Month: July 2026

  • ogłoszenia – lipiec 2026

     

    ***

    W sobotę 1 sierpnia na godz. 14.00 zapraszam tych dla których wciąż żywa jest pamięć o kościele św. Szymona, aby wspólnie stanąć przy jego zgliszczach w zadumie i w modlitewnej refleksji. Bo oto minęło pięć lat od owej pamiętnej nocy z 27 na 28 lipca Roku Pańskiego 2021. Ta noc pozostanie już w nas nocą z związaną ze smutkiem i to bardzo wielkim. Bo tamtej nocy kościół św. Szymona, będący szczególnym miejscem dla nas Polaków żyjących tu na obcej ziemi, stał się, niestety, czasem minionym.

    OD PIĄTKU 30 LIPCA 2021 ROKU MSZA ŚWIĘTA I SAKRAMENTY KOŚCIOŁA W NASZYM OJCZYSTYM JĘZYKU SPRAWOWANE SĄ TERAZ W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow
    46 Hyndland St, Partick, Glasgow G11 5PS

    ***

    Kościół św. Piotra jest jedną z najwcześniejszych parafii katolickich, która została przywrócona po reformacji (o dwie dekady wcześniej zanim na nowo przywrócono strukturę hierarchii Kościoła katolickiego). To tu, na West End, została odprawiona pierwsza Msza święta, po bardzo okrutnych prześladowaniach katolików przez szkockich kalwinów, pod gołym niebem w Roku Pańskim 1855 w pobliżu obecnej Merkland Street. Historyczny parasol, który chronił wtedy przed deszczem kapłana celebrującego Mszę świetą znajduje się w biurze parafialnym św. Piotra, jako cenna pamiątka z tamtych czasów. Pierwszy kościół św. Szymona został otwarty przy Bridge Street w maju 1858 roku. Wtedy też została wybudowana plebania i szkoła. Kościół św. Szymona na początku był pod wezwaniem św. Piotra, ale kiedy okazało się, że jest zbyt mały dla rosnącej liczby katolików na “Partiku”, w roku 1903 powstał dużo większy kościół św. Piotra. Żeby nie myliło się o który kościół chodzi, dlatego pierwszy nazwano Bridge Street Church. Jednak od roku 1945 powrócono do patrona św. Piotra używając jego pierwszego imienia – Szymon.

    Podczas II wojny światowej, w latach 1940-1944, polscy żołnierze każdej niedzieli przychodzili do tego kościoła na Mszę świętą z Yorkhill, gdzie znajdowały się koszary, jedne z wielu, w których tubylcy zakwaterowali polskie wojsko. I od tamtej pory kościół św. Szymona powszechnie był nazywany jako “Polish Church”. Polacy, którzy po wojnie osiedlili się w Glasgow, byli bardzo związani z tym kościołem. W 1975 roku kapelanem dla Polaków został mianowany przez ks. Arcybiskupa Szczepana Wesołego ks. Marian Łękawa SAC, który objął polskie duszpasterstwo po śmierci ks. kanonika Jana Gruszki. W tamtym czasie proboszczem parafii św. Szymona był powszechnie znany ks. Patrick “Pady” Tierney, dzięki któremu kościół św. Szymona nie został zamknięty, bo Archidiecezja miała taki zamiar ze względu na istniejący w pobliżu obszerny kościół św. Piotra.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1_image0jpeg.jpg

    Patrzę teraz na zgliszcza spalonego kościółka św. Szymona                                                   

    i klękam razem z tymi,                                                                                    

    których tutaj Pan nasz Jezus Chrystus

    karmił swoim Słowem i swoim Ciałem.                               

    To miejsce pozostanie już uświęcone również dlatego,

    że tutaj w płomieniach ogromnego ognia

    pozostało całkowicie wypalone Przenajświętsze Tabernakulum

    przywalone osmolonymi szkockimi kamieniami.                                                    

    Dobrze jest teraz przypomnieć sobie św. Augustyna,                                   

    który zapewnia, że Pan Bóg potrafi cudownie wyciągać                                                              

    nawet ze zła wiele dobra.                                                        

    Te olbrzymie buchające płomienie                                                      

    z wnętrza ginącej świątyni,    

    w ciemną noc z 27 na 28 lipca Roku Pańskiego 2021,                                                      

    już sprawiły,

    że tlący się nikły płomyk wiary w naszych sercach,

    osłabiony także wieloma miesiącami przesadzonego lęku,

    który nawet urzędowo nakazywał

    dystans oddzielający nas od Pana Boga – ożywa.  

    Nie jest dobrze, aby pochopnie osądzać,

    że wiara w wielu ludziach wygasła.               

    Bo to nie jest według Bożego spojrzenia.                                                                 

    Maleńka iskierka ma w sobie moc rozpalić płomień,                                                  

    nawet w gasnącym popiele ludzkich serc,                                                     

    które żyją na wyjałowionej ziemi tego świata,                                                 

    wydawałoby się –  opuszczonej przez Boga.

    A tymczasem płomienie palącego się kościółka św. Szymona                                

    rozświetliły ciemności,                                                                                                   

    w których wielu przyzwyczaiło się chodzić po omacku.                                           

    Widok ten sprawił,                                                                                              

    że przebudziło się ludzkie serce                                                                 

    uśpione przez tego, który działa w ciemnościach.

    Niech będzie błogosławiony wstrząs,                                                                          

    który sprawia,                                                                                                     

    że nagle, choć tak różni jesteśmy,                                                        

    powracamy do tego co jest najistotniejsze.

    Każda zmiana boli,   

    bo lubimy się przyzwyczajać – tak jak przyzwyczailiśmy się,                                         

    że kościół św. Szymona był już od zawsze na “Partyku”.                                          

    Widać potrzebne było,                                                                                                  

    aby Słowo Boga,

    wykute na kamieniach wznoszących Boży Dom,                       

    niewidzialne już dla wielu, stało się na nowo żywe.  

    W tych zgliszczach                                                                                                 

    pozostała również Matka Bożego Syna,

    która jest i naszą Matką                                                            

    w obrazie Jasnogórskim – zawsze obecna                                                           

    i pod krzyżem i w każdej Eucharystii.                                                                

    Czterdzieści dwa lata temu

    przywieźliśmy Jej wizerunek z Jasnej Góry,

    pobłogosławiony przez Prymasa Tysiąclecia,

    kardynała Stefana Wyszyńskiego,                                

    którego Kościół za dni 44 będzie nazywał już błogosławionym.

    ***

    Poniżej jest mój pierwszy zapis o kościele św. Szymona z dnia 28 lipca 1975 roku:

    Glasgow jest miastem, w którym dzwonów nie słychać,                          

    mimo licznych i pięknych wież kościelnych wyciosanych z kamienia.    

    Jedne są jak wieże obronne,                                                                       

    inne – jak strzały wycelowane prosto w niebo.                                          

    Według tutejszego prawa, jakie pozostało z religijnych wojen,          

    katolikom dzwonić nie wolno.                                                                         

    Nasi bracia, którzy kiedyś odeszli na znak protestu,                             

    tworząc z kolei całą mozaikę przeróżnych grup religijnych,                 

    budowali swoje własne kościoły.                                                                

    Teraz nie wiadomo co z nimi zrobić,                                                            

    bo te, które jeszcze nie zostały przemienione na różne biznesy,               

    stoją puste ze smutną swoją archaiczną architekturą.

    Ludzi zaś pełno w dużych magazynach sklepowych,                                    

    bo na oścież są otwarte i „w piątek i w świątek”.                                            

    W takiej oto scenerii w niedzielny poranek                                                  

    na skrzyżowaniu Dumbarton Road i Byres Road                                 

    można usłyszeć polską mowę.                                                                                                  

    Moi współziomkowie idą do maleńkiego i uroczego kościoła św. Szymona.   

    I tak kolejne już pokolenia                                                                                  

    w tym miejscu karmią się Jezusowym Słowem

    i Jezusowym Ciałem.                                                                                       

    A potem wychodząc, na pewno mają świadomość,                                   

    choćby nawet niewielką,                                                                                 

    że nie tylko spotkali, ale przyjęli samego Boga.                                                           

    Bo skąd wzięłaby się zwycięska walka,

    zupełnie niewidoczna dla ludzkich oczu?             

    Statystyki cóż mogą powiedzieć                                                                         

    o cierpieniu, o przyjaźni, o miłości, o wierności,                                        

    gdzie dokonują się ludzkie wybory,                                                             

    gdzie rodzi się prawdziwe życie.

    Maleńki kościół św. Szymona jest szczyptą drożdży                               

    otoczony z jednej strony młynem, gdzie ziarno ściera się na mąkę,                

    a z drugiej – ludzkim życiem, które toczy się,                                               

    jak w każdym wielkim mieście – niczym ciasto w dzieży.

    ***

    Niedziela 26 lipca

    Leon XIV: Musimy nauczyć się rozpoznawać to, co najbardziej się liczy

    Papież Leon XIV odmówił z wiernymi modlitwę „Anioł Pański” na Piazza della Liberta’ w Castel Gandolfo

    fot. screen: Youtube/Vatican Media

    „Podczas gdy przemysł konsumpcji urabia nasz smak, budząc wciąż nowe potrzeby, aby potem sprzedawać nam rozwiązania, które nie nasycają, a niekiedy zatruwają serce, musimy nauczyć się dostrzegać to, co naprawdę się liczy: skarb relacji z Bogiem” – mówił papież Leon XIV.

    Zwrócił uwagę, że w „centrum nauczania Jezusa znajduje się tajemnica Królestwa Bożego”, o którym mówił on w przypowieściach, porównując je do perły i skarbu, które znajdują rolnik i kupiec. Człowiek ze zdumieniem „znajduje coś, czego nie śmiał nawet oczekiwać, tak że sprzedanie albo pozostawienie wszystkiego nie jawi się już jako wyrzeczenie, lecz jako zysk”. Ewangeliści „opisują wezwanie Jezusa do pójścia za Nim jako nieodparte: wolne, oczywiście, lecz naglące i zdolne wzbudzić odpowiedź szybką, zrodzoną z pragnienia” – wskazał papież.

    Bohaterami innych przypowieści są rybacy, uczony w Piśmie, kobieta, która zaczynia mąkę, kobieta porządkująca dom, król planujący wojnę, człowiek zamierzający zbudować wieżę, zarządcy zajmujący się wypłatami albo inwestycjami. „Królestwo Boże objawia swoje bezcenne piękno na różnych drogach, ale wszystkich – mężczyzn i kobiety, młodych i starszych, biednych i bogatych – wzywa do głębokiej odnowy. Wszyscy mogą je zrozumieć i czują się przez nie pociągnięci” – zauważył Leon XIV.

    Podkreślił, że również dzisiaj „Kościół jest komunią osób różniących się pochodzeniem, kulturą, kompetencjami i stopniem odpowiedzialności, lecz wszystkie one są wezwane, by odkryć, że w Jezusie Chrystusie stanowią jedno”. To „On jest ukrytym skarbem, drogocenną perłą, siecią, która gromadzi rozproszonych”. „Od początku bowiem Jezus powoływał i gromadził wokół siebie osoby, które w przeciwnym razie nigdy by się ze sobą nie spotkały. Właśnie w ten sposób ukazał, że Bóg nie ma względu na osoby, a Jego wybór jest szczególnym umiłowaniem – zwłaszcza tych, którzy są mali i odrzuceni” – stwierdził papież.

    Zachęcił do modlitwy – wzorem króla Salomona – o „dar rozpoznania drogocennej perły, dar dostrzeżenia skarbu, dla którego warto sprzedać wszystko”. „Podczas gdy przemysł konsumpcji urabia nasz smak, budząc wciąż nowe potrzeby, aby potem sprzedawać nam rozwiązania, które nie nasycają, a niekiedy zatruwają serce, musimy nauczyć się dostrzegać to, co naprawdę się liczy: skarb relacji z Bogiem, która otwiera nas na radość i pomaga nam jak najlepiej przeżywać nasze wzajemne relacje” – przekonywał Leon XIV.

    Watykan KAI – stacja7.pl

    ***

    Niedziela 19 lipca

    Papież Leon: ziarno Ewangelii kiełkuje po cichu, bez rozgłosu

    Papież Leon: ziarno Ewangelii kiełkuje po cichu, bez rozgłosu

    Papież Leon w Castel Gandolfo; fot. Vatican Media

    ***

    Pochopne osądy, narzucanie się siłą i pokusa dominacji nie mają nic wspólnego z Ewangelią – przypomniał Papież Leon w rozważaniu przed modlitwą Anioł Pański. Papież wezwał wierzących, aby naśladowali sposób działania Boga, który cierpliwie przemienia świat od wewnątrz, nie odbierając człowiekowi wolności.

    Rozważając ewangeliczne przypowieści o chwaście pośród zboża, ziarnku gorczycy i zaczynie chlebowym (por. Mt 13, 24-43), Ojciec Święty zwrócił uwagę, że przypowieści Jezusa ukazują sposób, w jaki Królestwo Boże wzrasta w historii i w życiu człowieka.

    Bóg wybiera to, co małe

    Papież Leon podkreślił, że człowiek często oczekuje spektakularnych interwencji Boga i pragnie, aby zło zostało natychmiast usunięte. Tymczasem – jak zaznaczył – Bóg działa zupełnie inaczej. „Bóg wybiera to, co małe, jako znak swojej dyskretnej miłości, która pozostawia nas wolnymi, byśmy go przyjęli lub odrzucili, która usiłuje znaleźć sobie drogę nawet pośród chwastu, działa w sposób ukryty i niewidoczny jak najmniejsze ze wszystkich ziaren i jak zaczyn, który bez rozgłosu zakwasza ciasto” – powiedział Papież. Dodał, że właśnie taki sposób działania Boga uczy cierpliwości i pomaga dostrzegać dobro, które wzrasta nawet pośród zła.

    Styl Boga powinien stać się stylem Kościoła

    Najważniejszym przesłaniem katechezy było wezwanie, aby sposób działania Boga stał się wzorem dla chrześcijan i całego Kościoła. „Ten Boży styl powinien stać się również sposobem, w jaki – zarówno jako poszczególni wierni, jak i cały Kościół – żyjemy w otaczającej nas rzeczywistości. Jesteśmy wezwani do przyjęcia stylu ewangelicznego: bez pochopnego przeciwstawiania się innym przez wydawanie aroganckich sądów, bez narzucania się przy pomocy władzy i siły oraz bez utraty zaufania do dzieła Bożego” – powiedział Papież.

    Zaznaczył też, że Królestwo Boże rozwija się również pośród chwastu. Dlatego chrześcijanie nie powinni ulegać zniechęceniu ani wydawać pochopnych osądów, lecz cierpliwie towarzyszyć procesom i dostrzegać dobro obecne w codzienności. Nawet „gdy wydaje się nam, że Bóg jest nieobecny. W rzeczywistości bowiem On zawsze nam towarzyszy, a Jego miłość nieustannie działa dla naszego dobra”.

    Logika ziarna

    Leon XIV przywołał również słowa ówczesnego kard. Josepha Ratzingera, który mówił o „logice ziarna”. Nie jest ona logiką sukcesu, wielkości czy dominacji, lecz drogą pokory i służby drugiemu człowiekowi. „W ten sposób sami staniemy się jak małe ziarno Ewangelii, które kiełkuje i jak zaczyn miłości, który przemienia ciasto świata” – powiedział Papież.

    Vatican News / Łukasz Bankowski / JK

    ***

    kościół św. Piotra

    Partick, 46 Hyndland Street, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     ***

    W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00

    NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ W MIESIĄCU LIPCU ŚPIEWAMY LITANIĘ DO KRWI PRZENAJDROŻSZEJ. W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    ***

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.00

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    ***

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    ***

    kaplica-izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA

    ***

    W KAŻDĄ DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM O GODZ. 10.00

    ***

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ***

    Uroczystości i święta w Kościele Katolickim

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    W Liturgii Kościoła Katolickiego oprócz niedziel, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i świętowania Dnia Pańskiego (również poprzez nie wykonywanie prac niekoniecznych), są także dni świąteczne, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kodeks Prawa Kanonicznego podaje listę tzw. świąt nakazanych, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i uroczystości, w których wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kościół jedynie zachęca do udziału w liturgii również w te dni.

    Święta nakazane w 2026 roku:

    1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego

    5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    14 maja (czwartek) – Wniebowstąpienie Pańskie

    24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

    Pozostałe ważne dni w 2026 roku:

    Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych.

    2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    18 marca (środa) – Środa Popielcowa

    25 marca (środa) – Zwiastowanie Pańskie

    2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)

    6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    2 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski (wyjątkowo w tym roku ze względu, że 3 maja przypada V Niedziela Wielkanocna).

    25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła

    26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent rozpocznie się 29 listopada.

    ***

    Msza św. w sobotę wieczorem zamiast niedzielnej?

    Czy Msza św. w sobotę wieczorem liczy się już jako niedzielna? Tak. Ale czy zawsze? Czy są wyjątki?

    Msza święta w sobotę wieczorem liczy się jako niedzielna. Stwierdza to kan. 1248 § 1 prawa kanonicznego, że właśnie taka Msza św. dzień wcześniej wieczorem już zalicza się do świętowania niedzieli. Nie jest to wariant “awaryjny”. Możesz normalnie przyjść na Mszę świętą w sobotę wieczorem i jest to zawsze traktowane jak normalne uczestnictwo w niedzielnej Mszy świętej.

    Czy od tej zasady są wyjątki? Czy idąc tą logiką Msza św. w niedzielę wieczorem liczy się jako poniedziałkowa? Co z nabożeństwem pierwszych sobót – jeśli pójdę na Mszę św. wieczorem w sobotę, nie liczy się ona do tego nabożeństwa?

    Współautor książki “Jutro Niedziela”, ks. Przemysław Śliwiński wyjaśnia te wątpliwości:

    1. Czym jest formularz Mszy świętej?

    Najkrócej: formularz to zbiór tekstów używanych w danej Mszy św.

    Chodzi o zestaw modlitw i antyfon przypisanych do konkretnego dnia, święta albo uroczystości w Mszale rzymskim: przede wszystkim kolekta (modlitwa dnia), modlitwa nad darami i modlitwa po Komunii św., czasami własne prefacje, a także antyfony na wejście i Komunię, nierzadko nawet Czytania i Ewangelię. To one zmieniają się z dnia na dzień i sprawiają, że raz modlimy się np. o „pogłębienie wiary”, innym razem „za zmarłych”, jeszcze innym „o jedność chrześcijan”.

    Formularz to więc to, co “zmienne” podczas Mszy św, dobrane według kalendarza liturgicznego lub okazji (ślub, chrzest, Msza za zmarłych itd.), podczas gdy modlitwa eucharystyczna czy stałe obrzędy Mszy św. (Ojcze nasz, Baranku Boży itp.) pozostają zasadniczo te same.

    2. Czym się różni Msza św. niedzielna od Eucharystii w sobotę czy w inne dni tygodnia?

    “Pamiętaj, aby dzień święty święcić” – III przykazanie Dekalogu od czasów Jezusa dotyczy każdej niedzieli. Niedziela jest w Kościele pamiątką Zmartwychwstania dniem świętym, a więc i dniem nakazanym: obowiązuje udział we Mszy św. (albo w samą niedzielę, albo w sobotni wieczór – o tym zaraz). Używa się formularza niedzielnego; Czytania biorą się z 3-letniego cyklu (A/B/C), zwykle są trzy Czytania + Psalm. Zasadniczo w niedzielę śpiewa się hymn Chwała na wysokości Bogu i Wyznanie wiary.

    Msza św. w tygodniu (dni powszednie): Nie ma obowiązku uczestnictwa (poza jasno wskazanymi uroczystościami albo świętami nakazanymi wypadającymi w tygodniu). Stosuje się formularz dnia powszedniego albo wspomnienia, zazwyczaj są dwa Czytania (1. Czytanie + Psalm + Ewangelia). Z rzadka śpiewa się Chwała, jeszcze rzadziej odmawia Credo; Msza św. jest zwykle krótsza.

    3. Sobotnia Msza św. wieczorna „liczy się” jako niedzielna. Czy są wyjątki? Jak poznać, jaka Msza św. jest odprawiana?

    Co mówi prawo? Kodeks Prawa Kanonicznego (kan. 1248 §1) stwierdza, że nakazowi uczestnictwa we Mszy świętej w niedzielę i święta nakazane czyni zadość ten, kto bierze w niej udział albo w sam dzień świąteczny, albo „wieczorem dnia poprzedzającego”.

    Dla spełnienia obowiązku nie jest decydujące, jaki jest formularz (czy ślubny, pogrzebowy), ale że jest to pełna Msza św. w obrządku katolickim odprawiana w sobotni wieczór. W praktyce przyjmujemy, że „wieczór” zaczyna się mniej więcej od godz. 16.00. W wielu parafiach sobotnia Msza św. odprawiana jest według formularza niedzielnego, “z niedzieli”, z Czytaniami i homilią na niedzielę.

    Cała zasada bierze się stąd, że w tradycji żydowskiej dzień rozpoczynał się o zachodzie słońca poprzedniego dnia, my liczymy nowy dzień “od północy”. Te dwa sposoby liczenia dnia będą nam się jeszcze przeplatać.

    4. Czy sobotnia Msza św. podczas wesela, chrztu, urodzin itd. zwalnia z uczestnictwa w niedzielę?

    Jeśli spełnione są dwa warunki, to tak: To jest pełna Msza święta (nie tylko sam sakrament małżeństwa bez Eucharystii) oraz – jest sprawowana w sobotę wieczorem, czyli w czasie, który Kościół traktuje jako „wieczór dnia poprzedzającego” niedzielę (zwykle od ok. 16.00 wzwyż).

    Wtedy nieważne, czy formularz jest ślubny, chrzcielny, jubileuszowy, „z dnia” czy niedzielny. Z punktu widzenia prawa kanonicznego uczestnictwo w takiej Mszy św. wypełnia obowiązek niedzielny.

    Warto jednak dodać apel o świętowaniu samej niedzieli. Nawet jeśli obowiązek jest spełniony, dobrze jest zadbać także o przeżycie samej niedzieli jako „dnia Pańskiego”: modlitwa, odpoczynek, Słowo Boże, czas z rodziną.

    5. Dlaczego w ciągu jednego dnia mogą być różne formularze Mszy świętej?

    Bo Kościół łączy kalendarz liturgiczny z konkretnymi potrzebami duszpasterskimi.

    Kilka przykładów:

    W sobotni poranek pierwsza Msza św. może być z dnia. W sobotnie przedpołudnie może to być już Msza pogrzebowa (obowiązuje wtedy formularz za zmarłych), po południu Msza ślubna (znowu z własnym formularzem i czytaniami), zaś wieczorem Msza św. z formularza niedzielnego. A jeszcze po ostatniej Mszy św. uroczystość w parafii – przyjazd biskupa i bierzmowanie młodzieży. Każda z tych Mszy św. będzie miała inny formularz.

    Drugi przykład: w pewne wielkie uroczystości są specjalne Msze św. wigilijne, których formularz bierze się już wieczorem dnia poprzedniego. W takich sytuacjach obie Msze św. – ta “w ciągu dnia” i wieczorna – też będą miały inny formularz.

    6. Skoro w sobotę wieczorem jest formularz niedzielny, to czy w niedzielę wieczorem Msza św. jest poniedziałkowa?

    Oczywiście że nie. Będzie to Msza św. niedzielna. Skąd różnica?

    Tylko niektóre dni, a dokładnie niedziele i uroczystości, zaczynają się liturgicznie w przeddzień wieczorem. Są to tzw. wigilie. Doskonałym przykładem jest wigilia Bożego Narodzenia 24 grudnia, która rozpoczyna świętowanie Bożego Narodzenia (25 grudnia).

    Poniedziałek takim dniem nie jest – chyba że wypadłaby wtedy jakaś uroczystość – dlatego w niedzielę wieczorem Msza św. jest niedzielna.

    Gdy zaś w poniedziałek przypadłaby uroczystość, kalendarz liturgiczny na podstawie tabeli pierwszeństwa obchodów liturgicznych decyduje, co jest ważniejsze – II nieszpory niedzielne, czy I nieszpory z danej uroczystości.

    7. Czy idąc tą logiką – w czwartek wieczorem obowiązuje post od mięsa

    Wstrzemięźliwość od mięsa obowiązuje w Kościele łacińskim we wszystkie piątki roku, chyba że w dany piątek przypada uroczystość. Prawo mówi o „piątku” jako dniu od północy do północy (kan. 202 § 1). To nie jest logika dnia, którego początek liczy się w wieczór wcześniej.

    Dlatego w czwartek wieczorem nie obowiązuje jeszcze piątkowy post. Natomiast jeśli sam piątek jest uroczystością, bo przypada wtedy np. uroczystość NMP Królowej Polski, to wtedy liturgicznie obchód rozpoczyna się w czwartek wieczorem, ale… w takim przypadku w piątek jako uroczystość nie obowiązuje przecież w ogóle wstrzemięźliwość od mięsa…

    8. Czy Msza św. w pierwszy piątek wieczorem to jest już w sobotę?

    Zgodnie z tą samą logiką wyjaśnioną powyżej – nie.
    Pierwsze piątki dotyczą piątku jako dnia kalendarzowego (od północy do północy), podobnie jak pierwsze soboty.

    Liturgicznie i kanonicznie dzień powszedni (np. piątek, sobota) nie ma wigilii „pierwszych nieszporów” dnia następnego, jak niedziela czy uroczystości. Więc piątek wieczór jest nadal piątkiem.

    9. Pierwsze soboty a Msza św. w sobotę wieczorem: co się liczy?

    Warunki nabożeństwa pierwszych sobót (fatimskiego) obejmują m.in.: spowiedź (w pierwszą sobotę lub wcześniej). Przyjęcie Komunii świętej w pierwszą sobotę miesiąca w intencji wynagradzającej. Różaniec i .15-minutowa medytacja. Pytanie dotyczy o Komunię św. przyjmowaną podczas sobotniej Mszy św. wieczornej, czyli “niedzielnej”. Czy Komunia św. na sobotniej Mszy św. wieczornej „niedzielnej” liczy się jako pierwsza sobota?

    Tak. Dla tego nabożeństwa liczy się data kalendarzowa: pierwsza sobota miesiąca, a nie formularz Mszy św. Sobota wieczorem (nawet z formularzem niedzielnym) jest wciąż sobotą w sensie kalendarzowym, więc Komunia św. przyjęta tego dnia może być Komunią wynagradzającą pierwszosobotnią.

    10. Jeśli pójdę na Mszę św. w sobotę rano i wieczorem – to dwa razy w sobotę czy raz w sobotę i raz w niedzielę (chodzi o Komunię św.)?

    Tu trzeba rozdzielić Komunię św. od obowiązku niedzielnego.

    1. Obowiązek niedzielny to udział we Mszy św. w sobotę wieczorem (po ok. 16.00). Msza św. poranna w sobotę takiego skutku nie ma.

    2. Komunia święta: ile razy można przyjąć? Prawo mówi jasno: Kan. 917: „Kto przyjął już Najświętszą Eucharystię, może ją ponownie tego samego dnia przyjąć jedynie podczas sprawowania Eucharystii, w której uczestniczy”. A kan. 202 §1 precyzuje, że „dzień” w prawie kanonicznym to 24 godziny od północy do północy.

    W praktyce oznacza to, że w sobotę możesz dwa razy przyjąć Komunię św.: np. rano i wieczorem. To nadal jeden dzień kanoniczny. Wieczorna Msza św. sobotnia jednocześnie spełnia obowiązek niedzielny, ale wciąż jest to druga Komunia św. tego samego dnia.
    W niedzielę (następny dzień kalendarzowy) możesz znów przyjąć Komunię św. – znowu maksymalnie dwa razy (np. rano i wieczorem), jeśli uczestniczysz w całych Mszach św. Czyli: Komunia św. liczona jest „na dzień kalendarzowy”, a nie „na formularz niedzielny/powszedni”.

    opracowanie według strony:Stacja7.pl

    ***

    Rok liturgiczny. Dlaczego nie rozpoczyna się wraz z Nowym Rokiem kalendarzowym?

    Obecnie rozpoczynamy rok liturgiczny w pierwszą z czterech niedziel Adwentu poprzedzających święta Narodzenia Pańskiego. Ten podział, chociaż nie pokrywa się z porządkiem roku „świeckiego” wydaje się bardzo logiczny i uporządkowany.

    Wyrażenie „rok liturgiczny” jest sformułowaniem stosunkowo nowym. Dopiero w XIX wieku zaczęto przywiązywać uwagę do historii. W tym kontekście zrodziło się często dzisiaj używane wyrażenie oznaczające ogół celebracji i świąt kościelnych w ciągu roku. To określenie porządkuje i racjonalizuje te wydarzenia, które w ciągu roku dotykają bez wyjątku wszystkich, wierzących i niewierzących. Bo przecież nawet jeśli ateista nie obchodzi świąt Bożego Narodzenia, to te dni i tak stają się dla niego dniami wolnymi, a oświetlone dekoracje uliczne, mimo woli, przypominają mu o konkretnym wydarzeniu roku liturgicznego.

    Boże Narodzenie jako punkt wyjścia

    Obecne księgi liturgiczne wspominają o początku i końcu roku liturgicznego, ale taki układ nie jest analogicznym do początku i końcu roku szkolnego. Pojawienie się ksiąg liturgicznych w VII wieku spowodowało, że wydarzenia związane z życiem Jezusa nabrały porządku w formie cyklu rocznego, który różni się od roku cywilnego i który ma swój własny początek i czas trwania. Starożytna księga liturgiczna z terenów dzisiejszej Francji, skomponowana około roku 500 po Chrystusie, oznaczała początek roku liturgicznego na dzień Wielkanocny. Nie jest to przypadek, bowiem takie rozpoczęcie ma swoje korzenie w chrześcijańskiej starożytności. Zasadniczą bowiem zasadą było stwierdzenie (obecne m.in. w pismach papieża św. Leona Wielkiego [+461 r.]), że Chrystus zmartwychwstał dokładnie w tym samym dniu, w którym Bóg stworzył świat.

    Mówimy o roku liturgicznym w Kościele rzymskim, dlatego warto zwrócić uwagę na podział czasu w starożytnym Rzymie. Wiadomo, że już w II wieku przed Chrystusem rok cywilny rozpoczynał się tam 1 marca, a nowi konsulowie rozpoczynali swoje rządy 1 stycznia, czemu towarzyszyły huczne zabawy i praktyki pogańskie. Kościół rzymski nie przyjął jednak tych dat, obawiając się zbyt pogańskiej symboliki, mimo iż w marcu (14 dzień nisan wg. kalendarza żydowskiego) obchodzono Paschę.

    Wreszcie od VI wieku zaczyna brać górę data Bożego Narodzenia, jako początku nowego roku liturgicznego. Pojawia się ona w Chronografie w roku 354, chociaż początkowo jest ona określana jako rocznica narodzin Jezusa na równi z rocznicami śmierci męczeńskiej innych świętych. Święty Augustyn jeszcze w roku 400 mówi o Wielkanocy jako o „wydarzeniu zbawczym” (in sacramento celebrari), a Boże Narodzenie grupuje wraz z innymi wspomnieniami liturgicznym (memoria).

    Kluczowe znaczenie w ułożeniu kalendarza liturgicznego w Kościele rzymskim miał wspomniany już św. Leon Wielki. W swoich homiliach często powtarzał, że Boże Narodzenie jest nie tylko rocznicą, ale początkiem zbawienia człowieka i stanowi niejako punkt wyjścia do tego co dokonało się w czasie męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Ten wielki papież przenosi w księgach liturgicznych na sam początek celebracje liturgiczne związane z czasem „adwentu” czyli nadejścia Bożego Narodzenia i z uroczystościami Narodzenia Pańskiego (25 grudnia) i Objawienia Pańskiego (6 stycznia). Ta teologiczna interpretacja powiązania narodzin Chrystusa z Jego męką i śmiercią (doszukiwano się wielu analogii, których poetyckie echa wyśpiewujemy do dzisiaj w naszych kolędach) sprawiła, że rok liturgiczny, który w centrum stawia wydarzenia wielkanocne i do niego je sprowadza, ma swój początek z celebrowaniem obchodów ku czci wcielenia Chrystusa. Inaczej mówiąc: początek i rozwój roku liturgicznego w Kościele rzymskim pierwszych wieków i zachowany obecnie, znajdują wytłumaczenie w ruchu wywodzącym się od środka (Wielkanoc) i docierającym do obrzeża (Boże Narodzenie).

    Nieustanne, codzienne wyznanie wiary

    Obecnie zatem rozpoczynamy rok liturgiczny w pierwszą z czterech niedziel Adwentu poprzedzających święta Narodzenia Pańskiego. Kiedy kończą się te obchody, następuje tzw. okres zwykły w ciągu roku, podczas którego czytane są Ewangelie opowiadające o życiu i działalności Pana Jezusa. Po kilku tygodniach, w zależności od ustalonej daty Wielkanocy, rozpoczyna się, w Środę Popielcową czas przygotowana paschalnego, czyli Wielki Post. Trwa on symboliczne 40 dni, nie licząc niedziel. Kończy się w Wielkim Tygodniu, przed trzema najważniejszymi dniami w ciągu roku: Triduum Paschalnym. Czas po Wielkanocy to pięćdziesiąt dni do uroczystości Zesłania Ducha Świętego. Po niej Kościół powraca do czasu zwykłego, który ponownie potrwa do pierwszej niedzieli Adwentu.

    Ten podział, chociaż nie pokrywa się z porządkiem roku „świeckiego” wydaje się bardzo logiczny i uporządkowany. Prowadzi nas, od samego początku – od tajemnicy przyjęcia przez Jezusa ludzkiej natury czyli tzw. wcielenia, przez narodziny, publiczną działalność aż do męki i zmartwychwstania Jezusa.

    Można zatem powiedzieć, że czas przeżywany przez nas według kalendarza liturgicznego jest nieustannym, codziennym wyznaniem wiary, która może i powinna przeplatać się z naszą codziennością…

    ks. Bartosz Szoplik – Stacja7.pl

    ***

    Zanim uklękniesz w konfesjonale

    Rozliczenie z grzechów czy sakrament uzdrowienia i pojednania? Spotkanie z bezwzględnym Sędzią czy z przebaczającą Miłością? O tym, jaki jest sens spowiedzi i co warto o niej wiedzieć, zanim się do niej przystąpi.

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Nigdy nie poznajemy Boga lepiej, niż wtedy, kiedy On nam przebacza grzechy – napisał papież Franciszek w bulli Spes non confundit. Sakrament pokuty i pojednania jest zatem nieocenionym darem, dzięki któremu możemy nie tylko trwać przy Bogu mimo naszej ludzkiej grzeszności, ale także poznać Go tak, jak nie jest to możliwe nigdzie indziej. Oto kilka zamyśleń i uwag, które pomogą zarówno w głębszym zrozumieniu spowiedzi, jak i w bardziej adekwatnym jej przeżywaniu.

    Przebaczenie przed skruchą

    Na samym początku warto przypomnieć, że – jak zauważył w jednej z homilii papież Leon XIV – “przebaczenie uprzedza skruchę”. Stąd w naszym myśleniu o spowiedzi i przygotowaniu do niej należy pamiętać o tym, że pierwszy krok w stronę naszego pojednania został już zrobiony: postawił go Jezus. Ojcowie Kościoła, komentując w tym duchu Ewangelię o Bożym Narodzeniu, widzą w żłobie Pana symbol naszego ludzkiego grzechu: tak jak zwierzęta nieustannie wracają do paśnika, gdyż głodnieją, tak my, ludzie, wracamy nieraz do tych samych grzechów. W samym ich środku został jednak złożony Jezus – Zbawiciel. Dlatego muszę wiedzieć, że zanim w ogóle pomyślę, by zgrzeszyć, już czeka na mnie On, by mnie rozgrzeszyć. To nie jest tak zatem, że ja muszę się nawrócić, by otrzymać łaskę. Jest odwrotnie: łaska dana mi w samym środku mojego „nienawrócenia” umożliwia postawienie kroków w dobrą stronę i je uprzedza. Przebaczenie jest – jak uczył Franciszek – dla „wszystkich, wszystkich, wszystkich”, bez warunków wstępnych. Wystarczy podejść, a i to już jest łaską. Pierwsza zachęta dotycząca spowiedzi jest zatem następująca: podejdź do niej, cokolwiek by się w twoim życiu w przeszłości nie działo lub cokolwiek nie dzieje się w nim teraz. U Jezusa Miłosiernego jesteś zawsze, bezwarunkowo, mile widziany.

    Bramy szeroko otwarte

    Papieże Franciszek i Leon XIV proszą usilnie nas, spowiedników, abyśmy nigdy nie stawiali się w roli „kontrolerów” lub „filtrów” łaski. Mamy być „amforami pełnymi wody, od których nikt nie odejdzie spragniony”, oraz „bramami” szeroko otwartymi, a zarazem kimś, kto nawet w najbardziej zawikłanej sytuacji życiowej znajdzie „szczelinę, przez którą wedrze się z łaską rozgrzeszenia”. Taki był i jest przecież Jezus, który w Ewangelii według św. Łukasza rozdział 19. spojrzał na Zacheusza, „zwierzchnika celników i bardzo bogatego” – a zatem na kogoś, kto trwał w stałej i bliskiej okazji do grzechu ciężkiego, bo żył z kradzieży – i powiedział, że „musi zatrzymać się w jego domu”. Tym swoim przymusem „zatrzymania się” w najbardziej nieuporządkowanych domach serc Jezus dzieli się z nami, spowiednikami, i to nam poleca „zorganizowanie” Mu tego pobytu, choćby była to sprawa wybitnie niełatwa. Przemiana życia Zacheusza zaś nie jest warunkiem wstępnym do spotkania z Panem, ale jest jego konsekwencją. Taka właśnie jest optyka Jezusa i w taki, i tylko taki, sposób i w takim duchu my, spowiednicy, możemy tym sakramentem szafować. Mamy być sługami Chrystusa Sługi, któremu bardziej niż nam zależy na naszym pojednaniu. A Wy, drodzy Penitenci, macie prawo po pierwsze – to wiedzieć, a po drugie – tego od nas oczekiwać.

    Wybór według potrzeb

    Dalej teologia uczy, że „łaska buduje na naturze”. Warto uwzględnić „naturalne” uwarunkowania przy wyborze spowiednika, czasu i miejsca spowiedzi. Wszystko to powinno być uzależnione od potrzeb, jakie wiążą się z naszym aktualnym stanem. Jeśli potrzebujemy prostej spowiedzi z dość zwykłych grzechów z niedługiego okresu, możemy iść do niej gdziekolwiek. Jeśli jednak potrzebujemy spowiedzi dłuższej, po latach, czy też takiej, podczas której chcemy poruszyć jakieś głębsze problemy towarzyszące naszemu życiu – nie jest najlepszym pomysłem ustawienie się w długiej kolejce np. w pierwszy piątek miesiąca czy podczas niedzielnej Mszy św. w parafialnym kościele, kiedy to spowiednikowi zależy na tym, by zdążyć usłużyć wszystkim, co sprawia, że czasu na pogłębioną refleksję jest znacznie mniej. Warto w takich sytuacjach korzystać z dostępnych w większych miejscowościach stałych konfesjonałów i dyżurów spowiedniczych lub umówić się z księdzem, który nam odpowiada. Warto także zatroszczyć się o stałego spowiednika, zwłaszcza jeśli nasz kontekst życia jest „nieregularny”.

    Okazanie nawrócenia

    Jeśli chodzi o przygotowanie do spowiedzi i samego wyznania grzechów – ważniejsza w nim wydaje się wspomniana znajomość Osoby Boga niż jakiegokolwiek prawa. Benedykt XVI napisał, że prawem Jezusa jest sam Jezus. Wynika z tego, że grzechem nie jest tak bardzo to, co w moim życiu jest naruszeniem jakiejś zewnętrznej normy, ale są nim te sytuacje, w których miałem przekonanie, że Jezus na moim miejscu postąpiłby tak, a ja świadomie wybrałem zupełnie inaczej. To poznawany na modlitwie słowem styl bycia Jezusa – jak uczył Franciszek – powinien być kryterium mojego rachunku sumienia: kiedy nie wiem, jak postąpić, albo czy dobrze postąpiłem, muszę się pytać, jak Jezus zachowałby się na moim miejscu. Wyznanie grzechów zaś – jak uczą księgi liturgiczne – ma być przede wszystkim „okazaniem nawrócenia”, a nie skrupulatnym i nerwowym wymienianiem detali.

    Uczynienie zadość

    I jeszcze jedno: zadośćuczynienie. Czym ono jest i ma być, uczy w encyklice Dilexit nos papież Franciszek. Chodzi w nim o „uczynienie zadość” pragnieniu Serca Jezusa, by „przyszli do Niego wszyscy”. Mam zatem, w ramach zadośćuczynienia, przede wszystkim zacieśnić moją więź z Panem. To zresztą najlepszy gwarant mojego postanowienia poprawy, bo „kto z kim przestaje, takim się staje”. Franciszek uczy dalej, że to podejście bliżej Serca Jezusa wiąże się z wejściem w misję tego Serca, a jest nią rozprowadzanie krwi – miłości Bożej – po całym Ciele Kościoła. Uczynię zatem Bogu zadość wtedy, kiedy będę świadczył o tym, co od Niego dostałem, a Jego miłość „rozprowadzę” aż na peryferie Kościoła przez moją pasję „poszerzania grona przyjaciół Jezusa” – ludzi, którzy w Kościele czują się u siebie. Tak oto zrealizuje się podstawowy cel spowiedzi: moje podobieństwo do Boga, ale Boga w Trójcy, Wspólnoty Osób. Upodabniam się zatem do Niego nie wtedy, kiedy do świętości idę w pojedynkę, ale wówczas, gdy idę we wspólnocie i ze wspólnotą, nieustannie ją poszerzając.

     ks. Karol Godlewski/Tygodnik Niedziela

    (autor jest doktorem teologii, asystentem w Katedrze Chrystologii i Personalizmu Chrześcijańskiego KUL JPII)

    ***

    czwartek, 16 lipca 2026

    Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel

    OUR LADY OF MOUNT CARMEL

    Public Domain

    ***

    Szkaplerz karmelitański jest to sakramentalium, znakiem zawierzenia i przymierza z Najświętszą Maryją Panną. Składa sie z dwóch części materiału połączonych tasiemkami, które związane są ze zwykłym fartuchem zakonnym.

    W Kościele szkaplerz stał się pierwowzorem nowego objawu pobożności, jakim jest noszenie szkaplerza np. dominikańskiego, franciszkańskiego czy szkaplerza św. Michała Archanioła z przypisanymi im zobowiązaniami i obietnicami.

    “Noście zawsze Szkaplerz święty. Ja zawsze go noszę i wiele z tego nabożeństwa doznałem pożytku. Pozostałem mu wierny i stał się on moją siłą!”

    św. Jan Paweł II

    Szkaplerz karmelitański Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel jest ściśle związany z historią i duchowością Zakonu Karmelitańskiego. Szkaplerz został podarowany Karmelitom w momencie, kiedy dalsze istnienie tego zakonu było bliskie rozwiązania. Matka Boża objawiła się św. Szymonowi Stock, Generałowi Zakonu Karmelitańskiego w nocy z 15 na 16 lipca 1251 roku podczas modlitwy w klasztorze w Aylesford w Anglii i powiedziała: Przyjmij, najmilszy synu, Szkaplerz twojego Zakonu. Kto w nim umrze nie dozna ognia piekielnego“. Jest znakiem ochrony przed potępieniem i rychłym wybawieniem z czyśćca. Jest więc znakiem szczególnej opieki Bożej Matki. Przywileje i łaski Szkaplerza św. były potwierdzone wielokrotnie przez papieży. Potwierdzili je: Klemens VII (bullą z dnia 12 sierpnia 1530 r.), Pius V, Grzegorz XIII, Paweł V, Klemens X, a nabożeństwo szkaplerzne polecali wiernym: Pius XI, Pius XII (1951), Paweł VI, Jan Paweł II (2001).

    Szkaplerz w istocie jest „habitem”. Ten, kto go przyjmuje, zostaje włączony w mniej lub więcej ścisłym stopniu do Zakonu karmelitańskiego, poświęconego służbie Matki Najświętszej, aby doświadczać słodkiej i macierzyńskiej obecności Maryi w codziennym trudzie przyoblekania się w Jezusa Chrystusa (św. Jan Paweł II). Serce nabożeństwa szkaplerznego stanowi oddanie się Chrystusowi na wzór Maryi przez poświęcenie się na Jej służbę, życie w zjednoczeniu z Nią i naśladowanie Jej cnót.

    Znaczenie duchowe szkaplerza

    • Szkaplerz jest Szatą Maryi, jest znakiem pokuty i nawrócenia.Kto przyjmuje Szkaplerz św., wyrzeka się złego ducha, odnawia przyrzeczenia Chrztu św. i oddaje się Maryi jako Jej dziecko. Kto przyjmuje Szkaplerz, przyjmuje, jak św. Jan Apostoł pod Krzyżem, Maryję do siebie, by żyć w zjednoczeniu z Nią i Jej służyć.
    • Szkaplerz oznacza poświęcenie się Niepokalanemu Sercu Maryi i naśladowanie Jej cnót – szczególnie cnoty czystości i pokory. „Niech wszyscy noszący Szkaplerz św., który jest pamiątką otrzymaną od Matki Bożej, widzą w nim oznakę poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Dziewicy” (św. Jan Paweł II).
    • Szkaplerz oznacza przymierze przyjaźni z Maryją,w którym Ona zobowiązuje się dopomóc nam do zbawienia i uświęcenia, a my zobowiązujemy się do Jej naśladowania, służenia Jej i rozszerzania Jej czci.
    • Szkaplerz oznacza habit Zakonu poświęconego służbie i czci Matki Bożej.Przyjmując Szkaplerz, pragniemy odtąd żyć tym samym duchem Karmelu, pełnić tę samą misję i żyć w zjednoczeniu z Maryją, dla Maryi, przez Maryję i w Maryi.

    Obietnice szkaplerzne

    Cała maryjna tradycja Karmelu wiąże ze Szkaplerzem św. dwie wielkie obietnice Maryi i dwie łaski, które z nich wypływają:

    • Kto w Nim umrze nie dozna ognia piekielnego(słowa Matki Bożej wypowiedziane do św. Szymona). Maryja tym samym obiecuje wszystkim odzianym Szkaplerzem św. pomoc na drodze zbawienia.
    • Wybawienie z czyśćca w pierwszą sobotę po naszej śmierci.Jest to tak zwany przywilej sobotni. Matka Boża zapewniła rychłe wybawienie z czyśćca (bulla pap. Jana XXII w 1322 r.), tym, którzy nosząc Szkaplerz, zachowają czystość według stanu i wierność modlitwie: Ja, Matka w pierwszą sobotę po ich śmierci miłościwie przyjdę do nich i ilu ich zastanę w czyśćcu, uwolnię i zaprowadzę ich na świętą Górę żywota wiecznego. Maryja tym samym obiecuje wszystkim odzianym Szkaplerzem pomoc na drodze uświęcenia.
    • Pomoc i obrona w niebezpieczeństwach duszy i ciała.Maryja obiecuje nas wspierać na drodze naśladowania Chrystusa, a zwłaszcza w godzinę naszej śmierci, pomóc nam w ostatecznej walce o wieczne zbawienie.
    • Uczestnictwo w dobrach duchowych całego Zakonu karmelitańskiego za życia i po śmierci(w Mszach św., pokutach, modlitwie i ofiarach), gdyż Matka i Królowa Karmelu, jednoczy z sobą w jedną Rodzinę tych, którzy przyjmują Szkaplerz św. Tworzący erygowaną prawnie wspólnotę Bractwa Szkaplerznego korzystają także z daru odpustów zupełnych.

    Zobowiązania szkaplerzne

    Aby dostąpić spełnienia wielkich obietnic związanych ze Szkaplerzem, potrzeba z naszej strony gotowości do podjęcia pewnych zobowiązań:

    • Zobowiązujemy się do troski o swoje zbawienie.Podstawowymi wymaganiami dla otrzymania pierwszej obietnicy są: staranie się o swoje zbawienie, zachowywanie przykazań Bożych i kościelnych, unikanie grzechu śmiertelnego i życie w łasce uświęcającej. Jest to także świadome i dobrowolne podejmowanie wyrzeczeń, umartwień i pokut w celu przezwyciężenia zła, wynagrodzenia Bogu i uświęcenia bliźnich.
    • Zobowiązujemy się do zachowania czystości według stanu, naśladowania cnót Matki Bożej i starania się o świętość życia,aby móc za Jej wstawiennictwem być wybawionym z czyśćca w pierwszą sobotę po naszej śmierci. Codziennie należy więc poświecić jakiś czas na rozmyślanie nad życiem Maryi i nad Jej sposobem służby Bogu (np. w tajemnicach Różańca św.), by umieć Ją naśladować.
    • Zobowiązujemy się do codziennej modlitwy, zwłaszcza maryjnej.Codzienne odnawiamy poświęcenie się Maryi przez modlitwę nadaną w dniu przyjęcia Szkaplerza przez kapłana (zazwyczaj jest to: Pod Twoją obronę, Witaj Królowo lub 3 Zdrowaś Maryjo).
    • Zobowiązujemy się do życia duchem i misją Zakonu Karmelitańskiego,z uwzględnieniem charakteru naszego powołania a w jedności z całym Zakonem, zobowiązujemy się raz w roku odprawić w dniach od 7 do 15 lipca nowennę ku czci Matki Bożej Szkaplerznej (prywatnie lub wspólnotowo) i w dniu 16 lipca, w samą Uroczystość, przystąpić do Sakramentów świętych, by otrzymać odpust zupełny, ofiarowany za siebie lub za zmarłych.

    Wskazania dotyczące szkaplerza

    Aby godnie przyjąć i nosić szkaplerz należy:

    • przygotować się duchowo przez pojednanie z Bogiem, Spowiedź i Komunię św. (gdyż stan łaski uświęcającej jest warunkiem otrzymania odpustu cząstkowego w dniu przyjęcia Szkaplerza św., a odpustu zupełnego w dniu wstąpienia do Bractwa Szkaplerznego),
    • poprosić kapłana o poświęcenie i nałożenie Szkaplerza w swojej parafii lub klasztorze karmelitańskim. Każdy kapłan i diakon katolicki może błogosławić i nałożyć Szkaplerz karmelitański według zatwierdzonego Obrzędu. Nie nakładamy go sami, ale otrzymujemy tak, jak habit zakonny lub obrączkę ślubną. Szkaplerz winien być nakładany po uprzednim poświęceniu. Kapłan wyznacza także codzienną modlitwę.

    Szkaplerz nosimy na szyi tak, aby jedna jego część spoczywała na piersi, a druga na plecach (można go potem samemu zastąpić medalikiem szkaplerznym).

    Zniszczonego Szkaplerza nie powinno się wyrzucać, gdyż został poświęcony, lecz najlepiej go spalić.

    Po przyjęciu Szkaplerza dobrze jest pogłębiać maryjną karmelitańską duchowość we wspólnotach Bractwa Szkaplerznego.

    karmel.pl

    ***

    Święty Szymon Stock – karmelita, któremu Matka Boża przekazała szkaplerz święty

    Rok 2026 jest szczególnym czasem dla całej rodziny karmelitańskiej oraz wszystkich czcicieli Matki Bożej Szkaplerznej. Przypada bowiem 775. rocznica objawienia Matki Bożej św. Szymonowi Stockowi i przekazania mu szkaplerza świętego – znaku Jej opieki, który od wieków prowadzi wiernych do głębszego życia z Chrystusem.

    Początki Zakonu Karmelitów

    Historia św. Szymona Stocka nierozerwalnie splata się z dziejami Zakonu Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel. Początki zakonu sięgają XII wieku, kiedy na Górze Karmel w Ziemi Świętej osiedlili się pustelnicy pragnący prowadzić życie modlitwy, pokuty i kontemplacji. Ich duchowym wzorem był prorok Eliasz, a szczególną patronką i Matką – Najświętsza Maryja Panna.

    Około 1209 roku św. Albert, patriarcha Jerozolimy, nadał pustelnikom Regułę Życia, która do dziś stanowi fundament duchowości karmelitańskiej. Po utracie Ziemi Świętej i nasilających się prześladowaniach zakonnicy zostali zmuszeni do opuszczenia Góry Karmel i przenieśli się do Europy.

    Nowe warunki okazały się niezwykle trudne. Karmelici spotkali się z nieufnością, a nawet wrogością. Wiele środowisk uważało ich za niepotrzebną konkurencję dla istniejących już zakonów. Powoływano się na postanowienia Soboru Laterańskiego IV z 1215 roku, który zakazywał tworzenia nowych zgromadzeń zakonnych. Ponieważ reguła karmelitańska została zatwierdzona w Ziemi Świętej, istniało realne zagrożenie rozwiązania zakonu.

    To właśnie w tym trudnym okresie Bóg powołał człowieka, który stał się jednym z największych obrońców i odnowicieli Karmelu – św. Szymona Stocka.

    Życie św. Szymona Stocka

    Święty Szymon Stock urodził się około 1165 roku w hrabstwie Kent w Anglii. Według dawnej tradycji już jako młody chłopiec pragnął poświęcić swoje życie Bogu. Przez pewien czas prowadził życie pustelnicze w wydrążonym pniu drzewa. Od angielskiego słowa stock („pień drzewa”) miał powstać jego przydomek.

    Około 1213 roku związał się z Zakonem Karmelitów, który właśnie rozpoczynał swoją działalność w Europie. Jego gorliwość, roztropność i zdolności organizacyjne szybko zostały dostrzeżone. Ówczesny generał zakonu, św. Brokard, powierzył mu urząd wikariusza generalnego prowincji europejskich.

    W 1237 roku uczestniczył w Kapitule Generalnej Zakonu w Ziemi Świętej, a podczas kolejnej kapituły, która odbyła się w Aylesford w 1245 roku, mimo podeszłego wieku został wybrany szóstym przeorem generalnym Zakonu Karmelitów.

    Jako przełożony generalny podjął ogromny wysiłek ocalenia zakonu. Zabiegał o uznanie jego miejsca w Kościele, prowadził rozmowy z władzami kościelnymi i troszczył się o rozwój nowych klasztorów. Dzięki jego mądrości i odwadze karmelici przetrwali najtrudniejszy okres swojej historii. To właśnie za jego rządów zakon przekształcił się z pustelniczego w zakon żebraczy, prowadzący działalność duszpasterską i kaznodziejską w miastach Europy.

    Pod płaszczem Maryi

    W obliczu zagrożenia istnienia zakonu św. Szymon Stock nie polegał wyłącznie na własnych zdolnościach. Zachęcał współbraci do nieustannego zawierzenia Matce Bożej i gorąco modlił się, aby zachowała zakon noszący Jej imię – Zakon Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel.

    Według wielowiekowej tradycji karmelitańskiej, w nocy z 15 na 16 lipca 1251 roku, podczas modlitwy w klasztorze w Aylesford w Anglii, ukazała mu się Najświętsza Maryja Panna otoczona aniołami. W rękach trzymała brązowy szkaplerz karmelitański i wręczając go świętemu powiedziała:

    „Przyjmij, najmilszy synu, szkaplerz twego zakonu jako znak mego braterstwa. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania.”

    Od tego momentu szkaplerz przestał być jedynie częścią habitu chroniącą zakonny strój podczas pracy. Stał się znakiem szczególnej opieki Matki Bożej nad zakonem karmelitańskim, a z czasem również nad wszystkimi wiernymi, którzy z wiarą przyjmują go i żyją zgodnie z Ewangelią.

    Słowo „szkaplerz” pochodzi od łacińskiego scapulae, oznaczającego „ramiona” lub „barki”. W pierwotnej formie była to szeroka część habitu opadająca z przodu i z tyłu. Dziś najczęściej ma postać dwóch niewielkich płatków sukna połączonych tasiemkami. Część spoczywająca na plecach przypomina o poddaniu się woli Bożej i cierpliwym dźwiganiu codziennego krzyża, natomiast część znajdująca się na piersiach wskazuje, że serce chrześcijanina powinno być zwrócone ku Bogu i bliźnim.

    Rozwój nabożeństwa szkaplerznego

    Siedemdziesiąt jeden lat po objawieniu św. Szymonowi Stockowi, według tradycji karmelitańskiej, Matka Boża ukazała się papieżowi Janowi XXII, przekazując tzw. przywilej sobotni. Obiecała szczególną pomoc duszom tych, którzy wiernie nosili szkaplerz i prowadzili życie zgodne z wiarą. Tradycja ta znalazła odzwierciedlenie w bulli wydanej 3 marca 1322 roku.

    W kolejnych wiekach papieże wielokrotnie potwierdzali znaczenie nabożeństwa szkaplerznego. Papież Sykstus V ustanowił 16 lipca świętem Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel, a przywilej noszenia szkaplerza został rozszerzony na wszystkich wiernych.

    Szkaplerz nosili liczni święci i władcy, między innymi św. Ludwik IX, św. Karol Boromeusz, św. Franciszek Salezy, św. Wawrzyniec Justynian oraz św. Jan Paweł II, który wielokrotnie podkreślał swoje przywiązanie do tego znaku maryjnej pobożności. W Polsce szkaplerz cieszył się ogromnym szacunkiem już od czasów przedrozbiorowych. Przypomina o tym zarówno obraz Jana Matejki przedstawiający Tadeusza Rejtana ze szkaplerzem na szyi, jak i znane powiedzenie: „Szkaplerz noś, na różańcu proś.”

    Gorliwość apostolska i cuda

    Święty Szymon Stock zasłynął nie tylko jako odnowiciel zakonu, ale również jako gorliwy kaznodzieja i człowiek głębokiej modlitwy. Tradycja karmelitańska przypisuje jego wstawiennictwu liczne łaski i cuda.

    Jednym z najbardziej znanych jest opowieść o nawróceniu brata możnego europejskiego władcy. Człowiek ten prowadził życie pełne pychy i oddalone od Boga. Święty Szymon przez długi czas modlił się o jego przemianę, polecając go opiece Matki Bożej. Według przekazu modlitwy zostały wysłuchane – mężczyzna doznał głębokiego nawrócenia, pojednał się z Bogiem i całkowicie odmienił swoje życie. Dla współczesnych stało się to znakiem, że nie ma człowieka, którego Boże miłosierdzie nie mogłoby dosięgnąć.

    Przez całe życie św. Szymon wskazywał, że największym cudem nie jest uzdrowienie ciała, lecz przemiana ludzkiego serca i powrót do Boga.

    Śmierć i kult

    Święty Szymon Stock zmarł 16 maja 1265 roku podczas wizytacji klasztoru karmelitańskiego w Bordeaux we Francji. Został pochowany w tamtejszym kościele karmelitów. Obecnie jego grób znajduje się w katedrze św. Andrzeja w Bordeaux, gdzie do dziś modlą się pielgrzymi.

    Już w XV wieku rozwinął się jego kult, który w 1654 roku został rozszerzony na cały Zakon Karmelitów. Kościół wspomina św. Szymona Stocka 16 maja. Jest patronem karmelitów oraz wszystkich wiernych noszących szkaplerz karmelitański.

    Święty pozostawił po sobie listy, homilie, dwie antyfony ku czci Matki Bożej oraz dzieło „O pokucie chrześcijańskiej”. Jednak jego największym dziedzictwem pozostaje nabożeństwo szkaplerzne, które od ponad siedmiu i pół wieku prowadzi miliony wiernych do głębszego zawierzenia Chrystusowi przez ręce Maryi.

    Szkaplerz nie jest amuletem ani talizmanem. Jest znakiem przymierza z Matką Bożą i zobowiązaniem do życia w łasce uświęcającej, modlitwy, korzystania z sakramentów oraz pełnienia uczynków miłosierdzia. Dla każdego, kto go nosi z wiarą, pozostaje przypomnieniem o nieustannej opiece Maryi oraz wezwaniem do świętości.

    W jubileuszowym roku 775-lecia przekazania szkaplerza świętego warto na nowo odkryć przesłanie św. Szymona Stocka: całkowicie zaufać Chrystusowi i oddać swoje życie pod opiekę Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel. 

    Modlitwa do św. Szymona Stocka

    Święty Szymonie Stocku, umiłowany synu Maryi i gorliwy sługo Najświętszej Dziewicy z Góry Karmel, który całym sercem zaufałeś Jej opiece i otrzymałeś od Niej znak szkaplerza świętego, módl się za nami.

    Wyproś nam łaskę głębokiej wiary, wytrwałości w modlitwie i wierności Chrystusowi. Pomóż nam naśladować Twoją miłość do Maryi oraz żyć tak, aby nasze serca zawsze należały do Boga.

    Niech szkaplerz, który nosimy, będzie dla nas znakiem zawierzenia Matce Bożej, ochroną w chwilach próby i przypomnieniem o powołaniu do świętości.

    Święty Szymonie, prowadź nas drogą miłości ku Chrystusowi i Maryi.

    Amen.

    karmelici.pl

    ***

    Czy to prawda, że noszenie szkaplerza skraca czyściec?

    © Jeffrey Bruno / Aleteia

    ***

    Kto może przyjąć szkaplerz? Czy wystarczy tylko noszenie szkaplerza?

    W dniu święta Matki Bożej z Góry Karmel, zwanej też Szkaplerzną, rozmawiamy o historii, obietnicach i zobowiązaniach związanych ze szkaplerzem karmelitańskim.

    Dorota i Kamil Szumotalscy: Skąd wywodzi się szkaplerz?

    O. Mateusz Maria od Krzyża OCD: Szkaplerz był zawsze zwykłym fartuchem mnichów. Tunika będąca częścią habitu była bardzo droga i musiała starczyć mnichowi na całe życie. Dlatego mnisi zakładali taki fartuch na tunikę, aby materiał się mniej niszczył i mniej brudził.

    Pan Bóg wybiera proste rzeczy – chleb, wino, wodę i z tego czyni gesty sakramentalne. Tak też zrobiła Matka Boża, która objawiła się w XIII wieku św. Szymonowi Stockowi. Dla generała karmelitów był to trudny czas, kiedy nie można było przyjmować nowych powołań do zakonu.

    Maryja powiedziała mu wtedy: patrz, ten fartuch, ta prosta rzecz będzie znakiem przymierza między mną a tobą, między mną a twoim zakonem, będzie znakiem dla tych, którzy będą ten szkaplerz nosić jako znak mojej miłości. Fartuch stał się znakiem przymierza między Maryją a ludźmi.

    Kto może przyjąć szkaplerz?

    Każdy. Od najmniejszego dziecka po najstarszą osobę. Nie trzeba być tego nawet do końca świadomym. Na przykład Jan Paweł II nie był świadomy, kiedy przyjmował szkaplerz, ponieważ mu go nałożono, kiedy był małym dzieckiem. Jest to sakramentalium Kościoła, więc może go nałożyć osoba duchowna – diakon, kapłan.

    Czy to prawda, że noszenie szkaplerza skraca czyściec?

    Obietnica Matki Bożej mówi, że ten kto umrze odziany w szkaplerz, tego Maryja wyciągnie w pierwszą sobotę po jego śmierci z czyśćca.

    Czy wystarczy tylko noszenie szkaplerza?

    Przy noszeniu szkaplerza jest zachęta, żeby nosić go pobożnie i naśladować cnoty Maryi. Zachęca się do odmawiania codziennej modlitwy, która została odmówiona podczas obrzędu przyjęcia szkaplerza. Tak naprawdę wszystko wiąże się z pogłębianiem życia chrześcijańskiego otrzymanego z łaską chrztu.

    Kiedyś przyjąłem szkaplerz, ale już lata temu o nim zapomniałem. Jak wrócić do wypełniania zobowiązań?

    Jeżeli nie odrzuciło się szkaplerza z pogardy do niego, to obrzęd nałożenia jest jednorazowy i nie trzeba go powtarzać. Jeżeli po prostu zaniedbałem jego noszenie, to należy go po prostu założyć. Zachęca się też do podjęcia jakiejś pokuty, postu, w ramach wynagrodzenia Matce Bożej za to zaniedbanie i do powrotu do zobowiązań, które zostały nam dane.

    Co zrobić ze szkaplerzem, który się zniszczył? Czy nowy szkaplerz musi być ponownie nałożony przez kapłana?

    Nie, można go sobie nałożyć samemu. Stary należy spalić, zakopać lub zatopić w godnym miejscu. Ewentualnie można zostawić sobie na pamiątkę.

    Czym różni się szkaplerz karmelitański od szkaplerza dominikańskiego lub franciszkańskiego?

    Szkaplerz karmelitański jest zdecydowanie pierwowzorem. Jest novum, które nagle pojawiło się w życiu Kościoła. Całkowitą nowością jest to, że ludziom świeckim można dać cząstkę życia zakonnego w postaci szkaplerza karmelitańskiego. Z czasem zrodziły się poboczne formy pewnej pobożności oraz wykorzystania symbolu. Szkaplerz wykorzystuje się dzisiaj jako symbol wejścia w jakąś szczególną więź ze świętymi, z Bogiem.

    Dorota Szumotalska – Kamil Szumotalski/Aleteia.pl

    ***

    „Jest on moją siłą”. św. Jan Paweł II najsłynniejszym miłośnikiem szkaplerza

    escapulário

    Creative Commons

    ***

    Po zamachu w 1981 roku Jan Paweł II został przewieziony do Polikliniki Gemelli. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nadal miał na szyi karmelitański szkaplerz.

    Po zamachu w 1981 roku Jan Paweł II został przewieziony do Polikliniki Gemelli. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nadal miał na szyi karmelitański szkaplerz.

    Wśród licznej rzeszy duchownych i świeckich miłośników nabożeństwa szkaplerznego najsłynniejszym był św. Jan Paweł II – przypomina o. dr hab. Szczepan Praśkiewicz OCD, konsultor watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

    Szkaplerz noszę zawsze

    Karol przyjął znak opieki Matki Bożej w wieku chłopięcym w Wadowicach. To właśnie podczas spotkania w 1999 r. w swym rodzinnym mieście papież przywołał – obok słynnych kremówek – moment, gdy na wadowickiej Górce u ojców karmelitów przyjął jako młody chłopiec szkaplerz.

    o. Praśkiewicz przywołuje inne słowa młodego bp. Karola Wojtyły, skierowane do karmelitów bosych:

    Szkaplerz, który przyjąłem z rąk o. Sylwestra, noszę zawsze. Wśród wielu nabożeństw, które urzekały mą dziecięcą duszę, najgorliwiej korzystałem z nowenny przed uroczystością Matki Bożej z Góry Karmel.

    Był to czas wakacji, miesiąc lipiec. Dawniej nie wyjeżdżało się na wczasy, jak obecnie. Wakacje spędzałem w Wadowicach, więc nigdy nie opuszczałem popołudniowych nabożeństw w czasie nowenny. Czasem trudno się było oderwać od kolegów, wyjść z orzeźwiających fal kochanej Skawy, ale melodyjny glos karmelitańskich dzwonów był taki mocny, taki przenikający do głębi duszy, więc szedłem – mówił wówczas przyszły papież.

    Fotografie – świadectwa

    O tym, że św. Jan Paweł II zawsze nosił szkaplerz, świadczą też liczne fotografie. „Najbardziej znane są trzy: na jednej widzimy sukniany szkaplerz na barkach junaka Karola Wojtyły, pozującego do pamiątkowego zdjęcia wraz z kolegami. Na drugiej szkaplerz widnieje na szyi kardynała, odpoczywającego na Mazurach.

    Na trzeciej zaś dostrzegamy brunatny szkaplerz Karmelu na szyi Jana Pawła II przebywającego w Poliklinice Gemelli w 1981 r., tuż po zamachu na jego życie. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nie pozwolił zdjąć ze swej szyi brunatnego szkaplerza karmelitańskiego” – podkreśla o. Praśkiewicz.

    Jan Paweł II mówi o szkaplerzu

    Oto trzy wybrane cytaty, w których przejawia się wielkie przywiązanie do szkaplerza oraz niezwykłe oddanie Matce Bożej.

    „W duchowości szkaplerznej istnieje bardzo mocny i głęboko zakorzeniony pierwiastek chrystocentryczno maryjny: iść za Chrystusem, naśladując Maryję! (…) Duchowość ta ma swój widzialny znak w szkaplerzu, który ja noszę od dawna. (…) Pozostałem szkaplerzowi wierny i jest on moją siłą. (…) Dzień święta Matki Bożej Szkaplerznej jest mi bardzo drogi”.

    Szkaplerz jest przewodnikiem czułej i synowskiej pobożności maryjnej. Poprzez szkaplerz czciciele Maryi (…) wyrażają pragnienie kształtowania swojego życia w oparciu o Jej przykład jako Matki, Opiekunki, Siostry, Przeczystej Dziewicy, przyjmując z czystym sercem Słowo Boże i oddając się służbie braciom. Niech Wam zatem towarzyszy Matka Boża Szkaplerzna! (…) Niech was Ona prowadzi jak gwiazda, która nigdy nie znika z horyzontu. I niech was Ona zawiedzie w końcu do Boga, ostatecznego portu, ostatniej Przystani nas wszystkich”.

    Również i ja od bardzo długiego czasu noszę na moim sercu szkaplerz karmelitański! Z miłości, jaką żywię wobec wspólnej Matki niebieskiej, której opieki doświadczam ustawicznie, życzę, aby wiernym, którzy Ją czczą jako Jej dzieci, żeby wzrastali w Jej miłości i promieniowali w świecie obecnością tej Niewiasty milczenia i modlitwy, wzywanej jako Matka miłosierdzia, Matka nadziei i łaski”.

    Kai/Aleteia.pl

    ***

    „Zaniedbywany skarb”. Matematyk ze szkaplerzem: Kościół dostał płaszcz od Mamy

    Shutterstock

    ***

    Wielu nie zna szkaplerza, wielu księży nigdy o nim nie słyszało. Kościół dostał płaszcz od Mamy i nie zachęca swoich dzieci, by go nosiły. Mamy skarb i zaniedbujemy korzystanie z niego.

    Prof. dr hab. inż. Ireneusz Jóźwiak jest matematykiem i informatykiem, wykładowcą Politechniki Wrocławskiej. Prywatnie jest mężem Elżbiety, ojcem czwórki dzieci i… wielkim propagatorem szkaplerza.

    Szkaplerz – zaniedbany skarb Kościoła… Czy nosisz? Czy jesteś wtulony w płaszcz Maryi, który chroni nie od zwykłego deszczu i chłodu, ale od ognia piekielnego?

    16 lipca, w dniu odpustu Matki Bożej z Góry Karmel, nazywanej Szkaplerzną, warto nie tylko odnowić swoje zawierzenie – jeśli już przyjęliśmy ten skarb – ale i zachęcić innych – męża, żonę, dzieci, przyjaciół, znajomych, aby zechcieli przyjąć szatę Maryi, szkaplerz karmelitański – podkreśla prof. Ireneusz Jóźwiak.

    Jak to się zaczęło?

    Profesor wspomina, że po raz pierwszy usłyszał o szkaplerzu karmelitańskim w czasach studiów doktoranckich. Były lata osiemdziesiąte, mieszkał wtedy w akademiku dla doktorantów i zachorował. W odwiedziny przyszedł przyjaciel i – zupełnie bez racjonalnego powodu – opowiedział mu o szkaplerzu. Co ciekawe, okazało się, że pan Ireneusz nosił już medalik szkaplerzny, ale nie był tego świadomy.

