Month: April 2026

  • Dzień pierwszy Nowenny do Miłosierdzia Bożego

    Dzień pierwszy Nowenny do Miłosierdzia Bożego

    Dziś sprowadź Mi ludzkość całą, a szczególnie wszystkich grzeszników, i zanurzaj ich w morzu miłosierdzia Mojego, a tym pocieszysz Mnie w gorzkim smutku, w jakim pogrąża Mnie utrata dusz.

    Jezu najmiłosierniejszy, którego właściwością jest litować się nad nami i przebaczać nam, nie patrz na grzechy nasze, ale na ufność, jaką mamy w nieskończoną dobroć Twoją, i przyjmij nas wszystkich do mieszkania najlitościwszego Serca swego, i nie wypuszczaj nas z niego na wieki. Błagamy Cię przez miłość Twoją, która Cię łączy z Ojcem i Duchem Świętym.

    Ojcze Przedwieczny, spójrz okiem miłosierdzia na ludzkość całą, a szczególnie na biednych grzeszników. Ludzkość ta jest zamknięta w najlitościwszym Sercu Jezusa i dla Jego bolesnej męki okaż nam miłosierdzie swoje, abyśmy wszechmoc miłosierdzia Twego wysławiali na wieki wieków. Amen.

    Koronka do Miłosierdzia Bożego…

  • ogłoszenia – kwiecień 2026

    ***

    kościół św. Piotra

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow
    Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS

    ***

    26 kwietnia

    Niedziela Dobrego Pasterza

    Otwórzcie drzwi kościołów, zwłaszcza tam, gdzie widać dystans między ludźmi a Kościołem – mocne słowa Leona XIV do księży

    Posługa kapłańska jest służbą komunii – mówił o tym Leon XIV podczas Mszy św. w Bazylice św. Piotra w Watykanie, w trakcie której udzielił święceń prezbiteratu 10 diakonom. Zachęcił księży do trzymania otwartych drzwi kościołów, „zwłaszcza tam, gdzie liczby wydają się wskazywać na dystans między ludźmi a Kościołem”. „Pozwólcie wchodzić i bądźcie gotowi, aby wyjść”, bo „jesteście kanałem, a nie filtrem”, zachęcił Ojciec Święty.

    Święcenia prezbiteratu w bazylice św. Piotra.

    PAP/EPA/GIUSEPPE LAMI

    Homilia papieża Leona XIV:

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Pozdrowienie to kieruję w szczególności do tych, którzy zostali właśnie przedstawieni i którzy wkrótce przyjmą święcenia prezbiteratu, do waszych rodzin, do kapłanów rzymskich – z których wielu wspomina swoje święcenia w tę IV Niedzielę Wielkanocną – oraz do was wszystkich tu obecnych!

    Oto niedziela pełna życia! Chociaż otacza nas śmierć, obietnica Jezusa już się spełnia: „Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie, i miały je w obfitości” (J 10, 10). W dyspozycyjności młodych ludzi – Kościół dziś prosi, aby zostali oni wyświęceni na prezbiterów – dostrzegamy wielką hojność i entuzjazm. Gromadząc się tak licznie i w różnorodności wokół jedynego Mistrza, odczuwamy moc, która nas odnawia. Jest to Duch Święty, który jednoczy ludzi i powołania w wolności, tak aby nikt już nie żył dla siebie samego. Niedziela – każda niedziela – wzywa nas, byśmy wyszli z „grobu” izolacji i zamknięcia, abyśmy spotkali się w ogrodzie komunii, którego stróżem jest Zmartwychwstały.

    Posługa kapłańska, nad którą skłania nas do refleksji powołanie tych braci, jest służbą komunii. „Życie w obfitości” bowiem przychodzi do nas w bardzo osobistym spotkaniu z osobą Syna, ale od razu otwiera nasze oczy na lud braci i sióstr – którzy już tego doświadczają albo wciąż poszukują „mocy, aby się stać dziećmi Bożymi” (J 1, 12). Oto pierwsza tajemnica życia kapłana. Najdrożsi kandydaci do święceń, im głębsza jest wasza więź z Chrystusem, tym bardziej radykalna jest wasza przynależność do wspólnego człowieczeństwa. Nie ma sprzeczności ani rywalizacji między niebem a ziemią: w Jezusie łączą się one na zawsze. To żywe i dynamiczne misterium angażuje serce w miłość nierozerwalną: angażuje je i wypełnia. Oczywiście, tak jak miłość małżonków, tak również miłość, która inspiruje celibat dla Królestwa Bożego, powinna być strzeżona i nieustannie odnawiana, ponieważ każde prawdziwe uczucie dojrzewa i staje się owocne z upływem czasu. Jesteście wezwani do szczególnego, delikatnego i trudnego sposobu miłowania, a jeszcze bardziej – do pozwolenia, by was kochano, w wolności. Jest to sposób, który może uczynić was nie tylko dobrymi kapłanami, ale także uczciwymi i otwartymi obywatelami, budowniczymi pokoju i przyjaźni społecznej.

    W tym kontekście uderzające jest, w odczytanej właśnie Ewangelii (J 10, 1-10), odniesienie Jezusa do postaci i gestów agresji: między Nim a tymi, których miłuje, wkraczają bowiem obcy, złodzieje i bandyci, którzy przekraczają granice, przychodzą, mówi Jezus, „tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć” (w. 10), a przede wszystkim mają głos inny niż Jego, nie do rozpoznania (por. w. 5). W słowach Pana jest wielki realizm: On zna okrucieństwo świata, przez który kroczy wraz z nami. Swoimi słowami przywołuje formy agresji fizycznej, ale przede wszystkim duchowej. Nie powstrzymuje go to jednak przed oddaniem swojego życia. Demaskowanie [zła] nie staje się rezygnacją, niebezpieczeństwo nie skłania do ucieczki. Oto druga tajemnica życia kapłana: rzeczywistość nie może nas przerażać. Powołuje nas Pan życia. Niech posługa, która wam zostaje powierzona, najdrożsi, przekazuje pokój tego, kto nawet pośród niebezpieczeństw wie, dlaczego jest bezpieczny.

    Dziś potrzeba bezpieczeństwa sprawia, że ludzki duch staje się agresywnym, wspólnoty zamykają się w sobie, i skłania do szukania wrogów i kozłów ofiarnych. Często wokół nas – a może i w nas samych – obecny jest lęk. Niech wasze bezpieczeństwo nie opiera się na pełnionej funkcji, lecz na życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, na historii zbawienia, w której uczestniczycie wraz ze swoim ludem. Jest to zbawienie, które już działa w tak wielu cichych, dobroczynnych dziełach, pośród ludzi dobrej woli, w parafiach i w środowiskach, do których będziecie się zbliżać jako towarzysze drogi. To, co głosicie i celebrujecie, będzie was strzegło także w trudnych sytuacjach i czasach.

    Wspólnoty, do których zostaniecie posłani, są miejscami, w których Zmartwychwstały jest już obecny, gdzie wielu już podążało za Nim w przykładny sposób. Rozpoznacie Jego rany, poznacie Jego głos, znajdziecie kogoś, kto wam Go wskaże. Są to wspólnoty, które pomogą również wam stać się świętymi! A wy pomóżcie im, aby podążały zjednoczone za Jezusem, Dobrym Pasterzem, aby stały się miejscami – ogrodami – życia, które zmartwychwstaje i jest przekazywane. Często tym, czego brakuje ludziom, jest miejsce, w którym mogliby doświadczyć, że razem jest lepiej, że razem jest pięknie, że można żyć razem. Ułatwianie spotkań, pomaganie w zbliżaniu się do siebie tym, którzy inaczej nigdy by się nie spotkali, zbliżanie przeciwieństw stanowi jedno z celebracją Eucharystii i sakramentu pojednania. Gromadzenie jest zawsze i na nowo zakładaniem Kościoła.

    W Ewangelii znaczący jest obraz, za pomocą którego w pewnym momencie Jezus zaczyna mówić o sobie. Opisywał siebie jako „pasterza”, ale słuchający wydają się tego nie rozumieć. Wtedy zmienia metaforę: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ja jestem bramą owiec” (J 10, 7). W Jerozolimie znajdowały się bramy o tej właśnie nazwie, „bramy owiec”, w pobliżu sadzawki Betesda. Przez nie do świątyni wchodziły owce i jagnięta, najpierw zanurzone w wodzie, a następnie przeznaczone na ofiary. Spontanicznie przychodzi na myśl chrzest.

    „Ja jestem bramą” — mówi Jezus. Jubileusz ukazał nam, jak bardzo ten obraz nadal przemawia do serc milionów ludzi. Przez wieki brama – często rzeczywiście okazały portal – zapraszała do przekroczenia progu Kościoła. W niektórych przypadkach chrzcielnica była budowana na zewnątrz, jak starożytna probatica piscina [sadzawka owcza, służąca do obmyć], pod której krużgankami „leżało mnóstwo chorych: niewidomych, chromych i sparaliżowanych” (J 5, 3). Drodzy kandydaci do święceń, czujcie się częścią tej cierpiącej ludzkości, która oczekuje życia w obfitości. Wprowadzając innych w wiarę, będziecie odnawiać także własną. Razem z innymi ochrzczonymi będziecie każdego dnia przekraczać próg Misterium – próg, który ma oblicze i imię Jezusa. Nigdy nie ukrywajcie tej świętej bramy, nie zamykajcie jej, nie stawajcie się przeszkodą dla tych, którzy chcą wejść. „Sami nie weszliście, a przeszkodziliście tym, którzy wejść chcieli” (Łk 11, 52) – to gorzki wyrzut Jezusa wobec tych, którzy ukryli klucz do przejścia, które powinno być otwarte dla wszystkich.

    Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek, zwłaszcza tam, gdzie liczby wydają się wskazywać na dystans między ludźmi a Kościołem, trzymajcie drzwi otwarte! Pozwólcie wchodzić i bądźcie gotowi, aby wyjść. To kolejna tajemnica waszego życia: jesteście kanałem, a nie filtrem. Wielu sądzi, że już wie, co znajduje się za tym progiem. Niosą ze sobą wspomnienia, być może z odległej przeszłości; często jest w nich coś żywego, co nie wygasło i co przyciąga; czasami jednak jest tam coś innego, co wciąż krwawi i odpycha. Pan wie i czeka. Bądźcie odbiciem Jego cierpliwości i czułości. Wy należycie do wszystkich i jesteście dla wszystkich! Niech to będzie podstawowy rys waszej misji: trzymać drzwi otwarte, niczym ich nie zastawiać i wskazywać je, nie używając zbyt wielu słów.

    Z drugiej strony Jezus nalega i wyjaśnia: „Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony – wejdzie i wyjdzie, i znajdzie pastwisko” (J 10, 9). On nie krępuje naszej wolności. Są przynależności, które krępują, wspólnoty, do których łatwo wejść, a z których wyjście jest prawie niemożliwe. Nie tak jest w Kościele Pańskim, nie tak jest we wspólnocie Jego uczniów. Kto jest zbawiony, mówi Jezus, „wejdzie i wyjdzie, i znajdzie pastwisko”. Wszyscy szukamy schronienia, odpoczynku i opieki: drzwi Kościoła są otwarte. Nie po to, by odciąć się od życia: życie nie wyczerpuje się w parafii, w stowarzyszeniu, w ruchu, w grupie. Kto jest zbawiony, „wyjdzie i znajdzie pastwisko”.

    Najdrożsi, wyjdźcie i odnajdźcie kulturę, ludzi, życie! Zachwycajcie się tym, co wzrasta dzięki Bogu, a czego my nie zasialiśmy. Ci, dla których będziecie kapłanami – wierni świeccy i rodziny, młodzież i osoby starsze, dzieci i chorzy – zamieszkują pastwiska, które musicie poznać. Czasami będzie wam się wydawało, że nie macie map. Posiada je jednak Dobry Pasterz, którego głosu – tak znajomego – należy słuchać. Jak wielu ludzi czuje się dziś zagubionych! Wielu ludziom wydaje się, że nie potrafią już odnaleźć się w życiu. Nie ma więc cenniejszego świadectwa niż to, które mówi: „Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoją chwałę” (Ps 23, 2-3). Jego imię to Jezus, czyli „Bóg zbawia”! Jesteście tego świadkami. „Dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni życia” (Ps 23, 6). Bracia, siostry, drodzy młodzi: tak niech się stanie!

    Gość Niedzielny/Kai

    ***

    26 kwietnia – 2 maja: Tydzień modlitw o powołania kapłańskie, zakonne i misyjne

    W IV Niedzielę Wielkanocną zwaną Niedzielą Dobrego Pasterza, która obchodzona jest jako Światowy Dzień Modlitw o Powołania, rozpoczyna się w Kościele katolickim w Polsce Tydzień Modlitw o Powołania. Tegoroczne hasło tego czasu brzmi: „Z domu do powołania”.

    fot. Karol Porwich/Niedziela/Vatican Media

    ***

    Wierni i odważni: jakich księży potrzebuje współczesny Kościół?

    fot.Roman Koszowski /Gość Niedzielny

    ***

    Jakiego nawrócenia potrzebują dziś pasterze? Muszą być odważni wobec wilków, godzić się na cierpienie ze względu na miłość do owiec, nie powinni dawać fałszywego pokoju.

    Święty John Henry Newman, mówiąc o kryzysach Kościoła, zauważył: „Chrześcijaństwo zbyt często znajdowało się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, abyśmy teraz musieli obawiać się nowej próby. To jest pewne; natomiast to, co jest zwykle niepewne i co jest zazwyczaj wielką niespodzianką, gdy tego doświadczamy, to sposób, w jaki w danym przypadku Opatrzność ratuje i zbawia swoje wybrane dziedzictwo. Czasami nasz wróg staje się przyjacielem; czasami zostaje pozbawiony tej szczególnej zjadliwości zła, która była tak groźna; czasami rozpada się na kawałki; czasami robi tylko tyle, ile jest korzystne [dla Bożego planu – przyp. J.Sz.], a potem zostaje usunięty”. Piękne to słowa. Uczą, że nadzieja położona w Bogu jest matką mądrych, ocalenie jest pewne, a zaskakujące bywają jedynie forma i sposób ocalenia. Lecz trzeba też pamiętać, że służba nadziei nigdy nie polega na biernym czekaniu, ale na aktywnej z nią współpracy. Co to znaczy konkretnie dla polskiego księdza A.D. 2026?

    Coraz mocniejsze „tak”

    Przede wszystkim musimy, jak radzi święty Piotr, „umocnić nasze powołanie i wybór” (2 P 1,10). Umocnić, czyli pogłębić duchowe fundamenty i teologiczne rozumienie kapłańskiego powołania i osobistego wyboru tej drogi, wyboru sprzed lat.

    Wybór dotyczył w swej głębi zgody na to, by Bóg mnie „używał”, bo mnie w swej pokorze „potrzebuje”, ale nigdy nie „wykorzysta”. Bóg potrzebuje ludzi, którzy w kapłaństwie nie szukają siebie, lecz są gotowi postawić na drugim miejscu swoje idee o życiu. Potrzebuje ludzi, którzy nie idą za własnymi fantazjami, pragnieniami i życzeniami dotyczącymi życia, ale są posłuszni innej woli, włączają w nią swoje życie i w ten sposób staje się ona także ich wolą. Ta bezinteresowność w oddaniu siebie Bogu jest rdzeniem kapłańskiego powołania. Zgoda na to, że moje życie nie spełni się według ludzkich kryteriów powodzenia i szczęścia, jest tu fundamentalna. W ten sposób i tylko w ten sposób kapłaństwo staje się otwieraniem drzwi przed Panem, by mógł z nami mieszkać. Z pasterzem i z owcami. Bo w naszym powołaniu miłować Pana i paść trzodę Chrystusa jest tą samą niepodzielną rzeczywistością. Miłujesz Mnie? – pyta Pan. Tak? – Więc paś owce moje (por. J 21,15-17).

    Utrzymywać świat w stanie wrażliwości na Boga i Jego sprawy to istota powołania kapłana duszpasterza. Dzieje się to za niemałą cenę. A ponieważ kwota jest wielka, istnieje pokusa odzyskiwania jej w drobnych… Wszelkie gmeranie wokół tej zasadniczej kwestii radykalizmu i definitywności wyboru to bełkot, fanaberie i poduszczenia diabelskie. „Starajcie się umocnić powołanie i wybór”, czyli utrzymywać świeżość i szczerość aktu wywłaszczenia samego siebie. Bóg chce, byśmy żyli i umierali jako księża. Tyle.

    Leon XIV w grudniu 2025 r. mówił do księży: „Wierność rodzi przyszłość”.

    Godzina ciemności

    To wszystko, o czym mówimy, dzieje się w czasie i przestrzeni, które są widownią wielkich – na apokaliptyczną skalę – zmagań z Bogiem i o Boga. „Siejemy wiele, lecz plon mamy lichy”, powtarzamy za prorokiem Aggeuszem (por. Ag 1,6). „Noszę w swoim sercu całą wrogość pogan” (Ps 89,51) – dawno już ten brewiarzowy werset nie przylegał tak dokładnie do serca polskiego księdza. Taka jest prawda naszej społecznej pozycji i duchowej kondycji. To fakty.

    Trwa „wasza godzina i panowanie ciemności”, mówi Jezus (Łk 22,53). Godzina ciemności. Ponieważ samym rdzeniem tego, z czym się zmagamy, samym sednem pokusy, którą kuszone są nasz czas (XXI wiek) i przestrzeń (Polska) jest negacja Boga – nic mniej. To pokusa, by odsunąć Boga, pominąć Go, zdegradować, zdewaluować i zdemontować wiarę. I to w dużej mierze perwersyjnie: nie tylko pod pozorami dobra, ale wręcz przy pomocy dobra, osiągnięć, postępu etc. Takie było sedno trzech pustynnych pokus wobec Jezusa i Kościoła wszystkich czasów. Nasza godzina ciemności jest ponowoczesną aktualizacją tamtego kuszenia.

    Idźmy głębiej. Noszę w swoim własnym sercu nie tylko wrogość współczesnych neopogan i osobistych nieprzyjaciół Boga, ale też wrogość – wobec Boga i mojego powołania – mojego własnego grzechu. I to jest dopiero pełna odpowiedź na pytanie o godzinę ciemności. Mylą się ci, którzy obarczają wyłącznie świat za bezbożny stan rzeczy. Mylą się także ci, którzy powiadają, że współczesność jest OK, ale Kościół jest zepsuty. Synteza tych dwóch diagnoz jest najbliższa prawdy. Mówiąc Izajaszem, cała szmata jest skrwawiona. I świat, i ja.

    Świat w Kościele

    Dwie diagnozy Benedykta XVI są w tym kontekście bardzo aktualne. Pierwsza brzmi tak: „Świat w Kościele zwraca się przeciwko Kościołowi [uwaga: nie świat przeciwko Kościołowi, ale świat w Kościele przeciwko Kościołowi – przyp. J.Sz.], chce przeforsować swoje kryteria, z Kościoła chce uczynić świat i nie chce tej decyzji Jezusa, której wymaga posłuszeństwo Jego słowu szczególnie tam, gdzie to słowo nas oczyszcza i zmienia”.

    I druga diagnoza: „Siła protestu przeciw Bogu i przeciw Chrystusowi nie miałaby oparcia, gdybyśmy my, którzy łamiemy z Jezusem chleb, wciąż Go nie skazywali, gdybyśmy nie podnosili na Niego ręki. I naszym grzechem jest nasze splamienie chrześcijaństwa, które wciąż skazuje Pana na wyszydzenie i zdaje Go na pastwę losu. Władza ciemności zależy od tego, że ci, którzy zanurzają z Nim rękę w misie, jednocześnie wychodzą i idą za innym prawodawstwem, zapominają o Nim i poprzez swój styl życia, poprzez swoje wewnętrzne »nie« wobec wiary wydają Go w tym świecie na Mękę”.

    Trafione w punkt. Nie klerykalizm ani braki emancypacyjne – uczył już jako Papa Emeritus – ale otwarcie śluzy dla ścieku świata do wnętrza Kościoła jest naszą zgubą. Świat w Kościele, forsowanie jego kryteriów, pójście za innym prawodawstwem, w Judaszową noc… „Nie” wobec wiary. W imię czego?

    Grzegorz Wielki uczył, że „gdy pasterz kroczy po urwiskach, trzoda postępuje ku przepaści”. I dlatego, ponieważ spotykają się we mnie Bóg i świat, muszę jako pasterz przejść przez oczyszczenie. To konieczny proces. Oto kilka podpowiedzi.

    Odwaga

    Do nawrócenia należy istotnie powrót do odwagi. Do wiary pasterza należy jego twarde czoło, i to nie wobec owiec i sojuszników, ale wobec wilka. Pasterz nie może być „niemym psem, niezdolnym do szczekania” (Iz 56,10). Nieme psy, wyjaśniał Ratzinger, „z obawy przed naporem liberalnych mediów bezczynnie się przyglądają demontażowi wiary za rzucany im przez nie »ochłap« uznania” a także temu, „jak stopniowo sprzedaje się wiarę za miskę soczewicy tzw. nowoczesności”. Tymczasem prawdziwy pasterz musi być adwokatem wierzących, obrońcą ludu „przed potęgą intelektualnych elit” – za każdą cenę. A z drugiej strony nie może być twardym i bezwzględnym typem, który wprawdzie prowadzi owce właściwą drogą, broni je, ale czyni to, „chłoszcząc je prawdą”, nie bacząc na ich cierpienia, bez współodczuwania. „Autentyczne duszpasterstwo prowadzi do prawdy i pomaga w znoszeniu bólu, który wiąże się z jej przyjęciem”. Nawrócony duszpasterz wraca do odwagi i wyżej stawia dobro owiec niż własny spokój i komfort.

    „My zaś nie należymy do hypostoles” (Hbr 10,39), czyli do ludzi wycofujących się, ukrywających się, małodusznych, odchodzących, odstępujących, porzucających wierność z tchórzostwa. „Albowiem nie dał nam Bóg – tłumaczy Paweł Tymoteuszowi – ducha deilias”, czyli bojaźni, trwożliwości, „lecz mocy, miłości i trzeźwego myślenia” (2 Tm 1,7). Pasterz staje przed Bogiem i nie boi się dać Mu siebie samego, dać Mu wszystko. I tym samym ruchem mężnego serca staje odważnie przed wilkiem – z twardym czołem. „Niczego się nie boję, bo Pan jest ze mną; cóż może uczynić mi człowiek”? (Ps 118,6).

    Zgoda na cierpienie

    Są takie sytuacje w życiu, w których nie da się kochać inaczej, jak tylko godząc się na ból. Rezygnacja z cierpienia byłaby wtedy wycofaniem miłości. Związek miłości i cierpienia jest nierozerwalny. Zdaje się, że dzisiaj bywamy wobec wielu złożonych wyzwań bezradni, lecz nie w tym punkcie: możemy chcieć cierpieć z ich powodu, współcierpieć. Chcieć, by nas bolał: nasz Kościół, nasz świat, nasz bliźni. Nasza Polska. I w ten sposób kochać. Zdaje się, że do takiego kształtu miłości nas, swoich przyjaciół, zaprasza Chrystus – do współcierpienia z Nim.

    Kościół będzie w takim stopniu przekonujący, jak daleko jego głosiciele będą gotowi na to, aby pozwolić się zranić. Walka Kościoła może być tylko walką tych, którzy wydają się na całopalną ofiarę: walką męczenników. Kto nie przyjmuje cierpienia, nie może też kochać. Życie pasterza jest nie tylko zbiorem aktywności, ale też pasywnością, cierpieniem. Ksiądz, który mówi Panu: „Jestem u kresu, widzę, że niewiara jest potężniejsza niż wiara, lecz nie będę uciekał nigdzie ani w nic, nie chcę w tym znieczulenia, żadnego rodzaju morfiny, którą wszyscy chcą mi podawać, chcę, by mnie to bolało, i chcę w tym przy Tobie trwać; chcę, byś mnie bolał, bylebym tylko mógł Cię kochać”, czyni rzecz prawdziwie wielką ze swojego życia.

    Nie dawać fałszywego pokoju

    Nie dawać go ani sobie, ani owcom. Pacem falsam non dare. To zdanie pochodzi z Reguły św. Benedykta. Oto wielka pokusa: postawić pokój ponad prawdę. Nie chcemy mieć kłopotów ani kłopotów stwarzać innym. Nie chcemy mieć PR-u zacietrzewieńców. Nie chcemy polaryzacji, eskalacji, wyłamywania się z szeregu. Chcemy zejścia z linii frontu, zgody, odrobiny spokoju. Czy to źle? Ratzinger odpowiada: „W ten sposób łykamy nieprawdy, niesprawiedliwości i mówimy: przynajmniej nie było żadnego wzburzenia. Ale że tym samym pozostała trucizna, że tym samym kłamstwo było silniejsze niż prawda i na dłuższą metę musi nas otruć, o tym wolimy nie mówić w takich momentach”. Żadnych ekscesów, żadnej dramaturgii, żadnego dzielenia ludzi: cichutko przejść obok prawdy, bez hałasu, delikatnie ją nagiąć, żeby mniej bolała i nie prowokowała; nic więcej. Oto sedno pokusy dawania fałszywego pokoju.

    Zapowiedź proroka Zachariasza jest dokładnie o tym: „…sprowadzę temu krajowi pasterza, który nie będzie się troszczył o to, co ginie; nie będzie szukał tego, co błądzi; nie będzie leczył tego, co zranione; nie będzie karmił tego, co zdrowe” (Za 11,16). Niech giną, niech błądzą, niech odnoszą nieuleczalne rany, byleby w Kościele panował spokój, a Polska była uśmiechnięta. Biada takiemu pasterzowi, mówi prorok w imieniu Boga: odetnę mu ramię i wyłupię prawe oko (por. Za 11,17), czyli pozbawię go możliwości prowadzenia mojej trzody ku przepaści.

    *

    Bóg swoim przyjaciołom nie tylko sporo daje, ale i niemało zabiera. Zaś pierwszą rzeczą, którą im zabiera, jest strach.

    ks. Jerzy Szymik/Gość Niedzielny

    (oprac. na podst. konferencji ascetycznej dla księży, 2–5 marca 2026.Cytaty pochodzą z: J. Ratzinger, „Opera omnia”, t. 14/2 i 14/3.)

    ***

    Drwal, stróż nocny, spowiednik papieża. Niezwykłe losy ks. Tadeusza Fedorowicza

    Ks. Tadeusz Fedorowicz,  jako kapelan IV Dywizji  „ludowego” Wojska Polskiego,  odprawia dla żołnierzy Mszę św.  na pace ciężarówki  – miasto Sumy (dziś Ukraina),  Wielkanoc 1944 r.

    Ks. Tadeusz Fedorowicz, jako kapelan IV Dywizji „ludowego” Wojska Polskiego, odprawia dla żołnierzy Mszę św. na pace ciężarówki – miasto Sumy (dziś Ukraina), Wielkanoc 1944 r.
    Archiwum. ks. T. Fedorowicza
     

    ***

    O odwadze Witolda Pileckiego, który celowo dał się wywieźć Niemcom do Auschwitz, Polacy usłyszeli po kilkudziesięciu latach milczenia. Tymczasem o misji bohaterów, którzy zrobili coś bliźniaczo podobnego – na ochotnika dołączyli do nieszczęśników wywożonych na Sybir – wciąż mało kto wie. Może dlatego, że byli… katolickimi księżmi. Przedstawiamy niesamowitą historię jednego z nich: Tadeusza Fedorowicza.

    Sowieci, którzy w 1939 r. zagarnęli wschodnie ziemie II Rzeczpospolitej, mordowali lub wywozili na Wschód polskie elity. Przeprowadzili cztery fale masowych deportacji Polaków w stronę Syberii, Kazachstanu czy na mroźną północ europejskiej części Rosji.

    Pierwsza z tych deportacji ruszyła w nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku. Do bydlęcych wagonów Sowieci upchnęli ok. 140 tysięcy ludzi. Były to przede wszystkim rodziny wojskowych, urzędników, kolejarzy czy pracowników służby leśnej – w tym mnóstwo dzieci. Tygodniami, w głodzie i przejmującym zimnie, jechali w głąb Związku Sowieckiego. Wielu zmarło jeszcze po drodze, wielu już na Syberii czy w Kazachstanie.

    Dołączyć do deportowanych

    Zdawałoby się, że każdy chciałby uniknąć tego losu. Znalazło się jednak m.in. trzech katolickich księży ze Lwowa, którzy wpadli na szalony pomysł, żeby dołączyć do następnego transportu. Chcieli zapewnić deportowanym nieszczęśnikom opiekę duszpasterską. Ks. Tadeusz Fedorowicz, wikary parafii św. Marii Magdaleny i dyrektor Domu Ubogich Miasta Lwowa, poszedł z tym pomysłem do swojego arcybiskupa, Bolesława Twardowskiego. Hierarcha pozwolił pojechać jemu i ks. Marianowi Folcikowi, wikaremu u św. Elżbiety. Natomiast ks. Włodzimierzowi Cieńskiemu, proboszczowi ks. Tadeusza, kazał zostać, bo potrzebował go na miejscu.

    Ks. Fedorowicz w 1942 r.  z nauczycielami i uczniami  polskiego „gimnazjum”  we wsi Bolszaja Bukoń  we wschodnim Kazachstanie. Polscy zesłańcy zorganizowali tam sobie szkołę,  gdy po ataku Niemców na ZSRR sowieckie władze  udzieliły im amnestii.

    Ks. Fedorowicz w 1942 r. z nauczycielami i uczniami polskiego „gimnazjum” we wsi Bolszaja Bukoń we wschodnim Kazachstanie. Polscy zesłańcy zorganizowali tam sobie szkołę, gdy po ataku Niemców na ZSRR sowieckie władze udzieliły im amnestii.
    Archiwum. ks. T. Fedorowicza

    Ks. Tadeusz Fedorowicz miał wtedy 33 lata. Pochodził z Klebanówki, wsi leżącej niedaleko rzeki Zbrucz, którą biegła wschodnia granica II RP. Zanim wybrał kapłaństwo, zdążył skończyć prawo na Uniwersytecie Lwowskim.

    Chciał dołączyć do kolejnego, kwietniowego transportu. Przez przypadek wpadł jednak w kocioł, który enkawudziści zastawili w mieszkaniu jego proboszcza. Zamiast na stepy Kazachstanu, trafił więc do więzienia na lwowskim Zamarstynowie. „Siedzieliśmy w szesnastu w celi przejściowej, z której wzywano na pierwsze przesłuchania. Po nich albo brano głębiej do więzienia, albo wypuszczano na wolność” – napisał po latach w swoich wspomnieniach „Drogi Opatrzności”. „Po dwóch tygodniach niespokojnego czekania, co będzie dalej, gdy po obiedzie moi towarzysze położyli się do snu, a jeszcze kogoś nowego wprowadzono do celi, tak że na podłodze nie starczyło już dla mnie miejsca, stanąłem przy zakratowanym oknie i zacząłem rozmyślać o sytuacji. (…) Pomyślałem, że skoro kameduli siedzą zamknięci w celach za kratami, to i ja mogę tę sytuację dobrowolnie zaakceptować. Gdy tak to sobie ułożyłem, stało mi się lekko i radośnie. Byłem wprost szczęśliwy. Ale po paru minutach tego szczęścia rozległ się zgrzyt klucza w zamku. Wszedł enkawudzista i spytał: – Na bukwu F? [bukwa to po rosyjsku litera – przyp. P.K.] (…). Zgłosiłem się, podając nazwisko. Na to on: – Dawaj z wieszczami! – to jest z rzeczami”. Wyszedł na wolność.

    Powiedział sobie wtedy: „Widzisz, jak to jest z Panem Bogiem: trzeba przyjąć to, co cię spotyka. Dzisiejszą łaskę, żeby otrzymać jutrzejszą”. Odtąd tego się w życiu trzymał.

    Dlaczego wyszedł? Okazało się, że komendant więzienia, oficer NKWD, mieszkał u staruszki, która kiedyś przez rok spowiadała się u ks. Fedorowicza. Rosjanin wypuścił duchownego, bo został przekupiony… zegarkiem. 

    Tadeusz Fedorowicz ok. 1925 r.,  w czasie, gdy kończył gimnazjum  i zaczynał studiować prawo.

    Tadeusz Fedorowicz ok. 1925 r., w czasie, gdy kończył gimnazjum i zaczynał studiować prawo.
    Archiwum. ks. T. Fedorowicza

    Hostie i wino w walizeczce

    Następna fala deportacji ruszyła w nocy z 27 na 28 czerwca 1940 roku. W stronę stacji kolejowych zmierzały o świcie ciężarówki i furmanki, na których siedzieli wywożeni na Wschód ludzie. Na wybojach kołysały się ich tobołki, które w czasie nocnego najścia łaskawie pozwolili im wziąć Sowieci. W tę samą stronę, ku podlwowskiej stacji Persenkówka, szedł sobie o szóstej rano z walizeczką w ręku ks. Tadeusz Fedorowicz – oczywiście „po cywilnemu”, bez sutanny i koloratki. Powoli zrównał krok z jednym z wozów. Siedzieli na nim państwo Cieszkowscy, starsi ludzie z Poznańskiego. Uzbrojony w karabin sowiecki strażnik szedł kilkadziesiąt kroków za nimi. Ks. Tadeusz przez chwilę szedł obok wozu, później położył na nim walizeczkę, a w końcu sam do niego wskoczył. Sowiecki żołnierz nie zareagował. W walizeczce ks. Fedorowicza, wśród rzeczy osobistych, schowane były butelki wina, hostie i szklany kieliszek, który miał posłużyć zamiast mszalnego kielicha.

    Na stacji było już mnóstwo zwiezionych tu, przerażonych ludzi. Funkcjonariusz NKWD zażądał tam od ks. Fedorowicza dokumentów. Gdy okazało się, że ich nie ma, rzucił: „Dawaj, spiszem!”. Kapłan podał nazwisko Jackowski – bo wśród jego przodków byli Fedorowicze-Jackowscy. „Podałem swoje imię, wykształcenie prawnicze, powiedziałem, że jestem z Krakowa z ulicy Kopernika, zmyśliłem jakiś tam numer. Blagą był tylko Kraków i ulica Kopernika. Poza tym wszystko było prawdziwe, oprócz tego, że nie powiedziałem, że jestem księdzem” – wspominał.

    Ponieważ jechał dobrowolnie, podchodził pozytywnie do wszystkiego, co go spotykało. Sowieci wydawali deportowanym coś do jedzenia tylko raz dziennie – zwykle jakąś zupę albo kaszę. „Nawet dość mi smakowało” – napisał. Kiedy dojechali do Uralu, zachwycał się pięknem tych gór. Te dwa tygodnie w bydlęcym wagonie nie było dla niego aż tak trudne jak dla wywiezionych w poprzednich falach, bo przynajmniej już było ciepło.

    Miał też szczęście, że na Uralu jego pociąg skręcił znów na zachód. Trafił do sowieckiej Republiki Maryjskiej na skraju europejskiej części Związku Sowieckiego. Akurat tam wywiezionych Polaków i Żydów traktowano w miarę dobrze. Dostali miejsca w drewnianych barakach. Ks. Tadeusz wreszcie, po dwóch tygodniach, miał okazję porządnie się umyć. A potem wszedł głębiej w las i na pniu ściętej sosny odprawił pierwszą w czasie swojej wywózki Mszę Świętą. 

    Ks. Fedorowicz rozdaje polskim żołnierzom Komunię św. w czasie wielkanocnej Mszy św. w Sumach w 1944 r.

    Ks. Fedorowicz rozdaje polskim żołnierzom Komunię św. w czasie wielkanocnej Mszy św. w Sumach w 1944 r.
    Archiwum. ks. T. Fedorowicza

    Drwal sprawuje Eucharystię

    Stawiał tam słupy telegraficzne i rąbał las. Choć komary atakowały chmarami, zapamiętał, że „praca była przyjemna, pogoda śliczna”. „Po skończonej pracy szliśmy kąpać się w rzece, która tamtędy przepływała. Była tam znakomita woda, tak smaczna, że (…) w czasie kąpieli po prostu piłem z rzeki” – zachwycał się. Szczególnie polubił pracę drwala. Ścinał wielkie sosny za pomocą piły, siekiery i klinów. Umiał obchodzić się z końmi, więc także odwoził pnie nad rzekę. „Nigdy w życiu nie byłem tak silny i nigdy tak dobrze nie wyglądałem jak wtedy” – odnotował. Przełożeni zaliczyli go do najlepszych robotników i przyznali mu wysoki limit półtora kilograma chleba na dzień.

    Wkrótce na Msze św. zaczęli do niego przychodzić zaufani Polacy. Odprawiał w dolince ze zwalonymi sosnami, które służyły jako ławki. Z czasem udało mu się też odwiedzić Polaków z sąsiedniego obozu, a później oni sami ukradkiem przychodzili do niego. Spowiadał ich, chodząc po lesie. „Gdy mnie dziś pytają, kto mi dał jurysdykcję do spowiadania, odpowiadam, że Stalin. A tak naprawdę, prawo kościelne przewiduje takie sytuacje i daje pozwolenie” – stwierdził w „Drogach Opatrzności”.

    Był ostrożny. Nawet wtajemniczeni zwracali się do niego: „panie Tadeuszu”. Listy do Lwowa wysyłał pod nazwiskiem jednej z deportowanych, Heleny Czasz z Poznania. „Ale nie wszyscy byli tacy ostrożni. Otrzymałem list od księdza arcybiskupa Twardowskiego, bardzo serdeczny, zatytułowany: »Drogi Księże Tadeuszu« i podpisany pełnym imieniem i nazwiskiem” – wspominał.

    To żydowski kantor?

    W totalitarnie rządzonym kraju jego działalność nie mogła jednak w nieskończoność pozostać w tajemnicy. W końcu miejscowi milicjanci dowiedzieli się, że wśród Polaków jest duchowny. Na pierwsze przesłuchanie ks. Fedorowicz trafił jednak jako podejrzany o zorganizowanie w baraku modlitwy… żydowskiej. Jako jedyny Polak mieszkał bowiem w baraku Żydów. Zaprzyjaźnił się z nimi jeszcze w wagonie, jadącym przez dwa tygodnie na Wschód.

    Na przesłuchaniu dobrze sobie poradził – zwłaszcza że przecież skończył studia prawnicze. Wykazał, że nie miał z żydowską modlitwą nic wspólnego. Kiedy powiedział współlokatorom, o co go oskarżał komendant obozu, barak zatrząsł się od wielkiego śmiechu. „Zrobili z pana naszego kantora” – powiedzieli mu żydowscy przyjaciele.

    Milicja przesłuchiwała jednak kolejne osoby i z czasem dowiadywała się coraz więcej. Dwa razy ktoś już szedł przez las ku dolince, gdzie trwała Msza. Raz był to milicjant Wasjanin. Pięciu małych chłopców, którzy stali na czatach, wykrzykiwało wtedy hasło: „O, jaki wielki czarny grzyb!”, a uczestnicy Mszy szybko rozchodzili się z zabranymi dla kamuflażu koszykami na grzyby i jagody. Przygotowywał tam też do Pierwszej Komunii Świętej polskie dzieci, w tym 11-letnią Tereskę Dąbrowską z Limanowej. Kiedy zmarł tata Tereski, ks. Tadeusz nie tylko poprowadził obrzędy pogrzebowe, ale i sam wykopał dół na jego grób. Teresce po wojnie udało się wrócić z mamą do Polski; skończyła fizykę i zamieszkała we Wrocławiu.

    Wśród wywiezionych byli dwaj lekarze dentyści, starsi panowie, którzy nie chcieli pracować przy wyrębie lasu. Zostali skazani na pobyt w łagrze i wywiezieni. Gdyby ks. Fedorowicz został złapany na odprawianiu Eucharystii, pewnie też by tam trafił. Doczekał jednak bezpiecznie wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej. Polacy stali się wtedy znów potrzebni. Ks. Tadeusz wstąpił wtedy do tworzącego się w Związku Sowieckim polskiego wojska, nazwanego później armią Andersa. Został w niej kapelanem w randze kapitana. Wkrótce armia wyprawiła go do Kazachstanu, żeby odwiedzał wywiezione tam rodziny żołnierzy.

    Ks. Tadeusz Fedorowicz odmawia brewiarz na letniej wędrówce z młodzieżą w Polsce Ludowej.  Takie wyprawy były w PRL-u nielegalne, więc szedł w cywilnym ubraniu, a młodzi mówili do niego: „Wuju Tadeuszu”.

    Ks. Tadeusz Fedorowicz odmawia brewiarz na letniej wędrówce z młodzieżą w Polsce Ludowej. Takie wyprawy były w PRL-u nielegalne, więc szedł w cywilnym ubraniu, a młodzi mówili do niego: „Wuju Tadeuszu”.
    Archiwum OTF LaskI

    Dzieci bawią się w księdza

    W ten sposób dotarł aż nad chińską granicę. Odczuł, co znaczy temperatura poniżej –50 stopni Celsjusza. Przygotował do Pierwszej Komunii św. setki polskich dzieci. A także Rosjan i Niemców Wołżańskich, których Sowieci też wywieźli do Kazachstanu. Dla wielu było wielkim wzruszeniem znów zobaczyć księdza po przeszło 20 latach przymusowej ateizacji.

    Polacy, którym zdrowie pozwalało na pracę, np. w sowieckich kołchozach, dostawali tam niewielkie wynagrodzenie i mieli szansę przeżyć. Gorzej było, gdy żywiciel rodziny był stary lub gdy odchodził z tego świata. Dzieci przymierały wtedy głodem. Ks. Fedorowicz rozdawał więc potrzebującym pieniądze ze swojej gaży oficerskiej. Mógł to robić, bo inni rodacy go karmili. Kiedy pojawiał się w jakiejś wsi, stawiali na stół to, co mieli najlepszego.

    Jakiś czas we wschodnim Kazachstanie spędził we wsi Bolszaja Bukoń, z której wyjeżdżał na duszpasterskie wyprawy. Wspominał: „W Bukoni była izba, w której mieszkały trzy polskie rodziny. Zapraszały mnie kolejno na obiad. A najlepsze, czym mogły mnie przyjąć, to były pierogi: z serem, z kartoflami, z kapustą czy z jagodami ze stepu. I tak byłem tam trzy razy na pierogach. Kiedyś później chciałem tych ludzi o coś zapytać i zaszedłem do nich. – Wie ksiądz – zaczęli mi opowiadać – dzieci mają teraz nową zabawę. – Jaką? – Bawią się w księdza. – A to jak? – Ewunia i Jadzia (mają 6 i 8 lat) robią z piasku pierogi. Jędruś (10 lat) przychodzi i zjada te pierogi”.

    Góry dają lekcję

    W czasie pobytu w sowchozie „Bolszewik” ksiądz wdrapywał się przed zachodem słońca na stok, z którego widać było góry Tarbagataj na granicy z Chinami, bodące niebo szczytami o wysokości 3 tys. metrów. Czasem były wyraźne i cudnie skrzyły się od śniegu, leżącego na wierzchołkach. Innym razem jednak przyszła mgła i widział tylko ich kontury, a później góry całkiem zniknęły mu z oczu w chmurach. Skomentował: „Wtedy zrozumiałem, że tak samo jest z Panem Bogiem. Czasem Pan Bóg jest dla mnie oczywisty i wyrazisty jak te góry w słońcu, a czasem jest mgła w sercu, w tej sferze uczuciowo-zmysłowej, to uczucie przysłania widzenie umysłu. A potem przychodzą chmury i Bóg całkowicie znika. Pozostaje tylko głębokie przekonanie wiary. Wiele nauczyły mnie te góry”.

    Najmocniej doświadczał Bożej opieki, kiedy coś dla Niego poświęcał. W mieście Semipałatyńsk w kolejce przed sklepem spotkał Rosjankę, która rozpaczała, że jej kartki na chleb zostały skradzione. Ks. Tadeusz wręczył jej wtedy własną kartkę. Nie był to ogromny heroizm, bo skalkulował sobie, że bez tego chleba jakoś przeżyje. Po południu w bocznej, pustej uliczce drogę zastąpiła mu nieznana Polka. Wyjęła „śliczny bocheneczek chleba, złoty prawie, pszennorazowy, ładnie wypieczony, i dała mi go. – Dlaczego pani mi to daje? – zdziwiłem się. – A zobaczyłam księdza i przyszło mi do głowy, żeby księdzu to dać” – wspominał. Chleb był pyszny, w przeciwieństwie do tego, z którego rano zrezygnował. Podobnych zdarzeń było wiele.

    Nie bój się i nie pogardzaj

    W 1942 r. nie wyszedł z armią Andersa do Iranu, lecz został z zesłańcami w Kazachstanie. W następnym roku władze zażądały, żeby przyjął sowieckie obywatelstwo. Kiedy odmówił, został oskarżony o „szpiegostwo, kontrrewolucję i brak dokumentów”. Trafił do więzienia w Semipałatyńsku. Przeżył tam 40 przesłuchań. Co noc do piątej rano siedział na zydelku przed śledczymi – a w dzień w celi nie wolno było się położyć… Po trzeciej takiej nocy z rządu był półprzytomny z niewyspania. Mimo to we wspomnieniach opisał z sympatią ludzi, którzy go przesłuchiwali. Swoje cierpienia skwitował krótkim zdaniem, dotyczącym dni po zakończeniu czteromiesięcznej „odsiadki”: „Byłem tak wychudzony, że prosiłem tych, których odwiedzałem, o poduszki na krzesło”.

    Pracował później m.in. jako nocny stróż na polu kapusty i buraków w Semipałatyńsku. W 1944 r. doczekał powołania do „ludowego” Wojska Polskiego. Do Polski wrócił jako kapelan IV Dywizji armii Berlinga.

    Do śmierci w 2002 r. był duszpasterzem niewidomych w Laskach pod Warszawą. Stał się przewodnikiem duchowym dla setek świeckich i księży. Biskup Bronisław Dembowski, wezwany za młodu na komendę milicji, wspominał radę ks. Fedorowicza, której trzymał się potem przez całe życie: „Jeśli musisz się tam udać, to znaczy, że Bóg cię tam posyła. Pamiętaj, że ci oficerowie milicji są ludźmi mającymi nieśmiertelne dusze, a ty jesteś kapłanem posłanym do nich przez Boga. Nie bój się ich i nie pogardzaj nimi. Mów prawdę. Może coś z niej w nich pozostanie”.

    Był też spowiednikiem i kierownikiem duchowym Jana Pawła II. Papież mówił o jego mądrości, podkreślał, że wiele mu zawdzięcza i zwracał się do niego: „Ojcze”. W jednym z listów celnie zauważył: „Kochany Ojciec [Tadeusz] widzi dobro nawet tam, gdzie trzeba by go szukać ze szkłem powiększającym”. Kiedy rozmawiali, nawet kardynałowie musieli poczekać na swoją kolej. W 1980 r. w Rzymie zabrał zaskoczonego ks. Fedorowicza do swojego śmigłowca, lecącego do Castel Gandolfo. Ojciec Święty wspomniał również o nim m.in. w homilii w czasie swojej wizyty w Kazachstanie w 2001 roku.

    W pogrzebie ks. Fedorowicza w Laskach 29 czerwca 2002 r. uczestniczyli jego przyjaciele, w tym liczni hierarchowie kościelni; telegram przysłał też Jan Paweł II. Mimo to ks. Tadeusz pozostaje w Polsce szerzej nieznany.

    Jego krewna Izabela Broszkowska napisała o nim książkę „Szczęśliwe życie”. Przytacza w niej anegdotę, „która na pewno by mu się spodobała”. Jedna z współpracowniczek ks. Fedorowicza obdzwaniała redakcje katolickich mediów z wiadomością o jego śmierci. „W jednej z rozgłośni radiowych telefon odebrała dyżurująca, bardzo pewna siebie panienka. – Chcę powiadomić – mówi Maryla – i prosić o podanie w wiadomościach, ze w Laskach pod Warszawą zmarł ksiądz Tadeusz Fedorowicz.

    Na to panienka: – Proszę pani, ja nie będę zaśmiecać anteny wiadomością o śmierci jakiegoś wiejskiego proboszcza.

    – Ależ on nie był wiejskim proboszczem! – protestuje Maryla.

    – No widzi pani, nawet proboszczem nie był!”.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    środa 22 kwietnia 2026

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski:

    Imieniem Boga jest Jego obecność

    Zanim Bóg ogłosił człowiekowi, jakie są Jego nakazy i zakazy, najpierw… postanowił się przedstawić. O pierwszym przykazaniu Dekalogu mówił wybitny biblista ks. prof. Waldemar Chrostowski.

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski mówił w Klubie Stańczyka o pierwszym przykazaniu Dekalogu: „Nie będziesz miał cudzych bogów przede Mną”.

    Wykład odbył się w ramach cyklu spotkań pt. „Dekalog w prawie i rzeczywistości społecznej: 35 lat po IV pielgrzymce św. Jana Pawła II do Ojczyzny”.

    Jak podkreślił uczony kapłan, w pierwszym przykazaniu czytamy najpierw: „Jam jest Pan, Bóg Twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli”. Po hebrajsku te słowa brzmią tak, żeby się rymowały – co jest rzadkością, bo w hebrajskim zasadniczo nie ma rymu. Użycie go tutaj wskazuje, że to zdanie miało zostać zapamiętane przez każdego, także przez dzieci. Kluczowe jest jednak to, co mówi Bóg. – Otóż zanim Pan Bóg czegokolwiek wymaga, cokolwiek sugeruje, cokolwiek podpowiada, to najpierw się przedstawia. To jest samo-prezentacja Boga. Bóg przedstawia siebie jako ten, który działa nieustannie w dziejach, w historii ludu, który wybrał do szczególnej odpowiedzialności i ukazuje temu ludowi akt czy wydarzenie, które można traktować jako założycielskie – powiedział ks. prof. Waldemar Chrostowski.

    Podobne wydarzenie założycielskie, podkreślił, mamy też w polskiej historii. – Takim wydarzeniem założycielskim jest przede wszystkim chrzest polski. Innej Polski niż chrześcijańska nie było. Staliśmy się narodem z przyjęciem chrztu i chociaż to unarodowianie trwało, to jednak właśnie chrzest jest wydarzeniem założycielskim – zaznaczył.

    Jak przypomniał, niedawno przypadła 1060. rocznica chrztu. Nie była jednak zbyt hucznie celebrowana – nie tylko w polityce, ale także w Kościele.

    Pan Bóg w pierwszym przykazaniu Dekalogu przedstawia się jako Ten, który jest. W tekście hebrajskim jest słowo „Jahwe”, które oznacza „jestem”. – Imieniem Boga jest Jego obecność – zaznaczył. Kapłan przywołał przykład matki, która opiekuje się chorym dzieckiem. – Dziecko jest chore. Mama dała leki, zadbała o wszystko, co było potrzebne. Zmierzyła gorączkę. Dziecko choruje. Mama siedzi obok na łóżku czy na krzesełku i kiedy dzieciak otwiera oczy i patrzy, mama mówi: jestem, jestem. Jestem, więc nic Ci nie grozi. Jestem, więc możesz spać. Jestem, więc będzie dobrze. Obecność – dar obecności – wyjaśniał.

    – Taki właśnie jest Bóg. Tak się przedstawia Bóg, zanim jeszcze czegokolwiek od człowieka wymaga. Bo jeżeli Pan Bóg coś od człowieka chce, jeżeli czegoś pragnie, czego się oczekuje, to daje mu zarazem siłę, daje mu moc, uzdalnia go do tego, żeby tego dokonał. Kto ufa Bogu, powtarzał Benedykt XVI, nigdy nie jest sam – wyjaśnił ksiądz profesor.

    Otóż ta autoprezentacja, ta samo prezentacja Boga na początku dekalogu, ona ma zapobiegać samotności człowieka. Kto wierzy w Boga, nie jest sam – dodał.

    – W tradycji żydowskiej, biblijnej, do której czasami warto wracać, wszystkie przykazania są nazywane przykazania dające życie. Zabezpieczają przed tym, co złe. Zabezpieczają przed śmiercią wieczną. Zachowywanie przykazań daje życie. Mówiąc innymi słowy, dzięki przykazaniom człowiek odzyskuje, zachowuje swoją godność. […] Kiedy mamy świadomość przykazań i kiedy bierzemy te przykazania, odnosimy je do siebie, to wtedy przykazania nas wprowadzają na drogę nawrócenia, na drogę powrotu do Pana Boga. Przykazania są nie tylko drogowskazem, tylko przykazania dają nam również moc, żeby tę drogę, którą wskazują, pokonać – zaznaczył.

    Mówiąc o pierwszym przykazaniu Dekalogu wyjaśnił też, co oznacza zakaz sporządzania sobie wizerunków kultycznych. Chodzi tu o wizerunku różnych rzeczy czy istot, które sporządzali poganie, na przykład w Egipcie, gdzie szerzył się choćby kult krokodyli czy zmarłych.

    – Jeżeli chodzi o nasz kult obrazów, to ma on rodowód specyficznie chrześcijański. Mianowicie w czasach Starego Testamentu Bóg był absolutnie niewidzialny. Można go było słyszeć, można go wyczuwać, jego obecność, ale Boga nikt nigdy nie widział. Dlatego Izraelici wołali, jak mówią też psalmy: Panie Boże, ukaż nam swoje oblicze, pokaż, kim jesteś, chcemy Cię zobaczyć – powiedział.

    – W Jezusie Chrystusie Bóg stał się jednak człowiek. Gdyby Jezus Chrystus, Bóg i człowiek, żył dzisiaj, to mielibyśmy Jego zdjęcia, nagrania Jego głosu, mielibyśmy wywiady, jeżeliby ich udzielał, może przyszedłby na takie spotkanie, jak nasze. […] Kilka stuleci później zaczęto Go sobie wyobrażać i pokazywać. Dlaczego to było możliwe? Przez wzgląd na to, że nie pokazujemy Boga, tylko pokazujemy Boga, który stał się człowiekiem. Próbujemy Go sobie wyobrazić. Możemy to robić, bo On rzeczywiście był człowiekiem. To nie było ciało pozorne, to nie był jakiś doketyzm, to nie było coś przejściowego, tylko to był prawdziwy, żywy człowiek i możemy Go sobie rekonstruować również na sposób plastyczny – wskazał.

    Za tym poszły wizerunki Matki Bożej, świętych i tak dalej.

    – Kiedy czcimy wizerunki Jezusa Chrystusa, to wiemy, że nie jest w nich obecny sam Jezus Chrystus. One nas tylko prowadzą do Jezusa Chrystusa – zaznaczył. – Uznajemy, że Bóg jest niewidzialny, ale w Jezusie stał się widzialny. Boga nikt nigdy nie widział, czytamy w Nowym Testamencie, ale Jezus Chrystus Go w sobie objawił – podkreślił gość warszawskiego Klubu Stańczyka.

    źródło: PCh24 TV/Pach

    ***

    Prawda o dialogu chrześcijańsko-żydowskim w Polsce. Ks. prof. Chrostowski w mocnej rozmowie z KAI

    (fot. PCh24TV)

    ***

    W Polsce nie ma rzetelnego spojrzenia na relacje z Żydami i judaizmem ani szczerej rozmowy wewnątrz Kościoła na ten temat – uważa ks. prof. Waldemar Chrostowski. Zdaniem wybitnego biblisty także Dzień Judaizmu w Kościele katolickim często nie ma wiele wspólnego z perspektywą religijną i teologiczną, bo nabrał charakteru politycznego.

    W obszernej rozmowie z KAI duchowny mówi o swojej osobistej i naukowej przygodzie z Biblią, doradza jak czytać Pismo Święte, prostuje nieporozumienia wokół słów Jana Pawła II o Żydach jako „starszych braciach w wierze” i opowiada o swojej pasji filatelistycznej.

    1 lutego ks. prof. Waldemar Chrostowski, laureat watykańskiej Nagrody Ratzingera, skończył 75 lat. 

    Tomasz Królak (KAI): Pisze psalmista, że miarą „miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt lub, gdy jesteśmy mocni, osiemdziesiąt”. Jak się Ksiądz profesor czuje mając za sobą lat 75?

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski: Od młodości znam ten psalm i zawsze myślałem, że siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat to jest tak odległa perspektywa, że nie należy się tym specjalnie przejmować. I przyszedł czas, że mnie to również dotyczy.

    Myślę, że to jest dobry moment, aby spojrzeć wstecz i przyznać rację psalmiście, że dożyć tych lat jest błogosławieństwem. To także czas, w którym trzeba zwolnić, pozbywać się rzeczy, które z tej perspektywy okazują się niepotrzebne albo mało ważne, zyskać dystans do siebie samego, a także do tego, co udało się dokonać i do tego, co nie zostało zrobione. Krótko mówiąc: to dobry czas na rozmowę z samym sobą i spokojny rachunek sumienia.

    Psalmista dopowiada o latach pisanych człowiekowi: „…a większość z nich to trud i marność, bo szybko mijają, my zaś odlatujemy”. Czy i tu się z nim Ksiądz zgadza?

    Bóg sprawił, że w moim przypadku nie było tak, że większość przeżytych lat była udręką czy wielkim trudem. Przeciwnie, postrzegam je jako czas intensywny i pod wieloma względami bardzo owocny. Zdarzały się niezwykle trudne chwile, ale z dzisiejszej perspektywy i one były błogosławieństwem.

    Czy Biblię zna Ksiądz profesor na pamięć?

    Nie i sądzę, że nikt nie zna jej na pamięć. Mogę streścić całą Biblię w miarę wiernie, bo czytałem ją wiele razy, również w oryginalnych językach, czyli Stary Testament po hebrajsku, aramejsku i grecku, a Nowy Testament po grecku. Przetłumaczyłem również bardzo wiele ksiąg biblijnych, przez 35 lat byłem wykładowcą egzegezy Starego Testamentu, wobec tego treść ksiąg Starego i Nowego Testamentu znam stosunkowo dobrze, ale nie na pamięć w tym znaczeniu, żeby je recytować ze sceny.

    Czy był taki jeden, konkretny moment, w którym uświadomił sobie Ksiądz – lub może postanowił – że poświęci swoje życie studiowaniu Biblii?

    Biblia stała się moim domem stosunkowo wcześnie, kiedy miałem 19 lat. Będąc na drugim roku studiów seminaryjnych musiałem je przerwać i w styczniu 1970 roku zostałem skierowany do pracy jako katecheta w parafii Łęki Kościelne. Warunki w jakich mieszkałem były dobre, a atmosfera stworzona przez proboszcza i miejscowych parafian bardzo życzliwa i serdeczna, ale dla 19-letniego chłopaka było to jednak doświadczenie trudne. Kilka lat wcześniej wyszło pierwsze wydanie Biblii Tysiąclecia. Postanowiłem wtedy, i bardzo chciałem w tym postanowieniu wytrwać, że każdego dnia będę czytał jeden rozdział. Nauczyło mnie to systematyczności, której wcześniej nie miałem, wytrwałości, a przede wszystkim otworzyło na zawartość Pisma Świętego. Kiedy więc ten prawie półroczny eksperyment się skończył i przyszły wakacje, lektura trwała nadal, a swoje postanowienie realizowałem również w seminarium. Na czwartym czy na początku piątego roku studiów lekturę całego Pisma Świętego miałem za sobą, zatem byłem w nie wprowadzony.

    Kiedy dzisiaj o tym myślę to uświadamiam sobie, że odczytywałem Biblię w dwóch perspektywach. Z jednej strony jako bardzo ważne świadectwo historyczne o tym, co wydarzyło się ponad dwa tysiące lat temu, a z drugiej jako księgę, która potrzebna mi jest do życia. Potrzebna po to, żeby zrozumieć jego sens oraz żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego za wszelka cenę chcę być księdzem (bo to było najważniejsze pytanie) i w związku z tym, co to znaczy być chrześcijaninem i jakie jest miejsce Jezusa Chrystusa w moim życiu, a jakie być powinno.

    Czy ma Ksiądz swoje ulubione księgi biblijne?

    Zawsze bardzo głęboko przemawia do mnie Księga Hioba. Cenię ją niezwykle wysoko. Zwłaszcza od czasu, gdy przeczytałem ją po hebrajsku i okazało się, że są w niej treści znacznie głębsze niż te, które udało się pokazać i wydobyć w przekładzie polskim, dostępnym choćby w Biblii Tysiąclecia.

    Co do innych ksiąg Starego Testamentu, mam kilka ulubionych, także wśród tych, które wydają się mało znaczące, jak na przykład Księga Aggeusza, która dotyczy istotnego przełomu w historii biblijnego Izraela po zakończeniu wygnania babilońskiego.

    Bardzo lubię Księgę Ezechiela, na której uczyłem się, jeżeli tak można powiedzieć, egzegezy biblijnej i robiłem również doktorat, później habilitację. Lubię stanowczość tego proroka i przesłanie tej księgi.

    Natomiast co do ulubionych ksiąg Nowego Testamentu, to mógłbym powiedzieć, że lubię właściwie cały, ale w szczególny sposób Listy świętego Pawła, a zwłaszcza – według egzegezy krytycznej to nie jest tekst Pawłowy – List do Hebrajczyków. Ten tekst otworzył mi oczy na relację między Starym a Nowym Testamentem, a także ukazał mi, kim jest naprawdę Jezus Chrystus w kontekście wszystkich biblijnych bohaterów wiary.

    Wspominając o Księdze Hioba dotknął Ksiądz wielkiego tematu tłumaczenia tekstów biblijnych. Czy zaryzykowałby Ksiądz wskazanie, który przekład byłby najbardziej adekwatny dla czytelnika XXI wieku, to znaczy najskuteczniej poruszałby współczesną wrażliwość?

    Myślę, że dla „przeciętnego” wiernego, który chce poznać Pismo Święte, najlepsza mimo wszystko (zaraz wyjaśnię to „mimo wszystko”) jest Biblia Tysiąclecia.

    A to dlatego, że słyszymy ją w Kościele, w czytaniach liturgicznych i pozaliturgicznych, a poza tym od kilkudziesięciu lat zakodowała się w polskiej kulturze i tę kulturę współtworzy. Najlepiej więc sięgnąć po taki przekład, z którym stykamy się w różnych miejscach, zwłaszcza w kościele.

    Natomiast o tym, że nie jest to przekład idealny (takich zresztą nie ma) świadczy fakt, że do tej pory ukazało się pięć wydań Biblii Tysiąclecia, każde z nich inne, a obecnie jest przygotowywane jej szóste wydanie. Biblia Tysiąclecia ma mankament, który wynika z jej natury, mianowicie jest dziełem zbiorowym, w związku z czym jakość przekładów poszczególnych ksiąg jest bardzo zróżnicowana.

    W ostatnich wydaniach różnice te zostały nieco zniwelowane, ale nie udało się ujednolicić wszystkiego. O ile terminologia stosowana w oryginalnym tekście Pisma Świętego, napisanym w językach hebrajskim, aramejskim i greckim jest dość spójna, o tyle w przekładach dokonywanych przez różnych tłumaczy tej spójności za bardzo nie widać.

    Druga sprawa jest związana z pierwszą. Biblia, zwłaszcza Stary Testament, wymaga pewnego klucza, który by pozwolił na jej właściwą, prawidłową interpretację. Z jednej strony osadzoną w tradycji katolickiej, z drugiej zaś wychyloną ku najnowszym osiągnięciom, także tym z zakresu archeologii, historii, językoznawstwa itd. Pod tym względem można było w Biblii Tysiąclecia zrobić więcej, ale trzeba powiedzieć, że jej miejsce zarówno w polskiej pobożności i wierze, jak też w teologii i w kulturze jest bardzo ważne.

    Czy ceni Ksiądz profesor tłumaczenia Czesława Miłosza? Pytam dlatego, że przełożył on m.in. wspomnianą Księgę Hioba.

    Cenię go jako poetę, natomiast jako teologa – nie. Dlatego, że Psalmy są księgą modlitwy. Oczywiście to jest księga poetycka w języku hebrajskim, ale nie o kunszt poetycki przede wszystkim tam chodzi. U Czesława Miłosza, a także w kilku innych próbach translatorskich tego rodzaju, widać poetycką biegłość, która subiektywnym sposobem patrzenia przesłania orędzie teologiczne. Poza tym trzeba powiedzieć, że Miłosz nie tłumaczył z języka hebrajskiego, bo tego języka nie znał.

    Wspomniał Ksiądz, że lektura Starego Testamentu wymaga specjalnego klucza umożliwiającego właściwą interpretację zawartych tam treści. Wydaje się, że Stary Testament jest w powszechnej, może nie tylko polskiej, świadomości obecny wyraźnie gorzej niż Nowy…

    Tak, i nie ma w tym nic dziwnego, a ponadto tej sytuacji się nie zmieni. Jesteśmy chrześcijanami i oparciem dla naszej wiary jest przede wszystkim Nowy Testament. Jeżeli chodzi o lekturę Starego Testamentu, to kiedyś, gdy rozpoczynałem pracę naukową, dydaktyczną i duszpasterską, wydawało mi się, że można spokojnie zachęcać do czytania Starego Testamentu. Teraz tak nie myślę.

    A to ciekawe, dlaczego?

    Uważam zdecydowanie, że chrześcijanin powinien rozpocząć lekturę Pisma Świętego od Nowego Testamentu, przyswoić sobie go sobie kilkakrotnie, i dopiero wtedy sięgnąć do Starego Testamentu, żeby zobaczyć, jak daleka droga została przebyta od jednego do drugiego etapu historii zbawienia. Związki między nimi to ciągłość, ale też brak ciągłości i radykalna nowość osoby Jezusa Chrystusa i Nowego Testamentu.

    Wielu chrześcijan czuje konsternację, i słusznie, kiedy czyta Stary Testament. Mamy w nim do czynienia z rzeczywistością, która przeszła do historii – choćby cały kult starotestamentowy, składanie ofiar, kapłaństwo, itd. To jest jedno.

    A drugie: Stary Testament – zmagałem się z tym bardzo długo, również pod wpływem rozmaitych pytań, które do mnie były i są kierowane – zawiera zapośredniczony wizerunek Boga. Czytamy, że PAN, Jahwe, nakazał to, czy nakazał tamto i jeżeli chodzi o przykazania albo kult, to wszystko wydaje się w porządku. Ale kiedy dochodzimy do Księgi Jozuego czy do Księgi Sędziów albo do Ksiąg Samuela i czytamy, że PAN nakazał wyniszczyć co do niemowlęcia, na mocy klątwy (hebrajskie: cherem), Amalekitów, Filistynów i innych wrogów Izraela, to zaczynamy mieć poważne trudności i wątpliwości.

    Wydawało się do niedawna, że można na to odpowiedzieć tak: w takich przypadkach mamy do czynienia ze starożytnymi realiami, starożytną mentalnością, z uwarunkowaniami, które należą do przeszłości i że pod tym względem Izraelici byli podobni do sąsiednich ludów i narodów. Można też było wybrać inną wykładnię i upatrywać w Kananejczykach – tak, jak to robili ojcowie Kościoła odczytując te teksty na sposób duchowy – grzechów i słabości, które trzeba skutecznie przezwyciężać.

    Ale w ostatnich latach moje spojrzenie się zmieniło. Stało się to pod wpływem tego, czego Izrael dopuszcza się w Strefie Gazy i na terytorium Autonomii Palestyńskiej oraz jak zachowuje się wobec swoich bliższych i dalszych sąsiadów. Obecnie nie można powiedzieć, że interpretacja, która dotychczas wiązana z tymi księgami, powinna mieć wymiar czysto historyczny. Do Izraela przybywają bowiem ze Stanów Zjednoczonych i z Europy Zachodniej tysiące żydowskich osadników, którzy, tak samo jak wielu miejscowych Żydów, biorą do ręki Księgę Jozuego i Księgę Sędziów i traktują Palestyńczyków tak, jak w starożytności traktowano Kananejczyków, Amalekitów i innych.

    Z chrześcijańskiego punktu widzenia problem polega też na tym, że wśród Palestyńczyków są nie tylko muzułmanie, co w żadnym wypadku nie usprawiedliwia przemocy i okrucieństwa wobec nich, ale również chrześcijanie. Ale pod tym względem mamy do czynienia z ogromną trudnością, z którą stale spotykam się na rozmaitych konferencjach i spotkaniach z katolikami w Polsce, a którą bodaj najdobitniej uświadomiła mi palestyńska katoliczka w Nazarecie. Podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej, w każdą sobotę w Nazarecie jest zawsze odmawiany wielonarodowy i wielojęzyczny różaniec. Jedna z tamtejszych dziewcząt dowiedziawszy się, że jestem księdzem i zajmuję się Pismem Świętym, zapytała mnie po takim różańcu: „Niech mi ksiądz powie, dlaczego i jak my, Palestyńczycy, Arabowie, chrześcijanie, mamy czytać te księgi?”. To jest wyzwanie, na które trzeba znaleźć uczciwą i rzetelną odpowiedź, ale – mówię to z dużym smutkiem – Kościół katolicki tej odpowiedzi nie szuka. To pytanie nie pojawia się ani nie jest podejmowane w przestrzeni teologicznej. Uważam, że dzieje się to z wielką szkodą, po pierwsze, dla mieszkających tam ludzi, a po drugie, dla Pisma Świętego.

    Dlaczego tego wyzwanie Kościół nie podejmuje, Księdza zdaniem?

    Dlatego, że obawia się zarzutu antysemityzmu. Lęk przed tym zarzutem dosłownie paraliżuje oraz odbiera zdrowy rozum i rozsądek.

    Czy bezpośrednia obecność w miejscach opisywanych w Biblii pomaga w czytaniu i zrozumieniu jej treści?

    Oczywiście. Pismo Święte dotyczy obecności Boga w dziejach świata, w historii biblijnego Izraela i w historii ludzi, zarówno poszczególnych osób, jak też ludów i narodów. Stary i Nowy Testament jest bardzo mocno osadzony w realiach czasu i przestrzeni, a więc geografii, topografii, uwarunkowań społecznych, politycznych, religijnych czy ekonomicznych. Dopiero wtedy, gdy je znamy, jesteśmy w stanie odkrywać niuanse, meandry, które chronią nas przed nadinterpretacją albo przed subiektywizmem w interpretacji narzucającym na starożytny tekst kategorie, które mamy w sobie, ale one z tym tekstem i jego znaczeniem nie mają wiele wspólnego.

    Kiedy w 1978 roku zostałem skierowany przez kardynała Stefana Wyszyńskiego na studia na Papieskim Instytucie Biblijnym, a następnie otrzymałem stypendium do studiowania na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, zmieniła się bardzo nie tylko moja percepcja, postrzeganie i rozumienie Biblii, ale sam też się zmieniłem. Uświadomiłem sobie bardziej niż wcześniej realność obecności Boga w świecie, tej obecności, która w Starym Testamencie wyrażała się w oczekiwaniu i tęsknocie, a wraz z Jezusem Chrystusem objawiła całe bogactwo wewnętrznego życia Boga, lecz objawiła je w tych konkretnych realiach.

    Jaki sposób czytania Biblii doradzałby ksiądz osobom, które chcą ją poznać, ale nie wiedzą, jak się do tego zabrać, bo przeraża ich objętość, onieśmiela specyficzne nazewnictwo, nieznajomość realiów obyczajowych, geograficznych, itd.? Co zrobić, żeby zaszczepić w sobie przyjaźń z Biblią? Nie chodzi mi o cudowną receptę, ale realistyczną podpowiedź.

    Istnieje recepta bliska cudu, a zarazem realistyczna. Gdy podejmujemy czytanie i przyswajanie sobie Pisma Świętego, powinna nam towarzyszyć świadomość, że wyrosło ono z wiary w Boga i że jego celem jest budowanie i wzmacnianie wiary w Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie.

    Tak więc, to nie od Pisma Świętego dochodzimy do wiary chrześcijańskiej (zdarza się bardzo rzadko; może taka droga jest możliwa, ale nie spotkałem takich osób), lecz odwrotnie: od wiary chrześcijańskiej, od jej głębi, od jej przyjęcia i przeżywania oraz od życia nią przechodzimy do lektury Pisma Świętego.

    Biblia nie jest ani łatwa, ani krótka, więc wymaga niemałego wysiłku. Mam na myśli nie tylko wysiłek intelektualny, konieczny żeby zrozumieć i umiejscowić biblijne osoby i wydarzenia, lecz także wysiłek duchowy. Musimy „przepuścić” wszystkie te wydarzenia i postacie z ich uwikłaniami, ale także z ich możliwościami i dokonaniami, przez filtr własnej wrażliwości. Musimy uznać – nawet jeżeli jakieś postacie biblijne nie są stricte historyczne – że właśnie w nich kumulują się religijne doświadczenia bardzo wielu ludzi, również nasze doświadczenie religijne.

    Dla wielu wierzących dużą przeszkodą w czytaniu Biblii i w jej zrozumieniu jest to, że pojmuje się ją wyłącznie w perspektywie historycznej. Zakłada się, że wszystko od początku, czyli od opowiadania o stworzeniu do Apokalipsy, stanowi zapis historyczny, bliski konwencji biografii i akademickiej historii. Tymczasem to nie jest historia w naszym tego słowa znaczeniu, lecz teologia historii, czyli spojrzenia na dzieje z perspektywy religijnej. Żeby to zrozumieć trzeba zadać sobie wysiłek i zapytać samego siebie, czy potrafię spojrzeć na własne życie, na siebie i na swoje otoczenie w perspektywie religijnej; czy kiedykolwiek próbowałem to zrobić. Jeżeli zatem przyjmujemy treść Pisma Świętego w perspektywie teologii historii, to powinniśmy też podjąć trud rozpoznawania w swoim życiu obecności Boga, a być może i tego, co uznajemy za Jego nieobecność albo za Jego dystans wobec nas. Należy zatem popatrzeć nie tylko na Biblię, ale również na siebie. Dopiero wtedy jej lektura staje się głębsza i bardziej owocna.

    Na czym polega postęp w dziedzinie nauk biblijnych? Co jest do odkrycia, zgłębienia, zinterpretowania?

    W wymiarze historycznym na pewno ważne są odkrycia archeologiczne i starożytne świadectwa literackie i nieliterackie, które pomagają usytuować wydarzenia i postacie biblijne w kontekście geografii i topografii. Tak umacnia się świadomość, że to czy inne wydarzenie opisane w Biblii miało miejsce w konkretnym miejscu i czasie.

    Podczas pielgrzymek do Azji Mniejszej, do Turcji, zawsze udajemy się do Kolosów. To miasto w roku 69, czyli niedługo po tym, jak Paweł napisał List do Kolosan, uległo trzęsieniu ziemi. Na miejscu dawnego miasta jest to, co Turcy nazywają hüyük, a w językach semickich nosi nazwę tel, czyli wzgórze pokryte trawą. Obecnie jest tam uprawne pole, a na nim mnóstwo skorup i wystarczy wejść na to wzgórze, żeby uświadomić sobie, jak wiele jest tam do odkrycia. Chrześcijanin, który tam przybywa i wielokrotnie słyszał lub czytał List do Kolosan, lecz nie mógł sobie tego wyobrazić, teraz stoi na tym miejscu i patrzy… A w Liście do Kolosan jest mowa na przykład o obowiązkach mężów i żon, o życiu rodzinnym i o rozmaitych zagrożeniach dla wiary.

    Postęp w wiedzy biblijnej polega przede wszystkim na tym, że we współczesnym świecie dzięki nowym możliwościom technicznym i technologicznym możemy przenieść się do świata biblijnego z dowolnego kręgu kulturowego i geograficznego, w jakim żyjemy. I w tym postępie uczestniczą zwyczajni ludzie, jeżeli tylko chcą się otworzyć.

    Ktoś więc pojedzie do Turcji na odpoczynek i odkryje, że obok jest Efez, że obok jest Meryemana, Smyrna czy Pergamon i tak wchodzi w świat Biblii. To samo dotyczy Egiptu, Jordanii, Syrii, Iraku, Cypru, Krety, Grecji, Italii, Malty, a najbardziej – rzecz jasna – Ziemi Świętej.

    Dla tak zwanego, zwyczajnego chrześcijanina, poziom znajomość Biblii zależy od tego, czy i jak systematycznie ją czyta ale też od niedzielnych homilii. Myślę, że duchowny powinien podzielić się tym, co w odczytanych fragmentach uznał za najważniejsze i co najbardziej go poruszyło. To powinien być, jak sądzę, pokarm na drogę dla zgromadzonych przed ołtarzem. Tymczasem bardzo często słyszę odczytywane beznamiętnym głosem gotowce. Jak Ksiądz ocenia jakość dzisiejszych polskich homilii?

    Myślę, że w tym zakresie pan jest większym ekspertem niż ja, dlatego że to pan słucha homilii, natomiast ja je wygłaszam i ewentualnie od czasu do czasu słucham głównie w swoim warszawskim kościele. Sobór Watykański II postulował ubiblijnienie teologii, katechezy i nauczania kierowanego do nas z ambony, a więc homilii. Bezpośrednio po Soborze dokonało się pod tym względem dużo dobrego. Zmiany te były widoczne w latach 70., w latach 80., może jeszcze w latach 90. Natomiast – mam tu na myśli naszą, polską sytuację – w latach 90. zaczęła się stagnacja, a nawet pewien odwrót od tej tendencji.

    Dlaczego?

    Przyczyn jest na pewno wiele. Jedną z nich upatruję w seminariach duchownych, a konkretnie w kształceniu i przygotowywaniu księży. Znacznie zredukowano liczbę przedmiotów biblijnych, takich jak egzegeza i teologia Pisma Świętego oraz języków biblijnych: hebrajskiego, greki, łaciny. W ich miejsce wprowadzono elementy psychologii, psychiatrii, nauk społecznych, socjologii czy teologii praktycznej, przy czym pod to określenie można podłożyć dokładnie wszystko. Wprowadzono więc teologię ciała, płci, kobiecości, zwierząt, rzeczywistości ziemskich i tak dalej. Ukuto rozmaite nazwy, pod płaszczykiem których w gruncie rzeczy nie można odwoływać się do Pisma Świętego, a zatem wydaje się ono niepotrzebne czy wręcz zbyteczne. Teraz zbieramy owoce tych zmian. Bywają księża, którzy mają po 25-30 lat kapłaństwa i wychowali się w tym nowym duchu, ale jeszcze trudniejsza sytuacja jest z tymi, którzy otrzymali święcenia w ostatnich latach.

    Poza tym mamy do czynienia ze zjawiskiem, o którym nikt nie chce mówić, a mówić trzeba. Mianowicie w latach dziewięćdziesiątych w wielu miejscach, także na uniwersytetach państwowych, powstały nowe wydziały teologiczne. Promowano wówczas łączenie seminariów duchownych z wydziałami teologicznymi, tak żeby studenci, również jako przyszli katecheci, mieli magisterium. Myśl była taka, że skoro seminaria duchowne zostaną podporządkowane wydziałom teologicznym, to naukowy poziom w seminariach duchownych zostanie podniesiony. Tymczasem – a mówię to z perspektywy uniwersytetów, na których pracowałem, czyli UKSW w Warszawie i UMK w Toruniu – dokonała się rzecz odwrotna. Od czasu, kiedy seminaria duchowne weszły na wydziały teologiczne, zaczęto dostosowywać curriculum studiów wydziałów teologicznych do potrzeb seminariów. Skutkuje to tym, że zamiast podwyższenia poziomu nauczania w seminariach, poziom nauczania na wydziałach teologicznych się obniżył. Dotyczy to, niestety, wielu tych wydziałów.

    To sprawiło, że zainteresowanie teologią wśród osób świeckich jest znacznie mniejsze. Jeżeli bowiem ktoś idzie studiować geografię, to niekoniecznie ma w głowie projekt, że będzie nauczycielem geografii. Podobnie, gdy ktoś decyduje się na studiowanie historii, itd. Zatem jeżeli ktoś idzie studiować teologię, to nie można mu wmawiać, że po takich studiach można być tylko katechetą. Te, a także inne czynniki, powodują, że wspomnianego ubiblijnienia polskiej teologii, katechezy i homiletyki za bardzo nie widać.

    Można chyba powiedzieć, że znaczna część Księdza dorobku naukowego i publicystycznego dotyczy relacji chrześcijańsko-żydowskich i badań nad judaizmem. Wskazuje Ksiądz, że judaizm rabiniczny nie jest prostą kontynuacją religią Starego Testamentu, religii biblijnego Izraela, lecz powstał częściowo jako reakcja na nauczanie św. Pawła i wiarę w Jezusa jako Zbawiciela. Jak rodziło się to przekonanie? I jakie ma znaczenie dla współczesnego chrześcijanina?

    Przede wszystkim sprostowałbym sformułowanie, że judaizm rabiniczny jest reakcją na nauczanie św. Pawła. Nie! Korzenie judaizmu rabinicznego sięgają wstecz, bo jest on reakcją na nauczanie Jezusa.

    Sprzeciw i wrogość wobec Jezusa pojawiły się za Jego życia i skumulowały w skazaniu Go na śmierć. W wydarzeniach, które zdecydowały o Jego losie, uczestniczyli przede wszystkim członkowie własnego narodu, czyli Żydzi, a na drugim planie Rzymianie. Po pojmaniu Jezusa nastąpiło sprytne przeniesienie perspektywy religijnej u Kajfasza i przed Sanhedrynem na perspektywę polityczną u Piłata, co zresztą będzie się powtarzało do naszych czasów. Tak więc to są korzenie judaizmu rabinicznego, który w znacznej mierze wyrósł ze stronnictwa czy ugrupowania, które otrzymało nazwę faryzeuszy.

    Zanim św. Paweł rozpoczął swoją działalność misyjną, a nawet więcej, kiedy był po drugiej stronie, czyli po stronie przeciwników Jezusa, to już wtedy miało miejsce ukamienowanie Szczepana – znów: nie przez pogan, lecz przez „swoich” – oraz prześladowanie chrześcijan w Jerozolimie, które doprowadziło do tego, że w latach czterdziestych I wieku musieli opuścić Miasto Święte. Prześladowani przez swoich żydowskich rodaków, którzy w Jezusa Chrystusa nie uwierzyli, doszli do Antiochii Syryjskiej nad Orontesem, która na krótko stała się drugą stolicą chrześcijaństwa, jeszcze zanim swoje znaczenie zyskał Rzym.

    Paweł wpisuje się w cały ten obraz, ale – mocno to podkreślam – korzenie judaizmu rabinicznego sięgają okresu życia Jezusa. To bardzo ważne, dlatego że do Kościoła i do teologii katolickiej przemycane jest w tej kwestii spojrzenie żydowskie, wedle którego judaizm rabiniczny jest odpowiedzią na świętego Pawła, a więc odpowiedzią na nauczanie o Jezusie, a nie na samego Jezusa i na to, czego On sam nauczał.

    Dlaczego tezy Księdza Profesora dotyczące korzeni judaizmu rabinicznego uważane są niekiedy za kontrowersyjne? Czy na gruncie teologii są one nowatorskie?

    To nie jest spojrzenie nowatorskie, lecz głęboko zakorzenione w tradycji Kościoła, w nauczaniu ojców Kościoła, takich jak Justyn Męczennik, Augustyn, Hieronim czy Jan Chryzostom oraz, co najważniejsze, w Nowym Testamencie. Zostało podjęte i wyjaśnione w nauczaniu świętego Pawła, w jego Liście do Rzymian (wskazałbym zwłaszcza rozdziały od 9 do 11), w Pierwszym i Drugim Liście do Koryntian, w Liście do Galatów, gdzie Apostoł Narodów rozważa to, o czym teraz rozmawiamy, w świetle własnego życiowego doświadczenia i w świetle tej drogi, którą on przebył: od prześladowcy do prześladowanego (tak właśnie brzmi tytuł mojej książki wydanej w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych, którą uważam za jedną z moich najważniejszych publikacji). Oni wszyscy mówili to, co tutaj wyjaśniam, jednak w naszych czasach mało kto chce tego słuchać. I to jest problem.

    Ale dlaczego tezy Księdza, oparte na Biblii i nauczaniu ojców Kościoła, nie są przyswajane przez Księdza oponentów?

    Są niewygodne i dlatego niechciane.

    Z jakich powodów, Księdza zdaniem?

