skoordynowaną akcję na konwoje niemieckie kierowane na front wschodni. Niemcy w lipcu i sierpniu 1943 r. przeprowadzili odwetową operację “Hermann”, próbując ograniczyć działalność partyzantki na Kresach. Za cel wybrano mieszkańców wsi i małych miasteczek regionu. Zatrzymanych zamykano w stodołach, które następnie podpalano. W ten sposób Niemcy, w jednym powiecie wołożyńskim, spalili kilkanaście wiosek razem z mieszkańcami.
    19 lipca 1943 r. niemieckie SS pojawiło się w Pierszajach. Na placu zebrano mieszkańców wsi (było ich ok. 200-300, w tym uciekinierzy z Iwieńca). Dwaj franciszkanie mogli się ukryć – miał ich do tego namawiać jeden z żandarmów niemieckich mieszkających na plebanii, praktykujący katolik; miał to także uczynić ich bezpośredni przełożony, gwardian z Iwieńca, o. Hilary Pracz-Praczyński.
    Początkowo Niemcy zamierzali zamordować wszystkich na miejscu, w Pierszajach. Przywieźli ze sobą kanistry z benzyną. Rozdzielili kobiety i mężczyzn (w wieku od 10 do 50 lat), po czym zagnali ich do dwóch szop. Do mężczyzn wkrótce dobrowolnie dołączyli dwaj franciszkanie. Niektórzy świadkowie podawali, że franciszkanie próbowali negocjować z Niemcami. Po prawie dwóch godzinach nadjechało trzech oficerów i rozkazali wyprowadzić zatrzymanych. Niemcy dokonali ponownej selekcji i zagnali wszystkich, pod bagnetami, do wsi Borowikowszczyzna koło Nowogródka. Franciszkanów oddzielono od pozostałych osób i wieczorem tego dnia zamordowano w pobliskiej stodole, którą następnie podpalono. W jednej z wersji przed podpaleniem gestapowcy zabili obu męczenników strzałem w głowę. Według innej franciszkanie mieli być najpierw okrutnie torturowani. Niemcy mieli im wyłupić oczy, wyrwać języki, obciąć nosy, uszy i ręce, na koniec krępując drutem.
    Rozweseleni mordercy, przebrani we franciszkańskie habity, z drwiną naśladując czynności Mszy św. i szydząc z kapłanów, wrócili do wsi. Następnego dnia mieszkańcy wioski zebrali zwęglone szczątki męczenników i złożyli je we wspólnej trumnie w mogile przy kościele w Pierszajach (dziś Białoruś). Tam też, w specjalnej złoconej trumience, spoczywają w kościele parafialnym do dziś.
    O. Achilles Puchała i o. Herman Stępień zostali beatyfikowani w grupie 108 męczenników II wojny światowej w dniu 13 czerwca 1999 r. w Warszawie przez papieża św. Jana Pawła II.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    18 lipca

    Święty Szymon z Lipnicy, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Arnulf, męczennik
      •  Święty Arnulf z Metzu, biskup
      •  Święty Arnold Wyznawca
      •  Święty Fryderyk z Utrechtu, biskup i męczennik
    ***
    Święty Szymon z Lipnicy

    Szymon urodził się około 1438-1440 r. w Lipnicy. Znane są nam imiona jego rodziców: Grzegorz i Anna. Nie znamy natomiast ich nazwisk. Ojciec był piekarzem. Fakt wysłania Szymona na studia uniwersyteckie wskazywałby na pewną zamożność rodziców, gdyż to suponuje także ukończenie szkół niższych. Jednak zamożność ta była względna, skoro w 1454 r. Szymon wpłacił do kasy Akademii Krakowskiej zaledwie 1 grosz, a więc zaledwie jedną czwartą już i tak skromnej rocznej opłaty. Zapisał się na wydział nauk wyzwolonych (artium). Był to wydział wstępny i najliczniej obstawiony, gdyż dawał przygotowanie do trzech wydziałów pozostałych i udzielał najogólniejszych wiadomości z zakresu siedmiu nauk wyzwolonych. Akademię Krakowską Szymon ukończył w roku 1457 tytułem bakałarza.
    W tym samym roku wstąpił wraz z dziesięcioma swoimi kolegami akademickimi do bernardynów, których cztery lata wcześniej sprowadził do Polski i założył ich pierwszy klasztor w Krakowie św. Jan Kapistran. Niewykluczone, że Szymon widział go i słuchał osobiście, kiedy Jan przez osiem miesięcy przebywał w Krakowie na zaproszenie króla Kazimierza Jagiellończyka. Po roku nowicjatu Szymon złożył śluby zakonne (1458). W Krakowie odbywał swoje studia teologiczne i po roku 1460 otrzymał święcenia kapłańskie.
    Szymon musiał wyróżniać się cnotą, wiedzą i powagą, skoro już w roku 1465 – w kilka lat po święceniach – został wybrany gwardianem konwentu w Tarnowie. Z tego powodu wziął udział w kapitule prowincji w Krakowie. W dwa lata później pełnił w Krakowie urząd kaznodziei. Urząd ten w zakonie franciszkańskim był zawsze w wysokim poważaniu. Wybierano na to stanowisko wyjątkowo zdolnych zakonników. Według relacji, jakie nam pozostawiły źródła, Szymon był nie tylko kaznodzieją z urzędu, ale przede wszystkim z powołania. Obowiązek ten miał sprawować przez kilkanaście lat, bo aż do śmierci (1467-1482). Szymon był nie tylko kaznodzieją zakonnym, ale przede wszystkim katedralnym. Dotąd ten zaszczytny i odpowiedzialny urząd pełnili wyłącznie dominikanie i profesorowie teologii Akademii Krakowskiej. Szymon był pierwszym, który przełamał tę tradycję jako bernardyn. Kazania w katedrze wygłaszano do elity umysłowej Krakowa w języku łacińskim. To dowodzi, że Szymon doskonale opanował ten język.

    Święty Szymon z Lipnicy

    O wielkiej powadze, jaką się cieszył Szymon wśród swoich współbraci, świadczy i to, że został wybrany wraz z kilkunastoma innymi bernardynami delegatem prowincji polskiej, aby uczestniczył w uroczystościach przeniesienia relikwii św. Bernardyna do nowego kościoła wystawionego ku jego czci w Akwilei (1472).
    W roku 1474 został wybrany na kapitule prowincji dyskretem, czyli delegatem na kapitułę generalną do Pawii. Wyruszył na nią wraz z ówczesnym prowincjałem Chryzostomem z Ponieca i gwardianem z Krakowa, Marianem z Jeziorka. Przez pewien czas Szymon pełnił także funkcję komisarza prowincjała i w jego imieniu wizytował niektóre konwenty prowincji. Poważnym wydarzeniem w jego życiu była pielgrzymka do Ziemi Świętej (1478/1479). Odbył ją korzystając z okazji, że był uczestnikiem kapituły generalnej w Pawii. Stamtąd udał się do ziemi Chrystusa Pana.
    W zakonie odznaczał się surowością życia, nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu i Matki Bożej. Umarł posługując chorym podczas zarazy w Krakowie 18 lipca 1482 r. Pogrzeb odbył się w tym samym dniu w godzinach wieczornych. Ciało pochowano w kościele klasztornym pod wielkim ołtarzem, umieszczając je wraz ze szczątkami Tymoteusza i Bernardyna, zmarłych w opinii świętości. W 1488 r. bł. Władysław z Gielniowa, sprawujący wówczas funkcję prowincjała, na podstawie specjalnego breve papieża Innocentego VIII dokonał przeniesienia relikwii Szymona do osobnej kaplicy kościoła, co było wówczas uważane za formalną beatyfikację. Odtąd bowiem można było słudze Bożemu oddawać cześć publiczną. Grobowiec Szymona nawiedzali liczni pielgrzymi, a nagromadzone wota były dowodem jego skutecznego orędownictwa. Zaraz po jego śmierci miało miejsce aż 377 cudownych uzdrowień i łask. Długie zabiegi o formalną beatyfikację doszły do skutku. 24 lutego 1685 roku bł. Innocenty XI ogłosił dekret beatyfikacyjny. Dnia 3 czerwca 2007 r. papież Benedykt XVI kanonizował Szymona z Lipnicy.
    W ikonografii św. Szymon przedstawiany jest jako głoszący kazanie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    17 lipca

    Błogosławione dziewice i męczennice
    Teresa od św. Augustyna i Towarzyszki

    Zobacz także:
      •  Święty Aleksy, wyznawca
      •  Błogosławiony Paweł Piotr Gojdič, biskup
      •  Święty Leon IV, papież
    ***
    Błogosławione męczennice z Compiegne
    Podczas rewolucji francuskiej władze zamknęły w 1792 r. klasztor sióstr karmelitanek w Compiègne. 14 września 1792 r. zakonnice opuściły klasztor i założyły świeckie ubrania. Podzieliły się na 4 grupy mieszkające w niezbyt odległych od siebie domach. Przez kolejne 2 lata żyły w nich, przestrzegając – w miarę możliwości – zasad życia zakonnego.
    W 1794 r. oskarżono je o życie we wspólnocie zakonnej. Zostały aresztowane 22 czerwca i uwięzione w byłym klasztorze wizytek. 12 lipca przewieziono je do więzienia Conciergerie w Paryżu, a 5 dni później skazano na śmierć. Zostały zgilotynowane 17 lipca 1794 r. na Place du Trône Renversé (obecnie Place de la Nation). Idąc na gilotynę, śpiewały Salve Regina. Jako ostatnią stracono matkę przełożoną, która umacniała siostry.
    Ciała zakonnic wrzucono do dołu z piaskiem na paryskim cmentarzu Picpus, w którym w późniejszym czasie doliczono się 1298 ofiar terroru rewolucji. Nie było więc szans na odnalezienie relikwii karmelitanek. Były one pierwszymi ofiarami terroru rewolucji francuskiej, wobec których rozpoczęto proces beatyfikacyjny; jako pierwsze męczennice rewolucji francuskiej zostały beatyfikowane 27 maja 1906 r. przez Piusa X.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    Karmelitanki z Compiègne- zamordowane za wiarę przez rewolucjonistów.

    Dziś ich wspomnienie

    oprac. PCh24.pl/GS

    ***

    16 karmelitanek z Compiègne we Francji, to ofiary antykatolickich prześladowań religijnych z okresu rewolucji francuskiej. Zostały zgilotynowane w Paryżu 17 lipca 1794 r. Są już zaliczone w poczet błogosławionych Kościoła katolickiego. Gilotyna była uważana za „nowoczesną maszynę” do dekapitacji i symbol „postępu”. Udział w jej dopracowaniu miał też kat Charles-Henri Sanson, który ścinał także siostry zakonne.

    Sprawę kanonizacji Karmelitanek poruszano jeszcze w czasie pontyfikatu św. Jana Pawła II. Karmelici z Jonquières-Compiègne złożyli jednak swoją oficjalną prośbę dopiero w grudniu 2021 roku. Franciszek zezwolił na przekazanie sprawy do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w styczniu tego roku. Biskupi francuscy oczekują dość szybkiej daty kanonizacji ze względu na powszechny i ugruntowany już kult bł. Karmelitanek.

    Zakonnice mieszkały w klasztorze w Compiègne. Karmel w Compiègne został założony 21 kwietnia 1641 r. i był to 53 dom tego zakonu we Francji. Przed Rewolucją mieszkało tu 21 zakonnic. Ciekawostką jest, że jeszcze pod koniec XVII wieku, a więc na sto lat przed Rewolucją, karmelitanka z tego klasztoru, s. Elżbieta od św. Jana Chrzciciela, ujrzała we śnie wszystkie zakonnice swojego klasztoru w chwale Nieba, ubrane w biały płaszcz i trzymające w rękach liście palmowe. Historia ta była odebrana w klasztorze jako zapowiedź męczeństwa.
    W 1792 r. Karmel został zamknięty i znacjonalizowany przez władze rewolucyjne. 14 września 1792 r. w święto Podwyższenia Krzyża, zgodnie z decyzją władz, zakonnice opuściły klasztor i założyły świeckie ubrania. Podzieliły się jednak na 4 grupy mieszkające w niezbyt odległych od siebie domach i przez kolejne 2 lata starały się żyć przestrzegając dalej reguł zakonu i częściowej klauzury. Przez kilka miesięcy potajemnie udało im się uczestniczyć w Mszach św. w kościele Saint-Antoine de Compiègne. Przełożona rozmawiała z siostrami o możliwości męczeństwa i dokonania w ten sposób aktu ekspiacji, by złagodzić Gniew Boży i przywrócić pokój. Zakonnice złożyły zobowiązanie do poniesienia ofiary za Francję i ślub męczeństwa.

    W 1794 r. siostry zostały oskarżone przez prokuratora Antoniego Quentin Fouquier-Tinville o dalsze „życie we wspólnocie zakonnej”. Zarzucono im „fanatyzm i działalność wywrotową”. 22 czerwca zostały aresztowane i uwięzione. Ów „fanatyzm” został zdefiniowany jeszcze przez Woltera jako „mroczne i okrutne szaleństwo religijne”. W czasie rewolucji uważano go za poważne przestępstwo, a postawa sióstr deklarujących później przed trybunałem swoją religijność, stała się „dowodem zbrodni”. Wydawane kary chłosty, a także wyroki śmierci nazywano terminem brzmiącym dość „współcześnie”, a mianowicie „defanatyzacją” społeczeństwa.

    W lipcu zakonnice przewieziono do słynnego więzienia Conciergerie w Paryżu, a 5 dni później skazano na śmierć. Zostały zgilotynowane 17 lipca na Place du Trône Renversé (obecnie Place de la Nation). Na gilotynę szły śpiewając „Salve Regina”. Zachował się dość dokładny opis egzekucji. „Ubrane w swoje białe stroje zakonnice schodzą z wozów, klękają i intonują Te Deum, wypowiadają odnowienie ślubów i śpiewają Veni Creator. O godzinie 20:00 przychodzą asystenci kata Charlesa-Henri Sansona po pierwszą, najmłodszą nowicjuszkę Siostrę Konstancję od Jezusa…”

    Jako ostatnia została stracona matka przełożona, która do końca umacniała siostry. Śpiew zakonnic w drodze na gilotynę, a następnie wspinania się po rusztowaniu na szafot, wywarł mocne wrażenie na tłumie, który trwał w kompletnym milczeniu. Ciała zakonnic wrzucono później do masowego grobu na paryskim cmentarzu Picpus. Zostały zmieszane z prochami 1298 innych ofiar terroru rewolucji i nigdy nie odnaleziono ich relikwii. Co ciekawe, niedługo po złożonej przez nich ofierze, epoka terroru się skończyła.

    Dniem w którym w Kościele katolickim wspomina się 16 karmelitanek z Compiègne jest dzień ich śmierci, 17 lipca. Były pierwszymi ofiarami Rewolucji francuskiej, wobec których rozpoczęto proces beatyfikacyjny. Zostały beatyfikowane 27 maja 1906 r. przez Ojca św. Piusa X. W tym samym roku rządy masonów doprowadziły ponownie do kasacji zakonów. Wypędzenie wspólnot religijnych w 1906 r. zmusiło nową wspólnotę Karmelitanek z Compiègne do wyjazdu do Statte w Belgii, gdzie założono nowy Karmel.

    Karmelitanki powróciły do Francji pod koniec lat dwudziestych, także do swojego klasztoru w Compiègne. W 1992 roku postanowiono sprzedać klasztor i wybudować nowy w Jonquières, 10 kilometrów na zachód od Compiègne. Przechowywane tu są w krypcie kościoła pamiątki związane z męczennicami, które udało się zebrać.

    Postacie Karmelitanek były inspiracją m.in. dzieł literackich (Georges Bernanos), w 1937 r. Gertruda von Le Fort opublikowała opowiadanie „Ostatnia na rusztowaniu” (Die Letzte am Schafott). W 1960 roku ks. Bruckberger i Philippe Agostini nakręcili film „Le Dialogue des Carmélites”. W 1984 roku Pierre Cardinal wyreżyserował film telewizyjny także na podstawie utworu Bernansosa. Były też wystawiane sztuki teatralne, a nawet opera. Karmelitanki inspirowały też malarzy. Można tu wymienić obraz Étienne Azambre w kościele Saint-Sulpice w Paryżu, czy witraż przedstawiający karmelitanki z Compiègne w kościele Saint-Honoré d’Eylau w Paryżu XVI.
    Ich męczeństwo stało się częścią francuskiego dziedzictwa, tego dziedzictwa, które usiłuje obecnie zanegować francuska lewica, kontynuatorzy i piewcy rewolucji.

    Francja obecnie „poprawia” swoją historię. Nie tak dawno „historycy” zabrali się przy okazji sukcesu parku tematycznego w Wandei założonego przez Philippe’a de Villiersa, za jego krytykę, twierdząc, że widowisko przekazuje „reakcyjną, monarchistyczną i rojalistyczną” wersję historii, która w dodatku wychwala „katolicyzm i wartości tradycyjne”. Ma to być „fałszowanie historii” i „propaganda polityczna”, a do tego „całkowicie nacjonalistyczne, anachroniczne przesłanie, które służy fantazjom o rzekomo wiecznej chrześcijańskiej Francji”.

    Kanonizacja Karmelitanek z Compiegné jednak przypomni właśnie taką Francję wiecznych wartości i chociaż zapewne wzbudzi gniew lewicy, pokazuje zwycięstwo chrześcijańskiego ducha nad mrocznym duchem rewolucji. To francuscy rewolucjoniści z XVIII wieku stworzyli wzorzec dla innych rewolucji, od bolszewików, po Pol-Pota włącznie. To masowy terror miał „ruszyć z posad bryłę świata”, ale i go zdechrystianizować.

    Francuski historyk, prof. Reynald Secher mówił, że zamiast pamiętać o rocznicy 14 lipca, czyli  zdobyciu Bastylii, lepiej wspomnieć śmierć Jacques’a Cathelineau, dowódcy bohaterskich katolickich powstańców w Wandei, który zmarł tego samego dnia od ran, ale w 1793 r.

    Rewolucja francuska funkcjonuje jako symbol narodzin demokracji, praw obywatelskich, równości, w rzeczywistości jest symbolem zniewolenia, masowej eksterminacji całych grup ludzi, systemowych prześladowań. 16 Karmelitanek, to tylko niewielka część z 35 tys. ludzi zgilotynowanych w latach 1789–1799, a dodajmy jeszcze setki tysięcy innych ofiar.

    Przypomnienie bohaterstwa i siły wiary zakonnic ma jednak wielki sens i jest ważne w walce o pamięć historyczną i prawdziwe dziedzictwo Francji. Spadkobiercy rewolucyjnych idei, pomimo zmiany metod, niosą taką samą dozę dawnej nienawiści do Kościoła i do 16 wieków chrześcijańskiej historii swojego kraju. Tu kłania się George Orwell: „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość”.

    Bogdan Dobosz/PCh24.pl

    _____________________________________________________________________________________________

    Początek bezbożnej epoki. Święty biskup Pelczar demaskuje mit Rewolucji Francuskiej

    ***

    Chwalenie się dziedzictwem Rewolucji Francuskiej to reguła w krajach „pierwszego świata”. W powszechnym obiegu przewrót ze schyłku XVIII wieku przedstawia się jako prometejski projekt polityczny, którego owocem w zasadzie ma być „nowoczesne” społeczeństwo… To jednak spadek zbroczony krwią i zhańbiony apostazją. Integralną częścią dzieła jakobinów i sankiulotów była krwawa rzeź kleru i… próba zastąpienia chrześcijaństwa bluźnierczym kultem. Jak podkreślał święty arcybiskup Sebastian Pelczar, te prześladowania nie były skutkiem „chwilowego wzburzenia namiętności”. Bunt przeciwko wierze stanowił samo sedno rewolucyjnego programu.

    Bałwochwalstwo rewolucji

    W swojej książce „Rewolucja Francuska wobec religii katolickiej i jej duchowieństwa” święty dał najlepsze poparcie powyższemu przekonaniu, przywołując wstrząsające sceny, dla których przed ponad 200 laty Francja stała się krwawym teatrem. Jednym z najbardziej wymownych obrazów jest relacja z pierwszego nabożeństwa „kultu rozumu”, jakie zgromadziło Paryżan 10 listopada 1793 roku:

    Na niesionym przez rewolucjonistów pozłacanym tronie zasiadła gwiazda opery. Jej głowę zdobiła czerwona „frygijka”. W dłoniach miała włócznię i gałązkę dębową, a pod jej stopami leżał zbezczeszczony znak Odkupienia – Chrystusowy Krzyż. Śpiewaczka, czy też tancerka odgrywała w porażającej ceremonii rolę bóstwa. W towarzystwie tłumnego orszaku wniesiono ją do kościoła Najświętszej Maryi Panny. Wewnątrz świątyni zasiadła na ołtarzu – a zgromadzony lud oddawał jej bałwochwalczy pokłon.

    Oto kult nowej religii. Od 26 listopada 1793 roku jedynej, która cieszyła się nad Sekwaną swobodą publicznego wyrazu. Tymczasem kościoły, do niedawna jeszcze tętniące życiem religijnym i celebracjami Najświętszej Ofiary, zostały pozamykane, zsekularyzowane i podporządkowane władzy państwa. Księża diecezjalni, mnisi i zakonnice przeciwni poglądom rewolucjonistów, trafili na wygnanie albo na gilotynę. Zdaniem bpa Pelczara, liczba duchownych dotkniętych represjami wywrotowców sięgać mogła 40 tysięcy…

    Zastąpienie wiary Francuzów zajadłym antyklerykalizmem i bluźnierczymi gusłami wymagało wielu zbrodni, niemałej liczby uchwał i czasu. Gdyby dla rewolucji religia była sprawą mniejszej wagi, z pewnością skala prześladowań nie osiągnęłaby podobnego natężenia. Choć dziś myśli się o krwawym dziele lat 1789 – 1799 w kategoriach społecznych, święty pasterz archidiecezji przemyskiej udowadniał, że było ono czymś więcej niż tylko reakcją na bieżące problemy czy nową wizją polityczną.

    Rozsadnicy niedowiarstwa  

    Jak wyjaśniał abp Pelczar, Rewolucja Francuska była w swojej najgłębszej istocie wydarzeniem religijnym. „Zjawisko tej miary nie mogło być skutkiem chwilowego wybuchu namiętności, ale musiało mieć swoje źródło w upadku wiary u znacznej części społeczeństwa francuskiego”, zwracał uwagę. Zdaniem dawnego rektora UJ, rolę „mistrzów niedowiarstwa”, którzy trudzili się, by na francuskiej ziemi wyrósł kąkol apostazji, przyjęli oświeceniowi myśliciele.

    „Za Ludwika XV powstaje nawet związek duchów mocnych, albo filozofów mający (…) za cel obalenie chrystianizmu i przekształcenie Francji tak pod względem religijnym, jak i politycznym i społecznym. Przywódca tego spisku, Voltaire, arcymistrz w sarkazmie i sofizmacie, szydzi z tajemnic wiary, osłabia cześć dla wiary, podkopuje zasady moralności. Dalej jeszcze posuwa się Diderot, bo zuchwale twierdzi, że nie będzie dobra na świecie, dopóki ostatniego króla nie powieszą na wnętrznościach ostatniego księdza. (…) Z drugiej strony Rousseau rzuca rękawicę Objawieniu, powadze cywilizacji, a zachwala religie deizmu, stan natury, wychowanie przez niewychowanie, wszechwładztwo ludu i równy podział dóbr (…). Ci to sofiści, słuchani jak wyrocznie, oklaskiwani jakoby zbawcy ludzkości, stali się mistrzami niedowiarstwa i moralnymi twórcami rewolucji”, opisywał ich działalność polski duchowny.

    Podstawą przewrotu roku 1789 była więc bezbożna myśl, zakorzeniona w naturalizmie i uwielbieniu człowieka. Rewolucjoniści przekreślili Objawienie. Przekonywali za to, że jedynym źródłem prawd może być „rozum” zamknięty na wszystko, co przerasta przyrodzoność.

    Ekspansję temu rewolucyjnemu stanowisku zapewniły, jak tłumaczył święty ordynariusz, inne destruktywne czynniki. Odporność duchową Francuzów zdecydowanie pogorszyło zepsucie obyczajów, ulubiony sprzymierzeniec apostazji. Moralna gangrena rozpleniła się, według hierarchy, od góry – przede wszystkim przez demoralizację dworu. Styl bycia „elity społecznej” przedrewolucyjnych czasów cechował bowiem zbytek, rozwiązłość i zaniedbanie własnych obowiązków stanowych… Gorszące wady spływały na gmin.

    Oliwy do ognia dolała wreszcie działalność tajnych stowarzyszeń… Ideologię tych kół św. biskup Sebastian Pelczar opisywał w obszernej pracy o wolnomularstwie w następujących słowach: „Czymże jest tedy masoneria, jeżeli nie sektą antyreligijną, dążącą do ostatecznego usunięcia religii Chrystusowej, a zastąpienia jej swoją religią – to jest kultem natury i ubóstwieniem człowieka, jak też do obalenia Kościoła, by zamiast niego stać się Kościołem świata?”. Jak zwracał uwagę duchowny, nad niemal wszystkimi ważniejszymi przywódcami rewolucji unosił się znak cyrkla i węgielnicy…

    Przewrót religijny – początek bezbożnej epoki

    Z uwag świętego biskupa płyną wartościowe wnioski… Ukazuje on Rewolucję Francuską w innym, celniejszym świetle. Bez trudu pozwala pojąć, dlaczego od początku Kościół oraz wywrotowcy wypowiedzieli sobie nawzajem bezpardonową wojnę… Antychrześcijańskie przedsięwzięcie tych ostatnich nie było sprawą polityki, ale religijną wojną domową. Uchwały rewolucjonistów, takie jak zakaz katolickiego kultu, zabór mienia kościelnego, ale również ogłoszenie Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, motywowane były wiarą – nową religią rozumu i człowieka…

    Widząc, że kontekst ten zostaje zapomniany, a rewolucja doczekała się uznania za prometejski projekt emancypacji, święty biskup Pelczar przyłączył się do starcia i chwycił za słowny oręż. Swoją pracę o wydarzeniach końca XVIII wieku we Francji dedykował polskiemu narodowi, by przestrzec naszych przodków przed czerpaniem inspiracji z dzieła wolterian i masonów. Jak wielki byłby smutek tego obrońcy ortodoksji, gdyby spojrzał na kształt własnej ojczyzny i Kościoła w XXI wieku… Ten sam duch i treść, jakie przenikały bałwochwalcze ekscesy rewolucjonistów, stały się dzisiaj podstawą „nowoczesnej” państwowości. Poglądy rzekomo usprawiedliwiające prześladowania kapłanów, uzyskują legitymację nawet w Kościele, podkopując wiarę wielu.

    Wyjątkowego uznania doczekała się dziś Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela. Dokument ten przedstawia się w roli fundamentu demokratycznego porządku. Trybunały sądzą nawet z przestrzegania wywiedzionych z niego postanowień i ich kontynuacji. Głosów krytyki niemal próżno szukać. Język praw człowieka przeniknął nawet skutecznie do orzeczeń władzy duchownej. Kościół przestrzega przed ich naruszaniem i sam zachowuje się jakby przyjął je za nienaruszalny drogowskaz.

    Tymczasem fundamentem Deklaracji nie było zaznaczenie godności człowieka jako korony stworzenia. Wyniknęła ona z buntu przeciwko wszystkim normom, których źródłem nie byłoby „samostanowienie ludu”. Odzwierciedla też wiarę uczestników rewolucyjnego zgromadzenia w ich ustawodawczą wszechmoc. Gdy rewolucjoniści zadekretowali „wolność religii i sumienia”, ich celem było podważenie powinności wiary w to, co Objawione. „Zdecydowali”, że nie ma prawa, które wymagałoby przyjęcia Chrystusa za Mesjasza i uznania tego, co Zbawiciel podaje przez Kościół. Tymczasem Chrystus powiada: „wolą Ojca jest to, byście wierzyli w Syna, którego On posłał”.

    W istocie Deklaracja Praw Człowieka to agresywny bunt przeciwko ładowi społecznemu, w którym istnieją niewzruszone zasady religijne, moralne czy porządek hierarchiczny. To właśnie dlatego papieże zdecydowanie potępili rewolucyjne uchwały zapisanych w hołubionym dziś akcie. Tak o rewolucyjnych koncepcjach pisał w encyklice Mirari Vos Grzegorz XVI:

    „Ze stęchłego źródła indyferentyzmu wypływa również owo niedorzeczne i błędne mniemanie, albo raczej omamienie, że każdemu powinno się nadać i zapewnić wolność sumienia. Do tego zaraźliwego błędu wprost doprowadza niewstrzemięźliwa i niczym nie pohamowana dowolność poglądów, która wszędzie się szerzy ze szkodą dla władzy duchownej i świeckiej, za sprawą niektórych bezwstydników, którzy odważają się głosić, że z tego powodu religia odnosi jakąś korzyść. Ale czy może być bardziej nieszczęśliwsza śmierć dla duszy niż wolność błądzenia? (14), mawiał św. Augustyn.

    Kiedy zwolniony zostałby wszelki hamulec, który utrzymywał ludzi na drodze prawdy, wówczas ich zepsuta natura skłonna do złego już na oślep rzuci się za swoim popędem, wówczas powiedzmy to rzetelnie – otwarta jest studnia przepaści (Ap 9, 3), stąd według objawienia św. Jana wydobywał się dym, który zaćmił słońce, i szarańcza, która spustoszyła ziemię.

    Stąd pochodzi nieuporządkowanie umysłów, stąd w młodzieży coraz większe zepsucie, stąd u ludu pogarda najświętszych praw i rzeczy duchowych, stąd słowem: zaraza w państwie szkodliwsza nad wszystkie, ponieważ wiadomo na podstawie doświadczenia opartego na całym starożytnym dorobku, że państwa kwitnące potęgą, sławą i zamożnością upadły tylko z powodu tego jednego nieszczęścia, nieumiarkowanej dowolności opinii, wolności wypowiedzi i żądzy coraz to nowych zmian”.

    Z kolei Pius VI bezpośrednio zareagował na uchwały rewolucjonistów wydaniem w marcu 1791 roku breve – Quod Aliquantum. Ojciec Święty skrytykował zasadę „wolności religijnej”: „tej wolności absolutnej, która nie tylko zapewnia prawo, aby nie być niepokojonym co do swych poglądów religijnych, ale która daje prawo myśleć, mówić, pisać i nawet drukować w materii religijnej to, co komu podpowiedziała najbardziej zwariowana imaginacja. To prawo monstrualne”, oceniał papież.

    Zdecydowany sprzeciw Kościoła wobec Rewolucji obrazował przywiązanie do Najwyższego Prawodawcy. W XVIII wieku władza duchowna i wierni zdawali sobie sprawę, że zasady ustanowione przez Boga nie naginają się do ludzkich oczekiwań ani woli większości. Człowiek nie ma „prawa” do obierania swojej drogi życiowej, jak tylko chce. Nawet jeśli litera przepisów daje mu takie możliwości – to w najgłębszym sensie grzech, w tym odrzucenie prawdziwej wiary, jest zawsze aktem nielegalnym. Swoboda w jego popełnianiu nie może stanowić podstawy społeczeństwa, które chce nazywać się chrześcijańskim. Oznacza bowiem uzurpacyjną próbę zwolnienia się z obowiązków wobec Stwórcy.

    Dziś za to porewolucyjny paradygmat świeckości i kultu człowieka staje się podstawą ustrojów państw, ale i kościelnej praktyki. Smutnym świadectwem tej tendencji są próby „pojednania” Kościoła i masonerii. Napływające z Watykanu wiadomości o takich wysiłkach dowodzą jednego – konflikt wygasa, bo Lud Boży coraz mniej opiera się przekonaniom o wolnomularskim rodowodzie. Religia człowieka, choć dla św. Józefa Sebastiana Pelczara była skandalem, przestaje szokować… „Konsensus naukowy” czy presja postępowców stają się kryterium, do jakiego dostosowywać się ma doktryna. Chrześcijańska moralność i teologia małżeństwa ma uwzględnić „dorobek” rewolucji seksualnej… To wszystko znak emancypacji człowieka spod boskiej władzy – najgorszego egalitaryzmu, który znosi różnicę między tym co święte, a tym co naturalne.

    Niebezpieczną ekspansję takich tendencji dostrzegał również były rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jak podkreślał bp Pelczar, francuski przewrót „rzucił w świat posiew nowej idei, a tym samym stał się początkiem nowej epoki, zwanej rewolucyjną”. Jej serce to non serviam rzucone Bogu przez Jego stworzenie – dziś jeszcze bardziej pewne swojej wszechwładzy – nad wiarą, etyką, a nawet… płcią.

    Filip Adamus

    Redakcja PCh24.pl poleca pozycje: „Rewolucja Francuska wobec religii katolickiej i jej duchowieństwa” oraz „Masoneria. Jej istota, zasady, dążności, początki, rozwój, organizacja, ceremoniał i działanie” autorstwa św. Józefa Sebastiana Pelczara, dostępne w księgarni Multibook.pl. W oparciu o te pozycje, nadesłane dzięki uprzejmości księgarni, powstał powyższy artykuł.

    ***

    Św. Józef Sebastian Pelczar – Biskup w obronie wiary

    oprac. GS/PCh24.pl

    ***

    100 lat temu swoja ziemską wędrówką zakończył biskup przemyski, św. Józef Sebastian Pelczar. 28 marca 1924 roku hierarcha zaangażowany w działalność patriotyczną i liczne szlachetne przedsięwzięcia po raz ostatni zamknął powieki. Zasługi, jakimi odszedł odziany, zapewniły mu miejsce wśród świętych. W 100 rocznicę jego śmierci różne źródła przypomną jego dokonania, zapewne jednak… niekompletnie. Kurialne i głównoobiegowe noty biograficzne często pomijają milczeniem żarliwą obronę wiary, jaką podejmował dawny przemyski ordynariusz. Święty zręcznie wojował tymczasem z bezbożną filozofią, jak i z pseudo-reformatorskimi ruchami w XX- wiecznym Kościele. Dziś te destrukcyjne tendencje nie napotykają podobnego sprzeciwu, a w Mistycznym Ciele Chrystusa znajdują całą rzeszę kolaborantów.

    Najważniejsza z prawd

    Św. Józef Sebastian sumiennie wywiązywał się z obowiązku nauczania wiary, jaki spadł na niego wraz z sakramentem kapłaństwa. To ostatnie zresztą, jako biskupowi, przypadło mu w całej pełni apostolskiej sukcesji. Przemyski ordynariusz przeczuwał, że w XX wieku – wobec coraz silniejszych prądów antychrześcijańskiej myśli – apostolskie zadanie domaga się polemiki z zagrażającymi wierze nurtami filozoficznymi, politycznymi – a wreszcie zrodzonymi pod ich wpływem wypaczeniami katolicyzmu.

    Zmarły przed 100 laty święty zadanie to podejmował nie tylko motywowany poczuciem obowiązku, ale również szczerym smutkiem, jakim napawał go widok zniekształcanej lub porzucanej Prawdy. „Kogóż nie przejmuje smutkiem widok ludzi pozbawionych wiary i mimo usilnej gonitwy za szczęściem nieszczęśliwych. Głód pali ich dusze, a nie znają lub znać nie chcą chleba prawdy i karmią się trucizną fałszu (…) nie wiedza na co umierają, żałując, że żyli” – mówił abp Pelczar w „Konferencjach apologetycznych” skierowanych do studentów UJ, wydanych drukiem rok po ich wygłoszeniu w 1884 r.  

    Święty arcybiskup pozostawił po sobie więcej podobnych dzieł, m.in. wiele cennych refleksji zawarł w „Obronie Religii Katolickiej”. Do ludzi wykształconych skierował zaś obszerny wykład podstawowych prawd wiary w książce „Religia Katolicka. Jej podstawy, jej źródła i jej prawdy wiary”. Józef Sebastian obnażał również wrogi stosunek rewolucji i tajnych stowarzyszeń do Kościoła w pracach dotyczących masonerii, czy rewolucji francuskiej.

    Iskrą, rozpalającą ten apostolski zapał była świadomość Pelczara, jak wielki skarb powierzono jego pieczy. „(…) Religia katolicka wyszła z ust Mądrości wcielonej, Jezusa Chrystusa i głosi ludziom prawdę, a prawdę całą, niezmienną, nieomylną, powszechną , jedyną (…)”. Przemyski hierarcha podkreślał za kard. Newmanem że ze względu na boską sankcję „błąd religijny jest z natury niemoralny, a jego obrońcy nie są bez winy”. „Nie człowiek wynalazł prawdę religijną, ale objawił ją sam Bóg i nakazał przyjąć przez wiarę”. „ (…) Skoro zaś objawił religię prawdziwą i wytknął pewną drogę do Siebie, włożył tym samym na człowieka obowiązek, by przyjął tę religię i szedł tą właśnie drogą (…)”, przypominał. 

    „Jak Bóg jest jeden i prawda jest jedna, tak jedna tylko religia może być prawdziwa: inaczej trzeba byłoby twierdzić, że ma prawdę za sobą i ten katolik, który wierzy w to, czego Kościół naucza i ten protestant, który nie uznaje Kościoła i ten Żyd, który odrzuca zbawcę Jezusa Chrystusa i ten muzułmanin, który uznaje Mohammeda za boskiego proroka. W takim wypadku jedna prawda wyklucza drugą, co doprowadza do błędnego wniosku, iż wszystkie religie są fałszywe”, pouczał przemyski biskup w „Obronie Religii Katolickiej”.

    Przekonanie to było źródłem motywacji Pelczara do apologetycznych wysiłków, ale również główną prawdą, której bronił. Sięgając po nią święty biskup konfrontował się z próbami podważenia zbawczej jedyności Kościoła i wiary świętej. Wskazywał na błędy innowierców, na tragedię schizm, herezji protestanckiej – ale również na niebezpieczeństwo „humanizmu” próbującego wizją „powszechnego braterstwa” zastąpić Mistyczne Ciało Chrystusa.

    „Nierozumne i antyreligijne jest dążenie tych nowych apostołów «religii ludzkości», którzy chcieliby wszystkie religie zlać w jedno, tj. zostawić jedynie jakieś mgliste uczucie religijne i zaprowadzić na tym tle powszechne braterstwo ludów, albo przynajmniej wyłączyć z pojedynczych wyznań chrześcijańskich to wszystko, czym między sobą się różnią (…)”, zwracał uwagę w „Obronie Religii Katolickiej”. Katoliccy uczestnicy „dialogu religijnego” mogliby odnieść wrażenie, że te słowa padły z myślą o nich…

    Zła filozofia – czyli rodowód modernizmu

    Zdaniem abp. Pelczara początków rozmnożenia się na starym kontynencie antykatolickich sił szukać należy w czasach renesansu. To wtedy myśl wielu filozofów, inspirowana humanizmem a prowadzona przez „pychę i zmysłowość” zaczęła oddalać się od Objawienia. Podczas gdy chrześcijańskim myślicielom umiarkowanie i cnotliwe życie otwierało drogę do podporządkowania życia wymogom rozumu, rozpasane zmysły ich następców kazały szukać idei uwalniających od obligacji moralnych.

    W tej atmosferze myśl filozoficzna coraz dalej poczęła się oddalać od prawdy, a poszukiwała sensacji i goniła za nowością. Z tego źródła, sądził przemyski ordynariusz, wyrosła również protestancka rebelia przeciwko prawdzie, przeprowadzone przez zdemoralizowanego Marcina Lutra.

    W rezultacie w wieku XX istniał już cały szereg stronnictw jawnie wrogich wobec religii ( Wolterianie, masoni, encyklopedyści), narzucających intelektualne mody. Nie zabrakło również myślicieli nominalnie chrześcijańskich, ale nieskłonnych do trwania przy Prawdzie Objawionej, a nawet jakichkolwiek dogmatach. Tak właśnie było w wypadku „idealistów niemieckich”, których refleksja doszczętnie przeniknęła protestancką teologię. Ostatecznie zaś ukształtował ją wpływ Immanuela Kanta. Zapożyczenie Kantowskich przekonań do refleksji katolickich uczonych i księży dało zaś – diagnozował biskup – początek modernizmowi, odrzucającego dogmaty i żądającemu rewolucji w Kościele.

    „Moderniści, idąc ślepo za filozofem protestantyzmu Kantem, utrzymują, że rozum ludzki, zamknięty w świecie zjawisk, nie może wznieść się do Boga (…). Ten agnostycyzm doprowadził ich do immanentyzmu, czyli do twierdzenia, że religia nie pochodzi z objawienia Bożego, mającego za sobą powagę Boga samego i nieomylne nauczycielstwo Kościoła, ale z immanencji życiowej, tj. ze zmysłu, czyli z uczucia religijnego, które samorzutnie objawia Boga właśnie jaźni, a przez nią świadomości ludzkiej. (…) To podmiotowe i bezpośrednie przeświadczenie o istnieniu i działaniu Boga czyni człowieka wierzącym, a wiara jest niejako wizją Boga”, wyjaśniał źródła „pseudoreformatorskich” dążeń święty.   

    „W uczuciu religijnym mieści się, według modernistów, objawienie, bo przez nie mówi Bóg do duszy, w ten również sposób człowiek odczuciem i własnym doświadczeniem poznaje Boga (…). Ponieważ uczucie religijne dostosowuje się do indywidualności pojedynczych ludzi i przechodzi różne koleje, przeto w każdej religii, nie wyjąwszy katolickiej, nieunikniona jest ciągła zmiana, konieczny ciągły postęp, z czego wypływa wniosek, że wszystkie religie są o tyle prawdziwe, o ile są żyjące i odpowiadają potrzebom czasu”, dodawał święty arcybiskup. Któż nie widzi, że wobec modernizmu Kościół katolicki obraca się wniwecz, a religia rozpływa się w nieokiełznanym subiektywizmie i w chorobliwej jakiejś uczuciowości (…)” – celnie i zwięźle komentował ten program „reform”. „Było też widoczną sprawą Ducha Świętego, że najwyższy stróż i mistrz prawdy objawionej nie tylko potępił błędy modernizmu, ale przepisał środki zaradcze”, dodawał pochwalając reformy św. Piusa X abp Pelczar.

    Apologetyka na śmietniku historii

    Dostrzegając modernistyczne wrzenie, współcześni przemyskiemu arcybiskupowi papieże bili na alarm i stanęli w obronie katolickiej doktryny. Jako remedium Leon XIII, czy kolejni wybitni „piusowie” zalecili powrót do klasycznie chrześcijańskiej filozofii i otwarcie potępili błędne twierdzenia. Apologetyczne starania Pelczara wpisywały się więc we wspólne dzieło całego Urzędu Nauczycielskiego.

    „W obozie katolickim niemałe szkody zrządzają dążenia proreformatorskie (…) zwane modernizmem, amerykanizmem i nowym, czy reformowanym katolicyzmem, które z bałwochwalczej czci dla ewolucyjnego postępu i dzisiejszej kultury (…) pchają katolicyzm na obce mu dotąd tory, by go niby „odmłodzić”, tj. do ducha czasu dostosować i z protestantyzmem pojednać, jak i z nowszą cywilizacją pojednać. (…) Na początku XX w. zwolennicy modernizmu i «reformowanego katolicyzmu» wymagają zdemokratyzowania rządów Kościoła, zreformowania kongregacji rzymskich, zwłaszcza Kongregacji Indeksu i Inkwizycji Św., zredukowania ceremonii liturgicznych, zaprowadzenia liturgii w języku narodowym, rozluźnienia karności kościelnej i zniesienia celibatu. Rozumie się, że gdyby te dążności wzięły górę z religii i Kościoła pozostałby ledwie ślad” – ostrzegał nie gryząc się w język polski arcybiskup.

    Nie sposób odmówić tym słowom proroczej wartości. Minął wiek – a refleksje wyniesionego przecież na ołtarze biskupa wielu uzna za najbardziej niepoprawny „tradycjonalizm”, przed którym drży i przestrzega władza duchowna. Świat tymczasem stał się ośrodkiem, przed którym Kościół się usprawiedliwia, zamiast głosić mu Chrystusa.

    Logika dostosowania do współczesności i jej oczekiwań legła m.in. u podstaw części tez Soboru Watykańskiego II i przeprowadzonej wbrew instrukcjom biskupów reformy liturgicznej. To jednak nic w porównaniu do atmosfery, jaka panuje w Kościele obecnie. W dialogu religijnym papież zapędził się aż do apologii Lutra i podpisana deklaracji z Abu Zabi, według której istnienie błędnych religii jest wolą Bożą. Podczas jednego z niedawnych spotkań rady kardynałów w Watykanie o święceniach kapłańskich kobiet pouczała zebranych… anglikańska „biskupka”. Synod o synodalności obraduje o zmianach w nauczaniu i strukturze Kościoła zgodnie z popularnymi prądami intelektualnymi. Wielu kapłanów domaga się legitymizacji sodomii i rozwiązłości seksualnej… Przykładów erozji wiary na najwyższych szczeblach jest aż zbyt wiele, by je wszystkie wymieniać.

    W całej tej panoramie znajduje się wielka luka… luka po obrońcach wiary. Apologetyczny impuls wybrzmiewał wyjątkowo silnie w uprzednim wieku. Praca wielu zasłużonych duchownych wydała niemałe owoce na przykład – powołując do życia ruch neotomistyczny. Jeśli dziś tkwimy w kryzysie, to dlatego, że to wielkie przedsięwzięcie zostało drastycznie przerwane. Apologetyczna gorliwość wygasła, ustępując pola logiki dostosowania do świata… Tak jakby Kościół zgoła zapomniał, komu Chrystus powierzył najważniejsze prawdy i miast nauczycielem poganiejącego świata koniecznie chciał zostać jego uczniem.

    Upadek obrony wiary na rzecz relatywizmu, opakowanego w piękne szaty rozeznania i braku sztywności, to pokłosie utraty świadomości o źródle katolickiej religii. Wielu hierarchów i wiernych upatruje dziś «Boskości» na zewnątrz Kościoła, jako czegoś, do czego musi on aspirować, a nie co zostało mu dane. Najwyższe dobro tkwić ma na przykład w jedności wszystkich wyznań chrześcijańskich, powszechnym pokoju, tolerancji, wzajemnej życzliwości ludzi różnej wiary.

    W tej atmosferze największą wartością apologetycznego dorobku św. Biskupa Pelczara jest jednoznaczne przypomnienie katolikom, czym jest ich religia… Wiara ani jej depozytariusz, czyli Kościół Święty nie muszą wysilać się w humanistycznej współpracy i szukać dobrych słów u niedowiarków, skoro w nich i przez nie Wszechmogący Bóg objawia się światu. Jeśli apologetyka ma powrócić, zastępując zbutwiały paradygmat dostosowania, to tę prawdę trzeba odzyskać dla katolickich umysłów. Jak pokazuje praca świętego, z niej wszystko inne wypływa jak ze zdrowego źródła.

    Filip Adamus/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________________________

    Rewolucja francuska i powrót męczenników systemów totalitarnych

    Świętość kanonizowana – czwarty tom serii na temat kanonizacji i beatyfikacji w Kościele,

    Rozmowa VII

    Rewolucja francuska i powrót męczenników systemów totalitarnych

    Przedziwny Bóg w świętych swoich

    Świętość Kanonizowana – tom 4.

    Rozmowa siódma

    Rewolucja francuska i powrót męczenników — ofiar systemów totalitarnych

    14 lipca 1789 roku wybucha Wielka Rewolucja Francuska, głosząca hasła „Wolność, równość, braterstwo”. Charakterystyczne jest to, że ta wolność, równość i braterstwo obejmowała wszystkich, oprócz katolików. W imię tych jakże dziwnie i w specyfi czny sposób pojętych haseł mordowano księży, zakonników i zakonnice. W książce Listy krwią pieczętowane Stanisław Romuald Rybicki FSC, w rozdziale Rewolucja francuska, opisuje ich straszne męczeństwo. Chciałbym Ojca zapytać o męczenników tego okresu wywodzących się spośród karmelitów i karmelitanek bosych.

    Rzeczywiście, rewolucja francuska, wbrew hasłu „liberté, egalité, fraternité”, które było tylko frazesem czy pustosłowiem, 12 lipca 1790 roku uchwaliła tzw. konstytucję cywilną kleru, marginalizującą i całkowicie podporządkowującą Kościół władzom państwowym, która miała doprowadzić go do całkowitego unicestwienia, poprzez oderwanie Kościoła od Rzymu, zniesienie zakonów czy wprowadzenie przysięgi duchownych „na wierność tejże konstytucji”. Kto tej przysięgi nie złożył, bo pragnął pozostać wierny papieżowi, uważany był za buntownika i skazywano go na gilotynę. Tak zginęło siedemnaście mniszek karmelitanek bosych z klasztoru w Compiegne. Aresztowano je 24 czerwca 1794 roku. Przyjęły to z całkowitym poddaniem się woli Bożej, a nawet z radością, dając heroiczny przykład czerpania mocy ducha z miłości Boga. Za wierność Kościołowi i papieżowi zostały skazane na śmierć. Na miejsce stracenia szły ze śpiewem, odnowiwszy swe zakonne śluby na ręce przeoryszy, Teresy od św. Augustyna. Zostały ścięte w Paryżu dnia 17 lipca 1794 roku. Papież Pius X beatyfikował je w roku 1906, jako pierwsze męczennice rewolucji francuskiej. Słynny Georges Bernanos napisał o ich męczeństwie dramat Dialogi karmelitanek, przetłumaczony na wiele języków i często prezentowany na światowych scenach teatralnych. Wypada też wspomnieć, że w Polsce pierwszy opis męczeństwa swych współsióstr w powołaniu karmelitańskim opublikował z racji ich beatyfikacji św. Rafał Kalinowski.

    Podczas rewolucji straciło też życie wielu francuskich karmelitów bosych. Chwały ołtarzy przez beatyfikację, dzięki posłudze sługi Bożego Jana Pawła II, dostąpiło jednak tylko trzech spośród nich, mianowicie o. Jan Chrzciciel Duverneuil, o. Michał Ludwik Brulard i o. Jakub Gagnot. Przynależą oni do grupy 64 duchownych francuskich, tzw. „opornych”, którzy nie podpisali deklaracji lojalności wobec władz rewolucyjnych i w konsekwencji zostali zgrupowani na dwóch starych statkach, służących kiedyś do przewozu niewolników, zakotwiczonych w pobliżu wyspy Aix i przetrzymywani przez kilka miesięcy. Wszystkich uwięzionych kapłanów było 829. Umieszczeni w nieludzkich warunkach pod pokładem, cierpieli głód, choroby, upokorzenia fizyczne i moralne. Nie mogli posiadać żadnych przedmiotów religijnych ani też publicznie się modlić. Gdy umierali, grzebano ich na wyspach Aix i Madame w zbiorowych mogiłach wykopanych przez ich towarzyszy, którym nie pozwolono nawet odmówić modlitwy za zmarłych. W oczekiwaniu na deportację do Gujany Francuskiej zmarło łącznie 547 kapłanów. Beatyfikacja grupy „opornych” odbyła się w Rzymie 1 października 1995 roku.

    Czy mógłby Ojciec ukazać nam postacie jeszcze innych świętych i błogosławionych, ofiar krwawego terroru rewolucji francuskiej?

    Ciekawe, ale do dziś nie znajdujemy żadnego z męczenników rewolucji francuskiej w gronie świętych, wielu natomiast zostało błogosławionymi, m.in.: piętnaście sióstr urszulanek z Valenciennes i cztery siostry szarytki z Arras, zamordowane w Cambrais i beatyfikowane 13 czerwca 1920 roku; trzydzieści dwie siostry zakonne z Orange (16 urszulanek, 13 sakramentek, dwie cysterki i jedna benedyktynka), beatyfikowane 10 maja 1922 roku; męczennicy paryscy (zwani też męczennikami wrześniowymi) — 191 osób (trzech biskupów, 179 księży diecezjalnych i zakonnych, dwóch diakonów, jeden kleryk, jeden brat zakonny i pięciu świeckich), beatyfikowani 17 października 1926 roku; 13 męczenników z Laval, beatyfikowanych 19 czerwca 1955 roku przez Piusa XII i męczennicy z Angers — 99 osób (księży, zakonnic, osób świeckich, głównie kobiet, także matek z dziećmi) beatyfikowanych przez Jana Pawła II dnia 19 lutego 1984 roku.

    Nie zapominajmy, że w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych rozpatrywanych jest jeszcze 13 spraw męczenników francuskich z lat 1790- 1800 dotyczących 541 osób.

    W marcu 1793 roku dochodzi do wybuchu powstania w Wandei. Paradoksalnie za broń w obronie wiary i króla chwycili biedni chłopi, czyli ci, dla których według ideologów, rewolucja miała przynieść polepszenie ich warunków życia. Większość na piersiach miała zawieszony krzyż lub obrazek Najświętszego Serca Jezusowego, do ubrania zwierzchniego przypinano wyhaftowane na kawałku płótna czerwone serce z napisem „Bóg i Król”. Do boju powstańcy szli z modlitwą na ustach. Nazwali siebie Wielką Armią Katolicką i Królewską. W straszliwy sposób rozprawiły się z powstańcami i ludnością Wandei wojska rewolucyjne. Rzezie te nazywane są pierwszym ludobójstwem w nowożytnej historii. Czytałem, że niejako zasiewu pod to, że mieszkańcy Wandei stanęli w obronie Boga i króla dokonał na tych ziemiach św. Ludwik Maria Grignion de Montfort, który przemierzał te tereny w pierwszych latach XVIII wieku.

    W czasie swoich wędrówek wygłosił św. Ludwik około dwustu rekolekcji i misji. Każda misja trwała do pięciu tygodni: uczył śpiewów religijnych, zapisywał wiernych do bractw: Różańca świętego, Pokutników, 44 Dziewic, Milicji św. Michała i Przyjaciół Krzyża. Zmarł też w czasie głoszenia misji w małej parafii Saint-Laurent-sur-Sevre, 28 lipca 1716, będąc zaledwie w 43 roku życia. Tam też został pochowany. Beatyfikowany był w 1888 roku przez papieża Leona XII, a w 1947 roku kanonizował go Pius XII.

    W centrum swej duchowości osobistej i apostolskiej Ludwik Grignion postawił kult Najświętszej Maryi Panny i wierność przyrzeczeniom chrztu świętego. Aby dać temu wyraz przybrał jako drugie imię „Maria”, a do swego nazwiska dodał „Montfort”, od nazwy parafii, w której przez chrzest stał się dzieckiem Bożym.

    W 1996 roku Saint-Laurent-sur-Sevre odwiedził i modlił się przy grobie świętego Jan Paweł II, który z traktatu św. Ludwika o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny zaczerpnął swe maryjne motto „Totus Tuus”, będące dewizą jego pontyfikatu.

    Od czasów rewolucji francuskiej każda następna, czy to komuna paryska z 1871 roku, rewolucja meksykańska z lat 1910-1917, czy rewolucja październikowa 1917 roku, swoją szczególną agresję kierowała wobec Kościoła. Jak Ojciec sądzi, dlaczego?

    Dlatego, że Kościół zawsze bronił godności i praw człowieka, i to nie z racji konwencjonalnych, ale teologicznych, przypominając doktrynalną podstawę i teologiczny fundament tej godności i wynikających z niej praw, tj. stworzenie człowieka na obraz i podobieństwo Boże, jego odkupienie krwią Chrystusa, obdarowanie go — w Chrystusie — Bożym synostwem i powołanie go do życia z Bogiem samym przez całą wieczność. Nadto, broniąc praw człowieka, Kościół przypominał mu także o jego obowiązkach i tym samym bronił praw Bożych, bo przecież na obraz i podobieństwo Boga człowiek został stworzony, a nikt nie zna człowieka tak jak Bóg, nikt nie kocha go tak jak Bóg i nikt nie postawił człowieka w centrum wszechświata tak jak Bóg. Dyktatorzy zaś, nieważne czy biali, czy czerwoni, chcieli być jedynymi „panami” swoich społeczeństw, dlatego Kościół i jego ludzi eliminowali jako wrogów pierwszej klasy…

    W latach 30-tych XX wieku dochodzi w Hiszpanii do krwawych wydarzeń. W 1931 roku proklamowano republikę i Kościół stał się obiektem pierwszych ataków. Później, dzięki temu, że w wyborach w 1933 roku odniosły sukces partie prawicowe, doszło do pewnej poprawy sytuacji. Niestety, w 1936 roku w wyniku sfałszowanych wyborów zwyciężył tzw. Front Ludowy złożony z socjalistów, marksistów, anarchistów, szeroko był w nim reprezentowany liberalizm antykościelny i masoneria. Dało to początek olbrzymiej fali wystąpień skierowanych przeciwko Kościołowi. Ks. dr Józef Alonso, Hiszpan, kapłan z Prałatury Opus Dei, w rozmowie ze mną powiedział, że w sumie śmierć męczeńską poniosło 11 biskupów, ponad 16 tysięcy księży i zakonników, kilkaset zakonnic oraz 200 tysięcy osób świeckich z powodu wyznawanej wiary. Zburzonych i spalonych zostało ponad 22 tysiące kościołów i klasztorów. Dodał, że wtedy „walczono z wszelkimi objawami religii katolickiej. Profanowano tabernakula, relikwiarze i inne precjoza. Palono obrazy”. Wywlekano z grobowców pochowanych zakonników, a ich głowami grano w piłkę. Kolejny przykład totalnego zdziczenia i obłędu na punkcie niszczenia czegokolwiek, co tylko jest związane z wiarą katolicką… Poprzez te wydarzenia Kościół hiszpański dał nam olbrzymią rzeszę błogosławionych.

    Rzeczywiście. Dodajmy jeszcze, że komunistów hiszpańskich wspierali sowieci i brygady międzynarodowe, w tym także — co jest jedną z czarnych plam naszej historii — około pięciotysięczny batalion Polaków, dowodzony przez prosowieckiego generała Karola Świerczewskiego, ps. „Walter”. W czasach PRL wykreowano go na niezłomnego bohatera walk z faszyzmem, „człowieka, co kulom się nie kłaniał”. Jednak — jak przypomina Bartłomiej Kozłowski — „komunistyczni biografowie Waltera raczej nie pisali o takich cechach tej postaci, jak pijaństwo i okrucieństwo”. Osobiście torturował i rozstrzelał on wiele ofiar, zwłaszcza spośród duchownych.

    Mnie uderza bardzo to, że wielu spośród męczenników hiszpańskich było ludźmi bardzo młodymi. Często nie liczyli jeszcze trzydziestu lat życia. Byli wśród nich liczni członkowie Akcji Katolickiej, seminarzyści, czy zakonnicy, będący jeszcze w okresie formacji. Niektórzy klerycy zakonni tyle co powrócili do swej ojczyzny po studiach teologicznych z Rzymu, z Francji, z Ziemi Świętej lub z innych krajów. Wielu Marysiom powracającym z Francji nie pozwolono nawet swobodnie opuścić okrętu, ale aresztowano ich już w porcie w Barcelonie i bezwzględnie zamordowano. W gronie 498 męczenników hiszpańskich beatyfikowanych 28 października 2007 roku było aż 18 nowicjuszy, którzy nie ukończyli jeszcze 19 lat życia, a najmłodszy, salezjanin Federico Cobo Suárez, liczył ich zaledwie 16.

    Z ogromnej liczby męczenników prześladowania religijnego w Hiszpanii chwałą ołtarzy cieszy się 977, z których 471 beatyfi kował, a 11 potem także kanonizował Jan Paweł II. Czterech z nich było biskupami, 43 księżmi diecezjalnymi, 379 osobami konsekrowanymi i 45 świeckimi.

    W dniu 29 października 2005 roku odbyła się pierwsza beatyfikacja męczenników hiszpańskich za pontyfikatu Benedykta XVI. W poczet błogosławionych zostało wtedy wpisanych siedmiu księży diecezjalnych z Urgell i jedna siostra zakonna.

    Najliczniejszą grupę męczenników hiszpańskich wyniesionych na ołtarze podczas jednej ceremonii liturgicznej stanowi wspomniana już beatyfikacja 498 spośród nich, która miała miejsce 28 października 2007 roku: błogosławionymi zostało ogłoszonych dwóch biskupów, 23 kapłanów diecezjalnych, 462 zakonników i zakonnic, dwóch diakonów, jeden subddiakon, jeden seminarzysta i siedem osób świeckich.

    Czy wśród męczenników hiszpańskich wydarzeń znajdujemy także członków Waszego zakonu?

    Tak, i to licznych. Pierwszymi beatyfikowanymi męczennicami prześladowania religijnego w Hiszpanii były właśnie trzy mniszki karmelitanki bose z Guadalajary: Maria Pilar, Teresa i Maria Angeles. Jan Paweł II przyznał im chwałę ołtarzy 29 marca 1987 roku. Do dziś w prawie tysięcznej grupie męczenników hiszpańskich, którzy zostali wpisani w poczet świętych i błogosławionych, znajduje się 84 tych, którzy żyli duchowością Karmelu, mianowicie: 31 karmelitów bosych (OCD), cztery karmelitanki bose (OCD), 16 karmelitów i jedna karmelitanka dawnej obserwancji (OCarm), cztery karmelitanki misjonarki (CM), przełożona generalna i 24 siostry karmelitanki od miłości (CCV), jedna siostra ze zgromadzenia św. Teresy (STJ), założyciel i jedna siostra z instytutu terezjańskiego (IT). Wśród tych męczenników było kilku kleryków, jeden nowicjusz i jeden wykładowca Papieskiego Instytutu Duchowości „Teresianum” w Rzymie, który przebywał w Hiszpanii, by w okresie wakacji odwiedzić swoich najbliższych.

    Bł. Apolonię Lizarraga Ochoa de Zabalegui, przełożoną generalną karmelitanek od miłości, zamordowano w Barcelonie ćwiartując ją jeszcze za życia i dając jej ciało na pożarcie dla świń. Nadto dwóch z beatyfikowanych karmelitańskich męczenników hiszpańskich było związanych z Polską, z Krakowem, gdzie pracowali w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Są to bł. Eufrazjusz Barredo Fernández, karmelita bosy i bł. Anastazy Dorca Coromina, karmelita. Obaj przybyli do Polski, aby wspomóc nasze klasztory, dźwigające się do życia po zaborach i po pierwszej wojnie światowej.

    Bł. Eufrazjusz Barredo Fernández pracował w Krakowie w latach 1926-1928. Przyjechał zaledwie cztery lata po przyjęciu święceń kapłańskich. Wykładał teologię w tutejszym Kolegium Teologicznym Karmelitów Bosych przy ul. Rakowickiej. Latem 1928 roku powrócił do Hiszpanii, gdyż utworzono tam nową prowincję zakonną Burgos, która potrzebowała własnej kadry wychowawczej. Mianowano go wykładowcą teologii ascetycznej i mistycznej w Oviedo oraz dyrektorem ukazującego się w Burgos kwartalnika „El Monte Carmelo”. W 1933 roku został wybrany przeorem oviedańskiego klasztoru karmelitów bosych, gdzie w roku następnym spotkała go męczeńska śmierć ze strony zaślepionych komunistyczną ideologią rodaków. Miał wtedy tylko 37 lat i 8 miesięcy.

    W jego listach z Krakowa pisanych do Hiszpanii znajdujemy wiele ciekawostek. Narzekał m.in. na polskie śniegi i mrozy. Nie mógł się też nadziwić, że do klasztoru w Czernej, na imieniny o. przeora Sylwestra Gleczmana „jechali wozem bez kół”, czyli saniami, których wcześniej w gorącej Hiszpanii nie znał. W tutejszym naszym klasztorze mamy po nim miłą pamiątkę. Przed chórem zakonnym, czyli przed kaplicą, w której zakonnicy odmawiają brewiarz i swoje zakonne modlitwy, wisi duży obraz św. Jana od Krzyża. Był on namalowany w 1927 roku, a malarzowi pozował właśnie o. Eufrazjusz. Nietrudno jest zauważyć podobieństwo, gdy patrzymy na ten obraz i na zdjęcie o. Eufrazjusza. W kronice klasztoru, opisując odpust ku czci św. Jana od Krzyża z 1927 roku, zaznaczono, że „na ołtarzu był umieszczony wielki obraz, świeżo wykonany, przedstawiający nader pięknie św. Jana od Krzyża, przyciskającego do serca wielki krzyż. Pozował do obrazu wielebny o. Eufrazy, zabity potem od komuny w Oviedo. Jest nadzieja, że ten ojciec, znany u nas w Polsce, może rychle dostąpi zaszczytów błogosławionych. Już się mu to może znaczyło przez to, że na obraz św. Jana od Krzyża, on, jako nabożna postać hiszpańska i mądrość doktorska, posłużył za model”. A w jednej hiszpańskiej książce czytamy: „Dobrze uczyniłeś krakowski malarzu, że wybrałeś na model dla twego płótna, na którym odtworzyłeś św. Jana od Krzyża, naszego karmelitę z Hiszpanii. Podziwiałeś w nim psychiczne cechy świętego Reformatora, którymi zawsze żył o. Eufrazjusz, zarówno jako nowicjusz, zakonnik i przeor, co potwierdził swoją śmiercią męczennika, śmiercią świętego”.

    Zakonnicy naszego klasztoru ubolewali, gdy o. Eufrazjusz wracał z Krakowa do Hiszpanii. Kronika odnotowała: „Żal nam go było bardzo. Mozolił się on u nas 2 lata z młodzieżą. Mógłby być wychowawcą, by większy wpływ wywierać na naszych kleryków, jeszcze dostatecznie w świętości swej nie wybielonych i nie wyanielonych zakonnie”. A gdy nadeszła wiadomość o jego męczeństwie, kronikarz pisał o nim jako o „człowieku wielkiej nauki i nie mniejszej cnoty”, żywiąc równocześnie nadzieję, że „będzie się on za nami i za Polską naszą wstawiał się przed Bogiem tak samo, jak za swą ojczyzną — Hiszpanią”

    Co więcej, latem 1927 roku bł. Eufrazjusz był na odpoczynku w karmelitańskim klasztorze wadowickim, gdzie poznał o. Alfonsa Mazurka, dyrektora Niższego Seminarium. Łączyło ich wiele wspólnych zainteresowań, jak np. praca wychowawcza i zamiłowanie do muzyki. Żaden z nich nie przypuszczał chyba jednak, że w przyszłości połączy ich jeszcze męczeńska śmierć i chwała ołtarzy. O. Alfons zaproponował gościowi wykonanie wspólnego, grupowego zdjęcia z wychowankami alumnatu. Zdjęcie to przetrwało do naszych dni. W listopadzie 1999 roku, tj. w kilka miesięcy po beatyfikacji o. Alfonsa, opublikował je hiszpański dwumiesięcznik świeckiego zakonu karmelitańskiego „Carmelo seglar” z Burgos, wraz z obszernym komentarzem pt.: „La irradiación de los Santos” („Promieniowanie świętych”). Czytamy tam m.in. że „miał rację ten, kto powiedział, że XX wiek był wiekiem świętych Karmelu. Niewiele zakonów widziało się bowiem napełnionych i ukoronowanych tyloma swoimi synami i córkami, którzy uświęcili się wśród nas, czerpiąc życiodajne soki z Reguły karmelitańskiej. Rzeczywiście, w XX w. troje świętych Karmelu zostało ogłoszonych doktorami Kościoła, św. Edyta Stein współpatronką Europy a św. Rafał Kalinowski patronem Sybiraków. Nadto wielu karmelitów i karmelitanek bosych było beatyfikowanymi i kanonizowanymi”. Następnie autor wspomnianego artykułu informuje hiszpańskich czytelników, że „ Jan Paweł II beatyfikował w Warszawie wraz ze 107. towarzyszami o. Alfonsa Mazurka, polskiego karmelitę bosego” i kreśli jego biografię, zaznaczając, że „był on wychowankiem św. Rafała Kalinowskiego”. Niezwłocznie jednak dodaje, że „św. Rafał nie był jedynym świętym, którego o. Alfons poznał w swym życiu, bo spotkał się on także z o. Eufrazjuszem Barredo Fernándezem, na którego beatyfikację oczekujemy. Spotkanie to dokumentuje zdjęcie obu męczenników, wykonane latem 1927 r. w Wadowicach, w otoczeniu wychowanków niższego seminarium. Obaj zakonnicy zostali potem przeorami i obaj ponieśli jako przeorzy śmierć męczeńską. Jako pierwszy zginął z rąk komunistów o. Eufrazjusz; o. Alfonsowi zadali natomiast śmierć naziści. O. Alfons cieszy się już chwałą ołtarzy, o. Eufrazjusz jeszcze czeka na tę chwilę, ale jedno jest pewne — konkluduje autor hiszpańskiego artykułu — że zdjęcie to jest jedyne: dwóch świętych Karmelu obok siebie! Jeden Hiszpan, a drugi Polak! Słusznym jest więc wyjściowe określenie promieniowanie świętych, bo u boku jednego świętego wzrasta świętych wielu”.

    O. Eufrazjusz też doczekał się beatyfikacji owego 28 października 2007 roku w Rzymie, razem z 497. męczennikami prześladowania komunistycznego na Półwyspie Iberyjskim z lat 1934-1939. Należy do nich wspomniany już, związany z Polską o. Anastazy Dorca Coromina. Po studiach doktoranckich w Rzymie, gdzie przyjął także święcenia kapłańskie, w 1931 roku został skierowany do Polski i zamieszkał w klasztorze karmelitów na Piasku w Krakowie, wykładając teologię. Po dwóch latach powrócił do Katalonii i pracował w klasztorze w Olot. Zasłynął jako dobry kaznodzieja i zakonnik zaangażowany na polu socjalnym, w myśl encyklik społecznych „Rerum novarum” Leona XIII i „Quadregesimo anno” Piusa XI. Zamordowano go latem 1936 roku.

    Wspomniał ojciec o bł. Alfonsie Mazurku, męczenniku hitleryzmu. W drugiej wojnie światowej polskie duchowieństwo złożyło Bogu i Ojczyźnie wielką daninę. Według książki o. Władysława Szołdrskiego CSsR Martyrologium duchowieństwa polskiego pod okupacją niemiecką w latach 1939-1945 (Rzym, 1965) straty osobowe Kościoła w Polsce wyniosły 2 579 księży diecezjalnych i zakonnych, kleryków, braci zakonnych i sióstr zakonnych. Z kolei w wydanym w 1977 roku w Warszawie nakładem Akademii Teologii Katolickiej pierwszym wolumenie pięciotomowego dzieła opracowanego na polecenie Episkopatu Polski przez dwóch salezjanów: ks. Wiktora Jacewicza i ks. Jana Wosia Martyrologium polskiego duchowieństwa rzymskokatolickiego pod okupacją hitlerowską 1939-1945 straty polskiego duchowieństwa są wyższe o 222 osoby i wynoszą 2 801. Z informacji, które uzyskałem w innych opracowaniach wynika, że i ta liczba nie jest liczbą ostateczną i na pewno uległa podwyższeniu. Czy może Ojciec powiedzieć, czy znane są już obecnie dokładne straty polskiego duchowieństwa?

