Month: October 2025

  • ogłoszenia – listopad 2025

    ***

    „Liban potrzebuje pokoju, papieża pokoju” – głosi napis na billboardzie w Bejrucie.

    HUSSEIN MALLA /AP/EAST NEWS 

    ***

    Pierwsza podróż Leona XIV.

    Jak połączyć na nowo chrześcijański Wschód i Zachód?

    Od czwartku 27 listopada w Turcji – do 30 listopada, a następnie do 2 grudnia w Libanie

    W 325 roku papież Sylwester nie dotarł na sobór w Nicei, gdzie  – w świecie imperium rzymskiego – sformułowano wyznawane do dziś Credo. W 1700. rocznicę tego wydarzenia przyjedzie tam papież Leon XIV. Wizyta w Turcji i następnie w Libanie będzie dla wszystkich chrześcijan okazją do wspólnego wyznania wiary – tym razem w świecie zdominowanym przez islam.

    Dawna Nicea to dziś turecki Iznik. Ponad dekadę temu na dnie jeziora o tej samej nazwie archeolodzy odkryli ruiny bazyliki z IV wieku. Ekipa badaczy pod wodzą prof. Mustafy Sahina jest niemal pewna, że to w tej świątyni odbyły się obrady I Soboru Nicejskiego. Leon XIV ma pojawić się również w tym miejscu. Dla lokalnej społeczności to okazja do rozsławienia ich okolicy w świecie i rozkręcenia turystyki. Dla papieża i całego Kościoła to powrót do miejsca, w którym sformułowano wspólne wyznanie wiary.

    Dwa płuca znowu razem?

    W niedzielę Chrystusa Króla, poprzedzającą tę wyjątkową pielgrzymkę (zaczyna się w czwartek 27 listopada i w samej Turcji potrwa do 30 listopada, a następnie do 2 grudnia w Libanie), Watykan opublikował List apostolski Leona XIV In unitate fidei z okazji 1700. rocznicy Soboru Nicejskiego. Czytamy w nim: „Musimy wspólnie kroczyć ku jedności i pojednaniu między wszystkimi chrześcijanami. Credo nicejskie może być podstawą i punktem odniesienia tej wędrówki”. I dalej: „Synod, zwany zgromadzeniem »318 Ojców«, odbył się pod przewodnictwem cesarza: liczba zebranych biskupów była bezprecedensowa. Niektórzy z nich nadal nosili ślady tortur, jakim zostali poddani podczas prześladowań. Zdecydowana większość z nich pochodziła ze Wschodu, a wydaje się, że tylko pięciu było z Zachodu. Papież Sylwester powierzył sprawę teologicznemu autorytetowi biskupa Hozjusza z Kordoby i wysłał dwóch rzymskich prezbiterów” – pisze Leon XIV.

    W liście papieża wiele razy powtarza się motyw ekumeniczny, zarówno samego Soboru Nicejskiego („pierwsze ekumeniczne wydarzenie w historii chrześcijaństwa”), jak i obecnej pielgrzymki, z okazji 1700. rocznicy tego wydarzenia. Mocno brzmią również słowa o biskupach przybyłych na sobór, noszących ślady tortur po prześladowaniach. Papież jedzie teraz do krajów, w których wprawdzie nie ma systemowego prześladowania chrześcijan (a w przypadku Libanu chrześcijanie mają współudział w rządzeniu państwem), ale gdzie jednak – jak w Turcji – przed ponad stu laty doszło do pierwszego ludobójstwa, dokonanego na chrześcijańskich Ormianach, Grekach i Asyryjczykach, i gdzie dziś wiara w Chrystusa nie należy do szczególnie bezpiecznych społecznie tożsamości. Ale ważne jest również to, że kolejny raz zachodnie chrześcijaństwo spotka się z chrześcijańskim Wschodem – nie jako dwa obce sobie światy (pomimo wszystkich politycznych podziałów), ale jako dwa płuca tego samego organizmu.

    Na co komu ta schizma

    Oprócz Iznika i Ankary papież odwiedzi również Stambuł, metropolię na pograniczu dwóch światów. Tutaj można jednocześnie mieszkać w Europie i do pracy dojeżdżać do Azji. W cieniu minaretów ciągle żywe są ślady zapomnianego świata Bizancjum – Konstantynopola. Wystarczy stanąć nad cieśniną Bosfor, oddzielającą dwa kontynenty, żeby zrozumieć, dlaczego przez wieki różne imperia próbowały zdobyć Bizancjum. Panowanie w tak dogodnym strategicznie miejscu pozwalało kontrolować główne szlaki handlowe i zabezpieczać swoje interesy ze strony dwóch kontynentów. Trudno też przemierzać ulice dzisiejszego Stambułu i nie poczuć dreszczyku emocji, gdy mamy świadomość, że przecież tu oddychało jedno z płuc chrześcijaństwa. I nawet do głowy nie przychodzi myśl, że to tylko „ich”, prawosławnych, historia. Dramat podziału chrześcijan nie zmienia faktu, że to historia jednego Kościoła. Pielgrzymka papieża kolejny raz przypomni o tym chrześcijanom na całym świecie. Czy będzie też kolejnym krokiem na drodze do pełnej jedności?

    Przypomnijmy, że do pierwszego podziału doszło pod koniec IV w., kiedy cesarstwo podzielono między dwóch synów Teodozjusza I. Rzymem zarządzał Honoriusz, a Konstantynopolem Arkadiusz. Nie miało to nic wspólnego z walką o wpływy. Podział był czysto strategicznym posunięciem, które miało ułatwić funkcjonowanie państwa. Różnice pojawiały się stopniowo, bardziej na gruncie teologii i sporów o kompetencje dwóch centrów chrześcijaństwa. Schizma, do której doszło w Kościele ostatecznie w 1054 r., była tylko konsekwencją wielowiekowych nieporozumień. Dwa płuca jednej wiary zaczęły odtąd, niestety, oddychać własnym powietrzem. Dystans religijny szedł w parze z wrogością polityczną. Tragicznym wyrazem tego podziału było złupienie Konstantynopola przez krzyżowców w 1204 roku. Konstantynopol, już po upadku Rzymu, pozostał spadkobiercą imperium. Przekonani o tym byli sami mieszkańcy. I tak było aż do zdobycia stolicy przez Turków w 1453 r.

    Turek jest w mieście

    Nowa nazwa Istanbul (Stambuł jest spolszczoną wersją) jest różnie tłumaczona. Niektórzy uznają za uprawnione połączenie tego z greckim is tin polin, czyli „on (w znaczeniu Turek) jest w mieście”. Dla chrześcijan od kilkuset lat oznacza to co najmniej kłopoty. I wbrew popularnemu kiedyś na Zachodzie przekonaniu te kłopoty nie znikły również za czasów świeckiej dyktatury Kemala Ataturka, który wprawdzie skutecznie zminimalizował wpływy islamskich ekstremistów, ale też wcale nie ułatwiał życia chrześcijanom. A poprzedzający jego władzę i stanowiący jego zaplecze ideowe młodoturcy dokonali rzezi około miliona Ormian i innych chrześcijan. Liczba wyznawców Jezusa Chrystusa w ciągu stu lat skurczyła się do naprawdę niewielkiej grupy.

    Gdy kilkanaście lat temu na zaproszenie tureckiego rządu z okazji Roku św. Pawła z grupą dziennikarzy z Europy przemierzaliśmy Turcję wzdłuż i wszerz, uderzające były dwie rzeczy. Po pierwsze: łatwość, z jaką pani z ministerstwa kultury, pokazując nam „pamiątki po chrześcijaństwie”, pomijała wątki, które mogłyby wyjaśnić, dlaczego dziś są już tylko pamiątkami. Po drugie: zachowanie nielicznych chrześcijan we wschodniej części kraju, którzy ściszali głos lub przerywali rozmowę tylko przy jednym pytaniu: o ludobójstwo dokonane na ich współwyznawcach. Po dojściu do władzy partii zrywającej ze świecką dyktaturą sytuacja wcale się nie poprawiła, przeciwnie – dążenie do ponownej islamizacji kraju sprowadziło na chrześcijan nowe problemy. Nieżyjący już dziś abp Luigi Padovese (został zamordowany kilka lat temu) mówił mi w czasie naszego spotkania w Turcji: „Nawróceni na chrześcijaństwo mają wybór: albo zmienić miejsce zamieszkania, albo zgodzić się na dyskryminację”. Niewykluczone, że Leon XIV poruszy również te trudne sprawy podczas spotkania z najwyższymi władzami Turcji.

    Raj już nie dla chrześcijan?

    Liban to zupełnie inny kontekst papieskiej podróży. „Od 1975 do 2025 roku żyliśmy w stanie wojny, Liban został zniszczony, niektóre miasta zrównano z ziemią. Odbudowywaliśmy go wiele razy i nigdy nie utraciliśmy nadziei, nigdy się nie poddaliśmy. Już na początku tego roku Pan zaczął nam dawać konkretne znaki, że ta nadzieja może się spełnić” – mówił przed pielgrzymką dla mediów watykańskich Mounir Khairallah, biskup maronitów z Batroun. Duchowny nie kryje nadziei, jaką z wizytą Leona XIV wiążą nie tylko chrześcijanie, ale i muzułmanie. Po spotkaniu z władzami państwowymi papież będzie modlił się przy grobie św. Szarbela w klasztorze św. Marona w Annai uznawanym za duchowe sercu Libanu i Kościoła maronickiego. Ważne będzie też spotkanie międzyreligijne na placu Męczenników oraz spotkanie z młodzieżą przed siedzibą patriarchatu maronickiego. W ostatnim dniu papież pojawi się również na modlitwie w porcie w Bejrucie, gdzie 5 lat temu doszło do tragicznego w skutkach wybuchu, który dobił i tak pogrążony w zapaści kraj.

    Trudno powiedzieć, jakimi słowami papież będzie próbował objąć wszystkie problemy, z którymi mierzą się jego libańscy gospodarze. Z jednej strony można powiedzieć, że to najbardziej wdzięczne miejsce na wizytę papieża na Bliskim Wschodzie. Do niedawna powtarzaliśmy opowieść o kraju, w którym chrześcijanie, sunnici i szyici zgodnie dzielą się władzą i szanują swoje prawa. Tyle że tego Libanu już nie ma. A przynajmniej w wielu miejscach tego niewielkiego kraju trudno już o mówienie o takiej strukturalnej sielance. A i chrześcijanie w niemałej liczbie opuszczają kraj, który budowali od podstaw.

    Pakt jedności narodowej

    Po wybuchu w bejruckim porcie miałem okazję rozmawiać z ks. Jadem Chloukiem z maronickiej katedry św. Jerzego w Bejrucie. – Problem tkwi w tym, jak zmieniły się wzajemne relacje między chrześcijanami a muzułmanami i jak zmieniła się pozycja chrześcijan w stosunku do tego, co było wcześniej. Chrześcijanie wyjeżdżają stąd od dawna, ale ta tendencja umocniła się jeszcze bardziej po eksplozji w porcie bejruckim. Zaczęli znowu emigrować, zwłaszcza ci najlepiej wykształceni, znający języki obce. Straciliśmy tych ludzi. I widzimy to nie tylko w statystykach, ale również wokół nas – każdy tutaj traci co tydzień dwóch lub trzech swoich przyjaciół, praktycznie każdego tygodnia ktoś wyjeżdża – mówił maronicki duchowny.

    Od kilku dekad w Libanie obowiązuje formalnie tzw. pakt narodowy, który zakłada czytelny podział władzy sprawowanej przez rząd jedności narodowej. Został on mocno naruszony wybuchem wojny domowej w 1975 roku, ale w latach 90. XX wieku ponownie stał się działającą normą. Podstawą paktu jest włączenie we współrządzenie wszystkich sił politycznych, których tożsamość jest ściśle związana z przynależnością religijną i wyznaniową. Państwem rządzą zatem i chrześcijanie (prezydent Libanu jest maronitą), i sunnici (ich reprezentantem jest premier), i szyici (przewodniczący parlamentu to szyita). Ministerstwa w rządzie są dzielone po połowie między chrześcijan a muzułmanów.

    Pęknięta ziemia

    Ta pozornie zgodna koegzystencja zaczęła załamywać się już w latach 70. XX wieku. – Przed 1970 rokiem Zachód trzymał jeszcze w jakiś sposób z chrześcijanami w Libanie, wspierał ich. To już jednak przeszłość, bo dziś Francja i USA trzymają mocno z Arabią Saudyjską, a Arabia wspiera mocno tylko sunnitów w Libanie. Pozycja szyitów w tym kraju także nie była kiedyś tak silna jak obecnie, oni tylko znajdowali w Libanie miejsce schronienia przed licznymi prześladowaniami, jakim byli poddawani przez sunnitów na całym Bliskim Wschodzie. Pod koniec lat  90. Iran zaczął rosnąć w siłę i wspierać szyitów w Libanie. Natomiast chrześcijanie znaleźli się nagle bez żadnego oparcia ze strony jakiegokolwiek mocarstwa. To stworzyło atmosferę poczucia, że chrześcijanie nie mają tu już więcej miejsca dla siebie. Jesteśmy pozostawieni sami sobie, staliśmy się mniejszością – uważa ks. Chlouk.

    Te wszystkie napięcia dodatkowo wzmacnia przedłużający się kryzys uchodźczy – nie wszyscy uchodźcy z Syrii wrócili do kraju mimo zakończenia wojny – a także działalność Hezbollahu, który stworzył państwo w państwie na południu Libanu, kontrolując niemal wszystkie obszary życia (choć od pewnego czasu „Partia Boga” przeżywa poważny kryzys i osłabienie). Jeśli dodamy do tego napięcia wokół Izraela i Strefy Gazy (pojawiły się nawet spekulacje, że papież zechce ją odwiedzić przy tej okazji), rozumiemy lepiej, na jak trudny teren przyjeżdża papież Leon XIV.

    Jacek Dziedzina/Gość Niedzielny

    ***

    Spotkanie papieża z osobami zaangażowanymi w duszpasterstwo w Turcji.PAP/EPA/ALESSANDRO DI MEO 

    ***

    Leon XIV do Kościoła w Turcji: Logika małości jest prawdziwą siłą Kościoła

    Papież spotkał się z duchowieństwem i osobami zaangażowanymi w duszpasterstwo w Turcji. Oto cały tekst przemówienia Leona XIV.

    Najczcigodniejsze Ekscelencje!

    Drodzy Kapłani, Zakonnicy i Siostry Zakonne!

    Zaangażowani w duszpasterstwo oraz zgromadzeni Bracia i Siostry!

    Jest dla mnie wielką radością znaleźć się tutaj wśród was. Dziękuję Panu, który podczas mojej pierwszej podróży apostolskiej pozwala mi odwiedzić tę „ziemię świętą”, jaką jest Turcja, gdzie historia narodu izraelskiego spotyka się z rodzącym się chrześcijaństwem, gdzie przenikają się Stary i Nowy Testament, gdzie pisane są karty licznych Soborów.

    Wiara, która nas łączy, ma dalekie korzenie: posłuszny Bożemu wezwaniu, nasz ojciec Abraham wyruszył z Ur Chaldejskiego, a następnie z regionu Charan, na południe od dzisiejszej Turcji, wyruszył do Ziemi Obiecanej (por. Rdz 12, 1). W pełni czasów, po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, jego uczniowie udali się również do Anatolii, a w Antiochii – gdzie później biskupem był św. Ignacy – po raz pierwszy nazwano ich „chrześcijanami” (por. Dz 11, 26). Z tego miasta św. Paweł rozpoczął niektóre ze swoich podróży apostolskich, zakładając wiele wspólnot. I to właśnie na wybrzeżu Półwyspu Anatolijskiego, w Efezie, według niektórych starożytnych źródeł, przebywał i zmarł Ewangelista Jan, umiłowany uczeń Pana (por. Św. Ireneusz, Adversus haereses, III, 3, 4; Euzebiusz z Cezarei, Historia ecclesiastica, V, 24, 3).

    Z dumą wspominamy również wielką bizantyjską przeszłość, misyjny zapał Kościoła Konstantynopola i rozprzestrzenianie się chrześcijaństwa na całym Bliskim Wschodzie. Do dziś w Turcji żyje wiele wspólnot chrześcijan obrządku wschodniego, takich jak Ormianie, Syryjczycy i Chaldejczycy, a także wspólnoty obrządku łacińskiego. Patriarchat Ekumeniczny nadal stanowi punkt odniesienia zarówno dla jego wiernych greckich, jak i dla wyznawców innych wyznań prawosławnych.

    Najmilsi, wy również zostaliście zrodzeni z bogactwa tej długiej historii. Dzisiaj to wy jesteście wspólnotą powołaną do pielęgnowania ziarna wiary przekazanego nam przez Abrahama, Apostołów i Ojców. Historia, która was poprzedza, nie jest po prostu czymś, co należy zapamiętać, a następnie zarchiwizować w chwalebnej przeszłości, patrząc z rezygnacją na fakt, że Kościół katolicki stał się liczebnie mniejszy. Wręcz przeciwnie, jesteśmy zaproszeni do przyjęcia oświeconego przez Ducha Świętego ewangelicznego spojrzenia.

    A kiedy patrzymy oczami Boga, odkrywamy, że to On wybrał drogę małości, aby zstąpić pośród nas. Oto styl Pana, o którym wszyscy mamy świadczyć: prorocy ogłaszają obietnicę Boga, mówiąc o małej gałązce, która wyrośnie (por. Iz 11, 1), Jezus zaś chwali małych, którzy Mu ufają (por. Mk 10, 13-16), stwierdzając, że Królestwo Boże nie narzuca się, przyciągając uwagę (por. Łk 17, 20-21), ale rozwija się jak najmniejsze z nasion zasianych w ziemi (por. Mk 4, 31).

    Ta logika małości jest prawdziwą siłą Kościoła. Nie opiera się ona bowiem na jego zasobach i strukturach, a owoce jego misji nie wynikają z liczebności, potęgi ekonomicznej czy znaczenia społecznego. Kościół natomiast żyje światłem Baranka i – zgromadzony wokół Niego – jest kierowany na drogi świata mocą Ducha Świętego. W tej misji jest on nieustannie wzywany do zaufania obietnicy Pana: „Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo” (Łk 12, 32). Przypomnijmy w tym kontekście słowa Papieża Franciszka: „We wspólnocie chrześcijańskiej, gdzie wierni, kapłani, biskupi nie obierają tej drogi małości, brakuje przyszłości […]. Królestwo Boże wyrasta z tego co małe, zawsze z małego” (Homilia w Domu Świętej Marty, 3 grudnia 2019).

    Kościół żyjący w Turcji jest niewielką wspólnotą, która jednak pozostaje żywotna jak ziarno i zaczyn Królestwa. Zachęcam was zatem do pielęgnowania duchowej postawy ufnej nadziei, opartej na wierze i jedności z Bogiem. Istnieje bowiem potrzeba radosnego świadczenia o Ewangelii i patrzenia z nadzieją w przyszłość. Niektóre znaki tej nadziei są już dobrze widoczne: prośmy więc Pana o łaskę, abyśmy potrafili je rozpoznać i pielęgnować; inne być może będziemy musieli wyrazić w sposób twórczy, pozostając wytrwałymi w wierze i w świadectwie.

    Wśród najpiękniejszych i najbardziej obiecujących znaków myślę o wielu ludziach młodych, kołatających do drzwi Kościoła katolickiego, przynoszących tam swoje pytania i niepokoje. W związku z tym zachęcam was do kontynuowania wytężonej pracy duszpasterskiej, którą wykonujecie, a także do słuchania i towarzyszenia młodym ludziom oraz do poświęcenia szczególnej uwagi tym obszarom, na których Kościół w Turcji jest powołany do szczególnej pracy: mowa tu o dialogu ekumenicznym i międzyreligijnym, przekazywaniu wiary lokalnej ludności oraz posłudze duszpasterskiej na rzecz uchodźców i migrantów.

    Ten ostatni aspekt zasługuje na zastanowienie. Rzeczywiście, znaczna obecność migrantów i uchodźców w tym kraju stawia przed Kościołem wyzwanie przyjęcia i służby tym, którzy należą do najbardziej bezbronnych. Jednocześnie Kościół ten składa się z obcokrajowców, a wielu z was – księży, sióstr zakonnych, współpracujących w duszpasterstwie – pochodzi z innych krajów; wymaga to od was szczególnego zaangażowania w inkulturację, aby język, zwyczaje i obyczaje Turcji stawały się coraz bardziej waszymi. Komunikacja Ewangelii przebiega bowiem poprzez taką inkulturację.

    Nie chcę też zapominać, że na waszej ziemi odbyło się osiem pierwszych Soborów Ekumenicznych. W tym roku przypada 1700. rocznica Pierwszego Soboru Nicejskiego, „kamienia milowego w podążaniu Kościoła, a także całej ludzkości” (Franciszek, Przemówienie do Międzynarodowej Komisji Teologicznej, 28 listopada 2024), wydarzenia wciąż aktualnego, które stawia przed nami pewne wyzwania, o których chciałbym wspomnieć.

    Pierwszym z nich jest znaczenie uchwycenia istoty wiary i bycia chrześcijaninem. Wokół Symbolu wiary Kościół w Nicei odnalazł jedność (por. Spes non confundit. Bulla ogłaszająca Jubileusz Zwyczajny Roku 2025, nr 17). Nie jest to zatem tylko formuła doktrynalna, ale zaproszenie do nieustannego poszukiwania – nawet w ramach różnych wrażliwości, duchowości i kultur – jedności i istoty wiary chrześcijańskiej wokół centralnej postaci Chrystusa i Tradycji Kościoła. Nicea nadal zachęca nas do refleksji nad tym, kim jest dla nas Jezus? Co oznacza, w swej istocie, bycie chrześcijaninem? Symbol wiary, wyznawany jednogłośnie i wspólnie, staje się w ten sposób kryterium dla rozeznania, kompasem orientacyjnym, osią, wokół której powinny obracać się nasza wiara i nasze działanie. Jeśli natomiast chodzi o związek między wiarą a uczynkami, pragnę podziękować organizacjom międzynarodowym – myślę tu zwłaszcza o Caritas Internationalis i Kirche in Not – za wsparcie działalności charytatywnej Kościoła, a przede wszystkim za pomoc ofiarom trzęsienia ziemi z 2023 r.

    Drugie wyzwanie dotyczy pilnej potrzeby ponownego odkrycia w Chrystusie oblicza Boga Ojca. Nicea potwierdza boskość Jezusa i jego współistotność z Ojcem. W Jezusie odnajdujemy prawdziwe oblicze Boga i Jego ostateczne słowo dotyczące ludzkości i historii. Ta prawda nieustannie podważa nasze wyobrażenia o Bogu, gdy nie odpowiadają one temu, co objawił nam Jezus, i zachęca nas do ciągłego, krytycznego rozeznawania form naszej wiary, modlitwy, życia duszpasterskiego i w ogóle naszej duchowości. Istnieje jednak jeszcze inne wyzwanie, które nazwałbym „powracającym arianizmem”, obecnym w dzisiejszej kulturze, a czasem nawet wśród samych wierzących: kiedy patrzymy na Jezusa z ludzkim podziwem, być może nawet z religijnym duchem, ale nie traktujemy Go naprawdę jako żywego i prawdziwego Boga, obecnego wśród nas. Jego boskość, panowanie nad historią, zostaje w pewien sposób przyćmione i ogranicza się do postrzegania Go jako wielkiej postaci historycznej, mądrego nauczyciela, proroka, który walczył o sprawiedliwość – ale nic więcej. Nicea przypomina nam: Chrystus Jezus nie jest postacią z przeszłości, jest Synem Bożym obecnym pośród nas, prowadzącym historię ku przyszłości, którą Bóg nam obiecał.

    I na koniec trzecie wyzwanie: pośrednictwo wiary i rozwój doktryny. W złożonym kontekście kulturowym Symbol nicejski zdołał przekazać istotę wiary poprzez kategorie kulturowe i filozoficzne tamtej epoki. Jednak kilka dziesięcioleci później, podczas pierwszego Soboru w Konstantynopolu, widzimy, że zostaje on pogłębiony i rozszerzony, a właśnie dzięki pogłębieniu doktryny dochodzi do nowego sformułowania: Symbolu nicejsko-konstantynopolitańskiego, tego, który jest powszechnie wyznawany podczas naszych niedzielnych celebracji. Również tutaj otrzymujemy ważną lekcję: zawsze konieczne jest przekazywanie wiary chrześcijańskiej w języku i kategoriach kontekstu, w którym żyjemy, tak jak uczynili to Ojcowie w Nicei i na innych Soborach. Jednocześnie musimy odróżniać rdzeń wiary od formuł i historycznych form, które ją wyrażają, a które zawsze pozostają częściowe i tymczasowe i mogą ulegać zmianom w miarę pogłębiania doktryny. Pamiętajmy, że nowo ogłoszony Doktor Kościoła, św. John Henry Newman, kładzie nacisk na rozwój doktryny chrześcijańskiej, ponieważ nie jest ona abstrakcyjną i statyczną ideą, ale odzwierciedla samą tajemnicę Chrystusa: jest to zatem wewnętrzny rozwój żywego organizmu, który ujawnia i lepiej wyjaśnia podstawowe jądro wiary.

    Najmilsi, zanim się z wami pożegnam, chciałbym przypomnieć wam postać tak bliską waszym sercom, św. Jana XXIII, który kochał ten naród i służył mu, gdy mówił, że lubił powtarzać to, co czuł w sercu: „Kocham Turków, cenię naturalne przymioty tego ludu”. Obserwując z okna domu jezuitów rybaków z Bosforu, zajętych pracą przy łodziach i sieciach, napisał: „Ten widok mnie wzrusza. Zeszłej nocy, około godziny pierwszej, lało jak z cebra, lecz rybacy trwali nieustraszeni przy swej ciężkiej pracy. […] Naszym poważnym i świętym obowiązkiem jest naśladowanie tych rybaków z Bosforu, w pracy dniem i nocą, z zapalonymi pochodniami, a wszyscy podporządkowani przywódcom duchowym”.

    Życzę wam, abyście byli pełni tej pasji, zachowywali radość wiary i pracowali jako nieustraszeni rybacy na łodzi Pana. Niech Najświętsza Maryja Panna, Theotokos, wstawia się za wami i was strzeże. Dziękuję!

    VATICANNEWS.VA/Gość Niedzielny

    ***

    Leon XIV: Chrześcijanie wezwani do przezwyciężenia skandalu podziałów

    W swoim przesłaniu do uczestników modlitwy ekumenicznej w Izniku – starożytnej Nicei – Papież Leon XIV powiedział, że chrześcijanie są wezwani do przezwyciężenia skandalu podziałów.

    PAP/EPA/ALESSANDRO DI MEO

    ***

    „To wyznanie wiary chrystologicznej ma fundamentalne znaczenie w wędrówce chrześcijan zmierzających ku pełnej komunii: jest ono bowiem wspólne dla wszystkich Kościołów i Wspólnot chrześcijańskich na świecie, łącznie z tymi, które z różnych powodów nie wyznają Credo nicejsko-konstantynopolitańskiego w swoich liturgiach” – mówił Ojciec Święty podczas ekumenicznego spotkania z przedstawicielami różnych religii chrześcijańskich.

    „Rzeczywiście, wiara ‘w jednego Pana, Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami […], współistotnego Ojcu’ (Credo nicejskie) jest głęboką więzią, już łączącą wszystkich chrześcijan. W tym sensie, cytując św. Augustyna, również w kontekście ekumenicznym możemy powiedzieć, że ‘kiedy zwracam się do wielu chrześcijan, w jednym Chrystusie rozumiem ich jako jedność’” – stwierdził Leon XIV.

    Dodał, że wychodząc od świadomości, że jesteśmy już połączeni tą głęboką więzią, „poprzez drogę coraz pełniejszego przylgnięcia do Słowa Bożego objawionego w Jezusie Chrystusie i pod przewodnictwem Ducha Świętego, we wzajemnej miłości i dialogu, wszyscy jesteśmy zaproszeni do przezwyciężenia skandalu podziałów, które niestety nadal istnieją, i do podsycania pragnienia jedności, o którą modlił się Pan Jezus i za którą oddał swoje życie.

    Wojciech Rogacin /VATICANNEWS.VA/Gość Niedzielny

    ***

    After visiting the transmission center, the Pope also gave a brief interview

      (@Vatican Media)

    ***

    Co wydarzy się w Nicei?

    Papież Leon XIV rozpoczął swoją pierwszą zagraniczną pielgrzymkę. Dlaczego Turcja i Liban?

    Ankara, Stambuł, Iznik i Bejrut. Turcja i Liban. Pierwsza zagraniczna podróż papieża Leona XIV, która zaczęła się dziś, nie prowadzi ani do wielkich katolickich sanktuariów, ani do „klasycznych” stolic dyplomacji. Na brzegu jeziora, które w ciągu 1700 lat zalało dawną Niceę i jednocześnie miejsce historycznego Soboru, Leon XIV chce jutro głośno wypowiedzieć wyznanie wiary, które do dziś łączy chrześcijan różnych tradycji.

    Dziś rano papież wyleciał z Rzymu do Ankary. Pierwszego dnia czekają go klasyczne punkty programu: oficjalne powitanie, wizyta w mauzoleum Atatürka, spotkanie z władzami państwa i z szefem tureckiego urzędu ds. religii. Potem lot do Stambułu.

    Ale prawdziwy teologiczny „środek ciężkości” tej podróży przesuwa się na piątek. Bo to jutro, 28 listopada, Leon XIV po porannych spotkaniach w Stambule – modlitwie w katedrze Ducha Świętego, wizycie u Małych Sióstr Ubogich i spotkaniu z naczelnym rabinem Turcji – wsiądzie do helikoptera i poleci do Izniku. Tak dziś nazywa się starożytna Nicea.

    Wszystko potrwa niewiele ponad godzinę. Na miejscu, w pobliżu wykopalisk starożytnej bazyliki św. Neofita, odbędzie się ekumeniczne spotkanie modlitewne z udziałem przedstawicieli różnych Kościołów. To nie przypadek, że papieski kalendarz ustawia Niceę w centrum tej wizyty.

    Tu Kościół „zobaczył się” jako całość

    Dziś Iznik to zaledwie dwudziestotysięczne miasto w Azji Mniejszej. Prawie nie ma tam chrześcijan, biskupstwo nie istnieje od wieków. A jednak to tam 1700 lat temu doszło do jednego z najważniejszych wydarzeń w historii chrześcijaństwa.

    W 325 roku cesarz Konstantyn zwołał tu pierwszy sobór powszechny. Po raz pierwszy Kościół zgromadził biskupów z tak wielu prowincji naraz. Ks. prof. Stanisław Adamiak mówi, że był to moment, w którym chrześcijaństwo „zobaczyło się” po raz pierwszy jako całość: po okresie krwawych prześladowań chrześcijaństwo, kształtujące się i dojrzewające w różnych regionach basenu Morza Śródziemnego, często dorastające zupełnie odmiennie od siebie, w końcu spotkało się ze sobą – z pytaniem, co je tak naprawdę łączy.

    Odpowiedź brzmiała: wiara w Jezusa Chrystusa, prawdziwego Boga.

    To wtedy narodziło się „Credo nicejskie” – wspólne wyznanie wiary chrześcijan. Jego centrum stanowi jedno, przełomowe słowo: homoousios, czyli „współistotny”. Jezus Chrystus – naucza Sobór – nie został stworzony, lecz zrodzony z Ojca, „Bóg z Boga, Światłość ze Światłości”. Greckie słowo i pochodzący z filozofii greckiej aparat pojęciowy zostały użyte do tego, by rozstrzygnąć spór o naturę Jezusa, bo sam język biblijny – bez doprecyzowania – okazał się niewystarczający, by zamknąć tę kontrowersję.

    A powstała ona w wyniku tez głoszonych przez m. in Ariusza i jego zwolenników, którzy uznawali Syna Bożego za stworzenie, a nie za prawdziwego Boga. Uczyli, że Syn jest pierwszym spośród stworzeń, kimś „pomiędzy” Bogiem a światem. Ojcowie soboru, sięgając po greckie pojęcia „istoty” i „współistotności”, zapisali w Credo, że Jezus jest „zrodzony, a nie stworzony, współistotny Ojcu”.

    To właśnie dzięki tamtej decyzji chrześcijanie do dziś w niedzielę wspólnie wyznają: „Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego”.

    Nie ma przesady w stwierdzeniu, że w Nicei narodził się język, którego Kościół do dziś używa do definiowania natury Jezusa Chrystusa. I że był to moment, w którym różnorodne wspólnoty nauczyły się mówić jednym Credo, jednym językiem.

    Spór, który wyszedł na ulice

    Tamten sobór był odpowiedzią na spór, który rozgrzewał całe ówczesne chrześcijaństwo. Pytanie „Czy Jezus jest Bogiem czy stworzeniem?” nie było teologiczną kwestią dla wykwalifikowanych teologów, ale tematem rozmów „na ulicach”. Teologia weszła wtedy w codzienność: o Jezusie dyskutowano w łaźniach, na targu, w warsztatach rzemieślniczych.

    To była stawka najwyższej rangi, bo dotyczyła odpowiedzi na pytanie, które Jezus zadał w Cezarei Filipowej: „A wy za kogo Mnie uważacie?”.

    Dziś nie ma już tego sporu. I to jest źle – diagnozuje kard. Ryś. Dlaczego „źle”? Bo problemem nie jest to, że nie kłócimy się już o naturę Chrystusa, ale że dla wielu to pytanie po prostu przestało być ważne. Dogmat gotowy, sformułowany, niezmienny, wyznanie wiary co tydzień wymawiane, ale – jak przypomina papieski dokument o 1700-leciu Nicei – prawdziwe pytanie brzmi dziś inaczej: Czy Jezus Chrystus naprawdę jest Bogiem w moim życiu?

    Papież Leon XIV, jadąc do Izniku, jedzie również po to, by przypomnieć, że Credo nie jest muzealną definicją, tylko modlitwą, która domaga się przełożenia na styl życia: na to, jak traktuję biednych, jak patrzę na cierpiących, jak przeżywam własną historię – czy podążam za Jezusem?

    Wspólna data Wielkanocy?

    Nicejskie Credo ma jeszcze jedną niezwykłą cechę: jest wspólne. Od wieków wyznają je katolicy i prawosławni, przyjęły je również główne tradycje protestanckie. W papieskim Liście z okazji rocznicy soboru czytamy wprost, że to wyznanie wiary jest „wspólnym dziedzictwem chrześcijan”.

    Dlatego spotkanie w Izniku ma wyraźnie ekumeniczny charakter. W programie wizyty widać to jak w soczewce.

    Na tym tle szczególnie mocno wybrzmiewa temat, który Franciszek i Leon XIV podnosili już wielokrotnie: wspólna data Wielkanocy. To Sobór Nicejski ustalił zasadę wyznaczania święta Zmartwychwstania: w niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.

    Problem w tym, że dziś Kościoły stosują różne kalendarze. Efekt? Najważniejsze święto chrześcijan obchodzimy najczęściej osobno. Papieże zwracali uwagę, że dzieli to rodziny, utrudnia wspólne świadectwo, osłabia znak jedności. Sobór Watykański II otworzył możliwość wspólnego ustalenia daty Wielkanocy w taki sposób, by wszyscy chrześcijanie obchodzili ją wspólnie.

    Gdyby właśnie w Izniku padła zapowiedź konkretnego kroku w stronę ujednolicenia daty Wielkanocy, byłby to gest o ogromnym ciężarze – symbolicznie dokładnie w tym samym miejscu, gdzie 1700 lat temu postanowiono, jak ten dzień ustalić.

    Credo w świecie lęku

    Leon XIV w swoim Liście o rocznicy Nicei przypomina, że Credo powstawało w świecie pełnym lęku: świeże rany po prześladowaniach, napięcia w Cesarstwie, spory wewnątrz Kościoła. Ojcowie soboru nie uciekli od tych realiów, ale zapisali wiarę w Jezusa jako źródło nadziei, jako lekarstwo na podziały, jako sposób istnienia.

    Dziś świat również jest poraniony: wojny, przemoc, kryzysy polityczne i klimatyczne, nędza milionów ludzi. Papież przypomina, że wyznanie „Wierzę w Jezusa Chrystusa, Syna Bożego” nie jest luksusem ani prywatnym hobby, ale odpowiedzią na bardzo konkretne ludzkie doświadczenia: strach w obliczu wojny, głód sensu, niesprawiedliwość, poczucie bezsilności.

    Dlatego ta podróż nie kończy się w Turcji. Z Izniku i Stambułu Leon XIV poleci do Bejrutu. Liban – kraj niemalże na skraju upadku, borykający się z biedą, wojną i setkami nierozwiązanych problemów społecznych – jak tylko stało się to możliwe, wystosował zaproszenie do papieża.

    W planie są: modlitwa w miejscu eksplozji w porcie w 2020 roku, która zniszczyła i tak słabą gospodarkę państwa, Msza przy nabrzeżu, spotkania z władzami i z młodzieżą, wizyta przy grobie św. Charbela w Annaya – świętego, którego kult w Europie jest niebywały.

    To już nie jest tylko teologia, powrót do źródeł i pytanie „Kim jest Jezus”, ważne dla tożsamości każdego chrześcijanina. To dotykanie ran współczesnego świata i współczesnego człowieka w regionie, który jak mało który potrzebuje pokoju i pojednania. Potrzebuje Boga.

    Credo nad jeziorem

    Co wydarzy się jutro po południu nad brzegiem jeziora w Izniku? Program jest prosty: ekumeniczne spotkanie modlitewne, przemówienie papieża, wspólna modlitwa. Być może wspólne wyznanie wiary.

    A jednak to może być jeden z najbardziej znaczących gestów początku pontyfikatu Leona XIV. Papież, następca św. Piotra, stanie w miejscu, w którym kiedyś Kościół rozważał, kim jest Jezus. I właśnie tam głośno wypowie słowa, które dziś znają na pamięć wierni w katolickich parafiach, prawosławnych cerkwiach i wielu wspólnotach protestanckich.

    Credo w Izniku zabrzmi nie tylko jako deklaracja wiary, ale jako zaproszenie, żeby na nowo odkryć, że Chrystus jest człowiekiem – czyli naprawdę stał się naszym bliźnim; że Chrystus jest Bogiem – czyli że prawdziwa jedność nie polega na zatarciu różnic, ale najpierw na szukaniu wspólnego fundamentu. Że soborowe pytanie sprzed 1700 lat: „kim jest Jezus?” nie należy do podręczników historii dogmatów, tylko do rachunku sumienia każdej i każdego z nas.

    ks. Przemysław Śliwiński/Stacja 7.pl

    ***

    Sobór Nicejski. 1700 lat temu Kościół ustalił Wyznanie wiary

    ***

    To na tym soborze wyznaczono datę Wielkanocy. Ale to nie wszystko – dziedzictwem Nicei jest też sposób, w jaki Kościół podejmuje decyzje aż do dziś.

    Nowo wybrany papież Leon XIV ogłosił już dokąd uda się w swoją pierwszą podróż zagraniczną. Jej celem będzie Iznik – miasto w dzisiejszej Turcji, na północnym wschodzie jej azjatyckiej części, w starożytności znane jako Nicea. To tam w lipcu 325 roku odbyło się zgromadzenie biskupów, które przeszło do historii jako pierwszy sobór powszechny. 

    Pierwszy “sobór” odbył się jeszcze z Apostołami

    Nie było to pierwszy przypadek, że biskupi zgromadzili się, by podjąć jakieś decyzje. Pierwszy znamy z Dziejów Apostolskich, chodzi mianowicie o spotkanie Apostołów w Jerozolimie około 49 roku. Nie jest ono co prawda określone w tekście Pisma Świętego słowem „synod” ani „sobór” i chyba dlatego określamy je jako „sobór” w cudzysłowie. Apostołowie zgromadzili się wtedy w Jerozolimie, by rozstrzygnąć sprawę niesłychanie ważną: czy nie-Żydów można dopuścić do zostania chrześcijanami bez konieczności przyjęcia przez nich wszystkich przepisów prawa mojżeszowego. 

    Apostołowie musieli podjąć taką decyzję, gdyż nauczanie Jezusa, tak jak je pamiętali, najwyraźniej nie rozstrzygało tego jednoznacznie. Taka sytuacja miała się powtarzać przez następne dwa tysiące lat, aż do naszych czasów – kiedy Kościół stawał w obliczu nowych wyzwań (powodowanych przez okoliczności historyczne lub postęp naukowy i techniczny), szukał odpowiedzi najpierw w Piśmie Świętym, ale jeśli jej tam wprost nie znajdywał, odwoływał się do dwóch innych instancji: decyzji podjętych wcześniej, ale też możliwości podjęcia nowej decyzji, jeśli i tam nie znajdowano rozwiązania. 

    Przykładem z bieżącego roku jest dokument watykański Antiqua et nova, dotyczący sztucznej inteligencji – trudno było oczekiwać, żeby Kościół zajmował się tym zagadnieniem dużo wcześniej. Z nowymi problemami mierzył się jednak nieustannie i zwłaszcza w starożytności odpowiedzią było zwoływanie biskupów, by wspólnie coś postanowili i potem wprowadzali w życie tak podjętą decyzję. 

    Synod, a sobór

    Te spotkania zaczęto nazywać po grecku „synodami” (od syn-hodos, czyli wspólna droga), a po łacinie „concilium”. Słów tych używano zamiennie, w języku polskim przyjęło się pozostawiać pierwsze z nich w brzmieniu oryginalnym, a drugie tłumaczyć właśnie jako „sobór” i rezerwować je dla 21 zgromadzeń biskupów, które Kościół katolicki uznał za powszechne: od I Soboru Nicejskiego w 325 roku po II Sobór Watykański w latach 1962-1965.

    Wszystkie inne zgromadzenia nazywamy po polsku „synodami”. W innych językach tego rozróżnienia nie pilnuje się tak dokładnie. Na przykład w pierwszym zdaniu Konstytucji Dogmatycznej o Kościele II Soboru Watykańskiego „Lumen Gentium”, „Sobór święty” (tak to brzmi w polskim tłumaczeniu) określa sam siebie po łacinie jako „sacrosancta synodus”. 

    Sobór Nicejski – co go wyróżnia spośród innych?

    Synody biskupów gromadziły się także przez pierwsze trzysta lat historii Kościoła, w okresie prześladowań. Na czym polega więc wyjątkowość Soboru Nicejskiego? Na tym, że było to pierwsze zgromadzenie „ekumeniczne”, nie w znaczeniu „międzywyznaniowości”, ale „powszechności”. 

    „Ekumena” oznaczała „cały zamieszkany świat”, choć w praktyce odnosiło się do terenu Cesarstwa Rzymskiego – do Nicei nie przybył żaden biskup z Armenii, która przyjęła chrześcijaństwo już w 301 roku, ani też żaden przedstawiciel licznych Kościołów położonych za wschodnią granicą Cesarstwa, choćby w Mezopotamii i Persji. Z zachodniej części Cesarstwa przyjechało zaledwie pięciu biskupów oraz dwóch prezbiterów reprezentujących papieża Sylwestra I (który później przyjął uchwały soboru).

    Tak więc „powszechność” I Soboru Nicejskiego sprowadzała się zasadniczo do biskupów przybyłych ze wschodniej części Cesarstwa i mówiących po grecku. Niemniej jednak było to i tak wydarzenie przełomowe co do swojej skali i zasięgu. Obecnych biskupów było przypuszczalnie około trzystu – w przeciwieństwie do następnych soborów, z których zachowały nam się często dokładne protokoły obrad, nie mamy źródeł bezpośrednio opisujących pierwszy sobór, stąd spory wśród historyków co do jego dokładnego przebiegu. 

    Późniejsza tradycja mówiła o 318 ojcach nicejskich, w nawiązaniu do liczby sług Abrahama, z którymi pokonał królów kananejskich (Rdz 14,14). Mogli dotrzeć do Nicei dzięki hojności cesarza Konstantyna Wielkiego, który nie tylko ugościł ich w swojej stolicy, ale też umożliwił dotarcie do niej korzystając z poczty cesarskiej, czyli zwierząt, powozów i zajazdów służących do transportu w sprawach państwowych. 

    Dzięki temu zgromadzenie się tylu biskupów było manifestacją poparcia cesarza dla nowej religii, a jej przedstawicieli – dla cesarza, który 25 lipca uroczyście rozpoczynał obchody dwudziestego roku swojego panowania (licząc od proklamacji w Yorku w Wielkiej Brytanii, po śmierci jego ojca w 306 roku). Choć Konstantyn nie uczynił jeszcze żadnych posunięć, by dyskryminować inne wyznania, coraz bardziej pokazywał, że to chrześcijaństwo cieszy się jego wsparciem i że widzi w nim siłę, która może pomóc zjednoczyć ideologicznie Cesarstwo.  

    Jakie decyzję podjęto podczas Soboru w Nicei?

    Gdy Konstantyn zwracał się w 312 stronę chrześcijaństwa, prawdopodobnie widział je jako jedną wielką wspólnotę obejmującą całe Cesarstwo. Nie zdawał sobie sprawy z wewnętrznych napięć, które istniały wewnątrz tej wielkiej wspólnoty. Jednym z nich była kwestia daty Wielkanocy. Niektóre wspólnoty w Azji Mniejszej wciąż obchodziły ją w przeddzień żydowskiej Paschy, 14 dnia miesiąca nisan, niezależnie od tego, w jaki dzień tygodnia przypadała. Zwolenników takiej rachuby nazywano kwartodecymanami (od łacińskiego słowa oznaczającego „czternaście”). Sobór zdecydował, by wszystkie Kościoły podążały za praktyką Kościołów Rzymu i Aleksandrii Egipskiej, czyli wyznaczały Wielkanoc na pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca. Tej zasady trzymają się do dzisiaj wszystkie kościoły, różnice wypływają z korekty kalendarza dokonanej w XVI wieku przez papieża Grzegorza XIII. 

    Chrześcijaństwo początku czwartego wieku zmagało się też ze sporami dotyczącymi dokładnego określenia, kim był Jezus Chrystus, a w związku z tym, czym jest Trójca Święta. Jedni teologowie koncentrowali się na jedności Boga, narażając się na zarzuty odbierania osobnego bytu Jezusowi i Duchowi Świętemu, inni z kolei podkreślali odrębność Osób Boskich, co mogło być albo uznane za tryteizm (kult trzech Bogów), albo wiązało się z przedstawianiem Jezusa jako Boga mniejszego niż Ojca. Przedstawicielem tego ostatniego kierunku myślenia był prezbiter z Aleksandrii, Ariusz, który głosił m.in., że „był czas, kiedy Syn nie istniał”. Sobór Nicejski jednoznacznie potępił jego poglądy, formułując wyznanie wiary, które po uzupełnieniu przez I Sobór Konstantynopolitański w 381 roku, do dziś recytowane jest w kościołach katolickich, protestanckich i ewangelickich. Odpowiedzią na nauczanie Ariusza są zawarte tam sformułowania o „Bogu prawdziwym z Boga prawdziwego, zrodzonym przed wszystkimi wiekami”, a przede wszystkim określenie Jezusa jako „współistotnego” (gr. homoousios) Ojcu.  

    To ostatnie sformułowanie wzbudziło kontrowersje, ponieważ nie pojawiało się w Biblii, poza tym przedtem bywało rozumiane jako odbierające odrębność Osób Trójcy. Dlatego też Sobór Nicejski nie zakończył sporów z tym związanych, a kontrowersja ariańska trwała jeszcze prawie sto lat na Wschodzie i ponad trzysta lat na Zachodzie Cesarstwa. Niemniej jednak definicja nicejska, utrzymująca całkowitą równość Syna i Ojca, utrzymała się.

    Nieprawdą jest natomiast zupełnie ahistoryczny pogląd, rozpropagowany przez Dana Browna w powieści „Kod Leonarda da Vinci”, że przez pierwsze trzy wieki chrześcijanie nie uważali Jezusa za Boga i nakazał to dopiero Konstantyn w Nicei. To co się stało w Nicei, to ujęcie w ścisłe filozoficzne sformułowania tego, w co chrześcijanie wierzyli już dużo wcześniej; natomiast faktycznie stało się to możliwe dzięki zwołaniu biskupów przez Konstantyna i poparciu przez niego formuły „współistotności” (od której zresztą cesarz pod koniec życia raczej się odwrócił). 

    Wspólne dzieciństwo Kościołów katolickiego i prawosławnego

    Dziedzictwem Nicei jest nie tylko ujednolicenie daty Wielkanocy i dogmatyczne sformułowanie boskości Jezusa Chrystusa, ale też zostawienie modelu rozstrzygania sporów doktrynalnych przez spotkanie i porozumienie się możliwie dużej liczby biskupów. Ten model funkcjonował przez całe pierwsze tysiąclecie i jest wspólnym dziedzictwem Kościołów katolickiego i prawosławnych. Trzeba tu na koniec zauważyć dwie rzeczy. 

    Po pierwsze, właściwie żaden z soborów (także Nicea) nie przyniósł natychmiastowego i całkowitego rozstrzygnięcia danego sporu, przyjęcie ich decyzji zajmowało czasem dziesięciolecia. 

    Po drugie, wszystkie siedem soborów niepodzielonego Kościoła było zwoływanych przez cesarzy. Oczywiście, cesarz był bardzo specyficznym przypadkiem świeckiego (to raczej on, a nie papież, był uważany za „namiestnika Chrystusa”), niemniej jednak jest to coś, o czym warto pamiętać rozważając, co to znaczy, że Kościół ma się stawać synodalny. 


    ks. Stanisław Adamiak – dr hab. nauk humanistycznych, profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Toruniu. Wykładał na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim i Uniwersytecie Warszawskim. Znawca historii wczesnego chrześcijaństwa./Stacja 7.pl

    ***

    W listopadowym miesiącu Kościół zachęca nas do modlitwy za naszych zmarłych

    Dusze w czyśćcu modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą (…). Od tej chwili ściśle obcuję z duszami cierpiącymi.

    (św. Faustyna Kowalska, Dzienniczek, 20).

    Jak uzyskać odpust dla dusz czyśćcowych w dniach 1-8 listopada
                                                  fot. Lestat (Jan Mehlich) via: Wikipedia CC 2.0

    ***

    Główne Prawdy Wiary

    1. Jest jeden Bóg.
    2. Bóg jest Sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze.
    3. Są trzy Osoby Boskie: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty.
    4. Syn Boży stał się człowiekiem, umarł za krzyżu i zmartwychwstał dla naszego zbawienia.
    5. Dusza ludzka jest nieśmiertelna.
    6. Łaska Boża jest do zbawienia koniecznie potrzebna.

    ***

    „To jest przyodziewanie człowieka we wspaniałość”. Rzeczy ostateczne: Czyściec

    o. Marian Zawada. Karmelita Bosy, specjalista teologii duchowości, autor licznych publikacji. Mieszka w Wadowicach.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    – Czyściec to przyodziewanie człowieka we wspaniałość – mówi o. dr hab. Marian Zawada, karmelita bosy.

    Jarosław Dudała: Nazywa Ojciec czyściec „miejscem ognistej miłości”. Co to znaczy?

    o. Marian Zawada OCD: To znaczy, że człowiek potrzebuje łaski ostatecznego oczyszczenia, żeby stanąć przed Bogiem w sposób pełny, czysty, bezpośredni i bez skazy, żeby w każdej przestrzeni był zdolny do miłości, do wieczystych zadań, które go czekają w niebie. Zdajemy sobie sprawę, że człowiek umierając, ma jakieś rzeczy niezałatwione w doczesności albo zaciąga winę, krzywdząc ludzi i obrażając Boga. My często nie uświadamiamy sobie głębi wyrządzonej krzywdy. Chcemy coś inteligentnie rozegrać z korzyścią dla siebie, ale przez to kogoś możemy doprowadzić do załamania, do rozpaczy. Czasami też widzimy, że przy spowiedzi brakuje pewnych proporcji. Kłótnie czy upokarzanie bliźnich trwają czasem tygodniami, człowiek siedzi godzinami w pornografii albo latami lekceważy Boga czy modlitwę. A potem za pokutę wystarczyć ma symboliczna dziesiątka Różańca? Nie ma tu żadnej proporcji. Często bywają też braki w realizacji postanowienia poprawy i w zadośćuczynieniu Bogu i ludziom. I te braki trzeba uzupełnić albo się oczyścić.

    Na czym polega oczyszczenie czyśćcowe?

    Można tu zaproponować kilka symboli. Czyściec to rodzaj kwarantanny przed wejściem do stanu ostatecznego zbawienia. Grzech jest wrośnięty w nasze serce, umysł, wyobraźnię. To musi być do końca usunięte. Można to porównać do leczenia zęba. Pacjent ma zwykle do dyspozycji szczoteczkę, którą czyści zęby od zewnętrz. Ale kiedy ząb jest zepsuty od wewnątrz, potrzeba interwencji lekarza. Św. Jan od Krzyża mówi, że możemy naprawić tylko te rzeczy, których jesteśmy świadomi. Tymczasem korzenie grzechu tkwią w nas głęboko. Nie mamy władzy, żeby się samemu odnowić, oczyścić. Ale Bóg ma do tego narzędzia.

    Jakie?

    Nadprzyrodzone. One pozwalają odzyskać świetność stworzenia, należną mu chwałę – to, co zostało stłamszone, sponiewierane przez grzech. Do tych narzędzi należy tzw. ogień czyśćcowy.

    Brzmi strasznie…

    Ale to jest ogień miłości! Trzeba sobie zdać sprawę, że w czyśćcu i w niebie działa ten sam ogień miłości – tylko że w czyśćcu on oczyszcza i wypala, a w niebie – rozpala. Na tym tylko polega różnica. Czyściec można też symbolicznie opisać jako zmianę szat. To jest przyodzianie człowieka we wspaniałość. Używa się także metafor rzeki ognia, doliny ognia czy wąskiego mostu. Dante Alighieri przedstawił czyściec w postaci góry z siedmioma tarasami, które odpowiadają siedmiu grzechom głównym. To może być także pokrzepianie duszy czy prostowanie naszej pokręconej ludzkiej miłości. Człowiek zyskuje w ten sposób ogromną prostotę – każdy nadmiar bycia (form, znaczenia) zostaje usunięty. Tym, co w czyśćcu bardzo mocno pracuje w człowieku, jest brak możliwości bezpośredniego widzenia Boga. Człowiek już wie, co to znaczy obcować z Panem, ma ogromne pragnienie, ale nie może się nim jeszcze radować. Tęskni za tym spotkaniem, dlatego oddaje wszystko, żeby spotkać się z Bogiem i doznać prawdziwego szczęścia. Oczyszczenie przez głębokie tęsknoty i pragnienie Boga może być spotęgowane przez to, że doświadczenie czasu w rzeczywistości czyśćca jest zapewne inne niż to, które znamy – jak mówi Biblia, w oczach Bożych jeden dzień jest jak tysiąc lat i tysiąc lat jest jak jeden dzień.

    Ponadto – zwłaszcza w tekstach mistyków – pojawia się w tym kontekście doświadczenie własnej nędzy, czyli umiłowania swoich grzesznych dróg. Ono też człowieka pali i oczyszcza.

    Z prawdy o czyśćcu wynika, że śmierć doczesna nie domyka ludzkiego życia; że jest jeszcze jakiś etap dodatkowy. Nie jest to metafora tak elegancka jak u Dantego, ale porównałbym czyściec do piekarnika: człowiek jest tam już dobrze wyrośniętym ciastem, ale potrzebuje ognia, żeby nabrać właściwej konsystencji, a przede wszystkim duchowego smaku.

    To znakomity przykład. Czyściec można by także opisać jako piec, w którym wypala się szczerozłote piękno człowieka. To jest dar najwyższego miłosierdzia ze strony Boga, który pozwala nam jeszcze dopełnić to, czego nie zdążyliśmy dopełnić, bo albo byliśmy zbyt leniwi, albo opór naszej natury był zbyt wielki.

    Jednak samo pojęcie czyśćca to sprawa względnie nowa. Używa się go dopiero od XII w.

    Tak. Ten problem wziął się w teologii stąd, że dawniej pokuty były solidne. Trwały nieraz kilka czy kilkanaście lat. Zdarzało się więc, że ktoś w trakcie takiej pokuty zmarł. Pojawiło się pytanie, co z nim. Tak narodziła się teologia czyśćca, czyli miejsca dopełnienia zadośćuczynienia czy pokuty.

    Czy można przeżywać czyściec już tu, na ziemi?

    Oczywiście. Nie wpadając w tonacje przygnębienia czy rozpaczy, można zauważyć, że każde cierpienie czy chorobę można świadomie przyjąć jako formę pokuty za swoje winy. To może być także cierpliwe znoszenie przeciwności, codziennych niewygód, przykrości, trudnych relacji z ludźmi w pracy, w domu, wśród krewnych – wszelkie uciążliwości życia. Można je ofiarować Bogu jako wynagrodzenie. Rodzice dzisiaj powszechnie cierpią z powodu dzieci. Wiele wysiłków wkładają w ich wychowanie, ale je w jakimś sensie tracą. Mogą to być także osobiste zawody, zdrady, poczucie odepchnięcia, bycia oszukanym – wszystko to możemy zamienić w element oczyszczający i pomagający nam szybciej dotrzeć do nieba. Dziś w ogóle znalezienie takich pokut jest łatwiejsze niż dawniej.

    Łatwiejsze?

    Tak. Dawniej za odpowiednią pokutę uważano dalekie pielgrzymki czy surowe praktyki ascetyczne. Dzisiaj – przy naszym konsumpcyjnym stylu życia – mamy mnóstwo okazji do wykazania powściągliwości. Odmówienie sobie trochę obecności w internecie to już jest duży wyczyn. Ale mogą to być także hojna jałmużna, posty, modlitwa, pozyskiwanie odpustów. Dalej są jeszcze poważniejsze sprawy duchowe, jak noce ciemne – cierpienia, które mistycy określają jako podobne do czyśćca, a nawet mąk piekielnych.

    Skoro mówimy o odpustach, to oczywiście wiadomo, że dzięki nim możemy pomóc duszom czyśćcowym. Ale czy to się w ogóle jakoś mieści w opisanej wyżej koncepcji dodatkowego, bardzo osobistego dorastania człowieka do pełni miłości?

    Lubimy dawać sobie prezenty, a ofiarowanie komuś życia wiecznego – szczęście, które już się nie kończy – to jest w ogóle kosmos! I to należy do naszych powinności.

    Możliwość i powinność okazywania takiej pomocy wynika z natury Kościoła. Bo Kościół jest jakby w trzech częściach: mamy Kościół pielgrzymujący (to właśnie my), mamy Kościół w oczyszczeniu (w czyśćcu) i Kościół zbawiony w niebie. Wspólnota Kościoła to wspólnota łaski i solidarności wszystkich tych części. Dlatego zbawieni w niebie wspierają nas, a my wspieramy dusze w czyśćcu w tym samym dziele zbawienia. Zresztą, przecież można już tu, na ziemi, pomagać sobie wzajemnie zerwać z grzechem i się z niego oczyścić. Może to przybierać różne formy. Może to być np. krótka i mocna Koronka do Bożego Miłosierdzia, która tak pięknie weszła w naszą pobożność. Są Msze gregoriańskie. Mogą to być odpusty zupełne. Żyjemy właśnie w roku jubileuszowym, który sprzyja ich uzyskiwaniu. Kościół jest głęboko przekonany o skuteczności takiego kołatania do bram nieba.

    Gość Niedzielny

    ***

    SHUTTERSTOCK 

    ***

    „Bóg dał człowiekowi o wiele większy potencjał istnienia niż aniołom”. Rzeczy ostateczne: Niebo

    Na czym będzie polegać życie wieczne, wyjaśnia o. dr hab. Marian Zawada OCD.

    Jarosław Dudała: To jak właściwie będzie w niebie?

    o. dr hab. Marian Zawada OCD: To jest dla nas tajemnica, ponieważ nie mamy zmysłowego doświadczenia nieba. Ludzie najczęściej rozumieją niebo jako sumę wszystkich największych przyjemności, szczęść; tego, co lubią i co kochają. No i trochę dziwnie to wygląda, bo w tych wizjach Pan Bóg nie jest za bardzo potrzebny…

    Różne religie różnie opisują niebo. My, chrześcijanie, mamy tę teologię najbardziej rozbudowaną – po śmierci w niebie ujrzymy Boga takim, jakim jest. Tu, w życiu doczesnym, toniemy w domysłach, przypuszczeniach, tworzymy własne Jego obrazy, często przykrojone do naszych potrzeb. Tymczasem w niebie ujrzymy Boga takim, jakim jest – Jego tajemnicę, Jego piękno, Jego nieskończoność, Jego świętość, Jego wspaniałość, potęgę i moc, pełnię miłości, jasności, w zachwycie. Poznamy tam też własną tajemnicę: człowiek wreszcie będzie mógł poznać siebie – arcydzieło stworzenia, które zostanie jeszcze bardziej przyozdobione Boską chwałą. To nie będzie tylko – jak mówi teologia żydowska – trwanie przed obliczem Pana i oglądanie Go twarzą w twarz. To będzie coś więcej. Bóg zaplanował dla nas zjednoczenie – zjednoczenie pomiędzy Nim a człowiekiem – pełną, intymną jedność.

    Tu dochodzimy do czegoś, co jest dla mnie zdumiewające. Dla teologów przebóstwienie to żadna sensacja, ale w kazaniach nie mówi się o nim wcale. Tymczasem jest to perspektywa oszałamiająca: ostatecznym celem człowieka jest stanie się bogiem! Czy naprawdę tak będzie?

    Taką otrzymaliśmy obietnicę. Na zasadzie wiary już jesteśmy domownikami Boga, obywatelami nieba. Mamy pełnoprawne uczestnictwo w dobrostanie nieba i jesteśmy członkami rodziny Boga. Jesteśmy realnie Jego dziećmi. To nie jest tylko taka adopcja, jak…

    …jak się adoptuje kotka?

    Nie! Bóg włącza nas do swojej rodziny i ofiaruje nam swoją naturę, swoje Bóstwo. To się dzieje na zasadzie łaski, na zasadzie miłości. Pozostaniemy ludźmi, ale będziemy obdarowani Jego boskimi przymiotami: mądrością Boga, Jego miłością, wszechmocą, miłosierdziem.

    Czy my będziemy tylko mieli cechy Boga, czy też będziemy bogami? Pytam, bo św. Maksym Wyznawca pisał, że „człowiek przebóstwiony przez łaskę otrzymuje dla siebie wszystko, co posiada Bóg – poza tożsamością istoty”.

    Chrystus ofiarował nam Boże dziecięctwo. Przez wiarę i nadzieję jesteśmy synami Boga i mamy udział w Jego naturze. I to nie jest jakaś idea. To jest żywy Chrystus, który działa w nas. A my mamy się przekształcać w Chrystusa, w Jego podobieństwo. Taki jest plan Boga. Poza tym On dał człowiekowi o wiele większy potencjał istnienia niż aniołom. Dostrzegamy to już teraz w tajemnicy Matki Bożej. Ona już otrzymała pełnię spełnienia i została Królową Aniołów. To znaczy, że została uhonorowana istnieniem wyższym od aniołów, ma nad nimi pełną władzę. A my z Niej czasem robimy tylko fajną gosposię z Nazaretu…

    Co to znaczy, że Matka Boża posiada władzę? Czy my też będziemy ją mieli?

    Jezus powiedział apostołom, że będą mieć taką władzę, iż będą sądzić wszystkie narody. Chrześcijanie będą – jak pisał św. Paweł – sądzić nawet aniołów. Jest więc w Bożych planach jakieś podsumowanie dziejów, w którym chrześcijanom, którzy mają udział w łasce Bożej, przypadnie rola sędziów. A żeby sądzić, trzeba mieć do tego kompetencje – trzeba mieć wgląd w życie aniołów, rozumieć ich doskonałość, potrafić rozpoznawać, czy wiernie spełniają wolę Bożą. To są dziś przestrzenie zupełnie niezbadane. Mamy tylko przeczucia, bo w Piśmie Świętym jest na ten temat zaledwie kilka słów. Podobnie jest z małżeństwem.

    Jak to?

    Święty Paweł opowiada o małżeństwie takie rzeczy, że trudno uwierzyć. Mówi, że jest ono ukazywaniem tej miłości, którą Chrystus umiłował Kościół. O tym się w ogóle nie mówi w teologii małżeństwa, a jest to sprawa pierwszorzędna: małżeństwo jest właśnie po to, żeby świętować misterium połączenia pomiędzy Chrystusem a Kościołem.

    To chyba nie przypadek, że do opisów zjednoczenia człowieka z Bogiem bardzo często jest używany język erotyczny – od Pieśni nad Pieśniami aż po mistyków, zwłaszcza karmelitańskich.

    To jest tak zwana mistyka oblubieńcza. W tej formie przeżywa się jedność z Bogiem. Duch przeżywa to na sposób doświadczenia mistycznego. Ciało z konieczności bierze w tym udział, ale tego nie ogarnia. Tutaj wychodzi jego słabość, słabość zmysłów. One jakby zupełnie głupieją: nie wiedzą, co z sobą zrobić, jak to uchwycić, ogarnąć, ponieważ to wszystko przekracza ich miarę. Oczywiście przekracza też miarę ducha.

    Niektórzy mówią: „Dbaj o ciało, dusza i tak jest nieśmiertelna”…

    (śmiech) Ale przecież wierzymy w ciała zmartwychwstanie. To znaczy, że nasze ciało będzie w niebie.

    Ale nie to samo ciało.

    Jak nie to, to jakie?

    Mamy w naszej ludzkiej strukturze otwarcie na cielesność, ale my to nasze ciało doczesne stracimy. Będziemy mieli ciało nowe, nieskazitelne. To będzie zupełnie nowa jakość, inny typ: ciało uwielbione. Prawdopodobnie będzie nawet lepsze niż to, które miał Adam w raju. To będzie ciało, które będzie miało pełny wgląd duchowy. To znaczy, że zmysły będą pracować w innych zupełnie rejestrach i wymiarach.

    Pan Jezus powiedział, że w domu Jego Ojca „jest mieszkań wiele”. Co to znaczy?

    To jest „techniczne” określenie na opisanie sposobu istnienia w Bogu, do czego jesteśmy zaproszeni.

    Czasem się boimy, że to zaproszenie jest tylko złudzeniem. Ale chyba jest w nas jakieś ukierunkowanie czy nawet zaprogramowanie na wieczność, skoro Gabriel Marcel mówił, że jest w człowieku coś, czego śmierć się nie ima.

    Tak. W różnych antropologiach czy filozofiach pojawia się wszczepione przez Boga przekonanie o nieśmiertelności duszy i nieskończoności życia. Oczywiście, można próbować je ugasić teoriami materialistycznymi czy determinizmem, przekonującymi, że jesteśmy tylko kosmicznym pyłem. Ale tchnienie Boga, które zostało wrzucone w ten pył jako dar, działa i jest niezniszczalne. Problem jest raczej inny: konsumpcjonizm i hedonizm sprawiły, że człowiek przestał w ogóle pragnąć szczęścia. Wystarczyłoby mu, żeby w niebie było fajnie, nie było nielubianych typów, a był za to świat, który on zna i akceptuje. To jest jakaś zdrada wysokich pragnień. Mimo wszystko jest w człowieku tęsknota, nadzieja, a nawet pewność, która sprawia, że w sytuacjach ekstremalnych znajduje on przekonanie, że warto. Nawet jeśli się sponiewiera, stoczy, ma wstręt do siebie i myśli samobójcze, to jednak odnajduje jakąś iskrę. I to właśnie jest łaska Boża – przebłysk głębi, który przekonuje, że warto powstać i zająć się życiem. Dzięki temu człowiek otwiera się na to, co Boskie, na rodzaj nowej komunikacji z Bogiem. To nie musi mieć jeszcze wymiaru sakramentalnego, to nie musi być pojawienie się w życiu Kościoła czy parafii. Ale jest to już pewność, że Bóg jest, a człowiek potrzebuje czasu, żeby dorosnąć.

    Gość Niedzielny

    ***

    „Tam nigdy nie osiąga się dna”.

    Rzeczy ostateczne: Piekło

    – Czasami mówimy o dnie piekła. Ale tam nigdy nie osiąga się dna – mówi o. dr hab. Marian Zawada, karmelita bosy.

    Jarosław Dudała: Rozmawiając o sądzie ostatecznym, mówiliśmy, że to nie Bóg skazuje człowieka na piekło, ale człowiek sam je wybiera. Jak to jest w ogóle możliwe?

    o. Marian Zawada OCD: Katechizm Kościoła Katolickiego mówi w nr. 1035, że dusze, które umierają w stanie grzechu śmiertelnego, bezpośrednio po śmierci idą prosto do piekła. To jest przerażające, ale ci, którzy uporczywie tkwią po uszy w grzechu, którzy tworzą struktury piekła na ziemi, jakieś mafijne układy, którzy są konsekwentnie źli, idą do piekła – nie chcą być z Bogiem. Miara nienawiści do Boga, do człowieka i do siebie jest tak wielka, że oni świadomie wybierają piekło.

    Czym właściwie jest piekło? Co właściwie tacy ludzie wybierają?

    Nienawiść. To jest wewnętrzny dramat, to wręcz nieprawdopodobne, ale człowiek świadomie wybiera sobie wieczne nieszczęście. Piekło to nie jest jakiś cień, jakaś podświadomość, jakieś mroczne alter ego. To jest realizm życia w nienawiści. To jest gniew, odrzucenie – człowiek sam odrzuca Boga i zostaje odrzucony. To jest jego wewnętrzny wybór.

    Piekło jest stanem czy miejscem?

    Symbolicznie lokujemy je gdzieś w czeluściach, ale oczywiście piekło to jest stan. Jego dramat polega na tym, że człowiek w piekle żyje wbrew swojej naturze. Bo człowiek jest stworzony przez miłość, z miłości i dla miłości. Tymczasem w piekle żyje przeciw miłości. Cały czas przerabia potworność swojego wyboru – to, że dobrowolnie chce żyć przeciw samemu sobie, nienawidząc wszystko, co istnieje. Ten dramat polega fundamentalnie na wieczystym oddzieleniu od Boga. Tego stanu nie da się już zmienić. Człowiek potrafi być tak zaślepiony, że konsekwentnie żyje przeciw Bogu, złorzeczy Mu, przeklina Go. To się zaczyna już tu, na ziemi, gdy taki człowiek nie dopuszcza innych do Boga, wręcz okrada ich z Boga, wciągając w grzech, w sfery nieprawości. Tajemnica piekła to także sprawa fatalnego towarzystwa. To wieczyste udręczenie przez demony, które nie potrafią niczego innego, jak tylko nienawidzić i zadawać cierpienie, dręczyć okrutnie i bez końca. Nie lepsi są potępieńcy, którzy się mszczą za to, że sami zostali oszukani, bo świat za życia ich chronił, usprawiedliwiał, przekonywał, że złe czyny nie pociągną za sobą żadnych konsekwencji.

    Co w piekle jest najgorsze?

    Piekło to jest nieszczęście w formie czystej – bez zasłon, bez możliwości ucieczki. To jest obcowanie z czystym złem. Tam nie ma żadnego dobra. To jest przerażające cierpienie, które trudno sobie wyobrazić. Tak jak w niebie następuje nieskończony rozwój człowieka w pięknie i w boskości, tak w piekle ma miejsce niekończąca się degradacja. Czasami mówimy o dnie piekła. Ale tam nigdy nie osiąga się dna. Hańba jest coraz większa. Istnienie jest tam ohydą, ziejącą pustką. To całkowita klęska człowieczeństwa. Piekło jest złowrogie. To nieprzenikniona ciemność. Jakiekolwiek poruszenie oznacza tylko kolejne cierpienie. W naturze piekła nie leży już żadne życie. Jest tylko wieczne konanie, absolutna rozpacz, ciągły rozkład, bo nienawiść nie potrafi łączyć, ale ciągle dzieli, i to coraz bardziej. Człowiek żyje coraz bardziej zrozpaczony, rozszarpywany przez zło. Kolejny dramat polegać będzie na tym, że to wszystko zostanie dopełnione w zmartwychwstaniu ciał. Gdy człowiek, będąc w piekle, otrzyma ciało, to jego nieszczęście będzie już absolutne. A przeznaczone dla niego miejsce w niebie pozostanie puste.

    Niektórzy powiedzą, że całe to mówienie o piekle to albo tania dydaktyka, albo narzędzie kontroli społecznej, sposób wymuszania posłuszeństwa.

    Rzeczywiście, mamy do czynienia czymś w rodzaju lekkomyślnego unieważniania piekła czy też przekonania, że ono musi być puste. Hans Urs von Balthasar sformułował pytanie: „Czy możemy mieć nadzieję, że piekło jest puste?”. To dobrze postawiona kwestia. Bo żywić taką nadzieję oczywiście możemy. Inni teologowie poszli jednak zbyt daleko. Ogłosili, że piekło na pewno jest puste i że mówienie o nim to tylko pedagogika, straszenie. Jednak sprawiedliwość domaga się, żeby zło zostało ukarane. Są i inne koncepcje, np. teoria apokatastazy, czyli ostatecznego zbawienia wszystkich istot rozumnych, w tym także upadłych aniołów. Jest przypisywana Orygenesowi, choć niektórzy twierdzą, że niesłusznie. To wizja odnowienia wszystkiego, gdy skończy się historia. Wtedy rację bytu mają stracić wszystkie kościelne prawa i dogmaty, więc Bóg będzie mógł jeszcze wymyślić jakieś nowe rozwiązanie. Sądzę jednak, że wewnętrzny stan nienawiści do Boga nie pozwoli potępionym przyjąć tego daru.

    Oprócz postawy typu „hulaj dusza, piekła nie ma” jest też nurt, który straszy piekłem i diabłem tak, jakby był on silniejszy od Boga. Tymczasem nie chodzi przecież o to, żebyśmy żyli w nieustannym poczuciu zagrożenia i posępnie się biczowali?

    To prawda, że XVII wiek (jansenizm) bardzo wyspecjalizował się w straszeniu piekłem. A współcześnie obserwujemy syndrom apokaliptyczny – przerażenie złem, które nadciąga. Ulegający mu ludzie spodziewają się spotkać w przyszłości nie wszechmocnego i kochającego Boga, ale demona, antychrysta. Są za bardzo uwrażliwieni na zło. Widzą tylko mankamenty. Pozwalają, by zło ich przygniatało i zalewało. Myślę jednak, że dzisiaj lęk przed piekłem już trochę wyparował. Ludzie są raczej zuchwali – lekceważą sobie grzech, zło, lekceważą krzywdę, której się dopuszczają. W dodatku pokusa zajęcia się tylko doczesnością bardzo się ostatnio rozrosła poprzez hedonizm i konsumpcjonizm. Człowiek zapomina, po co żyje. Nie zadaje sobie trudu, żeby rozeznać drogę swojego powołania czy w ogóle sens wewnętrznego zamiaru Bożego, dla którego został stworzony. Żyje bezmyślnie. W środowiskach protestanckich nazywa się to uśpieniem. Nie zawadziłoby więc mieć trochę poczucia zagrożenia i świadomości, o co tu chodzi – a chodzi przecież o nasze życie. Ale są też ludzie, którzy raz czy dwa otarli się w doczesności o piekło i wiedzą, czym to pachnie. Piekło na ziemi to nie jest tylko literacka przenośnia. Można kogoś zadręczać na śmierć, poniżać, molestować, okradać, wpędzać w rozpacz. Na skutek czyichś gier całe państwa upadają, ludzie popadają w biedę albo są w niej utrzymywani. Tym, którzy się tego dopuszczają, przydałoby się trochę lęku przed piekłem (a w pozytywnym wymiarze Bożej bojaźni). On może być zdrowy, potrafi stymulować moralnie.

    Gość Niedzielny

    ***

    Otchłań i morze ognia. Święci, którzy mieli wizję piekła

    Jakkolwiek straszne są wizje piekła, ich motywem jest uświadomienie, że ludzkie wybory dokonywane na ziemi mają przełożenie na wieczność.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Niektórym świętym było dane „widzieć” rzeczywistość, której nikt nigdy nie powinien osobiście doświadczyć.

    To jest piekło, gdzie nie ma ani odpoczynku, ani pocieszenia, ani nadziei – taki napis miała ujrzeć św. Franciszka Rzymianka u wejścia do „niezwykle wielkiej i strasznej otchłani”, jaką zobaczyła w mistycznej wizji.

    Święta Katarzyna ze Sieny opisała cztery męki piekielne, o jakich usłyszała od Boga. Pierwsza to oddalenie od Niego. Druga to świadomość potępionych, że trafili do piekła z własnej winy. Trzecia to bezustanne towarzystwo demonów. Czwartą męką jest ogień, który trawi dusze w zależności od ciężaru winy, ale ich nie pochłania.

    Najbardziej znaną dziś wizję piekła przekazały dzieci fatimskie – Łucja, Hiacynta i Franciszek. 13 lipca 1917 r. Matka Boża wezwała dzieci do składania ofiary za grzeszników i do częstego powtarzania: „O Jezu, to z miłości do Ciebie, dla nawrócenia grzeszników i w zadośćuczynieniu za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi”.

    Dzieci zobaczyły jakby morze ognia, a w nim diabły i dusze w ludzkich postaciach „podobne do przezroczystych, rozżarzonych węgli”. Postacie te były wyrzucane w górę i spadały jak iskry podczas wielkiego pożaru, „wśród przeraźliwych krzyków, wycia i bólu rozpaczy wywołujących dreszcz zgrozy”.

    Dzieci po tym, co widziały, do końca życia gorliwie podejmowały czyny pokutne w intencji grzeszników.

    Żeby się nie wymawiać

    Pod koniec października 1936 roku wizję piekła miała św. Faustyna. „Dziś byłam w przepaściach piekła, wprowadzona przez Anioła. Jest to miejsce wielkiej kaźni, jakiż jest obszar jego strasznie wielki” – relacjonowała. Przedstawiła rodzaje mąk: utrata Boga; ustawiczny wyrzut sumienia; świadomość, że tak będzie zawsze; duchowy ogień „zapalony gniewem Bożym”, przenikający duszę, ale nie niszczący jej; ustawiczna ciemność, pomimo której „widzą się wzajemnie szatani i potępione dusze, i widzą wszystko zło innych i swoje”.

    Te męki cierpią wszyscy potępieńcy, ale są jeszcze „męki dla dusz poszczególne”, zależne od zmysłów, którymi dusza grzeszyła.

    Święta przestrzegła: „Piszę o tym z rozkazu Bożego, aby żadna dusza nie wymawiała się, że nie ma piekła, albo tym, że nikt tam nie był i nie wie, jako tam jest”.

    Święta długo nie mogła ochłonąć z przerażenia tym, co widziała. „Toteż jeszcze się goręcej modlę o nawrócenie grzeszników, ustawicznie wzywam miłosierdzia Bożego dla nich” – zauważyła.

    Groza wychowawcza

    Szczególne miejsce wśród duchowych doświadczeń zajmują wizje św. Jana Bosko. Genialny wychowawca młodzieży otrzymywał wskazówki dotyczące duchowego stanu chłopców, którymi opiekował się w założonym przez siebie zakładzie w Turynie.

    W niedzielę wieczorem 3 maja 1868 r. ks. Bosko opowiedział chłopcom swój „sen” o piekle, a raczej o drodze do piekła, pełnej symboli i wskazówek, jak z niej zawrócić i uniknąć potępienia.

    Tajemniczy przewodnik poprowadził kapłana na „drogę szeroką, piękną i doskonale wybrukowaną”. Ksiądz wszedł na drogę bez najmniejszych podejrzeń, lecz szybko zauważył, że prawie niedostrzegalnie pochylała się ku dołowi. Nagle zobaczył wokół siebie wielu chłopców, znanych i nieznanych. Co chwila któryś z nich padał na ziemię, a wtedy jakaś niewidzialna siła wlokła go i wciągała do przepaści podobnej do ziejącego pieca. „Dookoła ujrzałem pułapki. Jedne na samej ziemi, inne na wysokości oczu, a wszystkie doskonale zamaskowane” – relacjonował. Chłopcy, nieświadomi niebezpieczeństwa, wpadali w te sidła. Niektóre z nich były prawie niewidoczne. Wyglądały jak nitki pajęczyny. Przewodnik wyjaśnił, że „to niby nic – to po prostu ludzki wzgląd”, czyli grzechy, które popełnia się „ze względu na ludzi”. Okazało się, że sznur, do którego przyczepione były wszystkie sidła, trzyma ogromny i ohydny potwór, ściągający w otchłań tych, którzy się w nie dostali. Święty zrozumiał, że to sam szatan.

    Zauważył widniejące na sidłach napisy: pycha, nieposłuszeństwo, zazdrość, nieczystość, kradzież, obżarstwo, lenistwo, złość i inne. „Okazało się, że najbardziej niebezpieczne są nieczystość, nieposłuszeństwo i pycha. Wszystkie trzy wiązały się ściśle ze sobą” – zauważył ksiądz Bosko. Wtedy dostrzegł leżące tu i ówdzie noże, dzięki którym można się było uwolnić od sideł. Jedne symbolizowały modlitewne rozmyślanie i pozwalały pokonać pychę. „Dwa specjalne miecze wyrażały nabożeństwo do Najświętszego Sakramentu, a zwłaszcza częstą Komunię św. i nabożeństwo do Matki Bożej” – opowiadał kapłan. Był też młotek – spowiedź. Mniejsze noże wyrażały nabożeństwo do świętych.

    Ks. Bosko, mówiąc o tych, których widział jako potępionych, sprecyzował, że byliby oni potępieni, gdyby w takim stanie, w jakim są teraz, czyli bez łaski Bożej, zmarli. Wyjawił, że dane mu było poznać, „jak potworne wyrzuty sumienia cierpieli wychowankowie naszych szkół. Przeżywali nieludzkie męki, przypominając sobie każdy nieodpuszczony grzech i sprawiedliwą karę za niego. Mogli przecież korzystać z licznych i niezwykłych środków ku naprawie swego życia, wytrwania w cnocie i zbierania zasług na niebo. Z trwogą przypominali sobie lekkomyślnie odrzucone hojne łaski, udzielane przez Najświętszą Dziewicę… Przeżywali prawdziwą gehennę, wiedząc, że tak łatwo mogli się zbawić, a teraz są nieodwołalnie straceni na zawsze. Cisnęło im się na pamięć tyle dobrych postanowień, których niestety nigdy nie wypełnili. Piekło rzeczywiście wybrukowane jest dobrymi intencjami!” – zauważył ksiądz Bosko. Dodał, że aby nie przerażać zbytnio uczniów, pominął wiele strasznych szczegółów. „Wiemy, że nasz dobry Bóg opisywał piekło zawsze w symbolach. Gdyby ukazał je nam w całej rzeczywistości, nie bylibyśmy w stanie go pojąć. Nikt ze śmiertelników nie może zrozumieć tych spraw” – wyjaśnił.

    Chodzi o dobro

    Jakkolwiek straszne są powyższe wizje, ich motywem jest uświadomienie, że ludzkie wybory dokonywane na ziemi mają przełożenie na wieczność. Taki jest sens tego rodzaju objawień prywatnych. Jeśli są one spójne z Objawieniem urzędowym, zapisanym w Piśmie Świętym, i zgodne z nauczaniem Kościoła, mogą się przysłużyć do czyjegoś nawrócenia, a tym samym do uniknięcia tak straszliwego losu, jakim jest piekło. Tak rozumieli to święci, przekazujący innym to, co widzieli. Święta Katarzyna ze Sieny, widząc męki potępionych, chciała położyć się w bramie piekła, żeby nikt nie mógł się już tam dostać. Święta Faustyna deklarowała gotowość konania w mękach do końca świata, żeby ocalić od potępienia „biednych grzeszników”.

    Bo chodzi o zbawienie – i tego chce dla nas Bóg.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    czwartek 27 listopada

    Rocznica objawienia cudownego medalika

    Cudowny medalik jako medalik Niepokalanego Poczęcia znany jest wielu ludziom wiary na całym świecie, szczególnie członkom Rycerstwa Niepokalanej. 27 listopada 1830 r. Najświętsza Maryja Panna objawiła się świętej Katarzynie Labouré w kaplicy Sióstr Miłosierdzia przy rue du Bac w Paryżu. Niepokalana poleciła św. Katarzynie rozpowszechniać medalik według przedstawionego wzoru. Papież Leon XIII 23 lipca 1894 r. ustanowił święto Najświętszej Maryi Panny objawiającej cudowny medalik.

     ks. Mariusz Frukacz/Tygodnik Niedziela

    Cudowny Medalik

    pl.wikipedia.org

    ***

    „27 listopada 1830 roku, w sobotę przed pierwszą niedzielą adwentu, o godz. 17.30, gdy zapadło milczenie po przeczytaniu pierwszej części tekstu rozmyślania, usłyszałam szelest, jaki wydaje poruszana jedwabna suknia, pochodzący od strony ambony, z miejsca, na którym zawieszony jest obraz świętego Józefa. Gdy spojrzałam w tamtą stronę, ujrzałam Najświętszą Dziewicę, stojącą na wysokości obrazu świętego Józefa. Jej postać była wyraźnie widoczna. Ubrana była w białą jedwabną suknię, błyszczącą jak jutrzenka. Miała również biały, długi welon sięgający do stóp. Pod welonem można było dostrzec włosy. Twarz pozostawała niezasłonięta. Oczy miała wzniesione ku niebu. Stopy opierały się na kuli, czy raczej na półkuli, w każdym razie widziałam tylko połowę kuli. Inną kulę Najświętsza Dziewica trzymała w dłoniach, ułożonych w sposób naturalny na wysokości piersi. Ta kula oznaczała glob ziemski. Cała postać promieniowała takim pięknem, że nie potrafię tego opisać.

    Po pewnej chwili na palcach Najświętszej Dziewicy dostrzegłam pierścienie, ozdobione drogimi kamieniami i perłami różnej wielkości i kształtu. Wszystkie rzucały różnorakie promienie. Te promienie, skierowane ku dołowi, jaśniały takim blaskiem, że w ich świetle stały się zupełnie niewidoczne stopy Dziewicy.

    Gdy oglądałam to niebiańskie widzenie, Najświętsza Dziewica skierowała na mnie wzrok. Usłyszałam wówczas głos, który mówił: «Glob, który widzisz, przedstawia całą ziemię. Przedstawia też Francję. Nade wszystko zaś przedstawia każdego człowieka. Promienie oznaczają łaski, jakie zlewam na tych, którzy mnie proszą». (…) Wokół postaci Najświętszej Dziewicy dostrzegłam owalny obraz, na którym pojawiły się złote litery tworzące napis: «O Maryjo, bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy». Równocześnie usłyszałam głos: «Postaraj się, aby wybito medalik według tego wzoru; wszyscy, którzy będą go nosić, otrzymają wiele łask; wielkimi dobrodziejstwami będą obdarzani wszyscy noszący go z wiarą». Odniosłam wrażenie, że obraz, który widziałam, odwrócił się i zobaczyłam drugą stronę medalika. Po kilku dniach w czasie rozmyślania zastanawiałam się, jak właściwie powinna wyglądać ta druga strona medalika. Usłyszałam wtedy głos: «Litera M i dwa serca mówią wystarczająco dużo»” – napisała św. Katarzyna Labouré.

    Św. Maksymilian Kolbe nakreślając program Rycerstwa Niepokalanej (MI) podkreślił: „Motywem naszego działania jest miłość do Najświętszego Serca Jezusowego, to znaczy miłość Boga. Na tym polega doskonałość i uświęcenie, do których chcemy pociągnąć wszystkich teraz i w przyszłości za pośrednictwem Niepokalanej i Jej kochającego Serca (jak na medaliku), ponieważ imię Maryi ściśle złączone jest z krzyżem Jezusa”.

    Również wezwanie, które św. Katarzyna ujrzała w objawieniu: „O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do ciebie uciekamy” św. Maksymilian uczynił fundamentalną modlitwą członków Rycerstwa Niepokalanej. Cudowny medalik wraz z modlitwą jest znakiem tożsamości Rycerzy Niepokalanej.

    ***

    Święta od Cudownego Medalika

    ***

    Odznaczała się wielką pokorą. Cnotę tę zresztą świadomie w sobie doskonaliła. Wystarczy wspomnieć, że żadna z mieszkających z nią sióstr nie wiedziała, że to właśnie jej Matka Najświętsza powierzyła misję przekazania ludziom Cudownego Medalika. Milczenie przerwała dopiero pół roku przed śmiercią, zwierzając się z sekretu przed przełożoną.

    Postaraj się o wybicie medalika według tego wzoru. Wszyscy, którzy go będą nosili, dostąpią wielkich łask, szczególniej jeżeli go będą nosili na szyi. Tych, którzy we mnie ufają, wieloma łaskami obdarzę – takie przesłanie, wraz z wizją Cudownego Medalika, otrzymała w podparyskim Katarzyna Labouré, młoda zakonnica, będąca jeszcze wówczas przed ślubami wieczystymi. Nie pierwszy i nie ostatni to raz, gdy Bóg, za pośrednictwem współpracującej z Nim w dziele Zbawienia Maryją, posłużył się skromną osobą, dla przekazania człowiekowi wielkiego daru.

    Długa droga do klasztoru

    Wielu ludziom, gdy myślą o Francji, staje przed oczami Paryż. Niegdysiejsza wielkość tego miasta, wynikała z przyciągania wybitnych ludzi z prowincji czy zagranicy. Także św. Katarzyna Labouré, która większość życia spędziła na przedmieściach Paryża, pochodziła z prowincji. Przyszła bowiem na świat w burgundzkiej wiosce Fain-les-Moutiers 2 maja 1806 roku. Była dziewiątym dzieckiem Magdaleny (byłej guwernantki) i Piotra Labouré (rolnika). Mimo że na Chrzcie św. otrzymała imię Katarzyna, bliscy zwracając się do niej używali imienia Zoé – od patronki dnia, w którym się urodziła.

    Niestety, śmierć matki, która nastąpiła w 1815 roku, położyła kres beztroskiemu dzieciństwu Katarzyny. Zrozpaczona dziewczynka pocieszenia szukała u Maryi, prosząc Ją, by zastąpiła jej zmarłą mamę. Po trwającym dwa lata pobycie u mieszkającej w nieodległym miasteczku ciotki wróciła do ojcowskiego domu, by przejąć z rąk najstarszej siostry, która właśnie wstąpiła do zakonu, prowadzenie gospodarstwa.

    Także Zoé czuła, że jej miejsce jest w klasztorze. Jednak nie była pewna swego powołania. Zresztą zdecydowanie przeciwny wstąpieniu drugiej córki do zakonu był ojciec.

    Pewnej nocy dziewczyna miała dziwny sen. Znajdowała się w kościele, w którym Mszę Świętą odprawiał nieznajomy ksiądz. Po zakończeniu liturgii przywołał ją do siebie. Zmieszana uciekła. W dalszej części snu ponownie spotkała tajemniczego kapłana. – Teraz uciekasz przede mną, lecz przyjdzie dzień, kiedy będziesz się miała za szczęśliwą, że możesz przyjść do mnie. Bóg ma szczególniejsze zamiary względem ciebie – powiedział do niej.

    W tym czasie Katarzyna prowadziła intensywne życie duchowe pełne modlitwy i umartwienia. W 1824 roku zamieszkała u kuzynki, która w Chatillon-sur-Seine prowadziła pensjonat. Miała nadzieję, że pomagając krewniaczce nauczy się czytać i pisać. Umiejętność ta była brana pod uwagę przy przyjmowaniu do klasztoru. Źle się jednak czuła w otoczeniu wyniosłych uczennic i w końcu wyjechała do domu.

    Zanim to jednak nastąpiło nieoczekiwanie znalazła wyjaśnienie zagadkowego snu. Pewnego razu odwiedziła miejscowy dom Sióstr Miłosierdzia. W trakcie wizyty wzrok jej przykuł wiszący na ścianie portret duchownego. Tak, to był kapłan z wizji sennej! Okazało się, że obraz przedstawia założyciela Zgromadzenia, św. Wincentego á Paulo. Teraz już wiedziała, że jej miejsce jest wśród szarytek. Niestety, ze względu na sprzeciw ojca musiała odłożyć realizację marzeń na później.

    W styczniu 1830 roku Katarzyna, już przy błogosławieństwie Piotra Labouré, który wreszcie dał się przekonać do zmiany decyzji, rozpoczęła postulat w domu Sióstr Miłosierdzia w Chatillon. Na początku 1830 roku  została przeniesiona do paryskiego klasztoru przy Rue du Bac. Od dzieciństwa rozmiłowana w modlitwie szybko wzrastała duchowo. Bóg obdarzał ją nadprzyrodzonymi wizjami. Niestety, zapowiedzi przyszłych tragicznych losów Francji i świata ciężkim brzemieniem obciążyły serce młodej szarytki.

    Wkrótce okazało się, że Pan Bóg nie opuścił grzesznej ludzkości i za pośrednictwem Maryi i… Katarzyny ofiarował jej koło ratunkowe.

    Objawienia Maryi

    Tuż przed północą z 18 na 19 lipca 1830 roku Katarzynę Labouré obudził głos dziecka, które poleciło jej pójść do kaplicy. Tam ukazała jej się Matka Boża. Głosem przepełnionym bólem zapowiedziała nadejście niespokojnych dla Francji czasów: kolejnej rewolucji, która, jak się wkrótce okazało, miała wybuchnąć za kilkanaście dni.

    27 listopada tegoż roku Maryja ponownie ukazała się Katarzynie. Już nie jako stroskana losem dzieci Matka, lecz promieniejąca blaskiem chwały Królowa. Stała na kuli, a w rękach trzymała drugą kulę. Siostra Labouré tak opisała później spotkanie z Najświętszą Panną:

    Niepokalana mówiła: „Kula, którą widzisz, przedstawia świat, a szczególnie zaś Francję i każdą duszę poszczególną”. Zrozumiałam, że mówi mi o tej kuli, która była pod stopami. Potem jeszcze raz zaczęła przemawiać do mnie, objaśniając mi, co znaczą te świecące pierścienie na Jej palcach: „Oto symbol łask, które Ja zlewam na tych ludzi, którzy mnie o nie proszą”.

    Następnie otoczył Najświętszą Pannę podłużno-okrągły pas, z napisem: O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy. Maryja, poleciła siostrze Katarzynie wybicie medalika na podstawie tego co widzi, obiecując wszystkim, którzy będą go pobożnie nosić, szczególną opiekę z Jej strony. Scena przybrała kształt owalu, by niczym ogromny medalion, odwrócić się.

    W tej chwili zdawało mi się, że obraz się obraca. Potem ujrzałam na drugiej stronie literę „M” z wyrastającym ze środka krzyżem, a poniżej monogram Najświętszej Maryi Panny, Serce Jezusa otoczone cierniową koroną i Serce Maryi przeszyte mieczem bólu.

    Jeszcze raz Najświętsza Panienka ukazała się swojej służebnicy w kaplicy przy Rue du Bac, by ponownie zlecić jej rozpowszechnienie medalika. Na koniec pożegnała się z nią następującymi słowami: Córko moja droga, już mnie odtąd więcej nie zobaczysz, lecz głos mój często będziesz słyszała podczas modlitwy.

    Cudowny Medalik

    By jak najszybciej spełnić polecenie Matki Bożej, siostra Katarzyna powiedziała o wszystkim swemu spowiednikowi ks. Janowi Marii Aladelowi ze Zgromadzenia Misjonarzy św. Wincentego á Paulo. Z początku kapłan z niedowierzaniem przyjmował wyznania nowicjuszki. Jednak z czasem przekonał się, że jej relacje z przeżyć mistycznych nie są urojeniami, ale rzetelną relacją. Ze zdumieniem obserwował bowiem ziszczanie się proroctw młodej zakonnicy.

    Mimo wszystko ks. Aladel zwlekał z podjęciem starań o zatwierdzenie przez władze kościelne nowego medalika. Dopiero napomnienie ze strony Maryi przekazane mu za pośrednictwem Katarzyny, zmobilizowało go do czynu. Wreszcie pierwsze 1500 sztuk medalików, wykonanych ściśle według wzoru nakreślonego przez Niepokalaną, opuściło warsztat jubilerski i trafiło do wiernych. Sławę Cudownego Medalika, jak szybko zaczęto go nazywać, wzmogły liczne uzdrowienia, jakie nastąpiły wśród noszących go podczas epidemii cholery w lipcu 1832 roku.

    Nagłe uzdrowienia z pewnością robią wielkie wrażenie na ludziach, dużo donioślejsze, choć może dla świata mniej spektakularne, były natomiast liczne nawrócenia grzeszników, które nastąpiły w związku z nabożeństwem do Cudownego Medalika.

    Skromna i wierna

    30 stycznia 1831 roku siostra Katarzyna Labouré przywdziała suknię zgromadzenia. Kilka dni później rozpoczęła pracę w przytułku dla starców na przedmieściu Paryża. Najpierw skierowano ją do kuchni, później do pralni. Przez pewien czas zajmowała się także hodowlą krów oraz pracą w ogrodzie. W końcu powierzono jej opiekę nad starcami. Pielęgnowała ich z wielkim oddaniem.

    Odznaczała się wielką pokorą. Cnotę tę zresztą świadomie w sobie doskonaliła. Wystarczy wspomnieć, że żadna z mieszkających z nią sióstr nie wiedziała, że to właśnie jej Matka Najświętsza powierzyła misję przekazania ludziom Cudownego Medalika. Milczenie przerwała dopiero pół roku przed śmiercią, zwierzając się z sekretu przed przełożoną. A zrobiła to tylko dlatego, że pozostała jej do wypełnienia jeszcze jedna misja zlecona przez Maryję – wykonanie rzeźby Niepokalanej z globem w dłoni.

    Jednym z trudniejszych momentów w życiu s. Katarzyny Labouré był niewątpliwie czas Komuny Paryskiej (1871). Rewolucjoniści nienawidzili Boga i to uczucie przenieśli na duchowieństwo. Bandy komunardów bezcześciły i grabiły paryskie świątynie, mordowały księży. Także siostry zakonne nie były bezpieczne. Wraz z innymi szarytkami, na terenach opanowanych przez Komunę znalazła się także s. Labouré. W chwilach zagrożenia wykazywała się ogromnym hartem ducha. Gdy po ucieczce zagrożonej aresztowaniem przełożonej, nad domem oraz prowadzonym przez szarytki szpitalem zawisło niebezpieczeństwo, bez wahania udała się do siedziby komunardów, by uprzedzić przewidywane represje. Niewiele brakowało, by ten krok przypłaciła życiem, jednak ostatecznie wybieg się udał. Rewolucjoniści dali spokój siostrom. Nie było to jedyna chwila grozy, którą w tym okresie przeżyły szarytki. Za to potem, gdy państwo francuskie karało komunardów za liczne przestępstwa, s. Katarzyna rozdawała medaliki skazanym na śmierć.

    Zmarła 31 grudnia 1876 roku. Mieszkające w jednym domu z nią zakonnice dopiero wtedy ze zdziwieniem poznały prawdziwą historię Świętej. Beatyfikacji siostry Katarzyny Labouré dokonał 28 maja 1933 r. Ojciec Święty Pius XI. W poczet świętych zaliczył ją kolejny papież – Pius XII w 1947 roku. Kościół wspomina ją 31 grudnia.

    Cudowny Medalik do dziś pozostaje najpopularniejszym sakramentalium. Zgodnie z obietnicą daną św. Katarzynie przez Niepokalaną, ludzie noszący go obdarzani są licznymi łaskami. Wiele osób zawdzięcza mu nawrócenie. Najsławniejszym konwertytą, czcicielem Najświętszej Maryi Panny od Cudownego Medalika, był bogaty francuski Żyd Alfons Ratsbonne – po przejściu na katolicyzm kapłan i zakonnik. Z wielką gorliwością Cudowny Medalik propagował św. Maksymilian Maria Kolbe. W roku 1894 papież Leon XIII ustanowił liturgiczne święto Najświętszej Maryi Panny od Cudownego Medalika, które Kościół obchodzi co roku w dniu 27 listopada.

     Adam Kowalik/PCh24.pl

    ***

    Naprawdę cudowny

    Przez minione 190 lat Cudowny Medalik stał się narzędziem licznych Boskich interwencji – uzdrowień, ocaleń i nawróceń.

    Cudowny Medalik

    pl.wikipedia.org

    ***
    W lipcu, listopadzie i grudniu 1830 r. w Paryżu Najświętsza Maryja Panna objawiła się Katarzynie Labouré – skromnej seminarzystce ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia (szarytki). Głównym przesłaniem był objawiony 27 listopada medalik z Jej orędziem. Stał się on narzędziem licznych uzdrowień, ocaleń czy nawróceń – co uczyniło go w oczach wiernych cudownym w działaniu. W krótkim czasie przylgnęła do niego nazwa „Cudowny Medalik”. Minione 190 lat jego istnienia jest naznaczone niezliczonymi Boskimi interwencjami.

    Czas na nowennę

    200. rocznica objawienia Cudownego Medalika przypadnie w 2030 r. Rodzina św. Wincentego a Paulo – Siostry Miłosierdzia i Księża Misjonarze – w której Maryja złożyła ten cenny dar, pragnie uczcić to wydarzenie i godnie się przygotować do nadchodzącego jubileuszu. W związku z tym rozpoczynamy nowennę, czyli 9-letni okres peregrynacji orędzia Niepokalanej po polskich wsiach i miastach; peregrynacja ta, prowadzona przez księży i siostry ze zgromadzeń św. Wincentego oraz przez członków Stowarzyszenia Cudownego Medalika, ma przybliżyć wiernym przesłanie medalika oraz zachęcić do wypełniania woli Maryi wyrażonej w trakcie objawienia: aby była czczona jako wstawiająca się u Syna za światem i abyśmy się włączyli w Jej wstawienniczą modlitwę przez nabożne odmawianie Różańca św. Wola ta została też wyrażona w kolejnych objawieniach, m.in. w Lourdes czy w Fatimie. Objawienia maryjne przy Rue du Bac i wszystkie następne wpisują się w zatroskanie naszej niebieskiej Matki o ludzkość. Ta misja została Jej powierzona z krzyża przez Syna w słowach: „Niewiasto, oto syn Twój” (J 19, 26).

    Obchody

    Jako Rodzina św. Wincentego a Paulo, depozytariusz treści objawienia z 1830 r., mamy nadzieję, że 9-letni okres peregrynacji orędzia Cudownego Medalika przyczyni się do pojednania się wielu ludzi z Bogiem, odnowienia życia w Chrystusie oraz do duchowego przygotowania się do 200. rocznicy objawienia medalika. W związku z nowenną skierowaliśmy do przewodniczącego KEP abp. Stanisława Gądeckiego pismo informujące o wydarzeniu z prośbą o przyzwolenie i błogosławieństwo, i otrzymaliśmy przychylną odpowiedź.

    Treść medalika

    Nowenna i związana z nią peregrynacja będą się odbywały pod hasłem „Cudowny Medalik: znak z nieba i drogowskaz do nieba”. Treści medalika zawierają istotę głoszonego przez Kościół orędzia. Na awersie widzimy postać Niepokalanej z promieniami światła wychodzącymi z Jej dłoni, co symbolizuje wypraszane przez Nią dla nas łaski; pod stopami Maryja ma kulę ziemską z wężem, któremu miażdży głowę – znak ostatecznego zwycięstwa nad siłami zła, które przyjdzie za Jej pośrednictwem. Na rewersie natomiast znajdują się trzy motywy. Pierwszy to dwanaście gwiazd, które wyobrażają Chrystusa – Światłość świata (motyw gwiazdy) i Jego mistyczne zjednoczenie z Kościołem (liczebnik dwanaście), co stanowi syntezę chrześcijańskiego orędzia. Drugi motyw – zranione Serca Jezusa i Maryi – przedstawia zjednoczenie Syna z Matką i Matki z Synem oraz nawiązuje do Golgoty, kiedy to Jezus czyni swą Matkę naszą Matką. Trzeci motyw to litera „M” i wznoszący się ponad nią krzyż na podstawie, która jest z tą literą spleciona. „M” wyobraża Maryję, krzyż na podstawie natomiast – kulę ziemską, czyli odkupioną ludzkość, która pogrążyła się w grzechu. Ten motyw stanowi nawiązanie do wizji poprzedzającej objawienie medalika – św. Katarzyna Labouré ujrzała Maryję ubraną na biało, ze złotym globem w dłoniach i małym krzyżem na jego szczycie; Maryja wstawiała się u Syna za ludzkością. Na medaliku zostało to przedstawione symbolicznie jako litera „M” i wznoszący się ponad nią krzyż na podstawie.

    Awers i rewers Cudownego Medalika stanowią przesłanie na każdy czas Kościoła, obecny i przyszły, aż po powrót Chrystusa na końcu czasów. Szczególnie rewers medalika niesie treści ponadczasowe, a jego symbolika wyraża syntezę głoszonego przez Kościół orędzia. Z tej racji nie dziwi szczególne oddziaływanie medalika. Jego rewers może stanowić logo Kościoła Bożego. Pod tym znakiem będziemy bezpiecznie szli przez życie i z pewnością odniesiemy zwycięstwo nad siłami zła. Nośmy zatem z ufnością Cudowny Medalik na szyi i odmawiajmy inwokację: „O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”. Obdarujmy medalikiem naszych najbliższych, a szczególnie dzieci i młodzież zagrożone szerzącymi się dzisiaj niebezpiecznymi ideologiami, aby Niepokalana ustrzegła je przed złem i zachowała przy Bogu.

    Bądźmy razem

    Jako Rodzina św. Wincentego a Paulo zachęcamy wszystkich wiernych do włączenia się w nowennę i peregrynację Cudownego Medalika po naszym kraju. Wierzymy, że jak u początków objawienia działy się liczne cuda i pojawiały się znaki, tak teraz jako wspólnota wierzących doświadczymy licznych łask. Nowenna rozpocznie się uroczystym Triduum w domach Sióstr Miłosierdzia i parafiach Księży Misjonarzy w dniach 26, 27 i 28 listopada, po czym nastąpi peregrynacja Cudownego Medalika po parafiach naszego kraju. Zgłoszenia woli nawiedzenia własnej parafii prosimy kierować na adresy znajdujące się na stronie: www.cudowny-medalik.pl pod zakładką „Nowenna”. Na tych samych stronach znajdują się wszelkie informacje o nowennie i peregrynacji Cudownego Medalika.

    Z okazji nowenny ukazał się przewodnik zawierający jej program, modlitwy, nabożeństwa związane z objawionym Cudownym Medalikiem oraz materiały źródłowe z objawienia do rozważań (368 stron). Przewodnik można zamówić w Wydawnictwie Instytutu Teologicznego Księży Misjonarzy w Krakowie, telefonicznie: 12 422 88 77, pocztą elektroniczną: wydawnictwo@witkm.pl lub listownie: ul. Stradomska 4, 31-058 Kraków.

    (autor jest misjonarzem św. Wincentego a Paulo i koordynatorem krajowym nowenny)

    ks. Waldemar Rakocy/Tygodnik Niedziela

    ***

    Niedziela 23 listopada 2025

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Święto Chrystusa Króla zaraz po ustanowieniu zaczęto uroczyście obchodzić w Polsce

    Kościół obchodzi święto Chrystusa Króla od stu lat, ale godność królewską Zbawiciela czci od początku.

    Dobiegał końca rok 1925, obchodzony w Kościele jako jubileuszowy. Od trzech lat na Stolicy Piotrowej w Watykanie zasiadał Achilles Ratti, który obrał imię Pius XI. 11 grudnia papież opublikował encyklikę Quas primas. „A przeto powagą Naszą Apostolską ustanawiamy święto Pana Jezusa Chrystusa – Króla, które ma być na całym świecie obchodzone rokrocznie w ostatnią niedzielę miesiąca października, tj. w niedzielę, poprzedzającą bezpośrednio uroczystość Wszystkich Świętych” – brzmiało kluczowe zdanie dokumentu. Zarazem Ojciec Święty polecił, aby w tym samym dniu corocznie odnawiano poświęcenie się Sercu Pana Jezusa.

    Zwrócenie uwagi na powszechne panowanie Jezusa było jak promień światła, wskazujący drogę znękanej ludzkości. Świat od siedmiu lat leczył rany po wojnie zwanej wielką, a później pierwszą światową. Zaraz potem przez cały glob przetoczyła się straszliwa pandemia grypy „hiszpanki”, która pochłonęła jeszcze więcej ofiar niż wojna, bo aż 50 milionów, i to w większości ludzi młodych. Także Kościół instytucjonalny wciąż jeszcze przeżywał perturbacje po roku 1870, gdy rodzące się Włochy zlikwidowały ponadtysiącletnie Państwo Kościelne.

    W takich warunkach Pius XI niemal od początku swojego pontyfikatu ogłosił hasło Instaurare omnia in Christo – „Odnowić wszystko w Chrystusie”. Zaakcentowanie królowania Chrystusa w czasie, gdy ziemskie władztwo papieży ograniczyło się do maleńkiego skrawka Rzymu, paradoksalnie bardziej podkreśliło powszechny charakter panowania Zbawiciela.

    Władztwo dla pokoju

    Pius XI już u progu swojego pontyfikatu, w 1922 roku, wskazywał na konieczność przywrócenia królestwa Chrystusowego wśród ludzi. W encyklice Ubi arcano podkreślał, że Jezus „króluje w umysłach jednostek przez naukę Swoją, króluje w duszach przez miłość, króluje w całym życiu człowieka, przestrzegającego Jego prawa i naśladującego Jego przykład, Chrystus Pan króluje w rodzinie, gdy oparta na sakramencie małżeństwa istnieje jako rzecz święta i nierozerwalna”. Papież dodał, że „nie ma pokoju Chrystusowego poza królestwem Chrystusowym i stąd nie możemy skuteczniej pracować nad utwierdzeniem pokoju Chrystusowego, jak właśnie wznawiając królestwo Chrystusowe”.

    Decyzja papieża o ustanowieniu święta Chrystusa Króla została poprzedzona prośbą o to ze strony licznych środowisk kościelnych. Petycje w tej sprawie przysłało 790 biskupów, 200 zakonów i 12 uniwersytetów katolickich. Pius XI, realizując te postulaty, wyjaśnił w encyklice Quas primas powody, dla których uznał to święto za potrzebne. Przedstawił cztery argumenty. Pierwszym były fragmenty biblijne mówiące o królewskiej władzy Syna Bożego. Drugi odnosił się do tradycji liturgicznej Kościoła, która zawiera wiele nawiązań do królewskiej godności Jezusa. Trzeci argument nawiązywał do Credo nicejskiego z 325 roku, w którym pojawia się sformułowanie: „królestwu Jego nie będzie końca”. Ostatni argument dotyczył elementu dydaktycznego święta, w którym papież widział potencjał przeciwstawienia się laicyzmowi i powrotu społeczeństwa do Chrystusa Króla.

    Ojciec Święty wskazał, że Chrystus posiada najwyższą władzę nad całym stworzeniem i tę władzę otrzymał od Boga Ojca. Jego królestwo jest duchowe, ale obejmuje całe społeczeństwo, od pojedynczych ludzi po państwa. „Jeżeli więc teraz nakazaliśmy czcić Chrystusa Króla całemu światu katolickiemu, pragniemy przez to zaradzić potrzebom czasów obecnych i podać szczególne lekarstwo przeciwko zarazie, która zatruwa społeczeństwo ludzkie” – pisał. Zarazą tą jest, jak stwierdził, „zeświecczenie czasów obecnych, tzw. laicyzm”. Laicyzm i laicyzacja prowadzą, jak zauważył, do rozluźnienia więzi rodzinnych i moralnego chaosu w społeczeństwie.

    To właśnie w usunięciu Chrystusa i Jego prawa z życia prywatnego, rodzinnego i publicznego oraz w braku uznania Jego panowania papież upatrywał główną przyczynę gnębiących ludzkość nieszczęść.

    Sprowadzić na nowo

    „Nasienie niezgody wszędzie porozsiewane, płomienie zazdrości i nieprzyjaźni objęły narody, co powoduje dotąd tak wielką zwłokę w pojednaniu ludów; nieposkromione pragnienia, które często pokrywają się płaszczykiem dobra publicznego i miłości ojczyzny, a z których powstaje rozdwojenie wśród obywateli i ślepy a niepomierny egoizm, na nic innego nie zważający, jak tylko na własną korzyść i na własne dobro, i tą jedynie miarą wszystko inne mierzący” – ubolewał. Zwrócił też uwagę na konsekwencje w postaci rozchwiania relacji międzyludzkich. „Zburzony zupełnie pokój domowy wskutek zapomnienia i zaniedbania obowiązków; węzły rodzinne rozluźnione i trwałość rodzin zachwiana; całe wreszcie społeczeństwo do głębi wstrząśnięte i ku zagładzie idące” – wyliczał następca Piotra. Wyraził silną nadzieję, że uroczystość Chrystusa Króla „sprowadzi na nowo społeczeństwo do najukochańszego Zbawiciela”. Zaznaczył, że powinnością katolików jest ten powrót do Jezusa przygotować i przyspieszyć.

    Papież podkreślił, że wprowadzane święta kościelne niejednokrotnie odnawiały gorliwość katolików. Przywołał przykłady: „gdy poszanowanie i cześć Najświętszego Sakramentu zmalały, ustanowiono święto Bożego Ciała”; „tak też wprowadzono uroczystość Serca Jezusowego właśnie wówczas, gdy dusze osłabione i zniechęcone przygnębiającą i przesadną surowością jansenistów zupełnie wyziębły i trwożliwie unikały miłości Bożej i nadziei zbawienia”.

    Pius XI ze świętem Chrystusa Króla łączy w encyklice kult Serca Jezusowego. Jezus, objawiając się św. Małgorzacie Marii Alacoque, ukazywał swe kochające ludzi Serce, spragnione ich odpowiedzi. Do tego nawiązał też Pius XI. „Do uznania panowania i władzy Chrystusa przyczynił się również pobożny zwyczaj, iż niezliczone prawie rodziny oddawały się i poświęcały Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Co prawda nie tylko rodziny tak czyniły, lecz i społeczeństwa, i państwa, a nawet cały rodzaj ludzki” – przypominał papież. W jego przekonaniu grunt pod święto przygotowały też kongresy eucharystyczne.

    Alfa i Omega

    Zgodnie z zarządzeniem papieskim święto było obchodzone w ostatnią niedzielę października. W roku 1969 papież Paweł VI przeniósł święto Chrystusa Króla na ostatnią niedzielę roku kościelnego i podniósł je do najwyższej rangi liturgicznej – uroczystości. Zmodyfikowana została także nazwa. Obecnie brzmi ona: uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata. Zmiana ta uwydatniła królewskość Jezusa – Jego panowanie powszechne, obejmujące wszystko: pojedynczych ludzi i całe narody, społeczeństwa i państwa z ich władzami, całą historię z kosmosem i wszystkim, co istnieje. Usytuowanie uroczystości w ostatnią niedzielę roku liturgicznego ma podkreślać prawdę, że wszystko zmierza do Chrystusa i do Niego będzie należał ostateczny sąd nad dziejami ludzkości i świata. Jest to nawiązanie do Apokalipsy, w której Jezus Chrystus jest Alfą i Omegą oraz „Pierwszym i Ostatnim, Początkiem i Końcem”. Chodzi o podkreślenie, że w Chrystusie wypełnia się zbawczy plan Boga.

    Polska wdzięczna

    Święto Chrystusa Króla zaraz po ustanowieniu zaczęto uroczyście obchodzić w Polsce. W nawiązaniu do niego w 1927 roku w Poznaniu zawiązał się komitet budowy pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa. Miał to być zarazem wyraz wdzięczności za odzyskaną niepodległość. Monument uroczyście odsłonięto w święto Chrystusa Króla, 30 października 1932 roku. Ceremonii przewodniczył kard. August Hlond.

    Pomnik został wykonany w formie łuku triumfalnego o wysokości 12,5 m i szerokości 22 m. W centralnej wnęce umieszczono odlaną z brązu, liczącą 4 metry figurę Chrystusa. Widoczny na pomniku napis głosił: Sacratissimi Cordi – Polonia Restituta (Najświętszemu Sercu – Odrodzona Polska). Monument przetrwał tylko do września 1939 roku. Niemcy zaraz po wkroczeniu do miasta wysadzili go w powietrze, a postać Zbawiciela przetopili na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Od kilku lat trwają starania o przywrócenie tego pomnika w stolicy Wielkopolski.

    Ważnym dla Polaków aktem nawiązującym do królowania Chrystusa było uroczyste przyjęcie Go za Króla i Pana, którego dokonano 19 listopada 2016 roku w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach, a nazajutrz we wszystkich kościołach w Polsce. W poprzedzającym ten akt liście pasterskim biskupi polscy przypomnieli, że „nie trzeba Chrystusa intronizować w znaczeniu wynoszenia Go na tron i nadawania Mu władzy ani też ogłaszać Go Królem. On przecież jest Królem królów i Panem panów na wieki. Natomiast naszym wielkim zadaniem jest podjęcie dzieła intronizacji Jezusa w znaczeniu uznawania Jego królewskiej godności i władzy całym życiem i postępowaniem”.

    Kościół czcił zawsze

    Choć święto Chrystusa Króla ma zaledwie sto lat, świadomość królewskiej godności Chrystusa trwa w Kościele od początku jego istnienia. Mówi o tym w wielu miejscach Pismo Święte. Już w Starym Testamencie zapowiedziano nadejście Mesjasza z rodu Dawida, mającego królewską godność.

    Umieszczenie uroczystości Chrystusa Króla Wszechświata na końcu kalendarza dobrze oddaje sens roku liturgicznego, który obejmuje najważniejsze wydarzenia w historii zbawienia.

    Franciszek Kucharczak/ Gość Niedzielny

    ***

    fot. Francisco Xavier / Cathopic

    ***

    Dlaczego czcimy Chrystusa jako Króla Wszechświata? Skąd wzięła się ta uroczystość?

    Uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata obchodzona jest w ostatnią niedzielę roku liturgicznego. Skąd wzięła się ta uroczystość? Co oznacza? Jaki jest jej sens? Poznaj 5 faktów o tej uroczystości.

    1. Wszystko zaczęło się od… św. Małgorzaty Marii Alacoque

    Idea intronizacji, przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana jest rozwinięciem aktu poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu, wynikającego z objawień francuskiej wizytki z Paray-le-Monial św. Małgorzaty Marii Alacoque (1647-1690). Święta ta była mistyczką, której Pan Jezus w wielu objawieniach przedstawiał swe Serce, kochające ludzi i spragnione ich miłości.

    2. Święto oficjalnie wprowadził papież Pius XI

    Święto Chrystusa Króla wprowadził papież Pius XI w roku 1925 na zakończenie Roku Świętego: przypadła ona wówczas na 11 grudnia. Sensem tego nowego święta, jak wyjaśniał papież w encyklice „Quas primas”, było uznanie panowania i władzy Chrystusa zarówno w życiu osobistym chrześcijan, jak i całych społeczności.

    Miało ono służyć odnowie wiary, także w przestrzeni publicznej, która szczególnie – zdaniem papieża – narażona jest na wypieranie zeń wartości i zasad chrześcijańskich. Ustanowienie święta Chrystusa Króla traktował więc jako „lekarstwo na zagrożenia niesione przez coraz powszechniejsze prądy laicyzacyjne, zaprzeczające panowaniu Chrystusa nad ludami”. W związku z tym Pius XI zachęcał – jak brzmiało ulubione jego hasło – do „Instaurare omnia in Christo”, czyli odnowy wszystkiego w Chrystusie.

    W 1969 r. papież Paweł VI podniósł święto Chrystusa Króla do rangi uroczystości, a więc najwyższej wagi obchodu liturgicznego w Kościele, postulując czcić Chrystusa jako Króla Wszechświata.

    3. W czasie II wojny światowej Niemcy zniszczyli wyjątkową figurę w Polsce

    Święto Chrystusa Króla od samego początku było uroczyście obchodzone w Polsce. W 1927 r. powstał w Poznaniu komitet budowy pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa, który miał być także monumentem wdzięczności za odzyskaną niepodległość. Pomnik ten uroczyście odsłonięto 30 października 1932, w święto Chrystusa Króla. W uroczystościach wzięli udział liczni poznaniacy pod przewodnictwem kard. Augusta Hlonda. Pomnik zburzyli Niemcy zaraz po wejściu do miasta w 1939 r., wysadzając go w powietrze. A figurę Chrystusa przetopiono na kule armatnie. Obecnie, od kilku lat trwają starania o odbudowę tego pomnika i postawienie go ponownie w godnym miejscu stolicy Wielkopolski.

    4. Uroczystość została przeniesiona na ostatnią niedzielę przed Adwentem w 1969 roku

    Po ostatniej reformie liturgicznej w 1969 r. uroczystość została przeniesiona na ostatnią niedzielę przed Adwentem. Mimo, że jest to święto tak młode, jego treść była przeżywana w Kościele od początku jego istnienia. Wskazuje na to wiele fragmentów Ewangelii oraz starożytnych pism chrześcijańskich. Geneza kultu Chrystusa jako Króla sięga natomiast już Starego Testamentu, zapowiadającego przyjście Mesjasza, króla, potomka Dawida.

    Greckie słowo „chrystus” jest odpowiednikiem hebrajskiego mesjasz i oznacza pomazańca, namaszczonego, co w znaczeniu starotestamentalnym odnosiło się zarówno do króla, jak i kapłana, a nieraz także do proroka.

    Umieszczenie tej uroczystości na końcu kalendarza wiąże się z biblijnym rozumieniem czasu i odzwierciedla zarazem sens roku liturgicznego, który jakby odtwarza najważniejsze zdarzenia w dziejach zbawienia.

    Objawienie biblijne przyniosło nowe, linearne rozumienie czasu: czas ma swój początek i koniec, nie ma w nim powrotów i cyklów, lecz każda chwila jest jedyna i niepowtarzalna. W człowieka jednak, tak jak w całą naturę, wpisana jest pewna cykliczność. Rok kościelny łączy w sobie te dwa wymiary: w swoich powrotach odzwierciedla tę jedyną i niepowtarzalną historię zbawienia, która rozpoczęła się wraz ze stworzeniem, szczyt osiągnęła w czasie życia, zbawiennej śmierci oraz zmartwychwstania Jezusa z Nazaretu, a zmierza do kresu, którym jest nastanie Królestwa Bożego. Zakończenie roku symbolizuje właśnie osiągnięcie celu i wypełnienie bożych obietnic. Jest to odpowiedź Boga na nieustające modlitwy chrześcijan: Przyjdź królestwo Twoje.

    5. W 2016 roku dokonano aktu uznania Chrystusa Królem

    Sprawą intronizacji Chrystusa Króla – na prośbę licznych oddolnych ruchów intronizacyjnych – w ostatnich latach zajmowała się Konferencja Episkopatu Polski. Powołała w tym celu w 2013 r. specjalny Zespół ds. Ruchów Intronizacyjnych pod przewodnictwem biskupa opolskiego Andrzeja Czai. Podczas spotkania Zespołu 10 czerwca 2014 roku zrodziła się myśl o przygotowaniu aktu uznania Chrystusa Królem w uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata w 2016 roku, w ramach obchodów jubileuszu 1050. rocznicy Chrztu Polski.

    Po długich i niełatwych dyskusjach z przedstawicielami ruchów intronizacyjnych – które domagały się ogłoszenia Chrystusa królem Polski – ustalono, że uroczysta proklamacja Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana odbędzie się w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach w sobotę 19 listopada br. – w przeddzień uroczystości Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Następnego dnia akt ten został odnowiony we wszystkich świątyniach katolickich w Polsce.

    W liście pasterskim z 11 października 2016 r. – poprzedzającym Jubileuszowy Akt – Pasterze Kościoła w Polsce przypominali, że „nie trzeba Chrystusa intronizować w znaczeniu wynoszenia Go na tron i nadawania Mu władzy ani też ogłaszać Go Królem. On przecież jest Królem królów i Panem panów na wieki. Natomiast naszym wielkim zadaniem jest podjęcie dzieła intronizacji Jezusa w znaczeniu uznawania Jego królewskiej godności i władzy całym życiem i postępowaniem”.

    Biskupi wyjaśniali ponadto, że „zasadniczym celem dokonania aktu jest uznanie z wiarą panowania Jezusa, poddanie i zawierzenie Mu życia osobistego, rodzinnego i narodowego we wszelkich jego wymiarach i kształtowanie go według Bożego prawa”.

    KAI, zś/Stacja7

    ***

    fot. franciscogonzalez/cathopic.com

    ***

    Akt przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana

    “Wyznajemy wobec nieba i ziemi, że Twego królowania nam potrzeba. Wyznajemy, że Ty jeden masz do nas święte i nigdy nie wygasłe prawa”. Przypominamy słowa Aktu z Roku Jubileuszowego, który także dziś może stać się modlitwą.

    Jubileuszowy Akt przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana został proklamowany w krakowskich Łagiewnikach w dniu 19 listopada 2016 r., na zakończenie obchodów Roku Miłosierdzia w Polsce. Dzień później akt odmawiany był we wszystkich polskich kościołach podczas modlitwy przed Najświętszym Sakramentem.


    Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana

    Nieśmiertelny Królu Wieków, Panie Jezu Chryste, nasz Boże i Zbawicielu! W Roku Jubileuszowym 1050-lecia Chrztu Polski, w roku Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia, oto my, Polacy, stajemy przed Tobą [wraz ze swymi władzami duchownymi i świeckimi], by uznać Twoje Panowanie, poddać się Twemu Prawu, zawierzyć i poświęcić Tobie naszą Ojczyznę i cały Naród.

    Wyznajemy wobec nieba i ziemi, że Twego królowania nam potrzeba. Wyznajemy, że Ty jeden masz do nas święte i nigdy nie wygasłe prawa. Dlatego z pokorą chyląc swe czoła przed Tobą, Królem Wszechświata, uznajemy Twe Panowanie nad Polską i całym naszym Narodem, żyjącym w Ojczyźnie i w świecie.

    Pragnąc uwielbić majestat Twej potęgi i chwały, z wielką wiarą i miłością wołamy: Króluj nam Chryste!
    – W naszych sercach – Króluj nam Chryste!
    – W naszych rodzinach – Króluj nam Chryste!
    – W naszych parafiach – Króluj nam Chryste!
    – W naszych szkołach i uczelniach – Króluj nam Chryste!
    – W środkach społecznej komunikacji – Króluj nam Chryste!
    – W naszych urzędach, miejscach pracy, służby i odpoczynku – Króluj nam Chryste!
    – W naszych miastach i wioskach – Króluj nam Chryste!
    – W całym Narodzie i Państwie Polskim – Króluj nam Chryste!

    Błogosławimy Cię i dziękujemy Ci Panie Jezu Chryste:

    – Za niezgłębioną Miłość Twojego Najświętszego Serca – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
    – Za łaskę chrztu świętego i przymierze z naszym Narodem zawarte przed wiekami – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
    – Za macierzyńską i królewską obecność Maryi w naszych dziejach – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
    – Za Twoje wielkie Miłosierdzie okazywane nam stale – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
    – Za Twą wierność mimo naszych zdrad i słabości – Chryste nasz Królu, dziękujemy!

    Świadomi naszych win i zniewag zadanych Twemu Sercu przepraszamy za wszelkie nasze grzechy, a zwłaszcza za odwracanie się od wiary świętej, za brak miłości względem Ciebie i bliźnich. Przepraszamy Cię za narodowe grzechy społeczne, za wszelkie wady, nałogi i zniewolenia. Wyrzekamy się złego ducha i wszystkich jego spraw.
    Pokornie poddajemy się Twemu Panowaniu i Twemu Prawu. Zobowiązujemy się porządkować całe nasze życie osobiste, rodzinne i narodowe według Twego prawa:

    – Przyrzekamy bronić Twej świętej czci, głosić Twą królewską chwałę – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
    – Przyrzekamy pełnić Twoją wolę i strzec prawości naszych sumień – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
    – Przyrzekamy troszczyć się o świętość naszych rodzin i chrześcijańskie wychowanie dzieci – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
    – Przyrzekamy budować Twoje królestwo i bronić go w naszym narodzie – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
    – Przyrzekamy czynnie angażować się w życie Kościoła i strzec jego praw – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!

    Jedyny Władco państw, narodów i całego stworzenia, Królu królów i Panie panujących! Zawierzamy Ci Państwo Polskie i rządzących Polską. Spraw, aby wszystkie podmioty władzy sprawowały rządy sprawiedliwie i stanowiły prawa zgodne z Prawami Twoimi.

    Chryste Królu, z ufnością zawierzamy Twemu Miłosierdziu wszystko, co Polskę stanowi, a zwłaszcza tych członków Narodu, którzy nie podążają Twymi drogami. Obdarz ich swą łaską, oświeć mocą Ducha Świętego i wszystkich nas doprowadź do wiecznej jedności z Ojcem.

    W imię miłości bratniej zawierzamy Tobie wszystkie narody świata, a zwłaszcza te, które stały się sprawcami naszego polskiego krzyża. Spraw, by rozpoznały w Tobie swego prawowitego Pana i Króla i wykorzystały czas dany im przez Ojca na dobrowolne poddanie się Twojemu panowaniu.

    Panie Jezu Chryste, Królu naszych serc, racz uczynić serca nasze na wzór Najświętszego Serca Twego.

    Niech Twój Święty Duch zstąpi i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi. Niech wspiera nas w realizacji zobowiązań płynących z tego narodowego aktu, chroni od zła i dokonuje naszego uświęcenia.

    W Niepokalanym Sercu Maryi składamy nasze postanowienia i zobowiązania. Matczynej opiece Królowej Polski i wstawiennictwu świętych Patronów naszej Ojczyzny wszyscy się powierzamy.

    Króluj nam Chryste! Króluj w naszej Ojczyźnie, króluj w każdym narodzie – na większą chwałę Przenajświętszej Trójcy i dla zbawienia ludzi. Spraw, aby naszą Ojczyznę i świat cały objęło Twe Królestwo: królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju.

    tekst Aktu za serwisem Episkopat News

    ***

    Anioł Pański z Leonem XIV: “Nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach”

    FILIPPO MONTEFORTE | FILIPPO MONTEFORTE

    ***

    Papież Leon XIV w swoim orędziu na Anioł Pański 16 listopada 2025 roku przypomina, że zbliżający się koniec roku liturgicznego skłania do refleksji nad trudami historii i końcem świata. Jezus w dzisiejszej Ewangelii (Łk 21, 5-19) zachęca nas, abyśmy w obliczu wojen, przewrotów i prześladowań nie poddawali się lękowi, ale z ufnością trwali w wierze, która jaśnieje niczym słońce nawet w najciemniejszych chwilach.

    ANIOŁ PAŃSKI

    Plac Świętego Piotra/ XXXIII Niedziela, 16 listopada 2025 roku

    Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!

    Gdy rok liturgiczny dobiega końca, dzisiejsza Ewangelia (Łk 21, 5-19) skłania nas do refleksji nad trudami historii i nad końcem świata. Jezus, znając nasze serce, zachęca przede wszystkim do tego, byśmy nie dali się zwyciężyć lękowi, gdy patrzymy na te wydarzenia. Mówi: „I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach” (w. 9).

    Jego wezwanie jest bardzo aktualne – niestety, rzeczywiście, każdego dnia otrzymujemy wiadomości o konfliktach, klęskach żywiołowych i prześladowaniach, nękających miliony mężczyzn i kobiet. Słowa Jezusa ogłaszają jednak, zarówno w obliczu tych udręk, jak i wobec obojętności, próbującej je ignorować, że agresja zła nie może zniszczyć nadziei tych, którzy pokładają w Nim ufność. Im mroczniejsza – jak noc – jest pora, tym bardziej – niczym słońce – jaśnieje wiara.

    W istocie, Chrystus dwukrotnie stwierdza, że „z powodu Jego imienia” wielu zazna przemocy i zdrad (por. ww. 12.17), ale właśnie wtedy będą mieli oni sposobność do składania świadectwa (por. w. 13). Na wzór Nauczyciela, który na krzyżu objawił ogrom swojej miłości, ta zachęta dotyczy nas wszystkich. Prześladowanie chrześcijan bowiem odbywa się nie tylko za pomocą broni i przez znęcanie się, lecz także słownie, a mianowicie przez kłamstwo i manipulację ideologiczną. Zwłaszcza wtedy, gdy gnębią nas te krzywdy fizyczne i moralne, winniśmy dawać świadectwo prawdzie zbawiającej świat, sprawiedliwości wybawiającej ludy od ucisku, nadziei wskazującej wszystkim drogę do pokoju.

    Słowa Jezusa, z profetycznym stylem, zaświadczają, że nieszczęścia i cierpienia historii mają kres, podczas gdy wiecznie będzie trwać radość tych, którzy uznają w Nim Zbawiciela. „Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie” (w. 19) – ta obietnica Pana daje nam siłę do opierania się groźnym wydarzeniom historii i wszelkim zniewagom; nie pozostawajmy bezsilni w obliczu cierpienia, gdyż On sam daje nam „wymowę i mądrość” (w. 15), abyśmy zawsze czynili dobro z pałającym sercem.

    Najmilsi, na przestrzeni całej historii Kościoła to przede wszystkim męczennicy przypominają nam, że łaska Boga jest w stanie przemienić nawet przemoc w znak odkupienia. Toteż łącząc się z naszymi braćmi i siostrami, którzy cierpią z powodu imienia Jezusa, zabiegajmy z ufnością o wstawiennictwo Maryi, Wspomożenia wiernych. Niech Panna Święta pociesza nas i wspiera we wszystkich próbach i trudnościach.

    ____________________________

    Po modlitwie Anioł Pański:

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Jak wspomniałem przed kilkoma chwilami, komentując Ewangelię, także dzisiaj w różnych częściach świata chrześcijanie cierpią z powodu dyskryminacji i prześladowań. Mam tu na myśli zwłaszcza Bangladesz, Nigerię, Mozambik, Sudan i inne kraje, z których często dochodzą nas wiadomości o atakach na wspólnoty i miejsca kultu. Bóg jest miłosiernym Ojcem i pragnie pokoju między wszystkimi swoimi dziećmi!

    Towarzyszę w modlitwie rodzinom w Kiwu w Demokratycznej Republice Konga, gdzie w ostatnich dniach doszło do masakry cywilów – co najmniej dwadzieścia ofiar ataku terrorystycznego. Módlmy się, aby ustała wszelka przemoc, a wierzący współpracowali dla dobra wspólnego.

    Z bólem śledzę wiadomości o atakach, które nadal dotykają wiele ukraińskich miast, w tym Kijów. Powodują one ofiary śmiertelne i rannych, w tym dzieci, oraz rozległe zniszczenia infrastruktury cywilnej, pozostawiając rodziny bez dachu nad głową, gdy zbliża się zima. Zapewniam o mojej bliskości z tak ciężko doświadczoną ludnością. Nie możemy przyzwyczajać się do wojny i do zniszczenia! Módlmy się razem o sprawiedliwy i trwały pokój w umęczonej Ukrainie.

    Chciałbym zapewnić o mojej modlitwie również za ofiary poważnego wypadku drogowego, który miał miejsce w środę na południu Peru. Niech Pan przyjmie zmarłych, wspomoże rannych i pokrzepi pogrążone w żałobie rodziny.

    Wczoraj w Bari został beatyfikowany Carmelo De Palma, kapłan diecezjalny, który zmarł w 1961 r., po życiu poświęconym wielkodusznej posłudze spowiedniczej i towarzyszeniu duchowemu. Niech jego świadectwo mobilizuje kapłanów do bezwarunkowego oddania się służbie świętemu ludowi Bożemu.

    Dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Ubogich. Dziękuję wszystkim, którzy w diecezjach i parafiach promowali inicjatywy solidarności z najbardziej potrzebującymi. W tym Dniu pragnę ponownie przekazać Adhortację apostolską Dilexi te, „Umiłowałem cię”, dotyczącą miłości do ubogich – dokument, który Papież Franciszek przygotowywał w ostatnich miesiącach swojego życia i który z wielką radością sfinalizowałem.

    W tym dniu wspominamy również wszystkich, którzy zginęli w wypadkach drogowych, spowodowanych zbyt często nieodpowiedzialnym zachowaniem. Niech każdy dokona w tej sprawie rachunku sumienia.

    Łączę się również z Kościołem we Włoszech, który dziś ponownie obchodzi Dzień modlitwy za ofiary i tych, którzy doświadczyli krzywdy wykorzystania seksualnego, aby rozwijała się kultura szacunku jako gwarancja ochrony godności każdej osoby, zwłaszcza nieletnich i najbardziej bezbronnych.

    A teraz serdecznie pozdrawiam was wszystkich, Rzymian i pielgrzymów z Włoch oraz z wielu innych części świata, a w szczególności wiernych z Bar w Czarnogórze, z Walencji w Hiszpanii, z Syros w Grecji, z Portoryko, z Sofii w Bułgarii, z Bismarck w Stanach Zjednoczonych Ameryki, studentów Catholic Theological Union z Chicago oraz chóru Eintracht Nentershausen z Niemiec.

    Pozdrawiam pielgrzymów polskich, wspominając rocznicę Orędzia pojednania skierowanego przez biskupów polskich do biskupów niemieckich po drugiej wojnie światowej. Pozdrawiam również Rodzinę Wincentyńską oraz grupy z Lurago d’Erba, Coiano, Cusago, Paderno Dugnano i Borno.

    Dziękuję wszystkim i dobrej niedzieli!

    vatican.va

    ***

    piątek 12 listopada

    Wspomnienie Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.

    Dzień potwierdzenia więzi z Bogiem

    Kard. Karol Wojtyła: Pierwsze spotkanie Maryi z Bogiem
    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Ksiądz Kardynał Karol Wojtyła:

    Pierwsze spotkanie Maryi z Bogiem

    W dawnych czasach istniał wśród Żydów zwyczaj religijny, polegający na tym, że dzieci – nawet jeszcze nie narodzone – ofiarowywano służbie Bożej. Dziecko, zanim ukończyło piąty rok życia, zabierano do świątyni w Jerozolimie i oddawano kapłanowi, który ofiarowywał je Panu. Zdarzało się czasem, że dziecko pozostawało dłużej w świątyni, wychowywało się, uczyło służby dla sanktuarium, pomagało wykonywać szaty liturgiczne i asystowało podczas nabożeństw.

    Święta Anna, matka Maryi, przez wiele lat była bezdzietna. Mimo to nie utraciła wiary i ciągle prosiła Boga o dziecko. Złożyła obietnicę, że jeśli urodzi dziecko, odda je na służbę Bogu. Tak zrobiła, choć po tylu latach oczekiwania na upragnione potomstwo musiało to być wielkie poświęcenie z jej strony. Ewangelie nie mówią dokładnie, kiedy miało miejsce ofiarowanie Maryi, ale na pewno na początku Jej życia, prawdopodobnie, gdy Maryja miała trzy lata. Wtedy to Jej rodzice, św. Joachim i św. Anna, przedstawili Bogu przyszłą Królową Świata. Oddali Ją wówczas kapłanowi Zachariaszowi, który kilkanaście lat później stał się ojcem św. Jana Chrzciciela. Według niektórych autorów Maryja pozostała w świątyni około 12 lat. Zdarzenie to wspominamy właśnie w dniu dzisiejszym. Informacje o nim pochodzą z pism apokryficznych, nie przyjętych do kanonu Pisma świętego.


    W Protoewangelii Jakuba, napisanej ok. 140 r. po narodzeniu Jezusa, czytamy, że rodzicami Maryi byli św. Joachim i św. Anna i że stali się jej rodzicami w bardzo późnym wieku. Dlatego przed swoją śmiercią oddali Maryję na wychowanie i naukę do świątyni, gdy Maryja miała zaledwie trzy lata. Opis ten powtarza apokryf z VI w. – Księga Narodzin Błogosławionej Maryi i Dziecięctwa Zbawiciela, a także pochodzący z tego samego czasu inny apokryf, Ewangelia Narodzenia Maryi.


    W Kościołach wschodnich panuje zgodne przekonanie, że Maryja faktycznie była ofiarowana w świątyni. Potwierdzają to bardzo liczne wypowiedzi wschodnich pisarzy kościelnych. Oprócz powagi apokryfów, na których się oparli, o ustanowieniu święta Ofiarowania Maryi w świątyni zadecydował zapewne w niemałej mierze również paralelizm świąt Maryi i Jezusa. Skoro obchodzimy uroczyście Poczęcie Jezusa (25 III) i Poczęcie Maryi (8 XII), Narodzenie Jezusa (25 XII) i Narodzenie Maryi (8 IX), Wniebowstąpienie Jezusa i Wniebowzięcie Maryi (15 VIII), to naturalne wydaje się obchodzenie obok święta ofiarowania Chrystusa (2 II) także święta ofiarowania Jego Matki.
    Dla uczczenia tej tajemnicy obchodzono osobne święto najpierw w Jerozolimie (prawdopodobnie już w VI w., kiedy to poświęcono w Jerozolimie kościół pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny), potem od VIII w. na całym Wschodzie. W 1372 r. wprowadził je w Awinionie Grzegorz XI, a w 1585 r. Sykstus V rozszerzył je na cały Kościół.

    Chociaż dzisiejsze wspomnienie nie ma żadnego potwierdzenia historycznego, przynosi ono ważną refleksję teologiczną: Maryja przez całe życie była oddana Bogu – od momentu, w którym została niepokalanie poczęta, poprzez swe narodziny, a potem ofiarowanie w świątyni. Stała się w ten sposób doskonalszą świątynią niż jakakolwiek świątynia uczyniona ludzkimi rękami. Od wieków Maryja była przeznaczona w Bożych planach dla wypełnienia wielkiej zbawczej misji. Upatrzona przez Opatrzność na Matkę Zbawiciela, przez samo to stała się darem dla Ojca. Do swojej misji Maryja przygotowywała się bardzo pilnie i z całym oddaniem – o czym świadczą chociażby jej własne słowa wypowiedziane do Gabriela: “Oto ja, służebnica Pańska” (Łk 1, 38).
    W tradycji bizantyńskiej obchodzi się uroczyście święto Wprowadzenia Przenajświętszej Bogurodzicy do Świątyni (Wwiedienije Preświatoj Bohorodicy wo Chram). Bracia prawosławni opowiadają, że 3-letnia Maryja samodzielnie weszła po 15 wysokich stopniach świątynnych w ramiona arcykapłana Zachariasza, który wprowadził Ją do Świętego Świętych, gdzie sam miał prawo wchodzić tylko raz w roku.