    Dobrze byłoby zapytać ich samych. Moim największym bólem jest to, że od mniej więcej 30 lat, czyli od kiedy zacząłem o tym otwarcie mówić oraz coraz głośniej i częściej zabierać głos, małe, ale krzykliwe grono, które monopolizuje relacje z Żydami, nazywając je dialogiem, nie zdobyło się na jakikolwiek dialog wewnątrz Kościoła.

    Przecież to, o czym rozmawiamy, jest i powinno być tematem poważnej refleksji najpierw w Kościele. Porozmawiajmy między sobą i ze sobą, wyjaśnijmy trudne (a czasami wcale nie takie trudne) kwestie teologiczne, i dopiero wtedy, gdy zdamy sobie sprawę z tego, kim naprawdę jesteśmy, prowadźmy rzetelny dialog. Tylko wtedy bowiem ma on sens.

    W przeciwnym wypadku, i tak oceniam stan aktualny, trwa i nasila się parodia dialogu. Ciągle zajmuje się nim bardzo wąskie grono tych samych osób, które powtarzają dwa, zresztą przekręcone, zdania z nauczania Jana Pawła II.

    O Żydach jako „starszych braciach”, jak to ujął papież podczas wizyty w rzymskiej synagodze w 1986 roku?

    Wielokrotnie wyjaśniałem tę sprawę, a więc jeszcze raz. Jan Paweł II powiedział wtedy: „Jesteście naszymi braćmi umiłowanymi i – można powiedzieć – w pewien sposób naszymi starszymi braćmi”. W polskiej wersji zamieszczonej w L’Osservatore Romano zabrakło wyrażenia „w pewien sposób” i mimo licznych sprostowań nie przyjmuje się go do wiadomości. Wskutek tego wymawia się nam, że Jan Paweł II nazwał Żydów rabinicznych naszymi „starszymi braćmi”.

    Uzasadnię to pytaniem: Czy kiedy św. Piotr, św. Andrzej, św. Paweł czy inni apostołowie zwracali się do swoich żydowskich rodaków, którzy w Jezusa nie uwierzyli i Go odrzucili, nazywali ich „starszymi braćmi”? Nonsens! Natomiast jeżeli mamy mówić o „starszych braciach w wierze”, powinniśmy respektować i doprecyzować to dopowiedzenie, którego nie było w polskim przekładzie w „Osservatore Romano”. Wiernych, którzy stanowili biblijny Izrael, traktujemy jako naszych ojców w wierze. Trzeba podkreślić, że pod koniec ery przedchrześcijańskiej byli wśród nich nie tylko Żydzi, lecz także prozelici i „bojący się Boga”. Jedni i drudzy wywodzili się spośród pogan. Właśnie na takim gruncie wyrosły dwie „zbratane” religie: chrześcijaństwo i judaizm rabiniczny (istnieją też inne odmiany judaizmu, jak karaimowie). Jest to jednak braterstwo szczególnego rodzaju, bo przez wieki współpracowaliśmy ze sobą we wzajemnym oddalaniu się od siebie. Wyznawcy judaizmu są naszymi braćmi, ale byłoby dobrze, gdyby i oni to braterstwo uznali.

    Kto więc jest starszymi braćmi chrześcijan wywodzących się spośród rozmaitych ludów czy narodów? Otóż naszymi starszymi braćmi są ci Żydzi, którzy przyjęli Jezusa. To są nasi starsi bracia! Co nas łączy z judaizmem rabinicznym? Łączy nas korzeń, którym jest Stary Testament. Odczytujemy go w perspektywie chrystologicznej, natomiast judaizm rabiniczny odczytuje go nie tylko w perspektywie bez Chrystusa, lecz przeciw Chrystusowi. Gdy przyglądamy się judaizmowi rabinicznemu, takiemu, jaki on jest, a nie jak się go nam przedstawia, nie ma w nim nic takiego, co moglibyśmy bezkrytycznie i bezrefleksyjnie wykorzystać. Mamy wszystkie podstawy i wszystkie narzędzia do wyznawania i promowania wiary chrześcijańskiej.

    W judaizmie rabinicznym jest ogromny potencjał antychrześcijańskości, lecz przez te kilkadziesiąt lat „dialogu” zrobiono bardzo mało, aby tę sytuację zmienić. W wielu środowiskach żydowskich, takich jak ortodoksi czy ultraortodoksi, nie wykonano w tym kierunku ani jednego kroku. Jesteśmy przez nich postrzegani i traktowani jak poganie. Do kontaktów z nami garną się nieliczni z żydowskich środowisk reformowanych i liberalnych, których poglądy i postawa nie mają przełożenia na ich współwyznawców.

    Jako współzałożyciel Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, powstałej w 1991 roku, ten dialog wyobrażał Ksiądz sobie zapewne inaczej?

    Powtarzam stale jedno: problemem w dialogu nie są Żydzi, bo Żydzi są tacy, jacy są. Jeżeli ich znamy i chcemy wejść z nimi w dialog, powinniśmy ich szanować takimi, jakimi oni są, pod warunkiem, że nie uzewnętrznia się wtedy zapiekła wrogość wobec nas oraz odwrotnie – nasza wobec nich. Problem z tym, co jest nazywane dialogiem, istnieje w Kościele. Przez długie lata, które upłynęły od soborowej deklaracji „Nostra aetate”, nie udało się wypracować w Polsce żadnego pogłębionego spojrzenia na ten dokument, tylko wciąż powtarza się te same zdania, a także – najczęściej przekręcone – wspomniane sformułowanie Jana Pawła II. Bo co to znaczy deklarowanie, że Żydzi rabiniczni są naszymi „starszymi braćmi w wierze”? To znaczy, że, mówiąc dosadnie, rezygnujemy ze Starego Testamentu; uznajemy, że jedynymi kontynuatorami i spadkobiercami Starego Testamentu są Żydzi, a my się tam tylko na jakimś etapie „podłączyliśmy”. A przecież, wbrew podszeptom, jakie się pojawiają, nie otrzymaliśmy Starego Testamentu od Żydów! Otrzymaliśmy go od Jezusa Chrystusa i od Kościoła apostolskiego, czyli od tych, którzy w Chrystusa uwierzyli i Go wyznawali. Gdybyśmy oczekiwali, że Żydzi, którzy odrzucili Jezusa dadzą nam Stary Testament, byłby to Stary Testament przepuszczony przez filtr silnej antychrystologicznej i antychrześcijańskiej interpretacji.

    Powiada Ksiądz profesor, że dialog chrześcijańsko-żydowski w naszym kraju jest parodią. Czy podobnie krytycznie patrzy Ksiądz na organizowany corocznie od blisko 30 lat Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce?

    Paradoks polega na tym, że od samego początku, od zarania, byłem przy tej inicjatywie i ją popierałem. Była dyskutowana przez kilka lat na posiedzeniach Rady Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem, a wtedy jej przewodniczącym był biskup, a potem arcybiskup poznański Stanisław Gądecki. Wówczas na tych posiedzeniach można było rozmawiać, dyskutować, polemizować, uściślać, itd. Głównym celem tego dnia miało być promowanie katolickiej teologii judaizmu na użytek naszych wiernych. Dzięki otwartości biskupa Gądeckiego i właściwemu wyprofilowaniu Dnia Judaizmu, przygotowywane były i drukowane – bez żadnych kosztów ponoszonych przez Kościół! – materiały, które trafiały do wszystkich parafii w Polsce. Nie było tam polityki, nie było wypaczania nauki Kościoła, lecz podstawowy wykład opartej na Piśmie Świętym i Tradycji katolickiej teologii judaizmu. Jedni przyjmowali to z wdzięcznością, inni nieufnie, ale nie było widocznego sprzeciwu czy wrogości, bo dbaliśmy o wymiar wyłącznie religijny. Kiedy arcybiskup Gądecki przestał być przewodniczącym wspomnianej Rady, zmieniono całkowicie jej skład, weszli zupełnie nowi ludzie i rozpoczęła się degrengolada, która trwa do dnia dzisiejszego.

    Gdy przystępowaliśmy do zainicjowania obchodów Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce, bo taka jest pełna nazwa, to judaizm współczesny był postrzegany jako proste, a nawet jedyne, przedłużenie religii Starego Testamentu. Mieliśmy w Polsce, ustawiony też pod względem politycznym, Związek Religijny Wyznania Mojżeszowego [działał do 1992 roku; rok później powstał jako jego prawny kontynuator – Związek Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP – KAI].

    Wydawało się, że być Żydem to znaczy być wyznania Mojżeszowego. Należało więc tłumaczyć, że wraz z Jezusem Chrystusem na tym korzeniu religii biblijnego Izraela, którego świadectwem są pisma Starego Testamentu, wyrosły dwie rzeczywistości: chrześcijaństwo oraz judaizm rabiniczny. Paradoks polega na tym, że chrześcijaństwo jest pod wieloma względami bliższe instytucji i przesłania Starego Testamentu niż judaizm rabiniczny. W chrześcijaństwie są instytucje, które istniały w Starym Testamencie – świątynia, ofiary, kapłani, natomiast w judaizmie rabinicznym tego wszystkiego nie ma. Dlatego nie jest to stricte religia Mojżeszowa. Oczywiście, ona odwołuje się do Mojżesza, tak jak my się odwołujemy, ale Mojżesz i cały Stary Testament to jest wspólne dziedzictwo – chrześcijaństwa i judaizmu. Po dobrym początku od około 20 lat w Dni Judaizmu dominuje perspektywa historyczna, bardzo często upraszczana i wypaczana, oraz ponawiane zmuszanie katolików i Polaków do nieustannego bicia się w piersi.

    Powiem więcej: kiedy przez ostatnie ponad dwa lata trwa krwawa rozprawa z mieszkańcami Gazy i Autonomii Palestyńskiej, gdzie w bestialski sposób zostało zamordowanych kilkadziesiąt tysięcy ludzi, setki tysięcy zostało kalekami, a 2 miliony wyrzucono z domu, te fakty nie miały żadnego przełożenia ani oddźwięku w dialogu polsko-katolicko-żydowskim. Mało tego, niektórzy jego przedstawiciele mówią, że trzeba zdecydowanie odróżnić perspektywę religijną od perspektywy politycznej. Twierdzą: my zajmujemy się tym, co religijne, natomiast tym, co polityczne nie. Ale przecież ludobójcza polityka prowadzona przez Izrael wobec ludności arabskiej, muzułmańskiej i chrześcijańskiej, ma podtekst i uzasadnienie religijne. W styczniu tego roku na centralnych obchodach Dnia Judaizmu, w Płocku, obecny był ambasador Izraela. Czy to jest perspektywa religijna czy polityczna? To wszystko daje do myślenia, ale jest wypierane ze społecznej świadomości.

    Jak dziś patrzy Ksiądz – także jako współzałożyciel Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów – na rozchodzenie się swoich dróg ze środowiskami żydowskimi? Czuje się Ksiądz w przegrany, rozgoryczony, nierozumiany?

    Przede wszystkim nie czuję, aby te drogi się rozeszły, dlatego że ze środowiskami żydowskimi nigdy nie byłem tak bardzo sfraternizowany, żebym cokolwiek utracił. Nadal utrzymuję kontakty z tymi, którzy mnie szanują i staram się to im szczerze odwzajemniać.

    Czuję natomiast rozejście się dróg z niektórymi osobami w Kościele.

    Problem tkwi więc raczej w Kościele, aniżeli na linii Kościół-judaizm.

    Tak, bo nie ma rzetelnego spojrzenia na relacje z Żydami i judaizmem ani szczerej rozmowy wewnątrz Kościoła na ten temat. Odnoszę wrażenie, że ludzie, którzy tym się zajmują, z jakichś sobie tylko wiadomych powodów, chcą podobać się Żydom i mają z tego tytułu pewne profity (przynajmniej w ich subiektywnym odczuciu to są profity.)

    To grono jest bardzo wąskie. Ci najbardziej aktywni to kilkanaście osób. Tych, którzy są tak czy inaczej aktywni, będzie kilkaset, a tych, którzy są bezkrytycznie podatni będzie pewnie tysiąc czy dwa. Ale nas jest 38 milionów, w ogromnej większości katolików, więc nie wystarczy głośno krzyczeć i organizować imprezy, które mają charakter dość zamknięty. Poza tymi, którzy w nich uczestniczą, nikogo to nie interesuje, nie pociąga, a nawet irytuje, bo ludzie nie znajdują odpowiedzi na pytania, które sobie noszą. Tymczasem nad tymi pytaniami przechodzi się do porządku dziennego. Nie na tym ma ten dialog polegać, nie tak był Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce zamierzony ani nie takie były jego początki.

    Od kilkunastu lat Dzień Judaizmu nabrał rumieńców politycznych, kulturowych, ekonomicznych i często z perspektywą religijną i teologiczną nie ma wiele wspólnego. To, że odbywa się w kościołach, niczego nie zmienia. To, że spotyka się ze sobą rabin i ksiądz czy rabin(ka) i biskup nie oznacza, że to już jest dialog.

    Cóż, spotkają się, zjedzą to, co nazywają koszernym jedzeniem, porozmawiają i powiedzą, że mamy siebie nawzajem słuchać. Brzmi to pięknie, z tym, że przypomina słuchanie radia i nie ma przełożenia na to, co jest naprawdę ważne dla wiernych oraz ich wiary w Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie.

    Tradycyjnie już Dzień Judaizmu sąsiaduje w kalendarzu z Tygodniem Modlitw o Jedność Chrześcijan. Jak postrzega Ksiądz wysiłki ekumeniczne, perspektywy dialogu między chrześcijanami. Chrystus prosił: „aby byli jedno”. Ale jak tę jedność rozumieć: wszystkich w jednym Kościele, czy też w różnych wspólnotach, ale skoncentrowanych na Chrystusie? Bo jedność nie jest tożsama z jednolitością?

    Myślę, że ekumenizm jest potrzebny najpierw w obrębie samego Kościoła katolickiego, dlatego, że są w nim nurty, poglądy, tendencje i napięcia, które nas bardzo różnią między sobą.

    Wykładałem w Rydze, w Kijowie i w Mińsku na Białorusi. Podróżowałem po Rosji aż po Syberię. Widziałem, jak wygląda tam życie katolików. Tamtejsi katolicy właściwie nie czują żadnej wspólnoty z katolikami w Holandii, Niemczech czy Stanach Zjednoczonych. Wydaje im się, że tamci ze swoimi postulatami i sposobem życia są na zupełnie innym biegunie.

    Na pewno trzeba budować jedność w różnorodności, ale ta różnorodność ma swoje granice. Są one wytyczone przez zasady wiary chrześcijańskiej, przede wszystkim przez objawienie się Boga w Jezusie Chrystusie, dzięki któremu wyznajemy, że Bóg jest Ojcem i Synem, i Duchem Świętym, a także przez żywą wiarę w zmartwychwstanie Jezusa i Jego realną obecność w Eucharystii. Ale co do tych prawd wiary, bardzo różnimy się z protestantami, co przenosi się na sakramenty święte i kapłaństwo. Są zatem sprawy, które nas bardzo różnią i nie wygląda na to, żeby te różnice zostały przezwyciężone.

    W tych warunkach ekumenizm polega więc na tym, żebyśmy unikali takich sporów, konfrontacji i waśni, które zaciemniają wiarygodność dawania świadectwa Chrystusowi. Żebyśmy – mając świadomość różnorodności i odmienności, jakiej nie da się przezwyciężyć w dyskusjach – wobec świata, który wymaga spójnego świadectwa wiary występowali jako bracia i siostry.

    Patriarcha ekumeniczny Bartłomiej twierdzi, że jeśli jako wierni różnych wyznań chrześcijańskich jesteśmy naprawdę blisko Chrystusa – to w istocie będziemy też bliżej siebie.

    Jest to pójście po linii nauczania św. Pawła, który np. zwracał się do wspólnoty korynckiej, która liczyła wtedy kilkaset albo najwyżej kilka tysięcy wiernych, lecz już dochodziło w niej do bardzo silnego zróżnicowania. Widząc narastające podziały, Paweł zapytał ich z przejęciem: „Czy Chrystus jest podzielony?”. I to pytanie dzisiaj jest tak samo aktualne. Chrystus jest jeden, ale my, Jego wyznawcy, jesteśmy podzieleni i skłóceni. Chodzi więc o to, żeby te podziały w żadnym wypadku nie odgradzały nas od Chrystusa, ani nie tworzyły barier pomiędzy nami. Gromadzimy się wokół Chrystusa, przychodzą do Niego ludzie różnych kultur, języków i wyznań, ale On nas łączy.

    Nie da się stworzyć jakiegoś świata jednorodnego, bo zawsze będzie on zróżnicowany pod względem płci, wieku, wykształcenia, możliwości umysłowych, intelektualnych, duchowych, itd. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że ludzie w swoich poglądach i sposobie wyznawania wiary różnią się między sobą. Gorzej, jeżeli te różnice są przekuwane we wrogość.

    W deklaracji katolicko-muzułmańskiej podpisanej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich przez Franciszka i wielkiego muftiego czytamy: „Pluralizm i różnorodność religii, koloru skóry, płci, rasy i języka są wyrazem mądrej woli Bożej, z jaką Bóg stworzył istoty ludzkie”. W 2024 r. podczas trzydniowej wizyty w Singapurze papież Franciszek oświadczył, że „wszystkie religie są drogą do Boga”. Jan Paweł II wymyślił i zrealizował międzyreligijne spotkania w Asyżu. Dużo wcześniej Sobór Watykański II orzekł, że Kościół katolicki nie odrzuca z innych religii tego, co jest w nich prawdziwe i święte. Czyżby Bóg chciał wielu religii?

    Odpowiadając, nawiążę krótko do katolickiej teologii judaizmu. Jeżeli ktoś mówi o Żydach jako o „starszych braciach” i powołuje się na Jana Pawła II bez owego znamiennego dopowiedzenia: „w pewien sposób”, to można zadać pytanie: Czyżby przez 1900 lat Kościół nie wiedział, że ma starszego brata? Bo przecież nigdy i nigdzie w chrześcijańskiej teologii i nauczaniu takiego ujęcia nie było. Trzeba było czekać prawie dwa tysiące lat, żeby to „starszeństwo” odkryć? Chodzi bowiem o coś więcej niż braterstwo.

    Wspomniał pan o wypowiedziach Jana Pawła II i Franciszka. Ale problem nie jest nowy, bo zajmowano się nim od starożytności. Od I i II wieku zadawano pytanie, jak ma wyglądać stosunek wierzących w Jezusa Chrystusa wobec pogan, którzy byli przecież ludźmi religijnymi. Modelowe jest tu nauczanie Klemensa Aleksandryjskiego (II-III wiek), autora słynnych „Stromata” (Kobierce), przedstawiające różnorodność religijną jako świat utkany z różnych barw i odmiennych wzorów. Od starożytności znana jest zasada, że w innych religiach znajdują się „semina Verbi”, ziarna Słowa. Od zawsze też istniało przekonanie, że starożytni, nie tylko Izraelici, lecz również Grecy przez swoją filozofię i Rzymianie przez swoje prawodawstwo torowali drogę do Jezusa Chrystusa i do objawienia się Boga. Dlatego pojawiały się dające wiele do myślenia dociekania i głosy, że gdy Bóg objawił się w Jezusie Chrystusie, wtedy ci, którzy byli do tego najlepiej przygotowywani, w większości Go nie uznali, natomiast przyjęli Go ci, którzy takiego przygotowania nie mieli. Mieli jednak inne przygotowanie: poprzez filozofię grecką i porządek rzymski czy – co sugeruje opowiadanie o Mędrcach ze Wschodu, którzy przybyli do Betlejem – mądrość perską. Okazało się, że to też była droga Boga do świata. Bardzo obrazowo, zwłaszcza przy okazji święta Objawienia Pańskiego, czyli Trzech Króli, mówił o tym papież Benedykt XVI.

    To, że w innych religiach są „ziarna prawdy”, jest oczywistością. Wystarczy wyjechać poza własne polskie podwórko, choćby na daleką Syberię czy do Mongolii, albo do Afryki czy na Daleki Wschód, żeby spotkać ludzi, którzy nie znając Chrystusa, nigdy o Nim nie słysząc, modlą się, prowadzą dobre życie, mają zasady swojej wiary i określony sposób postępowania, a których postawa w wielu dziedzinach zasługuje nie tylko na szacunek, ale i na to żebyśmy w swoim wyznawaniu wiary byli równie konsekwentni i równie wytrwali.

    Może więc Bóg chciał wielości religii?

    Nie wiem, czy Bóg chciał wielości religii. Wielość religii zależy od ludzi, a nie od Boga. Bóg chce jedności rodzaju ludzkiego zbudowanej na wspólnym fundamencie wyznawania Go i pełnienia Jego woli. Natomiast mamy do czynienia ze światem takim, jaki jest. Kwestia więc nie w tym, że Bóg chciał wielości religii, tylko że Bóg – jeżeli mamy użyć antropomorfizmu – musi się pogodzić z wielością różnych religii, bo szanuje wolną wolę ludzi. Zatem w różnych religiach uznaje tę tęsknotę i tę drogę, która tak czy inaczej do Niego prowadzi.

    Liczby dotyczące Kościoła w Polsce stale maleją: zmniejszają się tzw. siły apostolskie, liczba powołań itd., księża się starzeją, praktyki religijne spadają, młodzież odchodzi. Czy to Księdza niepokoi czy może wywołuje refleksję, że nadchodzi Kościół – w Polsce i Europie – małych enklaw, od których znów zapłonie ewangeliczny ogień powodujący wzrost?

    Nie wiem, jaka będzie przyszłość. Wiem, jaka była przeszłość i jaka jest teraźniejszość. Wskazałbym na dwie rzeczy. Jeżeli chodzi o zjawisko odejścia od Kościoła, jego przyczyną jest ogromne zaniedbanie wiernych przez Kościół w okresie pandemii. Reakcję wielu z nich streściłbym tak: jeżeli w trudnym czasie nie było przy nas Kościoła, nie było go przy umierających, nie było w szpitalach, świątynie były zamknięte, a niektórzy hierarchowie twierdzili, że pójście do kościoła to grzech, a więc jeżeli w tym tak trudnym czasie można się było obyć bez Kościoła, to do czego jest on potrzebny wtedy, kiedy jest spokój i kiedy wierni nie odczuwają tak wielkich duchowych zagrożeń? Myślę, że skutkiem tego, co się wydarzyło, jest nie wrogość czy sprzeciw wobec Kościoła, lecz coś znacznie gorszego: obojętność. I teraz ponosimy konsekwencje rosnącej obojętności, która jest gorsze niż wrogość, bo ta skłania ku temu, aby rozmawiać, argumentować i się sprzeczać. Przejawem obojętności jest wzruszenie ramionami i grymas na twarzy.

    Druga sprawa: powołania. W latach 70, 80. i 90. mieliśmy pełne seminaria. Każdego roku było święconych tysiące księży, budowaliśmy kościoły i wszystkie były obsadzone, księży nie brakowało. No i co się stało? Zmarł Jan Paweł II, rozpoczęły się różnego rodzaju nagonki na Kościół i ci, którzy tak licznie pielgrzymowali do Rzymu, w tym duchowni, i mają fotografię z Janem Pawłem II w swoich domach i plebaniach, uznali nagle, że to przestaje mieć znaczenie i zapomnieli o tym, co przeżyli. Duża liczba księży nie przełożyła się też na jakość duszpasterstwa ani jego skuteczność.

    Jeżeli zatem mamy teraz małą liczbę kandydatów do kapłaństwa, trzeba ze wszech miar zachęcić ich, przekonać i zaświadczyć, że bycie księdzem jest czymś szlachetnym i pięknym. Przecież obraz księdza został zohydzony, oszpecony, obrzydzony i wypaczony. Wizerunek księdza z początków mojego kapłaństwa, czyli sprzed pół wieku, i ten dzisiejszy, to coś diametralnie innego. Wytworzono takie stereotypy księdza, siostry zakonnej czy zakonnika, że pójście do seminarium i bycie młodym księdzem graniczy z heroizmem. To wszystko działo się i nadal się dzieje, niestety, z udziałem pewnej części ludzi Kościoła. Przy naszym milczeniu zrobiono wiele, żeby „odjaniepawlić” Kościół w Polsce. Głośnych protestów ze strony hierarchii i duchowieństwa nie było. No więc „odjaniepawlanie” trwa…

    Nie możemy poprzestawać na statystykach i socjologii, lecz podjąć teologiczny, religijny obrachunek z przeszłością, którą przeżyliśmy jako dwa czy trzy ostatnie pokolenia. Trzeba to zrobić po to, żeby na tym fundamencie kształtować przyszłość. Bardzo ważne też jest, żeby zaprzestać zohydzania wizerunku kapłana jako tego, kto zagraża dzieciom i młodzieży. Tymczasem każdy przypadek nadużyć, które niestety się zdarzają, jest zwielokrotniany przez nagłaśnianie go i powtarzanie. Nie brakuje też przykładów ogromnej krzywdy wyrządzonej wielu biskupom i księżom, która nie została naprawiona.

    Co Księdza osobiście teraz pasjonuje od strony biblijno-naukowej? Nad czym Ksiądz teraz siedzi, co studiuje czy zgłębia?

    Na początku swojej pracy dydaktyczno-naukowej zasugerowałem trzy kierunki badań: literatura targumiczna, czyli aramejskie przekłady Biblii Hebrajskiej, natura i znaczenie Septuaginty, czyli Biblii Greckiej, oraz nowatorska koncepcja diaspory Izraelitów w Asyrii. Dwa pierwsze kierunki są rozwijane. Trzeci, bardzo obiecujący, czeka na podjęcie i rozwijanie. Jestem przekonany, że wyznacza drogę, która otwiera nowe możliwości w badaniach biblijnych.

    Pracuję nad przekładem Biblii Hebrajskiej na język polski, zaopatrzonym w komentarz. Ukazał się już Pięcioksiąg Mojżesza, dwa wydania. Teraz pracuję nad przekładem zbioru Proroków, też z komentarzami. Robię to z myślą o zwyczajnych wiernych, którzy przeczytają tekst i skorzystają z objaśnień napisanych nie w formie krótkich przypisów, lecz ciągłej i spójnej narracji. Nadal prowadzę też rekolekcje i dni skupienia, konferencje biblijne i wykłady popularne, a także pielgrzymki do krajów biblijnych.

    No i oczywiście filatelistyka…

    To moja pasja od dzieciństwa. Udokumentowałem do końca roku 2015 pontyfikat Jana Pawła II. Wszystkie znaczki pocztowe i pochodne wobec znaczka pocztowe formy wydawnicze z całego świata zostały przeze mnie zebrane, pokazane, zilustrowane i w dwóch tomach opisane. Jedną kolekcję przekazałem do Muzeum Jana Pawła II i Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, drugą do Muzeum Pamięć i Tożsamość w Toruniu. Mam jeszcze trzecią, najlepsza, która czeka na dobry adres.

    Inna, staje powiększająca się, kolekcja to Stary Testament na znaczkach pocztowych. Zgromadziłem kilka tysięcy walorów z całego świata.

    Znaczki dotyczące Starego Testamentu są wciąż emitowane?

    Oczywiście, każdego roku. Nie tylko archeologia i geografia, lecz także rozmaite motywy biblijne i postacie, jak Dawid i Batszeba, Salomon, Mojżesz, malarstwo, wielkie galerie…

    Zgromadzić kilka tysięcy znaczków z motywami Starego Testamentu to chyba nie była łatwa sprawa?

    Opowiem panu przygodę sprzed 40 lat. Będąc latem w Zakopanem wszedłem do sklepu filatelistycznego (dziś już go nie ma). Właściciel powiedział mi, że wśród nabytków do sprzedaży jest kilka klaserów, które przyniósł pewien chłopak, bo pozostały po zmarłym dziadku.

    To były znaczki ze sztuką, wydane w Związku Radzieckim, NRD, Włoszech, Francji i Bóg wie gdzie jeszcze. Biorę te klasery do ręki i widzę: Adam i Ewa w raju, stworzenie Ewy, Dawid i Batszeba, Zuzanna w kąpieli… Sprzedawca uważnie patrzy się na mnie i na to, co wybieram, i mówi: „Panie, niech pan powie, że gołe babki zbiera, bo ja mam tego więcej”.

    Znaczki pocztowe zawładnęły Księdzem już w bardzo młodych latach.

    Tak, zbierałem je od dziecka. Z tym, że jeżeli chodzi o Stary Testament, zacząłem je kolekcjonować na studiach w Rzymie, a potem w Jerozolimie. Poza tym mam pełny zbiór znaczków Watykanu oraz zbiór „Królowie i książęta polscy” – bardzo lubię historię Polski.

    Filatelistyczne hobby jest wspaniałą odskocznią od profesjonalnego zgłębiania Biblii, ale uzupełnia, choć w lekki sposób, główne pole Księdza zainteresowań.

    Jestem członkiem, a od kilku lat honorowym przewodniczącym Stowarzyszenia Biblistów Polskich, ale także Polskiej Akademii Filatelistyki. Zajmuję się tam tematyką religijną i uczestniczę w dorocznych konferencjach. Z kolei biblistom uświadamiam jak wiele biblijnych motywów jest na znaczkach.

    W związku z 75. urodzinami życzę Księdzu Profesorowi wielu ważnych odkryć naukowych a także sukcesów w popularyzacji Biblii wśród szerokiej publiczności. A także skutecznego oddziaływania jeśli chodzi o kwestie dotyczące dialogu chrześcijańsko-judaistycznego.

    Co do dialogu to wydaje mi się, że stworzyłem pewne podwaliny, od których nie ma ucieczki. W tym sensie, że cztery tomy rozmów ze mną opublikowanych przez wydawnictwo Fronda oraz mnóstwo innych publikacji zmieniło jednak świadomość w tych sprawach. W każdym razie to, co do mnie w tej dziedzinie należało, zrobiłem. Będę kontynuował pracę nad przekładem pierwszej części chrześcijańskiego Pisma Świętego.

    A poza tym mam wypróbowanych przyjaciół, dobre warunki mieszkaniowe i kota. Mam też swoją parafię, z którą jestem bardzo związany, i utrzymuję bardzo dobre, przyjacielskie kontakty z miejscowymi księżmi i wiernymi. Tych wartości nie sposób przecenić.

    I jeszcze życzę, żeby Księdza oponenci uznali, że w tym, co Ksiądz głosi na temat relacji z Żydami, są jednak jakieś „semina Verbi”.

    Byłoby dobrze, gdyby tak się stało, ale powiem nie bez pewnego bólu: nie wiem, czy część z nich jest zdolna do jakiegokolwiek przewartościowania spojrzenia, które próbuje narzucić innym.

    Jestem w każdej chwili gotowy do szczerej i uczciwej rozmowy na te tematy. Zwłaszcza w obrębie Kościoła i tych, którzy w Kościele się tymi sprawami zajmują. Natomiast, a mówię to z przykrością, przez ostatnie ponad 20 lat nikt z kościelnych gremiów, które obnoszą się z hasłami dialogu katolicko-żydowskiego, mi tego nie proponował ani nawet nie próbował.

    Może ta nasza rozmowa coś zmieni?

    Wiele czasu nie ma.

    rozmawiał Tomasz Królak (KAI)

    ***

    Biblista: Żydzi potrzebują Chrystusa tak samo jak reszta ludzkości

    (Gwiazda Dawida, zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Pixabay)

    ***

    O dzisiejszym Izraelu i o Żydach na świecie można mówić jako spadkobiercach tych, wśród których Bóg zapowiedział przyjście Mesjasza – pisze ks. prof. Waldemar Rakocy CM. Nie znaczy to, jak dodaje, że są ludem wybranym i korzystają z przywileju wybraństwa, bo o tym decyduje realizacja woli Bożej związanej z ich wybraniem. „Tą wolą było przyjęcie Chrystusa i Jego ogłoszenie światu, cel ich wybrania. A oni Go odrzucili” – pisze biblista w przesłanym KAI artykule. Nawiązuje w nim m.in. do niedawnego wywiadu ks. prof. Waldemara Chrostowskiego dla KAI.

    Poniżej treść artykułu:

    SPORY WEWNĄTRZ CHRZEŚCIJAŃSTWA ZWIĄZANE Z JUDAIZMEM

    Jako profesor teologii ze specjalizacją nauk biblijnych pragnę podzielić się z zainteresowanymi kilkoma istotnymi dla chrześcijaństwa tematami powiązanymi – poza ostatnim – z judaizmem. Wśród chrześcijan występują w związku z nimi różnice zdań i zaognione dyskusje. Można to rozstrzygnąć jedynie na gruncie argumentów.

    W Polsce częścią tego sporu jest dialog z judaizmem. Z jednej strony mamy stanowisko ks. prof. Waldemara Chrostowskiego (wywiad w eKAI) a z drugiej stanowisko ks. kard. Grzegorza Rysia, które prezentuje on w swoich wypowiedziach. Pragnę odnieść się również do tej części sporu w jednym z punktów, tj. w jakim zakresie dialog z judaizmem ma sens.

    1. Czy Żydzi są narodem wybranym?
    Zdania są tu mocno podzielone. Otóż w zamyśle Bożym przynależność etniczna do jakiegoś ludu nigdy nie równała się wybraństwu w znaczeniu ludu Bożego. Wybraństwo jest kategorią zbawczą, a nie etniczną. W wybraństwie uczestniczy ten, kto odpowiada na Boże wezwanie. Celem wybrania Izraela było obwieszczenie światu przyjścia Mesjasza, Chrystusa. Cel był zbawczy. I z tym celem było związane jego wybranie.

    a) Historyczne wybranie ludu izraelskiego jako miejsca Bożego objawienia i przyjścia w nim Chrystusa jest powodem do chluby, ale nie gwarantuje ono automatycznie wybraństwa w sensie wejścia do ludu Bożego. Fakt urodzenia się Żydem nie zapewnia z góry takiego udziału. Stwierdza to jasno apostoł Paweł w Rz 9, 6b: „Nie wszyscy, którzy pochodzą z Izraela, są Izraelem”. Innymi słowy nie wszyscy, którzy urodzili się Żydami, są Bożym Izraelem, czyli wybranym ludem Bożym. Są nimi ci, którzy odpowiedzieli na Boże wezwanie (obecna w ST koncepcja ‘wiernej Reszty’). I dalej: „[…] i nie wszyscy przez to, że są potomstwem Abrahama, stają się jego dziećmi” (w. 7); „nie synowie co do ciała są dziećmi Bożymi” (w. 8a). Biologiczne pochodzenie od Abrahama nie decyduje o przynależności do ludu Bożego, czyli o byciu dzieckiem Boga. Decyduje ono jedynie o przynależności do etnicznego Izraela, lecz nie do ludu Bożego. Tu musi mieć miejsce odpowiedź na Boże wezwanie.

    Stąd urodzenie się Żydem nie gwarantuje bycia w gronie wybranego ludu Bożego; decyduje jedynie o przynależności do ludu, w którym został zapowiedziany i przyszedł Mesjasz. W przeciwnym razie Bóg byłby niesprawiedliwy: Żyd apostata z racji swego urodzenia uczestniczyłby w Bożym wybraństwie, a bogobojny poganin byłby z niego wykluczony, bo nie urodził się Żydem. Takie są konsekwencje etnicznego rozumienia wybraństwa.

    A czy etnicznemu Izraelowi nie przysługuje tytuł ‘wybrany’ z samego faktu wybrania go przez Boga do misji bycia światłem Bożej prawdy w świecie? Wybranie go w pewnym momencie historii jest faktem i powodem do chluby. Nie było to jednak wybranie dla samego wyróżnienia, ale jego celem było zaniesienie światu orędzia o Bożym zbawieniu. Z tej racji samo historyczne wybranie Izraela nie stanowi uzasadnienia dla przywileju wybraństwa. Rangę wybraństwu nadaje Chrystus, Zbawiciel świata, do którego zmierza całe Boże objawienie. Bez Chrystusa ranga wybrania Izraela traci znaczenie. Staje się on jedną z wielu nacji w świecie.

    b) Niepoprawnym jest przede wszystkim określenie „naród wybrany”. Po pierwsze, Pismo św. nie zna określenia „naród wybrany” używanego powszechnie w jęz. polskim (lecz nie w jęz. obcych: np. the chosen people [ang.], le peuple élu [fr.], il popole eletto [wł.] itd.); Pismo św. zna jedynie pojęcie ludu wybranego. Po drugie, w tamtych czasach nie istniała jeszcze koncepcja narodu, która jest zjawiskiem nowożytnym (na marginesie: tłumacze ksiąg Pisma św. na jęz. polski błędnie używają w odniesieniu do tamtych czasów terminu ‘naród’; wszędzie powinno być ‘lud’, ‘plemię’ itp.). Po trzecie, Sobór Watykański II (Nostra Aetate, pkt. 4) używa w odniesieniu do Żydów czasów ST określenia „lud wybrany”, a nie „naród”; naród może być izraelski, ale nie wybrany. Po czwarte, określenie „naród wybrany” jest niepoprawne teologicznie, ponieważ ma konotację etniczną, ograniczającą etnicznie dostęp do Bożej łaski, co jest sprzeczne z ekonomią zbawienia. Stąd nie mówimy ‘naród Boży’, ale ‘lud Boży’. Jedynie występującym i poprawnym określeniem jest „lud wybrany”. Wybraństwo jest kategorią zbawczą i obejmuje tych, którzy realizują zamysł Boży.

    Określenie „naród wybrany” kształtuje błędne przekonanie, że z racji bycia Żydem ktoś przynależy automatycznie do ludu wybranego. Nigdy przynależność etniczna/narodowa nie równała się Bożemu wybraństwu (chociaż w czasach Jezusa judaizm doszedł już do takiego przekonania). Wybraństwo jest kategorią zbawczą, a nie etniczną.

    c) O dzisiejszym Izraelu i o Żydach na świecie można mówić jako spadkobiercach tych, wśród których Bóg zapowiedział przyjście Mesjasza i w tym sensie ich wybrał jako miejsce Bożego objawienia. Nie znaczy to jednak, że są ludem wybranym, że korzystają z przywileju wybraństwa, bo o tym decyduje realizacja woli Bożej związanej z ich wybraniem. Tą wolą – jak zostało już powiedziane – było przyjęcie Chrystusa i Jego ogłoszenie światu, cel ich wybrania. A oni Go odrzucili. Są grupą etniczną (społecznością) wybraną w pewnym momencie historii jako locus divinae revelationis; następnie część z nich do momentu przyjścia Chrystusa była ludem wybranym (Bożym) w ramach etnicznego Izraela (tzw. ‘wierna Reszta’). Nigdy etniczny, biblijny Izrael jako całość nie stanowił ludu wybranego, ale tzw. ‘wierna Reszta’. Obecnie lud wybrany, lud Boży stanowią ci, którzy przyjęli Chrystusa. Stanowią oni Kościół Chrystusowy, który wywodzi się nie tyle z etnicznego Izraela jako całości, ile z owej ‘wiernej Reszty’ spośród etnicznego Izraela. Kryterium wyboru było zawsze zbawcze. W początkach Kościół składał się z wierzących w Chrystusa Żydów i pogan, a dzisiaj z wierzących w Niego pochodzących z różnych nacji.

    Lud wybrany jako lud Boży jest jeden! Z tej racji nie można mówić o wyznawcach prawa mojżeszowego, że są ludem wybranym. Jest to tworzenie dwóch równoległych porządków zbawczych i zakwestionowanie roli Chrystusa w tworzeniu ludu Bożego: można w Niego wierzyć i można nie wierzyć, a i tak należy się do ludu wybranego, Bożego. Jest to relatywizowanie roli Chrystusa w procesie zbawienia ludzkości. Tak niebezpieczne stwierdzenie nie powinno nigdy pojawić się w przypadku chrześcijanina.

    Obecny stan wyznawców prawa mojżeszowego jasno obrazuje apostoł Paweł metaforą drzewka oliwnego (Rz 11, 16b-24). Żydzi są od niego odcięci. Mogą być na powrót wszczepieni (Bóg ich miłuje [w. 28b]). Ale aktualnie są odcięci. Z tej racji są według apostoła „nieprzyjaciółmi Boga” (w. 28a), co w języku biblijnym oznacza zerwanie z Nim relacji. Nie znaczy to jednak, że Bóg ich odrzucił i nie mają możliwości powrotu. Bóg nikogo nie odrzuca. Żydzi są stale zaproszeni do tego, aby przyjąć Chrystusa, bo „dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne” (w. 29). Boże wezwanie jest stałe („nieodwołalne”) i dlatego Bóg stale wzywa ich do wkroczenia na drogę ku Chrystusowi.

    W dialogu z judaizmem nadużywa się stwierdzenia apostoła Pawła o nieodwołalności Bożego wezwania do tego, żeby dowieść, iż judaizm stale korzysta z przywileju wybrania. Myśl apostoła jest jasna. Izrael odrzucił Mesjasza (Chrystusa) i z tej racji stał się nieprzyjacielem Boga. Trwa stale w tym stanie, bo jego przyczyną jest odrzucenie Chrystusa. Nie zmieni się to, dopóki Go nie przyjmie. Bóg go jednak miłuje, a przyrzeczone mu dary i wezwanie Boże do bycia światłem Bożej prawdy w świecie są do zrealizowania wraz z przyjęciem Chrystusa. ‘Nieodwołalne Boże wezwanie’ nie znaczy, że Żydzi po odrzuceniu Chrystusa nadal korzystają z przywileju wybraństwa. Znaczy to jedynie, że przyjmując Chrystusa mogą ponownie w nim uczestniczyć. Bóg nie zmienia zdania co do wybrania Izraela w pewnym momencie historii i stale wzywa go do wkroczenia na drogę ku Chrystusowi.

    Zasada, jaka stosuje się do Żydów z powodu odrzucenia Chrystusa, czyli nieuczestniczenie w Bożym wybraństwie, dotyczy również wspólnoty Kościoła. Przyjście na świat we wspólnocie Kościoła nie oznacza zawsze bycia częścią ludu Bożego, ludu wybranego. Ktoś może odwrócić się od Chrystusa i pozbawić łaski stanowienia lud Boży.

    2. Czy przymierze na Synaju jest stale aktualne?
    Przymierze na Synaju wygasło i tym samym ustało z racji nowego przymierza zawartego w Chrystusie, do którego przygotowywało: „Ponieważ zaś mówi o nowym [przymierzu], pierwsze uznał za przestarzałe; a to, co się przedawnia i starzeje, zanika” (Hbr 8, 13). Utrzymywanie, że przymierze na Synaju nadal trwa, jest uznaniem za niepotrzebne (czy o względnej wartości) przymierza zawartego w Chrystusie. Tymczasem przymierze na Synaju jest etapem na drodze ku Chrystusowi i Jego Kościołowi. Doprowadziło ono do Chrystusa, spełniło swoją rolę i wygasa. Nie jest anulowane, odwołane, ale wygasa, ustaje. Gdyby Żydzi przyjęli Chrystusa, właśnie tak by o nim myśleli i mówili. Postrzegają je jako stale trwające, bo nie przyjęli Chrystusa.

    Przymierze na Synaju wygasło, ponieważ według apostoła Pawła było „posługiwaniem śmierci” (2 Kor 3, 7) i „posługiwaniem potępieniu” (w. 9) oraz zaprowadzało stan niewoli z racji ludzkiej grzeszności (Ga 3, 23; 4, 24). Mówiło ono, jak należy postępować w życiu (przykazania), ale nie dawało siły do podążenia wskazaną drogą. W ten sposób pogrążyło człowieka w grzechu (Rz 5, 20a). Przymierze synajskie musiało wygasnąć. Zostało zastąpione relacją z Bogiem nawiązaną w Chrystusie, który wyzwala człowieka z grzechu i zaprowadza w nim pełnię życia z Bogiem.

    Posługiwanie się stwierdzeniami, że Bóg nie odwołał przymierza na Synaju albo że ono nie zostało anulowane, kryje w sobie manipulację. Poprzez prawdziwe stwierdzenie, że Bóg nie odwołał przymierza na Synaju (bo ono samo wygasło), prowadzi się adresata do wniosku, że skoro nie zostało odwołane, to nadal trwa, co jest nieprawdą. Bóg go nie odwołał, ale po-prawnym wnioskiem nie jest, że nadal trwa, ale że samo wygasło.

    Utrzymywanie, że przymierze na Synaju jest stale aktualne, jest tworzeniem równoległej rzeczywistości zbawczej: jednej z Chrystusem, a drugiej bez Niego. Jest to występowanie przeciwko zbawczemu planowi Boga.

    3. Czy Żydzi wierzą w prawdziwego Boga?
    Izraelitom (Żydom) objawił się Bóg prawdziwy, ale odrzucając Chrystusa, odrzucają oni prawdziwego Boga. Nie wygląda to tak, że Izrael odrzucił Syna Bożego, a trwa przy Bogu. Kto odrzuca Syna, nie ma też Ojca (1 J 2, 23), bo Bóg jest jeden. Izrael odwołuje się do prawdziwego Boga, ale Go nie zna, bo On objawił się w Chrystusie. Dopiero Chrystus objawia Ojca i tajemnicę Trójcy Świętej. To, co o Bogu poznał biblijny Izrael, jest mglistą wiedzą w porównaniu z poznaniem Go w Synu Bożym (J 10, 30: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”; 14, 9: „Ten, kto widzi Mnie, widzi i Ojca”). Sytuacja obecnego Izraela jest trudna, bo zna on tylko „ogólnie” Boga, bo nie zna Ojca, nie zna Ducha Świętego, a Syna Bożego nie tylko nie zna, ale jeszcze odrzuca. Wyznawcy prawa mojżeszowego nie poznali prawdziwej natury Boga – nie poznali tym samym Boga. Na ich oczach spoczywa zasłona (2 Kor 3, 14). Czy w tej sytuacji wierzą oni w prawdziwego Boga czy w swoje wyobrażenie o Nim? Pozostawiam to każdemu do refleksji.

    Odrzucając Syna Bożego, Izrael odrzucił Boga Jahwe, bo Jezus razem z Ojcem i Duchem Świętym jest Bogiem Jahwe: „Jeżeli nie uwierzycie, że JA JESTEM [który jestem], pomrzecie w grzechach swoich” (J 8, 24. 58). Jezus jest Bogiem Jahwe i dlatego odrzucenie Go jest odrzuceniem prawdziwego Boga – stąd konkluzja: „[…] pomrzecie w grzechach swoich”. Nie można trwać przy Bogu, odrzucając Syna Bożego, który poprzez jedną naturę boską jest jednym Bogiem z Ojcem i Duchem Świętym. Odrzucenie Syna Bożego jest odrzuceniem (całego) Boga.

    Chrystus nie jest dopełnieniem wiary Żydów w Boga (obrazowo brakujące np. 30%), ale całym poznaniem Boga (obrazowo 100%). Z tej racji „w nikim innym nie ma zbawienia” (Dz 4, 12).

    4. Czy Żydzi potrzebują Chrystusa tak samo jak pozostała ludzkość?
    Żyd potrzebuje w takim samym stopniu Chrystusa, i nawrócenia w Nim do Boga, co wszyscy inni ludzie. Dlaczego? Bo odkupienie jest nowym stworzeniem w Chrystusie (Ga 6, 15; 2 Kor 5, 17; Ef 2, 15). Nie jest wydoskonaleniem starego porządku zbawczego, ale powołaniem go do istnienia od początku! Właśnie dlatego, że jest to nowy porządek zbawczy (nowe stworzenie), każdy musi do niego wejść: tak poganin, jak i Żyd, bo nikt wcześniej w nim nie trwał. Żyd był w korzystniejszej sytuacji jedynie z tej racji, że był lepiej przygotowany na przyjęcie nowego porządku zbawczego.

    Przyjęcie Chrystusa jest według NT najwyższą formą nawrócenia, której potrzebuje każdy: zarówno Żyd, jak i poganin. Jest odmianą człowieka, jakiej dokonuje w nim Bóg. Nic się nie równa temu, czego Bóg dokonuje w człowieku, kiedy przyjmuje on Chrystusa – odmienia go i wprowadza w nowe życie ze sobą. Żyd potrzebuje takiego nawrócenia tak samo jak poganin, bo porządek religijny Żydów wyznania mojżeszowego nie jest w stanie tego zapewnić! Nie jest prawdą, że przyjmując wiarę w Chrystusa, poganin się nawraca a Żyd jedynie dopełnia swoją wiarę. Skoro jest to nowy porządek zbawczy (nowe stworzenie), każdy wchodzi do niego na tych samych warunkach. Stąd Żyd bezwzględnie potrzebuje Chrystusa.

    Przykładem nowego stworzenia, czyli rzeczywistości nieobecnej w ST, a obecnej aktualnie, jest Kościół. Jest on nowym bytem, stworzeniem, bo jego Ciało, tj. Chrystus, jest nowe. Na etapie ST nie ma niczego, co równałoby się darowi Kościoła. Na etapie ST lud Boży był zgromadzony przy Bogu. Obecnie jest on wszczepiony w Chrystusa, Jego Ciało, i stanowi z Nim jedno. W Kościele jesteśmy członkami Ciała Chrystusa. Nie jest to zatem wydoskonalenie porządku ST ani jego dopełnienie w sensie uzupełnienia brakującego elementu, ale danie czegoś nowego. Z tej racji do Kościoła jako nowego stworzenia, nieobecnego w ST, musi wejść zarówno poganin, jak i Żyd, bo żaden z nich wcześniej nie korzystał z takiego przystępu do Boga (jest on czymś nowym).

    Innym przykładem jest przymierze Boga z człowiekiem. Nie jest to już przymierze, w którym każda ze stron bierze na siebie określone zobowiązania, bo tu w razie nie wywiązywania się jednej ze stron ze swych zobowiązań, przymierze zostaje zerwane. Obecna relacja z Bogiem, zawarta w Chrystusie, nie ma odpowiednika w ST. Nie jest ona przymierzem, ale testamentem, czyli jednostronnym, wspaniałomyślnym obdarowaniem ludzkości przez Boga relacją ze sobą, gdzie Bóg czyni się gwarantem tej relacji i z tej racji nie zostanie ona nigdy zerwana. Testament nie podlega zerwaniu, a jedynie wykonaniu. Określenia jak wydoskonalenie czy dopełnienie nie są tu adekwatne. Obecna relacja z Bogiem na wzór testamentu, nawiązana w Chrystusie, jest ‘nowym stworzeniem’ względem tej starotestamentowej. Daje to, czego tamta nie dawała. To nie jest tylko danie czegoś więcej. Dobrze rozumieli to u początków chrześcijanie i dlatego nazwali księgi święte Starym i Nowym Testamentem, a nie Starym i Nowym Przymierzem.

    ‘Nowe stworzenie’ odnosi się także do koncepcji Mesjasza, synostwa Bożego, dekalogu, kapłaństwa, ekspiacji jako modelu pojednania z Bogiem itd. Każda prawda zbawcza ST, każdy przywilej zostają przewyższone w Chrystusie (nowe stworzenie), bo Bóg dał coś nowego i większego niż na etapie ST. Między Starym a Nowym Testamentem jest ciągłość, drugie wynika z pierwszego, ale między nimi jest jednocześnie niewyobrażalny przeskok jakościowy. Różnicę wyznacza osoba Chrystusa: mówimy tu o różnicy między brakiem Chrystusa a Jego obecnością.

    Między Starym a Nowym Testamentem nie ma przejścia w sensie dopełnienia pierwszego przez jakieś elementy drugiego; jest to danie czegoś nowego (nowe stworzenie w Chrystusie) – czegoś, co niewyobrażalnie przewyższa pierwsze (stan braku Chrystusa i stan Jego posiadania). Ten przeskok wyraża apostoł Paweł w 2 Kor 3, 10: „Wobec przeogromnej chwały [rzeczywistości nowotestamentowej] okazało się w ogóle bez chwały to, co miało chwałę tylko częściową [rzeczywistość starotestamentowa]. ST przy NT jest jak światło świecy przy świetle Słońca; traci całkowicie swój słaby blask.

    5. Jaka jest funkcja Bożych przykazań?
    Między chrześcijaństwem a judaizmem występuje w tym temacie istotna rozbieżność, chociaż część chrześcijan postrzega wciąż rolę przykazań tak jak Stary Testamentu i świat żydowski. Rodzi to rozdźwięk w łonie chrześcijaństwa, gdzie jedni rozumieją funkcję przykazań w duchu Nowego Testamentu, a drudzy trzymają się nadal jej starotestamentowego rozumienia.

    Judaizm i chrześcijaństwo łączy przekonanie, że przykazania zostały dane przez Boga po to, aby człowiek dowiedział się, co jest dobre, a co złe moralnie. Różnica zaczyna występować w momencie, kiedy zapytamy o cel poznania dobra i zła moralnego. Według judaizmu przy-kazania mają pomóc człowiekowi w osiągnięciu stanu sprawiedliwości przed Bogiem. Innymi słowy miały zbliżać go do Boga. Według chrześcijaństwa (głównie nauczania apostoła Pawła) – przeciwnie – celem przykazań było uświadomienie człowiekowi jego grzeszności: „Przez Prawo [przykazania] jest tylko większa znajomość grzechu” (Rz 3, 20b; por. 7, 7) – i tym samym uświadomienie tragicznego stanu wobec Boga. Pawłowe rozumienie przykazań potwierdza przeprowadzany rachunek sumienia, który każdego prowadzi do wniosku, że jest grzesznikiem, a nie świętym. W świetle przykazań jawimy się stale grzesznikami.

    Dlaczego celem przykazań nie było doprowadzenie człowieka do stanu sprawiedliwości przed Bogiem? Bo przykazania nie mają takiej mocy. One pouczają, jak należy postępować, ale nie dają mocy do pójścia tą drogą. A dlaczego celem przykazań Bożych było uświadomienie człowiekowi stanu jego grzeszności? Aby mając tego świadomość, wyjścia z tej tragicznej sytuacji szukał w Odkupicielu. Żeby dostrzec potrzebę Odkupiciela, trzeba mieć najpierw świadomość własnej grzeszności i niemożności wyzwolenia się z niej o własnych siłach. Wtedy szukamy kogoś, kto przyjdzie nam z pomocą w naszej tragicznej sytuacji.

    Rozumienie roli przykazań przez Żydów jako czyniących człowieka sprawiedliwym i tym samym zbliżających go do Boga doprowadziło ich do przekonania o byciu lepszymi moralnie od innych ludzi i tym samym milszymi Bogu. To zaś popychało w kierunku tworzenia kolejnych przepisów prawnych, aby w jeszcze doskonalszy sposób prowadzić życie. Ostatecznie doprowadziło Żydów do przekonania, że przykazania są skutecznym środkiem w dojściu do Boga i Jego największym darem dla nich. Tak oto zamknęli się na Odkupiciela. Odkupiciel stał się niepotrzebny, a nawet przeszkodą w ich drodze do Boga, bo swoją Osobą usuwał w cień przykazania – ich zdaniem najdoskonalszy i skuteczny środek w dojściu do Boga.

    Przystępu do Boga nikt jednak nie zapewni sobie własnym wysiłkiem (tu: zachowywanie przykazań). Przykazania są komunikatem, jak należy postępować w życiu, ale nie mają one mocy zapewnić grzesznikowi przystępu do Boga. Przystęp do Boga zapewnia jedynie Odkupiciel. Dzięki darowi przykazań Żydzi mieli mieć większą od pogan świadomość własnej grzeszności i bić się bardziej od nich w pierś. Dążenie do coraz to wierniejszego zachowywania przykazań miało ich doprowadzić do przekonania, że człowiek jest stale grzeszny i że w przykazaniach nie znajdą rozwiązania sytuacji grzeszności. To pozwoliłoby im otworzyć się na Odkupiciela. Stało się jednak inaczej.

    W tym miejscu należy dodać do tego, co dotyczy życia zgodnego z wolą Boga, że moc do zachowywania przykazań, do życia zgodnego z Bożą wolą płynie od udzielonego przez Odkupiciela Ducha Bożego, który w nas zamieszkuje. To On urabia, kształtuje nasze sumienia i pociąga ku temu, co dobre moralnie; wzbudza w nas upodobanie w tym, co Boże. Wtedy wybieramy to, co zgodne z wolą Boga nie pod przymusem, ale z radością, bo sami tego chcemy; to nas pociąga. Bez Ducha Bożego przykazania byłyby ciążącym jarzmem, brzemieniem. Tłumaczy to, dlaczego dar Ducha Świętego został udzielony w żydowskie Święto Tygodni (Pięćdziesiątnica). Owo święto upamiętniało nadanie Prawa na Synaju. Duch Święty zostaje udzielony w święto upamiętniające nadanie Prawa. Jest to jasny sygnał, że udzielony Boży Duch przejmuje funkcję przykazań: ich treść nadal obowiązuje („Czcij Boga”, „Szanuj rodziców”, „Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij” itd.), ale to już Duch Boży, a nie przykazania, pozwala wypełnić Bożą wolę i zaprowadza w nas Boże życie.

    Smutne jest to, że Boża prawda, przekazana jasno przez apostoła Pawła, nie przebiła się wystarczająco i nie ukształtowała myślenia chrześcijan. Wciąż ciąży na chrześcijanach myślenie starotestamentowe.

    Na koniec ostrzeżenie dla chrześcijan uważających się za lepszych od innych chrześcijan, od wyznawców innych religii lub niewierzących. Wysiłek włożony w życie zgodne w Bożą wolą nie może prowadzić do wyniosłości względem innych, ale do jeszcze mocniejszego bicia się w pierś i pokornego uznania, iż pomimo wysiłków w zachowywaniu przykazań Bożych jesteśmy stale grzesznikami i zbawić nas może jedynie Chrystus. Inaczej popełnimy błąd, jaki popełnił biblijny Izrael.

    6. Czy Żydzi są naszymi starszymi braćmi?
    Zdarza się nadużywać słów Jana Pawła II z 13 kwietnia 1986 r. z jego wystąpienia w synagodze w Rzymie. Przypisuje się papieżowi, że powiedział o Żydach „nasi starsi bracia”. Papież powiedział dokładnie: „[…] i w pewnym sensie można by powiedzieć nasi starsi bracia”. Nie powiedział, że są naszymi starszymi braćmi, bo nie są nimi. Byliby wtedy, gdyby przyjęli Chrystusa. Przez warunkowy charakter wypowiedzi („w pewnym sensie” i „można by powiedzieć”) papież unika znaczenia dosłownego. Jednocześnie wyznacza granicę i rozdział między judaizmem, który odrzucił Chrystusa, a chrześcijaństwem. Są to dwa porządki religijne, które rozwijają się niezależnie od siebie i nie ma między nimi braterstwa wiary w sensie dosłownym, bo występuje rozdźwięk w najistotniejszej kwestii, Mesjasza.

    7. Czy Żydzi ukrzyżowali Chrystusa?
    Odpowiedzialni historycznie za ukrzyżowanie Jezusa byli Żydzi i Rzymianie. Ewangelie nie pozostawiają tu cienia wątpliwości. Chrześcijanie zaś są winni śmierci Chrystusa (KKK 598) w tym sensie, że nasze grzechy doprowadziły do ekspiacyjnej śmierci Chrystusa. Chrystus umarł, ponieważ zgrzeszyliśmy. W tym sensie odpowiedzialna jest cała ludzkość. Trzeba jasno rozgraniczać między historyczną odpowiedzialnością za śmierć Jezusa a winą w sensie religijnym. Nie należy wykorzystywać stwierdzenia Katechizmu Kościoła Katolickiego do wybielania Żydów z ich winy za ukrzyżowanie Jezusa. Nie rozumiemy ich winy jako winy zbiorowej ani dziedzicznej, ale tylko jako winę tych, którzy usilnie zabiegali o wyrok śmierci dla Jezusa i ten wyrok wymusili na Piłacie.

    Posłużę się analogią. To, że Drugą Wojnę Światową wywołali Niemcy, nie znaczy, że wszyscy Niemcy ponoszą za to odpowiedzialność, ale nie znaczy to też, że Niemcy nie wywołali Drugiej Wojny Światowej i nie ponoszą za nią żadnej odpowiedzialności.

    8. Jaka powinna być nasza postawa względem judaizmu?
    1) Należy podtrzymywać kontakty z Żydami, bo wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Boga, ale prawda zbawcza nie może być wyciszana. 2) Nie należy usprawiedliwiać, wybielać odrzucenia Chrystusa przez Żydów (wypaczanie historii zbawienia), ale trzeba pomóc im w otwarciu się na Niego.

    W latach 20. XIX w. Żydzi z synagogi w Strasburgu postanowili przeczytać Nowy Testament i przyjrzeć się jego przesłaniu. Kolejnych trzech rabinów, a z nimi kilkanaście osób z synagogi, przyjęło Chrystusa. Pojawiła się dyspozycja otwartości na prawdę i łaska natychmiast zadziałała. Jest to kierunek, w jakim należy iść w kontaktach z wyznawcami prawa mojżeszowego – tak postępować, aby pojawiła się w nich dyspozycja otwartości na prawdę. Nie należy rezygnować z takich prób. Przykład mamy w apostole Pawle (Rz 11, 14). Nie wolno rezygnować z wysiłków na rzecz pozyskania Żydów dla Chrystusa. Misja ewangelizacyjna stale trwa i obejmuje wszystkich – bez wyjątku. Wymaga jednak roztropności w działaniu.

    W nawiązaniu do powyższego, w kontaktach z judaizmem nie może być to dialog jednostronny, w którym my, chrześcijanie, pochylamy się stale nad ich wiarą, zgłębiamy myśl żydowską, a oni zamykają się całkowicie na myśl chrześcijańską. Nie jest to dialog, ale jednostronna rozmowa. W szczerym dialogu każda ze stron powinna wysłuchać racji drugiej strony. Jeżeli tego nie ma, wzajemne spotkania skutkują „urabianiem” przez myśl żydowską chrześcijan biorących w nich udział, którzy przejmują żydowskie myślenie i rozumienie historii zbawienia. Chrześcijanie się judaizują, a Żydzi nie tylko się nie chrystianizują, ale jeszcze utwierdzają w swoich przekonaniach, bo chrześcijanie czynią ustępstwa (np. pokazywanie się chrześcijan z symbolami judaizmu lecz nie odwrotnie). Ustępstwa zaś czyni z zasady ten, kto nie ma racji. Dlatego nasze ustępstwa stale utwierdzają ich w przekonaniu posiadania racji. I tu przychylam się do opinii ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, że dialog z judaizmem w Polsce powinien wyglądać inaczej. Z takich spotkań korzyść dla siebie odnoszą jedynie wyznawcy prawa mojżeszowego. A to nie służy sprawie ewangelizacji.

    Chrześcijaństwo i judaizm to dwa porządki religijne rozwijające się równolegle i stale w większej czy mniejszej opozycji do siebie. Pomocny dla zrozumienia Ewangelii jest ST, lecz nie judaizm. Twierdzenie, że poznawanie rozwijającego się przez dwa tysiące lat judaizmu może pomóc lepiej zrozumieć chrześcijaństwo, ociera się o nonsens. Może być pomocne w intelektualnym pogłębieniu zagadnienia, znajomości wzajemnych relacji, ale nie dla zrozumienia istoty przesłania Ewangelii. Rozwijający się po Chrystusie judaizm nie miał na nią żadnego wpływu. Wyrósł wprawdzie z tej samej tradycji starotestamentowej co Ewangelie, ale poszedł inną drogą. Nie jest pomocny w przyswojeniu przesłania Jezusa. Należy natomiast powiedzieć, że nauczanie Jezusa dobrze jest zgłębiać poprzez odwołanie się do tekstów Starego Testamentu i do ówczesnej tradycji żydowskiej, Jemu współczesnej.

    Większość chrześcijan nie zagłębiała się w religię żydowską. Czy to znaczy, że nie rozumieją dobrze lub do głębi Ewangelii? Otóż rozumieją istotę jej przesłania w pełni. Bo kto przyjął Chrystusa, razem z Nim poznał całą Bożą prawdę, bo poznał Tego, który zbawia. Tu trzeba kierować podobne zalecenia w drugą stronę (!), czyli żeby Żydzi studiowali księgi NT, bo dopiero wtedy zrozumieją własne wybranie i własną tradycję religijną. Znajdą jej wypełnienie. Czy jest to przedmiotem dialogu z judaizmem w Polsce?

    9. Czy w modlitwie konsekracyjnej podczas Mszy św. powinny być słowa o Ciele Chrystusa wydanym i Krwi przelanej „za wielu” czy „za wszystkich”?
    Poruszam ten temat, ponieważ pojawiały się i pojawiają próby zmiany. Z racji występujących niejasności w temacie chcę to przybliżyć.

    W tekście greckim NT (Mt, Mk, Łk i 1 Kor 11) znajdują się dwie formy: „za wielu” (hyper pollōn) i „za was” (hyper hymōn). W żadnym z czterech świadectw nie mówi się o wydanym Ciele Chrystusa i przelanej Krwi „za wszystkich”.

    Według Ewangelii Mateuszowej Jezus ma na myśli tych, w których dzieło odkupienia odniesie zamierzony skutek: „Moja Krew …, która będzie wylana … na odpuszczenie grzechów”, czyli przelana za tych, w których dokona odpuszczenia grzechów, tj. którzy skorzystają z łaski odkupienia i wejdą w relację z Bogiem. Jezus nie ma na myśli tych, którzy nie skorzystają z łaski odkupienia, tj. w których przelana krew nie przyniesie zamierzonego skutku. Bóg nie działa na darmo, nie marnuje swojej łaski. Jako istota doskonała, kiedy działa, osiąga cel. Jezus nie ma zatem na myśli wszystkich ludzi, ale tylko owych wielu, którzy odpowiedzą pozytywnie na łaskę odkupienia i wejdą w relację z Bogiem. Zgodnie z intencją słów Jezusa poprawną formą jest „za wielu” (w tym także „za was” – dzisiaj w odniesieniu do każdego, kto uczestniczy w Eucharystii), co znajdujemy na kartach NT i co funkcjonuje w aktualnej modlitwie konsekracyjnej w jęz. polskim.

    Forma „za wszystkich” nie występuje w NT, bo jest niezgodna z rozumieniem dzieła odkupienia. Forma „za wielu” naprowadza na jego właściwe rozumienie. Należy porzucić myślenie, że wszyscy zostali odkupieni, czyli wprowadzeni w relację z Bogiem. Wszystkim została otwarta droga do Boga, ale odkupieni zostali ci, którzy weszli w relację z Bogiem (odpowiedzieli pozytywnie). I za nich Jezus przelewa krew (odkupienie utożsamia się tu ze stanem naszego obecnego zbawienia, które już się dokonuje). Jezus nie przelewa krwi za tych, w których nie przynosi to zamierzonego skutku, bo byłoby to działanie daremne. Posługując się obrazem Jezusa, nie rzuca On pereł przed świnie. Zatem dzieło odkupienia swymi owocami dosięga tej części ludzkości, która odpowiada na nie pozytywnie. I to przesłanie zawiera się w wyrażeniu „za wielu”.

    Wszystkim życzę coraz bardziej pogłębionego rozumienia Bożych prawd i w rezultacie mocniejszego przylgnięcia do Chrystusa Odkupiciela ludzkości.

    ks. prof. Waldemar Rakocy CM/PCh24.pl

    ***

    Ks. prof. dr hab. Waldemar Rakocy CM (ur. 1960) jest emerytowanym profesorem Wydziału Teologii KUL. Kierował Katedrą Hermeneutyki Biblijnej oraz Katedrą Egzegezy Pism Apostolskich NT. Zasiadał w Zarządzie Stowarzyszenia Biblistów Polskich. Autor książek i ok. 150 artykułów dotyczących tematyki biblijnej, członek kilku krajowych i zagranicznych towarzystw naukowych.

    ***

    czwartek 23 kwietnia


    Św. Wojciech jako patron. Tak ruszyła chrystianizacja północno–wschodnich ziem Królestwa Polskiego

    (fot. Piotr Tumidajski / Forum)

    ***

    Zasiew krwi męczenników wydaje dobre owoce przez wieki. Tę prawdę potwierdza historia chrystianizacji północno – wschodnich ziem Królestwa Polskiego. Rozpoczęła się ona w roku 1386 erygowaniem parafii pw. św. Wojciecha w miejscowości Poryte niedaleko Łomży. Jeszcze w tym samy roku wzniesiono tu kościół, a umieszczony wysoko na jego szczycie łaciński krzyż, wskazał wschodni kierunek, w którym od tego czasu niesiona była Ewangelia i chrześcijańska cywilizacja.

    Ustanowienie parafii w Porytym dokonało się za sprawą właściciela tych ziem Pawła z Radzynowa herbu „Prawdzic”, który otrzymał je od księcia mazowieckiego Janusza I. Paweł, zwany również Paszko, był rycerzem, który w młodym wieku nie stronił od zabaw i światowych uciech. Jego życie zmieniło się podczas pielgrzymki przeprowadzonej do słynnego sanktuarium Santiago de Compostela. Tą daleką podróż Paweł odbył w roku 1380 wraz z przyjacielem Janem Pilikiem, późniejszym wojewodą mazowieckim. W archiwach zachował się glejt na bezpieczny przejazd, wydany pielgrzymom przez samego króla Aragonii – Piotra IV.

    Z Santiago Paweł wrócił duchowo odmieniony. Na sercu mocno zaczęła mu leżeć sprawa mieszkańców jego niedawno założonych wsi, położonych po wschodniej stronie Narwi. Tamtejszy lud, choć katolicki, nie miał żadnego kościoła, aby mógł w nim oddawać cześć Bogu. Wsi tych było już wówczas kilka, gdyż ród Radzanowskich mocno rozwinął swoje dobra. W tym czasie niedaleko Porytego założył dwie wsie – Dzierzbię i Zaborowo. Później zaczęto karczować lasy. Na wykarczowanych terenach Radzanowscy lokowali kolejne miejscowości.
    Jednak na tych terenach, uważanych za niebezpieczne, wcale nie było łatwo erygować nową parafię. Świadczy o tym sześć długich lat starań, prowadzonych przez Paszkę, u biskupa płockiego Ścibora. Do ustanowienia parafii w Porytym udało się go przekonać dopiero w roku 1386. W tym samym roku Paweł z Radzanowa ufundował wiernym piękną drewnianą świątynię z dzwonnicą. Nareszcie wierni mogli razem uczestniczyć w Eucharystiach i nabożeństwach. Biskup Ścibor i Paszko postanowili, że patronem pierwszego kościoła, na ziemiach, które czekały na chrystianizację, licząc od chrztu Polski, 420 lat nie może być nikt inny jak tylko św. Wojciech.

    Pierwsza świątynia po wschodniej stronie Narwi była skromna. Z archiwalnych dokumentów wiadomo, że choć zbudowano ją z materiału, który łatwo niszczy czas i ogień, czyli z drewna (dach był kryty słomianą strzechą) to służyła ona parafianom aż do końca XVII wieku. Na jej dachu umieszczono kopułę z małym dzwonkiem. Kościół był ogrodzony drewnianymi drągami. Od strony drzwi wejściowych zamontowano bramę. Wewnątrz budynku sakralnego był jeden ołtarz. Nad którym zawieszono obraz Najświętszej Marii Panny. Tabernakulum również wykonano z, łatwo tu dostępnego, drewna. Obok poryckiej świątyni wzniesiono piękną, wysoką dzwonnicę. Z niej to spiżowy dźwięk dwóch dzwonów przywoływał wiernych na niedzielną Mszę świętą.

    Na ziemiach na wschód od Narwi, przeważnie porośniętych puszczami, były wprawdzie drewniane grody obronne, m.in. w Kolnie i Małym Płocku, ale kościołów nie było. Nie ostały by się, gdyż ciągle trwały tu walki. Wojska księstwa mazowieckiego podążały właśnie przez Poryte (stąd nazwa miejscowości od ziemi porytej kołami wozów) często podążały bronić północnych i wschodnich granic księstwa. W tamtych czasach atakowali je Prusowie, Jaćwingowie, Litwini, a później Krzyżacy.

    Założenie wsi Poryte, a potem budowa tu kościoła pw. św. Wojciecha były możliwe dopiero po ustaniu tych wojen. Kilka lat później (rok 1390) w odległej o kilkadziesiąt kilometrów Wiźnie erygowano następną parafię – pw. Marka Ewangelisty. Misja rozpoczęta przez świętego patrona Polski w roku 997, trwała nadal. W ciągu około 150 lat ziemie północno – wschodnie Królestwa Polskiego zostały schrystianizowane. Powstały tu liczne parafie, za nimi zawsze szli ojcowie i bracia zakonni, którzy wznosili kościoły i swoje klasztory. Ziemie, na których niegdyś stały pogańskie bałwany, zaroiły się od miejsc kultu Jezusa Chrystusa i Najświętszej Maryi.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ***

    Woj Chrystusowy

    Tysiąc lat temu chodził po ziemi człowiek, który dostąpił chwały świętości, mimo iż nie sprawdził się jako biskup, nie pozwolono mu zostać zakonnikiem, na koniec zaś okazał się nieskutecznym misjonarzem. W większości swych ziemskich usiłowań poniósł klęskę. Jednak już w chwili śmierci człowiek ów stał się legendą i wzorem, niezwłocznie został wyniesiony na ołtarze, a kult jego rozpowszechnił się w całej christianitas, szczególnie w Polsce, której jest pierwszym patronem. Takie było jego za grobem zwycięstwo.

    Nascitur purpureus flos Boemicis terris – tymi słowy rozpoczyna swój Żywot świętego Wojciecha św. Bruno z Kwerfurtu – rodzi się purpurowy kwiat na ziemi czeskiej. Chłopiec, który zostanie później biskupem Pragi, męczennikiem i świętym przyszedł na świat około 956 r. z ojca Sławnika, księcia libickiego i matki Strzeżysławy, niewiasty ze znakomitego rodu. Ojciec pochodził najprawdopodobniej z chorwackich książąt plemiennych.

    Pierwotnym zamiarem rodziców było przeznaczenie chłopca do stanu duchownego, jednak po urodzeniu oczarowani wyjątkową urodą dziecka zdecydowali, iż szkoda by było oglądać tak urodziwego młodzieńca w sukni duchownej i przeznaczyli go dla świata. Imię, które mu nadano, miało potwierdzać rodzicielską decyzję; świadczyć o tym może chociażby jego etymologia: Wojciech (Woietech) to pociecha wojów (Woje-ciech – consolatio exercitus). Nic to jednak nie dało – chłopiec najwyraźniej został przeznaczony do życia w sutannie przez samego Boga. Wkrótce po urodzeniu ciężko zachorował i był bliski śmierci, dopiero ofiarowanie dziecka przez rodziców w kościele na ołtarzu Maryi i przeznaczenie go do stanu duchownego spowodowało powrót do zdrowia.

    Być duchownym w wieku X znaczyło należeć do nielicznych, którym nieobca jest sztuka odczytywania znaków alfabetu. Kilkunastoletni Wojciech opuszcza około r. 972 rodzinne Libice i jedzie do Magdeburga, by tam pod opieką znanego wcześniej rodzicom arcybiskupa Adalberta (który w drodze na Ruś gościł na dworze Sławnika w r. 961 lub 962 udzielając m.in. małemu Wojciechowi sakramentu bierzmowania) wgłębiać się w arkana wiedzy w cieszącej się znakomitą sławą szkole katedralnej kierowanej przez jednego z największych luminarzy swego wieku, benedyktyna Oktryka. W Magdeburgu zostaje powtórnie bierzmowany przez swego opiekuna i przyjmuje jego imię. Imieniem Adalberta będzie odtąd nazywał go Zachód.

    Opuścił szkołę wracając do Czech jako subdiakon, o czym zapewnia nas Kosmas, i tam dopiero z rąk biskupa świętego miasta Pragi przyjął zbroję rycerza Chrystusowego na przyszłe boje – czytamy u Kanapariusza.

    W r. 982 zakończył życie biskup praski Dytmar. Umierał przedwcześnie, w potwornej rozpaczy i przerażeniu wykrzykując swe wyrzuty sumienia: nie był dobrym pasterzem, zaniedbał powołanie, nie zrobił nic dla krzewienia wiary w podległej mu diecezji. Podobno miał wizję swego potępienia. Wojciech, będący przy śmierci Dytmara, wyszedł z jego komnaty zdruzgotany. Tejże nocy worem odziany włosianym, z głową siwym popiołem posypaną, obchodził poszczególne kościoły, ubogim hojnie rozdawał, co miał i polecał siebie i sprawę swą w modlitwach Panu. Zmienił się tak, że nie poznawali go towarzysze zabaw i uciech. Sądzili jednak, iż szok wkrótce minie. Nie minął. Nie był to bowiem szok, chociaż przeżycie wryło mu się głęboko w pamięć, lecz opamiętanie. Pojął udzieloną mu lekcję – zrozumiał, jak nie wolno mu żyć.

    Został wybrany następcą Dytmara. Wychowany w kulturze europejskiej, mówiący obcymi językami absolwent doskonałej szkoły miał po temu wszelkie predyspozycje zawodowe, może z wyjątkiem młodego wieku (około 26 lat). Niedawne „nawrócenie” i nowy sposób życia – imitatio Christi w duchu reformy kluniackiej czyniły zeń niekwestionowanego kandydata. Toteż 19 II 982 roku w Levý Hradec – miejscu gdzie wzniesiono pierwszy kościół w Czechach miał miejsce jednogłośny wybór: Kogóż innego jak nie ziomka naszego Wojciecha, którego czyny, szlachectwo, bogactwo i życie odpowiednie są dla tej godności. On najlepiej wie, dokąd sam winien dążyć, on również duszami roztropnie pokieruje.

    O tak! Wiedział doskonale, dokąd dążyć należy i rad wiódłby tam dusze swoich diecezjan, gdyby tylko mu na to pozwolili. Jednak chrześcijanie w. X nosili krzyż na piersiach, ale rzadko kiedy w sercach. Kiedy konsekrowany 29 VI 983 roku w Weronie biskup Wojciech wrócił do Pragi, zgotowali mu gorące powitanie. Cieszyli się, że jest jednym z nich. Ale on nie był taki sam jak oni. Wkrótce się o tym przekonali.

    Nowy biskup nie zamierzał powtarzać błędów starego. Wypowiedział bezpardonową wojnę zepsuciu panującemu w Pradze i w całych Czechach, odzwierciedlającemu wiernie rozkład życia chrześcijańskiego, który po upadku państwa Karolingów sięgał niemal dna. Kronikarze zgodnie wyliczają występki, którym nagminnie hołdowano: nierząd, niewłaściwe zawieranie małżeństw, wielożeństwo, cudzołóstwo, pijaństwo, morderstwa, również na nienarodzonych, niezgodne z chrześcijańskimi obyczajami grzebanie zmarłych w lasach lub na polach, praktyki pogańskie, zabobony, handel niewolnikami. Stan moralności duchowieństwa był podobnie tragiczny: lekceważono powołania, nie przestrzegano celibatu. Mówi Kosmas: To są rzeczy, których Bóg nienawidzi, tym zrażony św. Wojciech nas, owieczki swoje opuścił i wolał iść nauczać obce ludy. Kiedy bowiem spróbował naprawiać obyczaje, wszedł w ostry konflikt ze swoją owczarnią. Praga znienawidziła go – nie chciała tak gorliwego biskupa. Może i po jego stronie było trochę winy, może brakło mu cierpliwości. Sam żył przykładnie, od innych wymagał tego samego. Swą niecierpliwą dezaprobatą wszystkiego, co, owszem, złe, ale dotąd niepotępiane, antagonizował otoczenie. Ówczesna Praga potrzebowała innego biskupa: zręcznego, cierpliwego i przyziemnego dyplomaty-realisty.

    Wojciech nie był graczem, miał duszę żołnierza, ale nie wodza. Chciał służyć, walczyć ze złem i grzechem, nie zaś podejmować strategiczne decyzje. Był świadom swej nieudolności, widział, że wysiłki jego najtroskliwszych rządów idą na marne, że więcej nawet sobie samemu szkody przynosi niż pożytku ludowi – podaje Kanapariusz. Dlatego uznał, że najlepszym dla wszystkich rozwiązaniem będzie opuszczenie Pragi. On nie nadaje się na biskupa, będzie się starał, aby zastąpił go ktoś lepszy. Ruszył do Rzymu szukać rady u papieża. Od tego właśnie momentu aż do śmierci nie przestanie podróżować, nigdzie nie mogąc (nie ze swojej zresztą winy) dłużej zagrzać miejsca.

    W Rzymie spotkał młodziutkiego cesarza Ottona III. Pobudził go do zainteresowania się sprawami Słowiańszczyzny. W mającym się odrodzić cesarstwie świat słowiański mógł i powinien stać się łącznikiem Zachodu ze Wschodem, więzią tworzącą jedność. Aby to się jednak stało, Sclavinia musi stać się samodzielną jednostką i jako taka znaleźć pełnoprawne miejsce w gronie innych. Opowiadał czeski duchowny swojemu młodocianemu niemieckiemu przyjacielowi o wielkim władcy jednoczących się plemion polskich, opiekunie książąt libickich, Bolesławie zwanym Chrobrym, który niebawem miał stać się serdecznym przyjacielem ich obu.

    Biskup Wojciech był w samym centrum najważniejszych wydarzeń, z jego zdaniem liczono się w cesarskim otoczeniu, na dworach książąt i biskupów. Mógł odegrać ogromną rolę w życiu społeczno-politycznym przełomu X i XI w. Jako współpracownik cesarza, czy księcia polskiego mógł wywierać decydujący wpływ na kształtowanie europejskiego porządku, budować wielkie, uniwersalne chrześcijaństwo. Ale nie to było jego celem. Pomny na słowa Pana, iż Królestwo Jego nie jest z tego świata, nie chciał poświęcać się budowaniu ziemskich władztw, pociągało go oderwanie się od światowego zgiełku i całkowite zatopienie w Chrystusie.

    Całych pięć lat był rycerzem Chrystusa w klasztorze. Pomysł schronienia się w miejscu poświęconym kontemplacji podsunął mu papież Jan XV. Właściwym miejscem okazał się klasztor św. Bonifacego i św. Aleksego na Wzgórzu Awentyńskim. Tam znalazł wszystko, czego mu brakowało na biskupstwie. Ora et labora – powtarzał codziennie słowa reguły, sumiennie się do nich stosując; studium et silentium – niczego więcej nie chciał i nie potrzebował. Wszystko to, połączone z surową ascezą, dawało mu stracone w Pradze poczucie sensu obranej drogi. Przyjął święcenia zakonne, zamierzał pozostać w klasztorze na zawsze. Dlatego też nakaz powrotu na opuszczone stanowisko wydany przez metropolitę Willigisa przeżył boleśnie jako niekłamaną tragedię. Nade wszystko jednak był posłuszny.

    Wrócił, lecz nie na długo. Nie było dlań miejsca w Pradze, gdzie sprawy wyglądały jeszcze gorzej. Zanosiło się na wojnę domową próbujących jednoczyć ziemie czeskie Przemyślidów ze zorientowanymi na Polskę Sławnikowicami. Nie chcąc zaogniać konfliktu swoją osobą, odchodzi ponownie. Nie wpłynęło to jednak na poprawę stosunków między konkurującymi rodami. Bolesław najechał dziedzinę Sławnikowiców i obległ Libice, w których było wówczas czterech synów Sławnika. Zapewnieniem bezpieczeństwa skłonił książąt do kapitulacji. Ci jednak, nie ufając obietnicom, schronili się wraz z rodzinami w kościele. Nie zważając na święte prawo azylu woje Bolesława wtargnęli do świątyni i dokonali rzezi wszystkich tam obecnych razem z żonami i dziećmi. Ludność Libic rozpędzono lub wzięto w niewolę, sam gród zrównano z ziemią. Ocaleli tylko Wojciech i Radzim przebywający wówczas w Rzymie oraz Sobiebor wojujący pod cesarzem przeciwko Lucicom. Ten ostatni udał się potem na dwór gnieźnieński i przyjął służbę u Chrobrego.

    W takich warunkach kolejny powrót Wojciecha do Pragi był niemożliwością. Wciąż jednak pozostawał biskupem i dlatego sprawę jego oddano pod obrady synodu papieskiego. Ustalono tam, iż o losie pasterza zadecyduje owczarnia. Jeżeli będą domagać się jego przybycia, pod karą klątwy ma obowiązek wracać do Pragi, czego żądał metropolita. Jest to grzech – dowodził – że gdy każdy kościół jest poślubiony, jedynie Praga jest jak wdowa bez swego pasterza. Jeżeli jednak go nie zechcą, nie wróci do klasztoru, lecz zostanie episcopus gentium – i uda się z misją do pogan. Prażanie jednak nie po to zmuszali swego biskupa do dwukrotnego wyjazdu, by go teraz zapraszać. Nie chcemy Wojciecha – odpowiedzieli. Przyjął to z ulgą.