    Po tym spotkaniu myśl o szkaplerzu nie dawała mu spokoju. Pojechał do sióstr karmelitanek przy Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu i siostry pożyczyły mu książkę z 1940 r. o. Bernarda od Matki Bożej pt. „Znak zbawienia. Rozmyślania z przykładami dla czcicieli Matki Boskiej Szkaplerznej.”

    Ta książka bardzo go zafascynowała i zaczął opowiadać o swoim odkryciu. Szkaplerz stał się przedmiotem rozmów – najpierw z przyjaciółmi, a potem na prywatnych przyjęciach, wreszcie zaczął głosić o nim prelekcje. „Miałem potrzebę mówić o tym, co mnie do głębi poruszyło” – wspomina profesor.

    Prelekcje o „zaniedbanym skarbie”

    Na jednym z przyjęć jego opowieść usłyszał człowiek związany ze środowiskiem oazy. Spytał, czy wygłosi prelekcję dla grup oazowych we wrocławskim kościele pw. św. Mikołaja przy ul. św. Antoniego u księży salezjanów.

    Zgodził się, a po tym pierwszym spotkaniu od razu zaproszono go do innych parafii. I tak zaczęło się pielgrzymowanie z prelekcją pt. „Zaniedbywany skarb Kościoła”, które trwa do dziś.

    Od lat 80. odwiedził wiele parafii – nie tylko w archidiecezji wrocławskiej, ale też poza nią. Opowiadał o szkaplerzu w Mrągowie, w Szczecinie i w wielu innych miastach. Jedną z ostatnich, jeszcze przed pandemią, wygłosił w Sanoku.

    Schemat spotkań jest prosty: najpierw wykład, który trwa ok. półtorej godziny, a po nim nabożeństwo z nałożeniem szkaplerza karmelitańskiego dla chętnych go przyjąć. Pan Ireneusz prosi kapłanów, aby po prelekcji była możliwość przystąpienia do spowiedzi.

    „To niezwykle ważne” – mówi. „Gdy w 2015 r. głosiłem prelekcję w DA Redemptor na wrocławskim Wittigowie, studenci otrzymali łaskę pragnienia spowiedzi tak wielką, że kilku kapłanów musiało usiąść do konfesjonałów, żeby wyspowiadać chętnych” – opowiada. Dlaczego „zaniedbany”? „Wielu nie zna szkaplerza, wielu księży nigdy o nim nie słyszało. Kościół dostał płaszcz od Mamy i nie zachęca swoich dzieci, by go nosiły. Mamy skarb i zaniedbujemy korzystania z niego” – wyjaśnia.

    Nie ma piątki za szkaplerz

    Profesor lubi opowiadać o szkaplerzu studentom, dlatego chętnie przyjmuje zaproszenia do duszpasterstw akademickich. Niektórzy nie ukrywają zaskoczenia, gdy w prelegencie rozpoznają nagle swojego wykładowcę rachunku prawdopodobieństwa.

    Do ciekawych rozmów dochodzi też podczas wykładów albo egzaminów, zwłaszcza latem, gdy studenci chodzą ubrani lekko i noszony na piersi i plecach tkaninowy szkaplerz łatwo rzuca się w oczy.

    Ale profesor nie faworyzuje studentów ze szkaplerzem – wyjaśnia to od razu, żeby nie było wątpliwości – po prostu nawiązuje się między nimi wyjątkowa nić, która nie ma nic wspólnego ani z matematyką, ani ze studiami. Wielu z nich należy do grona jego przyjaciół, z którymi kontakt trwa, mimo że po ukończonych studiach wyjeżdżają z Wrocławia. Łączy ich… szkaplerz.

    Maryja chce nas ukryć…

    Prof. Jóźwiak od początku czuje, że to Maryi zależy, by mówić o szkaplerzu. Łaski, które Maryja obiecała tym, co szkaplerz przyjmą, zaskakują. „Wśród wielu znanych mi młodych ludzi, którzy przyjęli szkaplerz, duża liczba po jakimś czasie wybrała kapłaństwo. To wielki dar Maryi – powołanie do sprawowania ofiary jej Syna” – mówi profesor.

    Gdy w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r. św. Szymon Stock zobaczył Maryję, która przekazała mu szkaplerz, pośród wielu obietnic usłyszał od niej zapewnienie o uniknięciu kary wiecznej dla tych, którzy będą go nosili aż do śmierci. Pan Ireneusz wysłuchał przez lata świadectw wielu osób, które noszą szkaplerz i doświadczają cudownej opieki Maryi. Na przytoczenie wszystkich potrzeba osobnej publikacji, ale szczególnie wybrzmiewa jedno z nich.

    „Kiedyś po prelekcji podeszła do mnie pani i opowiedziała pewne wydarzenie. Syn jej koleżanki chciał popełnić samobójstwo, stanął na krawędzi, żeby skoczyć. I wtedy, na dole, zobaczył strasznie wyglądającego osobnika, który nakazał mu: «Zanim skoczysz, wyrzuć to chomąto, które masz na szyi».

    Mężczyzna najpierw nie zrozumiał, ale po chwili dotarło do niego, że jedyne co ma na szyi, to łańcuszek ze szkaplerznym medalikiem… Nie skoczył. Przeżył głębokie nawrócenie i dziś jest pewien, że to Maryja go ocaliła” – opowiada pan Jóźwiak. I przypomina, że jedna z obietnic Maryi dla noszących szkaplerz brzmi: „kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”. Założony na szyi niedoszłego samobójcy szkaplerz był dla szatana przeszkodą nie do pokonania, skoro zjawił się, by nakazać go zdjąć…

    Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że to płaszcz Maryi. Po drugie dlatego, że nieokryci jesteśmy łatwym celem dla złego – odsłonięci, nadzy i skorzy do upadków. Płaszcz jest tym w naszym zestawie ubrań, co chroni, zabezpiecza przed zimnem, deszczem, śniegiem.

    Płaszcz Maryi chroni nas nie od zwykłego chłodu, nie od śniegu, nie od ognia pożaru, ale od ognia piekielnego! Czy może być coś lepszego do okrycia w czasie ziemskiej wędrówki niż płaszcz od Mamy?

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ***

    poniedziałek 13 lipca

    Jak jedno z objawień fatimskich odmieniło Kościół

    Shutterstock

    ***

    Tego dnia Matka Boża przeraziła troje pastuszków…

    13 lipca 1917 roku był dniem, w którym Matka Boża przeraziła troje pastuszków, pokazując im piekło i ostrzegając o kolejnej światowej wojnie oraz o nowej epoce męczeństwa. To zaskakujące – i nadzwyczaj surowe – objawienie miało wpływ na kształt wiary Kościoła w naszych czasach. Warto tę sprawę prześledzić.

    Objawienie z 13 lipca przywróciło piekło do centrum katolickiej świadomości

    Kiedy Matka Boża Fatimska zaczęła objawiać się trzynastego dnia każdego miesiąca, począwszy od maja 1917 roku, Maria Łucja dos Santos miała 10 lat, jej kuzyn Franciszek 8, a kuzynka Hiacynta Marto – 7. Ale w lipcu, zamiast zachęcać dzieci do odmawiania różańca i kierować ich ku niebu, pokazała im straszliwy widok.

    Widzieliśmy jakby morze ognia” – pisze Łucja. „W tym ogniu były demony i dusze w ludzkiej postaci… Wśród szaleństw i jęków bólu i rozpaczy, które przeraziły nas i sprawiły, że drżałyśmy ze strachu”.

    Trzeba oddać Matce Bożej z Fatimy, że wizja piekła nastąpiła dopiero po okresie przygotowania, w tym wizyt anioła i wielu zapewnieniach o niebie. Ale ta wizja mocno dziećmi wstrząsnęła, zwłaszcza Hiacyntą, której osobowość od tego momentu najwyraźniej uległa odmianie.

    Jedynym usprawiedliwieniem pokazania takiej wizji dzieciom – że było to rzeczą właściwą, a nie nadużyciem emocjonalnym – wydaje się fakt, że chodziło o drastyczne uświadomienie, iż piekło jest realną rzeczywistością, a my jesteśmy naprawdę zagrożeni niebezpieczeństwem znalezienia się w nim, jeśli nie zrobimy czegoś radykalnego.

    To prawda. Piekło jest realną rzeczywistością. A my jesteśmy zagrożeni.

    Maryja powtórzyła najbardziej niepopularne – i najważniejsze – przesłanie chrześcijaństwa

    Przesłania Jezusa (Mk 1,15), Jana Chrzciciela (Mt 3,1-2) i św. Piotra (Dz 2,38) były takie same: „Nawracajcie się!”. Jezus określił misję Kościoła jako głoszenie nawrócenia i odpuszczenia grzechów (Łk 24,47).

    Każdy papież ostatnich dekad, od Piusa XII do Franciszka, mówi: „Grzechem stulecia jest utrata poczucia grzechu”. Odmowa nawracania się – przekonanie, że grzech nie ma znaczenia – leży u podstaw poważnych katastrof moralnych naszych czasów: od aborcji do handlu ludźmi, od epidemii pornografii po liczne brutalne przestępstwa. Ci, którzy nie widzą zła, robią straszne rzeczy.

    Wizja piekła ukazana przez Matkę Bożą Fatimską była absolutnie niezbędnym skorygowaniem niedorzecznego oczekiwania, że wszyscy ​​idziemy do nieba bez względu na wszystko. To prawda, że ​​Bóg chce każdemu wybaczyć. Ale jedna rzecz Go może powstrzymać: brak naszego nawrócenia.

    Matka Boża Fatimska odarła wojnę z romantyzmu

    „Ta wojna się skończy” – powiedziała Matka Boża dzieciom w lipcu 1917 roku. „Ale jeśli ludzie nie powstrzymują się od obrażania Boga, rozpocznie się kolejna, straszliwsza wojna”.

    Bez względu na to, jak dzieci zrozumiały szczegóły tego przesłania, ogólny jego sens był dla nich prosty: wojna nie jest dla Boga okazją, aby nagradzać zwycięzców. Wojna jest związana z karą za grzechy.

    Paradygmat „nagrody” istniał od dawna w historii chrześcijaństwa: od Karola Wielkiego do Joanny d’Arc, od Matki Bożej Zwycięskiej do konkwistadorów. Kultura chrześcijańska miała swoich Robin Hoodów i królów Arturów, bohaterów o niekonwencjonalnych cnotach, stosujących przemoc w sposób inteligentny.

    Ale Matka Boża Fatimska ukazała to wszystko we właściwym świetle. Istnieją cnoty żołnierskie, ale są one przykładem na to, jak Bóg wyprowadza dobro ze zła, a nie przykładem na realizację woli Bożej przemocą.

    Wizja z 13 lipca odarła męczeństwo z romantyzmu

    Matka Boża Fatimska pokazała również nasze rozumienie męczeństwa. W epoce kina domowego wielu z nas dopiero teraz ogląda „Milczenie” Martina Scorsese, historię jezuity, który traci złudzenia, gdy – szukając chwały pośród prześladowań w Japonii – znajduje grozę, od której martwieje dusza.

    Matka Boża Fatimska udzieliła tej lekcji 100 lat temu. Dzieci zobaczyły wizję papieża, który „na poły drżący, chwiejnym krokiem, udręczony bólem i cierpieniem” szedł, modląc się za ciała zmarłych, które napotykał, dopóki sam nie został zabity. Matka Boża wie, że w perspektywie nieba męczeństwo jest chwalebne – ale na ziemi bolesne i smutne.

    Więcej pocieszenia niż potępienia

    Po tych wizjach pastuszkowie przekonali się, że muszą bezzwłocznie zacząć pocieszać Jezusa, nawracać grzeszników i powierzać się Maryi.

    13 lipca jest tylko częścią ich wielkiej opowieści. Opowieści, która zawiera znacznie więcej pocieszenia niż potępienia i jest przeznaczona dla każdego pokolenia, także naszego.

    Tom Hoopes/Aleteia.pl

    ***

    S. Łucja dos Santos i jej związki z Polską

    13 lipca przypada 109. rocznica trzeciego objawienia fatimskiego. Z tej okazji przypominamy związki z Polską jednej z wizjonerek – s. Łucji dos Santos.

    Łucja Dos Santos

     Coimbra – Muzeum S. Łucji/ zdjęcia: Grażyna Kołek

    ***

    Łucja miała świadomość tego, że Polska jest krajem, w którym Matka Boża jest szczególnie czczona i gdzie wielką maryjną pobożnością odznaczali się m.in. kard. Hlond, kard. Wyszyński, a przede wszystkim Jan Paweł II. Z Papieżem Polakiem łączyła ją wyjątkowa duchowa przyjaźń. Kilka razy się spotkali. Poza tym wiedziała, że Polacy są narodem powierzonym szczególnej opiece Niepokalanej, co dokonało się zwłaszcza 8 września 1946 r. pod przewodnictwem kard. Hlonda na Jasnej Górze. „O Polakach zawsze mówiła z wielką miłością i szacunkiem. Miała do nich swoistą słabość: kochała polskich karmelitów, otaczała wielkim szacunkiem Kustosza Sanktuarium Fatimskiego w Zakopanem” – czytamy na stronie sekretariatfatimski.pl.

    Rektor Fatimy, ks. Luciano Guerra, przekazywał Polakom słowa s. Łucji, z których wynikało, że Polskę czekają lepsze czasy, ale też stanowiły zapowiedź okresu prześladowań będących próbą wiary. Nade wszystko przesłanie wizjonerki z Fatimy było zachętą do nawrócenia tu i teraz, a także zawierzenia trosk Maryi.

    W 1940 r. Łucja napisała list do papieża Piusa XII, w którym przypomniała zapewnienie Matki Bożej o specjalnej opiece nad Portugalią w czasie II wojny światowej. Biskupi portugalscy jeszcze w okresie międzywojennym zawierzyli kraj Maryi. Wizjonerka zachęcała też inne narody do pójścia w ślady Portugalii. Niewykluczone, że na ten list w rozmowie z polskimi hierarchami powołał się papież, czego owocem był akt poświęcenia Matce Bożej narodu polskiego, dokonany w 1946 r.

    Symbolicznym wydarzeniem pod kątem relacji s. Łucji z Polską był też obecność polskiego kapłana blisko głównych celebransów jej uroczystości pogrzebowych 15 lutego 2005 r. Polska jak widzimy była bardzo bliska sercu słynnej siostry zakonnej.

    Choć związki s. Łucji z Polską nie miały charakteru osobistej obecności czy bezpośredniej działalności w kraju, to jednak były one wyraźne i skupiały się przede wszystkim na relacji z Janem Pawłem II, wpływie orędzia fatimskiego na duchowość Polaków oraz na symbolicznym znaczeniu Polski w kontekście przemian religijnych i politycznych XX wieku.

     Polskifr.fr/Tygodnik Niedziela

    ***

    Zaskakujący związek pomiędzy Matką Bożą z Fatimy i islamem

    Maryja a muzułmanie

    Wisam Sami | AFP

    ***

    Sanktuarium w Fatimie jest nie tylko miejscem pielgrzymek chrześcijan, lecz że przyciąga także wielu muzułmanów.

    Najświętsza Maria Panna ukazała się trojgu pastuszkom w pobliżu portugalskiej Fatimy, miasta noszącego imię pewnej muzułmańskiej księżniczki oraz córki Mahometa.

    W XII w. wojska chrześcijańskie starały się odbić z rąk muzułmanów zajęte przez nich hiszpańskie i portugalskie miasta. Wtedy to rycerz Gonçalo Hermigues wraz z towarzyszami pojmali muzułmańską księżniczkę Fatimę. Jedna z wersji tej historii mówi o tym, że uwięziona księżniczka zakochała się w portugalskim rycerzu, a ponieważ miłość ta była odwzajemniona, oboje wkrótce zaręczyli się.

    Przed ślubem Fatima przyjęła chrzest w wierze katolickiej i przyjęła imię Oureana. Tej właśnie księżniczce nazwy swe zawdzięczają dwa portugalskie miasta: Fatima oraz Ourem.

    Interesujące jest także to, że muzułmańska księżniczka nosiła imię jednej z córek Mahometa, Fatimy bint Muhammad, kobiety czczonej w całym muzułmańskim świecie. Przysługiwał jej tytuł al-Zahra ­– „źródło światła”.

    Sam Mahomet powiedział o niej, że spośród wszystkich kobiet w raju będzie ustępowała wyłącznie Maryi, bowiem choć wyznawcy islamu nie traktują Najświętszej Maryi Panny w ten sam sposób, co katolicy, otaczają ją najwyższym szacunkiem.

    Jak twierdzi biskup Miguel Angel Ayuso, sekretarz Papieskiej Rady ds. Dialogu Międzyreligijnego, związek powyższy może być okazją do dialogu. Podczas spotkania modlitewnego chrześcijan i muzułmanów w roku 2014 biskup Ayuso zauważył:

    „Kościół katolicki ma świadomość, iż wyznawcy islamu otaczają czcią Maryję Dziewicę, Matkę Jezusa i nabożnie Ją traktują… Koran zawiera wiele ustępów odnoszących się do Maryi. Jeśli Jej imię wspominane jest w islamie, zazwyczaj dodaje się po nim słowa Alayha l-salam, czyli: pokój niech będzie z Nią. Maryja, wzór dla muzułmanów i chrześcijan, jest także wzorem dialogu”.

    Sługa Boży abp Fulton Sheen poczynił w przeszłości interesującą obserwację dotyczącą związku pomiędzy szacunkiem muzułmanów dla Maryi i córki Mahometa oraz objawieniem się Matki Boskiej w Fatimie:

    „Prowadzi nas to do drugiego punktu argumentacji, mianowicie do wyjaśnienia, dlaczego Najświętsza Matka w XX wieku wybrała na miejsce swojego objawienia małą, nieistotną wioskę Fatima, aby odtąd przyszłe pokolenia znały ją jako Matkę Boską z Fatimy. Cokolwiek dzieje się ze zrządzenia Nieba, wszystkie szczegóły dopracowane są z najwyższą finezją. Wierzę, że Najświętsza Dziewica wybrała sobie miano Matki Boskiej z Fatimy jako obietnicę i znak nadziei dla ludów muzułmańskich i jako zapewnienie, że ci, którzy okazują Jej tak wiele szacunku, pewnego dnia przyjmą również Jej Boskiego Syna”.

    Nie powinien więc zdumiewać fakt, że sanktuarium w Fatimie jest nie tylko miejscem pielgrzymek chrześcijan, lecz że przyciąga także wielu muzułmanów. Wyznawcy islamu przyjeżdżają zobaczyć na własne oczy miejsce objawień Maryi w miejscowości, która nazwę swą zawdzięcza jednej z najbardziej czczonych w ich religii kobiet.

    Najświętsza Maria Panna wezwała w Fatimie chrześcijan do modlitwy o pokój na świecie. W czasie, gdy jakże wiele przemocy popełnianej jest w imię islamu, o ileż żarliwiej winniśmy zanosić do Matki Boskiej Fatimskiej modlitwy o pokój! Czyńmy to nieustannie i traktujmy Matkę Bożą jako pomost pomiędzy muzułmanami i chrześcijanami, błagając ją o położenie kresu nienawiści, która na całym świecie zbiera swe okrutne żniwo.

    Philip Kosloski/Aleteia.pl

    ***

    Niedziela – 12 lipca 2026

    Leon XIV: Moc miłości Boga jest silniejsza niż nasze słabości!

    Do słuchania, czytania i rozważania Słowa Bożego w okresie wakacyjnym zachęcił Ojciec Święty w rozważaniu przed niedzielną modlitwą „Anioł Pański” w Castel Gandolfo.

    fot. Vatican Media

    Nawiązując do przypowieści o siewcy z Ewangelii św. Mateusza (Mt 13, 1-23), papież wskazał, że Jezus jest ziarnem, które Ojciec rozsiewa w świecie, aby przyniosło obfity owoc. Zaznaczył, że choć ludzkie serca bywają zamknięte lub nieprzygotowane na przyjęcie Bożego słowa, Bóg nie przestaje obdarzać ich swoją łaską, ponieważ Jego miłość jest silniejsza od ludzkiej słabości.

    Bóg potrafi przemienić każde serce

    Przywołując słowa św. Jana Chryzostoma, Leon XIV podkreślił, że to, co z ludzkiej perspektywy wydaje się nierozsądne, w Bożym działaniu staje się źródłem nadziei. Jak zaznaczył, Bóg potrafi przemienić nawet najbardziej nieurodzajną „glebę” ludzkiego serca w miejsce wydające owoce.

    Jezus czasem napotyka w nas glebę twardą i niewrażliwą, innym razem rozproszoną, podobną do udeptanej ziemi na ścieżkach, do gruntu skalistego albo do krzewów cierniowych. Są jednak chwile, gdy znajduje ziemię przyjmującą i żyzną, a wtedy dokonują się cuda miłości, zdolne przemienić wszystko inne, jak z pewnością także my doświadczyliśmy tego w naszym życiu. Dlatego Ojciec nie przestaje siać, ponieważ wie, że moc Jego miłości jest silniejsza od naszej słabości.

    Ojciec Święty zwrócił uwagę, że hojność Boga nie jest przejawem naiwności, lecz wyrazem mądrej miłości, która dostrzega w człowieku dobro, często niewidoczne nawet dla niego samego. Zachęcił wiernych do powierzania się Bogu i otwierania na Jego działanie.

    Współczesny świat potrzebuje tych postaw

    Podkreślił również, że przyjęcie Słowa Bożego prowadzi do rozwoju owoców Ducha Świętego, takich jak miłość, radość, pokój, cierpliwość, dobroć, wierność, łagodność i opanowanie. Zaznaczył, że współczesny świat szczególnie potrzebuje tych postaw.

    Na zakończenie papież wezwał, by w okresie wakacyjnym znaleźć czas nie tylko na odpoczynek, ale „na także słuchanie, czytanie i rozważanie Słowa Bożego, pielęgnując – obok wypoczynku i zdrowej rozrywki – także ważne chwile ciszy i modlitwy”. Zawierzył tę intencję wstawiennictwu Maryi, Królowej Apostołów i Gwiazdy Ewangelizacji.

    Zaangażujmy się więc, szczególnie w tych dniach wakacji, aby znaleźć miejsce na słuchanie, czytanie i rozważanie Słowa Bożego, pielęgnując – obok wypoczynku i zdrowej rozrywki – także ważne chwile ciszy i modlitwy. 

    WatykanKai – Stacja7

    ***

    83 lata po Krwawej Niedzieli. Ukraina sama wypisuje się z europejskiej cywilizacji

    Europejska cywilizacja wyrosła na trzech fundamentach. Każdy z nich posługiwał się innym językiem. Grecja mówiła językiem filozofów, Jerozolima – językiem Objawienia, a Rzym wypowiedział się językiem prawa. Wszystkie te języki, choć tak różne, wyraziły wspólną prawdę. Głosi ona, że nie można odmówić człowiekowi pochówku.

    Grafika wygenerowana komputerowo
    Grafika wygenerowana komputerowo

    ***

    Wiosna 2025 roku. Po wielu latach batalii z władzami Ukrainy, zespół koordynowany przez Fundację „Wolność i Demokracja” dokonuje w nieistniejącej już wsi Puźniki na zachodzie Ukrainy ekshumacji ofiar ataku oddziałów Ukraińskiej Powstańczej Armii z 13 lutego 1945 roku. Odnaleziono szczątki co najmniej 42 ofiar. Kilka miesięcy później wreszcie doczekały się one grobu. 

    Po co szukać kości ludzi pomordowanych 80 lat temu? Czemu ma służyć cała ta wrzawa, zamęt i szum? 

    Odpowiedź na to pytanie cywilizacja łacińska zna od swoich narodzin. Dwa i pół tysiąca lat temu udzielił jej Sofokles. W „Antygonie” wskazał, że istnieje prawo wyższe od prawa państwowego. Nad prawem stanowionym stoi prawo naturalne. W to drugie wpisuje się właśnie prawo do bycia godnie pochowanym i prawo do godnego pochowania swoich bliskich. Król Kreon nie zgadza się na pogrzebanie Polinejkesa, ale Antygona lekceważy ten zakaz i ryzykując własnym życiem, spełnia ostatnią powinność wobec swojego brata. „Dłużej mi zmarłym miłą być trzeba niż ziemi mieszkańcom, bo tam zostanę na wieki” – mówi, wyjaśniając swoje motywacje Ismenie. Przypomnijmy, jak potoczyła się ta opowieść. Po samobójstwie Antygony na swoje życie targnął się też wybranek jej serca, syn króla Hajmon. Ze śmiercią syna nie mogła pogodzić się żona władcy, która również sama zakończyła swój żywot. Kreon, który odważył się sprzeciwić niezbywalnemu prawu, kończy tragicznie jako samotny i załamany człowiek. W ten sposób Sofokles przestrzegał sobie współczesnych, a dziś przestrzega potomnych – nie wolno lekceważyć prawa do pochówku i nie wolno zaniedbywać obowiązku pochówku. 

    To, co Ateny wyczytały z prawa naturalnego, Jerozolimie zostało objawione. Zgodnie z Bożym nakazem, nawet największy zbrodniarz nie może pozostać bez pochówku. „Jeśli ktoś popełni zbrodnię podlegającą karze śmierci, zostanie stracony i powiesisz go na drzewie – trup nie będzie wisiał na drzewie przez noc, lecz tegoż dnia musisz go pogrzebać” – głosi Księga Powtórzonego Prawa. Tego nadanego przez Boga prawa wiernie przestrzegał Tobiasz. 

    Dawałem mój chleb głodnym i ubranie nagim. A jeśli widziałem zwłoki któregoś z moich rodaków wyrzucone poza mury Niniwy, grzebałem je. I grzebałem także, jeśli kiedy zabił kogoś Sennacheryb, gdy po swej ucieczce powrócił z Judei w dzień sądu, który wykonał na nim Król Nieba za jego bluźnierstwa. W swoim gniewie pomordował on wielu synów Izraela. Ja zaś potajemnie zabierałem ich ciała i grzebałem je. Sennacheryb zaś szukał ich, ale ich nie znalazł. A jeden z mieszkańców Niniwy poszedł i doniósł królowi, że to ja jestem tym, który grzebie potajemnie. Wtedy musiałem się ukrywać, a kiedy dowiedziałem się, że król mnie szuka, aby mnie zabić, bałem się i uciekłem. Wtedy cały mój majątek zagrabiono i nie zostało mi nic (Tb 1, 17-20a)

    Podobnie jak Antygona, Tobiasz ryzykował własnym życiem, w tajemnicy grzebiąc pozostawione na śmietnisku poza miastem ciała. Postawił nakaz Boga ponad wolę ziemskiego władcy, choć musiał za to zapłacić bardzo wysoką cenę. 

    Co Ateny wyczytały z prawa naturalnego, a Jerozolimie zostało objawione – Rzym uporządkował w prawie stanowionym. W ramach ius sepulchri kwestia pogrzebu otrzymała swoją konstrukcję prawną. „Grobowce otacza się wielką czcią…” – pisał Cyceron. Grób nie jest jedynie prywatną sprawą rodziny. Jest dobrem chronionym przez prawo. 

    Chrześcijańska cywilizacja wiernie strzeże tej wspólnej dla Aten, Jerozolimy i Rzymu intuicji. Dlatego tak wielką wagę do pogrzebu przykłada Kościół katolicki, widząc w nim spełnienie powinności „oddania czci ciałom zmarłych wiernych, które były świątynią Ducha Świętego” oraz okazję do wyznania wiary w życie wieczne i modlitwy za zmarłych. W ten sposób „to, co zmarłym przynosi duchową pomoc, pozostałym daje pociechę płynącą z nadziei”. Katechizm Kościoła Katolickiego włącza więc grzebanie zmarłych do uczynków miłosierdzia względem ciała. Jak głodnych trzeba nakarmić, a spragnionych napoić, tak umarłych trzeba pogrzebać. Każdy człowiek ma prawo do posiłku i każdy człowiek ma prawo do pochówku. Sprawiedliwość – oddanie tego, co się komuś słusznie należy – wymaga przyznania zmarłym prawa do grobu. 

    Tymczasem jedynie niewielka część z ponad 100 tys. pomordowanych na Wołyniu i w Galicji Wschodniej Polaków otrzymała chrześcijański pochówek. Szczątki wielu z nich leżą w tzw. dołach śmierci. Duża część ofiar w ogóle nie została pochowana – ich ciała pozostawiono w miejscach zbrodni, na przykład w spalonych zabudowaniach. Właśnie stąd ta wrzawa, zamęt i szum. „Dla nas, rodzin zamordowanych, pamiętać, to przede wszystkim móc odnaleźć mogiłę, postawić tam krzyż i swobodnie, bez lęku móc się modlić, opłakiwać najbliższych, składać kwiaty, palić znicze. Czy to tak dużo?” – pytał w 2012 roku dr Leon Popek. Ukraińscy nacjonaliści wymordowali około 40 członków jego rodziny. Niestety, dalej zderza się on z tym, że dla wielu to wciąż za dużo. 

    Władze w Kijowie muszą zrozumieć, że Ukraina sama stawia się poza kręgiem europejskiej cywilizacji tak długo, jak długo utrudnia ekshumacje i pochówek ofiar. Cywilizacja ta bowiem zaczyna się tam, gdzie nawet zabity wróg ma prawo do grobu. 

    „Nie o zemstę, lecz o pamięć i prawdę wołają ofiary”

    Dla ofiar Wołynia sprawiedliwość to jednak nie tylko pochówek. Sprawiedliwość domaga się też pamięci o zbrodni, a w ramach tej pamięci – wskazania jej sprawców. Nie po to, by kierować tę pamięć przeciw komuś, ale by mogli z niej czerpać ci, którzy będą po nas – jako przestrogę przed nienawiścią, nacjonalizmem i przemocą. 

    „25 lat temu we Lwowie Jan Paweł II powiedział: >>Niech dzięki oczyszczeniu pamięci historycznej wszyscy będą gotowi stawiać wyżej to, co jednoczy, niż to, co dzieli, ażeby razem budować przyszłość opartą na wzajemnym szacunku, na braterskiej wspólnocie, braterskiej współpracy i autentycznej solidarności<<” – napisał w czerwcu szef polskiego rządu Donald Tusk, zabierając głos w sprawie napięć wywołanych gloryfikacją OUN-UPA na Ukrainie. W ten sposób dołączył do chóru osób, które chcą wykorzystać autorytet świętego papieża do zamknięcia ust sprawcom owego „szumu”. Łatwo z papieskiego nauczania wyrwać jedno zdanie, które odpowiada bieżącym potrzebom. Zamiast tego, w 83. rocznicę Krwawej Niedzieli lepiej jednak zastanowić się, czego na temat pamięci o Wołyniu tak naprawdę uczy nas św. Jan Paweł II. By to zrobić, trzeba najpierw przypomnieć sobie to wszystko, co papież przełomu tysiącleci mówił o pamięci narodu, z której rodzi się jego tożsamość. Dalej trzeba przypomnieć, co mówił o sprawiedliwości, bez której nie ma pokoju. W Orędziu na Światowy Dzień Pokoju 2002 roku, wspominając cierpienia ofiar nazizmu i komunizmu, Wojtyła postawił pytanie: „w jaki sposób można przywrócić pełny porządek moralny i społeczny, tak barbarzyńsko pogwałcony?”. I zaraz udzielił na nie odpowiedzi: „pogwałcony porządek można przywrócić w pełni jedynie wtedy, gdy powiążemy ze sobą sprawiedliwość i przebaczenie”. Te dwie rzeczywistości, podkreślał ojciec święty, są „filarami prawdziwego pokoju”. 

    Potrzeba więc sprawiedliwości i przebaczenia. Czy przebaczenie się dokonało? Jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, niech przypomni sobie rok 2022. Uciekający przed wojną Ukraińcy nie trafiali do obozów dla uchodźców. W Polsce byli przyjmowani w domach, jak bracia potrzebujący pomocy. Polskie społeczeństwo zmobilizowało się i każdy, jak tylko mógł, zaangażował się we wsparcie walczącej Ukrainy. Trudno więc twierdzić, że naród polski nie przebaczył narodowi ukraińskiemu. 

    Papież zaznacza przy tym, że „przebaczenie w żadnej mierze nie przeciwstawia się sprawiedliwości, gdyż nie polega na rezygnacji ze słusznych żądań, by naruszony porządek został naprawiony”. By i sprawiedliwość w kwestii Wołynia mogła się dokonać, Ukraina musi nazwać zbrodnię po imieniu. Dopóki to się nie stanie, Wołyń pozostanie – mimo przebaczenia – „otwartą raną, w którą sypie się wieczny piasek”.

    „Kto nie pamięta historii, skazany jest na jej powtarzanie”

    Utrudnianie ekshumacji ofiar i brak jednoznacznego wskazania na zbrodnię to jeszcze nie wszystkie problemy, które w związku z Wołyniem generują władze Ukrainy. Jest jeszcze problem trzeci – ze wszystkich najgroźniejszy. 

    Odwiedzając w czerwcu 1979 roku nazistowski obóz zagłady Auschwitz-Birkenau, św. Jan Paweł II zauważył, że „Oświęcim jest rozrachunkiem z sumieniem ludzkości poprzez te tablice, które świadczą o ofiarach, jakie poniosły narody. Oświęcim jest miejscem, którego nie można tylko zwiedzać. Trzeba przy odwiedzinach pomyśleć z lękiem o tym, gdzie leżą granice nienawiści”. 

    Podobnie – z tym samym lękiem – trzeba myśleć o ofiarach Wołynia. Tymczasem Kijów kreuje politykę historyczną, w której zamiast lęku w miejscu tym pojawia się duma. Ukraińskie władze budują narrację, w której historia zbrodniarzy z Ukraińskiej Powstańczej Armii zamiast ostrzeżeniem, staje się przykładem do naśladowania. W ten sposób na nowo budzą w duchu ukraińskiego narodu demony nacjonalizmu, które 83 lata temu doprowadziły do bestialskiego wymordowania dziesiątek tysięcy Polaków i przedstawicieli innych mniejszości. Kwestia Wołynia to więc również problem propagowania banderowskiej ideologii. Wobec tego problemu społeczność międzynarodowa nie może pozostać obojętna. Obojętność groziłaby tym, że Europa, która wyrosła z Akropolu, Golgoty i Kapitolu, zdradzając swoje ideały, ponownie doprowadzi nas do Auschwitz.

    Karol Kubicki źródło: Fronda.pl

    ***

    Wołyń jest jak Katyń

    Dyskusja z Ukraińcami o Wołyniu jest podobna do tej jaką przez dekady toczyliśmy z Rosjanami o Katyniu. W jednym i drugim przypadku były masowe mordy na Polakach. W obydwu przypadkach musimy się mierzyć z kłamstwem i relatywizowaniem zbrodni.

     wikipedia.org

    ***

    Od wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie w 2022 roku przekonuje na łamach „Niedzieli”, że należy wspierać Ukrainę, która została zbrodniczo zaatakowana przez imperialną Rosję. Taka jest nasza racja stanu, bo Moskwa od wieków jest dla nas zagrożeniem egzystencjalnym. A o fakcie, że Polska też jest celem wojny Władimira Putina oficjalnie poinformował szef rosyjskiej dyplomacji w grudniu 2021 roku.

    Przez lata niepokojąco tlił się spór o Rzeź Wołyńską, wychwalanie UPA i kult Stepana Bandery. Wydawało się, że po 2022 roku Ukraina ma już wielu nowych bohaterów, którymi może zastąpić wątpliwe etycznie postacie z okresu II wojny światowej. Nadzieje dawał również fakt, że na poziomie centralnym tzn. prezydenckim do gloryfikacji UPA oraz postaci bezpośrednio zamieszanych w mordowanie Polaków dotychczas nie dochodziło.

    Niestety wszystko zmieniło się kilka tygodni temu, gdy prezydent Wołodymyr Zełenski podpisał dekret, którym nadał imię „bohaterów UPA” jednej z elitarnych jednostek wojskowych. By było jasne, nie mam pretensji do walczących żołnierzy, którzy po prostu mogą nie wiedzieć, że UPA była też formacją zbrodniczą i ma krew 100 tys. Polaków na rękach – głównie bezbronnych kobiet i dzieci. Pretensje mam do ukraińskiej klasy politycznej, która celowo ten konflikt z Polską zaostrza i do elit intelektualnych Ukrainy, która fałszywymi mitami historycznymi karmi ukraińskie społeczeństwo. Przeciętny Ukrainiec nie ma bowiem pojęcia, że UPA mordowała Polaków, Żydów, Czechów, a nawet samych Ukraińców. Wiedzą jedynie, że UPA walczyła z sowietami i nic nie wiedzą, że współpracowała z niemieckimi nazistami, a Bandera był tajnym agentem Abwery.

    Od kilku tygodni śledzę dyskusję na ten temat w polskich i ukraińskich mediach. Szczerze powiem jestem przerażony jak bardzo niski jest poziom wiedzy historycznej wśród polityków, dziennikarzy i prawie całej ukraińskiej klasy opiniotwórczej. Jednocześnie jest tam wysoki poziom arogancji, odporności na fakty historyczne, butności, a nawet pogardy. Oczywiście są odstępstwa od tej reguły, ale z całości ukraińskiej debaty na temat UPA i Rzezi Wołyńskiej, wyłania się bardzo ponury krajobraz. Dlatego też chylę czoła przed polskimi publicystami, ekspertami i historykami, którzy w języku ukraińskim i próbują dyskutować z nimi w ukraińskich mediach.

    Mam też nieodparte wrażenie, że polski dyskurs na temat UPA i Rzezi Wołyńskiej nie był na Ukrainie w ogóle obecny. Zupełnie tak jakby Polskie instytucje odpowiedzialne za politykę historyczną nie prowadziły tam kampanii edukacyjnej i informacyjnej. Nie znalazłem żadnego filmu w mediach społecznościowych w ukraińskim języku, który naświetlałby polski punkt widzenia na tragiczne wydarzenia z 1943 roku. A przecież w czasach mediów społecznościowych dotarcie do ukraińskiego społeczeństwa nie jest czymś specjalnie trudnym i drogim. O tym, że Ukraińcy zupełnie nie znają historii i polskiej wrażliwości świadczą badania przeprowadzone przez Centrum Mieroszewskiego. Okazało się, że przytłaczająca większość Ukraińców o „problemie” Zbrodni Wołyńskiej dowiedziała się dopiero po przyjeździe do Polski.

    Jednym z argumentów, który pojawia się w ukraińskiej debacie publicznej jest fakt, że UPA i ukraińskie organizacje nacjonalistyczne nie zostały skazane w czasie Procesów Norymberskich. Niewątpliwie jest to fakt, który łączy Zbrodnię Wołyńską z Katyniem. Sowiecki komunizm i jego zbrodnie też nie zostały osądzone w Norymberdze, co skrzętnie wykorzystuje w swojej polityce Władimir Putin w procesie wybielania zbrodni z czasów ZSRR, a nawet samego Józefa Stalina.

    Wołyń i Katyń – te dwa spory historyczne można, a nawet warto porównać, ponieważ dla polskiej pamięci narodowej Katyń i Wołyń są bardzo bolesnymi ranami z czasów II wojny światowej. Choć podłoże zbrodni było inne, to dynamika polityczna i dyplomatyczna tych sporów wykazuje uderzające podobieństwa. Rosja po krótkim okresie otwartości w latach 90. zamknęła śledztwo i utajniła jego akta, uniemożliwiając pełne badanie miejsc pochówku i poznanie pełnej listy zamordowanych ofiar. Natomiast Ukraina przez lata stosowała moratoria na prowadzenie prac poszukiwawczych i ekshumacyjnych dla polskich specjalistów, uzależniając zgodę od ustępstw politycznych. Polska strona oficjalnie uznaje zarówno Katyń, jak i Wołyń za ludobójstwo. Ani Rosja, która uznała Katyń jedynie za “przestępstwo służbowe”, ani Ukraina, która unika terminu ludobójstwo i mówi tylko o tragedii, nie zgadzają się z polską definicją prawną ludobójstwa. Oczywiście są też różnice, bo Katyń był zbrodnią państwową, zaplanowaną na najwyższych szczeblach komunistycznego państwa, a Wołyń był zbrodnią partyzancką przy masowym udziale ukraińskiego chłopstwa.

    Rosyjska polityka historyczna pod rządami Władimira Putina celowo używa Katynia, a kłamstwo i relatywizacja zbrodni są elementem wrogiej polityki imperialnej, mającej na celu upokorzenie i destabilizację Polski, a więc nie większych szans na jakieś polsko-rosyjskie porozumienie. W przypadku Ukrainy istnieje szansa na dialog, ale blokuje go ukraiński strach przed utratą „bohaterów”. Budowanie narodowej tożsamości, z pomięciem faktów niestety często przeradza się w arogancką formę obrony, która ma niewiele wspólnego z historyczną prawdą. Ten fakt również wykorzystuje Moskwa, by siać wrogość miedzy Polakami i Ukraińcami. Niestety polityka historyczna Kijowa obficie Rosjanom w tym pomaga.

    Artur Stelmasiak -Tygodnik Niedziela

    ***

    fot. Radio Nadzieja/Łomża

    ***

    Nowenna do Matki Bożej z Góry Karmel
    Szkaplerz znakiem opieki

    Nowennę można odmówić na 9 dni przed liturgicznym wspomnieniem Najśw. Maryi Panny z Góry Karmel (16 lipca), czyli w dn. 7-15 lipca.


    Dzień pierwszy

    Modlitwa wstępna

    Chwalebna Królowo nieba i ziemi, Dziewico Niepokalana, Matko Syna Bożego. Z pokorą cześć Tobie oddajemy i z dziecięcą ufnością prosimy Ciebie, abyś zwróciła na nas swoje miłosierne oczy i raczyła przyjąć tę ofiarę, którą podczas tej nowenny Tobie przynosimy. Dopomóż nam godnie i owocnie przygotować się do przeżycia Twojej uroczystości.

    Rozważanie

    Najświętsza Maryjo, Ozdobo i Matko Karmelu. Jasny obłok wznoszący się nad morzem, który widział prorok Eliasz, użyźnił spragnioną ziemię obfitym deszczem i był zapowiedzią Twojego dziewiczego macierzyństwa. Ty porodziłaś światu Jezusa – Zbawiciela, który wylał na nasze dusze ożywcze tchnienie łaski.

    Pokornie prosimy Ciebie, Bogarodzico, uproś nam u Twojego Syna zdroje łask, abyśmy nimi wzbogaceni i umocnieni, przynosili owoce cnót i dobrych uczynków oraz służyli Bogu z wiarą i miłością, i zasłużyli na oglądanie Go w wiecznej szczęśliwości.

    Modlitwa o łaskę

    O Najświętsza Dziewico, wyjednaj nam tę łaskę, o którą z pokorą i ufnością, za Twoim pośrednictwem prosimy naszego Pana, Jezusa Chrystusa, który żyje i króluje przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Modlitwy końcowe

    Ojcze nasz…Zdrowaś Maryjo…Chwała Ojcu…

    Dzień drugi

    Modlitwa wstępna (jak w dniu pierwszym)

    Rozważanie

    Najświętsza Maryjo, Gwiazdo Karmelu i nasza Matko. Ty szczególną miłością darzysz swoje dzieci, opiekujesz się nimi, wypraszasz światło i pouczasz przykładem. Uproś nam, najłaskawsza Pani, aby Syn Twój, Jezus Chrystus, swoim światłem rozproszył ciemności naszego umysłu, abyśmy poznali głębię Jego miłości i całym sercem Go umiłowali, a także umiłowali nasze powołanie i wiernie wypełniali płynące z niego zobowiązania.

    Niech Twoja przyczyna to sprawi, byśmy nasze życie ofiarowali dla większej chwały Boga i zbawienia bliźnich.

    Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)

    Dzień trzeci

    Modlitwa wstępna (jak w dniu pierwszym)

    Rozważanie

    Najświętsza Maryjo, Mistrzyni i Matko Karmelu. Ty przyjęłaś ofiary sług Twoich, którzy na Górze Karmel cześć Tobie oddawali jako Matce Zbawiciela. Przez dobroć Twoją, jaką im okazałaś i nam nieustannie świadczysz, prosimy Ciebie, dopomóż nam przekształcić nasze serca na świątynie Boga żywego.

    Dopomóż ozdobić je kwiatami cnót i dobrych uczynków, aby stały się godnym i miłym mieszkaniem dla Syna Twojego, Jezusa.

    Daj nam oderwać się od tego, co niskie i ziemskie, abyśmy wznieśli serca ku temu, co wieczne i nade wszystko miłowali Boga i wielbili Go naszym życiem.

    Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)

    Dzień czwarty

    Modlitwa wstępna (jak w dniu pierwszym)

    Rozważanie

    Najświętsza Maryjo, Chwało Karmelu i nasza Matko. Ty na znak szczególnej Twej miłości chcesz, abyśmy nazywali się Twoimi dziećmi. Obudź w naszych sercach pragnienie, byśmy we wszystkich trudach i cierpieniach życia u Ciebie szukali schronienia, pomocy i pociechy. Zachęcaj nas Twoim przykładem do pełnienia cnót i dobrych czynów. Matko Miłosierdzia, dopomóż nam wieść życie pobożne i święte, abyśmy stali się dziećmi godnymi Ciebie i zostali zaliczeni do grona sprawiedliwych, których imiona zapisane są w księdze życia.

    Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)

    Dzień piąty

    Modlitwa wstępna (jak w dniu pierwszym)

    Rozważanie

    O Maryjo, Obrończyni Karmelu i nasza Matko. Ty w czasie burz dziejowych broniłaś swój zakon karmelitański i ochraniałaś go swoją opieką od zniszczenia i upadku. Prosimy Ciebie, Orędowniczko nasza, broń nas od nieprzyjaciół duszy i ciała, byśmy w pokoju i bezpieczeństwie służyli Bogu dla Jego większej chwały i Twojej czci.

    Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)

    Dzień szósty

    Modlitwa wstępna (jak w dniu pierwszym)

    Rozważanie

    Najświętsza Maryjo, Królowo Karmelu i Matko nasza. Ty zaszczyciłaś tytułem przybranego synostwa wiernego sługę Twego, Szymona Stocka i przez niego obiecałaś wyprosić obfite zdroje łask i błogosławieństw dla tych, którzy wierni swojemu powołaniu nabożnie nosić będą Twoją szatę. Dopomóż nam, o Maryjo, aby przywileje szkaplerza świętego – wielokrotnie przez Kościół potwierdzane – stały się naszym udziałem w tym życiu, a zwłaszcza w godzinie naszej śmierci, abyśmy zostali dopuszczeni do uczestnictwa w chwale niebieskiej.

    Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)

    Dzień siódmy

    Modlitwa wstępna (jak w dniu pierwszym)

    Rozważanie

    Najświętsza Maryjo, Opiekunko i Matko Karmelu. Twój święty szkaplerz jest naszą obroną pośród niebezpieczeństw. Prosimy Ciebie, niech Twoje potężne wstawiennictwo zachowa nasze dusze i ciała od wszelkich złych przygód. Strzeż nas nieustannie, o Matko pełna dobroci i miłosierdzia, abyśmy nie dopuścili się żadnego grzechu, który zasmuciłby Boskie Serce Twojego Syna. Bądź nam przewodniczką po drogach prawdy i umiłowania Bożych przykazań.

    Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)

    Dzień ósmy

    Modlitwa wstępna (jak w dniu pierwszym)

    Rozważanie

    Najświętsza Dziewico Maryjo, Ozdobo Karmelu i nasza Matko. Dar szkaplerza świętego jest widzialnym znakiem Twojej ku nam miłości. Z woli Twojego Syna zechciałaś nas przygarnąć jako najmilsze dzieci Twoje. Opiekuj się nami i wyjednaj u Jezusa tę łaskę, abyśmy nigdy Ciebie nie zasmucali, lecz zawsze byli Twoją radością i chwałą.

    Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)

    Dzień dziewiąty

    Modlitwa wstępna (jak w dniu pierwszym)

    Rozważanie

    Najświętsza Dziewico Maryjo, Opiekunko Karmelu i nasza Matko. Wierzymy, że nigdy nie opuszczasz swoich wiernych sług. Dopomóż nam, o Matko najmilsza, abyśmy pozostali Tobie zawsze wiernymi. Opiekuj się naszymi sercami, pomóż nam obmyć je z brudów grzechu i przyozdobić miłymi Bogu kwiatami cnót. Niech Syn Twój zamieszka w nich na zawsze, aby nieprzyjaciel ludzkich dusz odstąpił od nas i byśmy w ostatniej godzinie doznali radości widzenia Boskiego oblicza. Wyjednaj nam także, o Najświętsza Dziewico, tę łaskę, o którą podczas tej nowenny – za Twoim pośrednictwem – z pokorą i ufnością prosiliśmy Twojego Syna, naszego Pana, Jezusa Chrystusa, który żyje i króluje przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Modlitwa o łaskę (jak w dniu pierwszym)

    Modlitwy końcowe

    K. Módl się za nami, Królowo szkaplerza świętego.
    W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

    Módlmy się. Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty ozdobiłeś zakon karmelitański zaszczytnym tytułem Najświętszej Rodzicielki Twojego Syna, Maryi, zawsze Dziewicy, † spraw łaskawie, abyśmy oddając Jej cześć i umocnieni Jej obroną * zasłużyli na osiągnięcie wiecznych radości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.


    opracowanie: MARYJNI.PL

    źródło: Nowenna – Szkaplerz znakiem opieki – karmelicibosi.pl

    ***

    Szkaplerz karmelitański – kto go nosi, nie pójdzie do piekła

    Flos Carmeli, fot. Fr Lawrence Lew, OP/Flickr.com

    ***

    Noszenie Szkaplerza Karmelitańskiego jest wyrazem szczególnej czci ku Matce Bożej oraz prośbą o jej matczyną opiekę, szczególnie w godzinie śmierci.

    „Kwiat Karmelu”

    Historia Szkaplerza Karmelitańskiego związana jest z osobą św. Szymona Stocka, generała oo. Karmelitów na Górze Karmel w Palestynie. 16 lipca 1251 roku objawiła mu się Matka Boża, wręczając szkaplerz koloru brunatnego i wypowiadając słowa:

    Przyjmij, najukochańszy Synu, szkaplerz zakonu twego jako znak mojego Bractwa i szczególniejszej łaski dla ciebie i dla wszystkich Karmelitów. Kto umierając mieć będzie na sobie ten szkaplerz, zachowany zostanie od ognia piekielnego, jest to bowiem godło zbawienia, puklerz i tarcza przeciw wszelkim niebezpieczeństwom, rękojmia pokoju i szczególnej mej opieki do końca wieków.

    Szkaplerz stał się znakiem szczególnej opieki Matki Bożej nad Zakonem Karmelitańskim, a za przykładem oo. Karmelitów poszli ludzie świeccy, a także święci. Nosili go m.in. św. Jan Maria Vianney, św. Jan Bosko, św. Jan Paweł II.

    Nałożeniu szkaplerza towarzyszy oddzielny obrzęd, w czasie którego kapłan wyznacza przyjmującemu codzienne odmawianie określonej modlitwy maryjnej. Wszyscy ci, którzy z wiarą noszą szkaplerz oraz przestrzegają warunków z tym związanych, dostąpią łaski zachowania od ognia piekielnego.

    Znaczenie duchowe

    Sam szkaplerz składa się z dwóch prostokątnych kawałków wełnianego sukna w kolorze brunatnym. Jego przednia część, noszona na piersi ma przypominać, że nasze serce bije dla Boga i bliźnich i za pośrednictwem Maryi ma wiązać się z dobrami wiecznymi. Cześć tylna, noszona na plecach przypomina, że wszystkie trudy i krzyże powinniśmy znosić z pokorą, jak to czyniła Maryja. Na co dzień, zamiast szkaplerza, dozwolone jest noszenie medalika szkaplerznego.

    Noszenie szkaplerza oznacza uznanie Maryi za duchową Matkę, jest znakiem nabożeństwa maryjnego, które polega na oddaniu i poświęceniu się Świętej Rodzicielce. Członkowie Bractwa Szkaplerza Świętego Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel starają się wytrwale naśladować Matkę Bożą, kierując się w życiu cnotami posłuszeństwa, pokory i skromności.

    W Polsce istnieje sto kilkadziesiąt bractw szkaplerznych, głównie przy zakonach karmelitów trzewiczkowych i bosych, ale także przy parafiach – najwięcej jest ich na Śląsku.

    Akt oddania się Matce Bożej Szkaplerznej (karmelitański)

    O najchwalebniejsza Dziewico Maryjo, Matko Szkaplerza świętego! Oto ja, niegodny zaszczytu nazywania się Twoim sługą, ośmielony Twoją dobrocią i pragnieniem służenia Tobie, obieram Cię za moją jedyną i najlepszą Matkę i Orędowniczkę.

    Wobec Trójcy Przenajświętszej, Ciebie, mojego Anioła Stróża, uroczyście odnawiam przyrzeczenia, które złożyłem Tobie, Matko Najświętsza w dniu przyjęcia Szkaplerza świętego.

    Pragnę wiernie i gorliwie służyć Tobie i Twemu Boskiemu Synowi przez całe moje życie. Składam Ci również synowskie podziękowanie za to, żeś mnie spośród tylu milionów dusz, poprzez Szkaplerz święty, zaliczyć raczyła do umiłowanych dzieci swoich.

    Przyrzekam Ci i postanawiam, że pragnę pozostać wiernym Twoim synem, całym sercem Cię kochać oraz naśladować Cię w cnocie i pobożności.

    Przyjmij, Matko Najświętsza, tę moją ofiarę i spraw łaskawie, aby Szkaplerz święty, który noszę, stał się dla mnie znakiem Twojej szczególnej opieki, ochroną przed grzechem, tarczą przed atakami nieprzyjaciela, zachętą do praktykowania cnoty i środkiem do osiągnięcia zbawienia. Proszę Cię o to przez Twojego Syna, Jezusa. Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Stacja7.pl

    ***

    Jak i gdzie przyjąć szkaplerz? Praktyczne informacje

    fot. karmel.pl

    ***

    Tym, którzy przyjmą szkaplerz, Maryja obiecała: “Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”. Kto może przyjąć szkaplerz? Jakie są warunki jego przyjęcia? Gdzie można znaleźć obrzęd nałożenia szkaplerza?

    Szkaplerz przystosowany do użytku wiernych świeckich złożony jest z dwóch prostokątnych wycinków brązowego sukna wełnianego połączonych dwoma tasiemkami. Wymiary płatków mogą być dowolne. Jest on niejako zminimalizowanym habitem. Zwykle na obu płatkach jest umieszczony wizerunek lub symbol Pana Jezusa, i Matki Bożej Szkaplerznej. Oto kilka praktycznych informacji dotyczących szkaplerza.

    Szkaplerz. Jak go przyjąć?

    1. Jakie są warunki przyjęcia szkaplerza?

    Istnieje jeden zasadniczy warunek: niewymuszone, szczere i świadome pragnienie przyjęcia szkaplerza oraz zawierzenia siebie Maryi w tym znaku. Zawierzenie to obejmuje decyzję dzielenia z Maryją własnej codzienności i naśladowania Jej stylu życia.

    2. Jak przygotować się do przyjęcia szkaplerza?

    Przygotowanie powinno wyrazić się odbyciem sakramentalnej spowiedzi, aby w czasie przyjmowania szkaplerza znajdować się w stanie łaski uświęcającej. Umożliwi to Maryi skuteczniejsze oddziaływanie i pomoc oddanemu Jej człowiekowi.

    3. Czy do przyjęcia szkaplerza konieczna jest spowiedź?

    Jeżeli spowiedź jest możliwa i nie ma żadnej przeszkody, by ją odbyć, powinna poprzedzić przyjęcie szkaplerza. Istnieją jednak sytuacje, w których spowiedź nie jest możliwa: np. związek niesakramentalny, którego stanu nie da się obecnie uregulować z powodu istniejącej przeszkody kanonicznej. W takich okolicznościach można przyjąć szkaplerz wyrażając pragnienie, by Maryja w tym znaku pomogła wytrwać w dobrym i – gdy ustanie przeszkoda – uregulować życie sakramentalne.

    4. Czy szkaplerz trzeba przyjąć osobiście?

    Tak, szkaplerz trzeba przyjąć osobiście. Domaga się tego powaga samego znaku jak i charakter relacji z Maryją, która pragnie nawiązać z każdym z nas indywidualną, intymną i niepowtarzalną relację.

    5. Czy osoba świecka może ważnie przyjąć do szkaplerza?

    Osoba świecka nie może ważnie przyjąć innej osoby do szkaplerza.

    6. Kto może mnie przyjąć do szkaplerza?

    Do szkaplerza może ważnie przyjąć każdy kapłan zakonny lub diecezjalny oraz diakon, posługując się zatwierdzonym przez Stolicę Świętą obrzędem.

    7. Czy mogę nałożyć szkaplerz osobie starszej lub chorej?

    Można nałożyć szkaplerz osobie starszej lub chorej. Trzeba jednak pamiętać, że nie jest to oficjalne przyjęcie do szkaplerza. Gdy ustanie przeszkoda choroby, osoba powinna udać się do kapłana z prośbą o nałożenie szkaplerza. Jeśli z powodu starości nie może tego uczynić, trzeba poprosić kapłana do domu, aby takiego nałożenia dokonał.

    8. Gdzie mogę znaleźć obrzęd nałożenia szkaplerza?

    Tekst obrzędu można znaleźć na stronie internetowej www.karmel.pl. Znajduje się on również w Nowennie Szkaplerznej, którą można zamówić w karmelitańskim Wydawnictwie, pisząc na adres: Wydawnictwo Karmelitów Bosych, ul. Z. Glogera 5, 31-222 Kraków, lub dzwoniąc na numer tel. (012) 416 85 00.

    9. Skąd wziąć szkaplerz?

    Szkaplerz można nabyć w każdym klasztorze karmelitów bosych i karmelitanek bosych udając się tam osobiście lub pisząc na adres któregoś z tych klasztorów.

    10. Co to jest księga szkaplerzna?

    Księga Szkaplerzna to dokument zawierający wykaz osób, które przyjęły szkaplerz.

    11. Czy muszę wpisać się do księgi szkaplerznej?

    Księga Szkaplerzna to dokument świadczący o ludzkiej wierze w pośrednictwo Maryi. Wszyscy przyjmujący szkaplerz zachęcani są do pozostawienia w niej swych podstawowych danych: imię i nazwisko, wiek, miejsce zamieszkania. Wpis do Księgi Szkaplerznej nie jest jednak warunkiem przyjęcia szkaplerza i jeśli ktoś nie chce, nie musi takiego wpisu dokonywać.

    12. Jak wpisać się do księgi szkaplerznej?

    Jeśli osoba przyjmuje szkaplerz w innym miejscu niż klasztor karmelitański, który posiada Księgę Szkaplerzną, a chce do takiej Księgi być wpisana, wystarczy, że prześle informację o fakcie przyjęcia szkaplerza na adres: Karmelici Bosi, Czerna 79, 32-065 Krzeszowice. Informacja powinny obejmować dane: a) miejsce i datę przyjęcia szkaplerza; b) imię, nazwisko i wiek osoby, która przyjęła szkaplerz; c) imię i nazwisko kapłana, który szkaplerz nakładał.

    13. Co zrobić ze zniszczonym szkaplerzem?

    Jeśli osoba nosiła szkaplerz sukienny, który uległ zniszczeniu i chce założyć nowy, stary szkaplerz najlepiej spalić. Nie powinno się go wyrzucać do śmieci ze względu na szacunek dla Maryi, od której ten znak otrzymaliśmy.

    14. Czy ponownego nałożenia szkaplerza musi dokonać kapłan?

    Osoba, która zmienia stary szkaplerz na nowy czyni to sama. Nie potrzeba prosić o to kapłana. W sytuacji, gdy szkaplerz został odrzucony z pogardy, ponowne nałożenie go, po dobyciu spowiedzi, powinno dokonać się rękami kapłana.

    15. Czy potrzebny jest obrzęd nałożenia szkaplerza?

    Forma noszonego szkaplerza (z sukna czy medalik) jest osobistym wyborem konkretnego człowieka. Natomiast uczestnictwo w łaskach z nim związanych wymaga przyjęcia według obrzędu zatwierdzonego przez Stolicę Świętą. Oczywiście każdy może sobie założyć medalik szkaplerzny na szyję i z pewnością Maryja będzie mu w życiu towarzyszyć. Jednak uczestnictwo w łaskich związanych z szkaplerzem karmelitańskim wymaga pełnej formy przyjęcia tego znaku.

    16. Kiedy mogę przyjąć szkaplerz?

    Szkaplerz można przyjąć w dowolnym, wybranym przez siebie dniu. Szczególnej jednak wymowy nabiera jego przyjęcie w jakieś święto maryjne. Wówczas związek z Maryją staje się jeszcze bardziej wyraźny.

    17. Czy przyjęcie szkaplerza można co jakiś czas odnawiać?

    Raz dokonanego obrzędu przyjęcia szkaplerza z rąk kapłana nie trzeba powtarzać. Istnieje natomiast piękny zwyczaj ponawiania swego oddania się Maryi każdego roku, w rocznicę przyjęcia szkaplerza. Zwyczaj ten nie ma określonej formy. Najczęściej wyraża go nawiedzenie kościoła, podziękowanie Maryi za łaskę przyjęcia Jej znaku oraz ponowienie w sercu aktu zawierzenia się Jej.

    Stacja 7.pl

    ***

    Modlitwa do Matki Bożej Szkaplerznej

    Pietro Novelli, Our Lady of Carmel and Saints/Wikipedia.org/domena publiczna

    ***

    Proszę Cię Maryjo, aby Twój szkaplerz był dla mnie znakiem zbawienia, bronią w niebezpieczeństwach duszy i ciała.

    O Najchwalebniejsza, Królowo Niebios, Maryjo. Najczystsza, Dziewico i Najgodniejsza Boża Rodzicielko. Przypominam dziś sobie w głębi serca przez przyjęcie szkaplerza świętego zawarte z Tobą przymierze, że przez całe życie będę jak najwierniej i jak najgorliwiej służył(a) Tobie i Twojemu Boskiemu Synowi. Składam Ci najpokorniejsze dzięki, o Najpotężniejsza Pani, że raczyłaś mnie biednego grzesznika (grzesznicę) przy­jąć do grona Braci (Sióstr) za pośrednictwem szkaplerza świętego. Obieram Cię dzisiaj na zawsze za moją Najukochańszą Matkę, Opiekunkę i Pośredniczkę przed Bogiem.

    Proszę Cię pokornie, aby Twój szkaplerz był dla mnie znakiem zbawienia, bronią w niebezpieczeństwach duszy i ciała. O Najlitościwsza Matko, wyjednaj mi u Boskiego Syna odpuszczenie grzechów moich, łaskę do prawdziwej pokuty i poprawy mojego życia, stałość w wierze świętej, w nadziei, w miłości Boga i bliźniego, w cierpliwości i w czystości odpo­wiedniej do mojego stanu. Szczególniej zaś stań przy mnie w ostatniej chwili mego życia i daj mi doznać tego, coś przyrzekła, że kto w tym świę­tym Twoim szkaplerzu umrze bogobojnie, ten nie będzie cier­piał ognia wiecznego. Amen.

    P. Módl się za nami, Królowo, Ozdobo Karmelu.
    W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

    Módlmy się: Prosimy Cię Panie, niech nas wspomaga pełne godności wstawiennictwo chwalebnej Dziewicy Maryi, Matki i Królowej Karmelu, abyśmy wsparci Jej opieką mogli dojść na szczyt góry, którą jest Chrystus, który z Tobą żyje i króluje na wieki wieków. Amen.

    Stacja7.pl

    ***

    Odpoczynek. Niebiański i ziemski

    Południe – Odpoczynek od pracy (wg Milleta), Vincent van Gogh

    ***

    Pobyt w Raju to nie leniuchowanie naturystów w pięknych okolicznościach przyrody.

    Bóg powołał człowieka do pracy, ale położył także nacisk na potrzebę odpoczynku. W tym kontekście rodzi się pytanie, czy po śmierci czeka nas faktycznie wieczny odpoczynek? Czy tak bardzo zmęczymy się życiem na ziemi, że będziemy musieli przez całą wieczność odpoczywać? Przez całą wieczność?!

    Oferta pracy… od Boga

    Niektórzy naiwnie wyobrażają sobie pierwotny stan szczęścia, który był udziałem Adama i Ewy, jako coś na kształt sielanki, bez konieczności chodzenia do pracy, bez obowiązków, bez trudu. Krótko mówiąc stan laby. Wystarczyło tylko nie zrywać zakazanego owocu i wiodłoby się gnuśną egzystencję, hasając na golasa na łonie natury. Trzeba otwarcie powiedzieć, że taka wizja Raju jest całkowicie sprzeczna z Biblią. Bóg stworzył człowieka i osadził w ogrodzie Eden, aby tam pracował. Pobyt w Raju nie był leniuchowaniem naturystów w pięknych okolicznościach przyrody.

    „Pan Bóg zatem wziął człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał” (Rdz 2,15).

    Między innymi ten fragment przywołuje Zacharia Sitchin, który uważa, że ludzi stworzyła rasa istot z planety Nibiru, ponieważ potrzebowali oni na Ziemi niewolników do pracy. Jednakże, według Biblii, Bóg, choć stworzył człowieka do pracy, nie pragnął mieć niewolnika, ale zaprosił nas do partnerstwa i współpracy w dziele stworzenia. Chciał, abyśmy razem z nim panowali nad światem. Człowiek został bowiem stworzony, aby panował nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi (por. Rdz 1, 26). Panował, czyli dbał i troszczył się o cały stworzony świat!

    Tak pojmowana praca jest współpracą z dziełem Stwórcy, kontynuacją tego, co On rozpoczął – wspomaganiem Bożego działania. Jest to równocześnie droga samodoskonalenia się człowieka, jego rozwoju jako indywidualnej osoby i jako wspólnoty ludzi.

    Z pewnością nie wszystkich zachwyca, że według Biblii Stwórca powołał nas do pracy, do podejmowania trudu i wysiłku na wzór naszych pierwszych rodziców. Oczywiście wynika to z faktu, że pracę postrzegamy często jako źródło udręki, ale to już jest konsekwencją grzechu pierworodnego. Przed upadkiem podejmowany wysiłek nie był dla pierwszych ludzi żadną przykrością, ale raczej radością i okazją do spotkania ze Stwórcą. Człowiek czuł się szczęśliwy i spełniony, mogąc pracować i trudzić się. Praca była powołaniem człowieka, przynoszącym mu pokój i radość. Grzech pierworodny wszystko popsuł i wprowadził dysonans do istniejącej harmonii. Odtąd praca często stawała się synonimem harówki i uciemiężenia, była elementem wykorzystywania i wyzysku człowieka przez człowieka. Grzech pierworodny zmienił okoliczności na mniej przyjemne, ale nie zmieniło się nasze fundamentalne powołanie do pracy.

    Odpoczynek - ten powszedni i ten wieczny
    „Odpoczynek” Charles Sprague Pearce

    ***

    Naśladuj Boga – i też odpoczywaj!

    Na samym początku Pisma Świętego czytamy, że gdy Bóg ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego po całym trudzie, jaki podjął (Rdz 2, 2). Oczywiście autor Księgi Rodzaju nie pisał reportażu czy też sprawozdania z siedmiu dni stwarzania. Bogu, jako Duchowi czystemu odpoczynek nie jest potrzebny. W Księdze Izajasza czytamy: „On się nie męczy ani nie nuży” (Iz 40,28). O odpoczynku Boga napisano ze względu na człowieka, który potrzebuje odpoczynku. Bóg dał więc przykład człowiekowi, kiedy i jak należy odpoczywać.

    Odpoczynek jest przewidziany przez Boga jako coś dobrego dla ludzi. A nawet boskiego, bo przecież sam Bóg odpoczywał i polecił nam, abyśmy go naśladowali (zarówno w pracy, jak i w odpoczywaniu): „Sześć dni będziesz się trudził i wykonywał swą pracę, lecz w siódmym dniu jest szabat Pana, Boga twego. Nie będziesz wykonywał żadnej pracy ani ty, ani twój syn, ani twoja córka, ani twój sługa, ani twoja służąca, ani twój wół, ani twój osioł, ani żadne twoje zwierzę, ani obcy, który przebywa w twoich bramach; aby wypoczął twój niewolnik i twoja niewolnica, jak i ty.” (Pwt 5,13-14). Można powiedzieć, że przykazanie jest tu podwójne, zawiera dwa polecenia: nakazuje odpoczynek w szabat i pracę przez sześć dni w tygodniu. To Bóg nakazał człowiekowi pracę i nakazał odpoczynek.

    Tym, co odróżniało ich od innych ludów i narodów, było właśnie świętowanie szabatu, ostatniego dnia tygodnia, który następował po sześciu dniach pracy. Izraelici dali wyraz przekonaniu, że w życiu ludzkim regularnie trzeba wyznaczyć czas, w którym człowiek uświadamia sobie, kim naprawdę jest oraz jaki sens mają jego życie i podejmowane wysiłki. Wzmianka o Bogu, który odpoczął siódmego dnia (Rdz 2,2), leży u podstaw ustanowienia szabatu jako dnia odpoczynku (Kpł 16,31), roku szabatowego (Kpł 25,3-6) jako roku wytchnienia dla ziemi uprawnej i roku jubileuszowego jako czasu społecznej restytucji dóbr i własności (Kpł 25,8-17).

    Błędy i wypaczenia odpoczywania

    To dość dziwne, ale ludzie potrafią zrobić nawet z odpoczynku udrękę. Wyznawcy judaizmu – zwłaszcza ci bardziej ortodoksyjni – do dziś traktują przykazanie nie pracowania w szabat bardzo kategorycznie. Pobożni Żydzi od zachodu słońca w piątek do zachodu słońca w sobotę nie robią nic, co choćby przypomina pracę. Pochodzący z żydowskiej rodziny słynny amerykański fizyk-noblista, Richard Feynman, wspominał w swojej autobiografii („Pan raczy żartować, panie Feynman”), że jego ojciec w szabat nie używał windy, bo w latach dwudziestych XX w., kiedy wciskało się guzik przywołujący windę, w przełączniku przeskakiwała iskra. A iskra to ogień. Tymczasem w szabat nie wolno było rozpalać ognia… Przed wojną w kursujących w sobotę pociągach można było podobno spotkać Żydów siedzących na butelkach z wodą. W szabat istniał bowiem zakaz podróżowania, chyba że płynęło się statkiem i poruszało się po wodzie. Butelka miała więc zastąpić morze czy rzekę. Izraelscy specjaliści zbudowali natomiast specjalne koszerne lodówki, w których w szabat po otwarciu drzwiczek nie zapala się światło.

    Warto sobie zadać pytanie, czy gdzieś nie zagubiła się tu idea odpoczynku?

