Month: March 2026

  • Matka Boża i Święci Pańscy – marzec 2026

    ***

    obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    © José Luiz Bernardes Ribeiro / CC BY-SA 4.0/ Wikipedia/Stacja7.pl

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.

    Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?

    Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.

    Malarskie wizje świętości

    Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.

    W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.

    W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.

    Wytyczne prawa kanonizacyjnego

    W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.

    Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Pochodnie na Bożych ścieżkach

    Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.

    Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:

    “Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień,
    Którym rozświetlasz noc,
    A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.

    Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.

    Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.

    Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”. 

    ***


    31 marca

    Święta Balbina, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Beniamin, diakon i męczennik
    Święta Balbina
    Posiadamy dwa dokumenty, które opisują życie i męczeństwo Balbiny. Niestety, pochodzą one z wieku VI i zawierają wiele legend, w których tak bardzo rozmiłowało się średniowiecze. Jeden z tych dokumentów to opis męczeńskiej śmierci papieża, św. Aleksandra, a drugi to opis męczeńskiej śmierci św. Balbiny i św. Hermeta.
    Balbina miała być córką św. Kwiryna, który na dworze cesarza Hadriana (117-138) piastował wysoki urząd trybuna wojskowego. Sam cesarz nie był początkowo nastawiony wrogo do chrześcijan, jak przed nim Neron i Domicjan. Pod wpływem apologii, jaką skierowali do niego w obronie chrześcijaństwa św. Arystydes i św. Kwadratus, zakazał on samosądów na chrześcijanach. Niestety, wydał dekret zezwalający na skazywanie na śmierć tych chrześcijan, którzy zostaną oskarżeni o wyznawanie wiary w Chrystusa i w sądzie nie wyrzekną się jej. Tak więc właśnie za panowania cesarza Hadriana ponieśli śmierć męczeńską papieże: św. Sykstus I (+ 125) i św. Telesfor (+ 136). Być może w tym czasie zginęli także św. Kwiryn, ojciec Balbiny, wraz z córką i wielu innych. Nie jest jednak pewne, czy św. Kwiryn i jego córka ponieśli śmierć męczeńską za cesarza Hadriana, czy też później, za panowania cesarza Marka Aureliusza (161-180), jak przypuszczają niektórzy hagiografowie. Jeżeli tak, dane o ich męczeństwie trzeba by przenieść na czas nieco późniejszy.
    Balbina miała przyjąć chrzest wraz ze swoim ojcem i z całą rodziną z rąk św. Aleksandra I, papieża (+ ok. 115). Przyczyną nawrócenia się całej rodziny miało być nagłe, cudowne uzdrowienie Balbiny, którą umierającą zaniesiono przed św. Aleksandra. Według podanych źródeł wielu młodzieńców z najszlachetniejszych rodzin rzymskich ubiegało się o rękę Balbiny. Jej ojciec zajmował wszak wysokie stanowisko i posiadał spory majątek. Balbina odrzuciła kategorycznie wszystkie oferty. To właśnie miało stać się przyczyną jej śmierci, gdyż zawiedzeni pogańscy konkurenci o jej rękę oskarżyli ją przed cesarzem, że jest chrześcijanką. Wraz z ojcem wtrącono ją do więzienia. Kiedy zaś nie załamała się na widok tortur, zadawanych jej ojcu, została ścięta mieczem.
    O kulcie św. Balbiny świadczy wystawiony w Rzymie w wieku VI kościół ku jej czci. W ołtarzu głównym znajduje się duży sarkofag, widoczny pod mensą, zawierający jej relikwie. Istniał także w Wiecznym Mieście cmentarz św. Balbiny.


    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    30 marca

    Święty Leonard Murialdo, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Amadeusz IX Sabaudzki, książę
    Święty Leonard Murialdo

    Leonard urodził się w Turynie i tam też dokonał swojego żywota. Pochodził z rodziny szlacheckiej, która kiedyś założyła osadę pod Turynem, Murialdo. Do dziś zachowały się ruiny zamku w Murialdo, siedziba pierwotnych właścicieli okolicy. Leonard przyszedł na świat 26 października 1828 roku. W następnym dniu został ochrzczony w kościele parafialnym S. Dalmazzo i otrzymał imiona Leonard Jan Chrzciciel Donat i Maria. Miał jednego brata i siedem sióstr.
    Kiedy miał 8 lat, rodzice oddali go do prywatnej szkoły, prowadzonej przez pijarów w Savonie. Po powrocie do Turynu studiował filozofię w kolegium św. Franciszka z Pauli, akredytowanym do tamtejszego uniwersytetu. Rozpoczął studia teologiczne, wieńcząc je doktoratem (1850). W rok potem otrzymał święcenia kapłańskie. Za zezwoleniem biskupa oddał się pracy duszpasterskiej na peryferiach Turynu, bardzo wówczas religijnie i materialnie zaniedbanych. Głosił słowo Boże, spowiadał, nawiedzał domy ubogich, szpitale, domy poprawcze i więzienia. W pracy tej zetknął się bezpośrednio ze św. Józefem Cafasso i ze św. Janem Bosko. Zakładał komitety do budowy nowych kościołów, których brak dawał się dotkliwie wtedy odczuwać w mieście. Popierał także konferencje św. Wincentego a Paulo, których celem było niesienie pomocy ubogim i opuszczonym. W latach 1857-1865 objął kierownictwo oratorium św. Alojzego, które założył św. Jan Bosko. Prowadził tam równocześnie szkołę świąteczną i codzienną wieczorową dla młodzieży pracującej; zorganizował także chór i orkiestrę. W roku 1858 miał szczęście towarzyszyć św. Janowi Bosko i bł. Michałowi Rua w pielgrzymce do Rzymu i brać udział w ich prywatnej audiencji u papieża Piusa IX. Należał bowiem do ich najbliższych współpracowników.
    W roku 1861 dołączył do szeroko wówczas zakrojonej wśród katolików akcji “uświęconej niedzieli”. W tym samym roku zorganizował akcję “świętopietrza”, by przyjść papieżowi z pomocą materialną, gdyż ten był w trudnej sytuacji. Wojska Garibaldiego zajmowały coraz to nowe obszary Państwa Kościelnego dla nowo rodzącego się państwa włoskiego. W tym czasie powstał w Europie wielki ruch, usiłujący skupić w swoich szeregach robotników katolickich i wywalczyć dla nich należne prawa. Na czele tego ruchu stanęli najwybitniejsi społecznicy katoliccy Niemiec, Francji i Anglii. Leonard udał się do tych krajów, by zetknąć się u samych źródeł z tym ruchem i przeszczepić go na ziemię włoską. Po dwóch latach (1865-1866) wrócił do Turynu i objął prowadzenie “Kolegium Rzemiosł”, które ufundował ks. Jan Cocchi. Przy tym kolegium pozostał już do śmierci, rozwijając stąd wszechstronną działalność społeczną i charytatywną przez 34 lata.

    Święty Leonard Murialdo

    Dla utrwalenia rozpoczętych dzieł założył nową rodzinę zakonną pod wezwaniem św. Józefa (józefitów). Był to rok 1867. Swoich synów duchowych zobowiązywał osobnym ślubem do obrony nieomylności papieża aż do gotowości przelania za tę prawdę krwi. Prawda o papieskiej nieomylności została zdefiniowana jako dogmat na Soborze Watykańskim I w 1869 roku. W roku 1870 założył “Stowarzyszenie Młodzieży św. Józefa” o nastawieniu wybitnie apostolskim, a w roku następnym (1871) “Stowarzyszenie Promotorów Katolickich w Turynie”. Za nimi poszły inne inicjatywy: “Związek Promotorów Katolickiego Laikatu”, “Dzieło Bibliotek Czytanek Katolickich”, “Unia Robotników Katolickich” itp. Jak bardzo na czasie było jego zgromadzenie, dowodzi tego fakt, że po zaledwie 3 latach liczyło ono już w Italii ok. 30 placówek.
    W roku 1872 Leonard wybrał się ponownie w podróż do Francji, gdzie uczestniczył w Kongresie Robotników Katolickich. Dnia 19 marca 1873 r. doszło do ostatecznego powstania józefitów. Stolica Apostolska zatwierdziła zgromadzenie w latach 1890 i 1897. Tak wielkim autorytetem cieszył się Leonard wśród rzeszy robotniczej, że został zaproszony do Rady Związków Robotników Katolickich w Turynie oraz jako członek Komisji od Spraw Kongresów i Zjazdów Katolickich.
    Umęczony tak różnorodną apostolską pracą, zmarł w wieku 72 lat na rękach współbraci i wychowanków w dniu 30 marca 1900 roku. Jego beatyfikacji w 1963 r. dokonał Paweł VI; on też ogłosił go świętym w 1970 r.


    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    29 marca

    Święty Bertold, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Wilhelm Temperiusz, biskup
      •  Święty Stefan IX, papież
    Święty Bertold
    O Bertoldzie wiemy niewiele, choć to postać ważna w dziejach zakonu karmelitańskiego. Urodził się w Lombardii (Włochy). Około 1230 roku został wybrany jako drugi z kolei generał karmelitów. Zmarł i pochowany został na Górze Karmel w Ziemi Świętej. Nie znamy bliżej ani daty jego urodzin, ani daty jego śmierci.
    Jego stare żywoty głoszą, że Pan Bóg obdarzył Bertolda darem proroczym. Miał on także mieć widzenie, jak aniołowie wiedli do nieba mnóstwo karmelitów, których w Ziemi Świętej mieli niebawem wymordować Saraceni.
    Kult św. Bertolda wprowadziła do zakonu kapituła generalna w roku 1564. W roku 1584 kult ten zaaprobował papież Grzegorz XIII.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    28 marca

    Błogosławiona Joanna Maria de Maille, wdowa

    Zobacz także:
      •  Święty Guntram, król
    Błogosławiona Joanna Maria de Maille
    Joanna urodziła się w 1331 r. w szlacheckiej rodzinie na zamku La Roche, niedaleko Tours, we Francji. W młodym wieku wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka z Asyżu. W 1347 r. poślubiła młodego barona Roberta de Silly. Wkrótce po zawarciu małżeństwa oboje złożyli dozgonny ślub czystości. Małżonkowie pełnili dzieła miłosierdzia – wspierali ubogich, opiekowali się chorymi w czasie epidemii dżumy. W czasie wojny francusko-angielskiej baron de Silly dostał się do niewoli. Po wykupieniu wrócił do żony, ale wkrótce zmarł z trudów i wyczerpania.
    Joanna została zmuszona do opuszczenia posiadłości rodziny zmarłego małżonka i osiadła w Tours, w skromnym mieszkaniu przylegającym do klasztoru franciszkanów. Przed biskupem ponowiła ślub czystości. Wiodła życie pełne umartwienia, modlitwy i poświęcenia. Przez pewien czas przebywała w pustelni w Planche de Vaux, oddając się kontemplacji. Umartwiając się, włożyła na głowę koronę cierniową. Wróciła później do Tours i pracowała jako posługaczka w miejscowym szpitalu. Przypisuje się jej dar czynienia cudów.
    Umarła mając 82 lata w dniu 28 marca 1414 r. Została pochowana w habicie klarysek. Papież Pius IX (franciszkański tercjarz) beatyfikował ją w 1871 r. Jest patronką wdów, wygnańców, emigrantów, ludzi, którzy stracili rodziców, ofiar przemocy, ludzi wyśmiewanych dla ich pobożności i osób mających problemy rodzinne.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    27 marca

    Święty Ernest, opat i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Rupert, biskup
    Święty Ernest

    Ernest pochodził ze szlacheckiej rodziny von Steussling. Od roku 1141 był opatem w klasztorze w Zwiefalten (w Niemczech). W sześć lat później złożył urząd, aby wziąć udział w wyprawie krzyżowej. Uczestniczył w niej u boku biskupa Ottona z Freising. Turcy zmusili oddział do ucieczki, Ernest zaś zginął pod Doryleą we Frygii w 1147 roku podczas bitwy z wojskami otomańskimi.
    Według innej wersji głosił Ewangelię Persom i Arabom. Passio, ułożona pod koniec XII stulecia, opowiadała, że w okrutny sposób zamęczono go w samej Mekce w 1147 r.
    Wcześnie czczono go w Zwiefalten, gdzie obchodzono jego wspomnienie. Jego kult nigdy nie został oficjalnie zaaprobowany.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    26 marca

    Święty Dobry Łotr

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Tomasz z Costacciaro
      •  Święty Ludger, biskup
      •  Święty Braulion, biskup
    Święty Dobry Łotr
    Święty Dyzmas (w prawosławiu Rach) to jeden z dwóch łotrów, powieszonych na krzyżu obok Jezusa. Informację o nim przekazuje św. Łukasz w swojej Ewangelii. Kiedy drugi z ukrzyżowanych z Jezusem łotrów urągał Mu, Dyzmas skarcił go mówiąc, że oni umierają słusznie, za swe zbrodnie, ale Jezus nic złego nie uczynił. Zwrócił się do Jezusa, prosząc, żeby wspomniał na niego, kiedy już przyjdzie do swego królestwa. A Jezus obiecał Dobremu Łotrowi – bo tak go od tego czasu nazywamy – że jeszcze dziś będzie z Nim w raju. Był to pierwszy swoisty akt kanonizacji, którego jeszcze na Krzyżu dokonał Chrystus.O Dobrym Łotrze pisało wielu Ojców Kościoła i świętych. Jego imię – Dyzmas – pochodzi z pism apokryficznych. Kościół wschodni czci go nawet jako męczennika. W Bolonii, w kościele św. Witalisa i w bazylice św. Stefana, oddawano cześć częściom krzyża, na którym Dobry Łotr miał ponieść śmierć. Pielgrzymi, udający się do Ziemi Świętej, chętnie nawiedzali miejscowość Latrum w pobliżu Emaus, która im przypominała postać Dobrego Łotra.Dobry Łotr jest symbolem Bożego Miłosierdzia; pokazuje, że nawet w ostatniej chwili życia można jeszcze powrócić do Boga. Św. Dyzmas jest patronem Gallipoli (Apulii), skruszonych złodziejów, więźniów, umierających, skazanych na śmierć i dobrej śmierci oraz kapelanów więziennych, pokutujących i nawróconych grzeszników. Stanowi wzór doskonałego żalu za grzechy.W ikonografii przedstawiany jest jako młodzieniec, również w wieku dojrzałym, a nieraz też jako starzec. Jego strojem jest opaska na biodrach lub krótka tunika. Atrybutami św. Dyzmy są krzyż, łańcuch, maczuga, miecz lub nóż.Warto wiedzieć, że dolna (trzecia) ukośna belka prawosławnego krzyża symbolizuje skazańców ukrzyżowanych z Chrystusem. Jej prawy kraniec, uniesiony do góry, wskazuje niebo, do którego poszedł Dobry Łotr. Lewy kraniec wskazuje piekło, do którego trafił ten, który nie wyraził skruchy.Episkopat Polski zdecydował w 2009 r, że dzień wspomnienia św. Dobrego Łotra obchodzony jest w Polsce jako Dzień Modlitw za Więźniów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    25 marca

    Zwiastowanie Pańskie

    Zobacz także:
      •  Święty Prokop, prezbiter
      •  Błogosławiona Jozafata Michalina Hordaszewska, dziewica
    Zwiastowanie - Albani

    Dzisiejsza uroczystość przypomina nam o tym wielkim zdarzeniu, od którego rozpoczęła się nowa era w dziejach ludzkości. Archanioł Gabriel przyszedł do Maryi, niewiasty z Nazaretu, by zwiastować Jej, że to na Niej spełnią się obietnice proroków, a Jej Syn, którego pocznie w cudowny i dziewiczy sposób za sprawą Ducha Świętego, będzie Synem samego Boga. Fakt, że uroczystość ta przypada często w trakcie Wielkiego Postu uzmysławia nam, że tajemnica Wcielenia jest nierozerwalnie związana z tajemnicą śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.Początki tej uroczystości są nadal przedmiotem dociekań. Najprawdopodobniej nie została ona wprowadzona jakimś formalnym dekretem władzy kościelnej, ale wyrosła z refleksji nad wydarzeniem tak szczegółowo przedstawionym na kartach Ewangelii.
    Uroczystość Zwiastowania zaczął najpierw wprowadzać Kościół Wschodni już od wieku V. Na Zachodzie przyjęło się to święto od czasów papieża św. Grzegorza Wielkiego (+ 604). Najstarszym świadectwem tego święta na Wschodzie jest homilia Abrahama z Efezu, wygłoszona najprawdopodobniej w Konstantynopolu między 530 a 550 r. Święto w Konstantynopolu potwierdzone jest w VI w., w Antiochii pod koniec VI w., w Jerozolimie w I połowie VII w. Na Zachodzie natomiast potwierdzenie znajdujemy w VII w. (Rzym i Hiszpania). W swoich początkach uroczystość ta miała wysoką rangę, gdyż była uważana za święto Pańskie. Akcentowano nie tyle moment zwiastowania, co wcielenia się Chrystusa Pana, czyli pierwszy akt Jego przyjścia na ziemię i rozpoczęcia dzieła naszego zbawienia. Tak jest i dotąd. Z czasem lud nadał temu świętu charakter maryjny, pierwszą osobą czyniąc Maryję jako “błogosławioną między niewiastami”, wybraną w planach Boga na Matkę Zbawiciela rodzaju ludzkiego. Liber Pontificalis papieża św. Sergiusza I (687-701) poleca, aby w święto Zwiastowania, podobnie jak w święto Ofiarowania Pana Jezusa, Narodzenia i Zaśnięcia Maryi wychodziła procesja z litanią z kościoła św. Hadriana do bazyliki Matki Bożej Większej. O święcie Zwiastowania wspominają synody w Toledo (656) i w Trullo (692). We Francji na ten dzień była przeznaczona osobna, bardzo piękna procesja.
    Wiadomo także, że już w IV wieku w Nazarecie powstała bazylika Zwiastowania. Wystawił ją bogacz żydowski, Józef z Tyberiady, który przeszedł na chrześcijaństwo. Wybudował on kościół na miejscu, gdzie według podania miał stać domek Świętej Rodziny. W roku 570 nawiedza tę bazylikę i opisuje pielgrzym, Antoni z Piacenzy. Przetrwała ona do wieku XI. Krzyżowcy na jej miejscu wystawili o wiele większą i bardziej okazałą. Ta z kolei przetrwała aż do roku 1955, kiedy to franciszkanie wystawili nową, obecnie istniejącą świątynię. W odległości ok. 200 metrów od niej znajduje się kościół św. Józefa. W wieku VI stał na tym miejscu kościół Matki Bożej Karmiącej. W pobliżu niego znajduje się także synagoga, zbudowana na miejscu tej, w której Chrystus często przebywał i nauczał. Pamiątką najpewniejszą z czasów Maryi jest jej studnia, jedyna zresztą w Nazarecie. Na tym miejscu stał kiedyś kościół poświęcony świętemu archaniołowi Gabrielowi.

    Zwiastowanie - Fra Angelico

    Nie mamy także pewności, dlaczego na obchód tajemnicy Zwiastowania wybrano właśnie dzisiejszy dzień. Najczęściej podaje się wyjaśnienie wiążące 25 marca z dniem, w którym celebrujemy Narodzenie Pańskie – 25 grudnia, a zatem datami, które dzieli dokładnie 9 miesięcy. Współcześni badacze genezy święta Zwiastowania wykluczają jednak ten element. Chrześcijanie pierwszych wieków przywiązywali wielką wagę do ostatnich dni marca i początku kwietnia. Związane to było z datą 14 Nizan w Starym Testamencie – ze świętem Paschy. Prawdopodobnie dlatego właśnie w ostatnich dniach marca wspominano moment Zwiastowania – początku Życia, które przez mękę, śmierć i z martwych powstanie odnowiło wszechświat.
    Powszechnie posługujemy się dwiema modlitwami, które upamiętniają moment Zwiastowania. Są to “Zdrowaś Maryjo” i “Anioł Pański”.Pozdrowienie Anielskie. Modlitwa ta składa się z pozdrowienia archanioła, z radosnego okrzyku św. Elżbiety i z modlitwy Kościoła. Na słowach pozdrowienia Gabriela – “łaski pełna” – Kościół oparł wiarę w Niepokalane Poczęcie Maryi. Skoro bowiem Maryja była pełna łaski, to nie mogła jej nigdy być pozbawiona. Słowa św. Elżbiety: “Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego” zawierają część pozdrowienia anioła (Błogosławionaś Ty między niewiastami). W ten sposób św. Elżbieta jakby chciała podkreślić, że znana jest jej tajemnica Zwiastowania, że w imieniu wszystkich niewiast świata winszuje Maryi tak wielkiej godności.
    Do wieku XVI odmawiano w Kościele tylko słowa anioła i Elżbiety. Papież św. Pius V oficjalnie wprowadził resztę słów, które do dnia dzisiejszego odmawiamy. Modlitwę Pozdrowienia Anielskiego odmawiały miliony wiernych i wielu świętych wielekroć na dzień. Do jej rozpowszechnienia przyczyniło się również “nabożeństwo trzech Zdrowaś”. Propagowało je wielu świętych, jak np. św. Leonard z Porto Maurizio (+ 1751), św. Alfons Liguori (+ 1787) i św. Jan Bosko (+ 1888). Jedni rozpowszechniali to nabożeństwo dla uproszenia sobie trzech cnót: wiary, nadziei i miłości; inni dla zachowania potrójnej czystości – niewinności, czystości, celibatu; inni wreszcie dla uproszenia sobie łaski dobrej śmierci i zbawienia duszy.
    Do liturgii Pozdrowienie Anielskie zostało wprowadzone w formie antyfony do Mszy świętej w IV Niedzielę Adwentu w wieku XII. Najwięcej jednak do rozpowszechnienia Zdrowaś Maryjo przyczyniła się praktyka odmawiania różańca świętego, gdzie tę modlitwę powtarza się obecnie aż 200 razy.Anioł Pański. Historia tej modlitwy sięga wieków średnich, kiedy to biciem dzwonów wyznaczano trzy pory dnia: rano, południe i wieczór. Z powodu braku zegarów był to zwyczaj bardzo praktyczny. Przez pobożne odmawianie tej modlitwy przypominamy sobie scenę Zwiastowania i to, co się w niej dokonało.
    Paweł VI w Adhortacji apostolskiej Marialis cultus tak zachęca do odmawiania tej modlitwy: “Gdy chodzi o modlitwę Anioł Pański, to chcemy jedynie powtórzyć naszą zachętę, prostą, lecz gorącą, aby zwyczajowe odmawianie tej modlitwy zostało zachowane. Mimo bowiem upływu wieków zachowuje ono swoją siłę i blask. Jest to modlitwa prosta, zaczerpnięta z Pisma świętego”. Papież sam tę modlitwę codziennie odmawia, często spotykając się przy tej okazji z wiernymi gromadzącymi się na placu św. Piotra, którym po modlitwie udziela błogosławieństwa.Scena Zwiastowania to jeden z ulubionych tematów malarstwa religijnego. Najdawniejszy wizerunek Maryi – z II w. – zachował się w katakumbach świętej Pryscylli. Maryja siedzi na krześle, przed Nią zaś stoi anioł w postaci młodzieńca, bez skrzydeł, za to w tunice i w paliuszu, który gestem ręki wyraża rozmowę. Podobne malowidło spotykamy z wieku III w katakumbach św. Piotra i Marcelina. Od wieku IV spotykamy Gabriela ze skrzydłami. Ma on w ręku laskę podróżną albo lilię. Na łuku tęczowym w bazylice Matki Bożej Większej w Rzymie wśród dziewięciu obrazów – barwnych mozaik – jest również scena Zwiastowania (z wieku IV). Maryja jest ubrana w bogate szaty i siedzi na tronie w świątyni jerozolimskiej w chwili, kiedy haftuje purpurową zasłonę dla świątyni. Na głowie ma królewski diadem. Nad Maryją unosi się Duch Święty w postaci gołębicy. W pobliżu jest archanioł Gabriel. Podobne ujęcie Zwiastowania w mozaice spotykamy w Parenze (w. IV).
    W jednym z kościołów Rawenny spotykamy mozaikę z wieku VI, na której Maryja jest przedstawiona, jak siedzi przed swoim domem i w ręku trzyma wrzeciono. Anioł stoi przed Nią z berłem. Podobną mozaikę spotkamy w bazylice świętych Nereusza i Achillesa w Rzymie (w. IX). Na Ewangeliarzu cesarza Ottona I (w. X) i w Sakramentarzu św. Grzegorza (w. X) spotykamy pięknie namalowane barwne sceny Zwiastowania. Podobnie piękne sceny Zwiastowania spotykamy w wieku XII w Ewangeliarzu z Gegenbach, z Hardhausen, św. Hildegardy i w rzeźbie w katedrze w Chartres. Tam również widzimy tę scenę na witrażu. Z wieku XIII pochodzi wspaniała mozaika w bazylice Matki Bożej na Zatybrzu w Rzymie. Scenę Zwiastowania unieśmiertelnili ponadto m.in.: Giotto, Szymon Marcin ze Sieny, Fra Angelico, Simone Martini, Taddeo Bartoli, Masaccio.
    Pierwsze wizerunki przedstawiają Maryję na tronie (do w. XII). Sztuka romańska (od w. XII) wprowadza ruch i usiłuje nawet oddać uczucia Maryi. Od wieku XIV Maryja otrzymuje często gałązkę oliwną. Anioł zaś trzyma prawie zawsze laskę podróżną, lilię, berło lub gałązkę oliwną. Maryja bywa przedstawiana w czasie modlitwy (klęcznik), z przędziwem, w domu lub koło domu, rzadko przy studni czy świątyni.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    24 marca

    Święta Katarzyna Szwedzka, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Oskar Romero, biskup i męczennik
    Święta Katarzyna Szwedzka

    Katarzyna urodziła się w 1330 r. jako druga córka św. Brygidy i księcia Ulfa Gudmarssona. W dzieciństwie oddano ją do internatu cysterek w Riseberg, gdzie otrzymała pełne wykształcenie i religijne wychowanie. Po powrocie z klasztoru została wydana za szlachetnego rycerza, Edgarda z Kyren. Oboje złożyli ślub dozgonnej czystości.
    W roku 1350 św. Katarzyna udała się wraz z matką, św. Brygidą Szwedzką (współpatronką Europy), do Rzymu z okazji roku jubileuszowego dla zyskania odpustu zupełnego. Podczas pielgrzymowania otrzymała wiadomość o śmierci męża. Pozostała więc z matką w Rzymie, oddana dziełom pobożnym i miłosiernym. Przez 25 lat pomagała także św. Brygidzie w założeniu i utrwaleniu nowej rodziny zakonnej, brygidek. Z matką odbywała równocześnie pielgrzymki do różnych miejsc świętych. W roku 1373 na rękach Katarzyny Brygida pożegnała życie doczesne, wyczerpana bardzo nużącą pielgrzymką do Ziemi Świętej. Kiedy Katarzyna wiozła relikwie matki do Szwecji, przejeżdżała także przez polskie Pomorze.
    W 1375 roku Katarzyna wstąpiła do klasztoru brygidek w Vadstena, gdzie złożyła relikwie św. Brygidy. Dla niewiadomych przyczyn niebawem opuściła jednak ten klasztor i powróciła do Rzymu. Zamieszkała w tym samym domu, w którym przedtem mieszkała z matką. Równocześnie podjęła starania o jej kanonizację. Nie dożyła jej wprawdzie, ale nastąpiła ona niedługo po jej śmierci, bo w roku 1391. Niemniej żarliwie zabiegała Katarzyna o zatwierdzenie zakonu brygidek. Doczekała się tego, gdy papież Urban VI wydał w tej sprawie dekret w 1378 roku.
    Tymczasem klasztor w Vadstena, pozbawiony energicznego kierownictwa, zaczął się chylić ku upadkowi. Katarzyna powróciła więc do Szwecji, by ponownie stanąć na jego czele. Niestety, wkrótce po jej przybyciu, 24 marca 1380 r. zabrała ją z ziemi nagła śmierć.
    Według podania Katarzyna miała ocalić swoimi modłami Rzym w czasie gwałtownego wylewu rzeki Tybr. Legenda ta jest przedstawiona plastycznie na ścianie kaplicy-domu, który Katarzyna przez szereg lat zamieszkiwała z matką, a później sama. Podobnie jak jej matka, Katarzyna doznawała objawień.
    Liczne łaski, jakie wierni otrzymali przy grobie św. Katarzyny w Vadstena, skłoniły naród szwedzki do starania się o jej kanonizację. Przejście Szwecji na protestantyzm przerwało te starania. Kult ostatecznie zatwierdził papież Innocenty VIII, kiedy zezwolił na uroczyste przeniesienie relikwii Katarzyny 1 sierpnia 1489 roku. Kiedy pojawił się protestantyzm, zaczęto niszczyć ślady katolicyzmu i wówczas zaginęły bezpowrotnie relikwie św. Katarzyny. Obecnie (od roku 1895) dom św. Brygidy i św. Katarzyny w Rzymie jest w posiadaniu karmelitanek. Katarzyna jest patronką Szwecji, a także ludzi dotkniętych niepowodzeniami.W ikonografii Święta ukazywana jest z kielichem w dłoni.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    23 marca

    Święta Rafka, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Turybiusz z Mongrovejo, biskup
      •  Święty Józef Oriol, prezbiter
      •  Błogosławiony Metody Dominik Trćka, prezbiter i męczennik
    Święta Rafka

    Pietra Choboq Ar-Rayes przyszła na świat w dniu 29 czerwca 1832 roku w Himlaya, w libańskim regionie Metn. Wychowała się w rodzinie katolickiej. Na chrzcie otrzymała imię Boutroussyeh (Pietra). Jej rodzina po śmierci matki w 1839 roku znalazła się w trudnej sytuacji finansowej. Dlatego w 1843 roku jej ojciec wysłał córkę do pracy, jako służącą w domu zamożnego Libańczyka w Damaszku. Kiedy po czterech latach wróciła do domu, okazało się, że ojciec ożenił się po raz drugi. Zarówno macocha, jak jedna z ciotek chciały wydać ją za mąż, ale Boutroussyeh postanowiła swe życie poświęcić Bogu.
    Wstąpiła do Zgromadzenia Córek Maryi w Bikfaya. Rodzice próbowali przekonać ją do zmiany zdania, ale ona pozostała niewzruszona w swym postanowieniu. Po zakończeniu nowicjatu, w dniu 10 lutego 1856 roku, złożyła śluby zakonne. Dwa lata później skierowano ją do pracy w seminarium w Ghazir, które prowadzili jezuici. Pracowała w kuchni, uczyła się ortografii i arytmetyki, a w wolnym czasie pogłębiała znajomość języka arabskiego.
    Od 1860 roku była nauczycielką katechizmu i wychowawczynią w szkołach swojego zgromadzenia. Cztery lata później przeniesiono ją do Maad, gdzie razem z inną zakonnicą założyła szkołę dla dziewcząt. W tym okresie jej macierzyste zgromadzenie przechodziło poważny wewnętrzny kryzys. Siostra Boutroussyeh modliła się żarliwie, prosząc Boga o pomoc w podjęciu decyzji zgodnej z Jego wolą. Pewnego dnia w śnie ukazali się jej św. Jerzy, św. Szymon Słupnik i św. Antoni Pustelnik, który powiedział do niej: “Wstąp do Zakonu Libańskich Mniszek Maronickich”. Tak też uczyniła.
    Jeden z dobroczyńców Zgromadzenia Córek Maryi pomógł jej dostać się do klasztoru św. Szymona al-Qarn w Ad’tou. Rozpoczęła w nim nowicjat w dniu 12 lipca 1871 roku, a już w dniu 25 sierpnia następnego roku złożyła uroczyste śluby zakonne i przyjęła imię Rafka, na pamiątkę swojej matki. Przeżyła w tym klasztorze 26 lat, dając przykład posłuszeństwa, gorliwości w modlitwie, ascezy, poświęcenia i pracowitości.
    W październiku 1885 roku podczas modlitwy prosiła Boga, by dał jej udział w zbawczej męce Chrystusa. Kierowana łaską Bożą, cierpiała z powodu wielu dolegliwości, znosząc je z cierpliwością i pokorą. Jej modlitwy zostały wysłuchane. Z każdym rokiem Chrystus otaczał ją swym cierpieniem. W 1899 roku Rafka całkowicie straciła wzrok, a wkrótce także została sparaliżowana. Nieustannie dziękowała Bogu za wszystko, szczególnie za dar cierpienia. Zmarła w dniu 23 marca 1914 roku.
    Św. Jan Paweł II beatyfikował ją w dniu 17 listopada 1985 roku, a w dniu 10 czerwca 2001 roku włączył ją do grona świętych. Był to dzień uroczystości Trójcy Przenajświętszej. Do Watykanu przybyło kilkadziesiąt tysięcy rzymian i pielgrzymów z Włoch oraz z innych krajów i kontynentów, wśród nich m.in. 12 tysięcy Libańczyków. Papież powiedział wówczas: “Na Bliskim Wschodzie, tak ciężko doświadczonym przez liczne krwawe konflikty i tyle niezawinionych cierpień, świadectwo tej libańskiej zakonnicy pozostaje źródłem ufności dla wszystkich skrzywdzonych. Żyła ona zawsze w ścisłej więzi z Chrystusem i tak jak On nigdy nie zwątpiła w człowieka. Dlatego właśnie jej przykład jest wiarygodnym znakiem, ukazującym, że tajemnica paschalna Chrystusa wciąż przemienia świat, aby zakiełkowała w nim nadzieja nowego życia, ofiarowana wszystkim ludziom dobrej woli”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    22 kwietnia

    Błogosławiony Idzi z Asyżu, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Agapit I, papież
      •  Święty Kajus, papież
    Błogosławiony Idzi z Asyżu

    Idzi (Egidiusz) urodził się w Asyżu. O jego młodych latach nie wiadomo niczego pewnego. 23 kwietnia 1208 r., poruszony przykładem pierwszych towarzyszy św. Franciszka z Asyżu, poprosił go o przyjęcie do grona jego uczniów. Wkrótce potem wyruszył z Franciszkiem na głoszenie Ewangelii. Razem z nim udał się także do Rzymu, gdzie papież Innocenty III ustnie zatwierdził pierwszą Regułę Franciszka. Prawdopodobnie też wtedy Idzi otrzymał tonsurę. Około 1212 r. udał się z pielgrzymką do Santiago de Compostella. Po powrocie do Asyżu wyruszył do Ziemi Świętej. Odwiedził po drodze sanktuarium św. Michała Archanioła na Monte Gargano i św. Mikołaja w Bari. Zatrzymał się także w Tunezji, by nawracać tamtejszych Saracenów. Podczas pielgrzymek zawsze zarabiał na swoje wyżywienie i nocleg własną pracą, np. pomagając w noszeniu wody i grzebaniu zmarłych, zbieraniu orzechów, rąbaniu drwa.
    Jako uważny obserwator, zdobył wiele cennych doświadczeń i informacji, które umiał potem skutecznie wykorzystać. Nie przegapił żadnej okazji do głoszenia Ewangelii. Jego kazania zawsze były krótkie, ale pełne serdecznej mądrości. Był analfabetą, ale zyskał przydomek “nieuczonego teologa”. Niektóre jego wypowiedzi zostały spisane i zebrane jako tzw. Dicta aura, stanowiąc cenne świadectwo wczesnej mistyki franciszkańskiej. Po kilku latach Idzi został skierowany przez Franciszka do pustelni w Fabriano, gdzie oddał się kontemplacji. Doświadczał też ekstaz.
    Zmarł w Perugii w 1262 r., po 52 latach życia franciszkańskiego. Jego niewątpliwy kult jako świętego potwierdził Pius VI w roku 1777, wyznaczając na dzień liturgicznego obchodu ku jego czci 23 kwietnia.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    21 kwietnia

    Święty Anzelm z Canterbury,
    biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Konrad z Parzham, zakonnik
    Święty Anzelm

    Anzelm urodził się w możnej rodzinie w miasteczku Aosta (Piemont) w 1033 r. Zatroskana o duszę dziecka głęboko religijna matka oddała Anzelma do klasztoru benedyktynów w tym samym mieście. Kiedy chłopiec miał 15 lat, tak dalece zasmakował w życiu mnichów, że postanowił z nimi pozostać do końca życia. Opat jednak chłopca nie przyjął, by nie narazić się ojcu, który miał wobec syna zupełnie inne zamiary. Po śmierci matki Anzelm poszedł śladami ojca. Miał przecież dopiero 20 lat i życie mu się uśmiechało. Opuścił więc dom rodzinny i przez trzy lata wędrował po świecie, żądny przygód.
    Odczuł całą gorycz, jak też zwodniczość przyjemności tego świata. Tęsknota za życiem zakonnym zaczęła brać stopniowo górę nad chęcią użycia. Kiedy więc miał już 27 lat, w roku 1060 wstąpił do benedyktynów w Le Bec, w północnej Francji, gdzie opatem był słynny uczony, bł. Lanfrank. Kiedy w roku 1063 Lanfrank został opatem w Caen, jego następca, Herluin, mianował Anzelma przeorem w Le Bec. Młody przełożony rychło pozyskał sobie serca współbraci troską o ich potrzeby materialne i duchowe, a także przykładem zakonnego życia. Nie wynosił się nad współbraci, chciał być raczej ich sługą. Szczególny entuzjazm wzbudził wykładami wśród młodzieży zakonnej oraz niezwykłą wiedzą, erudycją, nowoczesnym ujmowaniem problemów, traktowaniem uczniów. Toteż po śmierci Herluina (1078) wszyscy na jego następcę wybrali Anzelma. Ten zgodził się, ale sprawy administracyjne oddał komuś innemu, by mieć wolny czas dla współbraci i na studia. Tak więc rządził szczęśliwie klasztorem przez 14 lat jako przeor, a przez lat 15 jako opat. W tym czasie w Le Bec powstały jego dzieła: Monolog, Wprowadzenie, O dziewictwie, O wolnej woli, O gramatyce i O przypadku diabła. Jako opat nawiązał kontakty z najwybitniejszymi osobistościami – świeckimi i duchownymi: składał wizyty, udzielał rad, brał żywy udział w zjazdach i synodach. To zjednywało mu powszechny szacunek.
    Dlatego po śmierci arcybiskupa Canterbury, kiedy Lanfrank w 1070 r. został prymasem Anglii, zaprosił Anzelma na Wyspy. Przedstawił mu sytuację Anglii po niedawnych najazdach pogańskich Normanów. W 1093 r. bł. Lanfrank umarł. Przed śmiercią na swego następcę zaproponował właśnie Anzelma. Król Anglii, Wilhelm II, wyraził na to zgodę. Opór stawiali mnisi opactwa w Le Bec. W końcu jednak musieli ustąpić. Anzelm opuścił gościnną Francję i udał się do Anglii.
    Królowie angielscy, Wilhelm I Zdobywca (+ 1087) i Wilhelm II Rudy (+ 1100), byli przyzwyczajeni do sprawowania wyłącznej opieki nad Kościołem w Anglii. Jakąkolwiek ingerencję z zewnątrz, nawet z Rzymu, traktowali zazdrośnie, uważając, że godzi w ich suwerenność. Lanfrank miał tak ogromny autorytet, że trudno było z nim walczyć, ale po jego śmierci król chciał utracone wpływy nad Kościołem na nowo odzyskać. Dlatego usiłował uzależnić Anzelma od siebie. Prymas musiał wyjechać na kontynent. Prosił Urbana II, aby zwolnił go z urzędu arcybiskupa, ale bezskutecznie. Przez pewien czas wiódł życie tułacze.
    Kiedy po śmierci Wilhelma II na tron wstąpił Henryk I, na jego zaproszenie prymas Anzelm powrócił do Anglii. Realizując wytyczne papieskie dotyczące inwestytury, wszedł w ponowny konflikt z władcą. Został skazany na wygnanie. Porozumienie między Rzymem i królem, który zrzekł się władzy mianowania biskupów i obsadzania urzędów kościelnych, umożliwiło Anzelmowi powrót do Canterbury. Witany radośnie przez kler i lud, powrócił na swoją stolicę. W ostatnich latach rządów musiał zwalczać pretensje metropolity Yorku do tytułu prymasa Anglii. Nawiązał serdeczne stosunki z hierarchią Szkocji i Irlandii. Zajął się także reformą klasztorów i popierał ich rozwój. Powstały wtedy jego dzieła teologiczne i filozoficzne, m.in. List o wcieleniu Słowa, O pochodzeniu Ducha Świętego, Dlaczego Bóg stał się człowiekiem, O dziewiczym poczęciu, O grzechu pierworodnym. Dzieła te utorowały drogę do syntezy scholastycznej – stąd nazywany jest “ojcem scholastyki”. Stworzył podstawę do rozważań wzajemnego stosunku wiary i rozumu, które nie wykluczają się, ale uzupełniają. Według biskupa Anzelma wiara uprzedza rozum, a ten wyjaśnia jej tajemnice. Anzelm daje pierwszeństwo wierze. Głośne stało się jego zdanie: “Nie pragnę wiedzieć, aby móc wierzyć, ale wierzę, aby móc rozumieć”.
    Zmarł w roku 1109 i został pochowany w katedrze w Canterbury. O jego kanonizację zabiegał jeden z kolejnych prymasów Anglii, św. Tomasz Becket (+ 1170), ale dopiero papież Aleksander VI w roku 1492 zezwolił na jego kult, a papież Aleksander VIII w roku 1690 wpisał go uroczyście do katalogu świętych. W roku 1720 Klemens XI ogłosił go doktorem Kościoła. Relikwie św. Anzelma do dziś spoczywają w katedrze w Canterbury, mimo że jest ona obecnie w ręku prymasów anglikańskich.
    W ikonografii św. Anzelma przedstawia się w szatach biskupich z piórem lub z księgą w dłoni. Jego atrybutem jest także zając – znak tułaczego życia podczas dwukrotnego zesłania na wygnanie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    20 marca

    Święta Aleksandra, męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Maurycy Csak, zakonnik
      •  Święty Herbert, pustelnik
      •  Święty Wolfram, biskup
    Święta Aleksandra

    Aleksandra pochodziła z Ancyry w Galacji (dzisiejsza Ankara). Miała odmówić udziału w procesji z posążkami Artemidy i Ateny. Podczas wyznania wiary w Chrystusa została skazana na śmierć. Utopiono ją w bagnach, w pobliżu rodzinnego miasta, ok. 300 lub 310 r. wraz z sześcioma innymi kobietami, które wcześniej ślubowały dziewictwo i żyły poszcząc i pełniąc dobre uczynki. Były to: Klaudia, Eufrazja, Matrona, Julianna, Eutymia oraz najstarsza z nich, Teodozja. Przed utopieniem miały być wydane młodym mężczyznom na pohańbienie. Jednak ci uciekli, kiedy Teodozja pokazała im swoje siwe włosy. Wtedy wszystkie zostały w okrutny sposób torturowane: obnażono je, bito pałkami, obcinano piersi, ich ciała strugano ostrymi narzędziami aż do kości. Żadna z nich nie wyparła się Chrystusa.
    Ciała męczennic miał wydobyć z grzęzawisk, by je po chrześcijańsku pochować, Teodat (Teodot), siostrzeniec Teodozji (Tekusy), który od dawna pomagał chrześcijanom: odwiedzał ich w więzieniach, podnosił na duchu, ofiarował swój hotel na miejsce sprawowania liturgii. Po pochowaniu ciotki z Towarzyszkami został zdradzony przez sąsiadów i poniósł karę śmierci przez ścięcie. Jego ciało wraz z wydobytymi z grobu ciałami 7 męczennic spalono.
    Według innych hagiografów Aleksandra z Towarzyszkami po mękach została spalona żywcem w rozpalonym piecu.W ikonografii Święta przedstawiana jest zawsze w towarzystwie innych męczennic, z którymi poniosła śmierć. Między sobą różnią się praktycznie tylko kolorem szat. Aleksandra ma czerwony płaszcz i białą chustę na głowie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    19 marca

    Święty Józef
    Oblubieniec Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Marceli Callo, męczennik
    Święty Józef zaślubia Maryję

    W sprawie szczegółów życia św. Józefa musimy polegać na tym, co przekazały o nim Ewangelie. Poświęcają mu one łącznie 26 wierszy, a jego imię wymieniają 14 razy. Osobą św. Józefa zajmują się wprawdzie bardzo żywo także apokryfy: Protoewangelia Jakuba (z w. II), Ewangelia Pseudo-Mateusza (w. VI), Ewangelia Narodzenia Maryi (w. IX), Ewangelia Tomasza (w. II) i Historia Józefa Cieśli (w. IV), opowiadając o rodzinie Józefa, jego małżeństwie, pracy i śmierci; zbyt wiele w nich jednak legend, by można je było traktować poważnie. Niewiele mówią one także o latach dzieciństwa i wczesnej młodości Józefa.
    Józef pochodził z rodu króla Dawida. Wykazuje to św. Mateusz w genealogii przodków św. Józefa. Genealogię przytacza również św. Łukasz. Ta jednak różni się zasadniczo od tej, którą nam przekazuje św. Mateusz. Już Julian Afrykański (w. III) wyraża zdanie, że jest to genealogia Najświętszej Maryi Panny. Św. Łukasz, który podał nam tak wiele szczegółów z Jej życia, mógł nam przekazać i Jej rodowód. Na mocy prawa lewiratu św. Józef mógł być synem Jakuba, a równocześnie adoptowanym synem Helego, noszącego także w tradycji chrześcijańskiej imię Joachima, który był ojcem Najświętszej Panny. Tak więc genealogia przytoczona przez św. Łukasza wyliczałaby przodków Maryi rzeczywistych, a odnośnie do Józefa – jego przodków zalegalizowanych. Taka jest dzisiaj opinia przyjęta przez wielu biblistów.
    Mimo wysokiego pochodzenia Józef nie posiadał żadnego majątku. Na życie zarabiał stolarstwem i pracą jako cieśla. Zdaniem św. Justyna (ok. 100 – ok. 166), który żył bardzo blisko czasów Apostołów, Józef wykonywał sochy drewniane i jarzma na woły. Przygotowywał więc narzędzia gospodarcze i rolnicze. Autor Pseudoewangelii Filipa (w. III) nazywa Józefa stolarzem.
    Zaręczony z Maryją, Józef stanął przed tajemnicą cudownego poczęcia. Nie był według ciała ojcem Chrystusa. Był nim jednak według prawa żydowskiego jako prawomocny małżonek Maryi. Chociaż więc Maryja porodziła Pana Jezusa dziewiczo, to jednak wobec prawa żydowskiego i otoczenia Józef był uważany za ojca Pana Jezusa. Tak go też nazywają Ewangelie. W takiej sytuacji trzeba było wykazać, że Józef pochodził w prostej linii od króla Dawida, jak to zapowiadali prorocy.

    Święty Józef, oblubieniec Maryi

    Kiedy Józef dowiedział się, że Maryja oczekuje dziecka, wiedząc, że nie jest to jego potomek, postanowił dyskretnie usunąć się z życia Maryi, by nie narazić Jej na zhańbienie i obmowy. Wprowadzony jednak przez anioła w tajemnicę, wziął Maryję do siebie, do domu (Mt 1-2; 13, 55; Łk 1-2). Podporządkowując się dekretowi o spisie ludności, udał się z Nią do Betlejem, gdzie urodził się Jezus. Po nadaniu Dziecku imienia i przedstawieniu Go w świątyni, w obliczu prześladowania, ucieka z Matką i Dzieckiem do Egiptu. Po śmierci Heroda udaje się do Nazaretu. Po raz ostatni Józef pojawia się na kartach Pisma Świętego podczas pielgrzymki z dwunastoletnim Jezusem do Jerozolimy. Przy wystąpieniu Jezusa w roli Nauczyciela nie ma już żadnej wzmianki o Józefie. Prawdopodobnie wtedy już nie żył. Miał najpiękniejszą śmierć i pogrzeb, jaki sobie można na ziemi wyobrazić, gdyż byli przy św. Józefie w ostatnich chwilach jego życia: Jezus i Maryja. Oni też urządzili mu pogrzeb. Może dlatego tradycja nazwała go patronem dobrej śmierci.
    Ikonografia zwykła przedstawiać Józefa jako starca. W rzeczywistości był on młodzieńcem w pełni męskiej urody i sił. Sztuka chrześcijańska zostawiła wiele tysięcy wizerunków Józefa w rzeźbie i w malarstwie.Ojcowie i pisarze Kościoła podkreślają, że do tak bliskiego życia z Jezusem i Maryją Opatrzność wybrała męża o niezwykłej cnocie. Dlatego Kościół słusznie stawia św. Józefa na czele wszystkich świętych i daje mu tak wyróżnione miejsce w hagiografii. O św. Józefie pierwszy pisał Orygenes, chwaląc go jako “męża sprawiedliwego”. Św. Jan Złotousty wspomina jego łzy i radości; św. Augustyn pisze o legalności jego małżeństwa z Maryją i o jego prawach ojcowskich; św. Grzegorz z Nazjanzu wynosi godność Józefa ponad wszystkich świętych; św. Hieronim wychwala jego dziewictwo. Z pisarzy późniejszych, piszących o Józefie, wypada wymienić: św. Damiana, św. Alberta Wielkiego, św. Tomasza z Akwinu, św. Bonawenturę, bł. Jana Dunsa Szkota i innych. Pierwszy specjalny Traktat o 12 wyróżnieniach św. Józefa zostawił słynny kanclerz Sorbony paryskiej, Jan Gerson (1416). Izydor z Isolani napisał o św. Józefie pierwszą Summę (ok. 1528). Godność św. Józefa wysławiali w kazaniach św. Bernard z Clairvaux (+ 1153), św. Wincenty Ferreriusz (+ 1419), bł. Bernardyn z Faltre (+ 1494), bł. Bernardyn z Busto (+ 1500). Św. Bernardyn ze Sieny (+ 1444) wprost wyrażał przekonanie, że Józef osobnym przywilejem Bożym, jak Matka Najświętsza, został wskrzeszony i z ciałem wzięty do nieba oraz że w łonie matki został oczyszczony z grzechu pierworodnego. Podobną opinię wyraża św. Franciszek Salezy. O dozgonnej dziewiczości św. Józefa piszą: św. Hieronim, Teodoret, św. Augustyn, św. Beda, św. Rupert, św. Piotr Damiani, Piotr Lombard, św. Albert Wielki, św. Tomasz z Akwinu i wielu innych.

    Święty Józef, Opiekun Zbawiciela

    Największą jednak czcią do św. Józefa wyróżniała się św. Teresa z Avila, wielka reformatorka Karmelu (+ 1582). Twierdziła ona wprost, że o cokolwiek prosiła Pana Boga za jego przyczyną, zawsze otrzymała i nie była nigdy zawiedziona. Wszystkie swoje klasztory fundowała pod jego imieniem. Jego też obrała za głównego patrona swoich dzieł. Doroczną uroczystość św. Józefa obchodziła bardzo bogato, zapraszając najwybitniejszych kaznodziejów, orkiestrę i chóry, dekorując świątynię, wystawiając najbogatsze paramenty liturgiczne. Podobnie św. Wincenty a Paulo ustanowił św. Józefa patronem swojej kongregacji misyjnej, przed nim zaś uczynił to św. Franciszek Salezy.
    Do szczególnych czcicieli św. Józefa zaliczał się również św. Jan Bosko. Stawiał on Józefa za wzór swojej młodzieży rzemieślniczej. W roku 1859 do modlitewnika, który ułożył dla swoich synów duchowych i chłopców, dodał nabożeństwo do 7 boleści i do 7 radości św. Józefa; dodał również modlitwę do św. Józefa o łaskę cnoty czystości i dobrej śmierci; wreszcie dołączył pieśń do św. Józefa. Propagował nabożeństwo 7 niedzieli do uroczystości św. Józefa. W tym samym roku Jan Bosko założył wśród swojej młodzieży Stowarzyszenie pod wezwaniem św. Józefa. W roku 1868 wydał drukiem czytanki o św. Józefie. Miesiąc marzec co roku obchodził jako miesiąc św. Józefa, czcząc Go osobnym, codziennym nabożeństwem i specjalnymi czytankami. Św. Leonard Murialdo, przyjaciel św. Jana Bosko, założył zgromadzenie zakonne pod wezwaniem św. Józefa (józefici).
    Jan XXIII (Józef Roncalli) wpisał imię św. Józefa do Kanonu Rzymskiego (Pierwsza Modlitwa Eucharystyczna). Wydał także osobny list apostolski o odnowieniu nabożeństwa do niebiańskiego Patrona (1961). Św. Józefa uczynił patronem II Soboru Watykańskiego (1962-1965). Decyzją Benedykta XVI, ogłoszoną już za pontyfikatu papieża Franciszka, w 2013 r. imię św. Józefa włączono także do pozostałych modlitw eucharystycznych.Na Wschodzie po raz pierwszy spotykamy się ze wspomnieniem liturgicznym św. Józefa już w IV wieku w klasztorze św. Saby pod Jerozolimą. Na Zachodzie spotykamy się ze świętem znacznie później, bo dopiero w wieku VIII. W pewnym manuskrypcie z VIII wieku, znalezionym w Centralnej Bibliotece Zurichu, znajduje się wzmianka o pamiątce św. Józefa obchodzonej 20 marca. W martyrologiach z wieku X: z Fuldy, Ratisbony, Stavelot, Werden nad Ruhrą, w Raichenau i w Weronie jest wzmianka o święcie św. Józefa dnia 19 marca. Pierwsze pełne oficjum kanoniczne spotykamy w wieku XIII w klasztorze benedyktyńskim: w Liege i w Austrii w klasztorze św. Floriana (w. XIII). Z tego samego wieku również pochodzi pełny tekst Mszy świętej. Serwici na kapitule generalnej ustanowili w 1324 roku, że co roku będą obchodzić pamiątkę św. Józefa. Podobnie uchwalili franciszkanie (1399) i karmelici (koniec w. XIV). O święcie tym wspomina Jan Gerson w 1416 roku na soborze w Konstancji. Do brewiarza i mszału rzymskiego wprowadził to święto papież Sykstus IV w 1479 roku. Papież Grzegorz XV w 1621 roku rozszerzył je na cały Kościół. Potwierdził je papież Urban VIII w 1642 roku. W wieku XIX przełożeni generalni 43 zakonów wystosowali prośbę do papieża i ojców soboru o ogłoszenie św. Józefa patronem Kościoła. Papież Pius IX przychylił się do prośby i dekretem Quaemadmodum Deus z dnia 10 września 1847 roku wprowadził odrębne święto liturgiczne Opieki świętego Józefa. Wysłał też list do biskupów świata z wyjaśnieniem i uzasadnieniem, jakie pobudki skłoniły go do ustanowienia tego święta.