    Wojciech zaczął więc jeździć do pogańskich osad jako misjonarz pod osłoną zbrojnej drużyny. Pachołkowie obalali bałwany i wycinali święte gaje, palili na stosach figury diabła-Swarożyca, a woje walili w pysk każdego, kto próbował oponować. Powstania pogańskie krwawo tłumiono. Była to niewątpliwie metoda skuteczna – barbarzyńska mentalność odczytywała ją bezbłędnie: jakże potężny musi być ten Jezus, skoro wszyscy przerażający nas bogowie i demony pierzchają na sam dźwięk Jego imienia, skoro Jego kapłani nie lękają się ich zemsty, ba! gardzą nimi.

    Ten sposób nawracania, jakkolwiek skuteczny, był jednak nie do przyjęcia. Czy tego bowiem uczył Jezus? Czy tak nakazał ludzi do siebie przyprowadzać? Ewangelizacja kroczyła złą drogą. Święty Wojciech był tego w pełni świadom, toteż zdecydował się wyruszyć do pogańskich Prusów bez eskorty, jedynie z bratem Radzimem-Gaudentym i prezbiterem Benedyktem-Boguszą.

    Bolesław Chrobry próbował odwieść go od szaleńczego zamiaru – Prusowie to krwiożercze plemię i zdecydowanie wrogie krzyżowi. Na nic się to zdało, determinacji Wojciecha nie można było złamać, a przy tym determinacja i odwaga człowieka, który podejmował się tak niebezpiecznej misji bez broni i prawie samotnie mogła imponować a nawet napawać lękiem, gdyż była czymś większym niż odwaga zbrojnego woja. Odesłał przydaną mu przez Bolesława eskortę pamiętając co mówił Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się abym nie został wydany żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. Pamiętał karcące słowa Zbawiciela skierowane do zbyt porywczego sługi: Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną. Karolowe nawracanie mieczem rozprzestrzeniło się. Uczynieni w ten sposób chrześcijanami Sasi zaczęli później gwałtem i bezprawiem nawracać Słowian. Nie jest dobrym drzewem to, które wydaje zły owoc… Nie tego pragnął świątobliwy mnich. Chcę pójść do nich jako woj Chrystusowy uzbrojony w Słowo Pana – powiedział przekraczając pruską granicę.

    Zginął jak żołnierz Jezusa. Zatrzymany i pobity przez pruską straż, a później postawiony przed sądem wiecowym w miejscowości Truso i deportowany z powrotem na polską stronę granicy z ostrzeżeniem, iż w przypadku powrotu czeka go śmierć, bynajmniej nie zamierzał rezygnować z misji. Pieszo ruszyli z powrotem do Prus. Najprawdopodobniej byli śledzeni, gdyż wkrótce zostali napadnięci przez zbrojną grupę pod przewodnictwem kapłanów, która dokonała rytualnego mordu na Wojciechu. Przyczyna tej śmierci nie daje się ostatecznie wyjaśnić. Najprawdopodobniej nie była nią jednak profanacja miejsca kultu pogańskiego jak chce najstarsza a zarazem najpopularniejsza teoria. Teza ta nie posiada uzasadnienia źródłowego. Przyjmuje się obecnie, iż zabójstwo było wykonaniem wyroku zawieszonego podczas sądu w Truso. W jej świetle Wojciechowy wybór męczeństwa był świadomy, wiedział bowiem, jakie konsekwencje grożą mu w razie wykrycia jego powtórnej obecności w Prusach.

    Pierwsza fala kultu św. Wojciecha przeszła przez kraje Zachodu około roku 1000. Do grobu świętego męczennika zaczęły przybywać liczni pielgrzymi na czele z Ottonem III. Otrzymanymi od Bolesława Chrobrego relikwiami obdarował on wiele kościołów, ufundował również klasztor w Akwizgranie na cześć św. Wojciecha. Od niego wyszła inicjatywa kanonizacji.

    Św. Wojciech został patronem Polski. Jego zasługi dla sprawy polskiej państwowości są nieocenione. To on, jeszcze za życia, zwrócił uwagę cesarza na polskiego księcia, w nim upatrując głównego wykonawcę uniwersalistycznych planów, co pozwoliło nieznanej dotąd Polsce zaprezentować swoje możliwości, bogactwo i znaczenie oraz wprowadziło ją w orbitę wpływów i interesów Zachodu. To on, po śmierci już, stał się czynnikiem sprawczym ustanowienia w Gnieźnie polskiego, niezależnego arcybiskupstwa, metropolii, która przetrwała, mimo iż wkrótce młode państwo przeżyło poważny kryzys wewnętrzny, najazd Brzetysława czeskiego spustoszył Wielkopolskę, a w zrujnowanej katedrze św. Wojciecha w Gnieźnie zamieszkały dzikie zwierzęta. Czesi uwieźli ciało Świętego do Pragi, gdzie za życia nie było dla niego miejsca. Ale św. Wojciech na zawsze pozostał w Polsce – w dziełach, którym patronował.

    Jerzy Wolak/PCh24.pl

    ***

    19 kwietnia

    III Niedziela WielkanocnaBiblijna

    o. prof. dr hab. Andrzej Napiórkowski OSPPE:

    bez Pisma Świętego nie ma życia

    Słowo Boże, które czytamy, ono nas zmienia. To jest źródło naszej wiary, podobnie jak Tradycja Kościoła – wskazał w rozmowie o. prof. dr hab. Andrzej Napiórkowski OSPPE, kierownik Katedry Eklezjologii Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II. Trzecią Niedzielę Wielkanocną przeżywamy jako Niedzielę Biblijną. Rozpoczyna ona XVIII Tydzień Biblijny obchodzony pod hasłem „Odważnie głosić Ewangelię Boga”.

    fot.  Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Paulin o. prof. Napiórkowski podkreślił, że Niedziela i Tydzień Biblijny są nie tylko zachętą do lektury natchnionych tekstów Starego i Nowego Testamentu, ale również do kontaktu z żywym Słowem. „My, gdy mówimy, to tylko wypowiadamy słowo. Jezus Chrystus, gdy nauczał, On sam był tym Słowem. Słowem, które posłał Ojciec do nas – zaznaczył paulin. – To Słowo, które przyjęło ciało, które stało się człowiekiem dzięki Najświętszej Maryi Pannie, która ciągle rozważała to i medytowała w sercu. Ona dała Mu naturę ludzką”. Jezus Chrystus jest jedną Osobą o dwóch naturach, właśnie dzięki Matce Najświętszej.

    Św. Paweł i ks. Blachnicki – wybitni teologowie

    „Dla mnie największym teologiem pozostaje św. Paweł Apostoł, bo to, co Jezus Chrystus nam przekazał, co zostało spisane w Ewangeliach i listach, najpiękniej zinterpretował właśnie Paweł Apostoł z Tarsu” – podkreślił o. prof. Napiórkowski.

    Zdaniem o. prof. Napiórkowskiego zbyt mało mówi się o ks. Franciszku Blachnickim, który „tworzył namioty spotkania i zachęcał młodzież poprzez ruch oazowy, różnego rodzaju krucjaty, do czytania, do studium Pisma Świętego”.

    Dwa tysiące lat studiowania Pisma Świętego

    Jak podkreślił rozmówca Polskifr.fr przy studiowaniu Biblii musimy trzymać się nauczania Kościoła, dwóch tysiącleci Tradycji. „My, katolicy, ulegamy czasami nieuzasadnionemu zachwytowi nad tradycją judaistyczną, a przecież nasza katolicka Tradycja jest głębsza, gdyż jest chrystocentryczna, pneumatyczna i maryjna” – mówił. Jednocześnie dodał, że „nie do pomyślenia jest oddzielanie Starego i Nowego Testamentu”, które razem są bardzo ważne dla chrześcijan.

    Biblijne wyzwanie

    O. prof. Napiórkowski wspomniał o wyzwaniu, które podjął z kolegami w czasie nowicjatu w zakonie. „Każdy miał przeczytać Pismo Święte. Nawet nie rozumieliśmy tego za bardzo, ale celem było przeczytać Pismo Święte ‘od deski do deski’; wszystkie księgi Starego i Nowego Testamentu; całe Pismo; od Księgi Rodzaju po ostatnią Księgę Apokalipsy”.

    Przykład Romana Brandstaettera

    Na zakończenie paulin przywołał postać nawróconego polskiego Żyda, który przyjął chrzest w Rzymie, wybitnego pisarza Romana Brandstaettera. „Jak wspominał swoje dzieciństwo, to mówił, że uczył się czytać na Piśmie Świętym, na Biblii – opowiedział o Brandstaetterze o. Napiórkowski. – Dziadek mu pokazywał literki. Ta jego Biblia cała była porysowana, pomięta, porwana, ale to pokazywało i było świadectwem, jak ważny jest codzienny kontakt z Pismem Świętym”. „Bez Pisma Świętego nie ma życia. Zachęcam wszystkich do lektury Pisma Świętego” – podsumował kierownik Katedry Eklezjologii Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II.

    Szczególny czas zbliżenia do Słowa Bożego

    Tydzień Biblijny obchodzony jest w trzecim tygodniu wielkanocnym od 2009 r. z inicjatywy Dzieła Biblijnego im. Jana Pawła II. Co roku przebiega pod innym hasłem. Rozpoczyna go Niedziela Biblijna. Jest szczególnym czasem odkrywania na nowo piękna Bożego Słowa i zachętą do jego studiowania i głoszenia.

    o. prof. dr hab. Andrzej Napiórkowski/Tygodnik Niedziela

    ***
    Lidia, Abigail i Samarytanka. Jak odważnie głosić Ewangelię bez ambony?

    Nastyaofly | Shutterstock

    ***

    Hasło tegorocznej Niedzieli Biblijnej brzmi: „Odważnie głosić Ewangelię Boga”. Brzmi poważnie. Może nawet zbyt poważnie – jak zadanie dla kogoś z teologicznym wykształceniem. A co, jeśli ta misja jest już wpisana w Twój poranek? W kubek kawy, odebrane połączenie i drzwi, które otwierasz sąsiadowi?

    Słowo „głoszenie” bywa niefortunne. Często wywołuje obraz kogoś na scenie, kto z ekspresyjną gestykulacją i prezentacją w PowerPointcie przekonuje tłumy. Albo księdza na ambonie. Albo – co gorsza – kogoś, kto osacza przechodniów na rynku pytaniem: „Czy poznałeś Jezusa?”.

    Wtedy większość z nas robi krok w tył. Stwierdzamy: „To nie dla mnie”. Chowamy wiarę głęboko – gdzieś pomiędzy listę zakupów a nieodpisane wiadomości.

    Ile razy schowałaś swoją nadzieję do kieszeni płaszcza, bo nie wiedziałaś, jak ją wyjąć, by nie wyszło „dziwnie”? Biblia ma na to odpowiedź. I nie dają jej teoretycy, ale trzy kobiety, które żyły zwyczajnie: w biznesie, w trudnym małżeństwie i w cieniu społecznego wykluczenia. Żadna z nich nie miała mikrofonu. Każda zmieniła świat.

    Lidia: Patronka odważnych w codzienności

    Lidia była kobietą sukcesu. Handlowała purpurą – towarem luksusowym i prestiżowym. Miała dom, kontakty i zasoby. Pewnego szabatu wyszła nad rzekę, by się pomodlić. Tam spotkała Pawła.

    Św. Łukasz notuje lakonicznie: „Pan otworzył jej serce” (Dz 16, 14). Ona zareagowała natychmiast – otworzyła dom. To był jej sposób na Ewangelię. Nie kazanie, lecz gościnność.

    Wyobraź sobie, że zapraszasz kogoś samotnego na niedzielny obiad. Że zostawiasz klucze sąsiadce, która przechodzi kryzys. Że twój dom – choćby mały, nieperfekcyjny, z bałaganem na stole – staje się azylem, w którym ktoś czuje się ważny.

    Jeżeli uważacie mnie za wierną Panu, przyjdźcie do mego domu i zamieszkajcie w nim! (Dz 16, 15).

    Lidia nie analizowała, czy jest wystarczająco święta. Po prostu zrobiła miejsce przy stole. To wystarczyło. Jej dziedzictwo dzisiaj to:

    • herbata zaparzona dla kogoś, kto właśnie płacze do słuchawki;
    • dom, do którego można wpaść bez zapowiedzi;
    • podwiezienie starszej sąsiadki na zakupy.

    Gościnność to teologia w praktyce. Mówi bez słów: „Jest Ktoś, dla kogo jesteś cenny”.

    Abigail: Patronka mądrej interwencji

    Mąż Abigail, Nabal, był – mówiąc delikatnie – człowiekiem trudnym. Biblia nie owija w bawełnę: był twardy i zły. Kiedy śmiertelnie obraził Dawida, a ten ruszył z czterystoma zbrojnymi, by wybić jego ród, Abigail miała tylko kilkadziesiąt minut na reakcję (1 Sm 25, 18-19).

    Nie wpadła w panikę. Nie czekała na cud. Przygotowała zapasy i wyjechała naprzeciw gniewowi. Stanęła między nienawiścią a rozlewem krwi. Powiedziała Dawidowi prawdę prosto w oczy: że zemsta będzie błędem, który obciąży jego sumienie. Mówiła z godnością, bez lizusostwa, ale i bez agresji.

    Czy masz w swoim otoczeniu miejsca, gdzie kipi od złości – w biurze, w rodzinie, na grupie na Messengerze? Często stoimy z boku, bo „to nie nasza sprawa”. Abigail pokazuje, że bycie znakiem pokoju w toksycznych miejscach to czysta Ewangelia.

    Jej mądrość uratowała życie wielu ludziom, a Dawida uchroniła przed samym sobą. Jej dziedzictwo dzisiaj to:

    • jedno spokojne zdanie w środku awantury: „Zatrzymajmy się, zanim powiemy o jedno słowo za dużo”;
    • szczera rozmowa z szefem, zanim zebranie zmieni się w lincz;
    • krótki SMS po kłótni: „Przepraszam, poniosło mnie”.

    Pokój nie jest brakiem konfliktu. Jest odwagą, by stanąć w samym centrum pożaru i nie dać się mu pochłonąć.

    Samarytanka: Patronka stawania w prawdzie

    Przyszła do studni w samo południe. Nie rano, jak inne kobiety – bo rano są plotki, oceniające spojrzenia i pytania o kolejnego męża. Południowy upał gwarantował pustkę. Był bezpieczny dla kogoś, kto ma coś do ukrycia.

    Miała za sobą pięciu mężów, a obecny związek był kolejną prowizorką. Żyła na marginesie przyzwoitości. I to właśnie jej Jezus objawił swoją tożsamość najpełniej. Przy tej, której nikt nie chciał słuchać, On zechciał mówić.

    Reakcja? Zostawiła dzban, pobiegła do miasta i krzyknęła: „Chodźcie, zobaczcie człowieka, który powiedział mi wszystko, co uczyniłam!”. Nie udawała, że nagle stała się nieskazitelna. Jej siłą było świadectwo: „On zna moje rany, a mimo to ze mną rozmawiał”. To autentyczność pociągnęła całe miasto (J 4, 28-29. 42).

    Nie musisz być „naprawiona”, by o Nim mówić. Wystarczy, że będziesz szczera w kwestii tego, skąd przyszłaś i Kto przy tobie usiadł. Jej dziedzictwo dzisiaj to:

    • przyznanie się: „Wiem, co czujesz, też zaczynałam od zera”;
    • post w mediach społecznościowych, który nie lukruje rzeczywistości;
    • rozmowa, która nie jest pouczaniem, ale wspólnym niesieniem ciężaru.

    Samarytanka to patronka wszystkich, którzy myślą: „Mam zbyt pokręcone życie, by świadczyć o Bogu”. Ona odpowiada: „Właśnie dlatego masz najwięcej do powiedzenia”.

    Niedziela Biblijna 2026

    Niedziela Biblijna pod hasłem „Odważnie głosić Ewangelię Boga” to zaproszenie, by Słowo objawiło się w czynach.

    Lidia otwiera drzwi. Abigail wychodzi naprzeciw. Samarytanka biegnie z nowiną, wciąż mając mokre dłonie. Żadna z nich nie wygłosiła kazania. Każda stała się „żywą Biblią”, którą inni mogli przeczytać.

    Twoje życie to być może jedyna Biblia, jaką ludzie wokół Ciebie kiedykolwiek wezmą do ręki. Jaką historię im dziś opowiesz?

    Niedziela Biblijna 2026

    Dariusz Dudek/Aleteia.pl

    ***

    Co Ojciec Pio mówił o lekturze Pisma Świętego?

    W czasach Ojca Pio czytanie Pisma Świętego przez wiernych nie było tak rozpowszechnione, jak dzisiaj. Niemałą trudnością był zresztą sam dostęp do świętego tekstu. W zapiskach Cleonice Morcaldi, jednej z najbliższych Ojcu Pio duchowych córek znajdujemy wymowne tego świadectwo.

    o. Pio
    archiwum Głosu Ojca Pio

    ***

    Któregoś dnia moja przyjaciółka, bardzo pobożna, przyniosła mi książkę, którą pożyczyły jej klaryski tylko na trzy dni. To było Pismo Święte. Z radości aż krzyknęłam. Trzymałam w rękach księgę, którą mogą mieć tylko kapłani! Pomyślałam, że przepiszę ją do grubego zeszytu, żeby zawsze mieć przy sobie słowo Boże. Pracowałam dzień i noc przy świetle lampki oliwnej, bez przerwy. Musiałam jednak oddać książkę koleżance, zanim skończyłam. To były księgi proroków. Zaczynało się tak: „Synów odchowałem i wypiastowałem, lecz oni odstąpili ode mnie. Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz Izrael nie ma rozeznania, mój lud niczego nie rozumie”. Tak bardzo poruszyły one moje serce, że się rozpłakałam. Płaczę za każdym razem, gdy je czytam. Ta książka tak mi się spodobała, że pochłaniałam ją umysłem i sercem. Jak spragniona łania piłam słowo Pana. Mówiłam: błogosławieni kapłani i zakonnice, że posiadają taki skarb.

    Choć dopiero Sobór Watykański II w 1965 roku zakończył ostatecznie w Kościele okres ostrożności w dawaniu świeckim do ręki tekstu Pisma Świętego, Ojciec Pio w kierownictwie duchowym bardzo zachęcał do jak najbliższego kontaktu ze słowem Boga, widząc w tym wielką wartość. Szczególnie wymowny jest tutaj list do Raffaeliny Cerase z 28 lipca 1914 roku, w którym przywołując przykłady i słowa różnych świętych, pisał:

    Przerażają mnie, moja Siostro, szkody, jakie czyni brak lektury Pisma Świętego. Nieprawdopodobny wydaje się szacunek, jaki dla świętych ksiąg miał św. Hieronim. Salvinie polecał, aby zawsze miała w ręku pobożne księgi, gdyż są one potężną tarczą pomocną w odrzuceniu wszelkich bezbożnych myśli, z którymi boryka się człowiek w młodym wieku. To samo wpajał św. Paulinowi: „Niech zawsze w twoich rękach znajduje się Pismo Święte, które dzięki pobożnej lekturze da pokarm twemu duchowi”. Wdowę o imieniu Furia namawiał, aby często czytała Pismo Święte oraz książki doktorów, których nauczanie jest święte i zdrowe, aby nie musiała męczyć się w wyborze pomiędzy błotem fałszywych dokumentów a złotem świętej i zdrowej nauki.

    Do Demetriady pisał: „Kochaj Pismo Święte, jeśli chcesz być kochana, napełniona i strzeżona przez Bożą Mądrość. Ona wpierw Cię ozdobi na różne sposoby – dodaje szybko święty doktor – umieści klejnoty na Twej piersi, kolie na szyi, drogie kamienie w uszach. W przyszłości święta lektura niech będzie Twoimi drogocennymi kamieniami i Twoją radością, świętymi myślami i pobożnym uczuciem, jakimi ozdobisz Twego ducha”. Potwierdza to św. Grzegorz, używając alegorii lustra: „Duchowe książki są jak lustro, które Bóg stawia przed nami, abyśmy patrząc na nie, mogli naprawić nasze mankamenty i przyozdobić się wszelkimi cnotami. Podobnie jak próżne kobiety często przeglądają się w lustrze, starając się usunąć wszelkie skazy z twarzy, na tysiąc sposobów poprawiają włosy, aby wyglądać pięknie w oczach innych, tak też chrześcijanin winien często przed oczy stawiać sobie Pismo Święte, aby poprawić błędy i umocnić cnoty, by podobać się swemu Bogu”.

    Nie będę odwoływał się do innych autorytetów. Chcę podkreślić, jaką siłę w zmianie drogi czy wejściu na drogę doskonałości, także świeckich osób, posiada święta lektura. Wystarczy zastanowić się nad nawróceniem św. Augustyna. Kto spowodował, że ten wielki człowiek się nawrócił? Nie były to ani łzy matki, ani elokwencja św. Ambrożego, lecz lektura świętej księgi. Kto czyta jego Wyznania nie może powstrzymać się od łez. Jakąż straszną walkę, jakież wielkie konflikty przeżywał w swym sercu, by odrzucić lubieżne przyjemności. Mówił, że jego wola była jak przykuta łańcuchem, a piekielny nieprzyjaciel trzymał go w okowach potrzeb. Mówił, że przeżywał agonię, kiedy miał pozostawić swe stare przyzwyczajenia. Mówił też, że gdy zbliżał się do rozwiązania, jego stare przyzwyczajenia i przyjemności odciągały go od dobrych postanowień i mówiły: Co, zostawiasz nas? Od tego momentu nie będziemy już z tobą przez całą wieczność? Podczas gdy przeżywał wewnętrzną walkę, usłyszał głos, który mu powiedział: „Weź i czytaj”. Od razu posłuchał tego głosu i czytając rozdział z listu św. Pawła, poczuł, jak natychmiast jego umysł oczyścił się z gęstej mgły, zniknęła twardość serca i ogarnęła go radość i głęboki pokój ducha. Od tej chwili św. Augustyn zrywa ze światem, z demonem, z ciałem i cały oddaje się służbie Bogu, stając się wielkim świętym, któremu dziś oddaje się cześć na ołtarzach. Historia wspomina jeszcze św. Ignacego z Loyoli, który podczas choroby dzięki podjętej z nudów lekturze duchowej zmienił się z kapitana ziemskiego króla w kapitana Króla Niebios. Jeżeli lektura Pisma Świętego posiada wielką siłę, będącą w stanie przemienić ludzi w istoty duchowe, to o ileż potężniejsze w doprowadzeniu do jeszcze większej doskonałości winno okazać się czytanie Pisma Świętego przez osoby rozwinięte duchowo?

    W tym samym liście Ojciec Pio wspomina też o modlitewnym czytaniu Biblii, zachęcając do takiej właśnie pogłębionej lektury świętego tekstu:

    Święty Bernard mówi o czterech stopniach lub środkach, dzięki którym kroczy się do Boga i rozwija w doskonałości. Pisze, że są to: czytanie i medytacja, modlitwa i kontemplacja. Na potwierdzenie tego przytacza słowa Boskiego Nauczyciela: „Szukajcie a znajdziecie. Pukajcie, a otworzą wam”. Odnosząc to do czterech środków czy stopni doskonałości, twierdzi, że poprzez czytanie Pisma Świętego oraz innych świętych i pobożnych książek szuka się Boga. Znajduje się Go poprzez medytację. Dzięki modlitwie puka się do Jego serca, a dzięki kontemplacji wchodzi się do teatru Bożego piękna. Wszystko stoi otworem przed oczyma naszego umysłu dzięki czytaniu, medytacji i modlitwie. W innym miejscu autor ten pisze, że lektura jest niejako pokarmem dla duszy. Podczas medytacji „przeżuwa się” ten pokarm poprzez rozważania. Na modlitwie doświadcza się jego smaku, zaś kontemplacja jest słodyczą pokarmu duchowego, który umacnia i pociesza duszę. Lektura zatrzymuje się na stronie zewnętrznej tego, co się czyta. Medytacja analizuję istotę rzeczy. Modlitwa przeszukuje ją, używając swych próśb. Kontemplacja delektuje się nią, jak rzeczą, którą się posiada.

    Wspominana na wstępie Cleonice Morcaldi, gdy już posiadała wszystkie księgi Pisma Świętego, na jednej z nich otrzymała od Ojca Pio dedykację, która również dla nas niech będzie zachętą i wskazówką od świętego Stygmatyka:

    Duch Święty niech prowadzi Twój umysł, niech pozwoli Ci odkrywać ukryte prawdy zawarte w niniejszej księdze i niech rozpali Twą wolę, byś je wprowadzała w życie.

    Ojciec Pio z Pietrelciny

    o.Tomasz Duszyc OFMCap
    /naszczas.pl

    ***

    Biblia przetłumaczona już na 743 języki

    W ubiegłym roku przetłumaczono pełny tekst Biblii na co najmniej 16 kolejnych języków. Światowa Unia Towarzystw Biblijnych (UBS) poinformowała 4 kwietnia, że pełny tekst Starego i Nowego Testamentu jest teraz dostępny w 743 językach. Nowe tłumaczenia obejmują przekłady na języki używane w Angoli, Beninie, Rosji i Kanadzie. Po 25 latach pracy rdzenny mieszkaniec Kanady ukończył tłumaczenie Biblii na język mohawk. 83-latek przyznał, że “praca ze Słowem Bożym nigdy nie męczy”.

     Adobe Stock

    ***

    Doroczny raport UBS wymienia łącznie ukończone projekty tłumaczeń na 106 języków. Większość z nich to tylko fragmenty Biblii. Tymi 106 językami posługuje się 1,25 miliarda ludzi. Celem jest przygotowanie tłumaczeń na kolejne 1200 języków i dialektów w ciągu najbliższych 15 lat. Obecnie realizowane są projekty tłumaczeń na 442 języki.

    UBS – United Bible Societies – utworzone 9 maja 1946 roku międzynarodowe stowarzyszenie zrzesza ok. 160 krajowych Towarzystw Biblijnych na całym świecie. Celem działania UBS jest konsultacja, wzajemna pomoc i wspólne działania na rzecz rozpowszechniania Biblii.

    Tygodnik Niedziela/Kai.pl

    ***

    Biskup Oslo zachęca do ponownego odkrycia sakramentu spowiedzi

    (opr. PCh24.pl)

    ***

    W przejmującym liście pasterskim biskup Oslo, Fredrik Hansen, wezwał wiernych do ponownego odkrycia wartości sakramentu pokuty i do regularnego przystępowania do spowiedzi.

    Hierarcha przypomina, że sakramenty należą do „życia liturgicznego Kościoła”. Zostały ustanowione przez Chrystusa, Bóg ich pragnie i „wynikają z dzieła zbawczego Jezusa”. Dlatego „słusznie określa się je jako środki łaski i zbawienia”. W sakramencie pokuty człowiek otrzymuje przebaczenie grzechów; jednocześnie odnawia się jego wspólnota z Bogiem i Kościołem.

    Biskup Oslo nawiązuje do liturgicznego aktu pokuty podczas Mszy św., w którym mowa jest o grzechach myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem, zwracając uwagę, iż „grzesząc, próbujemy zająć miejsce Boga i uczynić siebie sędziami dobra i zła, tak jak uczynili to Adam i Ewa w raju”. Zaznacza, iż grzech rani relację z Bogiem, Kościołem i bliźnim, a grzech ciężki zrywa nawet tę więź.

    Jednocześnie bp Hansen podkreśla, że to nie grzech ma ostatnie słowo, lecz Boże miłosierdzie. Zatem spowiedź nie jawi się jako przytłaczający obowiązek, ale jako konkretne spotkanie z uzdrawiającą łaską Boga. – Bóg jest bogaty w miłosierdzie i cieszy się z każdego grzesznika, który się nawraca – przypomina.

    Hierarcha zwraca się wyraźnie do tych, którym spowiedź sprawia trudność – ponieważ ich ostatnia spowiedź miała miejsce dawno temu, ponieważ nie są pewni, co mają powiedzieć, lub ponieważ czują się obciążeni poczuciem winy. Właśnie im chce pomóc ponownie przekroczyć próg konfesjonału. Droga do niego, jak to ujął, musi być krótka i wolna od przeszkód. – Jako wasz biskup czuję się zobowiązany do pomocy tym wiernym, którzy z tego czy innego powodu boją się pójść do spowiedzi – zaznacza bp Hansen. Prosi jednocześnie swoich diecezjan, aby napisali do niego osobiście, co utrudnia im pójście do spowiedzi, „abyśmy wspólnie mogli uczynić sakrament pokuty żywą częścią życia wszystkich wiernych”.

    Jednocześnie biskup Oslo zwraca się do księży. Powinni oni ułatwić dostęp do sakramentu i sprawić, by stał się on czymś naturalnym, a także dawać dobry przykład, regularnie i wiernie przystępując do spowiedzi. W ramach przygotowania do sakramentu biskup przypomina o rachunku sumienia, skrusze i postanowieniu poprawy. Zaleca chwile milczenia i modlitwy, a także kierowanie się Dekalogiem i Pismem Świętym.

    Na koniec bp Hansen podkreśla, że dobra praktyka oznacza „więcej niż jedną spowiedź w roku”. Każdy wierzący powinien regularnie chodzić do spowiedzi. – W ten sposób jesteśmy wychowani do sprawdzania naszego życia pod kątem grzechów słabości, coraz głębszego zrozumienia prawa Bożego i gorliwego dążenia do świętości, do której wzywa nas Pan – wyjaśnił duchowny. Dlatego zachęca wszystkich wiernych, aby „chodzili do spowiedzi co najmniej trzy razy w roku: w Wielkim Poście, latem przed świętem św. Olafa oraz w okresie Adwentu.

    PCh24.pl/źródło: KAI

    ***

    12 kwietnia

    NIEDZIELA BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była Świętem Miłosierdzia”

    (słowa Pana Jezusa wypowiedziane do św. Faustyny Kowalskiej)

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU od godz. 13.30

    SPOWIEDŹ ŚW. PRZED I PO MSZY ŚW.

    PO MSZY ŚW. – GODZINA MIŁOSIERDZIA 

    ***

    Święto Miłosierdzia w I niedzielę po Wielkanocy ustanowił całego Kościoła papież Jan Paweł II w dniu kanonizacji s. Faustyny Kowalskiej 30 kwietnia 2000 r.

    Wcześniej, jako pierwszy wpisał je do kalendarza liturgicznego kardynał Franciszek Macharski dla archidiecezji krakowskiej w roku 1985. Dziesięć lat później, na prośbę Polskiego Episkopatu, św. Jan Paweł II ustanowił to święto dla wszystkich diecezji w Polsce.

    Po raz pierwszy o ustanowieniu tego święta mówił Pan Jezus siostrze Faustynie w Płocku w 1931 r., gdy przekazywał swą wolę co do powstania obrazu: “Ja pragnę, aby było święto Miłosierdzia. Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, żeby był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy – ta niedziela ma być świętem Miłosierdzia” (Dz. 49).

    Wybór pierwszej niedzieli po Wielkanocy na Święto Miłosierdzia jest ściśle związane z wielkanocną Tajemnicą Odkupienia a tajemnicą Bożego Miłosierdzia. Ten związek podkreśla także Nowenna wraz z Koronką do Bożego Miłosierdzia, którą również Pan Jezus podyktował polecając, aby pierwszy dzień nowenny rozpoczynał się w Wielki Piątek.

    Święto Bożego Miłosierdzia jest dniem szczególnym, w którym Kościół uwielbia Boga w tajemnicy miłosierdzia a dla wszystkich ludzi jest czasem szczególnej łaski:

    W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” (Dz. 699).

    Wielkość tego święta mierzy się miarą niezwykłych obietnic, jakie Pan Jezus z tym świętem związał: “Kto w dniu tym przystąpi do Źródła Życia – powiedział Chrystus – ten dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar” (Dz. 300).

    Niech się nie lęka zbliżyć do Mnie żadna dusza, chociażby grzechy jej były jako szkarłat” (Dz. 699).

    Aby skorzystać z tych wielkich darów, trzeba wypełnić warunki nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego (ufność w dobroć Boga i czynna miłość bliźniego) oraz być w stanie łaski uświęcającej (po spowiedzi świętej) i godnie przyjąć Komunię Świętą.

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Modlitwa, którą św. Jan Paweł II wypowiedział podczas konsekracji Bazylki Bożego Miłosierdzia 7 sierpnia 2002 roku w Łagiewnikach:

    Boże, Ojcze Miłosierny, który objawiłeś swoją miłość

    w Twoim Synu Jezusie Chrystusie,

    i wylałeś ją na nas w Duchu Świętym, Pocieszycielu,

    Tobie zawierzamy dziś losy

    świata i każdego człowieka.

    Pochyl się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość,

    przezwycięż wszelkie zło,

    pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi

    doświadczyć Twojego miłosierdzia,

    aby w Tobie, Trójjedyny Boże,

    zawsze odnajdywali źródło nadziei.

    Ojcze Przedwieczny,

    dla bolesnej męki i zmartwychwstania Twojego Syna,

    miej miłosierdzie dla nas i całego świata!

    Ostatnia deska ratunku
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Dlaczego tę niedzielę porównuje do „drugiego chrztu”?

    Największa łaska

    Sam Jezus chciał, aby niedziela po Wielkanocy była obchodzona w Kościele jako Niedziela Miłosierdzia. Mówił o tym do św. siostry Faustyny Kowalskiej. Największą łaską jaką możemy otrzymać jest „zupełne odpuszczenie win i kar”. Należy w tym dniu przyjąć Komunią świętą po dobrze odprawionej spowiedzi (bez przywiązania do najmniejszego grzechu). W 2000 roku, podczas kanonizacji św. siostry Faustyny, papież Jan Paweł II ogłosił drugą niedzielę wielkanocną jako Niedzielę Miłosierdzia dla całego Kościoła.

    Słowa klucze

    Jezus: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane.

    Najlepszym komentarzem do tego fragmentu są słowa Jezusa, które powiedział podczas jednego z objawień św. siostrze Faustynie:
    „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia (Dz. 299). Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski (Dzienniczek św. s. Faustyny, nr 699).

    Ks. Prof. Ignacy Różycki, który był członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej, a wcześniej na polecenie kard. Karola Wojtyły jako arcybiskupa krakowskiego przeprowadził teologiczną analizę Dzienniczka św. s. Faustyny tak skomentował tę obietnicę Jezusa:
    „odpuszczenie wszystkich win i kar jest tylko sakramentalną łaską chrztu świętego. W przytoczonych zaś obietnicach Chrystus związał odpuszczenie win i kar z Komunią świętą przyjętą w święto Miłosierdzia, czyli pod tym względem podniósł ją do rzędu «drugiego chrztu»”.

    Dziś

    W Niedzielę Miłosierdzia możemy otrzymać łaskę porównywaną przez teologów do „drugiego chrztu”. Wykorzystajmy tę okazję, którą daje nam Jezus i powiedzmy o tym innym.

    ks. Paweł Rytel Andrianik/Tygodnik Niedziela

    ***

    Odpust zupełny na Święto Miłosierdzia

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Ażeby wierni przeżywali to święto z głęboką pobożnością, Ojciec Święty rozporządził, że we wspomnianą niedzielę będzie można dostąpić odpustu zupełnego, zgodnie ze wskazaniami podanymi poniżej. Dzięki temu wierni będą mogli obficiej korzystać z daru pocieszenia Ducha Świętego, a przez to żywić coraz większą miłość do Boga i bliźniego; kiedy zaś uzyskają oni Boże przebaczenie, sami będą z kolei gotowi przebaczyć ochoczo braciom.

    Dzięki temu wierni w sposób doskonalszy zachowywać będą ducha Ewangelii, urzeczywistniając w sobie odnowę wskazaną i wprowadzoną przez Sobór Watykański II: «Chrześcijanie, pamiętając o słowach Pana: ‘Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali’ (J 13, 35), niczego nie powinni pragnąć goręcej, niż żeby coraz wielkoduszniej i skuteczniej służyć ludziom w dzisiejszym świecie. (…) Ojciec zaś chce, abyśmy we wszystkich ludziach rozpoznali Chrystusa jako brata i skutecznie miłowali, tak słowem, jak i czynem» (Gaudium et spes, 93).

    Dlatego Ojciec Święty, powodowany gorącym pragnieniem rozbudzenia w chrześcijańskim ludzie jak najżywszej czci Bożego Miłosierdzia – ze względu na przebogate duchowe owoce, jakie może ona wydać – podczas audiencji udzielonej w dniu 13 czerwca 2002 r. niżej podpisanym, przełożonym Penitencjarii Apostolskiej, zechciał przyznać odpusty na następujących zasadach:

    Udziela się odpustu zupełnego na zwykłych warunkach (spowiedź sakramentalna, komunia eucharystyczna, modlitwa w intencjach papieskich) wiernemu, który w II Niedzielę Wielkanocną, czyli Miłosierdzia Bożego, w jakimkolwiek kościele lub kaplicy, z sercem całkowicie wolnym od wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, choćby powszedniego, weźmie udział w pobożnych praktykach spełnianych ku czci Bożego Miłosierdzia albo przynajmniej odmówi przed Najświętszym Sakramentem Eucharystii, wystawionym publicznie lub ukrytym w tabernakulum, modlitwę «Ojcze nasz» i Credo, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego (np. «Jezu Miłosierny, ufam Tobie»).

    Udziela się odpustu cząstkowego wiernemu, który – przynajmniej z sercem skruszonym – skieruje do Pana Jezusa Miłosiernego jedno z prawnie zatwierdzonych pobożnych wezwań.

    Ponadto marynarze, którzy wykonują swoje obowiązki na niezmierzonych obszarach mórz; niezliczeni bracia, których tragedie wojenne, wy- darzenia polityczne, uciążliwe warunki naturalne i inne podobne przyczyny zmusiły do opuszczenia rodzinnej ziemi; chorzy i ich opiekunowie oraz ci wszyscy, którzy z uzasadnionej przyczyny nie mogą opuścić domów lub wykonują pilnie potrzebne zadania dla dobra społeczności, mogą uzyskać odpust zupełny w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, jeśli wyrzekając się cał- kowicie jakiegokolwiek grzechu, jak to zostało powiedziane powyżej, i z zamiarem spełnienia – gdy tylko będzie to możliwe – trzech zwykłych warunków, odmówią przed świętym wizerunkiem naszego Pana Jezusa Miłosiernego modlitwę «Ojcze nasz» i Credo, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego (np. «Jezu Miłosierny, ufam Tobie»).

    www.faustyna.pl/Tygodnik Niedziela

    ***

    Pan Jezus prosił o ustanowienie

    Święta Miłosierdzia Bożego

    Święto Miłosierdzia Bożego obchodzone jest w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Choć jest ono jednym z najmłodszych w kalendarzu liturgicznym, ukazuje jedną z najważniejszych prawd chrześcijaństwa. Można powiedzieć, że zostało ustanowione na prośbę samego Jezusa, przekazaną w objawieniach s. Faustynie Kowalskiej.

    Pragnienie Jezusa

    „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia (Dz. 299). Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” (Dz. 699).

    Takimi słowami zwrócił się do św. s. Faustyny Pan Jezus. Święto Miłosierdzia zamyka Oktawę Wielkanocy oraz otwiera Tydzień Miłosierdzia. To czas uważnego rozejrzenia się wokół, by lepiej dostrzec tych, którzy szczególnie potrzebują naszej pomocy. Jest czasem budzenia „wyobraźni miłosierdzia”, o którą apelował Jan Paweł II, po konsekracji świata Bożemu Miłosierdziu.

    Święto na zakończenie Oktawy Wielkanocnej

    Wybór pierwszej niedzieli po Wielkanocy na Święto Miłosierdzia nie jest przypadkowy – na ten dzień przypada oktawa Zmartwychwstania Pańskiego, która wieńczy obchody Misterium Paschalnego Chrystusa. Ten okres w liturgii Kościoła ukazuje tajemnicę miłosierdzia Bożego, która najpełniej została objawiona właśnie w męce, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. Inaczej mówiąc – nie byłoby dzieła odkupienia, gdyby nie było miłosierdzia Boga.

    W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego

    Przygotowaniem do obchodów święta jest nowenna, polegająca na odmawianiu Koronki do Miłosierdzia Bożego przez 9 dni, poczynając od Wielkiego Piątku. W tej nowennie – mówił sam Jezus – „udzielę duszom wszelkich łask” (Dz. 796).

    Święto Miłosierdzia Bożego wpisał do kalendarza liturgicznego najpierw kard. Franciszek Macharski dla archidiecezji krakowskiej (1985), a potem niektórzy biskupi polscy w swoich diecezjach. Na prośbę Episkopatu Polski Jan Paweł II w 1995 roku wprowadził to święto dla wszystkich diecezji w Polsce. Po kanonizacji Siostry Faustyny 30 kwietnia 2000 roku Papież ogłosił to święto jako obowiązujące w całym Kościele.

    Kult Bożego Miłosierdzia

    Pierwsze objawienia s. Faustyna miała w 1931 r. w Płocku, a później w Wilnie. Wedle jej wskazań malarz Eugeniusz Kazimirowski namalował obraz „Jezu Ufam Tobie” w 1934 r. w Wilnie. Wówczas wydrukowano także jego małe, czarno-białe reprodukcje. Został on umieszczony w wileńskim kościele św. Michała, w 1948 r. skonfiskowany przez sowietów, ale wykupiony potajemnie przez wiernych i ukryty.

    Maleńkie modlitewniki z Koronką i reprodukcją obrazu Jezusa Miłosiernego, w czasie II wojny światowej były bardzo popularne. Jest wiele świadectw mówiących o tym, że właśnie w trudnym okresie wojny wierni spontanicznie zwracali się do Miłosierdzia Bożego. Żołnierze polscy roznieśli orędzie s. Faustyny na cały świat.

    Dzięki Polakom z armii Andersa, utworzonej w 1941 roku w ZSRR, kult Miłosierdzia dotarł do Iranu, Palestyny, Libanu, Egiptu, a stamtąd – do Afryki i Włoch. Wielkie zasługi w szerzeniu kultu poza granicami oddał marianin ks. Józef Jarzębowski, który podczas okupacji wydostał się z Wilna wywożąc memoriał o nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego ks. Michała Sopoćki, spowiednika s. Faustyny i dotarł w niemal cudowny sposób do Stanów Zjednoczonych, podróżując przez Syberię i Japonię. Jeszcze w czasie wojny pojawiły się teksty nowenny, koronki oraz litanii do Miłosierdzia Bożego w językach: niemieckim, litewskim, francuskim, włoskim i angielskim.

    W 1943 r. krakowski spowiednik s. Faustyny, o. Józef Andrasz, jezuita, poświęcił drugi obraz Jezusa Miłosiernego namalowany przez Adolfa Hyłę, także według wizji s. Faustyny i ofiarowany do klasztornej kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach. O. Andrasz zapoczątkował też uroczyste nabożeństwo ku czci Miłosierdzia Bożego. Kaplica, która służyła dotąd siostrom i ich wychowankom, stała się miejscem publicznego kultu. Wizerunek bardzo szybko zasłynął licznymi łaskami.

    Próba ogniowa

    Zaraz po zakończeniu wojny, już w 1946 roku w sprawę zatwierdzenia kultu zaangażowali się biskupi polscy. W 1948 roku skierowana została prośba do Stolicy Apostolskiej o ustanowienie święta Miłosierdzia Bożego w myśl poleceń, które otrzymała s. Faustyna (Dzienniczek, nr 49,88,1530). 27 lutego 1948 r. rozgłośnia Radia Watykańskiego nadała audycję o siostrze Faustynie i jej posłannictwie.

    Pod koniec lat 50., według Marii Winowskiej – autorki biografii s. Faustyny, apostołka Miłosierdzia Bożego znana była w całej Europie, obu Amerykach, w Australii, w wielu krajach Azji i Afryki. Dzieła teologiczne poświęcone Miłosierdziu Bożemu oraz obrazki wraz z koronką do Miłosierdzia Bożego ukazały się w językach angielskim, francuskim, hiszpańskim, portugalskim, włoskim, niemieckim oraz w liturgicznym wówczas języku Kościoła – po łacinie. Same teksty nabożeństw i akt „Jezu, ufam Tobie!” przetłumaczone zostały ponadto na litewski, łotewski, niderlandzki, czeski, słowacki, ukraiński, węgierski oraz chorwacki. W Polsce istniało już wiele ośrodków, w których czczono Boże Miłosierdzie.

    W tej sytuacji sporym zaskoczeniem była Notyfikacja Świętego Oficjum z 1958 r., które kwestionowało nadprzyrodzoność objawień siostry Faustyny, sprzeciwiało się wprowadzeniu święta Miłosierdzia Bożego, zakazywało rozpowszechniania obrazków i pism propagujących nabożeństwo w formach proponowanych przez siostrę Faustynę. Wątpliwości związane były nie tyle z samym kultem, co wynikały z pewnych nieprawidłowości w jego formach. Były dwa główne powody wydania przez Święte Oficjum dekretu zakazującego nowego kultu.

    Na pierwszy złożyło się rozpowszechnianie wyrwanych z kontekstu albo niedokładnych i „poprawionych” przez jedną z sióstr fragmentów „Dzienniczka” siostry Faustyny, obecnych we włoskim tłumaczeniu, które dotarło do kongregacji, drugim zaś było – co może dziś szokować – stanowisko większości polskich hierarchów. Watykańscy eksperci opierali się na niedokładnych i źle przetłumaczonych odpisach rękopisów „Dzienniczka”. Ich autorka, siostra Ksawera Olszamowska, działając w dobrej wierze, „poprawiła” nieco dzieło Faustyny. Opuściła wielostronicowe fragmenty tekstu, pominęła wiele zdań i pozmieniała sens niektórych sformułowań.

    W drugiej nocie Świętego Oficjum z 6 marca 1959 r. autorzy wycofali się jednak z negatywnego sądu co do prawdziwości objawień, nie zakazywano tak ostro propagowania samego kultu, ale powierzono to „roztropności biskupów, włącznie z usunięciem ww. obrazów, które ewentualnie zostały już wcześniej wystawione do kultu”. W związku z czym obrazy ze świątyń zostały usunięte, zaprzestano organizowania nabożeństw.

    Jednak ówczesny metropolita krakowski abp Eugeniusz Baziak, zdecydował, że obraz Adolfa Hyły przedstawiający Jezusa Miłosiernego, związany z objawieniem siostry Faustyny ma pozostać tam, gdzie był, czyli w kaplicy klasztoru w Łagiewnikach. Z innych kościołów został usunięty.

    Karol Wojtyła

    Zasadniczą rolę w zdjęciu zakazu i dalszym rozwoju kultu Miłosierdzia Bożego odegrał następca abp Baziaka, abp Karol Wojtyła, który nie miał wątpliwości, jak pokazują następne wydarzenia, co do prawdziwości objawień siostry Faustyny i szczególnej aktualności przesłania o Bożym Miłosierdziu. Będąc młodym księdzem wracał często do kaplicy w Łagiewnikach. Kronika sióstr odnotowuje, że ksiądz Wojtyła kilkakrotnie głosił kazanie w trzecią niedzielę miesiąca w czasie Mszy świętej i nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia.

    Wojtyła jako arcybiskup krakowski od 1964 r., przyjął bardzo mądrą strategię polegającą na tym, że najpierw należy doprowadzić do rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny, a potem dopiero podjąć kroki mające na celu propagowanie kultu Bożego miłosierdzia.

    Proces informacyjny ws. siostry Faustyny w archidiecezji krakowskiej rozpoczął się w 1965. Zakończył po dwóch latach, a w 1968 zaczął być prowadzony jej proces beatyfikacyjny w watykańskiej Kongregacji ds. Świętych. W tym czasie kard. Wojtyła zarządził nowe wydanie „dzienniczka”, gdzie tekst został skopiowany dosłownie, bez opuszczeń i dopisków oraz ze zwróceniem uwag na podkreślenia ołówkiem, którym s. Faustyna zaznaczała słowa Jezusa.

    Zlecił on ekspertyzę teologiczną „Dzienniczka” s. Faustyny ks. prof. Ignacemu Różyckiemu z krakowskiego Papieskiego Wydziału Teologicznego, który znany był z tego, że nie był przekonany do orędzia siostry Faustyny. Jednakże napisana przez niego obiektywna, naukowa analiza, dała podstawy do tego, że Paweł VI w 1978 r. odwołał ograniczenia dotyczące kultu Bożego Miłosierdzia. W tym samym roku kard. Wojtyła został papieżem.

    Encyklika i „Dzienniczek”

    W 1980 roku Jan Paweł II ogłosił encyklikę „Dives in misericordia” o Bożym Miłosierdziu. Ważny etap rozwoju kultu stanowiła beatyfikacja s. Faustyny (18 kwietnia 1993 roku w Rzymie). Siedem lat później, 30 kwietnia 2000 r., bł. s. Faustyna Kowalska została wyniesiona przez Jana Pawła II do chwały ołtarzy jako święta. 5 maja 2000 roku Kongregacja Kultu Bożego i ds. Dyscypliny Sakramentów wydała dekret ustanawiający obowiązujące w całym Kościele powszechnym Święto Miłosierdzia Bożego. Polecenia Pana Jezusa, sformułowane w trakcie objawień zostały tym samym zrealizowane.

    W Polsce do rozwoju kultu Miłosierdzia Bożego przyczyniło się także wydane w 1981 r. krytyczne opracowanie „Dzienniczka” w jego oryginalnym kształcie. W połowie lat 80. nie było już diecezji, która by nie miała parafii pw. Miłosierdzia Bożego.

    Akt zawierzenia

    7 sierpnia 2002 roku Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu. Tego dnia w Krakowie-Łagiewnikach konsekrował świątynię pod wezwaniem Bożego Miłosierdzia i ustanowił w niej światowe sanktuarium Miłosierdzia Bożego.

    „Tobie zawierzamy dziś losy świata i każdego człowieka. Pochyl się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość, przezwycięż wszelkie zło, pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi doświadczyć Twojego miłosierdzia, aby w Tobie, Trójjedyny Boże, zawsze odnajdywali źródło nadziei” – modlił się wówczas Papież, powierzając cały świat Bożemu Miłosierdziu.

    „Czynię to z gorącym pragnieniem, aby orędzie o miłosiernej miłości Boga, które tutaj zostało ogłoszone za pośrednictwem Siostry Faustyny, dotarło do wszystkich mieszkańców ziemi i napełniało ich serca nadzieją. Niech to przesłanie rozchodzi się z tego miejsca na całą naszą umiłowaną Ojczyznę i na cały świat” – wyjaśniał, apelując, że „Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia, gdyż w miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście”.

    „To zadanie powierzam wam, drodzy bracia i siostry, Kościołowi w Krakowie i w Polsce oraz wszystkim czcicielom Bożego miłosierdzia, którzy tutaj przybywać będą z Polski i z całego świata. Bądźcie świadkami miłosierdzia!” – apelował.

    Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia, gdyż w miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście”.

    Jan Paweł II odszedł do Domu Ojca po pierwszych Nieszporach Niedzieli Miłosierdzia 2005 r.; uroczystości, którą sam ustanowił. Fakt ten wydaje się wymownym dopełnieniem roli, jaką odegrał w upowszechnieniu prawdy o Bogu bogatym w miłosierdzie. Prawdy przypomnianej za pośrednictwem prostej s. Faustyny, przy grobie której modlił się w młodości.

    Łagiewniki i nie tylko

    Dziś do sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Krakowie Łagiewnikach przybywa corocznie około 2,5 miliona pielgrzymów z Polski i wszystkich kontynentów. Szczególnie licznie sanktuarium odwiedzili młodzi podczas Światowych Dni Młodzieży w 2016 roku w Krakowie.

    Jednym z owoców konsekracji świata Bożemu Miłosierdziu w Krakowie, była decyzja o utworzeniu sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Wilnie, mieście, gdzie s. Faustyną doświadczyła większości swych objawień. Obecny na uroczystościach w Łagiewnikach metropolita wileński kard. Audrys Juozas Bačkis postanowił pracować nad ożywieniem kultu na całej Litwie.

    Pierwszym krokiem miało być otwarcie sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Kardynał wyremontował w tym celu kościół św. Trójcy w Wilnie, do którego przeniósł we wrześniu 2005 r. cudowny obraz Jezusa Miłosiernego. Obraz ten od czasów wojny, przez kilkadziesiąt lat ukrywany był w jednej z parafii na Białorusi, a do Wilna powrócił w 1987 r. i początkowo umieszczony został w należącym do miejscowych Polaków kościele Świętego Ducha.

    Dziś w wileńskim sanktuarium Bożego Miłosierdzia każdego dnia sprawowane są liturgie zarówno po litewsku jak i po polsku oraz w wielu innych językach. Przybywają tam pielgrzymki z całego świata.

    W Polsce obok sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach kult Miłosierdzia Bożego szerzony jest również w kilku innych sanktuariach, to znaczy w Dolinie Miłosierdzia w Częstochowie, w Myśliborzu, w Ożarowie Mazowieckim, w Kaliszu, Płocku, Warszawie, w Białymstoku, w Świnicach Warckich.

    Kult Bożego Miłosierdzia za granicą

    We Włoszech główne miejsce szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego stanowi Centro della Divina Misericordia przy kościele Santo Spirito in Sassia w Rzymie w pobliżu Watykanu. Specyficzną formą szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego w tym kraju jest peregrynacja obrazu Jezusa Miłosiernego do parafii i wspólnot zakonnych, które tego pragną. Kilkudniowy pobyt obrazu Jezusa Miłosiernego w parafii lub wspólnocie kończy się zapoczątkowaniem odmawiania na stałe koronki do Miłosierdzia Bożego i Godziny Miłosierdzia.

    W Niemczech od 1987 roku działa w Brilon Schwester Faustine Sekretariat, zajmujący się wydawaniem i dystrybucją obrazków, folderów i książek propagujących posłannictwo św. Siostry Faustyny i jej duchowość.

    We Francji od zakończenia II wojny światowej kult Miłosierdzia Bożego szerzą księża pallotyni z ośrodka w Osny pod Paryżem. W 1993 roku wznowione zostało po 35 latach przerwy czasopismo pt. „Messager de la Misericorde Divine”. Kult Jezusa Miłosiernego sprawowany jest w około 100 kościołach, kaplicach i wspólnotach zakonnych we Francji.

    W Portugalii szerzeniem kultu Miłosierdzia Bożego zajmuje się Apostolat Miłosierdzia Bożego z siedzibą w Balsamao. Oprócz Balsamao istnieje w Lizbonie ośrodek kultu Miłosierdzia Bożego założony przez Stowarzyszenie Katolików Świeckich pod nazwą „Odnowić wszystko w Chrystusie”.

    W Anglii i Irlandii istnieją liczne ośrodki kultu Miłosierdzia Bożego prowadzone przez księży marianów, a także ludzi świeckich. Za przykład można podać Fawley Court w Henley-on-Thames w Anglii. Ośrodek ten rozwija działalność duszpasterską i wydawniczą.

    W Czechach ośrodki kultu Miłosierdzia Bożego w Brnie i innych miastach utrzymują kontakty z sanktuariami polskimi. Czciciele Miłosierdzia Bożego z Czech co roku licznie przybywają do sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach na święto Miłosierdzia.

    Na Węgrzech główny ośrodek kultu Miłosierdzia Bożego mieści się w Egerze, a osobą odpowiedzialną za kontakty i współpracę Episkopatu Węgier z sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach jest tamtejszy sufragan bp Istvan Katona.

    Na Słowacji księża pallotyni budują w Spisska Nova Ves kościół pod wezwaniem Bożego Miłsoierdzia i od 1997 roku wydają czasopismo „Apostol Bozieho Molosrdenstva”.

    W Szwecji od 1995 roku grupa czcicieli Miłosierdzia Bożego gromadzi się regularnie przy parafii Najświetszej Maryi Panny w Malmo. Podobne grupy działają w Boras i w Göteborgu.

    Bardzo żywo kult miłosierdzia rozwija się od czasów II wojny światowej w Stanach Zjednoczonych. Obecnie w USA istnieje 75 sanktuariów Bożego Miłosierdzia, na czele z Narodowym Sanktuarium Miłosierdzia Bożego Stanów Zjednoczonych w Stockbridge w stanie Massachusetts.

    Kult, zapoczątkowany objawieniami św. Faustyny, jest bardzo rozpowszechniony także w Ameryce Południowej i Afryce, na Filipinach, Korei i Nowej Zelandii. W Australii działa Bractwo Miłosierdzia Bożego, które zrzesza ponad 5 tys. osób z 14 krajów. Bardzo prężnym ośrodkiem duszpasterskim i wydawniczym jest również kanadyjska wspólnota w Verdun, której członkowie troszczą się o ludzi zagubionych moralnie.

    Czciciele Miłosierdzia Bożego zrzeszają się ponadto w dwóch międzynarodowych organizacjach: Stowarzyszeniu Apostołów Bożego Miłosierdzia „Faustinum”, które liczy ok. 5 tys. osób z ponad 40 krajów oraz w wielomilionowym Apostolskim Ruchu Bożego Miłosierdzia. W samych Stanach Zjednoczonych należy do niego ok. miliona osób.

    Szerzeniem orędzia Miłosierdzia Bożego w szczególny sposób zajmuje się zgromadzenie Matki Bożej Miłosierdzia, do którego należała s. Faustyna oraz siostry Jezusa Miłosiernego – zgromadzenie założone przez kierownika duchowego i spowiednika s. Faustyny, bł. ks. Michała Sopoćkę.

    KAIStacja7.pl

    ***

    „Francuskie Łagiewniki”.

    Słyszałeś o tym pięknym sanktuarium?

    Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Gallardon
    fot. Pack-Shot / Shutterstock

    ***

    70 km od Paryża, w Dolinie Loary, znajduje się sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Gallardon. Można tu znaleźć liczne polskie akcenty. Obowiązkowy punkt do odwiedzenia podczas podróży po Francji!

    Wielka łaska Bożego Miłosierdzia

    Kult Bożego Miłosierdzia, w ołtarzu relikwie trojga wybitnych Polaków: św. Jana Pawła II, św. s. Faustyny oraz św. Stanisława, biskupa i męczennika, na czele wspólnoty polski rektor pallotyn ks. Adam Gałązka – choć mowa o sanktuarium w Gallardon we Francji, to jednak jest to miejsce, w którym polskie wątki są bardzo wyraźne.
    „Zapraszamy ludzi do korzystania z wielkiej łaski Bożego Miłosierdzia, regularnie trwamy w konfesjonale i czekamy na tych, którzy tej łaski doświadczają, a potem sami dzielą się wielką radością wolności i uzdrowienia” – powiedział ks. Gałązka, który w 2023 r. został następcą twórcy tego sanktuarium ks. kan. Dominiqe’a Auberta.
    Gallardon to niewielka miejscowość leżąca ok. 70 km na południowy zachód od Paryża, w Regionie Centralnym – Dolinie Loary we Francji. Znajduje się tu stosunkowo mało znane sanktuarium. Początki kultu Jezusa Miłosiernego w tym miejscu na szerszą skalę sięgają 2015 r., który został ustanowiony przez papieża Franciszka Rokiem Bożego Miłosierdzia.

    Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Gallardon
    fot. archiwum ks. Adama Gałązki SAC

    ***

    Miejsce duchowego uzdrowienia

    „Na początku sanktuarium niewiele mówiło wiernym, skąd wziął się słynny obraz ‘Jezu, ufam Tobie!’ i co oznacza przesłanie siostry Faustyny” – podkreślił ks. Adam Gałązka SAC. Znaczący wpływ na to miejsce miała wizyta ówczesnego rektora ks. Dominique’a Auberta w sanktuarium w Łagiewnikach. „Rektor nawiązał kontakty z siostrami Matki Bożej Miłosierdzia, zaczął wczytywać się w ‘Dzienniczek’ s. Faustyny” – opowiedział obecny polski rektor tego miejsca. Ówczesny metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz zachęcił ks. Auberta do szczególnego propagowania sakramentu pokuty i pojednania jako wyraźnego znaku Bożego Miłosierdzia.
    Do Gallardon sprowadzono też relikwie polskich świętych. „Gdy pojawiły się relikwie i obraz Jezusa Miłosiernego, zaczęły pojawiać się osoby, modlić się, wczytywać w przesłanie s. Faustyny i doświadczać wewnętrznego uzdrowienia” – zrelacjonował ks. Gałązka.

    Pallotyni od Bożego Miłosierdzia

    Zanim ks. Adam Gałązka trafił do Gallardon, trzy lata pracował w pallotyńskim Centrum Dialogu w Paryżu. W tym czasie kończący kadencję rektora sanktuarium w Gallardon ks. Aubert zwrócił się z prośbą do polskich pallotynów. „On wielokrotnie słyszał o charyzmacie pallotynów, dlatego właśnie nawiązał kontakt z naszym przełożonym, ks. Krzysztofem Hermanowiczem, który zgłosił się właśnie do mnie, czy byłbym zainteresowany taką nową posługą przy sanktuarium Bożego Miłosierdzia” – opowiedział ks. Adam Gałązka.

    Przypomniał, że pallotyni we Francji znani są z działalności na polu Bożego Miłosierdzia. Pollotyńska regia (prowincja) we Francji nosi właśnie ten tytuł.

    Już w czasach II wojny światowej polscy pallotyni we Francji propagowali Boże Miłosierdzie, m.in. odmawianie koronki, do czego zachęcał wiernych były rektor Polskiej Misji Katolickiej we Francji ks. Franciszek Cegiełka. „Doświadczył ocalenia z niemieckiego obozu w Dachau, jak sam o tym świadczył, dzięki zaufaniu Bożemu Miłosierdziu i odprawianiu koronki” – zaznaczył rozmówca Polskifr.fr. Ks. Gałązka przypomniał też postać innego pallotyna ks. Alojzego Misiaka, który na różne sposoby starał się propagować we Francji kult Miłosiernego Chrystusa.

    „Czasem spotykam się z ciekawą reakcją ludzi, którzy znają już pallotynów jako propagatorów Miłosierdzia Bożego. Dziwią się, że s. Faustyna nie była pallotynką, tylko pochodziła z innego zgromadzenia” – powiedział z uśmiechem ks. Gałązka.

    Głosić Miłosierdzie Boże na różne sposoby

    Obraz Miłosierdzia Bożego ma dla Francuzów nieco inną wymowę niż dla Polaków, gdyż powstał w polskich realiach. „To nie przeszkadza w propagowaniu tego, co jest głębią, istotą samego Bożego Miłosierdzia, które w tej chwili jest propagowane już nie tylko przez pallotynów, w różnych miejscach, w różnych formach, poprzez różne ruchy kościelne” – podkreślił ks. Adam Gałązka. Jako przykład podał comiesięczne czuwania modlitewne w pierwsze piątki miesiąca prowadzone w bazylice Sacré-Cœur i kościele Saint-Sulpice, prowadzone przez Francuzkę polskiego pochodzenia Wiolettę Wawer.

    Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Gallardon
    fot. archiwum ks. Adama Gałązki SAC

    ***

    Święto Miłosierdzia Bożego, które obchodziliśmy w tym roku 7 kwietnia, ustanowił św. Jan Paweł II, odpowiadając na prośbę Jezusa, który w przesłaniu do s. Faustyny wyraził takie życzenie. „W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” („Dzienniczek”, 699) – mówił Chrystus do polskiej zakonnicy. To święto otwiera w Polsce Tydzień Miłosierdzia.

    ks. Adam Gałązka SAC/Aleteia.pl

    ***

    „Dzienniczek” – dzieło w kooperacji Boga

    i prostej kobiety

    „Dzienniczek” przynosi otuchę milionom ludzi i, dając nadzieję na Boże przebaczenie, skłania ich do nawrócenia.

    „Dzienniczek” przynosi otuchę milionom ludzi i, dając nadzieję na Boże przebaczenie, skłania ich do nawrócenia.


    fot.Jacek Bednarczyk/ PAP

    ***

    „Nie umiem pisać” – skarżyła się Jezusowi św. Faustyna. Ale posłuchała Go. Tak powstało dzieło uważane za perłę literatury mistycznej.

    Zbliżała się połowa sierpnia 1935 roku. Siostra Faustyna odprawiała trzydniowe rekolekcje w klasztorze w Wilnie. Pierwszego dnia o godzinie dziesiątej kaznodzieja mówił o miłosierdziu Bożym i o dobroci Boga względem człowieka. W tej chwili zakonnica zobaczyła w ołtarzu Pana Jezusa w białej szacie. Zauważyła, że trzymał w ręku zeszyt, w którym notowała swoje przeżycia. „Podczas całej tej medytacji Jezus przekładał karty zeszytu i milczał, jednak serce moje znieść nie mogło żaru, który się w duszy mojej zapalił” – zapisała później. W pewnej chwili Zbawiciel powiedział do niej: „Nie wszystko napisałaś w tym zeszycie o dobroci Mojej ku ludziom; pragnę, ażebyś nic nie pominęła, pragnę, niech się ugruntuje serce twoje w zupełnym spokoju” (Dz. 459).

    Sześć zeszytów

    Gdy w czerwcu 1938 roku, trzy miesiące przed śmiercią, s. Faustyna kreśliła ostatnie słowa w „Dzienniczku”, świat stał u progu drugiej wojny światowej. Zawarte tam przesłanie o Bożym miłosierdziu było jak diagnoza i recepta dla każdego człowieka. „Nie zazna ludzkość spokoju, dopokąd nie zwróci się do źródła miłosierdzia Mojego” – mówił Jezus do zakonnicy (Dz. 699). Sześć zeszytów, zapisanych niewprawnym pismem – w oryginale pełnych błędów ortograficznych i stylistycznych – składa się na dzieło określane przez teologów jako perła literatury mistycznej. Stworzenie czegoś takiego bez pomocy łaski jest niemożliwe, tym bardziej że Faustyna ukończyła jedynie trzy klasy szkoły podstawowej.

    Wiele fragmentów „Dzienniczka” przynosi otuchę milionom ludzi i, dając nadzieję na Boże przebaczenie, skłania ich do nawrócenia.

    „Rozkosz mi sprawiają dusze, które się odwołują do mojego miłosierdzia. Takim duszom udzielam łask ponad ich życzenia. Nie mogę karać, choćby ktoś był największym grzesznikiem, jeżeli on się odwołuje do mej litości, ale usprawiedliwiam go w niezgłębionym i niezbadanym miłosierdziu swoim” – zapewnia Zbawiciel Faustynę, a poprzez nią świat. Na kartach „Dzienniczka” robi to bezustannie.

    Sama święta wcale nie paliła się do pisania. „Mój Jezu, Ty widzisz, że dosyć nie umiem pisać, to jeszcze i pióra nawet dobrego nie mam, a nieraz to naprawdę tak mi się źle pisze, że po jednej literze muszę składać zdania” – skarżyła się Zbawicielowi. Do tego dochodził problem natury technicznej. „Notuję te niektóre rzeczy w sekrecie wobec sióstr, więc muszę nieraz co chwila zamykać zeszyt i cierpliwie wysłuchać opowiadania danej osoby, i czas, który miałam przeznaczony na pisanie, przeszedł, a nagłe zamykanie zeszytu – maże mi się. (…) Dziwna rzecz, że przecież nieraz pisze mi się możliwie, ale nieraz – to naprawdę sama ledwie przeczytam” – tłumaczyła.

    Ważna uwaga: Faustyna pisała z nakazu swojego kierownika duchowego i spowiednika, ks. Michała Sopoćki. On sam w liście do władz zgromadzenia z 1972 roku tak wyjaśniał okoliczności owej decyzji: „Byłem wówczas profesorem w Seminarium Duchownym i na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Nie miałem czasu wysłuchiwać jej długich zwierzeń w konfesjonale, poleciłem jej spisać je w zeszycie i podawać mi je od czasu do czasu do przejrzenia. Stąd powstał »Dzienniczek«”.

    Napisz wszystko

    Choć Faustyna była wzorem posłuszeństwa, nie ustrzegła się błędu. Pewnego razu, gdy jej spowiednik wyjechał na kilka tygodni do Ziemi Świętej, dała się zwieść postaci, którą błędnie wzięła za anioła. „Głupstwo piszesz i narażasz tylko siebie i innych na wielkie przykrości” – przekonywała zjawa. Tłumaczyła, że pisanie jest stratą czasu. Gdy widzenie się powtórzyło, Faustyna spełniła żądanie i spaliła prowadzone zapiski. „Kazałem jej za pokutę odpisać treść zniszczoną, a tymczasem następowały nowe przeżycia, które ona notowała, przeplatając wspomnieniami ze spalonego zeszytu. Stąd w jej »Dzienniczku« nie ma porządku chronologicznego” – wyjaśniał później ks. Sopoćko.

    Sam Jezus, objawiając się Faustynie, wiele razy podkreślał, jak ważny jest „Dzienniczek” w jego planach. „Twoim zadaniem jest napisać wszystko, co ci daję poznać o Moim miłosierdziu dla pożytku dusz, które czytając te pisma, doznają w duszy pocieszenia i nabiorą odwagi zbliżać się do Mnie” – mówił, zaznaczając, że święta powinna wszystkie chwile wolne poświęcić pisaniu. Wielokrotnie też motywował Faustynę do kontynuowania zapisków. „Dziś nie miałam chęci do pisania – wtem usłyszałam głos w duszy: Córko Moja, nie żyjesz dla siebie, ale dla dusz, pisz dla ich pożytku. Wiesz, że wolę Moją co do pisania to już ci tyle razy potwierdzili spowiednicy” – zanotowała święta.

    Nie zniechęcaj się

    Chodzi więc o pożytek dusz, jaki odnoszą one dzięki lekturze „Dzienniczka”, a ten jest niezaprzeczalny. Wielu czytelników od lat zaświadcza, jak wiele dobra przyniosła im lektura zapisków św. Faustyny. Do najnowszych świadectw zaliczyć można m.in. entuzjastyczne komentarze, umieszczane pod kolejnymi odcinkami podkastu Zeszyty Miłości Pełne. Prowadzi go na platformie YouTube siostra Gaudia Skass, rzeczniczka Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. – Tam jest istny wylew wdzięczności i miłości. Ludzie piszą, jak ich „Dzienniczek” porusza i inspiruje – wyjaśnia.

    Siostra czyta w podkaście kolejne fragmenty „Dzienniczka” (docelowo „od deski do deski”), komentując je i objaśniając trudne miejsca. Bo i to trzeba powiedzieć, że nie jest to lektura łatwa. Wielu się zniechęca, niektórzy odczuwają nawet strach, czytając o skutkach grzechów, o odpowiedzialności za swoje czyny i o piekle. – Coraz częściej spotykałam się z takimi opiniami. Serce mnie bolało, kiedy słyszałam o ludziach, którzy odkładają „Dzienniczek” po pierwszych fragmentach. Było mi strasznie przykro, bo ta książka dała mi tak wiele… Znam ludzi na całym świecie, których życie zmieniło się o 180 stopni przez lekturę „Dzienniczka” – opowiada s. Gaudia.

    Wyjaśnia, że właśnie ta świadomość nasunęła jej myśl o stworzeniu podkastu. – Oczywiście w „Dzienniczku” jest o grzechu i o jego konsekwencjach, ale jeśli ktoś czyta Ewangelię selektywnie, też może uznać, że jest przerażająca. Gdy Jezus mówi tylko „biada, biada, biada”, to nie brzmi to jak dobra nowina. Jeśli się czyta selektywnie „Dzienniczek”, będzie to samo, bo tam, podobnie jak w Ewangelii, jest i opowieść o wielkiej miłości Boga, i przestroga przed konsekwencjami grzechów. Po prostu trzeba czytać całość – doradza s. Gaudia. Zwraca uwagę, że ze stron „Dzienniczka” wylewa się dużo więcej miłości niż przestróg, a te drugie muszą być odczytywane, podobnie jak Jezusowe „biada”, jako troska o ludzkie zbawienie. – W związku z tym Jezus nie może nam mówić tylko: „Kocham was, róbcie, co chcecie”. Z miłości przestrzega nas przed konsekwencjami grzechu, który jest naprawdę niszczący. Kościół katolicki przecież także uczy, że jest grzech, a jego skutki mogą sięgać wieczności. Nie można po Faustynie spodziewać się czegoś innego – żeby ona tam napisała tylko o słodyczach nieba, które osiąga się bez względu na to, jakie prowadziło się życie – zauważa siostra.

    Trudności w lekturze „Dzienniczka” mogą brać się także z faktu, że powstał on, bądź co bądź, w innej epoce, a do tego w obcym większości odbiorców środowisku zakonnym. – Trzeba pamiętać, że Faustyna pisze w pierwszej połowie XX wieku, przed Soborem Watykańskim II. Dobrze jest znać charakterystykę tamtych czasów, bo jest tam trochę wątków dziś już niezrozumiałych, zdecydowanie wymagających wyjaśnienia. Natomiast w tym, co w „Dzienniczku” jest wyakcentowane pogrubioną czcionką, czyli w słowach Jezusa, nie ma nic, co byłoby związane tylko z tamtym czasem. Jezus wypowiada się bardzo uniwersalnie – choć mówi językiem Faustyny. To jest Jego piękna subtelność, że gdy się z nami komunikuje, mówi do nas naszym językiem, dostosowuje się. Choć dla nas, czytających zapiski Faustyny, stanowi to pewne wyzwanie – podkreśla s. Gaudia. To wszystko rzeczniczka zgromadzenia bardzo szczegółowo i przystępnie wyjaśnia w podkaście. – Widzę, że to działa. Wielu ludzi pisze, że kiedyś zeszyty Faustyny były dla nich zbyt wymagające, a teraz mówią na przykład: „Aż się boję, że ten »Dzienniczek« się kiedyś skończy. Co wtedy zrobię?” – śmieje się.

    Owoc posłuszeństwa

    Uniwersalność zawartego w „Dzienniczku” przesłania o miłosierdziu Bożym potwierdza sama popularność tej pozycji. Żadna polska książka nie jest tak znana na świecie i tak często tłumaczona na języki obce. Ogólny nakład, w jakim rozchodzi się „Dzienniczek”, jest nie do oszacowania, zwłaszcza że do wersji drukowanej należy dziś doliczyć obfite korzystanie z wersji elektronicznych. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie posłuszeństwo prostej zakonnicy, którą Bóg posłużył się dla przekonania ludzkości o swoim niezgłębionym miłosierdziu.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Należał do najbogatszych w Polsce, gdy trafił na „Dzienniczek”: prezes prezesów rozłożony na łopatki

    ROMAN KLUSKA
    Anna Kaczmarz/Dziennik Polski/Polska Press/East News | HistoryIsResearch/Wikipedia | CC BY-SA 4.0

    ***

     Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy czytając „Dzienniczek”, nie miałem ani jednej uwagi do Faustyny! Prezes prezesów rozłożony na łopatki przez dziewczynę po 3. klasie podstawówki. Urzekło mnie też to, że objawienie jest po polsku.

    Z Romanem Kluską – przedsiębiorcą, twórcą i byłym prezesem firmy Optimus, współtwórcą portalu Onet.pl, w latach 90. jednym z najbogatszych Polaków, niesłusznie oskarżonym o wyłudzenie 30 mln złotych podatku VAT; obecnie – właścicielem firmy produkującej zdrową żywność Prawdziwe Jedzenie, hodowcą owiec – rozmawia Małgorzata Bilska.

    Rozum i wiara

    Małgorzata Bilska: Rozum jest darem Boga, choć nie zawsze wiemy, jak go używać. Do czego w istocie służy?   

    Roman Kluska: Jesteśmy istotami rozumnymi, stworzonymi na wzór i podobieństwo Pana Boga. Rozum służy do tego, aby poznawać Go, wielbić; uczyć się i doskonalić. Korzystać z niego w każdej możliwej dziedzinie. Abyśmy z każdym dniem byli lepsi.

    Od czasu oświecenia drogi rozumu i wiary jakby się rozjechały. Rozum kojarzy się z naukowym racjonalizmem, w opozycji do religii. Do czego przydaje się w wierze?

    Nie rozłączałbym tych rzeczywistości. Wiara jest silnie wspomagana przez naukę, a nauka – przez wiarę… Jest to nierozłączna całość. Stanowi o pełni człowieczeństwa. Nie wyobrażam sobie ich rozdzielenia, będziemy wtedy błądzić.

    Na poparcie tej tezy mam dziesiątki, jeżeli nie setki spotkań z wybitnymi ludźmi nauki, głównie z obszaru nauk ścisłych (matematykami, fizykami, astronomami, chemikami, biologami itd.). Kiedy siedziałem z nimi wieczorem przy kolacji, prowadziłem z nimi dyskusje, często mówili, że nic tak nie umacnia wiary jak nauka.

    Prowadząc badania, rozkoszują się wielkością Stwórcy. Jego doskonałością. Wielkością – niepojętą dla nas. Im więcej wiedzą, tym większy czują zachwyt na dziełem stworzenia; nad Autorem.

    Im więcej ktoś wie, tym jest bardziej pokorny.

    Panu pokory troszkę brakowało przed spotkaniem Boga. Jak pan sam opowiada, dlatego że jest pan wybitnie inteligentny, co potwierdzają testy i badania. Tak było do wypadku?

    To nie całkiem tak. Już od szkoły średniej prowadziłem dyskusje z kolegami (myślącymi), poszukując odpowiedzi na pytanie: Jestem przypadkowym produktem ewolucji czy zostałem stworzony przez Stwórcę? Próbowaliśmy to zgłębić rozumem.

    Jako „licealne szczeniaczki”, potem studenci, prowadziliśmy „dyskusje akademickie”, które wielkiego śladu po sobie nie zostawiły. Ale nabrałem takiego nawyku. Przez całe życie, jak miałem chwilkę i wpadła mi w ręce jakaś wybitna publikacja, próbowałem uzyskać odpowiedź na to pytanie.

    Po przeczytaniu wielu książek pewności nie miałem, ale doświadczenia innych są pomocne. Jeśli książka jest zrobiona pięknie i godnie – to znaczy rzetelnie. Mając do czynienia z osobą poszukującą, z rozumem, który nie kombinuje, lecz szuka prawdy, mogę po lekturze zajść nawet dalej niż sam autor.

    Przez całe życie szukałem odpowiedzi. Była to jednak tylko wiedza, wynik aktywności rozumu. I tu dochodzimy do sedna problemu, który pani postawiła. Rozum czy wiara? W poznaniu naukowym (tak to nazwijmy) posuwałem się do przodu…

    Na gruncie teorii.

    Tak, argumentów czysto rozumowych. Z dziedziny filozofii, nauk ścisłych itd. Moja wiedza była „sucha”, jak nauka matematyki. Przełomem stało się moje cierpienie. Pozwoliło mi na osobiste przeżycie Dzienniczkasiostry Faustyny.

    Wypadek i siostra Faustyna

    Złamał pan nogę na nartach?

    Gorzej. Byłem człowiekiem bardzo zapracowanym. Nie miałem czasu pójść na narty w dzień, bo musiałbym przestać pracować (śmiech). A co gorsze, za dnia były długie kolejki do wyciągów.

    Była niedziela, ale ja nie mogłem sobie pozwolić na takie marnotrawstwo czasu. Gdyby można było rano zjechać 10 razy w ciągu godziny i wrócić, to bym tak zrobił! Ale godzinę stać w kolejce, żeby raz zjechać? To się nie mieściło w mojej racjonalności.

    Poszedłem na narty, jak zrobiło się ciemno. Wtedy stoki były: raz – bardzo słabo oświetlone, a dwa – o ratrakach nikomu się nie śniło. Choć to był kurort – Krynica.

    Jechałem po ciemku. Skończyło się zerwaniem zaczepu ścięgna Achillesa. Unieruchomiło mnie to w łóżku na długo. Jako człowiek pracy szybko zresztą odkryłem, że z niego można pracować. Korzystając z telefonu (internetu nie było), zarządzałem „imperium”.

    Jest pan więc prekursorem zdalnego zarządzania…

    (Śmiech) Można tak powiedzieć. Było mi o tyle łatwiej niż w pandemii, że wszyscy inni byli na stanowiskach. Miałem pod sobą około 30 przedsiębiorstw. Byłem szefem szefów i nikt nie dyskutował, jak dzwoniłem. Nieważne, o której godzinie.

    Dopóki ludzie byli pracy, gdzieś do 20.00, byłem zajęty. Tylko co potem? Nie potrafię nic nie robić. Pewnego wieczoru zostałem w domu sam, nie mogąc ruszyć się nawet po gazetę czy pilot od telewizora.

    Tortura.

    Jedyną pozycją, która leżała w zasięgu ręki, były fragmenty Dzienniczka siostry Faustyny. Dziś wiem, że to nie był przypadek.

    Żona zostawiła?

    Teściowa dostała tę książeczkę w Tarnowie w kościele, przywiozła, a żona położyła ją przy moim łóżku. Leżała aż do tamtego wieczora.

    Nie sięgnął pan po nią wcześniej.

    Autorka miała ukończone 3 klasy szkoły podstawowej…

    Żaden z niej partner do debat naukowych.

    A jej wykład jest tak logiczny! Byłem przyzwyczajony do tego, że niemal każdego z moich zastępców, prezesów podległych firm, bez problemu łapałem na niekonsekwencjach czy braku logiki. Wyłapywałem wszystkie uchyłki czyichś umysłów.

    Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy czytając Dzienniczek, nie miałem ani jednej uwagi do Faustyny! Prezes prezesów rozłożony na łopatki przez dziewczynę po 3. klasie podstawówki. Tam nie ma żadnej niekonsekwencji wewnętrznej. Jest logiczna do bólu.

    Uznałem, że nie mogła tego sama napisać, naprawdę jest sekretarką Pana Jezusa. Nie byłaby w stanie zrobić spójnego wykładu na 600 stron książki o tym, jak powinniśmy żyć. Co jest dobre, a co złe. W zakonie była mniszką drugiego chóru, na pewno też nikt jej nie pomógł.

    Trzeba uznać, posługując się rozumem, że podyktował jej to Pan Jezus. Urzekło mnie też to, że objawienie jest po polsku, przekazane językiem XX wieku. Tekst nie wymaga tłumaczenia, jak Biblia. Tyle skarbów w jednym!

    Inwestycja w poznanie Stwórcy

    Jak to na pana wpłynęło?

    Zachwyciłem się Panem Bogiem. Jego doskonałością w każdym wymiarze.

    Mam wrażenie, że pan lubi pojedynki intelektualne i nie tyle nie złapał na braku logiki siostry Faustyny, co spotkał Boga – Arcymistrza logiki…

    Może pani to nazwała po imieniu. Po prostu to było tak piękne, wspaniałe, doskonałe, a równocześnie budujące. I takie konsekwentne!

    Bóg mówi człowiekowi: Masz do wyboru moją nieskończoną miłość miłosierną lub moją sprawiedliwość. Wszystko zależy od ciebie. Jesteś wolny! Wybieraj. Wreszcie poczułem, co to znaczy być człowiekiem wolnym… Mam prawo wyboru.

    Przeszedł pan długą drogę od wiedzy o Bogu do osobistej relacji z Nim. Jak ją budować?

    To jest trudne. Nie mogę być tu ani mistrzem, ani nauczycielem… Jestem marnością, jak my wszyscy. Mogę tylko powiedzieć, że kluczem do relacji jest chyba (mówiąc moim językiem biznesu) inwestycja w poznanie Stwórcy. Jak mogę mieć relację z kimś, kogo nie znam?

    Możliwości poznania jest wiele: Biblia, objawienia publiczne i prywatne, modlitwa, teologia. Muszę to potem sam rozważyć, rozumem i sercem. Wiedza to za mało. A następnie zacząć się rozkoszować Jego doskonałą Miłością. Wielkością. Wszechmocą. Musi przyjść zachwyt, a zarazem pokora.

    Dopiero gdy poczuję zachwyt, uznając przy tym w pokorze własną marność (to warunek konieczny), może się utworzyć jakaś relacja.

    Pana doświadczenie religijne jest zgodne z wiedzą z religioznawstwa. Według Rudolfa Otto są dwa wymiary doświadczenia sacrum: mysterium fascinans i mysterium tremendum. Przed Bogiem czujemy jednocześnie zachwyt i trwogę.