    Odpoczynek - ten powszedni i ten wieczny
    „Odpoczynek” John Singer Sargent

    ***

    O zaletach godziwego odpoczynku

    Godziwy odpoczynek nie jest udręką, ale czynnością, która przywraca człowiekowi siły, odnawia możliwość tworzenia i kreatywności. W Biblii jest bardzo wiele fragmentów, w których bezpośrednio mowa jest o ludzkim wypoczynku, choćby w Psalmach, gdzie czytamy: „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć” (Ps 23, 1-2). Oprócz szabatu Biblia uznaje potrzebę codziennego odpoczynku dla zwierząt (Ez 34,14), a także dla ludzi (2 Sm 4,5). W przypadku człowieka szczególnie pożądany jest spokój duszy (Ps 116,7). Synonimem odpoczynku jest bowiem właśnie spokój i zadowolenie, zarówno jeśli chodzi o spokój ziemi (Iz 14,7), ludzi (Hi 3,13), czy społeczności (Jr 6,16). Brak spokoju z powodu przeciwności (Ps 22,2), cierpienia lub pracy (Koh 2,23) pozbawia człowieka odpoczynku. 2 Krn 14,5 opisuje pokojowe rządy króla jako czas odpoczynku dla królestwa. Brak zakłóceń międzynarodowych postrzegano bowiem jako czas odpoczynku dla monarchy (2 Krn 20,30). Także wyzwolenie od ucisku wrogów uważano za odpoczynek (2 Krn 32,22).

    Jak wiadomo, król Saul odpoczywał, słuchając muzyki, jaka wydobywała się z harfy Dawida.

    Wieczny odpoczynek racz nam dać Panie?

    Obietnicę życia wiecznego Biblia nazywa odpoczynkiem przygotowanym przez Boga (Hbr 4,1) na wzór odpoczynku obiecanego Izraelitom w czasach Mojżesza (Hbr 3,10-11). „Pan powiedział: »Moja obecność pójdzie z tobą i dam ci odpocznienie«” (Wj 33,12-14). Pisarze chrześcijańscy uznawali, że słowa te wypełniły się dla wszystkich ludzi w Chrystusie (Rz 4,16Hbr 3,1-2), a za cel życia uważali osiągnięcie tego rodzaju odpoczynku, który jest darem Boga (Ap 14,13).

    Nieraz pracoholicy mówią, że odpoczną sobie po śmierci. Ba! Utrwala się taki obraz poprzez zwrot „wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie!”. Tak jakbyśmy w tym zabieganym świecie, głównie marzyli o odpoczynku… Odpoczynek, obiecany i przygotowany przez Boga, spełni się, gdy spotkamy Go twarzą w twarz w królestwie niebieskim. Można powiedzieć, że to będą nasze wakacje. Ale przecież odpoczynek to niekoniecznie bezczynność. Nawet tu na ziemi, często odpoczywamy przez rozwijanie zainteresowań czy realizację pasji.

    Peter Kreeft w książce „Wszystko co chciałbyś wiedzieć o Niebie, ale nie śniło ci się zapytać” dokonał interesującego spostrzeżenia, że niektórzy być może świadomie lub nieświadomie, boją się Nieba, ponieważ boją się nudy. Śmierć jest dla nich straszna, gdyż oferuje tylko dwie alternatywy: niebiańską nudę lub piekielne męki. Wiele amerykańskich filmów wyobraża sobie mieszkańców Nieba na podobieństwo ubranego w białe szaty chóru Gospel. Taki wiejący nudą ocean bieli. I tak przez całą wieczność – możemy zapytać ze zgrozą? Będziemy chodzić w powłóczystych szatach, uśmiechać się błogo, leżeć „na zielonych pastwiskach”, grać na harfach i śpiewać w chórach anielskich? Kto by chciał w ten sposób spędzić całą wieczność? W końcu człowiek zanudziłby się na śmierć w takim Niebie. Jest to konsekwencja poglądu, że w Niebie nie ma nic do roboty, bo cóż można robić w doskonałym świecie? Czy jednak moglibyśmy być szczęśliwi bez twórczej pracy?

    Peter Kreeft objaśnia, że Nieba potrzebujemy przede wszystkim po to, żebyśmy mogli się spełnić, dokończyć, a zadanie to zaczynamy tu – na ziemi. Nikt nie umiera w formie skończonej. Nigdy nie ma dość czasu, żeby zrobić wszystko, co moglibyśmy i powinniśmy zrobić, aby być tym wszystkim, czym moglibyśmy i powinniśmy być. Pierwsze i fundamentalne przykazanie Boga skierowane do człowieka, wzywa go, aby czynił sobie Ziemię poddaną, czyli twórczo uczestniczył w Bożym dziele stwarzania świata. Być może nakaz ten nie straci na aktualności także po przyszłej Paruzji. Niebo jest pełne kreacji. Będziemy w nim mieli szansę na pełną realizację swoich kreatywnych możliwości. Wszystko, co nas ogranicza na ziemi i utrudnia realizowanie siebie, w Niebie zostanie usunięte. Niebo nie będzie tylko oglądaniem Boga i odpoczynkiem rozumianym jako nic nie robienie. Będzie czymś dokładnie przeciwnym. Bóg jest przecież tryskającym źródłem życia i działania, a my powołani jesteśmy, by panować i zasiąść wraz z Panem na Jego tronie oraz aby panować nad wszechświatem (por. Ap 3, 21; 22, 5; Łk 22, 28-30; 2 Tm 2, 12; Mt 25, 34). Wieczny odpoczynek będzie tak naprawdę wieczną pracą… ale taką, która nie przynosi zmęczenia, tylko satysfakcję i radość.

    Roman ZającStacja7.pl

    ***

    A może weekend w klasztorze? 10 propozycji na wakacje dla wierzących

    fot. Family News Service/Stacja7

    ***

    Nie masz pomysłu na wakacje? Przedstawiamy 10 propozycji na ciekawe i wartościowe spędzenie tego czasu.

    1. Spotkajmy się!

    W wakacje odbywa się wiele interesujących wydarzeń. Jedną z propozycji jest Festiwal Życia w Kokotku, gdzie 4 lipca spotkają się młodzi ludzie z różnych zakątków Polski. Wystąpią znani artyści. Odbędzie się ekstremalny bieg przełajowy. Program wydarzenia jest bardzo bogaty. Szczegóły na festiwalzycia.pl.

    2. Św. Mikołaj – edycja letnia

    Myślałeś kiedyś o wyjeździe na misje? Propozycje wolontariatu można znaleźć w internecie. Nie każdy jednak musi wyjeżdżać w dalekie strony. A gdyby tak przynajmniej na czas wakacji zaangażować się w bezinteresowną pomoc starszej osobie w robieniu zakupów? A może ktoś zwyczajnie potrzebuje twoich odwiedzin? Św. Mikołajem możesz być nie tylko w grudniu.

    3. Pogromca zaległości

    W ciągu całego roku dużo się dzieje, odkładamy ważne sprawy. Wakacje mogą być doskonałym czasem, żeby wreszcie do kogoś zadzwonić, może naprawić zepsutą relację.

    4. Jak mnich w klasztorze

    Nie trzeba być zakonnikiem, żeby poczuć rytm życia klasztornego. Wszystko dzięki możliwości spędzenia czasu w klasztorze w roli gościa. Można m.in. pojechać do słynnych tynieckich benedyktynów albo żyjących szczególnie surowo kamedułów w Krakowie.

    5. Z Biblią w podróży

    Jeśli czujesz, że życie klasztorne to jednak nie twoja bajka, warto poszukać kontaktu ze swoim wnętrzem i naturą, wybierając się np. na wyprawę górską albo wycieczkę rowerową. Dobrze jest wziąć ze sobą Biblię. Ogrody Biblijne w Muszynie (muszynskieogrodybiblijne.pl).

    6. Z krzyżem i różańcem

    Michał Ulewiński to Polak, który w 2020 roku z krzyżem na ramionach przeszedł Polskę wzdłuż i wszerz wypraszając pokój dla ojczyzny. Nie każdy jest w stanie zdobyć się na takie spędzenie wakacji, ale warto się zainspirować. Dawniej niektórzy mierzyli czas lub odległość liczbą odmówionych różańców. Co powiecie na rodzinną wycieczkę z punktu A do B z różańcami w dłoniach?

    7. Autostopowicz-ewangelizator

    Podróże autostopem to nie tylko sposób na spotykanie ciekawych ludzi i niekonwencjonalne podróże. To także doskonała okazja do ewangelizowania. Rozmawiać o wierze można oczywiście także w pociągu, tramwaju czy autobusie.

    8. Zagramy?

    Na wypadek nie najlepszej pogody warto przygotować sobie plan B, czyli pomysł na spędzanie czasu w domu. Niekoniecznie musimy sięgać po gotowe planszówki czy gry komputerowe. A może coś bardziej kreatywnego? Można zawsze pokusić się o stworzenie własnej gry. Jej forma zależy od inwencji twórczej domowników.

    9. Wartościowa lektura – Biblia w 90 dni

    Nie ma to jak wartościowa lektura na wakacje, tym bardziej gdy jest to Biblia. Czas wakacji to dobry moment, żeby przeczytać całą Biblię. Można to zrobić nawet w 90 dni. Warto skorzystać z darmowej aplikacji Biblia90dni, która zadba, żeby nie umknął nam żaden werset. Dla studentów to nawet w sam raz okres trzech wakacyjnych miesięcy.

    10. Bądź kreatywny!

    Numer 10 na naszej liście to zupełnie twój pomysł. Wymyśl coś swojego, co pozwoli Ci spędzić wakacje z Bogiem i drugim człowiekiem.

    kh, Family News Service/Stacja7

    ***

    Niedziela 5 lipca 2026

    Leon XIV: „Tylko w krzyżu Jezusa zło zostaje odkupione

    “Pójść do Jezusa znaczy odpowiedzieć na Jego miłość i dzielić Jego życie aż po krzyż” – mówił papież Leon XIV podczas niedzielnej modlitwy Anioł Pański.

    Naśladowanie Chrystusa jest szkołą wolności

    ***

    Naśladowanie Chrystusa nie jest zadręczającą ascezą, lecz szkołą wolności. Mówił o tym Leon XIV w rozważaniu przed modlitwą „Anioł Pański” na Placu św. Piotra w Watykanie.

    Papież wskazał, że Bóg lubi objawiać się „prostaczkom”, pozostając ukrytym przed „mądrymi i roztropnymi”, którzy „są tak pełni własnych idei, że nie rozpoznają obecności Chrystusa”. Ludzka mądrość staje się wówczas arogancją, a nauka przeradza się w pychę – zauważył Leon XIV.

    Leon XIV: „Tylko w krzyżu Jezusa zło zostaje odkupione”

    Komentując zachętę Jezusa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście”, wyjaśnił, że pójść do Jezusa „znaczy odpowiedzieć na Jego miłość i dzielić Jego życie aż po krzyż”. Taki „dar z siebie składany z miłości jest «jarzmem» Jezusa, czyli syntezą Jego nauczania, sercem Jego mądrości, płonącej miłością ku wszystkim”.

    Ciężar krzyża może być „lekki” i „słodki”, ponieważ „Pan niesie go jako pierwszy i razem z nami wszystkimi, nigdy nie zostawiając nas samych w tym, co nas przytłacza”. Jezus „bierze na siebie ludzkość zranioną przez zło, aby ją otoczyć troską”.

    Gdy naśladujemy Chrystusa, nasza droga nie jest zadręczającą ascezą: jest ona szkołą wolności, która poważnie traktuje dramat historii i zawsze rozświetla jego sens, zwłaszcza w najbardziej mrocznych chwilach. Rzeczywiście, tylko w krzyżu Jezusa zło zostaje odkupione; tylko w Jego męce nasze śmiertelne utrudzenie znajduje pociechę i wyzwolenie – przekonywał papież.

    W niewoli Chrystus jest wyzwoleniem. Pod biczem wojny Chrystus jest nadzieją. W godzinie grzechu Chrystus jest przebaczeniem. Taka jest prawdziwa mądrość, droga, którą chcemy iść razem, zjednoczeni jako uczniowie w Jego imię – podkreślił Leon XIV.

    vatican.va – Stacja7.pl

    ***

    Miesiąc Najdroższej Krwi

    Lipiec poświęcony jest czci Najdroższej Krwi Pana Jezusa. W rozważaniach, chcemy pokazać dar, jakim było i jest przelanie przez naszego Odkupiciela drogocennej Krwi.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Boży Syn nie tylko w czasie Męki, ale dużo wcześniej przelewał Krew, by odkupić rodzaj ludzki. Przypominają nam o tym nabożeństwa, które mają na celu uczczenie Męki Pańskiej, ale też te szczególnie poświęcone Przenajdroższej Krwi Pana Jezusa.

    Na początku spróbujmy sobie odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego lipiec?

    Odpowiedzi poszukajmy w historii, a dokładnie w 1849 roku, kiedy to papież Pius IX dekretem „Redempti sumus” wyznaczył na 1 lipca Święto Najdroższej Krwi Chrystusa (zniesione podczas reformy liturgicznej w 1969). Do rozwoju kultu przyczynił się św. Kasper del Bufalo i założone przez niego Zgromadzenie Misjonarzy Krwi Chrystusa. Św. Kasper, nazwany przez Papieża Jana XXIII prawdziwym i największym na świecie apostołem pobożności do Najdroższej Krwi Jezusa, zdołał, na początku minionego wieku, wprowadzać ją prawie we wszystkich miesiącach roku, na zmianę, w różnych kościołach Rzymu i we wszystkich miastach i wioskach (a były one liczne), które były miejscem jego apostolstwa.

    W Mszale Rzymskim możemy znaleźć formularz Mszy Świętej o Krwi Chrystusa. Został on zatwierdzony przez Benedykta XIV. Święty Jan XXIII zatwierdził do publicznego odmawiania Litanię do Najdroższej Krwi Chrystusa. Uczynił to listem apostolskim „Inde a Primis” z 1960.

    Mimo bogatej historii kultu, nabożeństwo lipcowe jest mało rozpowszechnione na terenie Polski. Sprawowane jest we wszystkich klasztorach Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia, w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w  Krakowie – Łagiewnikach i w nielicznych parafiach. A przecież praktyka ta nie jest nowa.

    Oto dlaczego tak święto, jak i miesiąc Najdroższej Krwi zostały ustanowione w środku roku prawie, by przypomnieć nam pełnię samego Odkupienia. Ale jest jeszcze inny motyw: właśnie w lipcu życie chrześcijańskie osłabia się, a życie ziemskie nabiera rozmachu i w tym ferworze tryumfuje zło. Dlatego konieczna jest jakaś pomoc, a znaleźć ją można właśnie we Krwi Chrystusa.

    Warto pamiętać, że po maju dla Maryi i czerwcu dla Najświętszego Serca Jezusowego, Kościół świadomie ustalił, że lipiec będzie poświęcony Najdroższej Krwi Jezusa. Lipiec jest centrum roku słonecznego, jest miesiącem nad miesiącami, miesiącem słońca, które praży swym najintensywniejszym skwarem: a Odkupienie nie jest może stołem obfitującym w cudowne źródło – Boskiej Krwi – wlewanej w dusze przez miłość Chrystusa?

     ks. Krzysztof Hawro -Tygodnik Niedziela

    ***

    Krew w Biblii – od symbolu życia do źródła zbawienia

    Krew Chrystusa.png
    opr. PCh24.pl

    ***

    Choć w Starym Testamencie spożywanie krwi było surowo zakazane, to Chrystus nie tylko polecił Apostołom pić swoją Krew, lecz – co więcej – uczynił to warunkiem życia wiecznego. Czy Zbawiciel zniósł starotestamentalne Prawo, czy raczej doprowadził je do pełni?

    Krew utożsamiana z życiem

    Współczesnemu człowiekowi krew kojarzy się przede wszystkim z medycyną. Wiemy, że transportuje tlen do komórek organizmu, znamy rodzaje krwinek, a wyniki badań krwi pomagają diagnozować wiele chorób.

    Izraelici nie posiadali tak rozwiniętej wiedzy medycznej. Dostrzegali jednak prostą zależność: gdy człowiek lub zwierzę traciło krew, następowała śmierć. Krew była więc dla nich znakiem życia. Zresztą także z dzisiejszej perspektywy nie jest to bezpodstawne – przecież zgodnie z tradycyjnym kryterium sercowo-oddechowym śmierć stwierdza się po ustaniu pracy serca i oddechu, czyli wtedy, gdy krew przestaje krążyć w organizmie.

    Zakaz spożywania krwi

    Skoro krew oznaczała życie, a życie należy do Boga, dlatego Pan – najpierw przez Noego, a później przez Mojżesza – zakazał spożywania krwi. Nie była ona uważana za coś nieczystego. Wręcz przeciwnie – była tak święta, że człowiekowi nie wolno było jej spożywać. Zakaz ten pojawia się wielokrotnie na kartach Starego Testamentu:

    Jeżeli ktoś z domu Izraela albo spośród przybyszów, którzy osiedlili się między nimi, będzie spożywał jakąkolwiek krew, zwrócę oblicze moje przeciwko temu człowiekowi spożywającemu krew i wyłączę go spośród jego ludu. (…). Bo życie wszelkiego ciała jest we krwi jego – dlatego dałem nakaz synom Izraela: nie będziecie spożywać krwi żadnego ciała, bo życie wszelkiego ciała jest w jego krwi. Ktokolwiek by ją spożywał, zostanie wyłączony (Kpł 17,10-11.14).

    Nie wolno wam tylko jeść mięsa z krwią życia (Rdz 9,4).

    Ale się wystrzegaj spożywania krwi, bo we krwi jest życie, i nie będziesz spożywał życia razem z ciałem. Nie będziesz jej spożywał, ale jak wodę na ziemię ją wylejesz (Pwt 12,23-24).

    Krew ocalenia

    W historii Narodu Wybranego symbolika krwi stopniowo nabierała coraz głębszego znaczenia. Po raz pierwszy wyraźnie widzimy to podczas nocy paschalnej, gdy Izraelici opuszczali Egipt. Pokropienie odrzwi domów krwią baranka przynosiło ocalenie od śmierci pierworodnych. Krew stała się więc nie tylko znakiem życia, lecz także znakiem ocalenia:

    I wezmą krew baranka, i pokropią nią odrzwia i progi domu, w którym będą go spożywać. (…) Tej nocy przejdę przez Egipt, zabiję wszystko pierworodne w ziemi egipskiej, od człowieka aż po bydło, i odbędę sąd nad wszystkimi bogami Egiptu  – Ja, Pan. Krew posłuży wam do oznaczenia domów, w których będziecie przebywać. Gdy ujrzę krew, przejdę obok i nie będzie pośród was plagi niszczycielskiej, gdy będę karał ziemię egipską (Wj 12,7.12-13).

    Krew Przymierza

    Po przejściu przez Morze Czerwone Izraelici zawarli z Bogiem przymierze na Synaju, a jego pieczęcią stała się właśnie krew. Zanim bowiem Mojżesz otrzymał od Boga Dekalog, pokropił lud krwią na znak przymierza:

    Mojżesz wziął krew i pokropił nią lud, mówiąc: „Oto krew przymierza, które Pan zawarł z wami na podstawie wszystkich tych słów” (Wj 24,8).

    Krew Przebłagania

    Krew zyskała jeszcze większe znaczenie, kiedy Pan Bóg przekazał Mojżeszowi wytyczne dotyczące składania ofiar, czego szczegółowy opis znajdujemy w pierwszych rozdziałach Księgi Kapłańskiej. Przepisy te określały kto, gdzie i w jaki sposób ma składać ofiary. Tym samym Bóg ustanowił uporządkowany kult.

    Składając ofiary ze zwierząt, kapłani mieli pokropić ołtarz ich krwią, a w przypadku niektórych rodzajów ofiar – wylać ją na podstawę ołtarza. Kilka rozdziałów dalej dowiadujemy się dlaczego tak miało być – skoro krew była znakiem życia należącego do Boga, to właśnie przez nią miało odbywać się pojednanie:

    Życie ciała jest we krwi, a Ja dopuściłem ją dla was [tylko] na ołtarzu, aby dokonywała przebłagania za wasze życie, ponieważ krew jest przebłaganiem za życie (Kpł 17,11).

    Stary Testament przygotowaniem do Chrystusa

    Czytając kolejne księgi Starego Testamentu, łatwo zauważyć, że znaczenie krwi stopniowo wzrastało. Swój szczyt osiągnęło ono jednak dopiero w Nowym Przymierzu ustanowionym przez Chrystusa. Znaczenie Jego krwi przekroczyło wszystko, co zapowiadały wcześniejsze ofiary.

    Wydarzenia Wielkiego Czwartku i Wielkiego Piątku nadały całej wcześniejszej symbolice ostateczny sens. Ostatnia Wieczerza oraz Ofiara Krzyża nie były zerwaniem ze Starym Testamentem, lecz jego wypełnieniem.

    Widać zatem jasno, że rosnące znaczenie krwi w historii Izraela było przygotowaniem do jedynej i doskonałej Ofiary Chrystusa oraz ustanowienia Eucharystii.

    Noc Ostatniej Wieczerzy

    Podczas Ostatniej Wieczerzy Chrystus przemienił wino w swoją Krew i polecił Apostołom pić ją „na Jego pamiątkę”. Czy oznaczało to złamanie starotestamentalnego zakazu spożywania krwi? Nie. Dawne ograniczenie wynikało z faktu, że krew oznaczała życie należące do Boga, którego człowiekowi nie wolno było sobie samowolnie przywłaszczać.

    W Eucharystii sytuacja jest jednak zupełnie inna – to nie człowiek przywłaszcza sobie krew, lecz sam Bóg daje mu swoją Krew jako napój. Tylko Chrystus mógł powiedzieć: „Pijcie z niego wszyscy”, ponieważ dał ludzkości nie krew zwierzęcia ani człowieka, lecz swoje własne życie jako dar dla świata. Nie jest to więc zniesienie dawnego prawa, lecz jego doskonałe wypełnienie.

    Co więcej, Jezus uczynił spożywanie swojego Ciała i Krwi warunkiem życia wiecznego. Mówi o tym wyraźnie w mowie eucharystycznej zapisanej w szóstym rozdziale Ewangelii według św. Jana:

    Rzekł do nich Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie. To jest chleb, który z nieba zstąpił – nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a poumierali. Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki” (J 6,53-58).

    Szósty rozdział Ewangelii św. Jana ma szczególne znaczenie teologiczne. Łączy on bowiem cud rozmnożenia chleba z zapowiedzią Eucharystii oraz z mową eucharystyczną Jezusa. W ten sposób Chrystus przygotowuje uczniów na wydarzenia Ostatniej Wieczerzy, podczas której rzeczywiście przemieni chleb i wino w swoje Ciało i Krew. Mowa eucharystyczna stanowi zarazem mocny argument przeciwko protestanckiej interpretacji Eucharystii jako jedynie symbolu. Słowa Zbawiciela wskazują bowiem, że nie chodzi jedynie o duchowe czy metaforyczne przyjmowanie Ciała Pańskiego, lecz o rzeczywiste spożywanie Jego Ciała i Krwi pod postaciami chleba i wina.

    Ofiara Krzyża

    Pełne znaczenie symboliki krwi objawiło się jednak dopiero na Golgocie. Tak jak krew baranka paschalnego ocaliła Izraelitów od śmierci, tak Krew Chrystusa przelana na krzyżu przynosi wybawienie od grzechu i śmierci wiecznej.

    Od tej chwili starotestamentalne ofiary utraciły swoją skuteczność, ponieważ zostały wypełnione przez jedyną i doskonałą Ofiarę Chrystusa. Nie ma już potrzeby składania w ofierze kozłów czy cielców, a nawet gdyby ktoś to uczynił, ofiary te nie mogłyby już zgładzić grzechów (!)

    Chrystus, zjawiwszy się jako arcykapłan dóbr przyszłych, przez wyższy i doskonalszy, i nie ręką – to jest nie na tym świecie – uczyniony przybytek, ani nie przez krew kozłów i cielców, lecz przez własną krew wszedł raz na zawsze do Miejsca Świętego i osiągnął wieczne odkupienie. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi skrapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu – pisze autor Listu do Hebrajczyków (Hbr 9,11-14).

    Kilka wersetów dalej dodaje:

    Chrystus bowiem wszedł nie do świątyni zbudowanej rękami ludzkimi, będącej odbiciem prawdziwej [świątyni], ale do samego nieba, aby teraz wstawiać się za nami przed obliczem Boga, ani nie po to, aby się wielekroć sam miał ofiarować, jak arcykapłan, który co roku wchodzi do świątyni z krwią cudzą, gdyż w takim przypadku musiałby cierpieć wiele razy od stworzenia świata. A tymczasem raz jeden ukazał się teraz na końcu wieków, aby zgładzić grzech przez ofiarę z samego siebie (Hbr 9,24-26).

    Przytoczony fragment Nowego Testamentu jasno dowodzi, że przebłagania za grzech dokonuje już nie krew zwierząt, lecz wyłącznie Krew Chrystusa przelana raz na zawsze na krzyżu. My zaś możemy korzystać z tego wielkiego daru przystępując do sakramentu spowiedzi świętej. Jak mówił abp Fulton Sheen w jednej ze swoich nauk rekolekcyjnych:

    Za każdym razem, gdy kapłan podnosi rękę w konfesjonale, spływa z niej krew. Za każdym razem, gdy grzeszymy, naszą nadzieją na natychmiastowe odpuszczenie jest odwołanie się do Krwi Chrystusa.

    Nabożeństwo do Najdroższej Krwi Chrystusa

    Do reformy kalendarza liturgicznego w 1969 roku, Najdroższą Krew Chrystusa czczono specjalnym świętem obchodzonym 1 lipca, co wciąż praktykują wierni przywiązani do tradycyjnej formy Mszy Świętej. Niestety w nowym kalendarzu liturgicznym tajemnica ta została połączona z uroczystością Bożego Ciała, tworząc jedną uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Teksty liturgiczne na ten dzień skupiają się jednak na tajemnicy Eucharystii, co oznacza, że tajemnica Najdroższej Krwi Pańskiej została niejako pominięta.

    Z tym świętem wiązała się również piękna tradycja poświęcenia całego lipca Najdroższej Krwi Chrystusa oraz odmawiania Litanii do Krwi Chrystusa. Może warto dziś do tej praktyki powrócić. Tak jak maj jest miesiącem nabożeństw maryjnych, a czerwiec poświęcony jest Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, tak również lipiec mógłby stać się czasem szczególnej modlitwy do Najdroższej Krwi Chrystusa i ponownego odkrywania tajemnicy naszego odkupienia.

    PCh24.pl – Adrian Fyda

    ***

    Litania do Najdroższej Krwi Pana Jezusa

    Kyrie eleison, Chryste eleison, Kyrie eleison.
    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Krwi Chrystusa, Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wcielonego Słowa Bożego, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, nowego i wiecznego Przymierza, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, przy konaniu w Ogrójcu spływająca na ziemię, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, tryskająca przy biczowaniu, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, brocząca spod cierniowej korony, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, przelana na krzyżu, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zapłato naszego zbawienia, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, bez której nie ma przebaczenia, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, która poisz i oczyszczasz dusze w Eucharystii, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zdroju miłosierdzia, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zwyciężająca złe duchy, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, męstwo Męczenników, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, mocy Wyznawców, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, rodząca Dziewice, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, ostojo zagrożonych, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, ochłodo pracujących, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, pociecho płaczących, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, nadziejo pokutujących, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, otucho umierających, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, pokoju i słodyczy serc naszych, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zadatku życia wiecznego, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wybawienie dusz z otchłani czyśćcowej, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wszelkiej chwały i czci najgodniejsza, wybaw nas.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    P. Odkupiłeś nas, Panie, Krwią swoją.
    W. I uczyniłeś nas królestwem Boga naszego.

    Módlmy się: Wszechmogący, wieczny Boże, Ty Jednorodzonego Syna swego ustanowiłeś Odkupicielem świata i Krwią Jego dałeś się przebłagać, daj nam, prosimy, godnie czcić zapłatę naszego zbawienia i dzięki niej doznawać obrony od zła doczesnego na ziemi, abyśmy wiekuistym szczęściem radowali się w niebie. Przez Chrystusa, Pana naszego.
    W. Amen.

    ***

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana i aby świat poznał i wypełnił Jej przesłania !

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    Intencje Żywego Różańca

    na miesiąc lipiec 2026 roku

    Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:

    – Módlmy się o szacunek i ochronę ludzkiego życia na wszystkich jego etapach, a także by było ono uznawane za dar Boga.

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    1) Dziękujemy Ci Najdroższy nasz Zbawicielu, że Twoja Krew nieustannie oczyszcza nas w sakramencie pojednania i umacnia w Eucharystii.

    2) Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    3) Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    Dodatkowe intencje dla Róż:

    R11 – św. Moniki, R15 -Matki Bożej Częstochowskiej II i R20 – bł. Pauliny Jaricot: 

    Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    R18 – bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:

    Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia i miłości. Żebyśmy mogli zawsze trwać i w radościach i trudach życia, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.

    ***

    Od 1 lipca modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 30 czerwca z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ***

    Obecnie mamy 21 Róż Żywego Różańca. Zachęcamy bardzo serdecznie kolejne osoby, które chciałyby dołączyć do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się więc, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ***

    Każdy kto należy do Wspólnoty Żywego Różańca uczestniczy w następujących przywilejach:

    • Modląc się codziennie jedną dziesiątką różańca dostępuje się takich łask jak wtedy kiedy modlimy się całym różańcem (20 Tajemnic Różańcowych), gdyż jest we wspólnocie modlitewnej i kolejne osoby z Róży dopełniają modlitwę różańcową rozważając pozostałe Tajemnice.
    • Każdy z członków Żywego Różańca, na podstawie przywileju udzielonego przez Stolicę Apostolską (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 25.10.1967), może uzyskać odpust zupełny (darowanie kary czyśćcowej) pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, przyjęcie w danym dniu Komunii św., odmówienie Wierzę w Boga, Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo w intencjach w jakich modli się Ojciec św. Leon XIV).
    • Dni w których można uzyskać odpust zupełny:

    1. Dzień przyjęcia do Wspólnoty Żywego Różańca

    2. Uroczystość Narodzenia Pańskiego (25 grudnia)

    3. Święto Ofiarowania Pańskiego (2 lutego)

    4. Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego (5 kwietnia)

    5. Uroczystość Zwiastowania Pańskiego (25 marca)

    6. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia)

    7. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej (7 października)

    8. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia)

    ***

    Obietnice różańcowe przekazane przez Matkę Bożą bł. Alanowi z La Roche:

    1. Wszyscy, którzy wiernie Mi służyć będą odmawiając Różaniec św. otrzymają pewną szczególną łaskę

    2. Wszystkim odmawiającym pobożnie mój Różaniec przyrzekam Moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski

    3. Różaniec będzie najpotężniejszą bronią przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje

    4. Cnoty i święte czyny zakwitną – najobfitsze zmiłowanie uzyska dla dusz od Boga; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa

    5. Dusza, która poleca Mi się przez Różaniec – nie zginie

    6. Każdy kto będzie modlił się pobożnie na Różańcu św., rozważając równocześnie Tajemnice Święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem a jeśli zaś żyje według Bożych przykazań – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne

    7. Prawdziwi czciciele Mego Różańca nie umrą bez Sakramentów Świętych

    8. Chcę, aby odmawiający Mój Różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach Świętych

    9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które Mnie czciły modlitwą różańcową

    10. Prawdziwi czciciele Mego Różańca osiągną wielką chwałę w niebie

    11. O cokolwiek przez Różaniec prosić będziesz – otrzymasz

    12. Rozszerzającym Mój Różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie

    13. Uzyskałam u Syna Mojego, aby wpisani do Wspólnoty Mojego Różańca – mieli w życiu i przy śmierci za swoich orędowników wszystkich mieszkańców nieba

    14. Odmawiający Mój Różaniec są Moimi dziećmi, a Jezus Chrystus, mój Jednorodzony Syn, jest dla nich Bratem

    15. Nabożeństwo do Mego Różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do Nieba

    Różaniec jest modlitwą piękną, ale dość wymagającą, gdyż łatwo ją bezmyślnie powtarzać. Należy jak najprościej modlić się na różańcu. Zaczyna się od przeczytania rozważań lub fragmentu Ewangelii, następnie krótka refleksja nad przeczytanym tekstem oraz podanie intencji. Następnie odmówić dziesiątkę różańca. W różańcu chodzi o to, by nie tyle skupić się na technice odmawiania, ale aby rozważać poszczególne tajemnice oraz ich znaczenie. Taki różaniec staje się modlitwą ewangeliczną, wraz z Najświetszą Maryją Panną przeżywamy kolejne momenty życia Pana Jezusa.

    Nie można traktować Różańca magicznie, przed czym przestrzegał św. Jan Paweł II. Istotą jest zasłuchanie, wniknięcie w Boże dary, stąd zawsze przed modlitwą zapraszamy Ducha Świętego.

    Każdy, kto przyjął sakrament chrztu świętego powinien być odpowiedzialny za święty Kościół Katolicki. Coraz bardziej świadomie przeżywać troskę o zbawienie nie tylko swoje, ale również innych. Dokonuje się to poprzez miłość Boga i bliźniego, modlitwę, dobre uczynki i cierpliwe znoszenie codziennych krzyży.

     ***

    Znamy cuda św. Szarbela.

    Czas poznać tajemnicę jego modlitwy

    szarbel.jpg
    św. Szarbel

    ***

    Św. Szarbel kojarzy się milionom wiernych przede wszystkim z niezwykłymi cudami i uzdrowieniami. Tymczasem najnowsza książka ks. dr. Jerzego Jastrzębskiego Maryja oczami św. Szarbela. Rozważania różańcowe pisane w Libanie zaprasza do odkrycia tego, co było źródłem świętości libańskiego mnicha – jego głębokiej modlitwy oraz niezwykłej relacji z Matką Bożą. To duchowa podróż do Libanu i szkoła zawierzenia prowadzona przez jednego z największych mistyków naszych czasów.

    Fenomen św. Szarbela trwa

    Fenomen św. Szarbela nie słabnie. Do jego grobu w Annaya w Libanie każdego roku przybywają pielgrzymi z całego świata, również z Polski. Za jego wstawiennictwem odnotowano już ponad 45 tysięcy łask i cudów, a świadectwa uzdrowień i nawróceń sprawiają, że kult libańskiego mnicha wciąż dynamicznie się rozwija.

    Coraz więcej osób pielgrzymuje do miejsc związanych z jego życiem. Zachwycamy się niezwykłymi znakami, których doświadczały tysiące ludzi. Jednak obok fascynacji cudami rodzi się jeszcze jedno pytanie: skąd brała się świętość człowieka, przez którego Bóg działa z tak niezwykłą mocą?

    Mniej o cudach, więcej o modlitwie

    Na to pytanie odpowiada najnowsza książka ks. dr. Jerzego Jastrzębskiego Maryja oczami św. Szarebla. Powstała podczas pielgrzymki autora do Libanu, gdzie – modląc się w miejscach związanych ze św. Szarbelem – pisał kolejne rozważania różańcowe.

    Jak zauważa sam autor, o cudach św. Szarbela powiedziano już bardzo wiele. Znacznie mniej wiemy natomiast o jego codziennej modlitwie, duchowości i niezwykłej więzi z Maryją. To właśnie ta relacja była jednym z fundamentów jego świętości.

    Maryja zajmowała wyjątkowe miejsce w życiu św. Szarbela. W jego celi wisiał obraz Matki Bożej Pompejańskiej, a różaniec był jedną z najważniejszych dróg prowadzących go do Chrystusa. To od Matki Bożej uczył się pokory, milczenia, wierności i całkowitego oddania Bogu. Ks. Jerzy Jastrzębski prowadzi czytelnika właśnie tą drogą. Pokazuje Maryję jako Orędowniczkę i Nauczycielkę zawierzenia oraz pomaga odkryć, jak tę drogę przeżywał św. Szarbel. Dzięki temu różaniec przestaje być jedynie powtarzaniem modlitw, a staje się drogą głębokiego spotkania z Jezusem.

    Duchowa pielgrzymka do Libanu

    Maryja oczami św. Szarbela jest czymś więcej niż zbiorem medytacji. To zaproszenie do wejścia w duchowość Kościoła maronickiego i modlitwy, która przez wieki kształtowała świętych Wschodu. Książkę wzbogacają przesłania św. Szarbela, świadectwa działania Boga przez jego wstawiennictwo oraz fragmenty starochrześcijańskich hymnów św. Efrema Syryjczyka – jednego z największych poetów i teologów pierwszych wieków chrześcijaństwa, którego tekstami modlili się mnisi maroniccy, a najprawdopodobniej także sam św. Szarbel.

    Nowa książka ks. Jerzego Jastrzębskiego nie opowiada jedynie o libańskim mnichu. Jest przede wszystkim propozycją dla tych, którzy chcą pogłębić swoją modlitwę i odkryć różaniec jako drogę prowadzącą do żywej relacji z Chrystusem.

    W czasie, gdy tysiące ludzi szukają u św. Szarbela nadzwyczajnych łask, autor przypomina, że największy cud dokonywał się każdego dnia w jego sercu – w cichej, wiernej modlitwie i całkowitym zawierzeniu Maryi. To właśnie do tej szkoły modlitwy zaprasza czytelników książka Maryja oczami św. Szarbela.

    PCh.24.pl

    ***

    PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     ***

    W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00

    NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ W MIESIĄCU LIPCU ŚPIEWAMY LITANIĘ DO KRWI PRZENAJDROŻSZEJ. W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    ***

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    ***

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    ***

    kaplica-izba Jezusa Miłosiernego

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA

    ***

    W KAŻDĄ DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM O GODZ. 10.00

    ***

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ***

    Pierwszy Piątek Miesiąca – 5 lipca 2026

    W kościele św. Piotra – GODZINNA ADORACJA od godz. 18.00

    Na zakończenie ADORACJI przed MSZĄ ŚWIĘTĄ śpiewamy LITANIĘ do KRWI PRZENAJDROŻSZEJ. W tym czasie jest możliwość SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    fot. wikipedia

    ***

    Dlaczego oddajemy cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa?

    Kult Najświętszego Serca Jezusowego rozpoczął się wraz z prywatnymi wizjami mistyczki św. Małgorzaty Marii Alacoque. Poznała ona tajemnice serca Pana Jezusa i zrozumiała jak wiele Ono wycierpiało podczas męki i jak często o tym zapominamy…

    Kult Najświętszego Serca Jezusowego rozpoczął się wraz z prywatnymi wizjami mistyczki św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pierwsze objawienia miały miejsce 27 grudnia 1673 r. we wspomnienie św. Jana Ewangelisty. Wówczas święta poznała tajemnice Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zrozumiała, jak często zapominamy o tym, co wycierpiało Serce Chrystusa, a które mimo to wciąż obdarza każdego z nas swoją niewysłowioną Miłością.

    Podczas widzenia Jezus prosił Małgorzatę, byśmy praktykowali zadośćuczynienie za niewdzięczność wobec Jego umiłowania wyrażonego na Golgocie. Chrystus pragnął, by kult Jego Serca stał się powszechnym i publicznym.

    Rozwój kultu Najświętszego Serca Jezusowego w Kościele

    Tak też się stało. Pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała stał się świętem poświęconym czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. Święto to ustanowił papież Klemens dla ówczesnego Królestwa Polskiego oraz Konfraterni Najświętszego Serca Jezusa w Rzymie. Następnie kult rozszerzył się dzięki papieżowi Piusowi IX, a Leon XIII w 1899 r. dokonał aktu poświęcenia całego rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. 

    27 lipca 1920 r. biskupi w obliczu zagrożenia bolszewickiego, na Jasnej Górze zawierzyli Najświętszemu Sercu Jezusa polski naród. Rok później, 3 czerwca 1921 r., po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, biskupi dokonali aktu poświęcenia Ojczyzny Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. To wydarzenie było równoległe z konsekracją świątyni Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie. 

    Kiedy zakończyła się II wojna światowa, biskupi zachęcali wiernych, by dokonywali osobistego aktu poświęcenia się Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, a 28 października 1951 r., Prymas bł. kard. Stefan Wyszyński, odnowił akt zawierzenia Polski Sercu Pana Jezusa na Jasnej Górze. Odnawiano go następnie w 1975 r, 2011 r., a następnie w 100. rocznicę dokonania aktu – 11 czerwca 2021 r. w krakowskiej bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa. 

    12 obietnic Serca Jezusa dla Jego czcicieli:

    Na podstawie pism św. Marii Małgorzaty Alacoque ułożono listę 12 obietnic Serca Jezusa dla Jego czcicieli:

    1. Czciciele otrzymają łaski potrzebne do realizacji ich zadań życiowych, wynikających z obowiązków stanu;
    2. pokój w rodzinach;
    3. pocieszenie w strapieniach;
    4.  opiekę Zbawiciela w życiu, szczególnie w godzinę śmierci;
    5. błogosławieństwo w podejmowanych przedsięwzięciach;
    6. 6. grzesznicy znajdą w Bożym Sercu „źródło i ocean miłosierdzia”;
    7. oziębli staną się gorliwymi w swoim życiu religijnym;
    8. gorliwi w wierze szybko staną się doskonałymi;
    9. Pan Jezus będzie błogosławił tym domom, rodzinom, w których jest czczony obraz Boskiego Serca;
    10. imiona osób propagujące to nabożeństwo zostaną zapisane w Sercu Pana Jezusa;
    11. kapłani poruszą najbardziej zatwardziałe serca;
    12. Pan Jezus da łaskę pokuty i będzie „ucieczką” w ostatniej godzinie życia osobom, które przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca będą przyjmowały Komunię Świętą wynagradzającą.

    Stacja7.pl (tekst pochodzi z Modlitewnika czerwcowego pt. „Twemu Sercu cześć składamy.)

    ***

    Nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego i do Serca Bożego. Czym się różni?

    fot. Canva.cof

    ***

    Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego jest tylko jakąś odmianą nabożeństwa do Serca Bożego, że pomiędzy tymi nabożeństwami nie ma istotnej różnicy. Tymczasem możemy wyróżnić cztery istotne różnice.

    W tym przekonaniu może utwierdzać także pobieżna lektura „Dzienniczka” Siostry Faustyny, w którym często jest mowa o Sercu Jezusa. Jednak teologiczna analiza treści tego dzieła prowadzi do wyraźnego rozgraniczenia tych dwóch nabożeństw, tak popularnych w Kościele. 

    Czym różni się nabożeństwo do Serca Jezusa i do Miłosierdzia Bożego?

    Takiej analizy dokonał ks. prof. I. Różycki i na jej podstawie ukazał zasadnicze różnice, jakie istnieją pomiędzy nabożeństwem do Serca Jezusowego i do Miłosierdzia Bożego. Dotyczą one przedmiotu istotnego i rzeczowego, samej istoty nabożeństw oraz czasu uprzywilejowanego, z którym wiążą się określone obietnice.

    1. Różne przedmioty istotne

    Przedmiotem właściwym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest miłosierdzie całej Trójcy Świętej, natomiast w nabożeństwie do Serca Jezusowego przedmiotem właściwym jest Boska Osoba Syna Bożego Wcielonego.

    2. Różne przedmioty rzeczowe

    Przedmiotem rzeczowym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest obraz Jezusa Miłosiernego odpowiadający wizji, jaką miała Siostra Faustyna 22 lutego 1931 roku w Płocku. Natomiast w nabożeństwie do Serca Pana Jezusa przedmiotem rzeczowym jest ludzkie, fizyczne Serce Jezusowe

    3. Inna istota nabożeństwa

    Istota nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego polega na ufności, natomiast istotą nabożeństwa do Serca Jezusowego jest wynagrodzenie

    4. Czas uprzywilejowany

    Czasem uprzywilejowanym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest godzina 3 po południu każdego dnia (moment konania Jezusa na krzyżu) oraz dzień święta Miłosierdzia w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Natomiast w nabożeństwie do Serca Bożego czasem uprzywilejowanym są dni: pierwsze piątki miesiąca oraz święto Serca Jezusowego.

    Stacja7.pl

    ***

    Pierwsza Sobota Miesiąca – 4 lipca 2026

    w kościele św. Piotra Msza św. niedzielna (Vigil Mass) o godz. 18.00

    Przed Mszą św. od godz. 17.00 możliwość spowiedzi św.

    Po Mszy św. Nabożeństwo Wynagradzające za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Maryi Panny

    Nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca

    WPROWADZENIE

    Wielka obietnica

    Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi.
    10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.

    Dzieciątko powiedziało:
    Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.

    Maryja powiedziała:
    Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.

    2. Dlaczego pięć sobót wynagradzających?

    Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:

    1. Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
    2. Przeciw Jej Dziewictwu,
    3. Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
    4. Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
    5. Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.

    WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA

    PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA

    Warunek 1
    Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca

    Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.

    Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:

    Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.

    Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:

    Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Warunek 2

    Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca

    Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:

    Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.

    Warunek 3

    Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca

    Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:

    O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.

    Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:

    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej!
    Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków!
    Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!

    Warunek 4

    Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca

    (Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)

    1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną:
    Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.

    2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.

    3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów:
    a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi,
    b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny,
    c. rozważ wcielenie Syna Bożego.

    4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj:
    Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.

    5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.

    Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć.
    Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia.
    Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.


    WIęcej informacji na temat Nabożeństw pięciu pierwszych sobót miesiąca można znaleźć na stronie www.pierwszesoboty.pl lub na stronie www.sekretariatfatimski.pl

    ***

    RATUNEK  DLA  ŚWIATA  W  SERCU  NIEPOKALANEJ

    Na temat objawień Matki Bożej w Fatimie napisano już wiele i zapewne wiele jeszcze zostanie napisane. Bez cienia wątpliwości możemy jednak stwierdzić, że wydarzenie to jest jednym z najdonioślejszych faktów we współczesnych dziejach Kościoła, tym więcej, że treść objawień odnosi się do całej ludzkości. Można utyskiwać, że jest ono objawieniem prywatnym i nie jesteśmy w stanie do końca zweryfikować jego wiarygodności, itd. Wszystko to można. Skoro jednak zajmujemy się treścią fatimskiego Orędzia należy odstawić na bok wszelkie próby przysłowiowego dzielenia włosa na czworo,  gdybyśmy bowiem zakwestionowali z takich czy innych powodów jego autentyczność należałoby konsekwentnie o całej sprawie zapomnieć, co zapewne wielu czyni. Dla nas wystarczającym motywem przyjęcia Orędzia jest uznanie przez Kościół autentyczności objawień, co miało miejsce 13 maja 1930 roku, a więc dokładnie 13 lat po ich zaistnieniu. Pierwszym tego owocem było poświęcenie Portugalii Niepokalanemu Sercu Maryi rok później*. Dlaczego akurat Niepokalanemu Sercu Maryi?

    Jak wiemy objawienia Maryi w Fatimie wobec trójki małych dzieci trwały od 13 maja do 13 października 1917 roku każdego trzynastego dnia miesiąca z wyjątkiem sierpnia, kiedy to objawienie miało miejsce 19 dnia tegoż miesiąca z powodu przetrzymywania małych wizjonerów w areszcie. Wiemy też, że Matka Boża wezwała w nich świat do pokuty i nawrócenia oraz do modlitwy za grzeszników przestrzegając przed straszliwymi konsekwencjami trwania w grzechu, tak w wymiarze doczesnym jak i wiecznym. W widzeniu lipcowym dzieci doświadczyły wizji piekła, o czym Łucja, jedyna z żyjących do niedawna wizjonerów opowiedziała na wyraźny rozkaz spowiednika dopiero w 1940 roku. Z tą wizją była jednak związana obietnica ratunku dla grzeszników poprzez nabożeństwo właśnie do jej Niepokalanego Serca.

    Maryja zapowiedziała dzieciom, że przyjdzie  aby prosić o poświęcenie Jej Niepokalanemu Sercu Rosji, oraz o komunię świętą wynagradzającą w pierwsze soboty miesiąca. Ludziom odprawiającym to nabożeństwo obiecała zbawienie, zapewniając też, że w godzinę śmierci będzie obecna z łaskami koniecznymi do zbawienia przy każdym kto to nabożeństwo odprawi. Mówiła także o ostatecznym tryumfie swego Niepokalanego Serca.

    Zapowiedziane przyjście Maryi dokonało się wobec Łucji 10 grudnia 1925 roku w Pontevedra. To tam dane było jej ujrzeć Serce Maryi otoczone cierniami ludzkich grzechów, bluźnierstw i niewdzięczności. Akty wynagrodzenia miały być sposobem na wyjmowanie tychże cierni. Maryja owo zadośćuczynienie połączyła z nabożeństwem pięciu pierwszych sobót miesiąca.

    W ramach tego nabożeństwa należy więc odbyć spowiedź, przyjąć komunię świętą, odmówić jeden różaniec, oraz przez piętnaście minut towarzyszyć Maryi rozmyślając nad piętnastoma tajemnicami różańca; wszystko to w intencji zadośćuczynienia.

    Drugie objawienie, według jej relacji miało miejsce 13 czerwca 1929 roku przed północą w kaplicy klasztornej. Wtedy Łucja doświadczyła wizji Trójcy Świętej:

     „Na ołtarzu ukazał się jasny krzyż sięgający aż do sufitu. W jaśniejszym tle można było zobaczyć w górnej części krzyża oblicze i górną część ciała człowieka. Nad piersią gołąbka również ze światła. A do krzyża przybite ciało drugiego człowieka. Trochę niżej bioder w powietrzu wisiał kielich i wielka Hostia, na którą spadały krople krwi z oblicza Ukrzyżowanego i z jednej rany piersiowej. Z Hostii spływały te krople do kielicha. Pod prawym ramieniem krzyża stała Najświętsza Maryja Panna. Była to Matka Boska Fatimska ze swym Niepokalanym Sercem w lewej ręce, bez miecza i róż, ale z cierniową koroną i płomieniem. Pod lewym ramieniem krzyża wielkie litery jakby z czystej wody źródlanej biegły na ołtarz tworząc słowa: Łaska i Miłosierdzie. Zrozumiałam, że mi została  przekazana tajemnica Trójcy Przenajświętszej. I otrzymałam natchnienie na temat tej tajemnicy, którego mi jednak nie wolno wyjawić. Potem rzekła Matka Boska do mnie: << Przyszła chwila, w której Bóg wzywa Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka. Tyle dusz zostaje potępionych przez sprawiedliwość Bożą z powodu grzechów przeciw mnie popełnionych. Przychodzę przeto prosić o zadośćuczynienie. Ofiaruj się w tej intencji i módl się>>”[1].

    Wizja z czerwca 1929 roku jakby dostosowana do percepcyjnych możliwości człowieka zawiera więc wyraźne już żądanie Maryi dotyczące zadośćuczynienia jej Niepokalanemu Sercu. W liście (kolejnym już) skierowanym do papieża Piusa XII w 1940 roku Łucja ponowiła prośbę o poświęcenie świata Niepokalanemu Sercu Maryi z wyraźnym wymienieniem Rosji wskazując, że przyniesie to ukrócenie cierpień wywołanych wojną, głodem  i prześladowaniem Kościoła. Tego samego aktu mieli dokonać wszyscy biskupi świata w łączności z papieżem. Kierując się tym świadectwem Łucji biskupi portugalscy jakby „ubiegli” papieża dokonując poświęcenia swojego kraju Sercu Maryi w 1931 roku. Warte zauważenia jest, że właśnie Portugalię ominęła zawierucha II wojny światowej a wcześniej krwawa wojna domowa w sąsiedniej Hiszpanii, która łatwo mogła rozlać się i na ten kraj, zważywszy, że siły wrogie chrześcijaństwu były również tutaj bardzo aktywne.

    Pius XII odpowiedział na to wezwanie Łucji, ale połowicznie. W przemówieniu radiowym skierowanym do wiernych uczestniczących w uroczystym zakończeniu obchodów 25-lecia objawień w Fatimie 31 października 1942 roku zawarł modlitwę, która była poświęceniem świata Niepokalanemu Sercu, lecz uczynił to bez łączności z biskupami świata i bez wymienienia Rosji. W ogólnym odczuciu papież poprzez ten akt „wypełniał jedynie życzenie przekazane przez Najświętszą Dziewicę w Fatimie[2]. Był to akt na tyle wyrazisty, że zainspirował do podobnego kroku Episkopat Polski o czym w dalszej części artykułu.

    Rozpatrując więc różne aspekty fatimskiego orędzia trzeba z naciskiem podkreślić, że głównym jego przesłaniem jest poświęcenie świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi oraz  nabożeństwo wynagradzające pięciu pierwszych sobót miesiąca.

    Apel o to nabożeństwo skierowany jest do każdego wierzącego. Może być ono odprawiane indywidualnie i w każdym okresie roku, może być ponawiane, bo przecież nigdy dosyć zadośćuczynienia. Owszem, ważne jest wspominanie i czczenie kolejnych rocznic objawień i związana z tym modlitwa różańcowa, procesje i czyny pokutne, tym bardziej że przynosi to także owoce nawrócenia czy duchowego umocnienia, lecz pamiętać należy, że nade wszystko Maryja prosi nas o nabożeństwo pierwszych sobót i poświęcenie się Jej Sercu. Dopełnieniem aktu poświęcenia z roku 1942, było ustanowienie przez Piusa XII w roku 1954 święta Maryi Królowej wraz z nakazem aby tego dnia ponawiano poświęcenie ludzkości Niepokalanemu Sercu Maryi. Ten nakaz ulotnił się niestety z powszechnej świadomości Kościoła.

    W ślad za Piusem XII jego następca papież Paweł VI  zwrócił się w 1967 roku z apelem do „wszystkich synów Kościoła” o osobiste ponowienie tego aktu, by przez to starali się „coraz doskonalej wypełniać wolę Bożą, naśladować ze czcią Królową Niebios i służyć Jej w duchu synowskim”. Poświęcenie nie miałoby być, co przy tej okazji warto z naciskiem podkreślić, jedynie zewnętrznym i werbalnym oddaniem się Maryi, ale nade wszystko łączyć się powinno z wewnętrzną przemianą, zerwaniem z grzechem i naśladowaniem Maryi w Jej oddaniu się Bogu. Chrześcijanin miałby przez to stać się zaczynem zakwaszającym dobrem współczesny świat. Oddanie się Maryi miało być jeszcze jednym środkiem pomocnym i według Jej słów skutecznym w dziele przywracania świata Bogu i ratowania ludzi zagrożonych wiecznym potępieniem. Ostatecznie aktu poświęcenia Kościoła i świata Niepokalanemu Sercu Maryi i – wedle słów siostry Łucji – w zgodzie z pragnieniem Matki Bożej, dokonał Jan Paweł II 25 marca 1984 roku. Gdy patrzymy z dzisiejszej perspektywy nie może jednak nie zastanawiać ogromna skala trudności z dokonaniem tego aktu przez kolejnych papieży, z których niektórzy w ogóle nie odnieśli się publicznie do fatimskiego orędzia.

    Chociaż papieskie oddanie świata Niepokalanemu Sercu Maryi nie obligowało Kościołów lokalnych do podobnego kroku Episkopat Polski postanowił powtórzyć je na gruncie polskim po zakończeniu II wojny światowej, by w ten sposób wypełnić życzenie Maryi i odpowiedzieć pozytywnie na przykład i zachętę ze strony Piusa XII. Po duchowym przygotowaniu  aktu tego dokonano 8 września 1946 roku na Jasnej Górze w obecności ok. 1 miliona wiernych przybyłych z różnych zakątków zniszczonego wojną kraju. Uroczystość jasnogórska poprzedzona została podobnym aktem poświęcenia o charakterze bardzo uroczystym na szczeblu parafii (7 lipca) oraz diecezji (15 sierpnia), przy czym poświęcenie parafii obejmowało także oddanie się Niepokalanemu Sercu Maryi poszczególnych rodzin i osobiście każdego jej członka. Akt ten poprzedzony był kazaniami wyjaśniającymi ich sens oraz spowiedzią i komunią świętą. Nie miał to być jedynie akt jednorazowy. W zamierzeniach Episkopatu miał on wycisnąć mocne piętno na życiu Narodu, dlatego „poszczególni biskupi zachęcali, a nawet zobowiązywali swych duszpasterzy do przypominania wiernym tego faktu, a zwłaszcza do uroczystego obchodzenia jego rocznic” i oczywiście „gorliwego wypełniania” podjętego aktu[3], którym należy żyć i nieustannie go odnawiać[4].

    Podobnego poświęcenia na wzór parafialny i diecezjalny dokonały także 19 sierpnia 1946 roku na Jasnej Górze wspólnoty zakonne zobowiązując się do wspomagania grzeszników, a także wynagrodzenia wszystkich zniewag i ran doznanych przez Maryję od ludzi, zobowiązano się także do poświęcania pierwszych sobót miesiąca czci Jej Niepokalanego Serca według wskazówek, jakich udzieliła za pośrednictwem dzieci fatimskich.[5]  

    Łatwo zauważyć, że akt poświęcenia narodu polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi obok części „fatimskiej” zawiera także odniesienie do aktualnej sytuacji w Polsce i nawiązuje do wcześniejszych ślubów Jana Kazimierza, zawiera też słowa oddania i wierności Maryi i Jej Synowi oraz obietnicę szerzenia Królestwa Chrystusowego. Ks. prof. L. Balter zauważa w Akcie „Zaakcentowaną bardziej niż w modlitwie papieskiej rzeczywistość przymierza: przymierza jakie lud zawiera z Maryją, a nawet z Bogiem, za pośrednictwem Najśw. Dziewicy. Przymierze natomiast jako takie jest rzeczywistością na wskroś biblijną i teologiczną: poprzez wieki całe Bóg zawierał z ludzkością (względnie odnawiał nadrywane na skutek grzechów ludzkich) przymierze, które szczyt swój osiągnęło w Jezusie Chrystusie  – Dawcy nowego i wiecznego Przymierza./…/ Poświęcając się Matce Najśw. i Jej Niepokalanemu Sercu w 1946 r. naród polski nie tylko odnawiał zawarte przed wiekami, bo w momencie swego chrztu narodowego, przymierze z Bogiem i postanawiał się podźwignąć z wad i słabości, które doprowadziły go do upadku, ale czynił to wszystko za przyczyną i pośrednictwem Tej, która „będąc obrazem i początkiem Kościoła mającego osiągnąć pełnię w przyszłym wieku…przyświeca Ludowi Bożemu  pielgrzymującemu jako znak pewnej nadziei i pociechy” (KK, 68), gdyż jest prawdziwą Matką wszystkich wierzących w Chrystusa[6]. Nadto „cechą charakterystyczną poświęcenia polskiego jest to, że miało ono prowadzić wprost do Chrystusa i jego Królestwa[7]. Autor przypomina także i o tym, że w specjalnym liście z 1 stycznia 1948 roku biskupi zachęcili do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu oraz intronizacji tegoż Serca w rodzinach, co miało przygotować do poświęcenia Narodu Sercu Jezusowemu do którego poświęcenie z 1946 roku było „prześlicznym wstępem[8]. Słusznie więc sugeruje, że istotnym elementem aktu poświęcenia Niepokalanemu Sercu Maryi jest odnowa  Przymierza zawartego przed wiekami przez Boga z Narodem[9].

    Mając na uwadze to wszystko co pobieżnie zostało tu przypomniane wypada zapytać, na ile wypełniamy dziś podjęte zobowiązania. Zwieńczeniem drogi papieży ku wypełnieniu oczekiwań Maryi było wspomniane zawierzenie dokonane przez bł. Jana Pawła II w 1984 roku. Ten akt papieski nie zamyka jednak „sprawy Fatimy”. Samo orędzie nie przestało być aktualne, co podkreśla także Benedykt XVI, tak jak nie przestały być aktualne problemy jakie doprowadziły do jego przekazania ludzkości. Można powiedzieć nawet, że zjawiska, które wtedy były przedmiotem troski Nieba nasiliły się dzisiaj w stopniu niespotykanym. Zanegowanie Dekalogu i wręcz prawa Boga do stworzonego przezeń świata, życie jakby Bóg nie istniał, przyznanie prawa obywatelstwa i nobilitacja wszelkich grzechów i wynaturzeń, nienawiść i egoizm, konsumpcyjny styl życia całkowicie zamazujący perspektywę wieczności i wiele innych każą wręcz przypuszczać, że przestrogi Maryi zostały przez świat zignorowane przez co zmierza on ku nieuchronnej katastrofie, pomimo zabiegów i modlitwy milionów ludzi dobrej woli. To na gruncie światowym.

    A na naszym rodzimym? Tu trzeba zapytać wprost: – kto dziś pamięta o wydarzeniu z 8 września 1946 roku? W 1996 roku minęło od niego już pięćdziesiąt lat i zbliża się jego siedemdziesiąta rocznica. Ileż tam zobowiązań przyjęliśmy na siebie, jak chociażby i to, że będziemy swoje poświęcenie odnawiać każdego roku. Czynimy to? Znamy jego treść? Te pytania dotyczą wszystkich – świeckich i duchownych, nade wszystko jednak tych drugich, na których spoczywa odpowiedzialność za przypominanie i inspirowanie do realizowania Aktu Poświęcenia i życia nim. Czy nie czas na opracowanie programu duszpasterskiego w oparciu o ducha poświęcenia tak papieskiego z 1942 i 1984 roku jak i polskiego z roku 1946 i przywrócenie tym faktom należnego im miejsca w naszej praktyce pobożności?  

    To samo dotyczy wspólnot zakonnych. Ciekaw jestem czy, a jeśli tak to w ilu z nich jest dziś praktykowane nabożeństwo pierwszych sobót i modlitwa za grzeszników? Obawiam się, że nastąpiła u nas wielka dewaluacja wielkich spraw. Może zbyt dużo tych naszych jubileuszy, peregrynacji, poświęceń, oddań, które stają się celem samym w sobie zamiast być punktem wyjścia ku wytężonej pracy duszpasterskiej i środkiem osobistego uświęcenia najpierw duszpasterzy a potem powierzonych im ludzi. Wielki i zbawienny akt z 1946 roku, który prawdopodobnie osłonił nas w trudnych czasach komunizmu, pozostał z naszej strony bez odpowiedzi i został praktycznie zapomniany. A czy nie podobnie jest z milenijnym aktem oddania? Pamiętamy o nim, nawiązujemy do niego w katechezie, kazaniach? Ileż tam obietnic, które Niebo mogłoby nazwać dziś bez przesady „obiecankami”? Czy próbuje się wcielać w życie wizjonerskie zamysły Prymasa Tysiąclecia? Osobiście tego nie widzę. Aktywni jesteśmy za to w wymyślaniu coraz to nowych akcji, które błyszczą krótkotrwałym ogniem, by równie szybko zagasnąć i odejść w niebyt. Obawiam się, że Bóg który wypełnia nieustannie swoją część obietnicy zbawczej prędzej czy później, w taki czy inny sposób upomni się o nasze zobowiązania. Bowiem przymierze z Bogiem to nie żart ani sprawa chwilowego kaprysu!

    To samo odnosi się do nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca, które jest centralnym przesłaniem płynącym do nas z Fatimy obok wezwania do pokuty i nawrócenia. To skuteczny sposób ocalenia dla każdego z nas i tych którym pomożemy tę drogę odnaleźć lub ją wskażemy. Bo ostatecznie to chyba jednak życie wieczne jest najważniejsze. Same ślubowania choćby ponawiane codziennie nie przyniosą owocu jeśli nie będą wypełniane, same procesje i peregrynacje nic nie dadzą, jeśli nie towarzyszyć im będzie szczere nawrócenie, nie emocjonalne i pod wpływem chwili po którym człowiek po opadnięciu fali uniesień wraca do „starego”, ale trwałe, wymagające ewangelicznego czuwania, wytrwałości, samozaparcia. Tu nie do przecenienia jest rola duszpasterzy, kierowników duchowych, rekolekcjonistów i misjonarzy. Ale aby to czynili wierni, wpierw sami duszpasterze powinni dokonać pewnych przewartościowań we własnym życiu. Stąd oczywisty wydaje się postulat powrotu do praktykowania także w życiu osobistym fatimskiego posłania.

    W orędziu fatimskim, podobnie jak w tym otrzymanym za pośrednictwem siostry Faustyny Opatrzność Boża daje nam proste i łatwe recepty dla zbawienia własnego i innych ludzi. Za tym „łatwym” kryje się jednak trud przemiany i zerwania z grzechem. Same deklaratywne akty niczego w nas i wokół nas nie zmienią. Można spotkać się z opiniami, że wszelkie poświęcenia się, koronki czy nabożeństwo pierwszych sobót to takie „dewocyjne” środki dobre dla ludzi prostych. Tak już jest, że najchętniej poprawialibyśmy Pana Boga i zastępowali Jego środki własnymi pomysłami. Podobnie jak starotestamentalny Syryjczyk Naaman zgorszony tym, że sposobem na pozbycie się przezeń trądu miało być siedmiokrotne obmycie się w Jordanie, który z jego punktu widzenia i na tle rzek jego kraju nie wyglądał zbyt, powiedzmy, atrakcyjnie. W dodatku samo obmycie się także należało do zadań z rzędu „łatwych”. I odszedłby od proroka oburzony, wraz ze swoim trądem, gdyby nie powstrzymała go roztropność sług.

    Jesteśmy chyba w podobnej sytuacji. Za dużo w nas pychy, „logiki”, i racjonalności zagłuszającej prostotę dziecka. Dlatego ciągle szukamy i wymyślamy środki w naszym mniemaniu atrakcyjniejsze i skuteczniejsze. Warto to sobie przemyśleć. Warto także nie czekać na cudze inicjatywy, decyzje, oświadczenia, ale zacząć od siebie i od dawania przykładu, każdy na miarę swoich możliwości, tak duchowni jak świeccy. To będzie dobra decyzja. Takich „dobrych decyzji” należałoby oczekiwać na każdym szczeblu struktur kościelnych. Inaczej znowu zaprzepaścimy wiele szans na odrodzenie a w chwilach trudnych po raz kolejny będziemy oczekiwali na znak z nieba, by potem szybko o nim zapomnieć, tymczasem, jak powiedział bł. Jan Paweł II w Fatimie 13 maja 1982 roku, „ Wołanie zawarte w orędziu Maryi z Fatimy jest tak głęboko zakorzenione w Ewangelii i w całej Tradycji, że Kościół czuje, iż orędzie to nakłada na niego obowiązek wysłuchania go”. Słuchać znaczy wypełniać, bo można słuchać i nie słyszeć. Zanim więc rzucimy się do proklamowania kolejnych ślubowań, wypełnijmy te, które zadał nam Bóg przez Maryję, tak, by nie stał się On sam narzędziem realizacji naszych osobistych wizji i pomysłów. Wielka Nowenna Fatimska jest chyba dobrą okazją ku temu.

    Akt poświęcenia się Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi

    8 września 1946 r.

    Niepokalana Dziewico, Przeczysta Matko Boga! Jak ongiś po szwedzkim najeździe król Jan Kazimierz obrał Ciebie za Patronkę i Królową Państwa, a Rzeczpospolitą polecił Twojej szczególnej opiece i obronie, tak i my, dzieci Narodu Polskiego, stajemy teraz przed Twym tronem hołdem miłości, serdecznej czci i wdzięczności. Tobie, Twemu Niepokalanemu Sercu, poświęcamy siebie, cały Naród i wskrzeszoną Rzeczpospolitą, obiecując Ci wierną służbę, zupełne oddanie, oraz cześć dla Twych świątyń i ołtarzy. Twojemu Synowi a naszemu Odkupicielowi, ślubujemy dochowanie wierności Jego nauce i prawu, obronę Jego Ewangelii i Kościoła i szerzenie Jego Królestwa.

    Pani i Królowo nasza, pod Twoją obronę uciekamy się. Otocz rodzinę polską macierzyńską opieką i strzeż jej świętości. Natchnij nadprzyrodzonym duchem pobożności naszą parafię, ochraniaj jej lud od grzechów i nieszczęść, a pasterza umacniaj i uświęcaj swoimi łaskami. Uproś Narodowi Polskiemu stałość w wierze, świętość życia i zrozumienie posłannictw. Złącz go w zgodzie i bratniej miłości. Daj polskiej ziemi przesiąkłej krwią i łzami, spokojny i chwalebny byt w prawdzie, sprawiedliwości i wolności. Rzeczypospolitej Polskiej bądź Królową i Panią, Natchnieniem i Patronką.

    Potężna Wspomożycielko wiernych, otocz płaszczem opieki Papieża oraz Kościół Święty. Bądź mu puklerzem w dni prześladowania. Wyjednaj mu światłość i żarliwość apostolską, swobodę i skuteczne działanie. Powstrzymaj zalew bezbożnictwa. Ludom od Kościoła odłączonym wskaż drogę powrotu do jedności z Chrystusową Owczarnią. Okaż niewierzącym słońce prawdy i podbij ich dusze czułością Twego Niepokalanego Serca.

    Władna Świata Królowo, spojrzyj miłościwym okiem na troski i błędy ludzkiego rodzaju. Wyprowadź go z udręki i bezładu, z nieuczciwości i grzechów. Wyproś narodom szczere i trwałe pojednanie. Wskaż im drogę powrotu do Boga, by na Jego prawie budowali swoje życie. Daj wszystkim trwały pokój, oparty na sprawiedliwości, braterstwie i zaufaniu. Matko Boga i nasza, przyjmij naszą ofiarę i nasze ślubowanie. Przygarnij wszystkich do Swego Niepokalanego Serca i złącz nas na zawsze z Chrystusem i Jego świętym Królestwem. Amen.

    Akt osobistego poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Maryi.

     (do prywatnego odmawiania)

    Niepokalana Matko Zbawiciela, Bogarodzico Dziewico Maryjo!

    Powodowany miłością ku Tobie oraz pragnieniem zadośćuczynienia Twemu Niepokalanemu Sercu za zniewagi i bluźnierstwa, oraz powodowany pragnieniem chwały Trójcy Przenajświętszej i zbawienia własnego oraz bliźnich oddaję się Twemu Niepokalanemu Sercu na wyłączną własność, abyś mogła posługiwać się mną dla chwały Twego Syna i Twojej. Posługuj się mną według swojej woli, ale też ochraniaj płaszczem Swojej opieki i wypraszaj potrzebne łaski i moce abym mógł wypełnić w życiu wolę Bożą i Twoją. Bądź mi Matką, Opiekunką i Panią, a po ziemskim żywocie Syna Twego Miłosiernego mi okaż. Bądź pozdrowiona Pełna łaski. Amen.

    *Artykuł powstał na bazie luźnych materiałów archiwalnych będących w posiadaniu pallotyńskiego Sekretariatu Fatimskiego w Zakopanem – Krzeptówkach. Cytaty i opinie nie opatrzone odnośnikami pochodzą z tego źródła. (F.G.)

    [1]   L. Kondor, Załącznik do książki Siostra Łucja mówi o Fatimie, Zał. nr 2, Archiwum Sekretariatu Fatimskiego,

         Zakopane-Krzeptówki, s.1.

    [2]   L. Balter, Uzasadnienie teologiczne aktu ofiarowania Niepokalanemu Sercu Maryi, w: Grzybek S., Maryja Matka

         Narodu Polskiego, Częstochowa 1983, s. 155. Autor podaje też faktografię, omawia nadto cały kontekst aktu 

         poświęcenia, oraz jego teologiczne uzasadnienie.

    [3]   por., dz. cyt., s. 152.

    [4]   por., ks. M. Drozdek, Orędzie fatimskie na polskiej ziemi, Fons omnis 2008, s. 24 nn.

    [5]   por.: Czy pamiętamy nasze ślubowania, Archiwum S.F. Zakopane-Krzeptówki, s. 3.

    [6]   L. Balter, dz. cyt. s. 162 nn.

    [7]   tamże, s. 168.

    [8]   por., tamże, s.168-9.

    [9]   por., tamże, s. 170.

     ks. Franciszek Gomułczak SAC – pallotyn/Sekretariat Fatimski

    ***

    Święcenia w Bractwie św. Piusa X – rana na Ciele Chrystusa

    Konsekracja biskupów dokonana wbrew woli papieża ma miejsce dwa dni po tym, kiedy w Ewangelii słyszeliśmy słowa Chrystusa, który ustanawia prymat Piotra i jego następców. 