    Święty Józef, Opiekun Zbawiciela

    Papież wyznaczył to nowe święto na III Niedzielę Wielkanocy. To święto obchodzili już przedtem karmelici (od roku 1680), augustianie (od 1700), a potem dominikanie z oktawą (1721). Papież Pius X przeniósł to święto na drugą środę po Wielkanocy i podniósł ją do rangi pierwszej klasy. Zmienił jednocześnie nazwę święta na: świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny, Wyznawcy, Patrona Kościoła Powszechnego. Na dzień uroczystości wyznaczył tenże papież środę po drugiej niedzieli Wielkanocy. Papież Pius XII zniósł to święto, ale w jego miejsce w roku 1956 wprowadził nowe święto tej samej klasy: św. Józefa Pracownika (1 maja). Tak pozostało dotąd, z tym jednak, że ranga tego drugiego święta została obniżona do wspomnienia (1969). Tytuł zaś Patrona Kościoła Świętego Pius XII dołączył do święta 19 marca.
    Papież Benedykt XIII w roku 1726 włączył imię św. Józefa do litanii do Wszystkich Świętych. Benedykt XV włączył również wezwanie o św. Józefie do modlitw zaczynających się od słów: “Niech będzie Bóg uwielbiony” oraz włączył do Mszału osobną prefację o św. Józefie (1919). Papież Leon XIII wydał pierwszą w dziejach Kościoła encyklikę o św. Józefie: Quamquam pluries. Papież św. Pius X zatwierdził litanię do św. Józefa do publicznego odmawiania i dodał do niej wezwanie: “Święty Józefie, Opiekunie Kościoła Świętego”. Papież Leon XIII wprowadził do modlitw po Mszy świętej osobną modlitwę do św. Józefa (1884). Do dziś lokalnie bywa także obchodzone (w niektórych zakonach i miejscach) święto Zaślubin Maryi ze św. Józefem (23 stycznia).
    Apokryfy i pisma Ojców Kościoła wysławiają jego cnoty i niewysłowione powołanie – oblubieńca Maryi, żywiciela i wychowawcy Jezusa. Jest patronem Kościoła powszechnego, licznych zakonów, krajów, m.in. Austrii, Czech, Filipin, Hiszpanii, Kanady, Portugalii, Peru, wielu diecezji i miast oraz patronem małżonków i rodzin chrześcijańskich, ojców, sierot, a także cieśli, drwali, rękodzielników, robotników, rzemieślników, wszystkich pracujących i uciekinierów. Wzywany jest także jako patron dobrej śmierci.W ikonografii św. Józef przedstawiany jest z Dziecięciem Jezus na ręku, z lilią w dłoni. Jego atrybutami są m. in. narzędzia ciesielskie: piła, siekiera, warsztat stolarski; bukłak na wodę, kij wędrowca, kwitnąca różdżka (Jessego), miska z kaszą, lampa, winorośl.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    18 marca

    Święty Cyryl Jerozolimski,
    biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Edward, męczennik
    Święty Cyryl Jerozolimski

    Cyryl urodził się około 315 roku w Jerozolimie. Pochodził z rodziny chrześcijańskiej, bardzo przywiązanej do wiary. Zwyczajem pobożnych rodzin od młodości zaprawiał się w ascezie chrześcijańskiej w jednym z klasztorów Palestyny. Z rąk biskupa Jerozolimy, św. Makarego, przyjął święcenia diakonatu (334), a z rąk jego następcy, św. Maksyma, otrzymał święcenia kapłańskie (344).
    Po śmierci Maksyma na stolicę jerozolimską został wybrany właśnie Cyryl. Ze względu na rangę pierwszej w świecie stolicy biskupiej wybór musiał zatwierdzić synod w Konstantynopolu, cesarz i papież. Cyryl z takim zapałem zabrał się do pasterzowania, że współczesny mu św. Bazyli Wielki (+ 379) nie szczędził mu najwyższych pochwał.
    Trzykrotnie był zsyłany na wygnanie z powodu zdecydowanej postawy wobec arian. Najpierw wystąpił przeciwko niemu ariański metropolita Cezarei Palestyńskiej, Akacjusz. Skłonił on ariańskiego cesarza Konstancjusza, żeby ten skazał Cyryla jako “heretyka” na wygnanie (351). Święty został zesłany do Tarsu, rodzinnego miasta św. Pawła Apostoła. Tamtejszy biskup przyjął go z wielką czcią. Synod w Seleucji potępił arianizm, Akacjusza skazał na wygnanie, a Cyryla odwołał z banicji. Po 9 latach Cyryl mógł wreszcie powrócić do swojej owczarni.
    Akacjusz jednak nie myślał bynajmniej ustąpić. Korzystając z ponownej życzliwości cesarza wymógł na nim, by na synodzie w Konstantynopolu Cyryl został ponownie potępiony i skazany na wygnanie. Tym razem tułaczka biskupa nie trwała długo, bo w kilka miesięcy potem kolejny cesarz, Julian Apostata, pozwolił mu powrócić.
    Żył spokojnie przez 19 lat. W tym czasie rozwinął pełną działalność, aby przywrócić jedność Kościołowi w Jerozolimie. Wtedy powstała większość jego katechez, czyli mów, w których wyjaśnił całokształt prawd wiary Chrystusowej.
    Po rychłej śmierci Juliana Apostaty panowanie objął znowu cesarz ariański, Walens (364-378). Cyryl musiał po raz trzeci opuścić swoją owczarnię. Pozostał na banicji przez 8 lat, aż do swojej śmierci, bowiem następca cesarza Walensa, Walentynian, także arianin, nie pozwolił mu wrócić.
    Cyryl pożegnał ziemię dla nieba daleko od diecezji 18 marca 386 roku, gdy miał ok. 71 lat życia, w tym 38 lat pasterzowania za sobą.
    Brał udział w Soborze Konstantynopolitańskim I w roku 381, który biskupom Konstantynopola przyznał pierwsze miejsce po Rzymie. W swojej spuściźnie literackiej zostawił dwie serie katechez: dla katechumenów i dla ochrzczonych. Jest to bodajże pierwszy systematyczny wykład nauki katolickiej i jeden z pierwszych traktatów o Najświętszym Sakramencie. Dzieje Chrystusa Pana św. Cyryl przedstawia jako dzieje zbawienia rodzaju ludzkiego. Tak też pojmuje historię biblijną. Od nawróconych żąda odmiany życia. Do najcenniejszych katechez zalicza się pięć katechez mistagogicznych, w których wykłada naukę Kościoła o chrzcie świętym, bierzmowaniu i Eucharystii. W katechezie o Najświętszym Sakramencie Cyryl wyraża głęboką wiarę w realną obecność Pana Jezusa, a Komunię świętą nazywa “wcieleniem z Chrystusem”.
    Leon XIII ogłosił w 1882 r. św. Cyryla Jerozolimskiego doktorem Kościoła.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    17 marca

    Święty Patryk, biskup

    Zobacz także:
      •  Święta Gertruda, ksieni
    Święty Patryk
    Patryk urodził się w Brytanii w 385 roku, w rodzinie chrześcijańskiej. Nosił celtyckie imię Sucat. Kiedy miał 16 lat, korsarze porwali go do Irlandii. Przez 6 lat był tam pasterzem owiec. W tym czasie nauczył się języka irlandzkiego. Na przypadkowym statku udało mu się zbiec do północnej Francji. Tam kształcił się w dwóch najgłośniejszych wówczas szkołach misyjnych: w Erinsi i w Auxerre. Podjął studium przygotowujące go do pracy na misjach. Był uczniem św. Germana z Auxerre. Przez jakiś czas przebywał w Italii i w koloniach mniszych na wyspach Morza Tyrreńskiego.
    W tym czasie zmarł w Irlandii, wysłany tam na misje przez papieża św. Celestyna I, biskup św. Palladiusz. Postanowiono na jego miejsce wysłać Patryka. Na biskupa wyświęcił go papież w roku 432 i wysłał go do Irlandii. Patryk zastał tam małe grupy chrześcijan, ale stanowiły one wyspy w morzu pogaństwa. Krajem rządzili naczelnicy szczepów i znakomitych rodzin. Kapłani pogańscy zażywali wielkiej powagi. Patryk swoim umiarem i podarkami zdołał większość z nich pozyskać dla wiary. Obchodził poszczególne rejony Zielonej Wyspy, wstępując najpierw do ich władców i prosząc o zezwolenie na głoszenie Ewangelii. W Armagh założył swoją stolicę, skąd czynił wypady na cały kraj.
    Nie jeden raz przeszkadzano mu w jego misji; zdarzały się zamachy na jego życie. Na ogół jednak praca jego miała ton spokojny. Spotykał się z życzliwością tak poszczególnych władców, jak i miejscowej ludności. Aby sobie nie zrażać władców niektórych grup etnicznych, dla poszczególnych szczepów ustanawiał biskupów. Kapłanów, których zadaniem było niesienie im pomocy, podobnie jak to uczynił św. Augustyn i św. German, zobowiązał do życia wspólnego na wzór klasztorów. Do liturgii wprowadził obrządek, jaki wówczas był powszechnie przyjęty w Galii (we Francji).
    Do nawrócenia całej wyspy św. Patryk potrzebował wielu ludzi. Misjonarze na jego apele zgłaszali się tłumnie. Największą wszakże pomocą byli dla niego mnisi. Z nich to tworzył ośrodki duszpasterskie. Tak więc w Irlandii powstał jedyny w swoim rodzaju zwyczaj, że opaci byli biskupami, a mnisi w klasztorach – ich wikariuszami. W tej pracy okazał się dla Patryka mężem opatrznościowym św. Kieran. Według podania Patryk miał wręczyć Kieranowi dzwon, którym tenże zwoływał mnichów i wiernych na wspólne pacierze liturgiczne. To było także osobliwością Irlandii. Zwyczaj dzwonienia rozpowszechnili mnisi irlandzcy po całej Europie. Patryk upowszechnił także zwyczaj usznej spowiedzi.
    Ostatnie dni swojego życia spędził Patryk w zaciszu klasztornym, oddany modlitwie i ascezie. Utrudzony pracą apostolską, oddał duszę Panu 17 marca 461 w Armagh (dziś Ulster, Północna Irlandia), które to miasto stało się odtąd stolicą prymasów irlandzkich. Patryk przeżył ok. 76 lat, w tym ok. 40 lat w Irlandii, która czci go jako swojego apostoła, ojca i patrona. Jest on również patronem Nigerii (nawróconej przez irlandzkich misjonarzy) oraz Montserrat, archidiecezji nowojorskiej, bostońskiej, Ottawy, Armagh, Cape Town, Adelajdy i Melbourne, a także inżynierów, fryzjerów, kowali, górników, upadłych na duchu oraz dusz w czyśćcu cierpiących. Czczony także jako opiekun wiosennych siewów i zwierząt domowych. Zwracają się do niego lękający się węży i ukąszeni przez nie.
    W ikonografii Święty przedstawiany jest w biskupim stroju. Jego atrybutem jest liść koniczyny – dla podkreślenia, że Patryk rozpoczynał ewangelizowanie od wykładania prawdy o Trójcy Przenajświętszej, a także wąż. Inne atrybuty to mitra, pastorał, krzyż, księga, chrzcielnica, węże, harfa.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Stróż Zielonej Wyspy, Patryk

    Wikimedia Commons, Sicarr, licencja: 0

    ***

    Święty Patryk (ur. ok. 389, zm. 461) nie urodził się w Irlandii. Przywieźli go tam i sprzedali jako niewolnika Irowie po jednym z pirackich napadów na Brytanię. Miał wówczas lat szesnaście. Było to jego jedyne bogactwo. Chociaż bowiem pochodził z chrześcijańskiej, rzymsko-brytyjskiej rodziny, klerykalnej nawet, ponieważ jego ojciec był diakonem a dziadek kapłanem, to jednak jego uświadomienie religijne obejmowało zaledwie niejasne pojęcie Boga prawdziwego, a wykształcenie ogólne ograniczało się do początków języka łacińskiego. Zdobywał — zwłaszcza to pierwsze — własnym trudem myśli i serca przez sześć długich i samotnych lat, gdy na zielonych pastwiskach przymusowej ojczyzny pasł bydło swego pana. Pasterska służba, samotność i absolutna zależność od drugiego człowieka wiele go nauczyły. Wprawdzie sam będzie się później oskarżał o „wiejskość” swojej teologii oraz metody katechetycznej, a inni zarzucą mu wprost niedouczenie w tych dziedzinach, ale to właśnie on potrafił schrystianizować Irlandię, dla której mieszkańców był najpierw tylko niewolnikiem.

    W tym niewolniku jednak rosło pragnienie apostolstwa i wizja królestwa Bożego o tak szerokich horyzontach, że widział się w nim dalej sługą, ale już dobra duchowego swych panów. By zrealizować tę wizję, ucieka z Irlandii do Galii. Jak był ciekawy wszelkich informacji z zakresu życia duchowego w obcym kraju i jak je umiał zbierać, świadczy fakt, że trafia do świeżo założonej wspólnoty zakonnej w Lérins (Południowa Francja), a później do Auxerre, gdzie przyjął kapłaństwo i przez prawie dziesięć lat odbywał studia. Zdawał sobie bowiem sprawę z tego, w jak odmiennym świecie dotąd się wychowywał i dojrzewał psychicznie — w świecie odciętym od krystalizującej się cywilizacji europejskiej. Irlandia, podobnie jak Szkocja, nie zaznała okupacji rzymskiej z jej ujemnymi i dodatnimi skutkami. Zamknięta w swojej kulturze celtyckiej, oddzielona wodami oceanu od innych ośrodków myśli i działania, broniąca się przed obcymi wpływami oryginalnym kultem religijnym, w którym druidzi odgrywali ważną rolę, pozostawała na uboczu, podczas gdy przez dawne posiadłości Rzymu przeciągało nowe życie z całym bogactwem spraw i problemów. Żeby w Irlandii zaszczepić chrześcijaństwo, należało uwzględnić podstawowe cechy jej kultury oraz zapoznać się z duchem religii jej mieszkańców, nazywanych wówczas także Szkotami. Do nich to wysyła papież Celestyn I biskupa Palladiusza w 431 roku, by zorganizował tam rozproszonych chrześcijan w prawną jednostkę kościelną. Podając ten fakt, Prosper z Akwitanii używa określenia: ad Scottos in Christum credentes. Musiał więc ktoś przed 431 rokiem głosić w Hibernii naukę chrześcijańską, przyjmowaną jednak z wielkimi oporami, co może nam wytłumaczyć i niepowodzenie misji Palladiusza. Irlandia czekała jeszcze na prawdziwego apostoła.

    Honor ten i trud przypadły Patrykowi, który — jak sam wyznaje — we śnie usłyszał wzywający go głos Irów. Władze kościelne bez entuzjazmu potraktowały ofiarowanie się Patryka na pójście za tym głosem. Główną przeszkodą były braki w jego wykształceniu. Dobrze to świadczy o ludziach, od których zależał Patryk, że tak dbali, by misjonarze prawdziwej wiary byli wszechstronnie przygotowani do spełnienia swego obowiązku. W wypadku byłego niewolnika odgrywało rolę jeszcze i to, że posiadał bardzo nikłą znajomość języka łacińskiego — oficjalnego wówczas języka Kościoła. Do końca życia władał nim nieporadnie. Bano się więc, że nawet jego ceniona już wtedy gorliwość nie wystarczy, by przeważyć wpływ druidów na zwartą społeczność celtycką. Pisał o niej ówczesny kronikarz, że jest loricata — opancerzona przeciwko prawdzie i nie kruchym słowem, lecz taranem rozbijać ją trzeba.

    W bardzo kruche słowo uzbrojony, wybrał się jednak z otrzymanym od władz pozwoleniem i błogosławieństwem Patryk jako biskup do ziemi swojej niewoli. Może nie zdawali sobie sprawy jego zwierzchnicy z tego, z jaką mocą miał na tej ziemi stanąć i podbić ją Chrystusowi. A było nią zbierane doświadczeniem osobistym rozpoznanie charakteru ludu irlandzkiego połączone z wielką ku niemu miłością. Prawda zawsze jest najlepiej przekazywana w otoczce miłości. Tę tajemnicę odkrył „niedouczony” biskup i posłużył się nią jak kluczem. Nie był mu potrzebny taran.

    Był to prawdopodobnie rok 432, gdy Patryk rozpoczął pracę apostolską w Irlandii, przede wszystkim na jej zachodnich i północnych krańcach. Zdobył sobie uznanie i przyjaźń króla Loegaira, który wraz z innymi potentatami otoczył opieką jego duszpasterskie wysiłki. Najtrudniejsze — jak można się było spodziewać — miał przeprawy z druidami, nosicielami tradycji religijnej i kulturalnej Celtów. Korzystali ze swojego wpływu na jednolite pod względem kultu i wiary masy, by nawet władcom podsuwać rozwiązania w dziedzinie polityki. „Człowiek ze złotym sierpem” był symbolem siły ponadziemskiej, hierarchicznie zorganizowanej i nieubłaganie łamiącej wszelkie przeszkody. Przeciwstawił jej Patryk krzyż i słowo prawdy.

    Nie posiadamy szczegółowej i pewnej kroniki jego działalności. Pozostawił nam wprawdzie coś w rodzaju autobiografii Confessio (Wyznanie), ale ona nie daje pełnego obrazu przekształcania Irlandii z wyspy pogańskiej w wyspę świętych i uczonych. Tak bowiem (Insula sanctorumInsula doctorum) mówiono o niej w średniowieczu. Dla Patryka była ona najpierw wyspą trudu i niebezpieczeństw. A może trochę i rozczarowań, gdy jego styl apostołowania spotkał się z krytyką.

    Wprowadził bowiem w Irlandii odmienną od kontynentalnej, a nawet brytyjskiej, strukturę administracji kościelnej. Nie mógł jej oprzeć, jak w reszcie Europy, na ośrodkach miejskich, w których rezydowałby biskup, Pater et defensor civitatis. Miast w znaczeniu grecko-rzymskim tam nie było. Korzystając więc z tego, że wielu neofitów z najprzedniejszych również rodów pragnęło całkowicie poświęcić się doskonałości chrześcijańskiej, zakładał klasztory, naokoło których powstawały osiedla, zalążki przyszłych miast. Przełożony klasztoru, obdarzony zwykle sakrą i władzą biskupią, był odpowiedzialny nie tylko za swoją społeczność zakonną, ale i za wszystkich mieszkających w zasięgu jego misjonarskiej działalności. Mnisi irlandzcy odznaczali się od początku wielkim dynamizmem apostolskim i jednocześnie doskonałą taktyką zdobywania zwolenników dla nowej wiary. Przedstawiali bowiem chrystianizm jako naukę i system życia przyjęty przez wszystkie ówczesne cywilizowane narody, do których grona warto należeć, nie tracąc jednak nic z własnej kultury. Chrześcijanie Zielonej Wyspy, przyjmując w administracji kościelnej, studiach i liturgii język łaciński, wiedzieli, że łączą się nim z całością Kościoła jak mostem, a nie jak w krajach podległych kiedyś władzy rzymskiej — kajdanami. Ta ich postawa pewnej niezależności sprawiała, że potrafili walczyć o niektóre formy zewnętrzne rodzimego pochodzenia w praktykach religijnych (specjalny kształt tonsury kleryckiej, odmienny system obliczania daty Świąt Wielkanocnych itp.). Chrześcijaństwo zostało tutaj wszczepione w dobre drzewo celtyckiej kultury.

    Irlandczycy uważają to za dzieło Patryka. Dzieło tym cenniejsze, że dokonane przez „obcego człowieka”, człowieka z kręgu kultury Brytów, przybysza ze Wschodu, który mógł słusznie kierować się osobistymi pretensjami do narodu swoich krzywdzicieli. A tymczasem właśnie on występuje w ich obronie i to przeciwko swym pobratymcom z Brytanii, którzy pod wodzą plemiennych władców najeżdżali Irlandię, grabiąc, mordując i uprowadzając ludność w niewolę. Takim władcą był Korotyk, chrześcijanin, „niegodny tego imienia”, źródło cierpień wielu niewinnych Irów. Zaklinał go Patryk i błagał o pozostawienie w spokoju ludzi, którzy niedawno przyjęli wiarę w Chrystusa, a oto teraz prześladowani są przez Jego wyznawców. Gdy to nie pomogło, pisze list otwarty do żołnierzy Korotyka (Epistula ad Milites Corotici), przeważnie chrześcijan, ostro ich napominając, by nie brali udziału w grzesznych czynach tyrana. Chyba nie łatwo mu było zwracać się do nich w ten sposób: „Ułożyłem i własnoręcznie napisałem te słowa do przekazania i rozszerzenia wśród żołnierzy Korotyka, już nie moich współobywateli ani współobywateli świętych Rzymu, lecz obywateli miejsca zatracenia”. Ponad związki krwi, kultury i języka cenił on sobie bardziej wspólnotę wiary — jak przystało na prawdziwego apostoła — ale to nie pozbawiało go świadomości, że Irlandia nie jest jego domem rodzinnym, a jej mieszkańcy powołują się na inne drzewo genealogiczne. Przypomina nawet w tym liście krzywdy wyrządzone jemu oraz jego rodzinie przez Irów, którym on teraz, ze względu na Chrystusa, służy i służyć pragnie do końca swego życia. W takim bolesnym konkrecie stosunków międzynarodowych krystalizowało się pojęcie „rzeczpospolitej chrześcijaństwa”. Imponowało to prawdopodobnie podopiecznym Patryka. A pociągnięci przezeń i wychowani mnisi naśladowali jego szlachetny gest nakładania na wszelkie granice prawdy Chrystusowej.

    Stał się ten gest cechą charakterystyczną mnichów celtyckich. Peregrinari pro Christo, peregrinari pro amore Dei (pielgrzymować dla sprawy Chrystusowej i Bożej) było motywem wielkiej wędrówki irlandzkich zakonników, którzy uważali za jedną z zasad ascetycznych oderwanie się od najbliższych, od własnego kraju, by w środowisku obcym, często nieprzyjaznym głosić Ewangelię. Powoływali się na przykład Abrahama, o którym czytali w Księdze Rodzaju: „Jahwe rzekł do Abrahama: Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę… Abraham udał się w drogę, jak mu Jahwe rozkazał”. Ta mistyka dalekich dróg i odległych krajów wychowywała ludzi o szerokim spojrzeniu na sprawy całego świata, ludzi ofiarnych, ludzi rozkochanych w wielkich przygodach duchowych własnych i cudzych. Szukając tej przygody po mało wówczas znanych ziemiach Europy, scalali je przez wierność Kościołowi w jeden organizm. Tutaj więc również działał duch świętego Patryka. Ożywiony nim Kolumban (540—615) opuszcza Irlandię, udaje się do Francji, gdzie w Wogezach zakłada klasztor Luxeuil, stamtąd wyrusza do Nadrenii, by wreszcie po bardzo urozmaiconym życiu misjonarskim osiąść w Bobbio (północne Włochy), ostatnim etapie swojej wędrówki. Europa — jak każde ważne dzieło w historii — rosła ofiarami jednostek, które formującemu się jej organizmowi nadają duchową treść.

    Jednym z elementów tej treści jest świadomość własnych win i konieczności ich odpokutowania. Patryk wspominając swoją młodość, nazywa się peccator rusticissimus (grzeszny nieuk lub nieokrzesany grzesznik), by tym usprawiedliwić podejmowane przez siebie praktyki pokutne. Podpatrzyli dobrze tę postawę mnisi irlandzcy. Można powiedzieć, że w znacznej mierze oni nauczyli Europejczyków spowiadać się i zdobywać się na jasno określony gest zadośćuczynienia. Służyły do tego „katalogi grzechów z odpowiednimi za nie pokutami”, układane przez surowych, ale sprawiedliwych zakonników, odgrywających wówczas rolę sumienia społeczności wiernych. Kultura jednostkowa i zbiorowa otwarta na pojęcia winy, odpowiedzialności, kary i wyrównania rachunków jest kulturą zdrową. Wychowuje bowiem człowieka, który mówiąc o sobie: jestem grzesznikiem i szukam zmiłowania Pańskiego — zdaje sobie równocześnie sprawę z tego, że do źródła miłosierdzia prowadzi trudna droga naznaczona zawsze jakąś ofiarą i przypomnieniem o cenie ładu. Bohaterem średniowiecza był człowiek „o sercu skruszonym”. Istnieli oczywiście wówczas publiczni grzesznicy, wielcy zbrodniarze, którzy jednak, tknięci łaską i przyjmujący ją, przekształcali się w publicznych również pokutników. Biegła więc poprzez wszystkie klasy społeczne wyraźna linia podziału postaw i czynów ludzkich na złe i dobre. Przy tej granicy czuwali mnisi, którzy — jak ich wzór: Patryk — swoje sądy etyczne formowali przy najważniejszej i świętej relacji: stworzenie i Stwórca. Stosunek do Boga na pierwszym miejscu decydował o wartości moralnej czynów jednostki, wszystkie inne stosunki musiały mu być podporządkowane. Zakonnik miał obowiązek całą duszą przylgnąć do prawd Bożych przede wszystkim i światłem z nich czerpanym posługiwać się w rozwiązywaniu własnych i cudzych problemów. Z tych właśnie czasów pochodzi powiedzenie: Monachus canem agit in fide custodiens bona Domini (mnich w sprawach wiary czuwa jak pies przy dobrach Pana). Potrzebni byli tacy ludzie dbający o to, by w różnych miejscach i odmiennych kulturach chrześcijaństwo wrastało prawidłowo w każdą rzeczywistość, przekształcaną w dobrą naturalną pożywkę dla nadprzyrodzonych cnót. Nic dziwnego, że w tych czasach serca przepełnione radością i nadzieją przypadały do słów Psalmu 23: „Pan jest moim pasterzem; nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia mą duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoje imię. Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”.

    Dla świętego Patryka „zielonym pastwiskiem” stała się cała Irlandia. Sam Bóg oprowadzał go po niej, każąc mu głosić prawdę jej mieszkańcom, by z nich znowu wielu wyruszyło na rozległe pastwiska Europy w poszukiwaniu zagubionych w pogaństwie lub herezji dusz. Obraz ten używany bardzo często w ówczesnym słownictwie ascetycznym i duszpasterskim doskonale charakteryzuje epokę nabrzmiałą dynamizmem apostolskim. Pięknie odwdzięczyła się Zielona Wyspa swemu Pasterzowi, rozgłaszając jego chwałę, a jeszcze bardziej sprawdzając trafność jego metody polegającej na indywidualnym działaniu wędrownych mnichów iroszkockich. Ilu ich było, trudno dociec. Pamięć o nich, nie związana z żadnym stałym miejscem pobytu, szybko wygasła. Zapisani w kronice macierzystego klasztoru jako pielgrzymi sprawy Chrystusowej, więcej już na jej karty nie wracali, chyba tylko jakąś legendą lub wyolbrzymioną przekazywaniem z ust do ust pogłoską o ich sukcesach apostolskich w krajach bez nazw, bez historii i bez określonego rzekami czy górami miejsca. Niektórzy badacze początków chrześcijaństwa w Polsce chcą ją widzieć w rzędzie tych krajów objętych działalnością pionierską misjonarzy irlandzkich na długo przed chrztem Mieszka. Hipotezy te odrzuca Aleksander Brückner w Dziejach kultury polskiej dwoma zdaniami: „Mnichom iryjskim przypisywano walny udział w tej mniemanej misji. Że jeden i drugi mnich iryjski między r. 966 a 1066 i do Polski trafił, nie myślimy przeczyć; są po nekrologach najdawniejszych klasztorów dwa, trzy najwyżej nazwiska iryjskie, ależ nic nas nie upoważnia odnachodzić tych misjonarzy i przed r. 966”. Nie tutaj miejsce na rozstrzyganie sporu między historykami. Wolno nam jednak przypuszczać, że gorliwa praca tych bezimiennych misjonarzy docierała przynajmniej pośrednio falami rozszerzającego się chrześcijaństwa do brzegów naszej prehistorii. Działało tutaj również prawo osmozy. Zasięg wpływów chociażby anonimowego apostoła prawdy Chrystusowej jest zawsze szerszy i trwalszy od tych, które się łączy z wielkimi imionami wodzów, filozofów, uczonych i artystów. Dlatego też i Polskę można w pewnej mierze uważać za dłużniczkę świętego Patryka. Przypominają to nam nawet dzwony, które zwołują z wież polskich kościołów na służbę Bożą wierzących, a niewierzącym i walczącym z Bogiem głoszą Jego miłosierną i sprawiedliwą obecność. Patryk bowiem rozpowszechnił zwyczaj posługiwania się dzwonami wzywającymi do uczczenia tajemnic zbawienia, miłosierdzia i sprawiedliwości.

    Takim również dzwonem — oczywiście w przenośni — była jego autobiografia zatytułowana Confessio (Wyznanie). Przerasta ona nawet intencje autora, który prawdopodobnie zamierzał objawić wobec Boga i ludzi swoją postawę wewnętrzną — źródło i wytłumaczenie misjonarskiego gestu. Ale dla uważnego czytelnika będzie zawsze głosem prawdy o człowieku wszystkich czasów, ponieważ mówi o zasadniczych relacjach stworzenia do Stwórcy — jest w niej bowiem wyznanie winy, wyznanie wiary i wyznanie chwały. Cały człowiek w sakralnej perspektywie. Pisał ją Patryk pod koniec życia, spiesząc się, by zdążyć opowiedzieć siebie Bogu i ludziom przed śmiercią. Et haec est confessio mea anteguam moriar — oto moje wyznanie zanim umrę.

    Nie ma w tym wyznaniu głębokiej filozofii ani subtelnych dociekań teologicznych. Treść jego nie została skojarzona z elegancją stylu. Autor używał łaciny ubogiej, od której Cycero, Hieronim i Augustyn odwróciliby się z zażenowaniem i z żalem, że z wykwintnych cesarskich pałaców klasyczny język przeprowadzono do stajenki. Widzieliby w tym upokorzenie pięknej mowy powstałej z natchnienia poetów, trudu prawników i sztuki retorów. Patryk nie zamierzał niczego i nikogo upokarzać poza sobą. Miał świadomość swojej nieporadności w posługiwaniu się łaciną, ale nie to było jego głównym zmartwieniem. Dopiero gdy zestawił grzechy swojej młodości z dobrocią i miłosierdziem Bożym, poczuł lęk a jednocześnie wdzięczność, że oto on, „prostak”, wciągnięty w wielkie sprawy królestwa Chrystusowego, ma swój udział w dziele zbawienia świata. Mógł więc śmiało nazwać się „kamieniem, który tkwił głęboko w błotnistej drodze, aż przyszedł potężny Pan i w miłosierdziu swoim podniósł go i umieścił na szczycie ściany domu swego”. W tym zdaniu jest cały Patryk, pokorny, ale zarazem rozradowany, że ma swoje miejsce w szeregu sług Bożych, tak jak on myślących o uczciwym spełnianiu obowiązku wobec Stwórcy i ludzkości.

    Przewidywał, jak bardzo będzie potrzebna cnota pokory nadchodzącej epoce. Oto bowiem chrześcijaństwu zaczęli się kłaniać królowie. Według świętego Augustyna tkwi w tym niebezpieczeństwo dla jego wyznawców. Zbyt łatwo przywyknąć by mogli do przypisywania sobie owoców łaski i mocy Bożej oraz cierpień i pracy tych męczenników i wyznawców, których dziedzictwo przejęli. Triumfalizm jest zwykle dzieckiem łatwizny. Patryk przyjmował wszystko na kolanach, z wdzięcznością i zdumiewaniem się, że aż tak wiele od Chrystusa, Kościoła i ludzi otrzymał. Zwraca się więc do swoich czytelników ze słowami: „Bądźcie przekonani i wierzcie niezachwianie, że to wszystko było darem Bożym”.

    Średniowiecze dało się przekonać Patrykowi i tym, którzy podobnie określali stosunek Stwórcy do stworzeń. Rozpoczynało swoje dzieje na kolanach, upatrując we wszystkim dar Boży. Była to mądra epoka. Sprawiedliwie oceniała człowieka z jego cnotami i wadami, ponieważ stawiała go zawsze przed trybunałem jedynego Sędziego i powoływała się stale na prawo najwyższe. Była to też epoka uczulona na obecność Boga jako Pana wszechrzeczy, od którego wszystko pochodzi i do którego wszystko wrócić musi. Tylko takiemu Panu służyć całą myślą i każdym czynem warto i trzeba, żeby w sobie ukształtować prawdziwą godność stworzenia rozumnego i wolnego.

    A gdy zbliżał się już zmierzch średniowiecza, człowiek, który łączył w sobie wszystkie jego dobre cechy — Joanna d’Arc — żegnał je, żegnając równocześnie swoje życie, wyznaniem: „Pan Bóg musi być pierwszy obsłużony”. Bóg pierwszy obsłużony to obsłużony też pięknie człowiek i kosmos. Z takiego bowiem gestu służby wyrosła sztuka, filozofia, literatura religijna i świecka średniowiecza. Wszystkie objawy życia zawierały w sobie dostojność i powagę liturgiczną, a liturgia znowu wypełniona była po brzegi żywą oraz głośno wyznawaną prawdą o wierzącym człowieku — o człowieku zachowującym jedność wewnętrzną dzięki zapatrzeniu się w blask królestwa Chrystusowego. Użyte wyżej określenia miały wówczas pełną wartość. Nie zamykano ich tylko w dziełkach ascetycznych i komentarzach Ewangelii. Zrośnięte nawet z szarą codziennością, potrafiły ją tak rozjaśniać, jak złoto-błękitne i purpurowe iluminacje ozdabiające karty ówczesnych manuskryptów opromieniały monotonne szeregi słów i zdań tekstu.

    Używając porównania dziejów chrześcijaństwa w Irlandii do sporządzonego pracowicie manuskryptu, możemy śmiało nazywać Patryka wspaniałym inicjałem, który te dzieje rozpoczyna. Inicjałem bogatym w treść wewnętrzną, w świętość, przy równoczesnej prostocie i nawet ubóstwie opowieści o zewnętrznych losach apostoła Irlandii. Wszystko, co o nim wiemy, znajduje się w jego autobiografii, bardzo oszczędnej, jeśli chodzi o zapis przygód życiowych. Może dlatego zbiegły się do jego postaci legendy, by dodać jej koloru i tak ją wprowadzić w wyobraźnię rodzącej się Europy chrześcijańskiej na równi z innymi bohaterami wiary, myśli i czynu. Widzimy więc w tych legendach Patryka wyrzucającego węże z Zielonej Wyspy albo trzymającego delikatnie w palcach trójlistną koniczynkę jako symbol tajemnicy Trójcy Świętej, albo jeszcze chroniącego przed burzą miejsce wspólnych modlitw. Legendy dorzucane do życia świętych są zwykle znakiem wdzięczności za ich ofiarowanie się na przewodników po trudnych drogach doskonałości chrześcijańskiej. Prawda jednak o nich będzie zawsze piękniejsza od najpiękniejszej legendy.

    Prawda o świętości Patryka da się streścić jego własnymi słowami, że „wszystko jest darem Bożym”. A więc i on jest darem, który czyni historię ludzkości milszą w oczach naszych, bardziej zrozumiałą i bliższą Chrystusa.

    o. Mirewicz Jerzy SJ Copyright © Wydawnictwo WAM 2003,
    fragment książki “Współtwórcy Europy”

    ***


    16 marca

    Święty Gabriel Lalemant,
    zakonnik i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Renat Goupil, prezbiter i męczennik
    Gabriel Lalemant był jednym z francuskich misjonarzy jezuickich, pracujących w latach 1642-1649 wśród Indian Huronów i Irokezów w Ameryce Północnej, przede wszystkim w Kanadzie. Pracował i zginął razem z Janem de Brebeuf, który razem z Towarzyszami jest wspominany 19 października.

    Święty Gabriel Lalemant

    Gabriel urodził się w 1610 roku w Paryżu. Był synem adwokata. Mając 20 lat wstąpił do jezuitów. Studiował teologię w Bourges. Przyjąwszy świecenia kapłańskie w 1638 r., uczył w La Feche, Moulins i Bourges. W 1646 roku przybył do Quebecu, gdzie prowadził działalność ewangelizacyjną. W 1648 roku razem z Janem de Brebeuf podjął pracę misyjną wśród Indian w Kanadzie.
    Wielkie zasługi jako misjonarze w Kanadzie położyli jezuici, sulpicjanie i urszulanki (tzw. czarne). Największą przeszkodę dla ich pracy stanowiły odległości – olbrzymie, puste przestrzenie oraz dzikie szczepy Indian. Traktowali oni misjonarzy jako białych kolonizatorów, którzy przybyli tu jedynie w tym celu, by wydrzeć im ojczystą ziemię. Okrucieństwa, jakich dopuszczali się Europejczycy na Indianach, jeszcze bardziej zwiększały ich wrogość.
    Jednak praca misyjna powoli przynosiła owoce. W 1649 r. było już 7 tys. ochrzczonych Indian. Niestety, dzieło misjonarzy zostało zniszczone przez dzikich Irokezów. 16 marca 1649 r. napadli oni na wioski Huronów i wymordowali większość mieszkańców. Ze szczególną zawziętością dręczyli misjonarzy. Zachował się opis okrutnego męczeństwa o. Jana de Brebeuf. Prawdopodobnie w taki sam sposób zginął także o. Gabriel Lalemant. Razem z innymi jezuickimi męczennikami został beatyfikowany przez Piusa XI w 1925 roku, a kanonizowany w 1930 r.
    Następcy męczenników kontynuowali dzieło ewangelizacyjne. W 1674 r. udało się założyć pierwszą diecezję kanadyjską w Quebecu. Biskup Laval założył w tym mieście pierwsze seminarium duchowne, które dało początek francuskojęzycznemu uniwersytetowi, istniejącemu do dzisiaj pod nazwą Uniwersytet Laval.
    Od 1926 r. w Midland (w prowincji Ontario), w miejscu, gdzie odkryto grób Jana de Brebeuf i Gabriela Lalementa, istnieje sanktuarium Jezuickich Męczenników Kanadyjskich. Modlą się tam miejscowi Indianie oraz liczni przedstawiciele kanadyjskich imigrantów. Do tego miejsca od ponad 50 lat na uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej pielgrzymuje kanadyjska Polonia (od ok. 30 lat również w pieszej pielgrzymce, której towarzyszą co roku polscy biskupi).
    Sanktuarium to nawiedził w 1984 r. papież św. Jan Paweł II, który powiedział wówczas: “Przywołajmy na chwilę tych heroicznych świętych, których w tym miejscu czcimy, a którzy zostawili nam tak wspaniałe dziedzictwo”, a później dodał: “To sanktuarium męczenników jest miejscem pielgrzymek i modlitw, monumentem Bożego błogosławieństwa dla przeszłości, inspiracją dla nas, spoglądających w przyszłość”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    15 marca

    Święty Klemens Maria Hofbauer, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Ludwika de Marillac, zakonnica
      •  Święty Artemides Zatti, zakonnik
    Święty Klemens Maria Hofbauer

    Klemens urodził się 26 grudnia 1751 roku na Morawach w Tasovicach w licznej czeskiej, choć zniemczonej rodzinie rzeźnika. Na chrzcie otrzymał imię św. Jana Apostoła. Gdy miał 7 lat, zmarł jego ojciec. Matka potrafiła nie tylko zapewnić dwunastce dzieci utrzymanie, ale przede wszystkim głębokie wychowanie religijne. Jego ojciec nazywał się Dvorak, ale gdy z Budziejowic Czeskich przeniósł się do miejscowości, gdzie istniała silna kolonia niemiecka, zaczął używać niemieckiego odpowiednika Hofbauer. Ponieważ ubóstwo matki nie pozwoliło Janowi się kształcić, podjął pracę jako piekarz. Nie miał wszakże spokoju: nurtowało go bowiem pragnienie poświęcenia się na służbę Bożą. Dlatego za oszczędzony grosz wraz ze swoim przyjacielem, Piotrem Kunzmannem, udał się do Rzymu, a potem do Tivoli, gdzie wstąpił do eremitów. Nie czuł się tam jednak dobrze. Gnał go żar pracy apostolskiej. Dlatego wystąpił z eremu i wrócił do kraju. W klasztorze norbertanów w Klosterbruck chodził do gimnazjum, a równocześnie służył w klasztorze, by w ten sposób opłacić swoją naukę i utrzymanie. Na nowo podjął też pracę piekarza. Codziennie uczestniczył we Mszy świętej i pobożnie do niej służył. To zwróciło uwagę na niego pewnych pań, które pomogły mu poświęcić się studiom wyższym na uniwersytecie wiedeńskim.
    W Rzymie zetknął się z niedawno założonym przez św. Alfonsa Marię Liguoriego zakonem redemptorystów, do którego wstąpił. Przyjął wówczas imiona Klemens Maria. Ponieważ miał już ukończone studia teologiczne, zaraz po złożeniu ślubów zakonnych otrzymał święcenia kapłańskie (1785). Miał już wtedy 34 lata. Jako neoprezbiter został wysłany do Wiednia, a następnie na Pomorze. Zatrzymał się na jakiś czas w Warszawie. Chwilowy postój przemienił się w pobyt trwający 21 lat (1787-1808).
    Klemens przybył do Warszawy z dwoma przyjaciółmi: z o. Hublem i bratem Kunzmannem. Ze względu na złe drogi i panującą jeszcze zimę nuncjusz papieski polecił gościom pozostanie w stolicy przez pewien czas. Biskup poznański, do którego należała wówczas Warszawa, powierzył im opiekę nad kościołem św. Benona w Warszawie. Był on przeznaczony dla katolików niemieckich. Polecono również Klemensowi czasową opiekę nad kościołem pojezuickim przy katedrze, gdyż po kasacie tego zakonu (1773) kościół niszczał. Redemptorystom oddano równocześnie pod opiekę dom sierot i szkołę rodzin rzemieślniczych. Na audiencji u króla Stanisława Augusta Poniatowskiego Klemens otrzymał zapewnienie pomocy materialnej. Podobną pomoc zadeklarowała Komisja Edukacji Narodowej, a także sejm w Grodnie. Skoro zaś dzieło zostało rozpoczęte, trzeba je było dalej prowadzić. W taki to sposób Klemens pozostał już w Warszawie.Utrzymanie kościołów, sierocińca, internatu i szkoły wymagało znacznych środków. Czasami Klemens musiał żebrać, aby zdobyć niezbędne środki. Zachowała się historia o tym, jak pewnego dnia zaszedł po prośbie do karczmy. Kiedy zwrócił się o datek do grających w karty, jeden z graczy uderzył go w twarz, na co Święty odpowiedział: «To dla mnie, a co dla moich sierot?» Skruszeni kompani oddali całą wygraną. Prowadził działalność charytatywną, opiekował się służącymi – których było wtedy w stolicy około 11 tysięcy. Uruchomił drukarnię i wydawnictwo książek religijnych oraz stowarzyszenie dla pogłębiania wiedzy religijnej. W ten sposób powstała pierwsza placówka jego zakonu w Polsce. Był wybitnym kaznodzieją.
    Dla zapewnienia trwałości rozpoczętego dzieła Klemens rekrutował z chłopców przyszłych redemptorystów. Oddawał ich do szkół gimnazjalnych, a potem sam uczył ich filozofii i teologii aż do święceń kapłańskich. Po 8 latach miał 7 kapłanów. Założył także nowicjat. W roku 1803 miał już 18 kapłanów, a w roku 1808 łączna liczba redemptorystów wyniosła 36. Władze zakonu, widząc błogosławione owoce jego pracy, mianowały Klemensa wikariuszem generalnym na tereny na północ od Alp, zezwalając mu na dużą swobodę w działaniu.
    Gdy po III rozbiorze Polski Warszawa znalazła się pod okupacją Prus, zaczęły się prześladowania. Daremnie Klemens słał memoriały do króla Fryderyka II, wykazując, że do szkoły elementarnej chodzi 256 chłopców i 187 dziewcząt; że jest to jedyna w Warszawie szkoła dla dziewcząt; że dzieci są ubogie i korzystają z nauki bezpłatnie; że wiele wśród nich jest bezdomnych sierot, które także z internatu korzystają bezpłatnie. Nic nie pomogło. Nadszedł dekret likwidacji szkoły.
    Napoleon na wniosek marszałka Davouta podpisał wyrok, skazujący redemptorystów, zwanych także benonitami (od kościoła św. Benona), na wywiezienie ich do twierdzy w Kostrzyniu nad Odrą. Działo się to 20 czerwca 1808 roku. Tam po miesiącu uwolniono redemptorystów, ale nie pozwolono im wracać do Polski. W tej sytuacji Klemens udał się do Wiednia. Osiadł przy kościele sióstr urszulanek. Był niezmordowany w konfesjonale i na ambonie. Otoczył opieką młodzież, zwłaszcza uczęszczającą na uniwersytet, chętnie ją wspomagał duchowo i materialnie. Zdołał skupić koło siebie grupę inteligencji wiedeńskiej i przez nią rozwinąć zbawczy wpływ na innych. Oni to przyczynili się do odrodzenia religijnego w Austrii.
    Zmarł w opinii świętości 15 marca 1820 roku. Jego pogrzeb był prawdziwą manifestacją w Wiedniu. W roku 1848 rewolucja skasowała redemptorystów w Austrii. Uległo wówczas zniszczeniu archiwum prowincji zakonu z bezcennymi dokumentami, dotyczącymi działalności Klemensa. W roku 1862 odbyła się ekshumacja i przeniesienie jego śmiertelnych szczątków z cmentarza komunalnego do kościoła redemptorystów. W roku 1888 papież Leon XIII wyniósł sługę Bożego do chwały błogosławionych, a w roku 1904 papież św. Pius X wpisał go uroczyście do katalogu świętych. Ze względu na to, że św. Klemens spędził 21 najpiękniejszych swoich lat w Warszawie, Episkopat Polski włączył go do katalogu świętych polskich. Jest jednym z patronów Warszawy, a także kelnerów i piekarzy.W ikonografii św. Klemens przedstawiany jest w habicie. Jego atrybutem jest krzyż.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    14 marca

    Święta Matylda

    Święta Matylda

    Matylda von Ringelheim (Matylda Westfalska) urodziła się w 895 r. w Westfalii. Była córką księcia saskiego Teodoryka (Dietricha) i Reinhildy – pochodzącej z duńskiego rodu królewskiego. Matylda kształciła się i młode lata spędziła w klasztorze benedyktynek w Herford pod okiem babki ze strony ojca, także Matyldy – ksieni klasztoru. Lata tu spędzone będzie zawsze zaliczać do najpiękniejszych w życiu. Tu także zasmakowała w modlitwie i w służbie Bożej.
    Mając 14 lat, w 909 r., poślubiła Henryka Ptasznika, który w trzy lata potem został księciem Saksonii, a w roku 919 królem Niemiec. Znany jest w historii pod imieniem Henryka I (919-936). Życie królowej upływało w spokoju. Mąż dał jej zupełnie wolną rękę w czynieniu dobra. Dla Bożej chwały i dla dobra ubogich nie żałowała pieniędzy. Św. Matylda dała Henrykowi I pięcioro dzieci: Jadwigę, przyszłą żonę księcia Paryża Hugona Wielkiego, matkę Hugona Kapeta; następcę tronu Ottona, późniejszego cesarza Niemiec (Otton I Wielki, 962-973); Gerbergę, która wyszła za księcia Lotaryngii, a potem za króla Francji, Ludwika IV; Henryka I, późniejszego księcia Bawarii oraz św. Brunona I, od roku 953 arcybiskupa Kolonii.
    Z mężem swoim Matylda przeżyła jako wzorowa małżonka 25 lat. Po śmierci męża (2 lipca 936 r.) musiała patrzeć na wojnę domową, jaka wybuchła o tron królewski pomiędzy jej synami: Ottonem i Henrykiem. Zwycięzcą został Otton, a Henryk jako rekompensatę otrzymał księstwo bawarskie. Nowy władca wiele przykrości wyrządził matce, oskarżając ją o to, że jest zbyt rozrzutna na cele religijne. Sam jednak szafował państwowym majątkiem bez miary, gdyż prowadził stale wojny: najpierw ze swoim bratem, Henrykiem, potem z papieżem, z królem Czech i ze Słowianami na Wschodzie.
    Matylda cierpiała nad tym wszystkim. Popierała jednak syna w założeniu metropolii w Magdeburgu w roku 960 i zależnych od niej biskupstw: w Braniborze (Brandenburg), w Hobolinie (Hawelbergu) i w Oldenburgu, które były położone między Łabą a Odrą na terenach słowiańskich. Cesarzowi przyświecała myśl polityczna, by po prostu biskupstwa te były ośrodkami germanizacji. Królowej natomiast przyświecała myśl pozyskania Słowian dla wiary.
    W 955 r. królowa Matylda przeżyła śmierć swojego najstarszego syna, Henryka, a dziesięć lat później – najmłodszego, św. Brunona, arcybiskupa. Pod koniec życia dotknęło ją jeszcze jedno bolesne przeżycie – śmierć wnuka, biskupa Wilhelma z Moguncji, którą sama przewidziała.
    W ostatnich latach życia Matylda oddała się wyłącznie modlitwie i uczynkom miłosierdzia. Codziennie przy swoim stole gościła ubogich, widząc w nich samego Pana Jezusa. Hojnie wspomagała kościoły i klasztory ze swoich osobistych majętności. Wystawiła dwa duże opactwa: benedyktynów w Northausen i benedyktynek w Kwedlinburgu. Dlatego ikonografia często przedstawia Świętą z kościołem i klasztorem w ręce. W opactwie w Kwedlinburgu spędziła końcowe lata życia. Tam też przeszła do wieczności 14 marca 968 roku w wieku 73 lat. Pochowano ją obok męża w Kwedlinburgu w kaplicy zamkowej. Od roku 1539 kościół ten jest w ręku protestantów. W roku 1858 katolicy wystawili ku czci św. Matyldy nowy kościół. Pierwszy życiorys królowej ukazał się już w wieku X – a więc tuż po śmierci Świętej. Drugi życiorys polecił napisać św. Henryk II, cesarz niemiecki. Jest patronką fałszywie oskarżonych, wdów, dużych rodzin, rodziców, którym zmarły dzieci.W ikonografii przedstawiana w stroju królowej. Jej atrybutami są: korona, budynek klasztoru, jałmużniczka.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    13 marca

    Święta Krystyna, męczennica

    Zobacz także:
      •  Święta Patrycja z Nikomedii, męczennica
      •  Święty Nicefor, biskup
    Święta Krystyna

    Krystyna urodziła się w Persji. Kiedy pogański król perski, Chozroes I, rozpoczął krwawe prześladowanie, św. Krystyna miała należeć do pierwszych osób, które padły jego ofiarą. Jej męczeńska śmierć miała nastąpić 13 marca 559 roku. Z dekretem prześladowczym Chozroesa łączył się pogrom, jaki poganie urządzili ludności chrześcijańskiej w Persji. Św. Krystyna musiała należeć do znakomitszych wśród nich, skoro tak prędko padła ofiarą prześladowania. Perskie imię Świętej miało brzmieć Jazdin. Święta ma nadto jeszcze imiona: Sira i Sirin.W ikonografii św. Krystyna przedstawiana jest w szacie matrony z palmą męczeńską w ręku.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    12 marca

    Święty Alojzy Orione, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Maksymilian, męczennik
    Święty Alojzy Orione

    Alojzy urodził się 23 czerwca 1872 r. jako syn kamieniarza w Pontecurone, w pobliżu Tortony (Włochy). Był najmłodszym z czterech braci. Imię Alojzy otrzymał na chrzcie dla upamiętnienia przedwcześnie zmarłego brata. Matka chciała chłopcu dać w św. Alojzym najpiękniejszy wzór do naśladowania. Orione otrzymał jeszcze jedno imię, Jan, gdyż właśnie 24 czerwca odbył się jego chrzest. W wieku 6 lat Alojzy rozpoczął naukę w szkole prywatnej w stopniu podstawowym. W wolnych godzinach pomagał w domu. W trzynastym roku życia zgłosił się do franciszkanów. Pozostał tam jednak niecały rok – musiał wracać do domu, gdyż rozchorował się na zapalenie płuc. Po powrocie do zdrowia pomagał ojcu w brukowaniu ulic i dróg.
    Miejscowy proboszcz poznał się na niezwykłych zaletach chłopca – zarówno moralnych, jak i duchowych. Dlatego umieścił go w internacie, który założył i prowadził św. Jan Bosko w Turynie (wrzesień 1886 r.). Orione miał wówczas 14 lat. Ponieważ należał do najlepszych uczniów, przełożeni mieli nadzieję, że młodzieniec zgłosi się do nowicjatu, by w szeregach salezjanów pracować dalej. Orione jednak po wewnętrznej walce uznał, że jego droga jest gdzie indziej. Wstąpił do diecezjalnego seminarium duchownego w Tortonie (październik 1889 roku). Miał wówczas 17 lat. Ponieważ rodziców nie było stać na opłacanie kosztów nauki w seminarium, mieszkał wraz z klerykami-kolegami w małej przybudówce, należącej do katedry, i usługiwał do Mszy świętej kanonikom. Równocześnie był stróżem katedry. 13 kwietnia 1895 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Miał wówczas 23 lata.
    Jako kleryk seminarium biskupiego Alojzy zbierał w swojej izdebce ubogich chłopców i uczył ich prawd wiary. Wspierał ich także materialnie, o ile tylko pozwalały na to jego skromne możliwości. Biskup, widząc wcześniej u Alojzego jako kleryka tę pracę apostolską, przeznaczył go już jako neoprezbitera do konwentu św. Klary, powierzając mu duchowe kierownictwo wobec tamtejszej młodzieży. Równocześnie młody kapłan udzielał się chętnie z kazaniami i rekolekcjami w okolicznych parafiach. Nawiedzał szpitale, więzienia, domy ubogich, by nieść pomoc duchową.
    Alojzy zdawał sobie wszakże sprawę z tego, że zadanie jest ponad siły i że należy zapewnić trwałość rozwiniętemu dziełu. Dlatego, podobnie jak św. Jan Bosko, zaczął sobie dobierać wśród wychowanków przyszłych kapłanów i wychowawców. Tak powstała w roku 1903 nowa rodzina zakonna pod nazwą Synów Bożej Opatrzności, zwana popularnie orionistami. Z czasem powstała także gałąź żeńska. Następnie Alojzy założył zakon kontemplacyjny, który miał stanowić duchowe i modlitewne zaplecze dla podejmowanej działalności.
    Alojzy zakładał szkoły, uczył w nich rzemiosła, przygotowywał do pracy na roli, tworzył internaty. Pełen troskliwości o zbawienie dusz nie zapomniał Don Orione także o misjach zagranicznych, zakładając placówki m.in. w Argentynie, Brazylii, Chile i Urugwaju, by nieść pomoc włoskim emigrantom.