    W Kościele katolickim dzisiejsze wspomnienie jest świętem patronalnym Sióstr Prezentek, założonych w 1626 r. w Krakowie przez Zofię z Maciejowskich Czeską dla nauczania i wychowania dziewcząt. Jest też dniem szczególnej pamięci o mniszkach klauzurowych, o czym przypomniał św. Jan Paweł II w 1999 r.: “Maryja jawi się nam w tym dniu jako świątynia, w której Bóg złożył swoje zbawienie, i jako służebnica bez reszty oddana swemu Panu. Z okazji tego święta społeczność Kościoła na całym świecie pamięta o mniszkach klauzurowych, które wybrały życie całkowicie skupione na kontemplacji i utrzymują się z tego, czego dostarczy im Opatrzność, posługująca się hojnością wiernych. Zalecając wszystkim troskę o to, aby tym konsekrowanym siostrom nie zabrakło wsparcia duchowego i materialnego, kieruję do nich słowa serdecznego pozdrowienia i podziękowania”.
    W naszych czasach nie ma już zwyczaju ofiarowywania swoich dzieci Bogu na służbę w świątyni. Wszyscy jednak zostaliśmy niejako przedstawieni Bogu przez naszych rodziców w czasie chrztu. Nie powinniśmy zapominać o tamtym wydarzeniu, ale nieustannie odnawiać w swoim życiu chęć poświęcania siebie Bogu i szukania Jego woli.

    ***

    HOMILIA
    wygłoszona w uroczystość Ofiarowania N.M.P.
    w kościele św. Jana (PP. Prezentek) w Krakowie 21 XI 1968 r.

       Wiele jest w ciągu roku dni, które Kościół poświęca na uczczenie Matki Najświętszej. Każde z nich ma oparcie albo w wydarzeniu z Jej życia, albo w tajemnicy Jej duszy.

       Dzisiejsze święto ma oparcie zarówno w wydarzeniu z Jej życia, jak i w tajemnicy Jej duszy, które spotykamy u początku Jej życia. Jest to Jej pierwsze świadome spotkanie z Bogiem, bo Mu się świadomie oddała. Kiedy to było? Ewangelia nie podaje, ale jest pewne, że takie wydarzenie było i dzień taki miał miejsce. Był to dzień dojrzałego spotkania z Bogiem. Dzień ten nosi nazwę prezentacji – ofiarowania, bo Matka Najświętsza była Bogu przedstawiona, a miało to miejsce w Świątyni Jerozolimskiej. Po polsku to się też tłumaczy jako “prezent” – bo Matka Najświętsza przyniosła siebie Bogu w darze, w prezencie.

       Dzień ten, Drogie Siostry Prezentki, jest Waszym świętem patronalnym: sama nazwa to mówi. Dlatego dziś zeszliśmy się tutaj na to święto, by wobec wizerunku Matki Bożej Świętojańskiej, niedawno ukoronowanego, złożyć Wam życzenia, które chcę tu od ołtarza sformułować. Idąc za liturgią, ŻYCZĘ – ABY W KAŻDEJ Z WAS DOKONAŁO SIĘ SPOTKANIE Z BOGIEM, JAKIE DOKONAŁO SIĘ W MATCE NAJŚWIĘTSZEJ. Aby ta Wasza rodzina zakonna, mała, ale bardzo nam droga, bo jesteście tutaj w Krakowie bardzo z nami związane, aby w tej rodzinie Waszej zakonnej odbyło się takie spotkanie z Bogiem, w którym każda z Was będzie mogła ODDAĆ BOGU SIEBIE Z CAŁEGO SERCA I DUSZY. I ABY WASZ DOM, BYŁ TAKIM MIEJSCEM SPOTKANIA Z BOGIEM DLA TYCH CO GO NAWIEDZAJĄ. A Wasz dom od stuleci był szeroko otwarty dla wszystkich, a zwłaszcza dla dziewcząt, które się tu uczyły. A więc życzę z myślą o tych Waszych młodych “siostrach”, które tu przychodzą uczyć się, aby ten dom był dla nich miejscem spotkania z Bogiem, a wy abyście mogły im w tym dopomagać.

       Wobec cudownego Wizerunku Matki Bożej, prosić będę we Mszy św. aby te życzenia się spełniały z dnia na dzień i z roku na rok. Amen.

    Fronda.pl

    ***

    Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny:

    tak Maryja była przygotowywana na mieszkanie Ducha Świętego, z którego wyjdzie Chrystus Pan

    OFIAROWANIE MARYI W ŚWIĄTYNI
    Renata Sedmakova | Shutterstock

    ***

    Rodzice decydowali się czasem na pozostawienie swoich pociech na określony czas przy świątyni. Zarówno chłopcy, jak i dziewczynki pełnili tam rozmaite posługi. Niektórzy sugerują, że Maryja mogła pozostawać na służbie w świątyni przez kilka lub nawet 12 lat.

    Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny to jeden z ostatnich akcentów w kalendarzu liturgicznym przed rozpoczęciem Adwentu.

    Cud i łaska od Boga

    Obok święta Narodzenia NMP, wspomnienie Ofiarowania Matki Bożej – obchodzone 21 listopada – jest kolejnym dniem maryjnym, którego treść i symbolika wywodzą się z apokryfów. Podobnie jak w przypadku Narodzenia Matki Bożej, głównym źródłem tradycji jest spisana około 140 roku po Chrystusie Protoewangelia Jakuba.

    Opisuje ona życie Maryi od chwili narodzenia, aż po ucieczkę do Egiptu z małym Jezusem i świętym Józefem podczas rzezi niemowląt za czasów Heroda. Ofiarowanie Matki Bożej łączy się w sposób logiczny z jej przyjściem na świat.

    Anna i Joachim, rodzice Maryi, długo cierpieli na niepłodność, stąd Matka Boża została poczęta, gdy byli już w starszym wieku. W przyjściu na świat ich córki dostrzegli więc od razu cud i wielką łaskę od Boga.

    Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny

    W tradycji mojżeszowej każde urodzone dziecko w sposób symboliczny ofiarowywano w świątyni jerozolimskiej, przedstawiając je kapłanom, którzy udzielali dziecku i rodzicom specjalnego błogosławieństwa. Obrzęd ten miał zazwyczaj miejsce pomiędzy ukończeniem przez potomka 1 i 5 roku życia.

    Późniejsze o kilka wieków apokryfy: Księga Narodzin Błogosławionej Maryi i Dziecięctwa Zbawiciela oraz Ewangelia Narodzenia Maryi sugerują, że Matka Boża została ofiarowana w świątyni w Jerozolimie w wieku lat trzech.

    Wizję ofiarowania Maryi w świątyni zapisała również hiszpańska mistyczka, służebnica Boża Maria z Ágredy ze zgromadzenia koncepcjonistek, żyjąca w XVII wieku.

    Dzieci na służbie Bogu

    Historycy Kościoła i dziejów Izraela wskazują, że często ofiarowanie dzieci w świątyni nie miało charakteru jednorazowego rytuału w pierwszych latach życia, ale niektórzy rodzice decydowali się po pewnym czasie na pozostawienie swoich pociech na określony czas przy świątyni.

    Zarówno chłopcy, jak i dziewczynki pełnili tam rozmaite posługi w postaci pomocy w sprzątaniu, utrzymaniu czystości paramentów liturgicznych i szat kapłańskich.

    Według niektórych biblistów dziewczynki pomagały w czasie służby tkać tzw. zasłonę przybytku, oddzielającą od osób postronnych najświętsze miejsce w świątyni. Z pewnością jednak taką służbę pełniły dzieci starsze i nastolatkowie, a nie najmłodsi.

    Maryja na służbie w świątyni

    W przypadku apokryficznych opowieści o ofiarowaniu Matki Bożej w świątyni, mamy najprawdopodobniej do czynienia z symbolicznym połączeniem przez autorów zwyczaju ofiarowania narodzonych dzieci kapłanom (zgodnie z prawem Mojżeszowym) oraz ich późniejszym przeznaczaniem na okresową służbę w świątyni.

    Stało się tak zapewne dla dwóch celów katechetycznych. Po pierwsze, przypomniano, że Maryja, podobnie jak Jezus, podlegali zasadom Starego Testamentu. Po drugie: wskazano, iż posłannictwo Matki Bożej od samego początku było poświęceniem i pełną pokory ofiarnością.

    Pokora Matki Bożej – jak wskazują teksty liturgiczne – przygotowała ją na mieszkanie Ducha Świętego, z którego wyjdzie Chrystus, Słońce i Zbawiciel, który rozjaśni mroki śmierci i grzechu.

    Niektórzy sugerują, że Maryja mogła pozostawać na służbie w świątyni przez kilka lub nawet 12 lat.

    Zachariasz

    Tradycja apokryficzna twierdzi, iż kapłanem, który wprowadził Maryję do świątyni w Jerozolimie, był Zachariasz. Kilkanaście lat później został on ojcem św. Jana Chrzciciela. Pokazuje to powiązanie losów bezpośredniego posłannika, który miał przygotować Izrael na misję Chrystusa, z wydarzeniami rozgrywającymi się później w Nazarecie i Betlejem: zwiastowaniem i narodzeniem Pańskim.

    Postać Zachariasza występuje więc na wielu malarskich przedstawieniach ofiarowania NMP, powstałych zarówno w tradycji zachodniej (np. pędzla Tycjana lub Pietra Testy) oraz na ikonach wschodnich.

    Maryja stanie się przybytkiem

    Apokryfy i protoewangelia przedstawiają ofiarowanie Matki Bożej jako wydarzenie niezwykłe i mistyczne, w czasie którego mała dziewczynka, ku zaskoczeniu kapłanów i zgromadzonych w świątyni, zachowywała się, jakby znała wszystkie świątynne rytuały. W orszaku do najświętszego miejsca świątyni – Świętego Świętych – prowadzi ją w blasku świec orszak złożony z kapłanów i innych dziewcząt, które przypominają weselne druhny.

    Warto zwrócić uwagę, że Święte Świętych było miejscem niedostępnym i zakazanym nie tylko dla wiernych, ale również najwyższego kapłana. Symbolika tej opowieści jest oczywista. Maryja odegra w przyszłości wielką rolę w tajemnicy Wcielenia i sama stanie się przybytkiem, który przyjmie najświętsze ciało Zbawiciela, przychodzącego na świat w ludzkiej postaci.

    Koniec Starego Przymierza

    Opowieści apokryficzne dotyczące ofiarowania Matki Bożej wyraźnie nawiązują również do trzech fragmentów ze Starego Testamentu:

    • z Księgi Wyjścia, gdzie Bóg nakazuje Mojżeszowi zbudowanie przybytku dla Pana wraz z Namiotem Spotkania;
    • z II Księgi Królewskiej, w której król Salomon umieścił w skarbcu świątyni jerozolimskiej dary przygotowane przez swojego ojca Dawida: sprzęty liturgiczne, złoto i srebro oraz Arkę Przymierza z Syjonu;
    • z Księgi Ezechiela, gdzie Bóg przypomina prorokowi o konieczności składania przez kapłanów ofiar całopalnych w świątyni oraz konieczności, aby wschodnia brama świątyni pozostawała zamknięta i nikt nie mógł jej otwierać ani przez nią przechodzić.

    Ofiarowanie Matki Bożej w świątyni zwiastuje koniec epoki Starego Przymierza i wcielenie Chrystusa, którego ofiara zwycięży śmierć. W dzień ofiarowania NMP, w świątyni jerozolimskiej jawnie ukazuje się światu Matka Boga i z uprzedzeniem zwiastuje bliskie pojawienie się światu Zbawiciela.

    Wschód i Zachód chrześcijaństwa

    Wschód chrześcijański obchodził święto Wprowadzenia Matki Bożej do Świątyni już w VII wieku, zaliczając je do grona jednego z 12 największych świąt roku liturgicznego. W 543 roku, tuż obok dawnej świątyni jerozolimskiej konsekrowano nowy kościół poświęcony Matce Bożej i przypominający o jej ofiarowaniu w świątyni.

    Na Zachodzie wspomnienie Ofiarowania NMP przyjęło się później. Początkowo w późnym średniowieczu było obchodzone w Awinionie, a na cały Kościół rozszerzył je papież Sykstus V w 1585 roku. Obecnie ma ono status liturgicznego wspomnienia obowiązkowego.

    Ofiarowanie NMP jest ostatnim wspomnieniem maryjnym, które obchodzone jest przed rozpoczynającym się adwentem, stanowiącym czas radosnego i refleksyjnego oczekiwania na przyjście Chrystusa.

    Na Wschodzie z kolei jest pierwszym dużym świętem maryjnym podczas trwającego 40 dni postu przed Bożym Narodzeniem (odpowiednikiem adwentu).

    Zaproszenie

    21 listopada można potraktować jako ważny etap w duchowym przygotowaniu do tego istotnego okresu liturgicznego. Rola Matki Bożej, wyrażana chociażby w nabożeństwach roratnich, jest w czasie adwentu szczególnie uwypuklona i wskazuje, jak – wydawałoby się zwykła – dziewczyna z Nazaretu wyda na świat „Pana niebiosów Nieskończonego”.

    Być może wspomnienie Ofiarowania NMP stanowi zaproszenie, aby w adwencie bliżej zaprzyjaźnić się z Matką Bożą, która w ciszy oczekuje na wypełnienie się wielkiej tajemnicy pochodzącej od Ducha Świętego i zwiastowanej 8 miesięcy wcześniej przez archanioła Gabriela.

    Tradycja wywodu

    Pewną mało dziś znaną tradycją wywodzącą się z Ofiarowania Matki Bożej w świątyni jest utrzymująca się gdzieniegdzie po dzień dzisiejszy na Zachodzie i Wschodzie tradycja wywodu, czyli specjalnego błogosławieństwa udzielanego rodzicom i dziecku w okresie niemowlęcym.

    Kapłan modli się w świątyni w obecności dziecka i rodziców o wszelkie łaski dla całej rodziny i Bożą pomoc w wychowaniu potomka. W tradycji rzymskiej miało ono miejsce tuż po chrzcie. Na Wschodzie – jeszcze przed samym sakramentem chrztu, będąc fizycznym wprowadzeniem dziecka w przestrzeń świątyni.

    Łukasz Kobeszko /Aleteia.pl

    ***

    wtorek 18 listopada

    370. rocznica oblężenia Jasnej Góry

    Obraz przedstawiający oblężenie Jasnej Góry, znajdujący się w Sali Rycerskiej klasztoru (XVII w.).

    fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny

    ***

    Dochodziła godzina druga po południu 18 listopada 1655 roku, gdy załoga twierdzy jasnogórskiej dostrzegła zbliżającą się kolumnę wojskową. 2250 żołnierzy ustawiło się u podnóża góry naprzeciw klasztoru. Chodziło zapewne o zastraszenie załogi klasztoru i wzmocnienie skuteczności metod dyplomatycznych. A tej najeźdźcy próbowali najpierw. „Wielebni i Szlachetni Ojcowie i inni twierdzy i klasztoru mieszkańcy, Panowie i przyjaciele czcigodni!” – zwracał się do adresatów listu generał Burchard Müller. Zaczął słodko, ale skończył groźbą spalenia klasztoru w razie nieposłuszeństwa. Nie były to czcze pogróżki, bo ludzie, którymi Müller dysponował, nie byli nowicjuszami w sztuce wojennej. Prof. Ryszard Bochenek, znawca wojskowości i autor książki „Twierdza Jasna Góra”, wskazuje, że w skład korpusu najeźdźców wchodzili głównie zawodowcy – weterani zakończonej siedem lat wcześniej wojny trzydziestoletniej. Choć było to wojsko formalnie szwedzkie, w rzeczywistości nie składało się z rodowitych Szwedów, lecz głównie z Niemców zwerbowanych w okolicach Szczecina i Bremy, które należały wówczas do posiadłości szwedzkich.

    Dowodzący wojskiem generał Burchard Müller był doświadczonym dowódcą. Miał też pod komendą obeznanych z wojną oficerów. Pod koniec listopada liczebność wojska szwedzkiego pod Jasną Górą wzrosła do 3200 żołnierzy, w tym kilkuset Polaków w służbie króla Szwecji.

    Obrońcy

    Garnizon twierdzy liczył niespełna 300 ludzi. Jego trzon stanowili wyszkolona piechota, a także kanonierzy obsługujący 30 dział. Dużym atutem obrony były nowoczesne fortyfikacje na planie kwadratu, z bastionami w narożnikach. Ich budowę, rozpoczętą w 1620 roku na rozkaz króla Zygmunta III Wazy, zakończono zaledwie przed siedmioma laty. Osłaniające klasztor mury były wyższe niż dzisiaj, wskutek czego zabudowania klasztorne były znacznie słabiej widoczne niż obecnie.

    Agresorzy roztasowali się po dwóch stronach twierdzy. Część sił rozbiła obóz po wschodniej stronie klasztoru, w okolicach dzisiejszego Rynku Wieluńskiego, a druga część po przeciwnej stronie. Z obu stron najeźdźcy usypali reduty artyleryjskie z ustawionymi na ich szczytach działami.

    Choć przeor Jasnej Góry, o. Augustyn Kordecki, zręcznie prowadził dialog dyplomatyczny, generał Müller rychło się zorientował, że paulin nie zamierza poddać twierdzy. Wzmocnił więc argumentację kanonadą artyleryjską. „Padające kule łupią belki i wiązania dachów, latają ogniste pochodnie, a prochem ładowane bomby padają na dachówki kościoła; pozwijane kłęby konopi oblane smołą i żywicą rozniecają płomień” – opisywał przeor skutki nasilenia ostrzału 23 listopada.

    Szwedzki dowódca szybko przekonał się, że łatwo nie będzie. Już w czwartym dniu oblężenia pisał do króla Karola X Gustawa: „Przeto zwróciłem się do Pana Marszałka Polnego Wittenberga do Krakowa o dostarczenie mi paru ciężkich dział i jednego wielkiego moździerza, ponieważ klasztor, położony na dość wysokiej skale, otoczony jest bardzo głęboko wpuszczonym w ziemię i trudnym do zdobycia szturmem, wysokim i mocnym murem z wygodnymi flankami i dobrą artylerią, liczącą wiele małych, nawet 12-funtowych, a kto wie, czy nie większych dział. Na czterech rogach umocniony on jest należycie, według zasad sztuki fortyfikacyjnej zbudowanymi bastionami”.

    Głośne echo

    W nocy z 24 na 25 listopada 40 ochotników z załogi twierdzy urządziło wypad do obozu wroga. Śmiałkowie obeszli szwedzkie reduty artyleryjskie i uderzyli na nie od tyłu. Zagwoździli dwa działa, a ich obsługę wycięli. Podczas tego ataku zginęli inżynier Fossis i pułkownik Horn, szwedzki gubernator z Krzepic. Oddział wypadowy stracił tylko jednego człowieka.

    10 dni później w asyście dwustu piechurów dotarło z Krakowa sześć dział oblężniczych, w tym dwie wielkie półkartauny. Nazajutrz zaczęły strzelać i od razu pojawiły się efekty: armaty wybiły w jednym z bastionów duży wyłom, uszkodziły dwa działa forteczne, a kilku żołnierzy z ich obsługi poległo. Następnego dnia oblegający skierowali ogień na bastion św. Rocha, ale z gorszym skutkiem. Pod wieczór załoga klasztoru otrząsnęła się z szoku. Kule z dział jasnogórskich dosięgły kwatery Müllera. Pocisk zabił siostrzeńca generała, śpiącego na łóżku swojego wuja.

    A co z „kolubrynami”? Nie rozsadził ich Kmicic, którego w twierdzy nie było. W rzeczywistości jedno z dwóch największych dział zostało rozbite 14 grudnia celnym strzałem z fortecy. Zdesperowany generał zdecydował się na podkop. Sprowadzono górników z Olkusza, którzy zaczęli drążyć chodnik w celu założenia min. Robota jednak szła opornie, bo skała niełatwo się poddawała. 20 grudnia ludzie z klasztoru wpadli do chodnika i zabili górników.

    Zwycięstwo

    Müller był wściekły. Na prośbę przeora o zawieszenie broni na czas Bożego Narodzenia odpowiedział nasilonym ostrzałem. 25 grudnia nie wytrzymała tego przegrzana półkartauna… i pękła. Tego z kolei nie wytrzymał Müller i dał za wygraną. Nazajutrz, dla zachowania twarzy, wysłał list z żądaniem 60 tys. talarów okupu za odstąpienie od twierdzy. Kordecki odpisał, że chętnie zapłaciłby, ale na początku oblężenia, bo teraz, gdy szwedzkie wojska dokonały tylu zniszczeń, nie jest to już możliwe.

    W nocy z 26 na 27 grudnia upokorzeni najeźdźcy odeszli. Rychło okazało się, że huk dział pod Częstochową odbił się echem w całym kraju. Obrona Jasnej Góry stała się momentem przełomowym, po którym dominacja Szwedów w Rzeczpospolitej zaczęła się załamywać.

    Część historyków próbuje wykazać, że wydarzenie to było marginalne i ledwie zauważalne nawet przez Polaków. Zaprzeczają temu konsekwencje jasnogórskiej wiktorii: wzmocnienie morale narodu polskiego i zachęcenie do dalszej walki z najeźdźcą, co, m.in. dało podstawę do powrotu króla Jana Kazimierza do kraju i ogłoszenie przezeń Matki Bożej Królową Polski.

    Nawet Szwedzi mieli świadomość, że ich passa załamała się w Częstochowie. Badacz dziejów Jasnej Góry, prof. dr hab. Wojciech Kęder, przytacza potwierdzający to list z 1704 roku, napisany w czasie trzeciej wojny północnej, gdy Szwedzi znów znaleźli się na terenie naszego kraju. Olof Hermelin, sekretarz kancelarii polowej Karola XII, tak pisał do swojego przyjaciela Samuela Barcka: „Jak Brat zapatruje się na propozycję, by zająć Częstochowę? (…). Ten [polski] naród uważa ten klasztor za Sanctissimum i obawiam się na wypadek, gdybyśmy się pokusili o jakieś przedsięwzięcie, byśmy tego samego nie doświadczyli co poprzednio [chodzi o klęskę w 1655 r. – przyp. red.]. Cały kraj jest zaalarmowany tą sprawą. Nieboszczyk hrabia Benedykt Oxenstierna powiedział mi raz, że szczęście króla Karola Gustawa obróciło się w tej chwili, gdy tylko zaczął ostrzeliwanie tego miejsca”.

    Jeśli pół wieku po „potopie” sami Szwedzi widzieli związek porażki tej kampanii z zaatakowaniem Jasnej Góry, to nie sposób jednocześnie twierdzić, że wydarzenie to nie wpłynęło na umocnienie ducha narodu.

    Obrona Jasnej Góry stała się momentem przełomowym, po którym dominacja Szwedów w Rzeczpospolitej zaczęła się załamywać

    Przeor klasztoru o. Augustyn Kordecki dowodził obroną Jasnej Góry w czasie oblężenia przez Szwedów w 1655 r.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Niedziela 16 listopada

    Święto Matki Bożej Ostrobramskiej

    Matka Miłosierdzia

    Obraz Matki Bożej Ostrobramskiej

    Obraz Matki Bożej Ostrobramskiej

    fot. Karolina Pęlaka/Tygodnik Niedziela

    ***

    Podobnie jak od siedmiu wieków Matka Boża Częstochowska na Jasnej Górze, tak Pani Ostrobramska, Matka Wschodu i Zachodu, od ponad trzystu lat króluje z wysokości swojego nadbramnego wzniesienia całej ziemi litewskiej, białoruskiej i polskiej. „Świeci” blaskiem wspaniałych szat przez okna kaplicy nad Ostrą Bramą, widoczna z daleka.

    Dobrze znamy wizerunek Najświętszej Panny z lekko pochyloną głową, w aureoli dwunastu gwiazd i wielu promieni. Przymknięte oczy, skrzyżowane na piersiach delikatne dłonie, smukłą postać okoloną półksiężycem. Jej urok, łagodność, niezwykła słodycz i zamyślenie wzbudzają ufność i nakłaniają do modlitwy.
    Nie istnieją sprawdzone dane o pochodzeniu obrazu i jego autorze. Przypuszcza się, że to wybitne dzieło namalowano w pierwszych latach XVII wieku. Wtedy bowiem pośród murów otaczających Wilno, nad jedną z dziewięciu bram, zwaną Miednicką albo Ostrą, zawieszono od strony wewnętrznej wizerunek Matki Bożej, zaś od zewnątrz – obraz Chrystusa Salwatora (Zbawiciela) z kulą ziemską w ręku. Po zbudowaniu na bramie specjalnej kaplicy w 1672 r. procesjonalnie wprowadzono do niej obraz Najświętszej Panny, który od tego czasu stał się przedmiotem wielkiego kultu. Nabożeństwo spotęgowało się wyraźnie po pożarze Wilna w 1706 r., kiedy wielu mieszkańców miasta doznało szczególnej pomocy Królowej Miłosierdzia.

    Od 1735 r. zaczęto obchodzić w listopadzie święto Opieki Matki Najświętszej. Przenoszono wtedy wizerunek do pobliskiego kościoła św. Teresy, a dla uświetnienia uroczystości zapraszano biskupów, sławnych kaznodziejów, alumnów z seminariów duchownych; oświetlano, dekorowano kościół, bramę oraz całą uliczkę.
    W 1761 r. zanotowano pierwszy cud. Na znak doznanych łask zawieszano w kaplicy liczne wota. W 1773 r. papież Klemens XVI zezwolił na publiczne odprawianie tam nabożeństw. W 1828 r. na frontonie kaplicy umieszczono napis: „Matko Miłosierdzia – pod Twoją obronę uciekamy się”. Wskutek nakazu władz zaborczych nadano mu formę łacińską: Mater Misericordiae – sub Tuum praesidium confugimus! Po upadku powstania styczniowego generał gubernator Murawiew, zwany Wieszatielem, zamierzał zamknąć kaplicę i zabrać obraz do cerkwi. Planów swoich nie zdążył przeprowadzić, został bowiem nagle z Wilna odwołany.
    Pomimo nieprzychylnego stosunku carskich zarządców obraz otaczany był wzrastającą stale czcią wiernych i szeroko słynął cudami. Papież Pius X zezwolił archidiecezji wileńskiej na własną modlitwę brewiarzową i Mszę św. o Najświętszej Pannie Matce Miłosierdzia, które wprowadzono 16 listopada 1915 r.

    Pius XI, jeszcze jako Achilles Ratti, nuncjusz papieski w Polsce, w 1920 r. odprawił Mszę św. w Kaplicy Matki Bożej Ostrobramskiej, udzielając potem już jako głowa Kościoła pozwolenia na koronację.
    Dzięki staraniom abp. Romualda Jałbrzykowskiego, metropolity wileńskiego, ważny ten akt odbył się 2 lipca 1927 r. Przy ołtarzu zbudowanym obok katedry wileńskiej, do której w przeddzień przeniesiono procesjonalnie cudowny wizerunek – koronację przeprowadził kard. Aleksander Kakowski w obecności kard. Augusta Hlonda, Prymasa Polski, dwudziestu ośmiu biskupów, ok. pięciuset kapłanów, wielkiej liczby wspólnot zakonnych, a także dostojników świeckich, do których należeli prezydent Rzeczypospolitej Ignacy Mościcki, marszałek Józef Piłsudski, ministrowie, przedstawiciele wojska, świata nauki i kultury. Przybyły też delegacje wszystkich polskich diecezji oraz nieprzebrana rzesza wiernych.
    To święte miejsce od wieków przyciągało modlących się i szukających pomocy czcicieli Maryi. Przed odjazdem na wygnanie w 1824 r. „Pannę Świętą, co w Ostrej świeci Bramie” żegnali na Prymarii Adam Mickiewicz z młodzieżą filomacką i filarecką, Panią Wschodu i Zachodu nawiedzali znani artyści, politycy, naukowcy i pisarze, sławiąc Ją pięknym słowem, muzyką i pieśnią. Tęsknili do Niej polscy zesłańcy, więźniowie obozów, emigranci, wskutek wojen rozproszeni po całym świecie.

    Wiele godzin przed obrazem Miłosiernej Matki spędziła na modlitwie św. s. Faustyna, sekretarka Miłosierdzia Bożego, mieszkająca w wileńskim domu swego Zgromadzenia ponad trzy lata. Z radością też adorowała namalowany pod jej natchnieniem przez Eugeniusza Kazimirowskiego wizerunek
    Miłosiernego Chrystusa – zawieszony po raz pierwszy w Ostrej Bramie na okres uroczystego Triduum, zamykającego Jubileuszu Tysiąclecia Odkupienia, w dniach od 26 do 28 kwietnia 1935 r.
    W okresach komunistycznych prześladowań w ręce Królowej Ostrobramskiej oddawał losy narodu polskiego i ludów pobratymczych Prymas Tysiąclecia.
    We wrześniu 1993 r. podczas pielgrzymki do krajów nadbałtyckich Ojciec Święty Jan Paweł II odwiedził także Wilno. W Ostrej Bramie poprowadził nabożeństwo różańcowe, transmitowane na cały świat. Wypełniał w ten sposób prośbę Fatimskiej Matki, wzywającej do odmawiania Różańca. Zawierzał Najświętszej Maryi Pannie ziemię i narody tego rejonu Europy, dziękował za ogrom łask. Prosił, by Matka Miłosierdzia – Królowa i Opiekunka z Ostrej Bramy prowadziła wszystkich ludzi po drogach pokoju, sprawiedliwości i wiary.

    ks. Edmund Boniewicz SAC/Tygodnik Niedziela

    ***

    Nawróceni milionerzy, którzy usłyszeli Matkę Bożą – od 30 lat mieszkają w Medjugorie

    „Wzywam cię do nawrócenia po raz ostatni” – tak brzmiało orędzie Matki Bożej, które zmieniło życie Patricka i Nancy, milionerów z Kanady, którzy od ponad 30 lat mieszkają w Medjugorie.

    Patrick i Nancy Latta

    Patrick i Nancy Latta

    ***

    Patrick Latta był odnoszącym sukcesy biznesmenem w Vancouver w Kanadzie. On i jego żona Nancy prowadzili wystawny tryb życia. W ich codzienności brakowało Boga. Czwórka dzieci Patricka (z dwóch poprzednich małżeństw) miała wszystko, co można było kupić za pieniądze. Prześladowały ich jednak uzależnienia od alkoholu i narkotyków. Dobra materialne i hedonizm stanowiły dla nich wartość nadrzędną. Do czasu.

    Jedynym bogiem był pieniądz

    „Znałem sposoby, aby powiększyć kapitał. Kiedy syn zapytał mnie: «tata, kto to jest Bóg?», pokazałem mu banknot 20-dolarowy i powiedziałem: «oto twój bóg! Im więcej będziesz ich miał, tym więcej boga będziesz miał»” – wspomina Latta.

    Patrick i Nancy poznali się w dojrzałym wieku. Kobieta pracowała wówczas w dobrze prosperującej kancelarii prawnej.

    Przez wiele lat para żyła bez ślubu. Jak mówią, oboje uważali to za coś normalnego. Po 7 latach spędzonych razem postanowili sformalizować związek. Patrick wypożyczył prywatny helikopter i zorganizował wspaniałą uroczystość. „Była to ceremonia cywilna, a orkiestra grała muzykę New Age” – opowiada mężczyzna. Kiedy Patrick wrócił następnego dnia z pracy do domu, Nancy płakała. „Nie czuję się żoną” – oznajmiła. Kobieta pragnęła ślubu kościelnego. Mąż przypomniał jej, że ma już za sobą dwa małżeństwa, w tym jedno kościelne, i dwa rozwody. Tego dnia para postanowiła uporządkować sprawę.

    Nancy i Patrick spotkali się z biskupem, który posiadał dokumentację dotyczącą stwierdzenia nieważności małżeństwa mężczyzny z pierwszą żoną. „Drugi mój związek był tylko cywilny, więc nie było żadnych przeszkód, bym poślubił Nancy w kościele” – tłumaczy Latta.

    „Wzywam cię do nawrócenia po raz ostatni”

    Nancy udała się do kościoła Niepokalanego Serca Maryi, by zapytać księdza, czy mógłby udzielić im ślubu. Kapłan zgodził się, ale przestrzegł kobietę, aby nie wychodziła za Patricka. „Nie ma szans, aby to małżeństwo przetrwało. On nigdy się nie zmieni” – podkreślił duchowny.

    Latta zgodził się uczęszczać na spotkania przygotowujące do przyjęcia sakramentu małżeństwa. Złożył wiele obietnic. Zadeklarował, że przystąpi do spowiedzi. Ostatecznie para stanęła na ślubnym kobiercu. Mężczyzna złamał jednak każdą obietnicę. W życiu Nancy i Patricka wciąż brakowało obecności Boga, małżonkowie nie chodzili do kościoła, nie uczestniczyli w Eucharystii i nabożeństwach, nie modlili się.

    Podczas jednej z przeprowadzek para znalazła paczkę, którą przysłał im brat Nancy. W środku znajdowała się książka o orędziach Matki Bożej z Medjugorie. Nancy podała ją Patrickowi. „Mój drogi mężu poganinie, wyrzucić to ty, bo ty będziesz to miał na sumieniu!” – powiedziała. Latta doskonale pamięta moment, kiedy sięgnął po książkę. „Przyszłam, aby wezwać cię (was) do nawrócenia po raz ostatni” – tak brzmiało pierwsze orędzie.

    W jednej chwili coś się zmieniło. Mężczyzna zaczął płakać. Trudno mu było zrozumieć, że Matka Boża postanowiła zwrócić się bezpośrednio do niego. Drugie orędzie, które przeczytał Patrick, brzmiało: „Przyszłam wam powiedzieć, że Bóg istnieje!”.

    Na drugi dzień Latta poprosił żonę, aby pomodlili się razem na różańcu. „Jeśli się nie spowiadacie, nie może się dokonać wasza droga nawrócenia” – usłyszał w głębi serca. Patrick zdał sobie sprawę, że cała nauka katolicka, którą przekazali mu rodzice, jest prawdziwa, ale on o tym zapomniał. Pamięta też dzień, kiedy wreszcie poszedł do spowiedzi. „Idź w pokoju, Bóg ci wybacza, odpuszczone są ci twoje grzechy” – słowa kapłana, które usłyszał w konfesjonale, stały się tak bardzo uwalniające.

    Po tym doświadczeniu Patrick zrozumiał, że to właśnie księża mają niezwykły dar jednoczenia ludzi z Bogiem. Wdzięczność wobec kapłanów sprawiła, że mężczyzna postanowił rozpocząć budowę domu dla pielgrzymów w Medjugorie.

    „Codziennie żyjemy z naszą Panią”

    Małżonkowie sprzedali wszystko, co mieli, i się tam przeprowadzili. „Dlaczego chcesz zamieszkać w Medjugorie, skoro nigdy tam nawet nie byłeś?” – zapytała Nancy. Patrick odpowiedział: „Tam mieszka Maryja, a ja chcę być Jej sąsiadem, ponieważ ocaliła mi życie”.

    W czasie przeprowadzki para usłyszała o weekendzie maryjnym w Eugene w Stanach Zjednoczonych. Małżonkowie wzięli udział w konferencji naukowej na temat orędzia Matki Bożej w Medjugorie. Byli bardzo wzruszeni, gdy kapłan zasugerował, by wszyscy poświęcili się Niepokalanemu Sercu Maryi. „Matko Święta, weź moje dzieci, ponieważ ja nigdy nie byłem prawdziwym ojcem. Błagam Cię, bądź dla nich rodzicem, jestem fatalny, zniszczyłem czwórkę moich dzieci, uratuj je Ty” – powiedział Patrick.

    Małżonkowie spędzili 2 dni na konferencji. Dowiedzieli się, że dla Matki Bożej, w drodze do nawrócenia, ważne są spowiedź, uczestnictwo we Mszy św. i modlitwa różańcowa. Mężczyzna zaczął żyć orędziami Matki Bożej. Codziennie się modlił, czytał Biblię, pościł. Jego dzieci zaczęły się nawracać. Po prawie 20 latach jeden z synów powrócił do Kościoła, ożenił się. Ma dwójkę pięknych i zdolnych dzieci. Jest nauczycielem w katolickim liceum. Drugi syn przyjechał kiedyś w pobliże Wzgórza Objawień, a ojciec ofiarował mu różaniec. Wrócił do Kanady, a później zadzwonił do Patricka, aby powiedzieć mu, że przestał pić, rzucił rugby i chce zostać strażakiem. Patrick zapytał: „Jak to możliwe?”, a syn rzekł: „To przez różaniec, który mi dałeś w Medjugorie”. Dziś jest żonaty i ma dwójkę wspaniałych dzieci.

    „Matka Boża powiedziała: jeśli będziecie odmawiali Różaniec, pokażę wam cuda w waszych rodzinach” – opowiada Patrick, parafrazując słowa Maryi. Przez 10 lat mężczyzna nie miał kontaktu z córką. Pewnego dnia odebrał od niej telefon. Powiedziała, że jest w Kanadzie i chciałaby przyjechać do Medjugorie. „Tatusiu, ja chcę zacząć od nowa. Nie chcę żyć z dala od rodziny” – wyjaśniła. W tym czasie miała za sobą trzy rozwody. Przyjechała do Patricka i Nancy na 2 tygodnie. Została tu uzdrowiona. Problem z alkoholem zniknął. Kobieta wróciła na studia i uzyskała dyplom pielęgniarski. Patrick poprosił Maryję o wstawiennictwo dla najstarszego syna, który nadal prowadził niemoralny tryb życia. Dzięki modlitwie on także powrócił do Boga.

    Patrick i Nancy wciąż dzielą się swoim świadectwem, zapraszają do domu wszystkich pielgrzymów udających się do sanktuarium. Często też podkreślają moc modlitwy różańcowej. „To jest odpowiedź na każdy problem. To jest odpowiedź na twoje małżeństwo. To jest odpowiedź dla twoich dzieci” – mówią.

     Anna Gębalska-Berekets/Niedziela Ogólnopolska 48/2024, str. 68-69

    ***

    Kip Gospe

    z orędzia z Medziugorje25 październik 2025

    „Drogie dzieci! Najwyższy w swojej dobroci dał wam mnie, abym was prowadziła drogą pokoju. Wielu odpowiedziało [na to wezwanie] i modli się, ale wielu ludzi nie zaznało pokoju i nie poznało Boga miłości. Dlatego, módlcie się i kochajcie, twórzcie grupy modlitewne, abyście się zachęcali do czynienia dobra. Jestem z wami i modlę się o wasze nawrócenie. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie. ”

    z orędzia z Medziugorje – 17 listopad 2025 :

    „Wzywam was, byście się stali apostołami miłości i dobroci. W tym niespokojnym świecie świadczcie o Bogu i Bożej miłości, a Bóg będzie wam błogosławił i da wam to, o co Go poprosicie.”

    ***

    Aby Boża Matka była coraz bardziej znana, miłowana,uwielbiana i słuchana!

    ***

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    św. Josemaría Escrivá de Balaguer

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    Intencje Żywego Różańca

    na miesiąc listopad 2025

    Intencja papieska:

    Módlmy się, aby osoby, które doświadczają pokusy popełnienia samobójstwa, znalazły w swoich wspólnotach potrzebne im wsparcie, pomoc oraz miłość i otworzyły się na piękno życia.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    – Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.

    – Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego  

    – Św. Ojciec Pio często zachęcał do żarliwej modlitwy za tych, którzy cierpią męki czyśćcowe. Polecajmy więc naszej Bożej Matce święte dusze w czyśćcu. Któż z nas nie ma tam swoich bliskich i kto wie, jak wielu z nich cierpi tam może – a nawet z pewnością – także przez nas… Prośmy Najświętszą Maryję Pannę, aby przyszła im z pomocą, łagodząc ich cierpienia i chłodząc dręczący ich płomień.


    Dodatkowe intencje dla Róż: św. Moniki, Matki Bożej Częstochowskiej (II) i bł. Pauliny Jaricot:

    – Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna swego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    dla Róży: bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:

    – Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten  radosny i ten związany z trudem, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.Módlmy się, aby wyznawcy różnych tradycji religijnych współpracowali ze sobą w obronie budowania pokoju, sprawiedliwości i braterstwa.

    ***

    Od 1 listopada 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 31 października 2025 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się również w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest na dany nam czas modlitwa różańcowa.

    Modlitwa różańcowa jest bronią najpotężniejszą – co potwierdzają święci, mistycy i wydarzenia na przestrzeni dziejów świata i w ludzkich sercach Tym, którzy tego nie potrafią zauważyć a jedynie tylko kpiąco z pogardą wyśmiewać – można zapytać – co pomoże walczącemu nawet najpotężniejsza broń, którą ma do dyspozycji, jeżeli nie potrafi się nią posługiwać?

    ***

    Nowenna przed uroczystością

    Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata

    Adobe Stock

    ***

    O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).

    Dzień 1

    Antyfona do Ducha Świętego

    Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.

    Z Ewangelii według św. Łukasza (Łk 11, 2)

    Jezus rzekł do nich: „Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze, niech się świeci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje Królestwo”.

    Jezus z Nazaretu, Syn Człowieczy, narodzony z Maryi Dziewicy, przyszedł objawić ludzkości ojcostwo Boga. Przyszedł objawić ojcostwo, które On sam jeden zna, jako współistotny Ojcu Syn. Przyszedł więc, aby wprowadzić ludzkość w sam przedwieczny i Boski wymiar wszelkiego w świecie stworzonym ojcostwa i rodzicielstwa. Wszelkiego też porządku i ładu, który ma wymiar rodzinny jako podstawowy. Czy objawić znaczy tylko przypomnieć? Więcej. Objawić to znaczy przywrócić. Chrystus przyszedł, aby przywrócić ludzkości, ogromnej ludzkiej rodzinie, ojcostwo Boga. Tylko On jeden mógł tego dokonać w sposób pełny. Aby zaś przywrócić ludziom ojcostwo Boga, musiał Chrystus przywrócić ludzi Bogu jako Ojcu. I to było Jego istotną misją (św. Jan Paweł II, Homilia w czasie Mszy św. odprawionej na lotnisku w Masłowie, Kielce 3 VI 1991).

    Nasze życie wewnętrzne, to życie w całej prawdzie i prostocie, to życie dzieci wobec naszego Ojca niebieskiego. Dziecko małe nie rozumie, co to jest fałsz, kłamstwo i obłuda, bo jest proste, żyjące w prawdzie. Często przypatrywałam się i obserwowałam dzieci, zachwycała mnie ich prawda i prostota, a czując nieprzeparty pociąg, by pozostać na zawsze i na wieki dzieckiem, ta prawda i prostota olśniły moją duszę (Sługa Boża Rozalia Celakówna, Wyznania, s. 210).

    Modlitwa

    Boże, Ojcze rodzaju ludzkiego, dziękujemy Ci, że w Chrystusie uczyniłeś nas swoimi przybranymi dziećmi i dałeś nam poznać tę wielką godność. Ty objawiłeś, że bycie dzieckiem Boga jest w swej istocie postępowaniem w prawdzie i prostocie, bez cienia obłudy i egoizmu.

    Jezu Chryste, nasz Królu i Panie, spraw prosimy, niech wszyscy ludzie poznają jak dobry jest Bóg, Ojciec wszelkiego stworzenia, a Jego opieka nad tymi, którzy się Go boją. Jezu, przez przyczynę Sługi Bożej Rozalii Celakówny, która czuła się dzieckiem w ramionach niebieskiego Ojca daj nam czcić i sławić imię Jego, a wysławiając Je otrzymać chwałę życia wiecznego, gdzie Ty żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

    Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku

    O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.

    O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).

    Dzień 2

    Antyfona do Ducha Świętego

    Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.

    Z Listu do Hebrajczyków (Hbr 1, 1 -2a)

    Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna.

    Jezus niejednokrotnie jest ignorowany, jest wyśmiewany, jest ogłaszany królem przeszłości, ale nie teraźniejszości, a tym bardziej nie jutra, jest spychany do lamusa spraw i osób, o których nie powinno się mówić na głos i w obecności innych (Benedykt XVI, Przemówienie podczas spotkania z młodzieżą na Błoniach w Krakowie, 27 V 2006).

    Naraz powstało w mojej duszy pragnienie, szalone pragnienie, czynienia jak największych wysiłków, by ukochać Pana Jezusa, upodobnić się do Niego, nie, aby zdobyć szczęście wieczne, lecz jedynie dlatego, by okazać Mu moją miłość i radość sprawić Jego Boskiemu Sercu (Sługa Boża Rozalia Celakówna, Wyznania, s. 33).

    O Jezu Panie nasz, pragnę Ciebie Samego we wszystkim szukać i więcej nic. Ale Ty Jezu wiesz, że niczego nie szukam i pragnę prócz Ciebie, bo Ty Jezu za wszystko mi wystarczysz! Teraz już jestem zupełnie ogołocona ze wszystkiego. Nie mam ani swych pragnień, ani dążności, ani zamiarów – chcę tylko tego, czego chce Pan Jezus (Sługa Boża Rozalia Celakówna, Wyznania, s. 167).

    Modlitwa

    Boże, Ojcze wszelkiego miłosierdzia i pociechy, najłaskawszy Panie i Królu! Ty, posłałeś na świat Jednorodzonego Syna swego, aby świat uwierzył, że jesteś jego jedyną miłością, szczęściem i celem istnienia. Rozalii Celakównie objawiłeś, że nasz Pan jest nie tylko Zbawicielem, ale także miłośnikiem każdej duszy ludzkiej, za którą przelał własną Krew. Jezu, Królu dusz ludzkich, niech wstawiennictwo Rozalii Celakówny przyczyni się do wzrostu miłości we wszystkich duszach, zarówno tych, którzy Cię znają jak i tych, co jeszcze Ciebie nie poznali. Panie nasz, niech pragnienie Rozalii, aby Twoje Serce było kochane i miłowane, rozszerza się jak najszybciej bo tylko „Ty jesteś godzien wszelakiej miłości, poszanowania, chwały i uczciwości”. Przybliż, prosimy, panowanie Twego Królestwa w duszach ludzi oddających Ci dzisiaj hołd; w naszych rodzinach, parafiach i całej Ojczyźnie. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

    Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku

    O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.

    O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).

    Dzień 3

    Antyfona do Ducha Świętego

    Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.

    Z Listu do Rzymian (Rz 8, 26)

    Podobnie także Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami.

    Owo tchnienie życia Bożego, Duch Święty, daje o sobie znać – w swej najprostszej i najpowszechniejszej zarazem postaci – w modlitwie. Piękna i zbawienna jest myśl, że gdziekolwiek ktoś modli się na świecie, tam jest Duch Święty, ożywcze tchnienie modlitwy. Piękna i zbawienna jest myśl, że jak szeroko rozprzestrzenia się modlitwa na całym okręgu ziemi, w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, tak rozległa jest obecność i działanie Ducha Świętego, który „tchnie” modlitwę w serce człowieka w całej niezmierzonej gamie różnych sytuacji i warunków, raz sprzyjających, raz przeciwnych życiu duchowemu i religijnemu. Wiele razy pod działaniem Ducha Świętego modlitwa płynie z serca człowieka pomimo zakazów i prześladowań, a nawet wbrew oficjalnym oświadczeniom o areligijnym czy wręcz ateistycznym charakterze życia publicznego (św. Jan Paweł, Encyklika Dominum et vivificantem, 65).

    Duch Przenajświętszy, Ten Ogień Miłości, zlewał na duszę uniżoną swe dary i łaski. W duszy czułam więcej niż niebo, cała będąc przejęta tym Ogniem. O Boże Wielki, któreż stworzenie może wypowiedzieć co Ty dajesz tym, którzy Cię pragną znaleźć i posiąść na zawsze!… Ten cichy powiew łaski, który działał na duszę, jak szum gwałtownego wichru, kiedy Ty o Boże Miłości, wstąpiłeś na Matkę Bożą i Apostołów zebranych w Wieczerniku na modlitwie, tak On przemieniał i moją najmniejszą duszę (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).

    Modlitwa

    Boże, źródło Życia i Dawco wszelkich łask! Ty, który mocą Ducha Świętego odnawiasz i uświęcasz wszystko. Wejrzyj, Panie, na swój Kościół, który pragnie nieustannie odnawiać się Jego mocą. Spraw, aby nasze serca otworzyły się na Jego tajemnicze działanie. Jezu Chryste, który w tajemnicy Odkupienia otworzyłeś nam drogę do nieba, wejrzyj na wszystkich, którzy poprzez ofiary i poświęcenie, pragną odnawiać oblicze ziemi, naśladując przykład dany przez Twoją służebnicę Rozalię. Poślij nam, Panie, swojego Ducha, aby nasze wszystkie zamiary, pragnienia i decyzje były skierowane ku służbie Bożej i chwale Twego Królestwa. Amen.

    Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku

    O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.

    O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).

    Dzień 4

    Antyfona do Ducha Świętego

    Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.

    Z Ewangelii wg Św. Jana (J 19, 26-27)

    Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: „Niewiasto, oto syn Twój”. Następnie rzekł do ucznia: „Oto Matka twoja”. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.

    Matka Chrystusa doznaje uwielbienia „jako Królowa wszystkiego”. Ta, która przy Zwiastowaniu nazwała siebie „służebnicą Pańską”, pozostała do końca wierną temu, co ta nazwa wyraża. Przez to zaś potwierdziła, że jest prawdziwą „uczennicą” Chrystusa, który tak bardzo podkreślał służebny charakter swego posłannictwa: Syn człowieczy „nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mt 20,28). W ten sposób też Maryja stała się pierwszą wśród tych, którzy „służąc Chrystusowi w bliźnich, przywodzą braci swoich pokorą i cierpliwością do Króla, któremu służyć znaczy królować”, i osiągnęła w pełni ów „stan królewskiej wolności”, właściwy dla uczniów Chrystusa: służyć – znaczy królować! (św. Jan Paweł, Encyklika Redemptoris Mater, 41).

    Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie był i jest jedynym przedmiotem mej miłości, lecz do Jezusa prowadziła mnie zawsze Matka najdroższa Najśw. Panna Maryja. Nie uwierzę nigdy w to, by można było ukochać Pana Jezusa, nie kochając Matki Najświętszej, jak dziecko swej Matki”.

    Maryja pouczała ją: „Moje dziecko, jeżeli chcesz być do Mnie podobna, naśladuj mnie w tych cnotach, patrz jak moje życie było proste, bez żadnej nadzwyczajności, w zupełnym ukryciu (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).

    Modlitwa

    Boże niepojęty w swej świętości! W Jezusie Chrystusie, swoim Synu, zostawiłeś nam wzór świętości oraz wskazałeś ku niej drogę. Z Maryją związałeś misję zbawienia człowieka, czyniąc Ją Matką Jezusa i jednocześnie nasza Matką. Wspomóż nas, abyśmy poznali i uwierzyli, że Maryja jest dla nas wzorem do osiągnięcia miłości doskonałej. Niech nasze życie będzie przeniknięte pragnieniem miłości Jezusa i Maryi.

    Matko Bożej Miłości, wejrzyj na lud zebrany w tej świątyni i na każdym innym miejscu, gdzie wysławia Twoją cześć i woła z ziemi pełnej niedoli. Spójrz, na wszystkie dusze pragnące niepodzielnie kochać Twojego Syna i Ciebie. Wejrzyj na wszystkie dusze, a szczególnie dusze miłujące Twego Syna, ucz je jak najwierniej wypełniać Jego wolę, ochraniaj przed wszelkim grzechem i wspomóż w osiąganiu doskonałej miłości w pokorze, cichości i całkowitym oddaniu się Bogu. Amen.

    Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku

    O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.

    O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).

    Dzień 5

    Antyfona do Ducha Świętego

    Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.

    Z Ewangelii według Św. Mateusza (Mt 1, 20)

    Oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło.

    Całkowita ofiara, jaką Józef złożył ze swego istnienia, aby godnie przyjąć Mesjasza we własnym domu, znajduje wytłumaczenie w niezgłębionym życiu wewnętrznym, które kierowało jego postępowaniem i było dlań źródłem szczególnych pociech; to z niego czerpał Józef rozwagę i siłę – właściwą duszom prostym i jasnym – dla swych wielkich decyzji, jak wówczas gdy bez wahania podporządkował Bożym zamysłom swoją wolność, swoje prawo do ludzkiego powołania, swoje szczęście małżeńskie, godząc się przyjąć w rodzinie wyznaczone sobie miejsce i ciężar odpowiedzialności, ale rezygnując, mocą nieporównanej dziewiczej miłości, z naturalnej miłości małżeńskiej, która tworzy rodzinę i ją podtrzymuje. To poddanie się Bogu, będące gotowością woli do poświęcenia się Jego służbie, nie jest niczym innym jak praktyką pobożności, która stanowi jeden z przejawów cnoty religijnej (św. Jan Paweł II, Adhortacja Redemptoris custos, 26).

    Po nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny najgoręcej modliłam się do Św. Józefa. Jego obrałam za Opiekuna i Mistrza w życiu wewnętrznym. Święty Józef najgoręcej kochał Pana Jezusa po Najświętszej Maryi Pannie, więc Jego wstawiennictwo przed Panem Jezusem jest najskuteczniejsze. Św. Józef był mi pomocą, radą i światłem, co mam czynić by się podobać Panu Jezusowi i radość Mu sprawić. (…) Z serca zaś najczęściej modliłam się tak: Święty Józefie, mój Najukochańszy Ojcze i Opiekunie, proszę Cię serdecznie, naucz mnie kochać Pana Jezusa i Najświętszą Maryję Pannę tak, jak Ty Ich kochałeś; zachowaj mnie od grzechu, wspomóż mnie w chwili pokus, bym nie upadła; naucz mnie modlić się w sposób doskonały, pomóż mi dojść do jak najściślejszego zjednoczenia się z Panem Jezusem przez miłość jak najgorętszą; daj mi – błagam Cię – takiego spowiednika, który by mi pomógł wejść na wąską ścieżkę doskonałości chrześcijańskiej i po tej ścieżce doprowadził mnie na sam szczyt (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).

    Modlitwa

    Boże niepojętej dobroci, który nieustannie powołujesz człowieka do życia w świętości. Ty powołałeś Świętego Józefa do przyjęcia roli i zadań Opiekuna Twojego Syna Jezusa Chrystusa. Wspomóż nas, abyśmy w osobie Świętego Józefa widzieli wzór cnót chrześcijańskich, podobnie jak to czyniła Służebnica Twoja Rozalia Celakówna, która uczyła się od niego wierności, sprawiedliwości, pozostania w ukryciu oraz odrzucenia własnych ambicji.

    Święty Józefie, który roztoczyłeś swą opiekę nad Służebnicą Bożą Rozalią, spójrz na wszystkie dusze pragnące w sposób bezwarunkowy ukochać Pana Jezusa i Jego Matkę, Maryję. Wypraszaj nam zdroje łask, abyśmy potrafili chronić czystości naszych dusz jak skarbu po to, aby uczynić z nich godne mieszkanie dla Boga. Święty Józefie, chroń nasze dzieci i młodzież od wszelkiej nieczystości, która niszczy w ich sercach Boże Życie. Wstawiaj się za nami u Boga, abyśmy na miarę swoich sił i współpracując z łaską Chrystusa, budowali na ziemi Królestwo Boże. Amen.

    Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku

    O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.

    O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).

    Dzień 6

    Antyfona do Ducha Świętego

    Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.

    Z Ewangelii według Św. Łukasza (Łk 2, 51)

    Potem poszedł z Nimi i wrócił do Nazaretu, i był Im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu.

    Kochać rodzinę, to znaczy umieć cenić jej wartości i możliwości i zawsze je popierać. Kochać rodzinę, to znaczy poznać niebezpieczeństwa i zło, które jej zagraża, aby móc je pokonać. Kochać rodzinę, to znaczy przyczyniać się do tworzenia środowiska sprzyjającego jej rozwojowi. Zaś szczególną formą miłości wobec dzisiejszej rodziny chrześcijańskiej, kuszonej często zniechęceniem, dręczonej rosnącymi trudnościami, jest przywrócenie jej zaufania do samej siebie, do własnego bogactwa natury i łaski, do posłannictwa powierzonego jej przez Boga. Trzeba, aby rodziny naszych czasów powstały! Trzeba, aby szły za Chrystusem! (św. Jan Paweł lI, Adhortacja Familiaris consortio, 86).

    Św. Józef wskazywał mi proste Życie Najświętszej Rodziny w Nazarecie, bez rozgłosu, mało znane, by się na nim wzorować… I to Życie tak bardzo mnie zachwycało i porywało… To Życie stało się dla mnie najważniejszym ideałem, bo ono najwięcej zbliżało mnie do Pana Boga i z Nim upodabniało (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).

    Modlitwa

    Boże, Ojcze rodzaju ludzkiego! Ty, który przyszedłeś na świat w rodzinie i ukazałeś ją jako czytelny znak miłości, wzajemnego poszanowania i dobroci, spraw abyśmy ciągle na nowo uczyli się miłości oraz odnajdywali drogę do osiągnięcia szczęścia kontemplując doskonałość Świętej Rodziny z Nazaretu.

    Jezu, który poprzez swoje Wcielenie uświęciłeś życie w rodzinie, Tobie dziś zawierzamy każdą rodzinę ludzką, zarówno tę, żyjącą z dala od prawdziwego szczęścia, jak i tę, która cieszy się darami Bożej łaski. Sługa Boża Rozalia ukazała, że prawdziwe szczęście jest w wiernym pełnieniu woli Bożej oraz nazaretańskim klimacie serdeczności i cichości. Wejrzyj na wszystkie rodziny polskiej ziemi, błogosław im i spraw, aby odnalazły prawdziwe wartości, które rodzinę tworzą, scalają i pozwalają odnaleźć Twój pokój. Niech spełni się wołanie aby: „Polska rodzina była Bogiem silna”. Amen.

    Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku

    O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.

    O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).

    Dzień 7

    Antyfona do Ducha Świętego

    Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.

    Z Pierwszego Listu Św. Piotra Apostoła (1 P 1, 15-16)

    W całym postępowaniu stańcie się wy również świętymi na wzór Świętego, który Was powołał, gdyż jest napisane: „Świętymi bądźcie, bo Ja jestem Święty”.

    Męczennicy, a wraz z nimi wszyscy święci Kościoła, dzięki wymownemu i porywającemu przykładowi ich życia, do głębi przemienionego blaskiem prawdy moralnej, rzucają jasny promień światła na każdą epokę dziejów, budząc zmysł moralny. Poprzez swoje świadectwo dobru stają się wyrzutem dla tych wszystkich, którzy łamią prawo (por. Mdr 2,12), przypominając ciągłą aktualność słów proroka: „Biada tym, którzy zło nazywają dobrem, a dobro złem, którzy zamieniają ciemności na światło, a światło na ciemności, którzy przemieniają gorycz na słodycz, a słodycz na gorycz! (Iz 5,20) (św. Jan Paweł II, Encyklika Veritatis splendor, 93).

    Zbliżyła się do mojego łóżka i rzekła: Ciesz się bardzo, że ci dał Pan Jezus wiele cierpieć: wzgardy, poniżenia, oszczerstw i różnych cierpień zwłaszcza cierpień w szpitalu i prześladowania od pewnych dusz. I jakaż to nieoceniona łaska jest ci dana, że Pan Jezus pozwolił takie rzeczy wycierpieć! Jest to największa łaska, jaką otrzymałaś w tym życiu od Pana Boga (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).

    Modlitwa

    Boże Ojcze wszelkiej łaski! W Twoich Świętych nieustannie ukazujesz swoją niezmierzoną dobroć i opiekę dla całego Kościoła. Ty, za przyczyną naszego Pana i Króla Jezusa Chrystusa, wskazujesz świętym drogę do doskonałości i pozwalasz im – już na ziemi – zakosztować owoców Odkupienia. Dodaj nam sił abyśmy mieli odwagę podążać do świętości wzmocnieni przykładem Sługi BoŜej Rozalii Celakówny.

    Jezu Chryste, który cieszysz się każdą duszą, pragnącą Cię miłować ponad świat i własne życie. Oblubienicy Serca Swego dałeś zakosztować niebiańskiej słodyczy miłości, królując niepodzielnie w jej czystym sercu. Panie i Królu, Ty chcesz królować w sercach prawych i szczerych, ubogich i prostych, cierpiących i znieważonych, za przyczyną Twej Służebnicy Rozalii, wejrzyj na te dusze i uczyń je królestwem swojej miłości, pokoju i prawdy. Niech zapalają wszystkie serca oziębłe i obojętne dla czci i wysławienia Ojca Niebieskiego. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

    Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku

    O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.

    O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).

    Dzień 8

    Antyfona do Ducha Świętego

    Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.

    Z Listu do Hebrajczyków (Hbr 7, 26)

    Takiego bowiem potrzeba nam było Arcykapłana: świętego, niewinnego, nieskalanego, oddzielonego od grzeszników, wywyższonego ponad niebiosa.

    Kapłan zawsze i niezmiennie znajduje źródło swej tożsamości w Chrystusie – Kapłanie. To nie świat potwierdza jego status wedle swych potrzeb i roli, jaką on odgrywa w społeczeństwie. Kapłan jest naznaczony pieczęcią Kapłaństwa Chrystusowego, by uczestniczyć w Jego charakterze jedynego Pośrednika i Odkupiciela. Stąd też na tym sakramentalnym gruncie otwiera się dla kapłana wielka „przestrzeń” posługi wobec dusz dla zbawienia ich w Chrystusie i Kościele: służby, która winna być bez reszty pobudzona miłością dusz ludzkich na wzór Chrystusa, który oddaje dla nich życie. Bóg pragnie zbawienia wszystkich ludzi, aby nie zginęło ani jedno z tych małych (por. Mt 18,14). „Kapłan winien zawsze być gotów odpowiedzieć potrzebom dusz”, mawiał Proboszcz z Ars. „On nie żyje dla siebie; żyje dla was”. Kapłan żyje dla ludzi świeckich: ożywia ich i umacnia w wykonywaniu powszechnego kapłaństwa wiernych – tak bardzo uwydatnionego przez II Sobór Watykański – które polega na składaniu duchowej ofiary z życia, na dawaniu świadectwa zasadom chrześcijańskim w rodzinie, na podejmowaniu zadań w świecie i na uczestnictwie w ewangelizacji braci. Jednakże posługa kapłana ma inny charakter. Został on wyświęcony, by działał w imieniu Chrystusa – Głowy i by wprowadzał ludzi w nowe życie (św. Jan Paweł II, List do kapłanów na Wielki Czwartek 1986 roku).

    Kapłan to drugi Chrystus, więc dla kapłanów byłam i jestem ustosunkowana tak, jak do Chrystusa Pana. Nad błędami Kapłanów płakałam bardzo, ale się nigdy nie gorszyłam, ani ich przez to nie obrzydzałam, modliłam się i modlę się za Kapłanów, jak tylko umiem (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).

    Modlitwa

    Boże, Królu nieba i ziemi! Jezus Chrystus ustanowił święte kapłaństwo dla składania duchowych ofiar, dla czci i chwały Twojego Imienia i zbawienia wiecznego wszystkich wierzących. Z wielką czcią i pokłonem przychodzimy więc, aby ucząc się miłości od Chrystusa Pana i Króla, polecać Tobie tych, których On ukochał aż do końca.

    Chryste, Apostołka Twojego Serca, głęboko rozumiała, jak bardzo kapłaństwo jest święte, jak staje się posługą miłości oraz jak jest wszczepione w Twoje Boskie Serce. Przez przyczynę Sługi Twojej Rozalii, która obdarzała największym szacunkiem swojego spowiednika i kierownika duchowego, prosimy Cię Jezu – Najwyższy Kapłanie, abyś wejrzał dzisiaj na swoich wybranych wedle swego miłosierdzia. To oni prowadzą dusze do świętości; okaż im, Panie, swoją miłość i udziel światła Ducha Świętego. Umacniaj ich swoją mocą, wspomagaj wiernością ludu i chroń od wszelkiego zła. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

    Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku

    O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.

    O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).

    Dzień 9

    Antyfona do Ducha Świętego

    Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.

    Z Pierwszego Listu do Koryntian (1 Kor 15, 24)

    Wreszcie nastąpi koniec, gdy przekaże królowanie Bogu i Ojcu i gdy pokona wszelką Zwierzchność, Władzę i Moc.

    Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii”. Od Niego bowiem, od samego Chrystusa otrzymałem to polecenie. Jestem apostołem, jestem świadkiem. Im odleglejszy cel, im trudniejsze zadanie, tym gorętsza jest „miłość, która przynagla nas”. Mam obowiązek głosić Jego imię: Jezus jest „Chrystusem, Synem Boga żywego… Obym nigdy nie przestał o Nim mówić: On jest światłem, On prawdą, owszem, „drogą, prawdą i życiem”. On chlebem i źródłem wody żywej: zaspokaja głód i gasi pragnienie… Oto Jezus Chrystus, o którym już słyszeliście, owszem, większość z was należy do Niego, bo jesteście chrześcijanami. Wam przeto, o chrześcijanie, powtarzam Jego imię, do wszystkich zaś ludzi wołam: Jezus Chrystus jest początkiem i końcem, alfą i omegą, Królem nowego świata, tajemnym i ostatecznym wyjaśnieniem naszego losu i dziejów ludzkości (św. Paweł VI, Homilia wygłoszona w Manilii, 29 XI 1970).

    Oświadczam ci to moje dziecko, jeszcze raz, że tylko te Państwa nie zginą, które będą oddane Jezusowemu Sercu przez Intronizację, które Go uznają swym Królem i Panem…

    Jasna Góra jest stolicą Maryi. Przez Maryję przyszedł Syn Boży by zbawić świat i tu również przez Maryję przyjdzie zbawienie dla Polski przez Intronizację. Gdy się to stanie, wówczas Polska będzie przedmurzem chrześcijaństwa, silna i potężna, o którą się rozbiją wszelkie ataki nieprzyjacielskie (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).

    Modlitwa

    Boże, Ojcze miłosierdzia! Ty, który nieustannie szukasz człowieka, który zgubił drogę powrotu do Ciebie – Jedynego Pana i Ojca wszystkich dzieci – daj mu światło odnalezienia drogi do Ciebie. Nasz Pan i Król Jezus Chrystus objawił, że jedynym pewnym schronieniem człowieka jest Jego Boskie Serce. Panie nasz i Królu, jakże bardzo pragniemy, abyś razem z Maryją królował w naszych sercach, w naszym narodzie i państwie.

    Jezu, za wstawiennictwem Twojej Matki prosimy, aby naród polski uwierzył, że z aktu obrania Ciebie za Króla i Pana wynika jedynie dobro. Królu pełen miłosierdzia, za przyczyną Służebnicy Bożej Rozalii Celakówny, która poświęciła swoje życie dziełu Intronizacji, przyjmij nas tutaj zgromadzonych za twych poddanych. Przyjmij także nasze hołdy, cześć, wierność oraz akt zawierzenia Królowi Wszechświata.

    Maryjo, Matko Miłosierdzia, prowadź nasz naród do całkowitego przyjęcia i obrania Twego Syna za Króla i Pana, abyśmy poznali, że Królestwo Boże jest prawdziwym szczęściem i w Nim możliwe jest spełnienie życia na ziemi. Amen.

    Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku

    O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.

      Karmelici Bosi Wrocław/KEP/Tygodnik Niedziela

    ***

    Dla chcącego – nic trudnego

    – Chcemy dać wyraz naszej miłości do Matki Bożej, tak jak to robili Boży szaleńcy: Sekretarka Bożego Miłosierdzia i św. Maksymilian Kolbe, który całe życie poświęcił Niepokalanej. Widział, jak Ona w czasie nowenny przed 8 grudnia obsypywała ludzi wieloma łaskami – przypomina o. Mirosław Kopczewski.

    – Chcemy dać wyraz naszej miłości do Matki Bożej, tak jak to robili Boży szaleńcy: Sekretarka Bożego Miłosierdzia i św. Maksymilian Kolbe, który całe życie poświęcił Niepokalanej. Widział, jak Ona w czasie nowenny przed 8 grudnia obsypywała ludzi wieloma łaskami – przypomina o. Mirosław Kopczewski.
    fot. Agnieszka Kurek-Zajaczkowska/Gość Niedzielny


    ***

    1000 razy dziennie „Zdrowaś, Maryjo” przez 9 dni i… morze łask. 29 listopada rozpoczyna się nowenna przed uroczystością Niepokalanego Poczęcia NMP według wskazań św. Faustyny.

    Gdy kilka lat temu moja mama przystąpiła do tej modlitwy, powiedziałam o tym siedmioletniej córce, która skwitowała: „To babcia ma niezły challenge”. Tak, ta modlitwa wymaga zaparcia, czasu, wytrwałości i organizacji dnia, ale jest do przeprowadzenia. Św. Faustyna odmówiła ją trzykrotnie. Tak o tym napisała w „Dzienniczku”: „Dla chcącego – nic trudnego. Poza rekreacją modliłam się i pracowałam, w dniach tych nie wymówiłam ani jednego słowa niekoniecznie potrzebnego, chociaż muszę przyznać, że ta sprawa wymaga dość dużo uwagi i wysiłku, ale dla uczczenia Niepokalanej nic nie ma za wiele” (Dz. 1413).

    Jednego roku, po nowennie, przed Komunią Świętą 8 grudnia s. Faustynie objawiła się Matka Boża. Uśmiechnęła się, przytuliła i prosiła o ćwiczenie się w pokorze, czystości i miłości.

    – Odprawienie nowenny daje niesamowite doświadczenie, czym jest modlitwa. Od 2017 r. przed uroczystością Niepokalanego Poczęcia NMP publicznie odmawiamy 1000 „Zdrowaś, Maryjo” w kaplicy w Niepokalanowie. Obserwuję, że po jej zakończeniu ludzie są autentycznie radośni, rzadko widuje się takich w świecie. Są pełni energii, pokoju i myślę, że za ich sprawą Bóg zsyła wiele łask dla Kościoła i ojczyzny – mówi o. Mirosław Kopczewski OFMConv, organizator publicznej nowenny w Niepokalanowie. Odprawiana jest ona w intencji triumfu Niepokalanego Serca Maryi oraz o pokój w Polsce i na świecie, o jedność w Kościele, za ojczyznę i rządzących, o pełną ochronę prawną ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci, o nawrócenie nieprzyjaciół Kościoła i w intencjach poleconych Niepokalanej.

    W Niepokalanowie modlitwa odbywa się przed wystawionym Najświętszym Sakramentem w pięciu blokach modlitewnych (po 20 ta- jemnic każdy), pomiędzy którymi są godzinne przerwy. Rozpoczyna się o godz. 7 Eucharystią, a kończy Apelem Jasnogórskim i błogosławieństwem. Można przyjechać na całą nowennę albo na kilka dni. Można modlić się codziennie w jednym lub w kilku blokach modlitewnych. Każdy sam określa zakres uczestnictwa. Można też nowennę odmawiać samemu w domu lub zorganizować ją w swojej parafii czy wspólnocie.

    – Proponuję, by się nie zniechęcać, gdy nie uda się odmówić całego tysiąca w ciągu dnia. Warto nadal działać na miarę swoich możliwości: modlić się w drodze do pracy, po niej, a jeśli ktoś nie może spać, to i w nocy – radzi o. Kopczewski.

    Od kilku lat w Niepokalanowie w poszczególnych blokach uczestniczy około 30 osób. Leszek Wolniak z żoną przyjeżdża z okolic Tarnowskich Gór. – Cały pierwszy dzień przepłakałem ze szczęścia. Po kilku godzinach modlitwy nie byłem zmęczony, znużony ani zły na siebie, że przyjechałem. Na posiłkach między modlitwami spotkałem wielu ludzi, którzy też uczestniczyli w nowennie. Wspólnotę nieznajomych ludzi, którą tworzyliśmy, cechowały swoista bliskość, wyrozumiałość, zaufanie. Wspaniali ludzie wielkiej wiary! Czułem zawstydzenie moją pustką. Miałem wtedy 58 lat i żadnej modlitwy różańcowej na koncie, poza pokutą. Od dwóch lat jestem zelatorem dwóch róż różańcowych. Obiecałem Panu Bogu dwa procent z doby, czyli około 30 minut mojego czasu i do tej pory dotrzymuję słowa. Bardzo wiele z tego, co dzieje się w moim życiu dzisiaj, wzięło początek od uczestnictwa w modlitwie nowenny według św. Faustyny – podkreśla Leszek Wolniak.

    Gość Niedzielny

    ***

    sobota, 1 listopada 2025

    Uroczystość Wszystkich Świętych

    MSZA ŚWIĘTA – GODZ. 18.00 W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    Po Mszy świętej, z racji pierwszej soboty miesiąca, będzie nabożeństwo wynagradzające za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny.

    ***

    Tego dnia będę modlił się na cmentarzach przy grobach naszych Rodaków:

    • o godz. 11.00 – cmentarz Lambhill
    • następnie na cmentarzach Cardonald i Linn
    • zakończenie modlitw na cmentarzu Dalbeth o godz. 14.30

    +++

    niedziela 2 listopada

    Dzień Zaduszny

    14.00 – MSZA ŚWIĘTA w kościele św. Piotra

    ***

    W Uroczystość Wszystkich Świętych i w kolejne listopadowe dni Kościół zachęca nas do ożywienia prawdy, którą wyznajemy w świętych obcowanie.

    “Żyjąc komunii bezustannie, w Bogu, trwamy też w pewnej jedności z tymi, którzy są już w niebie. Jest również pewna jedność z tymi, którzy umierają i są w czyśćcu. Nie jesteśmy rozdzieleni. Dla Boga wszyscy żyją. Dlatego modlimy się za siebie nawzajem, my za tych w czyśćcu, oni za nas. Święci też modlą się za nas”. (o. Wit Chlondowski OFM)

    Dobrze jest przypomnieć sobie w tym czasie słowa św. Tereski z Lisieux, która mówiła, że tu, na ziemi, może pomagać innym tylko jedną ręką, bo drugą musi się trzymać Jezusa, ale gdy już będzie w niebie, wtedy będzie mogła pomagać oburącz.

    Portal z kolegiaty św. Piotra w Westminsterze/ fot. Henryk Przondziono/ Gość Niedzielny

    ***

    Czym jest świętych obcowanie?

    Kościół na ziemi i w niebie

    Chodzi nie tylko o aktywność świętych w niebie i nie tylko o modlitwy.

    Był rok 1938, ostatni w ziemskim życiu siostry Faustyny. Stęskniona za Bogiem święta zapisała w „Dzienniczku”: „Nie zapomnę o tobie, biedna ziemio, choć czuję, że cała natychmiast zatonę w Bogu, jako w oceanie szczęścia; lecz nie będzie mi to przeszkodą wrócić na ziemię i dodawać odwagi duszom, i zachęcać je do ufności w miłosierdzie Boże. Owszem, to zatopienie w Bogu da mi możność nieograniczoną działania”.

    Deklaracje pomocy tym, którzy pozostają na ziemi, składało wielu świętych. „Nie płaczcie, będziecie mieli ze mnie większy pożytek i będę wam skuteczniej pomagał niż za życia” – pocieszał święty Dominik braci z zakonu, który założył. Podobną obietnicę złożyła św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Karmelitanka przed śmiercią obiecała, że gdy znajdzie się w niebie, będzie zsyłała na ziemię „deszcz róż”. Zapowiedziała, że będzie tam „małą złodziejką”, która sprawi, że wiele rzeczy będzie ginąć w niebie, bo ona rozda je na ziemi.

    Nie były to słowa rzucane na wiatr. Święci realnie uczestniczą w naszym życiu, potwierdzając rzeczywistość, którą nazywamy świętych obcowaniem. Ale nie tylko to jest treścią tej prawdy wiary.

    Święci, czyli kto

    „Do wszystkich przez Boga umiłowanych, powołanych świętych, którzy mieszkają w Rzymie”, „do świętych, którzy są w Efezie”, „do świętych i wiernych w Chrystusie braci w Kolosach” – pisze święty Paweł. Nie adresował swoich listów do tych, którzy osiągnęli niebo, lecz do zwykłych chrześcijan. Jeśli jesteś ochrzczony i uczestniczysz we wspólnocie wiary, to jesteś święty. Dla chrześcijan czasów apostolskich było to jasne. Trwające między nimi zjednoczenie to społeczność świętych, inaczej świętych obcowanie.

    Chrześcijanie już w starożytności deklarowali: „Wierzę w świętych obcowanie”. Formuła ta po raz pierwszy znalazła się w wyznaniu wiary z IV wieku. Jego autorem był biskup Nicetas z Remezjany w Dacji. „Czymże jest Kościół, jak nie zgromadzeniem wszystkich świętych?” – pisał św. Nicetas. Święci w jego rozumieniu to nie tylko chrześcijanie zmarli w opinii świętości, ale wszyscy ci, którzy uczestniczą w świętości Chrystusa, przyjmując chrzest i przez to włączając się w Ciało Chrystusa. Nicetas wyjaśniał, że Kościół jest zgromadzeniem wszystkich świętych, bo tworzą go patriarchowie, prorocy, męczennicy i wszyscy sprawiedliwi, których uświęciła ta sama wiara i nawrócenie. Wszyscy oni, wraz z aniołami, w Duchu Świętym są jednym ciałem, którego Głową jest Chrystus.

    Formuła świętych obcowania szybko rozprzestrzeniła się w całym Kościele, zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Tak jest do dzisiaj – i Kościół katolicki, i prawosławny wyznają prawdę wiary w obcowanie świętych, do których zaliczają się także zmarli chrześcijanie, oczekujący na paruzję w niebie lub w czyśćcu.

    Inna relacja

    – Świętych obcowanie to przede wszystkim communio sanctorum. Kościół w pierwszym tysiącleciu rozumie to sformułowanie bardziej jako komunia w rzeczach świętych, czyli komunia w świętej wierze, w świętym Słowie i świętych sakramentach. „Komunia” jest tu słowem kluczowym, bo drugie tysiąclecie kładzie akcent na komunię wszystkich w Kościele – tłumaczy o. Wit Chlondowski OFM. Dogmatyk wskazuje, że „komunia”, po grecku koinonia, najczęściej jest tłumaczona jako współuczestnictwo albo wspólnota. Słowo to wyraża relację w Bogu. Trójca jest komunią, relacją między Ojcem, Synem i Duchem. Komunia to głębia relacji między Osobami Trójcy, panujące w niej intymność i jedność.

    – I teraz Jezus przychodzi na ten świat, żebyśmy my mogli mieć z Nim komunię, a przez Niego z całą Trójcą. Dzięki temu, że mamy komunię z Bogiem, zaczynamy mieć komunię między nami. Tworzy się między nami rodzaj relacji, która jest zupełnie inna od wszystkiego na świecie, bo to jest relacja w Bogu. Mamy jedność, którą jest Kościół. To jest wyjątkowa relacja: ona jest komunią, wspólnotą, współuczestnictwem, byciem wspólnie z synami i córkami jednego Ojca, w jednym Duchu, w jednym Chrystusie. Intymność, współuczestnictwo, bliskość. Ta komunia jest w Bogu, z Boga i jest mocniejsza niż śmierć. Dlatego ona trwa i dlatego mamy ją z tymi, którzy są w niebie, i tymi, którzy są w czyśćcu. Świętych obcowanie to pewne misterium bliskości, intymności z Bogiem – podkreśla franciszkanin.

    Ci, co odeszli, kochają

    Jak świętych obcowanie „działa” w praktyce? – Żyjąc w komunii bezustannie, w Bogu, trwamy też w pewnej jedności z tymi, którzy są już w niebie. Jest również pewna jedność z tymi, którzy umierają i są w czyśćcu. Nie jesteśmy rozdzieleni. Dla Boga wszyscy żyją. Dlatego modlimy się za siebie nawzajem, my za tych w czyśćcu, oni za nas. Święci też modlą się za nas – zaznacza zakonnik. Przywołuje przykład małej Tereski, która mówiła, że tu, na ziemi, może pomagać innym tylko jedną ręką, bo drugą musi się trzymać Jezusa, ale gdy już będzie w niebie, wtedy będzie mogła pomagać oburącz.

    – Ale świętych obcowanie to nie jest tylko modlitwa, to jest też miłość. To się przejawia na różne sposoby. Na przykład jest ból rozstania, kiedy umiera ktoś bliski, ale jest też intymność, która jest w Bogu. Z niej płynie świadomość, że ciągle mamy jedność i ona jest mocniejsza niż śmierć – zauważa o. Chlondowski.

    Dzięki temu, że trwamy w komunii, między zmarłymi a nami miłość nie gaśnie. – Kiedy odchodzi bliski, to kocha bardziej, bo jego miłość w czyśćcu się oczyszcza. Lubię to określenie, że czyściec jest miejscem, gdzie uczymy się w pełni kochać. Skoro nie nauczyliśmy się tego tutaj i nasza miłość nie była w pełni święta, to gdzieś musi się to oczyścić – tłumaczy duchowny.

    Śmierć nie przerywa więzi tych, co trwają w komunii. – Czyli tak naprawdę ci nasi bliscy bardziej nas kochają i modlą się za nas. Wielokrotnie słyszałem świadectwa różnych osób, potwierdzające, że ci, którzy już odeszli i są u Pana, pamiętają o nich. Pamiętam jednego człowieka, który mówił, że gdy śni mu się babcia, to wie, że w jego życiu będzie się działo coś trudnego. To się, jak mówi, wielokrotnie sprawdziło. Uważa, że w ten sposób jego bardzo świątobliwa babcia przypomina mu, że trwa w modlitwie za niego. To jest dla niego duże umocnienie – podkreśla o. Wit Chlondowski.

    Wsparcie

    Zaangażowanie świętych w nasze życie zawsze prowadzi do wzmocnienia wiary tych, którzy doświadczają ich wstawiennictwa. Mówi o tym soborowa konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium. „Ponieważ mieszkańcy nieba, będąc głębiej zjednoczeni z Chrystusem, jeszcze mocniej utwierdzają cały Kościół w świętości (…), nieustannie wstawiają się za nas u Ojca, ofiarując Mu zasługi, które przez jedynego Pośrednika między Bogiem i ludźmi, Jezusa Chrystusa, zdobyli na ziemi (…). Ich przeto troska braterska wspomaga wydatnie słabość naszą” – czytamy w dokumencie.

    Można powiedzieć, że świętych obcowanie to miłość trwająca między tymi, którzy są tu i którzy są tam, niezależnie od tego, czy oni są już w niebie, czy jeszcze w czyśćcu. Przebywający w czyśćcu modlą się za nas, ale potrzebują też naszego wsparcia.

    Wspólnota

    30 czerwca 1968 r. papież Paweł VI publicznie wypowiedział tzw. Wyznanie wiary Ludu Bożego. Zawiera ono zwięzłe streszczenie nauczania ostatniego soboru o świętych obcowaniu. „Wierzymy we wspólnotę wszystkich wiernych chrześcijan, a mianowicie tych, którzy pielgrzymują na ziemi, zmarłych, którzy jeszcze oczyszczają się, oraz tych, którzy cieszą się już szczęściem nieba, i że wszyscy łączą się w jeden Kościół; wierzymy również, że w tej wspólnocie mamy zwróconą ku sobie miłość miłosiernego Boga i Jego świętych, którzy zawsze są gotowi na słuchanie naszych próśb”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***
    O. Jan Strumiłowski OCist: Nie mamy innej nadziei niż Chrystus. Jak świętować Uroczystość Wszystkich Świętych?

    ***

    Około V w. na Wschodzie zaczęto celebrować dzień upamiętniający wszystkich męczenników, co po pewnym czasie przekształciło się w Uroczystość Wszystkich Świętych. Z tego właśnie względu historia rozwoju chrześcijańskich wspomnień ukazuje nam także sens tego święta, które obchodzimy pierwszego listopada. W komentarzach liturgicznych i na kazaniach coraz częściej możemy usłyszeć w tym dniu pewnego rodzaju napomnienie, że jest to dzień triumfu i nie jest to ściśle ten dzień, który powinniśmy poświęcić odwiedzaniu cmentarzy. Pewna racja w tym jak najbardziej się kryje. Jednakże rozważania duszpasterskie wydają się iść swoją drogą, a praktyka wiernych swoją – pisze O. Jan Strumiłowski OCist.

    Kiedy spojrzymy w jaki sposób kształtował się chrześcijański kalendarz liturgiczny, to zauważyć możemy, że najważniejsze dla nas święta jak Wielkanoc czy Boże Narodzenie pojawiły się w nim stosunkowo późno. Pierwszym świątecznym dniem, który chrześcijanie celebrowali właściwie od samego początku była Niedziela – ze względu na Zmartwychwstanie Pana w tym dniu. Jednak stosunkowo szybko do kalendarza zaczęto włączać dni upamiętniające śmierć, a właściwie zwycięstwo nad śmiercią, męczenników. Męczeństwo było postrzegane jako zwycięstwo chrześcijan nad śmiercią, jako akt swoistej konsekracji i przebóstwienia, w którym chrześcijanin doskonale upodabniał się w swojej ofierze za wiarę do swojego Mistrza. Zatem męczenników czczono ze względu na fakt, że w męczeńskiej śmierci stawali się oni święci, wchodzili dosłownie w stan, w którym nie żyli już sami, ale żył w nich Chrystus. To podobieństwo męczennika do Chrystusa jest już zaznaczone w Dziejach Apostolskich w opisie śmierci św. Szczepana.

    Męczennik zatem to nie tylko człowiek o harcie ducha, człowiek doskonały, ale człowiek, który stał się synem Bożym w Jednorodzonym Synu, człowiek, który doskonale zrealizował Ewangelię, a swoją śmiercią dowiódł, że rzeczywiście w sobie samym przeżywał życie łaski, życie nadprzyrodzone, które pozwala przekroczyć naturę.

    Około V w. na Wschodzie zaczęto celebrować dzień upamiętniający wszystkich męczenników, co po pewnym czasie przekształciło się w Uroczystość Wszystkich Świętych. Z tego właśnie względu historia rozwoju chrześcijańskich wspomnień ukazuje nam także sens tego święta, które obchodzimy pierwszego listopada.

    W komentarzach liturgicznych i na kazaniach coraz częściej możemy usłyszeć w tym dniu pewnego rodzaju napomnienie, że jest to dzień triumfu i nie jest to ściśle ten dzień, który powinniśmy poświęcić odwiedzaniu cmentarzy. Pewna racja w tym jak najbardziej się kryje. Jednakże rozważania duszpasterskie wydają się iść swoją drogą, a praktyka wiernych swoją.

    Oczywiście dzień, w którym wspominamy zwycięstwo i świętość milionów chrześcijan, którzy nas poprzedzili, rzeczywiście powinno być skoncentrowane właśnie na świętości. Należy jednak się zastanowić, czy spontaniczne praktyki wiernych nie kryją jednak w sobie pewnej słusznej intuicji.

    Wydaje się, że w naszych zeświecczonych czasach zmienia się znaczenie celu chrześcijaństwa, czyli świętości. Coraz częściej wierni przeświadczeni są, że religia jest ukierunkowana na doczesność. Modlimy się, żeby Bóg nam błogosławił, żeby kształtował i porządkował nasze życie. Jednym słowem, chrześcijaństwo staje się coraz bardziej horyzontalne.

    Jednakże w istocie cała misja Chrystusa, wraz z Jego ofiarą jest ukierunkowana na pojednanie człowieka z Bogiem. Nieszczęście grzechu polega na tym, że przez grzech tracimy Boga – źródło i cel naszego istnienia. I nie ma takiego sposobu, żeby człowiek sam zmazał swoją winę i wyzwolił się z grzechu. Potrzebna była ofiara Chrystusa. Skutkami grzechu, czyli odłączenia się człowieka od Boga są wszelkie nasze nieszczęścia. Ten świat i nasze życie są skaleczone, gdyż jesteśmy od Boga odwróceni. Największym skutkiem grzechu jest nasza śmierć doczesna. Dlatego znakiem zwycięstwa Chrystusa było właśnie Jego Zmartwychwstanie.

    W takim kontekście być może rzeczywiście coś właściwego jest w naszej pielgrzymce na cmentarze w dzień Wszystkich Świętych. Oczywiście nie w tym sensie, że nawiedzamy naszych bliskich zmarłych, ale w tym, że nasze spojrzenie kieruje się poza to, co doczesne. Nasza nadzieja jest gdzie indziej. Święty Paweł dosadnie przecież napominał mówiąc, że gdyby Chrystus nie zmartwychwstał i gdybyśmy pokładali w Nim nadzieję jedynie w tym życiu, to bylibyśmy godni pożałowania niż wszyscy inni ludzie. Więc w naszej wierze chodzi o zjednoczenie z Bogiem, chodzi o powrót do Boga, do Tego, który jest Życiem i który obdarowuje nas życiem wiecznym. Świętość jest natomiast przekroczeniem doczesności. Jest takim przylgnięciem do Boga i wejściem w Jego Życie, że nasza doczesność staje się naprawdę tylko preludium do życia prawdziwego.

    Ponadto nie bez znaczenia jest również fakt, że właśnie w jednym dniu czcimy wszystkich świętych. Celebrujemy prawdziwą wspólnotę i komunię tych, którzy dotarli do Boga. Wszystkich świętych widzimy wtedy jako zjednoczonych we wspólnym celu, jakim jest Bóg. I to również objawia nam pewien charakter chrześcijaństwa. Wszak są to święci, których odróżniają czasy i okoliczności życia. A jednak, bez względu na ich osobiste historie życiowe, problemy, klimat kulturowy, który ich otaczał, wszyscy dążyli do tego samego celu. Chrześcijaństwo jest bowiem uniwersalne i nie ma takich okoliczności życia, które kazałyby nam stwierdzić, że Ewangelię trzeba zmienić, bo nie jest ona przystająca do naszych czasów: niezależnie czy jest to starożytne, wrogie chrześcijaństwu Imperium Rzymskie, średniowiecze, Oświecenie, czy obecny nam postmodernizm. Chrześcijaństwo zwycięża świat, przekracza świat, sięga poza czas i przestrzeń.

    Celebracja wszystkich świętych w jednym dniu mówi nam również dużo o naturze jedności między ludźmi, która również przez grzech została zniszczona. W Ewangelii nie chodzi o budowanie wzajemnego i powszechnego braterstwa na poziomie czysto ludzkim. To, co nas dzieli, to nie abstrakcyjne zło, brak sympatii lub animozje wynikające z naszych indywidualności. To, co nas dzieli, to grzech. Jeśli zatem chcemy prowadzić świat do zjednoczenia, to chrześcijanin nie zna innego pełnego i autentycznego zjednoczenia niż jedność w jedynym i prawdziwym Bogu.

    Zatem jeśli chcemy doprowadzić nasze życie do prawdziwego sensu, to ten sens jest tylko w Bogu. Jeśli chcemy żyć pełnią życia, to ta pełnia jest w Bogu. Jeśli chcemy osiągnąć cel naszego istnienia, to ten cel jest poza i ponad doczesnością w Bogu. Jeśli chcemy budować lepszy i zjednoczony świat, to ta jedność również jest tylko w prawdziwym Bogu. Nie mamy innej nadziei niż Chrystus, dlatego też innej nadziei nie wolno nam pod żadnym pozorem głosić.

    o. Jan Strumiłowski OCist/PCh24.pl

    ***

    Niebo jest dla wszystkich

    1 listopada Kościół wskazuje, że świętość nie jest ograniczona przez granice geograficzne czy językowe. „Uroczystość przypomina zwłaszcza każdemu wierzącemu i każdemu z nas, że świętość jest nie tylko dla innych, ale jest powołaniem każdej osoby ochrzczonej. Niebo jest dla wszystkich, a takie przesłanie, to radosne przesłanie” – powiedział w wywiadzie dla mediów watykańskich ks. Bogusław Turek CSMA, podsekretarz Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych.

     Adobe Stock

    ***

    O wielkiej szansie jaką dają odpusty, fenomenie świętości poddawanym lepszej weryfikacji i procesach kanonizacyjnych pokolenia milenialsów.

    1 listopada, uroczystość Wszystkich Świętych – co możemy powiedzieć o początku, genezie powstania tego święta?

    Tradycyjnie przyjmuje się, że to papież Jan XI w roku 935 wyznaczył na 1 listopada osobną uroczystość Wszystkich Świętych, która miała obowiązywać w całym Kościele. Początki tego święta, które należy do jednych z najstarszych świąt chrześcijańskich, sięgają jednak już pierwszych wieków: począwszy od IV wieku, niektóre Kościoły lokalne, zwłaszcza Kościoły wschodnie Cesarstwa Rzymskiego, wspominały w jednym, wybranym dniu, wszystkich męczenników chrześcijańskich. Początkowo daty te były różne w poszczególnych Kościołach, ale z czasem zaczęto rozszerzać te obchody na wszystkich innych zmarłych, którzy nie byli męczennikami, ale osiągnęli stan zbawienia. W ten sposób powstała tradycja jednego konkretnego dnia, w którym Kościół cieszy się i wspomina tych wszystkich, którzy oficjalnie nie zostali ogłoszeni świętymi a dostąpili zbawienia i życia w niebie.

    Na co powinniśmy zwrócić uwagę w przeżywaniu tego dnia?

    Mówiąc o świętych czy błogosławionych często myślimy o tych, którzy oficjalnie zostali beatyfikowani lub kanonizowani. W uroczystość Wszystkich Świętych Kościół przypomina nam, że ich grono, ich liczba, jest o wiele większa; przypomina nam, że ich pochodzenie geograficzne nie ogranicza się do Włoch czy Hiszpani, skąd mamy najwięcej błogosławionych i świętych oficjalnie wyniesionych do chwały ołtarzy; przypomina nam, że ich język to nie tylko ten z krajów europejskich. Ujmuje to bardzo dobrze werset zaczerpnięty z Apokalipsy św. Jana, który czytamy liturgii eucharystycznej tego dnia: „Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków…” (Ap 7, 9). A poprzez to uroczystość przypomina zwłaszcza każdemu wierzącemu i każdemu z nas, że świętość jest nie tylko dla innych, ale jest powołaniem każdej osoby ochrzczonej. Niebo jest dla wszystkich, a takie przesłanie, to radosne przesłanie.

    Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych – Dzień Zaduszny… dzień, który już znacznie różni się od radości pierwszego dnia listopada. Skąd ten szczególny dzień w kalendarzu liturgicznym?

    Fakt, że wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych następuje zaraz po uroczystości Wszystkich Świętych osobiście odczytywałem zawsze jako przejaw mądrości, tradycji oraz szczególnej pedagogiki Kościoła. Obydwa te dni łączy pamięć o osobach, których już nie ma fizycznie na tym świecie, ale których wzrok skierowany jest na Boga: święci radują się już z kontemplacji Bożego oblicza podczas gdy inni, choć zbawieni, oczekują na ten moment, bo potrzebują jeszcze oczyszczenia i udoskonalenia. Tak, to szczególny dzień w kalendarzu liturgicznym, który zachęca nas do zadumy i pamięci o tych, zwłaszcza bliskich, którzy już odeszli z tego świata. Jest to dzień wdzięczności i dziękczynienia za dobro, które nam i innym wyświadczyli. Dzień Zaduszny uświadamia nam dobitnie prawdę ludzkiego przemijania, wyrażoną w prefacji o zmarłych: „Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się” lecz zaraz przypomina nam inną prawdę, zawartą w drugiej części tego zdania: „ale się nie kończy!”. Dlatego szczególną charakterystyką tego dnia, obok zadumy, pamięci i wdzięczności jest modlitwa za zmarłych, którzy są bliscy naszym sercom, ale też i o tych, o których nikt nie pamięta. W dzień zaduszny szczególnie modlimy się o to, by wszyscy zmarli mieli udział w zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią. Dar naszej modlitwy dla zmarłych wyraża w pewien sposób naszą łączność z nimi i wiarę na spotkanie z nimi pewnego dnia w niebie. Dlatego dla wierzących wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych to nie dzień smutku i nostalgii, ale ewangelicznej nadziei oraz głębokiej wiary w paschalną tajemnicę Chrystusa i ufności w Boże miłosierdzie.

    Kolejne dni listopada i to co często pojawia się w ogłoszeniach „możliwość uzyskania odpustu”. Przypomnijmy o co chodzi i skąd ta praktyka?

    Mam wrażenie, że dzisiaj mówi się o odpustach coraz mniej, z pewnym zawstydzeniem lub z przymrużeniem oka. Może wypływa to z pewnych historycznych wypaczeń, a może uważa się, że nie pasuje do dzisiejszego nowoczesnego świata… A tymczasem to wielka szansa i warto o nie zabiegać. Czym jest więc odpust zupełny? Polega on na całkowitym darowaniu kar doczesnych należnych za grzechy odpuszczone już co do winy. Można powiedzieć, że osoba, która uzyskała odpust zupełny jest w danym momencie w takim stanie jak tuż po chrzcie św., a więc gdyby zmarła, poszłaby wprost do nieba. Nawiedzając z modlitwą kościół lub kaplicę w uroczystość Wszystkich Świętych oraz w Dniu Zadusznym, możemy pod zwykłymi warunkami uzyskać odpust zupełny, czyli całkowite darowanie kar dla dusz w czyśćcu cierpiących. Ponadto wypełniając określone warunki, możemy uzyskać odpust zupełny od 1 do 8 listopada za pobożne, czyli modlitewne nawiedzenie cmentarza. Odpust zupełny możemy uzyskać raz dziennie. Warunki uzyskania odpustu zupełnego to wzbudzenie w sobie intencji jego otrzymania, bycie w stanie łaski uświęcającej, wyzbycie się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, przyjęcie w tym dniu Komunii św. oraz odnowienie naszej jedności ze wspólnotą Kościoła poprzez odmówienie: Ojcze nasz, Wierzę w Boga oraz modlitwy w intencjach bliskich Ojcu Świętemu.

    Temat, którego nie unikniemy przed listopadowymi dniami: Halloween. Pytanie: „czy katolik powinien brać udział a tego typu zabawach, praktykach?”

    Zdecydowanie nie. Stanowisko Kościoła wobec Halloween jest jasne. Wraził je m.in. Benedykt XVI, mówiąc że jest to zwyczaj antychrześcijański i niebezpieczny, promujący kulturę śmierci, ukierunkowujący na mentalność ezoterycznej magii, okultystki, atakując święte i duchowe wartości.

    Halloweenowe zabawy nie służą naszym zmarłym, którym pomóc może modlitwa i tego naprawdę warto uczyć dzieci. Przeciwwagą Halloweenu są organizowane w wielu parafiach przedstawienia teatralne ze świętymi, konkursy w których dzieci przebierają się za swoich ulubionych patronów i zdobywają nagrody. Jest to okazja do katechezy o świętych i cieszymy się, że inicjatywa jest coraz bardziej rozpowszechniana. Zamiast przebierać się za duchy i czarownice, dzieci wcielają się na przykład w postacie aniołów stróżów i świętych. Tego typu spotkania często rozpoczynają się od udziału we wspólnej Mszy św. To także dobra okazja by zapoznać dzieci z biografiami świętych.

    Proces kanonizacyjny… jak wyglądała „droga na ołtarze” w historii Kościoła, czy coś szczególnego się zmieniło na przestrzeni wieków, a jak to wygląda obecnie?

    Uważam za bardzo słuszne słowo „proces” w odniesieniu do spraw beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych. I nie chodzi tu tylko o to, że zarówno w przeszłości jak i dzisiaj opierają się one na szeregu norm prawnych, ale o fakt, że w tego rodzaju postępowaniach uczestniczymy w prawdziwym procesie stopniowego dojrzewania decyzji o ogłoszeniu kogoś świętym lub błogosławionym. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa inicjatywa wychodziła od ludu Bożego, który w określonych dniach, jak na przykład data śmierci, gromadził się na grobach męczenników. Tam wierni się modlili, sprawowali Eucharystię, czytali opisy męczeńskiej śmierci (akta męczenników) lub żywoty czy zbiory cudów wyznawców. Ich imiona, wpisane do kalendarza wspólnot lokalnych, przekazywane były innym wspólnotom. W ten sposób rozprzestrzeniał się ich kult. Ta spontaniczna cześć wiernych, początkowo ograniczona do męczenników, z czasem objęła również innych wiernych, którzy w sposób horiczny i ewangeliczny preżywali ich codzienność. Zazwyczaj ten kult szedł w parze z aprobatą biskupa uczestniczącego w tych zgromadzeniach i dzisiaj jest uważana za pierwotną formę kanonizacji.

    We wczesnym średniowieczu biskupi kanonizowali albo poprzez uroczyste przeniesienie relikwii („translatio”) z cmentarza do kościoła lub innego godnego miejsca, albo poprzez ich wyniesienie („elevatio”) z grobu ponad poziom ziemi. Ażeby uniknąć pomyłek lub zbyt łatwego zaliczania w poczet świętych, papież Aleksander III w 1181 r. dekretem „Audivimus” zarezerwował władzę kanonizacji Stolicy Apostolskiej. Późniejszą formą zezwolenia na kult publiczny jest beatyfikacja, której początków dopatrujemy się już w średniowieczu, kiedy biskupi, synody lub nawet papieże zezwalali na pewne akty kultu publicznego, ale ograniczonego do miejsc lub form. Papież Sykstus V w 1588 r. utworzył Kongregację Obrzędów, której powierzył m.in. prowadzenie spraw kanonizacyjnych. I tak fenomen świętości został poddany lepszej weryfikacji i dokumentacji. Na przestrzeni kolejnych stuleci procedury kanonizacyjne ulegały dalszym zmianom i udoskonaleniom.

    Aktualna „droga na ołtarze” została została ustalona przez św. Jana Pawła II w 1983 roku. Wyróżnia ona etap diecezjalny, podczas którego zostają zgromadzone zeznania i dokumenty dotyczące kandydatów do chwały ołtarzy, oraz etap „rzymski”, przy Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, gdzie odbywa się pogłębienie, studiowanie i ocena zebranego materiału. Jeśli poszczególne gremia kolegialne funkcjonujące przy dykasterii wypowiedzą się pozytywnie, sprawa jest przedstawiana Ojcu Świętemu, który decyduje o stwierdzeniu męczeństwa, heroiczności cnót, ofiary z życia czy cudu, czyli o różnych krokach prowadzących do beatyfikacji lub kanonizacji.

    A proces beatyfikacyjny, kanonizacyjny w przyszłości… czy do positio będzie trzeba zbierać wpisy na Instagramie czy tweety? Ktoś będzie analizował wpisy na Facebooku czy filmy na Tik Toku, czyli rzeczywistościach tak mocno obecnych w naszej codzienności?

    Interesujące pytanie, chociaż dotyczy kwestii, które były już przedmiotem szczegółowych dociekań. Do zaznaczonych problematyk można dołączyć kolejne: poczta elektroniczna, używanie internetu czy sztucznej inteligencji w celu opracowania własnych tekstów, wpływ i kształtowanie osobowości oraz postaw moralnych przez nowoczesne środki przekazu. Na pewno wszystkie te elementy nie będą mogły być ignorowane w procesach beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych, tak jak były w pewien sposób brane pod uwagę w przykadku św. Karola Acutisa, ogłoszonego pierwszym świętym millenialsów, czyli osób urodzonych bliżej 2000 – pokolenie wychowane na web 2.0, smartfonach i mediach społecznościowych. Jednak podstawową sprawą jest pewność, że dane wpisy i teksty są autorstwa danego kandydata do chwały ołtarzy.

    Vatican News/Tygodnik Niedziela

    ***

    W tym roku Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych, znane jako Dzień Zaduszny przypada w niedzielę.

    Dlatego liturgia tego dnia nie jest z kolejnej Niedzieli Zwykłej.

    FOT. ARCHIDIECEZJA WARSZAWSKA

    +++

    Fakt, że w tym roku wspomnienie to wypadnie właśnie w niedzielę – sprawia sytuację wyjątkową, bo zgodnie z przepisami liturgicznymi to wspomnienie ma pierwszeństwo przed niedzielą zwykłą.

    Kiedy święto „wygrywa” z niedzielą?

    Kalendarz liturgiczny to nie taka prosta sprawa. To, jaką uroczystość, święto czy wspomnienie, będziemy obchodzili, zależy czasem od kilku czynników. Czasem bowiem w jednym dniu „spotyka się” kilka obchodów liturgicznych – i trzeba zdecydować, który ma pierwszeństwo.

    Co o tym decyduje? O tym rozstrzyga Tabela pierwszeństwa dni liturgicznych, czyli coś w rodzaju „rankingu ważności” świąt w Kościele. Można ją znaleźć w Mszale Rzymskim, w brewiarzu czy po prostu w internecie.

    To właśnie ta tabela rozstrzyga na przykład, dlaczego Święto Podwyższenia Krzyża Świętego, które w tym roku wypadło w niedzielę, mimo wszystko było obchodzone zamiast zwykłej niedzieli. Bywa inaczej – czasem wspomnienie, nawet obowiązkowe, któregoś ze świętych po prostu wypada z obowiązującego kalendarza. Dzieje się tak, na przykład, wtedy gdy w danym roku wypadnie w niedzielę. 

    Czasem dochodzi do zupełnie wyjątkowych sytuacji. Uroczystość Zwiastowania Pańskiego przeważnie wypada w Wielki Post – i pomimo pokutnego charakteru tego okresu, który sprawia, że nawet w niedzielę nie śpiewamy “Chwała na wysokości Bogu” – Zwiastowanie Pańskie staje się wyjątkiem od tej reguły. A co, jeśli 25 marca przypadnie w niedzielę? Według tabeli pierwszeństwa dni liturgicznych, uroczystość ta jest na trzecim, wysokim poziomie, jednak niedziele Wielkiego Postu są wyżej – na poziomie drugim. W rezultacie, jeśli 25 marca przypada w niedzielę Wielkiego Postu, obchodzi się wtedy niedzielę (bez “Chwała”). Natomaist uroczystość przekładana jest z reguły następny dzień, na poniedziałek, bowiem objaśnienie mówi, że “Uroczystość przypadającą na dzień liturgiczny mający pierwszeństwo przenosi się na najbliższy dzień wolny od obchodów wymienionych w nr 1-8 Tabeli pierwszeństwa dni liturgicznych. “

    Czym różni się wspomnienie od święta i uroczystości?

    Wspomnienia to jedne z niższych rangą obchodów – po uroczystościach i świętach. Mogą być “obowiązkowe” bądź “dowolne”. Oczywiście, z reguły przegrywają z niedzielą i z każdym innym świętem, które w tym dniu może nastąpić. Wychodząc z tego założenia, wydawałoby się, że Dzień Zaduszny, który jest właśnie “wspomnieniem”, powinien w ogóle być pominięty, jeśli przypadnie w niedzielę.

    A jednak nie. “Wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych” zajmuje w Tabeli pierwszeństwa bardzo wysokie trzecie miejsce, wyższe niż… niedziele okresu zwykłego. 

    Dlatego właśnie 2 listopada Msze Święte w całym Kościele będą odprawiane w kolorze fioletowym, a nie zielonym. Nie usłyszymy niedzielnych czytań, lecz czytania z tego właśnie wspomnienia. Co więcej, podczas każdej Mszy św. możemy usłyszeć inne czytania, gdyż są przygotowane na ten dzień aż trzy formularze. 

    Mimo że to niedziela, nie usłyszymy też śpiewu „Chwała na wysokości Bogu” – chociaż nie jest to niedziela Wielkiego Postu albo Adwentu, za to pozostanie Wyznanie wiary – „Wierzę w jednego Boga”.

    Co oznacza Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych?

    To dzień szczególnej modlitwy za zmarłych – tych, którzy jeszcze oczekują pełnego zjednoczenia z Bogiem. W tradycji chrześcijańskiej mówimy wtedy o czyśćcu – stanie oczyszczenia z miłości własnej, by człowiek mógł stanąć przed Bogiem czystym sercem.

    W Dzień Zaduszny Kościół modli się za wszystkich, których imion nie znamy, a którzy potrzebują naszej pamięci. W wielu parafiach odbywają się procesje na cmentarze, modlitwy różańcowe i specjalne nabożeństwa zaduszkowe.

    W przeciwieństwie do uroczystości Wszystkich Świętych – kiedy katolicy mają obowiązek uczestniczyć we Mszy św., wspomnienie wiernych zmarłych nie nakłada takiego obowiązku. A jednak z racji, że jest to niedziela – ten obowiązek musimy zachować.

    W tę niedzielę warto więc nie tylko uczestniczyć w Eucharystii, ale też pójść na cmentarz – ofiarowując ją za dusze zmarłych. Bo Kościół wierzy, że miłość modlitwy przekracza granice życia i śmierci.

    Jak poznać, co „rządzi” w liturgii?

    Zasady są jasno opisane w Ogólnych normach roku liturgicznego i kalendarza. To właśnie tam znajduje się wspomniana Tabela pierwszeństwa dni liturgicznych, która porządkuje wszystkie święta i wspomnienia według ich rangi.


    I

    1. Paschalne Triduum Męki i Zmartwychwstania Pańskiego.

    2. Narodzenie Pańskie, Objawienie, Wniebowstąpienie i Zesłanie Ducha Świętego.

    Niedziele Adwentu, Wielkiego Postu, Okresu Wielkanocnego, Środa Popielcowa.

    Dni Wielkiego Tygodnia od poniedziałku do czwartku włącznie.

    Dni w Oktawie Wielkanocy.

    3. Uroczystości Pańskie, Najświętszej Maryi Panny oraz świętych umieszczone w kalendarzu ogólnym.

    Wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych.

    4. Uroczystości własne, a mianowicie:

    Uroczystość głównego patrona miejscowości lub miasta.

    Uroczystość poświęcenia kościoła własnego i rocznia poświęcenia.

    Uroczystość tytułu kościoła własnego.

    Uroczystość tytułu lub założyciela, albo głównego patrona zakonu lub zgromadzenia.

    II

    5. Święta Pańskie umieszczone w kalendarzu ogólnym.

    6. Niedziele okresu Narodzenia Pańskiego i Okresu Zwykłego.

    7. Święta Najświętszej Maryi Panny i świętych umieszczone w kalendarzu ogólnym.

    8. Święta własne, a mianowicie:

    Święto głównego patrona diecezji.

    Święto rocznicy poświęcenia własnego kościoła katedralnego.

    Święto głównego patrona regionu, prowincji, narodu lub większego terytorium.

    Święto tytułu, założyciela lub głównego patrona zakonu albo zgromadzenia i prowincji zakonnej, z zachowaniem przepisów zawartych w nr 4.

    Inne święta własne jakiegoś kościoła.

    Inne święta wpisane do kalendarza diecezji, zakonu lub zgromadzenia.

    9. Dni okresu Adwentu od 17 do 24 grudnia włącznie.

    Dni w oktawie Narodzenia Pańskiego.

    Dni powszednie okresu Wielkiego Postu.

    III

    10. Wspomnienia obowiązkowe podane w kalendarzu ogólnym.

    11. Wspomnienia obowiązkowe własne, a mianowicie:

    Wspomnienie patrona miejsca, diecezji, regionu i prowincji, narodu, większego terytorium oraz patrona zakonu lub zgromadzenia i prowincji zakonnej.

    Inne wspomnienia obowiązkowe własne danego kościoła.

    Inne wspomnienia obowiązkowe wpisane w kalendarzu danej diecezji, zakonu lub zgromadzenia.

    12. Wspomnienia dowolne. Można je obchodzić nawet w dni wymienione w nr 9, z zachowaniem jednak odnośnych przepisów podanych w Ogólnym wprowadzeniu do mszału i do Liturgii Godzin.

    W podobny sposób jak wspomnienia dowolne można obchodzić wspomnienia obowiązkowe zachodzące przypadkowo w dni powszednie Wielkiego Postu.

    13. Dni powszednie Adwentu do 16 grudnia włącznie.

    Dni okresu Narodzenia Pańskiego od dnia 2 stycznia do soboty po Objawieniu Pańskim.

    Dni powszednie Okresu Wielkanocnego od poniedziałku po Oktawie Wielkanocy do soboty przed Zesłaniem Ducha Świętego włącznie.

    Dni powszednie Okresu Zwykłego

    pś/Stacja7

    ***

    Darowanie przed Bogiem kary doczesnej.

    Odpust – jak i dlaczego

    istockphoto

    ***

    Nauce o odpustach towarzyszą nieporozumienia. Jest to tym częstsze, im bardziej zanika poczucie grzechu i świadomość szkód, jakie on wyrządza.

    Kościół co roku na początku listopada zachęca do ofiarowania odpustów za zmarłych. Według konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina papieża Pawła VI odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Chrześcijanin dla jego uzyskania musi być odpowiednio usposobiony i spełnić określone warunki. Dzieje się to, jak mówi katechizm, „za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych” (KKK 1471).

    Odpust może być cząstkowy albo zupełny, w zależności od tego, czy od należnej za grzechy kary doczesnej uwalnia w części czy w całości.

    Możliwość zyskania odpustu ma człowiek ochrzczony, na którym nie ciąży kara ekskomuniki i który znajduje się w stanie łaski przynajmniej wtedy, gdy kończy wypełniać wskazane czynności. Dla uzyskania odpustów konieczne jest posiadanie przynajmniej ogólnej intencji ich otrzymania i wypełnienie nakazanych czynności w określonym czasie i we właściwy sposób, czyli tak, jak określił to udzielający odpustu.

    Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia (co do odpustów cząstkowych nie ma takich ograniczeń). Oprócz pozostawania w stanie łaski uświęcającej należy ponadto wzbudzić w sobie wewnętrzną postawę całkowitego oderwania od grzechu, także powszedniego, wyznać grzechy podczas spowiedzi sakramentalnej, przyjąć Komunię św. i pomodlić się zgodnie z intencjami Ojca Świętego.

    W myśl wytycznych Penitencjarii Apostolskiej z roku 2000 najlepiej wypełnić powyższe czynności tego samego dnia, w którym dokonuje się dzieła związanego z odpustem, ale nie jest to konieczne. Wystarczy, jeśli dopełni się tych obrzędów i modlitw w okresie około 20 dni przed dziełem odpustowym lub po nim. Wierni mogą sami wybrać modlitwę do odmówienia w intencjach papieskich, ale zaleca się „Ojcze nasz” i „Zdrowaś, Maryjo”.

    Dla uzyskania kilku odpustów zupełnych wystarczy jedna spowiedź sakramentalna, ale każdemu z nich musi towarzyszyć Komunia św. i modlitwa w intencjach papieskich. Nie chodzi tu o modlitwę za papieża, ale w intencjach, które papież wyznacza na każdy miesiąc lub które nosi w swoim sercu. Wierny nie musi ich znać, wystarczy, że ma wolę modlitwy w tych intencjach.

    W przypadku osób, które nie mają możliwości spełnienia przepisanych dzieł i warunków, spowiednicy mogą je zmienić. Rzecz jasna nie dotyczy to obowiązku wyrzeczenia się każdego grzechu.

    Odpusty można zawsze zyskiwać dla siebie albo dla dusz osób zmarłych, natomiast nie można uzyskać ich dla innych osób żyjących na ziemi.

    Trudny warunek

    Najtrudniejszym z warunków uzyskania odpustu jest wolność od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego. Kluczowe jest słowo „przywiązanie”. Istotą tego wymogu jest radykalna decyzja zerwania z jakąkolwiek okazją, która może prowadzić nas do grzechu. Oznacza to walkę z pokusami i gotowość odrzucenia tego, co wiąże nas z naszymi słabościami, zerwania ze złymi skłonnościami, nałogami. Oczywiście pozostajemy ludźmi grzesznymi i słabymi, ale chcąc uzyskać odpust, musimy mieć szczerą wolę porzucenia nie tylko grzechu, ale zerwania wszelkich nici, które nas do niego przyciągają. Należy tu liczyć nie na siebie, ale na Boga, który może i chce dać nam siłę do wyjścia z niewoli grzechu. Dobrze jest więc tego dnia zwrócić się do Niego z prośbą o pomoc i wzmocnienie na drodze wypełniania Jego woli.

    W ciągu roku istnieje wiele okazji do zyskania odpustów. Listopad jest pod tym względem wyjątkowy. W miesiącu tym Kościół umożliwia zyskiwanie odpustów za zmarłych w szczególny sposób. Obowiązują podane wyżej warunki zasadnicze: bycie w stanie łaski uświęcającej, spowiedź i Komunia św., a także wyzbycie się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu. Należy ponadto nawiedzić cmentarz, kościół, kaplicę publiczną (albo półpubliczną w przypadku tych, którzy prawnie z niej korzystają, jak członkowie zgromadzeń zakonnych), odmówić „Ojcze nasz”, „Wierzę w Boga” i jakąkolwiek inną modlitwę w intencjach papieskich. Od 1 do 8 listopada można starać się o uzyskanie za zmarłych odpustu zupełnego, a w pozostałych dniach tego miesiąca – odpustu cząstkowego.

    Skutki grzechu

    Nauce o odpustach często towarzyszą nieporozumienia, szczególnie w odniesieniu do pojęcia kary doczesnej i konieczności jej poniesienia. Jest to tym częstsze, im bardziej zanika poczucie grzechu i świadomość szkód, jakie on wyrządza grzesznikowi i innym.

    Kościół uczy, że popełnienie grzechu skutkuje na dwa sposoby. Po pierwsze, całkowicie lub częściowo zrywa wspólnotę z Bogiem. Konsekwencją grzechu śmiertelnego jest kara wieczna – utrata życia wiecznego. Drugim skutkiem grzechu jest zaburzenie ładu ustanowionego przez Boga i zakłócenie relacji z bliźnimi, co pociąga karę doczesną, ograniczoną w czasie.

    Bóg daruje człowiekowi winę i karę wieczną w dobrze przeżytej spowiedzi, ale pozostaje kara doczesna, która jest wieloraką raną zadaną człowiekowi przez grzech. Paweł VI w konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina przypomina, że kary są następstwem grzechów, a nakłada je boska świętość i sprawiedliwość. „Muszą one być poniesione albo na tym świecie przez cierpienia, nędze i utrapienia tego życia, a zwłaszcza przez śmierć, albo też w przyszłym życiu przez ogień i męki, czyli kary czyśćcowe”. Papież wyjaśnia, że Pan nakłada kary dla oczyszczenia dusz. „Każdy bowiem grzech powoduje zakłócenie powszechnego porządku, który ustalił Bóg z niewypowiedzianą mądrością i nieskończoną miłością; przynosi też zniszczenie ogromnych dóbr tak samego grzesznika, jak społeczności ludzkiej” – pisze. Wskazuje, że „do pełnego odpuszczenia grzechów i do tak zwanej naprawy konieczne jest nie tylko odnowienie przyjaźni z Bogiem: przez szczere nawrócenie duchowe i odpokutowanie obrazy wyrządzonej Jego mądrości i dobroci, lecz także całkowite przywrócenie wszystkich dóbr, pomniejszonych lub zniszczonych przez grzech”.

    Ojciec Święty stwierdza, że dobra te muszą być przywrócone przez „dobrowolną naprawę, co się nie obejdzie bez trudu”, albo przez poniesienie kar wymierzonych przez Boga.

    Paweł VI przywołuje naukę o czyśćcu, która mówi, że nawet gdy wina została już odpuszczona, często pozostają kary, które trzeba spłacić lub pozostałości po grzechach, z których trzeba się oczyścić.

    Kary czyśćcowe należą do kar doczesnych, bo czyściec jest rzeczywistością „doczesną” – trwającą do jakiegoś czasu. W tę rzeczywistość wpisuje się odpust, przez który skruszonemu grzesznikowi jest darowana także kara doczesna za grzechy, które zostały już zgładzone co do winy w akcie sakramentalnym.

    Jeśli człowiek schodzi z tego świata bez oczyszczenia z kary doczesnej, Kościół oferuje możliwość niesienia mu pomocy w procesie darowania tej kary. O możliwości odpuszczenia kar po śmierci mówi 2 Księga Machabejska (2 Mch 12,38-45). Kościół udziela odpustów za zmarłych na sposób wstawiennictwa – ofiarowuje Bogu zadośćuczynienie ze wspólnego „skarbca” i prosi Go, żeby policzył je na korzyść danego zmarłego. Paweł VI tłumaczy, że duchowy skarbiec Kościoła „nie jest zbiorem dóbr, gromadzonych przez wieki na kształt materialnych bogactw, lecz nieskończoną i niewyczerpaną wartością, jaką mają u Boga zadośćuczynienia i zasługi Chrystusa Pana”. Papież dodaje, że do tego skarbu należą też „modlitwy i dobre uczynki Najświętszej Maryi Panny i Wszystkich Świętych, którzy idąc śladami Chrystusa, dzięki Jego łasce, uświęcili samych siebie i spełnili posłannictwo otrzymane od Ojca”. W ten sposób owi święci, „pracując nad własnym zbawieniem, przyczynili się również do zbawienia swych braci w jedności Mistycznego Ciała”.

    Kościół zaprasza

    Praktyka odpustowa Kościoła ma od stuleci „złą prasę” przede wszystkim z powodu nadużyć w jej stosowaniu. Paweł VI przyznaje, że tak się działo, „bądź dlatego, że »z powodu dawania bez różnicy i zbytecznych odpustów« gardzono władzą kluczy Kościoła i podważano wartość pokutnego zadośćuczynienia, bądź dlatego, że z powodu »niegodziwych zysków« nazwa odpustów była przedmiotem bluźnierstw”. Papież przypomina, że Kościół „karcąc i poprawiając nadużycia” nakazał zachować praktykę odpustów. Kościół także dzisiaj „zaprasza wszystkie swoje dzieci, aby rozważały i zastanawiały się, jak wielką wartość ma praktyka odpustów dla podniesienia poziomu życia jednostek, a nawet całej społeczności chrześcijańskiej”.

    Franciszek Kuchaczak/Gość Niedzielny

    ***

    Uroczystość Wszystkich Świętych

    ALL THE SAINTS
    Lawrence OP CC

    ***

    Kanonizując niektórych wiernych, to znaczy ogłaszając w sposób uroczysty, że ci wierni praktykowali heroicznie cnoty i żyli w wierności łasce Bożej, Kościół uznaje moc Ducha świętości, który jest w nim, oraz umacnia nadzieję wiernych, dając im świętych jako wzory i orędowników (Por. Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 40; 48-51).

    “W ciągu całej historii Kościoła w okolicznościach najtrudniejszych święte i święci byli zawsze źródłem i początkiem odnowy” (Jan Paweł II, adhort. apost. Christifideles laici, 16) . Istotnie, “świętość Kościoła jest tajemniczym źródłem i nieomylną miarą jego apostolskiego zaangażowania oraz misyjnego zapału” (Jan Paweł II, adhort. apost. Christifideles laici, 17).

    Wstawiennictwo świętych. “Ponieważ mieszkańcy nieba, będąc głębiej zjednoczeni z Chrystusem, jeszcze mocniej utwierdzają cały Kościół w świętości… nieustannie wstawiają się za nas u Ojca, ofiarując Mu zasługi, które przez jedynego Pośrednika między Bogiem i ludźmi, Jezusa Chrystusa, zdobyli na ziemi… Ich przeto troska braterska wspomaga wydatnie słabość naszą” (Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 49).

    Nie płaczcie, będziecie mieli ze mnie większy pożytek i będę wam skuteczniej pomagał niż za życia (Św. Dominik, umierając, do swoich braci; por. Jordan z Saksonii, Libellus de principiis Ordinis praedicatorum, 93). Przejdę do mojego nieba, by czynić dobrze na ziemi (Św. Teresa od Dzieciątka Jezus, Novissima verba) 

    Komunia ze świętymi. “Nie tylko jednak ze względu na sam ich przykład czcimy pamięć mieszkańców nieba, ale bardziej jeszcze dlatego, żeby umacniała się jedność całego Kościoła w Duchu przez praktykowanie braterskiej miłości. Bo jak wzajemna łączność chrześcijańska między pielgrzymami prowadzi nas bliżej Chrystusa, tak obcowanie ze świętymi łączy nas z Chrystusem, z którego, niby ze Źródła i Głowy, wypływa wszelka łaska i życie Ludu Bożego” (Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 50).

    Składamy hołd (Chrystusowi) w naszej adoracji, gdyż jest Synem Bożym, męczenników zaś kochamy jako uczniów i naśladowców Pana, a to jest rzeczą słuszną, gdyż w niezrównanym stopniu oddali się oni na służbę swojemu Królowi i Mistrzowi. Obyśmy również i my mogli stać się ich towarzyszami i współuczniami (Św. Polikarp, w: Martyrium Polycarpi, 17).

    Aleteia.pl./Ewangelia na co dzień

    ***

    Czym różnią się od siebie listopadowe święta?

    Samplefot. Pixabay

    ***

    Na początku listopada obchodzone są Uroczystość Wszystkich Świętych i wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych. Czym te święta się różnią tłumaczy ks. dr hab. Marcin R. Wysocki, prof. KUL z Wydziału Teologii.

    Dzień Wszystkich Świętych, jak wskazuje na to choćby biały kolor szat liturgicznych, to dzień radosny. Podstawowym wymiarem tego święta jest radość z tego powodu, że w niebie są ludzie, którzy poprzez swoje życie na ziemi osiągnęli stan świętości. Gdy mówimy świeci, najczęściej mamy na myśli tych, którym Kościół oficjalnie nadał tytuł świętego czy błogosławionego. Tymczasem ten dzień tak naprawdę mówi nam, że oprócz tych oficjalnie ogłoszonych świętych jest cała rzesza nieznanych, tych którzy w swoim codziennym życiu realizowali chrześcijańską doskonałość i robili to stopniu heroicznym. Oni także są świętymi czyli tymi, którzy już przebywają z Bogiem, są zbawieni i osiągnęli szczyt doskonałości chrześcijańskiej, cel, do którego my wszyscy zmierzamy czyli niebo. I to jest dzień, kiedy tych wszystkich świętych wspominamy, oddajemy im cześć, prosimy o wstawiennictwo u Boga, z którym oni są już we wspólnocie.

    Natomiast 2 listopada obchodzimy wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych. Wspominamy tych wszystkich, którzy od nas odeszli, którzy nie są jeszcze świętymi, którzy potrzebują jeszcze naszej pomocy, naszej modlitwy i którzy jeszcze nie doszli do tego celu ostatecznego, jakim jest niebo. I to jest zasadnicza różnica między tymi dniami. Pierwszego dnia cieszymy się wspólnotą świętych, drugiego wspominamy i modlimy się za zmarłych.

    Pierwsze dni listopada są tradycyjnie poświęcone modlitwie za zmarłych. Przejawia się ona między innymi w możliwości uzyskania odpustu zupełnego, który jest darowaniem win, jakie każdy z nas jako człowiek zaciąga przez grzech. W te dni taki odpust możemy ofiarować za zmarłych, aby pomóc im w osiągnięciu nieba. To wyraz naszej wspólnoty ze zmarłymi, którzy potrzebują naszej pomocy i wstawiennictwa wszystkich świętych.

    e-KaI

    ***

    1 i 2 listopada. Co tak naprawdę świętujemy?

    fot. Canva

    ***

    Kwiaty, znicze, liście pożółkłe jesienią, kolejki przy cmentarzach. Idą Święta. Trzecie w skali ważności całego roku, po Bożym Narodzeniu i Wielkiej Nocy – Święto Zmarłych.

    Tak, to prawda, formalnie nie ma takiego święta, jest Uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, ale w praktyce przez dwa dni obchodzimy „święto zmarłych”, choć drugi dzień nie zawsze jest wolny. I do tego dwa weekendy – jeden przed a drugi po pierwszym listopada. To też moment celebracji tych samych świąt, czyli… właściwie jakich?

    Wszystkich Świętych. Co tak naprawdę świętujemy?

    Praktyka duszpasterska wskazuje, że wielu katolików w tym czasie przeżywa rozdarcie i wątpliwości dotyczące tego, co tak naprawdę mają świętować i w jaki sposób.

    Z jednej strony liturgia Kościoła mówi najpierw o wspominaniu ludzi świętych, czytania podczas mszy świętej ani kolor szat nie wskazują na żałobę, lecz radość. Jakby tego było mało, w wielu parafiach organizowane są bale Wszystkich Świętych. A przecież nasze serca i uczucia są już przy bliskich zmarłych. I choć Kościół wspomni ich 2 listopada, w dniu Wspomnienia Wiernych Zmarłych, to cały nasz wysiłek organizacyjny i mentalny skoncentrowany jest właśnie wokół cmentarzy i bliskich, którzy już odeszli i nie ma ich z nami. I jeszcze te dynie…

    Uroczystość Wszystkich Świętych odwraca naszą uwagę od bliskich zmarłych?

    Uroczystość Wszystkich Świętych nie jest po to, by odwrócić naszą uwagę od bliskich zmarłych. Wręcz przeciwnie. Chodzi o to, byśmy nasze myśli umieścili w odpowiedniej perspektywie. O śmierci można myśleć na wiele sposobów, nie wszystkie jednak muszą być właściwe. 

    Można przecież epatować śmiercią, odzierać ją z odpowiedniej powagi albo odwrotnie – wzbudzać lęk i przerażenie przed jej nadejściem. Chrześcijanin ani nie lekceważy, ani nie boi się śmierci, ponieważ wierzy mocno, że śmierć tu na ziemi nie jest ostatnim akordem życia. W rytuale pogrzebowym modlimy się, mówiąc, że z chwilą śmierci nasze życie zmienia się, ale się nie kończy. Uroczystość Wszystkich Świętych jest przypomnieniem kierunku naszego życia i obietnicy zbawienia. „Nie przyszedłem, aby świat potępić, ale zbawić” (J 12,47) mówi Jezus i co jakiś czas musi nam tę prawdę przypominać.

    Tak śmierć bliskich wpływa na naszą rzeczywistość

    Świadomość śmierci, mojej, czy moich bliskich, jest bardzo często impulsem do refleksji nad przemijaniem, ale nie tylko. W zderzeniu ze śmiercią bliskich osób myślimy przecież nie tylko o życiu przyszłym, ale też o naszej teraźniejszości. Doświadczenie śmierci nie jest więc tylko przypomnieniem kruchości życia, ale niejednokrotnie impulsem do podjęcia zmian jeszcze w tym życiu doczesnym.

    Gdy myślimy o bliskich nam osobach, to ich szczęście jest i naszą radością. Taką radość przeżywają rodzice wobec swoich dzieci, czy przyjaciele. Gdy myślimy o bliskich zmarłych, warto spojrzeć na nich w takiej właśnie perspektywie szczęścia. Wierzymy, że są już blisko Jezusa, tak blisko, jak nigdy nie byli tu na ziemi. I niezależnie od wszystkich swoich dawnych ziemskich trosk i słabości, są teraz od nich uwolnieni. Możemy i my ucieszyć się ich radością. Tak, jak czynią to Wszyscy Święci.   

    ks. Przemysław Ćwiek/ Stacja7.pl

    ***

    METROPOLITAN MUSEUM OF ART 

    „Nadchodzą zaślubiny”. Ojciec Joachim Badeni i sekret wiecznej młodości

    „Śmierć? Każdemu polecam!” – uśmiechał się ojciec Joachim Badeni, podpowiadając: „Trzeba tak żyć, żeby nie było śmierci, tylko przejście”.

    METROPOLITAN MUSEUM OF ART 

    ***

    Śmierć – słowo, które nie przechodzi przez usta współczesnej kulturze, starającej się ją ułaskawić przez przebieranki w tandetne halloweenowe ciuszki. A ojciec Joachim Badeni mawiał: „Śmierć? Każdemu polecam!”, parafrazując zawołanie Teresy z Lisieux: „Ja nie umieram, ja wstępuję w życie (…). Idę do nieba! Wracam do Ojczyzny, odnoszę zwycięstwo!”.

    Mam pewność

    Po 18 latach Dom Wydawniczy Rafael wznowił połączone w całość dwa wywiady, których dominikanin udzielił Alinie Petrowej-Wasilewicz: „Śmierć? Każdemu polecam!” i „…żywot wieczny. Amen”.

    „Ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z mocą i wielką chwałą (Łk 21,25-28). Wierzymy w to” – rzuca dziennikarka, a o. Joachim odpowiada: „Ja mam pewność. Czy inni mają, nie wiem. Po zawale, gdy leżałem w szpitalu, otrzymałem zupełną pewność przyszłego życia, przyjścia Pana, tak zwanej paruzji. To było symboliczne spojrzenie. Zło miało postać karaluchów, które uciekały przed wielką procesją ludzkości zbawionej i prowadzonej przez Chrystusa. Gdy człowiek zaświeci w nocy w kuchni światło, nagle wśród karaluchów wybucha panika, wszystkie uciekają. Tak samo zniknie zło. Nie wiemy, jak to będzie wyglądać. Wiara wyprzedza widzenie. Będzie drugie przyjście Chrystusa. Co do tego nie mam cienia wątpliwości. Św. Paweł pisał, że naszych doczesnych cierpień nie można porównywać ze szczęśliwą wiecznością. Nawet najgorsze doczesne cierpienia w porównaniu z rajem są jak ukłucie szpilki. Nawet pobyt w łagrze przez dziesiątki lat, co jest rzeczą potworną, jest właściwie niczym wobec szczęścia w niebie. Weźmy opis łagrowego okropieństwa Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, który był w sowieckich gułagach. Gehenna ludzi, którzy tam trafili, trwała nieraz lata, ale wobec wieczności jest niczym”.

    Koniec świata!

    Dla ojca Joachima koniec świata jest zaślubinami Baranka, a nie krwawą apokaliptyczną jatką. W jego nauczaniu nie znajdziemy popularnej dziś lękowej narracji, a słowo „apokalipsa” nie kojarzy się z filmowym zapachem napalmu o poranku, ale pełną światła paschalną opowieścią o triumfie Baranka. To księga godów i zaślubin Oblubienicy, która stroi się w weselną suknię.

    Jak przygotowywać się do tych wydarzeń? Żyjąc w dziękczynieniu. „Człowiek, który się modli modlitwą uwielbienia, stopniowo przemienia się w Chwałę Bożą. Jan od Krzyża powiedział, że na szczycie góry Karmel mieszka tylko Chwała i że człowiek jest stworzony tylko do Chwały. To jest jego dziedzictwo, a my dziś już po to dziedzictwo sięgamy” – podpowiada o. Badeni. „Żeby dojść do światła, trzeba wszystkie ciemności porozbijać. Co chwilę coś staje się ciemne i trzeba znowu tę ciemność rozświetlić. Nie usunąć, bo się nie da, tylko rzucić na nią światło słowa, światło wiary” – dodaje.

    W jego słowach odnajduję intuicję towarzyszącego nam przez cały rok św. Augustyna: „Ucz się dobrze umierać, nauczywszy się dobrze żyć, a jeśli boisz się śmierci, ukochaj zmartwychwstanie”.

    Jedno wielkie nieszczęście

    Słynący z rubasznego humoru i ciętej riposty ojciec Joachim, który na zawołanie sypał z rękawa cytatami z Orygenesa i Tolkiena, jest w tej książce poważny. O zawiłościach eschatologii opowiada z właściwą sobie prostotą, ale nie żartuje. Na przykład gdy mówi o tym, że Jezus powróci jako król i sędzia. Jak mocno w jego uszach brzmią słowa, które wypowiedział w innej rozmowie rzece z Judytą Syrek: „Temu, kto by skrzywdził dziecko – jak powiedział Syn Boży – byłoby lepiej uwiązać kamień młyński do szyi i wrzucić go w morze. Uważam, że myślał wtedy o wszystkich pedofilach” (wielokrotnie dominikanin nazywał ten grzech „wołającym o pomstę do nieba”). 

    Jest niezwykle poważny, gdy opowiada o rzeczywistości piekła. „To całkowita izolacja człowieka od wszelkiego szczęścia, bliskości. Całkowita samotność i poczucie, że nigdy, nigdy nie będzie żadnego szczęścia. Jedno wielkie nieszczęście. Brak Boga przeżyty jako totalna katastrofa. Rozpacz. W »Boskiej komedii« Dantego nad bramą piekła widnieje napis: »Porzućcie wszelką nadzieję«. Są osoby, które widziały piekło – na przykład św. Teresa z Ávili – i to jest straszne widzenie. Ja nie miałem widzenia, ale kilka razy poczucie bliskości szatana. Potworne. Odczucie totalnej wrogości, totalnej nienawiści i chęci zniszczenia mnie” – opowiada kandydat na ołtarze.

    Przyjdź!

    Dlaczego wydawca zdecydował się wznowić książki? Bo, jak wyjaśnia, wydają się one z dnia na dzień coraz bardziej aktualne. To zrozumiałe. Filozof Rafał Tichy opowiadał mi: „Skoro nie wiemy, kiedy nadejdzie Chrystus, to od dwóch tysięcy lat każde trzęsienie ziemi, każda wojna, każdy kryzys Kościoła są antycypacją znaków ostatecznych. Nie wiemy, czy to jest ta miara znaków, która oznacza, że On już stoi u drzwi. Grzegorz Wielki, który podczas upadku Cesarstwa Rzymskiego widział pożogę, krew, mógł myśleć: spełnia się Apokalipsa. My też mamy takie prawo”.

    Pierwszy Kościół żył w napięciu, oczekując realizacji słów: „Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie”.

    Sekret wiecznej młodości

    „Umiera człowiek i co dalej?” – pyta Alina Petrowa-Wasilewicz, a ojciec Joachim odpowiada: „Dla ateistów śmierć jest końcem wszystkiego. Ale człowiek wierzący wie, że jest początkiem prawdziwego życia. Gdy myślę o własnej śmierci, ogarnia mnie zupełnie czysta radość, przeżycie chyba w swej istocie mistyczne. Lęk przed śmiercią jest naturalny, ale powinien być pokonany wiarą w życie wieczne, radością na myśl o nim. Być może taka radość jest już przedsmakiem nieba. Człowiek wierzący jest duchowo wiecznie młody”.

    Bracia towarzyszący o. Joachimowi nie mieli wątpliwości: „Tak umierają święci”.

    – Opiekowałem się o. Joachimem, gdy umierał. Miał wielkie odleżyny i z braćmi delikatnie go przewracaliśmy na drugi bok. „Ale my ojca kochamy” – rzuciliśmy kiedyś. „Nie, to ja was kocham” − odparł. I zaczął się z nami przekomarzać. „Nie, to my ojca kochamy!”. „Ja was kocham!”. W pewnym momencie był już zniecierpliwiony tą żonglerką i zamilkł. Po chwili jednak rzucił: „Ale ja was i tak bardziej kocham” – wspominał o. Mateusz Kosior. – Miałem wrażenie że o. Joachim nieustannie się modli. Oddycha modlitwą. Był tu i teraz, a jednocześnie zanurzony w innym wymiarze – dodał.

    „Muszę wyjaśnić jedno: ja nie wierzę w duchy. Wierzę w Ducha. Nie miewałem żadnych prywatnych objawień czy widzeń. Nic z tych rzeczy. Ale pamiętam świetnie pewną noc. Obudziło mnie wyraźne pukanie do drzwi. Wygramoliłem się z łóżka, patrzę: trzecia w nocy. Pukanie było wyraźne. To nie był sen. Otwieram drzwi, na korytarzu nikogo. Pomodliłem się: może komu to potrzebne? O świcie dostałem SMS-a: »Przed paroma godzinami zmarł o. Joachim Badeni«. Wierzę, że przyszedł się ze mną pożegnać” – wspominał o. Leon Knabit OSB.

    „Dzisiaj… wieczorem… nastąpią… zaślubiny… z… Jezusem. Wszystko… przygotowane” – wyszeptał sędziwy dominikanin 11 marca 2010 roku.

    „Cóż oddam Panu za wszystko, co mi wyświadczył? Gdy życie jest odpowiedzią, śmierć staje się powrotem do domu” – pisał Abraham Joshua Heschel. „Są trzy formy opłakiwania zmarłego, jedna doskonalsza od drugiej: łzy – ta stoi najniżej; milczenie – ta jest lepsza, i pieśń – ta jest najdoskonalsza” – wskazywał.

    Ojciec Joachim dodał czwartą formę: taniec, bo bracia wspominają, że przed śmiercią wyszeptał: „Idę tańczyć”.

    Na jego zdjęciu, które noszę w portfelu, czytam: „Trzeba tak żyć, żeby nie było śmierci, tylko przejście. Jak to zrobić? Trzeba poznać i pokochać żywego Boga, wtedy poczuje się, że śmierć jest przejściem, a nie końcem”.

    „Jak już dominikanie, najbardziej złośliwy zakon świata, napisali, że o. Badeni umarł w opinii świętości, to to musiała być prawda” – śmieją się zakonnicy w białych habitach. Ruszyły prace przygotowujące proces beatyfikacyjny. Bracia proszą wszystkich, którzy mieli osobisty kontakt z ojcem Joachimem, o przesyłanie związanych z nim świadectw. Można je wysłać na adres: swiadectwa.badeni @gmail.com.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ***

    Ojciec Joachim Badeni OP z przesłaniem dla naszych czasów. „Amen” – rozmowy, które leczą lęk przed śmiercią (wywiad)

    fot: Anna Zając

    ***

    Rozmawiamy z Aliną Petrową-Wasilewicz o najnowszej książce “Amen”, będącej kompilacją jej rozmów z ojcem Joachimem o śmierci i sprawach ostatecznych

    Wczasach, gdy coraz trudniej mówić o cierpieniu i śmierci bez lęku, powraca głos dominikanina, który potrafił o tych tematach mówić z pogodą ducha i błyskiem w oku, często żartując sam z siebie. Rozmowy spisane przez autorkę pokazują ojca Joachima Badeniego OP jako przewodnika w drodze ku wieczności – pełnego mądrości, ciepła, dowcipu  i wewnętrznej wolności.

    Aleteia: Pani Alino, dla kogo jest książka „Amen. O rzeczach ostatecznych”?

    Alina Petrowa-Wasilewicz:  – Książka „Amen. O rzeczach ostatecznych” w założeniu adresowana jest do szerokiego grona odbiorców, gdyż nie jest hermetyczna, a dostępna w odbiorze. Jednak przypuszczam, że w naturalny sposób sięgną po nią osoby starsze, gdyż temat „zbliża się” do nich oraz ludzie, którzy przeżyli jakiś przełom w życiu i na wiele spraw spojrzą w nowy sposób, uwzględniając perspektywę wieczności.

    Bardzo liczę jednak na to, że przeczytają ją także ludzie młodzi i uświadomią sobie, jak bezcennym darem jest życie i że będzie to dla nich doping i zachęta żeby nie zmarnowali z tego skarbu ani sekundy.

    Czy w dzisiejszym świecie, który z jednej strony unika tematów cierpienia i śmierci, a z drugiej strony jest pełen lęku, słowa ojca Badeniego mogą być odpowiedzią na wiele pytań, które zadajemy sobie na co dzień?

    – Książka o. Badeniego jest doskonałym lekiem na dzisiejsze problemy. Żyjemy w czasach, w których obalone zostały liczne tabu, ale też stworzono obszerne strefy nakazanego milczenia, czyli nowych tabu. Ludzie, którzy żyją w świecie skasowanego nieba, dążą do tego, żeby przeżyć niebo na ziemi a w końcu przekonują się, że to niemożliwe, że to absurd. Są rozczarowani, zalęknieni, cierpią na depresje.

     O. Joachim przypomina o zapomnianym Niebie, dla niego oczywiste jest, że ono istnieje, gdyż istnieje kochający Bóg, a nasze życie jest drogą do Nieba, a bramą – nasza śmierć. Ojciec Joachim łagodnie i spokojnie, a także z krzepiącym optymizmem i poczuciem humoru to tabu unieważnia – i prowadzi swoich odbiorców ku światłości i miłości. Jest doskonałym terapeutą, dzięki któremu odbiorcy przestają się bać i zaczynają akceptować swój los, także to, co w nim trudne.

    Co najbardziej zaskakiwało Panią w ojcu Joachimie?