    Ustalenie dokładnej liczby zamordowanych nie jest nigdy czymś łatwym, tym bardziej, że zawieruchy wojenne czy rewolucyjne uniemożliwiają prowadzenie dokładnych statystyk. Wracając jeszcze do liczby męczenników hiszpańskich, historycy nie są zgodni co do dokładnej ich liczby. Mówią o dziesięciu tysiącach ofiar ślepego prześladowania religijnego. Dlatego cyfry wskazane przez ks. dr. Alonso trochę mnie zaskoczyły. Według studium abpa Antoniego Montero Moreno, opublikowanego w 1960 roku, zamordowanych duchownych było 6832, wśród których 12 biskupów, jeden administrator apostolski, 4184 księży diecezjalnych, wielu seminarzystów (diakonów, subdiakonów, alumnów), 2 365 zakonników i 238 sióstr zakonnych. Dane te potwierdzają badania i obliczenia Wincentego Cárcel Ortí, jakich się podjął z okazji przygotowywania Martyrologium XX wieku, o którego opracowanie z okazji Wielkiego Jubileuszu Dwutysiąclecia Chrześcijaństwa prosił sługa Boży Jan Paweł II. Według niego do wspomnianej liczby prawie siedmiu tysięcy duchownych należy dodać ponad trzy tysiące świeckich, głównie z Akcji Katolickiej, co daje łączną sumę dziesięciu tysięcy ofiar.

    Wracając do pytania o liczbę strat polskiego duchowieństwa w czasie ostatniej wojny światowej, nie wiem czy kiedykolwiek poznany ją w detalach. Bo przecież oprócz męczenników hitleryzmu istnieje cała rzesza tych, którzy zostali zamordowani przez reżim sowiecki i szowinizm ukraiński, a nadto przez komunistów polskich w czasach PRL. Do wskazanych przez Ciebie pozycji o. Władysława Szołdrskiego, redemptorysty, i księży Wiktora Jacewicza i Jana Wosia, salezjanów, należy dodać bezcenne opracowania ks. Romana Dzwonkowskiego, pallotyna, sięgające czasów pierwszej wojny światowej i obejmujące też lata PRL, tj. książkę pt. Losy duchowieństwa katolickiego w ZSRR 1917-1939 oraz Leksykon duchowieństwa polskiego represjonowanego w ZSRS 1939-1988 (Lublin 2003). W 1992 roku Archidiecezjalne Wydawnictwo Łódzkie wydało Martyrologia Duchowieństwa Polskiego 1939-1956, a w latach 2002-2006 w Wydawnictwie Księży Werbistów „Verbinum” ukazał się trzytomowy Leksykon Duchowieństwa Represjonowanego w PRL w latach 1945-1989, pomordowani, więzieni, wygnani, opracowany pod redakcją ks. prof. Jerzego Myszora, jako odpowiedź na apel Ojca Świętego Jana Pawła II, który wzywał, „ażeby Kościoły lokalne, zbierając konieczną dokumentację, uczyniły wszystko dla zachowania pamięci tych, którzy ponieśli męczeństwo”.

    „Nasz Dziennik” publikuje regularnie w swej rubryce „Księża niezłomni” biogramy bohaterskich kapłanów polskich, którzy nie ugięli się przed prześladowaniem i dochowali wierności Chrystusowi i Kościołowi, nawet za cenę utraty życia. Ostatnio w tym samym cyklu, jakkolwiek pod tytułem „Kościół niezłomny” odnotowywane są także prześladowane przez reżim komunistyczny siostry zakonne, a sądzę, że przyjdzie też czas na przywołanie w tym cyklu również osób świeckich, które nie ugięły się przed szykanami i pomimo dyskryminacji za poglądy religijne, trwały w wierności Chrystusowi i Kościołowi.

    W końcu ks. prof. Zdzisław Aleksander Jastrzębiec-Peszkowski oraz dr inż. Stanisław Zygmunt Maria Zdrojewski wydali w 2002 r. monumentalne, poprzedzone słowem wstępnym Prymasa Polski dzieło pt. Katoliccy duchowni w Golgocie Wschodu. W sumie, zestawiając dane, wolno mówić o kilku tysiącach polskiego duchowieństwa, które swą wierność Panu przypłaciło męczeństwem w XX wieku.

    W numerze 5 Biuletynu „Męczennicy” w artykule „Salezjanie w Auschwitz” możemy przeczytać opisy męczeństwa księży salezjanów. Przytoczę tutaj jeden z nich:

    W wigilię patronalnego święta Zgromadzenia Salezjańskiego, w przeddzień uroczystości Wspomożycielki Wiernych ks. Jan Świerc został aresztowany razem z innymi współbraćmi. Był wieczór, 23 maja 1941 r. Z Konfederackiej przewiezieni zostali do krakowskiego więzienia Montelupich. Tam miały miejsce przesłuchania, bicie, szczucie psami i wreszcie zaimprowizowany sąd i wyrok — obóz koncentracyjny w Oświęcimiu.

    Więźniów przywieziono skutych kajdanami po dwóch transportem inteligencji krakowskiej i żydów, 26 czerwca 1941 roku. Było ich dwunastu — 11 księży i koadiutor. Na placu apelowym zdjęto im kajdanki i po „krwawym chrzcie” przeznaczono do karnej kompanii na bloku śmierci w Oświęcimiu. Dowódca karniaka, esesman o szczurzym wyrazie twarzy i czarnych krogulczych oczach, każdego nowo przybyłego pytał o zawód. „Ksiądz katolicki” — padała odpowiedź. Wściekał się, kopał butem w brzuch, bił batogiem po twarzy, po głowie, aż krew rudymi strużkami spływała na szyję i plecy. Posypały się obelgi i przekleństwa. „Tyś ksiądz? Tyś Pfaffe, złodziej, obłudnik.” Następnie wygłosił przemówienie powitalne, które kończyło się apostrofą: „Zdechniecie tu wszyscy, świńskie psy! Jedyna nadzieja dla was to krematorium”.

    Następnego dnia obóz wyruszył do pracy. Z kotłowiska ludzi na placu uformowały się oddziały i przeszły przez bramę. Więźniowie niewyspani, głodni, jakby zaczadzeni oparami krwi i trupich dymów, które wydobywały się ognistymi pióropuszami z kominów krematoryjnych. Kompania karna pracowała w dołach żwirowych. Księży i Żydów odłączono i oddano pod szczególniejszą opiekę esesmanów i kapo-sadysty. Każdy otrzymał żelazną taczkę, łopatę i kilof. Praca polegała na rozbijaniu kilofem kamieni i żwiru, ładowaniu na taczki i wożeniu do dołu głębokiego na osiem metrów. Prace należało wykonywać „biegiem”, czego pilnowali uzbrojeni w styliska specjalni przodownicy pracy. Bili bez litości, a szczególnie znęcali się nad księżmi. Po krótkim czasie krwawymi odciskami pokrywały się dłonie i zmęczenie zaczęło ogarniać obolałe kości.

    Pierwszy upadł ks. Jan Świerc, dyrektor i proboszcz domu i parafi i salezjańskiej w Krakowie na Dębnikach. „Robić ci się nie chce! — odezwał się okrutny kapo. — Zaraz ci pomogę — i grubym styliskiem uderzał po głowie, po plecach”. Ksiądz Jan chwycił naładowaną ciężkimi kamieniami taczkę i zwolna posuwał się ku dołowi. Za nim kroczył zwyrodniały kapo, zmuszał do pośpiechu, okładał strasznymi razami, kopał w brzuch. Ilekroć nieszczęśliwiec upadł na ziemię, kopniakami zmuszany był do powstania. Ksiądz Jan czuł, że zbliżają się ostatnie chwile jego życia. Żegnał się ze światem, ku niebu kierował swe myśli.

    „O Jezu, Jezu — wzdychał za każdym uderzeniem”. To doprowadzało kapo do szału. Błyskawice zapaliły się w jego oczach. „Ja ci pokażę Jezusa! — krzyczał rozwścieczony. — Tu nie ma Boga! On cię z rąk moich nie wyrwie!” Po tych słowach zaczął miotać straszne bluźnierstwa. W pewnym momencie twardym batogiem uderzył z całej siły w twarz tak fatalnie, że oko wypłynęło na wierzch. Na jednym ścięgnie kołysało się na policzku, a z czarnej jamy ocznej sączyła się ciemną strugą krew. Zmasakrowana twarz pokryła się zakrzepłą krwią. Ksiądz Jan żył jeszcze, modlił się. Dochodziły do nas przytłumione jęki: „O Jezu, zmiłuj się nade mną!…” Po raz ostatni odwrócił ku nam twarz i żegnał nas niemym spojrzeniem. Krwawy kapo postanowił zadać swej ofierze cios śmiertelny. Podniósł księdza z ziemi i całą siłą pchnął na taczkę z kamieniami, tak iż złamał mu krzyż. Zwisającą głowę zmiażdżył kamieniem.

    „Po mistrzowsku to zrobiłeś” — rozległ się okrzyk i chichot stojących esesmanów. Ksiądz Jan nie żył. Ciało jego, jeszcze ciepłe, zawieziono na taczce do krematorium, a dusza kapłana-męczennika poszła po palmę zwycięstwa do Tego, za Którego on krew swą przelał.

    Ksiądz Jan Świerc, pierwsza ofiara tego pamiętnego dnia, 27 czerwca 1941 r., zginął na słynnym żwirowisku. Odszedł do Pana po nagrodę za wierność powołaniu salezjańskiemu i kapłańskiemu.

    Zginął w 64. roku życia, 42. ślubów zakonnych i 38. kapłaństwa.

    Numer obozowy 17 352.

    Wstrząsający to opis męczeństwa. Takich opisów w różnych publikacjach możemy znaleźć setki tysięcy… Śmierć żołnierza, walczącego nawet z przeważającymi siłami wroga, ale z bronią w ręku, jest zrozumiała. Ale na pewno nie jest zrozumiała śmierć człowieka torturowanego w więzieniu, zamęczonego w niemieckim obozie koncentracyjnym, czy w łagrze sowieckim…

    Tak, ale komunizm i nazizm — ateistyczne i totalitarne systemy XX wieku — zamierzały programowo zniszczyć religię i zamiar ten brutalnie realizowały, bo na miejscu Boga chciały postawić system oraz uosabiającego go wodza wraz z aparatem ciemiężycielskiej władzy. Oba systemy były okrutne. Nie liczyły się z człowiekiem, jego godnością i wrodzonymi prawami, ale słały sobie drogę do celu milionami ofi ar i oceanem cierpienia, wyciskając również swe brutalne piętno na Polsce, gdzie ze szczególnym okrucieństwem prześladowano Kościół katolicki.

    Jednak gdy ogromne szkody wyrządzone mu przez nazizm hitlerowski były za czasów PRL badane i opisywane, co leżało w interesie władz komunistycznych, represje i zbrodnie komunistów względem Kościoła były zatajane i niedostępne dla jakichkolwiek badań historyków, a tym bardziej dla publikacji. Sytuacja zmieniła się dopiero w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, wraz z przemianami ustrojowymi.

    Przytoczyłeś opis męczeństwa sługi Bożego ks. Jana Świerca. Pozwól, że przytoczę ze swej strony opis męczeństwa bł. Alfonsa Mazurka. Gdy latem 1944 roku losy wojny przesądzały się coraz bardziej przeciwko Niemcom, zaczęli oni budować okopy na zachodniej granicy Generalnego Gubernatorstwa, przymuszając do pracy okoliczną ludność. Wmawiano cynicznie Polakom, że chodzi o obronę Polski i zachodniej, chrześcijańskiej cywilizacji przed zalewem sowieckiego komunizmu. Oczywiście, argumentacja ta nie przynosiła żadnego skutku i ludzie szli do tej pracy z wielkim oporem, dlatego często urządzano obławy, łapanki, a także dokonywano morderstw w celu zastraszenia.

    Dla Czernej i okolicy szczególnie tragicznym dniem w tym sensie okazał się 28 sierpień. Przed południem Niemcy, zamordowawszy kilka osób w pobliskich wioskach i w samej Czernej, zjawili się w klasztorze. Nakazali zakonnikom udać się do punktu zbiorczego w Czernej i krzyczeli, że nie obędzie się bez kilku pogrzebów. O. Alfons, jako przełożony, którym okupanci interesowali się szczególnie, zachowywał spokój. Udał się na chwilę do kościoła, pomodlił się przed Najświętszym Sakramentem i przed ołtarzem Matki Bożej Szkaplerznej, po czym szedł na czele kolumny swoich współbraci. Z punktu zbiorczego w Czernej prowadzono ich razem ze spędzonymi tam mieszkańcami wioski do Krzeszowic. Kolumnę eskortował samochód z żołnierzami. Po przemaszerowaniu sporego odcinka polecono o. Alfonsowi wsiąść na platformę samochodu i odjechano razem z nim, maltretując go, w kierunku Krzeszowic, a potem w stronę Nawojowej Góry. Tam, na małej łące, nieco w bok od głównej drogi, dokonano jego męczeństwa. Zepchnięto go z samochodu i rozkazano iść przed siebie. Zachowywał spokój, w ręce trzymał różaniec, który odmawiał. Po chwili krzyknięto by się odwrócił i zaczęto strzelać prosto w jego twarz. Upadł, ale podniósł się jeszcze, jak gdyby chciał iść dalej. Runął jednak ponownie i jeden z żołnierzy podbiegł do niego, kopnął go i wrzucał do jego ust ziemię z kretowiska. Niemcy nakazali następnie jednemu z gospodarzy odwieźć ciało zmarłego na cmentarz do Rudawy i pogrzebać je. I właśnie gdy furman jechał z zamordowanym do Rudawy, spotkał kolumnę czernian i zakonników, którzy poznali po zakonnych sandałach i karmelitańskim habicie swojego zmaltretowanego przeora. Jeden ze współbraci kapłanów udzielił mu sakramentalnego rozgrzeszenia. Ciało męczennika, przykryte słomą, udało się przywieźć do klasztoru, gdzie nazajutrz, 29 sierpnia o zmierzchu, mimo zastraszenia i terroru ze strony Niemców, odbył się pogrzeb, w którym obok współbraci zakonnych uczestniczyła też spora gromada wiernych, pogrążonych w smutku i płaczu. Zamordowanego przeora pochowano obok nowicjusza, sługi Bożego Franciszka Powiertowskiego, którego Niemcy zastrzelili cztery dni wcześniej, i który został włączony do procesu beatyfikacyjnego drugiej grupy polskich męczenników hitleryzmu.

    Wielu męczenników hitleryzmu mamy już wśród świętych i błogosławionych Kościoła, jak np.: św. o. Maksymilian Maria Kolbe, bł. ks. bp Michał Kozal, bł. ks. Stefan Wincenty Frelichowski, błogosławione Męczenniczki z Nowogródka — Nazaretanki oraz 108 błogosławionych na czele z ks. abp. Antonim Julianem Nowowiejskim. Obecnie od kilku lat trwa proces beatyfikacyjny kolejnej dużej grupy męczenników, która liczy ponad 100 sług Bożych. Wiem także, że jezuici prowadzą proces 16 męczenników….

    Wybacz, że wchodzę Ci w słowo, ale chciałbym tutaj dodać jedną ciekawostkę, jakże aktualną w tych dniach, kiedy to Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu orzekł, że wieszanie krzyży w klasach to naruszenie „prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami” oraz pogwałcenie „wolności religijnej uczniów”. Chodzi o proces beatyfikacyjny ks. Gerarda Hirschfeldera z Kłodzka, w który zostałem urzędowo zaangażowany. Kapłan ten, który przez siedem lat pracował jako wikariusz i duszpasterz młodzieży w Kudowie-Czermnej w diecezji świdnickiej, i gdzie też spoczywają jego prochy krematoryjne, żył w latach 1907-1942. Tamtejsze tereny należały do Niemiec i sam był Niemcem. Sprzeciwił się jednak ideologii nazistowskiej, i stanął w obronie krzyża. Podczas kazania, po zbezczeszczeniu przez faszyzującą młodzież krzyża stojącego przy drodze do wsi Wyszki, pomimo wcześniejszego zastraszania, a nawet i pobicia przez faszystowskich bojówkarzy, powiedział odważnie: „Kto wyrywa z serc młodzieży wiarę w Chrystusa, jest zbrodniarzem!”. Został więc aresztowany i uwięziony w Kłodzku, skąd po czterech miesiącach skierowano go obozu koncentracyjnego w Dachau. Zmarł z wycieńczenia w równy rok od dnia aresztowania, tj. 1 sierpnia 1942 r. Jego proces beatyfikacyjny rozpoczęto 19 września 1998 r. w Münster, gdzie mieszka wielu Niemców wywodzących się z Ziemi Kłodzkiej. Grób sługi Bożego otaczany jest opieką przez dzisiejszych parafian Czermnej, naszych rodaków, a Gość Świdnicki (dodatek diecezjalny Gościa Niedzielnego) nazwał go „naszym przyszłym świętym diecezjalnym”. Święci oferują zawsze przesłanie pokoju i jedności.

    Dziękuję za to dopowiedzenie. Wracając do wcześniejszego wątku, gdy porównuję zaangażowanie naszego Kościoła w Polsce w beatyfikacje męczenników II wojny światowej do owocnych starań Kościoła hiszpańskiego, który doczekał się uwielbienia tej rzeszy męczenników z lat 30-tych XX wieku, o czym przed chwilą rozmawialiśmy, to przyznam, iż mam wrażenie, że trochę jakby zaniedbano, czy też zaniechano możliwość wyniesienia do chwały ołtarzy polskich męczenników drugiej wojny światowej, zwłaszcza męczenników komunizmu…

    Wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie zawiera się już częściowo w moich wcześniejszych wypowiedzianych. O męczennikach komunizmu nie wolno było mówić… A nadto do pontyfi katu Jana Pawła II nie został wyniesiony na ołtarze żaden męczennik wojny hiszpańskiej, niemieckiego hitleryzmu czy sowieckiego komunizmu. Przecież sam o. Maksymilian Kolbe, męczennik Oświęcimia, beatyfikowany był przez Pawła VI jako wyznawca… Wprawdzie Sobór Watykański II w konstytucji dogmatycznej „Lumen Gentium” (nr 49-50)traktując o powszechnym powołaniu do świętości i wskazując równocześnie na różnorodne formy jej realizacji i na środki do niej wiodące, przywołał męczenników, „którzy przelawszy krew swoją, dali najwyższe świadectwo wiary i miłości” tuż po Najświętszej Maryi Pannie i Aniołach, to jednak w latach posoborowych nie wynoszono męczenników na ołtarze. Wyjątek stanowi kanonizacja męczenników z Ugandy z lat 1885-1887, na czele z Karolem Lwangą, której dokonał Paweł VI w 1964 roku, podczas trzeciej sesji Soboru. Dopiero nadejście Jana Pawła II sprawiło, że podjęto dogłębną refleksję dotyczącą problematyki męczeństwa. Ojciec Święty zawsze, tj. od pierwszych dni pontyfikatu był świadomy tego, co później napisał w Tertio millennio adveniente (nr 37), że w „XX wieku wrócili męczennicy” i „zginęło ich w tym wieku więcej niż we wszystkich dziewiętnastu stuleciach od narodzenia Chrystusa”. Refleksja ta wydała obfite owoce w wypracowaniu nowych kryteriów męczeństwa w procedurze kanonizacyjnej, co reasumuje w swej monografii i pt. Koncepcja męczeństwa w praktyce Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych (Wrocław-Rzym 1992) ks. dr Józef Lisowski. Analizując dogłębnie zagadnienie męczeństwa, wychodząc od samej etymologii greckiego słowa martyr — świadek i martyrion — świadectwo, poprzez baptismus sanguinis — chrzest krwi, aż po współczesne rozumowanie zagadnienia odium fidei — nienawiści do wiary ze strony prześladowcy i powiązania tegoż motywu z motywami ubocznymi, jak np. kwestie polityczne, rasowe, narodowościowe, ks. Lisowski przywołuje fakt wypracowania w najnowszej procedurze kanonizacyjnej tzw. elementu przeważającego — motivum praevalens, co oznacza, że można udowodnić heroiczne męczeństwo także wtedy, gdy w przyczynie męczeństwa ze strony prześladowcy jego nienawiść do wiary nie jest jedyną, ale jest przeważającą.

    Nadto w kwestii samego rozumowania kim jest prześladowca, zostały wprowadzone poważne zmiany z tradycyjną koncepcją i oprócz tradycyjnych prześladowców w sensie osób fizycznych, od procesu kanonizacyjnego św. Maksymiliana M. Kolbe, dzięki zaangażowaniu o. Joachima Bara OFMConv., rozpoznaje się prześladowcę zbiorowego w postaci wrogiego religii systemu totalitarnego, jak właśnie narodowy socjalizm (faszyzm) w Niemczech, dyktatorskie rządy komunistyczne w Meksyku czy w Hiszpanii, czy w końcu dyktatura proletariatu także i u nas. Pierwszym procesem doprowadzonym do beatyfikacji męczennika polskiego komunizmu było wyniesienie na ołtarze bł. ks. Władysława Findysza z diecezji rzeszowskiej. Nie doczekał jego beatyfi kacji Jan Paweł II, ale w grudniu 2004 r. podpisał dekret o jego heroicznym męczeństwie za wiarę, zadanym przez komunistów.

    Trwają, jak wiemy, kolejne procesy wprowadzane w tym kluczu przez niektóre diecezje polskie, archidiecezję lwowską, a nadto przez konferencję biskupów katolickich Federacji Rosyjskiej. Mianowicie w archidiecezji warmińskiej trwa proces beatyfikacyjny 16 sióstr katarzynek, które poniosły śmierć za wiarę w Chrystusa z rąk żołnierzy sowieckich w 1945 roku, a w 2007 roku rozpoczęto tam proces 34 innych męczenników II wojny światowej, tj. ks. Bronisława Sochaczewskiego i 5 towarzyszy — ofiar nazizmu oraz ks. Józefa Steinki i 27 towarzyszy — ofiar komunizmu. Zaś we wspomnianej archidiecezji lwowskiej w 2006 roku rozpoczął się proces beatyfikacyjny ośmiu dominikanów, męczenników NKWD z Czortkowa. Dużo wcześniej, bo 31 maja 2003 r. — i sięgamy tu daleko poza Polskę — rozpoczął się w Sankt Petersburgu, pod auspicjami biskupów Federacji Rosyjskiej obrządku łacińskiego, proces beatyfikacyjny abp. Edwarda Proffi tlicha, jezuity i 15 towarzyszy, męczenników komunizmu sowieckiego, wśród których, oprócz wspomnianego, abp Proffitlicha (zmarłego w 1942 r. w więzieniu w Kijowie), znajduje się bp Antoni Malecki (zmarły w 1935 r. w Warszawie, na skutek udręczeń doznanych w łagrach), trzech kapłanów ze zgromadzenia księży marianów, tj. Fabian Abrantowicz (zmarły w 1946 r. w więzieniu w Moskwie), Janis Mendriks (rozstrzelany w 1953 r. w Workucie) i Andrzej Cikoto (zmarły w łagrze pod Tajszetem w 1952 r.), jeden pallotyn — Stanisław Szulmiński (zmarły w lagrze w mieście Uchta w 1941 r.) i siedmiu kapłanów diecezjalnych, mianowicie Epifanij Aleksandrowicz Akułow (który przeszedł na katolicyzm z prawosławia i został rozstrzelany w 1937 r.), Konstanty Romuald Julianowicz Budkiewicz (rozstrzelany w Moskwie w samą noc paschalną 1923 r.), Franciszek Budrys (rozstrzelany w 1937 r. w Ufie), Piotr Potapij Andriejewicz Emeljanow (zmarły z wyczerpania w sierpniu 1936 na stacji kolejowej Nadwojcy, gdy wracał na wolność z łagru na Sołowkach, gdzie przebywał od 1927 r.), Jan Janowicz Trojgo (zmarły w więzieniu w Sankt Petersburgu w 1932 r.), Paweł Siemionowicz Chomicz (rozstrzelany w 1942 r. w Sankt Petersburgu) i Antoni Czerwiński (rozstrzelany w 1938 r. we Władykaukazie). W grupie są nadto trzy kobiety: Kamila Nikolajewna Kruszelnicka, osoba świecka, która udostępniała swój dom na spotkania religijne młodzieży, za co została zesłana na Sołowki i w 1937 r. rozstrzelano ją na uroczysku Sandromoch pod Miedwieżjegorskiem oraz dwie siostry dominikanki — Anna Katarzyna Iwanowna Abrikosowa, zmarła w 1936 r. w szpitalu więziennym w Moskwie i Halina Róża Fadiejewna Jętkiewicz, zmarła w 1944 roku w Kazachstanie.

    Także w Czechach, a dokładniej na Morawach, diecezja brneńska prowadzi proces beatyfikacyjny trzech księży straconych w 1951 i 1952 roku na podstawie zarzutów spreparowanych przez Służbę Bezpieczeństwa. Sprawa dotyczy ks. Jana Buli, ks. Václava Drboli i ks. Frantiska Parila. W procesach rewizyjnych w 1990 roku kapłanów tych całkowicie rehabilitowano.

    Wracając do Polski, przypomnijmy, że z dniem podpisania dekretu o heroicznym męczeństwie, co nastąpiło 19 grudnia br., zakończył się praktycznie znany powszechnie proces beatyfikacyjny czcigodnego sługi Bożego ks. Jerzego Popiełuszki, i w najbliższym czasie powinna zostać ogłoszona data i miejsce rychłej jego beatyfikacji. A z tutejszego, krakowskiego środowiska, nie sposób nie wspomnieć w tym kontekście, będącej już w Rzymie sprawy ks. Michała Rapacza, zamordowanego przez komunistów w niedalekich Płokach w nocy z 11 na 12 maja 1946 roku. Nadto, jak niedawno, tj. pod koniec listopada, podała Katolicka Agencja Informacyjna, trwają przygotowania do rozpoczęcia zbiorowego procesu beatyfikacyjnego męczenników, którzy w latach 1917-1989 zostali zamordowani z nienawiści do wiary przez prześladowców należących do reżimu komunistycznego. Z ramienia Konferencji Episkopatu Polski odpowiada za nie ks. biskup Antoni Pacyfik Dydycz, kapucyn i ordynariusz drohiczyński, który powołał już Ośrodek Dokumentacji Kanonizacyjnej i mianował postulatora procesu w osobie ks. dr. Zdzisława Jancewicza. „Kandydaci na ołtarze — czytamy słusznie w komunikacie przesłanym KAI przez postulatora — powinni cieszyć się opinią męczeństwa, czyli powszechnym przekonaniem, że oddali oni swoje życie za wiarę w Chrystusa lub za jakąś cnotę wypływającą z tejże wiary, przyjmując cierpliwie śmierć, obecnie zaś towarzyszą im znaki i cuda dokonane przez Boga za ich wstawiennictwem i wiele osób wzywa ich wstawiennictwa w różnych potrzebach”.

    Nie znam jednak jeszcze sprawy (przynajmniej nie udało mi się zdobyć takiej informacji), by w tym kluczu, tj. w kluczu męczeństwa, był prowadzony jakiś proces, w którym prześladowcą zbiorowym byłby szowinizm ukraiński, przy udowodnieniu, że motivus praevalens tkwił jednak w kwestiach religijnych, a nie narodowościowych.

    Oczywiście, przy sprawach beatyfikacyjnych prowadzonych na drodze męczeństwa nie bez znaczenia jest też całe wcześniejsze życie męczennika, jego, moglibyśmy powiedzieć, dalsze przygotowanie do męczeństwa, nastawienie na obronę prawd wiary i gotowość na dobrowolne przyjęcie śmierci jako wyrazu najwyższej miłości do Chrystusa, a w samym momencie śmierci wewnętrzna wolność i przyjęcie śmierci bez oporów. Sposób zadania śmierci przez prześladowcę nie musi być oczywiście chwilowy, bo do udowodnienia męczeństwa stosuje się także pojęcie ex aeruminis carceris czy aerumenae in carceris, tzn. z powodu udręk i wycieńczenia w więzieniu czy w obozie, jak to miało miejsce w przypadku św. Maksymiliana Kolbe, bł. Michała Kozala, wielu męczenników z grupy 108 beatyfikowanych w 1999 r., czy — z rąk prześladowcy komunistycznego — w przypadku bł. ks. Władysława Findysza, który zmarł na wolności, w kilka miesięcy po wypuszczeniu go z więzienia, ale z powodu braku leczenia i udręk zadanych w komunistycznym więzieniu, czyli ex aeruminis carceris.

    Tak więc Kościołowi polskiemu należy zawdzięczać wypracowanie nowych kryteriów do beatyfikacji męczenników — kryteriów, które po raz pierwszy zastosowano do kanonizacji o. Maksymiliana Kolbe, ogłoszonego świętym 10 października 1982 roku, a następnie do gloryfikacji innych ofiar hitleryzmu (jak np. św. Edyta Stein, beatyfikowana 1 maja 1987 i bł. Rupert Mayer, beatyfikowany 3 maja 1987), męczenników prześladowania religijnego w Hiszpanii (pierwsza beatyfikacja w roku 1987) czy ofiar komunizmu w wydaniu sowieckim (pierwsza beatyfikacja we Lwowie 27 czerwca 2001, gdzie błogosławionym został ogłoszony także pochodzący spod Sanoka biskup Jozafat Kocyłowski (1876-1947), bazylianin, ordynariusz przemyski obrządku greko-katolickiego) i PRLowskim (beatyfikacja ks. Findysza 19 czerwca 2005), a nadto, jeszcze wcześniej, w wydaniu jugosławiańskiego reżimu Józefa Tito, albowiem już 3 października 1998 roku Jan Paweł II beatyfikował podczas wizyty w Chorwacji kard. Alojzego Stepinaca, prześladowanego przez Tito arcybiskupa Zagrzebia, a 4 października 2008 roku w Trieście został wpisany w poczet błogosławionych ks. Franciszek Jan Bonifacio, zamordowany przez ten sam reżim 11 września 1946 r. Niedawno, bo 31 października 2009 w Ostrzyhomiu na Węgrzech w poczet błogosławionych został wpisany bp Zoltán Lajos Meszlényi, męczennik komunistów węgierskich, zmarły z wycieńczenia w obozie w Kistarcsy 4 marca 1951 r.

    Ojcze Szczepanie, dziękuję za tak dokładne przybliżenie problemu beatyfikacji męczenników XX wieku.

    Kajetan Rajski/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________

    Francuska Golgota męczenników czasu rewolucji

    Egzekucja katolickiego księdza w Rennes, 1792 r. Repr. Mary Evans Picture Library/Forum

    ***

    Ocenia się, że podczas rewolucji we Francji życie za wiarę oddało około trzech tysięcy katolickich kapłanów. Wśród nich zamordowani 2 września 1792 r. franciszkanin o. Jan Franciszek Burte, gwardian stołecznego klasztoru oraz jego zakonny współbrat, Seweryn Jerzy Girault, kapelan paryskich sióstr zakonnych. Rewolucja stawiała sobie za cel stworzenie „nowej Francji” i „nowego człowieka”. Każdego, kto nie mieścił się w „republikańskich wymiarach”, przykrawała do nich gilotyna.

    Antychrześcijańskie oblicze rewolucji francuskiej objawiło się na dwa sposoby: w aspekcie destruktywnym (czyli polityce wymierzonej w Kościół katolicki i duchowieństwo, a także niszczeniu symboli chrześcijaństwa w sferze publicznej, w tym kościołów) oraz w aspekcie twórczym, o wiele groźniejszym – jak zauważył Józef de Maistre – od tego pierwszego (czyli tym, co na gruzach chrześcijańskiej Francji rewolucjoniści chcieli zbudować). Oba aspekty łączyło przeświadczenie zaczer­pnięte z ateistycznego dziedzictwa Woltera, iż należy wymazać tę niegodziwość, czyli – wedle „patriarchy oświecenia” – chrześcijaństwo.

    Uczniowie de Sade’a

    Tak, obywatele, religia jest nie do pogodzenia z ustrojem wolności, czujecie to tak samo jak ja. Nigdy wolny człowiek nie pochyli głowy przed bogami chrześcijaństwa; nigdy jego dogmaty, rytuały, tajemnice, moralność nie będą mogły odpowiadać republikaninowi… Oddajcie nam pogańskich bogów! Chętnie będziemy czcić Jowisza, Herkulesa czy Pallas Atenę, ale nie chcemy więcej tego baśniowego stwórcy świata. (…) Nie chcemy więcej tego Boga nieogarnionego, który wszystko ponoć napełnia – takimi słowy zagrzewał rewolucjonistów do kontynuowania antychrześcijańskiej polityki we Francji markiz de Sade – znany zboczeniec seksualny, który zresztą z racji swego zboczenia został na prośbę własnej rodziny osadzony na jakiś czas w Bastylii. W tym kontekście jej zburzenie nabiera całkiem nowego znaczenia.

    Gdy de Sade wypowiadał te słowa, już od ponad pięciu lat trwała rewolucyjna polityka wymierzona we Francję jako „pierworodną córę Kościoła”. W pierwszej kolejności uderzono bowiem właśnie w Kościół. Już w roku 1789 skonfiskowano wszystkie należące doń majątki, które podobnie jak w szesnastowiecznej Anglii stały się początkiem fortun nowej, republikańskiej arystokracji. W lutym 1790 roku rewolucyjne Zgromadzenie Narodowe zadekretowało zniesienie wszystkich zakonów we Francji, a 15 sierpnia 1791 roku (nieprzypadkowo wybrano dzień wielkiego święta kościelnego) zakazano księżom noszenia sutann. We wrześniu 1793 roku – w apogeum szalejącego wówczas jakobińskiego terroru – uchwalono „prawo podejrzanych”, otwierające możliwość zgilotynowania osoby także za żywienie arystokratycznych sympatii; te ostatnie mogły oznaczać również uczestnictwo we Mszy Świętej odprawianej w prywatnych mieszkaniach przez tzw. niezaprzysiężonych księży, czyli tych, którzy nie złożyli przysięgi na wierność tzw. konstytucji cywilnej kleru.

    Ten akt prawny, uchwalony w lipcu 1790 roku, stanowił faktyczne wypowiedzenie wojny Kościołowi we Francji i Rzymowi. Anglikanin, Edmund Burke, komentujący na gorąco uchwalenie owej ustawy na kartach swoich Rozważań o rewolucji we Francji, pisał: Wydaje mi się, że ten nowy ustrój kościelny ma być tylko przejściową i przygotowawczą fazą prowadzącą do całkowitego wyrugowania wszystkich form religii chrześcijańskiej, gdy tylko umysły ludzi zostaną przygotowane do zadania jej ostatniego ciosu za sprawą urzeczywistnienia planu otoczenia jej kapłanów powszechną pogardą. Ludzie, którzy nie chcą wierzyć, że filozoficzni fanatycy kierujący tą akcją od dawna ją planowali, nie mają pojęcia o ich charakterach i poczynaniach.

    Ojciec europejskiego konserwatyzmu nie pomylił się w niczym. Konstytucja cywilna kleru była bowiem próbą ustanowienia we Francji schizmatyckiego wobec Rzymu Kościoła. Z katolickich duchownych czyniła funkcjonariuszy państwowych wybieranych (w tym biskupi) przez wszystkich obywateli danego departamentu (obszar diecezji przykrojono do granic administracyjnych) – również ateistów. 10 marca 1791 roku tę uzurpację rewolucyjnego państwa oficjalnie odrzucił i potępił papież Pius VI. Król Ludwik XVI, chociaż podpisał dokument, traktował go jak kroplę przelewającą kielich goryczy – o czym poinformował w liście pozostawionym na krótko przed nieudaną ucieczką z Paryża.

    Konstytucja cywilna kleru okazała się przełomowa również dlatego, że dostarczyła pretekstu dla rozpętania kolejnej spirali przemocy przeciw duchowieństwu, które nie przysięgając na nią dochowywało wierności widzialnej Głowie Kościoła. 27 maja 1792 roku zadekretowano więc deportację do kolonii wszystkich duchownych odmawiających zaprzysiężenia. Jednak już 18 marca 1793 roku Republika poszła dalej i uchwaliła dla odmawiających zaprzysiężenia karę śmierci. Taka sama kara spotkać miała również świeckich, którzy udzielali schronienia kapłanom niezaprzysiężonym lub uczestniczyli w nabożeństwach przez nich odprawianych bądź korzystali z udzielanych przez nich sakramentów. Jak mówił w roku 1793 „kat Lyonu”, jakobiński komisarz Chalier, księża są jedyną przyczyną nieszczęść we Francji. Rewolucja, która jest triumfem oświecenia, tylko z obrzydzeniem może spoglądać na zbyt długą agonię zgrai tych niegodziwców.

    Męczennicy czasów rewolucji

    Ocenia się, że podczas rewolucji we Francji życie za wiarę oddało około trzech tysięcy katolickich kapłanów. W roku 1793 w aktach orleańskiego Trybunału Rewolucyjnego, dotyczących osoby jednego z owych męczenników – ks. Juliena d’Herville, niezaprzysiężonego jezuity – zapisano między innymi, że znaleziono przy nim wszystkie środki dla uprawiania fanatyzmu i przesądu: szkaplerz z dwoma medalikami, małe okrągłe pudełko z zaczarowanym chlebem [chodzi o konsekrowane hostie – przyp. aut.], taśmę, na której był przyczepiony duży krzyż ze srebra, serce wykonane ze srebra oraz kryształowy relikwiarz.

    Danton namawiał swoich kolegów z rewolucyjnego Konwentu, by wszystkich „opornych księży” załadować na barki i wyrzucić na jakiejś plaży we Włoszech, ojczyźnie fanatyzmu. W końcu jednak wybrano mordercze tropiki Gujany Francuskiej, która stała się miejscem zesłania i męczeństwa niezaprzysiężonych. Przez ponad pół roku (od końca roku 1793) takiego losu oczekiwało na barkach zacumowanych u wejścia do portu w Bordeaux ponad ośmiuset księży. Stłoczeni w nieludzkich warunkach, pozbawieni żywności, lekarstw i elementarnych warunków ludzkiej egzystencji, czekali na wypłynięcie na ocean. W tych okolicznościach spośród 829 księży zmarło aż 547. Trwali jednak w owych ­katuszach do końca, wspólnie się modląc i nawzajem spowiadając.

    1 października 1995 roku papież Jan Paweł II beatyfikował sześćdziesięciu czterech z nich, bo jak sam podkreślił w homilii beatyfikacyjnej, na dnie udręki zachowali ducha przebaczenia. Jedność wiary i jedność ojczyzny uznali za sprawę ważniejszą niż wszystko inne.

    Martyrologium Kościoła francuskiego czasów rewolucji, sporządzane przez Jana Pawła II, bynajmniej się na tym nie kończy. W lutym 1984 roku beatyfikował on 99 męczenników z Angers – ofiary krwawej pacyfikacji Wandei przez władze Republiki. Do chwały ołtarzy wyniesiono wówczas jedenastu księży i trzy zakonnice. Papież z Polski kontynuował w tym względzie dzieło swoich poprzedników na Stolicy Piotrowej. W roku 1906 bowiem św. Pius X beatyfikował szesnaście karmelitanek z Compiegne straconych w apogeum dechrystianizacyjnych działań władz republikańskich (1793-1794). Wiezione na miejsce stracenia bydlęcymi wozami wszystkie śpiewały Miserere Salve Regina (Witaj Królowo Niebios). Ujrzawszy szafot, odśpiewały Veni Creator (Przybądź Duchu Święty) i na głos odnowiły swoje przyrzeczenia chrzcielne i śluby zakonne.

    Osobną grupę wśród męczenników czasów francuskiej rewolucji stanowią świeccy posyłani na szafot za miłosierdzie okazane duchownym (poprzez udzielenie im schronienia we własnym domu). Część z nich doczekała się oficjalnego uznania swej chwały męczeństwa przez Kościół (jak męczennicy z Angers), większość jednak to święci bezimienni.

    Niektórych jednak znamy, jak na przykład osiemdziesięcioletnią wdowę, Annę Leblanc i jej sześćdziesięcioletnią córkę, Anastazję, skazane na śmierć 1 lipca 1794 w Morlaix. Ich zbrodnią było przechowywanie w domu ściganego księdza, Augustina Clecha z diecezji Tregnier. Maria Gimet, robotnica z Bordeaux, natomiast, z pomocą Marii Bouquier (pracowała jako służąca) ukrywała w swoim mieszkaniu trzech księży: Jeana Molinier z diecezji Cahors, Louisa Soury z diecezji Limoges oraz Jeana Lafond de Villefumade z diecezji Perigueux. W uzasadnieniu wyroku śmierci dla owych kobiet czytamy, iż podzielały kontrrewolucyjne uczucia niezaprzysiężonych księży, (…) chlubiły się, że ich ukrywały oraz kilkakrotnie powtarzały, że lepiej być posłusznym prawu Bożemu niż prawu ludzkiemu. Nie znaleziono żadnych okoliczności łagodzących (na przykład w postaci plebejskiego pochodzenia oskarżonych).

    Zniszczyć papieski Rzym!

    Osobno omówić należy wrogie akty rewolucyjnego państwa (czy to Republiki, czy wywodzącego się z „ideałów roku 1789” Pierwszego Cesarstwa) wymierzone w Stolicę Apostolską i kolejnych papieży. Już w roku 1790 zaanektowano należący do papiestwa Awinion. Uchwalona w tym samym roku cywilna konstytucja kleru była niczym innym jak wypowiedzeniem wojny papieżowi. Od słów do czynów Republika przeszła w roku 1796, z chwilą błyskotliwej ofensywy generała Bonapartego w Italii. Dwa lata później, 1 lutego 1798 roku, wojska francuskie pod dowództwem generała Berthiera zajęły papieski Rzym. Wkrótce też „lud rzymski” (czytaj: co bardziej aktywni członkowie lóż wolnomularskich) „spontanicznie” (pod czujną obserwacją przybyłych zza Alp zaprzyjaźnionych wojsk) ogłosił powstanie Republiki Rzymskiej, znosząc w ten sposób istniejące od ponad tysiąca lat Państwo Kościelne. Aby dotkliwiej upokorzyć papieża, decyzję tę promulgowano 15 lutego 1798 roku, w rocznicę jego wyboru na Stolicę Piotrową.

    Ponad ­osiemdziesięcioletniego, schorowanego Piusa VI francuscy rewolucjoniści wygnali z Rzymu i umieścili w surowych warunkach twierdzy Palence, gdzie 29 sierpnia 1799 roku zakończył on życie ze słowami: In te Domine speravi, non confundar in aeternum (Tobie Boże zaufałem, nie zawstydzę się na wieki) na ustach. Wysłannik Republiki tak raportował to paryskiemu Dyrektoriatowi: Ja, niżej podpisany obywatel, stwierdzam zgon niejakiego Braschi Giovanni Angelo, który pełnił zawód papieża i nosił artystyczne imię Piusa VI. Na końcu zaś nazwał zmarłego papieża: Pius VI i ostatni.

    Podobne nadzieje wyrażał, jeszcze przed śmiercią Piusa VI, generał Napoleon Bonaparte – przyszły cesarz Francuzów. Pisał on do swojego brata, Józefa, pełniącego funkcję francuskiego wysłannika przy Państwie Kościelnym: Jeśli papież umrze, należy uczynić wszystko, by nie wybrano następnego i aby nastąpiła rewolucja [w Państwie Kościelnym]. Ale kolejnego Następcę św. Piotra wybrano podczas konklawe poza Rzymem (w Wenecji) i w dodatku przybrał on imię Piusa VII. To z nim Bonaparte jako Pierwszy Konsul zawarł w roku 1801 konkordat kładący kres najgorszej fali prześladowań Kościoła we Francji i umożliwiający odbudowę struktur kościelnych. Kreujący się na następcę Karola Wielkiego Korsykanin potrzebował papieża, by odbyć cesarską koronację w Paryżu. Ale cały czas traktował on biskupa Rzymu jako podwładnego sobie funkcjonariusza. Nie tolerował żadnego sprzeciwu i wymagał bezwzględnego posłuszeństwa. Gdy w roku 1809 Pius VII „ośmielił się” wyrazić swój sprzeciw wobec brutalnej inwazji Cesarstwa na katolicką Hiszpanię, został aresztowany i przewieziony do Francji, gdzie pozostał więźniem cesarza Francuzów aż do jego upadku w roku 1814.

    „Nowy człowiek” Rewolucji

    Rewolucja poczytywała sobie za cel stworzenie „nowej Francji” i „nowego człowieka” – każdego, kto nie mieścił się w „republikańskich wymiarach”, przykrawała do ich wielkości gilotyna. Choć nie tylko. Oto w roku 1793, podczas jednej z debat toczonych w Konwencie, poważnie roztrząsano projekt jednego z jakobińskich deputowanych zakładający zburzenie w imię republikańskiej równości wszystkich wież kościelnych we Francji. Do realizacji projektu nie doszło, co jednak nie zmienia faktu, że rewolucja francuska to kolejna odsłona radykalnego, antykatolickiego ikonoklazmu. Niszczono całe kościoły (w tym, wspaniałą bazylikę w Cluny) lub je poważnie uszkadzano (zwłaszcza tzw. portale królewskie, m.in. w paryskiej Notre Dame i w jej odpowiedniczce w Chartres). Z perełki gotyku, kaplicy Saint Chapelle w Paryżu (zbudowanej przez św. Ludwika IX w XIII wieku jako relikwiarz dla Korony Cierniowej) uczyniono magazyn na zboże. Katedrę w Chartres od zburzenia uchronił pewien obywatel, który wykupił ją od władz po cenie gruzu (dzisiaj katedra figuruje na liście światowego dziedzictwa UNESCO). Komitet rewolucyjny w Bourges postanowił zburzyć dwa kościoły (w tym również wspaniałą tamtejszą katedrę), ponieważ w sytuacji, kiedy triumfuje filozofia, należy dołożyć wysiłku do zniszczenia wszystkich świątyń, które świadczą o głupocie naszych ojców i konserwują nadzieje winne przesądów i szarlatanerii.

    „Nowy człowiek” miał funkcjonować w nowym czasie („nowym” znaczy antychrześcijańskim). W takim właśnie kontekście należy rozpatrywać wprowadzenie przez francuskich rewolucjonistów w roku 1792 nowego, tzw. republikańskiego kalendarza. Początkiem nowej ery miała być data proklamowania republiki we Francji – 22 września 1792 roku. Zniesiono Dzień Święty (niedzielę) oraz wszystkie pozostałe święta chrześcijańskie. Zamiast siedmiodniowego tygodnia wprowadzono dziesięciodniowe dekady (chodziło o zamazanie odrębności niedzieli). Jak mówił jeden z projektodawców republikańskiego kalendarza, Fabre d’Eglantine: Długie przyzwyczajenie do gregoriańskiego kalendarza wypełniło pamięć ludu znaczną ilością wyobrażeń, które długi czas szanowano i które jeszcze dzisiaj są źródłem błędów religijnych. Konieczne jest więc zastąpienie tych wizji ignorancji rzeczywistością umysłu, zastąpienie godności kapłańskiej prawdą natury.

    „Nowego człowieka” w „republikańskiej cnocie” miała wychować nowa szkoła, wyjęta spod jakiegokolwiek wpływu Kościoła i oddana pod całkowitą dominację rewolucyjnego państwa. Republikański model edukacji miał być oparty wprost na zasadach antychrześcijańskich. Wspominany na początku teoretyk i praktyk rewolucji, markiz de Sade, zachęcał do tego słowami: Francuzi, zadajcie tylko pierwsze ciosy [religii katolickiej – przyp. aut.], reszty dopełni oświata publiczna.

    Co może oznaczać takie „republikańskie wychowanie”, któremu poddano całe jedno pokolenie Francuzów (w ciągu niemal trzydziestu lat, jakie minęły od roku 1789 do roku 1815), najlepiej dokumentują słowa św. Proboszcza z Ars, który porównał swoich parafian do istot różniących się od zwierząt jedynie chrztem. Pokolenie to, wyrosłe i ukształtowane przez rewolucję (której Pierwsze Cesarstwo było wszak wiernym kontynuatorem), ucieleśniało przerwanie ciągłości nie tylko z dawną Francją królów, ale przede wszystkim z Francją chrześcijańską – „pierworodną córą Kościoła”. Rewolucja nie jest bowiem najgorsza w tym, co niszczy, ale w tym, co tworzy.

    Aleksander Smolarski/PCh24.pl

    Artykuł ukazał się w 12. numerze dwumiesięcznika „Polonia Christiana”

    ______________________________________________________________________________________________________________


    16 lipca

    Najświętsza Maryja Panna z góry Karmel
    Szkaplerz karmelitański

    Zobacz także:
      •  Święta Maria Magdalena Postel, dziewica
      •  Święte dziewice i męczennice z Orange
      •  Święty Bartłomiej od Męczenników, biskup
    ***
    Dzisiejsze wspomnienie zwraca nas ku Maryi objawiającej się na górze Karmel, znanej już z tekstów Starego Testamentu – z historii proroka Eliasza (1 Krl 17, 1 – 2 Krl 2, 25). W XII wieku po Chrystusie do Europy przybyli, prześladowani przez Turków, duchowi synowie Eliasza, prowadzący życie kontemplacyjne na Karmelu. Również w Europie spotykali się z niechęcią. Jednakże Stolica Apostolska, doceniając wyrzeczenia i umartwienia, jakie podejmowali zakonnicy, ułatwiała zakładanie nowych klasztorów.

    Maryja ofiarowuje szkaplerz karmelitański św. Szymonowi Stockowi

    Szczególnie szybko zakon rozwijał się w Anglii, do czego przyczynił się m.in. wielki czciciel Maryi, św. Szymon Stock, szósty przełożony generalny zakonu karmelitów. Wielokrotnie błagał on Maryję o ratunek dla zakonu. W czasie jednej z modlitw w Cambridge, w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r., ujrzał Bożą Rodzicielkę w otoczeniu Aniołów. Podała mu Ona brązową szatę, wypowiadając jednocześnie słowa:Przyjmij, synu, szkaplerz twego zakonu, jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania.Szymon Stock z radością przyjął ten dar i nakazał rozpowszechnienie go w całej rodzinie zakonnej, a z czasem również w świecie. W XIV wieku Maryja objawiła się papieżowi Janowi XXII, polecając mu w opiekę “Jej zakon” karmelitański. Obiecała wówczas obfite łaski i zbawienie osobom należącym do zakonu i wiernie wypełniającym śluby. Obiecała również wszystkim, którzy będą nosić szkaplerz, że wybawi ich z czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Cały szereg papieży wypowiedziało się z pochwałami o tej formie czci Najświętszej Maryi i uposażyło to nabożeństwo licznymi odpustami. Wydali oni około 40 encyklik i innych pism urzędowych w tej sprawie.
    Do spopularyzowania szkaplerza karmelitańskiego przyczyniło się przekonanie, że należących do bractwa szkaplerza Maryja wybawi z płomieni czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Tę wiarę po części potwierdzili papieże swoim najwyższym autorytetem namiestników Chrystusa. Takie orzeczenie wydał jako pierwszy Paweł V 29 czerwca 1609 r., Benedykt XIV je powtórzył (+ 1758). Podobnie wypowiedział się papież Pius XII w liście do przełożonych Karmelu z okazji 700-lecia szkaplerza. Nie ma jednak ani jednego aktu urzędowego Stolicy Apostolskiej, który oficjalnie i w pełni aprobowałby ten przywilej. O przywileju sobotnim milczą najstarsze źródła karmelitańskie. Po raz pierwszy wiadomość o objawieniu szkaplerza pojawia się dopiero w roku 1430.
    Nabożeństwo szkaplerza należało kiedyś do najpopularniejszych form czci Matki Bożej. Jeszcze dzisiaj spotyka się bardzo wiele obrazów Matki Bożej Szkaplerznej (z Góry Karmel), ołtarzy i kościołów. We Włoszech jest kilkaset kościołów Matki Bożej z Góry Karmel, w Polsce blisko setka. Wiele obrazów i figur pod tym wezwaniem zasłynęło cudami, tak że są miejscami pątniczymi. Niektóre z nich zostały koronowane koronami papieskimi. Szkaplerz w obecnej formie jest bardzo wygodny do noszenia. Można nawet zastąpić go medalikiem szkaplerznym. Z całą pewnością noszenie szkaplerza mobilizuje i przyczynia się do powiększenia nabożeństwa ku Najświętszej Maryi Pannie.
    Szkaplerz nosili liczni władcy europejscy i niemal wszyscy królowie polscy (od św. Jadwigi i Władysława Jagiełły poczynając), a także liczni święci, również spoza Karmelu, m.in. św. Jan Bosko, św. Maksymilian Maria Kolbe i św. Wincenty a Paulo. Sama Matka Boża, kończąc swoje objawienia w Lourdes i Fatimie, ukazała się w szkaplerzu, wyrażając przy tym wolę, by wszyscy go nosili. Na wzór szkaplerza karmelitańskiego powstały także inne, jednakże ten pozostał najważniejszy i najbardziej powszechny. W wieku 10 lat przyjął szkaplerz karmelitański także św. Jan Paweł II. Nosił go do śmierci.
    Święto Matki Bożej z Góry Karmel karmelici obchodzili od XIV w. Benedykt XIII (+ 1730) zatwierdził je dla całego Kościoła. W Polsce otrzymało to święto nazwę Matki Bożej Szkaplerznej.
    Szkaplerz karmelitański

    Szkaplerz początkowo był wierzchnią szatą, której używali dawni mnisi w czasie codziennych zajęć, aby nie brudzić habitu. Spełniał więc rolę fartucha gospodarczego. Potem przez szkaplerz rozumiano szatę nałożoną na habit. Pisze o nim już reguła św. Benedykta w kanonie 55 dotyczącym ubrania i obuwia braci. Wszystkie dawne zakony noszą po dzień dzisiejszy szkaplerz. Współcześnie szkaplerz oznacza strój, który jest znakiem zewnętrznym przynależności do bractwa, związanego z jakimś konkretnym zakonem. Tak więc istnieje szkaplerz: brunatny – karmelitański (w. XIII); czarny – serwitów (w. XIV), od roku 1860 kamilianów; biały – trynitarzy, mercedariuszy, dominikanów (w. XIV), Niepokalanego Serca Maryi (od roku 1900); niebieski – teatynów (od roku 1617) i Niepokalanego Poczęcia Maryi (w. XIX); czerwony – męki Pańskiej; fioletowy – lazarystów (1847) i żółty – św. Józefa (w. XIX).
    Ponieważ było niewygodnie nosić szkaplerz taki, jaki nosili przedstawiciele danego zakonu, dlatego z biegiem lat zamieniono go na dwa małe kawałki płótna, zazwyczaj z odpowiednim wizerunkiem na nich. Na dwóch tasiemkach noszono go w ten sposób, że jedno płócienko było na plecach (stąd nazwa łacińska scapulare), a druga na piersi. Taką formę zachowały szkaplerze do dnia dzisiejszego. W roku 1910 papież św. Pius X zezwolił ze względów praktycznych na zastąpienie szkaplerza medalikiem szkaplerznym.
    W przypadku szkaplerza karmelitańskiego na jednym kawałku powinien być umieszczony wizerunek Matki Bożej Szkaplerznej, a na drugim – Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jedna część powinna spoczywać na piersiach, a druga – na plecach. Szkaplerz musi być poświęcony według specjalnego obrzędu.Szkaplerz, będący znakiem maryjnym, zobowiązuje do chrześcijańskiego życia, ze szczególnym ukierunkowaniem na uczczenie Najświętszej Maryi Dziewicy potwierdzanym codzienną modlitwą Pod Twoją obronę.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________

     
    Providentialis gratiae eventus. Opatrznościowe wydarzenie łaski.


    List apostolski Ojca Świętego Jana Pawła II z okazji 750-lecia szkaplerza świętego (1251-2001) z dnia 25 marca 2001 r.

    Do Przewielebnych Ojców: Josepha Chalmersa Przeora generalnego Zakonu Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel (OCarm.) i Camilo Maccise Przełożonego generalnego Zakonu Braci Bosych Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel (OCD).

    1. Opatrznościowe wydarzenie łaski, jakim był dla Kościoła Rok Jubileuszowy, pozwala patrzeć z ufnością i nadzieją na dopiero co rozpoczętą drogę w nowym tysiącleciu. “Przemierzając drogi świata na początku nowego stulecia – napisałem w Liście apostolskim Novo millennio ineunte – musimy przyspieszyć kroku. (…) W tej drodze towarzyszy nam Najświętsza Maryja Panna, której (…) zawierzyłem trzecie tysiąclecie” (n. 58).

    Dlatego z wielką radością przyjąłem wiadomość, że obie gałęzie Zakonu Karmelitańskiego: dawna i reformowana, zamierzają poświęcić rok 2001 Maryi, aby wyrazić synowską miłość do swej Patronki, którą wzywają jako Kwiat Karmelu, Matkę i Przewodniczkę na drodze do świętości. W związku z tym pragnę podkreślić, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności obchody tego maryjnego roku całego Karmelu przypadają – jak głosi czcigodna tradycja Zakonu – w 750. rocznicę otrzymania Szkaplerza. Obchody te stanowią zatem dla całej Rodziny karmelitańskiej niezwykłą okazję nie tyko do pogłębienia duchowości maryjnej, ale i do przeżywania jej z coraz większą świadomością roli, jaką Dziewicza Matka Boga i ludzi odgrywa w tajemnicy Chrystusa i Kościoła, by iść za Nią – “Gwiazda nowej ewangelizacji” (por. Novo millennio ineunte, 58).

    2. Wiele pokoleń Karmelu, od początku aż do dzisiaj, w swej wędrówce ku “świętej górze, Jezusowi Chrystusowi, naszemu Panu” (Mszał Rzymski, modlitwa z Mszy św. ku czci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel, 16 lipca), starało się kształtować swoje życie wzorując się na Maryi.

    Dlatego w Karmelu, a także w każdej duszy kochającej gorąco Najświętszą Maryję Pannę i Matkę, nieustannie kontemplowana jest Ta, która od samego początku potrafiła otworzyć się na słuchanie słowa Boga i być posłuszna Jego woli (por. Łk 2, 19. 51). Maryja, wychowana i ukształtowana przez Ducha Świętego (por. Łk 2, 44-50), umiała bowiem odczytywać w duchu wiary swoje dzieje (por. Łk 1, 46-55) i – ulegając Bożym natchnieniom – “szła naprzód w pielgrzymce wiary i utrzymała wiernie swe zjednoczenie z Synem aż do krzyża, przy którym nie bez postanowienia Bożego stanęła (por. J 19, 25), najgłębiej ze swym Jednorodzonym współcierpiała i z ofiarą Jego złączyła się matczynym duchem” (Lumen gentium, 58).

    3. Kontemplując Najświętszą Maryję Pannę, widzimy Ją jako Matkę zatroskaną, która patrzy na Syna, dorastającego w Nazarecie (por. Łk 2, 40. 52), idzie za Nim po drogach Palestyny i towarzyszy Mu podczas godów w Kanie (por. J 2, 5), a u stóp Krzyża staje się Matką współuczestniczącą w Jego ofierze i darem dla wszystkich ludzi, gdy Jezus powierza Ją swemu umiłowanemu uczniowi (por. J 19, 26). Jako Matka Kościoła Najświętsza Maryja Panna jednoczy się z uczniami w ustawicznej modlitwie (por. Dz 1, 14), a jako nowa Niewiasta, która wyprzedza to, co się kiedyś dokona dla nas wszystkich w pełni trynitarnego życia, została wzięta do Nieba, skąd osłania płaszczem swego miłosierdzia synów i córki pielgrzymujących ku świętej górze chwały.

    Ta kontemplacyjna postawa umysłu i serca pozwala podziwiać doświadczenie wiary i miłości Najświętszej Maryi Panny, która przeżywa już to, co każdy wierzący pragnie i ma nadzieję przeżywać w tajemnicy Chrystusa i Kościoła (por. Sacrosanctum Concilium, 103; Lumen gentium, 53). Dlatego właśnie karmelici i karmelitanki wybrali Maryję na swą Patronkę i Matkę duchową i mają zawsze przed oczyma i w sercu Najczystszą Maryję Pannę, która prowadzi wszystkich do doskonałego poznania i naśladowania Chrystusa.

    W ten sposób rozwijają się głębokie więzi duchowe, które coraz bardziej umacniają komunię z Chrystusem i z Maryją. Dla członków Rodziny karmelitańskiej Maryja, Dziewicza Matka Boga i ludzi, jest nie tyko wzorem do naśladowania, ale również czułą Matką i Siostrą, która jest z nimi i w której pokładają nadzieję. Dlatego św. Teresa od Jezusa wzywała: “Naśladujcie Maryję i rozważajcie to, jaka musi być wielkość tej Pani i jaka to korzyść mieć ją za Patronkę” (Twierdza wewnętrzna, III, 1, 3).

    4. To głębokie życie maryjne, które wyraża się w ufnej modlitwie, w pełnym zachwytu uwielbieniu i pilnym naśladowaniu, prowadzi do zrozumienia, że najbardziej autentyczną formą nabożeństwa do Najświętszej Maryi Panny, wyrażającą się w skromnym znaku Szkaplerza, jest poświecenie się Jej Niepokalanemu Sercu (por. Pius XII, list Neminem profecto latet, 11 lutego 1950: AAS 42 [1950], s. 390-391; Lumen gentium, 67). W ten sposób w sercu urzeczywistnia się coraz większa komunia i zażyłość z Najświętszą Maryją Panną, “jako nowy sposób życia dla Boga i kontynuowania tu, na ziemi, miłości Syna Jezusa do swojej Matki Maryi” (por. rozważanie przed modlitwą Anioł Pański: Insegnamenti di Giovanni Paolo II, XI/3, 1988, s. 173). W taki sposób, według słów błogosławionego męczennika karmelitańskiego Tytusa Brandsmy, jednoczymy się głęboko z Maryją Theotokos i tak jak Ona przekazujemy życie Boże: “Również do nas Pan posyła swego anioła (…), także my powinniśmy przyjąć Boga do naszych serc, nosić Go w naszych sercach, karmić Go i pomagać Mu wzrastać w nas w taki sposób, jakby On z nas się narodził i żył z nami jako Bóg-z-nami, Emanuel” (z wypowiedzi bł. Tytusa Brandsmy na Kongresie Mariologicznym w Tongerloo, sierpień 1936 r.).

    To bogate dziedzictwo maryjne Karmelu z biegiem czasu, dzięki rozpowszechnieniu się nabożeństwa Szkaplerza Świętego, stało się skarbem całego Kościoła. Dzięki swej prostocie, antropologicznej wartości oraz odniesieniu do roli Maryi w życiu Kościoła i ludzkości to nabożeństwo tak głęboko i szeroko przyjęło się wśród Ludu Bożego, ze znalazło swój wyraz w obecnym kalendarzu liturgicznym Kościoła powszechnego we wspomnieniu 16 lipca.

    5. W znaku Szkaplerza zawiera się sugestywna synteza maryjnej duchowości, która ożywia pobożność ludzi wierzących, pobudzając ich wrażliwość na pełną miłości obecność Maryi Panny Matki w ich życiu. Szkaplerz w istocie jest “habitem”. Ten, kto go przyjmuje, zostaje włączony lub stowarzyszony w mniej lub więcej ścisłym stopniu z Zakonem Karmelu, poświęconym służbie Matki Najświętszej dla dobra całego Kościoła (por. Formuła nałożenia Szkaplerza: Obrzęd błogosławieństwa i nałożenia Szkaplerza zatwierdzony przez Kongregacje Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów 5 stycznia 1996 r.). Ten, kto przywdziewa Szkaplerz, zostaje wprowadzony do ziemi Karmelu, aby “spożywać jej owoce i jej zasoby” (por. Jr 2, 7) oraz doświadczać słodkiej i macierzyńskiej obecności Maryi w codziennym trudzie, by wewnętrznie się przyoblekać w Jezusa Chrystusa i ukazywać Jego życie w samym sobie dla dobra Kościoła i całej ludzkości (por. Formuła nałożenia Szkaplerza).

    Znak Szkaplerza przywołuje zatem dwie prawdy: jedna z nich mówi o ustawicznej opiece Najświętszej Maryi Panny, i to nie tylko na drodze życia, ale także w chwili przejścia ku pełni wiecznej chwały; druga to świadomość, że nabożeństwo do Niej nie może ograniczać się tylko do modlitw i hołdów składanych Jej przy określonych okazjach, ale powinna stanowić “habit”, czyli nadawać stały kierunek chrześcijańskiemu postępowaniu, opartemu na modlitwie i życiu wewnętrznym poprzez częste przystępowanie do sakramentów i konkretne uczynki miłosierne co do ciała i co do duszy. W ten sposób Szkaplerz staje się znakiem “przymierza” i wzajemnej komunii pomiędzy Maryją i wiernymi: wyraża bowiem w sposób konkretny dar, jaki na krzyżu Jezus uczynił Janowi, a przez niego nam wszystkim, ze swojej Matki, oraz przypomina o powierzeniu umiłowanego apostoła i nas Tej, którą ustanowił nasza Matką duchową.

    6. Ta maryjna duchowość, która wewnętrznie kształtuje osoby i upodabnia je do Chrystusa, pierworodnego wśród wielu braci, wyraziła się we wspaniałych świadectwach świętości i mądrości bardzo wielu świętych mężczyzn i niewiast Karmelu, którzy wyrośli w cieniu i pod opieką Matki.

    Ja również od bardzo długiego czasu noszę na sercu Szkaplerz karmelitański! Z miłością do wspólnej Matki niebieskiej, której opieki doznaję ustawicznie, życzę, aby dzięki temu rokowi maryjnemu wszyscy zakonnicy i zakonnice Karmelu oraz pobożni wierni, którzy Ją czczą z synowskim oddaniem, wzrośli w miłości do Niej i by umocnili w świecie obecność tej Niewiasty milczenia i modlitwy, wzywanej jako Matka miłosierdzia, Matka nadziei i łaski.

    Z tymi życzeniami z radością udzielam Apostolskiego Błogosławieństwa wszystkim zakonnikom, mniszkom, siostrom i wiernym świeckim z Rodziny karmelitańskiej, którzy tak wiele czynią, by szerzyło się wśród Ludu Bożego prawdziwe nabożeństwo do Maryi, Gwiazdy Morza i Kwiatu Karmelu!

    Jan Paweł II Papież
    Watykan, 25 marca 2001 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    15 lipca

    Święty Bonawentura, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Pompiliusz Maria Pirrotti, prezbiter
      •  Święty Włodzimierz I Wielki, książę
      •  Błogosławiony Antoni Beszta-Borowski, prezbiter i męczennik
    ***

    Bonawentura, czyli dobry los - św. Bonawentura
    św. Bonawentura/Vittore Crivelli (PD)wiara.pl
    ***

    Jan di Fidanza urodził się około 1218 r. w Bagnoregio koło Viterbo. Jego ojciec był lekarzem. Rodzice obawiali się, czy ich dziecko długo pożyje, było bowiem bardzo słabowite. Pobożna matka złożyła więc ślub, że poświęci syna na służbę Bożą, jeśli ten wyzdrowieje. Podanie głosi, że dziecię miało zostać przyniesione do św. Franciszka z Asyżu, który w natchnieniu miał powiedzieć: O, buona ventura! – co znaczy: O, szczęśliwa przyszłość!
    Pierwsze nauki Bonawentura odbył w konwencie minorytów w rodzinnym miasteczku. Po ukończeniu szkoły średniej udał się na na studia filozoficzne na uniwersytecie w Paryżu (1242-1248). Tu, mając 25 lat, wstąpił do franciszkanów. Otrzymał imię zakonne Bonawentura – od słów, jakimi przywitał go wiele lat wcześniej św. Franciszek. Po nowicjacie studiował teologię w Paryżu (1243-1248) pod kierunkiem słynnych franciszkańskich teologów: Aleksandra z Hales, Jana z La Rochelle i Wilhelma z Overnii. Po otrzymaniu stopnia magistra studiował jeszcze dalsze trzy lata (1248-1251), a równocześnie wykładał Pismo święte i Sentencje Piotra Lombarda. W tym też czasie stoczył słowny i pisemny “pojedynek” z Wilhelmem z Saint-Amour i z Tomaszem z Yorku w obronie zakonów żebraczych (franciszkanów i dominikanów). Z tego też czasu pochodzi jego szczytowe dzieło z zakresu teologii dotyczące Trójcy Świętej. Bonawentura zajął się także filozoficznym problemem poznania ludzkiego. W tej kwestii odszedł od Arystotelesa i św. Tomasza z Akwinu, a zbliżył się do Platona i św. Augustyna. Wreszcie w tym samym czasie wydał tom rozpraw, w którym można odnaleźć syntezę jego myśli filozoficznej i teologicznej.
    Następne lata Bonawentura spędził w różnych klasztorach franciszkańskich w charakterze wykładowcy. Musiał imponować niezwykłą wiedzą, świętością i zmysłem organizacyjnym, skoro na kapitule generalnej 2 lutego 1257 r. został wybrany przełożonym generalnym zakonu, kiedy miał zaledwie 39 lat. Wybór ten okazał się dla młodego zakonu opatrznościowym. Zakon przechodził wówczas trudny czas. Powstały bowiem dwie zwalczające się zaciekle frakcje: gorliwych (zelantów), którzy byli za zachowaniem pierwotnej reguły Ojca Franciszka, oraz zwolennicy reguły łagodniejszej, możliwej do zachowania także przez przeciętnych członków. To jednak groziło rozluźnieniem. Bonawentura umiał wybrać “złoty środek”, a przez swoje roztropne zarządzenia nadał zakonowi właściwy kierunek. Zakon miał również licznych zewnętrznych wrogów, patrzących nieprzychylnym okiem na liczne przywileje, dane mu od papieży. Jako przełożony Bonawentura umiał je obronić. Przez 16 lat swoich rządów (1257-1273) doprowadził zakon do niebywałego rozwoju. W roku 1260 ułożył pierwsze konstytucje jako wykładnię reguły św. Franciszka. W ten sposób przeciął wieloraką dotąd jej interpretację. Zakonem rządził z konwentu paryskiego. Rzadko jednak bywał na miejscu, gdyż musiał odbywać stale wizytacje: w Anglii (1258 i 1265), we Flandrii, czyli w dzisiejszej Belgii i Holandii (1253), w Niemczech i w Hiszpanii (1264) oraz we Włoszech (1262-1272). Dla tych zasług niektórzy historycy nazywają go drugim “Ojcem Zakonu”.
    Posiadał umiejętność łączenia życia czynnego i publicznego z bogatym życiem wewnętrznym. Miał wielkie nabożeństwo do Męki Pańskiej i ku jej czci układał przepiękne poematy. Głośno było o nim także na dworze papieskim. Dlatego to papież Grzegorz X w 1273 r. mianował go kardynałem oraz biskupem Albano pod Rzymem. Delegacja papieża z wiadomością o nominacji zastała go przy myciu naczyń kuchennych w klasztorze. Bonawentura musiał zrzec się urzędu przełożonego generalnego zakonu, aby oddać się wyłącznie sprawom publicznym. Towarzyszył papieżowi w podróży do Mugello koło Florencji, a w listopadzie 1273 r. udał się do Lyonu na sobór powszechny. Otrzymał zaszczytne wyróżnienie wygłoszenia przemówienia inauguracyjnego. Był szczęśliwy, że doszło do unii między Kościołem rzymskim a greckim, która jednak niebawem została zerwana.