    Święty Alojzy Orione

    Don Orione łączył aktywność z kontemplacją. Przeprowadził akcje ratunkowe po trzęsieniu ziemi w okolicach Mesyny oraz Reggio di Calabria w 1908 r. Na własnych rękach wynosił rannych, dostarczał żywność głodnym, starał się o dach nad głową dla bezdomnych, przygarniał do swoich domów sieroty. W rejonie klęski pozostał trzy lata, mobilizując wszelkie dostępne sobie środki do niesienia pomocy. Podobną pomoc niósł w mieście Marsica (Marsi) w Abruzzach, nawiedzonych trzęsieniem ziemi w roku 1915.
    Szczególnie ciepły stosunek żywił Alojzy do Polski. Mimo że nigdy w niej nie był, ukochał ją za jej szczególną wierność Bogu, za jej umiłowanie wolności i za szczególne nabożeństwo polskiego narodu do Najświętszej Maryi Panny. Zwykł był mawiać, że gdyby nie był Włochem, chciałby być Polakiem. Gdy 1 września 1939 roku Niemcy hitlerowskie napadły na Polskę, kazał odprawić w intencji naszej Ojczyzny nabożeństwo błagalne o ratunek dla niej. Przy ołtarzu kazał umieścić biało-czerwoną flagę. Orioniści rozpoczęli pracę w Polsce jeszcze za życia Założyciela, w 1923 r.
    Alojzy Orione zmarł na zawał serca 12 marca 1940 r. w San Remo, powtarzając szeptem: “Jezu! Jezu! Idę!”. Jego ciało spoczywa w Tortonie, w założonym przez niego w 1931 r. sanktuarium Madonna della Guardia (Matki Bożej Czuwającej), najważniejszym kościele orionistów. Św. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym w 1980 r. Jego kanonizacji dokonał 16 maja 2004 r. w Rzymie.
    Dziś Małe Dzieło Opatrzności Bożej to duża rodzina zakonna, do której należą księża i bracia – Synowie Bożej Opatrzności, Pustelnicy Bożej Opatrzności (zajmujący się ewangelizacją wsi), czynne Małe Siostry Misjonarki Miłosierdzia, siostry Sakramentki Niewidome, Siostry Kontemplatywne od Jezusa Ukrzyżowanego, Orioński Instytut Świecki oraz Ruch Świecki. Ich szczególnym charyzmatem jest praca wychowawcza wśród dzieci, młodzieży i dorosłych, ubogich i odtrąconych przez społeczeństwo. Pracę tę prowadzą orioniści na 4 kontynentach.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    11 marca

    Święty Konstantyn, prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Sofroniusz, biskup
    Święty Konstantyn

    Konstantyn był królem Szkocji (inne źródla podają, że Kornwalii). Urodzony około 520 r., wstąpił na tron w 537 r., prawdopodobnie po śmierci swojego ojca. Prowadził życie występne. Jednak opamiętał się i rozpoczął żarliwą pokutę. W roku 587 abdykował. Wstąpił do klasztoru irlandzkiego w Offaly. Po otrzymaniu święceń kapłańskich udał się do rodzinnego kraju, aby nieść Ewangelię. Poniósł śmierć męczeńską w 598 r.
    Święty Konstantyn jest czczony w dniu 9 marca w Walii i Kornwalii, 11 marca w Szkocji i 18 marca w Irlandii.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    10 marca

    Świętych Czterdziestu Męczenników z Sebasty

    Zobacz także:
      •  Święty Symplicjusz I, papież
      •  Święty Makary, biskup
    Świętych Czterdziestu Męczenników z Sebasty

    Do najsilniejszych ośrodków życia chrześcijańskiego w dawnej Armenii należała Sebasta. Dlatego też po wybuchu prześladowania Dioklecjana (+ 313) miasto to musiało złożyć szczególnie krwawe ofiary. Sam Dioklecjan był synem niewolnika w Dalmacji. Jednak dzięki wybitnym zdolnościom uzyskał wolność, w karierze wojskowej pokonywał kolejne stopnie aż został komendantem gwardii cesarskiej, a wreszcie cesarzem rzymskim. W roku 286 przybrał sobie do pomocy i do współrządów jako współcesarza Maksymiliana Herkulesa, a potem jeszcze dwóch innych – Galeriusza (305-311) i Konstancjusza Chlora. Maksymian i Galeriusz wykazywali szczególne okrucieństwo w stosunku do wyznawców Chrystusa. Ten sam kurs kontynuował na Wschodzie następca, cesarz Licyniusz (306-323).
    Właśnie za jego czasów poniosło śmierć męczeńską 40 Męczenników z Sebasty. Legion rzymski, do którego należeli, nosił zaszczytny przydomek Fulminatus, czyli Błyskawica. Namiestnik cesarza nakazał legionistom tego garnizonu złożyć ofiarę kadzidła na ołtarzu rzymskiego bożka. Żołnierze chrześcijańscy w liczbie 40 stanowczo odmówili. Jeden z nich, Cyrion, tak się odezwał do namiestnika, Agrykolanusa, gdy wychwalał męstwo tego legionu i jego zasługi: “Jeśli tak mężnie, jak mówisz, walczyliśmy za cesarza ziemskiego, jakże możesz przypuszczać, że postąpimy inaczej wobec naszego najwyższego Pana, jakim jest Bóg?” Aresztowano wszystkich, zaprowadzono do Sebasty, tam w więzieniu bito ich tak, aż powybijano im zęby, a w końcu skazano ich na zamrożenie.
    Bohaterscy żołnierze uczynili wówczas wspólny testament, w którym pożegnali się ze swoimi rodzinami i prosili, aby byli pochowani wszyscy razem. Tradycja chrześcijańska zachowała imiona owych 40 żołnierzy. Dnia 4 maja 320 roku zaprowadzono ich do Sebasty (dzisiaj Siwas), kazano im się rozebrać i tak nagich wystawiono na całą noc na trzaskający mróz. Zima wtedy była długa i mroźna. Męczennicy błagali Pana Boga tylko o jedno: aby wszyscy, tak jak czterdziestu ich rozpoczęło mękę, tak zdołali ją razem szczęśliwie zakończyć. Oprawcy mieli dla siebie przygotowane ciepłe miejsce. Równocześnie zachęcali skazanych, by ratowali swoje życie przez poddanie się woli cesarza. Podanie głosi, że jeden z legionistów faktycznie się załamał i złożył nakazaną ofiarę. Ale w jego miejsce poniósł męczeństwo jeden ze strażników, zachęcony koronami chwały, jakie ujrzał nad głowami męczenników. Tak więc wszyscy 40 ponieśli śmierć dla Chrystusa.
    Późniejsza wersja głosi, że męczennicy ponieśli śmierć przez zanurzenie każdego w przerębli jeziora. Kiedy wynoszono martwe już ciała, matka jednego z nich, Melitona, zauważyła, że on jeszcze żyje. Wówczas żołnierze odsunęli go na bok. Jednak bohaterska matka w obawie, by nie załamał się, sama wzięła syna na ręce i rzuciła na wóz, gdzie były ciała męczenników.
    Życzenie bohaterskich żołnierzy spełniono tylko częściowo. Pochowano bowiem ich ciała razem, ale niebawem rozdzielono ich relikwie i rozdano po wielu kościołach tak na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Męczeństwo legionistów wychwalali: św. Bazyli (+ 379), św. Grzegorz z Nyssy (+ 394), św. Efrem (+ 373), św. Gaudencjusz z Brescii (+ 410), św. Grzegorz z Tours (+ 594) i wielu innych. Miejsce ich wspólnego grobu nosi dzisiaj jeszcze turecką nazwę Kyrklar, co oznacza “Czterdzieści”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    9 marca

    Święta Franciszka Rzymianka

    Zobacz także:
      •  Święty Dominik Savio, zakonnik
    Święta Franciszka Rzymianka i jej Anioł Stróż

    Franciszka urodziła się w patrycjuszowskiej rodzinie w Perrione koło Rzymu w 1384 r. W bardzo młodym wieku wydano ją za Wawrzyńca di Ponziani. Z domu rodzicielskiego przeniosła się więc Franciszka do domu męża, na Zatybrze, w pobliże bazyliki św. Cecylii. Pan Bóg dał małżonkom troje dzieci, których wychowaniem zajęła się Franciszka osobiście, nie wyręczając się kobietami obcymi, jak to było wówczas zwyczajem w rodzinach magnackich. Dbała o dom i o służbę, zabiegając nie tylko o ich potrzeby doczesne, ale także wieczne. Troskliwa i zapobiegliwa żona i matka miała jeszcze czas, aby pomyśleć o ubogich w mieście. Zasłynęła z dobroczynności. Zaopatrywała także sąsiednie kościoły w szaty i naczynia liturgiczne. Zadziwiała również dobrocią, życzliwością i pomocą sąsiedzką. Zagoniona w ciągu całego dnia, umiała niejedną godzinę nocy poświęcić na słodką rozmowę z Bogiem.
    Z trojga dzieci Franciszki syn, Ewangelista, odszedł z tej ziemi w siódmym roku życia; jej jedyna córka, Agnieszka, zmarła w szóstym roku życia. Podczas wojny króla Neapolu z papieżem pałac Franciszki zrabowano, ponieważ wspomagała papieża, przez co straciła środki do życia i pozostała sama – męża i syna skazano na wygnanie. W czasie epidemii, jaka nawiedziła Rzym w latach 1413-1414, z narażeniem własnego życia usługiwała zarażonym. Po powrocie męża i syna z wygnania zachęciła Wawrzyńca do złożenia ślubu czystości. Odtąd Franciszka oddała się jeszcze gorliwiej modlitwie i posłudze ubogim. Rychło znalazły się szlachetne panie, które zapragnęły wieść podobny tryb życia. W taki sposób powstało stowarzyszenie Oblatek Benedyktynek z Góry Oliwnej, które wzięło sobie za cel uświęcenie członkiń przez modlitwę, uczynki pokutne i miłosierdzie. Franciszka osiadła z nimi przy kościele S. Maria Nova przy Forum Romanum i Colosseum.

    Święta Franciszka Rzymianka i jej Anioł Stróż

    Po śmierci ostatniego syna, a następnie męża, Franciszka przyjęła habit i zamieszkała przy tym kościele. W nim ją pochowano; zmarła 9 marca 1440 r., mając 56 lat. Była obdarzona niezwykłymi łaskami mistycznymi. W nagrodę za bezgraniczne oddanie Pan Bóg nawiedził Franciszkę wizjami i darem ekstaz, zmysłem proroczym, mocą uzdrawiania, a nawet wskrzeszania umarłych. Największym jednak przywilejem, jakim miała się cieszyć Franciszka, w hagiografii nader rzadkim, to częste oglądanie przy sobie Anioła Stróża. Do katalogu świętych wpisał ją uroczyście Paweł V w 1609 roku.W ikonografii św. Franciszka przedstawiana jest w czarnej sukni i białym welonie, towarzyszy jej anioł. Na niektórych obrazach jej atrybutem jest osioł – symbol pracowitości, wytrwałości, cierpliwości, zdrowego rozsądku – oraz otwarta księga.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Święta Franciszka Rzymianka: Kawa z Aniołem Stróżem

    Święta Franciszka Rzymianka: Kawa z Aniołem Stróżem

    św. Franciszka Rzymianka

    Orazio Gentileschi (PD)

    ***

    Ludzie z wypiekami na twarzy opowiadali o jej niezwykłych wizjach, ekstazach i proroctwach. Wielu zawdzięczało jej uzdrowienie. Kroniki wspominają również o wskrzeszonych zmarłych.

    U ludzi to niemożliwe, u Boga na wszystko jest czas, zaświaty przyszły na świat i kręcą się wokół nas. I piją z nami herbatę, i sadzą cynie po wsiach – z głośników sączy się piosenka Budzyńskiego. Hmm.

    Jak uwierzyć, że zaświaty są na wyciągnięcie ręki? Jak zaprzyjaźnić się ze swoim aniołem? Wyjść poza dziecinną rymowankę: „Stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój” i rozmawiać z nim jak z konkretną, pełną ognia istotą? Franciszka Rzymianka miała ten niezwykły dar. Często rozmawiała ze swoim Aniołem Stróżem. W jej życiu było wiele cudowności, ale ona, jak to zazwyczaj bywa, wcale ich nie szukała. Modliła się, a znaki i cuda były tylko potwierdzeniem trafności wyboru jej drogi.

    Urodziła się w 1384 roku w arystokratycznej rodzinie. Młodo wydano ją za mąż za Wawrzyńca di Ponziani. Miała z nim troje dzieci. I choć sąsiedzkie patrycjuszowskie rodziny zatrudniały do wychowania obce kobiety, Franciszka sama wychowywała swe pociechy. Mimo że od rana do wieczora miała ręce pełne roboty, jej dom na rzymskim Zatybrzu słynął z dobroczynności. Zaopatrywała kościoły w szaty i naczynia liturgiczne, karmiła i ubierała biedaków. Modliła się nocami, gdy jej dzieci już słodko spały. Dwoje z nich, siedmioletni synek Ewangelista i sześcioletnia córka Agnieszka, wcześnie zmarło.

    Gdy wybuchła wojna króla Neapolu z papieżem, pałac Franciszki obrabowano, a jej męża i syna skazano na wygnanie. Została sama, bez środków do życia. Większość na jej miejscu rozpaczałaby, ona była jednak pełna ufności. Gdy w Wiecznym Mieście wybuchła epidemia, na rzymskich placach często widziano ją, jak z narażeniem życia usługiwała zarażonym. Zamieniła swój pałac w szpital. „Zabierała zużyte łachmany i zabrudzoną odzież biedaków. Po oczyszczeniu i dokładnym naprawieniu, składała starannie, skrapiając wonnościami, jak gdyby miały służyć samemu Panu” – pisali świadkowie.

    Gdy mąż wrócił z wygnania, zachęciła go do złożenia ślubu czystości. Pełna życia Franciszka zarażała ufnością wszystkich dookoła. Nic dziwnego, że niebawem znalazły się kobiety, które zapragnęły żyć jak ona. Powstało stowarzyszenie Oblatek Benedyktynek z Góry Oliwnej. Siostry osiadły przy kościele tuż przy Koloseum. Po śmierci syna i męża Franciszka ubrała habit. Zmarła 9 marca 1440 r., mając 56 lat.

    Jeszcze za jej życia ludzie z wypiekami na twarzy opowiadali o jej niezwykłych wizjach, ekstazach i proroctwach. Wielu zawdzięczało jej uzdrowienie. Kroniki wspominają również o wskrzeszonych zmarłych. Największym jednak przywilejem było częste widzenie Anioła Stróża. Jego obecność była dla niej tak naturalna jak rozmowa z najbliższymi. Teraz, gdy piszę te słowa, stoi przy mnie anioł. Panie, wierzę, ale proszę, zaradź memu niedowiarstwu. Franciszko z Rzymu, módl się za nami.

    Żona, matka, zakonnica

    Żona, matka i zakonnica. Połączenie tych powołań wydaje się niemożliwe. A jednak św. Franciszce Rzymskiej to się udało. Przez czterdzieści lat łączyła życie małżeńskie z życiem ascezy, modlitwy i służby ubogim. Najoryginalniejszym z licznych mistycznych darów, było widzenie z własnym Aniołem Stróżem.

    Franciszka urodziła się w 1384 r. Jako 11-letnia dziewczynka postanowiła wstąpić do zakonu. Jednak posłuszna swoim zamożnym rodzicom wyszła z mąż za rzymskiego patrycjusza Wawrzyńca di Ponziani.

    Żyła w zgodnym związku, ponoć nigdy nie pokłóciła się z mężem. Wydała na świat trójkę dzieci, z których dwoje zmarło w dzieciństwie. Zajęta prowadzeniem domu znajdowała czas na modlitwę i pomaganie nędzarzom i chorym. Kiedy tylko ktoś z domowników potrzebował jej pomocy, przerywała modlitwę. Mówiła: „Mężatka musi, jeśli wzywają ją rodzinne obowiązki, zostawić Boga przed ołtarzem i znaleźć Go w domowej krzątaninie”. Legenda mówi, że kiedyś cztery razy przerywano jej modlitwę przy tym samym wersie psalmu, który odmawiała. Kiedy za piątym razem powróciła do modlitwy, znalazła ten wers zapisany złotymi literami. Mieszkała w pałacu na Zatybrzu.

    Gdy wybuchła wojna króla Neapolu z papieżem, pałac obrabowano, a jej męża i syna skazano na wygnanie. Franciszka została bez środków do życia, ale nie straciła ufności i doczekała się ich powrotu. Kiedy miasto ogarnęła epidemia dżumy, na ulicach rozdawała żywność i ubrania. Wokół niej gromadziły się kobiety, które tak jak ona chciały podjąć życie ascetyczne i działalność charytatywną. W 1425 roku Franciszka utworzyła kongregację oblatek benedyktyńskich. Sama przyjęła habit i zamieszkała w klasztorze dopiero po śmierci syna i męża. Była obdarzona niezwykłymi łaskami mistycznymi: wizjami, ekstazami, zmysłem proroczym, mocą uzdrawiania, a nawet wskrzeszania umarłych. Zmarła 9 marca 1440 r., mając 56 lat. Pochowano ją w kościele S. Maria Nova przy Forum Romanum. Świętą ogłosił ją Paweł V w 1609 roku.

    Św. Franciszka chciała być zakonnicą, a prawie całe życie była żoną i matką, zakonnicą jedynie „półetatową”. Jej życie pokazuje, że nie każde pobożne pragnienie musi być koniecznie wolą Boga. Cała rzecz w tym, aby umieć to mądrze rozróżniać. Pomocą może być dobra rozmowa, a aniołem stróżem może okazać się mąż, żona, brat, siostra, przyjaciel czy spowiednik.

    Myśl: Nie każde pobożne pragnienie musi być koniecznie wolą Boga.

    ks. Tomasz Jaklewicz – wiara.pl

    ***

    św. Franciszka z Rzymu

    Święta oblatka (1384-1440).

    Matka Boża podaje św. Franciszce Dzieciątko Jezus

    Oratzio Gentileschi, XVIIw.

    Urodziła się w na początku roku 1384 w Parione, w rodzinie patrycjusza Pawła Bussa de Leoni i Jacobelli Rofredeschi. Jej rodzina była spowinowacona z możnymi domami Orsinich, Savellich i Mellinich. Franciszka od dzieciństwa bardzo pobożna, oddawała się modlitwie, a w wieku 12 lat chciała wstąpić do klasztoru, ale jej ojciec się nie zgodził, ponieważ została zaręczona z Wawrzyńcem de Ponziani, za którego wyszła w 1396 roku. Mieszkała w pałacu na Zatybrzu, nieopodal bazyliki p.w. św. Cecylii.
    Gdy po ciężkiej chorobie została cudownie uzdrowiona, poświęciła się pielęgnowaniu chorych, nawiedzała szpitale, opiekowała się ubogimi. Unikała teatrów, bali i innych światowych rozrywek; dwa razy w tygodniu spowiadała się, a w każdą niedzielę i święto przyjmowała Komunię. Ubierała się bardzo skromnie, starając się wykorzenić zbytek w strojach, zdarzało się że zdejmowała strojnisiom z głowy błyskotki.

    Wręczenie sukni oblatkom przez NMP

    Antonio de Viterbo, XVw.

    fresk w klasztorze przy Tor de Specchi w Rzymie

    Z czasem udało jej się zebrać stowarzyszenie kilku pań, które zobowiązały się wyrzec świata i żyć według reguły św. Benedykta, mieszkając wspólnie lub jeśli to byłoby niemożliwe, zostając przy rodzinach. Nowe zgromadzenie zatwierdził papież Eugeniusz IV w 1433 roku i nadał mu liczne przywileje.

    Św. Franciszce ukazuje się zmarły syn Ewangelista

    fresk w bazylice Matki Bożej Bramy Niebios w Rzymie

    Małżeństwo św. Franciszki Bóg pobłogosławił czwórką dzieci, dwójka z nich zmarła we wczesnym dzieciństwie. Założyła w Rzymie pierwszy dom dla porzuconych dzieci.

    Św. Franciszka nawiedza chorego

    Antoniazzo Romano, fresk, 1468r.

    W 1404 roku król Neapolu Władysław zdobył Rzym, a Wawrzyniec został ciężko ranny w walce. Gdy wyzdrowiał król skazał go na wygnanie w 1413 roku, zabrał im cały majątek, a najstarszego syna wziął jako zakładnika. Św. Franciszkę pozostawił bez środków do życia. Dopiero po soborze w Konstancji neapolitańskie wojska opuściły Rzym, oddały zrabowane majątki, wrócili wygnańcy, a wraz z nimi mąż i syn św. Franciszki. Po śmierci Wawrzyńca w 1436 roku wdowa uregulowała wszystkie swoje sprawy, po czym udała się do klasztoru.

    Fortunato Galli, 1850r.

    Rzeźba na dziedzińcu klasztoru przy Tor de Specchi w Rzymie

    Święta otrzymała dar widzenia swojego Anioła Stróża, który ją chronił i strzegł przed pokusami. Słyszała również jego głos. Czasami zdarzało się, że znikał,
    jeśli Franciszka coś przewiniła i powracał dopiero wtedy, gdy błagała Boga o przebaczenie.

    Wizja dusz czyśćcowych

    Nicolas Poussin, 1645-50, Luwr

    Obcowała z duszami czyśćcowymi, miała liczne wizje czyśćca. Odznaczała się wielkim nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu. Zdarzały się jej szatańskie nękania, aby ją rozproszyć na modlitwie, na przykład straszny zapach rozkładającego się ciała, gdy tylko klękała do modlitwy.

    Św. Franciszka i diabeł

    Fresk z klasztoru przy Tor de Specchi w Rzymie

    Pewnego razu diabeł porwał ją za włosy i trzymał nad przepaścią, pomogło jej wymówienie imienia Jezus i bezpiecznie wylądowała na ziemi. Wtedy też obcięła swoje piękne włosy i ofiarowała Bogu, który ją ocalił.

    Komunia św. Franciszki

    Fresk z bazylice Matki Bożej Bramy Niebios w Rzymie

    Św. Franciszka zmarła 9 marca 1440 roku, a przedziwna woń róż i fiołków napełniła pokój w którym spoczywało jej ciało. Jej ciało wystawiono w pałacu Ponzianich, ale przybywały takie tłumy, że trumna została wystawiona w kościele Santa Maria Nuova, który w XVI wieku został nazwany jej imieniem, nieopodal Forum Romanum.

    Jej spowiednik, o. Jan Mattiotti, spisał jej żywot, wyliczając nadzwyczajne łaski, jakimi ją Pan Bóg obdarzył.

    Bazylika p.w. św. Franciszki w Rzymie

    Proces kanonizacyjny otworzył jesienią 1440 roku papież Eugeniusz IV. Do 1451 roku przeprowadzono trzy poważne badania, których wyniki były imponujące.
    W 1602 roku papież Klemens VIII wydał dekret o rewizji procesu, na którego wydanie wpływ miała zdecydowana postawa kardynała Roberta Bellarmin. Św. Franciszka została kanonizowana z wielką pompą dnia 29 maja 1608 roku przez papieża Pawła V, w trzecią rocznicę jego koronacji na papieża. Grób Świętej został ponownie otwarty 2 kwietnia 1638 roku za zgodą papieża Urbana VIII, miało to na celu przeniesienie ciała do nowo wybudowanej kaplicy.

    Pietro Galli, 1850r.

    Bazylika św. Piotra w Rzymie, lewa empora

    Rzeźba ufundowana przez oblatki z klasztoru Tor di Specchi

    Patronka:
    Rzymu, oblatów, wdów, kierowców.

    Ikonografia:
    Przedstawiana w stroju oblatek (czarna suknia i biały welon), ze swoim Aniołem Stróżem, z monstrancją. Jej atrybutami są: dyscyplina, kosz z chlebem, monstrancja, osioł, otwarta księga na tekście Psalmu 73 lub z regułą zakonną.

    Impresje muzyczne:
    Antonio Caldara “Oratorio per Santa Francesca Romana”

    Klasztor przy Tor de Specchi w Rzymie

    Varia:
    Od początków zgromadzenia oblatki z rzymskiego klasztoru św. Franciszki za każdym razem, gdy papież opuszcza Watykan wystawiają relikwie świętej patronki
    i modlą się za następcę Piotra aż do jego powrotu.

    Od XVI wieku władze Rzymu corocznie ofiarują bazylice p.w. św. Franciszki Rzymianki złoty kielich i patenę.

    Na słynnej kolumnadzie Berniniego, otaczającej plac św. Piotra, znajduje się posąg św. Franciszki z aniołem autorstwa Jana Chrzciciela Theudona.

    ŚWIĘCI PAŃSCY

    ***

    8 marca

    Święty Jan Boży, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Stefan z Obazine, opat
      •  Święta Beata, dziewica i męczennica
    Święty Jan Boży
    Jan Cidade urodził się w Portugalii w roku 1495. Ojciec Jana, Andrzej Ciudad, miał swój dom i mały warsztat rzemieślniczy. W pracy pomagała mu małżonka, Teresa Duarte. Gdy Jan miał 8 lat, zjawił się w jego domu jakiś pielgrzym wędrujący do Hiszpanii, prosząc o nocleg. Przy wieczerzy gość opowiadał o krajach, które zwiedził. Kiedy następnego dnia opuścił dom, zauważył przy sobie chłopca, który postanowił towarzyszyć kapłanowi w drodze. Uczynił to potajemnie przed rodzicami. Ci, pełni smutku, daremnie poszukiwali go po całej okolicy. Matka niebawem zmarła ze smutku, a ojciec wstąpił do franciszkanów. Nie wiemy, dlaczego kapłan nie odesłał chłopca do domu. Może myślał, że jest mu w domu bardzo źle, a może chłopiec nie chciał wrócić. Po 20 dniach forsownej drogi chłopiec nie mógł już iść dalej. Kapłan więc zostawił chłopca w mieście Oropesa u niejakiego Franciszka Mayorala, zarządcy owczarni pewnego hrabiego. Ten przyjął Jana jak syna i nazwał małego chłopca “Janem otrzymanym od Boga – a Deo“.
    Chłopiec przeżył w domu opiekuna kilkanaście lat. Przybrani rodzice tak pokochali młodzieńca, że chcieli go uczynić spadkobiercą swojego majątku i zamierzali mu oddać za żonę swoją jedyną córkę. Mając dwadzieścia kilka lat Jan opuścił dom opiekunów. Zaciągnął się do wojska. Zaczęło się typowe życie najemnego żołnierza: włóczęga, zawadiactwo, kieliszek, dziewczęta. Jan był zbyt uczciwy i religijny, by pozwalać sobie na wszystkie wybryki. Niemniej życie jego było w tym okresie bardzo dalekie od doskonałości chrześcijańskiej.
    Pewnego dnia Jan został posłany przez oficera z misją zaopatrzenia oddziału w konieczne wiktuały. Pobliski dwór zajmowali jednak Francuzi. Jan postanowił zaskoczyć ich brawurową szarżą. Koń zrzucił go jednak z siodła, tak iż cudem tylko uszedł niechybnej śmierci. Był to pierwszy głos napomnienia z nieba. Innym razem dowódca powierzył Janowi kasę oddziału. Niestety, w nocy Jana ktoś okradł. Podejrzenie padło na Jana. Został skazany na rozstrzelanie. Już zabierano się do egzekucji, kiedy nadjechał dowódca pułku i po zapoznaniu się z całą sprawą nakazał Jana uwolnić, ale wydalił go z wojska. Do końca życia Jan nie mógł sobie wytłumaczyć, jak się to stało, że tak cudownie został uwolniony, dosłownie w ostatnim momencie. W planach Opatrzności miał jeszcze żyć.

    Święty Jan Boży
    Jan powrócił do Oropesy. Opiekun przyjął go serdecznie, ale i teraz Jan nie zagrzał tu długo miejsca. Wybuchła wojna na wschodzie Europy. Jan ponownie zgłosił się do wojska. Po zawarciu pokoju przez obie strony Jan powrócił, jednak już nie do swojego opiekuna, ale w rodzinne strony. Tu dowiedział się o losie swoich rodziców. Uczyniło to na nim ogromne wrażenie. Z wielką skruchą odbył spowiedź z całego życia i udał się z pielgrzymką do Compostelli, do grobu św. Jakuba Apostoła. Pchany żarliwością o zbawienie duszy i chęcią poniesienia męczeńskiej śmierci udał się do Afryki, gdzie naprzeciw Gibraltaru była portugalska twierdza Ceuta. Przez kilka lat pracował tu ciężko przy fortyfikacji Ceuty, wspierając równocześnie pewnego szlachcica, skazanego przez króla na banicję w te strony wraz z rodziną (1533-1535). Okazji jednak do męczeństwa nie było. Arabowie nie byli też skłonni do przyjęcia wiary Chrystusa. Jan wrócił więc do Hiszpanii i przez krótki czas pracował w Gibraltarze. Za zaoszczędzone pieniądze kupił pobożne książki i założył małą księgarnię, by w ten sposób propagować dobrą prasę (1535-1536). Stąd udał się do Grenady. Założył tu księgarnię książek i obrazów religijnych (1538).
    20 stycznia 1538 r. odbywał się w Grenadzie odpust ku czci św. Sebastiana. Przybyło mnóstwo ludzi. Kazanie głosił słynny kaznodzieja, św. Jan z Avili. Kazanie wywarło na Janie wrażenie piorunujące. Ogarnął go ból za stracone dla wieczności lata. Wydał głośny jęk, rzucił się na ziemię, zaczął targać włosy i ubranie na sobie. Drapał sobie twarz, wołając: “Boże! Miłosierdzia!”. W takim też stanie wybiegł na ulicę. Otoczenie myślało, że postradał zmysły. Kilkunastu ludzi pobiegło za nim i rzuciło się na niego jako na szaleńca; związano go, wychłostano dotkliwie i zamknięto w domu dla obłąkanych. Dla Jana zaczęły się dni straszliwej katorgi fizycznej i duchowej. Metoda ówczesnego leczenia tego rodzaju zaburzeń psychicznych polegała bowiem na zamknięciu pacjenta w wilgotnym i zimnym lochu. Przykutego do ściany łańcuchem, bito do utraty przytomności i sił. Tak obchodzono się z Janem przez 40 dni. Jednak ku zdumieniu oprawców Jan nie tylko się nie bronił, ale zachęcał ich jeszcze: “Bijcie, bijcie to przeniewiercze ciało! Niech ponosi karę za swoje winy!” Stawał jednocześnie bardzo stanowczo w obronie swoich towarzyszy. Kiedy więc wypuszczono go na wolność, zaczął usługiwać nieszczęśliwym, by chociaż w części złagodzić ich dolę.

    Święty Jan Boży

    Szybko Jan przekonał się, że sam niewiele zdziała. Za użebrane pieniądze zakupił własny dom, w którym mógł postawić 47 łóżek. W miarę napływu ofiar powiększał szpital i lepiej go zaopatrywał, by chorzy mieli jak największe wygody. Szczególną troską otaczał psychicznie chorych, których traktował z wielką łagodnością i dla których przeznaczył wydzieloną część szpitala. Sam każdego dnia odwiedzał swoich podopiecznych, chorych i ubogich, przewiązywał ich rany, pocieszał, leczył. Nie mniejszą troskliwość okazywał o potrzeby duchowe swoich podopiecznych, zapraszając kapłanów w każdą niedzielę ze Mszą świętą i kazaniem, a nawet z codzienną Komunią świętą. W ciągu dnia przewidział czas na wspólne modlitwy – poranne i wieczorne. Dla uniknięcia zarazy podzielił swój szpital na sektory. Za poradą św. Jana z Avili w szpitalu leczyli się wyłącznie mężczyźni. Na parterze były miejsca przeznaczone dla bezdomnych i ubogich wędrowców.
    Troska o leki, bieliznę, bandaże, łóżka, opłata służby i wyżywienie całej załogi wymagało od Świętego heroicznego poświęcenia. Codziennie udawał się na miasto i na umówionym placu zbierał żywność i ofiary pieniężne. Najczęściej one nie wystarczały. Wtedy udawał się do domów możnych, błagając o pomoc tymi znamiennymi słowy: “Pomóżcie sobie, wspomagając ubogich i chorych, bowiem błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”. Kiedy wyczerpał już wszystkie środki i zadłużył się, udał się do miasta Valladolid, gdzie był wtedy dwór królewski. Nie zawiódł się, dostał szczodry zasiłek od najprzedniejszych pań i panów dworu.
    W swojej żarliwości apostolskiej nie zapomniał o kobietach. Zajął się losem kobiet upadłych. Nawiedzał je osobiście i błagał o zmianę życia. Starał się o uczciwe zabezpieczenie ich losu, by nie musiały utrzymywać się z nierządu. Staruszki i samotne wdowy polecał poszczególnym rodzinom pod opiekę. Niemniej czuły był na los sierot, których wówczas nie brakowało, powierzając je rodzinom, które zapewniały im bezpieczny los. Wszyscy, którzy pomagali Janowi, zarówno kapłani, jak i świeccy (także lekarze), za swoją posługę nie żądali zapłaty.
    Jan wiedział jednak, że ciężaru, który na siebie nałożył, sam nie udźwignie. Nadto trapiła go troska o przyszłość dzieła. Zebrał więc koło siebie gromadkę podobnych szaleńców Bożych i tak założył nową rodzinę zakonną dla obsługi chorych i opuszczonych. Tak powstał zakon Braci Miłosierdzia, zwany u nas bonifratrami. Założycielowi zaś nadał miejscowy arcybiskup przydomek “Jana Bożego” i takim go znamy.

    Święty Jan Boży

    Zmarł na klęczkach 8 marca 1550 r. w wieku 55 lat. W poczet błogosławionych zaliczył Jana papież Urban VIII w 1630 roku, a papież Aleksander VIII wpisał jego imię do katalogu świętych (1690). Papież Leon XIII ogłosił św. Jana Bożego wraz ze św. Kamilem de Lellis patronem szpitali i chorych (1886). Papież Pius XI wyznaczył go na patrona pielęgniarzy i służby zdrowia. Relikwie Świętego znajdują się w kościele zakonu w Grenadzie. Jest ponadto patronem Grenady i księgarzy.
    W ikonografii przedstawiany jest w prostym habicie bonifratra. W ręku trzyma przekrojony owoc granatu, z którego wyrasta krzyż. Jego atrybutami są: cierniowa korona, żebrak na plecach, żebrak u stóp.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    7 marca

    Święte męczennice Perpetua i Felicyta

    Święte Perpetua i Felicyta
    Perpetua i Felicyta żyły w II w. w starożytnym Thuburbo Minus, mieście położonym około 30 km od Kartaginy (dziś Teburbo w Tunisie). Perpetua w tajemnicy przed ojcem poganinem przyjęła wiarę chrześcijańską i zaczęła do niej przekonywać swych bliskich: brata Saturusa oraz niewolników – Felicytę, Rewokatusa, Sekundulusa i Saturninusa. Obie z Felicytą były młodymi mężatkami. Mąż Felicyty prawdopodobnie zginął razem z nią. Natomiast o mężu Perpetuy informacje są sprzeczne: raz czytamy, że był chrześcijaninem, w innych źródłach, że tak jak jej ojciec – poganinem.
    Oskarżone o bycie chrześcijankami, zostały pojmane i sprowadzone do Kartaginy. Perpetua miała malutkiego synka, w wieku niemowlęcym, którego przynoszono jej do karmienia. W tym samym czasie, będąca w ósmym miesiącu ciąży Felicyta, po ciężkim porodzie, przy wtórze grubiańskich uwag więziennego strażnika, powiła dziewczynkę, którą zaadoptował jeden z chrześcijan. Zgodnie bowiem z prawem rzymskim, matka, mająca w swoim łonie dziecię, nie mogła być stracona przed jego urodzeniem. Zachowały się autentyczne dokumenty, opisujące powyższe wydarzenia – pamiętnik pisany w więzieniu przez św. Perpetuę oraz relacja naocznego świadka. Mimo próśb ojca, który odwiedzał Perpetuę w więzieniu, kobieta nie wyrzekła się swojej wiary.

    Święte Perpetua i Felicyta
    Po krótkim procesie wszystkich więźniów skazano na rozszarpanie przez zwierzęta. Chwili triumfalnego wejścia na arenę nie dożył jedynie Sekundulus, który zmarł w więzieniu. Tuż przed męczeństwem Perpetua i Felicyta otrzymały chrzest, bowiem w czasie aresztowania były jeszcze katechumenkami. Męczennicy wymienili między sobą pocałunek pokoju. Na arenie wypuszczono na nie dzikie zwierzęta, które nie okazały się zbyt drapieżne. Jedynie dotkliwie poraniły kobiety. Gladiatorzy dobili je więc mieczami.
    Męczeństwo to stało się sławne w całym Kościele. Do dzisiaj liturgia przypomina imiona świętych “bohaterek wiary” Perpetuy i Felicyty w Kanonie Rzymskim (pierwszej Modlitwie Eucharystycznej), który jako jedyny był stosowany w każdej Mszy św. aż do 1969 r. (obecnie jest kilka modlitw eucharystycznych do wyboru). Imiona obu męczennic wymieniane są także w Litanii do Wszystkich Świętych. Późniejsza legenda uczyniła ze św. Felicyty matkę siedmiu synów, z którymi miała ponieść męczeństwo. Legenda ta wyraźnie nawiązuje do śmierci siedmiu braci machabejskich i ich bohaterskiej matki. Męczeńska śmierć miała miejsce 7 marca 202 lub 203 r.
    Perpetua i Felicyta są patronkami bezpłodnych kobiet.
    W ikonografii św. Perpetua przedstawiana jest w bogatym stroju patrycjuszki, z naszyjnikiem, welonem, zaś św. Felicyta – w skromnej sukni bez ozdób.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    6 marca

    Święta Róża z Viterbo,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Olegariusz, biskup
    Święta Róża z Viterbo
    Róża urodziła się w 1233 r. Jej rodzice zajmowali się rolnictwem. Legenda głosi, że dlatego nadano dziecku takie imię, gdyż było tak piękne, iż miało twarz podobną do róży. Mając 12 lat Róża wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka. Już wtedy musiała być bardzo dojrzała w wierze.
    Datą przełomową w jej życiu był rok 1250. Zachorowała wtedy śmiertelnie. Spokojna o swoje losy, modliła się żarliwie o powodzenie wyprawy krzyżowej w obronie Ziemi Świętej, na której czele stał św. Ludwik IX, król francuski (również tercjarz franciszkański). Kiedy cudownie wyzdrowiała, postanowiła całkowicie poświęcić się nawracaniu dusz do Boga. Przywdziała habit zakonny, zaczęła oddawać się surowym praktykom pokutnym w intencji nawrócenia grzeszników, a potem z krzyżem w ręku przebiegała ulice miasta, nawołując do pokuty. Swymi wystąpieniami wzbudziła gniew mieszkających w Viterbo patarynów i katarów (ruchy religijne, których idee w znacznej części zostały uznane za heretyckie), którzy zmusili ją i jej rodzinę do opuszczenia miasta. Już po opuszczeniu Viterbo, przebywając w Soriano, Róża otrzymała dar wizji, z której dowiedziała się o rychłym zakończeniu prześladowań Kościoła, wraz ze śmiercią cesarza Fryderyka II. Po jego śmierci, kiedy miasto zajęły wojska papieskie, Róża rzeczywiście mogła powrócić do rodzinnego domu, który przetrwał do dziś.
    Pod koniec życia Święta prosiła, by przyjęto ją do klasztoru klarysek w Viterbo. Odmówiono jej ze względu na stan zdrowia. Za radą spowiednika zamieniła swoje mieszkanie na osobisty “klasztor”, gdzie wraz z kilkorgiem przyjaciół poświęcała się modlitwie o uświęcenie ludzkich dusz. Wyczerpana pokutą i apostolstwem, zmarła w wieku niespełna 20 lat, 6 marca 1252 roku. Jej śmierć napełniła bólem mieszkańców całego miasta.
    Pan Bóg wsławił Różę za życia i po śmierci tak licznymi cudami, że jej grób stał się miejscem masowych pielgrzymek. Już w roku 1257 w obecności papieża Aleksandra IV odbyło się uroczyste przeniesienie relikwii Świętej do kościoła klarysek, gdzie do dzisiaj przechowywane są w szklanej trumnie. Mimo upływu czasu pozostały one w nienaruszonym stanie. Na wiadomość o cudownym uzdrowieniu jednego z kardynałów papież Kalikst III (+ 1458) przysłał na grób Świętej złotą różę. Równocześnie wyznaczył kanoniczną komisję dla zbadania jej życia i cudów. On też wpisał św. Różę do katalogu świętych (1458). Do dziś zachował się zwyczaj, że co roku w nocy z 3 na 4 września, w rocznicę przeniesienia jej szczątków (zachowanych w stanie nienaruszonym) z cmentarza do kościoła, przychodzi do jej grobu całe miasto i turyści, by wziąć udział w procesji z relikwiami, niesionymi w wysokiej wieży-relikwiarzu (tzw. macchina di Santa Rosa, niesiona przez 100 mężczyzn nazywanych facchini di Santa Rosa). Kiedyś starano się, by “wieża św. Róży” była jak najwyższa i jak najpiękniejsza. Dziś można oglądać wystawę tych wież-relikwiarzy. Benedykt XV ogłosił św. Różę patronką młodzieży żeńskiej Akcji Katolickiej. Patronuje ona także Viterbo, andaluzyjskiej Alcolei, kolumbijskiemu Santa Rosa de Viterbo, tercjarkom i emigrantom.W ikonografii Święta przedstawiana jest w sukni tercjarskiej, opasanej sznurem, najczęściej z krzyżem w dłoni lub z Matką Bożą z Dzieciątkiem. Jej atrybutem są róże, korona z róż, dyscyplina.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    5 marca

    Święty Wirgiliusz z Arles, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Józef od Krzyża, zakonnik
    Święty Wirgiliusz
    Wirgiliusz urodził się około roku 550. Jego rodzina należała do arystokracji Akwitanii (południowa Francja). Nie myślał jednak o karierze kościelnej czy świeckiej, ale zamknął się w słynnym klasztorze w Lerins, na wyspie w pobliżu Nicei. Ze szczególną pilnością oddawał się studiom patrystycznym pierwszych wieków chrześcijaństwa. Duchem ofiary i łagodnością charakteru pozyskał sobie tak dalece współbraci, że wybrali go na swojego opata.
    Nie wiemy, dlaczego opuścił jednak opactwo w Lerins i udał się do Francji. Wstąpił do klasztoru w Autun. Mnisi również i tutaj wybrali go na swojego opata. Tu właśnie odwiedził go św. Augustyn, kiedy udawał się ze swymi towarzyszami do Anglii, by podjąć misję pozyskania tego kraju dla Chrystusa.
    Niebawem zawakowało biskupstwo w Arles. Zebrani okoliczni biskupi, kapłani i wierni wybrali arcybiskupem tego miasta Wirgiliusza. Wybór ten okazał się opatrznościowy. Wirgiliusz wystawił szereg kościołów i klasztorów. Był w przyjaźni z papieżem św. Grzegorzem I Wielkim, który powołał go na swego wikariusza na całą Galię. Zachowały się listy Grzegorza do Wirgiliusza, w których papież zaleca biskupowi w stosunku do innowierców kierować się raczej duchem miłości niż surowości. W innym liście papież daje instrukcje, dotyczące kształcenia i wychowania kleru. Wreszcie w jeszcze innym liście poleca św. Grzegorz, by powracającemu z Anglii do Rzymu św. Augustynowi udzielił sakry biskupiej. To świadczy niezbicie, jak wielkiej powagi zażywał Wirgiliusz u papieża.
    Nie mniejszą powagą cieszył się Wirgiliusz w episkopacie galijskim. Kiedy zaistniał spór między biskupem Narbony a jego sąsiadami, na rozjemcę zaproszono Wirgiliusza.
    Biskup miał szczególne nabożeństwo do św. Trofima, swojego poprzednika na stolicy w Arles (wiek III). Szerzył też gorliwie jego kult. Prowadząc życie niezmiernie czynne, nie zapomniał także o własnej duszy. Wolny czas poświęcał na modlitwę i uczynki miłosierdzia. Przy pogrzebie znaleziono na jego ciele włosiennicę. Wszystkie życiorysy podkreślają, że Pan Bóg obdarzył go darem cudów. Za jego przyczyną – tak za życia, jak i po śmierci – wielu chorych miało odzyskać zdrowie.
    Wirgiliusz pożegnał ziemię dla nieba w 618 roku po 30 latach szczęśliwych rządów (588-618).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    4 marca

    Święty Kazimierz, królewicz

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Antoni Farina, biskup
    Święty Kazimierz
    Kazimierz urodził się 3 października 1458 r. w Krakowie na Wawelu. Był drugim z kolei spośród sześciu synów Kazimierza Jagiellończyka. Jego matką była Elżbieta, córka cesarza Niemiec, Albrechta II. Pod jej opieką Kazimierz pozostawał do dziewiątego roku życia. W 1467 r. król powołał na pierwszego wychowawcę i nauczyciela swoich synów księdza Jana Długosza, kanonika krakowskiego, który aż do XIX w. był najwybitniejszym historykiem Polski. “Był młodzieńcem szlachetnym, rzadkich zdolności i godnego pamięci rozumu” – zapisał Długosz o Kazimierzu. W 1475 r. do grona nauczycieli synów królewskich dołączył znany humanista, Kallimach (Filip Buonacorsi). Król bowiem chciał, by jego synowie otrzymali wszechstronne wykształcenie. Ochmistrz królewski zaprawiał ich również w sztuce wojennej.
    W 1471 r. brat Kazimierza, Władysław, został koronowany na króla czeskiego. W tym samym czasie na Węgrzech wybuchł bunt przeciwko tamtejszemu królowi Marcinowi Korwinowi. Na tron zaproszono Kazimierza. Jego ojciec chętnie przystał na tę propozycję. Kazimierz wyruszył razem z 12 tysiącami wojska, by poprzeć zbuntowanych magnatów. Ci jednak ostatecznie wycofali swe poparcie i Kazimierz wrócił do Polski bez korony węgierskiej. Ten zawód dał mu wiele do myślenia.
    Po powrocie do kraju królewicz nie przestał interesować się sprawami publicznymi, wręcz przeciwnie, został prawą ręką ojca, który upatrywał w nim swego następcę i wciągał go powoli do współrządzenia. Podczas dwuletniego pobytu ojca na Litwie Kazimierz jako namiestnik rządził w Koronie. Obowiązki państwowe umiał pogodzić z bogatym życiem duchowym. Wezwany przez ojca w 1483 r. do Wilna, umarł w drodze z powodu trapiącej go gruźlicy. Na wieść o pogorszeniu się zdrowia Kazimierza, król przybył do Grodna. Właśnie tam, “opowiedziawszy dzień śmierci swej tym, którzy mu w niemocy służyli […], ducha Panu Bogu poleciwszy wypuścił 4 dnia marca R.P. 1484, lat mając 26” – napisał ks. Piotr Skarga. Pochowano go w katedrze wileńskiej, w kaplicy Najświętszej Maryi Panny, która od tej pory stała się miejscem pielgrzymek. W 1518 król Zygmunt I Stary, rodzony brat Kazimierza, wysłał przez prymasa do Rzymu prośbę o kanonizację królewicza. Leon X na początku 1520 r. wysłał w tej sprawie do Polski swojego legata. Ten, ujęty kultem, jaki tu zastał, sam ułożył ku czci Kazimierza łaciński hymn i napisał jego żywot. Na podstawie zeznań legata Leon X w 1521 r. wydał bullę kanonizacyjną i wręczył ją przebywającemu wówczas w Rzymie biskupowi płockiemu, Erazmowi Ciołkowi. Ten jednak zmarł jeszcze we Włoszech i wszystkie jego dokumenty w 1522 r. zaginęły. Król Zygmunt III wznowił więc starania, uwieńczone nową bullą wydaną przez Klemensa VIII 7 listopada 1602 r. w oparciu o poprzedni dokument Leona X, którego kopia zachowała się w watykańskim archiwum.

    Święty Kazimierz
    Kiedy w 1602 r. z okazji kanonizacji otwarto grób Kazimierza, jego ciało znaleziono nienaruszone mimo bardzo dużej wilgotności grobowca. Przy głowie Kazimierza zachował się tekst hymnu ku czci Maryi Omni die dic Mariæ (Dnia każdego sław Maryję), którego autorstwo przypisuje się św. Bernardowi (+ 1153). Wydaje się prawdopodobne, że Kazimierz złożył ślub dozgonnej czystości. Miał też odrzucić proponowane mu zaszczytne małżeństwo z córką cesarza niemieckiego, Fryderyka III.
    Uroczystości kanonizacyjne odbyły się w 1604 r. w katedrze wileńskiej. W 1636 r. przeniesiono uroczyście relikwie Kazimierza do nowej kaplicy, ufundowanej przez Zygmunta III i Władysława IV. W 1953 r. przeniesiono je z katedry wileńskiej do kościoła świętych Piotra i Pawła. Obecnie czczony jest ponownie w katedrze.
    Św. Kazimierz jest jednym z najbardziej popularnych polskich świętych. Jest także głównym patronem Litwy. W diecezji wileńskiej do dziś zachował się zwyczaj, że w dniu św. Kazimierza sprzedaje się obwarzanki, pierniki i palmy; niegdyś sprzedawano także lecznicze zioła (odpustowy jarmark zwany Kaziukami). W 1948 r. w Rzymie powstało Kolegium Litewskie pod wezwaniem św. Kazimierza. W tym samym roku Pius XII ogłosił św. Kazimierza głównym patronem młodzieży litewskiej. W 1960 r. Kawalerowie Maltańscy obrali św. Kazimierza za swojego głównego patrona; otrzymali wówczas część
    relikwii Świętego.