    – Spotkanie z o. Joachimem uważam za wielki przywilej. Na początki lat 2000. pojechałam do Krakowa żeby zrobić z nim wywiad dla Katolickiej Agencji Informacyjnej i tak zaczęły się nasze kontakty. Na tle „statystycznej ludzkiej przeciętnej” naszych czasów jawił się jako osoba z innego świata, wyjątkowa. I choć jego świat, który go ukształtował, obiektywnie już nie istniał, ale żył w Ojcu. Była w nim rycerskość, odwaga, przeświadczenie, że złu trzeba bezwzględnie się przeciwstawiać, niezależnie od konsekwencji. A także elegancja, doskonałe maniery i szacunek dla każdego człowieka.

    Co do zaskoczeń – zadziwiało mnie, że nie było w nim poczucia straty i goryczy z tego powodu. Należał przecież do tzw. elit urodzenia, był jednym z najbogatszych ludzi II Rzeczpospolitej, jednak z lekkością się z tym rozstał, mówił, że Stalin pozbawił go dużego kłopotu – trzema majątkami trzeba było przecież zarządzać, a tak – w jednej chwili zabrał mu wszystko – kłopot z głowy, poczuł się wolny. Nie oglądał się za siebie.

    Czy my, tu na ziemi, możemy odnaleźć skrawek nieba? Co ojciec Badeni mówił na ten temat?

    Jakie jest najważniejsze przesłanie książki „Amen. O rzeczach ostatecznych”? Patrzy Pani na tę treść już z perspektywy czasu – jak dziś, po kilkunastu latach, Pani ją odczytuje?

    – Najważniejszym przesłaniem książki „Amen. O rzeczach ostatecznych” jest ukazanie życia jako drogi do kochającego Boga. Zbliżam się, z powodu wieku, do owego „Amen” i o. Joachim dodaje mi otuchy i łagodzi lęki, zapewnia, że zbliżam się do wielkiej radości. I mam nadzieję, a nawet pewność – Tam się spotkamy.

    Aleteia.pl

    Przeczytaj wybór cytatów z książki:

    {"rendered":"Ojciec Joachim Badeni OP z przes\u0142aniem dla naszych czas\u00f3w [galeria]"}

    • o-joachim-badeni-op-cytat7.jpg
    • o-joachim-badeni-op-cytat6.jpg
    • o-joachim-badeni-op-cytat5.jpg
    • o-joachim-badeni-op-cytat4.jpg
    • o-joachim-badeni-op-cytat3.jpg
    • o-joachim-badeni-op-cytat2.jpg
    • o-joachim-badeni-op-cytat1.jpg

    © fot: Anna Zając/ canva/ Aleteia

    ***

    „Nikt nie żyje sam. Nikt nie grzeszy sam. Nikt nie będzie zbawiony sam”.

    Benedykt XVI o pomocy duszom w czyśćcu

    (Oprac. GS/PCh24.pl)

    ***

    „Jako chrześcijanie nie powinniśmy pytać się jedynie: jak mogę zbawić siebie samego? Powinniśmy również pytać siebie: co mogę zrobić, aby inni zostali zbawieni i aby również dla innych wzeszła gwiazda nadziei? Wówczas zrobię najwięcej także dla mojego własnego zbawienia” – napisał Benedykt XVI w encyklice Spe salvi.

    Rozważania dotyczące pomocy duszom czyśćcowym odnajdziemy w rozdziale trzecim encykliki „Sąd Ostateczny jako miejsce uczenia się i wprawiania w nadziei”, którego fragment prezentujemy poniżej:

    Trzeba tu wspomnieć jeszcze jeden motyw, gdyż ma on znaczenie dla praktykowania chrześcijańskiej nadziei. Już we wczesnym judaizmie istnieje myśl, że można przyjść z pomocą zmarłym w ich przejściowym stanie poprzez modlitwę (por. na przykład 2 Mch 12, 38-45: I wiek przed Chrystusem). W sposób naturalny podobna praktyka została przejęta przez chrześcijan i jest wspólna dla Kościoła wschodniego i zachodniego.

    Wschód nie uznaje oczyszczającego i pokutniczego cierpienia dusz «na tamtym świecie», ale uznaje różne stopnie szczęśliwości lub też cierpienia w stanie pośrednim. Duszom zmarłych można jednak dać «pokrzepienie i ochłodę» poprzez Eucharystię, modlitwę i jałmużnę.

    W ciągu wszystkich wieków chrześcijaństwo żywiło fundamentalne przekonanie, że miłość może dotrzeć aż na tamten świat, że jest możliwe wzajemne obdarowanie, w którym jesteśmy połączeni więzami uczucia poza granice śmierci. To przekonanie również dziś pozostaje pocieszającym doświadczeniem. Któż nie pragnąłby, aby do jego bliskich, którzy odeszli na tamten świat, dotarł znak dobroci, wdzięczności czy też prośba o przebaczenie?

    Można też zapytać: jeżeli «czyściec» oznacza po prostu oczyszczenie przez ogień w spotkaniu z Panem, Sędzią i Zbawcą, jak może wpłynąć na to osoba trzecia, choćby była szczególnie bliska?

    Kiedy zadajemy podobne pytanie, musimy sobie uświadomić, że żaden człowiek nie jest monadą zamkniętą w sobie samej. Istnieje głęboka komunia między naszymi istnieniami, poprzez wielorakie współzależności są ze sobą powiązane. Nikt nie żyje sam. Nikt nie grzeszy sam. Nikt nie będzie zbawiony sam. Nieustannie w moje życie wkracza życie innych: w to, co myślę, mówię, robię, działam. I na odwrót, moje życie wkracza w życie innych: w złym, jak i w dobrym. Tak więc moje wstawiennictwo za drugim nie jest dla niego czymś obcym, zewnętrznym, również po śmierci.

    W splocie istnień moje podziękowanie, moja modlitwa za niego mogą stać się niewielkim etapem jego oczyszczenia. I dlatego nie potrzeba przestawiać czasu ziemskiego na czas Boski: w obcowaniu dusz zwykły czas ziemski po prostu zostaje przekroczony.

    Nigdy nie jest za późno, aby poruszyć serce drugiego i nigdy nie jest to bezużyteczne. W ten sposób wyjaśnia się ostatni ważny element chrześcijańskiego pojęcia nadziei. Nasza nadzieja zawsze jest w istocie również nadzieją dla innych; tylko wtedy jest ona prawdziwie nadzieją także dla mnie samego.

    Jako chrześcijanie nie powinniśmy pytać się jedynie: jak mogę zbawić siebie samego? Powinniśmy również pytać siebie: co mogę zrobić, aby inni zostali zbawieni i aby również dla innych wzeszła gwiazda nadziei? Wówczas zrobię najwięcej także dla mojego własnego zbawienia.

    źródło: Benedykt XVI, Spe salvi – tłum. za vatican.va/PCh24pl

    ***

    Najlepsza modlitwa do anioła stróża

    +++

    Pamiętajmy w naszych modlitwach o kapłanach, którzy duszpasterzowali poprzednim naszym pokoleniom na szkockiej ziemi i przeszli już przez próg śmierci do życia wiecznego:

    +KSIĄDZ INFUŁAT LUDWIK BOMBAS (1892 – 1970) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – EDYNBURG
    +KS. KANONIK JAN GRUSZKA (1909 – 1974) – GLASGOW
    +KSIĄDZ PRAŁAT WINCENTY NAGI-DROBINA (1913 – 1988) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – FALKIRK
    +O. PIUS LEWANDOWSKI OFM (1907 – 1997) – KIRKCALDY, DUNDEE, ABERDEEN
    +KSIĄDZ KANONIK BOLESŁAW SZUBERLAK (1912 – 2000) – EDYNBURG
    +KSIĄDZ ANTONI DĘBKOWSKI SAC (1943 – 2004) – FALKIRK
    +KSIĄDZ BOGDAN PAŁKA SDS (1963 – 2024) – Perth

    +++

    +++

    Również w naszych modlitwach polecajmy Bożemu Miłosierdziu wszystkich Rodaków, których groby są na szkockiej ziemi.

    +++

    W miesiącu listopadzie każdego dnia odprawiana jest Msza święta w intencji zmarłych, których Imiona wypisaliście na kartkach a także w intencji tych zmarłych, z którymi razem pielgrzymowaliśmy po tym ziemskim padole i na naszej ojczystej ziemi i tu, na tej szkockiej.

    +++

    Wypominki za zmarłych.

    Czym są i dlaczego je zamawiamy?

    fot. cottonbro/Pexels

    ***

    Modlitwa błagalna za zmarłych, zwana “wypominkami” była praktykowana już w starożytności! Skąd wzięła się ta forma modlitwy za zmarłych? Dlaczego co roku przed uroczystością Wszystkich Świętych zamawiamy wypominki?

    Wypominki za zmarłych to modlitwa połączona z wymienianiem imion i nazwisk naszych bliskich zmarłych: rodziców, krewnych, przyjaciół, współmałżonków, dzieci.

    Skąd wzięły się wypominki?

    Wypominki w starożytnej liturgii odczytywano podczas tzw. dyptyki, na których zapisywano zarówno składających ofiarę, jak i tych, za których ona była składana. Ich odczytywanie trwało niekiedy bardzo długo, dlatego z czasem zastąpiły je krótsze memento (czyli wspomnienia).

    Stopniowo przyjęła się też znana do dzisiaj praktyka odprawiania Mszy Świętych za zmarłych pokutujących w czyśćcu. Podczas każdej Eucharystii Kościół modli się za wszystkich, którzy odeszli z tego świata. Używa wtedy słów: Pamiętaj także o naszych zmarłych braciach i siostrach i o wszystkich, którzy odeszli już z tego świata. Dopuść ich do oglądania Twojej światłości (II Modlitwa Eucharystyczna).

    Po co składamy wypominki za zmarłych?

    Dzisiejsze wypominki, są kontynuacją starożytnych dyptyków. Mają bardzo podobny sens. Przede wszystkim są one wyrazem miłości i jedności całego Kościoła: pielgrzymującego na ziemi i tego, który przeszedł już granicę śmierci. Pisząc imiona zmarłych na kartkach wypominkowych, a następnie je odczytując wyrażamy wiarę, że ich imiona są zapisane w Bożej Księdze Życia

    Podobnie jak w starożytności, do dzisiaj wypominki związane są one z Eucharystią. Za zmarłych wypisanych na kartkach wypominkowych odprawiana jest Msza św. Warto pamiętać, że wypominki nie są tylko i wyłącznie tradycją Kościoła. To modlitwa za zmarłych, aby zostali uwolnieni od grzechów i kar za grzechy. Oznacza to uwolnienie z czyśćca i wejście do nieba, czyli tego stanu życia, do którego wszyscy wierzący zdążamy.

    Składając prośbę o wypominki pamiętajmy o tym, że to szczególny wyraz miłości i wyjątkowy sposób modlitwy za dusze tych, którzy już odeszli.

    Kiedy odmawiane są wypominki za zmarłych?

    Modlitwa ta odmawiana jest codziennie przez oktawę uroczystości Wszystkich Świętych w wypominkach jednorazowych lub też oktawalnych – przez 8 dni od uroczystości Wszystkich Świętych, półrocznych i rocznych – odczytywanych przed niedzielnymi Mszami św.

    ks.Rafał Bobek/Stacja7

    ***

    Witaj Królowo, Matko Miłosierdzia, życie, słodyczy i nadziejo nasza, witaj!

    Do Ciebie wołamy wygnańcy, synowie Ewy;

    Do Ciebie wzdychamy jęcząc i płacząc na tym łez padole.

    Przeto, Orędowniczko nasza, one miłosierne oczy Twoje na nas zwróć,

    A Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż.

    O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo!

    +++

    Modlitwy św. Gertrudy z Helfty za zmarłych przebywających w czyśćcu:

    Ojcze Przedwieczny,
    ofiaruję Ci najdroższą Krew Boskiego Syna Twego,
    Pana naszego, Jezusa Chrystusa,
    w połączeniu ze wszystkimi Mszami świętymi
    dzisiaj na całym świecie odprawianymi,
    za dusze w czyśćcu cierpiące, za umierających,
    za grzeszników na świecie,
    za grzeszników w Kościele powszechnym,
    za grzeszników w mojej rodzinie,
    a także w moim domu.
    Amen.

    ++++++++++++++++++

    Niech Jezus Chrystus, dla nas ukrzyżowany, zmiłuje się nad wami, dusze bolejące; niech swoją Krwią zagasi pożerające was płomienie. Polecam was tej niepojętej miłości, która Syna Bożego sprowadziła z nieba na ziemię i wydała na okrutną śmierć. Niech się ulituje nad wami, jak okazał swe miłosierdzie dla wszystkich grzeszników, umierając na krzyżu. Jako zadośćuczynienie za wasze winy ofiaruję tę synowską miłość, jaką Jezus w swym Bóstwie kochał swego Przedwiecznego Ojca, a w Najświętszym Człowieczeństwie najmilszą swoją Matkę. Amen.

    (św. Gertruda zmarła przed swoimi pięćdziesiątymi urodzinami i przez ostatnie lata życia ciężko chorowała. Doświadczane cierpienia ofiarowywała przede wszystkim za zmarłych, bo tak bardzo pragnęła, aby dusze czyśćcowe mogły wejść jak najszybciej do Bożego Królestwa. Dlatego poprosiła Pana Jezusa o specjalną modlitwę w tej intencji. Chrystus Pan spełnij jej prośbę i podyktował powyższe słowa dołączając obietnicę, że odmówienie tej modlitwy uwolni z czyśćca za jednym razem tysiąc dusz.)

    +++

    HOJNIE OBDAROWUJEMY W INTENCJI NASZYCH ZMARŁYCH; BÓG CHCIAŁ TEGO, BYŚMY SOBIE WZAJEMNIE POMAGALI. św. Jan Chryzoston

    CZY MOŻECIE WĄTPIĆ, ŻE ZMARLI ODNIOSĄ WIELKĄ KORZYŚĆ Z DZIEŁ MIŁOSIERDZIA, JEŚLI MODLITWY, BĘDĄCE JEDYNIE WESTCHNIENIEM, DLA NICH SĄ POTĘŻNĄ POMOCĄ? św. Augustyn

    NIE PODLEGA ŻADNEJ WĄTPLIWOŚCI, ŻE ZMARŁYM PRZEZ OFIARĘ MSZY ŚWIĘTEJ POMOC PRZYNIEŚĆ MOŻNA; ONA SPRAWIA, ŻE PAN BÓG Z NIMI POSTĘPUJE BARDZIEJ MIŁOSIERNIE, ANIŻELI PRZEZ GRZECHY SWOJE ZASŁUŻYLI. św. Augustyn

    IM DUSZE W CZYŚĆCIU BLIŻSZE NIEBA, TYM WIĘKSZA ICH TĘSKNOTA ZA BOGIEM. św. Jan Maria Vianney

    ODPUSTY ZUPEŁNE GŁADZĄ WSZYSTKIE KARY, JAKIE MIELIBYŚMY PONOSIĆ W CZYŚĆCU. św. Jan Maria Vianney

    DUSZE CZYŚĆCOWE NIC DLA SIEBIE ZROBIĆ NIE MOGĄ, LECZ MOGĄ WIELE DLA SWOICH DOBROCZYŃCÓW. św. Jan Maria Vienney

    OD KAR CZYŚĆCOWYCH CHRONIĄ NAS TEŻ ODPUSTY, CZERPANE Z PRZEOBFITYCH ZASŁUG JEZUSA CHRYSTUSA, MATKI NAJŚWIĘTSZEJ I ŚWIĘTYCH PAŃSKICH. św. Jan Maria Vianney

    MUSIMY MODLIĆ SIĘ ZA DUSZE W CZYŚĆCIU. TO NIEWIARYGODNE, CO ONE MOGĄ UCZYNIĆ DLA NASZEGO DUCHOWEGO DOBRA, Z DZIĘCZNOŚCI DLA TYCH NA ZIEMI, KTÓRZY PAMIĘTAJĄ O MODLITWIE ZA NIE. św. Jan Maria Vianney

    PO PROSTU, BEZBOŻNYM I BEZ SERCA JEST TEN, KTO NIE WZRUSZA SIĘ ICH MĘKAMI I NIE NIESIE POMOCY CIERPIĄCYM, CHOĆ MOŻE TO UCZYNIĆ. św.Stanisław Papczyński

    +++

    Msze św. wieczyste i odpusty cząstkowe. Najbardziej pomagamy zmarłym, gdy…

    MODLITWA
    PHOTOCREO Michal Bednarek | Shutterstock

    ***

    Jak pomóc zmarłym? To nie magia. Nie jest tak, że jeśli odmówię różaniec czy poproszę kapłana o odprawienie gregoriańskich Mszy św. za mojego zmarłego, to on po ich odprawieniu automatycznie idzie do nieba.

    Pomaganie zmarłym nie polega na automatycznym wypełnianiu pewnych praktyk. Chodzi o duchowy dar. Najbardziej pomagamy duszom, kiedy sami zbliżamy się do Boga – mówi s. Anna Czajkowska ze Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych.

    Jak podkreśla, w pomocy duszom nie tyle trzeba myśleć o zmarłym – o tym, czego on konkretnie potrzebuje – ale trzeba myśleć o Bogu. Zwraca też uwagę, że po „tamtej stronie” nic nie wygląda tak, jak po naszej, i możemy mówić o rzeczywistości po śmierci jedynie poprzez pewne podobieństwo do tego, co znamy.

    Czego potrzebują zmarli?

    Maria Czerska/KAI: Jak możemy pomagać duszom czyśćcowym?

    S. Anna Czajkowska*: Modlitwa, post, jałmużna, odpusty – takie formy poleca nam Kościół katolicki. Musimy jednak pamiętać, że pomaganie zmarłym wymaga od nas autentycznego wysiłku duchowego i pogłębionego spojrzenia na czyściec, w wierze.

    Nie chodzi o automatyczne wypełnianie pewnych praktyk. To nie magia. Nie jest tak, że jeśli odmówię różaniec czy zamówię msze św. gregoriańskie za mojego zmarłego, to on po ich odprawieniu automatycznie idzie do nieba.

    Eucharystia jest darem nieskończonym i niewyczerpanym, ale może się zdarzyć, że zmarły nie może z tego daru skorzystać, bo jest w jakiś sposób na nią zamknięty, skrępowany np. tym, że przez lata przyjmował niegodnie Komunię Świętą albo potrzebuje czegoś innego, np. przebaczenia.

    Skąd mamy wiedzieć, czego potrzebują zmarli?

    Nie potrzebujemy tego wiedzieć. Przede wszystkim trzeba mieć świadomość, że mówiąc o rzeczywistości czyśćca, mówimy i to jedynie w sposób niedoskonały, o tym, co jest dla nas zupełnie nieznane. Po tamtej stronie nic nie wygląda tak, jak po naszej. Wyobrażamy to sobie jedynie przez pewne podobieństwo do rzeczywistości, którą znamy.

    Mamy liczne świadectwa świętych. Ale to są tylko świadectwa, które przeszły przez ludzki umysł. Ktoś spisał swoje doświadczenia tak, jak potrafił je pojąć i wyrazić, więc na pewno nie należy ich rozumieć dosłownie.

    Wiemy, że zmarli w czyśćcu nie doświadczają jeszcze pełnego zjednoczenia z Bogiem i cierpią z powodu tego oddalenia, z powodu niedoboru miłości w sercu. Na to oddalenie „pracowali” tutaj na ziemi. My, jeśli chcemy im pomóc, musimy niejako stanąć w ich sytuacji, „wejść w ich buty” i zbliżać się do Boga, starać się być z Nim w łączności. Najbardziej pomaga zmarłym to wszystko, co nas samych zbliża do Boga.

    W pomocy duszom nie tyle trzeba myśleć o zmarłym – trzeba myśleć o Bogu, myśleć o tym, co Bóg uczynił dla nas w Chrystusie. To jest droga do nieba dla nas i dla zmarłych cierpiących w czyśćcu.

    Stąd pośpiesznie, mechanicznie odmówiona modlitwa, msza św. przeżywana bez duchowego zaangażowania, albo na którą idę tylko z lęku, by nie zgrzeszyć i spełnić niedzielny obowiązek – takie dary niewiele pomogą zmarłym, gdyż i nas samych w niewielkim stopniu zbliżają do Boga, jeśli wręcz nie oddzielają od Niego.

    Z takiego powierzchownego przeżywania modlitwy czy Eucharystii my sami będziemy się musieli po śmierci oczyszczać. To przecież buduje w nas przeszkodę do pełnego przeżywania komunii z Bogiem. A na tej komunii polega niebo.

    Wszystko w rękach Bożego miłosierdzia

    Co zatem możemy robić?

    Prowadząc Apostolstwo Pomocy Duszom Czyśćcowym zachęcamy do tego, co czynimy my same: wszystko to, co w danym dniu może być pomocą dla tych dusz, ofiarowujemy Chrystusowi przez ręce Maryi. Warto pamiętać, że my sami nie dysponujemy niczym, co ofiarujemy duszom w czyśćcu cierpiącym. Wszystkim tym dysponuje Boże miłosierdzie.

    Możemy chętnie darować urazy i udzielać przebaczenia różnym ludziom, którzy wobec nas zachowali się niewłaściwie; możemy to robić w intencji pomocy zmarłym, którzy tego przebaczenia potrzebują ze strony kogoś innego.

    Można w tej intencji wiernie wypełniać obowiązki wynikające ze swojego stanu – kapłańskiego, zakonnego, ale także bycia żoną, mężem, matką czy ojcem. Przyjęcie z radością dziecka poczętego można ofiarować w intencji tych zmarłych, którzy cierpią, gdyż nie pozwolili się swojemu dziecku narodzić.

    Błogosławieństwo dane dziecku na dobranoc może być darem dla matek czy ojców, którzy przeklinali swoje dzieci i którzy źle je traktowali. Każdy gest życzliwości, miłości wobec swoich bliskich, sąsiadów czy osób potrzebujących, może być pomocą duszom czyśćcowym, jeśli taką intencję uczynimy. Byle tylko był to gest uczyniony w łączności z Bogiem, w stanie łaski uświęcającej.

    Jakie jest znaczenie ofiarowywania cierpienia?

    Święci, w tym św. Faustyna, św. o. Pio czy nasz założyciel bł. Honorat Koźmiński mówili, że to bardzo skuteczna forma pomocy. Co więcej, to również pomaga nam. Pamięć o intencjach dodaje nam sił w sytuacjach trudnych.

    Jeśli muszę wykonać ciężką pracę, która mnie czasem przerasta, jeśli muszę przełamać lęk, by wypełnić swój obowiązek, jeśli przychodzi cierpienie fizyczne – gdy wielkodusznie ofiaruję to wszystko w intencji dusz czyśćcowych – to jest mi łatwiej. Tak czy siak cierpię, trudzę się, ale wiem, że mogę dzięki temu kogoś przybliżyć do nieba. Wtedy to moje cierpienie nabiera sensu.

    Zyskuję też wstawiennictwo zmarłych. To działa w obie strony. Na tym m.in. polega tajemnica obcowania świętych. Gdy zmarli w czyśćcu widzą naszą troskę o nich, niemożliwe, by nie odpowiedzieli modlitwą za nas. Te dusze dzięki naszemu wsparciu coraz bardziej stają się podobne do Boga, a Bóg obdarowuje. One więc coraz bardziej się za nas modlą.

    Tę tajemnicę można też próbować zrozumieć na przykładzie własnego ciała. Gdy wyleczę jakąś ranę, cały czuję się lepiej. Ofiarowując coś zmarłym, leczymy tę cząstkę Mistycznego Ciała Chrystusa, która jest w cierpieniu. Cały Kościół dzięki temu doznaje ulgi i radości.

    Formy pomocy duszom czyśćcowym

    Różaniec, Msze św. gregoriańskie, wypominki, Msze św. wieczyste – jakie jeszcze mamy formy wspierania dusz czyśćcowych?

    Jeżeli zmarły miał pragnienie pochówku katolickiego, to – przynajmniej w naszej polskiej rzeczywistości – nie wyobrażamy sobie, żeby odbył się on poza mszą świętą. Eucharystia jest sprawowana w dniu pogrzebu, czyli najczęściej trzeciego dnia po śmierci. Później zależy to już od dobrej woli członków rodziny, znajomych i wszystkich tych, którzy w jakiś sposób dowiadują się o śmierci.

    Często zdarza się, że wiele osób zamawia kolejne msze święte za tego zmarłego – od rodziny, od sąsiadów, od przyjaciół. W niektórych parafiach jest przyjęte, że zamiast kwiatów i wieńców uczestnicy pogrzebu ofiarowują zmarłemu dar Eucharystii.

    Często też członkowie rodziny starają się, by w najbliższym czasie od pogrzebu zamówić msze św. gregoriańskie w intencji zmarłego. Można też zamówić msze św. wieczyste.

    Czym są Msze św. gregoriańskie i Msze św. wieczyste?

    Msze św. gregoriańskie to 30 mszy św. odprawianych w kolejnych dniach, bez przerwy, ofiarowanych za jedną osobę zmarłą. Jest to zwyczaj oparty jedynie na przekonaniu wiernych o skuteczności tej modlitwy. Zapoczątkowany został przez papieża Grzegorza Wielkiego, żyjącego w VI w., który polecił w taki sposób modlić się za zmarłego zakonnika.

    Według tradycji, trzydziestego dnia zakonnik miał się objawić we śnie przełożonemu klasztoru, dziękując za pomoc.

    Msze św. wieczyste mogą być odprawiane w niektórych zgromadzeniach zakonnych, jak np. pallotyni, czy werbiści. Mają oni na to specjalne pozwolenie od papieża. Msze te odprawiane są codziennie, tak długo, jak istnieć będzie dane zgromadzenie, za wszystkie osoby, które wpisane są z imienia i nazwiska do specjalnej Księgi intencji mszy wieczystych.

    Msze odprawiane mogą być za osoby żyjące i zmarłe. Intencje te zapewne obejmują już miliony ludzi. Z wpisem do Księgi wiąże się specjalna ofiara, która w wielu przypadkach przeznaczana jest na misje. Jest to zatem rodzaj jałmużny wspierającej ewangelizację, która może być dodatkowo ofiarowana w intencji zmarłych.

    W praktyce pobożnościowej przyjęło się również dawać na wypominki.

    Wypominki wiążą się nie tylko z odczytywaniem imion i nazwisk zmarłych. Stąd nie jest najlepszą praktyką nazywanie ich „wymieniankami” – jak to się dzieje w niektórych polskich parafiach.

    Chodzi o to, byśmy sobie uzmysłowili, że są to konkretne osoby, które kochaliśmy, z którymi dzieliliśmy swoje życie. One potrzebują nadal naszej miłości, bo ich życie toczy się nadal – w Bogu wszyscy żyją. Przywołujemy więc pamięć o nich z imienia i nazwiska w czasie wspólnotowego nabożeństwa na wzór memento za zmarłych z modlitwy eucharystycznej.

    Modlimy się we wspólnocie parafialnej, uświadamiając sobie, że zmarli wciąż do niej należą. Forma wypominków jest różna, w zależności od tego, jak to jest przyjęte w danej parafii. Niekiedy imiona zmarłych odczytywane są przed mszą św. w ich intencji, czasem w trakcie modlitwy różańcowej, po której jest też sprawowana Eucharystia. Zazwyczaj praktykowane jest to przez cały listopad.

    W niektórych parafiach są też wypominki roczne, czyli czytanie wypominków i Msza św. w intencji zmarłych sprawowana w konkretnym dniu każdego miesiąca – czyli 12 razy w ciągu roku.

    Odpust za zmarłych

    Jak uzyskać odpust za zmarłych?

    Żeby otworzyć się na łaskę odpustu, trzeba się trochę wysilić duchowo. Nie wystarczy wypełnienie zewnętrznych czynności. Ta łaska również nie działa automatycznie. W życiu duchowym nic tak nie działa. To bardzo trudno ludziom wytłumaczyć.

    Nie wystarczy pójść na cmentarz od 1 do 8 listopada i odmówić tam modlitwę za zmarłych. By uzyskać odpust zupełny, trzeba przyjąć Komunię Świętą, być w stanie łaski uświęcającej i pomodlić się w intencjach, w których modli się papież. Nie można też być w sercu przywiązanym do żadnego grzechu, nawet powszedniego. To jest najtrudniejszy warunek.

    Na czym to polega?

    Można nie grzeszyć, ale być przywiązanym do grzechów. Można np. przestać kraść, ale w sercu żałować, że inni są bardziej zaradni i nadal to robią. Można – to dotyczy grzechów powszednich – wyspowiadać się z tego, że używamy np. wulgarnego języka, ale z żalem powierzchownym i bez szczerej chęci zmiany swojego języka, w przekonaniu, że bez wulgaryzmów moi znajomi nie zrozumieją, co do nich mówię.

    Tutaj chodzi o szczerość intencji, czyli o szczery żal i autentyczną gotowość zmiany życia, na zawsze, nie tylko na 2 czy 3 dni, w celu uzyskania odpustu. Zmiana może mi się oczywiście nie udać. Większość z nas przecież od lat spowiada się z tych samych grzechów.

    Ale, jak podkreślam, tu chodzi o intencję. Nie mogę mieć upodobania w żadnym grzechu – nawet najlżejszym. Nie chcę go pod żadną postacią. Podsumowując – krótko po odbyciu naprawdę dobrej spowiedzi, gdy jeszcze trwam w moich dobrych postanowieniach poprawy, mam naprawdę dużą szansę na tę wolność w sercu i na sięgnięcie po łaskę odpustu zupełnego. Jeśli ofiaruję go za duszę czyśćcową, oznacza to dla niej wejście do chwały nieba.

    Czym są odpusty cząstkowe?

    O odpustach cząstkowych mniej się mówi, a szkoda, bo łatwiej się na nie otworzyć. Wymagany jest tylko stan łaski uświęcającej i skrucha serca, czyli pokorna świadomość własnej słabości oraz potrzeby łaski Bożej.

    Jeśli w takim stanie będąc, z intencją pomocy zmarłym odmówię jakąś dowolną modlitwę, do której Kościół nadał łaskę odpustu częściowego – np. „Pod Twoją obronę”, różaniec, „Wieczny odpoczynek” albo np. pomodlę się aktem strzelistym „Jezu, ufam Tobie!” w sytuacjach trudnych, o to, np. by nie odpowiedzieć złem na zło – zyskuję łaskę cząstkowego odpustu, czyli darowania części czyśćcowego cierpienia duszy.

    Czy listopad jest momentem szczególnych łask dla dusz czyśćcowych?

    Kościół ustanowił na początku listopada uroczystość Wszystkich Świętych i wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych, kierując nasz duchowy wzrok nie tylko na niebo, ale również na czyściec. Dał nam też oktawę tej uroczystości. 2 listopada decyzją Stolicy Apostolskiej kapłani mogą sprawować aż 3 msze św.

    To jest czas, w którym zwykły człowiek, zazwyczaj zalatany i zabiegany, ma szansę się zatrzymać i pomyśleć o wieczności. Kościół mu przypomina, że są święci w niebie, którzy nas wpierają swoją modlitwą, ale są też zmarli, którzy czekają na pomoc, bo sami już nic dla siebie nie mogą uczynić. Z pewnością w tym czasie staramy się gorliwiej modlić za dusze zmarłych, więc zapewne też dociera do nich więcej łask.

    Na pewno nie możemy się ograniczać w modlitwie za zmarłych do jednego miesiąca w roku. Niektóre objawienia prywatne podpowiadają, że szczególnym momentem łask dla dusz czyśćcowych są święta Bożego Narodzenia.

    To ciekawa intuicja, zwłaszcza gdy sobie uświadomimy, czym było Wcielenie Chrystusa. Cały świat się od tego momentu zmienił. Liturgiczna pamiątka tego dnia musi być czasem wielkiego obdarowywania Bożym miłosierdziem.

    Apostolstwo Pomocy Duszom Czyśćcowym

    Czym jest Apostolstwo Pomocy Duszom Czyśćcowym?

    Jest to duchowa rodzina naszego Zgromadzenia, włączająca się w realizację charyzmatu niesienia pomocy duszom czyśćcowym. Działa już od prawie 40 lat i liczy ok. 30 tys. osób. Gromadzi ludzi żyjących różnym powołaniem. Należą do niego w większości osoby świeckie, ale także w niemałej liczbie księża, siostry i bracia z różnych zgromadzeń zakonnych.

    Proponujemy im publikacje o tematyce eschatologicznej oraz uczestnictwo w rekolekcjach, z których oczywiście korzysta jedynie cząstka tej licznej wspólnoty. Docieramy do członków poprzez wewnętrzny kwartalnik formacyjny „Do domu Ojca” oraz treści zamieszczane na Facebooku Apostolstwa i na naszych stronach internetowych:  www.wspomozycielki.pl oraz www.apdc.wspomozycielki.pl.

    * S. Anna Czajkowska ze Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych zajmuje się w zgromadzeniu formacją członków Apostolstwa Pomocy Duszom Czyśćcowym. Zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych powstało w 1889 r. Założone zostało przez bł. Honorata Koźmińskiego i m. Wandę Olędzką. To jedyne w Polsce, a drugie w Europie żeńskie zgromadzenie zakonne, którego głównym celem jest niesienie pomocy duszom czyśćcowym. Siostry Wspomożycielki są zgromadzeniem bezhabitowym. Żyją według Reguły i Życia Braci i Sióstr Trzeciego Zakonu Regularnego św. Franciszka z Asyżu. Ratują dusze zmarłych, ofiarując Panu Bogu w ich intencji całe swoje życie: śluby zakonne, modlitwy, prace apostolskie, publikacje o tematyce eschatologicznej, trudy i radości życia we wspólnocie życia konsekrowanego, uczynki miłosierdzia, wyrzeczenia, ofiary i odpusty.

    Katolicka Agencja Informacyjna/Aleteia.pl

    ***

    Och, gdybyż tylko ludzie wiedzieli, czym jest czyściec

    (Wikimedia Commons)

    ***

    Gdyby czyściec nie istniał, aby usunąć plamy grzechu z niedoskonałych dusz, jedyną alternatywą byłoby piekło. Zatem czyściec jest koniecznym miejscem ekspiacji. Każdy osobisty grzech niesie ze sobą dwie konsekwencje: winę (która w przypadku grzechu śmiertelnego niszczy łaskę uświęcającą i prowadzi do piekła) oraz doczesną karę uzasadnioną obrazą Boga.

    „Och, gdybyż tylko ludzie wiedzieli, czym jest czyściec!”

    W roku 1870 Belgia walczyła jako sojusznik Francji przeciwko Niemcom. We wrześniu owego roku siostrę Marię Serafinę, zakonnicę redemptorystkę z Mechelen w Belgii, nagle ogarnął niewytłumaczalny smutek. Wkrótce potem otrzymała wiadomość, że w tej wojnie zginął jej ojciec. Od tamtego dnia siostra Maria wielokrotnie słyszała niepokojące jęki i głos mówiący: „Moja droga córko, zmiłuj się nade mną!”

    Później dokuczały jej różne udręki, a wśród nich nieznośne bóle głowy. Kładąc się pewnego dnia ujrzała swojego ojca w otoczeniu płomieni i pogrążonego w głębokim smutku. Cierpiał w czyśćcu. Otrzymał od Boga pozwolenie, by błagać swą córkę o modlitwy oraz opowiedzieć jej o czyśćcowych cierpieniach. Opowiedział o tym tak:

    – Chcę od ciebie Mszy św., modlitw i odpustów w moim imieniu. Spójrz, jak jestem pogrążony w tym wypełnionym ogniem dole! Och! Gdybyż ludzie wiedzieli, czym jest czyściec, znieśliby wszystko, aby go uniknąć i zmniejszyć cierpienia dusz tutaj. Bądź bardzo święta, moja córko, i przestrzegaj świętej reguły, nawet w jej najmniej istotnych punktach. Czyściec dla osób zakonnych jest straszliwą rzeczą!

    Siostra Maria ujrzała dół pełen płomieni, wypluwający czarne obłoki dymu. Jej ojciec był zanurzony w tym dole, płonąc, straszliwie się dusząc i pragnąc. Gdy otwierał usta, widziała, że jego język jest całkowicie wyschnięty.

    – Pragnę, moja córko, pragnę!

    Następnego dnia jej ojciec odwiedził ją ponownie, mówiąc:

    – Moja córko, minęło wiele czasu, odkąd cię widziałem ostatni raz.

    – Mój ojcze, to było dopiero wczoraj…

    – Och! Dla mnie wydaje się to wiecznością. Jeśli pozostanę w czyśćcu trzy miesiące, to będzie to wieczność. Zostałem skazany na wiele lat, ale dzięki wstawiennictwu Matki Bożej, mój wyrok został zredukowany do tylko kilku miesięcy.

    Łaska, która dawała mu możliwość przyjścia na ziemię, została udzielona mu dzięki dobrym uczynkom za jego życia i ponieważ był oddany Matce Najświętszej, przyjmując Komunię św. we wszystkie Jej święta.

    W ciągu tych odwiedzin siostra Maria Serafina zadała swojemu ojcu kilka pytań:

    – Czy dusze w czyśćcu wiedzą, kto modli się za nie i czy mogą modlić się za nas?

    – Tak, moja córko.

    – Czy te dusze cierpią, wiedząc, że w ich rodzinach i na świecie obraża się Boga?”

    – Tak.

    Słuchając wskazówek swojego spowiednika i swojej przełożonej, wciąż zadawała swemu ojcu kolejne pytania:

    – Czy to prawda, że cierpienia czyśćca są dużo większe od udręk na ziemi i nawet udręk męczenników?

    – Tak, moja córko, to wszystko to szczera prawda.

    Siostra Serafina spytała wówczas, czy każdy, kto należy do Bractwa Szkaplerza Najświętszej Panny z Góry Karmel (ci, którzy noszą szkaplerz), jest wolny od czyśćca w pierwszą sobotę po śmierci:

    – Tak – odpowiedział – ale tylko wówczas, jeśli są wierni zobowiązaniom Bractwa.

    – Czy to prawda, że niektóre dusze muszą pozostać w czyśćcu nawet pięćset lat?

    – Tak. Niektóre są skazane aż do końca świata. Te dusze bardzo zawiniły i są całkowicie opuszczone. Trzy główne rzeczy ściągają gniew Boga na ludzi: nieprzestrzeganie dnia Pańskiego z powodu pracy, bardzo rozpowszechniony występek nieczystości oraz bluźnierstwo. Och, moja córko, jakiż gniew Boży wywołują te bluźnierstwa!

    Przez ponad trzy miesiące siostra Serafina i zakonnice z jej wspólnoty modliły się i ofiarowały pokutę za duszę jej udręczonego ojca, który często się jej ukazywał. Podczas podniesienia Hostii na Mszy w Boże Narodzenie siostra Maria ujrzała swojego ojca lśniącego z niezrównanym pięknem jak słońce.

    – Skończyłem swój wyrok i przyszedłem, by podziękować tobie i twoim siostrom za waszą modlitwę i pobożne uczynki. Będę się za was modlił w niebie.

    Gdyby czyściec nie istniał, aby usunąć plamy grzechu z niedoskonałych dusz, jedyną alternatywą byłoby piekło. Zatem czyściec jest koniecznym miejscem ekspiacji. Każdy osobisty grzech niesie ze sobą dwie konsekwencje: winę (która w przypadku grzechu śmiertelnego niszczy łaskę uświęcającą i prowadzi do piekła) oraz doczesną karę uzasadnioną obrazą Boga.

    Chociaż spowiedź uwalnia nas od winy i części kary, musimy wciąż dokonać dodatkowe zadośćuczynienie Bogu. W tym życiu można to zrobić poprzez modlitwę, intencje mszalne, jałmużnę, pokutę i zyskanie odpustów. Jeśli ktoś umiera w stanie grzechu lekkiego albo bez wystarczającego zadośćuczynienia, idzie do czyśćca.

    Miejsce ekspiacji

    Jak widzieliśmy, czyściec jest miejscem odpokutowania. Dusze w czyśćcu doświadczają dwojakiego cierpienia: doświadczają tymczasowego bólu utraty, gdyż są pozbawione tymczasowo wizji uszczęśliwiającej oraz odczuwają również cierpienie zmysłów. Przeciwnie do potępionych w piekle, gdzie kary wywołują nienawiść, dusze w czyśćcu odkrywają, że kara budzi głęboką miłość do Boga.

    Według świętego Tomasza z Akwinu i świętego Augustyna najmniejsze cierpienie w czyśćcu jest gorsze od największego cierpienia w tym życiu. Wywołane to jest intensywnością pragnienia Boga, jakie żywią dusze. Brak Boga jest niezwykle bolesny, a skala zmysłowego cierpienia, które dotyka duszę bezpośrednio, jest gorsza niż cokolwiek zmysły odczuwają.

    Cierpienie pobudzane nadzieją

    „Jakkolwiek surowe byłyby kary czyśćca, uśmierza je nadzieja”. Święta Katarzyna z Genui (1447-1510), mistyczka, która doświadczyła udręk czyśćca na ziemi, wyjaśniała, że cierpi się jednocześnie niewysłowioną udrękę i nieopisane szczęście. Opisała udrękę jako wynik nieustannie trawiącego wewnętrznego ognia, pobudzanego oddzieleniem od Boga, dla którego dusza płonie z miłości. Cierpienie jest tak intensywne, że przemienia każdą chwilę w bolesne męczeństwo.

    Choć to cierpienie przewyższa wszelkie ziemskie cierpienia, nie można go porównać z bólem piekła, gdzie męka jest rozpaczliwym owocem nienawiści, podczas gdy udręki czyśćca to przepełnione nadzieją cierpienie miłości. W konsekwencji, jak mówi św. Katarzyna, tylko w samym niebie istnieje większe szczęście niż pośród udręk czyśćca. Dzieje się tak dlatego, że dusza wie, iż jest zbawiona, w przyjaźni z Bogiem, otoczona świętymi duszami, a zatem płonie miłością do Boga.

    Święta Katarzyna wyjaśniała:

    Myślę, że nie istnieje żadne szczęście, które byłoby godne porównania do szczęścia duszy w czyśćcu, wyjątkiem są świeci w raju; dzień po dniu to szczęście rośnie, bo w coraz większym stopniu do tych dusz przenika Bóg, gdy przeszkoda broniąca Mu wejścia powoli znika. Tą przeszkodą jest rdza grzechu, zaś ogień wypala tę rdzę tak, że dusza coraz bardziej otwiera się na przenikanie Boga. Rzecz przykryta nie może reagować na promienie słońca, nie z powodu jakiejś skazy słońca, które cały czas świeci, ale ponieważ to przykrycie jest przeszkodą. Jeśli przykrycie ulegnie spaleniu, rzecz ta otwiera się na słońce; im bardziej płomienie trawią to przykrycie, tym bardziej rzecz ta reaguje na promienie słońca.

    W taki sposób rdza, którą jest grzech, pokrywa duszę, a w czyśćcu zostaje ona wypalona ogniem; im bardziej ogień ją strawi, tym bardziej dusze otwierają się na Boga, ich prawdziwe Słońce. Wraz z ustępowaniem rdzy i otwieraniem się duszy na Boże promienie, rośnie szczęście, aż z czasem jednego ubywa, a drugiego przybywa. Ból jednakże nie zmniejsza się, jedynie czas trwania bólu. Jeśli chodzi o wolę: to trudno tak naprawdę duszom mówić, że te cierpienia są cierpieniami, tak zadowala je zrządzenie Boże, z którym w czystej miłości ich wola się jednoczy.

    Czas trwania czyśćca

    Czas spędzony w czyśćcu bardzo trudno wyrazić w ludzkich słowach. W relacjach z prywatnych objawień, czytamy o duszach skazanych na pewną liczbę lat, albo nawet do końca świata. W istocie Matka Boża objawiła dzieciom z Fatimy, że dziewczyna, która zmarła tuż przed objawieniami, pozostanie w czyśćcu aż do końca czasu.

    Teologowie wyjaśniają, że czas w czyśćcu można mierzyć na dwa sposoby. Pierwszy jest pozytywny i odpowiada takiemu czasowi, jaki odmierzamy na ziemi; drugi jest fikcyjny albo wyobrażony, gdyż odpowiada on ilości czasu, jaki według dusz wycierpiały, a który jest zniekształcony, bowiem samo to cierpienie sprawia, że tracą rachubę czasu. Stąd widzimy, że dusze, które spędziły zaledwie kilka godzin w czyśćcu, narzekają, że są to lata albo nawet wieki cierpień.

    Święty Antoni snuje opowieść o chorym, który cierpiał tak okrutnie, że uważał, iż przekracza to wytrzymałość ludzkiej natury i stąd nieustannie modlił się o śmierć. Pewnego dnia pojawił się przed nim anioł i powiedział:

    – Bóg posłał mnie tutaj, by ofiarować ci wybór. Możesz spędzić jeden rok cierpienia na ziemi albo jeden dzień w czyśćcu.

    Wybrawszy to ostatnie, człowiek ów umarł i poszedł do czyśćca.

    Kiedy anioł przybył, by go pocieszyć, powitały go jęki bólu:

    – Kłamliwy aniele! Około dwadzieścia lat temu powiedziałeś, że spędzę tylko jeden dzień w czyśćcu… Mój Boże, jakże cierpię!

    Na to anioł odpowiedział:

    – Biedna, zwiedziona duszo, twoje ciało nawet jeszcze nie spłonęło.

    Nabożeństwo do dusz czyśćcowych

    Nabożeństwo do dusz czyśćcowych wzięło swój początek we wczesnym Kościele, w oparciu o dogmat o świętych obcowaniu. Chociaż dusze te nie mogą zyskać zasług, to są one w przyjaźni z Bogiem, który chętnie stosuje do nich zasługi ofiarowane za nie. Aktem miłosierdzia jest zatem, jeśli ofiaruje się za nie modlitwę, Mszę św., wyrzeczenia i odpusty.

    Nabożeństwo to było tak głęboko zakorzenione wśród wiernych, że nawet Luter nie śmiał go usunąć. Rozumiał znaczenie ostrożnego zmierzania ku swoim podstępnym celom.

    Znajdując wsparcie w Piśmie Świętym i Tradycji, Kościół zdefiniował dogmat o świętych obcowaniu, który zachęca do nabożeństwa do świętych dusz. To nabożeństwo nie tylko pobudza do praktykowania miłosierdzia, ale także ożywia wiarę i niesie pociechę tym, którzy stracili swych ukochanych.

    Potężne wstawiennictwo dusz czyśćcowych

    Oprócz tego, że jest to duchowy uczynek miłosierdzia i skuteczne przypomnienie życia po śmierci, nabożeństwo do dusz czyśćcowych, jak pokazuje Tradycja Kościoła, zapewnia nam także nieocenione wstawiennictwo. Według dogmatu o świętych obcowaniu, tworzą oni część Kościoła (zwanego Kościołem cierpiącym), a zatem są z nami zjednoczeni i mogą się za nas wstawiać. Przykładów na to jest mnóstwo w historii Kościoła i wielu czytelników bez wątpienia doświadczyło takiego wstawiennictwa. Poniżej podajemy kilka przykładów.

    Hrabina Stratfordu, angielska protestantka, mając wątpliwości co do istnienia czyśćca, poradziła się biskupa Amiens we Francji. Wysłuchawszy jej zastrzeżeń, odpowiedział:

    – Powiedz biskupowi Londynu (anglikaninowi), że porzucę wiarę i zostanę anglikaninem, jeśli potrafi dowieść, że św. Augustyn nigdy nie odprawiał Mszy ani nie modlił się za zmarłych, w szczególności za swoją matkę. Usłuchawszy jego rady, hrabina napisała do anglikańskiego biskupa Londynu. Nieotrzymawszy odpowiedzi, nawróciła się.

    W pewnym momencie, podczas reformy zakonu karmelitanek, św. Teresa potrzebowała klasztoru. Pewien szlachcic, o imieniu Bernadyn z Toledo, odpowiedział na jej potrzebę i podarował miejsce na klasztor. Zmarł wkrótce potem. Święta Teresa otrzymała objawienie, że pozostanie on w czyśćcu tak długo, aż zostanie odprawiona pierwsza Msza św. w klasztorze, pod budowę którego podarował ziemię. Święta przyspieszyła więc kładzenie fundamentów. Podczas Komunii na tej pierwszej Mszy ujrzała obok księdza promieniejącą blaskiem duszę. Dzięki odprawionej za niego Mszy św. został uwolniony z czyśćca. Kiedykolwiek wydawało się, że na modlitwy św. Katarzyny z Bolonii brak odpowiedzi, wzywała o wstawiennictwo dusze czyśćcowe. Potwierdziła, że te modlitwy zawsze były wysłuchane.

    Wzruszający przykład

    Przypadki wstawiennictwa dusz czyśćcowych są tak liczne, że nie starczyłoby nawet kilku książek, aby opowiedzieć o nich wszystkich. Następujący przypadek, który należy do najlepiej znanych i jest jednym z najbardziej wzruszających, wydarzył się w Paryżu w roku 1817. Pewna służąca, która miała pobożny zwyczaj zamawiania Mszy św. każdego miesiąca za dusze w czyśćcu, zachorowała, a ponieważ musiano ją hospitalizować, straciła pracę.

    Opuściwszy szpital, udała się do kościoła, by się pomodlić. Tam przypomniała sobie, że w owym miesiącu nie zamówiła za biedne dusze Mszy św. Jednak z powodu utraty pracy nie było jej stać na ofiarowanie Mszy, gdyż pozostałaby bez grosza. Wahając się, złożyła jednak ofiarę.

    Opuszczając kościół, spotkała młodzieńca wyglądającego na szlachcica. Nieoczekiwanie spytał jej, czy nie potrzebuje zatrudnienia i podał jej adres pewnego domu, gdzie brakowało pokojówki. Kiedy przybyła do tego domu, właścicielka, która właśnie zwolniła swoją pokojówkę, zastanawiała się, kto mógł wiedzieć, że potrzebna jej pomoc. Opisując młodego człowieka z kościoła, służąca ujrzała nagle na ścianie przedstawiający go obraz.

    Usłyszawszy to, właścicielka wykrzyknęła:

    – To mój syn, który zmarł dwa miesiące temu!

    Wówczas obie uświadomiły sobie, że Bóg chciał wynagrodzić pokojówce jej miłosierdzie i objawić moc wstawiennictwa dusz cierpiących.

    Luiz Sérgio Solimeo

    źródło: tfp.org/tłum. Jan J. Franczak/PCh24.pl

    ***

    Skąd wzięły się odpusty? Wyjątkowa prośba męczenników

    The last prayer of the Christian martyrs
    Public Domain via Wikimedia

    ***

    Skąd wzięły się odpusty? Poznanie tej historii przypomina nam o wielkim darze, jakim jest możliwość pojednania się z Bogiem.

    Kościół katolicki zawsze zachęcał wiernych do szukania Bożego przebaczenia poprzez odpusty, które pozwalają nam uzyskać darowanie kar i osiągnąć łaskę umożliwiającą intymną komunię ze Stwórcą. 

    Do pełnego wiec odpuszczenia grzechów i do tak zwanej naprawy konieczne jest nie tylko odnowienie przyjaźni z Bogiem: przez szczere nawrócenie duchowe i odpokutowanie obrazy wyrządzonej Jego mądrości i dobroci, lecz także całkowite przywrócenie wszystkich dóbr, pomniejszonych lub zniszczonych przez grzech, tak osobistych jak społecznych i tych, które odnoszą się do samego porządku wszechrzeczy

    Louis de Wohl, w swojej książce „Skała. Historia Kościoła, jakiego nie znacie”, wspomina o początkach tej praktyki, która od czasu jej ustanowienia pomogła milionom chrześcijan pojednać się z Chrystusem.

    Początki praktyki odpustów

    Od najwcześniejszych lat Kościoła chrześcijanie szukali pokuty za swoje grzechy. Chcieli uzyskać pojednanie z Bogiem poprzez czyny, które równoważyłyby popełnioną winę. Jednak, aby osoba, która popełniła grzech, mogła zostać ponownie przyjęta do Kościoła, musiała odbyć surową i publiczną pokutę. Jednym z najpoważniejszych występków było zaparcie się wiary.

    Kościół podejmował drastyczne środki, aby dana osoba nie cierpiała kar w czyśćcu. Jednak w tamtych czasach, które były okresem wielu prześladowań chrześcijan, nie wszyscy byli wystarczająco silni, by wytrwać w wierze w obliczu prześladowań, a w przypadku zaparcia się wiary – podjąć surową i wieloletnią pokutę.

    Z tego powodu dochodziło nawet do nadużyć. Władze świeckie natomiast odciągały wierzących od wiary, zmuszając do składania ofiar cesarzowi lub bóstwom pogańskim. Dzięki temu można było ocalić swoje życie lub wolność.

    Wystarczyło, że wrzucili kilka ziaren kadzidła na ogień przed posągiem cesarza na znak, że uznają jego „boskość”. [Był to] ciężki grzech bałwochwalstwa i apostazji. Ci, którzy to zrobili, zostawali natychmiast ekskomunikowani.

    Męczennicy na ratunek chrześcijanom

    Trzeba tu przypomnieć o więźniach z Memertynu, którzy chcieli ofiarować swoje cierpienia za słabszych braci i siostry w wierze. Więźniowie ci mieli zostać rzuceni lwom w cyrku, co w starożytnym Rzymie było bardzo powszechną praktyką karania wyznawców Chrystusa.

    Przed śmiercią napisali list do prezbiterów rzymskiej wspólnoty z prośbą o przebaczenie ekskomunikowanym chrześcijanom ze względu na zbliżające się męczeństwo.

    Kapłani, po jego otrzymaniu, uznali, że „heroiczna śmierć męczenników, zjednoczona z zasługami męki i śmierci naszego Pana Jezusa Chrystusa, stanowiła skarb, który Kościół mógł wykorzystać dla dobra innych” – zauważa Loius de Wohl.

    Było to wielkie błogosławieństwo dla skruszonych braci, którzy przez słabość popadli w odstępstwo. Teraz mogli ponownie stać się częścią Kościoła.

    Związek z Biblią i Magisterium

    Kapłani, zbierając się i podejmując tę decyzję, oparli się na słowach z listów św. Pawła do Koryntian:

    Komu zaś cokolwiek wybaczyliście, ja też [mu wybaczam]. Co bowiem wybaczyłem, o ile coś wybaczyłem, uczyniłem to dla was wobec Chrystusa (2 Kor 2, 10).

    I tak, podążając za słowami apostoła Chrystusa, władze Kościoła uznały odpusty zupełne za sposób na pełne pojednanie się z Bogiem.

    Wierni bowiem, gdy dostępują odpustów, rozumieją, że własnymi siłami nie mogą odpokutować za zło, które grzesząc wyrządzili sobie samym, a nawet całej społeczności i dlatego pobudzają się do zbawiennej pokuty.

    Następnie praktyka odpustów uczy, jak głęboką jednością w Chrystusie jesteśmy złączeni między sobą, i jak bardzo nadprzyrodzone życie jednostki może dopomóc drugim, aby i oni mogli łatwiej i ściślej zjednoczyć się z Ojcem. A zatem praktyka odpustów skutecznie zapala miłość i ćwiczy w niej w wyjątkowy sposób, gdy dostarcza się pomocy braciom spoczywającym w Chrystusie.

    Yohana Rodríguez – z meksykańskiej edycji Aletei

    ***

    Modlitwa za zmarłych.

    Skorzystaj z tych modlitw, gdy będziesz nawiedzać cmentarz

    Chryzantemy i świece
    Shutterstock

    ***

    Dzień Zaduszny, czyli wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych to czas, gdy odwiedzamy cmentarze, na których leżą ciała naszych bliskich. Modlimy się wtedy za nich, by dostąpili radości nieba. Jak możemy się modlić? Oto kilka propozycji.

    Jak modlić się za zmarłych?

    Wlistopadowych dniach będziemy częściej, niż zwykle odwiedzać cmentarze i modlić się za zmarłych. Od 1 do 8 listopada za nawiedzenie cmentarza, modlitwę za zmarłych możemy uzyskać dla nich odpust zupełny pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, modlitwa w intencjach Ojca Świętego i brak przywiązania do jakiegokolwiek grzechu). 

    Na cmentarzu można pomodlić się własnymi słowami, lub skorzystać z gotowych formuł. Kilka z nich prezentujemy poniżej.

    1 WIECZNE ODPOCZYWANIE

    Wieczne odpoczywanie racz jej/ mu dać Panie, a światłość wiekuista niech jej/ mu świeci.

    « Requiem æternam dona eis Domine, et lux perpetua luceat eis. Requiescant in pace. Amen.»

    Za tę krótką modlitwę Kościół daje możliwość uzyskania odpustu cząstkowego za osobę zmarłą. Warto często ją odmawiać!

    2 AKTY STRZELISTE

    Dobry Jezu a nasz Panie, daj jej/ mu wieczne spoczywanie.

    Jezu, przyjmij go/ ją do swego Królestwa.

    Niech odpoczywają w pokoju!

    3 LITANIA ZA ZMARŁYCH

    Kyrie elejson.
    Chryste elejson.
    Kyrie elejson.

    Chryste, usłysz nas.
    Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Święta Maryjo, módl się za nami.
    Wszyscy święci Aniołowie i Archaniołowie, módlcie się za nimi.
    Wszystkie święte niebieskie duchy,
    Wszyscy święci Patriarchowie i Prorocy,
    Wszyscy święci Apostołowie i Ewangeliści,
    Wszyscy święci niewinni Młodziankowie,
    Wszyscy święci Męczennicy,
    Wszyscy święci Biskupi i Wyznawcy,
    Wszyscy święci Doktorzy Kościoła,
    Wszyscy święci Kapłani i Lewici,
    Wszyscy święci Zakonnicy i Pustelnicy,
    Wszyscy święci Małżonkowie, Ojcowie i Matki,
    Wszystkie święte Panny i Wdowy,
    Wszyscy święci i święte Boże,

    Bądź im miłościw, przepuść im Panie!
    Bądź im miłościw, wysłuchaj nas Panie!

    Od mąk czyśćcowych, wybaw ich Panie.
    Przez Twoje Wcielenie,
    Przez Twoje Narodzenie,
    Przez Twój Chrzest i post święty,
    Przez trudy Twego życia,
    Przez Krzyż i Mękę Twoja,
    Przez Śmierć i pogrzeb Twój,
    Przez Zmartwychwstanie Twoje,
    Przez Wniebowstąpienie Twoje,
    Przez Zesłanie Ducha Świętego Pocieszyciela,

    My grzeszni, Ciebie prosimy za cierpiącymi duszami, wysłuchaj nas Panie.
    Abyś duszom zmarłych ich winy odpuścić raczył,
    Abyś im resztę kary za grzechy darować raczył,
    Abyś je z czyśćca wybawić raczył,
    Abyś je do życia wiecznego przyjąć raczył.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wieczny odpoczynek racz im dać Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wieczny odpoczynek racz im dać Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wieczny odpoczynek racz im dać Panie.

    Uwolnij, Panie, dusze wszystkich wiernych zmarłych.
    Od wszystkich ich więzów.

    Módlmy się: Boże, Stwórco i Odkupicielu wszystkich wiernych udziel duszom sług i służebnic Twoich odpuszczenia wszystkich grzechów; niech przez pokorne prośby nasze dostąpią zbawienia, którego zawsze pragnęły. Który żyjesz i królujesz przez wszystkie wieki wieków. W. Amen.

    4 MODLITWY LITURGICZNE

    Prosimy Cię, Panie, zmiłuj się w swojej ojcowskiej dobroci nad duszą Twojego sługi (Twojej służebnicy) N., i wyzwolonej od skażenia śmierci przywróć udział w wiecznym zbawieniu. Prosimy Cię, Panie, niech nasza modlitwa uprosi u Twojej dobroci oczyszczenie ze wszystkich win dla duszy Twojego sługi (Twojej służebnicy) N., aby osiągnęła Twoje wiekuiste miłosierdzie. Prosimy Cię, Panie, aby dusza sługi Twojego (służebnicy Twojej) N. osiągnęła udział w świętości wiekuistej, której zadatek otrzymała w Sakramencie wiecznego miłosierdzia. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Boże, dzięki Twojemu miłosierdziu dusze wiernych odpoczywają w pokoju; udziel łaskawie odpuszczenia grzechów Twoim sługom i służebnicom, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, aby uwolnieni od wszystkich win cieszyli się z Tobą bez końca. Panie, przyjmij łaskawie modlitwę zaniesioną za dusze sług i służebnic Twoich, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, niech oswobodzeni z więzów śmierci otrzymają życie wieczne. Boże, Światłości dusz wiernych, wysłuchaj nasze prośby i daj miejsce w niebie, błogosławiony pokój oraz jasność Twojego światła sługom i służebnicom Twoim, których ciała tutaj spoczywają w Chrystusie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Aleteia.pl

    ***

    Modlitwy za zmarłych

    ANIOŁ NA CMENTARZU
    Shutterstock

    +++

    „Modlić się za żywych i umarłych” to jeden z siedmiu uczynków miłosierdzia względem duszy. Oto propozycja trzech modlitw za zmarłych.

    „To nie jest tak, że oni umarli, a my żyjemy. To oni żyją, a my umieramy” – powiedział kiedyś ks. Piotr Pawlukiewicz. Te słowa warto zapamiętać. Nasi drodzy zmarli żyją i nie możemy wykluczyć, że wciąż potrzebują naszej pomocy.

    Najcenniejszą i najważniejszą pomocą jest niewątpliwie Msza święta w intencji zmarłych.

    A odwiedzając groby naszych bliskich czy wspominając ich możemy skorzystać z którejś z poniższych, mało znanych modlitw za zmarłych.

    Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar

    +++

    Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar

    Panie, Boże Wszechmogący,
    ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu,
    zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę:
    wyzwól duszę Twego sługi / Twojej służebnicy (tu podajemy imię)
    od wszystkich grzechów i kar za nie.

    Niech święci aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją
    z ciemności do wiekuistego światła,
    z karania do wiecznych radości.
    Przez Chrystusa, Pana naszego.
    Amen.

    Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego

    +++

    Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego

    Panie, nakłoń Twego ucha ku naszym prośbom,
    gdy w pokorze błagamy Twego miłosierdzia.
    Przyjmij duszę sługi Twego / sługi Twojej (tu podajemy imię),
    której kazałeś opuścić tę ziemię,
    do krainy światła i pokoju
    i przyłącz ją do grona Twych wybranych.
    Przez Chrystusa, Pana naszego.
    Amen.

    Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu

    +++

    Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu

    Najświętsza Panno Nieustającej Pomocy, Matko litościwa,
    racz spojrzeć na biedne dusze,
    które sprawiedliwość Boża zatrzymuje w płomieniach czyśćcowych.
    Są one drogie dla Twego Boskiego Syna,
    gdyż zawsze Go kochały i teraz gorąco pragną być blisko Niego,
    lecz nie mogą zerwać swych więzów,
    które je trzymają w palącym ogniu czyśćca.
    Niech się wzruszy Twe serce, Matko litościwa.
    Pośpiesz z pociechą dla tych dusz,
    które Cię zawsze kochały i teraz ślą do Ciebie swe westchnienia.
    Wszak są to Twoje dzieci, bądź więc im pomocą,
    nawiedzaj je, osładzaj ich męki, skróć ich cierpienia
    i nie zwlekaj z ich wybawieniem.
    Amen.

    ze strony – Aleteia.pl

    +++

    Odpust: co możemy uzyskać? Jak się modlić?

    Jaki jest najważniejszy warunek?

    Odpust: co możemy uzyskać? Jak się modlić? Jaki jest najważniejszy warunek?
    (fot. shutterstock.com)

    +++

    Odpust jest odpuszczeniem kar doczesnych należnych za grzechy odpuszczone już co do winy. W języku teologicznym “odpust oznacza obietnicę szczególnego wstawiennictwa Kościoła u Boga o darowanie kary doczesnej za grzechy, których wina już została odpuszczona”.

    Człowiek, który zgrzeszył, dopuścił się obrazy nie tylko samego siebie i bliźniego, ale przede wszystkim okazał nieposłuszeństwo Bogu, jako dobremu i miłującemu go Ojcu.

    Jakie są konsekwencje grzechu?

    Zgrzeszył i jego grzech oceniany w porządku sprawiedliwości zasługuje na odpowiednią karę, analogicznie jak w życiu społecznym, kiedy to za złamanie określonych przepisów prawnych grozi odpowiednio wysoka grzywna lub areszt. W odniesieniu do Boga jest dość podobnie i zarazem bardzo niepodobnie. Z jednej strony (i to jest podobieństwo), Bóg wymaga szacunku dla praw (przykazań), które ustanowił, z drugiej jednak (czym różni się od nas), ponieważ jest Bogiem pełnym miłosiernej miłości, pragnie z całego serca uwolnić człowieka od kary i przywrócić go do wspólnoty z sobą, z Kościołem i z bliskimi mu ludźmi, którzy na skutek tego grzechu oddali się od niego czy też zupełnie zerwali z nim więzy przyjaźni. W tej sytuacji odpust jest złagodzeniem lub zniesieniem kary za wyrządzone przeze mnie zło, Bogu czy ludziom. Czym zatem jest owa kara?

    Daleko jej do kary, jaką zwykły wymierzać sądy ludzkie w oparciu o prawa ustanowione przez nich samych. Boże prawo jest bowiem zupełnie inne, ponieważ jest prawem miłości. Także wobec grzesznika Bóg nie przestaje być sobą, to znaczy Miłością, która kocha, gotowa przebaczyć i wprowadzić na drogę doskonałości. To, co zwykło się nazywać karą w relacji do Boga, jest w istocie zniszczeniem Bożego planu i tego porządku, który ustanowiła Jego miłość.

    Naruszając ten boski porządek, człowiek, nie Bóg, odczuwa na sobie jego negatywne skutki, niszczące jego życie duchowe i fizyczne. Dzieje się coś analogicznego, jak w przypadku zanieczyszczenia przyrody. Wówczas zarówno ci, którzy ją zanieczyszczali, jak i osoby zupełnie niewinne, skazane są na życie w zatrutym środowisku, które wywołuje różne schorzenia i działa deprymująco. Nie mówimy wtedy, że Bóg nas pokarał, ponieważ wiemy, że cierpimy wyłącznie z własnej lub z winy innych ludzi. Podobnie jest w przypadku łamania prawa Bożego: nasz grzech niszczy lub zanieczyszcza nasze środowisko duchowe, czujemy się w nim źle, niepewnie, żyjemy w zagrożeniu.

    Do czego potrzebny jest odpust?

    Każdy grzech, nawet najmniejszy, niszczy w taki czy inny sposób nie tylko nasze życie wewnętrzne, ale także nasze relacje z innymi, a przede wszystkim zakłóca, osłabia lub wręcz zrywa naszą relację z Bogiem. Sprawia, że ani my, ani nasi bliźni nie możemy być już dłużej szczęśliwi. Miejsce radości zajmuje smutek, poczucie pewności zastępuje niepewność, przyjaźń zamienia się w nienawiść czy agresję. Dotychczasowa wspólnota miłości i przyjaźni została rozbita. Kto zgrzeszył, daremnie szuka w sobie utraconego szczęścia, które przywrócić może wyłącznie Bóg.

    Nawet po przystąpieniu do sakramentu pokuty, kiedy Bóg prawdziwie mu przebaczył, grzesznik nadal odczuwa określony smutek i niepewność życia. Dlaczego? Ponieważ przyzwyczaił się do swojego grzechu. Negatywne nawyki weszły głęboko w jego życie, zaburzyły jego relacje, stając się wadami, częścią jego charakteru. Z trudem, a często nawet w ogóle ich nie zauważa. Stał się człowiekiem zepsutym, pełnym zachmurzeń, którego nie oświeca “słońce” Bożych przykazań.

    W zaistniałą sytuację wchodzi kategoria “odpustu” [od. łac. indulgentia – pobłażliwość, dobrotliwość, łaskawość]. Czym on jest? Przede wszystkim rzeczywistością duchową, darem Bożej miłości, Jego łaską dla grzesznika. W odpuście obecny jest sam Bóg, który udziela się człowiekowi. Dawanie się Boga człowiekowi Kościół ujął, co prawda, w kategoriach prawnych, co było zgodne z duchem czasów, w jakich tworzyła się ta koncepcja, niemniej jednak odpust jest rzeczywistością na wskroś duchową, darem Ducha Świętego dla wierzących. Aby lepiej zrozumieć sposób funkcjonowania odpustu, należy powiedzieć, przynajmniej kilka słów na temat grzechu.

    Gdy pojawia się grzech, potrzebna jest pokuta

    Każdy grzech kala człowieka, zatruwając jego duchowe życie. Nie każdy jednak grzech czyni to w równy sposób, ponieważ jak zostało wspomniane wcześniej, są grzechy, które określamy jako śmiertelne i te, które nazywamy powszednimi. W zależności zatem od rodzaju i od stopnia grzechu człowiek ściąga na siebie odpowiednio dotkliwą karę, zarówno w swojej relacji do Boga, jak i do Kościoła, jako wspólnoty osób wielbiących Pana. W przypadku grzechu śmiertelnego, zwanego często grzechem “ciężkim”, mamy do czynienia z radykalnym zerwaniem owej relacji. W przypadku popełnienia grzechu powszechnego, określanego popularnie grzechem “lekkim”, mówmy z kolei o poważnym nadwerężeniu tychże relacji, naruszeniu ich stabilności, co w efekcie może grozić ich zarwaniem. Przypomina to sytuację z zanieczyszczeniem wody lub zaśmieceniem środowiska, gdzie chociaż chodzi zawsze o ten sam proces, zmienia się jego natężenie.

    Jedna woda jest bardziej zanieczyszczona od drugiej, czy jedno środowisko brudniejsze od drugiego. Wysokość nakładu, środków i czasu zależy zatem od stopnia zanieczyszczenia; jeden brud usuwa się przy zastosowaniu niewielkich środków, do innego, oprócz zwiększonych nakładów finansowych, potrzeba jeszcze pomocy z zewnątrz. Coś analogicznego jest w przypadku grzechu, który również przypomina formę duchowego zanieczyszczenia.

    Skąd w Kościele wzięły się odpusty?

    Z każdym rodzajem grzechu związana była odpowiednia praktyka pokutna, będąca sposobem oczyszczania się czy uwalniania z negatywnych skutków, wywołanych przez grzech w życiu konkretnego człowieka. Odpusty są owocem teologicznej refleksji nad praktyką pokutną. Są one również efektem pewnej ewolucji tej praktyki, jaka miała miejsce w Kościele katolickim od początku. Chociaż ulegała różnym zmianom, zawsze była obecna i stosowana. Powrót do Boga i do wspólnoty kościelnej zawsze był możliwy, choć nie dokonywał się w sposób mechaniczny.

    Nie znaczyło to, że Bóg czy Kościół ociągali się z ponownym przyjęciem grzesznika do swojej wspólnoty, ale że to grzesznik nie był przygotowany na takie przyjęcie. Lata w grzechu wzniosły w jego sercu, myśli, czynach, przyzwyczajeniach tak wiele barier, że pokonanie ich nie mogło się dokonać jednorazowo, ale wymagało dłuższych przygotowań, naprawiania wyrządzonych innym szkód, przepraszania innych za wyrządzone krzywdy. Dlatego powrót musiał być poprzedzony odpowiednio długim i skomplikowanym czasem pokuty, oczyszczenia i nawrócenia.

    Nakładana przez Kościół pokuta miała charakter zbawczy i wychowawczy zarazem, miała na celu wzbudzić w grzeszniku skruchę i pragnienie lepszego, wolnego od grzechu życia, w przyjaźni z Bogiem, z Kościołem i z resztą stworzenia. Wobec trudnych sytuacji, skomplikowanych grzechów powstawały księgi pokutne. Spisywano w nich rodzaje grzechów, podając jednocześnie rodzaj pokuty i czas, jaki jest wymagany na oczyszczenie się z nich. Stanowiły one niewątpliwie pomoc dla spowiedników, którym łatwiej było “wymierzyć” odpowiednią pokutę za określony grzech. Dopiero po wykonaniu zadanej pokuty grzesznik otrzymywał przebaczenie grzechów i mógł odtąd ponownie uczestniczyć w liturgii eucharystycznej, z której włączył się poprzez grzech. Praktyka taka funkcjonowała aż do czasów średniowiecznych.

    Czym jest rozgrzeszenie?

    W XII i XIII wieku (ciągle jeszcze w średniowieczu) pojawia się radykalna nowość w dotychczasowej praktyce pokutnej Kościoła katolickiego: po pierwsze, rozgrzeszenia zaczęto udzielać jeszcze przed odprawieniem pokuty, po drugie, pojawiła się interesująca nas rzeczywistość odpustów. Można się zgodzić z uwagą niektórych historyków idei, że pokuta i odpust, po odpowiednim uzasadnieniu teologiczno-filozoficznym, dokonały prawdziwej rewolucji w dotychczasowej praktyce pokutnej Kościoła. Uczono odtąd, że poprzez rozgrzeszenie kapłan jedna na nowo grzesznika z Bogiem, natomiast nałożona na niego pokuta ma za zadanie pojednać go z Kościołem i z tymi, których jego grzech obraził, zranił lub im dotkliwie zaszkodził. Grzech bowiem, jak łatwo się przekonać, ma charakter wspólnotowy, co oznacza, że nie niszczy jedynie relacji z Bogiem, ale osłabia lub zrywa powiązania z Kościołem, rozumianym jako wspólnota osób. Dlatego też rozgrzeszenie odnosiło się do Boga, pokuta natomiast do człowieka i rozumiana była jako kara doczesna za popełnione w czasie przewinienia.

    W momencie nawrócenia, które najpełniej dokonuje się w sakramencie pojednania, grzesznik otrzymuje od Boga przez posługę kapłana odpuszczenie winy. Od tej chwili nie grozi mu już potępienie, chociaż nadal pozostaje mu do odpokutowania kara doczesna, czyli naprawienie zniszczonej przez niego harmonii z bliźnimi, oczyszczenie zatrutego duchowego środowiska jego życia. Nie wie jednak dokładnie, jak dotkliwie jego grzech zanieczyścił jego relacje, do jakiego stopnia zniszczył harmonię, co sprawia, że nie wie, jak wielka oczekuje go kara, co musi zrobić, aby wyrządzone zło naprawić. Tymczasem Kościół uczy, powołując się na całość nauki Jezusa Chrystusa, że kara doczesna, czyli owo zniszczenie czy naruszenie Bożego porządku miłości, może (musi) zostać odpokutowana, bądź za życia, bądź po śmierci, co oznacza, że Boży plan zostanie przywrócony.

    W trudnym i bolesnym procesie odpokutowania kar, naprawienia zerwanych więzi, wynikłych z naruszenia przykazań, Kościół solidaryzuje się z człowiekiem, zarówno z tym, który żyje, jak i z tym, który odszedł już z tego świata. Modlitwa Kościoła towarzyszy mu zawsze.

    Pokuta czyli pomoc dla grzesznika

    Wspólnota kościelna wychodzi mu naprzeciw w jego wysiłkach naprawienia szkody, przeproszenia Boga i ludzi, a także zagojenia rany, jaką zadał sam sobie. Kościół pomaga grzesznikowi pokutującemu lub cierpiącemu bóle czyśćcowe przede wszystkim poprzez modlitwę, jaką zanosi do Boga. Zostanie ona z pewnością wysłuchana, ponieważ odpowiada w pełni woli Bożej, pragnącej wiecznego szczęścia dla każdego człowieka, zarówno na ziemi, jak i w wieczności. Katechizm Kościoła Katolickiego uczy więc, że:

    Darowanie kary otrzymuje się za pośrednictwem Kościoła, który mocą udzielonej mu przez Chrystusa władzy związywania i rozwiązywania działa na rzecz chrześcijanina i otwiera mu skarbiec zasług Chrystusa i świętych, by otrzymać od Ojca miłosierdzia darowanie kar doczesnych, jakie należą się za grzechy. W ten sposób Kościół chce nie tylko przyjść z pomocą chrześcijaninowi, lecz także pobudzić go do czynów pobożności, pokuty i miłości (KKK 1478).

    Owocność modlitwy Kościoła zależy jednak od wewnętrznej dyspozycji grzesznika pragnącego się oczyścić i nawiązać w ten sposób zerwaną więź, wchodząc jednocześnie w głębszą i trwalszą jedność z Bogiem i z innymi, co w przypadku cierpiących męki czyśćcowe wydaje się oczywiste.

    Pokuta nigdy nie może być na siłę

    Pragnieniu modlącego się Kościoła musi odpowiadać pragnienie samego grzesznika. Jeżeli istotnie chce się oczyścić z negatywnych konsekwencji swojego dotychczasowego życia, musi podjąć różne rodzaje dobrych czynów. Zaliczają się doń na przykład określone modlitwy, pełnienie uczynków miłosiernych względem potrzebujących, nawiedzanie miejsc świętych czy szeroki wachlarz praktyk pokutnych. Wyszczególnione czyny mają charakter pokutny, jednak wsparte łaską Chrystusa, której udziela Kościół, skutecznie przywracają zerwane relacje, oczyszczają zepsute środowisko, naprawiają wyrządzone szkody.

    Dzieje się tak dlatego, ponieważ Bóg wszystkich pragnie obdarzyć swoją miłością, choć nikogo nie może do niej przymusić. Chętnie udziela swojej łaski, ale nigdy na siłę. Nie narzuca się, ale proponuje swoje błogosławieństwo. Udziela się przy tym w Kościele i poprzez Kościół, czyli poprzez wszystkie te dary łaski, które zostawił swojemu Kościołowi. Stąd Katechizm dopowiada, że:

    Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. Odpust jest cząstkowy albo zupełny zależnie od tego, czy od kary doczesnej należnej za grzechy uwalnia w części czy w całości”. Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych (KKK 1471).

    Tak więc Kościół – uczy tradycyjna, ale wciąż aktualna teologia – wspiera nieustannie swoją modlitwą wysiłki poszczególnego człowieka, starającego się na nowo służyć swemu Bogu i kochać bliźnich, jak siebie samego. Ofiaruje również swoje modlitwy za zmarłych, znoszących męki czyśćcowe, prosząc Pana, aby darował im ich kary i wprowadził do wspólnoty z sobą.

    Jak działają odpusty?

    Kościół udziela odpustów ze skarbca zasług Jezusa Chrystusa i świętych, tj. z łask, jakie Zbawiciel mu pozostawił i którymi pozwolił rozporządzać według uznania. Można zatem powiedzieć, że Jezus Chrystus, jako Zbawiciel, który poprzez swoje życie, mękę, śmierć i zmartwychwstanie dokonał naszego odkupienia, jest jednym wielkim Odpustem. Jest nieskończoną Radością, Wspólnotą człowieka z Bogiem w tajemnicy swojego Wcielenia, zadośćuczynieniem wszystkich kar, czym dzieli się, poprzez posługę Kościoła, z tymi, którzy tego pragną.

    Jezus pragnie, aby wszyscy żyli w tej samej przyjaźni z Bogiem i ludźmi, w jakiej żył On, służąc swojemu Ojcu i ludziom. Kościół, silny Jego mocą i życiem tak wielu świętych, którzy tworzą Kościół królujących w niebie, bierze niejako na siebie słabości grzesznika i podejmuje się zadania naprawienia wewnętrznych i zewnętrznych skutków grzesznych czynów swoich ziemskich członków. Czyni to poprzez rozdzielanie łask otrzymanych od Chrystusa.

    Następuje to przede wszystkim poprzez modlitwę, a ponieważ ten rodzaj modlitwy jest miły Bogu, pragnącemu zbawienia wszystkich ludzi, dlatego zostaje ona wysłuchana. To zatem, co wydawało się być trudne dla grzesznika, czyni w jego imieniu Kościół, jako wspólnota wierzących, prosząc zgodnie swego Pana czynami miłości, aby grzesznik nawrócił się i był na powrót żywym duchowo członkiem wspólnoty.

    Co jest ważne w modlitwie związanej z odpustami?

    Stąd tak ważna w odpuście jest jedność z Kościołem, która wyraża się na zewnątrz poprzez przyjęcie Komunii św. i modlitwę w intencjach Ojca Świętego. Komunia św. wyraża jedność duchową, z kolei modlitwa w intencjach papieża – modlitwa – jedność widzialną. Bez tej podwójnej jedności z Kościołem nie jest możliwe uzyskanie odpustu, naprawienie zerwanych więzi. Rozłam bowiem może zostać naprawiony wyłącznie poprzez silne więzy jedności.

    Papież Paweł VI w Konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina, w której przedstawił naukę o odpustach, zredukował dotychczasową liczbę odpustów oraz zrezygnował z istniejącego dotąd podziału odpustów na osobowe, rzeczowe i miejscowe. Podkreślił natomiast, że “odpustami są obdarzone czynności wiernych, chociażby łączyły się z jakąś rzeczą lub miejscem”.

    Kościół udziela odpustów ze skarbca zasług Jezusa Chrystusa i świętych, tj. z łask, jakie Zbawiciel mu pozostawił i którymi pozwolił rozporządzać według uznania. Można zatem powiedzieć, że Jezus Chrystus, jako Zbawiciel, który poprzez swoje życie, mękę, śmierć i zmartwychwstanie dokonał naszego odkupienia, jest jednym wielkim Odpustem. Jest nieskończoną Radością, Wspólnotą człowieka z Bogiem w tajemnicy swojego Wcielenia, zadośćuczynieniem wszystkich kar, czym dzieli się, poprzez posługę Kościoła, z tymi, którzy tego pragną.

    Jezus pragnie, aby wszyscy żyli w tej samej przyjaźni z Bogiem i ludźmi, w jakiej żył On, służąc swojemu Ojcu i ludziom. Kościół, silny Jego mocą i życiem tak wielu świętych, którzy tworzą Kościół królujących w niebie, bierze niejako na siebie słabości grzesznika i podejmuje się zadania naprawienia wewnętrznych i zewnętrznych skutków grzesznych czynów swoich ziemskich członków. Czyni to poprzez rozdzielanie łask otrzymanych od Chrystusa.

    Następuje to przede wszystkim poprzez modlitwę, a ponieważ ten rodzaj modlitwy jest miły Bogu, pragnącemu zbawienia wszystkich ludzi, dlatego zostaje ona wysłuchana. To zatem, co wydawało się być trudne dla grzesznika, czyni w jego imieniu Kościół, jako wspólnota wierzących, prosząc zgodnie swego Pana czynami miłości, aby grzesznik nawrócił się i był na powrót żywym duchowo członkiem wspólnoty.

    Konstytucja Pawła VI odchodziła od “wymierzania” darowanej kary doczesnej w jednostkach czasowych, co praktykowano dotychczas. Nie przeszkodziło to jednak stosowaniu dotychczasowej praktyki – nadal jeszcze spotkać można było książeczki do modlitwy, w których niemal każda modlitwa czy litania opatrzona była przypisem informującym, ile dni odpustu jest związanych z jej odmówieniem. Informację o 300 dniach wielu interpretowało zatem jako krótsze o trzysta dni przebywanie w czyśćcu. Rozumowanie to wiązało się z bardzo reistycznym (od łac. res – rzecz, przedmiot) pojmowaniem czyśćca, jako określonego “miejsca” w zaświatach, gdzie należało odpowiednio długo przebywać. Wszystko odczytywano więc w kluczu czasowo-przestrzennym, nie zaś, jak się powinno, duchowo-symbolicznym.

    Konstytucja Pawła VI mówi, że po spełnieniu określonego dobrego czynu, z którym Kościół wiąże określone łaski, wierny dostępuje odpuszczenia kary, czyli na tyle udoskonalił swoje odniesienie do Boga i bliźnich, na ile zasługuje wartość spełnionego przez niego dobrego czynu. Kościół wyraża tym samym nadzieję, że dobre czyny zmieniły również wnętrze człowieka, że praktykując je, nabrał pozytywnych przyzwyczajeń, czyli że stał się osobą bardziej cnotliwą. Jego modlitwa stała się w ten sposób bardziej bezinteresowna, wypływająca z miłości nieszukająca osobistych korzyści. Taka właśnie modlitwa, zanoszona w intencji zmarłych, jest miła Bogu i zostaje wysłuchana. Współgra ona z miłością, którą jest sam Bóg. W ten sposób odpust doskonali zarówno życie proszącego o niego, jak również udziela potrzebnych łask tej osobie, za którą zanoszone są modlitwy, a zatem korzyść jest obopólna.

    Rodzaje odpustów

    W teologii zwykło się mówić o dwóch rodzajach odpustów: odpuście cząstkowym i zupełnym. Jak wskazuje sama nazwa, odpust cząstkowy jest darowaniem tylko części kar doczesnych i, jak zostało już powiedziane, udzielany jest na mocy zasługującego czynu, który Kościół obdarza odpustem cząstkowym. W odróżnieniu od niego odpust zupełny uwalnia w całości od kary doczesnej należnej za grzechy. W celu uzyskania odpustu zupełnego należy, oprócz wykonania obdarzonej takim odpustem czynności, spełnić ponadto trzy dalsze warunki. Należą do nich: spowiedź sakramentalna, Komunia św., modlitwa w intencjach papieża oraz wykluczenie wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu.

    Jak już wspomnieliśmy, 29 czerwca 1968 roku Penitencjaria Apostolska ogłosiła dekretem Wykaz odpustów. Zamieściła w nim trzy ogólniejsze formy udzielania odpustów, gdzie mówi, że:

    udziela się odpustu cząstkowego wiernemu, który w wykonywaniu swoich obowiązków i znoszeniu przeciwności życiowych skierowuje swoją myśl z pokorną ufnością do Boga, dołączając – choćby tylko wewnętrznie – jakieś pobożne wezwanie.

    Nieco dalej dokument dodaje, że odpustem cząstkowym obdarowany zostaje także ten wierny, który, kierując się duchem wiary, zaofiaruje sam siebie lub przeznacza swoje dobra w duchu miłosierdzia na służbę braci znajdujących się w potrzebie.

    Odpustu cząstkowego dostąpi także ten wierny, który w duchu pokuty powstrzyma się dobrowolnie od rzeczy miłej i godziwej dla niego. Penitencjaria miała na myśli w pierwszym rzędzie przezwyciężenie pożądliwości, a także wszelkie inne możliwe formy przezwyciężania siebie, odnoszenia zwycięstwa nad własnym egoizmem, zerwania z wadami, unikania okazji do grzechu itd.

    Najważniejszy warunek odpustu

    Wszystko to wydaje się być nieodzownym warunkiem do upodobnienia się do ubogiego i cierpiącego Pana, stania się Jego przyjacielem. Najistotniejsza jednak jest w tym wszystkim, oczywiście, miłość. Jej brak zrodził grzech, zerwał przyjaźń z Bogiem, z Kościołem i bliźnimi, stąd jej obecność niszczy grzech i odradza przyjaźń.

    Miłość, która jest naturą Boga i najważniejszym przykazaniem chrześcijanina, jest więc najbardziej potrzebna w procesie nawrócenia, jest konieczna na drodze oczyszczenia. Człowiek ukarał siebie właśnie brakiem miłości, oczyści się więc tylko wtedy, kiedy stanie się jej wiernym sługą.

    Co należy zrobić, by uzyskać odpust?

    Wykaz odpustów zawiera również listę odpustów. Piętnaście z nich dotyczy praktyk pobożnych, których wierne spełnienie pozwala skorzystać z łaski odpustu zupełnego. Tyle samo jest czynności, które w pewnych, ściśle określonych okolicznościach, obdarowują odpustem. Natomiast czterdzieści innych praktyk Kościół obdarza odpustem cząstkowym. W rejestrze odpustów są również takie, które uzyskać można wyłącznie na rzecz zmarłych. Mówi Katechizm:

    Ponieważ wierni zmarli, poddani oczyszczeniu, także są członkami tej samej komunii świętych, możemy pomóc im, między innymi, uzyskując za nich odpusty, by zostali uwolnieni od kar doczesnych, na które zasłużyli swoimi grzechami (KKK 1479).

    Warunki odpustu za zmarłych

    Rejestr odpustów wylicza trzy odpusty zarezerwowane wyłącznie za zmarłych. Oto one:

    Wiernemu, który pobożnie nawiedzi cmentarz i pomodli się choćby tylko w myśli za zmarłych, udziela się odpustu: od dnia 1 do 8 listopada – zupełnego, a w pozostałe dni roku – cząstkowego.

    Odpustu cząstkowego udziela się również przez odmówienie modlitwy: Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju.

    Ponadto udziela się odpustu zupełnego wiernym, którzy w Dniu Zadusznym nawiedzą pobożnie kościół albo kaplicę publiczną, ewentualnie półpubliczną. W tym ostatnim przypadku odpust uzyskują jedynie ci, którzy prawnie korzystają z kaplicy. […] Wspomniany odpust będzie można uzyskać albo w dniu powyżej określonym, albo za zgodą ordynariusza – w niedzielę poprzedzającą lub następną, ewentualnie w uroczystość Wszystkich Świętych. […] Podczas pobożnego nawiedzenia kościoła należy […] odmówić Modlitwę Pańską i Symbol wiary.

    Wszystkie odpusty, powtórzmy jeszcze raz, czerpią swoją moc darowania kar z modlitwy Kościoła, “który względem swych członków ma władzę sprawowania pełnego rozgrzeszenia i może ją w szczególniejszy sposób skierować na rzecz konkretnego wiernego”.

    Odpust to nie magia

    Ten, kto zyskuje odpust, prosi zatem Boga w ufnym błaganiu (suffragium) w intencji zmarłego, dla którego wyprasza potrzebne łaski, a tym samym szybsze radowanie się chwałą nieba. Jego prośba nie działa jednak na Boga zniewalająco. Otrzymanie odpustu nie następuje mechanicznie. Zyskuje się go przede wszystkim poprzez otwartość i dyspozycyjność na Boże działanie, posłuszeństwo Jego woli, pełnienie Jego przykazań.

    Niczym deszcz Boża łaska spływa z nieba na wszystkich, stąd otrzymać ją może niemal każdy, pod warunkiem, że będzie jej pragnąć. Nie można więc nikogo przymusić do przyjęcia miłości Bożej, ale zarazem każdy, kto chce ją mieć, otrzymuje w obfitości. Samo zatem odmówienie przepisanej modlitwy czy też wykonanie określonego uczynku nie oznacza, że osoba otrzymuje w sposób automatyczny przypisany danej czynności odpust.

    Nade wszystko potrzeba postawy wiary i czynnej miłości. Każda miłość, także ludzka, dostępna jest tylko i wyłącznie poprzez wiarę. Nie inaczej jest z miłością Boga, która także daje się jedynie poprzez wiarę. W parze z wiarą i czynami miłości, z postawą głębokiego żalu i szczerej chęci poprawy idzie modlitwa. Wypraszając więc dla zmarłego odpust, człowiek wyprasza pośrednio dla siebie potrzebne łaski, z których niewątpliwie największa oznacza lepsze, doskonalsze życie duchowe.

    Co, gdy modlitwa za odpuszczenie grzechów “nie działa”?

    Żadna modlitwa zanoszona do Boga nie jest modlitwą zmarnowaną. Podobnie jest z odpustami, które ofiarowane są za zmarłych; jeżeli ktoś, za kogo ofiarowany jest odpust, raduje się już chwałą nieba i nie oczekuje na naszą modlitwę, nie zostaje ona bynajmniej “zmarnowana”. Jeżeli łaski tej nie potrzebuje osoba, za którą prosimy, Bóg przeznaczy ją innej, bardziej oczekującej na wsparcie z ziemi.

    Trzeba bowiem pamiętać, że przyszłe życie nie jest życiem w pojedynkę, ale jest wspólnotą osób wzajemnie sobie życzliwych, dobrych, oddanych w miłości i zatroskanych o wzajemne dobro. Nic więc z dobra, które czynię na ziemi z myślą o zmarłych, nie przepada. A wysłużony przeze mnie odpust udzielony zostaje temu, kto potrzebuje go najbardziej. On z kolei, w tajemnicy obcowania świętych, oręduje za mną i ze swej strony wyprasza potrzebne mi błogosławieństwo, pomocne do dobrego życia tutaj na ziemi i do szczęścia wiecznego po śmierci.

    Najlepsza modlitwa za zmarłych

    Na zakończenie należy przypomnieć, że Kościół od zawsze nauczał, że w naszej trosce o zmarłych najważniejsza jest Eucharystia. Posiada ona największą wartość oraz skuteczność w osobistym uświęceniu. Nie omieszkał zaznaczyć tego Paweł VI:

    Święta Matka Kościół, wyrażając jak największą troskę o zmarłych, znosząc jakikolwiek przywilej w tej materii, postanawia, że tymże zmarłym przychodzi się z pomocą w sposób najdoskonalszy przez każdą Ofiarę Mszy świętej.

    Odpusty nie przestają spełniać ważnej roli w życiu Kościoła i jego wiernych. Nadal mają określoną wartość, jednak najważniejsza jest Msza Święta, która gładzi grzechy i dokonuje uświęcenia żyjących na ziemi, a zmarłym przychodzi z pomocą. W Eucharystii najpełniej łączymy się z naszymi zmarłymi braćmi i siostrami, z całym wszechświatem, prosząc dla nich o łaskę bycia Bożym obrazem. W niej też łączymy się najbardziej z osobami, pośród których żyjemy, z którymi tworzymy wspólnotę opartą na szczerej i głębokiej miłości. Eucharystia oczyszcza i umacnia wszystkie nasze relacje, nadając sens ewentualnemu cierpieniu czy też zachęcając do cierpienia, jeżeli może z niego wyniknąć jakieś dobro. Jest przedsmakiem nieba, gdzie Bóg będzie “wszystkim we wszystkim”.

    Na ten aspekt Mszy Świętej zwraca uwagę Chiara Lubich, pisząc, że “Eucharystia zbawia nas i czyni nas Bogiem. My – umierając -przyczyniamy się wraz z Chrystusem do przemiany całej natury. Dlatego cała natura ukazuje się jako przedłużenie ciała Jezusa. Czyż Jezus, wcielając się, nie przyjął właśnie ludzkiej natury, łączącej w sobie cały świat stworzony?”.

    * * *

    (fragmenty z książki o. Kijasa pt. “Niebo, Czyściec, Piekło”

    o. Zdzisław Józef Kijas OFMConv/DEON.pl

    +++

    Jak uzyskać odpust dla dusz czyśćcowych w dniach 1-8 listopada

    Według obowiązującego wykazu odpustów możemy ofiarować zmarłym cierpiącym w czyśćcu wyjątkowy dar w dniach 1-8 listopada.

    Dla uzyskania odpustów zupełnych – za nawiedzenie cmentarza w dniach 1-8 listopada (jeden każdego dnia) należy:

    • być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego;
    • być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym);
    • przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
    • nawiedzić cmentarz i tam pomodlić się za zmarłych dowolną modlitwą
    • odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)

    Odrębny odpust związany jest z dniem, kiedy wspominamy Wszystkich Wiernych Zmarłych – odpust za nawiedzenie świątyni – 2 listopada

    Dla jasności powtarzamy warunki zwykłe:

    • być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego
    • być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym)
    • przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
    • odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)

    Ponadto należy w Dzień Zaduszny:

    • nawiedzić kościół lub kaplicę, gdzie znajduje się Najświętszy Sakrament
    • odmówić: Wierzę w Boga… oraz Ojcze nasz…

    UWAGA! Błędem jest podawanie do wiadomości, że w dniach 1-8 listopada można zyskać odpusty zupełne za nawiedzenie cmentarza lub kościoła. Tak podana informacja sugeruje, że w całej oktawie Wszystkich Świętych moglibyśmy zyskiwać odpusty zupełne nie idąc na cmentarz lecz przychodząc tylko do kościoła. Taka możliwość istnieje tylko i wyłącznie w dniu 2 listopada.

    Odpust cząstkowy za zmarłych w każdym czasie można uzyskać za:
    – pobożne odmówienie Jutrzni lub Nieszporów z Oficjum za zmarłych
    – pobożne odmówienie wezwania: „Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju. Amen”
    – pobożne nawiedzenie cmentarza i modlitwę za zmarłych tam odmówioną (choćby w myśli)
    – tylko w Polsce: za odmówienie modlitwy: „Dobry Jezu, a nasz Panie, daj im wieczne spoczywanie.
    Światłość wieczna niech im świeci, gdzie królują wszyscy święci.
    Gdzie królują z Tobą, Panie, aż na wieki wieków. Amen”.

    Warunki zyskiwania odpustów cząstkowych:
    -być w stanie łaski uświęcającej
    -wykonywać owe pobożne czynności ze skruchą serca

    źródło:

    Wykaz odpustów. Normy i nadania, Wydanie wzorcowe według łacińskiego wydania z 2004 roku.
    tłumaczenie zostało przyjęte przez 321. Zebranie Plenarne Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie.

    mp/apdc.wspomozycielki.pl

    +++

    Jak modlić się przy grobach? Wybierając się na cmentarz, warto znać te modlitwy

    fot. Scottiealan / Pixabay

    ***

    Koniec października i początek listopada to w Polsce tradycyjnie czas odwiedzania cmentarzy i modlitwy za bliskich zmarłych. Jaką modlitwę odmawiać stając przy grobach? Podpowiadamy kilka propozycji krótkich modlitw

    Wieczny odpoczynek

    Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie,
    a światłość wiekuista niechaj im świeci.
    Niech odpoczywają w pokoju.
    Amen.

    Akty strzeliste za zmarłych

    • Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła.
    • Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych
    • Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.

    Modlitwa za zmarłego o uwolnienie od grzechów i kar

    Panie, Boże Wszechmogący, ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę: wyzwól duszę Twego sługi (Twojej służebnicy) od wszystkich grzechów i kar za nie. Niech święci Aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją z ciemności do wiekuistego światła, z karania do wiecznych radości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Modlitwa za zmarłych za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego

    Panie Jezu, za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego, proszę Cię za tymi, którzy przekroczyli już bramę śmierci i oczekują twojego miłosierdzia w czyśćcu. Spraw, abym w Twoim domu spotkał się z moimi bliskimi i wszystkimi braćmi i siostrami, których powołałeś do życia wiecznego.
    Amen.

    Za zmarłych rodziców

    Boże, Tyś nam przykazał czcić ojca i matkę, zmiłuj się łaskawie nad duszami moich rodziców i odpuść im grzechy; pozwól mi oglądać ich w radości Twej wiekuistej światłości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Za wielu zmarłych

    Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła.
    Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych.
    Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.
    Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Modlitwa za poległych żołnierzy

    Panie, Boże Wszechmogący, polecam Twemu miłosierdziu dusze naszych poległych żołnierzy, którzy oddali swe życie w obronie drogiej Ojczyzny i przelali swoją krew w obronie nie tylko naszego kraju, ale i Wiary świętej. O Boże, niech to ich męczeństwo poniesione w obronie Wiary i Ojczyzny uwolni ich dusze z czyśćca i wyjedna wieczną nagrodę w niebie. Błagam Cię o to przez Mękę i Śmierć naszego Zbawiciela, przez Jego Najświętsze Serce, przez przyczynę i zasługi Jego Niepokalanej Matki oraz świętych Patronów i Patronek naszego Narodu. Amen.

    Za zmarłych, spoczywających na danym cmentarzu

    Boże, dzięki Twojemu miłosierdziu dusze wiernych odpoczywają w pokoju; udziel łaskawie odpuszczenia grzechów Twoim sługom i służebnicom, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, aby uwolnieni od wszystkich win cieszyli się z Tobą bez końca. Panie, przyjmij łaskawie modlitwę zaniesioną za dusze sług i służebnic Twoich, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, niech oswobodzeni z więzów śmierci otrzymają życie wieczne. Boże, Światłości dusz wiernych, wysłuchaj nasze prośby i daj miejsce w niebie, błogosławiony pokój oraz jasność Twojego światła sługom i służebnicom Twoim, których ciała tutaj spoczywają w Chrystusie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Stacja7.pl

    +++

    Dusze czyśćcowe więcej wiedzą o nas i o tym, co się dzieje, niż myślimy

    Dusze czyśćcowe więcej wiedzą o nas i o tym, co się dzieje, niż myślimy. Wiedzą np., kto bierze udział w ich pogrzebie i czy idzie tylko dlatego, aby inni go widzieli. Wiedzą, kto wysłuchał za nich Mszy św., bo dla umarłych pobożne wysłuchanie Mszy św. ma większe znaczenie, aniżeli towarzyszenie zwłokom na cmentarz.

    Adobe Stock

    +++

    Wiedzą również dusze czyśćcowe, co się o nich mówi i co się dla nich robi. Są bliżej nas, niż myślimy: są całkiem blisko nas.

    +++

    +++

    Część wywiadu Marii Simmy z Nickym Eltzem:

    „Ile wiedzą na temat swoich rodzin?

    Powiedziałabym, że prawie wszystko. Widzą nas cały czas. Słyszą każde słowo, które wypowiadamy na ich temat, i wiedzą, czego doświadczamy. Ale nie znają naszych myśli. Widzą swoje własne pogrzeby i wiedzą, kto tam jest i kto się za nich modli, a kto przyszedł tylko po to, by inni widzieli.

    Czy dusze tam przebywające wiedzą, co będzie się działo na świecie?

    Tak, wiedzą o niektórych rzeczach, ale nie wszystko. Powiedziały mi, że jest jakieś wielkie wydarzenie mające niedługo nastąpić, tuż-tuż. Przez wiele lat mówiły, że jest „tuż za drzwiami”, ale od maja 1993 roku używały zwrotu „w progu”. Chodzi o nawrócenie ludzkości. A na mniejszą skalę mówiły mi o pewnych sprawach z niewielkim wyprzedzeniem. W lecie 1954 roku powiedziały mi o powodziach, które tak bardzo dały się we znaki w tej okolicy. Kiedyś też po zejściu lawiny dusze powiedziały mi, że są jeszcze żywi zakopani w śniegu, więc zespół ratowniczy kontynuował poszukiwania chwilę dłużej, niż nakazywała rutyna. W końcu zlokalizowano i uratowano ludzi dwa dni po tym, gdy poprosiłam, by zespół kontynuował poszukiwania.” Maria Simma podkreśliła, że słowa mogą zabijać i wyrządzać innym ogromną krzywdę. Z drugiej strony miłość bliźniego, najmniejsze akty dobroci okazywane różnym osobom przynoszą wiele zasług i stanowią pewną drogę do nieba. Pomagają nam w tym także cierpienia i modlitwy odprawiane w intencji dusz czyśćcowych, które później będą orędować za nami z nieba. (1850–1917) odznaczała się szczególnym umiłowaniem dusz wiernych zmarłych w czyśćcu. Niektóre widzenia, jakie miała, są dowodem na to, jak bardzo dusze pozostają wdzięczne i odwzajemniają się za doznaną pomoc. Po śmierci pewnego dostojnika, kiedy święta podeszła do ołtarza, żeby przyjąć Komunię świętą we własnej intencji, jego dusza stanęła przed nią i powiedziała: „Tę Najświętszą Komunię przyjmiesz za mnie”. Przez miesiąc docierała do jej uszu ta sama prośba, a po upływie tego czasu ujrzała duszę uśmiechniętą i usłyszała od niej: „Już wystarczy, dziękuję Ci; dotychczas to Ty mi pomagałaś, od teraz ja będę pomagał Tobie”.

    Święty Tomasz z Akwinu, potwierdzał, iż „modlitwa za zmarłych jest milsza Panu Bogu aniżeli ta za żyjących – ponieważ zmarli potrzebują jej, a nie mogą pomóc sami sobie, natomiast żywi mogą”. „Jest to wielka prawda, która powinna uwrażliwić nas i sprawić, iż będziemy hojnie pomagać niezliczonym duszom czyśćcowym, cierpiącym bez żadnej pociechy ponieważ są zapomniane lub nieznane nikomu – a przeto przez wszystkich opuszczone” – pisze Stefano Maria Manelli SI.

    Św. Katarzyna z Bolonii (Katarzyna de Vigri 1413–1463) wyjaśnia: „Często to, co przez świętych w niebie uzyskać nie mogłam, otrzymałam natychmiast, kiedy zwróciłam się do dusz w czyśćcu”.

    „Przyczyną tego – podaje bawarska mistyczka, siostra Anna Maria Lindmayr (1667–1726) – nie jest to, że nas dusze czyśćcowe wysłuchały, ale to, że Bóg nas wysłuchał ze względu na Jego Miłość do tych biednych dusz, które Bóg bardzo kocha. (…). Żaden okres mojego życia nie był dla mnie tak szczęśliwy i bardziej błogosławiony niż czas, który spędziłam z duszami i dla dusz czyśćcowych – dodaje Anna Maria Lindmayr. – Bóg wspaniałomyślnie nagradza miłość do dusz czyśćcowych i tą drogą najprędzej pomaga nam w cnotach i doskonałościach, ponieważ te dusze leżą Mu bardzo na sercu, dlatego że są najbiedniejsze i same już sobie pomóc nie mogą”.

    „To działa w obie strony – przekonuje siostra Anna Czajkowska ze Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych. – Na tym m.in. polega tajemnica obcowania świętych. Gdy zmarli w czyśćcu widzą naszą troskę o nich, niemożliwe, by nie odpowiedzieli modlitwą za nas. Te dusze dzięki naszemu wsparciu coraz bardziej stają się podobne do Boga, a Bóg obdarowuje. One więc coraz bardziej się za nas modlą”.

    „To samo obcowanie świętych sprawia jednak, iż dusze czyśćcowe z całą pewnością mogą wspierać nas, tak bardzo potrzebujących pomocy na tej ziemi rodzącej «cierń i oset» (Rdz 3,18), na tej ziemi pełnej pokus i niebezpieczeństw! – możemy przeczytać na portalu internetowym sióstr Franciszkanek Niepokalanej. – Dusze czyśćcowe dobrze znają nasze warunki życia i bez wątpienia pragną hojnie nam pomagać”.

    Przyczyniając się do zbawienia innych, przyczyniamy się do zbawienia samych siebie, o czym wyraźnie mówił św. Jan Maria Vianney: „Jeśli chcemy, bracia i siostry, zapewnić sobie niebo, to módlmy się bezustannie za duszami w czyśćcu cierpiącymi. Pewny to znak wybrania i potężny środek do zbawienia – modlitwa za zmarłych. Bracia i siostry, ileż lat wypadnie nam cierpieć w czyśćcu, którzyśmy tyle popełnili grzechów, i pod pozorem, żeśmy się wyspowiadali, nie czynimy pokuty. (…) Nasz czas na ziemi jest ograniczony, dlatego myślę, że warto skorzystać z tej szansy. To niezwykły dar od Pana Boga, za którym kryje się nagroda życia wiecznego w niebie”. Wielka miłość, jaką żywił do dusz czyśćcowych święty Proboszcz z Ars, kazała mu powiedzieć pewnego razu: „O, gdyby wiedziano, jak wielką moc posiadają te dusze nad Sercem Bożym i jakie łaski można za ich wstawiennictwem uzyskać, nie byłyby tak bardzo opuszczone. Kiedy uprosić chcemy u Boga prawdziwy żal za nasze grzechy, zwróćmy się do dusz czyśćcowych, które od tak wielu lat żałują za swe grzechy w płomieniach ognia czyśćcowego. Trzeba się dużo za nie modlić, aby i one modliły się dużo za nas”.

    fragment książki “Największe tajemnice czyśćca. Błogosławieństwo oczyszczającego ognia”
    Tygodnik Niedziela

    +++

    Nie jest ostatnim słowem

    Gumy do żucia w kształcie nagrobków, lizaki – trupie czaszki, baloniki z napisem R.I.P. Społeczeństwo chce zamienić śmierć w memy, oswoić ją, familiarnie poklepać po ramieniu. Bezskutecznie. Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: została pokonana.

    fot. JF Martin/Unsplash

    ***

    Niedzielny świt. Spaceruję ulicami Warszawy. Sklep z gadżetami na Halloween. Gumy do żucia w kształcie nagrobków, lizaki – szczerzące zęby trupie czaszki, krzyże, baloniki z napisami R.I.P. Śmierć na słodko, śmierć na słono. Tuż za rogiem pozostałość muru getta. ​Zderzenie światów, których nie da się pogodzić. Czekoladowe kościotrupy i dzieci-szkielety umierające z głodu na ulicy. Zabawa w śmierć i kurczowe trzymanie się życia. Baloniki i dramaty. Światy oddziela potężny mur. Ten z getta zburzono, ale mentalny, próbujący oswoić śmierć, pozostał.

    Będzie, będzie zabawa

    Czytam porażające wspomnienia z „Archiwum Ringelbluma”: „Mur. Granica getta. W murze na dole jest otwór odpływowy, przez który przejść może dziecko. W kącie przy murze stoi dwóch żołnierzy, a od strony żydowskiej z getta przychodzi matka z dzieckiem. To sześcioletnie dziecko jest żywicielem całej rodziny. Ten sześcioletni starzec przez ścieki, przez rynsztok szmugluje do getta żywność dla rodziny. I teraz też, zaopatrzony w pieniądze i worek, schyla się i zaczyna pełzać przez otwór. Przetknąwszy głowę, zaczyna się rozglądać i spotyka się wzrokiem z czatującymi żołnierzami. Dziecko szarpie się, rwie się z powrotem, ale tu stoi matka i pcha je za nogi tam, tam – po żywność”.

    Tuż obok zabawa w śmierć. Pokolenie, które świętuje huczniej Halloween niż Boże Narodzenie, nie potrafi stanąć oko w oko z cierpieniem. Bezskutecznie próbuje ośmieszyć śmierć, bezczelnie zajrzeć jej w oczy. A jednak na to słowo reaguje histerycznie. I pakuje ją albo w „Powrót żywych trupów”, albo w żenujące prowokacje halloweenowych smakołyków. Kultura śmierci nie mówi o śmierci, bo… panicznie się jej boi.

    Znam od podszewki środowisko nastolatków. Widzę, jak wielu z nich stara się „wywołać wilka z lasu”, spróbować poklepać śmierć po ramieniu, wyśmiać, wyszydzić, zamienić w memy. Bezskutecznie. W tym roku kilkanaście razy głosiłem słowo dla młodych i niemal po każdym spotkaniu zostawała choć jedna osoba, by opowiedzieć mi o próbach samobójczych i samookaleczeniach.

    Jej wysokość śmierć

    Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: śmierć została pokonana. Co wcale nie znaczy, że klepią ją po ramieniu i nie ocierają łez nad grobami bliskich. Gdzie tu Dobra Nowina? Jest nią przesłanie o Jezusie, który zburzył mur. Przeszedł ze śmierci do życia. Co więcej, podkreślił, że będzie to również naszym udziałem, bo jak pokornie zapowiadał, idzie „przygotować nam miejsce”. Bóg, który nakazuje Ezechielowi: „Prorokuj do suchych kości”, jest miłośnikiem życia.

    Wobec śmierci jesteśmy bezradni, nie ma co grać chojraka. Rozmawiałem na ten temat z siostrami klauzurowymi, które opowiadały o dziecięcej bezbronności wobec tego doświadczenia. W klasztorze w Świętej Annie, gdzie na ogromnym obrazie w tańcu śmierci wirują ludzie i szkielety, słyszałem od siostry Józefy, dominikanki, która wiele razy towarzyszyła odchodzącym mniszkom: „Wobec śmierci jesteśmy jak dzieci. Czułam się zawsze jak mały Dawid z procą przed potęgą Goliata. Bo umieranie to misterium. Jak narodziny. Kiedyś w umierającej siostrze, świętej siostrze, zobaczyłam małą dziewczynkę, która ma przeskoczyć kałużę, za którą stoi i wyciąga ręce stęskniony tata. A ona nad taflą wody waha się, boi się skoczyć. Trzeba stanąć przy niej, podać rękę i szepnąć: »Skacz! Nie bój się! Tata cię złapie!«. Podeszłam kiedyś do ciężko chorej siostry i spytałam: »Czemu jesteś taka smutna?«. »Bo czuję, że już blisko moja śmierć«. Zastanowiłam się i przyznałam: »Tak, to poważna sprawa«. I zaczęłam tworzyć opowieść: »Siostro, nie będziemy się bać. Na rękach, jak skarb zaniesiemy siostrę, aż do samych drzwi. A tam już wyciąga po siostrę dobre ręce sam Bóg, i Matka Boża, i siostry, i rodzina, i całe niebo świętych. Śmierć to takie drzwi, przez które idziemy w nowe życie«. Zobaczyłam, że ta mocno doświadczona życiem kobieta potrzebowała tej opowieści. Powiedziała mi to, co wcześniej chory tato: »Mów mi o Bogu i o mnie«”.

    To moja siostra

    „Umierać jeszcze nie chcę… Czy boję się śmierci? Trochę tak, bo to zawsze doświadczenie, którego nie znamy. Ale nie ma paniki. Liczę na Boże miłosierdzie” – opowiadał nam kilka miesięcy temu pokorny brat Józef Bałaban, który w krakowskim klasztorze franciszkanów sadził rośliny zwane łzami Matki Boskiej, a później własnoręcznie wyrabiał z nich różańce. „Ja nie jestem od gadania, ja jestem od roboty. Trzeba w życiu robić to, co mu dają do robienia. Nie narzekać i mieć dobrą intencję” – podsumował. Zmarł we wspomnienie św. Franciszka. Nie mógł sobie znaleźć lepszej daty na przejście. Nie można poklepać śmierci po ramieniu, ale można się z nią zaprzyjaźnić. „Pozdrowiona niech będzie siostra śmierć” – miał wołać św. Franciszek z Asyżu, pocieszając tym zasmuconych braci.

    Ksiądz Czesław Lewandowski, świadek ostatnich chwil brata Alberta Chmielowskiego, wspomniał: „Usiadł na tapczanie i z pogodnem obliczem i miłością patrzał na otaczające go dzieci duchowne, które wyrażały Swemu Ojcu swe uczucia, prosiły go pojedynczo to o modlitwę, to znowu o błogosławieństwo i inne usługi duchowne, a on mile spełniał ich życzenia i dawał ostatnie nauki. Scena ta zrobiła wielkie wrażenie na obecnych, rozległ się płacz i szlochanie. Nagle w jego oczach zabłysły dziwne jakieś ognie. Umierający starzec przemienia się jakoby w jakiegoś olbrzyma, a z ust jego, jak grom, zaczęły padać dziwnie mocne słowa, które do głębi duszami obecnych wstrząsnęły: »Co tu płakać? Z wolą Boską macie się zgadzać i za wszystko Bogu dziękować! Tak jest! Trzeba Bogu dziękować za chorobę i za śmierć, jak ją zsyła. Zmówić trzeba Magnificat!«. Ucichł płacz, a Brat Albert użył tytoniu, by pod dymem tej pospolitości ludzkiej ukryć zarazem, co heroicznego i nadzwyczajnego w nim zauważono”.

    „Święty Benedykt w czwartym punkcie swojej Reguły pisze, by »śmierć nadchodzącą mieć codziennie przed oczyma«. To zalecenie jest realizowane w naszym klasztorze bardzo dosłownie. Okna wielu cel wychodzą na mały cmentarz, niewidoczny dla obserwatorów z zewnątrz” – pisze trapista o. Michał Zioło w książce „Po co światu mnich?”. „Cmentarz jest wciąż taki sam, brat odstępuje mogiłę bratu, kości poprzednika składane są pod głową zmarłego i tak przez wieki. Nie ma tu marmurowych nagrobków, a jedynie małe tabliczki z imieniem. Jedna pod drugą, na pierwszy rzut oka przypominają wojskowe nieśmiertelniki. Rdza przechodzi z tabliczki na tabliczkę. Jak mawiał Rilke, »każdy ma własną śmierć«, choć oczywiście śmierć jako zjawisko jest dla każdego z nas zdziwieniem i przerażeniem, i tym wszystkim, o czym mówią filozofowie. Bracia jednak nie są filozofami… Gdy już wiadomo, że brat jest powołany lub zamierza odejść, to gromadzimy się wszyscy przy nim i odmawiamy Litanię do Wszystkich Świętych. Mnich jak każdy człowiek ma oczywiście takie pokusy, żeby sobie powiedzieć: »Jeszcze kawał życia przede mną, jeszcze zrobię to, tamto, zagłosuję, sprzeciwię się, zadecyduję, zapytam, dlaczego coś budują bez mojej zgody«, ale przychodzi moment, kiedy już wie, że to koniec. Nie, że koniec życia, ale że ma się zacząć coś nowego”.

    Nie ma paniki

    „Kiedy umrę, moje ciało najpierw będzie wystawione w kościele, potem przewiozą mnie na cmentarz, a jeśli jestem w zaawansowanym wieku, to wiem nawet, którzy bracia będą mnie nieśli” – wyjaśnia o. Michał. „Bez trumny, bez butów. Stopy jedynie w czarnych skarpetkach. Trumna w jakimś sensie zamyka człowieka, osłania go, oddziela, a mnisi traktują ciało jako ziarno, które wpadłszy w ziemię, ma obumrzeć i zakwitnąć nowym życiem. Poza tym mnich jest ubogi aż do końca, więc nie może pozwolić sobie na luksus, jakim jest trumna. Czy mnich boi się śmierci? Nie! Boi się, że nie podoła śmierci, że będzie panikował i okaże się człowiekiem małej wiary. A Pan Jezus przecież mówi: »Znacie drogę, teraz idźcie za Mną«. Mnichów śmierć raczej fascynuje, bo oni nie myślą o samym momencie przejścia, tylko o tym, co będzie, kiedy już zrobią ten jeden krok. Klasztorne okna częściowo wychodzą na cmentarz i to jest bardzo dobra perspektywa dla mnicha: patrzeć tam, gdzie się zacznie życie. Dlatego bracia ze spokojem czekają na śmierć”. •

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    +++

    Czyściec oczami świętych.

    Oto, jak tam jest.

       Czyściec oczami świętych. Oto, jak tam jest

    Anioł uwalnia dusze w czyśćcu pędzla Ludovico Caracciego (ok. 1610) / fot. via: Wikipedia

    +++

    Czyściec jest oczyszczeniem naszej miłości, która ma być podobna do miłości Jezusa Chrystusa, jaśniejącej najpełniej w tajemnicy Jego Krzyża i Zmartwychwstania.

    Czyściec jest oczyszczeniem naszej miłości, która ma być podobna do miłości Jezusa Chrystusa, jaśniejącej najpełniej w tajemnicy Jego Krzyża i Zmartwychwstania. Podobnie jak złoto oczyszcza się w ogniu ze wszelkich obcych domieszek, tak miłość nasza oczyszcza się w ogniu cierpienia, prób i doświadczeń dawanych nam z miłującej ręki Boga.

    Miłość, jaką odznaczali się Święci była na wzór miłości Jezusowej, gdyż oni pragnęli i pozwolili, aby On już tu na ziemi oczyścił ich miłość. Doświadczenia wewnętrzne opisywane przez nich porównywane są często do cierpień czyśćcowych.

    Święci opisując cierpienia dusz w czyśćcu mówią, że ich intensywność nie ustępuje cierpieniom piekła, ale cierpienia te przeżywane są zupełnie inaczej. Dusza cierpi bardzo, ale cierpienie to nie jest cierpieniem beznadziejnym. Jest ono przeżywane w ogromnej radości i tęsknocie z powodu czekającego spotkania twarzą w twarz z miłującym Bogiem. Radość dusz czyśćcowych wynika także z ich pewności zbawienia i jest skutkiem ufnego powierzenia siebie Bogu. Dusza pragnie cierpieć, gdyż pragnie jak najszybciej być u Boga.

    Św. Katarzyna z Genui, której Bóg pozwolił już na ziemi doświadczyć cierpień czyśćca, pisze: “Z wyjątkiem świętych w niebie, nie przypuszczam, aby u kogokolwiek można spotkać zadowolenie równe temu, jakie odczuwa dusza w czyśćcu. Wzrasta ono z każdym dniem pod wpływem działania Bożego na duszę, a to działanie wzmaga się w miarę ustępowania jego przeszkody. Tą przeszkodą jest rdza grzechu. Płomień ją pożera, a równocześnie dusza coraz więcej wystawia się na działanie Boże”.

    Jako przykład obrazujący tę prawdę podaje ona zasłonięte lustro, które nie może odbijać promieni słonecznych. Nie dzieje się to z winy słońca, które świeci nieustannie, lecz z powodu zasłony, w którą spowite jest lustro. W miarę jednak jak zasłona znika lustro coraz intensywniej odbija promienie słoneczne. Św. Katarzyna pisze, że: “W podobny sposób dusza jest pokryta rdzą grzechu, którą stale spalają płomienie czyśćcowe. Im bardziej rdza ginie, tym doskonalej dusza odbija blask prawdziwego słońca, jakim jest Bóg”. Promienie słońca są więc obrazem promieni Bożej miłości w duszy człowieka, a także radości jaka udziela się duszy, która coraz bardziej zbliża się do Boga. Gdy oczekuje na pełne szczęście, żadne cierpienie nie jest dla niej za duże, ani zbyt ciężkie. Ona sama pragnie tego bolesnego oczyszczenia, bo wie, że jest to dla niej dar Bożego miłosierdzia – ostatnia szansa na niebo.

    Bóg jest przede wszystkim Miłością. Miłość jest Jego najważniejszym i najbardziej właściwym imieniem. Stworzył nas z miłości i przeznaczył do miłości. W serce każdego człowieka wszczepił poczucie miłości i sprawiedliwości. One to sprawiają, że człowiek sam sobie wymierza sprawiedliwość zgodnie ze słowami św. Jana od Krzyża – “pod wieczór życia będziemy sądzeni z miłości”. Bóg, który jako pierwszy inicjuje dialog miłości z każdym człowiekiem, czyni to nie tylko w czasie naszego ziemskiego pielgrzymowania, ale również w stanie oczyszczenia po śmierci. W tym trudnym i bolesnym stanie oczyszczania się człowieka wychodzi On na spotkanie w swojej miłosiernej miłości. Miłość ta jaśnieje w Krzyżu Jezusa i jawi się jako miłość wieczna, nieskończona, niewyczerpana, a zarazem bardzo czuła, wrażliwa i pełna tkliwości.

    Taka właśnie miłość oświetla życie człowieka, który przechodzi do wieczności, dając mu poznać jego braki, niedomagania, wszelkie plamy i całą rdzę grzechu pokrywającą życie. To właśnie dzięki przeżyciu Bożej bliskości człowiek może poznać stopień własnej nędzy i niedostatku, który każe mu jednocześnie wołać z głębi skruszonego serca: “Odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5,8).

    W tym przeżyciu własnej niedoskonałości i równocześnie ogromnym pragnieniu zbliżenia się do Boga człowiek otwiera się coraz bardziej na przyjęcie szczęścia Bożej miłości. Rodzi się w nim pragnienie odpowiedzi na tę miłość, która zapoczątkowuje proces oczyszczenia. Wszystko to jest dziełem Bożej miłości i ogromnej Jego łaski, która przenikając serce człowieka niejako od “wewnątrz” otwiera go na taką decyzję. Ta miłosierna miłość Boga przenikając człowieka, dosięga jego najgłębszych pokładów, dając mu nie tylko pragnienie, ale i moc uwolnienia się od własnego egoizmu, zafałszowania i chwiejności. Rodzi się wówczas ogromne pragnienie oddania się całkowitego Bogu, aby móc być przenikniętym całkowicie tą Jego uszczęśliwiającą miłością. Czyściec więc nie jest czymś biernym i statycznym. Dusza przeżywając go “płonie” pragnieniem oglądania Bożego oblicza i przebywania w Jego obecności.

    Św. Katarzyna z Genui, której Bóg w przeżyciu mistycznym dał poznać czym jest ten proces oczyszczenia, tak pisze: “…ze strony Boga, jak widzę, niebo nie ma zamkniętych bram, lecz kto chce tam wejść, wchodzi. Bóg bowiem jest pełen miłosierdzia, otwiera ku nam swe ramiona, aby przyjąć nas do swojej chwały. Istota Boża jest zarazem zupełnie czysta, nieskończenie bardziej, niż rozum to pojąć może; dusza więc, znajdując choćby najmniejszą odrobinę niedoskonałości, wolałaby raczej rzucić się do tysiąca piekieł, niż stanąć przed majestatem Boga z jakąś zmazą na sercu. Widząc zatem, że czyściec jest przeznaczony na to, by zetrzeć plamy duszy, dobrowolnie się do niego rzuca i znajduje tam wielkie miłosierdzie, uwalniające ją od owej przeszkody”.

    Z tych słów możemy wywnioskować, że z jednej strony grzech i nieczystość duszy sprawia, że człowiek czuje się “oddalony” od Boga, z drugiej zaś strony pragnie poddać się oczyszczającemu procesowi, aby “przybliżyć się” do Niego. Dusza pragnie oczyszczenia, gdyż pragnie ze wszystkich sił pełnej wspólnoty miłości z Bogiem. Św. Katarzyna tak o tym mówi: “Jeśliby dusza mająca na sobie choćby maleńką zmazę, miała zbliżyć się do Boga w widzeniu uszczęśliwiającym odczułaby to jako krzywdę dla siebie i mękę wielokroć straszniejszą od cierpień czyśćcowych. (…) Dusza nie czułaby się na swoim miejscu, widząc, że jeszcze nie dała Bogu pełnego zadośćuczynienia. Niechby nawet brakował jej moment tylko do odpokutowania, już odczułaby nieznośną udrękę, i dla oczyszczenia jej z tej drobnej zmazy wolałaby raczej iść na dno piekła – gdyby to od jej woli zależało – niż stanąć przed obliczem Bożym, nie będąc jeszcze zupełnie czysta”.

    W słowach tych widzimy związek cierpienia czyśćcowego z grzechem, którego dopuścił się człowiek w ciągu swojego ziemskiego życia. Grzech oddalił go od wspólnoty z Bogiem. Odtrącając Bożą miłość, postanawiając żyć na własną rękę i ustanawiając – prawa według własnego “widzimisię” człowiek zadał ranę sobie, ale zranił także Ojcowskie Serce Boga, który jak czuła matka nie może zapomnieć “o swym niemowlęciu” (Iż 49,15). W momencie poznania prawdy o własnym grzechu człowiek równocześnie dostrzega jak grzech zrujnował jego wewnętrzne życie, które domaga się odbudowy. Czyściec jest więc stanem oczyszczenia się z tego wszystkiego, co nadal jeszcze plami duszę człowieka i nie odbija w niej pełni Bożego światła.

    Św. Katarzyna opisując stan zachwytu duszy pięknem i miłością Boga jednocześnie ukazuje przeżycie cierpienia duszy z powodu własnej niedoskonałości. “Dusza w nadprzyrodzonym świetle widzi, jak Bóg ze swej wielkiej miłości i w nieustannej opatrzności nigdy nie przestaje jej i prowadzić ku całkowitej doskonałości, a czyni to ze szczerej miłości. Jednak nieodpokutowany grzech nie pozwala iść za przyciągającą siłą Boga, czyli za tym pojednawczym spojrzeniem, jaką Bóg ją darzy, by ją przyciągnąć ku sobie. Nadto dusza poznaje, co to za nieszczęście być pozbawionym bezpośredniego oglądania światła Bożego. Właśnie świadomość takiego położenia stwarza męki, jakie dusze cierpią w czyśćcu. Nie znaczy to, by dusze wielką wagę przywiązywały do cierpień, choćby i jeszcze raz tak straszne były. Natomiast uwaga ich głównie jest zwrócona na pewną sprzeczność, jaka zachodzi między nimi, a wolą Boga; widzą bowiem wyraźnie, jak On goreje dla nich czystą miłością, której przecież nie są godne. Dusza, gdy to rozważa gotowa by znaleźć czyściec jeszcze dotkliwszy i porwana siłą miłości ku Bogu, gotowa rzucić się weń, aby tym wcześniej uwolnić się od więzów, oddzielających ją od dobra najwyższego”.

    Kara za grzech jawi się tutaj nie jako coś bolesnego przychodzącego z zewnątrz, ale jako możliwość jakiej udziela miłosierny Bóg człowiekowi dla jego pełnego “uleczenia” i oczyszczenia z bolesnych skutków wywołanych grzechem. Czyściec jest więc ostateczną możliwością zbawienia przez zadośćcierpienie. Kara czyśćcowa jest leczniczym środkiem, który służy człowiekowi, pozwalając mu wejść w doskonałą wspólnotę z Bogiem i radować się przyjaźnią z bliźnimi. Wszelki zatem rodzaj kar czyśćcowych jest największym darem Boga, który nigdy nie rezygnuje z człowieka. Św. Katarzyna tak o tym pisze: “Dusze w zupełności zgadzają się  z wyrokami Boga, tak że wszystko chętnie przyjmują, co podoba się Bogu, który działa przecież z roztropnego upodobania swego, stąd nawet wśród wielkich swych cierpień niezdolne są myśleć o sobie. One nie widzą nic innego, jak tylko działanie dobroci Boga, który w swoim nieskończonym miłosierdziu wiedzie człowieka do siebie; one nie myślą ani o osobistych cierpieniach, ani o dobru, jakie by im przypaść mogło; gdyby im było dane nad tym rozmyślać, nie miałyby miłości doskonałej”.

    Mimo, iż udzielanie się Boga duszy w czyśćcu jest łaskawe i pełne dobroci, to jednak posiada ono charakter bolesnego doświadczenia. Im bowiem bardziej człowiek przybliża się do Boga, tym bardziej wzmaga się w nim poczucie niegodności i wstydu, a zarazem szczerej tęsknoty za posiadaniem Go jeszcze bardziej i pełniej. Dojrzewanie duszy do przeżycia Bożej miłości jest przede wszystkim bólem duchowym, którego źródłem jest oddalenie od Boga i jednoczesna chęć powrotu do przebywania w Jego bliskości. Czyściec gładzi więc kary, jakie pozostały człowiekowi po darowanych mu grzechach, których dopuścił się w trakcie swojego ziemskiego życia. Czyściec gładzi też grzechy lekkie. Dopiero więc w momencie zupełnego oczyszczenie się ze wszystkiego, co przeszkadza duszy oglądać Boże oblicze, co utrudnia jej odpowiedź miłością na Bożą miłość, zapoczątkowana zostaje wieczna radość.

    Św. Jan od Krzyża, opisując etapy oczyszczenia człowieka porównuje je do “wewnętrznych nocy”. Ostatni etap oczyszczenia na ziemi nazywa “nocą ducha” i porównuje go wprost do czyśćca: “Cierpienie to jest podobne do mąk czyśćcowych; bo jak tam oczyszczają się dusze, aby mogły ujrzeć Boga w jasnym widzeniu życia przyszłego, tak i tu na swój sposób oczyszczają się, aby się mogły przeobrazić w Niego przez miłość”. Oczyszczenie to, jak pisze Święty, przeżywa niewiele osób, a jedynie te, które Bóg chce już tu na ziemi podnieść do najwyższego stopnia zjednoczenia ze sobą.

    Pisząc o tym ogromnie bolesnym doświadczeniu życiowym ma trudność, aby wyrazić je słowami. Dlatego porównywanie do czyśćca przychodzi mu z pomocą. W księdze Żywy płomień miłości pisze: “niemożliwe jest, żeby oddać należycie to, co dusza cierpi w tym czasie. Jest to niewiele mniej niż czyściec”. Podobnie bowiem jak po przejściu do wieczności Bóg przenika duszę światłem i żarem swej miłości, tak i teraz dzięki światłu i płomieniowi Ducha Świętego, daje jej poznać i odczuć wszystkie słabości i nędze, których do tej pory ona nie widziała ani nie odczuwała. Dusza w tym stanie zderza się boleśnie ze swą naturalną nędzą. Światło Boże, które ją przenika jest dla jej nieczystego i słabego wzroku zupełną ciemnością. Zaś dla jej woli naturalnie twardej i oschłej w stosunku do Boga ten płomień miłości i czułości Bożej zadaje ogromne cierpienia i udrękę. W tym stanie dusza jednak poznaje jasno i wyraźnie swą naturalną nędzę, ubóstwo i zło oraz wszelkie niedoskonałości. Tego płomienia Bożej miłości obfitującego w niezmierne bogactwa, dobra i rozkosze duchowe, będzie ona mogła doświadczać i odczuć dopiero wtedy, gdy Bóg ją całkowicie oczyści i przemieni w siebie.

    Św. Ojciec Pio, znany stygmatyk dwudziestego wieku, na drodze swego zjednoczenia z Bogiem doświadczył i pozostawił na piśmie wiele wypowiedzi, mówiących o tym, jak Bóg oczyszcza dusze, które pragną Go posiąść w tym życiu. Przeżywając proces bolesnego oczyszczenia tak pisał do swego kierownika duchowego: “Stan mój jest ogromnie przykry, okropny wprost przerażający. Wszystko zarówno wokół mnie, jak i we mnie jest ciemnością: nieprzenikniony mrok w umyśle, utrapienia woli, udręczenia w sumieniu. W swoim wnętrzu odczuwam cierpienia i równocześnie utrapienie i niespokojne pragnienie miłości Bożej”.

    Wyznaje jednocześnie, że “aby dusza mogła wznieść się do kontemplacji Boga, musi najpierw być oczyszczona ze wszystkich niedoskonałości. Dotyczy to nie tylko pozbycia się aktualnych niedoskonałości – co dokonuje się przez zmysłowe oczyszczenie – ale także wyzwolenia się ze zwyczajnych niedoskonałości, którymi są pewne uczucia (przywiązania), zwykłe niedoskonałości. To oczyszczenie zmysłów nie zmierza ku temu, by je wykorzenić, gdyż one pozostają w duszy niczym korzeń w ziemi. To oczyszczenie dotyczy ducha i dokonuje się w ten sposób, że Bóg swoją najwyższą światłością przenika duszę w całości, przeszywa ją niejako dogłębnie i w całej pełni odnawia.

    To najwyższe światło, którym Bóg napełnia wspomniane dusze, zstępuje w nie w ten sposób, że wówczas one odczuwają ból. Dusze przeżywają wtedy uczucie opuszczenia, co z kolei powoduje wyjątkowe, krańcowe utrapienie aż po doświadczenie wewnętrznej agonii. Obecnie te dusze nie mogą w żaden sposób pojąć Boskiego oddziaływania tego najwyższego światła. Dzieje się tak z dwóch powodów: pierwszy z nich to samo światło, które z jednej strony jest tak wspaniałe i pełne subtelności, że przekracza faktyczne możliwości duszy. I dlatego raczej staje się powodem powstania ciemności i udręki niż samego światła. Drugi powód, dla którego dusza nie może pojąć tego Boskiego działania, to miernota i brak jej niewinności. I dlatego to najwyższe światło nie tylko, że napełnia ją ciemnością, ale przynosi ból i udrękę. I oto w miejsce pociechy dusza napełnia się cierpieniem przez nowe ciosy, które są odczuwalne we władzach zmysłowych i duchowych. Są to straszliwe i wprost przerażające cierpienia.

    To wszystko dzieje się już na samym początku, bo światło Boże zastaje dusze nieprzygotowane do zjednoczenia się z Panem. Z tego względu owe światło dokonuje dzieła oczyszczenia. Kiedy to działanie się kończy i dusze zostają oczyszczone, wówczas światło je opromienia i napełnia blaskiem kierując ku doskonałemu zjednoczeniu z Bogiem”.

    Święta Faustyna również bardzo plastycznie opisuje oczyszczenie duszy człowieka, którą Bóg wybiera i przygotowuje do doskonałego zjednoczenia ze sobą. Pisze ona, iż człowiek odczuwa wówczas bardzo głęboko, że nie miłuje Boga jak On tego żąda. W miejsce dawnej obecności Boga przychodzi oschłość, duchowa posucha; potęguje się tęsknota za Bogiem, a jednak jakby górę biorą wszystkie błędy, które uświadamiają człowiekowi własną nędzę. W całej duszy zapada ciemność i udręka.

    Doświadczenie to przypomina czyściec. Bóg przeprowadza człowieka przez takie wewnętrzne oczyszczenie całej jego zmysłowej i duchowej natury, żeby go doprowadzić do zjednoczenia ze sobą. I nie staje tu człowiek tylko wobec sądu, ale staje raczej wobec potęgi samej miłości, którą jest Bóg. Ogarnięty tą miłością może wołać:

    O płomieniu Ducha Świętego,

    który mnie oświecasz, abym mogła zobaczyć ciemność moją,

    który mnie dotykasz, abym mogła odczuć twardość moją,

    który mnie przenikasz, abym mogła doświadczyć całej nędzy mojej,

    oczyść mnie i wypal, abym mogła zjednoczyć się z Jezusem – JEDYNĄ MIŁOŚCIĄ moją.

    Amen.

    s. Anna Czajkowska, s. Irena Złotkowska. Jak pomagać duszom czyśćcowym ? Jałmużna

    Fronda.pl/więcej informacji: http://www.wspomozycielki.pl/

    ***

    Nota doktrynalna o tytułach maryjnych: Matka wiernego ludu, a nie Współodkupicielka

    Dokument Dykasterii Nauki Wiary, zaaprobowany przez Papieża Leona XIV, precyzuje, jakich tytułów należy używać w odniesieniu do Matki Bożej. Szczególną uwagę zwraca na określenie „Pośredniczka wszystkich łask”.

    Mater Populi fidelis (Matka Ludu wiernego) to tytuł noty doktrynalnej opublikowanej dzisiaj, we wtorek 4 listopada, przez Dykasterię ds. Doktryny Wiary. Nota, podpisana przez prefekta, kardynała Víctora Manuela Fernándeza, oraz sekretarza sekcji doktrynalnej, ks. Armando Matteo, została zaaprobowana przez Papieża 7 października. Jest ona owocem długiej pracy teologicznej całego kolegium. To tekst doktrynalny poświęcony pobożności maryjnej, skupiający się na osobie Maryi, która – jako Matka wierzących – jest ściśle związana z dziełem Chrystusa. Nota przedstawia biblijne podstawy pobożności maryjnej oraz przywołuje liczne wypowiedzi Ojców Kościoła, Doktorów Kościoła, tradycji wschodniej oraz myśli ostatnich papieży.

    W tym pozytywnym kontekście tekst doktrynalny analizuje różne tytuły maryjne, podkreślając znaczenie niektórych z nich, a jednocześnie ostrzegając przed niewłaściwym używaniem innych. Tytuły takie jak „Matka wiernych”, „Matka duchowa”, „Matka Ludu wiernego” są szczególnie wysoko cenione w Nocie. Natomiast tytuł „Współodkupicielka” uznaje się za nieodpowiedni i niestosowny. Z kolei tytuł „Pośredniczka” jest uznawany za niedopuszczalny, gdy przypisuje Maryi funkcję właściwą wyłącznie Jezusowi Chrystusowi. Jednakże pozostaje cenny i teologicznie uzasadniony, gdy wyraża udział Maryi w zbawczej misji Chrystusa, który ukazuje i uwielbia Jego moc. Tytuły „Matka łaski” oraz „Pośredniczka wszystkich łask” są uznawane za dopuszczalne w ściśle określonym sensie, przy czym dokument poświęca im szczególnie obszerny komentarz, wyjaśniający możliwe ryzyka niewłaściwego rozumienia tych określeń.

    W istocie Nota potwierdza katolicką naukę, która zawsze podkreślała, że wszystko w Maryi jest ukierunkowane na centralną rolę Chrystusa i Jego zbawcze dzieło.
    Dlatego, choć niektóre tytuły maryjne można teologicznie uzasadnić poprzez poprawną egzegezę, uznaje się za wskazane, by ich unikać. W swojej prezentacji kardynał Víctor Manuel Fernández docenia pobożność ludową, ale jednocześnie ostrzega przed grupami i publikacjami, które promują określony rozwój dogmatyczny i wzbudzają niepewność wśród wiernych, także za pośrednictwem mediów społecznościowych. Główny problem w interpretacji tych tytułów maryjnych dotyczy sposobu rozumienia udziału Maryi w dziele odkupienia dokonanym przez Chrystusa (3).

    Współodkupicielka

    W odniesieniu do tytułu „Współodkupicielka” Nota przypomina, że niektórzy papieże „używali tego tytułu, nie podejmując jego wyjaśnienia. Zazwyczaj przedstawiali go na dwa sposoby: w odniesieniu do Bożego macierzyństwa, jako że Maryja – jako Matka – umożliwiła dokonanie odkupienia przez Chrystusa; oraz w odniesieniu do Jej zjednoczenia z Chrystusem pod krzyżem odkupienia. Sobór Watykański II ze względów doktrynalnych, duszpasterskich i ekumenicznych unikał użycia tytułu Współodkupicielki. Św. Jan Paweł II posłużył się nim przynajmniej siedmiokrotnie, łącząc go przede wszystkim z wartością zbawczą naszego cierpienia, ofiarowanego razem z cierpieniem Chrystusa, do którego w sposób szczególny dołącza się Maryja, zwłaszcza pod krzyżem” (18).

    Dokument przytacza dyskusję wewnątrz ówczesnej Kongregacji Nauki Wiary, która w lutym 1996 r. rozpatrywała wniosek o ogłoszenie nowego dogmatu dotyczącego Maryi jako „Współodkupicielki lub Pośredniczki wszystkich łask”. Kardynał Ratzinger był przeciwny: „Dokładne znaczenie tych tytułów nie jest jasne, a zawarta w nich doktryna nie jest jeszcze dojrzała. Doktryna ogłoszona jako de fide divina należy do depositum fidei, czyli do Objawienia Bożego przekazanego w Piśmie Świętym i Tradycji Apostolskiej”.  Następnie, w 2002 r., przyszły Benedykt XVI wyraził się publicznie w podobny sposób: „Formuła «Współodkupicielka» mocno odbiega od języka Biblii i Ojców Kościoła, przez co rodzi nieporozumienia. (…) Wszystko pochodzi od Niego,  jak czytamy zwłaszcza w Liście do Efezjan i Liście do Kolosan; również Maryja właśnie Chrystusowi zawdzięcza wszystko, czym jest. Wyrażenie «Współodkupicielka» przesłoniłoby to źródło”. Kardynał Ratzinger, jak wyjaśnia Nota, nie zaprzeczał, że w propozycji użycia tego tytułu kryją się dobre intencje i cenne aspekty, jednak uważał, że jest to „błędna terminologia” (19).

    Papież Franciszek co najmniej trzykrotnie wyraził swój zdecydowany sprzeciw wobec używania tytułu Współodkupicielki. Dokument doktrynalny w tej sprawie stwierdza: „używanie tytułu Współodkupicielki dla określenia współpracy Maryi jest zawsze niewłaściwe. Tytuł ten grozi bowiem zaciemnieniem jedynego zbawczego pośrednictwa Chrystusa i może w związku z tym prowadzić do zamętu i zachwiania harmonii prawd wiary chrześcijańskiej(…) Gdy jakieś wyrażenie wymaga licznych i nieustannych objaśnień, by nie zostało błędnie zrozumiane, nie służy wierze Ludu Bożego i staje się niestosowne” (22).