    Święty Bonawentura

    Główny ciężar prac przygotowawczych do soboru spadł na barki Bonawentury. Wyczerpany tymi obowiązkami, zmarł 15 lipca 1274 r. podczas soboru w Lyonie. W pogrzebie wziął udział papież i wszyscy ojcowie soboru w liczbie 500 biskupów i ok. 1000 prałatów i teologów. Pogrzeb miał więc królewski. Papież wygłosił mowę pogrzebową ku jego czci. Jego ciało złożono najpierw w zakrystii kościoła św. Franciszka, a w roku 1450 w nowo wystawionej świątyni. Znaleziono wówczas język św. Bonawentury zupełnie nietknięty rozkładem, a nawet zaczerwieniony. Miał to być znak niezwykłego daru wymowy Bonawentury. Kronikarze notują, że tego dnia wielu chorych odzyskało zdrowie.
    Bonawentura był jednym z najwybitniejszych teologów średniowiecza. Pozostawił po sobie wiele traktatów i dzieł teologicznych. Składają się na nie konstytucje, liczne traktaty i komentarze teologiczne, 440 kazań i wiele innych. Bonawentura stworzył własną szkołę teologiczną. Do najznakomitszych jego dzieł należą: Lignum vitae i Itinerarium mentis in Deum, jak też Illuminationes Ecclesiae. Bullę kanonizacyjną Bonawentury ogłosił Sykstus IV w 1482 roku, a papież Sykstus V ogłosił go doktorem Kościoła (1588). Św. Bonawentura jest patronem franciszkanów, matek oczekujących potomstwa, dzieci, robotników i teologów.
    W ikonografii przedstawiany jest w habicie franciszkańskim z biskupim krzyżem na piersiach; jako kardynał w cappa magna; jako teolog nad pulpitem. Jego atrybutami są: anioł przynoszący mitrę, kapelusz kardynalski trzymany przez anioła lub leżący u stóp, księga, krzyż w dłoniach, drzewo Krzyża Świętego (jest to aluzja do traktatu Lignum vitae), zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji ogólnej 3 marca 2010 r.

    Drodzy bracia i siostry,

    Chciałbym mówić dziś o św. Bonawenturze z Bagnoregio. Przyznaję, że proponując wam ten temat, odczuwam pewną nostalgię, ponieważ wracam myślami do badań, które jako młody naukowiec prowadziłem właśnie na temat tego autora, który jest mi szczególnie drogi. Wiedza o nim odcisnęła się w niemałym stopniu na mojej formacji. Z wielką radością kilka miesięcy temu udałem się z pielgrzymką do miejsca jego urodzenia – Bagnoregio, włoskiego miasteczka w regionie Lacjum, które z czcią zachowuje pamięć o nim.

    Urodzony prawdopodobnie w roku 1217 i zmarły w 1274, żył on w XIII wieku, w czasach, gdy wiara chrześcijańska, przeniknąwszy głęboko do kultury i społeczeństwa Europy, stała się natchnieniem do powstania nieśmiertelnych dzieł w dziedzinie literatury, sztuk pięknych, filozofii i teologii. Wśród wielkich postaci chrześcijan, którzy przyczynili się do stworzenia tej harmonii między wiarą a kulturą, wyróżnia się właśnie Bonawentura, człowiek czynu i kontemplacji, głębokiej pobożności i roztropności w rządzeniu.

    Nazywał się Jan z Fidanzy. Pewien epizod, który wydarzył się, gdy był jeszcze chłopcem, głęboko naznaczył jego życie, jak sam o tym opowiada. Zapadł na ciężką chorobę i nawet jego ojciec, który był lekarzem, nie miał nadziei na uratowanie go od śmierci. Wówczas jego matka poprosiła o wstawiennictwo niedawno kanonizowanego Franciszka z Asyżu. I Jan wyzdrowiał. Postać Biedaczyny z Asyżu stała mu się jeszcze bliższa kilka lat później, gdy znajdował się w Paryżu, dokąd udał się na studia. Otrzymał dyplom mistrza sztuk [wyzwolonych], który moglibyśmy porównać do dyplomu prestiżowego liceum w naszych czasach. W owym czasie, jak wielu młodych ludzi w przeszłości, a także dziś, Jan zadał sobie zasadnicze pytanie: „Co mam zrobić ze swoim życiem?”

    Zafascynowany świadectwem gorliwości i ewangelicznego radykalizmu Braci Mniejszych, którzy przybyli do Paryża w 1219, Jan zapukał do bramy franciszkańskiego klasztoru w tym mieście i poprosił o przyjęcie do wielkiej rodziny uczniów św. Franciszka. Wiele lat później wytłumaczył powody swego wyboru: w św. Franciszku i zainicjowanym przezeń ruchu dostrzegł działanie Chrystusa. Tak pisał w liście do innego brata: „Wyznaję przed Bogiem, że powodem, dla którego najbardziej umiłowałem życie błogosławionego Franciszka, jest fakt, że podobne jest ono do początków i rozkwitu Kościoła. Kościół zaczął się od prostych rybaków, następnie wzbogacił się o wybitnych i bardzo mądrych uczonych; religię błogosławionego Franciszka ustanowiła nie roztropność ludzi, lecz Chrystus” (Epistula de tribus quaestionibus ad magistrum innominatum, w: „Opere di San Bonaventura. Introduzione generale”, Rzym 1990, str. 29).

    Dlatego około roku 1243 Jan przywdział franciszkański habit i przyjął imię Bonawentura. Został od razu wysłany na studia i uczęszczał na wydział teologii Uniwersytetu Paryskiego, realizując bardzo obszerny program nauczania. Uzyskał liczne tytuły wymagane w karierze akademickiej, jak „bakałarz biblijny” i „bakałarz sentencjalny”. W ten sposób Bonawentura zgłębił Pismo Święte, Sentencje Piotra Lombarda – ówczesny podręcznik teologii oraz najważniejszych autorów z dziedziny teologii, a w zetknięciu z nauczycielami i studentami, którzy ściągali do Paryża z całej Europy, wypracował własną osobistą refleksję i wrażliwość duchową o wielkiej wartości, którą w ciągu następnych lat potrafił przelać do swoich dzieł i kazań, stając się tym samym jednym z najważniejszych teologów w dziejach Kościoła. Wystarczy przypomnieć tytuł pracy, której bronił w celu uzyskania habilitację do nauczania teologii, licentia ubique docendi, jak wówczas mówiono. Jego rozprawa nosiła tytuł „Zagadnienia poznania Chrystusa”. Temat ten pokazuje centralną rolę, jaką Chrystus pełnił zawsze w życiu i nauczaniu Bonawentury. Niewątpliwie możemy stwierdzić, że cała jego myśl była głęboko chrystocentryczna.

    W owych latach w Paryżu – mieście, które udzieliło gościny Bonawenturze, toczyła się gwałtowna polemika przeciw Braciom Mniejszym św. Franciszka z Asyżu i Braciom Kaznodziejom św. Dominika Guzmana. Podważano ich prawo do wykładania na Uniwersytecie i wręcz poddawano w wątpliwość prawdziwość ich życia konsekrowanego. Niewątpliwie zmiany wprowadzone przez te zakony żebracze w sposobie rozumienia życia zakonnego, o których mówiłem w poprzednich katechezach, były tak nowatorskie, że nie wszystkim udawało się je zrozumieć. Dochodziły do tego, jak to czasem bywa nawet wśród osób szczerze pobożnych, względy związane z ludzką słabością, jak zawiść i zazdrość. Bonawentura, nawet jeśli otoczony był niechęcią innych nauczycieli akademickich, zaczął już wykładać w katedrze teologii franciszkanów i w odpowiedzi tym, którzy kontestowali zakony żebracze, napisał dzieło zatytułowane „Doskonałość ewangeliczna”. Udowadnia w nim, że zakony żebracze, a zwłaszcza Bracia Mniejsi, praktykując śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, wcielali w życie rady samej Ewangelii. Pomijając te okoliczności historyczne, nauczanie, jakie Bonawentura zawarł w swoim dziele i w swoim życiu, pozostaje zawsze aktualne: rozjaśnia Kościół i czyni go piękniejszym wierność powołaniu tych jego synów i tych jego córek, którzy nie tylko wcielają w życie przykazania Ewangelii, ale za sprawą łaski Bożej powołani zostali do przestrzegania Jego rad i w ten sposób, swym stylem życia w ubóstwie, czystości i posłuszeństwie, dają świadectwo, że Ewangelia jest źródłem radości i doskonałości.

    Konflikt został zażegnany, przynajmniej na jakiś czas, i dzięki osobistej interwencji papieża Aleksandra IV, w 1257 roku, Bonawentura uznany został oficjalnie za doktora i wykładowcę paryskiego Uniwersytetu. Musiał jednak zrezygnować z tego prestiżowego stanowiska, ponieważ w tym samym roku kapituła generalna zakonu wybrała go na ministra (przełożonego) generalnego.

    Urząd ten sprawował przez siedemnaście lat z mądrością i oddaniem, odwiedzając prowincje, pisząc do braci, interweniując niekiedy z pewną surowością, by wyplenić nadużycia. Kiedy Bonawentura rozpoczynał tę posługę, zakon Braci Mniejszych rozwinął się w sposób niezwykły: było ponad trzydzieści tysięcy braci rozsianych na całym Zachodzie wraz z misjonarzami w Afryce Północnej, na Bliskim Wschodzie, a nawet w Pekinie. Należało umocnić tę ekspansję, przede wszystkim zaś nadać jej, dochowując w pełni wierności charyzmatowi Franciszka, jedność działania i ducha. Wśród uczniów świętego z Asyżu występowały bowiem różne sposoby interpretowania jego orędzia i istniało realne niebezpieczeństwo wewnętrznego rozłamu. Aby uniknąć tego zagrożenia, kapituła generalna zakonu w Narbonne w 1260 roku przyjęła i zatwierdziła tekst zaproponowany przez Bonawenturę, w którym zebrano i ujednolicono przepisy regulujące codzienne życie braci mniejszych.

    Bonawentura przeczuwał jednak, że rozporządzenia prawne, choćby najbardziej inspirowane mądrością i umiarem, nie były wystarczające dla zabezpieczenia jedności ducha i serc. Należało dzielić te same ideały i te same motywacje. Dlatego Bonawentura chciał przedstawić prawdziwy charyzmat Franciszka, jego życie i jego nauczanie. Zgromadził więc z wielkim zapałem dokumenty dotyczące Biedaczyny i wysłuchał z uwagą wspomnień tych, którzy znali go osobiście. Powstała z tego historycznie dobrze udokumentowana biografia świętego z Asyżu, zatytułowana „Legenda Maior”, przygotowana także w skróconej formie i dlatego nazwana „Legenda minor”. Łacińskie słowo „legenda”, w przeciwieństwie do znaczenia współczesnego, nie wskazuje na owoc wyobraźni, lecz przeciwnie, oznacza tekst miarodajny, „do czytania” oficjalnego. Mianowicie kapituła generalna Braci Mniejszych, która w 1263 obradowała w Pizie, uznała życiorys napisany przez św. Bonawenturę za najwierniejszy wizerunek Założyciela i tym samym stał się on oficjalną biografią świętego.

    Jaki obraz św. Franciszka nakreśliło serce i pióro jego oddanego syna i następcy, św. Bonawentury? Punkt zasadniczy: Franciszek to alter Christus, jest mężem, który z pasją szukał Chrystusa. W miłości, która popycha do naśladowania, upodobnił się wewnętrznie do Niego. Bonawentura ukazywał ten żywy ideał wszystkim uczniom Franciszka. Ideał ten, aktualny dla każdego chrześcijanina, wczoraj, dziś i zawsze, wskazany został jako program także dla Kościoła trzeciego tysiąclecia przez mego czcigodnego poprzednika Jana Pawła II. Program ten, pisał on w Liście „Novo millennio ineunte” skupia się „wokół samego Chrystusa, którego mamy poznawać, kochać i naśladować, aby żyć w Nim życiem trynitarnym i z Nim przemieniać historię, aż osiągnie swą pełnię w niebiańskim Jeruzalem” (n. 29).

    W 1273 roku w życiu św. Bonawentury nastąpiła kolejna zmiana. Papież Grzegorz X wyświęcił go na biskupa i mianował kardynałem. Poprosił go też, by przygotował niezwykle ważne wydarzenie kościelne: II Sobór Powszechny w Lyonie, którego celem miało być przywrócenie jedności między Kościołami łacińskim i greckim. Sumiennie oddał się temu zadaniu, nie doczekał jednak zakończenia tego zjazdu ekumenicznego, ponieważ zmarł w trakcie jego obrad. Anonimowy notariusz papieski ułożył pochwałę Bonawentury, która przynosi nam ostateczny portret tego wielkiego świętego i wybitnego teologa: „Człowiek dobry, ujmujący, pobożny i miłosierny, pełen cnót, kochany przez Boga i ludzi… Bóg bowiem obdarzył go taką łaską, że wszyscy, którzy go widzieli, przepojeni byli miłością, której serce nie mogło ukrywać” (por. J.G. Bougerol, Bonaventura, w: A. Vauchez (red.), Storia dei santi e della santità cristiana. T. VI. L’epoca del rinnovamento evangelico, Mediolan 1991, str. 91).

    Podejmijmy dziedzictwo tego świętego Doktora Kościoła, który przypomina nam o sensie naszego życia w następujących słowach: „Na ziemi… możemy rozważać ogrom Boga przez rozum i podziw; w niebieskiej ojczyźnie natomiast przez widzenie, gdy staniemy się podobni do Boga i przez ekstazę… wejdziemy do radości Boga” (La conoscenza di Cristo, zesz. 6, Conclusione, w: Opere di San Bonaventura. Opuscoli Teologici /1, Rzym 1993, str. 187).

    Benedykt XVI

    KAI/Vaticannews

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Św. Bonawentura

    św. Bonawentura (fragm.), mal. Francisco de Zurbarán

    ***

    Święty Bonawentura jest prawdziwym filarem Kościoła Świętego, choć mówi się o nim znacznie mniej niż o świętym Tomaszu z Akwinu, o parę lat młodszym współtwórcy nauki scholastycznej. Ten drugi zasłynął z wielkiej ilości dzieł porządkujących nauczanie katolickie i jest to praca nieporównywalna z żadną inną, ale nie należy zapominać, że to właśnie Bonawentura był nazywany Doktorem Serafickim (Doctor Seraphicus) zanim do Akwinaty przylgnął przydomek Doktora Anielskiego (Doctor Angelicus) i że był on postacią czołową chrześcijańskiego średniowiecza. Papież Sykstus po paru wiekach miał powiedzieć, że obaj święci doktorowie są jak dwa kandelabry, które światłem swej nauki rozjaśniają Kościół wojujący na ziemi.

    Podanie głosi, iż matka Świętego – narodzonego w toskańskiej miejscowości Bagnoregio – zaniosła go, gdy był jako niemowlę ciężko chory i lekarze wróżyli dziecku śmierć, do żyjącego jeszcze świętego Franciszka z Asyżu. Miał on wówczas wykrzyknąć: „O, buena ventura!”, czyli „o szczęśliwy losie”, które to wykrzyknienie stało się imieniem używanym przez przyszłego świętego i duchowego syna asyskiego Biedaczyny. Pani Fidanza uczyniła ślub, że jeżeli dziecko przeżyje, to zostanie oddane na służbę Panu Bogu. Po cudownym uzdrowienia matka zachowała w sercu głęboką wdzięczność dla Dobrego Boga i Jego sługi Franciszka. Konsekwentnie starała się kształtować w swoim dziecku ducha cnót chrześcijańskich i szczerą miłość ewangeliczną.

    Ukończywszy naukę w kolegium prowadzonym przez franciszkanów, młody Giovanni Fidanza (bo takie imię otrzymał na chrzcie) podjął studia filozoficzne na paryskim uniwersytecie. Wyrósł on na młodzieńca tak urodziwego, że wszyscy w jego otoczeniu byli zachwyceni nadzwyczajną jego urodą. Mogło by to być powodem zmartwienia dla matki, która wszak czuła się zobowiązana wobec Boga, by poświęcić syna do stanu duchownego, gdyby nie to, że zalety jego charakteru i anielskie cnoty, jakimi jaśniał, przewyższały blask jego urody, która nie stała się przyczyną próżności i porzucenia świątobliwego życia. Albowiem już w roku 1243 Jan Bonawentura skierował swe kroki ku konwentowi świętego Franciszka w stolicy Francji.

    Na studiach poznał świętego Tomasza, z którym wspólnie inspirowali się w pogłębianiu zamiłowań intelektualnych. Zgłębianie wiedzy było dla Giovanniego czynnością prawdziwie sakralną. Nad książkami rozłożonymi na biurku górowała postać Zbawiciela na krucyfiksie, a Święty zawsze przed nauką przyzywał pomocy Ducha Świętego. Serce miał tak czułe na piękno prawdy, iż zdarzało mu się zalewać rzewnymi łzami przy zgłębianiu jej tajników. Już wtedy został przezwany przez kolegów Doktorem Serafickim, gdyż jak serafin podtrzymujący tron Boży, tak jego umysł stał się prawdziwym podnóżkiem Bożej Prawdy, której jedynie pragnął służyć święty Bonawentura.

    W roku 1257 kapituła zakonu wybrała Świętego na generała franciszkanów, który to wybór zatwierdził z satysfakcją ojciec święty Aleksander IV. Ojciec Bonawentura stanął przed trudnym zadaniem, ponieważ wielce rozprzestrzeniony po świecie zakon wymagał reorganizacji już w kilkadziesiąt lat po śmierci świętego Założyciela. Jego duchem było ubóstwo i skromność, a tymczasem do coraz większego znaczenia zaczęli dochodzić członkowie posiadający wysokie wykształcenie i często jeszcze wyższe mniemanie o samych sobie. Bonawentura dawał osobiście przykład pokory i pragnął zawsze pozostać tylko prostym zakonnikiem – pomimo błyskotliwej erudycji i słynącego coraz szerzej talentu kaznodziejskiego.

    Kiedy został przez papieża mianowany biskupem Yorku w Anglii, osobiście udał się do stóp Piotrowego następcy, by błagać go o cofnięcie nominacji. Za drugim razem nie udało mu się jednak tego uniknąć i musiał przyjąć płaszcz kardynalski od papieża Grzegorza X, który wzywał go równocześnie na obrady Soboru Powszechnego zwołanego do Lyonu w roku 1274. Wysłannicy papiescy zastali wówczas ojca generała w kuchni zmywającego naczynia po swoich współbraciach.

    Na soborze papież uczynił Bonawenturę swoją prawą ręką, a Święty – od lat poświęcający się bez wytchnienia swoim obowiązkom, pracy intelektualnej i głoszeniu słowa Bożego – zaangażował się tak gorliwie, iż podupadł wielce na zdrowiu, a dnia 15 lipca tegoż samego roku odszedł do Pana. Wywarło to wielkie wrażenie na ojcach soboru i wiernych. Za trumną kardynała Bonawentury w uroczystym pogrzebie szedł sam papież, pięciuset biskupów, tysiąc prałatów, duchowieństwo i rzesza wiernych świeckich.

    Święty Bonawentura szeregiem swoich dzieł teologicznych, a także naukami zawartymi w licznych kazaniach wzbogacił skarbiec nauki Kościoła i przyczynił się wraz z Doktorem Anielskim do rozwinięcia scholastyki w jej szczytowej formie. Był też wielkim miłośnikiem Najświętszej Maryi Panny – za jego sprawą zostało wprowadzone do kalendarza liturgicznego święto Nawiedzenia świętej Elżbiety. W dziełku Bodziec miłości kieruje on piękną apostrofę do Maryi, w której prosi, aby dała mu udział w boleściach Jej Niepokalanego Serca i Jej Boskiego Syna:

    „Jakaż rozkosz zespolić swe serce z Twoim Sercem i z przebitym ciałem Syna Twego! Nie pragnę ani blasku słonecznego, ani gwiazd połysku, tęsknię jedynie do ran. Albo odejmij mi życie doczesne, albo rań serce moje, gdyż wstyd mnie na wskroś przejmuje, gdy widzę okrutnie zbitego i umęczonego Chrystusa Pana, gdy Ciebie, o Pani moja, widzę strapioną i udręczoną smutkiem, i gdy siebie, najniegodniejszego ze sług Twoich, widzę wolnym od bólu i udręczeń. Wiem jednakże, co uczynię: u nóg Twych leżąc, błagać będę nieustannie, błagać ze łzami i westchnieniem, wołać na cały głos i nie przestanę się naprzykrzać, póki Królowo Niebieska nie wysłuchasz błagania mego i nie wstawisz się łaskawie u Syna Twego.”

    Jan Bonawentura został kanonizowany dopiero w dwieście lat po śmierci przez Sykstusa IV w 1482 roku, zaś Sykstus V zaliczył go do zaszczytnego grona Doktorów łacińskich. Relikwie Świętego zostały sprofanowane podczas zamieszek kalwińskich w Lyonie w roku 1562. Heretycy wywlekli pozostałości doczesnych szczątków Męża Bożego i spalili na placu na oczach wiernego ludu.

    Kościół wspomina św. Bonawenturę 15 lipca.

    PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    14 lipca

    Święty Kamil de Lellis, prezbiter i zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Henryk II, cesarz
      •  Błogosławiony Jakub de Voragine, biskup
      •  Święty Franciszek Solano, prezbiter
      •  Święci Jan Jones i Jan Wall, prezbiterzy i męczennicy
      •  Błogosławiona Angelina Marsciano, zakonnica
    ***
    Święty Kamil de Lellis

    Kamil urodził się 25 maja 1550 r. w Abruzzach. Matka Kamila, po przedwczesnej śmierci pierwszego syna, wybłagała sobie u Pana Boga narodziny Kamila; miała już wówczas prawie 60 lat. Przed urodzeniem dziecka miała tajemniczy sen: ujrzała swojego syna w otoczeniu wielu mężów z krzyżami na piersiach. Przerażona odczytała ten sen jako napomnienie Boże, że jej syn skończy jako herszt bandy i zawiśnie wraz ze swoją szajką na krzyżu. Pierwsze lata życia Kamila zdawały się potwierdzać przeczucia matki. Syn prowadził życie odległe od ascezy chrześcijańskiej. Podobnie jak ojciec, był porywczego i niespokojnego charakteru.
    Gdy Kamil miał około 20 lat, utworzyła mu się rana w nodze. Udał się więc do Rzymu, do szpitala św. Jakuba dla nieuleczalnie chorych. Nie wyleczył się zupełnie z rany, ale opuścił szpital i udał się na wojnę z Turkami: najpierw do Dalmacji (1571), potem nawet do Tunisu (1571-1574). Kiedy w grze w karty przegrał uzbierany kapitał, udał się do Manfredodi, do klasztoru kapucynów, jako pracownik fizyczny. Tam przeżył nawrócenie. 2 lutego 1575 r. postanowił pozostać na zawsze w zakonie, który mu udzielił dachu nad głową. Niestety, rana ponownie się otworzyła i tak dalece zaczęła mu dokuczać, że musiał powrócić do szpitala w Rzymie. Tu przebywał 4 lata. W czasie choroby z niezwykłym poświęceniem oddawał się posłudze nieuleczalnie chorym. Kiedy zaś rana jako tako się zagoiła, Kamil powrócił do kapucynów. Po pewnym czasie rana ponownie się odnowiła; Kamil zrozumiał, że jego miejsce nie jest u kapucynów.

    Święty Kamil de Lellis

    Powrócił więc do Rzymu, gdzie w Kolegium Rzymskim odbył studia teologiczne. Po ich ukończeniu przyjął święcenia kapłańskie (1584). W tym samym roku w uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP w kościółku Matki Bożej Cudownej z kilkoma towarzyszami, których w czasie studiów zdołał pozyskać dla swoich planów, wdział habit nowej rodziny zakonnej i złożył trzy śluby proste: ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, z dodaniem ślubu czwartego: oddania się bez reszty posłudze chorym. Wszyscy udali się do szpitala Świętego Ducha, gdzie pod kierunkiem Kamila przez 28 lat spełniali tę samarytańską posługę.

    Święty Kamil de Lellis

    18 marca 1586 r. Kamil otrzymał od papieża Sykstusa V zatwierdzenie nowej rodziny zakonnej: Towarzystwa Sług Chorych. Tego samego roku papież zezwolił na noszenie osobnego habitu Kleryków Regularnych, koloru czarnego z czerwonym krzyżem na piersi. 8 grudnia 1591 r. Kamil wraz z 25 towarzyszami złożył śluby uroczyste z dodaniem ślubu czwartego: “wiecznej obecności ciałem i duszą przy chorych, nawet zarażonych”. Dzieło zaczęło wydawać owoce. Liczba członków zakonu rosła, powstawały też nowe placówki: w Neapolu, Mediolanie, Genui, Florencji, Mantui, Bolonii, Chieti, Viterbo, Mesynie i Palermo. Kamil napisał ustawy dla nowego zakonu, a także szczegółowy regulamin i wskazania, jak należy zajmować się chorymi. Są one najpiękniejszym świadectwem miłości chrześcijańskiej. Za życia Kamila jego duchowi synowie otworzyli 65 własnych szpitali. W tym samym czasie ponad 100 kamilianów zmarło wskutek zarażenia od chorych, którym służyli.

    Święty Kamil de Lellis

    Kamil zmarł 14 lipca 1614 r. w domu macierzystym swojego zakonu w Rzymie. Jego ciało spoczywa dotąd w kościele przy centralnym domu w kaplicy Najświętszego Sakramentu. Pan Bóg obdarzył Kamila darem kontemplacji, proroctwa oraz cudów za życia i po śmierci. Do chwały świętych wyniósł go papież Benedykt XIV w 1746 roku. Papież Leon XIII ogłosił Kamila de Lellis wraz ze św. Janem Bożym patronem szpitali i chorych (1886), papież Pius XI oddał mu także patronat nad służbą zdrowia – pielęgniarzami i pielęgniarkami (1930).
    W ikonografii św. Kamil przedstawiany jest w sutannie, na której widnieje czerwony krzyż. Jego atrybutami są: anioł, krzyż, księga, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 lipca

    Święci Andrzej Świerad i Benedykt, pustelnicy

    Zobacz także:
      •  Święta Teresa od Jezusa de Los Andes, dziewica
      •  Święta Klelia Barbieri, dziewica
      •  Święty Sylas (Sylwan), biskup
      •  Święty Ewagriusz z Pontu
      •  Błogosławiony Marian od Jezusa Euse Hoyos, prezbiter
      •  Joel, prorok
      •  Ezdrasz, pisarz
    ***
    Święci Andrzej Świerad i Benedykt wśród uczniów

    Według tekstu z 1064 r., napisanego przez węgierskiego opata benedyktyńskiego i biskupa Maurusa, Andrzej Świerad (Andrzej Żurawek) pochodził z Polski, z rodziny rolniczej. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach znalazł się na Węgrzech. W roku 997/998 wstąpił do benedyktyńskiego klasztoru św. Hipolita na górze Zabor koło Nitry. Opatem klasztoru był wtedy Filip. On też nadał nowemu zakonnikowi imię Andrzej, gdyż wtedy św. Andrzeja Apostoła uważano za głównego patrona Węgier. W klasztorze mieszkali także mnisi żyjący według reguły wschodniej. Do tej właśnie ławry wstąpił Świerad. Widocznie bardziej przystępny był dla niego język słowacki, aniżeli bardzo trudny węgierski. Spełniał różne posługi w klasztorze. Maurus wspomina, że Andrzej wstąpił do opactwa benedyktynów już zaawansowany w życiu ascetycznym. Uprzednio bowiem prowadził życie pustelnicze.
    Po przekroczeniu 40 lat, mnich mógł iść na pustelnię w towarzystwie jednego ucznia, który zmieniał się co kilka lat, by służyć Bogu w zupełnym odosobnieniu. Pustelnia była odległa od opactwa około pół dnia drogi. Co tydzień Andrzej musiał wracać do opactwa w sobotę wieczór i zostać na całą niedzielę. Jego zajęciem było karczowanie lasu. Pomimo tak ciężkiej pracy Andrzej trzy dni zupełnie pościł: w poniedziałek, w środę i piątek. Na Wielki Post brał od opata Filipa tylko 40 orzechów włoskich, które były jedynym jego pokarmem przez osiem tygodni (jeden orzech na dzień) za wyjątkiem sobót i niedziel, gdzie przyjmował wspólny posiłek w opactwie. Aby nawet sen sobie uprzykrzyć, siedział przez całą noc na pieńku, otoczonym ostrymi prętami. Gdy ciało przechylało się w jakąś stronę, budził się raniony. Aby uniemożliwić zaś ruchy głową, zakładał na nią koronę z drewna z zawieszonymi czterema kamieniami, o które uderzał przy każdym skłonie. Ponadto Andrzej opasał swoje ciało mosiężnym łańcuchem, który z czasem obrósł skórą. To właśnie było bezpośrednią przyczyną jego śmierci ok. 1030-1034 r., gdyż po pęknięciu naskórka wywiązało się zakażenie. Wezwany opat Filip przybył już po śmierci Świerada. Przy obmywaniu ciała zauważył na jego brzuchu klamrę, która zdradziła istnienie łańcucha.Towarzyszem pustelniczego życia Andrzeja i jednym z jego uczniów był Benedykt. Po jego śmierci opowiadał biskupowi Maurusowi o cnotach i umartwieniach swego mistrza. Kontynuował surowy tryb życia w pustelni. Podobnie jak św. Andrzej miał przybyć de terra Poloniensi – z ziemi polskiej. W trzy lata po śmierci św. Andrzeja napadli go zbójcy i zabili. Ciało wrzucili do rzeki Wag. Maurus dodaje legendę, że orzeł przez cały rok pilnował ciała Męczennika i że dzięki niemu ciało zostało odnalezione w stanie zupełnie nie zepsutym. Obydwu – ucznia i mistrza – pochowano obok siebie w kościele zakonnym.

    Święci Andrzej Świerad i Benedykt na tle góry Zabor i katedry w Nitrze

    Kult obu świętych szybko rozszerzał się. Naturalnym ośrodkiem tego kultu był klasztor na Zaborze. Tu początkowo znajdował się ich grób, tu również przechowywano ze czcią łańcuch św. Andrzeja. Opat Filip, który opowiadał o obu świętych Maurusowi, ówczesnemu opatowi w klasztorze św. Marcina na Górze Panońskiej, podarował mu nawet część łańcucha. Relikwię tę zabrał ze sobą Maurus do Pesc, kiedy został mianowany tam biskupem (1036). Z czasem powstały w Słowacji dwa odrębne sanktuaria: św. Andrzeja w pobliżu Nitry, gdzie była jego pustelnia, oraz św. Benedykta, gdzie poniósł śmierć od pogańskich rozbójników w Skałce nad Wagiem na północ od Tręczyna. Około 1064 r. Świerad i Benedykt zostali uroczyście proklamowani przez biskupów Węgier świętymi. Wtedy zapewne przeniesiono ich ciała do katedry w Nitrze, gdzie spoczywają do dziś. Andrzej Świerad w hagiografii polskiej wybija się jako największy asceta wśród świętych i błogosławionych polskich.
    Andrzej i Benedykt są pierwszymi Polakami, wyniesionymi do chwały ołtarzy (1083) po polskich kamedułach z eremu międzyrzeckiego: Izaaku, Mateuszu i Kryspinie, kanonizowanych przez papieża Jana XVIII (1004-1009). W ziemi krakowskiej kult św. Andrzeja Świerada jest szczególnie żywy w Tropiu. Od dawna ściągają tu pielgrzymi z Sądecczyzny i Słowacji na dzień dorocznego święta. Miejscowa ludność wierzy, że woda w źródełku, z którego Świerad miał czerpać, ma cudowną moc. Kościół w Tropiu posiada relikwie św. Świerada, sprowadzone z Nitry.
    W ikonografii ukazuje się św. Andrzeja jako pustelnika. Jego atrybutem jest dziupla.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________


    13 lipca

    Błogosławiona
    Marianna Biernacka, męczennica

    Błogosławiona Marianna Biernacka

    Marianna Czokało urodziła się w 1888 r. w Lipsku nad Biebrzą w rodzinie prawdopodobnie grekokatolickiej. Prawdopodobnie uczęszczała tylko do elementarnej szkoły; była jednak analfabetką. W wieku 16 lat, w 1905 r., wyszła za mąż za Ludwika Biernackiego. W małżeństwie urodziło się sześcioro dzieci, ale czworo z nich zmarło w okresie niemowlęcym. Do pełnoletności dożyła córka Leokadia i syn Stanisław.
    Marianna i Ludwik Biernaccy utrzymywali rodzinę z pracy w gospodarstwie. Po śmierci męża w 1925 r. Marianna pozostała na gospodarstwie z synem – córka Leokadia wyszła bowiem tego samego roku za mąż i opuściła dom rodzinny. W 1939 r. syn Marianny, Stanisław, ożenił się z Anną Szymańczykówną. Synowa zamieszkała we wspólnym domu i odtąd Marianna codzienność dzieliła z młodym małżeństwem. Mieszkańcy Lipska zapamiętali postawę zatroskania, życzliwości i matczynej miłości, którą wykazywała w owym czasie wobec małżonków i ich potomstwa: w 1940 r. urodziła się bowiem Henia (zmarła w niemowlęctwie), a w 1941 r. Eugenia.
    Na początku lipca 1943 r. w okolicach Lipska, w odwecie za zabicie niemieckiego policjanta przez oddziały partyzanckie, Niemcy rozpoczęli masowe aresztowania wśród miejscowej ludności. Uzbrojony patrol niemiecki pojawił się 1 lipca, o świcie, w gospodarstwie Biernackich. Dowódca nakazał Annie i Stanisławowi natychmiastowe opuszczenie domu. Marianna padła wtedy do nóg dowodzącego gestapowca i błagała go o zgodę na to, by mogła pójść zamiast synowej, która była w bardzo zaawansowanej ciąży. Niemiec uległ i zamiast Anny odprowadził Mariannę i Stanisława do więzienia w Grodnie.
    Mariannę przetrzymywano tam niecałe dwa tygodnie, które spędziła na modlitwie, śpiewając Godzinki. 13 lipca 1943 r. została razem z synem i 48 mieszkańcami Lipska rozstrzelana przez Niemców na fortach za wsią Naumowicze pod Grodnem. Wszystkich pochowano w nieznanym miejscu.
    Synowa przeżyła śmierć teściowej i urodziła dziecko, syna Stanisława, który niestety umarł niecały rok później z powodu zapalenia płuc.
    Marianna Biernacka została beatyfikowana 13 czerwca 1999 r. przez św. Jana Pawła II w Warszawie w grupie 108 błogosławionych męczenników II wojny światowej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    „Pójdę za nią”. Marianna Biernacka – błogosławiona teściowa

    Panie, a gdzie ona pójdzie? – Marianna Biernacka wskazała hitlerowcowi ciężarną synową, tulącą do piersi przerażoną dwuletnią córeczkę. – Ulitujcie się. Ja… pójdę za nią.

    Ausweis Marianny Biernackiej, czyli wydany przez władze okupacyjne dokument potwierdzający tożsamość.

    fot. Anatol Chomicz/Forum

    ***

    Teściowa. To wywołujące grozę słowo wystąpiło w niezliczonej liczbie dowcipów i memów. Niektórzy biblijni egzegeci żartują, że Piotr trzykrotnie zaparł się Jezusa, bo ten wcześniej uzdrowił mu teściową… Ale teściowa oddająca za synową życie? No wiecie państwo…

    Koniec świata

    Pięknie wygląda to miasteczko z lotu ptaka. Szachownica pól otoczona wianuszkiem gęstej puszczy. Ilekroć tam bywałem, przez drogę przebiegały sarny, dziki, a zdarzyło się, że mijając rezerwat Kozi Rynek, w zaroślach widziałem potężnego łosia. Lipsk nad Biebrzą leży między Augustowem i Dąbrową Białostocką. Na końcu świata. Świata zachodniego. Do pilne strzeżonej, newralgicznej białoruskiej granicy (a zatem i Unii Europejskiej oraz NATO) rzut beretem: zaledwie 12 kilometrów. Po 24 lutego 2022 roku hasło „przesmyk suwalski” nie znika z medialnej debaty dotyczącej bezpieczeństwa. W linii prostej to raptem 30 kilometrów od Grodna! Dziś to dwa rozdzielone światy, dwie strefy geopolityczne.

    Z daleka widać smukłe wieże kościoła Matki Bożej Anielskiej. Potężny budynek z czerwonej cegły. O miasteczku w mediach słyszymy zazwyczaj przed Wielkanocą. Działa tu pielęgnujące sięgające XIX wieku lokalne tradycje Muzeum Pisanki. Zdobione są rozgrzanym woskiem, nakładanym na skorupkę jajka za pomocą główki szpilki, a sławę zawdzięczają grupie zawodowych pisankarek kultywujących wielowiekowy zwyczaj.

    Ujmująca jest prostota tutejszych ludzi, ich przejrzystość, szczerość, otwartość, prostolinijność. Doświadczyłem tego wielokrotnie. Na przykład we wsi Okopy nieopodal Suchowoli, gdy rozmawiałem z Marianną Popiełuszko, która – pokazując zdjęcie zmasakrowanej twarzy syna – rozpłakała się: „Panie, a która matka to wytrzyma? To kamień na sercu!”.

    Bruzdy

    Patrzę na fotografię Marianny Biernackiej. Mądre, skupione, łagodne oczy, twarz jak ziemia rozorana bruzdami. Urodziła się tu w 1888 roku, prawdopodobnie w rodzinie greckokatolickiej. Była najmłodsza z czwórki rodzeństwa. Wcześnie została sierotą: mama zmarła tuż po jej narodzinach, a ojciec cztery lata później. Dziewczynkę wychowało starsze rodzeństwo. Od dzieciństwa ciężko pracowała. Nigdy nie nauczyła się pisać ani czytać. Jako siedemnastolatka wyszła za mąż za Ludwika Biernackiego. Zamieszkali przy zbiegu ulic Miejskiej i Zamiejskiej. Oboje harowali na 20-hektarowym gospodarstwie. Mieli sześcioro dzieci, ale czworo zmarło jeszcze w dzieciństwie.

    Ich dni upływały w rytmie roku liturgicznego. Każdego ranka Marianna śpiewała godzinki, a podczas pracy w polu i przy krosnach szeptała zdrowaśki. W dokumencie parafialnym czytamy, że jej mąż był członkiem komitetu budowy kościoła. Okazałą świątynię w stylu neogotyckim budowano w latach 1906–1914.

    Wynoście się!

    Zimą 1915 r. niemieccy oficerowie zarekwirowali ich dom na dwa tygodnie. Wszystkich mieszkańców Lipska zagnano do kościoła. Ludwikowi i Mariannie w zamian za żywność pozwolono wychodzić, by nakarmić zwierzęta i zaopatrzyć się w prowiant. Po powrocie dzielili się ze zmarzniętymi sąsiadami tym, co przynieśli. W wyniku działań wojsk rosyjskich aż 70 proc. domów w Lipsku zostało zniszczonych, wśród nich gospodarstwo Biernackich. Z głodu i wychłodzenia zmarł ich roczny synek Bernard. Potężna trauma doprowadziła do tego, że Ludwik stracił pamięć i zaniemówił. Zmarł w 1929 roku.

    Wchodzę do kościoła. Tłumy padają na kolana przed wizerunkiem Maryi. Trafił tu z niedalekiej Wileńszczyzny i nazywany jest Matką Bożą Bazylianką. Przez wieki ikona czczona była przede wszystkim przez grekokatolików. W czasach rusyfikacji 2 marca 1875 roku, gdy wyszedł carski nakaz, wedle którego wszyscy unici mieli przejść na prawosławie, ci, którzy nie godzili się na to, zaczęli uczestniczyć w liturgii w obrządku łacińskim. 8 grudnia 1875 roku car Aleksander II wydał rozkaz zamknięcia kościoła w Lipsku i skasowania parafii. Gubernator suwalski polecił zamknąć, a następnie rozebrać świątynię. I wtedy się zaczęło… W kościele zebrali się niemal wszyscy parafianie. Nie zgadzali się na rozbiórkę kościoła i przez 10 dni nie opuszczali budynku. „W przekonaniu Rosjan to właśnie obraz Bazylianki stał na przeszkodzie rusyfikacji miejscowych. Trzeba zabrać im ten obraz, do którego tak się przywiązali, a wtedy za obrazem pójdą i ludzie” – wyjaśnia Wojciech Koronkiewicz w barwnej opowieści „Z Matką Boską na rowerze. Podróż do cudownych obrazów, ikon i świętych źródeł Podlasia”. „Dziesiątego dnia o północy żandarmeria sprowadzona z całego powiatu wtargnęła do kościoła i zaczęła siec szablami bezbronną ludność. Kilka osób zginęło, a wielu zostało rannych. Kościół zamknięto i rozebrano. Obraz Matki Bożej Bazylianki przeniesiono do cerkwi. Wierni jednak wyznania nie zmienili. Kiedy w 1905 roku car Mikołaj II ogłasza tzw. ukaz tolerancyjny, miejscowa ludność unicka masowo przyłącza się do parafii katolickiej. Obraz Bazylianki jednak pozostał w cerkwi.

    Nadchodzi pierwsza wojna światowa. Pamiętny rok 1915. Bieżeństwo. Ewakuacja całych wsi i miasteczek. Wywożenie dobytku. Często też grabież. W czasie wycofywania się wojsk rosyjskich z Lipska próbowano wywieźć także obraz Bazylianki. Naoczni świadkowie widzieli, jak czterech żołnierzy nie potrafiło unieść i włożyć na furę obrazu, który bez ram waży 14 kilogramów. Do pomocy w dźwignięciu wizerunku przyszli kolejni żołnierze, lecz i to nie pomogło. Wtedy nadzorujący wywóz sakralnych rzeczy pop wypowiedział znamienne zdanie: »Matka Boża chce tu pozostać. Zostawmy Ją w spokoju«. I tak, w cudowny sposób, Bazylianka została w Lipsku”.

    Z jednej miski

    To niesłychanie ważne tło. Bez niego nie sposób zrozumieć heroicznych decyzji, jakie podejmowali lipscy wierni. To prawdziwy tygiel kultury i religii: przed II wojną ulicami miasteczka spacerowali Polacy, Litwini, Żydzi, Białorusini, Rosjanie, Cyganie i Niemcy. Katolicy, luteranie, prawosławni i staroobrzędowcy. Narodowościowa mozaika była wizytówką Pierwszej i Drugiej Rzeczpospolitej, w której co dziesiąta osoba była wyznania mojżeszowego. Tu pielęgnujący kulturę słowa racjonalny Zachód spotyka do dziś pachnący jerozolimskim kadzidłem, całujący ikony i bijący niskie pokłony Wschód; Bizancjum – Rzym, a Tomasz z Akwinu – Mikołaja Cudotwórcę. Pastelowej „Cichej nocy” (czyli Stille Nacht z austriackiego Oberndorfu) odpowiada zawołanie: Christos rażdajetsia!

    Po śmierci męża, gdy córka usamodzielniła się, pani Marianna zamieszkała u syna Stanisława i jego żony Anny (z domu Szymczyk). W 1941 roku młodym Biernackim urodziła się córeczka Eugenia. Synowa tak wspominała swą teściową, Mariannę: „Była bardzo dobra. Jak tu przyszłam, nie byłam jeszcze gospodynią, nie wszystko potrafiłam zrobić. Po dawniejszemu my razem gotowali, razem jedli. Teściowa pomagała przy dziecku. Codziennie rano razem śpiewałyśmy godzinki. Żyliśmy bardzo skromnie, jedliśmy z jednej miski, ale nigdy nie kłóciliśmy się”.

    Ostatnie życzenie

    Pierwszego lipca 1943 roku hitlerowcy rozpoczęli masowe aresztowania. Był to odwet za działalność partyzantów ukrywających się w Puszczy Augustowskiej. Gdy bladym świtem załomotali do drzwi Biernackich, Stanisław próbował uciec przez okno. Nie udało się, wpadł w ręce esesmanów. Na liście osób do wywózki widniało imię jego żony. I wówczas jej teściowa, padając do nóg hitlerowca, błagała go, aby pozwolił jej pójść do więzienia zamiast ciężarnej synowej. Niemcowi było wszystko jedno: liczba aresztowanych zgadzała się. Mieszkańców Lipska ściśnięto w ciężarówkach, które pomknęły w stronę Grodna.

    Marianna zdołała przekazać z więzienia zaszyty w rękawie list. Prosiła, aby przysłać jej poduszkę i różaniec. Nie wiemy, czy dostała wymarzone przedmioty. 13 lipca 1943 roku wraz synem i 48 mieszkańcami Lipska została poddana egzekucji. Forty za wsią Naumowicze pod Grodnem spłynęły krwią. Gdy jej córka Leokadia z towarzyszką ruszyły, by znaleźć miejsce zbrodni, ukryte w gęstym zbożu widziały kolejne egzekucje.

    Na ołtarze wyniósł Mariannę Biernacką 13 czerwca 1999 roku Jan Paweł II beatyfikujący w Warszawie 108 męczenników czasu II wojny światowej. Dzielna kobieta, okrzyknięta „Kolbem w spódnicy”, jest patronką teściowych, synowych i życia nienarodzonego. Jej uratowana synowa, Anna Biernacka, zmarła przed dekadą w wieku 98 lat.

    Modlitwy za wstawiennictwem bł. Marianny Biernackiej

    Modlitwa  za synową

    Wszechmogący Boże, dziękuję Ci za to, że mój syn znalazł żonę, by wraz z nią budować wspólnotę małżeńską i rodzinną. Dziękuję Ci za ich miłość wzajemną oraz wolę bycia ze sobą aż do końca życia. Spraw, Jezu, by nic nie rozerwało ich małżeńskiej jedności i miłości.

    Błogosław mojej synowej, w której pragnę widzieć córkę. Wspieraj ją we wszystkich zamiarach i poczynaniach. Umacniaj w szlachetnych i dobrych pragnieniach.

    Błogosławiona Marianno Biernacka, która jak matka kochałaś swoją synową i kiedy było trzeba, poświęciłaś za nią swoje życie, ucz mnie kochać syna i synową, abym nie była przeszkodą na drodze ich małżeńskiego szczęścia.

    Amen.

    Modlitwa za zięcia

    Boże, który ustanowiłeś święty związek małżeński i uświęciłeś go swoim błogosławieństwem, obdarz potrzebnymi łaskami mojego zięcia. Dziękuję Ci za miłość, która połączyła córkę z zięciem, za ich małżeństwo i rodzinę.

    Spraw, dobry Ojcze, by mój zięć, biorąc przykład ze świętych mężów i ojców, z niesłabnącą gorliwością troszczył się o swoich najbliższych i pracowitością oraz mądrością budował szczęście małżeńskie i rodzinne.

    Daj mu pogodne usposobienie i radość z bycia mężem i ojcem. Tobie chwała i cześć, wdzięczność i uwielbienie, przez wszystkie wieki wieków.

    Amen.

    Więcej modlitw za wstawiennictwem bł. Marianny Biernackiej na stronie parafii pw. Matki Bożej Anielskiej w Lipsku: https://parafia.lipsk.pl

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    _______________________________________________________________________________________________________

    12 lipca

    Święty Brunon Bonifacy z Kwerfurtu,
    biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święci małżonkowie Maria Zelia i Ludwik Martin
      •  Święci Jazon i Sozypater, biskupi i męczennicy
    ***
    Święty Brunon Bonifacy z Kwerfurtu

    Brunon urodził się w 974 r. w rodzinie grafów niemieckich w Kwerfurcie. W roku 986 uczył się w szkole katedralnej w Magdeburgu. Studia odbywał pod kierunkiem magistra Geddona. Tu zetknął się z metropolitą magdeburskim, Gizylerem, i z Thietmarem, późniejszym biskupem w Merserburgu, autorem znanej Kroniki. W roku 995 został mianowany kanonikiem katedralnym w Magdeburgu. W roku 997 wraz z cesarzem Ottonem III udał się do Rzymu. Tu w roku następnym (998) wdział habit benedyktyńskiego mnicha na Awentynie w opactwie świętych Bonifacego i Aleksego. Pięć lat wcześniej w tym samym klasztorze przebywał św. Wojciech i bł. Radzim. Brunon otrzymał jako imię zakonne Bonifacy.
    W roku 999 złożył śluby zakonne. W tym samym czasie zaprzyjaźnił się ze św. Romualdem, który miał już sławę świętego męża i ojca nowej rodziny zakonnej. W roku 1001 Bonifacy znalazł się wśród jego synów duchowych w eremie Pereum koło Rawenny. W tym samym roku jesienią udała się do Polski pierwsza grupa kamedułów z Pereum: Św. Jan i św. Benedykt. Misję tę zorganizował św. Romuald na prośbę cesarza Ottona III i króla polskiego, Bolesława Chrobrego. Mieli oni działać wśród Słowian nadodrzańskich. Do nich to miał się dołączyć Brunon. Dla wyjednania misji odpowiednich przywilejów papieskich, św. Romuald wysłał go do Rzymu. Papież Sylwester II chętnie udzielił wszystkich potrzebnych dla misjonarzy indultów. Brunon otrzymał także od papieża paliusz, a więc tym samym nominację na metropolitę misyjnego. Dawało mu to uprawnienia do mianowania biskupów na terenach misyjnych. Z niewiadomych przyczyn, sakrę biskupią Brunon Bonifacy otrzymał dopiero w roku 1004 w Magdeburgu. W ten sposób stał się pierwszym metropolitą pogańskich Słowian zachodnich, do których był wysłany jako misjonarz.
    Złożona sytuacja polityczna na terenie Polski sprawiła, że Brunon zatrzymał się we Włoszech, a potem na dworze cesarza. W 1005 r. udał się na Węgry, aby tam szukać pola dla swojej działalności. W roku 1006 był w Polsce, by w roku następnym (1007) znaleźć się po raz drugi na Węgrzech. Papież wysłał go w tym samym czasie także do Kijowa, a nawet do Pieczyngów nad Morzem Czarnym. Wyprawę finansował zapewne Bolesław Chrobry. W roku 1008 Bonifacy był ponownie w Polsce i usiłował udać się z kolei do Szwecji, aby przez swoich uczniów zorientować się w sytuacji tamtejszego Kościoła. W 1009 roku udał się do Jaćwieży z wyraźnym zamiarem rozpoczęcia tam misji. Niestety, nie było mu dane dokończyć pomyślnie rozpoczętego dzieła. Według podania miał nawrócić nad Bugiem jednego z książąt jaćwieskich, Nothimera. Rywale księcia wykorzystali ten moment i pozbawili go władzy. Brunon zaś, z 18 towarzyszami, miał zginąć z ich ręki 9 marca 1009 roku, gdzieś w okolicach Pojezierza Suwalskiego. Miał wówczas zaledwie 35 lat życia. Bolesław Chrobry wykupił jego ciało. Niestety, ślad o relikwiach Męczennika zaginął.
    Brunon jest autorem trzech zachowanych do dziś utworów pisanych: Żywotu św. Wojciecha, Listu do cesarza Henryka II (1008) i Żywotu Pięciu Braci Kamedułów (1008 lub 1009), zamordowanych przez na pół pogańskich pachołków królewskich. Styl i język tych pism wskazują na wysoką kulturę św. Brunona.
    Kult św. Brunona Bonifacego rychło rozszedł się po świecie. Już w roku 1040 wychodzi jego żywot wpleciony przez św. Piotra Damiana do żywota św. Romualda. Jego cześć rozwijała się w zakonie kamedułów, a także w kolegiacie w Kwerfurcie, której sam św. Bronon miał być fundatorem. W Martyrologium Rzymskim figuruje od XVI w. W XVII w. św. Brunon Bonifacy został uznany za patrona Warmii, a w 1963 został ogłoszony głównym patronem diecezji łomżyńskiej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________________

    Święty Brunon z Kwerfurtu, wielki przyjaciel Polaków

    SamplePróba ognia św. Brunona z Kwerfurtu przed pogańskim władcą | fot. Wikipedia

    ***

    Wielki przyjaciel Polaków i pierwszy pisarz na ziemiach polskich – pisze ks. Arkadiusz Nocoń w felietonie dla portalu www.vaticannews.va/pl i Radia Watykańskiego. 12 lipca przypada wspomnienie św. Brunona z Kwerfurtu, biskupa i męczennika. Benedykt XVI nazwał go patronem „coraz większej przyjaźni pomiędzy Niemcami a Polską”.

    Brunon urodził się ok. 974 r. w rodzinie niemieckiego grafa na zamku w Kwerfurcie (Hesja). Po zdobyciu wykształcenia dostał się na dwór cesarza Ottona III, gdzie w krótkim czasie zyskał uznanie swoimi umiejętnościami i cechami charakteru. W roku 997 cesarz zabrał go z sobą do Rzymu. W Wiecznym Mieście Brunon zrezygnował jednak z kariery dworskiej i rozpoczął życie mnisze, wstępując do opactwa benedyktyńskiego na Awentynie, gdzie przyjął imię Bonifacy. Później związał się ze wspólnotą św. Romualda, założyciela kamedułów.

    W czasie pobytu w Rzymie zwrócił na niego uwagę Papież Sylwester II. Doceniając jego cnoty i talenty ustanowił go metropolitą misyjnym i nadał mu szerokie uprawnienia, aż do mianowania biskupów na terenach, gdzie głosił będzie Ewangelię. Posłuszny poleceniu Papieża, apostołował na Węgrzech, Rusi, być może także w Szwecji. Oparcie i pomoc materialną zapewniał mu król Bolesław Chrobry, z którym łączyła go wielka przyjaźń. W czasie jednej z wypraw misyjnych do pogańskich Jadźwingów został bestialsko zamordowany wraz z osiemnastoma towarzyszami. Według jednej z tradycji św. Brunon zginąć miał na terenie dzisiejszego Giżycka. W miejscu jego domniemanego męczeństwa stoi dzisiaj krzyż. Było to w 1009 r.  W chwili śmierci miał zaledwie 35 lat.

    Nie wiemy dokładnie, gdzie znajduje się ciało św. Brunona, wykupione z rąk zabójców przez jego przyjaciela króla Bolesława Chrobrego. Pozostały jednak po nim pisma: „Żywot św. Wojciecha”, „Żywot pięciu braci męczenników” i „List do cesarza Henryka II”. Są one nie tylko bezcennym źródłem wiedzy o początkach historii Polski, ale odznaczają się także dużymi walorami literackimi. W „Liście do cesarza Henryka II” Brunon występuje energicznie w obronie Polski i odważa się upomnieć swego rodaka. Ma mu za złe, że zawarł sojusz z poganami wymierzony przeciw katolickiej Polsce: „Czy godzi się – pyta – prześladować lud chrześcijański (Polaków), a żyć w przyjaźni z ludem pogańskim? Co to za ugoda Chrystusa z Belialem? (…) Strzeż się, królu, jeżeli wszystko chcesz czynić przemocą, a nigdy z litością, która cechuje Chrobrego, żeby przypadkiem Jezus, który teraz ciebie wspiera, nie rozgniewał się. (…) Czy nie uważasz tego za grzech, gdy chrześcijanina zabija się na ofiarę pod chorągwią demonów”.

    Niezwykła odwaga, tak upominać cesarza, który, o dziwo, też zostanie później świętym: czy pomogło mu to braterskie upomnienie Brunona?

    Jego działalność nie jest, niestety, powszechnie Polakom znana. Szkoda, bo był nie tylko wielkim misjonarzem, ale również wielkim przyjacielem naszego narodu, który o jego królu, Bolesławie Chrobrym, powiedział, że „miłuje go jak swoją duszę, i więcej niż życie”.

    ks. Arkadiusz Nocoń, Vatican News | Kai Warszawa

    ______________________________________________________________________________________________________________


    11 lipca

    Święty Benedykt z Nursji, opat, patron Europy

    Zobacz także:
      •  Święta Olga Mądra, księżna
      •  Święty Pius I, papież i męczennik
    ***
    Święty Benedykt z Nursji

    Benedykt z Nursji należy do najgłośniejszych postaci w Kościele łacińskim. Wsławił się niezwykle mądrą i wyważoną regułą, która stała się podstawą dla bardzo wielu późniejszych rodzin zakonnych na Zachodzie. Przez założony przez siebie zakon Benedykt przyczynił się nie tylko do pogłębienia życia religijnego w Kościele, ale i szeroko rozumianej kultury. Jego synowie duchowi zasłużyli się najwięcej dla pozyskania Chrystusowi ludów germańskich. Te racje skłoniły Pawła VI do tego, by w 1964 r. wyróżnić św. Benedykta zaszczytnym tytułem głównego patrona Europy.
    Chociaż św. Benedykt zajmuje w dziejach Kościoła katolickiego poczesne miejsce, udokumentowane wiadomości o nim są nikłe. Podstawowym źródłem jest dzieło św. Grzegorza I Wielkiego, papieża, przedtem mnicha benedyktyńskiego, który żył w czasach bliskich św. Benedykta. Niestety, Dialogi św. Grzegorza nie miały na celu podania biografii, ile raczej opis życia Benedykta; stąd mało w nich danych historycznych, a wiele wątków wręcz legendarnych.Ojciec Benedykta był właścicielem ziemskiej posiadłości w Nursji. Benedykt urodził się ok. roku 480 wraz ze swoją bliźniaczą siostrą, św. Scholastyką. Pierwsze nauki pobierał w rodzinnym miasteczku. Na dalsze studia udał się do Rzymu. Nie pozostał tu długo. Opuścił Wieczne Miasto, gdyż chciał oddać się Panu Bogu na wyłączną służbę jako asceta. Udał się ok. 60 km na wschód w kierunku Tivoli i osiadł w przysiółku Enfide (dzisiaj Affile) przy kościele świętych Piotra i Pawła u stóp wzgórz Prenestini. Z niewiadomych bliżej przyczyn opuścił jednak i to miejsce i przeniósł się do Subiaco. Znalazł tu nie tylko ciszę, ale również dogodną grotę, gdzie mógł zamieszkać i oddać się wyłącznie kontemplacji. Z rąk jakiegoś mnicha przyjął też habit. Obrana przez niego grota zapewniała mu zupełny spokój. Przebywał tam przez trzy lata. Miejscowi górale, wypasający kozy, zaopatrywali go w konieczną żywność.

    Święty Benedykt z Nursji

    Z czasem zaczęli przyłączać się do Benedykta uczniowie. Pod jego kierunkiem utworzono 12 małych klasztorów po 12 uczniów każdy. Na czele każdego z nich Benedykt postawił przełożonych, od siebie bezpośrednio zależnych. Tak więc z pustelnika przeobraził się w cenobitę, czyli w ascetę zamieszkującego pustynię wraz z innymi. Nie znamy przyczyn, dlaczego Benedykt opuścił również i to miejsce. Św. Grzegorz wymienia niechęć miejscowego duchowieństwa. Benedykt zabrał ze sobą najgorliwszych i najbardziej oddanych uczniów i przeniósł się z nimi na Monte Cassino do ruin dawnej fortecy rzymskiej. Benedykt rozpoczął budowę nowego klasztoru od wyburzenia pogańskiej świątyni Jowisza i Apollina. Mieszkańcy miasteczka, leżącego u stóp góry, przychodzili tutaj dla składania ofiar. Był to rok 525 lub 529. W tym czasie na Wschodzie cesarz Justynianin I Wielki zamykał ostatnią pogańską szkołę filozoficzną w Atenach.
    Kiedy stanął już klasztor i kościół, a mury nowej placówki zaczęły się zapełniać adeptami, Benedykt postanowił ułożyć regułę. Miał już sporo doświadczenia. Długie lata rządów na Monte Cassino pozwoliły w praktyce wypróbować przepisy. Roztropny prawodawca zmieniał je i stale doskonalił. Tak więc reguła benedyktyńska przeszła okres długiej próby i doświadczeń. Wprawdzie jej oryginał zaginął, spłonął bowiem w roku 896 w czasie pożaru klasztoru w Teano, jednakże zachowało się wiele jej odpisów.Zasadniczą cechą Reguły św. Benedykta jest umiar. Nie jest ona tak surowa jak reguły św. Kolumbana, Kasjana czy prawodawców rodzin mniszych Wschodu. Nie preferuje studiów jak reguła Kasjodora. We wszystkim: w modlitwie, uczynkach pokutnych, w pracy i w spoczynku, w posiłku i piciu zaleca umiar: “złoty środek”. Celem zasadniczym, jaki Założyciel wytyczył swoim synom duchowym, jest służba Boża. Całe życie mnicha, jego wszystkie chwile i czynności winny zmierzać do tego, by głosiły chwałę Stworzyciela. Dewizą Patriarchy było: Ora et labora – módl się i pracuj. Ze szczególną pieczołowitością strzegł kultu liturgicznego, co pozostało do dni obecnych pięknym dziedzictwem jego zakonu. Poważną część dnia zakonnika przeznaczył na lectio divina – czytanie Pisma Świętego. Wprowadził do zakonu profesję – prawem zagwarantowaną przynależność do zakonu oraz stabilność miejsca, czyli zobowiązanie mnichów do pozostawania w jednym klasztorze aż do śmierci. Reguła św. Benedykta stała się podstawą dla wielu innych.
    Sława Benedykta rozchodziła się szeroko. Powiększać ją miały cuda, o których wspomina św. Grzegorz. Miał m.in. przepowiedzieć najazd Longobardów. Ich wódz po śmierci Benedykta faktycznie najechał Monte Cassino; benedyktyni byli zmuszeni opuścić klasztor i ratować się ucieczką do Rzymu (587). Benedykt miał założyć także opactwo w Terracina, a zdaniem niektórych również w Rzymie (opactwo św. Pankracego przy Lateranie).

    Święty Benedykt z Nursji z rodzoną siostrą, św. Scholastyką

    Benedykt zmarł 21 marca 547 r. w kilka tygodni po śmierci swojej siostry, św. Scholastyki, założycielki żeńskiej gałęzi benedyktynów. Pochowano ich razem we wspólnym grobie na Monte Cassino. Kiedy Longobardowie zniszczyli klasztor (587), mnisi benedyktyńscy z Francji ze czcią przenieśli relikwie św. Scholastyki i św. Benedykta do Francji. Śmiertelne szczątki św. Scholastyki umieścili w klasztorze w Le Mans, a św. Benedykta – we Fleur. Tam są do dnia obecnego. W latach późniejszych część relikwii obu świętych oddano opactwu na Monte Cassino. Na pamiątkę przeniesienia relikwii św. Benedykta w dniu 11 lipca 673 r. do Fleur zakon obchodzi w liturgii pamiątkę “przeniesienia relikwii”. Na ten właśnie dzień Paweł VI ustanowił doroczne święto św. Benedykta.
    Zaraz po śmierci Benedykt odbierał od swoich duchowych synów cześć ołtarzy. Do jego grobu napływali liczni pielgrzymi. Sławę jego rozniosły Dialogi św. Grzegorza, w których jest mowa nawet o cudach, jakie Benedykt za życia działał. Rychło kult św. Benedykta stał się też własnością całego Kościoła. Ku czci Patriarchy ułożono mnóstwo hymnów, sekwencji i modlitw. Benedykt jest w naszych czasach czczony jako patron Opus Dei, jako patron pracujących, a nawet jako orędownik umierających. Pius XII ogłosił go patronem speleologów (1957) i architektów włoskich.
    Reguła św. Benedykta wywarła poważny wpływ na całe życie Europy Zachodniej. Dzieło św. Benedykta jest imponujące i niepowtarzalne. Benedyktyni przez długie wieki (wiek VI-XII) byli najpotężniejszą rodziną zakonną na świecie. Ich klasztory dochodziły do liczby kilku tysięcy, a liczba mnichów dochodziła do wielu dziesiątków tysięcy. Z modelu życia benedyktyńskiego wyrosły inne rodziny zakonne, m.in. benedyktynki (klauzurowe i czynne), cystersi, kameduli, oliwetanie, sylwestryni i trapiści. Zakony te wydały kilka tysięcy świętych i błogosławionych, dały Kościołowi ponad 20 papieży. Wśród świętych benedyktyńskich wypada wymienić: św. Grzegorza I Wielkiego (+ 604), doktora Kościoła; św. Augustyna z Canterbury, apostoła Anglii (+ 605); św. Bedę Czcigodnego, doktora Kościoła (+ 735); św. Bonifacego, apostoła Niemiec i głównego patrona tego kraju; św. Wojciecha – apostoła Czech, Węgier, Polski i Prus, męczennika (+ 997); św. Piotra Damiani, doktora Kościoła (+ 1072); św. Romualda, założyciela kamedułów (+ 1027); św. Jana Gwalberta (+ 1073), założyciela nowej gałęzi zakonnej; św. Anzelma, doktora Kościoła (+ 1109); św. Matyldę (+ 968); św. Hildegardę z Bingen, doktora Kościoła (+ 1179); św. Gertrudę Wielką (+ 1302).

    Święty Benedykt z Nursji

    W Polsce najbardziej znanym opactwem benedyktyńskim jest Tyniec. Do Polski benedyktyni przybyli wraz ze św. Wojciechem (+ 997). Za czasów Bolesława Chrobrego założyli klasztor po kamedułach w Międzyrzeczu. Zamieszki, jakie po śmierci tego króla powstały, i nawrót pogaństwa, doprowadziły do upadku klasztoru. W XI wieku widzimy benedyktynów w Trzemesznie, w Łęczycy (Tum), w Gnieźnie, w Tyńcu, na Łysej Górze, w Czerwińsku, Płocku, Kruszwicy, w Krakowie, Sieciechowie, we Wrocławiu, Oleśnicy, Lubiniu i w Gdańsku. Obecnie istnieją ich opactwa w Tyńcu, Lubiniu koło Kościana oraz Biskupowie.
    W ikonografii św. Benedykt przedstawiany jest w habicie benedyktyńskim, w kukulli, z krzyżem w dłoni. Jego atrybutami są: anioł, bicz, hostia, kielich z wężem, księga, kruk z chlebem w dziobie, księga reguły w ręce, kubek, pastorał, pies, rozbity puchar, infuła u nóg z napisem “Ausculta fili” – “Synu, bądź posłuszny”, wiązka rózg.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________________

    Św. Benedykt z Nursji – patron Europy

    Św. Benedykt z Nursji - patron Europy

    św. Benedykt z Nursji/Fra Angelico (PD)

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 9 KWIETNIA 2008

    (…) Podkreśla jednak, że modlitwa jest przede wszystkim aktem słuchania, który ma się następnie przełożyć na konkretne działanie. „Pan oczekuje, że będziemy codziennie odpowiadać czynami na te Jego święte napomnienia”. Tym samym życie mnicha staje się owocną symbiozą działania i kontemplacji, „aby we wszystkim Bóg był uwielbiony” .

    Drodzy bracia i siostry,

    chciałbym dziś mówić o św. Benedykcie – założycielu zachodniego monastycyzmu, a także patronie mego pontyfikatu. Zacznę słowami św. Grzegorza Wielkiego, który pisze o św. Benedykcie: „Mąż Boży, który zabłysnął na tej ziemi wieloma cudami, w nie mniejszym stopniu zajaśniał wymową w wykładaniu swojej nauki” (Dial. II, 36). Słowa te wielki papież napisał w 592 roku; święty mnich zmarł zaledwie 50 lat wcześniej i żył jeszcze w pamięci ludzi, a zwłaszcza w kwitnącym zakonie, który założył. Święty Benedykt z Nursji swoim życiem i dziełem wywarł zasadniczy wpływ na rozwój cywilizacji i kultury europejskiej. Najważniejszym źródłem na temat jego życia jest druga księga Dialogów św. Grzegorza Wielkiego. Nie jest to biografia w klasycznym tego słowa znaczeniu. Zgodnie z ideami swego czasu chciał on ukazać na przykładzie konkretnego człowieka – właśnie św. Benedykta – szczyty kontemplacji, jakie może osiągnąć ten, kto zdaje się na Boga. Daje nam zatem wzór ludzkiego życia jako wspinania się na szczyty doskonałości. Św. Grzegorz Wielki mówi też w tej księdze Dialogów o licznych cudach, jakich dokonywał Święty i także tutaj pragnie nie tylko opowiedzieć o czymś dziwnym, lecz pokazać, jak Bóg, upominając, pomagając a nawet karząc, interweniuje w konkretnych sytuacjach życia człowieka. Chce ukazać, że Bóg nie jest daleką hipotezą, postawioną na początku świata, lecz jest obecny w życiu człowieka, każdego człowieka.

    Tę perspektywę „biografa” wyjaśnić można także w świetle ogólnego kontekstu owych czasów: na przełomie V i VI wieku świat był wstrząsany strasznym kryzysem wartości i instytucji, wywołanym przez upadek Cesarstwa Rzymskiego, przez najazd nowych ludów i upadek obyczajów. Ukazując św. Benedykta jako „jasną gwiazdę”, Grzegorz chciał wskazać w tej wstrząsającej sytuacji, właśnie tu, w Rzymie, drogę wyjścia z „mrocznej nocy historii” (por. Jan Paweł II, Nauczanie, II/1, 1979, str. 1158).

    Rzeczywiście, dzieło Świętego, a zwłaszcza jego Reguła, miały wnieść prawdziwy zaczyn duchowy, który odmienił w ciągu stuleci, przekraczając granice jego ojczyzny i jego czasów, oblicze Europy, wzbudzając po upadku jedności politycznej, jaką stworzyło Cesarstwo, nową jedność duchową i kulturową, jedność wiary chrześcijańskiej, podzielanej przez narody kontynentu. Tak narodziła się rzeczywistość, którą nazywamy „Europą”.