    Święty Kazimierz
    W ikonografii atrybutem Świętego jest mitra książęca. Przedstawiany także ze zwojem w dłoni, na którym są słowa łacińskiego hymnu Omni die dic Mariæ – ku czci Matki Bożej, do której św. Kazimierz miał wielkie nabożeństwo. Często przedstawia się go w stroju książęcym z lilią w ręku lub klęczącego nocą przed drzwiami katedry – dla podkreślenia jego gorącego nabożeństwa do Najświętszego Sakramentu.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    3 marca

    Święta Maria Katarzyna Drexel, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Kunegunda, zakonnica
    Święta Maria Katarzyna Drexel
    Katarzyna przyszła na świat w Filadelfii (Stany Zjednoczone) w dniu 26 listopada 1858 roku jako druga córka Franciszka Antoniego Drexela i Hannah Langstroth, należącej do protestanckiej wspólnoty kwakrów. Dwa miesiące później zmarła jej matka. Jej tata po upływie dwóch lat ożenił się z Emmą M. Bouvier, katoliczką, która otoczyła pasierbicę macierzyńską miłością.
    Ojciec był bankierem, współwłaścicielem międzynarodowego imperium bankowego, ale i filantropem. Rodzice uczyli córki, na czym polega prawdziwa wartość bogactwa, i wpajali im przekonanie, że należy je dzielić z innymi ludźmi. Nad jej wykształceniem czuwali najlepsi nauczyciele. Każdego dnia cała rodzina uczestniczyła w Mszy świętej. Gdy Katarzyna ukończyła 11 lat, przystąpiła do Pierwszej Komunii świętej. Za namową mamy poprowadziła wraz siostrą niedzielną szkółkę dla dzieci osób zatrudnionych na farmie. Wielkim wydarzeniem w jej życiu była choroba i śmierć ukochanej macochy w 1882 roku. Katarzyna uświadomiła sobie wówczas, że nawet cały rodzinny majątek nie mógł ulżyć mamie, ani tym bardziej uchronić jej przed śmiercią. Coraz częściej zaczęła się zastanawiać nad sensem życia. Wahała się jeszcze co do swojej przyszłości. Każdego roku składała ślub czystości i wciąż modliła się o dar odczytania swego powołania.
    Tymczasem minęły dwa lata od śmierci matki, gdy Pan Bóg wezwał do siebie ojca Katarzyny. W testamencie jedną dziesiątą swego majątku przeznaczył on na natychmiastowe rozdanie ubogim, a resztę podzielił między swoje trzy córki. Gdyby one zmarły nie pozostawiwszy potomstwa, reszta majątku miała być przekazana na cele charytatywne.
    Po kilku latach, w 1886 roku, ze względu na chorobę i za radą lekarzy, Katarzyna udała się do Europy. Po odzyskaniu sił z całego serca werbowała, wraz siostrami, europejskich kapłanów i zakonnice do pracy wśród Indian. Udała się także do Rzymu i podczas audiencji poprosiła papieża Leona XIII o przysłanie misjonarzy do jednej z placówek, którą wspierała materialnie. W odpowiedzi papież zasugerował jej, by sama została misjonarką. Po rozważeniu tej rady razem ze swoim kierownikiem duchowym, biskupem Jamesem O’Connorem, postanowiła poświęcić się służbie Bogu i założyć zgromadzenie zakonne. Pod koniec 1887 roku siostra Drexel, na zaproszenie misjonarza ojca Stephena, udała się w podróż na zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Zetknęła się wtedy po raz pierwszy z Indianami. Ogromne wrażenie wywarło na niej ich ubóstwo oraz uwłaczające ludzkiej godności warunki, w jakich zmuszeni byli żyć. Zapragnęła wówczas zrobić coś więcej, by zmienić ich sytuację. Od tej chwili poświęcała wszystkie swoje siły i majątek na wspieranie misji i misjonarzy w ojczyźnie.
    W ciągu trzynastu lat wybudowała szkoły misyjne w obu Dakotach, Montanie, Wyoming, Kalifornii, Oregonie i Nowym Meksyku. W 1889 roku ostatecznie postanowiła oddać się na służbę Bogu. Rozpoczęła nowicjat u szarytek w Pittsburgu. Gazety amerykańskie zareagowały w przewidywany sposób, nagłówki donosiły: “Panna Drexel wstępuje do klasztoru katolickiego odrzucając siedem milionów!” Dwa lata później, dnia 12 lutego 1891 roku, złożyła śluby zakonne jako pierwsza siostra Zgromadzeniu Najświętszego Sakramentu od Indian i Ludności Kolorowej, które poświęciło się głoszeniu Ewangelii Indianom i Afroamerykanom. Potem ufundowała pierwszy klasztor w Cornwells Heights koło Filadelfii. Następnie założyła szkołę dla ubogich dzieci. Kolejnym dziełem była szkoła dla Indian pod wezwaniem św. Katarzyny w Santa Fe (Nowy Meksyk). Jej dwie siostry, które wyszły za mąż, pomagały Katarzynie w tych działaniach. Otwierała szkoły i internaty dla dzieci. Gdy spotykała na swej drodze ludzi uprzedzonych rasowo, potrafiła pokornie znosić wszelkie upokorzenia i niesprawiedliwe osądy. Jej dzieło rozwijało się coraz bardziej. W 1907 roku papież św. Pius X wstępnie zatwierdził regułę nowego zgromadzenia.
    Katarzyna była kobietą modlitwy. Z niej i z Eucharystii czerpała inspirację do działania na rzecz ubogich i pokrzywdzonych. Walczyła z uprzedzeniami społecznymi i rozpowszechnioną wówczas w Ameryce dyskryminacją rasową. Troszczyła się także o formację nauczycieli. Jej wielkim osiągnięciem było powstanie w 1925 roku Xavier University w Luizjanie, pierwszej w Stanach Zjednoczonych wyższej uczelni przeznaczonej głównie dla katolików należących do mniejszości rasowych.
    Ciężka choroba tyfusu, jakiego się nabawiła podczas wizytacji misji w Nowym Meksyku, spowodowała, że przez ostatnie 18 lat swego życia pozostała przykuta do łóżka (w 1937 roku z powodu choroby zrezygnowała z urzędu przełożonej generalnej). Lata te poświęciła modlitwie i kontemplacji. Odeszła do Domu Ojca w dniu 3 marca 1955 roku w Cornwells Heights.
    Ukoronowaniem jej ofiarnego życia było włączenie jej do grona błogosławionych przez papieża św. Jana Pawła II, w dniu 20 listopada 1988 roku, a następnie ogłoszenie jej świętą w dniu 1 października 2000 roku na placu św. Piotra.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    2 marca

    Święta Agnieszka z Pragi, ksieni

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Karol, męczennik
    Święta Agnieszka z Pragi
    Agnieszka urodziła się w 1205 r. w Pradze jako córka króla Czech, Przemysława Ottokara I. Przez matkę Konstancję spokrewniona była z rodem Arpadów (z którego wywodziło się wielu świętych). Gdy miała trzy lata, postanowiono wydać ją za mąż za jednego z synów Henryka Brodatego, dlatego w 1216 r. wyjechała razem ze starszą siostrą Anną na dwór polski. Przebywała głównie w Trzebnicy, gdzie najprawdopodobniej powierzona była opiece św. Jadwigi, której zawdzięczała solidne podstawy życia religijnego. Kiedy dwóch synów króla umarło bardzo młodo, a trzeci poślubił jej siostrę – Annę, Agnieszka powróciła do ojczyzny. Jednak wkrótce znów została wyprawiona z domu, gdyż obiecano jej rękę synowi cesarza Fryderyka II. To małżeństwo również nie doszło do skutku. Agnieszka stanowczo postanowiła być wierną złożonemu przez siebie ślubowi czystości. Po interwencji u papieża Grzegorza IX uzyskała swobodę decyzji. Wówczas całkowicie poświęciła się działalności charytatywnej i pobożnym praktykom.
    Zatroszczyła się o dokończenie fundacji swego brata Wacława I dla franciszkanów. Kiedy dowiedziała się od przybyłych do Pragi braci mniejszych o duchowych przeżyciach Klary z Asyżu, zapragnęła gorąco iść za jej przykładem, praktykując franciszkańskie ubóstwo.
    Około 1233 roku ufundowała w Pradze szpital oraz klasztor klarysek, zwany czeskim Asyżem, do którego rok później wstąpiła. W uroczystość Zesłania Ducha Świętego w 1234 roku złożyła śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Jej decyzja była głośna w ówczesnej Europie. Klasztor przez nią ufundowany stał się ośrodkiem odnowy religijnej, promieniującym na całą Europę Środkową. Utrzymywała stały kontakt listowny ze św. Klarą z Asyżu i z ówczesnym papieżem. Święta Klara nie szczędziła jej słów zachęty do wytrwania na raz wybranej drodze. Tak zrodziła się ich duchowa przyjaźń trwająca przez blisko dwadzieścia lat – chociaż obie święte nigdy nie spotkały się osobiście. Agnieszka Czeska angażowała się w różne akcje mediacyjne. Przypisywano jej także dar proroctwa i umiejętność czytania w ludzkich sercach.
    W swoim dosyć długim życiu, naznaczonym chorobami i cierpieniami, Agnieszka z miłości do Boga i z ogromnym poświęceniem wypełniała posługi miłosierne wobec wszystkich potrzebujących – bez względu na ich przekonania, pochodzenie i sposób myślenia. Jednocześnie służyła duchową pomocą młodym ludziom, którzy pragnęli poświęcić się Bogu poprzez życie zakonne. Prowadziła życie pełne wyrzeczenia i dzieł miłosierdzia.
    Zmarła w opinii świętości jako ksieni klarysek 2 lub 6 marca 1282 r. Św. Jan Paweł II kanonizował ją razem z Albertem Chmielowskim 12 listopada 1989 roku w Rzymie.
    W ikonografii św. Agnieszka z Pragi (zwana też Agnieszką Przemyślidką) przedstawiana jest w habicie franciszkańskim.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    1 marca

    Święty Albin, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Feliks III, papież
    Święty Albin
    Albin urodził się w 469 roku w okolicy Vannes, we Francji. Pochodził ze znakomitej rodziny. Miał zapewnioną dostatnią przyszłość. Odrzucił jednak wszelkie ponęty świata i wstąpił do klasztoru o regule św. Augustyna w Tincillac (Cincillac), gdzie potem został opatem (504). Przez 25 lat sprawował ten zaszczytny urząd z wielką korzyścią i zbudowaniem braci. Wyróżniał się dokładnością w zachowaniu reguły, umartwionym życiem i wielką miłością dla podwładnych. Tak ich traktował, jakby oni byli jego panami, a on ich sługą. Umiał jednak być stanowczy w sprawach ważnych.
    W roku 529 zmarł biskup miasta Angers. Ówczesnym zwyczajem zgromadzeni przy metropolicie biskupi, kapłani i wierni na następcę upatrzyli Albina. Wybór okazał się dla diecezji nader szczęśliwy. Albin oddał się z całą żarliwością swojej diecezji. Przewodniczył synodom, które miały za cel przywrócić pierwotną karność kościelną (w latach 538 i 541). Piętnował małżeństwa kazirodcze, które w owym czasie we Francji stały się zwyczajem wśród rodzin arystokratycznych. Jego gorliwość zyskała mu wielu wielbicieli. Należał do nich św. Cezary, biskup Arles. Nie brakowało jednak i wrogów. Doszło do tego, że na Albina urządzano nawet zasadzki i zamachy na jego życie.
    Pan Bóg dał mu dar czynienia cudów. Albin uzdrowił pewnego paralityka, wskrzesił dziecko rodzicom, kilku niewidomym przywrócił wzrok. Jednało mu to wśród ludu powszechną cześć i miłość.
    Po 21 latach utrudzonego pasterzowania zmarł 1 marca 550 roku. Jego śmiertelne szczątki pochowano ze czcią w kościele św. Piotra w Angers. Już w roku 556 ku jego czci wystawiono nowy kościół i tam przeniesiono jego relikwie. Przy tym kościele z biegiem lat powstało opactwo.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

  • ogłoszenia – marzec 2026

    ***

    kościół św. Piotra

    Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    29 marca

    Niedziela Palmowa rozpoczyna Wielki Tydzień

    Msza święta z ceremonią poświęcenia palm o godz. 14.00

    (w nocy 28/29 zmiana czasu zimowego na letni)
    fot. cactusvstudio/Freepik

    ***

    Leon XIV: „Jezus pozwolił się przybić do krzyża, aby objąć wszystkie krzyże postawione w każdym czasie i miejscu”

    “Chrystus, Król pokoju, wciąż woła ze swojego krzyża: Bóg jest miłością! Zmiłujcie się! Odłóżcie broń, pamiętajcie, że jesteście braćmi!” – powiedział papież podczas liturgii Niedzieli Palmowej w Watykanie.

    fot. Vatican Media

    Ojciec Święty nawiązał do odczytanego wcześniej opisu Męki Pańskiej (Mt 26, 14 – 27, 66) i zaznaczył, iż widzimy w Nim Króla Pokoju – łagodnego i pełnego miłosierdzia, nawet wobec przemocy i nienawiści. Gdy był obarczony naszymi cierpieniami i przebity za nasze grzechy, nie chwycił za broń, nie bronił siebie, nie stoczył żadnej wojny.

    Objawił łagodne oblicze Boga, który zawsze odrzuca przemoc, i zamiast ocalić samego siebie, pozwolił się przybić do krzyża, aby objąć wszystkie krzyże postawione w każdym czasie i miejscu w dziejach ludzkości – stwierdził Leon XIV. Dodał, iż jest to „Bóg, który odrzuca wojnę, którego nikt nie może wykorzystać do usprawiedliwienia wojny, który nie słucha modlitwy tych, którzy wojnę prowadzą, i odrzuca ją”.

    Leon XIV zachęcił do dostrzeżenia w cierpieniu Jezusa ból wszystkich ludzi dotkniętych wojną, przemocą i samotnością. Chrystus, Król pokoju, wciąż woła ze swojego krzyża: Bóg jest miłością! Zmiłujcie się! Odłóżcie broń, pamiętajcie, że jesteście braćmi! – powiedział papież.

    Ojciec Święty zakończył modlitwą Sługi Bożego,  biskupa Tonina Bello, prosząc Maryję o nadzieję, że cierpienie i niesprawiedliwość przeminą, a łzy ofiar zostaną osuszone.

    Cały tekst homilii papieża Leona XIV:

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Gdy Jezus kroczy drogą krzyżową, idziemy za Nim, podążając Jego śladami. Idąc wraz z Nim, kontemplujemy Jego mękę dla ludzkości, Jego zbolałe serce, Jego życie, które staje się darem miłości.

    Spójrzmy na Jezusa, który przedstawia się jako Król Pokoju, gdy wokół Niego trwają przygotowania do wojny. Na Jezusa, który pozostaje niewzruszony w łagodności, w czasie gdy inni szaleją w przemocy. Spójrzmy na Tego, który ofiarowuje się jako ukojenie dla ludzkości, podczas gdy inni chwytają za miecze i kije. Na Tego, który jest światłością świata, podczas gdy wkrótce ziemię mają ogarnąć ciemności. Na Jezusa, który przyszedł, żeby przynieść życie, podczas gdy wypełnia się plan skazania Go na śmierć.

    Jako Król pokoju Jezus pragnie pojednać świat w objęciach Ojca i zburzyć wszelkie mury, które oddzielają nas od Boga i od bliźniego, ponieważ „On jest naszym pokojem” (Ef 2, 14).

    Jako Król pokoju wjeżdża On do Jerozolimy na osiołku, a nie na koniu, wypełniając starożytne proroctwo, które wzywało do radowania się z przybycia Mesjasza: „Oto Król twój idzie do ciebie, / sprawiedliwy i zwycięski. / Pokorny – jedzie na osiołku, / na oślątku, źrebięciu oślicy. / On usunie rydwany z Efraima, / a konie z Jeruzalem; / łuk wojenny zostanie złamany. / Pokój ludom obwieści” (Za 9, 9-10).

    Jako Król pokoju, gdy jeden z Jego uczniów wyciąga miecz, aby Go bronić, i uderza sługę arcykapłana, On natychmiast go powstrzymuje, mówiąc: „Włóż miecz na swoje miejsce, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną” (Mt 26, 52).

    Jako Król pokoju, gdy był obarczony naszymi cierpieniami i przebity za nasze grzechy, On „nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją” (Iz 53, 7). Nie chwycił za broń, nie bronił siebie, nie stoczył żadnej wojny. Objawił łagodne oblicze Boga, który zawsze odrzuca przemoc, i zamiast ocalić samego siebie, pozwolił się przybić do krzyża, aby objąć wszystkie krzyże postawione w każdym czasie i miejscu w dziejach ludzkości.

    Bracia i siostry, oto nasz Bóg: Jezus, Król pokoju. To Bóg, który odrzuca wojnę, którego nikt nie może wykorzystać do usprawiedliwienia wojny, który nie słucha modlitwy tych, którzy wojnę prowadzą, i odrzuca ją, mówiąc: „Choćbyście nawet mnożyli modlitwy, Ja nie wysłucham. Ręce wasze pełne są krwi” (Iz 1, 15).

    Patrząc na Tego, który został za nas ukrzyżowany, widzimy ukrzyżowanych spośród rodzaju ludzkiego. W Jego ranach widzimy zranienia wielu współczesnych kobiet i mężczyzn. W Jego ostatnim wołaniu skierowanym do Ojca słyszymy płacz tych, którzy są zdruzgotani, pozbawieni nadziei, chorzy i samotni. Przede wszystkim słyszymy jęk boleści wszystkich tych, którzy są uciskani przez przemoc oraz wszystkich ofiar wojny.

    Chrystus, Król pokoju, wciąż woła ze swojego krzyża: Bóg jest miłością! Zmiłujcie się! Odłóżcie broń, pamiętajcie, że jesteście braćmi!

    Słowami Sługi Bożego, biskupa Tonina Bello, chciałbym powierzyć to wołanie Najświętszej Maryi Pannie, która stoi pod krzyżem Syna i płacze również u stóp współczesnych ukrzyżowanych:

    „Święta Maryjo, Kobieto trzeciego dnia, daj nam pewność, że mimo wszystko śmierć nie będzie już nad nami panować; że dni niesprawiedliwości są już policzone; że łuny wojenne zmniejszą się do rozmiarów świateł zmierzchu; że cierpienia biednych będą miały swój kres. (…) Daj nam wiarę, że łzy bólu wszystkich ofiar przemocy w końcu będą osuszone, jak rosa przez wiosenne słońce”.*)

    *)A. Bello, Maria, donna dei nostri giorni, Cinisello Balsamo 1993: Maryja kobieta naszych czasów, tłum. W. Zasiura, oprac. red. E. Popielarz, Zielonka 2019 [ebook].
    Vatican – Stacja7.pl

    ***

    Niedziela Palmowa

    „Powinna nas przebudzić, otrząsnąć i zszokować”

    Niedziela potężnych skrajności i niewiarygodnego rozdarcia: od euforii po nienawiść, od uwielbienia po odrzucenie, od tłumu po samotność

    Każda Niedziela Palmowa, a dokładniej Niedziela Męki Pańskiej niesie ze sobą wiele tajemnic. Osobiście za każdym razem przeżywam ją inaczej. Każdy rok daje nam mnóstwo możliwości, by przeżyć ten czas na różny sposób, a tym samym, by zobaczyć te wydarzenia od innej strony.

    Zatrzymaj się

    Kościół w tym dniu wyjątkowo proponuje nam dwa opisy ewangeliczne. Pierwszy fragment Ewangelii czytany jest na początku liturgii, gdy ma się rozpocząć procesja z palmami – słuchamy wtedy opisu uroczystego wjazdu do Jerozolimy. Lud pełen radości i entuzjazmu wita wjeżdżającego na osiołku Jezusa. Po wysłuchaniu tych słów jesteśmy zaproszeni, by również wziąć udział w procesji na wzór tamtej opisanej przez Ewangelistę – Jezusa reprezentuje tu celebrans.

    Z radością, która wypełnia nasze serca i euforią, że Jezus jest pośród nas, Kościół nagle, bez większych wstępów i wprowadzeń zaprasza nas w klimat Męki Pańskiej. Wielka radość nagle zostaje zamieniona w powagę i smutek, z wrzawy wchodzimy w zasłuchanie i zapatrzenie się na Jezusa – nie ma już palemek i osiołka, a jest krzyż. Radosny krzyk „hosanna” zamieniony jest w nienawistny ryk „na śmierć z Nim, ukrzyżuj Go!”

    Od triumfalnego wyjazdu po ból Golgoty

    Ta niedziela mieści się w tych dwóch wielkich ramach: od uroczystego, triumfalnego wjazdu po przeszywającą od bólu pustkę na Golgocie i samotność przy grobie. To niedziela krzyku dochodzącego do Nieba, by obwieścić triumfalny wjazd i krzyku w tajemnicy Krzyża i ogromnego bólu. To jest niedziela potężnych skrajności i niewiarygodnego rozdarcia. Od euforii po nienawiść, od uwielbienia po odrzucenie, od tłumu po samotność. To jest czas, który powinien nas przebudzić, otrząsnąć i zszokować. Tu nie ma miejsca na rutynę, na kopiowanie wyuczonych już doświadczeń czy cukierkowato-jarmarcznych procesji czy może spacerów z kolorowymi palmami. Tu trzeba otworzyć szeroko swoje serce i zobaczyć potężne pęknięcie jakie uczynił w nim nasz grzech. Tu nie wystarczy pomachać palmą nawet największą, bo zrobioną na konkurs ogłoszony w parafii, ale trzeba się zatrzymać i zawołać z całego serca, z popękanych głębin bezradności – hosanna, czyli zbaw mnie Panie, zbaw mnie Jezu, potrzebuję Ciebie!

    Trzeba otworzyć szeroko swoje serce i zobaczyć potężne pęknięcie jakie uczynił w nim nasz grzech. Trzeba się zatrzymać i zawołać z całego serca, z popękanych głębin bezradności – hosanna, czyli zbaw mnie Panie, zbaw mnie Jezu, potrzebuję Ciebie!

    To także nasza historia

    Codzienna liturgia Kościoła, ale chyba najbardziej liturgia Wielkiego Tygodnia, pokazuje nam ludziom wierzącym, że to, czego Jezus doświadczył przez całe życie na ziemi, a szczególnie w ostatnim tygodniu, gdy przebywał w Jerozolimie jest wpisane w ludzką codzienność. Jego życie, Jego droga, Jego historia jest moją, twoją, naszą drogą, życiem i historią lub lepiej ująć to tak, że nasza droga jest naznaczona Jego drogą – On już tędy przeszedł i nasza historia dzięki Jezusowi jest historią zbawienia, historią świętą. Doświadczenie liturgii Niedzieli Męki Pańskiej, a potem codziennej liturgii Wielkiego Tygodnia jest doświadczeniem opisującym rozdzierane codziennie ludzie serce.

    Ten czas w Kościele, który nazywamy Wielkim Tygodniem ma nam na nowo i z wielką siłą przypomnieć, że nie jesteśmy sami. O tym tak dobitnie słyszymy już w liturgii Słowa w piątym tygodniu Wielkiego Postu, gdy Jezus w Ewangelii Janowej kilkakrotnie przypomina, że nie jest sam – w Jezusie nie jesteśmy sami. Dobry, troskliwy Ojciec czuwa nad nami. Każdy dzień Wielkiego Postu nas do tego momentu przypominał, a kulminacją doświadczenia bliskości, troski i opieki nad nami będzie Triduum Paschalne z rozświetlającą ciemności swoim blaskiem Wigilia Paschalna. Wszystko, czyli nie tylko 40 dni postu, ale całe nasze życie zmierza i zwrócone jest w kierunku jednej liturgii i z niej wszystko się rodzi, tu wszystko się zaczyna. Liturgia Wigilii Paschalnej zwraca nasze serca na wieczną liturgię, liturgię Paschalnego Baranka w Królestwie Bożym do którego zdążamy i na którą zaprasza nas sam Jezus.

    Tylko świadomość, a może nawet bardziej doświadczenie tego w swoim życiu sprawia, że nie tylko jestem gotów przejść przez Wielki Post, ale przede wszystkim jestem gotów i nie boję się tego, co przynosi mi życie. Gdy widzę, że Jezus krok w krok przeszedł już wcześniej to, co teraz ja przechodzę to nie boję się w to wejść, nie chcę się cofać, nie chcę uciekać, ale wytyczoną drogą przez Jezusa otwieram się na potęgę zwycięstwa Boga. To też pomaga mi przejść przez moje upadki i niedoskonałości. Nawet, gdy coś mi się nie uda to pozwolę podnieść się Temu, którego moc udoskonala się w mojej słabości.

    Rozpoczyna się coś ważnego

    Zanim zapadnie cisza Triduum Paschalnego, nim zanurzymy się w Jego rany i ucałujemy znak naszego odkupienia dokonuje się w nas rozdarcie. Nim dokona się Pascha Chrystusa i nasza pascha musi dokonać się śmierć – Jego i nasza. To musi się dokonać i wydarzyć, by rzeczywiście przeżyć i doświadczyć namacalnie radości Wielkiej Nocy i pustego Grobu.

    Teraz jest czas, by swoje rany, ból, cierpienie, chorobę, samotność, opuszczenie czy zdradę złożyć z Jezusem. Teraz jest czas, by oddać Mu rozdarte i pęknięte serce. Jego serce też pękło z miłości do mnie.

    Za chwilę rozpocznie się Wielki Tydzień. Rozpoczyna się coś bardzo ważnego w liturgii Kościoła i w naszym życiu. Na drodze w centrum stoi Krzyż, a tuż za nim czeka na nas zwycięstwo. Jeżeli chcesz zwyciężyć, nie uciekaj od cierpienia. Im bardziej boli, tym bliżej zwycięstwa jesteś. Ten, kto ucieka od Krzyża – przegrywa. Ten, kto dzieli swoje życie z Ukrzyżowanym –zwycięża. Teraz jest czas, by swoje rany, ból, cierpienie, chorobę, samotność, opuszczenie czy zdradę złożyć z Jezusem. Teraz jest czas, by oddać Mu rozdarte i pęknięte serce. Jego serce też pękło z miłości do mnie. Z Jego pękniętego serca, rozdartego przez włócznię narodził się Kościół, narodziło się nowe życie. Teraz jest czas, by wejść w to nowe życie. Teraz jest czas, by doświadczyć paschy, przejścia ze śmierci do życia. Teraz jest czas zbawienia.

    o. Marek Krzyżkowski CSSR/Stacja7pl.

    +++

    Abp Adrian Galbas SAC:

    „Wielki Tydzień poświęćmy na wewnętrzne porządki”

    “Jeśli mamy do wyboru: brudno w naszym mieszkaniu i brudno w naszej duszy – proszę zostawić mieszkanie i poświęcić czas na posprzątanie swego wnętrza” – mówił metropolita warszawski abp Adrian Galbas w Niedzielę Palmową.

    „przeżywanie Męki Pańskiej uczy nas wdzięczności”

    Metropolita warszawski przypomniał, że w Niedzielę Palmową opis Męki Pańskiej zastępuje tradycyjną homilię, ale skierował kilka słów do parafian. Odniósł się m.in. do postaci Barabasza – przestępcy uwięzionego za bunt i zabójstwo, który powinien był iść na śmierć, ale został z okazji święta Paschy ułaskawiony przez Piłata. Zamiast niego został ukrzyżowany Jezus.

    Barabasz, Bar Sabas, czyli syn ojca, to jestem ja. Każdy z nas jest synem jakiegoś ojca. Jezus za mnie poszedł na śmierć. Za mnie oddał życie. To ja powinienem nie żyć z powodu zła, które popełniam, z powodu mojego grzechu. Ale Jezus go wziął na siebie. Kiedy stajemy przed krzyżem, pierwszym uczuciem jest wdzięczność. „Jezu, Ty to zrobiłeś za mnie, Barabasza”. Przeżywanie Męki Pańskiej uczy nas wdzięczności – mówił arcybiskup.

    Dalej zachęcił wiernych, aby tak przeżyli rozpoczynający się Niedzielą Palmową Wielki Tydzień, by rzeczywiście w ich życiu był on wielki. On jest wielki nie przez liczbę dni, bo tych jest tyle samo, ale przez akcenty, które w tym tygodniu możemy położyć. I oby to był tydzień, który poświęcimy szczególnie na porządki wewnętrzne – podkreślił.

    Wyjaśnił, że „zwykle przed świętami jest ta panika: to jeszcze nie zrobione, tamto jeszcze nie posprzątane”. Jeśli mamy do wyboru: brudno w naszym mieszkaniu i brudno w naszej duszy – proszę zostawić mieszkanie i poświęcić czas na posprzątanie swego wnętrza: przez sakrament pokuty i pojednania, przez udział w niepowtarzalnej liturgii Triduum Paschalnego, być może też przez inne rzeczy, w których widzę, że coś jest nie tak i potrzebuję regeneracji, odbudowania, uporządkowania – mówił abp Galbas.

    Wtedy to będzie Wielki Tydzień. Tyle samo dni i godzin, co w każdy inny tydzień. Ale wtedy może być Wielki” – dodał, życząc, aby Wielki Tydzień wprowadził w Wielką Noc. – Oby taki był ten czas – nie byle jaki, nie jako taki, nie przeciętny, ale Wielki. Wielkich przeżyć w Wielkim Tygodniu i w Wielką Noc z całego serca wam życzę – zakończył metropolita warszawski.

    ze strony:Stacja7pl.

    ***

    31 marca Wielki Wtorek

    Pan Jezus zapowiada trzykrotne zaparcie się Piotra przed pianiem koguta

     pl.wikipedia.org

    ***

    Dzisiejszy fragment pochodzi z części Izajasza związanej z wygnaniem babilońskim (Iz 40-55). Tekst zaczyna się od wezwania „wysp” i „ludów dalekich”. Hebrajskie ’ijjim nazywa krainy za morzem, więc Sługa mówi od razu do świata szerszego niż Juda. Powołanie „od łona matki” opisuje pierwszeństwo Boga. Podobny język pojawia się u Jeremiasza, gdy Bóg mówi o poznaniu proroka przed narodzeniem. Imię zostaje wypowiedziane przed jakąkolwiek sceną publiczną. Obraz „ust jak miecz” i „strzały wyostrzonej” dotyka słowa, które tnie złudzenia i otwiera drogę prawdzie. Sługa pozostaje „ukryty w cieniu ręki” i „schowany w kołczanie”. To język długiego przygotowania, bez rozgłosu. Ukrycie w dłoni mówi o ochronie i o chwili użycia wyznaczonej przez Boga.

    W wersecie 3 Sługa słyszy imię „Izrael”, a zaraz potem otrzymuje zadanie sprowadzenia Jakuba i zebrania Izraela. Tekst zestawia misję ludu i misję jednej postaci, która niesie w sobie powołanie wspólnoty. Pojawia się doświadczenie jałowego trudu: „Na próżno się trudziłem”. Biblia nazywa zmęczenie posłańca po imieniu. Ciężar sensu zostaje jednak złożony w Bogu: „u Pana jest moja zapłata”. Werset 6 idzie dalej: samo podniesienie pokoleń Jakuba zostaje nazwane „zbyt małą” misją. Sługa otrzymuje zadanie „światła dla narodów” i zbawienia „aż do krańców ziemi”. Dzieje Apostolskie wkładają te słowa w usta Pawła i Barnaby jako uzasadnienie zwrotu ku poganom (Dz 13,47). Orygenes, komentując Ewangelię Jana, cytuje Iz 49,5-6 i pisze, że Syn przyjął postać sługi po to, aby podnieść Jakuba i stać się światłem dla narodów.

    Jan opisuje Wieczerzę w tonie pożegnania. Po obmyciu nóg Jezus „wzruszył się w duchu” i wypowiada twarde świadectwo, że jeden z uczniów Go zdradzi. To słowo wprowadza ciszę pełną napięcia. Uczniowie patrzą po sobie, bo zdanie „jeden z was” obejmuje wszystkich. Piotr reaguje żywo, a zarazem ostrożnie. Nie pyta wprost. Daje znak uczniowi spoczywającemu przy Jezusie. Chryzostom zauważa, że Piotr pamięta wcześniejsze upomnienia i dlatego szuka odpowiedzi przez Jana. Jezus wskazuje zdrajcę gestem stołu. Podaje umoczony kawałek chleba (psōmion). W realiach uczty taki gest bywał znakiem wyróżnienia i bliskości. W tym momencie tekst mówi o wejściu szatana w Judasza. Decyzja dojrzewała wcześniej, teraz zostaje doprowadzona do końca.

    Słowa „Co czynisz, czyń prędzej” odsłaniają prawdę i przyspieszają bieg wydarzeń. Augustyn wyjaśnia, że Pan nie rozkazuje zdrady, tylko ją zapowiada, a przez ten gest ujawnia zdrajcę. Reszta uczniów nadal nie rozumie. Sądzą, że Judasz idzie kupić coś na święto albo rozdać jałmużnę ubogim, bo nosił wspólny trzos. Ten szczegół pokazuje, jak długo wspólnota potrafi żyć obok ukrytej winy, bez jej rozpoznania.

    Judasz wychodzi natychmiast. Jan dopowiada: „Była noc”. To zdanie pełni funkcję znaku. Augustyn pyta o sens dnia po odejściu nocy i łączy „teraz” z męką, w której objawia się chwała Syna Człowieczego. U Jana „uwielbienie” obejmuje krzyż i zmartwychwstanie jako jedno wydarzenie objawienia. Jezus nazywa uczniów „dziećmi”. To jedyne takie miejsce w czwartej Ewangelii. Słowo brzmi jak język ojca, który zostawia domownikom ostatnie polecenia.

    Potem zostaje kwestia drogi, na którą Jezus idzie sam. Piotr pyta: „Dokąd idziesz?”. Słyszy odpowiedź o niemożności pójścia „teraz” i o pójściu „później”. Piotr deklaruje gotowość oddania życia. Jezus zapowiada trzykrotne zaparcie się przed pianiem koguta. Augustyn prosi, aby nie bronić Piotra kosztem słów Chrystusa. Nazywa to grzechem słabości i wzywa do uznania prawdy. Chryzostom widzi w Piotrze żar miłości, który wyprzedza siły. Zapowiedź upadku staje się lekcją pokory przed nocą próby.

    ks. Krzysztof Młotek/Tygodnik Niedziela

    ***

    30 marzec – Wielki Poniedziałek


    Co się wydarzyło w Wielkim Tygodniu? Namaszczenie w Betanii

    (źródło: brooklynmuseum.org)

    ***

    Według Ewangelii św. Jana, na sześć dni przed Paschą Chrystus przyszedł do Betanii do domu swoich przyjaciół Marii, Marty i Łazarza. Miało to miejsce niedługo po tym jak wskrzesił Łazarza z martwych. Tego dnia wielu Żydów przyszło z ciekawości, aby na własne oczy przekonać się czy to, co słyszeli, było prawdą: że ten, który cztery dni spędził w grobie, znów znalazł wśród żywych.

    Nie jest to bez znaczenia, że Chrystus przyszedł do Betanii zaraz przed pójściem do Jerozolimy. W Jerozolimie bowiem będzie miał umrzeć. Tutaj zaś odwiedził tego, który wcześniej był umarły, ale którego sam wskrzesił – i którym to czynem przepowiedział swoje zmartwychwstanie.

    „Sześć dni przed Paschą” to czas, kiedy Żydzi rozpoczynali przygotowania do Świąt. To właśnie w ten dzień wybierano baranka, który miał być złożony w ofierze. Świętowanie rozpoczęło się ucztą w Betanii, na którą zaproszono też Jezusa, a obok Niego przy stole znalazł się Łazarz. Ewangelista wspomina o tym, by nie pozostawić wątpliwości, że Łazarz znów przebywał wśród żywych. Prawda została ustanowiona, niewiara Żydów pokonana – mówi św. Augustyn.

    W czasie uczty Maria wzięła funt olejku drogocennego – lub inaczej: olejku bez domieszek – i namaściła nim nogi Jezusa, co spowodowało szemranie wśród Jego uczniów. Jednak św. Jan wskazuje szczególnie Judasza, który w swojej obłudzie oburzył się, że przecież lepiej byłoby sprzedać ten olejek, a otrzymane pieniądze rozdać ubogim. W rzeczywistości była to dla niego okazja do kradzieży. To on trzymał trzos, więc mógłby z łatwością przywłaszczyć sobie pieniądze ze sprzedaży olejku – tak samo jak później przywłaszczy sobie trzydzieści srebrników za wydanie czegoś bardziej drogocennego niż olejek – bo samego Jezusa.

    Chrystus skarcił go, mówiąc, że Maria zachowała ten olejek na Jego pogrzeb. Ojcowie Kościoła wyjaśniają, że Maria nie będzie miała możliwości namaścić Ciała Chrystusa po śmierci, bo gdy przybędzie do grobu, ten będzie już pusty. Dlatego teraz Boża Opatrzność dała jej tę możliwość. Przy tej okazji Chrystus raz jeszcze przypomniał o swojej nadchodzącej śmierci, mówiąc: Mnie nie zawsze macie (J 12,8) – to tak jakby chciał powiedzieć: „Poczekajcie jeszcze parę dni, a nie będziecie Mnie już mieć przy sobie.”

    Arcykapłani wpadli w gniew, bo na widok wskrzeszonego do życia Łazarza wielu Żydów przyłączyło się do Jezusa. Postanowili zatem zabić Łazarza. Św. Jan Chryzostom tak to opisuje: Żaden inny cud Chrystusa nie wzbudził takiej wściekłości jak ten. To było tak jawne i tak cudowne – widzieć człowieka chodzącego i mówiącego po tym jak był martwy przez cztery dni. Fakt ten był niezaprzeczalny. W przypadku innych cudów oskarżali Go o łamanie szabatu i w ten sposób odwracali uwagę ludzi, ale tutaj nie było w czym szukać winy, dlatego wyładowali swój gniew na Łazarzu.

    (źródło: Św. Jan Chryzostom, Homilie na Ewangelię według św. Jana
    Św. Augustyn, Homilie na Ewangelię według św. Jana
    )
    Adrian Fyda/PCh24.pl

    ***

    2 kwietnia

    Wielki Czwartek

    Dzień ustanowienia dwóch sakramentów: Eucharystii i Kapłaństwa

    Msza święta Wieczerzy Pańskiej

    o godz. 20.30

    po Liturgii jest możliwość spowiedzi św.

    +++

    El Greco, Ostatnia Wieczerza
    El Greco (1541-1614) ok. 1568, olej na desce, Pinakoteka, Bolonia

    ***

    „Panie Jezu, daj nam wejść razem z Tobą do Wieczernika, gdzie czeka na nas Największy z Cudów”.

    Panie Jezu, nadchodzi godzina, gdy zostaniesz wydany w ręce ludzi. Przygotowani przez Twoje nauczanie i odnowieni przez czterdziestodniowy post chcemy kontemplować głębię wielkiego misterium, jakie dzisiaj się rozpoczyna…

    Z dziękczynieniem chcemy celebrować tajemnicę Najświętszej Ofiary i jednocześnie uwielbiać Cię jako Najwyższego i Wiecznego Kapłana.

    Przepełnieni wdzięcznością za tak wielki dar składamy na ołtarzu nasze życie, wszystkie problemy i troski, całą naszą słabość i grzeszność. Przemień je, Jezu, i uczyń ofiarą miłą Tobie. W wieczornym mroku patrzymy na nasze zdrady, które wydały Cię na śmierć.

    Nie jesteśmy godni, aby przebywać z Tobą, ale Ty mimo wszystko przygarniasz nas do siebie i przebaczasz wszystkie nasze nieprawości. Patrzymy na Ciebie w ciemnicy i współodczuwamy Twoje osamotnienie i smutek. Chcemy być razem z Tobą w oczekiwaniu na wydarzenie, które przyniesie nam usprawiedliwienie i pokój.

    ks. Mateusz Szerszeń CSMA/Aleteia.pl 

    +++

    Modlitwa w intencji kapłanów:

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, ab głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. 

    Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni.

    Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie.

    Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    +++

    W ten wyjątkowy wieczór Wielkiego Czwartku przypomnijmy sobie słowa św. o. Pio o Najświętszej Ofierze Mszy świętej:

    “W tych tak smutnych czasach śmierci wiary, triumfującej bezbożności, najbezpieczniejszym środkiem uchronienia się przed chorobą zakaźną, która nas otacza, jest wzmacnianie się pokarmem eucharystycznym. Rzeczą oczywistą jest, że nie może się nim wzmocnić ten, kto miesiącami nie karmi się ciałem nieskalanego Baranka Bożego”.

    ***

    “Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.

    ***

    “Póki nie jesteśmy pewni, że nasze sumienie jest obciążone ciężką winą nie należy zaprzestawać przyjmowania Komunii świętej”

    ***

    “Przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie wzbudzaj święte uczucia, rozmawiaj z Nim, módl się i trwaj w Objęciach Umiłowanego”. 

    ***

    “Jak mogę nosić w mym małym sercu Nieskończonego? Jak mogę zamykać Boga w małej celi mej duszy? Moja dusza napełnia się w bólu i miłości. Napełnia mnie trwoga, że nie zdołam zatrzymać Go w wąskiej przestrzeni mego serca”. 

    +++

    Stara i piękna modlitwa na Wielki Czwartek

    Za co można uzyskać odpust zupełny w Wielki Czwartek? To naprawdę proste
    fot. Depositphotos.com / sidneydealmeida.com

    ***

    Trzy dni przed Wielkanocą to wyjątkowy czas dla ludzi wierzących. Wielki Czwartek ma swoją wyjątkową atmosferę, za którą podążają nasze myśli i emocje. Ta piękna, stara modlitwa pomoże ci dziś skupić się na tym, co jest najważniejsze.

    Opublikowana w modlitewniku z 1887 roku, ta wielkoczwartkowa modlitwa podpowie ci, o co dziś prosić i za co dziękować Bogu. Odmówiona rano, wprowadzi cię w atmosferę Ostatniej Wieczerzy i pomoże lepiej przeżywać wieczorną liturgię i cud Eucharystii.

    Stara modlitwa osobista na Wielki Czwartek

    Mój Boże! Jakże wielka jest miłość Twoja dla ludzi, jaką nas ukochałeś do śmierci! Tak wiele wycierpiałeś przez nas i dla nas na ziemi, a jednak, kiedy nadeszła godzina odejścia do chwały Ojca Twojego, chciałeś między nami pozostać i pod tajemniczą chleba postacią dałeś nam Ciało i Krew Swą Przenajświętszą, aby nam była na ukojenie tęsknoty i ugaszenie pragnienia.

    O Jezu mój najdroższy! Upadam z wdzięcznością na kolana przed Tobą i dobroć Twą uwielbiając, błagam Cię, racz sprawić, aby serce moje godnym się stało przyjęcia tego anielskiego chleba! Bądź mi pomocą w zasłużeniu na szczęście uczestniczenia w tej świętej wieczerzy do jakiej zawezwałeś Twych uczniów i naucz mnie naśladować tę miłość i pokorę, jakiej tak wielki przykład nam dałeś.

    O Jezu pochylony u stóp Apostołów, strzeż duszę moją od wszelkiej wyniosłości pychy; stłum we mnie chęć każdą do szukania dla siebie pomiędzy ludźmi pierwszeństwa. Niechaj pamięć upokorzenia Twojego zatrze w mym sercu fałszywe pojęcie o mojej nad innymi wyższości i niech mnie zachęci do niesienia posług nie tylko rodzicom, którym miłość i uszanowanie należy się ode mnie, ale każdemu, kto zażąda mojej usługi. Nie dopuść tego, mój Jezu, żebym się kiedy miał(a) od biednych usuwać i lekceważyć tych, którym Ty w osobach Swych uczniów nogi dziś umywałeś; ale owszem, niech staję przed ludźmi z tak cichym i pokornym sercem, aby się nikt do niego nie wahał zapukać i każdy biegł do nie z ufnością, a ja sam (a), abym się żadnego uniżenia nie lękał(a), gdy w Imię Twoje zażąda go kto ode mnie.

    O Panie! Pamiętaj o mnie, jak o Swych uczniach myślałeś, gdyś im przy tej wieczerzy dawał nauki, jak żyć mają pomiędzy ludźmi na świecie po Twoim od nich odejściu. Wlej także i w moje serce odwagę w trudnych okolicznościach życia i w zwyciężaniu wszystkich złych popędów i wad, jakie odzywają się we mnie, daj mi cierpliwość do zniesienia z pogodą i pokojem wszystkiego, co na mnie lub na ukochanych moich dopuścisz; wzmacniaj we mnie ufność bez granic w Twoją ojcowską opiekę; daj mi pożądać i pragnąć w całym życiu Ciała i Krwi Twojej Przenajświętszej i nie odmawiaj mi tego chleba żywota w ostatniej mojej godzinie, ażebym nim posilony(a) cieszył(a) się spełnieniem obietnic Twoich, mój Jezu. Amen.

    +++

    Jak można uzyskać odpust zupełny w Wielki Czwartek?

    Czym jest odpust zupełny? To darowanie kar za odpuszczone już w sakramencie pokuty grzechy. Oznacza to, że usunięte zostają konsekwencje popełnionego przez nas zła. Kościół daje wiele okazji, by uzyskać taki odpust. Jeden z nich jest związany z Wielkim Czwartkiem.

    Odpust zupełny na Wielki Czwartek jest związany z pobożnym zaśpiewaniem lub odmówieniem pieśni “Sław języku tajemnice”, bardziej znanym pod tytułem pochodzącym od kolejnej zwrotki: “Przed tak Wielkim Sakramentem”. Napisał ją św. Tomasz z Akwinu, a w polskich kościołach najczęściej jest śpiewana podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu. W Wielki Czwartek jej odmówienie lub odśpiewanie jest jednym  z warunków uzyskania odpustu zupełnego.

    Za kogo można ofiarować odpust zupełny w Wielki Czwartek?

    Odpust – zupełny i cząstkowy – zawsze można ofiarować za siebie lub za osobę zmarłą. Nie możemy go za to ofiarować za osobę żyjącą inną niż my sami. Gdy ofiarujemy go za osobę zmarłą i spełnimy warunki do uzyskania odpustu zupełnego, ta osoba, jeśli wciąż przebywa w czyśćcu, zostaje przeniesiona do nieba. 

    Warunki uzyskania odpustu zupełnego w Wielki Czwartek

    Aby uzyskać odpust zupełny, poza wymienioną pieśnią należy w Wielki Czwartek być przede wszystkim w stanie łaski uświęcającej (lub, jeśli w niej nie jesteśmy, skorzystać z sakramentu spowiedzi) i przystąpić do Komunii św., a także wyrzec się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu i pomodlić się w intencjach ważnych dla papieża (może to być np. modlitwa “Ojcze nasz…” lub “Pod Twoją obronę…”. ). Jeśli nie jesteśmy w obecnym stanie zrezygnować z przywiązania do grzechu, odpust nie “przepada” – uzyskujemy wtedy tzw. odpust cząstkowy.

    Deon.pl

    +++

    3 kwietnia

    Wielki Piątek

    Liturgia Męki Pańskiej

    o godz. 20.00

    po Liturgii jest możliwość spowiedzi św.

    w ten dzień obowiązuje post i abstynencja

    dziś rozpoczyna się pierwszy dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia, który jest jednym z największych darów naszych czasów.

    +++

    Dzień spłacenia długu

    Świat nie miał pojęcia, że właśnie następuje kulminacja dziejów i rozstrzygają się wieczne losy całej ludzkości. Nadal nie ma.

    Matthias Grünewald  Grupa Ukrzyżowania,  1512–1516 r.

    ***

    W tamto piątkowe popołudnie, gdy umierał Jezus Chrystus, nie działo się nic szczególnego. Imperator Tyberiusz bawił się z kochankami na Capri, a w Judei jego namiestnik, Poncjusz Piłat, zażywał zapewne poobiedniej sjesty. Nad świątynią jak zwykle unosił się dym składanych ofiar, a przybyli na Paschę pielgrzymi chronili się w cieniu portyków.

    Owszem, przed południem było głośno w związku ze skazaniem Jezusa z Nazaretu, ale On właśnie konał na krzyżu za murami miasta. Sprawa załatwiona. Święto idzie, baranki są zabijane, jednoroczne, bez skazy – wszystko tak, jak kazał Mojżesz. To na pamiątkę wyjścia z Egiptu. Wtedy krew baranka, którą Izraelici pomazali odrzwia, ocaliła ich pierworodnych przed śmiercią. A dziś czemu to wspominamy? I dlaczego akurat baranek, czemu bez skazy? Nie wiadomo.

    Tu jest Baranek

    Jezus, prawdziwy Baranek bez skazy, właśnie konał na krzyżu. Przebył już prawie całą drogę, kielich męki opróżniony już niemal do dna. Zły triumfuje, ale tym bardziej nie daje Jezusowi spokoju. Jeszcze raz z Niego szydzi, jeszcze raz próbuje udręczyć pokusą prostego rozwiązania problemu. „Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!” – wrzeszczą prześmiewcy.

    Ciekawe – ta sama fraza co trzy lata wcześniej na pustyni, wtedy wysyczana bezpośrednio z diabelskiej gardzieli: „Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem”, „Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół”. „Jeśli jesteś…” Jak to diabeł potrafi mówić ludzkimi ustami. Na takie kwestionowanie prawdziwych uprawnień i możliwości wielu się łapie. „Jeśli jesteś dyrektorem, nie daj sobą pomiatać” – mówi kusiciel jednemu. „Jeśli jesteś lekarzem, niech cię nie mylą z pielęgniarzem” – słyszy drugi. A oni tylko chcą sprostować, oni chcą zadbać o prawdę, chcą pokazać, że naprawdę mają taką władzę i mogą to czy tamto. Wchodzą ze Złym w dialog, a ten wygrywa na ich próżności takie melodie, jakie są mu potrzebne do psucia relacji między ludźmi.

    Niech się więc i Syn Człowieczy na krzyżu uniesie honorem, niech zareaguje, niech na żądanie ciemności udowodni, co umie. A nuż odezwie się w Nim pycha i na ostatek zniweczy wszystko, co do tej pory zrobił. Może się użali nad sobą, może da posłuch przymilnemu: „Już się dość nacierpiałeś”.

    Wielu upada przed metą, gdy zmęczenie jest największe, a zamglony wzrok i zmącona myśl nie pozwalają dostrzec, że to jeszcze tylko parę kroków. Diabeł wie o tym i walczy do ostatka, dopóki tli się w człowieku życie. Ze szczególną zajadłością atakuje właśnie wtedy, gdy dzieło dobiega kresu. To pokusa tych, którzy bliskim finałem mają zwieńczyć lata wysiłku, i tych, którzy dobrze wykonując swoje zadania, ulegają zniechęceniu i chcą zdezerterować.

    „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” – zapowiadał Jezus, przygotowując uczniów na przeciwności i prześladowania. Teraz sam toczy tę walkę – do końca. Mógłby zejść z krzyża, On jeden ma tę władzę, ale co by to dobrego dało? Chwilową ulgę w cierpieniu, w żadnej mierze nieporównywalną z huraganem chwały, jaki czeka na Zwycięzcę. Gapie rozdziawiliby gęby, żołnierz zwróciłby wygraną w kości suknię, oprawcy uciekliby z krzykiem. Pewnie w Sanhedrynie zapanowałaby panika, może Piłat by się pokajał… i co? Ciekawostka taka. „Niewytłumaczalne zjawisko” – mówi się o takich rzeczach i przechodzi nad nimi do porządku.

    Jezus nie ulega oszustwu dumy. Pozostaje na krzyżu i wypełnia wolę Ojca dosłownie do ostatniej kropli krwi. Wypowiada słowa najcenniejsze, bo wyrwane ze zmasakrowanej piersi, wyrzucane pojedynczo z każdym oddechem, który tak trudno zaczerpnąć, gdy korpus, wiszący na rozpiętych rękach, coraz mocniej ciąży ku dołowi. Siedem zdań, składających się na bezcenny testament dla chrześcijan wszystkich wieków.

    Gdyby wiedzieli…

    „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” – modli się Jezus. Czy Ojciec nie wysłuchałby takiej modlitwy? W tym nasza nadzieja, bo przyjdzie taki dzień, w którym z przeraźliwą jasnością zobaczymy, cośmy, nieszczęśni ślepcy, czynili. I poznamy, że to do nas stosują się słowa Izajasza: „My wszyscy byliśmy skalani, a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata. My wszyscy opadliśmy zwiędli jak liście, a nasze winy poniosły nas jak wicher” (Iz 64,5).

    W świetle pełnej prawdy, gdy nadzy aż do kości nie będziemy mogli osłonić się żadnym „ale”, ujrzymy, jak skażone było nawet to, cośmy mieli za cnotę. Jak wiele egoizmu kryło się w naszych szczytnych inicjatywach i głoszonych hasłach. A co dopiero w tym, co robiliśmy, czując, że to podłość, a teraz widzimy tego żałosne konsekwencje.