    Święcenia otrzymali Pascal Schreiber ze Szwajcarii, Pascal Schreiber z USA oraz dwaj Francuzi: Michel Poinsinet de Sivry i Marc Hanappier.EPA/CYRIL ZINGARO

    ***

    Konsekracja biskupów dokonana wbrew woli papieża ma miejsce dwa dni po tym, kiedy w Ewangelii słyszeliśmy słowa Chrystusa, który ustanawia prymat Piotra i jego następców. 

    To bardzo smutny dzień. Lipiec – miesiąc poświęcony Najświętszej Krwi Chrystusa, przelanej za nas na krzyżu – rozpoczął się od potężnej rany, zadanej Jego Ciału. Bo święcenia biskupie, udzielone wbrew woli papieża czterem prezbiterom Bractwa św. Piusa X, są zadaniem rany Kościołowi. Momentem bolesnym i trudnym dla całej wspólnoty.

    Liturgia, sprawowana w szwajcarskim Écône, rozpoczęła się od pytania konsekratora: „Czy macie mandat apostolski?”. Oczywiście nie mogła tutaj paść odpowiedź twierdząca. Zamiast tego notariusz, otwierając dokument przypominający bullę, odczytał długie uzasadnienie dzisiejszej konsekracji. Oprócz powoływania się na wyjątkowe okoliczności, wśród argumentów padł i taki: „Ponieważ od Soboru Watykańskiego II aż do dnia dzisiejszego władze Kościoła kierują się duchem przeciwnym duchowi wiary, działają przeciwko Świętej Tradycji i nie znoszą już zdrowej nauki, ale odwracają słuch od prawdy”. 

    Chwilę później kandydaci na biskupów złożyli przysięgę wierności wobec urzędu papieskiego, w której padła także deklaracja „Będę zwalczał i ścigał wedle mojej mocy heretyków, schizmatyków i buntowników wobec naszego Ojca Świętego – papieża i jego następców”. Przysięga ta składana w sytuacji jawnego buntu przeciwko papieskiej decyzji brzmi przynajmniej groteskowo. 

    Inaczej niż w 1988

    Na naszych oczach kolejny raz dochodzi do podziału wewnątrz Kościoła. Papież Leon XIV nazwał wczoraj decyzję bractwa rozdzieraniem tkanej Tuniki Chrystusa. Ktoś powie – nie pierwszy raz, przecież w 1988 roku abp Marcel Lefebvre udzielił już sakry biskupiej wbrew Rzymowi. Dzisiejsza sytuacja jest jednak inna. Wówczas osoby przywiązane do dawnej liturgii nie miały możliwości uczestniczyć w niej poza Bractwem. 

    Po konsekracji biskupów Jan Paweł II powołał komisję Ecclesia Dei, aby objąć opieką wiernych, którzy chcieli uczestniczyć w dawnej formie liturgii, a jednocześnie pozostać wiernymi Kościołowi. Na jej kanwie powstało Bractwo św. Piotra i instytuty i stowarzyszenia, jak Instytut Dobrego Pasterza czy Instytut Chrystusa Króla Najwyższego Kapłana. Dzięki nim istnieje możliwość uczestnictwa w Eucharystii, sprawowanej według dawnego mszału. 

    Papież Franciszek w motu proprio Traditionis Custodes nałożył na taką liturgię poważne ograniczenia. Być może dobrym pomysłem byłoby zrewidowanie przez Stolicę Apostolską zapisów tego dokumentu i złagodzenie niektórych decyzji, tak, aby wierni mieli możliwość regularnego uczestnictwa w wybranej przez siebie formie liturgii. Nie można dziś jednak powiedzieć, że tylko Bractwo zachowało tradycyjną formę rytu rzymskiego – można w niej uczestniczyć w pełnej jedności z Kościołem. 

    Zwolennicy Bractwa wytykają papieżowi, że spotyka się z niekatolikami, a nie odpowiedział na prośbę przełożonego generalnego o osobistą audiencję. To prawda, Leon XIV nie spotkał się z ks. Davidem Pagliaranim. Jednak natychmiast po ogłoszeniu decyzji o święceniach na spotkanie zaprosił go kard. Victor Manuel Fernandez, prefekt Dykasterii Nauki Wiary. Po tym spotkaniu przełożony Bractwa napisał list, w którym wyraźnie napisał, że nie może zaakceptować perspektywy ani celów, w imię których Dykasteria proponuje wznowienie dialogu w obecnej sytuacji. Następnie wylicza przeszkody, które czynią dialog niemożliwym do podjęcia. Zerwanie dialogu było więc decyzją Bractwa, nie Stolicy Apostolskiej. Trudno zrozumieć, dlaczego po liście, który tak jednoznacznie zamyka drogę do porozumienia, członkowie Bractwa uważają, że papież popełnił błąd, nie spotykając się z ks. Pagliaranim.

    Z papieżem czy przeciw niemu?

    Dzisiejsza homilia, wygłoszona przez przełożonego bractwa, nie pozostawiała wątpliwości, że dla Bractwa dzisiejszy dzień jest wielkim świętem. Nie dało się w niej wyczuć smutku, że do święceń dojść musiało. Przeciwnie – wygłoszona została w tonie triumfalizmu, ze wskazaniem błędów Stolicy Apostolskiej. Kaznodzieja przekonywał, że tylko Bractwo zachowało pełnię wiary katolickiej. Połączenie tych słów z kolejny raz wypowiedzianą deklaracją miłości do papieża kolejny raz zabrzmiało ironicznie. 

    Zaledwie przedwczoraj w Kościele obchodziliśmy uroczystość świętych Piotra i Pawła. Także w kalendarzu przedsoborowym to święto przypada 29 czerwca i także tam w liturgii odczytywana jest Ewangelia, w której Piotr deklaruje: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. W odpowiedzi Jezus mówi Piotrowi, że stanie się fundamentem Kościoła i dodaje: „cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie”. 

    Najtrudniejsza lekcja o „braciach odłączonych”

    W sporze z Bractwem św. Piusa X nie chodzi tylko o przywiązanie do „starej” formy mszy. Problem leży znacznie głębiej: w rozumieniu istoty Kościoła i Tradycji. A jeszcze głębiej: w poważnym traktowaniu słów Jezusa, dotyczących prymatu Piotra. Członkowie Bractwa negują zapisy dokumentów Soboru Watykańskiego II – dokumentów podpisanych przez papieży, przyjętych jako nauczanie Kościoła i włączonych w część Tradycji. Odrzucanie ich musi stawiać pytanie o wierność słowom Chrystusa, który nadał papieżom władzę podejmowania decyzji, dotyczących Kościoła na ziemi. 

    Swoim czynem biskupi-konsekratorzy i nowowyświęceni biskupi zaciągnęli na siebie ekskomunikę z mocy samego prawa. Być może w najbliższych dniach dowiemy się o innych konsekwencjach, które wyciągnie Stolica Apostolska. Warto wówczas pamiętać, że kary kościelne nie są narzędziem zemsty, a ich nałożenie nie powinno wywoływać żadnej satysfakcji u „prawowiernych” członków Kościoła. Ekskomunika jest karą naprawczą, której celem jest skłonienie ukaranego do refleksji, żalu i nawrócenia, a w konsekwencji do pełnego powrotu do jedności z Kościołem. I właśnie o taką pełną jedność dla tych, którzy dziś zaciągnęli na siebie karę ekskomuniki, powinniśmy się modlić. 

    Agnieszka Huf – Tygodnik Niedziela

    ***

    Bractwo Kapłańskie św. Piusa X i Stolica Apostolska – pół wieku konfliktu o liturgię i doktrynę

    Konflikt między Bractwem Kapłańskim św. Piusa X a Stolicą Apostolską trwa już ponad pół wieku. Zapowiedziane przez Bractwo wyświęcenie 1 lipca czterech kapłanów na biskupów dopisze do niego kolejny rozdział. Od Soboru Watykańskiego II (1962-1965) mniejszość tradycjonalistów sprzeciwia się modernizacji Kościoła katolickiego i jego liturgii. Centralnym punktem sporu jest celebracja tzw. tradycyjnej Mszy łacińskiej. Wykaz kluczowych wydarzeń w konflikcie Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X z Rzymem z opublikowała niemiecka agencja katolicka KNA.

    Bractwo Św. Piusa X zapowiedziało udzielenie 1 lipca święceń biskupich bez zgody papieża. Stolica Apostolska poinformowała, że konsekracje odbędą się wbrew wyraźnemu zakazowi i wezwała Bractwo do odstąpienia od tego zamiaru./unsplash

    ***

    Bractwo Św. Piusa X zapowiedziało udzielenie 1 lipca święceń biskupich bez zgody papieża. Stolica Apostolska poinformowała, że konsekracje odbędą się wbrew wyraźnemu zakazowi i wezwała Bractwo do odstąpienia od tego zamiaru.unsplash

    1962–1965: Sobór Watykański II podejmuje decyzję o modernizacji Kościoła katolickiego. Niewielka mniejszość odrzuca reformy; krytykuje m.in. otwarcie ekumeniczne, deklarację o wolności religijnej i innowacje w liturgii.

    1970: Arcybiskup Marcel Lefebvre, uczestnik Soboru, zakłada Bractwo św. Piusa X, początkowo uznawane przez Kościół. Zarzuca Kościołowi rzymskokatolickiemu, że poprzez Sobór i późniejszą reformę liturgiczną zniszczył tradycję Kościoła.

    1975: Rzym cofa kanoniczną legitymację Bractwa św. Piusa X w Écône, w szwajcarskim kantonie Valais.

    1976: papież Paweł VI zawiesza abp. Lefebvre’a w pełnieniu obowiązków biskupich. Arcybiskup nadal jednak wyświęca księży.

    1984: Jan Paweł II zezwala pod pewnymi warunkami na Mszę trydencką według Mszału z 1962 roku, wychodząc tym samym naprzeciw lefebrystom.

    1988: Prefekt Kongregacji Nauki Wiary kard. Joseph Ratzinger negocjuje kompromis z abp. Lefebvre’em, który na krótko przed podpisaniem arcybiskup odrzuca i 30 czerwca, wbrew zakazowi papieża, udziela sakry biskupiej czterem księżom. Skutkuje to ekskomuniką zaangażowanych, którą papież formalnie ogłasza.

    Natomiast lefebryści nadal uważają się za członków Kościoła. Papież powołuje Komisję „Ecclesia Dei” do dialogu z tradycjonalistami. Niektóre grupy, takie jak tradycjonalistyczne Bractwo Kapłańskie św. Piotra, zostają ponownie zintegrowane z Kościołem katolickim.

    1991: Śmierć abp. Lefebvre’a. Jego następcą na stanowisku przełożonego generalnego Bractwa św. Piusa X jest szwajcarski biskup Bernard Fellay, którego sam wyświęcił.

    2005: Bp Fellay wita wybór kard. Josepha Ratzingera na papieża jako „promień nadziei”. W sierpniu bp Fellay zostaje przyjęty przez Benedykta XVI. Według Watykanu, ich rozmowa ujawnia „pragnienie osiągnięcia pełnej wspólnoty”.

    2007: W liście apostolskim „Summorum Pontificum” Benedykt XVI zezwala na odprawianie Mszy św. według rytu z 1962 roku. Obecnie nazywa się to nadzwyczajną formą rytu rzymskiego.

    Koniec 2008: w imieniu czterech biskupów, bp Fellay prosi o zniesienie ekskomuniki. Zapewnia o uznaniu prymatu papieskiego i akceptacji nauczania papieża.

    Styczeń 2009: Kongregacja ds. Biskupów znosi ekskomunikę czterech biskupów z Bractwa św. Piusa X. Niemal jednocześnie przypomniano wywiad dla telewizji szwedzkiej, w którym jeden z biskupów, Richard Williamson, zaprzecza Holokaustowi oraz istnieniu komór gazowych. Pomimo próśb Rzymu, nie wycofuje swoich wypowiedzi.

    Marzec 2009: Benedykt XVI pisze do wszystkich biskupów Kościoła powszechnego i przyznaje się do błędów proceduralnych Kurii w sprawie bp. Williamsona. Jednocześnie potwierdza swój zamiar przywrócenia Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X do Kościoła katolickiego.

    Wrzesień 2011: Stolica Apostolska przedstawia kierownictwu Bractwa do podpisu „deklarację doktrynalną” dotyczącą fundamentalnych zasad nauczania katolickiego. W marcu 2012 r. Rzym odrzuca odpowiedź Bractwa jako niewystarczającą.

    Marzec 2013: Po wyborze papieża Franciszka, przełożony dystryktu Bractwa św. Piusa X w Ameryce Południowej, ks. Christian Bouchacourt, oświadczył, że postrzega nowego papieża jako „idealistycznego apostoła ubóstwa z lat 70.”. Jego zdaniem, były arcybiskup Buenos Aires uprawia „wojowniczą pokorę, która może okazać się upokarzająca dla Kościoła”.

    Wrzesień 2014: Kard. Gerhard Ludwig Müller, ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary, po raz pierwszy spotkał się z bp. Fellayem. Obaj wyrazili nadzieję na „całkowite pojednanie”, jak później oświadczył Watykan.

    Wrzesień 2015: W Roku Świętym Miłosierdzia papież Franciszek zezwolił wszystkim wiernym na ważną spowiedź u kapłanów Bractwa. Później przedłużył tę decyzję.

    Lato 2016: Negocjator watykański ogłasza, że bp Fellay zaakceptował propozycję utworzenia dla Bractwa „prałatury personalnej” w Kościele, na wzór Opus Dei.

    Styczeń 2017: Bp Fellay opowiada się za zakończeniem separacji od Rzymu. Zapowiada, że porozumienie jest „w drodze”. Nie trzeba czekać, aż sytuacja wewnątrz Kościoła będzie „absolutnie satysfakcjonująca”.

    Kwiecień 2017: Watykan sugeruje biskupom lokalnym uznanie małżeństw kościelnych osób ze wspólnoty tradycjonalistycznej. Podobnie jak w przypadku ważności spowiedzi, celem jest „przywrócenie pełnej wspólnoty Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X z Kościołem”.

    2018: Bractwo Kapłańskie św. Piusa X wybiera Włocha, ks. Davide Pagliaraniego na nowego przełożonego generalnego. Jego oświadczenia od tego czasu nie pozostawiają wiele miejsca na pojednanie.

    Lipiec 2021: Papież Franciszek ogranicza odprawianie trydenckiej Mszy. W motu proprio „Traditionis custodes” ustanawia Mszę wg Mszału z 1970 roku jako „jedyny wyraz” obrządku rzymskiego. Nadzwyczajna forma rytu rzymskiego, na którą Benedykt XVI zezwolił na szerszą skalę w 2007 roku, może być teraz sprawowana wyłącznie za zgodą biskupa miejsca i na bardziej rygorystycznych warunkach. Poprzednia praktyka powodowała zbyt duże podziały.

    Styczeń 2025: Po śmierci bp. Richarda Williamsona (inny biskup, Bernard Tissier de Mallerais zmarł w październiku 2024 roku), w Bractwie św. Piusa X pozostało tylko dwóch biskupów konsekrowanych w 1988 roku.

    Maj 2025: Nowym papieżem zostaje wybrany Amerykanin Robert Francis Prevost. Leon XIV chce nawiązać dialog z tymi, którzy opowiadają się za starym rytem Mszy św. „Stało się to tak spolaryzowaną kwestią, że ludzie często nie są gotowi słuchać się nawzajem” – mówił papież w jednym z wywiadów.

    Luty 2026: Bractwo św. Piusa X ogłasza nowe święcenia biskupie na 1 lipca; byłoby to ponownie aktem schizmy. Watykan zaprasza do rozmów, ale pozostają one bezowocne.

    Maj 2026: Dykasteria Nauki Wiary ponownie zakazuje święceń; nie ma na nie zgody papieża. Naruszający te zasady zostaną ekskomunikowani, tzn. wykluczeni ze wspólnoty kościelnej.

    29 czerwca 2026: w uroczystości świętych Piotra i Pawła, na dwa dni przed zapowiadanymi święceniami biskupimi bez mandatu papieskiego, które stanowiłyby nowy akt schizmy, Leona XIV wysyła list do przełożonego Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Prosi o odstąpienie od tego zamiaru i raz jeszcze zapewnia, że „Kościół jest gotów podjąć drogę dialogu i porozumienia, którą Duch Święty może uczynić możliwą i owocną”.

    Gość Nieedzielny

    ***

    Watykan ogłosił ekskomunikę po konsekracjach biskupów Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X

    Opublikowano: 2 lipca 2026

    Dokument, podpisany przez kardynała prefekta Dykasterii Nauki Wiary, kard. Víctora Manuela Fernándeza, określa obrzęd dokonany 1 lipca jako „czyn o naturze schizmatyckiej”.

    fot. FSSPX Polska,youtube (print screen)

    Biskupi Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X – Alfonso de Galarreta i Bernard Fellay (odpowiednio główny konsekrator i współkonsekrator) oraz nowo konsekrowani biskupi Pascal Schreiber, Michael Goldade, Michel Poinsinet de Sivry i Marc Hanappier zaciągnęli „ipso facto” ekskomunikę „latae sententiae”, zarezerwowaną Stolicy Apostolskiej, za dokonanie „czynu o naturze schizmatyckiej”, jakim była „konsekracja biskupia czterech prezbiterów bez papieskiego zlecenia i wbrew woli Papieża”.

    Taka jest treść dekretu podpisanego przez kardynała Víctora Manuela Fernándeza, prefekta Dykasterii Nauki Wiary, kontrasygnowanego przez dwóch sekretarzy tejże Dykasterii. Jest to – niestety zapowiadany – finał wydarzeń, który nastąpił dwadzieścia cztery godziny po uroczystej ceremonii sprawowanej w Écône w Szwajcarii rankiem 1 lipca 2026 roku.

    Dekret dawnego Świętego Oficjum potwierdza, że zarówno biskupi udzielający konsekracji, jak i ci, którzy ją przyjęli, zaciągnęli przewidzianą ekskomunikę. Jest to bolesny finał wydarzeń, będący konsekwencją decyzji podjętej przez lefebrystów wbrew wielokrotnie wyrażanej woli Papieża Leona XIV. Ekskomunika odłącza od Kościoła rzymskiego zarówno biskupów, jak i kapłanów należących do Bractwa Świętego Piusa X. Jeżeli chodzi o wiernych świeckich, za ekskomunikowanych należy uważać tych, którzy formalnie przystąpili do Bractwa. Szczegóły zawarte są w „Nocie wyjaśniającej”, opublikowanej przez Dykasterię równocześnie z dekretem o ekskomunice, której pełny tekst zamieszczamy poniżej.

    Nota Dykasterii:

    Od czasów św. Pawła VI aż po ostatnie rozmowy, które odbyły się niedawno w tej Dykasterii, liczne próby doprowadzenia członków ruchu zapoczątkowanego przez abp. Marcela Lefebvre’a do pełnej komunii z Kościołem katolickim okazały się daremne.

    Sytuacja ta uległa dalszemu pogorszeniu wskutek ostatnich konsekracji biskupich dokonanych bez papieskiego zlecenia, wbrew woli Ojca Świętego oraz z jawnym naruszeniem prawa kanonicznego. W związku z tym Dykasteria, wiernie wykonując powierzone jej zadania, uznaje za konieczne stwierdzić, że czyn ten stanowi przestępstwo schizmy, pociągające za sobą przewidziane przez prawo kanoniczne konsekwencje dla duchownych oraz zaangażowanych wiernych świeckich.

    Jak już bowiem stwierdzono w 1988 roku, „takie nieposłuszeństwo – niosące ze sobą praktyczne odrzucenie prymatu Biskupa Rzymu – stanowi czyn schizmatycki” (por. Jan Paweł II, List apostolski Ecclesia Dei, nr 3).

    W związku z powyższym, od tej chwili:

    1. Duchowni należący do Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X znajdują się w schizmie i dlatego należy ich uważać za schizmatyków (por. Ecclesia Dei, nr 5 c; Papieska Rada ds. Tekstów Prawnych, Nota wyjaśniająca dotycząca ekskomuniki za schizmę, w którą popadają członkowie ruchu biskupa Marcela Lefebvre’a, 24.08.1996, nr 5-6). W związku z tym podlegają oni ekskomunice przewidzianej przez prawo kanoniczne (kan. 1364 § 1 KPK).
    2. W odniesieniu do wiernych świeckich za schizmatyków i ekskomunikowanych należy uznać tych, którzy formalnie przystępują do Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X na warunkach określonych w Nocie wyjaśniającej Papieskiej Rady ds. Tekstów Prawnych z 1996 roku (por. tamże, nr 7), która nadal zachowuje moc obowiązującą i którą niniejsza Dykasteria przyjmuje jako własną.
    3. Na zakończenie informuje się święty Lud Boży, że duchowni Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X sprawują sakramenty w sposób niegodziwy (illicite), a sakrament pokuty udzielany przez nich oraz małżeństwa, przy zawieraniu których asystują, są nieważne.

    Kościół, jako troskliwa Matka, z serdeczną miłością i żywą troską przyjmie wszystkich, którzy pragną powrócić do pełnej komunii. Nuncjusze Apostolscy określą procedury, z których ordynariusze będą mogli korzystać w poszczególnych przypadkach.

    Na koniec zachęca się wszystkich wiernych, aby trwali niewzruszenie w komunii z Biskupem Rzymu, z biskupami pozostającymi z nim w jedności oraz z całym Kościołem (por. Lumen Gentium, nr 22; kan. 751 KPK), a także powstrzymywali się od uczestnictwa w celebracjach liturgicznych i działalności organizowanej przez wspomniane Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X.

    Stacja7.pl

    ***

    2 lipca 2026

    Ekskomunika dla biskupów, ale co z wiernymi?

    Ks. prof. Piotr Majer wyjaśnia decyzję Watykanu

    fot. FSSPX Polska,youtube (print screen)/ Ks. prof. Piotr Majer (upjp2)

    ***

    Czy wierni uczestniczący w działalności Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X mogą popaść w ekskomunikę? Po najnowszej decyzji Watykanu wyjaśnia to ks. prof. Piotr Majer, wskazując na różnicę między formalnym przynależeniem a okazjonalnym udziałem w liturgii.

    Dykasteria do spraw Nauki Wiary wydała dekret potwierdzający ekskomunikę biskupów wyświęconych bez mandatu Stolicy Apostolskiej oraz notę wyjaśniającą konsekwencje kanoniczne dla duchownych i wiernych związanych z Bractwem Kapłańskim św. Piusa X. Co dokładnie oznacza ta decyzja, kogo obejmuje i dlaczego argumenty Bractwa o “stanie wyższej konieczności” nie znajdują uznania w oczach Kościoła – w rozmowie z KAI wyjaśnia ks. prof. Piotr Majer, kanonista z UPJPII. 


    Dawid Gospodarek (KAI): Wczoraj w Bractwie Kapłańskim św. Piusa X wyświęcono czterech biskupów bez zgody papieża, podobnie jak w 1988 r. zrobił to założyciel Bractwa, abp Marcel Lefebvre. Ostrzegano, że ten czyn pociąga za sobą ekskomuniki, jednak Bractwo nie przejęło się tym. Dziś rano oficjalnie zareagowała Stolica Apostolska. 

    Ks. Piotr Majer: Dziś Dykasteria Nauki Wiary wydała w tej sprawie dwa dokumenty. Pierwszy to dekret Dykasterii, w którym deklaruje się karę ekskomuniki – zarówno za przestępstwo konsekrowania biskupów bez mandatu Stolicy Apostolskiej, jak i za przestępstwo schizmy, do którego doszło. Ekskomunika ta jest automatyczna, działa mocą samego czynu (latae sententiae). Prawo kanoniczne przewiduje jednak zaostrzenie skutków takiej kary, jeżeli zostaje ona deklarowana, czyli oficjalnie potwierdzona i podana do publicznej wiadomości.

    To właśnie ma miejsce niestety dzisiaj, po ogłoszeniu dekretu Dykasterii do spraw Nauki Wiary. Warto zwrócić uwagę, że w dekrecie wymienia się dwa przestępstwa. Pierwsze to konsekrowanie biskupów bez mandatu Stolicy Apostolskiej – kanon 1387 Kodeksu Prawa Kanonicznego. Karę ekskomuniki za to przestępstwo zaciąga główny konsekrator, czyli bp Alfonso de Galarreta, a także ci, którzy przyjęli od niego święcenia biskupie – w dekrecie wymienione są nazwiska czterech wyświęconych wczoraj, niegodziwie, biskupów. Wszyscy oni zaciągnęli także ekskomunikę za drugie przestępstwo – schizmę (kan. 1364 § 1 KPK). Natomiast biskup, który był współkonsekratorem – Bernard Fellay – zaciągnął ekskomunikę za akt schizmatycki, i ta ekskomunika również została zadeklarowana. 

    Oprócz dekretu Dykasteria wydała także Notę wyjaśniającą, w której nawiązuje się do listu apostolskiego świętego Jana Pawła II z 1988 r. oraz do dokumentu ówczesnej Papieskiej Rady do spraw Tekstów Prawnych z 1996 r. W Nocie wyjaśnia się, że wszyscy “święci szafarze”, czyli duchowni należący do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, znajdują się w schizmie, mają być uważani za schizmatyków i zaciągają ekskomunikę przewidzianą przez prawo za przestępstwo schizmy.

    Co ciekawe, w punkcie trzecim tej noty wyraźnie potwierdza się, że duchowni ci niegodziwie sprawują sakramenty, a sprawowany przez nich sakrament pokuty oraz asystowanie przy zawieraniu małżeństwa są nieważne. Tym samym odwołane zostaje upoważnienie do spowiadania, którego w 2015 r. udzielił kapłanom Bractwa papież Franciszek, a które potem przedłużył do odwołania. Budziło to niegdyś pewne niezrozumienie, bo o tym, że duchowni ci są obłożeni karami kościelnymi, mówiło się już od dawna, a mimo to – choć Kościół uznawał ich za schizmatyków – papież udzielił im upoważnienia do spowiadania. Dla mnie, jako kanonisty, było to trudne do pogodzenia, a nawet wewnętrznie sprzeczne. Z dzisiejszego dokumentu wynika, że tamten akt papieża Franciszka już nie obowiązuje – księża Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X nie mają więc upoważnienia ani do spowiadania, ani do asystowania przy zawieraniu małżeństw.

    W Nocie wyjaśniającej jest też zapowiedź ewentualnych kar dla świeckich… 

    Tak, dokument stanowi, że dotyczy to tych, którzy formalnie przynależą do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Nie znam dokładnie struktury tego Bractwa i nie potrafię powiedzieć, kto spośród świeckich formalnie do niego przynależy. Nie o to jednak chodzi – i Kościół wyraźnie nie chce tu pochopnie karać wszystkich świeckich, zaznaczając, że każdy przypadek musi być osądzony osobno. Ekskomunice nie podlegają ci, którzy okazjonalnie uczestniczą w celebracjach czy nabożeństwach sprawowanych przez schizmatyckich księży należących do Bractwa św. Piusa X.

    Jak zrozumieć tę sytuację wiernych – kiedy pojawia się realne niebezpieczeństwo zaciągnięcia ekskomuniki? Poprzez regularne, formalne uczestnictwo w liturgiach? Przez posyłanie dzieci do szkół prowadzonych przez Bractwo? Należenie do organizacji dla świeckich prowadzonych przez Bractwo, jak np. Rycerstwo Niepokalanej? 

    We wspomnianej Nocie z 1996 r. wyraźnie stwierdzono, że nie wydaje się stosowne głębsze formalizowanie warunków schizmy, ponieważ mogłoby to stworzyć większe problemy. Kościół mówi jedynie o „formalnym” uczestnictwie. Co to oznacza w praktyce? Jeśli ktoś świadomie i dobrowolnie należy do jakiejś struktury, z uzewnętrznionym zamiarem wypowiedzenia posłuszeństwa papieżowi. Bez wątpienia formalnie do schizmy przystępują duchowni, ponieważ przyjmują święcenia albo obejmują urzędy w tym schizmatyckim Bractwie.

    Formalność oznacza, że muszą zostać spełnione określone procedury przyjęcia do struktur Bractwa, a przynajmniej akt zewnętrzny, który w niewątpliwy sposób wskaże, iż ktoś do Bractwa przynależy. Jeśli chodzi o pozostałych wiernych, moim zdaniem celowo pozostawia się tu pewną przestrzeń niedopowiedzianą, by nie wywoływać konfliktów sumienia u tych, którzy jedynie okazjonalnie korzystają z posługi duszpasterskiej u kapłanów Bractwa. Jak jednak czytamy w dzisiejszych dokumentach, nuncjusze apostolscy otrzymają odpowiednie wskazania i przekażą je biskupom diecezjalnym co do tego, jak postępować wobec wiernych – a także duchownych – którzy chcieliby zejść z błędnej drogi i pojednać się z Kościołem.

    Nie chciałbym oceniać, nie mając pełnej wiedzy o stanowisku Stolicy Apostolskiej w tej konkretnej kwestii – a sama Stolica Apostolska również, jak sądzę, nie chce się jednoznacznie wypowiadać wobec wiernych świeckich. Poczekajmy na dodatkowe komentarze ze strony Kurii Rzymskiej. 

    W 1988 roku, po święceniach dokonanych przez arcybiskupa Lefebvre’a i ogłoszeniu ekskomunik, Bractwo utrzymywało, że te ekskomuniki w ogóle nie były skuteczne – ponieważ działało ono w stanie wyższej konieczności, nie miało intencji schizmatyckiej, a poza tym uznaje papieża, skoro wymienia go w kanonie mszalnym. Teraz również zapowiadano, że będzie podobnie: że nawet jeśli Watykan ogłosi ekskomunikę, to tak naprawdę jej nie ma. Jak podchodzić do tego argumentu Bractwa?

    Po pierwsze, samo wymienianie imienia Ojca Świętego w kanonie eucharystycznym nie wystarczy. Aby uznawać prymat Piotrowy, trzeba stosować się do poleceń papieża, a nie tylko wymieniać jego imię. W tym przypadku akt konsekracji biskupów bez zezwolenia papieskiego wyraźnie pokazuje, że nie ma tu miejsca na posłuszeństwo wobec Ojca Świętego.

    W Nocie wyjaśniającej z 1996 roku Kościół wyraźnie odrzucił tezę, jakoby kara ekskomuniki nie miała miejsca, ponieważ akt konsekracji dokonany został w stanie wyższej konieczności. Rzeczywiście, prawo kanoniczne przewiduje możliwość złagodzenia, a nawet zwolnienia z kary kanonicznej – ale nie sam sprawca może o tym decydować, tylko ten, kto go osądza i ocenia sytuację. Zarówno wtedy, jak i dziś, mamy do czynienia z jasną deklaracją, że taka ekskomunika została zaciągnięta. Dykasteria do spraw Nauki Wiary, w pełni świadoma argumentów, które na swoje usprawiedliwienie przytacza Bractwo Świętego Piusa X, argumenty te odrzuca.

    W tamtej pierwszej Nocie wyjaśniającej z 1996 roku czytamy wyraźnie, że nigdy nie może zaistnieć konieczność wyświęcenia biskupa wbrew woli Ojca Świętego, głowy Kolegium Biskupów. W rzeczywistości oznaczałoby to możliwość „służenia” Kościołowi poprzez zamach na jego jedność w tak fundamentalnej sprawie, jaką jest wyświęcanie biskupów. I wtedy, w 1988 i 1996 roku – najpierw Jan Paweł II, potem Papieska Rada do spraw Tekstów Prawnych – a teraz Dykasteria Nauki Wiary, wyraźnie tę argumentację odrzucają.

    Dawid Gospodarek (KAI)

    ***

    Szkocja: kolejna grupa planuje sakry bez zgody papieża

    Opublikowano: 3 lipca 2026

    Nie tylko lefebryści – 25 lipca dojdzie do zerwania jedności z Ojcem Świętym ze strony innej grupy Redemptorystów Zaalpejskich. Wydarzenie zaplanowano na wyspie Papa Stronsay w archipelagu Orkadów.

    fot. Wikipedia

    ***

    Ta niewielka grupa ultrakonserwatystów wyrosła z ruchu abp. Marcela Lefebvre’a, ostro krytykując Kościół, a przede wszystkim Sobór Watykański II.

    Następnie w 2008 roku dzięki Benedyktowi XVI doszło do pojednania. Teraz są jednak gotowi do aktu schizmatyckiego. „Wyświęcę ojca Michaela Mary’ego 25 lipca, jeśli Bóg pozwoli” oraz „zostanie on wyświęcony bez mandatu apostolskiego, ponieważ Stolica Rzymska jest wyraźnie obsadzona przez wrogów Boga” – ogłosił kilka tygodni temu wyświęcony bez mandatu papieskiego bp. Pierre Roy, przełożony generalny. Oprócz niego udzielającymi sakry będą wyświęceni bez mandatu papieskiego Brazylijczyk bp Rodrigo Ribeiro da Silva oraz Argentyńczyk bp Fernando Altamira.

    Żaden wierny nie powinien w tym uczestniczyć

    Biskup Aberdeen, Hugh Gilberta oświadczył w związku z tym: „Święcenia te miałyby zostać udzielone bez mandatu papieskiego przez grupę biskupów, którzy zaprzeczają, że nasz Ojciec Święty, papież Leon XIV, jest faktycznie papieżem. Ponieważ konsekracja ta ma się odbyć w granicach geograficznych diecezji Aberdeen, czuję się zobowiązany do wyjaśnienia wiernym tej diecezji, że każda taka konsekracja biskupia byłaby bezprawna i stanowiłaby poważny akt nieposłuszeństwa, oddzielający uczestników od jedności z Kościołem katolickim. Żaden wierny nie powinien w niej uczestniczyć. Działanie to nie służy «dobru Kościoła katolickiego», jak fałszywie się utrzymuje. Sytuacja ta budzi głęboki żal i możemy jedynie modlić się, aby osoby, których to dotyczy, zmieniły zdanie” – stwierdził hierarcha.

    Bractwo nie uznaje posoborowych „pretendentów do papiestwa”

    Synowie Najświętszego Odkupiciela (Redemptoryści Zaalpejscy) powstali w 1988 roku z inicjatywy byłego redemptorysty o. Michaela Marii Sima, z powodu krytyki zmian, jakie zaszły w zakonie po soborze watykańskim II. Zgromadzenie to do 2008 roku współpracowało z Bractwem Kapłańskim Świętego Piusa X. Od sierpnia 2012 do maja 2026 było instytutem kleryckim życia konsekrowanego na prawie diecezjalnym. 2 maja 2026 roku w deklaracji „Dogmat, którym należy się kierować” ogłosiło, że nie uznaje posoborowych „pretendentów do papiestwa” jako rzeczywiście urzędujących papieży – stając się sedewakantystami i ponownie odłączając się od oficjalnych struktur kościoła rzymskokatolickiego.

    KAI/Stacja7

    ***

    Watykan otwiera drogę powrotu po schizmie w Bractwie św. Piusa X. Tak wygląda procedura dla księży i świeckich

    Opublikowano: 3 lipca 2026

    Dykasteria Nauki Wiary przekazuje biskupom na całym świecie komunikat dotyczący działań, jakie należy podjąć w celu ponownego przyjęcia do wspólnoty katolickiej tych, którzy zdecydują się opuścić Bractwo św. Piusa X po akcie schizmatyckim, który doprowadził do nowej ekskomuniki.

    fot. Shalone Cason/unsplash.com

    ***

    W celu powrotu do wspólnoty katolickiej po akcie schizmatyckim z 1 lipca nie będzie trzeba powoływać specjalnej komisji, jak miało to miejsce w przeszłości w ramach inicjatywy „Ecclesia Dei”, ponieważ Dykasteria Nauki Wiary opracowała już procedurę zarówno dla kapłanów, jak i dla wiernych świeckich, angażując bezpośrednio ordynariuszy diecezjalnych oraz przełożonych wspólnot stosujących ryt tradycyjny i trwających w jedności z Rzymem. Instrukcje są przekazywane w tych dniach za pośrednictwem nuncjatur, jak już ogłoszono w nocie wyjaśniającej opublikowanej 2 lipca przez Dykasterię.

    Pojednanie dla kapłanów

    Praktyka stosowana przez Dykasterię Nauki Wiary, obowiązująca od 1 lipca 2026 r., przewiduje, że kapłan, który zdecydował się opuścić Bractwo Kapłańskie św. Piusa X, gotowy jest zaakceptować Sobór Watykański II oraz zasadność novus ordo Missae, choć pozostaje przywiązany do rytu tradycyjnego, powinien „znaleźć ordynariusza (biskupa diecezjalnego, wyższego przełożonego kapłańskich instytutów zakonnych na prawie papieskim oraz kapłańskich stowarzyszeń życia apostolskiego na prawie papieskim itp.), który będzie gotów przyjąć go ad experimentum”.

    Następnie kapłan będzie musiał „napisać własnoręcznie list do Ojca Świętego, w którym się przedstawi i poprosi o zniesienie sankcji nałożonych z powodu święceń kapłańskich udzielonych przez biskupa ekskomunikowanego lub nie mającego uregulowanego statusu, lub z powodu tego, że po ważnym i zgodnym z prawem przyjęciu święceń kapłańskich wstąpił następnie do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X”. 

    Wyznanie wiary i formuła przystąpienia

    Kapłan będzie musiał ponadto dołączyć świadectwo święceń kapłańskich oraz załączyć, podpisane i opatrzone datą, „Professio fidei i Formula adhaesionis, opatrzone datą i podpisem”. Chodzi o wyznanie wiary, które podsumowuje treści wiary katolickiej, oraz o formułę przynależności, w której kapłan obiecuje wierność Papieżowi, zobowiązując się do nieatakowania publicznie ani jego samego, ani jego nauczania. Odzwierciedla to nauczanie zawarte w punkcie 25 Konstytucji dogmatycznej Lumen gentium, dotyczącej wierności nauczaniu Kościoła. Oświadcza ponadto, że uznaje za ważne sprawowanie Mszy św. zgodnie z obrzędami ogłoszonymi przez Pawła VI i Jana Pawła II oraz że przestrzega norm Kodeksu Prawa Kanonicznego ogłoszonego przez Jana Pawła II.

    Kapłan powinien zlecić przesłanie dokumentów (listu wraz z zaświadczeniem, profesji oraz formuły przynależności) przez ordynariusza, „który w liście towarzyszącym wyrazi gotowość przyjęcia go ad experimentum do swojej diecezji lub do swojego instytutu”. Zaraz po otrzymaniu dokumentów od ordynariusza Dykasteria sporządza reskrypt o zniesieniu sankcji, upoważniając ordynariusza do przyjęcia wnioskującego kapłana „na okres próbny trwający co najmniej rok i nie dłuższy niż trzy lata, po upływie którego będzie można przystąpić do jego inkardynacji”.

    Pojednanie dla wiernych świeckich

    Ta praktyka, wyjaśnia Dykasteria, „dotyczy kwestii przypisania winy lub stopnia odpowiedzialności subiektywnej wiernych świeckich, którzy formalnie przystąpili do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X lub do niego uczęszczają i którzy proszą o przyjęcie do pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim”. Nałożenie kary na świeckich należących do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X nie może bowiem „być zakładane automatycznie, lecz musi być rozpatrywane indywidualnie dla każdego przypadku”.

    „Ponieważ odpowiedzialność wymaga pełnej świadomości i świadomej zgody”, jak czytamy w dokumencie Dykasterii Nauki Wiary, przykłady udowodnionej odpowiedzialności mogą dotyczyć: świeckich należących do Trzeciego Zakonu Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X; świeckich, którzy regularnie uczestniczą w nabożeństwach Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, formalnie podzielając jego stanowiska doktrynalne”.

    Postępowanie, którego należy przestrzegać

    Ewentualna procedura, jaką należy zastosować w przypadku świeckich należących do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, na których nałożono karę i którzy proszą o przyjęcie do pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim, „oznacza formalny akt pełnej przynależności do doktryny i posłuszeństwa wobec hierarchii katolickiej, pod jurysdykcją miejscowego ordynariusza, który jest gwarantem jedności Kościoła lokalnego”.

    W związku z tym wierny świecki, który zdecydował się opuścić Bractwo Kapłańskie św. Piusa X, musi przedłożyć swojemu biskupowi Professio fidei oraz Formula adhaesionis, opatrzone datą i podpisem. „Po otrzymaniu dokumentacji miejscowy ordynariusz zadba o przyjęcie wiernego świeckiego w terminie i w sposób, jakie uzna za najbardziej stosowne”.

    Świeccy, których nie można obarczać winą

    W dokumencie zaznaczono, że „nie należy obarczać winą: świeckich, którzy uczęszczali do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X wyłącznie z powodów liturgicznych lub duchowych; świeckich, którzy – choć świadomi napięć ze Stolicą Apostolską – nie odrzucają Magisterium ani autorytetu Papieża”. W przypadku tych ostatnich wystarczy, aby zwrócili się „do kapłana pozostającego w pełnej wspólnocie, z postanowieniem, że w przyszłości nie będą uczęszczać do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X”.

    Vatican News, pa/Stacja7

    ***

    Ekskomunika, suspensa i inne kary kościelne.

    Za co, kiedy i dla kogo?

    EKSKOMUNIKA I INNE KARY KOŚCIELNE

    Shutterstock

    ***

    Na katolika może zostać nałożona ekskomunika mocą samego prawa, czyli bez ingerencji władzy kościelnej – automatycznie, gdy dopuści się określonych czynów. Jakich?

    Każdy z nas słyszał o karach kościelnych, ale mało kto wie coś o nich konkretnie. Uzupełnijmy tę lukę. Zasadniczo omawiane kary dzielą się na:

    • kary poprawcze
    • kary ekspiacyjne.

    Kary poprawcze

    Są nimi ekskomunika, suspensa i interdykt. Najcięższą jest ekskomunika. Może ona dotyczyć każdego katolika. Powoduje m.in. następujące zakazy:

    • zakaz pomocy w sprawowaniu mszy świętej i innych obrzędów religijnych, czyli bycia np. ojcem chrzestnym;
    • zakaz sprawowania sakramentaliów i sakramentów oraz przyjmowania sakramentów;
    • zakaz sprawowania jakichkolwiek kościelnych urzędów, posług i zadań oraz podejmowania w Kościele władczych decyzji („aktów rządzenia”).

    „Mocą samego prawa”, czyli od razu po popełnieniu czynu, ekskomuniką karany jest ten, kto:

    • odstąpiłby od wiary katolickiej, byłby heretykiem lub schizmatykiem;
    • użyłby przemocy fizycznej wobec papieża lub go zabił;
    • dałby rozgrzeszenie wspólnikowi w grzechu przeciw 6 przykazaniu;
    • porzuciłby konsekrowane hostie lub w celach świętokradczych zabrał je lub przechowywał;
    • wyświęciłby kogoś na biskupa bez zgody papieża,
    • przyjąłby wspomniane święcenia;
    • bezpośrednio wyjawia grzechy, o których wie dzięki spowiedzi;
    • powoduje przerwanie ciąży. Dotyczy to zarówno rodziców, jak i np. lekarza czy osób postronnych namawiających do aborcji.

    Interdykt

    Nałożyć na kogoś ekskomunikę można też dokumentem. I to za różne przestępstwa, np. za zdradzenie tajemnicy spowiedzi przez tłumacza, który w niej pośredniczył.

    Również interdykt może dotyczyć każdego katolika. Stanowią go dwa pierwsze zakazy wymienione przy okazji omawiania ekskomuniki. Obowiązuje mocą samego prawa lub jest nałożony personalnie.

    W drugim przypadku wyraźnie przewidziany jest tylko dla katolika popierającego jakiekolwiek stowarzyszenie działające przeciw Kościołowi lub nim kierującego.

    W pierwszym przypadku odnosi się ona zaś do tego, kto:

    • fałszywie donosi przełożonemu o tym, że jego podwładny przy okazji spowiedzi nakłania penitenta do grzechu przeciw przykazaniu „nie cudzołóż”;
    • nie będąc księdzem, usiłuje odprawiać mszę świętą;
    • nie mogąc rozgrzeszać, próbuje to robić, lub tylko słucha spowiedzi;
    • będąc zakonnikiem ślubów wieczystych, usiłuje zawrzeć małżeństwo, nawet cywilne;
    • stosuje przemoc fizyczną wobec biskupa.

    Suspensa

    Suspensa wreszcie to kara dotycząca wyłącznie osób duchownych, czyli księży diecezjalnych, diakonów, kleryków i zakonników. Nie jest ona tak jednoznaczna, jak interdykt i ekskomunika, gdyż w zależności od sytuacji stanowią ją takie lub inne zakazy działań wynikających z posiadania przez ukaranego:

    • święceń (np. zakaz odprawiania publicznych mszy świętych),
    • władzy rządzenia np. biskupiej,
    • urzędu np. kanclerza kurii biskupiej.

    Również suspensa jest nakładana albo mocą samego prawa, albo personalnie. W pierwszym przypadku suspensą karany jest ten, kto:

    • usiłuje zawrzeć małżeństwo, w tym cywilne;
    • nie mając święceń kapłańskich, próbuje sprawować mszę świętą;
    • nie mogąc dać rozgrzeszenia, usiłuje go udzielić, lub słucha spowiedzi sakramentalnej;
    • używa przemocy fizycznej wobec biskupa.

    Jeżeli chodzi o suspensę nakładaną personalnie, to może ona spaść np. na tego, kto stosując symonię (handel sakramentami), przyjmuje je lub udziela.

    Kary ekspiacyjne

    Ich celem jest ekspiacja, czyli zadośćuczynienie (swoiste „wyrównanie” szkód) przez ukaranego. Należą do nich:

    • zakaz lub nakaz przebywania na określonym miejscu [np. w danym klasztorze] lub terytorium, np. w jakiejś diecezji;
    • pozbawienie władzy, urzędu, zadania, prawa, przywilej, uprawnienia, łaski, tytułu, odznaczenia, nawet czysto honorowego;
    • zakaz korzystania z tego, co wyliczono w n. 2, lub zakaz korzystania z tego w określonym miejscu lub poza określonym miejscem;
    • karne przeniesienie na inny urząd;
    • wydalenie ze stanu duchownego.

    Kary wymienione w 1 i 5 punkcie dotyczą tylko duchownych. Karami obowiązującymi „mocą samego prawa” mogą być zaś jedynie te z punktu 3. Oczywiście pod warunkiem, że tego typu prawo zostanie wydane. Wprost zagrożone wspomnianymi karami są zaś jedynie: zabójstwo, porwanie, okaleczenie i zranienie.

    Eryk Łażewski  – Aleteia.pl

    ***

    Mocne świadectwo księdza, który opuścił Bractwo św. Piusa X: „Jedyna prawdziwa wolność leży w jedności ze Stolicą Piotrową”

    List ks. Gary’ego Campbella do bp. Bernarda Fellaya sprzed lat wraca dziś jako mocne świadectwo duchownego, który odszedł z Bractwa św. Piusa X i postawił fundamentalne pytania o posłuszeństwo, Tradycję, sumienie oraz granice prywatnego osądu wobec Magisterium Kościoła. Tekst, opublikowany ponownie przez serwis Trad Recovery w cyklu „Why I Left the SSPX”, pochodzi z 4 maja 1999 roku i jest osobistym wyjaśnieniem decyzji kapłana.

    Mocne świadectwo księdza, który opuścił Bractwo św. Piusa X: „Jedyna prawdziwa wolność leży w jedności ze Stolicą Piotrową”
    Mocne świadectwo księdza, który opuścił Bractwo św. Piusa X: „Jedyna prawdziwa wolność leży w jedności ze Stolicą Piotrową” · fot. via Pixabay.com

    ***

    Campbell zaczyna spokojnie, ale od razu dotyka sedna sporu. „Po długich rozważaniach i modlitwie postanowiłem opuścić Bractwo św. Piusa X” — napisał do bp. Fellaya. Jak wyjaśnił, problemem nie były emocje, lecz narastające przekonanie, że praktyczna postawa Bractwa prowadzi do niebezpiecznego paradoksu: z jednej strony odrzuca ono kierownictwo Stolicy Apostolskiej, z drugiej samo ustanawia się sędzią tego, czym jest prawdziwa Tradycja.

    Najmocniej brzmi jego pytanie o prywatną interpretację Magisterium. Campbell zauważa, że Bractwo uznaje posłuszeństwo papieżowi tylko wtedy, gdy jego wypowiedzi uzna za zgodne z wcześniejszym nauczaniem. „Skąd więc wiemy, kiedy potwierdza on Tradycję?” — pyta. I odpowiada, że taka ocena jest „z konieczności subiektywna i obarczona niebezpieczeństwem”. Pada też zdanie szczególnie ostre: „Prywatna interpretacja aktów Magisterium jest nie mniej niekatolicka niż prywatna interpretacja Pisma Świętego”.

    Kapłan wskazuje, że Stolica Apostolska ma „boską gwarancję pomocy Ducha Świętego”, podczas gdy prywatne środowisko, nawet przekonane o własnej wierności Tradycji, takiej gwarancji nie posiada. W jego ocenie praktyka Bractwa prowadzi do sprzeczności: jeśli każdy sam miałby oceniać, kiedy papież i biskupi są wierni Tradycji, pojawiłby się chaos; jeśli zaś rozstrzyga to kierownictwo Bractwa, powstaje zastępczy autorytet stojący ponad realną władzą Kościoła.

    Campbell pisze również o konsekwencjach teologicznych. Jego zdaniem, mimo licznych prób wyjaśniania własnego stanowiska, Bractwo w praktyce musi przyznać, że „Kościół popełnił błąd”, a więc nie zdołał prowadzić dusz do zbawienia. „Pomimo naszych gorących protestów, nie możemy uniknąć praktycznej herezji, twierdząc, że Kościół nie jest nieomylny” — stwierdza. To właśnie tutaj jego list przestaje być tylko osobistym rozstaniem, a staje się oskarżeniem o wewnętrzną nielogiczność całej konstrukcji.

    Były ksiądz Bractwa przyznaje, że początkowo wstąpił do FSSPX, aby „uwolnić się od liberałów”, bo nie chciał, by inni myśleli za niego. Potem jednak — jak pisze — odkrył, że wpadł w podobną zależność po drugiej stronie. „Teraz jednak okazuje się, że to tradycjonaliści myślą za mnie” — stwierdza. I dodaje jedno z najważniejszych zdań całego listu: „Jedyna prawdziwa wolność leży w jedności ze Stolicą Piotrową; teraz to rozumiem”.

    Campbell uderza także w pojęcie „Kościoła soborowego”, którym środowiska radykalnego tradycjonalizmu często opisują posoborową rzeczywistość kościelną. Pyta, czym właściwie miałby być ten byt: Kościołem odstępczym, który jednak posiada hierarchię i zwyczajną jurysdykcję? „Czym jest ten hybrydowy Kościół Vaticanum II; ten potwór, który jest w połowie Chrystusem, a w połowie szatanem?” — pyta w dramatycznym fragmencie listu.

    Osobny wątek dotyczy osoby abp. Marcela Lefebvre’a. Campbell podkreśla, że wierzy w jego moralną uczciwość, ale przypomina, że świętość nie oznacza nieomylności. „Moim autorytetem nie jest człowiek, lecz Kościół” — pisze. Wskazuje przy tym na atmosferę, w której opinie założyciela Bractwa zaczęły funkcjonować jak niemal obowiązująca norma, a wątpliwości wobec nich były odbierane jako zagrożenie albo „pokusa”.

    Watykan od lat oceniał sytuację Bractwa jako poważny problem kościelny. Jan Paweł II w motu proprio „Ecclesia Dei” po konsekracjach biskupich dokonanych przez abp. Lefebvre’a w 1988 roku pisał, że u źródła aktu schizmatyckiego leży „niepełne i sprzeczne pojęcie Tradycji”, ponieważ nie uwzględnia ono żywego charakteru Tradycji w Kościele. Benedykt XVI w 2009 roku przypominał natomiast, że dopóki Bractwo nie ma statusu kanonicznego w Kościele, jego duchowni „nie wykonują prawowicie żadnej posługi w Kościele”.

    Najbardziej poruszająca część listu dotyczy powrotu. Campbell przewiduje zarzut, że „wraca do Novus Ordo”, po czym odpowiada: „Nie, powrócę do Kościoła katolickiego”. Nie idealizuje jednak tej drogi. Pisze, że nie idzie „na zielone pastwiska”, bo „pole Pana jest brązowe i surowe”. Przyznaje, że może tęsknić za bezpieczeństwem i spokojem tradycjonalistycznego świata, ale uznaje ten spokój za odcięcie się od burzy, w której żyje Lud Boży.

    List kończy się osobistym tonem. Campbell dziękuje Bractwu za formację kapłańską, ale stwierdza, że dziecko „nie może podążać za ojcem w błąd”. „Moje sumienie nie pozwala mi trwać w całkowitym podważaniu wszelkiej władzy kościelnej na rzecz naszego własnego osądu. Czyż nie na tym polega schizma?” — pyta. I dodaje, że nie żywi urazy, lecz musi być posłuszny sumieniu.

    Świadectwo ks. Campbella jest ważne nie dlatego, że zamyka spór o Bractwo św. Piusa X, ale dlatego, że pokazuje go od środka — jako dramat sumienia, autorytetu i rozumienia Tradycji. To głos człowieka, który nie odszedł od wiary, lecz uznał, że nie może bronić Tradycji przeciwko Kościołowi, któremu ta Tradycja została powierzona.

    źródło: mp/Trad Recovery, Vatican News, Fronda.pl

    ***

    Biskup Marian Eleganti: to prawdziwa wiara decyduje, czy jesteśmy katolikami

    obraz_2022-11-03_192057502.png
    fot. YouTube/Marian Eleganti

    ***

    „To Magisterium właściwie interpretuje wiarę, a nie ludzie, którzy głoszą: My jesteśmy Kościołem! – pisze szwajcarski biskup Marian Eleganti. „Wiara Kościoła jest kryterium i cechą definiującą katolika. Wszelkie odstępstwa od niej nazywamy herezjami. W istocie, właśnie tym są: zamiast inny rodzaj katolików, trafniej byłoby powiedzieć: już nie są katolikami! Poglądy tych ludzi, biegłych w sofistyce, należy określić jako heretyckie” – podkreśla.

    Hierarcha jest jednym z założycieli ruchu Pro Fide Ecclesiae, który w ostatnich dniach zaapelował do papieża Leona XIV o wycofanie poparcia dla niemieckiej, heretyckiej Drogi Synodalnej. Nawiązując do założeń nowopowstałej organizacji biskup wyjaśnił popularne nieporozumienie wokół rzekomego pluralizmu poglądów na istotne prawdy wiary katolickiej.

    „Pewne terminy, takie jak konserwatywny i postępowy, zakorzeniły się w naszym języku potocznym” – odnotowuje bp Marian Eleganti na łamach Life Site News. „Najwyraźniej istnieją różne rodzaje katolików: katolicy lewicowi; katolicy prawicowi; katolicy reformistyczni; postępowcy; reakcjoniści; tradycjonaliści; progresiści i tak dalej. Szczególnie pomysłowy neologizm pochodzi od biskupa Georga Bätzinga: inni katolicy” – wylicza autor.

    W jego ocenie, wskutek przyzwyczajenia powszechnym stało się używanie wymienionych terminów, jednak zazwyczaj nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak są one błędne.

    „Albo jest się katolikiem, albo nie. Trzecia możliwość jest wykluczona (tertium non datur). Dlatego założyliśmy stowarzyszenie – a raczej zainicjowaliśmy ruch – którego celem jest przywrócenie świadomości i obrona tego, co znaczy być katolikiem zgodnie z wiarą Kościoła. Autorytet do definiowania tego nie należy do nas, lecz do Magisterium Kościoła (Katechizmu Kościoła Katolickiego). To Magisterium właściwie interpretuje wiarę, a nie ludzie, którzy głoszą: My jesteśmy Kościołem!” – wskazuje hierarcha.

    Biskup Eleganti przypomina w tym miejscu – wydawałoby się, truizm: Wiara Kościoła stanowi kryterium i cechę definiującą katolika. Wszelkie odstępstwa od niej nazywamy herezjami. „W istocie, właśnie tym są: zamiast innym rodzajem katolika, trafniej byłoby powiedzieć już nie są katolikami!. Poglądy tych ludzi, biegłych w sofistyce, należy określić jako heretyckie” – stwierdza.

    „(…) dodatkowe atrybuty przypisywane określeniu katolicki ujawniają, że odpowiadająca mu interpretacja wiary lub praktyki wiary są tak naprawdę skorumpowane, błędne lub fałszywe. To, co oznacza katolicki w pełnym tego słowa znaczeniu, nie wymaga dalszych wyjaśnień. Prawosławie i ortopraksja to jedno i to samo. Kościół opowiada się tu za jednoznacznością. Niech wasze tak będzie tak, a wasze nie będzie nie. A co ponad to, od Złego pochodzi (Mt 5,37)” – czytamy.

    Dalej hierarcha rozbraja bombę rzekomego pluralizmu w głoszeniu pod sztandarem katolicyzmu poglądów na doktrynę.

    „Jeśli chodzi o wiarę Kościoła, nie ma żadnej różnorodności. Jedyne różnice tkwią w obrzędach, poprzez które wyraża się ta wspólna wiara. Wiara Kościoła w Niemczech nie różni się jednak od wiary Kościoła w Afryce. W swej istocie jest jednoznaczna i niepodzielna, katolicka i apostolska. Jest pogłębiana z biegiem czasu, interpretowana w sposób właściwy dla każdej epoki (zgodnie z ustaleniami Magisterium) i przekazywana (Tradycja apostolska)” – wskazuje biskup Eleganti.

    Przypomina również: depositum fidei, depozyt wiary nie zmienia się z biegiem czasu, lecz jest wiernie przekazywany z pokolenia na pokolenie przez Magisterium Kościoła. „W tym kontekście Piotr jest skałą, a nie ruchomą wydmą, która przesuwa się z każdym (fałszywym) zdaniem” – zauważa autor. Natomiast beneficjenci rzekomego pluralizmu podkreślają swoją rzekomą przynależność do Kościoła w nieuprawniony sposób.

    „Chcą być postrzegani jako katolicy, ale i redefiniować wiarę Kościoła od wewnątrz, zgodnie z własnym rozumieniem i żyć nią inaczej (różnorodnie), na przykład jako para homoseksualna. Nie przyznają się otwarcie, że nie podzielają wiary Kościoła; chcą ją zmienić, żyć nią w sposób współczesny (puste określenie, które można wypełnić dowolnym znaczeniem)” – podkreśla.

    Tymczasem być katolikiem oznacza nienawiść świata (por. J 15,19), który „kocha tylko to, co do niego należy” – pisze biskup Marian Elegfanti.

    PCh24.pl -źródło: Life Site NewsRoM

    ***

    Biskup Marian Eleganti:

    Albo ktoś jest katolikiem, albo nie – nie ma trzeciej drogi!

    Jak zauważa biskup Marian Eleganti, przyzwyczailiśmy się do takich etykietek, jak „konserwatywny” czy „postępowy”. Stąd przyjmujemy też, że „najwidoczniej istnieją wszelkie typy katolików: lewicowi katolicy, prawicowi katolicy” itp. „Szczególnie inteligentny neologizm pochodzi od biskupa Georga Bätzinga: inni katolicy” – pisze z ironią szwajcarski biskup w tekście opublikowanym na portalu „Life Site News”.

    „Tak przyzwyczailiśmy się do tych określeń i często używamy je sami bez uświadomienia sobie, jak całkowicie są one mylne – stwierdza bp Eleganti. – Albowiem albo ktoś jest katolikiem, albo nim nie jest. Trzecia możliwość nie istnieje (tertium non datur)”.

    W związku z powyższym biskup ogłasza założenie ruchu, którego celem jest nie tylko przywrócenie świadomości, „co to oznacza być katolikiem w zgodzie z wiarą Kościoła”, ale także stawanie w obronie tej prawdy. Bowiem „władza definiowania tego nie zależy od nas, ale od Magisterium Kościoła katolickiego (Katechizm Kościoła katolickiego). To Magisterium prawidłowo interpretuje wiarę, a nie ludzie, którzy głoszą: My jesteśmy Kościołem!

    Podkreślając wiarę Kościoła jako „kryterium i definiującą charakterystykę katolika”, bp Eleganti zauważa, że wszelkie odejście od tego kryterium oznacza po prostu herezję. Jeśli zatem ktoś się określa jako „innego typu katolik”, to w rzeczywistości mógłby powiedzieć: „już nie katolik!”. Nadanie etykietki „katolicki” nie oznacza, że dana rzecz jest w rzeczywistości „katolicka” – pisze biskup.

    Z drugiej strony „dodatkowe atrybuty dołączane do słowa katolik wyjawiają, że odpowiednia interpretacja wiary czy praktyka wiary jest w rzeczywistości zniekształcona, błędna lub fałszywa”. Bp Eleganti nie ma wątpliwości, że to, „co katolicki oznacza w pełnym rozumieniu tego słowa, nie wymaga dalszych wyjaśnień”. Kościół opowiada się za brakiem dwuznaczności.

    Szwajcarski biskup podkreśla, że jeśli chodzi o wiarę Kościoła, to „nie ma tu różnorodności”, a Kościół katolicki jest jeden i ten sam, niepodzielny, niezależnie od kraju i miejsca na kuli ziemskiej. Różnice mogą istnieć „w obrzędach, przez które ta wspólna wiara się wyraża”. Ta wiara Kościoła „pogłębiana jest z czasem, interpretowana w sposób właściwy dla każdej epoki (jak to określa Magisterium) i przekazywana dalej (tradycja apostolska)”.

    „Pod tym względem mówimy o depositum fidei – depozycie wiary, który nie ulega zmianie z upływem czasu, ale jest wiernie przekazywany z pokolenia na pokolenie przez Magisterium Kościoła. W tym kontekście Piotr jest opoką, a nie ruchomą piaskową wydmą, która zmienia się z każdą (fałszywą) opinią” – pisze bp Eleganti.

    Ponownie autor podkreśla, że ci wszyscy, którzy próbują definiować katolicyzm poprzez dodawanie różnych określeń do niego, w rzeczywistości są odstępcami od wiary: „Chcą przynależeć, być uznani za katolików, jednak definiować wiarę Kościoła na nowo od wewnątrz według własnego rozumienia i żyć inaczej (różnorodnie), np. jako para homoseksualna”. Nie podzielając wiary Kościoła tacy ludzie chcą ją zmienić po to, by móc „żyć nią we współczesny sposób”.

    „Nie będziemy się na to dłużej zgadzać i będziemy głosem katolików, którzy są po prostu katolikami. Albo nimi jesteście, albo nie! To o to w tym wszystkim chodzi!” – konkluduje bp Eleganti, podkreślając jasno cel ruchu.

    źródło: fronda.pl

    ***

    Cykl wakacyjny Gosc.pl:

    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    portret św. Jana od Krzyża pędzla Francisco de Zurbarana PD

    ***

    Zapraszamy do udziału w wakacyjnym kursie duchowości św. Jana od Krzyża. Naszym przewodnikiem będzie doświadczony specjalista o. dr hab. Marian Zawada OCD. Kolejne odcinki cyklu publikować będziemy we wtorkowe wieczory.

    – Teksty św. Jana od Krzyża rozpalają coś głęboko w duchu człowieka. Warto zakosztować tego doświadczenia – mówi ojciec profesor – Lektura Jana od Krzyża jest dla tych, którzy chcieliby zmierzyć się z tajemnicą człowieka: głęboką tajemnicą jego pochodzenia i jego przeznaczenia do przemiany w istnienie boskie – podkreśla.

    Nie jest to przekaz łatwy, ale zawarta w nim prawda zaczyna w nas pracować i pociągać do Boga. Bo w gruncie rzeczy chodzi o odkrycie żywego Boga. To wysoki ideał, bardzo ambitny, odważny. Św. Jan pokazuje nam jednak drogę sprawdzoną i pewną. Gdy legendarna hiszpańska armada w XVI w. eksplorowała zamorskie krainy, Jan od Krzyża zgłębiał otchłanie ducha. Gdy konkwistadorzy szukali złota, on zdobywał bogactwa duchowe. Co więcej, w przeciwieństwie do wielu mistyków potrafił to precyzyjnie opisać.

    Bardzo wcześnie zaczął uczyć się heroicznej miłości – jego ojciec zmarł wcześnie, więc Jan od najmłodszych lat musiał ciężko pracować i uczyć się jednocześnie. Był już całkiem nieźle wykształcony, gdy wstąpił do karmelitów. Później studiował jeszcze na słynnym uniwersytecie w Salamance. Miał 25 lat, gdy spotkał św. Teresę od Jezusa. Razem prowadzili reformę zakonu karmelitańskiego. Jan zapłacił za to 9-miesięcznym pobytem w zakonnym więzieniu w Toledo. – Tam dojrzewała jego najpiękniejsza mistyka – mówi o. prof. Zawada.

    Dodaje, że Jan nie miał ambicji napisania całościowego traktatu na temat życia duchowego. Chciał tylko poruszyć kilka najtrudniejszych kwestii, takich jak: natura kontemplacji, problem cierpienia, poczucie bycia otoczonym przez zło i odrzuconym przez Boga. Pojawia się u niego także motyw drogi – drogi na Górę Karmel – prowadzącej przez duchowe ciemności do zjednoczenia z Bogiem, napełnienia Bożą miłością. Ukazuje ideał zjednoczenia Boga z człowiekiem przez łaskę, która działa na ludzki umysł, pamięć i wolność. O tych właśnie sprawach mówić będziemy w tegorocznym cyklu wakacyjnym.

    Jan nie zajmuje się moralnością, nie zajmuje się grzechami – jeśli mówi o zagrożeniach w życiu duchowym, to ma na myśli szczególny typ zniewolenia poprzez małe chaotyczne pragnienia. One pochłaniają niesamowity potencjał, jaki człowiek w sobie nosi. Sprowadzają z radykalnej drogi wolności od siebie, od świata i od wyobrażeń o Bogu.

    Idea Drogi na Górę Karmel – podkreśla nasz przewodnik – nie jest drogą zewnętrznego odrzucenia świata, w którym żyjemy. Jest to raczej droga uwolnienia wewnętrznego: człowiek pozostaje w świecie, ale zupełnie zmienia swój stosunek do niego. Nie jest już jego niewolnikiem. Nie jest niewolnikiem ani własnych pragnień, ani cudzych opinii.

    – Jan proponuje nam pójście do końca logiką pierwszego przykazania: miłości Boga całym sercem, całą duszą i ze wszystkich sił. Nie bawi się w duchowe uprzejmości, nie pociesza, nie wspiera. Mówi: „chcesz szybko dojść na szczyt, gdzie spotkasz się z Bogiem? idź tą drogą”. Nie jest to droga utartymi szlakami, ale prosto w górę, na azymut – mówi o. prof. Zawada.

    Jarosław DudałaGość Niedzielny

    ***

    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    #1: Droga przez ciemność

    Chrystus mówi ogólnie, że trzeba się narodzić na nowo. Św. Jan od Krzyża opisuje ten proces w detalach – mówi o dr. hab. Marian Zawada w pierwszym odcinku cyklu poświęconego duchowości wielkiego mistyka.

    o. prof. Marian Zawada OCD/ fot. Henryk Przondziono – Gość Niedzielny

    ***

    Zapraszamy do udziału w wakacyjnym kursie duchowości św. Jana od Krzyża. Naszym przewodnikiem jest o. dr hab. Marian Zawada OCD. Kolejne odcinki cyklu publikujemy we wtorkowe wieczory. W tym roku mija 300 lat od kanonizacji św. Jana od Krzyża i 100 lat od ogłoszenia go Doktorem Kościoła..

    Jarosław Dudała: Pierwsze wielkie dzieło św. Jana od Krzyża to „Droga na Górę Karmel”. Dokąd prowadzi ta droga?

    O. prof. Marian Zawada OCD: Chodzi o przeprowadzenie duszy przez wszystkie naturalne i nadprzyrodzone pojęcia o Bogu, przez uwolnienie się od wszystkich szkód i złudzeń – aż do zjednoczenia z Bogiem.

    Każda droga ma jakieś etapy. Jakie są etapy drogi na Górę Karmel?

    Są trzy elementy podstawowe jednego procesu.

    Punkt wyjścia, jak mówi Jan od Krzyża, to często fałszywy obraz Boga, okrojony przez nasze pojęcia. Powstaje on w wyniku różnych doświadczeń, wizji naszych rodziców, różnych traum czy nieszczęść dzieciństwa. Czasem człowiek ma ojca surowego albo nieobecnego i dlatego czuje się opuszczony, zagubiony, niechciany. W efekcie buduje sobie wizję Boga, który go prześladuje, nie życzy mu szczęścia, nie kocha go absolutnie, odrzuca go. Widzi w nim sędziego, policjanta, gnębiciela czy nawet sadystę, który mu rzuca kłody pod nogi i zabrania wszystkiego, co lubi. Niektórzy – np. Marcin Luter – z takiego bardzo negatywnego doświadczenia Boga wyprowadzali później swoją doktrynę. Jan od Krzyża mówi, że trzeba porzucić te wszystkie wyobrażenia o Bogu.

    Drugi to głębokie oczyszczenie ludzkiego wnętrza (rozumu, pamięci i wolności), które przemienia. Żeby wejść na drogę wiary, trzeba je porzucić – wejść w pozbawioną pojęć obecność z Bogiem, nauczyć się obcować z Bogiem żywym.

    Trzeci etap to osiągnięcie pełnego zjednoczenia.

    Jak wejść w pozbawioną pojęć obecność Boga? My przecież naturalnie posługujemy się w swoim myśleniu pojęciami, nawet jeżeli tego nie reflektujemy. Zawsze mamy jakieś pojęcie czy wyobrażenie rzeczywistości, o której myślimy.

    Tego dzieła dokonuje Bóg, a my mamy Mu się doskonale poddać. Jan nazywa to drogą nocy wiary. Uważa, że nasza osobista „wersja” Boga – to, jak Go rozumiemy – to pewne ograniczenie, które trzeba powierzyć wierze. Wiarę rozumie jako Boskie poznanie udzielane człowiekowi. Działa ona jak oślepiający reflektor – coś, co swoim blaskiem… zaciemnia. Nasz umysł w naturalnej formie nie może tego kontemplacyjnego daru przyjąć. Wiara jest zarazem darem i ofiarowanym narzędziem poznania. Droga na Górę Karmel polega więc na tym, żeby porzucić te wszystkie małe, ograniczone wyobrażenia o Bogu i uwierzyć – pozornie jest to oślepienie umysłu, ale tak naprawdę jest to naprawa myślenia. Człowiek już się nie posługuje jakimiś ograniczonymi pojęciami, ale wchodzi w nurt wiary, snop światła, w głębsze poznanie.

    Czyli nie jest to porzucenie rozumu, tylko jego przebudowa?

    To jest przebudowa myślenia. Człowiek uczy się na nowo rozumieć siebie, świat i Boga. Dosyć trudno to tłumaczyć, gdyż jest to – jak to ujął sam Chrystus – droga przez śmierć, nowe narodziny. Chodzi o porzucenie pojęć naturalnych, ale także porzucenie wyobrażeń o  Bogu, sobie itd. Jan wskazuje, że nie wolno nawet przywiązywać się do bardzo pozytywnych doświadczeń duchowych, bo nawet one są tylko jakąś naszą interpretacją. Rada jest prosta, choć bardzo trudna: staraj się zająć samym Bogiem w czystej formie.