    Św. Benedykt przyszedł na świat około 480 roku. Pochodził, tak mówi św. Grzegorz, „ex provincia Nursiae” – z regionu Nursji. Jego dobrze sytuowani rodzice wysłali go na studia do Rzymu. Nie zatrzymał się on jednak długo w Wiecznym Mieście. Jako w pełni wiarygodną przyczynę jego wyjazdu Grzegorz wymienia fakt, że młody Benedykt był pełen niesmaku dla stylu życia wielu swoich kolegów ze studiów, którzy żyli w sposób rozwiązły i nie chciał popełnić tych samych błędów, co oni. Chciał przypodobać się tylko Bogu; „soli Deo placere desiderans” (II Dial., Prol 1). I tak, jeszcze przed zakończeniem nauki, Benedykt opuścił Rzym i wybrał samotność w górach na wschód od miasta. Po pierwszym pobycie w wiosce Effide (dziś: Affile), gdzie przez jakiś czas przyłączył się do „zakonnej wspólnoty” mnichów, został pustelnikiem w niedalekim Subiaco. Mieszkał tam trzy lata w całkowitej samotności w grocie, która – począwszy od późnego średniowiecza – stanowi „serce” benedyktyńskiego klasztoru, nazwanego „Sacro Speco” [Święta Jaskinia]. Pobyt w Subiaco, czas samotności z Bogiem, był dla Benedykta okresem dojrzewania. Tu musiał znieść i przezwyciężyć trzy podstawowe pokusy każdej istoty ludzkiej: pokusę samopotwierdzania się i pragnienia umieszczenia siebie w centrum, pokusę zmysłów i w końcu pokusę gniewu i zemsty. Benedykt był bowiem przekonany, że dopiero przezwyciężywszy te pokusy, mógłby powiedzieć innym słowo przydatne w ich potrzebach. W ten sposób, uspokoiwszy swą duszę, gotów był panować w pełni nad popędami własnego ja i być tym samym twórcą panującego wokół siebie pokoju. Dopiero wtedy postanowił założyć swe pierwsze klasztory w dolinie Anio, w pobliżu Subiaco.

    W roku 529 Benedykt opuścił Subiaco, by osiąść na Monte Cassino. Niektórzy wyjaśniali te przenosiny jako ucieczkę przed intrygami miejscowego kościelnego zawistnika. Ta próba wyjaśnienia okazała się jednak mało przekonująca, ponieważ to nie jego nagła śmierć skłoniła Benedykta do powrotu (II Dial. 8). W rzeczywistości podjął tę decyzję dlatego, że osiągnął nowy etap swej wewnętrznej dojrzałości i swego doświadczenia monastycznego. Według Grzegorza Wielkiego opuszczenie odizolowanej doliny Anio dla Monte Cassino – wzgórza, które dominuje nad rozległą okoliczną równiną i jest widoczne z daleka – nabiera symbolicznej wymowy: mnisze życie w ukryciu ma swoją rację bytu, ale klasztor ma także swój cel publiczny w życiu Kościoła i społeczeństwa, musi uczynić widoczną wiarę jako moc życia. Istotnie, gdy 21 marca 547 r. Benedykt zakończył swe ziemskie życie, swą Regułą i założoną przez siebie rodziną benedyktyńską pozostawił dziedzictwo, które przyniosło w minionych stuleciach i nadal przynosi owoce na całym świecie.

    W całej drugiej księdze Dialogów Grzegorz opisuje nam, jak życie św. Benedykta zatopione było w atmosferze modlitwy, nośnym fundamencie jego istnienia. Bez modlitwy nie ma doświadczenia Boga. Jednakże duchowość Benedykta nie była życiem wewnętrznym oderwanym od rzeczywistości. Pośród niepokojów i zamętu swoich czasów żył on pod okiem Boga i właśnie dlatego nie utracił nigdy z pola widzenia obowiązków życia codziennego oraz człowieka z jego konkretnymi potrzebami. Widząc Boga, zrozumiał rzeczywistość człowieka i jego misję. W swej Regule nazywa on życie monastyczne „szkołą służby Pańskiej” (Prolog, 45) i żąda od swoich mnichów, aby „nic nie było ważniejsze od Służby Bożej [to jest od Oficjum Pańskiego czyli Liturgii Godzin] (43,3). Podkreśla jednak, że modlitwa jest przede wszystkim aktem słuchania (Prolog 9-11), który ma się następnie przełożyć na konkretne działanie. „Pan oczekuje, że będziemy codziennie odpowiadać czynami na te Jego święte napomnienia” (Prolog 35). Tym samym życie mnicha staje się owocną symbiozą działania i kontemplacji, „aby we wszystkim Bóg był uwielbiony” (57,9). W przeciwieństwie do łatwej i egocentrycznej samorealizacji, która jest dziś często wysławiana, pierwszorzędnym i niezbywalnym zadaniem ucznia św. Benedykta jest szczere poszukiwanie Boga (58,7) na wytyczonej przez pokornego i posłusznego Chrystusa (5,13) drodze do miłości, nad którą nie może niczego przedkładać (4,21; 72,11) i właśnie tak, służąc drugiemu, staje się mężem służby i pokoju. Ćwicząc się w posłuszeństwie, podejmowanym z wiary ożywionej miłością (5,2), mnich osiąga pokorę (5,1), której Reguła poświęca cały rozdział (7). W ten sposób człowiek staje się coraz bardziej podobny do Chrystusa i osiąga prawdziwą samorealizację jako stworzenie na obraz i podobieństwo Boga.

    Posłuszeństwu ucznia powinna odpowiadać mądrość opata, który w klasztorze jest „zastępcą Chrystusa” (2,2; 63,13). Postać tę, zarysowaną przede wszystkim w drugim rozdziale Reguły, nacechowaną duchową urodą i wymagającym zaangażowaniem, można uważać za autoportret Benedykta, ponieważ – jak pisze Grzegorz Wielki – „święty nie mógł żadną miarą nauczać inaczej, jak żył” (Dialogi II, 36). Opat musi być zarazem czułym ojcem a także surowym nauczycielem (2,24), prawdziwym wychowawcą. Nieustępliwy wobec przywar, ma jednak przede wszystkim naśladować czułość Dobrego Pasterza (27,8), „ma raczej pomagać niż przewodzić” (64,8), „wszystko, co dobre i święte, okazywać raczej swoim postępowaniem niż słowami” i „własnym życiem uczyć Bożych przykazań” (2, 12). Aby być w stanie podejmować odpowiedzialne decyzje, opat musi także być tym, który „słucha rady braci” (3,2), „gdyż Pan często właśnie komuś młodszemu objawia to, co jest lepsze” (3,3). Polecenie to czyni zaskakująco nowoczesną Regułę spisaną niemal piętnaście wieków temu! Człowiek, na którym spoczywa odpowiedzialność publiczna, nawet w małym środowisku, musi być również zawsze człowiekiem umiejącym słuchać i wyciągającym naukę z tego, co usłyszy.

    Benedykt określa Regułę jako „maleńką, pisaną dla początkujących” (73,8); w rzeczywistości jednak przynosi ona wskazania przydatne nie tylko mnichom, ale także tym wszystkim, którzy szukają przewodnika w swej drodze do Boga. Ze względu na swój umiar, na swoje człowieczeństwo i swoje trzeźwe rozeznanie między tym, co istotne a tym, co drugorzędne, mogła ona zachować do dzisiaj swoją oświecającą moc. Paweł VI, ogłaszając 24 października 1964 r. św. Benedykta Patronem Europy, uznawał w ten sposób cudowny wkład dzieła tego Świętego przez Regułę w tworzenie cywilizacji i kultury europejskiej. Dziś Europa, która wyszła właśnie ze stulecia głęboko zranionego przez dwie wojny światowe i po upadku wielkich ideologii, które okazały się tragicznymi utopiami, poszukuje własnej tożsamości. Dla stworzenia nowej i trwałej jedności istotne są niewątpliwie narzędzia polityczne, gospodarcze i prawne, ale trzeba również wzbudzić odnowę etyczną i duchową, czerpiącą z chrześcijańskich korzeni kontynentu, w przeciwnym razie nie sposób odbudować Europy. Bez tych życiodajnych soków człowiek pozostanie wystawiony na niebezpieczeństwo, że ulegnie prastarej pokusie zbawienia się samemu – utopii, która na różne sposoby przyniosła Europie XX wieku, jak to podkreślił papież Jan Paweł II, „bezprecedensowy regres w burzliwej historii ludzkości” (Nauczanie, XIII/1, 1990, str. 58). Poszukując prawdziwego postępu wsłuchajmy się także dziś w Regułę św. Benedykta jako światło na naszej drodze. Wielki mnich pozostaje prawdziwym nauczycielem, w którego szkole możemy nauczyć się sztuki życia prawdziwym humanizmem.

    Benedykt XVI

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    10 lipca

    Święty Jan Gwalbert, opat

    Zobacz także:
      •  Święty Antoni Peczerski, opat
    ***
    Święty Jan Gwalbert

    Jan Gwalbert urodził się około roku 1000 pod Florencją. Jako młodzieniec wstąpił do benedyktyńskiego klasztoru San Miniato, ale niebawem opuścił go na znak protestu przeciw symoniackiemu wyborowi opata. Udał się wówczas do Camaldoli, stamtąd zaś około roku 1030 przybył do zalesionej doliny Vallombrosa, gdzie rozpoczął życie pustelnicze. Z czasem przylgnęli doń inni – i tak w roku 1039 powstała w Vallombrosie wspólnota mnichów, którzy wiedli surowe życie, kierując się zresztą regułą benedyktyńską. Jan założył później lub zreformował kilka innych klasztorów, którymi kierował jako przełożony powstałej w ten sposób nowej monastycznej społeczności, zwanej walombrozjanami. Zasłużył się też prowadząc dalej walkę z symonią, w czym popierali go papież i lud. Najsłynniejszą stała się jego akcja przeciw arcybiskupowi Florencji, Piotrowi Mezzabarbie. Sam z pokory nigdy nie przyjął święceń kapłańskich.
    Zmarł 12 lipca 1073 r. w klasztorze św. Michała w Passignano pod Florencją. Kanonizował go w roku 1193 Celestyn III. Pius XII ogłosił go patronem strażników leśnych (1951) oraz Sao Paulo w Brazylii (1958).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    9 lipca

    Św. Weronika Giuliani i mistyczne zaślubiny z Chrystusem

    Św. Weronika Giuliani i mistyczne zaślubiny z Chrystusem

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Urszula urodziła się 27 grudnia 1660 r. w Mercatello, w zamożnej rodzinie Mancini. Kiedy miała zaledwie 5 lat, umarła jej matka. Sakrament bierzmowania otrzymała w siódmym roku życia. Trzy lata później została dopuszczona do Pierwszej Komunii świętej (1670).

    Pragnąc oddać się Panu Jezusowi całkowicie na służbę jako żertwa ofiarna za grzechy ludzkie, wbrew woli ojca wstąpiła do kapucynek w Citta di Castello (1677). Przyjęła wówczas imię Weronika. W rok potem połączyła się z zakonem ślubami. W klasztorze przeszła wszystkie stopnie w hierarchii: od furtianki, kucharki, szatniarki, piekarki, zakrystianki, mistrzyni nowicjuszek aż po urząd ksieni. Mistrzynią była przez 33 lata, ksienią – przez 11 lat. W kontakcie z siostrami była życzliwa, wobec siebie – wymagająca i surowa.

    Weronika wyróżniała się wielką delikatnością sumienia. Lękała się nawet najmniejszej przewiny i każdą opłakiwała hojnymi łzami. Ze swoich ułomności zwierzała się publicznie. Surowa dla siebie, była delikatna i zatroskana o siostry, zwłaszcza chore. Umiała rozbudzić tak wielkiego ducha gorliwości, że siostry rywalizowały ze sobą w obserwancji zakonnej. Była surowa i wymagająca w zakresie kultywowania cnoty ubóstwa franciszkańskiego, ale równocześnie była matką dbającą, by siostrom nie brakowało niczego, co konieczne.

    Cierpiała wiele nie tylko z powodu zadawanych sobie pokut, ale z powodu często nawiedzających ją dolegliwości i chorób. Do tych jednak fizycznych cierpień doszły o wiele boleśniejsze cierpienia duchowe: oschłości, stany opuszczenia i osamotnienia duchowego. Wszystko to Weronika znosiła z heroicznym poddaniem się woli Bożej. Pan Jezus pocieszał ją także darem ekstaz i widzeń nadprzyrodzonych. Spowiednik, nie rozumiejąc jej stanów, poczytywał je za swego rodzaju opętanie szatańskie, za symulację, by uchodzić za świętą. Doszło do tego, że zakazał jej przystępować do Komunii świętej, a jej sprawę oddał nawet do rozpatrzenia Kongregacji Św. Oficjum. Na te jawne już prześladowania Weronika odpowiadała tylko pokornymi słowami: “Krzyże i męki są radosnym darem dla mnie z Bożej ręki”. Wszystkie te cierpienia ofiarowała za nawrócenie grzeszników, by ich ratować od wiecznego potępienia.

    W 1694 roku Weronika przeżyła mistyczne zaręczyny i zaślubiny z Chrystusem. Dnia 5 kwietnia 1697 roku, w Wielki Piątek, otrzymała dar stygmatów. Na jej prośbę po trzech latach stygmaty zanikły, ale cierpienie ran Chrystusa pozostało. W nagrodę za serdeczne nabożeństwo do męki Pańskiej miała otrzymać w swoim sercu wyryte znaki tej męki.

    Po długiej i bardzo bolesnej chorobie Weronika zmarła 9 lipca 1727 r. w 67. roku życia. Do chwały błogosławionych wyniósł ją papież Pius VII w 1802 roku, a do chwały świętych papież Grzegorz XVI w 1839 roku. Z polecenia późniejszych spowiedników Weronika zostawiła cenny dziennik swojego życia, w którym opisuje swoje mistyczne przeżycia; zachowały się także jej listy i poezje.

    brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 lipca

    Święty Jan z Dukli, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Edgar Spokojny, król
      •  Święty Eugeniusz III, papież
      •  Święty Kilian, biskup i męczennik
      •  Błogosławiony Piotr Eremita, zakonnik
      •  Święci Akwila i Pryscylla
    ***
    Wspomnienie św. Jana z Dukli zostało przeniesione na dzień 8 lipca po jego kanonizacji – wcześniej obchodzono je 3 października.

    Święty Jan z Dukli

    Jan urodził się w Dukli około roku 1414. O jego rodzicach wiemy tylko tyle, że byli mieszczanami. Nie możemy także nic konkretnego powiedzieć o młodości Jana. Zapewne uczęszczał do miejscowej szkoły, potem udał się do Krakowa. Legenda głosi, że tam studiował, jednak brak źródeł historycznych, które potwierdzałyby ten fakt.
    Według miejscowej tradycji Jan miał już od młodości prowadzić życie pustelnicze w pobliskich lasach u stóp góry zwanej Cergową. Do dziś w odległości kilku kilometrów od Dukli znajduje się pustelnia i kościółek drewniany, wystawiony pod wezwaniem św. Jana z Dukli na miejscu, gdzie miał on samotnie prowadzić bogobojne życie.
    Nie znamy przyczyn, dla których Jan opuścił pustelnię i wstąpił do franciszkanów konwentualnych, zapewne w pobliskim Krośnie, w latach 1434-1440. Po nowicjacie i złożeniu profesji zakonnej odbył studia kanoniczne i został wyświęcony na kapłana. Musiały to być studia solidne, skoro Jan został od razu powołany na urząd kaznodziei. Urząd ten bowiem powierzano w klasztorach franciszkańskich kapłanom wyjątkowo uzdolnionym i wewnętrznie uformowanym. Tego wymagał w regule św. Franciszek, założyciel zakonu.
    Jan przez szereg lat piastował także obowiązki gwardiana, czyli przełożonego klasztoru: w Krośnie i we Lwowie. Wreszcie powierzono mu urząd kustosza kustodii, czyli całego okręgu lwowskiego. Po złożeniu tego urzędu ponownie zlecono mu urząd kaznodziei we Lwowie.
    W latach 1453-1454, na zaproszenie króla Kazimierza Jagiellończyka i biskupa krakowskiego, kardynała Zbigniewa Oleśnickiego, przebywał w Polsce św. Jan Kapistran, reformator franciszkańskiego życia zakonnego. Założył klasztory obserwantów, czyli franciszkanów reguły obostrzonej, w Krakowie (1453) i w Warszawie (1454). W roku 1461 obserwanci założyli również konwent we Lwowie. Od krakowskiego klasztoru pw. św. Bernardyna zaczęto powszechnie nazywać polskich obserwantów bernardynami.
    Jan z Dukli obserwował życie bernardynów i umacniał się ich gorliwością. Postanowił do nich wstąpić. Do roku 1517 franciszkanie konwentualni i obserwanci mieli wspólnego przełożonego generalnego. Jednak przejście z jednego zakonu do drugiego poczytywano zawsze za rodzaj dezercji. Istniały ponadto przepisy w zakonie obserwantów, utrudniające przyjęcie zakonników konwentualnych w obawie o zaniżenie karności i ducha zakonnego. Ojciec Jan musiał więc być dobrze znany, skoro przyjęto go bez wahania. Nadarzyła się zresztą ku temu okazja. Z Czech przybył prowincjał franciszkanów konwentualnych, któremu podlegał Jan. Poprosił prowincjała, by zezwolił mu wstąpić do obserwantów. Według relacji miejscowej tradycji prowincjał, sądząc, że Jan chce odwiedzić kogoś w konwencie obserwantów, chętnie się zgodził. Kiedy zaś spostrzegł swoją pomyłkę, nie mógł już zmusić o. Jana do powrotu. Było to prawdopodobnie w roku 1463.
    Chociaż o. Jan był wtedy już starszy, przeżył u obserwantów jeszcze 21 lat. Krótki czas przebywał w Poznaniu, by następnie powrócić do ukochanego Lwowa i tam spędzić resztę życia. Tu powierzono mu funkcję kaznodziei i spowiednika. Pod koniec życia miał utracić wzrok. Jako dorobek wielu lat pracy kaznodziejskiej zostawił zbiór kazań, które jednak zaginęły. Rozmiłowany w modlitwie, poświęcał na nią długie godziny. Dla dokładnego zapoznania się z konstytucjami nowego zakonu wczytywał się w nie pilnie, a gdy utracił wzrok, prosił, by odczytywał mu je kleryk, bo chciał się ich wyuczyć na pamięć. Do ślepoty dołączyła się ponadto choroba bezwładu nóg.
    Jan oddał Bogu ducha w konwencie lwowskim 29 września 1484 roku. Pochowano go w kościele klasztornym, w chórze zakonnym, za wielkim ołtarzem. Przekonanie o świętości kapłana było tak powszechne, że zaraz po jego śmierci wierni zaczęli gromadzić się w pobliżu jego grobu i modlić się do niego o łaski. W roku 1487 obserwanci wystarali się u papieża, Innocentego VIII, o zezwolenie na “podniesienie ciała”, co równało się pozwoleniu na oddawanie mu czci publicznej. Zezwolenie przywiózł ze sobą z Rzymu komisarz generała zakonu, o. Ludwik de la Torre, ale sam akt przeniesienia odbył się dopiero w roku 1521. Nowy grób umieszczono nad posadzką w prezbiterium po prawej stronie. W roku 1608 z racji budowy nowego kościoła wystawiono marmurowy sarkofag, przeniesiony w roku 1740 za wielki ołtarz.
    Do roku 1946 trumienka z relikwiami Jana znajdowała się we Lwowie, w latach 1946-1974 w kościele bernardynów w Rzeszowie, obecnie zaś jest w Dukli.
    Liczne łaski, otrzymywane za pośrednictwem sługi Bożego, ściągały do jego grobu nie tylko katolików, ale także prawosławnych i Ormian. Mnożyły się także wota dziękczynne. Kiedy w roku 1648 Lwów został ocalony w czasie oblężenia przez Bohdana Chmielnickiego, przypisywano to wstawiennictwu Jana z Dukli, gdyż gorąco modlono się do niego. Proces kanoniczny rozpoczął się w roku 1615. Prośbę o beatyfikację przesłał do Rzymu król Zygmunt III Waza i biskupi polscy, jak też wielu senatorów. Proces, wiele razy przerywany, został wreszcie ukończony szczęśliwie w roku 1731. Na podstawie nieprzerwanego kultu, jakim sługa Boży się cieszył, papież Klemens XII w roku 1733 ogłosił ojca Jana błogosławionym, wyznaczając na dzień jego święta 19 lipca. Termin ten, kilka razy przenoszony, reforma kalendarza liturgicznego w Polsce w roku 1974 ustaliła na 3 października. Po kanonizacji jednak przesunięto go na dzień 8 lipca.
    W roku 1739 na prośbę króla Augusta III Sasa, biskupów i kapituł katedralnych oraz magistratu lwowskiego papież Klemens XII ogłosił bł. Jana z Dukli patronem Korony oraz Litwy. Papież Benedykt XIV nadał odpust zupełny na doroczną uroczystość bł. Jana dla kościołów obserwantów w Polsce (1742). Już w roku 1754 król August III Sas wniósł prośbę do Rzymu o kanonizację bł. Jana z Dukli. Prośbę ponowił król Stanisław August Poniatowski w roku 1764, uczynił to również sejm polski. Niewola jednak przerwała zabiegi. Dopiero w roku 1957 Episkopat Polski wystąpił do Stolicy Świętej z ponowną prośbą. Kanonizacji dokonał w Krośnie papież św. Jan Paweł II podczas swojej wizyty w dniu 10 czerwca 1997 r.
    W ikonografii przedstawiany jest w habicie zakonnika, czasami jako niewidomy. Jego atrybutem są promienie światła.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Św. Janie z Dukli - módl się za naszą Ojczyzną!

    fot. via Wikipedia, CC 0 / pixabay – statistuta

    ***

    Św. Janie z Dukli – módl się za naszą Ojczyzną!

    Urodził się w Dukli (archidiecezja przemyska) w rodzinie mieszczańskiej około 1414 r. Uczył się w rodzinnym mieście, jak też później w Krakowie. Jako młodzieniec przez pewien czas przebywał na pustelni w pobliskich Dukli lasach pod górą Cergową. Przez modlitwę i samotność zapewne chciał wyrobić sobie właściwe spojrzenie na sprawy otaczającego go świata oraz być bardziej blisko Boga. Po opuszczeniu pustelni (1433-1440) postanowił zostać kapłanem zakonnym i wstąpił do franciszkanów konwentualnych (noszą czarne habity, jak obecnie w Niepokalanowie). Po odbyciu nowicjatu i złożeniu profesji zakonnej, nasz Patron odbył wymagane prawem studia i otrzymał święcenia kapłańskie.

    Z pewnością św. Jan należał do zdolnych studentów, skoro od razu po święceniach powierzono mu urząd kaznodziei. Warto wiedzieć, że dawniej, nie tak jak dzisiaj, nie wszyscy nowo wyświęceni mogli głosić kazania. Zdarzało się, że byli księża wyświęcani do sprawowania jedynie Mszy Świętej (ad solam Missam). W klasztorach franciszkańskich, zgodnie z poleceniem założyciela św. Franciszka z Asyżu, kaznodziejami mogli być tylko wybitnie zdolni i urobieni wewnętrznie kapłani. Oprócz głoszenia słowa Bożego św. Jan przez wiele lat pełnił funkcję gwardiana, czyli przełożonego klasztoru w pobliskim Dukli Krośnie oraz we Lwowie. Także powierzono mu urząd kustosza kustodii, tzn. przełożonego franciszkańskiego okręgu lwowskiego. Po zakończeniu tego ostatniego ważnego urzędu, św. Jan znów był kaznodzieją we Lwowie.

    Franciszkanie w wieku XV przeżywali pewien kryzys, gdy chodzi o zachowanie pierwotnej reguły zakonnej. Z tego powodu doszło do reformy części zakonu św. Franciszka z Asyżu. Na czele tego ruchu zmierzającego do obostrzenia reguły zakonnej stał św. Bernardyn ze Sieny (+1444) i jego duchowy uczeń św. Jan Kapistran (+1456). Zreformowani przez św. Bernardyna zakonnicy nazywani byli obserwantami (obostrzona reguła), a w Polsce bernardynami od krakowskiego klasztoru pod wezwaniem św. Bernardyna. Św. Jan Kapistran przebywał na zaproszenie króla Kazimierza Jagiellończyka przez osiem miesięcy w Polsce, głosząc w Krakowie i we Wrocławiu płomienne kazania, wskutek których wielu świeckich i duchownych nawracało się do bardziej gorliwego sposobu życia. Św. Jan Kapistran założył w Krakowie i w Warszawie (1453-1454) klasztory bernardyńskie. Wkrótce taki klasztor powstał również i we Lwowie. Św. Jan obserwował gorliwe życie bernardynów doszedł do przekonania, że powinien być w ich gronie. Uczynił tak w roku 1463, mając blisko 60 lat. U bernardynów przebywał 21 lat, przez krótki okres w Poznaniu, a następnie aż do śmierci we Lwowie. Przełożeni znów polecili św. Janowi pełnić funkcję kaznodziei i spowiednika. Wówczas zasłynął jako wybitny mówca (głosił także kazania po niemiecku do Niemców, mieszkańców Lwowa) i spowiednik. Nawet po utracie wzroku oraz cierpiąc na niedowład nóg z wielką gorliwością spełniał posługę kapłańską, szczególnie z wielką miłością traktował penitentów w konfesjonale. Św. Jan pragnął być gorliwym zakonnikiem, starał się na pamięć przyswoić regułę swojego zakonu, po utracie wzroku prosił kleryka, aby czytał mu poszczególne jej punkty w celu lepszego ich zapamiętania. Święty długie godziny spędzał na modlitwie. Pełen zasług, w opinii świętości odszedł do Pana we Lwowie 29 IX 1484 r. Przy grobie św. Jana modlili się nie tylko katolicy, ale także prawosławni i Ormianie, otrzymując liczne łaski. Wstawiennictwu św. Jana przypisuje się cudowne ocalenie Lwowa w roku 1648 podczas oblężenia przez wojska Bohdana Chmielnickiego.

    Papież Klemens XII ogłosił Jana z Dukli błogosławionym w roku 1733, a Jan Paweł II kanonizował błogosławionego w Dukli 10 VI 1997 r. Relikwie św. Jana przebywają w Dukli w Kościele Ojców Bernardynów. Wspomniany papież Klemens XII na prośbę króla, biskupów i kapituł katedralnych ogłosił w roku 1739 bł. Jana patronem Korony i Litwy. Św. Jan jest patronem Archidiecezji Przemyskiej, Lwowa, rycerstwa polskiego, jego postać widnieje w herbie Dukli. W ikonografii przedstawia się św. Jana jako niewidomego, w habicie franciszkańskim, padają na niego promienie światła.

    Liturgiczny obchód ku czci św. Jana z Dukli przypada na dzień 8 lipca i ma rangę wspomnienia obowiązkowego. W kolekcie mszalnej wspomina się, że Bóg obdarzył św. Jana cnotami: pokory i cierpliwości, o co też Pana prosimy. Modlitwa nad darami zawiera prośbę, abyśmy nie mieli ducha wyniosłości, ale zostali wywyższeni w wiecznej chwale dzięki wstawiennictwu naszego Patrona, człowieka pokornego i cierpliwego dzięki ofierze mszalnej. Po Komunii zanosimy do Boga błaganie, abyśmy za przykładem św. Jana z Dukli zawsze przede wszystkim szukali Boga i wobec świata nosili w sobie obraz zmartwychwstałego Chrystusa.

    Szczególnie w dzień 8 lipca polecajmy św. Janowi z Dukli sprawy naszej Ojczyzny.

    ks. Stanisław Hołodok/opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    7 lipca

    Błogosławieni męczennicy
    Józef i Wiktoria Ulmowie
    oraz siedmioro ich dzieci

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Benedykt XI, papież
      •  Święci męczennicy Grzegorz Grassi, biskup, Herminia, dziewica, i Towarzysze
      •  Błogosławiona Maria Romero Meneses, zakonnica
      •  Błogosławiony Piotr To Rot, męczennik
      •  Święty Firmin z Amiens, biskup i męczennik
    ***
    Błogosławiony Józef Ulma

    Józef Ulma urodził się 2 marca 1900 r. w wielodzietnej, rolniczej rodzinie w Markowej (arch. przemyska). Ukończył czteroklasową szkołę powszechną w rodzinnej miejscowości. Już w młodości był zaangażowany w działalność społeczną. W wieku 17 lat został członkiem Związku Mszalnego Diecezji Przemyskiej, którego jednym z celów było zbieranie funduszy na budowę i konserwację kościołów. Uczestniczył także w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży oraz Związku Młodzieży Wiejskiej RP “Wici”, w którym był bibliotekarzem i fotografem.
    W latach 1921-1922 odbywał służbę wojskową. W latach 1929-1930 kształcił się w Państwowej Szkole Rolniczej w Pilźnie. Po jej ukończeniu z wynikiem bardzo dobrym stał się propagatorem upraw warzyw i owoców, prowadząc szkółkę drzew owocowych, hodując pszczoły oraz jedwabniki. Jako pierwszy w Markowej wprowadził w swoim domu elektryczność, podłączając żarówkę do małego, ręcznie zbudowanego wiatraka.
    Jedną z jego pasji było robienie zdjęć. Własnoręcznie wykonał aparat, który służył mu do fotografowania. Dzięki temu zachowały się zdjęcia z wielu wydarzeń w rodzinnej miejscowości oraz zdjęcia rodzinne.

    Błogosławiona Wiktoria Ulma

    7 lipca 1935 roku ożenił się z pochodzącą z tej samej miejscowości Wiktorią Niemczak. W wieku 6 lat Wiktoria straciła matkę. Uczęszczała do szkoły powszechnej w rodzinnej miejscowości, a następnie na kursy Uniwersytetu Ludowego w pobliskiej Gaci. Była członkiem Amatorskiego Zespołu Teatralnego w Markowej – grała m.in. rolę Matki Bożej w jasełkach.Od czasu ślubu Józef i Wiktoria wspólnie prowadzili kilkuhektarowe gospodarstwo rolne. Wiktoria zajmowała się domem i dziećmi, udzielała się także w amatorskim teatrze wiejskim.

    Błogosławiona rodzina Ulmów

    W kolejnych latach rodzinie Ulmów urodziło się sześcioro dzieci: Stanisława (ur. 18 lipca 1936 r.), Barbara (ur. 6 października 1937 r.), Władysław (ur. 5 grudnia 1938 r.), Franciszek (ur. 3 kwietnia 1940 r.), Antoni (ur. 6 czerwca 1941 r.) i Maria (ur. 16 września 1942 r.). Małżonkowie pogłębiali swoją wiarę poprzez rodzinną modlitwę i udział w życiu parafii w Markowej, należeli m.in. do Bractwa Żywego Różańca.Po wybuchu II wojny światowej Józef został zmobilizowany i brał udział w kampanii wrześniowej 1939 r. Podczas okupacji niemieckiej zaangażował się w pomoc Żydom. Prawdopodobnie w drugiej połowie 1942 przyjął pod swój dach ośmioro żydowskich uciekinierów z rodzin Goldmanów/”Szallów”, Grünfeldów i Didnerów. Pomógł także jeszcze innej żydowskiej rodzinie wybudować ziemiankę w pobliskim lesie, a następnie zaopatrywał jej mieszkańców w żywność.
    Po pewnym czasie ziemianka została odkryta przez Niemców, a czworo ukrywających się w niej Żydów (trzy kobiety i dziecko) zostało zamordowanych. Fakt udzielania przez Ulmę pomocy uciekinierom nie wyszedł wtedy na jaw. Pozostałych ośmioro Żydów ukrywało się w gospodarstwie Ulmów do wiosny 1944 r.
    To wtedy Ulmowie zostali zadenuncjowani przez współpracującego z niemieckimi okupantami tzw. granatowego policjanta Włodzimierza Lesia, który wcześniej zagarnął majątek rodziny Szallów i zamierzał pozbyć się jego prawowitych właścicieli. 24 marca 1944 r. niemieccy żandarmi z posterunku w Łańcucie rozstrzelali Józefa Ulmę, a także jego żonę, będącą w zaawansowanej ciąży, oraz szóstkę ich dzieci (8-letnią Stanisławę, 6-letnią Barbarę, 5-letniego Władysława, 4-letniego Franciszka, 3-letniego Antoniego i półtoraroczną Marię). Razem z Ulmami zginęli również wszyscy ukrywani Żydzi.
    Ciała zamordowanych zostały pierwotnie zakopane przed domem, w następnym tygodniu wydobyto je i złożono do czterech trumien. Pogrzeb odbył się dopiero 11 stycznia 1945 r. w parafii w Markowej, po czym wszyscy zostali pochowani na cmentarzu parafialnym.Z inicjatywy proboszcza parafii św. Doroty w Markowej podjęto działania zmierzające do wyniesienia rodziny Ulmów na ołtarze. 17 września 2003 r. biskup pelpliński Jan Bernard Szlaga rozpoczął proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym całej grupy męczenników II wojny światowej. Proces na szczeblu diecezjalnym zakończył się w maju 2011 r. Ze względu na wzrastającą opinię o męczeństwie rodziny Ulmów metropolita przemyski, abp Adam Szal, zwrócił się w 2017 r. do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych o wyłączenie tego procesu z procesu grupy męczenników II wojny światowej. W lutym 2017 r. w archidiecezji przemyskiej otwarto nowy proces beatyfikacyjny Sług Bożych – Józefa i Wiktorii Ulmów oraz ich siedmiorga dzieci jako męczenników z powodu nienawiści do wiary. W lipcu 2020 r. ukończono prace nad liczącym 500 stron dokumentem tzw. Positio o męczeństwie rodziny Ulmów.
    W grudniu 2022 r. odbyła się sesja biskupów i kardynałów Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, która pozytywnie zaopiniowała propozycję wyniesienia ich na ołtarze jako męczenników, a papież Franciszek kilka dni później promulgował dekret o ich męczeństwie, otwierając drogę do beatyfikacji. Dekretem objęto także nienarodzone dziecko Józefa i Wiktorii, która w chwili śmierci była w siódmym miesiącu ciąży. W 2023 r. dokonano ekshumacji szczątków rodziny Ulmów, a następnie po beatyfikacji złożono do sarkofagu w bocznym ołtarzu poświęconym Matce Bożej w lewej nawie kościoła św. Doroty w Markowej.

    Błogosławiona rodzina Ulmów

    Msza beatyfikacyjna Józefa i Wiktorii Ulmów oraz ich siedmiorga dzieci została odprawiona w Markowej 10 września 2023 r. Nabożeństwu przewodniczył przedstawiciel papieża Franciszka, prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, kard. Marcello Semeraro. W Eucharystii wzięło udział wielu przedstawicieli episkopatu, a także m.in. Naczelny Rabin Polski Michael Schudrich.
    Liturgiczne wspomnienie błogosławionej rodziny Ulmów przypada 7 lipca, w rocznicę zawarcia małżeństwa przez Józefa i Wiktorię.13 września 1995 r. Instytut Yad Vashem w Jerozolimie uhonorował pośmiertnie Józefa i Wiktorię Ulmów tytułem “Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”. W 2010 r. prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył ich pośmiertnie Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2016 r. w Markowej otwarto muzeum ich imienia, poświęcone wszystkim Polakom ratującym Żydów w czasie Zagłady. Od 2018 r. w rocznicę wydarzeń w Markowej – 24 marca – decyzją Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej obchodzony jest Narodowy Dzień Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Męczeństwo rodziny Ulmów: niebagatelny precedens i przełom w rozumieniu świętości

    Rodzina Ulmów z Markowej zostanie beatyfikowana

    fot. Marek Bazak | East News

    Kandydatami na ołtarze są nie tylko sami państwo Ulmowie, ale także ich dzieci – włącznie z tym jeszcze nienarodzonym. W przypadku najmłodszego nie mówimy już o nadziei zbawienia, ale o pewności.

    Dekret o męczeństwie Ulmów

    17 grudnia 2022 roku podczas zwyczajowej audiencji dla prefekta Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, kardynała Marcello Semararo, papież Franciszek zatwierdził dekret o męczeństwie rodziny Ulmów z Markowej. Dokładnie ujmując: o męczeństwie [zadanym] z nienawiści do wiary.

    Na oficjalnej stronie Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych najpierw czytamy hasłową notatkę wstępną:

    Czcigodni Słudzy Boży Józef i Wiktoria Ulmowie oraz ich siedmioro dzieci († 24 marca 1944). Świeccy małżonkowie z siedmiorgiem dzieci zamordowani z nienawiści do wiary 24 marca 1944 r., którzy mimo świadomości ryzyka i trudności finansowych przez półtora roku ukrywali w domu rodzinę żydowską. Odkryci, wszyscy zostali zamordowani, łącznie z dzieckiem w łonie Wiktorii.

    Kandydatami na ołtarze są więc nie tylko sami państwo Ulmowie, ale także ich dzieci – włącznie z tym jeszcze nienarodzonym. Wszyscy razem zostaną beatyfikowani jako męczennicy – w sumie dziewięć osób, dziewięcioro błogosławionych.

    Oficjalna notatka na stronie Dykasterii zawiera trzypunktowe wyliczenie, zaczynające się od prostego stwierdzenia „Męczennikami są”. Po dwukropku w pierwszym punkcie wymieniony jest Józef, a następnie podano jego krótki biogram. W punkcie drugim Wiktoria, również z krótkim biogramem. Punkt trzeci brzmi:

    Sześcioro dzieci to: Stanisława, urodzona 18 lipca 1936 r.; Barbara, urodzona 6 października 1937 r.; Władysław, urodzony 5 grudnia 1938 r.; Franciszek, urodzony 3 kwietnia 1940 r.; Antoni, urodzony 6 czerwca 1941 r.; Maria, urodzona 16 września 1942 r. Do tych sześciorga dzieci należy dodać siódme dziecko, które było jeszcze w łonie matki w dniu, kiedy została ona zamordowana, a które powinno było się urodzić wkrótce potem.

    W dalszej części tekstu stwierdza się, że materialne męczeństwo jest wystarczająco udowodnione. Jest nim historyczny fakt zamordowania rodziny Ulmów przez hitlerowskich policjantów 24 marca 1944 roku, zaraz po ukrywanych przez nich Żydach – solidnie udokumentowany zeznaniami i relacjami świadków zarówno co do zaistnienia, przebiegu, jak i przyczyn.

    Rodzina Ulmów – zamordowana za pomoc Żydom – na zdjęciach

    ***

    Z nienawiści do wiary

    Najdłuższy akapit poświęcony jest formalnemu ujęciu męczeństwa ex parte persecutoris, czyli od strony prześladowców. Jego zasadniczą treścią jest uzasadnienie, dlaczego śmierć Ulmów uznaje się za męczeństwo zadane im z nienawiści do wiary. Z imienia i nazwiska wymienieni zostali komendant Eilert Dieken, dowodzący egzekucją Ulmów i ukrywanych przez nich Żydów, oraz biorący w niej udział żandarm Joseph Kokott. Podkreślone zostało, że obydwoma kierowała antysemicka nienawiść i niechęć do chrześcijaństwa.

    Dieken formalnie wyrzekł się swojej wiary (był ewangelikiem), choć nie było to wymagane przy wstępowaniu do żandarmerii. Kokott, choć nie należał do SS, nosił na czapce „trupią czaszkę” – symbol wyróżniający członków hitlerowskich formacji związanych z satanizmem i ezoteryzmem. Dieken osobiście wybrał grupę do przeprowadzenia egzekucji, upewniając się, że znajdzie się w niej także Kokott.

    Mordercy wiedzieli o katolickiej aktywności Józefa i Wiktorii Ulmów oraz o niezwiązanej z interesem ekonomicznym ewangelicznej motywacji ich gościnności wobec ukrywanych Żydów. Najpierw stracono ukrywaną przez Ulmów ośmioosobową rodzinę żydowską, potem Józefa i Wiktorię, a tym samym także nienarodzone dziecko w jej łonie (wedle zeznań świadków, którzy kilka dni po egzekucji odważyli się ekshumować ciała i pochować je w trumnach, niewykluczone, że w chwili egzekucji Wiktoria zaczęła rodzić).

    Kilka minut po rodzicach rozstrzelano szóstkę ich dzieci. Kokott osobiście zabił troje lub czworo z nich, a na prośbę świadków egzekucji, by pozwolić na oddzielny pochówek katolickiej rodziny na cmentarzu, zareagował krzykiem, groźbami śmierci i strzałami w powietrze. Następnie oprawcy „uczcili” masakrę śmiechem i piciem wódki, „jak w makabrycznym rytuale”.

    Ewangeliczna motywacja rodziców i udział dzieci w ich czynnej wierze

    Przedostatni akapit notatki poświęcony jest formalnemu ujęciu męczeństwa ex parte victimarum, czyli od strony ofiar. Czytamy, co następuje:

    Ulmowie uczęszczali do parafii. Decyzja o pomocy Żydom została rozważona w świetle przykazania miłości i przykładu dobrego Samarytanina, jak wynika z podkreśleń poczynionych w ich Biblii. Dzieci były ochrzczone i włączone w czynną wiarę swoich rodziców. Dla nienarodzonego dziecka był to chrzest krwi.

    Zakończenie tekstu stwierdza, że „sława męczeństwa pozostała niezmienna w czasie, pomimo skomplikowanych wydarzeń historycznych Polski i dotrwała do dziś, połączona z pewną fama signorum [dosł. sława znaków – chodzi o opinię o łaskach doznanych przez konkretne osoby za wstawiennictwem kandydatów na ołtarze].

    Znaczenie beatyfikacji Ulmów

    Niechybna już najpewniej – z racji zatwierdzenia przez papieża dekretu o męczeństwie – beatyfikacja wszystkich dziewięciorga członków rodziny Ulmów ma wielkie znaczenie teologiczno-pastoralne, wykraczające daleko poza samą cześć wobec męczenników z Markowej.  Zdecydowanie warto poświęcić mu uwagę.

    Przede wszystkim chodzi o to, że beatyfikowana zostanie cała rodzina. Kilka lat temu – dokładnie 11 lipca 2017 r. – papież Franciszek wydał list apostolski pod zaczerpniętym z Janowej Ewangelii tytułem Maiorem hac dilectionem, czyli Nikt nie ma większej miłości („od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” – J 15,13). List w formie motu proprio [dosł. “z własnej motywacji”; “z własnego poruszenia”], to powstały z własnej inicjatywy papieża list o charakterze dekretu, ustanawiający prawa niezależne od okoliczności zewnętrznych i/lub przywileje oraz dyspensy ważne niezależnie od ich ewentualnej sprzeczności z innymi prawami i przywilejami.

    W liście tym papież stwierdza, że „heroiczne ofiarowanie życia, podpowiedziane i podtrzymywane przez miłość, wyraża prawdziwe, pełne i wzorcowe naśladowanie Chrystusa i dlatego godne jest tego uznania, jakie wspólnota wierzących zwykle rezerwuje dla tych, którzy dobrowolnie przyjęli męczeństwo krwi i w stopniu heroicznym praktykowali cnoty chrześcijańskie”, a wreszcie wprost postanawia, iż „ofiarowanie życia jest nowym powodem do wszczęcia procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego, odrębnym od przypadków dotyczących męczeństwa i heroiczności cnót”.

    List Maiorem hac dilectionem wymienia cztery warunki, by oddanie życia za bliźniego mogło zostać potraktowane jako powód beatyfikacji. Po pierwsze, dobrowolna i szczera decyzja oddania życia za drugiego musi wiązać się z heroiczną zgodą na pewną i mającą niebawem nastąpić śmierć, i oczywiście musi zachodzić bezpośredni związek między ofiarowaniem życia, a nagłą śmiercią jako konsekwencją tegoż ofiarowania.

    Po drugie, kandydatem na ołtarze z tego powodu może zostać człowiek, który jeszcze przed ofiarowaniem życia, a potem aż do śmierci praktykował – przynajmniej w stopniu zwyczajnym – cnoty chrześcijańskie. Po trzecie, ofiarującemu życie po poniesieniu śmierci musi towarzyszyć opinia świętości i wspomniana już fama signorum, czyli przekonanie o znakach/cudach, które nastąpiły za jego przyczyną. Po czwarte, do beatyfikacji wymaga się stwierdzenia udowodnionego cudu, który nastąpił po śmieci przyszłego błogosławionego za jego wstawiennictwem.

    Można by pomyśleć o beatyfikacji małżeństwa Ulmów właśnie na drodze otworzonej przez list Maiorem hac dilectionem, podkreślając przy okazji, że za swoją heroiczną decyzję zapłacili oni nie tylko własnym życiem, lecz także życiem swych dzieci. Tymczasem wyniesieni na ołtarze zostaną nie tylko rodzice, którzy podjęli decyzję o udzieleniu schronienia prześladowanym bliźnim narodowości żydowskiej, ale także ich dzieci. A pośród nich te, które nie mogły zdawać sobie w ogóle sprawy z tego, w czym uczestniczą i co się dzieje.

    O ile bowiem Stasia (7 lat i 8 miesięcy), Basia (6 lat i 5 miesięcy), Władzio (5 lat i 3 miesiące), no i może Franio (4 lata bez miesiąca) mogli coś tam już wiedzieć i rozumieć – jeśli rodzice (co dość prawdopodobne) nie trzymali przed nimi faktu udzielenia schronienia Żydom w jak najściślejszej tajemnicy – o tyle Antoś (2 lata i 9 miesięcy) oraz Marysia (półtora roku) wiedzieć, a tym bardziej rozumieć nie mieli prawa nic a nic.

    Rodzina Ulmów. Bohaterowie z Markowej

    ***

    Uświęcenie poprzez naturalne więzi

    Zarówno postulujący wszczęcie i przeprowadzenie procesu beatyfikacyjnego, jak i odpowiedzialna za to kongregacja, a wreszcie sam Ojciec Święty, który finalnie zatwierdził wspomniany na początku dekret, uznali śmierć całej rodziny za męczeństwo zadane im z nienawiści do wiary. Ma to ogromne znaczenie z punktu widzenia teologii pastoralnej. Oznacza bowiem, że również najmłodszych z Ulmów – wraz z nienarodzonym jeszcze dzieckiem – Kościół uważa za męczenników, którzy ponieśli śmierć za wiarę i heroiczne pójście za Chrystusem drogą wytyczoną przez Jego przykład i Ewangelię.

    Z tego zaś wynika, że beatyfikacja całej rodziny męczenników z Markowej jest także wielkim „teologicznym dowartościowaniem” rodziny, nie tylko jako miejsca przekazu wiary, ale także i przede wszystkim jako miejsca jej przeżywania we wspólnocie kochających się osób, których losy są ze sobą nierozerwalnie związane.

    Wynosząc na ołtarze całą dziewiątkę razem Kościół ukazuje i bardzo jasno wyraża swoją wiarę w to, że poprzez naturalne więzi rodzinne łączące Ulmów nastąpiło uświęcenie wszystkich jej członków bez wyjątku – niezależnie od ich możliwości percepcyjnych, stopnia świadomości religijnej i zdolności do dokonywania świadomych wyborów w imię Ewangelii. Dzieci Ulmów – aż po te najmłodsze – zdaniem Kościoła, który wynosi je do chwały błogosławionych wraz z rodzicami, „uczestniczyły w czynnej wierze swoich rodziców”. To niebagatelny precedens, który wiele mówi o obecnym rozumieniu znaczenia więzi rodzinnych w życiu duchowym i drodze uświęcenia człowieka.

    W dzieciach Józefa i Wiktorii Ulmów Kościół uznaje więc bardzo mocno prymat rozumienia świętości jako działania łaski Bożej w człowieku – aż po sytuacje, w których tenże człowiek pozostaje całkowicie nieświadomy i „bierny” religijnie. Mówimy więc o świętości rozumianej jako otwarcie na działanie łaski, która przychodzić może do człowieka poprzez naturalne więzi łączące go z innymi, bez świadomości jej duchowego, czy religijnego charakteru. O współpracy z łaską na miarę możliwości człowieka w danym momencie jego życia.

    Pewność zbawienia dzieci ochrzczonych

    Beatyfikacja najmłodszych urodzonych Ulmów jest też ważnym znakiem przypominającym o ważkich skutkach chrztu. Potwierdza i przypomina, że Kościół ma niewzruszoną pewność wiary co do zbawienia dzieci ochrzczonych, zmarłych przed osiągnięciem świadomości i władzy woli, uzdalniających do popełnienia grzechu osobistego.

    Nienarodzone, nieochrzczone, a święte

    Ponadto przypadek najmłodszego, jeszcze nienarodzonego dziecka, które już niebawem na równi z rodzicami i ochrzczonym rodzeństwem odbierać będzie cześć należną błogosławionym, stanowi istotną przesłankę na drodze refleksji Kościoła o losie dzieci zmarłych przed chrztem.

    Oto niebawem w przypadku jednego z takich dzieci Kościół w akcie beatyfikacji wyrazi swoją całkowitą i niezachwianą pewność co do jego świętości, czyli zbawienia. To duży krok naprzód, nawet względem tego poczynionego za pontyfikatu Benedykta XVI, kiedy to w styczniu 2007 r. Międzynarodowa Komisja Teologiczna na jego polecenie opracowała dokument pod tytułem Nadzieja zbawienia dla dzieci, które umierają bez chrztu, w którym zebrano i wyrażono argumenty za tytułową nadzieją.

    W przypadku najmłodszego z Ulmiąt nie mówimy już o nadziei zbawienia, ale o pewności. W tym kontekście mowa jest oczywiście o „chrzcie krwi”, jaki przyjęło ono, ponosząc męczeństwo wraz z matką. Kościół zna jednak także i posługuje się kategorią „chrztu pragnienia”, czyli sytuacji, w której rodzice pragnęli ochrzcić swoje dziecko, lecz z jakichś powodów nie zdołali tego uczynić. Przez uzasadnioną analogię można wyciągać daleko idące wnioski co do losów dzieci zmarłych bez chrztu – właśnie na przykład przed narodzeniem.

    Nie stracić tej beatyfikacji

    Obawiam się, że owemu ważnemu z teologicznego punktu widzenia novum, jakie niesie ze sobą rychła – miejmy nadzieję – beatyfikacja dziewięciorga Ulmów, zagraża z naszej, „kościelnej” strony poważne niebezpieczeństwo „spłycenia” (bardzo świadomie stawiam tu cudzysłów).

    Po pierwsze, obawiam się przeakcentowania bezsprzecznie istotnego i ważnego z wielu powodów wątku, który nazwałbym „patriotycznym” – skądinąd zdrowej dumy z rodaków, którzy „zachowali się jak trzeba”. Akcentowanie tej narodowej dumy nie powinno nam przesłonić uniwersalnego, ewangelicznego wymiaru czynu Ulmów i jego konsekwencji.

    Po drugie, można przypuszczać, że beatyfikacja najmłodszego członka rodziny z Markowej siłą rzeczy będzie wykorzystywana (w zupełnie neutralnym tego słowa znaczeniu) w poważnej i tak bardzo istotnej dyskusji o statusie osobowym i prawach dzieci nienarodzonych – zwłaszcza o niepodważalnym i bezwarunkowym prawie do życia. To jednak nieuchronnie odsunie na dalszy plan równie – śmiem twierdzić – istotny z punktu widzenia wiary przełom w rozumieniu świętości, jaki wydaje się coraz bardziej potrzebny w katechezie Kościoła i świadomości wierzących.

    Niebezpieczeństwo jest tym większe, że oba wyżej wspomniane wątki to kwestie same w sobie istotne i budzące zrozumiałe emocje.

    Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    _______________________________________________________________________________________

    Rodzina Ulmów. Bohaterowie z Markowej

    Muzeum Polaków Ratujących Żydów/Facebook

    ***

    Józef i Wiktoria Ulmowie wraz z siedmiorgiem swoich dzieci zginęli 24 marca 1944 roku.

    Tego właśnie dnia przed świtem do domu Józefa i Wiktorii Ulmów włamali się niemieccy żandarmi. Po chwili rozległo się kilka strzałów. Najpierw zginęło ośmioro ukrywających się u Ulmów ŻydówPotem 44-letni Józef i 32-letnia ciężarna Wiktoria. Jak wspominał jeden z furmanów, świadek tego zdarzenia, „w czasie rozstrzeliwania na miejscu egzekucji słychać było straszne krzyki, lamenty ludzi, dzieci wołały rodziców, a rodzice już byli rozstrzelani. Wszystko to robiło wstrząsający widok”.

    Po kilku minutach dowodzący żandarmami por. Eilert Dieken wydał rozkaz: rozstrzelać także dzieci. Zrobił to – jak stwierdził – „żeby gromada nie miała z nimi kłopotu”. Zginęli: Stasia (8 l.), Basia (6 l.), Władzio (5 l.), Franuś (4 l.), Antoś (3 l.) i Marysia (1,5 r.).

    Kilka dni później, pod osłoną nocy, mężczyźni z Markowej odkopali ciała Ulmów i pochowali je w trumnach. Jeden z Polaków wspominał: „Kładąc do trumny zwłoki Wiktorii Ulmy stwierdziłem, że była ona w ciąży. Twierdzenie to opieram na tym, że z jej narządów rodnych było widać główkę i piersi dziecka”. W 1945 r. ciała przeniesiono na cmentarz parafialny.

    Józef i Wiktoria Ulmowie

    Józef Ulma urodził się w 1900 r. w Markowej. Jako nastolatek należał do Związku Mszalnego Diecezji Przemyskiej. Działał także w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży, Związku Młodzieży RP „Wici” i w Powiatowej Sekcji Wychowania Rolniczego w Przeworsku. W 1929 r. zapisał się do Państwowej Szkoły Rolniczej w Pilźnie. To właśnie tam szkolił się w jednej ze swoich pasji – uprawie owoców i warzyw. Prowadził w Markowej szkółkę drzew owocowych, hodował także pszczoły i jedwabniki. Dostał nawet nagrody „za pomysłowe ule i narzędzia pszczelarskie własnej konstrukcji” oraz „wzorową hodowlę jedwabników i wykresy ich życia”.

    Kolejną (i największą) pasją Józefa była fotografia. Prawdopodobnie własnoręcznie złożył aparat, który do dziś można oglądać w Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w MarkowejWykonał nim tysiące zdjęć – wiele z nich przetrwało wojnę. Uwielbiał uwieczniać swoją rodzinę. Dzięki niemu możemy dziś patrzeć na fotografie beztroskich maluchów biegających boso po trawie, kąpiącego się synka, na Wiktorię, która pomaga dzieciom w lekcjach albo wyrabia ciasto. Nie brakuje także zdjęć samego Józefa – eleganckiego mężczyzny z wąsem. Na jednym z nich trzyma na kolanach żonę. Widać, że łączy ich głębokie uczucie.

    Pobrali się w 1935 r. Wiktoria Niemczak (ur. 1912) także pochodziła z Markowej. Była bardzo zdolna, grała w teatrze amatorskim, uczestniczyła w kursach Uniwersytetu Ludowego w Gaci. W ciągu 9 lat małżonkowie doczekali się sześciorga dzieci: Stanisławy (ur. 1936), Barbary (ur. 1937), Władysława (ur. 1938), Franciszka (ur. 1940), Antoniego (ur. 1941) i Marii (1942 r.). Wiosną 1944 r. miało urodzić się siódme. W 1939 r., w związku z powiększaniem się rodziny, Ulmowie kupili 5 hektarów ziemi w Wojsławicach k. Sokala. Planowali przeprowadzkę, ale ich zamiary pokrzyżował wybuch II wojny światowej.

    Samarytanie z Markowej

    Oprócz zdjęć po Ulmach zostały także książki, które świadczą o zainteresowaniach Józefa – m.in. Wykorzystanie wiatru w gospodarceDzicy mieszkańcy AustraliiAtlas geograficznyPodręcznik fotografii. Na półce leżała też Biblia. Ktoś (prawdopodobnie Józef lub Wiktoria) podkreślił w niej na czerwono kilka wersetów: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a bliźniego swego jak siebie samego” (Łk 10, 27-28) i: „Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go” (Łk 10, 33-34).

    Ulmowie byli religijni, uczestniczyli w życiu Kościoła. Władysław Ulma wspominał, że jego brat Józef powtarzał nieraz: „czasem trudno jest dobrze przeżyć dzień niż książkę napisać”. Ale czy na pomoc Żydom małżonkowie zdecydowali się właśnie z uwagi na przykazanie miłości – nie wiadomo. Na pewno znali wielu Żydów, bo w Markowej –  wówczas jednej z największych wsi w Polsce – mieszkało ok. 30 żydowskich rodzin. Większość z nich zginęła. Przetrwali tylko ci, którym udało się wcześniej ukryć w domach chłopów.

    Prawdopodobnie w drugiej połowie 1942 r. w domu Ulmów zamieszkało ośmioro Żydów: Szallowie z Łańcuta (handlarz bydłem i jego czterej synowie), a także Gołda Grünfeld oraz Layka Didner z córką. Być może Ulmowie cieszyli się, że zyskają kolejne ręce do pracy (Szallowie pomagali im w garbowaniu skór). Na pewno nie kierowali się zyskiem, ponieważ przy ciele jednej z ukrywających się kobiet znaleziono później kosztowności.

    Nie ma także pewności, jak doszło do dekonspiracji kryjówki. Prawdopodobnie odpowiada za to Włodzimierz Leś, granatowy policjant. Wcześniej pomagał Szallom w Łańcucie. Gdy sytuacja uległa zaostrzeniu, Żydzi schronili się u Ulmów. Zostawili jednak u Lesia sporą część majątku. Policjant nie chciał im go zwrócić, dlatego Żydzi próbowali przejąć w zamian inne z jego dóbr. Prawdopodobnie Leś, tuż przed wydaniem Szallów, odwiedził jeszcze Ulmów pod pretekstem wykonania fotografii do dokumentów. Chciał się upewnić, czy uda mu się zaszkodzić Żydom. Sam zginął niedługo później, rozstrzelany przez członków podziemia niepodległościowego.

    Proces beatyfikacyjny Ulmów

    W 1995 r. Józef i Wiktoria zostali pośmiertnie odznaczeni medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. W 2003 r. znaleźli się w grupie 122 polskich męczenników z okresu II wojny światowej, dla których rozpoczął się proces beatyfikacyjny. Etap diecezjalny tego procesu zakończył się w maju 2011 r. Prowadziła go diecezja pelplińska.

    W marcu 2017 roku Kongregacja do spraw Kanonizacyjnych Stolicy Apostolskiej postanowiła przychylić się do prośby metropolity przemyskiego abp. Adama Szala i wyłączyła rodzinę Ulmów z procesu zbiorowego. Dalsze starania o jej beatyfikację będą prowadzone odrębnie.

    Na etapie diecezjalnym do procesu zdecydowano dołączyć sześcioro dzieci Ulmów, uznając wiarę ich rodziców za czynnik decydujący. Dylematy rodzą się w przypadku dziecka, które nie zdążyło się urodzić. Przepisy dotyczące kanonizacji i beatyfikacji jednoznacznie podają, że kandydat na ołtarze powinien być znany z imienia i nazwiska. O tym, czy najmłodszy potomek Józefa i Wiktorii zostanie uznany za męczennika, zdecyduje watykańska kongregacja. Przypadek wynoszenia na ołtarze całej rodziny jest w Kościele unikatowy.

    Dominika Cicha-Drzyzga/Aleteia.pl

    (na podstawie artykułów dr. Mateusza Szpytmy, m.in. „Samarytanie z Markowej. Słudzy Boży Ulmowie – rodzina, która oddała swoje życie za pomoc Żydom”.)

    ______________________________________________________________________________________________________________


    6 lipca

    Błogosławiona
    Maria Teresa Ledóchowska,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święta Dominika, dziewica i męczennica
    ***
    Błogosławiona Maria Teresa Ledóchowska

    Maria Teresa urodziła się 29 kwietnia 1863 r. (w czasie powstania styczniowego) w Loosdorf w Austrii, dokąd jej rodzina wyemigrowała po powstaniu listopadowym. 21 grudnia 1873 r. została dopuszczona do pierwszej spowiedzi, a 12 maja 1874 r. do pierwszej Komunii świętej. Sakrament bierzmowania przyjęła w pałacu biskupim 15 lipca 1878 roku. Od najmłodszych lat wykazywała wybitne uzdolnienia literackie, muzyczne i aktorskie. Mając 5 lat napisała mały utwór dla domowników, a jako 9-letnia dziewczynka układała wiersze. Rodzina każdy dzień kończyła wspólnym pacierzem, a w niedzielę uczestniczyła we Mszy świętej. Matka – niezwykle czuła na niedolę bliźnich, bardzo towarzyska i pogodna – umiała wychować dzieci w karności i sumienności. Ojciec pogłębiał wiedzę dzieci, zapoznając je z historią malarstwa i sztuki, z historią Polski i ojczystą mową.
    W roku 1873 rodzice stracili po raz drugi majątek (pierwszy raz dziadek stracił go za udział w powstaniu listopadowym), na skutek bankructwa instytucji, której akcje wykupili. Ojciec sprzedał więc dobra w Loosdorf i wynajął mieszkanie w St. Polten. Tu dzieci uczęszczały do szkoły Pań Angielskich. Z tej okazji Maria Teresa zapoznała się z dziełem Marii Ward, założycielki tej instytucji. Dokumentem z tych lat jest świadectwo szkolne Marii Teresy Ledóchowskiej, wystawione w 1875 roku, gdy miała lat 12, na którym widnieją same oceny bardzo dobre. Wielkim przeżyciem dla niej była wiadomość o uwięzieniu w Ostrowie Wielkopolskim jej stryja, arcybiskupa Mieczysława Ledóchowskiego. Posłała do więzienia napisany przez siebie wiersz ku jego czci. W dwa lata potem witała go radośnie w Wiedniu (1875), gdy jako kardynał zatrzymał się tam w drodze do Rzymu. Pierwszą swoją książkę – Mein Polen – jemu właśnie zadedykowała. Było to sprawozdanie z podróży, jaką odbyła po Polsce ze swoim ojcem (1879). Miała wtedy zaledwie 16 lat.
    W 1883 r. Ledóchowscy przenieśli się z Austrii na stałe do Polski, do Lipnicy Murowanej koło Bochni (miejsce urodzenia św. Szymona z Lipnicy), gdzie ojciec wykupił mocno zaniedbany majątek. Powitali ich chlebem i solą burmistrz miasta i ludność w strojach krakowskich. Maria ucieszyła się z powrotu do Polski. Miała wtedy 20 lat. Rychło jednak zaznała, jakie są kłopoty w prowadzeniu gospodarstwa. W porze zimowej chętnie zwiedzała pobliski Kraków i brała udział w towarzyskich zebraniach i zabawach. Wyróżniała się urodą i inteligencją, dlatego rychło zdobyła sobie wzięcie.
    W zimie 1885 r. zachorowała na ospę i przez wiele tygodni leżała walcząc o życie. Choroba zostawiła ślady na jej twarzy. Organizm był osłabiony, bowiem sześć lat wcześniej Maria Teresa przebyła ciężki tyfus. Ta właśnie choroba uczyniła ją dojrzałą duchowo. Poznała marność tego życia i rozkoszy świata. Zrodziło się w niej postanowienie oddania się na służbę Panu Bogu, jeśli tylko dojdzie do zdrowia. Na ospę zachorował także jej ojciec i zaopatrzony sakramentami zmarł. Pochowany został w Lipnicy. Maria Teresa, sama osłabiona po ciężkiej chorobie, nie była zdolna do prowadzenia majątku. W wyniku starań rodziny, cesarz Franciszek Józef I mianował ją damą dworu wielkich książąt toskańskich – Marii i Ferdynanda IV, którzy po wygnaniu z Włoch rezydowali w zamku cesarskim w Salzburgu. Mimo życia na dworze, Maria Teresa prowadziła życie pełne wewnętrznego skupienia.
    W 1886 r. po raz pierwszy zetknęła się z zakonnicami, które przybyły na dwór arcyksiężnej po datki na misje. Wtedy po raz pierwszy spotkała się z ideą misyjną Kościoła. Jedną z owych sióstr była dawna dama tegoż dworu, hrabina Gelin. Właśnie w tym czasie kardynał Karol Marcial Lavigerie (+ 1892), arcybiskup Algieru, rozwijał ożywioną akcję na rzecz Afryki. Pewnego dnia Maria Teresa dostała do ręki broszurę kardynała, gdzie przeczytała słowa: “Komu Bóg dał talent pisarski, niechaj go użyje na korzyść tej sprawy, ponad którą nie ma świętszej”. To było dla niej światłem z nieba. Znalazła cel swojego życia. Postanowiła skończyć z pisaniem dramatów dworskich, a wszystkie swoje siły obrócić dla misji afrykańskiej. W tej sprawie napisała też do stryja, kardynała Ledóchowskiego, który pochwalił jej postanowienie.
    Jej pierwszym krokiem był dramat Zaida Murzynka, wystawiony w teatrze salzburskim i w innych miastach. Ponieważ obowiązki damy dworu zabierały jej zbyt wiele cennego czasu, zwolniła się z nich. Stanęła na czele komitetów antyniewolniczych. Te jednak rychło ją zwolniły, gdyż chciała, aby były to komitety katolickie. Opozycja zaś nalegała, by komitetom nadać charakter międzywyznaniowy. Maria zamieszkała w pokoiku przy domu starców u sióstr szarytek (1890). Zerwała stosunki towarzyskie i oddała się wyłącznie sprawie Afryki. Na własną rękę zaczęła wydawać Echo z Afryki (1890). Nawiązała kontakt korespondencyjny z misjonarzami. Wkrótce korespondencja wzrosła tak dalece, że musiała zaangażować sekretarkę i ekspedientkę. Jednak widząc, że dzieło się rozrasta, w roku 1893 w numerze wrześniowym Echa Afryki rzuciła apel o pomoc. Z pomocą jednego z ojców jezuitów opracowała statut Sodalicji św. Piotra Klawera. 29 kwietnia 1894 r., w swoje 31. urodziny, przedstawiła go na prywatnej audiencji Leonowi XIII do zatwierdzenia. Papież dzieło pochwalił i udzielił mu swojego błogosławieństwa. Siedzibą sodalicji były początkowo dwa pokoje przy kościele Świętej Trójcy w Salzburgu. Tam też założyła muzeum afrykańskie.