    Co nas osłoni, jeśli nie miłosierdzie Boże, którego Zbawiciel przyzywa dla nas z krzyża? To miłosierdzie, które wyrywa się do człowieka, gdy tylko okaże szczerą skruchę, gdy sam przed sobą przestanie się usprawiedliwiać i jak łotr uzna swoją winę: „My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki”. I zwróci się z tym do Jezusa: „Wspomnij na mnie”. Wtedy dokona się cud łaski Bożej. Padnie drugie z siedmiu bezcennych zdań z krzyża: „Zaprawdę, powiadam ci, jeszcze dziś będziesz ze mną w raju”. Pełne wybaczenie, obietnica nieba, a więc jedyna znana kanonizacja przeprowadzona za życia. I to kto jej dostępuje! Drań, bandyta, który zdobył się na jedną rzecz prostą, a tak straszliwie trudną: na szczerość o sobie. Rzut na taśmę, ostatnia szansa wykorzystana. Przełamana pokusa umierających: pogrążyć się na koniec w swojej nędzy, zwątpić w miłosierdzie Boże, poddać się rozpaczy.

    „Duszo w ciemnościach pogrążona, nie rozpaczaj, nie wszystko jeszcze stracone, wejdź w rozmowę z Bogiem swoim, który jest Miłością i Miłosierdziem samym” – wzywa Jezus w przejmującym dialogu z duszą w rozpaczy, zapisanym przez św. Faustynę w „Dzienniczku”. To szczególnie dla umierających Jezus wyposażył Kościół w sakramenty niosące pomoc w tych decydujących chwilach, gdy ludzie już pomóc nie mogą. Zdarza się, że zebrani przy łóżku umierającego widzą zmianę nawet w jego zachowaniu, gdy przyjmuje sakrament. – Gdy ksiądz dotknął olejem czoła taty, jego szybki oddech nagle się uspokoił. Głęboko westchnął, jakby doświadczył wielkiej ulgi. Zmarł spokojnie – mówiła na pogrzebie wzruszona córka. Nic dziwnego, że Zły tak zniechęca bliskich przed wezwaniem księdza do chorego. „Jeszcze nie czas”, „po co go przerażać” – słychać często. Niektórzy za sukces uważają utrzymanie umierającego w nieświadomości o swoim stanie aż do chwili, gdy wyda ostatnie tchnienie.

    To twoja Matka

    Jezus, nawet konając w mękach, myśli o innych. Padają kolejne słowa najcenniejszego z testamentów: „Niewiasto, oto syn Twój”. To do Maryi. I do Jana: „Oto Matka twoja”. Nie można zlekceważyć woli Jezusa, wyrażonej w takiej chwili i w takich okolicznościach. A wolą Jego jest, żeby Maryja była naszą matką i żebyśmy wzięli Ją do siebie. To nie było tylko rozporządzenie w sprawie dalszego ziemskiego bytu Maryi. Jeśli takie słowa padają z krzyża, to znaczy, że mają olbrzymie znaczenie dla rodzącego się Kościoła. Maryja jest Niewiastą zapowiedzianą już wtedy, gdy upadł pierwszy człowiek. To Jej potomstwo zdepcze głowę starodawnego węża. To między Nią a wężem zapanuje nieprzyjaźń.

    Synowska miłość i cześć okazywana Maryi przez wyznawców Jezusa nie jest „opcją do wyboru”. Zbawiciel sobie tego życzy. Do każdego z nas są skierowane te słowa: „Oto Matka twoja”. To jest ważne dla naszego uświęcenia, bo „Maryja wyprzedza nas wszystkich na drodze do świętości” – jak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego, przypominając, że „wymiar maryjny Kościoła wyprzedza jego wymiar Piotrowy”.

    Zapłacono

    Rozlega się rozdzierające „Eli, Eli, lema sabachthani!”. Tę przejmującą skargę – „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił” – zapisał przed wiekami psalmista. Więc i to doświadczenie nie zostało zaoszczędzone Synowi Człowieczemu. Musiał przeżyć nawet poczucie opuszczenia przez Ojca. To poczucie, które bywa też udziałem świętych, jest mylące, bo Bóg nigdy nie jest bliżej człowieka niż wtedy, gdy ten, jak przestraszone dziecko w mroku nocy, bezradnie rozgląda się za Nim. Doprawdy, Zbawiciel został doświadczony wszystkim, co człowieka dotyka, z wyjątkiem grzechu.

    Jezus mówi: „Pragnę”. Wciąż mówi. To się nie skończyło. Komu to słowo wybrzmi w duszy, ten nie może spać spokojnie, wiedząc, że tak wiele serc czeka na Ewangelię. Jezusowe pragnienie gna po świecie misjonarzy, każe wyciągać ze śmietników ludzi „przegranych”, zmusza do reakcji na cudzą krzywdę i niesprawiedliwość.

    Nadchodzi koniec. Jezus woła donośnie: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”. Błogosławione słowa. Szczęśliwy, kto oddaje ducha Temu, do kogo on należy. Bo różne rzeczy ludzie mówią. Oby modlitwa była ostatnim dźwiękiem, który z naszych ust usłyszy ten świat.

    I wreszcie: „Wykonało się!”. Inaczej: „zapłacono” – bo takie też jest znaczenie greckiego słowa, w jakim zostało zapisane w Ewangelii według św. Jana. Dług, którego nikt z ludzi nie mógłby spłacić, został uregulowany za nas.

    Usunięcie przegrody

    „A oto zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać” – pisze ewangelista Mateusz. Rozdarcie zasłony przybytku nie było błahym zdarzeniem. Piszą o tym trzej ewangeliści. Dla nich było jasne, co to znaczy: koniec starego Prawa, zaczyna się nowa epoka. Zbawiciel usunął przegrodę oddzielającą grzesznych, śmiertelnych ludzi od świętego Boga. Przepaść między nami a Bogiem została zasypana. Nagle się wyjaśniło, o czym to mówił Izajasz, gdy prorokował o uczcie „z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win”, którą „dla wszystkich ludów” przygotuje Pan Zastępów. „Zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody; raz na zawsze zniszczy śmierć” – pisze w uniesieniu (Iz 25,6-8).

    I właśnie to się stało – nie ma już zasłony, zdarty został całun. I to dla wszystkich narodów! Każdy ma przystęp do Boga, dla każdego niebo zostało otwarte. •

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    Wielka cisza spowiła ziemię;

    wielka na niej cisza i pustka.

    Cisza wielka, bo Król zasnął.

    Grób Pański w kościele św. Tomasza Apostoła/profil parafii na FB/PCh24.pl

    +++

    4 kwietnia

    Wielka Sobota

    Wigilia Paschalna w Wielką Noc

    o godz. 22.30

    święcenie pokarmów na wielkanocne śniadanie:

    o godz.12.00 i 15.00

    w tym czasie jest możliwość spowiedzi św.

    ***

    27 marca – piątek

    „Czy jest boleść podobna do boleści mojej?”

    Kościół wspomina 7 Boleści Matki Bożej

    (Oprac. PCh24.pl)

    ***

    W życiu Matki Bożej miecz boleści przebił jej serce aż siedmiokrotnie. Na tydzień przed Wielkim Piątkiem Kościół daje nam do rozważania Jej cierpienia. Stojąc pod krzyżem, Maryja w szczególny sposób uczestniczyła w Odkupieniu ludzkości.

    Od 1814 r. do 1960 r. Kościół czcił Siedem Boleści Maryi aż dwukrotnie. Bardzo popularne jest Święto Matki Bożej Bolesnej – lub właśnie Jej Siedmiu Boleści – obchodzone 15 września, choć wcześniej było ono ruchome i przypadało w trzecią niedzielę września. Drugi raz boleści Maryi wspominamy właśnie w piątek w tygodniu Męki Pańskiej, czyli dokładnie na tydzień przed Wielkim Piątkiem – dniem Męki i Śmierci Jezusa.

    Tradycja tego Święta sięga roku 1423 i terenów obecnych Niemiec, jednak początkowo było ono obchodzone tam w trzeci piątek po Wielkanocy. Święto bardzo się rozpowszechniało, głównie jako odpowiedź na protestanckie herezje dotykające osoby Maryi. W XVII wieku zaczęto je obchodzić w piątek przed Wielkim Tygodniem, a w 1727 r. papież Benedykt XIII rozciągnął je na cały Kościół Zachodni.

    W swoich początkach było ono również nazywane Transfixio, czyli „Święto Przebicia” [Serca NMP]. Starzec Symeon przepowiedział bowiem Maryi w dniu Ofiarowania Jezusa: A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu (Łk 2,35). Stąd też na wielu obrazach artyści przedstawiają serce Maryi przebite aż 7 mieczami.

    Liturgia Mszy św. nie wymienia wszystkich siedmiu boleści z osobna, ale skupia się raczej na rozważaniu Matki Bożej stojącej pod krzyżem i cierpiącej wraz z Synem. Widzimy to przede wszystkim w Ewangelii, ale również w przepięknej sekwencji Stabat Mater, pochodzącej z XIII wieku.

    Wspominanie Matki Bożej cierpiącej wraz ze swoim Synem dotyka bardzo ważnego zagadnienia teologicznego, a mianowicie zasługi de congruo. Maryja bowiem wyjednała nam zbawienie pod krzyżem, lecz nie ze względu na sprawiedliwość (de condigno) – jak to uczynił Chrystus – a raczej ze względu na swoją szczególną bliskość z Bogiem i pełne posłuszeństwo Jego woli (de congruo). Słusznie zatem przysługuje jej tytuł Współodkupicielki.

    Błogosławiona Dziewica, z racji pełni łaski, którą otrzymała, zasłużyła de congruo na zbawienie dla rodzaju ludzkiego – wyjaśnia św. Tomasz z Akwinu w Summie Teologicznej. Również św. Jan Paweł II w swojej encyklice Salvifici Doloris pisze, że Maryja poprzez swoje macierzyńskie cierpienie w sposób wyjątkowy uczestniczyła w Odkupieniu ludzkości.

    Siedem Boleści Matki Bożej stanowią poniższe wydarzenia z Jej życia:

    1) Proroctwo Symeona (Łk 2,34-35)

    2) Ucieczka do Egiptu (Mt 2,13-21)

    3) Zagubienie Jezusa w Świątyni (Łk 2,41-50)

    4) Dźwiganie krzyża przez Jezusa (J 19,17)

    5) Ukrzyżowanie Jezusa (J 19,18-30)

    6) Zdjęcie Jezusa z krzyża i złożenie na rękach Matki (J 19,39-40)

    7) Złożenie Jezusa do grobu (J 19,39-42)

    PCh.24.pl/źródło: newliturgicalmovement.org, catholicus.eu

    ***

    Droga krzyżowa z Matką Bolesną

    Wstęp (przed ołtarzem)
    Tę Drogę Krzyżową odprawiamy w szczególny sposób z Matką Bolesną. Chcemy się modlić modlitwą Kościoła – Stabat Mater Dolorosa.
    Matko Bolesna, Ty jesteś jedyną Mistrzynią, która może nas nauczyć prawdziwej miłości Boga i bliźniego.


    Prosimy Cię, abyś poprowadziła nas drogą Twego Syna, objaśniła nam jej tajemnice i pobudziła do prawdziwej miłości Jezusa i bliźniego.

    Stabat Mater dolorósa
    iuxta crucem lacrimósa,
    dum pendébat Fílius.

    Stała Matka Boleściwa
    obok krzyża ledwo żywa,
    gdy na krzyżu wisiał Syn.

    Stacja I
    Pan Jezus skazany na śmierć
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Prawdopodobnie Maryja była świadkiem wydania niesprawiedliwego wyroku przez Piłata. Jakże musiała przeżywać podłość i tchórzostwo Piłata, wielką niesprawiedliwość tego wyroku i okrzyki tłumu, żądające śmierci Chrystusa!
    Bóg Ojciec chciał tego – dlatego i Ona pokornie przyjęła wyrok, który powinien być wydany na mnie.

    Cuius ánimam geméntem,
    contristátam et doléntem
    pertransívit gládius.

    Duszę Jej, co łez nie mieści,
    pełną smutku i boleści,
    przeszedł miecz dla naszych win.

    Stacja II
    Pan Jezus bierze krzyż na swe ramiona
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Pan Jezus przez przyjęcie krzyża sprawił, że przestał on być hańbiącą karą. Maryja pogodziła się z wolą Boga sprawiedliwego, dzięki temu wyprosiła dla mnie łaskę przyjęcia krzyża.

    O quam tristis et afflícta
    fuit illa benedícta,
    mater Unigéniti!

    O, jak smutna i strapiona
    Matka ta błogosławiona,
    której Synem niebios Król!

    Stacja III
    Pan Jezus pierwszy raz upada pod krzyżem
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Pochód posuwał się ciasnymi uliczkami Jerozolimy. Maryja nie mogła być blisko Skazańca. Zapewne tylko przez zatrzymanie się ludzi zrozumiała, że Syn Jej upadł. Bardzo pragnęła Mu pomóc, ale była bezsilna.
    Podobna sytuacja może zaistnieć dzisiaj, gdy poddaję się pokusom. Ona chciałaby mi pomóc, ale ja nie chcę Jej pomocy.

    Quae moerébat et dolébat,
    pia Mater, dum vidébat
    Nati poenas íncliti.

    Jak płakała Matka miła,
    jak cierpiała, gdy patrzyła
    na boskiego Syna ból.

    Stacja IV
    Pan Jezus spotyka swą Matkę
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Dopiero po wyjściu z ciasnych uliczek, za bramą, Maryja mogła zbliżyć się do Jezusa. On i Ona czekali na tę chwilę od dawna, od przepowiedni Symeona. Brakuje słów na wypowiedzenie tego, co powiedzieli sobie spojrzeniami.
    Dzisiaj Ona chciałaby spojrzeć głęboko w moje oczy. Ileż może dać mnie, grzesznikowi, Jej spojrzenie… Matko Bolesna, proszę, zajrzyj do dna mojej duszy.

    Quis est homo qui non fleret,
    Matrem Christi si vidéret
    in tanto supplício?

    Gdzież jest człowiek, co łzę wstrzyma,
    gdy mu stanie przed oczyma
    w mękach Matka ta bez skaz?

    Stacja V
    Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Ona – gdyby mogła – jakże chętnie zastąpiłaby Szymona! Jak Jej przykro, że on czyni to tak niechętnie, ociągając się. I jakaż Jej wdzięczność, gdy pod wpływem łaski Szymon się zmienia.
    Ona mnie także będzie wdzięczna za każdą pomoc, którą okażę Jezusowi w bliźnich.

    Quis non posset contristári,
    piam Matrem contemplári
    doléntem cum Fílio?

    Kto się smutkiem nie poruszy,
    gdy rozważy boleść duszy
    Matki z Jej Dziecięciem wraz?

    Stacja VI
    Weronika ociera twarz Panu Jezusowi
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Z grona niewiast jedna tylko zdobyła się na odwagę i okazanie współczucia czynem – Weronika. Powinienem zrozumieć, że teraz Ona, Matka Bolesna, w wielu wypadkach chce posłużyć się mną.

    Pro peccátis suae gentis
    vidit Iesum in torméntis,
    et flagéllis súbditum.

    Za swojego ludu zbrodnię,
    w mękach widzi tak niegodnie,
    zsieczonego Zbawcę dusz.

    Stacja VII
    Pan Jezus drugi raz upada pod krzyżem
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Wyczerpanie Jezusa, którego skutkiem jest drugi upadek, przeszywa Jej serce na nowo.
    Moje powroty do tych samych grzechów mogą być odpuszczone dzięki łaskom, wysłużonym przez drugi upadek Jezusa i dzięki cierpieniom Jej Serca.
    Ona pragnie, abym teraz podniósł się, zrobił prawdziwe postanowienie poprawy, starał się zrozumieć, jakie są powody tych upadków i usunął je ze swego serca.

    Vidit suum dulcem Natum
    moriéndo desolátum,
    dum emísit spíritum.

    Widzi Syna wśród konania,
    jak samotny głowę skłania,
    gdy oddawał ducha już.

    Stacja VIII
    Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Jakże mizerne i nędzne były pocieszenia niewiast w stosunku do cierpień Jezusa. Ale ani Pan Jezus, ani Maryja nie wzgardzili ich dobrą wolą.
    Jeśli z pokorą zechcę Jezusa pocieszyć, także moje uczucia zostaną przyjęte. Mogę przecież w każdej chwili łączyć się z Nim duchowo, aby Mu wynagrodzić za grzechy własne i innych.

    Eia, Mater, fons amóris
    me sentíre vim dolóris,
    fac ut tecum lúgeam.

    Matko, coś miłości zdrojem,
    spraw, niechaj czuję w sercu moim
    ból Twój u Jezusa nóg.

    Stacja IX
    Pan Jezus trzeci raz upada pod krzyżem
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Pochód niemiłosiernie przyspiesza. Jezus znowu upada. Jak wtedy Maryja pragnęła Mu pomóc, tak teraz pragnie wyrwać mnie ze zniechęcenia do życia, do czynienia dobra, do znoszenia bliźnich. Powinienem przyjąć Jej pomoc. Z Nią na pewno będę mógł przezwyciężyć siebie.

    Fac ut árdeat cor meum
    in amándo Christum Deum,
    ut sibi compláceam.

    Spraw, by serce me gorzało,
    by radością życia całą
    stał się dla mnie Chrystus Bóg.

    Stacja X
    Pan Jezus z szat obnażony
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Maryja widzi, jak zdzierają z Niego szaty, jak otwierają się rany. Krew zaczyna spływać obfitymi strugami. Nie może zapomnieć, z jaką czcią ubierała kiedyś Jezusa – Dziecię, a teraz tak Go znieważają…
    Ale Ona wyprasza dla mnie łaskę, aby pamięć o Jego ranach chroniła mnie przed pokusami i upadkami.

    Sancta Mater, istud agas,
    Crucifíxi fige plagas
    cordi meo válide.

    Matko, ponad wszystko świętsza,
    Rany Pana aż do wnętrza
    w serce me głęboko wpój.

    Stacja XI
    Pan Jezus przybity do krzyża
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Mogłoby się wydawać, że Maryja patrząc na przybijanie do krzyża rąk i nóg Najświętszych – bardziej cierpiała niż Jezus.
    Dzięki tym cierpieniom wyprasza mi łaskę, abym nie poddał się znieczuleniu na swój grzech i na cierpienia innych.

    Tui Nati vulneráti,
    tam dignáti pro me pati,
    poenas mecum dívide.

    Cierpiącego tak niezmiernie
    Twego Syna ból i ciernie
    niechaj duch podziela mój.

    Stacja XII
    Pan Jezus umiera na krzyżu
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Maryja razem z Synem przeżywała Jego konanie. Czuła wdzięczność dla Jana i Magdaleny za to, że nie zaparli się Jezusa, że trwali przy Niej, chociaż Jej nie rozumieli.
    Zapamiętam, że przyznając się do Ukrzyżowanego, mam zapewnioną Jej pomoc, zwłaszcza wtedy, gdy sam będę miał trudności.

    Fac me tecum pie flere,
    Crucifíxo condolére,
    donec ego víxero.

    Spraw, niech leję łzy obficie
    i przez całe moje życie
    serce me z Cierpiącym wiąż.

    Stacja XIII
    Pan Jezus zdjęty z krzyża
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    On już nie cierpi, ale Ona nadal współczuje i współcierpi, oglądając rany zadane Synowi.
    Dzisiaj bardzo potrzebujemy tego, aby na nowo przeżywać te cierpienia, które Pan Jezus kiedyś dla nas poniósł. One zdolne są nasze zatwardziałe serca przemienić i uleczyć.

    Iuxta crucem tecum stare,
    fac me tibi sociáre
    in planctu desídero.

    Pragnę stać pod krzyżem z Tobą,
    z Twoją łączyć się żałobą,
    w płaczu się rozpływać wciąż.

    Stacja XIV
    Pan Jezus złożony w grobie
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Nieprzyjaciele Pana Jezusa tryumfują – wydaje się im, że jeżeli zapieczętują grób, mają zapewnione ostateczne zwycięstwo.
    Prawdziwa wiara i nadzieja Kościoła zachowana była tylko w Sercu Matki, chociaż było ono jeszcze przepełnione goryczą.
    Jeżeli znajdziemy się oko w oko z poczuciem jakiejś klęski czy śmierci kogoś najbliższego, wtedy zwróćmy się do Niej.

    Virgo vírginum praeclára,
    mihi iam non sis amára,
    fac me tecum plángere.

    Panno Święta, swe dziewicze
    zapłakane wznieś oblicze
    jeden niech nas łączy płacz.

    Zakończenie
    Matko Bolesna, pragnę Ci podziękować za to, że uczyłaś mnie dzisiaj prawdziwie kochać Pana Jezusa i bliźniego.
    Proszę Cię, aby Jego cierpienia nie zatarły się w moim umyśle. Przypominaj mi o nich zwłaszcza wtedy, gdy będę zniechęcony czy daleki od Jezusa, kiedy okażę Mu niewdzięczność swoim postępowaniem.

    Quando corpus moriétur,
    fac ut ánimae donétur
    Paradísi glória. Amen.

    Gdy ulegnie śmierci ciało,
    obleczone wieczną chwałą,
    dusza niech osiągnie raj. Amen

    Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste zmiłuj się nad nami.
    I ty, któraś współcierpiała, Matko Bolesna, przyczyń się za nami.

    +++

    Droga Krzyżowa Cierpiących

    Droga Krzyżowa to droga wszystkich wyznawców Chrystusa, ale głównie ludzi cierpiących. Dla nich dźwiganie krzyża jest często ponad siły, dlatego nieodzowna jest pomoc Boża. To właśnie Jezus Chrystus pierwszy niósł krzyż z miłości dla nas.

    Stacja I. Jezus przed Piłatem

    *Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Stajemy przed lekarską diagnozą. Nie wiemy, co nas czeka: operacja, kalectwo, oszpecenie ciała, wielotygodniowy pobyt w szpitalu, a może unieruchomienie w gipsie lub na wózku inwalidzkim. Nasz Zbawiciel wiedział, jaki będzie wyrok i w tej świadomości cały czas żył na ziemi. Wiedział, że będzie strasznie cierpiał i umrze na krzyżu. Jezus Chrystus umiał przyjąć wyrok na Siebie, zgodnie z Wolą Ojca Niebieskiego. Prośmy Chrystusa, aby dopomógł nam w przyjęciu Woli Bożej w naszych ziemskich cierpieniach, tak jak On sam potrafił.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja II. Jezus bierze krzyż na ramiona

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Jakże niechętnie przyjmujemy cierpienia, skarżąc się wokół, dlaczego akurat takie bóle i męki spadły na mnie, dlaczego mnie dotknęła ta choroba, a nie sąsiada czy współpracownika. Zechciejmy iść śladami Chrystusa, przyjmując dobrowolnie się w Jezusa, który bez najmniejszego buntu wziął go na Swoje ramiona. On pomoże nam dźwigać krzyż naszej choroby, jeśli Mu zaufamy i będziemy Mu towarzyszyć w drodze cierpienia.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja III. Jezus upada pod ciężarem krzyża

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    W chorobie są dni pogodne i czas potęgującego się bólu. Nieraz upadamy, tak jak Chrystus pod ciężarem krzyża, pod balastem własnych cierpień fizycznych i moralnych. Może wtedy zazdrościmy tym, którzy w tym czasie są zdrowi i sprawni. Może zdenerwowani odrzucamy leki, które nie przynoszą od razu ulgi w boleściach. Prośmy Pana naszego o cierpliwość i pokorę. Razem z Nim powstańmy, by iść dalej, bo droga do Celu jeszcze daleka.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja IV. Jezus spotyka swoją Matkę

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Matka jest zawsze przy swoim chorym dziecku. Nie śpi ani w dzień ani w nocy, aby ulżyć w cierpieniu dziecku. Matka bez słów rozumie los swego dziecka, zwłaszcza w chorobie. Spotkanie z matką w czasie choroby niesie ukojenie w bólu. Ile wycierpieć musiała Matka Chrystusowa, która była ze swoim Synem Bożym aż po krzyżową śmierć. Matka Boża i nasza, ziemska, najlepiej zna cierpienie swego dziecka i tylko ona umie ukoić je we właściwy sposób. Potrafi też nadać cierpieniom swego dziecka wymiar świętości, jeżeli z Matką Bożą i Jezusem Chrystusem zechcemy nieść nasz krzyż.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja V. Cyrenejczyk pomaga Jezusowi nieść krzyż

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Człowiek chory jest bardzo wrażliwy na zachowanie się innych: lekarzy, pielęgniarek i salowych. Krytykujemy ich często niesprawiedliwie, samolubnie domagając się lepszej troski o siebie. A przecież personel szpitalny lub sanatoryjny jest tak niewielki, a tylu chorych…Wielu ciężej od nas. Nie zapominajmy, że Chrystus przyjął bez słowa skargi lub prośby pomoc Szymona z Cyreny, który nie chciał ulżyć Jego cierpieniom. Uczynił to pod przymusem, z konieczności, z odrazą. Wdzięczni bądźmy w imię Boże za każdy odruch dobroci ze strony naszych bliźnich.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja VI. Weronika ociera twarz Jezusowi

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Święta Weronika miała dużo w sobie odwagi zbliżając się do Chrystusa, skazanego na śmierć, aby obetrzeć zakrwawioną twarz Boga – Człowieka. Pomyślmy, ile ofiary i odwagi ma w sobie personel medyczny – lecząc nas. Zawsze są narażeni na zakażenie się bakteriami różnych chorób. Ile muszą mieć w sobie samozaparcia, aby nas leczyć, badać, pielęgnować, dokonywać zabiegów, myć, karmić, a także milcząco wysłuchiwać naszych obelg pod adresem “ludzi w bieli”. Naśladując Jezusa Chrystusa okażmy wszystkim wdzięczność za stałą pomoc w naszej chorobie: dobrym słowem, uśmiechem, życzliwym gestem, wyrozumiałością, a najbardziej modlitwą.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja VII. Jezus upada po raz drugi

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Choroba miała trwać krótko, ale przedłużyła się. Coraz trudniej znosić nam jej dolegliwości. Wszystko nas drażni: dieta, leki, zabiegi, rozmowy, światło, ciągle te same twarze…Upadamy pod ciężarem krzyża choroby.

    Nasz Odkupiciel upadł z wyczerpania cielesnego i duchowego. Ból, nowe rany, pot, a jeszcze bardziej był przytłoczony grzechami całej ludzkości /naszymi także/; brakiem miłości i cierpliwości od tych, których przyszedł zbawić. Podnieśmy się z tego upadku, abyśmy szli dalej dźwigać krzyż.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja VIII. Jezus poucza kobiety płaczące

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Odwiedziny przy łożu chorego są zawsze radosne, bo to i kwiaty, słodycze, owoce, różne rady i informacje z życia naszego środowiska pracy i zamieszkania…Często nas te odwiedziny zdrowych męczą, a może nawet im głośno zazdrościmy tego beztroskiego ruchu. Cieszmy się z takich wizyt, które dla zdrowych są niemałym wyrzeczeniem.

    Jezus spotykając na swej Drodze Krzyżowej niewiasty nie mówi nic o sobie ani o swoim cierpieniu; nie skarży się. Zechciejmy cierpieć w milczeniu, bo bólu nie da się wyrazić słowami.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja IX. Jezus upada po raz trzeci

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Wyczerpuje się nasza cierpliwość. Nie możemy wrócić do dawnej sprawności fizycznej i psychicznej. Mamy dość leżenia, bólu, różnych zabiegów i coraz to nowych, uciążliwych badań. Załamujemy się. Źle życzymy Bogu i bliźnim, pragniemy rozstania się z życiem. Nie chcemy już więcej cierpieć. Może taka właśnie postawa, pełna niepokoju i buntu, stała się przyczyną trzeciego upadku Jezusa pod krzyżem. On, który całym swoim życiem, męką i śmiercią świadczył Miłość przede wszystkim przez cierpienie – niech sprawi, byśmy poderwali się z kolejnego upadku. Niech nas skłoni do miłości poprzez pogodne znoszenie boleści.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja X. Jezus obnażony z szat

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    W terapii dodatkowym cierpieniem jest obnażenie. Krępuje nas odsłanianie swego schorowanego ciała dla badań lekarskich i zabiegów pielęgniarskich. Bolesne jest pokazywanie swego cierpiącego ciała lekarzowi, który także, poprzez intymną rozmowę, wnika do naszej psychiki, do wielu osobistych tajemnic. Bóg – Człowiek rozumie nas. To właśnie z Niego brutalnie zdzierano szaty, wystawiając Jego umęczone ciało na palący żar słońca i szydercze spojrzenia oprawców. Ofiarujmy Chrystusowi jako dowód miłości to nasze dodatkowe cierpienie.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja XI. Jezus przybity do krzyża

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Przykuty do łoża boleści, skazany na inwalidztwo oraz na powolną, nieuniknioną śmierć, proszę swego Zbawiciela: pomóż mi, bym wytrwał w miłości krzyża aż do końca. Pozwól mi, Boże, dobrowolnie cierpieć, tak jak Ty godziłeś się w milczeniu na bezkresną w bólu mękę i śmierć na Golgocie.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja XII. Jezus umiera na krzyżu

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Może lekarze oznajmili ci, że cierpisz na nieuleczalną chorobę, że czeka cię już krótki żywot ziemski. Wiesz, że zbliża się śmierć, twoje odejście z doczesnego życia do wiecznego. Czy okres swojej choroby, życiowych rekolekcji wykorzystałeś godnie, aby przygotować się do swej śmierci ? Co przyniesiesz w darze Bogu, który jako Najlepszy Ojciec czeka na ciebie ? Rozważmy to. Ofiarujmy Bogu choćby ostatnie chwile ziemskiej wędrówki, ból rozstania z najbliższymi i boleści konania. Niech to będzie nasza odpowiedź umierającemu Chrystusowi, który zapowiedział: Dziś ze Mną będziesz w raju (Łk. 23, 43)

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja XIII. Jezus zdjęty z krzyża

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Zechciejmy już dziś uczynić wszystko, aby przy końcu naszego życia, nieśmiertelna dusza spoczęła w macierzyńskich ramionach Matki Bożej, której Wizerunki z taką czcią otaczamy w naszej Ojczyźnie. Niech Ona wybłaga dla nas u Boga wieczne szczęście, gdzie nie ma ani ran, ani bólu, ani samotności, a tylko króluje wyłącznie Miłość.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja XIV. Złożenie do grobu

    *Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Są ludzie, którzy za życia wykupują sobie miejsce na cmentarzu, troszcząc się, aby ich grób miał otoczenie ciche, spokojne i widoczne. Nie to jest ważne. Najważniejsze jest to, gdzie znajdzie się nasza dusza. Tak prowadzić trzeba ziemskie życie, by dusza mogła cieszyć się nieustanną radością oglądania Boga “twarzą w twarz”. Wśród tęsknot najboleśniejszą jest tęsknota za Bogiem. Prośmy Tego, który nas wyprzedził, aby nam przygotować zbawienie, o łaskę DOBREJ śmierci. Pamiętajmy, że śmierć to zmartwychwstanie do życia wiecznego.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Zakończenie: Bądź uwielbiony Panie Boże za dar cierpienia, oby każde nasze cierpienie było połączone z Twoim.

    +++


    DROGA KRZYŻOWA
    W ZJEDNOCZENIU Z MATKĄ BOLESNĄ

    Modlitwa wstępna
    O dobry Jezu, w zjednoczeniu z Matką Bolesną, świętym Janem, świętą Magdaleną i świętymi Niewiastami, pragnę Ci towarzyszyć w bolesnej drodze na Kalwarię, rozważać Twą bolesną mękę, miłością i współczuciem pocieszać Twe Najświętsze Serce.
    Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci mękę i śmierć ukochanego Syna Twego i boleści Matki Najświętszej na zadośćuczynienie za grzechy moje i całego świata, w intencjach Kościoła świętego, za Ojca Świętego, za nawrócenie grzeszników i na uproszenie łaski …

    Stacja 1
    Jezus na śmierć skazany

    O drogi Jezu, nie wystarczało dla Twojej nieskończonej miłości być skrępowanym, biczowanym, cierniem ukoronowanym, porównanym z Barabaszem, oplwanym i spoliczkowanym. Twoja miłość  przynaglała Cię  do przyjęcia  haniebnego wyroku na śmierć krzyżową. Przez to nieskończone upokorzenie użycz mi skruchy serdecznej za moje grzechy i gotowości, aby raczej wszystko wycierpieć, aniżeli obrazić Cię najmniejszym grzechem.

    Stacja 2
    Jezus przyjmuje krzyż na swe ramiona

    Mnie to, o dobry Jezu, a nie Tobie, ten krzyż przystoi; krzyż złożony z ciężkich i licznych grzechów. Przez Twe niewysłowione cierpienia błagam Cię, najdroższy mój Zbawicielu, udziel mi siły do dźwigania krzyża codziennych obowiązków i spraw, abym się tak rozmiłował w krzyżu, iżbym w cierpieniu dla Ciebie znalazł prawdziwe szczęście.

    Stacja 3
    Jezus upada pod krzyżem

    O mój dobry Jezu, upadający pod ciężarem krzyża, aby mnie, nędznego grzesznika, wydźwignąć z przepaści moich grzechów, zmiłuj się nade mną i udziel łaski, abym do końca życia opłakiwał moje grzechy, i w akcie gorącej miłości w godzinie śmierci w ręce Twoje oddał mego ducha.

    Stacja 4
    Jezus spotyka Matkę Bolesną

    O mój dobry Jezu, jak niewypowiedziana boleść przeniknęła Twoje Najświętsze Serce przy spotkaniu z Matką Bolesną na drodze krzyżowej, a jaki przeogromny ból i smutek ogarnął Serce Maryi, gdy ujrzała Ciebie tak cierpiącego! Przez te niewypowiedziane cierpienia błagam Cię, najdroższy mój Zbawicielu, użycz mi łaski, abym za życia cieszył się szczególną opieką mej Niebieskiej Matki, a po śmierci został przez Nią wprowadzony do wiecznej chwały.

    Stacja 5
    Szymon Cyrenejczyk pomaga Jezusowi w niesieniu krzyża

    O mój dobry Jezu, który z nieskończonej miłości wybrałeś mnie, abym podobnie jak Szymon Cyrenejczyk pomagał Ci w dźwiganiu krzyża, który niewdzięczność i złość ludzka włożyła na Twoje ramiona, udziel mi światła i siły, abym przez wierne pełnienie Woli Bożej odpowiedział Twemu wezwaniu pełnemu miłości.

    Stacja 6
    Święta Weronika ociera Oblicze Jezusa

    O Jezu, który w nagrodę za miłosną i pełną odwagi usługę, oddaną Ci przez świętą Weronikę na drodze krzyżowej, odbiłeś na jej chuście Twe Przenajświętsze Oblicze, błagam Cię, odbij je również na moim sercu, abym nieustannie rozważając Twoją mękę, zapalił się gorącą miłością ku Tobie i gotów był ponieść wszelkie ofiary, które by wymagały chwała Boża lub dobro bliźniego.

    Stacja 7
    Jezus upada po raz drugi pod krzyżem

    O drogi Jezu, upadający po raz drugi pod ciężarem krzyża, aby nam wysłużyć powstanie z grzechów i niewierności, użycz mi łaski umiejętnego korzystania z moich upadków i zapal w moim sercu ogień miłości, który by je oczyścił i uczynił miłym przybytkiem dla Ciebie.

    Stacja 8
    Jezus pociesza płaczące niewiasty

    O mój dobry Jezu, dlaczego moje serce nie rozpływa się we łzach współczucia i boleści nad Twoją  męką,  i  łzami  skruchy  z  powodu  moich grzechów, abym – podobnie jak owe płaczące niewiasty – zasłużył na Twe spojrzenie pełne miłości.

    Stacja 9
    Jezus upada po raz trzeci

    O Jezu, moje częste upadki były przyczyną Twego trzeciego bolesnego upadku na drodze krzyżowej. Przyschnięte rany otworzyły się, strumienie Przenajświętszej Krwi znaczą Twoje ślady. Z najgłębszą czcią zbieram Twą Przenajświętszą Krew i ofiaruję Ojcu Przedwiecznemu za grzechy moje i całego świata.

    Stacja 10
    Jezus z szat obnażony

    O Jezu, z miłości ku mnie z szat obnażony, zbroczony krwią, napojony żółcią i octem, uwielbiam Ciebie  i błagam,  przez  zasługi  Twojej  bolesnej męki, oczyść mnie ze skłonności do grzechu i użycz ducha pokuty i wielkiej czystości duszy i ciała, abym, przyobleczony w te cnoty, zasłużył być zaliczony do grona Twoich wybranych.

    Stacja 11
    Jezus przybity do krzyża

    O Jezu najdroższy, tępymi gwoździami przybity do krzyża, któż mi da odczuć nieskończoną Twą boleść i miłość! Twą miłość, abym dla Ciebie wzgardził wszelką inną miłością, Twą boleść, abym w tym życiu ukochał wszystko, co boli i czyni podobnym do Ciebie.

    Stacja 12
    Jezus umiera na krzyżu

    O Jezu konający, upadam w duchu u stóp Twego krzyża, z największą czcią i miłością całuję Twe Najświętsze Rany, i błagam – przez konanie Twego Najświętszego Serca i przez boleści Two-jej Matki – obmyj we Krwi Twojej grzeszników całego świata, którzy teraz konają i tych, co dziś jeszcze mają umrzeć. Serce Jezusa konające, zmiłuj się na umierającymi.

    Stacja 13
    Zdjęcie Jezusa z krzyża i oddanie Matce

    O Matko bolesna, królowo męczenników, użalam się nad Tobą. Obosieczny miecz boleści przeniknął Twe Serce, gdy trzymając na swym łonie martwe ciało Jezusa, wpatrywałaś się w zranione i krwią zbroczone Jego Najświętsze Oblicze. Przyrzekam u stóp Twoich, Matko Bolesna, unikać dobrowolnych grzechów, aby nimi powtórnie nie krzyżować Jezusa. Uproś mi, Matko, wierność w wykonaniu tego postanowienia i przyjmij mnie za swoje dziecko.

    Stacja 14
    Jezus złożony do grobu

    Cześć i pokłon oddaję Tobie, mój Zbawicielu, który na haniebnym drzewie krzyża złożyłeś w ofierze za mnie swoje życie, a potem chciałeś być pogrzebany, by trzeciego dnia chwalebnie zmartwychwstać.
    Przyjdź do mego serca, niech ono będzie Twym grobem, i udziel mi łaski, abym zjednoczony z Tobą za życia, wraz z Tobą zmartwychwstał.

    Na zakończenie – 3 razy:
    O Jezu, spójrz na krwawe łzy Twej Matki, która umiłowała Cię najmocniej już tu na ziemi i nadal najgłębiej miłuje Cię w niebie.

    Modlitwa
    O Maryjo, Matko Boleści, Matko Litości i Matko Miłosierdzia, zjednocz nasze prośby ze swoimi prośbami, aby Twój Boski Syn, Jezus, którego wzywamy, wysłuchał nasze wołanie, a przez przyczynę Twoich matczynych krwawych łez udzielił nam łask, o które błagamy, i doprowadził nas do szczęścia wiecznego. Amen.
    Twoje krwawe łzy, o Matko Bolesna, kruszą moc szatana! O Jezu, zakuty w kajdany, przez Twoją Boską łagodność uchroń świat przed zagładą!

    +++

    ***

    25 marca – środa

    V Tydzień Wielkiego Postu

    Uroczystość Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny

    Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie według El Greco
    Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie według El Greco/ Vatican News

    ***

    Msza św. o godz. 19.00 w kościele św. Piotra

    ***

    „Bez Maryi nie ma Kościoła”

    (słowa kardynała Josepha Ratzingera)

    ***

    Będąc na Jasnej Górze 26 maja 2006 roku, już jako papież Benedykt XVI, powiedział:

    „Maryja podtrzymywała wiarę Piotra i apostołów w wieczerniku, a dziś podtrzymuje Ona moją i waszą wiarę.”

    Papież Benedykt XVI modli się w kaplicy Matki Bożej na Jasnej Górze, 26 maja 2006 r.
    Papież Benedykt XVI modli się w kaplicy Matki Bożej na Jasnej Górze, 26 maja 2006 r.
    Alberto PIZZOLI / AFP


    Mimo wszelkich trudności i niepewności każdy człowiek szczerze otwarty na prawdę i dobro może (…) rozpoznać w prawie naturalnym wypisanym w sercu świętość ludzkiego życia od poczęcia aż do kresu oraz dojść do przekonania, że każda ludzka istota ma prawo oczekiwać absolutnego poszanowania tego swojego podstawowego dobra. Uznanie tego prawa stanowi fundament współżycia między ludźmi oraz istnienia wspólnoty politycznej. Obrońcami i rzecznikami tego prawa powinni być w sposób szczególny wierzący w Chrystusa.

    św. Jan Paweł II – Encyklika Evangelium Vitae

    fot. Henryk Przondziono/ Gość Niedzielny

    ***

    Jak podjąć Duchową Adopcję Dziecka Poczętego?

    25 marca przeżywany jest Dzień Świętości Życia. To okazja do przyjęcia Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Jak to zrobić i z czym wiąże się takie zobowiązanie?

    Święto życia
    Od 27 lat, 25 marca, w uroczystość Zwiastowania Pańskiego, w Kościele w Polsce przeżywany jest Dzień Świętości Życia. Został ustanowiony przez 293. Zebranie Plenarne Episkopatu Polski w odpowiedzi na apel papieża Jana Pawła II z encykliki Evangelium Vitae.

    Ojciec Święty pisał w niej: „proponuję (…) aby corocznie w każdym kraju obchodzono Dzień Życia […] Trzeba, aby dzień ten był przygotowany i obchodzony przy czynnym udziale wszystkich członków Kościoła lokalnego. Jego podstawowym celem jest budzenie w sumieniach, w rodzinach, w Kościele i w społeczeństwie świeckim wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia w każdym momencie i każdej kondycji. Należy zwłaszcza ukazywać, jak wielkim złem jest przerywanie ciąży i eutanazja, nie należy jednak pomijać innych momentów i aspektów życia, które trzeba każdorazowo starannie rozważyć w kontekście zmieniającej się sytuacji historycznej”.

    W przededniu uroczystości, 24 marca w Polsce obchodzony jest także Narodowy Dzień Życia. To inicjatywa sięgająca 2004 r., kiedy ustanowił ją Sejm Rzeczypospolitej Polskiej.

    Kto może przyjąć duchową adopcję i jakie warunki trzeba spełnić?
    Dzień Świętości Życia to dobra okazja do przyjęcia Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. – To szczególna modlitewna forma opieki nad każdym dzieckiem poczętym. Trwa dziewięć miesięcy – wyjaśnia ks. dr Paweł Gałuszka, duszpasterz rodzin Archidiecezji Krakowskiej. Przez ten czas codziennie należy odmówić jedną dziesiątkę różańca oraz „Modlitwę codzienną odmawianą w ramach duchowej adopcji dziecka poczętego zagrożonego zagładą”.

    Panie Jezu za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością oraz za wstawiennictwem świętego Józefa,
    „Człowieka Zawierzenia”, który opiekował się Tobą, proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady i które duchowo adoptowałem. Proszę, daj rodzicom tego dziecka miłość i odwagę, aby zachowali je przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś.
    Amen.
    Opieką obejmuje się każdorazowo tylko jedno dziecko nienarodzone. Inicjatywa skierowana jest do wszystkich, niezależnie od stanu, płci czy wieku. W przypadku dzieci zaleca się podejmowanie duchowej adopcji pod opieką rodziców.

    Zobowiązanie można podejmować wielokrotnie pod warunkiem spełnienia wszystkich poprzednich zobowiązań. Zachęca się również do podejmowania przy tej okazji także innych, dodatkowych postanowień – np. częstej spowiedź i Komunii Świętej, adoracji Najświętszego Sakramentu, czytania Pisma Świętego czy walki z własnymi nałogami.

    Jak przyjąć duchową adopcję?
    Chociaż wskazane jest, aby złożenie przyrzeczenia duchowej adopcji odbywało się uroczyście, w kościele, można jednak dokonać tego aktu prywatnie. W takim wypadku formułę przyrzeczenia należy odczytać najlepiej przed krzyżem i obrazem. Dobrze jest zapisać datę rozpoczęcia i zakończenia modlitwy.

    Przyrzeczenie Duchowej Adopcji

    Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo,

    wszyscy Aniołowie i Święci, wiedziony/a pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych,

    Ja, (Imię i Nazwisko), (data urodzenia)

    postanawiam mocno i przyrzekam, że od dnia (…)

    biorę w duchową adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez 9 miesięcy, każdego dnia modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Postanawiam: odmawiać codzienną modlitwę w intencji nienarodzonego, codziennie ofiarować jeden dziesiątek różańca, podjąć postanowienie:

    (…)

    (krótki opis postanowienia)

    (miejscowość i data)

    (podpis)
    Przy przyjmowaniu kolejnej duchowej adopcji, konieczne jest ponowne złożenie przyrzeczenia. Dłuższa przerwa – np. trwająca miesiąc lub dwa – w modlitwie, przerywa duchową adopcję. Wówczas należy ponownie złożyć przyrzeczenie, starając się go tym razem dotrzymać. Krótkie przerwy nie są przeszkodą do kontynuacji. Koniecznym jest jednak wtedy przedłużenie modlitwy o opuszczone dni.

    Dzieło duchowej adopcji powstało po objawieniach w Fatimie, stając się odpowiedzią na wezwanie Matki Bożej do modlitwy różańcowej, pokuty i zadośćuczynienia za grzechy, które najbardziej ranią Jej Niepokalane Serce. W 1987 roku inicjatywa trafiła do Polski.

    W Archidiecezji Krakowskiej corocznie, w Dzień Świętości Życia odprawiana jest Msza św. w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach w intencji dzieci poczętych. W czasie Eucharystii można złożyć deklarację duchowej adopcji. Dodatkowo comiesięcznie, w każdą drugą sobotę miesiąca, w krakowskich Łagiewnikach można uczestniczyć w Modlitewnym czuwaniu w intencji obrony życia poczętego. Przy tej okazji także można złożyć deklarację duchowej adopcji lub odnowić już podjęte zobowiązanie.

    ***

    Jezus był embrionem. Życie ludzkie jest święte i nienaruszalne w każdej chwili swego istnienia

    Gdyby urodzili się ci, którym urodzić się nie dano, świat byłby lepszy. Bo każda aborcja to utrata oszałamiającego daru, jakim jest człowiek. O tym przypomina Dzień Świętości Życia.

    My widzimy dziecko bądź osobę dorosłą, starca bądź niemowlaka. Ale Bóg nie jest ograniczony czasem i widzi człowieka całego, a nie tylko wycinkowo, jak my. Ogarnia nas w całości, z naszą przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, i już na starcie obdarza nas darami potrzebnymi do tego, żebyśmy sami byli darem dla innych.

    „Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie” – zachwyca się psalmista.

    Jak strasznym zgrzytem w cudzie stworzenia musi być ludzka decyzja o przerwaniu Bożego planu dla człowieka. Zniszczenie rozwijającego się życia niszczy także osoby, które za to odpowiadają. „Życie ludzkie jest święte i nienaruszalne w każdej chwili swego istnienia, także w fazie początkowej, która poprzedza narodziny. Człowiek już w łonie matki należy do Boga, bo Ten, który wszystko przenika i zna, tworzy go i kształtuje swoimi rękoma, widzi go, gdy jest jeszcze małym, bezkształtnym embrionem, i potrafi w nim dostrzec dorosłego człowieka, którym stanie się on w przyszłości i którego dni są już policzone, a powołanie już zapisane w księdze żywota” – napisał Jan Paweł II w encyklice Evangelium vitae. To właśnie ten dokument stał się inspiracją do obchodzonego w wielu krajach Dnia Świętości Życia. Papież zaproponował w nim ustanowienie na całym świecie corocznych obchodów Dnia Życia. „Trzeba, aby dzień ten był przygotowany i obchodzony przy czynnym udziale wszystkich członków Kościoła lokalnego. Jego podstawowym celem jest budzenie w sumieniach, w rodzinach, w Kościele i w społeczeństwie świeckim wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia w każdym momencie i każdej kondycji: należy zwłaszcza ukazywać, jak wielkim złem jest przerywanie ciąży i eutanazja, nie należy jednak pomijać innych momentów i aspektów życia, które trzeba każdorazowo starannie rozważyć w kontekście zmieniającej się sytuacji historycznej” – zalecał Ojciec Święty.

    Mocą władzy…

    Papież z Polski przypomniał w Evangelium vitae, że „przykazanie »nie zabijaj« ma wartość absolutną w odniesieniu do osoby niewinnej, i to tym bardziej wówczas, gdy jest to człowiek słaby i bezbronny, który jedynie w absolutnej mocy Bożego przykazania znajduje radykalną obronę przed samowolą i przemocą innych”.

    Żeby zapobiec pseudoteologicznym spekulacjom, rozmywającym zło procederu uśmiercania niewinnych, Jan Paweł II sięgnął po papieski autorytet nieomylności, używając w encyklice formuły ex cathedra: „Dlatego mocą Chrystusowej władzy udzielonej Piotrowi i jego Następcom, w komunii z biskupami Kościoła Katolickiego, potwierdzam, że bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze aktem głęboko niemoralnym. Doktryna ta, oparta na owym niepisanym prawie, które każdy człowiek dzięki światłu rozumu znajduje we własnym sercu (por. Rz 2,14-15), jest potwierdzona w Piśmie Świętym, przekazana przez Tradycję Kościoła oraz nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne”.

    Stąd, kontynuuje papież, „świadoma i dobrowolna decyzja pozbawienia życia niewinnej istoty ludzkiej nigdy nie może być dozwolona ani jako cel, ani jako środek do dobrego celu. Jest to bowiem akt poważnego nieposłuszeństwa wobec prawa moralnego, co więcej, wobec samego Boga, jego twórcy i gwaranta; jest to akt sprzeczny z fundamentalnymi cnotami sprawiedliwości i miłości”.

    Oznacza to, że jednoznaczne uznanie aborcji za zło moralne jest obowiązkiem katolika, a wszelkie uniki w rodzaju popierania tzw. opcji „za wyborem” są dla wiernych niedopuszczalne. Dotyczy to także eutanazji. Jan Paweł II, pisząc o tym, przywołał w encyklice orzeczenie Kongregacji Doktryny Wiary. „Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający. Ponadto nikt nie może się domagać, aby popełniono ten akt zabójstwa wobec niego samego lub wobec innej osoby powierzonej jego pieczy, nie może też bezpośrednio ani pośrednio wyrazić na to zgody. Żadna władza nie ma prawa do tego zmuszać ani na to przyzwalać” – czytamy w Deklaracji o eutanazji.

    Adopcja w duchu

    Kościół w Polsce odpowiedział na apel Jana Pawła II. W 1998 roku episkopat wyznaczył Dzień Świętości Życia na 25 marca, czyli liturgiczną uroczystość Zwiastowania Pańskiego. W tym dniu Kościół świętuje poczęcie się Zbawiciela, który od tej chwili stał się człowiekiem. Oznacza to, że Jezus, jako prawdziwy człowiek, był embrionem i zanim się urodził, przeszedł wszystkie stadia rozwoju płodowego. I już na tym etapie św. Elżbieta, podczas spotkania z Maryją, nazywa Go Panem.

    Obchodom Dnia Świętości Życia w Polsce towarzyszy tzw. duchowa adopcja. Ruch Duchowej Adopcji w Kościele katolickim jest odpowiedzią na wezwanie Matki Bożej, która w Fatimie prosiła o modlitwę, pokutę i zadośćuczynienie za grzechy. To trwająca 9 miesięcy (tyle, ile ciąża) modlitwa w intencji znanego Bogu dziecka poczętego, zagrożonego zabiciem. Jedna osoba modli się za jedno dziecko, odmawiając dziennie jedną tajemnicę Różańca i specjalną modlitwę za maleństwo i jego rodziców. Duchową ­adopcję może podjąć każdy, bez względu na swoją sytuację – również osoby, które odcięły sobie dostęp do sakramentów. Decydując się na to, należy jednak wytrwale wypełniać podjęte postanowienia.

    Kościół i państwo

    Dzień Świętości Życia w wielu krajach, podobnie jak w Polsce, jest obchodzony w uroczystość Zwiastowania, ale nie jest to reguła. Na przykład w Stanach Zjednoczonych obchodzi się go w trzecią niedzielę stycznia. Ma to związek z datą 22 stycznia, czyli rocznicą wejścia w życie poprawki do konstytucji legalizującej aborcję na życzenie. Z obchodami kościelnymi korespondują tam wydarzenia natury społecznej i państwowej. Trzeba bowiem zaznaczyć, że proceder aborcyjny, który pochłonął życie kilkudziesięciu milionów dzieci, spotyka się w Ameryce ze wzrastającym oporem środowisk pro life, mobilizujących do sprzeciwu znaczną część społeczeństwa. Corocznie w całym kraju odbywają się 22 stycznia marsze dla życia. Największa manifestacja tradycyjnie ma miejsce w Waszyngtonie. Gromadzi się tam kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Warto zauważyć, że Ronald Reagan w 1984 r. ustanowił Narodowy Dzień Świętości Życia, który obchodzono w USA co roku 22 stycznia, aż do objęcia władzy przez Baracka Obamę. Tradycję tę przywrócił Donald Trump.