    Muszę coś dodać do kwestii miłosierdzia Bożego. Ono nie jest za darmo. Na przeogromną miłość, jaką Bóg nam ofiarował, musimy odpowiedzieć równie silnym zaufaniem. Nawet w naszej marności możemy je z siebie wykrzesać.

    W dzisiejszych czasach to jest trudne. Tu się wali, tam pali, a tam – gotuje. Nasz świat wygląda zupełnie inaczej, niż byśmy chcieli. A my musimy – w pokorze – okazać Bogu zaufanie. Do tego dodać jeszcze jakość życia.

    Nie mogę iść do Pana, który jest doskonałością, będąc brudnym od grzechów. Bez spowiedzi. Miłosierdzie nie polega na tym, że Bóg jest dobry i można robić, co się chce. To absurd.

    Jak mówić „Jezu, ufam Tobie”, skoro spada zaufanie do Kościoła?

    To już inny problem. Mnie jest łatwiej, bo jestem człowiekiem starszej daty. Wiem, czym był komunizm i jakimi metodami, jak perfidnie ideologowie niszczyli kapłanów. To była tak ogromna maszyna do niszczenia Kościoła, że konsekwencje są do dzisiaj.

    Polski Kościół był niszczony w konfrontacji z realnym socjalizmem, co skutkuje jakością ludzi. Trzeba mu więcej wybaczyć. Nie patrzeć tylko z perspektywy ideału, jaki być powinien.

    Małgorzata Bilska/Aleteia.pl

    ***

    Jakim językiem mówi do nas Bóg?

    Odpowiedź znajdziemy w „Dzienniczku” s. Faustyny

    Jakim językiem mówi do nas Bóg? Odpowiedź znajdziemy w „Dzienniczku” s. Faustyny
    fot. Blisko Rahamim/Youtube

    ***

    Czytając „Dzienniczek” krok po kroku będzie powiększała się nasza wrażliwość na duchowy świat i na nasze poruszenia wewnętrzne. Będziemy uczyć się ich interpretacji i rozumienia. Jego lektura może pomóc nam nauczyć się komunikacji z Panem Bogiem i rozumieć jakim językiem komunikuje się z nami – mówi s. Gaudia Skass z podcaście „Zeszyty Miłości Pełne”.  W pierwszym odcinku czytany jest „Dzienniczek” w punktach 1-16.

    Jak piszą siostry „Dzienniczek” będą czytać od deski do deski, a s. Gaudia będzie pomagać zrozumieć czasem niełatwe treści i odkryć w nich ważne inspiracje na naszą osobistą drogę.

    „Celem tej serii nie jest wyjaśnienie wszystkich wątków z „Dzienniczka”, bo seria ta mogłaby trwać dłużej niż życie tych, którzy ją nagrywają. Będziemy się skupiać się na wyszukiwaniu w faustynowych treściach tego, co dla nas najważniejsze, czego możemy się od niej nauczyć i co Jezus chce nam powiedzieć przez jej doświadczenie” – piszą siostry.

    – Jest niesamowite, że na trzech stronach siostra Faustyna zdołała opisać 20 lat swojego życia. Pisze o momentach, w których opisuje, jak Bóg dał jej poznać, jak bardzo ją kocha. Opisuje to, co najistotniejsze, momenty, który mają dać zrozumieć jej dalszą historię, jak Pan Bóg ją prowadził i jak doprowadził do momentu, gdzie dzieją się te wszystkie trudne rzeczy w jej życiu. Jak spotykanie Pana Boga i widzenie Pana Boga – mówi w komentarzu s. Gaudia.

    Do czego może nas to zainspirować?

    – Może byśmy zobaczyli, jak Pan Bóg nas prowadzi. Może teraz na początku roku jest taki dobry moment, żeby spojrzeć wstecz i dostrzec to Boże prowadzenie. By zobaczyć to, że On był zawsze w twoim życiu,  że się z tobą komunikował. Przypomnieć sobie momenty jakieś szczególnej łaski, szczególnych spotkań z Panem Bogiem. Być może wkładałeś jakieś poruszenia serca do szuflady, myśląc ze coś ci się wydawało. A może to jednak jest coś istotnego – zachęca.

    – Czytanie „Dzienniczka” jest tez po to, żebyśmy się nauczyli komunikacji z Panem Bogiem. Nauczyli się odczytywać i rozumieć Jego język – mówi.

    I podkreśla: – Rozumieć to, co chce nam powiedzieć i w jaki sposób się z nami komunikuje. I będziemy się tego uczyć krok po kroku. Czytając „Dzienniczek” siostry Faustyny będzie powiększała się nasza wrażliwość na duchowy świat, na nasze duchowe poruszenia i będziemy się uczyć ich interpretacji i rozumienia ich.

    – Siostra Faustyna mówi o tym, że pierwsze poruszenie zewnętrzne, kiedy Pan Bóg ją do czegoś zapraszał działo się w wieku 7 lat. (…) Kiedy jej rodzice, choć pobożni ludzie, nie zgadzają się jednak, by wstąpiła do zakonu, Helena zaczyna żyć tak, żeby o Panu Bogu nie myśleć, zagłuszyć się rozrywkami – mówi zakonnica.

    – Jest to naprawdę bardzo wartościowe, że możemy zobaczyć czyją drogę rozwoju – dodaje.

    Wiele znaków zapytania i niepewności

    – Siostra Faustyna opisuje dużo szczegółów swojej drogi z Bogiem, rozwoju swojej duchowości. Opisuje, jak wszystko zaczyna się od wielu znaków zapytania i niepewności. Nie wie, czy dobrze rozumie, ale Pan Bóg daje jej dużo zrozumienia przez wiele dróg. Ale jedną taką najważniejszą jest powiedzenie tego, co jej dzieje się w jej duszy poprzez kapłana, który jest jej kierownikiem duchowym – mówi siostra Gaudia.

    Pierwsze widzenie Boga na balu w Łodzi 

    I dodaje: – Takim apogeum zagłuszania swojego wewnętrznego głosu jest bal, na który idzie w centrum Łodzi. I to jest genialny moment w jej historii, co trzeba podkreślić, bo to jest ten pierwszy raz, kiedy Helena Pana Boga zobaczy realnie jako człowieka, nie pod postacią Hostii, gdzie jej ukryty. I to jest właśnie na imprezie. To burzy wiele naszych schematów, dotyczących naszej pobożności i tego, jak Pan Bóg może się z nami komunikować – że będzie się to działo tylko w miejscach bardzo świętych, tylko na kolanach, na modlitwie.

    – Nie. Pierwsze objawienie, które ma siostra Faustyna pokazuje nam jasno, że Pan Bóg bardzo lubi z nami spędzać codzienność. Nigdy nie wiesz, kiedy przyjdzie moment szczególnej łaski, szczególnego spotkania z Nim. Moment szczególnej komunikacji z Nim może być momentem najgorszego upadku, kiedy Pan Bóg stanie się szczególnie bliski – dodaje s. Gaudia.

    s. Gaudia Skass ZMBM /Deon.pl

    ***

    S. Gaudia Skass ZMBM:

    Miłosierdzie to odpowiedź na wszystkie tęsknoty naszego serca

    S. Gaudia Skass pochodzi z Warszawy, gdzie ukończyła studia na wydziale malarstwa Akademii Sztuk Pięknych. Po studiach wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Obecnie głosi Boże Miłosierdzie głównie w mediach, prowadząc przestrzeń ewangelizacyjną  „Blisko Rahamim”.
    fot. Roman Koszowski/ Gość Niedzielny

    ***

    S. Gaudia Skass pochodzi z Warszawy, gdzie ukończyła studia na wydziale malarstwa Akademii Sztuk Pięknych. Po studiach wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Obecnie głosi Boże Miłosierdzie głównie w mediach, prowadząc przestrzeń ewangelizacyjną „Blisko Rahamim”.

    O „Blisko Rahamim”, malowaniu i rezygnacji z niego mówi s. Gaudia Skass.

    Barbara Gruszka-Zych: Jak się Siostra czuje jako dziewczyna z plakatu?

    S. Gaudia Skass:
     Znoszę to z przymrużeniem oka. Wersję z moją twarzą siostry wydrukowały tylko do naszego biura. W innych miejscach plakat reklamujący naszą przestrzeń ewangelizacyjną „Blisko Rahamim” zdobi tylko miniaturka naszego pierwszego podcastu.

    Zwykle zakonnice usuwają się na drugi plan, a Siostra jest na pierwszym – Wasz kanał oglądają dziesiątki tysięcy zainteresowanych.

    Pewnie zachęca ich właśnie nasza normalność, czyli to, że my, jego realizatorzy, nie przejmujemy się kamerą, a skupiamy się na przekazie treści o miłosiernym Bogu. Ludzie doceniają to, że szukamy nowych dróg, by do nich dotrzeć. Szczególnie zależy nam na młodszym pokoleniu, na tych, którzy częściej są w sieci niż w kościele.

    Nikt Siostrze nie wypomina, że jest za bardzo medialna?

    Rzadko się to zdarza. To dzieło całego naszego zgromadzenia, nawet siostry z innych zgromadzeń mi za nie dziękują. Cieszą się, że odważyłam się na to medialne działanie, a tym samym zmieniam funkcjonujący gdzieś jeszcze fałszywy obraz siostry zakonnej. Rozmawiam z wieloma z nich i wiem, że nie jestem odosobniona w tym, jak żyję i myślę, więc często, mówiąc o miłosierdziu, zamiast zaimka „ja” używam „my”.

    Jaka jest ta miłość miłosierna, o której Siostra mówi?

    Mam zamiar mówić o tym do skończenia świata lub jak długo Pan Bóg da. Miłosierdzie to odpowiedź na wszystkie tęsknoty naszego serca. To Bóg, który naprawdę przyjmuje nas takimi, jacy jesteśmy, który otwiera się na człowieka w jego biedzie, słabości, poranieniu. On jest Miłością, która jest gotowa przebaczyć największy grzech. Ale w przyjęciu jej często przeszkadza nam głęboka nieufność, która podpowiada, że akurat takich grzechów jak nasze przebaczyć się nie da. Często zamęczamy się, zmagając się z własnymi historiami przewinień i zaniedbań. Jest też druga skrajność, w którą zdarza się nam wpadać – dziwnie dobrotliwe wyobrażenie miłosiernego Boga, który jakby niedowidział, niedosłyszał. On przypomina takiego dziadzia, który zawsze nas pogłaszcze po głowie, bez względu na to, co przed chwilą zrobiliśmy. To niebezpieczna optyka, bo ktoś tak odbierający Boga przestaje uważać, że jego codzienne wybory są ważne. Myśli, że cokolwiek zrobi, wszystko zostanie mu wybaczone.

    To jak się powinno patrzeć na Pana Boga?

    Bardzo lubię Jego symboliczny obraz stworzony przez Clive’a Staplesa Lewisa w „Opowieściach z Narnii”. Chrystus ukazany jest tam pod symbolem lwa, potężnego, majestatycznego króla Narnii – dobrego, ale jednocześnie groźnego, a zarazem nieuchwytnego, nieobliczalnego. I choć jest nieprzewidywalny, to jednocześnie wiemy, że cokolwiek zrobi, będzie to dobre. Bo Bóg jest miłością i miłosierdziem.

    Wielu kwestionuje miłosierdzie Boga, kiedy spotyka ich cierpienie.

    Rozumiem reakcje doświadczonych przez życie osób. Naprawdę trzeba ogromnej dojrzałości duchowej, by w pierwszej chwili zareagować inaczej. Ale są też tacy, którzy z lubością obwiniają Boga o całe cierpienie tego świata, sami nie poczuwając się do żadnej odpowiedzialności. Wydaje mi się, że może to być ich nieuświadomiony sposób radzenia sobie z poczuciem winy. W komentarzach na naszym kanale regularnie pojawiają się te same oskarżenia wobec Boga. Padają pytania: „Czemu milczał, kiedy mordowano ludzi w Oświęcimiu?” czy „Gdzie jest, kiedy dzieci umierają na raka?”. I wiele podobnych.

    Co Siostra wtedy odpisuje?

    Staram się usłyszeć każdą osobę, bo przeczuwam, że za takim komentarzem stoi osobista historia czyjegoś bólu. Jeśli widzę, że ktoś chce dociec prawdy, wówczas istnieje szansa, żeby dojść do jakiegoś dobra. Myślę, że wielu z nas nie pojmuje tajemnicy Boga Wszechmogącego i Miłosiernego. Jakoś nie łączy się nam to w głowie z tym, że cierpimy z powodu konsekwencji każdego grzechu. Wielu, niestety, nie podejmuje takiej refleksji, ale to my, siostry, mamy prowokować do myślenia, do zadawania niewygodnych pytań. Kiedyś zajmowałam się w sanktuarium korespondencją z anglojęzycznymi pielgrzymami. Pewna pani z Irlandii po powrocie z Łagiewnik napisała do nas list z pretensjami, jak możemy głosić, że Bóg jest taki dobry, skoro dopuszcza tyle cierpienia. Wyjawiła w nim tak trudną historię swojego życia, że po jej przeczytaniu czułam się kompletnie bezradna.

    Poradziła jej Siostra coś?

    Byłam dopiero dwa lata po ślubach, dlatego poszłam po mądrość do jednej z naszych starszych sióstr. Usłyszałam od niej radę, która do dziś brzmi w moich uszach: „Odpisz jej jedno – »Zachęcam cię do adoracji krzyża Jezusa Chrystusa«”. Tylko tyle. Ale to było bardzo mocne. Kiedy od tej pani otrzymałam kolejny list, było w nim o połowę mniej goryczy. Myślę, że my, ludzie, od dawna mamy problem, który dobrze widać na przykładzie narodu izraelskiego w czasach Jezusa. Oni wtedy oczekiwali, że przyjdzie Mesjasz, który naprawi świat według ich ludzkiej logiki. My też chcemy, żeby przyszedł Bóg, który wszystko po naszemu naprawi. A tu przychodzi Jezus, który naprawia po swojemu – wchodzi w sam środek naszego cierpienia, dzieli je z nami i umiera za nas na krzyżu.

    A my chcemy Boga, którego sobie wymyśliliśmy.

    Jeżeli okazałby się taki, jak chcemy, to bylibyśmy głęboko rozczarowani.

    Cała nasza wiara jest zbudowana z paradoksów i zdziwienia nimi. Siostra Faustyna też musiała budzić zdziwienie. Jak Siostra na nią trafiła?

    Trafiłam najpierw na Jezusa, o którym ona pisze. Zaczęłam zaglądać do jej „Dzienniczka”, który leżał na wierzchu w moim domu. Kupiła go moja mama. Błogosławię Boga za mamy, które kupują dobre książki!

    Co Siostrę do niego przyciągnęło?

    Moc słów Jezusa, Jego wielka miłość i to, że tak po prostu rozmawia z kobietą żyjącą w XX wieku, i to Polką!

    Nie miała Siostra pokusy, by pomyśleć, że te duchowe rozmowy s. Faustyny to jakiś odlot?

    Wtedy otrzymałam szczególną łaskę, bo zwykle bardzo sceptycznie podchodzę do objawień prywatnych. Specjaliści mówią, że 90 proc. tzw. objawień zewnętrznych to wynik zaburzeń psychicznych lub działań złego ducha. U Faustyny bardzo mnie ujęło to, że sama sobie nie dowierzała, że szczerze szukała prawdy i była gotowa zanegować wszystko, co widziała i słyszała, jeśli Kościół tego nie potwierdzi.

    Kiedy Siostra poznawała św. Faustynę, sama była studentką ASP. Zwykle artyści bywają mocno zapatrzeni w siebie.

    Rzeczywiście, na studiach kładziono duży nacisk na to, by się wyróżniać. Jednocześnie byliśmy zachęcani, by odkrywać, co chcemy dać światu przez naszą sztukę. Wstępując do zgromadzenia, wiedziałam, że przestanę malować. To była moja świadoma rezygnacja.

    A co Siostra malowała na uczelni?

    Na ostatnim roku zdecydowałam się na szaleństwo i namalowałam dwadzieścia tajemnic Różańca. Zrobiłam z tego dyplom, przekonana, że muszę zająć się czymś istotnym, bo na dyplom poświęca się przecież minimum rok życia.

    A w którym momencie zdecydowała się Siostra wstąpić do klasztoru?

    Trzy tygodnie po obronie dyplomu. Chwila wstąpienia była jednocześnie bardzo trudna i bardzo łatwa. Czułam, że niesie mnie jakaś szczególna łaska, bo o własnych siłach nie byłabym w stanie tego zrobić. Potem przeczytałam, że św. Teresa Wielka podobnie przeżyła czas swojego wstąpienia do zakonu.

    Wybierając życie zakonne, umiera się dla tego świata?

    W czasach s. Faustyny podczas ślubów wieczystych, gdy śpiewana była Litania do Wszystkich Świętych, siostry kładły się krzyżem na ziemi i były przykrywane czarnym kirem z wyszytym na nim białym krzyżem. To był znak, że umierają dla tego świata.

    Siostry nie nakryto kirem.

    Nie ma już tego zwyczaju, ale czułam, że decyduję się na szczególną drogę świadomego umierania. Litania do Wszystkich Świętych była moim autentycznym wołaniem o pomoc całego nieba, bo mam świadomość własnych słabości.

    Jak sobie Siostra z nimi radzi?

    Po prostu oddaję je Bogu i nieustannie proszę Go o pomoc. Kilku świętym też się codziennie przypominam.

    A co z życiem, z którego Siostra zrezygnowała – dziećmi, mężem?

    To jest wielkie dobro, z którego można zrezygnować tylko wtedy, gdy się ma powołanie do innej formy życia. Powołaniu towarzyszy specjalna łaska, której autentycznie doświadczam, co nie znaczy, że łatwo jest żyć ślubami. One stanowią wyzwanie. Dla mnie zawsze najważniejszy był ślub czystości, przez który Jezusa stawiamy w centrum naszego serca, myśli, pragnień, wysiłków. Kiedyś, gdy słyszałam te słowa z Ewangelii: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem”, czułam wyrzuty sumienia, że ja tak nie potrafię, myślałam, że to za wysoko podniesiona poprzeczka. Ale potem usłyszałam te słowa jako obietnicę. Ucieszyłam się, że Bóg mi obiecuje, że mnie do takiej miłości doprowadzi!

    Pomaga Siostrze to, że jest zakonnicą w Zgromadzeniu Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia?

    Dla mnie ważne jest, że zgromadzenie, do którego należę, skupia się na tym, co najistotniejsze w sercu Kościoła, czyli na Bożym miłosierdziu. Mój wybór przypieczętowały słowa papieża Jana Pawła II, które skierował do sióstr w Łagiewnikach w 1997 roku: „Dzisiejszy człowiek potrzebuje waszego głoszenia miłosierdzia; potrzebuje waszych dzieł miłosierdzia i potrzebuje waszej modlitwy o miłosierdzie”. W tym zdaniu ujął całe nasze życie apostolskie, bo to są trzy filary tego, co robimy w Kościele.

    Na swoim kanale czyta Siostra codziennie „Dzienniczek”.

    Bardzo się cieszę, że od niedawna mogę to robić z tysiącami osób z różnych zakątków świata! Wraz z początkiem roku wystartowaliśmy z nowym podcastem, zatytułowanym „Zeszyty miłości pełne”, w którym czytam i komentuję zapiski św. Faustyny. Do komentowania zapraszam również moje siostry i specjalnych gości. Ten podcast naprawdę wywołuje duże poruszenie. Nigdy w życiu nie czytałam tak wielu pięknych e-maili, wiadomości, komentarzy. Ewidentnie widać w tym projekcie działanie Boga!

    A Koronkę do Bożego Miłosierdzia często Siostra odmawia?

    Przede wszystkim staram się ją odmawiać z zaangażowaniem serca, skupiając się na Bogu Ojcu, który patrzy na mnie i na wszystkich nas, biednych grzeszników, przez rany swojego Syna. To jest wstrząsający obraz! Dlatego też serce Ojca jest nim głęboko poruszone. Bóg sam obiecał przez św. Faustynę naprawdę wielkie łaski dla tych, którzy będą się modlić koronką. Poza obietnicą dawania nam wszystkiego, o co Go prosić będziemy, oczywiście jeśli to będzie zgodne z Jego wolą, czyli naprawdę dobre, obiecał, że „Chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko zmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego. Pragnę, aby poznał świat cały miłosierdzie Moje. Niepojętych łask pragnę udzielać duszom, które ufają Mojemu miłosierdziu”.

    Gość NIedzielny

    ***

    Dużo światła. I zaufania

    Dużo światła. I zaufania

    Miała na imię Miriam, siedziała w półmroku wejścia do bazyliki Bożego Grobu, trzymała w ręce różaniec. Siedziałem tam i ja.

    Oboje patrzyliśmy na przechodzących ludzi, z których część padała na kolana przy płycie ociekającej niesamowicie pachnącym olejkiem. W pewnej chwili spojrzeliśmy na siebie, a ona wyciągnęła z torebki niewielki obrazek z Jezusem Miłosiernym i podpisem w języku arabskim. Była Palestynką, chrześcijanką. Podała mi obrazek, na co zareagowałem radością i słowami: „Mam taki, ale z podpisem po polsku”. Uśmiechnęła się również, odpowiadając, że miłosierdzie Boże to najpiękniejsze, co ją w życiu spotyka. Wzruszyłem się, nie ukrywam, zwłaszcza że dopiero co zetknąłem się z bardzo trudną sytuacją za pobliską granicą; Miriam schowała różaniec, na którym, jak powiedziała, zawsze w tym miejscu, u stóp Golgoty, odmawia Koronkę do Miłosierdzia Bożego.

    Arabskie litery pod najbardziej znanym na świecie polskim obrazem porównuję czasem z niezrozumiałymi znakami koreańskimi, dziwnie brzmiącym duńskim, trudnym do wypowiedzenia islandzkim… i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jeśli są takie słowa, które najpierw padły po polsku, a potem zostały przetłumaczone na wszystkie języki tego świata, to zwrot „Jezu, ufam Tobie” należy do nich na pewno. A wizerunek namalowany pod dyktando świętej siostry Faustyny jest chyba najbardziej rozpoznawalnym polskim znakiem eksportowym. Chcę o tym pamiętać, bez pustego nadęcia tak często nam towarzyszącego, bo żadna to nasza zasługa, aczkolwiek cieszyć się z tego nie zamierzam przestać. W pierwszą niedzielę po Wielkanocy natomiast, kiedy obchodzimy święto Miłosierdzia Bożego, zawsze przypominam sobie, że i o miłosierdziu, i o sprawiedliwości niezmiernie rzadko myślimy w sposób właściwy. Trochę to moje doświadczenie z początkowego okresu pontyfikatu Franciszka, gdy opublikował on dokument reformujący (najogólniej rzecz biorąc) proces o nieważność małżeństwa – Mitis iudex. Pół nocy straciłem wówczas na poszukiwaniach kolejnych znaczeń słowa mitis, bo dotychczas znaczyło ono dla mnie „łagodny”, a sędzia – jak wiedziałem – ma być przede wszystkim sprawiedliwy – iudex iustus. Sprawiedliwość i łagodność nie zgadzały mi się wówczas zupełnie, a jeszcze gorzej było, kiedy odkryłem, że jednym z możliwych tłumaczeń łacińskiego mitis jest „słodki”. Tego mi było za dużo. Śmieję się dzisiaj z tamtej zarwanej nad wszystkim posiadanymi słownikami nocy. Dzisiaj wiem, że rozumienie zarówno sprawiedliwości, jak i miłosierdzia kuleje u większości z nas na skutek prostego, aczkolwiek bardzo utrwalonego stereotypu, najmocniej dotyczącego Boga: albo traktując Go jako miłosiernego, przestajemy wierzyć w katastrofalne skutki własnych grzechów, albo uważając, że jest zimnym rygorystą, żyjemy w nieustannym poczuciu winy lub osądzamy innych. Nic z tego nie jest właściwe. Błądzić jest rzeczą ludzką, ale z błędu świadomie nie wychodzić – diabelską. Życzę w tę szczególną niedzielę dużo światła. I zaufania.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ***

    Pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje

    Św. Siostra Faustyna Kowalska zapisała w pierwszym zeszycie swojego “Dzienniczka” modlitwę, w której kolejne wezwania rozpoczyna słowami “Dopomóż mi, Panie” (nr 163)


    + Pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje i być żywym odbiciem Ciebie, o Panie; niech ten największy przymiot Boga, to jest niezgłębione miłosierdzie Jego, przejdzie przez serce i duszę moją do bliźnich.

    Dopomóż mi do tego, o Panie, aby oczy moje były miłosierne, bym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła według zewnętrznych pozorów, ale upatrywała to, co piękne w duszach bliźnich, i przychodziła im z pomocą.

    Dopomóż mi, aby słuch mój był miłosierny, bym skłaniała się do potrzeb bliźnich, by uszy moje nie były obojętne na bóle i jęki bliźnich.

    Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pociechy i przebaczenia.

    Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, bym tylko umiała czynić dobrze bliźniemu, na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace.

    Dopomóż mi, aby nogi moje były miłosierne, bym zawsze śpieszyła z pomocą bliźnim, opanowując swoje własne znużenie i zmęczenie. Prawdziwe moje odpocznienie jest w usłużności bliźnim.

    Dopomóż mi, Panie, aby serce moje było miłosierne, bym czuła ze wszystkimi cierpieniami bliźnich. Nikomu nie odmówię serca swego. Obcować będę szczerze nawet z tymi, o których wiem. że nadużywać będą dobroci mojej, a sama zamknę się w najmiłosierniejszym Sercu Jezusa. O własnych cierpieniach będę milczeć. Niech odpocznie miłosierdzie Twoje we mnie, o Panie mój. (Dz. 163).

    ***

    Św. Siostra Faustyna o modlitwie

    Dusza zbroi się przez modlitwę do walki wszelakiej. W jakimkolwiek dusza jest stanie, powinna się modlić. Musi się modlić dusza czysta i piękna, bo inaczej utraciłaby swą piękność; modlić się musi dusza dążąca do tej czystości, bo inaczej nie doszłaby do niej; modlić się musi dusza dopiero co nawrócona, bo inaczej upadłaby z powrotem; modlić się musi dusza grzeszna, pogrążona w grzechach, aby mogła powstać. I nie ma duszy, która by nie była obowiązana do modlitwy, bo wszelka łaska spływa przez modlitwę (Dz. 146).

    Niech dusza wie, że aby się modlić i wytrwać w modlitwie, musi się uzbroić w cierpliwość i mężnie pokonywać trudności zewnętrzne i wewnętrzne – trudności wewnętrzne: zniechęcenie, oschłości, ociężałość, pokusy; zewnętrzne: wzgląd ludzki – uszanować chwile, które są przeznaczone na modlitwę. Sama tego doświadczyłam, że jeżeli nie odprawiłam modlitwy w czasie dla niej przeznaczonym, później też jej nie odprawiłam, bo mi obowiązki nie pozwoliły, a jeżeli ją odprawiłam, to z wielkim trudem, bo myśl ucieka do obowiązku.

    Zdarzała mi się ta trudność, że jeżeli dusza dobrze odprawiła modlitwę i wyszła z niej z wewnętrznym, głębokim skupieniem, inni sprzeciwiają jej się w tym skupieniu, a więc musi być cierpliwość, aby wytrwać w modlitwie. Zdarzała mi się rzecz taka niejednokrotnie, że kiedy dusza moja była głębiej pogrążona w Bogu i większy owoc odniosła z modlitwy, i obecność Boża towarzyszyła w ciągu dnia, a przy pracy było większe skupienie i większa dokładność, i wysiłek w obowiązku – to jednak zdarzało mi się, że właśnie wtenczas najwięcej miałam upomnień, że jestem nieobowiązkowa, że jestem obojętna na wszystko, bo dusze mniej skupione chcą, aby i inni byli im podobni, ponieważ są dla nich ustawicznym wyrzutem (Dz. 147).

    Poznałam, jak bardzo potrzeba nam wytrwałości w modlitwie, i od takiej ciężkiej modlitwy zależy nieraz nasze zbawienie (Dz. 157).

    ***

    Jak s. Faustyna radziła sobie z cierpieniem?

    „Zaczęłam wołać o miłosierdzie…”

    Czujesz lęk przed śmiercią, chorobą? A może sam właśnie jesteś w trudniejszym czasie swojego życia? I codziennie pytasz Boga: „Czy Ty nie widzisz, że ja cierpię?”. Zobacz jak w takich sytuacjach radziła sobie św. s. Faustyna!

    S. Faustyna mając zaledwie 22 lata przeżywała mroczne doświadczenia: „…zaczęłam wołać o miłosierdzie. Jednak Jezus nie słyszy wołań moich. Czuję zupełne opuszczenie sił fizycznych, padam na ziemię, rozpacz zawładnęła całą duszą moją, prawdziwie przeżywam męki piekielne…” (Dzienniczek, 24).

    To zaledwie krótki fragment tego, co doświadczała przed półtora roku. Jednak przeszła przez to doświadczenie zwycięsko. Jak i jakie szczęście czekało ją na końcu drogi? O tym usłyszysz w kolejnym odcinku podcastu „Zeszyty Miłości Pełne” prowadzonym przez s. Gaudię Skass ZMBM.

    „Siostra Faustyna walczy”

    Kiedy przychodzi cierpienie i kiedy ono trwa i trwa – bez względu na to, czy to jest kilka godzin, kilka dni, miesięcy, lat – wraz z nim przychodzi myśl, która tak bardzo nas osłabia, że to się chyba nigdy nie zmieni, że to już chyba zawsze tak będzie. Tego również doświadczyła św. s. Faustyna. Co robiła w takiej sytuacji? Siostra Faustyna walczy. Opiera się o Słowo Boże – wskazuje s. Gaudia Skass ZMBM.

    Siostra Faustyna oprócz cierpienia fizycznego doznała wiele cierpień duchowych. Wiele razy popadała w przekonanie, że Bóg zostawił ją samą, odrzuca ją i jej nie chce. Faustyna pokazuje genialnie, że w takich doświadczeniach duchowych masz moc wybrać, że nie jesteś skazany na to, żeby żyć w rozpaczy, że pomimo, że się ta rozpacz wkrada do twojego serca, ty możesz wybrać, że będziesz ufać, że nie pójdziesz za rozpaczą.

    „Zaufanie to WYBÓR”

    Faustyna mówi: „Jezu, ufam Tobie, wbrew wszelkiej nadziei, wbrew wszelkiemu uczuciu, które mam wewnątrz, sprzeciwiające się nadziei.” Zobaczcie, widać po tym bardzo jasno, że zaufanie nie jest uczuciem, że zaufanie jest wyborem. Tak, jak miłość nie jest uczuciem, tylko miłość jest wyborem. I my mamy moc wyboru, zawsze.

    Słuchajcie, choćby nie wiem co się działo w naszym życiu, to ty zawsze masz moc wyboru, co ty z tym czymś zrobisz. Po jakiej stronie się opowiesz? Jaką wybierzesz postawę wobec Pana Boga w tym wszystkim? Czy Go przekreślisz jako Tego niedobrego, który zsyła na ciebie to wszystko? Czy jednak, pomimo tego cierpienia, będziesz wierzył, że On jest dobrym Ojcem, miłosiernym, kochającym. Że będziesz Mu ufał, że On jakoś jest obecny w tym, że skoro to dopuszcza, to w tym jest jakaś Jego mądrość, jakaś Jego miłość, której ty nie musisz rozumieć.

    Stacja7.pl

    ***

    “Będą na ciebie patrzeć jak na dziwaczkę, ale Bóg łaski swojej nie poskąpi”. Co św. Faustyna mówiła o inności?

    “Jeżeli te rzeczy, które mi mówisz, prawdziwie od Boga pochodzą, to przygotuj duszę swoją na wielkie cierpienia. Spotkasz się z nieuznaniem, z prześladowaniem, będą na ciebie patrzeć jak na histeryczkę, dziwaczkę, ale Bóg łaski swojej nie poskąpi. Prawdziwe dzieła Boże zawsze napotykają na trudności i nacechowane są cierpieniem” – zapisała św. s. Faustyna w “Dzienniczku”.

    Fanatyczka, wizjonerka, histeryczka – to tylko kilka epitetów, które wielokrotnie słyszała Faustyna w związku z jej objawieniami. W tamtym czasie nikt nie wierzył jej, że spotyka się z samym Jezusem.

    Siostra Faustyna przez niemal dwa lata nie spotkała nikogo, kto utwierdziłby ją w przekonaniu, że objawienie się Jezusa nie było wytworem jej chorej wyobraźni. Był to dla niej bardzo trudny czas, a nawet najtrudniejszy w życiu. Ona jednak nie poddawała się i oddawała Jezusowi wszystkie przykrości. Oto co zapisała w “Dzienniczku” na ten temat: 

    Jezu, Jezu, już nie mogę” 

    W pewnym dniu jedna z matek tak się na mnie nagniewała i tak mnie upokarzała, że już myślałam, że nie zniosę tego. – Mówi mi: Dziwaczko, histeryczko, wizjonerko, wynoś mi się z pokoju, niech nie znam siostry. Sypało się na głowę moją wszystko, co się dało. Kiedy przyszłam do celi, padłam na twarz przed krzyżem i spojrzałam na Jezusa, a nie mogłam już ani jednego słowa wymówić. A jednak taiłam się przed innymi i udawałam, jakoby nic nie zaszło pomiędzy nami. 

    Szatan zawsze korzysta z takich chwil; zaczęły mi przychodzić myśli zniechęcenia: za wierność i szczerość – masz nagrodę. Jak można być szczerą, kiedy się jest tak nie zrozumianą. Jezu, Jezu, już nie mogę. Upadłam znowuż na ziemię pod tym ciężarem i pot wystąpił na mnie, i lęk jakiś zaczął mnie ogarniać. Nie mam się na kim wewnętrznie oprzeć. – Wtem usłyszałam głos w duszy: Nie lękaj się, Ja jestem z tobą. I jakieś dziwne światło oświeciło mój umysł, i poznałam, że nie powinnam się poddawać takim smutkom, i jakaś siła napełniła mnie, i wyszłam z celi z nową odwagą do cierpień.

    Dzienniczek, nr 129

    “Bóg łaski swojej nie poskąpi” 

    Bez pokory nie możemy się podobać Bogu. Ćwicz się w trzecim stopniu pokory, to jest nie tylko się nie tłumaczyć i uniewinniać, jak nam coś zarzucają, ale cieszyć się z upokorzenia.

    Jeżeli te rzeczy, które mi mówisz, prawdziwie od Boga pochodzą, to przygotuj duszę swoją na wielkie cierpienia. Spotkasz się z nieuznaniem, z prześladowaniem, będą na ciebie patrzeć jak na histeryczkę, dziwaczkę, ale Bóg łaski swojej nie poskąpi. Prawdziwe dzieła Boże zawsze napotykają na trudności i nacechowane są cierpieniem. Jeżeli Bóg będzie chciał coś przeprowadzić, czy wcześniej, czy później przeprowadzi, pomimo trudności przeprowadzi, a ty tymczasem uzbrój się w wielką cierpliwość.

    Dzienniczek, nr 270

    “Kropla umysłu ludzkiego umie tak przetrząsać dary Boże”

    Gdy pewna siostra ustawicznie mnie prześladuje jedynie z tego powodu, że Bóg ze mną tak ściśle obcuje; jej się zdaje, że to wszystko we mnie jest udane. Kiedy jej się wydaje, że popełniam jakieś uchybienia, wtenczas mówi: Objawienia mają, a takie błędy popełniają. 

    Rozpowiedziała o tym i innym siostrom, lecz w znaczeniu zawsze ujemnym, raczej podaje opinię jakiejś dziwaczki. W jednym dniu zabolało mnie to, że ta kropla umysłu ludzkiego umie tak przetrząsać (119) dary Boże. Po Komunii świętej modliłam się, aby ją Bóg oświecił; jednak poznałam, że dusza ta, jeżeli nie zmieni swojego wewnętrznego usposobienia, nie dojdzie do doskonałości.

    Dzienniczek, nr 1527

    Stacja7.pl

    ***

    „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz”. Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

    22 lutego 1931 roku. Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku. Była pierwsza niedziela Wielkiego Postu. Wieczór. Faustyna wróciła właśnie do swojej celi. Nagle zobaczyła w celi Pana Jezusa.


    „Wszystko było jeszcze do zniesienia. Ale kiedy Pan zażądał, abym malowała ten obraz, już teraz naprawdę zaczynają mówić i patrzeć na mnie jako na jakąś histeryczkę i fantastyczkę (12526)” – pisała Siostra Faustyna w Dzienniczku o doświadczeniach z 1931 roku.

    „Histeryczka, wizjonerka, dziwaczka”

    „Fantastyczka”, a właściwie: fantastka, ale także histeryczka, wizjonerka, dziwaczka, nędza… Ile jeszcze epitetów musiała znieść? A wszystko to za sprawą objawienia Jezusa, który nakazał jej namalowanie obrazu, dzisiaj znanego na całym świecie, z podpisem „Jezu, ufam Tobie”. To był również początek realizacji misji przekazania światu orędzia o Bożym miłosierdziu.

    Siostra Faustyna przez niemal dwa lata nie spotkała nikogo, kto utwierdziłby ją w przekonaniu, że objawienie się Jezusa nie było wytworem jej chorej wyobraźni. Był to dla niej bardzo trudny czas. Bodaj najtrudniejszy w życiu.

    „Wymaluj obraz”

    Rozpoczął się 22 lutego 1931 roku. Siostra Faustyna, od sześciu lat w zakonie, niemal od roku mieszkała w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku. Była pierwsza niedziela Wielkiego Postu. Wieczór. Faustyna wróciła właśnie do swojej celi. Była po kolacji i modlitwach w klasztornej kaplicy. Przygotowywała się do snu. Nagle zobaczyła w celi Jezusa. „Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady – opisywała w Dzienniczku. – W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. Po chwili powiedział mi Jezus: Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie.

    „Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także, już tu na ziemi, zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja sam bronić ją będę jako swej chwały” (47).

    – Siostry przechodzące akurat koło oficyny widziały jakieś światło w oknie, jaśniejsze niż lampy naftowej – siostra Klawera Wolska, do niedawna przełożona płockiego domu, powtarza to, co w zakonie przetrwało w ustnych przekazach.

    ***

    Orędzie i misja

    Spotkanie w celi nie było złudzeniem. Siostra Faustyna wiedziała to na pewno. Już wcześniej, kilkakrotnie, widziała Pana. Mówił do niej przed wstąpieniem do zgromadzenia, przynaglając do tego kroku, i później, gdy równolegle do formacji zakonnej postępowała na drodze życia mistycznego. Faustyna, po oczyszczeniu zmysłów i ducha podczas znanej tylko mistykom tak zwanej nocy ciemnej, coraz częściej w nagłych momentach światła udzielanego duszy przez Boga poznawała Jego Istotę i doznawała zjednoczenia z Bogiem w miłości.

    Dla Faustyny, która wcześniej nie wiedziała nic o meandrach życia mistycznego, były to wielkie, ale i trudne doświadczenia. Dopóki jednak to wszystko działo się wewnątrz jej duszy i dotyczyło jej samej, dopóty było radością jej serca. Ale tamtej niedzieli, 22 lutego 1931 roku, to się zmieniło. Tego dnia Jezus powierzył jej misję głoszenia orędzia o Bożym miłosierdziu całemu światu. Namalowanie obrazu było jej pierwszą częścią.

    Cztery lata później Jezus powie Faustynie, że ma przygotować świat na ostateczne Jego przyjście. Niemniej już wtedy, w Płocku, była przerażona wielkością zadania, które z czasem będzie się jeszcze rozrastać. I trudno się dziwić. Sama nie mogła namalować obrazu, gdyż nie miała takich zdolności. Jezus nakazał jej, aby wszystko, o czym jej mówi, przekazywała przełożonym. Ci jednak jej słowom nie dowierzali. „(…) okazują mi litość, jakbym była w złudzeniu albo pod wpływem wyobraźni” (38) – skarżyła się w duszy Bogu, co po latach zapisała w Dzienniczku. Oczekiwała, że przełożeni, którzy w jej przekonaniu powinni mieć lepsze rozeznanie w życiu duchowym niż ona, okażą jej pomoc.

    ***

    Rady spowiedników

    Pierwszą osobą, której Faustyna powiedziała o objawieniu Jezusa, był spowiednik. Nie wiemy, niestety, kto nim był. W tym czasie spowiedzi w płockim klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia słuchali trzej księża: Adolf Modzelewski, Ludwik Wilkoński i Wacław Jezusek. Ten ostatni po drugiej wojnie światowej (zmarł w 1950 roku) dużo i z przejęciem opowiadał klerykom w seminarium w Płocku o objawieniach siostry Faustyny, co nie znaczy, że wcześniej nie mógł być wobec doświadczeń Faustyny krytyczny.

    Pan Jezus prosi o ustanowienie Święta Miłosierdzia

    Wiadomo, że Spowiednik, któremu Faustyna powiedziała o objawieniu Jezusa, przyjął to z ogromną rezerwą. Właściwie zanegował polecenie Jezusa. Powiedział jej: „To się tyczy duszy twojej. (…) maluj obraz Boży w duszy swojej” (49). Gdy Siostra Faustyna uspokojona taką interpretacją objawienia odeszła od konfesjonału, usłyszała słowa Jezusa: „Mój obraz w duszy twojej jest”.

    Po chwili Jezus dodał: „Ja pragnę, aby było Miłosierdzia święto. Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, żeby był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, ta niedziela ma być świętem Miłosierdzia” (45). Powiedział też, że tego dnia kapłani mają głosić ludziom Jego „wielkie miłosierdzie względem dusz grzesznych” (50).

    Jezus sformułował więc kolejne życzenie: ustanowienia święta Bożego Miłosierdzia. Kult Jezusa w obrazie i święto Miłosierdzia Bożego to były dwie pierwsze formy nowego nabożeństwa do Miłosierdzia, o których realizację Siostra Faustyna, ponaglana przez Chrystusa, będzie się odtąd starać wytrwale. A Jezus w kolejnych odsłonach będzie jej dawał poznać, czym jest Boże Miłosierdzie.

    200px-Faustina
    Wśród pamiątek po bł. ks. Michale Sopoćce można znaleźć mocno zniszczoną z powodu częstego używania ulotkę z tekstem Nowenny do Miłosierdzia Bożego.

    ***

    Niełatwe zadanie

    Faustyna, nie znajdując zrozumienia u spowiednika, powiedziała o objawieniu Jezusa przełożonej płockiego klasztoru matce Róży Kłobukowskiej. Ale i ona nie dowierzała. „Kiedy o tym powiedziałam matce przełożonej, że Bóg tego żąda ode mnie, odpowiedziała mi, żeby Jezus dał to wyraźnie poznać przez jakiś znak. Kiedy prosiłam Pana Jezusa o jakiś znak na świadectwo, iż prawdziwie Ty jesteś Bóg i Pan mój i od Ciebie pochodzą te żądania, na to usłyszałam taki głos wewnętrzny: Dam poznać przełożonym przez łaski, których udzielę przez ten obraz” (51). Jezus wymagał, ale nie ułatwiał wykonania zadania.

    Dopiero po latach Faustyna zrozumie, a Jezus jej to wyraźnie powie, że trudności są potrzebne dla potwierdzenia prawdziwości objawienia. Ponadto największą wartość w oczach Boga ma nie efekt działania człowieka, ale sama intencja, z jaką się je podejmuje, oraz cierpienie z nim związane. Wówczas jednak, w 1931 roku, Faustyna była zdezorientowana i skonfundowana: „(…) chodziłam od przełożonych do spowiednika, od spowiednika do przełożonych, a uspokojenia nie znajdowałam” (122) – pisała. Jednak przełożone Faustyny też nie miały łatwego zadania. Musiały być mocno zdziwione i strwożone, gdy pewnego dnia młoda zakonnica drugiego chóru oświadczyła im, że ukazał się jej Jezus i nakazał namalować obraz religijny nowego typu. Co więcej, polecił, by Kościół ustanowił nowe religijne święto.

    Przełożone Faustyny widziały w niej zapewne dobrą i pokorną, zjednoczoną z Jezusem, ale prostą i niewykształconą zakonnicę, która nie złożyła jeszcze ślubów wieczystych. Dlaczego – mogło im się zdawać – to jej Jezus miał się objawiać? Dlaczego jej przekazywać orędzie? I cóż mogła ona wiedzieć o mistyce? Gdzie owych stanów duchowych doznawać? Za ladą sklepu piekarniczego albo przy piecu kuchennym – gdzie pracowała?

    Objawienia – wierzyć czy nie?

    Objawienia prywatne są sprawą trudną. Nie stanowią problemu, dopóki są przeznaczone dla człowieka indywidualnie – jego nawrócenia czy wzrostu wiary. Stają się kłopotliwe, gdy wizjoner ogłasza, że otrzymał misję: ma przekazać światu słowa Boga, Maryi czy świętych. Dla Kościoła jedynym i ostatecznym Objawieniem się Boga jest Chrystus, Syn Boży. To najważniejsze Objawienie – zwane publicznym – jest zawarte w Piśmie Świętym. Kościół nie odrzuca objawień prywatnych, jeśli w długim zazwyczaj i żmudnym procesie uzyska pewność, że nie rozszerzają one, nie przekraczają ani nie zmieniają Objawienia publicznego, lecz wydobywają z niego jakieś zapomniane czy niedoceniane wątki, które w danej epoce historycznej są istotne. Drugą nie mniej ważną okolicznością jest upewnienie się, że wizjoner nie ogłasza objawień z przyczyn egoistycznych, nie szuka chwały, zaspokojenia swoich ambicji oraz że prowadzi życie w pełni chrześcijańskie. W ocenie prawdziwości objawień niezmiernie ważne jest też poddanie się dyscyplinie kościelnej, decyzjom przełożonych nawet za cenę cierpienia.

    Sw_faustyna_helena_kowalska
    HELENA KOWALSKA (FAUSTYNA TO IMIĘ ZAKONNE) W WIEKU 18 LAT

    ***

    Jedno z największych niebezpieczeństw objawień – podkreśla ksiądz Jan Machniak, profesor teologii duchowości, autor wielu książek poświęconych duchowości siostry Faustyny – wynika z tego, że dokonują się one w sferze zmysłów. Oddziałują na wzrok, słuch, dotyk, węch. – To wszystko, co działa na nasze zmysły, podlega też działalności złego ducha, który może zwodzić człowieka – wyjaśnia ksiądz Jan Machniak. – Dlatego święty Jan od Krzyża mówił, aby odrzucać wszystkie objawienia, nawet te, które przybliżają nas do Boga, aby nie popaść w pułapkę, jaką może zastawić na człowieka zły duch.

    Dystans

    Przełożone i spowiednicy Faustyny mieli zapewne jeszcze inne powody, by zachować dystans wobec tego, co mówiła. Prawdopodobne nieraz spotkali już osoby, których rzekome objawienia były po prostu wynikiem choroby psychicznej. Przeżycia wewnętrzne bardzo mocno działają bowiem na psychikę człowieka, dlatego czasem trudno odróżnić doznanie mistyka od choroby psychicznej. Potrzeba więc dużej ostrożności, a nawet badań psychiatrycznych. Dlatego kilka lat później, w Wilnie, ksiądz Michał Sopoćko, zanim został kierownikiem duchowym siostry Faustyny i pomocnikiem w głoszeniu orędzia o Bożym miłosierdziu, najpierw poprosił o zbadanie przyszłej świętej przez psychiatrę.

    Był jeszcze jeden powód rezerwy wobec objawień Faustyny. Jezuita ojciec Józef Andrasz, który także był kierownikiem duchowym pod koniec życia siostry Faustyny, twierdził, że jej zgromadzenie sceptycznie odnosiło się do nadzwyczajnych objawień, bo zwyczajnie na nie nie czekało. Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia „wychowane na ascezie świętego Ignacego”, założyciela jezuitów, „dalekie od wszelkiej egzaltacji” miało już określone metody i kierunek pracy: „Przez swoje reguły, przez swoje ćwiczenia duchowe, przez coroczne rekolekcje, przez konferencje prowadzone przez kapłanów i przełożone, wpaja [zakon – przyp. red.] w swoje siostry wielki szacunek nie dla nadzwyczajności, ale dla cichej, gruntownej pracy, zaczynając od pokuty i pokory, a kończąc na gorącej, ale równocześnie ofiarnej miłości Boga i dusz. (…) Można z całą pewnością stwierdzić, że duchowa gleba zgromadzenia nie jest bynajmniej podatna, aby na niej mogły rozwijać się wizje mistyczne niepewnej wartości” – konkludował ojciec Andrasz, który w latach trzydziestych ubiegłego wieku dobrze poznał zgromadzenie.

    ***

    Po ludzku – została sama

    W ten sposób Siostra Faustyna z objawieniami, które nie były przeznaczone tylko dla niej, ale także dla całego świata, została po ludzku biorąc – sama. Był z nią Jezus, którego obecność i miłość do końca życia będą dodawać jej sił w realizacji powierzonej jej misji. Nie znaczy to jednak, że Faustynie nie towarzyszyły rozterki i wątpliwości. Podsycali je przełożeni, którzy nie dowierzali jej słowom, wprowadzali zamęt w jej sercu. Trwało to do momentu spotkania spowiedników, którzy rozpoznali charakter jej życia duchowego.

    Tymczasem w Płocku Siostra Faustyna strofowana przez przełożone zaczęła, jak pisze, „trochę opuszczać” się, czyli unikać wewnętrznych natchnień. „Zaczęłam unikać spotkania się z Panem we własnej duszy, bo nie chciałam być ofiarą złudzenia”. Ale na nic się to zdało, bo „mowa Boża wymowna jest i nic jej zagłuszyć nie może” – pisała. Pan ścigał ją „swymi darami”: „naprawdę, na przemian doznawałam męki i radości” (130).

    Gdy próbowała uciekać od nakazu Jezusa, On tym bardziej przynaglał ją do działań. Siostra Leokadia Drzazga pamiętała po latach, że przy jakiejś okazji, w Płocku, Siostra Faustyna powiedziała jej: „Za te dusze, które mają objawienia i widzenia, trzeba bardzo się modlić, bo mają wiele doświadczeń, wątpliwości i niepewności, tak, że mogą się załamać”.

    Niepewność i brak pomocy

    Kiedyś Siostra Faustyna zmęczona niepewnościami zwróciła się do Jezusa: „Jezu, czy Ty jesteś Bóg mój, czy widmo jakie? Bo mówią mi przełożeni, że bywają złudzenia i widma różne. Jeżeli jesteś Pan mój, to proszę, pobłogosław mi. – Wtem uczynił Jezus duży znak krzyża nade mną, a ja się przeżegnałam. Kiedy przeprosiłam Jezusa za to pytanie, Jezus mi odpowiedział, że tym pytaniem nie sprawiłam mu żadnej przykrości. I powiedział mi Pan, że bardzo Mu się podoba ufność moja” (54) – zapisała w Dzienniczku.

    Jednak mijały miesiące, a Siostra Faustyna nie mogła spełnić żadnego z poleceń Jezusa. Siostrze Damianie Ziółek, z którą w Płocku się zaprzyjaźniła, powiedziała kiedyś, że „jedna z sióstr” widziała „ślicznego Pana Jezusa (…) cały w promieniach jaśniejący”, chciała „odmalować Pana Jezusa, ale nie umiała”. Choć Damiana widziała zachwyt, z jakim to mówiła, nie domyślała się, że chodzi o nią. Faustyna prosiła o pomoc inne siostry, nie wtajemniczając ich w sprawę. Siostra Bożenna Pniewska: „Nie umiejąc malować twarzy, a nie wiedząc, że jej chodziło o obraz nowego typu, zaproponowałam, że mając dużo ładnych obrazków, dam je jej do wyboru. Podziękowała mi za tę propozycję, lecz jej nie przyjęła”.

    ***

    Reakcja przełożonej

    Jesienią 1931 roku przełożona płockiego domu matka Róża Kłobukowska poinformowała matkę generalną Michaelę Moraczewską, że w przekonaniu siostry Faustyny Jezus polecił jej namalować obraz. Matka Michaela Moraczewska: „(…) mimo woli, przy całej wielkiej życzliwości, musiałam Siostrze Faustynie przyczynić cierpienia. (…) Dopóki jej bogate przeżycia wewnętrzne i mistyczne zamykały się w obrębie murów zakonnych, były tajemnicą między Bogiem, jej duszą i przełożonymi, [cieszyłam się], widząc w tych wszystkich łaskach wielki dar Boży dla Zgromadzenia. Inaczej jednak, gdy objawienia Siostry zaczęły dążyć do ujawnienia na zewnątrz. Bardzo się wtedy lękałam, żeby nie wprowadzić do życia Kościoła choćby najmniejszej nowostki, fałszywych nabożeństw itp., a jako główna przełożona czułam się tu za nasze Zgromadzenie odpowiedzialna”.

    Przyznaje też, że obawiała się u Faustyny „podkładu wybujałej fantazji albo może jakiejś histerii, bo nie zawsze co zapowiadała, spełniało się”. Matka Moraczewska pamiętała bowiem, iż pewnego dnia Faustyna prosiła inne siostry, aby modlić się za pewną uczennicę, która była w zakładzie wychowawczym prowadzonym przez zgromadzenie. Miała ona, według słów siostry Faustyny, „doświadczyć wielkich trudności w wyznawaniu swoich grzechów, lecz uczennica nie myślała w ogóle, że będzie się spowiadać, i nic o tym nie mówiła”. Dlatego matka generalna przyznaje, że „chętnie i ze zbudowaniem” słuchała, gdy Faustyna opowiadała „głębokie i śliczne swoje myśli, nadprzyrodzone oświecenia”, do czasu gdy poprosiła „o jakieś posunięcia zewnętrzne”. Wówczas odniosła się do nich „z wielką rezerwą”. Nie wiadomo, co matka Moraczewska poradziła czynić przełożonej klasztoru w Płocku w związku ze sprawą Faustyny. Być może radziła zachować dużą ostrożność i nie ulegać jej sugestiom.

    Brak zrozumienia

    Gdy w listopadzie 1932 roku Faustyna przyjechała z Płocka do Warszawy i osobiście powiedziała matce generalnej o poleceniu Jezusa, ta odpowiedziała: „Dobrze, dam siostrze farby i płótno, niech siostra maluje!”. Faustyna odeszła smutna.

    Nie znajdując u nikogo zrozumienia, modliła się gorąco o kierownika duchowego, który pomoże zrozumieć, co dzieje się w jej duszy i ułatwi spełnić polecenia Jezusa.

    ***

    Pomówienia

    Tymczasem w płockim klasztorze wśród sióstr zaczęła rozchodzić się fama, jakoby Faustyna widziała Jezusa. Siostry zaczęły przyglądać się jej z zaciekawieniem, bacznie obserwować. A że na zewnątrz niczym, oprócz szczególnego umiłowania modlitwy, nie wyróżniała się, większość niedowierzała tym wiadomościom. Niektóre siostry ostrzegały Faustynę, że ulega złudzeniom, mówiły, że jest fantastką, histeryczką. Były i siostry życzliwe Faustynie, wśród nich siostra Damiana Ziółek.

    Nie wiadomo, czy to ona czy inna zakonnica prosiła Faustynę, by się broniła przed pomówieniami. „Szczera była ta dusza i co słyszała – powiedziała mi szczerze. Ale podobne rzeczy codziennie wysłuchiwać musiałam” (125) – pisała Faustyna. I chociaż ją to wewnętrznie męczyło, postanowiła nie tłumaczyć się, ale wszystko znosić w cichości i pokorze. „Jednych drażniło to moje milczenie, a zwłaszcza więcej ciekawych. Drugie – głębiej myślące – mówiły, że jednak Siostra Faustyna musi być bardzo blisko Boga, że ma siłę znieść tyle cierpień. I widziałam przed sobą jakby dwie grupy sędziów. Starałam się o ciszę wewnętrzną. Nie mówiłam nic, co się tyczyło mojej osoby, chociaż byłam przez niektóre siostry wprost pytana. Zamilkły usta moje. Cierpiałam, jak gołębica, nie skarżąc się. Jednak niektóre siostry miały jakoby przyjemność, aby mi w jakikolwiek sposób dokuczyć. Drażniła je moja cierpliwość, jednak Bóg dawał mi wewnętrznie tyle siły, że znosiłam to ze spokojem” (126).

    „Strzeżona jak złodziej”

    W Dzienniczku, pisanym przecież od 1934 roku, Faustyna raz jeszcze wraca do sytuacji w płockim klasztorze, co pokazuje, że był to dla niej trudny czas. Po okresie zainteresowania sióstr jej osobą nastąpiło chwilowe uspokojenie, po czym znów ich wścibstwo wybuchło z dużą siłą, a do tego doszły jakieś niepowodzenia zewnętrzne, których jednak Faustyna nie precyzuje. „Widzę teraz, że jestem jak złodziej strzeżona wszędzie: w kaplicy, przy obowiązku, w celi. Już teraz wiem, że oprócz obecności Bożej mam zawsze obecność ludzką; naprawdę, nieraz bardzo ta obecność ludzka mnie męczyła. Były chwile, że się zastanawiałam, czy się rozebrać do mycia czy nie. Naprawdę, biedne moje łóżko, ono także było wiele razy kontrolowane. Śmiech mnie nieraz ogarnął, jak się dowiedziałam, że nawet łóżka nie zostawią w spokoju. Sama mi jedna z sióstr powiedziała, że co dzień wieczorem patrzyła się do mnie do celi, jak się w niej zachowuję” (128).

    Siostra Faustyna pomawiana o histerię, pod obstrzałem spojrzeń przełożonych, spowiedników i sióstr, chwilami niedowierzająca samej sobie nie przestawała modlić się o kierownika duchowego. Jej prośby zostały wysłuchane w 1933 roku, gdy w Wilnie poznała księdza Michała Sopoćkę, dziś błogosławionego. Rok później powstał obraz Jezusa Miłosiernego. Ale musiało minąć niemal pół wieku, aby objawienia prywatne siostry Faustyny zostały przez Kościół uznane.

    fragment książki „Siostra Faustyna. Biografia Świętej” autorstwa Ewy K. Czaczkowskiej/Stacja7.pl

    ***

    Co można wyczytać

    z obrazu Jezusa Miłosiernego?

    Prosta siostra Faustyna “od garnków”, zobaczyła i przekazała nam obraz, który teraz znany jest na całym świecie. O co w nim chodzi? O fenomenie Bożego Miłosierdzia opowiada s. Gaudia Skass ZMBM.

    „Uratowani” to ludzie, którzy w pewnym momencie swojego życia spotkali Chrystusa i poszli za Nim. „Uratowani” to też Ci, którzy w konfesjonale zostawiają cały swój ból Jezusowi. Jesteśmy wszyscy uratowani przez Miłość, bo za wszystkich nas umarł Chrystus. Wydarzenie Jego męki i śmierci najwięcej mówi o tym, jak bardzo nas kocha. Nie nas ogólnie, ale nas szczególnie – Ciebie i mnie.

    Ktoś oddał za Ciebie życie

    Nie każdy jest tego świadomy. To wielka szkoda. To straszne, jak wielu ludzi nie wie, że są uratowani. Przypomina mi się historia ze Stanów Zjednoczonych. Wyobraźcie sobie typowy amerykański dom – duży, zadbany, elegancki. W dużym salonie na parterze w szklanej gablocie wisiał mundur strażacki. Brudny, podarty mundur – widać, że po akcji. Kiedyś zaproszeni przez właścicieli goście zapytali, o co chodzi z tym mundurem, bo to dość nietypowe. Właściciel opowiedział im, że kiedy był mały w jego domu rodzinnym wybuchł pożar. Mundur ten należał do strażaka, który uratował go z płomieni, ale sam nie przeżył. „Od tej pory trzymam ten mundur u siebie w domu, żeby codziennie pamiętać, że ktoś oddał za mnie życie” – powiedział właściciel.

    fot. Faustyna.pl

    ***

    „Wszystko mi mówi o Bożym miłosierdziu”

    W pewnym sensie s. Faustyna miała łatwiej, bo mówiła „wszystko mi mówi o Bożym miłosierdziu”. Można by jej pozazdrościć. A nam na pewno o Bożym Miłosierdziu mówi ten obraz, obraz Jezusa Miłosiernego. Patrząc na niego możemy mówić „mam wizję, mam objawienie”, bo uczestniczymy w tym samym wydarzeniu, które opisała Faustyna. Ona była zachwycona i przerażona zarazem, bo z jednej strony to wielka radość, że Bóg jest tak blisko, a jednocześnie drżenie – bo to przecież Bóg. Jezus powiedział po prostu „Wymaluj obraz. Chcę by był czczony na całym świecie. Będę dawał wiele łask przez ten obraz.”

    Jezus Miłosierny na tym obrazie jest odpowiedzią na kryzys bliskich relacji, których ciągle nam brakuje. On przychodzi zwyczajnie, by z Tobą być, by Ciebie słuchać. Ręce Jezusa mają ślady po gwoździach. Bóg, który do nas przychodzi to poraniony Bóg i może dlatego tak łatwo nam z Nim być – bo też jesteśmy poranieni. Jego dłonie są też odpowiedzią na nasze niskie poczucie własnej wartości, bo krwawa rana to wyryte na nich moje i Twoje imię. Już przez Izajasza Bóg mówił nam „jesteś dla mnie bezcenny, wykupiłem Cię”.

    fot. Faustyna.pl

    ***

    Prosta siostra Faustyna od garnków, zobaczyła i przekazała nam obraz, który teraz znany jest na całym świecie. A wszystko zaczęło się w Płocku, w Polsce. Naprawdę dzieją się cuda, ludzie zbliżają się do Boga. Ten obraz jest niejako oknem na spotkanie z Bogiem. Jezus z tego obrazu mówi dziś „Spójrz na moje stopy. Nieustannie idę do Ciebie, nieustannie Cię szukam, ścigam Cię gdy się zagubisz”.

    fot. Faustyna.pl

    ***

    Krew i woda – eucharystia i spowiedź, życie i oczyszczenie

    Jezus chce wyprostować wszystkie zawikłane ścieżki i chce dać Ci pełnię życia, abyś poczuł jego smak. Dlatego czeka na Ciebie w sakramentach. Jezus powiedział Faustynie – „moją chwałą jest grzesznik”. Bóg nie męczy się przebaczaniem, mówił o tym papież Franciszek. On jest gotów cały czas nam przebaczać. Miłosierdzie Boże to odpowiedź na naszą nieumiejętność przebaczania sobie samym i innym, których często tak łatwo osądzamy.

    „Jezu, ufam Tobie”

    Ufa się tylko komuś, o kim wiesz, że Cię akceptuje takiego, jakim jesteś; kto Cię nie odrzuci, nawet gdybyś powiedział o najgorszych świństwach swojego życia. Bóg Cię nie odrzuci, będzie wzruszony, że mu zaufałeś. Takiego Boga poznała s. Faustyna – zaufała Mu na całego. Wiedziała, że Bóg jest samą Miłością i nie ma innej opcji, jak tylko zaufać Mu bezgranicznie.


    s. Gaudia Skass ZMBM – malarka i dziennikarka, przez wiele lat pracowała w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Współorganizowała duchowe przygotowania do Światowych Dni Młodzieży.

    Stacja7.pl

    ***

    fot. Józef Wolny/Gość NIedzielny

    ***

    Wśród pamiątek po bł. ks. Michale Sopoćce można znaleźć mocno zniszczoną z powodu częstego używania ulotkę z tekstem Nowenny do Miłosierdzia Bożego.

    ***

    Koronka do Miłosierdzia Bożego.

    Modlitwa o wielkiej mocy

    Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą podczas objawień przekazał św. s. Faustynie sam Jezus Chrystus. Obiecał, że ktokolwiek będzie odmawiał Koronkę, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Jak odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego?

    Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą Pan Jezus podyktował św. s. Faustynie w Wilnie, 13-14 września 1935 roku jako przebłaganie i uśmierzenie gniewu Bożego (zob. Dz.474-476).

    Ten, kto odmawia koronkę ofiaruje Bogu Ojcu „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa na przebłaganie za grzechy swoje, bliskich i całego świata, a także jednoczy się z ofiarą Jezusa. Podczas modlitwy odwołuje się do tej miłości, jaką Ojciec niebieski darzy swego Syna, a w Nim wszystkich ludzi.

    W tej modlitwie możemy prosić również o „miłosierdzie dla nas i całego świata”. Tym samym spełniamy uczynek miłosierdzia. Kiedy dodamy do tego podstawę ufności i wypełnimy warunki każdej dobrej modlitwy (pokora, wytrwałość, przedmiot zgodny z wolą Bożą), możemy oczekiwać spełnienia Chrystusowych obietnic. Dotyczą one szczególnie godziny śmierci: łaski nawrócenia i spokojnej śmierci. Dostąpią ich nie tylko osoby, które odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.

    12 stycznia 2022 roku mija 20 lat od kiedy Polska otrzymała specjalny przywilej. Każdy, kto odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego i zachowa odpowiednie warunki, otrzyma odpust zupełny. Zezwolenie to było odpowiedzią Stolicy Apostolskiej na prośbę kard. Józefa Glempa, prymasa Polski i przewodniczącego Konferencji Episkopatu.

    Stacja7.pl


    KORONKA  DO  MIŁOSIERDZIA  BOŻEGO

    odmawiamy na zwykłej cząstce różańca – 5 dziesiątek


    Na początku

    Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.

    Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny, umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.


    Na dużych paciorkach (1 raz)
    Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.


    Na małych paciorkach (10 razy)
    Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.


    Na zakończenie (3 razy)
    Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.

    ***

    Ikona Bożego Miłosierdzia będzie pielgrzymować po świecie

    Samplefot. Marcin Jarzembowski / Biuro Prasowe Diecezji Bydgoskiej

    ***

    W Niedzielę Bożego Miłosierdzia rozpoczęła się ogólnoświatowa peregrynacja ikony Bożego Miłosierdzia. Została ona pobłogosławiona przez papieża Franciszka w czasie listopadowej audiencji dla wolontariuszy i podopiecznych Małego Domu Miłosierdzia z Geli.

    Zalecenie Ojca Świętego jest jasne: zanieść przygotowaną specjalnie na tę okazję ikonę Jezusa Miłosiernego do kościołów, na place i do domów na całym świecie aż do 2033 roku, kiedy obchodzone będzie dwa tysiące lat Odkupienia, przechodząc przez zwykły Jubileusz 2025 roku. Wraz z ikoną peregrynować będą po świecie relikwie czworga świętych – Jana Pawła II, Faustyny Kowalskiej, Teresy od Dzieciątka Jezus, Matki Teresy z Kalkuty oraz bł. Carlo Acutisa.

    W 2013 roku papież Franciszek poprosił ks. Pasqualino di Dio o założenie Małego Domu Miłosierdzia. Dzięki pracy wolontariuszy rozpoczęły się różne działania solidarnościowe. Dom pomaga w różnych trudnościach udzielając potrzebującym pomocy psychologicznej, żywnościowej. Prowadzi też jadłodajne, akademik i poradnię medyczną. W liście do założyciela, Ojciec Święty nazwał ten ośrodek „latarnią światła i nadziei w ciemności cierpienia i rezygnacji”. A podczas prywatnej audiencji dla 300 pielgrzymów z Geli stwierdził: „Daliście się sprowokować potrzebami braci i sióstr, których Bóg postawił na waszej drodze, zwłaszcza tych ostatnich, najbardziej potrzebujących”. Dodał, że w obecnym czasie niepewności, wojen, mocno wybrzmiewają słowa Jezusa Miłosiernego, powierzone polskiej mistyczce: „Ludzkość nie znajdzie pokoju, dopóki nie zwróci się z ufnością do Bożego Miłosierdzia”.

    Vatican News PL/Watykan Ⓒ Ⓟ

    ***

    5 kwietnia

    NIEDZIELA ZMARTWYCHWSTANIA PAŃSKIEGO

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA – godzina 14.00 

    Trzeci dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia

    autor/źródło: AC,AC, Licencja:2/Opoka.pl

    ***

    Leon XIV: „Chrystus zmartwychwstał, a wraz z Nim i my zmartwychwstajemy do nowego życia!”

    “Nieśmy naszym życiem radość zmartwychwstania, aby wszędzie tam, gdzie wciąż unosi się widmo śmierci, mogło zajaśnieć światło życia” – apelował Leon XIV podczas Mszy św. w Niedzielę Wielkanocną.

    fot. Vatican news/youtube.com (print screen)

    ***

    W krótkiej homilii papież Leon XIV wskazał, że to wielkanocne orędzie „otwiera nas na nadzieję, która nie gaśnie, na światło, które nie zachodzi, na tę pełnię radości, której nic nie może przekreślić”, gdyż „śmierć została pokonana na zawsze, śmierć nie ma już nad nami władzy”.

    Leon XIV: „moc śmierci nie jest ostatecznym przeznaczeniem”

    Zauważył, że nie zawsze łatwo jest nam przyjąć to przesłanie, „ponieważ moc śmierci zagraża nam zawsze, wewnątrz, jak i na zewnątrz nas”. Wewnątrz nas – gdy balast naszych grzechów nie pozwala nam wznieść się w górę; gdy rozczarowania lub samotność, których doświadczamy, gaszą nasze nadzieje; gdy troski lub urazy tłumią radość życia; gdy doświadczamy smutku lub znużenia, gdy czujemy się zdradzeni lub odrzuceni, gdy musimy zmierzyć się z naszą słabością, z cierpieniem, z trudem – wydaje nam się wtedy, że znaleźliśmy się w tunelu, z którego nie widzimy wyjścia – stwierdził Leon XIV.

    Zaznaczył, że śmierć zawsze czyha również poza nami. Widzimy jej obecność w niesprawiedliwościach, w partykularnych egoizmach, w ucisku ubogich, w niedostatecznej trosce o najsłabszych. Widzimy ją w przemocy, w ranach świata, w krzyku cierpienia, który wznosi się zewsząd z powodu nadużyć, które miażdżą najsłabszych, z powodu bałwochwalstwa zysku, które pustoszy zasoby ziemi, z powodu przemocy wojny, która zabija i niszczy – wyliczał papież.

    Tymczasem Wielkanoc zachęca nas, abyśmy „odkryli, że grób Jezusa jest pusty, a zatem w każdej śmierci, której doświadczamy, jest też miejsce dla nowego życia, które się rodzi”. Pan żyje i pozostaje z nami. Poprzez przebłyski zmartwychwstania przenikające ciemności, powierza On nasze serce nadziei, która nas podtrzymuje: moc śmierci nie jest ostatecznym przeznaczeniem naszego życia. Jesteśmy raz na zawsze ukierunkowani ku pełni, ponieważ w Chrystusie zmartwychwstałym także my zmartwychwstaliśmy – zapewnił Ojciec Święty.

    „Biegnijmy jak Maria Magdalena”

    Zacytował swego poprzednika, Papieża Franciszka, który w swojej pierwszej adhortacji apostolskiej „Evangelii gaudium” stwierdził, że zmartwychwstanie Chrystusa „nie należy do przeszłości; zawiera żywotną siłę, która przeniknęła świat. Tam, gdzie wszystko wydaje się martwe, ze wszystkich stron pojawiają się ponownie kiełki zmartwychwstania. Jest to siła nie mająca sobie równych. To prawda, iż wiele razy wydaje się, że Bóg nie istnieje: widzimy niesprawiedliwość, złość, obojętność i okrucieństwo, które nie ustępują. Jednak jest tak samo pewne, że pośród ciemności zaczyna zawsze wyrastać coś nowego, co wcześniej czy później przynosi owoc”.

    Papież podkreślił, że „w Chrystusie Zmartwychwstałym nowe stworzenie jest możliwe każdego dnia”, gdyż „rodzi się dla ludzkości nowe życie, silniejsze od śmierci”. Pascha jest nowym stworzeniem dokonanym przez Pana Zmartwychwstałego, jest nowym początkiem, jest życiem, które dzięki zwycięstwu Boga nad dawnym Przeciwnikiem zostało wreszcie uczynione wiecznym – stwierdził Leon XIV.

    Zachęcił  do tego, byśmy tę pieśń nadziei nieśli drogami świata. Biegnijmy więc jak Maria Magdalena, głośmy ją wszystkim, nieśmy naszym życiem radość zmartwychwstania, aby wszędzie tam, gdzie wciąż unosi się widmo śmierci, mogło zajaśnieć światło życia – zaapelował papież.

    Watykan/KAI, pa/Stacja7

    ***

    Liturgia Wielkiej Nocy przemawia na różne sposoby,

    nawet kamieniem, który znajdował się u wejścia do grobu Pana.

    Niewiasty idąc drogą, tym kamieniem się martwiły – bo kto go odsunie?

    Jeszcze nie wiedziały, że zupełnie niepotrzebnie taki ciężar niosły.

    Każdy z nas też jest na tej drodze

    i też ciężar dźwiga, i to coraz większy, bo już samo przemijanie jest jak kamień:

    twarde, zimne i nieubłagane.

    Zechciej przyjąć na te święta Wielkiej Nocy życzenia,

    żeby głaz już piersi nie przytłaczał,

    żeby wreszcie rozpadł się mur ułożony z kamieni obrazy,

    żeby radość wróciła i już nie było kamiennej twarzy,

    żeby zwątpienie zrodzone z niepotrzebnej trwogi

    zobaczyło moc Zmartwychwstałego Pana, który wszystko uczynił już nowe.

    ks. Marian

    ***

    6 kwietnia

    PONIEDZIAŁEK WIELKANOCNY  

    MSZA ŚWIĘTA – godzina 14.00

    Czwarty dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia

    emaus
    zdjęcie ze strony: grupa modlitwy o. Pio/diecezja kaliska

    ***

    Bogu niech będą dzięki za kolejny rok, w którym znowu jest nam dane przeżywać najważniejsze wydarzenia w dziejach całego wszechświata, bo dzięki tym wydarzeniom dokonuje się nieustannie dzieło Bożego Miłosierdzia.

    Wejdźmy na drogę, którą przemierzali uczniowie zmierzający do miejscowości zwanej Emaus. Wydawało im się, że są tylko we dwoje…

    Idą całkowicie zawiedzeni i rozgoryczeni wydarzeniami jakie miały miejsce w świętym mieście Jeruzalem. Ich upragniony i oczekiwany Mesjasz, jakim miał być Jezus z Nazaretu, nie tak wypełnił swoją misję, jak się spodziewali.

    Odchodzą od miejsca umęczenia i ukrzyżowania Pana Jezusa nie wiedząc, że oto na tej swojej drodze ucieczki spotykają Nieznajomego, któremu opowiadają całą swoją gorycz a potem słuchają, jak Boży zamysł w szczegółach opisany w świętych Księgach wypełnił się dokładnie co do joty. I choć “oczy ich były niejako na uwięzi” – to jednak serca “pałały”.

    Jak to dobrze, że przymusili, wciąż jeszcze Nierozpoznanego Towarzysza ich drogi, aby pozostał z nimi w miejscu do którego zdążali. Bo gdyby nie ich gościnność, z taką żarliwością wypowiedziana, pewnie nadal pozostałoby w nich i rozczarowanie i strach.

    Jak to dobrze, że tak usilnie prosili owego Nieznajomego, aby pozostał – bo w końcu zobaczyli kim ON jest naprawdę. Kiedy przełamał chleb, którym został poczęstowany – nagle znikł strach, znikło rozczarowanie, niczym mgła.

    Mimo, że był już wieczór, późny wieczór, natychmiast powrócili do Jerozolimy, aby jak najszybciej opowiedzieć o spotkaniu z Jezusem, który rzeczywiście zmartwychpowstał.

    Ci sami a jakże przemienieni! Przekroczyli swoje ludzkie oczekiwania.

    Z wielką żarliwością prośmy Zmartwychwstałego Pana, aby i w naszym sercu dokonał wielkiej przemiany.

    Wystarczy tylko wypowiedzieć całą swoją niemoc a potem słuchać uważnie co mówi do naszego serca wciąż jeszcze do końca NIEROZPOZNANY TEN SAM ZAWSZE OBECNY na drogach naszego ziemskiego “padołu”.

    I choć nasze oczy też są tak często “na uwięzi” – wystarczy tylko zaprosić i to zaprosić tak usilnie, jak uczynił to Kleofas ze swoim towarzyszem drogi, do swojego Emaus …..       

    ks. Marian
    [7] Rembrandt 1660, olej 50 x 64 cm Luwr
    Wieczerza w Emaus /Rembrandt/Luwr

    ***

    ZMARTWYCHWSTAŁY PAN

    Aula Pawła VI
    Aula Pawła VI  (fot. ks. Waldemar Turek, Vatican News)

    ***

    Jadąc wiosenną porą wzdłuż budzących się do życia wrzosowych pól patrzę na maleńkie, dopiero co urodzone baranki porozrzucane na rozległych przestrzeniach uroczej Szkocji. Te maleństwa są takie bezbronne. I pomyśleć, że Pan Jezus jest takim barankiem. Liturgia przypomina tę prawdę, bo mówi o Baranku Wielkanocnym, który zgładził grzechy świata.

    Dokonało się to poprzez Jego Mękę i Śmierć. W okresie Wielkiego Postu, a szczególnie w Wielkim Tygodniu Ewangelie opisywały bardzo dokładnie poszczególne etapy Drogi Krzyżowej. Ta Jezusowa śmierć – straszna, przeraźliwa, okropna – stwierdzona ponad wszelką wątpliwość tak przytłoczyła apostołów i najbliższe otoczenie, że oni nie tyle co zapomnieli o obietnicy zmartwychwstania, ile raczej znajdowali się w stanie zupełnej niemożliwości, aby uwierzyć w to, co mówił Chrystus o swoim powstaniu z martwych. Bo czym jest Zmartwychwstanie? Z czym porównać tę nieprawdopodobną i całkowicie niewyobrażalną nową rzeczywistość?

    Ksiądz Biskup Jan Pietraszko w książce pt. „Po śladach Słowa Bożego” tłumaczy, że „wiara w zmartwychwstanie Chrystusa nie narodziła się z naiwnych pragnień, ani ze świadectwa ludzi, ani też ze świadectwa straży, ani z pogłosek, które roznosiły niewiasty, jak również nie ze świadectwa miłującej Go bardzo Magdaleny, ani z wieści krążących pomiędzy łatwowiernymi ludźmi; wiara w zmartwychwstanie wykształtowała się w pierwotnym Kościele z samego Jezusa Chrystusa, który przez częste ukazywanie się i słowo swoje uporczywie gruntował w świadomości swoich uczniów przekonanie, że naprawdę powstał z grobu i żyje”.

    Dopiero z tych wielokrotnych spotkań narodziło się przekonanie i wiara, że Pan rzeczywiście żyje. Dlatego Piotr z całym przekonaniem mógł powiedzieć w domu centuriona w Cezarei: „Myśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu”. Tak więc św. Piotr i inni Apostołowie stali się świadkami Zmartwychwstania wobec całego świata. Na tym świecie głosili Ewangelię, to znaczy Dobrą Nowiną, która jest objawieniem Bożej Miłości. To Ona rządzi światem, a nie zło. To Ona daje każdemu człowiekowi prawdziwie życie, które jest życiem w pełni. Kościół czyta dziś słowa św. Pawła, że „razem z Chrystusem powstaliśmy z martwych”.

    Każda epoka ma swoich świadków Zmartwychwstania. I jak pisze ks. Jerzy Chowańczak: „Nie ma tak ciemnej godziny, w której ukazuje się w całej pełni siła ‘tajemnicy nieprawości’, w której by jednocześnie nie zajaśniało w życiu ludzi światło zwycięstwa dobra nad złem”. Tę moc wiary Kościół poprzez wieki czerpie od Tego, który po trzech dniach swój grób pozostawił pusty. I odtąd Jezus daje swoje życie. Człowiek może w tym Bożym życiu uczestniczyć i uczestniczy. Jak wielu jest dziś świadków Zmartwychwstania, których życie zanurza się coraz bardziej w Życie Jezusa.

    Uczestnicząc w dzisiejszej Liturgii Zmartwychwstania Pańskiego czy nie czuję się jakby przymuszonym, na podobieństwo owych pozbieranych z opłotków z Jezusowej przypowieści, których zaproszono na ucztę. Pan Jezus zechciał wybrać właśnie nas – i to też jest wielka tajemnica Bożego Miłosierdzia. Wybrał nas i zgromadził. Aby lepiej zrozumieć przeżywane Misterium zacytuję słowa, które powiedział kardynał Jean-Marie Lustiger: „Moc Boża, wbrew wszelkim naszym słabościom, niezdolności uwierzenia, wbrew naszym grzechom i ciemnościom, czyni z nas uczniów Jezusa, lud ‘żywych’, żyjący życiem, które nie do nas należy, ale które staje się naszym. W ten sposób jesteśmy jakby niesieni, unoszeni przez moc, która nas przerasta, a o której mamy świadczyć naszym braciom. Jesteśmy jak ci ślepcy porażeni światłem, którzy mają mówić, że światło istnieje”.

    Panie Jezu Chryste spraw swoją mocą, abym całym moim życiem głosił, żeś zmartwychwstał, żeś prawdziwie zmartwychwstał.

    ks. Marian

    ***

    Trwa Oktawa Wielkanocna

    do wigilii Niedzieli Bożego Miłosierdzia 11 kwietnia

    ***

    „Regina Coeli” zamiast modlitwy „Anioł Pański”.

    OLYMPUS DIGITAL CAMERA/ cathopic.com

    ***

    W okresie wielkanocnym –trwającym w Kościele katolickim do Zesłania Ducha Świętego południową modlitwę “Anioł Pański” zastępuje hymn Regina Coeli. To jedna z czterech wielkich antyfon maryjnych. Jej tekst znaleziono w pochodzącym z 1171 r. antyfonarzu z bazyliki św. Piotra.

    Kto jest jej autorem „Regina caeli”?

    Przyjmuje się, że hymn ten powstał między Xi a XII wiekiem, choć dokładna data ani autor nie są znane. Dość często autorstwo dzieła przypisuje się papieżowi Grzegorzowi V (996-99). Nazywał się on Bruno i był Saksończykiem, synem księcia Karyntii (w dzisiejszej Austrii), spokrewnionym z cesarzem niemieckim Ottonem II. Na Tron św. Piotra wstąpił, mając 24 lata, zapoczątkowując stosunkowo krótki okres papieży niemieckich. Mimo młodego wieku i krótkiego pontyfikatu, w dziejach Kościoła zdążył zapisać się m.in. tym, że jako pierwszy biskup Rzymu ogłosił interdykt, czyli klątwę, obejmującą cały kraj, w tym wypadku Francję z powodu niemoralnego, według niego, postępku jej króla Roberta II. Pod koniec krótkiego, jak się później okazało, życia zaczął reformować Kościół w duchu zmian zapoczątkowanych w Cluny. I właśnie temu papieżowi niektórzy przypisują ułożenie antyfony „Regina Caeli”.

    Anielski śpiew

    Bardzo piękna, barwna legenda widzi jej autora w innym papieżu o tym samym imieniu, ale wcześniejszym o 4 stulecia – św. Grzegorzu I Wielkim (590-604). Według tej wersji, w r. 596, w okresie wielkanocnym Rzym nawiedziła zaraza. Aby ją powstrzymać, Papież zarządził procesję pokutno-błagalną. O świcie oznaczonego dnia przybył on wraz ze swym duchowieństwem do rzymskiego kościoła Ara Caeli, skąd wyruszono do bazyliki św. Piotra. Papież niósł ikonę Matki Bożej, której autorstwo przypisywano powszechnie św. Łukaszowi Ewangeliście. Gdy mijano Zamek Hadriana, usłyszano głos z wysokości, opiewający Maryję Królową Nieba. Ojciec Święty, zaskoczony niezwykłym zjawiskiem i ujęty anielskim śpiewem, odpowiedział głośno: „Ora pro nobis Deum, alleluia” (Módl się za nami do Boga, alleluja). W tejże chwili ukazał się świetlisty anioł, trzymający w ręku miecz zarazy, który natychmiast schował do pochwy i od tego czasu epidemia ustała.

    Na pamiątkę tamtego cudownego wydarzenia nazwę Zamku zmieniono na Zamek Świętego Anioła a słowa anielskiego hymnu umieszczono na dachu kościoła Ara Caeli. Znacznie później (prawdopodobnie w wieku XII) do wezwania tego dopisano następne i tak powstała dzisiejsza antyfona.