    I co dalej?

    Potem idziemy przez noc ciemną, która jest drogą uwolnienia od wszystkich złudzeń duchowych, niebezpieczeństw i szkód duchowych.

    Jakich?

    Przede wszystkim od zasadzek i szkodliwości demona, od uwodzenia współczesnego świata. I własnego lenistwa czy oporu natury. Zejście schodami ciemnej wiary powoduje, że demon w jakimś sensie traci „namiary” na nas, nie potrafi nam zaszkodzić, ponieważ my mu w wierze jakby znikamy, bo nie ma on wglądu w rzeczywistości czysto Boskie (może się jedynie domyślać!). Zwykle namierza nas, widząc nasze słabości, skłonność do grzeszenia, ale gdy człowiek wchodzi na drogę ciemnej wiary, jakby znika demonowi z pola widzenia.

    Co to znaczy: iść drogą oczyszczenia duchowego?

    To droga ciemnej wiary, nadziei i miłości. Wiara oznacza przebudowę całego myślenia, bo poznanie dokonuje się już nie przez zmysły, ale człowiek zaczyna działać pod wpływem natchnień Ducha Bożego. człowiek idący tą drogą opiera się na poznaniu wewnętrznym. Wie, czego Bóg od niego chce, co ma robić, jakie decyzje podejmować.

    Drugą przestrzenią jest pamięć człowieka i działanie nadprzyrodzonej nadziei. My posiadamy siebie dzięki pamięci: pamiętamy siebie i swoje przeżycia, dzięki czemu wiemy, kim jesteśmy. To także zostaje przebudowane: człowiek traci podmiotowość opartą na sobie i swoim doświadczeniu, a jego „jestem” zostaje osadzone na „jestem” Boga. W tym procesie pamięć zostaje wypełniona nadzieją, czyli posiadaniem Boga. To jest boski sposób posiadania: posiadanie w nadziei. Dla człowieka jest to niezwykłe, bo gdy posiada w nadziei, to może mieć niewiele, a jednak posiadać wszystko. To paradoks nadziei, że my tutaj, na ziemi możemy żyć bardzo skromnie, a zarazem być bardzo bogatymi w nadziei. Żyjemy wtedy obietnicą, żyjemy duchowym posiadaniem, posiadaniem Boga. To właśnie jest drugi element doktryny św. Jana: przekształcenie pamięci samego siebie samego – memoria sui, jak mówił św. Augustyn – w memoria Dei, pamięć Boga. Taki człowiek pamięta o Bogu, wszędzie Go widzi, Bóg mu się ze wszystkim kojarzy.

    A trzeci wymiar drogi na Górę Karmel?

    On dotyczy miłości i woli. Miłość powoduje, że zmieniają się podstawy radości człowieka – z radości zmysłowego zaspokajania w radość miłowania. Następuje wtedy rozpłomienienie w miłości: człowiek po prostu ma radość z tego, że kocha na sposób Boski, tak jak Bóg sobie tego życzy. W końcu cały zamienia się w miłość. To jest bardzo ciekawy proces: człowiek, który wykonuje nawet coś zwyczajnego z miłością, życzliwością czy uprzejmością, świadczy już tak wysokie dobro, że staje się jakby żywą miłością, żywym płomieniem. To jest moment, w którym człowiek działa pod wpływem Ducha Świętego.

    Trudne to wszystko do zrozumienia.

    Tak. Dzieje się to z kilku powodów. Proces oczyszczenia w swych zewnętrznych objawach przypomina czasem trudności psychologiczne: zagubienie, dezorganizację życia, trudność w radzeniu sobie ze zwykłymi sytuacjami życiowymi, a nawet depresją. Ale jest inna przyczyna. Przyczyną nocy nie jest wyczerpanie człowieka, ale nadprzyrodzone działanie Boga. 

    Trudno też w kilku zdaniach wyjaśnić proces uwolnienia, przeprowadzenia przez bardzo trudną przemianę prawdziwego obywatela nieba aż do pełnego zjednoczenia z Bogiem. Nie do jedności z drugim człowiekiem, nie ze stworzeniem ale właśnie z Bogiem. Ta jedność jest czystą formą szczęścia, ponieważ człowiek przez łaskę staje się istnieniem Boskim. Bóg dopuszcza go do Siebie i przekształca w Siebie. Podobieństwo człowieka do Boga narasta tak, że trudno już rozpoznać, kto jest miłującym, a kto umiłowanym. Oni już są jednym.

    Tu, na ziemi czy dopiero w niebie?

    Św. Jan od Krzyża jest znany z nieprawdopodobnego duchowego przyspieszenia i niecierpliwości – chce osiągnąć cele duchowe już tu, na ziemi. Życie w zjednoczeniu z Bogiem jest możliwe w życiu doczesnym. Nie ma więc co tracić czasu, bierzmy się do roboty, rozpędzajmy się, biegnijmy w górę, na azymut. Takie nadprzyrodzone przeobrażenie, które jest dziełem Bożej łaski, fachowo nazywa się restrukturyzacją antropologiczną. Człowiek staje się wtedy jakby samym Bogiem i posiada to, co On.

    To się wydaje wręcz nieosiągalne.

    Jeżeli ktoś zrobi pierwszy, drugi krok, to Bóg go hojnie obdarowuje. Ale to się niestety wiąże się z coraz większą radykalizacją życia. Weźmy na przykład ks. Dolindo Ruotolo, który cierpiał bez żadnej winy ze swojej strony. Każdy zresztą ma inną drogę. Ale w każdym razie wspinaczka na Górę Karmel polega na wielkim przekształceniu człowieka z istnienia naturalnego w czyste istnienie nadprzyrodzone. Człowiek w zjednoczeniu z Bogiem może kochać tak, jak Bóg – to jest wielka łaska. Dla ludzi świętych, mistyków jest to coś pierwszorzędnego.

    Gość Niedzielny

    Jarosław Dudała – dziennikarz, prawnik, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego”. Były korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej w Katowicach. Współpracował m.in. z Radiem Watykańskim i Telewizją Polską. Od roku 2006 pracuje w „Gościu”.

    ***

     Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    #2: Uwolnienie

    Jesteś stworzony do boskości, do tego, żeby być z Bogiem. Przygotuj się do tego. To jest twoja rola na wieczność – uczy św. Jan od Krzyża.

    o. prof. Marian Zawada OCD fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: Uwolnienie w kontekście życia duchowego kojarzy się najczęściej z uwolnieniem od grzechu, nałogu czy choroby. Czy o takie uwolnienie chodziło św. Janowi od Krzyża?

    O. prof. Marian Zawada: Św. Jan zwraca uwagę na coś, bez czego nie można wyruszyć na Górę Karmel: na wolność od tego, co stworzone. Chodzi o wolność od rzeczy, od przyziemności, od siebie, od innych, od fałszywego obrazu Boga.

    Czyli: gdy Jan mówi o uwolnieniu, chodzi o zrzucenie obciążeń przeszkadzających w duchowym marszu?

    Tak! Bo człowiek ma skłonność do przylegania do ziemskiej doczesności. Klei się do tego, co jest w jego zasięgu, a to go wiąże i ogranicza.

    A konkretnie: do człowiek czego lgnie? Do rzeczy materialnych?

    Nie tylko. To są także nasze przyzwyczajenia, nasze stereotypy, schematy zachowań. To impulsywne, dzikie pragnienia, namiętności, np. namiętność posiadania czy kupowania. Albo wyrachowanie: człowiek ciągle coś kalkuluje, a to go wprowadza w mentalność, która wiąże go z tą ziemią, z doczesnością. W tym właśnie tkwi problem, wolność względem rzeczy doczesnych jest potrzebna, żeby ściślej obcować z Bogiem. Można to nazwać opcją na rzecz nieba.

    Czasem człowiek jest duchowo związany poprzez radość.

    Radość?!

    Tak. Ona – po pierwsze – bywa w niektórych przypadkach generalnie kiepska, bo osadzona w złośliwości czy jakimś szyderczym stylu. Ale nawet jeśli nie ma w niej szyderstwa, to często jej napędem jest siła zmysłów. Lubimy to, co sprawia nam radość i przyjemność. Mamy więc radość widzenia, radość słuchania, radość dotykania, smakowania życia.

    No, ale gdzie tu jest problem?

    Problem w tym, że taka radość wytwarza swoistą grawitację: człowieka coraz bardziej ciągnie do tej radości. Szuka jej. Te doświadczenia powielamy i się od nich uzależniamy. To rodzi przyzwyczajenia, np. oglądanie seriali, uczestniczenia w jakiejś banalnej kulturze.

    Czyli: „jeśli chcesz iść za św. Janem od Krzyża, musisz zrezygnować z Netflixa”?

    To by było zbyt proste. Chodzi raczej o to, żeby tę swoją radość uzdrowić, tzn. związać ją przede wszystkim z rzeczami duchowymi: byciem z Bogiem, z sakramentami. To jest moment kluczowy – zmienić źródła mojej radości.

    Chyba najtrudniejsze jest to, że sama w sobie radość z drobnych rzeczy doczesnych nie jest zła, ale przywiązanie do niej jest już problemem. Istnieje bardzo subtelna granica pomiędzy odnoszoną do Boga radością z rzeczy doczesnych, która nas buduje a taką, która w dalszej perspektywie jakby zawiesza nas w doczesności, czyni ślepymi na rzeczywistość duchową. W praktyce jednak trudno je odróżnić.

    Jeżeli człowiek rozwija radość duchową: radość bycia z Bogiem, z modlitwy, z adoracji, podziwia przyrodę, która staje się wtedy dla niego językiem Boga. Z drugiej strony, możemy podziwiać piękno w sposób czysto zmysłowy, namiętny. Człowiek wtedy pożąda czegoś. Dominuje w nim chęć posiadania, zawładnięcia pięknem.

    I nie chodzi wyłącznie o pożądanie czy posiadanie seksualne?

    Chodzi o coś znacznie szerszego: o zasadniczą chęć posiadania tego, co mi się podoba.

    Inną rzeczą, która nas wiąże duchowo, są nasze nadzieje. Nadzieje banalne – jak by powiedział Jan od Krzyża. Mamy w języku polskim takie wyrażenie: wiązać nadzieje z czymś. To jest klucz do zrozumienia, o co chodzi: jeżeli wiążemy nadzieję z osobami, rzeczami, zasobami czy wyobrażeniami o nas samych, to nasza nadzieja nadprzyrodzona (w odniesieniu do Boga, szczęścia wiecznego) w ogóle nie funkcjonuje. Człowiek tak wtedy rozbudowuje nadzieje związane z doczesnością, że na niebo albo nie ma już miejsca, albo nie ma siły, albo to niebo jest dla niego dalekie. Dlatego pozostaje przy tych swoich małych nadziejach – i one go wiążą.

    A lęki?

    A lęki, obawy o utratę czegoś, traumy, różne małe czy większe koszmary paraliżują nas. Kto jest uwięziony w lękach, nie potrafi kochać. Człowiek żyjący pod wpływem lęku nie rozwija się duchowo.

    Co wtedy zrobić?

    Zastąpić lęk bojaźnią Bożą, czyli unikaniem tego, co mnie oddala od Boga.

    Kolejna rzecz, od której trzeba się uwolnić, to smutek. Trzeba się zastanowić, co mnie zasmuca. Ogólnie rzecz biorąc, smutek rodzi się z jakiegoś braku. Bywają smutki nieokreślone, ale one też wynikają z jakiegoś braku. 

    Mówi Ojciec, że obciążeniem duchowym jest smutek, a chwilę wcześniej tak samo opisywał Ojciec radość.

    Tak, to są dwie, a właściwie nawet cztery przeciwstawne twarze Światowida: smutek i radość, nadzieja i lęk.

    Jest też kolejny obszar, w którym potrzebujemy uwolnienia: trzeba przestać bać się stracić siebie. To jest właśnie ten moment, w którym Chrystus mówi nam, że kto nie wyrzeka się wszystkiego, ten nie może być Jego uczniem. Albo też: „kto chce zachować swoje życie, ten je straci”. I jeszcze: „kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien”. Jest to duchowa zależność, którą trzeba odkryć, bo człowiek lubi bezpieczeństwo, chce ocalić siebie.

    Co wtedy?

    Trzeba więc dokonać pewnego wyboru. Mały format życia, który pojawia się na skutek postaw, o których mówiłem, powoduje, że człowiek jest zmęczony czy przebodźcowany. Te wszystkie przywiązania rodzą niepokój, bo one w człowieku krzyczą, że chcą być zaspokajane. Każdy ma jakieś swoje przyzwyczajenia czy uzależnienia.

    Na przykład?

    Np. uzależnienie od muzyki, albo od hałasu. Cisza może być wtedy czymś przerażającym, jak nieistnienie. Może to być uzależnienie od plotek, newsów, bycia na bieżąco. Czy przymus kontrolowania. U podstaw tego wszystkiego jest marnowanie czasu, nastawienie na banał, trywialność. Chłoniemy to wszystko bez większej refleksji – i staje się to dla nas wielkim obciążeniem.

    Czy my sami musimy się uporać z tym całym bagażem, czy to Pan Bóg nas od tego uwalnia? A może potrzebne jest i jedno, i drugie?

    Pan Bóg daje nam sytuacje, które nas uczą. Może to być np. przykrość, rozczarowanie, klęska, upadek jakiegoś projektu na życie. Bóg przez nie uczy nas, że powinniśmy zmienić wartościowanie i że jesteśmy za bardzo uzależnieni od opinii innych. Tymczasem my jesteśmy tak przesterowani, że obawa o to, co powiedzą inni, budzi w nas przerażenie. A przecież mam prawo do swojej opinii i mogę ją wyrażać. Może się to komuś podobać albo nie, ale to powinien być standard. A my się boimy, że ktoś zmarszczy brwi. Uważamy to za hejt, odrzucenie, czy swoją porażkę.

    Wracając jednak do Jana od Krzyża: chodzi o to, żeby nie zadowalać się okruszynami, ale sięgać po rzeczy wielkie, rzeczy boskie. – Jesteś stworzony do boskości, do tego, żeby być z Bogiem. Przygotuj się do tego. To jest twoja rola na wieczność – uczy Jan.

    To brzmi dumnie.

    I słusznie, bo człowiek w głębi serca nie chce marnować swojego potencjału, nie chce być produktem. Nie chce płycizny, pospolitości, tuzinkowości, ale chce związać się z Bogiem i to właśnie jest dla niego kluczowe. Dlatego trzeba nabrać dystansu do tego, co widzimy, słyszymy i czujemy. Jan od Krzyża idzie nawet dalej i mówi, że trzeba to odrzucić. Nie zajmować się tym. Nie jest to łatwe, bo nasza natura ciągle zajmuje się sobą. Kieruje potencjał życia na tanie, bezwartościowe realizacje, sycenie siebie. Jan idzie tu drogą odmowy. Tu właśnie leży klucz do drogi na Górę Karmel – drogi, którą on nazywa drogą „nic”.

    Co to znaczy?

    To znaczy, że to, co napotykam, co jest stworzone, nie ma żadnej proporcji czy podobieństwa do tego, kim jest Bóg. Rezygnuję z tego, by zająć się Bogiem, a nie tym, co On stworzył. Na tym polega pewien rodzaj uwielbienia Boga, że to On jest dla mnie najważniejszy. Trzeba to odkryć.

    Jak?

    Trzeba narodzić się na nowo. A żeby się narodzić na nowo, trzeba umrzeć. Stracić siebie. To bardzo trudny proces duchowy, ponieważ człowiek realnie traci siebie, ale zyskuje nową podmiotowość w Bogu. Jan od Krzyża używa nawet takiego okrutnego słowa: ogołocenie.

    Rzeczywiście, brzmi to strasznie.

    Ale to znaczy: strząśnij z siebie wszystkie ozdobniki, makijaże, bądź prawdziwy, wolny i boski!

    Jest taka znana, ale trudna fraza Jana od Krzyża: „By dojść do smakowania wszystkiego, nie chciej smakować czegoś w niczym. By dojść do posiadania wszystkiego, nie chciej posiadać czegoś w niczym”. Co to właściwie znaczy?

    Reklama

    To znaczy: żeby dojść do smakowania/posiadania wszystkiego, nie chciej smakować/posiadać czegoś szczegółowego. Po prostu idź na samą górę i mijaj to, co napotkasz. Nie pozwól się temu zatrzymać. 

    Jan mówi też rzecz podobną: żeby dojść do poznania wszystkiego, nie chciej poznawać czegoś szczególnego – czegoś, co człowiek może ogarnąć – bo idziesz poznać Kogoś, kto jest nie do ogarnięcia.

    Dlatego trzeba uwolnić serce od spraw doczesnych, panować nad doczesnością, a nie być jej niewolnikiem. Nie zawłaszczać osób i rzeczy, ale uczyć się je tracić. Przylgnąć za to do nieba, do Boga żywego – czyli zmienić hierarchię wartości.

    To jest przewrót kopernikański…

    Tak, to jest odwrócenie porządku. Jan od Krzyża często powtarza, że dla człowieka duchowego najbardziej pożądane są rzeczy duchowe. Natomiast dla człowieka zmysłowego najważniejsze i najbardziej godne pożądania są rzeczy zmysłowe. Taki jest światowy standard. Św. Paweł tłumaczy w Pierwszym Liście do Koryntian, że człowiek zmysłowy nie pojmuje tego, co jest z Ducha Bożego i jest to dla niego głupstwem. Taki np. dzielny, przedsiębiorczy gość widzi kogoś, kto przychodzi do kościoła, adoruje, modli się, poświęca czas Bogu, jedzie na rekolekcje – a dla niego to jest głupota, marnowanie czasu, życia, okazji. Uważa, że lepiej byłoby wyskoczyć na weekend i przeżyć coś fajnego. Tymczasem chodzi o to, żeby uwolnić się od takiego banału. Uwolnić się od przyziemności i odkryć wielką tajemnicę ducha, którą człowiek w sobie nosi. Odkryć cel, dla którego dostał życie i ku któremu zmierza.

    Byłoby wielkim dramatem, gdyby w momencie śmierci okazało się, że jesteśmy zaskoczeni, że jesteśmy bankrutami, bo nie pracowaliśmy dotąd w rzeczywistość duchowej. Ona nie miała dla nas żadnego znaczenia, a tu nagle wyrasta przed nami duchowa wieczność – a więc stan niezmienny.

    Zakonnikom jest łatwiej?

    Ideał Jana od Krzyża trudno jest realizować także w ramach życia zakonnego. Wprawdzie to środowisko życia sprzyja zajmowaniu się sprawami Bożymi, ale wiadomo, że natura potrafi nas rozegrać i w efekcie wspólnoty zakonne stają się czasem dobrze prosperującymi małymi firmami. Działają sprawnie, ale może być w tym mało rzeczywistości Bożej i miłości do Boga, a jedynie funkcjonowanie w doczesnych kryteriach sprawności, osiągów, statystyk, zasięgów itd.

    Gość Niedzielny

    ***

    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    #3: Przepaści

    Są w człowieku niesamowite otchłanie, przepaści. Pierwsza to nasz rozum, zdolność poznawania, chłonięcia. Ona jest z natury nieskończona, czyli przygotowana na spotkanie z nieskończonym Bogiem. Funkcjonując w świadomości doczesnej, nie uświadamiamy sobie wszystkich naszych możliwości – mówi o. dr hab. Marian Zawada OCD w trzecim odcinku wakacyjnego kursu duchowości św. Jana od Krzyża.

    o. prof. Marian Zawada OCD – fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: Bardzo malowniczego pojęcia używa św. Jan od Krzyża: mówi o przepaściach. O co konkretnie chodzi?

    O. prof. Marian Zawada: Po pierwsze, Jan często wraca do założenia, że istnieje przepaść, czyli różnica między Bogiem a człowiekiem, między Stwórcą a stworzeniem. Jan mówi, że Bóg przemawia z wysokości niebios, a my pojmujemy jedynie drogi ciała i czasu. Mamy więc ogromną niespójność w istnieniu i w funkcjonowaniu rzeczywistości ziemskiej i boskiej. Człowiek opiera się na własnym poznaniu i odczuwaniu. Przeżywa to, co do niego dochodzi przez zmysły. I nawet jeżeli to poznanie jest wzniosłe, metafizyczne, to jednak jest ono zawsze za małe i niepodobne do wiedzy Bożej i do tego, kim jest Bóg.

    O człowieku też się mówi, że jest tajemnicą.

    Tak, człowiek sam dla siebie jest tajemnicą i zawiera w sobie nieskończone możliwości. Trzeba sobie uświadomić, że nie ma żadnego podobieństwa istotowego pomiędzy człowiekiem a resztą stworzenia.

    A zwierzęta, z którymi wiele nas łączy pod względem biologicznym? 

    Jesteśmy do nich podobni wyłącznie przez „opakowanie”, czyli cielesność. Jednak istotą człowieka nie jest ciało, ale duch, dusza. Owszem, mamy podobną biologię, ale istotą człowieka jest nieskończona zdolność bycia, życia, miłowania, poznawania. Tu nie chodzi tylko o to, że dusza ludzka jest nieśmiertelna. Nieskończona jest także dynamika naszego życia. Ono po śmierci się rozwinie. Jan od Krzyża mówi o oszałamiających przepaściach, które tkwią w duszy, we wnętrzu człowieka. One są nieskończone i niewyczerpane w swoich możliwościach, ale trwają jakby w uśpieniu. Człowiek nie ma do nich oczywistego dostępu. Czasem nawet o nich nie wie. Tymczasem już antyczna filozofia i teologia wzywały: poznaj samego siebie, poznaj własną tajemnicę.

    Jaka więc jest tajemnica człowieka?

    Jan od Krzyża odsłania przed nami coś niesamowitego: nasze powołanie do boskości – do tego, żeby być synami/córkami Boga i to w pełnym wymiarze. Bóg z miłości dopuszcza nas do tego, żebyśmy byli członkami Jego rodziny. Prawdziwymi, realnymi synami i córkami. To jest coś, co wyznacza godność człowieka.

    Kościół toczy o to spór ze współczesną cywilizacją, która ogranicza człowieka w zasadzie tylko do doczesności. Dla niej człowiek to wykwintny, subtelny produkt; zaawansowana biomasa, która ma instynktowne potrzeby, głody, pragnienia, na których zaspokajanie nastawiony jest przemysł.

    A co o człowieku mówi Jan od Krzyża?

    Mówi, że są w nim niesamowite otchłanie, przepaści.

    Pierwsza to nasz rozum, umysł, zdolność poznawania, chłonięcia. Ona jest z natury nieskończona, czyli przygotowana na spotkanie z nieskończonym Bogiem. Funkcjonując w świadomości doczesnej, nie uświadamiamy sobie wszystkich naszych możliwości. Tymczasem, jak już mówiłem, zasadą filozofii antycznej i życia duchowego jest: poznać samego siebie, własną tajemnicę. Tajemnica ta polega na tym, że w samej istocie człowieka, na jej dnie czy – jak mówi Jan od Krzyża – na wyżynie ducha jest szczególne miejsce, w którym Bóg przebija się do człowieka. Nie jest tak, mówią gnostycy, że człowiek nosi w sobie pierwiastek Boży albo że sam jest Bogiem. Istnieje jednak niedostępny dla psychologii punkt – szczyt duszy, na którym Stwórca spotyka się z człowiekiem.

    Można by też powiedzieć, że w centrum istnienia ludzkiego jest Bóg. Człowiek, który normalnie się rozwija, na zasadzie pewnej grawitacji ciąży do Boga. Jan od Krzyża mówi, że człowiek jest jak kamień rzucony w nieskończoną przepaść – nabiera i prędkości, coraz szybciej zmierza do centrum. A ponieważ Bóg jest nieskończony, więc ten lot nie ma końca. Jesteśmy tak stworzeni, że nasz umysł i pamięć, nasza wolność i zdolność do miłowania ciągle rosną.

    To jest pierwsza przepaść we wnętrzu człowieka. A druga?

    Drugą otchłanią jest nasza wola. W woli rodzi się niesłychane pragnienie bycia i miłowania. Ono już teraz narasta, a w niebie narastać będzie w sposób nieskończony i czysty.

    Trzecia otchłań to…

    …pamięć, która jest otwarta na nieskończoność Boga. Ona jest pamięcią Boga. Można by powiedzieć, że jest Jego domem.

    W „Pieśni duchowej” Jan od Krzyża tak pięknie pisze: „O duszo, najpiękniejsza pomiędzy wszystkimi stworzeniami, która tak pragniesz poznać miejsce, gdzie przebywa twój Umiłowany, abyś Go mogła znaleźć i złączyć się z Nim, wiedz o tym, że ty sama jesteś schronieniem, gdzie On przebywa, ty sama jesteś Jego ustroniem i miejscem tajemnym, gdzie On się ukrywa!”

    Inaczej mówiąc, człowiek w życiu duchowym rozwija swą nieskończoną możliwość bycia. Boskość i pragnienie Boga, pragnienie bycia z Nim stają się pierwszorzędne. Człowiek przemienia się zupełnie. Wszystko przeżywa w Bogu. Jego podmiotowość nie jest już osadzona na własnych przeżyciach, ale oparta jest na „jestem” Boga.

    Jan od Krzyża mówi, że dla takiego człowieka wszystko jest za ciasne: i ziemia jest za ciasna, i niebo jest za ciasne. On dociera już jakby do nieskończoności i pragnie żyć w takim wymiarze. To jest niezwykła sprawa – moment odkrycia swego przeznaczenia. To tak, jakby człowiek żył zamknięty niczym w orzechu aż tu nagle skorupka pękła i widać, że wokół jest ogród – zupełnie nowe środowisko życia. To jest to nowe narodzenie, o którym mówił Jezus Nikodemowi.

    Jan od Krzyża mówi tu o wielkim przekształceniu. Inny jest odtąd typ świadomości, inny typ myślenia, inny typ miłowania, inny typ człowieczeństwa. To jest ten nowy człowiek, o którym mówi św. Paweł.

    Gość Niedzielny

    ***

    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    #4: Wiara ufająca bardziej Bogu niż sobie

    Abraham uzyskał najpierw od Boga obietnicę, że zostanie ojcem niezliczonego potomstwa, a następnie ten sam Bóg kazał mu zabić Izaaka, syna tejże obietnicy. To był religijny szok: Bóg jakby sam zadał sobie kłam. W tym momencie wszystko polegało na wierze czystej, wierze wbrew nadziei: Abram był pewny, że zabije Izaaka, a Bóg i tak dotrzyma obietnicy.

    o. prof. Marian Zawada/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: Doktorat Karola Wojtyły poświęcony był kwestii wiary u św. Jana od Krzyża. Jak bardzo ważne jest to zagadnienie?

    O. prof. Marian Zawada OCD: Ono jest kluczowe dla Jana od Krzyża i w ogóle dla życia duchowego. Interesujące jest już samo to, jak Jan rozumie wiarę, ponieważ mamy tu kilka punktów widzenia. Po pierwsze, wiara to są nasze przekonania, nasze poglądy.

    To jest typowe podejście. Możliwe jest inne?

    Dla Jana od Krzyża wiara jest przede wszystkim czymś, co przychodzi do nas z góry, od Boga. To jest Boży dar. To jest misterium Boga: Bóg żywy, życie Boga. Kluczem są tu słowa Biblii: „Kto wierzy, ten ma życie wieczne”.

    Z drugiej strony, wiara to także narzędzie poznania. Bóg w chrzcie świętym daje nam wiarę, ale w zarodku. Dlatego jednocześnie wyposaża nas w zdolność wchodzenia w Jego tajemnice. Wiara jest więc przede wszystkim boskim poznaniem, strumieniem nadprzyrodzonej prawdy, nadprzyrodzonym światłem. Jan od Krzyża mówi, że Bóg udziela się rozumowi – i to właśnie jest wiara.

    Jak ją przyjąć?

    Trzeba przyznać, że wiara to strumień światła, który nieskończenie przewyższa możliwości asymilacji przez nasz umysł. Jest to strumień żywej wiedzy, świętej wiedzy wolnej od doczesnych komponentów. My tymczasem jesteśmy „z pogranicza”: z jednej strony jest duch i duchowość; z drugiej – nasza biologia, materia, cielesność. Bóg więc przychodzi od strony ducha jako Prawda – Prawda nadprzyrodzona, na którą człowiek się otwiera, przyjmuje ją. Ta prawda w nim pracuje i go przemienia.

    Jan od Krzyża mówi o „przepaściach wiary”. Mówi, że być wierzącym to znaczy być człowiekiem, który skacze w przepaść. Co to znaczy?

    To znaczy, że trzeba porzucić wszystko, co człowiek zna, co mu daje poczucie bezpieczeństwa, co uważa za swoje: swój sposób rozumienia siebie, świata, Boga. Bo Bóg jest niepodobny do tego, co znamy, czego pragniemy i co sobie wyobrażamy. To jest podstawowy klucz: wiara przynosi nam nowy typ światła ujawniającego, kim jest Bóg, co do Niego należy, co jest Jego życiem i co jest do Niego podobne. To ważne, bo rzeczywistość – zwłaszcza kultura, w której żyjemy – często jest niepodobna do Boga. Nie chodzi tylko o tę kulturę, która ostentacyjnie odrzuca Boga. Chodzi w ogóle o to wszystko, co znamy, co jest dla nas dostępne, ale nie „mówi” nam o Bogu.

    Św. Paweł mówi, że wiara zwycięża świat. Na czym polega to zwycięstwo?

    Na tym, że Bóg – dając nam wiarę jako rodzaj poznania – naświetla to, co jest z Niego i co jest do Niego podobne oraz pokazuje, co jest do Niego niepodobne. To jest moment swoistego uderzenia: człowiek w świetle wiary widzi, jak wiele jest w nim złogów kłamstwa, niepodobieństwa do Boga. To może powodować wielki kryzys, bo my na ogół dbamy o dobre mniemanie o sobie, pocieszamy się, że jesteśmy w miarę wierzący, modlimy się, chodzimy do kościoła… Aż tu nagle Bóg daje nam światło, które umożliwia nam zupełnie inne patrzenie na świat. Zaczynamy dostrzegać zupełnie inne wartości. Inaczej rozumiemy Boga. To jest zwycięstwo wiary nad światem, bo – jak mówi Jan od Krzyża – tylko ona może być środkiem do poznania Boga i do bezpośredniego zjednoczenia z Nim.

    W takim rozumieniu wiara nie jest ograniczeniem czy wręcz wyłączeniem rozumu, ale rozszerzeniem jego możliwości?

    Tak, ponieważ wiedza Boga przekracza nasze zdolności. Zarazem w wierze mamy do czynienia z nadmiarem światła, z nadmiarem bitów, z nadmiarem dawki poznawczej. Rozsadza to nasze myślenie. Dlatego idziemy do Boga niejako oślepieni.

    To jest ta słynna noc ciemna, o której tyle pisze św. Jan od Krzyża?

    Tak. W kolejnej rozmowie pomówimy o tym szerzej, ale już dziś można powiedzieć, że noc ciemna polega na tym, że człowiek przechodzi przez rozpacz, śmierć, rozpad własnego życia. Bóg wypala je ogniem kontemplacji. To nie jest tzw. kontemplacja naturalna, podczas której rozczulamy się, zachwycamy, czujemy jakąś emocjonalną zwyżkę, czujemy się porwani w jakiś wyższy wymiar egzystencji. Ta kontemplacja to konkretna miłość Boga, bardzo wymagająca. To poznanie, które człowieka przepala jak ogień. Jest to ogromne cierpienie, ból ducha, którego nie da się nawet określić. Człowiek nie znajduje słów, żeby go opisać. Jest zagubiony wewnętrznie, bo znany mu „normalny” świat jakby znika. Idzie odtąd przez ciemność, niepewność. W tym momencie wszystko polega na ufności.

    Takiej, jaką miał biblijny Abraham?

    To dobry przykład, bo Abraham uzyskał najpierw od Boga obietnicę, że zostanie ojcem niezliczonego potomstwa, a następnie ten sam Bóg kazał mu zabić Izaaka, syna tejże obietnicy. To był religijny szok: Bóg jakby sam zadał sobie kłam. W tym momencie wszystko polegało na wierze czystej, wierze wbrew nadziei: Abram był pewny, że zabije Izaaka, a Bóg i tak dotrzyma obietnicy.

    Paradoks…

    Paradoks uruchamiający rzeczy niemożliwe. To już nie jest zaufanie oznaczające wiarę, że Bóg mnie chroni, życzy mi dobrze, więc będę miał szczęście, coś mi się uda. W takim momencie chodzi o to, by wytrzymać napór zakwestionowanej obietnicy. Człowiekowi rozlatuje się wtedy całe życie: całe jego wnętrze, wszystko, co w życiu zdobył, cała jego wiedza, sposób miłowania człowieka, świata, Boga. To jest mu jakby odbierane, wypalane.

    I co dalej?

    Bóg stopniowo, etapami wprowadza go w swój sposób miłowania. Człowiek zaczyna funkcjonować na zupełnie nowym poziomie duchowym. Idzie w ciemności, ufając, że jest ona wypełniona Bogiem. Dociera do stanu duchowego, który staje się coraz bardziej wypełniony dobrem, szczęściem, smakiem Boga. Traci wtedy smaki naturalne – to, co lubi, czego chce, czego pragnie – a uczy się smakowania Boga, uczuć duchowych związanych z tajemnicami naszego Pana, z Eucharystią, z modlitwą, z miłością. Bo wiara jest ponad zmysłami – ponad tym i poza tym, co odczuwalne. Człowiek czuje się wtedy zagubiony, a jednocześnie cały coraz bardziej staje się miłosną uwagą. Dotąd był bardzo sensoryczny i dlatego żył w rozproszeniu albo przebodźcowaniu. Teraz oddala się od zmysłów i idzie w stronę ducha. Jego istnienie jest bardziej subtelne, już nie psychologiczne, ale czysto duchowe.

    To moment, w którym człowiek obcuje z Prawdą. Ona go wypełnia. Wyzwala nową zdolność bycia. Boża Prawda przekracza oczywiście możliwości ludzkiego rozumu, dlatego istotą takiej postawy, jest – jak mówi Jan – przylgnięcie umysłem, sercem i wolą do Miłującego. Jest to zarazem wielka próba ufności. Zazwyczaj człowiek odmawia pacierze, medytuje, chodzi do kościoła, wchodzi w świętą przestrzeń, przeżywa na swój sposób obecność Boga. Czasami mu to wychodzi, czasem nie, bywa rozproszony albo rozdygotany jakimiś emocjami, znudzony, senny albo zmęczony. W łasce nocy ciemnej to przylgnięcie do Boga umysłem, sercem i wolą nie mija, bo to nie jest stan uczuciowy, emocjonalny, ale duchowy.

    Objawia się to jakoś na zewnątrz?

    Człowiek zmienia swoje usposobienie, nabiera nowych obyczajów. Ale nie chodzi już tylko o to, żeby być porządnym, dobrym, szlachetnym człowiekiem. Świętość polega na tym, że potrafimy we właściwy sposób odpowiedzieć na obecność Boga, na Jego działanie. Człowiek uczy się pokornie trwać w potędze i majestacie Boga. Często widzi swoją nieudolność. Najczęściej ma poczucie, że jest totalnym grzesznikiem, a nawet „zbrodniarzem” duchowym. Ale jego wiara nadal jest bezwarunkowym otwarciem się na udzielanie się Boga. To go przemienia, odbudowuje jego ducha na nowych, Boskich podstawach.

    Jak najkrócej zdefiniować wiarę w rozumieniu św. Jana od Krzyża?

    Wiara jest bezpośrednim narzędziem zjednoczenia z Bogiem. Inne jej cele są nieistotne.

    Wiara jest też bezpośrednim, pozapojęciowym sposobem ujmowania Boga.

    Jak poznać, że idzie się drogą autentycznej wiary? Że nie jest to tylko jakaś emocja, myślenie życzeniowe, złudzenie albo inny rodzaj (samo)oszukiwania?

    To może się zdarzyć, ale warto się zabezpieczyć przed takimi zjawiskami.

    Jak?

    Powierzyć się Bogu wewnętrznym aktem. Może to być także akt zewnętrzny, np. konsekracja zakonna. A potem iść drogą prawdy, czyli pokory, a więc uległości i odnalezienia właściwego miejsca dla siebie danego przez Boga w wierze. Wtedy człowiek zaczyna rozumieć swoje przeznaczenie. Rozumieć, po co otrzymał od Boga życie. Rozumieć, czego Bóg od niego chce. I zaczyna nad tym pracować.

    Co to znaczy: pracować nad tym?

    Jeżeli człowiek rozeznaje, że Bóg czegoś od niego chce albo coś jest wolą Bożą, to podejmuje to, chociażby to było trudne. Praca ta oznacza więc przede wszystkim wierność Bogu. Człowiek nie kombinuje, co mu się bardziej opłaca, jakie będzie miał z tego korzyści. Jest coraz bardziej czuły na duchowe natchnienia Boga. Chce wiedzieć, czego Bóg od niego chce na co dzień, w konkretnych rzeczach. I w gruncie rzeczy nie chodzi o to, co ma robić, bo przecież wiemy dobrze, jakie są nasze obowiązki życiowe. Tu bardziej chodzi o jakość, o to, ile w wypełnianiu zwykłych obowiązków jest miłości do człowieka, do Boga.

    Jaki jest cel efekt tego procesu, cel wiary?

    Zjednoczenie dwóch kompletnie różnych natur: nieskończonej i niestworzonej natury Boskiej i ograniczonej natury człowieka. To jest całkowite przeobrażenie człowieka w Boga w miłości danej przez Niego.

    Gość Niedzielny

    ***

    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    #5: Szalona miłość

    Oto klucz do duchowości Jana od Krzyża: kiedy człowiek się zakochuje, gotowy jest wszystko dla miłości stracić, poddać się jej mocy. I wtedy wszystko się zmienia.

    o. prof. Marian Zawada/ fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: Mówi się, że najbardziej karmelitańską księgą Biblii jest Pieśń nad Pieśniami…

    O prof. Marian Zawada OCD: Tak! Historia Oblubienicy oszalałej na punkcie swojego Oblubieńca, która przemierza olbrzymie przestrzenie z wielkim napięciem i pragnieniem spotkania, która dostępuje wielkiego daru bycia w ogrodzie – w łożu Oblubieńca – jest schematem miłosnym, który pasuje i do pożycia małżeńskiego (miłości naturalnej), i do życia duchowego.

    Bóg porównuje relację Siebie i człowieka do relacji dwojga zakochanych. Co nam to mówi o Nim i o nas?

    Że jesteśmy stworzeni do miłości, a Bóg sam jest miłością. Jan Apostoł mówił, że Bóg jest miłością, a Jan od Krzyża ciągle wraca do tego tematu, mówiąc, że Bóg jest żywym płomieniem miłości, ogniem trawiącym, wypalającym do cna.

    Używa metafory polana, które jest wrzucone do ognia. Taki kawałek drewna zazwyczaj jest wilgotny, nasączony czymś. Pierwszym etapem jest więc uwolnienie od tej wilgoci. Słychać trzaski, sypią się iskry. Jan od Krzyża opisuje w ten sposób uwalnianie człowieka z grzechu i innych elementów niedoskonałości natury ludzkiej. Następuje wtedy wypalenie tego, co nie jest podobne do Boga. Potem to polano samo staje się ogniem. Jest to piękny obraz rozpalenia miłością. Człowiek zazwyczaj startuje do życia duchowego z bagażem miłości naturalnej. Jakoś wyobraża miłość i sposób, w jaki chciałby Pana Boga uczcić: zrobić coś dla Niego, namalować, stworzyć, przeprowadzić jakąś akcję – jak zakochany, który zaczyna świadczyć dobro ukochanej osobie. Później następuje nadprzyrodzony zapłon i większa, nadprzyrodzona, Boska miłość zdobywa człowieka.

    To jest klucz interpretacyjny do św. Jana od Krzyża?

    Jan od Krzyża pięknie mówi w prologu „Drogi na Górę Karmel”: „Miłujesz Ty, Panie, roztropność, miłujesz światło, lecz ponad wszystkie czynności duszy kochasz najbardziej miłość. Dlatego te słowa będą wskazówkami roztropności dla podejmującego podróż, światłem dla jego drogi i źródłem miłości krzepiącej go w czasie pielgrzymowania”.

    To jest klucz do duchowości Jana od Krzyża: kiedy człowiek zakochuje się, gotowy jest wszystko dla miłości stracić, poddać się jej mocy. I wtedy wszystko się zmienia. Podobnie jest z miłością do Boga. Człowiek coraz bardziej gotowy jest zrobić dla Boga wszystko: nawet ośmieszyć się, zrobić coś niekonwencjonalnego…

    Jak św. Franciszek, który zrzucił z siebie szaty?

    Tak! To zewnętrzny przejaw wewnętrznego, Boskiego ognia. Człowiek, w którym ten ogień płonie, znajduje coraz więcej coraz więcej „miłosnego miodu” w sakramentach, w Eucharystii, na modlitwie, w doświadczeniu dobra, w miłości bliźniego, pomaganiu bliźniemu. 

    Miłowanie i świadczenie o miłości sprawiają mu radość. Jednak – jak mówi Jan – żeby wejść na tę drogę, człowiek sam musi być najpierw zdobyty przez większą, Bożą miłość. Ona zaczyna dominować w jego sercu. To jest prawdziwa szkoła miłości. Kiedy człowiek idzie wiernie, nie kombinuje, ofiaruje się jednoznacznie, nie ulega egoistycznym postawom, ale rozdaje siebie, to Bóg rozkochuje go w Sobie jeszcze bardziej. Ofiarowuje mu łaski mistyczne.

    Jakie łaski mistyczne?

    Jan od Krzyża mówi, że taki człowiek zachowuje się jak pszczoła, która zbiera nektar z roślin: jest na niego wyczulona i znajduje go z coraz większą łatwością. Nektar oznacza tu metaforycznie słodycz miłości, która bywa zawarta w ciężkich sytuacjach. Ona powoduje, że nawet trudna miłość nie męczy. Człowiek jest w stanie ofiarować komuś dodatkową godzinę albo zająć się czymś jeszcze, bo do tego prowadzi go wewnętrzna logika miłości. Jego serce jest zdolne do ofiary, bo rozkoszuje się prawdą i miłością, odnajduje coraz więcej radości w Eucharystii, modlitwie. Może adorować Boga kilka godzin albo nawet całą noc.

    Cała tajemnica polega na tym, żeby odkryć tę miłość, wejść w jej logikę. Człowiek traci siebie, często jest w jakiejś formie zawieszony na krzyżu, ale zaczyna już miłować ten krzyż. Inni nie rozumieją, jak można kochać cierpienie czy trudne, uciążliwe sytuacje. Ale u świętego miłość powoduje, że on to rozumie, zgadza się na większe cierpienie i może dzięki temu generować jeszcze więcej miłości – jak Chrystus, który ofiaruje się z miłości za ludzkość. Człowiek podobnie – przestaje myśleć o swoim zbawieniu, a myśli o zbawieniu innych. Chce ofiarować najwyższe i ostateczne szczęście innym. To jest wewnętrzna przemiana: człowiek poddaje się wewnętrznemu płomieniowi miłości.

    Jan od Krzyża mówi, że może to być nawet traktowane jako choroba.

    Choroba?

    Choroba duszy. Właściwie są dwie takie choroby: jedna to grzech, a druga to miłość do Boga. Człowiek duchowy jest chory z miłości, ponieważ brakuje mu pełni miłości, czyli pełnego obcowania z Bogiem. W końcu jednak osiąga pełne zdrowie, którym jest Bóg i miłość.

    To wszystko dzieje się stopniowo, jak między kobietą i mężczyzną. W naturalnym schemacie rozwoju miłości dwoje ludzi najpierw się poznaje, pojawia się wzajemna atrakcyjność, myślenie o sobie, potem jedna osoba zaczyna wypełniać świat tej drugiej. Dalej pojawia się pomysł na wspólne życie, pojawia się propozycja narzeczeństwa (czyli zapewnienie o miłości) i małżeństwo. Jan od Krzyża też mówi o narzeczeństwie i małżeństwie duchowym.

    Na czym polega małżeństwo duchowe?

    To jest trwały stan, w którym Bóg i człowiek są zjednoczeni duchowo, a wszystkie dobra niebieskie są wspólne. Człowiek jest dopuszczony do tajemnic Bożych.

    Brzmi pięknie.

    Ale i tym stanie jest pewien problem: żar, który rozpala miłość, jednocześnie rani.

    Dlaczego?

    Rani, ponieważ miłość rozszerza serce człowieka i obejmuje nie tylko Boga, ale i innych ludzi. Z tego rodzą się różne inicjatywy kościelne, np. założenie zakonu czy powołanie wspólnoty. Miłość rozrasta się aż do miłości nieprzyjaciół – grzeszników, wrogów Boga. Im również chce zapewnić szczęście wieczne. Człowiek szaleje z miłości i umiera z miłości. Jan od Krzyża nazywa to śmiercią z pragnienia. Przychodzi moment, w którym człowiek prosi Boga, żeby zdarł tę ostatnią zasłonę – zasłonę śmierci – bo wie, że śmierć jest bramą do pełni. Modli się: „Boże, ile jeszcze muszę czekać?” Coś takiego często pojawia się w „Dzienniczku” św. Faustyny. Można to traktować psychologicznie jako rodzaj pierwotnej tęsknoty za szczęściem, za niebem, ale można to także postrzegać duchowo. Bo Bóg zaczyna składać w człowieku swoje uczucia, swoje pragnienia. Pragnienie miłości do człowieka wypełnia serce mistyka, który dąży do zjednoczenia z Bogiem. Przeżywa on cierpienie Boga, gdy ludzie odsuwają się od Niego, porzucają Go, nie kochają Go. Dla świętego jest to wielki dramat.

    Tu znowu nasuwa mi się św. Franciszek, który biadał, że Miłość jest niekochana…

    To jest właśnie ogień miłości, który sprawia niezwykłą rozkosz, ale i ból.

    W końcu jednak cała struktura ludzka wypełniona zostaje Bogiem. Człowiek staje się Miłością, działa z miłości i dla miłości. Miłość staje się jedynym kryterium, wykładnią całego życia. Człowiek w miłości i przez miłość jednoczy się z Bogiem i w tej miłości zostaje zrównany z Bogiem. Dzięki łasce staje się jak Bóg.

    To jest to, co w teologii nazywa się przebóstwieniem?

    Tak. To jest piękne, niebywałe, oszałamiające. Czuła miłość Boga doprowadza człowieka do tak niesłychanego wywyższenia.

    Gość Niedzielny

    ***

     Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    #6: Noc ciemna

    Noc ciemna to nie jest choroba, która dopada człowieka, który tego nie chce.

    o. prof. Marian Zawada/ fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: Zanim powiemy, czym jest noc ciemna według św. Jana od Krzyża, powiedzmy najpierw, czym ona… nie jest.

    O. prof. Marian Zawada: Po pierwsze, noc ciemna nie jest zjawiskiem naturalnym, ale nadprzyrodzonym.

    Nie jest to więc ani melancholia, ani smutek z powodu zewnętrznych trudności, ani kliniczna depresja?

    Nie, choć niektóre objawy mogą być podobne. To jest dosyć trudna kwestia i rozumieją to tylko ci, którzy to przeżyli albo jeszcze są na tej drodze.

    Noc ciemna to wprowadzenie człowieka w bardzo głęboki kryzys – kryzys tożsamości sięgający samych korzeni człowieczeństwa, którego przejście jest niezbędne do tego, by móc swobodnie w funkcjonować w rzeczywistości nadprzyrodzonej. Zanim to jednak nastąpi, pojawia się poczucie zagubienia, pustki i obcości w świecie, w którym się żyło do tej pory. Człowiek jakby zaczyna się wyprowadzać z tego świata.

    Noc ciemna najbardziej przypomina zjawisko, które polski psycholog Kazimierz Dąbrowski nazywał dezintegracją pozytywną: człowiek się rozpada w swojej dotychczasowej konstrukcji, w dotychczasowej osobowości po to, żeby się lepiej złożyć na nowo. To jest straszne przeżycie. Wymaga farmakologii, żeby pomóc człowiekowi przez to przejść.

    Taka dezintegracja pozytywna jest jednak – w przeciwieństwie do nocy ciemnej – zjawiskiem naturalnym?

    Tak. Noc ciemna należy już do rzeczywistości nadprzyrodzonej. Jest to proces przebóstwienia człowieka – przemiany jego samego i wszystkich jego relacji: z Bogiem, ze światem, z sobą samym. Punktem wyjścia jest tu – jak pisał św. Paweł – stary człowiek, żyjący pod dominującym wpływem żywiołu sił naturalnych, prowadzący naturalne, soczyste życie. I z tego właśnie życia on się wyprowadza do tego, co duchowe i Boskie. Odmawia zmysłom zaspokojenia, wybiera ogołocenie. Zmieniają się jego relacje, a on sam z dawnego człowieka (grzesznego, a przynajmniej zmysłowego) coraz bardziej staje się istnieniem duchowym, coraz bardziej podobnym do Boga. To właściwie jest istota nocy ciemnej: pozbawienie się naturalnych praw i naturalnej działalności, by nabrać sprawności nadprzyrodzonej.

    Jak wygląda noc ciemna z perspektywy zewnętrznego obserwatora?

    Na zewnątrz może się to u kogoś objawiać chronicznym smutkiem, brakiem przekonania do działania. Władze naturalne zalega pustka. Szczególnie dotyczy to pamięci. Człowiek zapomina, kim był. Zaburzone może być także funkcjonowanie umysłu. Człowiek rozumie rzeczywistość i funkcjonuje w niej, ale ma kłopoty z zapamiętywaniem. Rodzi się syndrom zagubienia w dziedzinie zmysłów, ponieważ one działają zgodnie z zasadą przyjemności. Tymczasem w nocy ciemnej człowiek nabiera wstrętu do rzeczy, które lubił. Postrzega je jako stratę czasu. Więcej korzyści widzi w rozważaniu rzeczy Bożych i własnej tajemnicy. Odkrywa, że cisza, która wcześniej go przerażała, teraz go pociąga.

    Czym to się różni od depresji czy wypalenia?

    Zewnętrzne objawy mogą być podobne. Różnica tkwi przede wszystkim w przyczynach. W przypadku depresji czy wypalenia mamy do czynienia z ludzką słabością, syndromem chorobowym. Natomiast w nocy ciemnej przyczyna jest teologiczna – powodem ciemności w sferze poznawczej czy problemów w funkcjonowaniu jest bezpośrednie spotkanie ducha ludzkiego i Ducha Bożego.

    A jeśli ktoś nie chce doświadczyć nocy ciemnej?

    Noc ciemna to nie jest choroba, która dopada człowieka, który tego nie chce. To jest dar Boga dla tych, którzy ćwiczą się już w wolności wewnętrznej i mocno współpracują z Bożą łaską. Oni chcą zjednoczyć się z Bogiem. Świętość jest ich zadaniem życiowym, a nie sprawą, która zajmuje ich przez kwadrans dziennie. Tacy ludzie idą drogą sprawdzonego, często heroicznego dobra, np. opiekują się innymi, rozsmakowują się w modlitwie, a świadomie odrywają się od rzeczy doczesnych.

    Zwykła noc zaczyna się od zmroku. A noc ciemna?

    Pierwszy etap to czynna noc zmysłów. Podczas niej człowiek sam podejmuje pewne wysiłki w przestrzeni zmysłów. Przestaje kierować się zasadą przyjemności, czyli wyboru tego, co mu pasuje, na co ma ochotę. Uwalnia się od swej natarczywej zmysłowości, dążenia do wygody, do tego, co radosne, pozytywne. Np. jeśli ktoś lubił pikantną kuchnię orientalną, uwalnia się od tego upodobania. Ktoś, kto lubił hip-hop, szuka muzyki nastrojowej, która wprowadza ciszę i harmonię wewnętrzną. Generalnie chodzi o uwolnienie od naturalnej uczuciowości. Człowiek nie działa już tak bardzo pod wpływem emocji, ale stara się pełnić wolę Bożą. Nie rozprasza swych sił. Wie, do czego jest powołany i to realizuje.

    Skoro jest noc czynna, to jest pewnie także noc bierna?

    Tak. Bierna noc zmysłów to już nie jest działanie człowieka, ale Boga.

    W jaki sposób?

    Bóg przejmuje inicjatywę wtedy i prowadzi nas poprzez wiele bolesnych zaburzeń w codziennym działaniu. Zmysły człowieka pozostają głodne, oschłe i puste – jak mówi Jan od Krzyża. Człowiek po to odmawia sobie zmysłowych realizacji, by wzmocnić ducha. A Bóg pozwala mu odkrywać smak boskich spraw. Dokonuje się to przez doskonałe poddanie się Bogu. Narasta duchowy pokój i budzą się zmysły duchowe, które są zdolne funkcjonować w rzeczywistości nieba.  

    Oprócz ciemnej nocy zmysłów, istnieje także ciemna noc ducha.

    Ta sama łaska kontemplacji wlanej inaczej działa na zmysły, a inaczej na władze duszy, czyli na umysł, pamięć i wolę.

    Zacznijmy od umysłu.

    W nocy ducha umysł uczy się nowego, Bożego widzenia i rozumienia spraw. Dzięki otwarciu na Boga wchodzi w posiadanie Bożej mądrości, która pochodzi od Ducha Świętego. Nie zatrzymuje się na powierzchni spraw, ale sięga istoty, co pozwala mu łatwiej odczytywać Boże natchnienia, którymi się kieruje.

    Na czym polega działanie na ludzką pamięć?

    Pamięć to potężna władza człowieka. Ale w nocach zostaje oczyszczona ze zwykłych, doczesnych treści, staje się pusta. Jest to trudne doświadczenie pozbawienia swego wnętrza, poczucia bycia u siebie. Ta pustka go przeraża, wydaje się go niszczyć. Później jednak jego wnętrze napełnia się Bożą obecnością i nadzieją która wnosi chwałę, potęgę, piękno. Człowiek traci siebie, ale odzyskuje w planie nadprzyrodzonym.

    A jeśli chodzi o wolę?

    W niej dokonuje się selekcja zaangażowania. Człowiek nie wchodzi już sytuacje typowe dla – mówiąc za św. Pawłem – dawnego człowieka. Odtąd liczy się tylko miłość do Boga i człowiek jest gotów robić niekonwencjonalne rzeczy dla Niego. Czasem wydaje się, że oszalał, jak św. Maksymilian Kolbe, który wybiera się do Japonii, by podbić świat dla Maryi.

    Po co to wszystko?

    Noc ducha polega na przystosowaniu ducha ludzkiego do bezpośredniego udziału w życiu Boga, czyli na udoskonaleniu natury człowieka przez łaskę. Bóg w nocy ciemnej najpierw oczyszcza, potem uzdrawia, a potem umacnia do swobodnego funkcjonowania w dziedziach niebieskich. W nocy ciemnej dokonuje się pełne uzdrowienie natury ludzkiej, aż po usunięcie skutków grzechu pierworodnego. Człowiek działa wtedy w sposób doskonale pełny, podmiotowy, całościowy, mądry, nie ulegając niższej części swojej natury.

    Mamy zatem proces przejścia od człowieka całkowicie zależnego i zniewolonego instynktami i popędami (co dziś niektóry uważają za szczyt wolności) do osiągnięcia możliwej pełni człowieczeństwa. Droga ta prowadzi jednak przez bolesny demontaż naszej nadpsutej natury.

    Czy to wszystko nie mogłoby się odbyć jakby… w znieczuleniu?

    To jest w gruncie rzeczy kwestia zbieżna z pytaniem: czy Chrystus nie mógłby nas zbawić inaczej niż przez tajemnicę krzyża? dlaczego dał się aż tak sponiewierać?

    Jan od Krzyża udowadnia, że proces nocy ciemnej to jest przejście przez mękę i krzyż – z tym, że człowiek nie jest krzyżowany fizycznie, ale duchowo. Czuje się odrzucony przez Boga, czuje się przez Boga niekochany – jak Chrystus, który się skarżył: „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?” Dramat polega na tym, że trzeba przejść przez duchową śmierć krzyżową i spędzić symboliczne trzy dni w otchłani, by dojść do zmartwychwstania – do rzeczywistości czystego daru Bożego.

    Czyli do czego?

    Do odnowienie całego człowieczeństwa, uporządkowania go na nowo, do wewnętrznej siły i pewności, do nowego typu integracji – czyli do zjednoczenia z miłością Boga. Całe człowieczeństwo zostaje uzdrowione. Rozum zaczyna wtedy myśleć w nowy sposób, bo ma dostęp do tajemnic Boga. Wola człowieka osiąga prawdziwą wolność. Jego pamięć jest pamięcią samego Boga. Teologicznie nazywamy to przebóstwieniem – przeobrażeniem duszy w Umiłowanego. Wyraża to symbol zaślubin, używany też w Piśmie św. Człowiek poślubiony Bogu stanowi z Nim jedno w myśleniu, pragnieniu, działaniu – jak dobre małżeństwo. Planują, działają i dokonują wszystkiego razem. Ich miłość staje się owocna w sposób duchowy.

    Gosć Niedzielny

    ***

    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    #7: Nadzieja rozpłomieniona

    Może i moja dotychczasowa biografia była mizerna czy nieudana, ale ważniejsze jest to, co Bóg we mnie złożył i to, kim mogę być w przyszłości.

    o. prof. Marian Zawada OCD – fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: Pamięć potrafi czasem zabić w nas nadzieję. Dlaczego więc św. Jan łączy nadzieję właśnie z pamięcią?

    O. prof. Marian Zawada OCD: Pamięć pełni w strukturze człowieczeństwa bardzo istotną rolę. Jest sposobem zamieszkiwania w samym sobie, w historii, a także w Kościele. „Pamiętam” to znaczy: mam własne przeżycia, mam doświadczenie bycia sobą i na tym buduję swoją tożsamość. Wiem, z czego wyrastam (z mojego otoczenia, mojej kultury). Pamięć to także sposób posiadania siebie, ciągłość istnienia i rozumienia siebie, swojego bogactwa, własny dorobek różnych dzieł i rozwiązań, pomysłów, realizacji. Pamięć objawia człowiekowi jego samego: dzięki niej wiem, kim jestem.

    Dlatego św. Jan Paweł II zatytułował jedną ze swych książek: „Pamięć i tożsamość”?

    Tak!

    Pamięć to także forma czuwania przy rzeczach ważnych: pamiętam to, co jest dla mnie istotne. My posiadamy siebie poprzez pewne obrazy, pewne doświadczenia, pewne figury – mówi Jan od Krzyża. Nasze doświadczenia najczęściej jednak wypełniają pamięć treścią przyziemną. W dodatku czasem może nas ona oszukiwać: jednych faktów nie pamiętamy, inne reinterpretujemy.

    Mamy też pamięć dobra i pamięć zła. Pamięć dobra przechowuje pozytywne doświadczenia Boga, Jego miłości, Jego łaski.

    Pamięć zła to pamięć zdrady, grzechów, upadków. Ta ostatnia może nas zniechęcać. Demon często pracuje nad nami, przypominając nam nasze niecne czyny albo porażki. Gnębi nas w ten sposób. Człowiek chciałby pomedytować, ale ciągle mu się coś przypomina: że ktoś mu coś powiedział, obraził go albo nie dopuścił do realizacji planów…

    Jakie to wszystko ma znaczenie dla życia duchowego?

    Jan od Krzyża mówi o potrzebie wolności od posiadania siebie poprzez swoją pamięć i przywiązanie do niej. Żeby wyzwolić się od siebie, od swego niedoskonałego człowieczeństwa, musimy zapomnieć o sobie, czyli jakby uwolnić się z mocy własnej pamięci. My na ogół pamiętamy wiele rzeczy zbędnych. Oglądamy dzienniki, czytamy newsy czy sprawozdania. Delektujemy się fantazjami, prognozami, snujemy scenariusze. Zanurzamy się w fantazjach: czy to erotycznych, czy to egoistycznych (np. o tym, że kogoś pokonujemy albo mścimy się na kimś). Ale nie chodzi tylko o to, żeby przestać robić śmietnik ze swej pamięci.

    Jan od Krzyża mówi, że trzeba zaprzestać złego używania pamięci, to znaczy: jakby zapomnieć siebie, zapomnieć o „ja” i „moje”, a pamiętać o tym, co istotne: o Bogu i o tym, co jest Boże. Chodzi o wolność od tego, co przywiązuje nas do samych siebie, do świata.

    W jaki sposób dokonuje się oczyszczenia pamięci?

    Ono następuje przez duchowe ubóstwo. W duchu takiego ubóstwa trzeba się wyrzec nie tylko pamięci o rzeczach negatywnych czy zranieniach, ale także wyrzec się pamięci o samym siebie – nie koncentrować się na sobie, ale na Bogu. W ten sposób człowiek uwalnia się od przeszłości, a nastawia się na obecność i na przyszłość.

    Co mu to daje?

    Wtedy pamięć, która jest domeną przeszłości, zaczyna się wypełniać nadzieją.

    Na co?

    W Pierwszym Liście św. Jana Apostoła (1J 3, 2) jest napisane, że jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, o czym będziemy. Czyli: już jesteśmy dziećmi Boga, ale nosimy w sobie ukrytą tajemnicę. Może i moja dotychczasowa biografia była mizerna czy nieudana, ale ważniejsze jest to, co Bóg we mnie złożył i to, kim mogę być w przyszłości. Ta optyka zaczyna dominować, gdy zapominamy o sobie.

    Co na to psychologia?

    Psychologia często podchodzi do tego inaczej: zajmuje się przeszłością i w jej świetle wyjaśnia, kto mnie skrzywdził i dlaczego, wskazuje winnych. Jan tymczasem proponuje, by ofiarować przeszłość Bogu i już do niej nie wracać – zacząć żyć przyszłością, celowością swojego życia, tym, co mnie czeka – a czeka nas zbawienie, niebo, czeka nas Bóg.

    Inaczej mówiąc, wyzwolenia pamięci powoduje, że najważniejszy staje się po prostu Bóg. Człowiek schodzi do głębi swej duszy, zapomina o rzeczywistości i rozpłomienia się Bogiem. Jego pamięć staje się wypełniona Bogiem: pamięta o Nim, pamięta, dokąd idzie, a nie to, co przeżył do tej pory. W ten sposób jego pamięć zostaje przemieniona w nadzieję.

    Człowiek jest wtedy jak wąż, który zrzuca swą skórę. Albo jak gąsienica jedwabnika, która zawija się w kokon i przemienia się w pięknego motyla.

    Zmienia się wtedy także sposób posiadania: człowiek nie chce już posiadać siebie. Wytrzymuje to, że teraz nie ma nic albo ma niewiele. Całe bogactwo, zwłaszcza to nadprzyrodzone, posiada w nadziei. Przyszłość jest dla niego upragniona, bo czeka w niej Bóg.

    Dziś w spojrzeniu na przyszłość dość powszechnie dominuje lęk.

    Reklama

    Tak! Ludzie się boją, bo z przyszłości wychyla się do nich zniszczenie, katastrofa, to, co negatywne czy wręcz demoniczne. Tymczasem człowiek duchowy nabiera przekonania, że przyszłość to Bóg. Jego nadzieja to doskonałe przyciąganie Boga do siebie. Jego nadzieja jest pusta w środku, czyli niezaśmiecona innymi, małymi nadziejami. Dlatego otwiera się na nieskończone dobro i może przyjąć Boga.

    To jest moment, w którym nadzieja nie daje nam jakichś dóbr cząstkowych, ale daje nam samego Boga. A Bóg to jest Ktoś, nie: coś. Często zastanawiamy się, co ja tam będę miał w niebie: czy będę miał to, co lubię? moja muzykę? osoby, które kocham? Tymczasem w niebie dostaniemy samego Boga.

    Z tą nadzieją związana jest chwała, wypełnienie człowieka Boską chwałą.

    Co to znaczy?

    To znaczy, że rozum otrzymuje Boskie rozumienie, wola – Boską miłość, a pamięć jest Boskim posiadaniem chwały.

    Co to właściwie jest chwała?

    Chwała to jest piękno plus moc.

    Jak ją zdobyć?

    Trzeba wytrzymać napór ubóstwa. Na tym polega tajemnica ludzi świętych, że oni chcą być ubodzy po to, żeby być bogatymi Bogiem. Inni pozostają w kręgu motywacji naturalnych: jak mogę coś mieć, a jest to dla mnie pożyteczne, to oczywiście biorę to i używam. To jest popularne narzędzie do zdobywania chociażby dobrego samopoczucia. Człowiek duchowy myśli jednak zupełnie inaczej: chce mieć jak najmniej doczesnych dóbr, żeby zachować całą swą nadzieję pustą, czyli w pełni otwartą na posiadanie Boga. Czyściec jest im niepotrzebny.

    Dlaczego?

    Dlatego, że w czyśćcu usuwane są nasze przywiązania do doczesności. Proces ten jest konieczny, bo my często żyjemy kompletnie na peryferiach prawdziwego życia, nie mamy doświadczenia jego głębi. Tymczasem człowiek oczyszczony z trywialnych przywiązań od razu jednoczy się z Bogiem. Śmierć jest dla niego bramą życia.

    Gość Niedzielny

    ***

    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    #8: Gdy Bóg budzi się w człowieku

    Łaska mistyczna, o której mówimy, polega na tym, że Bóg jakby otwiera oczy w głębi naszego istnienia. Człowiek staje się wtedy duchowym złotem. Rozumie historię i rozumie człowieka od wewnątrz. Rozumie Boga.

    o. prof. Marian Zawada OCD – fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: W Pieśni nad Pieśniami Oblubieniec prosi: „nie budźcie ukochanej, póki nie zechce sama”. O co chodzi z tym duchowym przebudzeniu?

    O. prof. Marian Zawada: U św. Jana od Krzyża znajdujemy koncepcję, wedle której człowiek wymaga przebudzenia, bo jest pogrążony we śnie, żyje jakby w matriksie i jest nieświadomy celów, dla których został stworzony. Nie uświadamia sobie, że krok po kroku zmierza do Boga, z którym się spotka i z którym się zjednoczy – i to jest jego pierwszoplanowym zadaniem. Problemem jest więc brak wrażliwości na rzeczywistość duchową, życie zamknięte we własnym świecie albo w złudzeniach. Czasem mówi się w tym kontekście o teatrze cieni. Te cienie to dominujące w życiu lęki, które sprawiają, że człowiek nie żyje autentycznie. Dlatego potrzebuje otwarcia oczu. To jest jeden motyw dotyczący przebudzenia.

    Motyw drugi to prawda, że współczesny człowiek otwiera drzwi serca wszystkiemu, co do niego przychodzi. Wsłuchuje się we wszystkie intuicje. Ufa temu, co rodzi się w jego umyśle. Domaga się, żeby go nieustannie inspirowano, pobudzano, tworzono wewnętrzną dynamikę, budowano jego wewnętrzne bogactwo. I to go usypia w odniesieniu do zasadniczych celów. Jan od Krzyża tymczasem proponuje ascezą odmowy: nie interesuje go realizacja samego siebie w tym świecie. Cały swój potencjał kumuluje na tym, co duchowe, Boskie. Ale żeby dojść do tego, trzeba sobie najpierw uświadomić, że trwamy we śnie.

    Na czym polega przebudzenie z tego snu?

    Ono się przejawia na wielu płaszczyznach. Mamy więc przebudzenie na płaszczyźnie poznawczej. Jest to otwarcie oczu na nową, nieznaną, niezauważaną do tej pory Boską rzeczywistość. Przebudzenie to otwiera nas na wyższe poziomy istnienia. Potem pojawia się przebudzenie serca. Można by powiedzieć, że jest to przebudzenie do miłości. Człowiek zaczyna wtedy intensyfikować swoje relacje z Bogiem. I jest wreszcie przebudzenie w sensie czysto religijnym – przebudzenie z życia w grzechu do życia w łasce. Jest to łaska odnalezienia prawdy o sobie i oddzielenia się od grzechu. Inaczej nazywa się to nawróceniem. Człowiek porzuca schematy kłamliwych zachowań. Porzuca grzech, kłamstwo – również kłamstwo o sobie. Domaga się prawdy – również od siebie.

    Drugie przebudzenie to przebudzenie do współpracy z Duchem Świętym. Człowiek odchodzi od dotychczasowego podświadomego standardu działania. Kończy się traktowanie ludzi jako spraw do załatwienia – pojawia się przebudzenie do obcowania z Chrystusem, który jest w drugiej osobie. Tracą na znaczeniu schematy zewnętrzne (np. bogactwo czy prestiż). Pojawia się spojrzenie duchowe, które odnajduje Boga w relacjach z drugim człowiekiem.

    To chyba miał na myśli papież Franciszek, gdy mówił o nawróceniu pastoralnym. Jeśli tak, to jest ono czymś głęboko wewnętrznym, a nie jakąś nowomodną, zewnętrzną strategią Kościoła.

    Tak, to jest podejście do człowieka w ogóle, do prawdy o człowieku, do jego tajemnicy.

    Jakiej tajemnicy?

    Mówiliśmy o niej w rozmowie o duchowych przepaściach. Chodzi o obecność Boga w strukturze człowieka.
    Człowiek, który kocha Boga, nabiera szacunku do drugiego człowieka, chociażby nawet był on biedny czy niezbyt uczciwy. Chce tego człowieka ocalić, dopomóc mu do zbawienia.

    To jest przebudzenie, na skutek którego serce staje się bardziej wrażliwe na łaskę, na działanie Ducha Świętego, na natchnienia wewnętrzne – one zaczynają dominować. Człowiek chce pełnić wolę Bożą, nie swoją. Dobro, które chce świadczyć, jest Boskiego pochodzenia.

    Zna Ojciec kogoś takiego?

    Tak było na przykład z Edytą Stein. To był umysł numer jeden wśród świeckich katolików w tamtym czasie. Miała być ikoną Kościoła w Niemczech, przepracowywać najnowsze tematy, takie jak feminizm czy obecność świeckich Kościele. Ona tymczasem zamknęła się za klauzurą, jakby znikła z życia Kościoła oficjalnego.

    Skąd wiedziała, że Bóg tego chce?

    Przebudzenie powoduje, że człowiek zyskuje klarowność w postrzeganiu rzeczywistości. Nie liczy się z opinią publiczną – liczy się tylko z Bogiem. To jest – jak mówi św. Jan od Krzyża – przebudzenie duszy w Bogu. Wtedy piękno natury, przyroda, kosmos – wszystko to jest dla niego językiem, w którym mówi Bóg. Spotkanie z drugim człowiekiem uważa on za wydarzenie religijne: Bóg przysyła mu kogoś i to jest dar – czasami trudny, bo oznacza potrzebę rozwiązania jakiejś sprawy, rozeznania sytuacji albo nawrócenia kogoś. Św. o. Pio, który miał dar przenikania serc, stosował czasami bardzo radykalne rozwiązania – wrzeszczał albo wyganiał z konfesjonału kogoś, kto kręcił, nie chciał uznać swojej winy albo próbował ukryć jakiś grzech.

    Jest też tzw. przebudzenie ascetyczne. Człowiek zaczyna się brać za siebie, porządkować siebie. Chce, żeby piękno duchowe, które poznaje, odwzorowywało się w nim. Staje się jakby lustrem Boga. Wtedy rodzi się największy ból mistyków. Bo oni chcieliby, ale nie potrafią kochać tak, jak zostali ukochani przez Boga – w sposób nieskończony.