    Pośredniczka

    W nocie podkreślono, że biblijne wyrażenie odnoszące się do wyłącznego pośrednictwa Chrystusa „jest jednoznaczne”. Chrystus jest jedynym Pośrednikiem (24). Z drugiej strony podkreślono, „że termin «pośrednictwo» jest często używany w różnych dziedzinach życia społecznego, gdzie oznacza po prostu współpracę, pomoc, wstawiennictwo. W konsekwencji termin ten jest nieuchronnie stosowany wobec Maryi w znaczeniu podporządkowanym i w żaden sposób nie ma na celu dodania skuteczności ani mocy jedynemu pośrednictwu Jezusa Chrystusa” (25). Ponadto – jak uznaje dokument – „oczywiste jest, że Maryja rzeczywiście pośredniczyła w umożliwieniu prawdziwego Wcielenia Syna Bożego w nasze człowieczeństwo” (26).

    Matka wierzących i Pośredniczka wszystkich łask

    Macierzyńska rola Maryi „żadną miarą nie przyćmiewa ani nie umniejsza” jedynego pośrednictwa Chrystusa, „lecz ukazuje Jego moc”. Tak rozumiane „macierzyństwo Maryi nie ma na celu osłabienia jedynej czci należnej Chrystusowi, lecz raczej ją umacnia”. Należy zatem unikać, jak stwierdza Nota, „tytułów i wyrażeń odnoszących się do Maryi, które przedstawiają ją jako swego rodzaju «piorunochron» wobec sprawiedliwości Pana, jakby gdyby Maryja była konieczną alternatywą dla niewystarczającego miłosierdzia Boga” (37, b). Tytuł „Matki wierzących” pozwala nam mówić o „działaniu Maryi również w odniesieniu do naszego życia w łasce” (45).

    Należy jednak uważać na wyrażenia, które mogą przekazywać „mniej akceptowalne treści” (45). Kardynał Ratzinger wyjaśnił, że tytuł „Maryi Pośredniczki wszystkich łask” nie jest wyraźnie oparty na Boskim Objawieniu i zgodnie z tym przekonaniem – jak wyjaśnia dokument – możemy dostrzec trudności, jakie stwarza on zarówno w refleksji teologicznej, jak i w duchowości (45). Istotnie „żadna osoba ludzka, nawet apostołowie czy Najświętsza Maryja Panna, nie może działać jako wszechogarniający dawca łaski. Tylko Bóg może obdarzyć łaską i czyni to poprzez człowieczeństwo Chrystusa” (53). Tytuły, takie jak „Pośredniczka wszystkich łask”, mają zatem „ograniczenia, które nie ułatwiają prawidłowego zrozumienia wyjątkowej roli Maryi. Rzeczywiście, jako pierwsza odkupiona, nie mogła być Ona pośredniczką łaski, którą sama otrzymała” (67). Jednakże dokument ostatecznie uznaje, że „wyrażenie «łaski», odnoszące się do macierzyńskiego wsparcia Maryi w różnych chwilach życia, może mieć dopuszczalne znaczenie. Liczba mnoga wyraża całą pomoc, również materialną, jaką Pan może nam udzielić, wysłuchując wstawiennictwa Matki” (68).

    VATICANNEWS.VA/Gość Niedzielny

    ***

    Kult maryjny eksplodował w V wieku. Kim zatem była Matka Jezusa dla chrześcijan pierwszych wieków?

    Advocata, czyli Orędowniczka – jeden z najstarszych obrazów Matki Bożej, przechowywany w klasztorze sióstr dominikanek w Rzymie.

    Advocata, czyli Orędowniczka – jeden z najstarszych obrazów Matki Bożej, przechowywany w klasztorze sióstr dominikanek w Rzymie.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Nie mamy praktycznie żadnych świadectw oddawania czci Maryi przed końcem IV wieku. W V wieku nastąpiła prawdziwa eksplozja Jej kultu. Kim zatem była Matka Syna Bożego dla chrześcijan pierwszych wieków?

    W mszale rzymskim w dni wspomnień świętych znajduje się z reguły krótki życiorys świętego, połączony czasem z informacją o historii danego święta. 8 września, w święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, ta notatka zaczyna się od słów: „W Jerozolimie już w V w. obchodzono uroczystość poświęcenia bazyliki w miejscu narodzenia się Matki Bożej”. 8 grudnia czytamy, że „Święto Niepokalanego Poczęcia obchodzono na Wschodzie już w VIII wieku”. Z kolei w uroczystość Zwiastowania Pańskiego mszał informuje nas, że „święto to obchodzono w Kościele Wschodnim 25 marca już w VI wieku”.

    Wszystkie te informacje są prawdziwe, dyskusyjne może być tu jednak jedno słowo – „już”. W odniesieniu do całej dotychczasowej historii Kościoła V wiek to prawie jej jedna czwarta. Może więc zamiast „już”, należałoby w tym kontekście pisać „dopiero”? Czy i jak Maryję czczono przed V/VI wiekiem, i co o tym wiemy?

    Theotokos

    Pod koniec 428 roku w katedrze Świętych Apostołów w Konstantynopolu kazanie głosił biskup z nieodległego miasta Kyzikos, Proklus. Określał w nim Maryję mianem Theotokos, czyli Bożej Rodzicielki. Oburzył się na to przysłuchujący się kazaniu nowy patriarcha cesarskiej stolicy, Nestoriusz. Na oburzenie Nestoriusza oburzyło się z kolei wielu duchownych i świeckich, którzy zawiadomili o tym patriarchę Aleksandrii, Cyryla. Uruchomił się w ten sposób cykl wydarzeń, który doprowadził do sformułowania w 431 roku na soborze w Efezie dogmatu o Bożym Macierzyństwie Maryi.

    Intencją Nestoriusza nie było raczej pomniejszanie czci Maryi, chodziło mu natomiast o podkreślenie dwóch natur w Chrystusie i różnicy między nimi. Nauczał, że Maryję w związku z tym można określać tylko mianem Matki Chrystusa, gdyż zrodziła Go w jego naturze ludzkiej, nie boskiej. Przeciwnicy Nestoriusza, Cyryl Aleksandryjski i papież Celestyn I, doprowadzili jednak do złożenia go z urzędu i potwierdzenia w Efezie, że w jednej osobie Jezusa Chrystusa łączy się natura boska i ludzka, a w związku z tym Maryję można nazywać Bożą Rodzicielką.

    Był to już drugi raz, kiedy Maryja pojawiła się w tekstach dogmatycznych. W 381 roku na soborze w Konstantynopolu potwierdzano wyznanie wiary z Nicei z 325 roku, równocześnie uzupełniając je m.in. o przypomnienie, że Jezus narodził się „z dziewicy Maryi”. W tej formie odmawiamy to wyznanie do dzisiaj.

    Gdy biskup Proklus wygłaszał w 428 roku swoje kazanie ku czci Bogarodzicy, nie wymyślał niczego nowego. Świadczy o tym sprzyjająca mu, a nieprzychylna wobec Nestoriusza reakcja wiernych. Kult Maryi musiał być już wtedy dla mieszkańców Konstantynopola czymś oczywistym i przyjętym od dawna. Niestety, nie jesteśmy w stanie powiedzieć, od kiedy.

    Przed Efezem

    Maryja nie jest zupełnie „niewidoczna” w naszych źródłach przed Soborem Efeskim. Występuje przecież w Ewangeliach, skoro spotkania wczesnych chrześcijan opierały się na lekturze tekstów oraz ich komentowaniu. Już na wczesnym etapie można było na podstawie św. Łukasza i św. Jana przedstawiać wiernym Maryję jako wzór wiary i posłuszeństwa. W II wieku święci Justyn i Ireneusz zaczynają określać ją mianem Nowej Ewy. W tym samym wieku powstaje apokryficzna Protoewangelia Jakuba, pokazująca, jak duże było zainteresowanie życiem Maryi, jak ważna była również wiara w Jej stałe dziewictwo. Bronili go w IV wieku także św. Ambroży i Hieronim, którzy wychwalali Maryję i stawiali Ją jak wzór do naśladowania. Za pierwszego wielkiego piewcę Maryi możemy uważać IV-wiecznego świętego Efrema Syryjczyka. Przyjrzyjmy się jednemu z tych tekstów:

    „Niech posłucha Ewa mojej pieśni i tu przyjdzie! Niech wzniesie głowę, co ze wstydu opadła w raju! Niech odsłoni swe oblicze i Ci śpiewa, bo usunąłeś od niej zawstydzenie, Niech słucha pieśni pokoju, bo Córka zmazała jej winę!” (tłum. A. Skórzewska).

    Nie mamy jednak przed końcem IV wieku wyraźnych dowodów na kult Maryi – modlitw czy hymnów ku Jej chwale (poza poezją Efrema), otoczonych czcią wizerunków ani poświęconych Jej kościołów. Generalnie zresztą dopiero w IV wieku zaczyna się rozwijać oddawanie czci świętym, przy czym początkowo dotyczyło to głównie męczenników, dopiero jakby równolegle zostały do tych form pobożności włączane postaci znane z Biblii (i to nie wszystkie). Ponadto w tym wieku zaczynał się rodzić ruch pielgrzymkowy do Ziemi Świętej, który mógł powodować dalsze zainteresowanie miejscami związanymi z Maryją.

    Jedyną, ale bardzo dziwną, a do tego wątpliwą, jednoznaczną wskazówką jest wzmianka Epifaniusza z Salaminy, biskupa z Cypru z drugiej połowy IV wieku, który w swoim wykazie herezji wymienia „kollyrydian”, czyli grupę kobiet z Arabii, które pomieszały Ewangelię z miejscowymi wierzeniami i czciły Maryję jako boginię. Na istnienie tej potencjalnej herezji nie mamy jednak żadnych innych dowodów i nic więcej o niej nie wiemy.

    Madonna z Dzieciątkiem i dwoma Mędrcami – fresk z końca III wieku w Katakumbach Marcellinusa i Piotra w Rzymie.

    Madonna z Dzieciątkiem i dwoma Mędrcami – fresk z końca III wieku w Katakumbach Marcellinusa i Piotra w Rzymie.

    AKG-IMAGES /EAST NEWS

    ***

    Wczesna ikonografia maryjna

    Jednym z najcenniejszych źródeł naszej wiedzy o tym, co myśleli chrześcijanie pierwszych wieków, są freski, które pozostały po nich w katakumbach, i płaskorzeźby na sarkofagach. Pod tym względem wśród starochrześcijańskich cmentarzy wyróżniają się katakumby Priscilli, położone na północy Rzymu przy Via Nomentana. Nie należą do najczęściej odwiedzanych przez turystów i pielgrzymów, kryją w sobie jednak prawdziwe skarby – malowidła z III wieku, wśród nich znajdują trzy przedstawiające Maryję, są to więc Jej najstarsze zachowane wizerunki. Jeden z nich to najpewniej scena zwiastowania, choć ewentualnie można by interpretować go inaczej – po prostu jako mężczyznę stojącego przed siedzącą kobietą. Dwa następne są jednak jednoznaczne: niewiasta z dzieckiem, obok której jakiś mężczyzna wskazuje na gwiazdę nad nią – chodzi więc o Balaama i odniesienie do obietnicy mesjańskiej z Lb 24,17 – oraz niewiasta z dzieckiem, przed którą pokłon składają trzej mężczyźni, co jednoznacznie wskazuje na Pokłon Magów.

    Od końca III wieku Maryja zaczyna się też pojawiać na chrześcijańskich sarkofagach – nigdy samodzielnie, ale zawsze jako jedna z postaci w scenach przedstawiających zwiastowanie, narodzenie Jezusa i Pokłon Magów. Analogicznie pochwały Maryi spotykamy w kazaniach wygłaszanych przez ojców Kościoła w te święta (także przy okazji święta Ofiarowania Pańskiego, które będzie się powoli przekształcać w święto Oczyszczenia Maryi). Rodzący się kult maryjny wiązał się też z nieco od niego starszym kultem męczennic. Do Dziewicy Maryi, jako obrończyni dziewic, zwraca się np. bohaterka jednego z kazań św. Grzegorza z Nazjanzu z 379/380 roku.

    Po Efezie

    Opisując historię wczesnego chrześcijaństwa, z reguły zmagamy się z tym, że nie wiemy dokładnie, kiedy powstał dany budynek albo dzieło sztuki, trudno też jest często określić datę napisania wielu anonimowych utworów literackich. Zupełnie inaczej jest z rzymską bazyliką Matki Bożej (Santa Maria Maggiore), o której wiemy, że została poświęcona 5 sierpnia 434 roku. Do dziś mamy ten dzień w kalendarzu liturgicznym jako wspomnienie Matki Bożej Śnieżnej.

    Poświęcenie tej bazyliki, w tak krótkim czasie od zakończenia Soboru Efeskiego, można uznać za uroczystą inaugurację nie tylko samego budynku, ale w ogóle oficjalnego kultu Maryi w Kościele. Przekonuje o tym sama imponująca bazylika – pierwsza znana nam świątynia pod wezwaniem Matki Bożej. Mówią o tym także zdobiące ją mozaiki. W tych oryginalnych, V-wiecznych, na łuku triumfalnym widzimy Maryję w bogatych szatach rzymskich, w scenach związanych z narodzeniem i dzieciństwem Jezusa. W absydzie natomiast znajduje się ukoronowanie Maryi przez Jezusa. Jest to mozaika średniowieczna, nie wiemy, co znajdowało się tam wcześniej, ale całkiem prawdopodobne, że była to ta sama scena.

    Wracając do naszych trudności z datowaniem różnych przedmiotów i tekstów – nie mamy pewności, kiedy kształtuje się Kanon Rzymski, czyli obecna I Modlitwa Eucharystyczna, podejrzewamy jednak, że nabiera dzisiejszej formy na przełomie V i VI wieku. Od tego momentu już więc na pewno na każdej Mszy sprawowanej w Rzymie wymienia się wielu świętych, ale „najpierw pełną chwały Maryję, zawsze Dziewicę, Matkę Boga i naszego Pana Jezusa Chrystusa”.

    Poza datowaniem problemem jest też wieloznaczność naszych źródeł. Czasem nie wiemy, czy „Dziewica”, o której mówimy, to Maryja, czy Kościół (Ecclesia), który też był w ten sposób określany. W V wieku w chrześcijaństwie zaczyna się rozszerzać kult relikwii. Podobno cesarz Marcjan (450–457) posłał do Jerozolimy po relikwie Maryi, uzyskał jednak od patriarchy Juwenala odpowiedź, że to niemożliwe, bo Jej ciało znajduje się przecież w niebie. Niedługo potem zaczęto jednak w Konstantynopolu czcić relikwie Matki Bożej – Jej szatę i pas (przechowywany do dziś na górze Atos).

    Historyk Kościoła Sozomen Scholastyk, piszący ok. 440 roku, wspominał, że w jednym z kościołów Konstantynopola dochodziło do wielu uzdrowień, które przypisywał wstawiennictwu ukazującej się chorym Matce Bożej.

    Pod Twoją obronę

    W wielu podręcznikach teologii można odnaleźć informację, że najstarszy zachowany tekst modlitwy do Bogarodzicy, rozpoczynający się znanym nam wezwaniem „Pod Twoją obronę”, pochodzi z połowy III wieku. Faktycznie papirus z takim tekstem został odnaleziony w Egipcie w 1900 roku. Jego dokładnej daty powstania nie można łatwo określić. Wielu poważnych badaczy wyznaczało ją bardzo wcześnie, na IV albo nawet III wiek. Byłaby to więc rzeczywiście zdecydowanie najstarsza ze znanych nam modlitw maryjnych.

    Przy datowaniu tekstów tego typu kluczowa jest jednak analiza paleograficzna, czyli przez porównanie charakterów pisma z różnych epok. Oczywiście ta metoda jest nieprecyzyjna i czasem subiektywna, a miejsce i kontekst znalezienia tekstu pozostaje nieznany. W każdym razie, dzisiaj większość uczonych zajmujących się tą dziedziną uważa, że wspomniany papirus pochodzi jednak najwcześniej z VI lub VII wieku.

    Matka Boża z Dzieciątkiem na fresku w Katakumbach Pryscylli w Rzymie.

    Matka Boża z Dzieciątkiem na fresku w Katakumbach Pryscylli w Rzymie
    WORLD HISTORY ARCHIVE /EAST NEWS

    Akatyst

    W odwrotny sposób refleksja naukowa towarzyszy modlitwie dużo mniej w Polsce znanej, choć ostatnio coraz bardziej popularnej – Akatystowi ku czci Bogurodzicy. Tradycja wiąże powstanie tego hymnu z jednoczesnym oblężeniem Konstantynopola przez Awarów (lud przybyły z centralnej Azji na teren dzisiejszych Węgier w połowie VI wieku), Słowian i Persów. Główne siły cesarza Herakliusza znajdowały się wtedy daleko od stolicy, której obronie przewodniczył patriarcha Sergiusz. Obrazy Bogarodzicy wystawiono na bramach Konstantynopola i obchodzono z nimi ich mury (zresztą 25 lat wcześniej, gdy Herakliusz wyruszał z Kartaginy do Konstantynopola, by obalić poprzedniego cesarza, kazał umieścić wizerunki Matki Bożej na żaglach swoich okrętów). Nic dziwnego, że gdy napastnicy zostali odparci, zwycięstwo przypisywano opiece Maryi, która miała ukazywać się na czele armii i spowodować sztorm, który zatopił nieprzyjacielską flotę. Podczas licznych dziękczynnych nabożeństw śpiewano właśnie Akatyst. Faktycznie pierwszy Kondakion, który mówi o Maryi jako „walecznej hetmance” o „niezwyciężonej mocy”, ku czci której „wyswobodzeni z niewoli” śpiewają „zwycięską pieśń”, jest prawdopodobnie echem wydarzeń z 626 roku, podobnie jak niektóre fragmenty następnych zwrotek (np. „pogańska cześć ognia” to odniesienie do praktykowanego w Persji zoroastrianizmu). Niemniej większość badaczy uważa dzisiaj, że pierwotny tekst Akatystu jest wcześniejszy, być może niemal współczesny Soborowi Efeskiemu.

    Strażniczka ortodoksji

    Niewiele uwagi poświęciliśmy dotąd ikonom. Z natury są one mniej trwałe niż mozaiki lub płaskorzeźby. Z reguły też nie są podpisane, nie wiemy, kiedy dokładnie powstały. Uważa się, że kilka ikon maryjnych w Rzymie pochodzi z przełomu VI i VII wieku. Na pewno było ich więcej w Konstantynopolu, lecz nie przetrwały okresu ikonoklazmu (VII/VIII wiek). Za to po przywróceniu kultu obrazów ikony zaczęły się mnożyć. W ich kulcie zaczęto widzieć pieczęć ortodoksji, potwierdzenie wszystkich dogmatów dotyczących Chrystusa i Maryi.

    Jak widać, Maryja zawsze była w chrześcijaństwie obecna. Najpierw przede wszystkim jako cicha towarzyszka swojego Syna i Jego apostołów. Potem zaczęto wyciągać dalsze konsekwencje z faktu urodzenia przez nią Boga-człowieka. Gdy uznano w związku z tym, że należy się Jej tytuł Bożej Rodzicielki, Jej kult stał się powszechny. Nie nastąpiło to od razu, ale logicznie wynikało z tego, w co wierzono od początku.

    ks. Stanisław AdamiakGość Niedzielny

    Doktor habilitowany, historyk Kościoła, rektor seminarium duchownego w Toruniu, profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Specjalizuje się w historii wczesnego chrześcijaństwa. Wykładał na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie i w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego.

    ***

    Dlaczego nie „Współodkupicielka”? Mariolog komentuje notę Watykanu

    Scena Zesłania Ducha Świętego z Ołtarza Wita Stwosza w Bazylice Mariackiej.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Dlaczego nie powinniśmy wobec Maryi używać zwrotów „Współodkupicielka” i „Pośredniczka wszelkich łask”, tłumaczy ks. prof. dr hab. Marek Chmielewski, wykładowca teologii duchowości na KUL, członek Papieskiej Międzynarodowej Akademii Maryjnej (PAMI) i były prezes, a obecnie członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Mariologicznego.

    Agnieszka Huf: 4 listopada br. Watykan opublikował notę doktrynalną pt. Mater populi fidelis. Co ten dokument mówi nam nowego o roli Maryi w dziele zbawienia?

    Ks. prof. Marek Chmielewski:
     W nocie Dykasterii Nauki Wiary nie ma żadnych nowości teologicznych. Celem tego dokumentu jest natomiast doprecyzowanie stanowiska Kościoła względem tytułów, które nadawane są Maryi. Chodzi szczególnie o tytuły „Współodkupicielka” i „Pośredniczka”. W ostatnich dziesięcioleciach wpływały bowiem do Stolicy Apostolskiej liczne petycje w sprawie ogłoszenia tzw. piątego dogmatu, którego treścią miałoby być uznanie Maryi Współodkupicielką. Warto nadmienić, że obecnie mamy cztery dogmaty maryjne, czyli fundamentalne prawdy wiary: Boże Macierzyństwo, Niepokalane Poczęcie, Trwałe Dziewictwo i Wniebowzięcie.  
    Najbardziej znanym propagatorem idei Maryi Współodkupicielki jest amerykański świecki mariolog Mark Miravalle, profesor Uniwersytetu Franciszkańskiego w Steubenville, który założył ruch Vox Populi Mariae Mediatrici. W ramach jego działalności zebrano kilka milionów podpisów z prośbą o ogłoszenie piątego dogmatu. Znamienne jest to, że Mark Miravalle zaraz po ukazaniu się tej noty w jednym z wywiadów wyraził aprobatę dla jej treści, wyrażając jednocześnie swe posłuszeństwo wobec Urzędu Nauczycielskiego Kościoła. Zauważył przy tym, że szczególnie cenne jest podkreślenie macierzyńskiej opieki Maryi nad ludem wiernym, co wyraża tytuł dokumentu. 

    Tytuł „Współodkupicielka” nie jest nowy, pojawia się bowiem w wypowiedziach wielu świętych. 

    To prawda, że tytuł „Współodkupicielka” używany był przez wielu świętych i papieży. Na przykład św. Jan Paweł II – jak zaznacza omawiana tu nota – w swoich wypowiedziach użył go siedmiokrotnie. O Współodkupicielce mówił też św. John Henry Newman, ogłoszony 1 listopada br. doktorem Kościoła. Problem polega jednak na właściwym rozumieniu tego tytułu w jego kontekście. W pobożności maryjnej użycie tytułów maryjnych „Współodkupicielka” i „Pośredniczka” często idzie za daleko, tak iż zdaje się podważać fundamentalną prawdę naszej wiary, że jedynym Odkupicielem i jedynym Pośrednikiem między Bogiem a ludźmi jest Jezus Chrystus (por. 1 Tm 2, 5-6). Jak zaznacza dokument, skoro Chrystus jest jedynym Odkupicielem, to „nie istnieją współ-odkupiciele z Chrystusem”. Nie można więc sugerować, że Maryja na równi z Jezusem dokonała dzieła odkupienia, ani że łaski udzielane przez Jezusa są warunkowane zaangażowaniem Maryi. Nie oznacza to bynajmniej pomniejszania Jej roli. Chodzi natomiast o właściwe rozumienie i przedstawianie udziału Matki Bożej w dziele zbawczym Chrystusa. Mając to na względzie, dokument wyjaśnia, dlaczego termin „Współodkupicielka” jest błędny i jak należy rozumieć drugi tytuł: „Pośredniczka wszelkich łask”, a w konsekwencji stosować go z ostrożnością, wyjaśniając wiernym jego właściwy sens. 

    Czy to znaczy, że papieże czy święci, którzy określali Maryję Współodkupicielką, popełniali błąd teologiczny?

    Tak mogłoby się wydawać, ale nie należy zapominać o tzw. ewolucji dogmatu. Chodzi o to, że co do istoty prawdy wiary są niezmienne, natomiast ich przekaz oraz interpretacja zmieniają się w miarę rozwoju wiary Ludu Bożego i teologii. Upraszczając nieco, można powiedzieć, że zmienia się terminologia, a pozostaje ta sama teologia.
    Poza tym do głosu dochodzą uwarunkowania kulturowe, które wpływają na język i rozumienie określonych pojęć. Gdybyśmy więc uznali błąd papieży i świętych odnośnie do użycia wspomnianych tytułów maryjnych, to sami popadlibyśmy w błąd ahistorycyzmu, czyli interpretowania historii z obecnej perspektywy. Oni wyrażali to, co było przekonaniem i odczuciem wierzących minionej epoki. Jednak Duch Święty prowadzi Kościół do pełniejszego rozumienia objawionej Prawdy, dlatego z posłuszeństwem wiary i wdzięcznością trzeba przyjąć to nowe, głębsze spojrzenie.

    Jak więc Mater populi fidelis definiuje rolę Maryi w dziele zbawienia?

    Jak trafnie zauważył Mark Miravalle, dokument zgodnie ze swoim tytułem przede wszystkim podkreśla macierzyństwo Maryi względem Ludu Bożego. Jej macierzyńska troska ma charakter wstawiennictwa, które nota za św. Janem Pawłem II określa jako wstawiennictwo uczestniczące. Maryja ma bowiem swój udział w dziele odkupienia zarówno przez fakt, że została wybrana na Matkę wcielonego Syna Bożego w sensie fizycznym, jak również przez to, że aktywnie współpracowała z Bożym planem zbawienia, czego wyrazem jest jej fiat czy obecność pod krzyżem. To macierzyńskie uczestnictwo nie upoważnia jednak do stawiania Maryi na równi z Chrystusem Odkupicielem, co sugerowałby przedrostek „współ-”. Ona bowiem w chwili zwiastowania określiła siebie jako Służebnicę Pańską (Łk 1,38). Wynoszenie Jej do rangi współodpowiedzialnej za odkupienie ludzkości zaprzeczałoby prawdzie, jaką wyraziła sama o sobie.
    W takim też kluczu wstawiennictwa uczestniczącego należy rozumieć drugi z kontrowersyjnych tytułów: „Pośredniczka”. Jak czytamy w omawianym dokumencie, „termin ten jest nieuchronnie stosowany wobec Maryi w znaczeniu podporządkowanym i w żaden sposób nie ma na celu dodania skuteczności ani mocy jedynemu pośrednictwu Jezusa Chrystusa” (nr 25). Na tej samej zasadzie zarówno święci, jak i my sami, pozostając we wspólnocie Kościoła, pomagamy sobie wzajemnie (pośredniczymy) w osiągnięciu zbawienia, którego źródło jest wyłącznie w dziele dokonanym przez Chrystusa. Maryja poprzez swe wstawiennictwo i wzór zjednoczenia z Nim jako Matka Kościoła pomaga nam w tym.

    Jakie ryzyko niesie ze sobą używanie tytułu „Współodkupicielka”?

    Nota jasno stwierdza, że używanie tytułu „Współodkupicielka” dla określenia współpracy Maryi z dziełem zbawczym Chrystusa „jest zawsze niewłaściwe”. Tytuł ten bowiem grozi zaciemnieniem jedynego zbawczego pośrednictwa Chrystusa i może w związku z tym prowadzić do zamętu i zachwiania harmonii prawd wiary chrześcijańskiej (nr 22). 
    Dość częste posługiwanie się tym tytułem w pobożności ludowej bez odpowiedniego wyjaśnienia prowadzi do sprzecznych z wiarą uproszczeń i sugeruje, że bez czynnego zaangażowania się Maryi wszechmogący Bóg byłby ograniczony w swoim odkupieńczo-zbawczym działaniu. Nota Mater populi fidelis, podobnie jak encyklika Redemptoris Mater św. Jana Pawła II, podkreśla to, co w Maryi macierzyńskie. Ona jako Matka opiekuje się, wspiera, wspomaga, ale nigdy sobą nie zasłania Jezusa. Dokument przywołuje scenę z Kany Galilejskiej, w której Maryja mówi do Jezusa: „Nie mają już wina”, ale nie mówi Mu, co On ma zrobić. Przedstawia problem, a decyzja należy do Jezusa. Maryja zawsze pozostaje w Jego cieniu, wskazując na Niego. Mówi bowiem: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2,5). 
    Trafnie wyraził to Sobór Watykański II w VIII rozdziale konstytucji dogmatycznej o Kościele Lumen gentium, pisząc, że Maryja „obecna jest w tajemnicy Chrystusa i Kościoła”.

    A na czym polega problem ze sformułowaniem „Pośredniczka wszelkich łask”? Ten zwrot jest bardzo rozpowszechniony w pobożności ludowej.

    Podobnie jak „Współodkupicielka”, tytuł „Pośredniczka”, zwłaszcza w brzmieniu: „Pośredniczka wszelkich łask”, rodzi wiele problemów. Jak zaznacza dokument, już kard. Joseph Ratzinger wyjaśniał, że „tytuł Maryi Pośredniczki wszystkich łask nie jest wyraźnie oparty na Boskim Objawieniu” (nr 45). Ponadto tytuł ten sugeruje, że żadna łaska nie może dotrzeć od Boga do człowieka bez udziału Maryi, a więc Przenajświętsza Trójca – Źródło łaski – byłaby ograniczona w dziele uświęcenia. Jak czytamy w nocie, często w pobożności ludowej przedstawia się Matkę Bożą lub wyobraża Ją jako źródło, z którego wypływa wszelka łaska. To stawiałoby Ją w roli Boskiej Osoby, co jest oczywistym błędem dogmatycznym. Tymczasem „uczestniczące pośrednictwo” Maryi polega na tym, że Ona swoim przykładem i wstawiennictwem podprowadza i otwiera nas na Boże działanie. Na tej samej zasadzie możemy mówić o wstawiennictwie czy uczestniczącym pośrednictwie świętych, do których się zwracamy.

    Dokument wywołał ogromne poruszenie wśród niektórych wiernych. Zarzuca się mu, że deprecjonuje Maryję i że nastąpiła protestantyzacja katolicyzmu, wręcz zamach na świętość Matki Bożej. Co Ksiądz Profesor odpowiada tym krytykom?

    Trudno oprzeć się wrażeniu, że w ostatnim czasie niektóre środowiska podkreślające swą katolickość z zapałem krytykują albo wręcz negują wszystko, czego naucza Kościół. Paradoksalnie w imię troski o czystość wiary i jedność Kościoła brakiem posłuszeństwa wiary szkodzą tej jedności. Podstawą dążenia do świętości jest bowiem pokora, czyli uznanie prawdy (czasem trudnej), którą najpierw trzeba rzetelnie poznać. Tymczasem bardzo często krytycy nauczania Kościoła „ślizgają się po powierzchni”. Uważne zaś wczytanie się w treść dokumentu pokazuje, że nie ma w nim nic, czego Kościół nie uczyłby od stuleci. Nie ma więc mowy o deprecjonowaniu Matki Bożej w jakikolwiek sposób. Wprost przeciwnie, właśnie w trosce o poprawną pobożność maryjną, opartą na Objawieniu Bożym, a nie ludzkich wyobrażeniach, Kościół sprecyzował swe stanowisko, domagając się jednocześnie od duszpasterzy wyjaśniania rodzących się wątpliwości.  

    Część wiernych czuje się jednak zagubiona, ma poczucie, że Watykan zabrał im coś, co przez lata było ich formą modlitwy.

    Śmiem twierdzić, że jest to przesadzona opinia. Doświadczenie duszpasterskie pokazuje, że ogromna większość wiernych, a także wielu duszpasterzy w ogóle nie zauważa, że pojawiają się istotne dla formacji wiary dokumenty Kościoła. Być może tylko nieliczni mają poczucie zagubienia czy „ograbienia”, czy jednak nie jest to przejaw pewnej infantylności wiary i nadmiernego przywiązania do swoich przekonań? Dlaczego, zamiast rozżalenia, nie dostrzegać, jak nowe i szerokie perspektywy otwiera przed nami nauczanie Kościoła?  
    Na zakończenie 26. Międzynarodowego Kongresu Mariologiczno-Maryjnego w Rzymie (3-6 września br.) papież Leon XIV powiedział, że Kościół potrzebuje mariologii! Potrzebuje jej także polska maryjność. Mamy naprawdę dobrą polską mariologię, zawartą chociażby w licznych materiałach formacyjnych dla Żywego Różańca czy innych wspólnot maryjnych (np. czasopismo „Salvatoris Mater” czy „Zeszyt Maryjny” corocznego Programu Duszpasterskiego Kościoła w Polsce). Problem jednak w tym, że duszpasterze rzadko z nich korzystają. W efekcie brakuje pogłębionej formacji maryjnej. Polska pobożność maryjna w licznych swoich przejawach często okazuje się płytka, emocjonalna, a nierzadko bardziej oparta na folklorze niż Ewangelii. 

    Pobożność ludowa nie uniknęła niestety uproszczeń – legendarnym jest już tekst jednej ze zwrotek pieśni „Serdeczna Matko”: „…a kiedy Ojciec zagniewany siecze, szczęśliwy, kto się do Matki uciecze”…

    To jaskrawy przykład niedojrzałej maryjności, która doświadczenia relacji między ludźmi przenosi na rzeczywistość wiary i obraz Boga. Przywołane zdanie ukazuje Go jako surowego ojca rodziny. Przeciwstawieniem jest łagodna i czuła matka, która broni dzieci przed jego gniewem. To bardzo antropomorficzny (oparty na ludzkim wyobrażeniu) i tym samym fałszywy obraz Boga, który przecież jest Miłością (por. 1 J 4,8), jest bogaty w miłosierdzie.
    W omawianej nocie watykańskiej czytamy, iż „należy zatem unikać tytułów i wyrażeń odnoszących się do Maryi, które przedstawiają Ją jako swego rodzaju «piorunochron» wobec sprawiedliwości Pana, jak gdyby Maryja była konieczną alternatywą dla niewystarczającego miłosierdzia Boga” (nr 37).

    Co w takim razie powinniśmy zrobić z modlitwami czy pieśniami, w których padają wspomniane zwroty? Przypomina mi się uroczysta śląska pieśń, w której śpiewamy: „Matko Piekarska, Opiekunko sławna, Orędowniczko wszelkich łask” – znowu te „wszelkie łaski”. Czy trzeba zmieniać teksty dawnych pieśni?

    Nie, nie trzeba zmieniać, a nawet nie wolno! Trzeba jednak poprawnie je objaśniać! Wielu z tych pieśni nie da się zmienić ze względu na formę muzyczną. Poza tym są to swoiste „zabytki” naszej kultury i cenny przejaw pobożności maryjnej minionych pokoleń. 
    Podobną sytuację mamy z modlitwą „Ojcze nasz”, którą odmawiamy w szesnastowiecznym tłumaczeniu ks. Jakuba Wujka, jezuity. Słowa: „nie wódź nas na pokuszenie” sugerują, że to Pan Bóg nas kusi. Rozumiemy jednak, że jest to pewnego rodzaju figura retoryczna, której sens jest znacznie głębszy. To samo dotyczy omawianych tu tytułów maryjnych „Współodkupicielka” i „Pośredniczka”. Watykańska nota Mater populi fidelis, wskazując niebezpieczeństwa ich  uproszczonej interpretacji, podsuwa jednocześnie, jak właściwie je rozumieć i wyjaśniać Ludowi Bożemu.

    Gość Niedzielny

    ***

    Ks. prof. Robert Skrzypczak:

    Jak rozumieć współodkupicielstwo Matki Bożej?

    ***

    Współcierpiała z Chrystusem, wraz z Nim ofiarowała Bogu swą udręczoną duszę i ciało, Ją także przebił miecz boleści (por. Łk 2, 35). To, co realizuje się w Matce Bożej, dotyczy z kolei wszystkich pozostałych wierzących. Ona jest Współodkupicielką poprzez trwanie pod krzyżem, poprzez składanie siebie Bogu w ofierze, łączenie swojej własnej pasji z pasją Chrystusa na Kalwarii. To pozwala nam też spojrzeć na nowo na nasze własne choroby, na ból, starzenie się, cierpienie. Nasza wiara zaprasza do uczestnictwa w jedynej ofierze Chrystusa. Poprzez nasze własne utrapienia, lęki i ból możemy łączyć się z Jego umieraniem. W tym sensie nabierają one znaczenia – mówił ks. prof. Robert Skrzypczak.

    W nocie doktrynalnej Mater Populi fidelis Stolica Apostolska orzekła, że użycie tytułu „Współodkupicielka” wobec Matki Bożej jest „zawsze niewłaściwe”.

    Tytuł ten był tymczasem wielokrotnie używany przez papieży i świętych. Choć jego pobieżne odczytanie może implikować podważenie jedyności zbawczej Chrystusa, to w istocie tytuł ów ma dużą głębię teologiczną i był rozumiany przez katolików w tradycyjny sposób.

    O właściwym rozumieniu współodkupicielstwa Matki Bożej mówił ks. prof. Robert Skrzypczak. W książce „Ogień w Kościele”, wywiadzie przeprowadzonym przez Pawła Chmielewskiego, kapłan wyjaśniał, na czym polega taka właśnie rola Maryi. Książka ukazała się w 2021 roku nakładem wydawnictwa Esprit.

    – Współodkupicielstwo Maryi domaga się bardzo precyzyjnych sformułowań. Dotycząca go intuicja jest bardzo stara. Przejawiała się w wypowiedziach wielu świętych pochodzących z kręgów pierwszych uczniów św. Ignacego Loyoli oraz św. Alfonsa de Liguoriego. W naszych czasach mówili o niej św. Maksymilian Kolbe i św. Jan Paweł II, papież Pius XI i Pius XII, a także kard. Stefan Wyszyński. Ktoś wyliczył, że w oficjalnym nauczaniu papież Wojtyła nawiązał do współodkupicielstwa Maryi siedem razy. Mówili chętnie o Maryi w tym kontekście także o. Jean Galot, Mark Miravalle i wielu innych wielkich teologów. Ten temat podejmował również ks. Dolindo Ruotolo – powiedział ksiądz profesor.

    Jak wskazał, Kościół musi oczywiście mówić o wyjątkowości i jedyności zbawczej Pana Jezusa.

    – Potrzebujemy, oczywiście, bronić prawdy o jedyności zbawczej Chrystusa. Chrystus jest jedynym Zbawicielem i Odkupicielem świata. Tylko On umarł na krzyżu. Mówi o tym także św. Paweł w kontekście rywalizacji powstałej w Kościele w Koryncie między nim a Apollosem. Pyta: „[…] Czyż Paweł został za was ukrzyżowany? Czyż w imię Pawła zostaliście ochrzczeni? […] Nikt przeto nie może powiedzieć, że w imię moje został ochrzczony” (1 Kor 1, 13.15). Skoro tylko Chrystus umarł na krzyżu, tylko On jest godzien najwyższej czci. Tylko w Nim objawiła się pełnia bóstwa, tylko w Nim człowiek został do końca i całkowicie uratowany od zła, zbawiony od grzechu, wyniesiony do Bożej chwały. Czy to jednak wyklucza wszelkie współuczestnictwo? Podobne pytanie można sformułować wobec tajemnicy pośrednictwa Chrystusa. Jest prawdą, że Chrystus jest jedynym pośrednikiem między Bogiem a człowiekiem. Mówi o tym św. Paweł w Liście do Tymoteusza (por. 1 Tm 2, 5) – wskazał.

    Nie oznacza to jednak, że nie można mówić o współodkupicielstwie Maryi. Dlaczego?

    – Chrystus może jednak kogoś w to włączyć, dopuścić do współuczestnictwa w pośrednictwie łaski. W pierwszym rzędzie do pośrednictwa między Bogiem a człowiekiem została włączona Maryja, potem także wszyscy święci, Kościół uwielbiony. W przypadku Matki Bożej jako Współodkupicielki trwa cały czas w Kościele intelektualny i duchowy namysł. Są tacy, którzy mają więcej obaw i mówią: „Nie, powinno się z tego zrezygnować, bo to może naruszyć respekt w sposób wyjątkowy przynależny tylko Chrystusowi”. Inni zaś sugerują, że dzięki kategorii współodkupicielstwa można będzie lepiej wyjaśnić tajemnicę intymnej relacji między ukrzyżowanym Jezusem a jego uczniem ­poddanym cierpieniu – powiedział ks. prof. Robert Skrzypczak.

    Następnie wyjaśniał, co to znaczy, że Chrystus włącza nas do swojej tajemnicy odkupienia.

    – Święty Paweł mówił przecież: „już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus” (por. Ga 2, 20). Nasza chrześcijańska wiara pozwala nam odkryć sens cierpienia w połączeniu z cierpieniem Chrystusa na Kalwarii. Ofiarowane, złączone z cierpieniem Chrystusa, nasze cierpienie zyskuje nowy sens, wyjątkowe znaczenie. Matka Teresa z Kalkuty mówiła, że może podejmować wiele brawurowych nieraz dzieł misyjnych w Indiach i pracować na rzecz umierających pariasów w Kalkucie, ponieważ pewna chora kobieta z Belgii nieustannie ofiaruje za nią swoje cierpienie. Tak zachodzi mistyczne współdziałanie wiernych w spełnianiu różnych posług w Kościele. Jedni aktywnie działają na rzecz zbawienia innych, drudzy dostarczają im duchowej mocy poprzez składaną codziennie ofiarę poświęcenia, a także łączenie swojego cierpienia z cierpieniem Chrystusa – tłumaczył teolog.

    – W Liście do Kolosan św. Paweł napisał, że „ze swej strony w swym ciele dopełnia niedostatki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (por. Kol 1, 24). To znaczy, że Chrystus świadomie włącza nas w swoje cierpienie, w swoje umieranie na krzyżu i w zmartwychwstanie dla odkupienia świata. To Jego inicjatywa i Jego pragnienie. Łączymy się z Nim nie tylko duchem, ale i ciałem. Tajemnica ta przebiega przez sakrament Eucharystii i sakrament namaszczenia chorych, ale także przez eklezjalnie przeżywaną moc wiary w to, że nie jesteśmy sami. Jesteśmy włączeni w Mistyczne Ciało Chrystusa. Jeśli istnieje coś takiego, jak „dopełnianie niedostatków udręk Chrystusa”, to w takim właśnie świetle możemy spojrzeć na Maryję. Była najbliżej Pana jako pierwsza, która została włączona we współdziałanie w Jego dziele odkupienia – dodawał.

    Wskazał następnie na cierpienie Matki Bożej.

    – Współcierpiała z Chrystusem, wraz z Nim ofiarowała Bogu swą udręczoną duszę i ciało, Ją także przebił miecz boleści (por. Łk 2, 35). To, co realizuje się w Matce Bożej, dotyczy z kolei wszystkich pozostałych wierzących. Ona jest Współodkupicielką poprzez trwanie pod krzyżem, poprzez składanie siebie Bogu w ofierze, łączenie swojej własnej pasji z pasją Chrystusa na Kalwarii. To pozwala nam też spojrzeć na nowo na nasze własne choroby, na ból, starzenie się, cierpienie. Nasza wiara zaprasza do uczestnictwa w jedynej ofierze Chrystusa. Poprzez nasze własne utrapienia, lęki i ból możemy łączyć się z Jego umieraniem. W tym sensie nabierają one znaczenia – podkreślił rozmówca Pawła Chmielewskiego.

    Kapłan powołał się następnie na ks. Dolindo Ruotolo.

    – To jest intuicja, którą wyczytuję z pism ks. Dolindo. On szedł tą właśnie drogą, widział Maryję jako Współodkupicielkę, która pokazuje nam wszystkim, w jaki sposób możemy dzięki relacji z Nią zostać lepiej włączeni w to współodkupicielstwo. Możemy zostać zaproszeni do uczestnictwa w odkupieniu innych ludzi, w niszczeniu grzechów tego świata, w ratowaniu ludzi od potępienia i prowadzeniu ich do życia wiecznego – zaznaczył.

    – Cierpienie fizyczne samo w sobie nie ma sensu. Bóg go na nas bez potrzeby nie nakłada, nie stworzył jakiejś religii masochizmu. Cierpienie wyzute z Chrystusa jest jałowe. Jednakże połączone z ofiarą Chrystusa na krzyżu nabiera niesamowitej siły i wielkiej duchowej płodności. To dotyczy także ewangelizacji. Święty Paweł w Liście do Galatów pisze przecież: „Dzieci moje, oto ponownie w bólach was rodzę, aż Chrystus w was się ukształtuje” (Ga 4, 19). Apostoł uczy, że przepowiadanie Ewangelii, dawanie świadectwa o prawdzie łączy się często z pewnym cierpieniem – powiedział ksiądz profesor.

    – To cierpienie jest formą uczestnictwa w umieraniu i zmartwychwstaniu Chrystusa. Pan się nami posługuje, potrzebuje naszego ciała, naszej psychiki, wrażliwości, inteligencji. Kiedy ofiarowujemy ból fizyczny, udrękę duchową, zmęczenie, trud ewangelizowania, także trud wychowywania do wiary innej osoby – wówczas jesteśmy narzędziem Chrystusa. To wszystko może jeszcze oczekiwać na nowe światło, nowe opracowanie. Takie światło może rzucić właśnie tak zwany piąty dogmat maryjny o Matce Bożej jako Współodkupicielce – dodał.

    Odniósł się następnie do dogmatu o Wniebowzięciu Maryi. Starał się pokazać, jak ten dogmat rzuca światło na tajemnicę współodkupicielstwa.

    – W dogmacie o Wniebowzięciu Maryja skupia w sobie jak w soczewce nasze eschatologiczne przeznaczenie. Jest pierwszą, w której śmierć zostaje pokonana: najpierw w akcie Niepokalanego Poczęcia, a później za sprawą Wniebowzięcia – nie tylko duchowo, ale i cieleśnie. My też będziemy kiedyś duchem i ciałem uczestniczyli w zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią. Dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny rzuca światło na nasz udział w misterium paschalnym Chrystusa, w Jego zmartwychwstaniu – mówił ks. prof. Robert Skrzypczak.

    – Współodkupicielstwo może otworzyć przed nami perspektywę doświadczenia zbawienia w Chrystusie w ramach naszej tymczasowej egzystencji. Dzisiaj stoimy wobec wyzwania, które św. Paweł nazwał wrogością wobec Chrystusowego krzyża (por. Flp 3, 18). Wielu ludzi szuka dziś w Kościele religii typu terapeutycznego. Nie chcą odkupienia, ale spokoju serca, nawet relaksu, który pozwoli im na skuteczniejsze działanie. Religijna formuła ma sprawić, że poczują się lepiej, zrzucą z siebie ciężar stresu i zwiększą szanse na szczęśliwe życie tu, na ziemi – dodał kapłan.

    – Arcybiskup Fulton Sheen, mówiąc o próbie Antychrysta, wyjaśniał, że jest ona związana z pokusą przeżywania chrześcijaństwa bez krzyża. Być może, jeżeli Bóg pozwoli nam dotrzeć do inteligentnie sformułowanego piątego dogmatu maryjnego, ta właśnie prawda wiary rzuci ogromne światło na przeżywanie krzyża w kontekście chwalebnego krzyża zmartwychwstałego Pana. Odkryjemy dzięki niej kod dostępu do udziału w jedynej i wyjątkowej ofierze Chrystusa – zaznaczył.

    – Moje własne ofiarowanie się za drugiego nie ma żadnego znaczenia, ale jeśli zostanie ono złączone z ofiarą Chrystusa na krzyżu, Pan włączy moją ofiarę w siebie i spożytkuje ją. Misje potrzebują intensywnej modlitwy; często zakłada się wspierające je klasztory kontemplacyjne. Siła płynąca z dobrowolnego oddania własnego cierpienia Bogu jest zamieniana mocą miłości Chrystusa w potężną broń niszczącą dzieło diabła na tym świecie. Maryja dostarcza nam ogromnej pomocy w odkryciu na nowo Ewangelii krzyża. Jest najpiękniejszym zwierciadłem odbijającym tajemnicę Chrystusa – podsumował ksiądz profesor.

    Więcej na ten temat w książce „Ogień w Kościele. Nadzieja w czasach kryzysu”.

    Pach/PCh24.pl

    ______________________

    • ,,Współodkupicielka”, – takim tytułem zwracał się do Matki Bożej św. Ludwik Maria Grignon de Montfort. Udział Najświętszej Maryi Panny do naszego zbawienia jest zamierzony przez samego Boga. „Nie potrzebował i dotąd nie potrzebuje koniecznie Najświętszej Panny do swych zamierzeń i dla objawienia swej chwały. Wystarcza Mu bowiem chcieć, by wszystkiego dokonać. Przyjąwszy jednak rzeczywisty stan rzeczy, głoszę, że ponieważ od chwili, gdy ukształtował Najświętszą Pannę, przez Nią rozpoczął i wykończył największe swe dzieła, musimy wierzyć, iż nie zmieni On już swego postępowania aż do skończenia wieków, gdyż jest Bogiem niezmiennym w swych uczuciach i postępowaniach”.
      Święty Ludwik opisuje tę uwarunkowaną, ale prawdziwą i rzeczywistą konieczność pośrednictwa Matki Bożej w samym życiu Chrystusa, w uświęcaniu dusz, dla osiągnięcia ostatecznego celu, szczególnie w czasach ostatecznych.
      Udział Bożej Rodzicielki na nasze uświęcenie opiera się na Jej wyjątkowym współudziale „przez swe posłuszeństwo, wiarę, nadzieję i żarliwą miłość w przywróceniu duszom życia nadprzyrodzonego. Z tej racji stała się naszą Matką w porządku łaski”. Je macierzyństwo ma „wielorakie orędownictwo”, jako matczyna troska o „braci swego Syna jeszcze pielgrzymujących oraz wystawionych na niebezpieczeństwa i przeciwności aż do chwili ich dojścia do ojczyzny wiecznego szczęścia. Dlatego Kościół zwraca się do Maryi jako do Orędowniczki, Wspomożycielki i Pośredniczki”.
    • W Objawieniach w fatimskich Matka Boża powiedziała do Łucji do Santos 13 czerwca 1917 roku, że Jej Syn chce, “abym była bardziej znana i miłowana”. I pragnie, aby “zostało ustanowione nabożeństwo do mojego Niepokalanego Serca”.
    • Do Matki Bożej określeniami: „Pośredniczka” i „Współodkupicielka” zwracał się wielokrotnie św. Jan Paweł II łącząc je przede wszystkim z wartością zbawczą naszego cierpienia, ofiarowanego razem z cierpieniem Chrystusa, do którego w sposób szczególny dołącza się Matka Boża, zwłaszcza pod krzyżem”,

    ***


    Roberto de Mattei o dokumencie Watykanu:

    Chcieli poniżyć Maryję, ale Dziewica zostanie wywyższona

    (Zdrowaś Maryjo, Łaski pełna…)

    ***

    Jesteśmy przekonani, że dziś na świecie istnieje grono kapłanów i świeckich, o szlachetnym i mężnym sercu, gotowych chwycić obosieczny miecz Prawdy, aby głosić wszystkie przywileje Maryi i wołać u stóp Jej tronu: «Quis ut Virgo?» — Któż jak Dziewica? – pisze prof. Roberto de Mattei w odpowiedzi na dokument „Mater Populi fidelis” Dykasterii Nauki Wiary.

    16 października 1793 roku wydarzył się bodaj najohydniejszy akt rewolucji francuskiej: stracenie Królowej Francji, Marii Antoniny, po pokazowym procesie przed Trybunałem Rewolucyjnym. O Marii Antoninie pisał Plinio Corrêa de Oliveira: „Są dusze, które stają się wielkie dopiero wtedy, gdy uderzą w nie wichry przeciwności. Maria Antonina, która jako arcyksiężniczka była powierzchowna, a jako królowa niewybaczalnie lekkomyślna, w obliczu wiru krwi i nędzy zalewającego Francję przemieniła się w sposób zdumiewający; i historyk, zdjęty szacunkiem, stwierdza, że z królowej narodziła się męczennica, a z lalki bohaterka.”

    21 stycznia został zgilotynowany Król Francji, Ludwik XVI. Papież Pius VI w przemówieniu Quare lacrymae z 17 czerwca 1793 roku uznał w ofierze monarchy „śmierć poniesioną z nienawiści do religii katolickiej”, przyznając mu „chwałę męczeństwa”. Tę samą chwałę — możemy powiedzieć — otrzymała Maria Antonina, winna jedynie tego, że samym swoim istnieniem ucieleśniała zasadę chrześcijańskiej królewskości wobec nienawiści Rewolucji.

    Brytyjski pisarz Edmund Burke (1729–1797), w jednym z najpiękniejszych fragmentów swoich „Rozważań o rewolucji we Francji” (1791), pisze:

    „Minęło już szesnaście czy siedemnaście lat, odkąd ujrzałem po raz pierwszy Królową Francji, wówczas delfinę, w Wersalu. Zaiste żadne bardziej czarujące zjawisko nie nawiedziło tej ziemi, którą ona zdawała się ledwie muskać stopą. Widziałem ją, jak pojawia się na horyzoncie, niosąc radość i wesele, jaśniejąc niczym jutrzenka, pełna życia, blasku i radości. […] Nigdy bym nie przypuszczał, że dożyję dnia, w którym taki los spadnie na nią w narodzie ludzi tak eleganckich, w narodzie honoru i rycerzy. W mojej wyobraźni widziałem dziesięć tysięcy mieczy dobywających się nagle z pochew, by pomścić choćby spojrzenie, które ośmieliłoby się ją znieważyć. Lecz epoka rycerskości dobiegła końca. Nadeszła epoka sofistów, ekonomów i buchalterów; a chwała Europy została zgaszona na zawsze.”

    Dziś, po dwóch stuleciach, słowa brytyjskiego pisarza powracają na myśl wobec wydarzenia o znacznie poważniejszym ciężarze. 4 listopada 2025 roku, w domu generalnym jezuitów, zaprezentowano Mater Populi fidelis, „notę doktrynalną” Dykasterii Nauki Wiary, na której czele stoi kardynał Víctor Manuel Fernández.

    Dokument obejmuje osiemdziesiąt paragrafów poświęconych „właściwemu rozumieniu tytułów maryjnych”, mających rzekomo wyjaśnić, „w jakim sensie pewne wyrażenia odnoszone do Najświętszej Maryi Panny są dopuszczalne lub nie”, oraz umiejscowić Ją „we właściwej relacji do Chrystusa, jedynego Pośrednika i Odkupiciela”.

    Z głębokim bólem zapoznaliśmy się z tym tekstem, który pod słodkawym tonem skrywa treść zatrutą. W chwili dziejowego zamętu, kiedy wszystkie nadzieje serc gorliwych kierują się ku Najświętszej Dziewicy, Dykasteria Nauki Wiary pragnie pozbawić Ją tytułów Współodkupicielki i Pośredniczki wszelkich łask, sprowadzając Ją do kobiety jak każda inna: „matki wiernego ludu”, „matki wierzących”, „matki Jezusa”, „towarzyszki Kościoła” — jak gdyby można było zamknąć Matkę Boga w kategorii czysto ludzkiej, odbierając Jej wymiar nadprzyrodzony. Trudno w tych słowach nie dostrzec ukoronowania posoborowego nurtu mariologicznego, który w imię „złotego środka” wybrał minimalizm poniżający postać Najświętszej Maryi Panny.

    Maria Antonina przedstawiała królewskość ziemską, będącą odbiciem królewskości Bożej, lecz kruchą, jak wszystkie rzeczy ludzkie: jej tron runął pod naporem furii rewolucyjnej. Natomiast Najświętsza Maryja Panna jest Królową powszechną — nie z nadania ludzkiego, lecz z łaski Bożej. Jej tron nie znajduje się w pałacu, lecz w sercu samego Boga. „Najwyższy – mówi św. Ludwik Grignion de Montfort – zstąpił do nas doskonale i bosko przez pokorną Maryję, nie tracąc nic ze swego Bóstwa i świętości. I przez Maryję mali mają wznosić się doskonale i bosko ku Najwyższemu, niczego się nie obawiając” („Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”, nr 157).

    Ludzie mogą próbować „ściąć Jej głowę”, sprowadzając Ją do zwykłej kobiety, lecz Maryja pozostaje Matką Boga, Niepokalaną, zawsze Dziewicą, Wniebowziętą, Królową Nieba i ziemi, Współodkupicielką i Pośredniczką wszelkich łask. Albowiem — jak wyjaśnia św. Bernardyn ze Sieny — „każda łaska udzielona ludziom wypływa z potrójnej uporządkowanej przyczyny: od Boga przechodzi do Chrystusa, od Chrystusa przechodzi do Dziewicy, a od Dziewicy przychodzi do nas” (Kazanie VI na święta Najświętszej Maryi Panny, rok 1, cz. 2).

    Dlatego — wedle św. Augustyna, cytowanego przez św. Alfonsa Marię Liguoriego — wszystko, co mówimy na chwałę Maryi, zawsze jest za mało wobec tego, na co zasługuje w swej wzniosłej godności Matki Boga (Chwały Maryi, t. I, Redemptoryści, Rzym 1936, s. 162).

    Edmund Burke ubolewał, że nie znalazło się dziesięć tysięcy mieczy gotowych stanąć w obronie królowej Marii Antoniny „wobec choćby jednego spojrzenia, które by śmiało ją zelżyć”. Jesteśmy przekonani, że dziś na świecie istnieje grono kapłanów i świeckich, o szlachetnym i mężnym sercu, gotowych chwycić obosieczny miecz Prawdy, aby głosić wszystkie przywileje Maryi i wołać u stóp Jej tronu: «Quis ut Virgo?» — Któż jak Dziewica?

    Na nich zstąpią łaski potrzebne do walki w tych burzliwych czasach. I być może — jak zawsze dzieje się w historii, gdy próbuje się zaciemnić światło — dokument Dykasterii Nauki Wiary, który pragnie pomniejszyć chwałę Najświętszej Maryi Panny, mimowolnie potwierdzi Jej niewysłowioną wielkość.

    Roberto de Mattei

    Corrispondenza Romana/PCh24.pl

    ***

    Rachunek sumienia – codzienne przygotowanie do Bożego sądu

    Przebieg sądu po śmierci pozostaje w związku z tym, na ile człowiek trwa w pokorze, świadomy własnej grzeszności. Bardzo tej świadomości pomaga osobisty rachunek sumienia.

    PEXELS 

    ***

    Przebieg sądu nad nami „z tamtej strony” ma związek z osądem, jaki przeprowadzamy nad samymi sobą „z tej strony”.

    Gdy przed laty Lew Rywin, bohater największej afery III RP, dowiedział się, że jego korupcyjna propozycja na rzecz „grupy trzymającej władzę” została nagrana, miał powiedzieć: „To mnie zabijcie”. To podobno częsta reakcja osób, którym w sposób bezsporny udowodniono winę. Niektórzy nawet, nie mogąc znieść utraty dobrej opinii, sami próbują się zabić. Zapewne w odruchu tym kryje się nadzieja ucieczki przed odpowiedzialnością i nieznośnym wstydem. Świadomi chrześcijanie wiedzą, że to najgorsza rzecz, jaką można zrobić, bo do wszystkich win, które się popełniło, człowiek dokłada grzech samowolnego przerwania swojego życia. Tym samym ktoś taki pozbawia się łaski odpokutowania złych czynów i odnalezienia pokory tu, na ziemi. Bo to istotnie wielka łaska, choć bardzo bolesna, gdy człowiek musi zwrócić społeczeństwu niesłusznie przywłaszczony sobie jego szacunek i gdy, tracąc wszystko, co nieuczciwie zagarnął, musi wypłacić się ziemskiej sprawiedliwości.

    To żałosne złudzenie, że ucieczka z tego życia anuluje długi moralne, znosi odpowiedzialność za czyny popełnione na ziemi i pozwala uniknąć wstydu. Nic podobnego – tam wszystko jest „nagrane”. I trzeba będzie zmierzyć się z tym bez żadnych wymówek, bez żadnej zasłony, w przeraźliwej nagości sięgającej dna duszy. Nie pomoże RODO i nawet powiedzieć „zabijcie mnie” nie będzie można, no bo, człowieku, właśnie nie żyjesz.

    Paliwo i tlen

    Gdy święta Faustyna zadeklarowała: „Od dziś pełnię wolę Bożą, wszędzie, zawsze, we wszystkim”, usłyszała głos w duszy: „Od dziś nie lękaj się sądów Bożych, albowiem sądzona nie będziesz”. To wielki przywilej, ale też konsekwencja życiowych decyzji. „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni” – mówi Jezus (Łk 6,37). A zatem przebieg sądu po śmierci pozostaje w związku z tym, na ile człowiek trwa w pokorze, świadomy własnej grzeszności. Bardzo tej świadomości pomaga osobisty rachunek sumienia. Chodzi o życiową przejrzystość. „Ty masz upodobanie w ukrytej prawdzie” (Ps 51,8) – modli się Dawid, złamany przez cudzołóstwo i zbrodnię, których się dopuścił. Ucieczka przed prawdą nigdy nie kończy się powodzeniem.

    Kłamstwo jest paliwem, a prawda jest tlenem, który sprawia, że zakłamany człowiek, o ile się nie opamięta, musi kiedyś zapłonąć ze wstydu. Lepiej zmierzyć się z prawdą teraz niż potem. A najlepiej mierzyć się z nią stale.

    Faustyna żyła w prawdzie. „W medytacji o śmierci przygotowałam się jako na rzeczywistą śmierć; zrobiłam rachunek sumienia i przetrząsnęłam wszystkie sprawy swoje w obliczu śmierci, i dzięki łasce sprawy moje nosiły na sobie cechę celu ostatecznego, co przejęło serce moje wielką wdzięcznością ku Bogu, i postanowiłam na przyszłość jeszcze z większą wiernością służyć Bogu swemu. Jedno [jest ważne] – aby całkowicie dokonać śmierci starego człowieka, a zacząć życie nowe” – pisała w październiku 1937 roku.

    Rachunek z wdzięczności

    Rachunek sumienia jest praktyką szczególnie polecaną i stosowaną przez św. Ignacego Loyolę, a tym samym przez jego duchowych synów z zakonu jezuitów. Założyciel zakonu badał swoje sumienie codziennie, a nawet częściej. O. Krzysztof Osuch SJ w kwartalniku „Życie duchowe” nazywa to „swoistą obsesją refleksyjności”, podkreśla jednak, że nie wynikało to z chorobliwego poczucia winy, ale z fascynacji miłością zaofiarowaną mu przez Boga. Św. Ignacy nie katował siebie świadomością swojej grzeszności – jego rachunek sumienia wynikał z potężnego pragnienia zanurzania się w miłości Trójcy Świętej, wyrażania swojej wdzięczności i sprawdzania, czy w minionym czasie jego działanie odpowiadało tej miłości. Jeśli zauważył uchybienia, od razu za nie przepraszał i postanawiał poprawę. W swoich Ćwiczeniach duchownych (nr 43) Loyola przedstawił sposób odprawianego przez siebie rachunku sumienia:

    Punkt 1. Dziękować Bogu, Panu naszemu za otrzymane dobrodziejstwa.

    Punkt 2. Prosić o łaskę poznania grzechów i odrzucenia ich precz.

    Punkt 3. Żądać od duszy swojej zdania sprawy od godziny wstania aż do chwili obecnego rachunku. Czynić to, przechodząc godzinę po godzinie lub jedną porę dnia po drugiej, a najpierw co do myśli, potem co do słów, a wreszcie co do uczynków.

    Punkt 4. Prosić Pana, Boga naszego o przebaczenie win.

    Punkt 5. Postanowić poprawę przy Jego łasce.

    Odmówić „Ojcze nasz”.

    Świadomość zła

    Ojciec Krzysztof Osuch zwraca uwagę, że „wchodząc w trzeci punkt rachunku sumienia, codziennie antycypujemy szczegółowy sąd Boży”. Można więc powiedzieć, że „żądanie od duszy swojej zdania sprawy od godziny wstania aż do chwili obecnego rachunku” jest codziennym przygotowaniem się do sądu, który czeka nas po śmierci. Taki rachunek sumienia w jakiś sposób wyprzedza tamto spotkanie. Jezuita wskazuje, że trzeba przezwyciężyć pewien wstępny opór i zniechęcenie. „Za niedługo spotkamy się »twarzą w twarz« z naszym Stwórcą i zdamy Mu sprawę z bycia panem siebie i Ziemi” – zauważa zakonnik. Odwołując się do pierwszego punktu rachunku sumienia, zaleca przypomnienie sobie troskliwej miłości Boga i sprawdzenie, czy i jak odpowiadaliśmy na tę miłość.

    „Raz po raz, i to przez całe lata, okazuje się, że nasza miłość do Boga jest jak rosa o poranku lub chmury na świtaniu (por. Oz 6,4); pojawia się, trwa krótko i znika. Ta powtarzająca się sytuacja ma oczywiście swoje poważne konsekwencje. Gdy słabnie lub znika żywe odniesienie do miłości Boga, wtedy aktywizują się nasze pożądania. Przyjmujemy bałwochwalcze postawy wobec stworzeń, gdy nie dostrzegamy ich Stwórcy, i przywiązujemy się do nich. Skłonni jesteśmy zagracać nasze serca przeróżnymi rzeczami do tego stopnia, że brak już w nim miejsca dla przeżywania serdecznej więzi z Panem Jedynym!” – podkreśla duchowny. Dodaje, że prawdziwie szczere nawrócenie wiąże się ze zdemaskowaniem własnego grzechu i uświadomieniem sobie okropności, jaką jest rozmijanie się z miłością Boga.

    Wyprzedzanie sądu

    Uczciwe przyznawanie się do swoich grzechów i cierpliwa praca nad ich odrzuceniem przynoszą owoce. To od nas zależy, czy przyjmujemy Boże usprawiedliwienie, które obmywa nas z każdej winy, czy też obkładamy się paliwem grzechu.

    Grzechy wyznane i odpokutowane nie będą dla nas w życiu przyszłym źródłem bólu, lecz wdzięczności za tak wielkie miłosierdzie Boże, jakiego doświadczyliśmy. Nawet ciężki złoczyńca, który w ostatniej chwili życia zdobywa się na uczciwe wyznanie grzechów, dostępuje usprawiedliwienia. Uczy o tym przypadek Dobrego Łotra, którego Jezus kanonizował, wisząc na krzyżu. Złoczyńca stanął w prawdzie, uznając słuszność swojej kary, więc wszedł do życia wiecznego bez maski, a za to z najgłębszą pokorą i wdzięcznością.

    Kto praktykuje szczery rachunek sumienia z intencją korygowania swojego postępowania w świetle woli Bożej, ten nie będzie musiał przed Bogiem „świecić oczami” – sam już swoje winy zobaczył i za nie żałował. I podziękował dobremu Ojcu za przebaczenie.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

  • ogłoszenia – październik 2025

    ***

    Wszystkich Świętych coraz bliżej.

    Co należy, a czego nie trzeba robić w ten dzień

    Wszystkich Świętych coraz bliżej. Co należy, a czego nie trzeba robić w ten dzień?
    fot. depositphotos.com

    ***

    Uroczystość Wszystkich Świętych, która jak co roku wypada 1 listopada, zbliża się wielkimi krokami. Poniżej znajdziecie uporządkowane najważniejsze informacje, które wyjaśniają, co każdy wierny powinien, a czego nie musi robić w ten dzień.

    Chociaż uroczystość Wszystkich Świętych kojarzy nam się z nostalgią i być może smutkiem z powodu utraty bliskich, jest to jedno z najpiękniejszych i najbardziej radosnych świąt w roku liturgicznym. To dzień, w którym Kościół dziękuje Bogu za ludzi, którzy są w niebie i to właśnie o nich powinniśmy myśleć w tym czasie.

    Ponadto uroczystość Wszystkich Świętych przypomina nam o naszym powołaniu do świętości, która nie jest przywilejem nielicznych, lecz zaproszeniem, które Bóg kieruje do wszystkich.

    1 listopada często pojawia się wiele wątpliwości, co należy zrobić, a czego nie. Poniżej wyjaśniamy najważniejsze kwestie.

    Co wierni powinni zrobić w uroczystość Wszystkich Świętych

    Uczestnictwo we Mszy świętej

    Uroczystość Wszystkich Świętych jest świętem nakazanym, dlatego każdy katolik ma obowiązek uczestnictwa w Eucharystii. Zaniechanie uczestnictwa bez ważnej przyczyny (np. choroba, opieka nad dzieckiem, brak możliwości dotarcia) jest uznawane za grzech ciężki.

    Zachowanie świątecznego charakteru dnia

    To dzień radości i wdzięczności – nie smutku. Wierni są zachęcani, by unikać niekoniecznych prac, zakupów czy zajęć, które mogłyby odciągać od modlitwy i refleksji.

    Modlitwa za zmarłych i odwiedzenie cmentarza

    Choć 1 listopada nie ma obowiązku odwiedzenia cmentarza, jest to piękny i głęboko zakorzeniony w polskiej tradycji gest. Modlitwa przy grobach bliskich jest znakiem pamięci o nich.

    Od 1 do 8 listopada można także uzyskać odpust zupełny za zmarłych. “Odpust zyskuje ten, kto nawiedzi cmentarz oraz wypełni zwykłe warunki, tj. przystąpi do Komunii św. w dniu nawiedzenia cmentarza i odmówi na cmentarzu Ojcze nasz i Wierzę w Boga oraz jakąkolwiek modlitwę w intencjach wyznaczonych na dany dzień przez Ojca Świętego” – czytamy na stronie poznańskiej parafii pw. Zwiastowania Pańskiego.

    Czego nie trzeba robić w uroczystość Wszystkich Świętych

    Nie ma obowiązku odwiedzenia cmentarza 1 listopada

    W uroczystość Wszystkich Świętych nie musimy odwiedzać grobów bliskich. Wiele osób wybiera inny dzień np. 2 listopada (Dzień Zaduszny), aby uniknąć tłoku i chaosu. Najważniejsza jest jednak modlitwa za zmarłych.

    Nie należy przeżywać dnia w nastroju żałoby

    Choć odwiedzamy groby, uroczystość Wszystkich Świętych nie jest dniem smutku, ale wdzięczności i radości. Nie należy mylić Uroczystości Wszystkich Świętych z Dniem Zadusznym. 1 listopada to dzień radości i wdzięczności za zbawionych, natomiast 2 listopada – Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych (Dzień Zaduszny).

    źródło: Deon.pl / tk

    ***

    Jak uzyskać odpust za zmarłych?

    ***

    W związku z okresem modlitw za zmarłych można uzyskać odpusty dla nich

    Należy nawiedzić pobożnie cmentarz w dniach 1-8 listopada i modlić się za dusze zmarłych, przy zachowaniu stałych warunków odpustu:

    • stanu łaski uświęcającej,
    • przyjętej w danym dniu Komunii św.,
    • wolności od przywiązania do grzechu (nawet lekkiego)
    • modlitwy w intencjach Ojca Świętego (np. “Ojcze nasz” i “Zdrowaś Mario”)

    W samym dniu 2 listopada – przy zachowaniu tych samych warunków – również można uzyskać odpust za zmarłych związany z nawiedzeniem kościoła lub publicznej kaplicy i odmówieniem w nich modlitwy “Ojcze nasz” i “Wierzę w Boga”.

    Listopadowe prezenty

    Nie wiem czy lubisz rozdawać prezenty bliskim, a może także nieznajomym? Jeśli tak, to czytaj dalej, a dowiesz się jak można rozdawać prezenty, nie płacąc za nie ani złotówki. Cóż to za podarki, o których chcę Ci dziś powiedzieć? Oficjalnie nazywamy je w Kościele odpustami.

    Dla niektórych brzmi to zapewnie dziwnie, dla innych być może lekko trąci ciemnymi wiekami, gdzie takowymi dobrami handlowano za pieniądze. Zostawiając na boku owe negatywne skojarzenia, zatrzymajmy się dziś nad duchowymi prezentami i tym, jak możemy uczestniczyć w ich rozdawaniu.

    Listopadowe prezenty

    Aby jednak bardziej zrozumieć o co chodzi, musimy się nieco zastanowić nad tym, jak „działa” grzech w życiu człowieka. A ma on dwa skutki: grzech śmiertelny powoduje karę wiecznego odłączenia od Boga i powoduje też głęboki nieporządek w życiu. Mówiąc obrazowo, zostawia w duszy rany. Takie same rany pozostawiają grzechy, które nie powodują odłączenia od Boga, a które zwyczajowo nazywamy lekkimi.

    Bóg w swoim miłosierdziu dał nam sakrament spowiedzi, który gładzi karę odłączenia od Boga jaki powoduje grzech śmiertelny. Spowiedź jednak automatycznie nie leczy wszystkich ran grzechowych. Pozostaje przed nami zadanie oczyszczania się z nich. Pozostając w terminologii choroby – potrzebna jest duchowa rekonwalescencja (a ta bywa bolesna i wymaga ofiar), która przywróci harmonię w duszy.

    Jak pomóc duszy wyjść z czyśćca?

    Owa rekonwalescencja może mieć miejsce już na ziemi, a dla odchodzących z tego świata w przyjaźni z Bogiem – lecz nie do końca wyleczonych z duchowych ran – trwa ona nadal w rzeczywistości, którą nazywamy czyśćcem. To stan, w którym człowiek jest zbawiony, ale jeszcze nie przeżywa radości życia na wieki z Bogiem, z powodu „niezaleczonych” powikłań po grzechu w duszy.

    Czy możemy jakoś pomóc osobom, które w takim stanie przebywają? Oczywiście, że tak! A to dlatego, że jako ochrzczeni jesteśmy wszyscy „zespołem naczyń połączonych” i dzięki temu, że łączy nas Jezus, możemy przekazywać sobie nawzajem duchowe dobra.

    Listopadowe prezenty

    Teraz możemy przejść do tego, jak rozdawać owe prezenty. Klucz do nich jest w ręku Kościoła pod przewodnictwem papieża, który jako następca św. Piotra ma tę samą władzę od Jezusa „związywania i rozwiązywania”. Stąd to Kościół określa warunki w jaki sposób owe duchowe dobra są przydzielane. I dziś powiem jedynie o tych szczególnych, listopadowych, które są przeznaczone dla zmarłych (odpust w różnych okolicznościach można uzyskać też dla siebie samego, ale dziś nie będziemy zajmowali się tym tematem).

    Warunki wspólne tym odpustom, o których za chwile napiszę, są następujące:

    • przystąpienie do spowiedzi sakramentalnej w bliskiej łączności z tym listopadowym czasem, oczywiście nie ma potrzeby przystępowania do spowiedzi za każdym razem kiedy chcemy uzyskać odpust, jedna celebracja tego sakramentu obejmuje wiele takich okazji do zyskania odpustu
    • przyjęcie Komunii Świętej
    • modlitwa „w intencjach” Ojca Świętego

    Małe dopowiedzenie co do Komunii Świętej i modlitwy „w intencjach” Ojca Świętego. W przypadku listopadowych odpustów związane jest to z jednym odpustem za jedną duszę, czyli jeśli chcemy obdarowywać jedną duszę każdego dnia, codziennie trzeba przyjąć Komunię Świętą i pomodlić się w intencjach Ojca Świętego. Nie modlimy się tu za papieża, a raczej za sprawy, które on wyznacza na dany czas Kościołowi do modlitwy.

    Jakkolwiek można tu użyć różnych modlitw, wystarczy odmówić Ojcze Nasz i Zdrowaś Maryjo.

    Teraz kilka słów o okolicznościach w jakich po wypełnieniu powyższych warunków można uzyskać odpust zupełny za dusze czyśćcowe. A możliwości są dwie.

    Pierwsza okazja do uzyskania odpustu zupełnego zaczyna się już w Dzień Wszystkich Świętych od południa, aż do końca Dnia Zadusznego. Związana jest z nawiedzeniem kościoła lub publicznej kaplicy i odmówieniu tam “Ojcze Nasz” oraz „Wierzę w Boga”.

    Druga okazja trwa od 3 do 8 listopada i związana jest z nawiedzeniem cmentarza i z modlitwą za zmarłych tamże (dowolnej).

    Nasza pomoc w zależności od naszego usposobienia może sprawić, że dla duszy konkretnej osoby od razu zakończy się czyściec, albo pomoże jej aby do stanu całkowitej wolności od ran po grzechu przybliżyć. Od czego to zależy? Od tego czy podejmując te czynności będziemy mieli w sercu pragnienie oderwania się od jakiegokolwiek grzechu w naszym życiu. Nie chodzi tu tyle o jakieś uczuciowe podejście, a o pragnienie woli, które wyraziłbym w takim mniej więcej postawieniu sprawy „wiem, że jestem grzesznikiem, ale chcę podążać ku Bogu – być świętym i nie chcę dokonywać nawet maleńkiego zła”.

    Zachęcam Cię więc po sięgnięcie po te duchowe prezenty, które Jezus daje nam przez Kościół. Tak najdoskonalej okażesz miłość swoim bliskim, którzy już odeszli z tego świata. Kochajmy więc naszych bliźnich, znanych i nieznanych, niecieszących się jeszcze radością nieba, którzy czekają na naszą pomoc.


    o. Bartłomiej Parys, SVD Stacja7.pl

    ***

    Nieustanne rozważanie Męki Pańskiej

    30.X – 31.X

    Jedenasta Godzina Męki Pańskiej

    O północy z czwartku na piątek 30/31 października w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest możliwość uczestniczenia w jedenastej godzinie rozważania Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny przed Najświętszym Sakramentem.

    ***

    Intencje w jakich modlimy się w czasie rozważań Męki Pańskiej:

    – o wypełnienie się Woli Bożej w naszym Narodzie

    – o przemianę polskich serc

    – za dusze czyśćcowe

    – o zaprzestanie aborcji

    – o powołania kapłańskie, zakonne i misyjne

    ***

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    Kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    ***

    Nieustanne rozważanie Męki Pańskiej

    szczegółowe informacje na stronie internetowej:www.24gmp.pl

    ***

    Uwaga!

    Międzynarodowe Stowarzyszenie Egzorcystów ostrzega przed Halloween

    (oświadczenie)

    (fot. Pixabay)

    ***

    Każdego roku grupy czarownictwa i satanizmu rozpoczynają 22 września bluźnierczy „post”. Trwa 40 dni i polega na różnych haniebnych rytuałach i działaniach. Jego cel jest jasny: przygotować się do Halloween, pisze Międzynarodowe Stowarzyszenie Egzorcystów.

    Stowarzyszenie zostało założone w latach 90. przez oficjalnego egzorcystę Watykanu, nieżyjącego już ks. Gabriele Amortha.

    Apel ws. Halloween ogłosił na stronie Stowarzyszenia jego wiceprzewodniczący, ks. Francesco Bamonte.

    Zwrócił uwagę na pogańskie i demoniczne korzenie Hallowen, na znaczenie tego wydarzenia dla współczesnych satanistów – oraz na jego fatalną edukacyjną rolę. Hallowen zamiast przyzwyczajać dzieci do dobra, piękna i świętości – przyzwyczaja do zła, brzydoty i bluźnierstw.

    Dlatego katolicy nie tylko nie mogą czegoś takiego świętować – w ogóle nie chcą tego robić.

    PONIŻEJ PREZENTUJEMY CAŁE OŚWIADCZENIE MIĘDZYNARODOWEGO STOWARZYSZENIA EGZORCYSTÓW WS. HALLOWEEN

    Czy wiedzieliście, że od 22 września każdego roku grupy i ruchy czarownictwa Wicca oraz satanizmu rozpoczynają bluźnierczy „wielki post”, który trwa czterdzieści dni? Ten „post” charakteryzuje się haniebnymi rytuałami i działaniami, które kulminują w nocy z 31 października na 1 listopada. Oni nazywają ją nocą Halloween, natomiast dla katolików na całym świecie jest to piękna, pełna światła noc święta Wszystkich Świętych.

    W przeciwieństwie do święta Wszystkich Świętych, Halloween propaguje to, co mroczne: morderczą przemoc, szydzenie ze śmierci albo też jej szaleńcze gloryfikowanie, makabrę, horror, okultyzm, czary, demony. Postacie halloweenowe, za które przebierają się dzieci i dorośli, to potwory, wampiry, duchy, szkielety, wilkołaki, zombie, czarownice, diabły.

    Atrakcyjność tych kostiumów i tematów jest wyraźnym znakiem poważnego wewnętrznego niepokoju panującego w dzisiejszym społeczeństwie. Halloween wychwala brzydotę i to, co odrażające i mroczne. Zaszczepia w umysłach najmłodszych ohydę. Naraża ich na koszmary i nocne lęki.

    To gromadne, konsumpcyjne, a jednocześnie irracjonalne święto. Z jednej strony wskazuje na głębokie przemiany kulturowe spowodowane sekularyzacją, którą cechuje odrodzenie mentalności magicznej. Swoje apogeum ma to w odrodzeniu neopogaństwa. Z drugiej strony Halloween to także machina komercyjna: to ona napędza i narzuca to święto w różnych kontekstach geograficznych i kulturowych, w tym w Afryce, bez żadnego poszanowania dla lokalnych tradycji i wrażliwości religijnej.

    Od kilku lat we Włoszech i w innych krajach, kręgi okultystyczne i satanistyczne, ukrywające się pod szyldem stowarzyszeń kulturalnych, organizują z tej okazji już w tygodniach poprzedzających 31 października spektakle, które są częścią precyzyjnej i przemyślanej strategii. Organizuje się nawet szkoły magii i czarów o charakterze zabawowym, pozornie niewinnym… to oszustwo wobec rodzin i pułapka dla dzieci i młodzieży.

    Przypomnijmy, że Halloween, uważane przez wiele rodzin za okazję do zabawy i rozrywki dla dzieci, jest świętem związanym z okultyzmem, magią, czarami i demonicznością. Swoje korzenie ma w pogańskim święcie – Samhain, pochodzącym od Celtów, ludu żyjącego w starożytności na wielu obszarach kontynentu europejskiego, od Wysp Brytyjskich po północne Włochy.

    Dlatego Halloween wcale nie jest świętem świeckim ani nieszkodliwą, globalną zabawą. W rzeczywistości mamy do czynienia z prawdziwym odtworzeniem i ożywieniem pogańskiego święta religijnego, podczas którego wykonywano rytuały magiczne z ofiarami ze zwierząt, a czasem nawet z ludzi.

    Nowoczesne czarownictwo naszych czasów, zorganizowane w ruch pod nazwą Wicca, podczas swoich najważniejszych świąt w roku, podobnie jak Celtowie, obchodzi właśnie święto Samhain. Według kalendarza Wicca, ta uroczystość rozpoczyna nowy rok czarownictwa –w noc z 31 października na 1 listopada.
    Również dla wyznawców szatana, satanistów, najważniejsze święto ich plugawych ceremoniałów – początek roku satanistycznego – przypada w tę samą noc.

    Fakt, że to święto, które w ostatnich pięćdziesięciu latach coraz bardziej gloryfikowało śmierć, przemoc, horror i demoniczność, a także przyjmowało okultystyczne przedstawienia czarów i satanizmu, trafia nawet do programów szkolnych, jest dowodem na niezwykłą powagę sytuacji. Świętowanie Halloween w społeczeństwie z niebezpieczną lekkomyślnością, zamiast promować wartości takie jak niestosowanie przemocy, pokój, piękno i harmonia, jest oznaką poważnego zaćmienia sumień.

    Kto świętuje Halloween, nawet jeśli nie zamierza przyłączać się do czarownictwa ani czcić diabła, w praktyce wchodzi w komunę z tą mroczną rzeczywistością.

    Popychanie przez Halloween nowych pokoleń ku brzydocie i ciemności oznacza wskazywanie im drogi przeciwnej do tego, co dobre i prawdziwe, a więc przeciwnej do Boga, który jest źródłem prawdy, dobra i piękna.

    Sataniści są bardzo zadowolenie z tego, że chrześcijanie obchodzą Halloween, ponieważ są przekonani, że ci, którzy je świętują, w sposób pośredni czczą diabła i tym samym otwierają się na jego szkodliwy wpływ. Założyciel Kościoła Szatana w Stanach Zjednoczonych, Anton LaVey, z zadowoleniem stwierdził: „Cieszę się, że chrześcijańscy rodzice pozwalają swoim dzieciom czcić diabła przynajmniej jedną noc w roku. Witamy w Halloween!”.

    Ta złowroga atmosfera, ten mroczny nimb otaczający Halloween sprawia, że okres przygotowawczy do tego święta staje się szczególnym momentem kontaktu dzieci i młodzieży z sektami i grupami okultystycznymi. Niektóre strony internetowe dla dzieci, opisujące postacie i scenariusze pełne grozy, zawierają nawet linki prowadzące bezpośrednio do witryn satanistycznych i stron poświęconych czarnej magii.

    Wobec tego niepodważalnie ponurego obrazu, jak można jeszcze twierdzić, że Halloween jest świętem niewinnym i nieszkodliwym? Pod pozorem zabawy i rozrywki wprowadza ono i przyzwyczaja dzieci oraz młodzież do „ciemności” zarówno fizycznej, jak i moralnej, czyniąc „kulturę śmierci” czymś zwyczajnym. Skutkiem tego zjawiska jest gaszenie nadziei w nowych pokoleniach oraz gloryfikacja rozpaczy i przemocy.

    Jak temu przeciwdziałać i przekształcić to smutne i bolesne zjawisko? Przede wszystkim nie można pominąć fundamentalnego kroku: należy wspierać nową ewangelizację. Fenomen Halloween urósł w momencie, gdy chrześcijaństwo zaczęło tracić wpływ na społeczeństwo.

    Nowa ewangelizacja będzie tym skuteczniejsza i tym lepiej uwolni serca od brzydoty i ciemności, które wyłaniają się z Halloween, jak również z innych negatywnych zjawisk współczesnego społeczeństwa, im bardziej serca biskupów i księży, osób konsekrowanych, rodziców i wychowawców oraz wszystkich chrześcijan i chrześcijanek będą kochać Jezusa i Najświętszą Maryję Pannę, Jego i naszą Matkę, przekazując nowym pokoleniom fascynację światem Bożym, w którym kontempluje się cudowną piękność, do której jesteśmy powołani i w której nasze życie realizuje się w pełni. Nadprzyrodzony świat Boży jest bowiem nośnikiem prawdy i dobra, które Bóg – nieskończenie prawdziwy, nieskończenie dobry i nieskończenie piękny – pragnie otworzyć przed swoim stworzeniem.

    Dzieci, nastolatki i młodzi ludzie potrzebują piękna, a nie brzydoty; potrzebują dobra, a nie zła; potrzebują prawdy, a nie kłamstwa; potrzebują tego, co dobre, a nie tego, co złe. Nadprzyrodzone piękno, które jaśnieje w Chrystusie, w Najświętszej Maryi Pannie, w Aniołach i Świętych, pomaga im odróżniać to, co prawdziwe, od fałszu, a to, co dobre, od złego.

    Pociesza i napełnia serce radością fakt, że w wieczór i noc z 31 października na 1 listopada, jako alternatywę dla Halloween, coraz więcej księży organizuje różne inicjatywy: procesje świętych, przedstawienia życia świętych w salach parafialnych, godziny adoracji Najświętszego Sakramentu jako wynagrodzenia Bogu oraz inne aktywności, które mają uświadomić znaczenie święta Wszystkich Świętych. Tak jak światło jest piękną alternatywą dla ciemności, tak te inicjatywy przywracają młodemu pokoleniu wspaniałe oblicza świętych zamiast odrażających masek Halloween.

    Wśród tych inicjatyw warto wymienić organizowaną od kilku lat w różnych diecezjach „Noc Świętych”. Godne pochwały są także czuwania modlitewne z adoracją Najświętszego Sakramentu. W zeszłym roku w całych Włoszech różne grupy młodzieży na przemian spędzały całą noc na adoracji przed Najświętszym Sakramentem. Adoracja zakończyła się rankiem losowaniem świętych – patronów na cały rok. Każdy zobowiązywał się, że przeczyta życiorys „swojego” świętego i będzie prosić go o wstawiennictwo u Boga.

    Inne chwalebne inicjatywy ze strony księży to pomaganie dzieciom i dorosłym w rozróżnieniu, co jest nieszkodliwe, a co nie, również poprzez opowiadanie o naszych Świętych i o komunii, która łączy nas z nimi i z naszymi zmarłymi bliskimi.

    Jest piękna historia o inicjatywie, którą zorganizowała pewna mama. Zebrała grupę 6–7 dzieci, w tym swojego 9-letniego syna, wysyłając je wieczorem 31 października, ubrane normalnie, do domów i sklepów, aby rozdawały obrazki świętych. W domach i sklepach dzieci były przyjmowanie z oczekiwaniem na to, że wypowiedzą formułę: „cukierek albo psikus”. Ludzie byli gotowi wręczyć słodycze. Ku ich wielkiemu zdziwieniu, dzieci wręczały jedynie obrazki świętego, nie mówiąc nic więcej. Wszyscy je przyjmowali, niektórzy z radością. Potem i tak dostawali od nich słodycze. Historia ta została opowiedziana przez seminarzystę, który był właśnie tym 9-letnim chłopcem wysłanym przez mamę razem z innymi dziećmi do sklepów i domów 31 października. Seminarzysta kończy swoją relację słowami: „Miło wspominam ten wieczór w towarzystwie przyjaciół i koszyka pełnego obrazków. Myśląc o tym teraz, gdy jestem starszy, zdaję sobie sprawę, że Hallowen przykrywa inne rzeczy, sprawia, że zapomina się o prawdziwym święcie – święcie Wszystkich Świętych.

    W tym roku Międzynarodowe Stowarzyszenie Egzorcystów zrealizowało ważną inicjatywę w postaci filmu wideo, który do tej pory został opublikowany w językach włoskim, angielskim, hiszpańskim, portugalskim, niemieckim i koreańskim. Film trwa cztery i pół minuty i przedstawia skuteczny, przemyślany dekalog, który obnaża okultystyczną rzeczywistość kryjącą się za tym masowym zjawiskiem. Film jest narzędziem edukacyjnym i duszpasterskim, które nasze Stowarzyszenie udostępnia za pośrednictwem własnej strony internetowej. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę „Associazione Internazionale Esorcisti Halloween”, a znajdziecie ten film, który można pobrać i udostępniać.

    Mam nadzieję, że to, co zostało wyżej napisane, jest pomocne w lepszym poznaniu korzeni zjawiska Halloween, wraz z całym jego negatywnym sensem; a także że jest pomocne w lepszym zrozumieniu, jak ważne dla katolików jest świętowanie Wszystkich Świętych. Święci byli świadkami Boga, światła i radości życia. Przez swoje wstawiennictwo mogą wyprosić dla nas wiele łask. Pamiętamy zarówno o świętych, jak i o wspominaniu naszych bliskich zmarłych, którzy czekają na nasze modlitwy i z którymi pewnego dnia mamy nadzieję zjednoczyć się na wieczność.

    źródło: https://www.aieinternational.it

    Pach/PCh24.pl

    ***

    Za maską niewinnej zabawy. Dlaczego katolik powinien uważać na Halloween

    Za maską niewinnej zabawy. Dlaczego katolik powinien uważać na Halloween

    Halloween nie jest dramatem samym w sobie. Dramat zaczyna się wtedy, gdy przestajemy odróżniać zabawę od rzeczywistości duchowej.

    fot. depositphotos.com

    ***

    Ulice rozświetlone pomarańczowymi lampionami, dzieci w kostiumach duchów i czarownic, a w sklepach półki pełne sztucznych pajęczyn i plastikowych czaszek. Dla wielu to po prostu zabawa, którą “przyniósł Zachód”. Ale dla katolika Halloween nie jest neutralne. To nie tylko estetyka mroku i śmierci, to także sposób myślenia o świecie duchowym, który stoi w sprzeczności z wiarą chrześcijańską.

    Współczesne Halloween to zjawisko, które w krótkim czasie przeniknęło do polskiej kultury, szczególnie wśród młodzieży. Kolorowe dekoracje, dynie, kostiumy duchów i demonów, a także wszechobecna atmosfera “oswajania śmierci” czynią z niego atrakcyjną formę rozrywki. W przeciwieństwie do uroczystości Wszystkich Świętych, której ton jest poważny, skupiony na refleksji i modlitwie, Halloween wydaje się świętem radości, żartu i dystansu wobec przemijania. Jednak ta powierzchowna lekkość skrywa głębszy problem kulturowy i duchowy. Z perspektywy chrześcijańskiej, to, co ma być “zabawą z duchami”, staje się symbolicznym odwróceniem sensu święta, które następuje dzień później – uroczystości Wszystkich Świętych, będącej afirmacją życia, świętości i nadziei.

    Od pogańskiego rytuału do popkultury

    Korzenie Halloween sięgają celtyckiego święta Samhain, obchodzonego na przełomie października i listopada. Był to czas, w którym według dawnych wierzeń granica między światem żywych i umarłych stawała się szczególnie cienka. Celtowie składali ofiary, by przebłagać duchy i zapewnić sobie pomyślność w nadchodzącym roku. Zwyczaj przebierania się miał wymiar apotropeiczny – maski i kostiumy miały odstraszać złe moce. W tym sensie Samhain był nie tylko świętem agrarnym, lecz także rytuałem kontaktu z rzeczywistością nadprzyrodzoną, w której dominował lęk i magia.

    Kiedy chrześcijaństwo dotarło na Wyspy Brytyjskie, Kościół włączył ten czas w swój kalendarz liturgiczny, ustanawiając 1 listopada uroczystość Wszystkich Świętych, a 2 listopada – Dzień Zaduszny. Zabieg ten miał na celu przemianę kultu duchów w kult świętych oraz skierowanie ludzkiej refleksji ku Bogu, a nie ku nieokreślonym siłom natury. Z biegiem stuleci pierwotne znaczenie uległo zatarciu, a współczesne Halloween, szczególnie w kulturze amerykańskiej, przyjęło formę świeckiego, komercyjnego karnawału.

    Halloween staje się więc przejawem banalizacji zła, czyli procesu, w którym motywy mroczne i destrukcyjne przestają budzić lęk czy sprzeciw, a zaczynają być częścią powszechnej zabawy. Jak zauważa wielu duchownych i teologów, taki proces może mieć realne konsekwencje duchowe: zacieranie wrażliwości sumienia, relatywizację dobra i zła oraz odwracanie uwagi od istoty życia duchowego. W efekcie człowiek stopniowo przestaje traktować poważnie to, co duchowe, a śmierć i zło stają się “estetyką” pozbawioną znaczenia moralnego.

    Nie wszystko, co zabawne, jest niewinne

    Egzorcyści i duszpasterze od lat zwracają uwagę, że Halloween nie jest jedynie kwestią kulturową, lecz dotyka sfery duchowej człowieka. Jeśli więc kultura promuje święto, które w swej istocie celebruje grozę, śmierć i kontakt z duchami, nie można pozostać wobec tego obojętnym. Halloween, poprzez swoją symbolikę, odwraca uwagę od prawdziwego sensu chrześcijańskiego przeżywania śmierci – modlitwy za zmarłych i nadziei na zmartwychwstanie.

    Kultura śmierci i duchowa obojętność

    Halloween można również interpretować jako wyraz szerszego procesu kulturowego, który papież Jan Paweł II określał mianem “cywilizacji śmierci”. W tej perspektywie zjawisko to nie jest odosobnione, lecz stanowi element tendencji do odrzucania transcendencji i skupienia na emocjonalnym, zmysłowym doświadczeniu.

    Śmierć, zamiast prowadzić do refleksji nad sensem życia, staje się widowiskiem. Dzieci uczą się, że zło jest zabawne, a diabeł – postać z kreskówki. To nie jest tylko kwestia estetyki; to zmiana wrażliwości duchowej całych pokoleń. W świecie, który coraz częściej odrzuca wiarę, duchowość zostaje zastąpiona przez rytuały pozbawione treści. Śmiech z piekła i demonów nie jest już postrzegany jako niebezpieczny, lecz jako “nowoczesny dystans”.

    Pozytywna alternatywa: Holy Wins

    Nie oznacza to jednak, że chrześcijańska odpowiedź na Halloween musi polegać wyłącznie na krytyce. W wielu krajach, także w Polsce, coraz popularniejsze stają się inicjatywy Holy Wins (“Święty zwycięża”), które stanowią pozytywną alternatywę. Zamiast demonów i duchów pojawiają się postacie świętych i aniołów, a dzieci uczą się, że prawdziwa radość nie płynie z flirtu z mrokiem, lecz z odkrycia piękna dobra.

    W ten sposób Kościół nie tylko reaguje na zjawisko kulturowe, ale pokazuje, że duchowość może być atrakcyjna, jeśli towarzyszy jej głęboki sens. Holy Wins to nie tylko zabawa, ale katecheza w działaniu – afirmacja życia, światła i świętości w świecie, który zbyt często fascynuje się ciemnością.

    Oswajanie śmierci czy utrata transcendencji?

    Halloween odsłania coś więcej niż tylko problem pojedynczego święta. Ukazuje, jak współczesny człowiek próbuje poradzić sobie z lękiem przed śmiercią w świecie, który odrzuca Boga. W kulturze, która nie wierzy już w życie wieczne, śmierć można jedynie wyśmiać – przebrać, zamienić w karykaturę, uczynić niegroźną. Ale w ten sposób człowiek nie przezwycięża lęku, tylko go ukrywa.

    Chrześcijaństwo proponuje coś odwrotnego: nie wyśmiewać śmierci, ale nadać jej sens przez wiarę w zmartwychwstanie. Dlatego dla katolika Halloween nie jest tylko kwestią gustu, lecz pytaniem o kierunek duchowy: czy próbujemy oswoić śmierć przez ironię, czy przez nadzieję?

    Świadomość zamiast potępienia

    Trudno dziś całkowicie uciec od komercyjnego charakteru tego święta. Szkoły, media i centra handlowe promują Halloween jako element globalnej popkultury. Tym bardziej potrzebna jest edukacja duchowa i kulturowa, która uczy rozróżniania. Celem nie jest potępienie, lecz świadomość.

    Chrześcijaństwo nie zakazuje śmiechu, ale przypomina, że istnieją sfery, których nie należy banalizować. Zło nie przestaje być złem tylko dlatego, że ubierze się je w kostium żartu. Halloween staje się więc swoistym sprawdzianem duchowej dojrzałości współczesnego człowieka: czy potrafimy odróżnić symbolikę życia od estetyki śmierci, światło od ciemności, sacrum od profanum?

    Maski, które ukrywają sens

    Halloween jest lustrem naszych czasów – epoki, która odrzuca transcendencję, a jednocześnie tęskni za kontaktem z tajemnicą. To, jak na nie odpowiemy, mówi więcej o nas samych niż o samym święcie. Katolik nie musi reagować z potępieniem, ale nie może też milczeć. Bo za maskami duchów i dyni kryje się pytanie o duchowość współczesnego człowieka: czy szukamy światła, czy tylko zabawy w ciemności.

    ***

    Symbolika światła zamiast figury śmierci. Bale Wszystkich Świętych to alternatywa dla Halloween

    Symbolika światła zamiast figury śmierci. Bale Wszystkich Świętych to alternatywa dla Halloween
    Bal wszystkich świętych to alternatywa dla Halloween (fot. https://depositphotos.com/pl)

    ***

    Początkowo niezbyt znany Bal Wszystkich Świętych jest dziś bardzo znaną zabawą i alternatywą dla Halloween. Za postacie świętych, aniołów czy postaci biblijnych przebierają się dzieci i dorośli. W Polsce coraz popularniejsze stają się również Bale Wszystkich Świętych dla singli. Zabawy organizowane są w kościołach, szkołach, przedszkolach i innych lokalach wieczorem 31 października, a więc w tym samym czasie, kiedy organizowane jest Halloween. Chrześcijańskie bale jednak nie promują symboliki śmierci i okultyzmu, ale nadzieję i radość z tego, że każdy może być świętym, a także to, że wybranie Boga daje życie doczesne i wieczne.

    Symbolika światła zamiast figury śmierci 

    Bal Wszystkich Świętych to przebierana, radosna zabawa, w której nie zobaczymy zakrwawionych farbą twarzy, potworów, czarownic czy żywych trupów, ale postaci, które są dobre, spokojne i radosne. Na Balach Wszystkich Świętych zdecydowanie panuje symbolika światła, ciepła, radości.

    Takie spotkania mają również na celu podtrzymywanie chrześcijańskiej tożsamości.

    Cała sprawa polega na przebraniu się za świętych i po prostu… dobrej zabawie. Wydarzenia organizowane są w szkołach, parafiach, domach kultury czy innych miejscach. Bale są organizowane również we wspólnotach kościelnych.

    Uczestnicy – mali czy trochę starsi przebierają się świętych, postacie biblijne. Często pojawiają się aniołowie. Można spotkać św. Józefa, św. Piotra, który nosi ze sobą symboliczny klucz, mędrców ze wschodu, Maryję czy pastuszków z Betlejem. Największym wyzwaniem, o którym dotąd dowiedziała się redakcja Deonu, było przebranie się za Ducha Świętego.

    „Każdy może być świętym”

    Podczas takich zabaw, które organizowane są w szkołach, na parafiach czy domach kultury, są oczywiście tańce, konkursy tematyczne, smaczne słodkości, pokaz strojów uczestników i wybór najbardziej nietypowego świętego i inne zabawy integracyjne. Na koniec robione są pamiątkowe zdjęcia. Najczęściej zabawy odbywają się w godzinach wieczornych. Na szkolnych zabawach i tych przy parafiach przychodzą również rodzice dzieci przebrani za świętych. Zabawie towarzyszy powiedzenie, że „każdy może być świętym”.

    W duszpasterstwach akademickich organizowane są Bale Wszystkich Świętych dla studentów, a już dla zupełnie dorosłych zabawy organizowane są przez prywatne osoby, często związane ze środowiskiem kościelnym.

    Informacje o organizowanych zabawach można znaleźć w swoich parafiach, domach kultury, szkołach i w Internecie.

    „Holy Wins”

    I tak Ruch światło życie diecezji gdańskiej w minionych latach organizował Bal Wszystkich Świętych zwany też „Holy Wins”. Nazwa jest grą słów, która ma kontrastować Halloween. Bal chrześcijański był zaproszeniem dla dzieci, młodzieży i ich rodzin. Bal „Holy Wins” „ma na celu promowanie wartości chrześcijańskich i pokazywanie, że świętość jest radosnym dążeniem do Boga”. 

    Dominika Miros/Deon.pl

    ***

    Cyber-okultyzm. Egzorcyści ostrzegają przed nowym zagrożeniem duchowym

    (PCh24.pl)

    ***

    Okultyzm coraz szerzej wchodzi w świat cyfrowy. Dzisiejsi ezoteryczni magowie to programiści tworzący skrypty i kody. Choć te formy magii, zakazanej przez Boga w pierwszym przykazaniu, są nowe, to cele pozostają te same – wpływać na rzeczywistość i przejąć od Stwórcy władzę nad stworzeniem.

    Widząc nowe duchowe zagrożenie kilkuset egzorcystów z całego świata, którzy wzięli udział w XV Światowym Kongresie Międzynarodowego Stowarzyszenia Egzorcystów we Włoszech, w wydanym po jego zakończeniu komunikacie, ostrzegają przed „zagrożeniami okultyzmu, spirytyzmu, New Age, parapsychologii oraz powiązaniem neo-okultyzmu z rozwojem sztucznej inteligencji i tworzeniem dzięki niej form praktyk magicznych”.

    Czy to ostrzeżenie ma odniesienie w rzeczywistości internetu? Jak najbardziej. „To już  jest pewne: cyber-okultyzm to nie science fiction, to rzeczywistość, która dzieje się na naszych oczach… Magia i technologia – dwa światy, które wydają się przeciwstawne. Jedno jest starożytne, tajemnicze i intuicyjne. Drugie – nowoczesne, logiczne i oparte na algorytmach. A jednak w XXI wieku te dwa nurty zaczynają się spajać w nową formę ezoteryki. Cyber-okultyzm to fascynująca ewolucja ezoteryki”– czytamy na jednym z portali, który propaguje ezoterykę.

    Współczesna ezoteryka coraz częściej splata się z cybernetyką, tworząc niepokojące zjawisko zwane cyber-okultyzmem. Używane są tu jeszcze inne nazwy jasno wskazujące na łączenie ezoteryki z AI w świecie cyfrowym –  „technomagia, mistycyzm algorytmiczny, cyfrowa alchemia”. „Technomagowie twierdzą, że programowanie to nowoczesna sztuka hermetyczna, a kodowanie to współczesne rytuały” – napisano na jednym z portali okultystycznych.

    W epoce internetu coraz więcej osób poszukuje duchowych doświadczeń online. Tym bardziej, iż wielu odchodzi z Kościoła, wielu zaprzestało praktykowania wiary i korzystania z sakramentów. Człowiek, jako istota mająca potrzeby duchowe, jeżeli nie zaspokaja ich u czystego źródła chrześcijańskiej wiary, staje się łatwym celem różnego rodzaju syndykatów zła – szerzących okultyzm, spirytualizm czy ezoterykę. Coraz częściej egzorcyści informują o uzależnieniach demonicznych a nawet przypadkach opętań, które zaczęły się od korzystania z tych praktyk magicznych, serwowanych za pośrednictwem internetu.

    Dziś najwięcej „dusz” można złowić siecią internetową, bo z niej korzysta większość z nas. Dobrze, że wie o tym coraz więcej katolików, którzy tworzą w celu dobrych połowów m.in. portale, podkasty, webinary, promujące wartości ewangeliczne. Jednak na tym internetowym, globalnym łowisku są też typy spod ciemnej gwiazdy, które doskonale wiedzą co robią. „Czy magia i technologia mogą współistnieć, a może nawet wzajemnie się wzmacniać? W końcu, jeśli myśli mają moc sprawczą, a internet łączy miliardy umysłów w jedną sieć – czy nie stworzyliśmy właśnie nowego wymiaru duchowego” – pisze jeden z guru półświatka ezoterycznego.

    Już od dłuższego czasu istnieją cyfrowe ciemne świątynie, rytuały w rzeczywistości wirtualnej i AI odgrywające rolę współczesnych wyroczni. Narzędzia takie jak tarot AI, astrologia algorytmiczna czy cyfrowe sigile są coraz bardziej popularne i wciągają jak bagno. Instruktorzy wróżenia tarotem na portalach społecznościowych mają filmy, które posiadają po kilkaset tysięcy, a nawet pół miliona stałych obserwatorów.  

    Cyber okultyzm i zaprzęganie sztucznej inteligencji do praktyk magicznych jest na usługach antyludzkiego, można śmiało go nawet nazwać – satanistycznego, trans humanizmu, który bardzo trafnie opisał ks. kardynał Gerhard Müller. „W trans humanizmie człowiek musi ostatecznie ustąpić gdyż został uznany za przestarzały etap poprzedzający nadchodzący cyberświat, w którym przywództwo przejęły by hybrydy biotechnologiczne. Wtedy naturalna ludzka inteligencja będzie mogła, jak pisał C.S Lewis „tarzać się przed sztuczną inteligencją jak pies swojego pana” – ostrzega kardynał Müller.  

    Najbardziej narażonymi na szkodliwe działanie praktyk okultystycznych są dzieci i młodzież. Nieświadome zagrożenia wysyłają SMS-y z klątwami na swoich kolegów czy koleżanki. W internecie praktykują wróżby czy wywoływanie duchów. Grają w gry komputerowe, przesiąknięte okultyzmem i ezoteryką, które są pierwszym etapem wprowadzenia do ciemnego demonicznego świata. Trzeba więc ogromnej czujności ze strony rodziców, by chronić dzieci przed tymi praktykami, które swe źródło mają w okultyzmie i są mocnym sprzeniewierzeniem się temu, co niesie ze sobą chrzest.

    Nie powinniśmy jednak ulegać rozpaczy czy lękom, bo jak napisał św. Paweł „Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości oraz trzeźwego myślenia”. Włoski egzorcysta ks. R. Salvucci w swojej książce pt. Jasne słowa na temat ciemnej rzeczywistości, wskazuje na bardzo istotną zależność: Im bliżej jesteśmy Boga i więcej modlitwy kierujemy do Niego w intencji naszych małżonków, dzieci, naszych rodzin i innych osób tym bardziej skuteczną roztaczamy nad nimi „duchową żelazną tarczę”, przez którą pociski wroga nie dadzą rady przebić się.  Tak bardzo ważne jest więc, by zadbać o częstą spowiedź, udział w Eucharystii, modlitwę indywidualną, szczególnie Różaniec i rozważanie Słowa Bożego, które jest jak pisze św. Paweł „żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz”! Będąc bowiem w stanie łaski uświęcającej, jesteśmy chronieni my i nasze rodziny mocą samego Chrystusa.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ***

    Czy Bóg jest delikatny? „Jego cierpliwość coraz bardziej nas zadziwia”

    – Łagodność jest mocą Boga – powtarza za św. Janem od Krzyża o. Jakub Przybylski OCD.

    o. Jakub Przybylski jest karmelitą bosym, absolwentem Międzynarodowego Kolegium Świętego Jana od Krzyża w Rzymie. Magister postulatu karmelitów bosych w Lublinie.

    WWW.KARMEL.PL

    ***


    Jarosław Dudała: Czy Bóg jest delikatny?

    O. Jakub Przybylski OCD: 
    Jan od Krzyża napisał, że Bóg jest bytem najdelikatniejszym. Wiele osób potwierdza to doświadczenie, choć równie wiele je podważa. To temat, który wymaga głębszego spojrzenia, aby nie ograniczyć Go do wąskich kategorii czy subiektywnych doświadczeń.

    Na pewno Pan Bóg nie jest pluszowym misiem.

    Nie, nie jest. I na pewno nie ma w Nim agresji ani przemocy. Jezus mówi o sobie, że jest łagodny i pokorny sercem. Chce nam przekazać, że spotkanie z Nim to spotkanie z Bogiem, który kocha nas łagodnie, nie naciskając, nie krzywdząc i nie stosując wobec nas przemocy.

    Pan Jezus łagodnie obszedł się po zmartwychwstaniu ze św. Piotrem – nie wyrzucał mu zaparcia się. Ale wcześniej powiedział mu ostro: „Zejdź mi z oczu, szatanie”.

    Możemy podać więcej podobnych przykładów, m.in. faryzeuszów nazwał plemieniem żmijowym i grobami pobielanymi. Wydaje się więc, że jest tu jakaś sprzeczność: jak delikatny Pan może być jednocześnie tak szorstki? Myślę jednak, że nie ma tu sprzeczności. Kluczem do zrozumienia tego paradoksu jest dla mnie przypowieść o krzewie winnym. Ojciec przycina krzew, zadając mu ból, aby oczyścić go i wzmocnić. Ręka Boga jest łagodna, jednak kondycja dzikich pędów i suchych gałązek sprawia, że roślina skłonna jest przypisać ogrodnikowi agresję i premedytację. Podobnie rzecz ma się ze zmarzniętą dłonią umieszczoną pod strumieniem ciepłej wody. Ból odczuwany niczym wbijanie w skórę szpilek ma przyczyny w kondycji przemrożonego ciała, a nie we właściwościach wody. Ona pozostaje czysta, łagodna i ciepła.

    Łatwiej to przyjąć, gdy chodzi o ludzi winnych wielkiego zła. Ale co z tymi, którzy są jak Hiob? On upierał się, że nie zasłużył sobie na nieszczęścia, które go spotkały, i Bóg przyznał mu rację.

    A czy Jezus zasłużył sobie na to, co go spotkało? Pytania o sens cierpienia i „skąd zło?” stawiane są od zarania dziejów. Ludzka wolność, prawa natury, status przemijania – to tylko namiastki odpowiedzi, które jednak nie zaspokajają naszego pragnienia poznania odpowiedzi. Ostatecznie stoimy przed tajemnicą, której nie potrafimy wyjaśnić i nie musimy jej zdefiniować. W śmierci jednego człowieka jest tyle samo śmierci, co w śmierci milionów ludzi; cierpienie jednego jest cierpieniem wszystkich, bo stanowimy jeden żyjący organizm – Ciało Chrystusa. Gdyby wszyscy ludzie byli bardziej współczujący wobec cierpienia innych, widząc ową tajemniczą jedność, jaka jest między nami, wojny by ustały. Skoro jednak istnieją konflikty w ludzkich sercach, będą istnieć i te międzynarodowe, a niewinni będą płacić cenę jedności rodzaju ludzkiego.

    Historia Hioba ma zaskakujący finał – on przyznaje, że nie rozumie, dlaczego go to wszystko spotkało, ale reaguje przylgnięciem do Boga.

    Jasno z tego widać, że Pan przekracza nasze możliwości poznawcze. Nie ci jednoczą się z Nim najściślej, którzy wiele potrafią o Nim powiedzieć i zrozumieć, ale ci, którzy Mu ufają. Hiob zaufał Bogu, choć nie pojmował Jego działania. Według Jana od Krzyża taka reakcja jest charakterystyczna dla umysłu delikatnego, który nie chce wszystkiego dookreślić – zamknąć Boga, życia i siebie w kategoriach oraz pojęciach, aby w ten sposób posiąść nad nimi kontrolę. Bo gdy coś rozumiemy, mamy poczucie władzy nad przedmiotem naszego poznania. Umysł Hioba jest delikatny, bardziej przestrzenny. Patrząc na doświadczenia życia, pojmuje je jako tajemnicę, której nie potrafi zgłębić i nie chce zawęzić do swojej interpretacji.

    Pycha powoduje w nas rodzaj naprężenia, które sprawia, że stajemy się bardziej wrażliwi na ból. Gdybyśmy się duchowowo luzowali, czyli spokornieli, to nie odczuwalibyśmy tak bardzo bólu, nawet w konfrontacji ze złem.

    I w konfrontacji ze złem, i w konfrontacji z dobrem… Grzech jest przemocą. Budzi w nas napięcie. Pycha jest podstawowym przejawem grzechu. Jak pisała Teresa od Jezusa, pycha jest życiem w kłamstwie – okłamujemy samych siebie, nie uznając prawdy o naszej kondycji, a jest to kondycja prochu, który jednak został ożywiony miłością Stwórcy, jest przez Niego kochany i obdarowany. Jednak bez Boga pozostajemy niczym. Nieuznawanie tej prawdy sprawia, iż lodowaciejemy tak bardzo, że ciepła woda Bożej miłości wywołuje w nas ból.

    Czyli Pan Bóg nie zachowuje się wobec nas jak kat, a raczej jak pedagog, który nie karze nas w geście odwetu, ale karci, żebyśmy nie stali się potworami dla innych i dla siebie?

    Jan od Krzyża mówi, że Bóg prowadzi nas stopniowo, łagodnie i współmiernie, czyli dostosowuje się do ludzkiej kondycji. Centralną cechą Bożej pedagogii jest łagodność. „Bóg wszystkim zarządza z łagodnością” – czytamy w Księdze Mądrości. On „nie postępuje z nami według naszych grzechów ani według win naszych nam nie odpłaca” (Ps 103). Więcej nawet – wbrew protestom Jonasza Bóg okazuje miłosierdzie mieszkańcom Niniwy, którzy grzeszyli wiele lat, a pokutowali jedynie trzy dni. To samo mówi przypowieść o dłużnikach: ten, który był winien dziesięć tysięcy talentów, nie prosił nawet o odpuszczenie długu, a jedynie o odroczenie spłaty. Pan tymczasem darował mu całą należność. Tak samo było z łotrem na krzyżu. Wystarczyło jedno jego słowo wypowiedziane z pokorą i ufnością, by usłyszał: „dziś będziesz ze mną w raju”.

    Nie, Bóg nie postępuje z nami według naszych grzechów. Nie ma w nim mentalności świata, według której za winę trzeba ponieść sprawiedliwą – według ludzkiej miary – karę.

    My raczej oburzamy się: „Boże, Ty widzisz i nie grzmisz…”.

    Bóg nie grzmi, choć nawet człowiek sprawiedliwy – jak mówi Pismo – upada siedem razy w ciągu jednego dnia. Jego cierpliwość coraz bardziej nas zadziwia, zachwyca i… zaczyna wywoływać w nas ból skruchy. Teresa od Jezusa pisała w „Księdze życia”: „Najdelikatniejszego i najsroższego zarazem użyłeś sposobu na ukaranie mnie (…). Za grzechy moje karałeś mnie swymi niewypowiedzianymi pociechami”. To kolejny przykład skandalicznego dla nas działania Pana: On za grzech karze… pociechą! Daje jeszcze większą miłość, bo wie, że potrzebujemy jej, aby powstać, aby nie zwątpić, aby nie skoncentrować się na grzechu, na upadku, na ciemności swojej czy innych ludzi. To właśnie jest tak zachwycające w Bogu: On nie stosuje tresury, używa bicza, żeby przemocą przyciągać swoje dzieci ku sobie, ale – jak mówi Pismo – pociąga nas więzami miłości. Jest to miłość, która współczuje i zawsze znajduje motyw do obrony swego dziecka. On na krzyżu nie usprawiedliwił zła, bo nie można go usprawiedliwić. Jednak znalazł motyw, by okazać człowiekowi miłosierdzie. Była nim ludzka ślepota: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią”. Mógł zesłać gromy i zniszczyć wszystko, co wokół Niego było nieczyste, a jednak wybrał pokorę i łagodność jako narzędzia swej walki. Przecież On, będąc Lwem Judy, jest również łagodnym Barankiem i łączy w sobie pozorne przeciwieństwa: moc i delikatność. Jak wyjaśnia Jan od Krzyża, to właśnie łagodność jest mocą Boga.

    Gość Niedzielny

    ***

    Po co Bogu cierpienie

    Odwieczne pytanie o sens bólu i utrapienia odwiecznie pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi. W Chrystusie jest jednak coś więcej niż teoretyczna odpowiedź.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W atmosferze nadchodzących Świąt Paschalnych odżywają pytania o to, co Kościół nazywa tajemnicami naszego zbawienia. Jak pojąć choćby tę niesłychaną rzecz, że dla naszego odkupienia polała się krew Syna Bożego? Czemu nie wystarczyły zwykłe ludzkie błagalne modlitwy? I dlaczego, skoro Jezus Chrystus poniósł śmierć na krzyżu, w dalszym ciągu umieramy?

    – Czemu aż śmierć? Trudno na głębokie odpowiadać krótko. Ale zaryzykuję. Bo świat jest taki. W warunkach tego świata miłość Boża naraża się na najwyższe zranienie – mówi ks. prof. Jacek Kempa, dziekan Wydziału Teologicznego UŚ.

    – Święty Paweł mówi, że skoro Chrystus „umarł za wszystkich, to wszyscy pomarli” (2 Kor 5,14). To, że Jezus umarł za nas, nie oznacza, że my, chrześcijanie, mielibyśmy być wyłączeni spośród tych, którzy umierają. Jezus nie uwalnia nas od umierania, ale sam to umieranie uprzedza, uświęca i przeprowadza do zmartwychwstania – zauważa. Wskazuje, że trzeba brać pod uwagę całe wydarzenie paschalne – czyli śmierć i zmartwychwstanie Pana Jezusa. Gdy pytamy o zbawienie i rolę w nim cierpienia, to nie wolno pozostać przy samym momencie męki i śmierci Pana Jezusa. Dopiero wtedy widzimy pełnię Bożego zwycięstwa nad śmiercią i grzechem, i rodzi się w nas nadzieja, że możemy mieć w tym zwycięstwie udział. – Owszem, wyobrażano sobie, że Boże odkupienie przyniesie nam uwolnienie od wszelkich skutków grzechu i fizycznego zła obecnego w świecie. Ale wiemy, że tak nie jest. Nawet namnożyło się w dziejach mnóstwo strasznych rzeczy. A jednak jest to świat odkupiony. Triumfy zła, które obserwujemy także dzisiaj, są skazane na klęskę. Zło nie ma już perspektywy ostatecznej. Dzieło odkupienia przynosi nam obietnicę decydującego wyzwolenia od zła na końcu czasów – podkreśla dogmatyk.

    Po co czyny

    Wśród wierzących pojawia się czasem pytanie, na czym polega spłacenie naszego grzesznego długu, skoro i tak, gdy staniemy przed Bogiem, będziemy sądzeni.

    – Gdyby przyjąć, że to, co jako ludzie odkupieni robimy tu dobrego czy złego, nie ma już wpływu na nasze losy wieczne, to moglibyśmy wylądować albo w nauce o apokatastazie, czyli o zbawieniu wszystkich, albo w nauce o predestynacji. A zatem: albo Bóg zbawia wszystkich, albo tych, których odwiecznie postanowił zbawić, natomiast o resztę się nie troszczy.

    Tymczasem nauka katolicka stara się wpisać w prawdę o zbawczej Bożej miłości naukę o tym, że jesteśmy odpowiedzialni za nasze zbawienie. A to wiąże się z perspektywą sądu – wyjaśnia ks. Jacek Kempa. Zwraca uwagę na znaczenie naszej wolności przed Bogiem. – Nasze czyny są ważne, jednak aby miały one charakter zbawczy, to my sami musimy pozostawać w więzi z Bogiem. Stan ten nazywamy łaską uświęcającą. Mamy więc coś bardzo ważnego do zrobienia dla naszego zbawienia, ale nigdy bez Boga. Stąd bierze się katolicka nauka o potrzebie życia w łasce uświęcającej; to tylko inny wyraz wiary, że życie w przyjaźni z Bogiem jest fundamentem naszego chrześcijańskiego istnienia. Łaska uświęcająca dysponuje nas do zbawienia i to w niej pełnione czyny są „zasługujące na zbawienie” – zauważa.

    Cierpienie zastępcze?

    Rozpowszechniony jest w świecie katolickim pogląd, że Bóg oczekuje naszego cierpienia jako dopełniającego „braki męki Chrystusa”, np. przyjęcie cierpienia „w zamian” za kogoś.

    – Zawsze trzeba pamiętać, że zbawczą wartość ma miłość, a nie samo cierpienie. To reguła podstawowa. Cierpienie jest stanem, w którym może wyrażać się miłość, ale może się w nim wyrażać także wiele innych rzeczy, nawet nienawiść, która jest destrukcyjna. Możemy z miłością znosić trudy, które nas spotykają, więc także trud choroby. Można go duchowo ofiarować w jakiejś intencji. Wiara mówi nam, że wtedy rzeczywiście włączamy się w zbawczą tajemnicę męki i zmartwychwstania Jezusa – stwierdza kapłan. Przestrzega przed popadaniem w stan niewłaściwy, w którym chodzi o cierpienie, a nie o miłość. Zaznacza, że branie na siebie jakichś cierpień, a nawet zadawanie ich sobie w przekonaniu, że cierpienia te coś sprawią zastępczo za innych, to wypaczenie naszej wiary.

    – Bóg nie chce cierpienia dla niego samego. Nie powołał nas do cierpienia. Natomiast cierpienie przyjęte może być sposobem okazania miłości. Są różne poziomy tego zjawiska. Takim cierpieniem może być dobrowolna decyzja, gdy np. w imię miłości zamilknę i zniosę niewłaściwe opinie o sobie dla słusznej obrony drugiego. Inny rodzaj to cierpienie nieuniknione, np. w postaci choroby. Wówczas pojawia się pytanie, co mogę z nim zrobić. Otóż mogę je przetworzyć siłą miłości w dobro, które służy innym. Podstawowym sposobem takiej transformacji jest duchowe ofiarowanie własnych cierpień w modlitwie. Mogę dołączyć do niej staranie o to, by nie narzekać i dzięki temu nie obciążać psychicznie najbliższego środowiska – zaznacza duchowny.

    Jak w takim razie rozumieć zdarzenia z życia niektórych świątobliwych osób, które – wydawać by się mogło – podjęły „cierpienie zastępcze”? Na przykład w historii życia kandydatki na ołtarze, s. Dulcissimy, jest zdarzenie, podczas którego ta zakonnica, sama już mocno schorowana, ofiarowała swój słaby wzrok za chłopca, który przestał widzieć. Niebawem chłopiec odzyskał wzrok, a ona całkiem go straciła. Z tej i podobnych historii niektórzy wysnuwają wniosek, że Bogu jest do czegoś potrzebne nasze cierpienie. To zaś rodzi obawę przed ufnym powierzeniem się Bogu, „bo On zaraz to wykorzysta i zrobi ze mnie miazgę”. A przecież nie takiego Boga widzimy w Ewangelii.

    – Nie znam dokładnych badań motywów siostry. Istotne jest to, że ta zakonnica była już chora i chyba wiedziała, że jej stan zmierza m.in. do utraty wzroku. Sytuację można zatem rozumieć następująco: cierpię z powodu choroby i wiem, że prawdopodobnie stracę wzrok, ofiaruję więc te swoje cierpienia w intencji przywrócenia twojego wzroku. Jestem przekonany, że taka postawa jest głęboko chrześcijańska, bo motywowana miłością. Natomiast postawa typu: jestem zdrowy, ale chcę zachorować po to, żeby ktoś inny zdrowie odzyskał, byłaby więcej niż wątpliwa – zaznacza dogmatyk.

    Za daleko

    Faktem jest, że historia pobożności zna wiele różnych odniesień do cierpienia, aż po apoteozę cierpienia jako takiego. Skrajny motyw zadawania sobie cierpienia w imię uznania go za wartość pojawia się nawet w życiorysach świętych. To już niewłaściwa postawa. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że blisko łączy się z ascezą, czyli umartwieniami podejmowanymi dla powściągnięcia popędów ciała, zapanowania „ducha nad ciałem”.

    – W ascezie zawsze pojawia się moment cierpienia – np. wyrzeczenia – podejmowanego dla doskonalenia duchowego i moralnego. Trzeba jednak pamiętać o granicy, jaką stanowi zupełnie fałszywe podejrzenie, że ciało wraz ze sferą psychiczną stanowi źródło zła we mnie. To stara herezja manichejska. Podejmowane umartwienia nie mogą rozbudzać takiego myślenia. Podobnie nie mogę ulegać myśli, że przez zadawanie sobie cierpienia mogę coś ofiarować Bogu. Jaki nieuporządkowany obraz Boga kryje się za tym! Jak łatwo byłoby tu przekroczyć próg autodestrukcji! Bóg nie oczekuje ode mnie cierpienia, ale miłości. A jednym z elementów tej miłości jest szacunek do siebie samego, do własnego ciała. Jeśli więc podejmujemy umartwienia i towarzyszy im cierpienie, to powinniśmy umieć wskazać, jakiemu dobru duchowemu czy moralnemu one służą. Na przykład zwalczanie nałogów wiąże się z bólem, ale przecież na celu ma dobro – wskazuje kapłan.

    Cierpimy inaczej

    Jezus wzywa każdego do wzięcia swojego krzyża i pójścia za Nim. Czy to oznacza, że w istocie wzywa do wzięcia miłości?

    – Sformułowałbym to tak: mogę dzięki Jezusowi uczynić z moim cierpieniem coś sensownego, czyli starać się kochać w tym cierpieniu, przeżywać swój krzyż w łączności z Jezusem, budować także więzi z innymi – proponuje ksiądz profesor.

    Teologia mówi, że wszystko, co Jezus na siebie przyjął – to odkupił. A przyjął też cierpienie. Znaczyłoby to, że nawet cierpienie zostało jakoś odkupione i z Chrystusem cierpimy inaczej.

    – Od czasu przyjścia Jezusa na świat nasza egzystencja została przeniknięta zbawiającą mocą Boga. Patrząc w świetle wiary: wszystko staje się inne, a w tej perspektywie zmienia się również nasze cierpienie. Zatem fundamentem dla tej nowiny jest fakt, że Syn Boży przeszedł solidarnie z nami drogę cierpienia aż po śmierć. Ale jest tu jeszcze więcej niż tylko pociecha. Ponieważ w ten sposób nieuniknione cierpienie zostaje przeniknięte obecnością Boga, staje się jakby ołtarzem, na którym razem z Jezusem ofiarujemy siebie Bogu, niesieni Jego miłością – podsumowuje ks. Jacek Kempa.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    W nocy z soboty na niedzielę 25/26 października będzie zmiana czasu z letniego na zimowy (z godz. 03.00 na godz. 02.00).

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Rodzinny dom Karola Wojtyły w Wadowicach z widokiem na słoneczny zegar na ścianie parafialnego kościoła, kościoła mojego chrztu świętego, jak sam wspominał: “Przy tej chrzcielnicy zostałem przyjęty do łaski Bożego synostwa i wiary Odkupiciela mojego, do wspólnoty Jego Kościoła w dniu 20 czerwca 1920 roku. Chrzcielnicę tę już raz uroczyście ucałowałem w roku tysiąclecia chrztu Polski jako ówczesny arcybiskup krakowski. Potem uczyniłem to po raz drugi (…), na 50. rocznicę mojego chrztu, jako kardynał, a dzisiaj po raz trzeci ucałowałem tę chrzcielnicę, przybywając z Rzymu jako następca św. Piotra” (Wadowice, 7 czerwca 1979). “To tu, w Wadowicach, wszystko się zaczęło. I życie się zaczęło, i szkoła się zaczęła, i studia się zaczęły, i teatr się zaczął, i kapłaństwo się zaczęło(Wadowice, 16 czerwca 1999).

    ***

    22 PAŹDZIERNIKA 2025

    Kościół katolicki 22 października wspomina w liturgii św. Jana Pawła II. Papież Benedykt XVI podczas procesu beatyfikacyjnego zapowiedział, że nowy błogosławiony będzie odbierał kult publiczny 22 października, czyli we wspomnienie rozpoczęcia jego pontyfikatu w 1978 roku.

    „Nie lękajcie się!”

    tymi słowami św. Jan Paweł II rozpoczął swój pontyfikat 22 października 1978 roku! 

    fot. Unknown author/ commons.wikimedia.org

    ***

    To był początek pontyfikatu, który zmienił historię. 22 października 1978 roku Jan Paweł II wypowiedział słowa, które wciąż brzmią w sercach wiernych. Posłuchaj tej wyjątkowej homilii sprzed 47 lat!

    „Nie lękajcie się!”, „Otwórzcie drzwi Chrystusowi!” to kulminacyjny punkt homilii, którą Jan Paweł II wygłosił podczas inauguracji swojego pontyfikatu, 22 października 1978 roku. Jej treść jest w istocie o wiele szersza, przenosi nas wprost do Cezarei Filipowej i pozwala na nowo usłyszeć wyznanie wiary Piotra: „Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego”. Korzystając z dźwiękowych archiwów Watykanu, Vatican News opublikował integralną wersję homilii z tłumaczeniem na język polski, wraz z pozdrowieniami do różnych narodów, w tym do Polaków.

    Rozpoczynając swój pontyfikat, Jan Paweł II sięgnął do samej genezy misji Piotra i jego następców, do wyznania wiary rybaka z Galilei i objawienia, które otrzymał od Ojca. Trzeba, aby dzisiaj w tym właśnie miejscu zostały wypowiedziane i wysłuchane te same słowa: ‘Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego’ – mówił.

    Wy wszyscy, którzy posiadacie nieocenione szczęście wiary, wy wszyscy, którzy jeszcze szukacie Boga, a także wy, których dręczy zwątpienie, zechciejcie przyjąć raz jeszcze – dzisiaj, w tym świętym miejscu – słowa wypowiedziane przez Szymona Piotra. W tych słowach jest wiara Kościoła – mówił dalej Jan Paweł II.

    „Pozwólcie Chrystusowi mówić do człowieka”

    Jan Paweł II mówił też o misji Piotra, która doprowadziła go aż do Rzymu, gdzie przelał krew za Jezusa. Papież przytoczył starożytną tradycję o spotkaniu Piotra z Jezusem na Via Appia, kiedy to padły słynne słowa Quo vadis. Papież Polak zaznaczył, że tradycja ta znalazła wspaniały wyraz literacki w powieści Henryka Sienkiewicza.

    Przyznając, że na Stolicę Piotrową wstępuje Papież, który nie jest rzymianinem, Jan Paweł II podkreślił, „że jest synem narodu, którego historia od zarania dziejów i którego tysiącletnia tradycja naznaczone są żywą, mocną, nigdy nie przerwaną, przeżytą i głęboką więzią ze Stolicą Piotrową. Narodu, który tej Stolicy pozostał zawsze wierny. O, niezbadane są wyroki boskiej Opatrzności!”

    Dopiero w końcowej części inauguracyjnej homilii Jan Paweł II zwrócił się z apelem o otwarcie się na Chrystusa i Jego władzę. Nie bójcie się, otwórzcie, więcej, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Dla Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie bójcie się! Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie! Dzisiaj często człowiek nie wie, co kryje się w jego wnętrzu, w głębokości jego duszy i serca. Tak często niepewny sensu życia na tej ziemi i ogarnięty zwątpieniem, które zamienia się w rozpacz. Pozwólcie więc, proszę was, błagam was z pokorą i zaufaniem! Pozwólcie Chrystusowi mówić do człowieka! On jeden ma słowa życia, tak, życia wiecznego – powiedział.

    Na zakończenie homilii Papież pozdrowił w kilku językach wiernych uczestniczących w tej uroczystej liturgii, zaczynając od Polaków. Trzeba zaznaczyć, że w archiwalnym nagraniu inauguracyjnej homilii Jana Pawła II słowa wypowiedziane w języku rosyjskim zostały niemal w całości skasowane. Słychać jedynie pierwsze zdanie i ostatnie słowa.

    Wybór najważniejszych nagrań z pontyfikatu św. Jana Pawła II można znaleźć na osobnej playliście w YouTube Vatican News – Polski oraz w formie odrębnego podcastu w Spotify. Dostępny jest też zbiór 129 katechez Jana Pawła II o teologii ciała

    Krzysztof Bronk, Vatican News PL, pa/Stacja7

    ***

    Niedziela 19 października

    99. Światowy Dzień Misyjny

    Samplefot. Kelsey Knight / Unsplash

    ***

    19 października, pod hasłem „Misjonarze nadziei”, obchodzimy 99. Światowy Dzień Misyjny, zwany także Niedzielą Misyjną. Jest to święto patronalne Papieskich Dzieł Misyjnych, które otwiera Tydzień Misyjny.

    W parafiach w tym czasie podejmowane są inicjatywy modlitewne i formacyjne, organizowane są zbiórki na fundusz solidarności, dzięki którym w najbiedniejszych zakątkach świata powstają m.in. szkoły, kaplice, szpitale, studnie.

    Niedziela Misyjna to coś więcej niż wznoszenie budynków – to przede wszystkim tworzenie przestrzeni spotkania z Chrystusem. Światowy Dzień Misyjny przypomina, że Kościół z natury jest misyjny, a solidarność i modlitwa potrafią łączyć katolików na całym świecie w jednym wspólnym celu – niesieniu Chrystusowej miłości tam, gdzie jest ona najbardziej potrzebna.

    Orędzie papieskie

    Tegoroczne papieskie orędzie, zatytułowane „Misjonarze nadziei pośród narodów”, przypomina, że każdy uczeń Chrystusa jest posłany, by nieść nadzieję. W obliczu wojen, kryzysów i lęków papież wzywa, abyśmy nie zamykali się w sobie, ale odważnie wychodzili ku innym.

    missio.org.pl, BP KEP

    ***

    Główne obchody 41. rocznicy śmierci ks. Jerzego Popiełuszki

    Sample

    fot. Wikipedia

    ***

    Jeśli chcemy być prawdziwymi czcicielami bł. ks. Jerzego, stanie się to poprzez umiłowanie prawdy i służbę prawdzie. Prawda jest nieśmiertelna – powiedział abp Adrian Galbas SAC. Metropolita warszawski wygłosił homilię podczas dzisiejszej Mszy św. sprawowanej w parafii św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu w 41. rocznicę męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki.

    W swojej homilii abp Adrian Galbas przypomniał, że bł. ks. Jerzy Popiełuszko pozostaje jednym z najpiękniejszych świadków prawdy i wolności, a jego męczeństwo jest dziś wezwaniem do życia w prawdzie w każdej sferze życia osobistego i społecznego.

    Metropolita warszawski wspominał swoje młodzieńcze spotkania z nauczaniem kapelana „Solidarności”. – Jako nastolatek słuchałem jego prostych, a jednocześnie jednoznacznych kazań. W Bytomiu, tuż przed jego śmiercią, pamiętam tłum ludzi i transparent: „Chcemy prawdy”. Przybywali na spotkanie z prorokiem – mówił.

    Arcybiskup podkreślił, że dla niego ks. Jerzy był przede wszystkim męczennikiem za prawdę, a jego życie pokazuje, że „prawda jest nieśmiertelna”. Nawiązując do słów Arystotelesa, przypomniał, że prawda oznacza zgodność słowa z rzeczywistością, ale także prawość postępowania – wierność temu, co się głosi.

    Kaznodzieja przywołał też nauczanie papieża Benedykta XVI, że „prawda zawsze prowadzi nas do odkrycia dobra”, oraz fragmenty Katechizmu Kościoła Katolickiego o wykroczeniach przeciwko prawdzie – kłamstwie, obmowie, oszczerstwie i pochlebstwie. Zwrócił uwagę, że szczególnie dziś, w świecie hejtu i mediów społecznościowych, łatwo jest ranić słowem i niszczyć dobre imię drugiego człowieka.

    Abp Galbas zauważył, że Kościół powinien pozostać miejscem wolnym od fałszu i dwulicowości, „w którym panuje prymat prawdy”. Nawiązał też do świadectwa męczenników, którzy oddali życie za prawdę – od św. Ignacego Antiocheńskiego i św. Polikarpa po bł. ks. Jerzego Popiełuszkę.

    – Życie w prawdzie jest najtrudniejszym, ale i najpiękniejszym obowiązkiem człowieka. Tylko człowiek żyjący w prawdzie jest naprawdę wolny. Zwyciężać zło dobrem to znaczy zwyciężać kłamstwo prawdą – przypomniał słowa bł. ks. Jerzego.

    Metropolita zaznaczył, że gdyby kapelan „Solidarności” „kochał bardziej pochlebstwa niż prawdę, żyłby do dziś – byłby może przyzwoity, ale nie byłby święty”. To właśnie jego niezłomność wobec kłamstwa uczyniła go świadkiem wiary i wolności.

    Abp Galbas odniósł się także do znaczenia prawdy w życiu publicznym. Przypomniał, że dla systemu komunistycznego prawda była zagrożeniem, a dziś w demokracji grozi jej rozmycie sensu słów i subiektywizm. – Bez prawdy człowiek traci orientację, a demokracja zamienia się w totalitaryzm – przestrzegł.

    Kaznodzieja zakończył homilię wezwaniem do osobistej odpowiedzialności za prawdę i naśladowania ks. Popiełuszki. – Jeśli chcemy być prawdziwymi czcicielami bł. ks. Jerzego, stanie się to poprzez umiłowanie prawdy i służbę prawdzie. Prawda jest nieśmiertelna – podsumował.

    Obchodom 41. rocznicy męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki towarzyszy hasło “Prawda jest nieśmiertelna”, odnoszące się do słów wypowiadanych przez kapłana podczas Mszy za Ojczyznę, którym przewodniczył w czasie stanu wojennego.

    Zwieńczeniem niedzielnych uroczystości będzie młodzieżowe czuwanie modlitewne, które odbędzie się o godz. 20:00

    e-Kai

    ***

    Homilia abp. Adriana Galbasa SAC w 41. rocznicę męczeńskiej śmierci błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki

    fot. ARCHWWA.PL

    ***

    Prawda nas wyzwoli

    Siostry i Bracia,

    bardzo się cieszę, że możemy dzisiaj modlić się razem w tym świętym miejscu, czcząc wspaniałego kapłana, który pochodził z  naszej warszawskiej archidiecezji, a który jest chlubą całego Kościoła, wielkiego męczennika, bł. ks. Jerzego Popiełuszkę.

    Jako nastolatek słuchałem jego prostych, a jednocześnie jednoznacznie brzmiących kazań. Czytaliśmy je w szkole na ulotkach wydrukowanych na powielaczu, wymienialiśmy się nimi, kolportowaliśmy je. Na krótko przed swoją męczeńską śmiercią ks. Jerzy był w moim rodzinnym mieście, w Bytomiu, uczestniczył w Tygodniu Kultury Chrześcijańskiej. Pamiętam ten tłum, pamiętam tę wspólnotę i pamiętam transparent: ”Chcemy prawdy”. Ludzie oszukiwani przez władzę, karmieni krętactwami, aresztowani za powiedzenie prawdy, przychodzili na spotkanie z ks. Jerzym jak na spotkanie z prorokiem.

    Dla mnie jest on przede wszystkim męczennikiem za prawdę. Powiedzmy o niej więc dziś kilka słów, tym bardziej, że takie jest też hasło tegorocznych obchodów: prawda jest nieśmiertelna.

    Klasyczne rozumienie prawdy mówi o tym, że  jest to zgodność słowa z rzeczywistością. Jak mówił już Arystoteles  „powiedzieć, że jest to, co jest, i że nie ma tego, czego nie ma – to prawda”.

    Prawda to także  prawość postępowania. To cnota, która polega na tym, by okazywać się jednoznacznym w swoich czynach, wystrzegając się dwulicowości, udawania i obłudy.

    „Prawda, mówił papież Benedykt XVI, znaczy coś więcej niż wiedza; ona zawsze prowadzi nas do odkrycia dobra”.

    Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina kilka wykroczeń przeciwko prawdzie.

    Pierwszym z nich jest oczywiście samo kłamstwo, które polega na „mówieniu nieprawdy z intencją oszukania”  (por. KKK 2482). Jest ono najbardziej bezpośrednim wykroczeniem przeciw prawdzie. Kłamać oznacza mówić lub działać przeciw prawdzie, by wprowadzić innych w błąd (por. KKK 2483).

    Innym poważnym wykroczeniem przeciwko prawdzie jest fałszywe świadectwo i krzywoprzysięstwo, czyli wypowiedź sprzeczna z prawdą, wyrażona publicznie. To jest dzisiaj szczególnie niebezpieczne w świecie hejtu. Każdy internetowy hejt jest wypowiedzią publiczną. On przyczynia się do swoistego skazania osoby niewinnej. Katechizm przypomina, że: poszanowanie dobrego imienia osób zabrania jakiegokolwiek niesprawiedliwego czynu lub słowa, które mogłyby wyrządzić im krzywdę (por. KKK 2487). Pamiętajmy, że pospiesznie i pochopnie wypowiadane sądy, albo milczenie wobec niesprawiedliwego sądu, którego jesteśmy świadkami jest poważnym wykroczeniem przeciwko prawdzie i miłości bliźniego.

    Innym takim wykroczeniem, niestety bardzo popularnym, jest obmowa, czyli ujawnianie wad i błędów drugiego człowieka osobom, które o tym nie wiedzą, czyli – mówiąc najprościej – jest to mówienie źle o drugim za jego plecami. „Z przodu całuje, z tyłu nóż pokazuje”, mówi polskie przysłowie. Jeszcze gorsze jest oszczerstwo, czyli wypowiedzi sprzeczne z prawdą i  wypowiadane publicznie, które szkodzą dobremu imieniu innych i dają okazję do fałszywych sądów na czyjś temat. Nie wolno nam tego robić. Zawsze mamy obowiązek pozytywnie interpretować myśli, słowa i czyny bliźniego.

    Jak mówił św. Ignacy Loyola: „Każdy dobry chrześcijanin winien być bardziej skory do ocalenia wypowiedzi bliźniego niż do jej potępienia. A jeśli nie może jej ocalić, niech spyta go, jak on ją rozumie; a jeśli on rozumie ją źle, niech go poprawi z miłością; a jeśli to nie wystarcza, niech szuka wszelkich środków stosownych do tego, aby on, dobrze ją rozumiejąc, mógł się ocalić”.

    Zarówno obmowa, jak i oszczerstwo, niszczą dobre imię i cześć bliźniego i są poważnym wykroczeniem przeciwko prawdzie, sprawiedliwości i miłości.