    Wielkimi jej propagatorami, jak zresztą wielu innych modlitw maryjnych, byli franciszkanie, którzy najpierw odmawiali ją jako dodatek do hymnu Magnificat, wykonywany w w czasie Nieszporów w oktawie wielkanocnej, a w drugiej połowie XIII w. włączyli ją do modlitwy brewiarzowej swego zakonu. Na polecenie Mikołaja III (1277-80) trafiła ona do modlitw kapłańskich w całym Rzymie. Benedykt XIV (1740-58) dekretem z 20 kwietnia 1742 zalecił odmawianie tego hymnu w okresie wielkanocnym, począwszy od Wielkiej Soboty aż do soboty przed Zesłaniem Ducha Świętego.

    Oto oryginalny tekst tej modlitwy i tłumaczenie:

    Regina Caeli, laetare, alleluia

    (Królowo nieba, wesel się, alleluja)
    Quia quem meruisti portare, alleluia,

    (Bo Ten, któregoś nosiła, alleluja)
    Resurrexit, sicut dixit, alleluia
    ,

    (Zmartwychwstał jak powiedział, alleluja)
    Ora pro nobis Deum, allelu
    ia.

    (Módl się za nami do Boga, alleluja.)

    Gaude et laetare Virgo Maria, alleluia 

    (Raduj się i wesel, Panno Mario, alleluja)

    Quia surrexit Dominus vere, alleluia 

    (Bo zmartwychwstał Pan prawdziwie, alleluja).

    Oremus. Deus, qui per resurrectionem Filii Tui Domini nostri Iesu Christi mundum laetificare dignatus es: praesta, quaesumus, ut, per eius Genitricem Virginem Mariam, perpetuae capiamus gaudia vitae. Per Christum Dominum nostrum. Wierni: Amen.

    Módlmy się. Boże, któryś przez zmartwychwstanie Syna swojego, Pana naszego Jezusa Chrystusa świat uweselić raczył, daj nam, prosimy, abyśmy przez Jego Rodzicielkę Pannę Maryję dostąpili radości życia wiecznego. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    Stacja7.pl

    ***

    TRIDUUM PASCHALNE

    WIELKI CZWARTEK – 2 kwietnia
    Msza św. Wieczerzy Pańskiej – godz. 20.30
    Tego dnia Kościół w szczególny sposób czci Najświętszy Sakrament Eucharystii i Sakrament Kapłaństwa.
    Podczas Adoracji Pana Jezusa w ciemnicy jest możliwość spowiedzi św.

    ***

    WIELKI PIĄTEK – 3 kwietnia
    Liturgia Męki Pańskiej – godz. 20.00

    Po Liturgii jest możliwość spowiedzi św.


    W tym dniu obowiązuje post ścisły co do jakości i ilości
    .

    Pierwszy dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia

    ***

    WIELKA SOBOTA – 4 kwietnia
    Liturgia Paschalna
    – godz. 22.30

    Wielkanocny zwyczaj święcenia pokarmów – godz. 12.00 i 15.00

    W tym czasie jest możliwość spowiedzi św.

    Drugi dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia

    ***

    Odpusty Wielkiego Postu, Triduum Paschalnego i Wielkiej Nocy

     Zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych

    Warunki konieczne do uzyskania odpustu zupełnego są następujące:

    * wzbudzenie intencji zyskania odpustu

    * wykonanie dzieła obdarzonego odpustem

    * sakramentalna spowiedź (stan łaski uświęcającej)

    * przyjęcie Komunii świętej Eucharystycznej

    * modlitwa w intencjach papieskich (Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo… lub inna dowolna wybrana przez wiernego)

    * wykluczenie wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego

    DROGA KRZYŻOWA

    Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który pobożnie odprawi nabożeństwo Drogi Krzyżowej albo zjednoczy się pobożnie z nabożeństwem Drogi Krzyżowej sprawowanym przez Ojca Świętego i bezpośrednio przekazywanym za pomocą radia, telewizji lub Internetu. Co do uzyskania tego odpustu określa się następujące warunki:

    * Nabożeństwo należy odprawić przed stacjami Drogi Krzyżowej prawnie erygowanymi zgodnie z przepisami liturgicznymi Kościoła. Do erygowania zaś Drogi krzyżowej wymaga się 14 krzyży, przy których zwykle zamieszcza się, z pożytkiem duchowym dla wiernych, tyleż wizerunków przedstawiających stacje jerozolimskie.

    * Według powszechnego zwyczaju, Droga krzyżowa składa się z 14 pobożnych czytań, do których dodaje się wezwania modlitewne. Jednak dla odprawienia Drogi krzyżowej wymaga się tylko pobożnego rozważania Męki i śmierci Pana Jezusa. Nie jest konieczne rozważanie poszczególnych tajemnic każdej stacji.

    * Wymaga się przechodzenia od jednej stacji do drugiej. Jeżeli jednak tę pobożną praktykę odbywa się publicznie i wszyscy nie mogą się przemieszczać od stacji do stacji bez niedogodności, wystarczy, gdy do poszczególnych stacji przechodzi prowadzący, a inni uczestnicy pozostają na swoich miejscach.

    * Wierni, którzy mają prawnie uzasadnioną przeszkodę w odprawianiu Drogi Krzyżowej mogą uzyskać odpust zupełny, jeśli przynajmniej przez kwadrans będą pobożnie czytać i rozważać mękę i śmierć Pana naszego, Jezusa Chrystusa.

    * Inne praktyki, polegające na rozważaniu męki i śmierci Pana Jezusa w 14 stacjach, zatwierdzone przez kompetentną władzę kościelną, mogą być przyrównane do Drogi krzyżowej, także co do zyskania odpustów.

    GORZKIE ŻALE

    Za udział w tym nabożeństwie można uzyskać odpust zupełny raz w tygodniu (zazwyczaj Gorzkie żale są śpiewane we wszystkie niedziele Wielkiego Postu).

    REKOLEKCJE

    Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który przynajmniej przez pełne trzy dni będzie uczestniczyć w rekolekcjach.

    WIELKI CZWARTEK

    Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który adoruje Najświętszy Sakrament w Wielki Czwartek podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu po Mszy Wieczerzy Pańskiej, połączonej z pobożnym odmówieniem hymnu: Przed tak wielkim Sakramentem wraz z modlitwą (hymn ten jest zawsze odmawiany lub śpiewany wspólnie przez wiernych w kościołach parafialnych, uczestniczących w liturgii Wielkiego Czwartku, a modlitwę odmawia kapłan).

    KAŻDY PIĄTEK WIELKIEGO POSTU I WIELKI PIĄTEK

    * Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który przyjmie Komunię Świętą w jakikolwiek piątek Wielkiego Postu, także w Wielki Piątek, połączoną z odmówieniem przed wizerunkiem Pana Jezusa Ukrzyżowanego modlitwy: Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu.

    * Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który pobożnie będzie uczestniczyć w adoracji Krzyża w czasie uroczystej celebracji Pamiątki Męki i Śmierci Pana w Wielki Piątek.

    WIELKA SOBOTA

    Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który w czasie liturgii Wigilii Paschalnej, czyli w Wielką Sobotę wieczorem, odnowi przyrzeczenia chrzcielne.

    WIELKANOC

    Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który pobożnie przyjmuje błogosławieństwo udzielone przez papieża Urbi et orbi (Miastu i światu); również wtedy, gdy ze słusznej przyczyny nie uczestniczył fizycznie w liturgicznych obrzędach tylko pobożnie śledził same obrzędy w bezpośredniej transmisji przez media.

    Zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych: wspomozycielki.plapdc.wspomozycielki.pl

    ***

    2 kwietnia

    Wielki Czwartek

    El Greco, Ostatnia Wieczerza
    El Greco (1541-1614) ok. 1568, olej na desce, Pinakoteka, Bolonia

    ***

    „Panie Jezu, daj nam wejść razem z Tobą do Wieczernika, gdzie czeka na nas Największy z Cudów”.

    Panie Jezu, nadchodzi godzina, gdy zostaniesz wydany w ręce ludzi. Przygotowani przez Twoje nauczanie i odnowieni przez czterdziestodniowy post chcemy kontemplować głębię wielkiego misterium, jakie dzisiaj się rozpoczyna…

    Z dziękczynieniem chcemy celebrować tajemnicę Najświętszej Ofiary i jednocześnie uwielbiać Cię jako Najwyższego i Wiecznego Kapłana.

    Przepełnieni wdzięcznością za tak wielki dar składamy na ołtarzu nasze życie, wszystkie problemy i troski, całą naszą słabość i grzeszność. Przemień je, Jezu, i uczyń ofiarą miłą Tobie. W wieczornym mroku patrzymy na nasze zdrady, które wydały Cię na śmierć.

    Nie jesteśmy godni, aby przebywać z Tobą, ale Ty mimo wszystko przygarniasz nas do siebie i przebaczasz wszystkie nasze nieprawości. Patrzymy na Ciebie w ciemnicy i współodczuwamy Twoje osamotnienie i smutek. Chcemy być razem z Tobą w oczekiwaniu na wydarzenie, które przyniesie nam usprawiedliwienie i pokój.

    ks. Mateusz Szerszeń CSMA/Aleteia.pl 

    +++

    Modlitwa w intencji kapłanów:

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, ab głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. 

    Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni.

    Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie.

    Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    +++

    W ten wyjątkowy wieczór Wielkiego Czwartku przypomnijmy sobie słowa św. o. Pio o Najświętszej Ofierze Mszy świętej:

    “W tych tak smutnych czasach śmierci wiary, triumfującej bezbożności, najbezpieczniejszym środkiem uchronienia się przed chorobą zakaźną, która nas otacza, jest wzmacnianie się pokarmem eucharystycznym. Rzeczą oczywistą jest, że nie może się nim wzmocnić ten, kto miesiącami nie karmi się ciałem nieskalanego Baranka Bożego”.

    ***

    “Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.

    ***

    “Póki nie jesteśmy pewni, że nasze sumienie jest obciążone ciężką winą nie należy zaprzestawać przyjmowania Komunii świętej”

    ***

    “Przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie wzbudzaj święte uczucia, rozmawiaj z Nim, módl się i trwaj w Objęciach Umiłowanego”. 

    ***

    “Jak mogę nosić w mym małym sercu Nieskończonego? Jak mogę zamykać Boga w małej celi mej duszy? Moja dusza napełnia się w bólu i miłości. Napełnia mnie trwoga, że nie zdołam zatrzymać Go w wąskiej przestrzeni mego serca”. 

    +++

    Stara i piękna modlitwa na Wielki Czwartek

    Za co można uzyskać odpust zupełny w Wielki Czwartek? To naprawdę proste
    fot. Depositphotos.com / sidneydealmeida.com

    ***

    Trzy dni przed Wielkanocą to wyjątkowy czas dla ludzi wierzących. Wielki Czwartek ma swoją wyjątkową atmosferę, za którą podążają nasze myśli i emocje. Ta piękna, stara modlitwa pomoże ci dziś skupić się na tym, co jest najważniejsze.

    Opublikowana w modlitewniku z 1887 roku, ta wielkoczwartkowa modlitwa podpowie ci, o co dziś prosić i za co dziękować Bogu. Odmówiona rano, wprowadzi cię w atmosferę Ostatniej Wieczerzy i pomoże lepiej przeżywać wieczorną liturgię i cud Eucharystii.

    Stara modlitwa osobista na Wielki Czwartek

    Mój Boże! Jakże wielka jest miłość Twoja dla ludzi, jaką nas ukochałeś do śmierci! Tak wiele wycierpiałeś przez nas i dla nas na ziemi, a jednak, kiedy nadeszła godzina odejścia do chwały Ojca Twojego, chciałeś między nami pozostać i pod tajemniczą chleba postacią dałeś nam Ciało i Krew Swą Przenajświętszą, aby nam była na ukojenie tęsknoty i ugaszenie pragnienia.

    O Jezu mój najdroższy! Upadam z wdzięcznością na kolana przed Tobą i dobroć Twą uwielbiając, błagam Cię, racz sprawić, aby serce moje godnym się stało przyjęcia tego anielskiego chleba! Bądź mi pomocą w zasłużeniu na szczęście uczestniczenia w tej świętej wieczerzy do jakiej zawezwałeś Twych uczniów i naucz mnie naśladować tę miłość i pokorę, jakiej tak wielki przykład nam dałeś.

    O Jezu pochylony u stóp Apostołów, strzeż duszę moją od wszelkiej wyniosłości pychy; stłum we mnie chęć każdą do szukania dla siebie pomiędzy ludźmi pierwszeństwa. Niechaj pamięć upokorzenia Twojego zatrze w mym sercu fałszywe pojęcie o mojej nad innymi wyższości i niech mnie zachęci do niesienia posług nie tylko rodzicom, którym miłość i uszanowanie należy się ode mnie, ale każdemu, kto zażąda mojej usługi. Nie dopuść tego, mój Jezu, żebym się kiedy miał(a) od biednych usuwać i lekceważyć tych, którym Ty w osobach Swych uczniów nogi dziś umywałeś; ale owszem, niech staję przed ludźmi z tak cichym i pokornym sercem, aby się nikt do niego nie wahał zapukać i każdy biegł do nie z ufnością, a ja sam (a), abym się żadnego uniżenia nie lękał(a), gdy w Imię Twoje zażąda go kto ode mnie.

    O Panie! Pamiętaj o mnie, jak o Swych uczniach myślałeś, gdyś im przy tej wieczerzy dawał nauki, jak żyć mają pomiędzy ludźmi na świecie po Twoim od nich odejściu. Wlej także i w moje serce odwagę w trudnych okolicznościach życia i w zwyciężaniu wszystkich złych popędów i wad, jakie odzywają się we mnie, daj mi cierpliwość do zniesienia z pogodą i pokojem wszystkiego, co na mnie lub na ukochanych moich dopuścisz; wzmacniaj we mnie ufność bez granic w Twoją ojcowską opiekę; daj mi pożądać i pragnąć w całym życiu Ciała i Krwi Twojej Przenajświętszej i nie odmawiaj mi tego chleba żywota w ostatniej mojej godzinie, ażebym nim posilony(a) cieszył(a) się spełnieniem obietnic Twoich, mój Jezu. Amen.

    +++

    Jak można uzyskać odpust zupełny w Wielki Czwartek?

    Czym jest odpust zupełny? To darowanie kar za odpuszczone już w sakramencie pokuty grzechy. Oznacza to, że usunięte zostają konsekwencje popełnionego przez nas zła. Kościół daje wiele okazji, by uzyskać taki odpust. Jeden z nich jest związany z Wielkim Czwartkiem.

    Odpust zupełny na Wielki Czwartek jest związany z pobożnym zaśpiewaniem lub odmówieniem pieśni “Sław języku tajemnice”, bardziej znanym pod tytułem pochodzącym od kolejnej zwrotki: “Przed tak Wielkim Sakramentem”. Napisał ją św. Tomasz z Akwinu, a w polskich kościołach najczęściej jest śpiewana podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu. W Wielki Czwartek jej odmówienie lub odśpiewanie jest jednym  z warunków uzyskania odpustu zupełnego.

    Za kogo można ofiarować odpust zupełny w Wielki Czwartek?

    Odpust – zupełny i cząstkowy – zawsze można ofiarować za siebie lub za osobę zmarłą. Nie możemy go za to ofiarować za osobę żyjącą inną niż my sami. Gdy ofiarujemy go za osobę zmarłą i spełnimy warunki do uzyskania odpustu zupełnego, ta osoba, jeśli wciąż przebywa w czyśćcu, zostaje przeniesiona do nieba. 

    Warunki uzyskania odpustu zupełnego w Wielki Czwartek

    Aby uzyskać odpust zupełny, poza wymienioną pieśnią należy w Wielki Czwartek być przede wszystkim w stanie łaski uświęcającej (lub, jeśli w niej nie jesteśmy, skorzystać z sakramentu spowiedzi) i przystąpić do Komunii św., a także wyrzec się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu i pomodlić się w intencjach ważnych dla papieża (może to być np. modlitwa “Ojcze nasz…” lub “Pod Twoją obronę…”. ). Jeśli nie jesteśmy w obecnym stanie zrezygnować z przywiązania do grzechu, odpust nie “przepada” – uzyskujemy wtedy tzw. odpust cząstkowy.

    Deon.pl

    ***

    fot. stacja7.pl/AI

    ***

    Detale Triduum. Ciemnica

    Polskie słowo „ciemnica” mówi więcej niż liturgiczne „miejsce przechowania”, bo prowadzi od adoracji Najświętszego Sakramentu do nocy pojmania i miejsca, gdzie Jezus był więziony czekając na proces i wyrok.

    Samo słowo brzmi surowo. Ciemnica. W kościołach przygotowuje się ją co roku, w Wielki Czwartek, ale na krótko: na jedną noc, w praktyce często na jeden wieczór. Czasem bywa bardzo prosta, niemal ascetyczna. Czasem rozbudowana, pełna symboli, kamienia, krat i cienia. Niekiedy przypomina więzienie, niekiedy Ogrójec, a czasem po prostu wydzielone, przyciemnione miejsce modlitwy.

    Puste Tabernakulum, Najświętszy Sakrament w ciemnicy

    Ciemnica to jedno z tych polskich słów, które brzmią mocniej niż oficjalne liturgiczne objaśnienia. Mszał rzymski mówi o „miejscu przechowania” Najświętszego Sakramentu po Mszy Wieczerzy Pańskiej. Po uroczystej Eucharystii, po wspomnieniu ustanowienia Eucharystii i kapłaństwa, po geście umycia nóg, po Komunii, liturgia nagle zmienia ton. Ołtarz zostaje obnażony. Tabernakulum pozostaje puste. Najświętszy Sakrament w rytm kołatek zostaje przeniesiony do innego miejsca, do miejsca przechowania.

    Sens ciemnicy

    Podczas tej procesji śpiewa się wyjątkowy hymn „Sław, języku, tajemnicę”, którego słowa ułożył św. Tomasz z Akwinu. Drugi raz zabrzmi on dopiero w uroczystość Bożego Ciała. To miejsce jest więc najpierw miejscem adoracji i przechowania Eucharystii.

    Ale w Polsce wielowiekowe przeżywanie liturgii dopowiedziało coś więcej. W tym przeniesieniu dostrzeżono nie tylko szacunek wobec Najświętszego Sakramentu, lecz także doświadczenie Jezusa z Wielkiego Czwartku, po Ostatniej Wieczerzy: Jezusa wydanego, pojmanego, osamotnionego. Miejsce przechowania stało się zarazem miejscem uwięzienia, miejscem nocnego czuwania przy Jezusie oczekującym na poranny proces. Tak narodził się sens ciemnicy.

    Ciemnica należy do tej jednej nocy, kiedy Chrystus, wydany, pojmany i opuszczony, będzie już w rękach ludzi. Ma w sobie coś z rzeczywistego dramatu tamtego czwartku: wspólna uczta z Chrystusem wkrótce przerodzi się w rozproszenie po uderzeniu w Mistrza. Jeszcze przed chwilą wszystko skupiało się przy ołtarzu. Teraz uwaga przesuwa się gdzie indziej, jakby liturgia kazała wiernym nie pozostawać w bezruchu, ale wstać i pójść za Jezusem, nie uciec, ale być, zachować się inaczej niż uczniowie.

    Msza bez zakończenia

    Dlatego po Mszy Wieczerzy Pańskiej nie ma zwykłego zakończenia. Jest procesja. Jest przeniesienie. Jest czuwanie. Kościół jakby mówił: to jeszcze nie koniec, idziemy za Nim w noc. Wielki Czwartek to nie tylko Ostatnia Wieczerza.

    Słowo ciemnica dobrze niesie w sobie ten ruch i ten dramat. Jest w nim mrok, ale nie tylko fizyczny. Chodzi także o ciemność nocy, w której zaczyna chwiać się wszystko: wierność uczniów, ich odwaga, ich zrozumienie. W ciemnicy Kościół modli się już nie wobec triumfu, lecz wobec bezbronności Chrystusa. To adoracja Boga, który nie objawia teraz swojej mocy, ale pozwala się wydać w ręce ludzi.

    To adoracja Jezusa, który wszedł już w ten mrok. Jeśli kiedykolwiek w życiu dotknie mnie podobna ciemność, będę wiedział, że On był tam przede mną. Nie będę sam.

    Stacja7.pl

    ***

    Świadek i Pasterz. Jan Paweł II o tajemnicy kapłaństwa na Jasnej Górze

    Dziś przypada 21. rocznica śmierci św. Jana Pawła II. Papież Polak w każdy Wielki Czwartek, który jest dniem ustanowienia kapłaństwa i Eucharystii kierował listy do kapłanów. Przypominał w nich o tożsamości kapłańskiej, istocie powołania i o potrzebie zakorzenienia w modlitwie. Przez cały swój pontyfikat wspierał kapłanów modlitwą, słowem i obecnością. Wielu z nich teraz szerzy jego nauczanie, jest także ojcem wielu powołań.

    Wołanie św. Jana Pawła II o Ducha Świętego na pl. Zwycięstwa stało się początkiem odnowy oblicza Polski

    Wołanie św. Jana Pawła II o Ducha Świętego na pl. Zwycięstwa stało się
początkiem odnowy oblicza Polski
     fot. Adam Bujak/Archiwum Biały Kruk

    ***

    Św. Jan Paweł II napisał w sumie dwadzieścia sześć listów do kapłanów. Na początku swojego pontyfikatu, w 1979 roku, zapewnił w nim duchownych o modlitwie: „Nie przestaję prosić Boga, aby napełnił Was, Kapłanów Jezusa Chrystusa, wszelkim swoim błogosławieństwem i łaską. Na znak czego z serca Wam błogosławię”. Ojciec Święty prosił także, aby wraz z całym Kościołem nie ustawali w modlitwie za niego.

    26 listów do Kapłanów

    – To była jego osobista inicjatywa i wcześniej niespotykana, że przez cały pontyfikat kierował przesłanie i osobiste przemyślenia do kapłanów – mówi o. Marcin Minczyński. Opiekun Sodalicji Mariańskiej zwrócił uwagę, że Ojciec Święty pisał o duchowości, tożsamości kapłańskiej, ale także o największej istocie powołania, czyli istnieniu Eucharystycznym w Szkole Maryi, ponieważ sam w wyjątkowy sposób przeżywał swoje kapłaństwo pragnął dzielić się tym darem z kapłanami.

    – Patrzył na różne aspekty istnienia kapłaństwa: istnienie zbawione dla zbawionych, istnienie wdzięczne, to ukierunkowane na Chrystusa i to, którego wzorem jest Matka Boża. Bardzo często Maryja pojawiała się w papieskich listach. Święty nawiązywał w nich także do sytuacji w jakiej znajdował się Kościół i Ojczyzna – wyjaśniał o. Minczyński. Jak wskazywał paulin, pośród listów, które skierował do kapłanów św. Jan Paweł II były także te poświęcone Soborowi Konstantynopolitańskimu, Soborowi Efeskiemu, a także Wielkiemu Jubileuszowi Wieczernika. Zauważał, że były także listy o kulcie Bożego Miłosierdzia, sakramencie pokuty czy związane z duszpasterstwem i współpracą z młodzieżą.

    – Wyjątkowa była jego postawa całkowitego poświęcenia się posłudze najpierw kapłańskiej, później biskupiej, która przekładała się na służbę ludziom i całe jego życiowe zaangażowanie – mówił. Dodał, że św. Jan Paweł II także należał do Sodalicji Mariańskiej w czasach gimnazjum, gdzie był jej prezesem, a później w czasach akademickich pielgrzymował ze wspólnotą na Jasną Górę. O. Marcin Minczyński przypomniał, że św. Jan Paweł II podkreślał, że właśnie swoją maryjność zawdzięcza Sodalicji Mariańskiej.

    Namaszczony przez papieża Polaka

    O. Sebastian Matecki jako jedyny paulin został wyświęcony przez papieża Polaka w czasie Kongresu Eucharystycznego, w Lublinie w 1987 roku. Jak wspomina było to wydarzenie bezprecedensowe, ponieważ po raz pierwszy na polskiej ziemi, Ojciec Święty udzielił sakramentu prezbiteratu. Paulin podkreślił, że dzień swoich święceń ciągle „nosi w sercu”. – Gest nałożenia rąk przez papieża, znak pokoju, później krótka wymiana spojrzeń i słów, pozdrowienie po Mszy Świętej, ale najważniejsze jest to, co w nas pozostawił, czyli Jezusowe kapłaństwo i za to bardzo mu dziękuję – mówił.

    O. Matecki przypomniał, że papież Polak podczas homilii w Lublinie podkreślał, że to rodziny są wychowawcami. To są pierwsze seminaria, które kształtują powołanie kapłańskie.

    – Ojciec Święty zwracał uwagę na postawę jedności z Bogiem i to żebyśmy byli autentyczni w naszym kapłaństwie, a jest to możliwe, jeżeli będziemy dbali o naszą głęboką relację z Chrystusem. A z tego wypłynie i służba Bogu i drugiemu człowiekowi – opowiadał mnich.

    O. Sebastian Matecki zwrócił uwagę, że św. Jan Paweł II całym swoim życiem pokazywał jaki powinien być kapłan, czyli jak wyjaśniał taki, który naśladuje Chrystusa. – Pokazywał Chrystusa, a przez to kapłaństwo jako służbę Bogu i drugiemu człowiekowi. Cały jego pontyfikat to była szczególna troska o formację kapłańską, powołanie i tożsamość. On nie mówił do nas kim powinniśmy być tylko kim jesteśmy jako kapłani – podkreślił.

    Paulin dodał, że zadaniem kapłana jest kochać Boga, Jemu służyć i tą miłość nieść bliźnim.

    – Św. Jan Paweł II do końca był dla nas wszystkich wspaniałym, niedoścignionym wzorem kapłana. Patrząc na jego życie widzimy oddanie Bogu, człowiekowi, pochylanie się na ludzką biedą, dawanie siebie w modlitwie, o której tak często przypominał, a przede wszystkim umiłowanie Eucharystii do czego jesteśmy powołani – zwracał uwagę.

    O. Sebastian Matecki zauważył, że odejście do wieczności św. Jana Pawła II to były dni do końca naznaczone jego wielkim cierpieniem, zmaganiem, a jednocześnie naznaczone były wielką mobilizacją ludzi. – „Cały świat, oczy i serca były zwrócone ku św. Janowi Pawłowi II”. – Jasna Góra w czasie jego pogrzebu wypełniona była pielgrzymami i gorliwą modlitwą. Wyjątkowym momentem był Apel Jasnogórski, który tak bardzo ukochał papież, po którym odszedł do Domu Ojca – przypomniał paulin.

    O. Matecki dodał, że szczególnie dziś w Wielki Czwartek jest wdzięczny św. Janowi Pawłowi II, że pokazywał prawdziwe oblicze kapłaństwa oparte na służbie i bezgranicznym oddaniu Bogu.

    Jasnogórski testament

    Św. Jan Paweł II pielgrzymował na Jasną Górę sześciokrotnie. O. Grzegorz Prus, jasnogórski historyk zwrócił uwagę, że papież Polak podczas pielgrzymek na Jasną Górę pozostawił paulinom ważne zadanie, że „Jasna Góra ma być konfesjonałem i ołtarzem polskiego narodu”. Jak przypomniał, św. Jan Paweł II mówił też o jedności i wielkim charyzmacie, który zakon otrzymał, czyli charyzmacie jasnogórskim. – Mówił, że mamy napełniać się miłością, jednością i nią dzielić się z innymi – zauważył. Paulin dodał, że to jest właśnie zadanie dla paulinów, aby nauczaniem papieża żyć na co dzień i przekazywać go młodym kapłanom, którzy nie mieli możliwości go poznać.

    Zaznaczył, że inspiruje go „duch modlitwy” jaki charakteryzował Ojca Świętego, a także jego zaangażowanie duszpasterskie.

    Biskupi uczniami papieża Polaka

    Nauczanie papieża Polaka, jego myśli, które przekazywał w listach są inspiracją również dla biskupów. Oni są także tymi, którzy szerzą jego nauczanie. Bp Antoni Długosz konsekrowany był przez św. Jana Pawła II. Zwrócił uwagę, że podczas rekolekcji i pielgrzymek przypomina nauczanie świętego. – Przypominam o chrystocentryzmie, antropocentryzmie, o Bogu jako Ojcu pełnym miłosierdzia, o Matce Bożej jako naszej Matce i o tajemnicy cierpienia, które papież ukazywał w różny sposób. On zachęcał, abyśmy doświadczając cierpienia nigdy od Jezusa nie odeszli – mówił. Zwrócił uwagę, że w listach kapłańskich św. Jan Paweł II podkreślał, że to Chrystus jest przewodnikiem kapłanów i to z Nim należy kroczyć przez życie.

    – Św. Jan Paweł II mówiąc o tym, dlaczego kapłani są potrzebni odpowiadał: ponieważ Chrystus jest potrzebny. On przekazywał Ewangelię i to w odbiorze własnego serca, ale i w odpowiedzialności za prawdę wobec ludzi, którzy słuchają i do których przybywał, poprzez swoje pielgrzymki apostolskie i poprzez dokumenty – mówił abp Wacław Depo. Metropolita częstochowski zauważył, że jego hasło biskupie zostało zaczerpnięte z encykliki papieża Polaka „Redemptor hominis”- ”Ku Chrystusowi Odkupicielowi człowieka” i jak zapewniał metropolita ta droga jest najpewniejsza.

    Abp Depo zwrócił uwagę, że kapłaństwo jest dodatkowym człowieczeństwem dla Chrystusa. – I dlatego kapłan powinien ciałem, duszą, sercem, umysłem, zaangażować się po stronie tej prawdy, której służy. A prawdą jest Chrystus – wyjaśniał metropolita.

    Papież Polak zmarł 2 kwietnia 2005 roku o godzinie 21.37. Już w dniu jego pogrzebu tłum wiernych skandował: „Santo Subito” – „Święty Natychmiast”. To życzenie zaczęło się spełniać już po miesiącu, gdy rozpoczął się jego proces kanonizacyjny. Choć pielgrzymi z całego świata nie mieli wątpliwości, co do jego świętości.

    Chociaż dzisiaj upływa 21 lat od śmierci św. Jana Pawła II to na Jasną Górę wciąż pielgrzymują pokolenia Polaków, które jego wzorem zawierzają Matce Bożej swoje życie i za papieżem mówią – „Totus Tuus”. Ojciec Święty jest ważny nie tylko dla kapłanów, osób starszych, ale także dla młodzieży, która jest mu wdzięczna za to, że „zawsze w nich wierzył”.

    Tygodnik Niedziela

    ***

    Kapłaństwo nie jest rolą do odegrania –

    orędzie prefekta Dykasterii ds. Duchowieństwa na Wielki Czwartek

    fot. Roman Koszowski /Gość Niedzielny

    ***

    „Kapłaństwo nie jest rolą do odegrania, lecz darem, którego należy strzec z wdzięcznym sercem i pełnym zachwytem” – pisze w orędziu skierowanym do kapłanów, diakonów i seminarzystów z okazji Wielkiego Czwartku prefekt Dykasterii ds. Duchowieństwa, kard. Lazzaro You Heung-sik. Dokument wyraża wdzięczność Kościoła za wierność duchownych. Wskazuje, że przez ich posługę Chrystus wciąż przybliża się do swojego ludu, uzdrawia, przebacza i karmi.

    W orędziu czytamy, że Wielki Czwartek to dzień kontemplacji Chrystusa, który „umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował” (J 13,1). W dokumencie wyrażono podziękowanie za codzienną posługę kapłańską, która – jak zaznaczono – bywa „cicha i ukryta”. „Dziękujemy za wasze «tak», odnawiane każdego dnia, także pośród trudów, samotności i niezrozumienia” – czytamy w tekście.

    Tożsamość kapłańska i przyjaźń z Chrystusem

    Prefekt Dykasterii ds. Duchowieństwa, kard. Lazzaro You Heung-sik przypomina, że kapłaństwo „nie jest rolą do odegrania, lecz darem, którego należy strzec z wdzięcznym sercem i pełnym zachwytem”. Przywołano słowa papieża Leona XIV, który podczas Roku Świętego Nadziei wskazał, że „kapłan jest przyjacielem Pana, powołanym do życia z Nim w osobistej i ufnej relacji”.

    Zgodnie z treścią orędzia, ta duchowa więź i przyjaźń z Chrystusem stanowi „sens celibatu i siłę służby kościelnej”, pozwalając duchownym na odnawianie pierwotnego powołania w chwilach próby – „także pośród trudów, samotności i niezrozumienia”. Autorzy, idąc za wskazówkami papieża, zachęcają kapłanów do powrotu do Wieczernika jako źródła ich tożsamości, gdzie odkrywają, że „nie są definiowani przez to, co czynią, lecz przez nieskończoną miłość, którą Chrystus ich obdarza”. W orędziu podkreślono też, że duchowny jest „człowiekiem Słowa i Eucharystii, kształtowanym każdego dnia przez to, co celebruje”.

    Ofiara i służba jako fundamenty posługi

    Prefekt Dykasterii ds. Duchowieństwa skupia się na dwóch kluczowych pojęciach: ofierze i służbie. Wyjaśnia, że ofiara w swoim najgłębszym znaczeniu „nie jest przede wszystkim wyrzeczeniem, lecz darem, ofiarowaniem własnego życia”. Służba natomiast została określona jako „konkretna forma tej miłości”, której miarą jest gest Jezusa umywającego nogi apostołom. „Żyć na sposób eucharystyczny oznacza żyć w perspektywie daru z siebie, czyniąc własne życie ofiarą dla wszystkich” – podkreśla w orędziu.

    Apel o bliskość i nadzieję

    W obliczu współczesnych trudności, watykańska Dykasteria ds. Duchowieństwa apeluje do duchownych o niezniechęcanie się, nawet gdy „ziemia wydaje się jałowa”. Kapłani zostali wezwani do bycia „ludźmi komunii” oraz „radosnymi świadkami Ewangelii”, cechującymi się bliskością, zdolnością słuchania i współczuciem. Dokument akcentuje także wagę jedności. „Czujcie się zjednoczeni jako prezbiterzy, w komunii z waszymi biskupami, przed którymi odnawiacie przyrzeczenia kapłańskie podczas Mszy Krzyżma” – napisano.

    Osobne słowa skierowano do diakonów, których posługę uznano za „cenną i konieczną dla życia Kościoła, dziś bardziej niż kiedykolwiek”. Do seminarzystów wystosowano apel, by „nie bali się oddać całego swojego życia Panu” i strzegli radości swojego powołania. „Kościół potrzebuje waszej autentyczności, waszego entuzjazmu i waszej wiary” – czytamy w dokumencie.

    Orędzie kończy się życzeniami owocnego Triduum Paschalnego w jedności z Chrystusem oraz modlitwą o pokój, który „leczy każdy konflikt”.

    02.04.2026 – VATICANNEWS.VA

    +++

    3 kwietnia

    Wielki Piątek

    Dzień spłacenia długu

    Świat nie miał pojęcia, że właśnie następuje kulminacja dziejów i rozstrzygają się wieczne losy całej ludzkości. Nadal nie ma.

    Matthias Grünewald  Grupa Ukrzyżowania,  1512–1516 r.

    ***

    W tamto piątkowe popołudnie, gdy umierał Jezus Chrystus, nie działo się nic szczególnego. Imperator Tyberiusz bawił się z kochankami na Capri, a w Judei jego namiestnik, Poncjusz Piłat, zażywał zapewne poobiedniej sjesty. Nad świątynią jak zwykle unosił się dym składanych ofiar, a przybyli na Paschę pielgrzymi chronili się w cieniu portyków.

    Owszem, przed południem było głośno w związku ze skazaniem Jezusa z Nazaretu, ale On właśnie konał na krzyżu za murami miasta. Sprawa załatwiona. Święto idzie, baranki są zabijane, jednoroczne, bez skazy – wszystko tak, jak kazał Mojżesz. To na pamiątkę wyjścia z Egiptu. Wtedy krew baranka, którą Izraelici pomazali odrzwia, ocaliła ich pierworodnych przed śmiercią. A dziś czemu to wspominamy? I dlaczego akurat baranek, czemu bez skazy? Nie wiadomo.

    Tu jest Baranek

    Jezus, prawdziwy Baranek bez skazy, właśnie konał na krzyżu. Przebył już prawie całą drogę, kielich męki opróżniony już niemal do dna. Zły triumfuje, ale tym bardziej nie daje Jezusowi spokoju. Jeszcze raz z Niego szydzi, jeszcze raz próbuje udręczyć pokusą prostego rozwiązania problemu. „Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!” – wrzeszczą prześmiewcy.

    Ciekawe – ta sama fraza co trzy lata wcześniej na pustyni, wtedy wysyczana bezpośrednio z diabelskiej gardzieli: „Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem”, „Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół”. „Jeśli jesteś…” Jak to diabeł potrafi mówić ludzkimi ustami. Na takie kwestionowanie prawdziwych uprawnień i możliwości wielu się łapie. „Jeśli jesteś dyrektorem, nie daj sobą pomiatać” – mówi kusiciel jednemu. „Jeśli jesteś lekarzem, niech cię nie mylą z pielęgniarzem” – słyszy drugi. A oni tylko chcą sprostować, oni chcą zadbać o prawdę, chcą pokazać, że naprawdę mają taką władzę i mogą to czy tamto. Wchodzą ze Złym w dialog, a ten wygrywa na ich próżności takie melodie, jakie są mu potrzebne do psucia relacji między ludźmi.

    Niech się więc i Syn Człowieczy na krzyżu uniesie honorem, niech zareaguje, niech na żądanie ciemności udowodni, co umie. A nuż odezwie się w Nim pycha i na ostatek zniweczy wszystko, co do tej pory zrobił. Może się użali nad sobą, może da posłuch przymilnemu: „Już się dość nacierpiałeś”.

    Wielu upada przed metą, gdy zmęczenie jest największe, a zamglony wzrok i zmącona myśl nie pozwalają dostrzec, że to jeszcze tylko parę kroków. Diabeł wie o tym i walczy do ostatka, dopóki tli się w człowieku życie. Ze szczególną zajadłością atakuje właśnie wtedy, gdy dzieło dobiega kresu. To pokusa tych, którzy bliskim finałem mają zwieńczyć lata wysiłku, i tych, którzy dobrze wykonując swoje zadania, ulegają zniechęceniu i chcą zdezerterować.

    „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” – zapowiadał Jezus, przygotowując uczniów na przeciwności i prześladowania. Teraz sam toczy tę walkę – do końca. Mógłby zejść z krzyża, On jeden ma tę władzę, ale co by to dobrego dało? Chwilową ulgę w cierpieniu, w żadnej mierze nieporównywalną z huraganem chwały, jaki czeka na Zwycięzcę. Gapie rozdziawiliby gęby, żołnierz zwróciłby wygraną w kości suknię, oprawcy uciekliby z krzykiem. Pewnie w Sanhedrynie zapanowałaby panika, może Piłat by się pokajał… i co? Ciekawostka taka. „Niewytłumaczalne zjawisko” – mówi się o takich rzeczach i przechodzi nad nimi do porządku.

    Jezus nie ulega oszustwu dumy. Pozostaje na krzyżu i wypełnia wolę Ojca dosłownie do ostatniej kropli krwi. Wypowiada słowa najcenniejsze, bo wyrwane ze zmasakrowanej piersi, wyrzucane pojedynczo z każdym oddechem, który tak trudno zaczerpnąć, gdy korpus, wiszący na rozpiętych rękach, coraz mocniej ciąży ku dołowi. Siedem zdań, składających się na bezcenny testament dla chrześcijan wszystkich wieków.

    Gdyby wiedzieli…

    „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” – modli się Jezus. Czy Ojciec nie wysłuchałby takiej modlitwy? W tym nasza nadzieja, bo przyjdzie taki dzień, w którym z przeraźliwą jasnością zobaczymy, cośmy, nieszczęśni ślepcy, czynili. I poznamy, że to do nas stosują się słowa Izajasza: „My wszyscy byliśmy skalani, a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata. My wszyscy opadliśmy zwiędli jak liście, a nasze winy poniosły nas jak wicher” (Iz 64,5).

    W świetle pełnej prawdy, gdy nadzy aż do kości nie będziemy mogli osłonić się żadnym „ale”, ujrzymy, jak skażone było nawet to, cośmy mieli za cnotę. Jak wiele egoizmu kryło się w naszych szczytnych inicjatywach i głoszonych hasłach. A co dopiero w tym, co robiliśmy, czując, że to podłość, a teraz widzimy tego żałosne konsekwencje.

    Co nas osłoni, jeśli nie miłosierdzie Boże, którego Zbawiciel przyzywa dla nas z krzyża? To miłosierdzie, które wyrywa się do człowieka, gdy tylko okaże szczerą skruchę, gdy sam przed sobą przestanie się usprawiedliwiać i jak łotr uzna swoją winę: „My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki”. I zwróci się z tym do Jezusa: „Wspomnij na mnie”. Wtedy dokona się cud łaski Bożej. Padnie drugie z siedmiu bezcennych zdań z krzyża: „Zaprawdę, powiadam ci, jeszcze dziś będziesz ze mną w raju”. Pełne wybaczenie, obietnica nieba, a więc jedyna znana kanonizacja przeprowadzona za życia. I to kto jej dostępuje! Drań, bandyta, który zdobył się na jedną rzecz prostą, a tak straszliwie trudną: na szczerość o sobie. Rzut na taśmę, ostatnia szansa wykorzystana. Przełamana pokusa umierających: pogrążyć się na koniec w swojej nędzy, zwątpić w miłosierdzie Boże, poddać się rozpaczy.

    „Duszo w ciemnościach pogrążona, nie rozpaczaj, nie wszystko jeszcze stracone, wejdź w rozmowę z Bogiem swoim, który jest Miłością i Miłosierdziem samym” – wzywa Jezus w przejmującym dialogu z duszą w rozpaczy, zapisanym przez św. Faustynę w „Dzienniczku”. To szczególnie dla umierających Jezus wyposażył Kościół w sakramenty niosące pomoc w tych decydujących chwilach, gdy ludzie już pomóc nie mogą. Zdarza się, że zebrani przy łóżku umierającego widzą zmianę nawet w jego zachowaniu, gdy przyjmuje sakrament. – Gdy ksiądz dotknął olejem czoła taty, jego szybki oddech nagle się uspokoił. Głęboko westchnął, jakby doświadczył wielkiej ulgi. Zmarł spokojnie – mówiła na pogrzebie wzruszona córka. Nic dziwnego, że Zły tak zniechęca bliskich przed wezwaniem księdza do chorego. „Jeszcze nie czas”, „po co go przerażać” – słychać często. Niektórzy za sukces uważają utrzymanie umierającego w nieświadomości o swoim stanie aż do chwili, gdy wyda ostatnie tchnienie.

    To twoja Matka

    Jezus, nawet konając w mękach, myśli o innych. Padają kolejne słowa najcenniejszego z testamentów: „Niewiasto, oto syn Twój”. To do Maryi. I do Jana: „Oto Matka twoja”. Nie można zlekceważyć woli Jezusa, wyrażonej w takiej chwili i w takich okolicznościach. A wolą Jego jest, żeby Maryja była naszą matką i żebyśmy wzięli Ją do siebie. To nie było tylko rozporządzenie w sprawie dalszego ziemskiego bytu Maryi. Jeśli takie słowa padają z krzyża, to znaczy, że mają olbrzymie znaczenie dla rodzącego się Kościoła. Maryja jest Niewiastą zapowiedzianą już wtedy, gdy upadł pierwszy człowiek. To Jej potomstwo zdepcze głowę starodawnego węża. To między Nią a wężem zapanuje nieprzyjaźń.

    Synowska miłość i cześć okazywana Maryi przez wyznawców Jezusa nie jest „opcją do wyboru”. Zbawiciel sobie tego życzy. Do każdego z nas są skierowane te słowa: „Oto Matka twoja”. To jest ważne dla naszego uświęcenia, bo „Maryja wyprzedza nas wszystkich na drodze do świętości” – jak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego, przypominając, że „wymiar maryjny Kościoła wyprzedza jego wymiar Piotrowy”.

    Zapłacono

    Rozlega się rozdzierające „Eli, Eli, lema sabachthani!”. Tę przejmującą skargę – „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił” – zapisał przed wiekami psalmista. Więc i to doświadczenie nie zostało zaoszczędzone Synowi Człowieczemu. Musiał przeżyć nawet poczucie opuszczenia przez Ojca. To poczucie, które bywa też udziałem świętych, jest mylące, bo Bóg nigdy nie jest bliżej człowieka niż wtedy, gdy ten, jak przestraszone dziecko w mroku nocy, bezradnie rozgląda się za Nim. Doprawdy, Zbawiciel został doświadczony wszystkim, co człowieka dotyka, z wyjątkiem grzechu.

    Jezus mówi: „Pragnę”. Wciąż mówi. To się nie skończyło. Komu to słowo wybrzmi w duszy, ten nie może spać spokojnie, wiedząc, że tak wiele serc czeka na Ewangelię. Jezusowe pragnienie gna po świecie misjonarzy, każe wyciągać ze śmietników ludzi „przegranych”, zmusza do reakcji na cudzą krzywdę i niesprawiedliwość.

    Nadchodzi koniec. Jezus woła donośnie: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”. Błogosławione słowa. Szczęśliwy, kto oddaje ducha Temu, do kogo on należy. Bo różne rzeczy ludzie mówią. Oby modlitwa była ostatnim dźwiękiem, który z naszych ust usłyszy ten świat.

    I wreszcie: „Wykonało się!”. Inaczej: „zapłacono” – bo takie też jest znaczenie greckiego słowa, w jakim zostało zapisane w Ewangelii według św. Jana. Dług, którego nikt z ludzi nie mógłby spłacić, został uregulowany za nas.

    Usunięcie przegrody

    „A oto zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać” – pisze ewangelista Mateusz. Rozdarcie zasłony przybytku nie było błahym zdarzeniem. Piszą o tym trzej ewangeliści. Dla nich było jasne, co to znaczy: koniec starego Prawa, zaczyna się nowa epoka. Zbawiciel usunął przegrodę oddzielającą grzesznych, śmiertelnych ludzi od świętego Boga. Przepaść między nami a Bogiem została zasypana. Nagle się wyjaśniło, o czym to mówił Izajasz, gdy prorokował o uczcie „z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win”, którą „dla wszystkich ludów” przygotuje Pan Zastępów. „Zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody; raz na zawsze zniszczy śmierć” – pisze w uniesieniu (Iz 25,6-8).

    I właśnie to się stało – nie ma już zasłony, zdarty został całun. I to dla wszystkich narodów! Każdy ma przystęp do Boga, dla każdego niebo zostało otwarte. •

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    fot. Canva

    Modlitwa, która daje odpust zupełny w Wielki Piątek

    “Oto ja dobry i najsłodszy Jezu upadam na kolana przed twoim obliczem i z największą gorliwością ducha proszę i błagam, abyś wszczepił w moje serce największe uczucia wiary, nadziei i miłości oraz prawdziwą skruchę za moje grzechy”

    W każdy piątek Wielkiego Postu, a także w Wielki Piątek można otrzymać odpust zupełny za odmówienie modlitwy „Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu”. Należy się nią pomodlić po Komunii św., przed obrazem Jezusa Chrystusa.

    Aby uzyskać odpust zupełny należy pamiętać także o jego podstawowych zasadach:
    • brak przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego
    • bycie w stanie łaski uświęcającej
    • przyjęcie Komunii Świętej
    • modlitwa w intencjach, w których modli się Ojciec Święty np. „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario”.

    Tekst modlitwy:

    Oto ja dobry i najsłodszy Jezu upadam na kolana przed twoim obliczem i z największą gorliwością ducha proszę i błagam, abyś wszczepił w moje serce największe uczucia wiary, nadziei i miłości oraz prawdziwą skruchę za moje grzechy i silniejszą wolę poprawy. Oto z sercem przepełnionym uczuciem i boleścią w duchu oglądam twoje pięć ran i myślą się w nich zatapiam, pamiętając, co już prorok Dawid włożył w twoje usta „Przebodli ręce moje i nogi moje, policzyli wszystkie kości moje”. Amen.

    ***

    Bądź z Jezusem w Wielki Piątek

    Do uważnego patrzenia na Jezusa powinniśmy więc dołączyć jednoczenie się z Nim w bólu i cierpieniu, jednak nie tyle przez aktywne pocieszanie Go i wymyślanie coraz to nowych sposobów, by uniknął nieuniknionego, ile przez czułe i delikatne trwanie obok. Zapraszamy do włączenia się w czuwanie z cierpiącym Chrystusem.

    Patrzeć na Chrystusa to czytać Słowo Boże, szczególnie ewangeliczne opisy męki i śmierci, a przez nie przyglądać się Jemu, zadając pytania: co czuł? Co myślał? Jak się zachował? Co znaczą słowa, które powiedział? Dlaczego milczał? Z kim się spotkał? Co było w Jego sercu?

    Do uważnego patrzenia na Jezusa powinniśmy więc dołączyć jednoczenie się z Nim w bólu i cierpieniu, jednak nie tyle przez aktywne pocieszanie Go i wymyślanie coraz to nowych sposobów, by uniknął nieuniknionego, ile przez czułe i delikatne trwanie obok.

    Święte Triduum Paschalne to czas, gdy Bóg zaprasza nas do bliskości ze sobą przez Słowo, liturgię i codzienność. On nie chce byśmy byli widzami – nawet tymi najbardziej zaangażowanymi i potrafiącymi świetnie zinterpretować to, co oglądają – ale Jego przyjaciółmi, którym Jezus chce opowiedzieć o wszystkim, co usłyszał od swego Ojca (por. J 15,15). Weźmy Jego Słowo, czytajmy je niemalże w każdym miejscu i czasie, patrzmy na Niego i okazujmy Mu miłość przez czułe gesty wobec tych, których spotykamy.

    (fragment tekstu Zuzanny Marek)

    Poniżej znajdziesz fragmenty Pisma Świętego do indywidualnej medytacji oraz propozycję pytań do refleksji.

    Zachęcamy do rozważania fragmentów o określonych porach dnia – by jeszcze mocniej zjednoczyć się z Panem Jezusem w przeżywanych przez Niego wydarzeniach.


    PLAN DNIA CZUWANIA

    Noc – od północy do 6.00 rano

    JEZUS PRZED SWOIMI SĘDZIAMI

    Mt 26, 59-68

    Tymczasem arcykapłani i cała Wysoka Rada szukali fałszywego świadectwa przeciw Jezusowi, aby Go zgładzić. Lecz nie znaleźli, jakkolwiek występowało wielu fałszywych świadków. W końcu stanęli dwaj i zeznali: «On powiedział: „Mogę zburzyć przybytek Boży i w ciągu trzech dni go odbudować”». Wtedy powstał najwyższy kapłan i rzekł do Niego: «Nic nie odpowiadasz na to, co oni zeznają przeciwko Tobie?» Lecz Jezus milczał. A najwyższy kapłan rzekł do Niego: «Poprzysięgam Cię na Boga żywego, powiedz nam: Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży?» Jezus mu odpowiedział: «Tak, Ja Nim jestem. Ale powiadam wam: Odtąd ujrzycie Syna Człowieczego, siedzącego po prawicy Wszechmocnego, i nadchodzącego na obłokach niebieskich». Wtedy najwyższy kapłan rozdarł swoje szaty i rzekł: «Zbluźnił. Na cóż nam jeszcze potrzeba świadków? Oto teraz słyszeliście bluźnierstwo. Co wam się zdaje?» Oni odpowiedzieli: «Winien jest śmierci». 

    PORÓWNAJ: Mk 14, 55-65 • Łk 22, 67-71 • J 18, 19-24

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Jak często wydaję niesprawiedliwy osąd, obmawiam, powtarzam plotki? 
    • Czy milczę, kiedy kogoś spotyka niesprawiedliwość? Czy potrafię stawać po stronie prawdy?

    JEZUS ZNIEWAŻONY PRZEZ SŁUGI ARCYKAPŁANA

    Mt 26, 67-68

    Wówczas zaczęli pluć Mu w twarz i bić Go pięściami, a inni policzkowali Go i szydzili: «Prorokuj nam, Mesjaszu, kto Cię uderzył?»

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Jak często zdarza mi się cieszyć z cudzych niepowodzeń, błędów? 
    • Jak często zdarza mi się szydzić i znieważać innych? Dlaczego to robię?

    PIOTR TRZY RAZY ZAPIERA SIĘ JEZUSA

    Mt 26, 69-75

    Piotr siedział na zewnątrz na dziedzińcu. Podeszła do niego jedna służąca i rzekła: «I ty byłeś z Galilejczykiem Jezusem». Lecz on zaprzeczył temu wobec wszystkich i rzekł: «Nie wiem, co mówisz». A gdy wyszedł ku bramie, zauważyła go inna i rzekła do tych, co tam byli: «Ten był z Jezusem Nazarejczykiem». I znowu zaprzeczył pod przysięgą: «Nie znam tego Człowieka». Po chwili ci, którzy tam stali, zbliżyli się i rzekli do Piotra: «Na pewno i ty jesteś jednym z nich, bo i twoja mowa cię zdradza». Wtedy począł się zaklinać i przysięgać: «Nie znam tego Człowieka». I w tej chwili kogut zapiał. Wspomniał Piotr na słowo Jezusa, który mu powiedział: «Zanim kogut zapieje, trzy razy się Mnie wyprzesz». Wyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał.

    PORÓWNAJ: Mk 14, 54. 66-72 • Łk 22, 54b-62 • J 18, 15-18. 25-27

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Czy w moim życiu był moment, w którym nie chciałem się przyznać do swojej wiary? Dlaczego tak postąpiłem? Czy potrafiłem odpowiedzieć sobie na to pytanie i podjąć pracę nad sobą?
    • Czy potrafię wybaczyć, gdy moi przyjaciele, rodzina i znajomi mówią o mnie: “Nie znam tego człowieka”? 

    Nad ranem, od ok. 6:00 do ok. 9:00

    PAN JEZUS WYDANY W RĘCE PIŁATA

    Mt 27, 1-2

    A gdy nastał ranek, wszyscy arcykapłani i starsi ludu powzięli uchwałę przeciw Jezusowi, żeby Go zgładzić. Związawszy Go zaprowadzili i wydali w ręce namiestnika Piłata.

    PORÓWNAJ: Mk 15, 1 • Łk 23, 1 • J 18, 28

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Tak wiele wyroków zapada nade mną w moim życiu: bolesna diagnoza, utrata pracy czy zwykłe kłamstwo na mój temat. Czy potrafię w tych sytuacjach zaufać Bogu? Czy potrafię powiedzieć: “nie moja, lecz Twoja wola…”?
    • Często ja sam podejmuję sąd nad drugim człowiekiem – czy potrafię za to przeprosić? Czy mam na tyle odwagi, by przyznać się do błędu?

    ŚMIERĆ JUDASZA

    Mt 27, 3-10

    Wtedy Judasz, który Go wydał, widząc, że Go skazano, opamiętał się, zwrócił trzydzieści srebrników arcykapłanom i starszym i rzekł: «Zgrzeszyłem, wydawszy krew niewinną». Lecz oni odparli: «Co nas to obchodzi? To twoja sprawa». Rzuciwszy srebrniki ku przybytkowi, oddalił się, potem poszedł i powiesił się. Arcykapłani zaś wzięli srebrniki i orzekli: «Nie wolno kłaść ich do skarbca świątyni, bo są zapłatą za krew». Po odbyciu narady kupili za nie Pole Garncarza, na grzebanie cudzoziemców. Dlatego pole to aż po dziś dzień nosi nazwę Pole Krwi. Wtedy spełniło się to, co powiedział prorok Jeremiasz: Wzięli trzydzieści srebrników, zapłatę za Tego, którego oszacowali synowie Izraela. I dali je za Pole Garncarza, jak mi Pan rozkazał.

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Jak zachowuję się w chwilach kryzysu? Czy potrafię prosić o pomoc?
    • Czy jest we mnie wiara w to, że Bóg może mnie wyprowadzić nawet z największego załamania i z najgorszej bezradności?

    JEZUS PRZESŁUCHIWANY PRZEZ PIŁATA

    Mt 27, 11-14

    Jezusa zaś stawiono przed namiestnikiem. Namiestnik zadał Mu pytanie: «Czy Ty jesteś królem żydowskim?» Jezus odpowiedział: «Tak, Ja nim jestem». A gdy Go oskarżali arcykapłani i starsi, nic nie odpowiadał. Wtedy zapytał Go Piłat: «Nie słyszysz, jak wiele zeznają przeciw Tobie?» On jednak nie odpowiedział mu na żadne pytanie, tak że namiestnik bardzo się dziwił.

    PORÓWNAJ: Mk 15, 2-5 • Łk 22, 2-5 • J 18, 29-38

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Milczenie. Czy stać mnie na taką postawę? Ile razy z milczeniem wygrywał gniew, złość, szyderstwo, oszczerstwo…? 
    • Często milczenie utożsamiane jest ze słabością. “Milczy, bo nie wie co powiedzieć, jest słabszy ode mnie”. Ile razy w ten sposób demonstrowałem swoją siłę, raniąc przy tym drugiego człowieka?

    PIŁAT ODSYŁA JEZUSA DO HERODA

    Łk 23, 6-12

    Gdy Piłat to usłyszał, zapytał, czy człowiek ten jest Galilejczykiem. A gdy się upewnił, że jest spod władzy Heroda, odesłał Go do Heroda, który w tych dniach również przebywał w Jerozolimie.

    Na widok Jezusa Herod bardzo się ucieszył. Od dawna bowiem chciał Go ujrzeć, ponieważ słyszał o Nim i spodziewał się, że zobaczy jaki znak, zdziałany przez Niego. Zasypał Go też wieloma pytaniami, lecz Jezus nic mu nie odpowiedział. Arcykapłani zaś i uczeni w Piśmie stali i gwałtownie Go oskarżali. Wówczas wzgardził Nim Herod wraz ze swoją strażą; na pośmiewisko kazał ubrać Go w lśniący płaszcz i odesłał do Piłata. W tym dniu Herod i Piłat stali się przyjaciółmi. Przedtem bowiem żyli z sobą w nieprzyjaźni.

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Jak reaguję na wzgardę? Co czuję? Pielęgnuję w sobie nienawiść czy pragnę przebaczyć?
    • Co jest fundamentem relacji z moimi przyjaciółmi? Wspólna nienawiść? Sojusz? Korzyść? Czy jestem interesowny w relacjach z innymi?

    PIŁAT UZNAJE NIEWINNOŚĆ JEZUSA

    Łk 23, 13-16

    Piłat więc kazał zwołać arcykapłanów, członków Sanhedrynu oraz lud i rzekł do nich: «Przywiedliście mi tego człowieka pod zarzutem, że podburza lud. Otóż ja przesłuchałem go wobec was i nie znalazłem w nim żadnej winy w sprawach, o które go oskarżacie. Ani też Herod – bo odesłał go do nas; przecież nie popełnił on nic godnego śmierci. Każę go więc wychłostać i uwolnię».

    PORÓWNAJ: J 18, 38

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • W moim życiu wiele razy ponoszę karę za niewinność – jak na nią reaguję? 
    • Jak często strach o moje dobre imię powoduje, że krzywdzę niewinnych?

    JEZUS ODRZUCONY PRZEZ SWÓJ NARÓD I SKAZANY NA ŚMIERĆ

    Mt 27, 15-23

    A był zwyczaj, że na każde święto namiestnik uwalniał jednego więźnia, którego chcieli. Trzymano zaś wtedy znacznego więźnia, imieniem Barabasz. Gdy się więc zebrali, spytał ich Piłat: «Którego chcecie, żebym wam uwolnił, Barabasza czy Jezusa, zwanego Mesjaszem?» Wiedział bowiem, że przez zawiść Go wydali. A gdy on odbywał przewód sądowy, żona jego przysłała mu ostrzeżenie: «Nie miej nic do czynienia z tym Sprawiedliwym, bo dzisiaj we śnie wiele nacierpiałam się z Jego powodu». Tymczasem arcykapłani i starsi namówili tłumy, żeby prosiły o Barabasza, a domagały się śmierci Jezusa. Pytał ich namiestnik: «Którego z tych dwóch chcecie, żebym wam uwolnił?» Odpowiedzieli: «Barabasza». Rzekł do nich Piłat: «Cóż więc mam uczynić z Jezusem, którego nazywają Mesjaszem?» Zawołali wszyscy: «Na krzyż z Nim!» Namiestnik odpowiedział: «Cóż właściwie złego uczynił?» Lecz oni jeszcze głośniej krzyczeli: «Na krzyż z Nim!» .

    PORÓWNAJ: Mk 15, 6-14 • Łk 23, 17-23 • J 18, 39-40 • J 19, 4-15

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Czy potrafiłbym dziś zamiast “Barabasz” krzyknąć “Jezus”? Czy w tłumie ludzi szydzących z Kościoła, potrafię wyznać swoją wiarę? 
    • Kto kształtuje moją relację z Panem Bogiem – tłum czy ja?

    JEZUS SKAZANY NA ŚMIERĆ I UBICZOWANY

    Mt 27, 24-26

    Piłat widząc, że nic nie osiąga, a wzburzenie raczej wzrasta, wziął wodę i umył ręce wobec tłumu, mówiąc: «Nie jestem winny krwi tego Sprawiedliwego. To wasza rzecz». A cały lud zawołał: «Krew Jego na nas i na dzieci nasze». Wówczas uwolnił im Barabasza, a Jezusa kazał ubiczować i wydał na ukrzyżowanie.

    PORÓWNAJ: Mk 15, 15 • Łk 23, 24-25 • J 19, 16

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Czym kieruję się podejmując ważne decyzje? Czy w tym procesie jest miejsce na modlitwę?
    • Jak często “umywam ręce” od odpowiedzialności i konsekwencji swoich decyzji? Czy umiem przyznać się do błędnych decyzji?

    JEZUS ZNIEWAŻANY PRZEZ ŻOŁNIERZY

    Mt 27, 26-31

    Wtedy żołnierze namiestnika zabrali Jezusa z sobą do pretorium i zgromadzili koło Niego całą kohortę. Rozebrali Go z szat i narzucili na Niego płaszcz szkarłatny. Uplótłszy wieniec z ciernia włożyli Mu na głowę, a do prawej ręki dali Mu trzcinę. Potem przyklękali przed Nim i szydzili z Niego, mówiąc: «Witaj, Królu Żydowski!» Przy tym pluli na Niego, brali trzcinę i bili Go po głowie. A gdy Go wyszydzili, zdjęli z Niego płaszcz, włożyli na Niego własne Jego szaty i odprowadzili Go na ukrzyżowanie.

    PORÓWNAJ: Mk 15, 15-20 • J 19, 1-3

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Czy nie jestem takim człowiekiem, który potrafi innym zakładać na głowy cierniowe korony? Czy nie przychodzi mi łatwo wyszydzanie innych?
    • Kiedy ostatnio wykpiłem kogoś w komentarzach w social media? Czy zastanowiłem się jak czuje się ten człowiek?

    JEZUS NIESIE KRZYŻ NA GOLGOTĘ

    Łk 23, 26-32

    Gdy Go wyprowadzili, zatrzymali niejakiego Szymona z Cyreny, który wracał z pola. Włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem.

    A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: «Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: „Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły”. Wtedy zaczną wołać do gór: Padnijcie na nas! i do pagórków: Przykryjcie nas! Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?». 

    PORÓWNAJ: Mk 15, 20-21 • Mt 27, 31-32 • J 19, 16-17

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Czy potrafię przyjąć pomoc od innych osób? Czy pamiętam, by za nią dziękować?
    • Czy swoją litością nie krzywdzę innych osób? 
    • Czy nie żyję bardziej życiem innych niż swoim? 
    • Czy potrafię współczuć z miłością?

    Pomiędzy godz. 9.00 i 12.00

    JEZUS UKRZYŻOWANY

    Mt 27, 33-37

    Gdy przyszli na miejsce zwane Golgotą, to znaczy Miejscem Czaszki, dali Mu pić wino zaprawione goryczą. Skosztował, ale nie chciał pić.

    Gdy Go ukrzyżowali, rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając o nie losy. I siedząc, tam Go pilnowali. A nad głową Jego umieścili napis z podaniem Jego winy: «To jest Jezus, Król Żydowski».

    PORÓWNAJ: Mk 15, 22-26 • Łk 23, 33-34 • J 19, 17-24

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Czy cierpienie innych nie staje się dla mnie okazją do zdobycia korzyści materialnych?
    • Czy biorę pod uwagę uczucia i emocje innych ludzi w codziennych rozmowach czy żartach?

    JEZUS WYSZYDZONY NA KRZYŻU

    Mt 27, 38-43

    Ci zaś, którzy przechodzili obok, przeklinali Go i potrząsali głowami, mówiąc: «Ty, który burzysz przybytek i w trzech dniach go odbudowujesz, wybaw sam siebie; jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!» Podobnie arcykapłani z uczonymi w Piśmie i starszymi, szydząc, powtarzali: «Innych wybawiał, siebie nie może wybawić. Jest królem Izraela: niechże teraz zejdzie z krzyża, a uwierzymy w Niego. Zaufał Bogu: niechże Go teraz wybawi, jeśli Go miłuje. Przecież powiedział: „Jestem Synem Bożym”».

    PORÓWNAJ: Mk 15, 27-32a • Łk 23, 35-38

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Jak reaguję na prowokacje względem mnie? 
    • Czy prowokuje innych chcąc w ten sposób osiągnąć swój cel?

    DWÓCH ŁOTRÓW

    Łk 23, 39-43

    Jeden ze złoczyńców, których [tam] powieszono, urągał Mu: «Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas». Lecz drugi, karcąc go, rzekł: «Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił». I dodał: «Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa». Jezus mu odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju». 

    PORÓWNAJ: Mt 27, 44 • Mk 15, 32b 

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Czy w moim życiu walczę o świętość do samego końca? 
    • Jak wygląda ta walka? Bliżej jest mi do postawy dobrego czy złego łotra?

    KOBIETY POD KRZYŻEM

    Mt 27, 55-56

    Po śmierci Jezusa

    Było tam również wiele niewiast, które przypatrywały się z daleka. Szły one za Jezusem z Galilei i usługiwały Mu. Między nimi były: Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba i Józefa, oraz matka synów Zebedeusza.

    PORÓWNAJ: Mk 15, 40-41 • Łk 23, 49 • J 19, 25-27

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Czy zawsze jestem wierny Jezusowi, czy wystarczy małe niepowodzenie, jakaś słabość a już uciekam zostawiając Go samego na krzyżu z moimi grzechami?
    • Kiedy ostatnio adorowałem krzyż? Czy nie staję pod krzyżem zbyt rzadko? 

    Zaćmienie słońca ok. godz. 12:00, agonia i śmierć Jezusa ok. godz. 15:00

    ŚMIERĆ JEZUSA

    J 19, 31-37

    Ponieważ był to dzień Przygotowania, aby zatem ciała nie pozostawały na krzyżu w szabat – ów bowiem dzień szabatu był wielkim świętem – Żydzi prosili Piłata, aby ukrzyżowanym połamano golenie i usunięto ich ciała. Przyszli więc żołnierze i połamali golenie tak pierwszemu, jak i drugiemu, którzy z Nim byli ukrzyżowani. Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda. Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli. Stało się to bowiem, aby się wypełniło Pismo: Kość jego nie będzie złamana. I znowu na innym miejscu mówi Pismo: Będą patrzeć na Tego, którego przebili.

    PORÓWNAJ: Mt 27, 45-54 • Mk 15, 33-39 • Łk 23, 44-48 

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Jak przeżywam śmierć Jezusa? Czy ogarnia mnie jedynie żal, litość nad umęczonym Jezusem, czy raczej jest we mnie wola pracy nad sobą, walki z grzechem, który Jezusa do śmierci doprowadził?
    • Jaką ostatnio słabość, jaki grzech w sobie „zabiłem”? Jak nad sobą pracuję?

    Wielki Piątek wieczorem

    POGRZEB JEZUSA

    Mt 27, 57-61

    Pod wieczór przyszedł zamożny człowiek z Arymatei, imieniem Józef, który też był uczniem Jezusa. On udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Wówczas Piłat kazał je wydać. Józef zabrał ciało, owinął je w czyste płótno i złożył w swoim nowym grobie, który kazał wykuć w skale. Przed wejściem do grobu zatoczył duży kamień i odszedł. Lecz Maria Magdalena i druga Maria pozostały tam, siedząc naprzeciw grobu.

    PORÓWNAJ: Mk 15, 42-47 •  Łk 23, 50-56 • J 19, 38-42

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Czy jestem jak kobiety czujnie pozostające przy Jezusie, czy raczej jak uczniowie, którzy zasnęli kiedy Jezus tylko na chwilę ich opuścił?
    • Jak zachowuję się gdy spotyka mnie porażka? Wierzę Jezusowi do końca i przyjmuję? Czy raczej usypiam swoją wiarę zniechęcony niepowodzeniem?

    wybór i kolejność fragmentów z Pisma Świętego: Ks. Marcin Kowalski

    +++

    Wielka cisza spowiła ziemię;

    wielka na niej cisza i pustka.

    Cisza wielka, bo Król zasnął.

    Grób Pański w kościele św. Tomasza Apostoła/profil parafii na FB/PCh24.pl

    +++

    4 kwietnia

    Wielka Sobota – cisza i oczekiwanie

    Wielka Sobota jest dniem ciszy i oczekiwania. Dla uczniów Jezusa był to dzień największej próby. Według Tradycji apostołowie rozpierzchli się po śmierci Jezusa, a jedyną osobą, która wytrwała w wierze, była Bogurodzica. Dlatego też każda sobota jest w Kościele dniem maryjnym. Wielkanoc zaczyna się już w sobotę po zachodzie słońca.

    Opinogóra, 25.03.2016. Grób Pański w parafii św. Zygmuntaks.
    fot. ks.Włodzimierz Piętka /Gość Niedzielny

    ***

    Wielkanoc zaczyna się już w sobotę po zachodzie słońca. Rozpoczyna ją liturgia światła. Na zewnątrz kościoła kapłan święci ogień, od którego następnie zapala się Paschał – wielką woskową świecę, która symbolizuje zmartwychwstałego Chrystusa. Na paschale kapłan żłobi znak krzyża, wypowiadając słowa: “Chrystus wczoraj i dziś, początek i koniec, Alfa i Omega. Do Niego należy czas i wieczność, Jemu chwała i panowanie przez wszystkie wieki wieków. Amen”. Umieszcza się tam również pięć ozdobnych czerwonych gwoździ, symbolizujących rany Chrystusa oraz aktualną datę.

    Następnie Paschał ten wnosi się do okrytej mrokiem świątyni, a wierni zapalają od niego swoje świece, przekazując sobie wzajemnie światło. Niezwykle wymowny jest widok rozszerzającej się jasności, która w końcu wypełnia cały kościół.

    Zwieńczeniem obrzędu światła jest uroczysta pieśń (Pochwała Paschału) – Exultet, która zaczyna się od słów: “Weselcie się już zastępy Aniołów w niebie! Weselcie się słudzy Boga! Niech zabrzmią dzwony głoszące zbawienie, gdy Król tak wielki odnosi zwycięstwo!”.

    Dalsza część liturgii paschalnej to czytania przeplatane psalmami. Przypominają one całą historię zbawienia, poczynając od stworzenia świata, przez wyjście Izraelitów z niewoli egipskiej, proroctwa zapowiadające Mesjasza aż do Ewangelii o Zmartwychwstaniu Jezusa.

    Tej nocy powraca po blisko pięćdziesięciu dniach uroczysty śpiew “Alleluja”. Celebrans dokonuje poświęcenia wody, która przez cały rok będzie służyła przede wszystkim do chrztu. Czasami, na wzór pierwotnych wspólnot chrześcijańskich, w noc paschalną chrzci się katechumenów, udzielając im zarazem bierzmowania i pierwszej Komunii św. Wszyscy wierni odnawiają swoje przyrzeczenia chrzcielne wyrzekając się grzechu, Szatana i wszystkiego, co prowadzi do zła oraz wyznając wiarę w Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego.

    Wigilia Paschalna kończy się Eucharystią i procesją rezurekcyjną. Procesja ta pierwotnie obchodziła cmentarz, który zwykle znajdował się w pobliżu kościoła, by oznajmić leżącym w grobach, że Chrystus zmartwychwstał i zwyciężył śmierć. Ze względów praktycznych w wielu miejscach w Polsce procesja rezurekcyjna nie odbywa się w Noc Zmartwychwstania, ale przenoszona jest na niedzielny poranek.

    Ponieważ cud Zmartwychwstania jakby nie mieści się w jednym dniu, dlatego też Kościół obchodzi Oktawę Wielkiej Nocy – przez osiem dni bez przerwy wciąż powtarza się tę samą prawdę, że Chrystus Zmartwychwstał. Ostatnim dniem oktawy jest Biała Niedziela, nazywana obecnie także Niedzielą Miłosierdzia Bożego.

    W ten dzień w Rzymie ochrzczeni podczas Wigilii Paschalnej neofici, odziani w białe szaty podarowane im przez gminę chrześcijańską, szli w procesji do kościoła św. Pankracego, by tam uczestniczyć w Mszy św. Jan Paweł II ustanowił ten dzień świętem Miłosierdzia Bożego, którego wielką orędowniczką była św. Faustyna Kowalska.

    Wielkanoc jest pierwszym i najważniejszym świętem chrześcijańskim. Apostołowie świętowali tylko Wielkanoc i każdą niedzielę, która jest właśnie pamiątką Nocy Paschalnej. Dopiero z upływem wieków zaczęły pojawiać się inne święta i okresy przygotowania aż ukształtował się obecny rok liturgiczny, który jednak przechodzi różne zmiany.

    ks. Włodzimierz Piętka – Gość Niedzielny

    ***

    5 kwietnia

    NIEDZIELA ZMARTWYCHWSTANIA PAŃSKIEGO

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA – godzina 14.00 

    Trzeci dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia

    autor/źródło: AC,AC, Licencja:2/Opoka.pl

    ***

    Liturgia Wielkiej Nocy przemawia na różne sposoby,

    nawet kamieniem, który znajdował się u wejścia do grobu Pana.

    Niewiasty idąc drogą, tym kamieniem się martwiły – bo kto go odsunie?

    Jeszcze nie wiedziały, że zupełnie niepotrzebnie taki ciężar niosły.

    Każdy z nas też jest na tej drodze

    i też ciężar dźwiga, i to coraz większy, bo już samo przemijanie jest jak kamień:

    twarde, zimne i nieubłagane.

    Zechciej przyjąć na te święta Wielkiej Nocy życzenia,

    żeby głaz już piersi nie przytłaczał,

    żeby wreszcie rozpadł się mur ułożony z kamieni obrazy,

    żeby radość wróciła i już nie było kamiennej twarzy,

    żeby zwątpienie zrodzone z niepotrzebnej trwogi

    zobaczyło moc Zmartwychwstałego Pana, który wszystko uczynił już nowe.

    ks. Marian

    ***

    6 kwietnia

    PONIEDZIAŁEK WIELKANOCNY  

    MSZA ŚWIĘTA – godzina 14.00

    Czwarty dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia

    emaus
    zdjęcie ze strony: grupa modlitwy o. Pio/diecezja kaliska

    ***

    Bogu niech będą dzięki za kolejny rok, w którym znowu jest nam dane przeżywać najważniejsze wydarzenia w dziejach całego wszechświata, bo dzięki tym wydarzeniom dokonuje się nieustannie dzieło Bożego Miłosierdzia.

    Wejdźmy na drogę, którą przemierzali uczniowie zmierzający do miejscowości zwanej Emaus. Wydawało im się, że są tylko we dwoje…

    Idą całkowicie zawiedzeni i rozgoryczeni wydarzeniami jakie miały miejsce w świętym mieście Jeruzalem. Ich upragniony i oczekiwany Mesjasz, jakim miał być Jezus z Nazaretu, nie tak wypełnił swoją misję, jak się spodziewali.

    Odchodzą od miejsca umęczenia i ukrzyżowania Pana Jezusa nie wiedząc, że oto na tej swojej drodze ucieczki spotykają Nieznajomego, któremu opowiadają całą swoją gorycz a potem słuchają, jak Boży zamysł w szczegółach opisany w świętych Księgach wypełnił się dokładnie co do joty. I choć “oczy ich były niejako na uwięzi” – to jednak serca “pałały”.

    Jak to dobrze, że przymusili, wciąż jeszcze Nierozpoznanego Towarzysza ich drogi, aby pozostał z nimi w miejscu do którego zdążali. Bo gdyby nie ich gościnność, z taką żarliwością wypowiedziana, pewnie nadal pozostałoby w nich i rozczarowanie i strach.

    Jak to dobrze, że tak usilnie prosili owego Nieznajomego, aby pozostał – bo w końcu zobaczyli kim ON jest naprawdę. Kiedy przełamał chleb, którym został poczęstowany – nagle znikł strach, znikło rozczarowanie, niczym mgła.

    Mimo, że był już wieczór, późny wieczór, natychmiast powrócili do Jerozolimy, aby jak najszybciej opowiedzieć o spotkaniu z Jezusem, który rzeczywiście zmartwychpowstał.

    Ci sami a jakże przemienieni! Przekroczyli swoje ludzkie oczekiwania.

    Z wielką żarliwością prośmy Zmartwychwstałego Pana, aby i w naszym sercu dokonał wielkiej przemiany.

    Wystarczy tylko wypowiedzieć całą swoją niemoc a potem słuchać uważnie co mówi do naszego serca wciąż jeszcze do końca NIEROZPOZNANY TEN SAM ZAWSZE OBECNY na drogach naszego ziemskiego “padołu”.

    I choć nasze oczy też są tak często “na uwięzi” – wystarczy tylko zaprosić i to zaprosić tak usilnie, jak uczynił to Kleofas ze swoim towarzyszem drogi, do swojego Emaus …..       

    ks. Marian
    [7] Rembrandt 1660, olej 50 x 64 cm Luwr
    Wieczerza w Emaus /Rembrandt/Luwr

    ***

    ZMARTWYCHWSTAŁY PAN

    Aula Pawła VI
    Aula Pawła VI  (fot. ks. Waldemar Turek, Vatican News)

    ***

    Jadąc wiosenną porą wzdłuż budzących się do życia wrzosowych pól patrzę na maleńkie, dopiero co urodzone baranki porozrzucane na rozległych przestrzeniach uroczej Szkocji. Te maleństwa są takie bezbronne. I pomyśleć, że Pan Jezus jest takim barankiem. Liturgia przypomina tę prawdę, bo mówi o Baranku Wielkanocnym, który zgładził grzechy świata.

    Dokonało się to poprzez Jego Mękę i Śmierć. W okresie Wielkiego Postu, a szczególnie w Wielkim Tygodniu Ewangelie opisywały bardzo dokładnie poszczególne etapy Drogi Krzyżowej. Ta Jezusowa śmierć – straszna, przeraźliwa, okropna – stwierdzona ponad wszelką wątpliwość tak przytłoczyła apostołów i najbliższe otoczenie, że oni nie tyle co zapomnieli o obietnicy zmartwychwstania, ile raczej znajdowali się w stanie zupełnej niemożliwości, aby uwierzyć w to, co mówił Chrystus o swoim powstaniu z martwych. Bo czym jest Zmartwychwstanie? Z czym porównać tę nieprawdopodobną i całkowicie niewyobrażalną nową rzeczywistość?

    Ksiądz Biskup Jan Pietraszko w książce pt. „Po śladach Słowa Bożego” tłumaczy, że „wiara w zmartwychwstanie Chrystusa nie narodziła się z naiwnych pragnień, ani ze świadectwa ludzi, ani też ze świadectwa straży, ani z pogłosek, które roznosiły niewiasty, jak również nie ze świadectwa miłującej Go bardzo Magdaleny, ani z wieści krążących pomiędzy łatwowiernymi ludźmi; wiara w zmartwychwstanie wykształtowała się w pierwotnym Kościele z samego Jezusa Chrystusa, który przez częste ukazywanie się i słowo swoje uporczywie gruntował w świadomości swoich uczniów przekonanie, że naprawdę powstał z grobu i żyje”.

    Dopiero z tych wielokrotnych spotkań narodziło się przekonanie i wiara, że Pan rzeczywiście żyje. Dlatego Piotr z całym przekonaniem mógł powiedzieć w domu centuriona w Cezarei: „Myśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu”. Tak więc św. Piotr i inni Apostołowie stali się świadkami Zmartwychwstania wobec całego świata. Na tym świecie głosili Ewangelię, to znaczy Dobrą Nowiną, która jest objawieniem Bożej Miłości. To Ona rządzi światem, a nie zło. To Ona daje każdemu człowiekowi prawdziwie życie, które jest życiem w pełni. Kościół czyta dziś słowa św. Pawła, że „razem z Chrystusem powstaliśmy z martwych”.

    Każda epoka ma swoich świadków Zmartwychwstania. I jak pisze ks. Jerzy Chowańczak: „Nie ma tak ciemnej godziny, w której ukazuje się w całej pełni siła ‘tajemnicy nieprawości’, w której by jednocześnie nie zajaśniało w życiu ludzi światło zwycięstwa dobra nad złem”. Tę moc wiary Kościół poprzez wieki czerpie od Tego, który po trzech dniach swój grób pozostawił pusty. I odtąd Jezus daje swoje życie. Człowiek może w tym Bożym życiu uczestniczyć i uczestniczy. Jak wielu jest dziś świadków Zmartwychwstania, których życie zanurza się coraz bardziej w Życie Jezusa.

    Uczestnicząc w dzisiejszej Liturgii Zmartwychwstania Pańskiego czy nie czuję się jakby przymuszonym, na podobieństwo owych pozbieranych z opłotków z Jezusowej przypowieści, których zaproszono na ucztę. Pan Jezus zechciał wybrać właśnie nas – i to też jest wielka tajemnica Bożego Miłosierdzia. Wybrał nas i zgromadził. Aby lepiej zrozumieć przeżywane Misterium zacytuję słowa, które powiedział kardynał Jean-Marie Lustiger: „Moc Boża, wbrew wszelkim naszym słabościom, niezdolności uwierzenia, wbrew naszym grzechom i ciemnościom, czyni z nas uczniów Jezusa, lud ‘żywych’, żyjący życiem, które nie do nas należy, ale które staje się naszym. W ten sposób jesteśmy jakby niesieni, unoszeni przez moc, która nas przerasta, a o której mamy świadczyć naszym braciom. Jesteśmy jak ci ślepcy porażeni światłem, którzy mają mówić, że światło istnieje”.

    Panie Jezu Chryste spraw swoją mocą, abym całym moim życiem głosił, żeś zmartwychwstał, żeś prawdziwie zmartwychwstał.

    ks. Marian

    Trwa Oktawa Wielkanocna

    do wigilii Niedzieli Bożego Miłosierdzia 11 kwietnia

    ***
    Od 370 lat Królowa Korony Polskiej.

    Rocznica ślubów lwowskich Jana Kazimierza

    (Jan Matejko, Śluby Jana Kazimierza)

    ***

    370 lat temu król Jan II Kazimierz Waza złożył przed obrazem Matki Bożej Łaskawej śluby lwowskie. Oddając w nich opanowany przez Szwedów i Rosję kraj pod opiekę Maryi, uznał Ją za Królową Polski. Do tego aktu nawiązywali w XX wieku kard. Stefan Wyszyński i papież Jan Paweł II.

    1 kwietnia 1656 r. w czasie potopu szwedzkiego król Jan II Kazimierz Waza w katedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny we Lwowie złożył śluby lwowskie podczas mszy odprawianej przez nuncjusza Pietro Vidoniego przed obrazem Matki Bożej Łaskawej.

    – Wydarzenie to przypada na jeden z tragiczniejszych momentów w historii Polski. Mieliśmy wówczas całkowitą zapaść państwa i poważny kryzys tożsamości społeczeństwa, które nie stawiało oporu najeźdźcom. W konsekwencji kraj niemal w całości został opanowany przez Szwedów i Rosjan. Przyrzeczenia królewskie miały na celu poderwanie do walki z wrogiem nie tylko szlachty, ale też całego ludu – powiedział PAP historyk, prof. Paweł Skibiński z Uniwersytetu Warszawskiego.