    To już jest duchowy szczyt?

    Jest jeszcze przebudzenie do życia mistycznego. Jan od Krzyża pisze o nim w ostatnich rozdziałach swego niedokończonego utworu „Żywy płomień miłości”. Jest tam mowa o bardzo ciekawym przebudzeniu – przebudzeniu Boga w duszy.

    Jak to: przebudzeniu Boga? Jak Bóg może się przebudzić, skoro – jak pisze św. Jakub – nie ma u Niego przemiany ani cienia zmienności?

    No właśnie! To jest bardzo ciekawe doświadczenie mistyczne. Jan ma taką koncepcję, że na dnie naszego istnienia – czy na szczycie naszego bytu – jest jakby ukryty Bóg, który… śpi. Jan pisze w „Pieśni duchowej”, że dusza człowieka jest łożem, na którym śpi Oblubieniec, czyli Bóg. Łaska mistyczna, o której tu mówimy, polega na tym, że Bóg jakby otwiera oczy w głębi naszego istnienia. Wtedy człowiek zaczyna patrzeć na wszystko Bożymi oczyma. Rozpoznaje swoje niezwykłe piękno. Widzi nieskończone przestrzenie, które się w nim znajdują. Rozumie do głębi prawdę o stworzeniu i powołaniu człowieka do nieprawdopodobnego szczęścia i miłości, którymi będzie żył w życiu przyszłym.

    Bóg uchyla mu rąbka tajemnicy nieba?

    Tak, Bóg pozwala niektórym mistykom dotknąć tajemnic, którymi w rzeczywistości nieba będziemy żyć bez końca. 
    To przebudzenie Boga na łożu duszy jest także wielkim zaproszenie do miłości. Jest to łaska małżeństwa duchowego. Człowiek odkrywa wtedy siebie przy Bogu, a On ujawnia Swoją obecność. To jest moment kluczowy. Człowiek nie tylko nabiera wówczas nowego typu świadomości, ale rozmiłowuje się w Bogu. Staje się jakościowo nowym człowiekiem, duchowym złotem. Widzi rzeczywistość Bożymi oczyma. Rozumie historię i rozumie człowieka od wewnątrz. Rozumie Boga. To jest wielki dar poznania i miłowania.

    Gość Niedzielny

    ***

    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    #9: Szczyt szczytów

    Najbardziej oszałamiające jest zjednoczenie przemieniające, które przemienia nas w istotę Boską. Jesteśmy wtedy dziećmi Bożymi. I nie jest to żadna metafora.

     

    o. prof. Marian Zawada OCD – fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny

    ***

    Zapraszamy do udziału w wakacyjnym kursie duchowości św. Jana od Krzyża. Naszym przewodnikiem jest o. dr hab. Marian Zawada OCD. Kolejne odcinki cyklu publikujemy we wtorkowe wieczory. W tym roku mija 300 lat od kanonizacji św. Jana od Krzyża i 100 lat od ogłoszenia go Doktorem Kościoła.

    ***

    Jarosław Dudała: Droga, którą proponuje św. Jan od Krzyża, jest bardzo wymagająca. Żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, czy warto nią pójść, trzeba znaleźć odpowiedź na pytanie, co jest na końcu tej drogi…

    O. prof. Marian Zawada: Tak, św. Jan jest znany z języka ascetycznego: języka ogołocenia, odmowy, wielkiego zmagania ze swoimi słabościami, z ograniczeniami natury. Ale gdy sobie uświadomimy, co jest na szczycie mistycznej Góry Karmel – a jest to zjednoczenia z Bogiem – to widać, że Jan dobiera środki, które go najszybciej i najsprawniej prowadzą do tego celu. To wszystko jest bardzo logiczne, zwarte. Człowiek uczy się rozróżniać pomiędzy Bogiem i stworzeniem i ciągle odnosić swoje myślenie, działanie i pragnienia do Boga, mniej zajmując się stworzeniem. Albo raczej: zajmuje się stworzeniem, ale przez Boga.

    Co to znaczy?

    To znaczy, że człowiek nie tworzy relacji ze stworzeniem sam, ale najpierw tworzy relację z Bogiem i dopiero w Bogu zajmuje się tym, co odnajduje w codziennym życiu.

    Jak mówi psalm, „w Jego (Bożym) świetle oglądamy światło”?

    Tak! Jan ostatecznie zaprasza nas do niesamowitego piękna – do czegoś, co przekracza absolutnie naszą wyobraźnię i w ogóle możliwości człowieka. Ale do tego niezbędna jest przemiana, pozwalająca człowiekowi funkcjonować w zupełnie innych warunkach.

    Jan bardzo sobie cenił piękno, w tym piękno naturalne. Dostrzegał potęgę stworzenia świata z niczego w sposób pełny wdzięku i ładu. Bożą hojność i wyobraźnię widział w niezliczonej liczbie różnych stworzeń. Szczególnie podkreślał piękno człowieka wyniesione na niebywały poziom przez Wcielenie: Syn Boży, Bóg, który przyjął Ciało i stał się człowiekiem. Postawiło to ludzkość w zupełnie nowej sytuacji. Jan mówi, że całe stworzenie powstało niejako w pośpiechu (w ciągu sześciu dni), zaś Syn Boży jest niebywałym arcydziełem Boga, zawierającym w sobie nieporównanie więcej tajemnic.

    Jan był artystą, poetą…

    Zdecydowanie miał poczucie piękna – i tego naturalnego, i tego duchowego. Pisał: „Zadaj śmierć widokiem Twojej Boskiej piękności”. To wyrażenie ma podwójne znaczenie. Z jednej strony, człowiek, który chce widzieć piękno Boga, musi umrzeć. Ale z drugiej strony, on się tej śmierci nie boi – prosi o nią.

    Pisał też: „Gdy mnie Swym wzrokiem ogarniałeś, zostawiłeś w mej duszy Twych oczu odblaski i przez to we mnie tak się rozkochałeś, a mym źrenicom dano wzniosłe łaski”. Ten fragment miałem na myśli, gdy w poprzedniej rozmowie starałem się mówić o duchowym przebudzeniu. Mianowicie, Bóg udzielając Siebie, prawdy o Sobie, miłości, Swojej obecności jednocześnie zmienia wnętrze człowieka i zostawia w duszy Swoje zwiastuny przyszłej chwały: człowiek czuje, że jest przez Boga kochany. A dzięki temu, że Bóg nas czyni piękniejszymi, może nas kochać jeszcze bardziej. To jest jakby podwójny dar Boga: On obdarza nas pięknem, żeby jeszcze bardziej nas kochać. Jan jest wręcz oszołomiony potęgą Boskiego miłowania i tym pięknem, które w Bogu odnajduje. Problem w tym, że bardzo trudno jest o tym mówić…

    Jan był nie tylko mistykiem, ale i poetą, i niezłym teologiem…

    Tylko niektórzy mistycy mają specjalną łaskę, pozwalającą wyrazić bogactwo ich doświadczeń w słowach.

    Wróćmy jednak do początkowego pytania: co czeka na nas na szczycie mistycznej Góry Karmel?

    Chwała Boga. Tylko chwała. Jan pisze, że chwała to najwyższy stan dobra, potęgi istnienia, wszechwładzy. Bóg udziela człowiekowi Swoich przymiotów.

    Jakich przymiotów?

    Np. właśnie wszechwiedzy, wszechwładzy. Dzieje się tak dlatego, że człowiek jest wtedy tak doskonale zjednoczony z Bogiem, że stanowią jedno i działają razem. Człowiek widzi to, co widzi Bóg. To jest wejście w tajemnicę Trójcy Świętej, w której są trzy Osoby, będące doskonale zjednoczone, przenikające siebie, tworzące jedno. Ich piękno odsłania się w sposób całkowity, bezpośredni. Z tym wiąże się rozkosz – absolutne szczęście istnienia. Człowiek w pełni przeżywa wtedy swoje szczęście.

    Chyba niewielu z nas żyje tą perspektywą.

    My, niestety, w ogóle nie mamy o tym zielonego pojęcia. Ludzi zadowalają zmysłowe przyjemności: coś sobie zjemy, rozsmakujemy się w dobrej muzyce, przeżyjemy ekstazę artystyczną. Ale to jest tylko strzęp zmysłowy, a tam mamy do czynienia z pełnymi kategoriami: jeżeli mówimy o szczęściu, to jest to szczęście niewyobrażalne. Jeśli ktoś tego skosztuje, to mówi jak św. Paweł, że chciałby być tam, ale dla dobra innych musi być jeszcze tu. Kontynuuje więc życie ziemskie, ale przynależy całkowicie do tamtego świata.

    Paweł używa świetnego sformułowania, mówiąc, że Bóg nosił nas w Sobie jeszcze przed założeniem świata: wszystkich, całą historię, całą ludzkość. Dlatego to nie jest przypadek, że dany człowiek żyje w określonym czasie, że rodzi się w określonym kontekście kulturowym, religijnym, duchowym. To wszystko jest bardzo precyzyjne w oczach Bożych.

    A my często mówimy, że gdybyśmy się urodzili w innym miejscu, w innym czasie, to nasze życie potoczyłoby się inaczej, lepiej, szczęśliwiej…

    Możemy czuć się zagubieni. Możemy uważać, że nie pasujemy do świata, w którym żyjemy. Niektórzy mówią, że urodzili za wcześnie czy za późno, ale nie o to tutaj chodzi. Tu chodzi o nasze przeznaczenie do szczęścia w zjednoczeniu mistycznym z Bogiem.

    To bardzo ciekawe, że gdy w teologii mówimy o tym zjednoczeniu, to rozróżniamy trzy jego typy.

    Jakie?

    Pierwszy to zjednoczenie ekstatyczne, chwilowe. Człowiek wpada w ekstazę, przeżywa stan doskonałego zjednoczenia z Bogiem, ale trwa to jakiś czas – czasem ułamek sekundy – a potem wraca do realiów swego życia ubogacony tym doświadczeniem.

    Jest też tzw. zjednoczenie pełne: człowiek duchowo – przez wolę, umysł, pamięć i nadzieję – przylega całkowicie do Boga.

    Ale najbardziej oszałamiające jest zjednoczenie przemieniające, które przemienia nas w istotę Boską.

    Jak to? Przemienia nas w bogów? 

    Tak, bo jesteśmy wtedy dziećmi Bożymi. I nie jest to żadna metafora. Naprawdę należymy do rodziny Boga. Jesteśmy Ciałem Mistycznym Chrystusa. On nosi nas w Sobie. To są wielkie tajemnice, o których trudno jest mówić. W każdym razie Odkupienie dało nam o wiele wyższy status niż stworzenie, bo Adam nie był synem Boga. Tymczasem w Odkupieniu jesteśmy powołani do zyskania statusu dziecka Bożego. Bóg w miłości zrównuje nas z Sobą. Gdyby ludzie to przyjęli, otworzyli oczy na tę rzeczywistość, to świat zupełnie inaczej by wyglądał. Ale niestety człowiek zajmuje się sobą i na Boga nie ma czasu.

    Papież Leon napisał ostatnio encyklikę o trans- i posthumanizmie, czyli o pomysłach na to, jak stać się bogiem bez Boga.

    To są idee współczesnych gnostyków, którzy chcą zagwarantować sobie samozbawienie i samorealizację o własnych siłach, przy pomocy technologii. To się kończy pogardą wobec innych. Nie chodzi o to, by potępiać postęp techniczny, ale pragnienie, by stanąć na równi, a nawet wyżej niż Bóg to przejaw pychy. Droga chrześcijańska jest inna – to droga pokory, poddania się Bogu. A jeśli nawet człowiek dzięki technologii uzyska takie czy inne możliwości, to co mu po nich bez miłości? Tymczasem Jan od Krzyża mówi, że dusza zjednoczona z Bogiem miłuje Go mocą i wolą samego Boga. Jan od Krzyża upiera się, że można do tego dojść już w tym życiu.

    Taki człowiek nie podlega już pokusom?

    Demon omija taką osobę szerokim łukiem, ponieważ ma ona moc burzenia wszystkich jego zamysłów i spotkanie z nią zawsze oznacza dla niego porażkę. A on się tego boi.

    Potęga takiego człowieka jest niesłychana. Święta Faustyna miała taki moment, że Jezus przyszedł do niej i powiedział: „Jeżeli chcesz, stworzę w tej chwili nowy świat piękniejszy od tego, a resztę dni w nim przeżyjesz” (Dzienniczek, 587). Odpowiedziała: „Nie chcę żadnych światów, ja pragnę Ciebie, Jezu, pragnę Cię kochać taką miłością, jaką Ty mnie kochasz”.

    Myślę, że składając tę propozycję, Jezus nie żartował.

    Kiedy człowiek będzie w pełni zjednoczony z Bogiem, to będzie mógł stwarzać nowe światy?

    Myślę, że tak, bo miłość Boska jest nieskończenie twórcza i przynosi największe owoce.

    Gość Niedzielny

    ***

    Bóg Ojciec wybrał nas, zanim powstał świat – co to dla mnie oznacza?

    Tata i syn

    UfaBizPhoto | Shutterstock

    Niezależnie od tego, co się wydarzyło od naszego poczęcia, poczęliśmy się już wybrani, chciani, powołani, umiłowani przez odwiecznego Ojca. 

    Wybór Boga  jest odwieczny i suwerenny, niezależny od tego, co uczynił z tym wyborem nasz grzech. Więcej o tym pisze w swojej najnowszej książce ks. Krzysztof Wons SDS.

    Poczęliśmy się chciani przez Boga

    Ojciec w Synu swoim wybrał nas (ekseleksato hemas) przed położeniem fundamentu (katabole), przed zapłodnieniem ludzkości, zanim jeszcze stworzył świat i uczynił go płodnym. Wezwał nas „świętym powołaniem (…) stosownie do własnego postanowienia i łaski, która nam dana została w Chrystusie Jezusie przed wiecznymi czasami” (2 Tm 1, 9). 

    „On był wprawdzie przewidziany przed stworzeniem świata, dopiero jednak w ostatnich czasach objawił się ze względu na was” (1 P 1, 20). To oznacza, że zostaliśmy powołani i wybrani przez Ojca w Synu, zanim Syn pojawił się na ziemi. Pojawienie się Jezusa w naszej historii jest objawieniem naszego wybrania przed wiekami. Pojawił się, aby nam objawić, że jesteśmy wybrani przed założeniem świata! Ten wybór nie zależy od kogokolwiek czy czegokolwiek, co jest na ziemi. Na nasze wybranie i umiłowanie przez Ojca przed założeniem świata nie miało żadnego wpływu nic, co ziemskie i ludzkie. Niezależnie od tego, co się wydarzyło od naszego poczęcia, poczęliśmy się już wybrani, chciani, powołani, umiłowani przez odwiecznego Ojca. Jego wybór jest odwieczny i suwerenny, niezależny od tego, co uczynił z tym wyborem nasz grzech. 

    Dlaczego Bóg nas wybrał?

    Jesteśmy wybrani przez Ojca od zawsze i na zawsze. Dlaczego nas wybrał? Jaki był Jego pierwotny zamysł, jakie odwieczne pragnienie? Jaki sens, cel? Po co nas wybrał? Paweł daje odpowiedź: abyśmy byli święci i bez skazy (hagius kai àmomus) przed Jego obliczem (katenopion), „przed oczyma Jego miłości” – przetłumaczył Jakub Wujek. Z góry przeznaczeni (proorizas), ustaleni od wieczności.

    Ojciec w swoim Synu wybrał nas (ekseleksato hemas) dla siebie. Tłumacząc co do litery, oznacza to, że wybrał jednego spośród wielu, wybrał tego, którego uznał za godnego Jego łaski, i oddzielił od reszty ludzkości, aby był Jego szczególną własnością, aby towarzyszyło mu stale Jego łaskawe spojrzenie, Jego opieka. Jak rozumieć dosłowne znaczenie słowa eklegomai, którego Paweł użył w Liście do Efezjan? Może odnosi się do jakiejś wybranej grupy ludzi, wybranych przez Ojca w Chrystusie, a więc do chrześcijan, których oddzielił jako drogich sobie od bezbożnego tłumu. Jeśli tak jest, to czy nie rodzi się w nas pytanie o Boga Ojca, który jednych sobie wybiera, a innych nie? Czy można twierdzić, że jedni mają Ojca w niebie, a inni nie? Czy dla jednych jest Ojcem, a dla innych nie? Przecież czytamy w Biblii, że „Bóg naprawdę nie ma względu na osoby” (Dz 10, 34). Nie kieruje się ludzkimi kryteriami. Jest Panem wszystkich (por. Dz 10, 36).

    Nasz początek

    Musimy koniecznie wrócić do początku naszego zaistnienia. Jaki był nasz początek? Od kiedy się zaczął w Bogu? Czy w ogóle możemy mówić o początku, skoro Bóg Ojciec jest odwieczny i odwieczny jest Jego ojcowski zamiar? Bóg zwierza się nam, odsłaniając tajemnicę naszego początku: „Ukochałem cię odwieczną miłością” (Jr 31, 3). 

    My nie jesteśmy odwieczni. Odwieczny jest nasz Ojciec. Nasz początek jest sekretem Ojca. Nasz początek wymyka się zupełnie naszej percepcji. Owszem, Biblia mówi o początku stworzenia: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1, 1). W jednym z midraszy żydowskich czytamy, że „na początku” oznacza „na początku czasu”, gdyż czas nie istniał przed tym wydarzeniem. 

    To, co jest wcześniej przed wydarzeniem stworzenia, nie należy do sfery czasu. Raszi powie, że „Dzieło Stworzenia jest głęboką tajemnicą, której nie można zrozumieć ze zwykłego znaczenia wersetów”.

    Kiedy więc czytamy „na początku” (bereszit), myślimy o czymś tajemniczym. Musimy pozostawić na boku myślenie kategoriami czasu. Autor natchniony pisze o czymś, co przekracza czas. Słowo bereszit odwołuje się do tajemniczej, wewnętrznej przestrzeni istnienia, która jest w Bogu Ojcu. Kiedy więc autor tekstu pisze „na początku”, chce powiedzieć: „w głębi”, która jest w Bogu Ojcu, „u samego korzenia”, u źródła istnienia.

    Bóg niejako się „skurczył”

    Od pierwszej stronicy Biblii spotykamy Boga, który daje życie i błogosławi życiu. Jest miłośnikiem życia. Cieszy się życiem. Radość Jego sięga „apogeum”, gdy stwarza człowieka. Bóg błogosławi życiu – oznacza to także, że On jest źródłem życia. Hebrajski zwrot „błogosławić” (brk) odnosi się do płodności rozumianej właśnie jako Boże błogosławieństwo. 

    A więc Bóg błogosławi – to znaczy daje życie! Czasownik bara – „stwarzać” – odnosi się w Biblii wyłącznie do Boga. Nigdy nie jest używany do tworzenia czegoś przez ludzi. Skrywa się w nim tajemnica aktu miłosiernej dobroci Boga. Rdzeń bara oznacza „stworzyć pustą przestrzeń”, „stanąć na zewnątrz” (stąd łacińskie existere). Mistyka żydowska rozumie tajemnicze działanie Boga w następujący sposób: aby powołać nas do istnienia, Bóg niejako się „skurczył” – wielkodusznie wycofał i przygotował w sobie miejsce dla stworzenia, które inaczej nie mogłoby istnieć. Przygotował miejsce, aby Jego światło i siła życia mogły być przekazane stworzeniom. „Gdzie, jeśli nie w łonie Boga – który pomniejszył się, aby przyjąć świat, jak matka przyjmuje nowe życie w swoim łonie – mógłby zamieszkać świat”. 

    W „pomniejszeniu się” Boga objawia się miłość Ojca. Jest to miłość pełna szacunku i pokory wobec każdego z nas. Oto nasz rodowód. Poczęliśmy się w łonie mamy już przeniknięci miłością Boga Ojca. Przed poczęciem byliśmy już zamierzeni, umiłowani i chciani przez Ojca. 

    W łonie mamy „pojawiliśmy się” odwiecznie kochani i oczekiwani. A to znaczy, że każdy z nas może powiedzieć o sobie: zostałem umiłowany, zanim pokochali mnie lub zranili mój ojciec, matka, brat, siostra, Kościół. 

    Jestem umiłowany i tego nikt i nic nie może zmienić, ponieważ należę do Boga, który miłuje mnie miłością wieczną. Jezus przyszedł nam powiedzieć to, co Ojciec od wieków usiłował przekazać w Starym Przymierzu o naszym tajemniczym początku. Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał przez proroków (por. Hbr 1, 1): „Ukochałem cię odwieczną miłością” (Jr 31, 3); „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię” (Jr 1, 5); „Oto wyryłem cię na obu dłoniach” (Iz 49, 16).

    Całą wieczność należymy do Ojca

    Pomyślmy o tym, że istnieliśmy w Ojcu już przed założeniem świata. Zanim ukształtował nas w łonie naszej mamy, istnieliśmy w Nim z całym potencjalnym bogactwem naszej osoby, z bogactwem psychicznej i duchowej niepowtarzalności.

    Możemy powiedzieć, że całą wieczność należymy do Ojca. Każdy z nas jest sekretem Ojca. Wybrał nas w swoim sercu. Jego jedynym pragnieniem jest, aby każdy z nas odkrył, że jest miłowany przez Ojca, i abyśmy mogli przyjąć Jego miłość i odpowiedzieć na nią. Każdy z nas tę miłość przeżywa jako wyjątkową, jedyną, zwróconą osobiście do niego samego, bo miłość jest osobista i przekazywana Twarzą w twarz, tak jak Twarzą w Twarz Ojciec przekazuje miłość Synowi, który jest w Jego łonie. W Nim wybrał nas do relacji miłości z Nim samym.

    ks. Krzysztof Wons SDS – Aleteia.pl – publikacja 05.07.26

    Okładka książki „Pokaż nam Ojca. Ojciec Jezusa i mój”„
    Okładka książki „Pokaż nam Ojca. Ojciec Jezusa i mój”„

    Artykuł na podstawie fragmentu książki „Pokaż nam Ojca. Ojciec Jezusa i mój”, ks. Krzysztofa Wonsa SDS, wyd. Salwator.

    ***

    siostra Gaudia Skass: Gdy wpadam w małości, Jezus mi pokazuje: „Dziewczyno, Ja to naprawdę wszystko ogarniam”

    Siostra Gaudia Skass ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia łączy życie zakonne z nieustannym byciem w drodze i głoszeniem charyzmatu Bożego Miłosierdzia. W rozmowie z okazji Festiwalu Życia w Kokotku otwarcie opowiada o swoich lękach, wewnętrznych zmaganiach i głębokim zaufaniu Jezusowi, który – jak podkreśla – „wszystko ogarnia”. Siostra dzieli się też cennymi wskazówkami, jak autentycznie mówić o Bogu młodym ludziom oraz dlaczego temat nieufności jest jednym z najważniejszych w życiu duchowym.

    S. Gaudia Skass

    s. Gaudia Skass/ archiwum prywatne

    ***

    Karol Porwich: Jak można pogodzić życie zakonne z aktywnym głoszeniem charyzmatu Bożego Miłosierdzia z życiem w drodze?

    S. Gaudia Skass: Tylko Pan Jezus wie jak to ogarnąć, naprawdę czasem mam wrażenie, że pędzę w jakimś pociągu, który ma szalone tempo, ale On to jakoś ogarnia. Także cały czas trzyma się Jego mocno i jakoś to wszystko leci do przodu – dodam nawet więcej niż jakoś. Ja jestem po prostu w tym bardzo szczęśliwa i pomimo, że ciągle wpadam w jakieś swoje małości, najbardziej widoczne w różnych lękach, którym ulegam, to On mi potem pokazuje: „Dziewczyno, Ja to naprawdę wszystko ogarniam, to wszystko wyprowadzam”. I to wszystko ma jakiś szalony sens. Ja to odkrywam stopniowo, więc coraz więcej pokoju jest w moim życiu i sercu.

    A jak w tym wszystkim odbiera siostra przystanek Festiwal Życia w Kokotku?

    Przystanek Kokotek jest dla mnie bardzo szczęśliwy. Jestem tutaj drugi raz i poprzednio prowadziłam warsztaty. Teraz głosiłam konferencję ze sceny i bardzo się cieszę, że został mi powierzony temat nieufności, bo to jest w ogóle fundamentalny temat dla życia. My się rodzimy wszyscy z raną nieufności. Żeby ta rana ciągle nie kierowała nami i żebyśmy ciągle nie ulegali jakimś dziwnym poranionym mechanizmom – bo tak to działa w życiu i znamy to dobrze z psychologii i tak samo wygląda to w naszym życiu duchowym, to trzeba nam ją zrozumieć. Wiedzieć skąd się wzięła i jak te mechanizmy w nas się ciągle odtwarzają, które budują między nami a Bogiem przepaść. Zaczynamy wówczas po prostu nie wierzyć w to, że Bóg nas kocha i wtedy wszystko się sypie.

    Żeby mówić o Bogu młodym ludziom trzeba umieć właściwie z nimi rozmawiać. Jak robić to najlepiej?

    Dorosły powinien być przede wszystkim szczery i szczerze mówić. Na pewno nie cudować, nie szukać jakichś słów, których używa młodzież, które nie są moje, bo to są jakieś dziwne zabiegi, a oni od razu to wyczują. Mówić jak najprościej, z serca, z własnego doświadczenia i tylko o tym, w co samemu się wierzy. Wówczas to zawsze do nich trafia. Nawet jeżeli jest między nami różnica pokoleń – bo jest olbrzymia, to zawszę mówię po prostu o swoich doświadczeniach, które mam nadzieję, są również ich doświadczeniami. Jestem tylko „kawałek” dalej z nimi, trochę starsza i trochę już przeszłam, dlatego ufam w ich otwartość na to, że chcą posłuchać tego czym chce się z nimi podzielić człowiek, który żyje dwa razy dłużej, i któremu zależy na nich, żeby nie wpadli w te same pułapki co ja wpadłam.

    rozmawiał  Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***


    Gdy miał trudne sprawy, modlił się po polsku, na głos. Intymne chwile Jana Pawła II okiem jego fotografa.

    ***

    Arturo Mari: W czasie jednej z pielgrzymek z Janem Pawłem II wszedłem do leprozorium. Już po chwili miałem ochotę stamtąd uciec, tak bardzo śmierdziały ciała trędowatych. A Ojciec Święty każdego z tych ludzi po kolei całował i przytulał. Płakałem i robiłem zdjęcia.Sześć godzin przed śmiercią Jana Pawła II usłyszał od niego „dziękuję”. Arturo Mari jako fotograf pracował u boku papieża przez cały pontyfikat, wykonał miliony zdjęć. Był członkiem tzw. papieskiej rodziny, a mimo to pozostał bardzo skromnym człowiekiem. Świętego papieża z Polski nazywa swym prawdziwym ojcem.

    – Zawsze miał czas, by mnie wysłuchać. Poczułem się bardzo wyróżniony, gdy powiedziano mi, że chce mnie zobaczyć. Gdy przyszedłem, usłyszałem: „Arturo, dziękuję”. Nie spodziewałem się tego. Tego nie można zapomnieć, tych słów i tego, że chciał mnie zobaczyć… – wyznaje, a z jego oczu płyną łzy.

    Najważniejsze zdjęcie Jana Pawła II

    Światowe agencje oferowały mu miliony lirów za zdjęcia z zamachu na Jana Pawła II. Wszystkie otrzymały trzy fotografie za darmo. Astronomicznymi sumami kuszono go w czasie stanu wojennego po spotkaniu papieża z Lechem Wałęsą w Tatrach. Kiedy nie wziął przyniesionej mu do biura walizki pełnej dolarów, usłyszał: „chyba zwariowałeś!”.

    Arturo uważa, że żadne pieniądze nie są warte zaufania Ojca Świętego. Kiedy pytam, ile zdjęć zrobił przez te lata, bezradnie rozkłada ręce i śmiejąc się, mówi: „któż by to był w stanie policzyć”.

    Pytany o najważniejsze zdjęcie odpowiada jednak zdecydowanie: „Jana Pawła II wtulonego w Krzyż Chrystusa w czasie wielkopiątkowej drogi krzyżowej”.

    Świadek intymnych chwil papieża

    Przez cały 27-letni pontyfikat Jana Pawła II ani razu nie był na zwolnieniu. Rytm jego pracy wyznaczał napięty kalendarz papieża z dalekiego kraju. Pobudka o 5.15. O 6.20 wchodził do swego biura, przygotowywał aparaty i o 6.40 był już w papieskim apartamencie. Z przerwami towarzyszył Ojcu Świętemu aż do kolacji.

    – Nieraz bywało tak, że ledwo zdążyłem wrócić do domu i ściągnąć marynarkę, dzwonił telefon: Arturo, przyjdź – wspomina. Właściwie nie miał prywatnego życia. Jest jednym z uprzywilejowanych świadków najbardziej intymnych chwil życia świętego papieża.

    Kiedyś podczas obiadu, na którym był kard. Franciszek Macharski, Ojciec Święty, żartując, powiedział: „Najważniejszą osobą nie jest papież, ale Arturo!”.

    – Jan Paweł II lubił żartować. Pamiętam, jak w Saint Louis wszedłem do saloniku, w którym rozmawiał z prezydentem Clintonem. Papież spytał go, czy wie, kim jestem. Gdy ten, zdziwiony, odpowiedział, że nie wie, Jan Paweł II powiedział: To jest Arturo, jest dla mnie jak syn. Niewiele słów, prawda? Ale stałem się całkiem maleńki… – opowiada fotograf.

    – W 1982 r. ks. Stanisław zażartował: „Ojcze Święty, biedny Arturo uwiecznia na zdjęciach wszystkich, a jemu nikt nie robi zdjęć”. Jan Paweł II natychmiast chwycił moje ręce w swoje dłonie i ks. Dziwisz zrobił nam zdjęcie. Jest to moje najważniejsze zdjęcie z papieżem – mówi Arturo.

    Leżał krzyżem w kaplicy

    – Na początku pontyfikatu powiedział: „Nie lękajcie się” i sam nigdy niczego się nie bał. Niezależnie od sytuacji był świadkiem Boga. Siłą jego posługi była modlitwa. Nieraz leżał krzyżem na podłodze kaplicy i rozmawiał z Chrystusem. Szczególnie kiedy miał do rozwiązania trudne sprawy, mówił do Niego na głos.

    Modlił się po polsku. Z tych paru słów, których się nauczyłem, mogłem zrozumieć, jak błagał: pomóż mi, Boże, przymnóż mi sił, wzmocnij moją wiarę. On! – prosił o pomoc.

    Przed spotkaniami z ludźmi mówił do nas: oni tak wiele ode mnie oczekują. I bronił życia, rodziny, kobiety, walczył o poszanowanie praw człowieka i o chleb dla każdego. Jednak wszystko, co robił, najpierw dokonywało się w kaplicy.

    W czasie pielgrzymek na modlitwę potrafił wstawać o piątej rano czy trwać na niej późno w nocy. Byłem świadkiem tego, czego dzięki niej dokonywał – wspomina.

    Zdjęcia i łzy

    Wyznaje, że zawsze swobodnie mógł fotografować papieża. Nikt go nigdy nie ograniczał. Zdarzały się jednak fotografie robione przez łzy. – W czasie jednej z pielgrzymek z Janem Pawłem II wszedłem do leprozorium. Już po chwili miałem ochotę stamtąd uciec, tak bardzo śmierdziały ciała trędowatych. A Ojciec Święty każdego z tych ludzi po kolei całował i przytulał. Płakałem i robiłem zdjęcia.

    Nieraz emocje czy wzruszenie brały górę, ale pstrykałem dalej, bo takie było moje zadanie i tego oczekiwał ode mnie papież – mówi wzruszony Arturo. Wspomina, jak w Peru, kiedy Ojciec Święty przemawiał, pewien ubogi człowiek mu przerwał. Podbiegł do papieża i zaczął mówić: „Ojcze Święty wszystko to są piękne słowa, ale moja sytuacja, i nie tylko moja, tu, na tej ziemi, jest kompletnie odmienna. Kiedy wrócę do domu i wezmę do ręki talerz, on będzie pusty. Co dam do jedzenia moim dzieciom?”.

    Takie problemy pojawiały się często. Ojciec Święty natychmiast pytał głowy państw, co robią, by pomóc tym biednym ludziom. Sam też pomagał. – Nie zatrzymywał się przed żadnym reżimem. Tak było w Nikaragui. Na Sycylii podniósł głos przeciwko niszczącej człowieka mafii. Gdziekolwiek poszedł, zostawiał ślad. On nie bał się jednak rozwalać kolejnych murów – mówi papieski fotograf.

    Dziękuję, do zobaczenia w niebie

    Przyjaciele Arturo śmieją się, że jego zdjęciami można by kilkakrotnie opasać kulę ziemską. Są na nich także te ujęcia, których nigdy nie chciałby utrwalić. – Zdjęcia z zamachu na Jana Pawła II i jego pośmiertne fotografie. One kosztowały mnie najwięcej – mówi ze smutkiem.

    Wspomina też niezwykłą modlitwę w papieskim apartamencie, do którego nagle wezwał go sekretarz Jana Pawła II: – Zobaczyłem przejmującą scenę. Papież klęczał na ziemi przy wózku niepełnosprawnego chłopca.

    Młodzieniec był wycieńczony, ważył może 25 kg. Jego ostatnim pragnieniem było spotkać się z papieżem. Przyjaciele złożyli się na podróż. Przywieźli go z Brescii do Watykanu i bez zapowiedzi zjawili się przed Spiżową Bramą. On musi spotkać papieża – przekonywali gwardzistów. Gwardziści poinformowali ks. Stanisława, a on pozwolił im wejść.

    Ojciec Święty modlił się, klęcząc przy chłopcu może kwadrans. Ten wpatrywał się w niego rozpromienionym wzrokiem. W pewnym momencie Jan Paweł II rozpiął sutannę, ściągnął łańcuszek z krzyżykiem, który miał na szyi, i udzielając błogosławieństwa, nałożył go chłopcu na szyję.

    On chwycił go za rękę, ucałował ją i szeptem powiedział: “dziękuję, do zobaczenia w niebie”. Cztery dni później zmarł. Jego mama opowiedziała nam potem, że umierał spokojny.

    Beata Zajączkowska Aleteia.pl

    ***

  • Matka Boża i Święci Pańscy – lipiec 2026

    ***

    obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    pixabay.com

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia
    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.

    Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?

    Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.

    Malarskie wizje świętości

    Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.

    W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.

    W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.

    Wytyczne prawa kanonizacyjnego

    W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.

    Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Pochodnie na Bożych ścieżkach

    Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.

    Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:

    “Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień,
    Którym rozświetlasz noc,
    A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.

    Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.

    Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.

    Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”. 

    ***


    31 lipca

    Święty Ignacy z Loyoli, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Zdzisława Cecylia Schelingowa, zakonnica
      •  Święty Justyn de Jacobis, biskup
      •  Błogosławiony Michał Oziębłowski, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Franciszek Solanus Casey, prezbiter
    Święty Ignacy z Loyoli

    Inigo Lopez urodził się w roku 1491 na zamku w Loyola w kraju Basków (Hiszpania), jako trzynaste dziecko w zamożnym rycerskim rodzie. O jego wczesnej młodości mało wiemy. Otrzymał staranne wychowanie. Był paziem ministra skarbu króla hiszpańskiego, następnie służył jako oficer w wojsku wicekróla Nawarry. Nosił długie włosy, spadające mu aż do ramion, różnobarwne spodnie i kolorową czapkę. Publicznie najchętniej pojawiał się w pancerzu rycerza, nosząc miecz, sztylet i oręż wszelkiego rodzaju. Kiedy po latach opowiadał współbraciom o swoim życiu, wyznał, że do 30-tego roku życia oddawał się marnościom świata, że z próżnej żądzy sławy jego największą rozkoszą były ćwiczenia rycerskie. W czasie walk hiszpańsko-francuskich znalazł się w oblężonej Pampelunie. Zraniony poważnie w 1521 r. przez kulę armatnią w prawą nogę, został przewieziony do rodzinnego zamku.
    Długie miesiące rekonwalescencji były dla niego okresem łaski i gruntownej przemiany. Dla skrócenia czasu prosił o powieści rycerskie, ale na zamku ich nie było. Podano mu więc książkę znaną w całym średniowieczu, którą napisał bł. Jakub de Voragine – Złotą legendę. Bratowa podała mu ponadto Życie Jezusa Ludolfa de Saksa. Gdy tylko Inigo wyzdrowiał (chociaż na nogę kulał całe życie), opuścił rodzinny zamek i udał się do pobliskiego sanktuarium maryjnego, Montserrat. Zdumionemu żebrakowi oddał swój kosztowny strój rycerski. Przed cudownym wizerunkiem Maryi złożył swoją broń. Stąd udał się do Manrezy, gdzie zamieszkał w celi, użyczonej mu przez dominikanów. I tu jednak wydawało mu się, że ma za wiele wygód. Dlatego zamieszkał w jednej z licznych grot. Aby zdławić w sobie starego, próżnego, ambitnego człowieka, nie golił się ani nie strzygł, pościł codziennie i biczował się, nie obcinał paznokci, nie nakrywał głowy. Codziennie bywał u dominikanów na Mszy świętej. Oddawał się modlitwie i rozważaniu Męki Pańskiej. Szatan dręczył go gwałtownymi pokusami aż do myśli o samobójstwie. W takich zmaganiach powstał szkic jego najważniejszego dzieła, jakim są Ćwiczenia duchowne. Formę ostateczną otrzymały one dopiero w 1540 roku. Były więc owocem 19 lat przemyśleń i kontemplacji.
    Pragnąc nawiedzenia Ziemi Świętej i męczeństwa z rąk Turków, Ignacy zupełnie wyczerpany z sił, po prawie rocznym pobycie w Manrezie, przez Rzym i Wenecję udał się w pielgrzymkę. Żył z użebranych pieniędzy i czynionych po drodze przysług. W 1523 r. dotarł szczęśliwie do celu. Chciał tam pozostać do końca życia, dopiero w wyniku nalegań tamtejszego legata papieskiego wrócił do kraju. W drodze był dwukrotnie więziony pod zarzutem szpiegostwa. Po długiej podróży powrócił do Barcelony, gdzie przez dwa lata uczył się języka łacińskiego. Nie wstydził się zasiadać w ławie szkolnej z dziećmi, chociaż miał już wówczas 34 lata. Potem udał się do Alkala, by na tamtejszym uniwersytecie studiować filozofię. Wolny czas poświęcał nauczaniu prawd wiary prostych ludzi. Mieszkał w szpitalu i utrzymywał się za posługę oddawaną chorym.
    Jego żebraczy strój i niezwykły tryb życia wzbudziły u niektórych nadgorliwców podejrzenie, czy przypadkiem Ignacy nie należy do sekty alumbrado, która w tym czasie niepokoiła w Hiszpanii władze kościelne. Dostał się nawet do więzienia, które było w posiadaniu Świętej Inkwizycji. Po uwolnieniu z niego podążył do Salamanki, by na tamtejszym uniwersytecie kontynuować swoje studia (1527). I tu inkwizycja go zauważyła – ponownie trafił do więzienia. Przykre przesłuchania zniósł z radością dla Pana Jezusa. Po uwolnieniu z więzienia, w którym był kilka tygodni, powrócił do Barcelony, a stąd udał się do Paryża (1528). Miał już wówczas 37 lat. Utrzymywał się znów z żebraniny. Dla uzbierania koniecznych opłat w wolnych miesiącach udał się w
    charakterze żebraka do Belgii i Anglii.

    Święty Ignacy z Loyoli

    Na uniwersytecie paryskim Ignacy zapoznał się i zaprzyjaźnił ze św. Piotrem Faberem i ze św. Franciszkiem Ksawerym. Do ich trójki dołączyli niebawem Jakub Laynez, Alfons Salmeron, Mikołaj Bobadilla, Szymon Rodriguez i Hieronim Nadal. Wszyscy zebrali się rankiem 15 sierpnia 1534 roku w kapliczce na zboczu wzgórza Montmartre i tam w czasie Mszy świętej, odprawionej przez Piotra Fabera, który miesiąc wcześniej otrzymał święcenia kapłańskie, złożyli śluby ubóstwa, czystości oraz wierności Kościołowi, a zwłaszcza Ojcu Świętemu. W ten sposób powstał nowy zakon, zwany Towarzystwem Jezusowym.
    Wszyscy skierowali swoje kroki do Wenecji, by stamtąd odpłynąć do Ziemi Świętej, nawracać niewiernych i z ich ręki ponieść śmierć męczeńską. Do pielgrzymki jednak nie doszło, gdyż Turcja prowadziła właśnie wojnę z Wenecją. Udali się więc do Rzymu, aby przedstawić się papieżowi i oddać się do jego dyspozycji. Paweł III przyjął ich życzliwie. Korzystając z jego zachęty, wszyscy przyjęli święcenia kapłańskie (1536), oddali się posłudze chorym w szpitalach i nauczaniu prawd wiary wśród dzieci. Papież polecił, by Ignacy nakreślił szkic konstytucji nowego zakonu. Ignacy uczynił to pod nazwą Formuła Instytutu. Papież po przejrzeniu jej zażądał, by napisać całe konstytucje. Po wielu przeszkodach Rzym zatwierdził je w 1540 roku.

    Święty Ignacy z Loyoli

    Liczba członków Towarzystwa bardzo szybko rosła. Już w roku następnym (1541) św. Franciszek Ksawery został zaproszony do Indii. W tym samym czasie św. Piotr Faber głosił słowo Boże w północnych Włoszech, w południowej Francji i w Hiszpanii. W roku 1541 zebrała się pierwsza kapituła generalna. Przełożonym generalnym jednogłośnie został wybrany Ignacy. W tym samym roku papież oddał jezuitom do dyspozycji kościół w Rzymie pw. Matki Bożej della Strada (Patronki w drodze). W roku 1542 jezuici założyli w Coimbrze (Portugalia) słynne kolegium, które miało się stać zawiązką uniwersytetu. W 1550 r. do zakonu zgłosił się sam wicekról Katalonii, książę Gandii, św. Franciszek Borgiasz.
    Przez ostatnich 16 lat życia Ignacy był przykuty do swojego biurka i rzadko opuszczał progi domu generalnego swego zakonu, by być zawsze do dyspozycji duchowych synów. Nękany różnymi chorobami i dolegliwościami, 30 lipca 1556 roku zapowiedział swoją śmierć i poprosił o udzielenie mu odpustu papieskiego. Współbracia zdziwili się. Kiedy zaś przypuszczali, że mu jest lepiej, po wieczerzy odeszli od jego łoża. Gdy jednak powrócili dnia następnego, Ignacy był już w agonii i zmarł na ich rękach 31 lipca 1556 r.
    Pozostawił po sobie 7 tysięcy listów, zawierających nieraz cenne pouczenia duchowe, Opowiadanie pielgrzyma oraz Dziennik duchowy – świadectwo mistyki ignacjańskiej. W ewolucji chrześcijańskiej duchowości szczególne znaczenie mają Konstytucje zakonu, w których zniósł obowiązek wspólnego odmawiania oficjum, przestrzegania reguły klasztornej, nakazując w zamian praktykowanie codziennej modlitwy myślnej, a liturgię wskazując jako źródło życia duchowego. Szczególnie obfity owoc wydają do dziś Ćwiczenia duchowe – pierwowzór rekolekcji. W swoim nauczaniu Ignacy przypominał, że człowiek musi dokonać pewnego wysiłku,
    aby współpracować z Bogiem.

    Święty Ignacy z Loyoli

    Beatyfikacji Ignacego Loyoli dokonał papież Paweł V (w 1609 r.), a kanonizacji – Grzegorz XV (w 1623 r.). Św. Ignacy jest patronem trzech diecezji w kraju Basków; zakonu jezuitów; dzieci, matek oczekujących dziecka, kuszonych, skrupulantów, żołnierzy oraz uczestników rekolekcji – zarówno rekolektantów, jak i rekolekcjonistów. Jego relikwie spoczywają w rzymskim kościele di Gesu.Zakon jezuitów odegrał szczególną rolę także w Polsce. Wydał między innymi takie postaci, jak: św. Stanisław Kostka i św. Andrzej Bobola – patroni Polski, św. Melchior Grodziecki oraz Jakub Wujek (tłumacz pierwszej drukowanej “Biblii” w Polsce), Piotr Skarga Pawęski (wybitny kaznodzieja), Maciej Sarbiewski (poeta zwany polskim Horacym), Franciszek Bohomolec (ojciec komedii polskiej), Adam Naruszewicz (biskup, historyk, poeta), Franciszek Kniaźnin (poeta), Jan Woronicz (arcybiskup, prymas Królestwa Polskiego, poeta), Grzegorz Piramowicz (sekretarz Komisji Edukacji Narodowej) i bł. Jan Beyzym (apostoł trędowatych na Madagaskarze).W ikonografii św. Ignacy przedstawiany jest w sutannie i birecie lub w stroju liturgicznym z imieniem IHS na piersiach, niekiedy w stroju rycerskim i w szatach pielgrzyma. Jego atrybutami są: księga; globus, który popycha nogą; monogram Chrystusa – IHS; napis AMDG – Ad maiorem Dei gloriam – “Na większą chwałę Boga”; krucyfiks, łzy, serce w promieniach, smok, sztandar, zbroja.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    30 lipca

    Błogosławieni męczennicy
    Brauliusz Maria Corres i Fryderyk Rubio, prezbiterzy,
    i Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr Chryzolog, biskup i doktor Kościoła
    Błogosławieni męczennicy z zakonu bonifratrów
    W czasie hiszpańskiej wojny domowej w 1936 r. zginęło 98 bonifratrów. Opiekowali się oni chorymi i opuszczonymi. Dla milicji wystarczyło, że byli zakonnikami i że nie chcieli wyrzec się swojej wiary, aby móc ich wymordować. Siedemdziesięciu jeden z nich beatyfikował św. Jan Paweł II w dniu 25 października 1992 r. (wraz z 51 innymi męczennikami z Barbastro).Rankiem 25 lipca 1936 r. milicjanci wkroczyli do domu formacyjnego bonifratrów w Talavera de la Reina (w prowincji Toledo). Po południu rozstrzelali czterech zakonników, m.in. ojca Fryderyka (Karola) Rubio Alvareza, kapelana domu. Kilka dni później, 29 lipca, w Esplugentes pod Barceloną zginął kolejny zakonnik.
    W Calafell (nieopodal Tarragony) bonifratrzy prowadzili szpital, mieli tam też swój nowicjat. 23 lipca 1936 r. wtargnęli tam milicjanci, którzy zmusili zakonników do zdjęcia habitów i zabronili im spełniania jakichkolwiek praktyk religijnych. Zapowiedzieli równocześnie, że 30 lipca darują im wolność. Zakonnicy od razu wyczuli, że w tym dniu czeka ich śmierć. I rzeczywiście tak się stało. Rankiem kapelan wspólnoty odprawił jeszcze potajemnie Mszę św. dla zakonników i nowicjuszy jako pokrzepienie na męczeństwo. Po południu wywieziono piętnastu z nich na peryferie i rozstrzelano. Zginął wtedy m.in. ojciec Brauliusz Maria (Paweł) Corres Diaz de Cerio, który od pięciu lat był w Calafell mistrzem nowicjuszy i kapelanem. 4 sierpnia 1936 r. zamordowany został brat Gonsalwus, który posługiwał w hospicjum św. Rafała w Madrycie.
    W klasztorze w Ciempozuelos (prowincja madrycka) odbywało formację zakonną i zawodową także siedmiu bonifratrów z Kolumbii. Gdy rozgorzała wojna domowa, mieli z polecenia przełożonych wrócić do swego kraju. Z koniecznymi dokumentami wyruszyli z Madrytu do Barcelony, aby tam wsiąść na statek. Zostali jednak aresztowani i 9 sierpnia rozstrzelani w Barcelonie; są pierwszymi beatyfikowanymi Kolumbijczykami. W sierpniu zginęli jeszcze dwaj bonifratrzy w podmadryckiej miejscowości Valdemoro.
    1 września rewolucyjni milicjanci aresztowali wszystkich dwunastu zakonników opiekujących się chorymi w Carabanchel Alto. Po kilku godzinach zamordowano ich pod Madrytem. Ginęli z okrzykiem: Niech żyje Chrystus Król!
    W lipcu aresztowano zakonników posługujących w hospicjum psychiatrycznym w Ciempozuelos (Madryt). Osadzono ich w więzieniu San Anton i na różne sposoby dręczono. Gdy szli na rozstrzelanie, pozdrawiali się słowami: “Do zobaczenia w niebie”. Piętnastu z nich zginęło 28 listopada w podmadryckiej miejscowości Paracuellos del Jarama. Dwa dni później w tej samej miejscowości zginęło kolejnych sześciu bonifratrów. Ostatni z beatyfikowanych w 1992 r. zakonników z tego zakonu zginął w Barcelonie w dniu 14 grudnia 1936 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    29 lipca

    Święci Marta, Maria i Łazarz

    Zobacz także:
      •  Święty Olaf II, król
      •  Błogosławiony Urban II, papież
    Diego Velazquez: Chrystus w domu Marty i Marii

    Marta pochodziła z Betanii, miasteczka położonego na wschodnim zboczu Góry Oliwnej, w pobliżu wioski Betfage, odległego od Jerozolimy o ok. 3 km drogi (dzisiaj Al Azarija). Była siostrą Marii i Łazarza, których Chrystus darzył swą przyjaźnią. Wiele razy gościła Go w swoim domu. Św. Łukasz opisuje szczegółowo jedno ze spotkań (Łk 10, 38-42). Martę wspomina w Ewangelii św. Jan, odnotowując wskrzeszenie Łazarza. Wyznała ona wtedy wiarę w Jezusa jako Mesjasza i Syna Bożego (J 11, 1-45). Ewangelista Jan opisuje także wizytę Jezusa u Łazarza na sześć dni przed wieczerzą paschalną, gdzie posługiwała Marta (J 12, 1-11). Właśnie z Betanii Jezus wyruszył triumfalnie na osiołku do Jerozolimy w Niedzielę Palmową (Mk 11, 1). Wreszcie w pobliżu Betanii Pan Jezus wstąpił z Góry Oliwnej do nieba (Łk 24, 50).

    Święta Marta - patronka zbłąkanych

    Na Wschodzie cześć św. Marty datuje się od wieku V, na Zachodzie – od wieku VIII. Już w wieku VI istniała w Betanii bazylika na miejscu, gdzie miał stać dom Łazarza i jego sióstr. Św. Marta jest patronką gospodyń domowych, hotelarzy, kucharek, sprzątaczek i właścicieli zajazdów. Legenda prowansalska głosi, że po wniebowstąpieniu Jezusa Żydzi wprowadzili Łazarza, Marię i Martę na statek bez steru i tak puścili ich na Morze Śródziemne. Dzięki Opatrzności wszyscy wylądowali szczęśliwie u wybrzeży Francji, niedaleko Marsylii. Łazarz miał zostać pierwszym biskupem tego miasta, Marta założyła w pobliżu żeński klasztor, a Maria pokutowała w niedalekiej pustelni.

    Jan Vermeer: Chrystus w domu Marii i Marty

    W ikonografii św. Marta przedstawiana jest w skromnej szacie z pękiem kluczy za pasem, czasami we wspaniałej sukni z koroną na głowie. Często pojawia się na obrazach również z siostrą, św. Marią. Są prezentacje, w których prowadzi smoka na pasku lub kropi go kropidłem. Nawiązują one do legendy, iż pokonała potwora Taraska. Jej atrybutami są: drewniana łyżka, sztućce, księga, naczynie, różaniec.

    Święte rodzeństwo z Betanii: Marta, Łazarz i Maria

    Maria była siostrą Marty i Łazarza. Uwierzyła w Chrystusa jeszcze przed wskrzeszeniem brata (J 11, 1-44). Była tą kobietą, która według słów Jezusa “wybrała dobrą cząstkę” (Łk 10, 42), słuchając słów Zbawiciela. To ona namaściła Jego nogi drogocenną maścią nardową (J 12, 3). Według Tradycji Maria i Marta były w gronie niewiast, które pospieszyły do grobu Jezusa z wonnościami.
    Po męczeńskiej śmierci archidiakona Stefana i rozpoczęciu w Jerozolimie prześladowania wyznawców Chrystusa, Żydzi wygnali sprawiedliwego Łazarza. Siostry opuściły Palestynę wraz z bratem i pomagały mu głosić Ewangelię w różnych krainach.

    Święty Łazarz

    Łazarza znamy go z Ewangelii św. Jana (J 11, 1-44; 12, 1-11) jako brata Marii i Marty. Gdy z obawy przed Żydami Jezus przebywał w Zajordanii, dotarła do niego wiadomość o śmierci Łazarza. Powrócił wtedy – po odczekaniu – do Judei i udał się do Betanii. Św. Jan Ewangelista szczegółowo opisuje scenę Jego spotkania z siostrami i dialog z Martą, a następnie głębokie wzruszenie Jezusa i wskrzeszenie Łazarza. Dowiadujemy się także o reakcji Żydów, którzy nie mogli zaprzeczyć faktom, ale jeszcze bardziej znienawidzili Jezusa. Ta niechęć dotknęła także Łazarza. Ewangelista Jan opisuje także inny pobyt Jezusa w domu Łazarza na dzień przed Jego wjazdem do Jerozolimy (J 12, 1-11). Milczenie ewangelii o dalszych losach Łazarza uzupełnili anonimowi pisarze chrześcijańscy.
    Na Wschodzie najbardziej znana była legenda, która uczyniła Łazarza biskupem Cypru i tam umieściła jego – drugi – grób. Pewną rolę w rozwoju kultu odegrała też tzw. niedziela Łazarza, jedna z ostatnich niedziel Wielkiego Postu, w którą odczytywano ewangelię o jego wskrzeszeniu i dokonywano skrutynium przed dopuszczeniem do chrztu. Na Zachodzie w cyklu legend prowansalskich i burgundzkich pojawiła się w dość późnym średniowieczu opowieść o skazaniu świętego rodzeństwa z Betanii na wygnanie. Umieszczono ich na statku bez steru, który odepchnięto od brzegu. Po wielu miesiącach tułaczki przybyli oni do Marsylii. Łazarz miał być pierwszym biskupem tego miasta. Inne opowiadania wskazują na Autun i Avallon jako miejsca złożenia jego relikwii.
    Równie rozbieżne były daty wspomnień liturgicznych Łazarza. W kalendarzach spotykano je m.in. pod dniem 17 grudnia, 4 maja, 17 czerwca, 16 lub 17 października.W ikonografii ukazuje się św. Łazarza najczęściej w scenie wskrzeszenia oraz na uczcie w Betanii.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    28 lipca

    Święty Szarbel (Sarbeliusz) Makhluf, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Wiktor I, papież
      •  Błogosławiony Jan Soreth, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Teresa Kowalska, dziewica i męczennica
      •  Święta Alfonsa Muttathupadathu od Niepokalanego Poczęcia, zakonnica
    Święty Szarbel (Sarbeliusz) Makhluf

    Józef Makhluf urodził się 8 maja 1828 r. w Beka Kafra, małej wiosce położonej wysoko w górach Libanu. Był synem ubogiego wieśniaka. Nauki pobierał w szkółce, która funkcjonowała dosłownie pod drzewami. W 1851 r. wstąpił do maronickich antonianów (baladytów). Przebywał najpierw w Maifuq, potem w Annaya, w klasztorze pod wezwaniem św. Marona (Mar Maroun). Składając śluby zakonne, przybrał imię Szarbela (Sarbela, Sarbeliusza), męczennika z Edessy. W 1859 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Powrócił wówczas do klasztoru św. Marona i przebywał tam przez następne szesnaście lat.
    W 1875 r. za przyzwoleniem przełożonych udał się do górskiej samotni. Spędził w niej 23 lata, które wypełnił pracą, umartwieniami i kontemplacją Najświętszego Sakramentu. Zmarł 24 grudnia 1898 r. Bez zwłoki otoczyła go cześć świadczona świętym Pańskim oraz sława cudów. Do grobu Abuna Szarbela ciągnęli nie tylko chrześcijanie, ale i muzułmanie. Wielu fascynowało także to, że ciało świętego mnicha nie ulegało jakiemukolwiek zepsuciu.

    Święty Szarbel (Sarbeliusz) Makhluf

    Szarbela beatyfikował w ostatnich dniach Soboru Watykańskiego II, 5 grudnia 1965 r., papież Paweł VI. Mówił wtedy: “Eremita z gór Libanu zaliczony zostaje do grona błogosławionych. To pierwszy wyznawca pochodzący ze Wschodu, którego umieszczamy wśród błogosławionych według reguł obowiązujących aktualnie w Kościele katolickim. Symbol jedności Wschodu i Zachodu! Znak zjednoczenia, jakie istnieje między chrześcijanami całego świata! Jego przykład i wstawiennictwo są dzisiaj bardziej konieczne, niż były kiedykolwiek. (…) Właśnie ten błogosławiony zakonnik z Annaya powinien służyć nam za wzór, ukazując nam absolutną konieczność modlitwy, praktykowania cnót ukrytych i umartwiania siebie. Kościół bowiem wykorzystuje również dla celów apostolskich ośrodki życia kontemplacyjnego, gdzie wznoszą się do Boga, z zapałem, który nigdy nie stygnie, uwielbienie i modlitwa”. Ten sam papież kanonizował Szarbela 9 października 1977 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    27 lipca

    Błogosławiona
    Maria Klemensa od Jezusa Ukrzyżowanego
    (Helena Staszewska), zakonnica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Innocenty I, papież
      •  Błogosławiona Maria Magdalena Martinengo, dziewica
      •  Święty Tytus Brandsma, prezbiter i męczennik
      •  Święty Celestyn I, papież
      •  Błogosławiona Maria od Męki Pańskiej (Tarallo), dziewica
    Błogosławiona Maria Klemensa od Jezusa Ukrzyżowanego

    Helena Staszewska urodziła się w 1890 r. w Złoczewie koło Kalisza. Wychowywała się w wielodzietnej rodzinie – miała 12 rodzeństwa. Naukę rozpoczęła w Wieluniu, następnie uczyła się w Kaliszu i Piotrkowie. Po ukończeniu szkoły średniej rozpoczęła pracę w Sulejówku. W czasie I wojny światowej zmarł jej ojciec, a niedługo potem także i matka. Po ich śmierci musiała zająć się wychowaniem młodszego rodzeństwa. Pracowała jako nauczycielka.
    W wieku 31 lat wstąpiła do Sióstr Urszulanek Unii Rzymskiej w Krakowie. Wraz z nią do urszulanek wstąpiły też jej dwie siostry. Sześć miesięcy później otrzymała imię Marii Klemensy od Jezusa Ukrzyżowanego i przyjęła habit zakonny. Po złożeniu ślubów pracowała m.in. w szkole powszechnej urszulanek w Krakowie. Prowadziła także Krucjatę i założyła Sodalicję Mariańską w Sierczy koło Krakowa. Organizowała comiesięczne spotkania, na których czytano prasę katolickę, uczyła dziewczęta sztuki wypowiadania się. Doprowadziła też do uruchomienia ochronki, do której zapisało się ok. 50 dzieci. W czasie swego 22-letniego pobytu w zakonie pełniła wiele funkcji i spełniała różne obowiązki. Była między innymi zastępczynią przełożonej w klasztorach: w Sierczy, Zakopanem i Stanisławowie. Była także przełożoną w Częstochowie, Gdyni i Rokicinach Podhalańskich. W tej ostatniej miejscowości znalazła się 15 sierpnia 1939 r., tuż przed wybuchem II wojny światowej. Już 1 września została zmuszona, by wraz ze swoimi siostrami opuścić klasztor. Następnego dnia udały się do Krakowa, skąd do Rokicin powróciły w połowie września, już po nadejściu wojsk niemieckich. Siostry zaangażowały się w pomoc potrzebującym, których było coraz więcej. W lipcu 1940 r. w klasztorze po raz pierwszy pojawiło się gestapo, aby zastraszyć i zniechęcić siostry.
    Od 1941 r. siostry zaczęły przyjmować w klasztorze zagrożone gruźlicą dzieci warszawskie. Były wśród nich również dzieci żydowskie, ukrywane przez urszulanki. Przez dom zakonny przewijało się też wielu uciekinierów i tułaczy, Polaków i Żydów. Nikomu nie odmawiano pomocy.
    26 stycznia 1943 r. Niemcy weszli do klasztoru i aresztowali przełożoną, matkę Marię Klemensę. Pozwolono jej tylko uklęknąć w kaplicy i zmówić “Pod Twoją obronę”. Przez miesiąc przetrzymywano ją w miejscowym areszcie, po czym 26 lutego 1943 r. przewieziono ją do osławionego więzienia na Montelupich w Krakowie. Po kilku dniach znalazła się w transporcie do Auschwitz; tam otrzymała numer 38102.
    Od początku pobytu w obozie chorowała i cierpiała. Z trudem trzymała się na nogach. Niebawem słaby organizm zaatakował panoszący się w tym obozie koncentracyjnym tyfus. Zmarła z tego powodu 27 lipca 1943 r.
    13 czerwca 1999 r. w Warszawie papież św. Jan Paweł II beatyfikował 108 męczenników Kościoła z okresu II wojny światowej. W ich gronie znalazła się też Maria Klemensa Staszewska od Jezusa Ukrzyżowanego, urszulanka Unii Rzymskiej.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    26 lipca

    Święci Anna i Joachim,
    rodzice Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Maria Pierina De Micheli, dziewica
    Ewangelie nie przekazały o rodzicach Maryi żadnej wiadomości. Milczenie Biblii dopełnia bogata literatura apokryficzna. Ich imiona są znane jedynie z apokryfów Protoewangelii Jakuba, napisanej ok. roku 150, z Ewangelii Pseudo-Mateusza z wieku VI oraz z Księgi Narodzenia Maryi z wieku VIII. Najbardziej godnym uwagi może być pierwszy z wymienionych apokryfów, gdyż pochodzi z samych początków chrześcijaństwa, stąd może zawierać ziarna prawdy zachowanej przez tradycję.

    Święta Anna z Maryją

    Anna pochodziła z rodziny kapłańskiej z Betlejem. Hebrajskie imię Anna w języku polskim znaczy tyle, co “łaska”. Od IV wieku do dzisiaj pokazuje się przy Sadzawce Owczej w Jerozolimie miejsce, gdzie stał dom Anny i Joachima. Obecnie wznosi się na nim trzeci z kolei kościół. Wybudowali go krzyżowcy.
    Św. Anna jest patronką diecezji opolskiej, miast, m.in. Hanoveru, oraz kobiet rodzących, matek, wdów, położnic, ubogich robotnic, górników kopalni złota, młynarzy, powroźników i żeglarzy.

    Święty Joachim z Maryją

    Joachim miał pochodzić z zamożnej i znakomitej rodziny z Galilei. Już samo jego imię miało być prorocze, gdyż oznacza tyle, co “przygotowanie Panu”. W dawnej Polsce czczony był jako “protektor Królestwa”. Kiedy Maryja była jeszcze dzieckiem, miał pożegnać ziemię. Razem ze św. Anną patronują małżonkom.
    Od dawna biblistów interesował problem, dlaczego Ewangeliści podają dwie odrębne genealogie Pana Jezusa: inną przytacza św. Mateusz (Mt 1, 1-18), a inną – św. Łukasz (Łk 3, 23-38). Przyjmuje się dzisiaj dość powszechnie, że św. Mateusz podaje rodowód Chrystusa Pana wymieniając przodków św. Józefa, podczas gdy św. Łukasz przytacza rodowód Pana Jezusa wymieniając przodków Maryi. Według takiej interpretacji ojcem Maryi nie byłby wtedy św. Joachim, ale Heli. Być może imię Joachim jest apokryficzne. Możliwe także, że Heli miał drugie imię Joachim. Sprawa jest nadal otwarta.

    Święci Joachim i Anna, rodzice Maryi

    Apokryficzna Protoewangelia Jakuba z II wieku podaje, że Anna i Joachim byli bezdzietni. Małżonkowie daremnie modlili się i dawali hojne ofiary na świątynię, aby uprosić sobie dziecię. Joachim, będąc już w podeszłym wieku, udał się na pustkowie i tam przez dni 40 pościł i modlił się o Boże miłosierdzie. Wtedy zjawił mu się anioł i zwiastował, że jego prośby zostały wysłuchane, gdyż jego małżonka Anna da mu Dziecię, które będzie radością ziemi. Tak też się stało. Przy narodzinach ukochanej Córki, której według zwyczaju piętnastego dnia nadano imię Maria, była najbliższa rodzina. W rocznicę tych narodzin urządzono wielką radosną uroczystość. Po urodzeniu się Maryi, spełniając uprzednio złożony ślub, rodzice oddali swą Jedynaczkę na służbę w świątyni. Kiedy Maryja miała 3 lata, oddano Ją do świątyni, gdzie wychowywała się wśród swoich rówieśnic, zajęta modlitwą, śpiewem, czytaniem Pisma świętego i haftowaniem szat kapłańskich. Wcześniej miał pożegnać świat Joachim. Według jednej z legend Annie przypisuje się trinubium – po śmierci Joachima miała wyjść jeszcze dwukrotnie za mąż.Kult świętych Joachima i Anny był w całym Kościele – a więc także na Wschodzie – bardzo dawny i żywy. W miarę jak rozrastał się kult Matki Chrystusa, wzrastała także publiczna cześć Jej rodziców. Już w IV/V w. istniał w Jerozolimie kościółek przy dawnej sadzawce Betesda w pobliżu świątyni pod wezwaniem św. Joachima i św. Anny. Tu nawet miał być według podania ich grób. Inni miejsce grobu sytuowali przy wejściu na Górę Oliwną. Cesarz Justynian wystawił w Konstantynopolu około roku 550 bazylikę ku czci św. Anny. Kazania o św. Joachimie i św. Annie wygłaszali na Wschodzie święci tej miary, co św. Epifaniusz (+ 403), św. Sofroniusz (+ po 638), św. Jan Damasceński (+ ok. 749), św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732), św. Andrzej z Krety (+ 750), św. Tarazjusz, patriarcha Konstantynopola (+ 806), a na Zachodzie: św. Fulbert z Chartres (+ 1029), św. Bernardyn ze Sieny (+ 1444) czy bł. Władysław z Gielniowa (+ 1505).
    Szczególną czcią była zawsze otaczana św. Anna. Jej kult był i jest do dnia dzisiejszego bardzo żywy. Na Zachodzie pierwszy kościół i klasztor św. Anny stanął w roku 701 we Floriac koło Rouen. Dowodem popularności św. Anny jest także to, że jej imię było i dotąd jest często nadawane dziewczynkom. Bardzo liczne są też kościoły i sanktuaria pod jej wezwaniem. Ku czci św. Anny powstało 5 zakonów żeńskich. W dawnej liturgii poświęcono św. Annie aż 118 hymnów i 36 sekwencji (wiek XIV-XVI).

    Święta Anna Samotrzecia

    Polska chlubi się wieloma sanktuariami św. Anny: na Górze św. Anny w pobliżu Brzegu Głogowskiego, w Jordanowie, w Selnikach, w Grębocicach, w Stoczku koło Lidzbarka Warmińskiego, w Kamiance. Największej jednak czci doznaje św. Anna w Przyrowie koło Częstochowy i na Górze Św. Anny koło Opola. Sanktuarium opolskie należy do najsłynniejszych w świecie – tak dalece, że figura św. Anny doczekała się uroczystej koronacji papieskimi koronami 14 września 1910 r. Sanktuarium to nawiedził św. Jan Paweł II 21 czerwca 1983 roku podczas swej drugiej pielgrzymki do Polski. Cudowna figura św. Anny wykonana jest z drzewa bukowego i liczy 66 cm wysokości. Przedstawia ona św. Annę piastującą dwoje dzieci: Maryję, której była matką, i Pana Jezusa, dla którego była babką (św. Anna Samotrzecia). Wszystkie trzy figury są koronowane. Początkowo była tylko jedna postać św. Anny (wiek XV). Potem dodano postacie Maryi i Jezusa (wiek XVII), umieszczając je przy głowie św. Anny.Liturgiczny obchód ku czci rodziców Maryi pojawił się najpierw na Wschodzie. Wprowadził go w 710 r. cesarz Justynian II pod tytułem Poczęcie św. Anny. Wspomnienie obchodzono w różnych dniach, łącznie (św. Joachima i św. Anny) lub oddzielnie. Na Zachodzie wprowadzono je późno. W Neapolu jest znane w wieku X. Papież Urban VI bullą Splendor aeternae gloriae z 21 czerwca 1378 r. zezwolił na obchodzenie tego święta w Anglii. Juliusz II w 1522 r. rozszerzył je na cały Kościół i wyznaczył na 20 marca. Paweł V zniósł jednak to święto w 1568 r., opierając swoją decyzję na tym, że o rodzicach Maryi z ksiąg Pisma świętego nic nie wiemy. Przeważyła jednak opinia, że należy im się szczególna cześć. Dlatego Grzegorz XIII święto Joachima i Anny ponownie przywrócił (1584). Z tej okazji wyznaczył jako dzień pamięci 26 lipca. Papież św. Pius X w 1911 roku wprowadził osobno święto św. Joachima, wyznaczając dzień pamiątki na 16 sierpnia. Św. Anna miała nadal swoje święto dnia 26 lipca. Reforma liturgiczna z roku 1969 połączyła na nowo imiona obojga pod datą 26 lipca.