    Wykroczeniem przeciwko prawdzie jest także, co może być pewnym zaskoczeniem, prawienie komuś fałszywych komplementów, pochlebstw, czy prezentowanie wobec innych postaw służalczych. Katechizm takie postawy wręcz potępia, gdyż one „zachęcają i utwierdzają drugiego człowieka w złośliwych czynach i w przewrotności jego postępowania” (KKK, 2480). Pochlebstwo, mówi Katechizm, „stanowi poważne przewinienie, jeżeli przyczynia się do powstania wad lub grzechów ciężkich. Pragnienie wyświadczenia przysługi lub przyjaźń nie usprawiedliwiają dwuznaczności języka” (KKK 2480).

    Na to muszą uważać wszyscy przełożeni, a im ktoś zajmuje wyższe stanowisko, tym musi uważać bardziej.

    Wykroczeniem przeciwko prawdzie jest wreszcie brak dyskrecji wobec prywatnego życia innych. To dotyczy także braku dyskrecji wobec osób publicznych. Media nie mogą ingerować w prywatne życie osób zaangażowanych w działalność polityczną, artystyczną, czy inną, jeśli to narażałoby intymność tych osób i ich wolność.

    Pamiętajmy, o czym także wyraźnie mówi Katechizm, że „każde wykroczenie przeciw sprawiedliwości i prawdzie nakłada obowiązek naprawienia krzywd, nawet jeśli jego sprawca otrzymał przebaczenie. Jeśli jest rzeczą niemożliwą naprawienie szkody publicznie, należy to zrobić w sposób ukryty; jeśli ten, kto doznał krzywdy, nie może zostać wynagrodzony bezpośrednio, powinien otrzymać zadośćuczynienie moralne w imię miłości. Obowiązek naprawienia krzywd dotyczy również przewinień popełnionych wobec dobrego imienia drugiego człowieka. Naprawienie krzywd – moralne, a niekiedy materialne – powinno być ocenione na miarę wyrządzonej szkody. Jest ono obowiązkiem sumienia” (KKK 2487).

    Obyśmy mieli upodobanie do życia w prawdzie, czyli w prostocie życia na wzór Pana, trwając w Jego prawdzie. Zawsze pamiętajmy o słowach św. Jana, że „jeżeli mówimy, że mamy z Nim współuczestnictwo, a chodzimy w ciemności, kłamiemy i nie postępujemy zgodnie z prawdą” (1 J 1, 6).

    Kościół musi być szczególnym miejscem, w którym panuje prymat prawdy, musi być wolny od pragnienia brudnych zysków czy próżnej chwały. Tylu męczenników właśnie za prawdę oddało swoje życie. „Męczeństwo – powie Katechizm – jest najwyższym świadectwem złożonym prawdzie wiary; oznacza ono świadectwo aż do śmierci (KKK, 24873). „Pozwólcie mi stać się pożywieniem dla dzikich zwierząt, dzięki którym dojdę do Boga”, mówił jeden z nich, św. Ignacy Antiocheński. „Nie chcę rozkoszy tego świata i królestwa doczesnego, to także jego słowa,  wolę umrzeć, by połączyć się z Chrystusem, niż królować aż po krańce ziemi. Tego szukam, który za nas umarł. Tego pragnę, który dla nas zmartwychwstał. Bliskie jest moje narodzenie”.

    A św. Polikarp modlił się pokornie: „Błogosławię Cię, że uznałeś mnie godnym tego dnia i tej godziny, gdy zaliczony do Twoich męczenników, otrzymuję udział w kielichu Twego Chrystusa. Ty jesteś Bogiem prawdziwym i nie znającym kłamstwa. Dlatego wielbię Cię za wszystko, błogosławię Tobie i wysławiam Cię…”.

    To dotyczy także naszego wielkiego Patrona. „Życie w prawdzie jest najtrudniejszym, ale i najpiękniejszym obowiązkiem człowieka”, mówił. A na innym miejscu: ”Prawda jest fundamentem wolności. Tylko człowiek żyjący w prawdzie jest naprawdę wolny”. I w końcu: „Zwyciężać zło dobrem to znaczy zwyciężać kłamstwo prawdą”. Takich zdań wypowiedział nieskończenie wiele.

    Gdyby ks. Jerzy nie ukochał tak bardzo prawdy, gdyby był łasy na komplementy, pochwały, frazesy, nagrody, prezenty, awanse, na możliwość zrobienia kościelnej kariery, gdyby zgadzał się na posiadanie kolekcji masek, kolekcji twarzy i kolekcji poglądów, którymi by obdarzał rozmówców w zależności od ich potrzeb, żyłby do dzisiaj. Nikt by mu nie dokuczał, nikt by go nie prześladował, nikomu by nie wadził. Nikt by go nie zabił. Byłby może nawet i przyzwoity, ale nie byłby święty.

    On jednak jest tym, o którym mówi usłyszane przed chwilą Słowo Boże. Wolał stanąć przed komunistycznymi namiestnikami, być wydawany sądom i wytrwać do końca (por. Mt 10, 17-23). Niczym św. Paweł przecierpiał chłosty i więzienia, utrapienia, uciski i przeciwności, pohańbienie i zniesławienie, kłamstwa oszustów i co tylko jeszcze, lecz we wszystkim okazał się sługą Boga przez miłość nieobłudną, przez głoszenie prawdy i moc Bożą” (por. 2 Kor 6,4-10). Dziś jest zwycięzcą, jego dusza jest  w ręku Boga i nie dosięga go już męka. Jego nadzieja pełna jest nieśmiertelności (por. Mdr 3, 1-4).

    Bracia i Siostry,

    patrząc, podziwiając i czcząc bł. księdza Jerzego, chciałbym powiedzieć jeszcze kilka słów na temat znaczenia prawdy w demokracji.

    Jak wiemy i jak – w większości – pamiętamy, dla systemu komunistycznego prawda była wielkim zagrożeniem. Kłamstwo i manipulacja stanowiły fundament tego systemu. Wszystko musiało przejść przez cenzurę. Jedynym dopuszczalnym skojarzeniem ze słowem „prawda” była wówczas nazwa pewnej moskiewskiej gazety. Gdyby nie tzw. „drugi obieg”, wszyscy otrzymywaliby jedynie informacje zmanipulowane i zindoktrynowane.

    W demokracji ma być inaczej. Słowa nabierają tu wielkiego znaczenia. Ważne dla niej jest nie tylko przywiązanie do wolności słowa, ale i do wierności słowom i ich znaczeniom. Demokracja bowiem opiera się na wspólnym języku, na wspólnocie języka i rozumienia, na wspólnym porządku znaczeń, ponieważ w demokracji słowo zastępuje siłę, na co wskazuje choćby znaczenie słowa „parlament”. Ta wspólnota języka i wartości sprawia, że ludzie żyją we wspólnym świecie, nie zaś każdy w swoim własnym, niczym pogrążeni we śnie lunatycy.

    W momencie, gdy sens słów zostaje zakłócony, demokracja się rozpada. Zwracali na to uwagę już Arystoteles i Tukidydes. Ten drugi precyzyjnie opisywał pomieszanie terminów i odwracanie znaczenia słów, co było jego zdaniem przejawem wojny ideologicznej, prowadzącej do wojny cywilnej. Tukidydes, opisując rewolucję na wyspie Korfu, zauważa zepsucie języka, do jakie­go tam doszło: „Wtedy również – pisze – zmieniano dowolnie znaczenie wielu wyrazów. Nie­rozumna zuchwałość uznana została za pełną poświęcenia dla przyjaciół odwagę, przezorna wstrzemięźliwość za szukające pięknego pozoru tchórzostwo, umiar za ukrytą bojaźliwość, a kto z zasady radził się rozumu, uchodził za człowieka wygod­nego i leniwego; bezmyślną zuchwałość uważano za cechę prawdziwego mężczy­zny, a jeżeli ktoś się nad czymś spokojnie zastanawiał, sądzono, że szuka dogodnego pretekstu, aby się wycofać”.

    Plutarch zaś o psuciu mowy pisze tak: „Ateńczycy pięknie i zręcznie pod miłymi i łagodnymi słowami kryją niemiłe sprawy, nazywając nierządnice towarzyszkami, podatki zobowiązaniem, załogi wojskowe w miastach strażą, więzienie izbą”.

    Wszyscy mamy też w pamięci słowa polskiego poety, Juliana Tuwima, z poematu „Kwiaty polskie”, odnoszące się do przeinaczania sensu takich pojęć, jak prawo czy sprawiedliwość.

    Podczas pielgrzymki do Ojczyzny w 1991 roku św. Jan Paweł II mówił w Olsztynie: „Nie mów fałszywego świadectwa». Tym przykazaniem Bóg Przymierza szczególnie daje poznać, że człowiek jest stworzony na Jego obraz i podobieństwo. Dlatego całe ludzkie postępowanie poddane jest wymogom prawdy. Prawda jest dobrem, a kłamstwo, fałsz, zakłamanie jest złem (…). Przypatrzmy się znaczeniu prawdy w naszym życiu publicznym. W odnowionej Polsce nie ma już urzędu cenzury, różne stanowiska i poglądy mogą być przedstawiane publicznie. Została przywrócona – jakby powiedział Cyprian Norwid – «wolność mowy». Wolność publicznego wyrażania swoich poglądów jest wielkim dobrem społecznym, ale nie zapewnia ona wolności słowa”.

    Niestety, przyglądając się poziomowi naszej debaty publicznej w roku 2025, trzeba przyznać rację Norwidowi, który mówił, że wolność mowy jest mylona z wolnością mówienia. Debata publiczna w Polsce jest dziś wolna w tym sensie, że  każdy korzysta z wolności mówienia i mówi, co mu ślina na język przyniesie, często bez szacunku dla słuchającego, nie poczuwając się przy tym do żadnej odpowiedzialności za wypowiedziane słowa.

    Jest to jeszcze bardziej przykre, niebezpieczne i nieakceptowalne, gdy używa się przy tym argumentów lub przedmiotów religijnych za pomocą których próbuje się uzasadnić swoje karkołomne i niechrześcijańskie tezy.

    Podstawowym przykazaniem chrześcijańskim jest miłość nieprzyjaciół (por. Łk 6,27-29). Ono jest rewolucyjną nowością. Nikt przed Chrystusem nie powiedział czegoś tak niesłychanego i nie wezwał do działań tak szlachetnych. Chrześcijaństwo nie potrzebuje nawet wezwań do tolerancji, gdyż ma poprzeczkę postawioną znacznie wyżej, właśnie na poziom przykazania miłości nieprzyjaciół.

    Żaden prawdziwy chrześcijanin nie może więc wzywać do ksenofobii, niszczenia ludzi, nienawiści, do pogardy, czy nawet do prostego braku szacunku wobec drugiego; wobec człowieka z innej partii, z innej ziemi, czy z innej kultury. Tym bardziej nie może swoich tez uzasadniać argumentami z wiary. Byłby wtedy bluźniercą.

    „Wolność publicznego wyrażenia swoich poglądów – to raz jeszcze św. Jan Paweł II – jest wielkim dobrem społecznym, ale nie zapewnia ona wolności słowa. Niewiele daje wolność mówienia, jeśli słowo wypowiadane nie jest wolne. Jeśli jest spętane egocentryzmem, kłamstwem, podstępem, może nawet nienawiścią lub pogardą dla innych, dla tych na przykład, którzy różnią się narodowością, religią albo poglądami. Niewielki będzie pożytek z mówienia i pisania, jeśli słowo będzie używane nie po to, aby szukać prawdy, wyrażać prawdę i dzielić się nią, ale tylko po to, by zwyciężać w dyskusji i obronić swoje – może właśnie błędne – stanowisko. Słowa mogą czasem wyrażać prawdę w sposób dla niej samej poniżający. Może się zdarzyć, że człowiek mówi jakąś prawdę po to, żeby uzasadnić swoje kłamstwo. Wielki zamęt wprowadza człowiek w nasz ludzki świat, jeśli prawdę próbuje oddać na służbę kłamstwa”. Święte i wciąż aktualne słowa.

    Siostry i Bracia,

    dziś trudno nam obronić prawdę także dlatego, że żyjemy w świecie tzw. prawdy subiektywnej, która nie polega już na trafnym odzwierciedleniu rzeczywistości, nie jest faktem, lecz jedynie interpretacją. Według niej wszystko zależy już nie od tego, co się zdarzyło, ale od tego jak ja patrzę na to co się zdarzyło, jak to interpretuję i jak to odczuwam. Już Friedrich Nietzsche mówił, że: „nie istnieją fakty, istnieją tylko interpretacje”. W takim porządku nie ma już prawdy w ogóle, jest tylko „moja prawda”. Ja mam swoją, ty masz swoją, on też ma swoją. Te swoje prawdy są równoważne, są też płynne i zmienne. W świecie płynnej prawdy trudno prowadzić debaty, czy badania naukowe. Trudniej także być uczciwym. Wymaga to od nas tym większej uczciwości i prawości sumienia.

    Siostry i Bracia,

    bez prawdy człowiek traci orientację w świecie, a jego życie pozbawione jest sensu. Bez prawdy rozpada się także życie społeczne, a demokracja prędzej czy później zamienia się w totalitaryzm.

    Troszczmy się więc, a proszę o to tu i teraz, w tym miejscu i w tę rocznicę, troszczmy się o to, by nasz rozum nie ulegał naciskowi interesów i nie poddawał się wymogom doraźnej użyteczności.

    Podtrzymujmy w swoim życiu i w życiu społecznym wrażliwość na prawdę. Także na tę Wielką Prawdę, którą  jest Chrystus. Tylko prawda uczyni nas ludźmi wolnymi (por. J 8,32).

    Jeśli chcemy być prawdziwymi czcicielami bł. ks. Jerzego, to stanie się to właśnie poprzez umiłowanie prawdy i służbę prawdzie. Prawda jest nieśmiertelna.

    Amen.

    ***

    Leon XIV o nowych świętych: Nie bohaterowie idei, lecz autentyczni mężczyźni i kobiety

    “Bóg czyni nas sprawiedliwymi, jak świadczą o tym nowi święci dzisiejszego dnia” – tak o siedmiorgu nowych świętych mówił papież Leon XIV w homilii podczas Mszy św. kanonizacyjnej na Placu św. Piotra w Watykanie.

    fot. VATICAN MEDIA

    ***

    Kim są nowi święci?

    W gronie nowych świętych znaleźli są: Ignacy Maloyan, ormiański arcybiskup i męczennik z czasów ludobójstwa Ormian (1869-1915); Piotr To Rot, świecki katecheta z Papui-Nowej Gwinei, który oddał życie za obronę małżeństwa chrześcijańskiego (1912-1945); Maria Troncatti, salezjanka i misjonarka wśród Indian Shuar w Ekwadorze (1883-1969); Wincencja Maria Poloni, założycielka Instytutu Sióstr Miłosierdzia z Werony (1802-1855); Carmen Elena Rendiles Martínez, założycielka Zgromadzenia Służebnic Jezusa z Caracas (1903-1977); Bartłomiej (Bartolo) Longo, świecki apostoł Różańca i założyciel sanktuarium w Pompejach (1841-1926); oraz Józef Grzegorz Hernández Cisneros, lekarz i naukowiec z Wenezueli, zwany „lekarzem Boga” (1864-1919).

    Papież: Autentyczna modlitwa żyje wiarą

    W swej homilii Leon XIV skomentował pytanie z odczytanej przed chwilą Ewangelii: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18, 8). Zaznaczył, że najcenniejsza w oczach Pana jest wiara, „czyli więź miłości między Bogiem a człowiekiem”. Przewyższa ona wielkie dobra materialne i kulturowe, naukowe i artystyczne „nie dlatego, że są one godne pogardy, lecz dlatego, że bez wiary tracą sens”.

    Relacja z Bogiem ma największe znaczenie, ponieważ On stworzył wszystko z niczego na początku czasów i ocala od nicości wszystko, co przemija w czasie. Ziemia bez wiary byłaby zamieszkana przez dzieci żyjące bez Ojca, czyli przez stworzenia pozbawione zbawienia – stwierdził papież.

    Zauważył, że gdyby wiara zanikła w świecie, „w naszych sercach nie byłoby już nadziei; wolność wszystkich zostałaby pokonana przez śmierć; nasze pragnienie życia pogrążyłoby się w nicości”. Bez wiary w Boga bowiem „nie możemy mieć nadziei na zbawienie”, które jest „darem życia wiecznego, który otrzymujemy od Ojca, poprzez Syna, mocą Ducha Świętego”.

    Leon XIV zwrócił uwagę, że Chrystus mówi swoim uczniom, że „zawsze powinni się modlić i nie ustawać”. Tak jak nie ustajemy w oddychaniu, tak też nie ustawajmy w modlitwie! Podobnie jak oddech podtrzymuje życie ciała, tak też modlitwa podtrzymuje życie duszy: wiara wyraża się bowiem w modlitwie, a autentyczna modlitwa żyje wiarą – wyjaśnił papież.

    Dwie pokusy, które wystawiają naszą wiarę na próbę

    Jednak „naszą wiarę wystawiają na próbę dwie pokusy: pierwsza czerpie swą siłę ze zgorszenia złem, skłaniając do myślenia, jakoby Bóg nie wysłuchiwał płaczu uciśnionych i nie litował się nad cierpieniem niewinnych”. Druga „polega na żądaniu, aby Bóg postępował tak, jak my tego chcemy: modlitwa ustępuje wtedy miejsca rozkazowi skierowanemu do Boga, by nauczyć Go, w jaki sposób powinien być sprawiedliwy i skuteczny”. Jezus uwalnia nas od obu pokus, gdy modli się słowami: „Ojcze, niech się stanie Twoja wola”, które my powtarzamy w modlitwie „Ojcze nasz”.

    Ojciec Święty podkreślił, że „Bóg wymierza sprawiedliwość wszystkim, oddając za wszystkich swoje życie”.

    Bóg jest tam, gdzie cierpi niewinny. Krzyż Chrystusa objawia sprawiedliwość Boga. A sprawiedliwość Boga to przebaczenie: On widzi zło i je odkupuje, biorąc je na siebie. Kiedy jesteśmy ukrzyżowani cierpieniem i przemocą, nienawiścią i wojną, Chrystus już tam jest, na krzyżu za nas i wraz z nami. Nie ma płaczu, którego Bóg by nie pocieszył; nie ma łzy, która byłaby daleka od Jego serca. Pan nas wysłuchuje, bierze nas w ramiona takimi, jakimi jesteśmy, aby przemienić nas na swoje podobieństwo. Kto natomiast odrzuca miłosierdzie Boże, pozostaje niezdolny do miłosierdzia wobec bliźniego. Kto nie przyjmuje pokoju jako daru, nie będzie umiał obdarzać pokojem – przekonywał papież.

    Leon XIV o nowych świętych: Nie bohaterowie idei lecz autentyczni mężczyźni i kobiety

    Powtórzył, że Bóg „czyni nas sprawiedliwymi, jak świadczą o tym nowi święci dzisiejszego dnia: nie bohaterowie czy orędownicy jakiejś idei, lecz autentyczni mężczyźni i kobiety”.

    Ci wierni przyjaciele Chrystusa są męczennikami ze względu na swoją wiarę, jak biskup Ignazio Choukrallah Maloyan i katechista Pietro To Rot; są ewangelizatorami i misjonarzami, jak siostra Maria Troncatti; są charyzmatycznymi założycielkami, jak siostra Vincenza Maria Poloni i siostra Carmen Rendiles Martinez; ze swoimi sercami żarliwymi pobożnością są dobroczyńcami ludzkości, jak Bartolo Longo i José Gregorio Hernández Cisneros. Niech ich wstawiennictwo wspiera nas w próbach, a ich przykład niech będzie dla nas inspiracją we wspólnym powołaniu do świętości – powiedział Leon XIV.

    KAI/Stacja7

    ***
    Papież Leon XIV: z całego serca zachęcam was do odmawiania różańca

    Samplefot. Alessandra Tarantino/Associated Press/East News

    ***

    Nowi święci są dla nas jasnymi znakami nadziei, ponieważ ofiarowali swoje życie z miłości do Chrystusa i braci – powiedział Papież spotykając się z pielgrzymami, którzy przybyli do Rzymu na wczorajszą kanonizację. Wspominając o św. Bartłomieju, „z całego serca” zachęcił do odmawiania różańca. „Kontemplując tajemnice Chrystusa oczami Maryi, dzień po dniu przyswajamy Ewangelię i uczymy się ją praktykować” – powiedział Ojciec Święty.

    20 października 2025/ Krzysztof Bronk | Watykan Ⓒ Ⓟ

    ***

    Nawrócony kapłan satanistycznej sekty, który stworzył Nowennę Pompejańską. Kościół ma nowego świętego

    (fot.Chrissjb15 (talk) (Uploads), CC0, via Wikimedia Commons)

    ***

    W niedzielę 19 października Ojciec święty kanonizował grupę kolejnych świętych. Wśród nich znalazł się Bartolo Longo. To postać, która ukazuje, że nawet najbardziej spektakularne i niespodziewane nawrócenia pozostają możliwe.

    Wśród nowych świętych są dwaj męczennicy: Ignacy Maloyan, ormiański arcybiskup i męczennik z czasów ludobójstwa Ormian (1869-1915) oraz Piotr To Rot, świecki katecheta z Papui-Nowej Gwinei, który oddał życie za obronę małżeństwa chrześcijańskiego (1912-1945), a ponadto: Maria Troncatti, salezjanka i misjonarka wśród Indian Shuar w Ekwadorze (1883-1969); oraz Wincencja Maria Poloni, założycielka Instytutu Sióstr Miłosierdzia z Werony (1802-1855); Carmen Elena Rendiles Martínez, założycielka Zgromadzenia Służebnic Jezusa z Caracas (1903-1977); Bartłomiej Longo, świecki apostoł Różańca i założyciel sanktuarium w Pompejach (1841-1926); oraz Józef Grzegorz Hernández Cisneros, lekarz i naukowiec z Wenezueli, zwany „lekarzem Boga” (1864-1919). O ich kanonizacji zdecydował jeszcze papież Franciszek, uznając cuda przypisywane ich wstawiennictwu, natomiast jej datę wyznaczył już Leon XIV.

    Na początku Mszy św. odśpiewano hymn do Ducha Świętego „Veni, creator Spiritus”. Prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych kard. Marcello Semeraro, w towarzystwie postulatorów procesów kanonizacyjnych siedmiorga błogosławionych, skierował do papieża prośbę o ich kanonizację, po czym przedstawił ich krótkie życiorysy. Po litanii do Wszystkich Świętych Leon XIV wypowiedział po łacinie formułę kanonizacji: „Ad honorem Sanctæ et Individuæ Trinitatis, ad exaltationem fidei catholicæ et vitæ christianæ incrementum, auctoritate Domini nostri Iesu Christi, beatorum Apostolorum Petri et Pauli ac Nostra, matura deliberatione præhabita et divina ope sæpius implorata, ac de plurimorum Fratrum Nostrorum consilio, Beatos martyres Ignatium Maloyan et Petrum To Rot, necnon Beatos Vincentiam Mariam Poloni, Mariam a Monte Carmelo Rendiles Martínez, Mariam Troncatti, Iosephum Gregorium Hernández Cisneros, et Bartholomæum Longo Sanctos esse decernimus et definimus ac Sanctorum Catalogo adscribimus, statuentes eos in universa Ecclesia inter Sanctos pia devotione recoli debere. In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti”. Zabrzmiało radosne „Alleluja”, w którego trakcie ustawiono naczynia z kadzidłem i położono wiązanki kwiatów przed relikwiami nowych świętych umieszczonymi przy ołtarzu. Kard. Semeraro podziękował papieżowi za dokonanie kanonizacji.

    Papieska homilia była komentarzem do pytania z odczytanej przed chwilą Ewangelii: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18, 8). Ojciec Święty zaznaczył, że najcenniejsza w oczach Pana jest wiara, „czyli więź miłości między Bogiem a człowiekiem”. Przewyższa ona wielkie dobra materialne i kulturowe, naukowe i artystyczne „nie dlatego, że są one godne pogardy, lecz dlatego, że bez wiary tracą sens”. – Relacja z Bogiem ma największe znaczenie, ponieważ On stworzył wszystko z niczego na początku czasów i ocala od nicości wszystko, co przemija w czasie. Ziemia bez wiary byłaby zamieszkana przez dzieci żyjące bez Ojca, czyli przez stworzenia pozbawione zbawienia – stwierdził papież.

    Zauważył, że gdyby wiara zanikła w świecie, „w naszych sercach nie byłoby już nadziei; wolność wszystkich zostałaby pokonana przez śmierć; nasze pragnienie życia pogrążyłoby się w nicości”. Bez wiary w Boga bowiem „nie możemy mieć nadziei na zbawienie”, które jest „darem życia wiecznego, który otrzymujemy od Ojca, poprzez Syna, mocą Ducha Świętego”.

    Szczególną uwagę wśród nowych błogosławionych zwraca Bartolo Longo. Mężczyzna ten był bowiem kapłanem satanistycznej sekty, nim nawrócił się po żarliwej modlitwie bliskich o jego konwersję. To on jest autorem słynnej Nowenny Pompejańskiej.

     KAI/PCh24.pl

    ***

    Kanonizacja Bartola Longo.

    Przyjął imię Brat Różaniec i został autorem najsłynniejszej nowenny świata

    Pompeje. Kościół Matki Bożej Różańcowej.

    WIKIPEDIA

    ***

    Ten, który na słowo „Maryja” reagował alergicznie, przylgnął do Różańca. „Kto go szerzy, ten jest ocalony!” –  to zawołanie po latach obiegło świat. Właśnie zostaje ogłoszony świętym.

    Zaledwie przed tygodniem rozmawiałem z księdzem, który towarzyszył odchodzącemu w hospicjum sataniście. Gdy zaproponował mu przyjęcie sakramentu, chory z ochotą się zgodził, co więcej – wyraził też chęć odmówienia po raz pierwszy (i jak się okazało, ostatni) w życiu Koronki do Bożego Miłosierdzia. Odszedł pojednany. Nie mogłem, słuchając tej poruszającej historii, nie myśleć o pewnym zbuntowanym Włochu, który właśnie zostaje ogłoszony świętym.

    Nieprawdopodobną drogę przeszedł ten antyklerykał: od praktyk spirytystycznych i przyjęcia „święceń jako kapłan szatana” do umiłowania Różańca. Prawnik żyjący w latach 1841–1926, który słynął z butnych wypowiedzi wrogich Kościołowi, a przez pewien czas związany był z satanistami, jako dominikański tercjarz przyjął imię Brat Różaniec i został autorem najsłynniejszej nowenny świata.

    Na śmierć i życie

    Bartolo Longo urodził się 10 lutego 1841 roku w Latiano, na obcasie włoskiego buta. Podjął studia prawnicze w Lecce. To wówczas przeżył potężny kryzys wiary i zaczął występować przeciw Kościołowi. Wszedł do środowiska nieukrywającego masońskich poglądów, uważającego katolicyzm za zbiór wstecznych antynaukowych przesądów. Był to czas gwałtownego rozwoju ezoteryzmu, szukania prawdy poza objawieniem głoszonym przez Kościół. Pochłonęła go magia, wpadł w okultyzm po uszy. Nie tylko uczestniczył w seansach spirytystycznych, ale został nawet, jak sam pisał, „kapłanem szatana”. Powierzył mu swą duszę, co potwierdzał parodiowaniem sakramentów.

    Na szczęście zbuntowany młodzieniec spotkał na swej drodze ludzi wiary, a zwłaszcza prof. Vincenza Pepe, rodaka z Apulii. Godzinami rozmawiali, poruszając tematy na śmierć i życie, a Bartolo odkrywał krok po kroku piękno chrześcijaństwa. Na nawrócenie zbuntowanego antyklerykała ogromny wpływ mieli bracia dominikanie (a zwłaszcza o. Alberto Radente), a porwany ich erudycją i wszechstronnym wykształceniem Bartolo znajdował odpowiedzi na pytania, z którymi przychodził. Nie tylko został dominikańskim tercjarzem, ale przyjął imię Rosario, czyli… Różaniec. Bartolo Longo – były mason i satanista właśnie zostaje ogłoszony świętym.

    Kanonizacja Bartola Longo. Przyjął imię Brat Różaniec i został autorem najsłynniejszej nowenny świata

    Bartolo Longo – były mason i satanista właśnie zostaje ogłoszony świętym.

    WIKIPEDIA

    ***

    On wziął mnie za rękę

    Choć w 1864 roku otrzymał doktorat z prawa, ku zdumieniu znajomych znających jego „warczące” adresowane pod adresem Kościoła wypowiedzi, porzucił zawód adwokata i oddał się działalności ewangelizacyjnej. „Opatrzność wzięła mnie za rękę, tak jak ktoś, kto prowadzi niewidomych i dzieci” – wyjaśniał. „Boga pragnę kochać bardziej niż jakiekolwiek stworzenia. Wolę miłość Boga od miłości wszystkich kobiet i stworzeń. Pragnę przebywać we własnym pokoju jak w celi, sam na sam z Bogiem, tak aby poznawać Jego wolę” – deklarował gorliwie.

    Ten, który na słowo „Maryja” reagował alergicznie, przylgnął do Różańca. „Kto go szerzy, ten jest ocalony!” – to jego zawołanie po latach obiegło świat.

    To jest moc!

    Został administratorem majątków księżnej Marianny de Fusco, która wspierała hojnie jego charytatywną działalność. Wędrował po wsiach, ucząc katechizmu i z pasją opowiadając o ogromnej mocy Różańca. „W piękny sposób przedstawia on teologiczną głębię myśli maryjnej, jest ona powielana w całej dialektyce prawdy i dedukcji. Teologia maryjna i różaniec są niczym dwa poematy połączone w jedną całość, dwa hymny zlewające się w jeden hymn, dwie okazałe świątynie, dwie katedry myśli i pobożności, które stają się jednością” – nauczał.

    Gdy siostra Maria Concetta de Litala podarowała mu zniszczony obraz Matki Bożej Różańcowej, dokonał jego renowacji i umieścił w niewielkim kościółku w Pompei. Ani on, ani proboszcz parafii, który wydał na to zgodę, nie spodziewali się, że do płótna będą przybywały tysiące pielgrzymów, a obraz niebawem stanie się łaskami słynącym. „Najświętsza Panna sama dodała temu obliczu nieziemskiej słodyczy i niebiańskiego uroku. Z oblicza Maryi promienieje nowe piękno, wspaniałość i budząca zaufanie łagodność” – pisał Bartolo.

    Zachęcony przez biskupa Noli Giuseppa Formisaniego rozpoczął zbiórkę funduszy na wybudowanie kościoła pw. Matki Bożej Różańcowej. Prace ruszyły w 1876 roku i dzięki ogromnej hojności Włochów trwały zaledwie 11 lat. W roku konsekracji Leon XIII ofiarował wizerunkowi papieską koronę, którą zdobiło ponad 700 drogich kamieni. W 1894 roku Longo podarował kościół samemu papieżowi, który mianował się jego proboszczem (od tej pory jest nim każdy kolejny następca Piotra). Przy kościele wyrosły dzieła miłosierdzia: domy wychowawcze dla dzieci więźniów i sierot, szkoły, warsztaty pracy. 4 maja 1901 roku Leon XIII podniósł kościół do godności bazyliki papieskiej, a dziś ta okazała świątynia przyciąga tłumy pielgrzymów z całego świata. Longo stał się gorliwym propagatorem Nowenny Pompejańskiej. Stworzył ją w 1879 roku i zreformował po pięciu latach.

    To oszust!

    Gdy dawni znajomi antyklerykałowie oskarżyli Bartola o defraudację środków, pokornie zrzekł się praw do świątyni i innych inicjatyw i jako 84-latek wrócił do rodzinnego Latiano. Z okazji 50-lecia dzieł w Pompejach powrócił do sanktuarium i oczyszczony z zarzutów pozostał tam przez ostatnie miesiące życia. Zmarł w opinii świętości, a na jego pogrzeb 7 października 1926 roku przyszły nieprzebrane tłumy. Jego szczątki spoczęły w ukochanych Pompejach.

    Historia dominikańskiego tercjarza jest potwierdzeniem jednoznacznych słów Apokalipsy: „Obyś był zimny albo gorący”. Letniość jest obrzydliwością (to dlatego katecheci rozbijają się dziś o mur obojętności i dyskretnego ziewania, a młode pokolenie, jak wynikało z badań OBOP-u, stwierdziło, że Bóg ich nie interesuje). Bartolo w swym duchowym życiu poruszał się po skrajnościach. Od satanizmu do maryjności. 

    22 kwietnia 1975 r. urzędnicy i konsultorzy Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych oświadczyli, że żył cnotami chrześcijańskimi w stopniu heroicznym. Cudem wymaganym do beatyfikacji było uzdrowienie 4 kwietnia 1943 r. Carmeli Camera z Baronissi, matki cierpiącej na zespół zapalenia jelit, ciężką i przewlekłą anemię oraz kamienie żółciowe.

    Beatyfikował go 45 lat temu papież Jan Paweł II, a ogromna popularność, jaką cieszy się na całym świecie Nowenna Pompejańska, skłoniła przed rokiem arcybiskupa Pompejów Tommasa Caputa i przewodniczącego regionalnej Konferencji Episkopatu Kampanii Antoniego Di Donnę do wysłania do Watykanu prośby o kanonizację.

    Dobra nowenna

    Siedzę u warszawskich franciszkanów, nagrywając świadectwo uzdrowienia za wstawiennictwem Pierra Giorgia Frassatiego (opowieść ks. Juana przeczytacie w kolejnym numerze). Amerykanin, używając słowa „nowenna”, nie zdaje sobie sprawy, że brzmi to jak „nowina”. Jak bardzo pasuje to do Nowenny Pompejańskiej, która nie jest odkurzaniem zamierzchłej przeszłości, ale modlitwą „tu i teraz”, realizacją słów Jezusa: „Proście, a otrzymacie, szukajcie, a znajdziecie”!

    Piękne jest to, że w tej trwającej 54 dni modlitwie do połowy czasu zanosimy prośby, ale później zaczynamy dziękować w ciemno, często nie widząc owoców. To ogromna lekcja zaufania, która sprawia, że ta forma nie zamienia się w katolicką książkę skarg i zażaleń, ale staje się realizacją słów, które usłyszałem od założyciela ruchu Mężczyzn św. Józefa Donalda Turbitta: „Chrześcijanin coś ma, zanim jeszcze to ma”. Nowenna jest wypełnieniem wezwania: „Nieustannie się módlcie” i realizacją słów katechizmu, który podpowiada że „życie modlitwy polega na stałym trwaniu w obecności Boga”.

    Jeśli miałbym znaleźć biblijny opis praktykowania „nowenn”, wskazałbym na potężne Jerycho. Bóg zlecił Jozuemu przygotowanie dłuższej akcji, a wojownicy musieli być zdumieni, słysząc, że mają zdobyć miasto… uwielbieniem. Pompejanka to znakomite narzędzie podarowane nam przez Kościół, a najpiękniejszą cechą tej modlitwy jest wierność. Przypomnienie, że życie duchowe jest długim dystansem, a nie efektownym sprintem.

    „Nigdy nie oceniaj człowieka na podstawie jego historii, ale powołania, do którego Bóg go wezwał” – przypomina Leif Hetland od lat ewangelizujący w Pakistanie, który wielokrotnie przekonywał się, że Bóg wybiera osoby, które on sam spisałby na duszpasterskie straty. Czyż to nie opowieść o Bartolo, którym w pewnym momencie pobożne włoskie nonny mogły straszyć swoich wnuków? 

    Kanonizacja Bartola Longo. Przyjął imię Brat Różaniec i został autorem najsłynniejszej nowenny świata

    Pompejanka jest najbardziej popularną nowenną świata.

    WIKIPEDIA

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ***

    Różańcowa Szkoła Maryi: Bóg wie lepiej

    W tajemnicach radosnych Matka Boża uczy zaufania.

    Poszukiwanie Jezusa to proces, w którym jak Maryja przeżywam rozterki, ale jak Ona też doświadczam ulgi, gdy Go znajduję.

    Poszukiwanie Jezusa to proces, w którym jak Maryja przeżywam rozterki, ale jak Ona też doświadczam ulgi, gdy Go znajduję.


    GODONG /ALAMY STOCK PHOTO/BEW
     

    ***

    To było kilkanaście lat temu. Pewnego dnia Kamila dowiedziała się od lekarza, że dziecko, którego z mężem oczekiwali, ma poważną wadę rozwojową. Wskazanie: „terminacja ciąży”. Co robić? Dziewczyna była w rozsypce, a otoczenie nie pomagało. „No jasne, że aborcja, przecież prawo ci pozwala!” – mówili ludzie.

    Któregoś wieczoru zapłakana dziewczyna natknęła się na sąsiadkę, Teresę. Wylała przed nią swój ból. W odpowiedzi Teresa powiedziała łagodnie: „Wiesz co? Oddaj to dziecko Matce Bożej”.

    Rano Kamila przybiegła do sąsiadki mocno poruszona. „Pani Tereso, ja tak zrobiłam, jak pani powiedziała, i w nocy przyśniło mi się, że podeszła do mnie Maryja i położyła mi rękę na brzuchu. Wtedy się obudziłam i patrzę, a tu mam ślad ręki! Niech pani patrzy!” – i odsłoniła brzuch.

    „Rzeczywiście, widać było wyraźny odcisk dłoni. Zaczerwienienie w miejscach palców już znikało, ale jeszcze było widoczne” – opowiadała potem Teresa.

    Zdarzenie to tak poruszyło Kamilę, że nie zdecydowała się na aborcję. Przeciwnie – postanowiła zrobić wszystko, żeby dziecko się urodziło. Poszła do szpitala na podtrzymanie, jednak… maleństwo zmarło przed urodzeniem.

    Ktoś zapyta: a gdzie tu cud? No jak to: przecież Kamila wróciła do domu jako matka! Nie musiała niczego wypierać, nadała dziecku imię, przeżyła żałobę. A potem urodziła kolejne dzieci – zdrowe i dorodne.

    Nie musi być po naszemu. Nasz scenariusz jest zawsze słabszy niż Boży i gdy pojawia się ten drugi, trzeba zrezygnować z naszego. To wymaga zaufania, że Bóg wie lepiej.

    Zaufanie

    Ludzie dziś nie lubią zaskoczeń, a niespodzianki traktują z podejrzliwością. Bo wszystko musi być zaplanowane. Szczególnie dzieci.

    Tajemnica zwiastowania nasuwa jednak myśl, że sam Jezus był… dzieckiem nieplanowanym. Matka Boża, mimo zaślubin z Józefem, prawdopodobnie miała inne plany. Zdaje się o tym świadczyć Jej pełne zdziwienia pytanie: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?”. Mogło chodzić – jak chce tradycja – o wcześniej powzięte przez Nią postanowienie trwania w dziewictwie.

    Tak czy owak Maryja nie spodziewała się tego, co Ją spotka. Opanował Ją lęk, była zmieszana, stąd uspokajające słowa archanioła: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga”.

    Łaska nie oznacza przymusu – Bóg chce wolnego wyboru człowieka. I Maryja wybiera Boże plany w miejsce swoich: będzie Matką. Słowa: „Oto Ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa!” przesądziły o losach ludzkości i brzmią przez wszystkie wieki. Ta żydowska dziewczyna musiała wiedzieć, że godząc się na jedyne w historii dziewicze macierzyństwo, naraża się na oskarżenie o cudzołóstwo, a tym samym na bardzo poważne kłopoty, w pierwszym rzędzie ze strony Józefa. Co mu powie? Że Duch Święty? No proszę was… Ale skoro to plan Boży, to Bóg się zatroszczy i usunie nawet najbardziej „nieusuwalne” przeszkody.

    I tak się właśnie dzieje. Zanim się jednak stanie, Maryja po prostu ufa i czeka. Gdy ściana jest już blisko, nagle otwiera się w niej furtka – anioł wyjaśnia Józefowi to, czego nie mogła mu wytłumaczyć małżonka.

    To pierwsza lekcja w szkole Maryi: Jeśli mówisz Bogu „tak”, stawiaj kolejne kroki wiary, nie przyglądając się przeszkodom. One cię nie zatrzymają, bo ani ktokolwiek z ludzi, ani sam diabeł nie są w stanie zniweczyć planu Boga względem ciebie. Możesz to zrobić tylko ty sam, nikt więcej. Ty jeden możesz wyrządzić sobie krzywdę, gdy stracisz zaufanie i z lęku albo złości, albo zwabiony fałszywym blaskiem doczesnej korzyści dokonasz duchowej „aborcji”, zabijając poczętą w sobie łaskę. Pamiętaj: zły duch i świat nie mają mocy zepchnięcia cię z drogi Bożej – oni mogą tylko działać na twoją wyobraźnię, próbując cię przestraszyć i skłonić do tego, żebyś sam zszedł z drogi szczęścia. Twoim zadaniem jest robić swoje, spokojnie czekać i nie majstrować przy Bożym scenariuszu. Bóg wie, co robi, i w swoim czasie dokona w twoim życiu cudów – tym większych, im większe zaufanie.

    Służba

    Tajemnica nawiedzenia świętej Elżbiety. Maryja idzie usłużyć krewnej Elżbiecie, a największym beneficjentem tego spotkania będzie Ona sama. Zawsze tak jest, gdy człowiek podejmuje akt bezinteresownej miłości. Szczera reakcja pomocy wobec ludzkiej potrzeby zawsze jest zgodna z wolą Boga. Więcej nawet: święty Paweł powie, że jesteśmy „stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili” (Ef 2,10).

    Pełnienie dobrych czynów to owoc żywej wiary. „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana” – słyszy Maryja w Ain Karim (Łk 1,45). Jej wielkość nie wynika z tego, że widziała anioła, że słyszała jego słowa, nie z tego nawet, że była wolna od grzechu – ale z tego, że uwierzyła. Druga Ewa zaufała tam, gdzie pierwsza Ewa okazała nieufność.

    Dlaczego wiara przejawiająca się w zaufaniu jest taka ważna? Bo zaufanie to jedyne, co człowiek może Bogu dać od siebie. Wszystko otrzymujemy od Boga, wszystko jest Jego darem – a tylko zaufanie jest aktem własnej woli, którym możemy na ten dar odpowiedzieć.

    Maryja w domu Zachariasza i Elżbiety, porwana mistyczną radością, wychwala Boga hymnem Magnificat, „bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej”. To dlatego błogosławić Ją będą „odtąd wszystkie pokolenia”. Uniżenie przejawia się w służbie tam, gdzie jest potrzeba, a nie tam, gdzie można zabłysnąć. To pokora w praktyce. Ona otwiera człowieka na Boga. Pycha – zamyka. Bóg „rozprasza pyszniących się zamysłami serc swoich” i „wywyższa pokornych”.

    Czego Maryja uczy nas w tej tajemnicy? Tego, że Bogu podoba się pokorna służba. Akt prawdziwej miłości bliźniego zawsze wiąże się z poświęceniem na jego rzecz czegoś swojego – czasu, środków, wysiłku. Ale to nie strata. Kto kocha, ten niczego nie traci, bo tylko to jest święte, co poświęcone.

     Jeśli mówisz Bogu „tak”, stawiaj kolejne kroki wiary, nie przyglądając się przeszkodom. One cię nie zatrzymają, bo ani ktokolwiek z ludzi, ani sam diabeł nie są w stanie zniweczyć planu Boga względem ciebie.

    Jeśli mówisz Bogu „tak”, stawiaj kolejne kroki wiary, nie przyglądając się przeszkodom. One cię nie zatrzymają, bo ani ktokolwiek z ludzi, ani sam diabeł nie są w stanie zniweczyć planu Boga względem ciebie.

    ILUSTRACJE OREFICE RAFFAELE

    ***

    Radość

    Tajemnica narodzenia Jezusa w Betlejem. Dziś powiedzielibyśmy, że warunki, w jakich przyszedł na świat Zbawiciel, były nie do przyjęcia. Fakt, nie były komfortowe, ale przecież wystarczające. Nic nie wskazuje na to, żeby Maryja i Józef narzekali. Wiedzieli, że Bóg się nimi opiekuje, doświadczyli już Jego interwencji.

    „Wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie” – powie Jezus 30 lat później (Mt 6,8). On też zapyta swoich uczniów, gdy wrócą z wyprawy misyjnej: „Czy brak wam było czego, kiedy was posyłałem bez trzosa, bez torby i bez sandałów?”. Odpowiedzą: „Niczego” (Mt 22,35).

    Zawsze tak jest, gdy Bóg się człowiekiem opiekuje. W grocie narodzenia było to, co konieczne, a ponadto radość przewyższająca wszystko, co może zaoferować ten świat. W noc narodzenia Bożego nad ubogą stajenką otworzył się kawałek nieba. Daremnie było szukać czegoś podobnego w pałacach Rzymu czy w rezydencjach Heroda. Tam był tylko luksus – tu było nieopisane szczęście.

    „Mając żywność i odzienie, i dach nad głową, bądźmy z tego zadowoleni” – zaleca św. Paweł (1 Tm 6,8). Zadowolenie to w gruncie rzeczy decyzja człowieka, zależna dużo bardziej od świadomości bycia kochanym przez Boga niż od zewnętrznych okoliczności.

    Nauka z tajemnicy narodzenia Pańskiego płynie taka, że nie standard przynosi człowiekowi spełnienie, ale radość; nie komfort, ale szczęście; nie zabezpieczenia socjalne, ale pokój płynący ze świadomości przebywania w ręku Boga.

    Ofiara

    Tajemnica ofiarowania Jezusa w świątyni. Wśród wyznawców Chrystusa pokutuje przesąd, że kiedy człowiek ofiaruje siebie Bogu, wtedy Bóg zrobi mu z życia pełen cierpienia i bólu koszmar. A przecież nie tego uczy tajemnica ofiarowania. Decyzja powierzenia siebie Bogu nie oznacza, że dopiero wtedy Bóg może z nami zrobić, co chce, gdy Mu siebie oddamy. Zawsze może, bo jesteśmy własnością Boga z samego faktu, że On nas stworzył. Możliwość dokonania aktu ofiarowania Bogu siebie i tych, których kochamy, jest wyjątkowym przywilejem. To komunikat: wierzę, Boże, że jesteś dobry, i dlatego nie tylko przyjmuję do wiadomości, że jesteś moim Panem, ale i chcę tego. Chcę być Twoją własnością.

    Takie ofiarowanie to po prostu akt zaufania – a Bóg tych, którzy Mu ufają, nigdy nie zawodzi. To źródło łask, a nie jezioro udręki.

    Ewangeliczny opis ofiarowania Jezusa to pasmo błogosławieństw. Owszem, Maryja słyszy z ust Symeona proroctwo: „A Twoją duszę miecz przeniknie” (Łk 2,35), ale nie jest to przecież zapowiedź życia pełnego smutku, umęczenia i boleści. Przeciwnie – życie Maryi, mimo przeszkód, to pasmo znaków Bożej chwały i dowodów Bożego prowadzenia. W ciągu dziesiątek lat ziemskiego życia Matki Jezusa miecz przeszyje Jej serce jeden raz i pozostanie tam przez kilkadziesiąt godzin. A i wtedy nie opuści Maryi pewność, że jest bezustannie w ręku Boga.

    „Przestań się lękać tego, co będziesz cierpiał” – wzywa Syn Człowieczy w wizji św. Jana (Ap 2,10). To nauka z tej tajemnicy: nie bój się ofiarować siebie Bogu – przy Nim będziesz szczęśliwy i nawet cierpienie posłuży do twojego wzrostu.

    Poszukiwanie

    Tajemnica znalezienia Jezusa w świątyni. Bywa tak, że szukamy Go „z bólem serca” – jak Maryja i Józef. Nie znaczy to jednak, że Jezus się nam zgubił, tylko że my nie umiemy Go znaleźć. Czasem znika nam z oczu, bo poszukiwanie Go bywa nam potrzebne. „Ból serca” uświadamia nam, jak bardzo jest dla nas ważny. Potrzebujemy powrócić do świątyni i zrozumieć, że i my, jako rodzeństwo Jezusa, też mamy być w tym, co należy do Ojca.

    „A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu” – powie ewangelista Łukasz (2,51). Chowała w pamięci, rozważała je, a choć nie do końca wiedziała, co oznaczają, to ufała, że Bóg tworzy z tego sobie znany wzór.

    Co nam to mówi? To, że nie muszę wiedzieć, co Bóg ze mną robi i dokąd mnie prowadzi. Wystarczy, że robię to, co rozpoznaję jako Jego wolę. Poszukiwanie Jezusa to proces, w którym jak Maryja przeżywam rozterki, ale jak Ona też doświadczam ulgi, gdy Go znajduję. Ten proces to wzrastanie w wierze.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Różańcowa Szkoła Maryi: Bóg wie, co ma robić

    W tajemnicach światła Matka Boża uczy wypełniania woli Syna.

    Rycina z Biblii wydanej w 1909 r.FOTOREPRODUKCJA HENRYK PRZONDZIONO/GOŚĆ

    ***

    Ojciec Julian Różycki, dominikanin, wspominał szczególną łaskę, otrzymaną podczas październikowego nabożeństwa różańcowego. To było wiele lat temu, gdy chodził do szóstej klasy podstawówki. „Mimo wykopek ziemniaków i wielkiej pracy jesiennej przed zimą z radością biegłem na wieczorny Różaniec w kościele” – opowiadał w świadectwie opublikowanym na stronie wiara.pl.


    Tego wieczoru klęczał z innymi ministrantami po lewej stronie ołtarza, przed wystawionym w monstrancji Najświętszym Sakramentem. O Jezusie mówiła mu mama, a na religii nauczono go, że w konsekrowanej Hostii jest obecny Chrystus, ale to była wiedza teoretyczna, prawda nauczona i zapamiętana. Wtedy zdarzyło się coś niezwykłego. „Nagle jakby z Hostii wyszły promienie światła i przeniknęła mnie Żywa Obecność i to tak mocno, że nie śmiałem nawet oczu podnieść na Hostię. Cały byłem przeniknięty tą Obecnością, a zarazem miłością przedziwną Pana, Brata i Przyjaciela. To, co usiłowała mi bezskutecznie przekazać moja mamusia, ukazała mi Matka Różańca świętego. Od tamtego czasu Hostia jest dla mnie zawsze Żywą Obecnością” – zaświadczył zakonnik. Zastrzegł, że nie oznacza to, iż zawsze ma takie odczucie Eucharystii. „Tamten moment był tylko raz i teraz też muszę ciągle ponawiać w sobie wysiłek wiary w Ukrytą Obecność, ale tamta łaska niewątpliwie tę wiarę umacnia, a każdorazowe odmawianie Różańca przed Tabernakulum jest odnawianiem żywej więzi z Bogiem Ukrytym” – podkreślił. Różaniec pozostał w jego życiu. „A potem Pani Różańca uśmiechnęła się i zaprosiła do Różańcowego Zakonu” – zaświadczył.


    Pokorny gest


    Maryja, towarzysząc modlącym się w tajemnicach różańcowych światła, prowadzi do doświadczenia wiary, po którym nic nie jest już takie samo. To nie żaden fajerwerk, chwilowa egzaltacja czy uczuciowy wzlot. To spotkanie żywego Boga, daleko bardziej przekonujące niż wszelkie empiryczne dowody i coś dużo głębszego i trwalszego niż wiedza teoretyczna. Ludzie w różny sposób spotykają Chrystusa, ale zawsze jest to przełom: wiara z poziomu umysłu dociera do serca i staje się wiarą osobistą. Człowiek doznający tej łaski przestaje się zastanawiać, czy Bóg istnieje, bo to staje się dla niego oczywiste. Nie zadaje już sobie pytania, czy wierzy w Boga, ale czy wierzy Bogu. Tak zaczyna się droga zaufania w Boże prowadzenie.


    W tajemnicy chrztu Jezusa w Jordanie widzimy Zbawiciela, który rozpoczyna działalność publiczną od pokornego gestu przyjęcia chrztu. To niezrozumiałe nawet dla Jana Chrzciciela, ma przecież przed sobą człowieka bezgrzesznego. „To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?” – wzbrania się (Mt 3,14). Jezus nie tłumaczy, mówi tylko, że „tak godzi się wypełnić wszystko, co sprawiedliwe”.


    Matka Boża przez rozważanie tej tajemnicy uczy nas pokory przed Bogiem i gotowości pójścia za Jego wolą, nawet gdy droga nie jest jeszcze do końca jasna. Nie musimy wszystkiego wiedzieć i rozumieć już teraz i już tu. Gdy jednak w zaufaniu wypełniamy to, co odczytujemy jako zgodne z wolą Bożą, na nas także zstępuje Duch Święty i rozlega się nad nami zapewnienie Boga o miłości do nas – Jego dzieci. Wtedy jesteśmy gotowi do głoszenia Ewangelii.


    Mów o problemie


    Jezus nie stroni od udziału w zwykłych ludzkich sprawach. Jego obecność na weselu w Kanie Galilejskiej jest tego przykładem. Maryja Mu towarzyszy. To za Jej namową Syn dokonuje pierwszego cudu, choć wydaje się, że tego nie planował.


    Różańcowa tajemnica cudu w Kanie Galilejskiej jest ważną wskazówką: warto Jezusa prosić, i to nie tylko w sprawach najważniejszych. Brak wina jest drugorzędną sprawą. Byłby, owszem, wizerunkową katastrofą i ciężkim wstydem – ale końcem świata by nie był. A jednak Maryja interweniuje, bo stoi wobec ludzkiego problemu. Nie wie, jak Syn mu zaradzi, ale – choć do tej pory nie uczynił żadnego nadzwyczajnego znaku – wie, że może to zrobić. I ma przekonanie, że to zrobi. Pomimo, wydawałoby się, oschłej odpowiedzi Jezusa: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto?”, wie, że Syn Jej nie odmówi. Znaczące, że Matka przedstawia Jezusowi tylko sytuację: „Nie mają już wina”. Nie mówi Synowi, co ma zrobić. Mówi to natomiast sługom: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.


    To jest nauka płynąca z tej tajemnicy: naśladując Maryję, mów Jezusowi o problemie, a nie jak ma go rozwiązać. A kiedy już przedstawisz problem, naśladując sługi, rób wszystko, cokolwiek ci Jezus powie. Każe nalać mnóstwo wody do kamiennych stągwi? To dużo roboty i po twojemu raczej bez sensu, ale zapamiętaj to słowo: „wszystko”. Zrób wszystko, co mówi, a nie wybieraj sobie z woli Bożej tego, co ogarniasz swoim umysłem, bo nie ogarniesz wszystkiego. Nawet małej części nie ogarniesz, bo nie jesteś w stanie przeniknąć Bożego planu. Cud dzieje się tam, gdzie człowiek jest bezradny i nie ma pojęcia, co zrobić, ale ufa. Bóg, w odpowiedzi na zaufanie, zawsze daje hojnie i ponad oczekiwania – jak w Kanie: dobre wino w ilości, którą można by było obdzielić parę wesel. Tak to jest z wolą Bożą: za zasłoną tajemnicy Bożego planu tkwi radość i obfitość dla tych, którzy Jezusowi zaufają. Najlepiej wie o tym Jego Matka.


    Najpierw nowe myślenie


    „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” – wołał Jezus, rozpoczynając publiczną działalność.


    Różańcowa tajemnica głoszenia Ewangelii o nawróceniu i królestwie Bożym przypomina, że wiarę w Dobrą Nowinę poprzedza zmiana myślenia. To właśnie oznacza nawrócenie – w greckim oryginale metanoia. Od tego się zaczyna. Nie przyjmie Ewangelii ten, kto zachowuje stare myślenie, skupione na sobie, skoncentrowane na zdobywaniu dóbr i na ich zabezpieczaniu. Dopóki człowiek ma upodobanie w tym, co go niszczy, jak pijak w alkoholu, nie zdoła się od tego uwolnić. Może się tego na krótki czas wyrzec, aby sobie i innym coś udowodnić, ale wkrótce do tego wróci z jeszcze większą łapczywością – bo jego myślenie się nie zmieniło i w istocie wciąż to kocha. Nie chce ponosić kosztów uzależnienia, ale chce zachować płynącą z niego „przyjemność”.


    Prawdziwe nawrócenie to nowe myślenie. Ono sprawia, że zmieniają się priorytety. To, co dotąd budziło niechęć, a nawet odrazę, teraz zaczyna pociągać i przynosi szczęście. Z kolei rzeczy dotąd ważne stają się nic niewartymi śmieciami. To było doświadczenie św. Pawła. „To wszystko, co było dla mnie zyskiem, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę. I owszem, nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim” – zapewnia apostoł.


    W tej tajemnicy Maryja wskazuje drogę zmiany myślenia w pierwszym rzędzie o Bogu. Kto porzuca obraz Boga jako surowego sędziego na rzecz wizerunku troskliwego Ojca, którego wolą jest nasze zbawienie, ten zaczyna się nawracać. I dopiero człowiek świadom, że jest kochany przez Boga, sam może skutecznie głosić Ewangelię – bo tylko nawrócony może być jej świadkiem.


    Nie bój się przyszłości


    Jak sobie poradzę w chwili granicznej, gdy mrok ogarnie wszystko to, co do tej pory było punktem odniesienia?


    Takie pytanie towarzyszy chyba każdemu, kto realnie myśli o swoim życiu – taki człowiek wie, że kryzysy są nieuniknione. Tajemnica przemienienia Jezusa na górze Tabor przynosi na to odpowiedź: Bóg tych, którzy w Nim pokładają nadzieję, przygotowuje na chwilę próby. Są chwile „panowania ciemności”, których bez wsparcia Bożego żaden człowiek by nie przetrwał. Widok Jezusa w chwale Bożej przewyższał wszystko, co Piotr, Jakub i Jan do tej pory widzieli. Uzdrowienia, wskrzeszenia, chodzenie po wodzie, uciszenie burzy – to wszystko ustępowało wobec tej nadprzyrodzonej wizji, w której ujrzeli majestat Syna Bożego.


    Musiała w ich sercach pozostać ta chwila, gdy wkrótce przyszło im patrzeć na Jezusa tego samego, a tak strasznie odmienionego. Jak inaczej mogli zachować nadzieję, widząc krwawą miazgę na krzyżu? Wiara wbrew faktom? To nie na ludzkie siły. Piotr i Jakub, mimo wzmocnienia na Taborze, zawiedli, ale ich wiara, choć mocno nadwyrężona, nie ustała. Jan wytrwał do końca pod krzyżem. Bez doświadczenia chwały Syna Bożego pewnie wszyscy popadliby w rozpacz. Natomiast dzięki Bożemu wsparciu poznali swoją słabość i niewystarczalność, a przetrwawszy kryzys wzbogacili się w cnotę bezcenną – pokorę.


    Maryja w tajemnicy przemienienia Jezusa na górze Tabor uczy zaufania, że na nadchodzące wyzwania Bóg nas przygotuje, kiedy trzeba i jak trzeba. Pokazuje, że On nie jest zimnym egzaminatorem, ale stawiając nas przed trudnym zadaniem, sam podsuwa sposób poradzenia sobie z nim. Po prostu nas kocha.


    Cud uobecnienia


    Eucharystię wymyślił dla nas Bóg. Nikt inny nie wpadłby na coś podobnego. Człowiek potrafi jedynie upamiętniać ważne wydarzenia, utrwalać wiedzę o nich na papierze lub w kamieniu, ale ożywić tego, co było, nie umie. Eucharystia natomiast uobecnia najważniejsze we wszechświecie dzieło, dokonane przez Jezusa Chrystusa – ofiarę, którą poniósł na Golgocie. Uobecnia – a nie tylko przypomina. Dzięki cudowi przemiany chleba w Ciało Pana, a wina w Jego Krew, w niepojęty dla nas sposób ta ofiara wciąż trwa. Będąc na Mszy św., nie wspominamy tego, co Jezus dla nas zrobił, ale w tym uczestniczymy. Spożywając Postaci Eucharystyczne, jednoczymy się z realnym, prawdziwym Jezusem, który chce być z nami tak blisko, że aż w nas. Nie ma niczego na świecie, co dałoby się z tym porównać.


    Maryja, która wydała na świat Syna Bożego, towarzyszyła Mu w latach pobytu na ziemi, a pod krzyżem trzymała Jego martwe ciało, najlepiej wie, jak wielkim darem jest Sakrament Ołtarza. W tajemnicy ustanowienia Eucharystii uczy nas korzystania z tej niewyobrażalnej łaski, zachęca do sięgania po nią, gdy tylko jest to możliwe. Matka Boża wie, że robiąc to, będziemy mieli życie w sobie – zadatek życia wiecznego.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    Różańcowa Szkoła Maryi: Bóg wie, co ma robić
    ILUSTRACJE OREFICE RAFFAELE/ ARCHIWUM SANKTUARIUM W POMPEJACH

    ***

    Różańcowa Szkoła Maryi: Bóg jest zawsze dobry

    W tajemnicach bolesnych Matka Boża uczy zaufania Bożemu planowi – to zawsze najlepsza decyzja.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Kate Frantz, Amerykanka, nawróciła się w roku 2016. Odtąd wciąż modli się na różańcu. „Tamtego dnia, zanim przystąpiłam do modlitwy, czułam w sercu jakby ogień, natchnienie, pulsowanie… Trudno to opisać słowami. Może najbliższe było to ekscytacji, jaką odczuwa dziecko przed Bożym Narodzeniem, albo gdy mój mąż wraca z sześciomiesięcznej misji” – zaświadczyła na stronie swojego wydawnictwa Thy Olive Tree.

    Był piątek, więc wzięła różaniec i zaczęła odmawiać tajemnice bolesne. „Zaczęłam od pierwszej tajemnicy, męki Jezusa w Ogrójcu. Zwykle, kiedy to robiłam, miałam trudności z koncentracją. Zaczynałam myśleć o męce Jezusa, a potem nagle moje myśli krążyły wokół pracy lub tego, co zjem na kolację. Ale ten dzień był inny” – wspomina. Jej myśli i cała uwaga były skupione tylko na Jezusie w ogrodzie Getsemani. „To było niepodobne do czegokolwiek, czego w życiu doświadczyłam. Moje serce jakby pulsowało w rytm przesuwanych paciorków. W mojej głowie pojawił się obraz Jezusa. Wpatrywał się prosto we mnie. Było w Nim światło” – wyznała.

    Gdy zagłębiła się w kolejne tajemnice, wciąż widziała ten obraz. „Cały czas nad nim medytowałam. Następnego dnia myślałam tylko o tym. Wyjęłam Biblię i zaczęłam czytać fragmenty o męce Jezusa. Wtedy zrozumiałam, że On zapewnia mnie, iż bez względu na to, przez co przechodzę, bez względu na lęki i obawy, jest ze mną. Jezus dobrze znał cierpienie i nie składał mi pustych obietnic, mówiąc, że wszystko będzie w porządku – On sam tego doświadczył” – zapisała Kate. I dodała: „Chciałabym powiedzieć, że tak jest za każdym razem, gdy modlę się na różańcu, ale tak nie jest. Wtedy do głosu dochodzi wiara – świadomość, że to wszystko jest bardzo realne, nawet jeśli tego nie odczuwamy. To jedno z najpiękniejszych pocieszeń, jakie otrzymałam od Pana, i często o tym rozmyślam”.

    Pożytek i radość

    Niektórzy ludzie boją się zagłębiać w tajemnice bolesne Różańca, bo mają obawę, że przez to sami pogrążą się w boleści, a w każdym razie doświadczą smutku, wynikającego z rozpamiętywania cierpienia. Ale rozważanie cierpienia Jezusa nie jest wzmacniaczem naszego cierpienia – jest sposobem na nie. To trochę jak z prawem Archimedesa: na ile zanurzysz się w męce Chrystusa, o tyle sam jesteś lżejszy. Tu, jak nigdzie indziej, działa paradoks jarzma i brzemienia, które Jezus czyni słodkim i lekkim, kiedy się do Niego przychodzi. W lutym 1935 roku św. Faustyna usłyszała zapewnienie Jezusa: „Jedna godzina rozważania Mojej bolesnej męki większą zasługę ma aniżeli cały rok biczowania się aż do krwi; rozważanie Moich bolesnych ran jest dla ciebie z wielkim pożytkiem, a Mnie sprawia wielką radość”.

    Nikt głębiej nie rozważał męki Chrystusa niż Jego Matka. To Ona towarzyszyła Synowi w Jego drodze aż na Golgotę i pozostała pod krzyżem aż do końca. Dziś Maryja modli się też z nami, gdy rozważamy tajemnice bolesne.

    Heroizm modlitwy

    Jeszcze nie nadeszli oprawcy, nikt Jezusa jeszcze nie dotknął, a już nastało „panowanie ciemności” – diabeł otrzymał dostęp do Jedynego Sprawiedliwego. Zajadłość Złego przyniosła Jezusowi duchową mękę, jakiej nikt inny z ludzi nie doświadczył ani nie zdołałby przetrwać. Ewangelista Łukasz zapisał: „Pogrążony w udręce jeszcze usilniej się modlił” (22,44). To czysty heroizm tak się modlić, gdy wzburzona przez Nieprzyjaciela wyobraźnia szaleje, nie dając chwili wytchnienia i odcinając, wydawałoby się, wszelką możliwość zwrócenia myśli w inną stronę. Człowiek w chwili ciemności ma skłonność dyskutować z oskarżycielem i walczyć z falami rozpaczy. Ale to daremne – trzeba wołać do Boga. Mimo wszystko, pod prąd pokusie zwątpienia i poczuciu „małej wieczności” tego stanu.

    Jezus pokonał tę pokusę, przeciwstawiając jej wierną modlitwę do Ojca, zanoszoną wbrew wszelkim przeszkodom i przeciwnościom. Ciemności duszy to cierpienie nieraz większe niż ciężki ból fizyczny, ale też zanoszona w takim stanie modlitwa do Boga jest wyjątkowo płodna. To czas oczyszczenia, po którym następuje obfitsze owocowanie.

    Nauka, jaka płynie z tej tajemnicy w Różańcowej Szkole Maryi, to wezwanie do wytrwania w modlitwie. Trwoga i smutek, i pokusa beznadziei, jakie przeżywasz, to nie są symptomy odrzucenia – to szczególna okazja do upodobnienia się do Jezusa, który też to przeżywał, tylko ciężej. Ten kryzys okaże się błogosławiony, gdy, jak Jezus, przyjdziesz z nim do Ojca. Jemu możesz powiedzieć wszystko, także: „oddal ten kielich”. Możesz przed Nim jęczeć, wykrzyczeć Mu swoje niezrozumienie, a nawet pretensje – On zrozumie. I obsypie łaskami.

    On usprawiedliwia

    Najwięcej ran, jakie otrzymał Pan Jezus, zadano Mu podczas biczowania. Ślady na Całunie Turyńskim wskazują, że Zbawiciel otrzymał 120 smagnięć, a każde z nich powodowało kilka ran zadanych metalowymi zakończeniami. W sumie ponad 600. Wydaje się, że przy słupie biczowania nad Chrystusem znęcali się jacyś potworni psychopaci. Zachodzi jednak obawa, że to… my. We wszystkim, co się wtedy z Jezusem działo, w mistycznym sensie uczestniczyła cała ludzkość, zarówno ci żyjący wcześniej i ludzie Jemu współcześni, jak i ci, którzy zjawili się na świecie po Nim, a także ci, którzy dopiero się zjawią. My też tam byliśmy, a wszystkie nasze złe lub dobre wybory były dla Niego bólem lub wytchnieniem. To nie metafora – my też, grzesząc, mamy udział w biczowaniu Jezusa. Nikt nie jest bez winy, bo jak powie apostoł, „wszyscy zgrzeszyli”. Tu nie chodzi o wpędzanie w poczucie winy, ale o pokorę, która wynika z prawdy o sobie. A prawdą jest, że grzeszymy i potrzebujemy Bożego przebaczenia. „Nie jestem lepszy” – to bolesna świadomość, ale ona chroni przed jeszcze gorszym grzechem faryzeizmu.

    Konfesjonały stają się tym „mniej modne”, im wyższe ludzie mają o sobie mniemanie. Bo żądło śmierci tkwi nie w samej grzeszności, ale w jej nieuznawaniu i w wynikającym z tego celebrowaniu swojej fałszywej doskonałości. Nie bądź pewny swojej dobroci, nie zagłuszaj sumienia wyliczaniem swoich zasług i usprawiedliwianiem swoich upadków. Jezus chce cię usprawiedliwić, ale to dokonuje się przez uznanie swojej grzeszności, skruchę i wyznanie grzechów.

    Taka nauka płynie z postawy Maryi – wzoru pokory.

    Takie królowanie

    „Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida” – usłyszała Maryja w czasie zwiastowania. Okazało się, że wielkość wcielonego Syna Bożego, Jego tron i atrybuty władzy daleko odbiegają od ludzkich wyobrażeń. Cierniowa korona na skroniach Jezusa była dla Niego źródłem bólu, a dla oprawców narzędziem wyszydzenia Go. A jednak dziś każdy świadomy chrześcijanin rozumie, że nie ma zaszczytniejszych symboli panowania nad te, którymi „przyozdobiono” Chrystusa w dniu Jego męki. Królować znaczy służyć – i nie ma w tym królowaniu żadnej dominacji, wynoszenia się ani dawania do zrozumienia, kto tu rządzi, ani też nieuczciwego dorabiania się kosztem podwładnych. Służba to troska o potrzeby innych, a Jezus, znosząc ból cierniowego wieńca, zatroszczył się o naszą największą potrzebę – o zbawienie. Taką władzę winien sprawować każdy z nas, bo każdy jakąś władzę ma: polityczną, zawodową, administracyjną, rodzicielską, duchowną, duchową lub jeszcze jakąś inną.

    Maryja, wskazując na Jezusa ukoronowanego cierniem, przypomina, że Jezus królujący nie ma nic wspólnego z zadzieraniem nosa i rozpychaniem się na stołkach. Naśladowanie Go to służba – szczera troska o dobro innych.

    Najlepsza opcja

    Jezus poniósł krzyż na Golgotę, doświadczając niewyobrażalnych cierpień. Słysząc Jego wezwanie do wzięcia swojego krzyża i pójścia za Nim, doświadczamy być może obawy, że to oferta przyjęcia podobnej męki. Klucz tkwi w słowach: „niech weźmie krzyż swój”. Swój – nie Jezusowy. Nasz jest akurat dla nas i dla nikogo innego. I ten mamy wziąć. Słowa: „niech weźmie” wskazują na osobistą decyzję poniesienia tego ciężaru, który po prostu nieść powinienem, bo wynika z moich obowiązków, zobowiązań, uczciwości i wierności temu, co rozpoznaję jako wolę Bożą. To wcale nie oznacza, że temu, kto swojego krzyża nie bierze, będzie łatwiej. O tym, jaka to „łatwizna”, przekonują się ci, co uciekają od swoich obowiązków, którzy łamią swoje słowo, uciekają od powinności, żyją nieuczciwie, a motywowani chciwością – kłamią i oszukują.

    „Nikt z was niech nie cierpi jako zabójca albo złodziej, albo złoczyńca, albo jako niepowołany nadzorca obcych dóbr!” – wzywa św. Piotr (1 P 4,15). Bo życie z nieczystym sumieniem to nie jest żaden komfort. Ci, którzy nie podejmują własnego krzyża, cierpią naprawdę ciężko, żyjąc w niezadowoleniu i niepokoju, które towarzyszą nieuczciwości.

    Maryjna nauka z tej tajemnicy płynie taka, że wzięcie własnego krzyża i pójście za Jezusem to najlepsza życiowa opcja. Cierpienie tam też jest, ale ono jest słodkie i twórcze. I prowadzi do wiecznego szczęścia.

    Do ostatka

    Ostatnie słowa Jezusa brzmiały: „Wykonało się”. Ten, który w Ogrójcu prosił, aby Go ominął ten kielich, na krzyżu wypił go do końca, do ostatniej kropli. Przyjął każde cierpienie, jakie Ojciec na Niego dopuścił, wiedząc, że każda wola Boża jest dobra, nawet tak po ludzku niezrozumiała jak męka i śmierć na krzyżu. Dzięki temu dług człowieka został spłacony, a brama nieba otwarta. To wtedy z boku Jezusa wypłynęły krew i woda jako znak niewyczerpanego Bożego miłosierdzia. To źródło wciąż bije i każdy, kto chce, może z niego zaczerpnąć.

    Matka Boża pod krzyżem z woli Jezusa stała się także naszą Matką. To oznacza, że zawsze się nami opiekuje i nigdy nie przestaje nas kochać. Ona też w tajemnicy śmierci Pana Jezusa na krzyżu uczy wytrwałości i zaufania Bożym planom. One są perfekcyjne, choć droga ich realizacji nieraz prowadzi przez ciemną dolinę. Zawsze jednak na końcu jest niegasnące światło.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Różańcowa Szkoła Maryi: Bóg chce naszego zbawienia

    W tajemnicach chwalebnych Matka Boża wskazuje na niebo. To jest nasz cel – każdy inny jest chybiony.

    Maryja jako królowa wciąż służy nam z nieba, troszcząc się o to, żebyśmy także tam się znaleźli.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Okrągła rocznica bombardowania Hiroszimy i Nagasaki stała się okazją do przypomnienia zdarzeń, noszących znamiona ingerencji nadprzyrodzonej. Należy do nich historia jezuitów z Hiroszimy, którzy w niewytłumaczalny sposób ocaleli z nuklearnej zagłady. To znaczy – niewytłumaczalny po ludzku. Osoby wierzące wskazują na jeden trop: Różaniec.

    Był 6 sierpnia 1945 roku. O godzinie 8.16 nad miastem eksplodowała bomba Little Boy o sile 16 kiloton. Dom misji jezuickiej znajdował się 1300 metrów od epicentrum wybuchu. Wszystkie domy wokół przestały istnieć. Każdy, kto znajdował się w takiej odległości, zginął od razu lub zmarł wkrótce wskutek choroby popromiennej – z wyjątkiem czterech zakonników: Francuza Hugona Lassalle’a, Niemców Huberta Schiffera i Wilhelma Kleinsorge’a oraz Polaka Huberta Cieślika. Jezuici w chwili eksplozji przebywali w domu parafialnym przy kościele Matki Bożej Wniebowziętej. O. Hubert Cieślik zapisał w swoim dzienniku: „Świat za oknem rozbłysnął niesamowitym światłem. Pomyślałem, że bomba uderzyła niedaleko, może nawet na terenie kościoła. Położyłem się na podłodze, w przejściu między dwoma pomieszczeniami. Po jakimś czasie wszystko ucichło, nie dało się usłyszeć żadnego dźwięku. Podniosłem nieco głowę i rozejrzałem dookoła. Ku mojemu zaskoczeniu, panowała ciemność. Na tyle na ile byłem w stanie sięgnąć wzrokiem, w każdym kierunku widziałem tylko morze ruin i zniszczenia. Przetrwały tylko resztki odartych z kształtu betonowych budowli i dom księży, z którego właśnie wyszedłem. A to był drewniany budynek”.

    Okazało się, że wszyscy czterej jezuici doznali tylko obrażeń od potłuczonego szkła, a budynek, w którym się znajdowali, stracił jedynie dach. Najdziwniejsze było to, że żaden z zakonników nie miał powikłań zdrowotnych wskutek promieniowania. W ciągu 30 lat byli badani około 200 razy przez wielu lekarzy i nigdy nie znaleziono w ich ciałach nawet śladu promieniowania. Ostatni z nich, o. Hugo Lassalle, żył do roku 1990 i zmarł w wieku 92 lat.

    Ojciec Hubert Schiffer, pytany o tajemnicę ich ocalenia, powiedział w jednym z wywiadów: „Nasza jezuicka grupa była szczególnie oddana przesłaniu fatimskiemu”. To samo mówili pozostali. „Żyliśmy, modliliśmy się na różańcu i odprawialiśmy pokutę, do której wzywała Maryja w Fatimie w tym właśnie domu, który ocalał” – powtarzali wielokrotnie. O. Schiffer stwierdził też, że bomba atomowa nie okazała się więc najpotężniejszą bronią na ziemi ani żadną z tych, które ludzie jeszcze wymyślą, „nigdy nie będzie w stanie odjąć prymatu mocy modlitwy i zjednoczenia ludzkiego stworzenia z Bogiem”.

    Dyskretna potęga

    Ocalenie zakonników z Hiroszimy nie oznaczało, że byli lepsi od tych, którzy zginęli – ich historia była znakiem, że to Stworzyciel ma prawdziwą władzę nad stworzeniem, zarówno na ludzką duszą, jak i ciałem człowieka. Wszystkie cuda, jakich doświadczają ludzie na ziemi, są jedynie słabym odblaskiem tego, co zdarzyło się w Jerozolimie na trzeci dzień po śmierci Zbawiciela. Zmartwychwstanie Jezusa jest największym cudem wszechświata. A jednak, rzecz dla ludzi dziwna, nie dokonało się to w blasku dnia, na oczach tłumu. „Jaka szkoda” – nasuwa się myśl. „Przecież to przekreśliłoby wszelkie wątpliwości, zamknęłoby usta niedowiarkom, zmusiłoby wrogów do skruchy albo do ucieczki. I byłby triumf godny tego słowa”.

    Owszem, tak byłoby po ludzku – ale nie po Bożemu. Bóg, który w swojej ludzkiej naturze przyszedł na świat dyskretnie i niepozornie, pozostał konsekwentny i nawet zmartwychwstał bez żadnej ostentacji. Widocznie tak jest lepiej. Bóg zna ludzką naturę i wie, jak przewrotnie ludzie mogą interpretować to, co oczywiste, i zaprzeczać nawet temu, co niezaprzeczalne. „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą” – mówi Abraham w Jezusowej przypowieści. Sprawdziło się to po wskrzeszeniu Łazarza, gdy żydowska elita, zamiast uwierzyć, postanowiła zabić wskrzeszającego i wskrzeszonego.

    Maryja w tajemnicy zmartwychwstania Jezusa uczy nas wiary, jakiej oczekuje Zbawiciel. Takiej, jaką sama miała. Każde wydarzenie, zrozumiałe i niezrozumiałe, było dla Niej podstawą do zaufania Bogu. Bo głęboka wiara zawsze ma związek z zaufaniem, z krokiem w ciemno. Taka wiara nie bierze się z doświadczenia, to z niej bierze się doświadczenie. I tak się dzieje: ci, którzy zaufali Chrystusowi, otrzymują upewnienie mocniejsze od tego, które daje zobaczenie i dotknięcie – ono obejmuje całe ich życie, w którym Zmartwychwstały jest źródłem niezrównanego pokoju i radości.

    Daleko, a blisko

    Byłoby dla nas czymś ekscytującym wiedzieć, że Jezus jest obecny wśród nas, podobnie jak był za dni swojego pobytu na ziemi. Ale, jak powiedział uczniom Zbawiciel: „Pożyteczne jest dla was Moje odejście”. Jezus, wstępując do nieba, zlecił uczniom misję niesienia Dobrej Nowiny, po czym zapewnił: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. Odchodzi, a jednak zostaje na zawsze. Jak to możliwe?

    Uczniowie wtedy jeszcze tego nie rozumieli, ale my dziś to wiemy, bo wciąż tego doświadczamy: od tamtej pory Jezus jest obecny w sakramentach, w swoim słowie i we wspólnocie wiary. Gdy przyjmujemy Go w Chlebie Eucharystycznym, jest tak blisko, że aż w nas. Odtąd możemy się z Nim spotkać zawsze i w każdym miejscu. Nawet gdy próbujemy zasnąć, zamiast liczyć owce, możemy porozmawiać z Pasterzem. A to wszystko mało wobec tego, co czeka na nas tam, gdzie wstąpił Chrystus.

    Maryja przez tajemnicę wniebowstąpienia Jezusa wskazuje nam Kościół jako miejsce szczególnej obecności Jej Syna także w doczesności. Nie ma lepszego domu nad ten, w którym mieszka Chrystus. A On chce mieszkać z nami.

    Niezrównane wyposażenie

    To ludzka rzecz się bać. Ważne, żeby mimo lęku realizować wolę Jezusa – jak apostołowie w Wieczerniku. W dniu Pięćdziesiątnicy byli tam wszyscy i wraz z Maryją modlili się. Nagle zerwał się jakby gwałtowny wiatr, a nad każdym z obecnych spoczął jeden język ognia. „I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić” – czytamy w Dziejach Apostolskich. I nagle, choć na zewnątrz nic się nie zmieniło, wszystko się zmieniło wewnątrz – zalęknieni dotąd ludzie wyszli śmiało na zewnątrz i zaczęli głosić Ewangelię. Strach ustąpił przed doświadczeniem Bożej potęgi. Uczniowie Jezusa, którzy do niedawna nie odnajdywali w sobie dość sił i odwagi, żeby otworzyć drzwi, teraz przemawiali do tłumów, i to tak, że każdy ich rozumiał. To robi Duch Święty. Uczniowie poszli w świat bez laski, bez torby i bez pieniędzy, ale wyposażeni w Ducha Świętego – a to dużo więcej niż najlepszy ludzki ekwipunek.

    Maryja w tajemnicy zesłania Ducha Świętego uczy: nie licz na własne siły, módl się i czekaj na pomoc z wysoka. On, Paraklet, napełni cię mocą – wtedy staniesz się Jego świadkiem.

    Niebo dotykalne

    „Powagą Pana naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła, i Naszą, ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” – tymi słowami 1 listopada 1950 r. Pius XII ogłosił dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny.

    Matka Boża w różańcowej tajemnicy wniebowzięcia pokazuje, że niebo jest rzeczywistością dla człowieka całkowicie realną i w jakiś sposób nawet dotykalną, bo zbawienia dostąpiło także Jej materialne ciało. Przez tę tajemnicę zwraca nam uwagę, jak święte są nasze ciała, skoro stanowią mieszkanie Ducha Świętego. Wprawdzie, w odróżnieniu od Jej ciała, nasze ulegną rozpadowi, ale w niebie je odzyskamy – odnowione i uwielbione. W czasach kultu wygody, który nie znosi cielesnych niedomagań, coraz częściej oferując cierpiącym eutanazję, Matka Boża przypomina, że to Bóg stworzył ludzkie ciało i tylko On wie, kiedy człowiek dojrzał do wieczności. Przyśpieszanie tego procesu „na własnych warunkach” jest w istocie działaniem na warunkach Nieprzyjaciela. To Bóg jest Panem człowieka – duszy i ciała.

    Korona pokory

    Prawdziwa wielkość i chwała płyną z życia w pokorze, posłuszeństwie i zaufaniu Bogu. Tego uczy różańcowa tajemnica ukoronowania Maryi w niebie. Matka Boża otrzymuje koronę, o którą nigdy nie zabiegała. Otacza Ją chwała, jakiej na ziemi nigdy nie zaznała, ani jakiej nie poszukiwała, a jednak w Magnificat o niej prorokowała: „Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia”. Dlaczego? Bo Bóg „wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej”. Takie są niebiańskie kryteria królowania: uniżenie, pokora. Świadomość własnej kondycji i zależności od Boga. To nie jest optyka odwrócona: to ziemska optyka stoi na głowie. „To bowiem, co za wielkie uchodzi między ludźmi, obrzydliwością jest w oczach Bożych” – powie Jezus o faryzejskiej „świętości”.

    Maryja w proroczym uniesieniu śpiewa o Bogu, który „strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych”. Gdzie dostrzegła to wywyższenie, skoro wtedy właśnie światem rządziło Imperium Rzymskie, a na tronie Judei zasiadał Herod, człowiek w najwyższym stopniu pyszny i zazdrosny o władzę? Cóż, dostrzega to chyba każdy, kto przyjmuje działanie Boga w swoim życiu, kto z Nim utrzymuje więź i z miłością wypełnia Jego wolę. Wtedy właśnie, gdy pozwalam Mu wejść do swojego serca, dostrzegam tę potężną różnicę między kimś, kto pyszni się swoimi zasobami i wpływem na ludzi, a „ubogim Pana”, który swoje skarby – czyny miłości – gromadzi w niebie.

    Każdy ziemski tron się rozpadnie, a tron niebiański trwa na wieki. Każdy mieszkaniec nieba otrzyma koronę, ale nie ma tam rywalizacji władców – tam jest rywalizacja służby. Maryja koronę otrzymała jako pierwsza z ludzi, bo jest pierwsza w miłości. Jako królowa wciąż służy nam z nieba, troszcząc się nade wszystko o to, żebyśmy także się tam znaleźli.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Za odmówienie różańca możesz uzyskać odpust.

    O czym trzeba koniecznie pamiętać?

    Za odmówienie różańca możesz uzyskać odpust. O czym trzeba koniecznie pamiętać?
    fot. Therese Westby / Unsplash

    ***

    Uzyskanie odpustu – zarówno zupełnego, jak i cząstkowego – dzięki różańcowi wcale nie jest trudne. Jak to zrobić? I czy odpust za różaniec można uzyskać tylko w październiku? 

    Odmawianie różańca to jedna z czynności wiary, które są dla nas pomocą w życiu nie tylko dlatego, że modlitwa zbliża nas do Boga, ale także dlatego, że są z nimi związane odpusty, czyli uwolnienie nas od skutków naszych grzechów, które psują nam życie, niszczą relacje, kradną radość i nie pozwalają się pozbierać.

    Za odmawianie modlitwy różańcowej w dokumencie Penitencjarii Apostolskiej z 29 czerwca 1969 roku przewidziane jest kilka możliwości uzyskania odpustu. 

    Odpust zupełny – za publiczne odmówienie różańca

    Za odmówienie różańca w kościele, kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, w pobożnym stowarzyszeniu (wystarczy odmówić tylko jedną część różańca) zyskujemy odpust zupełny; natomiast za odmówienie poza tymi miejscami lub wspólnotami – odpust cząstkowy – podaje wykaz Penitencjarii. Co więcej, gdy nie odmawiamy całej części różańca, już za samo pobożne przeżegnanie się i wypowiedzenie słów: W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen zyskujemy odpust cząstkowy, podobnie jak za odmówienie wyznania wiary. 

    By uzyskać odpust zupełny, muszą być dodatkowo spełnione zwykłe warunki: bycie w stanie łaski uświęcającej i przyjęcie komunii św., brak przywiązania do grzechu i modlitwa w intencjach, w których modli się papież.

    Czy odpust za odmówienie różańca można zyskać tylko w październiku? 

    Odpust zupełny za odmówienie różańca można uzyskać w dowolnym momencie roku. W październiku jest to jednak łatwiejsze ze względu na nabożeństwa różańcowe, odprawiane w każdej parafii – łatwiej wtedy o okazję do publicznego odmówienia różańca i uzyskania odpustu zupełnego. 

    Czym jest odpust w Kościele katolickim?

    To łaska, którą można ofiarować za zmarłą osobę albo “zużyć” dla siebie. Jest związana z faktem, że wszystkie popełnione przez nas grzechy i zaniedbania mają swoje konsekwencje. Wina zostaje nam w stu procentach wybaczona, gdy dostajemy rozgrzeszenie w spowiedzi, jednak skutki naszych grzechów mogą nas nękać jeszcze za życia i ciągnąć się za nami po śmierci, a wtedy zamiast prosto do nieba idziemy do czyśćca, by odpokutować za zło, które się przez nas wydarzyło.

    źródło: DEON / mł

    ***

    czwartek 16 października

    Dziś 47. rocznica wyboru Kardynała Karola Wojtyły na papieża

    Samplefot. Pixabay

    ***

    Dziś mija 47. rocznica wyboru kard. Karola Wojtyły na papieża. Ówczesny metropolita krakowski został wybrany w poniedziałek 16 października 1978 r. w drugim dniu konklawe. Biały dym zwiastujący dokonanie wyboru pojawił się nad Kaplicą Sykstyńską o godz. 18.18. Metropolita krakowski stał się 262. następcą św. Piotra. Ostatnia notatka w prowadzonej przez metropolitę krakowskiego „Księdze czynności biskupich”, przesłanej później do Krakowa, brzmi: „Około godz. 17.15 – Jan Paweł II”.

    Publikujemy garść faktów, wspomnień, opinii i ciekawostek dotyczących pamiętnego konklawe.

    Bardzo znamiennie, z perspektywy przyszłych wydarzeń, brzmią słowa jakie kard. Wojtyła wypowiedział 11 października 1978 w bazylice Mariackiej, podczas Mszy św. intencji zmarłego papieża, Jana Pawła I: „Mężowie stanu, głowy państw mówią o tym, że zapoczątkował nowy styl pasterzowania na Stolicy Apostolskiej. Styl pełen ogromnej prostoty, pełen ogromnej skromności, pełen olbrzymiego poszanowania dla człowieka”.

    15 sierpnia 1963 r. podczas uroczystości koronacji przez prymasa Wyszyńskiego figury Matki Bożej Ludźmierskiej miał miejsce znamienny – z perspektywy późniejszych wydarzeń – epizod. Kardynał Wojtyła uchwycił berło, jakie podczas procesji w pewnym momencie wypadło z ręki Madonny. „Karolu, Maryja dzieli się z Tobą władzą” – powiedział do bp. Wojtyły stojący obok jego kolega, ks. Franciszek Macharski.

    Niektórzy bliscy znajomi kard. Wojtyły uważają, że jego niezwykłe zachowanie w dniach poprzedzających konklawe (w tym szczególne skupienie i małomówność) mogło wskazywać, że przeczuwał on to, co się ostatecznie wydarzyło. Kiedy rankiem 29 września 1978 r. metropolita krakowski dowiedział się o niespodziewanej śmierci Jana Pawła I, głęboko wstrząśnięty powiedział: “Niezbadane są wyroki Boże, chylimy przed nimi głowę”.

    Ostatnią noc przed wyjazdem na pogrzeb Jana Pawła I i konklawe, przyszły papież spędził w domu gościnnym sióstr urszulanek na warszawskim Powiślu. W tym samym domu od lat mieszkał wybitny historyk filozofii Stefan Swieżawski, od lat przyjaciel Karola Wojtyły. „Był bardzo milczący. Pożegnaliśmy się właściwie bez słowa. Widziałem, że nie chce nic mówić. A on już wiedział…”

    Przed konklawe, które wybrało go na papieża kard. Wojtyła mieszkał w Papieskim Kolegium Polskim przy Piazza Remuria. Wczesnym rankiem, 14 października 1978 r. w kaplicy Kolegium odprawił Mszę św. Po południu odjechał na konklawe samochodem prowadzonym przez brata Mariana Markiewicza ze Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego. Wysłużone już wówczas auto kupił po latach amerykański aktor Jon Voight, odtwórca roli papieża w amerykańskim filmie „Jan Paweł II” (USA, 2005).

    Bezpośrednim poprzednikiem Jana Pawła II na Stolicy Piotrowej był kard. Albino Luciani, który przybrał imię Jana Pawła I. Zmarł na atak serca 28 września 1978 r. po 33 dniach pontyfikatu. Wedle niepotwierdzonych doniesień, papież zmarł we śnie trzymając w dłoni słynne dzieło Tomasza a Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”.

    Kard. Wojtyła niemal „na styk” zdążył na konklawe, które wybrało go na papieża. 14 października metropolita krakowski wybrał po południu do rzymskiej kliniki Gemelli, by odwiedzić chorego przyjaciela, biskupa Deskura. Do Kaplicy Sykstyńskiej wszedł ostatni a trzeba wiedzieć, że po zamknięciu wrót Kaplicy do środka nie wpuszcza się nikogo, nawet kardynałów….

    Kard. Karol Wojtyła został wybrany na papieża w poniedziałek, 16 października 1978 r., w drugim dniu konklawe. Biały dym zwiastujący dokonanie wyboru pojawił się nad Kaplicą Sykstyńską o godz. 18.18. Metropolita krakowski stał się 262. następcą św. Piotra. Ostatnia notatka w prowadzonej przez metropolitę krakowskiego ‘Księdze czynności biskupich’, przesłanej później do Krakowa, brzmi: „Około godz. 17.15 – Jan Paweł II”.

    Podczas konklawe, prymas Polski kard. Stefan Wyszyński szepnął kardynałowi Wojtyle: “Jeśli wybiorą, proszę nie odmawiać…”.

    Znamienne reminiscencje z konklawe zamieścił papież w swoim testamencie: „Kiedy w dniu 16. października 1978 konklawe kardynałów wybrało Jana Pawła II, Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński powiedział do mnie: ‘zadaniem nowego papieża będzie wprowadzić Kościół w Trzecie Tysiąclecie’. Nie wiem, czy przytaczam to zdanie dosłownie, ale taki z pewnością był sens tego, co wówczas usłyszałem. Wypowiedział je zaś Człowiek, który przeszedł do historii jako Prymas Tysiąclecia. Wielki Prymas. Byłem świadkiem Jego posłannictwa, Jego heroicznego zawierzenia. Jego zmagań i Jego zwycięstwa. ‘Zwycięstwo, kiedy przyjdzie, będzie to zwycięstwo przez Maryję’” – zwykł był powtarzać Prymas Tysiąclecia słowa swego Poprzednika kard. Augusta Hlonda.

    Kolegium Kardynalskie, które dokonało wyboru liczyło 111 purpuratów. Spośród kardynałów elektorów tylko 18 było młodszych od kard. Wojtyły. Został on najmłodszym z papieży, jakich wybrano od półtora wieku. Zgodnie z kościelną normą określoną przez papieża Pawła VI, w konklawe nie brali udziału kardynałowie powyżej 80. roku życia.

    Jan Paweł II był pierwszym od 455 lat papieżem nie-Włochem (od czasu pontyfikatu Hadriana VI, który był Holendrem i pełnił najwyższy urząd w Kościele w latach 1522-23), najprawdopodobniej pierwszym w dziejach papieżem-Słowianinem i pierwszym w historii Kościoła papieżem, który przybranym imieniem powołuje się aż na trzech swoich bezpośrednich poprzedników (Jana XXIII, Pawła VI i Jana Pawła I).

    Pełne, oficjalne i uroczyste określenie urzędu, na jaki wybrano kard. Wojtyłę brzmi: “Jego Świątobliwość Ojciec Święty Jan Paweł II, Biskup Rzymski, Namiestnik Pana Naszego Jezusa Chrystusa, Następca Księcia Apostołów, Najwyższy Kapłan Kościoła Katolickiego, Patriarcha Zachodu, Prymas Italii, Arcybiskup i Metropolita Rzymskiej Prowincji Kościelnej, Suwerenny Władca Państwa Watykańskiego, przedtem Arcybiskup i Metropolita Krakowski Karol Kardynał Wojtyła”.

    Obrady są absolutnie tajne, zaś kardynałów obowiązuje tajemnica, niemniej wedle miarodajnych opinii metropolita krakowski został wybrany w ósmym głosowaniu, przytłaczającą większością 99 głosów (spośród 111 wszystkich uczestników konklawe).

    Chociaż kardynał Wojtyła zyskiwał od czasu udziału w obradach coraz większe uznanie wśród hierarchów z całego świata, to nie był wymieniany przez media w gronie papabili a więc purpuratów, których wybór na papieża jest wielce prawdopodobny. Wynik konklawe był absolutną światową sensacją.

    Postać papieża z Polski stała się przez szereg dni po konklawe kluczowym temat światowych mediów, które nie kryły zafascynowania jego osobą. Zwracano uwagę na jego horyzonty intelektualne, wszechstronność zainteresowań, bogactwo doświadczeń duszpasterskich; podkreślano, że zna biegle sześć języków, lubi spływy kajakowe, uprawia narciarstwo a do tego jest poetą…

    Gdy uczestnicy konklawe zostali zapoznani z wynikami rozstrzygającego głosowania, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej kard. Villot, zadał metropolicie Krakowa przewidziane rytuałem pytanie: “Czy przyjmujesz dokonany przed chwilą kanonicznie wybór twojej osoby na Najwyższego Kapłana?” Wyraźnie wzruszony kard. Wojtyła odpowiedział: „W duchu posłuszeństwa wobec Chrystusa, mojego Odkupiciela i Pana, w duchu zawierzenia wobec jego Matki – przyjmuję”.

    Zgodnie ze zwyczajem, tuż po wyborze nowy papież przyjmuje od kardynałów elektorów ślubowanie posłuszeństwa. Jak poinformowali świadkowie tego wydarzenia, Jan Paweł II dokonał w tej ceremonii znamiennej modyfikacji, którą biorąc pod uwagę styl całego pontyfikatu, można określić jako wręcz symboliczną: w przeciwieństwie do poprzedników odebrał ten hołd w pozycji stojącej a nie siedząc na tronie.

    Jednym z hierarchów, który podczas przerw w kolejnych sesjach konklawe, optował na rzecz wyboru metropolity krakowskiego był ówczesny arcybiskup Wiednia i przyjaciel metropolity krakowskiego, kard. Franz König. Wielce znamienną rozmowę odbył on z kard. Wyszyńskim, któremu zasugerował, że Polska ma odpowiedniego kandydata. “Co? Miałbym opuścić Warszawę i pozostać w Rzymie? To byłby triumf komunistów!” – odparł na to Prymas. Kard. König doprecyzował więc, kogo miał na myśli…

    Niezwykłą adnotację zawiera księga metrykalna parafii Karola Wojtyły w Wadowicach. Nazajutrz po konklawe z 16 października 1978, pod kolejnymi adnotacjami – o chrzcie, bierzmowaniu, święceniach, sakrze biskupiej, kreowaniu kardynałem – ksiądz proboszcz Edward Zacher, w obecności dziennikarzy z całego świata, wypisał wiecznym piórem: “Die 16 X 1978, in Summum Pontificem electus, et imposuit sibi nomen: Joannes Paulus PP”…

    Postać nowego papieża wzbudzała medialną gorączkę na całym świecie, zaś osoby, które znały kard. Wojtyłę udzielały nieskończonej liczby wywiadów. Tuż po konklawe ciekawą charakterystykę metropolity krakowskiego przedstawił włoskiemu radiu sekretarz Episkopatu Polski bp Bronisław Dąbrowski: “Żyje bardzo ubogo. Gdybyście widzieli, jak mieszka w Krakowie, gdzie jest wielki pałac, a on zajmuje mały pokoiczek, nic więcej… To człowiek pracy. Śpi mało, pracuje wiele (…) Mogę powiedzieć, że jest ludzki, że to człowiek święty, bardzo dobry, otwarty dla wszystkich”.

    Wśród wielu zadziwiających faktów dotyczących Karola Wojtyły, jakie u kresu pontyfikatu zebrał szwajcarski dziennik „Tribune de Geneve” podano i ten, że metropolita krakowski przybył na konklawe mając ze sobą wyjątkowo skromne kieszonkowe, stanowiące odpowiednik 125 franków szwajcarskich.

    Dla bloku państw komunistycznych, na czele z ZSRR wybór polskiego kardynała na papieża był potężnym ciosem. Ciężki szok przeżywało kierownictwo PZPR, które tuż po wyborze zwołało specjalną naradę. Jej klimat opisywał jeden z jej funkcjonariuszy: “Konsternacja widoczna. Olszewski wylewa na jasne spodnie filiżankę czarnej kawy. Westchnienia. Ciężkie. Czyrek ładuje się z tezą (…) – ‘ostatecznie lepszy Wojtyła jako Papież tam, niż jako Prymas tu’. Teza jest chwytliwa. Trafia do przekonania. Ulga”.

    Oficjalna reakcja władz na wybór kard. Wojtyły na Papieża była utrzymana w tonie radości i satysfakcji. Niekiedy starania aby robić “dobrą minę do złej gry” przynosiły efekt humorystyczny. W telegramie wystosowanym przez władze PRL nazajutrz po zakończeniu konklawe napisano m.in.: “Na tronie papieskim po raz pierwszy w dziejach jest syn polskiego narodu, budującego w jedności i współdziałaniu wszystkich obywateli wielkość i pomyślność swej socjalistycznej ojczyzny…”

    Wybór hierarchy “zza żelaznej kurtyny” wywołał radość i wzbudził wiele nadziei. Vaclav Havel, wówczas słynny dysydent i dramaturg (później prezydent Czechosłowacji a następnie Republiki Czeskiej) siedział z przyjaciółmi w swoim górskim domku. “Kiedy usłyszeliśmy tę wiadomość, zaczęliśmy wiwatować i krzyczeć z radości do późnego wieczora. Instynktownie czuliśmy, że jest to olbrzymie wsparcie dla wszystkich ludzi kochających wolność a żyjących w świecie komunistycznym”.

    Wielki pisarz rosyjski, wygnany z ojczyzny przez władze radzieckie, autor słynnego „Archipelagu Gułag”, Aleksander Sołżenicyn, tak skomentował decyzję konklawe z 16 października 1978 r.: „Wybór papieża Wojtyły to jedyna dobra rzecz, jaka wydarzyła się ludzkości dwudziestego wieku”.

    Wietnamski arcybiskup van Thuan czwarty rok siedział w odosobnieniu skazany przez komunistyczne władze swojego kraju (w areszcie domowym i więzieniach spędził w sumie lat 13). Kilka lat wcześniej widział się kard. Wojtyłą w Rzymie. Ktoś potajemnie przekazał mu wieść o wyniku konklawe. “Bardzo się ucieszyłem, ponieważ w moim przekonaniu była to wielka łaska dla Kościoła”.

    Pontyfikat Jana Pawła II od pierwszych dni pełen był zachowań, słów i gestów, które odmieniły oblicze papiestwa w oczach świata, przybliżając je do zwykłych ludzi. Już pierwszego dnia po wyborze Ojciec Święty zdecydował się na rzecz nie do pomyślenia przez poprzedników: opuścił mury Watykanu by udać się do szpitala Gemelli w odwiedziny do chorego przyjaciela, kard. Andrzeja Deskura.

    Brytyjski „The Times” nazajutrz po konklawe z 16 października: „Wybór kardynała Wojtyły na papieża jest wydarzeniem o niezwykłym znaczeniu. Kardynałowie wyprawili Kościół w podróż, której koniec nie jest znany (…) Być może postąpili najmądrzej, jednak zaryzykowali wyzwolenie takich sił ludzkich, politycznych i religijnych, który nie będą w stanie kontrolować”.

    Wybór papieża z Polski był niezwykłym wydarzeniem w dziejach świata, ale, jak się okazało, zapowiedzianym w poetyckim proroctwie innego Polaka. Juliusz Słowacki napisał w 1848 r.: „Pośród niesnasek Pan Bóg uderza/W ogromny dzwon,/Dla słowiańskiego oto papieża/Otworzył tron, (…)// Twarz jego słowem rozpromieniona,/Lampa dla sług,/Za nim rosnące pójdą plemiona/W światło, gdzie Bóg./Na jego pacierz i rozkazanie/Nie tylko lud -/Jeśli rozkaże, to słońce stanie,/Bo moc – to cud!

    Proroctwo Juliusza Słowackiego o słowiańskim papieżu odczytano na Placu św. Piotra podczas koncertu jaki zorganizowano dokładnie w 20. rocznicę wyboru kard. Wojtyły. Wielotysięczny tłum pielgrzymów i turystów gorącym aplauzem przyjął słowa polskiego wieszcza odczytane po włosku przez jednego z aktorów. Kilka chwil później niemal dokładnie co do minuty w 20 lat po swoim wyborze, w oknie Pałacu Apostolskiego pojawił się Jan Paweł II. Pozdrowił krótko przybyłych, podziękował im za pamięć o rocznicy i pobłogosławił ich.

    Według tak zwanego Proroctwa świętego Malachiasza przydomek papieża Wojtyły brzmi „De labore Solis” – Z trudu słońca. Tego rodzaju alegorycznymi czy poetyckimi określeniami w proroctwie tym określano kolejnych papieży. Tekst proroctwa św. Malachiasza (prymasa Irlandii) powstał w XII wieku.

    Kiedy drugiego (i ostatniego) dnia konklawe dyskusje wśród kardynałów coraz wyraźniej wskazywały na możliwość wyboru metropolity krakowskiego, dawny rzymski znajomy ks. Wojtyły a wówczas już kardynał, o. Maksymilian de Fuerstenberg, pochylił się nad nim cytując słowa z Ewangelii św. Jana: „Dominus adest et vocat te” (Pan jest i woła cię).

    Uczestnik konklawe, hiszpański kardynał Enrique y Tarancon, powiedział po wyborze kard. Wojtyły: „Nie szukaliśmy kandydata konserwatywnego ani postępowego, tylko ‘pewnego’ jeśli chodzi o kontynuowanie linii Soboru Watykańskiego II. Kryteria oceny nie miały charakteru ideologicznego. Poza tym Wojtyła był typem biskupa-duszpasterza, co miało zasadnicze znaczenie”.

    Powracając po latach do czasów swojego wyboru na papieża, Jan Paweł II oceniał, że w ten sposób konklawe „jak gdyby zażądało świadectwa Kościoła, z którego ten kardynał przychodził – jakby go zażądało dla dobra Kościoła powszechnego. (…) Wybór Polaka nie mógł nie oznaczać jakiegoś przełomu. Świadczył o tym, że konklawe, idąc za wskazaniami Soboru, starało się odczytywać ‘znaki czasu’ i w ich świetle kształtować swoje decyzje”.

    W homilii podczas Mszy z okazji 25. rocznicy pontyfikatu, 16 października 2003 r. Papież wyznał, że w momencie wyboru silne odczuł w swym sercu pytanie, jakie skierował Jezus do Piotra: „Miłujesz Mnie, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?”(J 21, 15-16); i dodał: „Każdego dnia odbywa się w mym sercu ten dialog, a w duchu wpatruję się w to łaskawe spojrzenie zmartwychwstałego Chrystusa, które ośmiela, aby jak Piotr ze świadomości swej ludzkiej ułomności ze spokojem odpowiadał: ‘Panie, Ty wiesz… Ty wiesz, że Cię kocham, a potem podejmować zadania, jakie On sam przed nami stawia”.

    Wybitny polski pisarz Andrzej Kijowski, który znał ks. Wojtyłę jeszcze z czasów jego pracy w kościele św. Floriana, tu po wyborze polskiego kardynała na papieża opublikował w miesięczniku “Więź” ciekawą “przepowiednię”: “Nie będzie cudzoziemcem ani w Rzymie, ani w świecie, ponieważ ma ten rodzaj inteligencji, która każdemu, kto się z nim zetknie, uświadamia jego inteligencję własną. Ma dar otwierania serc na tajemnie Boga i tajemnice człowieka. (…) uniwersalna mądrość tego papieża, jego talent identyfikacji z innymi, jego wewnętrzna wielość i jego wielkość rzucą blask na całą nadchodzącą epokę w historii Kościoła”.

    Tomasz Królak/Kai

    ***

    Jak prymas Stefan Wyszyński papieża wybierał

    14 października 1978 r. do Kaplicy Sykstyńskiej wchodzi 111 kardynałów z 49 krajów. Nikt z nich nie przeczuwa, że za 2 dni zmienią bieg historii

    Bachledówka k. Zakopanego, lipiec 1973 r

    Bachledówka k. Zakopanego, lipiec 1973 r

     fot. Instytut Prymasowski Stefana Kardynała Wyszyńskiego

    ***

    Śmierć Jana Pawła I, po zaledwie 33-dniowym pontyfikacie, jest ogromnym szokiem także dla kardynałów. Zastanawiają się, co przez to doświadczenie chciał im powiedzieć Duch Święty. Nie mają czasu na dogłębne analizy, bo termin nowego, drugiego już konklawe w 1978 r. zbliża się wielkimi krokami.

    Do Kolegium Kardynalskiego dociera informacja o manifeście wybitnych ojców soborowych, którzy domagają się charyzmatycznego pasterza. Kardynałowie mają świadomość, że nowy papież powinien być człowiekiem o silnej, wyrazistej osobowości, który byłby zdolny zahamować kryzys w Kościele. Kryzys, który – jak zauważył założyciel Wspólnoty św. Idziego prof. Andrea Riccardi – wynika nie z zewnętrznych sił bądź czynników, jak w czasach rewolucji francuskiej czy polityki państw ateistycznych, ale pochodzi z wnętrza Kościoła.

    Nie do końca spełniają te wymagania i oczekiwania dwaj główni faworyci mediów, jak również większości elektorów: arcybiskup Genui kard. Giuseppe Siri, który z trudem przyjmuje zmiany posoborowe inicjowane przez Pawła VI, oraz arcybiskup Florencji kard. Giovanni Benelli, zdolny zachować ciągłość linii tego papieża.

    Wojtyła powodem konfliktu z Sowietami?

    Niektórzy z wpływowych kardynałów niewłoskich stawiają na kandydatów spoza Włoch. Arcybiskup Sao Paolo kard. Paulo Evaristo Arns oświadcza wprost, że najlepszym pretendentem byłby kard. Karol Wojtyła. O metropolicie krakowskim dużo się mówi przed konklawe w kręgach Kurii Rzymskiej. Cieszy się on tam opinią wspaniałego człowieka, zdolnego pasterza, ale nikt poważnie nie bierze pod uwagę jego kandydatury. Dlaczego? Bo – jak wspomina w niedawnym wywiadzie dla PAP znakomity watykanista Luigi Accattoli – ich zdaniem, „wybór papieża z kraju komunistycznego byłby wielkim zagrożeniem, gdyż mógłby doprowadzić do konfliktu z sowieckim systemem”.

    Daleki od takiego myślenia jest arcybiskup Wiednia kard. Franz König, który jeszcze przed konklawe daje niedwuznacznie do zrozumienia, że sytuacja w Kościele dojrzała do tego, by papieżem mógł zostać nie-Włoch. Kardynał dobrze się orientuje w realiach socjalistycznych, bo jako pierwszy purpurat z Zachodu w charakterze nieformalnego przedstawiciela papieża odwiedza kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Zna abp. Wojtyłę z jego wizyt w Wiedniu i ze swoich rewizyt w Krakowie. Ceni jego intelekt, walory moralne i talenty duszpasterskie. W rozmowach z członkami Kolegium Kardynalskiego sonduje możliwość wyboru nie-Włocha i w tym kontekście wymienia nazwisko Wojtyły, lobbując, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, za jego kandydaturą.

    Dlaczego Prymas odmówił

    Kardynał König rozmawia także na ten temat z kard. Wyszyńskim. Wedle znanej anegdoty, słowa arcybiskupa Wiednia o godnym następcy św. Piotra z Polski Prymas odnosi do siebie, choć jedzie na konklawe z absolutnym przekonaniem, że papieżem powinien zostać Włoch. Znane są jego wypowiedzi sprzed konklawe na ten temat, zapisuje także to przekonanie w „Pro memoria”.

    Kiedy dwaj główni faworyci włoscy blokują się nawzajem, bo żaden z nich nie może uzyskać wymaganej większości głosów, w przerwie między głosowaniami zgłasza się do Prymasa grupa elektorów z pytaniem, czy przyjąłby wybór. Kardynał Wyszyński zdecydowanie odmawia i po raz kolejny wyraża przekonanie, że papieżem powinien zostać Italczyk. Tłumaczy się ponadto zaawansowanym wiekiem, brakiem wszechstronnego przygotowania oraz koniecznością obrony Kościoła na Wschodzie, co określa jako swoje życiowe zadanie. „Do mnie należy nawet paść na granicy polsko-sowieckiej, gdyby Bóg tego ode mnie zażądał” – czytamy w „Pro memoria”. Mówi jednak kardynałom: „Gdyby wybór padł na kard. Wojtyłę, uważam, że miałby obowiązek wybór przyjąć, gdyż jego zadania w Polsce są inne”. Kiedy Prymas się orientuje, że szanse metropolity krakowskiego rosną, staje się gorącym rzecznikiem jego kandydatury.

    To Jej dzieło!

    Drugiego dnia konklawe, wobec niemożności uzyskania przewagi jednego z włoskich kandydatów, kard. König podczas posiłków wymienia nazwisko kard. Wojtyły, czym daje do zrozumienia, że będzie na niego głosował.

    Nazajutrz, 16 października, po obiedzie, jak wynika z lakonicznych zapisków Prymasa, przejmuje on inicjatywę. Staje się, używając języka piłkarskiego, głównym rozgrywającym. W „Pro memoria” zapisuje: „Po obiedzie długa moja rozmowa z kard. Królem, a później z kard. Königiem. Nic więcej! Później z kardynałami niemieckimi. Nic więcej!”. Co to oznacza – wiadomo. Wymienieni należą do grona wpływowych purpuratów, których kard. Wojtyła ma po swojej stronie. Można się domyślić, że dyskutują o tym, jak zmobilizować do postawienia na metropolitę krakowskiego elektorów niezdecydowanych. Czas poobiedniego wypoczynku jest dla nich bardzo pracowity. „Czuło się ożywienie na korytarzach” – notuje kard. Wyszyński.

    „Grupa Prymasa” okazuje się skuteczna, bo ósme głosowanie jest formalnością. Kardynał Wyszyński przesuwa się do metropolity krakowskiego, który siedzi za nim w drugim rzędzie, i prosi go o przyjęcie wyboru. „Gdyby Księdza Kardynała wybrano, proszę pomyśleć, czy nie przyjąć imienia Jana Pawła II. Dla włoskiej opinii publicznej byłoby to obrócenie na dobro tego kapitału duchowego, który zebrał Jan Paweł I” – czytamy w „Pro memoria”.

    Podczas homagium obaj płaczą. Prymas wspomina po powrocie do Polski w jednym z kazań: „(…) usta nasze niemal jednocześnie otworzyły się imieniem Matki Bożej Jasnogórskiej: to Jej dzieło! Wierzyliśmy w to mocno i wierzymy nadal”.

    Później Prymas wypowie prorocze słowa, które Papież zapisze w swoim testamencie, a po latach powtórzy w Gorzowie Wielkopolskim: „Masz teraz wprowadzić Kościół w trzecie tysiąclecie”.

    Opatrznościowy udział

    Choć Prymas i Papież są przekonani, że wynik konklawe to „sprawa” Madonny Jasnogórskiej, to jednak Jan Paweł II docenia rolę czynnika ludzkiego. Świadczy o tym jego niepublikowany dotąd odręczny list do kard. Wyszyńskiego z 3 listopada 1978 r., w którym dziękuje Księdzu Prymasowi za „tak opatrznościowy udział w ostatnim konklawe”. Czytamy w nim m.in.: „Nie muszę już więcej pisać, Wasza Eminencja sam wie, o co chodzi, o czym myślę. To są drogi Boże, które tym bardziej nam się uświadamiają, im bardziej objawia się ich zobowiązujące znaczenie. Ksiądz Prymas wie, że miał bezpośredni udział w objawieniu się tego właśnie zobowiązującego znaczenia na tle całego przebiegu konklawe, a w szczególności w dniu 16 października, w uroczystość św. Jadwigi”. Prymas i Papież rozumieli się „w pół słowa”. Ale i my po przeczytaniu tego fragmentu nie mamy wątpliwości, że Jan Paweł II dziękuje kard. Wyszyńskiemu za to, że w sposób zasadniczy przyczynił się do jego wyboru na papieża.

    Po konklawe Prymas „na gorąco” wyraża przypuszczenie, że wybór papieża z Polski może „przyhamować akcję ateistyczną, płynącą z ZSRR, gdy Moskwa zorientuje się, że w centralnej Europie wyrosła niespodziewanie nowa siła”. I dodaje za starcem Symeonem: „Teraz puszczasz w pokoju swego sługę, Panie, ponieważ moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, które przygotowałeś przed obliczem wszystkich narodów” (por. Łk 2, 29-31).

    Zanim to się stanie, Prymas przeżyje chwile wielkiej chwały, kiedy podczas homagium 22 października 1978 r. Papież w bezprecedensowym geście podniesie go z klęczek i ucałuje jego ręce, i kilka miesięcy później, kiedy w czerwcu 1979 r. będzie gospodarzem pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny.

     Grzegorz Polak/Tygodnik Niedziela

    ***

    Pontyfikat Jana Pawła II

    w dokumentach KGB.

    Papież widziany z Kijowa.

    Dokumenty wytworzone przez ukraińskie KGB pokazują, jak wybór Jana Pawła II zmienił układ sił na świecie i dał nadzieję milionom chrześcijan żyjących w krajach komunistycznych.

    „Biorąc pod uwagę to,  że wybór Wojtyły na papieża może doprowadzić do znacznej aktywizacji katolików na Ukrainie, organy KGB USRS opracowują metody aktywnego przeciwdziałania wywrotowym dążeniom Watykanu” – czytamy w raporcie gen. Witalija Fiedorczuka, przewodniczącego KGB Ukraińskiej SRS, noszącego datę 1 listopada 1978 r.
    AP PHOTO/ EAST NEWS

    ***

    W książce pt. „Żarliwy antykomunista. Pontyfikat Jana Pawła II w dokumentach KGB Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej (1979–1991)” prezentuję wyniki kwerendy przeprowadzonej w Kijowie pod koniec stycznia i na początku lutego 2020 roku. Trzydzieści jeden dokumentów pochodzi z Wydzielonego Państwowego Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Dziewięć z nich wytworzył Zarząd I KGB Ukraińskiej SRS, a więc wywiad. Znajdują się one w Wydzielonym Archiwum Państwowym Służby Wywiadu Zagranicznego Ukrainy. Jest ono niedostępne dla zewnętrznych badaczy, a dokument otrzymałem dzięki uprzejmości kierownictwa tej instytucji.

    Pierwszy z tych dokumentów powstał w listopadzie 1979 roku i opisuje reakcję KGB na wybór Jana Pawła II. Ostatnie pochodzą z sierpnia 1991 roku, kiedy Związek Sowiecki się walił, a Ukraina zmierzała w stronę niepodległości. Kwerenda miała być kontynuowana, ale kilka dni po moim wyjeździe z Kijowa zaczęła się pandemia, a później Rosja napadła na Ukrainę. Nieprędko więc nadarzy się okazja do kolejnych badań.

    Sowieckie reakcje

    Dokumenty te pozwalają zrozumieć znaczenie tematyki ukraińskiej dla pontyfikatu Jana Pawła II oraz rolę, jaką papież odegrał dla wolności religijnej w Związku Sowieckim, a zwłaszcza dla legalizacji Kościoła greckokatolickiego. Interesujące są zawarte w nich oceny stosunku nowego papieża do komunizmu oraz przestrogi dla władz przed konsekwencjami, jakie ten pontyfikat może mieć dla ideowej spoistości Związku Sowieckiego. Wyłania się z nich także szeroka panorama życia religijnego na Ukrainie w ostatniej dekadzie trwania sowieckiego imperium, ze szczególnym uwzględnieniem miejsca, jakie w tym kraju zajmował Kościół katolicki. Wyjątkowe znaczenie w tej kolekcji mają dwa dokumenty: telegram szyfrowy szefa KGB Ukrainy gen. Witalija Fiedorczuka do przewodniczącego KGB Jurija Andropowa oraz telegram szyfrowy gen. Nikołaja Czerpaka ze Lwowa do gen. Fiedorczuka. Powstały one bezpośrednio po zamachu na życie Jana Pawła II w maju 1981 r. i w tym kontekście powinny być analizowane. 

    Andrzej Grajewski
Żarliwy antykomunista. Pontyfikat Jana Pawła II 
w dokumentach KGB Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej (1979–1991)
Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego, 
ss. 310.
Książkę można kupić m.in. 
na stronie www.mieroszewski.pl.

    Andrzej Grajewski Żarliwy antykomunista. Pontyfikat Jana Pawła II w dokumentach KGB Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej (1979–1991) Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego,

    ***

    Wśród dokumentów przeważają materiały analityczno-informacyjne, przygotowywane przez kierownictwo KGB Ukrainy dla KC Komunistycznej Partii Ukrainy, ale są tam również dokumenty operacyjne, m.in. plany przedsięwzięć organizacyjnych oraz agenturalnych, prowadzonych na kierunku walki z przeciwnikiem ideologicznym przez Zarząd Kontrwywiadu w Kijowie oraz jego odpowiedniki terenowe we Lwowie i Chmielnickim. Dotyczą nie tylko katolików. Pontyfikat Jana Pawła II wywołał ferment ideowy w całym społeczeństwie i ożywił wiele wspólnot wyznaniowych, zwłaszcza tzw. wolnych Kościołów ewangelikalnych, które w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku coraz śmielej zaczęły szukać możliwości funkcjonowania poza granicami stworzonymi przez sowieckie prawo wyznaniowe.

    Wróg nr 1

    Warto zwrócić uwagę na specyficzny, nadzwyczaj zideologizowany język tych dokumentów. Funkcjonariusze KGB nie tylko opisują konkretne wydarzenia, ale zawsze ideologicznie je oceniają. Widać to zwłaszcza w opisach działającego w podziemiu Kościoła greckokatolickiego. Dla kolejnych pokoleń czekistów był on symbolem ukraińskiego nacjonalizmu, wrogiem numer jeden i główną przeszkodą w realizacji planu sowietyzacji Ukrainy. Warto dodać, że represje wobec grekokatolików zamieszkujących Rzeczpospolitą Obojga Narodów zaczęły się zaraz po jej upadku. W lutym 1839 r. na synodzie w Połocku zlikwidowano unicką diecezję litewską i białoruską, a w 1875 r. diecezję chełmską. Grekokatolicy przetrwali jedynie na terenie Galicji Wschodniej, znajdującej się pod rządami Habsburgów. Umocnili swe pozycje w okresie międzywojennym, ale po wojnie Stalin zdecydował o zniszczeniu tego Kościoła rękami rosyjskiego prawosławia. W marcu 1946 r. NKWD zorganizowała tzw. sobór we Lwowie. Kościół greckokatolicki w Galicji Wschodniej został na nim zlikwidowany, a wierni i duchowieństwo przymusowo wcieleni do Patriarchatu Moskiewskiego. Ci, którzy nie chcieli się temu podporządkować, za wierność papieżowi płacili latami spędzonymi w łagrach, więzieniach, a często i życiem. Te historyczne wątki i oceny często powracają w publikowanych przeze mnie dokumentach KGB, zwłaszcza w charakterystykach poszczególnych duchownych i hierarchów greckokatolickich oraz w ocenach ukraińskich organizacji emigracyjnych. W raportach i analizach KGB z końca lat siedemdziesiątych i początku osiemdziesiątych XX w. powtarzane są te same negatywne, antyukraińskie klisze, które znajdujemy w dokumentach NKWD z okresu 1939–1945. Wskazuje to na szczególne miejsce w „resortowej pamięci” problematyki religijnej, zwłaszcza Kościoła greckokatolickiego. To wyjaśnia alergiczną wręcz reakcję kierownictwa KGB Ukraińskiej SRS na wybór Jana Pawła II, okazującego od pierwszych chwil swego pontyfikatu tak wiele sympatii grekokatolikom. Odnotowano, że wkrótce po inauguracji papież przyjął na audiencji duchowego lidera grekokatolików, kard. Josyfa Slipyja. Możliwość legalizacji Kościoła greckokatolickiego postrzegano w szerszej perspektywie. Jak oceniono w jednym z dokumentów, „dzisiaj unici domagają się własnego Kościoła, jutro będą chcieli mieć własne państwo”. Dlatego w tak alarmującym tonie sformułowane są depesze z Kijowa, wysyłane do Moskwy w okolicach 13 maja 1981 r.

    Zresztą we współczesnej rosyjskiej propagandzie antyukraińskie obsesje odgrywają tę samą rolę jak w czasach carskich czy sowieckich. Nadal każdy przejaw ukraińskiego patriotyzmu, czy akcentowania duchowej przynależności do narodu ukraińskiego, w Rosji ocenia się jako przejaw nacjonalizmu czy wręcz faszyzmu.

    Historyczny zwrot

    Aby zrozumieć znaczenie zwrotu, jakiego dokonał Jan Paweł II w kwestii podejścia do swobód wyznaniowych w Związku Sowieckim, a zwłaszcza jego zaangażowanie na rzecz grekokatolików, należy przypomnieć zachowanie poprzednich papieży. Jan XXIII ograniczył się do interwencji w 1963 r. na rzecz uwięzionego kard. Slipyja, ale zrobił to pod naciskiem greckokatolickich hierarchów, protestujących, że na Sobór Watykański II zaproszono delegację Patriarchatu Moskiewskiego, podczas gdy wierni Stolicy Apostolskiej ukraińscy hierarchowie nadal gnili w łagrach i więzieniach. Paweł VI unikał publicznego upominania się o swobody wyznaniowe w Związku Sowieckim. Nie podnosił także kwestii likwidacji Kościoła greckokatolickiego. Inaczej postąpił Jan Paweł II. Od początku wpisał obronę praw ludzi wierzących na Ukrainie w szerszy plan duszpasterski, którego celem było powiększenie obszaru swobód religijnych, a zarazem budowanie mostów do wschodniego chrześcijaństwa. Dzięki papieskiemu wsparciu grekokatolicy w podziemiu przetrwali kolejną falę represji w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Nowe możliwości otwarły się przed nimi dopiero wtedy, kiedy w 1986 r. zostały podjęte głębokie reformy społeczne i polityczne, zainicjowane przez nowego sekretarza generalnego KC KPZS Michaiła Gorbaczowa.

    Wiele dokumentów z tego zbioru dotyczy okresu przygotowań do obchodów Millennium Chrztu Rusi Kijowskiej, które od dawna przykuwały uwagę Jana Pawła II. Inicjatorem obchodów był kard. Slipyj. W liście przekazanym papieżowi w listopadzie 1978 roku postulował wykorzystanie owego millennium w 1988 roku do upomnienia się o losy Kościoła skazanego przez Stalina na zagładę. To zainspirowało Jana Pawła II do podjęcia wielkiego wysiłku organizacyjnego oraz dyplomatycznego, aby wykorzystać uroczystości milenijne do nowego religijnego otwarcia na Wschodzie. Z publikowanych w tym zbiorze dokumentów jasno wynika, że przygotowanie do obchodów Millennium Chrztu Rusi Kijowskiej stało się ważnym obszarem aktywności Jana Pawła II wobec Związku Sowieckiego i szerzej – w relacjach ze wschodnim chrześcijaństwem. Być może papieska inicjatywa była jednym z ważniejszych czynników skłaniających sowieckie państwo oraz Patriarchat Moskiewski do zorganizowania obchodów, co miało później tak wielkie konsekwencje dla życia religijnego w Związku Sowieckim. Skutkowało bowiem zmianą prawa wyznaniowego, od 1918 roku jednego z fundamentów sowieckiego państwa.

    Te dokumenty są ważnym przyczynkiem do oceny historycznej roli pontyfikatu Jana Pawła II, który, wykorzystując sprzyjającą koniunkturę geopolityczną, wygrał wojnę, jaką wszystkim religiom wydał bolszewicki ateizm, próbując w imię socjalnej i politycznej utopii pozbawić ludzi prawa do wiary w Boga. Podkreślają wagę kwestii greckokatolickiej w wielkim ewangelizacyjnym planie papieża, który i dzisiaj nie stracił na aktualności.

    Moja praca ma jednak charakter wybiórczy i wymaga kontynuacji. Dlatego apeluję o stworzenie programu badawczego, który pozwoliłby w skali całej Europy Środkowej i Europy Wschodniej zebrać dokumenty i osadzić pontyfikat Jana Pawła II w jego historycznych realiach – wielkiego katalizatora ludzkich marzeń o wolności – i pokazać, jak to marzenie zmieniło bieg historii. •

    Andrzej Grajewski/Gość Niedzielny

    ***

    Życie pod nadzorem

    Przez prawie 45 lat funkcjonariusze SB gromadzili informacje o aktywności Wojtyły, jego znajomych, trybie życia i planach.

    Karta ewidencji operacyjnej biskupa Karola Wojtyły prowadzona przez Wydział IV KW MO w Krakowie.
    Awers pierwszej z kart dotyczących ks. Karola Wojtyły z kartoteki ewidencji operacyjnej księży. Kraków, 14 października 1963 r.Archiwum IPN Kraków

    ***

    W niedatowanym dokumencie, prawdopodobnie z 1946 r., w którym funkcjonariusze UB w Krakowie ujęli kilkadziesiąt osób, o których zbierali informacje, znalazł się także „Wojtyła Karol (…), z zawodu kleryk, słuchacz Teologii w Krakowie”. Jest to pierwsza znana wzmianka o Wojtyle w dokumentach komunistycznej bezpieki. Zapewne miała ona związek z tym, że przyszły papież był w tym czasie wiceprezesem akademickiej Bratniej Pomocy, która organizowała spacyfikowane przez Urząd Bezpieczeństwa obchody 3 Maja w 1946 r. w Krakowie.
    Przez kolejnych kilka lat bezpieka nie prowadziła jednak wobec niego aktywnych działań. Tym bardziej że w latach 1946–1948 ks. Wojtyła studiował w Rzymie. Gdy wrócił, trafił początkowo do małej parafii w Niegowici. Już wtedy bezpieka sporządziła notatkę o „ks. Wojdule z Niegowici”, który prowadził zebranie zarządu Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej. Do Krakowa duchowny powrócił w 1949 r. Został wtedy wikarym w parafii św. Floriana. Zainteresowano się nim, gdyż prowadził Kółko Ministrantów – pracując z młodzieżą, miał na nią wpływ, a z punktu widzenia komunistów odciągał ją tym samym od materializmu. Na przełomie lat 40. i 50. jego nazwisko pojawiało się w kilku sprawach prowadzonych przez bezpiekę przeciw krakowskiemu Kościołowi, ale także Teatrowi Rapsodycznemu i Mieczysławowi Kotlarczykowi. Jego aktywność duszpasterska była dostrzegana nie tylko przez wiernych, ale także przez bezpiekę.
    Systematyczną inwigilację młodego księdza Wojtyły – „prowadzącego działalność na odcinku akademickim” – Urząd Bezpieczeństwa rozpoczął w 1955 r. Założono wtedy przeciwko niemu sprawę operacyjną o kryptonimie „Pedagog”. Charyzmatyczny duchowny, który skupiał wokół siebie coraz większe grupy osób, dla bezpieki był zagrożeniem. Jego aktywność osłabiała starania reżimu zmierzające do laicyzacji społeczeństwa.

    Bezpieka wobec metropolity krakowskiego

    Bezpieka zintensyfikowała działania w 1958 r., po uzyskaniu przez Wojtyłę nominacji biskupiej. Interesowano się zwłaszcza jego wpływem na krakowskich studentów i intelektualistów, ale także robotników – zwłaszcza w Nowej Hucie, nad którą jako biskup pomocniczy objął szczególną pieczę.
    W 1960 r. Służba Bezpieczeństwa rozpoczęła sprawę „Grupa F”, w ramach której inwigilowano bp. Wojtyłę i skupione wokół niego środowisko, między innymi Janinę i Jerzego Janików oraz Jerzego Ciesielskiego. Trzy lata później, w związku z nowymi procedurami obowiązującymi w Departamencie IV MSW (czyli antywyznaniowym pionie Służby Bezpieczeństwa), sufraganowi krakowskiemu założono Teczkę Ewidencji Operacyjnej na Biskupa, w ramach której poddano go indywidualnej inwigilacji. Pion IV rozpracowywał sufragana, a później metropolitę krakowskiego do 1978 r., a później zadania te przejął przede wszystkim Departament I – czyli wywiad PRL.
    Od 1946 r. bezpieka z różnym natężeniem, a po uzyskaniu przez inwigilowanego sakry biskupiej w 1958 r. z większą systematycznością gromadziła informacje o życiu księdza, a później kardynała Wojtyły. Funkcjonariuszy interesowało właściwie wszystko, co dotyczyło duchownego. Zbierali dane o jego cechach charakteru, nawykach życiowych, zainteresowaniach, osobach, z którymi się kontaktował, o tym, kogo lubił, a kogo nie darzył sympatią. Bezpiekę interesowały plany i zamierzenia biskupa Wojtyły, jego reakcje na bieżącą sytuację w PRL i poszczególne decyzje partii czy administracji komunistycznej.

    Siedem worków akt

    Bezpieka wykorzystywała wobec Wojtyły wszelkie dostępne środki działania. W jego otoczeniu działało kilkudziesięciu tajnych współpracowników – duchownych i świeckich. Byli wśród nich pracownicy kurii, kapłani z diecezji krakowskiej i osoby świeckie. Setki agentów wymieniały Wojtyłę w swych donosach choćby zdawkowo. Krakowski biskup pomocniczy, a potem metropolita wymieniany był także w setkach spraw prowadzonych przez SB przeciw innym duchownym i świeckim, a także wobec kurii czy poszczególnych parafii.
    Funkcjonariusze starali się podsłuchiwać jego rozmowy telefoniczne, montowali podsłuchy w pomieszczeniach, obserwowali go podczas uroczystości – pisali raporty o jego aktywności i fotografowali ją, nagrywali kazania i wystąpienia.
    Posługując się zgromadzoną wiedzą i bliskimi Wojtyle osobami, które zostały zwerbowane do współpracy, funkcjonariusze próbowali wpływać na jego decyzje. To się im jednak nie udawało. Metropolita krakowski miał świadomość prowadzonych wobec niego działań, dlatego by uniknąć podsłuchu, wiele istotnych rozmów prowadził poza budynkami, podczas spacerów. Nie był też podatny na wpływy – nawet bliskich mu osób. Zasięgał ich opinii, słuchał, ale decyzje podejmował sam.
    Usiłowano go także konfliktować z ludźmi, którym ufał i na których mógł polegać, a także skłócać go z kard. Stefanem Wyszyńskim. Próbowano go także kompromitować wśród duchownych i wiernych, choćby jako współautora głośnego listu biskupów polskich do niemieckich poprzedzającego obchody Milenium Chrztu Polski, który stał się pretekstem do wielkiej antykościelnej kampanii. Te działania w języku SB nazywano dezintegracją.
    Niejawne działania operacyjne komuniści wzmacniali naciskiem administracyjnym, skoordynowane akcje SB, Urzędu ds. Wyznań czy np. Wojewódzkiej Rady Narodowej miały paraliżować te inicjatywy Wojtyły, które bezpieka uznawała za szczególnie niebezpieczne dla systemu. Z wielu takich sytuacji krakowski ordynariusz wychodził zwycięsko, unikając ustawiania go w pozycji, w której chciała go widzieć komunistyczna władza.
    Bezpieka zgromadziła olbrzymi materiał o wszystkich niemal aspektach życia przyszłego papieża. Po konklawe z października 1978 r. cały ten zbiór materiałów funkcjonariusze Departamentu IV przewieźli z Krakowa do Warszawy. Wywieziono wtedy 16 pakietów, upchanych w 6 lub 7 wielkich pocztowych workach. Mimo że po wyborze kard. Wojtyły na Tron Piotrowy główne operacje przejął wywiad SB, Departament IV, a także jego odpowiedniki w terenie nadal zbierały informacje o Janie Pawle II – szczególnie intensywnie w czasie papieskich pielgrzymek do ojczyzny.

    dr hab. Filip Musiał, dyrektor Oddziału IPN w Krakowie

    ***

    Październik w rytmie dziesiątek różańca

    fot. Freepik

    ***

    Kiedy jesień przynosi pierwsze chłody i zapach mokrych liści, każdy z nas szuka małych rytuałów, które wypełnią coraz dłuższe wieczory i mgliste poranki. W Kościele takim rytuałem października jest różaniec.

    Dlaczego akurat październik?

    7 października przypada wspomnienie Matki Bożej Różańcowej. To ono sprawiło, że z czasem cały październik stał się miesiącem poświęconym tej modlitwie. Papieże zachęcali, by właśnie jesienią częściej sięgać po różaniec. Dlaczego? Może dlatego, że jesień sprzyja refleksji – dni robią się krótsze, a w długie wieczory łatwiej znaleźć chwilę spokoju. Różaniec od wieków był modlitwą „na trudne czasy”, a tych przecież nigdy nie brakuje. To modlitwa, którą łatwo wpisać w codzienność – nie trzeba od razu całych godzin. Czasem wystarczy jedna dziesiątka, by dzień nabrał innego rytmu.

    Odmawiajcie codziennie różaniec…

    Można zapytać: spośród tylu modlitw – dlaczego właśnie ta? Odpowiedź jest banalnie prosta: bo działa.

    Gdy w 1917 roku Maryja ukazała się trojgu dzieciom w Fatimie, powiedziała wyraźnie: Odmawiajcie codziennie różaniec, aby uzyskać pokój dla świata i koniec wojny. Przy kolejnych spotkaniach fatimskich znów prosiła: Chcę, żebyście codziennie odmawiali różaniec – wskazując, że to warunek potrzebnych łask. Podobne przesłanie usłyszały dwie polskie dziewczynki podczas objawień w Gietrzwałdzie w 1877 roku: Maryja odpowiedziała im: Życzę sobie, abyście codziennie odmawiały różaniec.

    To nie przypadek. Różaniec jest prosty, dostępny zawsze i dla każdego. Nie wymaga specjalnych przygotowań ani warunków. Możesz odmawiać go w autobusie, w kolejce do lekarza albo na spacerze. Możesz wybrać jedną tajemnicę i pomyśleć o kimś, komu akurat potrzebne jest wsparcie. I tyle. W świecie, w którym wszystko musi być szybkie i efektowne, różaniec przypomina, że czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze.

    Metoda małych kroków

    Największym błędem jest zaczynać od zbyt dużych oczekiwań. Nikt Ci nie każe od razu odmawiać całego różańca codziennie. Jedna dziesiątka to świetny początek – krótka chwila, która może wejść w nawyk.

    A skoro już o nawykach mowa – tu z pomocą przychodzi nasz Nawykownik Różańcowy. To coś w rodzaju duchowego planera, który nie tylko pomaga nam przejść przez kolejne październikowe dni, ale też podsuwa intencje na każdy dzień miesiąca: za chorych, za rodziny, o pokój na świecie czy za prześladowanych chrześcijan. Dzięki temu codzienny różaniec przestaje być tylko osobistą praktyką, a staje się modlitwą splecioną z realnymi sprawami świata. Możesz wpisać własną intencję, zaznaczyć dzień, w którym się udało – i zobaczyć, jak z czasem tworzy się mała mapa Twojej duchowej drogi.

    Z kolei Do Syna Swego nas prowadź. Modlitewnik Różańcowy to świetny towarzysz, gdy chcesz się bardziej skupić. W modlitewniku znajdziesz krótkie rozważania i wskazówki, które pomagają zatrzymać się na chwilę przy każdej tajemnicy. Dzięki nim różaniec nie jest tylko powtarzaniem znanych słów, ale nabiera sensu i prowadzi przez konkretne obrazy. Każda dziesiątka staje się wtedy małą pauzą w codzienności – chwilą skupienia, która zostawia ślad na resztę dnia.

    Październik z różańcem w dłoni

    Może warto w tym roku spojrzeć na październik trochę inaczej? Nie jak na miesiąc dodatkowych nabożeństw, ale jak na okazję, by wprowadzić do dnia prosty rytuał spokoju? Może to być poranna dziesiątka różańca w drodze do pracy albo wieczorna chwila ciszy zamiast scrollowania telefonu. Nie trzeba wiele – wystarczy zacząć.

    Każdy miesiąc ma swój rytm. Październik może być tylko kolejną kartką w kalendarzu, albo stać się zaproszeniem, by złapać oddech i odnaleźć ciszę w różańcu. A Ty – jak chcesz go przeżyć?

    Stacja7

    ***

    wtorek 7 października

    Dzień Matki Bożej Różańcowej

    Odpusty dla Odmawiających Różaniec

    ***

    Dziś można uzyskać odpust zupełny

    Warunki do uzyskania odpustu zupełnego:

    1. Stan łaski uświęcającej: Być w stanie, w którym nie ma na sumieniu grzechów ciężkich.
    2. Wyzbycie się przywiązania do grzechu: Oznacza to całkowite i świadome odrzucenie nawet grzechów lekkich, do których jest się przywiązanym.
    3. Spowiedź sakramentalna: Można przystąpić do spowiedzi kilka dni przed lub po wypełnieniu pozostałych warunków. Po jednej spowiedzi można uzyskać wiele odpustów.
    4. Komunia Eucharystyczna: W danym dniu, kiedy chcemy uzyskać odpust, należy przyjąć Komunię Świętą.
    5. Modlitwa w intencjach Ojca Świętego: Jest to zazwyczaj odmówienie modlitwy “Ojcze nasz” oraz “Wierzę w Boga”, a także dowolnej modlitwy w intencjach, które są bliskie Papieżowi. 

    Dzieło odpustowe w Dzień Matki Bożej Różańcowej:

    • Pobyt w kościele, kaplicy, w gronie rodzinnym, wspólnocie zakonnej lub stowarzyszeniu, a następnie odmówienie Modlitwy Różańcowej

    ***

    CZYM JEST ODPUST?

    Zgodnie z nauczaniem Kościoła: „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. (…). Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych” (KKK 1471).

    „Przebaczenie grzechu i przywrócenie komunii z Bogiem pociągają za sobą odpuszczenie wiecznej kary za grzech. Pozostają jednak kary doczesne. Chrześcijanin powinien starać się, znosząc cierpliwie cierpienia i różnego rodzaju próby, a w końcu godząc się spokojnie na śmierć, przyjmować jako łaskę doczesne kary za grzech. Powinien starać się przez dzieła miłosierdzia i miłości, a także przez modlitwę i różne praktyki pokutne uwolnić się całkowicie od «starego człowieka» i «przyoblec człowieka nowego»” (KKK 1473).

    a) Odpust zupełny – uwalnia od wszystkich kar doczesnych, należnych za grzechy odpuszczone co do winy w sakramencie pokuty.

    b) Odpust cząstkowy – darowanie części kary doczesnej. „Przez odpusty wierni mogą otrzymać dla siebie, a także dla dusz w czyśćcu, darowanie kar doczesnych, będących skutkiem grzechów” (KKK 1498).

    KIEDY UZYSKUJEMY ODPUST RÓŻAŃCOWY?

    Odpust zupełny możemy uzyskać wówczas, gdy modlitwę różańcową odmawiamy:

    • w kościele,
    • w miejscu publicznych modlitw,
    • w rodzinnym gronie,
    • w zakonnej wspólnocie,
    • w pobożnym stowarzyszeniu.

    Gdy modlitwie różańcowej towarzyszą inne okoliczności, Kościół wtedy mówi o udzieleniu odpustu cząstkowego.

    WARUNKI, KTÓRE NALEŻY WYPEŁNIĆ DLA UZYSKANIA ODPUSTU ZUPEŁNEGO:

    1. Odmówić w całości przynajmniej jedną z czterech części różańca (pięć tajemnic określonej części).
    2. Medytacji nad tajemnicami różańcowymi musi towarzyszyć modlitwa ustna.
    3. Podczas publicznego odmawiania różańca muszą być – w sposób dla danego miejsca właściwy – zapowiadane poszczególne tajemnice. W przypadku gdy modlitwę różańcową odmawiamy sami, wystarcza, że recytujemy modlitwy i że towarzyszy temu rozważanie stosownych tajemnic. Ważne jest, byśmy nie przerywali modlitwy, nim ją skończymy.

    POZOSTAŁE WARUNKI DLA UZYSKANIA KAŻDEGO ODPUSTU ZUPEŁNEGO:

    • Być w stanie łaski uświęcającej; a jeśli trzeba, przystąpić do sakramentu pokuty.
    • Przyjąć Komunię świętą.
    • Wykluczyć wszelkie przywiązanie do grzechu, nawet powszedniego, tzn. tolerowanie u siebie złych przyzwyczajeń lub dobrowolne trwanie w jakimś nałogu.
    • Wykonać z pobożnością dzieło obdarzone odpustem.
    • Odmówić modlitwę w intencjach Ojca Świętego (np. Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo).

    Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, a cząstkowy – kilka razy dziennie. Należy wzbudzić intencję uzyskania odpustu. Odpusty możemy uzyskać dla siebie lub za zmarłych. Nie można ich przekazać żyjącym.

    INNE MOŻLIWOŚCI UZYSKANIA ODPUSTU :

    1. Adoracja Najświętszego Sakramentu przez pół godziny.
    2. Lektura Pisma Świętego przez pół godziny.
    3. Odprawienie Drogi krzyżowej przed stacjami prawnie erygowanymi.
    4. Odmówienie jednej części różańca w kościele, w kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, w pobożnym stowarzyszeniu.
    5. Na terenie Polski za odmówienie Koronki do Miłosierdzia Bożego w kościele, w kaplicy przed Najświętszym Sakramentem (nie musi być wystawiony). Chorzy za odmówienie Koronki z ufnością i pragnieniem miłosierdzia dla siebie oraz gotowością okazania go innym.
    6. Publiczne odmówienie O Stworzycielu Duchu, przyjdź w Nowy Rok i w Zesłanie Ducha Świętego.
    7. Uroczyste odmówienie Przed tak wielkim Sakramentem w Wielki Czwartek i w Boże Ciało.
    8. Odmówienie po Komunii w każdy piątek Wielkiego Postu oraz w Wielki Piątek przed wizerunkiem Chrystusa Ukrzyżowanego: Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu.
    9. Uczestniczenie w Gorzkich żalach raz w tygodniu w okresie Wielkiego Postu (tylko na terenie Polski).
    10. Udział w publicznej adoracji i ucałowanie krzyża podczas liturgii w Wielki Piątek.
    11. Odnowienie przyrzeczeń chrztu świętego w czasie liturgii Wigilii Paschalnej w Wielką Sobotę lub w rocznicę swego chrztu.
    12. Publiczne odmówienie O Jezu najsłodszy w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego.
    13. Nawiedzenie kościoła parafialnego w święto tytułu oraz 2 VIII (święto Porcjunkuli) i odmówienie Ojcze nasz i Wierzę w Boga.
    14. Nawiedzenie cmentarza w dniach od 1 do 8 XI i modlitwa za zmarłych; odpust można ofiarować tylko za dusze w czyśćcu cierpiące.
    15. Nawiedzenie kościoła, kaplicy w Dniu Zadusznym (2 XI) i odmówienie Ojcze nasz i Wierzę w Boga; odpust można ofiarować tylko za dusze w czyśćcu cierpiące.
    16. Publiczne odmówienie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Jezusa w uroczystość Chrystusa Króla.
    17. Publiczne odmówienie Ciebie, Boga, wysławiamy w ostatnim dniu roku.
    18. Wysłuchanie kilku kazań w czasie misji i udział w ich uroczystym zakończeniu.
    19. Udział w ćwiczeniach duchownych przez trzy pełne dni.
    20. Udział w świętej czynności (Mszy świętej lub nabożeństwie), której przewodniczy wizytator (np. biskup) z okazji wizytacji pasterskiej.
    21. Nawiedzenie kościoła, kaplicy zakonnej w uroczystość świętego założyciela i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga.
    22. Nawiedzenie kościoła lub ołtarza w dniu konsekracji i odmówienie Ojcze nasz i Wierzę w Boga.
    23. Nawiedzenie kościoła (jednorazowe), w którym odbywa się synod diecezjalny i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga.
    24. Udział w nabożeństwie eucharystycznym na zakończenie Kongresu eucharystycznego.
    25. Przyjęcie choćby przez radio lub telewizję błogosławieństwa papieskiego Urbi et Orbi.
    26. Przyjęcie po raz pierwszy Komunii świętej lub uczestniczenie w tej uroczystości.
    27. Kapłan za odprawienie Mszy świętej prymicyjnej i wierni za pobożne w niej uczestnictwo.
    28. Odnowienie przez kapłana w 25-lecie, 50-lecie, 60-lecie święceń postanowienia wiernego wypełniania obowiązków swego powołania. Wierni – za uczestnictwo we Mszy świętej jubileuszowej, połączonej z pewną ceremonią.
    29. W godzinę śmierci, gdy nie ma kapłana, a konający jest odpowiednio dysponowany, o ile miał za życia zwyczaj odmawiania jakichkolwiek modlitw, i posłuży się krzyżem. Może uzyskać ten odpust, choćby w tym dniu zyskał inny odpust zupełny.
    3o. Pobożne posłużenie się poświęconym przez papieża lub biskupa przedmiotem religijnym (krzyżyk, różaniec, szkaplerz, medalik) w uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła i odmówienie wyznania wiary.
    31. Nawiedzenie jednej z czterech patriarchalnych bazylik rzymskich i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga:
    a) w święto tytułu,
    b) w jakiekolwiek święto nakazane,
    c) raz w roku w dowolnym dniu.
    32. Nawiedzenie bazylik mniejszych w całym świecie:
    a) w uroczystość św. Piotra i Pawła,
    b) w święto tytułu,
    c) w święto Porcjunkuli (2 VIII),
    d) w wybrany dzień w roku,
    oraz odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga.
    33. Nawiedzenie kościoła stacyjnego w Rzymie w określonych dniach roku zaznaczonych w Mszale Rzymskim i uczestniczenie w świętych czynnościach (Mszy świętej lub nabożeństwie).

    NIEKTÓRE ODPUSTY CZĄSTKOWE:

    1. Pobożne przeżegnanie się i wypowiedzenie słów: W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
    2. Uważne i pobożne wysłuchanie kazania.
    3. Podejmowanie w duchu pokuty aktów postu i dobrowolnego powstrzymania się od rzeczy godziwych i miłych.
    4. Za modlitwy: Wierzę w Boga, Psalmy 129 i 50, Anioł Pański, Magnificat, Pod Twoją obronę, Wieczny odpoczynek, Witaj, Królowo itp.
    5. Poświęcanie siebie, swego czasu, swoich dóbr doczesnych bliźnim znajdującym się w potrzebie.
    6. Za wykonywanie swoich obowiązków i znoszenie przeciwności życiowych ze skierowaniem swojej myśli z pokorną ufnością do Boga i dołączając, choćby tylko wewnętrznie, pobożne wezwanie.

    Pełny wykaz odpustów cząstkowych można znaleźć w książeczce s. Elii Maciejewskiej FSK, Sakrament pokuty. Rachunek sumienia dla osób dorosłych. Odpusty, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2003.

    ***

    Przypadające dziś, 7 października, wspomnienie Matki Boskiej Różańcowej to dzień szczególny w powszechnym i polskim kalendarzu maryjnym.

    Episkopat News

    ***

    Modlitwa różańcowa jak żadna inna obejmując cały świat katolicki wskazuje, że Maryja to Mater omnium, udzielająca się wszystkim we wszystkich potrzebach jako Pośredniczka prowadząca do Chrystusa. Różaniec stał się modlitwą powszechną, najdobitniejszym wyrazem czci i kultu maryjnego.

    Istotna jest także łącząca się integralnie z tytułem Matki Bożej Różańcowej rola Maryi jako Matki Bożej Zwycięskiej, której kult zainaugurowała bitwa pod Lepanto w 1571 r. Jako patronka wojsk katolickich w decydujących starciach – Biała Góra, Nordlingen, Częstochowa, Chocim, Beresteczko, Wiedeń – zapisała się w historii Europy i Polski. Zwycięstwo pod Wiedniem Innocenty XI uczcił ustanawiając święto Imienia Maryi.

    Różaniec – symbol i mistyka róży

    Słowo różaniec (łac. rosarium) wywodzi się z litanijnego wezwania „Rosa mystica” (Róża duchowa). Porównanie to łączy się z symboliką róży i krzewu różanego, i posiada głębokie implikacje w mistyce chrześcijańskiej. Modlitwa różańcowa jest wyrazem misteryjnego nurtu duchowości średniowiecza, której szczególnym znamieniem był rosnący i różnicujący się kult maryjny.

    Wszystkie znaczenia róży wynikają z jej funkcji sakralnej. Podstawę sakralności róży stanowią jej przyrodzone właściwości – kształt, barwa i zapach, które dopiero w strukturze symbolu ewokują jej prawdziwe znaczenie. Powodują one, że róża jest przede wszystkim kwiatem mistycznym. Najbardziej znanym wyobrażeniem ze sfery mistyki róży jest różaniec. Różaniec to rosarium, czyli ogród lub wieniec różany, miejsce mistycznej łączności z Bogiem i kontemplacji niebiańskiego bytu.

    Modlitwa różańcowa jako akt kultowy zawiera dwa aspekty: jest techniką modlitewną przez powtarzanie i rytmikę wezwań oraz jest formą kontemplacji wydarzeń świętej historii. Wspólnie prowadzą one do możliwie doskonałego uczestniczenia w Bożych tajemnicach i realizacji celu eschatologicznego. Dlatego też różaniec, jako swoisty „środek” modlitewny posiada charakter uniwersalny i stosowany jest także w buddyzmie, hinduizmie i islamie.

    Pierwociny różańca stanowiły „sznury modlitewne”, na których z czasem zawiązywano węzełki, a potem nizano paciorki, aby ułatwić liczenie modlitw. Różaniec muzułmański wylicza 99 imion Allacha, a setny, niewidzialny paciorek otwiera powrót do niego. Różaniec hinduski jest przypisany Brahmie i Sarasvati, symbolizuje wszystkie światy i etapy objawienia. Triparasundari – róża kosmiczna, wyraża skończoną doskonałość, jednię i niczym nie skażone spełnienie.

    Różaniec chrześcijański odnosi się do Najświętszej Dziewicy, która przedstawiana jest często w wieńcu z róż i w ogrodzie różanym. Jest to hortus conclusus (ogród zamknięty), co wskazuje na bezczasowe trwanie i żywot, a róże to niebiańskie cnoty Dziewicy. Ona sama jest bowiem Różą Mistyczną, symbolem wiecznej doskonałości.

    Początki i rozwój

    Geneza chrześcijańskiej modlitwy różańcowej nie została do tej pory jednoznacznie ustalona. Ogólnie przyjętej tradycji nie potwierdzają bowiem źródła w kilku istotnych sprawach. Miarodajne będzie zatem stwierdzenie, że różaniec stanowi wynik wielowiekowej ewolucji różnych form modlitewnych.

    Chrześcijaństwo znało sznury modlitewne już we wczesnym średniowieczu. Służyły one do odmawiania modlitwy Pańskiej i nosiły nazwę signula de Pater Noster. Prawdopodobnie ok. połowy XII w. z takim praróżańcem powiązano maryjną modlitwę Ave Maria, co było oznaką rosnącego znaczenia Matki Bożej w Kościele. Pierwszego usystematyzowanego połączenia obu modlitw: 5 Pater Noster i 50 Ave Maria dokonał prawdopodobnie kartuz Henryk Eghen. Dalsze, pewne już wiadomości pochodzą z pierwszej połowy XV w. Uformowana modlitwa różańcowa powstała w środowisku kartuzów – Dominik z Prus i Adolf z Essen z klasztoru w Trewirze połączyli 50 Ave Maria z pięćdziesięcioma rozmyślaniami. Była to „reforma trewirska”, co świadczy o istnieniu wcześniejszych form różańca. System trewirski posiadał kilka wariantów, odmawiano np. 63 Ave Maria, które odpowiadały symbolicznej liczbie 63 lat życia Matki Bożej i łączono je z rozmyślaniami o tajemnicach maryjnych.

    Następne źródła pochodzą z kręgu dominikańskiego. Alanus de Rupe (Alain de la Roche) napisał ok. 1470 r. dzieło „De utillitate Psalteri Mariae”, pierwszą książkę poświęconą różańcowi (pierwszą polską książkę o tematyce różańcowej pt. „Różanego wianka Panny Mariey wyłożenie nabożne” napisał ks. Benedykt Herbest w 1568 r.). Na wzór zawartych w „Psałterzu“ 150 psalmów, de Rupe ustalił sposób odmawiania 150 Ave Maria połączone z rozważaniami tajemnic i przedzielił je 15 modlitwami Pater Noster. Powiązał także ideę różańcową z symboliką wianka różanego. W 1475 r. przeor klasztoru dominikanów w Kolonii, Jakub Sprenger, założył pierwsze bractwo różańcowe, obdarzone kilka lat później przywilejami i odpustami papieskimi. System jaki wprowadzili de Rupe i Sprenger nosił miano „reformy kolońskiej”. Ostatnia zmiana nastąpiła w 1483 r. Liczbę tajemnic różańca zredukowano do 15 i wprowadzono ich podział na radosne, bolesne i chwalebne. W tej postaci różaniec trwał do 2002 r., kiedy to Jan Paweł II 16 października powiększył go o Tajemnice Światła.

    Główny nurt tradycji różańcowej wywodzi się jednak od św. Dominika. Według tej tradycji, święty przebywający w 1212 r. w klasztorze Prouille na wyspie Albi, doznał we śnie objawienia. Ukazała mu się Matka Boska, podarowała różaniec, wyjaśniła jak należy się na nim modlić i zachęciła do jego rozpowszechniania. Według przekazów dominikańskich, głównie Alanusa de Rupe, św. Dominik ewangelizując i głosząc kazania odmawiał różaniec łącząc modlitwę z wyjaśnianiem tajemnic wiary. Modlitwa różańcowa miała się przyczynić do zaniku herezji albigensów, których nawracał św. Dominik. Świętemu nie obca była mistyka rosarium – określał on różaniec jako „koronę z róż Najświętszej Maryi Panny”.

    Przekaz pozostawiony przez Alanusa de Rupe jest kontrowersyjny, nie znajduje bowiem potwierdzenia w innych źródłach. Żadne dokumenty nie świadczą również o istnieniu bractw różańcowych współczesnych św. Dominikowi. A właśnie one są najlepszym świadectwem potwierdzającym istnienie rozbudowanej formy różańca.

    Modlitwa różańcowa ogarnęła szybko świat chrześcijański i było to w głównej mierze zasługą bractw różańcowych. Pod koniec XVI w. nie było prawie miasta w Europie bez tej konfraterni. Erygowano w kościołach kaplice różańcowe lub ołtarze brackie, które otrzymywały liczne odpusty. Przyczyniły się one niemało do popularności różańca. Modlitwa różańcowa choć nie weszła do kultu liturgicznego osiągnęła rangę modlitwy powszechnej, praktykowanej przez wszystkie stany. Byłą dostępna dla ludzi nie umiejących czytać (stanowiło to w znacznym stopniu o jej powszechności) i zwano ją dlatego „brewiarzem dla ludu”.

    Prawdziwy rozkwit przeżyło nabożeństwo różańcowe w dobie kontrreformacji. Łącząc praktykę modlitwy z kontemplacją prawd wiary, różaniec, ta „skrócona Ewangelia” znakomicie realizował zalecenia Soboru Trydenckiego, był niezastąpiony w dziele poszerzania i popularyzacji wiary katolickiej. Rozwój ten wiązał się z działalnością dominikanów. W XVII w. byli oni jednym z najpotężniejszych zakonów. W samej Rzeczpospolitej posiadali wówczas 182 klasztory. „Nie było prawie parafii, gdzieby bractwo różańcowe nie istniało” – pisał historyk obyczajów Łukasz Gołębiowski. Należeli do nich dosłownie wszyscy – od króla do chłopa. Szlachcic (katolik) obok szabli miał zawieszony u pasa różaniec. Religijna gorliwość potrydencka powodowała, że do bractw różańcowych zapisywano nawet zmarłych.

    Ikonografia

    Kult Matki Boskiej Różańcowej znalazł wyraz w ikonografii maryjnej. Wyobraźnia artystyczna w oparciu o treści ideowe różańca nie stworzyła jednak nowego typu przedstawienia. Zaadoptowano istniejące już wzory ikonograficzne wyposażając je w atrybuty kultu różańcowego.

    Pierwszą grupę przedstawień tworzą wizerunki maryjne nawiązujące do schematu Niewiasty Apokaliptycznej, opartego na wizji św. Jana. Początkowo, postać Niewiasty Apokaliptycznej uważano za personifikację Kościoła, później związano ją z osobą Matki Bożej. Typ Niewiasty Apokaliptycznej dał początek wizerunkom Immaculaty (Niepokalanie Poczętej), Assunty (Wniebowziętej) i Incoronaty (Królowej Nieba). Matka Boska przedstawiana jest w nich w całej postaci z symbolami apokaliptycznymi: słońcem, księżycem i gwiazdami. Immaculata jako Matka Boska Różańcowa malowana była z wieńcem różanym lub z różańcem w dłoniach. Występuje też w koronie jako Królowa Różańca. Wersja różańcowa Assunty i Incoronaty przedstawia Matkę Bożą na tle krzewu różanego lub otoczoną wieńcem z róż. Kwiaty białe symbolizują tajemnice radosne, czerwone – bolesne, złote – chwalebne.

    Druga grupa przedstawień różańcowych ukazuje scenę przekazywania różańca przez Matkę Bożą św. Dominikowi lub innym świętym dominikańskim. Jest Ona przedstawiana razem z Dzieciątkiem, w postaci stojącej lub wychylającą się z obłoków.

    Jeszcze inna grupa obrazów oparta jest na typie Maryi Orędowniczki wiernych. Malowano Ją w całej postaci jako adorowaną przez wiernych wszystkich stanów i rozdającą im sznury różańca. Matka Boska występuje tu jako Mater Omnium – Matka i Opiekunka wszystkich ludzi. Na takich wizerunkach idea różańcowa obejmuje często także Kościół cierpiący, ukazując dusze czyśćcowe, które za wstawiennictwem Matki Bożej aniołowie wprowadzają do nieba. Na obrazach takich występują często święci dominikańscy jak Dominik, Katarzyna ze Sieny, Tomasz z Akwinu, Jacek Odrowąż orędujących za duszami czyśćcowymi. I wreszcie ostatnim typem wizerunków Matki Boskiej Różańcowej, który zdobył największą popularność, to przedstawienia wzorowane na obrazie Matki Boskiej Śnieżnej (Salus Populi Romani) w Rzymie. W Polsce znajdowały się w prawie każdym kościele dominikańskim.

    Święto Matki Boskiej Różańcowej

    Powstanie święta łączy się z wydarzeniem militarnym, które miało wpływ na losy Europy. Ekspansja turecka na Morzu Śródziemnym została zatrzymana pod Lepanto. W dniu 7 października 1571 r. połączone floty Hiszpanii, Wenecji i Państwa Kościelnego pod wodzą Juana d`Austria pokonały flotę turecką. W tym samym dniu ulicami Rzymu kroczyła pod przewodem Piusa V procesja odmawiając różaniec. Na czele procesji niesiono obraz Matki Boskiej Śnieżnej zwany Salus Populi Romani z bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie. Do zwycięstwa pod Lepanto przyczyniła się nagła zmiana wiatru uznana za cudowną interwencję Matki Bożej na skutek odmawiania różańca. Od tej pory obraz Matki Boskiej Śnieżnej złączył się na stałe z nabożeństwem różańcowym i otrzymał nazwę Matki Boskiej Zwycięskiej. Pius V ustanowił święto Matki Boskiej Zwycięskiej, które rok później (1572) Grzegorz XIII zmienił na święto Matki Boskiej Różańcowej. Klemens XI rozszerzył je na cały Kościół w 1716 r., a Leon XIII w 1888 r. ustalił liturgię święta i przeznaczył październik na odprawianie nabożeństwa różańcowego.

    Idea odwoływania się do wstawiennictwa Matki Bożej w potrzebach militarny przez modlitwę różańcową praktykowana była także w Rzeczpospolitej. Olbrzymia procesja różańcowa z biskupem Marcinem Szyszkowskim przeszła ulicami Krakowa 3 października 1621 r. w intencji wojsk polskich pod Chocimiem. I tu niesiono kopię obrazu Matki Boskiej Śnieżnej przywiezioną do Krakowa z Rzymu w 1600 r. Na pamiątkę zwycięstwa nad Turkami pod Chocimiem odbywała się odtąd w Krakowie co roku procesja różańcowa. Grzegorz XV (1621-1623) polecił aby Kościół w Rzeczpospolitej obchodziły rocznicę Chocimia uroczystym nabożeństwem ze śpiewem Te Deum.

    Chrystocentryzm różańca

    Różaniec jest najintensywniejszą formą pobożności maryjnej, a także najbardziej uniwersalnym sposobem modlitwy w katolicyzmie. W istocie jest on jednak modlitwą chrystocentryczną. Maryja powinna być czczona jako Pośredniczka, która włącza wiernych w misterium życia Chrystusa. Poznawanie tajemnic Jego zbawczego dzieła ukazuje niebiański i historyczny zarazem wymiar tych wydarzeń oraz akcentuje ich realność i zakorzenienie w świecie wyrażając istotne elementy dziejów zbawienia. W ten sposób różaniec przeciwstawia się redukcji świętej historii do zespołu jedynie ponadczasowych idei. Różaniec wpisuje misterium Chrystusa w tok Jego ziemskiego życia i życia Maryi, czyniąc je przez to bliskim i zrozumiałym.

     Andrzej Datko/Kai/Tygodnik Niedziela

    ***

    Chwalebną nieśmiertelność zyskacie!

    Bitwa pod Lepanto  – obraz z epoki. Autor nieznany.
    Bitwa pod Lepanto – obraz z epoki. Autor nieznany.
    WIKIPEDIA
     

    ***

    Największa w dziejach bitwa morska rozegrała się 454 lat temu. Dawno – ale jej konsekwencje trwają do dzisiaj.

    Świat nie widział dotąd tak wielu okrętów. Na przedzie armady Ligi Świętej płynęło sześć potężnych i powolnych galeasów. To były istne „pancerniki” (60–80 m długości, 10–16 m szerokości i do 1000 ton wyporności) z wysokimi burtami, a na każdym z nich stało po 60 dział. Za nimi płynęły trzy eskadry galer, miarowo bijąc wiosłami powierzchnię morza. Jeszcze dalej widać było transportowce pełne żołnierzy.

    Wczesnym rankiem 7 października 1571 r. chrześcijańska flota znalazła się u wejścia do zatoki Patras. Nagle powietrze rozdarł huk wystrzału z admiralskiego okrętu „Real di Spagna”. To umówiony sygnał: „Wróg blisko”. Okazało się, że w głębi zatoki stoi olbrzymia flota turecka. Dowódcy eskadr i kapitanowie zebrali się na „Realu” na naradę. Dowodzący armadą Don Juan de Austria wręczył kapitanom plan bitwy z zaznaczonym miejscem ich okrętów w szyku. Ten „spóźniony rycerz krzyżowy” (tak o nim mówiono) był nieślubnym synem cesarza Karola V. Otrzymał dowództwo ze względu na wybitny talent dowódczy.

    Niektórzy doradzali wycofanie się. „Panowie, czas narad się skończył, nadszedł czas bitwy” – uciął dyskusję admirał.

    Pochód półksiężyca

    Istotnie, czas nadszedł. Pochód islamu można było powstrzymać jedynie otwartą konfrontacją.

    Od czasu, gdy Turcy zdobyli Konstantynopol, sułtani uznali się za spadkobierców cesarzy rzymskich i bizantyńskich. Zaczęli sobie rościć pretensje do ziem niegdyś należących do starożytnego imperium. Dziesiątki tysięcy świetnie wyekwipowanych żołnierzy maszerowało pod sztandarem Proroka, zajmując kolejne ziemie chrześcijan. Imperium osmańskie liczyło już prawie 6 mln km kw. i było najludniejszym państwem w tym rejonie świata. Flota wojenna sułtana zaczynała dominować w basenie Morza Śródziemnego. Turcy uderzyli na Bałkany, dotarli na Węgry, w opałach znalazł się Wiedeń. Padła wyspa Rodos, w ogniu stanął należący do Wenecji Cypr. Jasne było, że w końcu kolej przyjdzie na stolicę chrześcijaństwa – Rzym.

    Niełatwo było w podzielonej Europie zmontować koalicję zdolną stawić czoła zagrożeniu. Dokonał tego Pius V, papież pełen żarliwej wiary, a przy tym człowiek prosty i miłosierny. Porywał wiernych stylem życia, gdy chodził boso i z odkrytą głową w procesjach błagalnych o zatrzymanie ekspansji półksiężyca. Dzięki jego wysiłkom powstała Liga Święta – sojusz Rzymu, Wenecji i Hiszpanii.

    Flota katolicka wyszła w morze w połowie września z portu w Mesynie. Wspierały ją modlitwy i post milionów wiernych z całej Europy. Członkowie załóg wyspowiadali się, a na prośbę papieża każdego dnia odmawiali Różaniec. Robili to tym chętniej, że było wśród nich wielu ochotników, którzy zaciągnęli się ze szczerym pragnieniem obrony chrześcijaństwa.

    Do ataku

    Gdy wrogie floty spotkały się w zatoce Patras niedaleko miasta Lepanto, każda ze stron była zaskoczona rozmiarami armady przeciwnika. Ale Don Juan postanowił atakować. Jego rozkaz dla załóg brzmiał: „Przybyliście tu walczyć za Święty Krzyż, zwyciężyć albo zginąć! Czy macie jednak zwyciężyć, czy zginąć, czyńcie dziś swą powinność, a chwalebną nieśmiertelność sobie zyskacie!”.

    Na okrętach odmówiono modlitwę, a kapelani udzielili załogom rozgrzeszenia.

    Turcy dostrzegli flotę przeciwnika o godzinie 7.40. Gdy kapudan (odpowiednik admirała) Muezzinzade Ali Pasza, stojący na flagowym okręcie „Sułtan”, zdał sobie sprawę z sytuacji, przeraził się. Nie spodziewał się, że chrześcijanie odważą się ich zaatakować. Flota Ligi okazała się znacznie silniejsza niż sądził. Miał przed sobą ponad 200 okrętów plus jednostki pomocnicze, a na nich 30 tys. żołnierzy i 50 tys. marynarzy i wioślarzy. On dysponował nieco większą siłą, ale nie taką, która dawałaby gwarancję zwycięstwa. Trzeba było coś postanowić. Kapudan dał rozkaz do ataku.

    Kiedy Turcy zbliżyli się do płynących przodem galeasów, kolosy rozbłysły ogniem potężnej artylerii. Kule zaczęły demolować osmańskie jednostki. Znajdujące się w pobliżu okręty próbowały oddalić się od galeasów, co spowodowało zderzenia z sąsiednimi galerami.

    Po ominięciu z dużymi stratami galeasów Turcy stanęli naprzeciw linii chrześcijan. Wzdłuż frontu Ligi Świętej rozbrzmiał okrzyk „Jezus! Maryja!” – i główne siły obu stron zwarły się ze sobą, zamieniając wody zatoki w krwawy kocioł.

    Determinacja walczących była nadzwyczajna, toteż i rozlew krwi był makabryczny. Na wiele mil dokoła słychać było huk wystrzałów, krzyki mordujących się ludzi, trzask łamanych kadłubów i wioseł. Razem ze snującym się nad zatoką dymem płonących jednostek stworzyło to upiorny spektakl o skali, jakiej świat dotąd nie oglądał.

    Krytycznym momentem było starcie okrętów admiralskich obu stron. Na „Sułtanie”, pod sztandarem kapudana, stało 300 janczarów z rusznicami i 100 łuczników. Don Juan miał na „Realu” 400 żołnierzy regimentu sardyńskiego, uzbrojonych w arkebuzy. Ich ogień okazał się druzgocący dla Turków, mimo to jednak „Sułtan” dziobowym taranem sięgnął kadłuba chrześcijańskiej galery. „Real” wytrzymał uderzenie, a jego załoga zaatakowała pokład „Sułtana”. Kapudan Muezzinzade padł trafiony pociskiem z rusznicy, a galernik z „Reala” odciął mu głowę.

    Turcy z innych okrętów patrzeli ze zgrozą, jak z masztu „Sułtana” spada wielka chorągiew ich dowódcy. Wiedzieli, że to koniec.

    Walka jeszcze trwała, ale były to już zmagania agonalne. Rozproszone jednostki Turków były niszczone jedna po drugiej.

    Rekordy strat

    Po pięciu godzinach walki było po wszystkim. Rozwiewający się dym odsłonił rozmiar katastrofy, jakiej uległa flota muzułmanów. Z ich 229 galer poszło na dno lub spłonęło 80, a 117 wpadło w ręce chrześcijan. Z 60 galeotów (lekkich okrętów żaglowo-wiosłowych) zniszczonych zostało 27, a 13 zdobyli zwycięzcy.

    Straty w ludziach były szokujące. Po stronie tureckiej zginęło prawdopodobnie około 20 tysięcy żołnierzy i marynarzy (niektóre źródła podają liczbę dwukrotnie większą). Do tej liczby trzeba doliczyć kilkanaście tysięcy poległych galerników chrześcijańskich, przykutych do wioseł tureckich jednostek. Przeżyło ponad 10 tysięcy wioślarzy. Tym klęska Turków przyniosła wolność.

    Zginęli prawie wszyscy wyżsi dowódcy tureccy. W ręce chrześcijan wpadły 274 działa okrętowe i ogromna ilość kosztowności.

    Dokładnie policzono straty zwycięzców. Poległo 7656 żołnierzy i marynarzy, a 7784 odniosło rany. Porównywalne były straty wśród wioślarzy na okrętach Ligi. Na dno poszło 15 chrześcijańskich galer. Poległo też kilku znacznych oficerów.

    Wśród rannych był najsławniejszy uczestnik bitwy, 24-letni hiszpański szlachcic ­Miguel ­Cervantes, późniejszy autor „Don Kichota”. Służył na galerze „Marquesa”. Tego dnia leżał pod pokładem z wysoką gorączką, gdy jednak usłyszał wrzawę bitewną, wybiegł na zewnątrz i wziął udział w walce. Dostał trzy kule – w pierś i w lewą rękę. Krwawiąc, walczył do końca. Ramię pozostało bezwładne, on jednak był dumny ze swojego kalectwa. „Wolę to, że byłem obecny w tej wspaniałej bitwie, niż od moich ran być wolny, nie biorąc w niej udziału” – mówił. Bitwę nazwał „najszczytniejszą potrzebą, jaką widziały wieki przeszłe i obecne, i jaką przyszłe mają nadzieję oglądać”.

    Bitwa pod Lepanto zatrzymała ekspansję turecką. Wprawdzie imperium osmańskie pozostało jeszcze przez ponad sto lat potęgą, ale jego potencjał nie był już tak przytłaczający jak wcześniej.

    Na pamiątkę ocalenia chrześcijaństwa Pius V ogłosił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej. Nieco później zmieniono nazwę na święto Matki Bożej Różańcowej.

    Wenecjanie po bitwie postawili w swoim mieście kaplicę ku czci Matki Bożej Różańcowej. Na jej ścianie widnieje napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja Różańcowa uczyniła nas zwycięzcami”.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Różaniec na szaniec

    Dlaczego nawała turecka niespodziewanie załamała się pod Lepanto? Dlaczego Maryja objawiła się w malutkiej wiosce, która nosi imię córki Mahometa? Dlaczego Armia Czerwona wycofała się z Austrii? Jakie tajemnice kryją tajemnice różańcowe?

    Różaniec na szaniec

    Bitwa pod Lepanto

     Paolo Veronese(PD)

    ***

    Ci, którzy będą gorliwie odmawiali Różaniec, „otrzymają wszystko, o co poproszą”, usłyszał od samej Maryi błogosławiony Alanus de la Roche. Historia zna wiele przypadków, które pokazują, że tłum rozmodlonych ludzi był w stanie zatrzymać wielkie historyczne kataklizmy.

    Bitwa ze wspomaganiem
    „Z bazyliki Piotrowej uczynię stajnię dla moich koni!” – odgrażał się sułtan Selim II. Nie wyglądało to na puste przechwałki. Sto lat wcześniej tureckie imperium zdobyło Konstantynopol, stolicę wschodniego chrześcijaństwa. Teraz żarłocznie pochłaniało kolejne połacie Europy. Sztandar proroka łopotał już na Bałkanach, na Węgrzech, zagroził Wiedniowi. Padła wyspa Rodos, padł Cypr. Po Adriatyku uganiała się flota turecka, atakując weneckie placówki. W Europie Zachodniej nie rozumiano powagi sytuacji. Francja wręcz namawiała Turków do akcji zaczepnych przeciw swoim rywalom. Jedynie papież Pius V próbował zorganizować jakąś koalicję. Wreszcie udało się stworzyć Świętą Ligę – sojusz Rzymu, Wenecji i Hiszpanii. Tylko tyle. Ale Pius V liczył na „tajną broń” – Różaniec. „Brat chodak” – tak o nim mówiono – nie pasował do swoich poprzedników, papieży renesansu. Żył surowo, po wyborze nie zdjął nawet swojego dominikańskiego habitu. Choć nie zaniedbywał żadnych niezbędnych działań, modlitwę uważał za środek najskuteczniejszy.

    Gdy u brzegów Sycylii zaczęła gromadzić się chrześcijańska flota, Pius V zorganizował „drugi front”. Na jego prośbę w całej Europie miliony ludzi pościły i odmawiały Różaniec w intencji zwycięstwa. Papież spędzał długie godziny na modlitwie w swojej kaplicy. Każdego dnia ulicami Rzymu ciągnęły procesje bractwa różańcowego z obrazem Matki Bożej Śnieżnej. Również załogi okrętów, na prośbę Piusa, codziennie odmawiały Różaniec. Rankiem 7 października 1571 roku flota chrześcijan starła się z turecką armadą w Zatoce Korynckiej, w pobliżu miasta Lepanto.

    Zanim słońce zaszło, z dumnej floty „pana całej ziemi” zostały tylko drzazgi pływające w czerwonej od krwi wodzie. Trzydzieści tysięcy Turków poległo lub zostało rannych, trzy tysiące dostało się do niewoli. Piętnaście tysięcy chrześcijańskich wioślarzy-niewolników odzyskało wolność. Chrześcijan poległo 8 tysięcy, a 21 tysięcy odniosło rany. Wśród tych ostatnich był pewien młody Hiszpan. Nazywał się Miguel de Cervantes, późniejszy autor „Don Kichota”. Do końca życia chwalił się udziałem w bitwie pod Lepanto, „najszczytniejszej potrzebie, jaką widziały wieki przeszłe i obecne, i jaką przyszłe mają nadzieję oglądać”. Bezwładną rękę traktował jak zaszczytną pamiątkę. „Wolę to, że byłem obecny w tej wspaniałej bitwie, niż od moich ran być wolny, nie biorąc w niej udziału” – napisał.

    Gdy posłaniec z wieścią o zwycięstwie dotarł do Rzymu, papież, dzięki widzeniu, które miał w dniu bitwy, wiedział o wszystkim. Na pamiątkę ocalenia chrześcijaństwa ogłosił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej. Nieco później zmieniono nazwę na obchodzone do dziś w całym Kościele święto Matki Bożej Różańcowej. Wenecjanie po bitwie postawili w swoim mieście kaplicę ku czci Matki Bożej Różańcowej. Na jej ścianie widnieje napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja różańcowa uczyniła nas zwycięzcami”.

    Austriacy na kolanach
    Historycy mają twardy orzech do zgryzienia, zastanawiając się nad powojennymi losami Austrii, która, podobnie jak Niemcy, podzielona została na strefy okupacyjne, przy czym Związkowi Radzieckiemu przypadła najbogatsza część kraju – Dolna Austria – opowiada Mirosław Laszczak w „Historii różańca” – „Wyzwoliciele” spod znaku czerwonej gwiazdy za nic nie chcieli opuścić zajętych przez siebie terenów. I wtedy – po raz kolejny – okazało się, że pomoc płynąca z Różańca ma nie tylko duchowy charakter.

    Austria była dla Stalina łakomym kąskiem: zdobył przyczółek, z którego mógł kontrolować sytuację w Czechach, Niemczech i na Węgrzech. Wiedeń podzielony był jak Berlin. Austria miała podzielić los Niemiec. Sowieci wywozili urządzenia przemysłowe i niszczyli gospodarkę znakomicie rozwiniętego kraju. Nikogo nie dziwiło, że wojska radzieckie nie chciały opuścić kraju nad Dunajem.

    I wtedy, w obliczu zagrożenia komunizmem, skromny austriacki franciszkanin, ojciec Petrus Pavlicek, poprosił o codzienny Różaniec w intencji odzyskania niepodległości. Wezwał naród do Pokutnej Krucjaty Różańcowej. Jego wezwanie nagłośniły władze kościelne. Mnich miał niesamowitą charyzmę: jeździł po całym kraju, namawiając ludzi do modlitwy i nawrócenia. Żar, z jakim przemawiał, sprawiał, że ludzie chętnie wstępowali w szeregi krucjaty. – Wierzono, że skoro kilka wieków wcześniej, walczący pod sztandarem Maryi, król Jan III Sobieski wspomagany modlitwami bractw różańcowych ochronił Wiedeń, i tym razem ocalenie przyjdzie za sprawą gorliwie odmawianego Różańca – pisze Mirosław Laszczak. – Aż siedemset tysięcy Austriaków prze-suwało w palcach paciorki, przed obrazami Ma-tki Boskiej Różańcowej odbywały się błagalne modlitwy i nabożeństwa. Na klęczkach proszono o wyjście Armii Radzieckiej z Austrii.

    Modlitwa różańcowa ogarnęła cały kraj. W 1950 r. ponad 35 tysięcy Austriaków przeszło przez Wiedeń w ogromnej Maryjnej Procesji Światła. Co ciekawe, na czele procesji szli politycy: kanclerz Leopold Figl i Julius Raab, liderzy Austriackiej Partii Ludowej. Cztery lata później w podobnej procesji przez wiedeńskie ulice szło już 60 tys. Austriaków. Sprawa negocjacji ze Stalinem wydawała się beznadziejna. Rząd Austrii spotykał się z ministrem spraw zagranicznych Wiaczesławem Mołotowem ponad 300 razy. Bez skutku. Gdy wiosną 1955 r. po raz kolejny Raab i Figl jechali do Moskwy, wezwali członków krucjaty do gorącej modlitwy. I wówczas, gdy delegacja rządu toczyła żmudne negocjacje z Mołotowem, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. 13 kwietnia – w dzień fatimski – Sowieci niespodziewanie zgodzili się opuścić Austrię. Zadowolili się odszkodowaniem finansowym. Austrię ogarnął szał radości. 15 maja 1955 roku stojący na balkonie wiedeńskiego Belwederu minister Leopold Figl zawołał: „Dziękując Bogu Wszechmogącemu, podpisujemy umowę i z radością wołamy: Austria jest wolna!”.

    Fatima, córka Mahometa
    Rosja kipi, przygotowując leninowską rewolucję 1917 roku. Niebawem krew poleje się strumieniami. Wokół wybuchają bomby I wojny światowej. Na krańcu Europy w zapomnianej przez wszystkich wiosce troje małych pastuszków otrzymuje przesłanie mające przesądzić o losach świata. Łucja ma dziesięć lat, Franciszek dziewięć, a najmłodsza Hiacynta siedem. Objawienie w Fatimie ma kluczowe znaczenie w historii Różańca. To tu Maryja wielokrotnie wzywała do odmawiania tej modlitwy, z tą zapomnianą przez ludzi wioską wiązała wielkie obietnice.

    Znany publicysta katolicki Vittorio Messori w samej nazwie wioski doszukuje się niezwykłego symbolu: „Dlaczego Matka Boża z tylu miejsc, w których mogła się ukazać, wybrała właśnie zagubioną pośród gór wioskę, która nazywa się tak samo jak umiłowana córka Mahometa? Fatima w świecie muzułmańskim, a przede wszystkim szyickim, spełnia rolę maryjną.

    Jest związana między innymi z apokaliptycznymi wydarzeniami końca świata – tak jak Maryja – i pełni rolę związaną z miłosierdziem, zwłaszcza dla szyitów. O ile mi wiadomo, a sprawdziłem to dość dobrze, w całej Europie Zachodniej istnieje tylko jedno miejsce o nazwie Fatima i – nawiasem mówiąc – jest to zagubiona między górami wioska, której nikt jeszcze niedawno nie znał, nawet w Portugalii. Dlaczego Matka Boża miałaby się ukazać właśnie tam? Czy to był przypadek? W tych sprawach nic nie jest przypadkowe”.

    Autor książki „Przekroczyć próg nadziei” przypomina, że sam zamach na Papieża nieprzypadkowo miał miejsce 13 maja, dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Maryi. Plac Świętego Piotra rozdarły strzały. Wszechmoc Boża znów objawiła się w słabości. Bezradny, zakrwawiony Jan Paweł II na oczach całego świata ukazał kwintesencję chrześcijaństwa: z serca przebaczył zamachowcowi. Ludzie na całym świecie dotknęli tajemnicy Boga.

    Rok później Jan Paweł II przez czterdzieści minut modlił się w Fatimie, dziękując Maryi za ocalenie życia i powrót do zdrowia. Co chciała nam powiedzieć Maryja, wzywając do modlitwy różańcowej w wiosce mającej imię córki Mahometa?

    Sprawdzona broń
    Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo – napisali marynarze.

    Zanim Jan III Sobieski zatrzymał inwazję turecką pod Wiedniem, ponad wiek wcześniej podobnego czynu dokonał papież św. Pius V. Jego bronią był Różaniec.

    W 1570 roku muzułmańskie wojska Turcji zajęły Nikozję, stolicę Cypru, a po długim oblężeniu zdobyły Famagustę, gdzie dokonały straszliwej rzezi chrześcijan. W obronie zaatakowanego Cypru stanął papież Pius V, który stworzył związek katolickich państw, zwany Świętą Ligą. Wystawiona przez nią flota wypłynęła naprzeciw przeważającym liczebnie statkom nieprzyjaciela.

    Obie armady spotkały się 7 września 1571 roku, kilkadziesiąt kilometrów od portu Lepanto. Papież modlił się na różańcu, prosząc Matkę Bożą o pomoc dla chrześcijańskiej armii. Nagle usłyszał szum wiatru i łoskot żagli. Dzięki widzeniu znalazł się na miejscu bitwy. Zobaczył ogromne floty gotowe do starcia. Nad nimi stała Maryja, która okryła płaszczem wojska chrześcijańskie. Dzięki temu wiatr zmienił kierunek, co zablokowało manewr flocie tureckiej, a sprzyjało chrześcijańskiej.

    Bitwa pod Lepanto należała do najkrwawszych bitew morskich w dziejach. Po czterech godzinach walki Święte Przymierze zdołało zatopić 60 galer wroga, zdobyć połowę okrętów tureckich, uwolnić 12 tys. chrześcijańskich galerników. Morska potęga Turcji została rozbita. Pius V ustanowił dzień 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, „aby – jak pisał – nigdy nie zostało zapomniane wspomnienie wielkiego zwycięstwa uzyskanego od Boga przez zasługi i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny, odniesionego w walce przeciw nieprzyjaciołom wiary katolickiej”.

    Jego następca Grzegorz XIII zmienił nazwę święta na Matki Bożej Różańcowej. Wiara w zwycięstwo Maryi i przekonanie o sile Różańca nie były tylko pobożnymi życzeniami papieży. Uczestnicy bitwy morskiej, weneccy marynarze, ufundowali w swoim mieście kaplicę, na której wyryto napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo”. Dziś, jak zauważył papież Benedykt XVI, „łódeczka myśli wielu chrześcijan jest nierzadko huśtana przez fale, miotana z jednej skrajności w drugą”. Walka trwa. Potrzeba sprawdzonej broni. Różaniec jest bardzo na czasie.

    Marcin Jakimowicz, Franciszek Kucharczak,wiara.pl

    autor tekstu “Sprawdzona broń” – ks. Piotr Studnicki

    ***

    Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy. To Różańcowa Pani dała zwycięstwo

    (Oprac. PCh24.pl)

    ***

    Mało kto wie, że celebrowane dziś wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej, kiedy zostało ogłoszone, nosiło nazwę – Matki Bożej Zwycięskiej.  Nazwa ta bezpośrednio odnosiła się do wspaniałego zwycięstwa wojsk chrześcijańskich z muzułmańską flotą turecką pod Lepanto w roku 1571. W późniejszych dziejach świata, wszystkie batalie wojenne i walki toczone z mocami zła pod niebieską flagą Maryi zawsze kończyły się zwycięstwem.

    Pierwsza cudowna wiktoria różańcowa

    Największym, a jednocześnie pierwszym historycznie udokumentowanym cudem różańcowym było zwycięstwo floty chrześcijańskiej w bitwie pod Lepanto. Wydarzenie to zadecydowało o przyszłości Europy, gdyż muzułmanie chcieli zająć ją całą, a chrześcijan siłą „przerobić” na mahometan. Była to druga połowa wieku XVI, na stolicy piotrowej zasiadał papież Pius V. Pisano o nim, że był on „jednym z niewielu chrześcijan traktujących dosłownie słowa i czyny Chrystusa, nie uznającym wyjątków i ograniczeń”. Do tego, jako dominikanin, duchowy syn św. Dominika Guzmana – pierwszego propagatora modlitwy różańcowej, czcił Maryję i codziennie stosował Jej straszną broń na Złego, czyli właśnie Różaniec.   

    To Pius V włączył dwuczęściowe Zdrowaś Maryjo do zreformowanego brewiarza, przez co nadał Pozdrowieniu Anielskiemu ostateczną postać, zatwierdzoną przez liturgię Kościoła. To właśnie ten papież napisał „Różaniec jest najpobożniejszym sposobem modlitwy do Boga, sposobem łatwym do stosowania przez wszystkich, którzy trwają w wysławianiu Najświętszej Dziewicy”. Dlatego też gorąco propagował odmawianie Różańca, szczególnie w obliczu grożącemu Europie – muzułmańskiemu potopowi. Wieść o tym dotarła do sułtana Selima II, który szykował się właśnie do krwawego podboju świata chrześcijańskiego i napełniła go lękiem. Sułtańscy kronikarze odnotowali fakt, że Selim II, spoglądając na Adriatyk, wyszeptał „Bardziej niż wszystkich galeonów chrześcijańskich obawiam się modlitwy Piusa V”.

    Wkrótce okazało się, że miał się czego obawiać. Sułtańska flota została pod Lepanto całkowicie rozgromiona. W tym samym czasie Pius V, w swojej kaplicy, trwał na modlitwie różańcowej. Między kolejnymi częściami dodawał „Daj zwycięstwo. Nie dla naszej chwały, ale dla Twojej, Pani i Matko. Pod płaszcz Twego miłosierdzia uciekamy się. Uznaj nas za swe dzieci, weź pod swoją opiekę”.  Zwycięstwo pod Lepanto było ogromne. Zatopiono pięćdziesiąt galer wroga, zdobyto połowę okrętów tureckich, uwolniono dwanaście tysięcy chrześcijańskich galerników.

    Pius V, świadomy komu zawdzięcza cudowne ocalenie Europy, ogłosił całemu katolickiemu światu, iż dzień 7 października już na zawsze jest świętem Najświętszej Panny Dziewicy. Pierwotnie święto to nazwane zostało – Matki Bożej Zwycięskiej. Dopiero później zmieniono tę nazwę na wspomnienie Matki Bożej Różańcowej. W encyklice Pius V napisał: „Pragniemy szczególnie, aby nigdy nie zostało zapomniane wspomnienie wielkiego zwycięstwa uzyskanego od Boga przez zasługi i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny, odniesione w walce przeciw Turkom, nieprzyjaciołom wiary katolickiej”. Natomiast Wenecjanie tę samą prawdę wypisali na ścianie zbudowanej w swym mieście kaplicy dziękczynnej „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo”.

    Kolejne zwycięstwa Maryi Różańca Świętego

    W późniejszych dziejach świata, wszystkie batalie wojenne, społeczne i osobiste walki toczone z mocami zła pod niebieską flagą Maryi zawsze, wcześniej czy później, kończyły się zwycięstwem. Maryja zwyciężała jako patronka wojsk katolickich w decydujących starciach z innowiercami lub wojującymi ateistami – m.in. Biała Góra, Nordlingen, Częstochowa, Chocim, Beresteczko, Wiedeń, Bitwa Warszawska, Bitwa Niemeńska, jako patronka Solidarności, wyjście z Austrii Armii Czerwonej – Maryja zawsze zwyciężała.

    Co ciekawe w historii Polski wiele zwycięskich bitew z muzułmanami i innowiercami nasze wojska stoczyły w miesiącu maryjnym – październiku. Dla przykładu były to bitwy z Krzyżakami pod Koronowem (1410), z Rosjanami (1581) pod Mohylewem czy z Kozakami pod Białą Cerkwią (1651). Natomiast wiktoria w bitwie z Turkami i Tatarami pod Podhajcami miała miejsce 6 października 1667 roku, w wigilię święta Matki Bożej Różańcowej. Choć przeciwnik liczył 30 tysięcy a wojska polskie tylko 18 tysięcy.  Husaria rozgromiła wówczas siły tatarsko tureckie w perzynę. Dowodził hetman polny koronny Jan Sobieski. To była „rozgrzewka” przed Wiedniem.   

    Matka wciąga nas na Różańcu do nieba

    Matka Boża prawdę o mocy modlitwy różańcowej przekazała nam osobiście podczas objawień w Lourdes (1858) czy w Gietrzwałdzie (1877). Maryja wskazała tam na różaniec jako narzędzie Bożego Miłosierdzia. W 1917 roku do trojga dzieci z Fatimy powiedziała: „Odmawiajcie codziennie różaniec”, a z Jej prawego ramienia zwisał sznur perłowych paciorków zakończony krzyżem. Podczas szóstego, ostatniego objawienia w Fatimie, Maryja  ujawniła swe imię jako – Matka Boża Różańcowa. Powiedziała przez to, że różaniec jest ogromnie ważną modlitwą.

    Obecnie do Polaków Maryja kieruje specjalne orędzie różańcowe. Pokazuje nam, jak miłe są Jej nasze różańce płynące do nieba każdego październikowego dnia. Przyjrzyjmy się  czasowi, w którym miał miejsce cud Eucharystyczny w Sokółce. Stał się on w różańcowym październiku. Dlatego też cudownie przemieniona Cząstka Ciała Pańskiego w kościele św. Antoniego jest wystawiona do adoracji nie gdzie indziej, ale w pięknie odnowionej kaplicy Matki Bożej Różańcowej.

    A jak głęboka jest wymowa ostatniego różańca prowadzonego przez ks. Jerzego Popiełuszkę. Było to parę godzin przed jego uprowadzeniem i męczeństwem. W kościele św. Braci Polskich Męczenników w Bydgoszczy, 19 października 1984 roku, ksiądz Jerzy mówił:

    „Nas, których dręczą rany i bóle fizyczne, wspieraj, Maryjo. Nas, których tak często spotyka niepokój, rozterka i załamanie, podtrzymuj na duchu, Maryjo. Nam, którzy jesteśmy upokorzeni, pozbawieni nieraz praw i godności ludzkiej, użycz męstwa i wytrwałości. Nam, którzy dokładamy wszelkich starań, aby odnowić oblicze tej ziemi, w duchu Ewangelii, okaż swą matczyną opiekę, Maryjo. Nam, którzy w trudzie i znoju walczymy o Prawdę, Sprawiedliwość, Miłość, Pokój i Wolność w Ojczyźnie naszej, podaj pomocną dłoń”. Zwycięstwo zawsze przychodzi przez Krzyż i Maryję.    

    Adam Białous/PCh24.pl

    ***

    Jak różaniec zmieniał losy świata?

    14 najważniejszych wydarzeń

    moomin201 | Shutterstock

    ***

    W aktach Stolicy Apostolskiej z lat 1212–1716 opisano około 40 wielkich zwycięstw różańcowych. Jak poprzez różaniec zmieniano losy świata?

    1 ZWYCIĘSTWO ŚW. DOMINIKA NAD HEREZJĄ ALBIGENSÓW (XIII WIEK)

    Wwarunkach rozprzestrzeniającej się herezji albigensów, św. Dominik podjął modlitwę różańcową/ Dzięki różańcowi obroniono wiarę katolicką.

    Bitwa pod Lepanto (1571). Autor nieznany
    Bitwa pod Lepanto (1571). Autor nieznany

    2 BITWA POD LEPANTO (1571)

    W całej Europie papież Pius V wezwał do modlitwy różańcowej – zwycięstwo znacznie mniejszej floty Świętej Ligi. 

    3 ZWYCIĘSTWO POD CHOCIMIEM (1621)

    Niewielka armia katolików (35 000) stanęła naprzeciw ogromnej, 400-tysięcznej armii tatarsko-tureckiej. W kraju trwała intensywna modlitwa różańcowa: procesje, czuwania, noszono obraz Matki Bożej Różańcowej. 

    4 ZWYCIĘSTWO POD LWOWEM (OK. 1675–1676)

    Jan III Sobieski przerwał uroczystości koronacyjne i jeszcze jako książę, z zaledwie 6 000 żołnierzy wyruszył na odsiecz przeciwko armii turecko-tatarskiej liczącej 300 000. Ludzie biorą różaniec w ręce, organizują procesje. 

    „Jan III Sobieski wysyła wiadomość o zwycięstwie papieżowi Innocentemu XI” – Jan Matejko
    „Jan III Sobieski wysyła wiadomość o zwycięstwie papieżowi Innocentemu XI” – Jan Matejko

    5 BITWA POD WIEDNIEM (1683)

    Jan III Sobieski zawierzył Maryi Odsiecz Wiedeńską modląc się na Jasnej Górze. Gdy Polacy walczyli pod Wiedniem, w Krakowie wyruszyła procesja od Wawelu do kościoła mariackiego. Ze śpiewem różańca niesiono Najświętszy Sakrament i cudowny obraz Matki Bożej Różańcowej.

    6 BITWA POD WENECJĄ (1716)

    Armia turecko-tatarska liczyła 200 000 ludzi, natomiast chrześcijan było zaledwie 64 000. Zwycięstwo osiągnięto dzięki gorliwej modlitwie różańcowej, mimo przewagi wroga. To ostateczna klęska armii islamskiej próbującej zdobyć Europę. Maryja jako pośredniczka zwycięstwa pozwalała przez różaniec mniejszej sile pokonać liczebnie potężniejszego przeciwnika.

    7 OBJAWIENIA W GIETRZWAŁDZIE (1877)

    Pod zaborami, w czasach zakazów modlitwy po polsku, Maryja objawia się dwóm dziewczynkom i wzywa do gorliwej modlitwy różańcowej. Efektem była odnowa duchowa narodu: zanik pijaństwa, pragnienie życia w czystości, wzrost powołań kapłańskich.

    Daniel O'Connell
    Daniel O’Connell

    8 OBRONA WOLNOŚCI IRLANDZKICH KATOLIKÓW PRZEZ DANIELA O’CONNELLA (XIX WIEK)

    W Irlandii adwokat Daniel O’Connell w kącie parlamentu odmawiał różaniec o wolność dla 7 milionów irlandzkich katolików. W czasie jego modlitwy posłowie zaczęli się kłócić. Dzięki wytrwałej modlitwie różańcowej O’Connell osiągnął swój cel – 7 milionów katolików otrzymało wolność.

    9 PORTUGALIA OCALONA PODCZAS II WOJNY ŚWIATOWEJ DZIĘKI RÓŻAŃCOWI

    W Portugalii odpowiedziano na wołanie Matki Bożej z Fatimy i oddano kraj Niepokalanemu Sercu Maryi. Portugalia nie doznała zniszczeń w czasie II wojny światowej. 

    10 AUSTRIA – POWSTRZYMANIE KOMUNIZMU DZIĘKI MODLITWIE RÓŻAŃCOWEJ (1955)

    Po II wojnie światowej Austria była podzielona na strefy okupacyjne, m.in. część z Wiedniem była pod wpływem ZSRR. Ludzie wzywani byli do modlitwy różańcowej. Kiedy około 10% narodu gorliwie modliło się różańcem, sowieci niespodziewanie opuścili kraj 15 sierpnia 1955 roku, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. 

    11 BRAZYLIA – OBRONA KRAJU PRZED KOMUNIZMEM DZIĘKI RÓŻAŃCOWI (LATA 60.–70.)

    W 1954 r., gdy usiłowano w Brazylii wprowadzić komunizm, około 600 000 ludzi wyszło na ulice z różańcami w ręku. Potężna modlitwa różańcowa sprawiła, że kraj został obroniony przed komunizmem i pozostał katolicki. Czerwona Rewolucja została udaremniona na dwa dni przed planowanym przez komunistów przejęciem władzy.

    12 FILIPINY – POKOJOWA REWOLUCJA DZIĘKI RÓŻAŃCOWI (1986)

    W 1986 roku, 2 miliony ludzi wyszło z różańcami w ręku przeciwko czołgom. Strzały nie padły, a przewrót doprowadził do ustąpienia dyktatora. 

    13 WĘGRY – ZWYCIĘSTWO POLITYCZNE DZIĘKI MODLITWIE RÓŻAŃCOWEJ (1956–2006)

    Na prośbę prymasa Węgier w 2006 roku rozpoczęto modlitwę różańcowa, która trwała 4 lata. Dzięki temu katolicy wygrali wybory, wprowadzono w konstytucji obronę życia oraz odniesienia do świętych patronów. 

    Dorota Niedźwiecka/Aleteia.pl

    ***

    Różaniec w intencji pokoju przez cały październik.

    Ze szczególnym apelem modlitwy w intencji pokoju, papież Leon XIV zwrócił się podczas środowej audiencji do wiernych na placu św. Piotra.

    FOT. VATICAN MEDIA/CANVA PRO

    ***

    Na zakończenie środowej audiencji ogólnej Ojciec Święty przypomniał, że październik jest zwłaszcza poświęcony modlitwie różańcowej. Dlatego zachęcam wszystkich, aby każdego dnia nadchodzącego miesiąca odmawiali Różaniec w intencji pokoju, osobiście, w rodzinie, we wspólnocie – powiedział papież.

    Zapowiedział, że w październiku codziennie o 19.00 w bazylice watykańskiej będzie odmawiany różaniec. Dodał również, że 11 października na Placu św. Piotra odbędzie się szczególne czuwanie modlitewne w 63. rocznicę inauguracji Soboru Watykańskiego II.

    ***

    Ludzkość błaga o pokój – mówi Leon XIV.

    W różańcowym miesiącu błagajmy Boga o pokój razem z Królową Pokoju.

    Ta, która usłyszała w Nazarecie od Archanioła: Shalom, została Królową Pokoju. W Fatimie, na Bałkanach czy w Rwandzie interweniowała, wołając o pokój, ale okazało się, że nie tylko Polacy mądrzy są po szkodzie.

    Wzgórze Podbrdo. „Mir”, czyli…„pokój”, to słowo, które najczęściej usłyszymy w Medjugorju.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    O wezwaniu Fatimy pisałem wielokrotnie, ale dopiero dziś zwróciłem uwagę na pewien „detal”. Było wokół tyle miejsc, ale Maryja objawiła się akurat w miejscu, które nosi nazwę Cova da Iria, czyli Dolina Pokoju. I to kilka dni po tym, jak papież Benedykt XV w liście do sekretarza stanu kard. Pietra Gasparriego wyraził pragnienie, by do Litanii Loretańskiej na stałe została dodana inwokacja: Regina pacis, ora pro nobis (Królowo pokoju, módl się za nami).

    Budziły się demony

    Nieustannie wracam do książek poświęconych wojnie na Bałkanach, by zrozumieć pęknięcia, wielowarstwowość i genezę krwawego konfliktu, który przez lata rozgrywał się nad Drawą, Sawą i Neretwą. Gdy 28 czerwca 1989 roku, w 600. rocznicę bitwy na Kosowym Polu, Slobodan Milošević wygłosił przemówienie, wielu obywateli Jugosławii, zwłaszcza Albańczyków i Chorwatów, uznało to za złowieszczy rodzaj „straszaka”. „Dzisiaj, sześć wieków później, znowu jesteśmy w bitwach i przed bitwami. One nie są zbrojne, chociaż i takie nie są jeszcze wykluczone” – wołał.

    To było jak zapalenie zapałki na stacji benzynowej. Od lat relacje między Serbami, Chorwatami i Bośniakami były napięte do granic możliwości, a w krwiobiegu medialnym do głosu dochodziły szeptane dotąd słowa: „ustasze”, „czetnicy”, „Jasenovac”. Budziły się uśpione demony, którym reżim Tity zamknął na kilkadziesiąt lat pyski. A jeszcze niedawno media sprzedawały obraz yugo-sielanki, a „kolo” wspólnie tańczyli mieszkańcy kraju od Macedonii po słoweńskie Alpy. Świat jeździł nad Jadransko more, witany radosnym: Dobrodošli!

    25 czerwca 1991 roku Słowenia ogłosiła deklarację niepodległości od Jugosławii, co oznaczało faktyczną secesję z federacji. Tego samego dnia niepodległość ogłosiła Chorwacja. Belgrad uznał obie deklaracje za nielegalne i brutalnie zainterweniował. Rozpoczęło się piekło.

    Daruj nam mir

    I gdzie był Bóg? – powraca jak bumerang stawiane w takich sytuacjach pytanie. No, gdzie?

    Dziesięć lat wcześniej (25 czerwca 1981 r.) w nikomu nieznanym skalistym Medjugorju kilkorgu dzieciom objawiła się Gospa (po chorwacku Pani), która przedstawiła się jako Kraljica Mira (Królowa Pokoju). Mówiła, że pokój jest zagrożony, i wzywała do gorącej modlitwy (wiążące będzie dla mnie zdanie Watykanu, ale ostateczna ocena objawień kończących się zdaniem: „Dziękuję, że odpowiedzieliście na moje wezwanie” będzie możliwa dopiero, gdy ustaną). Po dekadzie świat osłupiał, czytając o Bośni, Srebrenicy, oblężeniu Sarajewa i tysiącach gwałtów. Do Medjugorja przylgnęło powtarzane odtąd przez miliony pielgrzymów zawołanie: Mir, mir, mir! Jeśli autorzy biblijni powtarzają dwukrotnie jakieś słowo („Amen, amen” czy „Zaprawdę, zaprawdę”), robią to po to, by nadać mu jeszcze większy ciężar gatunkowy. Jak zatem uznać potrójne wołanie: „Pokój, pokój, pokój!”, które słyszeli wizjonerzy? Mieszkańcy hercegowińskiej wioski, nucący kanon: Daruj nam mir, wiedzą doskonale, o czym śpiewają.

    Wszystko płonęło

    Gdy w 1982 roku rwandyjskie nastolatki z Kibeho powtarzały przesłanie Maryi: „Przyszłam przygotować drogę mojemu Synowi, ale wy tego nie chcecie zrozumieć. Czas, który wam pozostał, jest już krótki”, ludzie kwitowali to wzruszeniem ramion. „Wszystko płonęło. Widziałam głębokie ciemne doły, głowy rozrąbane na pół” – opowiadała Alphonsine, jedna z widzących. Po 12 latach, wieczorem 6 kwietnia 1994 r., „nieznani sprawcy” zestrzelili samolot prezydenta Rwandy Juvénala Habyarimany. Wtedy Hutu sięgnęli po maczety. „Kraj tysiąca wzgórz” spłynął krwią. Ludzie przypomnieli sobie profetyczne obrazy sprzed lat.

    Bóg interweniuje zawczasu, wysyłając posłańca z przesłaniem pokoju. Czasem Matkę Jezusa, a czasem… papieża z Wadowic. W mediach pojawiły się zarzuty, że Jan Paweł II pozostał bierny wobec ludobójstwa, jakie dotknęło Rwandę. Naprawdę? Dziś można napisać wszystko. Jedynie w latach 1994–1995 do tragedii, jaka wstrząsnęła tym afrykańskim krajem, odniósł się w 40 różnych tekstach! Według Human Right Watch był pierwszą głową państwa, która publicznie nazwała ten konflikt ludobójstwem: „Przez pierwsze tygodnie zabójstw międzynarodowi przywódcy odmawiali mówienia o ludobójstwie, widocznie obawiając się prawnych i moralnych zobowiązań, które wyniknęłyby z uznania zbrodni. 27 kwietnia 1994 roku, potępiając przemoc, papież użył tego słowa: »Zapraszam was, pełen przygnębienia, do pełnej cierpienia i gorliwej modlitwy za Rwandę. Tragedia tego narodu wydaje się nie mieć końca: okrucieństwa, zemsty, zabójstwa, przelana krew niewinnych, wszędzie zgroza i śmierć. Zapraszam tych, którzy są odpowiedzialni, do wspaniałomyślnego i skutecznego działania, żeby zatrzymać to ludobójstwo. Czas się pojednać!«”. Gdy pod koniec roku magazyn „Time” przyznał mu tytuł Człowieka Roku, wymienił również jego gorące apele o pokój w Bośni czy Rwandzie.

    Prorok pokoju

    Papież odwiedził ten kraj cztery lata przed rzezią. 5 września 1990 roku w Burundi – państwie również nękanym sporem między Hutu i Tutsi – zwracając się do elit, wołał: „Wasze obowiązki chrześcijańskie ściśle włączyliście w obraz przemian, jakich dokonuje naród Burundi, aby skonsolidować własną jedność. I mówiliście o konieczności przeprowadzenia rachunku sumienia. To prawda, że te problemy stanęły przed wami jako skutek przeszłości pełnej konfliktów i cierpień. Wy ich nie unikacie. Wydaje mi się, że one stawiają przed wami dwa podstawowe wyzwania. Z jednej strony elity narodu powinny jako pierwsze w zdecydowany sposób wejść na ścieżkę przebaczenia i pojednania. Pamiętacie, co Jezus odpowiedział Piotrowi, gdy ten pytał Go, ile razy trzeba przebaczać: »Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy« – innymi słowy, bez żadnych ograniczeń. Nie chodzi o to, by usuwać wszystkie wspomnienia, ale by móc budować jedność, pozwolić zwyciężyć braterskiej miłości nad dawnymi elementami niezgody i rywalizacji. Drugie wyzwanie dla chrześcijan to zachowywanie należytego szacunku dla godności każdej istoty ludzkiej. Prawnicy, którzy są pośród was, dobrze wiedzą, że dla państwa prawa jest to podstawowa zasada, od której nie można odejść. Nie chodzi o to, by w sztuczny sposób negować odmienność członków populacji, by negować różnice pomiędzy grupami i jednostkami, pomiędzy talentami i kompetencjami; należy raczej dążyć do prawdy jeszcze bardziej fundamentalnej: każda istota ludzka została stworzona przez Boga, który, wierny swej miłości, oddał swego Syna na zbawienie wielu”.

    Rasizm to ślepa uliczka

    W Rwandzie papież Polak przypomniał: „Błogosławieństwa to drogi, które prowadzą do szczęścia. Jest wśród nich jedna, na którą chciałbym zwrócić uwagę, ponieważ wydaje mi się, że mieszkańcy Rwandy potrzebują dziś ją usłyszeć. Oto ona: »Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój«. Jezus chce powiedzieć w ten sposób, że jedna z dróg do szczęścia to praca na rzecz zjednoczenia ludzi i budowania pokoju pomiędzy nimi. Zadaliście pytanie: »Ojcze Święty, czy wiesz, że rasizm i regionalizm srożą się w Rwandzie, a nawet wewnątrz Kościoła? Jakie zadanie wyznaczysz swojemu Kościołowi, żeby się nawrócił i potępił niesprawiedliwości?«. By odpowiedzieć na to pytanie, należy oprzeć się na podstawowych elementach naszej wiary – wszystkie istoty ludzkie to dzieci Ojca, stworzone na Jego podobieństwo. Ojcostwo Boga ma charakter uniwersalny, więc i braterstwo pomiędzy ludźmi jest tak samo uniwersalne. Noszenie w sobie odczuć rasistowskich jest niezgodne z przesłaniem Chrystusa, ponieważ bliźni, którego Jezus nakazuje nam kochać, to nie tylko człowiek z mojej grupy społecznej, z mojego regionu czy z mojego kraju: bliźni to każdy człowiek, którego spotykam na mojej drodze. Wraz z moimi braćmi biskupami Rwandy mówię wam: »Żyjcie w miłości, szanujcie się wzajemnie, niech nikt nie pogardza swoim bratem, uważając się za lepszego bądź ważniejszego – wprost przeciwnie, akceptujmy się nawzajem, dziękując Panu, który stworzył nas różnymi«”.

    „Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój”. Październik to dobry czas, by trzymając w dłoni różaniec, gorąco o niego wołać. „Ludzkość błaga o pokój!” – podkreślił niedawno Leon XIV, dodając: „Nie ma konfliktów »dalekich«, gdy w grę wchodzi godność ludzka. Żadne zbrojne zwycięstwo nie zrekompensuje bólu matek, przerażenia dzieci i skradzionej przyszłości”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ***

    Ojciec św. Leon XIV: nabożeństwo do Maryi ma szczególne miejsce w moim sercu

    Samplefot. Vatican Media

    ***

    W poniedziałkowe popołudnie Papież odwiedził rzymski dom pielgrzyma Domus Australia, prowadzony przez ojców marystów i służący głównie anglojęzycznym pielgrzymom. Przewodniczył tam pierwszym nieszporom ze wspomnienia NMP Różańcowej, a wcześniej poświęcił obraz Matki Bożej z Pompejów, podarowany zakonnikom przez bł. Bartola Longo. W homilii podczas nabożeństwa, mówił o Maryi, jako wzorze nadziei i zachęcał do jej naśladowania.

    REKLAMA

    „To nabożeństwo do naszej Błogosławionej Matki zajmuje szczególne miejsce w moim sercu, dlatego tym bardziej cieszę się, że mogę dzielić ten moment z australijską wspólnotą, obecną na uroczystym poświęceniu odnowionego wizerunku Matki Bożej z Pompejów” – podkreślił Ojciec Święty, zwracając się do ojców marystów i wszystkich osób związanych z Domus Australia. Ten dom pielgrzyma, znajdujący się w centrum Rzymu, skrywa wyjątkową pamiątkę: wizerunek Matki Bożej Pompejańskiej, podarowany przez popularyzatora nabożeństwa do Maryi czczonej w tym wezwaniu – błogosławionego, a wkrótce świętego Bartola Longa. Obraz, będący kopią tego, który znajduje się w pompejańskim sanktuarium, został odrestaurowany na kilka dni przed tegorocznym konklawe.

    Maryja – uosobienie cnoty nadziei

    Papież podkreślił, że Maryja jest wyjątkowym wzorem dla wierzących, przeżywających obecny Rok Jubileuszowy. „Z Bożej Opatrzności spotykamy się w tym Roku Jubileuszowym, który koncentruje się na cnocie teologalnej Nadziei – mówił – Maryja w szczególny sposób uosabiała tę cnotę poprzez swoje zaufanie, że Bóg wypełni swoje obietnice. Ta nadzieja dawała Jej siłę i odwagę, by z ochotą poświęcić swoje życie dla Ewangelii i całkowicie powierzyć się woli Bożej”.

    Leon XIV przypomniał przy tym refleksję, mówiącą o tym, że „Wcielenie dokonało się najpierw w sercu Maryi, zanim dokonało się w Jej łonie — co podkreśla Jej codzienną wierność Bogu”.

    „Bóg nigdy się nie spóźnia”

    Papież podkreślił, że zaufanie Bogu na wzór Maryi wymaga zawierzenia, pomimo nieznajomości czasu i miejsca Bożego działania. „Bóg nigdy się nie spóźnia — to my musimy nauczyć się ufać, nawet jeśli wymaga to cierpliwości i wytrwałości.
    Czas Boga jest zawsze doskonały” – zapewnił Papież, odwołując się do biblijnych przykładów.

    Nawiązując do słów św. Augustyna, który mówił, że Pan Bóg nie może zbawić człowieka bez niego samego, Ojciec Święty przypomniał, że chrześcijanin wezwany jest do współpracy z Bogiem, poprzez życie w Jego łasce. „Nawet jeśli nie wiemy, co przyniesie przyszłość, na wzór Maryi, możemy zawsze z ufnością i wdzięcznością przyjmować Jego dzieło zbawienia” – mówił.

    Czciciel Matki Bożej z Pompejów wkrótce będzie świętym

    Bł. Bartolo Longo, popularyzator nabożeństwa do Matki Bożej z Pompejów i nowenny pompejańskiej zostanie kanonizowany przez Papieża Leona XIV wraz z sześciorgiem innych błogosławionych w niedzielę 19 października. Liturgia rozpocznie się na Placu św. Piotra o godz. 10.30.

    07/10/2025/Dorota Abdelmoula-Viet,Vatican News/Kai

    ***

    Uciekajmy się do Matki.

    Nie wypuszczajmy różańca z ręki

    (pixabay.com)

    ***

    Dzieci wiedzą, że najskuteczniej jest prosić mamę o upragnioną rzecz razem i w odpowiednim czasie. Tą sprawdzoną strategią kierują się też organizatorzy dużych inicjatyw modlitewnych, które w maryjnym październiku gromadzą rzesze wiernych na modlitwie różańcowej i to nie tylko w kościołach.

    Różaniec na granicach

    Jedna z największych, różańcowych inicjatyw modlitewnych ostatnich lat wyszła z Polski. Otóż w roku 2017 dwaj twórcy filmów katolickich – Maciej Bodasiński i Krzysztof Dokowicz we współpracy z Konferencją Episkopatu Polski, w liturgiczne święto Matki Bożej Różańcowej, 7 października 2017 roku, zorganizowali akcję modlitewną „Różaniec do granic”. To był prawdziwy szturm modlitewny. Na miejsca zebrań wiernych, którzy zdecydowali się fizycznie włączyć do akcji, wyznaczono 320 kościołów położonych blisko wszystkich granic Polski. Każda z 320 grup po wstępnej modlitwie w świątyni, wyruszyła na obszar przygraniczny, by tam na modlitwie różańcowej „przeprosić i wynagrodzić za wszelkie bluźnierstwa, zniewagi popełnione w naszym kraju przeciw Niepokalanemu  Sercu Maryi”. Proszono również Boga, za pośrednictwem najskuteczniejszej orędowniczki Maryi, o „pokój, ratunek dla Polski i świata”.  

    Zorganizowana przez Polaków akcja modlitewna zainspirowała katolików z różnych krajów świata. Postanowili oni przeprowadzać podobne inicjatywy na granicach swoich państw. Najszybciej zareagowali Włosi, którzy już w październiku 2017 roku modlili się na Różańcu zaledwie tydzień po Polakach. Później za Różaniec chwycili katolicy z Anglii, Irlandii, USA, Australii. Co ciekawe, wszędzie inicjatywa ta rodziła się oddolnie, w grupach wiernych świeckich.

    Najmocniej zaszczepiła się w Belgii. Po raz pierwszy „Różaniec na granicach” odmawiano tam w  październiku 2017. Od tamtego roku ta inicjatywa różańcowa jest organizowana każdego roku. Tegoroczne modlitwa różańcowa pod hasłem „Do Jezusa przez Maryję, w intencji Belgii i całego świata” będzie miała miejsce na granicach tego kraju 4 października. Z roku na rok belgijski „Różaniec na granicach” zyskuje coraz większe poparcie. Świeccy organizatorzy dbają o to, by z modlitwą docierać także do środowisk „peryferyjnych”: szpitali, więzień i domów spokojnej starości. Wierni będą modlili się także w kościołach, w których, z powodu braku kapłanów, nie są sprawowane Msze św. W tych świątyniach główną intencją będzie oczywiście wzbudzenie wśród Belgów nowych powołań kapłańskich. 

    Nie wypuszczaj różańca z ręki

    Na progu, można powiedzieć, miesiąca maryjnego, dokładnie 27 września inicjatywę modlitewną u Matki Bożej Częstochowskiej przeprowadzili polscy mężczyźni. Spotkali się tam tłumnie na Męskim Oblężeniu Jasnej Góry. Podczas tego spotkania, używając języka naszych przodków, „pobożnych mężów” modlono się na różańcu, adorowano Chrystusa, uważnie wsłuchiwano się w treści pouczających wykładów – ogólnie mówiąc formowano się do męskiej rozprawy ze złem. „W czasach, gdy większość (8 na 10) samobójstw w Polsce popełniają mężczyźni, a ponad połowa mężczyzn poniżej 24 roku życia odczuwa silne poczucie samotności – potrzeba nowego podejścia do męskiej formacji duchowej i emocjonalnej staje się pilniejsza niż kiedykolwiek” – czytamy w informacjach organizatorów Męskiego Oblężenia Jasnej Góry.

    Również ojciec święty Leon XIV podczas ostatniej audiencji generalnej ogłosił własną październikową inicjatywę różańcową. „Zachęcam wszystkich, aby każdego dnia nadchodzącego miesiąca odmawiali Różaniec w intencji pokoju, osobiście, w rodzinie, we wspólnocie. Ponadto zapraszam wszystkich, którzy pełnią posługę w Watykanie, aby codziennie o godzinie 19.00 uczestniczyli w tej modlitwie w Bazylice św. Piotra” – zaapelował papież.

    Na koniec tego felietonu pozwolę sobie zwrócić uwagę drogiego czytelnika na zastanawiający fakt, iż święto Najświętszej Maryi Panny Różańcowej ustanowiono na pamiątkę wspaniałej wiktorii chrześcijańskiego oręża w bitwie z muzułmanami pod Lepanto, nie mając wówczas zupełnie pojęcia, że 454 lata później, również w październiku, świat stanie przed jeszcze większym kataklizmem, który zapoczątkowała tzw. „rewolucja październikowa”. Na komunistyczną zarazę najlepszym, kontrrewolucyjnym orężem okazał się być wówczas Różaniec, o domawianie którego Maryja prosiła we wszystkich swoich objawieniach (m.in. Gietrzwałd, Fatima). I teraz kiedy odrastają głowy neokomunistycznej hydry, nie wypuszczajmy z rąk Różańca, a szczególnie w maryjnym październiku.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ***

    Różaniec – historia i teologia

    Samplefot. James Coleman/Unsplash

    ***

    Październik jest miesiącem modlitwy różańcowej. Tradycja tej modlitwy sięga średniowiecza. Różaniec łączy w sobie prostotę i głębię, duchowość chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu. Papież Leon XIII mówił, że jest on „streszczeniem całej Ewangelii”.

    Modlitwa różańcowa, jaką znamy dziś, kształtowała się przez wiele wieków. Tradycja monastycznej modlitwy zwraca uwagę na ciągłą potrzebę trwania w Bożej obecności. Wschodni chrześcijanie, wzrastając w tradycji medytacji, wprowadzili powtarzanie wybranych słów Pisma: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu” czy „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”. Czyniono to w rytm oddechu, posługiwano się często kamykami, by zliczyć ilość powtórzeń i pomóc w skupieniu.

    Powoli powstawały różne nurty modlitwy medytacyjnej, powiązanej z kultem oddawanym Bogurodzicy. Znana nam w obecnej formie modlitwa Ave Maria (Zdrowaś Maryjo) ukształtowała się dopiero około XIII i XIV w., kiedy to najpierw powiązano ze sobą ewangeliczne słowa pozdrowienia anielskiego oraz słowa św. Elżbiety. Epidemie „czarnej śmierci”, dziesiątkujące ludzi w średniowiecznej Europie, spowodowały, że do pozdrowienia dołączono następnie prośbę do Maryi o modlitwę za „nas grzesznych teraz i w godzinę śmierci naszej”. Zdarzało się, że odmawiano pięćdziesiąt czy sto razy Zdrowaś Maryjo między innymi na pamiątkę dzieła stworzenia świata. Stopniowo utarło się stosowanie stu pięćdziesięciu wezwań do Maryi. W Europie rozpowszechnił ją św. Dominik, założyciel Zakonu Kaznodziejskiego.

    Ważną rolę w rozpowszechnianiu różańca odgrywają dominikanie, którzy uczą, jak się modlić, odwołując się przy tym do rozważań biblijnych. Bretoński dominikanin bł. Alain de la Roche porządkuje rozmaite tradycje i upowszechnia podział różańca (nazywa go Psałterzem Jezusa i Maryi) na piętnaście dziesiątków (jedno Ojcze nasz, dziesięć Zdrowaś) podzielonych na trzy części.

    Od XV wieku rozkwitają także bractwa różańcowe, dla których pierwszy statut opracował w 1476 r. przeor dominikańskiego kościoła św. Andrzeja z Kolonii. Znamy też jeden z pierwszych obrazów różańcowych (ok. 1500 r.), przedstawiający Maryję z Dzieciątkiem trzymającym w ręku różaniec, obok których klęczą św. Dominik i męczennik Piotr z Werony; pod płaszczem opieki Maryi zgromadzeni są licznie duchowni i świeccy. Za przyczyną żyjącego w XVI w. kartuza Dominika z Prus zaczyna rozpowszechniać się legenda o św. Dominiku, który otrzymał od Maryi sznur różańcowych pereł jako broń w duchowej walce z herezją albigensów. Przez długi czas powstanie różańca kojarzono z postacią św. Dominika, który miał go „otrzymać” od samej Matki Bożej podczas objawienia.

    Widać jednak, że różaniec powstawał przez wieki i nie sposób przypisać jego genezę jednemu objawieniu czy człowiekowi. Niewątpliwie jednak Zakon św. Dominika, wędrowni kaznodzieje, którzy przemierzali Europę, ogromnie przyczynił się do rozpowszechnienia tej modlitwy.

    Oficjalnie jednolity Różaniec Najświętszej Maryi Panny zatwierdza papież (też dominikanin) św. Pius V w 1569 r., a później, na pamiątkę zwycięstwa chrześcijan nad Turkami pod Lepanto, ustanawia dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej. Na różańcu modli się, zalecając go jednocześnie innym, wielu papieży, między innymi Leon XIII, bł. Jan XXIII, Paweł VI, aż przychodzi czas obecnego pontyfikatu. Jan Paweł II wpisuje się w ciągłość nauki o znaczeniu różańcowej modlitwy, a w liście „Rosarium Virginis Mariae” (RVM) z 2002 r. uzupełnienia ją przez dodanie rozważań tajemnic światła.

    Zarys teologii różańca

    Różaniec jest modlitwą co najmniej dwupoziomową. Pierwszy poziom urzeczywistnia się przez stosowanie specjalnej techniki modlitewnej: rytmicznym powtarzaniu formuły. Dzięki melodyce i rytmowi słów, serce i umysł mogą oczyścić się z natłoku uczuć i myśli, a skoncentrować na sprawach Bożych. Przywoływanie słów Modlitwy Pańskiej czy Pozdrowienia Anielskiego pozawala, by w sercu doświadczać bardziej opieki świętych osób. Powtarzanie jest jedną z metod pomagającą przez kontemplację wspominać i uobecniać Osoby Boże, a w powiązaniu z Nimi także Maryję. Przywoływanie imienia ukochanej osoby pozwala zobaczyć, że podobnie jak w centrum modlitwy Zdrowaś Maryjo tkwi słowo „Jezus”, imię Zbawiciela może przenikać nasze życie.

    Nasza pamięć przywołuje ukochaną Osobę, rozmawiamy z Przyjacielem, jakby „oddychamy uczuciami Chrystusa” (RVM 15), a to powoduje zacieśnienie więzów przyjaźni. By przyjaźń wzrastała, trzeba „przegadać” wiele godzin! Powracanie do ukochanej osoby nie nuży, ale umacnia, podobnie jak trzykrotne wyznanie miłości do Zmartwychwstałego ze strony Piotra (RVM 26). Poziom rytmicznego powtarzania jest ściśle związany z używaniem paciorków, które pomagają odmierzać rytm modlitwy i dają szansę skupienia się.

    Metoda modlitwy na różańcu znajduje liczne interpretacje i omówienia, z których na uwagę szczególną zasługuje „List o Różańcu” (RVM) Jana Pawła II. Co prawda, jak uczy św. Augustyn, kiedy dzięki jakiejś metodzie kontaktujemy się z Bogiem, to w rzeczywistości nie możemy na tym spocząć. Gdybyśmy się zatrzymali na określonym sposobie kontaktu, to poprzestalibyśmy na metodzie, a nie na żywym Bogu, którego żadna droga, metoda czy forma objąć i wyczerpać nie może. Bóg jest zawsze dalej, zawsze bardziej, zawsze inaczej niż pozwalają sięgnąć możliwości jego stworzeń. Jednakże w nauce wielu mistrzów duchowych słyszymy, iż metody, o ile nie „ubóstwiają” same siebie, służą pomocą w tym, co nazwać i określić nie sposób, czyli w osobowym spotkaniu z żywym Bogiem. Więź z Chrystusem, która jest celem, może być osiągana za pomocą różnych metod, spośród których szczególnie wartościową jest różaniec.

    Różaniec łączy prostotę i głębię. „Rozwinięty na Zachodzie, jest modlitwą typowo medytacyjną i odpowiada poniekąd modlitwie serca czy modlitwie Jezusowej, która wyrosła na glebie chrześcijańskiego Wschodu” (RVM 5). Poziom medytacyjnego powtarzania, zaczerpnięty z tradycji wschodniej, łączy się z rozważaniem i kontemplacją tajemnic życia Jezusa i całej Trójcy Św. oraz Maryi i innych świętych, które są przedmiotem tzw. tajemnic czterech części różańca.

    Tajemnice różańca są określane mianem miniaturowej Biblii. Trudno przecenić ich rolę w kształtowaniu biblijnej świadomości katolików. Najbardziej dotyczą nauki o Jezusie Chrystusie. Dokonane niedawno papieskie uzupełnienie wypełnia pewną chrystologiczną lukę. Otóż tajemnice radosne opisują akt Wcielenia oraz dzieciństwo Jezusa. Bolesne odsyłają nas do Jego męki i śmierci. Część chwalebna przypomina o tym, że nasz Pasterz wrócił do życia i jest zmartwychwstały. Dodanie tajemnic światła rozwija wymiar chrystologiczny, wnikając w tajemnice publicznego życia Chrystusa. Ewangelii i tak nie sposób wyczerpać. Wskazanie na chrzest w Jordanie, początek znaków w Kanie Galilejskiej, głoszenie Dobrej Nowiny i wzywanie do nawrócenia, Góra Przemienienia i ustanowienie Eucharystii pomagają nam zobaczyć, że bogactwo tajemnicy Chrystusa staje przed nami otworem.

    Nie jesteśmy zatem ograniczeni piętnastoma, czy nawet dwudziestoma tajemnicami różańca. Pozostajemy otwarci na nie dającą się domknąć przestrzeń głębi Bożej tajemnicy (Kol 2,2-3), tajemnicy, która przewyższa wszelką wiedzę (Ef 3,19). Gdy wspominamy, wraz z Maryją, życie Chrystusa, światło łaski pozwala nam dostrzec w Nim nie tylko Boga, ale misterium człowieka, godność jego poczęcia, narodzin, nauki, wesela, pracy czy śmierci (25).

    o.Marcin Lisak OP – Kai.pl

    ***

    Aby Boża Matka była coraz bardziej znana, miłowana,uwielbiana i słuchana!

    ***

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    św. Josemaría Escrivá de Balaguer

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    Intencje Żywego Różańca

    na miesiąc październik 2025

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby wyznawcy różnych tradycji religijnych współpracowali ze sobą w obronie budowania pokoju, sprawiedliwości i braterstwa.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja

    ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej) w Glasgow:

    1) Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.

    2) Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego  

    3) Ojciec św. Leon XIV, zdając sobie sprawę jak w niebezpiecznym znajdujemy się czasie, zwraca się ze szczególnym apelem, abyśmy w tych październikowych dniach żarliwie modlili się na różańcu o pokój, którego świat dać nie może – tylko i jedynie  Chrystus Pan. Królowo Różańca świętego – módl się za nami!


    Dodatkowe intencje

    dla Róż: św. Moniki, Matki Bożej Częstochowskiej (II) i bł. Pauliny Jaricot:

    4) Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna swego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    dla Róży: bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:

    5) Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten  radosny i ten związany z trudem, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.

    ***

    Od 1 października 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 30 września 1925 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się również w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest na dany nam czas modlitwa różańcowa.

    Modlitwa różańcowa jest bronią najpotężniejszą – co potwierdzają święci, mistycy i wydarzenia na przestrzeni dziejów świata i w ludzkich sercach Tym, którzy tego nie potrafią zauważyć a jedynie tylko kpiąco z pogardą wyśmiewać – można zapytać – co pomoże walczącemu nawet najpotężniejsza broń, którą ma do dyspozycji, jeżeli nie potrafi się nią posługiwać?

    ***

    Żywy Różaniec to największy ruch modlitewny w Polsce i na świecie

    Różaniec jest moją codzienną modlitwą. To była nasza codzienna modlitwa wieczorna. W domu rodzinnym wspólnie klękaliśmy do modlitwy różańcowej – o roli Żywego Różańca, dziedzictwie bł. Pauliny Jaricot oraz osobistym doświadczeniu wyniesionym z domu rodzinnego opowiedział w rozmowie z Polskifr.fr ks. Jacek Gancarek, krajowy moderator Stowarzyszenia Żywego Różańca.

    Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej

    ***

    W kontekście rozpoczynającego się października szczególnie poświęconego Różańcowi, ks. Gancarek przypomniał, że “modlitwa różańcowa od wieków stanowi serce duchowości katolickiej. Jest nie tylko osobistym aktem pobożności, ale i wspólnotową siłą Kościoła”. Dodał, że dla człowieka wierzącego Różaniec jest „szkołą kontemplacji i przede wszystkim spotkania z Bogiem przez Serce Maryi”.

    Dziedzictwo bł. Pauliny Jaricot

    Wspólnota Żywego Różańca, obecna dziś właściwie w każdej polskiej parafii, sięga korzeniami XIX wieku. Założycielką tego dzieła była Francuzka bł. Paulina Jaricot, która w 1822 r. powołała Dzieło Rozkrzewiania Wiary, a cztery lata później – Dzieło Żywego Różańca, jako duchowe zaplecze dla tego pierwszego. „Żywy Różaniec powstały dzięki bł. Paulinie Jaricot jest jednym z największych i najdynamiczniej rozwijających się ruchów modlitewnych w Kościele. W Polsce jest to największy ruch modlitewny. To wspólnota, która czyni Różaniec modlitwą wszystkich, jak pragnęła założycielka” – podkreślił krajowy moderator.

    Maryja – Matka Różańca i Orędowniczka pokoju

    Duchowy kierunek obrany przez bł. Paulinę Jaricot potwierdzają też objawienia maryjne w Fatimie, Lourdes, La Salette, Gietrzwałdzie czy Medziugorie, które są jednoznacznym wezwaniem do modlitwy różańcowej. Maryja prosi w nich o codzienne odmawianie Różańca, będącego drogą do nawrócenia, pokoju i zakończenia wojen.

    Papieże o Różańcu

    Ks. Jacek Gancarek zaznaczył, że papieże ostatnich dziesięcioleci nieustannie podkreślają wartość modlitwy różańcowej. Św. Jan Paweł II nazywał Różaniec modlitwą chrystologiczną, Benedykt XVI – kontemplacją Oblicza Chrystusa z Maryją, a Franciszek przypominał, że to modlitwa przemieniająca codzienność, podtrzymująca Kościół w jego wędrówce. Leon XIV zapowiedział, że 11 października br. z Placu św. Piotra popłynie modlitwa różańcowa o dar pokoju na świecie.

    Różaniec jako żywa wspólnota Kościoła

    Dla ks. Gancarka Różaniec to nie tylko modlitwa indywidualna, ale wspólnota duchowa, która łączy wiernych w wielu intencjach. „Wielokrotnie w swoich wypowiedziach akcentuję, że Różaniec nie jest tylko modlitwą prywatną, ale żywą wspólnotą serc, która codziennie łączy się w intencji Kościoła i świata. Do tych wszystkich intencji, które podaje papież, możemy dołączyć również swoje modlitwy. Różaniec jest dla mnie modlitwą serca, ale też modlitwą ewangelizacyjną, która ożywia wiarę i daje moc w codziennych trudnościach”.

    Różaniec dziś – modlitwa, która niesie Kościół

    W czasach niepewności i napięć, modlitwa różańcowa jawi się jako niezastąpione źródło nadziei, pokoju i duchowej siły. „Wiemy doskonale, że dla człowieka wierzącego Różaniec jest drogą do głębszego zjednoczenia z Chrystusem. Jest źródłem pokoju i siły w codziennych trudnościach. Różaniec jest modlitwą wstawienniczą za świat, za Kościół i wypraszającą wiele łask w tych intencjach, które polecamy przez modlitwę różańcową. Różaniec jest również szkołą cierpliwości, wytrwałości i ufności” – wskazał rozmówca Polskifr.fr. Zadanie moderatora krajowego to prowadzić Żywy Różaniec jako wspólnotę modlitwy, która niesie Kościół” – dodał.

    Osobiste świadectwo i zaangażowanie w dzieło

    Dla ks. Gancarka modlitwa różańcowa nie jest jedynie obowiązkiem wynikającym z funkcji moderatora. To jego codzienność, wyniesiona jeszcze z domu rodzinnego. „Nigdy nie uczyłem się modlitwy różańcowej, bo u mnie w rodzinie i babcia, i tato, i mama, i rodzeństwo – cała rodzina, myśmy odmawiali codziennie Różaniec – opowiedział. – Dla mnie Różaniec jest narzędziem budowania jedności w rodzinie, w Kościele. Jest też narzędziem misyjności Kościoła”.

    W swoim duszpasterstwie ks. Gancarek nie tylko głosi wartość Różańca, ale aktywnie buduje wokół niego wspólnotę: organizuje ogólnopolskie pielgrzymki Żywego Różańca na Jasną Górę i do innych miejsc, prowadzi krajowe kongresy różańcowe, rekolekcje oraz apele jasnogórskie. Dba także o formację moderatorów diecezjalnych i parafialnych – w ramach regularnych spotkań Konferencji Moderatorów oraz Ogólnopolskiego Forum dla zelatorów diecezjalnych. Szczególną troską otacza również zaangażowanie Żywego Różańca w Papieskie Dzieła Misyjne.

    To właśnie osobiste zaangażowanie i świadectwo sprawiają, że posługa ks. Gancarka przynosi realne owoce. Jak sam mówi: „Wielokrotnie mogę zaświadczyć, że kiedy się modlę, Matka Boża bardzo często wspomaga mnie i widać owocność tej modlitwy”.

    Polskifr.fr/Tygodnik Niedziela

    ***

    Twój łańcuch bezpieczeństwa

    Dwadzieścia tajemnic, kluczowych wydarzeń z życia Chrystusa i Jego Matki, o których napisano wiele. Często całkowicie nie na temat. Mężczyzna, banita, chce się dowiedzieć, co konkretnie daje mu modlitwa różańcem i dlaczego jest dla niego bronią – mówią mu: „Musisz, bo tak wypada”. Nie potrafimy tym orężem władać, ponieważ w świecie natychmiastowych i krótkotrwałych korzyści stał się najnudniejszą z możliwych formą modlitwy. Na nasze życzenie.

    fot.  Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Nuda na własny koszt

    „Klepanie Różańca jest dla babci”. W Polsce to „klepanie” bardzo wiele niszczy w nas, młodych, którzy próbujemy zrozumieć i pytać, a dostajemy pusty czasownik. To działanie Złego Ducha, który z pewnej, pomocnej w modlitwie formy, próbuje ulepić swoje oblicze. Oblicze nudy i bezcelowości. Myślisz, że dlaczego Różaniec jest tak nielubiany? Bóg jest dynamiczny. Modlitwa jest żywa – jest rozmową, jest „tu i teraz”. Forma Różańca pozwala być non stop w kontakcie z Rozmówcą. Trwać. Modlitwa to ponadto pewne zmaganie, to znaczy walka. Wspiera nas ona w bitwie ze Złym i jego wspólnikami.

    Różaniec staje się tym nudniejszy, im rzadziej się go odmawia, czyli im rzadziej rozmawia się z Dowódcą, z Bogiem. Jeśli nie konsultujesz strategii i nie konfrontujesz swoich planów z Jego planami – umiejętność strzelania na nic się zda. „Jedno tylko «Zdrowaś Maryjo» dobrze powiedziane wstrząsa całym piekłem” – pisał św. Jan Maria Vianney.

    Draka z Panem Bogiem

    Z Dowódcą można się kłócić. Konrad Kruczkowski, autor bloga roku 2013, pisze o tym tak: „Tę męską rozmowę rozpocząłem pretensją «Do reszty Ci odwaliło? Chcesz się znów licytować? No to śmiało». Tyle że kiedy ta modlitwa się kończy, nie ma już we mnie buntu, ale jest zaufanie i świadomość, że On wie lepiej”.

    Wiedział o tym św. Jan Paweł II: „Różaniec to modlitwa przedziwna w swej prostocie i głębi zarazem”.

    Nie bój się pokłócić z Bogiem. Powiedzieć Mu o swoich zranieniach. Poprosić, aby nauczył cię władać orężem Różańca i mądrze korzystać z jego potęgi. Bóg jest tak dobry, że będzie o ciebie walczył do końca, choćby miał cię wciągnąć po piachu do Nieba. Będzie wyciągał do ciebie dłoń, którą możesz złapać, nawet resztkami sił.

    Na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej w Watykanie widnieje potężne, naścienne malowidło. Obrazuje Sąd Ostateczny. Zawiera pewien element, który pokazuje to, o czym przed chwilą przeczytałeś. Duch Boży dźwiga z otchłani człowieka uczepionego na różańcu. Równie dobrze możesz to być ty, twój wróg, mogę to też być ja.

    Łańcuch bezpieczeństwa

    Gdy wisisz na stromej skale szczytów górskich, mając w sercu pragnienie ich zdobycia, liczą się trzy rzeczy: wytrwałość, precyzja i zaufanie – Trenerowi i sobie, swojemu sercu.

    Pierwszą można wyćwiczyć, zamieniając „klepanie” na przepinanie kolejnej klamry podczas wspinaczki. Precyzję dostarcza rozum, który otrzymaliśmy od Boga. To wystarczy, by podążać za jego „złotą nicią”, a ona w końcu doprowadzi nas do Źródła. Zaufanie zaś rodzi się w ciszy. W modlitwie. W długich, często ostrych rozmowach. Rozmowach nad przepaścią. „Nie wolno się zatrzymywać na żadnej tajemnicy. Trzeba iść dalej. Bo pełnia życia jest u szczytów” (kard. Stefan Wyszyński).

    Możesz też „klepać” bez celu.

    Jesteś wolny.

     Krzysztof Sebastian Kołacz/Tygodnik Niedziela

    ***

    Różaniec – chrześcijańska odpowiedź na zmęczenie świata

    Wśród wielu bolączek współczesnego człowieka jest zmęczenie, przepracowanie, zestresowanie. Człowiek poszukuje ciszy, sensu życia. Jest szeroka oferta dająca człowiekowi to czego szuka. Niektóre z nich tylko pozornie niosą pomoc, a mogą przy okazji siać duże spustoszenie w duszy człowieka. W tym całym poszukiwaniu człowieka dziś niestety przodują kursy mindfulness, aplikacje do medytacji, weekendowe wyjazdy z jogą. Bierze się to, co popularne, a pomija się fakt, że chrześcijaństwo od wieków ma swoją medytację, która nie tylko uspokaja, ale przemienia życie.

    Adobe Stock

    ***

    Przykre jest to, że wielu katolików nie jest świadoma tego, jak ta modlitwa potrafi działać piękne rzeczy w życiu człowieka. Tymczasem zamiast używać go w praktyce, chowa się go w szufladzie, pomija, lekceważy – tym narzędziem do modlitwy jest różaniec, który nie jest starą dewocją do odklepania, ale żywą modlitwą, w której bije serce Ewangelii.

    Różaniec ma swoją historię. Już średniowieczni mnisi byli jej prekursorami. Charakteryzowało się to tym, że przez długie godziny śpiewali – 150 utworów muzycznych, były to najczęściej Psalmy. Jednak wymagało to znajomości łaciny. Zakonnicy nie mieli z tym problemu. Ale gdy chciano włączyć w modlitwę osoby nieumiejące czytać ani nieznające łaciny, zaczęto zastępować Psalmy modlitwą “Zdrowaś Maryjo”. Z czasem modlitwę tę uporządkował św. Dominik, któremu modlitwę różańcową miała przekazać sama Maryja. Z czasem stała się ona rytmem życia, który towarzyszył wiernym w codzienności – w pracy na roli, w podróży, w chorobie. Od wieków ludzie biorą różaniec w ręce z powodu pragnienia modlitwy. Wielkość tej modlitwy potwierdza sama Maryja, która np. w Gietrzwałdzie, Lourdes, czy Fatimie i innych miejscach, prosiła, aby modlić się różańcem.

    Kto nie poznał tajemnicy różańca i nie docenił jej wielkości, najczęściej powie, że czymś nudnym jest powtarzanie w kółko tego samego”. Ale gdy popatrzymy na organizm człowieka, oddech ma swoją powtarzalność, serce również bije w tym samym rytmie.Jest to potrzebne i konieczne. Gdy małżonkowie mówią: “kocham cię” – nie jest nudne, bo wyraża coś więcej niż tylko słowa i za każdym razem jest prawdziwe i potrzebne. Jedzenie także jest czynnością, która jest powtarzalna, a jakże jest potrzebna i konieczna do życia.

    Tymczasem w poszukiwaniu spokoju i sensu życia konieczny i potrzebny jest rytm modlitwy różańcowej. Każda dziesiątka różańca to kadr z Ewangelii. Tajemnica po tajemnicy, dziesiątka po dziesiątce przechodzimy przez życie Jezusa i Maryi:od Nazaret przez Betlejem, Egipt, Kanę Galilejską, Górę Tabor, Golgotę, pusty grób. W ten sposób różaniec to nie monotonne klepanie, ale okazja, aby nasze serce stało się projektorem tworzącym film, które napełnia Bożym obrazem nasze myśli. Rozważając wydarzenia z życia Jezusa i Maryi, kontemplując wydarzenia zbawcze można poczuć się, jakby to była nasza historia.

    Modlitwa różańcowa ma przewagę nad np. medytacjami wschodu. One uczą wyciszać myśli, uspokajać oddech, ale różaniec idzie krok dalej. Bo nie jest to samo w sobie puste poszukiwanie ciszy, ale spotkanie. Różaniec to modlitwa, która prowadzi do relacji z Bogiem. W tej modlitwie nie zostajesz sam ze sobą i swoimi myślami. Przewodniczką po tej drodze jest Maryja, która krok po kroku prowadzi do Jezusa. To także modlitwa, która jest niczym balsam, gdy przychodzi kryzys, choroba, śmierć w rodzinie, czy kogoś bliskiego, problemy w rodzinie. Różaniec to nie tylko technika relaksu, ale narzędzie do nabrania sił i przetrwania trudnych chwil. To modlitwa dla każdego. Przez wieki sięgali do niej papieże, święci, władcy i przywódcy. Niósł siłę tym, którzy się źle mieli i tym, którzy byli na szczycie. Odmawiają ją wielcy tego świata, a także osoby starsze, schorowane, robotnicy czy dzieci. Kto przeżywa wiarę świadomie wie, że jest to źródło pokoju i odwagi.

    Z własnego doświadczenia wiem, że jest to modlitwa, która łączy. Można go odmawiać indywidualnie, ale także we wspólnocie. W ciszy albo na głos. Klęczac w ławce czy jadąc samochodem lub autobusem. Siedząc w kolejce do lekarza czy spacerując po parku. Teraz, gdy mamy miesiąc październik możemy poprzez tę modlitwę tworzyć wielką różańcową rodzinę, bo przecież na całym świecie odbywają się nabożeństwa różańcowe zarówno w wielkich miejskich parafiach, jak i tych niewielkich wiejskich. Kościół nie tylko w październiku, ale przez cały rok trwa w tej nieustannej modlitwie.

    Różaniec to nie amulet ani gadżet, ale najprostsze narzędzie, jakie człowiek może mieć w ręku. Prowadzi on do Boga i pomaga wejść na wyżyny duchowych doświadczeń. To modlitwa. dla każdego, kto chce mieć serce bijące w rytmie Ewangelii i o wiele skuteczniejszy w walce ze stresem, kryzysem, czy poszukiwaniu ciszy, spokoju i sensu życia.

    ks. Łukasz/Tygodnik Niedziela

    ***

    Co jest w modlitwie różańcowej takiego, że Maryja tak usilnie ją ludziom zaleca?

    SHUTTERSTOCK 

    ***

    Gdy odmawiamy Różaniec, Maryja razem z nami przesuwa paciorki i wraz z nami oddaje chwałę Trójcy Świętej.

    „Przez Różaniec lud chrześcijański niejako wstępuje do szkoły Maryi” – pisał Jan Paweł II w liście apostolskim Rosarium Virginis Mariae. Ta „Pani” nauczy najlepiej.

    Był rok 1997. Ksiądz Eugeniusz Hanas, filipin, głosił rekolekcje w Gdyni. W jego pamięci szczególnie mocno zapisał się jeden dzień. Duchowny wyszedł wcześnie rano, żeby odwiedzić z sakramentami chorych parafian i zdążyć na wygłoszenie kazania o 11.00. W charakterze przewodnika towarzyszył mu pan z Bractwa św. Franciszka. „Ksiądz niesie Pana Jezusa, więc nie będziemy rozmawiać. Pomodlę się na różańcu za tych, do których idziemy” – powiedział mężczyzna. – Niosąc Pana Jezusa, podążałem za nim i również modliłem się w intencji chorych. Dość sprawnie nam to szło – wspomina duchowny.

    Wreszcie do odwiedzenia pozostała już tylko jedna chora, ale przewodnik jakoś nie umiał trafić pod właściwy adres. Stojąca na parterze dziewczyna nie znała podanego nazwiska. „Nikogo takiego tu nie ma, ale chorą znajdzie ksiądz piętro wyżej, tylko że tam na drzwiach jest inne nazwisko” – odpowiedziała. Poszli tam. Faktycznie inne nazwisko. – Mimo to dzwonimy. Po chwili otwiera starszy mężczyzna. Na mój widok zaczyna krzyczeć: „Nie, nie, nie wpuszczę! Usiłuje zatrzasnąć drzwi, ale mój towarzysz błyskawicznie wkłada nogę między futrynę a drzwi. Mężczyźni mocują się przez chwilę, ja usiłuję się w to włączyć i wtedy z mieszkania wychodzi kobieta i mówi: „Wpuść, mężu, tego księdza” – opowiada kapłan.

    Dostali się do środka. Okazało się, że pomylili klatki schodowe – ale ta pomyłka była precyzyjnie zaplanowana przez Kogoś innego. „Czekam na księdza, bo jestem umierająca” – wyznała kobieta. Wskazując na męża, powiedziała: „To stary komunista”. I opowiedziała swoją historię. Jej mąż przed ślubem obiecywał, że nie będzie jej przeszkadzał w praktykach religijnych. Po dwóch tygodniach jednak zakazał żonie udziału w Mszy Świętej. Tłumaczył, że przez nią nie dostanie awansu. Próbując uniemożliwić jej wyjście do kościoła na niedzielną liturgię, posuwał się nawet do rękoczynów. „To było nie do zniesienia. Wymyśliłam więc inny sposób. W każdą sobotę brałam siatki na zakupy, żeby mąż niczego się nie domyślił, i szłam na Mszę Świętą: najpierw na jedną za siebie, potem na drugą – za niego” – tłumaczyła. Podobnie było w pierwsze piątki miesiąca. W każdą pierwszą sobotę miesiąca prosiła Matkę Bożą: „Spraw, żebym nie umarła bez Ciebie”.

    Gdy zachorowała, mąż nie pozwolił jej pójść do szpitala, bo tam przyszedłby ksiądz, a ona ma umrzeć bez Boga. „Nie umrę bez Niego, bo modlę się na różańcu i Matka Boża mi Go przyprowadzi” – odpowiedziała. Wtedy mąż złapał jej różaniec i rozdarł go na kawałki. Odtąd modliła się na palcach. „I widzi ksiądz, nie umrę bez Pana Jezusa! Maryja mi Go przyprowadziła” – powiedziała uszczęśliwiona.

    – Wyspowiadała się, przyjęła sakrament namaszczenia chorych, ja zdążyłem do kościoła – wspomina filipin. Kiedy po kazaniu wszedł do zakrystii, czekał tam na niego… mąż tamtej kobiety. Padł na kolana „Żona przed chwilą umarła. Niech mnie ksiądz wyspowiada, ja już wszystko rozumiem” – zawołał.

    Modlitwa z Nią

    Nie sposób zliczyć świadectw łask Bożych, otrzymanych w kontekście odmawiania Różańca. „W życiu ludzkim nie ma takiego problemu, którego nie dałoby się rozwiązać za pomocą modlitwy różańcowej” – stwierdziła siostra Łucja z Fatimy.

    Co jest w tej modlitwie takiego, że Maryja tak usilnie ją ludziom zaleca? Robi to niemal w każdym z uznanych przez Kościół objawień. Często sama ukazuje się z różańcem w dłoni, a Jej orędzie, zawsze skoncentrowane na Bogu, jest wołaniem o nawrócenie i odnowienie wiary.

    Powszechnie uważa się, że Różaniec jest modlitwą do Maryi. Bardziej precyzyjne byłoby jednak stwierdzenie, że jest to modlitwa z Maryją. Naocznie przekonała się o tym 14-letnia Bernadeta Soubirous. 11 lutego 1858 roku zobaczyła „piękną Panią”, która stanęła obok niej. Gdy dziewczynka zaczęła odmawiać Różaniec, Pani przesuwała w palcach paciorki różańca jednocześnie z nią. Uśmiechała się przy tym, ale podczas słów „Zdrowaś, Maryjo” i „Ojcze nasz” milczała. Wypowiadała natomiast wraz z Bernadetą „Chwała Ojcu”, pochylając się przy tym z najgłębszym szacunkiem.

    To logiczne – „Ojcze nasz” jest modlitwą ludzi grzesznych, zanurzonych w doczesności. Maryja nie potrzebuje „chleba powszedniego”, a jako mieszkanka nieba nie prosi o Boże przebaczenie ani też o nieuleganie pokusom. Byłoby również niezrozumiałe, gdyby pozdrawiała sama siebie słowami „Zdrowaś, Maryjo”. Pierwsze objawienie Maryi w Lourdes zawiera zatem istotne komunikaty: gdy odmawiamy Różaniec, Maryja staje obok nas, razem z nami przesuwa paciorki i wraz z nami oddaje chwałę Trójcy Świętej, powtarzając z nami te same słowa: „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu”.

    Czy żarliwa modlitwa, w której uczestniczy sama Maryja i razem z modlącym się zwraca się do Boga, mogłaby zostać bez odpowiedzi? Odpowiedź na to pytanie znajdujemy w liście apostolskim św. Jana Pawła II: „Różaniec towarzyszył mi w chwilach radości i doświadczenia. Zawierzyłem mu wiele trosk. Dzięki niemu zawsze doznawałem otuchy”. Ojciec Święty zachęca, aby w dziesiątki Różańca „wprowadzić wszystkie sprawy, które składają się na życie człowieka, rodziny, narodu, Kościoła, ludzkości. Sprawy osobiste, sprawy naszych bliźnich, zwłaszcza tych, którzy nam są najbliżsi, tych, o których najbardziej się troszczymy. W ten sposób ta prosta modlitwa różańcowa pulsuje niejako życiem ludzkim”.

    Pokój i rodzina

    Znaczące, że Maryja w objawieniach często łączy modlitwę różańcową z uproszeniem pokoju. „Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby uzyskać pokój dla świata i koniec wojny!” – prosiła w Fatimie. 13 października 1917 roku dzieci usłyszały: „Jestem Matką Boską Różańcową. Trzeba w dalszym ciągu codziennie odmawiać Różaniec. Wojna się skończy i żołnierze powrócą wkrótce do domu”.

    „Krucjatom różańcowym” przypisuje się oddalenie niebezpieczeństw grożących całym państwom, jak w 1920 roku w Polsce, gdy bolszewicy zostali odparci pod Warszawą, jak w 1955 roku, gdy Sowieci opuścili Austrię, czy jak w 1986 roku na Filipinach, gdzie „rewolucja różańcowa” w pokojowy sposób obaliła dyktaturę Ferdinanda Marcosa.

    Na pilną potrzebę wołania do Boga o pokój zwrócił uwagę św. Jan Paweł II w Liście Apostolskim Rosarium Virginis Mariae. „Różaniec nieraz wskazywali moi Poprzednicy i ja sam jako modlitwę o pokój” – przypomniał, zauważając, że podczas odmawiania Różańca „nie można nie czuć się wyraźnie zobowiązanym do służby sprawie pokoju”.

    Święty papież już wówczas, w 2002 roku, dostrzegał niepokojące symptomy, skłaniające do uznania, „że nadzieję na mniej mroczną przyszłość może w nas wzbudzić jedynie interwencja z Wysoka, zdolna pokierować sercami tych wszystkich, którzy żyją w sytuacjach konfliktowych, i tych, którzy trzymają w swych rękach losy narodów”.

    Ojciec Święty nazwał Różaniec modlitwą pokoju „z racji samego faktu, że polega na kontemplowaniu Chrystusa, który jest Księciem Pokoju i »naszym pokojem« (Ef 2,14)”. Tym samym Różaniec „czyni nas również budowniczymi pokoju w świecie”.

    W tym samym liście Jan Paweł II podkreślił znaczenie modlitwy różańcowej dla zachowania jedności w rodzinach. „Jako modlitwa o pokój, różaniec był też zawsze modlitwą rodziny i za rodzinę” – zauważył, apelując o powrót „do modlitwy w rodzinie i do modlitwy za rodziny, wykorzystując nadal tę formę modlitwy”.

    Papież wezwał duszpasterzy rodzin, żeby z przekonaniem zachęcali do odmawiania Różańca. „Rodzina, która modli się zjednoczona, zjednoczona pozostaje” – zaznaczył, przypominając, że modlitwa różańcowa szczególnie sprzyja gromadzeniu się rodziny.

    W Różańcowej Szkole Maryi

    Czytelnikom „Gościa” proponujemy cztery lekcje w Różańcowej Szkole Maryi. W październikowych numerach tygodnika znajdą się materiały, z których dowiecie się, czego można nauczyć się od Maryi, rozważając tajemnice radosne, światła, bolesne i chwalebne.

    Nie wolno jednak ograniczać się do poznawania teorii na temat Różańca – modlitwę różańcową trzeba praktykować. Intencje podpowiada św. Jan Paweł II, który w liście Rosarium Virginis Mariae napisał: „Pewne okoliczności historyczne sprawiają, że przypomnienie o modlitwie różańcowej nabiera szczególnej aktualności. Pierwszą z nich jest pilna potrzeba wołania do Boga o dar pokoju. Różaniec nieraz wskazywali moi Poprzednicy i ja sam jako modlitwę o pokój”. Nieco dalej dodał: „Równie pilna potrzeba wysiłków i modlitwy wyłania się w innym punkcie krytycznym naszych czasów, jakim jest rodzina, coraz bardziej zagrożona na płaszczyźnie ideologicznej i praktycznej siłami godzącymi w jej jedność, które budzą obawy o jej przyszłość”.

    A zatem przez cały październik, przesuwając paciorki różańca i rozważając różańcowe tajemnice, błagajmy Boga o pokój we wszystkich ogarniętych wojną i konfliktami miejscach na świecie oraz w intencji rodzin – może swojej, a może jakiejś bliskiej, zaprzyjaźnionej, albo takiej, która właśnie przeżywa trudności.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Jasna Góra: odpust ku czci Matki Bożej Różańcowej

    O tym, że różaniec jest szczególnym znakiem wiary, nadziei i ratunkiem dla świata. A Maryja jest Tą, Która nieustannie o niego prosi przypomniał o. Arnold Chrapkowski. Generał Zakonu Paulinów przewodniczył Sumie odpustowej ku czci Matki Bożej Różańcowej. Uroczystość zwieńczyła czterodniowe rekolekcje Jasnogórskiej Rodziny Różańcowej. Na Jasną Górę przybyło ponad 3 tys. wiernych.

    – Jesteśmy dzisiaj u Maryi ze szczególnym znakiem wiary, z różańcem w rękach i wołamy: Panie dodaj nam wiary, byśmy nigdy różańca nie wypuścili z rąk, byśmy pozostali do końca wierni modlitwie różańcowej – podkreślał o. Arnold Chrapkowski. Generał Zakonu Paulinów zauważył, że ta modlitwa uczy nas wiary, ponieważ w jej centrum stoi Chrystus, a także wytrwałej i ofiarnej służby. Zwracał uwagę, że gdyby nie wiara, ludzie nie byliby w stanie przetrwać wielu trudnych sytuacji. Gdyby nie ona nie byłoby wolności w naszej Ojczyźnie, gdyby nie wiara, nie byłoby małżeństw i rodzin, a także powołań kapłańskich i zakonnych, bez wiary nie ma miłości.

    Kaznodzieja zwrócił uwagę, że gdy odmawiamy różaniec, Maryja uczy nas odkrywać i rozumieć Boże tajemnice. Uczy wiary, która jest szczególną odpowiedzią człowieka na słowo Boże. – Modląc się na różańcu, stajemy się naśladowcami Maryi. Ona umacnia naszą wiarę i przybliża do Boga. W różańcu Maryja jest z jednej strony orędowniczką, z drugiej Tą, Która jako jedna z nas doszła do pełnego zjednoczenia z Bogiem i jest gwarancją Jego obietnic oraz źródłem naszej nadziei – podkreślał o. Chrapkowski. Generał Zakonu Paulinów zauważył, że modlitwa różańcowa jest także szczególną służbą: cichą i pokorną. Służbą, którą może pełnić każdy i w każdej chwili. Zaznaczył, że „różaniec jest kołem ratunkowym danym przez Opatrzność Bożą człowiekowi stojącemu często nad przepaścią”.

    Kaznodzieja przypomniał, że wezwanie Maryi wypowiedziane w Fatimie „Odmawiajcie codziennie różaniec, aby uzyskać pokój dla świata i koniec wojny” jest stale aktualne. Jak wyjaśniał przez wieki do tego zachęca Kościół i jego pasterze, ale na to wołanie powinien odpowiedzieć każdy z nas. – Na to wołanie trzeba odpowiedzieć naszą gorliwą modlitwą. Potrzebuje jej nasza Ojczyzna, rodziny, dzieci nienarodzone, których życie tak często jest zagrożone i cały współczesny świat – mówił. Zachęcał, abyśmy z tego powołania do modlitwy różańcowej nie rezygnowali, ponieważ powołał nas do niej Bóg.

    – Nie ja jeden, nie jedna, ale jesteśmy jedną, wielką wspólnotą złączoną modlitwą i miłością do Maryi. Nie możemy zrażać się trudnościami, ale trzeba trwać w jedności wiary, modlitwy i apostołować poprzez różaniec. Mamy zostać wierni do końca otrzymanej wierze, powołaniu i głosić prawdę nie zważając na względy ludzkie – zwracał się do członków Jasnogórskiej Rodziny Różańcowej o. Arnold Chrpkowski.

    Na początku Eucharystii słowa powitania skierował o. Marian Waligóra. Opiekun Jasnogórskiej Rodziny Różańcowej zwrócił uwagę, że święto Matki Bożej Różańcowej to wyjątkowy dzień uwielbienia Maryi i dziękczynienia za Jej wsparcie w codzienności. Przypomniał, że św. Jan Paweł II mówił o różańcu, że jest jego umiłowaną, ulubioną modlitwą. Także bł. kard. Stefan Wyszyński, patron Jasnogórskiej Rodziny Różańcowej wielokrotnie zachęcał, abyśmy pod płaszczem zwycięskiej Pani Jasnogórskiej trwali z różańcem w ręku. Paulin zauważył, że teraz nieustannie do niej zaprasza Ojciec Święty Leon XIV, aby była ona „codziennością” w parafiach i naszych domach.

    Uczestnicy odpustu Matki Bożej Różańcowej podkreślali, że to dla nich ważne święto i przybywają na Jasną Górę, by tu nabrać sił na lepsze życie. – To jest dla każdego z nas bardzo ważne, że jesteśmy tutaj u najważniejszej z Kobiet, Królowej Świata i Matki Nadziei a dziś w Jej święto pragniemy „ogarnąć jasnogórskie mury” naszą modlitwą – mówiła Bożena Borecka z Radomia. Adiutorka zauważyła, że jasnogórskie rekolekcje dają jej siłę i poczucie wspólnoty różańcowej. Dodała, że modlitwa jest dla niej pomocą i siłą w codzienności, a patrząc z troską na to co dzieje się w Polsce i na świecie, szczególnie prosi o pokój i bezpieczną przyszłość.

    Beata z powiatu ciechanowskiego na rekolekcje i odpust Matki Bożej Różańcowej przyjechała pierwszy raz. Podkreślała, że pomoc Maryi dostrzega w codziennym życiu. Zawdzięcza Królowej Polski uzdrowienie córki z choroby nowotworowej i pomyślnie przebytą swoją operację. Przyjechała z nią Wanda, która także opowiedziała o kilku „interwencjach Matki Bożej”. Kobieta zwróciła uwagę, że kiedyś nie mogła samodzielnie podnieść się z łóżka, a dziś porusza się o własnych siłach. Natomiast jej mąż chorował na zatorowość płucną, której towarzyszyły zakrzepy i także w jego sytuacji modlitwa i zawierzenie okazały się najskuteczniejszą „bronią”.

    Stanisława z okolic Poznania opowiadała, że modlitwy różańcowej nauczyła ją mama, a teraz ona codziennie odmawia ją ze swoja córką. Maria, która jest nauczycielem akademickim zauważyła, że dzisiejszy świat jeszcze bardziej potrzebuje wiernych modlących się na różańcu. – Rada na to, co dzieje się jest jedna. Trzeba przyjść we właściwe miejsce i wszystko zawierzyć Maryi – przekonywała. Z kolei dla Ewy i Małgorzaty z Płońska Maryja jest „Królową Rodzin” i „Matką Bożą Miłosierną”. – Nie można kochać Jezusa, jeśli nie kocha się Jego Matki – zapewniały kobiety.

    Suma odpustowa zwieńczyła czterodniowe rekolekcje Jasnogórskiej Rodziny Różańcowej. W tym roku były one zachętą do szczególnej troski o życie od poczęcia do naturalnej śmierci. To pragnienie wyrażało się nie tylko w modlitwie różańcowej, ale także w odbywających się spotkaniach. Hasłem rekolekcji było wezwanie: „Maryjo, Matko nadziei, módl się za nami”. Prowadził je o. Łukasz Kręgiel, przeor klasztoru i proboszcz paulińskiej parafii w Toruniu.

    Jasnogórska Rodzina Różańcowa wyrosła z wielowiekowej tradycji. Apostolstwo modlitwy różańcowej bierze swój początek od Bractwa Różańcowego z 1610 r. Apostolstwem wspólnoty jest szerzenie misji Jasnej Góry w Polsce i na świecie poprzez modlitwę różańcową. Wśród stałych intencji podejmowanych przez członków jest modlitwa za papieża, biskupów i kapłanów, o wierność Bogu, błogosławieństwo dla Ojczyzny i o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.

    Modlitwa różańcowa „wpisana jest” w Jasną Górę. Jest ona odprawiana codziennie o 16.15 w Kaplicy Cudownego Obrazu. W październiku różaniec połączony jest z nabożeństwem do Najświętszego Serca Pana Jezusa odprawiany jest o godz. 18.00 w Kaplicy Matki Bożej.

     BP @JasnaGóraNews | Częstochowa

    ***

    Uroczystości i święta

    w Roku Liturgicznym 2025

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Wśród licznych świąt kościelnych są święta nakazane, czyli dni w które wierni zobowiązani są od uczestnictwa we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Lista świąt nakazanych regulowana jest przez Kodeks Prawa Kanonicznego. Oprócz nich wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy w każdą niedzielę.

    Święta nakazane w 2025 roku:

    1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (poniedziałek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego

    20 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    8 czerwca (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    19 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

    Pozostałe ważne dni w 2025 roku:

    Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych, jednak Kościół bardzo zachęca do udziału w liturgii również w te dni.

    2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    5 marca (środa) – Środa Popielcowa

    17-19 kwietnia – Wielki Czwartek, Wielki Piątek, Wielka Sobota – Triduum Paschalne (Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy świętej)

    21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    3 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski

    9 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (niedziela) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła

    26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent rozpocznie się 30 listopada.

     ***

    kościół św. Piotra

    Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00

    W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.

    Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00

    ***

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani

    ***

    W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli

    Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00

    ***

    W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej

    ***

    W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.

    ***

    W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.

    ***

    W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00

    Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.

    W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30


    Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu jest w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.

    ***

    Kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00

    Po Mszy św. jest Godzina Święta

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    Naczynia połączone

    Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.

    Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?

    „Najświętsze  Serce Jezusa”,  obraz nieznanego  artysty z XIX wieku.
    ISTOCKPHOTO

    ***

    Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.

    Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.

    Jak ciąża

    Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.

    Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?

    – Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.

    Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.

    Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.

    Chodzi o cel

    Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.

    Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.

    – W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.

    Wynagrodzenie

    Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.

    – Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.

    Czwartki

    Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny


    W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.

    ***

    W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.

    Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny o brzasku dnia o godz. 5.00

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ***

    O co tak naprawdę „chodzi” w adoracji?

    Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?

    fot.  Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela

    ***

    Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.

    Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.

    W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.

    Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.

    Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.

    Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.

    Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.

    To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.

    Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.

    ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela

    ***

    Adobe Stock

    ***

    KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.

    Jeżeli przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.

    Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.

    ***

    Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?

    Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!

    Benedykt XVI –Jan Paweł II - Wielki Tydzień 2004

    Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004 

    ***

    “Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)

    „Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)

    ***

    Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?

    Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii świętej.

    Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).

    Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).

    Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).

    Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.

    – Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.

    Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.

    W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.

    Wielkie zmiany

    Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.

    W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.

    Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.

    Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.

    A co jeśli…

    Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?

    – Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.

    Co po Komunii?

    Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Przyjmujesz Komunię św. na rękę?

    Grozi ci utrata wiary. To fakt, nie opinia

    (fot. Pixabay)

    ***

    Tradycyjna duchowość, wyrażająca się poprzez staranne formy liturgiczne czy przyjmowanie Komunii Świętej do ust, sprzyja większej wierze w realną obecność Chrystusa w Eucharystii. Tak wynika z badania przeprowadzonego na Uniwersytecie Williama Patersona w USA.

    Autorzy badania przeprowadzili ankiety wśród 860 katolików ze Stanów Zjednoczonych. Spośród respondentów jedynie 31 proc. zadeklarowało wiarę w realną obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii. Jedna czwarta przyznała, że Komunia Święta ma dla nich znaczenie „symboliczne”. Reszta uczestników ankiety nie miała w tej kwestii sprecyzowanego zdania.

    Najbardziej uderzający wniosek dotyczył korelacji pomiędzy sposobem przyjmowania Komunii Świętej oraz formą ekspresji liturgicznej, a wiarą w realną obecność. Wiarę w naczelną katolicką prawdę deklarowało 55–60 procent. przyjmujących Komunię do ust. W grupie przyjmujących „na rękę”, wynik ten wynosił tylko 31 proc.

    Podobna korealacja zachodziła w przypadku innych czynności liturgicznych, np. wykorzystania na Mszy dzwonków. Wyższe wskaźniki wiary w Chrystusa Eucharystycznego odnotowano także wśród katolików, którzy mieli kontakt z klasycznym rytem rzymskim Mszy świętej.

    W ocenie autorki badania, dr Natalie A. Lindemann, powrót do tradycyjnych form eucharystycznych, takich jak przyklękanie, czy przyjmowanie Komunii na klęcząco i do ust ma potencjał wzmocnić w katolikach wiarę w realną obecność Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie.

    PCh24.pl/źródło: vaticannews.com

    ***

    Każdy, kto sobie tego życzy, może przyjąć Komunię św. podczas Eucharystii?

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    W 1986 r. Krajowa Konferencja Biskupów Katolickich opracowała wytyczne dotyczące otrzymywania Komunii św., które zostały wydrukowane na tylnej okładce wielu mszalików.

    Nieprawda. W 1986 r. Krajowa Konferencja Biskupów Katolickich opracowała wytyczne dotyczące otrzymywania Komunii św., które zostały wydrukowane na tylnej okładce wielu mszalików: „Katolicy w pełni uczestniczą w Eucharystii, kiedy otrzymują Komunię św., wypełniając nakaz Chrystusa o spożywaniu Jego Ciała i piciu Jego Krwi. Osoba przystępująca do Komunii św. nie może być w stanie grzechu ciężkiego, musi powstrzymać się od jedzenia na godzinę przed przystąpieniem do Komunii i dążyć do życia w miłości i zgodzie z bliźnimi. Osoby pozostające w stanie grzechu ciężkiego muszą najpierw pojednać się z Bogiem i z Kościołem w sakramencie pokuty. Częste przystępowanie do sakramentu pokuty jest zalecane dla wszystkich wiernych”.

    52 najczęstsze pomyłki związane z rozumieniem wiary katolickiej wyjaśnia Karl Keating w książce “W co wierzą katolicy”.

    ***

    Szczególnie należy podkreślić dwie kwestie. Po pierwsze: trzeba być w stanie łaski uświęcającej, żeby otrzymać Komunię św. Jeśli nie jesteście [a przyjmujecie Komunię św.], to popełniacie świętokradztwo, równoznaczne z bezczeszczeniem świętości. Świętokradztwo jest grzechem (1 Kor 11,27). Niegodne przyjęcie Komunii św. nie tylko nie daje wam żadnych łask, ale powoduje jeszcze większe szkody duchowe niż te, które zostały spowodowane przez grzech ciężki; w takiej sytuacji lepiej cicho siedzieć w ławce. Co to jest grzech ciężki? Jest on tym samym, co poważny grzech lub grzech śmiertelny. Możemy nazwać grzech ciężki śmiertelnym, ponieważ stanowi śmiertelną ranę dla duszy, poprzez pozbawienie łaski uświęcającej. Osoba dopuszczająca się grzechu śmiertelnego jedzostaje „zdyskwalifikowana dla Nieba” [dopóki nie odbędzie ważnej spowiedzi i pokuty – przyp. tłum.]. Grzechy śmiertelne oznaczają wszystkie poważne wykroczenia związane z siedmioma grzechami głównymi (pycha, chciwość, zazdrość, nieczystość, gniew, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, lenistwo). Najbardziej „popularne” grzechy naszych czasów, które dyskwalifikują nas, jeśli chodzi o przyjmowanie Komunii św., to: aborcja, antykoncepcja, cudzołóstwo i rozpusta. Grzechem śmiertelnym nazywamy każdy z grzechów, który spełnia następujące trzy warunki: 1. Jest poważnym wykroczeniem [dotyczy rzeczy ważnej – przyp. tłum.]; 2. Jest popełniany przy pełnej zgodzie woli (dobrowolnie); 3. Był czas na przemyślenie powagi danego czynu – może to być nawet kilka sekund – i świadomość zła, które się czyni. Jeśli któryś z tych czynników nie zaistniał, mamy do czynienia z grzechem lekkim lub dany czyn nie jest kwalifikowany jako grzech. Zauważmy, że biskupi podkreślają konieczność częstej spowiedzi.

    Wszyscy ostatnio zasiadający na stolicy św. Piotra papieże [książka została opublikowana za pontyfikatu św. Jana Pawła II – przyp. tłum.] przystępowali co tydzień do spowiedzi. Można śmiało powiedzieć, że żyli lepiej niż większość z nas, która uważa, że nie potrzebuje spowiedzi częściej niż jest do tego przyzwyczajona. Spowiadanie się raz w roku – czy nawet rzadziej – wydaje się odpowiednie jedynie dla osób, które są praktycznie niezdolne do grzechu. No cóż, istnieją osoby, które zdają się być przekonane, że „zostały niepokalanie poczęte” (!), a więc nie grzeszą – takie mniemanie to wielki błąd! Albo są to osoby tak obojętne na wszystko i pozbawione energii życiowej, że nie są w stanie robić zupełnie nic, w tym także grzeszyć.

    Jeśli papieże rozumieli potrzebę spowiadania się co tydzień, to może reszta z nas powinna spowiadać się co miesiąc, jak zalecają to kierownicy duchowi. Ci, którzy nie byli u spowiedzi dłużej niż od roku, powinni poważnie się zastanowić, czy mogą przystąpić do Komunii św. Nie powinniśmy przyjmować Komunii tylko dlatego, że wydaje się, że wszyscy inni do niej przystępują. Komunia św. nie jest „wydarzeniem towarzyskim”, tylko bardzo intymnym spotkaniem z Bogiem. Jeśli przez dłuższy czas nie byliśmy u spowiedzi, powinniśmy się zastanowić, czy nasza wrażliwość na grzech nie została przytępiona. Jeśli nie czujemy się grzesznikami, to prawdopodobnie dlatego, że nasze sumienie zostało zaciemnione grzechami. Innymi słowy: im mniej grzeszni się czujemy, tym bardziej potrzebujemy spowiedzi. To tyle dla katolików. Oto wytyczne od biskupów dla chrześcijan innych wyznań, którzy pragną uczestniczyć w katolickiej Mszy św.: „Witamy na naszym nabożeństwie tych chrześcijan, którzy nie są w pełni z nami zjednoczeni. Konsekwencją smutnego podziału chrześcijaństwa jest to, że nie możemy zaprosić was do przyjmowania Komunii św. Katolicy wierzą, że Eucharystia jest działaniem uczestniczącej w celebracji wspólnoty, a to oznacza jedność wiary, życia i kultu. Przyjmowanie Komunii św. przez chrześcijan, którzy nie są jeszcze z nami zjednoczeni, nie może zatem mieć miejsca – o to, żeby chrześcijanie innych obrządków mogli się stać częścią naszego Kościoła, musimy się modlić”. Zauważmy, co napisali biskupi katoliccy: „nie możemy poszerzyć zaproszenia do przyjmowania Komunii św. na chrześcijan innych wyznań”. Jednak istnieją okoliczności, w których chrześcijanin wyznania niekatolickiego może otrzymać Komunię św. z rąk katolickiego kapłana. Przepisy z tym związane możemy odnaleźć w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 844, par. 3): „Szafarze katoliccy godziwie udzielają sakramentów pokuty, Eucharystii i namaszczenia chorych członkom Kościołów wschodnich nie mających pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim, gdy sami o nie proszą i są odpowiednio przygotowani. Odnosi się to także do członków innych Kościołów, które według oceny Stolicy Apostolskiej, gdy idzie o sakramenty, są w takiej samej sytuacji, jak i wspomniane Kościoły wschodnie”.

    „Kościoły wschodnie” to nic innego jak Kościoły prawosławne, w których są kapłani (niższych i wyższych stopni), jak również zachowane zostało wszystkich siedem sakramentów. Te Kościoły oderwały się od Kościoła katolickiego w 1054 r. podczas Wielkiej Schizmy Wschodniej. Ich doktryny są podobne do naszych. W każdym razie prawosławni mogą uczestniczyć w katolickiej Mszy św. i otrzymać Komunię św., jeśli o to poproszą. No dobrze, ale co w takim razie z członkami innych Kościołów? Czy mogą oni uczestniczyć w Mszy św. pod takimi samymi warunkami jak prawosławni? Niektórzy członkowie tych wspólnot mają tendencję do myślenia, że katolicy robią jakieś wyjątki odnośnie do udziału we Mszy św. i dystrybucji sakramentów; prawdopodobnie pojawią się w tym momencie u wielu osób myśli o wykluczeniu wiernych wszystkich wyznań protestanckich. Rzeczywiście, protestanci nie mogą otrzymać Komunii św. podczas katolickiej Mszy św. Inna sprawa, czy się tego w ogóle domagają.

    Postscriptum: katoliccy biskupi zapraszają także osoby niechrześcijańskiego wyznania do udziału w Mszy św. z zaznaczeniem, że nie mogą one otrzymać Komunii św., ale są zaproszone do zjednoczenia się z nami na modlitwie.

    fragment z książki: „W co wierzą katolicy”, Karl Keating wydawnictwo Biały Kruk,.

    ***

    „Powrót do domu Ojca” – cud łaski ukryty za kratką konfesjonału

    ***

    W zadumie nad tajemnicą „ażurowego ucha Boga”, czyli poetyckiej nazwy konfesjonału, uczyńmy wstępem „ubraną w stare szaty” myśl autorki: „Cóż jest piękniejszego w świecie nad żywot człowieka grzesznego, który dzięki łasce z Nieba pojmie niecność swych postępków? A gdy pozna ich dogłębność, zechce klęknąć”. Doprawdy trzeba nie znać ludzkiego serca, tak nieraz mocno zranionego, by nie widzieć w dokonującej się w grzeszniku przemianie naocznego cudu. Jeśli ktoś powie, że nic wielkiego się nie stało, to znaczy, że nic nie rozumie.

    A wiedzą o tym ci „męczennicy” konfesjonału, którym dane było słyszeć litanię skarg siedzących „za kratkami” więźniów grzechu, skłonnych oddalić prawdziwe nawrócenie w nieznaną nikomu przyszłość, jakby nagła śmierć nie była realnym zagrożeniem. Głos nierzadko utyskujący na niezgodę absolucji, jakby mogła przynieść ulgę w nieładzie codzienności. Krzyk wręcz na warunki drugiej strony pomawianej o uparte trwanie na pozycji zakładnika Bożej sprawiedliwości. Dla tych spowiedników cudem jest głos upokorzony, chwilami nieufny, ale na kolanach, w prawdzie, dogłębnie zrozumiały tylko dla Chrystusa, wołający krótko: „przebacz mi”. Tylko w takiej przestrzeni ludzkiego jestestwa może odbić się blask Bożego miłosierdzia.

    Ale nim to się stanie, trzeba niekiedy przejść przez biblijny chlew „marnotrawnego syna”, usłyszeć wyrzuty jego starszego brata, a na ostatek przyzwolić na darmowe przebaczenie zdradzonego ojca. Trzeba dać odpowiedź w sobie na zewnętrzną skargę: „Przyjąłeś go tak, jakby nic się nie stało” (por. Łk 15, 29-30), mierząc się nieustannie z pokusą chęci odkupienia siebie własną mocą. Ileż czasu musi nieraz upłynąć, by tkwiący w tym dramacie zrozumiał, iż nie da się przywrócić roztrwonionego dziedzictwa, cofnąć straconego czasu. Wtedy to bowiem na horyzoncie dostrzec będzie można trzeciego z synów miłosiernego ojca. Jest nim ten, który wyruszył na poszukiwanie młodszego brata, czego nie uczynił starszy. I Bóg jest tym, który to czyni. Bo Bóg w osobie Syna Człowieczego bardzo dobrze wie, co się dzieje w grzeszącym człowieku.

    Bóg jest więc poszukującym zaginionej owieczki „Dobrym Pasterzem” i Bóg jest, używając metaforyki św. Ireneusza, „synem marnotrawnym”, nie z powodu własnego grzechu, ale dla naszego zbawienia. On to bowiem, rzec można, poszedł do tego chlewu, a ująwszy za rękę głodującego brata, powiedział: „Biorę na siebie konsekwencje twoich czynów, wchodzę na twoje miejsce, ty wracaj do domu”. W logikę sprawiedliwości Jezus wpisuje logikę miłosierdzia. Przyjmuje na siebie śmierć – brak życia, by „marnotrawny syn” mógł z odwagą opowiedzieć o swoim chlewie, przyznać się do niego. Powrót do domu Ojca dokonuje dzięki Chrystusowi, tylko On mógł to uczynić.

    Gdy zatem grzesznik postanawia się nawrócić, to w gruncie rzeczy postanawia w nim to Boży Syn. Zaświadczą o tym najżarliwiej ci szafarze sakramentu pokuty, którzy w proszącym głosie: „odpuść mi” zobaczą, jak dopełnia się historia zbawienia. Jeśli ktoś powie, że nic wielkiego się nie stało, to znaczy, że nic nie rozumie.

    Anna Nowogrodzka-Patryarcha/PCh24.pl

    Tekst jest autorską recepcją treści zawartych w książce pt. „Spowiedź bez końca. O grzechu, pokucie i nowym życiu”.

    ***

    Przemysław Babiarz: Nic tak nie przywraca człowieka do rzeczywistości jak sakrament pokuty i pojednania

    O właściwej życiowej hierarchii, wierze w Boga, która jest najważniejsza w życiu, i pokorze, która pomaga to dostrzec, mówi Przemysław Babiarz.

    Zawsze najbliżej do drugiego człowieka jest przez Pana Boga.

    fot. Anita Walczewska /East News

    ***

    Irena Pręcikowska-Chełminiak:

    Jesteś człowiekiem głębokiej wiary w świecie, który zmierza, wydaje się, w przeciwnym kierunku. Internet wciąga bardziej niż prawdziwe życie, ludzie szukają wirtualnych relacji. Jak w takich warunkach człowiek wiary może odnaleźć i czynić dobro?

    Przemysław Babiarz: 

    Aby czynić dobro, trzeba sobie zdawać sprawę z tego, co jest źródłem dobra – i czym ono jest naprawdę. Wszystkie pojęcia ogólne, które serwuje nam popkultura, zawierają pewien pozór dobra. Za dobro bierzemy uczestnictwo w akcjach dobroczynnych, dawanie pieniędzy lub klikanie „łapki w górę”, by kogoś pocieszyć. To ma nas terapeutyzować z naszego poczucia winy. Ale to jest fałszywe podejście, bo zupełnie odcięte od źródła dobra, którym jest Pan Bóg. Jak powiedział Jezus w Ewangelii św. Marka: „Nikt nie jest dobry, tylko jeden Bóg”. Bo to Bóg jest osobowym dobrem. Jeśli będziemy robili cokolwiek, co jest sprzeczne z Jego wolą, nie będziemy zachowywać Jego przykazań, to na pewno nie będziemy czynić dobra. Istnieje współczesne zjawisko, które nazywa się dobroludzizm. Polega ono na tym, że wiele osób przez świat wirtualny wytwarza modę na bycie człowiekiem dobrym, czyli uczestniczącym w akcjach dobroczynnych. Wychodzą oni z założenia, że jeśli dotujemy kopanie studni w Afryce, pomagamy jakimś odległym od nas ludziom, to jesteśmy dobrzy.

    Ale jeśli ktoś przeznacza środki na pomoc dzieciom lub budowę studni w Afryce, to przecież rzeczywiście czyni dobro. Nie możemy temu zaprzeczyć.

    Oczywiście. Pójdźmy jednak krok dalej. Rozważmy sytuację, kiedy podejmujemy duchową adopcję dziecka w Afryce, wysyłamy relatywnie niedużą sumę pieniędzy, która wystarcza na utrzymanie i edukację tego dziecka. Ale oprócz tego my to dziecko adoptujemy duchowo, otaczamy je modlitwą, uzyskujemy z nim jakiś rodzaj duchowej bliskości w Panu Bogu. To jest właściwy trójkąt osobowy: ja, drugi człowiek, Pan Bóg. Zawsze najbliżej jest do drugiego człowieka przez Pana Boga. To jest zresztą ten trójkąt, który pięknie wyraża się w sakramencie małżeństwa.

    Uważasz, że czynienie dobra nie wystarczy, trzeba to jeszcze otoczyć modlitwą i zawierzyć Bogu?