    Monarcha oddał Rzeczpospolitą pod opiekę Matki Bożej, nazywając ją Królową Korony Polskiej. „Ciebie za opiekunkę moją i za Królową królestwa mojego obieram. I siebie i królestwo Polskie, księstwo Litewskie, Ruskie, Pruskie, Mazowieckie, Żmudzkie, Inflanckie i Czernichowskie, wojska obydwu narodów i lud cały Twojej osobliwej opiece i obronie polecam, Twojej pomocy i litości w tym nieszczęśliwym i przykrym królestwa mojego stanie, przeciwko nieprzyjaciołom św. Rzymskiego Kościoła pokornie błagam” – ślubował Jan Kazimierz.

    Władca przyrzekł wówczas szerzyć cześć Matki Bożej i ślubował uzyskać w Stolicy Apostolskiej pozwolenie na obchodzenie Jej święta jako Królowej Korony Polskiej. Zapewnił także, że zajmie się losem ciemiężonych pańszczyzną chłopów i zaprowadzi w kraju sprawiedliwość społeczną „Obowiązuję się, iż po uczynionym pokoju starać się będę ze stanami Rzeczypospolitej usilnie, ażeby odtąd utrapione pospólstwo wolne było od wszelkiego okrucieństwa” – czytamy w ślubach królewskich.

    Po władcy w imieniu senatorów i szlachty podobną rotę odczytał 1 kwietnia 1656 r. podkanclerzy koronny biskup krakowski Andrzej Trzebicki, a świadkowie powtarzali za nim słowa ślubowania. – To pokazuje, że tekst ślubów nie był tylko osobistym aktem religijnym monarchy, ale całej wspólnoty narodowej, która zobowiązała się podjąć konkretne kroki – powiedział prof. Skibiński. Zauważył, że „znaczna część polskich innowierców nie miała nic przeciwko kultowi maryjnemu”. – Zarówno grekokatolicy, jak i prawosławni, którzy w przeważającej większości zamieszkiwali wschodnie ziemie Rzeczypospolitej, uznawali i uznają kult Matki Zbawiciela – powiedział.

    Historyk zwrócił uwagę, że prymas Stefan Wyszyński i później papież Jan Paweł II wskazywali na katolicką wizję maryjności „jako pewną esencję wspólnych wartości tworzących polską tożsamość”. – Ujmowali oni wspólnotę narodową nie w kategoriach socjologicznych czy statystycznych, tylko duchowych. Nie oznacza to oczywiście, że zapominali o obecności w kraju wyznawców innych religii, natomiast uznawali, że utożsamiając się z polskością, powinni szanować wymiar duchowy większości członków wspólnoty – powiedział historyk.

    – Choć wiele publikacji utrzymuje, że autorem ślubów mógł być jezuita św. Andrzej Bobola, to ich tekst najprawdopodobniej zredagował prymas Andrzej Leszczyński – wskazał.

    Niektórzy twierdzą, że zobowiązania Jana Kazimierza były wypełnieniem życzenia Maryi przekazanego za pośrednictwem włoskiego jezuity Giulia Mancinellego. – Mimo zapewnień król Polski nie wypełnił złożonych obietnic dotyczących chłopów. Nie zmniejszono im pańszczyzny ani nie oddano ludności wiejskiej pod jurysdykcję sądów królewskich. Akt królewski jednak na trwałe zapisał się w świadomości narodowej i odwoływano się do niego przy okazji różnych wydarzeń patriotycznych – zwrócił uwagę historyk.

    W 1908 r. św. Józef Bilczewski, ówczesny arcybiskup lwowski, zwrócił się do papieża, by ten na pamiątkę ślubów Jana Kazimierza ustanowił liturgiczne święto Królowej Korony Polskiej dla archidiecezji lwowskiej i diecezji przemyskiej. Papież Pius X zgodził się i pozwolił też na wpisanie do litanii loretańskiej wezwania „Królowo Korony Polskiej – módl się za nami” (wówczas tylko dla tych dwóch diecezji). Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Benedykt XV 14 stycznia 1920 r. rozszerzył użycie tego wezwania na cały kraj. W czasach PRL zostało ono przekształcone na używane dzisiaj: „Królowo Polski”.

    Episkopat Polski zwrócił się też do Stolicy Apostolskiej o wprowadzenie święta dla Polski pod wezwaniem „NMP Królowej Polski”. Biskupi zaproponowali papieżowi dzień 3 maja, aby podkreślić nierozerwalną łączność tego święta z uchwaloną 3 maja 1791 r. pierwszą polską konstytucją. Pozytywną decyzję w tej sprawie podjął papież Pius XI w 1925 r.

    Po II wojnie światowej w 1945 r. polscy biskupi pod przewodnictwem kard. Augusta Hlonda odnowili na Jasnej Górze akt poświęcenia się i oddania Bożej Matce. Ponowiono wówczas śluby złożone przez króla Jana Kazimierza.

    Ponowne oddanie się pod opiekę Najświętszej Maryi odbyło się w czasie Wielkiej Nowenny będącej przygotowaniem do tysięcznej rocznicy chrztu Polski. Episkopat Polski 26 sierpnia 1956 r. dokonał aktu odnowienia ślubów lwowskich. Uwięzionego wówczas przez władze PRL prymasa Polski symbolizował pusty tron i wiązanka biało-czerwonych kwiatów. 5 maja 1957 r. wszystkie diecezje i parafie Kościoła katolickiego w kraju oddały się pod opiekę Maryi.

    Papież Jan XXIII w 1962 r. ogłosił Najświętszą Maryję Pannę Królową Polski główną patronką kraju, a Jej święto stało się świętem „pierwszej klasy” we wszystkich polskich diecezjach.

    – To świadczy, że pamięć publicznego zobowiązania króla Jana Kazimierza do wierności kultowi maryjnemu i zbudowania rzeczywistości społecznej kraju na fundamencie moralności chrześcijańskiej jest trwała, co jest do pewnego stopnia ewenementem w historii – powiedział prof. Skibiński.

    Formalnie jednak Polska po raz pierwszy w historii została oddana pod opiekę Najświętszej Maryi Panny na cztery lata przed lwowskim ślubowaniem. W 1652 r., po ustaniu epidemii, ratusz Warszawy ogłosił wówczas Matkę Bożą Łaskawą patronką Warszawy (Mater Gratiarum Varsaviensis) i Strażniczką Polski (Custos Poloniae). Był to akt wdzięczności za opiekę nad miastem w latach wojny i klęsk spowodowanych potopem szwedzkim.

    źródło: PAP – Magdalena Gronek/PCh24.pl

    ***

    „Z Maryją w Triduum”.

    Obchody 370. rocznicy Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza

    W związku z 370. rocznicą Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza Instytut Hetmana Żółkiewskiego organizuje w Warszawie obchody ustanowienia Matki Bożej Królową Korony Polskiej.

    Odbędą się one w Wielką Środę, dokładnie w rocznicę ślubowania (1 kwietnia 1656 roku), kiedy w czasie potopu szwedzkiego w Katedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny we Lwowie król Polski ogłosił Matkę Boską Królową Korony Polskiej i powierzył Jej opiece mieszkańców Rzeczypospolitej.

    1 kwietnia 2026 roku, o godz. 18.00 w Katedrze Polowej Wojska Polskiego w Warszawie zostanie odprawiona Msza św. dziękczynna za ustanowienie przez króla Jana Kazimierza Najświętszej Panny Maryi Królową Korony Polskiej oraz z prośbą o potrzebne łaski dla ojczyzny i wierność Polaków Panu Bogu, Kościołowi, krzyżowi i Ewangelii przez wstawiennictwo Matki Najświętszej.

    Po Modlitwie w dolnym Kościele św. Anny o 19.30 ks. prof. Tadeusz Guz wygłosi prelekcję „Maryja Królową Polski – historia i konsekwencje na dziś”, na którą wstęp jest wolny.

    ***

    Najsłynniejsza ostatnia wieczerza. Dzieło Leonarda da Vinci, które cudem powstało i cudem przetrwało

    „Ostatnia wieczerza” Leonarda da Vinci powstała na ścianie (4,6 x 8,8m) w refektarzu klasztoru dominikanów w Mediolanie w latach 1495–1498.wikimedia 

    ***

    Ten obraz jest jak stop-klatka zatrzymana po słowach Jezusa: „Jeden z was Mnie zdradzi”. Widzimy ludzi podobnych do nas. Zdumionych, przestraszonych, niepewnych własnej wierności. Ich nerwowość kontrastuje z pokojem Pana, który daje uczniom Eucharystię.

    Bywa tak, że spotkanie z czymś oczekiwanym od dawna rozczarowuje. W tym przypadku spotkanie twarzą w twarz z arcydziełem przerosło moje oczekiwania. Nie potrafiłem oderwać wzroku. Żałowałem, że mam tylko kilka minut, aby pobyć tak blisko, nacieszyć oczy. Ekstaza mieszała się ze wzruszeniem. Na moment przeniosłem się w sam środek dramatu ostatniej wieczerzy.

    Ten wizerunek żyje w świadomości milionów dzięki tysiącom kopii, reprodukcji, przetworzeń. Ale źródło jest tylko jedno. Obok Mony Lisy to najsłynniejsze dzieło artysty, którego geniusz łączył się z niespokojnym charakterem i pragnieniem osiągnięcia doskonałości. Pan Bóg jakby przesadził z talentami u Leonarda. Artysta miał ich tyle, że nie mógł się zdecydować, który z nich ma w pełni rozwinąć. Przez całe życie brakowało mu konsekwencji, dotrzymywania terminów i zobowiązań. Wiele dzieł rozpoczynał i nie kończył. Podejmował coraz to nowe projekty, wiecznie eksperymentował, fascynował się techniką, konstruował na papierze machiny wojenne, latające maszyny oraz kopułę na mediolańskiej katedrze, marzył o wykonaniu największego na świecie pomnika konnego z brązu. Był ciągle rozedrgany, jak apostołowie na jego fresku. Zachowało się zaledwie kilkanaście jego obrazów. Leonardo ze szkicownikiem w ręku lubił chodzić po mieście. Przypatrywał się ludziom spotykanym na ulicy, na rynku, na targu. Fascynowały go ludzkie emocje wyrażone grymasami twarzy, a także gestami rąk, co jest narodową cechą Włochów. Utrwalał na papierze bogactwo przejawów ludzkiego życia, także samej natury. To, że powstała „Ostatnia wieczerza”, jest cudem. Po pierwsze, dlatego, że Leonardo ukończył dzieło. Po drugie, dlatego, że fresk, który już po 20 latach od powstania zaczął niszczeć, choć utracił swój pierwotny blask, jednak ocalał. 

    Postać Jezusa jest większa od apostołów.

    Najsłynniejsza ostatnia wieczerza. Dzieło Leonarda da Vinci, które cudem powstało i cudem przetrwało
    Prawą ręką sięga w stronę misy, aby wskazać zdrajcę. Lewa dłoń i wzrok kierują się na chleb, który stanie się Eucharystią. Pierwszy  po prawej stronie to św. Tomasz.wikimedia

    Nigdy nie malował fresków

    Leonardo kształcił się we Florencji u boku Andrei del Verrocchia, który stał się jego mentorem i mistrzem. W jego warsztacie uczył się techniki malarstwa i rzeźby, poznawał tajniki geometrii, nauczył się grać na lutni. Kiedy zaczął samodzielnie tworzyć, nie chciał być naśladowcą. Szukał doskonałości, pragnął tworzyć dzieła, które nie są podążaniem ścieżką innych artystów. Interesowała go otaczająca rzeczywistość, w niej szukał inspiracji. Jego niespokojny duch sprawił, że przez wiele lat nie ukończył żadnego z zamówionych obrazów. We Florencji zyskał sławę wybitnego artysty, który… nie dotrzymuje słowa. Wtedy przeniósł się do Mediolanu, aby tam zacząć od nowa. Chciał porzucić malarstwo i projektować mosty, tunele, machiny wojenne. Mediolanem rządził wtedy potężny książę Ludovico Sforza. On stał się mecenasem Leonarda. W kościele Santa Maria delle Grazie Sforza planował urządzić swoje mauzoleum. Grób wielkiego pana musi mieć porządną oprawę. Był to kościół zakonny przy klasztorze dominikanów. Książę w porozumieniu z zakonnikami zamówił u Leonarda wielki fresk w zakonnym refektarzu. Było to dość dziwne zlecenie, bo artysta nigdy wcześniej nie malował fresku. Nie znał tej techniki, która nie odpowiadała jego charakterowi. Fresk powstaje na mokrym tynku, wtedy farba wiąże się z podłożem. To wymaga olbrzymiej precyzji i szybkiego malowania. Nie ma możliwości poprawki. Leonardo podjął wyzwanie, zakupił Biblię i przystąpił do pracy najprawdopodobniej w 1495 roku.

    Najsłynniejsza ostatnia wieczerza. Dzieło Leonarda da Vinci, które cudem powstało i cudem przetrwało
    Piotr w prawej ręce trzyma nóż. To aluzja do obrony Jezusa mieczem w Ogrójcu.wikimedia

    Jeden z was Mnie zdradzi

    Leonardo znał zapewne wcześniejsze przedstawienia ostatniej wieczerzy i szukał czegoś oryginalnego. Zdecydował się uchwycić jeden moment tego wydarzenia. Nie jest to chwila ustanowienia Eucharystii, ale sekunda po słowach Jezusa: „Jeden z was Mnie zdradzi”. Jan relacjonuje: „Spoglądali uczniowie jeden na drugiego niepewni, o kim mówi”. Artysta starał się oddać te reakcje uczniów. „Dobry malarz maluje dwie sprawy: człowieka i jego wnętrze. Pierwsza jest łatwa, druga trudna” – pisał w traktacie o malarstwie. Wnętrze człowieka oddają jego twarz i gesty. Mamy na fresku całą gamę emocji: zdziwienie, gniew, niedowierzanie, lęk i pytanie: „Chyba nie ja, Panie?”, które być może każdy z nich sobie zadawał. Na obrazie widzimy rozgorączkowanych, gestykulujących uczniów i Chrystusa, który, przeciwnie, emanuje spokojem. Tak to dokładnie jest z nami. Świat jest pełen niepokoju i napięcia. Ratunkiem jest Pan, który rozkłada ręce w geście ofiarowania i zaproszenia do siebie.

    Artysta czasem pracował w zawrotnym tempie, ani na chwilę nie odkładając pędzla. Czasem stał i przyglądał się godzinami, analizując namalowane postaci. Powstało wiele teorii na temat modeli wykorzystanych do oddania poszczególnych osób. Historycy sztuki potwierdzają, że modelem Bartłomieja był przyjaciel Leonarda, architekt Bramante. Ponoć Leonardo długo nie mógł znaleźć odpowiedniej twarzy dla Judasza. W końcu miał spotkać na ulicy człowieka o bardzo wymęczonej twarzy i zaprosić go do pozowania. Człowiek ten miał wyznać, że kilka lat wcześniej pozował już do tego obrazu jako model Jezusa. Ta opowieść miała wskazywać na ludzką zdolność zarówno do dobra, jak i do zdrady. Trzeba ją jednak uznać za pobożną legendę. Jedną z wielu, które powstały wokół arcydzieła.

    Postać Judasza intryguje. Jego twarz jest zakryta cieniem. W ręce trzyma sakiewkę z pieniędzmi. Druga dłoń sięga do misy i jest wyciągnięta w stronę dłoni Jezusa. Leonardo odstąpił od zwyczaju przedstawiania Judasza po drugiej stronie stołu, jak to bywało u innych malarzy. Zdrajca siedzi po tej samej stronie co wszyscy apostołowie. To przypomina, że zdrada może narodzić się nawet bardzo blisko Jezusa. Przed Judaszem na stole artysta namalował przewróconą solniczkę – symbol zdrady. Piotr trzyma w ręce nóż, którym przed chwilą ukroił chleb, a teraz być może ma ochotę wbić go w zdrajcę. Według Janowej Ewangelii Piotr zapytał dyskretnie Jana: „Kto jest zdrajcą?”. Na fresku widzimy Piotra, który odciągnął Jana od Jezusa i szepcze mu coś do ucha.

    Najsłynniejsza ostatnia wieczerza. Dzieło Leonarda da Vinci, które cudem powstało i cudem przetrwało
    Piotr dyskretnie pyta Jana: „Kto jest zdrajcą?”.wikimedia

    W centrum jest Chrystus

    Jeden z biografów Leonarda twierdził, że ilekroć artysta próbował namalować twarz Syna Bożego, drżała mu ręka. Obraz jest tak zaprojektowany, że skupia uwagę widza na twarzy Jezusa. Chrystus zajmuje dokładnie środek malowidła. Apostołowie są w pewnym oddaleniu, podzieleni na trzyosobowe grupy, dotykając się wzajemnie i zasłaniając, Chrystus jest ukazany w całości. Nie ma wprawdzie aureoli (Leonardo nie lubił jej malować), ale światło bijące z okna za Jezusem zastępuje ją. Jego dłonie są tak ułożone, że tworzą trójkąt – to gest oddania siebie, ofiarowania. Prawa dłoń zmierza w tym samym kierunku, co ręka Judasza. Wzrok Chrystusa skupia się na bochenku chleba. Jezus nie daje się wciągnąć w nerwowość uczniów, ale w oczywisty sposób wskazuje na Eucharystię. Pozostaje spokojnym punktem w samym środku burzy.

    Po trzech latach pracy artysta usunął rusztowanie. Obraz mienił się jaskrawymi kolorami, czego dziś już nie widać. Gdy zakonnicy zasiedali do posiłków, stół Jezusa i uczniów dawał złudzenie, że ostatnia wieczerza ma miejsce u dominikanów w Mediolanie. Leonardo znakomicie posługiwał się wiedzą o proporcjach i perspektywie. Ponieważ widział, że mnisi siedzący w różnych miejscach refektarza będą go widzieć nieco inaczej, namalował go w taki sposób, że nie wyznaczył jednego punktu obserwacji. Dzięki tej sztuczce perspektywa nie wydaje się w żadnym miejscu zniekształcona.

    Najsłynniejsza ostatnia wieczerza. Dzieło Leonarda da Vinci, które cudem powstało i cudem przetrwało
    Przed Judaszem rozsypana sól – symbol zdrady.wikimedia

    Kruche piękno

    „Piękno rzeczy śmiertelnych mija – pisał Leonardo – lecz nie piękno sztuki”. Niestety także piękno sztuki jest nietrwałe, jak wszystko na tej ziemi. Obraz zaczął niszczeć niemal od razu. Powodem było to, że artysta zastosował eksperymentalną mieszankę farb olejnych i tempery na suchym tynku. Efekt był piękny, lecz nietrwały. Pigmenty nie związały się na trwałe z podłożem. Już po kilkunastu latach obraz zaczął się łuszczyć i blaknąć. Na dodatek fresk powstał tuż przy klasztornej kuchni, narażony był na wyziewy z pieca i wilgoć. W 1652 roku dominikanie dokonali barbarzyństwa. Trudno to inaczej nazwać. Postanowili wyciąć w ścianie refektarza drzwi, amputując Chrystusowi stopy i naruszając spoistość farby i tynku uderzeniami młotów. Dzieła zniszczenia dopełnili renowatorzy partacze. Obraz w kilku miejscach został przemalowany i tak np. stopa Bartłomieja zamieniła się w nogę krzesła. Armia Napoleona przekształciła refektarz w stajnię, francuscy żołnierze rzucali w apostołów kawałkami cegieł. Potem nadeszła powódź. Przez kilkanaście dni w refektarzu stała woda. Podjęto też nieudaną próbę zdjęcia farby z powierzchni i przeniesienia całości na płótno. „Ostatnia wieczerza” stała się symbolem nietrwałości sztuki. Pisarz Henry James porównał dzieło do „wytrwałego inwalidy, którego odwiedza się niczym umierającego, żeby zobaczyć, jak się trzyma, chodząc wokół niego na palcach i wzdychając przy pożegnaniu”. W sierpniu 1943 r. bomba, która została zrzucona przez aliantów, spadała na klasztor dominikanów. Malowidło zabezpieczone workami z piaskiem przetrwało. W 1977 roku rozpoczęto ratowanie dzieła za pomocą najnowocześniejszych technik. Renowacja trwała ponad 20 lat. Pomocą okazały się liczne kopie dzieła wykonywane prawie od samego początku jego powstania. Niektórzy twierdzą, że „Ostatnia wieczerza” to dziś w 80 proc. dzieło konserwatorów, a w 20 proc. – Leonarda.

    Dzieło Leonarda cudem powstało i cudem przetrwało. Czy tak wybitnego artystę mobilizowały do pracy tylko myśli o hojnej zapłacie księcia Sforzy albo o sławie? Musiała nieść go sama treść dzieła, czyli Ewangelia. Przy stole w Wieczerniku – jak przy stole w każdej jadalni – siedzą ludzie podobni do nas. Z wiarą, ale i wątpliwościami, lękiem, a nawet zdradą. Przy takim stole rodzi się Eucharystia. Jezus wnosi w nasz bałagan swój pokój, karmi nas miłością, daje Ciało i Krew.

    Zapytałem przewodniczkę, która opowiadała nam o tym dziele, gdzie jest mój patron – Tomasz. Można go poznać po palcu wzniesionym w górę, który chciał włożyć w ranę Jezusa. Ucieszyłem się, że właśnie on jest u Leonarda najbliżej Jezusa.

    Najsłynniejsza ostatnia wieczerza. Dzieło Leonarda da Vinci, które cudem powstało i cudem przetrwało
    16.08.1943 roku bomba zniszczyła refektarz. Ściana z wieczerzą ocalała. Na zdjęciu widać ją zabezpieczoną rusztowaniem i workami piasku.
    Universal Images Group North America LLC/Alamy Stock Photo/bew

    Korzystałem z: Ross King, „Leonardo i Ostatnia Wieczerza”.ks. Tomasz Jaklewicz/ Gość Niedzielny

    ***

  • Matka Boża i Święci Pańscy – kwiecień 2026

    ***

    obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    © José Luiz Bernardes Ribeiro / CC BY-SA 4.0/ Wikipedia/Stacja7.pl

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia
    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.

    Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?

    Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.

    Malarskie wizje świętości

    Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.

    W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.

    W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.

    Wytyczne prawa kanonizacyjnego

    W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.

    Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Pochodnie na Bożych ścieżkach

    Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.

    Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:

    “Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień,
    Którym rozświetlasz noc,
    A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.

    Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.

    Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.

    Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”. 

    ***


    30 kwietnia

    Święty Józef Marello, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Pius V, papież
      •  Święty Józef Benedykt Cottolengo, prezbiter
      •  Święta Maria od Wcielenia Guyard-Martin, zakonnica
      •  Święty Gualfard
      •  Święty Aldobrand, biskup
    Święty Józef Marello
    Józef Marello przyszedł na świat w dniu 26 grudnia 1844 roku w Turynie. Tego samego dnia został ochrzczony. Jego rodzina pochodziła z San Martino Alfieri, wioski astyjskiej, położonej na wzgórzu, nad rzeką Tanaro. Po śmierci matki (1848 r.) Józef tam właśnie spędził swe dzieciństwo wraz ze swoim młodszym o 3 lata bratem. Tam też narodziło się jego powołanie. “Już w dzieciństwie, jeszcze zanim poznaliśmy tajemnicę Eucharystii, uczono nas nabożeństwa do Matki Bożej. Jestem szczęśliwy, że zostaliśmy tak wychowani” – wspominał później. Maryja razem ze św. Józefem stali się dla niego najważniejszymi po Bogu osobami w życiu.
    Był posłusznym, rozważnym chłopcem, który lubił grać w piłkę i bawić się z innymi dziećmi. Był odpowiedzialny i nad wiek dojrzały, dlatego miejscowy proboszcz powierzył mu prowadzenie katechezy dla jego rówieśników. W wieku dwunastu lat ojciec zabrał go na wycieczkę do Savony, do sanktuarium Matki Bożej Miłosierdzia. Przed wizerunkiem Maryi Józef gorąco się modlił, a zaraz po powrocie do domu poszedł do ojca i powiedział mu, że chce iść do seminarium.
    Młody seminarzysta od początku wyróżniał się pracowitością i pobożnością. Był przy tym przez wszystkich lubiany. Często był stawiany za wzór do naśladowania. Jednak sielanka seminarium nie trwała długo. Józef wszedł w stan duszy, określany mianem kryzysu czy też próby powołania.
    Tymczasem wiosną 1859 roku wybuchła wojna między Piemontem i Austrią. Seminaria zostały zamknięte, a ich budynki zamieniono na szpitale i koszary wojskowe. Klerycy zostali wysłani do domów rodzinnych albo zamieszkiwali na stancjach. Marello zatrzymał się u jednej ze znajomych rodzin w Asti. Dalej uczęszczał na wykłady, które odbywały się w miejscowej kurii. Dynamiczne zmiany, polityka, niekończące się dyskusje, przy tym ojciec marzący o tym, by syn przejął po nim przedsiębiorstwo handlowe – to wszystko spowodowało, że Józef opuścił seminarium.
    Zaczął studia handlowe, później techniczne, by móc zostać geometrą. Jednocześnie dał się porwać prądom rewolucyjnym, mającym pomóc, jak mu się wydawało, ludziom najuboższym. Bardzo szybko jednak przejrzał i – jak sam później wyznał – zobaczył, że “w tym świecie, który go zafascynował, w tych wszystkich projektach mających uzdrowić ludzkość, nie było miejsca dla Boga”. Nastąpił zwrot w jego życiu. Ciężko zachorował na tyfus. Był już bliski śmierci, gdy we śnie ujrzał Maryję, która powiedziała mu, że wyzdrowieje, jeśli wróci na drogę kapłaństwa. Marello postanowił, że jeśli wróci do zdrowia, to wróci także do seminarium. Tak też się stało.
    We wrześniu 1868 roku przyjął święcenia kapłańskie. Potem został sekretarzem biskupa Asti Carlo Savio, a jednocześnie jego spowiednikiem. Wraz z biskupem uczestniczył w obradach Soboru Watykańskiego I. Przeżywał wtedy fascynację Kościołem, który objawił swą jedność z papieżem. Tam poznał przyszłego papieża Leona XIII.
    Święty Józef Marello
    Według Józefa kapłan powinien być jak Chrystus. Nie może być inny. Już jako kleryk w swej regule życia napisał: “Biada klerykowi, który przypuszcza, że dostąpi stanu kapłańskiego bez ducha Jezusa Chrystusa”. Później to wielokrotnie powtarzał. Prawdziwym sensem życia dla kleryka, słuszną pedagogią i podstawą ascezy powinien być “duch Chrystusowy. A kapłan ukształtowany w duchu Chrystusa powinien być czysty, doskonały i wykształcony”. Dlatego powinien poświęcić się przede wszystkim modlitwie, nabrać dystansu do spraw przyziemnych, być gorliwym w głoszeniu chwały Boga, działać dla odkupienia dusz, poświęcać się w duchu pokory i pokuty, i zawsze być gotowym na wezwanie pasterza.
    Ksiądz Józef nigdy nie pracował w parafii jako wikariusz czy proboszcz. To był jego krzyż. W pewnym momencie życia zapragnął wstąpić do trapistów, by całkowicie oddać się modlitwie. Od tego zamiaru odwiódł go biskup Savio, mówiąc mu, że Bóg żąda od niego czegoś innego. Ksiądz Marello zorientował się, że może Bóg od niego chce, by ożywił życie zakonne w Piemoncie, tak bardzo niszczone przez nowe prądy. W 1878 roku dał początek nowemu zgromadzeniu – Oblatom św. Józefa. Postawił przed nimi cel – po prostu być zakonnikami. Później wyznaczył im zadanie ewangelizacji i nauczania. W 1889 r. został biskupem sąsiedniej diecezji Aqui. Podczas pasterzowania diecezją przez 6 lat zwizytował każdą parafię.
    Eucharystia dla biskupa Marello była centrum życia. Każda Msza święta była dla niego autentycznym zmartwychwstaniem Chrystusa. W parafiach diecezji Aqui pozostało na długo w pamięci wspomnienie, jak ich biskup celebrował Mszę świętą. To zawsze był najważniejszy element wizyty duszpasterskiej. Była to dla kapłanów prawdziwa lekcja liturgii i skromności. Tak silnie biskup Marello utożsamiał się z ofiarą eucharystyczną.
    Zaproszono go do Savony na uroczystości 300-lecia śmierci św. Filipa Neri. Od pewnego czasu czuł się bardzo źle. Wszyscy doradzali mu, by nie jechał. Zmarł 30 maja 1895 roku w Savonie, w tych samych apartamentach, w których więziony był papież Pius VII. Do grona błogosławionych wprowadził go w dniu 26 września 1993 roku papież św. Jan Paweł II. On też ogłosił go świętym w dniu 25 listopada 2001 roku.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    29 kwietnia

    Święta Katarzyna ze Sieny,
    dziewica i doktor Kościoła
    patronka Europy

    Święta Katarzyna ze Sieny
    Katarzyna Benincasa urodziła się 25 marca 1347 r. w Sienie (Włochy). Była przedostatnim z dwudziestu pięciu dzieci mieszczańskiej rodziny Jakuba Benincasy i Lapy Piangenti – córki poety Nuccio Piangenti. Przyszła na świat jako bliźniaczka, ale jej siostra, Janina, zaraz po urodzeniu zmarła. Rodzina nie cierpiała biedy, skoro stać ją było na to, by przyjąć do swego grona sierotę po starszym bracie, Tomasza Fonte, który, po wstąpieniu do dominikanów, był pierwszym spowiednikiem Katarzyny.
    Katarzyna już jako kilkuletnia dziewczynka była przeniknięta duchem pobożności. Wspierana Bożą łaską w wieku 7 lat (w 1354 r.) złożyła Bogu w ofierze swoje dziewictwo. Kiedy miała 12 lat, doszło po raz pierwszy do konfrontacji z matką, która chciała, by Katarzyna wiodła życie jak wszystkie jej koleżanki, by korzystała z przyjemności, jakich dostarcza młodość. Katarzyna jednak już od wczesnej młodości marzyła o całkowitym oddaniu się Panu Bogu. Dlatego wbrew woli rodziców obcięła sobie włosy i zaczęła prowadzić życie pokutne. Zamierzała najpierw we własnym domu uczynić sobie pustelnię. Kiedy jednak okazało się to niemożliwe, własne serce zamieniła na zakonną celę. Tu była jej Betania, w której spotykała się na słodkiej rozmowie z Boskim Oblubieńcem. Z miłości dla Chrystusa pracowała nad swoim charakterem, okazując się dla wszystkich życzliwą i łagodną, skłonną do usług. W woli rodziców zaczęła upatrywać wolę ukochanego Zbawcy.
    Pomimo wielu trudności ze strony rodziny, w 1363 roku wstąpiła do Sióstr od Pokuty św. Dominika (tercjarek dominikańskich) w Sienie i prowadziła tam surowe życie. Modlitwa, pokuta i posługiwanie trędowatym wypełniały jej dni. Jadła skąpo, spała bardzo mało, gdyż żal jej było godzin nie spędzonych na modlitwie. Często biczowała się do krwi. W wieku 20 lat była już osobą w pełni ukształtowaną, wielką mistyczką. Pan Jezus często ją nawiedzał sam lub ze swoją Matką. Pod koniec karnawału 1367 roku, gdy Katarzyna spędzała czas na nocnej modlitwie, Chrystus Pan dokonał z nią mistycznych zaślubin, zostawiając jej jako trwały znak obrączkę. Odtąd Katarzyna stała się posłanką Chrystusa. Przemawiała odtąd i pisała listy w imieniu Chrystusa do najznakomitszych osób ówczesnej Europy, tak duchownych, jak i świeckich. Skupiła ponadto przy sobie spore grono uczniów – elitę Sieny – dla których była duchową mistrzynią i przewodniczką. Wspierana nadzwyczajnymi darami Ducha Świętego i posłuszna Jego natchnieniom, łączyła w swoim życiu głęboką kontemplację tajemnic Bożych w “celi swojego serca” z różnorodną działalnością apostolską. Z jej przemyśleń i duchowych przeżyć zrodziło się zaangażowanie w sprawy Kościoła i świata.

    Święta Katarzyna ze Sieny
    Katarzyna miała wielu wrogów. Uważano za rzecz niespotykaną, by kobieta mogła tak odważnie przemawiać do kapłanów, biskupów, a nawet do papieży w imieniu Chrystusa, ogłaszać się publicznie Jego posłanką. Pod naciskiem opinii wezwano więc przed trybunał inkwizycji do Florencji. Kościelny przewód sądowy odbył się w klasztorze dominikanów przy kościele S. Maria Novella. Było to w samą uroczystość Zesłania Ducha Świętego, 21 maja 1374 roku. Katarzyna miała jednak przy sobie nie tylko oskarżycieli, ale również obrońców. Sąd inkwizycyjny nie dopatrzył się żadnej herezji ani błędu, tak w jej wypowiedziach, jak też w jej pismach.
    Zaledwie Katarzyna wróciła do Sieny, miasto nawiedziła dżuma. Katarzyna oddała się posłudze zarażonym z heroicznym oddaniem. W nagrodę za to 1 kwietnia 1375 roku otrzymała od Chrystusa stygmaty (jednak nie w postaci ran, lecz krwawych promieni).
    Podczas licznych konfliktów na terenie Italii i w samym Kościele była orędowniczką pokoju i mediatorem. Domagała się od kolejnych papieży (najpierw od bł. Urbana V, a potem od Grzegorza XI) powrotu z Awinionu do Rzymu. Wobec nieskuteczności wysyłanych listów udała się do Awinionu, by skłonić Grzegorza XI do zamieszkania w Wiecznym Mieście. Kiedy papież zdecydował się powrócić, jej pośrednictwu przypisywano to ważne wydarzenie. Po śmierci papieża Grzegorza XI kardynałowie wybrali arcybiskupa z Bari, który przyjął imię Urbana VI (1378-1389). Ten jednak swoją surowością zraził sobie kardynałów, dlatego część z nich zbuntowała się i wybrała antypapieża w osobie Klemensa VII (1378-1394). Kościół został podzielony. Kilka lat później, w 1409 r., miał pojawić się jeszcze drugi antypapież, co wywołało prawdziwy chaos. Rozłam trwał 39 lat. Kiedy wysiłki Katarzyny nie dały rezultatu, gdyż antypapież nie chciał ustąpić, Katarzyna robiła wszystko, by jak najwięcej zwolenników skupić koło osoby prawowitego papieża. Nawoływała do modlitw w jego intencji. Popierała też usilnie reformy, jakie Urban VI wprowadził. Na jego życzenie udała się do Rzymu, by tam pracować dla dobra Kościoła. Wielu mężczyznom i kobietom, pochodzącym z różnych warstw społecznych, pomogła wejść na drogę cnoty lub osiągnąć pokój.
    Umarła z wyczerpania 29 kwietnia 1380 r. w Rzymie w wieku 33 lat. Pozostawiła po sobie trzy dzieła, które zawierają jej naukę: “Dialog o Bożej Opatrzności”, “Listy” oraz “Modlitwy”. Jej kult rozpoczął się zaraz po jej śmierci. Nikt już nie wątpił, że była wybranką Bożą i niewiastą opatrznościową dla Kościoła. Pan Bóg wsławił też jej grób wielu cudami. Już w roku 1383 bł. Rajmund z Kapui, ówczesny generał dominikanów, za zezwoleniem Stolicy Apostolskiej przeniósł jej ciało do kaplicy kościoła dominikanów S. Maria della Minerva w Rzymie i wybudował dla niej okazały grobowiec. Jemu zawdzięczamy obszerny “Żywot świętej Katarzyny ze Sieny”, wydany również po polsku. Bł. Rajmund napisał go na podstawie osobistych kontaktów ze św. Katarzyną (był jej spowiednikiem i przewodnikiem duchowym) oraz korzystając ze świadectwa innych bliskich jej osób, z którymi przeprowadził wiele rozmów. Pius II 26 czerwca 1461 roku w bazylice św. Piotra dokonał uroczystej kanonizacji sługi Bożej. W nagrodę za poniesione trudy w obronie Kościoła Pius IX w roku 1866 ogłosił św. Katarzynę drugą, po św. Piotrze, patronką Rzymu. W roku 1939 papież Pius XII proklamował św. Katarzynę ze Sieny drugą, obok św. Franciszka z Asyżu, patronką Italii, a Paweł VI w 1970 roku ogłosił ją doktorem Kościoła. Papież św. Jan Paweł II ogłosił ją w 1999 roku współpatronką Europy. Jest także patronką Sieny oraz pielęgniarek, strażników, strażaków.
    W ikonografii Święta przedstawiana jest w habicie dominikanki, w koronie cierniowej, z krzyżem w dłoniach, z różańcem. Niekiedy trzyma tiarę. Ukazywana jest także z Dzieciątkiem Jezus, które podaje jej pierścień – znak mistycznych zaślubin, których dostąpiła. Jej atrybutami są także: czaszka, diabeł u stóp, krucyfiks, lilia, serce.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Św. Katarzyna ze Sieny

    René Lejeune

    KATARZYNA ZE SIENY – GŁOS ROZBRZMIEWAJĄCY PRZEZ WIEKI

    W wiosenny poranek 25 marca 1347 roku, Jakub Benincasa jest szczęśliwym człowiekiem: po raz kolejny został ojcem. Jego małżonka Mona urodziła właśnie bliźniaczki. Jedna dziewczynka umiera, druga – przeżyła. Dziecko przyjmuje rodzina tryskająca życiem. Jest to 23 dziecko zrodzone z tej samej mamy. Po niej urodzi się jeszcze dwoje. Mona jest w najwyższym stopniu kobietą, o której mówi Psalm 128: «Małżonka twoja jak płodny szczep winny we wnętrzu twojego domu».
    Ani ojciec, ani matka nie przypuszczali, że ich córkę czeka los nadzwyczajny, że stanie się jedną z wyjątkowych kobiet, która naznaczy swój czas szczególnym znamieniem, do tego stopnia, że w 6 wieków później papież ogłosi ją «Doktorem Kościoła». Życie i prorockie dzieła tej duszy w najwyższym stopniu świętej są tym bardziej wstrząsające, że zapisały się jak kometa na średniowiecznym niebie: Katarzyna umiera bowiem w 33 roku życia. Tak jak Pan.

    PERŁA GOTYCKA
    Bajeczna Siena jest właśnie u szczytu swego rozwoju. Od XIII wieku arcydzieła architektury gotyckiej wyrosły z jej ziemi, tworząc z niej materialny ogród Eden. Wokół Duomo – absolutnej wspaniałości – wianuszek monumentalnych kościołów w stylu gotyckim, pozbawionych ozdób świata, który przemija jak cień obłoku. Katarzyna stąpała po ich nawach, po nadzwyczajnych brukach. Szczęśliwość jej rodzinnego miasta wydaje się jednak zatrzymywać na progu jej życia. Ma zaledwie rok, kiedy Sienę pustoszy czarna zaraza, zabierając ze sobą dwie trzecie mieszkańców. Bogata i okazała Siena – jak cała Europa pogrążona w egzystencjalnym kryzysie w tym burzliwym XIV wieku – zadaje sobie pytanie o sens życia i śmierci. Katarzyna stanie się rzeczniczką Ducha Bożego w odpowiedzi na to dramatyczne pytanie.
    Życie jej jest nadzwyczajne, a jednocześnie cechuje je już u samych podstaw ewangeliczna prostota. W wieku dorastania musiała stawić czoła rodzicom, którzy – mając dobre zamiary zapewnienia jej odpowiedniej pozycji – planowali, że Katarzyna wyjdzie za mąż. Szukali więc dla niej odpowiedniego męża. Piękna dziewczyna zdecydowanie sprzeciwiła się temu planowi. Poświęciła się Panu i uczyniła w tajemnicy ślub dozgonnego dziewictwa, o którym nie ośmieliła się powiedzieć rodzicom. Obcięła bujne włosy. Odtąd głęboki konflikt poróżnił ją z rodziną, szczególnie z matką. Stosunki pod rodzinnym dachem stały się bolesne do tego stopnia, że Katarzyna zamyka się na 3 lata w celi. Czas ten odmierza modlitwa, pokuta, doświadczenia mistyczne. Korzysta z bezpośredniego kierownictwa Pana i Najświętszej Matki dla ukształtowania swojej duszy i przygotowania się do przyszłej misji. To w samotności dorastania ujawniają się pierwsze oznaki jej cudownej bliskości z Sercem Pana: kontemplacja, ale także obserwacja. Uważne studium Serca Jezusowego, aby nauczyć się żyć w coraz większej zgodzie z Bożym zamysłem. To wtedy, w pełni XIV wieku, formują się podziemne wody, które wytrysną w ogrodach Kościoła 2 wieki później, aby osiągnąć swój punkt kulminacyjny w objawieniach danych św. Małgorzacie Marii w Paray-le-Monial.
    W tej domowej celi mają początek wizje, ekstazy i nadprzyrodzone zjawiska, które nie ustaną aż do śmierci Katarzyny. Nie brak jej prób w tym odosobnieniu, które nie jest całkowite. Spada na nią wszystko: drwiny, upokorzenia, wyrzuty. Wyznacza się jej najcięższe prace. Dzielnie i z pomocą łaski realizując rady ewangeliczne, przyjmuje każde doświadczenie jako narzędzie doskonalenia, kolejny stopień na drodze ku świętości. Jej zachowanie – pełne dobrej woli, humoru i pokory – zwycięża wreszcie zawzięte serca bliskich. W końcu odkrywa przed nimi swój sekret: jako dziecko złożyła ślub, że będzie należeć zawsze wyłącznie do Jezusa. Jej ojciec zrozumie ją bez trudu, matce zabierze więcej czasu przyjęcie tego, czego i tak nie można odwrócić. Wreszcie i ona stanie się żarliwą uczennicą własnej córki.
    Pod koniec ciężkiego okresu w celi dochodzi do cudownego wydarzenia, które koronuje jej młode życie niepohamowanym porywem ku Chrystusowi: zostaje przez Niego «poślubiona w wierze». I tak – stanęła na szczycie, z którego już nigdy nie zejdzie. «Córko Moja, myśl o Mnie. Uczyń to, a Ja nigdy nie przestanę myśleć o tobie.» – mówi do Katarzyny Pan.
    Odtąd dręczy ją tylko jedyna troska: zjednoczyć się w myśli z Umiłowanym, działać zgodnie z Jego pragnieniami, podobać Mu się coraz bardziej, stać się «Nim w miłosnym zjednoczeniu». W ten sposób żyje w wielkiej zażyłości z Jezusem.
    «Z trudnością znaleźlibyśmy dwie istoty ludzkie, które łączyła wzajemna więź tak ciągła jak ta, która łączyła Katarzynę ze Zbawicielem ludzi» – napisał jej pierwszy biograf Raymond de Capoue. «Pan Jezus mówi do mnie tak, jak ja mówię do pana» – zwierzyła mu się. Odtąd żyje w innej celi, której już nie opuści: «celi duchowej». Żyje w niej w stałym towarzystwie Umiłowanego, dostrzega Chrystusa w każdej istocie, z którą się spotyka. Czyż każdego człowieka nie odkupiła krew przelana na Krzyżu?
    Katarzyna nieustannie powraca do absolutnej konieczności, jaka stoi przed każdą duszą: w najgłębszej tajemnicy zbudować wnętrze tej miłosnej «celi», która jest miejscem spotykania się z Bogiem. To w tej wewnętrznej celi uczymy się coraz bardziej poznawać Pana wszechświata i w niej odkrywamy powoli siebie w Bogu. To w tej wewnętrznej celi «wyrywany jest z duszy korzeń miłości własnej». To tam istota ludzka odzyskuje swe siły po działaniu. Tam również to, co niewidzialne, odkrywa się stopniowo przed zachwyconym spojrzeniem i odnajduje się spokój, nawet jeśli życie pogrążone jest we wzburzeniu świata.
    «Tę celę serca – mówi Katarzyna osobie, która stała się jej najbliższa i będzie jej przyszłym biografem – pan również powinien zawsze nosić ze sobą. Trzeba wiedzieć, że dopóki w niej pozostajemy, dopóty nieprzyjaciel nie potrafi nam szkodzić.»

    OSOBA ŚWIECKA, A POŚWIĘCONA BOGU
    Jej życie, prowadzone przez Pana, przemierza szczególną drogę. Zgodnie ze sposobem myślenia wielu ludzi Katarzyna powinna była wstąpić do klasztoru. Jednak pozostaje w świecie. To tam – jak rozumuje – będzie mogła wyrwać więcej dusz z ciemności, aby ofiarować je Panu. To tam również będzie mogła lepiej służyć Kościołowi, ku któremu odczuwa palącą miłość, prawdziwą pasję. Wstępuje więc do Trzeciego Zakonu Dominikańskiego, zarezerwowanego zgodnie ze zwyczajem dla wdów oraz dojrzałych kobiet. Tymczasem ona ma zaledwie 18 lat, kiedy przyjmuje pokutny habit dominikanek.
    Wkrótce opuszcza dzielnicę Fontebranda, w której mieści się dom i farbiarnia rodziców. Na podobieństwo normalnej rodziny powoli powstaje wokół niej żarliwa wspólnota osób. Ta młoda niewiasta – promienna i obdarzona łaskami – przyciąga w sposób nie do odparcia. Katarzyna staje się dla nich całkiem naturalnie «mamą». Wypełnia zadanie duchowego macierzyństwa w tej nowej rodzinie, która podąża za nią wszędzie: tak w Sienie, jak i w podróżach Katarzyny. W grupie tej są mężczyźni i kobiety. Mężczyźni zajmują się relacjami ze światem zewnętrznym, zapisywaniem jej słów, oraz materialnymi wymogami życia wspólnotowego. Kobiety – troszczą się o Katarzynę, osłabioną surowymi pokutami i narażoną na fizyczne niebezpieczeństwa w czasie licznych ekstaz. Krąg otaczających ją osób utworzył się niemalże z konieczności. Katarzyna spalała się żyjąc intensywnie i wyłącznie w bliskości z Chrystusem. Tymczasem plan Boży w stosunku do niej był inny. Dusza kontemplacyjna miała być także duszą apostolską.
    Ta – która poznała «tajemnicę Serca Jezusowego» przez ranę w boku – pragnie odtąd kochać tak jak sam Jezus. Staje się Jego obrazem i zajmuje się gorliwie i całkowicie sprawą, która porusza Pana: «Moje pragnienie rodzaju ludzkiego – zwierzył się jej Chrystus – było nieskończone, tymczasem cierpienia i udręki, jakie znosiłem miały kres». Zwracając się za jej pośrednictwem do grupy uczniów powiedział: «Ukazując wam mój otwarty bok chciałem, abyście ujrzeli tajemnicę mojego Serca, abyście pojęli, że kocham was o wiele bardziej niż mogło to uwidocznić moje skończone cierpienie. Sprawiając, że wytrysnęła krew i woda, ukazałem wam, że otrzymaliście święty chrzest: wodą, lecz przez zasługę krwi. To dlatego z rany wypłynęła woda i krew.» «Przyjmując waszą naturę – powiedział jeszcze Jezus umiłowanej Katarzynie – upodobniłem się do was. To dlatego już nie ustaję w pracy nad upodobnieniem was do Mnie tak bardzo, jak tylko jesteście do tego zdolni. Usiłuję odnowić w waszych duszach, w drodze ku Niebu, wszystko, co dokonało się w Moim Ciele.»
    Katarzyna chętnie posługuje się obrazem szczepienia roślin dla opisania stałego działania Pana w nas. Chodzi o prawdziwe szczepienie Bożej natury na ludzkim dzikim pędzie, jakim jesteśmy. Kiedy ono się «przyjmuje», owoce są wspaniałe, pełne wdzięku i coraz bardziej obfite.
    U Katarzyny, ukształtowanej w szkole Pana, te owoce są z pewnością wyjątkowe. Całe jej zachowanie odbijało Bożą pieczęć, jaką Chrystus w niej pozostawił. Oto jeden z charakterystycznych przykładów.
    Pokora jest kamieniem probierczym świętości, jest królową chrześcijańskich cnót. W Sienie żyła Palmerina, kobieta znana ze swej złośliwości. Kiedy się zestarzała, zapałała nienawiścią do Katarzyny Benincasa, o której tyle mówiono. Przeklinała córkę farbiarza i obrzucała ją oszczerstwami. Katarzyna poszła ją odwiedzić. Została potraktowana obelżywie i pogardliwie. Na próżno ponawiała swoje wizyty. Kiedy staruszka poważnie zachorowała, Katarzyna pobiegła, by się nią zaopiekować. Palmerina nie miała nikogo obok siebie, a jej stan ciągle się pogarszał. Nadal jednak obrzuca swą młodą dobrodziejkę obelgami. Zaczyna się agonia. Katarzynę przeraża nienawiść, która pochwyciła tę duszę na łożu śmierci jak dziki zwierz swoją zdobycz. Wtedy Święta podejmuje z przeciwnikiem walkę bez ustępstw. Grzesznica już z ledwością oddycha. Katarzyna prosi Chrystusa o łaskę dla tej potępiającej się duszy. Wydało się, że miłosierdzie Boże się ukrywa. Święta podwaja żarliwość swojej prośby, zaczyna błagać ze łzami i rzuca się do stóp Pana. Straszna walka trwa trzy dni i trzy noce. Wreszcie zwyciężony zwierz porzuca swoją zdobycz. O, cudzie! Umierająca zaczyna się uśmiechać i mówić Katarzynie o swej serdecznej wdzięczności. Potem spokojnie oddaje swą nawróconą duszę Bogu.
    Wycieńczonej tą walką Katarzynie Pan ukazuje duszę Palmeriny. Choć nie była jeszcze w chwale Nieba, promieniała blaskiem, jaki Stwórca dał stworzeniu uczynionemu na Swój obraz, powiększonemu o promienny blask chrztu. Katarzyna widzi Pana, który mówi: «Najsłodsza córko, oto dzięki tobie odnalazłem tę duszę, już zgubioną… Któż nie wziąłby na siebie wszelkiego trudu dla zdobycia tak wspaniałego stworzenia. Jeśli Mnie, który jestem królewską pięknością, Mnie, od którego pochodzi wszelkie piękno, pochłonęła miłość do piękna dusz do tego stopnia, że zstąpiłem na ziemię i przelałem moją własną krew dla ich odkupienia, o ileż więcej wy powinniście działać wzajemnie dla siebie, aby nie pozwolić się zatracić tym pięknym stworzeniom! Jeśli ukazałem ci tę duszę, to uczyniłem tak dlatego, abyś stała się bardziej gorliwa dla zapewniania zbawienia wszystkim i abyś również innych wciągnęła do tego dzieła, zgodnie z łaską, jaka zostanie ci udzielona.»
    Bez pokory Katarzyny, która przyjęła obelgi, zniewagi i obrazy, Palmerina – skostniała w nienawiści i złości – byłaby stracona. Im bardziej dusza pogrążona jest w złu, tym dłuższa i boleśniejsza walka jest potrzebna, aby ją z niego wyrwać.

    KATARZYNA SIENEŃSKA – PROROKINI
    Wypełniając swoją misję Katarzyna karmiła się Ciałem Chrystusa i piła jego Boską Krew. Czyniła to tak często, jak było to możliwe. Był to bezpośredni kontakt z Oblubieńcem, umiłowanym i nieustannie upragnionym. Eucharystia to święta przestrzeń, w której Bóg spotyka człowieka, w niej daje się swemu stworzeniu. Katarzyna czerpie z niej pełnię szczęścia. Jezus odwzajemnia tę jej szaloną miłość. Zdarza się, że hostia frunie z rąk kapłana do ust Świętej. Katarzyna widzi Jezusa, żyjącego w hostii.
    Chrystus przynagla ją do oderwania się od kontemplacji, aby zbliżyć się do wielkich wód Kościoła i wysłać orędzia do pasterzy dusz, kapłanów, biskupów, a nawet do samego papieża. Katarzyna nie potrafi ani czytać, ani pisać. Dyktuje więc płomienne listy sekretarzom, którzy zakładają wokół niej prawdziwą kancelarię. Listy te, naznaczone gorliwością ducha tej wyjątkowej kobiety, stają się arcydziełem włoskiej literatury.
    Styl tej korespondencji, najwyższego lotu, raz przenośny, raz konkretny, osiąga bez trudu cele. Do pewnego kardynała zdjętego lękiem wobec potrzeb Kościoła pisze: «Ach, jakże ten lęk jest niebezpieczny! Podcina bowiem ramiona świętego pragnienia, zaślepia człowieka sprawiając, że nie zna on ani nie widzi prawdy. Lęk ten poprzedza zaślepienie miłością własną.»
    «Proszę zdjąć z siebie przywiązanie do wszelkiego stworzenia, do mnie jako pierwszej – pisze do Piotra Maconi – a przyoblec się w miłość Bożą!» Piotr Maconi stanie się generałem Kartuzów. Zostanie ogłoszony błogosławionym.

    KATARZYNA I PAPIEŻ
    Wobec papieża Grzegorza XI Katarzyna ze Sieny zareagowała z mocą i skutecznie. Kościół był w poważnym kryzysie, zraniony przeniesieniem Stolicy Piotrowej do Awinionu od 1305 roku. W roku tym Bertrand de Got, arcybiskup Bordeaux, został wybrany papieżem. Przyjął imię Klemensa V. Wybrał się w drogę do Rzymu i zatrzymał się nad brzegiem Rodanu, w hrabiostwie Venaissin, które od 1229 stanowiło część ziem papieskich. Klemens V zadomawia się w Awinionie, żywo popierany przez Filipa Pięknego, króla Francji. We Włoszech ziemie Kościoła rzymskiego dewastuje wojna. Następuje po sobie 7 papieży w Awinionie. Nadchodzi rok 1375. Grzegorz XI zasiada w Awinionie na Tronie Piotra. To wtedy interweniuje Katarzyna, prosta tercjarka Zakonu Dominikańskiego ze Sieny. Jej wizje i ekstazy, cuda, do jakich doszło w ślad za nimi, powodują, iż jest uznawana za wyrazicielkę woli Boga. Tymczasem Grzegorz XI usiłuje znaleźć światło dla poznania prawdziwej woli Bożej. Katarzyna błaga w listach kierowanych do niego o oczyszczenie skalanego Kościoła: «Niestety! Trzeba najpierw wyrwać z ogrodu Świętego Kościoła rośliny, które szerzą zarazę nieczystości, chciwości, pychy, to znaczy złych pasterzy i władców, którzy zatruwają i niszczą ten ogród. Wasza Świątobliwość jest naszym Nauczycielem, proszę więc użyć posiadanej władzy, aby wyrwać te rośliny… a zasadzić w tym ogrodzie kwiaty pachnące: pasterzy i zarządców, którzy będą prawdziwymi sługami Jezusa Chrystusa i ojcami dla ubogich.»
    Zepsucie panowało pośród zarządców papieskich ziem, a także w łonie duchowieństwa. Katarzyna wyraża cierpienie, jakie sprawiało to Chrystusowi, szczególnie wojna pomiędzy Florencją a Papieżem. «Wypowiedzcie wojnę wojnie i nienawiści – błaga Papieża – Pokojem pokonacie wojnę i nienawiść, jaka dzieli ludzkie serca. Zjednoczcie je.»
    Święta prosi wiele razy Grzegorza XI, aby nie zwracał uwagi na zniewagi dotykające jego osoby i nienawistne oszczerstwa, jakimi jest obsypywany, lecz aby widział jedynie perspektywę zbawienia dusz i chwały Bożej. Wreszcie Katarzyna decyduje się na podróż do Awinionu, aby błagać Papieża o powrót do Rzymu. Udaje się w drogę i przybywa tam w czerwcu 1376. Pozostaje w Awinionie 3 miesiące. «Niech wasza Świątobliwość idzie, niech idzie bez opierania się już woli Boga, który wzywa. Zagłodzone owieczki czekają, że zajmiecie i zachowacie miejsce waszego poprzednika – świętego Apostoła Piotra… Niczego się nie lękajcie. Bóg będzie z wami.» – napisała do Papieża.
    Po powrocie Papieża spodziewała się przede wszystkim reformy w Kościele, jaką Grzegorz XI miał rozpocząć, a także zahamowania wrogości wobec Florencji oraz wzięcia w ręce ziem papieskich zarządzanych przez zepsutych administratorów. Grzegorz XI, niezdecydowany i przytłoczony, daje się zwyciężyć młodej misjonarce pełnej zapału i ognia. Udaje się do Marsylii, zdecydowany poczynić kroki, o których mówiła mu Katarzyna. Na początku postanawia otoczyć się grupą osób bez zarzutu: świętych, ascetów, mistyków, którzy mogą go wesprzeć swymi modlitwami oraz radami. Przybywa do Rzymu 15 stycznia 1377. W 2 tygodnie później podpisuje bullę tworzącą tę grupę… Niestety! Surowość zimowej podróży nadwerężyła jego zdrowie. Grzegorz XI umiera w rok po swoim powrocie.
    Jego następca, Urban VI, zostaje wybrany w okolicznościach dramatycznych i nieprawdopodobnych. Nowy papież jest uczciwy, lecz gwałtowny. Wywołuje zamieszanie, ma niewłaściwe pomysły. Po pięciu miesiącach grupa kardynałów-odstępców ogłasza, że wybór Urbana VI jest nieważny. Wybierają więc Roberta z Genewy, który przyjmuje imię Klemensa VII. I tak Kościół ma 2 papieży. Obydwaj usiłują narzucić się siłą, manipulowani przez władców chrześcijańskiego świata. Katarzyna pisze do kardynałów, którzy wybrali Klemensa VII: «Daliście nam prawdę i oto sami rozkoszujecie się kłamstwem… Potwierdziliście prawomocność wyboru Urbana VI przez uroczystość koronacji, szacunek, jaki mu okazywaliście… Jesteście kłamcami i bałwochwalcami!» Katarzyna nie ustanie w walce po stronie Urbana VI. W związku z nim Święta miała wizję Kościoła wspartego mocno na Ewangelii.
    Jednak w niedalekiej przyszłości będzie 3 papieży. Wielka schizma Zachodu otwiera głęboką ranę w Ciele Chrystusa. Zagoi się ona dopiero w 1417 roku wraz z Soborem w Konstancji, który wybiera na Papieża kardynała Colonna, zwykłego subdiakona. W ciągu 3 dni został on wyświęcony na diakona, kapłana i biskupa. 21 listopada 1417 zostaje ukoronowany tiarą jako Innocenty VII. W ten sposób kończy się 39 lat schizmy, u progu nowego wieku następującego po jednym z najbardziej burzliwych okresów w historii Kościoła. Inne rany czekają go już po upływie wieku…

    CZY MISJA KATARZYNY NIE POWIODŁA SIĘ?
    Już od dawna zamilkł głos prorokini ze Sieny. Po powrocie do rodzinnego miasta w 1378 prowadzi inne walki «na chwałę Bożą i dla zbawienia dusz». Potem dyktuje swój sławny «Dialog» zapisany jako rozmowa, którą prowadzi z Bogiem. Dzieło to staje się syntezą zawierającą całą myśl teologiczną i doświadczenie mistyczne Świętej. Ma to dla niej wielkie znaczenie. Umierając radzi swoim uczniom, by czytali i rozmyślali nad jej Księgą Bożej doktryny, która jeszcze dziś pozostała skarbnicą duchową i przewodnikiem dla dusz owładniętych Absolutem. Umiera 29 kwietnia 1380, szepcząc: «Próżna chwała – nie! Prawdziwa chwała w ukrzyżowanym Chrystusie.» Potem jej piękna dusza umyka, wznosząc się ku Umiłowanemu.
    Czy jej misja zakończyła się z niepowodzeniem? W świętej historii głos proroków rzadko prowadzi do zwycięstwa. Ich rola nie sprowadza się do bycia wodzem, lecz wartownikiem o świcie. Przestrzega on przed tragicznymi konsekwencjami poczynań ludzi, którzy zeszli z drogi upragnionej przez Pana. Przypomina wolę Bożą. To właśnie czyniła Katarzyna Sieneńska – dusza oczyszczona jak złoto w tyglu dobrowolnie przyjętego cierpienia. Głos proroków nie dotyczy jedynie epoki, w której żyją. Rozbrzmiewa on poprzez wieki, błagając całe narody i pojedynczych grzeszników o porzucenie krętych dróg. Tak samo ma się sprawa z błaganiami i radami świętej Katarzyny. Dotyczą nas one w takim samym stopniu jak ludzi czasu, w którym żyła. Jakie są na to dowody? Otóż 4 października 1970 roku Paweł VI uroczyście ogłosił ją «Doktorem Kościoła».
    Dziewica poświęcona Panu, Święta ze Sieny, nie ustaje w dawaniu życia i karmieniu ludzi. Potrafiła w sposób doskonały wykonywać «dzieło Marty w duchu Marii». Doskonale uległa na prośby Jezusa Chrystusa, który powiedział jej pewnego dnia: «O, córko Moja! Pocznij i wydawaj na świat dzieci! Daj życie rasie ludzi, którzy nienawidzą grzechu i kochają Mnie prawdziwie».
    René Lejeune

    Stella Maris – szwajcarski miesięcznik religijny nr 4/95, str. 1-4; przekład z franc. E.B. w: „Vox Domini” nr 8/95, str. 5-7

    ***

    28 kwietnia

    Święty
    Ludwik Maria Grignon de Montfort, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr Chanel, prezbiter i męczennik
      •  Święta Joanna Beretta Molla
      •  Błogosławieni Luchezjusz i Buonadonna z Poggibonsi
      •  Błogosławiona Hanna Chrzanowska
    Święty Ludwik Grignon de Montfort
    Ludwik pochodził ze starego francuskiego rodu. Urodził się 31 stycznia 1673 r. w Montfort-la-Cane (obecnie Montfort-sur-Meu w Bretanii, Francja) jako drugi z osiemnaściorga dzieci adwokata Jana Chrzciciela Grignon i Joanny Robert, córki urzędnika miejskiego. Rodzina była bardzo pobożna. Jego dwóch braci zostało kapłanami, jeden dominikaninem, a dwie siostry wstąpiły do klasztoru. Po ukończeniu miejscowej szkoły Ludwik pobierał naukę w kolegium jezuitów w Rennes (1685-1693). Potem udał się do Paryża, gdzie u sulpicjanów studiował teologię (1693-1700). W liście do swojego przełożonego nakreślił taki program swojego działania: “Odczuwam wielkie pragnienie umiłowania Pana naszego i Jego świętej Matki. Chciałbym jako prosty i ubogi kapłan uczyć biednych wieśniaków i zachęcać grzeszników do nabożeństwa do Świętej Dziewicy”.
    Po przyjęciu święceń kapłańskich (5 czerwca 1700 r.) pracował jako kapelan szpitala w Poitiers (1701-1703). W listopadzie 1700 r. wstąpił do tercjarzy dominikańskich, prosząc o zgodę nie tylko na naukę odmawiania różańca, ale i na zakładanie bractw różańcowych. Założył z Marią Ludwiką Trichet zgromadzenie żeńskie pod wezwaniem Bożej Mądrości dla pielęgnowania chorych. Następnie z woli przełożonych został misjonarzem. Wędrował od wioski do wioski, od miasteczka do miasteczka i głosił Boże słowo. Natrafił jednak niespodziewanie na opór miejscowych duszpasterzy, którzy widzieli w misjonarzu intruza, który wchodzi w ich kompetencje. Udał się więc do Rzymu i u papieża Klemensa XI wyprosił sobie przywilej głoszenia kazań w całej Francji. Zwalczał szczególnie szerzący się jansenizm, w którym widział głównego wroga pobożności chrześcijańskiej (przedstawiciele tego ruchu zaprzeczali wolnej woli uważając, że bez specjalnej łaski Bożej człowiek nie jest w stanie zachować przykazań; ograniczali też możliwość przystępowania do Komunii św.). W czasie swoich wędrówek Ludwik wygłosił około 200 rekolekcji i misji. Każda misja trwała do 5 tygodni: uczył religijnych śpiewów, zapisywał wiernych do bractw: Różańca świętego, Pokutników, 44 Dziewic, Milicji św. Michała i Przyjaciół krzyża. Aby swojemu słowu nadać skuteczność, podejmował w intencji nawrócenia grzeszników wiele pokut, co tym więcej wzruszało i kruszyło serca.
    Ludwik miał szczególne nabożeństwo do Matki Bożej. Oddał się Jej w “niewolę miłości” i na wyłączną własność. W Jej ręce złożył nawet wszystkie swoje zasługi, modlitwy, posty, uczynki pokutne, prace apostolskie, całą swoją osobę. Napisał Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Matki Najświętszej, w którym szeroko rozwinął i uzasadnił korzyści, jakie daje to całkowite oddanie się Maryi. Zostawił także regulaminy wspomnianych wcześniej bractw, które zakładał, oraz teksty pobożnych pieśni, które ułożył. Zostawił wreszcie kilka traktatów teologicznych i ascetycznych, z których najciekawszy to traktat Miłość Jezusa – odwieczna Mądrość.
    Zbyt intensywna apostolska praca wyczerpała siły Świętego. Pożegnał ziemię dla nieba 28 kwietnia 1716 roku, mając zaledwie 43 lata. Pozostawił po sobie dwa zakony: “Towarzystwo Maryi” i “Zgromadzenie Córek Mądrości (Bożej)”. Jako cel wyznaczył swoim synom i córkom duchowym nauczanie ubogiej młodzieży, nawiedzanie i doglądanie chorych w szpitalach, przytułkach i domach prywatnych, oraz służenie pomocą wszystkim, którzy się do nich o nią zwrócą. Akt oddania siebie Maryi podejmowali później papieże, teologowie, m.in. św. Pius X, Benedykt XV i Pius XI, Stefan kardynał Wyszyński oraz św. Jan Paweł II, który w swoim herbie umieścił zawierzenie Bogurodzicy: “Totus Tuus” – “Cały Twój”. On też w uroczystym akcie powierzył NMP Kościół i świat.
    Ludwika beatyfikował w roku 1888 papież Leon XIII, a kanonizował w roku 1947 papież Pius XII. Relikwie św. Ludwika znajdują się w kościele w St. Lament-sur-Serve, gdzie zmarł.
    Dzieła św. Ludwika Marii Grignon de Montfort zostały początkowo zapomniane, ale odkryte na nowo w XIX w. – do dziś są wydawane.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    27 kwietnia

    Święty Józef Moscati

    Zobacz także:
      •  Święta Zyta, dziewica
      •  Błogosławiony Aszard, biskup
    Święty Józef Moscati
    Józef urodził się w Benevento (Włochy) 25 lipca 1880 roku. Jego ojciec, Franciszek, był urzędnikiem miejskim, a matka, Róża de Luca, pochodziła z markizów di Rosato. Chrzest otrzymał 31 lipca w kościele parafialnym św. Marka. Przyjął wówczas imiona Józef, Maria, Karol, Alfons. Kiedy chłopiec miał zaledwie rok, ojciec został przeniesiony do Ankony. Tam więc Józef spędził swoje dzieciństwo (1881-1888). Następnie ojciec przeniósł się do Neapolu. Tu jego syn, Józef, przyjął pierwszą Komunię świętą w kaplicy Służebnic Świętego Serca.
    Młodzieniec okazywał niezwykłe zdolności i rzetelność w studiowaniu. Wszystkie stopnie szkół przeszedł celująco. Po śmierci ojca (1897) zapisał się na uniwersytet w Neapolu, na wydział medycyny. Wykładali wtedy na nim profesorowie, cieszący się światową sławą, ale deklarujący się jako ateiści: Vogt, Moleschott, Büchner i Feuerbach. Nie zdołali oni jednak osłabić wiary w młodzieńcu; wręcz przeciwnie: ich wystąpienia antykościelne skłaniały go do pogłębiania wiedzy religijnej.
    Studia uniwersyteckie Józef ukończył celująco w roku 1903 i przyjął posadę w jednym ze szpitali miasta. Od roku 1904 przeniósł się do szpitala S. Maria del Popolo, przeznaczonego dla nieuleczalnie chorych. W roku 1911 został prymariuszem tego szpitala po zdaniu bardzo trudnego egzaminu. Równocześnie prowadził wykłady na uniwersytecie neapolitańskim, gdzie uczył chemii fizjologicznej. Z tej dziedziny wydał 32 prace. Brał także czynny udział w międzynarodowych kongresach lekarskich: w Budapeszcie (1911) i w Edynburgu (1923).
    Chociaż jako specjalista cieszył się zasłużoną sławą, życie wewnętrzne wśród swoich rozlicznych zajęć stawiał zawsze na pierwszym miejscu. Codziennie przystępował do Komunii świętej. Zawód lekarski traktował jako powierzoną sobie od Pana Boga specjalną misję. Dlatego udzielał pomocy lekarskiej darmo, zadowalając się pensją, jaką otrzymywał miesięcznie. Chorych zachęcał do ufności w Bogu, a błądzących – do powrotu do Boga. Kiedy sławny profesor L. Bianchi doznał nagle w czasie wykładu ataku serca, Moscati zbliżył się do umierającego i pomógł mu wzbudzić żal doskonały za grzechy, zanim przybył kapłan.
    Bywało, że wolnomyślni koledzy pokpiwali sobie z profesora, nazywając go bigotem i fanatykiem. Kiedy radzono profesorowi, by się bronił, odpowiadał: “Dajcie spokój! Jesteśmy przecież chrześcijanami! Pozwólmy działać Panu Bogu”.
    Gdy 4 kwietnia 1906 roku Neapol przeżywał grozę wybuchu Wezuwiusza, profesor z narażeniem życia wynosił chorych z pobliskiego szpitala w bezpieczne miejsce. Kiedy w roku 1911 wybuchła epidemia cholery, niestrudzenie pielęgnował chorych z narażeniem własnego życia.
    Dla wiedzy medycznej przysłużył się redagowaniem pisma Riforma medica, w którym publikował najnowsze osiągnięcia z dziedziny medycyny. Zostawił także osobisty dziennik duchowy, który pozwala wejść w jego życie wewnętrzne. Oto kilka jego refleksji: “Chorzy są obrazem Jezusa Chrystusa. Wielu nieszczęśliwych przestępców i grzeszników trafia do szpitali z woli miłosiernego Boga, który pragnie ich ocalenia. Powołaniem sióstr, lekarzy, pielęgniarzy i całego personelu szpitala jest współpraca z tym nieskończonym miłosierdziem, pomagając, wybaczając, poświęcając się. Jakże my, lekarze, jesteśmy szczęśliwi, jeśli zdajemy sobie sprawę, że poza ciałem mamy do czynienia z duszą nieśmiertelną, którą Ewangelia nakazuje miłować, jak siebie samego”. Zapewne dla tej idei: całkowitego poświęcenia się służbie bliźnim, profesor nie założył własnej rodziny, żył sam.
    Zmarł 12 kwietnia 1927 r. Jak każdego dnia, rano uczestniczył w Mszy świętej i przystąpił do Komunii; później pracował w szpitalu. Po powrocie do domu i posiłku przyjmował pacjentów. Po południu źle się poczuł i zmarł w fotelu w swoim gabinecie. Jego śmierć poruszyła wiele osób, w sposób szczególny najuboższych pacjentów, którzy wielokrotnie doświadczyli jego troskliwości. Został pochowany na cmentarzu Poggio Reale, ale trzy lata później jego szczątki zostały ekshumowane i spoczęły w kościele Gesù Nuovo.
    W czasie uroczystości beatyfikacyjnych w 1975 r. papież Paweł VI powiedział: “Postać Józefa Moscatiego potwierdza, że powołanie do świętości jest skierowane do wszystkich. Ten człowiek uczynił ze swego życia dzieło ewangeliczne. Był profesorem uniwersytetu. Zostawił wśród swoich uczniów pamięć niezwykłej wiedzy, ale przede wszystkim prawości moralnej, czystości wewnętrznej i ducha ofiary”. Jego kanonizacji dokonał 25 października 1987 r. papież św. Jan Paweł II. Do gabinetu “świętego lekarza” i do jego grobu w kościele dominikanów udają się nieustannie pielgrzymi w nadziei, że skoro za życia Józef służył w potrzebach ciała i duszy, tym skuteczniej czynić to może przed tronem Boga po śmierci.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia


    26 kwietnia

    Najświętsza Maryja Panna, Matka Dobrej Rady

    Zobacz także:
      •  Święty Klet, papież
      •  Święty Piotr Betancur, zakonnik
      •  Błogosławeni Bonifacy i Emeryk, biskupi
      •  Święty Marcelin, papież i męczennik
    Maryja, Matka Dobrej Rady
    Kiedy Jezus został ukrzyżowany, mimo niepokoju, jaki zapanował w przyrodzie, w sercach tych, którzy ufali Jezusowi, zapanował pokój. Wielki wewnętrzny pokój, napełniający Maryję, udzielał się Jej najbliższemu otoczeniu. Ona wiedziała, że ta Ofiara była potrzebna. Maryja z pełną ufnością poddała się woli Ojca i Syna.
    Kult Matki Bożej Dobrej Rady związany jest nierozerwalnie z obrazem Maryi pod tym samym tytułem, który znajduje się w kościele augustianów w Genazzano w Umbrii we Włoszech. Pochodzi on z pierwszej połowy XV wieku. Związana jest z nim pewna opowieść. Kiedy w Genazzano kończono budowę kościoła dla Matki Bożej, na jednej z jego ścian pojawił się wizerunek Maryi z Dzieciątkiem. Wiadomość o tym szybko się rozeszła. Gdy któregoś dnia przyszli do Genazzano dwaj pielgrzymi z Albanii, rozpoznali w obrazie wizerunek Matki Bożej Dobrej Rady ze Szkodry, miejscowości leżącej w ich ojczyźnie.
    Już w XV i XVI wieku obraz zasłynął wieloma łaskami, dlatego w 1682 r. za zgodą papieża Innocentego XI został ukoronowany.
    Do rozszerzenia kultu Matki Bożej Dobrej Rady przyczynił się augustianin o. Andrzej Bacci. Podczas ciężkiej choroby złożył on ślub, że jeżeli Maryja uzdrowi go, zajmie się rozpowszechnianiem kopii tego obrazu. Wypełnił swój ślub, dzięki czemu prawie 70 000 kopii tego obrazu zostało rozwiezionych po całym świecie. W XVIII w. kapituła generalna Zakonu Augustianów podjęła uchwałę, aby kult Matki Bożej Dobrej Rady jeszcze bardziej rozszerzać.
    Matkę Dobrej Rady można prosić o orędownictwo, zwłaszcza wtedy, gdy stajemy na rozstaju dróg, gdy musimy podjąć ważne życiowe decyzje. Czcząc Maryję pod tym wezwaniem uznajemy, że może Ona wyprosić nam dar dobrej rady u Ducha Świętego. W chwilach zagubienia i w chwilach ważnych decyzji może nam pomóc. “W wątpliwościach myśl o Maryi, wzywaj Maryi! Jeżeli bowiem o niej myślisz, nigdy nie zejdziesz na manowce” – powtarzał św. Bernard z Clairvaux (XII w.). Do Maryi można odnieść słowa proroka Izajasza: “I spocznie na niej Duch Pański, duch mądrości i rozumu, duch rady i męstwa, duch wiedzy i bojaźni Pańskiej” (Iz 11, 2). To samo powiedział do Maryi Archanioł Gabriel: “Duch Święty zstąpi na Ciebie” (Łk 1, 35).
    W innych miejscach Biblia wspomina: “Moja jest rada i stałość, moja – rozwaga” (Prz 8, 14); “Rada jej rozlewać się będzie jak żywe źródło” (Syr 21, 13); “Słuchaj, synu, przyjmij me zasady, a rady mojej nie odrzucaj” (Syr 6, 23).
    Wśród wielu tytułów, jakimi Kościół obdarza Matkę Bożą, ten jest szczególny. Dlatego doczekał się osobnego wspomnienia, a w zakonach augustiańskich nawet święta.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    25 kwietnia

    Święty Marek, Ewangelista

    Święty Marek Ewangelista
    Marek w księgach Nowego Testamentu występuje pod imieniem Jan. Dzieje Apostolskie (Dz 12, 12) wspominają go jako “Jana zwanego Markiem”. Pochodził z Palestyny. Imienia jego ojca nie znamy. Zapewne w czasach publicznej działalności Pana Jezusa jego matka, Maria, była wdową; pochodziła z Cypru. Jest bardzo prawdopodobne, że była właścicielką Wieczernika, gdzie Chrystus spożył z Apostołami ostatnią wieczerzę. “Człowiek niosący dzban wody” (Mk 14, 13) – to prawdopodobnie Marek. Jest również bardzo możliwe, że matka Marka była właścicielką ogrodu Getsemani na Górze Oliwnej. Marek bowiem w swojej Ewangelii podaje ciekawy szczegół, o którym żaden z Ewangelistów nie wspomina: że w czasie modlitwy Pana Jezusa w Ogrójcu znalazł się w nim (zapewne w budce czy też w małym domku, jaki się tam znajdował) pewien młodzieniec. Kiedy usłyszał krzyki zgrai żydowskiej, obudził się i owinięty jedynie prześcieradłem, wybiegł na zewnątrz. Kiedy zobaczył, że Jezusa zabierają oprawcy, zaczął krzyczeć. Wtedy ktoś ze służby świątyni podbiegł do niego, aby go pochwycić, ale on uciekł, zostawiając prześcieradło (Mk 14, 51).
    Marek był uczniem św. Piotra. Prawdopodobnie zaraz po zesłaniu Ducha Świętego św. Piotr udzielił Markowi chrztu, dlatego nazywa go swoim synem (1 P 5, 13). Wieczernik służył Apostołom za dom schronienia po śmierci Chrystusa Pana. Tam właśnie udał się książę Apostołów zaraz po swoim cudownym uwolnieniu przez anioła z więzienia (Dz 12, 11-17).
    Kiedy w roku 44 św. Paweł i św. Barnaba przybyli do św. Piotra z jałmużną dla Kościoła w Jerozolimie, znaleźli św. Piotra i św. Jakuba w Wieczerniku. Barnaba był krewnym Marka. Marek towarzyszył Barnabie i Pawłowi w podróży do Antiochii, a potem w pierwszej podróży na Cypr. Kiedy zaś Paweł chciał iść w głąb Małej Azji przez wysokie góry Tauru, Marek się sprzeciwił, co bardzo rozgniewało Apostoła narodów. Marek nie czuł się zdolny ponosić trudów tak uciążliwej pieszej wyprawy i dlatego w roku 49 w Perge zawrócił (Dz 12, 25; 13, 13).
    Kiedy Paweł wybierał się z Barnabą w swą drugą podróż apostolską, Barnaba chciał zabrać ze sobą Marka, ale Apostoł narodów nie zgodził się na to. Wtedy Barnaba opuścił Pawła. Razem z Markiem udali się wówczas razem na Cypr. Była to wyspa rodzinna Barnaby, a może także i Marka (Dz 15, 35-40). W kilkanaście lat potem, w roku 61, widzimy ponownie Marka przy Pawle w Rzymie. Pisze o tym sam Apostoł w Liście do Kolosan i do Filemona (Kol 4, 10; Flm 24). Możliwe, że Marek wybierał się wtedy, wysłany przez św. Pawła, do wspomnianych adresatów, gdyż Apostoł narodów żąda dla niego gościnnego przyjęcia.
    W Liście do Tymoteusza, który pisze z więzienia, Paweł prosi, aby przybył do niego także Marek, jest mu bowiem “przydatny do posługiwania” (2 Tm 4, 1).
    Na tym urywają się wszelkie historyczne wiadomości o św. Marku. Nie wiemy nic pewnego o jego dalszych losach. Według tradycji miał być założycielem gminy chrześcijańskiej w Aleksandrii i jej pierwszym biskupem. Tam również miał ponieść śmierć męczeńską za panowania cesarza Nerona. Inni przesuwają datę jego śmierci do czasów cesarza Trajana (98-117). Odnośnie męczeństwa św. Marka nie mamy żadnych danych. Zastanawia to, że o męczeńskiej śmierci Marka nic nie wie św. Hieronim. Tym większe zastrzeżenie budzi legenda, według której Marek miał głosić Ewangelię w Akwilei, a nawet w Lorch (Austria).Największą zasługą św. Marka jest to, że zostawił nam napisany zwięzły opis życia i nauki Pana Jezusa. Jego Ewangelia miała być wiernym echem katechezy św. Piotra. Marek napisał ją przed rokiem 62, w którym ukazała się Ewangelia według św. Łukasza. Tekst Markowy mógł więc powstać w latach 50-60. Autor zaczyna swoją relację od chrztu Pana Jezusa i powołania Piotra na Apostoła. Podaje on jako charakterystyczny szczegół pobyt Pana Jezusa w domu św. Piotra i uzdrowienie jego teściowej (Mk 1, 29-31).
    Święty Marek znał doskonale język aramejski i grecki. Ewangelię swoją pisał nie dla Żydów, gdyż często tłumaczy słowa aramejskie na język grecki (Mk 5, 4; 14, 36; 15, 22). Tłumaczy również zwyczaje żydowskie (Mk 7, 1-23; 14, 12). Ewangelię swoją pisał zapewne w Rzymie, gdyż przypomina znanych w Rzymie gminie chrześcijańskiej: Aleksandra i Rufusa (Mk 15, 21) jako pośrednich świadków męki Pańskiej.
    Święty Marek jest patronem pisarzy, notariuszy, murarzy, koszykarzy i szklarzy oraz miast: Bergamo, Wenecji, a także Albanii. Przyzywany podczas siewów wiosennych oraz w sprawach pogody.Święty Marek
    W ikonografii św. Marek ukazywany jest w stroju arcybiskupa, w paliuszu albo jako biskup wschodniego rytu. Trzyma w dłoni zamkniętą lub otwartą księgę. Symbolizuje go m.in. lew ze skrzydłami – jedno z ewangelicznych zwierząt, lew u stóp, drzewo figowe, zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    24 kwietnia

    Nawrócenie św. Augustyna,
    biskupa i doktora Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Jerzy, męczennik
      •  Święty Fidelis z Sigmaringen, prezbiter i męczennik
      •  Święta Franka, dziewica
      •  Błogosławiona Teresa Maria od Krzyża (Manetti), dziewica
    Nawrócenie św. Augustyna
    Augustyn z Hippony, dorastając, wybrał hedonistyczny styl życia. Związał się z sektą manicheistyczną i zaczął wierzyć w naukę przez nią głoszoną. Jego matka, św. Monika, nie zrażając się trudnościami, modliła się o nawrócenie syna. Obawiając się o niego, jeździła za nim do Kartaginy, Rzymu i Mediolanu. Pewien biskup prorokował: “Matko, jestem pewien, że syn tylu łez musi powrócić do Boga”.
    W wyzwoleniu z wiary w astrologię pomogła Augustynowi rozmowa w 386 r. z Firminusem, jednym z jego przyjaciół. Ponieważ czytał dużo dzieł filozoficznych platońskich i neoplatońskich, przełożonych z greki na łacinę przez Gajusza Mariusza Wiktoryna, sławnego retora i filozofa, który nawrócił się w 355 r., Augustyn zaczął studiować Pismo Święte, przede wszystkim listy św. Pawła. Pod koniec sierpnia 386 r. odwiedził go Pontycjan, wysoki urzędnik cesarski z Afryki – głęboko wierzący katolik. Opowiedział mu o swoich dwóch współtowarzyszach, którzy w Trewirze wstąpili do zakonu założonego przez św. Antoniego Wielkiego. Augustyna opanowało silne pragnienie, by uczynić na wzór owych nieuczonych ludzi: “To, co oni mogą, czyż nie powinieneś móc także i ty?” Augustyn na dobre postanowił porzucić dotychczasowe zajęcie, wypełnił ostatnie obowiązki profesora retoryki i wyjechał na podalpejską wieś, aby nabrać sił i przygotować się do przyjęcia chrztu.
    Na wsi zaczął pisać Soliloquia i inne dialogi o duszy. Ostatecznym powodem do całkowitej przemiany było pewne wydarzenie. Pewnego dnia, płacząc pod wpływem wewnętrznego wzburzenia, wybiegł do ogrodu, by w odległym kącie położyć się pod drzewem i się modlić. Wtedy usłyszał z sąsiedniego ogrodu śpiew dziecka, które powtarzało słowa: “Tolle, lege! – Weź, czytaj!” Augustyn odniósł te słowa do siebie, odczytując je jako znak Opatrzności Bożej. Powrócił do domu, sięgnął do Listu do Rzymian. Jego oczy trafiły na przypadkowe słowa: “Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości, ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom” (Rz 13, 13-14). Doznał przy tym wyzwolenia z przywiązania do seksu, a w jego sercu zrodziła się chęć zachowania celibatu. Przeżycie to na trwałe zmieniło jego życie. Wkrótce powiedział o tym swojej matce, która tak długo modliła się o jego nawrócenie. Na początku marca 387 r. wrócił do Mediolanu, gdzie w Wigilię Wielkanocy przyjął chrzest z rąk biskupa Ambrożego wraz z synem Adeodatem i przyjacielem Alipiuszem. Rodzina i przyjaciele postanowili wrócić do ojczystej Afryki. Jednakże po przybyciu do portowej Ostii św. Monika ciężko zachorowała na febrę i zmarła.
    Augustyn zawsze uważał swoje nawrócenie za niezasłużony dar Boży. W “Wyznaniach” ustosunkował się do błędów swej młodości i opisał doświadczenia, które były powodem całkowitej odmiany jego życia. Zamierzeniem tego dzieła było uwielbienie Boga i podziękowanie Mu za prowadzenie go przez życie. Święto nawrócenia św. Augustyna powinno być dniem radości i dziękczynienia za to, że Bóg potrafi dla każdego w mrokach ciemności niewiary i zagubienia zapalić jasne światło wiary, nadziei i miłości.Więcej informacji o św. Augustynie – pod datą 28 sierpnia.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    23 kwietnia