    Święci Joachim i Anna, rodzice Maryi

    W ikonografii św. Anna ukazywana jest w scenach z apokryfów oraz obrazujących życie Maryi. Przedstawiana jako starsza kobieta z welonem na głowie. Ulubionym tematem jest św. Anna ucząca czytać Maryję. Niektóre jej atrybuty: palec na ustach, księga, lilia.
    Św. Joachim ukazywany jest jako starszy, brodaty mężczyzna w długiej sukni lub w płaszczu. Występuje w licznych cyklach mariologicznych oraz z życia św. Anny. Jego atrybutami są: anioł, Dziecię Jezus w ramionach, dwa gołąbki w dłoni, na zamkniętej księdze lub w małym koszyku, jagnię u stóp, laska, kij pasterski, księga, zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    25 lipca

    Święty Jakub Starszy, Apostoł

    Zobacz także:
      •  Święty Krzysztof, męczennik
      •  Święta Olimpia
      •  Święta Maria del Carmen Sallés y Barangueras, dziewica
    Święty Jakub Większy

    Wśród apostołów było dwóch Jakubów. Dla odróżnienia nazywani są Większym i Mniejszym albo też Starszym i Młodszym. Prawdopodobnie nie chodziło w tym wypadku o ich wiek, ale o kolejność przystępowania do grona Apostołów. Rozróżnienie to wprowadził już św. Marek (Mk 15, 40). Imię Jakub pochodzi z hebrajskiego “aqeb”, oznaczającego “chronić” – a zatem znaczy “niech Jahwe chroni”. Etymologia ludowa tłumaczy to imię jako “pięta”. Według Księgi Rodzaju, kiedy Jakub, wnuk Abrahama, rodził się jako bliźniak Ezawa, miał go trzymać za piętę (Rdz 25, 26).
    Św. Jakub Większy jest tym, który jest wymieniany w spisie Apostołów wcześniej – był powołany przez Jezusa, razem ze swym bratem Janem, jako jeden z Jego pierwszych uczniów (Mt 4, 21-22): święci Mateusz i Łukasz wymieniają go na trzecim miejscu, a święty Marek na drugim. Jakub i jego brat Jan byli synami Zebedeusza. Byli rybakami i mieszkali nad jeziorem Tyberiadzkim. Ewangelie nie wymieniają bliżej miejscowości. Być może pochodzili z Betsaidy, podobnie jak święci Piotr, Andrzej i Filip (J 1, 44), gdyż spotykamy ich razem przy połowach. Św. Łukasz zdaje się to wprost narzucać, kiedy pisze, że Jan i Jakub “byli wspólnikami Szymona – Piotra” (Łk 5, 10). Matką Jana i Jakuba była Salome, która należała do najwierniejszych towarzyszek wędrówek Chrystusa Pana (Mk 15, 40; Mt 27, 56).Jakub został zapewne powołany do grona uczniów Chrystusa już nad rzeką Jordan. Tam bowiem spotykamy jego brata, Jana (J 1, 37). Po raz drugi jednak Pan Jezus wezwał go w czasie połowu ryb. Wspomina o tym św. Łukasz (Łk 5, 1-11), dodając nowy szczegół – że było to po pierwszym cudownym połowie ryb.
    Jakub należał do uprzywilejowanych uczniów Pana Jezusa, którzy byli świadkami wskrzeszenia córki Jaira (Mk 5, 37; Łk 8, 51), przemienienia na górze Tabor (Mt 17, 1nn; Mk 9, 1; Łk 9, 28) oraz modlitwy w Ogrójcu (Mt 26, 37). Żywe usposobienie Jakuba i Jana sprawiło, że Jezus nazwał ich “synami gromu” (Mk 3, 17). Chcieli bowiem, aby piorun spadł na pewne miasto w Samarii, które nie chciało przyjąć Pana Jezusa z Jego uczniami (Łk 9, 55-56). Jakub był wśród uczniów, którzy pytali Pana Jezusa na osobności, kiedy będzie koniec świata (Mk 13, 3-4). Wreszcie był on świadkiem drugiego, także cudownego połowu ryb, kiedy Chrystus ustanowił Piotra głową i pasterzem swojej owczarni (J 21, 2). Ewangelie wspominają o Jakubie Starszym na 18 miejscach, co łącznie obejmuje 31 wierszy. W porównaniu do innych Apostołów – jest to bardzo dużo.

    Święty Jakub Większy

    Dzieje Apostolskie wspominają o św. Jakubie dwa razy: kiedy wymieniają go na liście Apostołów (Dz 1, 13) oraz przy wzmiance o jego męczeńskiej śmierci. Z tej okazji św. Łukasz tak pisze: “W tym samym czasie Herod zaczął prześladować niektórych członków Kościoła. Ściął mieczem Jakuba, brata Jana…” (Dz 12, 1-2). Jakuba stracono w 44 r. bez procesu – zapewne po to, aby nie przypominać ludowi procesu Chrystusa i nie narazić się na jakieś nieprzewidziane reakcje. Było to więc posunięcie taktyczne. Dlatego także zapewne nie kamieniowano św. Jakuba, ale ścięto go w więzieniu. Euzebiusz z Cezarei, pierwszy historyk Kościoła (w. IV), pisze, że św. Jakub ucałował swojego kata, czym tak dalece go wzruszył, że sam kat także wyznał Chrystusa i za to sam natychmiast poniósł śmierć męczeńską. Jakub był pierwszym wśród Apostołów, a drugim po św. Szczepanie, męczennikiem Kościoła (zgodnie z przepowiednią Chrystusa – Mk 10, 39).
    W średniowieczu powstała legenda, że św. Jakub udał się zaraz po Zesłaniu Ducha Świętego do Hiszpanii. Do dziś św. Jakub jest pierwszym patronem Hiszpanii i Portugalii.

    Święty Jakub Większy

    Według tradycji, w VII wieku relikwie św. Jakuba miały zostać sprowadzone z Jerozolimy do Compostelli w Hiszpanii. Nazwa Compostella ma się wywodzić od łacińskich słów Campus stellae (Pole gwiazdy), bowiem relikwie Świętego, przywiezione najpierw do miasta Iria, zaginęły – dopiero w IX w. miał je odnaleźć biskup, prowadzony cudowną gwiazdą. Hiszpańska nazwa Santiago znaczy zaś po polsku “święty Jakub”. Te dwie nazwy łączy się w jedno, stąd nazwa miasta brzmi dziś Santiago de Compostella. Do dziś znajduje się tam grób św. Jakuba. W wiekach średnich po Ziemi Świętej i Rzymie było to trzecie sanktuarium chrześcijaństwa. W katedrze genueńskiej oglądać można artystyczny relikwiarz ręki św. Jakuba, wystawiany na pokaz podczas rzadkich okazji.
    Święty jest patronem Hiszpanii i Portugalii; ponadto m. in. zakonów rycerskich walczących z islamem, czapników, hospicjów, szpitali, kapeluszników, pielgrzymów, sierot.W ikonografii św. Jakub przedstawiany jest jako starzec o silnej budowie ciała w długiej tunice i w płaszczu lub jako pielgrzym w miękkim kapeluszu z szerokim rondem. Jego atrybutami są: bukłak, kij pielgrzyma, księga, miecz, muszla, torba, turban turecki, zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    24 lipca

    Święta Kinga, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Krystyna z Bolseny, dziewica i męczennica
      •  Błogosławione dziewice i męczennice Maria Pilar, Teresa i Maria Angeles
      •  Błogosławiona Maria Mercedes Prat, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiona Joanna z Orvieto, dziewica
    Święta Kinga

    Kinga (Kunegunda) urodziła się w 1234 r. jako trzecia z kolei córka Beli IV, króla węgierskiego z dynastii Arpadów, i jego żony Marii, córki cesarza bizantyjskiego Teodora I Laskarisa. Miała dwóch braci i pięć sióstr, wśród nich były św. Małgorzata Węgierska oraz bł. Jolenta. Św. Elżbieta z Turyngii była jej ciotką.
    O latach młodości Kingi nie wiemy nic poza tym, że do piątego roku życia przebywała na dworze królewskim prawdopodobnie w Ostrzychomiu. Możemy przypuszczać, że otrzymała głębokie wychowanie religijne i pełne jak na owe czasy wykształcenie.
    W Wojniczu małoletnia jeszcze Kinga spotkała się z Bolesławem Wstydliwym; tam też doszło do zawarcia umowy małżeńskiej. Ze względu na małoletność obydwojga były to zrękowiny, po których w kilka lat później miał nastąpić akt właściwych zaślubin.
    Pierwsze swoje lata Kinga spędziła w Sandomierzu pod opieką Grzymisławy i pedagoga Mikuły, wraz ze swoim przyszłym mężem Bolesławem. Były to czasy najazdów Tatarów. Wieści o ich barbarzyńskich mordach dochodziły do Polski coraz bliżej. Na wiadomość o zdobyciu Lublina i Zawichostu Bolesław z Kingą i Grzymisławą opuścili Sandomierz i udali się do Krakowa. Po klęsce wojsk polskich pod Chmielnikiem koło Szydłowa (18 marca 1241 r.) uciekli na Węgry w nadziei, że tam będzie bezpieczniej. Jednak i tu nie znaleźli spokoju. Wojska węgierskie poniosły klęskę nad rzeką Sajo (11 kwietnia 1241 r.). Dlatego Kinga uciekła z Bolesławem na Morawy, gdzie zapewne zatrzymali się w Welehradzie w tamtejszym konwencie cystersów. Wódz tatarski Batu-chan stanął w Krakowie w Niedzielę Palmową, 24 marca; stąd Tatarzy ruszyli na Śląsk.
    Po bitwie pod Legnicą w 1241 r. Tatarzy wycofali się z Polski. Po bohaterskiej śmierci Henryka Pobożnego w bitwie z Tatarami rozgorzała walka o jego dziedzictwo śląskie i krakowskie. Dopiero po pokonaniu Konrada Mazowieckiego młodzi książęta mogli wrócić do Krakowa (1243). Ponieważ zamek w Krakowie, jak też w Sandomierzu, Tatarzy zupełnie zniszczyli, tak że się nie nadawał do zamieszkania, Bolesław i Kinga pozostali w Nowym Korczynie. Tu właśnie Kinga nakłoniła swego przyszłego męża do zachowania dozgonnej czystości, którą ślubowali oboje na ręce biskupa krakowskiego Prandoty. Dlatego historia nadała Bolesławowi przydomek “Wstydliwy”. W tej formie czystości małżeńskiej Kinga spędziła z Bolesławem 40 lat. Wtedy także zapewne Kinga wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka. Zaślubiny odbyły się na zamku krakowskim około roku 1247, bowiem wtedy Bolesław był władcą księstwa krakowsko-sandomierskiego. W posagu od ojca Kinga otrzymała 40 000 grzywien srebra, co Szajnocha przeliczył na około 3,5 miliona złotych. Była to ogromna suma.
    Kinga w tym czasie zapewne kilka razy odwiedzała rodzinne Węgry. Sprowadziła stamtąd do Polski górników, którzy dokonali pierwszego odkrycia złoży soli w Bochni (1251). Stąd powstała piękna legenda o cudownym odkryciu soli. Aby dopomóc w odbudowaniu zniszczonego przez Tatarów kraju, Kinga ofiarowała Bolesławowi część swojego posagu; Bolesław za to przywilejem z 2 marca 1252 r. oddał jej w wieczyste posiadanie ziemię sądecką. Kinga pomagała Bolesławowi w rządach nad obu księstwami (krakowskim i sandomierskim). Wskazuje na to spora liczba wystawionych przez obu małżonków dokumentów. Hojnie wspierała katedrę krakowską, klasztory benedyktyńskie, cysterskie i franciszkańskie. Ufundowała kościoły w Nowym Korczynie i w Bochni, a zapewne również w Jazowsku i w Łącku. Do Krakowa sprowadziła z Pragi Kanoników Regularnych od Pokuty i wystawiła im kościół św. Marka. Do Krzyżanowic nad Nidą sprowadzono norbertanki, gdzie im wystawiono kościół i klasztor. W Łukowie książę Bolesław osadził templariuszy. Swojej siostrze, bł. Salomei, Bolesław pozwolił i dopomógł wznieść w Zawichoście kościół, klasztor i szpital. Kinga w sposób istotny przyczyniła się do przeprowadzenia kanonizacji św. Stanisława ze Szczepanowa (1253). To ona miała wysłać do Rzymu poselstwo w tej sprawie i pokryć koszty związane z tą misją.
    7 grudnia 1279 r. umarł w Krakowie książę Bolesław Wstydliwy. Długosz wspomina, że biskup krakowski Paweł i niektórzy z panów zaofiarowali Kindze rządy. Kiedy Kinga poczuła się wolna, postanowiła zrezygnować z władzy i oddać się wyłącznie sprawie zbawienia własnej duszy. Upatrzyła sobie klaryski jako zakon dla siebie najodpowiedniejszy. Znała go dobrze, bo już w roku 1245 przyjęła welon i habit klaryski jej ciotka, bł. Salomea, która w tym czasie założyła w Zawichoście pierwszy ich klasztor, w roku 1259 przeniesiony do Skały. Sprawa założenia przez Kingę klasztoru klarysek w Starym Sączu komplikowała się, bo nowy władca Krakowa, Leszek Czarny, nie chciał zgodzić się na tę fundację i odkładał decyzję w obawie, aby nie utracić ziemi sądeckiej, którą Kinga chciała ofiarować klasztorowi na jego utrzymanie. Po czterech latach, w 1284 r., ostatecznie doszło do zgody. Kinga wstąpiła do tego klasztoru już wcześniej (1279), zaraz po śmierci męża. Prawdopodobnie nie zajmowała w klasztorze żadnych urzędów. Jej staraniem była budowa i troska o jego byt materialny. Welon zakonny otrzymała z rąk biskupa Pawła. Jednak śluby zakonne złożyła dopiero, jak to wynika ze szczęśliwie zachowanego dokumentu, 24 kwietnia 1289 roku. Spędziła w Starym Sączu 12 lat, poddając się we wszystkim surowej regule, zatwierdzonej przez Urbana IV w roku 1263.

    Święta Kinga - obraz kanonizacyjny

    Zmarła 24 lipca 1292 r. w Starym Sączu. Beatyfikacja Kingi nastąpiła dopiero za pontyfikatu papieża Aleksandra VIII. Dokonano jej po długim procesie kanonicznym dnia 10 czerwca 1690 r. Dekrety, wydane przez papieża Urbana VIII (1623-1644), zalecały w sprawach beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych jak najdalej posuniętą ostrożność i surowość. Kult świątobliwej księżnej trwał jednak od wieków. Sam fakt porzucenia świata i jej wstąpienia do najsurowszego zakonu żeńskiego był dowodem heroicznej świętości Kingi. Pamięć dzieł miłosierdzia chrześcijańskiego, jak również instytucji pobożnych, których była fundatorką, były bodźcem do oddawania jej kultu. Była powszechnie czczona przez okoliczny lud jako jego szczególna patronka. Do jej grobu napływali nieustannie pielgrzymi. Liczne łaski, otrzymane za jej wstawiennictwem, rozsławiały jej imię. Kult bł. Kingi znacznie wzrósł po jej beatyfikacji. Benedykt XIII przyznał jej tytuł patronki Polski i Litwy (31 sierpnia 1715 r.). Jest także patronką diecezji tarnowskiej.
    Kanonizacji Kingi dokonał św. Jan Paweł II w Starym Sączu dnia 16 czerwca 1999 r., podczas swojej przedostatniej pielgrzymki do Polski. Mówił wtedy między innymi: “Mury starosądeckiego klasztoru, któremu początek dała św. Kinga i w którym dokonała swego życia, zdają się dziś dawać świadectwo o tym, jak bardzo ceniła czystość i dziewictwo, słusznie upatrując w tym stanie niezwykły dar, dzięki któremu człowiek w sposób szczególny doświadcza własnej wolności. Tę zaś wewnętrzną wolność może uczynić miejscem spotkania z Chrystusem i z człowiekiem na drogach świętości. U stóp tego klasztoru, wraz ze św. Kingą proszę szczególnie was, ludzie młodzi: brońcie tej swojej wewnętrznej wolności! Niech fałszywy wstyd nie odwodzi was od pielęgnowania czystości! A młodzieńcy i dziewczęta, których Chrystus wzywa do zachowania dziewictwa na całe życie, niech wiedzą, że jest to uprzywilejowany stan, przez który najwyraźniej przejawia się działanie mocy Ducha Świętego”.W ikonografii przedstawiana jest w stroju klaryski lub księżnej, w ręku trzyma makietę klasztoru ze Starego Sącza, czasami bryłę soli, bywa w niej pierścień.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    23 lipca

    Święta Brygida Szwedzka, zakonnica,
    patronka Europy

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Wasyl (Bazyli) Hopko, biskup
      •  Święty Jan Kasjan
      •  Błogosławiony Krystyn Gondek, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Jan Huguet Cardona, prezbiter i męczennik
    Święta Brygida

    Brygida urodziła się w 1303 r. na zamku w Finstad koło Uppsali. Jej rodzina była spokrewniona z dynastią królewską w Szwecji. Rodzina ta była bardzo religijna. Ojciec co tydzień przystępował do sakramentów pokuty i Eucharystii. Odbył także podróż do Hiszpanii na grób św. Jakuba w Compostelli.
    Według żywotów Brygida miała od dziecka cieszyć się oznakami szczególnej przyjaźni Pana Jezusa. Kiedy miała 7 lat, ukazała się jej Najświętsza Maryja Panna i złożyła na jej głowie tajemniczą koronę. Trzy lata później zjawił się jej Chrystus na krzyżu. Na widok męki Pana Jezusa Brygida miała zawołać: “O, mój kochany Panie! Kto Ci to zrobił? Nie chcę niczego, jak tylko miłować Ciebie!” Kiedy Brygida miała 12 lat, zmarła jej matka (1314). Ojciec oddał kapłanom sumę 200 marek w złocie, co było dużym majątkiem, prosząc, by modlili się o spokój duszy dla małżonki. Po śmierci żony wziął rodzeństwo Brygidy – Katarzynę i Izraela – na swój zamek, a Brygidę oddał na wychowanie do wujenki na zamku w Aspanas. Surowy tryb życia, jaki na zamku wprowadziła wujenka, odpowiadał Brygidzie, która chciała cała należeć do Chrystusa.
    Wbrew swojej woli Brygida została wydana w czternastym roku życia za syna gubernatora Wastergotlandu, 19-letniego Ulfa Gotmarssona. Po ślubie przeniosła się na zamek męża (1316). Chociaż utratę dziewictwa opłakiwała rzewnymi łzami, umiała w swoim małżeństwie dostrzec wolę Bożą i starała się być dla męża najlepszą żoną. Trafiła też na dobrego człowieka. Dlatego żyli szczęśliwie razem 28 lat (1316-1344). Pałac Brygidy należał do najświetniejszych w kraju. Było w nim zawsze rojno od gości. Brygida dbała o to, by wszyscy wchodzący w jej progi czuli się dobrze. Kierowała domem i gospodarstwem wzorowo, dbała o służbę, z którą codziennie odmawiała pacierze. Nie pozwalała wszakże na żadne pohulanki i zbyt swobodne zachowania.
    Szczególnie jednak była oddana mężowi, okazując mu przywiązanie i wprost matczyną opiekę. Dała mu 4 synów i 4 córki: Martę (1319), Karola (1321), Birgera (1323), Benedykta (1326), Gutmara (1327), św. Katarzynę Szwedzką (1330), Ingeborgę (1332) i Cecylię (1334). Na wychowawców dla swoich dzieci dobierała pedagogów o odpowiednim wykształceniu i głębokiej wierze. Każde dziecko miało inny charakter. Trzeba było ze strony matki wiele subtelności, by uszanować ich osobowość, a nie dopuścić do wypaczenia ich charakterów, bowiem mąż był często poza domem, zajęty sprawami publicznymi. Nie zaniedbała wszakże Brygida wśród tak licznych zajęć rodzinnych troski o własną duszę. Jej kierownikiem duchowym był uczony wiceprzeor cystersów, Piotr Olafsson. Na jej prośbę jeden z kanoników katedry, Maciej, przetłumaczył Pismo święte na język szwedzki, by Brygida mogła w nim się rozczytywać. Na jej życzenie kanonik ten ułożył również komentarze do Pisma świętego.
    W 1332 roku Brygida została powołana na dwór króla Magnusa II w charakterze ochmistrzyni. Korzystając z osobistego majątku, jak też z majątku króla, nad którym otrzymała zaszczytny zarząd, hojnie wspierała kościoły, klasztory i ubogich. W 1339 roku utraciła nieletniego syna. Dla uproszenia błogosławieństwa Bożego dla całej rodziny udała się z pielgrzymką na grób św. Olafa (+ 1030). Tradycją w domu były pielgrzymki do Compostelli. I Brygida wraz z mężem udała się na grób św. Jakuba Apostoła (1342). Pielgrzymka trwała rok. Towarzyszył im spowiednik, cysters Svenung, który później opisał całą podróż. Po powrocie z pielgrzymki Ulf wstąpił do cystersów w Alvastra, gdzie zmarł w lutym 1344 r. Brygida była wolna.

    Święta Brygida

    Postanowiła oddać się wyłącznie służbie Bożej i pełnieniu dobrych uczynków. Długie godziny poświęcała modlitwie. Mnożyła akty umartwienia i pokuty. Naglona objawieniami, pisała listy do możnych tego świata, napominając ich w imię Pana Boga. Królowi szwedzkiemu i zakonowi krzyżackiemu przepowiedziała kary Boże, które też niebawem na nich spadły. W 1352 roku wezwała papieża Innocentego VI, aby powrócił do Rzymu. To samo wezwanie skierowała w imieniu Chrystusa do jego następcy, bł. Urbana V, który też w 1367 roku faktycznie do Rzymu powrócił. Kiedy zaś papież, zniechęcony zamieszkami w Rzymie, powrócił do Awinionu, przepowiedziała mu rychłą śmierć, co się niebawem sprawdziło (+ 1370). Niemniej żarliwie zabiegała o powrót do Rzymu papieża Grzegorza XI. Była hojną dla fundacji kościelnych i charytatywnych. Dom jej stał zawsze otworem dla potrzebujących.
    Z poparciem króla, który na ten cel ofiarował posiadłość w Vadstena, i za zezwoleniem Stolicy Świętej, Brygida założyła nową rodzinę zakonną pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela, zwaną często “brygidkami”. Jej córka, św. Katarzyna Szwedzka, w roku 1374 została jego pierwszą opatką. W roku 1349 Brygida udała się przez Pomorze, Niemcy, Austrię i Szwajcarię do Rzymu, by uzyskać odpust z okazji roku jubileuszowego 1350. Chodziło jej również o zatwierdzenie reguł swojego zakonu. W Rzymie założyła klasztor swojego zakonu.
    Korzystając ze swojej obecności w Italii, Brygida przewędrowała wraz z córką cały kraj, nawiedzając pieszo ważniejsze ówczesne sanktuaria: św. Franciszka w Asyżu, św. Antoniego w Padwie, św. Dominika Guzmana w Bolonii, św. Tomasza z Akwinu w Ortonie, św. Bartłomieja w Benevento, św. Macieja w Salerno, św. Andrzeja Apostoła w Amalfi, św. Mikołaja w Bari oraz św. Michała Archanioła na Monte Gargano. Do Rzymu powróciła dopiero w 1363 roku. W 1372 roku udała się z pielgrzymką do Ziemi Świętej. Miała wówczas 70 lat. Po powrocie do Rzymu, zmęczona podróżą, zmarła 23 lipca 1373 r., w dniu, który przepowiedziała. W jej pogrzebie wzięły udział tłumy wiernych. Był to prawdziwy hołd, jaki złożył jej Rzym. Kroniki głoszą, że z okazji pogrzebu św. Brygidy wielu chorych zostało uzdrowionych. Jej ciało poprzez Korsykę, Styrię, Morawy i Polskę sprowadzono do Szwecji, gdzie złożono w klasztorze w Vadstena, który założyła.
    Dzięki staraniom córki, św. Katarzyny, została kanonizowana już w 1391 r. W 1489 roku złożono relikwie matki i córki, to jest św. Brygidy Szwedzkiej i św. Katarzyny Szwedzkiej, w jednej urnie. Kiedy Szwecja przeszła na protestantyzm (1595), relikwie te zaginęły bezpowrotnie.Brygida pozostawiła po sobie księgę Objawień. Wkrótce znała ją cała Europa. Była wielokrotnie przepisywana. W księdze tej św. Brygida spisała przepowiednie dotyczące Kościoła, papieży żyjących w jej czasach, losów państw i ówczesnych panujących oraz odnośnie do przyszłości wielu innych osób. Była przekonana, że pisze to, co jej dyktował Chrystus. Nawoływała do poprawy obyczajów, groziła karami Bożymi. Dzieło to miało wśród teologów sporo przeciwników. Mimo aprobaty papieży Grzegorza XI i Urbana VI, dzieła św. Brygidy były przedmiotem ataków i dyskusji nawet na soborach w Konstancji (1414-1418) i w Bazylei (1431). Brygida, jakby w przeczuciu, ile kłopotu narobi ta księga, dała ją najpierw do przejrzenia teologom. Ostatecznej aprobaty pismom św. Brygidy udzielił Kościół w akcie jej kanonizacji.
    1 października 1999 r. św. Jan Paweł II listem motu proprio ogłosił św. Brygidę współpatronką Europy (razem ze św. Katarzyną ze Sieny i św. Teresą Benedyktą od Krzyża). Św. Brygida jest także patronką Szwecji, pielgrzymów oraz dobrej śmierci.

    Święta Brygida z córką, św. Katarzyną

    W ikonografii św. Brygida przedstawiana jest w ciemnowiśniowym habicie z czerwonym welonem, na nim korona z białego płótna z pięcioma czerwonymi znakami – symbolizującymi pięć ran Jezusa. Czasami siedzi przy pulpicie i spisuje swoje wizje. Jej atrybutami są: heraldyczny lew, korona; księga, którą pisze; ptasie pióro, pielgrzymi kapelusz, serce i krzyż.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    22 lipca

    Święta Maria Magdalena

    Zobacz także:
      •  Święta Maria z Betanii
      •  Błogosławieni męczennicy Nicefor Díez Tejerina, prezbiter, i Towarzysz



    Według biblijnej relacji Maria pochodziła z Magdali – “wieży ryb” nad Jeziorem Galilejskim, ok. 4 km na północny zachód od Tyberiady. Jezus wyrzucił z niej siedem złych duchów (Mk 16, 9; Łk 8, 2). Odtąd włącza się ona do grona Jego słuchaczy i wraz z innymi niewiastami troszczy się o wędrujących z Nim ludzi.
    Po raz drugi wspominają o niej Ewangeliści pisząc, że była ona obecna podczas ukrzyżowania i śmierci Jezusa (Mk 15, 40; Mt 27, 56; J 19, 25) oraz zdjęcia Go z krzyża i pogrzebu. Maria Magdalena była jedną z trzech niewiast, które udały się do grobu, aby namaścić ciało Ukrzyżowanego, ale grób znalazły pusty (J 20, 1). Kiedy Magdalena ujrzała kamień od grobu odwalony, przerażona, że Żydzi zbezcześcili ciało ukochanego Zbawiciela, wyrzucając je z grobu w niewiadome miejsce, pobiegła do Apostołów i powiadomiła ich o tym. Potem sama wróciła do grobu Pana Jezusa. Zmartwychwstały Jezus ukazał jej się jako ogrodnik (J 20, 15). Ona pierwsza powiedziała Apostołom, że Chrystus żyje (Mk 16, 10; J 20, 18). Dlatego też jest nazywana apostola Apostolorum – apostołką Apostołów, a Kościół przez długie stulecia recytował w jej święto uroczyste wyznanie wiary. Wschód i Zachód, oddając hołd Magdalenie, obchodzą jej pamiątkę tego samego dnia – 22 lipca.Nie wiemy, co św. Łukasz miał na myśli, kiedy napisał o Marii Magdalenie, że Pan Jezus wypędził z niej siedem złych duchów. Św. Grzegorz I Wielki utożsamiał Marię Magdalenę z jawnogrzesznicą, o której na innym miejscu pisze tenże Ewangelista (Łk 7, 36-50), jak też z Marią, siostrą Łazarza, o której pisze św. Jan, że podobnie jak jawnogrzesznica u św. Łukasza, obmyła nogi Pana Jezusa wonnymi olejkami (J 11, 2). Współcześni bibliści, idąc za pierwotną tradycją i za ojcami Kościoła na Wschodzie, uważają jednak, że imię Maria miały trzy niewiasty nie mające ze sobą bliższego związku. Dotąd tak w liturgicznych tekstach, jak też w ikonografii Marię Magdalenę zwykło się przedstawiać w roli Łukaszowej jawnogrzesznicy, myjącej nogi Pana Jezusa. Najnowsza reforma kalendarza liturgicznego wyraźnie odróżnia Marię Magdalenę od Marii, siostry Łazarza, ustanawiając ku ich czci osobne dni wspomnienia. Marię Magdalenę nieraz utożsamiano także z Marią Egipcjanką, nierządnicą (V w.), która po nawróceniu miała żyć jako pustelnica nad Jordanem.
    Kult św. Marii Magdaleny jest powszechny w Kościele tak na Zachodzie, jak i na Wschodzie. Ma swoje sanktuaria, do których od wieków licznie podążają pielgrzymi. W Efezie pokazywano jej grób i bazylikę wystawioną nad nim ku jej czci. Kiedy zaś Turcy zawładnęli miastem, jej relikwie miały zostać przeniesione z Efezu do Konstantynopola za cesarza Leona Filozofa (886-912). Kiedy krzyżowcy opanowali Konstantynopol (1202-1261), mieli przenieść relikwie Marii Magdaleny do Francji, do Vezelay, gdzie do dnia dzisiejszego doznają czci. We Francji jest jeszcze jedno sanktuarium św. Marii Magdaleny, w La Saint Baume, gdzie według legendy miała mieszkać przez 30 lat w jaskini jako pustelnica i pokutnica, kiedy ją w dziurawej łódce na pełne morze wywieźli Żydzi.
    Maria Magdalena jest patronką zakonów kobiecych; Prowansji, Sycylii, Neapolu; dzieci, które mają trudności z chodzeniem, fryzjerów, kobiet, osób kuszonych, ogrodników, studentów i więźniów.W ikonografii św. Maria Magdalena przedstawiana jest według tradycji, która utożsamiła ją z innymi Mariami. Ukazywana w długiej szacie z nakrytą głową; w bogatym książęcym wschodnim stroju lub jako pokutnica, której ciało osłaniają długie włosy; w malarstwie barokowym ukazywana bez odzieży lub półnago. Jej atrybutami są: dyscyplina, instrumenty muzyczne, krucyfiks, księga – znak jej misyjnej działalności, naczynie z olejkiem, kadzielnica, gałązka palmowa, czaszka, włosiennica, zwierciadło.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Maria Magdalena – świadek Zmartwychwstania

    Św. Maria Magdalena

    św. Maria Magdalena/ Adobe Stock

    ***

    W gronie uczniów Jezusa występuje Maria zwana Magdaleną. Jej przydomek zwykło się tłumaczyć jako odniesienie do miasta, z którego miała pochodzić (Magdala na północno-zachodnim brzegu Jeziora Galilejskiego). Wspominają o tej uczennicy Pańskiej wszystkie cztery Ewangelie, w sumie 12 razy. Dwukrotnie (Mk 15, 40 i Łk 8, 1-3) pojawia się ona w gronie kobiet idących za Jezusem. Łukasz dodaje, że Jezus uwolnił ją od „siedmiu demonów”. Inni Ewangeliści podkreślają, że Maria była bezpośrednim świadkiem śmierci i zmartwychwstania Pana. Kiedy wraz z innymi kobietami przyszła namaścić ciało Jezusa, anioł oznajmił im wiadomość o Jego zmartwychwstaniu.

    Czwarta Ewangelia, którą dziś czytamy, zachowała najpełniejszy obraz tej szczególnej uczennicy Pańskiej, która osobiście widziała Zmartwychwstałego. Teksty Nowego Testamentu nie pozwalają utożsamiać jej z nawróconą jawnogrzesznicą. Legenda ta przyjęła się w Kościołach zachodnich w średniowieczu, kiedy swobodnie łączono różne sceny ewangeliczne. Tak skojarzono Magdalenę z grzeszną kobietą, której Jezus przebaczył „liczne grzechy” (Łk 7, 47), jak też z inną kobietą „pochwyconą na cudzołóstwie” (J 8, 3). Ostatnio egzegeza feministyczna odrzuca zdecydowanie taką identyfikację i maluje nowy obraz Marii Magdaleny w oparciu o źródła pozabiblijne.

    Sięgając do apokryfów gnostyckich, autorzy popularnych powieści przypisują Magdalenie znacznie większą rolę niż w kanonicznych Ewangeliach. Kreują więc wizerunek kobiety obdarzonej szczególną zdolnością widzenia rzeczywistości duchowej. Z tego powodu jej autorytet w Kościele miał być wyższy od „władzy kluczy”, którą otrzymał św. Piotr. Tak subiektywne odczytanie źródeł starożytnych pomniejsza rolę urzędu nauczycielskiego, a wywyższa nieokreślony autorytet duchowy „wyzwolonej kobiety”, której ideałem ma być Maria Magdalena. Rynek wydawniczy zalewają dziś powieści, które zupełnie zniekształcają relację Jezusa i Magdaleny.

    Czwarty Ewangelista – św. Jan Apostoł zdaje się przywracać Marii Magdalenie właściwe miejsce w Kościele apostolskim. Aramejski podkład jego Ewangelii sugeruje, że przydomek Marii – Magdalena (Mariam Magdelajta) ma o wiele większe znaczenie niż tylko wskazanie na jej ziemskie pochodzenie. Otóż po aramejsku przydomek ten można tłumaczyć jako „wywyższona”, a raczej: „ta, której przywrócono wielkość”. Sens tego określenia objawia swą głębię w tajemnicy zmartwychwstania Chrystusa. Jego zwycięstwo nad śmiercią przywraca ludziom utraconą wielkość. „Każdy, kto w Niego wierzy, przez Jego imię otrzymuje odpuszczenie grzechów” – wyjaśnia św. Piotr w pierwszym czytaniu (Dz 10, 43). A św. Paweł dopowie w drugim: „Gdy się ukaże Chrystus, nasze Życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale” (Kol 3, 4).

     ks. Antoni Tronina/TYgodnik Niedziela

    ***

    21 lipca

    Błogosławiony
    Franciszek Maria od Krzyża Jordan, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Wawrzyniec z Brindisi, prezbiter i doktor Kościoła
      •  Święty Apolinary, biskup i męczennik
      •  Daniel, prorok
    Błogosławiony Franciszek Maria od Krzyża Jordan

    Jan Chrzciciel Jordan urodził się 16 czerwca 1848 r. w Gurtweil, w pobliżu Waldshut w Badenii (Niemcy). W trzynastym roku życia, w czasie I Komunii Świętej, doświadczył szczególnej łaski, która stała się zaczynem kapłańskiego powołania. Droga do przyjęcia święceń była długa i trudna, przede wszystkim ze względu na skrajnie trudne warunki materialne rodziny.
    21 lipca 1878 r., w wieku 30 lat, przyjął święcenia kapłańskie. Został wysłany przez swojego biskupa do Rzymu na studia języków orientalnych pod skrzydłami Kongregacji Rozkrzewiania Wiary. Szczególnie ważna okazała się jego podróż na Bliski Wschód, gdzie został wysłany w celu praktycznego doskonalenia języków. Rozpoznał tam wezwanie do założenia nowego ruchu w Kościele, poświęconego apostolstwu. Po uzyskaniu błogosławieństwa papieża Leona XIII w dniu 8 grudnia 1881 r. Jordan z dwoma towarzyszami zapoczątkował Apostolskie Towarzystwo Nauczania. Nie chciał zakładać typowego zgromadzenia zakonnego, ale raczej ruch, który zaangażuje w ewangelizację nie tylko duchownych, ale również świeckich. Władze kościelne wymagały od niego jednak przedstawienia jasnych zasad funkcjonowania. Posłuszeństwo doprowadziło w 1883 r. do przekształcenia dzieła w zgromadzenie zakonne pod nazwą Towarzystwo Boskiego Zbawiciela (salwatorianie). Jan Chrzciciel Jordan przyjął wówczas imię Franciszek Maria od Krzyża. Pięć lat później – 8 grudnia 1888 r. – wraz z Marią Teresą von Wüllenweber (bł. Marią od Apostołów) Franciszek Maria założył Kongregację Sióstr Boskiego Zbawiciela (salwatorianki).
    Już w 1889 r. młode zgromadzenie otrzymało propozycję od prefekta Kongregacji Rozkrzewiania Wiary, aby przejąć nowo utworzoną prefekturę apostolską w Assam w Indiach. Mimo skromnych możliwości personalnych i materialnych następował dynamiczny rozwój Wspólnoty. W 1892 r. o. Jordan założył fundacje w Stanach Zjednoczonych i Austrii. W kolejnych latach powstawały misje w Ekwadorze-Kolumbii, Szwajcarii, Czechosłowacji, Brazylii, Rumunii, Belgii, Polsce i Jugosławii, Anglii i Niemczech. Współcześnie członkowie Towarzystwa Boskiego Zbawiciela głoszą Ewangelię w czterdziestu krajach. Na całym świecie działają również siostry salwatorianki oraz salwatorianie świeccy.Franciszek Maria od Krzyża Jordan zmarł 8 września 1918 r. w szwajcarskim Tafers, gdzie przebywał ze względu na kończącą się I wojnę światową. W 1956 r. jego doczesne szczątki zostały przeniesione do Rzymu i złożone w domu generalnym zgromadzenia.Proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 1942 r. W roku 2011 został ogłoszony dekret o heroiczności jego cnót, a 19 czerwca 2020 r. papież Franciszek zatwierdził cud za jego wstawiennictwem. Uroczystość beatyfikacji odbyła się 15 maja 2021 r. w bazylice św. Jana na Lateranie w Rzymie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    20 lipca

    Błogosławiony Czesław, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Małgorzata z Antiochii Pizydyjskiej, dziewica i męczennica
      •  Święty Torlak Thorhallsson, biskup
      •  Eliasz, prorok
      •  Błogosławiony Alojzy Novarese, prezbiter
      •  Święty Józef Barsaba Justus
    Błogosławiony Czesław

    Czesław urodził się około roku 1180 w Kamieniu Opolskim. Miał być krewnym św. Jacka. Wydaje się raczej mało prawdopodobne – co przekazują legendy – że studiował w Pradze, Paryżu i Bolonii i że miał studia uwieńczyć podwójnym doktoratem z teologii i prawa kanonicznego. Wiemy tylko, że należał obok św. Jacka Odrowąża i Hermana Niemca do księży z otoczenia biskupa krakowskiego, Iwona Odrowąża. Miał zajmować stanowisko kustosza kolegiaty sandomierskiej. Gdyby tak było, wskazywałoby to na rycerskie (szlacheckie) pochodzenie Czesława, gdyż wówczas tylko takich przyjmowano do kapituły.
    Jako kapłan diecezjalny w 1220 lub 1221 r. wstąpił do dominikanów. Habit otrzymał z rąk samego św. Dominika. W 1222 roku przybył z innymi współbraćmi, w tym ze św. Jackiem Odrowążem, do Krakowa. Tam przyjął ich uroczyście Iwo Odrowąż w otoczeniu kleru i ludu. Pierwsi dominikanie zamieszkali w Krakowie, oddając się pracy kaznodziejskiej i duszpasterskiej. W roku 1225 biskup Pragi zaprosił dominikanów do stolicy Czech. Wysłano tam Czesława z kilkoma ojcami. Czesław stał się więc założycielem rodziny dominikańskiej na ziemi czeskiej.
    Po założeniu klasztoru w Pradze (1225) udał się do Wrocławia. Tamtejszy biskup, Wawrzyniec, powitał go niemniej ciepło, jak to w Krakowie uczynił Iwo. Dominikanie otrzymali parafialny kościół św. Wojciecha. Zachował się do dzisiaj dokument przekazania świątyni z 1 maja 1226 r. Tam Czesław pozostał jako przeor do roku 1231, kiedy to został przez kapitułę wybrany na prowincjała (1233-1236). Jako prowincjał brał udział w kapitule generalnej w Bolonii i w kanonizacji św. Dominika w Rzymie (1234). Po złożeniu urzędu pozostał nadal przeorem w klasztorze wrocławskim, aż do swojej śmierci (ok. 1242).
    Jan Długosz przytacza barwną legendę, jak Czesław swoją modlitwą uratował Wrocław od najazdu Tatarów i całkowitego zniszczenia w roku 1241. Kiedy miasto zostało zajęte przez najeźdźców, część wrocławian postanowiła bronić się poza murami obronnego grodu. Czesław był duszą całej obrony, podobnie jak bł. Sadok w Sandomierzu, a później ks. Augustyn Kordecki podczas oblężenia Jasnej Góry. Podanie głosi, że Czesław modlił się o ocalenie miasta wychodząc często na jego wały i zachęcając dzielnych obrońców do oporu. Gdy Wrocław wyszedł obronną ręką z tej wojennej zawieruchy, mieszkańcy przypisywali uratowanie miasta modlitwom i wstawiennictwu Czesława, którego wiara złamała siły nieprzyjacielskie. Należy to uważać raczej za legendę, gdyż Wrocław został poważnie spalony właśnie w 1241 r. przez Tatarów. W innych zaś latach Mongołowie tak daleko już nie podeszli.

    Błogosławiony Czesław

    Według tradycji wrocławskiej Czesław miał umrzeć 15 lipca 1242 r. Datę tę przyjmuje tradycja dominikańska. Zaraz po śmierci odbierał cześć jako święty. Nad jego grobem w kościele dominikanów we Wrocławiu wystawiono niebawem ołtarz. Cześć od dawna mu oddawaną zatwierdził papież Klemens XI 18 października 1713 roku. Ciało bł. Czesława spoczywa w dominikańskim kościele św. Wojciecha w osobnej kaplicy. Kiedy w czasie zdobywania Wrocławia w roku 1945 cały kościół legł w gruzach, zachowała się jedynie kaplica z relikwiami bł. Czesława. Jest on patronem Wrocławia.W ikonografii przedstawiany z kulą ognistą lub ze słupem ognia nad głową, który według tradycji ukazał się podczas oblężenia Wrocławia przez Tatarów. To niecodzienne zjawisko spowodowało ich odwrót. Atrybutami Błogosławionego są: krzyż misyjny, kielich, otwarta księga Ewangelii, laska pielgrzyma, lilia, monstrancja, puszka z komunikantami, różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    19 lipca

    Błogosławiony Achilles Puchała,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święta Makryna Młodsza
      •  Błogosławiona Ludwika z Sabaudii, zakonnica
      •  Święty Symmach, papież
      •  Błogosławiony Herman Stępień, prezbiter i męczennik
    Błogosławiony Achilles Puchała

    Józef Puchała urodził się w 18 marca 1911 r. we wsi Kosina koło Łańcuta. Wychowywał się w średniozamożnej, rolniczej rodzinie Franciszka i Zofii z domu Olbrycht, w której pielęgnowano tradycje patriotyczne i katolickie. Miał siedmioro rodzeństwa. Miejscowy proboszcz wyczuł w nim znaki powołania i namówił rodziców do wysłania Józefa, po ukończeniu piątej klasy, do Lwowa, na naukę gimnazjalną w Małym Seminarium Misyjnym prowadzonym przez franciszkanów.
    W gimnazjum Józef wstąpił do Rycerstwa Niepokalanej i stał się jego aktywnym członkiem. W 1927 r. został przyjęty we Lwowie do franciszkanów konwentualnych i otrzymał zakonne imię Achilles. Śluby wieczyste złożył w 1932 r., a następnie rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne w Krakowie. W 1936 r. przyjął święcenia kapłańskie i jeszcze przez rok kontynuował studia.
    Pracował najpierw w konwencie franciszkańskim w Grodnie, a potem w Iwieńcu. Pod koniec 1939 r. pojechał do liczącej pięć tysięcy wiernych parafii pw. św. Jerzego we wsi Pierszaje (ok. 20 km od Iwieńca), aby objąć urząd proboszcza – opuszczony w trakcie kampanii wrześniowej przez kapłana diecezjalnego. Po pięciu miesiącach otrzymał do pomocy kapłana, innego franciszkanina, o. Hermana Karola Stępnia z Wilna. Ojciec Achilles pomagał materialnie wielu rodzinom, ubogim rozdawał chleb, dzielił się tym, co miał.
    W 1941 r. rozpoczęła się wojna rosyjsko-niemiecka. Proboszcz okazywał cierpiącym współczucie i niósł pociechę. Nie stawiał warunków w kwestii ofiar składanych z racji udzielanych sakramentów.
    Na plebanii w Pierszajach Niemcy zorganizowali posterunek żandarmerii. Dokonywali masowych aresztowań, poszukując partyzantów i kandydatów na roboty w Niemczech. O. Achilles zabiegał o uwolnienie uwięzionych: dzięki jego interwencji wielu zatrzymanych ocaliło życie. Ratował dzieci i dziewczęta, które miały być wywożone do niewolniczej pracy w III Rzeszy.
    W czerwcu 1943 r. w Iwieńcu i okolicach partyzanci z Armii Krajowej przeprowadzili skoordynowaną akcję na konwoje niemieckie kierowane na front wschodni. Niemcy w lipcu i sierpniu 1943 r. przeprowadzili odwetową operację “Hermann”, próbując ograniczyć działalność partyzantki na Kresach. Za cel wybrano mieszkańców wsi i małych miasteczek regionu. Zatrzymanych zamykano w stodołach, które następnie podpalano. W ten sposób Niemcy, w jednym powiecie wołożyńskim, spalili kilkanaście wiosek razem z mieszkańcami.
    19 lipca 1943 r. niemieckie SS pojawiło się w Pierszajach. Na placu zebrano mieszkańców wsi (było ich ok. 200-300, w tym uciekinierzy z Iwieńca). Dwaj franciszkanie mogli się ukryć – miał ich do tego namawiać jeden z żandarmów niemieckich mieszkających na plebanii, praktykujący katolik; miał to także uczynić ich bezpośredni przełożony, gwardian z Iwieńca, o. Hilary Pracz-Praczyński.
    Początkowo Niemcy zamierzali zamordować wszystkich na miejscu, w Pierszajach. Przywieźli ze sobą kanistry z benzyną. Rozdzielili kobiety i mężczyzn (w wieku od 10 do 50 lat), po czym zagnali ich do dwóch szop. Do mężczyzn wkrótce dobrowolnie dołączyli dwaj franciszkanie. Niektórzy świadkowie podawali, że franciszkanie próbowali negocjować z Niemcami. Po prawie dwóch godzinach nadjechało trzech oficerów i rozkazali wyprowadzić zatrzymanych. Niemcy dokonali ponownej selekcji i zagnali wszystkich, pod bagnetami, do wsi Borowikowszczyzna koło Nowogródka. Franciszkanów oddzielono od pozostałych osób i wieczorem tego dnia zamordowano w pobliskiej stodole, którą następnie podpalono. W jednej z wersji przed podpaleniem gestapowcy zabili obu męczenników strzałem w głowę. Według innej franciszkanie mieli być najpierw okrutnie torturowani. Niemcy mieli im wyłupić oczy, wyrwać języki, obciąć nosy, uszy i ręce, na koniec krępując drutem.
    Rozweseleni mordercy, przebrani we franciszkańskie habity, z drwiną naśladując czynności Mszy św. i szydząc z kapłanów, wrócili do wsi. Następnego dnia mieszkańcy wioski zebrali zwęglone szczątki męczenników i złożyli je we wspólnej trumnie w mogile przy kościele w Pierszajach (dziś Białoruś). Tam też, w specjalnej złoconej trumience, spoczywają w kościele parafialnym do dziś.
    O. Achilles Puchała i o. Herman Stępień zostali beatyfikowani w grupie 108 męczenników II wojny światowej w dniu 13 czerwca 1999 r. w Warszawie przez papieża św. Jana Pawła II.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    18 lipca

    Święty Szymon z Lipnicy, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Arnulf, męczennik
      •  Święty Arnulf z Metzu, biskup
      •  Święty Arnold Wyznawca
      •  Święty Fryderyk z Utrechtu, biskup i męczennik
    Święty Szymon z Lipnicy

    Szymon urodził się około 1438-1440 r. w Lipnicy. Znane są nam imiona jego rodziców: Grzegorz i Anna. Nie znamy natomiast ich nazwisk. Ojciec był piekarzem. Fakt wysłania Szymona na studia uniwersyteckie wskazywałby na pewną zamożność rodziców, gdyż to suponuje także ukończenie szkół niższych. Jednak zamożność ta była względna, skoro w 1454 r. Szymon wpłacił do kasy Akademii Krakowskiej zaledwie 1 grosz, a więc zaledwie jedną czwartą już i tak skromnej rocznej opłaty. Zapisał się na wydział nauk wyzwolonych (artium). Był to wydział wstępny i najliczniej obstawiony, gdyż dawał przygotowanie do trzech wydziałów pozostałych i udzielał najogólniejszych wiadomości z zakresu siedmiu nauk wyzwolonych. Akademię Krakowską Szymon ukończył w roku 1457 tytułem bakałarza.
    W tym samym roku wstąpił wraz z dziesięcioma swoimi kolegami akademickimi do bernardynów, których cztery lata wcześniej sprowadził do Polski i założył ich pierwszy klasztor w Krakowie św. Jan Kapistran. Niewykluczone, że Szymon widział go i słuchał osobiście, kiedy Jan przez osiem miesięcy przebywał w Krakowie na zaproszenie króla Kazimierza Jagiellończyka. Po roku nowicjatu Szymon złożył śluby zakonne (1458). W Krakowie odbywał swoje studia teologiczne i po roku 1460 otrzymał święcenia kapłańskie.
    Szymon musiał wyróżniać się cnotą, wiedzą i powagą, skoro już w roku 1465 – w kilka lat po święceniach – został wybrany gwardianem konwentu w Tarnowie. Z tego powodu wziął udział w kapitule prowincji w Krakowie. W dwa lata później pełnił w Krakowie urząd kaznodziei. Urząd ten w zakonie franciszkańskim był zawsze w wysokim poważaniu. Wybierano na to stanowisko wyjątkowo zdolnych zakonników. Według relacji, jakie nam pozostawiły źródła, Szymon był nie tylko kaznodzieją z urzędu, ale przede wszystkim z powołania. Obowiązek ten miał sprawować przez kilkanaście lat, bo aż do śmierci (1467-1482). Szymon był nie tylko kaznodzieją zakonnym, ale przede wszystkim katedralnym. Dotąd ten zaszczytny i odpowiedzialny urząd pełnili wyłącznie dominikanie i profesorowie teologii Akademii Krakowskiej. Szymon był pierwszym, który przełamał tę tradycję jako bernardyn. Kazania w katedrze wygłaszano do elity umysłowej Krakowa w języku łacińskim. To dowodzi, że Szymon doskonale opanował ten język.

    Święty Szymon z Lipnicy

    O wielkiej powadze, jaką się cieszył Szymon wśród swoich współbraci, świadczy i to, że został wybrany wraz z kilkunastoma innymi bernardynami delegatem prowincji polskiej, aby uczestniczył w uroczystościach przeniesienia relikwii św. Bernardyna do nowego kościoła wystawionego ku jego czci w Akwilei (1472).
    W roku 1474 został wybrany na kapitule prowincji dyskretem, czyli delegatem na kapitułę generalną do Pawii. Wyruszył na nią wraz z ówczesnym prowincjałem Chryzostomem z Ponieca i gwardianem z Krakowa, Marianem z Jeziorka. Przez pewien czas Szymon pełnił także funkcję komisarza prowincjała i w jego imieniu wizytował niektóre konwenty prowincji. Poważnym wydarzeniem w jego życiu była pielgrzymka do Ziemi Świętej (1478/1479). Odbył ją korzystając z okazji, że był uczestnikiem kapituły generalnej w Pawii. Stamtąd udał się do ziemi Chrystusa Pana.
    W zakonie odznaczał się surowością życia, nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu i Matki Bożej. Umarł posługując chorym podczas zarazy w Krakowie 18 lipca 1482 r. Pogrzeb odbył się w tym samym dniu w godzinach wieczornych. Ciało pochowano w kościele klasztornym pod wielkim ołtarzem, umieszczając je wraz ze szczątkami Tymoteusza i Bernardyna, zmarłych w opinii świętości. W 1488 r. bł. Władysław z Gielniowa, sprawujący wówczas funkcję prowincjała, na podstawie specjalnego breve papieża Innocentego VIII dokonał przeniesienia relikwii Szymona do osobnej kaplicy kościoła, co było wówczas uważane za formalną beatyfikację. Odtąd bowiem można było słudze Bożemu oddawać cześć publiczną. Grobowiec Szymona nawiedzali liczni pielgrzymi, a nagromadzone wota były dowodem jego skutecznego orędownictwa. Zaraz po jego śmierci miało miejsce aż 377 cudownych uzdrowień i łask. Długie zabiegi o formalną beatyfikację doszły do skutku. 24 lutego 1685 roku bł. Innocenty XI ogłosił dekret beatyfikacyjny. Dnia 3 czerwca 2007 r. papież Benedykt XVI kanonizował Szymona z Lipnicy.W ikonografii św. Szymon przedstawiany jest jako głoszący kazanie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    17 lipca

    Święte dziewice i męczennice
    Teresa od św. Augustyna i Towarzyszki

    Zobacz także:
      •  Święty Aleksy, wyznawca
      •  Błogosławiony Paweł Piotr Gojdič, biskup
      •  Święty Leon IV, papież
    Święte męczennice z Compiegne

    Podczas rewolucji francuskiej władze zamknęły w 1792 r. klasztor sióstr karmelitanek w Compiègne. 14 września 1792 r. zakonnice opuściły klasztor i założyły świeckie ubrania. Podzieliły się na 4 grupy mieszkające w niezbyt odległych od siebie domach. Przez kolejne 2 lata żyły w nich, przestrzegając – w miarę możliwości – zasad życia zakonnego.
    W 1794 r. oskarżono je o życie we wspólnocie zakonnej. Zostały aresztowane 22 czerwca i uwięzione w byłym klasztorze wizytek. 12 lipca przewieziono je do więzienia Conciergerie w Paryżu, a 5 dni później skazano na śmierć. Zostały zgilotynowane 17 lipca 1794 r. na Place du Trône Renversé (obecnie Place de la Nation). Idąc na gilotynę, śpiewały Salve Regina. Jako ostatnią stracono matkę przełożoną, która umacniała siostry.
    Ciała zakonnic wrzucono do dołu z piaskiem na paryskim cmentarzu Picpus, w którym w późniejszym czasie doliczono się 1298 ofiar terroru rewolucji. Nie było więc szans na odnalezienie relikwii karmelitanek. Były one pierwszymi ofiarami terroru rewolucji francuskiej, wobec których rozpoczęto proces beatyfikacyjny; jako pierwsze męczennice rewolucji francuskiej zostały beatyfikowane 27 maja 1906 r. przez Piusa X. W dniu 18 grudnia 2024 r. ich kanonizacji równoważnej (przez potwierdzenie kultu) dokonał papież Franciszek.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    16 lipca

    Najświętsza Maryja Panna z góry Karmel
    Szkaplerz karmelitański

    Zobacz także:
      •  Święta Maria Magdalena Postel, dziewica
      •  Święte dziewice i męczennice z Orange
      •  Święty Bartłomiej od Męczenników, biskup
    Dzisiejsze wspomnienie zwraca nas ku Maryi objawiającej się na górze Karmel, znanej już z tekstów Starego Testamentu – z historii proroka Eliasza (1 Krl 17, 1 – 2 Krl 2, 25). W XII wieku po Chrystusie do Europy przybyli, prześladowani przez Turków, duchowi synowie Eliasza, prowadzący życie kontemplacyjne na Karmelu. Również w Europie spotykali się z niechęcią. Jednakże Stolica Apostolska, doceniając wyrzeczenia i umartwienia, jakie podejmowali zakonnicy, ułatwiała zakładanie nowych klasztorów.

    Maryja ofiarowuje szkaplerz karmelitański św. Szymonowi Stockowi

    Szczególnie szybko zakon rozwijał się w Anglii, do czego przyczynił się m.in. wielki czciciel Maryi, św. Szymon Stock, szósty przełożony generalny zakonu karmelitów. Wielokrotnie błagał on Maryję o ratunek dla zakonu. W czasie jednej z modlitw w Cambridge, w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r., ujrzał Bożą Rodzicielkę w otoczeniu Aniołów. Podała mu Ona brązową szatę, wypowiadając jednocześnie słowa:Przyjmij, synu, szkaplerz twego zakonu, jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania.Szymon Stock z radością przyjął ten dar i nakazał rozpowszechnienie go w całej rodzinie zakonnej, a z czasem również w świecie. W XIV wieku Maryja objawiła się papieżowi Janowi XXII, polecając mu w opiekę “Jej zakon” karmelitański. Obiecała wówczas obfite łaski i zbawienie osobom należącym do zakonu i wiernie wypełniającym śluby. Obiecała również wszystkim, którzy będą nosić szkaplerz, że wybawi ich z czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Cały szereg papieży wypowiedziało się z pochwałami o tej formie czci Najświętszej Maryi i uposażyło to nabożeństwo licznymi odpustami. Wydali oni około 40 encyklik i innych pism urzędowych w tej sprawie.
    Do spopularyzowania szkaplerza karmelitańskiego przyczyniło się przekonanie, że należących do bractwa szkaplerza Maryja wybawi z płomieni czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Tę wiarę po części potwierdzili papieże swoim najwyższym autorytetem namiestników Chrystusa. Takie orzeczenie wydał jako pierwszy Paweł V 29 czerwca 1609 r., Benedykt XIV je powtórzył (+ 1758). Podobnie wypowiedział się papież Pius XII w liście do przełożonych Karmelu z okazji 700-lecia szkaplerza. Nie ma jednak ani jednego aktu urzędowego Stolicy Apostolskiej, który oficjalnie i w pełni aprobowałby ten przywilej. O przywileju sobotnim milczą najstarsze źródła karmelitańskie. Po raz pierwszy wiadomość o objawieniu szkaplerza pojawia się dopiero w roku 1430.
    Nabożeństwo szkaplerza należało kiedyś do najpopularniejszych form czci Matki Bożej. Jeszcze dzisiaj spotyka się bardzo wiele obrazów Matki Bożej Szkaplerznej (z Góry Karmel), ołtarzy i kościołów. We Włoszech jest kilkaset kościołów Matki Bożej z Góry Karmel, w Polsce blisko setka. Wiele obrazów i figur pod tym wezwaniem zasłynęło cudami, tak że są miejscami pątniczymi. Niektóre z nich zostały koronowane koronami papieskimi. Szkaplerz w obecnej formie jest bardzo wygodny do noszenia. Można nawet zastąpić go medalikiem szkaplerznym. Z całą pewnością noszenie szkaplerza mobilizuje i przyczynia się do powiększenia nabożeństwa ku Najświętszej Maryi Pannie.
    Szkaplerz nosili liczni władcy europejscy i niemal wszyscy królowie polscy (od św. Jadwigi i Władysława Jagiełły poczynając), a także liczni święci, również spoza Karmelu, m.in. św. Jan Bosko, św. Maksymilian Maria Kolbe i św. Wincenty a Paulo. Sama Matka Boża, kończąc swoje objawienia w Lourdes i Fatimie, ukazała się w szkaplerzu, wyrażając przy tym wolę, by wszyscy go nosili. Na wzór szkaplerza karmelitańskiego powstały także inne, jednakże ten pozostał najważniejszy i najbardziej powszechny. W wieku 10 lat przyjął szkaplerz karmelitański także św. Jan Paweł II. Nosił go do śmierci.
    Święto Matki Bożej z Góry Karmel karmelici obchodzili od XIV w. Benedykt XIII (+ 1730) zatwierdził je dla całego Kościoła. W Polsce otrzymało to święto nazwę Matki Bożej Szkaplerznej.
    Szkaplerz karmelitański

    Szkaplerz początkowo był wierzchnią szatą, której używali dawni mnisi w czasie codziennych zajęć, aby nie brudzić habitu. Spełniał więc rolę fartucha gospodarczego. Potem przez szkaplerz rozumiano szatę nałożoną na habit. Pisze o nim już reguła św. Benedykta w kanonie 55 dotyczącym ubrania i obuwia braci. Wszystkie dawne zakony noszą po dzień dzisiejszy szkaplerz. Współcześnie szkaplerz oznacza strój, który jest znakiem zewnętrznym przynależności do bractwa, związanego z jakimś konkretnym zakonem. Tak więc istnieje szkaplerz: brunatny – karmelitański (w. XIII); czarny – serwitów (w. XIV), od roku 1860 kamilianów; biały – trynitarzy, mercedariuszy, dominikanów (w. XIV), Niepokalanego Serca Maryi (od roku 1900); niebieski – teatynów (od roku 1617) i Niepokalanego Poczęcia Maryi (w. XIX); czerwony – męki Pańskiej; fioletowy – lazarystów (1847) i żółty – św. Józefa (w. XIX).
    Ponieważ było niewygodnie nosić szkaplerz taki, jaki nosili przedstawiciele danego zakonu, dlatego z biegiem lat zamieniono go na dwa małe kawałki płótna, zazwyczaj z odpowiednim wizerunkiem na nich. Na dwóch tasiemkach noszono go w ten sposób, że jedno płócienko było na plecach (stąd nazwa łacińska scapulare), a druga na piersi. Taką formę zachowały szkaplerze do dnia dzisiejszego. W roku 1910 papież św. Pius X zezwolił ze względów praktycznych na zastąpienie szkaplerza medalikiem szkaplerznym.
    W przypadku szkaplerza karmelitańskiego na jednym kawałku powinien być umieszczony wizerunek Matki Bożej Szkaplerznej, a na drugim – Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jedna część powinna spoczywać na piersiach, a druga – na plecach. Szkaplerz musi być poświęcony według specjalnego obrzędu.Szkaplerz, będący znakiem maryjnym, zobowiązuje do chrześcijańskiego życia, ze szczególnym ukierunkowaniem na uczczenie Najświętszej Maryi Dziewicy potwierdzanym codzienną modlitwą Pod Twoją obronę.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    15 lipca

    Błogosławiony Antoni Beszta-Borowski,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Bonawentura, biskup i doktor Kościoła
      •  Święty Pompiliusz Maria Pirrotti, prezbiter
      •  Święty Włodzimierz I Wielki, książę
    Błogosławiony Antoni Beszta-Borowski

    Antoni urodził się w 9 września 1880 r. w Borowskich Olkach na Podlasiu. Był drugim z czworga dzieci Jana i Michaliny ze Średzińskich. Rodzina kultywowała tradycje patriotyczno-religijne. Jego dziadek był uczestnikiem powstania styczniowego. Wszystkie dzieci otrzymały staranne wykształcenie. Antoni uczył się w Surażu i Białymstoku, a potem wysłano go do szkół w Wilnie. Tam też wstąpił do seminarium duchownego. W 1904 r. ukończył je i przyjął święcenia kapłańskie.
    Pracę duszpasterską rozpoczął w Wilnie. Po trzech latach został proboszczem w Surwiliszkach na Wileńszczyźnie, następnie pracował w w Prużanach na Polesiu. W 1918 r. pracował w Kuźnicy Białostockiej. Potem, aż do wybuchu II wojny światowej, był proboszczem i dziekanem (od 1927 r.) w Bielsku Podlaskim.
    Z wielkim poświęceniem opiekował się powierzoną sobie wspólnotą, tak podczas okupacji sowieckiej (w ciągu dwóch lat wywieziono pociągami towarowymi co najmniej trzy transporty okolicznej ludności na Sybir), jak i późniejszej niemieckiej. Był m.in. kapelanem podziemnej Armii Krajowej. Biskup Kazimierz Bukraba mianował go wikariuszem generalnym diecezji pińskiej, istniejącej wówczas na wschodnich terenach Rzeczypospolitej.
    W lipcu 1943 r. Erich Koch, niemiecki gauleiter Prus Wschodnich, w których granicach znalazł się Bielsk Podlaski, przeprowadził represyjną akcję wśród społeczności polskiej, głównie wśród inteligencji. 15 lipca 1943 r. niemieckie komando przyjechało do Bielska Podlaskiego. Aresztowano ks. Antoniego, a wraz z nim 49 mieszkańców okolicy.
    Tego samego dnia wszystkich wywieziono do Lasu Pilickiego w pobliżu Bielska Podlaskiego i tam stracono. Najmłodsza zamordowana dziewczynka, córka kierownika kina Basia Morydz (Moryc), miała zaledwie rok i dwa miesiące. Ks. Antoni do końca trzymał w dłoniach różaniec i brewiarz. Do końca też spowiadał aresztowanych. Pomordowanych zakopano we wcześniej przygotowanym dole. Po egzekucji dół wyrównano, rozjeżdżając gąsiennicami ciężkich pojazdów.
    Św. Jan Paweł II beatyfikował ks. Antoniego 13 czerwca 1999 r. w Warszawie jako jednego ze 108 polskich męczenników II wojny światowej. Relikwie bł. Antoniego, odnalezione po ekshumacji wszystkich pomordowanych, znajdują się w trumience w podstawie bocznego ołtarza bazyliki Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Mikołaja w Bielsku Podlaskim.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    14 lipca

    Święty Kamil de Lellis, prezbiter i zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Henryk II, cesarz
      •  Błogosławiony Jakub de Voragine, biskup
      •  Święty Franciszek Solano, prezbiter
      •  Święci Jan Jones i Jan Wall, prezbiterzy i męczennicy
      •  Błogosławiona Angelina Marsciano, zakonnica
    Święty Kamil de Lellis

    Kamil urodził się 25 maja 1550 r. w Abruzzach. Matka Kamila, po przedwczesnej śmierci pierwszego syna, wybłagała sobie u Pana Boga narodziny Kamila; miała już wówczas prawie 60 lat. Przed urodzeniem dziecka miała tajemniczy sen: ujrzała swojego syna w otoczeniu wielu mężów z krzyżami na piersiach. Przerażona odczytała ten sen jako napomnienie Boże, że jej syn skończy jako herszt bandy i zawiśnie wraz ze swoją szajką na krzyżu. Pierwsze lata życia Kamila zdawały się potwierdzać przeczucia matki. Syn prowadził życie odległe od ascezy chrześcijańskiej. Podobnie jak ojciec, był porywczego i niespokojnego charakteru.
    Gdy Kamil miał około 20 lat, utworzyła mu się rana w nodze. Udał się więc do Rzymu, do szpitala św. Jakuba dla nieuleczalnie chorych. Nie wyleczył się zupełnie z rany, ale opuścił szpital i udał się na wojnę z Turkami: najpierw do Dalmacji (1571), potem nawet do Tunisu (1571-1574). Kiedy w grze w karty przegrał uzbierany kapitał, udał się do Manfredodi, do klasztoru kapucynów, jako pracownik fizyczny. Tam przeżył nawrócenie. 2 lutego 1575 r. postanowił pozostać na zawsze w zakonie, który mu udzielił dachu nad głową. Niestety, rana ponownie się otworzyła i tak dalece zaczęła mu dokuczać, że musiał powrócić do szpitala w Rzymie. Tu przebywał 4 lata. W czasie choroby z niezwykłym poświęceniem oddawał się posłudze nieuleczalnie chorym. Kiedy zaś rana jako tako się zagoiła, Kamil powrócił do kapucynów. Po pewnym czasie rana ponownie się odnowiła; Kamil zrozumiał, że jego miejsce nie jest u kapucynów.

    Święty Kamil de Lellis

    Powrócił więc do Rzymu, gdzie w Kolegium Rzymskim odbył studia teologiczne. Po ich ukończeniu przyjął święcenia kapłańskie (1584). W tym samym roku w uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP w kościółku Matki Bożej Cudownej z kilkoma towarzyszami, których w czasie studiów zdołał pozyskać dla swoich planów, wdział habit nowej rodziny zakonnej i złożył trzy śluby proste: ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, z dodaniem ślubu czwartego: oddania się bez reszty posłudze chorym. Wszyscy udali się do szpitala Świętego Ducha, gdzie pod kierunkiem Kamila przez 28 lat spełniali tę samarytańską posługę.

    Święty Kamil de Lellis

    18 marca 1586 r. Kamil otrzymał od papieża Sykstusa V zatwierdzenie nowej rodziny zakonnej: Towarzystwa Sług Chorych. Tego samego roku papież zezwolił na noszenie osobnego habitu Kleryków Regularnych, koloru czarnego z czerwonym krzyżem na piersi. 8 grudnia 1591 r. Kamil wraz z 25 towarzyszami złożył śluby uroczyste z dodaniem ślubu czwartego: “wiecznej obecności ciałem i duszą przy chorych, nawet zarażonych”. Dzieło zaczęło wydawać owoce. Liczba członków zakonu rosła, powstawały też nowe placówki: w Neapolu, Mediolanie, Genui, Florencji, Mantui, Bolonii, Chieti, Viterbo, Mesynie i Palermo. Kamil napisał ustawy dla nowego zakonu, a także szczegółowy regulamin i wskazania, jak należy zajmować się chorymi. Są one najpiękniejszym świadectwem miłości chrześcijańskiej. Za życia Kamila jego duchowi synowie otworzyli 65 własnych szpitali. W tym samym czasie ponad 100 kamilianów zmarło wskutek zarażenia od chorych, którym służyli.

    Święty Kamil de Lellis

    Kamil zmarł 14 lipca 1614 r. w domu macierzystym swojego zakonu w Rzymie. Jego ciało spoczywa dotąd w kościele przy centralnym domu w kaplicy Najświętszego Sakramentu. Pan Bóg obdarzył Kamila darem kontemplacji, proroctwa oraz cudów za życia i po śmierci. Do chwały świętych wyniósł go papież Benedykt XIV w 1746 roku. Papież Leon XIII ogłosił Kamila de Lellis wraz ze św. Janem Bożym patronem szpitali i chorych (1886), papież Pius XI oddał mu także patronat nad służbą zdrowia – pielęgniarzami i pielęgniarkami (1930).W ikonografii św. Kamil przedstawiany jest w sutannie, na której widnieje czerwony krzyż. Jego atrybutami są: anioł, krzyż, księga, różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    13 lipca

    Święci Andrzej Świerad i Benedykt, pustelnicy

    Zobacz także:
      •  Święta Teresa od Jezusa de Los Andes, dziewica
      •  Święta Klelia Barbieri, dziewica
      •  Święty Sylas (Sylwan), biskup
      •  Święty Ewagriusz z Pontu
      •  Błogosławiony Marian od Jezusa Euse Hoyos, prezbiter
      •  Joel, prorok
      •  Ezdrasz, pisarz
    Święci Andrzej Świerad i Benedykt wśród uczniów

    Według tekstu z 1064 r., napisanego przez węgierskiego opata benedyktyńskiego i biskupa Maurusa, Andrzej Świerad (Andrzej Żurawek) pochodził z Polski, z rodziny rolniczej. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach znalazł się na Węgrzech. W roku 997/998 wstąpił do benedyktyńskiego klasztoru św. Hipolita na górze Zabor koło Nitry. Opatem klasztoru był wtedy Filip. On też nadał nowemu zakonnikowi imię Andrzej, gdyż wtedy św. Andrzeja Apostoła uważano za głównego patrona Węgier. W klasztorze mieszkali także mnisi żyjący według reguły wschodniej. Do tej właśnie ławry wstąpił Świerad. Widocznie bardziej przystępny był dla niego język słowacki, aniżeli bardzo trudny węgierski. Spełniał różne posługi w klasztorze. Maurus wspomina, że Andrzej wstąpił do opactwa benedyktynów już zaawansowany w życiu ascetycznym. Uprzednio bowiem prowadził życie pustelnicze.
    Po przekroczeniu 40 lat, mnich mógł iść na pustelnię w towarzystwie jednego ucznia, który zmieniał się co kilka lat, by służyć Bogu w zupełnym odosobnieniu. Pustelnia była odległa od opactwa około pół dnia drogi. Co tydzień Andrzej musiał wracać do opactwa w sobotę wieczór i zostać na całą niedzielę. Jego zajęciem było karczowanie lasu. Pomimo tak ciężkiej pracy Andrzej trzy dni zupełnie pościł: w poniedziałek, w środę i piątek. Na Wielki Post brał od opata Filipa tylko 40 orzechów włoskich, które były jedynym jego pokarmem przez osiem tygodni (jeden orzech na dzień) za wyjątkiem sobót i niedziel, gdzie przyjmował wspólny posiłek w opactwie. Aby nawet sen sobie uprzykrzyć, siedział przez całą noc na pieńku, otoczonym ostrymi prętami. Gdy ciało przechylało się w jakąś stronę, budził się raniony. Aby uniemożliwić zaś ruchy głową, zakładał na nią koronę z drewna z zawieszonymi czterema kamieniami, o które uderzał przy każdym skłonie. Ponadto Andrzej opasał swoje ciało mosiężnym łańcuchem, który z czasem obrósł skórą. To właśnie było bezpośrednią przyczyną jego śmierci ok. 1030-1034 r., gdyż po pęknięciu naskórka wywiązało się zakażenie. Wezwany opat Filip przybył już po śmierci Świerada. Przy obmywaniu ciała zauważył na jego brzuchu klamrę, która zdradziła istnienie łańcucha.Towarzyszem pustelniczego życia Andrzeja i jednym z jego uczniów był Benedykt. Po jego śmierci opowiadał biskupowi Maurusowi o cnotach i umartwieniach swego mistrza. Kontynuował surowy tryb życia w pustelni. Podobnie jak św. Andrzej miał przybyć de terra Poloniensi – z ziemi polskiej. W trzy lata po śmierci św. Andrzeja napadli go zbójcy i zabili. Ciało wrzucili do rzeki Wag. Maurus dodaje legendę, że orzeł przez cały rok pilnował ciała Męczennika i że dzięki niemu ciało zostało odnalezione w stanie zupełnie nie zepsutym. Obydwu – ucznia i mistrza – pochowano obok siebie w kościele zakonnym.