    Błogosławiona Maria Teresa Ledóchowska

    Od roku 1892 Echo z Afryki wychodziło także w języku polskim. Administrację Maria Teresa umieściła przy klasztorze sióstr urszulanek, gdzie zakonnicą była wtedy jej młodsza siostra, Urszula (przyszła założycielka urszulanek szarych Serca Jezusa Konającego, kanonizowana w 2003 r. przez św. Jana Pawła II). W 1894 r. Maria Teresa miała już własną drukarnię. Jako napędową siłę dla maszyn drukarskich wykorzystywała wodę rzeki płynącej w majątku, który zakupiła w Salzburgu. Nową placówkę oddała pod opiekę Maryi Wspomożycielki. Echo z Afryki, a od 1911 roku także Murzynek, zaczęły wychodzić w 12 językach. Tu drukowano nadto broszury misyjne, kalendarze, odezwy itp., a potem katechizmy i książeczki religijne w językach Afryki. W roku 1921 utworzyła akcję Prasy afrykańskiej jako pomoc dla misjonarzy w Afryce. Chodziło o druk książek religijnych w językach tubylczych.
    9 września 1896 r. Maria Teresa złożyła śluby zakonne na ręce kardynała Hellera, biskupa Salzburga. W 1897 r. kardynał zatwierdził konstytucję przez nią ułożoną dla nowego zgromadzenia zakonnego. Dzieło miało trzy stopnie: 1) członkowie zewnętrzni, wspomagający sodalicję; 2) zelatorzy uiszczający ofiary; 3) same zakonnice jako człon wewnętrzny i zasadniczy – prowadzący całe dzieło. W tym samym roku Maria Teresa założyła w Salzburgu drukarnię misyjną. W roku 1899 Święta Kongregacja Rozkrzewiania Wiary, na której czele stał kardynał Ledóchowski, wydała pismo pochwalne, a następnie przyjęła Sodalicję pod swoją bezpośrednią jurysdykcję. 10 czerwca 1904 r. św. Pius X osobnym breve pochwalił dzieło, a w roku 1910 Stolica Apostolska udzieliła mu definitywnej aprobaty.
    W roku 1904 Maria Ledóchowska przeniosła swoją stałą siedzibę do Rzymu. W cztery lata potem udała się osobiście do Polski, aby szerzyć tam ideę misyjną. Na wiadomość o powstaniu Polski niepodległej, Maria Teresa poleciła zatknąć polskie sztandary na domach swego zgromadzenia (1918). W roku 1920 wysłała zapomogę do Polski. Pod koniec jej życia Echo z Afryki miało ok. 100 000 egzemplarzy nakładu. W roku 1901 Maria Teresa założyła przy domu głównym Sodalicji w Rzymie międzynarodowy nowicjat. Także i biura Sodalicji były rozsiane niemal po wszystkich krajach Europy. Przy każdej filii założono muzeum Afryki. Nadto Maria wyjeżdżała do różnych miast z wykładami i odczytami o misjach w Afryce.
    Maria Teresa zmarła 6 lipca 1922 r. w obecności swoich duchowych córek. 10 lipca złożono jej ciało na głównym cmentarzu rzymskim przy bazylice św. Wawrzyńca. Proces beatyfikacyjny rozpoczęto w roku 1945. Paweł VI w świętym roku jubileuszowym, w niedzielę misyjną 19 października 1975 r., wyniósł ją do chwały ołtarzy. Ciało jej od roku 1934 znajduje się w domu generalnym Sodalicji. W czasie Soboru Watykańskiego II biskupi Afryki licznie nawiedzali grób tej, która całe swoje życie i wszystkie swoje siły poświęciła dla ich ojczystej ziemi. W nagrodę za bezgraniczne oddanie się sprawom Afryki Maria Teresa zdobyła zaszczytny przydomek Matki Afryki. Jest patronką dzieł misyjnych w Polsce.
    W ikonografii bł. Maria Teresa przedstawiana jest w habicie Sodalicji św. Piotra Klawera, czasami z murzyńskimi dziećmi.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 lipca

    Święta Maria Goretti, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Antoni Maria Zaccaria, prezbiter i zakonnik
      •  Święty Atanazy z góry Athos, opat
    ***
    Święta Maria Goretti
    Maria urodziła się w Corinaldo koło Ankony 16 października 1890 r. Pochodziła z ubogiej wiejskiej rodziny. Jako sześcioletnie dziecko otrzymała sakrament bierzmowania z rąk kardynała Juliusza Boschi (1896), a 29 maja 1902 r. przystąpiła do Pierwszej Komunii św. Kiedy miała 10 lat, umarł jej ojciec. Marysia pocieszała mamę: “Odwagi, mamusiu! Bóg nas nie opuści!” Pobożne dziewczę brało często różaniec do rąk, modląc się o spokój duszy ojca. Maria pomagała matce i opiekowała się rodzeństwem.
    Dom Gorettich zajmowała także rodzina Serenellich – ojciec z synem. Chłopiec Aleksander Serenelli miał 18 lat, kiedy zapłonął ku Marii przewrotną żądzą. Zaczął ją też coraz mocniej napastować, grożąc jej nawet śmiercią. Dziewczę umiało się zawsze skutecznie uwolnić od napastnika, ratując się ucieczką i omijając go. Nie mówiła jednak o tym nikomu w rodzinie, by nie pogłębiać przepaści niechęci Serenellich do Gorettich.
    5 lipca 1902 r. rodzina Gorettich i Serenellich była zajęta zbieraniem bobu. Maria została w domu i obserwowała pracowników. Zauważył ją Aleksander. Pod pretekstem, że musi wyjść na chwilę, udał się do domu i siłą wciągnął dziewczę do kuchni, która była przy drzwiach. Usiłował ją zmusić do grzechu. Kiedy zaś Maria stawiła mu gwałtowny opór, rozjuszony wyrostek chwycił nóż i zaczął nim atakować dziewczynę. Szczegóły te podał sam morderca przed sądem. Powracająca z pracy rodzina znalazła Marię już w stanie agonii. Natychmiast odwieziono ją do szpitala, gdzie zaopatrzona świętymi Sakramentami zmarła 6 lipca. Przed śmiercią darowała winę swojemu zabójcy. Lekarze stwierdzili, że miała na ciele 14 ran.
    Zbrodnią poruszona była cała okolica. Dziewczę miało królewski pogrzeb. Wzięło w nim udział wiele tysięcy ludzi, setki kapłanów i biskup. Z balkonów i z okien na białą trumienkę padał deszcz róż i innych kwiatów. Zaczęto ją nazywać “świętą Agnieszką XX wieku”. Dzięki staraniom pasjonistów w 1935 r. rozpoczął się proces kanoniczny Marii Goretti. 27 kwietnia 1947 roku Pius XII zaliczył ją uroczyście w poczet błogosławionych, a 24 czerwca 1950 r. tenże papież zaliczył ją do chwały świętych. Zarówno w beatyfikacji, jak i w kanonizacji własnej córki miała szczęście uczestniczyć matka.
    W uroczystościach brał także udział zabójca – Aleksander Serenelli, który w czasie 27-letniego pobytu w więzieniu przeżył całkowite nawrócenie. Nie miał wątpliwości, że wiarę zawdzięczał wstawiennictwu Marii. Po wyjściu z więzienia przeprosił matkę Marii, wyznał swoją winę przed cała parafią, a po pewnym czasie został tercjarzem franciszkańskim. Do końca życia pracował jako ogrodnik u kapucynów w Macerata, gdzie zmarł w 1970 r. Duchową przemianę zabójcy opisał Jean du Parc w książce, która w Polsce została wydana pod tytułem “Niebo nad moczarami”.
    Św. Maria Goretti jest patronką młodzieży, dziewcząt, dziewic i bielanek. Jej relikwie spoczywają w kościele Matki Bożej Łaskawej w Nettuno. Jej grób nawiedził św. Jan Paweł II w pierwszym roku swojego pontyfikatu (1 września 1979 r.). W stulecie śmierci Marii Goretti ten sam papież skierował do biskupa diecezji Albano, Agostino Valliniego, specjalny list.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    4 lipca

    Błogosławiony
    Piotr Jerzy Frassati, świecki dominikanin

    Zobacz także:
      •  Święta Elżbieta Portugalska, królowa
      •  Błogosławiona Maria od Ukrzyżowanego (Curcio), zakonnica
    Błogosławiony Piotr Jerzy Frassati

    Piotr Jerzy przyszedł na świat 6 kwietnia 1901 roku w Turynie. Wychowywał się w zamożnym domu razem z młodszą o półtora roku siostrą Lucianą (która jeszcze za życia brata wyszła za mąż za polskiego dyplomatę, Jana Gawrońskiego). Jego ojciec, Alfredo Frassati, był założycielem i właścicielem dziennika La Stampa, senatorem, przez pewien czas także ambasadorem Włoch w Niemczech. Matka, Adelaide Ametis Frassati, była malarką. Swoje wychowanie religijne Piotr Jerzy zawdzięczał przede wszystkim wychowawcom, nauczycielom i spowiednikom, ponieważ rodzice byli raczej obojętni wobec wiary. Tymczasem dla niego wiara bardzo szybko stała się wartością podstawową. Czasami wywoływało to bolesne nieporozumienia rodzinne, które starał się znosić – tak jak wszelkie życiowe niepowodzenia – pogodnie.
    Już jako uczeń Piotr Jerzy należał do wielu szkolnych stowarzyszeń religijnych, m.in. do Sodalicji Mariańskiej, do Koła Różańcowego, Apostolstwa Modlitwy, Stowarzyszenia Najświętszego Sakramentu. Codziennie uczestniczył we Mszy świętej i przyjmował Komunię świętą.
    W 1919 roku rozpoczął studia na wydziale inżynierii górniczej na politechnice w Turynie. 28 maja 1922 r. – myśląc o apostolstwie wśród górników – został tercjarzem Zakonu Dominikańskiego i przyjął imię Girolamo (czyli Hieronim – na cześć Savonaroli). Uczestniczył również z entuzjazmem w działalności różnych ruchów katolickich. Akcja Katolicka była dla niego prawdziwą szkołą formacji chrześcijańskiej i polem dla apostolatu. Miłował Jezusa w braciach, zwłaszcza tych cierpiących, zepchniętych na margines i opuszczonych. Poświęcał się ubogim i potrzebującym. W jego życiu mocna wiara łączyła się w jedno z miłością.
    Był człowiekiem ascezy i modlitwy, w której osiągnął wysoki stopień doskonałości. Jego duchowość kształtowały zwłaszcza Listy św. Pawła Apostoła oraz dzieła św. Augustyna, św. Katarzyny ze Sieny i św. Tomasza z Akwinu, nieustanna – także nocna – adoracja Najświętszego Sakramentu, nabożeństwo do Matki Bożej i Słowo Boże.
    Warto wiedzieć, że w 1922 r. Piotr Jerzy Frassati odwiedził Polskę. Był w Gdańsku i Katowicach. Jako przyszły inżynier interesował się górnictwem i planował zwiedzić jedną z kopalni na Śląsku. Do zjazdu pod ziemię prawdopodobnie nie doszło, ponieważ miał problem z ważnością paszportu.

    Błogosławiony Piotr Jerzy Frassati

    Jego zaangażowanie społeczne i polityczne opierało się na zasadach wiary; był zdecydowanym przeciwnikiem rodzącego się wówczas faszyzmu. Z tego powodu nieraz zatrzymywała go policja. Zafascynowanie pięknem i sztuką, a zwłaszcza malarstwem, zamiłowanie do sportu i górskich wypraw ani zainteresowanie problemami społecznymi nie stanowiło dla niego przeszkody w stałym zjednoczeniu z Chrystusem. W tajemnicy przed najbliższymi opiekował się i spieszył z pomocą, tak duchową, jak i materialną, ubogim swojego miasta. Był znany i bardzo lubiany w dzielnicach, w których nie bywał nikt z jego bliskich.
    Umarł nagle, w wieku 24 lat, 4 lipca 1925 roku, krótko przed ukończeniem studiów, na skutek infekcji chorobą Heinego-Medina, którą zaraził się od podopiecznych. Pogrzeb Frassatiego ujawnił jego popularność w Turynie, zwłaszcza wśród ubogich. Opinia społeczna szybko uznała go – mimo młodego wieku – za świętego. Pod jego patronatem powstało wiele stowarzyszeń religijnych.
    Św. Jan Paweł II podczas Mszy świętej beatyfikacyjnej odprawionej na placu św. Piotra 20 maja 1990 r. wyniósł go na ołtarze, stawiając za wzór współczesnej młodzieży świata.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 lipca

    Święty Tomasz Apostoł

    Zobacz także:
      •  Święty Leon II, papież
      •  Święty Rajmund Gayrard, prezbiter
    ***
    Święty Tomasz Apostoł

    Teksty ewangeliczne w siedmiu miejscach poświęcają Tomaszowi Apostołowi łącznie 13 wierszy. Z innych ksiąg Pisma świętego, jedynie Dzieje Apostolskie wspominają o nim jeden raz.
    Tomasz, zwany także Didymos (tzn. bliźniak), należał do ścisłego grona Dwunastu Apostołów. Ewangelie wspominają go, kiedy jest gotów pójść z Jezusem na śmierć (J 11, 16); w Wieczerniku podczas Ostatniej Wieczerzy (J 14, 5); osiem dni po zmartwychwstaniu, kiedy ze sceptycyzmem wkłada rękę w bok Jezusa (J 20, 19-29); nad Jeziorem Genezaret, gdy jest świadkiem cudownego połowu ryb po zmartwychwstaniu Jezusa (J 21, 2).

    Niewierny Tomasz

    Osobą św. Tomasza Apostoła wyjątkowo zainteresowała się tradycja chrześcijańska. Pisze o nim wiele Euzebiusz z Cezarei, pierwszy historyk Kościoła, Rufin z Akwilei, św. Grzegorz z Nazjanzu, św. Ambroży, św. Hieronim i św. Paulin z Noli. Według ich relacji św. Tomasz miał głosić Ewangelię najpierw Partom (obecny Iran), a następnie w Indiach, gdzie miał ponieść śmierć męczeńską w Calamina w 67 r. Piszą o tym wspomniani wyżej autorzy. Tak też podaje Martyrologium Rzymskie. Jako miejsce pochówku podawany jest Mailapur (przedmieście dzisiejszego Madrasu). Jednak już w III wieku jego relikwie przeniesiono do Edessy, potem na wyspę Chios, a w roku 1258 do Ortony w Italii.
    O zainteresowaniu osobą św. Tomasza Apostoła świadczą także liczne apokryfy: Historia Abgara, Apokalipsa Tomasza, Dzieje Tomasza i Ewangelia Tomasza. Pierwszy apokryf znamy jedynie z relacji Euzebiusza (+ ok. 340). Apokalipsa św. Tomasza, zwana także Listem Pana naszego Jezusa Chrystusa do Tomasza lub Słowami Zbawiciela do Tomasza opisuje koniec świata. Ciekawsza jest Ewangelia św. Tomasza. Na jej treść składają się logia, czyli słowa Chrystusa. Zdań tych jest 114. Według Euzebiusza zbiór ten miał posiadać biskup św. Papiasz (+ ok. 130) i miał nawet do nich napisać komentarz. Część tych słów odkryto w roku 1897 i 1903 w Egipcie w Oxyrhynchos. Od tej “ewangelii” należy odróżnić jeszcze jedną, zupełnie inną, także przypisywaną św. Tomaszowi. Zawiera ona opis życia lat dziecięcych Pana Jezusa. Stąd właśnie wzięły się średniowieczne legendy o ptaszkach, klejonych z gliny i ożywianych przez Pana Jezusa w zabawie z rówieśnikami itp.

    Święty Tomasz Apostoł

    Interesujący i oryginalny jest ostatni wymieniony wyżej apokryf – Dzieje Tomasza. Powstał on dopiero w wieku IV/V. Opisuje on podróż św. Tomasza do Indii w roli architekta na zaproszenie tamtejszego króla Gondafora. Zamiast jednak budować pałac królewski, św. Tomasz głosił Ewangelię, a pieniądze przeznaczone na budowę pałacu wydawał na ubogich. Na skutek jego nauk i cudów nawrócił się król i jego rodzina.
    Katolickie Indie czczą św. Tomasza jako swojego Apostoła. Około roku 52 po Chrystusie miał on wylądować na zachodnim wybrzeżu Malabaru i założyć tam siedem kościołów. Kiedy w roku 1517 Portugalczycy wylądowali w Mylapore, miano im pokazać grób Apostoła. Pamięć o Apostole zachowali tamtejsi chrześcijanie nestoriańscy. W Indiach jest również najgłośniejsze sanktuarium św. Tomasza Apostoła. Znajduje się ono na miejscu, gdzie według miejscowej tradycji Tomasz miał ponieść śmierć męczeńską. Miejsce to ma różne nazwy: Calamina (najczęściej spotykana), Thomas Mount (Góra Św. Tomasza), Madras, Maabar i Meliapore. Wszystkie te nazwy oznaczają jedną miejscowość: “Górę Św. Tomasza”, położoną na jednym z przedmieść Madrasu.
    Św. Tomasz jest patronem Indii, Portugalii, Urbino, Parmy, Rygi, Zamościa; architektów, budowniczych, cieśli, geodetów, kamieniarzy, murarzy, stolarzy, małżeństw i teologów.
    W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest jako młodzieniec (do XIII w. na Zachodzie, do XVIII w. na Wschodzie), później jako starszy mężczyzna w tunice i płaszczu. W prezentacji ikonograficznej powraca wątek “niewiernego” Tomasza. Atrybutami Świętego są: kątownica, kielich, księga, miecz, serce, włócznia, którą go przeszyto, zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    ŚWIĘTY TOMASZ APOSTOŁ

    Diego Velazquez: Święty Tomasz, olej na płótnie, 1618-1620

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej, 27.09.2006

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Kontynuując nasze spotkania z wybranymi bezpośrednio przez Jezusa dwunastoma apostołami, dzisiaj skupiamy uwagę na Tomaszu. Zawsze wymieniany w czterech spisach występujących w Nowym Testamencie, w pierwszych trzech Ewangeliach stawiany jest przy Mateuszu (por. Mt 10, 3; Mk 3, 18; Łk 6, 15), natomiast w Dziejach Apostolskich występuje obok Filipa (por. Dz 1, 13). Jego imię pochodzi od hebrajskiego rdzenia ta’am, co znaczy «parzysty, bliźniak». Istotnie, Ewangelia św. Jana wielokrotnie nazywa go przydomkiem «Didymos» (por. J 11, 16; 20, 24; 21, 2), co w języku greckim znaczy właśnie «bliźniak». Nie jest jasne, dlaczego otrzymał ten przydomek.

    Przede wszystkim czwarta Ewangelia dostarcza nam kilku informacji, kreślących pewne znaczące rysy jego osobowości. Pierwsza dotyczy zachęty, z jaką zwrócił się on do pozostałych apostołów, kiedy Jezus w krytycznym momencie swego życia postanowił udać się do Betanii, aby wskrzesić Łazarza, zbliżając się tym samym niebezpiecznie do Jerozolimy (por. Mk 10, 32). Wtedy to Tomasz powiedział do współuczniów: «Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć» (J 11, 16). Ta jego determinacja, by iść za Mistrzem, jest naprawdę przykładna i jest dla nas cenną nauką: ukazuje całkowitą gotowość przylgnięcia do Jezusa aż do utożsamienia własnego losu z Jego losem i pragnienia podzielenia z Nim najwyższej próby śmierci. Rzeczywiście, najważniejsze jest to, by nigdy nie oddalić się od Jezusa. Skądinąd Ewangelie używają słowa «pójść za» na oznaczenie, że gdzie On idzie, tam powinien pójść również Jego uczeń. Wtedy życie chrześcijańskie określane jest jako życie z Jezusem Chrystusem, życie, które spędza się razem z Nim. Św. Paweł pisze coś podobnego, kiedy zapewnia chrześcijan w Koryncie: «pozostajecie w sercach naszych na wspólną śmierć i wspólne z nami życie» (2 Kor 7, 3). To co zachodzi między apostołem i grupą chrześcijan, powinno oczywiście w pierwszym rzędzie odnosić się do relacji między chrześcijanami i Jezusem: razem umrzeć, razem żyć, przebywać w Jego Sercu, tak jak On przebywa w naszym.

    Drugie wystąpienie Tomasza widzimy podczas Ostatniej Wieczerzy. Wtedy to Jezus, zapowiadając swoje bliskie odejście, mówi, że idzie przygotować miejsce dla uczniów, by także oni byli tam, gdzie On, i dodaje: «Znacie drogę, dokąd Ja idę» (J 14, 4). Wtedy Tomasz reaguje słowami: «Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?» (J 14, 5). W rzeczywistości to pytanie Tomasza ukazuje raczej niski poziom jego rozumienia. Jednak te słowa stają się dla Jezusa okazją, by wypowiedzieć znaną formułę: «Ja jestem drogą i prawdą, i życiem» (J 14, 6). A zatem pierwotnie zostaje to objawione Tomaszowi, lecz to objawienie dotyczy nas wszystkich i w każdej epoce. Za każdym razem, kiedy słyszymy lub czytamy te słowa, możemy stanąć w duchu obok Tomasza i wyobrazić sobie, że Pan mówi również do nas, podobnie jak rozmawiał z nim. Jednocześnie jego pytanie daje także i nam prawo, jeśli tak można powiedzieć, proszenia Jezusa o wyjaśnienia. My często Go nie rozumiemy. Miejmy odwagę powiedzieć: nie rozumiem Cię, Panie, wysłuchaj mnie, pomóż mi zrozumieć. W ten sposób, ze szczerością, będącą prawdziwym sposobem modlitwy, rozmawiania z Jezusem, wyrażamy naszą znikomą zdolność pojmowania, a jednocześnie przyjmujemy pełną ufności postawę człowieka, który oczekuje światła i siły od Kogoś, kto może mu je dać.

    Bardzo znany i przysłowiowy wręcz jest epizod z niewiernym Tomaszem, który miał miejsce osiem dni po zmartwychwstaniu. Tomasz w pierwszej chwili nie wierzy, że Jezus ukazał się pod jego nieobecność, i mówi: «Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i ręki mojej nie włożę w bok Jego, nie uwierzę» (J 20, 25). W gruncie rzeczy z tych słów przebija przekonanie, że odtąd Jezus jest rozpoznawalny nie tyle z twarzy, lecz po ranach. Tomasz uważa, że oznakami określającymi tożsamość Jezusa są teraz przede wszystkim rany, które ukazują, do jakiego stopnia nas umiłował. Co do tego apostoł się nie myli. Jak wiemy, po ośmiu dniach Jezus znów pojawia się wśród uczniów, i tym razem Tomasz jest obecny. Jezus mówi mu: «Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż w mój bok, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym» (J 20, 27). Tomasz reaguje najwspanialszym wyznaniem wiary, jakie znajdujemy w całym Nowym Testamencie: «Pan mój i Bóg mój!» (J 20, 28). Św. Augustyn tak komentuje to zdarzenie: Tomasz «widział i dotykał człowieka, ale wyznawał swoją wiarę w Boga, którego nie widział ani nie dotykał. A to, co widział i czego dotykał, prowadziło go do wiary w to, w co do tej pory wątpił» (In Iohann., 121, 5). Ewangelista przytacza dalej ostatnie słowa Jezusa skierowane do Tomasza: «Uwierzyłeś dlatego, że Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli» (J 20, 29). To zdanie możemy wypowiedzieć również w czasie teraźniejszym: «Błogosławieni, którzy nie widzą, a wierzą». W każdym razie Jezus formułuje tu podstawową zasadę dla chrześcijan, którzy przyjdą po Tomaszu, a więc dla nas wszystkich. Warto zwrócić uwagę, jak inny Tomasz, wielki średniowieczny teolog z Akwinu, łączy tę formułę błogosławieństwa z inną formułą, pozornie przeciwną, przekazaną przez Łukasza: «Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie» (Łk 10, 23). Ale Akwinata komentuje: «O wiele większa jest zasługa tego, kto wierzy nie widząc, niż tego, kto wierzy widząc» (In Johann. XX lectio, VI, § 2566). Istotnie, List do Hebrajczyków, przywołując cały szereg starożytnych patriarchów biblijnych, którzy wierzyli w Boga, nie widząc spełnienia Jego obietnic, określa wiarę jako «porękę tych dóbr, których się spodziewamy, dowód tych rzeczywistości, których nie widzimy» (por. 11, 1). Epizod z apostołem Tomaszem jest dla nas ważny przynajmniej z trzech racji: po pierwsze, ponieważ nas umacnia, gdy doznajemy niepewności; po drugie, ponieważ pokazuje nam, że każda wątpliwość może prowadzić do jasnej odpowiedzi, wykraczającej ponad wszelkie niepewności; i wreszcie, ponieważ słowa skierowane do niego przez Jezusa przypominają nam o prawdziwym sensie dojrzałej wiary i zachęcają nas, byśmy pomimo trudności trwali na naszej drodze w bliskości z Nim.

    Ostatnia wzmianka o Tomaszu znajduje się w czwartej Ewangelii, przedstawiającej go jako świadka Zmartwychwstałego w późniejszym epizodzie cudownego połowu ryb w Jeziorze Tyberiadzkim (por. J 21, 2). Przy tej okazji wymieniony jest nawet zaraz po Szymonie Piotrze: jest to oczywisty znak, że Tomasz odgrywał znaczną rolę w środowisku pierwszych wspólnot chrześcijańskich. Istotnie, jego imieniem zostały później opatrzone Dzieje i Ewangelia Tomasza, obydwa teksty apokryficzne, ale w każdym razie ważne dla badania początków chrześcijaństwa. Przypomnijmy na koniec, że zgodnie ze starożytną tradycją, Tomasz najpierw głosił Ewangelię w Syrii i Persji (tak twierdzi Orygenes, cytowany przez Euzebiusza z Cezarei w: Hist. eccl., 3, 1), a następnie udał się aż do zachodnich Indii (por. Dzieje Tomasza, 1-2 i 17 nn.), skąd chrześcijaństwo dotarło potem do południowych Indii. W tej perspektywie misyjnej kończymy naszą refleksję, ufając, że przykład Tomasza będzie coraz bardziej umacniał naszą wiarę w Jezusa Chrystusa, naszego Pana i naszego Boga.

    Streszczenie katechezy w języku polskim, odczytane podczas audiencji generalnej:

    Dzisiejsza katecheza poświęcona jest apostołowi Tomaszowi. Ewangelie wspominają o kilku ważnych wydarzeniach, w których Tomasz uczestniczy osobiście. Św. Jan wspomina, że gdy Jezus wybierał się do Betanii w pobliżu Jerozolimy i groziło Mu już śmiertelne niebezpieczeństwo, Tomasz wezwał innych apostołów: «Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć». Wyraził w ten sposób całkowite oddanie i gotowość pójścia za Mistrzem nawet na śmierć. Podczas Ostatniej Wieczerzy, odpowiadając na pytanie Tomasza, Jezus wypowiedział znaną formułę: «Ja jestem drogą i prawdą, i życiem». W końcu to jemu po misterium Paschy Chrystus pokazał swoje rany na znak zmartwychwstania.

    Słowo Benedykta XVI do Polaków:

    Pozdrawiam pielgrzymów z Polski i z innych krajów. «Pan mój i Bóg mój!» — w tych słowach św. Tomasz daje świadectwo o zmartwychwstaniu Chrystusa. Przyjmujemy z wdzięcznością to wyznanie. Niech kształtuje naszą wiarę, umacnia nadzieję i rozpala miłość. Serdecznie wam błogosławię.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 1/2007/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 lipca

    Najświętsza Maryja Panna Kodeńska,
    Matka jedności

    Zobacz także:
      •  Święty Bernardyn Realino, prezbiter
      •  Najświętsza Maryja Panna Tuchowska
      •  Najświętsza Maryja Panna Licheńska
    ***
    Wizerunek Matki Bożej Kodeńskiej
    W Kodniu nad Bugiem (północno-wschodnia część województwa lubelskiego) znajduje się sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Kodeńskiej, Matki jedności. Opiekują się nim obecnie misjonarze oblaci Maryi Niepokalanej.
    W głównym ołtarzu kościoła znajduje się cudowny obraz Matki Bożej, który według tradycji został namalowany w VI w. przez św. Augustyna z Canterbury na prośbę papieża Grzegorza I jako kopia rzeźby Matki Bożej, która znajdowała się w jego prywatnej kaplicy. Papież postanowił podarować rzeźbę Leanderowi, arcybiskupowi Sewilli, który umieścił ją w sanktuarium w Guadalupe w Hiszpanii. Obraz natomiast pozostał w papieskiej kaplicy aż do czasów papieża Urbana VIII, gdy w 1630 roku miał go wykraść z Rzymu książę Mikołaj Sapieha, zwany Pobożnym. Skradziony obraz umieścił w kościele św. Anny w Kodniu, gdzie znajduje się do dziś.
    Te informacje nie znajdują jednak potwierdzenia w źródłach historycznych. Obraz został prawdopodobnie zakupiony w Hiszpanii przez Mikołaja Sapiehę podczas pielgrzymki. Wskazuje na to styl, typowy dla malarstwa hiszpańskiego XVII w.
    Obraz został ukoronowany 15 sierpnia 1723 roku przez biskupa łuckiego Stefana Rupniewskiego jako trzeci z kolei obraz Matki Bożej na prawie papieskim na ziemiach Rzeczypospolitej (po obrazie Matki Bożej Częstochowskiej i Matki Bożej Trockiej). W kwietniu 1875 r. kościół w Kodniu trafił w ręce prawosławnych, co sprawiło, że od sierpnia 1875 do września 1927 r. obraz znajdował się na Jasnej Górze, skąd przez Warszawę wrócił w dniach 3-4 września 1927 r. do Kodnia. W 1973 roku Paweł VI nadał świątyni w Kodniu tytuł bazyliki mniejszej. Rocznie pielgrzymuje tutaj ponad 200 tys. pielgrzymów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________

    W gościnie u troskliwej Matki. Karol Wojtyła i „wykradziony” obraz Pani Kodeńskiej

    Jan Paweł II i obraz Matki Bożej Kodeńskiej

    DyziO | Shutterstock; ZIHNIOGLU/SIPA/EAST NEWS

    ***

    „W Kodniu macie obraz, który należy do papieża” – wielokrotnie powtarzał Jan Paweł II.

    Sanktuarium w Kodniu było miejscem szczególnym w życiu Karola Wojtyły, a później Jana Pawła II. To tu znajduje się słynący cudami obraz Matki Boskiej, zwanej Królową i Matką Podlasia.

    Sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej

    Sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej jest jednym z najstarszych w Polsce. Znajduje się tutaj słynący cudami obraz Maryi z Dzieciątkiem.

    Wizerunek Madonny Gregoriańskiej sprowadził tu z Rzymu Mikołaj Sapieha w XVII w. Warto podkreślić, że 1 listopada 1946 r. Karol Wojtyła przyjął święcenia kapłańskie z rąk potomka Mikołaja Sapiehy, kard. Adama Sapiehy, metropolity krakowskiego.

    W 1723 r. obraz został koronowany koronami papieskimi. Była to trzecia taka uroczystość na ziemiach polskich. W sierpniu w Kodniu odbędą się obchody 300-lecia koronacji cudownego obrazu Matki Bożej Kodeńskiej z udziałem legata papieskiego.                                        

    Kardynał Wojtyła na Podlasiu

    W progach kodeńskiego sanktuarium trzykrotnie gościł kard. Karol Wojtyła. To on nadał Maryi tytuł Matki Jedności.

    Pierwsza z wizyt miała miejsce w 1963 r. w towarzystwie kard. Stefana Wyszyńskiego oraz bp. Jana Mazura. Drugi pobyt ówczesnego metropolity krakowskiego odbył się sześć lat później – 22 czerwca 1969 r. Wtedy w Kodniu zaplanowano centralne uroczystości związane ze 150-leciem diecezji siedleckiej. Na zaproszenie bp. Jana Mazura przybyli na nie dwaj kardynałowie: Wyszyński oraz Wojtyła.

    Przyszły następca św. Piotra przewodniczył obchodom 50. rocznicy powrotu Matki Bożej z wygnania w Częstochowie, które odbywały się w dniach 3-4 września 1977 r. Uroczystości zgromadziły 24 biskupów. Jako metropolita krakowski powiedział wówczas:

    Przed 50. laty pierwszy biskup odnowionej diecezji podlaskiej, w odrodzonej Rzeczypospolitej, sprowadził uroczyście Matkę Bożą Kodeńską na to miejsce, z którego została wygnana… ten powrót oznaczał jedność – jedność Kościoła Tę jedność Ona sprawia. Taka jest tajemnica tego kodeńskiego obrazu, który miał za sobą dziwną przeszłość.

    „Wykradziony” obraz

    Wojtyła wygłosił również kazanie, ukazujące Matkę Bożą Kodeńską jako Matkę Jedności Ludu Bożego: „Starajmy się jeszcze raz zrozumieć ten przedziwny czyn, który stał u początku dziejów Matki Bożej Kodeńskiej. Wedle zwyczajnych ludzkich sposobów rozumienia Mikołaj Sapieha, dziedzic Kodnia, zwany Pobożnym, dopuścił się bardzo niepobożnego czynu. Bez zezwolenia papieża Urbana VIII zabrał obraz z jego kaplicy. Można by powiedzieć: ukradł […]. Myślę, że darowała mu go sama Bogarodzica” – podkreślił.

    „Mikołaj Sapieha czuł ten szczególny duchowy proces, któremu koniecznie potrzebna była Matka – obecność matki, Matki, która jednoczy: Matki, która zna wszystkie swoje dzieci, bez względu na to czy mówią po polsku, czy mówią po rusku, czy mówią po litewsku. Zna je jako dzieci i jest im wspólną, jedną Matką. I oni przy Niej, przez Nią, stają się także jednym Kościołem, jedną owczarnią” – zaznaczył kardynał.

    Jako Jan Paweł II często wspominał kodeńskie sanktuarium. Spotykając polskich pielgrzymów żartował, że w Kodniu znajduje się obraz, który należy do papieża. Miało to być nawiązanie do legendy o sprowadzeniu wizerunku przez Mikołaja Sapiehę, spopularyzowanej przez powieść „Błogosławiona wina” Zofii Kossak-Szczuckiej.                      

    Ornat, naczynia liturgiczne i relikwie krwi

    W 1999 r., podczas pielgrzymki do ojczyzny papież Polak również nie zapomniał o Matce Bożej Podlasia.

    „Pozdrawiam wszystkich zgromadzonych na tej mszy świętej, cały Lud Boży Podlasia… Odżywają w tej chwili w moim sercu wspomnienia wcześniejszych spotkań z Kościołem siedleckim, zwłaszcza podczas obchodów Tysiąclecia Chrztu Polski w 1966 roku oraz jubileuszu 150-lecia diecezji, kiedy dane mi było sprawować Eucharystię w sapieżyńskim Kodniu, u stóp Matki Bożej Królowej Podlasia” – powiedział do wiernych w Siedlcach.

    Ojciec Święty podarował klasztorowi w Kodniu ornat ze Świętą Rodziną oraz naczynia liturgiczne – kielich i patenę. W sanktuarium są przechowywane i udostępniane do kultu relikwie jego krwi.

    Anna Gębalska-Berekets/Aletaia.pl

    źródła: koden.com.pl; oblaci.pl; przymierzezmaryja.pl; dziennikwschodni.pl.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bazylika i klasztor kodeński.

    Bazylika i klasztor kodeński.

    ***

    Uprowadzona Matka. U Matki Bożej Kodeńskiej

    Każda historia miłości ma swoje meandry. Jak i każda historia człowieka obdarowanego łaską, który pomimo głębokiej wiary w zrządzenia Boże szuka jednak własnych ścieżek.

    Ale tutaj cicho. Dobrze wyasfaltowaną drogą poruszają się rowerzyści. Miejscowi i przyjezdni. – No i znowu się widzimy! – śmieje się do znajomej przejeżdżającej obok starsza pani. – Tak, ale ja dzisiaj jeszcze tylko na pocztę i do domciu wracam – odpowiada zaczepiona. – W domu najlepiej – dodaje. Jest ósma trzydzieści rano. Zaczyna się robić gorąco. Światło słoneczne coraz mocniej ogrzewa mury bazyliki Matki Bożej Kodeńskiej i odbija się od dwóch złotych bani na dachu stojącej sto metrów dalej cerkwi. Jakieś trzysta metrów w drugą stronę biało-czerwony słupek graniczny. Dalej jest już Białoruś. Pomimo tej ciszy leniwego lipcowego poranka, braku fanfar, proporców i powodzi pielgrzymów wiem, że jestem w jednym z najważniejszych miejsc w Polsce. W Częstochowie Wschodu, jak nazywają Kodeń. Opiekę nad tym sanktuarium sprawują ojcowie oblaci. Nic dziwnego, przecież Maryję Niepokalaną mają w swojej nazwie. Gościnnie przyjmują nas w swoim domu zakonnym, gdzie pełno księży z całej Polski, którzy urlop coraz częściej spędzają, podróżując po wschodniej ścianie Polski. Nie dziwi mnie to ani trochę. Jest tu tyle urokliwych, pełnych spokoju miejsc, niezniszczonej przez człowieka natury oraz tyle duchowego bogactwa, że trudno z wypoczynkiem w tej części Polski konkurować nawet najbardziej wypasionym wczasom z palemką w tle. Kodeń jest na tej trasie przystankiem o podwyższonym standardzie. Madonna z Kodnia ukoronowana papieskimi koronami pięć lat po Maryi Jasnogórskiej.

    Madonna z Kodnia ukoronowana papieskimi koronami pięć lat po Maryi Jasnogórskiej.

    Madonna z Kodnia ukoronowana papieskimi koronami pięć lat po Maryi Jasnogórskiej.

    ***

    Historia pewnej miłości

    Nie tylko o piękno chodzi. Chociaż rzuca się ono w oczy natychmiast po przekroczeniu progu kościoła. Również o jakąś szczególną atmosferę… dramatu spełnionego? Wielkiej historii? A może miłości, którą można się tu zarazić? Pandemia zmieniła trochę oblicze Kodnia, jak słyszymy od goszczących nas zakonników. Mniej tu ludzi, jeszcze więcej ciszy… – Kościół św. Anny w Kodniu to bazylika mniejsza – opowiada o. Dariusz Malajka, proboszcz parafii św. Anny i zarazem kustosz sanktuarium, młody, pełen energii kapłan. Jest tu zaledwie od dwóch tygodni. Z pasją ujawnia szczegóły niezwykłej historii cudownego wizerunku. – Obraz Matki Bożej Kodeńskiej to drugi, po ikonie Czarnej Madonny, obraz ukoronowany papieskimi koronami – mówi. Faktycznie, przynajmniej mając na względzie współczesną mapę Polski. Ukoronowano go w roku 1723 i była to trzecia koronacja obrazu na terenach dawnej Polski (Jasna Góra – 1717 r., Troki k. Wilna – 1718 r. i Kodeń – 15 sierpnia 1723 r.). Historia tego niezwykłego wizerunku sięga jednak setek lat wstecz. I jest historią miłości, może zbyt nieuporządkowanej i butnej. Ale zawsze miłości. Do figury sportretowanej na obrazie.

    Ta historia sięga czasów Chrystusowych i prowadzi do św. Łukasza. Temu ewangeliście, jak wiadomo, przypisuje się talent plastyczny i stworzenie kilku co najmniej wizerunków Matki Bożej. Stworzenie, a nie namalowanie, ponieważ jest wśród tych wizerunków również figura. Cudowna figura, która ocaliła Konstantynopol w czasie długiego trzęsienia ziemi. „Przez siedem dni ziemia drżała, otwierając długie szczeliny, z których buchał dym i wydobywał się nieprzyjemny zapach siarki. W te szczeliny wpadały całe osady. Morze wystąpiło z brzegów, zalało przybrzeżne wsie. Nad głowami mieszkańców wisiały chmury popiołu. Ludzie szaleli ze strachu, krzyczeli jak obłąkani. Grzesznicy wyznawali publicznie swe winy, a gniew Boży nie ustawał” – kard. Barberini w dramatyczny sposób opisywał te wydarzenia Mikołajowi Sapiesze w powieści „Błogosławiona wina” Zofii Kossak. Interwencja Matki Bożej, której figurę niesiono w procesji, zakończyła kataklizm. Ponad sto lat później do Konstantynopola przysłano z Rzymu legata Grzegorza, przyszłego papieża, aby naprawił błędy teologiczne ówczesnego patriarchy. Grzegorz poznał tam hiszpańskiego biskupa Leandra, z którym połączyły go więzy przyjaźni. Patriarcha uznał swój błąd, a do Rzymu wraz z Grzegorzem popłynęła statua Maryi. Stąd jej pierwotna nazwa – Maryja Gregoriańska. Niedługo jednak przebywała w Rzymie, bo kiedy Leander śmiertelnie zachorował, Grzegorz przesłał mu ją jako najcenniejszy dar. Wcześniej jednak kazał namalować jej… portret. Zadanie to zlecił podobno samemu Augustynowi z Canterbury, przyszłemu świętemu. 

    Przytoczony przez Kossak-Szczucką opis dziejów kodeńskiego wizerunku ma charakter raczej legendarny. Źródła historyczne podają, że to sam Leander przybył do Rzymu i poprosił Grzegorza, by figurę Maryi podarował hiszpańskiemu opactwu benedyktyńskiemu w miejscowości Guadalupe. Stąd wywodzi się drugi tytuł czczonej dziś w Kodniu Madonny – Matka Boża z Guadalupe. Wątpliwe jest też namalowanie obrazu przez Augustyna, biorąc pod uwagę fakt, że użyto do tego farb olejnych. A może obecnie czczony w Kodniu wizerunek jest po prostu wierną kopią obrazu autorstwa św. Augustyna z Canterbury? W każdym razie obraz zasłynął cudami, m.in. podczas wielkiej zarazy w Rzymie, kiedy to sędziwy już papież Urban VIII, przypomniawszy sobie interwencję Matki Bożej w Konstantynopolu, nakazał nieść go w procesji ulicami Wiecznego Miasta. Jednym z tych cudów było uzdrowienie wówczas polskiego paladyna – Sapiehy.


    Mikołaj Sapieha postanowił wbrew woli papieża zabrać cudowny obraz do Polski.

    Mikołaj Sapieha postanowił wbrew woli papieża zabrać cudowny obraz do Polski.

    ***

    Ukradziony dar?

    „Znamy was, Polacy, znamy! Gorące serca, lotne umysły, szalone głowy i nad sobą ni żadnego pana! Wszystko po swojemu… Jak się komu widzi… Własnym sądem…” – kard. Barberini w powieści Szczuckiej dosadnie scharakteryzował nasze narodowe cechy. No cóż… w pewnym sensie wyprorokował wówczas, co naprawdę stanie się z cudownym wizerunkiem. Kiedy bowiem Sapiesze odmówiono pozwolenia na zabranie go do Polski, przekupił papieskiego zakrystiana i obraz najzwyczajniej ukradł. Pościg za nim na niewiele się zdał, obraz trafił w końcu do Kodnia. Sarmacka fantazja okupiona miała być potem kościelną karą, a sam Sapieha, nie mogąc wchodzić w tej sytuacji do świątyni, adorował ukochaną Madonnę… przez okno w prezbiterium. 

    Kodeńskie sanktuarium Matki Jedności to miejsce modlitwy o pojednanie. Z Bogiem, ludźmi i samym sobą.

    Kodeńskie sanktuarium Matki Jedności to miejsce modlitwy o pojednanie. Z Bogiem, ludźmi i samym sobą.

    ***

    Czy to faktycznie była błogosławiona wina? Grzech, który rozlał się obficie po to, by jeszcze obficiej wylać się mogła łaska? Zuchwałego Sarmatę po wiekach wziął w obronę sam kard. Karol Wojtyła, który rok przed objęciem Stolicy Piotrowej w swoim kazaniu na kodeńskiej kalwarii powiedział: – Kiedy dzisiaj gromadzimy się wobec wizerunku Matki Bożej Kodeńskiej, starajmy się jeszcze raz zrozumieć ten przedziwny czyn, który stał u początków Jej dziejów. Wedle zwyczajnych, ludzkich sposobów rozumienia Mikołaj Sapieha, dziedzic Kodnia zwany Pobożnym, dopuścił się bardzo niepobożnego czynu. Bez zezwolenia papieża Urbana VIII zabrał obraz z jego kaplicy. Można by powiedzieć: ukradł… Wydaje się jednak, że aby zrozumieć tę „błogosławioną winę”, trzeba uświadomić sobie, iż ten obraz, zanim został wzięty, był mu w jakiś sposób darowany. Nie przez papieża Urbana VIII. Myślę, że darowała mu go sama Bogarodzica. Cerkwie nieopodal kościoła. Kodeń, jak całe Podlasie, jest krainą współistnienia i współdziałania chrześcijan różnych wyznań.

    Cerkwie nieopodal kościoła. Kodeń, jak całe Podlasie, jest krainą współistnienia i współdziałania chrześcijan różnych wyznań.

    Cerkwie nieopodal kościoła. Kodeń, jak całe Podlasie, jest krainą współistnienia i współdziałania chrześcijan różnych wyznań.

    ***

    No cóż… Dwóch papieży, których – historycznie rzecz ujmując – dzieliły wieki, pewnie jakoś sobie to teraz poukładało. Niech mi Szanowny Czytelnik wybaczy humorystyczne potraktowanie tematu, ale wpatrując się w zarys kodeńskiej bazyliki o zachodzie słońca, śmiałem się w duchu, wyobrażając sobie, jak ci dwaj następcy Piotra spotkali się w niebie… 

    Kaplica Matki Bożej zbudowana na fundamentach dawnego arsenału zamkowego.

    Kaplica Matki Bożej zbudowana na fundamentach dawnego arsenału zamkowego.

    ***

    Żebraczy chleb

    Przyszły papież Jan Paweł II, zanim wypowiedział te słowa z klasztornego balkonu, długo patrzył w kierunku wschodnim. Nazywają dzisiaj ten balkon „papieskim”. Papież zamyślił się, po czym wykonał gest błogosławieństwa. Czy miał już wówczas przeczucie, że niebawem historia za jego sprawą ulegnie dramatycznym przemianom? Że Wschód i Zachód zupełnie inaczej określą swoją tożsamość? Trudno spekulować. Wschodni rys mocno jest jednak w Kodniu widoczny. To Podlasie przecież, trudno się dziwić. Pogodne. I… pogodzone ze swoją historią. Nawet Chrystus na krzyżu w innej kodeńskiej świątyni – kościele Świętego Ducha, gdzie w Godzinie Miłosierdzia ludzie odmawiają Koronkę do Miłosierdzia Bożego, uśmiecha się… jak przez sen. A przecież wisi na krzyżu.

    W znajdującej się nieopodal kalwarii Pijalni Wody „U Sapiehy” częstują nas miętówką sarmacką. – Co to za kalwaria, jeśli tu nie ma góry? – pytam Krystynę Krótkiewicz. W jednej ręce dzierży przyłbicę, nie rycerską, co prawda, ale tę ochronną, „pandemiczną”, z drugiej zwisa różaniec. – Jest małe wzniesienie i jest za to ogród. W kształcie róży! – odpowiada pani Krystyna i zaprasza do środka, do pijalni. A tam… podlaskie specjały. Zioła, miody, lizaki z miodu i malin, pieczywo… Pani Krystyna częstuje podpłomykiem. – To wersja „żebracza” – śmieje się. – Z żytniej mąki, ciemnej – dodaje. Ale są też „szlacheckie”, z mąki białej.
    Kosztuję czarnego podpłomyka. Jest pyszny i zapewne o wiele lepszy od tego dla szlachty. Gorąca, słodka miętówka smakuje wybornie, nawet pomimo upału.

    Ziemia krwią płynąca

    Wchodzimy do „martyrologium” znajdującego się w tym samym budynku. Jeszcze nie do końca zorganizowane, ale już robiące wrażenie. Zofia Sacharczuk, przewodniczka po Kodniu, pokazuje figury autorstwa Tadeusza Niewiadomskiego. Katyń: drut kolczasty i przestrzelona czaszka. Głowa Jezusa. Ojciec Maksymilian z wyciągniętą w górę, nienaturalnie długą ręką. Wszystko, co z męczeństwem Polaków i Polski związane. Mocne. Przerysowane. Tragiczne… Jakby ktoś w ten zakątek Polski, tak bardzo przaśny i spokojny, rzucił ziarno historycznego dramatu. Słusznie, bo przecież historia tej ziemi też była dramatyczna. „Miasteczko Kodeń, z przyległymi wioskami, liczące około 4000 parafian unickich, w roku 1874 i 1875 przez 3 miesiące blisko kąpało się we krwi własnej (…). Smagano parafian kodeńskich rózgami na placach publicznych i batożono nahajkami kozackimi” – napisał ks. J. Pruszkowski w wydanej w 1917 r. w Lublinie książce „Martyrologium, czyli męczeństwo Unii na Podlasiu”. Za co te rózgi, batogi i kąpiel we krwi własnej? „Za upór i nieprzyjęcie prawosławia, a więc za bunt przeciw woli cara”.

    Uśmiechnięty Ukrzyżowany w kościele Ducha Świętego.

    Uśmiechnięty Ukrzyżowany w kościele Ducha Świętego.

    ***

    Powrót Królowej

    Kara spotkała także kościół, z którego zabrano obraz i pod eskortą przewieziono na Jasną Górę. „Kozacy otoczyli wóz” – relacjonował później bp Przeździecki. Wierni rzucili się pod nogi koniom. To był najbardziej dramatyczny dzień w dziejach Kodnia, rozpoczynający przy tym niezwykle interesujący okres w historii maryjnego wizerunku, do którego Podlasiacy pielgrzymować nie przestali, a który ostatecznie znalazł się w Warszawie. Po renowacji wystawiony w Zamku Królewskim, stał się świadkiem przekazania biretu kardynalskiego ówczesnemu nuncjuszowi apostolskiemu w Polsce, Wawrzyńcowi Lauriemu, przez prezydenta Ignacego Mościckiego. To był pierwszy krok „tryumfalnego powrotu” Maryi, Królowej Polski, jak napisał bp Przeździecki. To był powrót zaprawdę królewski. Uroczystości transmitowało Polskie Radio. Wieczorem 3 września 1927 roku Matka Boża Kodeńska wkroczyła do Kodnia. I tam już pozostała.

    Babka Jezusa, św. Anna, patronuje parafii i świątyni.

    Babka Jezusa, św. Anna, patronuje parafii i świątyni.

    ***


    Wieczorną porą światła w kościele św. Anny nie gasną. We wnętrzu panuje lekki półmrok. Ludzie zaczynają zapełniać ławki. Niebawem, o 21.00, obraz zostanie zasłonięty. Patrzymy na twarz Maryi Gregoriańskiej, dopóki zupełnie nie zniknie za zasłoną. Jest piękna. Spokojna, cicha… Posągowa? Kto wie? Jedno jest pewne: można się zakochać. I zrozumieć szalonego Sarmatę porywającego Ukochaną do Polski. Uśmiecham się na wspomnienie kanonu naszego kościelnego kodeksu prawa, który mówi, że małżeństwo z porwaną kobietą nie może być ważnie zawarte. Bo przecież porwać Matkę po to, by mieć Ją nieustannie przy sobie, to coś zupełnie innego, prawda? •

    ks. Adam Pawlaszczyk/fot. Roman Koszowski/Gość NIedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    1 lipca

    Najdroższej Krwi Jezusa Chrystusa

    Zobacz także:
      •  Święty Otton z Bambergu, biskup
      •  Święty Teobald z Provins, pustelnik
      •  Błogosławiony Jan Nepomucen Chrzan, prezbiter i męczennik
    ***
    Do czasu reformy kalendarza liturgicznego po Soborze Watykańskim II w dniu 1 lipca obchodzona była uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa. Obecnie obchód ten został w Kościele powszechnym złączony z uroczystością Najświętszego Ciała Chrystusa (zwaną popularnie Bożym Ciałem), zachował się jedynie – na zasadzie pewnego przywileju – w zgromadzeniach Księży Misjonarzy i Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa.

    Najdroższa Krew Chrystusa

    Do dziś istnieją kościoły pod wezwaniem Najdroższej Krwi Chrystusa. Jak Boże Ciało jest rozwinięciem treści Wielkiego Czwartku, tak uroczystość Najdroższej Krwi Jezusa była jakby przedłużeniem Wielkiego Piątku. Ustanowił ją dekretem Redempti sumus w roku 1849 papież Pius IX i wyznaczył to święto na pierwszą niedzielę lipca. Cały miesiąc był poświęcony tej tajemnicy. Papież św. Pius X przeniósł święto na dzień 1 lipca. Papież Pius XI podniósł je do rangi świąt pierwszej klasy (1933) na pamiątkę dziewiętnastu wieków, jakie upłynęły od przelania za nas Najświętszej Krwi.
    Szczególnym nabożeństwem do Najdroższej Krwi Pana Jezusa wyróżniał się św. Kasper de Buffalo, założyciel osobnej rodziny zakonnej pod wezwaniem Najdroższej Krwi Pana Jezusa (+ 1837). Misjonarze Krwi Chrystusa mają swoje placówki także w Polsce. Od roku 1946 pracują w Polsce także siostry Adoratorki Krwi Chrystusa, założone przez św. Marię de Mattias. Gorącym nabożeństwem do Najdroższej Krwi wyróżniał się także papież św. Jan XXIII (+ 1963). On to zatwierdził litanię do Najdroższej Krwi Pana Jezusa, a w liście Inde a primis z 1960 r. zachęcał do tego kultu.
    Nabożeństwo ku czci Krwi Pańskiej ma uzasadnienie w Piśmie świętym, gdzie wychwalana jest krew męczenników, a przede wszystkim krew Jezusa Chrystusa. Po raz pierwszy Pan Jezus przelał ją przy obrzezaniu. W niektórych kodeksach w tekście Ewangelii według świętego Łukasza można znaleźć informację, że podczas modlitwy w Ogrodzie Oliwnym pot Jezusa był jak krople krwi (zob. Łk 22, 44). Nader obficie płynęła ona przy biczowaniu i koronowaniu cierniem, a także przy ukrzyżowaniu. Kiedy żołnierz przebił Jego bok, “natychmiast wypłynęła krew i woda” (J 19, 24).
    Serdeczne nabożeństwo do Krwi Pana Jezusa mieli święci średniowiecza. Połączone ono było z nabożeństwem do Ran Pana Jezusa, a zwłaszcza do Rany Jego boku. Wyróżniali się tym nabożeństwem: św. Bernard (+ 1153), św. Anzelm (+ 1109), bł. Gueryk d’Igny (+ 1160) i św. Bonawentura (+ 1270). Dominikanie w piątek po oktawie Bożego Ciała, chociaż nikt nie spodziewał się jeszcze, że na ten dzień zostanie kiedyś ustanowione święto Serca Pana Jezusa, odmawiali oficjum o Ranie boku.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________

    Krew Chrystusa jest rękojmią miłości Boga

    Rozważanie Benedykta XVI przed modlitwą “Anioł Pański” 5.07.2009

    Drodzy bracia i siostry!

    W przeszłości pierwsza niedziela lipca związana była z nabożeństwem do Najdroższej Krwi Chrystusa. Kilku moich czcigodnych poprzedników zatwierdziło to nabożeństwo, a bł. Jan xxiii w Liście apostolskim Inde a primis (30 czerwca 1960 r.) wyjaśnił jego sens i zaaprobował litanię. Temat krwi, związany z tematem Baranka paschalnego, ma w Piśmie Świętym pierwszorzędne znaczenie. Pokropienie krwią zwierząt złożonych w ofierze przedstawiało i ustanawiało w Starym Testamencie przymierze Boga z ludem, jak czytamy w Księdze Wyjścia: «Mojżesz wziął krew i pokropił nią lud, mówiąc: ‘Oto krew przymierza, które Pan zawarł z wami na podstawie wszystkich tych słów’» (Wj 24, 8).

    Do tej formuły Jezus nawiązuje wyraźnie podczas Ostatniej Wieczerzy, kiedy podając kielich uczniom, mówi: «To jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów» (Mt 26, 28). I rzeczywiście, od biczowania po przebicie boku po śmierci na krzyżu, Chrystus przelał całą swoją krew jako prawdziwy Baranek, ofiarowany za powszechne odkupienie. O zbawczej wartości Jego krwi Nowy Testament mówi w wielu miejscach. W tym Roku Kapłańskim wystarczy przytoczyć piękny fragment Listu do Hebrajczyków: «Chrystus (…) ani nie przez krew kozłów i cielców, lecz przez własną krew wszedł raz na zawsze do Miejsca Świętego i osiągnął wieczne odkupienie. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi skrapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu?» (9, 11-14). Drodzy bracia, napisane jest w Księdze Rodzaju, że krew Abla, zabitego przez swego brata Kaina, głośno woła z ziemi do Boga (por. 4, 10). Niestety, tak jak w przeszłości, dziś również słychać to wołanie, bo ludzka krew wciąż jest przelewana na skutek przemocy, niesprawiedliwości i nienawiści. Kiedy ludzie pojmą, że życie jest święte i należy wyłącznie do Boga? Kiedy zrozumieją, że wszyscy jesteśmy braćmi? Na rozlegające się we wszystkich częściach ziemi wołanie, spowodowane przez przelew krwi, Bóg odpowiada krwią swego Syna, który za nas oddał życie. Chrystus na zło odpowiedział nie złem, lecz dobrem, swoją nieskończoną miłością. Krew Chrystusa jest rękojmią wiernej miłości Boga do ludzkości. Patrząc na rany Ukrzyżowanego, każdy człowiek, nawet w warunkach największej nędzy moralnej, może powiedzieć: Bóg mnie nie opuścił, kocha mnie, oddał za mnie życie, i to pozwala mu odzyskać nadzieję. Niech Maryja Dziewica, która pod krzyżem razem z apostołem Janem otrzymała testament krwi Jezusa, pomoże nam odkrywać bezcenne bogactwo tej łaski, z poczuciem głębokiej i wiecznej wdzięczności….

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 10/2009/Opoka.pl

    ________________________________________________________________________

    Homilia Benedykta XVI podczas Mszy św. w katedrze westminsterskiej pw. Przenajdroższej Krwi Jezusa Chrystusa – 18 września 2010 — Londyn

    Drodzy przyjaciele w Chrystusie!

    Pozdrawiam was wszystkich z radością w Panu i dziękuję za gorące przyjęcie. Jestem wdzięczny abpowi Nicholsowi za słowa powitania, wypowiedziane w waszym imieniu. Podczas tego spotkania Następcy Piotra z wiernymi w Wielkiej Brytanii prawdziwie «serce mówi do serca», kiedy radujemy się w miłości Chrystusa i w naszym wspólnym wyznawaniu wiary katolickiej, która została nam przekazana przez apostołów. Bardzo się cieszę, że nasze spotkanie odbywa się w tej katedrze Przenajdroższej Krwi, która jest znakiem odkupieńczej Bożej miłości, wylanej na świat przez mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jego Syna, naszego Pana Jezusa Chrystusa. W szczególny sposób pozdrawiam arcybiskupa Canterbury, który zaszczycił nas swoją obecnością.

    Na człowieku odwiedzającym tę katedrę wielkie wrażenie musi robić górujący nad nawą wielki krzyż, na którym jest ciało Chrystusa, umęczone, cierpiące i obolałe; śmierć tej niewinnej ofiary pojednała nas z Ojcem i dała nam uczestnictwo w życiu samego Boga. Rozpostarte ramiona Pana zdają się ogarniać cały ten kościół, unosząc do Ojca zastępy wszystkich wiernych, którzy gromadzą się wokół ołtarza Ofiary eucharystycznej i mają udział w jej owocach. Ukrzyżowany Pan jest ponad nami i przed nami jako źródło naszego życia i zbawienia, «arcykapłan dóbr przyszłych», jak nazywa Go autor Listu do Hebrajczyków w dzisiejszym pierwszym czytaniu (Hbr 9, 11).

    W cieniu, jeśli można tak powiedzieć, tego uderzającego wizerunku pragnę rozważyć Słowo Boże, które było czytane wśród nas, a także zastanowić się nad tajemnicą Najdroższej Krwi. Ta tajemnica pozwala nam bowiem dostrzec jedność ofiary Chrystusa na krzyżu, Ofiary eucharystycznej, którą On dał swemu Kościołowi, i Jego wiecznego kapłaństwa, na mocy którego, siedząc po prawicy Ojca, nieustannie wstawia się za nami, członkami Jego Mistycznego Ciała.

    Zacznijmy od ofiary krzyżowej. Wylana Krew Chrystusa jest źródłem życia Kościoła. Jak wiemy, św. Jan widzi w krwi i wodzie, która wypłynęła z ciała naszego Pana, źródło boskiego życia, które jest darem Ducha Świętego, przekazywanym nam w sakramentach (J 19, 34; por. 1 J 1, 7; 5, 6-7). List do Hebrajczyków «uwydatnia», że tak powiem, liturgiczne implikacje tej tajemnicy. Poprzez swoje cierpienie i śmierć, swoje samoofiarowanie się w wiecznym Duchu Jezus stał się naszym Najwyższym Kapłanem i «pośrednikiem Nowego Przymierza» (Hbr 9, 15). Słowa te nawiązują do słów samego Pana Jezusa, wypowiedzianych w czasie Ostatniej Wieczerzy, kiedy ustanowił Eucharystię jako sakrament swego Ciała, wydanego za nas, i swojej Krwi nowego i wiecznego przymierza, przelanej na odpuszczenie grzechów (por. Mk 14, 24; Mt 26, 28; Łk 22, 20).

    Wierny poleceniu Chrystusa: «to czyńcie na moją pamiątkę!» (Łk 22, 19), Kościół w każdym miejscu i czasie, sprawując Eucharystię, aż do chwili, kiedy Pan powróci w chwale, raduje się Jego sakramentalną obecnością i czerpie moc z Jego zbawczej ofiary, złożonej na odkupienie świata. Realność Ofiary eucharystycznej zawsze stanowiła centralny element wiary katolickiej; podawana w wątpliwość w XVI w., została uroczyście potwierdzona na Soborze Trydenckim, w kontekście naszego usprawiedliwienia w Chrystusie. Jak wiemy, tu w Anglii wielu ludzi ofiarnie broniło Mszy św., niejednokrotnie płacąc za to wysoką cenę. Zapoczątkowali oni nabożeństwo do Najświętszego Sakramentu, które znamionuje katolicyzm na tych wyspach.

    Ofiara eucharystyczna Ciała i Krwi Chrystusa zawiera z kolei tajemnicę nieustannie trwającej męki naszego Pana w członkach Jego Mistycznego Ciała — Kościoła, w każdym czasie. Wielki krzyż, który góruje tutaj ponad nami, służy jako przypomnienie, że Chrystus, nasz wiekuisty Najwyższy Kapłan, codziennie włącza nasze ofiary, cierpienia, potrzeby, nadzieje i pragnienia w nieskończone zasługi swojej własnej ofiary. Przez Niego, z Nim i w Nim oddajemy nasze własne ciała na ofiarę świętą i miłą Bogu (por. Rz 12, 1). W tym sensie zostajemy włączeni w Jego wiekuistą ofiarę, dopełniając, jak mówi św. Paweł, w naszym ciele braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół (Kol 1, 24). W życiu Kościoła, jego doświadczeniach i udrękach, Chrystus, zgodnie z surowymi słowami Pascala, wciąż kona aż do skończenia świata (Pensées, 553, éd. Brunschvicg).

    Ten aspekt tajemnicy Najdroższej Krwi Chrystusa we wszystkich epokach ukazany jest w sposób najbardziej wymowny przez męczenników, którzy pili z tego samego kielicha, z którego pił sam Chrystus, i których krew, wylana w zjednoczeniu z Jego ofiarą, daje Kościołowi nowe życie. Znajduje on swoje odbicie w naszych braciach i siostrach na całym świecie, którzy nawet teraz cierpią dyskryminację i prześladowania za swą wiarę chrześcijańską. Obecny jest też, często w sposób ukryty, w cierpieniu wszystkich tych pojedynczych chrześcijan, którzy codziennie łączą swoją ofiarę z ofiarą Chrystusa, w intencji uświęcenia Kościoła i zbawienia świata. W sposób szczególny ogarniam myślą tych, którzy duchowo uczestniczą w tej Eucharystii, a w szczególności ludzi chorych, starych, niepełnosprawnych i tych, którzy cierpią psychicznie i duchowo.

    Mam tu także na myśli ogromne cierpienia spowodowane przez nadużycia wobec dzieci, zwłaszcza popełnione w Kościele i przez jego duchownych. Przede wszystkim pragnę powiedzieć niewinnym ofiarom tych strasznych zbrodni, że głęboko nad tym ubolewam i mam nadzieję, że moc Chrystusowej łaski i Jego ofiara pojednania przyniosą głębokie uzdrowienie i pokój w ich życiu. Przyznaję też, wraz z wami, że wszyscy doznaliśmy wielkiego wstydu i upokorzenia z powodu ich grzechów; i zachęcam was, byście ofiarowali to cierpienie Panu, ufni, że ta kara przyczyni się do uleczenia osób pokrzywdzonych, oczyszczenia Kościoła i odnowienia jego wielowiekowego zaangażowania w kształcenie i wychowanie młodych ludzi. Jestem wdzięczny za wysiłki mające na celu rozwiązanie tego problemu w sposób odpowiedzialny i proszę was wszystkich o otoczenie opieką pokrzywdzonych i solidarność z waszymi kapłanami.

    Drodzy przyjaciele, powróćmy do rozważań nad wielkim krzyżem, który góruje tu nad nami. Rozpostarte na krzyżu ręce naszego Pana pobudzają nas także do zastanowienia się nad naszym udziałem w Jego wiecznym kapłaństwie, a tym samym nad naszą odpowiedzialnością, jako członków Jego Ciała, za niesienie mocy pojednania, płynącej z Jego ofiary, światu, w którym żyjemy. Sobór Watykański II wyraźnie mówi, że wierni świeccy odgrywają niezastąpioną rolę w misji Kościoła, gdy dążą do tego, by stać się zaczynem Ewangelii w społeczeństwie i przyczyniać do szerzenia królestwa Bożego w świecie (por. Lumen gentium, 31; Apostolicam actuositatem, 7). Apel Soboru do wiernych świeckich, by urzeczywistniali swoje powołanie, otrzymane w chrzcie, do współuczestniczenia w misji Chrystusa, był odbiciem idei i nauczania Johna Henry’ego Newmana. Niech głębokie myśli tego wielkiego Anglika nadal inspirują wyznawców Chrystusa w tym kraju do upodabniania się poprzez każdą myśl, każde słowo i czyn do Chrystusa, a także do wytrwałych działań w obronie tych niezmiennych prawd moralnych, które — rozwinięte, wyjaśnione i potwierdzone przez Ewangelię — stanowią fundament prawdziwie ludzkiego, sprawiedliwego i wolnego społeczeństwa.

    Jak bardzo potrzebuje tego świadectwa współczesne społeczeństwo! Jak bardzo potrzebujemy, w Kościele i społeczeństwie, świadków piękna świętości, świadków blasku prawdy, świadków wolności i radości płynącej z żywej więzi z Chrystusem! Jedno z naszych największych wyzwań dnia dzisiejszego polega na tym, by znaleźć przekonujący sposób mówienia o mądrości i wyzwalającej mocy Słowa Bożego światu, który tak często postrzega Ewangelię jako ograniczenie ludzkiej wolności, nie zaś jako prawdę, która wyzwala nasze umysły i dodaje blasku naszym dążeniom, by mądrze i dobrze żyć, zarówno jako poszczególne osoby jak i członkowie społeczeństwa.

    Módlmy się zatem, by katolicy w tym kraju byli coraz bardziej świadomi swej godności ludu kapłańskiego, powołanego do poświęcania świata Bogu poprzez święte i pełne wiary życie. Niech tej rosnącej gorliwości apostolskiej towarzyszy żarliwa modlitwa o powołania do kapłaństwa służebnego. Im bardziej bowiem rozwija się apostolstwo świeckich, tym mocniej odczuwana jest potrzeba księży, a im bardziej pogłębia się poczucie własnego powołania wśród samego laikatu, tym bardziej to, co wyróżnia księdza, staje się widoczne. Oby wielu młodych ludzi w tym kraju znalazło siłę, by odpowiedzieć na Boże powołanie do posługi kapłańskiej, poświęcając swe życie, energię i zdolności Panu, i w ten sposób budować powierzony sobie lud w jedności i wierności Ewangelii, zwłaszcza poprzez sprawowanie Ofiary eucharystycznej.

    Drodzy przyjaciele, w tej katedrze Przenajdroższej Krwi zachęcam was raz jeszcze, byście spojrzeli na Chrystusa, który przewodzi nam w wierze i ją wydoskonala (por. Hbr 12, 2). Proszę was, byście jeszcze pełniej zjednoczyli się z naszym Panem, poprzez współuczestnictwo w Jego ofierze krzyża i oddawanie Mu «duchowej czci» (Rz 12, 1), która obejmuje każdy aspekt naszego życia i znajduje wyraz w naszych wysiłkach, by przyczyniać się do nadejścia Jego królestwa. Modlę się, byście postępując w ten sposób, dołączyli do grona wiernych wyznawców Chrystusa, którzy żyli w tym kraju na przestrzeni całej jego długiej chrześcijańskiej historii, budując społeczeństwo prawdziwie godne człowieka, godne waszych najlepszych narodowych tradycji.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 11/2010/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – lipiec 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    _________________________________________________________________________________

    W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00

    NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ W MIESIĄCU LIPCU ŚPIEWAMY LITANIĘ DO NAJDROSZEJ KRWI CHRYSTUSOWEJ. W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17-tej. Chętni bardzo mile widziani.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLENEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W KAŻDĄ TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM. NA POCZĄTKU SPOTKANIA O GODZ. 10.00 ŚPIEWAMY GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY A NA ZAKOŃCZENIE – W POŁUDNIE – MODLITWA NA ANIOŁ PAŃSKI.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I MSZA ŚWIĘTA O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA O GODZ. 5.00.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć w Liturgii Mszy świętej

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski/Kai

    ***

    W roku liturgicznym niektóre święta i uroczystości mają stałe daty – tak jak Boże Narodzenie 25 grudnia. Są również święta i uroczystości, których daty przypadają w różnych dniach kolejnego roku – tak jak  Wielkanoc, czy Uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    Dla przypomnienia podaję listę świąt i uroczystości w 2024 roku:

    1 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (sobota) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    31 marca (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    12 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    19 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    30 maja (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (czwartek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (piątek) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (środa) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2024 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęcają jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:

    2 lutego (piątek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (wtorek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    1 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    8 kwietnia (poniedziałek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    20 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (sobota) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    9 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (czwartek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika


    Adwent w 2024 roku rozpocznie się 1 grudnia.

    _______________________________________________________________________________________

    V przykazań kościelnych

    Przykazania kościelne wyznaczają normy postępowania, które ustanawia Kościół Katolicki. Dotyczą one uczestniczenia w życiu Kościoła, a zwłaszcza w liturgii.

    1. W niedziele i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych.

    2. Przynajmniej raz w roku przystąpić do Sakramentu Pokuty.

    3. Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię świętą.

    4. Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w czasie Wielkiego Postu powstrzymywać się od udziału w zabawach.

    5. Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła.

    ____________________________________

    W niedziele i w święta wierni nie powinni wykonywać prac, które utrudniają oddawanie czci Bogu, przeżywania radości właściwej dniowi świątecznemu i korzystania z należytego odpoczynku duchowego i fizycznego.

    Zgodnie z drugim przykazaniem kościelnym każdy wierny powinien przynajmniej raz w roku przystąpić do spowiedzi św.

    5 warunków dobrej spowiedzi świętej:

    • Rachunek sumienia.
    • Żal za grzechy.
    • Mocne postanowienie poprawy.
    • Szczera spowiedź
    • Zadość uczynienie Panu Bogu i Bliźniemu.

    Okres Wielkanocny w trzecim przykazaniu obejmuje czas od Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego do Niedzieli Zesłania Ducha Świętego.

    Co do czwartego przykazania – wszyscy wierni obowiązani są czynić pokutę. Dla wyrażenia tej pokutnej formy pobożności chrześcijańskiej Kościół ustanowił dni i okresy pokuty. W tym czasie chrześcijanin powinien szczególnie praktykować czyny pokutne służące nawróceniu serca, co jest istotą pokuty w Kościele. Powstrzymywanie się od zabaw pomaga w opanowaniu instynktów i sprzyja wolności serca.

    • Czynami pokutnymi są: modlitwa, jałmużna, uczynki pobożności i miłości, umartwianie przez wierniejsze pełnienie obowiązków, wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post.
    • Czasem pokuty w Kościele są poszczególne piątki całego roku i czas Wielkiego Postu.
    • Wstrzemięźliwość obowiązuje wszystkich, którzy ukończyli 14 rok życia we wszystkie piątki i Środę Popielcową.
    • Post ścisły obowiązuje w Środę Popielcową i w Wielki Piątek wszystkich między 18 a 60 rokiem życia.
    • Uzasadniona niemożliwość zachowania wstrzemięźliwości w piątek domaga się od chrześcijanina podjęcia innych form pokuty.
    • Powstrzymywanie się od zabaw obowiązuje we wszystkie piątki i w czasie Wielkiego Postu.

    _______________________________________________________________________________________

    Dnia 12 lipca 2024 roku ustawa o mordowaniu dzieci została odrzucona przez Sejm zaledwie trzema glosami. Fundacja Życie i Rodzina dziękuje wszystkim, którzy wspierali komisję do spraw aborcji poprzez modlitwę i wpływanie na posłów, aby głosowali za życiem.

    DLA PRZYPOMNIENIA DLA TYCH, KTÓRZY PRZYSTĘPUJĄ DO KOMUNII ŚW. MIMO, ŻE ZGADZAJĄ SIĘ NA ZABIJANIE DZIECI W ŁONIE MATEK:

    Zgodnie z kan. 1364 §1 PRAWA KANONICZNEGO KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO, ekskomunice „latae sententiae” – wiążącej mocą samego prawa podlegają katolicy odstępujący od prawd wiary, heretycy lub schizmatycy. W Encyklice „Evangelium vitae” św. Jan Paweł II napisał: „Dlatego mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami […]  oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na Słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne”. Oznacza to więc, że aprobowanie aborcji jest odstąpieniem od prawdy katolickiej wiary.

    __________________________________________________________________________________________________________

    W LIPCOWY MIESIĄC KOŚCIÓŁ ZACHĘCA NAS DO MEDYTOWANIA NAD NAJŚWIĘTSZĄ KRWIĄ CHRYSTUSA

    Dziś zaczyna się lipiec, miesiąc, który zgodnie z ludową tradycją poświęcony jest kontemplacji Najświętszej Krwi Chrystusa, niezgłębionej tajemnicy miłości i miłosierdzia.

    W dzisiejszej liturgii apostoł Paweł w Liście do Galatów stwierdza, że «ku wolności wyswobodził nas Chrystus» (Ga 5, 1). Ta wolność ma bardzo wysoką cenę: jest nią życie, krew Odkupiciela. Tak! Krew Chrystusa jest ceną, którą Bóg zapłacił, aby wyzwolić ludzkość z niewoli grzechu i śmierci.

    Krew Chrystusa jest niezbitym dowodem miłości niebieskiego Ojca do każdego człowieka, bez żadnego wyjątku.