    Święty Wojciech, biskup i męczennik
    główny patron Polski

    Święty Wojciech
    Wojciech urodził się ok. 956 roku w możnej rodzinie Sławnikowiców w Lubicach (Czechy). Jego ojciec, Sławnik, był głową możnego rodu, spokrewnionego z dynastią saską, panującą wówczas w Niemczech. Matka Wojciecha, Strzeżysława, również pochodziła ze znakomitej rodziny, być może z Przemyślidów, którzy rządzili wówczas państwem czeskim. Wojciech był przedostatnim z siedmiu synów Sławnika. W najstarszym rękopisie jego imię brzmi Wojetech. Wedle pierwotnych planów ojca Wojciech miał zostać rycerzem. Ostatecznie o jego przeznaczeniu do stanu duchownego według biografów zdecydowała choroba. Rodzice złożyli ślub, że gdy syn wyzdrowieje, będzie oddany Bogu na służbę. Nie można tego wykluczyć. Wydaje się jednak, że przyczyna była inna: taki był po prostu zwyczaj w owych czasach, że gdy można rodzina miała więcej synów czy córek, przeznaczała ich do stanu duchownego na opatów, ksienie czy biskupów.
    W 968 roku papież Jan XIII, dzięki inicjatywie cesarza Ottona I, ustanowił w Magdeburgu metropolię jako biskupstwo misyjne dla nawracania zachodnich Słowian. Pierwszym arcybiskupem tego miasta został św. Adalbert (+ 981), który poprzednio był opatem benedyktyńskim w Weissenburgu (Alzacja). Pod jego opiekę Wojciech został wysłany jako 16-letni młodzieniec w 972 roku. Na dworze metropolity kształcił się w szkole katedralnej, pod czujnym okiem znanego uczonego, Otryka. Tu także przygotowywał się przez prawie 10 lat (972-981) do swoich przyszłych duchownych obowiązków. Z wdzięczności dla metropolity przybrał sobie jego imię i jako Adalbert figuruje we wszystkich późniejszych dokumentach. Pod tym imieniem jest znany i czczony w Europie.
    Święty Wojciech
    Biografie wspominają, że do Wojciecha dołączył się również później jego młodszy, przyrodni brat, Radzim. Mieli do dyspozycji własną służbę. Ojciec hojnie zaradzał wszystkim potrzebom synów.
    Po śmierci metropolity Adalberta 25-letni Wojciech wrócił do Pragi. Zastał tam pierwszego biskupa łacińskiego Pragi i Czech, Dytmara, który od roku 973 rządził diecezją. Był Niemcem i zależał od metropolii w Moguncji. Wojciech był już wtedy subdiakonem. W Pradze przyjął pozostałe święcenia (981).
    W styczniu 982 r. biskup Dytmar zmarł. Wojciech był świadkiem jego śmierci i kajania się, że był pasterzem złym, chociaż kronikarze piszą, że był pobożny i gorliwy. Zjazd w Lewym Hradcu pod przewodnictwem księcia Bolesława wytypował na następcę Dytmara Wojciecha. Nominację jednak musiał zatwierdzić cesarz. Otton II był zajęty właśnie wyprawą wojenną na południe Italii. Dopiero w roku 983 zwołał sejm Rzeszy do Werony i tam zatwierdził Wojciecha. W tym samym roku dnia 29 czerwca odbyła się także konsekracja Wojciecha na biskupa, której dokonał metropolita Moguncji, św. Willigis (+ 1011). Tak więc Wojciech był pierwszym biskupem narodowości czeskiej w Czechach.
    Wojciech wszedł do swojej biskupiej stolicy, Pragi, boso. Miał wtedy zaledwie 27 lat. Jego hagiografowie są zgodni, że jego dobra biskupie nie były zbyt wielkie. Przeznaczał je na utrzymanie budynków i sprzętu kościelnego, na potrzeby kleru katedralnego i diecezjalnego, na potrzeby własne, które były w tych wydatkach najmniejsze, i na ubogich. Zaopatrywał ich potrzeby i sam ich odwiedzał, słuchał pilnie ich skarg i potrzeb, odwiedzał więzienia, a przede wszystkim targi niewolników. Praga leżała na szlaku ze wschodu na zachód. Handlem ludźmi zajmowali się Żydzi, dostarczając krajom mahometańskim niewolników. Biograf pisze, że Wojciech miał mieć pewnej nocy sen, w którym usłyszał skargę Chrystusa: “Oto ja jestem znowu sprzedany, a ty śpisz?”. Scenę tę przedstawia jeden z obrazów drzwi gnieźnieńskich, które powstały ok. 1127 r.
    Święty Wojciech
    Sytuacja Kościoła w Czechach w owym czasie nie była łatwa. Był on uzależniony od kaprysu możnych i władcy. Nie mniejsze kłopoty miał Wojciech z duchownymi. Wprowadzenie zasad życia wspólnego szło opornie wśród duchowieństwa katedralnego. Św. Bruno z Kwerfurtu stwierdza, że “duchowni żenili się jawnie”. Możnych zraził sobie Wojciech przypomnieniem zakazu wielożeństwa, gromieniem za wiarołomność oraz za związki małżeńskie z krewnymi. Nie liczono się ze świętami, łamano posty. Kiedy Wojciech zobaczył, że jego napomnienia są daremne, a złe obyczaje dalej się szerzą, po pięciu latach rządów (983-988) postanowił opuścić swą stolicę. Najpierw udał się do Moguncji, po poradę do metropolity Willigisa. Następnie skierował swoje kroki, za jego zgodą, do Rzymu, aby u papieża szukać rady i prosić o zwolnienie z obowiązków. Od cesarzowej Konstantynopola Wojciech otrzymał znaczny zasiłek w srebrze, by po zrzeczeniu się biskupstwa mieć środki na swoje utrzymanie. Wojciech rozdał jednak srebro między ubogich, a orszak biskupi odprawił do Czech.
    Papież Jan XV przyjął z miłością udręczonego biskupa Pragi. Nie zwolnił go wprawdzie z obowiązków, ale pozwolił mu na pewien czas oddalić się od nich. Wojciech postanowił więc udać się pieszo z bratem Radzimem do Ziemi Świętej jako pielgrzym. Kiedy po drodze znalazł się na Monte Cassino, tamtejsi mnisi chcieli go zatrzymać u siebie, aby wyświęcał ich kościoły i mnichów na kapłanów. Byli bowiem wtedy w zatargu z miejscowym biskupem. Wojciech jednak nie zgodził się na to. Udał się dalej na południe do Gaety. W pobliżu miasta zatrzymał się i spotkał się ze słynnym mnichem bazyliańskim, św. Nilem. Ten poradził mu, aby wstąpił do benedyktynów w Rzymie. Tak też św. Wojciech uczynił. Przyjął go w opactwie świętych Bonifacego i Aleksego na Awentynie jego przełożony, Leon. Wraz ze swoim bratem, bł. Radzimem, w Wielką Sobotę w roku 990 Wojciech złożył profesję zakonną. Jego żywoty podają, że z wielką pokorą wypełniał wszystkie obowiązki zakonne, jakby od dawna był jednym z mnichów. W tym czasie w rządach diecezją praską zastępował go biskup Miśni, Falkold. W charakterze mnicha Wojciech przebywał w Rzymie w latach 989-992 (w wieku 33-36 lat).
    Święty Wojciech
    W 992 r. zmarł Falkold. Czesi udali się do metropolity w Moguncji, aby zmusić Wojciecha do powrotu. Ten natychmiast przez posłów wysłał dwa listy: do Wojciecha i do papieża. Papież zwołał synod i po naradzie nakazał Wojciechowi wracać do Pragi. Po trzech i pół roku Wojciech opuścił klasztor, zabrał ze sobą kilkunastu zakonników z opactwa i założył nowy klasztor w Brzewnowie pod Pragą. Potem zabrał się do budowy kościołów tam, gdzie były osady ludzkie. Dotąd bowiem kościoły były w zasadzie jedynie przy grodach możnych panów. W porozumieniu z księciem wprowadzono dziesięciny, aby Kościołowi w Czechach zapewnić stałe dochody. Wojciech wysłał misjonarzy na Węgry. Sam też tam się udał. Stąd powstała opowieść, że udzielił chrztu (według innych źródeł – bierzmowania) św. Stefanowi, przyszłemu władcy Węgier.
    Te obiecujące poczynania zakończyły się jednak niebawem zupełną klęską. Zaważył na tym bezpośrednio następujący wypadek: na dworze książęcym w Pradze pochwycono na cudzołóstwie kobietę z możnego rodu Werszowców. Urażony śmiertelnie mąż zamierzał ją zabić. Ta jednak schroniła się do Wojciecha. Biskup udzielił jej azylu w klasztorze benedyktynek, który stał w pobliżu zamku przy kościele św. Jerzego. Wpadli tam siepacze, wywlekli ofiarę i zamordowali ją na miejscu. Wojciech rzucił na nich klątwę. W akcie zemsty Werszowcowie napadli na rodzinny gród Wojciecha. Gród spalono, ludność zapędzono w niewolę, wymordowano także czterech braci Wojciecha wraz z ich żonami i dziećmi. Działo się to 28 września 995 roku. Ocalał tylko najstarszy brat Wojciecha, Sobiebór, który w tym czasie był poza granicami Czech. Sytuacja była tak gorąca, że Wojciech nie był pewny nawet swojego życia. Złamany tymi wydarzeniami, po zaledwie niecałych trzech latach udał się potajemnie ponownie do Rzymu. Na Awentynie przyjęto go serdecznie. Papież również okazał mu dużo życzliwości.
    Niestety, w 996 r. Jan XV umarł. W maju 996 r. odbył się w Rzymie synod, na którym metropolita Moguncji, św. Willigis, oskarżył Wojciecha, że ten bezprawnie opuścił swoją stolicę. Synod nakazał Wojciechowi pod groźbą klątwy powrót. Wojciech udał się więc do Moguncji, czekając na decyzję cesarza, gdyż tylko on mógł siłą wprowadzić Wojciecha do Pragi, zbuntowanej przeciwko swojemu pasterzowi. Ponieważ cesarz zwlekał jednak z wyprawą orężną, czekając, aż Czesi sami uznają swoją winę, Wojciech skorzystał z okazji i odwiedził Francję, a w niej – jako pielgrzym – nawiedził grób św. Marcina w Tours, św. Benedykta we Fleury i św. Dionizego w Saint-Denis pod Paryżem. Kiedy zaś nadal powrót św. Wojciecha był niemożliwy, biskup udał się do Polski z postanowieniem oddania się pracy misyjnej wśród pogan. Było to późną jesienią 996 roku. Otton III wyraził na to zgodę, gdy Czesi przysłali Wojciechowi ostateczną odpowiedź, że nie godzą się na jego powrót.
    Święty Wojciech
    Bolesław Chrobry bardzo ucieszył się na wiadomość, że do Polski ma przybyć biskup Wojciech. Słyszał o nim wiele od jego rodzonego brata, Sobiebora, któremu wcześniej udzielił schronienia. Król chciał zatrzymać Wojciecha u siebie jako pośrednika w misjach dyplomatycznych. Kiedy jednak Wojciech stanowczo odmówił i wyraził chęć pracy wśród pogan, powstała myśl nawrócenia Wieletów na zachodzie. Z powodu jednak trwającej tam wówczas wojny ostatecznie urządzono wyprawę misyjną do Prus. Bolesław Chrobry dał Wojciechowi do osłony 30 wojów. Biskupowi towarzyszył tylko jego brat, bł. Radzim, i subdiakon Benedykt Bogusza, który znał język pruski i mógł służyć za tłumacza. Działo się to wczesną wiosną 997 roku. Wojciechowi przypisuje się ufundowanie pierwszych klasztorów benedyktyńskich na ziemiach polskich. Za swojego fundatora uważają Wojciecha opactwa w Międzyrzeczu, Trzemesznie i w Łęczycy (Tum).
    Wisłą udał się Wojciech do Gdańska, gdzie przez kilka dni głosił Ewangelię tamtejszym Pomorzanom. Stąd udał się w dalszą drogę. Aby nie nadawać swojej misji charakteru wyprawy wojennej, Wojciech oddalił żołnierzy. Niedługo potem dziki tłum otoczył misjonarzy i zaczął im złorzeczyć. Jeden z pogan uderzył biskupa wiosłem w plecy, aż mu brewiarz wypadł z rąk. Kiedy Wojciech zorientował się, że Prusy nie chcą nawrócenia, postanowił zakończyć misję powrotem do Polski. Prusowie poszli za nim. Miejsca męczeńskiej śmierci nie udało się uczonym dotąd zidentyfikować. Mogło to być w okolicy Elbląga lub Tękit (Tenkitten). 23 kwietnia 997 roku w piątek o świcie zbrojny tłum Prusów otoczył trzech misjonarzy: św. Wojciecha, bł. Radzima i subdiakona Benedykta Boguszę. Ledwie skończyła się odprawiana przez biskupa Wojciecha Msza św., rzucono się na nich i związano ich. Zaczęto bić Wojciecha, ubranego jeszcze w szaty liturgiczne, i zawleczono go na pobliski pagórek. Tam pogański kapłan zadał mu pierwszy śmiertelny cios. Potem 6 włóczni przebiło mu ciało. Odcięto mu głowę i wbito ją na żerdź. Przy martwym ciele pozostawiono straż. W chwili zgonu Wojciech miał 41 lat.
    Wykupienie ciała św. Wojciecha
    Po pewnym czasie wypuszczono na wolność bł. Radzima i kapłana Benedykta ze skierowaną do króla Polski propozycją oddania ciała św. Wojciecha za odpowiednim okupem. Król Polski sprowadził je najpierw do Trzemeszna, a potem uroczyście do Gniezna. Cesarz Otto III na wiadomość o śmierci męczeńskiej przyjaciela natychmiast zawiadomił o niej papieża z prośbą o kanonizację. Była to pierwsza w dziejach Kościoła kanonizacja, ogłoszona przez papieża, gdyż dotąd ogłaszali ją biskupi miejscowi. Na żądanie papieża sporządzono najpierw żywot Wojciecha na podstawie zeznań naocznych świadków: bł. Radzima i Benedykta. W oparciu o ten żywot papież Sylwester II jeszcze przed rokiem 999 dokonał uroczystego ogłoszenia Wojciecha świętym. Dzień święta wyznaczył papież zgodnie ze zwyczajem na dzień jego śmierci, czyli na 23 kwietnia. Wtedy także zapadła decyzja utworzenia w Polsce nowej, niezależnej metropolii w Gnieźnie, której patronem został ogłoszony św. Wojciech.
    W marcu roku 1000 Otto III odbył pielgrzymkę do grobu św. Wojciecha w Gnieźnie. Wtedy – podczas spotkania z Bolesławem Chrobrym – została uroczyście proklamowana metropolia gnieźnieńska z podległymi jej diecezjami w Krakowie, Kołobrzegu i Wrocławiu. Otto III opuścił Polskę obdarowany relikwią ramienia św. Wojciecha. Jej część umieścił w Akwizgranie, a część na wysepce Tybru w Rzymie, w obu miejscach fundując kościoły pod wezwaniem św. Wojciecha.

    Grób św. Wojciecha w katedrze w Gnieźnie
    Św. Wojciech stał się patronem Kościoła w Polsce. Jego kult szybko ogarnął Węgry, Czechy oraz kolejne kraje Europy. Wojciech jest jednym z trzech głównych patronów Polski (obok NMP Królowej Polski i św. Stanisława ze Szczepanowa, biskupa i męczennika). Jest też patronem archidiecezji gnieźnieńskiej, gdańskiej, warmińskiej i diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej oraz miast, m.in. Gniezna, Trzemeszna, Serocka. Ku czci św. Wojciecha zostały zrobione słynne drzwi gnieźnieńskie, na których w 18 obrazach-płaskorzeźbach, wykonanych w brązie, są przedstawione sceny z życia św. Wojciecha. Św. Bruno Bonifacy z Kwerfurtu, również benedyktyn, biskup i przyszły męczennik, napisał około 1004 r. zachowany do dzisiaj “Żywot św. Wojciecha”.W ikonografii Święty występuje w stroju biskupim, w paliuszu, z pastorałem. Jego atrybuty to także orzeł, wiosło oraz włócznie, od których zginął.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    22 kwietnia

    Błogosławiony Idzi z Asyżu, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Agapit I, papież
      •  Święty Kajus, papież
    Błogosławiony Idzi z Asyżu

    Idzi (Egidiusz) urodził się w Asyżu. O jego młodych latach nie wiadomo niczego pewnego. 23 kwietnia 1208 r., poruszony przykładem pierwszych towarzyszy św. Franciszka z Asyżu, poprosił go o przyjęcie do grona jego uczniów. Wkrótce potem wyruszył z Franciszkiem na głoszenie Ewangelii. Razem z nim udał się także do Rzymu, gdzie papież Innocenty III ustnie zatwierdził pierwszą Regułę Franciszka. Prawdopodobnie też wtedy Idzi otrzymał tonsurę. Około 1212 r. udał się z pielgrzymką do Santiago de Compostella. Po powrocie do Asyżu wyruszył do Ziemi Świętej. Odwiedził po drodze sanktuarium św. Michała Archanioła na Monte Gargano i św. Mikołaja w Bari. Zatrzymał się także w Tunezji, by nawracać tamtejszych Saracenów. Podczas pielgrzymek zawsze zarabiał na swoje wyżywienie i nocleg własną pracą, np. pomagając w noszeniu wody i grzebaniu zmarłych, zbieraniu orzechów, rąbaniu drwa.
    Jako uważny obserwator, zdobył wiele cennych doświadczeń i informacji, które umiał potem skutecznie wykorzystać. Nie przegapił żadnej okazji do głoszenia Ewangelii. Jego kazania zawsze były krótkie, ale pełne serdecznej mądrości. Był analfabetą, ale zyskał przydomek “nieuczonego teologa”. Niektóre jego wypowiedzi zostały spisane i zebrane jako tzw. Dicta aura, stanowiąc cenne świadectwo wczesnej mistyki franciszkańskiej. Po kilku latach Idzi został skierowany przez Franciszka do pustelni w Fabriano, gdzie oddał się kontemplacji. Doświadczał też ekstaz.
    Zmarł w Perugii w 1262 r., po 52 latach życia franciszkańskiego. Jego niewątpliwy kult jako świętego potwierdził Pius VI w roku 1777, wyznaczając na dzień liturgicznego obchodu ku jego czci 23 kwietnia.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    21 kwietnia

    Święty Anzelm z Canterbury,
    biskup i doktor Kościoła

    Święty Anzelm

    Anzelm urodził się w możnej rodzinie w miasteczku Aosta (Piemont) w 1033 r. Zatroskana o duszę dziecka głęboko religijna matka oddała Anzelma do klasztoru benedyktynów w tym samym mieście. Kiedy chłopiec miał 15 lat, tak dalece zasmakował w życiu mnichów, że postanowił z nimi pozostać do końca życia. Opat jednak chłopca nie przyjął, by nie narazić się ojcu, który miał wobec syna zupełnie inne zamiary. Po śmierci matki Anzelm poszedł śladami ojca. Miał przecież dopiero 20 lat i życie mu się uśmiechało. Opuścił więc dom rodzinny i przez trzy lata wędrował po świecie, żądny przygód.
    Odczuł całą gorycz, jak też zwodniczość przyjemności tego świata. Tęsknota za życiem zakonnym zaczęła brać stopniowo górę nad chęcią użycia. Kiedy więc miał już 27 lat, w roku 1060 wstąpił do benedyktynów w Le Bec, w północnej Francji, gdzie opatem był słynny uczony, bł. Lanfrank. Kiedy w roku 1063 Lanfrank został opatem w Caen, jego następca, Herluin, mianował Anzelma przeorem w Le Bec. Młody przełożony rychło pozyskał sobie serca współbraci troską o ich potrzeby materialne i duchowe, a także przykładem zakonnego życia. Nie wynosił się nad współbraci, chciał być raczej ich sługą. Szczególny entuzjazm wzbudził wykładami wśród młodzieży zakonnej oraz niezwykłą wiedzą, erudycją, nowoczesnym ujmowaniem problemów, traktowaniem uczniów. Toteż po śmierci Herluina (1078) wszyscy na jego następcę wybrali Anzelma. Ten zgodził się, ale sprawy administracyjne oddał komuś innemu, by mieć wolny czas dla współbraci i na studia. Tak więc rządził szczęśliwie klasztorem przez 14 lat jako przeor, a przez lat 15 jako opat. W tym czasie w Le Bec powstały jego dzieła: Monolog, Wprowadzenie, O dziewictwie, O wolnej woli, O gramatyce i O przypadku diabła. Jako opat nawiązał kontakty z najwybitniejszymi osobistościami – świeckimi i duchownymi: składał wizyty, udzielał rad, brał żywy udział w zjazdach i synodach. To zjednywało mu powszechny szacunek.
    Dlatego po śmierci arcybiskupa Canterbury, kiedy Lanfrank w 1070 r. został prymasem Anglii, zaprosił Anzelma na Wyspy. Przedstawił mu sytuację Anglii po niedawnych najazdach pogańskich Normanów. W 1093 r. bł. Lanfrank umarł. Przed śmiercią na swego następcę zaproponował właśnie Anzelma. Król Anglii, Wilhelm II, wyraził na to zgodę. Opór stawiali mnisi opactwa w Le Bec. W końcu jednak musieli ustąpić. Anzelm opuścił gościnną Francję i udał się do Anglii.
    Królowie angielscy, Wilhelm I Zdobywca (+ 1087) i Wilhelm II Rudy (+ 1100), byli przyzwyczajeni do sprawowania wyłącznej opieki nad Kościołem w Anglii. Jakąkolwiek ingerencję z zewnątrz, nawet z Rzymu, traktowali zazdrośnie, uważając, że godzi w ich suwerenność. Lanfrank miał tak ogromny autorytet, że trudno było z nim walczyć, ale po jego śmierci król chciał utracone wpływy nad Kościołem na nowo odzyskać. Dlatego usiłował uzależnić Anzelma od siebie. Prymas musiał wyjechać na kontynent. Prosił Urbana II, aby zwolnił go z urzędu arcybiskupa, ale bezskutecznie. Przez pewien czas wiódł życie tułacze.
    Kiedy po śmierci Wilhelma II na tron wstąpił Henryk I, na jego zaproszenie prymas Anzelm powrócił do Anglii. Realizując wytyczne papieskie dotyczące inwestytury, wszedł w ponowny konflikt z władcą. Został skazany na wygnanie. Porozumienie między Rzymem i królem, który zrzekł się władzy mianowania biskupów i obsadzania urzędów kościelnych, umożliwiło Anzelmowi powrót do Canterbury. Witany radośnie przez kler i lud, powrócił na swoją stolicę. W ostatnich latach rządów musiał zwalczać pretensje metropolity Yorku do tytułu prymasa Anglii. Nawiązał serdeczne stosunki z hierarchią Szkocji i Irlandii. Zajął się także reformą klasztorów i popierał ich rozwój. Powstały wtedy jego dzieła teologiczne i filozoficzne, m.in. List o wcieleniu Słowa, O pochodzeniu Ducha Świętego, Dlaczego Bóg stał się człowiekiem, O dziewiczym poczęciu, O grzechu pierworodnym. Dzieła te utorowały drogę do syntezy scholastycznej – stąd nazywany jest “ojcem scholastyki”. Stworzył podstawę do rozważań wzajemnego stosunku wiary i rozumu, które nie wykluczają się, ale uzupełniają. Według biskupa Anzelma wiara uprzedza rozum, a ten wyjaśnia jej tajemnice. Anzelm daje pierwszeństwo wierze. Głośne stało się jego zdanie: “Nie pragnę wiedzieć, aby móc wierzyć, ale wierzę, aby móc rozumieć”.
    Zmarł w roku 1109 i został pochowany w katedrze w Canterbury. O jego kanonizację zabiegał jeden z kolejnych prymasów Anglii, św. Tomasz Becket (+ 1170), ale dopiero papież Aleksander VI w roku 1492 zezwolił na jego kult, a papież Aleksander VIII w roku 1690 wpisał go uroczyście do katalogu świętych. W roku 1720 Klemens XI ogłosił go doktorem Kościoła. Relikwie św. Anzelma do dziś spoczywają w katedrze w Canterbury, mimo że jest ona obecnie w ręku prymasów anglikańskich.W ikonografii św. Anzelma przedstawia się w szatach biskupich z piórem lub z księgą w dłoni. Jego atrybutem jest także zając – znak tułaczego życia podczas dwukrotnego zesłania na wygnanie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Święty Konrad z Parzham, zakonnik

    Święty Konrad z Parzham

    Jan Birndorfer urodził się 12 grudnia 1818 r. w Parzham w Bawarii (diecezja passawska) w wielodzietnej rodzinie rolniczej. Od najmłodszych lat ujawniała się jego przyszła świętość, głównie poprzez skromność i umiłowanie samotności. Mimo dużej odległości do kościoła, często się do niego udawał, nawet w niesprzyjającą pogodę. Codziennie odmawiał różaniec; miał głębokie nabożeństwo do Matki Bożej. W święta odbywał często krótkie pielgrzymki do różnych Jej sanktuariów. Zawsze szedł boso, a dopóki nie wrócił do domu – pościł.
    Swoją młodość spędził w gospodarstwie, w którym się urodził. W wieku 31 lat postanowił opuścić życie świeckie. Po rozdzieleniu odziedziczonego majątku, otrzymał zgodę na wstąpienie jako brat do kapucynów. Po profesji przyjął imię Konrad.
    Wkrótce został wysłany do klasztoru św. Anny w Altötting. Miejsce to jest znane jako sanktuarium Matki Miłosierdzia, Królowej Bawarii. Konradowi powierzono funkcję furtiana, którą pełnił przez resztę życia. Z racji dużej liczby przybywających do tego klasztoru osób, posługa ta była dość wyczerpująca. Konrad jednak dał się poznać jako człowiek bardzo sumienny, oszczędny w słowach, hojny dla ubogich, chętny do pomocy i przyjmowania nieznajomych. Przez ponad 40 lat towarzyszył mieszkańcom miasta i odpowiadał na ich potrzeby materialne i duchowe. Od czasu, kiedy zachorował zakrystian, przejął dodatkowo jego obowiązki. Otwierał kościół o godz. 3.30 nad ranem i do rozpoczęcia pracy na furcie o 6.00 służył do dwóch Mszy św. Pracę kończył o 21.00, ale po niej zostawał jeszcze na modlitwę.
    Konrad umiłował milczenie. W wolnych chwilach w ciągu dnia lubił udawać się do kącika przy drzwiach, gdzie mógł widzieć i adorować Najświętszy Sakrament. Często w ciągu nocy poświęcał kilka godzin na modlitwę w kaplicy braci albo w kościele.
    Zmarł 21 kwietnia 1894 r. Heroiczność jego cnót i cuda, które dokonały się za jego wstawiennictwem, wysłużyły mu w 1930 r. tytuł błogosławionego, przyznany mu przez Piusa XI. Ten sam papież 4 lata później, po potwierdzeniu kolejnych cudów, zaliczył go do grona świętych.
    Jest patronem diecezji pasawskiej, prowincji kapucynów w Środkowej Ameryce, odźwiernych, furtianów i portierów.W ikonografii przedstawiany w habicie kapucyńskim, czasami otoczony dziećmi lub biednymi. Jego atrybutem jest: krzyż, różaniec, bochen chleba.Benedykt XVI, pochodzący z Marktl am Inn (kilka kilometrów od Altötting), tak pisał o św. Konradzie: “Może jest on znakiem, że jasne rozumienie tego, co istotne, również dzisiaj, powierzane jest (…) małym, obdarzonym spojrzeniem, którego często brakuje mądrym i inteligentnym. Myślę, że właśnie ci mali święci są wielkim znakiem naszych czasów…” (kard. Joseph Ratzinger, “Moje życie”).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    20 kwietnia

    Święta Agnieszka z Montepulciano,
    dziewica i zakonnica

    Święta Agnieszka z Montepulciano
    Agnieszka urodziła się w 1268 r. w toskańskim Gracciano Vecchio, leżącym w pobliżu Montepulciano. Pochodziła ze szlacheckiej rodziny Lorenza i Marii Segni. Legenda głosi, że jej narodziny poprzedziła niezwykła światłość. Miała być bardzo pobożnym dzieckiem; od najwcześniejszych lat pragnęła wstąpić do klasztoru, czemu rodzice byli przeciwni. Dopiero niezwykłe wydarzenie skłoniło ich do oddania 9-letniej córki do szkoły klasztornej. Tym wydarzeniem był atak kruków, które nadleciały do dziewczynki znad domu schadzek w Montepulciano. Agnieszka miała wtedy zapowiedzieć, że w tym miejscu powstanie kiedyś klasztor. Szkołę klasztorną, do której oddano Agnieszkę, prowadziły franciszkanki zwane del Sacco – od workowatych habitów. Jako czternastoletnia dziewczyna Agnieszka postanowiła zostać zakonnicą.
    Za zezwoleniem Stolicy Świętej w wieku lat 15 stanęła na czele grupy zakonnic i założyła z nimi nowy klasztor w Procero (Viterbo). Wybrana wbrew własnej woli na przełożoną tego klasztoru, wsławiła go swoją mądrością, pobożnością i darami nadprzyrodzonymi. Pod kierownictwo duchowe przeoryszy, młodej wiekiem, ale dojrzałej doskonałością chrześcijańską, zaczęły zgłaszać się licznie nowe kandydatki.
    Na wiadomość o tym mieszkańcy Montepulciano zaprosili ją do siebie. Powróciła więc i stała się matką nowej gałęzi dominikańskiej. Magistrat miasta z wdzięczności ofiarował siostrom w 1306 r. nowy lokal i uposażenie. Nowy klasztor Santa Maria Novella stanął w tym samym miejscu, gdzie niegdyś istniał dom schadzek. Matka Agnieszka nadała mu regułę św. Augustyna, a później przyłączyła klasztor do rodziny dominikańskiej. Pan Bóg obdarzył ksienię darem wizji, proroctw i ekstaz. Św. Katarzyna ze Sieny będzie widziała w niej dla siebie wzór do naśladowania. Kiedy w roku 1377 przybyła do jej relikwii z pielgrzymką, zawołała: “Matko nasza, Agnieszko, chwalebna!” Wielkim uczuciem miłości Agnieszka otaczała Dzieciątko Jezus oraz Dziewicę Maryję. Umocniona darami Ducha Świętego, stała się jasną lampą modlitwy i miłości, a dzięki swojemu męstwu oraz autorytetowi podtrzymywała ducha obywateli w dążeniu do jedności i pokoju.
    Zmarła w rodzinnym mieście 20 kwietnia 1317 r., otoczona współsiostrami. Papież Klemens VII wyniósł ją do chwały błogosławionych w roku 1532, a papież Benedykt XIII 10 grudnia 1726 r. zaliczył ją uroczyście w poczet świętych. Jej nienaruszone ciało w 1435 r. zostało sprowadzone do kościoła dominikańskiego w Orvieto, gdzie przechowywane jest do dnia dzisiejszego. Przez ponad 300 lat pozostawało ono nienaruszone. Później umieszczono jej doczesne szczątki w woskowej figurze, pozostawiając na widoku tylko jej ręce i stopy, z których wypływał pachnący olejek.
    Pierwszą i najwcześniejszą biografię św. Agnieszki (Legenda s. Agnetis) napisał po pięćdziesięciu latach od jej śmierci bł. Rajmund z Kapui, generał dominikanów, kierownik duchowy św. Katarzyny ze Sieny, a wcześniej spowiednik sióstr w Montepulciano.Ikonografia przedstawia św. Agnieszkę najczęściej z lilią w ręku prawym, a w lewej ręce trzymającą założony przez siebie klasztor. Bywa także przedstawiana w towarzystwie św. Katarzyny ze Sieny i św. Róży z Limy – dwóch innych wielkich dominikanek.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    19 kwietnia

    Święty Leon IX, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Ekspedyt, męczennik
    Święty Leon IX

    Bruno, hrabia Egisheim-Dagsburg, urodził się w Egisheim (Alzacja) 21 czerwca 1002 r. Był krewnym cesarza Konrada II i cesarza Henryka III. Miał zaledwie 5 lat, gdy matka oddała go do szkoły i na wychowanie biskupowi z Toul, Bertoldowi. Tu ukończył chlubnie trivium i quadrivium – a więc wszystko, co szkoła katedralna mogła mu dać. W osiemnastym roku życia został mianowany kanonikiem w Saint-Etienne. Taki bowiem był wtedy zwyczaj. W kilka lat potem otrzymał święcenia kapłańskie. Pełnił obowiązki kapelana cesarskiego na dworze Konrada II. Mając 24 lata został biskupem w Toul. Od razu zabrał się do reformy kleru diecezjalnego i zakonnego. Nie była to sprawa łatwa. Przełożeni byli wtedy mianowani przez cesarzy i panów świeckich, którzy nie zawsze liczyli się z przydatnością kandydatów, dbając o to, by mieć na tych stanowiskach ludzi sobie oddanych. Bruno swoim taktem i zabiegami umiał jednak tak pokierować sprawami, by urzędy duchowne były obsadzane ludźmi godnymi. Zwoływał synody, na których dokonywał zbawiennych reform. Zagrabione przez księcia Vaucouleurs dobra biskupie, kiedy zawiodły wszystkie inne środki, odebrał siłą. W roku 1046 interweniował u cesarza Henryka III za biskupem Lyonu, kiedy ten wpadł w zatarg z cesarzem.
    Po śmierci papieża Damazego II w 1048 r. wysłano z Rzymu poselstwo do cesarza Henryka III, by wyraził zgodę na wybór Halinarda, arcybiskupa Lyonu, na papieża. Halinard jednak odmówił przyjęcia godności. W tej sytuacji Bruno w obecności legatów rzymskich został desygnowany na papieża przez Henryka III w grudniu 1048 r. Bruno oświadczył, że przyjmie urząd papieski, jeśli rzymianie i duchowieństwo jednogłośnie zaakceptują jego wybór. Podkreślił tym samym konieczność wyboru, a nie mianowania. Przybył do Rzymu w stroju pątnika, zdjął sandały i boso udał się do grobu św. Piotra, a rzymianie i duchowieństwo jednogłośnie – przez aklamację – wybrali go na papieża. Jako biskup Rzymu zatrzymał równocześnie urząd biskupa Toul. Przyjął imię Leon IX i został koronowany w bazylice św. Piotra.
    Jego pontyfikat trwał zaledwie 5 lat. Były to jednak lata prawdziwie błogosławione. W tym czasie zreformował życie duchownych oraz kurię rzymską i papieską. Zapoczątkował trwałe reformy, które miały uniezależnić Kościół od cesarzy niemieckich, a także usunąć symonię (handel godnościami) i nikolaityzm (małżeństwa i konkubinaty kleru). Na duchownych, którzy otrzymali urzędy drogą przekupstwa lub symonii, nałożono wysokie kary. Biskupów symoniackich złożono z urzędu. Takie reformistyczne synody przeprowadził papież w Rzymie, Pawii, w Liege, w Trewirze, w Toul, w Reims, uczestnicząc w nich osobiście. W latach 1050-1051 uczestniczył w synodach m.in. w Moguncji, w Vercelli, w Salerno i w Benevento. Łącznie odbył 12 synodów: w Italii, we Francji i w Niemczech. Przez swoje podróże poza granice Italii manifestował uniwersalny charakter papiestwa i uświadomił, że papież jest zwierzchnikiem wszystkich Kościołów.
    Leon IX utworzył także kolegium kardynalskie i wyznaczył mu zadanie – wspomaganie biskupa Rzymu w jego posłudze Kościołowi. Uważał, że papież powinien osobiście głosić wiarę Kościoła i brać udział w uroczystościach kościelnych.
    Synod w Rzymie (9-15 kwietnia 1049 r.) zaostrzył kary nakładane na kapłanów nie zachowujących celibatu, a wiernym odradzał korzystania z posług żonatych księży. Na synodzie w Reims (3-4 października 1049 r.) dla papieża zastrzeżono tytuł universalis Ecclesiae primas apostolicus. Na synodzie w Siponto w 1050 r. Leon IX wydał szereg dokumentów skierowanych przeciwko zwyczajom Kościoła wschodniego. Zamiast trójporozumienia między papiestwem, Bizancjum i Niemcami, wymierzonemu przeciwko Normanom, doszło do rozłamu między Kościołem wschodnim a zachodnim (wielka schizma wschodnia w roku 1054 dokonała się ostatecznie tuż po śmierci tego papieża). Obawa przed Normanami skłoniła Leona IX do tego, by z częścią wojsk niemieckich, italskich i wspierających go powstańców apulijskich, słabo uzbrojonych i niedostatecznie wyćwiczonych, wyruszyć przeciwko Normanom. Leon IX, dowodząc osobiście wojskami, przegrał bitwę z Normanami pod Civitate i dostał się do niewoli. Po kilkumiesięcznej niewoli ciężko chory papież powrócił do Rzymu. Zmarł niedługo później, 19 kwietnia 1054 r.
    Papież Wiktor III w roku 1087 nakazał relikwie św. Leona IX umieścić w podziemiach bazyliki św. Piotra, w osobnej kaplicy. Kiedy zaś w wieku XVI została wystawiona nowa, obecna bazylika, relikwie św. Leona IX umieszczono pod ołtarzem świętych męczenników Marcjalisa i Waleriusza.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    18 kwietnia

    Święty Ryszard Pampuri, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Maria od Wcielenia, zakonnica
      •  Święty Galdin, biskup
    Święty Ryszard Pampuri

    Hieronim Filip urodził się 2 sierpnia 1897 r. w Trivolzio niedaleko Pawii. Był dziesiątym z jedenaściorga dzieci Angeli Campari i Innocenta Pampuriego. Osierocony jako dziecko, był wychowywany przez krewnych – rodzinę wiejskiego lekarza. W czasie studiów medycznych odbył służbę wojskową w armii włoskiej. Był to okres I wojny światowej. Przerażał go bezsens działań wojennych. Pisał wtedy: “Co za marnowanie ludzkiego życia. Tylu rannych, tylu połamanych…”. Z wielkim poświęceniem pielęgnował rannych. Za tę służbę został odznaczony brązowym medalem odwagi. W okresie pobytu w wojsku poważnie chorował. Po ukończeniu studiów i stażu podjął pracę jako lekarz. Jego jedynym marzeniem było służyć Chrystusowi, pomagając chorym i cierpiącym. Do misjonarki w Egipcie pisał: “Módl się, aby pycha, egoizm lub jakakolwiek zła namiętność nie zdołała mnie powstrzymać przed tym, aby widzieć zawsze w moich chorych cierpiącego Jezusa, Jego pielęgnować i Jego pocieszać. Dopóty ta myśl we mnie żyje, jakże piękna i owocna będzie dla mnie praktyka mojego zawodu”.
    Jeszcze w czasie studiów został tercjarzem franciszkańskim, jednak do I zakonu nie został przyjęty z powodu problemów zdrowotnych. Odmówili mu także jezuici. W stanie świeckim żył radami ewangelicznymi. Aktywnie udzielał się w swojej parafii, opiekując się młodzieżą i organizując rekolekcje. Przez chorych był bardzo ceniony. Wielu pacjentom pomagał też materialnie. Siły czerpał z codziennej Eucharystii i częstej adoracji. W wieku 30 lat, odpowiadając na wewnętrzne przynaglenie, wstąpił do zakonu braci św. Jana Bożego – bonifratrów. Przyjął imię Ryszard, z wdzięczności dla kapłana, którym Pan Bóg posłużył się dla wskazania mu tej drogi, ks. Riccardo Beretty. Mediolańskie gazety odnotowały, że pacjenci żałowali bardzo porzucenia praktyki przez “świętego doktora”, jak go nazywano.
    Ryszard jednak również jako zakonnik kontynuował pełną miłosierdzia i cierpliwości posługę lekarską. W 1930 r., mając zaledwie 33 lata, zmarł na gruźlicę. W roku 1951 w związku z procesem beatyfikacyjnym doczesne szczątki Ryszarda zostały przeniesione do kościoła parafialnego w rodzinnej miejscowości Trivolzio, gdzie spoczywają do dziś. Św. Jan Paweł II beatyfikował go w 1981 r., a kanonizował osiem lat później. Jest patronem lekarzy.
    Pod wezwaniem św. Ryszarda Pampuri jest warszawski klasztor bonifratrów. Imię Świętego nosi też znajdująca się przy klasztorze jadłodajnia dla ubogich.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    17 kwietnia

    Święta Katarzyna Tekakwitha

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Baptysta Spagnoli, prezbiter
    Święta Katarzyna Tekakwitha

    Katarzyna Tekakwitha, zwana także “Genowefą Nowej Francji”, urodziła się na początku kwietnia 1656 r. w osadzie wiejskiej Osserneon (obecnie Auresville w stanie Nowy Jork), należącej do jednego z najbardziej wojowniczych plemion irokeskich. Tekakwitha jest imieniem, które Katarzyna otrzymała od swojego ludu, gdy się urodziła. W języków Mohawków oznacza ono: “ona porządkuje sprawy” albo “ta, która wszystko czyni w należytym ładzie”. Ojciec Katarzyny był naczelnikiem osady, poganinem. Matka pochodziła z plemienia Algonkinów znad Zatoki św. Wawrzyńca i była chrześcijanką. Została porwana przez Irokezów i uratowana od losu branki przez ojca Tekakwithy, któremu później również urodziła syna. Swe praktyki religijne spełniała potajemnie, ale dzieciom opowiadała o Bogu.
    Gdy Katarzyna miała cztery lata, jej rodzice i brat zachorowali na ospę i zmarli. Po mamie został jej różaniec. Ona co prawda przeżyła tę chorobę, ale pozostały jej blizny na twarzy i poważnie uszkodzony wzrok. Sierotę adoptowała ciotka Karitha i jej mąż Jowanero, który został wodzem Żółwi. W 1666 r. pięć plemion irokeskich zawarło pokój z Francuzami. Mohawkowie do układów nie przystąpili, dlatego dowódca wojsk kolonialnych, hrabia de Tracy, zorganizował przeciw nim ekspedycję karną. Plemię ukryło się w puszczy.
    W roku 1667 misjonarze z zakonu jezuitów – Bruyas, Fremin i Pierron – dotarli do plemienia z misją pokojową. To właśnie dzięki nim Katarzyna zetknęła się po raz pierwszy z chrześcijaństwem i przyjęła jego prawdy z wielkim entuzjazmem. Usiłowano ją wydać za mąż. Dzielnie opierała się tym próbom, a w końcu wyznała, że pragnie przyjąć chrzest.
    Kiedy ukończyła 18 lat, poprosiła o to o. Jacquesa de Lamberville, chociaż żyła wśród ludzi wrogo nastawionych do wiary chrześcijańskiej. Mimo protestów opiekunów, przyjęła chrzest w dniu 5 kwietnia 1667 r., biorąc za patronkę Katarzynę ze Sieny. Odtąd nazywano ją Kateri. Indiańska dziewczyna stała się nieustraszoną chrześcijanką, chociaż była obiektem narastającej pogardy i kpin niechrześcijańskiej ludności ze swojej wioski. Szydzono z jej nawrócenia, odmowy pracy w niedziele i niechęci do zawarcia małżeństwa. Ale to nie osłabiło jej wiary. Pewnego dnia młody wojownik postanowił przestraszyć Katarzynę i nakłonić ją do porzucenia nowej wiary. Ozdobiony barwami wojennymi, podniósł maczugę i zamachnął się, tak jakby chciał ją zabić. Dziewczyna myślała, że wkrótce umrze, ale zamknęła oczy i nie poruszyła się z miejsca. Jej odwaga spowodowała, że młody wojownik opuścił maczugę i odszedł.
    Katarzyna mieszkała w zajeździe swojego wuja tak długo, jak było to bezpieczne. W październiku 1677 r. została zmuszona do ucieczki do Kahnawake (dziś La-Prairie-de-la-Madelaine) nad rzeką św. Wawrzyńca na południe od Montrealu. Mieszkała tam z Anastazją Tegonhatsihonga, chrześcijanką pochodzenia indiańskiego. W 1677 w Boże Narodzenie przyjęła pierwszą Komunię Świętą, a w uroczystość Zwiastowania Pańskiego w 1679 r. złożyła ślub czystości.

    Święta Katarzyna Tekakwitha

    Lubiła strugać drewniane krzyżyki, których wystrugała tysiące, by w ten sposób Jezus stał się bardziej znany wśród Indian. Rozdawała je potem ludziom, wieszała na drzewach, zostawiała przy jeziorach i na polach. Podczas zimowego sezonu łowieckiego, gdy wraz z mieszkańcami wioski znalazła się z dala od niej, zrobiła na drzewie małą, drewnianą kapliczkę z wyrzeźbionym krzyżem i tam spędzała czas na modlitwie, klęcząc na śniegu. Katarzyna kochała różaniec i zawsze nosiła go na szyi. Nazywana była lilią plemienia Mohawków.
    Indianie, Francuzi i misjonarze podziwiali jej wyjątkową pobożność. Zajmowała się uczeniem dzieci modlitwy i religii, opieką nad chorymi i starcami, aż do momentu, gdy sama śmiertelnie zachorowała.
    Zmarła mając zaledwie 24 lata w Kahnawake, 17 kwietnia 1680 r. Była to Wielka Środa. “Jesos konoronkwa”, czyli “Kocham Cię, Jezu” – to były jej ostatnie słowa. Piętnaście minut po jej śmierci – na oczach dwóch jezuitów i tubylców, zgromadzonych w jej pokoju – blizny z jej twarzy zniknęły bez śladu.
    Zaczęto modlić się za jej wstawiennictwem tuż po jej śmierci. W 1884 r. w Kahnawake wybudowano pomnik dla uczczenia jej pamięci. 3 stycznia 1943 roku papież Pius XII ogłosił, że córkę wodza Mohawków można nazywać sługą Bożą. Papież św. Jan Paweł II beatyfikował ją 22 czerwca 1980 roku. Papież Benedykt XVI kanonizował Katarzynę na początku Roku Wiary dnia 21 października 2012 r. w Rzymie.
    Do dziś wielu pielgrzymów odwiedza jej grób w kościele pw. św. Franciszka Ksawerego w Kahnawake (w pobliżu Montrealu w Kanadzie) i oddaje cześć jej relikwiom. Patronuje ekologom, działaczom ochrony środowiska, wygnańcom, ludziom, którzy utracili rodziców, ludziom mieszkającym na obczyźnie i ludziom wyśmiewanym z powodu pobożności. W 2002 r. patronowała także Światowym Dniom Młodzieży odbywającym się w Toronto w Kanadzie.W ikonografii jest przedstawiana z lilią w ręku – symbolem czystości, z krzyżem jako wyrazem jej miłości do Chrystusa, i żółwiem, symbolem jej klanu.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    16 kwietnia

    Święta Maria Bernadetta Soubirous,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Benedykt Józef Labre, wyznawca
    Święta Maria Bernadetta Soubirous

    Maria Bernadetta urodziła się 7 stycznia 1844 r. w Lourdes jako najstarsza z rodzeństwa. Była córką ubogiego młynarza. W dwa dni po urodzeniu otrzymała chrzest. Kiedy miała 11 lat, przyjęła ją do siebie krewna, u której pasała owce. Po trzech latach wróciła do rodzinnego Lourdes, aby przygotować się do I Komunii Świętej. I wtedy – 11 lutego 1858 r. – po raz pierwszy Bernadecie objawiła się Matka Boża nad rzeką Gave, w pobliżu groty Massabielle. Wezwała ją do modlitwy różańcowej oraz do czynów pokutnych w intencji nawrócenia grzeszników. W ciągu pół roku Matka Boża objawiła się Świętej 18 razy. Wizje te dały początek słynnemu sanktuarium w Lourdes. W roku 1862 biskup diecezji Tarbes, Laurence, do której należało Lourdes, ogłosił dekret o prawdziwości objawień.
    W tym samym roku Bernadetta zapadła na obustronne zapalenie płuc. Wyzdrowiała, ale postanowiła wstąpić do zakonu. Chciała się po prostu ukryć, by ujść oczu ciekawych. Dzięki pośrednictwu biskupa z Nevers, Forcade, wstąpiła tamże do sióstr “od miłości i nauczania chrześcijańskiego”. Pożegnała się więc z rodziną i z ukochaną grotą massabielską. Schorowanej, powierzono funkcję infirmerki i zakrystianki. Dopiero 22 września 1878 roku złożyła śluby wieczyste. Zmarła 16 kwietnia 1879 r., mając 35 lat.
    Kościół nie wyniósł Bernadetty na ołtarze ze względu na głośne objawienia Maryi, ale ze względu na osobistą świętość Bernadetty. Wiele cierpiała z powodu astmy. Doświadczały ją bardzo siostry, gdyż znacznie różniła się od nich wykształceniem i prostymi obyczajami. Sławna w świecie – w klasztorze chciała być ostatnia i cieszyła się z wszelkich upokorzeń. Zwykła powtarzać: “O Jezu, daj mi swój krzyż… Skoro nie mogę przelać swojej krwi za grzeszników, chciałabym cierpieć dla ich zbawienia”. Na najwyższą pochwałę zasługuje to, że podczas gdy Lourdes i jej imię było na ustach całego świata, kiedy tysięczne tłumy codziennie nawiedzały to święte miejsce, sama Bernadetta żyła w ukryciu, nie dawała żadnych wywiadów, uważając po prostu, że jej misja się skończyła, a rozpoczęła swoją misję Matka Boża.
    W czasie procesu kanonizacyjnego (1919) stwierdzono, że ciało Bernadetty mimo upływu czasu pozostało nienaruszone. W 1925 roku (rok święty) papież Pius XI ogłosił Marię Bernadettę błogosławioną w obecności ostatniego z jej braci, a w roku 1933 zaliczył ją uroczyście w poczet świętych.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Losy Bernadetty

    Losy Bernadetty
    fot. Henryk Przondziono /Foto Gośćśw. Bernadeta Soubirous

    ***

    “Widziałam Ją… Jakże była piękna!… Spieszno mi, by Ją znowu zobaczyć.” Uczyniła jeszcze raz swój piękny znak krzyża i oddała Bogu ducha. Miała 35 lat.

    Bernadetta Soubirous chętnie opowiadała o objawieniach, ale kiedy ktoś nie chciał jej wierzyć, dodawała: “Nie otrzymałam polecenia sprawić, abyście uwierzyli, ale aby wam to przekazać.” O sobie mówiła: “Maryja wybrała mnie, bo jestem najbiedniejsza.” Jej rodzina żyła istotnie w nędzy z powodu licznych nieszczęść, chorób, utraty majątku. A jednak ofiarującym jej pomoc mała wizjonerka odmawiała stanowczo, mówiąc: “Wolę pozostać biedną”. Była za to bogata bogactwem nadprzyrodzonym. Świadkowie twierdzili, że sam sposób robienia przez Bernadettę znaku krzyża “tak samo jak Pani”, nawracał grzeszników. Często chorowała. “Być może Maryja pragnie, abym cierpiała? Może potrzeba cierpienia?” – oto jej odpowiedź w obliczu licznych dotykających ją chorób. Była cicha i pokorna.

    Często uczestniczyła w uroczystościach przy grocie, wmieszana w tłum, aby nie zwracać na siebie uwagi. Kiedy stanął przed nią problem wyboru drogi życiowej oświadczyła: “Maryja powiedziała, że mam zostać zakonnicą, ale nie powiedziała, w jakim zgromadzeniu”. Broniła się przed naciskami, chcąc ponad wszystko spełnić wolę Bożą. Tymczasem biskup bardzo pragnął wysłać ją do klasztoru w odległym Nevers, aby nie skupiała na sobie ciekawości pielgrzymów. Bernadetta długo rozmyślała nad tą propozycją. Wiedziała, że z Nevers nigdy już nie powróci. Wreszcie ze łzami żegnała się z grotą: “Grota – to było moje niebo. Już jej więcej nie zobaczę”. Po przybyciu do Nevers powiedziała: “Przybyłam tu się ukryć.”

     Henryk Przondziono /Foto GośćKlasztor Saint Gildard w Nevers, gdzie Bernadetta spędziła 13 latSłużyła Bogu i bliźnim jako wspaniała pielęgniarka. Jednak w 1875 roku zaczęła bardzo poważnie chorować. Zmarła 16 kwietnia 1879. Jej ostatnie słowa skierowane były ku Bogu i ku Pięknej Pani, którą na zawsze zapamiętała ze spotkań w Massabielle: “Mój Boże! Mój Boże! Święta Matko, Matko Boga, módl się za mnie, biedną grzesznicę!” Patrzyła na krzyż i na figurę Matki Bożej z Lourdes: “Widziałam Ją… Jakże była piękna!… Spieszno mi, by Ją znowu zobaczyć.” Uczyniła jeszcze raz swój piękny znak krzyża i oddała Bogu ducha. Miała 35 lat. Nietknięta przez czas spoczywa w kościele w Nevers, oczekując na zmartwychwstanie. Wszystkie pamiątki po niej są tam starannie przechowywane. Została kanonizowana w 1933 r. przez papieża Piusa XI.

    wiara.pl

    ***

    Święta Bernadetta Soubirous
     Święci stanowią pewien rodzaj wspólnoty, nawet gdy się nie znają (porozumiewają się bezpośrednio poprzez tego samego Jezusa, którego kochają całym sercem), zważywszy, że niekiedy, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, wyrażają swoje myśli w podobny sposób.Gdy w 1858 roku Bernadetta miała czternaście lat i zaznała łaski wielokrotnego widzenia Świętej Dziewicy w Lourdes, święty proboszcz z Ars (Jan Maria Vianney) dobiegał ostatniego roku życia. Jednak pomiędzy staruszkiem i dziewczynką było pewne osobliwe pokrewieństwo duchowe.Myślę — powiadał — iż Pan zechciał wybrać największego ignoranta spomiędzy wszystkich proboszczów… Gdyby znalazł gorszego ode mnie, wybrałby jego na moje miejsce, ażeby w ten sposób okazać swoje wielkie miłosierdzie.Jeżeli Święta Dziewica wybrała mnie — tłumaczyła Bernadetta — to dlatego, że byłam najbardziej niewykształconą. Gdyby znalazła gorszą ode mnie, wybrałaby ją.Stary proboszcz był zaniepokojony, widząc na dróżkach swojej parafii, która stała się celem nieustających pielgrzymek, w sprzedaży swój portret. Pocieszał się jednak: za niewiele wieków nie będę więcej wart.
    W podobny sposób zareagowała Bernadetta, gdy w klasztorze, do którego wstąpiła, zorientowała się, że w Lourdes sprzedawano za dziesięć centymów jej fotografię; skomentowała to: dziesięć centymów, to wszystko, co jestem warta!To pokorne współbrzmienie przypomina nam głęboką prawdę o wspólnocie świętych i głęboko wzrusza świadomość, że gdy umiera wiekowy już, świątobliwy kapłan, który połowie Francji ukazał drogi prowadzące z ziemi do nieba, jego dziedzictwo przejmuje dziewczynka, która wskaże całemu światu jak Niebo pochyla się miłosiernie nad ziemią.Madonna mnie wybrała — w tak prosty sposób tłumaczyła swoją nadzwyczajną przygodę. Kiedy my używamy tego określenia (“być wybranym!”), nieuchronnie wkładamy w nie spore zadowolenie. Dla widzącej z Lourdes było to natomiast określenie całkowicie czyste, dostosowane do opisania pewnego wydarzenia, które samo z siebie tłumaczy się niepojętym Bożym miłosierdziem, zważywszy, że w niej, Bernadecie, nie było nic co mogłoby motywować to, co jej się przytrafiło.W wieku czternastu lat nie umiała czytać ani pisać. Nie umiała mówić po francusku, nie znała katechizmu. W języku francuskim potrafiła jedynie mówić różaniec, chociaż nie rozumiała go. Brakowało jej pożywienia i nie cieszyła się dobrym zdrowiem. Nękały ją częste ataki astmatyczne. Tak więc w ludzkich oczach nie była warta nic.Święta Dziewica mnie wybrała — odpowiadała — gdy w klasztorze, dokąd schroniła się po objawieniach, niektórzy myśleli, że powinno się jej okazywać szczególne względy. Bernadetta mówiła: Nie mam żadnego prawa do tej łaski. Święta Dziewica wzięła mnie tak, jak bierze się kamień leżący na drodze… A chcąc wytłumaczyć swoje znikome zasługi, mówiła: Jestem jak kamień. Czyżbyście chcieli darzyć względami jakiś kamień?Pewnej siostrze z nowicjatu, która pytała ją o objawienia, tłumaczy: co robi się z miotłą, gdy kończy się sprzątać, gdzie się ją stawia? A gdy ta nic nie rozumiejąc, zakłopotana odpowiada: Stawia się ją w kącie za drzwiami, Bernadetta podsumowuje: A więc ja jestem potrzebna Świętej Dziewicy jak miotła. Gdy mnie już nie potrzebuje, stawia za drzwiami. Tam jestem i pozostanę.Aby podkreślić, że nie ma w tych słowach ani trochę resentymentu, a co więcej, jest w nich pewna zupełna, prawie naturalna, determinacja rozumienia i życia Ewangelią, która drażni wszystkich pyszałków; kiedy uczynicie wszystko, co wam kazano, mówcie: jesteśmy sługami nieużytecznymi.Również biskup z Lourdes, gdy pierwszy raz uznał prawdziwość objawień, użył wyrażenie świętego Pawła: Bóg wybrał to, co dla świata jest słabe… (1Kor 1,27).W jednej z modlitw do Maryi, którą ułożyła Bernadetta, czytamy słowa, będące echem Magnifikat: Tak, czuła Matko, zniżyłaś się aż do ziemi, aby objawić się słabej dziewczynce… Ty, Królowo Nieba i Ziemi, zechciałaś posłużyć się tym, co jest najmniej warte w oczach świata.Jest to tajemnica świętości Bernadetty, a trzeba koniecznie dodać, że nie została ona ogłoszona świętą dlatego, że widziała Madonnę, ale pomimo tego, że miała wizje, pomimo niespodziewanej chwały jaka została na nią zlana. Stało się tak z powodu pełnej pokory i zawierzenia, w jakim pozostała “pamiętając o tym, co się stało” oraz z powodu ofiarowania siebie dla urzeczywistnienia tego posłannictwa, które zostało jej powierzone: Módlcie się i czyńcie pokutę za grzeszników.
    Urodziła się w roku 1844 w miejscu, gdzie stało pięć młynów oddalonych od siebie o kilkadziesiąt metrów. Przedostatni wynajmował Franciszek Soubirous i jego rodzina.Państwo Soubirous zdawali się być nękani przez nieszczęścia, które stopniowo prowadziły do nędzy. Czasy były złe, marne zbiory, złe interesy, narastające długi. Gdy Bernadetta miała dziesięć lat, ojciec nie był w stanie płacić dzierżawy za młyn i z gospodarza stał się robotnikiem najemnym. W rok później rozszalała się cholera, która dotknęła także dziewczynkę, a następnego roku nastał głód. Soubirous skończyli w ciemnym i cuchnącym parterowym budynku, który kiedyś był więzieniem. Była to wilgotna i niezdrowa dziura.W wieku 12 lat Bernadetta została wysłana na służbę jedynie za posiłek. Gospodarze, u których służyła, karmili ją dzień po dniu, pokarmem z kukurydzy, którego mała nie była w stanie nawet strawić.Nie brakowało również złego traktowania, które znosiła bez uskarżania się, gdyż — jak powiadała — gdy pomyśli się, że Dobry Bóg na to pozwala, nie należy się skarżyć. O katechizmie nie było nawet mowy. A tak mówiąc prawdę, gospodyni zezwoliła jej na uczenie się, lecz szybko z tego zrezygnowała: Jesteś zbyt głupia. Nigdy nie będziesz mogła przystąpić do Pierwszej Komunii.Tymczasem w domu, bieda goni biedę. Ojciec często pozostaje bez pracy, a gdy w miejscowości ukradziono dwa worki mąki, na niego skierowano podejrzenia, ponieważ był najbiedniejszy. Franciszek trafił do więzienia. Jednak na krótko, gdyż szybko został uniewinniony, ale mimo to zła sława i smutek w sercu pozostał.Bernadetta wróciła do domu. Myśl o Pierwszej Komunii nie opuszczała jej, a proboszcz przyrzekł nauczyć przynajmniej najbardziej podstawowych pojęć (powie potem ów kapłan z oburzeniem: Nie wie nawet, że istnieje tajemnica Trójcy Świętej!).Oto wizerunek nędzy, fragment dziejów upokorzenia i smutku świata, do którego zwróciła się Dziewica, gdy postanowiła zstąpić na ziemię. I nie ma wiele przesady w smutnym obrazie, jaki wydaje się wyłaniać, gdy dodamy, że tego samego roku ciało Bernadetty zaczęła toczyć gruźlica.W tej sytuacji racjonaliści mają ułatwione zadanie. Wystarczy powiedzieć, że wielka bieda spowodowała wizje nieba otwierającego się nad ziemią, wielka frustracja została skompensowana złudzeniem własnej świętości, którym to zabawia się biedna dziecina, podobnie jak ubogie dzieci bawią się w księżniczki. Skoro tylko rozeszła się ta wiadomość, tak właśnie mówiono, czy to w miejscowej gospodzie, czy w paryskiej kawiarni. Zapomniano jednak o sprawie istotnej, że można na to spojrzeć z drugiej strony, dokładnie tak jak na to patrzyła Święta Dziewica, gdy dokonała wyboru, podobnie jak to uczyniłaby matka, wybierając spośród dzieci to najbardziej cierpiące.W konfrontacji z moralnym monumentem, pełnym godności, zrównoważenia, niewiarogodnej siły i wytrwałości ze strony owej dziewczynki, która nie nigdy przyjmowała ani pochwał ani pieniędzy, wątpliwości “oświeconych” i ich wulgarne aluzje padały zawsze jak na skałę. Za każdym razem, gdy ofiarowywano jej pieniądze, zdecydowanie je odrzucała, a jeśli ktoś niespodziewanie wkładał w ręce kilka złotych monet, rzucała je na ziemię z krzykiem: “palą mnie!” Kiedy jakieś osobistości albo biskupi nalegali żeby się z nią zobaczyć, kazała powiedzieć, że zrobiliby lepiej pozostając w swoich diecezjach, natomiast kiedy ktoś usiłował przynajmniej jej się dotknąć albo odciąć jako relikwie jakiś kawałek ubrania, mówiła z prostą chłopską szczerością: Jakże jesteście głupi!
    Powróćmy jednak do tych pierwszych miesięcy roku 1858, kiedy Bernadetta miała zaledwie czternaście lat.Był poranek 11 lutego, mżyło. A mimo tego, rozumiejąc, że też powinna iść, poprosiła o pozwolenie na towarzyszenie siostrze i pewnej przyjaciółce, które to szły w kierunku skalnego zagłębienia Massabielle, aby nazbierać trochę drzewa na opał oraz kości na sprzedaż dla szmaciarza.Doszły tam, gdzie kanał z młyna łączy się z potokiem Gave. Trzeba było go przekroczyć, stąd Bernadetta, zaniepokojona tym, że woda była lodowata, opóźniała się. W czasie, gdy usiłowała zdjąć buty aby ich nie zamoczyć, usłyszała jakiś szum, jakby uderzenie wiatru. Obróciła się w kierunku drzew na łące, lecz wszystkie były nieruchome, następnie w kierunku groty, gdzie rosła dzika róża. Zdawało się, że jest ona poruszana podmuchem wiatru. Zagłębienie rozświetliło się jakimś światłem “słodkim i ożywczym” — powie później, kiedy zobowiązano ją do dokładnego wytłumaczenia — pośród którego coś przeświecało, jakby ubrana na biało dziewczyna.Bernadetta przerażona i jednocześnie zaciekawiona, wykonuje jedyny gest, jaki podpowiada jej wiara, wyjmuje z kieszeni swój ubogi różaniec i usiłuje go odmawiać. Nie jest jednak w stanie uczynić nawet znaku krzyża do czasu, aż nie uczyniła go owa “pani”, przed którą stała, a był to znak szeroki, uroczysty i bardzo piękny.Dziewczynka odmawia różaniec, pani z wizji przesuwa paciorki swojego, lecz w ciszy.Gdy różaniec skończył się, Bernadetta została zaproszona, aby podejść bliżej, lecz nie miała odwagi. Wizja znikła.Bernadetta była tak daleka od wymyślenia tego, że nie wiedziała nawet jak wytłumaczyć to, co się stało. Myślała, że obie przyjaciółki także spotkało podobne wydarzenie, lecz kiedy im o tym wspomniała, zrozumiała, że nic nie widziały. Chciała to przemilczeć, ale było już za późno i wiadomość rozeszła się z niespotykaną prędkością.Ktoś opowiadał, że to, co się ukazało jest urojeniem. Inni twierdzili, że to wizja postaci dobrej dziewczynki, która niedawno zmarła, jeszcze inni, że jest to Święta Dziewica.Bernadetta nie wypowiadała się w tej sprawie. Co więcej, w swojej dziecięcej prostocie, osoby niewykształconej, używa zdumiewającego wyrażenia: To coś dziwnego, białego, co przypomina panienkę.Uparcie ją tak nazywa do czasu, gdy Dziewica nie objawiła jej swojego imienia.Wbrew wszystkiemu co możemy pomyśleć, wiadomość o wizji nikogo nie uradowała.Nie ucieszyła rodziny, która myślała, że będzie musiała teraz znosić nowe cierpienia obok ubóstwa i pogardy, a przy tym śmiech i upokorzenie z powodu obecności w domu wizjonerki (Bernadetta w końcu dostała nawet lanie).Nie ucieszyło to przełożonej domu, który przyjął Bernadettę do klasy, do której uczęszczały dzieci biedne. Zapytała z docinkiem: Czy skończyłaś ze swoimi błazeństwami? Nie ucieszył się proboszcz — człowiek o złotym sercu, lecz drażliwy i dużego wzrostu — przed którym Bernadetta drżała jak listek.Tym bardziej nie ucieszyło to uczonych i możnych w okolicy, którzy po trochu z tego szydzili, a po trochu byli poirytowani, aż w końcu zaczęli interweniować z całą nietolerancją, do jakiej są zdolni tak zwani wolnomyśliciele.Pierwszy artykuł jaki ukazał się w lokalnym dzienniku mówił o “pewnej dziewczynce, która jest podejrzana o to, że choruje na katalepsję i niepokoi swoimi dziwactwami ludzi w Lourdes”.Wydawano zakazy chodzenia do groty, lecz na szczęście zostały uchylone, gdy udały się w podróż niektóre wpływowe osoby, które pragnęły to zjawisko zobaczyć.
    Pomiędzy 11 lutym a 16 lipcem 1858 roku miało miejsce osiemnaście objawień Świętej Dziewicy, podczas których Bernadetta wpadała w ekstazę i nie reagowała na to, co działo się wokoło, nawet wtedy gdy płomień jednej ze świec palił jej ręce. Wszyscy zorientowali się, że dziewczynka rozmawia ze swoją wizją. Na jej obliczu malowała się radość ze słodkim uśmiechem oraz stan ogromnego smutku, prawie do płaczu, z powodu tego, co słyszała.Wszyscy odnosili wrażenie, że oblicze jej jest jak lustro, w którym odbija się to, co widzi i słyszy. Posłannictwo będące wynikiem tego nadzwyczajnego dialogu było proste i poruszające. Na osiemnaście objawień, jedenaście razy Święta Dziewica nie mówiła nic. Ograniczała się do uśmiechu, przede wszystkim kiedy Bernadetta czyniła to, co dorośli radzili jej zrobić albo mówiła to, o co kazali się zapytać.Uśmiechnęła się, gdy Bernadetta zaczęła pokrapiać grotę wodą święconą, wypowiadając egzorcyzm jakiego ją nauczono: “Jeśli przychodzisz od Boga — pozostań, a jeśli nie — odejdź stąd”.Uśmiechała się, gdy posłuszna sugestiom pewnej wpływowej pani z miasta, Bernadetta przedłożyła Jej kartkę papieru oraz pióro i poprosiła: Czy zechciałaby Pani uczynić mi grzeczność i napisać swoje imię.Ale tym razem wizja przybliżyła się i odpowiedziała jej w dialekcie: N`ey pas necessari, nie jest to konieczne.”Nie było to konieczne”, aby do swojego objawienia wybrać dziewczynkę dobrze wykształconą, która umiałaby przynajmniej czytać i pisać, tym mniej było konieczne posłużenie się nią dla przechowania dokumentów, w interpretacji których inni będą się prześcigać. Mimo tego czyniono to. W tym względzie Bernadetta okazywała zawsze ogromną stałość.Pewnego dnia jeden z posłów z Niziny Pirenejskiej zapytał wyniośle, czy Dziewica mówiła po francusku, czy po łacinie. Mówi w dialekcie — odpowiedziała Bernadetta. — W Niebie nie mówią dialektem — podsumował z niewiarygodną pewnością pan Rességnier.Lecz Bernadetta odpowiedziała: Jeśli Bóg nie zna naszego dialektu, jak my możemy go zrozumieć?Poseł ze zdziwienia zaniemówił.Innym razem pewien teolog uważał się za wystarczająco kompetentnego, aby zagwarantować, iż nie może tu chodzić o Madonnę, ponieważ ta powinna mówić po hebrajsku, a przynajmniej po łacinie (!), lecz Bernadetta zapytała go: Czy Bóg nie jest w stanie nauczyć Świętej Dziewicy mojego dialektu?Zatem “nie jest konieczne” mieszać w to “uczonych tego świata”, którzy usilnie chcą wierzyć doświadczeniu i dokumentom.Przychodzi na myśl jeszcze jeden dialog, jaki rozwinął się pomiędzy małą widzącą, a dziekanem z Vic, kiedy od kilku miesięcy zakończyły się widzenia:
    — Czy to prawda, że widziałaś Świętą Dziewicę?
    — Tak, wielebny.
    — Ale ja nie wierzę, że Ją widziałaś!
    (Milczenie Bernadetty)
    — Nic nie mówisz?
    — Co chcecie, aby wam powiedziała?
    — Powinnaś mnie przekonać, że naprawdę widziałaś Świętą Dziewicę!
    — Ależ Ona nie kazała mi w siebie wierzyć.Jest pewne zdanie, które Bernadetta często wypowiadała do najbardziej agresywnych, przesłuchujących osób, które chciały wciągnąć ją do dyskusji: “Jestem zobowiązana wam to powiedzieć, a nie zmusić do uwierzenia”.Owego trzeciego dnia Dziewica uśmiechnęła się i nie zechciała “podpisać się”, ale potem, gdy Bernadetta zwróciła się bardzo grzecznie: Czy zechciałaby Pani być tak dobra i napisać…, wizja odpowiedziała jej: Czy zachciałabyś uczynić mi łaskę (zawsze w dialekcie: aué la gracia) i przychodzić tu przez piętnaście dni?Uczyniła obietnicę i odtąd rozpocznie się walka pomiędzy nią, która czuje się zobowiązana przyrzeczeniem, pociągnięta w sposób, że nie można się temu oprzeć, a “wielkimi” i “możnymi”, którzy na wszelkie sposoby usiłują w spotkaniach przeszkodzić.Zaczęły się publiczne przesłuchania. Komisarz policji Jcomet, sędzia śledczy Rives, prokurator rządowy Dutour, wszyscy traktowali ją jako małego drania. Straszono uwięzieniem, przesłuchiwano przez wiele godzin, usiłując zmusić do przyznania się do kłamstwa. Przedstawiano fałszywe świadectwa, które Bernadetta prostowała punkt po punkcie, bez gubienia się w zeznaniach. Pewnego dnia została wezwana razem z matką. Prokurator trzymał ją na stojąco przez ponad dwie godziny, a kiedy wreszcie żona urzędnika przechodząc rzekła miłosiernie: Tam jest krzesło, usiądźcie!, Bernadetta zareagowała ostro: Nie — możemy je zabrudzić! i usiadła na ziemi. Byli także możni, którzy wychodzili pokonani.Był tak wściekły, że nie był w stanie odnaleźć kałamarza — opowiadała ze śmiechem Bernadetta o swoim spotkaniu z prokuratorem, który stale pisał i wykreślał kłamstwa, które sam napisał. W końcu usiłowano ją na siłę umieścić w szpitalu dla umysłowo chorych.Jednak najpiękniejszymi były dialogi, które miały miejsce w grocie. W ciągu piętnastu objawień, Dziewica przekazała Bernadecie trzy tajemnice, które dotyczyły jedynie jej, a których nie ujawniła, mimo usilnych pytań, nawet osób duchownych takich jak biskupi i spowiednicy.W pierwszym przesłaniu powiedziała: “Pokuta, pokuta, pokuta. Módlcie się do Boga za grzeszników” i dziewczynka wykonuje nakazane w objawieniu gesty, które niepokoją obecnych (chodziło o prawie 500 osób). Wszyscy widzieli ją jak przemierzała na klęczkach kamienistą drogę prowadzącą do groty, całując na całej długości ziemię.Znajdowało się tam niewielkie zagłębienie, w którym było trochę błota. Widziano ją jak rękoma kopała w tym miejscu, aż pojawiło się trochę zamulonej wody, którą wzięła do ust.Tymczasem źródło, tak niespodziewanie wytryskające, powiększyło się, woda przejaśniła i popłynęła obficie. Rozpoczęły się zjawiska uzdrowień, które uczyniły Lourdes sławnym na cały świat.Innego dnia Dziewica każe jej jeść gorzkie zioła. Bernadetta nawet nie rozumie dlaczego o to wszystko prosi! Powtarza jedynie to, co Ona powiedziała: są to gesty pokutne i pełne pokory, ofiarowywane “za nawrócenie grzeszników”.Tłum chciał gestów wielkich, gdy tymczasem otrzymuje do uważnego przemyślenia proste znaki, poważne, pokorne i wymagające trudu, których sens zostanie ujawniony, gdy na koniec Dziewica objawi swoje Niepokalane imię.Na początku marca Bernadetta otrzymała najtrudniejsze posłannictwo: Idź powiedzieć kapłanom, żeby przyszli tutaj w procesji i zbudowali kaplicę.Chodzi tu o spotkanie z gderliwym księdzem Peyramale. Był tym bardziej wściekły i nieustępliwy im bardziej w sercu czuł się zmuszony do uległości, tym bardziej, że jako proboszcz, weryfikował w konfesjonale nawrócenia jakie zdarzały się w grocie. Bernadetta poszła na spotkanie z nim mała i drżąca. Pozwoliła się wypytywać, lecz miała tak mało do powiedzenia!
    — Powiadasz, że widzisz Dziewicę?
    — Ja nie mówię, że to jest Dziewica.
    Bernadetta ucieka się do swojego określenia: Widziałam coś, co wydaje się być panią!
    — Coś! — Proboszcz usiłuje być zły.
    — Nieszczęściem jest mieć takich ludzi jak wy, którzy wprowadzają nieporządek w parafii.Bernadetta stała się “mała jak ziarno prosa”, jednak trwała w wypełnianiu swojego posłannictwa, prosząc w imieniu Pani o zorganizowanie procesji.Następnie ucieka. Jednak zaledwie złapała oddech, zorientowała się, że zapomniała przekazać drugą część posłannictwa — sprawę zbudowania kaplicy.Powróciła wieczorem i znalazła wszystkich księży na zebraniu. Z pokorą powiedziała, że Pani chce kaplicy i dodała pierwszy raz coś od siebie: kaplicy… nawet bardzo małej!Peyramale postawił swoje warunki: Pani powinna dać jakiś znak, powinien w grocie zakwitnąć znajdujący się tam krzak róż oraz powinna wyjawić swoje imię.Dziewczynka wyszła uradowana, z uczuciem lekkości z powodu wypełnienia swojej misji. W końcu nadszedł ostatni z piętnastu dni, o które prosiła Dziewica. Wszyscy oczekiwali wielkiego objawienia i wielkiego cudu. Nic takiego nie stało się.Na zapytania przekazane przez Bernadettę, otoczoną przez ponad dziesięć tysięcy osób oraz dokładnie obserwowaną przez komisarza Jcomet, Dziewica nie odpowiedziała zupełnie nic.Mistyczny dialog i cisza w grocie trwały trzy czwarte godziny.Powróciła, aby przekazać wszystko proboszczowi.
    — Poprosiłam o wyjawienie swojego imienia a ona uśmiechała się. Poprosiłam, aby spowodowała zakwitnięcie róż, a ona znowu się uśmiechała. Jednak ciągle chce kaplicy.
    Na to Peyramale:
    — Masz pieniądze?
    — Nie.
    — Ani ja ich nie mam. Powiedz Pani, aby dała ich trochę.Replika dobrze oddaje całe to rozczarowanie.Dzienniki jednoczyły się w zjadliwych komentarzach (pisano: “cudem jest nadzwyczajna łatwowierność tego tłumu!” i sugerowano aby tą “piętnastolatkę, która chce być świętą oddać do szpitala”!).Nadszedł dzień 25 marca. Jest to dzień Zwiastowania. Jeszcze nie nastał świt, kiedy Bernadetta wstała z łóżka, czując w sobie nieodparty impuls, aby pójść do groty.Objawienie już ją “oczekiwało” i Bernadetta grzecznie poprosiła: Pani, czy zechcesz mi okazać swoją łaskę i powiedzieć mi swoje imię, bardzo o to proszę…“To coś” uśmiechnęło się. Bernadetta nalega czterokrotnie.Za czwartym razem “zjawa” już się nie uśmiechała. Rozłożyła złożone ręce, kierując je ku ziemi, oczy zwróciła do nieba i powiedziała w dialekcie: Que soy era Immaculada Concepciou — Jestem Niepokalanym Poczęciem.Bernadetta szybko wstała, pobiegła w kierunku plebani i zaledwie zobaczyła proboszcza powtórzyła gesty i słowa Pani.Zupełnie zakłopotany proboszcz odpowiedział:
    — Pani nie może mieć takiego imienia. Wiesz co ono oznacza?
    — Nie — odpowiedziała Bernadetta.
    — A więc jak możesz to mówić, skoro nie rozumiesz.
    — Powtarzałam to sobie przez całą drogę.
    Ja jestem Niepokalanym Poczęciem! Minęły cztery lata od czasu, gdy Pius IX ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Maryi, lecz jest to pewna prawda, fakt. Nie jest to imię. Gdyby powiedziała: “Ja jestem Dziewicą!” albo: “Ja jestem niepokalaną Dziewicą!” Ale to określenie jest dziwne, tak dziwne, że niewykształcona dziewczynka nie mogła go wymyślić.A jednak, pewne ostre światło wdziera się w nasz umysł i serce. My, ludzie, gdy chcemy powiedzieć o czymś, co wydaje się jedyne na świecie, tak właśnie czynimy: bierzemy jakieś abstrakcyjne określenie i nadajemy go jakiejś osobie.Papieża nazywamy “świątobliwością” a kardynałów “eminencją”.Ty jesteś miłością! Ty jesteś moją radością! Ty jesteś uosobieniem dobroci!Maryja powiedziała o sobie, że jest tak czysta, iż jest samą czystością. Przyszła na świat w sposób tak niepokalany, że cała jest Niepokalanym Poczęciem.Dwa ostatnie objawienia miały wymiar pożegnalny. Siódmego kwietnia, wtorek po Wielkanocy, Dziewica jeszcze raz poprosiła, aby zbudować mały kościół, a 16 lipca, w święto Matki Bożej z Góry Karmel, miało miejsce ostatnie ciche objawienie. Grotę otoczono palisadą i postawiono straże, widząca nawet nie mogła się zbliżyć do groty, lecz wszystko stało się jak zwykle, jak gdyby bariery postawione przez ludzi wcale nie istniały.Od tego czasu rozpoczęła się i zaczęła rozwijać historia Lourdes, które stało się największym światowym centrum pielgrzymkowym oraz miejscem cudów, gdy tymczasem dzieje Bernadetty poszły inną drogą, która już nigdy nie prowadziła do groty.Zanim podążymy za Bernadettą w drugą fazę jej życia, musimy powrócić do tego, co wydarzyło się podczas pierwszych objawień. Już od pierwszego przesłania, Dziewica powiedziała jej coś, co dotyczyło jej osobiście: Nie przyrzekam tobie, że będziesz szczęśliwa na tym świecie, lecz na tamtym.Są to słowa, jakimi tłumaczy Niebieska Matka swojej dziewczynce błogosławieństwa ewangeliczne.Nigdy, ani przez chwilę, Bernadetta nie uważała, że jako “widząca” zasługuje na jakieś przywileje albo zadowolenie lub względy w życiu doczesnym.Przeciwnie — głosząc całej ludzkości konieczność czynienia pokuty dla nawrócenia grzeszników — Bernadetta wiedziała, iż jest przeznaczona do pewnej tajemnicy zadośćuczynienia.Pierwszy okres po objawieniach jest wypełniony chaosem. Lata młodzieńcze i pierwsze lata dorosłego życia upływają pośród pielgrzymów, turystów, księży, biskupów, dziennikarzy, fotografów, naukowców, wszystkich ustawicznie badających ostatnie “szczególne, nieujawnione przesłanie”.Po tym jak objawienia zostały oficjalnie rozpoznane przez Kościół, już w roku 1862, usiłuje się ją chronić, umieszczając przy domu sióstr w macierzystej parafii. Ale ochrona nie mogła być zbyt efektywna i Bernadetta musiała często ukrywać się sama przed wieloma wścibskimi, a często przed tymi, którzy chcieli “zorganizować jej życie”, obiecując sukcesy i pieniądze.Ucieczka od nadmiernego trzymania się na baczności, a którego stała się symbolem, było jej pierwszym obowiązkiem. Normalnym rozwiązaniem wydawał się zakon, ale nie miała ku temu ani wykształcenia, ani zdrowia, ani szczególnych zdolności.Biskupowi, który pytał ją o zamiary, pokornie odpowiada: Nie potrafię nic robić… Nie jestem w niczym dobra.Nie jest to ważne — odpowie jej — postaramy się do czegoś ciebie wykorzystać.Tak oto, w wieku 22 lat, wstąpiła do nowicjatu sióstr z Nevers (były to siostry z tego samego zgromadzenia, które pracowały w jej małej parafii). W końcu łatwiej będzie ukryć się pomiędzy 44 nowicjuszkami, jak to jej obiecano. Dzwonek wielkiego zakonu dzwonił jednak ustawicznie. Często chodziło o osoby, którym nie można było odmówić. Często byli to oficjalni historycy, którzy przychodzili wypytywać ją i kazali w kółko wiele razy wszystko powtarzać.
    W roku 1867 Bernadetta złożyła swoje pierwsze śluby zakonne, na zakończenie, których wydarza się epizod, który jest jednocześnie bolesny z powodu motywów, które do niego doprowadziły jak i dramatyczny z powodu pewnego rodzaju nieświadomego proroctwa i osądu Bożego jaki kładzie się na małych ludzkich sprawach.Chodziło o rzecz następującą: po ślubach młode siostry “muszą być posłuszne” i zostaje im wskazany klasztor oraz obowiązek, do którego są przypisane. Żadna nie pozostaje w domu macierzystym (gdzie znajduje się także nowicjat), który jest klasztorem o największym prestiżu, a gdzie przychodzi się po latach “zasług”.Bernadetta musiała zostać, gdyż w przeciwnym wypadku w małych wspólnotach nie można by było skutecznie jej ochraniać. Powinna pozostać, lecz ani ona ani inne siostry nie powinny pomyśleć, że dla niej zarezerwowano jakieś przywileje.I stało się tak, że siostry wymyśliły pewien skomplikowany scenariusz. Profeski, jedna po drugiej podchodziły do biskupa i odbierały swój przydział.Uczyniono mistyfikację, że zapomniano o Bernadecie, a następnie w ostatniej chwili, kiedy ceremonia prawie się zakończyła, pokazano, że nagle przypomniano sobie o niej, zawołano ją i między przełożoną a biskupem rozwinął się taki oto mądrze przygotowany dialog:
    — Co uczynimy z siostrą Marią Bernadettą?
    — Monsignore, nie jest w niczym dobra. Możemy jednak litościwie zatrzymać ją w domu generalnym i wykorzystać do drobnych prac w izbie chorych. Jest prawie zawsze chora. Będzie to jej obowiązek.Od tego miejsca dialog popłynął sam, jakby Duch Święty wziął w swoje ręce reżyserię tej sceny. Biskup spojrzał na Bernadettę z łagodnością. Czy prawdą jest, że siostra nie umie nic robić? — powiedział. Jest to prawda, jak to już wcześniej mówiłam, lecz ksiądz biskup upewnił mnie, że nie jest to ważne. Wtedy biskup rzekł uroczyście: Przydzielam siostrze obowiązek modlitwy.I tak się stanie. Życie Bernadetty rozwinie się całkowicie w coraz głębszym doświadczeniu modlitwy i cierpienia.Jest to ustawiczny pokorny dialog z Niebem, nawet jeśli od ostatniego objawienia wydaje się ono dla niej zamknięte tak, jak dla każdego innego śmiertelnika w czasie ziemskiej wędrówki.Dla Bernadetty, objawienie staje się coraz bardziej odległe i zaciemnione. Wszystko zmierza ku rozpłynięciu się w niepamięci, a ona nic nie czyni, aby utrzymywać i kultywować pamięć obrazów i słów.Stale obsesyjnie nalegano na uściślenie dat i szczegółów (był to czas, w którym historycy polemizowali już ze sobą), niepokojono ją, gdyż nie była w stanie być precyzyjną.Trafia do izby chorych, najpierw dla leczenia innych, z niewiarogodną łagodnością okazując dokładność, zdolność i w końcu “kulturę” pielęgniarską tym dziwniejszą, że nie miała nigdy możności niczego się nauczyć.Ale sama również znosi coraz liczniejsze choroby, pewną postać gruźlicy, która nie opuściła jej od czternastego roku życia i coraz bardziej rozwija się w ogromny guz kolana, w coraz większym stopniu utrudniający chodzenie.Ze swoimi współsiostrami żyje spokojnie, chociaż czasami zdarzają się okresy dramatyczne i skomplikowane, które znieść mogą jedynie ludzie “wielkiego ducha”, którzy całkowicie pozwolą przeniknąć się łaską Boga.Jedna z przełożonych Bernadetty miała względem niej mieszane uczucia, czci i niechęci. Czci, gdyż Bernadetta “była dziewczyną umiłowaną przez Dziewicę i jej oczy widziały Madonnę”; niechęci, gdyż nie była w stanie do głębi jej uwierzyć.Kiedy mówiło się o Lourdes (zawsze pod nieobecność Bernadetty), przełożona zawsze kończyła, podkreślając, że znak o jaki prosił proboszcz nie spełnił się: Jednak kwiat róży nie zakwitł!A przede wszystkim Matka Vauzou — kobieta surowa, pochodząca ze szlacheckiej rodziny, zakonnica bardzo skrupulatna — nie była w stanie nie zrobić przytyku, jak tak szczególna łaska widzenia Dziewicy mogła dosięgnąć swym przeznaczeniem jakąś biedną i nic nie znaczącą kreaturę jaką jest Bernadetta.Była mizerną chłopką — powie pewnego dnia. Jeśli Święta Dziewica chciała objawić się w jakimś miejscu na ziemi, nie powinna wybrać prostej i niepiśmiennej dziewczyny zamiast cnotliwej i wykształconej zakonnicy!Nie trzeba mówić, że prześladowała Bernadettę i jedynie względem niej stosowała Regułę aż do głębi, nie darując jej niczego.Powinna to czynić w taki sam sposób względem innych — według surowego zwyczaju jaki obowiązywał w zakonach — lecz względem niej robiła to szczególnie, czasem bezwolnie, z odrazą. Bernadetta, bardzo wrażliwa, pragnąca uważać ją za swoją prawdziwą matkę, stale była raniona.Powiadało się, że była jedną ze świętoszkowatych sióstr, ale tak patrząc dokładnie, była czymś więcej.Z jednej strony była to osobowość o wysokim poziomie duchowym, hartowanym przez surową ascezę, która jednak nie została jeszcze porwana przez cud wcielenia (Boga, który stał się małym jak stworzenie), a z drugiej była Bernadetta, żywy świadek i przedłużenie tego cudu.Owa surowa zakonnica — prawie “heroiczna”, lecz jeszcze nie “chrześcijanka” — przeżyła Bernadettę, a kiedy mówiło się o jej możliwej kanonizacji, powiadała: Poczekajcie, aż umrę. Ale kiedy także ona doczekała się śmiertelnego łoża, jej ostatnie słowa były: Nasza Pani z Lourdes, osłaniaj mnie przy śmierci.Tak oto Bernadetta nigdy nie była naprawdę kochana przez osoby, które w największym stopniu powinny względem niej reprezentować na ziemi Świętą Dziewicę, Matkę.Nawet na łożu boleści, gdy jej kości ulegały destrukcji, nie mogła liczyć na traktowanie uprzywilejowane. Często, jedyne co jej pozostawało, to mały srebrny krzyż, który przysłał jej papież “Niepokalanej”, a który stale ściskała w dłoniach.Gdy już nie była w stanie go utrzymać, poprosiła, aby umocowano go do łóżka.Jakaś współsiostra, wspominając przywilej jej dzieciństwa, powiedziała: Poproś naszą Matkę Niepokalaną, aby dała tobie pociechę. Nie — odpowiedziała — żadnej pociechy, jedynie siły i cierpliwość.Cierpiała także z powodu postępującej głuchoty, która izolowała ją jeszcze bardziej.Kiedy zaczęła się agonia krzyknęła: Mój Boże, a wydawało się, że nie ma już więcej sił. Potem jeszcze: Pragnę! Odnosiło się wrażenie, że na ziemi ponownie rozgrywa się scena z Kalwarii.Zawołano siostry, które otoczywszy łóżko, zaczęły odmawiać ostatni różaniec. Gdy nagle głos umierającej się podniósł i akcentując każde słowo rzekła: Mój Boże ja Ciebie kocham… Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za mnie biedną grzesznicę, biedną grzesznicę!I wydała ostatnie tchnienie, złożywszy swoją duszę w rękach owej Dziewicy, która uśmiechała się do niej w młodzieńczych latach.W ostatnich dniach życia — przywołując z głębi świadomości pamięć pewnej sceny tysiące razy widzianej w młynie w okresie dzieciństwa — powiedziała: Jestem zmielona jak ziarno… a moje cierpienie będzie trwało aż do końca.Była na pewien sposób pokorna, by powiedzieć, że staje się jakby chlebem dla sprawowania Eucharystii.Kiedy złożono jej biedne ciało na łożu śmierci, była tak wyniszczona chorobą. Stała się jedną raną i wydawało się, iż szybko ulegnie rozkładowi.Ona natomiast wydawała się odmłodnieć.Ciało nie uległo zepsuciu. Jej doczesne szczątki były trzy razy w obecnym stuleciu ekshumowane i za każdym razem znajdowano je nietknięte. Wydaje się, że Dziewica zechciała pozostawić pewien znak danego przyrzeczenia: Nie obiecuję tobie, że uczynię ciebie szczęśliwą na tym świecie, lecz na tamtym.Spełniła to szybko, bo zaledwie opuściła ten brzeg, Maryja zechciała pozostawić na ciele Bernadetty znak swojej bliskości; jakby było to ciało niepokalane, nietknięte.