    Święci Andrzej Świerad i Benedykt na tle góry Zabor i katedry w Nitrze

    Kult obu świętych szybko rozszerzał się. Naturalnym ośrodkiem tego kultu był klasztor na Zaborze. Tu początkowo znajdował się ich grób, tu również przechowywano ze czcią łańcuch św. Andrzeja. Opat Filip, który opowiadał o obu świętych Maurusowi, ówczesnemu opatowi w klasztorze św. Marcina na Górze Panońskiej, podarował mu nawet część łańcucha. Relikwię tę zabrał ze sobą Maurus do Pesc, kiedy został mianowany tam biskupem (1036). Z czasem powstały w Słowacji dwa odrębne sanktuaria: św. Andrzeja w pobliżu Nitry, gdzie była jego pustelnia, oraz św. Benedykta, gdzie poniósł śmierć od pogańskich rozbójników w Skałce nad Wagiem na północ od Tręczyna. Około 1064 r. Świerad i Benedykt zostali uroczyście proklamowani przez biskupów Węgier świętymi. Wtedy zapewne przeniesiono ich ciała do katedry w Nitrze, gdzie spoczywają do dziś. Andrzej Świerad w hagiografii polskiej wybija się jako największy asceta wśród świętych i błogosławionych polskich.
    Andrzej i Benedykt są pierwszymi Polakami, wyniesionymi do chwały ołtarzy (1083) po polskich kamedułach z eremu międzyrzeckiego: Izaaku, Mateuszu i Kryspinie, kanonizowanych przez papieża Jana XVIII (1004-1009). W ziemi krakowskiej kult św. Andrzeja Świerada jest szczególnie żywy w Tropiu. Od dawna ściągają tu pielgrzymi z Sądecczyzny i Słowacji na dzień dorocznego święta. Miejscowa ludność wierzy, że woda w źródełku, z którego Świerad miał czerpać, ma cudowną moc. Kościół w Tropiu posiada relikwie św. Świerada, sprowadzone z Nitry.W ikonografii ukazuje się św. Andrzeja jako pustelnika. Jego atrybutem jest dziupla.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    13 lipca

    Błogosławiona
    Marianna Biernacka, męczennica

    Błogosławiona Marianna Biernacka

    Marianna Czokało urodziła się w 1888 r. w Lipsku nad Biebrzą w rodzinie prawdopodobnie grekokatolickiej. Prawdopodobnie uczęszczała tylko do elementarnej szkoły; była jednak analfabetką. W wieku 16 lat, w 1905 r., wyszła za mąż za Ludwika Biernackiego. W małżeństwie urodziło się sześcioro dzieci, ale czworo z nich zmarło w okresie niemowlęcym. Do pełnoletności dożyła córka Leokadia i syn Stanisław.
    Marianna i Ludwik Biernaccy utrzymywali rodzinę z pracy w gospodarstwie. Po śmierci męża w 1925 r. Marianna pozostała na gospodarstwie z synem – córka Leokadia wyszła bowiem tego samego roku za mąż i opuściła dom rodzinny. W 1939 r. syn Marianny, Stanisław, ożenił się z Anną Szymańczykówną. Synowa zamieszkała we wspólnym domu i odtąd Marianna codzienność dzieliła z młodym małżeństwem. Mieszkańcy Lipska zapamiętali postawę zatroskania, życzliwości i matczynej miłości, którą wykazywała w owym czasie wobec małżonków i ich potomstwa: w 1940 r. urodziła się bowiem Henia (zmarła w niemowlęctwie), a w 1941 r. Eugenia.
    Na początku lipca 1943 r. w okolicach Lipska, w odwecie za zabicie niemieckiego policjanta przez oddziały partyzanckie, Niemcy rozpoczęli masowe aresztowania wśród miejscowej ludności. Uzbrojony patrol niemiecki pojawił się 1 lipca, o świcie, w gospodarstwie Biernackich. Dowódca nakazał Annie i Stanisławowi natychmiastowe opuszczenie domu. Marianna padła wtedy do nóg dowodzącego gestapowca i błagała go o zgodę na to, by mogła pójść zamiast synowej, która była w bardzo zaawansowanej ciąży. Niemiec uległ i zamiast Anny odprowadził Mariannę i Stanisława do więzienia w Grodnie.
    Mariannę przetrzymywano tam niecałe dwa tygodnie, które spędziła na modlitwie, śpiewając Godzinki. 13 lipca 1943 r. została razem z synem i 48 mieszkańcami Lipska rozstrzelana przez Niemców na fortach za wsią Naumowicze pod Grodnem. Wszystkich pochowano w nieznanym miejscu.
    Synowa przeżyła śmierć teściowej i urodziła dziecko, syna Stanisława, który niestety umarł niecały rok później z powodu zapalenia płuc.
    Marianna Biernacka została beatyfikowana 13 czerwca 1999 r. przez św. Jana Pawła II w Warszawie w grupie 108 błogosławionych męczenników II wojny światowej.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    12 lipca

    Święci małżonkowie
    Maria Zelia i Ludwik Martin

    Zobacz także:
      •  Święty Brunon Bonifacy z Kwerfurtu, biskup i męczennik
      •  Święci Jazon i Sozypater, biskupi i męczennicy
    Święci małżonkowie Maria Zelia i Ludwik Martin

    Ludwik Martin urodził się 22 sierpnia 1823 r. w Bordeaux. W dzieciństwie otrzymał solidne wychowanie chrześcijańskie. W młodości nosił w sobie pragnie poświęcenia się na służbę Bogu, jednak Opatrzność pokierowała inaczej. Podjął studia w Paryżu. Nieustannie pracował nad swoim charakterem i troszczył się o to, aby zawsze być w stanie łaski uświęcającej. Każdego dnia uczestniczył w Eucharystii, adorował Najświętszy Sakrament, odmawiał różaniec, czytał Pismo Święte. Angażował się w pomoc charytatywną, regularnie się spowiadał i przestrzegał odpoczynku w niedzielę. Po studiach Ludwik poznał Zelię, swoją przyszłą żonę.Maria Zelia Guerin urodziła się 24 grudnia 1831 r. w Gandelain koło Alençon. W dzieciństwie i młodości często chorowała. Tak jak siostra chciała poświęcić się powołaniu zakonnemu, nie została jednak przyjęta do zakonu. Wypowiedziała wtedy do Boga następujące słowa: “Boże mój, skoro nie jestem godna być Twoją oblubienicą jako zakonnica, wyjdę za mąż, aby móc wypełnić Twoją świętą wolę. Dlatego też proszę, daj mi dużo dzieci i niechaj wszystkie Tobie będą poświęcone”. Zelia była niezrównaną mistrzynią koronczarstwa. Zamówienia na jej perfekcyjne, piękne koronki wciąż napływały, a ona nie mogła nadążyć z ich realizacją.Pobrali się 13 lipca 1858 roku. Początki małżeństwa Ludwika i Marii były zaskakujące. Ludwik marzył o białym małżeństwie, natomiast Zelia pragnęła obdarować życiem liczną gromadę dzieci i wychować je dla Boga. Po dziesięciu miesiącach przeżytego w czystości małżeństwa, za radą spowiednika, małżonkowie zmienili sposób życia. Mieli dziewięcioro dzieci: siedem córek i dwóch synów. Spośród nich pięć córek poświęciło się życiu zakonnemu. Czworo dzieci zmarło w okresie dzieciństwa, wśród nich dwóch chłopców, w których rodzice pokładali nadzieję, że będą mogli wysławiać jako kapłani. Bóg obdarzył ich dziewiątym dzieckiem, córką, którą dzisiaj znamy jako św. Teresę od Dzieciątka Jezus.

    Święci małżonkowie Maria Zelia i Ludwik Martin

    Opinia, jaką cieszyli się Ludwik i Zelia Martin w Alencon, była nieposzlakowana. Ze względu na zawód i dochody należeli do klasy średniozamożnej. Ich religijność spoczywała na trzech podwalinach: kochać Boga ponad wszystko, ufać Opatrzności Bożej, godzić się z wolą Bożą. Ludwik co jakiś czas wycofywał się na kilka dni do klasztoru trapistów w Mortagne, aby w całkowitym odosobnieniu odbywać ćwiczenia duchowne. Msza w życiu Ludwika i Zelii zajmowała miejsce w codziennym planie. Zelia często odwiedzała klasztor klarysek w Alençon; tam też została członkinią trzeciego zakonu św. Franciszka.Zelia Martin zmarła 28 sierpnia 1877 r., po krótkiej agonii przed ukończeniem 46. roku życia. Ludwik, długo i ciężko chorując, dożył 71 lat – zmarł 29 czerwca 1894 r.19 pażdziernika 2008 r. wspólnej beatyfikacji Zelii i Ludwika Martin w Bazylice św. Teresy w Lisieux dokonał legat papieski, kard. Jose Saraiva Martins. Ich kanonizacji siedem lat później – 18 października 2015 r. – dokonał papież Franciszek. Są oni drugim małżeństwem wyniesionym przez Kościół na ołtarze w naszych czasach. Pierwszymi byli Alojzy i Maria Beltrame Quattrocchi z Włoch, których Jan Paweł II ogłosił błogosławionymi 21 października 2001 r. w Rzymie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    11 lipca

    Święty Benedykt z Nursji, opat, patron Europy

    Zobacz także:
      •  Święta Olga Mądra, księżna
      •  Święty Pius I, papież i męczennik
    Święty Benedykt z Nursji

    Benedykt z Nursji należy do najgłośniejszych postaci w Kościele łacińskim. Wsławił się niezwykle mądrą i wyważoną regułą, która stała się podstawą dla bardzo wielu późniejszych rodzin zakonnych na Zachodzie. Przez założony przez siebie zakon Benedykt przyczynił się nie tylko do pogłębienia życia religijnego w Kościele, ale i szeroko rozumianej kultury. Jego synowie duchowi zasłużyli się najwięcej dla pozyskania Chrystusowi ludów germańskich. Te racje skłoniły Pawła VI do tego, by w 1964 r. wyróżnić św. Benedykta zaszczytnym tytułem głównego patrona Europy.
    Chociaż św. Benedykt zajmuje w dziejach Kościoła katolickiego poczesne miejsce, udokumentowane wiadomości o nim są nikłe. Podstawowym źródłem jest dzieło św. Grzegorza I Wielkiego, papieża, przedtem mnicha benedyktyńskiego, który żył w czasach bliskich św. Benedykta. Niestety, Dialogi św. Grzegorza nie miały na celu podania biografii, ile raczej opis życia Benedykta; stąd mało w nich danych historycznych, a wiele wątków wręcz legendarnych.Ojciec Benedykta był właścicielem ziemskiej posiadłości w Nursji. Benedykt urodził się ok. roku 480 wraz ze swoją bliźniaczą siostrą, św. Scholastyką. Pierwsze nauki pobierał w rodzinnym miasteczku. Na dalsze studia udał się do Rzymu. Nie pozostał tu długo. Opuścił Wieczne Miasto, gdyż chciał oddać się Panu Bogu na wyłączną służbę jako asceta. Udał się ok. 60 km na wschód w kierunku Tivoli i osiadł w przysiółku Enfide (dzisiaj Affile) przy kościele świętych Piotra i Pawła u stóp wzgórz Prenestini. Z niewiadomych bliżej przyczyn opuścił jednak i to miejsce i przeniósł się do Subiaco. Znalazł tu nie tylko ciszę, ale również dogodną grotę, gdzie mógł zamieszkać i oddać się wyłącznie kontemplacji. Z rąk jakiegoś mnicha przyjął też habit. Obrana przez niego grota zapewniała mu zupełny spokój. Przebywał tam przez trzy lata. Miejscowi górale, wypasający kozy, zaopatrywali go w konieczną żywność.

    Święty Benedykt z Nursji

    Z czasem zaczęli przyłączać się do Benedykta uczniowie. Pod jego kierunkiem utworzono 12 małych klasztorów po 12 uczniów każdy. Na czele każdego z nich Benedykt postawił przełożonych, od siebie bezpośrednio zależnych. Tak więc z pustelnika przeobraził się w cenobitę, czyli w ascetę zamieszkującego pustynię wraz z innymi. Nie znamy przyczyn, dlaczego Benedykt opuścił również i to miejsce. Św. Grzegorz wymienia niechęć miejscowego duchowieństwa. Benedykt zabrał ze sobą najgorliwszych i najbardziej oddanych uczniów i przeniósł się z nimi na Monte Cassino do ruin dawnej fortecy rzymskiej. Benedykt rozpoczął budowę nowego klasztoru od wyburzenia pogańskiej świątyni Jowisza i Apollina. Mieszkańcy miasteczka, leżącego u stóp góry, przychodzili tutaj dla składania ofiar. Był to rok 525 lub 529. W tym czasie na Wschodzie cesarz Justynianin I Wielki zamykał ostatnią pogańską szkołę filozoficzną w Atenach.
    Kiedy stanął już klasztor i kościół, a mury nowej placówki zaczęły się zapełniać adeptami, Benedykt postanowił ułożyć regułę. Miał już sporo doświadczenia. Długie lata rządów na Monte Cassino pozwoliły w praktyce wypróbować przepisy. Roztropny prawodawca zmieniał je i stale doskonalił. Tak więc reguła benedyktyńska przeszła okres długiej próby i doświadczeń. Wprawdzie jej oryginał zaginął, spłonął bowiem w roku 896 w czasie pożaru klasztoru w Teano, jednakże zachowało się wiele jej odpisów.Zasadniczą cechą Reguły św. Benedykta jest umiar. Nie jest ona tak surowa jak reguły św. Kolumbana, Kasjana czy prawodawców rodzin mniszych Wschodu. Nie preferuje studiów jak reguła Kasjodora. We wszystkim: w modlitwie, uczynkach pokutnych, w pracy i w spoczynku, w posiłku i piciu zaleca umiar: “złoty środek”. Celem zasadniczym, jaki Założyciel wytyczył swoim synom duchowym, jest służba Boża. Całe życie mnicha, jego wszystkie chwile i czynności winny zmierzać do tego, by głosiły chwałę Stworzyciela. Dewizą Patriarchy było: Ora et labora – módl się i pracuj. Ze szczególną pieczołowitością strzegł kultu liturgicznego, co pozostało do dni obecnych pięknym dziedzictwem jego zakonu. Poważną część dnia zakonnika przeznaczył na lectio divina – czytanie Pisma Świętego. Wprowadził do zakonu profesję – prawem zagwarantowaną przynależność do zakonu oraz stabilność miejsca, czyli zobowiązanie mnichów do pozostawania w jednym klasztorze aż do śmierci. Reguła św. Benedykta stała się podstawą dla wielu innych.
    Sława Benedykta rozchodziła się szeroko. Powiększać ją miały cuda, o których wspomina św. Grzegorz. Miał m.in. przepowiedzieć najazd Longobardów. Ich wódz po śmierci Benedykta faktycznie najechał Monte Cassino; benedyktyni byli zmuszeni opuścić klasztor i ratować się ucieczką do Rzymu (587). Benedykt miał założyć także opactwo w Terracina, a zdaniem niektórych również w Rzymie (opactwo św. Pankracego przy Lateranie).

    Święty Benedykt z Nursji z rodzoną siostrą, św. Scholastyką

    Benedykt zmarł 21 marca 547 r. w kilka tygodni po śmierci swojej siostry, św. Scholastyki, założycielki żeńskiej gałęzi benedyktynów. Pochowano ich razem we wspólnym grobie na Monte Cassino. Kiedy Longobardowie zniszczyli klasztor (587), mnisi benedyktyńscy z Francji ze czcią przenieśli relikwie św. Scholastyki i św. Benedykta do Francji. Śmiertelne szczątki św. Scholastyki umieścili w klasztorze w Le Mans, a św. Benedykta – we Fleur. Tam są do dnia obecnego. W latach późniejszych część relikwii obu świętych oddano opactwu na Monte Cassino. Na pamiątkę przeniesienia relikwii św. Benedykta w dniu 11 lipca 673 r. do Fleur zakon obchodzi w liturgii pamiątkę “przeniesienia relikwii”. Na ten właśnie dzień Paweł VI ustanowił doroczne święto św. Benedykta.
    Zaraz po śmierci Benedykt odbierał od swoich duchowych synów cześć ołtarzy. Do jego grobu napływali liczni pielgrzymi. Sławę jego rozniosły Dialogi św. Grzegorza, w których jest mowa nawet o cudach, jakie Benedykt za życia działał. Rychło kult św. Benedykta stał się też własnością całego Kościoła. Ku czci Patriarchy ułożono mnóstwo hymnów, sekwencji i modlitw. Benedykt jest w naszych czasach czczony jako patron Opus Dei, jako patron pracujących, a nawet jako orędownik umierających. Pius XII ogłosił go patronem speleologów (1957) i architektów włoskich.
    Reguła św. Benedykta wywarła poważny wpływ na całe życie Europy Zachodniej. Dzieło św. Benedykta jest imponujące i niepowtarzalne. Benedyktyni przez długie wieki (wiek VI-XII) byli najpotężniejszą rodziną zakonną na świecie. Ich klasztory dochodziły do liczby kilku tysięcy, a liczba mnichów dochodziła do wielu dziesiątków tysięcy. Z modelu życia benedyktyńskiego wyrosły inne rodziny zakonne, m.in. benedyktynki (klauzurowe i czynne), cystersi, kameduli, oliwetanie, sylwestryni i trapiści. Zakony te wydały kilka tysięcy świętych i błogosławionych, dały Kościołowi ponad 20 papieży. Wśród świętych benedyktyńskich wypada wymienić: św. Grzegorza I Wielkiego (+ 604), doktora Kościoła; św. Augustyna z Canterbury, apostoła Anglii (+ 605); św. Bedę Czcigodnego, doktora Kościoła (+ 735); św. Bonifacego, apostoła Niemiec i głównego patrona tego kraju; św. Wojciecha – apostoła Czech, Węgier, Polski i Prus, męczennika (+ 997); św. Piotra Damiani, doktora Kościoła (+ 1072); św. Romualda, założyciela kamedułów (+ 1027); św. Jana Gwalberta (+ 1073), założyciela nowej gałęzi zakonnej; św. Anzelma, doktora Kościoła (+ 1109); św. Matyldę (+ 968); św. Hildegardę z Bingen, doktora Kościoła (+ 1179); św. Gertrudę Wielką (+ 1302).

    Święty Benedykt z Nursji

    W Polsce najbardziej znanym opactwem benedyktyńskim jest Tyniec. Do Polski benedyktyni przybyli wraz ze św. Wojciechem (+ 997). Za czasów Bolesława Chrobrego założyli klasztor po kamedułach w Międzyrzeczu. Zamieszki, jakie po śmierci tego króla powstały, i nawrót pogaństwa, doprowadziły do upadku klasztoru. W XI wieku widzimy benedyktynów w Trzemesznie, w Łęczycy (Tum), w Gnieźnie, w Tyńcu, na Łysej Górze, w Czerwińsku, Płocku, Kruszwicy, w Krakowie, Sieciechowie, we Wrocławiu, Oleśnicy, Lubiniu i w Gdańsku. Obecnie istnieją ich opactwa w Tyńcu, Lubiniu koło Kościana oraz Biskupowie.W ikonografii św. Benedykt przedstawiany jest w habicie benedyktyńskim, w kukulli, z krzyżem w dłoni. Jego atrybutami są: anioł, bicz, hostia, kielich z wężem, księga, kruk z chlebem w dziobie, księga reguły w ręce, kubek, pastorał, pies, rozbity puchar, infuła u nóg z napisem “Ausculta fili” – “Synu, bądź posłuszny”, wiązka rózg.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    10 lipca

    Święty Jan Gwalbert, opat

    Zobacz także:
      •  Święty Antoni Peczerski, opat
    Święty Jan Gwalbert

    Jan Gwalbert urodził się około roku 1000 pod Florencją. Jako młodzieniec wstąpił do benedyktyńskiego klasztoru San Miniato, ale niebawem opuścił go na znak protestu przeciw symoniackiemu wyborowi opata. Udał się wówczas do Camaldoli, stamtąd zaś około roku 1030 przybył do zalesionej doliny Vallombrosa, gdzie rozpoczął życie pustelnicze. Z czasem przylgnęli doń inni – i tak w roku 1039 powstała w Vallombrosie wspólnota mnichów, którzy wiedli surowe życie, kierując się zresztą regułą benedyktyńską. Jan założył później lub zreformował kilka innych klasztorów, którymi kierował jako przełożony powstałej w ten sposób nowej monastycznej społeczności, zwanej walombrozjanami. Zasłużył się też prowadząc dalej walkę z symonią, w czym popierali go papież i lud. Najsłynniejszą stała się jego akcja przeciw arcybiskupowi Florencji, Piotrowi Mezzabarbie. Sam z pokory nigdy nie przyjął święceń kapłańskich.
    Zmarł 12 lipca 1073 r. w klasztorze św. Michała w Passignano pod Florencją. Kanonizował go w roku 1193 Celestyn III. Pius XII ogłosił go patronem strażników leśnych (1951) oraz Sao Paulo w Brazylii (1958).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    9 lipca

    Święta Weronika Giuliani, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Augustyn Zhao Rong i Leon Mangin, prezbiterzy, i Towarzysze
      •  Błogosławiona Joanna Scopelli, zakonnica
      •  Święci męczennicy z Gorkum
      •  Święty Hadrian III, papież
      •  Błogosławiony Adrian Fortescue, męczennik
      •  Błogosławiony Fidelis Chojnacki, zakonnik i męczennik
    Święta Weronika Giuliani

    Urszula urodziła się 27 grudnia 1660 r. w Mercatello, w zamożnej rodzinie Mancini. Kiedy miała zaledwie 5 lat, umarła jej matka. Sakrament bierzmowania otrzymała w siódmym roku życia. Trzy lata później została dopuszczona do Pierwszej Komunii świętej (1670).
    Pragnąc oddać się Panu Jezusowi całkowicie na służbę jako żertwa ofiarna za grzechy ludzkie, wbrew woli ojca wstąpiła do kapucynek w Citta di Castello (1677). Przyjęła wówczas imię Weronika. W rok potem połączyła się z zakonem ślubami. W klasztorze przeszła wszystkie stopnie w hierarchii: od furtianki, kucharki, szatniarki, piekarki, zakrystianki, mistrzyni nowicjuszek aż po urząd ksieni. Mistrzynią była przez 33 lata, ksienią – przez 11 lat. W kontakcie z siostrami była życzliwa, wobec siebie – wymagająca i surowa.
    Weronika wyróżniała się wielką delikatnością sumienia. Lękała się nawet najmniejszej przewiny i każdą opłakiwała hojnymi łzami. Ze swoich ułomności zwierzała się publicznie. Surowa dla siebie, była delikatna i zatroskana o siostry, zwłaszcza chore. Umiała rozbudzić tak wielkiego ducha gorliwości, że siostry rywalizowały ze sobą w obserwancji zakonnej. Była surowa i wymagająca w zakresie kultywowania cnoty ubóstwa franciszkańskiego, ale równocześnie była matką dbającą, by siostrom nie brakowało niczego, co konieczne.

    Święta Weronika Giuliani

    Cierpiała wiele nie tylko z powodu zadawanych sobie pokut, ale z powodu często nawiedzających ją dolegliwości i chorób. Do tych jednak fizycznych cierpień doszły o wiele boleśniejsze cierpienia duchowe: oschłości, stany opuszczenia i osamotnienia duchowego. Wszystko to Weronika znosiła z heroicznym poddaniem się woli Bożej. Pan Jezus pocieszał ją także darem ekstaz i widzeń nadprzyrodzonych. Spowiednik, nie rozumiejąc jej stanów, poczytywał je za swego rodzaju opętanie szatańskie, za symulację, by uchodzić za świętą. Doszło do tego, że zakazał jej przystępować do Komunii świętej, a jej sprawę oddał nawet do rozpatrzenia Kongregacji Św. Oficjum. Na te jawne już prześladowania Weronika odpowiadała tylko pokornymi słowami: “Krzyże i męki są radosnym darem dla mnie z Bożej ręki”. Wszystkie te cierpienia ofiarowała za nawrócenie grzeszników, by ich ratować od wiecznego potępienia.
    W 1694 roku Weronika przeżyła mistyczne zaręczyny i zaślubiny z Chrystusem. Dnia 5 kwietnia 1697 roku, w Wielki Piątek, otrzymała dar stygmatów. Na jej prośbę po trzech latach stygmaty zanikły, ale cierpienie ran Chrystusa pozostało. W nagrodę za serdeczne nabożeństwo do męki Pańskiej miała otrzymać w swoim sercu wyryte znaki tej męki.
    Po długiej i bardzo bolesnej chorobie Weronika zmarła 9 lipca 1727 r. w 67. roku życia. Do chwały błogosławionych wyniósł ją papież Pius VII w 1802 roku, a do chwały świętych papież Grzegorz XVI w 1839 roku. Z polecenia późniejszych spowiedników Weronika zostawiła cenny dziennik swojego życia, w którym opisuje swoje mistyczne przeżycia; zachowały się także jej listy i poezje.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    8 lipca

    Święty Jan z Dukli, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Edgar Spokojny, król
      •  Święty Eugeniusz III, papież
      •  Święty Kilian, biskup i męczennik
      •  Błogosławiony Piotr Eremita, zakonnik
      •  Święci Akwila i Pryscylla
    Wspomnienie św. Jana z Dukli zostało przeniesione na dzień 8 lipca po jego kanonizacji – wcześniej obchodzono je 3 października.

    Święty Jan z Dukli

    Jan urodził się w Dukli około roku 1414. O jego rodzicach wiemy tylko tyle, że byli mieszczanami. Nie możemy także nic konkretnego powiedzieć o młodości Jana. Zapewne uczęszczał do miejscowej szkoły, potem udał się do Krakowa. Legenda głosi, że tam studiował, jednak brak źródeł historycznych, które potwierdzałyby ten fakt.
    Według miejscowej tradycji Jan miał już od młodości prowadzić życie pustelnicze w pobliskich lasach u stóp góry zwanej Cergową. Do dziś w odległości kilku kilometrów od Dukli znajduje się pustelnia i kościółek drewniany, wystawiony pod wezwaniem św. Jana z Dukli na miejscu, gdzie miał on samotnie prowadzić bogobojne życie.
    Nie znamy przyczyn, dla których Jan opuścił pustelnię i wstąpił do franciszkanów konwentualnych, zapewne w pobliskim Krośnie, w latach 1434-1440. Po nowicjacie i złożeniu profesji zakonnej odbył studia kanoniczne i został wyświęcony na kapłana. Musiały to być studia solidne, skoro Jan został od razu powołany na urząd kaznodziei. Urząd ten bowiem powierzano w klasztorach franciszkańskich kapłanom wyjątkowo uzdolnionym i wewnętrznie uformowanym. Tego wymagał w regule św. Franciszek, założyciel zakonu.
    Jan przez szereg lat piastował także obowiązki gwardiana, czyli przełożonego klasztoru: w Krośnie i we Lwowie. Wreszcie powierzono mu urząd kustosza kustodii, czyli całego okręgu lwowskiego. Po złożeniu tego urzędu ponownie zlecono mu urząd kaznodziei we Lwowie.
    W latach 1453-1454, na zaproszenie króla Kazimierza Jagiellończyka i biskupa krakowskiego, kardynała Zbigniewa Oleśnickiego, przebywał w Polsce św. Jan Kapistran, reformator franciszkańskiego życia zakonnego. Założył klasztory obserwantów, czyli franciszkanów reguły obostrzonej, w Krakowie (1453) i w Warszawie (1454). W roku 1461 obserwanci założyli również konwent we Lwowie. Od krakowskiego klasztoru pw. św. Bernardyna zaczęto powszechnie nazywać polskich obserwantów bernardynami.
    Jan z Dukli obserwował życie bernardynów i umacniał się ich gorliwością. Postanowił do nich wstąpić. Do roku 1517 franciszkanie konwentualni i obserwanci mieli wspólnego przełożonego generalnego. Jednak przejście z jednego zakonu do drugiego poczytywano zawsze za rodzaj dezercji. Istniały ponadto przepisy w zakonie obserwantów, utrudniające przyjęcie zakonników konwentualnych w obawie o zaniżenie karności i ducha zakonnego. Ojciec Jan musiał więc być dobrze znany, skoro przyjęto go bez wahania. Nadarzyła się zresztą ku temu okazja. Z Czech przybył prowincjał franciszkanów konwentualnych, któremu podlegał Jan. Poprosił prowincjała, by zezwolił mu wstąpić do obserwantów. Według relacji miejscowej tradycji prowincjał, sądząc, że Jan chce odwiedzić kogoś w konwencie obserwantów, chętnie się zgodził. Kiedy zaś spostrzegł swoją pomyłkę, nie mógł już zmusić o. Jana do powrotu. Było to prawdopodobnie w roku 1463.
    Chociaż o. Jan był wtedy już starszy, przeżył u obserwantów jeszcze 21 lat. Krótki czas przebywał w Poznaniu, by następnie powrócić do ukochanego Lwowa i tam spędzić resztę życia. Tu powierzono mu funkcję kaznodziei i spowiednika. Pod koniec życia miał utracić wzrok. Jako dorobek wielu lat pracy kaznodziejskiej zostawił zbiór kazań, które jednak zaginęły. Rozmiłowany w modlitwie, poświęcał na nią długie godziny. Dla dokładnego zapoznania się z konstytucjami nowego zakonu wczytywał się w nie pilnie, a gdy utracił wzrok, prosił, by odczytywał mu je kleryk, bo chciał się ich wyuczyć na pamięć. Do ślepoty dołączyła się ponadto choroba bezwładu nóg.
    Jan oddał Bogu ducha w konwencie lwowskim 29 września 1484 roku. Pochowano go w kościele klasztornym, w chórze zakonnym, za wielkim ołtarzem. Przekonanie o świętości kapłana było tak powszechne, że zaraz po jego śmierci wierni zaczęli gromadzić się w pobliżu jego grobu i modlić się do niego o łaski. W roku 1487 obserwanci wystarali się u papieża, Innocentego VIII, o zezwolenie na “podniesienie ciała”, co równało się pozwoleniu na oddawanie mu czci publicznej. Zezwolenie przywiózł ze sobą z Rzymu komisarz generała zakonu, o. Ludwik de la Torre, ale sam akt przeniesienia odbył się dopiero w roku 1521. Nowy grób umieszczono nad posadzką w prezbiterium po prawej stronie. W roku 1608 z racji budowy nowego kościoła wystawiono marmurowy sarkofag, przeniesiony w roku 1740 za wielki ołtarz.
    Do roku 1946 trumienka z relikwiami Jana znajdowała się we Lwowie, w latach 1946-1974 w kościele bernardynów w Rzeszowie, obecnie zaś jest w Dukli.
    Liczne łaski, otrzymywane za pośrednictwem sługi Bożego, ściągały do jego grobu nie tylko katolików, ale także prawosławnych i Ormian. Mnożyły się także wota dziękczynne. Kiedy w roku 1648 Lwów został ocalony w czasie oblężenia przez Bohdana Chmielnickiego, przypisywano to wstawiennictwu Jana z Dukli, gdyż gorąco modlono się do niego. Proces kanoniczny rozpoczął się w roku 1615. Prośbę o beatyfikację przesłał do Rzymu król Zygmunt III Waza i biskupi polscy, jak też wielu senatorów. Proces, wiele razy przerywany, został wreszcie ukończony szczęśliwie w roku 1731. Na podstawie nieprzerwanego kultu, jakim sługa Boży się cieszył, papież Klemens XII w roku 1733 ogłosił ojca Jana błogosławionym, wyznaczając na dzień jego święta 19 lipca. Termin ten, kilka razy przenoszony, reforma kalendarza liturgicznego w Polsce w roku 1974 ustaliła na 3 października. Po kanonizacji jednak przesunięto go na dzień 8 lipca.
    W roku 1739 na prośbę króla Augusta III Sasa, biskupów i kapituł katedralnych oraz magistratu lwowskiego papież Klemens XII ogłosił bł. Jana z Dukli patronem Korony oraz Litwy. Papież Benedykt XIV nadał odpust zupełny na doroczną uroczystość bł. Jana dla kościołów obserwantów w Polsce (1742). Już w roku 1754 król August III Sas wniósł prośbę do Rzymu o kanonizację bł. Jana z Dukli. Prośbę ponowił król Stanisław August Poniatowski w roku 1764, uczynił to również sejm polski. Niewola jednak przerwała zabiegi. Dopiero w roku 1957 Episkopat Polski wystąpił do Stolicy Świętej z ponowną prośbą. Kanonizacji dokonał w Krośnie papież św. Jan Paweł II podczas swojej wizyty w dniu 10 czerwca 1997 r.W ikonografii przedstawiany jest w habicie zakonnika, czasami jako niewidomy. Jego atrybutem są promienie światła.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    7 lipca

    Błogosławieni męczennicy
    Józef i Wiktoria Ulmowie
    oraz siedmioro ich dzieci

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Benedykt XI, papież
      •  Święci męczennicy Grzegorz Grassi, biskup, Herminia, dziewica, i Towarzysze
      •  Błogosławiona Maria Romero Meneses, zakonnica
      •  Święty Piotr To Rot, męczennik
      •  Święty Firmin z Amiens, biskup i męczennik
    Błogosławiony Józef Ulma

    Józef Ulma urodził się 2 marca 1900 r. w wielodzietnej, rolniczej rodzinie w Markowej (arch. przemyska). Ukończył czteroklasową szkołę powszechną w rodzinnej miejscowości. Już w młodości był zaangażowany w działalność społeczną. W wieku 17 lat został członkiem Związku Mszalnego Diecezji Przemyskiej, którego jednym z celów było zbieranie funduszy na budowę i konserwację kościołów. Uczestniczył także w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży oraz Związku Młodzieży Wiejskiej RP “Wici”, w którym był bibliotekarzem i fotografem.
    W latach 1921-1922 odbywał służbę wojskową. W latach 1929-1930 kształcił się w Państwowej Szkole Rolniczej w Pilźnie. Po jej ukończeniu z wynikiem bardzo dobrym stał się propagatorem upraw warzyw i owoców, prowadząc szkółkę drzew owocowych, hodując pszczoły oraz jedwabniki. Jako pierwszy w Markowej wprowadził w swoim domu elektryczność, podłączając żarówkę do małego, ręcznie zbudowanego wiatraka.
    Jedną z jego pasji było robienie zdjęć. Własnoręcznie wykonał aparat, który służył mu do fotografowania. Dzięki temu zachowały się zdjęcia z wielu wydarzeń w rodzinnej miejscowości oraz zdjęcia rodzinne.

    Błogosławiona Wiktoria Ulma

    7 lipca 1935 roku ożenił się z pochodzącą z tej samej miejscowości Wiktorią Niemczak. W wieku 6 lat Wiktoria straciła matkę. Uczęszczała do szkoły powszechnej w rodzinnej miejscowości, a następnie na kursy Uniwersytetu Ludowego w pobliskiej Gaci. Była członkiem Amatorskiego Zespołu Teatralnego w Markowej – grała m.in. rolę Matki Bożej w jasełkach.Od czasu ślubu Józef i Wiktoria wspólnie prowadzili kilkuhektarowe gospodarstwo rolne. Wiktoria zajmowała się domem i dziećmi, udzielała się także w amatorskim teatrze wiejskim.


    Błogosławiona rodzina Ulmów

    W kolejnych latach rodzinie Ulmów urodziło się sześcioro dzieci: Stanisława (ur. 18 lipca 1936 r.), Barbara (ur. 6 października 1937 r.), Władysław (ur. 5 grudnia 1938 r.), Franciszek (ur. 3 kwietnia 1940 r.), Antoni (ur. 6 czerwca 1941 r.) i Maria (ur. 16 września 1942 r.). Małżonkowie pogłębiali swoją wiarę poprzez rodzinną modlitwę i udział w życiu parafii w Markowej, należeli m.in. do Bractwa Żywego Różańca.Po wybuchu II wojny światowej Józef został zmobilizowany i brał udział w kampanii wrześniowej 1939 r. Podczas okupacji niemieckiej zaangażował się w pomoc Żydom. Prawdopodobnie w drugiej połowie 1942 przyjął pod swój dach ośmioro żydowskich uciekinierów z rodzin Goldmanów/”Szallów”, Grünfeldów i Didnerów. Pomógł także jeszcze innej żydowskiej rodzinie wybudować ziemiankę w pobliskim lesie, a następnie zaopatrywał jej mieszkańców w żywność.
    Po pewnym czasie ziemianka została odkryta przez Niemców, a czworo ukrywających się w niej Żydów (trzy kobiety i dziecko) zostało zamordowanych. Fakt udzielania przez Ulmę pomocy uciekinierom nie wyszedł wtedy na jaw. Pozostałych ośmioro Żydów ukrywało się w gospodarstwie Ulmów do wiosny 1944 r.
    To wtedy Ulmowie zostali zadenuncjowani przez współpracującego z niemieckimi okupantami tzw. granatowego policjanta Włodzimierza Lesia, który wcześniej zagarnął majątek rodziny Szallów i zamierzał pozbyć się jego prawowitych właścicieli. 24 marca 1944 r. niemieccy żandarmi z posterunku w Łańcucie rozstrzelali Józefa Ulmę, a także jego żonę, będącą w zaawansowanej ciąży, oraz szóstkę ich dzieci (8-letnią Stanisławę, 6-letnią Barbarę, 5-letniego Władysława, 4-letniego Franciszka, 3-letniego Antoniego i półtoraroczną Marię). Razem z Ulmami zginęli również wszyscy ukrywani Żydzi.
    Ciała zamordowanych zostały pierwotnie zakopane przed domem, w następnym tygodniu wydobyto je i złożono do czterech trumien. Pogrzeb odbył się dopiero 11 stycznia 1945 r. w parafii w Markowej, po czym wszyscy zostali pochowani na cmentarzu parafialnym.Z inicjatywy proboszcza parafii św. Doroty w Markowej podjęto działania zmierzające do wyniesienia rodziny Ulmów na ołtarze. 17 września 2003 r. biskup pelpliński Jan Bernard Szlaga rozpoczął proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym całej grupy męczenników II wojny światowej. Proces na szczeblu diecezjalnym zakończył się w maju 2011 r. Ze względu na wzrastającą opinię o męczeństwie rodziny Ulmów metropolita przemyski, abp Adam Szal, zwrócił się w 2017 r. do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych o wyłączenie tego procesu z procesu grupy męczenników II wojny światowej. W lutym 2017 r. w archidiecezji przemyskiej otwarto nowy proces beatyfikacyjny Sług Bożych – Józefa i Wiktorii Ulmów oraz ich siedmiorga dzieci jako męczenników z powodu nienawiści do wiary. W lipcu 2020 r. ukończono prace nad liczącym 500 stron dokumentem tzw. Positio o męczeństwie rodziny Ulmów.
    W grudniu 2022 r. odbyła się sesja biskupów i kardynałów Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, która pozytywnie zaopiniowała propozycję wyniesienia ich na ołtarze jako męczenników, a papież Franciszek kilka dni później promulgował dekret o ich męczeństwie, otwierając drogę do beatyfikacji. Dekretem objęto także nienarodzone dziecko Józefa i Wiktorii, która w chwili śmierci była w siódmym miesiącu ciąży. W 2023 r. dokonano ekshumacji szczątków rodziny Ulmów, a następnie po beatyfikacji złożono do sarkofagu w bocznym ołtarzu poświęconym Matce Bożej w lewej nawie kościoła św. Doroty w Markowej.

    Błogosławiona rodzina Ulmów

    Msza beatyfikacyjna Józefa i Wiktorii Ulmów oraz ich siedmiorga dzieci została odprawiona w Markowej 10 września 2023 r. Nabożeństwu przewodniczył przedstawiciel papieża Franciszka, prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, kard. Marcello Semeraro. W Eucharystii wzięło udział wielu przedstawicieli episkopatu, a także m.in. Naczelny Rabin Polski Michael Schudrich.
    Liturgiczne wspomnienie błogosławionej rodziny Ulmów przypada 7 lipca, w rocznicę zawarcia małżeństwa przez Józefa i Wiktorię.13 września 1995 r. Instytut Yad Vashem w Jerozolimie uhonorował pośmiertnie Józefa i Wiktorię Ulmów tytułem “Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”. W 2010 r. prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył ich pośmiertnie Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2016 r. w Markowej otwarto muzeum ich imienia, poświęcone wszystkim Polakom ratującym Żydów w czasie Zagłady. Od 2018 r. w rocznicę wydarzeń w Markowej – 24 marca – decyzją Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej obchodzony jest Narodowy Dzień Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    6 lipca

    Błogosławiona
    Maria Teresa Ledóchowska,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święta Dominika, dziewica i męczennica
    Błogosławiona Maria Teresa Ledóchowska

    Maria Teresa urodziła się 29 kwietnia 1863 r. (w czasie powstania styczniowego) w Loosdorf w Austrii, dokąd jej rodzina wyemigrowała po powstaniu listopadowym. 21 grudnia 1873 r. została dopuszczona do pierwszej spowiedzi, a 12 maja 1874 r. do pierwszej Komunii świętej. Sakrament bierzmowania przyjęła w pałacu biskupim 15 lipca 1878 roku. Od najmłodszych lat wykazywała wybitne uzdolnienia literackie, muzyczne i aktorskie. Mając 5 lat napisała mały utwór dla domowników, a jako 9-letnia dziewczynka układała wiersze. Rodzina każdy dzień kończyła wspólnym pacierzem, a w niedzielę uczestniczyła we Mszy świętej. Matka – niezwykle czuła na niedolę bliźnich, bardzo towarzyska i pogodna – umiała wychować dzieci w karności i sumienności. Ojciec pogłębiał wiedzę dzieci, zapoznając je z historią malarstwa i sztuki, z historią Polski i ojczystą mową.
    W roku 1873 rodzice stracili po raz drugi majątek (pierwszy raz dziadek stracił go za udział w powstaniu listopadowym), na skutek bankructwa instytucji, której akcje wykupili. Ojciec sprzedał więc dobra w Loosdorf i wynajął mieszkanie w St. Polten. Tu dzieci uczęszczały do szkoły Pań Angielskich. Z tej okazji Maria Teresa zapoznała się z dziełem Marii Ward, założycielki tej instytucji. Dokumentem z tych lat jest świadectwo szkolne Marii Teresy Ledóchowskiej, wystawione w 1875 roku, gdy miała lat 12, na którym widnieją same oceny bardzo dobre. Wielkim przeżyciem dla niej była wiadomość o uwięzieniu w Ostrowie Wielkopolskim jej stryja, arcybiskupa Mieczysława Ledóchowskiego. Posłała do więzienia napisany przez siebie wiersz ku jego czci. W dwa lata potem witała go radośnie w Wiedniu (1875), gdy jako kardynał zatrzymał się tam w drodze do Rzymu. Pierwszą swoją książkę – Mein Polen – jemu właśnie zadedykowała. Było to sprawozdanie z podróży, jaką odbyła po Polsce ze swoim ojcem (1879). Miała wtedy zaledwie 16 lat.
    W 1883 r. Ledóchowscy przenieśli się z Austrii na stałe do Polski, do Lipnicy Murowanej koło Bochni (miejsce urodzenia św. Szymona z Lipnicy), gdzie ojciec wykupił mocno zaniedbany majątek. Powitali ich chlebem i solą burmistrz miasta i ludność w strojach krakowskich. Maria ucieszyła się z powrotu do Polski. Miała wtedy 20 lat. Rychło jednak zaznała, jakie są kłopoty w prowadzeniu gospodarstwa. W porze zimowej chętnie zwiedzała pobliski Kraków i brała udział w towarzyskich zebraniach i zabawach. Wyróżniała się urodą i inteligencją, dlatego rychło zdobyła sobie wzięcie.
    W zimie 1885 r. zachorowała na ospę i przez wiele tygodni leżała walcząc o życie. Choroba zostawiła ślady na jej twarzy. Organizm był osłabiony, bowiem sześć lat wcześniej Maria Teresa przebyła ciężki tyfus. Ta właśnie choroba uczyniła ją dojrzałą duchowo. Poznała marność tego życia i rozkoszy świata. Zrodziło się w niej postanowienie oddania się na służbę Panu Bogu, jeśli tylko dojdzie do zdrowia. Na ospę zachorował także jej ojciec i zaopatrzony sakramentami zmarł. Pochowany został w Lipnicy. Maria Teresa, sama osłabiona po ciężkiej chorobie, nie była zdolna do prowadzenia majątku. W wyniku starań rodziny, cesarz Franciszek Józef I mianował ją damą dworu wielkich książąt toskańskich – Marii i Ferdynanda IV, którzy po wygnaniu z Włoch rezydowali w zamku cesarskim w Salzburgu. Mimo życia na dworze, Maria Teresa prowadziła życie pełne wewnętrznego skupienia.
    W 1886 r. po raz pierwszy zetknęła się z zakonnicami, które przybyły na dwór arcyksiężnej po datki na misje. Wtedy po raz pierwszy spotkała się z ideą misyjną Kościoła. Jedną z owych sióstr była dawna dama tegoż dworu, hrabina Gelin. Właśnie w tym czasie kardynał Karol Marcial Lavigerie (+ 1892), arcybiskup Algieru, rozwijał ożywioną akcję na rzecz Afryki. Pewnego dnia Maria Teresa dostała do ręki broszurę kardynała, gdzie przeczytała słowa: “Komu Bóg dał talent pisarski, niechaj go użyje na korzyść tej sprawy, ponad którą nie ma świętszej”. To było dla niej światłem z nieba. Znalazła cel swojego życia. Postanowiła skończyć z pisaniem dramatów dworskich, a wszystkie swoje siły obrócić dla misji afrykańskiej. W tej sprawie napisała też do stryja, kardynała Ledóchowskiego, który pochwalił jej postanowienie.
    Jej pierwszym krokiem był dramat Zaida Murzynka, wystawiony w teatrze salzburskim i w innych miastach. Ponieważ obowiązki damy dworu zabierały jej zbyt wiele cennego czasu, zwolniła się z nich. Stanęła na czele komitetów antyniewolniczych. Te jednak rychło ją zwolniły, gdyż chciała, aby były to komitety katolickie. Opozycja zaś nalegała, by komitetom nadać charakter międzywyznaniowy. Maria zamieszkała w pokoiku przy domu starców u sióstr szarytek (1890). Zerwała stosunki towarzyskie i oddała się wyłącznie sprawie Afryki. Na własną rękę zaczęła wydawać Echo z Afryki (1890). Nawiązała kontakt korespondencyjny z misjonarzami. Wkrótce korespondencja wzrosła tak dalece, że musiała zaangażować sekretarkę i ekspedientkę. Jednak widząc, że dzieło się rozrasta, w roku 1893 w numerze wrześniowym Echa Afryki rzuciła apel o pomoc. Z pomocą jednego z ojców jezuitów opracowała statut Sodalicji św. Piotra Klawera. 29 kwietnia 1894 r., w swoje 31. urodziny, przedstawiła go na prywatnej audiencji Leonowi XIII do zatwierdzenia. Papież dzieło pochwalił i udzielił mu swojego błogosławieństwa. Siedzibą sodalicji były początkowo dwa pokoje przy kościele Świętej Trójcy w Salzburgu. Tam też założyła muzeum afrykańskie.

    Błogosławiona Maria Teresa Ledóchowska

    Od roku 1892 Echo z Afryki wychodziło także w języku polskim. Administrację Maria Teresa umieściła przy klasztorze sióstr urszulanek, gdzie zakonnicą była wtedy jej młodsza siostra, Urszula (przyszła założycielka urszulanek szarych Serca Jezusa Konającego, kanonizowana w 2003 r. przez św. Jana Pawła II). W 1894 r. Maria Teresa miała już własną drukarnię. Jako napędową siłę dla maszyn drukarskich wykorzystywała wodę rzeki płynącej w majątku, który zakupiła w Salzburgu. Nową placówkę oddała pod opiekę Maryi Wspomożycielki. Echo z Afryki, a od 1911 roku także Murzynek, zaczęły wychodzić w 12 językach. Tu drukowano nadto broszury misyjne, kalendarze, odezwy itp., a potem katechizmy i książeczki religijne w językach Afryki. W roku 1921 utworzyła akcję Prasy afrykańskiej jako pomoc dla misjonarzy w Afryce. Chodziło o druk książek religijnych w językach tubylczych.
    9 września 1896 r. Maria Teresa złożyła śluby zakonne na ręce kardynała Hellera, biskupa Salzburga. W 1897 r. kardynał zatwierdził konstytucję przez nią ułożoną dla nowego zgromadzenia zakonnego. Dzieło miało trzy stopnie: 1) członkowie zewnętrzni, wspomagający sodalicję; 2) zelatorzy uiszczający ofiary; 3) same zakonnice jako człon wewnętrzny i zasadniczy – prowadzący całe dzieło. W tym samym roku Maria Teresa założyła w Salzburgu drukarnię misyjną. W roku 1899 Święta Kongregacja Rozkrzewiania Wiary, na której czele stał kardynał Ledóchowski, wydała pismo pochwalne, a następnie przyjęła Sodalicję pod swoją bezpośrednią jurysdykcję. 10 czerwca 1904 r. św. Pius X osobnym breve pochwalił dzieło, a w roku 1910 Stolica Apostolska udzieliła mu definitywnej aprobaty.
    W roku 1904 Maria Ledóchowska przeniosła swoją stałą siedzibę do Rzymu. W cztery lata potem udała się osobiście do Polski, aby szerzyć tam ideę misyjną. Na wiadomość o powstaniu Polski niepodległej, Maria Teresa poleciła zatknąć polskie sztandary na domach swego zgromadzenia (1918). W roku 1920 wysłała zapomogę do Polski. Pod koniec jej życia Echo z Afryki miało ok. 100 000 egzemplarzy nakładu. W roku 1901 Maria Teresa założyła przy domu głównym Sodalicji w Rzymie międzynarodowy nowicjat. Także i biura Sodalicji były rozsiane niemal po wszystkich krajach Europy. Przy każdej filii założono muzeum Afryki. Nadto Maria wyjeżdżała do różnych miast z wykładami i odczytami o misjach w Afryce.
    Maria Teresa zmarła 6 lipca 1922 r. w obecności swoich duchowych córek. 10 lipca złożono jej ciało na głównym cmentarzu rzymskim przy bazylice św. Wawrzyńca. Proces beatyfikacyjny rozpoczęto w roku 1945. Paweł VI w świętym roku jubileuszowym, w niedzielę misyjną 19 października 1975 r., wyniósł ją do chwały ołtarzy. Ciało jej od roku 1934 znajduje się w domu generalnym Sodalicji. W czasie Soboru Watykańskiego II biskupi Afryki licznie nawiedzali grób tej, która całe swoje życie i wszystkie swoje siły poświęciła dla ich ojczystej ziemi. W nagrodę za bezgraniczne oddanie się sprawom Afryki Maria Teresa zdobyła zaszczytny przydomek Matki Afryki. Jest patronką dzieł misyjnych w Polsce.W ikonografii bł. Maria Teresa przedstawiana jest w habicie Sodalicji św. Piotra Klawera, czasami z murzyńskimi dziećmi.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    5 lipca

    Święta Maria Goretti, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Antoni Maria Zaccaria, prezbiter i zakonnik
      •  Święty Atanazy z góry Athos, opat
    Święta Maria Goretti

    Maria urodziła się w Corinaldo koło Ankony 16 października 1890 r. Pochodziła z ubogiej wiejskiej rodziny. Jako sześcioletnie dziecko otrzymała sakrament bierzmowania z rąk kardynała Juliusza Boschi (1896), a 29 maja 1902 r. przystąpiła do Pierwszej Komunii św. Kiedy miała 10 lat, umarł jej ojciec. Marysia pocieszała mamę: “Odwagi, mamusiu! Bóg nas nie opuści!” Pobożne dziewczę brało często różaniec do rąk, modląc się o spokój duszy ojca. Maria pomagała matce i opiekowała się rodzeństwem.
    Dom Gorettich zajmowała także rodzina Serenellich – ojciec z synem. Chłopiec Aleksander Serenelli miał 18 lat, kiedy zapłonął ku Marii przewrotną żądzą. Zaczął ją też coraz mocniej napastować, grożąc jej nawet śmiercią. Dziewczę umiało się zawsze skutecznie uwolnić od napastnika, ratując się ucieczką i omijając go. Nie mówiła jednak o tym nikomu w rodzinie, by nie pogłębiać przepaści niechęci Serenellich do Gorettich.
    5 lipca 1902 r. rodzina Gorettich i Serenellich była zajęta zbieraniem bobu. Maria została w domu i obserwowała pracowników. Zauważył ją Aleksander. Pod pretekstem, że musi wyjść na chwilę, udał się do domu i siłą wciągnął dziewczę do kuchni, która była przy drzwiach. Usiłował ją zmusić do grzechu. Kiedy zaś Maria stawiła mu gwałtowny opór, rozjuszony wyrostek chwycił nóż i zaczął nim atakować dziewczynę. Szczegóły te podał sam morderca przed sądem. Powracająca z pracy rodzina znalazła Marię już w stanie agonii. Natychmiast odwieziono ją do szpitala, gdzie zaopatrzona świętymi Sakramentami zmarła 6 lipca. Przed śmiercią darowała winę swojemu zabójcy. Lekarze stwierdzili, że miała na ciele 14 ran.
    Zbrodnią poruszona była cała okolica. Dziewczę miało królewski pogrzeb. Wzięło w nim udział wiele tysięcy ludzi, setki kapłanów i biskup. Z balkonów i z okien na białą trumienkę padał deszcz róż i innych kwiatów. Zaczęto ją nazywać “świętą Agnieszką XX wieku”. Dzięki staraniom pasjonistów w 1935 r. rozpoczął się proces kanoniczny Marii Goretti. 27 kwietnia 1947 roku Pius XII zaliczył ją uroczyście w poczet błogosławionych, a 24 czerwca 1950 r. tenże papież zaliczył ją do chwały świętych. Zarówno w beatyfikacji, jak i w kanonizacji własnej córki miała szczęście uczestniczyć matka.
    W uroczystościach brał także udział zabójca – Aleksander Serenelli, który w czasie 27-letniego pobytu w więzieniu przeżył całkowite nawrócenie. Nie miał wątpliwości, że wiarę zawdzięczał wstawiennictwu Marii. Po wyjściu z więzienia przeprosił matkę Marii, wyznał swoją winę przed cała parafią, a po pewnym czasie został tercjarzem franciszkańskim. Do końca życia pracował jako ogrodnik u kapucynów w Macerata, gdzie zmarł w 1970 r. Duchową przemianę zabójcy opisał Jean du Parc w książce, która w Polsce została wydana pod tytułem “Niebo nad moczarami”.
    Św. Maria Goretti jest patronką młodzieży, dziewcząt, dziewic i bielanek. Jej relikwie spoczywają w kościele Matki Bożej Łaskawej w Nettuno. Jej grób nawiedził św. Jan Paweł II w pierwszym roku swojego pontyfikatu (1 września 1979 r.). W stulecie śmierci Marii Goretti ten sam papież skierował do biskupa diecezji Albano, Agostino Valliniego, specjalny list.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    4 lipca

    Święty
    Piotr Jerzy Frassati, świecki dominikanin

    Zobacz także:
      •  Święta Elżbieta Portugalska, królowa
      •  Błogosławiona Maria od Ukrzyżowanego (Curcio), zakonnica
    Święty Piotr Jerzy Frassati

    Piotr Jerzy przyszedł na świat 6 kwietnia 1901 roku w Turynie. Wychowywał się w zamożnym domu razem z młodszą o półtora roku siostrą Lucianą (która jeszcze za życia brata wyszła za mąż za polskiego dyplomatę, Jana Gawrońskiego). Jego ojciec, Alfredo Frassati, był założycielem i właścicielem dziennika La Stampa, senatorem, przez pewien czas także ambasadorem Włoch w Niemczech. Matka, Adelaide Ametis Frassati, była malarką. Swoje wychowanie religijne Piotr Jerzy zawdzięczał przede wszystkim wychowawcom, nauczycielom i spowiednikom, ponieważ rodzice byli raczej obojętni wobec wiary. Tymczasem dla niego wiara bardzo szybko stała się wartością podstawową. Czasami wywoływało to bolesne nieporozumienia rodzinne, które starał się znosić – tak jak wszelkie życiowe niepowodzenia – pogodnie.
    Już jako uczeń Piotr Jerzy należał do wielu szkolnych stowarzyszeń religijnych, m.in. do Sodalicji Mariańskiej, do Koła Różańcowego, Apostolstwa Modlitwy, Stowarzyszenia Najświętszego Sakramentu. Codziennie uczestniczył we Mszy świętej i przyjmował Komunię świętą.
    W 1919 roku rozpoczął studia na wydziale inżynierii górniczej na politechnice w Turynie. 28 maja 1922 r. – myśląc o apostolstwie wśród górników – został tercjarzem Zakonu Dominikańskiego i przyjął imię Girolamo (czyli Hieronim – na cześć Savonaroli). Uczestniczył również z entuzjazmem w działalności różnych ruchów katolickich. Akcja Katolicka była dla niego prawdziwą szkołą formacji chrześcijańskiej i polem dla apostolatu. Miłował Jezusa w braciach, zwłaszcza tych cierpiących, zepchniętych na margines i opuszczonych. Poświęcał się ubogim i potrzebującym. W jego życiu mocna wiara łączyła się w jedno z miłością.
    Był człowiekiem ascezy i modlitwy, w której osiągnął wysoki stopień doskonałości. Jego duchowość kształtowały zwłaszcza Listy św. Pawła Apostoła oraz dzieła św. Augustyna, św. Katarzyny ze Sieny i św. Tomasza z Akwinu, nieustanna – także nocna – adoracja Najświętszego Sakramentu, nabożeństwo do Matki Bożej i Słowo Boże.
    Warto wiedzieć, że w 1922 r. Piotr Jerzy Frassati odwiedził Polskę. Był w Gdańsku i Katowicach. Jako przyszły inżynier interesował się górnictwem i planował zwiedzić jedną z kopalni na Śląsku. Do zjazdu pod ziemię prawdopodobnie nie doszło, ponieważ miał problem z ważnością paszportu.

    Święty Piotr Jerzy Frassati

    Jego zaangażowanie społeczne i polityczne opierało się na zasadach wiary; był zdecydowanym przeciwnikiem rodzącego się wówczas faszyzmu. Z tego powodu nieraz zatrzymywała go policja. Zafascynowanie pięknem i sztuką, a zwłaszcza malarstwem, zamiłowanie do sportu i górskich wypraw ani zainteresowanie problemami społecznymi nie stanowiło dla niego przeszkody w stałym zjednoczeniu z Chrystusem. W tajemnicy przed najbliższymi opiekował się i spieszył z pomocą, tak duchową, jak i materialną, ubogim swojego miasta. Był znany i bardzo lubiany w dzielnicach, w których nie bywał nikt z jego bliskich.
    Umarł nagle, w wieku 24 lat, 4 lipca 1925 roku, krótko przed ukończeniem studiów, na skutek infekcji chorobą Heinego-Medina, którą zaraził się od podopiecznych. Pogrzeb Frassatiego ujawnił jego popularność w Turynie, zwłaszcza wśród ubogich. Opinia społeczna szybko uznała go – mimo młodego wieku – za świętego. Pod jego patronatem powstało wiele stowarzyszeń religijnych.
    Św. Jan Paweł II podczas Mszy świętej beatyfikacyjnej odprawionej na placu św. Piotra 20 maja 1990 r. wyniósł go na ołtarze, stawiając za wzór współczesnej młodzieży świata. W dniu 7 września 2025 r. jego kanonizacji dokonał papież Leon XIV.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    3 lipca

    Święty Tomasz Apostoł

    Zobacz także:
      •  Święty Leon II, papież
      •  Święty Rajmund Gayrard, prezbiter
    Święty Tomasz Apostoł

    Teksty ewangeliczne w siedmiu miejscach poświęcają Tomaszowi Apostołowi łącznie 13 wierszy. Z innych ksiąg Pisma świętego, jedynie Dzieje Apostolskie wspominają o nim jeden raz.
    Tomasz, zwany także Didymos (tzn. bliźniak), należał do ścisłego grona Dwunastu Apostołów. Ewangelie wspominają go, kiedy jest gotów pójść z Jezusem na śmierć (J 11, 16); w Wieczerniku podczas Ostatniej Wieczerzy (J 14, 5); osiem dni po zmartwychwstaniu, kiedy ze sceptycyzmem wkłada rękę w bok Jezusa (J 20, 19-29); nad Jeziorem Genezaret, gdy jest świadkiem cudownego połowu ryb po zmartwychwstaniu Jezusa (J 21, 2).

    Niewierny Tomasz

    Osobą św. Tomasza Apostoła wyjątkowo zainteresowała się tradycja chrześcijańska. Pisze o nim wiele Euzebiusz z Cezarei, pierwszy historyk Kościoła, Rufin z Akwilei, św. Grzegorz z Nazjanzu, św. Ambroży, św. Hieronim i św. Paulin z Noli. Według ich relacji św. Tomasz miał głosić Ewangelię najpierw Partom (obecny Iran), a następnie w Indiach, gdzie miał ponieść śmierć męczeńską w Calamina w 67 r. Piszą o tym wspomniani wyżej autorzy. Tak też podaje Martyrologium Rzymskie. Jako miejsce pochówku podawany jest Mailapur (przedmieście dzisiejszego Madrasu). Jednak już w III wieku jego relikwie przeniesiono do Edessy, potem na wyspę Chios, a w roku 1258 do Ortony w Italii.
    O zainteresowaniu osobą św. Tomasza Apostoła świadczą także liczne apokryfy: Historia Abgara, Apokalipsa Tomasza, Dzieje Tomasza i Ewangelia Tomasza. Pierwszy apokryf znamy jedynie z relacji Euzebiusza (+ ok. 340). Apokalipsa św. Tomasza, zwana także Listem Pana naszego Jezusa Chrystusa do Tomasza lub Słowami Zbawiciela do Tomasza opisuje koniec świata. Ciekawsza jest Ewangelia św. Tomasza. Na jej treść składają się logia, czyli słowa Chrystusa. Zdań tych jest 114. Według Euzebiusza zbiór ten miał posiadać biskup św. Papiasz (+ ok. 130) i miał nawet do nich napisać komentarz. Część tych słów odkryto w roku 1897 i 1903 w Egipcie w Oxyrhynchos. Od tej “ewangelii” należy odróżnić jeszcze jedną, zupełnie inną, także przypisywaną św. Tomaszowi. Zawiera ona opis życia lat dziecięcych Pana Jezusa. Stąd właśnie wzięły się średniowieczne legendy o ptaszkach, klejonych z gliny i ożywianych przez Pana Jezusa w zabawie z rówieśnikami itp.

    Święty Tomasz Apostoł

    Interesujący i oryginalny jest ostatni wymieniony wyżej apokryf – Dzieje Tomasza. Powstał on dopiero w wieku IV/V. Opisuje on podróż św. Tomasza do Indii w roli architekta na zaproszenie tamtejszego króla Gondafora. Zamiast jednak budować pałac królewski, św. Tomasz głosił Ewangelię, a pieniądze przeznaczone na budowę pałacu wydawał na ubogich. Na skutek jego nauk i cudów nawrócił się król i jego rodzina.
    Katolickie Indie czczą św. Tomasza jako swojego Apostoła. Około roku 52 po Chrystusie miał on wylądować na zachodnim wybrzeżu Malabaru i założyć tam siedem kościołów. Kiedy w roku 1517 Portugalczycy wylądowali w Mylapore, miano im pokazać grób Apostoła. Pamięć o Apostole zachowali tamtejsi chrześcijanie nestoriańscy. W Indiach jest również najgłośniejsze sanktuarium św. Tomasza Apostoła. Znajduje się ono na miejscu, gdzie według miejscowej tradycji Tomasz miał ponieść śmierć męczeńską. Miejsce to ma różne nazwy: Calamina (najczęściej spotykana), Thomas Mount (Góra Św. Tomasza), Madras, Maabar i Meliapore. Wszystkie te nazwy oznaczają jedną miejscowość: “Górę Św. Tomasza”, położoną na jednym z przedmieść Madrasu.
    Św. Tomasz jest patronem Indii, Portugalii, Urbino, Parmy, Rygi, Zamościa; architektów, budowniczych, cieśli, geodetów, kamieniarzy, murarzy, stolarzy, małżeństw i teologów.W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest jako młodzieniec (do XIII w. na Zachodzie, do XVIII w. na Wschodzie), później jako starszy mężczyzna w tunice i płaszczu. W prezentacji ikonograficznej powraca wątek “niewiernego” Tomasza. Atrybutami Świętego są: kątownica, kielich, księga, miecz, serce, włócznia, którą go przeszyto, zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    2 lipca

    Najświętsza Maryja Panna Kodeńska,
    Matka jedności

    Zobacz także:
      •  Święty Bernardyn Realino, prezbiter
      •  Najświętsza Maryja Panna Tuchowska
      •  Najświętsza Maryja Panna Licheńska
    Wizerunek Matki Bożej Kodeńskiej
    W Kodniu nad Bugiem (północno-wschodnia część województwa lubelskiego) znajduje się sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Kodeńskiej, Matki jedności. Opiekują się nim obecnie misjonarze oblaci Maryi Niepokalanej.
    W głównym ołtarzu kościoła znajduje się cudowny obraz Matki Bożej, który według tradycji został namalowany w VI w. przez św. Augustyna z Canterbury na prośbę papieża Grzegorza I jako kopia rzeźby Matki Bożej, która znajdowała się w jego prywatnej kaplicy. Papież postanowił podarować rzeźbę Leanderowi, arcybiskupowi Sewilli, który umieścił ją w sanktuarium w Guadalupe w Hiszpanii. Obraz natomiast pozostał w papieskiej kaplicy aż do czasów papieża Urbana VIII, gdy w 1630 roku miał go wykraść z Rzymu książę Mikołaj Sapieha, zwany Pobożnym. Skradziony obraz umieścił w kościele św. Anny w Kodniu, gdzie znajduje się do dziś.
    Te informacje nie znajdują jednak potwierdzenia w źródłach historycznych. Obraz został prawdopodobnie zakupiony w Hiszpanii przez Mikołaja Sapiehę podczas pielgrzymki. Wskazuje na to styl, typowy dla malarstwa hiszpańskiego XVII w.
    Obraz został ukoronowany 15 sierpnia 1723 roku przez biskupa łuckiego Stefana Rupniewskiego jako trzeci z kolei obraz Matki Bożej na prawie papieskim na ziemiach Rzeczypospolitej (po obrazie Matki Bożej Częstochowskiej i Matki Bożej Trockiej). W kwietniu 1875 r. kościół w Kodniu trafił w ręce prawosławnych, co sprawiło, że od sierpnia 1875 do września 1927 r. obraz znajdował się na Jasnej Górze, skąd przez Warszawę wrócił w dniach 3-4 września 1927 r. do Kodnia. W 1973 roku Paweł VI nadał świątyni w Kodniu tytuł bazyliki mniejszej. Rocznie pielgrzymuje tutaj ponad 200 tys. pielgrzymów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    1 lipca

    Najdroższej Krwi Jezusa Chrystusa

    Zobacz także:
      •  Święty Otton z Bambergu, biskup
      •  Święty Teobald z Provins, pustelnik
      •  Błogosławiony Jan Nepomucen Chrzan, prezbiter i męczennik
    Do czasu reformy kalendarza liturgicznego po Soborze Watykańskim II w dniu 1 lipca obchodzona była uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa. Obecnie obchód ten został w Kościele powszechnym złączony z uroczystością Najświętszego Ciała Chrystusa (zwaną popularnie Bożym Ciałem), zachował się jedynie – na zasadzie pewnego przywileju – w zgromadzeniach Księży Misjonarzy i Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa.

    Najdroższa Krew Chrystusa

    Do dziś istnieją kościoły pod wezwaniem Najdroższej Krwi Chrystusa. Jak Boże Ciało jest rozwinięciem treści Wielkiego Czwartku, tak uroczystość Najdroższej Krwi Jezusa była jakby przedłużeniem Wielkiego Piątku. Ustanowił ją dekretem Redempti sumus w roku 1849 papież Pius IX i wyznaczył to święto na pierwszą niedzielę lipca. Cały miesiąc był poświęcony tej tajemnicy. Papież św. Pius X przeniósł święto na dzień 1 lipca. Papież Pius XI podniósł je do rangi świąt pierwszej klasy (1933) na pamiątkę dziewiętnastu wieków, jakie upłynęły od przelania za nas Najświętszej Krwi.
    Szczególnym nabożeństwem do Najdroższej Krwi Pana Jezusa wyróżniał się św. Kasper de Buffalo, założyciel osobnej rodziny zakonnej pod wezwaniem Najdroższej Krwi Pana Jezusa (+ 1837). Misjonarze Krwi Chrystusa mają swoje placówki także w Polsce. Od roku 1946 pracują w Polsce także siostry Adoratorki Krwi Chrystusa, założone przez św. Marię de Mattias. Gorącym nabożeństwem do Najdroższej Krwi wyróżniał się także papież św. Jan XXIII (+ 1963). On to zatwierdził litanię do Najdroższej Krwi Pana Jezusa, a w liście Inde a primis z 1960 r. zachęcał do tego kultu.
    Nabożeństwo ku czci Krwi Pańskiej ma uzasadnienie w Piśmie świętym, gdzie wychwalana jest krew męczenników, a przede wszystkim krew Jezusa Chrystusa. Po raz pierwszy Pan Jezus przelał ją przy obrzezaniu. W niektórych kodeksach w tekście Ewangelii według świętego Łukasza można znaleźć informację, że podczas modlitwy w Ogrodzie Oliwnym pot Jezusa był jak krople krwi (zob. Łk 22, 44). Nader obficie płynęła ona przy biczowaniu i koronowaniu cierniem, a także przy ukrzyżowaniu. Kiedy żołnierz przebił Jego bok, “natychmiast wypłynęła krew i woda” (J 19, 24).
    Serdeczne nabożeństwo do Krwi Pana Jezusa mieli święci średniowiecza. Połączone ono było z nabożeństwem do Ran Pana Jezusa, a zwłaszcza do Rany Jego boku. Wyróżniali się tym nabożeństwem: św. Bernard (+ 1153), św. Anzelm (+ 1109), bł. Gueryk d’Igny (+ 1160) i św. Bonawentura (+ 1270). Dominikanie w piątek po oktawie Bożego Ciała, chociaż nikt nie spodziewał się jeszcze, że na ten dzień zostanie kiedyś ustanowione święto Serca Pana Jezusa, odmawiali oficjum o Ranie boku.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***