    Pamiętam rozmowę z synem jednego z moich przyjaciół, który powiedział, że nie trzeba określać własnego wyznania. Wystarczy być dobrym. To jest pułapka humanizmu, który jako prąd umysłowy i kulturalny stawia człowieka w centrum, czyli w miejscu, które powinien zajmować Bóg. To jest wielkie niebezpieczeństwo dla współczesnego człowieka, który zaczyna siebie postrzegać jako prawodawcę, stawia się w roli Boga i chce decydować o życiu i śmierci. Ktoś taki może wymyślić nieetyczną procedurę medyczną, która pozwoli mu decydować o długości życia ludzi, gdy stwierdzi, że ono jest już nie dość komfortowe, wiąże się z cierpieniem i trzeba je skrócić. Może decydować o tym, kto przyjdzie na świat, a kto zostanie unicestwiony w łonie matki. O tym wszystkim będzie rozstrzygał człowiek – w myśl idei, że to człowiek jest na pierwszym miejscu. Tymczasem wiemy od św. Augustyna, że jeżeli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na swoim miejscu. A ja sobie do tego na własny użytek dodaję, że jeśli w życiu wierzącego Bóg nie jest na pierwszym miejscu, to On staje się intruzem, bo zaczyna przeszkadzać człowiekowi w samounicestwieniu. Tymczasem żyjemy w określonej przestrzeni, utrzymujemy relacje z konkretnymi ludźmi i ponosimy odpowiedzialność za nich, za rodzinę, przyjaciół, współpracowników. Nie możemy się sami rozgrzeszyć z niespełniania tych powinności.

    To trudna droga. Jak przekonać ludzi do podjęcia wysiłku, by zmieniali na lepsze własne otoczenie?

    Konieczne jest odłączenie się od rzeczywistości wirtualnej, która daje łatwe i szybkie kompensacje i doznania. My dlatego tyle scrollujemy w internecie, że mamy go pod ręką. Zawsze mnie ostrzegano, i w domu, i w szkole, że to, co łatwe, bywa przeważnie mało wartościowe. To, co rzadkie i trudne, jest cenniejsze. Zatopienie się w internecie kompensuje trudy zmierzenia się z rzeczywistością samego siebie i z rzeczywistością całego świata. Drogę zmiany można rozpocząć w bardzo prosty sposób: zrobić rachunek sumienia i pójść do spowiedzi. Nic tak nie przywraca człowieka do rzeczywistości jak sakrament pokuty i pojednania. Człowiek współczesny, nawet wierzący, oczekuje od Boga tylko zaspokajania jego potrzeb, a zapomniał o okazywaniu Bogu czci. Oczywiście jest On naszym Ojcem, ale jako Istota doskonała jest kimś nieporównywalnie od nas wyższym. Kiedy przyglądam się życiorysom świętych, mistyków, zawsze napotykam głęboką cześć dla Boga i ogromne poczucie własnej ułomności. Dostrzegam to i w „Dzienniczku” siostry Faustyny, i w przemyśleniach ojca Pio, i w zapiskach pochodzącego z mojej diecezji bł. ks. Jana Wojciecha Balickiego, którego pamięta moja mama. Dewizą jego życia były słowa: „Dobrze, Panie, żeś mnie upokorzył, dobrze…”. Jaki człowiek dzisiaj jest w stanie napisać takie zdanie? Czy to masochizm? Nie. To przywraca poczucie rzeczywistości, pomaga być człowiekiem prawdziwym, a nie człowiekiem pozorów.

    A w jaki sposób – Twoim zdaniem – nie zagubić się w codzienności?

    Należy wprowadzić porządek. Otóż zawsze w centrum powinien być Pan Bóg. To On musi być najważniejszy. Przypomina mi się historia pewnej rodziny. W czasie okupacji Niemcy pacyfikowali wieś. Kazali wszystkim mieszkańcom w ciągu dziesięciu minut zabrać rzeczy i wyjść na zewnątrz. Ta rodzina wbiegła do swojego domu i matka nakazała dzieciom i mężowi, aby uklękli i odmówili litanię. W tym czasie Niemcy zabrali pozostałych mieszkańców wsi i odjechali, a o nich zapomnieli. Rozsądek wskazywałby, aby pakować rzeczy. Oni wybrali modlitwę i zostali ocaleni. Na drugim miejscu są najbliżsi. Nie możemy ze względu na nasze różne aktywności zaniedbywać rodziny, żony i dzieci. Ich dobro jest dobrem większym. Dobrze jest, kiedy ludzie, którzy chcą dokonywać wielkich dzieł na niwie społecznej, pozostają samotni, nierozproszeni. Przykładem jest kapłaństwo realizowane w celibacie. Ale pamiętajmy, że wszyscy wierni stają się rodziną kapłana. Kolejny krąg to przyjaciele, którym nie powinniśmy szczędzić uwagi. I tak dalej. Ustalamy kolejne ważne powinności i z tej perspektywy oceniamy, gdzie i w jakim zakresie możemy się zaangażować. Tylko taka budowla będzie stabilna. Jak najmniej abstraktów, jak najwięcej konkretów. Lepiej konkretnemu człowiekowi poświęcić minutę na rozmowę czy pomóc mu w jakiś sposób niż zasilać wielkie organizacje. W mojej opinii konkretne działania są najistotniejsze, z nich zostaniemy rozliczeni, zgodnie ze słowami z Ewangelii Mateusza: „Bo byłem głodny, a daliście mi jeść; byłem spragniony, a daliście mi pić”. Oczywiście nie zmierzam do tego, żeby zniechęcić do działania np. w ramach Caritasu. Ja również wspieram różne akcje, choć nie jestem ich inicjatorem. Jestem człowiekiem, który troszczy się o rodzinę, a także wykonuję swoją pracę jak najlepiej. Do tego czuję się powołany w pierwszej kolejności.

    Każdy człowiek jest do czegoś stworzony. Choć czasami ludzie latami poszukują własnej drogi i nie mogą jej znaleźć. Jak Ty odnalazłeś swoje powołanie i realizujesz je?

    Dziecko nie ma trudności z wyborem. Mówi się, że ono dokładnie wie, czego chce. Jako dziecko występowałem z mikrofonem, za który służyła mi drewniana kula do ucierania ciasta lub inna zabawka. Oglądając telewizję, starałem się naśladować występujące postaci. A potem to porzuciłem i miałem trudności z wyborem drogi. Ale moim zadaniem było jednak występowanie. Odbieram to jako łaskę, że wykonuję zawód pokrewny zawodowi wyuczonemu, czyli aktorstwu. Zawód komentatora sportowego czy prowadzącego wiąże się z występowaniem. Staram się jak najlepiej przygotowywać i wykonywać moją pracę, a jednocześnie nie odgradzać się od ludzi murem z napisem VIP, nie uciekać przed nimi. Takie etykietki z punktu widzenia wiary są kompletnie nieistotne. Mój zawód jest zawodem wielkiej pokusy i walka z nią jest niezwykle istotna. Jest to bardzo niebezpieczne zajęcie z punktu widzenia wzrostu ego. Świat mówi: skoro jesteś artystą, panem z telewizji, wolno ci wszystko. Wielu artystów nie potrafi sprzeciwić się takiemu światu, boi się tego. Chcą oni pozostać na czele stawki i są nawet przekonani, że muszą ten świat wyprzedzić.

    Jak się zmobilizować do czynienia dobra, zamiast scrollować w internecie?

    Jeżeli scrollujemy, a czujemy wewnętrzne ciśnienie emocji, zamknięcia albo braku komfortu psychicznego, to zacznijmy od posprzątania swojego otoczenia. Odnosi się to zarówno do wyrzucenia śmieci, odkurzania i zmywania podłogi, umycia naczyń czy zrobienia prania, jak i do porządku duchowego, czyli posprzątania swojej duszy. Doszedłem kiedyś do prostego wniosku, że jeżeli nie jestem w stanie się zmienić, to muszę modlić się o to do Boga, prosić Go o łaskę dokonania zmiany. Jeśli włączymy Pana Boga w nasze starania, to On nami pokieruje. Takie doświadczenie miałem w czasie pobytu w szpitalu. Bóg obdaruje nas łaską, jeśli pozwolimy Mu działać.

    Dlaczego jesteśmy powołani do angażowania się?

    Pan Jezus rozsyłał apostołów, by byli pracownikami winnicy Pańskiej. To zachęcanie do aktywności. Ważne jest, aby pamiętać, że to także modlitwa. Bez wsparcia modlitwą każde nasze działanie zakończy się fiaskiem. Było takie powiedzenie ludowe: „Bez Boga ani do proga”. Ono jest zawsze aktualne.

    Przemysław Babiarz dziennikarz, komentator sportowy, aktor, teatrolog. Od lat związany z TVP i TVP Sport. Był ambasadorem ŚDM zorganizowanych w Krakowie w 2016 roku. Pochodzi z Przemyśla.

    Gość Niedzielny

    ***

    Błogosławiony Bartolo Longo dołączy do grona świętych Kościoła. To on ułożył modlitwę znaną jako nowenna pompejańska, praktykowana codziennie przez miliony wiernych na całym świecie.

    Ojciec święty Leon XIV ogłosi go świętym

    Bł. Bartolo Longo zostanie kanonizowany podczas uroczystości, która rozpocznie się 19 października o godz. 10.30 na Placu św. Piotra, której przewodniczyć będzie papież Leon XIV.

    ***

    Apostoł Różańca, katolicki wychowawca młodzieży, uznany błogosławionym przez Jana Pawła II dominikański tercjarz Bartolo Longo zostanie kanonizowany 19 października przez Papieża Leona XIV. Wraz z nim świętymi zostanie uznanych sześcioro innych błogosławionych.

    Bartolo Longo

    bł. Bartolo Longo

    ***

    Siedmioro kanonizowanych

    Bł. Bartolo Longo zostanie kanonizowany podczas uroczystości, która rozpocznie się 19 października o godz. 10.30 na Placu św. Piotra. Przewodniczyć jej będzie Papież Leon XIV. Wraz z włoskim błogosławionym kanonizowani zostaną także: Ignazio Choukrallah Maloyan – ormiańskokatolicki biskup, Peter To Rot – katechista z Nowej Gwinei, Vincenza Maria Poloni – włoska zakonnica, Maria del Monte Carmelo Rendiles Martínez – zakonnica z Wenezueli, Maria Troncatti – włoska zakonnica, José Gregorio Hernández Cisneros – wenezuelski lekarz, tercjarz franciszkański.

    Nawrócony satanista

    Bartolo Longo, urodzony w 1841 roku i pochodzący z włoskiej Apulii, to apostoł różańca i wizerunku Matki Bożej Różańcowej, który nazywał narzędziem do realizacji jednego z największych zamierzeń Bożego Miłosierdzia. Zanim sam nawrócił się na chrześcijaństwo, Longo praktykował satanizm, jednak pod wpływem przyjaciela porzucił zgubną drogę. Szczególnie ukochał nabożeństwo różańcowe i przy wsparciu wiernych wybudował w Pompejach kościół pod Jej wezwaniem. Przy świątyni stworzył domy wychowawcze dla dzieci więźniów i sierot, szkoły.

    Beatyfikowany przez Jana Pawła II

    Dziś zbudowany przez niego kościół znajduje się pod zarządem papieża. Jan Paweł II w 1980 roku beatyfikował Bartola Longo, a na początku 2025 roku papież Franciszek zatwierdził cud za wstawiennictwem błogosławionego. To otworzyło drogę do jego kanonizacji.

    Vatican MediaTygodnik Niedziela

    ***

    Autor Nowenny Pompejańskiej zostanie kanonizowany

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Ojciec Święty zatwierdził dekrety Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, dotyczące pięciorga Sług Bożych, m.in. Polki, Kunegundy Siwiec. Zaaprobował też kanonizację dwóch świeckich błogosławionych – m.in. czciciela Matki Bożej Pompejańskiej bł. Bartolo Longo – i zadecydował o zwołaniu konsystorza, związanego z uroczystościami kanonizacyjnymi.

    Dekrety dotyczące nowych świętych i błogosławionych Ojciec Święty podpisał wczoraj w Klinice Gemelli, gdzie przyjął Sekretarza Stanu kard. Pietro Parolina oraz Substytuta abp Edgara Peña Parrę. Przyszli kanonizowani to postaci, otaczane wielką czcią w swoich ojczyznach: bł Bartolo Longo, twórca Nowenny Pompejańskiej, niezwykle popularnej także w Polsce oraz bł. Giuseppe Gregorio Hernández Cisneros, Wenezuelczyk, tercjarz franciszkański, zwany „lekarzem ubogich”.

    Brat Różaniec – nawrócony satanista

    Najbardziej znanym z grona przyszłych świętych i błogosławionych jest bł. Bartolo Longo, czciciel Matki Bożej z Pompejów i autor Nowenny Pompejańskiej, którą modlą się wierni na całym świecie. Był świeckim prawnikiem, żyjącym w latach 1841-1926. W młodości słynął z wypowiedzi wrogich Kościołowi, a przez pewien czas związany był z satanistami, doświadczył jednak głębokiego nawrócenia i powrócił do wiary chrześcijańskiej. Jako dominikański tercjarz przyjął imię Brat Różaniec, ze względu na swoje głębokie nabożeństwo do Matki Bożej.

    W 1875 roku Bartolo Longo przywiózł do Pompejów obraz Matki Bożej, a w 1876 roku rozpoczął budowę sanktuarium, które miało stać się światowym centrum kultu maryjnego. Świątynia została poświęcona Matce Bożej Różańcowej 7 maja 1891 roku. Papież Leon XIII jemu i jego małżonce powierzył administrowanie świątyni, a on sam poświęcił resztę życia promowaniu nabożeństwa różańcowego. Zmarł w opinii świętości. W 1980 r. beatyfikował go papież Jan Paweł II. Ogromna popularność nabożeństwa Nowenny Pompejańskiej skłoniła w 2024 r. arcybiskupa-prałata Pompejów Tommasa Caputa oraz przewodniczącego regionalnej Konferencji Episkopatu Kampanii Antoniego Di Donnę, by poprosić Ojca Świętego to, aby bł. Bartolo Longo został kanonizowany.

    Święty w lekarskim kitlu

    José Gregorio Hernández Cisneros żył w Wenezueli w latach 1864 – 1919. Marzył o kapłaństwie i medycynie, jednak z uwagi na problemy zdrowotne nie mógł wstąpić do seminarium. Po ukończeniu studiów medycznych zaczął pracować w zawodzie, poświęcając się ludziom ubogim, których nie stać było ani na opiekę medyczną, ani na zakup leków.

    Znany z tego, że za własne pieniądze wykupował recepty swoich pacjentów i nie pobierał opłat za leczenie, szybko zyskał przydomek „lekarza ubogich”. Zmarł wskutek obrażeń, jakich doznał, gdy – wychodząc z apteki, gdzie zaopatrywał swoich pacjentów – został potrącony przez samochód. Został ogłoszony błogosławionym w 2021 r., a jego doczesne szczątki znajdują w kościele Matki Bożej z Candelarii w Caracas.

    Polka wśród przyszłych błogosławionych

    Papież Franciszek zatwierdził również dekrety, dotyczące:

    – ofiary życia Sługi Bożego ks. Emila Józefa Kapauna, kapelana wojskowego, urodzonego 20 kwietnia 1916 r. w Pilsen w amerykańskim Stanie Kansas i zmarłego w północnokoreańskim obozie jenieckim w Pyokton 23 maja 1951 r.;

    – ofiary życia Sługi Bożego Salva D’Acquisty, świeckiego, ur. 15 października 1920 r. w Neapolu i zm. 23 września 1943 w Palidoro;

    – heroiczności cnót Sługi Bożego Michała Maura Montanera, hiszpańskiego kapłana i ewangelizatora robotników, ur. 6 września 1843 r. w Palma de Mallorca i zmarłego tamże 19 września 1915 r.;

    – heroiczności cnót Sługi Bożego Didaco Bessiego, założyciela zgromadzenia Sióstr Dominikanek Matki Bożej Różańcowej, ur. 5 lutego 1856 we włoskim Iolo i zmarłego tamże 25 maja 1919 r.;

    – heroiczności cnót Sługi Bożej Kunegundy Siwiec, świeckiej Polki, urodzonej w Stryszawie 28 maja 1876 r. i zmarłej tamże 27 czerwca 1955 r.

    vaticannews.va/Tygodnik Niedziela

    ***

    Świadectwo byłego masona: Nawróciłem się w Lourdes

    Masonerię, jak każdą tajną organizację, otacza aureola misterium. Wokół niej krąży wiele legend i trudno zdobyć wiarygodne informacje na jej temat. Dlatego cenny jest każdy głos, który pochodzi z tego zamkniętego dla niewtajemniczonych świata. Takim głosem jest książka-świadectwo francuskiego lekarza Maurice’a Cailleta – kiedyś agnostyka, przez 15 lat masona, przez 2 lata stojącego na czele jednej z masońskich lóż – który w czasie pobytu w Lourdes w 1984 r. nawrócił się na katolicyzm i wystąpił z masonerii („mason w śnie”). Poprosiłem go o rozmowę na temat jego doświadczeń w Wielkim Wschodzie Francji.

    Niedziela Ogólnopolska 15/2009

     Z dr. Maurice’em Cailletem rozmawia Włodzimierz Rędzioch

    Maurice Caillet

    Maurice Caillet

    ***

    Włodzimierz Rędzioch: – Jak to się stało, że w wieku 36 lat postanowił Pan wstąpić do masonerii?

    Dr Maurice Caillet: – W 1968 r. pracowałem jako ginekolog. Byłem wtedy racjonalistą, materialistą i ateistą. W owym czasie starałem się o rozwód i czułem się osamotniony. W maju mój przyjaciel zaproponował mi wstąpienie do nowej „rodziny duchowej” – masonerii, z jej pociągającymi ideałami Wolności, Równości, Braterstwa, Tolerancji i Solidarności. Byłem oczarowany, tym bardziej że przyjął mnie bardzo serdecznie sam Wielki Mistrz Wielkiego Wschodu Francji – może dlatego, że byłem już wówczas znany jako lekarz stosujący sztuczne zapłodnienie i sterylizację oraz jako zwolennik liberalizacji aborcji. W ten sposób stałem się masonem. Byłem nim przez 15 lat, z czego 2 lata jako przełożony loży. Wiele szczegółów dotyczących mojej działalności w masonerii umieściłem na mojej stronie internetowej: www.cailletm.com.

    – Czym są rytuały inicjacji masońskiej?

    – Rytuały inicjacji masońskiej zbliżone są do obrzędów inicjacji wyznawców animizmu. Mają symbolizować przejście ze świata rzeczy świeckich do świata sacrum. Profan, tzn. kandydat na wolnomularza, poddawany jest czterem próbom symbolizującym ziemię, wodę, powietrze i ogień. Musi złożyć także przysięgę, iż będzie dotrzymywał tajemnicy masońskiej – zabrania ona wyjawiania nazwisk „braci” masonów oraz działalności loży, nawet współmałżonkowi.

    – Wolnomularze starają się prezentować masonerię jako filozofię humanistyczną, której celem jest poszukiwanie prawdy. Jak jednak można poszukiwać prawdy, gdy głosi się jednocześnie skrajny relatywizm, a więc i prawda staje się czymś bardzo względnym?

    – Wolnomularstwo wychwala humanizm, ale chodzi o humanizm bez Boga, który dowartościowuje i gloryfikuje człowieka – Boga określa się niekiedy jedynie jako Wielkiego Architekta Wszechświata. Wolnomularstwo poświęca się poszukiwaniu prawdy, a raczej częściowych prawd, gdyż dla masona nie jest możliwe odkrycie żadnej prawdy. Masoneria odrzuca także jakiekolwiek dogmaty, czyniąc w ten sposób z relatywizmu rodzaj dogmatu. Oznacza to także odrzucenie objawienia judeochrześcijańskiego.

    – Czy to właśnie odrzucenie objawienia judeochrześcijańskiego powoduje, że masoneria, szczególnie francuska, jest tak bardzo antykatolicka?

    – W Kościele francuskim istnieje silna tradycja gallikańska (gallikanizm – zainicjowany w średniowieczu ruch polityczno-religijny dążący do uniezależnienia Kościoła francuskiego od władzy papieskiej i ograniczenia uprawnień papieskich – przyp. W.R.), która istniała jeszcze przed powstaniem masonerii. Wielu biskupów, książąt i królów odrzucało opiekę Magisterium. Gdy w 1738 r. Klemens XII potępił przynależność do wolnomularstwa, we Francji ta ekskomunika nie została oficjalnie podana do wiadomości ani przez państwo, ani przez Episkopat. W czasie rewolucji francuskiej w 1789 r. duchowieństwo i arystokracja stały się kozłem ofiarnym władz rewolucyjnych – większość księży zostało zamordowanych lub skazanych na wygnanie. Po okresie względnego spokoju, w latach 1895-1905, Kościół francuski znowu był prześladowany przez rządy masońskie, aż do definitywnego rozdziału Kościoła od państwa, co nastąpiło w 1905 r. Z kolei rząd Vichy (kolaborujący z nazistowskimi Niemcami rząd Philippe’a Pétaina z siedzibą w mieście Vichy – przyp. W. R.), począwszy od 1940 r., prześladował masonów, którzy byli oddawani w ręce policji, więzieni i często wywożeni do Niemiec. Wzajemna niechęć pozostaje wciąż żywa, tym bardziej że w 1983 r. kard. Joseph Ratzinger uznał, iż dla katolika przynależność do wolnomularstwa jest grzechem ciężkim, który nie pozwala na przyjmowanie Komunii św. (chodzi o dokument „Declaratio de associationibus massonicis”, wydany w 1983 r. przez Kongregację Nauki Wiary, której prefektem był kard. Joseph Ratzinger – przyp. W. R.).

    – Masoni składają przysięgę, która zobowiązuje ich do wzajemnej pomocy. Jakie praktyczne konsekwencje ma ta przysięga?

    – Konsekwencje są różnorodne. Z punktu widzenia politycznego i społecznego wprowadza to pewien zamęt, który nie służy zdrowej demokracji. „Bracia” masoni przynależą zarówno do partii prawicowych, jak i lewicowych, lecz gdy chodzi o pewne kwestie społeczne – działają razem w tajemnicy, aby wprowadzać ustawy dotyczące np. antykoncepcji, aborcji, rozwodów, „małżeństw” osób tej samej płci, adopcji dzieci przez homoseksualistów, eutanazji czy manipulacji ludzkimi embrionami.
    Z punktu widzenia gospodarczego niektóre prace zarezerwowane są w pierwszym rzędzie dla ludzi należących do masonerii, a to dzięki kontaktom w loży, a szczególnie w bractwach (les Fraternelles), które skupiają masonów określonej gałęzi działalności, np. Bractwo Budownictwa i Robót Publicznych.
    Gdy chodzi o wymiar sprawiedliwości, spotykamy się z różnymi formami faworyzowania, jeżeli osoba osądzana należy do masonerii.
    Masoni odgrywają dużą rolę w świecie kultury, szczególnie w mediach i w szkolnictwie. Dzięki ich działalności społeczeństwo systematycznie akceptuje ideały masońskie, takie jak źle pojmowana idea wolności, której celem miałoby być obalenie „tabu” tradycyjnej moralności.

    – Z tego wynika, że wielki wpływ masonerii na życie polityczne, gospodarcze i kulturalne nie jest mitem, lecz rzeczywistością…

    – We Francji wpływ masonerii nie jest już co prawda tak duży jak w XIX i na początku XX wieku, ale pozostaje ciągle rzeczywistością.

    – Ostatnio wyjawił Pan, że w socjalistycznym rządzie Mitterranda było dwunastu masonów, a w obecnym rządzie Sarkozy’ego jest ich dwóch. Natomiast w swej książce jako przykład wpływu masonerii na politykę francuską podaje Pan sprawę wprowadzenia aborcji w 1974 r. Czy mógłby Pan podać jakieś szczegóły tej sprawy?

    – Osobiście brałem udział w walce o wprowadzenie prawa zezwalającego na aborcję. W 1974 r. masoneria, przez organizację Planning Familial (Planowanie Rodzinne), wywierała presję na opinię publiczną, zawyżając dane dotyczące nielegalnych aborcji: 300 tys. w roku, podczas gdy poważne badania demograficzne podawały o wiele mniejszą liczbę – ok. 50 tys. Nowy prezydent Republiki – Valéry Giscard d’Estaing, który umieścił w swym programie wyborczym legalizację aborcji, zatrudnił jako swego osobistego doradcę Jeana-Pierre’a Prouteau – wielkiego mistrza Wielkiego Wschodu Francji. Natomiast doradcą Simone Veil, ówczesnej minister zdrowia, był dr Pierre Simon – wielki mistrz Wielkiej Loży Francji i założyciel Planning Familial. W Zgromadzeniu Narodowym (Assemblée Nationale – parlament francuski) bez problemów przegłosowano projekt, bo masoni z lewicy i z prawicy głosowali jak jeden mąż!

    – Czy miał Pan kontakty z masonami poza Francją i czy wie Pan, jakie są wpływy masonerii w innych państwach?

    – Nie miałem kontaktów z masonami poza Francją. Poza tym wyszedłem z masonerii w 1987 r. i od tej pory śledzę wydarzenia jedynie z mediów. Dlatego np. nie mogę potwierdzić tego, co piszą media na temat rozkwitu masonerii po upadku muru berlińskiego w państwach dawnego bloku sowieckiego, gdzie wolnomularstwo było prześladowane przez komunizm – inny „humanizm”, bez Boga.

    – Jak to się stało, że nawrócił się Pan na chrześcijaństwo?

    – W 1984 r. zawiozłem ciężko chorą żonę do Lourdes w nadziei, że wyzdrowieje. Podczas gdy moja małżonka była w basenie sanktuarium, ja poszedłem do krypty. Tam po raz pierwszy w życiu uczestniczyłem we Mszy św. Ewangelia tego dnia mówiła: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a zostanie wam otworzone”, a były to słowa znane mi z rytuału masońskiego na stopień Wielkiego Ucznia. Zobaczyłem też po raz pierwszy w konsekrowanej Hostii Światło, którego na próżno szukałem w 18 masońskich inicjacjach. Wstrząśnięty, usłyszałem wewnętrzny głos, który wzywał mnie do złożenia ofiary. Dlatego po Mszy św. poszedłem za księdzem do zakrystii i poprosiłem o chrzest, aby ofiarować całe moje jestestwo Bogu.

    – Co oznacza dla Pana „być katolikiem”?

    REKLAMA

    – Dla mnie być katolikiem znaczy wierzyć w Jezusa Chrystusa – prawdziwego Boga i prawdziwego człowieka, zmarłego za moje grzechy i zmartwychwstałego, akceptować naukę wszystkich soborów, czcić Boga w Eucharystii, czcić Matkę Bożą i przyjmować naukę Papieża (triduum candorum custodia – trzy prawdy strzegące jasności). W końcu oznacza to praktykowanie – w miarę moich możliwości – cnót teologalnych (wiary, nadziei i miłości) oraz cnót kardynalnych (męstwa, sprawiedliwości, roztropności i umiarkowania). Dzięki temu, że jestem katolikiem, mogę być także członkiem Związku Pisarzy Katolickich, co stanowi dla mnie wielką radość.

    – Na zakończenie chciałbym Pana zapytać, czy porzucenie masonerii przysporzyło Panu problemów?

    – Porzuceniu masonerii towarzyszył konflikt zawodowy z moim dyrektorem – masonem z tej samej loży. Gdy chciałem uregulować nasz konflikt przed państwowym wymiarem sprawiedliwości, a nie przed instancjami masońskimi, otrzymałem poważne pogróżki (grożono mi śmiercią). Chrystus jest jednak zwycięzcą i w końcu wygrałem proces przeciwko temu człowiekowi.

    ***

    Wielka zmiana religijna w Wielkiej Brytanii. Pierwszy raz od Henryka VIII

    Shutterstock

    ***

    W Wielkiej Brytanii dokonuje się przemiana, która może mieć znaczenie historyczne i duchowe: katolicy są coraz bliżej, by stać się największą wspólnotą chrześcijańską na Wyspach, wyprzedzając liczebnie anglikanów. Jeśli prognozy się sprawdzą, byłby to pierwszy taki moment od czasów króla Henryka VIII w XVI wieku.

    Katolicy coraz liczniejsi – dane i porównania

    Zbadań think tanku Theos wynika, że w Londynie katolicy stanowią dziś 35% chrześcijan, a anglikanie 33%. To drobna różnica, ale wyraźny znak trendu, który może wkrótce objąć całą Wielką Brytanię.

    Również w praktykach religijnych katolicy wykazują większą żywotność. Tylko 11% katolików deklaruje, że nigdy się nie modli, podczas gdy wśród anglikanów ten odsetek sięga 36%. Podobnie w przypadku uczestnictwa w nabożeństwach – 15% katolików nigdy nie chodzi do kościoła, wobec aż 45% anglikanów.

    Jeszcze wyraźniej widać zmiany w Irlandii Północnej. Spis ludności z 2021 roku przyniósł historyczny przełom: katolicy 45,7%, a protestanci 43,4%.

    Również wśród młodzieży katolicyzm okazuje się atrakcyjniejszy – liczba młodych katolików jest ponad dwukrotnie wyższa niż liczba młodych anglikanów.

    Dlaczego katolicyzm rośnie?

    Źródeł tego zjawiska jest kilka.

    • Migracja: do Wielkiej Brytanii przybywa wielu katolików z Polski, Litwy, Ukrainy, a także z Afryki i Ameryki Łacińskiej.
    • Życie parafialne: katolickie wspólnoty zachowują dynamikę, a młodzi częściej odnajdują w nich przestrzeń dla swojej wiary.
    • Kryzys anglikanów: Kościół Anglii zmaga się z postępującą sekularyzacją, niejasnością doktrynalną i masowymi odejściami wiernych.

    Znaki czasu i konsekwencje

    Możliwe, że wkrótce dojdzie do epokowej zmiany – katolicyzm po raz pierwszy od wieków stanie się największym wyznaniem chrześcijańskim w Wielkiej Brytanii. To wydarzenie wpisuje się jedna w szerszy proces: w całej Europie spada liczba chrześcijan, rośnie za to liczba osób niewierzących oraz muzułmanów.

    Jeśli pominąć statystyczną rywalizację katolików i anglikanów trudno szukać pozytywów obecnej sytuacji. Społeczna rola Kościoła Anglii dramatycznie maleje – aż 73% Brytyjczyków przyznaje, że nie odgrywa on żadnej roli w ich codziennym życiu. Można dodać, że zapewne w życiu w większości z tych respondentów żadnej roli nie odgrywanie nie tylko Kościół Anglii, ale w ogóle chrześcijaństwo.

    Co oznacza ta zmiana?

    Choć przewidywane przetasowania mają wymiar statystyczny, ich znaczenie jest głębsze. Oznaczają odchodzenie od tradycyjnych schematów religijnych, które przez stulecia kształtowały kulturę brytyjską. Jednocześnie pokazują, że katolicyzm – mimo ogólnego kryzysu wiary w Europie – jest bardziej żywotny, ponieważ będąc religią powszechną wędruje razem ze swoimi wiernymi. Jak wiemy Wielka Brytania jest dziś krajem-celem dla wielu migrantów.

    Być może jest to jeden ze „znaków czasu”: przypomnienie, że Kościół, choć często w mniejszości, zachowuje zdolność do przetrwania a nawet odnawiania się i niesienia nadziei w sercu społeczeństw.

    Tomasz Rowiński /Aleteia.pl

    ***

    Anglikański biskup wybiera katolicyzm. Różaniec i cuda eucharystyczne miały kluczowe znaczenie

    BISKUP GAVIN ASHENDEN
    Katolicka Agencja Informacyjna 

    ***

    „Zrozumiałem, że tylko Kościół katolicki, wraz ze swym magisterium, posiada kościelną integralność, teologiczną dojrzałość i duchową moc, by bronić wiary, odnowić społeczeństwo i zbawić dusze w pełni wiary”

    Konwersja anglikańskiego biskupa

    W najbliższą niedzielę, 22 grudnia były kapelan królowej Elżbiety zostanie przyjęty do Kościoła rzymskokatolickiego. Anglikański biskup Gavin Ashenden zrezygnował z tej funkcji przed dwoma laty, po tym jak stanowczo sprzeciwił się korzystaniu z Koranu podczas liturgii w episkopalnej katedrze w Glasgow.

    Na jedną z lektur wybrano wówczas koraniczny fragment, w którym wspomina się co prawda o Maryi, ale zarazem w sposób jednoznaczny neguje się bóstwo Jezusa.

    Jak podaje tygodnik „The Catholic Herald”, anglikański duchowny zostanie przyjęty do wspólnoty Kościoła katolickiego w katedrze w Shrewsbury przez miejscowego biskupa Marka Daviesa, który osobiście towarzyszył mu w konwersji. Bp Davies podkreśla znaczenie świadectwa, które dał bp Ashenden w brytyjskim życiu publicznym. „Modlę się, aby to świadectwo trwało nadal i stało się zachętą dla wielu” – dodał ordynariusz Shrewsbury.

    Powody odejścia od anglikanizmu

    Mówiąc o swej duchowej drodze, bp Ashenden przyznaje, że decydujące znaczenie w jego nawróceniu odegrał różaniec, a także refleksja nad cudami eucharystycznymi, które nigdy nie miały miejsca we wspólnocie anglikańskiej. W końcu, dzięki świadectwu św. Jana Henryka Newmana, zdał sobie sprawę ze znaczenia magisterium Kościoła.

    „Zrozumiałem, że tylko Kościół katolicki, wraz ze swym magisterium, posiada kościelną integralność, teologiczną dojrzałość i duchową moc, by bronić wiary, odnowić społeczeństwo i zbawić dusze w pełni wiary” – dodał anglikański duchowny.

    Wyraził przy tym ubolewanie z powodu przemian w jego rodzimym Kościele anglikańskim, który jak stwierdził, skapitulował wobec zsekularyzowanego świata.

    ks. Krzysztof Bronk/vaticannews.va/Aleteia.pl

    ***

    Anglikański biskup, który przeszedł na katolicyzm: „Czuję, że dotarłem do domu”

    Richard Pain
    źródło: cbcew.org.uk

    ***

    Richard Pain to anglikański biskup, który przeszedł do Kościoła katolickiego. Opowiada o powodach swojej decyzji.

    Anglikański biskup Richard Pain to 11. hierarchia Kościoła Anglii, który przeszedł do Kościoła katolickiego. „Czuję, że dotarłem do domu” – tak powiedział w wywiadzie dla National Catholic Register.

    Pain urodził się w Londynie w 1956 r. Został wyświęcony w katedrze Newport w 1986 r. Przez wiele lat zajmował się formacją duchowieństwa. W 2013 r. został wybrany biskupem diecezji Monmouth. Ma żonę oraz dwóch synów. W 2019 r. przeszedł na biskupią emeryturę. 2 lipca został przyjęty do Kościoła katolickiego i dołączył do ordynariatu personalnego Matki Bożej z Walsingham, który skupia tych anglikanów, którzy przeszli do Kościoła katolickiego. Wierni trwają tam w jedności z Rzymem, zachowując jednocześnie swoje tradycje liturgiczne i duchowe.

    Od anglikanizmu do katolicyzmu

    Biskup Pain w 2019 r. z powodów zdrowotnych złożył urząd biskupa. Rekonwalescencja trwała kilka lat. Jak sam mówi: „czas przerwy w służbie dał mi możliwość ponownego zastanowienia się nad moją duchową podróżą”. 

    Richard Pain należał do tzw. High Church, odłamu anglikanizmu, któremu najbliżej do katolicyzmu. To dlatego, jak mówi, pociągał go Kościół katolicki. W czasie emerytury miał czas, by spokojnie podjąć decyzję. „Nie potrzebowałem wielkiego skoku wiary, aby zostać katolikiem […] . Z jednej strony jestem zaskoczony, jak łatwo jest podjąć decyzję i szczerze czuję, że wróciłem do domu” – stwierdza w rozmowie z National Catholic Register.

    Na pytanie, czy zostanie wyświęcony na księdza w Kościele katolickim, były biskup anglikański odpowiedział z prostotą: „jeśli mogę zostać wikariuszem i okazać się użytecznym, to zobaczmy, czy taka jest wola Boża”.

    Kościół katolicki odpowiedzią na kryzys anglikanizmu?

    W rozmowie z National Catholic Register Richard Pain zauważa, że Kościół katolicki przechodzi przez takie same zmagania i dyskusje, jak anglikanie. Dotyczą one przecież świata, w którym działa Kościół. Mówi, że „Kościół anglikański, pełniąc swoją rolę kościoła ustanowionego, był szczególnie świadomy zmian w nastawieniu do religii i moralności i próbował się do nich odnieść i zaproponować drogę naprzód, która pozostaje zgodna z Biblią i duchem tradycji Kościoła.” Mówi, że katolicyzm dysponuje natomiast charyzmatem papieża, niezbędnym dla stabilności i jedności. Dostrzega także to, że choć Kościół katolicki może się zmieniać bez podziałów, istnieje niebezpieczeństwo ucieczki od dialogu i okopania się na własnych pozycjach. 

    Na pytanie, czy za jego przykładem pójdą inni hierarchowie stwierdził: „Nie mogę mówić za innych w tak osobistej sprawie. Prognoza sugeruje raczej strużkę niż ulewę”. 

    Richard Pain podkreślił także, że wybór Kościoła jest jego osobistym krokiem, przemodlonym i przemyślanym. Uważa, że „przejście do Rzymu [jedności z papieżem – przyp. tłum] nie jest panaceum dla rozczarowanych anglikanizmem”. Stwierdził, że wybór wyznania nie jest szukaniem Kościoła, który pasuje do światopoglądu, ale jest „oddaniem się życiu Kościoła i uznanie jego autorytetu oraz wiara w jego integralność jako posiadacza prawdy”.

    źródło: ncregister.com/Aleteia.pl

    ***

    Modlitwa św. Jana Pawła II

    o pokój

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Boże ojców naszych, wielki i miłosierny! Panie życia i pokoju, Ojcze wszystkich ludzi. Twoją wolą jest pokój, a nie udręczenie. Potęp wojny i obal pychę gwałtowników. Wysłałeś Syna swego Jezusa Chrystusa, aby głosił pokój bliskim i dalekim i zjednoczył w jedną rodzinę ludzi wszystkich ras i pokoleń.

    Usłysz krzyk wszystkich Twoich dzieci, udręczone błaganie całej ludzkości. Niech już nie będzie więcej wojny – złej przygody, z której nie ma odwrotu, niech już nie będzie więcej wojny – kłębowiska walki i przemocy. Spraw, niech ustanie wojna (…), która zagraża Twoim stworzeniom na niebie, na ziemi i w morzu.

    Z Maryją, Matką Jezusa i naszą, błagamy Cię, przemów do serc ludzi odpowiedzialnych za losy narodów. Zniszcz logikę odwetów i zemsty, a poddaj przez Ducha Świętego nowe rozwiązania wielkoduszne i szlachetne, w dialogu i cierpliwym wyczekiwaniu – bardziej owocne niż gwałtowne działania wojenne. Amen.

    Święta Maryjo, Królowo Pokoju, módl się za nami,

    Święty Benedykcie, módl się za nami,

    Święci Cyrylu i Metody, módlcie się za nami,

    Święta Brygido, módl się za nami,

    Święta Tereso Benedykto od Krzyża, módl się za nami,

    Święta Katarzyno ze Sieny, módl się za nami.

    ***

    Suplicacje czyli błaganie

    (od łacińskiego słowa suplicatio)

    Jest to pieśń błagalna, śpiewana przede wszystkim w okresie wielkich zagrożeń, klęsk i nieszczęść:

    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny
    Zmiłuj się nad nami…


    Od powietrza, głodu, ognia i wojny
    Wybaw nas Panie!


    Od nagłej i niespodzianej śmierci
    Zachowaj nas Panie!

    My grzeszni Ciebie Boga prosimy
    Wysłuchaj nas Panie!


    Jezu, przepuść! Jezu, wysłuchaj! O Jezu, zmiłuj się nad nami!
    Matko, uproś! Matko, ubłagaj! O Matko, przyczyń się za nami!
    Wszyscy Święci i Święte Boże, módlcie się za nami!

    ***

    Ewangelia – DNA Polski?

    W sile wiary można dostrzec szczególną misję katolicyzmu polskiego wobec świata. Misja ta niejako wpisana jest w dzieje Polski od chrztu Mieszka I i trwa nadal.

    Na zdjęciu góra krzyży w Świętej Wodzie nieopodal Białegostoku

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Nie sposób zrozumieć dziejów Polski bez chrztu Mieszka I. Bez Ewangelii i bez obecności Kościoła nie byłoby ani naszej historii, ani naszego kraju.

    To puenta debaty o roli polskiego katolicyzmu w Europie i na świecie, która odbyła się w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Gościem specjalnym konferencji, zorganizowanej z okazji 20. rocznicy śmierci św. Jana Pawła II oraz 1000-lecia królestwa polskiego, był kard. Robert Sarah, były prefekt Kongregacji (Dykasterii) ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. Spotkanie wskazało na nierozerwalny związek chrześcijaństwa z Polską, misyjną rolę katolicyzmu polskiego w Europie oraz dziedzictwo bł. Stefana kard. Wyszyńskiego i św. Jana Pawła II jako inspiracji współczesnych wyzwań Kościoła i chrześcijaństwa.

    Wyzwania współczesności

    Na jeden z kluczowych i bardzo aktualnych tekstów pontyfikatu św. Jana Pawła II – encyklikę Evangelium vitae – wskazał kard. Sarah. Parlamenty uzurpują sobie dziś prawo do decydowania o życiu i śmierci, obrona życia bywa wyśmiewana, a nawet traktowana jak przestępstwo. Wołanie o szacunek dla każdego człowieka brzmi dziś szczególnie mocno i odsłania słabość współczesnych demokracji, które coraz częściej przybierają rysy totalitarne. W tym kontekście Jan Paweł II mówił o „spisku przeciw życiu”, gdyż człowiek – decydując o tym, co dobre i złe – sam siebie czyni „bogiem”. Dochodzi do redefinicji małżeństwa i rodziny oraz wypaczenia rodzicielstwa. Zło bywa nazywane dobrem, a dobro spychane na margines. Rzeczywiście – stwierdził ks. prof. Robert Skrzypczak – w centrum naszej cywilizacji znajduje się dziś błędnie rozumiana koncepcja wolności jako prawa do wszystkiego, bez względu na prawdę i dobro wspólne. Zaś jednym z powodów odchodzenia od Kościoła i porzucania chrześcijaństwa jest przekonanie, że religia ogranicza wolność i psuje radość życia. Tymczasem jest odwrotnie. Bo to Kościół pozostaje ostatnim bastionem ludzkiej wolności. Jeszcze do niedawna stawał on w obronie duchowej wolności człowieka i jego świętości, dziś musi dodatkowo bronić samej istoty człowieczeństwa. Techniczna mentalność bowiem niszczy dawne tradycje, podważa fundamenty moralne i nie odwołuje się do wartości ostatecznych.

    Wolność w prawdzie

    Współczesna epoka cechuje się kryzysem prawdy: rzeczywistość bywa traktowana jako kwestia percepcji, a nie obiektywny fakt. Prowadzi to do „agonii moralności”. Tymczasem prawda nie ogranicza wolności, lecz pozwala korzystać z niej w sposób odpowiedzialny. Dla ks. Karola Wojtyły, św. Jana Pawła II, prawda była kluczem do wolności i fundamentem godności osoby. Aby człowiek mógł być naprawdę wolny, musi mieć dostęp do prawdy. Tej objawionej w Chrystusie. Bo choć dyktatury formalnie upadły, to w duszy człowieka i w życiu społecznym walka o wolność człowieka trwa nadal. W tym kontekście ks. Robert Skrzypczak wskazuje na słowa św. Jana Pawła II wypowiedziane w 1991 roku w Krakowie, krótko po obaleniu komunizmu, o tym, że „wolność jest trudna” i że „trzeba się jej uczyć, aby nie stała się naszą niewolą i przyczyną zniewolenia innych”.

    To właśnie Kościół jest przestrzenią, w której człowiek broni się przed samym sobą – przed pokusą złego użycia wolności. Człowiek jest prawdziwie wolny, gdy odpowiedzialnie przyjmuje prawdę i czyni ze swojego życia odpowiedź na jej wymagania. To dlatego papież z Polski często wracał do słów Ewangelii św. Jana: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”.

    Polska – laboratorium wiary?

    Obok kryzysu moralności, do którego prowadzi życie bez prawdy, pojawia się dziś kryzys wiary. Chrześcijaństwo – zauważa kard. Sarah – przestało być postrzegane jako siła zdolna kształtować kulturę i sumienia, a w wielu środowiskach zanikło już poczucie transcendencji i sensu istnienia. A przecież w niedalekiej przeszłości giganci wiary, Prymas Tysiąclecia bł. Stefan Wyszyński i św. Jan Paweł II, podjęli wysiłek odnowienia chrześcijańskiej tożsamości Polaków. Ich celem było wzmocnienie człowieka od wewnątrz – przez powrót do źródeł, głębsze przeżywanie chrztu i ukazanie perspektywy wieczności. Kard. Wyszyński wiedział, że siła duchowa narodu wypływa z tożsamości zakorzenionej w chrzcie. Taki cel miała Wielka Nowenna przygotowująca do Tysiąclecia Chrztu Polski w 1966 roku: duchowe odnowienie Polski. Ksiądz prymas mówił, że „istotą chrześcijaństwa jest nosić w sobie Boga. Gdziekolwiek wchodzi chrześcijanin, nie wchodzi sam –  niesie w sobie Boga”. Zaś Jan Paweł II – najpierw z polskiej, a następnie rzymskiej perspektywy – przypominał, że chrześcijaństwo zawsze było otwarte na pytania i niepokoje świata. Odpowiadał na nie, zakorzeniony w polskiej historii i cierpieniu, ale przede wszystkim w osobistej relacji z Chrystusem. Dlatego – podkreśl kard. Sarah – dziedzictwo papieża z Polski nie jest jedynie zapisem historycznym. To wciąż żywe wyzwanie i zadanie: bronić życia, przypominać o prawdzie, wychowywać do wolności zakorzenionej w Bogu.

    Czy Polska ma do odegrania szczególną rolę wobec narastającej obojętności religijnej i odrzucania chrześcijańskich fundamentów Europy? U progu pontyfikatu św. Jan Paweł II zastanawiał się, dlaczego w 1978 roku papieżem został syn polskiej ziemi. Sądził, że być może dlatego, iż Polska stała się ziemią szczególnego świadectwa i odpowiedzialności wobec Europy. „Kościół przyniósł Polsce Chrystusa – klucz do zrozumienia człowieka” – mówił papież. To przesłanie znajduje potwierdzenie nie tylko w jego nauczaniu, ale i w świadectwie męczenników XX wieku, np. bł. ks. Jerzego Popiełuszki, także tych niewyniesionych na ołtarze. Ich wierność Ewangelii – podkreśla kard. Sarah – przyczyniła się do wyzwolenia Polski spod jarzma komunizmu. W ich determinacji, sile wiary, oddaniu życia za Chrystusa można dostrzec szczególną misję katolicyzmu polskiego wobec świata i współczesnych ideologii. Misja ta – zdaniem prof. Andrzeja Nowaka – niejako wpisana jest w dzieje Polski od samego początku, od chrztu Mieszka I, od chrztu Polski, i trwa nadal.

    Ewangelia życia

    Można też do niej zaliczyć teologię ciała św. Jana Pawła II. „Wybierajcie życie” – to przesłanie papieża, które pozostaje nie tylko wskazaniem duchowym, ale także programem cywilizacyjnym dla współczesności. Poszukująca swej tożsamości Europa bardzo go potrzebuje. Bo fundamentem chrześcijańskiego spojrzenia na świat jest Ewangelia życia z jej jednoznacznym przekazem: „Nie zabijaj”. Już tylko Kościół przypomina, że życie ludzkie jest święte i nienaruszalne – od poczęcia aż po naturalną śmierć. Współczesny świat – zauważa kard. Sarah – lansuje ideologię gender, stwarzając możliwość zmiany płci. Ale praktyki te prowadzą do zagubienia i zamętu, szczególnie wśród młodych. A przecież człowiek – mężczyzna i kobieta – powołany jest do miłości i daru z siebie w małżeństwie otwartym na życie. Seksualność, przeżywana w wymiarze jednoczącym i prokreacyjnym, buduje więź i daje życie. Czy nauczanie św. Jana Pawła może umocnić antropologię chrześcijańską, która nadal stanowi fundament cywilizacji Zachodu? Ciało i seksualność nie są eksperymentalnym tworem, lecz darem, który należy przyjąć w odpowiedzialności i zgodzie z prawem naturalnym. Formacja duchowa i moralna są kluczem do prawdziwej wolności. Kwestionowanie wewnętrznego życia człowieka w Bogu, ograniczanie roli i nauczania religii czy wyciszanie głosu Kościoła tego nie zmienią. Wprawdzie budowanie na prawdzie kosztuje, ale tylko ono prowadzi do pełni ludzkiego życia, w wolności i z Bogiem. Tyle że – jak alarmuje kard. Sarah – niepokojące jest to, iż w imię źle pojętej tolerancji część katolików wspiera postulaty sprzeczne z nauczaniem Kościoła – aborcję, związki jednopłciowe czy surogację. Pojęcia te bywają używane instrumentalnie, by usprawiedliwiać to, co w świetle Ewangelii i prawa naturalnego jest nie do przyjęcia.

    Co dalej?

    Czas pokaże, jaką drogą pójdzie Polska i jaki kształt przybierze polski katolicyzm. Jak dotąd ani przemoc, ani narzucane siłą ideologie czy siejące spustoszenie dyktatury nie zniszczyły wiary i chrześcijaństwa, ale znacząco ją osłabiły. Niezmiennie potrzebujemy świadków Chrystusa; ich odwagi i poświęcenia; życia w autentycznej wolności i prawdzie, stawania po stronie życia i ciągłego nawracania się.

    Konferencja o roli polskiego katolicyzmu została zorganizowana przez prowincję warszawską Zakonu Rycerskiego Bożego Grobu w Jerozolimie. Była próbą spojrzenia na tysiącletnią historię Polski w świetle wiary – nie jako dodatku do dziejów, lecz jako ich źródła i rdzenia. Nie sposób zrozumieć dziejów Polski bez chrztu Mieszka I. Polska w swoim dziejowym biegu nosi w sobie kod genetyczny, którym jest Ewangelia. Bez niej, bez obecności Kościoła nie byłoby ani naszej historii, ani samej Polski.

    ks. Rafał Skitek/Gość Niedzielny

    ***

    Nieustanne rozważanie Męki Pańskiej

    9.X – 10.X

    Ósma Godzina Męki Pańskiej

    O północy z czwartku na piątek 9/10 października w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest możliwość uczestniczenia w ósmej godzinie rozważania Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny przed Najświętszym Sakramentem.

    ***

    Intencje w jakich modlimy się w czasie rozważań Męki Pańskiej:

    – o wypełnienie się Woli Bożej w naszym Narodzie

    – o przemianę polskich serc

    – za dusze czyśćcowe

    – o zaprzestanie aborcji

    – o powołania kapłańskie, zakonne i misyjne

    ***

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    Kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    ***

    Nieustanne rozważanie Męki Pańskiej

    szczegółowe informacje na stronie internetowej:www.24gmp.pl

    ***

    Mija 352 lat od objawień dotyczących Serca Jezusowego

    Mija 352 lat od pierwszego objawienia (27 grudnia 1673 roku), jakie otrzymała św. Małgorzata Maria Alacoque w swoim klasztorze we francuskim miasteczku Paray-le-Monial. Jezus przekazał jej tajemnice swojego Serca i z tych wydarzeń rozpoczął się rozprzestrzeniony dziś w całym świecie kult. Z okazji wspomnianego jubileuszu nuncjusz apostolski we Francji, abp Celestino Migliore, odprawił specjalną Mszę św. dziękczynną.

    Adobe Stock

    ***

    W homilii hierarcha wskazał na paralelność sytuacji na świecie w czasach św. Małgorzaty Marii Alacoque i dzisiaj, która wskazuje na ciągłą aktualność odnoszenia się do Serca Bożego.

    „W XVII w. istniała wielka potrzeba humanizacji życia prywatnego, rodzinnego, społecznego oraz politycznego ludzkości. I to właśnie w tym kontekście ma miejsce objawienie otrzymane przez Małgorzatę Marię. Atmosfera, w której żyjemy, po raz kolejny oznacza epokę o wielkiej potrzebie humanizacji – podkreślił abp Migliore. – Dziś świat zmaga się ze skutkami pandemii, z niepewnością i strachem o teraźniejszość oraz przyszłość. Nastąpiło też odrodzenie przemocy na wszystkich poziomach. Dochodzi do barbarzyńskiej wojny w Europie Wschodniej i na Bliskim Wschodzie, do dekonstrukcji życia rodzinnego, społecznego czy politycznego. Do tego pojawia się obojętność wobec przegranych, pokonanych, zapomnianych. Wszystko to składa się na obraz ludzkiej nędzy, w której żyjemy. «Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni jesteście, a Ja was pokrzepię» – mówi nam Jezus“.

    ***

    Początki kultu Serca Jezusowego widoczne są już w wiekach średnich, kiedy to niezależnie, w różnych miejscach, pojawia się nabożeństwo do Serca Jezusowego. Od XVII wieku kult Najświętszego Serca rozszerza się na cały Kościół. Przyczyniło się do tego szczególnie dwoje ludzi: św. Małgorzata Maria Alacoque oraz jej spowiednik, św. Jan Eudes. On właśnie jako pierwszy, za pozwoleniem biskupa Rennes, wprowadził w 1670 r. święto Serca Pana Jezusa, które było obchodzone odtąd we wszystkich domach założonego przez niego Zgromadzenia Jezusa i Maryi (eudystów). W dwa lata później otrzymał pozwolenie na odprawienie Mszy św. o Sercu Pana Jezusa. Nabożeństwo zaś do Serca Jezusa łączył ściśle z nabożeństwem do Serca Maryi.

    Główna jednak zasługa w rozpowszechnieniu kultu Najświętszego Serca przypadła św. Małgorzacie Marii Alacoque (1647-1690) z klasztoru wizytek w Paray-le-Monial. Pan Jezus wielokrotnie objawiał świętej swoje Serce, a czcicielom Serca obiecywał liczne łaski. We wspomnienie św. Jana Ewangelisty, 27 grudnia 1673 r., siostra Małgorzata Maria, dzięki mistycznej łasce, została obdarzona poznaniem tajemnic Najświętszego Serca Pana Jezusa. Serce Zbawiciela dało jej odczuć, że jest tak często przez ludzi zapominane, a mimo to wciąż ogarnia hojną miłością każdego człowieka. Pan Jezus prosił wizytkę o praktykowanie zadośćuczynienia za niewdzięczność tak wielu ludzi wobec bezgranicznej miłości Boga, objawionej w dramacie Golgoty. Potem następowały kolejne objawienia, podczas których Pan Jezus udzielał jej wskazań o tym, jak szerzyć kult Jego Najświętszego Serca.

    Kolejne objawienia miały miejsce w 1674 r., podczas których Pan Jezus wyraził żądanie pierwszopiątkowej Komunii świętej przyjmowanej w duchu wynagrodzenia. W piątek 10 czerwca 1675 r., po oktawie Bożego Ciała, miało miejsce ostatnie objawienie Jezusowego Serca św. Małgorzacie Marii. Jezus powiedział do niej: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że nie szczędziło niczego aż do zupełnego wyniszczenia się dla okazania im miłości, a w zamian za to doznaje od większości ludzi tylko gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw, jakie oddają mu w tym Sakramencie Miłości. Dlatego żądam, aby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony jako osobne święto ku czci Mojego Serca i na wynagrodzenie Mi przez komunię i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję”.

    Do Stolicy Apostolskiej napływały potem liczne prośby o zatwierdzenie kultu i święta Serca Pana Jezusa, Rzym jednak długo się wahał. Po dokładnych badaniach Stolica Apostolska uznała wiarygodność objawień św. Małgorzaty Marii i zezwoliła na obchodzenie tego święta. Pierwszy zatwierdził je papież Klemens XIII w 1765 r. Na dzień uroczystości wyznaczono – zgodnie z żądaniem, które Jezus przedstawił św. Małgorzacie Marii – piątek po oktawie Bożego Ciała. Pius IX w. r. 1856 rozszerzył to święto na cały Kościół. On również 31 grudnia 1899 r. oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki. Papież Pius XI encykliką “Miserentissimus Redemptor” dodał do święta oktawę. Ogłosił także formularz mszalny i oficjum święta. Pius XII zaś opublikował w 1956 r. specjalną encyklikę „Haurietis aquas”, poświęconą czci Jezusowego Serca.

    Wśród najpopularniejszych form kultu Serca Jezusa, oprócz samej uroczystości, jest odprawiane przez cały czerwiec nabożeństwo do Serca Jezusa, Litania do Serca Jezusowego, a także akt zawierzenia Sercu Jezusa. Również liczne zakony i bractwa poświęcone są Sercu Jezusa. Najbardziej znane zgromadzenia to: sercanie, sercanki, Bracia Serca Jezusowego, siostry Sacré Coeur oraz urszulanki Serca Jezusa Konającego. Wśród bractw najliczniejsze jest Bractwo Straży Honorowej Najświętszego Serca Pana Jezusa, powstałe dzięki inicjatywie zgromadzenia sióstr wizytek, do którego należała św. Małgorzata Maria Alacoque.

    ***

    Św. Małgorzata Maria Alacoque urodziła się 22 lipca 1647 r. w Lauthecourt we Francji. W wieku 24 lat wstąpiła do klasztoru wizytek w Paray-le-Monial. Już w początkowym okresie swego życia zakonnego doświadczała osobistych spotkań z Jezusem Chrystusem, który przekazał jej zadanie niesienia ludziom posłannictwa o Jego Najświętszym Sercu – kochającym ludzi i spragnionym ich miłości. W związku z otrzymanym orędziem i poleceniem, aby ustanowiono święto czczące Jego Najświętsze Serce oraz przystępowano do pierwszopiątkowej Komunii św. wynagradzającej, doznała wielu przykrości i sprzeciwów. W pewnych okresach pełniła w klasztorze funkcje asystentki przełożonej zgromadzenia oraz mistrzyni nowicjuszek. Zmarła w klasztorze 17 października 1690 r. w wieku 43 lat. Kiedy wieść o tym rozniosła się po okolicy, wierni przybyli licznie do kościoła, aby pożegnać osobę cieszącą się już za życia opinią świętości. Została ogłoszona błogosławioną przez papieża Piusa IX 18 września 1864 r., a świętą 13 maja 1920 r. przez papieża Benedykta XV. W liturgii Kościoła katolickiego wspomnienie św. Małgorzaty Marii Alacoque obchodzi się 14 października. W ikonografii przedstawiana jest w czarnym habicie wizytek, w rękach trzyma przebite serce.

    Vatican News/KAI

    ***

    Skarby Serca Jezusowego objawione światu: nowenna do św. Małgorzaty-Marii Alacoque

    Nowenna rozpoczyna się od dnia 5 października.

    Święta Małgorzata Maria Alacoque

    fot.  Agata Kowalska/Tygodnik Niedziela

    ***

    DZIEŃ PIERWSZY (5 października)

    Pan Jezus żąda nabożeństwa do Swego Najświętszego Serca i pragnie, aby dusze Mu się poświęcały.

    Rozważanie

    Pomóż w rozwoju naszego portalu

     Wspieram

    Piszą w żywocie Św. Małgorzaty Marii, że gdy pewnego razu zajęta była czytaniem, ukazał się jej Pan Jezus i odkrywając przed nią Swe Boskie Serce wyrzekł do niej: „Pozwolę ci czytać w księdze żywota, w której zawarta jest umiejętność miłości”. Starajmy się w ciągu tej Nowenny wraz z naszą Świętą zatopić wzrok w tej Boskiej Księdze i wyczytać w niej słowa zbawienia. Serce Najświętsze wzywa nas do tego.

    W każdy pierwszy piątek miesiąca widziała Św. Małgorzata Maria Najświętsze Serce Pana Jezusa podobne do słońca jaśniejącego nieporównanym blaskiem. Jego gorejące promienie padając wprost na jej serce rozpalały je ogniem tak wielkim, że znieść tego żaru nie mogła. Wtenczas to Boski Mistrz odkrywał jej Tajemnice Serca Swego. Mówił do niej, że Jego Boskie Serce przepełnione jest pragnieniem pozyskania dla Siebie miłości ludzi. To pragnienie skłoniło Go do objawienia światu nabożeństwa do tegoż Najświętszego Serca, „ażeby w tych ostatnich czasach okazać ten najwyższy wysiłek Swej Miłości“ i tym sposobem pozyskać nieczułe serca ludzkie. Chce im otworzyć wszystkie Skarby Miłości, Miłosierdzia, Łaski, uświęcenia i zbawienia zawarte w Boskim Sercu, aby wszyscy, którzy zechcą Mu oddać cześć i miłość, na jaką zdobyć się mogą, byli przeobficie ubogaceni tymi Boskimi Skarbami, gdyż Najświętsze Serce jest ich niewyczerpanym i zawsze bijącym źródłem.

    Z pomiędzy szczególnych praktyk, mających na celu uczczenie Boskiego Serca na pierwszym miejscu postawić należy poświęcenie się Jemu. Na życzenie Boskiego Mistrza sama Św. Małgorzata Maria poświęciła się zupełnie Najświętszemu Sercu i akt ten własnoręcznie spisany wraz z wizerunkiem tego Bożego Serca umieściła na swoim sercu.

    Wkrótce potem spowiednik Świętej, Bł. Klaudiusz de la Colombiere również poświęcił się Sercu Najświętszemu. Odtąd Św. Małgorzata Maria nie przestawała zachęcać i nawoływać wszystkich do spełnienia tego życzenia Boskiego Zbawcy, obiecując w Jego Imieniu najobfitsze Łaski i Błogosławieństwa duszom, które zupełnie poświęcą się Najświętszemu Sercu. W tym celu pod natchnieniem Pana Jezusa spisała akt poświęcenia się.

    Zastanowiwszy się bliżej nad tym żądaniem zobaczymy, że nie jest to nic innego jak tylko świadome i uroczyste ponowienie obietnic na Chrzcie Świętym uczynionych. Przez akt poświęcenia wyrzekamy się „wszystkiego, co Sercu Jezusa nie podobać się może“, czyli szatana, pychy i spraw jego — a uznajemy Chrystusa za naszego Pana, Władcę i Króla, przyjmując nadto dobrowolny obowiązek, aby „czcić, miłować i wielbić” Boskie Serce Jego. Jeżeli znaleźli się tacy, którzy dla osiągnięcia doczesnych korzyści dusze swoje zapisali szatanowi, to dlaczegóż nie mielibyśmy dusz i serc naszych poświęcić i zapisać Boskiemu Sercu, skoro wiemy, że Ono pragnie dla nas tylko szczęścia i zbawienia?

    O Jezu Najdroższy, tak niewiele żądasz, a tak hojnym się okazujesz! Oto serca nasze gotowe oddać się Tobie i poświęcić z najgłębszą czcią, pokorą i miłością. Z Świętą Powiernicą Twoją, Małgorzatą Marią, każdy z nas ochotnie zawoła, że całym jego szczęściem i chwałą będzie żyć i umierać jako twój wierny sługa! „O jak bylibyśmy szczęśliwi, gdybyśmy mogli pocieszyć Serce Twoje i życie oddać dla rozszerzenia Jego Chwały!” (Słowa Św. Małgorzaty Marii).

    DZIEŃ DRUGI (6 października)

    Pan Jezus domaga się, aby rodziny poświęcały się Jego Sercu.

    Rozważanie

    W żywocie Św. Małgorzaty Marii napotykamy na miły obrazek, pełen prostoty i wdzięku. Rzecz dzieje się w klasztorze Nawiedzenia w Paray-le-Monial dnia 20 lipca 1685 r. O północy zrywa się ze snu gromadka nowicjuszek i śpieszy do nowicjatu. Cicho a zręcznie ustawiają ołtarzyk, zdobią go światłem, zielenią i kwieciem, a w pośrodku umieszczają z triumfem skromny, atramentem na papierze skreślony obrazek Najświętszego Serca Pana Jezusowego. W ten sposób młode i gorliwe te duszyczki pragną w dniu imienin sprawić przyjemność świątobliwej swej Mistrzyni, Małgorzacie Marii. Rano wchodząc do nowicjatu nasza Święta promienieje radością na widok tej czci po raz pierwszy oddanej Bożemu Sercu. Pada na kolana i poświęca Najświętszemu Sercu siebie wraz z całą gromadką nowicjuszek. Tak odbyła się pierwsza intronizacja Bożego Serca.

    Pan Jezus pragnie, aby nie tylko każda dusza z osobna poświęciła się Jego Boskiemu Sercu, lecz również i wszystkie ludzkie społeczności, a przede wszystkim rodziny chrześcijańskie. Chce być życiem nie tylko poszczególnych dusz, ale też rodzin naszych; pragnie, by rodzina wspólnie ogłosiła Go swym Królem i Panem. Chce, by Jego obraz umieszczono na miejscu widocznym, jako znak oddania się Mu i poświęcenia całej rodziny. O tym życzeniu Boskiego Zbawcy świadczy Św. Małgorzata Maria, głosząc wspaniałe Jego obietnice dla tych, którzy tę cześć Boskiemu Sercu oddadzą. We wszelkie błogosławieństwa obfitować będzie dom Jemu poświęcony. Pan Jezus zobowiązał się dać członkom tych rodzin wszelką pomoc potrzebną w ich stanie, pokój i zgodę wzajemną, ulgę w pracy, błogosławieństwo we wszystkich przedsięwzięciach i pociechę w niedoli.

    Widzimy jak cudownie ziszczają się te obietnice w ostatnich czasach, gdy dzięki żarliwemu apostolstwu Ojca Mateo intronizacja Serca Jezusowego w rodzinach rozszerzyła się po całym świecie. Wśród rodzin poświęconych Boskiemu Sercu, intronizacja działa nieraz nawrócenia prawdziwie zdumiewające, zakwitają w nich cudne kwiaty świętości, widzieć można dzieci zachowujące swą niewinność pośród zepsutego świata, ludzi dojrzałych przepojonych duchem Chrystusowym, niezachwianych o w wierze i miłości ku Bogu, mężnych w doświadczeniach, miłosiernych dla bliźnich, stanowiących chlubę Kościoła Świętego.

    DZIEŃ TRZECI (7 października)

    Serce Pana Jezusa pragnie królować wśród społeczeństw i narodów.

    Rozważanie

    Boskie Serce Pana Jezusa żąda, aby poświęcały Mu się poszczególne dusze i całe rodziny, lecz na tym nie dosyć. Oto co mówi Św. Małgorzata Maria: „Serce Pana Jezusa ma jeszcze większe zamiary, które mogą być dokonane tylko przez Jego Wszechmoc”. I zapewnia, że jeśli uwierzymy, ujrzymy Potęgę Jego Serca i wspaniałej Jego Miłości”.

    Chrystus Pan jest Królem Wszechświata. Przyjdzie dzień, w którym ziemia ujrzy Go „przychodzącego w Chwale z Mocą wielką i Majestatem” (Mat. XXIV, 30), a na biodrach i szacie Jego jaśnieć będzie napis: „Król królów i Pan panujących” (Ks. Ap. XIX, 16). Podczas Bolesnej Swej Męki „uniżył się, stawszy się posłusznym aż do śmierci”, lecz dlatego „Bóg wywyższył Go i dał Mu Imię, Które jest nad wszelkie imię“ (Filip. II, 8, 9). Serce Pana Jezusa jest Królem narodów i społeczeństw i to przede wszystkim chciał podkreślić Ojciec Święty Pius XI, ustanawiając święto Chrystusa Króla.

    Zobaczmy, że już od Św. Małgorzaty Marii zażądał Pan Jezus uznania Swego Panowania nad narodami. W objawieniu ujrzała Święta, że Ojciec Niebieski pragnąc wynagrodzić gorzkości i udręczenia, jakie Najświętsze Serce Jego Boskiego Syna odczuło w domach książąt tej ziemi pośród poniżeń i zniewag męki, chce ustanowić Jego Panowanie na dworach królewskich. Małgorzata Maria otrzymuje zlecenie, aby królowi Francji, Ludwikowi XIV, przedłożyć życzenia Najświętszego Serca, a mianowicie, aby on sam wraz z całym dworem poświęcił się Boskiemu Sercu, aby wzniósł przybytek, w którym by Obraz tego Najświętszego Serca odbierał hołdy publiczne oraz umieścił ten Święty Wizerunek na swych sztandarach i orężach, co im zapewni zwycięstwo nad wszystkimi wrogami, a zwłaszcza nad nieprzyjaciółmi Kościoła Świętego. — Temu wezwaniu Boskiego Serca, zwróconemu w osobie króla do całego narodu, Francja niestety nie odpowiedziała. I wkrótce runęły na nią wszystkie nieszczęścia. Wielka rewolucja francuska pozostanie na zawsze groźną przestrogą dla narodów, które lekceważyć będą Głos Boży. Po dwustu latach dopiero naród francuski przypomniał sobie żądanie Najświętszego Serca i wzniósł na wzgórzu Montmartre w Paryżu świątynię ku Jego czci w duchu pokuty i przebłagania.

    Módlmy się gorąco, aby narody chrześcijańskie, do których ponownie zwraca się dzisiaj Pan Jezus z żądaniem, aby poświęciły się Jego Boskiemu Sercu, nie zaniedbały tego wezwania, lecz oddały Mu cześć publicznie, a przez to zasłużyły na szczególną Opiekę i Łaskę Najświętszego Serca. Wówczas dopiero, gdy wszystkie ludy uznają nad sobą panowanie Najwyższego Króla serc wszystkich, spodziewać się będzie można trwałego i prawdziwego pokoju na ziemi. Błagajmy Serce Najświętsze przez pośrednictwo Świętej Apostołki Jego, Małgorzaty Marii, o przyśpieszenie chwili Jego Triumfu, w której spełnią się te wyrzeczone do Świętej słowa: „Będę panował, pomimo wszystkich wysiłków nieprzyjaciół Moich”.

    DZIEŃ CZWARTY (8 października)

    Najświętsze Serce Pana Jezusa domaga się wynagrodzenia.

    Rozważanie

    W swej encyklice „Miserentissimus Redemiptor” Papież Pius XI słuszną robi uwagę, że samo poświęcenie się Sercu Pana Jezusowemu nie wystarczy, albowiem równie ważnym obowiązkiem naszym względem Boskiego Zbawcy jest wynagrodzenie. Jeżeli go zaniedbamy i przyjdziemy poświęcić się Najświętszemu Sercu z dusza zbrukaną grzechem, nie oczyszczoną przez skruchę i pokutę, nie możemy się spodziewać, aby poświęcenie nasze zostało przyjęte i przyniosło zbawienne owoce.

    Królewskie Serce Zbawiciela przed Swoją Męką i odejściem z tego świata zostawiło nam cudowny dar miłości Swojej,

    Eucharystię Świętą… „Umiłowawszy swoich, którzy byli na świecie, do końca ich umiłował11 (Jan XIII, 1)… W Najświętszym Sakramencie pozostał z nami Pan Jezus aż do skończenia świata. A co w zamian otrzymał od ludzi? Słuchajmy co mówi do Św. Małgorzaty Marii: „Oto Serce, które tak bardzo ludzi umiłowało, że dla okazania im Swej Miłości niczego nie szczędziło, aż do zupełnego strawienia się i wyniszczenia; a za całe wynagrodzenie odbiera od nich po największej części tylko niewdzięczność, nieuszanowanie, świętokradztwa, oziębłość i pogardę w Sakramencie Miłości”. I Najsłodszy Zbawiciel dodaje ze zwykłą Sobie Dobrocią: „Wszystko cokolwiek uczyniłem dla ludzi, wydawałoby mi się niczym, gdyby oni wzajemnością mi się odpłacali”.

    Czy i dzisiaj Pan Jezus nie miałby powodu powtórzyć skarg Swoich? Jakże często widzieć można Chrześcijan-Katolików, zachowujących się w kościele bez żadnego uszanowania; czy możemy policzyć jak wiele świętokradztw dokonuje się w katolickich kościołach? Chrystus milczy… i znosi wszystko, ale Serce Jego boleśnie jest zranione… Każda dusza szlachetna, zdolna odczuwać cudze cierpienia, zrozumie skargę Jezusowego Serca… Czego żąda Zbawiciel jako wynagrodzenia? Mówi o tym Ojciec Święty Pius XI we wspomnianej Encyklice i wzywa wszystkich wiernych do oddania Boskiemu Sercu hołdu wynagrodzenia i zadośćuczynienia przede wszystkim w dniu uroczystości tego Najświętszego Serca przez publiczny i uroczysty akt oraz przez Komunię Świętą wynagradzającą. Podobne wynagrodzenie składała Najświętszemu Sercu na Jego życzenie Św. Małgorzata Maria w każdy pierwszy piątek miesiąca, a za jej przykładem wszyscy wierni czciciele Jego.

    Pamiętajmy więc przy Komunii I-piątkowej na jaką intencję Ją przyjmujemy. Ofiarować ją mamy Boskiemu Sercu Zbawiciela na wynagrodzenie za zniewagi, jakie w Najświętszym Sakramencie odbiera od ludzi złych i obojętnych. Przepraszajmy, wynagradzajmy przede wszystkim za własne nasze winy, za swoją oziębłość i brak miłości. Pobudzajmy się do gorącego umiłowania Boskiego Serca, dla którego mamy tak niezmierne długi wdzięczności. Przepraszajmy i wynagradzajmy za naszych bliskich, za wszystkich grzeszników i z Świętą pocieszycielką Serca Jezusowego, Małgorzatą Marią, wzywajmy płomieniejących Serafinów, aby ogniem Swojej Miłości wynagradzali Boskiemu Sercu oziębłość naszą i wszystkich stworzeń.

    DZIEŃ PIĄTY (9 października)

    Pan Jezus zaleca nabożeństwo Godziny Świętej.

    Rozważanie

    Jeżeli Pan Jezus wszystkich bez wyjątku wzywa do oddawania czci Boskiemu Sercu przez poświęcenie się i wynagrodzenie, to od dusz szczególnie Mu bliskich i drogich żąda czegoś więcej. Czytamy w Ewangelii, że gdy zbliżyła się godzina Męki i Chrystus Pan szedł modlić się do Ojca w ogrodzie oliwnym, wziął ze sobą nie wszystkich Apostołów, lecz tylko trzech wybranych, najbliższych Jego Sercu. Podobne zadanie jak wybrani uczniowie spełniać miała z Woli Boskiego Mistrza Św. Małgorzata Maria.

    Pewnego dnia zjawił się przed nią Boski Zbawiciel w uwielbionej swej ludzkiej postaci. Z Pięciu Świętych Ran rozchodziły się lśniące promienie, w piersiach płonął ogień jaśniejszy od słońca. Odkrył jej niezgłębione cuda swej przeczystej Miłości dla ludzi, uskarżając się na ich niewdzięczność i zalecił, aby przyjmowała Komunię Świętą w każdy pierwszy piątek miesiąca. Zapowiedział przy tym Małgorzacie Marii, że każdej nocy z czwartku na piątek da jej udział w śmiertelnym smutku, któremu dobrowolnie poddał się w Ogrodzie Oliwnym. „Aby Mi towarzyszyć w tej pokornej modlitwie, którą zanosiłem do Mojego Ojca pośród tych wszystkich udręczeń, będziesz wstawać między jedenastą a dwunastą w nocy i leżąc krzyżem twarzą ku ziemi, będziesz w czasie tej godziny łagodziła Gniew Boży, prosząc o Miłosierdzie dla grzeszników oraz będziesz w pewnej mierze osładzała Mi Boleść zadaną przez opuszczenie od Apostołów…” — „Tam więcej cierpiałem niż w ciągu całej Męki…”

    Wezwanie Boskiego Serca usłyszały dusze wierne i miłujące i za przykładem Św. Małgorzaty Marii poczęły w nocy z czwartku na piątek lub też we czwartek z wieczora odbywać tzw. Godzinę Świętą, aby w miarę możności pocieszać Najświętsze Jezusowe Serce udręczone boleścią i smutkiem na widok grzechów ludzkich.

    Mówią obojętni: Pan Jezus już nie cierpi; jest szczęśliwy w Niebie. Na co zda się Go pocieszać? Na to odpowiada Ojciec Święty Pius XI: „Dajcie mi kogoś kto miłuje, a on zrozumie co chcę powiedzieć”. Wszak Pan Jezus w Ogrójcu cierpiał nie tylko za grzechy już spełnione, ale i za te, które w przyszłości miały się dokonać. Jeżeli więc obecne nasze przewinienia raniły wówczas Jego Serce, nie można wątpić, że wynagrodzenie i akty miłości teraz Mu ofiarowane, przytomne Jego Boskiej Wszechwiedzy, przyniosły Mu pociechę w chwili bolesnego konania.

    Prośmy więc Pana Jezusa, aby wybrał Sobie liczne dusze, które by umiały z Nim współczuć i pocieszać Jego Serce. A jeżeli w nas chudzi się pragnienie, aby się znaleźć w ich liczbie, złóżmy Mu ochotnie tę daninę czci i współczującej miłości, której tak spragnione jest Jego Serce Najświętsze. Z Św. Małgorzatą Marią dla osłodzenia Mu tych Cierpień ucałujmy Jego Święte Stopy i ofiarujmy Mu serca nasze jako miejsce spoczynku i ukojenia.

    DZIEŃ SZÓSTY (10 października)

    Serce Pana Jezusa pragnie, aby pamiętano o Jego Obecności w Najświętszym Sakramencie.

    Rozważanie

    Święta Małgorzata Maria od najmłodszych lat miała niezwykły pociąg do przebywania u Stóp Najświętszego Sakramentu; niewidzialna siła pociągała ją jak najbliżej do Tabernakulum, w którym mieszkał Umiłowany jej serca. Jako zakonnica wszystkie wolne chwile spędzała przed Najświętszym Sakramentem i sama mówiła, że byłaby tam chętnie trwała dnie i noce nie jedząc i nie pijąc, z gorącym pragnieniem, by płonąć jak lampa gorejąca w Obecności Jego i oddawać Mu miłość za Miłość. Kiedy nasza Święta pracowała z innymi siostrami, o ile mogła, starała się być jak najbliżej Najświętszego Sakramentu i często w tym celu usuwała się na małe podwórko, przyległe do kościoła. Na tym miejscu pewnego dnia otrzymała niezwykłą Łaskę. Gdy na klęczkach w głębokim skupieniu wykonywała swą pracę, ujrzała przed sobą Najświętsze Serce Pana Jezusa jaśniejsze od słońca, pełne płomieni czystej Miłości w otoczeniu Aniołów, których Niebiański śpiew zachwycił Małgorzatę Marię. Nie śmiała swego głosu połączyć z ich Chórem, pomimo, że zachęcali ją do tego; Aniołowie jednak oświadczyli, że przyjmują ją — do Swego grona i czynią z nią następującą umowę: Oni zastępować ją będą przed Najświętszym Sakramentem, gdy będzie zmuszona stamtąd się oddalić, a w zamian za to staną się uczestnikami jej miłości i cierpień. Słowa tej umowy ujrzała Święta zapisane złotymi głoskami w Najświętszym Sercu. Odtąd jeszcze większą miłość odczuwała przed Najświętszym Sakramentem, a odchodząc, nie zapominała wzywać Niebieskie Duchy, aby za nią czciły i kochały Boskie Serce Pana Jezusa. Brzmiały jej w uszach słowa słyszane dnia jednego z ust Boskiego Zbawcy: „Gorąco pragnę, aby ludzie czcili Mnie w Najświętszym Sakramencie, a nie znajduję prawie nikogo, kto by usiłował zaspokoić to trawiące Mnie pragnienie i odpłacał Mi się miłością”.

    Ta wzruszająca skarga Boskiego Serca zapewne skłoniła w 200 lat później grono świątobliwych dusz do założenia stowarzyszenia Straży Honorowej Najświętszego Serca, którego członkowie kolejno przez dzień w ciągu obranej przez siebie godziny w duchu stawiają się u Stóp Tabernakulum, aby ukrytemu w nim Zbawcy oddawać hołd czci, miłości i wynagrodzenia, a tak pocieszać Boskie Serce Jego. Odkąd Straż Honorowa rozszerzyła się po całej kuli ziemskiej, można powiedzieć, że nie ma chwili we dnie, ani w nocy, w której by Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie nie odbierał tego hołdu. Tym sposobem tworzy się jakby dalszy ciąg owego związku Św. Małgorzaty Marii z serafinami, do którego przypuszczone zostały teraz całe szeregi dusz miłujących. Szczęśliwe dusze, które przyjęły na siebie ten obowiązek i wiernie się z niego wywiązują! Do nich odnosi się ta pocieszająca obietnica Pana Jezusa: „Przyrzekam, że Serce moje tym obficiej rozlewać będzie Miłość Swoją i Łaski na te serca, które większą mi cześć oddając, więcej się przyczyniają do rozszerzania Chwały Mojej”.

    DZIEŃ SIÓDMY (11 października)

    Boskie Serce Pana Jezusa szuka dusz ofiarnych.

    Rozważanie

    Najświętsze Serce Pana Jezusa od chwili, gdy bić poczęło w Łonie Niepokalanej Dziewicy aż do skonania na Krzyżu było ciągłą Ofiarą. Boski Zbawca przychodząc na świat ujrzał przed Sobą czekającą Go wielką Ofiarę, która miała być ceną naszego zbawienia. I Serce Jego od pierwszej chwili objęło wszystko, na wszystko się zgodziło, nie tylko z rezygnacją, ale z Miłością i poświęceniem bez granic. „Ecce venio… — Oto idę, o Boże, abym czynił Wolę Twoją” (Ps. 40/39/, 8-9).

    Ofiara Chrystusowa była całkowita i zupełna, tak że umierając mógł wyrzec „Consummatum est! — Wykonało się!” (Jan XIX, 30). Wiemy jednak, że w Swoim Kościele Chrystus żyje dalej i w sposób mistyczny ponawia Tajemnice Swego Życia doczesnego; Przede wszystkim spełnia nadal Posłannictwo Zbawiciela i Pośrednika między Bogiem a ludźmi. Jako Najwyższy Kapłan złożył z Siebie na drzewie Krzyża Ofiarę przebłagania i zadośćuczynienia za grzechy ludzkie, a Ofiarę tę ponawia co dzień na Ołtarzu. Jednakowoż we Mszy Świętej ofiaruje się nie tylko Sam Chrystus, lecz w łączności z Nim ofiarowani są i wszyscy wierni na Chwałę Trójcy Przenajświętszej. „Są oni, jeśli się tak można wyrazić, krwawą żertwą ofiarną tej Świętej Ofiary, gdyż Pan Jezus już nie cierpi i teraz muszą z kolei mistyczne członki Chrystusa ofiarować swe cierpienia Panu Bogu w zjednoczeniu z Męką Chrystusową” (Mszał Rzymski O. Lefebvre).

    Wszyscy wierni są zatem do pewnego stopnia ofiarami. Jednakże Pan Bóg wybiera Sobie dusze wspaniałomyślne i raczy je wzywać w sposób szczególny do współudziału w dziele zbawienia świata. Taką właśnie duszą ofiarną była Św. Małgorzata Maria. Była jeszcze nowicjuszką, gdy Pan Jezus dał jej pewnego razu słyszeć te słowa: „Szukam dla Mego Serca ofiary, która by chciała stać się poświęconą hostią ku spełnieniu zamiarów moich”.

    Święta nie przypuszczając, że Pan Jezus ją ma na myśli, poczęła wymieniać zakonnice, które wydawały się jej najgodniejsze Bożego wybrania. Ale Zbawiciel odpowiedział: „Nie kogo innego, lecz ciebie wybrałem”. Małgorzata Maria nie była z liczby tych, co targują się z Panem Bogiem i ociągają w spełnieniu Jego Woli. Choć serce jej i ciało zadrżały w pierwszej chwili w przeczuciu czekających ją cierpień, nie zawahała się, lecz uzyskawszy pozwolenie Przełożonych oddała się sercem ochotnym na całkowitą ofiarę Sercu Pana Jezusowemu.

    Posłannictwo swe ofiary spełniała Święta wiernie do końca życia. Z początku cierpienia zewnętrzne i wewnętrzne, których jej Pan Bóg nie szczędził, dotkliwie ją raniły i zasmucały, lecz z czasem poznała słodycz w krzyżu zawartą i serce jej radować się poczęło każdym nowym cierpieniem, zwłaszcza gdy ono było ukryte przed wzrokiem ludzkim. W końcu krzyż stał się tak dalece jej umiłowanym towarzyszem, że żyć bez niego nie mogła, i z chwilą gdy cierpienia jej ustały, oświadczyła, że musi już umrzeć, bo nie ma nic do cierpienia.

    I dzisiaj Pan Jezus szuka dusz ofiarnych. Pamiętajmy jednak, że On Sam wybiera je Sobie i daje to niekiedy odczuć duszy wybranej przez szczególne natchnienie, które winno być zatwierdzone przez kierownika duchownego.

    Szczęśliwe dusze, które usłyszą Głos Boży i za wzorem Św. Małgorzaty Marii odpowiedzą nań z gotowością! Zabłysną one kiedyś w niebie jako drogocenne klejnoty w koronie Boskiego Serca.

    DZIEŃ ÓSMY (12 października)

    Najświętsze Serce Pana Jezusa naszym zbawieniem.

    Rozważanie

    Pan Jezus wzywając dusze do oddawania czci Jego Boskiemu Sercu poczynił Św. Małgorzacie Marii wspaniałe obietnice dla tych, którzy spełnią to Jego życzenie. Największą i najważniejszą z nich jest obietnica zbawienia.

    Mamy wprawdzie wszyscy nadzieję, że zbawienia dostąpimy dla Zasług Męki i Śmierci Chrystusowej, jednakowoż wiemy, że groźni wrogowie czyhają, aby nam wydrzeć skarb Łaski uświęcającej i wtrącić w przepaść zatracenia. Wszystko zależy od naszej wolnej woli, a ta wola tak słaba, tak chwiejna i skłonna do złego! Jedna chwila przyzwolenia na pokusę, a już niebo dla nas stracone, jeżeli przez skruchę i Spowiedź nie pojednamy się z Panem Bogiem. Gdyby nas śmierć w tym stanie zaskoczyła, co by się z nami stało? Strach o tym pomyśleć. Czy znajdziemy sposobność wyspowiadania się? Czy zdołamy przynajmniej wzbudzić żal doskonały? Nie wiemy. Słusznie więc Apostoł napomina: „Z bojaźnią i ze drżeniem zbawienie wasze sprawujcie” (Flp II, 12).

    Kto się głębiej zastanowi nad niebezpieczeństwami zagrażającymi naszej wieczności, ten dopiero oceni niezrównaną słodycz Obietnicy Najświętszego Serca, którą nam głosi Św. Małgorzata Maria.

    „Wszystkim, którzy oddadzą się i poświęcą, aby Boskie Serce czcić i miłować, Pan Jezus przyobiecuje zbawienie i nigdy nie dozwoli im zginąć… Będę im bezpieczną ucieczką w życiu, a osobliwie w godzinę śmierci… Grzesznicy znajdą w Mym Sercu Źródło i niezgłębione morze Miłosierdzia ”…

    Dla dopełnienia tych cudownych przyrzeczeń daje wreszcie Pan Jezus za pośrednictwem naszej Świętej Swoją „wielką Obietnicę”.

    „W nadmiarze Miłosierdzia Mego Serca, przyobiecuję, że wszystkim, którzy przez dziewięć pierwszych piątków z rzędu przyjmą Komunię Świętą, Moja Wszechmocna Miłość udzieli Łaski ostatecznej pokuty, iż nie umrą niepojednani ze Mną ani bez Sakramentów Świętych”.

    „Jeżeli dziwimy się temu, mówi Ks. Hamon, jeżeli tak wspaniała i Boska nadzieja z trudnością przenika do naszej zdumiałej duszy zawsze skłonnej do niedowierzania, odczytajmy powoli te pocieszające słowa. Pan Bóg tak postanowił. Nie idzie tu ani o nabyte zasługi, ani o wymierzenie sprawiedliwej nagrody, lecz o Nieskończone Miłosierdzie, które spływa na świat i zalać go pragnie wezbraną falą miłości. Zbawiciel nas uprzedza, że to nie jest zwyczajny skutek tego Nieskończonego Miłosierdzia, ale jego nadmiar; jedno z tych Boskich pociągnięć, które zachwyca ludzi i Aniołów. Przypomina nadto Zbawiciel, że na usługę tego nadmiaru Miłosierdzia oddała się Miłość Wszechmocna, Miłość Stwórcy, Odkupiciela, miłość zawarta w Eucharystii… Nadmiar Miłosierdzia, Miłość Wszechmocna, taka wspaniałość mowy, taki przepych wyrażeń nie może zawierać obietnicy zwyczajnej. W zetknięciu z Bożymi myślami mądrością jest też podnieść myśli nasze. Jedna nadzieja więcej rozjaśnia i raduje nasze życie na ziemi, dzięki Miłosierdziu Pańskiemu, które „na wieki wyśpiewywać będziemy” (Ps. 89/88/, 2).

    DZIEŃ DZIEWIĄTY (13 października)

    Najświętsze Serce Pana Jezusa naszym uświęceniem.

    Rozważanie

    Świętość — to ideał pociągający dusze szlachetne, które w świetle wiary pojęły prawdziwe piękno i wartość życia. Jedne usiłują dojść do niego na zwyczajnej drodze, inne dla osiągnięcia wymarzonego celu rzucają świat i przywdziewają habit zakonny. Ale czy wszystkie te dusze spragnione świętości dochodzą do celu swych pragnień? Niestety, przyznać musimy z ojcem Mateo, że ma Pan Jezus wiele dusz pobożnych, dobrych, obowiązkowych, lecz ofiarnych, bohaterskich, świętych, znajduje mało. Niewiele osób, nawet z tych, co poświęciły się Bogu, dochodzi do świętości. Dlaczego tak jest? Świętość nie jest rzeczą łatwą. Pragniemy pozbyć się wad i przywar swoich, a na to miejsce nabyć cnoty, które do świętości prowadzą, ale nie mamy nieraz odwagi zdobyć się na taką miarę pokory i wyrzeczenia się siebie, jakiej wymaga uświęcenie nasze.

    Św. Małgorzata-Maria przychodzi z pomocą naszym dobrym chęciom i pragnieniom i wskazuje wszystkim duszom dobrej woli prosty a skuteczny środek uświęcenia. Jest nim nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zapewnia Święta, że ci, którzy oddadzą się i ofiarują Boskiemu Sercu z zapałem, doznają na sobie wielkiej przemiany wewnętrznej… „Dusze oziębłe staną się gorliwymi, a gorliwe w krótkim czasie dojdą do najwyższej doskonałości”. I następnie dodaje: „Nie wiem, czy jest w życiu duchownym jakie nabożeństwo odpowiedniejsze do doprowadzenia duszy w krótkim czasie do najwyższej świątobliwości i dla nasycenia jej tą prawdziwą słodyczą, jaka się znajduje w Służbie Bożej.“ A na innym miejscu: „Duszom oddanym czci Boskiego Serca obiecuje Pan Jezus, że sam będzie miał staranie o ich uświęcenie i uczyni je wielkimi przed Ojcem niebieskim, w miarę jak starać się będą rozszerzyć panowanie Jego we wszystkich sercach”.

    Były za czasów Św. Małgorzaty Marii w jej klasztorze niektóre zakonnice, bynajmniej nie odznaczające się doskonałością, na co sam Boski Zbawca uskarżał się przed Świętą. Małgorzata Maria usilnie błagała, aby przywrócił Zakonowi Nawiedzenia ducha cichości i pokory, którego weń tchnął jego Założyciel, Św. Franciszek Salezy, i klęcząc przed Najświętszym Sakramentem tak długo nalegała, aż za przyczyną Matki Najświętszej odniosła skutek próśb swoich. Szatan pełen złości w tejże chwili wzniecił tak straszliwy huragan, że omal cały kościół się nie zawalił. Rama zasłony na kracie zakonnego chóru złamała się z trzaskiem, tak że Siostra, która wraz z Świętą klęczała na adoracji, przerażona chciała uciekać. Małgorzata Maria zatrzymała ją mówiąc: „Wszystko skończone, już nic więcej nie zrobi“. Pan Jezus ukazał Świętej, że nabożeństwo do Najświętszego Serca stanie się środkiem, który przywróci zakonowi pierwotną doskonałość. Istotnie, pod wpływem nabożeństwa do Najświętszego Serca, zaszczepionego w zgromadzeniu przez Św. Małgorzatę Marię kosztem wielu cierpień i ofiar, dała się uczuć w siostrach zakonnych ogromna zmiana. Duch pokory i miłości wzajemnej przeniknął wszystkie serca i ożywił je nową gorliwością w służbie Bożej. Były to pierwsze triumfy Boskiego Serca.

    Jednakże to nabożeństwo nie jest wyłącznym przywilejem zakonu Nawiedzenia. Te same skutki uświęcenia sprawia Boskie Serce w każdej duszy, zakonnej czy świeckiej, która gorliwie poświęci się czci Jego. Spieszmy więc „czerpać z radością ze Źródeł Zbawicielowych“ (Ks. Iz. XII, 3). Ukryjmy się w Ranie Najświętszego Serca za przykładem Św. Małgorzaty Marii, a przede wszystkim gorącą miłością odpłacajmy Zbawicielowi Jego Miłość dla nas, bo pamiętajmy, że istota nabożeństwa do Jezusowego Serca to miłość, która „jest wypełnieniem Zakonu” (Rz. XIII, 10) i jedyną prawdziwą świętością.

    Modlitwa na każdy dzień nowenny

    O Najmiłosierniejszy Jezu, Którego Serce pała niewypowiedzianą Miłością ku ludziom, prosimy Cię przez przyczynę wiernej służebnicy Twojej, Św. Małgorzaty Marii, abyś raczył serca nasze zapalić Świętym Ogniem Miłości Twojej i użyczył nam Łask, które przez tę Nowennę wyjednać od Ciebie pragniemy. Wysłuchaj próśb naszych, o Najsłodszy Jezu, nie odwracaj od nas Miłosierdzia Twego, ulituj się nad nami. Ufamy, że nie odmówisz niczego umiłowanej Uczennicy Najświętszego Twego Serca.

    O Święta Małgorzato Mario, któraś zasłużyła oglądać już tu na ziemi Skarby Miłości i Łaski zawarte w Najświętszym Sercu Zbawiciela, i przez swą żarliwą miłość stałaś się powiernicą i pocieszycielką Jego, prosimy Cię gorąco, wstaw się za nami. Wyjednaj nam pomnożenie wiary i miłości oraz spełnienie wszystkich próśb naszych, które za Twym pośrednictwem z ufnością zanosimy do Boskiego Serca.

    Gdy Cię wzywamy w potrzebach naszych, — Św. Małgorzato Mario, módl się za nami.

    Gdy życie nasze ustaje wśród ucisków, —

    Gdy zwątpienie nas ogarnia, —

    Kiedy Wiara nasza słabnie, —

    Gdy niebezpieczeństwa zewsząd nas otaczają, —

    Gdy nie wiemy, w którą zwrócić się stronę, —

    Gdy boleść serce nam napełnia, —

    Gdy łzy nam płyną z oczu, —

    Gdy Cię prosimy o ratunek, —

    Gdy błagamy o wytrwanie, —

    Gdy żebrzemy Miłosierdzia, —

    Gdy prosimy o Królestwo Boże, —

    Gdy wzdychamy za dniem zmiłowania, —

    Gdy błagamy o nawrócenie błądzących, —

    Kiedy z ufnością zwracamy się do Ciebie, —

    Módlmy się. Nie odrzucaj próśb naszych, Święta Małgorzato Mario, żarliwa Apostołko Serca Jezusowego, któraś była Jego radością i Chwałą. Chociaż niegodni jesteśmy wysłuchania, Tobie Pan nie odmówi, gdy Go prosić będziesz za nami. Wejrzyj na boleści i smutki nasze, spojrzyj na udręczenia Kościoła Świętego, uproś nawrócenie grzesznym, pociechę smutnym, radość uciśnionym. Niech za Twoją przyczyną rychło nadejdzie dzień przez Ciebie zapowiedziany, w którym Boskie Serce Jezusa zakróluje na świecie całym pomimo wysiłków swych nieprzyjaciół. Niech poświęcą Mu się wszystkie dusze, rodziny i narody, aby pokój Chrystusowy zamieszkał na ziemi i ze wszystkich krańców świata wznosił się ku Niebu hymn Chwały i wdzięczności dla Najsłodszego Serca Zbawcy naszego Jezusa Chrystusa, Który z Ojcem i Duchem Świętym żyje i króluje na wieki wieków. Amen.

    Najświętsze Serce Jezusa, zmiłuj się nad nami.

    ***

    Święta Małgorzata Maria Alacoque

    ŚWIĘTA MAŁGORZATA MARIA ALACOQUE – OBLUBIENICA SERCA JEZUSOWEGO

    WIOSNA ŻYCIA
    Był rok 1647. 22 lipca zamek Lauthecourt zabrzmiał radością. Dziedzicowi Klaudiuszowi Alacoque, notariuszowi z Verovres i jego małżonce urodziła się druga córeczka – piąte dziecko. Ochrzczono ją po 3 dniach, nadając imię Małgorzaty. Kiedy miała 4 lata chrzestna matka zabrała ją na zamek Corcheval, odległy o milę od rodzinnego domu. Zdarzało się tam, że dziewczynkę znajdowano w kaplicy albo w kościele, zatopioną w modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Klęczała bez ruchu, bo jej powiedziano, że w tabernakulum przebywa nieustannie i prawdziwie Boski Zbawca. W zabawie była jednak Małgorzata tak żywa, że nieraz ganiono ją za zachowanie. Wystarczało jednak powiedzieć: „Nie powinnaś tak robić, bo tym brzydzi się nasz kochany Bóg”, by ją powstrzymać. Małe serduszko pałało dziwną odrazą do grzechu. „O moja jedyna Miłości – pisała o swoim dzieciństwie Małgorzata – już od najwcześniejszych lat pragnąłeś być władcą serca mego”. Nieustannie czuła też natchnienie do powtarzania: „Mój Boże, poświęcam ci moją czystość, ślubuję Ci wieczyste dziewictwo”. Wierność wewnętrznym natchnieniom stała się dla niej krynicą niewyczerpanych zdrojów błogosławieństwa Bożego.
    Po wczesnej śmierci ojca na matkę spadła troska o siedmioro dzieci. Małgorzata znalazła się u SS. Urbanistynek w Charolles. Siostry zauważyły niepospolitość pensjonarki i zaledwie Małgorzata ukończyła 9 lat, dopuściły ją do Komunii św. „Pierwsza Komunia św. – pisała później Małgorzata – rozlała tyle goryczy na zabawy i przyjemności mojego wieku, że chociaż do nich lgnęłam, stawały się dla mnie przykre i wprost nieznośne. Ile razy zabrałam się z koleżankami do zabawy, tyle razy miałam wrażenie, że jakaś tajemnicza moc gwałtem mnie od nich odrywa, że jakiś wewnętrzny głos, który mię rwał do samotności, tak długo mi nie dawał spokoju, aż mu uległam, by klęcząc lub pochylona ku ziemi, zatopić się w modlitwie, aż mnie w tym stanie znajdowano, co znowu stale było dla mnie niemałą przykrością…” Bolesna choroba, która nawiedziła Małgorzatę po dwuletnim pobycie u Sióstr, zmusiła ją do powrotu do domu: choć patrzyła na nie z podziwem, postanawiając naśladować ich życie, to nie tutaj chciał ją mieć Boski Mistrz.
    Przez 4 lata lekarze leczyli ją bezskutecznie. Zrozpaczona matka zwróciła się więc do Maryi tymi słowy: „Święta Matko Boża, jeśli dziecko moje powróci do zdrowia, poświęcę je całkowicie Twej służbie”. Po żarliwej modlitwie zranionego serca matki, Małgorzata odzyskała zdrowie. Tak stanęła u bram życia, w okresie, w którym pęd ku swobodzie wiedzie w ułudne krainy przyjemności. Szesnastoletnia panienka, otoczona dostatkami, obdarzona zaletami umysłu i ciała, pełnymi haustami poczęła pić z upajającego kielicha dozwolonych przyjemności. Owładnęła nią zalotność i pragnienie podobania się. Nie przekroczyła granicy chrześcijańskiej moralności, a jednak to, że za wiele troszczyła się o wygląd i raz w karnawale poszła z przyjaciółką w przebraniu na bal, przez całe życie opłakiwała, jako swoje największe przewinienia. Jezus postanowił ją wyrwać ze świata i jego przyjemności. Jako Jego towarzyszka – nim się stała tłumaczem Jego wzgardzonej przez ludzi miłości – miała wstąpić na kalwaryjską ścieżkę i zranić cierpieniem stopy.

    CZAS WALKI
    Matka Małgorzaty powierzyła prowadzenie domu krewniaczkom. Skończyły się kłopoty finansowe, ale i swoboda matki i dzieci. W domu rządziła tyrania. Małgorzata pożyczała czasem u sąsiadek suknię, by móc udać się do kościoła. Jedyną pociechę znajdowała u stóp tabernakulum. Wkrótce zakazano jej bez zezwolenia opuszczać dom, a jeśli jedna krewna pozwoliła jej na odwiedzenie kościoła, wtedy druga ją zatrzymywała. Wobec tak bolesnej odmowy Małgorzata zalewała się łzami. Wyrzucano jej więc niesprawiedliwie, że to nie kościół ją tak gorąco pociąga, ale pewnie tajemna schadzka z mężczyzną, a wstyd, iż słowa danego nie dotrzyma, gorzkie łzy wyciska jej z oczu. Kryła się więc w ogrodzie, skąd swobodnie spoglądała na kościół: „Tam On dla mnie przebywa i z miłości ku mnie”, powtarzała zalewając się łzami. Całe dni spędzała w tej kryjówce, nie jedząc i nie pijąc, chyba że wieśniacy przynieśli jej mleka lub owoców. Pod wieczór wracała do zamku drżąc ze strachu, jak po ciężkiej zbrodni. Spadały na nią nagany, że nie pracuje i nie troszczy się o rodzeństwo.
    Jednej nocy objawił się jej Chrystus jako ‘Ecce homo’, mówiąc, że dopuszcza te cierpienia, aby ją do siebie bardziej upodobnić. Objawienia powtarzały się. Widywała Zbawiciela ociekającego krwią lub obarczonego krzyżem. Widzenia te umacniały ją do tego stopnia, że czasami było jej nawet przykro, że grożąca ręka wstrzymała się przed spełnieniem pogróżek. W osobach, które niesprawiedliwie ją traktowały, zaczęła widzieć najlepsze przyjaciółki. Chwaliła je i szanowała. „Ale – pisze o sobie – nie ja spełniałam to wszystko, lecz Mistrz mój Boski, który mnie do tego skłaniał, i który nie pozwolił, aby skarga wypełzła na moje wargi, albo by jakieś drgnienie niechęci przemknęło się po moim obliczu, albo bym szukała współczucia i pociechy. On to nakazał mi mówić, że one słusznie ze mną postępują, podczas gdy ja przez moje grzechy na więcej jeszcze zasłużyłam przykrości”.
    W tych czasach prób, cierpień i walki powtarzała nieustannie: „Panie, gdybyś Ty tego wszystkiego nie dopuszczał, to by się ono dziać nie mogło; dziękuję Ci, że to na mnie zsyłasz, bo w ten sposób upodobniam się do Ciebie”.
    Przez szereg lat wyłącznym przewodnikiem na drodze modlitwy i rozmyślania był dla niej Jezus. „Od tego czasu, kiedy poczęłam samą siebie poznawać – opowiada później – stał się On wyłącznym panem mej woli, tak iż musiałam Mu we wszystkim ulegać, nie mogąc nawet stawić Mu oporu. On sam ganił mnie łagodnie, ale stanowczo z powodu błędów, choćby one były i najdrobniejsze. Od tego czasu taki wstręt powzięłam do grzechu, iż po najmniejszym wykroczeniu poszukiwałam samotności, by się móc głośno wypłakać”. „Uczułam w sobie silny pociąg do rozmyślania, i niemało cierpiałam z tego powodu, iż nie mogłam się dowiedzieć, jak to się przy tym zachować, nie miałam bowiem nikogo, kto by mnie w tym względzie pouczył; nie wiedziałam także, na czym ono właściwie polega, ale już sama nazwa: ‘modlitwa myślna’ miała w sobie dla mnie coś pociągającego”.
    Małgorzata prosiła Boskiego Mistrza, by On sam raczył nauczyć ją rozmyślania. Jezus polecił jej rzucić się na ziemię i błagać Go o przebaczenie za wszystko, czym Go obraziła, a potem całe rozmyślanie Jemu ofiarować. I wtedy to w najwyraźniejszych konturach zjawiał się przed jej duchem Zbawiciel w tej tajemnicy, w jakiej Go sobie właśnie przedstawiała; zdawało się jej, jak gdyby wszystkie władze jej duszy zagubiły się w Bogu, tak że żadne roztargnienie nie mąciło jej wewnętrznej ciszy, a serce jej ogarniał żar pożądania Komunii św. i cierpienia.
    Kiedy bracia zaczęli zarządzać rodzinnymi dobrami, powrócił do domu dobrobyt. Jednak walka o powołanie zakonne stała się ostrzejsza. Wśród zwalczających ją stanęła ukochana matka, gdy o Małgorzatę – pochodzącą z dobrej rodziny, posiadającą miły charakter i piękną – zaczęli się ubiegać młodzieńcy. Czy jednak nie złożyła ślubu czystości? Czy nie czuła nieustannego pociągu do życia w murach klasztornych? Czy ma wzgardzić łaską powołania? Krewni naciskali: musi wyjść za mąż, zamiast zdeptać własne szczęście. „Drogie dziecię… – mówiła matka – wybierz sobie pobożnego męża i pozwól mi u ciebie mojego życia dokonać; tak mi osłodzisz te ciężkie lata goryczy, które w tym domu przeżyć musiałam”. Nękała ją myśl: jeśli wstąpisz do klasztoru, matka umrze ze smutku, a ma prawo do opieki, odpowiesz wtedy przed Bogiem za surowość i oziębłość wobec matki. Równocześnie w sercu rosła skłonność do życia zakonnego, by zostać oblubienicą Tego, który ją przed wszystkimi ukochał.
    Małgorzata – niemalże pokonana – stwierdziła wreszcie, że ślub czystości, złożony Bogu w wieku 4 lat, nie mógł być przeszkodą w zawarciu małżeństwa. Zaczęła się też bać, że stan zakonny domaga się świętości, jakiej nigdy nie osiągnie. Życie w zakonie stałoby się więc powodem potępienia. Zaczęła się stroić, by znaleźć męża. Szukała przyjemności… ale nie mogła ich znaleźć. Niewidzialne strzały Bożej miłości boleśnie raniły jej serce. Jakaś siła zmuszała ją do szukania samotności, a tam czekał na nią Jezus zazdrosny o jej miłość. Upadłszy na twarz, błagała o przebaczenie… A potem znowu pozwoliła się unieść prądowi otoczenia i znowu stawiła Bogu opór.
    Pewnego wieczora, kiedy Małgorzata wkładała na siebie świetne stroje, stanął przed nią Zbawiciel zelżony, okrwawiony, ubiczowany. Odezwał się: „Spojrzyj, czego twa próżność na mnie dokonała. Trwonisz czas drogocenny, z którego w godzinę śmierci złożyć będziesz musiała rachunek. Więc nie będziesz mi wierną? Prześladujesz mnie za to, że ci tyle dałem jawnych dowodów mojej ku tobie miłości, że cię do siebie chciałem upodobnić?”
    Raniące wyrzuty wywarły na nią wpływ głęboki. W żalu postanowiła pokutować, by upodobnić się do Boskiego Męczennika. Opasała się powrozem poskręcanym w węzły tak, że ledwie mogła oddychać i z trudem jadła. Tak długo na sobie go nosiła, aż wpił się głęboko w jej ciało i z wielką boleścią można go było usunąć. W nocy kładła się na łoże wysłane sękami, zrywała się, by się dręczyć biczowaniem. Upokorzenia ze strony krewnych, nie wystarczały, by zaspokoić pragnienie cierpienia.
    Walczyła tak prawie 5 lat. Tęsknota za życiem zakonnym rosła nieustannie, choć nieustannie trwał też opór rodziny. Kiedy budziło się w niej pragnienie rozrywki, przed oczyma duszy wyłaniał się krwią zbroczony Chrystus i szeptał: „Ty szukasz przyjemności? A jam jej nigdy nie zaznał. Wszystko przecierpiałem, byle twe serce pozyskać, a ty mi go teraz nie chcesz powierzyć (…) Wybrałem cię na mą oblubienicę i przyrzekliśmy sobie wierność wzajemną wtedy, kiedy to ślub dziewictwa dla mnie w ofierze złożyłaś; jam cię nim natchnął, zanim jeszcze świat nawet najdrobniejszej cząsteczki w tobie nie posiadł, bo chciałem twe serce uczynić wolnym od więzów doczesnych. I aby Cię dla mnie dziewiczą zachować, uwolniłem Twą wolę od zła wszelkiego i oddałem cię w opiekę mej świętej Matki, aby cię według moich zamiarów kształciła”.
    I tak, mając 22 lata, przybierając imię Maria, Małgorzata przystąpiła do bierzmowania. Umocniona tym sakramentem rozpoczęła ostateczną walkę o swe powołanie. Matka wznowiła wyrzuty, a duch ciemności szeptał: „Ty chcesz zostać zakonnicą? Ośmieszysz się tylko, bo przecież w zakonie stanowczo nie wytrwasz. Jakiż to wstyd spadnie na ciebie, kiedy będziesz musiała habit zakonny odłożyć i na świat znowu powrócić. Gdzież się wtedy ukryjesz?”. Małgorzata nie była już daleka od decyzji o zamążpójściu. Jednak Jezus po raz ostatni sprzeciwił się temu. Kiedy pewnego dnia przyjęła Komunię św., zjawił się przed nią jako najpiękniejszy, najbogatszy, najpotężniejszy i najbardziej porywający. Czynił jej wyrzuty, że ośmieliła się zapragnąć innego. „Jeśli wyrządzisz mi tę obelgę – zagroził – wtedy opuszczę cię na zawsze; ale jeśli dotrzymasz mi słowa, trwać będę przy tobie i zapewnię ci triumf nad twymi wszystkimi wrogami. Można ci wybaczyć, bo dotąd mnie jeszcze nie poznałaś, pójdź za mną, a ja ci się objawię”. Małgorzata postanowiła raczej umrzeć niż zawrzeć małżeństwo.

    NARESZCIE WOLNA!
    Kiedy rodzina pogodziła się z decyzją Małgorzaty, postanowiono, że musi wstąpić do Urszulanek. Jej zaś wydawało się, że jakiś głos wewnętrzny nieustannie jej szepce: „Nie tutaj pragnę cię posiadać, ale wśród córek Maryi”. Bliskiej realizacji planów przeszkodziła choroba matki. „Widzisz, jak twa nieobecność na matkę zgubnie oddziałuje – wyrzucano jej – jeszcze się staniesz przyczyną jej śmierci”. Nawet kapłani temu przyświadczali. Małgorzata zdwajała pokuty, wołając: „O mój ukochany Zbawco, jakżebym gorąco pragnęła, żebyś mnie gorzkich swych cierpień uczynił wspólniczką”. „Dokonam tego – brzmiała odpowiedź – jeśli ty się nie sprzeciwisz, i jeśli ze swej strony uczynisz wszystko, co w twej będzie mocy”. Małgorzata surowo umartwiała się, biczując się aż do krwi. Niepewna, czy podoba się Boskiemu Mistrzowi, błagała: „Panie, ześlij mi kogoś, kto by mną pokierował, kogo bym we wszystkim słuchać musiała”. „Czyż ja ci nie wystarczam?” – brzmiało pytanie Chrystusa. „Czyż dziecię, które jest tak ukochane jak ty, może źle postępować pod kierunkiem ojca, który jest wszechmocny?”
    Wreszcie w roku 1670, kiedy papież Klemens X, ogłosił Rok Jubileuszowy, przyszedł Małgorzacie z pomocą kapłan głoszący rekolekcje. W spowiedzi otwarła przed nim serce. Jasne było, że Bóg powołał ją do zakonnego życia. Polecił więc jej bratu, by zamiast piętrzyć przed nią trudności, dopomógł jej wreszcie w spełnieniu zamiaru.
    Wśród klasztorów, które jej wyliczono, wybrała Paray jako najbardziej odległy od domu. Spodziewała się, że tam najmniej dozna roztargnień ze strony rodziny. Wiosną r. 1671 wybrała się z bratem Chryzostomem prosić o przyjęcie u Sióstr Nawiedzenia. Kiedy wkroczyła do rozmównicy, usłyszała głos: „Pragnę byś tutaj została”. Mając 24 lata pożegnała się więc z bliskimi i przyjaciółmi z radością podobną do niewolnicy, dla której godzina wyzwolenia nareszcie wybiła. U wrót klasztoru stanęła w sobotę 25 maja i tak stała się nowicjuszką zakonu Nawiedzenia. Na żądanie św. Franciszka Salezego, zakon ten posiadał w godle Serce Boże przebite, otoczone cierniową koroną i uwieńczone krzyżem. Małgorzata Maria o tym nie wiedziała! Wiedział jednak Ten, który ją wybrał i pokierował jej wyborem. On przygotowywał ją na posłańca Swego Serca.

    ŻYCIE OFIARY
    Nowicjat był dla niej okresem szczęścia. Ponosiła ofiary, buntowała się miłość własna, ale czymże to było w porównaniu z tym, czego już w swoim życiu doznała w domu? Odczuwała radość, wiedząc, że wypełniła wolę Bożą.
    Kiedy szukała rady, jak rozmyślać, mistrzyni powiedziała jej: „Uklęknij przed Najświętszym Sakramentem i stań się jakby płótnem rozpiętym przed malarzem”. Małgorzata nie ośmieliła się pytać, co to oznaczało. Za to usłyszała wyraźnie słowa: „Pójdź tylko, a ja cię pouczę”. Boski Mistrz objawił życzenie, by dusza jej stała się płótnem, na którym On wymaluje główne rysy swego życia. Rozniecił w jej sercu taki żar miłości i pragnienie cierpienia, iż jedynym dążeniem jej było cierpieć z miłości ku Niemu.
    25 sierpnia r. 1671 odbyły się obłóczyny. „Był to dzień moich zaręczyn – pisała – który nową władzę nade mną oddał memu Oblubieńcowi, a mnie nałożył zobowiązanie, bym Go wyłącznie i jeszcze goręcej umiłowała. On natomiast, jako Oblubieniec najczulszy, złożył mi to przyrzeczenie, że mi z początku da zakosztować wszelkiej słodyczy, jaka się w miłości ukrywa”.
    Małgorzata wskutek wewnętrznego szczęścia wpadała w zachwyt i nie zdawała sobie sprawy z tego, co czyniła. Martwiło ją, że coś może zdradzić stan jej duszy. Przełożone, widząc w jej nieprzepartej skłonności do modlitwy przeszkodę w spełnianiu reguł, obawiały się, że może ją to sprowadzić na manowce. „Siostro – powiedziano jej – duch naszego zakonu nie znosi wszystkiego, co wygląda na niezwykłe w modlitwie i ćwiczeniach pokutnych; dlatego o ile się nie odmienisz, nie możesz być dopuszczoną do ślubów.” W czasie przeznaczonym na modlitwę zlecano jej więc zamiatanie korytarzy. Kiedy prosiła o odprawienie opuszczonej modlitwy, odmawiano. A jednak – mimo rozpraszających czynności – żyła w Bożej obecności. Daleka od unikania cierpienia, prosiła mistrzynię o umartwienia. Najczęściej otrzymywała upokarzającą odmowę albo polecenie wykonania czegoś, do czego czuła wstręt. Mówiła: „Panie, musisz mi teraz dopomóc, bo czyż nie Ty dałeś mi takie zlecenia?” „Uznaj tylko – odpowiadał życzliwie Jezus – że beze mnie niczego nie zdołasz, a ja cię nie opuszczę, jeśli tylko swą niemoc i słabość o moją oprzesz potęgę”.
    Przełożone nabrały jednak przekonania, że Małgorzata nie nadaje się do zachowania prostej i wspólnej reguły św. Franciszka Salezego i nadal nie chciały jej dopuścić do ślubów. Małgorzata nigdy nie przebyła cięższej próby. Skarżyła się, ale tylko Temu, który całą winę ponosił za to, On zaś dodał jej odwagi: „Powiedz przełożonej, że nie potrzebuje się obawiać i że na moją odpowiedzialność może cię do ślubów przypuścić.” Ciężar spadł z serca Małgorzaty, ale przełożona poleciła jej wybłagać znak u Zbawiciela na potwierdzenie, że będzie potrafiła zachować reguły. Jezus rzekł: „Przyrzekam ci, że cię uczynię bardziej pożyteczną dla zakonu, aniżeli tego przełożona się domyśla, ale w taki sposób, który jest na razie mnie tylko jednemu wiadomy. Od tej chwili łask moich udzielać ci będę w zespole z duchem twej reguły, ze względu na twą słabość i ze względu na żądanie twoich przełożonych. Nie ufaj zatem w przyszłości niczemu, co by cię miało od zachowania reguły odwodzić, ponieważ chcę, abyś ją ponad wszystko stawiała. Wolę przełożonej winnaś przedkładać nad swoją własną wolę i na jej rozkaz wszystkiego poniechać, czego spełnienie ja bym ci polecił. Oddaj się całkowicie jej kierownictwu. A ja już troszczyć się będę, by plany moje zostały spełnione, choćbym miał wszelkie przeszkody zamienić na środki do celu. Ale sercem twym muszę ja sam swobodnie rozporządzać; ono do mnie należy, nie powierzaj go nikomu.”
    Nadszedł poranek 6 listopada r. 1672. Małgorzata Maria złożyła uroczyste śluby. Po Komunii św. Jezus powiedział: „Spojrzyj tu na ranę mojego boku. Tu musisz na zawsze zamieszkać, jeśli chcesz szatę niewinności, którą cię dziś odziałem, zachować i życie Boga-Człowieka prowadzić.”
    Słodycz zalała jej serce, ale kiedy ujrzała Boskiego Oblubieńca skrwawionego i okrytego ranami, jakby na Golgocie, zaczęła się skarżyć: „Ach, nie jestem podobna do Ciebie”. „Pozwól mi uczynić wszystko w swoim czasie – odpowiedział Jezus. – Powierz się tylko mojej miłości i memu upodobaniu, nic na tym nie stracisz. Ja cię nie opuszczę.” I obdarzył ją łaską swej niewidzialnej obecności tak, jak tego nie doświadczyła jeszcze w swoim życiu. „Widziałam Go – pisała później – czułam Go przy sobie, słyszałam głos Jego, a to wszystko wyraźniej, aniżeli przy pomocy zmysłów, bo wszelkie roztargnienie było wykluczone, moja uwaga nie mogła się od Niego oderwać. Obecność mojego Boskiego Mistrza doprowadziła mnie do najgłębszego zrozumienia mojej nicości, i tego zrozumienia odtąd nigdy nie straciłam. W poczuciu głębokiej czci byłabym najchętniej trwała nieustannie na kolanach u Jego stóp. I o ile moja praca i ma słabość na to pozwalały, przybierałam owo położenie. Mimo mojej skłonnej do pychy natury, pragnęłam gorąco być zapomnianą i wzgardzoną i radość mą znajdowałam w upokorzeniu oraz w przeciwnościach. Boski mój Nauczyciel powiedział, że to musi się stać moim najmilszym pokarmem i jeśliby mi ludzie tej strawy dostarczyć nie chcieli, On sam miał jej braki uzupełnić, lecz w sposób daleko bardziej dający się odczuć”.
    Przełożoną klasztoru w Paray została matka Franciszka de Saumaise: zakonnica troskliwa o zachowanie reguły i przeciwniczka nowości. Mimo wszystko od pierwszych dni nie przestała podziwiać Małgorzaty Marii. Jednak jako przezorna i roztropna przełożona, umiała w ciągu 6 lat sprawowania urzędu – czyli w czasie najważniejszych zdarzeń w życiu Małgorzaty – ukryć cześć i podziw dla Świętej. Nakazała jej jednak spisać wszystkie łaski i dary otrzymane od Zbawiciela. A po złożeniu urzędu włączyła się w szerzenie kultu Serca Jezusowego.

    ŚLADAMI JEZUSA
    Pewnego dnia Boski Mistrz przyszedł trzymając w jednej ręce obraz życia zakonnego, spędzonego w szczęściu, w drugiej – rozdartego katuszami duszy i udręką ciała. Małgorzata musiała wybierać: „Wybieraj teraz, które życie pragniesz prowadzić? W jednym i drugim z równą łaską towarzyszyć ci będę”. Małgorzata przypadła do stóp Jezusa: „Panie, Ty mi wystarczysz, ja tylko Ciebie pragnę, Ty dla mnie wybieraj”. Odkupiciel nalegał. „Panie – powiedziała – w takim razie daj mi to, co będzie na większą Twą chwałę. Nie zważaj na moje skłonności, na moje zachcianki; postąp ze mną według Twojego upodobania, niczego innego nie pragnę”. „Patrz! – rzekł Jezus – oto dla ciebie wybieram – wskazał jej życie pełne cierpień – czynię to dlatego, aby się spełniły na tobie moje zamiary, jak również, by cię bardziej upodobnić do Siebie”. Małgorzata Maria, przejęta drżeniem, ucałowała rękę, która ofiarowywała jej życie hańby i cierpienia.
    Pewnego ranka, wyszła do ogrodu. Nieraz słyszała tu głos Boskiego Mistrza. Zażądał od niej odnowienia ofiary. Potem pokazał jej krzyż. Jak daleko Małgorzata mogła sięgnąć wzrokiem, zdobiły go kwiaty. „Patrz, oto ołtarz – rzekł do niej Zbawiciel – na którym czyste me oblubienice muszą dokonać ofiary. Kwiaty te zwiędną, ale ciernie, które pod nimi się kryją, trwać będą i tak boleśnie wbiją się w ciebie, że całej potęgi mojej miłości potrzeba ci będzie, byś na tym krzyżu mogła wytrzymać.” Później ujrzała po Komunii św. Zbawiciela z cierniową koroną w rękach. Koroną tą uwieńczył jej skronie: „Przyjmij moja córko, tę koronę, jako zapowiedź innych cierpień, które cię wkrótce do mnie upodobnią”. Od tego czasu płonęła w jej sercu potrójna żądza: cierpieć, przyjmować Komunię św. i umrzeć – trzy przejawy jednego pragnienia: z Oblubieńcem serca na wieki się połączyć. Gdzie się zatrzymała, dokąd zwróciła kroki, wszędzie znajdowała Chrystusa z krzyżem.
    W tym czasie podjęła pracę przy chorych. Szatan z zazdrości o jej miłość do Zbawiciela wytrącał jej nieustannie z rąk to, co niosła. Było to przyczyną wielu upokorzeń ze strony innych. Potem odzywał się: „Głupia, nigdy niczego dobrego nie zrobisz”.
    Pewnego dnia chciała wyciągnąć ze studni wiaderko wody, ale uchwyt koła nieszczęśliwie wymknął się jej i tak silnie uderzył w twarz, że runęła na ziemię. Przednie zęby zostały wybite, a dziąsła poszarpane. Spowodowane przez to boleści i nieustanny ból głowy, sprowadziły na nią niejedną bezsenną noc. Zatopiona w rozmyślaniu o cierpieniach Zbawiciela w ogrodzie oliwnym, uczuła w sercu pragnienie uczestniczenia w mękach Boskiego Oblubieńca. Jezus odezwał się: „Przeszedłem tam większe wewnętrzne cierpienia, niż w całej mej pozostałej męce, ponieważ uczułem się opuszczonym i obciążonym brzemieniem grzechów świata całego. Te cierpienia i ta trwoga konania dręczą każdego grzesznika, kiedy dochodzi do poznania Bożej świętości. Wstyd na niego spływający zda się go prawie druzgotać. Teraz właśnie gniew mój gotowy, by w kilku grzeszników ugodzić. Ale za nich ty musisz odczuć, co w ogrodzie getsemańskim przecierpiałem.”
    W dzień Zmartwychwstania Pańskiego nie mogła z innymi siostrami odprawić rozmyślania. To pozbawiło ją humoru, ale natychmiast usłyszała głos Boskiego Mistrza: „Modlitwa ofiary i poddania się jest mi przyjemniejszą, niż wszelka inna modlitwa”.

    POWIERNICA SERCA JEZUSOWEGO
    W ostatnich dniach października, r. 1673, kiedy Małgorzata po raz pierwszy po złożeniu ślubów zaczęła właśnie ćwiczenia duchowne, Zbawiciel pokazał jej miłością rozpromienione Serce, krwią zlane od ran i uderzeń: „Oto rany, które mi zadaje mój naród wybrany; inni ranią me ciało, ci przeszywają me Serce”. Małgorzata błagała o przebaczenie dla tych, którzy zawinili, ale cierpienie jej trwało bez przerwy. Komunia św. stała się dla niej męczarnią, bo w spojrzeniu umiłowanego Mistrza wciąż odczytywała ból.
    Całując w duchu krwawiące rany Boskiego Nauczyciela usłyszała ciche słowa: „Dziecię moje, czy chcesz mi oddać twe serce, aby na nim mogła odpocząć wzgardzona ma miłość?” „Panie – odpowiedziała – Ty wiesz, że całkowicie do Ciebie należę; postąp ze mną tak, jak Tobie się tylko podoba”. „Czy wiesz, dlaczego ci tyle łask użyczam? Twoje serce musi się stać ołtarzem, na którym by nieustannie gorzał ogień miłości; nic zmazanego znaleźć się tam nie może. Ciebie wybrałem, by Ojcu memu wiekuistemu, złożyć ofiarę miłości i pojednania”.
    Małgorzata Maria prosiła więc przełożoną, by wolno jej było podwoić pokuty. Stanowczo jej odmówiono. Zawstydzona wróciła do Boskiego Mistrza, On zaś wskazał na własne jej błędy i niedoskonałości, wyrzucał, że niedawno, wyraziła o sobie z próżności jakąś pochwałę: „Z czego ty się możesz szczycić prochu i popiele? Czyż ty jesteś z siebie czymś innym, jak prochem i nicością? Patrz, jakie łaski zlewam na ciebie, a czym ty sama z siebie jesteś?” I ukazał jej oczom obraz, na którego widok krzyknęła: „O Boże usuń ten obraz lub każ mi umrzeć! Niepodobna mi bowiem patrzeć na ten mój stan i żyć jeszcze!”
    27 grudnia r. 1673, w uroczystość św. Jana Ewangelisty, zbliżyła się Małgorzata z siostrami do Stołu Pańskiego, i w tym momencie uczuła, że tak jak św. Lutgarda, powinna wargi swoje przycisnąć do Najświętszej Rany Jezusowego boku. Pełnymi haustami poczęła pić z tego źródła szczęścia. Usłyszała słowa: „Czy widzisz teraz, że nie ma żadnej obawy u źródła potęgi i że w tej rozkoszy o wszystkim się zapomina?” W dniu tym miała więcej wolnego czasu, więc powróciła przed tabernakulum, by przy piersi Boskiego Mistrza wypocząć, jak Jan, umiłowany uczeń.
    Wtedy po raz pierwszy, otwarło się przed nią Boskie Serce, a z tajemnic, które dotychczas były przed nią zakryte, opadła zasłona. Małgorzata Maria upadła na kolana w zachwycie na widok tych cudów dobroci, a Jezus przemówił:
    „Moje Boskie Serce przepełnione jest miłością ku ludziom, a zwłaszcza ku tobie, dlatego też biją z niego płomienie, by się przez ciebie ludziom objawić, i w skarby, na które ty patrzysz, ich zaopatrzyć, w skarby, na które składają się łaski konieczne do tego, by ludzi wybawić z przepaści zatracenia. Ciebie niegodną i nieuczoną wybrałem do wypełnienia moich zamiarów, aby jasną było rzeczą, że wszystko jest wyłącznie moim dziełem. Dlatego daj mi serce twoje!”
    I wziął Jezus serce Małgorzaty i oddał je jej rozpłomienione miłością ze słowami:
    „Patrz ukochana, oto zadatek mojej miłości! Żar, który zapaliłem w twym sercu, nigdy nie zgaśnie i tylko pewną ulgę znajdziesz krwi swej upuszczeniem, chociaż i ten środek raczej upokorzenie, niż ulgę w cierpieniu przynosić ci będzie. Ale powinnaś o to prosić, by w ten sposób krew swoją dla mnie przelewać i byś się mogła przekonać, że to wszystko nie jest jakimś urojeniem, ale oznaką, iż pierwsza z łask, które przeznaczyłem dla ciebie, udzielona ci będzie. Ranę serca twego zasklepiłem, ale ból jego zatrzymasz; dlatego od tej chwili już nie, jak dotychczas, niewolnicą Serca mego, ale ‘uczennicą Serca Jezusa’, nazywać się będziesz”.
    Płomień, który rozgorzał w jej piersi, sprawiał gwałtowny ból. Widziała Najświętsze Serce Jezusa na płomiennym tronie, wysyłające, niby słońce, promienie na wszystkie strony, a zarazem przejrzyste, jakby z kryształu. Widać było ranę zadaną włócznią, a całe Serce otaczała cierniowa korona. Na szczycie wznosił się krzyż. Te oznaki cierpienia Chrystusa pokazywały, że Jego miłość ku ludzkości stała się źródłem wszelkiego cierpienia i pogardy, którą od pierwszej chwili Wcielenia na siebie przyjął i w Najświętszym Sercu odczuwał, jak i ona jedynie tłumaczy cierpliwe znoszenie zniewag, na które wystawił się w Najświętszym Sakramencie Ołtarza.
    „Następnie dał mi poznać – pisze Małgorzata Maria – jak pragnienie wzajemnej miłości skłoniło Go do objawienia ludziom swego Serca, wraz ze wszystkimi skarbami miłości, miłosierdzia, łaski i świętości, które w sobie zawiera, tak że każdy, ktokolwiek tylko zechce, pełną dłonią może z niego czerpać. Nadto złożył mi zapewnienie, że osobliwą to będzie dla Niego radością, jeżeli temu Sercu cześć składać będą i że wizerunek Jego wszędzie wystawiony być musi, by nieczułe serca ludzkie poruszyć do głębi. Tym, którzy temu Sercu cześć oddają, pozwoli obficie uczestniczyć w największych łaskach a na dom, gdzie obraz tego Serca szczególną czcią otaczany będzie, przebogate spłyną błogosławieństwa, to nabożeństwo jest bowiem jedną z ostatnich prób Jego miłości, by ludzi do siebie pociągnąć”.
    „Patrz, moja córko – powiedział – do jakiego to zadania ciebie wybrałem! Dlatego ci tyle łask wyświadczałem już od najwcześniejszego dzieciństwa. Twoim mistrzem i przewodnikiem sam być chciałem, by cię na moje łaski przygotować; ale za największe dobrodziejstwo to uważaj, żem ci objawił i podarował me Serce”.
    Co roku w uroczystość św. Jana powtarzało się to objawienie. Wskazując na swoje Serce, Jezus powtarzał: „Pragnę cześć w Najświętszym Sakramencie odbierać, a nie ma nikogo, kto by mnie przez miłość wzajemną choć nieco chciał orzeźwić”.
    Małgorzata chętniej wyznałaby grzechy przed siostrami, niż tajemnice, powierzone jej przez Boskiego Mistrza i Oblubieńca. A jednak musiała to czynić i ze względu na wolę Jezusa, i z posłuszeństwa regule. Przełożona – słuchając jej wyznań – z przekonania lub może dla jej zbadania – żartowała z opowiadań o zjawieniu się Zbawcy i jej bólu. Małgorzata, niezdolna do wytrzymania trawiącego ją nieustannie żaru Bożej miłości, zachorowała. Z dnia na dzień coraz bardziej opadała z sił. Dopiero gdy na jej prośbę – przy sprzeciwie lekarzy – upuszczono jej krwi, odzyskała siły, zgodnie z zapowiedzią Jezusa. Powtarzało się to wiele razy. Począwszy od 27 grudnia r. 1673, dolegliwości odnawiały się w każdy pierwszy piątek miesiąca. Zjawiało się jej przed oczyma Boskie Serce Jezusa do błyszczącego słońca podobne i zsyłało płonące promienie w jej duszę. Siostry, które nie znały powodu jej cierpień, naśmiewały się z tej regularnie powracającej słabości.
    8 lutego 1674 r. Małgorzata klęczała, zatopiona w modlitwie przed tabernakulum. Zjawił się przed nią Zbawiciel. Z pięciu ran rozchodziły się lśniące promienie, a pierś świeciła jasnym żarem. W głębi piersi wskazał jej Boski Mistrz na Serce, jako na ognisko owego płomienia i znowu jej opowiadał o miłości ku ludziom i jak oni tylko niewdzięcznością płacą, co mu większą sprawia udrękę, niż wszystkie cierpienia, które w czasie męki wycierpiał: „Gdyby mi okazywali miłość wzajemną, wtedy bym za nic poczytał to wszystko, com dla nich uczynił, ale oni pozostają zimni i bez żadnego odczucia. Wynagradzaj więc przynajmniej Ty, ile zdołasz to, czego im nie dostaje.” „Jakżeż mogę tego dokonać, mój Panie? Jestem tak słaba i tak niegodna”. „Patrz, oto teraz potrafisz” – odpowiedział jej Zbawca. W tej chwili płomień, który wytrysnął z Bożego Serca, przeniknął jej serce tak, że myślała, iż skona, i tylko prosiła: „Oszczędź mnie, o Panie, śmiertelnym jestem człowiekiem!” „Ja będę twą mocą, nie trwóż się, ale spełnij to, co ci polecę. Najpierw musisz tak często, jak tylko ci posłuszeństwo zezwoli, przyjmować mnie w Komunii św., choćby kosztem upokorzenia i hańby. W każdy pierwszy piątek miesiąca przystępuj do Stołu Pańskiego. Następnie w każdym tygodniu w nocy z czwartku na piątek pozwolę ci uczestniczyć w mej trwodze konania, jaką na górze oliwnej przeszedłem, tak, że nie wiedząc nawet w jaki sposób, doznawać będziesz trwóg konania. Dlatego powinnaś w nocy od 11-12 godziny łączyć się z moją modlitwą w ogrojcu i leżąc twarzą zwrócona ku ziemi, błagać o miłosierdzie dla grzeszników i pocieszać mnie w opuszczeniu przez śpiących uczniów.”
    Przełożona, nazwawszy wszystko wymysłem próżności i urojeniem, zakazała jej wykonania czegokolwiek z Bożych poleceń. Małgorzata osłabiona postami znowu zaczęła chorować tak, że przełożona sądziła, że bliska jest jej śmierć. Czy to wszystko było tylko złudną grą gorączką rozpalonej wyobraźni, czy też dowodem Bożej łaski? Przełożona nie ośmieliła się rozstrzygać. „Siostro – powiedziała – proś Pana Boga o twe wyzdrowienie, abyś wspólnie z innymi siostrami mogła wypełniać święte reguły zakonne. Jeśli rzeczywiście nagle zdrowie odzyskasz, to ci pozwolę na Komunię w pierwszy piątek miesiąca, oraz na wstawanie w noc czwartkową”.
    Małgorzata Maria prosiła o wyzdrowienie z nadzieją, że nie zostanie wysłuchana, bo kochała cierpienia i upokorzenia. A jednak postawiony warunek został wypełniony. Mimo to przełożona ociągała się z zezwoleniem Małgorzacie na to, o co prosił Jezus, zaś kapłani, do których zwróciła się o radę wydali jednogłośny wyrok: „Przesada, urojenie, marzycielstwo. Nie zważać na rzekome objawienia, skrócić modlitwy”. Tak osądzona Małgorzata stwierdziła, że pewnie kroczy błędnymi ścieżkami. Czasem skarżyła się na niedolę Jezusowi i prosiła, by już raz walce tej koniec położył. Usłyszała: „Przyślę ci sługę mojego, przedstaw mu wszystkie tajniki twego serca, a on cię na prawej drodze umocni”.

    UPEWNIENIE W DRODZE
    Pod koniec roku 1674 o. Klaudiusz de la Colombiere został rektorem Jezuitów w Paray. Fakt ten wywołał powszechne zdziwienie, nie dlatego, że kapłan był młody, bo – jako doświadczony w życiu duchowym – cieszył się powagą, szacunkiem i zaufaniem. Żałowano jedynie, że znalazł się nagle w miejscu tak nieznanym i ciasnym. Takie jednak były drogi Bożej Opatrzności…
    Kiedy po raz pierwszy odwiedził siostry, Małgorzata Maria usłyszała głos wewnętrzny: „Ten to jest, którego ci posyłam”. Był on nadzwyczajnym spowiednikiem sióstr i w czasie wielkiego postu w r. 1675 po raz pierwszy rozmawiał z Małgorzatą w konfesjonale. O. de la Colombiere zatrzymał ją dłużej i mówił tak, jakby wiedział o tym, co działo się w jej sercu. Małgorzata Maria całkowicie zamilczała o nadzwyczajnych łaskach. Usiłowała szybko odejść, by nie zmuszać sióstr do czekania. Ojciec, po nauce do sióstr, zapytał przełożoną: „Kim jest młoda siostra, która tam siedziała?”. Wskazał na pewne miejsce. Przełożona wymieniła Małgorzatę Marię, na co kapłan odrzekł: „Wielce to łaskami obdarzona dusza”. Przełożona postanowiła więc powierzyć kierownictwo Małgorzaty Marii o. de la Colombiere i odesłała ją do niego. On zaś zapewnił, że powinna słuchać głosu, który do niej przemawiał, i całkowicie się Bogu powierzyć. Gdy się skarżyła, że Boski Zbawca nieustannie przy niej przebywa i uniemożliwia jej ustną modlitwę, odpowiedział roztropnie: „Nie powinnaś się przymuszać, odmawiaj tylko godzinki i różaniec, o ile potrafisz”. Z prawdziwą ulgą opuściła Małgorzata Maria o. de la Colombiere i tak często, jak tylko mogła, śpieszyła do niego po radę.
    Rozeszła się wieść, że o. de la Colombiere stał się przewodnikiem duchownym Małgorzaty Marii. On, pytany o „marzycielkę”, wyrażał się o niej z głęboką czcią. Zaczęto więc mówić, iż dał się zwieść i oszukać, bo uważa za prawdziwe to, co starsi kapłani nazwali obłudą i szaleństwem. Poważanie wobec niego zaczęło się zmniejszać, a ponieważ ojciec de la Colombiere szacunku świata nie szukał, dlatego nie zmienił sądu o swej penitentce.