    To błogosławieństwo

    Nie sposób stwierdzić, w jakim stopniu modlitwa, szczególnie ta zanoszona do Boga w Dniu Świętości Życia, wpływa na poziom ochrony dzieci poczętych, widzimy jednak, że w wielu środowiskach następuje refleksja nad wartością ludzkiego życia, a to przekłada się na spadek liczby aborcji. Szczególnie jest to widoczne w Polsce. Nie tylko dlatego, że od chwili orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego o niekonstytucyjności aborcji eugenicznej przerywanie ciąży jest u nas w praktyce zabronione. Także dlatego, że gdy kolejne państwa coraz bardziej ułatwiają aborcję, Polska jej de facto zakazuje. Nie ma też u nas mowy o eutanazji. To powód do dumy i wzór dla innych państw. Dzięki temu także reakcja Polski na kryzys uchodźczy jest spójna z jej ogólnym poszanowaniem zasad prawa naturalnego. W naszym kraju szanuje się ludzkie życie nie tylko w słowach, ale także w ustawodawstwie, które dziś w praktyce nie pozwala zabijać żadnego człowieka. To otwiera nas na błogosławieństwo, które jest szczególnie widoczne w tajemnicy Zwiastowania Pańskiego. •

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    25 marca

    Dzień Świętości Życia

    połączony z Adopcją Dziecka Poczętego

    Duchowa Adopcja to modlitwa zainicjowana przez ojców paulinów ponad 30 lat temu, w warszawskim kościele pod wezwaniem Świętego Ducha, który jest obecnie Sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia. „Istotą Duchowej Adopcji jest codzienna modlitwa za dziecko w łonie matki, trwająca przez dziewięć miesięcy. Polega ona na codziennym odmawianiu jednej tajemnicy (dziesiątki) różańca świętego oraz specjalnej, krótkiej modlitwy za dziecko, którego życie jest zagrożone”.

    „Przeżywany teraz czas realnego zagrożenia własnego życia mobilizuje do szukania sposobów jego chronienia, ale także pobudza do wzajemnej modlitwy. Jest szansą otwarcia oczu i serca – nowego spojrzenia – na najbardziej bezbronne i samotne wobec zagrożenia zagładą – życie dzieci nienarodzonych” – podkreślają paulini.

    Szczegółowe informacje o Dziele Adopcji Dziecka Poczętego można znaleźć na stronach:  centrumzawierzenia.jasnagora.pl,  www.duchowaadopcja.pl oraz  paulini.com.pl/duchowa-adopcja. Aby ułatwić codzienne zobowiązanie modlitewne można też skorzystać z aplikacji na telefon „Adoptuj życie” stworzonej przez Fundację Małych Stópek. Dzięki aplikacji można zobaczyć, jak dziecko codziennie rośnie, są również zdjęcia USG, które towarzyszą w każdym dniu modlitwy.

    Dzień Świętości Życia został ustanowiony w Kościele w Polsce w 1998 r. w odpowiedzi na apel św. Jana Pawła II zawarty w encyklice „Evangelium Vitae” ogłoszonej 25 lat temu, 25 marca 1995 roku. Papież napisał w niej m.in., że „Człowiek i jego życie jawią się nam jako jeden z najwspanialszych cudów stworzenia…” (Evangelium Vitae, 84). Dzień Świętości Życia przypada dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem.  Jego celem jest budzenie wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia na każdym jego etapie oraz zwrócenie uwagi na potrzebę szczególnej troski o nie.

    MODLITWA W INTENCJI OBRONY ŻYCIA

    (do odmawiania po Koronce do Bożego Miłosierdzia)

    O Maryjo, jutrzenko nowego świata, Matko żyjących, Tobie zawierzamy sprawę życia: spójrz, o Matko, na niezliczone rzesze dzieci, którym nie pozwala się przyjść na świat, ubogich, którzy zmagają się z trudnościami życia, mężczyzn i kobiet – ofiary nieludzkiej przemocy, starców i chorych zabitych przez obojętność albo fałszywą litość.

    Spraw, aby wszyscy wierzący w Twojego Syna potrafili otwarcie i z miłością głosić ludziom naszej epoki Ewangelię życia. Wyjednaj im łaskę przyjęcia jej jako zawsze nowego daru, radość wysławiania jej z wdzięcznością w całym życiu oraz odwagę czynnego i wytrwałego świadczenia o niej, aby mogli budować, wraz z wszystkimi ludźmi dobrej woli, cywilizację prawdy i miłości na cześć i chwałę Boga Stwórcy, który miłuje życie.

    św. Jan Paweł IIEncyklika Evangelium vitae

    ***

    Codzienna modlitwa Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego,
    towarzysząca dziesiątce różańca: 

    Panie Jezu,
    za wstawiennictwem Twojej Matki, Maryi,
    która urodziła Cię z miłością
    oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia,
    który opiekował się Tobą po narodzeniu,
    proszę Cię w intencji tego nie narodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem,
    a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady.
    Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę,
    aby swoje dziecko pozostawili przy życiu,
    które Ty sam mu przeznaczyłeś.
    Ame
    n.

    ***

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
    materdolorosa.pl

    ***

    Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą oganiamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.

    Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).

    Duchowa Adopcja

    Może ją podjąć każdy człowiek:

    • obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
    • trwa przez dziewięć miesięcy

    Warunki

    • codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
    • dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
    • modlitwa w intencji uratowania życia dziecka

    Modlitwa codzienna

    Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.

    Treść przyrzeczenia

    “Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, ze od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:

    • jedna tajemnica Różańca;
    • modlitwa, która dziś po raz pierwszy odmówię;
    • ewentualne dobrowolne postanowienie(a): .…………………………..”

    ***

    Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniu podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.

    ***

    Zamiast „aborcji”, wybrały życie dla swoich dzieci. Żadna z matek nie zmieniłaby swojej decyzji

    fot. Pixabay

    ***

    W ciągu 16 lat niesienia pomocy ciężarnym i rodzącym matkom będącym w trudnej sytuacji Kathleen Wilson ani razu nie usłyszała od nich, że ratując życie podjęły złą decyzję. Czy tak samo myślą kobiety, które zdecydowały o śmierci swojego dziecka i wybrały aborcję?

    Wilson w rozmowie z Tuckerem Carlsonem z Fox News wyraziła zwoje zadziwienie lewicowo liberalną narracją o „torturowaniu” i „zmuszaniu” kobiet do rodzenia dzieci przez środowiska pro life. Jak przyznała, przez 16 lat działalności ośrodka Mary’s Shelter nie spotkała matki, która po wyborze życia dla swojego dziecka żałowałaby tej decyzji.

    Jak mówiła, ma nadzieję, że mimo agresywnej narracji proaborcyjnej „nigdy nie dojdziemy do punktu, w którym potępiamy kobiety za posiadanie dzieci”

    W domach Mary’s Shelter zamieszkać mogą matki potrzebujące wsparcia przez nawet trzy lata. Znajdują tam pomoc, edukację, zdobywają wiedzę o porodzie i macierzyństwie. Przez domy w ciągu 16 lat przeszło ponad 400 potrzebujących pomocy matek.

    Nikt ich do niczego nie zmusza – przychodzą do ośrodka po pomoc. I ją znajdują. –One kochają swoje dziecko. To naprawdę takie proste. Chcą swojego dziecka. W ciągu 16 lat żadna kobieta nie powiedziała mi, że przeszła przez Mary’s Shelter, że żałuje, że ma swoje dziecko. Nigdy, przenigdy – mówiła Wilson.

    Troszczymy się o dziecko w łonie matki. Kochamy dziecko w łonie matki, ale kochamy też tę mamę. A kobiety przychodzą do nas z tyloma dziećmi, ile mają. Kochamy wszystkie te dzieci – dodała.

    Owszem, w ośrodku były kobiety pełne żalu, smutku i goryczy – miały one za sobą złą decyzję o uśmierceniu swojego nienarodzonego dziecka.

    źródło: marsz.info/MA/PCh24.pl

    +++

    Jak przygotować się do spowiedzi wielkopostnej?

    Wielki Post to często czas, w którym intensyfikujemy pracę nad swoim życiem duchowym. Podejmujemy wyrzeczenia, postanowienia i refleksje nad naszym życiem, pragnąć dobrze przygotować się na Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Jednym z ważnych aspektów jest sakrament pokuty i pojednania. Oto kilka wskazówek, które pomogą Ci w dobrym przygotowaniu się do spowiedzi.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Nawrócenie, przebaczenie i pojednanie

    Spowiedź, według Katechizmu Kościoła Katolickiego, jest „sakramentem nawrócenia, ponieważ urzeczywistnia w sposób sakramentalny wezwanie Jezusa do nawrócenia, drogę powrotu do Ojca, od którego człowiek oddalił się przez grzech”.

    – W konfesjonale sam Jezus Chrystus obdarza nas swym miłosierdziem. Papież Franciszek mówi wręcz, że „miłosierdzie jest sposobem, w jaki Bóg przebacza (…). Wielkie jest miłosierdzie Boga, wielkie jest miłosierdzie Jezusa: wybaczać nam poprzez czuły gest” – podkreśla ks. Zbigniew Bielas, kustosz Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach. Jak zaznacza, warto pamiętać, że dzięki temu sakramentowi „odzyskujemy stan łaski uświęcającej, otrzymujemy wewnętrzny pokój i pojednanie z Bogiem i Kościołem”. W łagiewnickim sanktuarium łącznie przez ponad 170 godzin w tygodniu pełniona jest posługa odpuszczania grzechów i przynoszenia wiernym przebaczenia. Św. Jan Paweł II, w dniu konsekracji bazyliki 17.08.2002 r. wyraził prośbę: „Modlę się, aby ten kościół był zawsze miejscem głoszenia orędzia o miłosiernej miłości Boga, miejscem nawrócenia i pokuty”.

    Warunki

    Kościół określa pięć warunków dobrej spowiedzi, które są bezpośrednią formą przygotowania i realizacji tego sakramentu. To: rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy, szczera spowiedź i zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu.

    – Myślę, że podstawą każdej dobrej spowiedzi jest dobry rachunek sumienia i wypełnienie pozostałych warunków — mówi kustosz łagiewnickiego sanktuarium. – Oprócz tego na naszej drodze do świętości i czerpaniu właściwych owoców ze spowiedzi warto też zwrócić uwagę na wskazówki dotyczące tego sakramentu, które przekazała nam w „Dzienniczku” św. Faustyna: całkowitą szczerość i otwartość, pokorę oraz posłuszeństwo (por. Dz. 112) — dodaje.

    Rachunek sumienia

    Do przyjęcia sakramentu pokuty należy przygotować się przez rachunek sumienia. Jak wskazuje Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK), powinien być on przeprowadzony w świetle Słowa Bożego np. przy pomocy Dekalogu, Hymnu o miłości lub Kazania na Górze. – Dziś można znaleźć wiele różnych pomocy w modlitewnikach, czy w Internecie na stronach poświęconych spowiedzi. Trudno wskazać tylko na jeden konkretny dla wszystkich. Są opracowane rachunki sumienia dla poszczególnych stanów: małżonków, narzeczonych, młodzieży, dla starszych, dla osób duchownych, dla dzieci. Każdy może znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Ważne, by zanim klękniemy u kratek konfesjonału przeanalizować swoje życie od czasu ostatniej spowiedzi i przypomnieć sobie ostatnie postanowienie, wyznać grzechy — wyjaśnia ks. Zbigniew Bielas. W bazylice Bożego Miłosierdzia przy wejściu do strefy spowiedzi można zaopatrzyć się w rachunek sumienia, opracowany na podstawie dziesięciu Przykazań Bożych. Ta prosta pomoc, z której chętnie korzystają penitenci.

    – Zasadniczo spowiedź jest wyznaniem grzechów. Jednak jeśli warunki czasowe na to pozwalają, warto spojrzeć na nasze życie duchowe w szerszym kontekście: czy i w jakim zakresie udało się nam coś zmienić, poprawić się w jakiejś dziedzinie, odnieść zwycięstwo nad naszą słabością i tym podzielić się ze spowiednikiem — radzi duchowny.

    Żal za grzechy i mocne postanowienie poprawy

    Katechizm Kościoła Katolickiego określa żal za grzechy jako „ból duszy i znienawidzenie popełnionego grzechu z postanowieniem niegrzeszenia w przyszłości”. Kościół wyróżnia dwa rodzaju żalu: doskonały i niedoskonały. Ten pierwszy wypływa z miłości do Boga miłowanego ponad wszystko i powoduje odpuszczenie grzechów powszednich. Drugi natomiast rodzi się z lęku przed wiecznym potępieniem i innymi karami, ale również, jak wskazuje katechizm, jest przygotowaniem do odpuszczenia grzechów ciężkich w sakramencie pokuty. Żal za grzechy idzie w parze z kolejnym warunkiem: mocnym postanowieniem poprawy. Potrzebna jest decyzja o chęci bycia lepszym.

    Zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu

    Po przystąpieniu do spowiedzi pamiętać trzeba o ostatnim warunku jej dobrego przeżycia: zadośćuczynieniu Panu Bogu i bliźniemu. – Wiemy, że grzech zrywa naszą przyjaźń z Bogiem. Rani nie tylko nas, ale często wyrządza także szkodę bliźniemu. Musimy więc uczynić wszystko, by ją naprawić. Oddać to, co sobie przywłaszczyliśmy. Przywrócić dobre imię osobie oczernionej. Odwołać poglądy sprzeczne z nauką Kościoła, czy wynagrodzić krzywdy — tłumaczy ks. Zbigniew Bielas, dodając, że „odpuszczony grzech domaga się ze sprawiedliwości zadośćuczynienia i odpokutowania w różnych wymiarach”.

    Pomocą w tym wypadku staje się również zadana penitentowi w konfesjonale przez kapłana pokuta. – Zawsze powtarzałem na katechezie, że zadośćuczynienie to taka sprawa honoru: Pan Bóg mi coś darował, ja, choć w niewielkim wymiarze podejmuję pokutę, aby Mu za to podziękować i wynagrodzić popełnione zło — wyjaśnia rektor Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach.

    Kiedy jest dobry czas na wielkopostną spowiedź?

    – Myślę, że dziś wielu z nas zapomina o tym, co jest bardzo ważne w życiu wiary. Jesteśmy zabiegani. Spieszymy się. Chcemy wszystko załatwić szybko — zauważa ks. Bielas i dodaje, że właśnie dlatego warto zaplanować czas na spowiedź. – Przed świętami planujemy czas na sprzątanie, na zakupy, a często spowiedź zostawiamy na tak zwany „ostatni moment”. Potem kiedy przychodzimy do kościoła i widzimy duże kolejki, denerwujemy się. Może nieraz nawet rezygnujemy, usprawiedliwiając się brakiem czasu — zauważa.

    – W wielu parafiach organizowane są rekolekcje i uwzględniony jest dzień na spowiedź — zauważa kustosz, zachęcając do korzystania z tej cennej okazji i tego, aby nie zostawiać spowiedzi na ostatnie dni przed świętami. Niektórzy nie mają możliwości skorzystania z sakramentu wcześniej. Powodem może być stan zdrowia, obowiązki zawodowe czy pobyt za granicą. Jak podkreśla ks. Bielas, dla tych osób kapłani czuwają w konfesjonale nawet przez całą noc, szczególnie w Wielki Piątek. – Zawsze to wielka radość, gdy widzimy tylu wiernych, którzy pragną pojednać się z Bogiem i z oczyszczonym sercem przeżywać świętowanie w Kościele, domu, rodzinie – dodaje.

    Obowiązek spowiedzi oraz przyjęcia Komunii Świętej

    Zgodnie z drugim przykazaniem kościelnym, wierni są zobowiązani do przystąpienia do sakramentu pokuty przynajmniej raz w roku. Ze względu na to, że Kościół nakazuje, by również przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym przyjąć Komunię Świętą, wierzący często decydują się na spowiedzi w okresie Wielkiego Postu, pomiędzy Środą Popielcową a Niedzielą Palmową. Zaleca się, aby miała ona miejsce przed Wielkim Czwartkiem, po to, aby dni Triduum Paschalnego przeżywać w stanie łaski uświęcającej.

     Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej/Tygodnik Niedziela

    ***

    Jak zrobić rachunek sumienia przed spowiedzią. Oto metoda ignacjańska

    fot. Canva/Wikipedia

    ***

    Ignacjański rachunek sumienia polega na „rachowaniu” nie swoich grzechów, ale… Bożej dobroci! Trwa tylko 15 minut, a pozwala uwrażliwić serce na Boże poruszenia. Sprawdź, jak 500-letnia metoda modlitwy może zmienić Twoje życie wewnętrzne.

    Ignacjański rachunek sumienia to forma codziennej modlitwy. Św. Ignacy z Loyoli proponuje, by zamiast „rachować” swoje grzechy, „badać” swoje sumienie. Tylko wtedy, kiedy ta modlitwa jest praktykowana każdego dnia, może przynosić regularne owoce.

    Ignacjański rachunek sumienia. Na czym polega?

    Św. Ignacy z Loyoli proponuje zaskakujące podejście do rachunku sumienia!. Zamiast „rachować” swoje grzechy, zachęca w swoich Ćwiczeniach Duchownych do „badania” swojego sumienia. Sumienie to takie miejsce w nas gdzie przebywamy z Bogiem. Badamy to miejsce, żeby się spotkać z Nim – bliskim i kochającym. 

    Polega ona na słuchaniu Boga i słuchaniu swojego serca. Na spotkaniu z miłującym Bogiem i na spotkaniu z samym sobą w atmosferze Jego miłości. Na badaniu Jego wezwań i naszych odpowiedzi na nie. I wreszcie na „rachowaniu” Jego darów i miłości, którymi nas obdarza.

    Przede wszystkim skupiamy się na Nim i na dobru, które od niego otrzymujemy, a dopiero później na swojej grzeszności. Jednak nawet w momencie, kiedy zabieramy się za „pranie brudów”, nie robimy tego sami, tylko z Jego łaską. Nie po to, aby zadręczać się swoją słabością, ale po to, żeby odkryć mechanizmy zła, którym się poddajemy i przeciwdziałać im.

    Celem tej metody badania sumienia jest wdzięczność za działanie Boga i ukierunkowanie na przyszłość. Dzięki codziennej praktyce nasze serce jest bardziej czujne na Boże poruszenia i łatwiej nam odróżnić dobro od zła. 

    Jeśli podejmiesz się praktykowania tego sposobu modlitwy nie z lęku przed karą za swoje grzechy, ale z troski o swoje życie wewnętrzne, szybko zobaczysz jakie owoce ona przynosi.

    Kwadrans szczerości, czyli ignacjański rachunek sumienia krok po kroku

    Ignacjański rachunek sumienia jest bardzo prosty i składa się z pięciu punktów. Ta modlitwa ma trwać dokładnie piętnaście minut – ani dłużej, ani krócej.

    1. Podziękować Bogu, naszemu Panu za otrzymane dobrodziejstwa.

    Tak! Rachunek sumienia powinieneś zacząć od dziękczynienia! „Cóż masz, czego byś nie otrzymał?” – pyta św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian (4,7). Każde dobro w ciągu dnia, każda łaska, czy choćby dar życia – to wszystko pochodzi od Boga. Dlatego rachunek sumienia zacznij od tego, co dobre. Zacznij od Tego, który jest dobry. W pierwszym, punkcie „rachujesz” Boże dary, zamiast własnych grzechów.

    Popatrz na cały swój dzień i zastanów się: Co mnie dobrego dziś spotkało? W czym widziałem miłość Boga? Jak On się o mnie troszczył? Co szczególnego się dzisiaj wydarzyło? Jakie Jego dary i prezenty odkryłem w swoim życiu? 

    W tym punkcie nie chodzi tylko o to, żeby dziękować za rzeczy oczywiste: „miałem co jeść”, „miałem gdzie spać” itd. Dziękuj bardzo konkretnie: wymień te dary, sytuacje, myśli, za które jesteś wdzięczny. Możesz także podziękować Bogu za to, czego nie straciłeś tego dnia. A jeśli naprawdę wydaje Ci się, że nie masz za co dziękować, możesz zawrzeć z Bogiem umowę: „Panie Boże, daj mi jutro tylko to, za co dzisiaj Ci podziękuję”.

    Uwaga! Jeśli ten punkt Cię zaabsorbuje, będziesz znajdować coraz to nowe rzeczy, za które możesz dziękować i Twój duch się będzie radował to trwaj w tej dziękczynnej modlitwie, aż do nasycenia. Smakuj dobroci Boga, ciesz się nią i bądź mu wdzięczny. Nie przejmuj się, że masz jeszcze cztery punkty „do przerobienia” – możesz spędzić na tym punkcie całe 15 minut przeznaczone na rachunek. Twoje spotkanie z Panem już przyniosło owoce!

    2. Prosić o łaskę poznania grzechów i porzucenia ich.

    Przechodząc do drugiego punktu, proś Ducha Świętego o łaskę spojrzenia na miniony dzień Jego oczami. Dlaczego to takie ważne? W tym punkcie skupiamy się na naszej grzeszności, słabości i naszych upadkach. Patrząc na nie jedynie ze swojej perspektywy możemy, łatwo wpaść w pułapkę samooskarżania się. Często jesteśmy dla samych siebie najbardziej surowymi sędziami. Musisz jednak pamiętać, że Bóg nigdy nie oskarża, nie wzbudza chorego poczucia winy, nie „wgniata” Cię w ziemię Twoimi grzechami. Tak działa szatan! Patrząc na nasze grzechy z pomocą Ducha Świętego, poucza on nas o naszym grzechu w sposób pełny miłości i delikatności po to, aby nas pobudzić do nawrócenia.

    Samo poznanie grzechów jednak nie wystarcza – potrzebujesz jeszcze przyznać przed sobą i Bogiem: „To JA zgrzeszyłem”. Dopiero kiedy uznasz swój grzech, możesz go odrzucić (nie możesz odrzucić grzechu, póki nie jest Twój). Wystarczy Twoja decyzja serca, akt woli. Łaska Boża zrobi resztę.

    3. Domagać się od duszy zdania sprawy od chwili powstania z łóżka aż po obecny rachunek sumienia, godzina po godzinie i chwila po chwili, najpierw z myśli, potem z mowy, wreszcie z uczynków (…). 

    W trzecim punkcie chodzi o to, abyś w Jego obecności uświadomił sobie, co się działo w ciągu dnia. Szczególnie przyjrzyj się swoim myślom, bo z nich bierze początek każdy czyn. Spróbuj zwrócić uwagę na to: z jakich myśli i intencji brały się dobre i złe czyny, które popełniłeś w ciągu dnia? Jakie były twoje motywacje? Za jakim sposobem myślenia podążasz?

    Skup się również na tym: jakie natchnienia otrzymałeś? Czy za nimi poszedłeś? Czy dałeś się kształtować Bogu?

    Nie odpowiadaj na te pytania sam. Porozmawiaj z Nim o tym, wysłuchaj Jego zdania. Poproś, żeby Ci pokazał, jak on widział ten dzień: co Jemu się podobało a co nie?

    Jeśli będziesz mieć problem z przypomnieniem sobie każdej chwili dnia (na początku może to być bardzo trudne!) to postaraj się popatrzeć na dzień jak na etapy, np.: od wstania z łóżka do wyjścia na uczelnię, od pierwszych zajęć do obiadu, od powrotu do domu do rachunku sumienia itp.

    4. Prosić Boga, naszego Pana, o przebaczenie win.

    Kiedy już zobaczyłeś cały swój dzień, uświadomiłeś sobie swoje grzechy i podjąłeś w sercu decyzję o ich odrzuceniu – przyszedł czas na kolejny etap. Proś Boga o to, aby wybaczył Ci Twoje winy. „Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości.” – pisze św. Jan w swoim liście (1 J 1,9). Uświadom sobie, że potrzebujesz wybawcy i nie zapominaj, że On jest większy niż każda Twoja słabość!

    Pamiętaj, że nie stajesz przed sędzią, który chce Cię ukarać, ani przed policjantem, który przyłapie Cię na każdym najmniejszym wykroczeniu. Stajesz przed miłującym Ojcem, który chce Cię przyjąć w swoje ramiona. Pozwól Bogu kochać Cię takim, jaki jesteś.

    5. Postanowić poprawę za Jego łaską.

    Jeśli jeszcze nie minęło 15 minut, a wszystkie poprzednie punkty masz już za sobą, to przed Tobą ostatnia rzecz do zrobienia. Postanów poprawę Z JEGO ŁASKĄ. Nie próbuj własnymi siłami się zmieniać, nawracać czy pokonywać słabości, bo będziesz skazany na porażkę. 

    Jeśli pozwoliłeś się prowadzić Duchowi Świętemu w tej modlitwie, to z pewnością zauważysz co w Twoim życiu jest do poprawy. Owocem skruchy będzie to, że sam będziesz chciał się rozwijać i wzrastać.

    Nie czyń jednak jakichś wielkich postanowień! Niech to będzie jedna, drobna zmiana. Naucz się stawiać małe, konsekwentne kroki w rozwoju swojego życia duchowego. Mniej znaczy więcej! Tutaj również ważny jest konkret: nie „od jutra będę lepszy”, ale „przez najbliższe 7 dni poświęcę każdego ranka 5 minut na modlitwę za nadchodzący dzień”. Niech to postanowienie wypływa z tego, co zauważyłeś w ciągu całego dnia.

    Ojcze nasz

    Kilka przydatnych wskazówek

    • Ignacjański rachunek sumienia warto robić codziennie wieczorem, ale nie przed samym snem. Jeśli będziesz za bardzo znużony, możesz zasnąć w trakcie. Poruszenia w trakcie rachunku mogą Cię również pobudzić na tyle, że będziesz mieć problem z zaśnięciem!
    • Nie zniechęcaj się, jeśli będzie Ci na początku szło „topornie”. Potrzebujesz wytrwałości i cierpliwości. Łatwiej Ci się będzie zdyscyplinować, jeśli ustalisz stałą godzinę w ciągu dnia, w której będziesz robić rachunek sumienia. Możesz też spróbować kwadrans na rachunek „przypiąć” do jakiegoś stałego punktu wieczoru, np.: po kolacji, przed wieczorną toaletą itp.
    • Dopilnuj, aby ta modlitwa trwała dokładnie 15 minut (możesz ustawiać sobie minutnik). Jeśli trudno jest Ci wytrwać na modlitwie, chęć jej skrócenia potraktuj jako pokusę. Przekonasz się, że często w ostatnich sekundach Bóg poruszy Twoje serce. Za pokusę uznaj również chęć przedłużenia modlitwy. Kwadrans to kwadrans i bądź temu wierny. „Lepsze jest posłuszeństwo od ofiary” (1 Sm 15,22).
    • Jeżeli w którymś z punktów, Twoja modlitwa bardzo Cię poruszy, zacznie Cię nasycać, rozpalać do tego stopnia, że będziesz chcieć trwać w tym miejscu – nie przechodź do następnych punktów, nawet jeśli kończy Ci się czas. Słuchaj serca, a nie metody. Schemat modlitwy jest po to, aby Ci pomóc, a nie po to, żeby „odhaczyć” wszystkie jego punkty.

    Stacja7.pl

    ***

    Niechciany sakrament

    Niechciany sakrament
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Jezus powiedział św. Faustynie: „Nie odkładaj sakramentu spowiedzi, bo to Mi się nie podoba”. Każdemu to mówi.

    Dziesięciu księży spowiada od wieczora do późnej nocy. Ludzie, czasem po raz pierwszy od wielu lat, wylewają przed Bogiem swoje dusze. Siedząc twarzą w twarz ze spowiednikiem, mówią rzeczy, których nikomu, nawet sobie, powiedzieć nie chcieli. Płaczą. Wreszcie słyszą: „Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. I odchodzą przemienieni. I mówią: „Nie wiedziałem, że Kościół taki jest. Nie wiedziałam, że taka może być spowiedź”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    +++

    Rachunek sumienia – podstawa duchowego wzrostu

    Jeśli ktoś go odprawia, w jego życiu mogą dziać się cuda. O znaczeniu i roli rachunku sumienia mówi ks. Łukasz Sośniak, jezuita.

    Franciszek Kucharczak: Robi Ksiądz rachunek sumienia?

    Ks. Łukasz Sośniak SJ:
     Oczywiście, że robię.

    Codziennie?

    Tak! Rachunek sumienia był najważniejszą modlitwą św. Ignacego. On zwalniał swoich podwładnych, na przykład ze względu na chorobę, z różnych praktyk religijnych, nawet z Mszy św., ale nigdy z rachunku sumienia. To jest serce duchowości ignacjańskiej i jako jezuici staramy się bardzo tego pilnować. Naszą zasadą jest „szukać i znajdować Boga we wszystkim”, a ta modlitwa jest idealnym narzędziem do tego.

    Jak to w praktyce wygląda?

    W domach zakonnych najczęściej robi się to przed obiadem. Tu, gdzie jestem, zbieramy się w kaplicy i mamy pięciominutowy rachunek sumienia, ale każdy jezuita robi go też indywidualnie, najczęściej na zakończenie dnia. Ma schemat zaczerpnięty z książeczki „Ćwiczeń duchowych” św. Ignacego. Zaczyna się czymś nietypowym, bo dziękczynieniem za dobro, które dzisiaj otrzymałem od Pana Boga. Nie jakieś abstrakcyjne, tylko konkretne: że dziś spotkałem tę i tę osobę, doświadczyłem tego i tego. Starsi, chorzy ojcowie mówili mi na przykład, że dziękują za to, że ich dzisiaj mniej bolało. Moim zdaniem to dziękczynienie jest kluczem do rachunku sumienia. Widzę, że to też bardzo pomaga rekolektantom. Jak ktoś ma problem z modlitwą, zawsze mówię, żeby robić rachunek sumienia albo przynajmniej ten pierwszy punkt. To ważne, bo często ktoś mówi: „Ja nie mam za co dziękować, spotykają mnie same cierpienia”, a po tygodniu czy dwóch robienia rachunku sumienia stwierdza, że Bóg jednak jest obecny w jego życiu i że jest tam wiele dobra. I to mu daje dużo pocieszenia.

    A co po dziękczynieniu?

    Ignacy pisze: „Prosić o łaskę poznania grzechów i odrzucenia ich precz”. Ja modlę się do Ducha Świętego, żeby przypomniał mi te momenty, w których Pan Bóg działał w ciągu dnia, a tego nie zauważałem. To drugi punkt. Trzeci to retrospekcja – można analizować godzinę po godzinie, spoglądając na to, co się wydarzyło w ciągu dnia. Ja często trwam w ciszy i kontemplacji i czekam, co się samo narzuci, co mi Pan Bóg powie. Często przypominają się wtedy momenty w ciągu dnia, związane z jakimiś wydarzeniami, i wtedy widzę: o, tu działał Pan Bóg, tu mogłem Go spotkać. Potem jest czwarty punkt – prośba o przebaczenie. Powiedziałbym, że to taka modlitwa oddania, nie jakieś oskarżanie się, wypominanie sobie grzechów, tylko ufne zawierzenie z prośbą, żeby Pan Bóg przychodził nam z pomocą w naszych słabościach. I ostatnia rzecz – postanowienie. Ono musi być konkretne i realistyczne. Ignacy nie chce, żeby to było coś w stylu: „zmienię się, będę lepszy, będę pracował nad sobą”. To ma być decyzja, co konkretnie zrobię, żeby osiągnąć konkretny cel. Gdy się robi rachunek sumienia codziennie, to nieraz też robi się go z tego postanowienia.

    Wielu ludziom jednak rachunek sumienia kojarzy się z bezduszną buchalterią albo bolesnym rozdrapywaniem ran.

    Myślę, że nazwa „rachunek sumienia” jest trochę mylna. Rzeczywiście kojarzy się z rachowaniem, a Pan Bóg z jakimś księgowym, który czyha na nasze potknięcia, albo z sędzią, który wyda wyrok skazujący po wyciągnięciu średniej. Natomiast my mówimy o rachunku sumienia jako „kwadransie uważności”. Chodzi o uważność na Boże działanie. O. Józef Augustyn SJ nazwał rachunek sumienia „kwadransem szczerości”. Jeszcze inny autor używał określenia „kwadrans miłującej uwagi”. Tu akcent jest położony nie na grzechy, tylko na dobro. Gdy wchodzę w światło, gdy kontempluję działanie Boga w swoim życiu, wtedy widzę swoje słabości i dostrzegam, że korzenie zła są we mnie.

    Podjęcie takiej praktyki może być trudne.

    Rozumiem to, ale można spróbować co kilka dni albo na początek co tydzień. Kiedy ktoś zauważy, jakie to przynosi owoce, to myślę, że podejmie się tego codziennie. Zwłaszcza że to nie jest długa modlitwa, zajmuje maksymalnie 15 minut. A że zawiera dziękczynienie, to jest bardzo eucharystyczna i może być moją codzienną modlitwą. Nie muszę podejmować innych, mogę nawet uczynić z tego przez jakiś czas jedyną praktykę modlitewną.

    Czasem refleksja nad sobą może się zrodzić z poziomu świńskiego żłobu, jak się to przydarzyło synowi marnotrawnemu z Jezusowej przypowieści. Czytamy, że „zastanowił się”. Czyli chyba zrobił przegląd swojego postępowania. To zastanowienie to rachunek sumienia?

    Oczywiście. To jest bardzo dobra metafora „kwadransa szczerości”. Od tego zaczyna się rachunek sumienia – przerywam swoje pogrążanie się w złu i przychodzi refleksja. Widzę, że coś jest nie tak, i zaczynam się zastanawiać nad tym, co robię. Można powiedzieć, że to jest łaska Boża. Jeśli świadomie podejmę tę refleksję, ona może mnie doprowadzić z powrotem do Ojca, czyli do nawrócenia. Bo celem rachunku sumienia jest codzienne nawracanie się. Chodzi o to, żeby zawsze powracać do Ojca, który nieustannie wychodzi naprzeciw i powracającego nigdy nie potępia.

    Syn marnotrawny na początku po prostu widzi, że fatalnie się porobiło. To chyba pocieszające, że wstępna motywacja nie musi być zaraz taka czysta?

    Rzeczywiście, syn marnotrawny wraca, bo mu się skończyła kasa i zobaczył, jak nisko upadł. Jeszcze nie dostrzega dobroci ojca, ale kiedy spotyka się z jego bezinteresowną miłością, zaczyna ją odwzajemniać. Czasem trzeba się zadowolić początkową motywacją typu „jak trwoga, to do Boga”. Pan Bóg musi mieć o co się zahaczyć. Papież w książce „Miłosierdzie to imię Boga” mówi, że On szuka każdej szczeliny, żeby Jego miłosierdzie przedostało się do człowieka. Nawet taka kiepska motywacja ze względu na polepszenie swojego bytowania już wystarcza Bogu, żeby zaczął działać. Człowiek musi dać Panu Bogu jakąkolwiek zgodę. Od tego się zaczyna. W moim przypadku też tak było. Wiedziałem, że muszę coś zmienić w swoim życiu. Czułem, że ono nie ma treści, że ucieka mi między palcami. I postanowiłem jechać na rekolekcje ignacjańskie – i tam zacząłem od rachunku sumienia. To była pierwsza modlitwa, którą zacząłem praktykować, i to mi zaczęło otwierać oczy. Nie sądziłem, że to mnie zaprowadzi do zakonu. Pan Bóg dał mi tę łaskę, że mogłem zrobić ten pierwszy krok, szukać dla siebie jakiegoś wyjścia, a dalej On już wszystko załatwił. Więc nie ma się co bać otworzyć się i użyć jakiegoś konkretnego narzędzia.

    Co zrobić, żeby się „otworzyć”?

    Można codziennie wieczorem chociaż podziękować za to, co się wydarzyło, i zwrócić uwagę na to, co się konkretnie wydarzyło. Na to, jak mi Pan Bóg dzisiaj pomógł, jak był obecny. A potem wejść w kolejne punkty rachunku sumienia. Jeśli ktoś to będzie robił, wtedy cuda mogą się dziać w jego życiu.

    Jednak przeciętny katolik rachunek sumienia robi tylko przed spowiedzią i raczej słabo kojarzy się to z modlitwą. Jak się to ma do praktyki codziennej „miłującej uważności”?

    Ten rachunek sumienia, gdy przeglądam po kolei: pierwsze, drugie, trzecie przykazanie – to jest takie leczenie objawowe. Stwierdzam: „gniewałem się na żonę/męża, na dzieci, to i tamto mnie wkurzało”. No dobrze, ale nie idę dalej i nie wiem dlaczego. Co się dzieje, że ja się tak irytuję? Po jednorazowym rachunku sumienia ciężko w to wejść. To jest taka aspiryna – przestaje mnie boleć głowa i tyle. Uważałbym bardzo na schemat „grzech – spowiedź – Komunia”, bo to oznacza, że ja chcę tylko formalnie zaliczać punkty i kręcę się w kółko. Ignacjański rachunek sumienia to jest zupełnie inna praktyka – to jest codzienne trwanie przy Panu Bogu. Kiedy Mu dziękuję, poprawia się mój obraz Boga, staje się on coraz bardziej Chrystusowy, biblijny, nieoparty tylko na doświadczeniu mojego biologicznego ojca. Widzę, że nie muszę zasługiwać na Jego miłość.

    Właśnie – zasługiwać. Niełatwo przyjąć darmowość zbawienia.

    Papież Franciszek w encyklice Gaudete et exsultate mówi, że największą herezją współczesności jest pelagianizm – przekonanie, że ja sam muszę osiągnąć zbawienie, że to ode mnie wszystko zależy. Kiedy rozmawiam z ludźmi na rekolekcjach, widzę, że to jest jeden z najpowszechniejszych problemów. Bo jesteśmy Zosiami samosiami, społeczeństwo nas uczy, że trzeba na wszystko zapracować, wszystko wywalczyć, nie ma nic za darmo i wszystko, co mam, jest moją zasługą. I do duchowości przenosimy to jeden do jednego. Tymczasem praktyka kwadransa uważności pozwala nam oderwać się od takiego myślenia, a skupia nas na śladach Boga, w życiu, rozwija wrażliwość na Niego, pozwala odkryć, że Bóg jest z nami w każdej chwili i nie przestaje nam błogosławić. To dla wielu ludzi staje się źródłem ogromnej siły i nadziei, odrywa ich od siebie i pozwala przetrwać najtrudniejsze chwile.

    ks. Łukasz Sośniak jest jezuitą, absolwentem filologii polskiej i dziennikarstwa. Gość Niedzielny

    +++

    22 marca 2026

    V Niedziela Wielkiego Postu

    Dlaczego zasłaniamy krzyże?

    Ten zwyczaj ma długą historię i przypomina o prostej prawdzie

    W piątą niedzielę Wielkiego Postu w kościołach zgodnie ze średniowieczną tradycją zasłania się krzyże. Aby coś zobaczyć, trzeba najpierw pozwolić, by na chwilę zniknęło z pola widzenia.

    fot. Roman Koszowski – Gość Niedzielny

    ***

    Krucyfiksy, a nawet niektóre obrazy zostają ukryte za fioletowym lub czerwonym płótnem. Liturgia posługuje się znakami, które mają nas wyrwać z uśpienia, ożywić, wciągnąć w misterium. Kościół nie jest teatrem, ale zarazem posługuje się językiem teatralnych gestów i symboli. Komunikujemy jednak nie fikcję, ale prawdę – i to tę najważniejszą, bo dotyczącą naszego wiecznego losu. Materialny znak działa na zmysły, ale ma pobudzać ducha i serce. Nie inscenizujemy wydarzeń z przeszłości, ale je uobecniamy tak, byśmy sami stali się ich uczestnikami.

    Tysiącletnia tradycja

    Dlaczego zasłaniamy krzyże właśnie wtedy, gdy zbliżamy się do Wielkiego Piątku? Przecież właśnie w tym czasie tematyka pasyjna dominuje w liturgii. Piąta niedziela Wielkiego Postu była zwana dawniej Niedzielą Pasyjną. Gorzkie Żale, Droga Krzyżowa, pieśni o męce Pańskiej, kazania pasyjne. To wszystko jest wielką opowieścią o krzyżu Chrystusa. Czy nie powinniśmy wpatrywać się intensywniej w ten najświętszy znak naszej wiary? Tradycja liturgiczna Kościoła ma swoją mądrość i duchową pedagogię. Czasem, aby coś zobaczyć, trzeba najpierw pozwolić, by na chwilę zniknęło z pola widzenia.

    Zwyczaj zasłaniania krzyży ma długą historię. Pojawił się w XI wieku. Oryginalna geneza tej tradycji jest dziś trudna do odtworzenia. Pojawiło się wiele różnych tłumaczeń. Jedni powiadali, że w tym właśnie czasie Jezus ukrył swoje bóstwo. Inni łączyli powstanie zwyczaju z dramatyzacją perykopy z Ewangelii św. Jana, która był wtedy odczytywana. Chodzi o J 8,59: „Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni”. W wielu miejscach zasłaniano nie tylko krzyże, ale także obrazy, a nawet całe ołtarze. Tzw. zasłony postne pojawiły się najpierw w kościołach zakonnych, a potem przeszły do kościołów parafialnych. Tłumaczono to również w ten sposób, że post to czas pokuty, a więc konieczny jest swego rodzaju „post oczu”. Podobnie jak „post uszu”, który wiązał się z nieużywaniem instrumentów muzycznych w kościele. W kontekście dzisiejszego nadmiaru obrazów, które atakują nasze zmysły ze wszechobecnych ekranów, taki post oczu byłby czymś bezcennym. Zasłanianie krzyży warto połączyć z zasłonięciem np. telewizora albo zawieszeniem korzystania z mediów społecznościowych.

    Po Soborze Watykańskim II tradycja zasłaniania krzyża przestała być obowiązkowa. Decyzję w tej sprawie pozostawiono Konferencjom Biskupów. Episkopat Polski opowiedział się za zachowaniem tego wymownego zwyczaju.

    Doświadczenie braku, milczenie Boga

    Nawet najświętsze symbole mogą się nam tak opatrzyć, że przestajemy je zauważać. Zasłona jest po to, aby doświadczyć, że czegoś nam brakuje. Właśnie o to chodzi w tym geście. Cenimy pewne rzeczy wtedy, gdy je tracimy. Zasłonięty krzyż przypomina o tej prostej prawdzie. To jakby zaproszenie do wewnętrznej tęsknoty – do ponownego odkrycia daru, który być może stał się dla nas czymś zbyt oczywistym. Opatrzył się tak bardzo, że przestał do nas „mówić”.

    Liturgia ostatnich dni Wielkiego Postu wprowadza nas w atmosferę narastającego napięcia wokół Jezusa. Ewangelia opowiada o Jezusie, który zmierza do Jerozolimy, aby tam wykonać najtrudniejszą misję. Ewangelia św. Jana mówi o „godzinie” Jezusa. Ta Jego godzina jeszcze nie nadeszła, ale jest tuż, tuż. Kościół podąża za tą ewangeliczną logiką. Zanim zobaczymy krzyż w całej jego prawdzie, przechodzimy przez chwilę ciszy i ukrycia.

    Zasłona na krzyżu ma także swój sens alegoryczno-duchowy. Na drodze wiary pojawia się taki czas, gdy Bóg wydaje się odległy. Modlitwa staje się trudna, wręcz niemożliwa. Żadne słowa nie przynoszą pocieszenia, a obecność Boga, która była kiedyś wyraźna, zostaje zakryta. Klasycy mistyki mówili o doświadczeniu „ciemnej nocy”. Ta noc gęstnieje zwykle krótko przed etapem zjednoczenia. Bóg w istocie nigdy nas nie zostawia, ale nieraz przeprowadza człowieka przez proces wewnętrznego oczyszczenia i pogłębienia. Nie dostajemy wtedy na modlitwie żadnej pociechy, jest czas strapienia, walki, modlitwa Ogrójca. Zasłonięty krzyż jest obrazem takiej właśnie próby.

    Wielkopiątkowe odsłonięcie

    Pełny sens tego znaku ujawnia się w liturgii męki Pańskiej sprawowanej w Wielki Piątek. Wtedy krzyż zostaje uroczyście odsłonięty. Kapłan odkrywa go w trzech etapach, śpiewając słowa: „Oto drzewo krzyża, na którym zawisło zbawienie świata”. Odpowiadamy: „Pójdźmy z pokłonem”. Rozpoczyna się adoracja krzyża. Tego dnia nie sprawuje się Eucharystii, to krzyż staje w centrum modlitwy. Po kilku dniach patrzenia na zasłonę mamy z nową świeżością spojrzenia, z nową wiarą i miłością przytulić się do Ukrzyżowanego. Składamy pocałunek, czcimy rany Zbawiciela. Adorujemy jednak nie cierpienie, lecz miłość Wcielonego Boga, która została objawiona w tak niezwykły sposób. Zbyt często traktujemy krzyż jako element ozdobny wystroju kościoła. Cała pasyjna pobożność Wielkiego Postu zmierza do tego, aby krzyż na nowo przemówił do nas z całą siłą prawdy, którą głosi. Krzyż jest wyznaniem miłości Boga do człowieka. Miłości pełnej pasji. Jest ostatnią deską ratunku dla człowieka pogrążonego w morzu grzechu i śmierci. Trzeba się go mocno chwycić, aby stał się pomocą.

    Jako dziecko zawsze z wielką ciekawością patrzyłem na to, co się dzieje w kościele w Wielkim Tygodniu. Nie rozumiałem wiele, ale pociągała mnie aura wyjątkowości i tajemnicy. Do dziś pamiętam, jak wikary tłumaczył nam, ministrantom, gest zasłaniania krzyża. Mówił, że w tych dniach z krzyża bije tak wielkie światło, że mogłoby nas porazić, dlatego konieczna jest zasłona. Czyż nie jest to piękna katecheza? Liturgia mówi językiem gestów, znaków, symboli. Posoborowy Kościół zbyt lekką ręką porzucił wiele odwiecznych rytuałów w imię przejrzystości lub prostoty. Dziś rozumiemy lepiej, że był to błąd. Kryzys Kościoła jest w znacznej mierze także kryzysem symboli. Kościół komunikuje orędzie zbawienia językiem symbolicznym, on sam jako całość jest znakiem widzialnym tego, co niewidzialne. Kościół jest – jak twierdzi słusznie niemiecki biblista Klaus Berger – uniwersum znaków, które scalają wspólnotę wiary, oczywiście zakładając, że wszyscy rozumieją te symbole. Gdzie nie ma już żadnej wspólnoty, tam nie ma również symboli – i odwrotnie.

    Przed nami najważniejszy czas roku liturgicznego, czas najpiękniejszych celebracji, które przemawiają nie tylko do rozumu, ale i do zmysłów, serca, emocji. Nie utraćmy wrażliwości. Cisza i ukrycie, które wyraża zasłona krzyża, nie są końcem drogi. Są przygotowaniem do przeżycia Paschy, misterium śmierci, życia i miłości. Zasłona przybytku rozdarła się na dwoje w chwili śmierci Jezusa – czytamy w Ewangelii. Wielki Post zmierza ku swojej kulminacji i nawet jeśli przespaliśmy cztery tygodnie, jest jeszcze czas, aby się obudzić. Aby, gdy opadnie zasłona z krzyża, zajaśniał nam Chrystus.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ***

    ***

    „Wskrzeszenie Łazarza według Rembrandta”. Obraz Vincenta van Gogha

    Wielu zatem spośród Żydów przybyłych do Marii, ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego”. (J 11,45)

    Vincent van Gogh Wskrzeszenie Łazarza olej na papierze, 1890 Muzeum Vincenta van Gogha, Amsterdam

    ***

    Zmarły Łazarz otwiera oczy. Pochylająca się nad nim jego impulsywna siostra Marta zdejmuje tkaninę z jego twarzy i spontanicznie unosi w górę ręce. Jest ubrana w zieloną suknię, kolor tradycyjnie kojarzony z nadzieją. Druga siostra, w ciemniejszej sukni, skłonna do kontemplacji Maria, pogrąża się w modlitwie. Wschodzące nad nimi słońce jest symbolem odradzania się życia. Jego blask rozświetla niebo, ale wbrew prawom natury dominuje też we wnętrzu grobowca, otaczając głowę Łazarza.

    Zmagający się z depresją i załamaniem nerwowym Vincent van Gogh pod koniec życia trafił do szpitala psychiatrycznego Saint-Paul-de-Mausole w Saint-Rémy. W chwilach lepszego samopoczucia malował kopie dzieł innych malarzy. Inspiracją dla tego obrazu była akwaforta Rembrandta z 1632 roku. Artysta skopiował tylko jej mały fragment, bez postaci Chrystusa. Łazarzowi nadał swoje rysy twarzy, co może świadczyć o jego nadziei na przezwyciężenie nękającej go choroby. Jako swoje siostry sportretował dwie przyjaciółki z Arles, miasta, w którym powstały jego najlepsze dzieła. To Augustine Roulin w zielonej sukni i Marie Ginoux w ciemnej sukni w paski. Obie bardzo mu pomogły w powrocie do zdrowia po jego pierwszym załamaniu w 1888 roku. W liście do swojego brata Theo, napisanym 2 maja 1890 roku, van Gogh szczegółowo opisywał kolorystykę dzieła, dodając, że „połączenie kolorów powinno mówić samo za siebie, tak samo jak światłocień akwaforty”. Zwrócił uwagę na ważną rolę słońca w kompozycji. Na koniec dodał, że chciałby namalować większą wersję obrazu. Niestety, nie było mu to już dane. Zmarł niespełna trzy miesiące później, 29 lipca 1890 roku, w wieku zaledwie 37 lat.

    Leszek Śliwa/Gość Niedzielny

    Uroczystości i święta w Kościele Katolickim

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    W Liturgii Kościoła Katolickiego oprócz niedziel, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i świętowania Dnia Pańskiego (również poprzez nie wykonywanie prac niekoniecznych), są także dni świąteczne, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kodeks Prawa Kanonicznego podaje listę tzw. świąt nakazanych, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i uroczystości, w których wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kościół jedynie zachęca do udziału w liturgii również w te dni.

    Święta nakazane w 2026 roku:

    1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego

    5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    14 maja (czwartek) – Wniebowstąpienie Pańskie

    24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

    Pozostałe ważne dni w 2025 roku:

    Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych.

    2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    18 marca (środa) – Środa Popielcowa

    25 marca (środa) – Zwiastowanie Pańskie

    2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)

    6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    2 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski (wyjątkowo w tym roku ze względu, że 3 maja przypada V Niedziela Wielkanocna).

    25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła

    26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent rozpocznie się 29 listopada.

    ***

    czwartek 19 marca

    Uroczystość św. Józefa jest jednym z ważniejszych świąt liturgicznych w Kościele katolickim.

    Wielki Post to czas przygotowania do Wielkanocy, kiedy Kościół zachęca wiernych do większej pracy duchowej, opartej przede wszystkim na poście, jałmużnie i modlitwie. Są jednak takie dni, kiedy obowiązek postu nie obowiązuje. I należy do nich przypadająca 19 marca uroczystość św. Józefa, oblubieńca Najświętszej Maryi Panny oraz opiekuna Jezusa.

    Św. Józef jest otaczany szczególną czcią, jako wzór ojcostwa, dlatego Kościół zachęca, aby jego wspomnienie było dniem pełnym radości i wdzięczności za jego przykład wiary. 

    fot. John and Mable Ringling Museum of Art,jezuufamtobie.pl/Wikipedia

    ***

    Św. Józef poprosił s. Faustynę o odmawianie pewnej modlitwy. „Obiecał mi swą szczególniejszą pomoc i opiekę”

    “Święty Józef zażądał, abym miała do niego nieustanne nabożeństwo” – napisała św. s. Faustyna w swoim “Dzienniczku” i dodała: “Codziennie odmawiam te żądane modlitwy i czuję Jego szczególną opiekę”. O jaką modlitwę poprosił św. Józef?

    „Czuję Jego szczególną opiekę”

    Święty Józef zażądał, abym miała do niego nieustanne nabożeństwo. Sam mi powiedział, abym odmawiała codziennie trzy pacierze i raz „Pomnij…”. Patrzył się z wielką życzliwością i dał mi poznać, jak bardzo jest za tym dziełem, obiecał mi swą szczególniejszą pomoc i opiekę. Codziennie odmawiam te żądane modlitwy i czuję Jego szczególną opiekę – napisała św. siostra Faustyna Kowalska w swoim „Dzienniczku” (Dz 1203).

    Modlitwę „Pomnij…”, której tekst zamieszczamy na końcu artykułu, jest modlitwą do św. Józefa, którą siostry ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia odmawiały dawniej codziennie.

    Modlitwa do św. Józefa:

    Pomnij, o najczystszy Oblubieńcze Maryi, o mój najmilszy Opiekunie Józefie Święty, że nigdy nie słyszano, aby ktokolwiek wzywając Twej opieki, Twej pomocy błagając pozostał bez pociechy. Tą ufnością ożywiony przychodzę do Ciebie i z całą żarliwością ducha Tobie się polecam. Nie odrzucaj modlitwy mojej, o przybrany Ojcze Odkupiciela, ale ją usłysz łaskawie i wysłuchaj.