    Wszystko to bardzo jasno wyraził św. Jan XXIII, który otaczał Krew Pańską wielkim nabożeństwem, wyniesionym z domu, gdzie słyszał w dzieciństwie, jak rodzina odmawiała litanie jej poświęcone. Jako papież napisał list apostolski wzywający do krzewienia tego kultu (Inde a primis, 30 czerwca 1959 r.) i zachęcił wiernych do rozważania nieskończonej wartości tej Krwi, «której jedna kropla może wybawić cały świat od wszelkiej winy» (hymn Adoro Te devote).

    (z rozważania św. Jana Pawła II przed modlitwą “Anioł Pański” – 1.07.2001)

    ***

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1616663031.jpg
    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Lita­nia do Naj­droż­szej Krwi Chrystusa

    Kyrie, eleison, Chrysteeleison, Kyrieeleison.
    Chryste
    , usłysz nas, Chrystewysłuchaj nas,
    Ojcze z nieba, Boże
    zmiłuj się nad nami
    Synu, Odkupicielu świata, Boże, 
    zmiłuj się nad nami
    Duchu Święty, Boże
    , zmiłuj się nad nami
    Święta Trójco, Jedyny Boże
    , zmiłuj się nad nami

    Krwi Chrystusa, Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wcielonego Słowa Bożego
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, nowego i wiecznego Przymierza
    , wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, przy konaniu w Ogrójcu spływająca na ziemię, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, tryskająca przy biczowaniu, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, brocząca spod cierniowej korony
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, przelana na krzyżu
    , wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, zapłato naszego zbawienia
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, bez której nie ma przebaczenia
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, która poisz i oczyszczasz dusze w Eucharystii
    wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, zdroju miłosierdzia
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zwyciężająca złe duchy
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, męstwo Męczenników
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, mocy Wyznawców
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, rodząca Dziewice
    , wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, ostojo zagrożonychwybaw nas.
    Krwi Chrystusa, ochłodo pracujących
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, pociecho płaczących
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, nadziejo pokutujących
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, otucho umierających
    wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, pokoju i słodyczy serc naszychwybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zadatku życia wiecznego
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wybawienie dusz z otchłani czyśćcowej
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wszelkiej chwały i czci najgodniejsza,
     wybaw nas.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    K. Odkupiłeś nas, Panie, Krwią swoją.
    W. I uczyniłeś nas królestwem Boga naszego.

    K. Módlmy się. Wszechmogący, wieczny Boże, Ty Jednorodzonego Syna swego ustanowiłeś Odkupicielem świata i Krwią Jego dałeś się przebłagać, † daj nam, prosimy, godnie czcić zapłatę naszego zbawienia i dzięki niej doznawać obrony od zła doczesnego na ziemi, * abyśmy wiekuistym szczęściem radowali się w niebie. Przez Chrystusa, Pana naszego.
    W. Amen.

    ***
    Ofiarowanie Przenajdroższej Krwi Chrystusa


    Ojcze Przedwieczny, przez Niepokalane Serce Maryi ofiaruję Ci Najdroższą Krew Jezusa Chrystusa,
    – na zadośćuczynienie za grzechy całego świata,
    – za konających i za zmarłych w czyśćcu
    – oraz dla odnowienia Kościoła w Duchu Świętym.
    Amen.



    Niech będzie zawsze błogosławiony i uwielbiony Jezus, który nas Krwią swoją odkupił!
    Niech będzie zawsze błogosławiony i uwielbiony Jezus, który nas Krwią swoją uwolnił!
    Niech będzie zawsze błogosławiony i uwielbiony Jezus, który nas Krwią swoją uświęcił!
    Błogosławiona Krew Jezusowa! Na wieki błogosławiona!

    ___________________________________________________________________________________________

    Adam Chmielowski, „Ecce Homo” (fragment obrazu)

    „Ecce Homo” (fragment obrazu) – fot. Graziako/Tygodnik Niedziela

    ***

    “Oto człowiek”. Obraz udręczonego Chrystusa namalowany przez Adama Chmielowskiego, który później przybrał imię brat Albert stając się ojcem dla bezdomnych. W roku 1989 został ogłoszony świętym. Ten obraz powstawał przez długie lata podczas medytacji nad umęczonym Chrystusem, ukoronowanym cierniem – obdartym całkowicie z ludzkiej godności.

    *****

    „Gdziekolwiek zwrócę myśl, widzę Jego Krew. Rany nóg i rąk, głowę koronowaną cierniami, otwarte Serce Boże. Wszystko to popycha nas do pokochania Go. Krew Eucharystyczna, którą Jezus ofiarowuje każdego dnia na ołtarzu, to także Krew, która płynie z krzyża i ołtarza, płynie w Ciele Mistycznym Chrystusa, przynosząc duszom Jego siłę oczyszczającą i uświęcającą. O, żeby cały świat został oczyszczony ze zmazy grzechu. Oto do czego skłania nas cześć Bożej Krwi, którą ofiarujemy stale we Mszy św., którą przyjmujemy w sakramentach. Ona jest ceną zbawienia i świadectwem miłości okazanej człowiekowi przez Boga”. 

    św. Kasper de Buffalo.

    *****

    Krwiodawstwo Życia:

    Pan Jezus przelewa swoją Najświętszą Krew podczas ukoronowania cierniem

    Przywódcy żydowscy żądają od Piłata, aby skazał Jezusa na ukrzyżowanie. Ukoronowanie cierniem staje się najbardziej ekspresywnym momentem w całym objawieniu. Jezus jest wyśmiany, jednakże prawdziwie jest Królem, ponieważ Jego królewskość jest „inna” niż ta z tego świata.

    Z Ewangelii św. Jana

    A żołnierze, uplótłszy koronę z cierni, włożyli Mu ją na głowę i okryli Go płaszczem purpurowym. Potem podchodzili do Niego i mówili: «Witaj, Królu żydowski!» I policzkowali Go. A Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: «Oto wyprowadzam Go wam na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w Nim żadnej winy». Jezus więc wyszedł na zewnątrz w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: «Oto Człowiek». (J 19, 2-5)

    Refleksja

    Jan Ewangelista umieszcza scenę ukoronowania cierniem Jezusa i wyśmiania Go jako „króla” w centrum procesu, w taki sposób, aby Jezus został ukazany jako prawdziwy Król. Piłat po raz kolejny stwierdza, że nie znalazł w Nim żadnej winy, zasługującej na skazanie Jezusa na śmierć, i ukazuje Go ludowi: Oto Człowiek! Ta wypowiedź Piłata o Jezusie poranionym, z koroną cierniową na głowie i w płaszczu purpurowym, mogłaby wskazywać na pogardę wobec tej „biednej ofiary”. Ale może również mieć inne znaczenie: zwykle „nowy król” był przedstawiany poddanym, już ubrany w szaty królewskie, wypowiadano imię króla, a lud wznosił okrzyki aprobaty. Myślą przewodnią naszego rozumowania i działania jest nie tyle Ewangelia, co Osoba, którą ta Ewangelia przepowiada. Chrystus, nasz Niebiański Król, jest obecny w nas, a nasza relacja z Nim ma się opierać na prawdziwym poddaniu się Jemu, jako Królowi. On, słońce naszej duszy, upiększa nas swoją czystością i swoim blaskiem. W ten sposób Jego Królewska godność staje się dla nas bodźcem do podążania za Nim wszędzie i naśladowania Go we wszystkim.

    Z „Komentarza do Ewangelii św. Jana” św. Augustyna, biskupa (Homilia 116)

    Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: «Oto wyprowadzam Go do was na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w Nim żadnej winy». Jezus więc wyszedł na zewnątrz, w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: «Oto Człowiek». Oto dowód na to, że nie dokonało się bez wiedzy Piłata to, co żołnierze uczynili Jezusowi, zarówno to, co było im zlecone, jak i to, na co im pozwolono. Stało się to z tego powodu, jak już powiedzieliśmy, że nieprzyjaciele Jezusa zasmakowali w rozkoszowaniu się tymi wszystkimi wyrządzanymi Mu zniewagami i nie zaspokoili ostatecznie swojej żądzy krwi. Jezus wychodzi przed lud w koronie cierniowej i zhańbiony. Piłat mówi do nich: Oto Człowiek!, jakby chciał powiedzieć: jeśli jesteście zawistni o króla, oszczędźcie Go teraz, kiedy widzicie Go tak poniżonym; został ubiczowany, ukoronowany cierniem, odziany w hańbiący strój; został wyśmiany obelżywymi krzykami, spoliczkowany; zawrzała hańba, rozpaliła się nienawiść.

    Prośby

    Módlmy się do Boga Ojca za zbawienie wszystkich ludzi, odkupionych mocą Krwi Chrystusa, i wołajmy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Prośmy, aby Krew Chrystusa oczyściła nasze sumienia ze złych uczynków, byśmy mogli służyć żywemu Bogu:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Prośmy, aby tajemnica Chrystusa, który wydaje się za każdego człowieka, przyciągnęła wszystkie narody do serca Jezusowego:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Prośmy, aby spojrzenie na krzyż Chrystusa wzbudziło w grzesznikach prawdziwe pragnienie pokuty:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Boże Wszechmocny, dziękujemy Ci za to, że uczyniłeś nas godnymi uczestnictwa w tajemnicy Krwi Twojego Syna. Naucz nas odpowiadać coraz lepiej na wyraz Twojej miłosiernej miłości. Prosimy o to przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    tekst pochodzi z książki:

    “Krew Chrystusa – Codzienne rozważania na lipiec”/tłumaczenie z j. włoskiego: ks. Daniel Mokwa CPPS

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krew Chrystusa gromi demony.

    Pamiętaj o tym – nie tylko w lipcu!

    Zgodnie z tradycją Kościoła lipiec to miesiąc szczególnie poświęcony Najdroższej Krwi Chrystusa. Ten bogaty kult związany jest głównie z Męką Chrystusa na Krzyżu i Eucharystią. Jak pisał św. Jan Chryzostom „Ta Krew, gdy godnie przyjęta, oddala demony, przywołuje aniołów, a nawet samego Pana aniołów”. Obecnie kult Krwi Chrystusa odżywa za sprawą cudów eucharystycznych, które miały niedawno miejsce w Polsce (Sokółka, Legnica) i na świecie.

    1.Kult Krwi Chrystusa sięga pierwszych wieków

    Pierwotne zapisy dotyczące czczenia Krwi Chrystusa zostawili nam już ojcowie Kościoła, w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. „Ta Krew wylana oczyszcza świat cały. Ona jest ceną wszechświata, za którą Chrystus odkupił Kościół” – pisał św. Jan Chryzostom, który żył w IV wieku.

    Kult Krwi Chrystusa w Kościele związany jest z dwiema relikwiami Męki Pańskiej, które odnaleziono w średniowieczu. W roku 804 znaleziono gąbkę, z której pojono konającego na krzyżu Chrystusa. Natomiast w roku 1048 odnaleziono, zabezpieczoną w ołowianym naczyniu, ziemię spod Krzyża, w którą wsiąkła krew Jezusa. Do miasta Mantuia obie relikwie miał przywieźć nawrócony rzymski żołnierz Longin, ten sam, który przebił bok Chrystusa włócznią. Autentyczność tych relikwii potwierdził w roku 1053 papież Leon IX. Już wówczas zaczęto nadawać kościołom wezwanie Najdroższej Krwi Chrystusa.

    2.Ustanowienie uroczystości Najdroższej Krwi Chrystusa

    Uroczystość Najdroższej Krwi Jezusa ustanowił w roku 1849 dekretem „Redempti sumus” papież Pius IX i wyznaczył to święto na pierwszą niedzielę lipca. Cały lipiec był poświęcony tej tajemnicy. Papież św. Pius X przeniósł uroczystość na dzień 1 lipca. Natomiast Ojciec Święty Pius XI podniósł je (1933 rok) do rangi świąt pierwszej klasy na pamiątkę dziewiętnastu wieków, jakie upłynęły od przelania za nas Najświętszej Krwi.

    Gorącym nabożeństwem do Najdroższej Krwi Chrystusa wyróżniał się papież św. Jan XXIII (+ 1963). On to zatwierdził litanię do Najdroższej Krwi Pana Jezusa, a w liście „Inde a primis z 1960 roku zachęcał do tego kultu. „To nabożeństwo zostało mi wpojone już w życiu rodzinnym, od wczesnych lat mojego dzieciństwa. Pozostaje mi w pamięci wspomnienie moich sędziwych rodziców, recytujących w dniach lipca litanię do Najdroższej Krwi” – wspominał Jan XXIII.

    3.Tak uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa zniknęła z kalendarza liturgicznego

    Do czasu reformy kalendarza liturgicznego (1969) po Soborze Watykańskim II w dniu 1 lipca obchodzona była uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa. Później skreślono tę uroczystość z kalendarza. Reformatorzy tłumaczyli, że obchód uroczystości Krwi Chrystusa został w Kościele powszechnym złączony z uroczystością Najświętszego Ciała Chrystusa (zwaną popularnie Bożym Ciałem). Na zasadzie pewnego przywileju – uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa pozwolono celebrować jedynie  zgromadzeniom Księży Misjonarzy i Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa. Tę rodzinę  zakonną założył św. Kasper de Buffalo (+ 1837), gorący zwolennik szerzenia kultu Krwi Chrystusa, która obmywa nas z grzechów i otwiera dla nas bramy raju.

    4.Jak czcić Najdroższą Krew Chrystusa?

    Najprostszą formą kultu Krwi Chrystusa jest adoracja i Komunia Święta. Można też rozważać fragmenty Ewangelii, opisujące przelanie Krwi przez Chrystusa. Święty Jan XXIII w liście apostolskim „Inde a Primis”, zachęca wiernych do odprawienia nabożeństwa ku czci Przenajdroższej Krwi Jezusa Chrystusa, szczególnie w lipcu.

    „Niechaj rozważają o niesłychanie obfitej i nieogarnionej wartości tej Krwi prawdziwie najdroższej” – pisze w liście apostolskim papież święty Jan XXIII. „Ta sama Krew Boża płynie we wszystkich sakramentach Kościoła, dlatego nie tylko słuszną jest rzeczą ale wielce sprawiedliwą, aby tej Krwi składali wszyscy odrodzeni w jej zbawczych strumieniach hołd adoracji, podyktowanej wdzięcznością i miłością” – zaznacza w liście do wiernych papież.

    Publiczną i prywatną formą modlitwy może być także Litania do Najdroższej. W encyklice „Evengalium Vitae” św. Jana Pawła II czytamy, że „Krew Chrystusa objawia, jak wielka jest miłość Ojca, a zarazem ukazuje, jak cenny jest człowiek w oczach Boga i jak ogromna jest wartość jego życia”.

    Kult Najdroższej Krwi Chrystusa szczególnie mocno upowszechniają Misjonarze Krwi Chrystusa, którzy mają swoje placówki także w Polsce. Od roku 1946 pracują w Polsce również siostry Adoratorki Krwi Chrystusa. Obecnie w Częstochowie pod opieką Misjonarzy Krwi Chrystusa znajduje się jedyne w Polsce sanktuarium Przenajdroższej Krwi, gdzie od 1998 roku czczone są relikwie Krwi Chrystusa z Mantui – dar Sióstr Przenajdroższej Krwi z Schellenbergu (Księstwo Lichtenstein). Obecnie kult Krwi Chrystusa odżywa za sprawą cudów eucharystycznych, które miały niedawno miejsce w Polsce (Sokółka, Legnica) i na świecie.

    Dziś szczególnie potrzebne jest oddawanie czci Najdroższej Krwi Jezusa. W czasach szerzących się ideologii gender, promocji seksu bez odpowiedzialności, LGBT, stawiania przyrody wyżej człowieka, profanacji, zabijania nienarodzonych, osób starszych i słabych, tym głośniej powinniśmy wołać „Krwi Chrystusa, Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego, wybaw nas”.

    źródła  – brewiarz.pl, czestochowskie24.pl,cpps.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Christ Jesus Clinic Jesus Christ Cross Faith/Stacja7.pl

    ***

    Katecheza 22 świętego Cyryla Jerozolimskiego o Ciele i Krwi Pańskiej

    1. Już to pouczenie błogosławionego Pawła wystarczy zupełnie, aby wzbudzić w was wiarę w Boskie tajemnice. Zaszczyceni nimi uczestniczycie w Ciele i Krwi Chrystusa. Powiedział bowiem, jak to czytaliśmy przed chwilą: „W nocy, w której został zdradzony, wziął Pan Jezus chleb, a dzięki uczyniwszy łamał go, dał uczniom swoim i rzekł: «Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje». Wziąwszy też kielich, dzięki uczyniwszy, powiedział: «Bierzcie i pijcie, to jest Krew moja»”[1]. Skoro wyraził się o chlebie: „To jest Ciało moje”, któż będzie się wahał; „To jest krew moja”, któż zwątpi i powie, że to nie jest Krew Jego?

    2. W Kanie Galilejskiej przemienił Chrystus wodę w wino; czyż więc nie będziemy wierzyć, iż wino w Krew przemienił? Cudu tego dokonał na doczesnych godach; czyż więc nie przyjmiemy, iż tym bardziej synom duchowego łoża swe Ciało i Krew dał na pożywienie?

    3. A zatem z całym przekonaniem uważajmy to za Ciało i Krew Chrystusa! Pod postacią chleba dane ci jest Ciało, pod postacią wina dana ci jest Krew. Gdy tedy przyjmujesz Ciało i Krew Chrystusa, w Ciele i Krwi Jego uczestniczysz. Stajemy się nosicielami Chrystusa, gdyż Jego Ciało i Krew są dane naszym członkom. Według błogosławionego Piotra „uczestniczymy w naturze Bożej”[2].

    4. Rozprawiając z Żydami, powiedział Jezus: „Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała mego i nie będziecie pili Krwi mojej, nie będziecie mieli życia w sobie”[3]. Oni jednak nie przyjęli tego, co słyszeli, lecz ze zgorszeniem odeszli. Sądzili, że ich wzywa do jedzenia mięsnych potraw.

    5. W Starym Zakonie były chleby pokładne. Ustały one jednak, gdyż dotyczyły tylko Starego Przymierza. W Nowym Testamencie mamy chleb niebieski i kielich zbawienia dla uświęcenia duszy i ciała. Jak chleb potrzebny jest dla ciała, tak znów Słowo jest potrzebne dla duszy.

    6. Nie patrz więc na chleb i kielich jak na czysto ziemskie rzeczy. Są one bowiem Ciałem i Krwią – jako Pan zapewnił. Chociaż by ci to mówiły zmysły, niechaj cię jednak utwierdza wiara. Nie osądzaj rzeczy ze smaku, lecz przyjmuj wiarą, a nie wątp, iż otrzymałeś dar Ciała i Krwi Chrystusa.

    7. Jaką one mają siłę, niech ci powie Dawid: „Przed obliczem moim przygotowałeś stół przeciw nieprzyjaciołom moim”[4]. Słowa te znaczą: Przed przyjściem Twoim zastawili szatani stół splamiony i straszny, pełen wszelkiej złej mocy. Ale po Twym przyjściu Ty sam, Panie, zastawiłeś stół przede mną. Gdy człowiek mówi do Boga: „Przygotowałeś stół przed obliczem moim”, czyż nie może to co innego oznaczać niż tajemniczy i duchowy stół, dany nam przez Boga przeciwko szatanom? Tamten stół był wspólny z szatanami – ten jest wspólny z Bogiem. „Namaściłeś mi głowę olejem”[5]. Namaścił twą głowę olejem na czole, abyś naznaczony pieczęcią stał się odbiciem i świętością Boga. „Jak cenny jest kielich, który mnie upaja”[6]! Widzisz, iż jest tu mowa o kielichu, który wziął do rąk Jezus, wypowiadając nad nim słowa dziękczynienia: „To jest Krew moja, która będzie wylana na odpuszczenie grzechów”[7].

    8. O tej właśnie łasce mówi dalej Salomon w księdze Eklezjastesa: „Pójdź, pożywaj chleb z radością”, chleb duchowy. Pójdź! Wzywa cię on do zbawienia i szczęścia. „I pij swe wino z weselem”, duchowe wino, „i olej niech będzie wylany na twą głowę”, mówi tu jeszcze o duchowym namaszczeniu. „Niech zawsze będą twoje szaty białe, albowiem miłe są twe sprawy Bogu”[8]. Skoro zdjąłeś stare szaty i wdziałeś duchowe, białe, winny one pozostać zawsze białe. Nie znaczy to, iż zawsze trzeba nosić szaty białe, powinny jednak one zostać prawdziwie białe, jasne i duchowe, abyś mógł powiedzieć z błogosławionym Izajaszem: „Raduje się dusza moja w Panu, albowiem mnie okrył szatą zbawienia i płasz­czem nadziei”[9].

    9. Wiedząc już i wierząc, że to, co wygląda na chleb, nie jest wcale chlebem, choć smak na to wskazuje, lecz Ciałem Chrystusa, i to, co wygląda na wino, nie jest winem, chociaż ma smak wina, ale Krwią Chrystusa, i stąd Dawid powiedział: „Chleb wzmacnia serce człowieka, od którego lśni twarz jak od oleju”[10], wzmocnij swe serce, biorąc chleb duchowy i rozwesel swe oblicze. Niechaj będzie ono odkryte w czystym sumieniu, abyś jak w zwierciadle rozważał wspaniałość Pana i wzrastał z chwały w chwałę w Chrystusie Jezusie. Jemu cześć i chwała na wieki wieków.

    Amen. 

    _______

    PRZYPISY:

    [1] 1 Kor 11,23-25.

    [2] 2 P 1,4.

    [3] J 6,54.

    [4] Ps 22,5.

    [5] Ps 22,5b.

    [6] Ps 22,5c.

    [7] Mt 26,27.

    [8] Koh 9,7-9.

    [9] Iz 61,10.

    [10] Ps 103,15.

    apologetyka.katolik.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krew Chrystusa oczyszcza nasze sumienie

    Autor Listu do Hebrajczyków porównuje starą i nową świątynię, aby wykazać definitywną skuteczność ofiary Jezusa.

    CANVA/Gość Niedzielny

    ***

    Z Listu do Hebrajczyków:

    Ale Chrystus, zjawiwszy się jako arcykapłan dóbr przyszłych, przez wyższy i doskonalszy, i nie ręką – to jest nie na tym świecie – uczyniony przybytek, ani nie przez krew kozłów i cielców, lecz przez własną krew wszedł raz na zawsze do Miejsca Świętego i osiągnął wieczne odkupienie. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi skrapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu. (Hbr 9, 11-14)

    Refleksja:

    Krew Chrystusa zdolna jest działać w głębi sumienia, w celu oczyszczania i uwalniania od grzechu, to znaczy od tego źródła nieczystości, które zabija wszelką nadzieję, ponieważ czyni człowieka niewolnikiem i w konsekwencji niezdolnym do pracy nad sobą. Już w Starym Testamencie składane były ofiary na oczyszczenie kapłanów, ludu i świątyni. Te ofiary znalazły swoje wypełnienie w Chrystusie. Najwyższy Kapłan ustanawia i powierza nowemu ludowi Bożemu jedyną, drogocenną ofiarę swojego Ciała i swojej Krwi, która ma nieskończoną wartość. Moc płynąca z tej ofiary oczyszcza z grzechów, uświęca, stwarza pokój oraz ustanawia nową wspólnotę Boga z ludźmi. A ofiara ta spełnia się przez przelanie Krwi. W ten sposób zmazana zostaje wina ludzi, tych, którzy opłukali swe szaty i w Krwi Baranka je wybielili (Ap 7, 14), ponieważ prawdziwie Krew Jezusa, Syna Jego, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu (1 J 1, 7; por. Ap 1, 5).

    ***

    Z „Listów” św. Kaspra del Bufalo, kapłana (Tom VI f, 403)

    Adoracja niezmierzonej Ceny naszego zbawienia jest najcenniejszym przedmiotem naszych dążeń. Z Boskiej Krwi płyną skarby mądrości i uświęcenia, wolność od kary piekielnej oraz możność posiadania chwały świętych w niebie. Wraz z przyjęciem tej niezmierzonej Ceny, przez którą zostaliśmy zbawieni, znajdź grzeszna duszo świętą i wewnętrzną motywację znalezienia nadziei w miłosierdziu i przebaczeniu; a ciebie, człowieku skruszony, niech ta niezmierzona Cena naszego zbawienia pobudza do wzrostu w cnotach i w świętości oraz w zdrowej, płomiennej gorliwości ratowania dusz dla Pana. Rozmyślanie o tym tak ważnym nabożeństwie niech cię uzdalnia do powstania ze snu duchowej śmierci, która cię zniewala. Rozumiemy teraz, dlaczego w Starym Testamencie Pan miał upodobanie w krwi ofiar zwierzęcych: ponieważ były zapowiedzią Krwi Baranka, przelanej na ołtarzu krzyża w pełni czasów. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi krapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu. Niech to nabożeństwo do Przenajdroższej Krwi przybliży nasze dusze do boskiego Serca Jezusa.

    Prośby:

    Z żywą wiarą w moc Krwi Chrystusa módlmy się wspólnie i wołajmy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Za święty Kościół Boży, by oczyszczony Krwią Chrystusa stawał się coraz bardziej znakiem miłości i apostolskiej gorliwości, Ciebie prosimy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Aby Krew Chrystusa obudziła w nas wszystkich potrzebę skruchy i zbawienia, Ciebie prosimy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Za wszystkich cierpiących, by potrafili złączyć swoje cierpienia ze zbawczą ofiarą Chrystusa, Ciebie prosimy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Boże, który odkupiłeś całą ludzkość Najdroższą Krwią swojego jedynego Syna, zachowaj w nas dzieła swojego miłosierdzia, byśmy – wspominając nieustannie tajemnice naszego zbawienia – mogli otrzymać jego owoce. Prosimy o to przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    “Krew Chrystusa – Codzienne rozważania na lipiec”(tłumaczenie z j. włoskiego: ks. Daniel Mokwa CPPS)

    (tekst pochodzi z książki: KREW CHRYSTUSA – codzienne rozważania na lipiec)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Hna Carolina BR/cathopic.com22/Stacja7.pl

    ***

    Krew Chrystusa – cena Bożej miłości

    Krew Chrystusa objawia, jak wielka jest miłość Ojca, a zarazem ukazuje, jak cenny jest człowiek w oczach Boga i jak ogromna jest wartość jego życia – pisał św. Jan Paweł II w encyklice Evangelium Vitae.

    W dawnej tradycji rozważano nad nią przez cały lipiec. To nie przypadek, że o jej wartości rozmyślano akurat w tym miesiącu. Skoro w czerwcu wychwalamy Boskie Serce Jezusa, to w lipcu warto byłoby pochylić się nad Jego Przenajdroższą Krwią. Serce i krew stanowią przecież integralną całość. Jedno bez drugiego nie może spełniać swojej funkcji. Krew daje życie, jej utrata powoduje śmierć. Krew Chrystusa przelana na krzyżu dała nam zbawienie. Na tym się jednak nie skończyło, bo my w dalszym ciągu możemy się do niej odwoływać, zanurzać w niej swoje życie, ludzi, których spotykamy na co dzień, wszystkie nasze sprawy, problemy i grzechy. Ona nas oczyszcza, uświęca, uzdrawia i uwalnia.

    – Szukając początku kultu Krwi Chrystusa trzeba zatrzymać się w rzymskim kościele San Nicola in Carcere. Według tradycji przechowywany jest w nim skrawek płaszcza należącego do setnika, który włócznią przebił bok Jezusa. Relikwię w XVIII w. przekazali do świątyni krewni żołnierza. Początkowo Krwi Chrystusa poświęcano pierwszą niedzielę czerwca. Papież Pius X przeniósł tę uroczystość na 1 lipca. Modlitwę do Przenajdroższej Krwi Zbawiciela zanoszono jednak przez cały miesiąc – tłumaczy ks. Łukasz Tarnowski, kustosz Sanktuarium Krwi Chrystusa w Częstochowie. Dodaje, że po Soborze Watykańskim II połączono Uroczystość Najświętszego Ciała i Uroczystość Krwi Chrystusa w jedno święto (Boże Ciało).

    Świadomość bycia odkupionym

    Ks. Łukasz należy do zgromadzenia Misjonarzy Krwi Chrystusa, które żyje duchowością Jezusowej Krwi. – Myślę, że jej kult na przestrzeni wieków nigdy nie był zapomniany. Może nie akcentowano go zbyt mocno, ale na pewno nie zaniechano – mówi ks. Łukasz. – O Krwi Jezusa mówiły obrazy i modlitwy. My, jej misjonarze, chcemy nie tylko skupiać się na modlitwie i adorowaniu, ale też na szerzeniu duchowości Przenajdroższej Krwi. Francuski kardynał Albert Vanhoye, który głosił papieżowi rekolekcje na temat Krwi Chrystusa, podkreślał, że była ona „nasączona” Duchem Świętym. Tłumaczył, iż została wylana dla naszego zbawienia przez Jezusa, który był w jedności ze swoim Ojcem. W naszym częstochowskim sanktuarium wierni mogą oddać się Przenajświętszej Krwi Chrystusa. To bardzo stara praktyka. Nie chodzi tu tylko o kult czy podejmowanie zobowiązań modlitewnych. Najważniejsze są czyny i świadomość, że w Jezusie mamy Zbawiciela, że Jego Krew, którą adorujemy i pijemy w Eucharystii, dała nam wolność. W tej darowanej wolności chcemy żyć tym, czego wymaga od nas Bóg, chcemy powiedzieć tak, jak ludzie zgromadzeni wokół Mojżesza podczas zawierania przymierza: wszystkie słowa prawa wypełnimy! – dodaje.

    Wielka łaska pojednania

    Do Sanktuarium Krwi Chrystusa napływają świadectwa osób, które w swoich troskach i problemach odwoływały się do Krwi Chrystusa. – W ostatnim czasie szczególnie docierają do nas wieści o uzdrowieniach fizycznych. Zazwyczaj nie są potwierdzone dokumentami. Wielu jest jednak przekonanych, że po modlitwie w sanktuarium i błogosławieństwie relikwiami Krwi Chrystusa doznali uzdrowienia. Myślę tu np. o przypadkach wchłonięcia się komórek rakowych – precyzuje i dodaje, że sam zwraca też uwagę na inną ważną sprawę. – Kiedy przyjmuję grupę pielgrzymów, zapraszam i zachęcam do otworzenia się na pojednanie, które daje Krew Chrystusa. Mówią o tym teksty biblijne. Św. Paweł pisze, że Bóg wprowadza pokój przez Krew swego Syna (por. Kol 1,20). O takie pojednanie modlę się codziennie; proszę, by dokonywało się ono w naszych sercach, umysłach i ciałach, o to, byśmy przyjmowali ten pokój. Dziś z wielkim bólem trzeba przyznać, że bardzo nam go brakuje, tak samo jak jedności i harmonii. Krew Jezusa może nas, zagubionych, rozbitych i poranionych fizycznie, psychicznie i duchowo, scalić na nowo – podsumowuje ks. Łukasz.

    Wartość i zjednoczenie

    W rozważaniu nad Krwią Jezusa niezwykle mocne i uderzające są też słowa dominikanina o. Adama Szustaka. Ten znany kaznodzieja przypominał: „Mamy niezwykłą wartość, bo kiedy Bóg miał za nas zapłacić, to nie starczyło na ziemi złota i srebra. Jedyną ceną, która była godna tego, żeby nas wykupić, stała się Krew Jego Syna. Drożej już się nie da!”.

    Jeszcze bardziej mistycznie pisała o Krwi Chrystusa św. s. Faustyna: „Czuję to dobrze, jak Twoja Boska krew krąży w sercu moim; nie ma w tym żadnej wątpliwości, że z tą krwią Twoją przenajświętszą weszła w serce moje miłość Twoja najczystsza. Czuję, że mieszkasz we mnie z Ojcem i Duchem Świętym, a raczej czuję, że ja żyję w Tobie, o Boże niepojęty. Czuję, że się rozpływam w Tobie, jako jedna kropla w oceanie. Czuję, że jesteś na zewnątrz i we wnętrznościach moich, czuję, że jesteś we wszystkim, co mnie otacza, we wszystkim, co mnie spotyka” (Dz. 478). Czy można więc zapomnieć o tej Boskiej Krwi???

    Moc wszystkich wierzących

    Papież Jan XXIII przypominał, że nabożeństwo do krwi Chrystusa łączy się z kultem Imienia i Serca Jezusa.

    O potrzebie odwoływanie się do zasług Krwi Syna Bożego pisał w liście apostolskim „Inde a Primis” w 1960 r. Przypominał w nim o siedmiu jej wylaniach, jakie dokonały się podczas obrzezania, modlitwy w Ogrójcu, biczowania, ukoronowania cierniem, drogi krzyżowej, przybicia do krzyża i przebicia boku włócznią. Cytował też św. Jana Chryzostoma, który nauczał, że „Od tego stołu [eucharystycznego] odchodzimy, jakoby lwy ogniem ziejące, straszni szatanom, rozpamiętując, kto to jest naszą Głową i jak wielką miłość nam okazał… Ta Krew godnie przyjęta, czarta odstrasza, aniołów do nas przywołuje, samego Pana aniołów sprowadza… Ta Krew przelana cały świat obmywa… To jest ta cena świata; to jest cena, za którą Chrystus Pan Kościół kupił…”.

    Papież Jan XXIII pisał, że „wierni, którzy godnie zbliżają się do Krwi Pańskiej, pozyskują obfite owoce odkupienia, zmartwychwstania i życia wiecznego, które wysłużyła ludzkości Krew przelana przez Chrystusa „z natchnienia Ducha Świętego” (Hbr 9,14). Wierni nakarmieni Ciałem i napojeni Krwią Chrystusa stają się uczestnikami Jego mocy Bożej; tej samej mocy, dzięki której powstały niezliczone zastępy męczenników. I tak uzdolnieni chrześcijanie idą na spotkanie codziennych wyzwań i przeciwności, zbożnych wyrzeczeń, a czasem samego męczeństwa. Znoszą to wszystko dla obrony cnoty i Królestwa Bożego, czując w sobie ową miłość gorejącą”. Ojciec święty za św. Pawłem powtarzał, że Krew Chrystusa woła głośniej niż krew Abla. Czy można więc pozostać na nią głuchym?

    Zaproszenie do zanurzenia

    Krew Chrystusa oczyszcza nas z grzechów, uświęca, uzdrawia i uwalnia. Ona jest naszą najlepszą ochroną przez złem.

    Warto się do niej uciekać z każdą sprawą. Można to robić poprzez Litanię do Przenajdroższej Krwi Chrystusa. Pięknym wołaniem jest też modlitwa zanurzenia we Krwi Chrystusa, napisana przez s. Gertrudę Bociąg ze zgromadzenia Misjonarek Krwi Chrystusa. Warto ją odmawiać na rozpoczęcie dnia. Jest pięknym zawierzeniem siebie, bliskich nam ludzi, naszych rozmów, prac i odpoczynku. Jest zaproszeniem Jezusa do naszej codzienności, a także deklaracją przyjęcia wszystkiego, co nas spotyka w duchu zadośćuczynienia. Nie chodzi w niej, by prosić o uniknięcie wszelkich trudności. Nikt nam tego nie obieca. Nikt nie powiedział, że jeśli będziemy wierzyć w Boga, nie spotka nas nic trudnego i nieprzyjemnego. Zanurzenie we Krwi Jezusa i wołanie o to, by Jej moc objawiła się w naszym życiu, są wyrazem naszej wiary, ale też świadomości, że sami z siebie jesteśmy słabi i niewiele możemy. Krew Jezusa oczyszcza nas z naszych win. Pomaga być bliżej Boga. Ona uzdrawia nasze serca ze zranień i krzywd zadanych przez innych. Daje moc do kochania i służenia, pomimo ludzkich ograniczeń. Ona stwarza nas na nowo. Jest zdrojem miłosierdzia. Warto wzywać Jej mocy. To najmocniejsza broń przeciwko złu tego świata. Aby zbawić ludzkość wystarczyła tylko jedna jej kropla. Jezus chciał jednak inaczej. Pozwolił, by płynęła strumieniami. Nie bójmy się Jego Krwi. Pozwólmy, by nas obmywała w sakramencie pokuty i poiła w Eucharystii. W ten sposób najmocniej jednoczymy się z Jezusem i pozwalamy, by w nas działał. W Jego Krwi jest nasze zdrowie i życie.

    Echo Katolickie/opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krew Chrystusa woła – „trzeba szerzyć jej cześć”

    Wiele krwi leje się z powodu ludzkiej pychy i żądzy panowania. Zbawiciel wylał swoją Krew dla obmycia człowieka z grzechu i ocalenia go na wieczność. Lipiec jest poświęcony rozważaniu tej prawdy.

    KASPER DEL BUFALO

    Święty Kasper del Bufalo, założyciel Zgromadzenia Misjonarzy Krwi Chrystusa.

    Nheyob/Wikipedia | CC BY-SA 3.0/Aleteia.pl

    ***

    Angelo Roncalli wspominał, że już w dzieciństwie odmawiał z rodzicami Litanię do Przenajdroższej Krwi Chrystusa. Rodzina robiła to codziennie przez cały lipiec, bo ten właśnie miesiąc jest w katolickiej tradycji ludowej poświęcony kontemplacji Najświętszej Krwi Chrystusa. Gdy został papieżem, wydał w 1954 roku list apostolski Inde a primis, w którym zachęcił wiernych do rozważania wartości Krwi Zbawiciela przez odmawianie litanii. „Niechaj wierni rozważają, jak wielką i nieskończoną wprost mocą bije ta Krew prawdziwie Przenajdroższa, »której jedna kropla może wybawić cały świat od wszelkiej winy«” – pisał św. Jan XXIII.

    Zdobyć duszę

    Była pierwsza połowa XIX wieku, Europą wstrząsały wojny napoleońskie. Pewnego razu podczas modlitwy ksiądz Kasper del Bufalo wpatrywał się w wizerunek Ukrzyżowanego. Później zapisał: „Wydawało mi się, że słyszę takie słowa: »Widzisz, o synu, moją Boską Krew: w cierpieniach ją przelałem i przez cierpienia trzeba szerzyć jej cześć«”.

    Przyszły święty pozostał wierny swojej misji do końca życia. Głoszenie czci Krwi Chrystusa stało się jego pasją. „Chciałbym mieć tysiąc języków, ażeby każdą duszę zdobyć dla Najdroższej Krwi Chrystusa. Och, chciałbym to nabożeństwo rozszerzać własną krwią. Można by powiedzieć, że jestem zaprzedany adoracji Boskiej Krwi, ceny wiecznego zbawienia” – wyznał kiedyś.

    Nie musiał szukać cierpień – pojawiły się w następstwie jego wierności i posłuszeństwa Kościołowi. „Nie mogę, nie muszę, nie chcę” – to bodaj najsłynniejsze słowa św. Kaspra. Wypowiedział je przed francuskim urzędnikiem, odmawiając złożenia przysięgi na wierność Napoleonowi, który zawładnął Państwem Kościelnym i uwięził papieża. Zapłacił za to najpierw wygnaniem, a potem ciężkim więzieniem. O tym, jak trudnym doświadczeniem był dla niego pobyt w lochu, świadczy fakt, że do końca życia odczuwał lęk przed ciemnością i nie mógł spać bez zapalonego światła. Ale i to stało się źródłem błogosławieństwa. Być może stąd wziął się jego pomysł stworzenia w Rzymie nocnych oratoriów – miejsc modlitwy, do których Kasper zapraszał ludzi spędzających noce na hulankach i pijatykach.

    Najbardziej wyrazistym i trwałym dziełem życia św. Kaspra jest założenie zgromadzenia Misjonarzy Krwi Chrystusa. To oni ponieśli w świat kult Najświętszej Krwi Chrystusa i niosą go dalej. Towarzyszą im w tej misji siostry Adoratorki Krwi Chrystusa, siostry Misjonarki Krwi Chrystusa, a także świeccy zrzeszeni we Wspólnocie Krwi Chrystusa. Dla nich i wszystkich osób żyjących według duchowości Krwi Chrystusa centrum kultu stanowią adoracja i Komunia eucharystyczna. Rozważają także opisane w Ewangelii i celebrowane w liturgii momenty przelania Krwi przez Zbawiciela. Odmawiają też prywatnie i publicznie, szczególnie w lipcu, Litanię do Przenajdroższej Krwi Chrystusa.

    Odkryłem wartość

    Ks. Damian Siwicki z tego zgromadzenia zainteresował się kultem Krwi Pańskiej za sprawą swojego ojca, który jest członkiem Wspólnoty Krwi Chrystusa.

    – Mój tata zawsze chciał, żebym mógł poznać to miejsce w Częstochowie i misjonarzy, którzy prowadzą wspólnotę – opowiada. Tak się też stało: piętnastoletni Damian pojechał do Częstochowy na zorganizowane przez zgromadzenie święto młodzieży. Kiedy później przeżywał młodzieńczy bunt, uświadomił sobie, że właśnie tam czuł głęboki spokój i widział ludzi pełnych nieudawanej radości. Pewnego dnia, gdy odczuwał dojmujący smutek i poczucie bezsensu, poczuł w sobie przynaglenie, wręcz przymus, żeby pojechać do misjonarzy na rekolekcje młodzieżowe. – Tam, klęcząc w kaplicy, doświadczyłem bliskości Pana Boga, Jego miłości. Chciałem, żeby moje życie się zmieniło. I od tego momentu zaczyna się moja historia poznawania misjonarzy i duchowości Krwi Chrystusa. Ja sam, dzięki doświadczeniu miłości Pana Boga i dzięki misjonarzom, odkryłem, że mam wartość – zwierza się. Poruszyła go lektura pism św. Kaspra. Podobnie jak założyciel zgromadzenia poczuł się wezwany, żeby wyjść do tych, w których Krew Jezusa woła najbardziej. Do tych, którzy potrzebują wiedzieć, że są ważni i wartościowi w oczach Boga.

    Szukamy zranionych

    Misjonarze Krwi Chrystusa często mówią o „wołaniu Krwi Chrystusa”. To głos Zbawiciela, który wzywa, żeby pójść do tych, którzy Go potrzebują najbardziej. Słyszał go św. Kasper. „Gdziekolwiek zwrócę myśl, widzę Jego Krew. Rany nóg i rąk, głowę koronowaną cierniami, otwarte Serce Boże. Wszystko to popycha nas do pokochania Go. Krew Eucharystyczna, którą Jezus ofiarowuje każdego dnia na ołtarzu, to także Krew, która płynie z krzyża i ołtarza, płynie w Ciele Mistycznym Chrystusa, przynosząc duszom Jego siłę oczyszczającą i uświęcającą” – pisał, porwany Jezusowym pragnieniem, żeby cały świat został oczyszczony ze zmazy grzechu. „Oto do czego skłania nas cześć Bożej Krwi, którą ofiarujemy stale we Mszy św., którą przyjmujemy w sakramentach. Ona jest ceną zbawienia i świadectwem miłości okazanej człowiekowi przez Boga” – zachwycał się. „Wystarczy jedno spojrzenie na Boską Krew, a ona wstrząśnie nami, byśmy działali z niespożytą gorliwością, i działać będziemy z prawdziwym Duchem Bożym” – zapewniał w jednym z listów.

    Duchowość Krwi Jezusa motywuje misjonarzy z założonego przez św. Kaspra zgromadzenia do wchodzenia w środowiska znajdujące się w kryzysie. W Ameryce Południowej są na przykład takie miejsca, w których obejmują zaniedbaną parafię, pracują tam kilkadziesiąt lat, odbudowując ją od strony materialnej, ale przede wszystkim tworząc z ludźmi żywy Kościół. Potem zostawiają to miejsce innym i idą do kolejnego, tam, gdzie jest większa potrzeba.

    – Kiedy widziałem, jak działają tam moi współbracia, uświadomiłem sobie, że tak działa Pan Jezus. On się nie zatrzymuje; szuka ludzi, mówi, że musimy iść też do innych miejsc, by głosić królestwo Boże. „Dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze” – to są te słowa. I to jest działanie Krwi Jezusa, która płynie do wszystkich miejsc, w których jest grzech. Ona ma moc, żeby zmieniać życie człowieka, żeby wszystko odnawiać – podkreśla ks. Damian Siwicki. Przekonuje, że Krew Jezusa jest dla każdego i dzięki niej każdy może poczuć własną wartość, zrozumieć, że jest cenny w oczach Boga, bo On ją za każdego wylał. Mocą tej Krwi dokonuje się nasze wybawienie i usprawiedliwienie.

    – Wszędzie pracujemy z ludźmi, którzy doświadczyli od innych jakiegoś zranienia. I staramy się te osoby prowadzić do doświadczenia uzdrowienia, które jest we Krwi Jezusa. A w konsekwencji do pojednania. Jezus mocą swojej Krwi zburzył wszelkie mury między nami i dzięki Niemu możemy stać się braćmi. To doświadczenie staramy się przekazywać, dzielić się nim – zaświadcza duchowny.

    Tam, gdzie jest potrzeba

    Świeccy ze Wspólnoty Krwi Chrystusa działają razem z Misjonarzami Krwi Chrystusa.

    – Oni są razem z nami na tej drodze zaproszeni, by być misjonarzami. Zapraszamy ich do tego, co robimy, do prowadzenia rekolekcji czy misji, ale też do zaangażowania w naszych dziełach. Oni mogą dotrzeć tam, dokąd my nie możemy. W tym, co się da, wspólnie przeżywamy też naszą formację, dni skupienia czy rekolekcje, ale nie zamyka się to na samorozwoju, lecz prowadzi do tego, żebyśmy mogli razem iść do tych, którzy potrzebują wsparcia, i dzielić się z nimi naszą duchowością – tłumaczy kapłan. Akcentuje znaczenie rozpoznawania znaków czasu. – Staramy się usłyszeć, gdzie Krew Jezusa nas woła dzisiaj, i tam pójść. Ja pracuję z młodymi i najbardziej to wołanie słyszę w kontekście samotności, braku zdolności do tworzenia relacji. Podejmuję więc próbę wyjścia do młodych i tworzenia z nimi relacji. To moje doświadczenie, ale na przykład mój współbrat, z którym pracuję w parafii, w tej chwili słyszy to wołanie najbardziej od rodzin, których członkowie są wierzący, ale mają duże problemy z wytrwaniem, z pozostaniem w małżeństwie. Odpowiadając na to wołanie, poszedł w tym roku na studia, żeby uczyć się pomagać rodzinom w kryzysie – mówi ks. Damian Siwicki.

    Kasper del Bufalo wciąż inspiruje czcicieli Krwi Chrystusa. Święty do końca życia pozostał wierny wołaniu Krwi Chrystusa. To ono nie pozwoliło mu spać spokojnie, gdy mieszkańców Rzymu dziesiątkowała cholera. Rzucił się na pomoc chorym i umierającym, nie myśląc o własnym bezpieczeństwie. Zaraził się i zmarł pod koniec 1837 roku. Jednym z dorodnych owoców jego życia jest kult Krwi Chrystusa, który zakorzenił się w Kościele, przynosząc wielu ludziom pożytek doczesny i wieczny.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________

    „Jaki będzie pożytek z Krwi Mojej?”

    Katedra w Bremie, mozaika przedstawiająca Mękę Pańską.

    fot. Norbert Neetz / imageBROKER / Forum

    ***

    Quae utilitas in sanguine meo? — „Jaki będzie pożytek z Krwi Mojej?” (Ps 30, 10). Te słowa Psalmów mogą być źródłem medytacji w lipcu, poświęconym Najdroższej Krwi naszego Pana Jezusa Chrystusa. Są to słowa wyrażające głęboki smutek, udrękę wątpiącego, czy Jego ofiara, aż do przelania krwi, nie była daremna.

    Ta myśl, ten smutek dręczył Pana Jezusa, ponieważ w łonie swojej najświętszej Matki miał już zdolność rozumienia i od tamtej pory pojmował, że większość ludzi podepcze Jego Krew i zlekceważy łaskę wyjednaną przez jej przelanie.

    To smutek skłonił Go do płaczu w Niedzielę Palmową, gdy przed Jego oczami rozpościerał się widok świętującego miasta, którego przyszły tragiczny los znał. To była myśl przyprawiająca Go o krwawy pot w Ogrodzie Oliwnym, gdy w jego rozważaniach pojawiła się tajemnica zła, jakie dokona się w przyszłych wiekach. W swoich Rozmyślaniach na dni Adwentu święty Alfons Liguori pisze, że właśnie z powodu tamtego gorzkiego kielicha cierpienia Pan Jezus modlił się do Ojca Przedwiecznego o uwolnienie, mówiąc: Transeat a me calix iste — „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich!” (Mt 26, 39). Jaki kielich? Nie cierpienie fizyczne, ale widok tak wielkiej pogardy dla Jego miłości. Dlatego zawołał na Krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Mt 27, 46). Pokusa porzucenia zrodziła się z myśli, że większość ludzi nie zważając na to przelanie Krwi, będzie nadal obrażać Jezusa, tak jakby nic nie zrobił z miłości do nich. Z pewnością w tym momencie nasz Pan miał przed oczyma spektakl wszystkich kryzysów, do jakich dojdzie na przestrzeni wieków, niemal w crescendo, które miało się otworzyć w Kościele zrodzonym z Jego przebitego boku na Krzyżu. A jednak tam, na Golgocie, jedna kropla Jego Krwi wystarczyła, aby nawrócić „dobrego łotra”. Wielu odrzuci owoce Jego Ofiary, ale odpowiedniość łaski, jaka spłynie na tych, którzy Go przyjmą, przyniesie większą chwałę Bogu niż jakiekolwiek świętokradztwo i niewierność. Krew Chrystusa będzie nadal obmywała Kościół aż do końca wieków.

    Życie Kościoła będącego Mistycznym Ciałem Chrystusa, zawiera się w Jego Krwi. Krew, podobnie jak serce, stanowi zasadę życia. Nic nie jest bardziej czcigodne niż Krew Chrystusa, Krew Boga, a zatem cenniejsza niż wszystkie skarby ziemi. Każda kropla tej Krwi ma nieskończoną wartość. Krew Chrystusa przypomina nam o centralnej tajemnicy chrześcijaństwa – o Męce, Śmierci i Zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, Boga-Człowieka, który za cenę swojej Krwi odkupił nas i przeznaczył do wiecznego szczęścia. „Wiecie bowiem, że z waszego, odziedziczonego po przodkach złego postępowania zostali wykupieni nie czymś przemijającym, srebrem lub złotem, ale drogocenną Krwią Chrystusa, jako Baranka niepokalanego i bez zmazy” – pisze święty Piotr (1 P 1, 18 – 19).

    Krew Chrystusa jest przede wszystkim symbolicznym oraz rzeczywistym wyrazem Odkupienia – tej Tajemnicy, która przypomina nam, że Jezus Chrystus za cenę swojej Krwi, wyrazu swojej Miłości, wyrwał rodzaj ludzki z grzechu oraz mocy diabła, i pojednał go z Bogiem. Ta Krew jest nadal ofiarowywana podczas Mszy, która utrwala ofiarę Kalwarii w sposób bezkrwawy, ponieważ jest to ta sama Ofiara – Jezus Chrystus, który jest składany w ofierze, i ten sam Kapłan – Jezus Chrystus, który składa Chrystusową ofiarę, aby jej owoce objęły przemijające pokolenia, aż do końca świata.

    Ale męka Chrystusa nie zakończyła się na Golgocie i nigdy się nie skończyła: jest zasadą życia Kościoła, który zawsze triumfuje, ale zawsze cierpi, walczy i przelewa krew. Jezus Chrystus nadal krwawi z powodu zniewag i profanacji, jakie dokonują się w Jego kościołach i na Jego ołtarzach, z powodu niewierności Jego sług, letniości dobrych; krótko mówiąc – ze względu na każdą przeszkodę, która staje na drodze rozwoju Kościoła.

    W trakcie tej walki może się zdarzyć, że ci, którzy starają się walczyć o wierność Kościołowi i jego Prawu, nie ujrzą owoców swojej ofiary, ale mogą raczej odnieść wrażenie, że ich wysiłki, modlitwy, cierpienia, walka nie są przyjmowane przez Boga, i mogą rozmyślać: „Jaki jest pożytek z mojej ofiary?”. Tak nie jest: każda kropla ofiary złożonej z czystością intencji jest zjednoczona z każdą kroplą Krwi przelanej przez Chrystusa i czerpie swoją owocność z tej przelanej Krwi. Ofiara tych, którzy walczą w Kościele, jest samą Krwią Chrystusa, która krąży w Kościele i go ożywia. Kościół jest żywy i owocny, ponieważ krąży w jego członkach Krew Chrystusa, płynąca z Ofiary Kalwarii.

    Kościół, jak mówi Pius XII, „jest Oblubienicą krwi (por. Wj 4, 25)… Ale Kościół się nie boi. Chce być Oblubienicą krwi i bólu, aby w sobie ukazać obraz swego boskiego Oblubieńca, cierpieć, walczyć, triumfować z Nim”1. Triumf Kościoła, również historyczny, to perspektywa, którą otwiera przed nami obietnica fatimska, i w tym właśnie duchu można przeżywać święto Krwi Chrystusa. Dom Guéranger przypomina, że owo ​​święto jest pamiątką jednego z najwspanialszych zwycięstw Kościoła. W 1848 roku Pius IX został wygnany z Rzymu przez triumfującą rewolucję; w tych samych dniach — zaledwie w następnym roku — ujrzał, jak jego władza zostaje przywrócona. 28, 29 i 30 czerwca, pod patronatem Apostołów, pierworodna córka Kościoła, wierna swojej chwalebnej przeszłości, wypędziła swoich wrogów z murów Wiecznego Miasta; podbój zakończył się 2 lipca, w święto Maryi. Natychmiast podwójny dekret powiadomił miasto i świat o wdzięczności papieża i sposobie, w jaki zamierzał on utrwalać pamięć o tych wydarzeniach poprzez świętą liturgię. Dnia 10 sierpnia, zanim powrócił z Gaety, miejsca swego schronienia podczas burzy, aby na nowo objąć rządy nad swymi państwami, Pius IX zwrócił się do niewidzialnej Głowy Kościoła i zawierzył Mu sprawę ustanowienia tego święta, przypominając, że to za ten Kościół przelał całą swoją Krew.

    Krew ta jest znakiem cierpienia i walki, ale także obietnicą zwycięstwa w czasie i w wieczności.

    Roberto de Mattei/PCh24.pl

    1 Pius XII, Przemówienie do mężczyzn z Akcji Katolickiej, 7 września 1947 roku

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Drogocenna krew Chrystusa

    www.misericors.org

    ***

    “W koronce nie tyle odwołujemy się do męki, ile do miłości – miłosierdzia Ojca i Syna dla nas. Cierpienia Jezusa świadczą o tej miłości. W koronce też chodzi o to, aby tyle trudu, męki Zbawiciela nie poszło na marne. Modlitwa ta jest duchowym zbieraniem owoców męki Jezusa, drogocennej krwi, która współczesnego świata nie obchodzi.

    Siostra Faustyna zanotowała takie słowa Jezusa: „O, jak wielkich łask udzielę duszom, które odmawiać będą tę koronkę, wnętrzności miłosierdzia mego poruszone są dla odmawiających tę koronkę. Zapisz te słowa, córko moja, mów światu o moim miłosierdziu, niech pozna cała ludzkość niezgłębione miłosierdzie moje. Jest to znak na czasy ostateczne, po nim nadejdzie dzień sprawiedliwy. Póki czas, niech uciekają [się] do źródła miłosierdzia mojego, niech korzystają z krwi i wody, która dla nich wytrysła” (Dz. 848).

    Gdy odmawiamy koronkę z największym przejęciem, zbieramy w sposób duchowy owoce męki Zbawiciela i pierwsi korzystamy z ich zbawczej mocy. Faustyna widzi w kroplach krwi, które wytryskują z Serca Pana Jezusa, drogocenne brylanty, ale nie wszyscy umieją korzystać z tych darów miłosierdzia:

    „Dziś widziałam Pana Jezusa ukrzyżowanego. Z rany Serca Jego sypały się drogocenne perły i brylanty. Widziałam, jak mnóstwo dusz zbierało te dary, ale była tam dusza, która jest najbliżej Jego Serca, a ta z wielką hojnością zbierała nie tylko dla siebie, ale i dla innych, znając wielkość daru. Rzekł do mnie Zbawiciel: Oto są skarby łask, które spływają na dusze, lecz nie wszystkie dusze umieją korzystać z hojności mojej” (Dz. 1687). (…)

    Kiedy odmawiamy koronkę, stajemy u stóp krzyża Jezusa i zbieramy Jego męczeńską krew, ową „boską rosę”, z której korzystamy sami i którą możemy wlewać mocą modlitwy wstawienniczej w dusze innych.”

    ks. Mariusz Bernyś

    [w:] Ogień z nieba. Hymny, uwielbienia i rozważania o koronce do miłosierdzia Bożego,

    ks. Mariusz Bernyś, ks. Michał Dłutowski, Ząbki 2013

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dla Jego bolesnej męki. 

    Czy rozumiemy słowa Koronki do Miłosierdzia Bożego?

    Pan Jezus, wyjaśniając sens koronki, mówi, że jest to „modlitwa na uśmierzenie gniewu Mojego”.
    fot. Agnieszka Otłowska/Gość Niedzielny

    Pan Jezus, wyjaśniając sens koronki, mówi, że jest to „modlitwa na uśmierzenie gniewu Mojego”.

    ***

    Odmawia się ją dziś na całym świecie. Koronka to najbardziej popularna forma kultu Miłosierdzia Bożego. Co ciekawe, ta modlitwa budziła początkowo wątpliwości wśród teologów. Czy dobrze rozumiemy jej słowa?

    Zdarzyło się to dokładnie 13 września 1935 roku w Wilnie. Wieczorem tego dnia siostrze Faustynie Kowalskiej ukazał się anioł, który z polecenia Boga miał ukarać ziemię za grzechy. „Kiedy ujrzałam ten znak gniewu Bożego, który miał dotknąć ziemię – relacjonuje w „Dzienniczku” – zaczęłam prosić anioła, aby się wstrzymał chwil kilka, a świat będzie czynił pokutę”. Siostra zaczyna wtedy modlić się słowami „wewnętrznie słyszanymi”, po raz pierwszy odmawia koronkę. „Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność Anioła i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy”. Koronka jawi się w tej wizji jako narzędzie powstrzymania Bożej kary.

    Na drugi dzień Pan Jezus potwierdza Faustynie, że modlitwa pochodzi od Niego, i podaje jej dokładny układ: „Najpierw odmówisz jedno »Ojcze nasz« i »Zdrowaś Maryjo« i »Wierzę w Boga«, następnie na paciorkach »Ojcze nasz« mówić będziesz: »Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata«. Na paciorkach »Zdrowaś Maryjo« będziesz odmawiać: »Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i całego świata«. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: »Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny – zmiłuj się nad nami i nad całym światem«”.

    Na uśmierzenie gniewu Bożego

    Koronka wzmiankowana jest w „Dzienniczku” czternaście razy. Jezus wzywa do jej odmawiania i wiąże z tą modlitwą wiele obietnic. Dotyczą one miłosierdzia okazanego przez Boga grzesznikom, zwłaszcza w godzinie konania. Pan Jezus, wyjaśniając sens koronki, mówi, że jest to „modlitwa na uśmierzenie gniewu Mojego”. Powraca więc myśl z wizji z 13 września 1935 roku. Jak to zrozumieć? Czym jest gniew Boży i czy może on być uśmierzony przez odmówienie modlitwy? Czy nie jest to za proste, za łatwe?

    Zacznijmy od wyjaśnienia pojęcia „gniew Boży”. Otóż w Biblii wielokrotnie jest mowa o Bożym gniewie, nie tylko w Starym, ale i w Nowym Testamencie. Pewnym przybliżeniem tego pojęcia jest reakcja rodziców, którzy są świadkami nieodpowiedzialnego zachowania swoich dzieci. Który rodzic usiedzi spokojnie na miejscu, gdy widzi dziecko bawiące się zapałkami albo stąpające po cienkim lodzie? Normalne jest, że zareaguje gwałtownie, wołając: „Stop, dość tego!”. „Boży gniew” oczywiście nie jest zwykłym opisem reakcji emocjonalnej Boga na zło, ale coś jest tu na rzeczy. Chodzi o Bożą niezgodę na grzech, który z definicji jest czymś przeciwnym dobru, czyli Jemu także. Zło jest skandalem, który bulwersuje Najwyższe Dobro i prowokuje do reakcji. „Gniew Boży” łączy się z pojęciem sprawiedliwości. Zło powinno być ukarane, tego wymaga sprawiedliwość. Kara ma za zadanie powstrzymać zło, naprawić nieporządek i skierować grzesznika ku dobru. Prorocy Starego Testamentu powtarzali, że nieszczęścia spotykające jednostkę, naród czy świat są przejawem gniewu Bożego, a więc odpowiedzią Bożej sprawiedliwości na zło popełniane przez ludzi. Boża odpowiedź na grzech nie wyczerpuje się jednak w samym gniewie. Sprawiedliwość Boża jest dopełniona Jego miłosierdziem. Święty Paweł mówi, że Jezus przez swój krzyż dokonał definitywnego uśmierzenia Bożego gniewu. „Będziemy przez Niego zachowani od karzącego gniewu, gdy teraz przez krew Jego zostaliśmy usprawiedliwieni” (Rz 5,9). Pozornie może wydawać się, że Bóg ma schizofrenię: z jednej strony okazuje gniew, z drugiej miłosierdzie, jakby walczył z samym sobą. Sprawiedliwość i miłość miłosierna nie wykluczają się jednak. One się dopełniają. Jan Paweł II pisał wręcz o „pocałunku”, jakiego Boże miłosierdzie udzieliło Bożej sprawiedliwości na krzyżu.

    My, grzeszni, liczymy raczej na miłosierdzie Boże, dlatego ku niemu się zwracamy, słusznie lękając się samej sprawiedliwości. Koronka do Bożego Miłosierdzia jest modlitewnym odwołaniem się do krzyżowej ofiary Chrystusa, gdy On sam wziął na siebie należną nam karę za grzechy. Zrobił to po to, aby nas usprawiedliwić, czyli uleczyć ze zła, zbawić, dać nowe życie. Odmawiając koronkę, stajemy w duchu pod krzyżem i prosimy o to, by owoce zbawczej męki Chrystusa sięgnęły naszego życia i świata całego. Wiemy, że zasługujemy na Boży gniew i słuszną karę, ale zasłaniając się krzyżem Chrystusa, prosimy Ojca o miłosierdzie. Taka jest wewnętrzna logika tej modlitwy.

    Ofiaruję Ojcu Syna

    Nie sposób zrozumieć koronki bez spoglądania na krzyż. Widzimy na nim Jezusa, który cierpi, umiera. Jego ciało zostało wydane, a krew przelana. Sednem jest tutaj nie samo cierpienie, ale akt ofiarnej miłości. Jezus ofiaruje się, oddaje się cały Bogu Ojcu, także nam. Umierając, modli się do Ojca i zarazem modli się za nas, grzesznych. Odmawiając koronkę, wchodzimy w modlitwę Ukrzyżowanego. Czynimy naszą modlitwę konającego Pana. Nie możemy Ojcu niczego sami z siebie ofiarować, możemy jednak uchwycić się krzyża i włączyć nasze małe serca w ofiarniczy akt Jezusa.

    Mówimy: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Najmilszego Syna Twojego”. Te słowa brzmią szokująco. Kimże ja jestem, abym mógł ofiarować Ojcu Jego Syna? A jednak. Z Jezusem wszystko jest możliwe. Moja mała miłość zostaje włączona w największą miłość, w Jego miłość.

    Aby zrozumieć, jak to jest możliwe, trzeba odwołać się do Mszy Świętej, najdoskonalszej z modlitw. W Modlitwie Eucharystycznej kapłan po przeistoczeniu modli się tymi lub podobnymi słowami: „Wspominając śmierć i zmartwychwstanie Twojego Syna, ofiarujemy Tobie, Boże, Chleb życia i Kielich zbawienia”. W sensie najgłębszym to sam Jezus się za nas ofiaruje. Ale my, choć słabi i grzeszni, możemy włączyć się w ten ofiarniczy akt. Miłość Jezusa wyrażona w ofierze krzyżowej uobecnia się na ołtarzu i ta miłość ciągnie nas w górę. To jest wąska brama, przez którą idziemy do Ojca.

    Słowa „Ciało i Krew” w oczywisty sposób nawiązują do Eucharystii. Jezus w znaku chleba i wina daje nam swoje ciało i krew, czyli siebie. Sobór Trydencki, definiując prawdę o obecności Jezusa w Eucharystii, stwierdził, że w Najświętszym Sakramencie „są zawarte prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Ciało i Krew wraz z duszą i Bóstwem Pana naszego Jezusa Chrystusa, a więc cały Chrystus”. Katechizmy często cytowały to soborowe wyrażenie. Nie wiemy, czy siostra Faustyna znała to sformułowanie, być może tak. Wyrażenie „Ciało i Krew wraz z duszą” opisuje człowieczeństwo Jezusa. Słowo „Bóstwo” wskazuje na Jego Bożą naturę. Prawdziwy Bóg, prawdziwy człowiek – to sedno dogmatu o Chrystusie. To opis Jego tożsamości. Taki został nam wydany, taki umarł na krzyżu dla naszego zbawienia.

    Niektórzy polscy teologowie (Wincenty Granat, Czesław Bartnik) kwestionowali wyrażenie „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo”. Twierdzili, że bóstwo Syna nie może być ofiarowane Bogu Ojcu. Wątpliwości rozwiał ks. prof. Ignacy Różycki, który zwrócił uwagę na wspomnianą definicję trydencką. Syn ofiaruje się cały Ojcu, w Jego Osobie mieści się bóstwo i człowieczeństwo, nie da się tego oddzielić. Odmawiając koronkę, odwołujemy się nie tylko do miłości Boga do nas, ale raczej do miłości wewnątrztrynitarnej, czyli Ojca do Syna i Syna do Ojca.

    Na przebłaganie

    „Na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego”. Słowo „przebłaganie” odnosi się do krzyża Jezusa. Chrystus został ukrzyżowany rękami ludzi, ale stało się to dzięki Jego zgodzie. To jest Jego akt woli, Jego największe dzieło, najdoskonalszy akt miłości wobec Ojca i nas. Jest on aktem przebłagania za grzechy, najdoskonalszą ekspiacją, najczystszym miłosierdziem. Święty Paweł, wyjaśniając sens krzyża, pisze, że Chrystus stał się „narzędziem przebłagania dzięki wierze mocą Jego krwi” (Rz 3,25). „Narzędzie przebłagania”, czyli w greckim oryginale hilasterion (odpowiednik hebrajskiego kapporeth). To słowo pochodzi z kultu Starego Testamentu. Oznaczało ono wieko Arki Przymierza, tzw. przebłagalnię. W liturgii żydowskiej w Dniu Przebłagania skrapiano to wieko krwią ofiar ze zwierząt na znak przebłagania Boga. Ukrzyżowany Jezus jest nową „przebłagalnią”. On bierze na siebie wszystkie konsekwencje grzechów i definitywnie je pokonuje mocą swojej miłości do końca, do ostatniej kropli krwi. Cały brud świata zostaje wchłonięty, usunięty przez nieskończone Boże miłosierdzie.

    Powtarzając w koronce słowo „ofiaruję”, jednoczę się z modlitwą Jezusa na krzyżu. Uczestniczę w Jego ofiarnym geście. Nie mając nic, „ofiaruję” Bogu największy dar. Tym samym dokonuje się przebłaganie, czyli zostaję uwolniony z mojej winy.

    Warto zwrócić uwagę na zbieżność między słowami modlitwy, której anioł nauczył dzieci w Fatimie, a słowami Koronki do Bożego Miłosierdzia. We wrześniu 1916 roku dzieci fatimskie miały wizję anioła trzymającego w ręce kielich. Unosiła się nad nim Hostia, z której spływały doń krople krwi. Anioł kazał im powtórzyć modlitwę, w której padają m.in. słowa: „O Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu, Duchu Święty, ofiaruję Wam Najdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa, obecnego na wszystkich ołtarzach świata, jako zadośćuczynienie za zniewagi, świętokradztwa i obojętności, którymi jest obrażany”. Treść tej modlitwy i jej sens jest całkowicie zbieżny ze słowami koronki. W Fatimie dodatkowo pojawia się motyw maryjny, ale podobieństwo sformułowań jest uderzające. Jest mało prawdopodobne, by św. Faustyna znała tę modlitwę.

    Dla Jego bolesnej męki

    Przyimek „dla” funkcjonuje w koronce w archaicznym znaczeniu jako „z powodu”, „ze względu na”. Profesor Miodek przywołuje kilka przykładów użycia „dla” w takim samym znaczeniu jak w koronce: „Dla ciebie jestem wygnan”; „Więcej dla bojaźni niźli dla Boga”. „Dla Jego bolesnej męki” znaczy więc „ze względu na Jego bolesną mękę”, „przez wzgląd na Jego bolesną mękę”.

    Prosimy o miłosierdzie Boże, wierząc w zbawczą moc męki i śmierci umiłowanego Syna Bożego. Przypomnijmy sobie Abrahama, który wstawiał się za Sodomą i Gomorą. On prosił o Boże miłosierdzie dla miast pogrążonych w grzechu. Wystarczyło dziesięciu sprawiedliwych, aby je ocalić przed zniszczeniem. Koronka do Miłosierdzia Bożego jest wstawianiem się do Boga za światem pogrążonym w grzechu. To wołanie o ocalenie, o ratunek już nie ze względu na dziesięciu sprawiedliwych, ale ze względu na tylko Jednego Sprawiedliwego.

    Słowa kończące koronkę: „Święty Boże” pochodzą ze starożytnego hymnu „Trisagion” (gr. triságios – trzykroć święty) na cześć Trójcy Świętej. Występują one również w tzw. suplikacjach, czyli w pieśni błagalnej śpiewanej w sytuacjach jakiegoś zagrożenia, np. wojną albo zarazą. Suplikacje śpiewamy także w Wielki Piątek podczas adoracji krzyża.