    o. Antonio Sicari- tłum. Jerzy KąkolMateusz

    ***


    15 kwietnia
    Ogłoszenia – Archiwum

    Święte Anastazja i Bazylissa, męczennice

    Zobacz także:
      •  Święty Cezary Bus, prezbiter
    Śmierć świętych Anastazji i Bazylissy

    Anastazja i Bazylissa są wspominane w “Martyrologium rzymskim” jako uczennice apostolskie, matrony rzymskie nawrócone na chrześcijaństwo przez nauczanie świętych Apostołów Piotra i Pawła. Po ich męczeńskiej śmierci, odnalazły ich ciała i pochowały potajemnie pod osłoną nocy. Za to skazano je na tortury (obcięto im języki i kończyny) i ścięcie. Poniosły śmierć za czasów Nerona w roku 67 (lub 68). Są patronkami cenzorów, wzywane w bólach głowy.W ikonografii atrybutem świętych Anastazji i Bazylissy są nożyce, palma. Często są przedstawiane bez głowy, rąk i nóg.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    14 kwietnia

    Święty Walerian, męczennik

    Zobacz także:
      •  Święta Ludwina, dziewica
    Święta Cecylia i święty Walerian

    Według bardzo skąpych danych historycznych Walerian był bratem św. Tyburcjusza. Obaj zginęli śmiercią męczeńską w II lub na początku III wieku. Zostali pochowani na cmentarzu przy Via Appia. Pozostałe informacje pochodzą z legend o św. Cecylii.
    Walerian miał być poganinem, za którego miała być wydana Cecylia. Taka była wola jej rodziców. Ona jednak pragnęła poświęcić swe życie Bogu. W dniu zaślubin powiedziała o tym pragnieniu Walerianowi, przez co doprowadziła do jego nawrócenia. Zaprowadziła go do papieża św. Urbana I, który pouczył go i ochrzcił. Walerian z kolei powrócił do domu swych rodziców i nawrócił swego brata, Tyburcjusza. Od tej pory bracia zaczęli pełnić liczne dzieła miłosierdzia, m.in. grzebali ciała chrześcijańskich męczenników. Zostali przyłapani na tej pracy przez jednego z prefektów, który kazał im złożyć ofiarę pogańskim bogom. Gdy oni odmówili, wyprowadzono ich poza Rzym, skatowano i ścięto mieczem.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    13 kwietnia

    Święty Hermenegild, królewicz i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Marcin I, papież i męczennik
    Święty Hermenegild

    Po śmierci króla Wizygotów, Atanagilda (+ 567), ich królem został obrany Liuwa, który niebawem podzielił się ogromnym królestwem ze swoim bratem, Leowigildem: sobie zostawił Galię, a jemu oddał rządy nad Hiszpanią. Po śmierci Liuwy panem całego państwa Wizygotów zachodnich został Leowigild (573). Jego pierwszą małżonką była Teodozja, córka Seweriana z Kartaginy, który był ojcem świętego rodzeństwa: Leandra, Izydora z Sewilli, Fulgencjusza i Florentyny. Z tego to małżeństwa Leowigild miał dwóch synów: św. Hermenegilda i Rekareda. Po śmierci Teodozji Leowigild pojął za żonę Goswinatę, która namówiła króla do przyjęcia arianizmu.
    Dla sprawniejszych rządów Leowigild oddał Hermenegildowi w zarząd Hiszpanię, a sam pozostał w Galii. Królewicz w tym czasie ożenił się i miał syna. Zamieszkał w Sewilli. Oboje z żoną nie tylko nie przeszli na arianizm, ale ze wszystkich sił popierali Kościół katolicki. To stało się przyczyną konfliktu z ojcem. Leowigild wydał dekret, nakazujący wszystkim poddanym przejście na arianizm (580). Co więcej, zebrał synod i zmusił biskupów, by potwierdzili jego uchwałę. Zaczęło się formalne prześladowanie opornych: skazywano ich na więzienie i banicję. Jednak katolicka Sewilla i jej okolice stawiły zbrojny opór.
    Doszło do wojny domowej, która dla Hermenegilda skończyła się klęską. Cesarz wschodnio-rzymski, który przez wygnanego z kraju św. Leandra przyrzekł pomoc, skuszony okupem zaofiarowanym przez Leowigilda, zostawił katolików samych swemu losowi. Po dwóch latach wojny Hermenegild usiłował ratować się ucieczką do Kordoby. Ojciec zdobył miasto i skazał syna na wygnanie do Walencji. Hermenegild nie czuł się tam jednak bezpieczny i usiłował uciec. Został wszakże pochwycony i uwięziony w Tarragonie. Tu ojciec usiłował wszelkimi sposobami nakłonić syna do odstępstwa od wiary: obietnicami, groźbami, a nawet męką. W roku 586 posłał król do syna, do więzienia, ariańskiego biskupa z Komunią wielkanocną. Jej przyjęcie Leowigild traktował jako znak pogodzenia się z losem i przyjęcia arianizmu. Kiedy zaś Hermenegild stanowczo odmówił, w sam dzień Wielkanocy został zamordowany.
    Krew bohatera nie poszła jednak na marne. Brat św. Hermenegilda, Rekared, po śmierci Leowigilda, która nastąpiła rychło po męczeństwie Hermenegilda, przywrócił katolicyzm w całym państwie.
    O Hermenegildzie pisali opat z Biclaro i św. Izydor z Sewilli (+ 636). Św. Grzegorz I Wielki (+ 604) poświęcił mu osobny rozdział w swoich Dialogach.
    Kult królewicza nie powstał samorzutnie zaraz po śmierci, jak to się zwykle dzieje – na większą skalę rozpoczął się bowiem dopiero w wieku XII. Król Filip II wniósł prośbę do Stolicy Apostolskiej o kanonizację. Dokonał jej papież Sykstus V w 1586 roku – a więc dopiero w 1000 lat po śmierci Świętego. Papież wyznaczył również dzień 13 kwietnia na doroczną pamiątkę i wspomnienie św. Hermenegilda. Papież Urban VIII rozciągnął to wspomnienie na cały Kościół (1636). Także Grecy obchodzą dzień męczeństwa Hermenegilda 30 października, a Ormianie – 29 marca. To piękny i wymowny ślad dawnej jedności Kościoła.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    12 kwietnia

    Święty Juliusz I, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Zenon z Werony, biskup
    Święty Juliusz I

    Juliusz pochodził z Rzymu, był synem Rustyka (Rustykusa). Wstąpił na tron Piotrowy 6 lutego 337 r. po czterech miesiącach sediswakancji (poprzedni papież, św. Marek, zmarł 7 października 336 r.). Podczas jego pontyfikatu zmarł cesarz Konstantyn I Wielki, co zakończyło jedność cesarstwa i jedność polityki wobec papieża. Nastąpił podział cesarstwa i podział Kościoła na wschodni i zachodni. Kościół zachodni popierał nicejskie wyznanie wiary, a Kościół wschodni – wyznanie ariańskie. Między innymi na tym tle doszło do zatargu między biskupami. Juliusz I wystosował wówczas list do biskupów Wschodu, w którym przypomniał o autorytecie i prymacie stolicy rzymskiej, do której należało się zwracać o rozstrzygnięcie sporów. W ten sposób pragnął załagodzić narastające konflikty.
    W 343 r. zwołał synod ekumeniczny w Sadyce (dzisiejsza Sofia). Synod ten ogłosił szereg praw odnoszących się do zwierzchniej władzy biskupa rzymskiego i stworzył możliwość złożonemu z urzędu biskupowi odwołania się do biskupa rzymskiego, który miał potwierdzić wyrok lub zarządzić nowe dochodzenie. W przypadku ponownego odwołania się pokrzywdzonego biskupa zagwarantowano papieżowi głos ostateczny. Juliuszowi I przypisuje się także wydanie dekretów o archiwum i kancelarii w Kościele rzymskim, na wzór ówczesnego cesarstwa, co zapoczątkowało Archiwum Watykańskie. Po raz pierwszy za pontyfikatu Juliusza I wspomina się o urzędzie primicerius notariorum, czyli starszego notariusza Kościoła.
    Papież Juliusz I zbudował dwa kościoły: bazylikę Dwunastu Apostołów (jeden z kościołów stacyjnych Rzymu) i bazylikę Santa Maria in Trastevere (Najświętszej Maryi Panny na Zatybrzu – kościół tytularny trzech polskich kardynałów: w XVI w. Stanisława Hozjusza, który jest w nim pochowany, a w czasach współczesnych Stefana Wyszyńskiego i Józefa Glempa), jak również salę przyjęć w pałacu laterańskim. Zmarł w Rzymie 12 kwietnia 352 r. i został pochowany na cmentarzu Kalepodiusza przy Via Aurelia. W 790 roku papież Hadrian I przeniósł doczesne szczątki św. Juliusza I, razem z relikwiami św. Kaliksta I, do bazyliki Najświętszej Maryi Panny na Zatybrzu.W ikonografii św. Juliusz I jest ukazywany z kościołem lub rulonem pergaminu w dłoni. Jego atrybutami są: paliusz, mitra, katedra, zwój, księga.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    11 kwietnia

    Święta Gemma Galgani, dziewica

    Święta Gemma Galgani
    Gemma przyszła na świat 12 marca 1878 roku w Lucce (Włochy) jako piąte z ośmiorga dzieci aptekarza Henryka Galgani i Aurelii z domu Landi. Chrzest otrzymała następnego dnia po urodzeniu wraz z imionami: Gemma Humberta Pia. Jeszcze jako dziecko została oddana do szkoły sióstr Oblatek Ducha Świętego. Przełożoną tej szkoły była bł. Helena Guerra (+ 1914), założycielka tego zgromadzenia. W ósmym roku życia dziewczynka została dopuszczona do I Komunii świętej i do sakramentu Bierzmowania. W wigilię przyjęcia Pana Jezusa napisała w swoim dzienniczku: “Postaram się, aby każdą spowiedź odprawiać i Komunię świętą przyjmować tak, jakby to był ostatni dzień w moim życiu. Będę często nawiedzać Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, zwłaszcza gdy będę strapiona”.
    Bóg nie oszczędzał jej cierpień. Mając 8 lat straciła matkę. Potem na gruźlicę zachorował jej ukochany brat. Gemma opuściła szkołę i internat sióstr, by oddać się pielęgnacji brata-kleryka, Eugeniusza, czuwając przy nim dzień i noc. Wyczerpana, zupełnie tak osłabła, że odchorowała to przez trzy miesiące. Do pełnego zdrowia nigdy już nie mogła powrócić. Niedługo potem wywiązała się u niej choroba nóg. W czasie operacji, nader bolesnej, ściskała w rękach krzyż. To był dopiero początek doświadczeń. Wkrótce nadeszła śmierć ojca, zupełny krach majątkowy, gruźlica kręgosłupa, zapalenie nerek. Cały rok Gemma przeleżała w łóżku, unieruchomiona gipsowym gorsetem. Wreszcie musiała opuścić własny dom, gdyż było w nim zbyt ciasno. Na prośbę spowiednika przyjęła ją do siebie pewna pobożna niewiasta z rodziny Gianninich. Był moment, że jej stan był już beznadziejny. Poddała się ponownie operacji. Wpatrzona w wizerunek Chrystusa Pana na krzyżu, zniosła ją bez słowa skargi i jęku.
    8 czerwca 1899 r., w wigilię uroczystości Serca Pana Jezusa, Gemma otrzymała dar stygmatów, czyli odbicia ran Pana Jezusa. Sama tak o tym napisała: “Był wieczór, ogarnął mnie ogromny żal za grzechy, jakiego dotąd nie odczuwałam. Uświadomiłam sobie równocześnie wszystkie cierpienia, jakie Pan Jezus poniósł dla mego zbawienia. I oto znalazłam się w obecności mej Matki. Po Jej prawej ręce stał Anioł Stróż. Kochająca Matka nakazała mi wzbudzić żal serdeczny za grzechy, a gdy to uczyniłam, zwróciła się do mnie ze słowami: «Córko, w imię Jezusa masz odpuszczone grzechy. Jezus, mój Syn, bardzo cię ukochał i pragnie dać ci dowód swojej szczególnej łaski. Czy zechcesz okazać się jej godną? Ja ci będę Matką. Czy chcesz mi się okazać prawdziwą córką?» Po czym rozchyliła swój płaszcz i okryła mnie nim. W tej chwili ukazał mi się Pan Jezus. Jego wszystkie rany były otwarte, lecz zamiast krwi wydobywały się z nich płomienie. Natychmiast te płomienie dotknęły moich dłoni, stóp i serca. Miałam wrażenie, że z bólu umieram, i gdyby mnie nie podtrzymała Matka Boża, byłabym upadła na ziemię. Gdy przyszłam do siebie, stwierdziłam, że klęczałam na podłodze. W rękach, w stopach i w sercu wciąż odczuwałam przejmujący ból. Kiedy się podniosłam, zauważyłam, że miejsca, w których odczuwałam ból, silnie krwawią. Okryłam je, jak mogłam, i przy pomocy Anioła Stróża dowlokłam się do łóżka (…). Boleści ustały dopiero w piątek o godzinie trzeciej po południu”. Odtąd stygmaty odnawiały się u Gemmy regularnie, co tydzień. Rany krwawiły od wieczoru w czwartek, kiedy przeżywała mękę Zbawiciela, aż do godz. 15 w piątek. Wtedy przestawały krwawić i natychmiast zasklepiały się. Dwa lata później Gemma została naznaczona kolejnymi stygmatami: korony cierniowej i śladów biczowania.
    W roku 1902, w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, Gemma zachorowała śmiertelnie. Po chwilowym polepszeniu się zdrowia, nastąpiło gwałtowne pogorszenie. Wezwany spowiednik udzielił jej ostatnich sakramentów. Agonia miała jednak trwać jeszcze przez szereg długich miesięcy, bo aż do 11 kwietnia 1903 roku. W Wielką Środę Gemma przyjęła wiatyk, a w Wielką Sobotę koło południa, mając zaledwie 25 lat, zmarła. Na kilka lat przed śmiercią Gemma zapoznała się z zakonem pasjonistów, któremu założyciel, św. Paweł od Krzyża, wyznaczył jako pierwszy cel słodkie rozważanie męki Pana Jezusa i rozpowszechnianie tego nabożeństwa wśród wiernych Kościoła. Spowiednikami i kierownikami duchowymi św. Gemmy byli pasjoniści. Na ręce jednego z nich złożyła także cztery śluby, właściwe zakonowi.
    Papież Pius XI zaliczył Gemmę do chwały błogosławionych w 1933 roku, a papież Pius XII w roku 1940 dokonał jej kanonizacji. Powodem uznania jej świętości stało się świadome, milczące przyjęcie cierpienia. Atrybutem świętej jest lilia. Jest patronką studentów i aptekarzy. W Lucca, w klasztorze pasjonistów, można oglądać skromne sprzęty, których używała św. Gemma, oraz narzędzia pokuty, lekturę, fotografie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    ŚWIĘTA GEMMA GALGANI – CZYLI SZALEŃSTWO KRZYŻA

    DZIECIŃSTWO ŚWIĘTEJ GEMMY

    Urodziła się 12 marca 1878 w okolicach Lukki, w Borgonuovo, jako piąte z ośmiorga dzieci, w rodzinie Henryka i Aurelii Galganich. Nazajutrz została ochrzczona. Imię Gemma oznacza po włosku klejnot. Matka martwiła się, iż imienia tego nie nosiła żadna ze świętych, ale zaprzyjaźniony z nią ksiądz pocieszał ją, iż może to oznaczać, że dziecko stanie się pewnego dnia rajskim klejnotem.

    Zaledwie w miesiąc po jej narodzinach cała rodzina przeniosła się do miasta, na ulicę Borghi. Pod czułą opieką matki i Carlotty Landucci, która uczyła ją pisać i czytać, w wieku pięciu lat odmawiała już oficjum ku czci Najświętszej Maryi Panny, a także za zmarłych, z łatwością dorosłej osoby. Matka przed swą przedwczesną śmiercią zaszczepiła w niej pragnienie nieba i nauczyła wiele o Bogu.

    Pewnego dnia zastano Gemmę w pokoju, klęczącą przed obrazem Najświętszego Serca Maryi. Modliła się w skupieniu, ze złożonymi rękoma. Wujek, który ujrzał tę scenę był nią uderzony i zapytał ją cicho: „Co ty tu robisz?” Dziewczynka odpowiedziała: „Odmawiam Zdrowaś Maryjo. Pozwól mi się modlić.”

    Był jakiś dziwny wdzięk w tej dziewczynce już oddanej oczyszczającemu i oświecającemu działaniu Ducha Świętego. Zachowała ten wdzięk, który przemieniał jej oblicze aż do śmierci, 11 kwietnia 1903 r. Miała zaledwie 25 lat: życie krótkie, lecz wypełnione zjawiskami mistycznymi o wielkiej różnorodności.

    PIERWSZE DOŚWIADCZENIA BOGA

    Pierwsze nadprzyrodzone doznanie miało miejsce najprawdopodobniej około 26 maja 1885 r. Gemma tak to opisała: „Uczestniczyłam najlepiej jak potrafiłam we Mszy św. i modliłam się za mamę, kiedy nagle jakiś głos powiedział mi w sercu: „Czy zechcesz mi dać twoją mamę?” „Tak, odpowiedziałam, pod warunkiem, że mnie też weźmiesz, razem z nią” „Nie – mówił dalej głos – ty na razie musisz zostać z tatą. Ja ją zaprowadzę do Nieba. Oddaj mi chętnie twoją mamę.” Musiałam przytaknąć… Kiedy po mszy św. wróciła do domu rozpłakała się na widok mamy.

    Mama odeszła z tego świata w wieku 39 lat, dotknięta gruźlicą bardzo rozpowszechnioną w tamtej epoce, we wszystkich regionach. Po śmierci matki Gemma została powierzona na jakiś czas cioci, Helenie Landi. Był to okres duchowego osamotnienia młodej sieroty, pomimo uprzejmości tej oddanej osoby, która podziwiała głęboko siostrzenicę.

    Gemma kontynuowała naukę. Od początku 1887 roku rozpoczęła ją w pensjonacie Instytutu Oblatek Ducha Świętego, nazywanym zwyczajowo w Lukka Instytutem św. Zyty.

    Gemma korzystała tu z atmosfery głęboko religijnej i zrównoważonej. Jej dusza znalazła klimat sprzyjający, który pozwolił łasce przynieść owoce.

    PIERWSZA KOMUNIA ŚWIĘTA

    19 czerwca 1887 r. Gemma przystąpiła po raz pierwszy do Komunii św. W przeddzień wieczorem napisała do swego ojca: „Mój drogi ojcze, jesteśmy w przededniu mojej pierwszej Komunii Świętej, dla mnie dnia nieskończonego szczęścia. Proszę cię o przebaczenie za troski, jakich ci przysporzyłam i proszę cię dziś wieczór, abyś o wszystkim zechciał zapomnieć…”

    Dla Gemmy to spotkanie z Jezusem Eucharystycznym było jednym z najważniejszych wydarzeń jej krótkiego życia. W swoim dzienniku napisała: „Postaram się każdą spowiedź odprawiać i Komunię św. przyjmować tak, jakby to był ostatni dzień w moim życiu. Będę często nawiedzać Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, zwłaszcza gdy będę strapiona…”

    Po latach zaś napisała: „Nie sposób opisać tego, co w owym momencie zaszło pomiędzy mną a Jezusem. Sprawił, że bardzo silnie odczułam Go w mej duszy. Uświadomiłam sobie wtedy, że rozkosze niebieskie różnią się od ziemskich, i ogarnęło mnie pragnienie utrwalenia tego mojego związku z Bogiem wiecznym”.

    SZKOŁA

    Po tym wielkim wydarzeniu Gemma odnalazła na nowo rytm życia Instytutu świętej Zyty.

    „Wyróżniała się od innych inteligencją – oświadczyła siostra Julia Sestini. Szczególnie łatwo uczyła się francuskiego i miała zdolności matematyczne.” Gemma zaś w tym okresie zanotowała: „Czuję, jak rodzi się w mojej duszy wielkie pragnienie poznania w szczegółach całego życia i Męki Jezusa.”

    To pragnienie poznania Męki Jezusa rozwinęło się najpierw na terenie szkoły. W wieku 13 lat Gemma była już duszą spragnioną Boga. Także rekolekcje, w jakich uczestniczyła w 1891 r., były dla niej okazją do autentycznego wzrostu duchowego.

    „Pojęłam, że Jezus zsyłał mi okazję do dobrego poznania samej siebie i do większego oczyszczenia mnie, abym Mu się bardziej podobała.”

    Gemma poszukiwała samotności, skupienia, gdyż potrafiła w nim znaleźć „samego Jezusa”. Obecność Boga tak ją pochłaniała, że coraz bardziej wspólnotowe życie stawało się dla niej przykre. Siostra Julia troskliwie czuwała, aby młoda uczennica zachowała doskonałą równowagę.

    Gemma była bardzo lubiana, tak przez nauczycieli, jak i przez koleżanki. Mimo iż cicha i pełna rezerwy, zawsze gotowa była obdarzyć każdego przyjaznym uśmiechem. Będąc z natury dzieckiem bystrym i żywym, już jako uczennica, przejawiała ogromną samodyscyplinę, panując nad swymi emocjami. Przełożona sióstr poprosiła kiedyś nauczycielkę Gemmy i całą klasę o modlitwę za konającego, który odmawiał przyjęcia Sakramentów. Kiedy modlitwa dobiegła końca, Gemma wstała, podeszła do nauczycielki i szepnęła jej na ucho: „Zostałyśmy wysłuchane”. Tego samego dnia, wieczorem, dotarła do nich wiadomość, że człowiek rzeczywiście nawrócił się i przed śmiercią odnalazł pociechę w wierze.

    Mimo iż uczyła się dobrze, chroniczna choroba zmusiła ją do przedwczesnego opuszczenia szkoły. Do końca swych dni miała kłopoty ze zdrowiem.

    WRAŻLIWOŚĆ NA NĘDZĘ

    Gemma była wrażliwa na ludzką nędzę. Opowiada: „Za każdym razem, kiedy wychodziłam z domu prosiłam mojego ojca o pieniądze, a gdy odmawiał prosiłam, aby mi pozwolił zabrać chleb, mąkę albo inne rzeczy. Zawsze na swojej drodze spotykałam biedaków. Tym, którzy przychodzili do domu dawałam ubrania i wszystko, co miałam pod ręką, lecz szybko mój spowiednik mi tego zakazał… Kiedy wychodziłam z domu spotykałam samych biedaków i oni wszyscy biegli za mną. Nie miałam im co dać. Płakałam z tego powodu stale ze smutku.”

    UMIŁOWANIE KRZYŻA

    Od najmłodszych lat matka często pokazywała jej krzyż. W ten sposób Gemma żyła w bliskości Męki Jezusa. Z roku na rok pragnienie tej bliskości w niej rosło.

    Całe życie Gemmy pełne było doświadczeń mistycznych i specjalnych dowodów łaski. Częstokroć spotykały się one z niezrozumieniem, a nawet z drwinami. Znosiła to jako jedną z form pokuty, pamiętając, że Pana naszego również nie wszyscy rozumieli, a niejeden z Niego drwił.

    POCZĄTEK TRUDNOŚCI

    Rok 1897 był dla niej i dla całej rodziny „bolesny”. Henryk Galgani – dobrze prosperujący farmaceuta – ciężko zachorował. Wcześniej każdy korzystał z jego wspaniałomyślności: jedni pożyczali od niego pieniądze, nie troszcząc się o zwrot, inni nie płacili za dzierżawę fermy. Powoli rodzina została całkowicie zrujnowana i wpadła w największą nędzę.

    Gemma zaczęła poznawać mękę Jezusa, nie tylko z opowiadań, nad którymi lubiła rozmyślać, lecz przede wszystkim poprzez wydarzenia, jakie wnikały w nią jak płomienie.

    DZIAŁANIE ANIOŁA

    Gemma często widywała swego Anioła Stróża, utrzymywała z nim bardzo bliski kontakt. Czasem Anioł chronił ją i pocieszał, niekiedy udzielał rad, a nawet ganił surowo za jej wady, mówiąc: „Wstyd mi za ciebie”. Czasem słyszano, jak się z Nim spierała, tak że nawet jej duchowy opiekun, o. Germano, przypominał jej, iż rozmawia z błogosławionym duchem, któremu winna jest szacunek.

    Pierwsze widzialne działanie Anioła Stróża zanotowano we wrześniu 1895 r. Gemma otrzymała złoty zegarek i cieszyła się, że wyjdzie przyozdobiona tą „biżuterią”. Po jej powrocie do domu ukazał się jej Anioł, mówiąc: „Pamiętaj, że kosztownymi przedmiotami, które służą do przyozdobienia się oblubienicy dla ukrzyżowanego Króla, mogą być wyłącznie ciernie i krzyż.”

    Ogarnięte bojaźnią serce Gemmy przeczuło teraz, czym się miała stać: oblubienicą ukrzyżowanego Króla. Napisała: „Chcę iść za Tobą, Jezu, za cenę wszelkiego bólu, chcę iść za Tobą z gorliwością.”

    Wzmianki o Aniele Stróżu znajdują się na niemal każdej stronie dziennika Gemmy. Opisała kiedyś, że diabeł bił ją w ramię przez prawie pół godziny. „Potem przyszedł mój Anioł Stróż i zapytał, co się dzieje; błagałam go, by spędził ze mną tę noc, on jednak odpowiedział: Muszę iść spać. „Nie – powiedziałam. – Aniołowie Jezusa nie sypiają!” „A jednak – stwierdził uśmiechając się – powinienem odpocząć. Gdzie mnie położysz?” Prosiłam, by pozostał blisko mnie. Poszłam do łóżka; potem miałam wrażenie, że rozpostarł skrzydła i uniósł się nad moją głową. Rano jeszcze był”.

    Jedną z najbardziej zadziwiających rzeczy jest fakt, iż Gemma często wysyłała swego Anioła Stróża, zazwyczaj do Rzymu. Prosiła go, by doręczył ojcu Germano list lub jakieś ustne przesłanie. Odpowiedzi nierzadko doręczał Anioł Stróż owego kapłana. Uświadamiając sobie, jakie to niezwykłe, ojciec Germano prosił Niebo o znak, iż jest to zgodne z wolą Bożą.

    Po śmierci Gemmy napisał: „Iluż próbom nie poddawałem tego fenomenu, by się upewnić, że mam do czynienia z nadnaturalną interwencją! A jednak żadna z moich prób nie dała wyniku negatywnego; coraz bardziej nabierałem przekonania, że to, jak i wiele innych nadzwyczajnych zjawisk związanych z jej życiem, dowodziło, iż niebu sprawia radość zabawa z tą niewinną i wspaniałą panną”.

    ŚMIERĆ PANA GALGANI

    Dla Gemmy i jej rodziny sytuacja stała się niepokojąca nazajutrz po śmierci pana Galgani. Napisała ona wtedy: „Po śmierci mojego ojca zostaliśmy bez niczego. Nie mieliśmy już za co żyć.”

    Od początku r. 1898 rodzina Galgani zamieszkała pod numerem 13 na ulicy Viscione w dzielnicy ludowej. A dziewiętnastoletnia Gemma zastąpiła siedmiu siostrom i braciom matkę. Kiedy starsi dorośli na tyle, by dzielić z nią obowiązki, ona przez krótki czas mieszkała z ciotką. Chociaż płaciła dobrem za każdy przejaw miłości ze strony ciotki i wujka, nie najlepiej znosiła ich bogate życie towarzyskie. Często bywali w mieście, zachęcając Gemmę, by wraz z nimi korzystała z życia, na które mogli sobie pozwolić.

    Oświadczyło się jej też dwóch młodzieńców. Ale Gemma pragnęła ciszy i spokoju, ponad wszystko przedkładając modlitwę i rozmowę z Bogiem. Po powrocie do domu Gemma niemal od razu zachorowała na zapalenie opon mózgowych. Traciła stopniowo słuch i włosy. Ręce i nogi miała całkowicie sparaliżowane. Żaden z dostępnych wówczas leków nie był w stanie jej pomóc, pozostawała więc przykuta do łóżka przez prawie rok. Ale martwiło ją jedynie to, że sprawia kłopot opiekującym się nią krewnym.

    Wieści o heroicznej cierpliwości dziewczyny rozniosły się po mieście i wielu ludzi przychodziło ją pocieszyć. Dla każdego potrafiła znaleźć uśmiech i serdeczne słowo, jednak choroba postępowała…

    „Pewnego wieczoru – opowiada – bardziej zaniepokojona niż zwykle skarżyłam się Jezusowi, że skończę nie mogąc się wcale modlić, jeśli mnie nie uzdrowi. Pytałam, dlaczego pozostawiał mnie tak chorą. Wtedy Anioł mi odpowiedział: ‘Jeśli Jezus umartwia twoje ciało, to czyni tak, aby lepiej oczyścić twoją duszę.’

    Rano 3 marca 1899 r. Gemmę odwiedził jej spowiednik, prałat Volpi. Napisała: „Wyspowiadałam się i rano, wciąż przykuta do łóżka przyjęłam Komunię świętą. O, słodkie chwile, jakie spędziłam z Jezusem… odnowiłam moje przyrzeczenia Jezusowi, który mnie zapytał: ‘Gemmo, czy chcesz wyzdrowieć?’ Łaska została mi udzielona. Wyzdrowiałam.”

    PO UZDROWIENIU GEMMY

    Teraz życie powróciło do normalnego biegu. Gemma zbyt osłabiona z powodu choroby musiała na siebie uważać, lecz jej nadprzyrodzona gorliwość niosła ją pod tabernakulum. Każdego ranka śpieszyła przyjąć Jezusa, który napełniał ją tyloma łaskami.

    Pisała: „W drugi piątek marca 1899 r. wyszłam po raz pierwszy przyjąć Komunię św. I od tej chwili nigdy jej nie opuściłam…”

    Jezus obecny w Eucharystii stawał się dla Gemmy biegunem całego życia duchowego.

    Znajdując się przed wizerunkiem Serca Jezusa Gemma powiedziała Mu kiedyś: „O, mój Jezu, chciałabym tak bardzo Cię kochać, nie wiem jednak, jak to uczynić!” Usłyszałam głos – zapisała – który mi mówił: „Czy chcesz zawsze kochać Jezusa? Zatem nie przestawaj ani na chwilę cierpieć dla Niego. Krzyż jest tronem prawdziwie kochających Jezusa. Krzyż jest dziedzictwem wybranych w tym życiu.”

    GODZINA STYGMATÓW

    Życie wypełnione modlitwą i poszukiwaniem swego powołania, oczyszczeniem przez chorobę i codziennymi umartwieniami zostało ukoronowane największą łaską, która zaważyła na całym jej dalszym życiu.

    W oktawie Bożego Ciała, wieczorem 8 czerwca 1899, po powrocie do biednego domu przy ulicy Biscione, Gemma przyjęła łaskę najsłodszą i najstraszliwszą: ujrzała jak na jej ciele odciskają się święte znaki Męki, żywe odbicia ran Chrystusa. Była to również wigilia Uroczystości Najświętszego Serca Jezusa.

    „Poczułam wewnętrzny ból z powodu moich grzechów. Nigdy nie odczuwałam tego tak silnie jak wtedy. Ten ból niemal mnie przygniatał, jakbym miała umrzeć. Czułam jakby w tym uczestniczyły wszystkie władze duszy: rozum nie wiedział, że moje grzechy obrażały Boga; pamięć wszystkie je przede mną stawiała i sprawiała, że widziałam wszystkie udręki, jakie Jezus przeszedł, aby mnie zbawić; wola nakłaniała mnie, aby je wszystkie znienawidzić i obiecać, że wycierpię wszystko, żeby je wynagrodzić. Mnóstwo myśli przelatywało mi przez głowę. To były myśli bolesne, kochające, bojaźliwe, pełne nadziei i ufności. Kiedy się uspokoiłam, weszłam w stan ekstazy i ujrzałam Niebieską Mamę, która miała po swej prawicy mojego Anioła Stróża, który nakazał mi odmówienie aktu żalu. Kiedy to uczyniłam, Mama Niebieska skierowała do mnie te słowa: „Córko, w imię Jezusa, są ci odpuszczone wszystkie grzechy.” Potem dodała: „Jezus, mój Syn tak bardzo cię kocha, że chce cię obdarzyć łaską. Czy potrafisz być jej godna?”

    W mojej nędzy nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Ona zaś dodała: „Ja będę ci Matką, a czy ty będziesz umiała być mi prawdziwą córką?” Ujęła swój płaszcz i okryła mnie nim. W tej samej chwili ukazał się Jezus, który miał otwarte wszystkie rany. Z jego ran jednak nie płynęła już krew, lecz strumienie ognia, które dotknęły moich dłoni, stóp i serca. Odczułam, że umieram. Upadłam na ziemię, lecz Mama mnie podniosła i znowu okryła mnie swoim płaszczem. Na kilka godzin pozostałam w takiej pozycji. Potem Mama pocałowała mi czoło i wszystko znikło. Odczuwałam jednak nadal silny ból w stopach, dłoniach i sercu. Wstałam, aby się położyć i zauważyłam, że z miejsc, które mnie tak bolały płynie krew. Owinęłam te miejsca i potem, wspomagana przez Anioła Stróża położyłam się. Ból i udręki, jakie mi wcześniej dokuczały, zastąpił doskonały pokój. Rankiem ledwo trzymałam się na nogach, aby iść przyjąć Komunię św. Włożyłam rękawiczki, aby zakryć dłonie. Ledwie powłóczyłam nogami. Sądziłam, że lada chwila umrę. Jakiż ból towarzyszył mi w ten piątek, w Uroczystość Najśw. Serca Jezusa.”

    Potem pokazała stygmaty jednej z ciotek, mówiąc: „Popatrz tylko, co zrobił mi Jezus!”

    W każdy czwartkowy wieczór Gemma wchodziła w stan ekstazy i wtedy znów pojawiały się te ślady. Stygmaty utrzymywały się do piątkowego wieczoru lub sobotniego ranka. Potem krwawienie ustawało, rany zasklepiały się, a miejsce głębokich ran zajmowały białe blizny. W późniejszym okresie jeden z opiekunów duchowych Gemmy zwrócił się do przedstawicieli nauki, prosząc o zbadanie jej stygmatów. Zgodnie z przewidywaniami Gemmy, lekarz uznał je za swoisty objaw choroby: urojenie zbyt pobożnej duszy.

    Stygmaty Gemmy przestały się pojawiać po roku. Opiekun duchowy zabronił jej przyjmowania tej łaski, wymodliła więc to, że znamiona Męki Jezusa ustąpiły, chociaż białe ślady widoczne były aż do dnia jej zgonu.

    Dzięki pomocy spowiednika Gemma zamieszkała z rodziną o nazwisku Giannini w Lukka, gdzie mogła więcej czasu poświęcać życiu duchowemu.

    Prałat Volpi polecił Cecylii Giannini, aby jak najbliżej siebie trzymała Gemmę – gdyż było dla niej konieczne, żeby była otoczona troską, a równocześnie ukryta przed światem. Rodzina, która liczyła wtedy jedenaścioro dzieci, przyjęła Gemmę jako dwunaste dziecko.

    W ich domu w Lukka do dziś czuje się niewidzialną obecność Gemmy. Ona sama odczuwała wielką wdzięczność wobec tej przybranej rodziny i niejeden raz słyszano, jak trwając w ekstazie, modliła się za jej członków. Radośnie wypełniała obowiązki domowe i pomagała w nauce dzieciom swych gospodarzy. To, co Gemma mówiła w ekstazie, jest dość dobrze udokumentowane. W tym stanie uniesienia dusza tak bardzo zespala się z Bogiem, że normalna aktywność zmysłów ulega zawieszeniu. Spowiednik oraz krewna przybranej rodziny, Cecylia, często słuchali słów Gemmy i zapisywali jej rozmowy z Niebem.

    Ojciec Germano słyszał kiedyś, jak się spierała z Najwyższym Sędzią o kwestię zbawienia pewnej duszy. Mówiła: „Szukam nie Twej sprawiedliwości, ale Twej łaski. Wiem, że przez niego roniłeś łzy, ale….nie możesz myśleć o jego grzechach. Musisz myśleć o Krwi, którą przelałeś. Odpowiedz mi teraz, Jezu; powiedz, że zbawiłeś mojego grzesznika”.

    Gemma podała nazwisko człowieka, o którego się modliła. Tuż potem zawołała radośnie: „Został zbawiony! Zwyciężyłeś; Jezu zawsze tak triumfuj”.

    Potem stan uniesienia ustąpił. Ledwie o. Germano opuścił pokój, usłyszał pukanie. Jakiś obcy chciał z nim rozmawiać. Kiedy człowiek znalazł się przed kapłanem, upadł na kolana zalewając się łzami: „Ojcze, chcę się wyspowiadać”. Kapłan ze zdumieniem stwierdził, że ma do czynienia z „grzesznikiem Gemmy”.

    Podczas badania jej apostolstwa wszyscy świadkowie zeznawali, iż w sposobie jej bycia nie było sztuczności. Kiedy kończył się stan ekstazy, powracała do normalnego życia, cicho i radośnie, zajmując się sprawami domu. Większość tych, którzy ją znali, nie miała pojęcia o wielu surowych pokutach, jakie sobie zadawała, i ofiarach, jakie podejmowała. Nieliczni mieli ten przywilej, iż uświadamiali sobie, jak bardzo została wyróżniona. Pomimo wszystkiego, co się jej przytrafiło, Gemma umiała znaleźć w tej trudnej drodze życia prawdziwą radość. Powiedziała kiedyś: „Kiedy jesteśmy ściśle związani z Jezusem, nie ma ani krzyża, ani smutku”.

    «Nikt nie umierał tak jak Gemma…»

    W styczniu 1903 r. wykryto u niej gruźlicę. Ażeby uchronić jej przybraną rodzinę, Gemmę odizolowano w niewielkim mieszkaniu niedaleko domu Gianninich. Przez cztery miesiące bez słowa skargi znosiła chorobę. Zmarła cicho, w obecności księdza z miejscowej parafii, 11 kwietnia. Ksiądz ten powiedział podczas przesłuchania: „Wielokrotnie stawałem przy łożu śmierci, nigdy jednak nie widziałem nikogo, kto by umierał tak jak Gemma; nie zapowiadając tego żadnym gestem, żadną łzą ani nawet urywanym oddechem. Umarła z uśmiechem, który pozostał na jej wargach; nie mogłem uwierzyć, że naprawdę nie żyje”.

    Za życia łączyły ją ścisłe powiązania z zakonem Męki Pańskiej, nie tylko z racji jej duchowości pasyjnej, ale i dlatego, że za życia pozostawała pod duchowym kierownictwem świątobliwego pasjonisty o. Germana Ruoppoli. Po śmierci jej ciało spoczęło w kościele Sióstr Pasjonistek w Lukka i to pasjoniści prowadzili jej proces kanonizacyjny, gdy władze Kościoła zaczęły badać życie Gemmy od r. 1917. Beatyfikował ją Pius XI w 1933 r. Dekret zatwierdzający wymagane do kanonizacji cuda został odczytany 26 marca 1939 r.– w Niedzielę Wielkanocną. Gemmę Galgani kanonizował Pius XII 2 maja 1940 roku, w trzydzieści siedem lat po jej śmierci.

    W marcu 1901 r. Gemma napisała do prałata Volpi o tym, co Jezus powiedział jej tego samego dnia: „Bądź pewna, że to ja, Jezus, mówię do ciebie, a za kilka lat, przez moje działanie, będziesz świętą, dokonasz cudów i dostąpisz chwały ołtarzy.” Wspomnienie tej młodej świętej Kościół obchodzi 16 maja.

    Vox Domini

    Na podst. artykułu „La folie de la Croix” André Castella. Stella Maris, nr 390, str. 9-10 oraz informacji internetowych oficjalnych stron włoskich poświęconych św. Gemmie.

    ***


    10 kwietnia

    Święty Fulbert z Chartres, biskup

    Święty Fulbert z Chartres
    Fulbert urodził się w 960 r. w ubogiej rodzinie. Przypuszcza się, że pochodził z Poitiers. Uczył się w szkole katedralnej w Reims. Jego mistrzem był Gerbert, późniejszy papież Sylwester II. Około 990 r. Fulbert przybył do Chartres, by podjąć pracę nauczyciela w szkole katedralnej, którą wkrótce uczynił ośrodkiem kulturalnym Francji. Został mianowany kanonikiem i kanclerzem tamtejszej kurii biskupiej. Po śmierci biskupa Raula wybrano Fulberta jego następcą (1006).
    Był aktywny w wielu dziedzinach życia publicznego, kulturalnego i kościelnego. Swoją wiedzą, gorliwością, a przede wszystkim umiejętnością obcowania z ludźmi rychło pozyskał sobie serca wiernych i duchowieństwa. Król francuski, Robert II Pobożny, nieraz zasięgał jego rady. Fulbert dbał o administrację kościelną i wyróżniał się jako doskonały gospodarz diecezji. Był wnikliwym teologiem, łączył mądrość ze świętością. Po pożarze, jaki nawiedził katedrę, odnowił ją tak okazale, że dzisiaj należy do podziwianych arcydzieł budownictwa sakralnego.
    Dbał także o podniesienie poziomu szkolnictwa, z którego na pierwszym miejscu korzystali przyszli kandydaci do stanu duchownego. Odnowił w tym celu szkołę katedralną i postawił ją na tak wysokim poziomie, że przewyższała sławą nawet szkołę w Reims. Zwalczał symonię (handel godnościami kościelnymi i dobrami duchowymi) oraz inne nadużycia, jakie od lat występowały w Kościele. Wyróżniał się szczególnym darem jednania zwaśnionych. Dlatego często w różnych sporach brano go za rozjemcę. Miał szczególne nabożeństwo do Matki Bożej, która przywróciła mu zdrowie w ciężkiej chorobie.
    Fulbert zostawił po sobie także szereg cennych pism. Wśród nich wyróżniają się kazania i traktaty teologiczne. Był również uzdolnionym poetą łacińskim, autorem pięknych hymnów. Najcenniejsze jednak są listy, które pozwalają poznać głębiej jego osobowość, ideały i działanie. Równocześnie dają nam wgląd w ówczesną, ciekawą epokę.
    Fulbert zmarł 10 kwietnia 1028 r. w wieku ok. 68 lat.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    9 kwietnia

    Święty Gaucheriusz, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Maria, żona Kleofasa
    Święty Gaucheriusz
    Gaucheriusz (Walter) urodził się w Meulan-sur-Seine we Francji. Otrzymał staranne chrześcijańskie wychowanie oraz klasyczne wykształcenie. Kiedy przyjął święcenia kapłańskie, poczuł wielką tęsknotę za życiem pustelniczym. Porzucił świat i razem ze swoim przyjacielem Germondem zamieszkiwał w regionie Limoges, gdzie prowadzili samotne życie. Z biegiem czasu zaczęła tworzyć się wokół nich wspólnota, której Gaucheriusz nadał regułę św. Augustyna i wybudował dla niej klasztor w Aureil. Wspólnota ta wydała wielu świętych i uczonych mężów, między innymi św. Lamberta, Faucheriusza i Stefana z Grammont.
    Gaucheriusz zmarł w wieku 80 lat w roku 1140 w Aureil na skutek upadku z konia. Kanonizowano go w 1194 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    8 kwietnia

    Święty Dionizy, biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Walter z S. Martino di Pontoise, opat
    Święty Dionizy
    Dionizy był w II w. biskupem w Koryncie. Informacje o nim czerpiemy z pism św. Hieronima i Euzebiusza z Cezarei. Ten ostatni wychwala wielką gorliwość pasterską św. Dionizego. Według niego Dionizy miał zostawić 8 cennych listów do różnych biskupów. W Liście do Rzymian wysławia papieża, św. Sotera: “Rzymianie utrzymują zwyczaje ojców: wasz błogosławiony biskup Soter je nie tylko utrzymał, ale i poszerzył, dzieląc się z braćmi [ze wszystkich stron] dostatkiem, którym sam był obdarzony, i błogosławiąc słowem tych, którzy się do niego zwracają, jak ojciec do dzieci…”. W pozostałych listach zwraca się m.in. do Lacedemończyków, Ateńczyków, Nikomedyjczyków, Rzymian, mieszkańców Krety. Są one źródłem wiedzy o zasadach wiary i moralności wczesnego chrześcijaństwa.
    Na Wschodzie Dionizy odbiera cześć jako męczennik. Krzyżowcy za czasów Innocentego IV (+ 1254) przewieźli ciało św. Dionizego do Rzymu i oddali pod opiekę klasztoru pod wezwaniem Świętego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    7 kwietnia

    Święty Jan Chrzciciel de la Salle, prezbiter

    Święty Jan de la Salle

    Jan urodził się w Reims 30 kwietnia 1651 r. w podupadłej rodzinie książęcej jako najstarszy z jedenaściorga rodzeństwa. Straciwszy rodziców, przerwał studia na paryskim uniwersytecie i w seminarium, aby zająć się najbliższą rodziną. Po pewnym czasie kontynuował naukę. W wieku 27 lat przyjął święcenia kapłańskie. W trzy lata potem na uniwersytecie w Reims zdobył doktorat z teologii (1680). Zaraz po święceniach otrzymał probostwo. Powierzono mu także kierownictwo duchowe nad szkołą i sierocińcem, prowadzonym przez Siostry od Dzieciątka Jezus (terezjanki). Jan postarał się w Rzymie o zatwierdzenie zgromadzenia zakonnego tych sióstr. Bardzo bolał na widok setek sierot, pozbawionych zupełnie pomocy materialnej i duchowej. Gromadził ich na swej plebanii, której część zamienił na internat. Następnie na użytek biednych dzieci oddał swój rodzinny pałac.
    Ponieważ sam był zajęty duszpasterstwem, dlatego musiał szukać ochotników, by mu w tej pracy dopomogli. Oni to, pod kierunkiem Jana, zajmowali się wychowaniem i kształceniem dziatwy. Pobożne panie zajmowały się ich żywieniem. Kiedy ani plebania, ani dom rodzinny nie mogły pomieścić przygarniętych, ks. Jan za pieniądze parafialne i otrzymane od pewnej zamożnej kobiety zakupił osobny obszerny dom. Napisał też regulamin, by praca mogła iść sprawnie.
    Z tych ofiarnych pomocników wyłoniło się z czasem zgromadzenie zakonne pod nazwą Braci Szkół Chrześcijańskich (braci szkolnych). Za jego początek przyjmuje się dzień 24 czerwca 1684 roku. Jan miał wówczas zaledwie 31 lat. Stworzył wiele typów szkół – podstawowe, wieczorowe, niedzielne, zawodowe, średnie, seminaria nauczycielskie. Nauka w nich była bezpłatna. Na polu pedagogiki Jan zajmuje więc poczesne miejsce. W swoich szkołach wprowadził na pierwszym miejscu język ojczysty, podczas gdy dotychczas powszechnie uczono w języku łacińskim. Zniósł kary fizyczne, tak często stosowane w szkołach w tamtych czasach, a kary moralne ograniczył do minimum. Pierwszeństwo dał wychowaniu religijnemu, które oparł na chrześcijańskiej miłości i poszanowaniu godności człowieka, także dziecka.
    W roku 1681 powstała pierwsza szkoła założona przez Jana w Reims (1681), kolejna powstała w Paryżu (1688), potem także m.in. w Lyonie i w Rouen. W sto lat potem cała Francja była pokryta szkołami lasaleńskimi. Do rewolucji francuskiej (1789) w samej Francji zgromadzenie posiadało 126 szkół i ponad 1000 członków. Dzisiaj Bracia Szkolni mają swe szkoły w prawie 90 krajach.
    Jan de la Salle zostawił po sobie bezcenne pisma. Najwybitniejsze z nich to Zasady dobrego wychowania, które doczekało się ponad 200 wydań; nadto Rozmyślania, Wskazania, jak prowadzić szkoły i Obowiązki chrześcijanina. Bezcenne dla poznania ducha lasaleńskiego są także jego listy.
    Jan zmarł po krótkiej chorobie 7 kwietnia 1719 r. Pozostawił po sobie pisma, które przez długi okres należały do kanonu dydaktyki. Beatyfikował go Leon XIII w 1888 roku. On też wyniósł go uroczyście do chwały świętych w roku 1900. Pius XII ogłosił św. Jana de La Salle patronem nauczycieli katolickich (1950). Ciało św. Jana, zbezczeszczone w czasie rewolucji francuskiej w roku 1793, dla bezpieczeństwa przeniesiono do Belgii, a w roku 1937 złożono przy domu generalnym zakonu w Rzymie. Można tu również zobaczyć katedrę, z której wykładał Święty, jego strój, paramenty liturgiczne, przedmioty pokutnicze i rzeczy codziennego użytku.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    6 kwietnia

    Błogosławiona Pierina Morosini,
    dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Wilhelm z Paryża, opat
      •  Święty Prudencjusz, biskup
    Błogosławiona Pierina Morosini
    Pierina przyszła na świat w dniu 7 stycznia 1931 roku w Fiobbio koło Albino, w Lombardii. Nazajutrz po urodzeniu rodzice zanieśli ją do chrztu. Jej ojciec, Rocco Morosini, był nocnym stróżem w jednej z miejscowych fabryk, a matka, Sara Noris, zajmowała się rodziną liczącą dziewięcioro dzieci. Pierina była pierworodną córką. Rodzina była pełna modlitwy, której dzieci nauczyły się od bardzo religijnych rodziców. Często modliły się o łaskę, by raczej umrzeć niż obrazić Pana Boga.
    Pierina, gdy ukończyła 6 lat, codziennie chodziła do kościoła, choć dopiero po roku przystąpiła do Pierwszej Komunii świętej. Wstawała codziennie rano, około godz. 5.00, i ścieżką dla mułów, wijącą się w górach, poprzez las kasztanowy, około pół godziny szła do kościółka parafialnego, by uczestniczyć we Mszy świętej. Wówczas celebrowano ją o 6.00 rano. Wracała do domu na śniadanie, a potem znowu szła do wioski, by od 9.00 brać udział w zajęciach szkolnych.
    W miarę jak dzieci podrosły, mama zabierała wszystkie dzieci rano do kościoła. Trzeba było mieć wiele odwagi, aby to uczynić w tamtym czasie. Pierina, podobnie jak św. Maria Goretti, na której przez większość życia będzie się wzorować, stała się dla sióstr i braci drugą mamą. Brała udział w pracach domowych, pomagała w kuchni, szyła lub robiła na drutach ubranka dla rodzeństwa. Jej mama opowiadała później, że nie pamięta, by Pierina była kiedykolwiek nieposłuszna lub żeby krytykowała otrzymane polecenie. Mawiała o niej: “Mieć taką córkę – to łaska od Pana!”
    Pierina była także najlepszą uczennicą w klasie, nie tylko na lekcjach religii, lecz we wszystkich innych przedmiotach. Miała wyjątkowe uzdolnienia. Bardzo chciała się uczyć, będąc jednak najstarszym dzieckiem w rodzinie wielodzietnej i z powodu ubóstwa zrezygnowała z tego marzenia. To poświęcenie wiele ją kosztowało. Kiedy miała 11 lat, mama wysłała ją na naukę do krawcowej w sąsiedztwie. Bardzo szybko nauczyła się tego fachu.
    W wieku 15 lat Pierina zaczęła zarabiać na życie. Pomagała rodzicom utrzymać rodzinę. Wkrótce ojciec, z powodu słabego zdrowia, musiał zrezygnować z pracy. Pierina podjęła pracę w przędzalni bawełny w Albino, w odległości kilku kilometrów od Fiobbio. Pracowała na dwie zmiany – jeden tydzień od 6.00 do 14.00, a następny od 14.00 do 22.00. Droga do domu zajmowała jej około godziny pieszo. Wstawała około 4.00, żeby uczestniczyć choćby w części Mszy świętej, bo tylko gdy rozpoczynała pracę o 14.00, mogła uczestniczyć w całej Eucharystii. Gdy ktoś jej radził, by zrezygnowała z takiego trybu życia, odpowiadała, że “nie może żyć bez Mszy świętej”.
    Nieliczne wolne chwile poświęcała na czytanie pobożnych lektur i żywotów świętych. Najczęściej czytała o życiu Marii Goretti. Jej dzieje znała na pamięć. W parafii była podporą miejscowej Akcji Katolickiej. Udzielała lekcji katechizmu, zajmowała się dziełem powołań i zbierała ofiary na seminarium duchowne. W niedzielę uczestniczyła we Mszy świętej, popołudniowych Nieszporach i wykładach z religii. Znajdowała jeszcze czas na odwiedzenie chorych. Z umiłowania pokuty i ubóstwa wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka. Poświęciła się też całkowicie Panu, składając trzy śluby: dziewictwa, ubóstwa i posłuszeństwa. Śluby te odnawiała dwukrotnie w ciągu roku: w święto Niepokalanego Poczęcia oraz w uroczystość Zesłania Ducha Świętego.
    Jedną z wielkich radości jej życia była pielgrzymka do Rzymu w 1947 roku, na beatyfikację małej męczennicy z Nettuno. Pierina miała wtedy 16 lat. Po usłyszeniu słów papieża Piusa XII powiedziała do swoich przyjaciółek: “Jaka by to była radość dla mnie umrzeć jak Maria Goretti!”
    Potrafiła cierpieć i przyjmowała każde cierpienie jako dar od Boga. Raz zraniła się w nogę przy warsztacie tkackim. Kiedy rana uległa zakażeniu, cierpiała ogromnie, musząc pozostać w szpitalu przez miesiąc. Nie skarżyła się. Innym razem zraniła rękę, przecinając ścięgno kciuka. Z tego powodu cierpiała aż do śmierci, ale i z tej przyczyny nigdy się nie żaliła. Pewnego wieczora wracała do domu w czasie gołoledzi. Jej matka powiedziała, że z powodu uciążliwej pogody musiałaby pójść jeszcze raz na zakupy do wioski. Mimo zmęczenia Pierina zaraz wyszła, by zrobić zakupy.
    Nadszedł dzień 4 kwietnia 1957 roku. Pierina pracowała wtedy od 6.00 do 14.00. Jak co dnia rano przyjęła Komunię świętą i uczestniczyła w części Mszy świętej. Zatrzymała się w wiosce zaledwie na chwilę, by zrobić zakupy, potem wyszła na drogę prowadzącą do domu. Zazwyczaj przychodziła do domu między 15.00 a 15.10. Kiedy minęła godzina 15.30, a jej jeszcze nie było w domu, jej brat Santo zaczął się niepokoić. Poszedł w stronę wioski. Jego oczom ukazał się zaskakujący widok. Znalazł siostrę leżącą na środku ścieżki.
    Nie było świadków tego zdarzenia. Zbrodnię odtworzono stopniowo. Niektóre szczegóły podał zabójca, zatrzymany 20 dni później. Był nim dwudziestoletni chłopak. Przyznał, że od roku obserwował Pierinę. Ponieważ tego dnia podążał za nią z tak wielką natarczywością, że nie pozostawiała ona wątpliwości co do natury jego zamiarów, dziewczyna podniosła kamień, by się bronić. On odebrał jej kamień i uderzył ją w głowę. Dziewczyna zrobiła jeszcze kilka kroków, po czym upadła na ziemię. W tym stanie znalazł ją brat. Wydawała się rozumieć, co do niej mówił, lecz aż do śmierci nie potrafiła już wypowiedzieć ani słowa. Wezwany natychmiast proboszcz, przekonawszy się, że Pierina była przytomna, udzielił jej sakramentów. Potem zawieziono ją do szpitala w Benewencie. Rany głowy były tak poważne, że nie udało się jej uratować. Młoda męczennica odeszła na spotkanie ze swą świętą przyjaciółką, Marią Goretti, w dniu 6 kwietnia 1957 roku.
    Trzy dni później pochowano ją w obecności wielu okolicznych mieszkańców. Już wtedy uważano ją za świętą. Jeden z duchownych powiedział wtedy: “Niech śmiały przykład Pieriny Morosini natchnie naszych młodych chłopców i nasze dziewczęta. Niech wybierają roztropnie jako ideał swego życia życie promieniujące pięknem, radością i czystością dla czci naszych rodzin, Kościoła i ojczyzny”. W dniu 9 kwietnia 1983 roku przeniesiono ciało Pieriny z cmentarza do kościoła parafialnego. Przy tej okazji stwierdzono, że jej ciało zachowało się w doskonałym stanie. W dniu 4 października 1987 roku, w 30 lat po dniu narodzin na nieba, papież św. Jan Paweł II ogłosił Pierinę Morosini błogosławioną.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    5 kwietnia

    Święty Wincenty Ferreriusz, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Maria Krescencja Höss, dziewica
      •  Święta Katarzyna Thomas, dziewica
      •  Błogosławiona Julianna z Mont Cornillon, pustelnica
    Święty Wincenty Ferreriusz

    Wincenty urodził się ok. 1350 r. w Walencji (Hiszpania) w rodzinie notariusza. W roku 1367 wstąpił do dominikanów. W rok potem złożył śluby zakonne. Studiował filozofię, teologię i logikę w Walencji, Barcelonie i Leridzie, gdzie zdobył tytuł doktora. Otrzymał święcenia kapłańskie w wieku 25 lat. Podjął surową dyscyplinę życia duchowego, którego piękne świadectwo pozostawił w traktacie De vita spirituali. Oddał się najpierw nauczaniu filozofii i teologii, zajmując się również (w latach 1380-1390) wieloma sprawami państwowymi i kościelnymi na polecenie kardynała legata Piotra de Luna oraz Jana I, króla Aragonii. W tym czasie oddawał się także kaznodziejstwu, najpierw na dworze papieża w Awinionie, a później w południowej Francji i we Włoszech. Posługę tę pełnił aż do roku 1399. Wtedy nastąpił nagły zwrot w życiu Wincentego. W czasie choroby, która wydawała się beznadziejna, miał wizję św. Dominika i św. Franciszka, którzy uzdrowili go i polecili głosić Ewangelię na całym świecie. Napisał natychmiast list do Benedykta XIII z prośbą o upoważnienia konieczne do nowej misji.
    Po ich otrzymaniu oddał się wyłącznie kaznodziejstwu wędrownemu. Podjął w ten sposób wielką misję, przemierzając Europę i wzywając do pokuty. Obdarzony darami Ducha Świętego oraz zaopatrzony w apostolskie pełnomocnictwa, przemawiał na placach, bo żadne kościoły nie mogły pomieścić gromadzących się tłumów. Swoją charyzmą budził zachwyt, ale i sprzeciw. Pracował na rzecz jedności podzielonego przez schizmę Kościoła. Szła za nim sława wielkich cudów. Obok rzesz wielbicieli miał Wincenty także swoich zawziętych wrogów. Zarzucano mu demagogię, ogłupianie ludu, wprost nawet opętanie. Zarzuty przeciwko wielkiemu kaznodziei wysuwano nawet na tzw. “soborze” w Pizie (1409) i na soborze w Konstancji (1415).

    Święty Wincenty Ferreriusz

    Wincenty był również spowiednikiem antypapieża Benedykta XIII, ale opuścił go, kiedy nie udało mu się nakłonić go do rezygnacji. Zmarł w Wielką Środę, 5 kwietnia 1419 r. w Vannes we Francji, wracając z misji podjętej w Anglii, gdzie przebywał na zaproszenie króla. Jego pogrzeb był wielką manifestacją. Przez trzy dni jego ciało było wystawione w katedrze, zanim je złożono między chórem a głównym ołtarzem. Niebawem też odbył się proces kanoniczny sługi Bożego. Komisja papieska przebadała 873 cuda. Papież Kalikst III 29 czerwca 1455 zezwolił na jego kult, a papież Pius II w trzy lata potem dokonał jego formalnej kanonizacji (1458). Jego relikwie zostały w czasie rewolucji francuskiej (1789-1794) sprofanowane, ale nie zniszczone. Znajdują się w katedrze w Vannes, a część również w Walencji.
    Wincenty Ferreriusz zostawił po sobie kilka drobnych pism, m.in. Traktat przeciwko schizmie, Traktat przeciwko Żydom, Traktat dla tych, którzy cierpią pokusy przeciwko wierze. Jest patronem Walencji, Vannes, dobrego małżeństwa, dobrej śmierci, ceglarzy, budowniczych, murarzy, hydraulików, przetwórców ołowiu, producentów dachówek i kafli. Wzywany bywa także w obronie przed epilepsją, bólami głowy i gorączką, w bezpłodności.
    W zakonie dominikańskim w imię św. Wincentego udzielało się specjalnego błogosławieństwa chorym i poświęcało się dla nich wodę. Ku czci Świętego odprawiano przed jego świętem nabożeństwo siedmiu piątków, podczas których należało przyjąć Komunię św.W ikonografii św. Wincenty bywa przedstawiany w habicie dominikańskim, jako anioł Apokalipsy z trąbą i płomieniem na czole. Jego atrybutami są koń, błyskawice, chrzcielnica, infuła, kapelusz kardynalski u stóp, osioł, krzyż, sztandar, skrzydła, turban turecki lub muzułmanin u stóp.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    4 kwietnia

    Święty Izydor z Sewilli,
    biskup i doktor Kościoła

    Święty Izydor z Sewilli

    Izydor urodził się około 560 r. w Nowej Kartaginie, w prowincji Murcji. Pochodził z rodziny, która dała Kościołowi dzieci wyniesione do chwały ołtarzy – św. Leonarda i św. Fulgencjusza, braci św. Izydora, oraz św. Florentynę – ich siostrę. Legenda głosi, że przy jego narodzinach rój pszczół osiadł mu na ustach i zostawił na nich słodki miód. Miała to być zapowiedź daru niezwykłej wymowy, jaką szczycił się Izydor. Po rychłej śmierci rodziców wychowaniem młodszego rodzeństwa zajął się najstarszy brat, św. Leonard, który był wówczas arcybiskupem w Sewilli. Przy boku brata Izydor miał okazję przypatrzeć się z bliska burzliwym wydarzeniom, jakie przeżywała wtedy Hiszpania. Po jego śmierci Izydor objął biskupstwo i podjął wysiłek odnowy Kościoła.
    Zwołał i kierował synodami w Sewilli (619) i w Toledo (633), które m.in. ułożyły symbol wiary odmawiany w Hiszpanii, oraz ujednolicił liturgię. Fundator kościołów, klasztorów, szkół i bibliotek. Zabiegał o podniesienie poziomu intelektualnego i duchowego kleru. Zapamiętano go jako człowieka wyjątkowego miłosierdzia. Był znakomitym pisarzem. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę literacką. Św. Braulion, jego uczeń i sekretarz, wymienia ponad 20 zostawionych przez Izydora dzieł. Zwalczał w nich arianizm, zostawił wykład prawd wiary i moralności, pisał o dziejach Gotów i Wandali, którzy opanowali jego kraj. Święty zadziwia rozległością tematyki i podejmowanych problemów. Jego największym dziełem jest dwudziestotomowy Codex etimologiarum – pierwsza próba naukowej encyklopedii, syntezy wiedzy, jaką posiadano za jego czasów.
    Wyjątkowa była jego śmierć. Kazał zanieść się do katedry i w obecności biskupów pomocniczych, kapłanów i ludu zdjął swoje szaty biskupie, a wdział pokutny wór, głowę posypał popiołem i zalany łzami odbył spowiedź publiczną. Błagał, by mu odpuszczono jego przewiny i zaniedbania, i by się za niego modlono. Potem przyjął Komunię świętą pod dwoma postaciami i pożegnał się ze wszystkimi pocałunkiem pokoju. Zaniesiony do swojej ubogiej izby po 4 dniach oddał Bogu ducha 4 kwietnia 636 roku, gdy miał 82 lata. Pochowano go obok św. Leonarda i św. Florentyny. W roku 1063 jego śmiertelne szczątki przeniesiono do Lyonu, gdzie spoczywają dotąd. Formalna kanonizacja Izydora odbyła się dopiero w 1598 roku. Papież Innocenty XIII ogłosił św. Izydora doktorem Kościoła (1722). Jest patronem Hiszpanii i Sewilli.W ikonografii św. Izydor przedstawiany jest w stroju biskupim. Ma paliusz. Czasami ukazywany jako jeździec na koniu. Jego atrybutem jest miecz.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    3 kwietnia

    Święty Ryszard de Wyche, biskup

    Święty Ryszard de Wyche

    Ryszard urodził się w 1197 r. w Wych (obecnie Droitwich w pobliżu Worcester w Anglii). Jako młodzieniec musiał zająć się administracją majątku rodzinnego. Odrzucił propozycje małżeńskie i po uporządkowaniu stanu majątkowego rodziny udał się na studia uniwersyteckie do Oxfordu. Po ukończeniu studiów swoją wiedzę pogłębiał na uniwersytetach w Paryżu i Bolonii. Miał 38 lat, kiedy wybrano go rektorem uniwersytetu w Oksfordzie. Wkrótce potem, w 1237 r., został mianowany kanclerzem prymasa Anglii, św. Edmunda.
    Na stanowisku rektora Ryszard zasłużył się pracą nad podniesieniem poziomu uniwersytetu w Oxfordzie tak, że wśród wszystkich uniwersytetów Europy zajmował on odtąd czołowe miejsce. Jako prawa ręka prymasa Anglii przyczynił się natomiast do przeprowadzenia koniecznych reform. Bronił także odważnie praw Kościoła wobec króla, Henryka III. Towarzyszył swemu ukochanemu pasterzowi w podróży do Pontigny, we Francji, gdzie też św. Edmund na jego rękach umarł. Przed śmiercią nakłonił jednak Ryszarda do przyjęcia święceń kapłańskich. Podarował mu także na pamiątkę drogocenny kielich. Po powrocie do Anglii Ryszard porzucił dotychczasowe stanowiska i objął skromne probostwo w Charing, a potem w Deal. Jednakże nowy prymas Anglii, Bonifacy, powołał Ryszarda ponownie na swojego kanclerza.
    W 1244 r. został wybrany biskupem Chichester. Król Henryk III, znając nieustępliwość biskupa w obronie praw Kościoła, na wybór Ryszarda nie zgodził się. Mimo tego prymas potwierdził wybór. Wtedy Henryk III zajął dobra biskupie. Ryszard był zmuszony udać się do Rzymu, by papież rozstrzygnął sprawę. Papież Innocenty IV potwierdził w Lyonie wybór Ryszarda, a nawet osobiście udzielił mu sakry biskupiej. Na wiadomość o tym król z zemsty zagarnął biskupowi wszystkie dobra, nawet jego własne mieszkanie. Biskup zamieszkał więc po powrocie u jednego z proboszczów, w Tarring. By jednak nie być gospodarzowi ciężarem, w wolnej chwili pomagał mu przy uprawie roli. Trwało to dwa pełne lata, aż król, zagrożony klątwą papieską, oddał biskupowi dom i dobra biskupie.
    Zarządzenia, jakie pozostawił Ryszard, świadczą o jego gorliwości pasterskiej. Nakazał udzielać sakramentów bezpłatnie. Kapłanów zobowiązał do zachowania celibatu i do przebywania na miejscu, aby byli zawsze do dyspozycji swoich wiernych. Wymagał także, aby nosili strój kościelny. Wiernych zobowiązywał do uczęszczania na Mszę świętą w niedziele i w święta. Szczególnie troskliwą opieką otaczał św. Ryszard kapłanów steranych wiekiem i chorobą. Starał się zapewnić im możliwie najlepszą pomoc.
    Umarł niespodziewanie podczas wizytacji pasterskiej budującego się kościoła pw. św. Edmunda w Dover 3 kwietnia 1253 r. Kanonizacji dokonał papież Urban IV w 1262 roku. 16 czerwca 1276 roku w obecności króla Anglii, Edwarda I, wielu biskupów i dygnitarzy państwa, odbyło się uroczyste przeniesienie śmiertelnych szczątków Ryszarda do katedry w Chichester. Umieszczono je w bogatym sarkofagu pod głównym ołtarzem. W średniowieczu grób św. Ryszarda należał do najliczniej uczęszczanych miejsc pielgrzymkowych w Anglii. Niestety, Henryk VIII nakazał zniszczyć grobowiec św. Ryszarda jako bojownika o niezależność Kościoła od władzy świeckiej.Ikonografia przedstawia Świętego w stroju biskupim. Trzyma w dłoni kielich – przypominający pewne wydarzenie z jego życia. Według starej opowieści, kiedy św. Ryszard odprawiał Mszę świętą, wypadł mu z ręki kielich, ale cudownie Krew Chrystusa nie wylała się z niego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    2 kwietnia

    Święty Franciszek z Paoli, pustelnik

    Święty Franciszek z Paoli

    Franciszek urodził się 27 marca 1416 r. w Paoli (Kalabria we Włoszech). Pochodził z ubogiej, ale głęboko religijnej rodziny. Rodzice wyprosili sobie syna żarliwą modlitwą do św. Franciszka z Asyżu. W podzięce dali więc synowi imię Franciszek. Spełniając uczyniony ślub, oddali go do klasztoru franciszkanów, kiedy Franciszek miał zaledwie 12 lat.
    Nie wiadomo, dlaczego Franciszek już po roku opuścił klasztor w S. Marco Argentano i wrócił do domu. Gdy miał 13 lat, odbył ze swymi rodzicami pielgrzymkę po najsławniejszych wówczas sanktuariach Włoch: Asyżu, Monte Cassino, Loreto, Monte Luco koło Spoleto i Rzymie. W Wiecznym Mieście pełen smutku patrzył na przepych duchowieństwa. Kiedy pewnego dnia ujrzał przejeżdżającego we wspaniałej karocy w otoczeniu licznej służby kard. Juliana Cezarini, zawołał na głos oburzony, że nie ma w tym ani śladu ewangelicznego ubóstwa. Wtedy kardynał zatrzymał się i odpowiedział chłopcu, że nie czyni tego z pychy, ale że taki jest powszechny zwyczaj, iż dygnitarze świeccy i kościelni jadą w odpowiedniej dla ich godności oprawie.
    Po powrocie do Paoli Franciszek założył w pobliżu miasta pustelnię i oddał się w niej bardzo surowemu życiu. Powoli zaczęli do niego dołączać uczniowie i tak powstała nowa rodzina zakonna braci “najmniejszych” – “minimitów” (Ordo Fratrum Minimorum – OM). Do trzech ślubów zakonnych dołączył Franciszek ślub czwarty: zachowania przez całe życie postu od mięsa i nabiału. Obecnie do rodziny zakonnej eremitów św. Franciszka należą minimici, minimitki oraz tercjarze minimiccy.
    Pan Bóg obdarzył Franciszka darem czynienia cudów. Miał m.in. wskrzesić Mikołaja, syna swojej siostry Brygidy. Podanie głosi, że kiedy statek nie chciał zabrać go na Sycylię, gdzie miał założyć nowy klasztor, przepłynął z Italii na tę wyspę na swoim płaszczu. W ikonografii, związanej z Franciszkiem, legenda ta ma silne odbicie. Dzięki sławie świętości życia i cudów mnożyły się także fundacje nowych klasztorów w Europie. O wielkim mężu dowiedział się także król francuski, Ludwik XI, kiedy był ciężko chory, i zaprosił go do siebie w nadziei, że Franciszek go uzdrowi. Na żądanie papieża Sykstusa IV Franciszek udał się do Paryża. Nie uzdrowił wprawdzie króla, ale przysposobił go do chrześcijańskiej śmierci, tak że na jego ręku spokojnie oddał ducha Bogu (1483). Z tej okazji skorzystał Franciszek i także na ziemi francuskiej założył kilka klasztorów swojego zakonu. Regułę, którą ułożył, w roku 1493 zatwierdził papież Aleksander VI. Franciszek został doradcą Karola VIII. Jako asceta wzorował się na doświadczeniach ojców pustyni.
    Zmarł 2 kwietnia 1507 r. w Plessis-les-Tours we Francji. Tam też został pochowany. Jego beatyfikacji dokonał w roku 1513 papież Leon X. Ten sam papież w sześć lat później wyniósł go również do chwały świętych (1519). Wiele miast ogłosiło św. Franciszka z Paoli za swojego patrona i orędownika, między innymi Tours, Frejus, Turyn, Genua i Neapol. Królestwo Neapolu, Sycylii i Kalabrii ogłosiło go jako swojego głównego patrona. W 1943 roku papież Pius XII proklamował św. Franciszka z Paoli patronem marynarzy włoskich. Uważany jest także za patrona grzeszników powracających do Pana Boga, skazanych na śmierć i umierających. Dzień jego dorocznej pamiątki bywa bardzo uroczyście obchodzony w południowej Italii. Na pamiątkę tego, że na płaszczu miał przedostać się z Włoch na Sycylię, urządza się nad morzem barwną procesję z figurą Świętego.W ikonografii św. Franciszek z Paoli przedstawiany jest w mniszych szatach; częstym motywem jest legenda o przebyciu morza na płaszczu. Przedstawiany jest na obrazach wielu słynnych malarzy.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    1 kwietnia

    Święta Maria Egipcjanka, pustelnica

    Zobacz także:
      •  Święty Noniusz Alwarez Pereira, zakonnik
      •  Święty Hugo, biskup
    Święta Maria Egipcjanka
    Imię Marii Egipcjanki było niegdyś głośne na Wschodzie. Pisali o niej św. Cyryl Aleksandryjski (+ 444), św. Zozym (w. VI) i św. Sofroniusz (+ 638). Niestety, opisując jej życie pokutne, nie podali bliższych danych biograficznych.
    Kiedy miała zaledwie 12 lat, uciekła z domu rodzinnego i udała się do Aleksandrii, aby tam wieść życie rozpustne. Przez 17 lat uwodziła mężczyzn, nie dla zarobku, ale dla zaspokojenia swojej żądzy. Pewnego dnia udała się wraz z pielgrzymami egipskimi do Jerozolimy. Kiedy statek przywiózł pątników do Ziemi Świętej, Maria i tam kontynuowała swoje grzeszne życie. Przyszła jednak godzina opamiętania. W uroczystość Znalezienia Krzyża Świętego udała się do Jerozolimy, by przypatrzeć się obrzędom kościelnym. Kiedy zamierzała wejść do bazyliki Grobu Pańskiego, została jakąś niewytłumaczalną siłą odepchnięta. Miało się to powtórzyć kilka razy. Przerażona, ujrzała nad wejściem do bazyliki wizerunek Matki Bożej. Wtedy zawołała: “Matko miłosierdzia! Skoro odrzuca mnie Twój Syn, Ty mnie nie odrzucaj! Pozwól mi ujrzeć drzewo, na którym dokonało się także moje zbawienie”.
    Usłyszała wtedy wewnętrzny nakaz, by iść na pustynię, nad rzekę Jordan i tam spędzić na pokucie resztę swojego życia. Przyrzekła to uczynić – i odtąd bez żadnej przeszkody mogła wejść do bazyliki, by uczestniczyć w nabożeństwie.
    Żywoty Świętej nie podają, ile lat Maria Egipcjanka spędziła na pokucie nad Jordanem. Miał ją przypadkowo odnaleźć kapłan, św. Zozym, który przyniósł jej po odbytej spowiedzi Komunię świętą. Zawołała wówczas słowami starca Symeona: “Teraz, o Władco, pozwól odejść służebnicy Twojej w pokoju według słowa Twego, bo oczy moje ujrzały Twoje zbawienie” (por. Łk 2, 29-30). Kiedy Zozym przyszedł do niej na drugi rok, by pokrzepić ją Ciałem Pańskim, Maria już nie żyła. Legenda głosi, że podobnie jak ciało św. Pawła Pustelnika pochowały w ziemi lwy, tak i Marii miały tę przysługę wyświadczyć.Ikonografia upodobała sobie naszą Świętą. Jej wizerunki utrwalili na płótnie artyści tej klasy, co: Tintoretto, Ribera, Hans Memling i inni. Św. Maria Egipcjanka jest patronką nawróconych jawnogrzesznic i rozpustnic.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***