    Amen.

    faustyna.pl, misericors.org.pl, zś/Stacja7

    ***

    Fenomen „śpiącego Józefa”, który podbija świat. Dlaczego tysiące ludzi powierzają mu swoje problemy?

    “Wiele świadectw potwierdza, że św. Józef realnie pomaga w sprawach rodzinnych, materialnych czy zawodowych. Sam doświadczam jego konkretnego wstawiennictwa” – ks. Sebastian Picur, autor najnowszego modlitewnika “Święty Józef śpiący. 19 dni nadziei”.

    fot. Dom Wydawniczy Rafael, youtube/Ks. Sebastian Picur TeamTotusTuus

    19 marca Kościół katolicki obchodzi uroczystość św. Józefa, Oblubieńca NMP. Bóg Ojciec sam wybrał św. Józefa na opiekuna Syna Bożego. Skoro sam Bóg postawił na Józefa, to tym bardziej my – podkreśla ks. Picur. Święty Józef jest patronem „od zadań specjalnych”, szczególnie w chwilach trudnych i wymagających odwagi.

    Kapłan przypomina, że według Ewangelii Bóg wielokrotnie przemawiał do Józefa we śnie, wskazując mu drogę działania. W ten sposób rozwiązywał jego największe problemy i pokazywał, co powinien zrobić. Józef wiernie słuchał Bożych wskazówek i odważnie wypełniał swoją misję – wyjaśnia ks. Picur.

    Pokora w świecie, w którym zabrakło miejsca na działanie Boga

    Współczesna kultura zachęca człowieka, by sam decydował o wszystkim i realizował wyłącznie własne plany. Postawa św. Józefa pokazuje zupełnie inną drogę. Dzisiaj świat mówi: możesz być kim tylko chcesz. Tymczasem św. Józef swoim życiem zdaje się mówić: mogę być tym, kim Ty, Panie, chcesz.

    Ksiądz Sebastian podkreśla, że św. Józef mógł oddalić Maryję i odrzucić Jezusa, wybierając wygodniejsze rozwiązanie. Zdecydował jednak inaczej – przyjął wolę Boga i wziął odpowiedzialność za wychowanie Odkupiciela świata. Dzięki temu nie zapisał się w historii jako ten, który zdezerterował, lecz jako człowiek wierny swojej misji – dodaje kapłan. Przykład św. Józefa jest szczególnie ważny dla młodych ludzi, którzy często czują się zagubieni w świecie nadmiaru informacji i niepewności. Zawierzenie życia Bogu daje stabilność i poczucie bezpieczeństwa.

    Święty na każde strapienie

    „Z doświadczenia wiem, że św. Józef pomaga we wszystkich potrzebach” – pisała św. Teresa z Ávili. Święty Bernard z Clairvaux dodawał: „Józef został ustanowiony przez Boga opiekunem Jego największych skarbów”, a Franciszek Salezy zachęcał: „Idźcie do Józefa – ponieważ nikt nigdy nie wzywał go z wiarą i nie został wysłuchany”.

    Ksiądz Sebastian Picur podkreśla, że kult św. Józefa nie jest jedynie pobożną tradycją, lecz żywym doświadczeniem wielu wiernych. Wiele świadectw potwierdza, że św. Józef realnie pomaga w sprawach rodzinnych, materialnych czy zawodowych. Sam doświadczam jego konkretnego wstawiennictwa w prowadzeniu ewangelizacji w internecie i rozwoju studia nagrań – mówi kapłan.Modlitewnik „Święty Józef Śpiący. 19 dni nadziei” jest moim wyrazem wdzięczności za otrzymane łaski – dodaje kapłan.

    Bóg działa tam, gdzie kończą się ludzkie możliwości

    W życiu św. Józefa uderza jedno: najważniejsze decyzje zapadają wtedy, gdy on śpi. Bóg wkracza w jego życie w nocy – kiedy Józef przestaje kontrolować rzeczywistość i pozwala Bogu działać. Święty Józef Śpiący uczy, że czasem najbardziej duchowym aktem zaufania jest pozwolić sobie „zasnąć” jak dziecko w rękach Boga.

    Nabożeństwo do Świętego Józefa Śpiącego zyskało szczególną popularność dzięki papieżowi Franciszkowi, który przechowywał pod figurą kartki z intencjami – trudnymi i bolesnymi sprawami, prosząc świętego o wstawiennictwo. Modlitwa ta nie jest „magiczna”, lecz zaproszeniem do zaufania, że Bóg działa także wtedy, gdy my tracimy kontrolę.

    Święty Józef jest wzorem pokory, ciszy i wypełniania woli Bożej. Jest patronem rodzin, małżeństw, ojców oraz orędownikiem w godzinie dobrej śmierci. W Polsce patronuje aż 264 kościołom, a jednym z najważniejszych miejsc kultu jest sanktuarium w Kaliszu, gdzie znajduje się słynący łaskami obraz Świętej Rodziny, ukoronowany w 1796 roku. Do nabożeństwa do św. Józefa zachęcał św. Jan Paweł II, który podczas wizyty w Kaliszu w 1997 roku mówił, że jego świadectwo oddania jest potrzebne współczesnemu człowiekowi, zagubionemu pośród fałszywych obietnic łatwego szczęścia.

    Papież Franciszek rozpoczął pontyfikat 19 marca 2013 roku w uroczystość św. Józefa. Posiadał figurę śpiącego Józefa i podkreślał, że kiedy pojawiał się trudny problem, zapisywał go na kartce i wkładał pod figurkę, prosząc o wstawiennictwo. Papież Benedykt XVI zachęcał wiernych:„Pozwólmy się zarazić milczeniem św. Józefa. Bardzo nam tego potrzeba w świecie zbyt często hałaśliwym, który nie sprzyja skupieniu i wsłuchaniu się w głos Boga”.

    Dla milionów wiernych na całym świecie ta cicha, ale wierna postawa św. Józefa sprawia, że pozostaje ukochanym świętym.

    Stacja7.pl

    ***

    środa 18 marca

    Chrzest: sakrament, z którego powinniśmy być zawsze dumni

    Chrzest to pierwszy sakrament, który na zawsze przypieczętowuje naszą tożsamość i z którego powinniśmy być zawsze dumni – mówił Leon XIV. Papież wygłosił kolejną katechezę o Konstytucji dogmatycznej o Kościele

    fot. Vatican Media

    ***

    Dzisiaj chciałbym ponownie zatrzymać się na drugim rozdziale Konstytucji soborowej Lumen gentium (LG), poświęconym Kościołowi jako Ludowi Bożemu.

    Lud mesjański (LG, 9) otrzymuje od Chrystusa udział w misji kapłańskiej, prorockiej i królewskiej, w której urzeczywistnia się Jego zbawcze posłannictwo. Ojcowie soborowi nauczają, że Pan Jezus poprzez nowe i wieczne Przymierze ustanowił królestwo kapłanów, czyniąc swoich uczniów „królewskim kapłaństwem” (1 P 2, 9; por. 1 P 2, 5; Ap 1, 6). To wspólne kapłaństwo wiernych udzielane jest wraz z chrztem, który upoważnia nas do oddawania czci Bogu w duchu i prawdzie oraz do „wyznawania przed ludźmi wiary, którą otrzymali od Boga za pośrednictwem Kościoła” (LG, 11). Ponadto poprzez sakrament bierzmowania wszyscy ochrzczeni „jeszcze doskonalej wiążą się z Kościołem i obdarzeni są szczególną mocą Ducha Świętego, i w ten sposób jeszcze bardziej są zobowiązani, jako prawdziwi świadkowie Chrystusa, do szerzenia wiary słowem i uczynkiem oraz do jej obrony” (tamże). Ta konsekracja leży u podstaw wspólnej misji, która łączy wyświęconych szafarzy i wiernych świeckich.

    W tym kontekście Papież Franciszek zauważał: „Patrzenie na Lud Boży to pamiętanie, że wszyscy włączamy się do Kościoła jako świeccy. Pierwszym sakramentem, tym, który na zawsze przypieczętowuje naszą tożsamość i z którego powinniśmy być zawsze dumni, jest chrzest. Poprzez niego i przez namaszczenie Duchem Świętym (wierni) «zostają konsekrowani, aby tworzyli duchową świątynię i święte kapłaństwo» (por. LG, 10), (…) tak że wszyscy stanowimy święty wierny Lud Boży” (List do Przewodniczącego Papieskiej Komisji do spraw Ameryki Łacińskiej, 29 marca 2016)[1].

    Pełnienie królewskiego kapłaństwa dokonuje się na wiele sposobów – wszystkich ukierunkowanych na nasze uświęcenie – przede wszystkim przez uczestnictwo w Ofierze Eucharystii. Przez modlitwę, ascezę i czynną miłość dajemy w ten sposób świadectwo życia odnowionego łaską Bożą (por. LG, 10). Jak podsumowuje Sobór, „święta i organicznie ukształtowana natura społeczności kapłańskiej aktualizuje się przez sakramenty i przez cnoty” (LG, 11).

    Ojcowie soborowi nauczają dalej, że święty Lud Boży uczestniczy również w prorockiej misji Chrystusa (por. LG, 12). W tym kontekście podjęty jest ważny temat zmysłu wiary (sensus fidei) oraz zgody wiernych (consensus fidelium). Komisja Doktrynalna Soboru uściślała, że ów sensus fidei „jest jakby zdolnością całego Kościoła, dzięki której w swojej wierze rozpoznaje on przekazane Objawienie, odróżniając prawdę od fałszu w sprawach wiary, a równocześnie wnika w nie głębiej i pełniej stosuje je w życiu” (por. Acta Synodalia, III/1, 199). Zmysł wiary przynależy zatem do poszczególnych wiernych nie jako ich prywatna właściwość, ale ze względu na bycie członkami całego Ludu Bożego.

    Lumen gentium skupia uwagę na tym ostatnim aspekcie i łączy go z nieomylnością Kościoła, z którą wiąże się – służąca jej – nieomylność Biskupa Rzymu. „Ogół wierzących, mających namaszczenie od Świętego (por. 1 J 2, 20.27), nie może zbłądzić w wierze i tę swoją szczególną właściwość ujawnia przez nadprzyrodzony zmysł wiary całego ludu, gdy «poczynając od biskupów aż po ostatniego z wiernych świeckich» ujawnia on swą powszechną zgodność [łac. consensus] w sprawach wiary i moralności” (LG, 12). Kościół zatem – jako komunia wiernych, która oczywiście obejmuje pasterzy – nie może błądzić w wierze: narzędziem tej jego właściwości, opartym na namaszczeniu Duchem Świętym, jest nadprzyrodzony zmysł wiary całego Ludu Bożego, który przejawia się w zgodzie [łac. consensuswiernych. Z tej jedności, której strzeże Magisterium Kościoła, wynika, że każdy ochrzczony jest aktywnym podmiotem ewangelizacji, powołanym do składania konsekwentnego świadectwa o Chrystusie zgodnie z darem prorockim, którym Pan obdarza cały swój Kościół.

    Duch Święty, który przychodzi do nas od Jezusa Zmartwychwstałego, rozdziela bowiem „między wiernych w każdym stanie także specjalne łaski, przez które czyni ich zdolnymi i gotowymi do podejmowania rozmaitych dzieł lub funkcji mających na celu odnowę i dalszą skuteczną rozbudowę Kościoła” (LG, 12). Szczególnym przejawem tej charyzmatycznej żywotności jest życie konsekrowane, które nieustannie rodzi się i rozkwita mocą łaski. Również wspólnoty i stowarzyszenia kościelne są jasnym przykładem różnorodności i płodności duchowych owoców służących budowaniu Ludu Bożego.

    Najdrożsi, rozbudźmy w sobie świadomość i wdzięczność za to, że otrzymaliśmy dar przynależności do Ludu Bożego – a także za odpowiedzialność, która się z tym wiąże.

    Watykan – KAI – stacja7.pl

    ***

    środa 11 marca

    Leon XIV: Kościół jest jeden, ale zawiera w sobie wszystkich

    O tym, że „Kościół nie może zamykać się w sobie, lecz jest otwarty na wszystkich i jest dla wszystkich” mówił Papież podczas środowej katechezy. Przypomniał także, iż, współpracując w misji Chrystusa, jego powołaniem jest szerzenie Ewangelii wszędzie i wszystkim, aby każdy mógł nawiązać relację z Panem Jezusem. Podczas audiencji kontynuowano rozważanie drugiego rozdziału Konstytucji dogmatycznej Lumen gentium Soboru Watykańskiego II, poświęconego Ludowi Bożemu.

    Papież Leon XIV
     Vatican Media

    Oznacza to, że w Kościele jest i musi być miejsce dla wszystkich, a każdy chrześcijanin jest wezwany do głoszenia Ewangelii i dawania świadectwa w każdym środowisku, w którym żyje i działa

    – dodał Ojciec Święty.

    Podczas środowej audiencji rozważano fragment z Księgi proroka Izajasza (Iz 31, 33).

    Wielkim znakiem nadziei jest – zwłaszcza w naszych czasach, naznaczonych wieloma konfliktami i wojnami – wiedzieć, że Kościół jest Ludem, w którym, dzięki wierze, współistnieją kobiety i mężczyźni różni ze względu na narodowość, język lub kulturę; jest to znak umieszczony w samym sercu ludzkości, jest to wezwanie i proroctwo tej jedności i tego pokoju, do których Bóg Ojciec wzywa wszystkie swoje dzieci.

    Wiara w Chrystusa – zasada jednocząca Kościół

    Papież wskazał, że Bóg „pragnie zbawić każdego człowieka,

    dlatego, realizując swoje dzieło, wybrał „konkretny lud i zamieszkał pośród niego”. Przypominając historię powołania Abrahama, Leon XIV zauważył:

    ten lud jest powołany, by stać się światłem dla innych narodów, niczym latarnia morska, która przyciągnie do siebie wszystkie ludy, całą ludzkość.

    Pan Jezus – poprzez dar swojego Ciała i Krwi – „jednoczy w sobie i w sposób ostateczny ten lud”; który składa się z ludzi pochodzących do różnych narodów. Jednoczy go wiara w Jezusa Chrystusa, „przynależność do Niego i życie Jego życiem, które są ożywione Duchem Zmartwychwstałego”.

    Taki jest Kościół – Lud Boży, który czerpie swoje istnienie z Ciała Chrystusa i który sam jest Ciałem Chrystusa; nie jest to lud jak inne, ale Lud Boga, zwołany przez Niego i składający z kobiet i mężczyzn pochodzących ze wszystkich ludów ziemi”.

    Królestwo Boże – cel wędrówki Kościoła wraz z całą ludzkością

    Mówiąc o wspólnocie Kościoła, Papież wskazał, że jest to „lud mesjański, właśnie dlatego, że jego Głową jest Chrystus – Mesjasz”. Ci, którzy należą do Kościoła, chlubią się jedynie „darem bycia w Chrystusie i przez Niego córkami i synami Bożymi”. Bycie wszczepionymi w Chrystusa oraz synami Bożymi jest tym „co naprawdę liczy się w Kościele”.

    Jesteśmy w Kościele, aby nieustannie otrzymywać życie od Ojca, żyć jako Jego dzieci i bracia między sobą – wskazał Papież i dodał – W związku z tym, prawem, które ożywia relacje w Kościele, jest miłość, tak jak ją otrzymujemy i doświadczamy jej w Jezusie; a jej celem jest Królestwo Boże.

    Papież Leon XIV zachęca Polaków do udziału w nabożeństwie „Gorzkie żale”

    Do udziału w nabożeństwie „Gorzkie żale”, a także podejmowania konkretnych uczynków miłosierdzia, służących dobremu przeżyciu Wielkiego Postu zachęcił papież Polaków podczas dzisiejszej audiencji ogólnej.

    Vatican Media

    ***

    Oto słowa Ojca Świętego skierowane do pielgrzymów polskich:

    Serdecznie pozdrawiam Polaków. Od ponad trzystu lat w Wielkim Poście, śpiewając „Gorzkie żale”, rozważacie Mękę Jezusa i boleści Jego Matki. Zachęcam do udziału w tych nabożeństwach. Niech modlitwie towarzyszą konkretne czyny miłości: pomoc, pojednanie i budowanie pokoju, szczególnie w waszych rodzinach i we wspólnocie Kościoła. Wszystkich was błogosławię!

    Papieską katechezę streściła po polsku siostra Sebastiana Choroś SłNSJ z Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej:

    Konstytucja dogmatyczna Lumen gentium ukazuje istotę Kościoła jako Ludu Bożego. Bóg w historii wybiera lud, zawiera z nim przymierze i nieustannie się o niego troszczy. W ten sposób przygotowuje nowe i doskonałe przymierze w Chrystusie. Tak rodzi się Kościół – Lud Boży, zwołany przez Pana, zjednoczony w wierze i czerpiący życie z Ciała Chrystusa. Jego prawem jest miłość, a celem Królestwo Boże. Kościół głosi Ewangelię wszystkim, aby każdy mógł spotkać Chrystusa. Jest znakiem i zapowiedzią jedności oraz pokoju, do których Ojciec wzywa wszystkie swoje dzieci.

    Vatican News

    ***

    Po co nam „Gorzkie żale”?

    Papież Leon XIV przypomniał dziś Polakom o naszym wyjątkowym nabożeństwie

    fot. Wikipedia

    ***

    Podczas dzisiejszej audiencji generalnej (11 marca 2026)Leon XIV przypomniał Polakom o Gorzkich Żalach i zachęcił do udziału w tym nabożeństwie. To dobry moment, by wrócić do pytania, czym właściwie są Gorzkie Żale, skąd się wzięły i dlaczego od ponad trzystu lat poruszają kolejne pokolenia wiernych.

    „Od ponad trzystu lat w Wielkim Poście, śpiewając Gorzkie Żale, rozważacie Mękę Jezusa i boleści Jego Matki” – powiedział Leon XIV do Polaków podczas audiencji generalnej. Papież nie tylko przypomniał o jednej z najbardziej charakterystycznych polskich tradycji wielkopostnych, ale też zachęcił, by modlitwie towarzyszyły „konkretne czyny miłości: pomoc, pojednanie i budowanie pokoju”. Ta krótka papieska wzmianka stała się dobrym pretekstem, by wrócić do pytania: po co nam dziś Gorzkie Żale?

    Po co nam „Gorzkie żale”?

    Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, święto nad świętami, przez długi czas była jedyną uroczystością chrześcijan. Celebrując śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa Kościół nie przypomina jedynie wydarzenia z przeszłości, lecz, uobecniając Zbawczą Mękę i przejście Chrystusa ze śmierci do życia, przeżywa tu i teraz, w każdym czasie, Misterium Paschy.

    Ta doniosłość Świąt Paschalnych w krótkim okresie spowodowała powstanie we wszystkich liturgiach chrześcijańskich okresu przygotowania, który nazywamy Wielkim Postem. Poza oficjalną liturgią, w której w pierwszej części Wielkiego Postu dominuje temat nawrócenia i pokuty, w ciągu wieków, powstało wiele różnych form pobożności związanej z przeżywaniem Męki i Śmierci Chrystusa.

    W okresie Średniowiecza w kościołach katedralnych i innych, znaczniejszych, które miały zespoły śpiewacze, w niedzielne popołudnia okresu Wielkiego Postu organizowano uroczyste śpiewanie Passio, czyli opisów Męki Pańskiej. Nie inaczej działo się też w Polsce. Problem w tym, iż były to śpiewy po łacinie, więc rozumiane przez nielicznych, i raczej z użyciem trudnych melodii, co uniemożliwiało wiernym włączenie się w wspólny śpiew i przeżywanie Męki Pańskiej.

    Dla chcącego…

    Z tą trudnością poradzili sobie Księża Misjonarze św. Wincentego a Paolo, związani z kościołem św. Krzyża w Warszawie, a szczególnie Bractwo Miłosierdzia św. Rocha. Napisany został polski tekst, pięknie opisujący poszczególne wydarzenia dramatu Męki Pańskiej. Także melodia – odpowiadająca treści, stonowana, rzewna, a jednocześnie przejmująca do głębi duszę człowieka. W 1707 roku powstała znana nam wszystkim wersja nabożeństwa Gorzkich żali, zatwierdzona przez władze kościelne.

    Naśladując strukturę trzyczęściowej Passio oraz brewiarzowych Laudesów, nabożeństwo było poprzedzone Pobudką, która zachęcała do refleksji, razem z aniołami i całym stworzeniem, nad cierpieniami Chrystusa. Szczególne intencje, które poprzedzały każdą z części, ogłaszały cel rozmyślania: modlitwa za świat chrześcijański, za Kościół, za duchowieństwo. Prośba o nawrócenie nieprzyjaciół Krzyża św. i zatwardziałych grzeszników. Błaganie o odpuszczenie grzechów i kar za nie, wśród których szczególnie wymieniano: zarazę, głód, ogień i wojnę. Proszono także o łaski dla żyjących i za dusze w czyśćcu cierpiące.

    Co jest takiego szczególnego w Gorzkich żalach?

    Po pierwsze – prostota formy. Prosta forma mająca postać hymnu, która wyliczała następujące po sobie wydarzenia z Męki Pańskiej. Nawet nie pamiętając opisów z Ewangelii – potrafimy się odnaleźć w chronologii tych dramatycznych wydarzeń.

    Litanijny lament duszy bolejącej nad cierpieniami Jezusa, na który uczestniczący odpowiadają wspólnym wezwaniem i wyznaniem miłości do Jezusa: JEZU MÓJ KOCHANY.

    Ujmująca jest także Rozmowa duszy z Matką Bolesną. Szczególny dialog człowieka, poruszonego cierpieniem Pana i współcierpienia z Maryją. W wielu wspólnotach dialog ten śpiewany jest z podziałem na głosy żeńskie i męskie. Kobiety wyśpiewują żałość Maryi, niejednokrotnie włączając w ten śpiew swoje własne cierpienia, mężczyźni zaś, usłyszawszy o powodach boleści Maryi, włączają się w jej przeżywanie Męki.

    Nabożeństwo Gorzkich żali jest nabożeństwem szczególnym, bogatym w treść teologiczną i niosącym w sobie ogromny ładunek ekspresji. Wszystko po to, aby jego uczestnik mógł duchowo zjednoczyć się z cierpiącym Panem. To śpiewane rozważanie o Męce Pańskiej jest jednocześnie modlitwą i prośbą o nawrócenie osobiste i całego świata do Miłości, która nie jest przez ludzi kochana.

    Módlmy się Gorzkimi Żalami:

    Gorzkie Żale – część I w I i IV Niedzielę Wielkiego Postu

    Gorzkie Żale – część II w II i V Niedzielę Wielkiego Postu

    Gorzkie Żale – część III w III i VI Niedzielę Wielkiego Postu

    o. Kamil Paczkowski OFM – WIELKI POST – PCh24.pl

    ***

    Papież: Bóg się nie zagubił, to my oddaliśmy się od Niego

    PAP/EPA/ETTORE FERRARI

    ***

    Kiedy Bóg wydaje się nieobecny, nie oznacza to, że się zagubił. To my oddaliliśmy się od Niego i dlatego mamy Go szukać z ufnością i odwagą – powiedział Papież na audiencji dla uczestników kursu formacyjnego z zakresu katolickiej nauki społecznej.

    Leon XIV podkreślił, że ważne jest, aby nie szukać Boga na miarę własnych potrzeb, ale spotykać Go tam, gdzie On rzeczywiście jest obecny.

    Duch Święty działa również w dzisiejszej młodzieży

    Ojciec Święty mówił o tym na audiencji dla uczestników czwartej już edycji kursu „Katedra gościnności”. Został on zorganizowany przez stowarzyszenie Fraterna Domus, prowadzące sieć domów rekolekcyjnych i domów gościnnych dla pielgrzymów i turystów. Tematem tegorocznego kursu jest młodzież. Papież zachęcił więc, by pamiętać, że również w życiu nowych pokoleń działa Duch Święty. Przypomniał, że każdy z nas dorasta w rzeczywistości społecznej: w rodzinie, parafii, szkole, uniwersytecie czy pracy. To tam kształtuje się nasza tożsamość, uczymy się wzajemnej obecności i opieki.

    Uczyć się od Świętej Rodziny

    Papież przypomniał, że dla stowarzyszenia Fraterna Domus wzorem jest Święta Rodzina z Nazaretu. Patrząc na tę rodzinę, każda wspólnota może odkryć swoje powołanie i nauczyć się orientować na drodze służby.

    Ojciec Święty przywołał ewangeliczną opowieść o Maryi i Józefie, którzy przez trzy dni szukali Jezusa. Wydarzenie to przypomina nam, że obecność nie jest czymś automatycznym, ale owocem stałego poszukiwania.

    Kiedy Bóg wydaje się nieobecny

    „Każdemu z nas – mówił Leon XIV – zdarzyło się zgubić kogoś lub coś, z czym byliśmy bardzo związani. W tym momencie zdaliśmy sobie sprawę, jak cenna była ta obecność. Tak samo dzieje się w życiu wiary: uważamy obecność Jezusa w naszym życiu za coś oczywistego, aż nagle wydaje się, że On nie jest już tam, gdzie Go zostawiliśmy, jakby się zagubił, tak się nam wydaje. W rzeczywistości to nie On się zgubił, ale to my się oddaliliśmy. Dlatego kiedy coś takiego się przydarzy, trzeba Go szukać z ufnością i z odwagą wejść na nieznane drogi, patrzeć na świat nowymi oczami, pełnymi nadziei. W ten sposób przestaniemy szukać Boga na miarę nas samych, aby spotkać Go tam, gdzie On mieszka”.

    Obecność Boga zawsze nas przewyższa

    Papież podkreślił, że obecność Boga zawsze nas przewyższa. Wskazał przy tym na św. Józefa, który jest wzorem otwarcia na taką obecność, a zarazem opieki, którą otaczał Jezusa i Maryję. „Opieka oznacza bycie blisko drugiego człowieka z uwagą, szanowanie jego wyborów i troszczenie się o niego. Ta postawa jest właściwa przede wszystkim Bogu, którego Pismo Święte przedstawia jako opiekuna swojego ludu. Przypomnijmy sobie Psalm, który mówi: ‘Oto nie zdrzemnie się ani nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem. Pan cię strzeże’ (Ps 121, 4-5)”.

    Krzysztof Bronk/12.03.2026/VATICANNEWS.VA

    ***

    Pragnę, aby w Polsce wiele się modlono. Nagrania archiwalne z Janem Pawłem II

    fot. Vatican Media/YT

    ***

    Jan Paweł II w wygłoszonej 14 marca 1979 r. katechezie mówił, że dojrzewamy duchowo, nawracając się do Boga, a nawrócenie realizuje się poprzez modlitwę, a także poprzez post i jałmużnę. Są to drogi wskazane przez samego Jezusa.

    Wielki Post musi pozostawić w naszym życiu silny i nieusuwalny ślad – mówił Jan Paweł II podczas swego pierwszego Wielkiego Postu w Watykanie. Ubolewając nad zanikiem praktyk wielkopostnych, podkreślał szczególne znaczenie modlitwy. Definiował ją w sposób najbardziej radykalny. Nie jako naszą rozmowę z Bogiem, ale zjednoczenie ze Słowem Odwiecznym. W archiwach Watykanu zachowało nagranie słów, które Jan Paweł II skierował wówczas do Polaków.

    Pragnę, ażeby w Polsce wiele się modlono

    „Pragnę, ażeby w Polsce wiele się modlono i w czasie Wielkiego Postu, i poza Wielkim Postem, zawsze, żeby wiele się modlono, żeby polskie słowo modlitwy włączało się w to odwieczne Słowo, które stało się ciałem i które łączy, jednoczy modlitwy wszystkich ludzi, wszystkich narodów, wszystkich języków. I swoim odwiecznym Słowem przemawia do Ojca naszego, który jest w niebie. Taka jest głębia, taka jest tajemnica modlitwy. Niech ta tajemnica nigdy nie przestanie być udziałem polskich serc” – prosił Jan Paweł II.

    Dojrzewamy duchowo, nawracając się do Boga

    W wygłoszonej 14 marca 1979 r. katechezie zauważył, że dojrzewamy duchowo, nawracając się do Boga, a nawrócenie realizuje się poprzez modlitwę, a także poprzez post i jałmużnę. Są to drogi wskazane przez samego Jezusa. Dzięki temu „Wielki Post musi pozostawić w naszym życiu silny i nieusuwalny ślad. Musi odnowić w nas świadomość naszego zjednoczenia z Jezusem”.

    Uczymy się modlitwy, modląc się z Jezusem

    Papież podkreślił, że bez modlitwy „nie można nawrócić się do Boga, pozostać w jedności z Nim, w tej wspólnocie, która pozwala nam dojrzewać duchowo”. Po tym też poznajemy, że jesteśmy uczniami Jezusa. Modląc się, od Niego samego uczymy się modlić, tak jak Apostołowie.

    Tylko Jezus jest drogą, chwyćmy Go za rękę

    Odwołując się do francuskiego teologa Yvesa Raguina ,Jan Paweł II zauważył, że „ponieważ koniec drogi modlitwy gubi się w Bogu, a nikt nie zna tej drogi oprócz Tego, który pochodzi od Boga, Jezusa Chrystusa, trzeba… skupić wzrok wyłącznie na Nim. On jest drogą, prawdą i życiem. Tylko On przeszedł tę drogę w obu kierunkach. Trzeba włożyć naszą dłoń w Jego dłoń i wyruszyć”.

    Małość naszych słów uzupełnia się w Słowie Odwiecznym

    „Modlić się – mówił dalej Jan Paweł II – oznacza odnaleźć się w tym jedynym wiecznym Słowie, przez które przemawia Ojciec i które przemawia do Ojca. To Słowo stało się ciałem, abyśmy mogli łatwiej odnaleźć się w Nim również poprzez nasze ludzkie słowo modlitwy. To słowo może czasami być bardzo niedoskonałe, może nam czasem wręcz brakować słów, jednak ta niezdolność naszych ludzkich słów nieustannie uzupełnia się w Słowie, które stało się ciałem, aby przemawiać do Ojca z pełnią tej mistycznej jedności, którą każdy modlący się człowiek tworzy z Nim; którą wszyscy modlący się tworzą z Nim. W tej szczególnej jedności ze Słowem tkwi wielkość modlitwy, jej godność i, w pewnym sensie, jej definicja”.

    Gdzie jest modlitwa, tam jest Kościół

    Papież podkreślił, że to również modlitwa tworzy Kościół. Kościół tak daleko, jak daleko sięga modlitwa. Gdziekolwiek jest człowiek, który się modli, tam jest Kościół.

    17 marca 2026 – Jan Paweł II (‘79): Moc modlitwy w Wielkim Poście/portal WIARA – Stacja7.pl

    ***

    Modlitwa do Maryi, Królowej Pokoju

    Ave Regina Pacis, Królowa Pokoju w Santa Maria Maggiore

    Ave Regina Pacis, Królowa Pokoju w Santa Maria Maggiore

     Adobe Stock

    ***

    Maryjo, Królowo Pokoju,

    Matko Tego, który jest naszym Pokojem,

    przychodzimy do Ciebie z sercami niespokojnymi,

    pełnymi lęku o jutro i bólu świata.

    Ty w ciszy Nazaretu uczyłaś się ufać,

    a pod krzyżem zachowałaś wiarę mimo ciemności.

    Spójrz na nasze niepokoje, podziały i wojny,

    na rany zadane słowem i czynem,

    na serca, które utraciły nadzieję.

    Wyproś nam pokój —

    najpierw w naszym wnętrzu,

    abyśmy umieli przebaczać i zaczynać od nowa.

    Wyproś pokój w naszych rodzinach,

    aby rozmowa zwyciężała milczenie pełne żalu.

    Wyproś pokój między narodami,

    aby przemoc ustąpiła miejsca dialogowi,

    a sprawiedliwość szła w parze z miłosierdziem.

    Maryjo, ucz nas słuchać Boga,

    który przemawia w ciszy.

    Ucz nas odwagi czynienia dobra,

    gdy świat wybiera łatwą drogę osądu i podziału.

    Otul płaszczem swojej opieki tych,

    którzy cierpią z powodu wojen i niesprawiedliwości.

    Prowadź nas do Twojego Syna,

    abyśmy w Nim odnaleźli pokój,

    którego świat dać nie może.

    Królowo Pokoju,

    módl się za nami

    i ucz nas stawać się budowniczymi pokoju.

    Amen.

    ***

    Umiłowanie Eucharystii. Droga krzyżowa ze św. Alfonsem Liguori

    Stacja 8 Drogi Krzyżowej: Jezus pociesza płaczące niewiasty
    Renata Sedmakova | Shutterstock

    ***

    „Dusze pobożne starają się po Komunii świętej tak długo trwać na modlitwie, jak tylko mogą.”

    Podążać drogą świętości. Droga krzyżowa ze św. Alfonsem Liguori

    Droga krzyżowa z myślami św. Alfonsa Liguoriego

    Ofiara Mszy świętej nie jest mniej ważna niż ofiara Krzyża, ta, która dokonała się w historii, ponieważ jest to ta sama ofiara, jest to ten sam Kapłan, który uświęca ją z krzyża. Ofiara Ołtarza jest kontynuacją krzyża. 

    Najlepszą więc drogą do dobrego zrozumienia Eucharystii, wejścia w nią z pokorą, czcią i miłością jest droga krzyżowa. Prowadź nas, Panie, ku spotkaniu z sobą, którego rozpoznajemy pod postacią Chleba i Wina.

    I. Jezus skazany na śmierć (stacja obojętności)

    Słusznie św. Tomasz z Akwinu nazwał ten sakrament [Eucharystię] sakramentem miłości i rękojmią miłości. Sakramentem miłości, ponieważ właśnie miłość doprowadziła Jezusa do ofiarowania nam w tym sakramencie siebie samego. Dowodem miłości zaś dlatego, ponieważ gdybyśmy o niej zwątpili, ten sakrament będzie dla nas jej gwarancją. Tak jakby nasz Odkupiciel chciał powiedzieć: „Abyście nigdy nie zwątpili w moją miłość, zostawiam wam w tym sakramencie siebie. Mając taki dowód w ręku, nie możecie już więcej wątpić, że was kocham, i to bardziej”.

    Wydano wyrok! Nie dostrzeżono w Tobie Miłości, która zbliżyła się całkowicie do człowieka. Może liczebnie nie wielu miałeś wrogów, lecz tak dużo obojętnych obserwatorów. Piłat umył ręce, w ostateczności było mu wszystko jedno. Tłum się nie zainteresował, by poznać Ciebie, mógł więc łatwo krzyczeć: „Na krzyż!”. 

    Dziś podobnie – tak wielu obojętnych obserwatorów na Mszy św., nie przychodzą do ołtarza Twojej miłości, gdzie dajesz nam się cały.

    A dar ten zawiera wszystkie inne dary, którymi Pan nas obdarował: stworzenie, odkupienie, przeznaczenie do wiecznej chwały. Eucharystia nie jest tylko dowodem miłości Jezusa Chrystusa, ale jest także zadatkiem raju.

    II. Jezus bierze krzyż na swoje ramiona (stacja naśladowania Jezusa)

    Najukochańszy nasz Pasterz, który oddał życie za nas, swoje owieczki, nie chciał, aby śmierć odłączyła Go od nas. Oto, trzódko moja umiłowana – mówi – jestem zawsze z wami. Dla was pozostałem na ziemi w Eucharystii. Tu znajdziecie Mnie zawsze, ilekroć zechcecie, abym wam dopomógł i pocieszył was swoją obecnością.

    Jezus zaprasza do naśladowania Go, także w niesieniu swojego krzyża. Gdzie szukać sił, światła, łask – do rozpoznawania drogi, krzyża, do dźwigania go, jak nie poprzez spotkanie z Chrystusem w Eucharystii? Nigdy tak naprawdę nie wyruszę za moim Mistrzem, jeśli Msza święta nie stanie się centrum mojego życia. Miejscem słuchania Zbawiciela i odkrywaniem Jego miłości do każdego człowieka, bo tylko miłość pociąga. I tylko miłość daje siły do niesienia krzyża. Wtedy tylko pójdę do końca za Jezusem, jeśli doświadczę Jego miłości i ukochania, które jest w Eucharystii. Św. Alfons tak witał Chrystusa w Komunii świętej: 

    obejmuję Cię, życie moje, łączę się z Tobą. Aż nazbyt byłem szalony, gdy odchodziłem od Ciebie z miłości ku stworzeniom. Teraz już nie chcę rozłączyć się z Tobą. Pragnę zawsze żyć i umrzeć zjednoczony z Tobą.

    III. Pierwszy upadek Jezusa (stacja doświadczenia słabości)

    Jeśli idzie o uleczenie naszych chorób duchowych, to czyż możemy znaleźć lekarstwo skuteczniejsze od Komunii świętej, którą Sobór Trydencki nazwał środkiem uwalniającym nas od grzechów powszednich, a chroniących od śmiertelnych?

    Naszym dniom towarzyszą upadki. Widzimy, że przez lata popełniamy wciąż te same grzechy. Jeśli pragniemy z nich powstać, trzeba zbliżać się do Jezusa w Eucharystii, który jest naszą mocą i źródłem męstwa – z ufnością i pragnieniem, by wziął na siebie nasze ciężary i przemienił nas. 

    Jest rzeczą konieczną przy Komunii św. mieć wielkie pragnienie przyjęcia Pana Jezusa wraz z Jego świętą miłością. Na tej świętej uczcie tylko ci zostają nasyceni, którzy są zgłodniali.

    Jezu, pomagaj mi, bym codziennie i dobrze się modlił.

    IV. Jezus spotyka swoją Matkę (stacja spotkania)

    Dusze pobożne starają się po Komunii świętej tak długo trwać na modlitwie, jak tylko mogą. Dusza po Komunii świętej powinna więc rozmawiać z Panem Jezusem – wzbudzać pobożne uczucia i zanosić modlitwy.

    Spotkanie Jezusa z Maryją jest spotkaniem pełnym miłości we wzajemnym powierzeniu się sobie i oddaniu osób, które zawsze były ze sobą razem. Nasz udział w Eucharystii i przyjęcie Jezusa w Komunii św. powinno być takim spotkaniem:

    Oto mój Bóg przybył mnie nawiedzić; Zbawiciel mój zamieszkał w duszy mojej. Mój Jezus już rzeczywiście ze mną przebywa. Przyszedł, aby stać się moim, a mnie swoim uczynić. Jezus więc należy do mnie, a ja do Niego. Jezus jest całkowicie moim, a ja cały jestem Jego własnością.

    V. Szymon z Cyreny pomaga dźwigać krzyż Jezusowi (stacja przymuszonych)

    Kościół święty orzekł, iż każdy chrześcijanin powinien w czasie wielkanocnym i w niebezpieczeństwie życia przystępować do Stołu Pańskiego. Lecz należy także wiedzieć, iż człowiek z trudnością utrzyma się w łasce Bożej, jeśli będzie przystępować, jak to czynią niektórzy chrześcijanie mało dbający o zbawienie wieczne, do Komunii świętej tylko raz w roku. To zresztą widać z doświadczenia i udowadnia się to rozumem, ponieważ dusza pozbawiona przez dłuższy czas tego pokarmu Bożego z trudnością znajdzie siłę do oparcia się pokusom i tak z łatwością upadnie w grzech. Najświętszy sakrament nazywa się chlebem niebiańskim, bo jak chleb ziemski zachowuje życie ciała, tak chleb niebiański zachowuje żywot duszy.

    Ewangelia ukazuje Szymona, który został przymuszony do niesienia krzyża Jezusowego. Nie ma wątpliwości, że tak bliskie spotkanie z Bogiem jest dla człowieka piękne i błogosławione. Otwiera oczy na piękno ludzkiego życia, narodzonego z Bożej miłości i wypełniającego się w niej. Podobnie jest z prawem, które nakazuje nam spotkanie z Jezusem Eucharystycznym. Poprzez to spotkanie doświadczam, że jestem ukochany. Czasem jednak czuję się na Eucharystii tak… nijako, bez miłości do Jezusa. Św. Alfons wskazuje: 

    Temu, kto mówi: Właśnie dlatego nie przystępuję często do Komunii świętej, bo widzę, jak zimny jestem wobec Bożej miłości…, odpowiada Gerson: „Dlatego, że odczuwasz zimno, chcesz oddalić się od ognia?”. Powinieneś uczynić wręcz przeciwnie: Jeśli pragniesz kochać Chrystusa, im bardziej jesteś zimny, tym bliżej powinieneś przystąpić do Eucharystii. 

    VI. Weronika ociera twarz Jezusowi (znak miłości)

    W Komunii świętej Jezus jednoczy się z nami tak realnie, że słusznie mógł powiedzieć św. Franciszek Salezy: „Eucharystia jest najczulszym znakiem miłości, bo Jezus unicestwia się w niej, aż stanie się naszym pokarmem, by się z nami zjednoczyć”.

    Weronika otrzymała w odpowiedzi na swoją miłość odbicie umęczonej twarzy Chrystusa. Ludzie często noszą ze sobą zdjęcia osób, które kochają. Wizerunek taki otaczany jest czułością, szacunkiem, gdyż jest znakiem miłości, należenia do siebie, wyrazem pragnienia, by być blisko siebie. Taki był dar Chrystusa dla Weroniki, taki jest dar Chrystusa dla ludzkości w Jego ofierze krzyżowej, która uobecnia się, mocą miłości, w Eucharystii. 

    Tego właśnie dokonała niezmierzona miłość Boga do ludzi: nie tylko ofiarowuje się im całkowicie w Królestwie wieczności, ale już tu na ziemi daje się im posiąść w tak intymnej, jak tylko to jest możliwe, jedności, ofiarowując się pod postacią chleba w Eucharystii.

    VII. Jezus po raz drugi upada (stacja uznania grzechu)

    W Pierwszym Liście św. Jana czytamy: „jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy” (1 J 1, 8). Te słowa boleśnie potwierdza nasze doświadczenie życiowe. Tyle w nas zaniedbania, obojętności, bylejakości, przeciętności i grzechów ciężkich. A przecież nasze powołanie to być synami Światłości. Mamy obowiązek stawania się świętymi. Jak? 

    Komunia święta pomnaża w nas łaskę chroniącą przed grzechami ciężkimi. Dlatego Innocenty III napisał, że Jezus Chrystus poprzez swoją mękę i śmierć wyzwolił nas z niewoli grzechu, a poprzez Eucharystię uwalnia nas od możliwości popełnienia grzechu. Przede wszystkim jednak ten sakrament zapala dusze do Bożej miłości.

    VIII. Jezus pociesza płaczące niewiasty (aby prawdziwe widzieć Chrystusa)

    Kontekst Ewangelii skłania raczej ku przekonaniu, że niewiasty wcale nie dostrzegły Jezusa i Jego miłości, która została odrzucona. Płaczą, bo tak wypada (zwyczajowe płaczki), bo może coś je rozczuliło. Tak naprawdę nie widzą Zbawiciela ani Jego dzieła. W jakiś sposób odnajdują się w tym wydarzeniu dla siebie samych. Często tak jest z nami na Mszy świętej. Nie widzimy Jezusa! Ksiądz podaje opłatek! „Nie płaczcie nad Mną; płaczcie raczej nad sobą (Łk 23, 28).

    Powinniśmy wierzyć, że przez słowa poświęcenia, które wymawia kapłan we Mszy świętej, chleb i wino tracą swoją istotę, a przemieniają się w Ciało i Krew Pana Jezusa; a z chleba i wina nic nie pozostaje, chyba same postacie pozorne, jako to: barwa, smak, kształt, do tego stopnia, iż jest nieomylną nauką wiary, że w Najświętszym Sakramencie Ołtarza jest rzeczywiście cały Jezus Chrystus ze swoim Ciałem, Duszą i Bóstwem.

    IX. Jezus po raz trzeci upada (stacja kochania siebie)

    Nasz wiek przyzwyczaił nas do tego, iż zawsze powinniśmy odnosić sukces. Żyjemy w erze nieustannych sukcesów i dlatego każdy upadek rodzi dyskomfort, poczucie totalnej przegranej, wręcz odrzucenia siebie. A przecież znając swoją ludzką kondycję – mam też prawo do błędów, oczywiście takich, z których chcę się podnosić. Św. Paweł mówi: „moc w słabości się doskonali”. Ta doskonałość polega na tym, że widzę, iż sam bez Jezusa nie dam rady. Dopiero w Nim jestem silny! Mogę zaakceptować siebie z moimi zaletami i wadami, bo wiem, że jestem umiłowany przez Boga i powołany do rzeczy wielkich. Jeśli Bóg mnie miłuje, cóż znaczy porażka…? Znów mogę powstać! 

    Jakaż zachodziła potrzeba, żeby Pan Jezus po śmierci swojej oddał się nam na pokarm? Oto wymagała tego miłość. To zresztą czytamy wyraźnie w Ewangelii św. Jana: „widząc Jezus, iż przyszła godzina Jego, aby przeszedł z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich, do końca ich umiłował”; i chcąc wtedy dać nam najwyższy, jaki tylko być może, dowód tej swojej miłości, postanowił Przenajświętszy Sakrament Ciała i Krwi swojej.

    X. Jezus z szat obnażony (stacja ubóstwa)

    Eucharystia potwierdza całkowite wyniszczenie Jezusa. Uniżył samego siebie, aby każdy miał przez Niego dostęp do Ojca. Jezus chce być dla nas konieczny, jak konieczny do życia jest chleb. Chce być obecny w naszej codzienności. Tak zwyczajnie. Poprzez ofiarę krzyżową zostało zawarte Nowe Przymierze, w którym Jezus stał się Bogiem z nami, by ubóstwem swoim nas ubogacić.

    Aby zaś każdemu łatwo było Go przyjąć, ofiarował się nam pod postaciami chleba. Gdyby ukrył się pod postaciami jakiegoś rzadkiego lub drogocennego pokarmu, ubodzy nie mieliby do Niego dostępu. Stał się chlebem, aby być najprostszym pokarmem dla wszystkich.

    XI. Jezus przybity do krzyża (Więzień miłości)

    Więc otóż Pan Jezus przebywa na ołtarzach, jakby zamknięty w tylu i tylu więzieniach, do których wtrąca Go Jego niepojęta miłość ku ludziom.

    Śpiewamy: „To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech”. Trzeba sobie jednak uświadomić, że pierwszą przyczyną, dla której Jezus dał się przybić do krzyża, była Jego miłość do grzesznego człowieka. To nie gwoździe Cię przybiły, lecz Twoja miłość do mnie. Ta, która wszechmocnego Pana czyni słabym, jakby więźniem miłości. 

    Nie masz parafii chociażby najuboższej, nie masz klasztoru, który by nie miał szczęścia posiadania Przenajświętszego Sakramentu; we wszystkich tych miejscach Król nieba i ziemi dozwala się trzymać zamknięty w małym Tabernakulum z drzewa lub kruszcu, gdzie przebywa sam jeden, zaledwie mając przed sobą lampkę, bez nikogo, kto by Mu cześć oddawał. Ależ Panie! Woła na to św. Bernard, to nie przystoi Twojemu Majestatowi! – Mniejsza o to, odpowiada Jezus, niech to nie przystoi mojej godności, byle przystało mojej miłości.

    XII. Śmierć Jezusa  (stawanie się Bożym człowiekiem)

    Ty w Najświętszym Sakramencie dochodzisz przez swoją miłość aż do ukrycia swego majestatu i uniżenia swej chwały, dochodzisz jakby do wyniszczenia i unicestwienia swego Boskiego życia. O Jezu najukochańszy, pozwól mi powiedzieć, że jesteś za bardzo w ludziach rozmiłowany, do tego stopnia, iż ich dobro stawiasz wyżej niż Twoją własną cześć.

    Męka, śmierć krzyżowa, Eucharystia – to niezbite dowody Bożego ukochania nas. I to jest też źródło mojego pragnienia, by być świętym. Jestem umiłowany przez Pana tak bardzo, pragnę więc odpowiedzieć Mu moją miłością, odrzucając wszystko, co przeszkadza mi w kochaniu Boga, w życiu tylko dla Niego, w posłudze braciom. Chcę stać się Bożym człowiekiem, by móc powiedzieć za św. Pawłem: „Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”. 

    Gdyby król przybył odwiedzić ubogiego pastuszka w jego chatce, cóż więcej mógłby ów pastuszek uczynić, jak ofiarować mu ją całą? Ponieważ zaś, Jezu, Boski mój Królu, przybyłeś mnie odwiedzić w ubogim domu duszy mojej, ofiaruję i oddaję Ci ten dom i siebie całego wraz ze swoją wolą i wolnością.

    XIII. Jezus zdjęty z krzyża (stacja pokory)

    Idziesz więc, duszo moja, aby pożywać Najświętsze Ciało Pana Jezusa? A czy jesteś tego godna? Boże mój, kim ja jestem, a kim Ty jesteś? Dobrze wiem, kim jesteś Ty, który mi się oddajesz; lecz czy Ty wiesz, kim jestem ja, który ma Ciebie przyjąć? Poznaję, o mój Panie, wielki Twój majestat i nędzę swoją.

    Widzimy ciało Jezusa w ramionach Matki, całkowicie bezbronne… Tak samo Jezus oddał się nam. Jest obecny w kruszynie chleba, ale ja nigdy nie mogę stracić świadomości, że w niej przychodzi do mnie sam Bóg, wszechpotężny Pan świata; kochający, ale w swym Boskim majestacie, przed którym zginam kolana. Wszystko, czym jestem, wszystko, co posiadam, pochodzi od Niego. Dar spotkania z Nim w Eucharystii jest gestem Jego nieskończonej miłości i miłosierdzia, nie zaś moją zasługą, wypływającą z doskonałości życia. 

    Pragniesz, bym Cię przyjął jako pokarm, i wzywasz mnie do tego. Przychodzę więc, mój najukochańszy Zbawicielu, przychodzę, aby Cię przyjąć tego dnia, upokorzony i zawstydzony z powodu win swoich, lecz pełny ufności w Twoje miłosierdzie i Twoją miłość ku mnie.

    XIV. Jezus złożony w grobie (stacja nadziei i zaufania)

    Jezu mój najukochańszy! Ponieważ zapraszasz mnie do tego stołu miłości, abym pożywał Boskie Twe Ciało, czego mi jeszcze może brakować? Kogóż będę się lękać, jeśli Ty, Boże wszechmocny, jesteś światłem i ratunkiem moim? Cały się Tobie oddaję. Przyjmij mnie, a potem czyń ze mną, co Ci się podoba; karz mnie, jak chcesz, gniewaj się na mnie, zabij mnie, zniszcz, a zawsze będę mówić do Ciebie z Hiobem: „Choćby mnie zabił Wszechmocny – ufam, i dróg moich przed Nim chcę bronić” (Hi 13, 15). Bylebym do Ciebie należał i Ciebie kochał, a będę szczęśliwy.

    Jezus pokonał śmierć! Zmartwychwstały jest wśród nas! Karmi nas sobą i swoją miłością. Czyż jest większy skarb na ziemi? Moje życie w Bogu się wypełnia. Od Niego pochodzę i do Niego zmierzam. Jedyne zło, jakie mnie może spotkać w życiu, to stracić Boga! Z Nim niczego się nie lękam!

    opracował: o. Wojciech Pawlicki CSsRAleteia.pl

    ***

    Nowa Droga Krzyżowa w Bazylice św. Piotra

    Nowa Droga Krzyżowa w Bazylice Watykańskiej

    Nowa Droga Krzyżowa w Bazylice św. Piotra została wykonana przez młodego szwajcarskiego artystę Manuela Andreasa Dürra, wyłonionego w międzynarodowym konkursie, na który nadesłano ponad tysiąc zgłoszeń. Inauguracja nowych obrazów Drogi Krzyżowej miała miejsce w piątek 20 lutego w ramach obchodów 400. rocznicy poświęcenia Bazyliki św. Piotra (1626–2026).

    Dzieło zostało wybrane po międzynarodowym konkursie ogłoszonym w grudniu 2023 roku. Nabór, otwarty dla wszystkich bez względu na narodowość, płeć, wiek czy wyznanie, przyciągnął ponad tysiąc zgłoszeń z osiemdziesięciu krajów na pięciu kontynentach.Selekcji dokonała komisja złożona z historyków sztuki, liturgistów oraz przedstawicieli instytucji watykańskich.

    Po przeanalizowaniu życiorysów i portfolio fotograficznych czternastu artystów zaproszono do przedstawienia po dwóch szkiców, w tym obowiązkowego projektu dwunastej stacji – śmierci Jezusa na krzyżu.

    Dzieło zostało wybrane po międzynarodowym konkursie ogłoszonym w grudniu 2023 roku

    Dzieło zostało wybrane po międzynarodowym konkursie ogłoszonym w grudniu 2023 roku

    Propozycja Dürra została wybrana jednogłośnie ze względu na równowagę kompozycyjną oraz siłę wyrazu w ukazaniu misterium paschalnego.

    Czternaście stacji zostało rozmieszczonych wzdłuż nawy głównej oraz wokół Konfesji na cały okres Wielkiego Postu, oferując przestrzeń modlitwy i refleksji zarówno wiernym, jak i odwiedzającym.