    Może ktoś zapytać: po co Bogu przypominać o tym, o czym On sam wie najlepiej? Po co „ofiarować” Jezusa Ojcu? Po co powtarzać „miej miłosierdzie”, przecież On jest miłosierny. Nie chodzi o to, by zmienić Boga, ale chodzi o naszą przemianę. Powtarzając te słowa, wyznajemy naszą ufność, uczymy się kochać. Jeśli się kogoś kocha, to ciągle powtarza się to samo: „kocham cię, bądź ze mną, kochaj mnie”. Kiedy dziecko coś nabroi, płacze i szuka bezpiecznych ramion ojca lub mamy. Czymś takim jest koronka. Ciągle sami grzeszymy, wciąż widzimy wiele zła i grzechu w świecie. Czasem chce się płakać z powodu tego wszystkiego. Odwołujemy się jednak do Bożego miłosierdzia. Chcemy jak syn marnotrawny wtulić się w ramiona Ojca, chcemy jak Jan położyć głowę na piersi Jezusa. „Panie, do kogóż pójdziemy?”. Ufamy Tobie! Znikąd nie mamy nadziei. Dlatego wołamy wielekroć do Ojca: „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i całego świata”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WSÓLNOTA SIÓSTR SŁUŻEBNIC BOŻEGO MIŁOSIERDZIA


    a początek istnienia Wspólnoty przyjmujemy dzień 29 września 2001 roku, w którym ks. biskup Alojzy Orszulik, ordynariusz łowicki przyjął nas do diecezji udzielając pozwolenia na utworzenie pierwszego domu Wspólnoty w Rybnie k. Sochaczewa. Tworzenie Wspólnoty rozpoczynały: s. Gertruda (Jolanta Barbara Kamieniecka), s. Jana (Dorota Monik), s. Scholastyka (Anna Maria Porąbka).
        Za swoją duchową założycielkę Wspólnota Służebnic Bożego Miłosierdzia uważa świętą siostrę M. Faustynę Kowalską, która nie tylko zainspirowała jej powstanie, ale także podała wszystko, co dotyczy celu, zadań, życia, formacji i organizacji Wspólnoty zarówno od strony duchowej jak i materialnej.
        Pismem z dnia 6.11.2001 r. (L.dz.1584/2001) ks. biskup ordynariusz Alojzy Orszulik udzielił oficjalnego pozwolenia na tworzenie Wspólnoty klauzurowej w Rybnie, a dekretem z dnia 4.1.2002 r. (L.dz.10/2002) zezwolił na pierwszą kaplicę Wspólnoty.
        Już wiosną tego roku (2002) zgłosiły się pierwsze kandydatki zainteresowane takim życiem i charyzmatem, tak, że od 5.10.2002 r. zainaugurowany został nowicjat Wspólnoty (weszły do niego dwie nowicjuszki).
        Dekretem z dnia 31.12.2002 roku (L.dz.1877/2002) ks. biskup Alojzy Orszulik erygował Wspólnotę jako Publiczne Stowarzyszenie Wiernych pod nazwą Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia i tym samym dekretem zatwierdził Statut Wspólnoty. Dnia 26.5.2003 r. rozporządzeniem Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji Wspólnota otrzymała osobowość prawną. 8.7.2003 r. (L.dz.938/2003) ks. biskup ordynariusz zatwierdził dekretem władze Wspólnoty. Przełożoną Generalną została s. Gertruda Kamieniecka. Dnia 6.8.2003 r. ks. biskup ordynariusz poświęcił dla Wspólnoty nowe habity (biało-czerwone, zgodnie z życzeniem Pana Jezusa przekazanym przez św. s. Faustynę) i dokonał uroczystych obłóczyn.
        Pismem z dn. 20.10.2003 r. (L.dz.1510/2003) ks. biskup Alojzy Orszulik określił sytuacje, w których siostry mogą opuścić teren klauzury ścisłej.
        Dnia 24.1.2004 r. Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przekazało naszej Wspólnocie w darze relikwie św. s. Faustyny Kowalskiej. W piśmie z dn. 25.6.2004 r. Ojciec Święty przekazał Wspólnocie swoje Apostolskie Błogosławieństwo na wierność charyzmatowi zakonnemu.
        Dziś Wspólnota to już dziewięć sióstr. Zgłaszają się następne kandydatki.


     
    Przewodnik Katolicki
    [artykuł z numeru 5/2007, 4 lutego 2007]
     

    Jadwiga Knie-Górna

    M Y   T Y L K O   R O B I M Y   H E R B A T K Ę

    Po ludzku patrząc, u sióstr w Rybnie nie ma nic. Stary, 200-letni, walący się, wspólnotowy dom, dookoła łąki, pola… Trzeba mieć dużą wyobraźnię, aby to miejsce nazwać klasztorem, a jednak rzeczywiście czuje się, jakby tutaj nawet powietrze było inne.
    S p l o t   p r z e d z i w n y c h   „ a k u r a t ó w ”

    Habity Klauzurowej Wspólnoty Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia poświęcone zostały w święto Przemienienia Pańskiego, a obłóczyny przygotowali mieszkańcy Rybna i okolic. — Ludzie zorganizowali wszystko. Malowali płoty, sprzątali wokół domów, piekli ciasta, przygotowali ogromnego grilla, wszędzie były wazony z kwiatami, życzliwe serca wokół nas i tyle wniesionej pracy i starań, że nie da się tego wyrazić słowami – opowiada wzruszona siostra Gertruda, matka przełożona wspólnoty.
        Miłość od pierwszego wejrzenia – tak w skrócie można określić wzajemne relacje między mieszkańcami Rybna a siostrami w czerwonych welonach. Pogłębiła ją niewątpliwie roczna stała obecność sióstr na Mszach św., o co prosił biskup Alojzy Orszulik. — Ksiądz proboszcz z kolei poprosił nas, abyśmy zajęły się scholą dziecięcą, a „akurat” Jezus powiedział św. Faustynie, że dzieci mają nam towarzyszyć i nie chodziło tylko o modlitwę – dodaje s. Jana. Dość szybko okazało się, że siostry mają jakiś szczególny dar przyciągania do siebie dzieci i młodzieży z problemami. — Jesienią przyjechały do nas dzieci z gimnazjum. Była to klasa, która sprawiała bardzo wiele problemów. Dzieci były u nas zaledwie parę godzin. Gdy wróciły do siebie, do szkoły, zaczęły opowiadać swoim kolegom i koleżankom o Jezusie, którego tu spotkały. Skutek był taki, że dzieci z innych klas stwierdziły, że też chcą do nas przyjechać i przyjechały. W międzyczasie zgłosiło się już wiele innych szkół. Chętnych jest coraz więcej, tylko musimy niestety poczekać do wiosny i lata, bo nasz mały dom ich wszystkich nie pomieści – mówi ze śmiechem siostra Anna.
        — Naszym fundamentem jest modlitwa, w której mamy Jezusowi przedstawiać to wszystko, z czym do nas ludzie przyjeżdżają. My podajemy tylko herbatkę, a Pan Bóg czyni cuda! Sama rozmowa nikomu nie pomoże, tylko łaska Boża może pomóc poranionemu człowiekowi – konstatuje s. Gertruda. Najczęściej jest tak, że wizytę u sióstr rozpoczyna dziecko, które potem przywozi rodziców, dziadków, całe rodziny i znajomych, ci z kolei przywożą następnych. Ale do sióstr służebnic Bożego Miłosierdzia nie przyjeżdżają tylko dzieci i młodzież, przybywa też bardzo wielu kapłanów i zakonników.
        — My tu niewiele znaczymy, Jezus tutaj zrobił sobie miejsce, w którym chce szczególnie działać. To jest Dom, szczególne miejsce na ziemi – dodaje s. Jana. Wszystko wskazuje na to, że tak jest, bowiem już po roku zgromadzenie sióstr zostało erygowane, gdy np. równoległe zgromadzenie na taki dekret czekało aż 18 lat!

    C u d ó w   i   „ a k u r a t ó w ”   c i ą g   d a l s z y . . .

    Biskup Alojzy Orszulik obiecał siostrom w październiku, że już na Boże Narodzenie dostaną kaplicę. Jest to kolejny przykład realizujący się zgodnie ze słowami z Dzienniczka św. Faustyny, której Jezus powiedział, że z wielkim utęsknieniem czeka na chwilę, kiedy sakramentalnie zamieszka z klasztorze.
        Adwent zatem siostry miały bardzo pracowity. Ponieważ znają się na murarce, stolarce i wielu innych „typowo kobiecych” sprawach, udało im się przy pomocy wielu przyjaznych serc i rąk przygotować kaplicę na czas. Ołtarz w kaplicy pochodzi z sąsiedniej parafii, gdzie „akurat” nie był już potrzebny, pierwsze tabernakulum, niedawno zastąpione nowym – z rodzimej parafii, gdzie też „akurat” stało już bezużyteczne. I tak, zgodnie ze słowami biskupa, w Boże Narodzenie odbyła się pierwsza Msza św. w nowej kaplicy, w której udział wzięło, prócz najbliższych krewnych, wielu przyjaciół i członków coraz większej wspólnotowej rodziny. — W momencie Przeistoczenia, kiedy Jezus żywy stanął na ołtarzu, wszyscy zaczęliśmy płakać. Tego, co wówczas się stało, nie da się wyrazić słowami – wspomina s. Gertruda.
        Ludzie szukający u sióstr pomocy mówią, że Jezus jest tu obecny w niemal namacalny sposób. Po ludzku patrząc, tutaj nie ma nic i trzeba dobrze pobudzić wyobraźnię, aby tę chałupinę nazwać klasztorem, a jednak czuję się tutaj inaczej, lepiej, spokojniej…
        Siostry mają już wstępny projekt nowego klasztoru, który stanie w miejscu starego. Na moje pytanie dotyczące finansów, które urzeczywistnią tę budowę, usłyszałam: — Pan Jezus powiedział św. Faustynie, że wszystko czyni w zależności od naszej ufności. My tylko mamy ufać, a On zatroszczy się o resztę i jak dotychczas jeszcze niczego nam nie brakowało. Dlatego o budowę siostry się nie martwią… — Każdego dnia mamy mnóstwo świadectw, że jeżeli człowiek zaufa Bożemu Miłosierdziu, to wszystko jest możliwe. Najtrudniej jest zaufać, a jak już się zaufa, to Pan Bóg nigdy nie zawiedzie. Tak jak pokojem można się zarazić i dzielić nim dalej, tak samo jest z ufnością. My zarażamy ludzi ufnością, jak się raz jej doświadczy i dotknie, to ona pozostanie w środku człowieka, skąd nieustannie promieniuje – dodaje s. Gertruda.

    R a t u n e k   d l a   p o g r ą ż o n y c h   w   d e p r e s j i

    Jak twierdzą siostry, jest to także szczególne miejsce dla pogrążonych w depresji. — Człowiek w depresji jest samotny, opuszczony, a ufność jest lekarstwem. Jeśli człowiek natychmiast poczuje silne wsparcie, odczuje, że jest Ktoś, kto go kocha, Ktoś, kto odcina go od otaczającego zła, odzyskuje równowagę. Tutaj wychodzenie z depresji dokonuje się w niezwykle szybki sposób, od piętnastu minut do dwóch dni najdłużej. To jest łaska Boża. Mówimy tu o przypadkach poważnych, nawet próbach samobójczych – podkreśla s. Gertruda.
        Siostry mają do czynienia z najcięższymi przypadkami, stąd nierzadko w ich progach stają ludzie uwikłani w magię. Bywa i tak, że pojawia się w nich ogromny lęk, który powstrzymuje ich przed przekroczeniem progu. Siostry modlą się za tych wszystkich, którzy zostawiają u nich swoje intencje, bóle i cierpienia, a najtrudniejsze przypadki kierują do osób kompetentnych, do egzorcystów.
        — Widzimy ogromny głód Boga wśród ludzi, którzy są bardzo zagubieni w tym świecie i na oślep szukają ratunku. Jeżeli taki człowiek trafi w miejsce, gdzie pokaże mu się Pana Boga, ale pod jednym warunkiem, w konkretnym życiu danego człowieka, to dokonują się cuda. Widzimy, jak Pan Bóg szuka pretekstu, aby pomóc człowiekowi, aby zadziałać i ratować. Wystarczy tylko się otworzyć. Miłosierdzie Boże szuka, żeby tylko dotknąć człowieka i go uratować. Uratowany już potem promieniuje tą miłością i idzie w świat, by świadczyć o swoim spotkaniu z Jezusem – przekonuje s. Gertruda.

    A   w s z y s t k o   z a c z ę ł o   s i ę . . .

    Pierwsze siostry: Gertruda, Scholastyka i Jana pochodzą z różnych stron Polski i z różnych domów. Każda z nich, niezależnie od wieku, czytając Dzienniczek św. Faustyny, jednoznacznie odczytała tę wspólnotę, która jako jedyna ze wszystkich została tak szczegółowo opisana, jako swoją. Później zrodził się jednak „mały problem”, gdyż takiego zgromadzenia nie było. — W końcu każda z nas, niezależnie trafiła do czynnego zgromadzenia w Myśliborzu, które nam odpowiadało, gdyż w nazwie miało „Jezusa Miłosiernego”. Okazało się, że zgromadzenie to w swojej konstytucji miało punkt 4. Według niego zgromadzenie powinno dążyć do utworzenia wspólnot kontemplacyjnych, więc my niezależnie od siebie stwierdziłyśmy, że chcemy dążyć do realizacji „tego punktu” – wspomina s. Gertruda. Ówczesna przełożona, która przyjęła siostry, powiedziała, że trzeba cierpliwie czekać i modlić się, a może kiedyś taka wspólnota powstanie. Tak więc przez kilkanaście lat modliły się, aby jakiś święty poświęcił się sprawie i w końcu założył to zgromadzenie. Niewątpliwie podjęły wówczas duże ryzyko, że do końca życia pozostaną nie w tym zgromadzeniu, do którego chciały wstąpić. — Ale Pan Jezus nie zostawił nas. W pewnym momencie zapadła decyzja i zaproponowano nam, żebyśmy podjęły się próby założenia naszej wspólnoty – kontynuuje opowieść s. Gertruda. Droga do tworzenia wspólnoty nie była łatwa, ale Pan Bóg dał im taki znak, jakiego nie dał św. Faustynie, kiedy chciała stworzyć to zgromadzenie. Nigdy nie dostała bowiem jednocześnie wszystkich wymaganych pozwoleń. U sióstr Gertrudy, Scholastyki i Jany wszystkie pozwolenia się zbiegły i gdy złożyły w zgromadzeniu prośbę o odejście i założenie nowej wspólnoty, także i na nią otrzymały zgodę. — W jednym momencie straciłyśmy wszystko i na dodatek nie wiedziałyśmy za bardzo dokąd jechać, co robić. Wtedy inicjatywę przejął Jezus. Z perspektywy czasu widzimy, jak formował nas do bezgranicznego zaufania Jemu – dodaje s. Jana. Jezus obiecał św. Faustynie wiele rzeczy i one, zdaniem sióstr, realizują się każdego dnia. — Od pierwszego dnia naszej wędrówki wszystko, cokolwiek się zdarzyło, wynikało jedno z drugiego, w sposób, który nie da się racjonalnie wytłumaczyć i opisać – podkreśla s. Gertruda.
        Ich historia w wielkim skrócie wygląda następująco: pewna ich znajoma zaprosiła siostry do siebie, bo „akurat” ma mały domek na Mazurach, który stoi pusty i chętnie go udostępni. W tej miejscowości pierwszą osobą, którą „akurat” siostry spotkały przy budce telefonicznej, był kapłan. „Akurat” się okazało, że jest to fantastyczny kapłan, zaprzyjaźniony z Karmelem, który został nie tylko przyjacielem sióstr, ale także ich spowiednikiem i opiekunem duchowym. Proboszcz tamtejszej parafii zaproponował siostrom, że będzie wystawiał im każdego dnia przez jedną godzinę Pana Jezusa. Prosił jedynie o modlitwę za swoją parafię. Ludzie zaczęli czynić wszystko, aby siostry tam zostały i zagospodarowały się.

    K o n i e c   w a k a c j i ,   t e r a z   d o   d z i e ł a . . .

    Jednym słowem wszystko się świetnie układało do momentu, kiedy przyszły dokumenty, które trzeba było podpisać. — Pan Jezus dał je nam 17 sierpnia. Dokładnie rok później Ojciec Święty Jan Paweł II powierzył świat Bożemu Miłosierdziu. W momencie, kiedy były podpisane dokumenty, jeden z naszych kierowników zadzwonił i powiedział: koniec wakacji, teraz do dzieła. Tylko że my nie miałyśmy zielonego pojęcia, gdzie owo dzieło na nas czeka. Miałyśmy „Dzienniczek” św. Faustyny i czytałyśmy opis naszego miejsca, miałyśmy też już doświadczenie, że wszystko, co jest tam napisane, realizuje się, więc szukałyśmy po znakach, jakie nam Faustyna zostawiła. Szukałyśmy miejsca na założenie wspólnoty, takiego, które zgadzałoby się z jej opisem. Innych motywacji w ogóle nie brałyśmy pod uwagę. Powiedziałyśmy: Panie Boże, prowadziłeś nas, więc prowadź nas dalej. Wtedy przyjechała znajoma z Mazur i zaproponowała nam posiadłość na Zamojszczyźnie, gdzie miała duży dom i ziemię – wspomina s. Gertruda.
        Siostry wsiadły do samochodu i pojechały. Z pozoru wydawało się, że to jest właśnie to miejsce, propozycja jednak upadła, gdy się okazało, że kościół był oddalony od domu aż o osiem kilometrów. Według opisu św. Faustyny, kościół miał stać nieopodal domu wspólnoty, więc siostry grzecznie podziękowały. Szukając tamtejszego ks. proboszcza, natrafiły na biskupa z diecezji lubelskiej, który z kolei wskazał im miejsce w swojej diecezji. Siostry jednak „trochę samowolnie”, bez konsultacji ze swoim ojcem prawnikiem, chciały, aby przyjęto je w diecezji zamojskiej. Udały się nawet do biskupa tejże diecezji, ale go nie zastały, gdyż pojechał poświęcić dzwony. Jego kanclerz poprosił, aby napisały stosowne pismo. — I tu Pan Bóg zadziałał błyskawicznie, bowiem choć ani mnie, ani siostrze Janie pisanie nigdy nie sprawiało trudności, tak w tym momencie nie potrafiłyśmy sklecić ani jednego sensownego zdania. Siedziałyśmy i nic – dodaje s. Gertruda. Zadzwoniły do swojego ojca prawnika, który je wstrzymał w powziętym zamiarze. Ponieważ zaproszenie księdza biskupa lubelskiego było nadal aktualne, wsiadły do gościnnego samochodu swojej znajomej i pojechały do niego.

    Z a p r o wa d z i ł   n a s   P a n   B ó g   d o   b i s k u p a

    Okazało się, że droga miała prowadzić przez Warszawę, gdzie „dogonił” je telefon od ich przyjaciela kapłana, który wybierał się do nich na Mazury, na poziomki… Koniec końców, spotkali się w Ursusie, skąd podjechali do Otwocka, do ojca prawnika.
        — Nasz ojciec ks. prof. Franciszek Bogdan, pallotyn, który cały czas sprawował nad nami opiekę prawną, popatrzył na naszego przyjaciela kapłana, po czym stwierdził: dobrze księdzu z oczu patrzy, co zatem może ksiądz dla naszych sióstr zrobić?! Wtedy dopiero dowiedziałyśmy się, że nasz przyjaciel pochodzi z diecezji łowickiej i że może nas umówić ze swoim biskupem. No i zaprowadził nas Pan Bóg do biskupa Orszulika – opowiada s. Jana.
        „Akurat” na dzień wizyty przypadło święto Michała Archanioła, którego Jezus dał św. Faustynie jako opiekuna wspólnoty. — Ksiądz biskup przyjął nas wyjątkowo serdecznie. Przekazałyśmy mu wszystkie nasze opinie i dokumenty, jednak ze spokojem je odłożył… i skierował nas do samochodu. Okazało się, że wszystko miał już przemyślane i przygotowane. Ruszyliśmy do Rybna. Zobaczyłyśmy sypiącą się, porośniętą dorodnym grzybem chałupinę. Była bez drzwi, z powyrywanymi podłogami, bez szyb w oknach, a my stałyśmy zachwycone. Szybko zapytałyśmy, gdzie mieści się kościół. Gdy okazało się, że nieopodal, byłyśmy już prawie szczęśliwie. Pozostawał tylko jeden drobiazg… ołtarz, o którym Faustyna napisała, że ma być z Godziną Miłosierdzia i aniołami. Na wieść o tym, że jest to świątynia pod wezwaniem św. Bartłomieja, posmutniałyśmy. Pan Bóg jednak miał swoje plany. Poszłyśmy do kościoła, spojrzałyśmy na ołtarz i zdumione stwierdziłyśmy, że jest jak żywy z opisu św. Faustyny. Stałyśmy, patrzyłyśmy i poczułyśmy niezwykły wewnętrzny spokój. Znalazłyśmy swoje miejsce, które przygotował nam Pan Jezus – kończy historię s. Gertruda.
        Jadąc z powrotem do Poznania, długo rozważałam słowa s. Jany: „Dziś dobrze wiemy, że wszystko cokolwiek daje Boża Opatrzność, cokolwiek Jezus stawia na naszej drodze, wszystko to ma służyć dobru. Wszystko jest potrzebne do czegoś. My jeszcze nie musimy wiedzieć do czego, ale On wszystko wykorzysta na dobro, jeśli tylko Mu się zaufa”.
    Gość Niedzielny
    [artykuł z numeru 1/LXXXV, 6 stycznia 2008]
     

    Marcin Jakimowicz

    Z E M S T A   M N I S Z E K   B Ę D Z I E   S Ł O D K A

    Gdy zajrzeliśmy tu ponad rok temu, cud gonił cud. Niewiele się zmieniło. Rolnicy w Rybnie błogosławią ubiegłoroczne wiosenne przymrozki, siostry odwiedza wierna kopia Ojca Pio, mnóstwo ludzi wychodzi z depresji i dotyka Bożego miłosierdzia. A mniszki? Parzą herbatę.



    Latem po zielonej łące biegała kura. Takie czupiradło. Nie widać, gdzie głowa, a gdzie ogon. U Służebnic Bożego Miłosierdzia w Rybnie, gdzie pioruny rozwalają jesiony, by zakonnice miały drewno na opał, a trąby powietrzne pomagają mniszkom uprzątnąć siano, nawet drób ma niezwykłą historię (o początkach wspólnoty pisaliśmy w tekście pt. „Trąba powietrzna” w nr. 36. z 2006 roku).

    Z b a w i e n n e   k u k u r y k u

    Chłopak siedział nieobecny, skulony. Przywiozła go mama. Opowiadała o problemach z synem. Zamykał się w sobie z dnia na dzień. — Zaczęłam się modlić: Jezu, otwórz tego chłopca – opowiada siostra Jana. — I wtedy zapiał kogut. Chłopak podniósł lekko brew. — Lubisz ptaki? – zagadałam. — Tak! – jego oczy błysnęły. Wzięłam go na bok, pokazałam nasz domowy inwentarz. Rozgadał się na dobre. Okazało się, że jest pasjonatem domowego ptactwa. Wstydził się przyznać do tego przy kumplach, którzy rozmawiali tylko o dziewczynach, samochodach i dyskotekach. Bał się, że będą uważali go za dziwaka. Zamknął się w sobie. Otworzył się, został uzdrowiony. W podzięce przywiózł nam parkę czarnych kurek. A to jeszcze nie koniec! Niebawem do jego klasy trafił kolega, który miał identyczne zainteresowania. Znaleźli wspólną pasję. Pan Bóg posłużył się pianiem koguta. A japońskiej kurki już nie ma. Musiałyśmy zrezygnować z kurnika, na jego miejscu stanie skromna kuchnia.

    P r z y t u l e n i e

    Gdy półtora roku temu wyjeżdżałem z Rybna, usłyszałem: — Należysz już do rodziny. Każdy, kto tu przyjedzie, wraca. Myślałem, że to tylko miła formułka pożegnania. Ale wróciłem. Służebnice Bożego Miłosierdzia przed siedmiu laty założyły tu klasztor według wskazań św. Faustyny, która kilkadziesiąt lat wcześniej proroczo opisała, jak będzie wyglądać dom zgromadzenia, jego charyzmat, a nawet codzienne życie. — To przedsionek nieba! – mówią ci, którzy tu przyjeżdżają. Jezus w Dzienniczku obiecał wyraźnie: „Duch mój spocznie w klasztorze tym, błogosławić będę okolicę, w której klasztor ten będzie”. I dotrzymuje słowa. Aż nie chce się wierzyć, że te uśmiechnięte mniszki w czerwonych welonach mają przygotować świat na ostateczne przyjście Jezusa. To również zdanie z Dzienniczka. Faustyna widziała zgromadzenie w trzech odcieniach: czynnym, kontemplacyjnym i świeckim. — Od czasu waszego artykułu w „Gościu” nasza rodzina świecka bardzo się powiększyła. Należy już do niej ponad 350 osób.
        Wiele osób przyjeżdżających do klasztoru zostaje uzdrowionych. Bardzo często wychodzą z potwornych depresji. Jak wy to robicie? – pytam, a mniszki śmieją się: — Niczego nie robimy. Nie nakładamy na nikogo rąk, nie mamy żadnych specjalnych formuł modlitewnych. Rozmawiamy jedynie pokornie z Jezusem, a On sam zaczyna działać. Chodzi o przylgnięcie do Jego serca, wsłuchanie się w Jego myśli. Do tego stopnia, by poznać Jego wolę – opowiada siostra Gertruda. — Chodzi o taką zażyłość, o jakiej kiedyś opowiadała Vicka z Medjugorie. Ktoś zaczepił ją: — Maryja powiedziała to i tamto, a ona uśmiechnęła się: — Nie. Maryja tak by nie powiedziała, znam Ją…

    M ó d l   s i ę ,   a   p o l e   o b r o d z i

    Wiosenne przymrozki przeklinali rolnicy w całej Polsce. Ale nie w Rybnie. Na początku, widząc zmrożone hektary sadów, załamali ręce i narzekali. Ktoś z nich jednak rzucił: Pan Bóg w Dzienniczku obiecał, że będzie nam błogosławić. On wszystko weźmie w swoje ręce. Zamyka jedną furtkę, a otwiera drugą. Posadzili koktajlowe pomidorki, kapustę, ogórki, żeby przynajmniej coś urosło. I podziękowali Bogu za to, co się wydarzyło. I stała się rzecz nieprawdopodobna – opowiadają mniszki: — Nie dość, że ogórki, kapusta i pomidorki urosły, to wiśnie i truskawki, które miały wyginąć, obrodziły bardziej niż w poprzednich latach. Rolnicy się zdumieli. Przyjechali i wołają: dotknęliśmy błogosławieństwa! To ciekawe. Współczesny racjonalny człowiek nie łączy już modlitwy z dobrymi zbiorami. To dla niego dwie różne bajki. Tymczasem już w Księdze Powtórzonego Prawa Bóg zapowiada: „Jeśli pilnie będziesz słuchał głosu Pana, Boga swego, wiernie wypełniając wszystkie Jego polecenia, będziesz błogosławiony w mieście, błogosławiony na polu. Błogosławiony będzie owoc twego łona, plon twej roli, przychówek twych zwierząt, przyrost twego większego bydła i pomiot bydła mniejszego”. Piękna metafora? Wielu ludzi zżymało się, słysząc przesłanie Maryi z La Salette. Mówiła pastuszkom, że ziemniaki gniją, bo… ludzie przeklinają Boga. Absurd? Rolnicy z Rybna przekonali się, że nie.

    T y l k o   t y l e ?

    Podjechał autobus. Wysypali się ludzie. To ma być to słynne Rybno? – kręcili głowami. Spodziewali się jakiegoś sanktuarium albo chociażby cudownego źródełka. — A gdzie pokoje gościnne? — Nie ma. Można przenocować u ludzi w Rybnie. Byli zszokowani, widząc szczere pole, drewnianą chatkę i podgryzane przez bobry drzewa. Zaryzykowali, zostali. — Wyjeżdżali już jako rodzina – opowiada siostra Jana. — Latem jest łatwiej: możemy rozmawiać na podwórku, w domkach holenderskich. Można się wyspowiadać. Nasz biskup Andrzej Dziuba pozwolił, by spowiadali u nas księża z pobliskich parafii. Przychodzą chętnie. Zimą jest trudniej: zostaje malutki pokój i kaplica.
        Gości odwiedzających klasztor wita oparty o drzewo spory obraz Miłosierdzia. Pod stopami Jezusa napis: I trust in You. — Dostaliśmy wiele takich obrazów z napisami w różnych językach. Pierwszy był właśnie ten. Chcieliśmy poczekać na polską wersję, ale przełożona powiedziała: wieszajcie. Kilka miesięcy później przychodzi grupa pielgrzymów. Wśród nich kobieta z Kanady, jak się okazało w ogromnej depresji. Przetarła oczy: Jezus wita ją po angielsku! Siedziała długo w kaplicy, spotkała się z naszym kapłanem. Wyjechała jako zupełnie inny człowiek.
        Artykuł w „Gościu” napędził tłumy – śmieją się mniszki. — Nie byłyście na nas złe? – pytam. — Jak można być złym na to, że ludzie garną się do Bożego miłosierdzia? Ten dom zawsze jest otwarty. Zauważyłyśmy, że mnóstwo ludzi wychodzi tu z depresji. W szczególny sposób doświadczyli oni życia duchowego od strony zła i bardzo potrzebują miłosierdzia. Są chłonni. Gdybyśmy podchodziły do życia jako terapeutki, załamałybyśmy ręce: co z tymi ludźmi robić? Ale gdy kochasz człowieka, to go kochasz zawsze, niezależnie od tego, w jakim stanie przyjdzie. Robisz wszystko, by mógł przytulić się do Jezusa. To cała terapia.
        Zaczęło się od Magdy. Zadzwoniła: — Jestem na skraju wyczerpania nerwowego, mogę przyjechać? Tak! Był dzień odpustu, stragany dochodziły aż do naszego wjazdu. Siostra przełożona mówi: — Wydaje mi się, że ktoś szuka, krąży… Może to ona? Stanęłam przy bramie – opowiada siostra Jana. — Nikogo nie zobaczyłam. Odwróciłam się i wtedy nagle wjechała Magda. Kompletnie załamana. Chciała jechać prosto i huknąć w najbliższe drzewo. Z daleka zobaczyła jednak, że ktoś na nią czeka. Jedenaście lat w kompletnej depresji. Jedno wielkie wycie. Była tak potwornie poraniona wewnętrznie, że wyrzuciła z domu krzyż i portret Jana Pawła II, tylko dlatego że to byli faceci. Posiedziała dwa dni. Dostała Ewangelię św. Łukasza, po to, by zobaczyć Jezusa jako mężczyznę, brata, przyjaciela. Czytała od deski do deski. Wstała i zawołała z błyskiem w oku: Ale facet! Siedziała przy jeziorku i obdzwaniała, kogo się dało: Słuchajcie, spotkałam Jezusa! Odeszła przemieniona. Niczego nie robiłyśmy. Bóg sam działał.

    C o ś   n i e   p o z w a l a   m i   w e j ś ć

    Takich osób pojawia się coraz więcej. Do każdego mamy jedno pytanie: Czy chcesz, by Jezus ci pomógł? Zauważyłyśmy, że nikt nie odchodzi stąd bez Jego interwencji. — Nie napawa was to pychą? Łatwo sobie przypisać chwałę… – pytam. — Nie. Bo to nie nasze. My parzymy herbatę. A herbata jeszcze nikogo nie uratowała… Bogu tak bardzo zależy na człowieku, że szuka każdego pretekstu, by mu pomóc. Skoro posłużył się osiołkiem, to dlaczego nie miałby posłużyć się nami? Nas nie będzie, a On będzie działał. Obiecał to czarno na białym w Dzienniczku. „Duch mój spocznie w klasztorze tym…” Osoby opętane mają ogromne problemy, by tu wejść. Mówią: coś we mnie wzbraniało się, by wejść na wasz teren. Widziałyśmy faceta, który nie potrafił przejść przez te drewniane drzwi. — Nie bałyście się? — A pokusy do grzechu się nie boisz? – siostra Gertruda głaszcze spokojnie małego kotka. — To ten sam zły duch. Nic nie robiąc, brudzisz się tak samo. To paradoks: skupiając się na sobie, zamykasz się w coraz większym lęku. Diabeł łapie nas w pułapki paradoksów: osoby w depresji nie mogą jeść, głodzą się, wpadają w anoreksję, ale za Chiny nie podejmą postu. Boją się śmierci, ale często mówią o samobójstwie. Sztuczki ojca kłamstwa. Uczymy ludzi walki duchowej. Oczekujemy sielanki, ale życie jest walką. Nasi kapłani mówią: — Jezus odcina tu korzenie zła. Już kilkadziesiąt osób odesłałyśmy do egzorcystów. Wracały przemienione, szczęśliwe.

    K o ś c i ó ł   g i n i e ?

    Zauważyłam kilka podstawowych źródeł depresji – opowiada siostra Gertruda. — Nieuporządkowana przeszłość: poczucie niższości, wspomnienia z dzieciństwa. Zły duch wykorzystuje nawet malutkie zranienia. Są jak szczeliny, przez które wślizguje się wąż. Inną przyczyną jest okultyzm, ezoteryzm, newage’owe nowinki: od wróżek po horoskopy, reiki i Silvę. Przyjechało też kilka „czarownic”. Większość z nich przeżyła tu dotknięcie Boga, trafiły do egzorcysty. Rozmawiam z jedną kobietą i czuję, że coś jest nie tak. — Chyba musi pani spotkać się z egzorcystą, bo wygląda na to, że ktoś w pani rodzinie zawarł pakt z diabłem. A ona na to: — Jeszcze gorzej… I zaczyna opowiadać o duchach, które do niej przychodzą. Nie uważa tego za zło. — Pani jest czarownicą? — Wiedźmą – sprecyzowała. Przyjechała tylko po to, żeby powiedzieć, że Jezus nie jest jej potrzebny. — Wasz Kościół ginie! Nie widzicie tego? — Nie widzimy – odparłyśmy zgodnie. Jedna kobieta powiedziała: — Trzymam na uwięzi siedem złych duchów. — A może jest odwrotnie? – przerwałam. — Hm, może rzeczywiście? – stropiła się. Trzecim źródłem depresji są nieuporządkowane relacje z Bogiem: nieprzebaczone sytuacje, grzech, którego nie chcemy zostawić. To przyczółek złego ducha. Najrzadszym przypadkiem depresji, jaki widzieliśmy, jest to, co powszechnie uważa się za przyczynę załamań: zawirowania życiowe, dramaty, traumatyczne doświadczenia. Na palcach ręki mogę policzyć ludzi, którzy wpadli w depresję z tego powodu. A przyjeżdża tu prawie siedemset osób miesięcznie.

    S o b o w t ó r   O j c a   P i o

    Kiedyś jeden z naszych znajomych rzucił: — Jesteście zgromadzeniem klauzurowym. Po co wychodzicie do tych ludzi? Odsyłajcie ich do psychologów i psychiatrów. Dajcie spokój!
        Bardzo nas to dotknęło. Chciałyśmy rozeznać nasz charyzmat. Przeżywałyśmy trudne chwile. I wtedy siostra Anna troszkę bezczelnie pomodliła się: — Ojcze Pio, widzisz, że nasz spowiednik poszedł do trapistów i zostałyśmy same. Przyślij nam spowiednika, a jeśli nie, to sam przyjdź i nas wyspowiadaj (śmiech). Minęło kilkanaście dni, dzwonek do drzwi. Otwieramy, a tam… Ojciec Pio – mniszki wybuchają śmiechem. Okazało się, że to meksykański kapucyn, egzorcysta. Wierna kopia Ojca Pio. Wyszedł z kaplicy bardzo poruszony: — Słuchajcie, w Guadalupe Maryja ma żywe oczy, a tu cały Jezus jest żywy! Wiecie, że On błogosławi? — Wiemy – przytaknęłyśmy zgodnym chórkiem. A on popatrzył nam w oczy i rzucił: — Będą wam mówić: Po co ci ludzie tu przyjeżdżają? Wyślijcie ich do specjalistów. Ale to jest pokusa. Bóg ich przysyła do was, by tu zdrowieli. Z wrażenia nas zatkało.

    D e m o n y   z w i a ł y

    Faustyna proroczo widziała w naszym klasztorze małe dzieci. Dziś śmiejemy się, że możemy założyć przedszkole z dzieci, które miały się nie urodzić. Niektóre matki słyszały od lekarzy: nawet nie próbujcie zajść w ciążę. Nie ma szans. Ale Pan Bóg może wszystko. Przyjeżdża sporo takich „cudownych” maluchów.
        Naszym wielkim odkryciem jest to, że Jezus zdobył się na szaleństwo: obiecał, że wystarczy zmówić w czyjejś intencji Koronkę do Miłosierdzia Bożego, by otworzyć dla niego niebo. W Dzienniczku Faustyna opisała przejmującą scenę. Trafiła do umierającego człowieka. Zmagał się, cierpiał straszne męki. Wokół jego łóżka zobaczyła wiele demonów. Gdy zaczęła odmawiać Koronkę, wszystkie zniknęły. Chory odetchnął i pogodzony z życiem zmarł.
        Gdy nas ktoś obgada, oczerni albo po prostu wkurzy, to mówimy: Oj, poczekaj! Nasza zemsta będzie słodka. Wymodlimy ci niebo! – wybuchają śmiechem mniszki w czerwonych welonach.


     

    Święta siostra Faustyna opisuje w Dzienniczku proces rozprzestrzeniania się Dzieła Miłosierdzia jakby w trzech odcieniach, „lecz to jedno jest”: poprzez Zgromadzenie zakonne o charakterze kontemplacyjnym, „gdzie dusze odosobnione od świata palić się będą w ofierze przed tronem Bożym i upraszać miłosierdzie dla świata całego… I wypraszać błogosławieństwo dla kapłanów, i modlitwą swoją przygotowywać będą świat na ostateczne przyjście Jezusa” (Dz.s.F. 1155). Ten odcień realizuje Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia w Rybnie.
    Innym odcieniem uczestnictwa w Dziele Miłosierdzia jest modlitwa i czyny miłosierdzia osób nie zobowiązanych żadnym ślubem, za których jednak wykonanie będą one miały udział we wszystkich zasługach i przywilejach całości Dzieła. Do tego odcienia mogą należeć wszyscy ludzie żyjący na świecie (Dz.s.F. 1157).
        Krąg Miłosierdzia, powstały w kwietniu 2006 roku, który wypełnia to pragnienie św. Faustyny jest formą duchowej przynależności i uczestnictwa w charyzmacie Wspólnoty Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia w Rybnie dla tych wszystkich, kapłanów, zakonników i zakonnic należących do innych Zgromadzeń czy Instytutów Życia Konsekrowanego, a także ludzi świeckich, których Bóg powołuje do życia tym charyzmatem. Nie jest on bowiem sprzeczny z regułami żadnego Zgromadzenia lub Zakonu ani w konflikcie ze stylem życia kapłanów diecezjalnych czy katolików świeckich, ale jest szczególnym darem Boga na nasze czasy i w przedziwny sposób łączy w sobie wszystkie inne dary i charyzmaty Kościoła. Jedynymi wymogami przynależności do tej Wspólnoty są:

    codzienna Koronka do Bożego Miłosierdzia;
    modlitwa za Kościół i kapłanów (Dz.s.F. 1052);
    przynajmniej jeden uczynek miłosierdzia dziennie;
    świadectwo życia dawane Jezusowi w miejscu, na którym postawił swoim powołaniem, wierność swojej drodze życia;
    błogosławieństwo kapłańskie udzielane i rozszerzane na cały świat
    (wymóg dla kapłanów).

                 Istotą tego charyzmatu jest całkowita ufność Jezusowi – zawierzenie Bożemu miłosierdziu i postawa miłosierdzia, czyli nastawienie na odwzorowanie w swoim życiu pragnienia i wysiłku Jezusa zmierzającego do doprowadzenia każdego człowieka do dojrzałości i wiecznego zbawienia. Dokonuje się to przez ciągłe wnikanie w Boże tajemnice, poznawanie Jego wielkiego miłosierdzia i niezgłębionej dobroci do stworzeń oraz przybliżanie tego innym ludziom. Jak również, poprzez łączenie się z Jezusem w miłości, wypraszanie Bożego miłosierdzia dla siebie i innych, budzenie ufności w Boże miłosierdzie, oraz przygotowywanie w ten sposób świata na ostatecznie przyjście Chrystusa na ziemię. Zasadniczym elementem tego charyzmatu jest modlitwa, podejmowanie postu, wszelkich umartwień i prac, a także przyjmowanie cierpienia i wszelkich wysiłków, w zjednoczeniu z Jezusem, ofiarowując, jak to określił sam Chrystus świętej siostrze Faustynie, za cały świat, a szczególnie za dwie drogocenne Jego sercu perły, czyli dusze kapłanów i dusze zakonne. Modlitwa, umartwienia, posty czy jakakolwiek praca zyskują swoją wartość przed Bogiem jedynie wtedy, gdy są złączone z modlitwą, postem, umartwieniem czy pracą samego Jezusa. Dlatego też każdy członek Kręgu Miłosierdzia, podobnie jak Siostry, pozwala się prowadzić Duchowi Świętemu, a swoje życie stara się wzorować na życiu Jezusa od żłóbka aż do skonania na krzyżu (Dz.s.F. 438).
        Uczestnictwo w charyzmacie daje członkom Kręgu Miłosierdzia prawo do udziału we wszystkich obietnicach Jezusa pozostawionych w Dzienniczku dla Zgromadzenia, w duchowych dobrach Wspólnoty, zwłaszcza do szczególnej opieki Jezusa, podobnie jak św. Faustyna, przed atakami złego ducha, ale także zachęca do praktykowania zgodnie ze swoim stanem życia, podobnie jak Siostry, trzech rad ewangelicznych: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Z oczywistych względów dla ludzi świeckich żonatych czy zamężnych będzie to oznaczało duchową walkę o czystość i wierność małżeńską, wolność od chciwości pieniędzy i mądre nimi gospodarowanie dla dobra rodziny, a także posłuszeństwo nauce Kościoła. Chodzi o to, aby duszą coraz bardziej wolną od różnorakich przywiązań kochać Jezusa aktem czystej miłości, samemu coraz mocniej ufać miłosierdziu Bożemu wypraszając je również dla innych.
        Św. siostra Faustyna (Dz.s.F. 1158) zachęcała, aby każdy członek tego trzeciego odcienia, czyli właśnie Kręgu Miłosierdzia, starał się spełnić przynajmniej jeden uczynek miłosierdzia dziennie, a może ich być również więcej. Te uczynki miłosierdzia mogą być praktykowane w trojaki sposób:

    czynem, słowem, przez przebaczenie i pocieszanie;
    modlitwą, która dostępna jest nawet wtedy, gdy nie można spełnić uczynku miłosierdzia ani też wypowiedzieć słowa przebaczenia lub pocieszenia.

                 Siostra Faustyna podkreśla przy tym dla tych, którzy martwią się, że nie mają rzeczy materialnych by czynić przez nie miłosierdzie, że „miłosierdzie ducha, na które nie potrzeba mieć ani pozwolenia ani spichlerza”, jest dostępne dla każdego i ma przy tym większą zasługę przed Bogiem (Dz.s.F. 1317). Trudno oprzeć się wrażeniu, że Faustyna zachęca nas wszystkich, członków Kręgu Miłosierdzia do tego, abyśmy powrócili do praktykowania obecnych już od dawna w nauce Kościoła uczynków miłosierdzia względem duszy i ciała.
        Niezmiernie ważne jest przy tym, aby zarówno czyny miłosierdzia tak względem ciała jak i duszy, a także inne praktyki ascetyczne jak posty, umartwienia czy jakąkolwiek pracę podejmować wobec bliźnich ze względu na miłość do Jezusa i ze względu na dobro, czyli wzrost w człowieczeństwie i zbawienie braci, jak również w łączności z Jezusem, z Jego czynami lub słowami miłosierdzia. Czynimy to zwykłym aktem woli i wzbudzeniem pragnienia, by wszystko to podejmować w łączności z Jezusem, z podobnym Jego aktem miłosierdzia i z miłości do Niego w celu wypraszania miłosierdzia dla całego świata, a szczególnie dla dusz kapłańskich i zakonnych. I tak np. post łączymy z postem Jezusa, nasze własne umartwienia, uczynki miłosierdzia względem ciała czy duszy z Jego umartwieniami czy czynami, naszą pracę z Jego pracą w Nazarecie, nasze cierpienie z Jego cierpieniem, gdyż tylko wtedy mają one wartość przed Bogiem. Należy unikać podejmowania dzieł miłosierdzia motywowanych lękiem przed opinią innych ludzi („bo tak wypada”, „bo co powiedzą inni”, „a może się ktoś na mnie obrazi”), albo z powodów czysto filantropijnych czy nawet szlachetnej miłości bliźniego. To za mało. Tylko motywacja „z miłości do Chrystusa”, dla rozwoju i zbawienia tak ukochanego przez Niego człowieka, nadaje czynom miłosierdzia właściwy charakter. Jak widać, konieczny jest więc również ciągły wysiłek każdego, kto należy do Kręgu Miłosierdzia nad oczyszczaniem własnej motywacji i intencji do działania oraz prośby skierowane do Boga o oczyszczanie naszej woli i pragnień.
        Trzecim sposobem praktykowania miłosierdzia wobec bliźnich, jak podaje Siostra Faustyna jest modlitwa za nich, a w sposób szczególny za kapłanów i osoby zakonne. Nie trzeba oczywiście przypominać, że nasza modlitwa ma sens tylko wtedy, gdy jest łączona ciągle aktem woli z modlitwą Jezusa opisaną w Ewangeliach. Modlitwą taką powinna być przede wszystkim Koronka do Bożego Miłosierdzia, możliwie o trzeciej godzinie lub w innym czasie. Szczególną zaś modlitwą dla członków Kręgu Miłosierdzia jest podyktowana przez św. siostrę Faustynę w Dzienniczku do codziennego odmawiania

     
    M O D L I T W A   Z A   K O Ś C I Ó Ł   I   K A P Ł A N Ó W :
    1052 
    O Jezu mój, proszę Cię za Kościół cały, udziel mu miłości i światła Ducha swego, daj moc słowom kapłańskim, aby serca zatwardziałe kruszyły się i wróciły do Ciebie, Panie. Panie, daj nam świętych kapłanów, Ty sam ich utrzymuj w świętości. O Boski i Najwyższy Kapłanie, niech moc miłosierdzia Twego towarzyszy im wszędzie i chroni ich od zasadzek i sideł diabelskich, które ustawicznie zastawia na dusze kapłana. Niechaj moc miłosierdzia Twego, o Panie, kruszy i wniwecz obraca wszystko to, co by mogło przyćmić świętość kapłana – bo Ty wszystko możesz.

    W Święto Podwyższenia Krzyża, 14 września 2007 roku, dokonany został uroczysty akt intronizacji i oddania Wspólnoty, we wszystkich „odcieniach” i stopniach przynależności, Jezusowi Królowi Miłosierdzia. Odtąd, każdy wstępujący do Wspólnoty, oddaje swoje życie Chrystusowi, wyznając Go jako jedynego swojego Pana i Króla.

     
    A K T   O D D A N I A   J E Z U S O W I
    K R Ó L O W I   M I Ł O S I E R D Z I A :


    ezu, Królu Miłosierdzia, Panie nasz, przez ręce Maryi Matki Miłosierdzia oddajemy dziś Tobie, na zawsze, wszystkie nasze wspólnoty, siostry i braci, których raczyłeś i raczysz wezwać do głoszenia chwały Twego Miłosierdzia i przygotowywania świata na Twoje przyjście. Oddajemy wszystkich, którzy wraz z nami wielbią Twoje Miłosierdzie w każdym czasie i miejscu.
    wiadomi naszej słabości, ale ufni w Twoje Nieskończone Miłosierdzie oddajemy się Twojej Świętej Woli. Ty Sam uświęcaj nas i posługuj się nami, jak chcesz, w Twoim dziele zbawienia świata.
    róluj w naszych sercach i w całej Wspólnocie, spraw, by Twoja Wola pełniona była zawsze, wszędzie i we wszystkim, aby Królestwo Twoje ogarnęło wszystkich ludzi po wszystkie czasy. Amen.



    Przypominamy także uczynki miłosierdzia względem ciała i względem duszy.

    Uczynki
    względem
    ciała:
      • głodnych nakarmić
      • spragnionych napoić
      • nagich przyodziać
      • podróżnych, tych, co nie mają się gdzie schronić,
        przyjąć do domu
      • więźniów pocieszać
      • chorych nawiedzać
      • umarłych grzebać

    Uczynki
    względem
    duszy:
      • grzeszących upominać
      • nieumiejętnych pouczać
      • wątpiącym dobrze radzić
      • strapionych pocieszać
      • krzywdy cierpliwie znosić
      • urazy chętnie darować
      • modlić się za żywych
        i umarłych





      

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Relacja z Jezusem jest dla sióstr tak naturalna jak oddychanie.

    Relacja z Jezusem jest dla sióstr tak naturalna jak oddychanie.
    fot. Roman Koszowski
    /Gość Niedzielny

    ***

    Ufamy za tych, co nie ufają

    – Jesteśmy ekspansywną formą kultu Bożego Miłosierdzia – bo obraz trzeba czcić, koronkę trzeba odmówić, o święcie trzeba wiedzieć, że jest, i z niego skorzystać. A my dopadniemy wszystko, co nie zdąży uciec! – mówią siostry z Rybna.

    Wejdźcie, Gospodarz już na was czeka – uśmiecha się od progu siostra Anna, prowadząc nas prosto do kaplicy. Klękamy przed otwartym tabernakulum, w którym stoi monstrancja. Obok duży obraz Jezusa Miłosiernego i gabloty wypełnione wotami. – To tylko część, na razie nie mamy pomysłu, jak pomieścić wszystkie – wyjaśnia zakonnica. Na ścianie mnóstwo relikwiarzy. – Zaprosiłyśmy wszystkich świętych, powiedziałyśmy im, że zameldowujemy ich w tym domu i że jak chcą, to się mają sprowadzić w relikwiach. No to mamy ich pół ściany i ciągle trafiają tu nowi, w zamian za mieszkanie dają nam opiekę – uśmiecha się.

    – Sąsiadka opowiadała nam, że niedawno nadciągała nad Rybno burza. Zaczęła się modlić o ochronę domu. – Po co się modlisz, przecież mamy siostry – rzucił jej mąż. A potem syn przybiegł z telefonem i woła: mamo, patrz! Na radarze było widać, jak chmury rozstąpiły się przed naszą wioską, ominęły ją bokami, a potem znowu się zeszły. Potem inni mieszkańcy to potwierdzili. Ale pamiętajcie, to nie my, to Jezus! – mówi z błyskiem w oku siostra Gertruda, przełożona domu, kiedy już siedzimy w maleńkim pokoiku przy kaplicy.

    Imię Jezusa pada w czasie rozmowy nieustannie. Siostra Gertruda wyrzuca z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, ale o cokolwiek by ją zapytać, odpowiedź ma jedną: to Jezus. Widać i słychać, że relacja z Nim jest dla sióstr w czerwonych welonach tak naturalna jak oddychanie. – Ludzie są głodni Jezusa, bliskości z Nim. Przywożą tu ze sobą mnóstwo dramatów i cierpień, ale najpotężniejszy z nich to brak sensu życia. Naszym zadaniem jest ten sens im pokazać, a wtedy życie zmienia się radykalnie. Faustyna zapisała w „Dzienniczku”, że mamy przygotować świat na przyjście Jezusa przez ofiarę, modlitwę i budzenie ufności, więc to staramy się robić. Jesteśmy ekspansywną formą kultu Bożego Miłosierdzia – bo obraz trzeba czcić, koronkę trzeba odmówić, o święcie trzeba wiedzieć, że jest, i z niego skorzystać. A my dopadniemy wszystko, co nie zdąży uciec – wyjaśnia z uśmiechem.

    Baśniowa opowieść

    Zgromadzenie Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia powstało na wyraźne żądanie Pana Jezusa, które św. Faustyna zapisała w „Dzienniczku” – tam także opisane są reguła zakonna, kolor habitu, a nawet wygląd domu, w którym siostry miały zamieszkać. Wizja św. Faustyny zrealizowała się w 2001 roku, kiedy trzy siostry, żyjące w zgromadzeniu czynnym, poszły za płonącym w sercach pragnieniem, aby żyć w klauzurze według wskazań z „Dzienniczka”. Historia powstania zgromadzenia nadaje się na scenariusz filmu sensacyjnego, gdzie „przypadek” goni „przypadek”. – Czasem o wszystkim nie mówimy, bo to brzmi jak baśń z tysiąca i jednej nocy – uśmiecha się s. Gertruda. – Ale Jezus obiecał, że Jego Duch zamieszka w tym domu, i wywiązuje się z danego słowa – zapewnia.

    Dziś pod Sochaczewem modli się 14 zakonnic, a dwie kolejne kandydatki dołączą do nich w październiku. Klasztor jest tak maleńki, że niektóre z sióstr mieszkają w dwuosobowych pokojach. Planowana rozbudowa przesunęła się w czasie ze względu na kiepską sytuację finansową, ale siostrom to nie przeszkadza. – Jak Pan Jezus będzie chciał, to rozbudujemy dom. To On tu jest gospodarzem, nie my! – przypominają.

    Czy chcesz?

    Choć zgromadzenie żyje za klauzurą, drzwi małego domku nieustannie są w ruchu. Do Rybna przybywają z bliska i z daleka ludzie spragnieni modlitwy, rozmowy i nadziei. Przyjeżdżają nastolatki, które szukają kogoś, przy kim mogą się wygadać, i małżonkowie pragnący potomstwa. – „Nasze” najstarsze dzieci zaczynają już studia. I cały czas dostajemy zdjęcia kolejnych maluchów, o których poczęcie modlili się tu ich rodzice – dzieli się s. Anna. Pan Jezus szczególnie wybrał sobie jednak Rybno do ratowania powołań kapłańskich i zakonnych. Wielu księży, którzy byli już gotowi zawiesić sutannę na kołku, po modlitwie w malutkiej kaplicy i rozmowie z siostrami wraca do posługi z nowym zapałem i gorliwością. Zakonnice nie prowadzą żadnych modlitw wstawienniczych – po prostu włączają składane intencje do swoich codziennych modlitw, szczególnie do Koronki do Bożego Miłosierdzia. Każdego dnia kilka godzin spędzają w kaplicy, wołając o miłosierdzie dla świata. A Jezusowi to wystarcza, aby działać…

    – Porusza mnie szacunek, jaki Bóg ma wobec człowieka. On nigdy nie zmusza, zawsze pyta: czy chcesz? My sami siebie nie szanujemy tak bardzo, jak szanuje nas Pan. Kiedy to odkrywamy, życie się zmienia – ludzie zaczynają widzieć sens, odczuwają pokój, zmieniają się ich relacje, a Bóg może dokonywać w ich życiu cudów. Wszystko opiera się na zaufaniu – a my tutaj ufamy za tych, którzy nie ufają – tłumaczy siostra Gertruda i dodaje – myśmy się nauczyli, że zawsze trzeba coś konkretnego zrobić. A w duchowej przestrzeni wystarczy zaufać – nie muszę tego ani czuć, ani dotykać. Nie chodzi o wzniosłe uczucia, tylko o akt woli: „Nie wiem, Jezu, jak mnie uratujesz, ale na pewno to zrobisz, bo obiecałeś”! – mówi z przekonaniem zakonnica.

    Ale jak znaleźć w sobie tyle zaufania? – My nie musimy być nie wiadomo jacy, przecież Jezus wie, że jesteśmy słabi! Wystarczy zaufać: Jezu, ratuj! – a potem już tylko pozwolić Jemu działać. Bo to w Nim, nie w nas jest siła! – przekonuje siostra.

    Wyzwoleni niewolnicy

    Dzwonek zaprasza do kaplicy na południowe modlitwy. Klękamy przy drewnianej kracie i wsłuchujemy się w śpiew psalmów. Modlitwa płynie niespiesznie. Spoglądam na twarze sióstr – nie zwracają na nas uwagi, całe zatopione w obecności Tego, który zaprosił je do wspólnego życia. Choć w formie modlitwy nie ma nic nadzwyczajnego – Anioł Pański, brewiarz, koronka – to sposób, w jaki siostry zwracają się do swojego Mistrza, czyni te pół godziny wyjątkowym przeżyciem. – W południe odmawiamy koronkę za konających, szczególnie tych w rozpaczliwej sytuacji, wątpiących w możliwość zbawienia. Pan Jezus obiecał, że zbawi każdego, za kogo koronka została odmówiona, i tego, kto ją odmawiał, bez żadnych innych warunków! Jej odmówienie zajmuje jakieś siedem minut, a otwiera niebo – opowiada siostra Gertruda, prowadząc nas w stronę ogrodu. Przytacza historię, którą opowiedziała jej jedna z osób z Kręgu Miłosierdzia. – Jej dziadek umierał w hospicjum. Jego córka, a mama tej naszej siostry, każdego dnia odwiedzała go i odmawiali razem koronkę, bez jakiejś specjalnej intencji. Tuż przed śmiercią dziadek opowiedział sen – zobaczył Maryję stojącą pośrodku morza, a wokół niej mnóstwo ludzi. Maryja powiedziała mu, że to są wyzwoleni niewolnicy, i podała ich liczbę. Dziadek nie zrozumiał tego snu. Kiedy zmarł, jego córka policzyła, ile dni wraz z ojcem modliła się z koronką – było ich dokładnie tyle, ilu wyzwolonych niewolników pokazała mu Matka Boża. A morze jest przecież symbolem zła, śmierci – dodaje zakonnica.

    Ratunek w Kościele

    Spacerujemy po ogrodzie, który jest jednocześnie „salą spotkań” – to tam siostry przyjmują większe grupy. – Mamy umowę z Jezusem – my szykujemy salę, Ty robisz klimatyzację. My kosimy trawę, przygotowujemy kwiaty, wystawiamy ławki, a On zapewnia pogodę. Zimą trochę trudniej, bo sala jest zasypana śniegiem, dlatego intensywnie korzystamy z niej od wiosny do późnej jesieni – mówi z błyskiem w oku przełożona.

    – Pięknie się słucha o zaufaniu, ale przecież w życiu duchowym żyjemy od kryzysu do kryzysu. Jak sobie radzicie, kiedy słowa: „Jezu, ufam Tobie” nie chcą przejść przez usta? – pytam. – My wolimy mówić: od wyjścia z kryzysu do wyjścia z kryzysu. Gorszy moment zdarza się każdemu, ale nie wszystkim jednocześnie. Dużo rozmawiamy, pomagamy sobie wzajemnie: dziś ja kogoś niosę, jutro siostry mnie podniosą. A w sytuacji każdego kryzysu ratunek jest w Kościele: sakrament pokuty, adoracja, kierownictwo duchowe. Trzeba czytać Pismo Święte i katechizm. Jak mam czymś żyć, to muszę wiedzieć, czym to naprawdę jest, potrzebuję przepisu na życie. I Kościół mi go daje przez Ewangelię, katechizm, komentarz do przykazań. My jesteśmy słabe jak wszyscy. Nie jesteśmy nadzwyczajne. Po ludzku to nasze dzieło nie ma prawa się udać. Ale to wszystko jest Jego dziełem, oparte na Jezusie. A On jest stronniczy – zawsze na naszą korzyść! Trzymaj się tej myśli, a nie zabłądzisz – mówi siostra Gertruda, ściskając na pożegnanie.

    Agnieszka Huf/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dwa miliony ocalonych

    Wypraszanie łask od Jezusa Miłosiernego w Rybnie trwa nieustannie

    Wypraszanie łask od Jezusa Miłosiernego w Rybnie trwa nieustannie

    ***

    – Na Rok Wiary proponujemy wszystkim akcję „Prezent dla Jezusa”, którym jest codzienna Koronka do Bożego Miłosierdzia, odmawiana w intencji grzeszników – mówi siostra Gertruda, przełożona Wspólnoty Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia w Rybnie.

    W czwartek 18 kwietnia minęła 20. rocznica beatyfikacji św. siostry Faustyny Kowalskiej. Kwiecień to także miesiąc, w którym 13 lat temu Jan Paweł II wpisał ją w poczet świętych. Patrząc przez pryzmat Roku Wiary, warto dołączyć się do akcji prowadzonej przez rybnowskie zgromadzenie, a także przyłączyć się do istniejącego przy zgromadzeniu Kręgu Miłosierdzia. Warto, bo ci, którzy to uczynili, bez przerwy opowiadają o łaskach i cudach, jakich doświadczają od Jezusa Miłosiernego.

    Uzdrowienia bez limitów

    – Tuż przed Niedzielą Miłosierdzia Bożego, w którą od lat przyjeżdżają do nas tłumy, martwiłyśmy się, że ludzie będą musieli stać w śniegu po kolana – mówi s. Gertruda. – Przez dwa dni „wykulałyśmy” cały śnieg. Potem zwróciłyśmy się do Pana Jezusa, mówiąc: „Wszystko, co mogłyśmy zrobić, zrobiłyśmy. Reszta należy do Ciebie, Panie Jezu”. A On jak zwykle nas nie zawiódł. Słońce, które tego dnia świeciło, osuszyło ziemię i sprawiło, że ludziom stojącym na zewnątrz nie było zimno. Po dwóch dniach po uroczystości Zwiastowania Pańskiego zimno wróciło – opowiada z uśmiechem siostra Gertruda. Ale w Rybnie Jezus Miłosierny nie wysłuchuje tylko próśb związanych z pogodą. Przyjeżdżający tu dają świadectwo o licznych uzdrowieniach, nawróceniach i zmianie życia.

    – Kiedyś przy porządkowaniu terenu pracowali u nas dwaj mężczyźni. Od dłuższego czasu ich pragnieniem było, by w ich małżeństwach poczęły się dzieci. Jezus ich wysłuchał. Niemal w tym samym czasie zostali ojcami. Jak z rękawa możemy sypać podobnymi przykładami uzdrowień i nawróceń osób, które przez lata były daleko od Boga. Żeby było jasne: wszystkie cuda, jakich ludzie tu doświadczają, to nie nasza zasługa. My tylko modlimy się w intencjach, jakie do nas spływają. W swoich modlitwach pamiętamy nie tylko o chorych, ale także o kapłanach, siostrach zakonnych, poszukujących Boga i zatwardziałych grzesznikach. Ci ostatni, zgodnie z tym, co powiedział Jezus, są mu szczególnie bliscy. I to wobec nich Jezus zdobył się na „szaleństwo”. Obiecał bowiem, że wystarczy zmówić w czyjejś intencji Koronkę do Miłosierdzia Bożego, by ocalić go od potępienia– przekonuje siostra przełożona.

    Sposób na smutasów

    Codzienne odmawianie Koronki z intencją „o uratowanie od potępienia duszy, którą Jezus chce uratować” to akcja, jaką na Rok Wiary siostry zaproponowały osobom należącym do Kręgu Miłosierdzia istniejącego przy rybnowskiej wspólnocie. W inicjatywę niemal od początku włączyły się też osoby nienależące do kręgu. – Rachunek jest prosty. Każdy w roku może ocalić przynajmniej 365 osób. Jak to pomnożymy przez osoby należące do kręgu i tych, którzy przyłączyli się do akcji w ciągu roku, możemy ocalić około 2 mln ludzi od potępienia – mówi s. Gertruda.

    – W ostatnim czasie rzadko odmawiałam Koronkę – przyznaje Ewa Kowal ze Śląska. – Będąc w Rybnie, usłyszałam o akcji „Prezent dla Jezusa” i od razu się do niej przyłączyłam. Pomyślałam sobie, że nie godzi się nie podejmować takiego dobra. Pierwszą ofiarowałam za siebie. Kolejne będą już bezinteresowne. Zamierzam też przeczytać „Dzienniczek”, który siostry mi podarowały. Mam nadzieję, że również w moim życiu mocniej doświadczę obecności Jezusa Miłosiernego – wyznaje pani Ewa.

    Święta siostra Faustyna w „Dzienniczku” opisuje proces rozprzestrzeniania się Dzieła Miłosierdzia w trzech odcieniach. W listach do ks. Sopoćki doprecyzowuje, co to znaczy. Poza zgromadzeniem zakonnym o charakterze kontemplacyjnym, jak czytamy w materiałach przygotowanych przez siostry, innym „odcieniem” uczestnictwa w Dziele Miłosierdzia jest modlitwa i czyny miłosierdzia osób niezobowiązanych żadnym ślubem, które, zgodnie z obietnicą Jezusa, będą miały udział we wszystkich zasługach i przywilejach całości dzieła. Co ważne, do tego odcienia mogą należeć wszyscy. Krąg Miłosierdzia przy rybnowskiej wspólnocie, powstały w kwietniu 2006 roku, dziś liczy grubo ponad 4 tysiące osób.

    – Osoby, które zdecydują się do nas dołączyć, zobowiązują się każdego dnia do odmawiania Koronki, krótkiej modlitwy za Kościół i kapłanów, przynajmniej jednego uczynku miłosiernego dziennie, świadectwa życia, oraz wierności swojej drodze powołania. W listach, które skierowałyśmy w Roku Wiary do osób z kręgu, zaproponowałyśmy, by do odmawianej koronki dołączyć intencję za grzesznika zagrożonego potępieniem. Drugim krokiem czy prezentem dla Jezusa była prośba o ofiarowanie za te osoby Komunii Wynagradzających. Trzecim – dziękczynienie. Dziś wokół nas jest bardzo wielu smutasów. Ludzie nie potrafią zauważać dobra. Stracili też nadzieję. Robiąc z nami trzy nieostatnie kroki, razem z Jezusem idziemy w głąb. Jak widać, nie są to jakieś propozycje ilościowe, ale jakościowe. Resztą zajmie się Jezus – podkreśla z uśmiechem siostra Gertruda.

    zdjęcie kaplicy i tekst – Agnieszka Napiórkowska/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Mam wrażenie, że to słowo, którego wielu katolików nad Wisłą boi się jak ognia. „Kontemplacja” brzmi jak świat zamknięty za kratami Karmelu, jak niedostępna rzeczywistość. Tymczasem, jak nauczał o. Joachim Badeni, jest ona „widzeniem Boga”. Zdolny jest do niej każdy człowiek i, jak zaznaczał, jest ona prosta.

    Choć dla wielu słowo to brzmi jak duchowy doktorat czy habilitacja, prawdziwym punktem wyjścia jest postawa dziecka. – Spotkanie z Bogiem to uczestniczenie w Jego prostocie! – opowiadał mi Badeni. – Do Niego trzeba podejść „po prostu”. Bez żadnej wielkiej szkoły, bez żadnej kombinacji! Rzeczy Boskie – dodawał z uśmiechem – są bardzo proste i bardzo łatwe. Ale zarazem trudne. Ze względu na prostotę.

    On patrzy!

    – Kontemplacja zaczyna się wtedy, gdy człowiek zauważy spojrzenie kochającego Boga. To przede wszystkim On patrzy na mnie – podpowiadał dominikanin. – Jest ona widzeniem Boga, ale nie jest to widzenie jakiegoś obrazu stworzonego przez wyobraźnię. Mogę sobie wyobrazić Chrystusa w postaci, którą znam ze scen z Ewangelii, wykonuję wysiłek umysłu, ale to nie jest to. Aby dojść do autentycznej kontemplacji, muszę przekroczyć własną wyobraźnię. Gwałtowne szukanie materiału dla wyobraźni nie daje żadnych wyników. Niektórzy porzucają w tym momencie kontemplację, nie wiedząc, że właściwie jeszcze w nią nie weszli. To normalny bieg rzeczy, że modlitwa oparta na własnym wysiłku staje się jałowa.

    Czy Adam Mickiewicz w słowach „Patrzaj w serce”, kończących balladę „Romantyczność”, nie zdradził definicji kontemplacji? To właśnie odróżnia ją od medytacji, która zakłada przede wszystkim aktywność ludzkiego rozumu. Tymczasem łacińskie contemplatio pochodzi od słów cum (z, jednocześnie, razem, wspólnie) i templum (określone miejsce, skąd rozciąga się obszar widzenia, pole obserwacji).

    – Medytacja, czyli modlitwa polegająca na rozmyślaniu czy rozważaniu słowa Bożego, może być przygotowaniem do kontemplacji – wyjaśniał Badeni. – Bóg oczekuje pewnego wysiłku medytacji. Ale w pewnym momencie sam nam przypomni, że wobec Niego jesteśmy dziećmi. Powie: „Stop. Teraz już nie rozmyślaj o Mnie, ale wpatruj się we Mnie”. Gdy więc wchodzimy w kontemplację, to kończy się medytacja. Warto spróbować być trochę takim bezmyślnym dzieckiem przed Bogiem, zupełnie swobodnym, bez wymądrzania się.

    Jak dzieci…

    „Dziecko ma potrzebę bliskiej relacji z dorosłym, który musi przyjść z zewnątrz. Ludzie w postawie dziecięctwa cechują się często piękną postawą kontemplacyjną, potrafią się długotrwale zainteresować czymś dotyczącym Boga albo dziełami sztuki” – opowiadał ks. Krzysztof Grzywocz. „Jest w nich chęć patrzenia, kontemplacji. To jedna z głównych postaw chrześcijańskiej duchowości: kontemplacja, zachwyt, patrzenie na rzeczywistość. A z kontemplacji rodzi się piękne działanie”.

    Punktem wyjścia do kontemplacji jest bezradność, pokorne stwierdzenie: „Nie umiemy się modlić tak, jak trzeba” (Rz 8,26) – przypomina katechizm. Prosimy zatem Boga o to, by sam nas nauczył modlitwy. „Podstawą modlitwy jest pokora. Pokora jest dyspozycją do darmowego przyjęcia daru modlitwy: Człowiek jest żebrakiem wobec Boga” (KKK 2559).

    „Możemy jedynie wymagać od siebie, byśmy Bogu dali szansę na to, by On się otworzył dla nas na taką więź” – pisał w książce „Chrześcijaństwo otwarte na kontemplację” o. Włodzimierz Zatorski (1953–2020), benedyktyn, fizyk, teolog i filozof. „Kontemplacji nie jesteśmy w stanie »zrobić«. Możemy jedynie ją otrzymać jako dar darmo dany od Boga i tylko w pokorze serca, czyli w świadomości, że jest to dar darmo dany. Słowo »kontemplacja« powinno być zastrzeżone do wglądu w prawdy Boże, które nas całkowicie przerastają i nie są do osiągnięcia dzięki naszemu wysiłkowi i co potem nazywa się »kontemplacją naturalną«. Z naszej strony musimy jedynie zapewnić określone warunki, aby Bóg zechciał nam te prawdy objawić przez swoją łaskę, i wówczas można mówić o »prostym oglądzie prawdy objawionej w świetle wiary i przy pomocy łaski Bożej, prowadzącym przez miłość do głęboko osobowego doświadczenia Boga«. Kontemplacja nie jest rodzajem wiedzy o czymś, lecz swoistym doświadczeniem, jest wejściem w przestrzeń spotkania. Tu zasadniczą rolę odgrywa łaska, i to nie jako wsparcie naszych naturalnych zdolności, ale jako czysty dar, w którym »widzimy« prawdy, a nawet raczej spotykamy się z Bogiem, który się nam objawia, przez co doświadczamy czegoś, co przerasta nasze naturalne zdolności poznawcze i wyobrażenia”.