    Propozycja Dürra została wybrana jednogłośnie

    Propozycja Dürra została wybrana jednogłośnie

    Uczestnicy rozważają czternaście stacji Drogi Krzyżowej w sercu świętej przestrzeni, która przechowuje pamięć o Apostole Piotrze.

    Dzięki nowej Drodze Krzyżowej Bazylika św. Piotra odnawia dialog między sztuką a liturgią, ofiarując Kościołowi i pielgrzymom widzialny znak tego, jak piękno nadal rozświetla tajemnicę Krzyża.

    Nowa Droga Krzyżowa jest dziełem Manuela Andreasa Dürra (na pierwszym planie)
    Nowa Droga Krzyżowa jest dziełem Manuela Andreasa Dürra (na pierwszym planie)

    Vatican News

    ***

    Wszystko przemieni w piękno.

    Droga Krzyżowa w Bazylice św. Piotra

    Stacja Drogi Krzyżowej - Upadek Jezusa pod Krzyżem wg. Manuela Andreasa Dürra

    ***

    Pielgrzymi i turyści odwiedzający Bazylikę św. Piotra mogą od początku Wielkiego Postu tego roku oglądać stacje Drogi Krzyżowej, umieszczone w nawie głównej i w części prezbiterium, przyciągające uwagę swoimi kolorami, do tej pory nieznanymi w tej świątyni, i ekspresją przedstawionych postaci. Odnosi się niemal od początku wrażenie, że mamy do czynienia ze sztuką tradycyjną i nowoczesną zarazem.

    W grudniu 2023 r. Fabryka św. Piotra (watykańska instytucja zajmująca się administracją i wyposażeniem bazyliki) ogłosiła międzynarodowy konkurs na stacje Drogi Krzyżowej, mając na uwadze zarówno cele duchowe jak i artystyczne. Chodziło o znalezienie artysty, który zaproponowałby stacje harmonizujące z cała architekturą potężnej świątyni jak i z jej bogatym i różnorodnym wyposażeniem, co, oczywiście, nie było sprawą prostą. Inicjatywa wpisuje się w jubileusz 400-lecia poświęcenia bazyliki, które miało miejsce w 1626 r. Nabór prac był otwarty dla wszystkich artystów powyżej 18 roku życia, bez względu na narodowość, płeć, wiek czy wyznanie. Jedynym wymogiem było zachowanie czternastu tradycyjnych stacji Drogi Krzyżowej, od skazania przez Piłata Jezusa na śmierć po złożenie Go do grobu. Odzew był niezwykły i zaskoczył samych organizatorów. Otrzymano ponad tysiąc zgłoszeń z osiemdziesięciu krajów na pięciu kontynentach.

    Wybrany jednogłośnie

    Komisja złożona z historyków sztuki, liturgistów i przedstawicieli instytucji watykańskich wyłoniła, po pierwszej selekcji, niewielką grupę czternastu artystów, których zaproszono do przedstawienia dwóch projektów: jednego, przedstawiającego obowiązkowo dwunastą stację, czyli „Jezusa umierającego na krzyżu”, i drugiego, dowolnie wybranego, poświęconego jednemu z pozostałych wydarzeń tradycyjnie składających się na Via Crucis.

    Stacja 1: Jezus na śmierć skazany

    Stacja 1: Jezus na śmierć skazany

    W propozycjach dostrzeżono różnorodność stylów, technik, kolorów, ujęć samej figury Zbawiciela i osób biorących udział w tej szczególnej wędrówce na Golgotę. Jedno i to samo wydarzenie historyczne odbijało się w najróżniejszych formach, odsłaniając osobistą interpretację i wrażliwość każdego autora. Po wnikliwej ocenie komisja jednogłośnie wybrała projekt szwajcarskiego artysty o nazwisku Manuel Andreas Dürr. Jego propozycja wyróżniała się zarówno elementami formalnymi jak i przekazem treści, klarownością strukturalną, wspartą solidną sztuką kompozycyjną. Jego Droga Krzyżowa, zaprezentowana publicznie po raz pierwszy 20 lutego 2026 roku, czyli w pierwszy piątek Wielkiego Postu, zaprasza pielgrzymów z każdego kontynentu do swoistej podróży duchowej i artystycznej kontemplacji.

    Malarstwo, które mówi prawdę

    Należę do tych, którzy tę podróż już odbyli i to o poranku, kiedy ogromna świątynia jest jeszcze pusta: jedynie tu i ówdzie przechodzą pielgrzymi, którzy weszli do niej jako pierwsi, zaraz po otwarciu bram i drzwi. Zanim jednak zdecydowałem się na obejrzenie stacji, zapoznałem się z życiorysem artysty. Urodzony w 1989 r. w Bienne (Szwajcaria), studiował najpierw malarstwo w Akademii Sztuk Pięknych we Florencji, a następnie filozofię, historię sztuki i… slawistykę we Fryburgu szwajcarskim i Bernie. Można więc powiedzieć, że otrzymał staranne i różnorodne wykształcenie. „Florenckie” ślady w jego wcześniejszych dziełach były dostrzegane zarówno przez profesjonalnych znawców sztuki jak i zwykłych miłośników malarstwa. Jego prace, wystawiane na całym świecie, znane są z mocnego języka wizualnego i zdolności do sugestywnej interpretacji tematów religijnych i społecznych. A sam artysta wierzy, że „malarstwo dzisiaj może być szczególnym sposobem mówienia prawdy”.

    Stacja 12: Jezus umiera na krzyżu.

    Stacja 12: Jezus umiera na krzyżu.

    Teraz przyglądam się poszczególnym stacjom i dłużej zatrzymuję się przy czwartej, ukazującej spotkanie Zbawiciela z Jego Najświętszą Matką. Artysta koncentruje się na Maryi, ukazując Jej piękną, ciągle młodzieńczą, twarz i głębokie, pełne nostalgii i miłości, spojrzenie na Syna. Jej dłoń jest blisko twarzy Chrystusa, ale przecież Go nie dotyka, tak jak to się dzieje w słynnej Piecie Michała Anioła, znajdującej się w tej samej świątyni, zupełnie blisko Via Crucis. Uroku przedstawionej scenie dodają piękne, choć bardzo proste, szaty, zarówno Jezusa jak i Maryi.

    Zatrzymuję się następnie dłużej przy stacji XII, „Jezus umiera na krzyżu”, tej najważniejszej z wielu punktów widzenia. Zbawiciel przedstawiony jest na krzyżu między dwoma łotrami. Łatwo tu dostrzec równowagę kompozycyjną przede wszystkim w harmonijnym przedstawieniu figury Chrystusa jak i dwóch łotrów, ukazanych na dwóch różnych poziomach. Jezus patrzy na dobrego łotra, który przed chwilą prosił Go o to, aby był razem z Nim w raju. Powagi całej scenie i szczególnego nastroju dodaje bardzo ciemny, granatowy odcień koloru niebieskiego, elegancki i klasyczny.

    Stacja 4: Jezus spotyka swoją Matkę

    Stacja 4: Jezus spotyka swoją Matkę

    Swoisty klimat dostrzega się też w XIV stacji, czyli w „Złożeniu Jezusa do Grobu”. Tylu malarzy przedstawiało tę scenę… jakże tu nie wspomnieć Caravaggia. Zresztą może coś z niego artysta szwajcarski zapożyczył, zwłaszcza gdy chodzi o ukazanie samego Jezusa wkładanego do grobu. Ale kolory są tu trochę inne, przede wszystkim więcej żółtego… Czyżby chodziło już w tym momencie o ukazanie świtu poranka wielkanocnego?    

    Wierność Ewangelii i oddziaływanie na widza

    Po obejrzeniu, zresztą dosyć dokładnym, także pozostałych stacji, rozmawiam z moim znajomym historykiem sztuki i znawcą malarstwa. Pytam się go o to, co sądzi o opisywanym dziele. Gianluca pozwala sobie na dłuższy wywód.  Można by rzec – mówi – że nowoczesna sztuka religijna, proponująca jednolity język i ciągle odkrywane elementy wczesnego renesansu, zakończyła swoją jednorodną podróż w XIX wieku. Od tego czasu w coraz mniejszym stopniu uwzględniała innowacje kultury nowoczesnej. Dotyczy to nie tylko aspektów destrukcyjnych, ale także pozytywnych: zwłaszcza koncepcji obrazu jako pola, w którym kolory oddziałują na siebie, tworząc znaczącą, poruszającą całość, niezależną od tematu.

    Stacja 10: Jezus z szat obnażony

    Stacja 10: Jezus z szat obnażony

    W tej Drodze Krzyżowej artyście udało się połączyć dwa fundamentalne aspekty obrazu religijnego: wierność tekstowi Ewangelii, ale także szczere, poruszające oddziaływanie na widza. Ten drugi aspekt osiąga się przez wyrafinowane użycie przestrzeni, godne Piera della Francesca. W tym sensie wolne miejsca na płótnie, pola pozostawione niemal całkowicie bez kolorów, są również bardzo ważne, bo stanowią hołd dla abstrakcji, tak ważnej w ubiegłym stuleciu. Pokrewieństwa z niektórymi włoskimi obrazami można dostrzec także w formalnej klarowności, a także w ujęciu postaci nawiązującego do narracyjnej surowości Giotta.

    Stacja 13: Jezus zdjęty z krzyża i złożony w ręce Matki

    Stacja 13: Jezus zdjęty z krzyża i złożony w ręce Matki

    Jeśli chodzi o samą tematykę – kontynuuje Gianluca – tak bardzo znaną i obecną w malarstwie światowym, jej dramatyzm jest wyrażony z wielką oryginalnością i skutecznością, niemal jak kadr z filmu, w którym każda chwila jest przeżywana z niezwykłą emocjonalną głębią. Można powiedzieć, że całe dzieło dobrze wróży odrodzeniu się szczerej, figuratywnej interpretacji tajemnicy zbawienia, odpowiadającej również uczuciom tych wszystkich, którzy pragną ją odnaleźć także w dziełach sztuki.  

    Bóg wszystko przemieni w piękno

    A co mówił sam artysta w związku z wyróżnieniem, jakie stało się jego udziałem? „Jakiż to zaszczyt być wystawianym obok Michała Anioła i Berniniego. I jakiż lęk tworzyć własne dzieła, które będą umieszczone w tak ważnym miejscu z perspektywy artystyczno-historycznej i kulturowej”. Jako protestant, zgłębiał mękę Chrystusa i arcydzieła przeszłości stanowiące sedno katolicyzmu, szczególnie wspomnianą już Pietę Michała Anioła: „Płacząca matka trzyma w ramionach zmarłego syna: jaka scena jest bardziej rozdzierająca serce niż ta?” – pytał w wywiadzie dla telewizji szwajcarskiej. „A jednak geniusz, taki jak Michał Anioł, potrafił wydobyć coś pięknego z tak smutnej chwili. To paradoksalne piękno, nie natychmiastowe, skłania mnie do myślenia, że ​​Bóg czyni to samo – a nawet więcej – z nami, ludźmi: nie opuszcza tych, którzy cierpią, lecz daje nam obietnicę, że wszystko przemieni w piękno”.

    Stacja 14: Jezus złożony do grobu

    Stacja 14: Jezus złożony do grobu

    ks. Waldemar TurekWatykan (artykuł ukazał się nakładem tygodnika „Idziemy”)

    ***

    Papież: Spowiedź jako droga do pojednania z Bogiem… i pokoju na świecie

    (PAP/EPA/VATICAN MEDIA HANDOUT)

    ***

    „Czy chrześcijanie ponoszący poważną odpowiedzialność za konflikty zbrojne mają pokorę i odwagę, by dokonać poważnego rachunku sumienia i wyspowiadać się?”- takie pytanie zadał Ojciec święty podczas piątkowej audiencji z uczestnikami 36. Kursu Forum Wewnętrznego zorganizowanego przez Penitencjarię Apostolską.

    W Pałacu Apostolskim w Watykanie, papież Leon XIV zachęcał do kontynuowania dzieła Jana Pawła II, które służy głębokiej formacji, aby „czwarty sakrament był coraz głębiej rozumiany, właściwie sprawowany, a tym samym pogodnie i skutecznie przeżywany przez cały święty Lud Boży”.

    – Sakrament Pojednania – jak wiemy – przeszedł na przestrzeni dziejów znaczący rozwój, zarówno pod względem teologicznym, jak i formy jego sprawowania – podkreślił papież, ubolewając, że wielu ludzi nie korzysta z tego „nieskończonego skarbu miłosierdzia Kościoła” z powodu „powszechnego rozproszenia wśród chrześcijan, którzy nierzadko pozostają w stanie grzechu przez długi czas, zamiast z prostotą wiary i serca przystąpić do konfesjonału, aby przyjąć dar Zmartwychwstałego Pana”.

    Papież przypomniał, że „Sobór Laterański IV w 1215 roku ustanowił obowiązek spowiedzi sakramentalnej przynajmniej raz w roku”, zaś „Katechizm Kościoła Katolickiego, po Soborze Watykańskim II, potwierdził tę normę (por. KKK, 1457), która jest również prawem Kościoła: ‘Każdy wierny po osiągnięciu wieku rozeznania, obowiązany jest przynajmniej raz w roku wyznać wiernie wszystkie grzechy ciężkie’” (Kodeks Prawa Kanonicznego, 989).

    Sakrament Pojednania, zwłaszcza w okresie Wielkiego Postu, oznacza „bycie w harmonii” z Bogiem, „zjednoczenie się z Nim”. Przywraca jedność z Bogiem poprzez odpuszczenie grzechów i wlanie łaski uświęcającej. Leon XIV dodał, że „sprzyja to wewnętrznej jedności jednostki i jedności z Kościołem; w konsekwencji sprzyja również pokojowi i jedności w rodzinie ludzkiej”.

    Ojciec Święty w tym kontekście zadał pytanie: „Czy chrześcijanie ponoszący poważną odpowiedzialność za konflikty zbrojne mają pokorę i odwagę, by dokonać poważnego rachunku sumienia i wyspowiadać się?” I dalej: „Ale – pytamy ponownie – czy człowiek, małe i proste stworzenie, może naprawdę „zerwać jedność” ze Stwórcą? Czy ten obraz nie jest być może stronniczą i ostatecznie poniżającą interpretacją Objawienia, które Jezus nam dał o Bogu?”

    Przechodząc do analizy tego zagadnienia, Leon wyjaśnia, że „przy bliższym przyjrzeniu się grzech nie zrywa jedności, rozumianej jako ontologiczna zależność stworzenia od Stwórcy: nawet grzesznik pozostaje całkowicie zależny od Boga Stwórcy, a ta zależność, gdy zostanie uznana, może otworzyć drogę do nawrócenia”. Dodaje jednak, że „grzech zrywa duchową jedność z Bogiem: odwraca się od Niego, a ta dramatyczna możliwość jest równie realna, jak dar wolności, którym sam Bóg obdarzył ludzi. Zaprzeczanie możliwości, że grzech rzeczywiście zrywa jedność z Bogiem, jest w rzeczywistości brakiem uznania godności człowieka, który jest – i pozostaje – wolny, a zatem odpowiedzialny za własne czyny”.

    Zwracając się do młodych kapłanów i kandydatów papież polecił im, by zdawali sobie sprawę „z najwznioślejszego zadania, jakie sam Chrystus, za pośrednictwem Kościoła, im powierza: przywracania jedności ludzi z Bogiem poprzez sprawowanie Sakramentu Pojednania”.

    – Stajemy się świętymi w konfesjonale! Pomyślmy tylko o świętym Janie Marii Vianneyu, świętym Leopoldzie Mandiciu, a ostatnio o świętym Pio z Pietrelciny i błogosławionym Michale Sopoćce – mówił Leon, wskazując na niezwykłą doniosłość spowiedzi świętej.

    To dzięki przywróceniu jedności z Bogiem następuje przywracanie jedności z Kościołem, który jest „Mistycznym Ciałem Chrystusa”. – Podczas sprawowania sakramentu spowiedzi, gdy penitenci dostępują pojednania z Bogiem i z Kościołem, sam Kościół jest budowany i wzbogacany odnowioną świętością swoich skruszonych dzieci, którym wybaczono grzechy. W konfesjonale, drodzy bracia, współpracujemy w nieustannym budowaniu Kościoła: jednego, świętego, powszechnego i apostolskiego; czyniąc to, dajemy też nową energię społeczeństwu i światu – podkreślił papież.

    I dalej dodał, że „jedność z Bogiem i Kościołem jest wreszcie warunkiem wewnętrznej jedności jednostek, tak niezbędnej dziś, w dobie rozbicia, w której żyjemy”. W opinii Leona XIV, dzisiaj wielu młodych pragnie wewnętrznej jedności. Mają dość „niespełnionych obietnic, niepohamowanego konsumpcjonizmu i frustrujących doświadczeń wolności oderwanej od prawdy”. Kapłani powinni wykorzystać tę sytuację do wzmożonej ewangelizacji, aby przypominać, że Bóg stał się człowiekiem, aby nas zbawić.

    Bez „jedności z Bogiem, z Kościołem i w nas samych” nie będzie pokoju między ludźmi i narodami, gdyż jedynie osoba pojednana jest zdolna do życia w pokoju. – Ten, kto odkłada broń pychy i pozwala, by nieustannie odnawiało go Boże przebaczenie, staje się narzędziem pojednania w życiu codziennym. W nim lub w niej spełniają się słowa przypisywane świętemu Franciszkowi z Asyżu: ‘Panie, uczyń mnie narzędziem Twojego pokoju’” – wskazał papież, który prosił, by „nigdy nie zaniedbywać przystępowania do Sakramentu Pojednania z wierną stałością”.

    PCh24.pl/źródło: press.vatican.va

    ***

    Sakrament ocalenia. Dobra spowiedź jako przełom na drodze nawrócenia

    fot. Henryk Przondziono / Gość Niedzielny

    ***

    Miałam wrażenie, że Bóg mnie przytulił. Czułam, że zostałam oczyszczona i spłynął na mnie ogromny pokój. Mam poczucie, że ta spowiedź zamknęła pewien etap mojego życia. Znów stałam się częścią Kościoła, który kiedyś opuściłam – mówi Kasia.

    ***

    Wielkopostne nawrócenie ma wiele wymiarów, ale wszystkie ustępują najważniejszemu: dobrej spowiedzi.

    Święty Jan Vianney wielokrotnie przekonywał wiernych, jak ważne jest szczere wyznanie wszystkich grzechów. „O, jak bardzo ślepi są grzesznicy, którzy wstydzą się albo też boją wyspowiadać się ze swoich upadków! Na co się przyda to ukrywanie, skoro kiedyś tajniki serc zostaną odsłonięte na oczach całego świata?” – argumentował. Wskazywał jednak, że jest na to sposób: „Jeżeli chcemy raz na zawsze ukryć swoje grzechy, musimy się z nich dobrze wyspowiadać”.

    20 kilo mniej

    Dobra spowiedź to dla wielu katolików wydarzenie przełomowe na drodze nawrócenia.

    Kasia Biedrzycka z Rybnika przez lata żyła z dala od Kościoła. Przez 18 lat była związana z ruchem Hare Kriszna. W końcu stwierdziła, że nie wierzy w żadnego boga, ale gdy w drodze do pracy przechodziła koło kościoła, obrzucała Jezusa najgorszymi epitetami, obwiniając Go o całe zło, które wydarzyło się w jej życiu.

    Pewnej kwietniowej nocy 2022 roku, przed świętem Miłosierdzia Bożego, przyśnił jej się Pan Jezus. Usłyszała: „Głoś moje miłosierdzie”. Obudziła się z potężnym pragnieniem poznania Zbawiciela. Szukała, pytała i wciąż jej było mało. Trafiła na spotkanie wspólnoty Jezusa Miłosiernego. – Kiedy w kościele zaczęło się uwielbienie, ryczałam jak bóbr. Potężnie doświadczałam obecności Boga – wspomina. Zaczęła regularnie chodzić do kościoła, a równocześnie odczuła ogromną potrzebę spowiedzi, oczyszczenia oraz pragnienie przyjmowania Komunii. Ale nie znała żadnego księdza, bała się. – Jedynym „ludzkim”, znanym mi, był ksiądz Adrian, opiekun wspólnoty, ale nie miałam odwagi, żeby go poprosić – tłumaczy. Aż któregoś dnia on sam do niej podszedł i mówi: „A jak tam u ciebie, sakramenty są?”. Odpowiedziała: „No, chrzest miałam, Komunię miałam, bierzmowanie miałam”. Na to on: „A spowiedź kiedy była?”.

    – To był dla mnie dar z nieba, bo bardzo tego pytania potrzebowałam. Mówię, że to było może ze 30 lat temu. A on: „A chcesz się wyspowiadać?”. Powiedziałam, że tak, ale nie znam żadnych formułek. Ksiądz na to, że to nie problem. Umówiliśmy się za tydzień. Czułam potworny stres, bo miałam mówić o rzeczach z całego życia, o których nie mówiłam nikomu. Ksiądz czekał na mnie przed kościołem. Poszliśmy na salki i tam miałam spowiedź generalną. Po niej odczułam ogromną radość i wielką ulgę; jakbym stała się o 20 kilo lżejsza. Miałam wrażenie, że Bóg mnie przytulił. Czułam, że zostałam oczyszczona i spłynął na mnie ogromny pokój. Mam poczucie, że ta spowiedź zamknęła pewien etap mojego życia. Znów stałam się częścią Kościoła, który kiedyś opuściłam – mówi Kasia.

    Uzdrowienie

    – W mojej pamięci mocno zapisała się jedna szczególna spowiedź – opowiada Robert (nazwisko znane redakcji). Przystępował do niej z noszonym przez lata ogromnym ciężarem doświadczenia wykorzystania seksualnego w dzieciństwie. Nigdy wcześniej nie potrafił nikomu o tym powiedzieć. – W trakcie tej spowiedzi po raz pierwszy zrozumiałem coś fundamentalnego: nie noszę w sobie odpowiedzialności za to, co się wydarzyło. To nie była moja wina, choć przez lata żyłem tak, jakby to brzemię należało do mnie. Uświadomienie sobie tego w obecności Boga i człowieka, który mnie słuchał, przyniosło mi głęboki oddech ulgi i początek wewnętrznego uzdrowienia – wspomina.

    Spowiednik okazał mu ogromne wsparcie i pociechę. – Jego słowa były pełne szacunku, delikatności i zrozumienia. Nie czułem się oceniany ani wypytywany – czułem się przyjęty. To doświadczenie pozwoliło mi zobaczyć, że Kościół może być miejscem, w którym człowiek naprawdę zostaje wysłuchany i otoczony troską – podkreśla. Co więcej, ksiądz pokierował go do osób, które pomogły mu lepiej rozumieć reakcje, emocje i trudności, z jakimi zmagał się przez lata.

    – Dziś patrzę na tamtą spowiedź jako na moment przełomowy. To był początek drogi, na której uczyłem się żyć bez wstydu, bez fałszywej winy i z coraz większą nadzieją – zaświadcza Robert.

    Nie potępia

    Ksiądz Michał Wala kocha spowiadać. – To jest dla mnie jeden z dwóch najpiękniejszych sakramentów. Pierwszym jest oczywiście Eucharystia. To niesamowite, że mogę nieść miłosierdzie Boga człowiekowi i dać mu nadzieję, że może zacząć na nowo. Ważne, że chce się podnieść i iść dalej – przekonuje.

    Stosunek księdza Michała do sakramentu pokuty ma związek z doświadczeniem sprzed prawie 19 lat. – To było na początku mojego kapłaństwa. Poszedłem na obchód chorych do szpitala. Tam jeden chory mówi, że chciałby się wyspowiadać, ale nie teraz, bo to będzie długa spowiedź. Przyszedłem więc wieczorem. On uprzedził mnie, że ze złych rzeczy w swoim życiu nie zrobił tylko tego i tego, a wszystko inne zrobił. Wyspowiadał się, ja udzieliłem mu Komunii, chwilę porozmawialiśmy i powiedzieliśmy sobie: „Do zobaczenia rano”. Ale rano on już nie żył. To doświadczenie pokazało mi, że w spowiedzi warto być człowiekiem, ręką, słuchem Pana Boga i Jego ustami po to, żeby dać miłosierdzie, bo to może jest ostatni moment – podkreśla kapłan. I dodaje: – Pan Bóg nigdy nie potępi w konfesjonale. Zawsze przyjdzie z wielką miłością do człowieka i z wielkim przebaczeniem.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***


    Znany egzorcysta: Spowiedź święta to broń przeciwko demonom. Może uwolnić od opętania

    Znany amerykański egzorcysta ks. Chad Ripperger zachęca do spowiedzi świętej. Jak podkreśla, spowiedź może uwolnić ludzi od opętania demonicznego.

    Jak podkreślił w rozmowie z amerykańskim podcasterem Shawnem Ryanem, w Kościele katolickim wskazuje się na różne stopnie wpływu demonicznego na człowieka. Opętanie jest najbardziej skrajnym przypadkiem. Jak podkreślił, ludzie muszą w pierwszej kolejności porzucić grzech. Podał przykład rodziny, w której to żona chce rządzić mężem. Jeżeli mąż zacznie zachowywać się jak mężczyzna i będzie sprawować władzę w sposób sprawiedliwy, a żona się temu podporządkuje, będzie to oznaczać wyzwolenie od demonicznego wpływu.

    Szczególną wagę ma sakrament spowiedzi świętej, podkreślił. Spowiedź może wyzwolić nawet od opętania. Kiedy wierzący w Chrystusa wyzna grzech, który otwiera demonowi drogę do jego dusz, a kapłan udzieli mu rozgrzeszenia, wówczas rozwiązana zostaje „prawna” moc wiążąca grzechu. Choć może zaskakiwać użycie w tym kontekście legalnego języka, ks. Ripperger odwołał się wprost do słów naszego Pana, Jezusa Chrystusa z Ewangelii św. Jana na temat odpuszczania grzechów: „Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20, 23).

    Może być tak, że ktoś spowiada się, ale to nie pomaga. W takich przypadkach nierzadko człowiek popełnił poważny błąd: nie wyznał wszystkich ciężkich grzechów, choćby o nich zapominając.

    Według ks. Chada Rippergera podstawowym sposobem wpływania przez demony na ludzi jest pokusa, czego doświadczają wszyscy. Kolejnym stopniem ataków demonicznych jest obsesja. Dalej znajduje się ucisk, który dotyka takich sfer życia człowieka jak pieniądze, relacje czy zdrowie. Rzadkim przypadkiem jest opętanie sensu stricto, kiedy demon przejmuje kontrolę nad ciałem człowieka.

    źródło: lifesitenews.com/PCh24.pl

    ***
    Ksiądz Arcybiskup Adrian Galbas SAC:

    Nasz wiek utracił poczucie grzechu. Nie kształtujmy moralności na popularnych opiniach

    (fot. (aldg) PAP/Tomasz Gzell)

    ***

    W trakcie homilii w Środę Popielcową abp Adrian Galbas ostrzegał przed subiektywnym ustalaniem, jakie uczynki uważa się za grzeszne. Jak dodał sumienia nie powinno się formować w oparciu o modne przekazy i sądy opinii publicznej.

    Metropolita warszawski w Środę Popielcową przewodniczył mszy św. w Świątyni Opatrzności Bożej, pierwszym w tym roku kościele stacyjnym Warszawy.

    W homilii abp Galbas powiedział, że zewnętrznym wymiarem prawdziwego nawrócenia są modlitwa, post i jałmużna – „trzy postawy, które są wyrazem potrójnego przykazania miłości”.

    – Modlitwa, a więc więcej miłości Boga. Post to więcej dobrze pojętej miłości siebie samego. I jałmużna, a więc więcej miłości bliźniego – wyjaśnił.

    Ordynariusz zaznaczył, że nawrócenie oznacza zmianę dotychczasowego sposobu życia i postępowania.

    – Ten, kto się nawraca, idzie pod prąd, gdzie prąd znaczy powierzchowny styl życia, bezładny i iluzoryczny, jakiemu często ulegamy, opanowuje on nas i powoduje, że stajemy się niewolnikami zła albo więźniami moralnej mierności – powiedział hierarcha za papieżem Benedyktem XVI.

    Przyznał, że „najbardziej praktycznym i konkretnym wyrazem nawrócenia jest każda spowiedź”.

    – Kiedy przystępujemy do tego sakramentu, nie robimy tego po to, by Pana Boga poinformować o naszych grzechach. On je zna i widzi. Nie chodzi też, by jedynie informować o nich Kościół, który reprezentuje spowiadający nas ksiądz. Spowiedź jest po to, by Chrystusowi nasze grzechy oddać, by powierzyć mu siebie ze swoim grzechem i uczynić to przez pośrednictwo Kościoła – wyjaśnił duchowny.

    Podkreślił, że „Bóg nigdy się od nas nie odwraca, nigdy nie staje do nas plecami, zawsze zwrócony jest sercem”.

    – To my na skutek grzechu ciężkiego odwracamy się od Boga, a poprzez spowiedź nasze serca znów na nowo się spotykają – kontynuował arcybiskup.

    Przypomniał, że spowiedź dotyczy wszystkich grzechów ciężkich, a więc takich, które dotyczą rzeczy poważnej, zostały popełnione w całkowitej wolności i z pełną świadomością.

    – Aby spowiednik dobrze mógł ocenić, czy dany grzech jest ciężki, czy nie, Kościół od czasu Soboru Trydenckiego wymaga także, aby podczas spowiedzi podać okoliczności popełnienia grzechu, a także informacje o sobie – dodał.

    Hierarcha przestrzegł przed subiektywnym decydowaniem, co jest grzechem, oraz kierowaniem się w tej kwestii opinią społeczną.

    – Nawet gdyby tak żyli wszyscy ludzie na ziemi, to dany grzech – jeśli spełnia te trzy warunki – nie przestałby przez to być grzechem – zaznaczył.

    – „Grzechem tego wieku jest utrata poczucia grzechu” pisał już papież Pius XII, a św. Jan Paweł II nazywał to zaciemnieniem i wypaczeniem sumienia, jego martwotą i znieczuleniem – powiedział abp Galbas.

    Poprosił księży o większą dostępność spowiedzi dla wiernych oraz o przypominanie w kazaniach moralnej nauki Kościoła o grzechu, nawróceniu, skrusze i pojednaniu.

    – Jeśli ludzie nie będą o tym słyszeli z ambony, jak będą mieli się nawracać, jak będą mieli korzystać z sakramentu pokuty? – zapytał. Zwrócił uwagę, że nauka o Bożym miłosierdziu „nie oznacza lekceważenia ludzkiej nieprawości i akceptacji grzechu”. Biskup zachęcił, aby nie lekceważyć grzechów lekkich, bo choć nie wymagają wyznawania ich przy spowiedzi, to mogą przyczynić się do poważnego upadku duchowego.

    Hierarcha tłumaczył, że żal za grzechy „nie jest jakąś płytką emocją, jest szczerym powiedzeniem sobie i Bogu: Szkoda, że tak zrobiłem, szkoda, że tak żyłem, szkoda, że zmarnowałem tyle czasu, by być daleko od Boga. Mogłem być bliżej Niego i dzięki temu moje życie mogło być dużo bogatsze i lepsze”. – Jeśli nie chcemy, by nasze życie pozostało pełne mroku i sprzeczności, niekonsekwencji i haniebnego fałszu, musimy odważnie patrzeć na uczynki naszego życia i stawić czoło wielkiej, nawet najstraszliwszej prawdzie, prosząc Boga, by przyszedł nam z pomocą. Nie możemy być grzesznikami zbawionymi przez łaskę, jeśli wpierw nie umiemy uznać się za grzeszników – powiedział abp Galbas, cytując kardynała Saraha.

    W czasie mszy św. nastąpił obrzęd posypania głów wiernych popiołem na znak żałoby i pokuty.

    Środa Popielcowa rozpoczyna w Kościele katolickim trwający 40 dni okres wielkiego postu nawiązujący do czterdziestodniowego pobytu Chrystusa na pustyni, gdzie pościł i był kuszony przez szatana. Dla wiernych jest on wezwaniem do pokuty, nawrócenia i przemiany życia.

    PCh24.pl(PAP)/oprac. FA

    ***
    7 głębokich treści teologicznych zawartych w pieśni „Zbliżam się w pokorze”

    (opr. PCh24.pl)

    ***

    Do 1969 r. dzień 7 marca był świętem św. Tomasza Akwinu – największego z teologów, nazywanego Doktorem Anielskim. Przypisuje się mu autorstwo kilku tekstów liturgicznych o tematyce eucharystycznej, w tym słynnej pieśni „Zbliżam się w pokorze” (łac. Adoro te devote). Utwór ten jest prawdziwą „perełką” teologii eucharystycznej. Choć jest krótki, zawiera jednak zaskakująco dużo głębokich treści dogmatycznych.

    1. „Wielbię Twój majestat, skryty w Hostii tej”

    Eucharystia jest sakramentem (gr. mystērion), co dosłownie oznacza „tajemnicę”. W każdym sakramencie obecna jest rzeczywistość niewidzialna, w pewnym sensie „ukryta”, którą oznacza widzialny znak dostępny ludzkiemu oku. W przypadku Eucharystii tą niewidzialną rzeczywistością jest Ciało, Krew, Dusza i Bóstwo Chrystusa – niedostrzegalne zmysłami. Oczami rozpoznajemy bowiem jedynie postacie chleba i wina, podczas gdy w istocie obecny jest tam cały Chrystus wraz ze swoim majestatem. Dlatego Tomasz z Akwinu pisze, że majestat Chrystusa jest „skryty” w Hostii.

    2. „Mylą się, o Boże, w Tobie wzrok i smak”

    Słowa te podkreślają, że zmysłami nie można potwierdzić Realnej Obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Cudowna przemiana chleba w Ciało Pańskie i wina w Jego Krew, czyli transsubstancjacja, polega bowiem na tym, że choć zmienia się substancja, to postacie widzialne pozostają niezmienione. Dlatego też, choć na ołtarzu prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie obecne są Ciało i Krew Chrystusa, ich wygląd, smak, zapach i inne właściwości zmysłowe nie ulegają zmianie – nadal rozpoznajemy chleb i wino.

    Stąd Tomasz z Akwinu pisze, że zmysły „mylą się”: wydaje się im, że postrzegają chleb i wino, podczas gdy w rzeczywistości na ołtarzu obecny jest już sam Bóg.

    Co ciekawe, polskie tłumaczenie tej pieśni nie oddaje w pełni łacińskiego oryginału. W tekście Adoro te devote wymienione są trzy zmysły: „visus, tactus, gustus”, czyli wzrok, dotyk i smak, podczas gdy polska wersja wspomina jedynie o wzroku i smaku.

    3. „Bóstwo swe na krzyżu skryłeś wobec nas, tu ukryte z Bóstwem człowieczeństwo wraz”

    Kiedy Chrystus umierał na krzyżu, przypadkowemu przechodniowi trudno było uwierzyć, że ten cierpiący Człowiek był prawdziwym Bogiem. W ludzkim rozumowaniu moglibyśmy się spodziewać, że Bóg-Człowiek zstąpi z krzyża, pokona żołnierzy i w widzialny sposób ustanowi swoje królestwo. Tak się jednak nie stało – Chrystus konał w straszliwych męczarniach, nie objawiając swojej chwały. Nie manifestował swojego Bóstwa; dlatego Tomasz z Akwinu pisze, że Zbawiciel skrył Je wobec nas.

    W Eucharystii trudność wiary jest jeszcze większa. Nie widzimy bowiem nie tylko Bóstwa Chrystusa, ale nawet Jego człowieczeństwa. Naszym oczom ukazują się postacie chleba i wina, a nie ludzkie ciało i krew. Dlatego Doktor Anielski stwierdza, że w Eucharystii wraz z Bóstwem ukryte jest jeszcze człowieczeństwo Zbawiciela.

    Zaraz potem Akwinata dopowiada, że wiara „w Oboje” – to znaczy zarówno w Bóstwo, jak i w człowieczeństwo Chrystusa – prowadzi do osiągnięcia chwały niebieskiej.

    4. „Jak niewierny Tomasz Twych nie szukam ran”

    W pieśni pojawia się nawiązanie do św. Tomasza Apostoła, który początkowo nie wierzył relacjom naocznych świadków zmartwychwstania Chrystusa. A przecież powinien zaufać pozostałym Apostołom, z którymi podążał za Chrystusem przez kilka ostatnich lat. Kiedy jednak powiedziano mu, że widzieli żyjącego Pana, nie uwierzył ich świadectwu i postanowił sam Go zobaczyć. Stało się to dopiero po ośmiu dniach – wtedy Tomasz uwierzył, dostrzegając rany Zbawiciela.

    Apostoł miał szczęście móc fizycznie zobaczyć Chrystusa po Jego Zmartwychwstaniu. Dziś, po Wniebowstąpieniu Zbawiciela, taka bezpośrednia możliwość nie istnieje, a wiara, której brakowało Tomaszowi, staje się absolutnie niezbędna. Nie możemy już oglądać fizycznego ciała Boga-Człowieka, a jedynie Jego Ciało eucharystyczne, które choć prawdziwe, to nie przypomina ludzkiego ciała. Zdarzają się cuda eucharystyczne, w których w sposób niewytłumaczalny naukowo Ciało Chrystusa przyjmuje formę fragmentu ludzkiego mięśnia. Poza tymi wyjątkami jedynie wiara pozwala nam uznać, że w Najświętszym Sakramencie Chrystus jest obecny prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie.

    Warto zwrócić uwagę, że tutaj o niewiernym Tomaszu pisze inny Tomasz, czyli Akwinata. Można więc powiedzieć, że choć Tomaszowi Apostołowi brakowało wiary, Pan Bóg dał Kościołowi innego Tomasza, pełnego wiary, który umacnia wierzących aż po czasy współczesne.

    5. „O pamiątko śmierci Pana”

    Polskie tłumaczenie tego wersu pieśni jest niedoskonałe. Mówi ono: „Ty, coś upamiętnił śmierci Bożej czas”. Oryginał łaciński brzmi jednak: „O memoriale mortis Domini”, co oznacza: „O pamiątko śmierci Pana”. Msza św. jest bowiem powtórzeniem Ofiary złożonej przez Chrystusa Bogu Ojcu na Kalwarii za zbawienie ludzkości. Tym razem jest to jednak Ofiara bezkrwawa. Pomimo tego, obecność dwóch sakramentalnych postaci sprawia, że Msza św. rzeczywiście pozostaje pamiątką śmierci Pana.

    Kiedy kapłan wypowiada słowa konsekracji, a konkretnie te nad kielichem z winem, Ciało i Krew Chrystusa zostają rozdzielone. Chwilę wcześniej na ołtarzu pojawiło się już Ciało Boga-Człowieka, a teraz dołącza Krew Pańska. Oddzielenie Ciała i Krwi jest w ludzkim doświadczeniu znakiem śmierci, dlatego każda Msza św. jest pamiątką Ofiary krzyżowej Chrystusa.

    Trzeba jednak pamiętać, że po Zmartwychwstaniu Chrystusa Jego Ciało i Krew są ze sobą na zawsze złączone – Chrystus pozostaje żywym Bogiem-Człowiekiem. Oznacza to, że w każdej z dwóch sakramentalnych postaci obecny jest cały Chrystus (łac. Christus totus). Do przyjęcia całego Zbawiciela w Komunii św. wystarczy więc przyjąć Go pod jedną postacią, a z przyczyn praktycznych jest to zwykle postać Ciała Pańskiego. Podważanie tej prawdy wiary jest herezją głoszoną niegdyś przez Jana Husa, a potępioną przez Sobór Trydencki.

    Warto również przypomnieć, że podczas trzech dni, gdy Chrystus leżał w grobie, Jego Ciało i Dusza pozostawały oddzielone: martwe Ciało spoczywało w grobie, a Dusza zstąpiła do Piekieł, by wyprowadzić stamtąd sprawiedliwych Starego Testamentu. Jak podkreśla św. Tomasz z Akwinu, gdyby któryś z Apostołów odprawił w tym czasie Mszę św., na ołtarzu znajdowałyby się martwe Ciało i Krew Chrystusa, pozbawione życia – dwie oddzielne postaci. Od momentu Zmartwychwstania jednak Ciało, Krew, Dusza i Bóstwo Chrystusa pozostają ze sobą na zawsze złączone, i takie właśnie są obecne podczas każdej Mszy św.

    6. „Ty, co jak Pelikan Krwią swą karmisz lud”

    Obraz pelikana bywa często przywoływany w refleksji nad Eucharystią. Jego źródłem jest starożytna legenda opisana w dziele Physiologus (Fizjolog), przypisywanym anonimowemu autorowi z Aleksandrii z II wieku. Według tej opowieści pelikan nie dopuszczał, by jego pisklęta zginęły z głodu – w chwili braku pożywienia rozdzierał własną pierś i karmił je swoją krwią. Inna wersja legendy głosi z kolei, że krew pelikana była w stanie nawet przywrócić młode do życia.

    Nic więc dziwnego, że już od pierwszych wieków chrześcijanie dostrzegali w pelikanie symbol Chrystusa Odkupiciela, który oddał własne życie i przelał Najdroższą Krew dla zbawienia ludzi, a w Eucharystii karmi wiernych swoim Ciałem i Krwią. Motyw ten obecny jest nie tylko w literaturze duchowej, lecz także w sztuce chrześcijańskiej – m.in. często pojawia się na paramentach liturgicznych.

    Św. Tomasz z Akwinu nie był pierwszym, który odwołał się do symboliki pelikana. Wcześniej podobieństwo to dostrzegali m.in. święci Epifaniusz z Salaminy, Błażej z Sebasty oraz Piotr z Aleksandrii. Po Akwinacie motyw ten podejmowali także twórcy literatury, jak Dante Alighieri w Boskiej Komedii czy William Shakespeare w Hamlecie.

    Nie dziwi zatem fakt, że Doktor Anielski sięgnął po obraz pelikana w swoim hymnie eucharystycznym, porównując Chrystusa do niego. Podkreśla w nim, że Ciało i Krew Pana są duchowym pokarmem w czasie ziemskiej pielgrzymki, a Krew Zbawiciela oczyszcza człowieka z win i zmaz grzechu. Dlatego właśnie Chrystus „jak pelikan Krwią swą karmi lud”.

    7. „Bym oblicze Twoje tam oglądać mógł”

    W jaki sposób dusze w niebie mogą oglądać Boskie Oblicze, skoro nie mają oczu? W chwili śmierci, kiedy dusza oddziela się od ciała, wszystkie cechy wspólne człowiekowi i niższym stworzeniom ożywionym – zwierzętom i roślinom – pozostają w ciele. Dusza nie może z nich korzystać. Zachowuje natomiast dwie właściwości charakterystyczne dla człowieka: intelekt i wolną wolę. „Niższe” zdolności powrócą dopiero w czasie zmartwychwstania ciał na końcu czasów, gdy dusze ponownie połączą się ze swoimi ciałami.

    Dusza przebywająca w niebie nie może więc rosnąć, odżywiać się ani odczuwać emocji, ponieważ nie ma ciała. Może natomiast korzystać z intelektu, i to właśnie dzięki niemu jest w stanie oglądać Boże Oblicze. Do tego potrzebna jest szczególna właściwość, którą teolodzy nazywają lumen gloriae, czyli „światło chwały”. To „narzędzie” umożliwia stworzonej ludzkiej duszy oglądanie Boga. Catholic Online Encyclopedia wyjaśnia to w następujący sposób:

    Aby móc oglądać Boga, intelekt zbawionych zostaje nadprzyrodzenie udoskonalony przez światło chwały (lumen gloriae). Zostało to zdefiniowane przez Sobór w Vienne w 1311 roku (Denz., nr 475; dawniej nr 403); wynika to także z nadprzyrodzonego charakteru widzenia uszczęśliwiającego. Widzenie uszczęśliwiające przekracza bowiem naturalne możliwości intelektu; dlatego, aby oglądać Boga, intelekt potrzebuje pewnej nadprzyrodzonej mocy – nie tylko przemijającej, lecz trwałej, tak jak samo widzenie. To trwałe wzmocnienie nazywa się „światłem chwały”, ponieważ umożliwia duszom w chwale oglądanie Boga intelektem, podobnie jak światło materialne pozwala naszym oczom cielesnym widzieć rzeczy materialne.

    W pełni prawdziwa jest zatem nadzieja, którą miał św. Tomasz z Akwinu, i którą dzielimy wszyscy: by po śmierci móc oglądać Oblicze Boże.

    Adrian Fyda/PCh24.pźródło: pl.aleteia.org, catholic.org

    ***

    Dwie Postacie, jedna Istota. Czyli jak Chrystus jest obecny w obu konsekrowanych Postaciach?

    (oprac. GS/PCh24.pl)

    ***

    W czasie Mszy św. następuje oddzielenie Ciała i Krwi Chrystusa, wyrażone przez dwie oddzielne konsekracje. Mimo tego, pod każdą z konsekrowanych Postaci Chrystus jest obecny całkowicie, tzn. ze swoim Ciałem, Krwią, Duszą i Bóstwem. Nasuwa się zatem pytanie: jak Ciało i Krew Chrystusa mogą być ze sobą złączone, skoro ewidentnie nastąpiło ich rozdzielenie?

    Krew od zawsze uważana była za nośnik życia; sformułowanie „krew życia” pojawia się już w Księdze Rodzaju (Rdz 9,4). Dopóki płynie ona w ciele człowieka, jest on uznawany za żywego. Ale gdy człowiek umiera i nieśmiertelna dusza opuszcza jego ciało, wtedy mówi się o oddzieleniu ciała i krwi. Jest to faktem również z biologicznego punktu widzenia, bowiem w momencie śmierci krew przestaje płynąć przez żyły i tętnice, a zatem to oddzielenie jest rzeczywiście dostrzegalne.

    Oddzielenie ciała i krwi miało miejsce również w momencie śmierci Chrystusa. Jest On przecież nie tylko prawdziwym Bogiem, ale i prawdziwym człowiekiem, a więc i umarł jak człowiek. Nieśmiertelna Dusza opuściła Jego materialne Ciało, a Krew przestała płynąć przez Jego żyły. To oddzielenie ponownie się dokonuje podczas każdej Mszy św. i wyrażone jest przez dwie osobne konsekracje, a zarazem przemiany – chleba w Ciało Chrystusa i wina w Jego Krew.

    Jednak tajemnica Eucharystii nie kończy się na cudownej przemianie. Pod każdą z konsekrowanych postaci znajduje się bowiem cały Chrystus (Christus totus). Oznacza to, że w Komunii św. przyjmujemy nie tylko Jego Ciało, ale całego i żywego Chrystusa. Pomimo Jego prawdziwej obecności w Najświętszym Sakramencie, nie jest to jednak obecność fizyczna jaką mają ciała znajdujące się w konkretnym miejscu. Oznacza to, że kiedy kapłan przełamuje Hostię, to Chrystusowi nie odpada ręka czy noga. Raczej, cały Jezus Chrystus jest obecny pod każdą, nawet najmniejszą cząstką konsekrowanych Postaci, co nazywamy obecnością sakramentalną.

    Jak zatem wytłumaczyć fakt, że pomimo dwóch oddzielnych Postaci – Ciała i Krwi – to cały Chrystus jest obecny pod każdą z nich? Dzieje się to na mocy tzw. naturalnej współobecności albo konkomitancji (łac. concomitantia naturalis). Dotyczy ona ciała, krwi i duszy człowieka, które przecież w żywym ludzkim organizmie są połączone. W przypadku Chrystusa musimy do tego „kompletu” dołączyć również Jego Bóstwo, gdyż od chwili Zwiastowania Bóstwo i Człowieczeństwo Chrystusa są na zawsze złączone. I chociaż na krzyżu nastąpiło wspomniane wcześniej oddzielenie Jego Ciała, Krwi i Duszy, to w momencie zmartwychwstania one ponownie się połączyły. Krew znowu zaczęła płynąć przez Jego żyły i docierać do mózgu – tak samo jak ma to miejsce u innych żywych organizmów. W takiej postaci Chrystus chodził po ziemi przez 40 dni po swoim zmartwychwstaniu i w takiej postaci przebywa teraz w niebie. Jest On żywym organizmem, związkiem Ciała i Duszy.

    Ponieważ cały Chrystus jest obecny pod każdą z dwóch konsekrowanych Postaci, dlatego wystarczy nam przyjęcie Go pod jedną z nich. Konieczność przyjmowania obu Postaci głosili heretyccy husyci, którzy odrzucali wiarę w obecność całego Chrystusa pod każdą z Postaci. Ich herezja została potępiona na Soborze w Konstancji w 1414 r. Tylko kapłan w celu dopełnienia Ofiary musi spożyć obie Postacie, a wiernym w zupełności wystarczy przyjęcie Chrystusa pod jedną z nich.

    Inaczej wyglądała sytuacja od momentu śmierci Chrystusa do Jego zmartwychwstania, tzn. w czasie gdy Jego Ciało było złożone w grobie. Ciało, Krew i Dusza martwego Chrystusa – jak w przypadku każdego innego człowieka po śmierci – były wtedy oddzielone od siebie. Każde z nich z osobna było jednak złączone z Jego Bóstwem. Św. Tomasz z Akwinu w swojej Summie Teologicznej (ST III q. 76 a. 1 ad. 1) stawia ciekawe pytanie: co by było, gdyby któryś z Apostołów odprawił wtedy Mszę św.? Przecież Ciało, Krew i Dusza Chrystusa nie były wtedy złączone, a więc nie mielibyśmy całego, a już na pewno nie żywego Chrystusa pod każdą z konsekrowanych Postaci.

    Akwinata odpowiada, że wciąż każda z dwóch konsekracji przyniosłaby swój efekt, czyli chleb wciąż zostałby przemieniony w Ciało Chrystusa, a wino w Jego Krew, i każde z nich byłoby złączone z Jego Bóstwem. Jednak to Ciało byłoby martwe, bowiem właśnie takie Ciało spoczywało wtedy w grobie; podobnie z Krwią – byłaby to krew martwego Chrystusa. Jego Duszy w ogóle by tam nie było, ponieważ była ona wtedy odłączona od Ciała i przebywała w Otchłani – przypomina nam o tym Wyznanie Wiary mówiące, że Chrystus „zstąpił do Piekieł”, gdzie na otwarcie bram raju oczekiwali sprawiedliwi Starego Testamentu.

    Jednak od czasu zmartwychwstania, Ciało, Krew, Dusza i Bóstwo Chrystusa są ze sobą na nowo połączone – i tak już pozostaną już do końca czasów. Zatem zarówno podczas każdej Mszy św. jak i w tabernakulum cały i żywy Chrystus jest obecny zarówno w swoim Ciele jak i w swojej Krwi. Przypomina nam o tym przepiękna sekwencja na uroczystość Bożego Ciała, autorstwa – rzecz jasna – św. Tomasza z Akwinu:

    Pod odmiennych szat figurą, w znakach różnych, nie naturą kryje się tajemnic dziw.

    Ciało strawą, Krew napojem, cały jednak, z Bóstwem swoim, w obu znakach Chrystus żyw.

    Adrian Fyda/PCh24.pl

    ***

    Kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    W tym miesiącu 5 marca w pierwszy czwartek nie będzie Mszy św. o godz. 19.00 i Adoracji przed Najświętszym Sakramentem w kapicy izbie Jezusa Miłosiernego – będzie natomiast w sali parafialnej przy kościele św. Piotra Adoracja o godz. 18.00 i Msza święta o godz. 19.00 w języku angielskim

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    kościół św. Piotra

    Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    W pierwszy piątek 6 marca jest półgodzinna Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00

    Następnie nabożeństwo Drogi Krzyżowej

    W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.

    Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00

    Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu jest w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.

    ***

    W pierwszą sobotę 7 marca o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z III Niedzieli Wielkiego Postu

    Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00

    ***

    W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej

    ***

    W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.

    ***

    W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.

    ***

    W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00

    Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.

    W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej od godz. 13.30 i rozważamy Mękę Pańską śpiewając GORZKIE ŻALE


    ***

    Naczynia połączone

    Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.

    Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?

    „Najświętsze  Serce Jezusa”,  obraz nieznanego  artysty z XIX wieku.
    ISTOCKPHOTO

    ***

    Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.

    Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.

    Jak ciąża

    Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.

    Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?

    – Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.

    Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.

    Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.

    Chodzi o cel

    Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.

    Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.

    – W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.

    Wynagrodzenie

    Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.

    – Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.

    Czwartki

    Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny


    W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.

    ***

    W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.

    Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny o brzasku dnia o godz. 5.00

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ***

    O co tak naprawdę „chodzi” w adoracji?

    Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?

    fot.  Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela

    ***

    Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.

    Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.

    W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.

    Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.

    Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.

    Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.

    Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.

    To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.

    Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.

    ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela

    ***

    Adobe Stock

    ***

    KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.

    Jeżeli przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.

    Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.

    ***

    Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?

    Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!

    Benedykt XVI –Jan Paweł II - Wielki Tydzień 2004

    Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004 

    ***

    “Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)

    „Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)

    ***

    Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?

    Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii świętej.

    Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).

    Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).

    Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).

    Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.

    – Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.

    Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.

    W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.

    Wielkie zmiany

    Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.

    W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.

    Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.

    Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.

    A co jeśli…

    Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?

    – Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.

    Co po Komunii?

    Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***