    Nie sprawdzać, zaufać, wielbić!

    „Modlitwa nie zatrzymuje się na rozmyślaniach o Bogu, ale dąży do przebywania z Nim, doświadczania Jego obecności. Nie jest stanem raz osiągniętym, ale decyzją, działaniem, wysiłkiem, wiernością, łaską, którą należy pielęgnować. Modlitwa, podczas której sprawdzamy ciągle, czy się modlimy, jest tylko psią zabawą w kręcenie się za własnym ogonem. Postrzegamy tylko siebie! Milczeć. Nie mierzyć. Nie sprawdzać i nie liczyć. Zaufać. Wielbić” – bardzo przydają się tu podpowiedzi benedyktynki s. Małgorzaty Borkowskiej.

    – Na początku pewnie będzie nam trudno, bo w dzisiejszych czasach nie jesteśmy przyzwyczajeni do trwania w ciszy, ale jeśli ktoś spróbuje regularnie stawać przed Bogiem w taki sposób, to powoli On sam będzie poszerzać nasze serca – podpowiada brat Marek z Taizé. – I w pewnym momencie nie będziemy już chcieli bez tej ciszy żyć, będziemy za nią tęsknić i jej szukać. Niektórzy młodzi ludzie pod koniec tygodnia przeżytego w Taizé mówią nam, że na początku tych kilka minut ciszy podczas modlitwy im się dłużyło, a później chwile ciszy były za krótkie.

    Ojciec Badeni, wyjaśniając istotę kontemplacji, przytaczał biblijną opowieść o… stworzeniu świata. – Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię… Pierwsze zdanie Księgi Rodzaju jest szczytem kontemplacji. Dlaczego tak jest? Bo mogę tu zobaczyć Trójcę Świętą w działaniu, dostrzec taką niewyobrażalną urokliwą prostotę: „Jestem stworzony przez Pana”. Odkrywam, że ziemia była bezładem i pustkowiem, ciemność była nad bezmiarem wód, i uznaję, że to wszystko… jest we mnie: bezład, ciemność i pustka. Zapytałem ojca Piotra Rostworowskiego, który moim zdaniem jest najwybitniejszym znawcą życia wewnętrznego, czy jest takie zdanie w Piśmie Świętym, które ujmuje stan doskonałości. Odpowiedział: „Oczywiście! List do Efezjan 5,7: »Niegdyś bowiem byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu«”.

    Nawet jeśli odkrywam w sobie bezład, ciemność i pustkę, Bogu to nie przeszkadza. Jest z niej w stanie wyprowadzić światło. – To podobnie jak ze świętością. Sama w sobie jest nieuchwytna, wyrasta jakby niespodziewanie, czego sam człowiek nie jest nigdy świadomy – opowiada dominikanin o. Krzysztof Pałys. – Kochasz Boga, jak potrafisz, przebywasz z Nim, kiedy możesz, a On zaczyna cię przemieniać.

    – Jest taka antyfona, odmawiana podczas adwentowych nieszporów tuż przed Bożym Narodzeniem „O Oriens…”, czyli: „O Wschodzie, blasku Światła wiecznego i Słońce sprawiedliwości, przyjdź i oświeć siedzących w mroku i cieniu śmierci” – wyjaśniał Badeni. – Podczas modlitwy doświadczamy jakby wschodzącego światła.

    Od przeżycia do zamieszkania

    I ewangelizator Daniel Ange, i Pierre-Marie Delfieux, założyciel Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich, zapytani o istotę kontemplacji, odpowiedzieli mi: to tracenie czasu przed Bogiem. Katechizm przywołuje słowa Teresy od Dzieciątka Jezus: „Modlitwa jest wzniesieniem serca, prostym spojrzeniem ku Niebu, okrzykiem wdzięczności i miłości zarówno w cierpieniu, jak i radości” (KKK 2558).

    – Zobaczenie Boga i spotkanie z Nim ma swój dalszy ciąg. Tak jak zakochani zmierzają w stronę małżeństwa, podobnie osoba pociągnięta urokiem miłości Boga pragnie związać się z Nim na stałe – podsumowywał Joachim Badeni. – Wytrwała kontemplacja prowadzi od przeżycia do zamieszkania. Człowiek zamieszkuje w Bogu, a Bóg w człowieku. To już nie tylko jest spotkanie, ale trwanie w Bogu i przebywanie w Nim. Bóg chce, abyśmy nie tylko oczekiwali na Jego działanie, ale sami także wkładali cały swój ludzki wysiłek w to, aby Go miłować. Tak jak to jest zapisane w przykazaniu miłości: „Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił”. W tej wspólnocie miłości ze swojej strony pragniemy oddać wszystko, a otrzymujemy stokroć więcej.•

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana a nie obrażana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC LIPIEC 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby sakrament namaszczenia chorych dawał osobom, które go przyjmują, i ich bliskim moc Pana i aby coraz bardziej stawał się dla wszystkich widzialnym znakiem współczucia i nadziei.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *  Panie Jezu Chryste, Odkupicielu świata, niech Twoje Najdroższe Rany osłaniają nas w niebezpieczeństwach. Niech Twoja Najdroższa Krew obmywa i leczy serca nasze grzechem poranione. Prosimy, okaż nam miłosierdzie, na które nie zasłużyliśmy, ale mamy nadzieję, bo przecież Miłość Twoja jest przeobfita i nieogarniona.

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 lipca modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 30 czerwca z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ***

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO, MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ISTOCKPHOTO

    ****

    Rozżarzone węgle. Czym jest Żywy Różaniec?

    Wymienianie się tajemnicami nie musi oznaczać szpiegostwa czy plotkarstwa. Może być osią najprężniejszej akcji modlitewnej w historii świata. Posłuchajcie różanych opowieści…

    Na hasło w krzyżówce: „Robotnicy, Róża” odpowiedź nie musi brzmieć: „Luksemburg”. Może być nią Paulina Jaricot, osoba równie bliska lyońskim pracownicom i grupom, których dewiza brzmi: „Różaniec? Stanowczo odmawiam”. Jej pomysł był genialny w swej prostocie. „Piętnaście węgli: jeden płonie, trzy lub cztery tlą się zaledwie, pozostałe są zimne. Ale zbierzcie je razem, a wybuchną ogniem”.

    Nigdy się nie zawiodłam

    – Z Różańcem zaprzyjaźniłam się dwadzieścia lat temu, gdy poznałam orędzie fatimskie, ale odmawiałam go nieregularnie – opowiada Katarzyna Błotny. – Kilka lat temu poszłam na Mszę do swego parafialnego kościoła na katowickim Wełnowcu i zdziwiona zauważyłam, że w prezbiterium śpiewa Henryk Czich, jeden z założycieli popularnej grupy Universe. Miał wiaderko z różami i zachęcał do przystąpienia do tej formy modlitwy. Poszłam po jedną różę i… od czterech lat odmawiam codziennie swoją dziesiątkę. Zawsze, gdy czuję się bezsilna, chwytam za różaniec. Nigdy jeszcze się nie zawiodłam…

    Sam wokalista Universe opowiada: „Wybrałem Jezusa na Pana i Zbawiciela w 2007 roku, w czasie kursu Filip prowadzonego przez gliwicką Szkołę Nowej Ewangelizacji. Pan Bóg przestał być tylko Kimś, w kogo powinno się wierzyć, ale stał się mi bliski. Wyciągnąłem z szafki dawno nieużywane Pismo Święte i bardzo dotknęły mnie słowa: »Otwórz moje wargi, Panie, a usta moje będą głosić Twoją chwałę«. Tej nocy długo nie mogłem zasnąć”.

    Grupy Żywego Różańca istnieją w większości polskich parafii. Ile osób zrzeszają, Pan Bóg raczy wiedzieć… Ponieważ każda grupa jest jednostką autonomiczną i nie łączy się z innymi w struktury, nie można stworzyć bazy danych. Może i dobrze… Nad Wisłą obowiązuje zatwierdzony przez Prymasa Tysiąclecia Ceremoniał Żywego Różańca, opracowany w roku 1977 przez dominikanina Szymona Niezgodę. Odkąd świętujący ćwierćwiecze pontyfikatu Jan Paweł II w liście ­Rosarium Virginis Mariae wprowadził tajemnice światła, w grupie modli się nie piętnaście, jak na początku dzieła, ale dwadzieścia osób.

    Wiem, że Ty wiesz

    – Staram się upolować wolną chwilę już od rana. Najlepsze są dyżury w szkole – uśmiecha się Milena Żak, nauczycielka. – Do intencji za moje dzieci, o to, by nie pogubiły się w życiu i odnalazły swą relację z Jezusem, dorzucam chrześniaków, uczniów… Dorzucam też tych, którzy przyjdą mi tego dnia na myśl. Wybiegam także w przyszłość, bo już dziś modlę się za przyszłych małżonków moich dzieci. Rozpoczynam od przedstawienia intencji, które Pan Bóg zna już na pamięć. (śmiech) Mówię Mu jednak: „Ja wiem, że Ty wiesz, ale mi to pomaga, że Ci o tym opowiem”.

    – W parafii Ducha Świętego w Siemianowicach Śląskich działa prężnie róża różańcowa rodziców. Ludzie wpisywali na listę imiona dzieci, wnuków, chrześniaków – opowiada Beata Górny. – Weszłam w to, bo szukałam konkretu, modlitwy, która będzie dla mnie zobowiązaniem. Dotąd modliłam nieregularnie, a dzięki róży muszę wygospodarować na modlitwę czas, pilnować tego – i bardzo mi to pomaga. Co więcej mogę dać dzieciom, które polecam Bogu? Wierzę, że w tych pełnych zawirowań czasach uchronił je już od wielu niebezpieczeństw, że są w najlepszych rękach. Raz w miesiącu w parafii są odprawiane Msze w intencji róż różańcowych i widać wówczas, jak wiele osób zaangażowanych jest w to dzieło!

    Jeden za drugiego

    – Gdy trafiłem do Bytomia, nie było tu żadnych wspólnot – opowiadał mi przed laty Rafał Kogut, franciszkanin. – Zaczęliśmy od powołania wspólnoty Żywego Różańca. Dlaczego? Zależało mi na tym, by ludzie modlili się za parafię.

    – Przez lata miałam problemy z Różańcem, odmawianie go sprawiało mi sporą trudność, więc dołączenie do róży było dla mnie wyzwaniem – mówi Aleksandra Nowojska z Siemianowic Śląskich. – Zaryzykowałam, bo napędzała mnie myśl, że nie tylko ja sama będę modliła się za moje dzieci, ale otoczy je modlitwa całej grupy. I to do końca ich życia! Zachwyciła mnie ta zasada naczyń połączonych, ludzi, którzy wzajemnie sobie błogosławią. Swą małą cegiełkę dokładam do tego zawsze rano, gdy tylko wstanę…

    Pół godziny nikogo nie zbawi

    Kończy się majowe i większość ludzi wychodzi z kościoła. Na Eucharystii pozostaje jedynie część wiernych. Z jednej strony świadczy to o tym, że piękne maryjne nabożeństwa są wciąż nad Wisłą niezwykle popularne, a z drugiej rodzi się pytanie, czy właściwie rozłożyliśmy akcenty. Hitem stał się lapsus językowy jednego z proboszczów, który rzucił: „Po Różańcu będzie Msza Święta. Zostańcie, te pół godziny nikogo nie zbawi!”.

    Różaniec jest mi bliski. Nie rozumiem jednak tych, którzy opowiadają o tym, jak łatwą jest modlitwą. – To jest bardzo trudna modlitwa – mówił mi o. Joachim Badeni. – Ona jest łatwa jedynie na poziomie najniższym. To dotyczy ludzi prostych, bez wykształcenia. Natomiast jeśli przyjdzie ktoś, kto się zajmuje naukowo np. hodowlą mrówek, to to całe różańcowe mówienie może mu przeszkadzać w myśleniu. On woli myśleć: nawet jeśli nie o tych swoich mrówkach, to o Matce Boskiej. I twierdzi, że tam, gdzie jest miłość, mówienie nie jest potrzebne. Milcząca miłość matki jest bardziej wymowna niż tłumaczenie dziecku, że się je kocha. Ludzie wykształceni boją się gadania. A można zagadać Matkę Boską! Człowiek potrafi właściwie w tej dziedzinie wszystko. Naukowiec boi się właśnie takiego zagadania i… przeżywa kryzys Różańca. Co zrobić? Wchodzić stopniowo w życie Maryi i Jezusa, a po pewnym czasie te tajemnice rodzą się we mnie. Do tego dojdzie i intelektualista, i prosty człowiek. Myślę, że gdybym był jednym z asysty dworu Pana Zastępów, to usłyszałbym: „Mnie się podoba modlitwa, w której jest mowa o Matce Mego Syna. I tę modlitwę obdarzę licznymi łaskami”. Tak to sobie wyobrażam.

    Róża zamiast kołysanki?

    Masz problemy z zasypianiem? Zapisz się do róży różańcowej i modlitwę odłóż na ostatnią chwilę dnia. Nic tak nie usypia jak zdrowaśki – taką „złotą radę” dostałem od osób zaangażowanych w dzieło. Cytując klasyka: nie idźcie tą drogą.

    Członkowie Żywego Różańca zgodnym chórkiem opowiadają, że najtrudniejsze są wierność i systematyczność. Wielu z nich bliska staje się opowieść Teresy z Lisieux, która wyznawała: „Odmawianie Różańca kosztuje mnie więcej niż używanie narzędzi pokutnych. Czuję, że tak źle go odmawiam! Nie mogę skupić myśli”.

    – Dlaczego modlę się w róży? Bo wierzę w słowa z listu św. Jakuba: „Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego” – opowiada Agnieszka Skarecka. – Czasami mam wrażenie, że dla współczesnego świata hasło: „Mogę się za ciebie pomodlić” jest wyrazem bezradności. Wierzę w to, że modlitwa za mojego męża naprawdę przynosi mu błogosławieństwo.

    – Jestem przekonany, że Żywy Różaniec to najpotężniejszy i jednocześnie najbardziej wykpiwany ruch w Kościele – twierdzi ks. dr Grzegorz Wita z Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego. – Geniusz Pauliny Jaricot polegał na tym, że idealnie wpisała się w społeczny i historyczny klimat epoki. Pomysł był oddolny (to niezmiernie istotne! To nie była akcja odgórnie narzucona przez episkopat!). Schemat jest prosty: zapraszam do róży tych, którym ufam. Trochę kojarzy mi się to z budowaniem siatki konspiracyjnej. „Swoi” znają „swoich”. Zaufanie, zgrany team plus konkretna intencja to elementy scalające wspólnotę.

    To nie handel!

    Nie chcę przytaczać świadectw o tym, „co można wymodlić w róży”. Nie po to stworzono to dzieło. To nie rodzaj handlu: dziesiątka za usługę. Pracujący na Wschodzie oblat o. Andrzej Madej opowiadał: – W wielu kościołach zauważam tablice: „W tym miejscu Pan Bóg wysłuchał mojej prośby”, ale jeszcze nigdy nie widziałem tablicy: „Tu ja posłuchałem Pana Boga”. A byłby to nie mniejszy cud!

    Róże różańcowe to odpowiedź na zaproszenie do wiernej modlitwy. Lekcja słuchania.

    – Modlę się w intencjach, które proponuje Kościół, które są przypisane na dany miesiąc – mówi Mariusz Wolnik (prowadzi firmę na Górnym Śląsku). – Do róży należę razem żoną. Ja modlę się najczęściej w samochodzie, bo nie chcę zostawiać tej modlitwy na koniec dnia…

    „Lubimy dania z mikrofalówki, a Pan Bóg woli marynaty”. Róże różańcowe doskonale wiedzą, co „poeta miał na myśli”, nauczając: „Wytrwajcie w miłości mojej”. Słowo to nosi przecież w sobie pewną decyzję, determinację, zmaganie z przeciwnościami. Paulina Jaricot stawiała na wierność. – Dla mnie – podsumowuje Agnieszka Skamrot, nauczycielka z Warszawy – modlitwa w ramach róży różańcowej jest najbardziej niepozorną, a jednocześnie najpotężniejszą bronią.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Cierń schizmy.

    Gdy katolik wypowiada papieżowi posłuszeństwo

    O tym, czym jest schizma, czym herezja, a czym religijne posłuszeństwo, mówi dominikanin o. dr Janusz Pyda.

    Franciszek Kucharczak: Były nuncjusz apostolski w USA abp Carlo Maria Viganò ogłosił, że Franciszek nie jest papieżem, wypowiedział mu posłuszeństwo i wezwał katolików do zrobienia tego samego. Zakwestionował też nauczanie Soboru Watykańskiego II. Czy katolikowi wolno głosić takie rzeczy?

    O. Janusz Pyda OP: 
    Katolik nie może negować zwierzchności biskupa Rzymu i odrzucać wspólnoty z członkami Kościoła, którzy tę zwierzchność uznają. Z tego, co wiem z doniesień medialnych, abp Vigano słowami i czynami zdystansował się wobec jedności z biskupem Rzymu i wiernymi, którzy zwierzchność papieża uznają.

    I grozi mu ekskomunika z powodu przestępstwa schizmy.

    Tak, ale chcę podkreślić, że proces kanoniczny został wszczęty nie dlatego, że abp Vigano w czymś nie zgadzał się z papieżem Franciszkiem. Jest wielu hierarchów, którzy się nie zgadzają i bardzo wyraźnie zgłaszają swoją niezgodę wobec takich czy innych aspektów funkcjonowania kongregacji czy papieża, a przecież żaden z nich nie jest objęty takim procesem. Mam wrażenie, że arcybiskup próbuje się pozycjonować jako męczennik ortodoksji, ale to nieprawda. Proces został wszczęty w związku z jego zachowaniami schizmatyckimi, czyli tymi, które negują jedność z biskupem Rzymu.

    Czym w takim razie jest schizma i czym różni się od herezji?

    Zarówno herezję, jak i schizmę dobrze definiuje kanon 751 Kodeksu prawa kanonicznego, gdzie czytamy: „Herezją nazywa się uporczywe, po przyjęciu chrztu, zaprzeczenie jakiejś prawdzie, w którą należy wierzyć wiarą boską i katolicką, albo uporczywe powątpiewanie o niej (…), schizmą – odmowa uznania zwierzchnictwa Biskupa Rzymskiego lub utrzymywania wspólnoty z członkami Kościoła, uznającymi to zwierzchnictwo”.

    Gdy katolik odrzuca nauczanie soboru, staje się schizmatykiem czy heretykiem?

    Zarówno papież, jak i Kolegium Biskupów zgromadzonych na soborze powszechnym w jedności z papieżem mogą nauczać nieomylnie, ale tylko wówczas, gdy – jak mówi Kodeks prawa kanonicznego w kanonie 749 – w sposób definitywny głoszą obowiązującą naukę w sprawach wiary i obyczajów czy stwierdzają, że należy coś przyjąć jako definitywnie obowiązujące. Zatem nie każde nauczanie papieża czy soborów cieszy się przymiotem nieomylności. Kodeks prawa kanonicznego w kan. 749, par. 3 mówi wyraźnie: „Tylko wtedy należy uznać jakąś naukę za nieomylnie określoną, gdy to zostało wyraźnie stwierdzone”. A w kan. 752 czytamy: „Wprawdzie nie akt wiary, niemniej jednak religijne posłuszeństwo rozumu i woli należy okazywać nauce, którą głosi papież lub Kolegium Biskupów w sprawach wiary i obyczajów, gdy sprawują autentyczne nauczanie, chociaż nie zamierzają przedstawiać jej w sposób definitywny. Stąd wierni powinni starać się unikać wszystkiego, co się z tą nauką nie zgadza”. To niepozorne słowo „definitywnie” jest bardzo ważne, bo wyznacza dogmatyczność, czyli nieomylność danego nauczania papieża czy soborów. Trzymałbym się zatem ścisłego rozumienia schizmy jako zerwania jedności z papieżem i wiernymi przyjmującymi jego zwierzchnictwo.

    Czyli schizmatykiem może być ktoś, kto wierzy zasadniczo „po katolicku”, ale nie uznaje władzy papieża?

    Tak. Do schizmy może więc dojść nawet wówczas, gdy ktoś przyjmuje wszelkie prawdy wiary, w które należy wierzyć „wiarą boską i katolicką”, ale odrzuca na przykład zwierzchność papieża w takim wymiarze, w jakim przyjmujemy ją w Kościele rzymskokatolickim. Może być również tak, że ktoś odrzuca nauczanie soboru w tych elementach, w których sobór nie domaga się aktu wiary, ale „religijnego posłuszeństwa rozumu i woli”. Nie staje się wówczas automatycznie heretykiem, ale wyraźnie widać, iż z jego religijnością dzieje się coś bardzo niepokojącego.

    Niedawno całe episkopaty krajowe zadeklarowały… dystans wobec Fiducia supplicans. Czy to mieści się w granicach „religijnego posłuszeństwa”?

    Zdecydowanie tak. Sprzeciw wobec Fiducia supplicans był i jest naprawdę duży. Były prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Sakramentów kard. Sarah powiedział: „Byłem bardzo dumny, słysząc biskupów afrykańskich całkowicie odrzucających ten tekst. I wielu innych biskupów nawet w Brazylii odmówiło, więc myślę, że jest on niemożliwy do zaakceptowania”. Kard. Gerhard Müller, były prefekt Kongregacji Doktryny Wiary, w tekście opublikowanym na portalu The First Things napisał: „Deklaracja Fiducia supplicans musi być uważana za doktrynalnie problematyczną, ponieważ zawiera zaprzeczenie nauki katolickiej”. Dodał, iż tekst deklaracji jest „również problematyczny z duszpasterskiego punktu widzenia”. Trudno mi sobie wyobrazić mocniejsze słowa, zwłaszcza ze strony byłych prefektów dwóch najważniejszych kongregacji.

    W jaki sposób realizuje się tu religijne posłuszeństwo?

    Protestujący argumentują, przytaczając konkretne przykłady, że ten dokument idzie w poprzek Pismu Świętemu i tradycyjnemu nauczaniu Kościoła, nie wprost, co prawda, odnośnie do homoseksualizmu, ale co do tego, czym jest błogosławieństwo i co ono znaczy. Krytycy zauważają bowiem, że zgoda na udzielanie błogosławieństwa jest, a przynajmniej może być, odczytana jako akceptacja czynów moralnie złych. Jeżeli więc oni coś takiego zauważają, to powinni swoje stanowisko jasno wyrazić.

    Jak jednak odróżnić te sytuacje, w których można tak reagować, od tych, w których nie można? Przecież mówimy o dokumencie Dykasterii Nauki Wiary.

    To jest dokument stosunkowo niskiej rangi – został wydany właśnie przez dykasterię, a nie przez papieża. Hierarchia ważności dokumentów ma znaczenie. Druga rzecz jest taka, że ten sprzeciw zgłaszają biskupi, i to biskupi sprawujący swój urząd, oraz tacy, którzy – jak kard. Sarah czy kard. Müller – stali niegdyś na czele najważniejszych kongregacji watykańskich. Oni mają mandat do tego, żeby takie wątpliwości zgłosić. Znaczące, że nikt z autorów różnych dubiów posłuszeństwa papieżowi nie wypowiada.

    Czy tak powszechny sprzeciw, jaki zdarzył się wobec Fiducia supplicans, to precedens?

    Zdarzały się już sprzeciwy wobec dokumentów nawet wyższej rangi i sygnowanych przez samych papieży. Można tu przypomnieć chociażby sprzeciw, z jakim spotkała się encyklika Pawła VI Humanae vitae zarówno po jej publikacji, jak i przed nią, kiedy już wiadomo było, w jakim kierunku pójdzie papieskie rozstrzygnięcie konkretnych kwestii moralnych, których dotyczyła ta encyklika. Paweł VI był zresztą świadomy reakcji, jaką jego dokument może wywołać, o czym wyraźnie pisze na samym początku encykliki. Niemniej jednak zarzuty, jakie kierowano wobec Humanae vitae, dotyczyły raczej tego, że nauczanie papieża, zwłaszcza w kwestiach ludzkiej płodności, nie nadąża za tendencjami kulturowymi czy cywilizacyjnymi, że jest zbyt restrykcyjne i tak dalej. Nie zarzucano nauczaniu zawartemu w Humanae vitae, że jest niezgodne z Pismem Świętym czy Tradycją moralną Kościoła. Tymczasem takie właśnie zarzuty, jak widzieliśmy w przytoczonych cytatach, bardzo z natury swej poważne, pojawiają się w odniesieniu do Fiducia supplicans.

    Były też sprzeciwy wobec adhortacji Amoris laetitia, a to już jest dokument wyższej rangi, prawda?

    Tak. Pewnie chodzi panu o ósmy rozdział.

    Konkretnie o przypis.

    Problem z Amoris laetitia polega na tym, że tam w sposób bardzo niejednoznaczny są wprowadzane pewne rzeczy, które faktycznie mogą budzić sprzeciw. Znowu jednak nie jest to wprowadzone przez formułę bardzo autorytatywną, a do tego główny problem dotyczy przypisu. Wychodzi tu też sprawa hierarchizacji wypowiedzi i odróżnienia wypowiedzi dogmatycznych od duszpasterskich. Wszyscy znamy przykład sprzeciwienia się papieżowi, i to samemu świętemu Piotrowi. Czego dotyczył spór apostołów? Nie doktryny, bo święty Piotr nie odrzucał postanowień tzw. soboru jerozolimskiego, które wcześniej sam akceptował. Paweł skarcił Piotra za to, że w swoich gestach jest niekonsekwentny w stosunku do wcześniej podjętych decyzji doktrynalnych. Widać tu, że nie tylko słowa papieża, ale również jego gesty są znaczące. One też muszą być spójne z doktryną.

    W Polsce istnieją grupy korzystające z posługi suspendowanych księży. Duchowni ci jawnie lekceważą nałożone na nich zakazy i nakazy, a nie spotyka ich ekskomunika. Dlaczego?

    Roztropni wierni, wiedząc – a naprawdę łatwo się tego dowiedzieć – iż dany duchowny jest suspendowany, czyli że zawieszona została jego władza wykonywania święceń, nie powinni, a nawet nie mogą uczestniczyć w obrzędach przez niego sprawowanych, wsłuchiwać się w głoszone przezeń nauki czy podążać za jego wskazaniami. To właśnie suspensa jest karą chroniącą wiernych przed działaniem błądzących duchownych. Jest ona nakładana nawet wówczas, gdy na przykład ze względu na zaburzenia psychiczne czy poważne zaburzenia osobowości osobista wina takich księży jest ograniczona. Jeśli wierni, świadomi ciążącej na duchownym kary suspensy, wciąż za nim idą, nie sądzę, aby powstrzymała ich w tym kara ekskomuniki nałożona na takiego księdza.

    A jednak arcybiskupowi Viganò ekskomunika grozi.

    Mówimy, że jest to kara late sententiae, czyli na mocy samego prawa. Jeżeli ktoś dokonuje aktu schizmy, to trudno, żeby jednocześnie pozostał w komunii z Kościołem. Bo albo jedność z Kościołem, albo schizma. Ekskomunika to jest postawienie kogoś poza wspólnotą, więc powiedziałbym, że w takiej sytuacji tę ekskomunikę sam zainteresowany sobie wymierza.

    rozmawiał Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    	Po usunięciu z wystawy wizerunki rtm. Witolda Pileckiego, św. Maksymiliana Kolbego i bł. rodziny Ulmów zostały wyświetlone na fasadzie Belwederu.

    Po usunięciu z wystawy wizerunki rtm. Witolda Pileckiego, św. Maksymiliana Kolbego i bł. rodziny Ulmów zostały wyświetlone na fasadzie Belwederu.
    fot. Łukasz Błasikiewicz/KPRP
     

    ***

    Prof. Nowak: Obserwujemy zjawisko „dezynfekcji” – wyczyszczenia pamięci zbiorowej dotyczącej walki o niepodległość

    – Trzeba tupetu, by tak ostentacyjnie niszczyć polską pamięć. Nawet za czasów wcześniejszych rządów lewicy, w tym SLD, nie obserwowałem podobnych zachowań – mówi prof. Andrzej Nowak o zmianach wprowadzonych w wystawie stałej w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

    Agata Puścikowska: Z sieci: „Obecny rząd zapamiętamy z tego, że usuwał z pamięci historycznej rtm. Pileckiego, a przywracał emerytury tym, którzy wyrywali mu paznokcie”. To nasza przyszłość?

    Prof. Andrzej Nowak: 
    Nie wiem, jaka będzie przyszłość. Ponieważ jednak jestem historykiem, obserwuję to, co już się wydarzyło: zaszło wiele ważnych zmian, z których można wyciągać pewne wnioski. Zmieniła się podstawa programowa nauczania historii, zmienił się też kanon lektur dla uczniów. W końcu została zmieniona ważna ekspozycja w Muzeum II Wojny Światowej. Wszystko to jest spójne i można przypuszczać, że składa się na działania, które mają zmienić naszą zbiorową pamięć. Polska pamięć narodowa, nasza tożsamość w dużym stopniu została ukształtowana na tradycji walki z najeźdźcami, sprzeciwie wobec zniewolenia, oporze wobec zewnętrznych zaborców, na dumie narodowej z rzeczywistych bohaterów w tej walce o wolność. Co oczywiście nie oznacza, że mamy żyć wyłącznie wspomnieniami lub we wrogości do dawnych okupantów. Obecnie jednak obserwujemy zjawisko, które można nazwać „dezynfekcją” pamięci, czyli próbę wyczyszczenia części pamięci zbiorowej dotyczącej walki o niepodległość, poświęcenia dla ojczyzny. Widać to zarówno w „dezynfekcji” podstawy programowej nauczania historii, z której usunięto – zaczynając od średniowiecza – m.in. wszelkie wzmianki o walce z Zakonem Krzyżackim, hołd pruski, nawet kwestie związane z udziałem Polaków w walce o niepodległość USA, i dokonano szokującej czystki w nauczaniu współczesnej historii – na przykład o wojnie obronnej we wrześniu 1939 r. Z szerszej perspektywy wyrzucenie ze scenariusza ważnej wystawy postaci takich jak św. Maksymilian, rtm. Pilecki czy rodzina Ulmów wydaje się konsekwentnym dopełnieniem tej tendencji, a zarazem niezwykłej arogancji. Trzeba bowiem tupetu, by tak ostentacyjnie niszczyć polską pamięć. Nawet za czasów wcześniejszych rządów lewicy, w tym SLD, nie obserwowałem podobnych zachowań. Wówczas też nie dochodziło w tak brutalny sposób do prób formowania „osób uczniowskich” na skrajnie zideologizowaną modłę. Dokonuje się rewolucja kulturalna.

    Pan również doświadczył jej skutków: z radiowej Jedynki usunięto świetną historyczną audycję pt. „Historia żywa”. Jak Pan to odebrał?

    Zlikwidowano cały program, ale nie dopuszczono nawet do emisji dziesięciu audycji nagranych już wcześniej. Tej decyzji nie argumentowano. Przypomniało mi to czasy komunistyczne, gdy władze cenzurowały i zatrzymywały niewłaściwe filmy, odkładając je na półki archiwów. „Historia żywa” stała się również „półkownikiem”. Poczułem się jak cząstka historii, która się powtarza. Wydawało mi się też nieco zabawne, choć i przykre, że usunięto audycje traktujące o historii… XVII i XVIII wieku. A co tam było złego z punktu widzenia nowej władzy? Przecież nawet nie pojawił się temat Targowicy…

    Jeśli założymy, że obecnie następuje rewolucja kulturalna, to podstawowe pytanie brzmi: dlaczego? Również w kontekście zmian w muzeum.

    O to należy zapytać tych, którzy wprowadzają takie zmiany. Publiczna odpowiedź na pytania o usunięcie z muzeum takich postaci jak św. Maksymilian, rtm. Pilecki i rodzina Ulmów brzmi m.in. tak: one „zakłócają antropologiczny charakter tej wystawy”. To ważna deklaracja, bo sięga do podstawowego rozumienia istoty człowieczeństwa. Należałem do grupy obrońców tej wystawy, gdy rząd PiS-u bardzo mocno ją krytykował. Muzeum interesująco pod wieloma względami pokazywało II wojnę światową. Jednak wystawa stała zawierała pewne błędy, które należało po prostu skorygować. A jednym z nich było wyeliminowanie z ekspozycji aspektów ludzkiego poświęcenia, heroizmu, kiedy kojarzyły się one z Polską lub z katolicyzmem. Wprowadzenie takich postaci jak o. Kolbe, Pilecki i Ulmowie nie zakłóciło antropologicznego charakteru wystawy, lecz wskazało na pewien fundamentalny aspekt. Człowiek oczywiście może być rozumiany jako jeden z gatunków zwierząt. Lecz jest to jedyny gatunek, który wykazuje się zdolnością do poświęcenia aż do oddania życia za drugiego, także spoza własnej grupy krewniaczej. To stanowi o wyjątkowości antropologicznej struktury dla rozumienia człowieczeństwa. Dlatego warto pokazywać i podkreślać znaczenie takich postaci, które zostały najbardziej wyrazistymi symbolami tego rodzaju poświęcenia. Przykłady życia i działania Ulmów, Kolbego i Pileckiego wywierały ogromny wpływ na im współczesnych, ale i wywierają na nas obecnie. Gdy na różne sposoby próbowano Polaków (i nie tylko) traktować jako podludzi, w systemach niemieckiego i sowieckiego ludobójstwa zredukować do najprymitywniejszych, to właśnie przykład poświęcenia za innych, jaki dali wspomniani tu bohaterowie w najbardziej ekstremalnych warunkach, pomagał ocalić człowieczeństwo innym ludziom. Przypomnieć, że są ludźmi, a nie bydłem. Ich życie, wybory są nie tylko warte pokazywania, ale wręcz konieczne, by zrozumieć II wojnę światową. Nawet wówczas, gdy chcemy uciec od wątków czysto martyrologicznych, patriotycznych.

    „Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku powstało jako instytucja kultury, której zadaniem jest kształtowanie narracji historycznej tak, by w wielowymiarowy sposób przeanalizować, zrozumieć i nie dopuścić do zatarcia obrazu II wojny światowej w pamięci zbiorowej” – napisała na platformie X minister kultury i dziedzictwa narodowego Hanna Wróblewska. Czyli są dobre intencje?

    A jednak wycięcie trzech uzupełnień pokazuje zgoła coś innego. Pani minister broni złej koncepcji całości. Warto przynajmniej przyjmować głosy krytyki, analizować je, a nie za wszelką cenę bronić zamysłu, który okazał się błędny. Decyzja obecnych władz muzeum w żadnym aspekcie się nie broni. Władze muszą się zdecydować, czy chcą towarzyszyć postępującej rewolucji kulturalnej i wspierać ją, czy wpisywać się w rodzaj niszczenia narodowej pamięci.

    Każda ekipa rządząca wprowadza do historii politykę. To i zrozumiałe, i… niebezpieczne. Co robić?

    Polityki historycznej, jak sama nazwa wskazuje, odpolitycznić się nie da. Jednak ważna jest tu obrona konsensusu, który wynika ze zdrowego rozsądku, a opiera się na prawdzie historycznej. Prawdą historyczną jest to, że istnieli ludzie, którzy w heroiczny sposób w czasie II wojny światowej poświęcali się dla innych. To jest konkret, który ma ogromne znaczenie symboliczne. Decyzja władz muzeum mianowanych w okresie rządów PiS, by uzupełnić gdańską wystawę wspomnianymi postaciami, miała według mnie sens naprawczy, bo była racjonalna, oparta na głębszym rozumieniu poświęcenia, bez którego nie da się zrozumieć ani II wojny, ani człowieka w ogóle. Jednocześnie upór twórców wystawy mianowanych przez PO, żeby owo uzupełnienie wyrugować, wydaje mi się godny krytycznej refleksji. Autorzy pierwotnego scenariusza wystawy wyszli jakby z założenia, że są jej właścicielami, co jest absurdalne. Gdyby było to myślenie zasadne, wystawa w Luwrze traktowana byłaby, od jej zarania, jako własność jednej osoby, która ułożyła jej scenariusz w roku 1750, kiedy po raz pierwszy została otwarta i jakby od roku 1750 do dziś nie wolno było zmienić ani jednej gabloty, ani jednego obrazu. Wystawy ewoluują, zmieniają się, są uzupełniane. Gdy pojawiają się w nich błędy, wówczas powinna następować dyskusja, a po sensownej krytyce – wprowadzenie potrzebnych zmian. Wystawa dotycząca historii II wojny światowej powinna służyć narodowi albo ogółowi zwiedzających, a nie autorowi. Jest bowiem własnością społeczną, a nie prywatnym przedsięwzięciem. Ten fakt doskonale zrozumiało społeczeństwo, które zareagowało zdroworozsądkowo. Głosem zdrowego rozsądku jest też głos polityka, wicepremiera Kosiniaka-Kamysza, który mocno stwierdził, że usunięte postaci powinny być przywrócone. To nie był przykład zachowania cenzorskiego czy upolitycznienia sprawy, lecz przytomne zachowanie, które wynika z historycznej prawdy.

    Jan Maria Rokita podaje dwie możliwe przyczyny, które mogły kierować władzami muzeum. Pierwsza to „ideologiczny czad”, który nakazuje niszczyć wszystko ustanowione przez poprzednią władzę. Druga to odgórny nakaz. Która hipoteza jest według Pana bardziej prawdopodobna?

    Szczypta prawdy może być w obu. Jednak z moich obserwacji i znajomości reakcji twórców wystawy, zarówno prof. Rafała Wnuka, jak i prof. Pawła Machcewicza, wynika, że mogą tu dochodzić jeszcze kwestie osobiste. Wypowiedzi obu historyków w tej sprawie wyrażają silnie owo szczególne poczucie właścicielstwa, jakby rzecz dotyczyła ich prywatnego folwarku. Więc i taki odruch tutaj widzę: kwestie urażonej dumy i traktowania muzeum jako własności. Co nie wyklucza także ogólniejszego szaleństwa ideologicznego oraz antypisowskiego zacietrzewienia.

    Społeczeństwo, zwykle podzielone, tutaj zareagowało dość jednoznacznie: oporem. Wystarczy tej determinacji na dłużej?

    Mam nadzieję. Tylko reagowaniem, działaniem w obronie kultury – bo przecież następuje też próba zastąpienia kultury chamstwem i prymitywizmem (zwłaszcza w wydaniu minister edukacji, mówiącej z pogardą o jednym z największych polskich poetów „niejaki…”) – mamy szansę wpływać na rzeczywistość. Nie można pozostać obojętnym na wszelkie reakcje niszczycielskie. Wyobrażam sobie taki protest również jako coś zorganizowanego, być może nawet wyjście na ulicę, gdy będzie trzeba. Ale też konieczna jest stała pomoc naszym dzieciom, wnukom w poznawaniu historii, sztuki, piękna języka. Walka o narodową tożsamość jest więc walką i o to, by kolejne pokolenia poznawały najpiękniejsze przestrzenie polskości, do których próbuje im się odgórnie odciąć dostęp. Konieczne jest też „oddolne” przypominanie i upominanie się o pamięć o tych, których na niepamięć teraz się skazuje.

    A może pozostawmy historię historykom? Polityków do niej nie dopuszczając…

    Tu trzeba zadać pytanie: kto jest właścicielem historii? Czy aby na pewno wyłącznie historycy? A może także społeczeństwo, które z jednej strony jest efektem historii, a z drugiej samo tworzy historię. Historycy badają rozmaite zagadnienia, krytykują wzajemnie wyniki badań. Nikt z nas nie posiada, nie jest dysponentem prawdy ostatecznej. Jeśli ktoś tak twierdzi, to po prostu kłamie. Poza cechem historyków są też obywatele, dla których dzieje narodu są ważne. Oni też mają prawo współdecydować o polityce historycznej. Zwykle robią to przez przedstawicieli, czyli polityków. Tym samym politycy mają prawo i obowiązek dbać o sposób przedstawiania historii w przestrzeni publicznej. Natomiast historyk jest jednym z wielu uczestników dialogu o tym, jak ma wyglądać spojrzenie społeczeństwa na przeszłość. Dodatkowo (wraz z politykami albo przeciw nim!) powinien bronić historycznej prawdy.

    Historyczna prawda winna być natomiast przekazywana z klasą. Obecnie mamy, co mamy. Natomiast rząd PiS zmierzał trochę w kierunku patriotycznej tandety…

    Częściowo się zgadzam. Przykładem toporności przekazu był np. sposób redagowania telewizji publicznej. Jednak nie wszystko było przecież przaśne nawet w telewizji, czego przykładem był świetny kanał TVP Historia, który nowe władze również likwidują. Jeśli jednak PiS nieco za mocno naciskał na pedał patriotyczno-akademijny, to obecna ekipa jeszcze mocniej naciska na pedał walki z polską tradycją w przestrzeni publicznej, jak już mówiłem – „dezynfekcji” pamięci. Co jest gorsze? Wszystko to jest przejawem zjawiska mocno patologicznego, rodzaju politycznej choroby dwubiegunowej: przechodzimy ze skrajności w skrajność. To niebezpieczne. Przydałoby się ograniczenie niszczycielskiego rozmachu wahadła politycznego, nie tylko w kwestii polityki historycznej. Czy i jakimi metodami można to osiągnąć? Coraz częściej myślę, że może to leżeć obecnie już tylko w sferze Bożej interwencji…

    rozmawiała Agata Puścikowska/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny

    ***

    Trawa u sąsiada. Na każdej drodze znajdziesz to, co ci jest potrzebne do zbawienia

    Nucisz sobie pod nosem: „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”? Wydaje ci się, że w innym miejscu byłbyś szczęśliwszy, a trawa u sąsiada jest bardziej zielona? Masz rację: wydaje ci się.

    Jeden z kapłanów tuż przed zawieszeniem sutanny na kołku opowiada w sieci w samych superlatywach o tym, jakie szczęście odnajdzie w małżeństwie. Nie w konkretnym, rzeczywistym, ale jakimś wyimaginowanym, podniesionym do poziomu disnejowskiej baśni o Kopciuszku i zwieńczonym nieśmiertelnym „żyli długo i szczęśliwie”. Zerkam na rosnącą falę rozwodów i zastanawiam się: dlaczego tysiące małżonków nie odkryło tej złotej recepty?

    Ileż razy wydawało mi się, że „to nie ta wspólnota”, „nie ta rodzina”, „nie to miejsce”. Gdzie indziej z całą pewnością byłoby łatwiej. To pokusa stara jak świat. Jej echo odnajduję w ewangelicznej opowieści o uczniach, którzy maszerowali do Emaus i nie potrafili rozpoznać towarzyszącego im Zmartwychwstałego. Tak naprawdę nie szli do Emaus, ale zwiewali z Jerozolimy: miasta, w którym doznali zawodu, traumy i ogromnego rozczarowania. Ewangelia wspomina, że gdy rozpoznali Jezusa, „wrócili do Jerozolimy”. Przestali uciekać. W Mieście Pokoju odnaleźli to, przed czym próbowali uciec.

    Dosadniej się nie dało

    Doskonale pamiętam scenę sprzed lat. Ponieważ wiele spraw nie układało się po mojej myśli, siedziałem i robiłem bilans strat i zysków. Oczywiście w moim mniemaniu strat było o wiele więcej. Szukałem pretekstu, by opuścić ws​​pólnotę i zostawić to, co robiłem przez ostatnie kilkanaście lat. Po kilku minutach jałowej walki złożyłem broń i otwarłem Biblię na zdaniu, którego dosłowność i dosadność rozłożyła mnie na łopatki: „Nie szukaj wymówek, gdy masz spełnić swój obowiązek” (Syr 10,26). Bóg nie mógł powiedzieć do mnie większymi literami. Przestałem szukać wymówek i wróciłem do pracy. Gdy po pewnym czasie pojechałem do klasztoru dominikanek w Świętej Annie, usłyszałem od mniszek w białych habitach: „Czym jest powołanie? To bieżąca konieczność. Po prostu rób to, co masz dzisiaj zrobić”.

    − Miałem kiedyś takie doświadczenie u kamedułów − opowiada dominikanin o. Tomasz Nowak, rozchwytywany kaznodzieja. – W moim zakonie doświadczałem pustki, jałowości tego wszystkiego, co robiłem. Byłem zmęczony duszpasterską gonitwą, tęskniłem za kontemplacją, miałem wrażenie, że kręcę się w kółko i nie czuję wiatru w skrzydłach. „Nie po to tu wstępowałem!” − użalałem się. „Miało być inaczej”. Przypominałem znajomego muzyka, który powiedział mi kiedyś: „To po to się ożeniłem, żebym miał gorzej?” (śmiech). Pojechałem na rekolekcje do kamedułów − do zakonu, do którego już dawno miałem ciągoty. „Będzie mi lepiej u mnichów” – rozmyślałem, pracując w ogródku. Grabiłem kamienie i spotkałem kamedułę, który łatał mur. Popatrzył na mnie i rzucił: „A on chce do nas wstąpić?”. „Myślę o tym” – odparłem. „To wstąpić, rozczarować się, wystąpić” − odpowiedział. Nie dałem za wygraną, bo wiedziałem, że reguła Benedykta nakazuje zniechęcanie kandydatów. Nagle ten mnich rzucił: „Bo tak człowiek czasami żyje na rozstaju dróg, a za rogiem czekają sprawy i nie mogą zaistnieć”. Jakby piorun we mnie strzelił! Zobaczyłem, że jestem w tej sytuacji. Na rozstaju dróg. Wróciłem do celi, a ponieważ czytałem akurat traktaty Mistrza Eckharta, zerknąłem na zdanie, na którym skończyłem lekturę. Następne zdanie brzmiało: „Zmiana zakonu to pokusa. Na każdej drodze znajdziesz to, co ci jest potrzebne do zbawienia”. Dosadniej się nie dało. (śmiech)

    Siedź w budzie!

    Przeglądam „Gerontikon” − opasły tom apoftegmatów ojców pustyni i zdumiewam się, jak wielką część tych opowieści egipskich mnichów zajmuje wspomniany temat. Świadomość, że Bóg działa tu i teraz, i przestrzeganie przed duchową mantrą: „A co by było, gdyby?”. Jak proroczo brzmi dewiza, którą wypowiedział Abba Hieraks: „Siedź spokojnie w swojej celi. Gdy będziesz głodny – jedz, gdy będziesz spragniony – pij, a tylko nie obmawiaj nikogo, a będziesz zbawiony”. To „spokojne siedzenie w swojej celi” jest dla mnie lekarstwem na nucenie pod nosem refrenu: „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”.

    „Pewien brat przyszedł do Sketis, do Abba Mojżesza, prosząc go o słowo. Starzec mu odpowiedział: »Wracaj do swojej celi, a ona cię wszystkiego nauczy«”. U ojców pustyni znajduję mnóstwo podobnych wskazówek: „Gdziekolwiek zamieszkasz, nie odchodź stamtąd łatwo” − podpowiadał św. Antoni Wielki. Wiele rad zdumiewa nas swym radykalizmem: „Abba Arseniusz był bezwzględny, gdy ktoś przychodził do niego i mówił: »Dręczą mnie moje myśli, nie jestem zdolny do postu ani do pracy. A może przynajmniej poszedłbym opiekować się chorymi, bo to także jest miłość?«. Starzec rozpoznał podszepty diabła i tak odpowiedział: »Wracaj. Jedz, pij, śpij, żadnej pracy nie wykonuj, tylko się z celi nie oddalaj«, bo wiedział, że to wytrwanie w celi doprowadza mnicha do doskonałości”.

    − „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”? Ten refren kojarzy mi się z powiedzeniem ks. Bronisława Mokrzyckiego: „Siedź w budzie”. Słyszałam je wielokrotnie na rekolekcjach u sióstr zawierzanek – uśmiecha się s. Dorota Kowalewska, augustianka z Krakowa. − Chodzi o to, by wciąż być w chwili obecnej, bo ona jest ogromnym zadaniem, ale też tylko ona jest objęta łaską aktualną. Jeśli wybiegam gdzieś w przeszłość albo przyszłość, to niestety, już szatan mnie ma. Łaską jest chwila obecna: jeśli z niej nie korzystam, gdzieś biegnę myślą, to wówczas tracę. Bóg działa tu i teraz. Mogę mieć wpływ jedynie na to, co „mam”, a jest nim „teraz”. Przeszłości nie zmienię (zanurzam w miłosierdziu), przyszłość jest w Sercu Jezusa (i to najlepsza lokata), więc cała walka duchowa polega na tym, by nie dać się wystraszyć ani pozwolić, by pokusy wyrwały mnie z chwili obecnej. Jeśli dziękuję za to, co mam i gdzie jestem, to wiem, że otrzymuję, że nie mam tego sama z siebie, że jest Ktoś, kto mi to daje. Być może dla kogoś uznanie takiej zależności może być problemem, ale ja się niesamowicie cieszę, że wszystko jest w ręku Tego, który kocha mnie do szaleństwa i nie da mi zrobić krzywdy. Jasne, że czasami myślałam: „Co ja tu robię?”, ale wiem, że to pokusa, by mnie „wyrwać z budy”. Szkoda czasu. Jest tyle do zrobienia w chwili obecnej. Zresztą Bóg sam doskonale wie, dokąd mnie posłać… Takie gdybanie obnaża brak zaufania do Tego, który mnie tu i teraz w tym miejscu postawił.

    Lekarstwo

    – Ta pokusa przychodzi, gdy zapominamy o radości i uciekamy w szukanie przyjemności – podpowiada o. Wit Chlondowski, franciszkanin z Cieszyna. − Lekarstwem jest radość: ta głęboka, wewnętrzna, o której mówi nam słowo Boże, gdy przypomina: „zawsze się radujcie”. Gdy radujesz się z sytuacji, miejsca, w którym jesteś, stajesz się wolny, wdzięczny. Nawet jeśli jest to prześladowanie. Apostołowie radowali się nawet po biczowaniu! Od pewnego czasu Pan zaprasza mnie do takiego dziękczynienia, pokazuje, że tylko w Nim znajdę odpowiedź na moje pytania. To dlatego ojcowie pustyni tak często przestrzegali: „Siedź w celi, nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów, przeczekaj”. A pamiętajmy, jak monotonne było ich życie. Codziennie ten sam rytm, żmudne wyplatanie lin, te same modlitwy, ten sam jałowy pustynny krajobraz. Żadnego urozmaicenia, nawet kulinarnego. Jedli troszkę warzyw, wypiekanych placków chlebowych i troszkę oliwy. Nic więcej. A jednak podpowiadali: „Nie zmieniaj otoczenia, wytrwaj, cela nauczy cię wszystkiego”. Jasne, że pokusa dopada nas niezwykle często. U mnie pojawiła się już w nowicjacie. Czy na pewno dobrze wybrałem? A może powinienem pójść do zakonu kontemplacyjnego? Do kamedułów? Na szczęście miałem mądrego spowiednika, który pozwolił mi ponazywać moje pragnienia. Rozeznałem, że moim powołaniem jest droga franciszkańska.

    Dlaczego demon kusi nas w ten sposób? – Bo chce nam odebrać skarb – podsumowuje o. Wit. − Przychodzą do mnie małżeństwa i wzdychają z zazdrością: „Ale ojciec ma fajnie! Tyle czasu na modlitwę, ciszę, sam na sam z Bogiem”. Naprawdę myślą, że ja tak bardzo każdego dnia doceniam ten skarb? (śmiech) Nie widzą, że ich skarbem jest małżeństwo, wychowywanie dzieci, relacje. A ja nie dostrzegam często, że moim skarbem jest samotność i przebywanie z Bogiem sam na sam. To dlatego demon tak chętnie uderza właśnie w tę sferę.

    Nie gdybaj!

    − Zostawić to, co się robi, i zacząć gdzie indziej? – to pokusa stara jak świat. Zawsze u sąsiada, po drugiej stronie rzeki trawa jest bardziej zielona – śmieje się siostra Bogna Młynarz, doktor teologii duchowości. − To tak powszechne odczucie, że trudno mu się oprzeć. A przecież błogosławieni, czyli szczęśliwi, ci, którzy potrafią przyjąć swoje „tu i teraz” jako najlepszą opcję. I nie chodzi mi o jakieś fatalistyczne, bierne godzenie się z rzeczywistością, które jest wyrzeczeniem się marzeń. Wprost przeciwnie. Tylko ten, kto akceptuje realia życia, może coś osiągnąć, bo zna punkt wyjścia do zrobienia kolejnego kroku. I jeszcze jedna rzecz, która najmocniej przemawia za pełnym dziękczynienia przyjęciem rzeczywistości takiej, jaka jest: tylko w realu można spotkać prawdziwego Boga. On działa tu i teraz, a to jest największy skarb i szczęście. Nie ma po co włóczyć się po bezdrożach bezpłodnych marzeń, że gdyby to lub tamto… Bóg, który nas kocha, jest tutaj. W moim i twoim życiu. Razem z Nim możesz uczynić je sensownym i szczęśliwym. Nawet jeśli jest trudne, jest ono jedynym i wystarczającym pasem startowym, jaki masz do lotu w przyszłość.•

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo.

    Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    Benedyktyńskie opactwo jest jak mikroświat. W klasztornych murach kryją się warsztaty, winiarnia, ogród, a nawet stajnie.

    ***

    Każdy miłośnik skoków narciarskich wie, gdzie leży Einsiedeln. Czy jednak każdy wie, że od średniowiecza mieszka tam Czarna Madonna, a kościół Jej poświęcony pobłogosławił sam Chrystus?

    Pustelnia? Dobre sobie! – myślę sceptycznie, gdy w otoczonym górami i jeziorami urokliwym miasteczku w szwajcarskim kantonie Schwyz szukamy miejsca, by zaparkować. Gwar dobiegający z zatłoczonych kafejek, liczne hotele, śmiech dzieci bawiących się na pobliskim placu zabaw, korek, który utworzył się tuż przy kościele – tu wszystko mówi, że nie jesteśmy w pustelni. To Einsiedeln, znany ośrodek sportów zimowych i słynne miejsce pielgrzymkowe, gdzie króluje Matka Jezusa, czczona w wizerunku Czarnej Madonny.

    Einsied po niemiecku znaczy „pustelnik”, skojarzenia z cichym, oddalonym od zgiełku codzienności miejscem dla samotników nasuwały się więc nieodparcie. Rozwiały się jednak natychmiast, gdy stanęliśmy przed monumentalną świątynią z dwiema sięgającymi nieba wieżami, piramidą schodów i otaczającą jasny plac przed wejściem kolumnadą, która jakby brała w objęcia średniowieczną studnię stojącą na środku.

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo. Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    Obecny kościół pochodzi z XVIII wieku.

    ***

    U Czarnej Madonny

    Szwajcarska Pani wita nas, jak dobra Gospodyni, już od progu bazyliki. Wzniesiona z czarnego marmuru kaplica Łask odbija się od tła jasnych wnętrz kościoła, zajmując centralne miejsce niemal przy jego wejściu. Maryi nie trzeba tu szukać, Ona wychodzi nam naprzeciw i – zanim ruszymy dalej, do Jej Syna – zaprasza do siebie.

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo. Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    Kaplica Łask z figurą Czarnej Madonny wzniesiona została w miejscu śmierci średniowiecznego eremity Meinarda.

    ***

    Wysoka na 117 cm, smukła, lekko pochylona na lewą stronę postać Madonny, wykonana jest z drewna lipowego. Ubrana w czerwoną suknię, ściągniętą paskiem i spływającą w miękkich fałdach, trzyma na ręku Jezusa. Niemowlę jest nagie. Wiemy to wszystko dzięki przechowywanej w kaplicy Wieżowej kopii cudownego posągu, bo Maryja, do której przybywają pielgrzymi, niemal ginie w bogactwie zdobiących ją złotych, kunsztownie haftowanych szat, pod ozdobną koroną. „Gdzie jest Jezus?” – zastanawiam się przez chwilę, zanim wzrokiem wyłowię z zakrywających Go sukienek maleńką buzię Chłopca. Mnisi opowiadają, że strojne szaty kryją przed wzrokiem ciekawskich intymną więź Matki i Dziecka. Oboje otula ciepłe, bursztynowe światło. Patrzę w czarną twarz Maryi. Uśmiecha się lekko, jakby chciała zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Gdy spoglądam w górę, na przepiękne freski zdobiące kopułę bazyliki, to samo światło pada na malowidło przedstawiające Maryję rodzącą Jezusa.

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo. Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    Oblicze Madonny sczerniało od dymu świec i lamp oliwnych.

    ***

    Mówi się, że posąg Madonny sczerniał od dymów ze świec i lamp oliwnych. Wolę myśleć, że to ślady modlitw, które ludzie przynoszą tutaj od wieków. – Głównie Szwajcarzy i Austriacy, ale pielgrzymują tu także Włosi i Francuzi. Bywają i Polacy, choć oni zazwyczaj nocują w Austrii, bo u nas jest drogo – przyznaje o. Lorenz Moser, benedyktyn, który w klasztorze w Einsiedeln spędził ponad 60 lat. Zapytany, o co ludzie modlą się do Madonny, uśmiecha się z zakłopotaniem. – O wszystko. Maryja nie ma tu jakiejś specjalizacji. Ona po prostu przyciąga ludzi do siebie, by prowadzić ich dalej, do Jezusa. Odzyskują u Niej spokój i poczucie bezpieczeństwa. Jak to u matki – wyjaśnia. W klasztorze przechowywane są stare księgi, w których spisywano otrzymane tutaj łaski. Dziś o wysłuchanych modlitwach przypominają obrazy zdobiące wejście do świątyni.

    Dwa kruki

    Jest późne popołudnie, czas nieszporów. Szum wypowiadanych szeptem w różnych miejscach świątyni modlitw cichnie, gdy unosi się nad nimi chorałowy śpiew wspólnoty benedyktynów. Po zakończeniu nieszporów przy głównym ołtarzu mnisi ustawiają się w procesję. Słychać ich rytmiczne, jakby żołnierskie kroki, gdy zmierzają w stronę Czarnej Madonny. Od 1547 roku, codziennie, śpiewają tu dla Niej Salve Regina.

    Skąd się wzięła w tym miejscu? Odpowiedź na to pytanie wymaga cofnięcia się do czasów, które w Polsce były pogańskie. W 835 roku młody szlachcic Meinrad, mnich w klasztorze Reichenau, opuścił wspólnotę, aby żyć jako eremita w głębokich lasach północno-wschodniej Szwajcarii. Przez 26 lat mieszkał w lesie, żył ascetycznie, spędzając długie godziny na modlitwie przed figurą Matki Bożej, którą otrzymał od Hildegardy, wnuczki Karola Wielkiego. Towarzyszyły mu dwa oswojone kruki, a samotność zakłócały pielgrzymki osób, które u świątobliwego mnicha szukały pomocy czy duchowych porad. W 861 r. ufny pustelnik przyjął pod swój dach dwóch pątników. Zbójcy zamordowali mnicha, ale nie uciekli daleko. Za bandytami podążyły kruki, wskazując miejsce ich pobytu. Zostali schwytani i skazani na śmierć. Dwaj skrzydlaci przyjaciele Meinrada są dziś symbolami Einsiedeln, umieszczono je również w herbie opactwa. Ich wizerunki towarzyszyły nam wszędzie: na terenie klasztoru i w miasteczku, dostrzegaliśmy je wśród sprzedawanych gadżetów i na murach kamienic.

    Anielska konsekracja

    Kaplica Czarnej Madonny stoi w miejscu, w którym przed wiekami znajdowała się pustelnia benedyktyna Meinrada. Jego współbracia wznieśli ją w 934 roku, a konsekracji dokonał… sam Chrystus. – W noc poprzedzającą uroczystość poświęcenia biskupowi Konstancji Konradowi objawili się aniołowie i święci. Widział też Chrystusa, który zstępuje na ziemię, by pobłogosławić swoją świątynię – opowiada ojciec Lorenz, wskazując na ilustrujący tę legendę fresk nad kaplicą Łask. Gdy następnego dnia biskup chciał przystąpić do konsekracji kościoła, usłyszał trzykrotnie powtarzane z nieba słowa: „Powstrzymaj się, kaplica jest już poświęcona przez Boga”. Papież Leon VIII potwierdza cud, a w liście do mnichów stwierdza, że to Jezus „ustawił w leśnym klasztorze swojej Najświętszej Matki tron łaski i go poświęcił”. Wieść o nadzwyczajnym wydarzeniu lotem błyskawicy obiegła cały ówczesny świat, rozpoczynając ponadtysiącletnią historię pielgrzymowania do Einsiedeln, a 14 września każdego roku obchodzona jest pamiątka cudu. Na uroczystą procesję Poświęcenia Anielskiego ściągają tłumy wiernych z całej Szwajcarii.

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo. Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    o. Lorenz Moser jest mnichem od ponad 60 lat.

    ***

    Wśród pątników wędrujących do Czarnej Madonny kroniki klasztorne zapisały m.in. biskupów Ulricha (zm. 983), Wolfganga (zm. 994) i Konrada (zm. 995); polską błogosławioną, czczoną na Pomorzu Dorotę z Mątowów (zm. ok. 1398), rozmodlonego Mikołaja z Fliie (zm. ok. 1474), odnowiciela życia kościelnego Karola Boromeusza (zm. 1570), nauczyciela wiary Piotra Kanizjusza (zm. 1597), pokutnika Benedykta Józefa Labre (zm. 1783), opiekunkę ubogich Janinę Antidę Thouret (zm. 1795) oraz papieża Jana Pawła II (zm. 2005).

    Troje ostatnich mogło oglądać kościół klasztorny w obecnym kształcie. Wspaniałą świątynię, nazywaną perłą niemieckiego baroku, wzniesiono w 1719 roku na polecenie ówczesnego opata wspólnoty benedyktynów Thomasa Schenklina. Została zbudowana według projektu Caspara Moosbruggera, architekta i benedyktyna. Wnętrze kościoła zapiera dech w piersi. Jasne ściany odcinają się od pokrywających sklepienie różnobarwnych, utrzymanych w pastelowych tonach fresków przedstawiających sceny z życia Maryi i Jezusa. Warto patrzeć w górę, gdzie unoszą się skrzydlate postaci aniołów, a misternie rzeźbione białe kraty chóru przywodzą skojarzenia z… babcinymi haftowanymi serwetkami.

    Ojciec Moser sprowadza nas na ziemię, a dokładnie – do kaplic umieszczonych wokół rozciągającej się na długość stu metrów głównej nawy. Wskazuje relikwie dwóch najważniejszych w historii opactwa mnichów – Benedykta z Nursji i Meinarda. Po chwili prowadzi nas jeszcze w jedno miejsce, do kaplicy, przed którą umieszczono całkiem współczesny portret zakonnika. – Kto to? – pytam zdumiona, wciąż pod wrażeniem sięgającej tysiąclecia historii, której ślady oglądamy tu na każdym kroku. Z twarzy nieznanego mnicha bije światło.

    To brat Meinard, zakonny krawiec, który rozpoczął nowicjat w Einsiedeln w 1874 roku i spędził tu całe życie, aż do ostatniego dnia, który nadszedł dla niego 14 czerwca 1925 roku. Kiedy wypytuję ojca Lorenza o zasługi tego mnicha – nie każdy zakonny krawiec otoczony jest przecież czcią po śmierci – ten długo zastanawia się nad odpowiedzią. – Był prostym, pobożnym człowiekiem – odpowiada w końcu. Nawet dokumenty, na podstawie których sformułowano wniosek o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, mówią tyle, że ów mnich niczym szczególnym się nie wyróżniał, był za to szczęśliwy i pogodny, zarażając swoją radością ludzi, którzy szukali u niego rady i pociechy. – To wystarczy, by zostać błogosławionym? – pytam z rosnącym zdziwieniem. – A to mało? – odpowiada nasz przewodnik, wyjaśniając, że świątobliwy brat był dla innych wzorem życia zakonnego i ucieleśnieniem Reguły św. Benedykta. Cytuje ulubione powiedzonko sługi Bożego: „Och, bądź cierpliwy, wszystko przeminie, z wyjątkiem wieczności!”. – Ludzie go kochali – dodaje jeszcze.

    Klasztor jak mikrokosmos

    Opuszczamy kościół. Ojciec Moser prowadzi nas korytarzami klasztoru – tak samo jasnymi i przestronnymi jak benedyktyńska świątynia – do zabudowań biblioteki. Przez otwarte okna wpada powietrze przesycone słabą, ale charakterystyczną wonią. – Wypasacie tutaj krowy? – pytam sędziwego zakonnika, krzywiąc się pod wpływem ostrego zapachu. Śmieje się głośno. Nie. Krów mnisi nie wypasają, ale prowadzą hodowlę koni. Opactwo jest jak mikrokosmos. „Jeśli to możliwe, klasztor powinien być tak zaprojektowany, aby można było w nim wykonywać wszystko, co niezbędne”– radził św. Benedykt. Zgodnie z dewizą ora et labora w Einsiedeln uprawia się zioła, kwiaty i warzywa, w klasztornych piwnicach dojrzewają wina z położonych nad jeziorem winnic należących do opactwa, a w tartaku przetwarzane jest pochodzące z benedyktyńskich lasów drewno. Jeden z braci to fizjoterapeuta. Mnisi prowadzą szkołę, w której uczy się ok. 400 młodych osób z miasteczka i okolic. – W większości jednak zatrudniamy osoby z zewnątrz, nas jest za mało, by angażować się bezpośrednio w te wszystkie prace – tłumaczy o. Lorenz. Jego wspólnota liczy dzisiaj 45 zakonników w wieku od 30 do 90 lat. W bibliotece klasztornej przechowywane są m.in. bezcenne rękopisy z X wieku.

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo. Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    W bibliotece klasztornej przechowywane są m.in. bezcenne rękopisy z X wieku.

    ***

    Docieramy do ciężkich, kutych drzwi, z pewnością liczących kilkaset lat. Wyobraźnia podpowiada, że ojciec Lorenz wyciągnie z kieszeni habitu starodawny klucz… Nic bardziej mylnego! Wprawnym ruchem wprowadza kod do nowoczesnego zamka, dzięki któremu otwiera się skarbiec biblioteczny. Wchodzimy do pomieszczenia, w którym czas się zatrzymał. Otaczają nas starodruki i rękopisy – najstarsze liczą sobie tysiąc lat. – Jeśli chcesz wiedzieć, czym jest nasza duchowość, tutaj znajdziesz odpowiedź – mówi o. Moser, odruchowo ściszając głos, choć nikogo oprócz nas tu nie ma.

    – Podstawą jest Biblia. Następnie lektury duchowe dla mnichów. Hieronim, Augustyn, Ambroży – wylicza autorów ksiąg. Zgromadzone są tu dzieła literatury, filozofii i teologii, nauk przyrodniczych, medycyny i geografii. – A tak wyglądał podręcznik szkolny w X wieku. Takich ksiąg tutaj używano – odsłania jedną z gablot, w której spoczywa prastary rękopis. Z tego czasu pochodzi ponad 60 przechowywanych tutaj rękopisów. Najstarszy średniowieczny utwór o szachach Versus de scachis również jest złożony w benedyktyńskich zbiorach Einsiedeln.

    W bibliotece zebrano cenne manuskrypty i druki, są wśród nich również dzieła zakazane w różnych czasach przez Kościół. Mnisi zgromadzili w sumie ok. 230 tys. książek, 1230 rękopisów i 1040 inkunabułów.

    Zmarły w 1947 roku opat Ignacy, bibliotekarz, pisał: „Tajemnice biblioteki klasztornej i jej wyjątkowość można utożsamić z tradycją. Stare jest konserwowane i chronione: czasem ostrożnie, czasem z mniejszym szacunkiem, a wszystko w zależności od tego, jak zmieniało się podejście do duchowego dziedzictwa dawnych czasów. I nabywa się nowe rzeczy. W odkryciu tajemnicy biblioteki klasztornej pomagają dwa pojęcia: tradycja i kultura. Z pokolenia na pokolenie, każdy wnosi swój wkład”. Biblioteka to zwierciadło ducha, rzeczywiste życie klasztoru.

    Jednak pustelnia!

    Po wyjściu z tworzących wraz z kościołem czworobok budynków klasztornych idziemy jeszcze na wspinającą się po zboczu góry Meinarda drogę krzyżową. Wchodzimy w las. Stopniowo cichną głosy dzieci bawiących się na placu zabaw, szum samochodów, rozgwar miasteczka. Zanurzamy się w zieleń i ciszę, która pobrzmiewa tylko wszechobecnymi tutaj odgłosami dzwonków, niosącymi się nad doliną. Uświadamiam sobie, że towarzyszą nam one od początku wizyty w Szwajcarii – każdy ruch pasących się na licznych łąkach i halach zwierząt wywołuje falę srebrzystego dźwięku. i dźwięk ich dzwonków to nieodłączne elementy krajobrazów alpejskich.

    W ich rytmie zatrzymujemy się przy kolejnych stacjach pustelniczej drogi krzyżowej. Mija nas kilka osób: rozgadane dziewczyny z psem, samotny mężczyzna, pielgrzym z muszlą św. Jakuba na plecaku. Nie mógł tego wszystkiego widzieć Meinard, bo drogę krzyżową tuż przed II wojną światową stworzył tu szwajcarski rzeźbiarz Alois Peyer, trudno jednak oprzeć się myśli, że idziemy śladami pierwszego eremity. Zapewne modlił się w tych lasach, wędrując po okolicznych wzgórzach wraz z nieodłącznymi krukami. Gdy patrzę w górę, widzę ukrytą w gęstym listowiu rzeźbioną twarz Ukrzyżowanego. Po chwili, tuż pod szczytem góry odsłania się imponująca grupa ukrzyżowania. XII stacja drogi krzyżowej przedstawia konającego Chrystusa, Jego Matkę i Jana. Testament z krzyża.

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo. Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    Miasteczko położone jest w malowniczej dolinie na przedgórzu alpejskim.

    ***

    Odwracam wzrok w stronę, skąd przyszliśmy. W obramowaniu stworzonym z gałęzi drzew pyszni się panorama Einsiedeln. W dole zabudowania miasteczka, po lewej stronie widoczny jest kompleks skoczni narciarskich, gdzie szybowali w niebo m.in. Adam Małysz, Kamil Stoch, Maciej Kot czy Klemens Murańka, po prawej, górując nad miastem, rozciąga się opactwo. Ciszę rozdziera jednostajne bicie 12 dzwonów wzywających z kościelnych wież do modlitwy. Wraz z delikatnym pogłosem pasterskich dzwonków tworzą melodię, która opiewa duchowe poszukiwania setek tysięcy zdążających tu od wieków pielgrzymów, opowiada o czarnej twarzy czuwającej nad Szwajcarią Madonny, o przekazywanych od tysiąclecia z pokolenia na pokolenie modlitwach mnichów. Jesteśmy w pustelni.

    tekst: Magdalena Dobrzyniak/zdjęcia: Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    Madonna wśród gór i jezior

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________