    WIELKIE OBJAWIENIE SERCA JEZUSOWEGO

    Jezus nie zaprzestawał przygotowywać wiernej uczennicy do głównego objawienia swojej wzgardzonej miłości. Z początkiem lata r. 1675 siostry zebrały się przy pracy na wewnętrznym dziedzińcu klasztornym. Małgorzata Maria uczuła wewnętrzny pociąg, by usiąść pod murem kaplicy, w której przechowywano Najświętszy Sakrament. Siostry wołały, żartowały tak długo, aż wreszcie powstała. Jednak natchnienie, by wróciła pod mur kaplicy, stało się tak silne, że poprosiła o radę przełożoną. „Idź i tam sobie usiądź” – brzmiała odpowiedź. Mimo głośnych śmiechów sióstr wróciła na dawne miejsce i klęcząc spełniała pracę, ale z tak wielkim skupieniem, jak gdyby się znajdowała w jakiejś ustronnej samotni. Nagle zjawiło się przed nią Serce Zbawiciela, jaśniejące jak słońce, płomieniami uwieńczone. Chór Serafinów zstąpił z obłoków i śpiewał: „Z miłości tryska radość i zasług zdrój płynie. Szczęśliwy, kto Serce Pana pokochał jedynie”. Duchy niebieskie wezwały Małgorzatę, by śpiewała razem z nimi, ale się nie ośmieliła. Następnie wysłańcy nieba oświadczyli, że przybyli razem z nią złożyć u stóp Serca Jezusa hołd, uwielbienie i miłość i że zastępować będą jej miejsce, ilekroć nie będzie mogła trwać przed Najświętszym Sakramentem, by w ten sposób za ich pośrednictwem mogła przebywać nieustannie u stóp Jezusa. Objawienie to wyryło w pamięci Małgorzaty niezatarte wspomnienia.
    Jeszcze głębszy wpływ już na cały świat katolicki, miało wywrzeć objawienie, którym Małgorzata zaszczycona została 19 czerwca tego samego roku 1675, w oktawie Bożego Ciała. Wybrana uczennica Pańska, klęcząc przed tabernakulum, odbierała objawy miłości Boskiego Oblubieńca. Pod wpływem tych łask zbudziło się w jej sercu gwałtowne pragnienie, by złożyć Zbawicielowi dowody wzajemnej miłości. Wtedy Chrystus tak przemówił: „Niczym innym nie potrafisz lepiej okazać mi swojej miłości, jak spełniając to, czego już tyle razy od ciebie żądałem”. Przy tych słowach Zbawiciel odsłonił Serce i tak dalej mówił: „Patrz! Oto Serce, które tak bardzo ludzi ukochało, i które niczego nie szczędziło, by się za nich poświęcić i wyczerpać się w objawach miłości; a jako nagrodę odbieram od największej części ludzi tylko oziębłość, brak czci, pogardę i świętokradztwa w tym Sakramencie miłości. Ale co mi największy ból sprawia to to, że serca szczególniej mi poświęcone, w ten sposób ze mną postępują. Dlatego żądam od ciebie, by pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała, szczególną był uroczystością ku czci Serca mego, by w tym dniu zbliżano się do Stołu Pańskiego, by mi cześć składano, celem wynagrodzenia tych wszystkich zniewag, które Serce me spotykają, gdy na ołtarzach przebywam. A ja ci powiadam, że Serce moje w obfitej mierze da odczuć wpływ swej miłości tym, którzy je czcią otoczą i którzy o to starać się będą, by i inni cześć mu oddawali.” „Ależ Panie – ośmieliła się Małgorzata przemówić – do kogóż Ty się zwracasz? Do nędznego stworzenia, do biednej grzesznicy, której niegodność musi stanąć w poprzek drogi spełnieniu się Twego życzenia! Znasz przecież tyle szlachetnych dusz, którym możesz owo zlecenie powierzyć” „Czyż nie wiesz, że używam słabych, by mocnych zawstydzić? – odpowiedział Boski Nauczyciel. – Że wszechmoc moja objawia się w małych i ubogich duchem, aby sobie samym niczego przypisywać nie mogli?” „To wskaż mi przynajmniej środek do spełnienia tego, co mi rozkazujesz – odrzekła odważnie Małgorzata Maria. A Chrystus odpowiedział: – Zwróć się do mego sługi, o. Klaudiusza de la Colombičre z Towarzystwa, które Imię moje nosi i poleć mu w moim imieniu, by wszystko uczynił, co tylko leży w jego mocy, by memu Boskiemu Sercu żądane wynagrodzenie zapewnić. Liczne trudności, na które napotka, nie powinny go odstraszać, ale o tym niech pamięta, że ten, co sobie nie ufa, lecz całą swą ufność we mnie pokłada, wszystkiego dokonać potrafi”.
    O. Klaudiusz de la Colombičre dowiedział się od Małgorzaty, jakie zadanie zostało jemu wyraźnie zlecone. Znając ją nie żywił w sercu żadnej wątpliwości co do objawienia, którym była zaszczycona i z pokorą przyjął to słodkie brzemię. 21 czerwca, w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała poświęcił się całkowicie i niepodzielnie Boskiemu Sercu Jezusa, gotów dla czci i chwały tegoż Serca żyć, pracować i życie poświęcić. Zachęcał penitentki w Paray, by w pierwszy piątek każdego miesiąca przystępowały do Stołu Pańskiego celem wynagrodzenia Zbawicielowi za obojętność i zniewagi, jakie, przebywając na ołtarzach, miał wycierpieć. Zwycięstwo wydawało się bliskie. Tymczasem Jezus przygotował Małgorzacie nową ofiarę. O. de la Colombičre nie tylko nie pozostał w Paray, ale nawet musiał opuścić Francję. On przywrócił pokój i pogodę jej sercu wtedy, kiedy ona sama i wszyscy inni byli przekonani, że zły duch wiedzie ją na manowce. Małgorzata Maria odczuła więc głęboko ten cios, choć go przewidziała. Aż do końca swego krótkiego życia pozostał wierny misji szerzenia kultu Najświętszego Serca Jezusa, według wskazówek udzielonych św. Małgorzacie Marii w objawieniach Zbawcy.
    Po wyjeździe o. de la Colombičre uczennica Najświętszego Serca Jezusa prowadziła dalej życie, które przyjęła z rąk Boskiego Oblubieńca: życie cierpienia i miłości. W listopadzie 1677 r., Boski Mistrz odezwał się: „Pragnę ci oddać me Serce, ale najpierw musisz złożyć całopalną ofiarę, by razem ze mną odczuć karzącą prawicę mojego Ojca, ponieważ w swym sprawiedliwym gniewie grozi, że pewien klasztor surowo ukarze.” Czy ta groźba odnosiła się do klasztoru Nawiedzenia w Paray? Małgorzata Maria zamilczała odpowiedź na to pytanie nawet przed przełożoną. Jednak w otoczeniu Małgorzaty oprócz gorliwych zakonnic znajdowały się i oziębłe, które niezupełnie żyły według ducha reguł i objawiały niechęć wobec uczennicy Zbawiciela. Jezus odsłonił przed nią cierpienia, jakie miały ją spotkać. Widok ten przejął ją drżeniem, więc stwierdziła, że bez pozwolenia przełożonej do niczego nie może się zobowiązywać. Nie poprosiła jednak o pozwolenie z obawy, że przełożona może się na wszystko zgodzić. Nie zaznała spokoju. Przełożona widząc jej udrękę, zapytała ją o przyczynę łez i przerażenia. Usłyszawszy odpowiedź, natychmiast udzieliła Małgorzacie pozwolenia, przed którym właśnie taki lęk ją ogarniał. Małgorzata ociągała się z ostateczną decyzją. Miała przed oczyma anioła sprawiedliwości z biczem, którym ją miał ukarać z chwilą, kiedy się na ofiarę zdecyduje. Wśród wahań i lęku uklękła w wigilię uroczystości Ofiarowania Najświętszej Marii Panny wraz z innymi siostrami przed Najświętszym Sakramentem. Usłyszała głos Boży: „Trudno ci będzie stawić opór pragnieniu mojej sprawiedliwości; ale upokorzenia, które było złączone z twoją ofiarą, doznasz teraz w podwójnej mierze. Pragnąłem tylko ukrytej ofiary, nie chciałaś. Teraz wbrew twym ludzkim rachubom złożyć ją musisz publicznie i wśród nadzwyczaj upokarzających okoliczności, które cię przez całe życie będą poniżać, tak w oczach własnych, jak i wobec innych. Teraz poznasz, co to znaczy, sprzeciwiać się Bogu”.
    Kiedy dokonała wynagrodzenia i w uroczystość Ofiarowania Najświętszej Marii Panny zbliżyła się do Stołu Pańskiego, Jezus ukoił jej udręczone serce, mówiąc: „Rana się zamknęła; sprawiedliwości mojej stało się zadość. Ofiarę twą zespoliłem z moją ofiarą. Nie szukaj nadal w swym cierpieniu niczego innego, jak tylko mego upodobania. Cierp i pracuj w cichości na chwałę Bożą i ku rozszerzeniu królestwa mojego Serca wśród ludzi, bo do tego właśnie dzieła cię wybrałem”.
    W roku 1678 miejsce Matki de Saumaise zajęła Rozalia Greyffié z klasztoru Annecy, kobieta szczególnej cnoty i pokory. Małgorzata od pierwszego dnia powierzyła się jej całkowicie, zgodnie z regułą posłuszeństwa i zaleceniem Jezusa. Nowa przełożona nie mogła sobie wyrobić o Świętej jasnego zdania na podstawie tego co mówiono o niej w Paray. Nie zwracała więc uwagi na nadzwyczajne doznania Małgorzaty, nie powierzała jej żadnego urzędu i korzystała z każdej sposobności, by ją upokarzać. Spostrzegła, że to było Małgorzacie najmilsze. By nie zaszkodzić jej zdrowiu, nie pozwoliła jej na godzinę rozmyślania, które odprawiała w noc czwartkową, leżąc na ziemi z rozciągniętymi ramionami. Nieco później, nie znając powodów, które skłaniały Małgorzatę Marię do tej modlitwy w czasie nocnego spoczynku klasztoru, zakazała jej zupełnie tego rozmyślania. Małgorzata posłusznie poddała się zarządzeniu, ale przekazała przełożonej, że Jezus nie jest zadowolony i że da jej to odczuć. Kiedy 14 grudnia r. 1678, jedna z najlepszych sióstr po krótkiej chorobie skonała na rękach matki Greyffié, uznała ona wreszcie w tej stracie karę Bożą i pozwoliła bezzwłocznie siostrze Alacoque na jej rozmyślanie.
    Podczas rekolekcji Małgorzata doznawała w takim stopniu objawów miłości ze strony Oblubieńca, że była zmuszona wołać: „Dosyć, Panie, dosyć!”. Ale Jezus odpowiedział: „Jedz i pij z stołu moich radości; potrzebujesz siły i orzeźwienia, by naprzód odważnie kroczyć. Długa i ciężka droga ściele się przed tobą i od czasu do czasu będziesz musiała odetchnąć i wypocząć w moim Sercu, które dla Ciebie zawsze bezpiecznym będzie schronieniem. Jeśli dam ci poznać, że sprawiedliwość moja gniewa się z powodu grzeszników, wtedy zbliżaj się do św. Stołu i módl się do mnie serdecznie i gorąco. A nie opieraj mi się, ponieważ musisz mi służyć jako narzędzie, by pozyskać ludzkie serca dla mojej miłości.” „Ależ nie pojmuję, o Boże, w jaki sposób stać się to może”. „Przez moją wszechmoc, która wszystko z nicości wywiodła. Pomnij, że do mnie należysz, i że tobie nic nie pozostaje; natomiast rozporządzać możesz sercem moim; skarby w nim zawarte możesz podług upodobania swojego rozdzielać, komukolwiek tylko zechcesz. A w podarkach nie bądź skąpa, bo skarby te nieskończone. Jeszcze wielkim i ciężkim krzyżem obarczę twe ramiona, ale niczego się nie obawiaj, jestem dość potężny, by stać się twoją podporą. Szatan pragnie twą cnotę na próbę wystawić, ale pozwolę mu dręczyć cię tylko tymi samymi pokusami, z którymi przyszedł do mnie na pustynię. Połóż tylko ufność swą we mnie, a ja będę twą ochroną”.
    W Wielki Piątek 1687 r., dnia 28 marca dusza Małgorzaty tak pragnęła Eucharystycznego Chleba, że zaczęła mówić do swego Oblubieńca: „Miły Jezu, chcę strawić się w pragnieniu Ciebie, a nie mogąc Cię dzisiaj posiadać, nie przestanę Cię łaknąć”. Jezus przyszedł ją pocieszyć: „Twoje pragnienie tak przeniknęło moje Serce, że gdybym nie ustanowił tego Sakramentu miłości, uczyniłbym to teraz, by stać się twoim pokarmem. Znajduję tyle przyjemności w tym, gdy mnie ktoś z taką żarliwością pragnie, że ile razy jakie serce to pragnienie wyrazi, tyle razy spoglądam na nie z miłością, by je do siebie przygarnąć”. Przeniknęło mnie to tak wielkim żarem, iż dusza moja czuła się na wskroś uniesiona i nie mogła wyrazić swych uczuć inaczej, jak tylko przez te słowa: O miłości, o nadmiarze miłości Boga względem tak nędznego stworzenia!

    MISTRZYNI NOWICJUSZEK
    Przyszedł jednak – wśród cierpień i upokorzeń, których Małgorzacie nigdy nie brakowało – czas, w którym Jezus postanowił dać jej sposobność rozszerzenia pragnień Jego Serca na inne dusze. I tak z końcem 1684 r. zachorowała mistrzyni nowicjatu. Bez zastanowienia przeznaczono na ten urząd Małgorzatę. Pokorna zakonnica była doskonałą mistrzynią. I nie mogło być inaczej, skoro za podstawę oddziaływania na dusze przyjęła zasadę, by udzielać tylko to, co sama otrzyma od Serca Jezusowego. Przez cały czas, gdy była mistrzynią, Mistrzem nowicjatu w klasztorze w Paray było Najświętsze Serce Jezusa.
    Dobrze zrozumiała swoje zadanie i czuła, że Jezus pragnie, by i w innych wszczepiała poznanie i cześć Jego Serca. Wesołym, ujmującym wyglądem i dzięki łagodnemu i przyjaznemu usposobieniu pozyskała natychmiast zaufanie nowicjuszek. „Zachowujcie – mawiała – z wielką wiernością wszystkie reguły nawet i najmniejsze, przez to pozyskacie sobie Serce Ojca, który tak czule was kocha. Jak długo Mu wierne będziecie, nie potrzebujecie się obawiać niczego. Nie popełniajcie nigdy z rozmysłem jakiegokolwiek uchybienia. Pamiętajcie, że jesteście oblubienicami ukrzyżowanego Boga i że dlatego całkowicie do Niego musicie należeć, jeśli zechce w was królestwo Boże utrwalić. A królestwo Jego jest królestwem pokoju w cierpieniach”.

    DALSZE PRÓBY I PIERWSZE ZWYCIĘSTWA
    W r. 1685 w uroczystość jej imienin, w piątek, nowicjuszki chciały ofiarować mistrzyni kilka wianuszków kwiatów. Ona zaś poprosiła, by złożyły je Boskiemu Sercu Jezusa w ofierze. Spełniając życzenie ukochanej mistrzyni, zbudowały więc maleńki ołtarzyk, umieściły na nim wycięte z papieru, uwieńczone płomieniami serce i ozdobiły ołtarz kwiatami. Następnie wśród objawów żywej radości poprowadziły mistrzynię do tego skromnego ołtarza. Ona uniesiona wewnętrzną radością rzuciła się na kolana przed tym symbolem miłości Jezusa Chrystusa i w świętym zachwycie głośno poświęciła się Sercu Boskiemu. To samo uczyniła gromadka nowicjuszek.
    Nieopisaną była radość mistrzyni, kiedy zauważyła, że ogień miłości Boskiego Serca Jezusa poczyna żarzyć się w niewinnych sercach młodych nowicjuszek. Ale to jej nie wystarczało. By jak najwięcej dusz pozyskać dla umiłowanego Zbawcy zaprosiła kilka starszych sióstr. Zaproszone nie zjawiły się, z wyjątkiem trzech, które przyszły z grzeczności. Niektóre szydziły i stanowczo wystąpiły przeciw „duchowi świętych reguł nie odpowiadającym nowościom”.
    Boski Oblubieniec przepowiedział jej, że sprawa ta napotka na wielkie przeszkody, ale że mimo wszystko nabożeństwo do Boskiego Jego Serca rozszerzy się po całym chrześcijańskim świecie i że zakwitnie w zakonie Nawiedzenia. Dlatego pełna otuchy mówiła do młodych nowicjuszek: „Dobrze, one nie chcą przyjść, ale Serce Jezusa i tak je do siebie pociągnie. Jezus pragnie wszystkiego z miłości, a niczego nie chce z musu. Trzeba ten czas przeczekać, który On naznaczył, a czas stosowny nadejdzie.” Już po roku wypełniła się przepowiednia Małgorzaty. Na razie publicznie napomniano Małgorzatę i zakazano objawiać nabożeństwo w klasztorze, chyba że w ukryciu, w nowicjacie. Za karę nie wolno jej było częściej niż innym siostrom przystępować do Stołu Pańskiego. Jezus pocieszał ją:
    „Bądź spokojna, moja córko; ja będę panował mimo mych nieprzyjaciół, i mimo wszystkich, którzy mi się sprzeciwiają”. Pełna ufności spoglądała wtedy Małgorzata na tabernakulum i wzdychała: „Kiedyż, ukochany Zbawicielu, wybije ta szczęśliwa godzina? Tymczasem powierzam Tobie Twą własną sprawę. Będę cierpieć i milczeć”.
    W kilka zaledwie tygodni po tych zdarzeniach, jedna z nowicjuszek poważnie się rozchorowała. Mało już było nadziei utrzymania jej przy życiu. Kiedy Małgorzata gorąco błagała o jej wyzdrowienie, Jezus dał jej poznać, że zdrowie chorej się nie polepszy, dopóki jej przełożona nie pozwoli na Komunię św. w pierwszy piątek miesiąca. Małgorzata zapisała usłyszane słowa: „Powiedz swojej przełożonej, że wielką wyrządziła mi przykrość przez to, że dla przypodobania się stworzeniom nie zawahała się mnie obrazić, zabraniając ci Komunii św., której przyjmowanie nakazałem ci w tym celu, aby przez zasługi Serca mojego Ojcu niebieskiemu składać zadośćuczynienie za wszystkie wykroczenia przeciwne miłości. Ciebie sobie wybrałem, byś mi składała ofiarę błagalną, więc skoro ona przeszkadza postąpić ci według mej woli, zabiorę jako ofiarę, tę cierpiącą siostrę”. Przełożona natychmiast pozwoliła jej na Komunię św. i niebezpieczeństwo minęło. Duch ciemności poruszał wszystkie sprężyny, by ją usunąć z urzędu mistrzyni. Ale Boski Zbawiciel sam jej przyrzekł, że jej nowicjuszki staną się kamieniem węgielnym świątyni poświęconej czci Jego Serca. Kiedy kadencja Małgorzaty Marii jako mistrzyni nowicjatu dobiegła końca, kilka sióstr, które miały wyjść z nowicjatu w tym czasie, co ich ukochana mistrzyni, postanowiło zabrać mały obrazek Najświętszego Serca. W oddalonym miejscu, gdzie rzadko zachodzono, znalazły niewielką niszę i tam umieściły ów obrazek. Urządziły tam małe oratorium, które wychodziło na schody prowadzące do wieży nowicjatu. Pierwsze czcicielki Serca Jezusowego uczyniły z tego małe sanktuarium, upiększając je według możliwości.
    Nowy duch ożywił zgromadzenie od czasu, gdy zaczęto czcić w nim Serce Jezusa. Ks. Languet opisuje wspaniałą przemianę klasztoru w Paray pod wpływem nabożeństwa do Najświętszego Serca: „W ten sposób nabożeństwo do Serca Pana naszego dokonało w tym zgromadzeniu cudownej zmiany, którą siostra Małgorzata osiągnęła przez swoje łzy i cierpienia. Jej cierpliwość i pokora przezwyciężyły wszystko, a Syn Boży przemienił serca, które zaczęły czcić Jego Najświętsze Serce. Rozlał w nich umiłowanie doskonałości zakonnej i gorliwość w nabywaniu jej. Ale w miarę jak siostrom otwierały się oczy na świętość swych obowiązków, otwierały je równocześnie na zasługi tej, która sprowadziła na nie tyle błogosławieństw Bożych. Sprzeciwy i wzgardy, których dotychczas doznawała, zmieniły się w uwielbienie. Nie nazywano jej inaczej, jak tylko świętą i słuchano jej słów jak wyroczni”.
    Na cały dom spływało błogosławieństwo tego nabożeństwa. Siostry złożyły dary, prosząc przełożoną o zamówienie obrazu Serca Jezusowego. Uznała ona jednak za lepsze poczekać, aż będzie mogła zbudować kaplicę. Dla apostołki Najświętszego Serca nadszedł więc dzień szczęścia. Kaplica ku czci Serca Jezusa, zaprojektowana 21 czerwca 1686 r., została ukończona w końcu 1688 r. Uroczyste poświęcenie wyznaczono na dzień 7 września 1688 r. Całe miasto pragnęło wziąć udział w uroczystości. Rozpoczęły się modlitwy i ceremonie. Małgorzata Maria była w stanie ekstazy, przebywała raczej w niebie niż na ziemi.

    DROGA KU NIEBU
    Złożywszy urząd mistrzyni nowicjatu, siostra Małgorzata Maria wróciła na stanowisko pomocnicy w infirmerii. Tam znowu miała dosyć okazji do praktykowania wyrzeczenia i pokory. Cieszyła się jednak widząc, że kaplicę Serca Jezusowego nawiedzały wszystkie siostry i że stała się ona celem pielgrzymek zgromadzenia, zwłaszcza w pierwsze piątki miesiąca, kiedy siostry udawały się tam w procesji, śpiewając litanię do Najświętszego Serca i odmawiając modlitwy przebłagalne oraz akt poświęcenia.
    W roku 1690 imię s. Małgorzaty Marii miało się znaleźć na karteczkach sióstr dokonujących wyboru nowej przełożonej. Przerażona Małgorzata błagała Jezusa o odjęcie tego krzyża. Uzyskała zgodę. Nowa przełożona pragnęła jej jednak jako asystentki. Małgorzata prosiła o zwolnienie i z tego, lecz to nie podobało się Jezusowi i zganił ją z tego powodu. Tak więc pozostała asystentką, a zarazem zaufaną przyjaciółką tak przełożonej jak i wszystkich sióstr, które spieszyły do niej po radę. Rozmawiała z nimi o Bogu tak porywająco, że nawet najmniej gorliwe zmuszone były do miłowania Go.
    Kiedy Małgorzata poprosiła nową przełożoną, by mogła noc z czwartku na piątek spędzać na modlitwie, ta odmówiła ze względu na jej słabość i niedomagania. Zakazała jej też wszelkich ćwiczeń pokutnych. Małgorzata stwierdziła: „Nie pożyję ja już długo, brak mi bowiem cierpień. Matka nasza zanadto troszczy się o mnie”. Do innej siostry powiedziała: „Na pewno umrę w tym roku, bo nie doznaję już żadnego cierpienia, a życie moje przeszkadza zebraniu owoców, które pewna książka o czci Najświętszego Serca Jezusa przynieść może”.
    Istotnie po książce o. de la Colombičre, wydanej już po jego śmierci, teraz jezuita, o. Croiset, pisał dziełko o nabożeństwie do Serca Jezusa. Wydał je w rok po śmierci Małgorzaty. Nie chciała dożyć pojawienia się tej książki, by nie wychodzić ze swego ukrycia, choć z drugiej strony gorąca miłość Serca Jezusa budziła w niej pragnienie, aby dzieło to było jak najszybciej poznane i rozszerzane.
    Rosło w niej przekonanie, że dzień jej odejścia jest bliski. Dlatego poprosiła w dniu urodzin, 22 lipca 1690 r. o pozwolenie na 40-dniowe rekolekcje, by przygotować się na spotkanie z Boskim Oblubieńcem. Wśród cierpień rozpoczęła je w październiku. 8-go października pozostała już w łóżku. Lekarz, który odwiedził chorą, oświadczył, że słabość jest tylko nieznaczna. Jednak Małgorzata nadal twierdziła, że na tę chorobę życie zakończy. „Czy wiesz – rzekła do niej pielęgniarka – że lekarz orzekł właśnie coś zupełnie przeciwnego?” W kilka dni potem zapragnęła przyjąć Wiatyk. „Siostro, przecież to jest rzeczą niedozwoloną – odpowiedziano jej – nie jesteś w niebezpieczeństwie”. „Proszę mi jednak podać Komunię św., jeszcze jestem na czczo”. Przeczuwała, że na ziemi czyni to po raz ostatni. Prośbę jej spełniono. Mimo gwałtownych cierpień, lekarz nie obawiał się niczego: siostra Małgorzata zawsze była cierpiąca, wychudła i blada.
    Niespodziewanie odwaga jej została wystawioną na ciężką próbę. Myśl o nieskończonej sprawiedliwości Bożej przejmowała ją obawą i drżeniem. Obejmując kurczowo krzyż, przyciskała go do piersi, wzdychając: „Miłosierdzia Boże mój, miłosierdzia…” Wkrótce jednak rozjaśniły się jej oczy i oblał ją rumieniec radości: „Miłosierdziu Twemu, o Panie, pragnę śpiewać wieczystą pieśń. Cóż jest na niebiosach i czego pożądam na ziemi prócz Ciebie!”
    Teraz nawet lekarz zauważył, że Małgorzata popadła w osłabienie. „Dzięki Bogu – wyszeptała – że się już zabezpieczyłam, przypuszczałam, że mnie nie uznają za zbyt chorą. Dzięki Bożej dobroci przyjęłam w ostatniej Komunii św. Zbawcę mojego jako Wiatyk… O, goreję, goreję wewnętrznie. Ach, żeby to pochodziło z miłości ku Bogu. Alem nigdy nie kochała doskonale Boga mojego. Siostry proście Go za mnie o przebaczenie i kochajcie Go z całego serca waszego, aby Mu wynagrodzić za wszystkie przeze mnie zmarnowane chwile. Kochać Boga, o cóż to za szczęście! O miłujcie Go, miłujcie!”
    Był dzień 17 października r. 1690. Małgorzata Maria błagała siostry, by zechciały odmówić litanię do Boskiego Serca Jezusa i do Matki Bożej, aby wyjednać ich pomoc na ostatnią godzinę. Kiedy kapłan udzielił jej sakramentu namaszczenia, wtedy otworzyła jeszcze raz wargi i wezwanie: ‘Jezus’ było ostatnim jej słowem.
    Siostra Małgorzata Maria Alacoque przeżyła 43 lata. 19 lat spędziła w klasztorze Sióstr Nawiedzenia (Wizytek). Siostry gorzko płakały po stracie takiego wzoru życia. Widziały jednak, jak lekką i słodką jest śmierć dla tych, którzy żarliwie czcili Najświętsze Serce Jezusa.
    Zaledwie wiadomość o śmierci wyszła poza kraty klauzury, już zaczęto w mieście opowiadać: „Umarła święta”! Na drugi dzień, gdy otwarto kościół, ludzie przybyli tłumnie. Pogrzeb odbył się wieczorem 18 października.

    ŚWIĘTA
    Grób s. Małgorzaty Marii zaczął Bóg uświetniać nieustannie wielkimi cudami. Największym cudem, jaki zdziałała prawica Boża przez tę słabą i światu nieznaną dziewicę, było rozszerzenie nabożeństwa do Boskiego Serca Jezusa, z którego spłynęły i spływają bogate strumienie łask na Kościół Boży i wiernych. Tak spełniła Małgorzata Maria powierzone jej przez Boskiego Mistrza zadanie.
    22 września 1827 r. kardynałowie, którym zlecono zbadanie jej dzieł, oznajmili papieżowi Leonowi XII, że pisma te nie przedstawiają przeszkody do prowadzenia procesu beatyfikacyjnego. Z dokładnie zbadanych pism wyjęto dwanaście obietnic dla czczących Boskie Serce Jezusa, które we wszystkich językach świata rozbrzmiały donośnie, a 18 września 1864 r. Pius IX ogłosił Małgorzatę Marię błogosławioną.
    W kilka miesięcy później w Paray-le-Monial obchodzono uroczystości ku jej czci. Święte szczątki złożono w złocistym relikwiarzu. Wkrótce potem podniesiono w całym Kościele święto Najświętszego Serca Jezusa do godności uroczystości. Od tego czasu rozlewa się to nabożeństwo po świecie, niosąc zdroje niezliczonych łask i cudów. Tam, gdzie dociera nauka Kościoła, tam zjawia się i wizerunek Boskiego Serca, które darzy wszystkich czcicieli przedziwnymi łaskami.
    W 2 lata po uroczystej beatyfikacji, pod wpływem napływających nieustannie próśb i błagań, rozpoczęto proces kanonizacyjny. Uroczystość tę zachowało Serce Jezusa na czas, gdy świat rozdarty ranami wojny potrzebował balsamu na swe cierpienia. Gdy burza wojenna przycichła, z woli Ojca św. odbyło się w Rzymie 13 maja 1920 roku, uroczyste zaliczenie błogosławionej Małgorzaty w poczet Świętych.

    w: „Vox Domini” nr 5/97, str. 2-9. Oprac. red. na podstawie:

    1. Ks. W. van Nieuwenhoff Żywot św. Małgorzaty Marii Alacoque. Tłum.: Ks. E. Kosibowicz wyd. II. Kraków, 1930.

    2. Święta Małgorzata Maria, Wydawnictwo Sióstr Loretanek Warszawa 1976

    ***

  • Matka Boża i Święci Pańscy – październik 2025

    ***

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    ***

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI



    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne

    fot. Depositphotos/Deon.pl

    ***

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?

    Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.

    Malarskie wizje świętości

    Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.

    W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.

    W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.

    Wytyczne prawa kanonizacyjnego

    W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.

    Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Pochodnie na Bożych ścieżkach

    Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.

    Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:

    “Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień,
    Którym rozświetlasz noc,
    A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.

    Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.

    Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.

    Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”. 

    ***


    31 października

    Święty Alfons Rodriguez, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Anioł z Acri, prezbiter
      •  Święty Wolfgang, biskup
    Święty Alfons Rodriguez
    Alfons urodził się w rodzinie kupca w Segowii (Hiszpania) 25 lipca 1533 r. Kiedy miał 10 lat, do pierwszej spowiedzi i Komunii świętej przygotował go bł. Piotr Faber, jeden z pierwszych towarzyszy św. Ignacego Loyoli. W wieku 14 lat został przyjęty do kolegium jezuitów w Alcali. Po roku musiał je jednak opuścić, ponieważ zmarł jego ojciec i trzeba było zająć się administracją przedsiębiorstwa tekstylnego, które prowadził. W 1560 r. Alfons ożenił się z Marią Suarez. Po 7 latach szczęśliwego życia jego żona zmarła (1567). Zmarło także ich dwoje dzieci. Rozgorzało w nim pielęgnowane od młodości pragnienie kapłaństwa. Postanowił je wreszcie wypełnić. Sprzedał przedsiębiorstwo i rozpoczął studia na uniwersytecie w Walencji. Okazało się jednak, że po tylu latach przerwy w nauce miał zbyt wiele zaległości. Miał już bowiem 39 lat. Musiał zrezygnować ze studiów.
    Alfons jednak nie poddał się. Wstąpił do jezuitów w charakterze brata zakonnego (1571). Nowicjat odbył na Majorce, w Palmas, i tam pozostał przez kolejnych 36 lat. Pełnił funkcję furtiana. Skazany na dobrowolne “więzienie” przy furcie, starał się wykorzystać cenny czas na modlitwę. Zasłynął duchem kontemplacji tak dalece, że miewał nawet zachwyty i ekstazy. Nie wypuszczał z rąk różańca. Z modlitwą łączył ducha pokuty. Przez całe lata walczył nieustannie z dręczącymi go pokusami. Zwalczał je postami, czuwaniami, biczowaniem ciała. W poczuciu posłuszeństwa spełniał najsumienniej wszystkie rozkazy i polecenia.
    Wyróżniał się wielką cierpliwością. Do furty przychodzili różni ludzie: potrzebujący i wagabundy. Alfons umiał zawsze zdobyć się na życzliwe i uprzejme słowo. Kolegium jezuitów było duże, więc też i liczba interesantów znaczna. Klerycy, przebywający tu na studiach, budowali się anielską dobrocią furtiana. Wśród nich był także św. Piotr Klawer, późniejszy apostoł Murzynów amerykańskich, który z bratem Alfonsem zawarł serdeczną przyjaźń.
    Bóg obdarzał Alfonsa niezwykłymi łaskami, m.in. darem proroctwa i czynienia cudów, objawieniami i widzeniami. W ostatnim czasie swego życia Alfons doświadczył chorób i utrapienia duszy; trzy dni przed śmiercią wszystkie dolegliwości ustały w zachwyceniu, jakiego doznał.
    Zmarł w nocy z 30 na 31 października 1617 r. ze słowami: “Mój Jezusie” na ustach. W pogrzebie skromnego brata zakonnego wziął udział wicekról, biskup i duchowieństwo, zakonnicy i tłumy ludu. Największe poruszenie wywołał szereg idących na eksponowanym miejscu w procesji osób, które Alfons uzdrowił swoją modlitwą. Został beatyfikowany w roku 1825 przez Leona XII; kanonizował go – razem ze św. Janem Berchmansem – papież Leon XIII (1888).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    30 października

    Błogosławiony Dominik Collins,
    zakonnik i męczennik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Benwenuta Bojani
    Błogosławiony Dominik Collins
    Dominik urodził się w dobrze sytuowanej, katolickiej rodzinie w Youghal w hrabstwie Cork (w Irlandii) około 1566 r. W tym czasie królową Anglii i Irlandii była Elżbieta I, a anglikanizm ustanowiony został jako oficjalna religia. Gdy Dominik miał jedenaście lat, na krótko zetknął się z jezuitami, którzy w jego mieście założyli kolegium, ale zostało ono zamknięte po dwóch latach, gdy miasto zniszczyły wojska angielskie tłumiące bunt mieszkańców przeciwko narzuconej religii.
    Dwudziestoletni Dominik udał się do Francji, gdzie zaciągnął się do wojska księcia Mercoeur, walczącego przeciwko hugenotom w Bretanii. Przez ponad dziewięć lat służył w Lidze Katolickiej, a że był sumienny w wypełnianiu swoich obowiązków, systematycznie awansował, aż do stopnia wojskowego gubernatora regionu.
    Pod koniec lat dziewięćdziesiątych szesnastego stulecia trafił nad Zatokę Biskajską w Hiszpanii, gdzie po przyznaniu mu emerytury król Filip II umieścił go w garnizonie w La Coruña. Jednak kariera wojskowa przestała interesować Dominika, który więcej czasu poświęcał teraz na życie duchowe. Podczas Wielkiego Postu w 1598 r. jako spowiednik żołnierzy trafił do jego oddziału kolega Irlandczyk – jezuita Thomas White, któremu Dominik zwierzył się z pragnienia życia religijnego. Wiedział już, że jego powołaniem jest bycie bratem zakonnym u jezuitów. Wyznał więc Thomasowi, że przez dziesięć miesięcy doświadczał niepokoju, który ustąpił dopiero, gdy zetknął się z nim – gorliwym kapłanem.
    Został przyjęty do nowicjatu w Santiago de Compostela, po półrocznej próbie w kolegium jezuitów. Wykazał się wtedy wielkim poświęceniem. Nie uciekł, jak wielu innych, przed zarazą, która dotknęła kolegium, ale został, by opiekować się chorymi, pocieszać ich w ostatnich godzinach życia. W ten sposób przekonał nieufnych wobec siebie przełożonych i zdołał ukończyć nowicjat. Raport na jego temat wysłany do Rzymu brzmiał: “Człowiek to rozsądny, o wielkiej sile fizycznej, dojrzały, roztropny i towarzyski, choć skłonny do zapalczywości i uparty”.
    W 1601 r. król Hiszpanii Filip III podjął decyzję o wysłaniu wojsk na pomoc rebelii, która rozpoczęła się w Irlandii. Wraz z wojskiem wyruszył w rodzinne okolice Dominik. Zdziesiątkowane przez sztorm oddziały dotarły do Castleheaven 1 grudnia 1601 r. Rozpoczęły się, zakończone klęską, walki. 17 czerwca 1602 r. zakutych w kajdany jezuitów uwięziono i poprowadzono na przesłuchanie. Obiecano im wielkie nagrody za wyrzeczenie się wiary katolickiej, a gdy nie chcieli tego zrobić, zostali poddani bestialskim torturom. Mimo prób perswazji ze strony części rodziny, by udawał konwersję w celu uratowania życia, Dominik pozostał niezłomny.
    Dowodzący wojskiem angielskim Georges Carew chciał zmusić go do wyrzeczenia się wiary katolickiej i złamać jego wierność wobec Ojca Świętego. Gdy w ciągu ponad 4 miesięcy uwięzienia nie udało mu się osiągnąć tego celu, Dominik został przewieziony do Youghal na egzekucję. Na miejscu kaźni zawołał: “Bądź pozdrowiony, Krzyżu Święty, którego tak bardzo pragnąłem!” Powiedział także do zgromadzonych mieszkańców, że przybył do Irlandii, by bronić rzymskiego Kościoła katolickiego, jedynego miejsca, w którym Bóg obdarza zbawieniem. Był przy tym bardzo pogodny. Angielski oficer powiedział: “On tak traktuje śmierć, jak ja ucztę”. Collins usłyszał go i odpowiedział: “W tej sprawie będę gotów umrzeć nie raz, ale tysiące razy”.
    Po tak odważnym i pełnym wiary świadectwie kaci nie chcieli dokonać egzekucji. Przymuszono do jej wykonania pewnego rybaka, który prosił skazańca o przebaczenie. Dominik udzielił mu go z uśmiechem. Na koniec zawołał: “Panie, w Twoje ręce powierzam ducha mego”. Oddał życie za wiarę 31 października 1602 r. Obecnie, w miejscu egzekucji, znajduje się tablica pamiątkowa. Został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II w 1992 roku, razem z szesnastoma innymi męczennikami irlandzkimi.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    29 października

    Błogosławiony Michał Rua, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Felicjan, męczennik
    Błogosławiony Michał Rua
    Michał urodził się w Turynie 9 czerwca 1837 roku. Jego ojciec, Jan Chrzciciel Rua, był kierownikiem jednego z wydziałów fabryki broni. Z pierwszego małżeństwa doczekał się 5 synów, z drugiego – trzech kolejnych i jednej córki. Michał był wśród nich najmłodszy. Gdy się urodził, czworo z jego rodzeństwa już nie żyło. Kiedy Michał miał 8 lat, zmarł jego ojciec. Wtedy dwaj synowie z pierwszego małżeństwa opuścili macochę, będąc już ludźmi pełnoletnimi. Pozostała więc ona z trzema synami: Janem, Alojzym i Michałem. Pani Rua nadal mieszkała w fabryce, gdzie wkrótce pracę rozpoczął Jan. Alojzy i Michał uczęszczali natomiast do szkoły elementarnej, którą przy fabryce prowadził kapelan robotników.
    W pobliżu fabryki na Valdocco św. Jan Bosko rozpoczął właśnie swoje dzieło pod nazwą Oratorium. Michał chętnie do niego uczęszczał wraz ze swoim bratem, Alojzym. Do pierwszej Komunii świętej Michał został dopuszczony w roku 1846. W roku 1848 zapisał się do szkoły, prowadzonej przez Braci Szkół Chrześcijańskich. Co niedzielę uczęszczał natomiast do Oratorium św. Jana Bosko, w którym po Mszy świętej chłopcy mieli zapewnioną godziwą rozrywkę. Św. Jan Bosko kierował także do chłopców kazanie i osobną katechezę. Bacznym okiem śledził swoich podopiecznych, gdyż najlepszych z nich zamierzał doprowadzić do kapłaństwa, by w przyszłości mogli dalej prowadzić jego dzieło.
    Pewnego dnia zaproponował także Michałowi naukę łaciny i dalsze studia. Matka zamierzała wysłać Michała do pracy w fabryce broni. Chłopak poprosił matkę, by zezwoliła mu na dalszą edukację. Wkrótce Michał zamieszkał przy Oratorium (1853). Pełnił rolę asystenta św. Jana Bosko, kiedy chłopcy zbierali się w niedziele i w święta. W roku 1854 Rua na ręce św. Jana Bosko złożył śluby zakonne i objął jako kleryk samodzielne prowadzenie Oratorium na drugim krańcu Turynu. W roku 1858 przeniosła się na stałe do Oratorium także pani Rua, by pomagać św. Janowi Bosko w gotowaniu, praniu i pracach w ogródku warzywnym. Przez 18 lat była dobrym aniołem dla kilkudziesięciu sierot internatu, żywiąc ich i odziewając.
    W tym samym czasie Michał Rua uczęszczał codziennie do seminarium diecezjalnego w Turynie na wykłady filozofii (1854-1856) oraz teologii (1856-1860). W roku 1860 otrzymał święcenia kapłańskie. Był to pierwszy kapłan, wychowanek św. Jana Bosko. Cały czas wolny od studiów bł. Michał Rua spędzał w Oratorium z uczącą się młodzieżą. Do najpiękniejszych chwili życia Michała należała niewątpliwie pielgrzymka do Rzymu wraz ze św. Janem Bosko w roku 1858. Założyciel salezjanów rozpoczął wtedy zabiegi o zatwierdzenie reguły nowego zgromadzenia.
    Zaraz po święceniach kapłańskich św. Jan Bosko uczynił księdza Rua kierownikiem naukowym wszystkich szkół salezjańskich. Około 300 uczniów uczęszczało wtedy do gimnazjum, drugie tyle chodziło do szkół zawodowych i wieczorowych, wreszcie ponad 1000 osób w niedziele i w święta – do trzech oratoriów: św. Franciszka, św. Alojzego i do nowo otwartego oratorium Anioła Stróża. Zadaniem księdza Rua było czuwanie nad programami nauki, nad nauką młodzieży, kontakt z nauczycielami i wychowawcami, dostarczanie dla oratoriów odpowiednich gier i staranie się o kapłanów dla posługi duchowej.
    W roku 1862 miasto Mirabello w Piemoncie ofiarowało św. Janowi posesję i przyrzekło dopomóc w budowie internatu i szkoły gimnazjalnej. Na przełożonego nowej placówki Jan Bosko wybrał księdza Rua. Kiedy po 5 latach ks. Michał opuszczał Mirabello, szkoła bardzo dobrze funkcjonowała. W roku 1865 św. Jan Bosko mianował księdza Rua dyrektorem administracyjnym całej rodziny salezjańskiej. Powstawały nowe domy. Nad wszystkimi miał opiekę ks. Rua.
    Kiedy miał 30 lat, bardzo poważnie zachorował, lekarze byli bezradni. Wtedy św. Jan Bosko powiedział do swojego wychowanka: “Nie chcę, żebyś umarł. Musisz mi jeszcze pomóc w tylu sprawach”. Ks. Michał wyzdrowiał i podjął dalej na długie lata pracę u boku Założyciela.
    Współpracował ze św. Janem Bosko w założeniu żeńskiej rodziny zakonnej Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych, powołanych do życia w roku 1872. Pomagał w zorganizowaniu pierwszej wyprawy misyjnej do Ameryki Południowej (1875), w dziele Pomocników Salezjańskich (1876), w założeniu czasopisma dla wszystkich dzieł salezjańskich (1877) – był więc “prawą ręką” św. Jana Bosko.
    Od roku 1884 św. Jan Bosko był tak wyczerpany pracą, że nie mógł prowadzić tak wielu instytucji. Dlatego, za zezwoleniem papieża Leona XIII, wyznaczył swoim wikariuszem generalnym i zastępcą księdza Rua. To na jego rękach św. Jan Bosko zmarł 31 stycznia 1888 roku. Niecałe dwa tygodnie później, 11 lutego, ks. Rua otrzymał dekret Stolicy Apostolskiej, która wyznaczyła go na przełożonego generalnego zgromadzenia salezjańskiego. Kierował nim przez 22 lata, aż do śmierci w dniu 10 kwietnia 1910 roku. W momencie śmierci św. Jana Bosko ks. Rua objął opiekę nad 64 placówkami i ok. 700 współbraćmi. Swoim następcom zostawił natomiast 341 domów w 30 krajach i ok. 4000 członków.
    Michał Rua był cały oddany Panu Bogu. Za swoją naczelną i jedyną misję uznał pracę dla chwały Bożej, zwłaszcza poprzez służbę wobec ubogiej i opuszczonej młodzieży. Wedle relacji świadków jego życia miał dar czytania w sercach i w sumieniach, przepowiadał przyszłość, przywrócił zdrowie kilkunastu chorym i kalekom. Wymagał od innych, ale ogromnie troszczył się także o potrzeby swoich współbraci. Rady, jakie pozostawił przełożonym domów, są bezcenne dla wszystkich przełożonych, tak wiele w nich serca, doświadczenia i mądrości.
    Michał Rua przyjmował pierwszych Polaków do zgromadzenia. Otworzył także pierwsze domy w Polsce (Miejsce Piastowe w roku 1892 i Oświęcim w roku 1898). Sam też dwa razy odwiedził naszą Ojczyznę: w roku 1901 i 1904. Jest patronem Suwałk i Szczecina.
    Do chwały ołtarzy wyniósł go papież Paweł VI w dniu 29 października 1972 roku. Dzień śmierci bł. Michała przypada pod koniec Wielkiego Postu lub w tygodniu wielkanocnym, dlatego na dzień liturgicznego wspomnienia obrano właśnie datę beatyfikacji.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    28 października

    Święci Apostołowie Szymon i Juda Tadeusz

    Święty Szymon Apostoł
    Ewangelie wymieniają św. Szymona w ścisłym gronie uczniów Pana Jezusa. Jest on chyba najmniej znanym spośród nich. Ewangelie wspominają o nim tylko trzy razy. Mateusz i Marek dają mu przydomek Kananejczyk (Mt 10, 4; Mk 3, 18). Dlatego niektórzy Ojcowie Kościoła przypuszczali, że pochodził on z Kany Galilejskiej i był panem młodym, na którego weselu Chrystus Pan uczynił pierwszy cud. Współczesna egzegeza dopatruje się jednak w słowie Kananejczyk raczej znaczenia “gorliwy”, gdyż tak je również można tłumaczyć. Łukasz wprost daje Szymonowi przydomek Zelotes, czyli gorliwy (Łk 6, 15). Specjalne podkreślenie w gronie Apostołów, że Szymon był gorliwy, może oznaczać, że faktycznie wyróżniał się wśród nich prawością i surowością w zachowywaniu prawa mojżeszowego i zwyczajów narodu.
    Szymon Kananejczyk jest we wszystkich czterech katalogach Apostołów wymieniany zawsze obok św. Jakuba i św. Judy Tadeusza, “braci” (stryjecznych albo ciotecznych) Chrystusa, czyli Jego kuzynów (Mt 10, 4; Mk 3, 18; Łk 6, 15; Dz 1, 13). Czy był nim także i Szymon? Według Ewangelii św. Mateusza wydaje się to być pewnym (Mt 13, 55). Także i w tradycji chrześcijańskiej mamy nikłe wiadomości o Szymonie. Miał być bratem Apostołów: Jakuba Młodszego i Judy Tadeusza. Będąc krewnym Pana Jezusa, miał według innych zasiąść na stolicy jerozolimskiej po Jakubie Starszym i Jakubie Młodszym jako trzeci biskup i tam ponieść śmierć za cesarza Trajana, kiedy miał już ponad sto lat.
    Są jednak pisarze, którzy twierdzą, że Szymon Apostoł nie był krewnym Jezusa i jest osobą zupełnie inną od Szymona, biskupa Jerozolimy, który poniósł śmierć męczeńską za panowania cesarza Trajana. Powołują się oni na to, że tradycja łączy go ze św. Judą Tadeuszem tylko dlatego, jakoby miał z nim głosić Ewangelię nad Morzem Czerwonym i w Babilonii, a nawet w Egipcie – i poza Palestyną razem z nim miał ponieść śmierć. Według tej tradycji obchodzi się ich święto tego samego dnia. Również ikonografia chrześcijańska dość często przedstawia razem obu Apostołów.
    O przecięciu Szymona piłą na pół, jak głosi legenda (a nawet – piłą drewnianą), dowiadujemy się z jego średniowiecznych żywotów. Ciało św. Szymona, według świadectwa mnicha Epifaniusza (w. IX), miało znajdować się w Nicopolis (północna Bułgaria), w kościele wystawionym ku czci Apostoła. W kaplicy świętych Szymona i Judy w bazylice św. Piotra, która obecnie jest także kaplicą Najświętszego Sakramentu, mają znajdować się relikwie obu Apostołów. Część relikwii ma posiadać również katedra w Tuluzie. Św. Szymon jest patronem diecezji siedleckiej oraz farbiarzy, garncarzy, grabarzy i spawaczy.
    W ikonografii św. Szymon w sztuce wschodniej przedstawiany jest z krótkimi włosami lub łysy, w sztuce zachodniej ma dłuższe włosy i kędzierzawą brodę. Jego atrybutami są: księga, kotwica, palma i piła (drewniana), którą miał być rozcięty, topór, włócznia.Święty Juda Tadeusz, Apostoł
    O życiu św. Judy nie wiemy prawie nic. Miał przydomek Tadeusz, czyli “Odważny” (Mt 10, 3; Mk 3, 18). Nie wiemy, dlaczego Ewangeliści tak go nazywają. Był bratem św. Jakuba Młodszego, Apostoła (Mt 13, 55), dlatego bywa nazywany również Judą Jakubowym (Łk 6, 16; Dz 1, 13). Nie wiemy, dlaczego Orygenes, a za nim inni pisarze kościelni nazywają Judę Tadeusza także przydomkiem Lebbeusz. Mogłoby to mieć jakiś związek z sercem (hebrajski wyraz leb znaczy tyle, co serce) albo wywodzić się od pewnego wzgórza w Galilei, które miało nazwę Lebba. Był jednym z krewnych Jezusa. Prawdopodobnie jego matką była Maria Kleofasowa, o której wspominają Ewangelie.
    Imię Judy umieszczone na dalszym miejscu w katalogu Apostołów sugeruje jego późniejsze wejście do grona uczniów. To on przy Ostatniej Wieczerzy zapytał Jezusa: “Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?” Zasadne jest zatem przypuszczenie, że św. Juda, przystępując do grona Apostołów, kierował się na początku perspektywą zrobienia przy Chrystusie kariery.
    Juda jest autorem jednego z listów Nowego Testamentu. Sam w nim nazywa siebie bratem Jakuba (Jud 1). Z listu wynika, że prawdopodobnie był człowiekiem wykształconym. List ten napisał przed rokiem 67, gdyż zapożycza od niego pewne fragmenty i słowa nawet św. Piotr. Po Zesłaniu Ducha Świętego Juda głosił Ewangelię w Palestynie, Syrii, Egipcie i Mezopotamii; niektóre z wędrówek misyjnych odbył razem ze św. Szymonem. Część tradycji podaje, że razem ponieśli śmierć męczeńską. Inne mówią, że Szymon został zabity w Jerozolimie, a Juda Tadeusz prawdopodobnie w Libanie lub w Persji.
    Hegezyp, który żył w wieku II, pisał, że Juda był żonaty, kiedy wstąpił do grona Apostołów. Dlatego podejrzliwy na punkcie władzy cesarz Domicjan kazał wezwać do Rzymu wnuków św. Judy w obawie, aby oni – jako “krewni” Jezusa – nie chcieli kiedyś sięgnąć także po jego cesarską władzę. Kiedy jednak ujrzał ich i przekonał się, że są to ludzie prości, odesłał ich do domu.
    Kult św. Judy Tadeusza jest szczególnie żywy od XVIII w. w Austrii i w Polsce. Bardzo popularne jest w tych krajach nabożeństwo do św. Judy jako patrona od spraw beznadziejnych. Z tego powodu w wielu kościołach odbywają się specjalne nabożeństwa ku jego czci, połączone z odczytaniem próśb i podziękowań. Czczone są także jego obrazy. Jest patronem diecezji siedleckiej i Magdeburga. Jest także patronem szpitali i personelu medycznego.
    W ikonografii św. Juda Tadeusz przedstawiany jest w długiej, czerwonej szacie lub w brązowo-czamym płaszczu. Trzyma mandylion z wizerunkiem Jezusa – według podania jako krewny Jezusa miał być do Niego bardzo podobny. Jego atrybutami są: barka rybacka, kamienie, krzyż, księga, laska, maczuga, miecz, pałki, którymi został zabity, topór.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    27 października

    Święty Frumencjusz, biskup

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Sabina, Wincenty i Chrestyna
    Święty Frumencjusz
    Frumencjusz doznaje czci we wszystkich obrządkach. Do Martyrologium Rzymskiego wpisał go kardynał Baroniusz (+ 1607). Żywot Frumencjusza przekazał potomnym Rufin. Według jego relacji pewien filozof z Tyru w towarzystwie dwóch swoich uczniów – Frumencjusza i Edezjusza – udawał się do Indii. Jednak burza zagnała jego okręt do granic Etiopii. Tam zostali pochwyceni i wzięci do niewoli. Odesłano ich na dwór króla do Axum. Byli bowiem bardzo pięknymi i obiecującymi młodzieńcami. Na dworze królewskim doszli do najwyższych godności. Frumencjusz miał zostać sekretarzem królewskim. Po śmierci króla w tym samym charakterze zatrzymała go na swoim dworze królowa. Niedługo potem obaj młodzieńcy poprzez kupców chrześcijańskich zapoznali się z Kościołem katolickim. Odtąd stali się najżarliwszymi propagatorami wiary w Chrystusa.
    Za pozwoleniem syna królowej, który objął z kolei tron, Edezjusz wrócił do Tyru, a Frumencjusz udał się do Egiptu, do Aleksandrii, gdzie z rąk św. Atanazego ok. roku 340 przyjął sakrę biskupią. W taki to sposób został nie tylko ojcem chrześcijaństwa w Etiopii, ale także hierarchii kościelnej, którą tam założył. Było to za czasów cesarza Konstantyna I Wielkiego i jego syna Konstancjusza. Król Ezan nie tylko dał Frumencjuszowi pełną swobodę w tej pięknej akcji, ale nawet sam z jego rąk wraz z bratem przyjął chrzest.
    Ponieważ patriarcha Aleksandrii, św. Atanazy, udzielił sakry biskupiej Frumencjuszowi, dlatego przez 1500 lat Kościół w Etiopii był uzależniony od patriarchów Aleksandrii. Oni mianowali biskupów tegoż kraju. Dopiero w roku 1959 prawosławny Kościół w Etiopii uzyskał status autokefalicznego (niezależnego), z własnym patriarchą. Niestety, w V wieku patriarchowie aleksandryjscy przeszli na monofizytyzm. Wprowadzili więc monofizytyzm jako obowiązujący w Etiopii. Monofizytów egipskich i etiopskich zwykło się nazywać koptami. Na Soborze Florenckim (1431-1445) Abisynia przystąpiła wprawdzie do unii z Kościołem katolickim, ale tylko na krótko. W roku 1555 dzięki wspaniałej akcji jezuitów Etiopia była bliska pełnego i trwałego zjednoczenia z Rzymem. O. Perez pozyskał dla wiary króla-cesarza Zara Dagaba, a potem również jego syna i następcę na tronie, Seltana Sagada. W roku 1626 król ogłosił nawet katolicyzm jako religię państwową. Wywołało to jednak tak gwałtowną reakcję ze strony prawosławnych, monofizyckich koptów, że cesarz cofnął dekret. Rozpoczęło się długoletnie, krwawe prześladowanie, trwające ponad 150 lat (1633-1797), które zniszczyło tak piękne owoce.
    Od roku 1839 misjonarze katoliccy mogli powrócić na te tereny. W roku 1847 Stolica Apostolska erygowała w Etiopiii dwa wikariaty apostolskie w obrządku etiopskim: jeden zarządzany przez lazarystów, drugi przez kapucynów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    26 października

    Błogosławiona Celina Borzęcka, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Lucjan i Marcjan
      •  Błogosławiony Bonawentura z Potenzy, prezbiter
      •  Święty Fulcjusz z Pawii, biskup
      •  Święty Dymitr z Salonik, męczennik
    Błogosławiona Celina Borzęcka
    Celina Rozalia Leonarda urodziła się 29 października 1833 r. w zamożnej rodzinie ziemiańskiej Chludzińskich, na kresach dawnej Rzeczypospolitej w Antowilu, blisko Orszy – teraz to Białoruś. Rodzice zadbali o to, by otrzymała staranne wykształcenie i wychowanie. Już jako młoda dziewczyna zapragnęła wstąpić do klasztoru wizytek w Wilnie, ale posłuszna woli rodziców i radzie spowiednika w 1853 r. wyszła za mąż za Józefa Borzęckiego, właściciela majątku Obrembszczyzna koło Grodna. Było to szczęśliwe małżeństwo, a Celina była dobrą żoną i matką. Urodziła czworo dzieci, z których dwoje – Marynia i Kazimierz – zmarło jako niemowlęta. Celina zajmowała się pracą charytatywną wśród ludności wiejskiej, a w 1863 r. wspierała powstańców, za co znalazła się wraz z kilkutygodniową Jadwigą w rosyjskim więzieniu w Grodnie.
    W 1869 r. Józef Borzęcki uległ atakowi paraliżu i stracił władzę w nogach. Celina wraz z córkami Celiną i Jadwigą wyjechała z nim na leczenie do Wiednia, które jednak nie przyniosło spodziewanych rezultatów. Przez pięć lat starannie pielęgnowała męża. Na kilka tygodni przed śmiercią Borzęcki podyktował starszej córce Celinie testament, w którym zaświadczył o miłości, bohaterstwie, odwadze i roztropności swej żony.
    Po jego śmierci, w 1875 r. Celina Borzęcka wyjechała z córkami do Rzymu. Tam znowu zapragnęła życia zakonnego. Poznała generała zmartwychwstańców, ks. Piotra Semenenkę, który stał się jej spowiednikiem i przewodnikiem duchowym. Pod jego wpływem postanowiła wraz z córką Jadwigą (obecnie Służebnicą Bożą) założyć żeńską gałąź zgromadzenia, do którego należał. Po pokonaniu wielu przeciwności i upokorzeń zmartwychwstanki zostały zatwierdzone jako zgromadzenie kontemplacyjno-czynne, którego zadaniem było nauczanie i chrześcijańskie wychowanie dziewcząt. 6 stycznia 1891 r. Celina i Jadwiga złożyły śluby wieczyste. Dzień ten jest uważany za początek Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstania Pana Naszego Jezusa Chrystusa w Kościele.
    Mimo rozlicznych zakonnych obowiązków, Celina była przy starszej córce (również Celinie), gdy rodziły się jej dzieci. Starała się też być dobrą babcią dla swoich pięciorga wnucząt. Założone przez nią nowe zgromadzenie rozwijało się dynamicznie. Jesienią 1891 r. Celina otworzyła w Kętach, mieście św. Jana Kantego, pierwszy dom na ziemiach polskich. W skromnej starej chacie początkowo została założona szkoła dla dziewcząt i nowicjat. Było trudno, bo siostrom i ich wychowankom doskwierała bieda, ale już po czterech latach stanął tam klasztor. Matka Celina sama zaprojektowała kaplicę, w której ołtarzu znalazła się Matka Boża Ostrobramska, a w witrażach można zobaczyć patronów Polski, Litwy i Rusi. Budynek klasztoru otacza piękny park, w którym do dziś rosną drzewa zasadzone jeszcze przez założycielkę. Dowodem jej zaradności i wyczucia smaku są zachowane niepowtarzalne szaty liturgiczne: alby, uszyte z jej koronkowej sukni ślubnej i dawnego stroju balowego. W Kętach zmartwychwstanki wybudowały szkołę i ochronkę dla dzieci. Stąd wyruszyły do kolejnych placówek – w Częstochowie i Warszawie. W 1896 r. rozpoczęły też pracę apostolską w Bułgarii, a w 1900 r. – w Stanach Zjednoczonych.
    W 1906 r. Celina przeżyła cios – nieoczekiwanie zmarła jej córka Jadwiga, współzałożycielka zgromadzenia i najbliższa współpracownica, która miała poprowadzić dalej rozpoczęte dzieło. Mimo podeszłego wieku Matka Celina pełniła nadal obowiązki przełożonej generalnej. Zmarła w Krakowie 26 października 1913 r., pochowana została obok swej córki w Kętach. W 1937 r. doczesne szczątki Celiny i Jadwigi zostały przeniesione do krypty pod kaplicą klasztoru w Kętach, a w 2001 r. – do sarkofagu w kościele św. Małgorzaty i Katarzyny w Kętach.
    Za życia matki Celiny powstało 18 domów, w których pracowało 214 sióstr zmartwychwstanek, i 16 związanych z ich duchowością zgromadzeń świeckich apostołek zmartwychwstania. W roku jej beatyfikacji w 54 domach w Polsce, Anglii, Argentynie, Australii, Kanadzie, Tanzanii, Stanach Zjednoczonych, we Włoszech i na Białorusi pracowało 512 sióstr oraz 322 apostołki. Siostry wykonują wiele posług, m.in. pracują jako nauczycielki, wychowawczynie, katechetki, zakrystianki, organistki, animatorki oazowe i pielęgniarki.Proces beatyfikacyjny Matki Celiny rozpoczęto z inicjatywy papieża Piusa XII w Rzymie w 1944 r. Dekret o heroiczności cnót podpisał św. Jan Paweł II w 1982 r. W 2002 r. w Krakowie przeprowadzono proces dotyczący domniemanego uzdrowienia po ciężkim wypadku Andrzeja Mecherzyńskiego-Wiktora, prawnuka Matki Celiny w piątym pokoleniu. 16 grudnia 2006 r. Benedykt XVI podpisał dekret zatwierdzający uzdrowienie dokonane za jej przyczyną. 27 października 2007 r. w rzymskiej bazylice św. Jana na Lateranie matka Celina Borzęcka została ogłoszona błogosławioną.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    25 października

    Święci męczennicy Chryzant i Daria

    Zobacz także:
      •  Święty Bernard Calvo, biskup
    Święci Chryzant i Daria
    W oparciu o inskrypcje w Passio można przyjąć, że Chryzant przybył do Rzymu na studia. Nawróciwszy się, przywiódł do Chrystusa westalkę Darię oraz innych mieszkańców. Podczas prześladowania za czasów cesarza Numeriana zostali oni pochwyceni i skazani na śmierć. Wyrok wykonano w sposób okrutny – wrzucono ich do dołu powstałego po nieużywanym akwedukcie przy via Salaria i tam żywcem zasypano ziemią oraz kamieniami. Śmierć ponieśli w 283 lub 284 r. Ci egipscy męczennicy są patronami sędziów.
    Według innych podań Chryzant, który był synem senatora, przypadkowo przeczytał Ewangelię i zapragnął zostać chrześcijaninem. Kiedy ojciec dowiedział się, że syn przyjął chrzest, chciał go siłą odwieść od wiary. Najpierw więził go i głodził, a następnie sprowadził do niego prostytutki. Kiedy nic nie osiągnął i syn dalej uparcie trwał w wierze, postanowił zmusić go do małżeństwa z westalką Darią. Efekt był taki, że Chryzant nawrócił Darię. Żeby uspokoić ojca, pobrali się, ale trwali w dziewiczym małżeństwie.
    Opis męczeństwa jest podobny jak wyżej, z jednym uzupełnieniem, że chrześcijanie zostali zasypani żywcem, kiedy zebrali się, by sprawować Eucharystię.
    W ikonografii przedstawia się św. Chryzanta jako rzymskiego młodzieńca z palmą w dłoni. Czasami jako rycerza Chrystusa w wianku na głowie. Jego atrybutami są: chorągiew, kamienie, korona, tarcza.
    Św. Daria ukazywana jest w sztuce religijnej jako matrona rzymska z palmą w jednej, a z księgą w drugiej ręce. Jej atrybutami są: kamienie, korona, lew.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    24 października

    Błogosławiony Jan Wojciech Balicki, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Antoni Maria Claret, biskup
      •  Błogosławiony Kontard Ferrini
      •  Błogosławiona Józefina Leroux, dziewica i męczennica
      •  Święty Alojzy Guanella, prezbiter
    Błogosławiony Jan Wojciech Balicki
    Jan Wojciech Balicki urodził się 25 stycznia 1869 r. w Staromieściu pod Rzeszowem. Pochodził z biednej, bardzo religijnej rodziny dróżnika kolejowego. Był synem grekokatolika Nicetasa Balickiego i jego rzymskokatolickiej żony Katarzyny. Zgodnie z wolą ojca został ochrzczony w Kościele grekokatolickim; także ówczesne prawo kościelne nakazywało wychowywanie chłopców w obrządku ojca. Ponieważ o tym przepisie dowiedział się dopiero w czasie studiów teologicznych, zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o zgodę na święcenia w obrządku łacińskim. Po ukończeniu seminarium duchownego w Przemyślu, w 1892 r. został wyświęcony na kapłana. Został skierowany do pracy w parafiach jako wikary. Szybko dał się poznać jako świetny kaznodzieja i cierpliwy spowiednik.
    Wkrótce potem podjął studia teologiczne w Rzymie, zakończone doktoratem. Po powrocie do kraju pracował w przemyskim seminarium, gdzie wykładał teologię dogmatyczną. Jego posługa profesorska była owiana duchem głębokiej wiary i umiłowaniem prawdy. W modlitwie najczęściej szukał mądrości Ducha Świętego. W latach 1928-1934 piastował urząd rektora.
    Po przejściu na emeryturę wiele czasu poświęcał na posługę spowiedzi. Jeszcze jako młody ksiądz założył dom opieki dla prostytutek – z tego powodu wielokrotnie rzucano na niego oszczerstwa. Po wkroczeniu do Przemyśla Sowietów w czasie II wojny światowej dom ten został zlikwidowany. Jan Balicki zmarł w Przemyślu w opinii świętości 15 marca 1948 r.
    Po siedmiu latach, 31 października 1955 r. – zgodnie z powszechnym życzeniem – ciało ks. Jana przeniesiono do osobnego grobowca. W 1959 r. przemyskie seminarium duchowne poprosiło biskupa Franciszka Bardę o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego. W 1963 r. wszystkie akta przesłano do Rzymu, gdzie po zbadaniu zeznań świadków i analizie pism ks. Jana ogłoszono dekret o heroiczności jego cnót (grudzień 1994 r.). Osobę ks. Balickiego dawał za wzór kapłanom kardynał Karol Wojtyła, który w 1975 roku pisał o nim: “W czasach, gdy Kościół poszukuje nowych wzorów duchowości dla kapłana diecezjalnego, w sytuacji, gdy wśród samych kapłanów zdarzają się kontestacje, niewierności oraz tendencje, by poszukiwać rzeczy materialnych bardziej niż duchowych, sługa Boży może być przedstawiony jako model życia kapłańskiego. W osobie ks. Balickiego kapłani mogą znaleźć wzór, w jaki sposób połączyć działalność duszpasterską z codzienną kontemplacją tajemnicy Boga”.
    Już jako papież dokonał beatyfikacji ks. Balickiego w sierpniu 2002 roku podczas Mszy świętej na krakowskich Błoniach. Powiedział m.in.:
    Służbą miłosierdziu było życie błogosławionego Jana Balickiego. Jako kapłan miał zawsze otwarte serce dla wszystkich potrzebujących. Jego posługa miłosierdzia przejawiała się w niesieniu pomocy chorym i ubogim, ale szczególnie mocno wyraziła się przez posługę w konfesjonale. Zawsze z cierpliwością i pokorą starał się zbliżyć grzesznego człowieka do tronu Bożej łaski.
    Wspominając o tym, zwracam się do kapłanów i seminarzystów: proszę was, bracia, nie zapominajcie, że na was, szafarzach Bożego miłosierdzia, spoczywa wielka odpowiedzialność, ale też pamiętajcie, że sam Chrystus umacnia was obietnicą, którą przekazał przez św. Faustynę: “Powiedz Moim kapłanom, że zatwardziali grzesznicy kruszyć się będą pod ich słowami, kiedy będą mówić o niezgłębionym miłosierdziu moim, o litości, jaką mam dla nich w sercu swoim” (Dzienniczek, 1521).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    23 października

    Święty Józef Bilczewski, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Kapistran, prezbiter
      •  Święty Seweryn Boecjusz
    Na zakończenie XI Zwyczajnego Zgromadzenia Biskupów, obradującego w Watykanie z woli św. Jana Pawła II w dniach 2-23 października 2005 r., kończąc Rok Eucharystii, papież Benedykt XVI dokonał pierwszej kanonizacji w czasie swego pontyfikatu. W poczet świętych zaliczonych zostało pięciu błogosławionych, w tym dwóch Polaków: abp Józef Bilczewski, ordynariusz lwowski, i ks. Zygmunt Gorazdowski, założyciel józefitek. Oprócz nich świętymi ogłoszeni zostali: chilijski jezuita ksiądz Albert Hurtado, żyjący w I poł. XX w., oraz dwóch Włochów: żyjący w XVIII w. kapucyn, brat Feliks z Nikozji, i ksiądz Kajetan Catanoso, zmarły w roku 1963.

    Święty Józef Bilczewski
    Józef Bilczewski urodził się 26 kwietnia 1860 r. w Wilamowicach koło Kęt. Po ukończeniu szkoły podstawowej w Wilamowicach, a potem w Kętach, uczęszczał do gimnazjum w Wadowicach, gdzie zdał maturę w czerwcu 1880 r., i wstąpił do seminarium duchownego w Krakowie. 6 lipca 1884 r. przyjął tu święcenia kapłańskie. W latach 1886-1888 odbył studia teologiczne w Wiedniu (gdzie uzyskał doktorat z teologii), w Rzymie i Paryżu. Po powrocie do kraju był wikariuszem w Kętach i w Krakowie. W 1890 r. uzyskał habilitację na Uniwersytecie Jagiellońskim. W rok później został profesorem teologii dogmatycznej na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, na którym przez pewien okres pełnił funkcję dziekana wydziału teologicznego i rektora. Jako profesor uniwersytetu był bardzo ceniony przez studentów, cieszył się szacunkiem i przyjaźnią innych pracowników naukowych. Opublikował wiele artykułów z dziedziny teologii i archeologii chrześcijańskiej, a także na temat Eucharystii.
    17 grudnia 1900 r. Leon XIII mianował 40-letniego ks. prał. Józefa Bilczewskiego arcybiskupem lwowskim obrządku łacińskiego. Konsekracja biskupia odbyła się 20 stycznia 1901 r. w katedrze we Lwowie. Nowy biskup wyróżniał się ogromną dobrocią serca, wyrozumiałością, pokorą, pobożnością, pracowitością i gorliwością duszpasterską, które płynęły z wielkiej miłości do Boga i bliźniego. Był mężem modlitwy, która inspirowała wszelką jego działalność. Fundował kościoły i kaplice, szkoły i ochronki, krzewił oświatę. Wspierał duchowo i materialnie wszystkie ważniejsze dzieła powstające w archidiecezji lwowskiej. Uważał, że jego obowiązkiem jest bronienie i ratowanie obrządku łacińskiego, za który odpowiadał przed Bogiem i Kościołem, własnym sumieniem i narodem. Życie abp. Józefa Bilczewskiego, wypełnione modlitwą, pracą i dziełami miłosierdzia, sprawiło, że cieszył się wielkim szacunkiem ludzi wszystkich wyznań, obrządków i narodowości.
    W duchu nauczania Piusa X zbliżał wiernych do Eucharystii, częstej Komunii św., pobożnego uczestniczenia w Mszy św. W czasach I wojny światowej rozwijał kult Najświętszego Serca Pana Jezusa, ukazując ludziom nieskończoną miłość Boga, zdolną do przebaczenia i darowania wszystkich grzechów. Czcią i miłością najlepszego syna otaczał Matkę Najświętszą, nazywając Ją swą «Matuchną». Pragnął, by taką samą pobożnością darzyli Ją wierni archidiecezji, naśladując Jej cnoty, szczególnie całkowite zaufanie Bogu.
    Umarł z przepracowania 20 marca 1923 r. Jego zabalsamowane serce umieszczono w kaplicy bł. Jakuba w bazylice katedralnej we Lwowie, a ciało zostało złożone w grobie na cmentarzu janowskim, gdzie grzebano ubogich, dla których był zawsze ojcem i opiekunem.
    Staraniem archidiecezji lwowskiej przeprowadzono proces beatyfikacyjny Józefa Bilczewskiego, którego pierwsza faza została zakończona 18 grudnia 1997 r. ogłoszeniem przez św. Jana Pawła II dekretu o heroiczności jego cnót. W czerwcu 2001 r. za cudowny został uznany przez Kongregację Spraw Kanonizacyjnych fakt nagłego, trwałego i niewytłumaczalnego co do sposobu uzdrowienia dziewięcioletniego chłopca Marcina Gawlika z bardzo ciężkich poparzeń, dokonanego przez Boga za wstawiennictwem Józefa Bilczewskiego – co otworzyło drogę do beatyfikacji arcybiskupa lwowskiego. Dokonał jej św. Jan Paweł II 26 czerwca 2001 r. we Lwowie podczas swej podróży apostolskiej na Ukrainę. W 2005 r. świętym ogłosił go papież Benedykt XVI.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    22 października

    Święty Jan Paweł II, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Donat, biskup
      •  Błogosławiony Tymoteusz Giaccardo, prezbiter
      •  Święta Salome, uczennica Pańska
    Karol Wojtyła z matką
    Karol Józef Wojtyła urodził się 18 maja 1920 r. w Wadowicach, niewielkim miasteczku nieopodal Krakowa, jako drugi syn Emilii i Karola Wojtyłów. Został ochrzczony w kościele parafialnym 20 czerwca 1920 r. przez ks. Franciszka Żaka, kapelana wojskowego. Rodzice nadali imię Karolowi na cześć ostatniego cesarza Austrii, Karola Habsburga.
    Rodzina Wojtyłów żyła skromnie. Jedynym źródłem utrzymania była pensja ojca – wojskowego urzędnika w Powiatowej Komendzie Uzupełnień w stopniu porucznika. Edmund, brat Karola, studiował medycynę w Krakowie i został lekarzem. Wojtyłowie mieli jeszcze jedno dziecko – Olgę, która zmarła zaraz po urodzeniu.
    W dzieciństwie Karola nazywano najczęściej zdrobnieniem imienia – Lolek. Uważano go za chłopca utalentowanego i wysportowanego.
    13 kwietnia 1929 r. zmarła matka Karola, a trzy lata później, w 1932 r., w wieku 26 lat, zmarł na szkarlatynę brat Edmund. Chorobą zaraził się od swojej pacjentki w szpitalu w Bielsku.
    Od września 1930 r. Karol rozpoczął naukę w ośmioletnim Państwowym Gimnazjum Męskim im. Marcina Jadowity w Wadowicach. Nie miał żadnych problemów z nauką; już w tym wieku, według jego katechetów, wyróżniała go także ogromna wiara. 14 maja 1938 r. Karol zakończył naukę w gimnazjum, otrzymując świadectwo maturalne z oceną celującą, następnie wybrał studia polonistyczne na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zamieszkał z ojcem w Krakowie.Karol Wojtyła po maturze
    W lutym 1940 r. poznał osobę ważną dla swego rozwoju duchownego. Był to Jan Tyranowski, który prowadził dla młodzieży męskiej koło wiedzy religijnej. Uczestniczący w nim Wojtyła poznał wówczas i po raz pierwszy czytał pisma św. Jana od Krzyża.
    18 lutego 1941 r. po długiej chorobie zmarł ojciec Karola. Było to poważnym ciosem dla młodego chłopaka, który w 21. roku życia pozostał zupełnie bez rodziny. Po śmierci ojca Karol Wojtyła pozostał bez środków do życia. W normalnych czasach mógłby liczyć na studenckie stypendium, ale w czasie wojny uczelnie nie działały. Karol wykorzystał ten czas na intensywne samokształcenie. Środowisko akademickie utrzymywało więzi i działało w podziemiu.
    W 1942 i 1943 r. jako reprezentant krakowskiej społeczności akademickiej udawał się do Częstochowy, by odnowić śluby jasnogórskie (tradycja akademickich pielgrzymek majowych zapoczątkowana w 1936 r. trwa do dziś).
    Za jedną z najważniejszych dla siebie inicjatyw okresu okupacji Karol uważał pracę aktorską w konspiracyjnym Teatrze Rapsodycznym, pod kierownictwem Mieczysława Kotlarczyka (teatr działał pod auspicjami podziemnej organizacji narodowo-katolickiej Unia). W tym czasie powstało wiele utworów poetyckich Wojtyły, publikowanych później pod pseudonimem Andrzej Jawień (inne pseudonimy literackie to AJ, Piotr Jasień, a od 1961 r. – Stanisław Andrzej Gruda). Twórczość literacką kontynuował także w latach późniejszych.
    Karol podjął pracę jako pracownik fizyczny w zakładach chemicznych Solvay, początkowo w kamieniołomie w Zakrzówku, a potem w oczyszczalni sody w Borku Fałęckim (obecnie na terenie Krakowa). Współpracownicy wspominali później, że każdą przerwę w pracy spędzał zatopiony w lekturze. W drodze do pracy wstępował do kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach, obok cmentarza, na którym w 1938 r. pochowano przyszłą świętą – s. Faustynę Kowalską.
    W 1942 r. wstąpił do tajnego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie, nie przerywając pracy w Solvayu. W tym samym czasie rozpoczął w konspiracji studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. 29 lutego 1944 roku potrąciła go niemiecka ciężarówka wojskowa i dwa tygodnie musiał spędzić w szpitalu. Zapytany po latach, czy łączy w jakiś sposób ten wypadek z zamachem na swoje życie w 1981 roku, przyznał: “Tak, w obu przypadkach czuwała nade mną Opatrzność”.
    Kiedy w Warszawie wybuchło Powstanie, w Krakowie hitlerowski terror nasilił się (w tzw. “czarną niedzielę” 6 sierpnia 1944 r. Niemcy aresztowali ponad 7 000 mężczyzn). Wówczas kardynał Sapieha, chcąc ratować przyszłych kapłanów, zdecydował, że alumni mają zamieszkać w pałacu arcybiskupim. Tam Karol pozostał do końca wojny, do czasu odbudowania krakowskiego seminarium na Podwalu.
    Ksiądz Karol Wojtyła
    13 października 1946 r. alumn Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie Karol Wojtyła został subdiakonem, a tydzień później diakonem. Już 1 listopada 1946 r. kard. Adam Stefan Sapieha wyświęcił Karola na księdza. 2 listopada jako neoprezbiter Karol Wojtyła odprawił Mszę św. prymicyjną w krypcie św. Leonarda w katedrze na Wawelu.
    15 listopada 1946 r. wraz z klerykiem Stanisławem Starowiejskim poprzez Paryż wyjechał do Rzymu, aby kontynuować studia na Papieskim Międzynarodowym Athenaeum Angelicum (obecnie Papieski Uniwersytet św. Tomasza z Akwinu). Podczas studiów zamieszkiwał w Kolegium Belgijskim, gdzie poznał wielu duchownych z krajów frankofońskich oraz z USA. W 1948 r. ukończył studia z dyplomem summa cum laude.
    W lipcu 1948 r. na okres 7 miesięcy ks. Karol został skierowany do pracy w parafii Niegowić, gdzie spełniał zadania wikarego i katechety. W marcu 1949 r. został przeniesiony do parafii św. Floriana w Krakowie. Tam założył chór gregoriański, z którym wkrótce przygotował i odśpiewał mszę De Angelis (“O Aniołach”). Swoich chórzystów zaraził pasją i miłością do gór – razem przewędrowali Gorce, Bieszczady i Beskid. Organizowali także spływy kajakowe na Mazurach. W Krakowie otrzymał też w końcu (1948) tytuł doktora teologii (którego nie dostał w Rzymie z powodu braku funduszy na wydanie drukiem rozprawy doktorskiej). Uzyskawszy po śmierci kard. Sapiehy urlop na pracę naukową, w latach 1951-1953 rozpoczął pisanie pracy habilitacyjnej, która, chociaż przyjęta w 1953 roku przez Radę krakowskiego Wydziału Teologicznego, została odrzucona przez Ministerstwo Oświaty i tytułu docenta Karol Wojtyła nie uzyskał (aż do roku 1957). W roku 1956 objął za to katedrę etyki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
    Biskup Karol Wojtyła
    W 1958 r. Karol Wojtyła został mianowany biskupem pomocniczym Krakowa i biskupem tytularnym Umbrii. Przyjął wówczas, zgodnie z obyczajem, jako hasło przewodnie swej posługi słowa Totus tuus (łac. “Cały Twój”); kierował je do Matki Chrystusa. Konsekracji biskupiej ks. Karola Wojtyły dokonał 28 września 1958 r. w katedrze na Wawelu metropolita krakowski i lwowski, arcybiskup Eugeniusz Baziak. Współkonsekratorami byli biskup Franciszek Jop i biskup Bolesław Kominek. W tym okresie powstały najgłośniejsze prace biskupa Wojtyły, które przyniosły mu sławę wśród teologów: “Miłość i odpowiedzialność” (1960) oraz “Osoba i czyn” (1969). W 1962 r. został krajowym duszpasterzem środowisk twórczych i inteligencji. Na okres biskupstwa Karola przypadły także obrady Soboru Watykańskiego II, w których aktywnie uczestniczył.
    30 grudnia 1963 r. Karol Wojtyła został mianowany arcybiskupem metropolitą krakowskim. Podczas konsystorza 26 czerwca 1967 r. został nominowany kardynałem. 29 czerwca 1967 r. otrzymał w kaplicy Sykstyńskiej od papieża Pawła VI czerwony biret, a jego kościołem tytularnym stał się kościół św. Cezarego Męczennika na Palatynie.
    Jako pasterz diecezji starał się ogarniać swą posługą wszystkich potrzebujących. Wizytował parafie, odwiedzał klasztory. W 1965 r. otworzył proces beatyfikacyjny siostry Faustyny Kowalskiej. Utrzymywał dobry i ścisły kontakt z inteligencją krakowską, zwłaszcza ze środowiskiem naukowym i artystycznym. Zyskał dojrzałość jako myśliciel, sięgając nie tylko do rozległej tradycji filozoficznej, lecz także do Biblii i do mistyki (zawsze był mu bliski święty Jan od Krzyża) i budując harmonijnie koncepcję z pogranicza filozofii oraz teologii: człowieka jako integralnej osoby. Stał się znanym poza Polską autorytetem. Był obok Prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego najważniejszą postacią Episkopatu Polski. Z Prymasem Tysiąclecia ściśle współpracował, okazując szacunek dla jego doświadczenia i mądrości. W nielicznych wolnych chwilach nadal z chęcią jeździł na Podhale i w Tatry, chodził po górach, uprawiał narciarstwo.
    Święty Jan Paweł II zaraz po wyborze na papieża
    W nocy z 28 na 29 września 1978 roku po zaledwie 33 dniach pontyfikatu zmarł papież Jan Paweł I. 14 października rozpoczęło się więc drugie już w tym roku konklawe – zebranie kardynałów, mające wyłonić nowego papieża. 16 października 1978 roku około godziny 17.15 w siódmym głosowaniu metropolita krakowski, kardynał Karol Wojtyła został wybrany papieżem. Przyjął imię Jan Paweł II. O godz. 18.45 kard. Pericle Felici ogłosił wybór nowego papieża – HABEMUS PAPAM!Jan Paweł II udzielił pierwszego błogosławieństwa “Urbi et Orbi” – “Miastu i Światu”. 22 października na Placu Świętego Piotra odbyła się uroczysta inauguracja pontyfikatu, a następnego dnia pierwsza audiencja dla 4000 Polaków zgromadzonych w auli Pawła VI. Msza św. inaugurująca pontyfikat była transmitowana przez radio i telewizję na wszystkie kontynenty. Dla Polaków, w kraju rządzonym przez komunistów, była to pierwsza transmisja Mszy św. od czasów przedwojennych. 12 listopada Jan Paweł II uroczyście objął katedrę Rzymu – Bazylikę św. Jana na Lateranie, stając się w ten sposób Biskupem Rzymu.Jan Paweł II był pierwszym papieżem z Polski, jak również pierwszym po 455 latach biskupem Rzymu, nie będącym Włochem. Wybór na głowę Kościoła osoby z kraju socjalistycznego wpłynął znacząco na wydarzenia w Europie Wschodniej i w Azji w latach 80-tych i 90-tych XX w.
    Pontyfikat Jana Pawła II trwał ponad 26 lat i był drugim co do długości w dziejach Kościoła. Najdłużej – 32 lata – sprawował swój urząd Pius IX (nie licząc pontyfikatu Piotra – pierwszego następcy Jezusa).
    Podczas wszystkich pielgrzymek Jan Paweł II przebył ponad 1,6 miliona kilometrów, co odpowiada 40-krotnemu okrążeniu Ziemi wokół równika i czterokrotnej odległości między Ziemią a Księżycem. Jan Paweł II odbył 102 pielgrzymki zagraniczne, podczas których odwiedził 135 krajów, oraz 142 podróże na terenie Włoch, podczas których wygłosił 898 przemówień. Z 334 istniejących rzymskich parafii odwiedził 301. Jego celem było dotarcie do wszystkich parafii, zabrakło niewiele.
    Święty Jan Paweł II, papież-apostoł
    Jan Paweł II mianował 232 kardynałów (w tym 9 Polaków), ogłosił 1318 błogosławionych (w tym 154 Polaków) i 478 świętych. Napisał 14 encyklik, 14 adhortacji, 11 konstytucji oraz 43 listy apostolskie. Powyższe dane statystyczne nie oddają jednak nawet skrawka ogromnego dziedzictwa nauczania i pontyfikatu pierwszego w dziejach Kościoła Papieża-Polaka.
    Wprawdzie już począwszy od Jana XXIII papiestwo zaczęło rezygnować z niektórych elementów ceremoniału, jednakże dopiero Jan Paweł II zniwelował większość barier, przyjmując postawę papieża bliskiego wszystkim ludziom, papieża-apostoła. Chętnie spotykał się z młodymi ludźmi i poświęcał im dużo uwagi. Na spotkanie w Rzymie w roku 1985, który ONZ ogłosiła Międzynarodowym Rokiem Młodzieży, napisał list apostolski na temat roli młodości jako okresu szczególnego kształtowania drogi życia, a 20 grudnia zapoczątkował tradycję Światowych Dni Młodzieży. Odtąd co roku przygotowywał orędzie skierowane do młodych, które stawało się tematem międzynarodowego spotkania, organizowanego w różnych miejscach świata (np. w 1991 r. w Częstochowie, a w 2016 r. – w Krakowie).
    Chociaż kardynał Wojtyła rozpoczynając posługę Piotrową był – jak na papieża – bardzo młody (miał 58 lat), cieszył się dobrym zdrowiem i był wysportowany, to niemal cały jego pontyfikat naznaczony był cierpieniem. Choroby Jana Pawła II zaczęły się od pamiętnego zamachu na życie papieża. 13 maja 1981, podczas audiencji generalnej na Placu św. Piotra w Rzymie o godzinie 17.19 papież został postrzelony przez tureckiego zamachowca Mehmeta Ali Agcę w brzuch oraz rękę. Ocalenie, jak sam wielokrotnie podkreślał, zawdzięczał Matce Bożej Fatimskiej, której rocznicę objawień tego dnia obchodzono. Powiedział później: “Jedna ręka strzelała, a inna kierowała kulę”. Cały świat zamarł w oczekiwaniu na wynik sześciogodzinnej operacji w Poliklinice Gemelli. Papież spędził wtedy na rehabilitacji w szpitalu 22 dni.
    Niestety, do pełnego zdrowia nie powrócił nigdy. Następstwa postrzału spowodowały liczne komplikacje zdrowotne, konieczność kolejnych operacji, pobyty w szpitalu. Zaraz po zamachu w przekazie nadanym przez Radio Watykańskie papież powiedział: “Modlę się za brata, który zadał mi cios, i szczerze mu przebaczam”. Później odwiedził zamachowca w więzieniu.
    Papież nigdy nie ukrywał swojego stanu zdrowia. Cierpiał na oczach tłumów, którym w ten sposób dawał niezwykłą katechezę. Wielokrotnie też podkreślał wartość choroby i zwracał się do ludzi chorych i starszych o modlitewne wspieranie jego pontyfikatu.
    W pierwszą rocznicę zamachu na Placu świętego Piotra, 13 maja 1982 r., papież udał się z dziękczynną pielgrzymką do Fatimy. Tam, podczas nabożeństwa, niezrównoważony mężczyzna Juan Fernández y Krohn lekko ugodził papieża nożem. Ochrona szybko obezwładniła napastnika, a papież dokończył nabożeństwo pomimo krwawienia. Na szczęście ten drugi zamach nie miał poważnych następstw.
    Święty Jan Paweł II w ostatnim okresie swego życia
    Jan Paweł II od początku lat 90. cierpiał na postępującą chorobę Parkinsona. Mimo licznych spekulacji i sugestii ustąpienia z funkcji, które nasilały się w mediach zwłaszcza podczas kolejnych pobytów papieża w szpitalu, pełnił ją aż do śmierci. Nagłe pogorszenie stanu zdrowia papieża rozpoczęło się 1 lutego 2005 r. Przez ostatnie dwa miesiące życia Jan Paweł II wiele dni spędził w szpitalu i nie pojawiał się publicznie. Przeszedł grypę i zabieg tracheotomii, wykonany z powodu niewydolności oddechowej. W czwartek, 31 marca, wystąpiły u Ojca Świętego silne dreszcze ze wzrostem temperatury ciała do 39,6 st. C. Był to początek wstrząsu septycznego połączonego z zapaścią sercowo-naczyniową.
    Kiedy medycyna nie mogła już pomóc, uszanowano wolę papieża, który chciał pozostać w domu. Podczas Mszy św. sprawowanej przy jego łożu, którą Jan Paweł II koncelebrował z przymkniętymi oczyma, kardynał Marian Jaworski udzielił mu sakramentu namaszczenia. 2 kwietnia 2005 r. o godz. 7.30 papież zaczął tracić przytomność. W tym czasie w pokoju umierającego czuwali najbliżsi, a przed oknami, na Placu św. Piotra modlił się wielotysięczny tłum. Relacje na cały świat nadawały wszystkie media. Wieczorem, przy łóżku chorego odprawiono Mszę św. wigilii Święta Miłosierdzia Bożego. Ok. godz. 19.00 Jan Paweł II wszedł w stan śpiączki. Monitor wykazał postępujący zanik funkcji życiowych. O godz. 21.37 osobisty papieski lekarz Renato Buzzonetti stwierdził śmierć Jana Pawła II. Jan Paweł II odszedł do domu Ojca po zakończeniu Apelu Jasnogórskiego, w pierwszą sobotę miesiąca i wigilię Święta Miłosierdzia Bożego, które sam ustanowił.Trumna z ciałem św. Jana Pawła II
    Pogrzeb Jana Pawła II odbył się w piątek, 8 kwietnia 2005 r. Uczestniczyło w nim na placu św. Piotra i w całym Rzymie ok. 300 tys. wiernych oraz 200 prezydentów i premierów, a także przedstawiciele wszystkich wyznań świata, w tym duchowni islamscy i żydowscy. Po zakończeniu nabożeństwa żałobnego, w asyście tylko duchownych z najbliższego otoczenia, papież został pochowany w podziemiach bazyliki św. Piotra, w krypcie bł. Jana XXIII, beatyfikowanego w 2000 r.13 maja 2005 r. papież Benedykt XVI zezwolił na natychmiastowe rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II, udzielając dyspensy od konieczności zachowania pięcioletniego okresu od śmierci kandydata, jaki jest wymagany przez prawo kanoniczne. Formalny proces rozpoczął się 28 czerwca 2005 r., kiedy zaprzysiężeni zostali członkowie trybunału beatyfikacyjnego. Postulatorem został ksiądz Sławomir Oder. 23 marca 2007 r. trybunał diecezjalny badający tajemnicę uzdrowienia jednej z francuskich zakonnic – Marie Simon-Pierre – za wstawiennictwem papieża Polaka potwierdził fakt zaistnienia cudu. Po niespodziewanym uzdrowieniu, o które na modlitwie prosiły za wstawiennictwem zmarłego papieża członkinie jej zgromadzenia, s. Marie powróciła do pracy w szpitalu dziecięcym. Przy okazji podania tej wiadomości ks. Oder poinformował, że istnieje kilkaset świadectw dotyczących innych uzdrowień za wstawiennictwem Jana Pawła II.
    2 kwietnia 2007 r. miało miejsce oficjalne zamknięcie diecezjalnej fazy procesu beatyfikacyjnego w Bazylice św. Jana na Lateranie w obecności wikariusza generalnego Rzymu, kardynała Camillo Ruiniego.
    16 listopada 2009 r. w watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych odbyło się posiedzenie komisji kardynałów w sprawie beatyfikacji Jana Pawła II. Obrady komisji zakończyło głosowanie, w którym podjęto decyzję o skierowaniu do Benedykta XVI prośby o wyniesienie polskiego papieża na ołtarze.
    19 grudnia 2009 r. papież Benedykt XVI podpisał dekret o uznaniu heroiczności cnót Jana Pawła II, który zamknął zasadniczą część jego procesu beatyfikacyjnego. Jednocześnie rozpoczęło się dochodzenie dotyczące cudu uzdrowienia przypisywanego wstawiennictwu polskiego papieża.
    12 stycznia 2011 r. komisja Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych zaaprobowała cud za wstawiennictwem Jana Pawła II polegający na uzdrowieniu francuskiej zakonnicy. Zgodnie z konstytucją apostolską Jana Pawła II Divinus perfectionis Magister z 1983 r. ustalającą nowe zasady postępowania kanonizacyjnego, orzeczenie Kongregacji zostało przedstawione papieżowi, który jako jedyny ma prawo decydować o kościelnym kulcie publicznym Sług Bożych.Święty Jan Paweł II
    14 stycznia 2011 r. papież Benedykt XVI podpisał dekret o cudzie i wyznaczył na dzień 1 maja 2011 r. beatyfikację papieża Jana Pawła II. Dokonał jej osobiście podczas uroczystej Mszy Świętej na placu św. Piotra w Rzymie, którą koncelebrowało kilka tysięcy kardynałów, arcybiskupów i biskupów z całego świata. Liczba wiernych uczestniczących w nabożeństwie jest szacowana na 1,5 mln osób, w tym trzysta tysięcy Polaków. Warto wspomnieć, że Benedykt XVI uczynił wyjątek, osobiście przewodnicząc beatyfikacji swojego Poprzednika – jako zwyczajną praktykę Benedykt XVI przyjął, że beatyfikacjom przewodniczy jego delegat, a on sam dokonuje jedynie kanonizacji.
    Na datę liturgicznego wspomnienia bł. Jana Pawła II wybrano dzień 22 października, przypadający w rocznicę uroczystej inauguracji pontyfikatu papieża-Polaka.Papież Franciszek dokonał kanonizacji papieża-Polaka w niedzielę Bożego Miłosierdzia, 27 kwietnia 2014 r., w Rzymie. Do chwały świętych Jan Paweł II został wyniesiony razem z jednym ze swoich poprzedników, Janem XXIII.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    21 października

    Błogosławiony Jakub Strzemię, biskup

    Zobacz także:
      •  Święta Urszula, dziewica i męczennica
    Błogosławiony Jakub Strzemię
    Jakub Strepa herbu Strzemię urodził się w 1340 r. Pochodził z diecezji krakowskiej, ale rodzina jego osiedliła się we Włodzimierzu na Rusi. O jego rodzinie i młodości brak informacji; niektórzy hagiografowie uważają, że kształcił się w Rzymie, chociaż brak na to dowodów. Pewne jest tylko to, że wstąpił do zakonu franciszkanów i że był członkiem Stowarzyszenia Braci Pielgrzymujących dla Chrystusa we Lwowie. Stolica Apostolska wyposażyła tę instytucję misyjną, utworzoną w zakonie dominikanów i franciszkanów dla działań na Rusi i Mołdawii, w rozległe przywileje duszpasterskie.
    W latach 1385-1388 Jakub był gwardianem franciszkańskiego klasztoru Świętego Krzyża we Lwowie. Z ówczesnych akt wynika, że był nie tylko gorliwym przełożonym konwentu, ale troszczył się także o dobro Kościoła na Rusi. Pośredniczył w sporze, jaki zaistniał pomiędzy arcybiskupem Halicza, Bernardem, a magistratem miasta Lwowa. Doszło do tego, że zapalczywy hierarcha zamierzał obłożyć miasto karami kościelnymi i w ten sposób pozbawić go normalnej opieki duchowej. Jakub spór załagodził. Niemniej energicznie stawał w obronie zakonów żebrzących (głównie dominikanów i franciszkanów) przeciwko niektórym duchownym, którzy zakazywali na swoich obszarach kaznodziejom głosić Słowo Boże i sprawować posługę duchową, chociaż ci mieli na to zezwolenie Stolicy Apostolskiej. Dowodem wielkiego zaufania, jakim Jakub cieszył się w Rzymie, było mianowanie go inkwizytorem na całą Ruś.
    27 czerwca 1391 r. papież Bonifacy IX mianował Jakuba drugim (po Bernardzie) arcybiskupem Halicza. Sakrę biskupią Jakub przyjął w Tarnowie w 1392 r. Znał już wtedy bardzo dobrze swoją metropolię, którą jako misjonarz wiele razy przemierzył pieszo. Ponieważ była to metropolia nowa, powstała w roku 1367, nie było w niej jeszcze ani katedry, ani kapituły. Kościołów i kapłanów było bardzo mało; nawet granice diecezji nie były dokładnie ustalone. We wsiach mieszkała głównie ludność prawosławna (ruska). Nowemu arcybiskupowi przyszło organizować metropolię właściwie od podstaw.
    Za punkt wyjścia pracy obrał sobie wizytację swojej rozległej diecezji. Zamieszkał w drewnianym domku przy klasztorze lwowskim. Stamtąd udawał się do miast i osiedli. Wszędzie, gdzie byli panowie polscy, zachęcał ich do fundowania nowych kościołów, które czynił ośrodkami parafialnymi. Popierał gorliwie zakony franciszkanów i dominikanów w ich pracy misyjnej. Bardzo szybko zaczęła topnieć liczba prawosławnych, a powiększała się liczba katolików. Nie mając jeszcze kapituły, arcybiskup Jakub sam rządził diecezją ze swoim oficjałem i notariuszem, który prowadził jego kancelarię. W trudniejszych i ważniejszych sprawach radził się proboszczów i przełożonych klasztorów. W ostatnich latach swoich rządów dobrał sobie do pomocy biskupa Zbigniewa z Łapanowa jako swojego sufragana.
    W 1406 r. zorganizował we Lwowie pierwszy synod prowincjonalny dla rozstrzygnięcia pewnych spornych spraw. Tak bardzo zasłużył się dla katolickiej Rusi, że nazwano go “ojcem i stróżem ojczyzny, senatorem mądrym”. Jadwiga i Władysław Jagiełło darzyli go szczególnym zaufaniem. Jakub darzył ich wzajemną czcią i miłością. Należał do zaufanych doradców Jagiełły. Wielką miłością darzyli go też wierni. Na wiadomość, że zamierza przenieść stolicę metropolii do Lwowa, mieszkańcy miasta bardzo ofiarnie i szczodrze zabrali się do budowy katedry. Jej poświęcenia Jakub dokonał w 1404 r.
    Zmarł we Lwowie 20 października 1409 r. Zgodnie z testamentem został pochowany w chórze franciszkańskiego kościoła we Lwowie. Przez całe życie był tak ubogi, że w testamencie poza szatami liturgicznymi nie miał dosłownie nic do rozdania. Zostawił po sobie ponad 20 dokumentów. Mówią o nim także źródła postronne. W swej pobożności miał szczególną cześć dla Najświętszego Sakramentu. Zarządził, aby wieczna lampka paliła się przed tabernakulum, co nie było jeszcze wówczas w Kościele stałym zwyczajem. Dominikańskiemu kościołowi Bożego Ciała we Lwowie nadał odpusty, aby zachęcić lud do licznego udziału w adoracji i wystawieniu w monstrancji, jakie wtedy zaczęło wchodzić w zwyczaj.
    Zaraz po śmierci zaczęto oddawać mu cześć. Kronikarz napisał o nim taką pochwałę: “Był to mąż wielkiej cnoty, sławny pobożnością, i życia prostego, mogący być wzorem i przykładem dla innych”. W latach późniejszych jednak cześć jego zupełnie zanikła – tak dalece, że nie wiedziano nawet, gdzie znajduje się jego grób. Znaleziono go dopiero przypadkowo 29 listopada 1619 r. Pod wpływem wciąż rosnącego nabożeństwa i wielu łask, jakie działy się za jego przyczyną, w roku 1777 rozpoczęto kanoniczny proces. 11 września 1790 r. papież Pius VI zatwierdził jego kult i pozwolił obchodzić jego święto. Na prośbę metropolity papież św. Pius X ogłosił bł. Jakuba wraz z Matką Bożą Królową Polski współpatronem archidiecezji lwowskiej. Został on też obrany patronem polskiej prowincji franciszkańskiej. Relikwie bł. Jakuba, spoczywające w kaplicy Chrystusa Ukrzyżowanego w katedrze lwowskiej, po ostatniej wojnie przeniesiono do katedry tarnowskiej, a w 1966 r. przewieziono do Lubaczowa. 5 grudnia 2009 r., po blisko 65 latach, relikwie patrona archidiecezji lwowskiej, bł. Jakuba Strzemię, powróciły do katedry rzymskokatolickiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny we Lwowie. Uroczystościom przeniesienia i wprowadzenia relikwii do katedry przewodniczył metropolita lwowski, abp Mieczysław Mokrzycki.
    W ikonografii bł. Jakub przedstawiany jest w stroju biskupa. Jego atrybut to pieczęć herbowa z wizerunkiem Matki Bożej.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    21 października

    Święty Kasper del Bufalo, prezbiter

    Święty Kasper del Bufalo
    Kasper urodził się 6 stycznia 1786 r. w Rzymie, ochrzczony został dzień później w rzymskim kościele San Martino ai Monti. 6 sierpnia 1787 r. przyjął w domu bierzmowanie z powodu groźby śmierci. W 1788 r. został uzdrowiony z choroby oczu za wstawiennictwem św. Franciszka Ksawerego.
    Ojciec Kaspra, Antoni, był kucharzem, matka – Anuncjata z domu Quartieroni – zajmowała się synem, bo był on chorowitym chłopcem. Od najmłodszych lat często przebywał w kościele, a zapał, z jakim poznawał prawdy wiary sprawił, że zyskał przydomek “małego apostoła Rzymu”. Chciał być misjonarzem. Gdy miał dziewiętnaście lat, został przełożonym nowej szkoły katechetycznej przy Santa Maria del Pianto. Często przemawiał w kościołach i na placach Rzymu, mówił jasnym i prostym językiem. Zajmował się też ewangelizacją prostych, biednych ludzi z wiosek. Ze szczególną miłością zajmował się obłożnie chorymi w hospicjach i szpitalach. W latach 1797-1808 studiował w Collegium Romanum w Rzymie od pierwszego kursu łaciny aż do ukończenia teologii.
    Dnia 31 lipca 1808 r. otrzymał święcenia kapłańskie w kościele Misjonarzy św. Wincentego a Paulo w Montecitorio i został mianowany kanonikiem przy bazylice San Marco. Zajmował się wiernymi w ubogich dzielnicach miasta. Gdy Napoleon zajął Rzym i deportował papieża, a od kapłanów zażądał złożenia przysięgi na wierność sobie, Kasper, kierując się wiernością Ojcu Świętemu, 13 czerwca 1810 r. odmówił złożenia przysięgi. Został za to zesłany do Piacenzy, a później do Bolonii. 13 września 1812 r. został uwięziony w San Giovanni in Monte, w Bolonii, za powtórne odmówienie złożenia przysięgi na wierność Napoleonowi. 12 stycznia 1813 r. przewieziono go do więzienia w Imoli. Gdy 16 maja 1813 r. po raz trzeci odmówił złożenia przysięgi, został przewieziony do fortecy w Lugo, a 10 grudnia skazano go na wyjazd na Korsykę.
    W lutym 1814 r., po czterech latach wygnania i niewoli, Kasper wrócił do Rzymu. Liczył na to, że teraz za przykładem św. Franciszka Ksawerego, którego chciał naśladować, zostanie misjonarzem. Jednak wówczas powierzono mu, wraz z grupą księży i za zgodą papieża, głoszenie nauk rekolekcyjnych i misji ludowych na terenie Włoch. Chciał wstąpić do jezuitów, ale jego spowiednik i przewodnik duchowy poradził mu, by założył własny zakon. Ponieważ chciał przybliżyć wiernym tajemnicę Krwi Chrystusa, założył, wraz z trzema towarzyszami, Zgromadzenie Misjonarzy Krwi Chrystusa. Miało to miejsce w opactwie w San Felice w Giano, w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, 15 sierpnia 1815 r. Bardzo szybko papież Pius VII zaakceptował nazwę i to on ofiarował pierwszą siedzibę.
    W styczniu 1821 r. Kasper wstawił się u papieża w sprawie ocalenia miasta Sonnino, które miało być ukarane z powodu istniejącego tam rozboju. Dlatego Pius VII powierzył mu uzdrowienie moralne całej prowincji dotkniętej bandyckimi napadami. W czasie swojej posługi Kasper mocno naraził się karbonariuszom, których zwalczał. Oskarżano go nawet przed papieżem. Reakcję papieża Leona XII, który w rezultacie pomówień wycofał udzielone pełnomocnictwa i gotów był rozwiązać założoną przez Kaspra kongregację, zniósł z pokorą i w rezultacie niebawem mógł znowu podjąć przerwaną działalność. 15 sierpnia 1825 r. papież zorientował się, że oskarżenia skierowane przeciwko Kasprowi były fałszywe. W lutym następnego roku chciał go nominować na biskupa, internuncjusza w Brazylii, ale Kasper odmówił przyjęcia tej godności. Pozostał w Rzymie i pracował w Kongregacji Rozkrzewiania Wiary, a w październiku 1826 r. wrócił do pracy w swoim zgromadzeniu. W 1834 r. pomógł św. Marii de Mattias założyć Zgromadzenie Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa.
    W dwa lata później był już tak wyczerpany, że musiał zmniejszyć swoją aktywność. Jednak gdy w grudniu 1837 r. dowiedział się, że w Rzymie wybuchła epidemia cholery, pośpieszył do miasta, by nieść posługę kapłańską wśród umierających na ulicach. Wygłaszał dla nich ostatnie nauki rekolekcyjne. Gdy sam zachorował, 27 grudnia 1837 r. w Albano otrzymał sakrament namaszczenia chorych, a dzień później zmarł. Pochowano go w kościele San Paolo w Albano. Beatyfikował go w bazylice św. Piotra w Rzymie papież Pius X dnia 18 grudnia 1904 r., a kanonizował w pięćdziesiąt lat później papież Pius XII.Święty Kasper uznawany jest za jednego z patronów osób cierpiących na choroby nowotworowe.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    20 października

    Święty Jan Kanty, prezbiter

    Święty Jan Kanty
    Jan urodził się 24 czerwca 1390 r. w Kętach (ok. 30 km od Oświęcimia). Do naszych czasów przetrwało ok. 60 dokumentów z jego autografem, stąd wiemy, że podpisywał się najczęściej po łacinie jako Jan z Kęt (Johannes de Kanti, Johannes de Kanty, Johannes Kanti i Joannes Canthy). Po ukończeniu szkoły w Kętach, która musiała stać na wysokim poziomie, zapisał się w 1413 r. na Uniwersytet Jagielloński (miał wówczas już 23 lata). Studia przebiegały pomyślnie, o czym świadczą daty osiąganych stopni naukowych. Najpierw studiował nauki wyzwolone na wydziale artium, gdzie głównym wykładanym przedmiotem była filozofia Arystotelesa. Tu uzyskał w 1415 roku stopień bakałarza, a trzy lata później w styczniu 1418 roku został magistrem filozofii. Objął wówczas funkcję wykładowcy. Stanowisko to było wówczas bezpłatne. Dlatego na swoje utrzymanie Jan zarabiał prywatnymi lekcjami i pomocą duszpasterską jako kapłan (nie znamy dokładnej daty ani miejsca święceń kapłańskich, ale musiało to być między 1418 a 1421 rokiem).
    W 1421 r. na prośbę bożogrobców z Miechowa Akademia Krakowska wysłała Jana Kantego w charakterze kierownika do tamtejszej szkoły klasztornej. Spędził tam osiem lat (1421-1429). Zadaniem szkoły było przede wszystkim kształcenie kleryków zakonnych. Wolny czas Jan spędzał na przepisywaniu rękopisów, które były mu potrzebne do wykładów. Wśród zachowanych kopii są pisma Ojców Kościoła, św. Augustyna, św. Tomasza, a także Arystotelesa. W Miechowie Jan Kanty pełnił równocześnie obowiązki kaznodziei przy kościele klasztornym. Musiał również interesować się w pewnej mierze muzyką, gdyż odnaleziono drobne fragmenty zapisów pieśni dwugłosowych, skreślonych jego ręką.
    W roku 1429 zwolniło się miejsce w jednym z kolegiów Akademii Krakowskiej. Przyjaciele natychmiast zawiadomili o tym Jana i sprowadzili go do Krakowa. Kolegium dawało pewną stabilizację – zapewniało bowiem utrzymanie i mieszkanie. Profesorowie w kolegiach mieszkali razem i wiedli życie na wzór zakonny. W początkach Uniwersytetu tych kolegiów było niewiele i były bardzo małe. Dlatego niełatwo było w nich o miejsce.
    Gdy tylko Jan wrócił do Krakowa, objął wykłady na wydziale filozoficznym. Równocześnie jednak zaczął studiować teologię (miał wówczas już ok. 40 lat). Jednocześnie jako profesor wykładał traktaty, które przypadły mu – ówczesnym zwyczajem – przez losowanie. Z nielicznych zapisków wiemy, że komentował logikę, potem fizykę i ekonomię Arystotelesa. Na tym wydziale piastował także urząd dziekański w półroczach zimowych: 1432/1433, 1437/1438 oraz w półroczu letnim 1438. Od roku 1434 sprawował także urząd rektora Kolegium Większego.
    W roku 1439 zdobył tytuł bakałarza z teologii. Pod kierunkiem swojego mistrza studiował Pismo święte, potem cztery księgi Piotra Lombarda, wreszcie teologię ścisłą. Co pewien czas trzeba było zdawać egzaminy, brać udział w dysputach, mówić kazania i prowadzić ćwiczenia. Ponieważ Jan był równocześnie profesorem filozofii, dziekanem i rektorem Kolegium Większego, nie dziw, że jego studia teologiczne wydłużyły się aż do 13 lat. Dopiero w roku 1443 uzyskał tytuł magistra teologii, który był wówczas jednoznaczny z doktoratem.
    W roku 1439 został kanonikiem i kantorem kapituły św. Floriana w Krakowie oraz proboszczem w Olkuszu. Nie był jednak w stanie pogodzić obowiązków duszpasterskich i uniwersyteckich. Po kilku miesiącach zrzekł się probostwa w Olkuszu. Hagiografowie zgodnie podkreślają, że beż żalu zrezygnował ze sporych dochodów. Fakt, że został wybrany na kantora, świadczy, że musiał znać się na muzyce. Urząd ten nakładał bowiem obowiązek opieki nad muzyką i śpiewem liturgicznym.
    Po uzyskaniu stopnia magistra (mistrza) teologii w roku 1443 Jan Kanty poświęcił się do końca życia wykładom z tej dziedziny. Pośród tych rozlicznych zajęć Jan znajdował jeszcze czas na przepisywanie manuskryptów. Jego rękopisy liczą łącznie ponad 18 000 stron. Biblioteka Jagiellońska przechowuje je w 15 grubych tomach. Część z nich znajduje się w Bibliotece Watykańskiej. Własnoręcznie przepisał 26 kodeksów. Zapewne sprzedawał je nie tyle na swoje utrzymanie, gdyż miał je wystarczające, ile raczej na dzieła miłosierdzia i na pielgrzymki. Jest rzeczą pewną, że w roku 1450 udał się do Rzymu, aby uczestniczyć w roku świętym i uzyskać odpust jubileuszowy. Prawdopodobnie do Rzymu pielgrzymował więcej razy, aby w ten sposób okazać swoje przywiązanie do Kościoła i uzyskać odpusty. Dyskusyjna jest natomiast pielgrzymka do Ziemi Świętej, o której piszą niektórzy biografowie. Niewykluczone, że Jan Kanty pielgrzymował nie do grobu świętego, ale do jego kopii w miechowskim kościele bożogrobców.
    Był człowiekiem żywej wiary i głębokiej pobożności. Słynął z wielkiego miłosierdzia. Nie mogąc zaradzić nędzy, wyzbył się nawet własnego odzienia i obuwia. Wielokrotne dzielił się posiłkiem z biednymi. Legenda mówi, że zdarzało się, iż wiktuały dane potrzebującemu bliźniemu w cudowny sposób odnawiały się na talerzu Jana. Będąc rektorem Akademii, zapoczątkował tradycję odkładania ze stołu profesorów części pożywienia codziennie dla jednego biednego. Dbał także o ubogich studentów, których wspomagał z własnych, skromnych zasobów. Przez całe życie nie zaniechał działalności duszpasterskiej. Wiemy, że krzewił kult eucharystyczny i zachęcał do częstego przyjmowania Komunii świętej, a wiele czasu poświęcał pracy w konfesjonale.
    Pomimo bardzo pracowitego i pokutnego życia, jakie Jan prowadził, dożył 83 lat. Zmarł w Krakowie 24 grudnia 1473 r. Istniało tak powszechne przekonanie o jego świętości, że od razu pochowano go w kościele św. Anny pod amboną. W 1621 r. synod biskupów w Piotrkowie wniósł prośbę do Stolicy Apostolskiej o rozpoczęcie procesu kanonicznego. Prace przygotowawcze rozpoczęto w roku 1628. W roku 1625 napisano życiorys Jana. Dla kanonizacji przygotowano jeszcze jeden żywot, według schematu przysłanego kwestionariusza. Beatyfikacja nastąpiła 27 września 1680 r. Dokonał jej papież bł. Innocenty XI. Kanonizacji – łącznie ze św. Józefem Kalasantym – dokonał Klemens XIII 16 lipca 1767 r.
    Kult św. Jana Kantego jest do dnia dzisiejszego żywy. Jest on bowiem czczony przede wszystkim jako patron uczącej się i studiującej młodzieży. Poświęcił jej przecież prawie całe swoje życie, aż 55 lat profesury. Jest także patronem Polski, archidiecezji krakowskiej i Krakowa; profesorów, szkół katolickich i “Caritasu”.
    W ikonografii św. Jan przedstawiany jest w todze profesorskiej. Często w ręku ma krzyż. Bywa ukazywany w otoczeniu studentów lub ubogich. Jego atrybutami są: scalony dzbanek, obuwie, które daje ubogiemu, pieniądze wręczane zbójcom, różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    19 października

    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Jan de Brebeuf, Izaak Jogues, prezbiterzy, oraz Towarzysze
      •  Święty Paweł od Krzyża, prezbiter
      •  Święty Piotr z Alkantary, prezbiter
    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko

    Jerzy Popiełuszko urodził się 14 września 1947 r. na Podlasiu we wsi Okopy, w parafii Suchowola, z rodziców Władysława i Marianny z domu Gniedziejko. W dwa dni po urodzeniu, 16 września, został ochrzczony w parafialnym kościele pod wezwaniem świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli i otrzymał imię swojego stryja, Alfonsa (zmienił je na Jerzy Aleksander dopiero w okresie nauki w seminarium, w 1971 r.). W tym samym kościele 17 czerwca 1956 r. przyjął bierzmowanie z rąk biskupa Władysława Suszyńskiego. Wybrał sobie wówczas imię patrona archidiecezji wileńskiej – Kazimierza.
    W latach 1954-1965 Alek Popiełuszko uczęszczał do Szkoły Podstawowej oraz Liceum Ogólnokształcącego w Suchowoli. W kościele parafialnym, odległym od domu o kilka kilometrów, od 11. roku życia był ministrantem i służył do Mszy św. codziennie przed lekcjami w szkole. Uzyskawszy świadectwo maturalne, zgłosił się 24 czerwca 1965 r. do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego św. Jana Chrzciciela w Warszawie, gdzie przez siedem lat przygotowywał się intelektualnie i duchowo do przyjęcia święceń kapłańskich. Podczas tych studiów musiał odbyć dwuletnią służbę wojskową w specjalnej jednostce dla kleryków w Bartoszycach. Z tego okresu znany jest fakt mężnej postawy alumna Popiełuszki, który nie pozwolił odebrać sobie medalika i różańca, za co był szykanowany przez tamtejsze władze wojskowe. Celem tych szykan i obostrzeń w służbie było zniechęcanie żołnierzy-kleryków do kontynuowania drogi powołania kapłańskiego.
    Po powrocie do seminarium musiał poddać się operacji tarczycy, leczył się też z powodu choroby serca. W pewnym momencie był w tak ciężkim stanie, że koledzy kursowi całą noc modlili się w jego intencji (18 kwietnia 1970 r.). Przeżycia w wojsku, choroba i pobyt w szpitalu bardzo zbliżyły go do kolegów oraz w szczególny sposób uwrażliwiły na potrzeby, cierpienia i krzywdy bliźnich. Stał się opiekuńczy i zatroskany, zwłaszcza o chorych.
    W dniu 12 grudnia 1971 r. otrzymał święcenia subdiakonatu, a 12 marca 1972 r. – diakonatu. Święcenia kapłańskie przyjął z rąk kardynała Stefana Wyszyńskiego dnia 28 maja 1972 r. w bazylice archikatedralnej św. Jana Chrzciciela w Warszawie. Jako neoprezbiter został skierowany do pracy duszpasterskiej i katechetycznej najpierw w parafii Świętej Trójcy w Ząbkach koło Warszawy, gdzie pracował trzy lata (1972-1975), a następnie do parafii Matki Bożej Królowej Polski w Warszawie-Aninie. Po kolejnych trzech latach, 20 maja 1978 r., został przeniesiony na wikariat do parafii Dzieciątka Jezus w Warszawie na Żoliborzu, skąd 25 maja 1979 r. władza archidiecezjalna skierowała go do pracy duszpasterskiej przy kościele akademickim św. Anny w Warszawie. Prowadził tam konwersatoria dla studentów medycyny, organizował rekolekcje i obozy o charakterze rekolekcyjnym oraz kierował duszpasterstwem pielęgniarek w kaplicy Res Sacra Miser. Był członkiem Krajowej Konsulty Duszpasterstwa Służby Zdrowia, a na terenie archidiecezji warszawskiej – diecezjalnym duszpasterzem środowisk medycznych. Dnia 6 października 1981 r. podjął się także opieki duszpasterskiej nad chorymi w Domu Zasłużonego Pracownika Służby Zdrowia w Warszawie przy ul. Elekcyjnej 37, urządzając tam własnym sumptem kaplicę i stając się na mocy nominacji kurialnej kapelanem.
    Ostatnim miejscem zamieszkania i pracy ks. Jerzego Popiełuszki od 20 maja 1980 r. była parafia św. Stanisława Kostki w Warszawie na Żoliborzu, gdzie jako rezydent pomagał w pracy parafialnej i zajmował się duszpasterstwem specjalistycznym. Między innymi kierował zebraniami formacyjnymi grupy studentów Akademii Medycznej, był duszpasterzem średniego personelu medycznego (pielęgniarek) oraz co miesiąc urządzał dla lekarzy spotkania modlitewne.
    Na podkreślenie zasługuje udział ks. Jerzego Popiełuszki w przygotowaniu dwóch wizyt papieskich w Ojczyźnie (w 1979 i 1983 r.). W obydwu przypadkach, wbrew sprzeciwom władz komunistycznych i Służby Bezpieczeństwa, był faktycznym przewodniczącym Sekcji Sanitarnej Komitetu Przyjęcia Jana Pawła II w Warszawie i ze swoją kilkusetosobową grupą medyczną roztaczał z ramienia Kościoła opiekę zdrowotną nad uczestnikami pielgrzymek.
    Oddzielną kartę życia ks. Jerzego, która doprowadziła go do palmy męczeństwa, było jego bezkompromisowe zaangażowanie się w duszpasterstwo świata pracy, zarówno w okresie tworzenia się “Solidarności”, jak i później, gdy trwał stan wojenny w Polsce oraz po jego zniesieniu. Pomimo szykan ze strony czynników państwowych i esbeckich oraz pomówień i oszczerstw w środkach masowego przekazu, był rzecznikiem i obrońcą godności człowieka, praw ludzkich do wolności, sprawiedliwości, miłości i prawdy, a także heroldem Pawłowego i papieskiego nauczania, że zło należy zwyciężać dobrem. Prawdy te głosił wraz ze swym proboszczem – ks. prałatem Teofilem Boguckim – przede wszystkim podczas nabożeństw za Ojczyznę, urządzanych w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu od czasu ogłoszenia stanu wojennego we wszystkie ostatnie niedziele miesiąca. Pierwsza taka Msza św. została odprawiona 28 lutego 1982 r.
    Serdeczne więzy ks. Popiełuszki ze światem pracy, zwłaszcza z pracownikami Huty Warszawa, zadzierzgnięte zostały w sposób niemal przypadkowy, ale opatrznościowy i nieodwracalny. Gdy w sierpniu 1980 r. doszło do strajku w Hucie Warszawa, pięciu przedstawicieli tej Huty przybyło do rezydencji arcybiskupów warszawskich, prosząc kardynała Stefana Wyszyńskiego, ażeby przyjechał do nich lub wyznaczył im jakiegoś kapłana do odprawienia Mszy świętej. Twierdzili, że prawie wszyscy strajkujący wewnątrz Huty są katolikami i pragną uczestniczyć w niedzielnej liturgii mszalnej, ale ze względu na sytuację – nie mogą opuścić miejsca pracy. Była to pierwsza niedziela, około godziny ósmej, kiedy strajkowały już Gdańsk, Szczecin i śląskie kopalnie. Prymas Polski, nie mogąc ze względu na inne zaplanowane zajęcia osobiście odprawić tej Mszy świętej, zlecił swojemu kapelanowi – ks. prałatowi Bronisławowi Piaseckiemu: “Poszukaj księdza”. Ks. kapelan udał się niezwłocznie na pobliski Żoliborz, do kościoła św. Stanisława Kostki, i propozycję pójścia do Huty przedstawił pierwszemu napotkanemu kapłanowi – ks. Jerzemu Popiełuszce. Ks. Jerzy chętnie przyjął propozycję i, po porozumieniu się z proboszczem, wyruszył do Huty. Był to początek kolejnej formy jego duszpasterstwa – duszpasterstwa, które zakończyło się jego męczeńską śmiercią.
    Kiedy w 1981 roku strajkowały uczelnie wyższe, ks. Jerzy Popiełuszko roztoczył opiekę duszpasterską nad studentami warszawskiej Akademii Medycznej i jednocześnie nad słuchaczami Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej, gdzie protest miał dramatyczny przebieg. Kiedy 2 grudnia 1981 r. władze dokonały pacyfikacji WOSP w Warszawie przy użyciu helikopterów i sprzętu bojowego (co stanowiło swoiste preludium do wprowadzenia za kilka dni stanu wojennego), ksiądz Jerzy był w gmachu uczelni.
    Władze komunistyczne nasiliły szykanowanie kapłana. Był wielokrotnie przesłuchiwany w prokuraturze, zatrzymywany i aresztowany. Przedstawiono mu nawet akt oskarżenia, w którym zarzucano mu, że działał na szkodę interesów PRL, ponieważ nadużywając funkcji kapłana czynił z kościołów miejsce propagandy antypaństwowej (sąd umorzył postępowanie w sierpniu 1984 r.). Prasa reżimowa nasiliła ataki drukując liczne oszczercze artykuły, mające skompromitować kapelana Solidarności (opisywano rzekome nadużycia finansowe i skandale obyczajowe).
    Ksiądz Jerzy nie zaprzestał swojej działalności. Oprócz Mszy św. za Ojczyznę, zainicjował w 1982 r. pielgrzymkę robotników Huty Warszawa na Jasna Górę, która przerodziła się wkrótce w Ogólnopolską Pielgrzymkę Ludzi Pracy. W końcu władze zdecydowały się na ostrzejsze działania. 13 października 1984 r. milicja usiłowała doprowadzić do wypadku drogowego, w którym ks. Jerzy miał zginąć; akcja ta nie powiodła się. Kolejną próbę podjęto kilka dni później.

    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko

    Kiedy późnym wieczorem dnia 19 października 1984 r. ks. Jerzy wracał samochodem z posługi duszpasterskiej w Bydgoszczy, został zatrzymany przez trzech funkcjonariuszy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (Wydział do walki z Kościołem) i uprowadzony. Stało się to na szosie w Górsku niedaleko Torunia. Niemal cudem ocalał kierowca – pan Waldemar Chrostowski, jedyny świadek bandyckiego porwania, który, chociaż skuty kajdankami, wyskoczył z pędzącego samochodu i niezwłocznie powiadomił władze kościelne i społeczeństwo o dokonanym przez przedstawicieli władz komunistycznych bezprawiu. Nastało wtedy dziesięć dni modlitewnego oczekiwania na powrót kapłana w wielu świątyniach kraju, zwłaszcza w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie. Niestety, w dniu 30 października 1984 r. ze sztucznego zbiornika wodnego przy tamie na Wiśle koło Włocławka milicja wyłowiła ciało ks. Jerzego Popiełuszki. Sekcja zmasakrowanego ciała została przeprowadzona w Białymstoku, ale pogrzeb, zgodnie z wolą katolickiego społeczeństwa, odbył się w Warszawie 3 listopada 1984 r. Ks. Jerzy Popiełuszko został pochowany w grobie przy kościele św. Stanisława Kostki. Obrzędom pogrzebowym przewodniczył i okolicznościowe kazanie wygłosił kardynał Józef Glemp, Prymas Polski. W pogrzebie uczestniczyło wielu biskupów, kilkuset kapłanów oraz prawie milion wiernych, w tym setki pocztów sztandarowych spod znaku “Solidarności” z całego kraju.
    Przekonanie duchowieństwa i wiernych o męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki za wiarę spowodowało, że kardynał Józef Glemp, arcybiskup metropolita gnieźnieński i warszawski oraz Prymas Polski, wystarał się o potrzebne zezwolenie Stolicy Apostolskiej i powołał archidiecezjalny trybunał, który zajął się procesem beatyfikacyjnym ks. Jerzego. Proces ten na szczeblu diecezjalnym trwał od 8 lutego 1997 r. do 8 lutego 2001 r. Następnie akta procesu zostały przewiezione do Stolicy Apostolskiej i poddane dalszym badaniom w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. 6 czerwca 2010 r. w Warszawie odbyła się beatyfikacja ks. Jerzego Popiełuszki. Jego liturgiczne wspomnienie wyznaczono na 19 października – w dniu jego narodzin dla nieba.

    opracowano na podstawie tekstu ks. Grzegorza Kalwarczyka

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    18 października

    Święty Łukasz, Ewangelista

    Święty Łukasz
    Euzebiusz z Cezarei i Tertulian piszą, że rodzinnym miastem św. Łukasza była Antiochia Syryjska. W tym cała tradycja jest zgodna. Był poganinem, a nie Żydem. Zdaje się to potwierdzać pośrednio św. Paweł Apostoł, kiedy w Liście do Kolosan wymienia najpierw swoich przyjaciół i pomocników z narodu żydowskiego, a potem z pogaństwa. Łukasza umieszcza w grupie drugiej (Kol 4, 10-14). Naukę Chrystusa Łukasz przyjął przed przystąpieniem do św. Pawła. Nie należał do 72 uczniów Pana Jezusa, jak o tym pisze św. Epifaniusz, ani też nie należy go utożsamiać z uczniem, który z Jezusem zetknął się w dzień Jego zmartwychwstania w drodze do Emaus, jak to twierdzą św. Grzegorz Wielki i Teofilakt.
    Z zawodu Łukasz był lekarzem, jak o tym pisze wprost św. Paweł Apostoł (Kol 4, 14). Należał do ludzi wykształconych i doskonale obeznanych z ówczesną literaturą. Świadczy o tym jego piękny język grecki, kronikarska dokładność informacji i umiejętność zdobywania źródeł. Jego znajomość judaizmu jest powierzchowna, a łacińskie imię wskazuje na jego pochodzenie. Około 40 r. po narodzeniu Chrystusa i ok. 7 lat po Jego śmierci zapewne w samej Antiochii stał się wyznawcą Chrystusa.
    Około 50 r. po raz pierwszy spotyka na swojej drodze św. Pawła, przyłącza się do niego jako uczeń, towarzysz podróży i lekarz. Nie wiemy, dlaczego dopiero w Troadzie św. Paweł zabrał go ze sobą w długą podróż apostolską (Dz 16, 10-17). W Filippach św. Paweł go zostawia, znowu nie wiemy z jakiej przyczyny. Dopiero w trakcie trzeciej podróży, która rozpoczęła się w 58 r., Łukasz przyłącza się ponownie do Apostoła, aby go już więcej nie opuścić. Towarzyszy mu do Jerozolimy, potem zaś do Rzymu. Swą wierność Łukasz posunął tak dalece, że jako jedyny pozostał przy św. Pawle w więzieniu w Rzymie (2 Tm 4, 11). W czasie aresztowania i dwóch lat więzienia św. Pawła w Cezarei Palestyńskiej Łukasz miał dosyć czasu, aby zapytać naocznych świadków o szczegóły, które przekazał w swojej Ewangelii.
    Nie wiemy, co działo się z Łukaszem po męczeńskiej śmierci św. Pawła (+ 67). Ojcowie Kościoła i liczne legendy wymieniają wiele różnych miejsc (Achaję, Galię, Macedonię itp.), w których miał nauczać. Wydaje się to mało wiarygodne. Bardziej prawdopodobna wydaje się wzmianka, w której autor pewnego prologu do Ewangelii (pochodzącego z II w.) twierdzi stanowczo, że Łukasz zmarł w Beocji przeżywszy 84 lata. Tak dawna wzmianka, sięgająca czasów niemal apostolskich, zasługuje na wiarę. Autor nie wspomina jednak o śmierci męczeńskiej, pisze tylko, że Łukasz zmarł “pełen Ducha Świętego”. Dlatego późniejsze świadectwa o jego męczeńskiej śmierci są raczej legendą.

    Święty Łukasz
    Łukasz zostawił po sobie dwie bezcenne pamiątki, które zaskarbiły mu wdzięczność całego chrześcijaństwa. Są nimi Ewangelia i Dzieje Apostolskie. Chociaż sam prawdopodobnie nie znał Jezusa, to jednak badał świadków i od nich jako z pierwszego źródła czerpał wszystkie wiadomości. Formę i układ swej Ewangelii upodobnił do tekstu poprzedników, czyli do Mateusza i Marka. Ubogacił ją jednak w wiele cennych szczegółów, które tamci pominęli w swoich relacjach. Jako jedyny przekazał scenę zwiastowania i narodzenia Jana Chrzciciela i Jezusa, nawiedzenie św. Elżbiety, pokłon pasterzy, ofiarowanie Jezusa i znalezienie Go w świątyni – jest więc autorem tzw. Ewangelii Dzieciństwa Jezusa. Zawdzięczamy mu niejeden szczegół z życia Matki Bożej. On także przekazał pierwsze wystąpienie Jezusa w Nazarecie i próbę zamachu na Jego życie, wskrzeszenie młodzieńca z Nain, opowiadanie o jawnogrzesznicy w domu Szymona faryzeusza, o posługiwaniu pobożnych niewiast, zapisał okrzyk niewiasty: “Błogosławione łono, które Cię nosiło”, gniew Apostołów na miasto w Samarii, rozesłanie 72 uczniów oraz przypowieści: o miłosiernym Samarytaninie, o nieurodzajnym drzewie, o zaproszonych na gody weselne, o zgubionej owcy i drachmie, o synu marnotrawnym, o przewrotnym włodarzu, o bogaczu i Łazarzu. Przekazał nam scenę uzdrowienia dziesięciu trędowatych i nawrócenie Zacheusza.
    Bardzo cennym dokumentem są także Dzieje Apostolskie. Jest to bowiem jedyny dokument o początkach Kościoła, mówiący o tym, co się działo po wniebowstąpieniu Jezusa. Ponieważ w wielu wypadkach Łukasz sam był uczestnikiem opisywanych wydarzeń, związanych z podróżami apostolskimi św. Pawła, dlatego przekazał ich przebieg z niezwykłą sumiennością.
    Dante określił Łukasza “historykiem łagodności Chrystusowej”. Nie wiemy, gdzie znajduje się grób św. Łukasza. Przyznają się do posiadania jego relikwii Efez, Beocja, Wenecja i Padwa. Przez długie wieki pokazywano i czczono relikwie św. Łukasza w Konstantynopolu. Tam miały być przeniesione za cesarza Justyniana (ok. 527). Potem relikwie przewieziono do Wenecji, a stąd w czasie najazdu Węgrów miały być umieszczone dla bezpieczeństwa w Padwie (899). Do dnia dzisiejszego pokazują je tam w kaplicy bazyliki św. Justyny.
    Św. Łukasz jest patronem Hiszpanii i miasta Achai; introligatorów, lekarzy, malarzy i rzeźbiarzy, notariuszy, rzeźników, złotników. Według legendy malował portrety Jezusa, apostołów, a zwłaszcza Maryi, Matki Bożej. Jeden z nich, jak opisuje Teodor Lektor z VI wieku, cesarzowa Eudoksja, żona Teodozego II Wielkiego, zabrała z Jerozolimy i przesłała św. Pulcherii, siostrze cesarza. Według innej opowieści kopią jednego z obrazów św. Łukasza jest ikona jasnogórska.
    W ikonografii św. Łukasz prezentowany jest jako młodzieniec o ciemnych, krótkich, kędzierzawych włosach, w tunice. Sztuka zachodnia ukazuje go z tonsurą lub łysiną, czasami bez zarostu. Bywa przedstawiany, gdy maluje obraz. Jego atrybutami są: księga, paleta malarska, przyrządy medyczne, skalpel, wizerunek lub figura Matki Bożej, wół, zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    17 października

    Święty Ignacy Antiocheński, biskup i męczennik

    Święty Ignacy Antiocheński
    Legenda głosi, że Ignacy był tym szczęśliwym dzieckiem, które kiedyś Chrystus postawił przed uczniami swoimi i rzekł: “Zaprawdę powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży, jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje” (Mt 18, 1-5).
    Nie wiemy nic o latach dziecięcych i młodzieńczych Ignacego. Spotykamy go dopiero jako trzeciego z kolei biskupa Antiochii (po św. Piotrze Apostole i św. Ewodiuszu). W czasie prześladowania za cesarza Trajana Ignacy został uwięziony i skazany na śmierć. Wysłano go pod eskortą żołnierzy do Rzymu, aby tam rzucić na pożarcie dzikim zwierzętom w czasie organizowanych właśnie igrzysk.
    W czasie tej podróży Ignacy zatrzymał się w Smyrnie, gdzie czekał na okręt. Korzystając z chwilowej przerwy, napisał 4 listy do gmin chrześcijańskich: w Efezie, Magnezji, w Trallach i w Rzymie. Wyszedł mu naprzeciw św. Polikarp z liczną delegacją, by uczcić w ten sposób bohatera. Polikarp dostarczył Ignacemu materiału do pisania i zobowiązał się odesłać jego listy do adresatów. Ignacy ukazał w tych listach Chrystusa jako prawdziwego Boga i człowieka, łączącego w sobie naturę Boską i ludzką; określił Kościół jako katolicki na oznaczenie całego ludu Bożego złączonego z Chrystusem w jeden organizm. Hierarchię Kościoła stanowią biskupi, prezbiterzy i diakoni. Biskupi reprezentują autorytet Boga Ojca, prezbiterzy stanowią grono apostolskie, a diakoni pełnią zadanie Chrystusa sługi. Według św. Ignacego, ten, kto ma wiarę, nadzieję i miłość, jest zjednoczony z Chrystusem Panem. Wiele szacunku okazał też biskup Antiochii Kościołowi, który jest w stolicy cesarstwa rzymskiego.
    W swoich listach Ignacy wyraził żarliwość wiary oraz głęboki pokój serca wobec czekającego go męczeństwa. Listy te są ważnym dokumentem wiary pierwotnego Kościoła. W Godzinie Czytań we wspomnienie św. Ignacego czytamy jego znamienne słowa napisane do Rzymian, których prosił, aby nie starali się o uwolnienie go od męczeńskiej śmierci, której bardzo pragnął: “Pozwólcie mi się stać pożywieniem dla dzikich zwierząt, dzięki którym dojdę do Boga. Jestem Bożą pszenicą. Zostanę starty zębami dzikich zwierząt, aby się stać czystym chlebem Chrystusa. Proście za mną Chrystusa, abym za sprawą owych zwierząt stał się żertwą ofiarną dla Boga”.
    W Troadzie Ignacy musiał ponownie przesiąść się na inny okręt. Skorzystał z okazji, by napisać listy do Filadelfii, Smyrny i do św. Polikarpa. Z Troady dotarł do Neapolu, miasta w Macedonii (dzisiaj nosi ono nazwę Cavalla), a następnie musiał podążać pieszo pod eskortą do Filippi, Salonik i Dyrrachium. Tam dopiero wszyscy wsiedli na statek i dopłynęli do portu włoskiego, Brindisi. Stąd znowu pieszo szli drogą lądową aż do Rzymu. Dla osiemdziesięcioletniego starca cała ta podróż była prawdziwą katorgą.
    Św. Ignacy, “Teoforos” (tzn. “niosący Boga”) – jak przedstawia się w pismach – zginął śmiercią męczeńską na arenie w Rzymie, prawdopodobnie w Koloseum. Dzieje jego bohaterskiej śmierci opisali między innymi: św. Ireneusz, Orygenes, Euzebiusz z Cezarei, św. Polikarp, św. Jan Chryzostom i św. Hieronim. Przyjmuje się, że jego śmierć miała miejsce ok. roku 107. Chrześcijanie zebrali ze czcią pozostałe na arenie kości Męczennika, a potem przewieźli je do Antiochii. Wiemy o tym z mowy św. Jana Chryzostoma, poświęconej Ignacemu. Cesarz Teodozjusz II (+ 450) nakazał umieścić relikwie św. Ignacego w świątyni Fortuny, zamienionej na chrześcijańską. Trzecie przeniesienie relikwii odbyło się w roku 540, kiedy Chozroes, król perski, najechał na Palestynę i Syrię. Wreszcie relikwie powróciły do Rzymu, kiedy w VII w. Saraceni zajęli Syrię. Imię św. Ignacego wymieniane jest w Kanonie Rzymskim.
    W ikonografii św. Ignacy ukazywany jest w szatach biskupich rytu wschodniego lub jako młody biskup z raną na piersi. Jego atrybutami są lew u stóp, symbol IHS na piersi Świętego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelni

    ***

    16 października

    Święta Jadwiga Śląska

    Zobacz także:
      •  Święty Gerard Majella, zakonnik
      •  Święty Gaweł (Gall), opat
    Święta Jadwiga Śląska
    Jadwiga urodziła się między 1174 a 1180 rokiem na zamku nad jeziorem Amer w Bawarii jako córka hrabiego Bertolda VI i Agnieszki Wettyńskiej, hrabiów Andechs, którzy tytułowali się również książętami Meranu (w północnej Dalmacji) i margrabiami Istrii. Miała czterech braci i trzy siostry. Jedną wydano za Filipa, króla Francji, drugą za Andrzeja, króla Węgier (była matką św. Elżbiety), trzecia wstąpiła do klasztoru. Jadwiga otrzymała staranne wychowanie najpierw na rodzinnym zamku, potem zaś w klasztorze benedyktynek w Kitzingen nad Menem (diecezja Würzburg), znanym wówczas ośrodku kulturalnym. Do programu ówczesnych szkół klasztornych należała nauka łaciny, Pisma Świętego, dzieł Ojców Kościoła i żywotów świętych, a także haftu i malowania, muzyki i pielęgnowania chorych.
    W roku 1190 Jadwiga została wysłana do Wrocławia na dwór księcia Bolesława Wysokiego, gdyż została upatrzona na żonę dla jego syna, Henryka. Miała wtedy prawdopodobnie zaledwie 12 lat. Data ślubu nie jest bliżej znana. Możliwym do przyjęcia jest czas pomiędzy rokiem 1186 a 1190. Jako miejsce ślubu przyjmuje się zamek Andechs, chociaż nie jest też wykluczone, że było to we Wrocławiu lub Legnicy. Henryk Brodaty 8 listopada 1202 r. został panem całego księstwa. Rychło też udało mu się do dzielnicy śląskiej dołączyć dzielnicę senioratu, czyli krakowską, a także znaczną część Wielkopolski. Dlatego figuruje on w spisie władców Polski.
    Henryk i Jadwiga stanowili wzorowe małżeństwo. Mieli siedmioro dzieci: Bolesława (ur. ok. 1194), Konrada (1195), Henryka (1197), Agnieszkę (ok. 1196), Gertrudę (ok. 1200), Zofię (przed 1208) i najmłodsze, nieznane z imienia dziecko, ochrzczone w okresie Bożego Narodzenia na zamku w Głogowie w 1208 roku, które prawdopodobnie wkrótce zmarło (według niektórych źródeł był to syn Władysław). Krótko żyło kilkoro dzieci Jadwigi: Bolesław zmarł pomiędzy 1206 a 1208 r., zaś Konrad w 1213 roku. Podobnie dwie córki: Agnieszka i Zofia zostały pochowane przed 1214 rokiem. Tak więc w okres pełnej dojrzałości weszli tylko Henryk i Gertruda.
    Ostatnich 28 lat pożycia małżeńskiego małżonkowie przeżyli wstrzemięźliwie, związani ślubem czystości zawartym uroczyście w 1209 roku przed biskupem wrocławskim Wawrzyńcem. Jadwiga miała w chwili składania tego ślubu około 33 lat, a Henryk Brodaty ok. 43 (na pamiątkę tego wydarzenia Henryk zaczął nosić tonsurę mniszą i zapuścił brodę, której nie zgolił aż do śmierci).
    Na dworze wrocławskim powszechne były zwyczaje i język polski. Jadwiga umiała się do nich dostosować, nauczyła się języka i posługiwała się nim. Jej dwór słynął z karności i dobrych obyczajów, gdyż księżna dbała o dobór osób. Macierzyńską troską otaczała służbę dworu. Wyposażyła wiele kościołów w szaty liturgiczne haftowane ręką jej i jej dwórek. Do dworu księżnej należała również niewielka grupa mężczyzn duchownych i świeckich. Księżna bardzo troszczyła się o to, aby urzędnicy w jej dobrach nie uciskali poddanych kmieci. Obniżyła im czynsze, przewodniczyła sądom, darowała grzywny karne, a w razie klęsk nakazywała mimo protestów zarządców rozdawać ziarno, mięso, sól itp. Zorganizowała także szpitalik dworski, gdzie codziennie znajdowało utrzymanie 13 chorych i kalek (liczba ta miała symbolizować Pana Jezusa w otoczeniu 12 Apostołów). W czasie objazdów księstwa osobiście odwiedzała chorych i wspierała hojnie ubogich.
    Jadwiga popierała także szkołę katedralną we Wrocławiu i wspierała ubogich zdolnych chłopców, którzy chcieli się uczyć. Starała się także łagodzić dolę więźniów, posyłając im żywność, świece i odzież. Bywało, że zamieniała karę śmierci czy długiego więzienia na prace przy budowie kościołów lub klasztorów. Jej mąż chętnie na to przystawał. Była jednak tak delikatna wobec Henryka, że zawsze to jemu zostawiała ostateczną decyzję. Dlatego to jego podpis figuruje przy licznych dekretach fundacji.

    Święta Jadwiga Śląska
    W swoim życiu Jadwiga dość mocno doświadczyła tajemnicy Krzyża. Przeżyła śmierć męża i prawie wszystkich dzieci. Jej ukochany syn, Henryk Pobożny, zginął jako wódz wojska chrześcijańskiego w walce z Tatarami pod Legnicą w 1241 r. Narzeczony jej córki Gertrudy, Otto von Wittelsbach, stał się mordercą króla niemieckiego Filipa, w następstwie czego zamek rodzinny Andechs zrównano z ziemią, a Ottona utopiono w Dunaju. Po tych strasznych wydarzeniach Gertruda nie chciała wychodzić za mąż za kogo innego. Po osiągnięciu odpowiedniego wieku wstąpiła w 1212 roku do klasztoru trzebnickiego, ufundowanego dziesięć lat wcześniej przez jej rodziców.
    Siostra Jadwigi, również Gertruda, królowa węgierska, została skrytobójczo zamordowana; druga siostra, królowa francuska, Agnieszka, ściągnęła na rodzinę hańbę małżeństwem, którego nie uznał papież (ponieważ poprzedni związek Filipa II Augusta nie został unieważniony), była zatem matką nieślubnych dzieci. Mąż Jadwigi, książę Henryk, w 1229 r. dostał się do niewoli Konrada Mazowieckiego; Jadwiga pieszo i boso poszła z Wrocławia do Czerska i rzuciła się do nóg Konradowi – dopiero wówczas wyżebrała uwolnienie męża, pod warunkiem jednak, że ten zrezygnuje z pretensji do Krakowa. W końcu jeszcze spadł na Henryka grom klątwy za przywłaszczenie sobie dóbr kościelnych i książę umarł obłożony klątwą. Jadwiga jednak bez szemrania znosiła te wszystkie dopusty Boże.
    Po śmierci męża, Henryka (19 marca 1238 r.), Jadwiga zdała rządy żonie Henryka Pobożnego, Annie, i zamknęła się w klasztorze sióstr cysterek w Trzebnicy, który sama wcześniej ufundowała. Kiedy dowiedziała się o niezwykle surowym życiu swojej siostrzenicy, św. Elżbiety z Turyngii (+ 1231), postanowiła ją naśladować. Do cierpień osobistych zaczęła dodawać pokuty, posty, biczowania, włosiennicę i czuwania nocne. Przez 40 lat życia spożywała pokarm tylko dwa razy dziennie, bez mięsa i nabiału. W 1238 r. na ręce swojej córki Gertrudy, ksieni w Trzebnicy, złożyła śluby zakonne i stała się jej posłuszna. Zasłynęła z pobożności i czynów miłosierdzia.
    Wyczerpana surowym życiem mniszki, zmarła 14 października 1243 r., mając ponad 60 lat. Zaraz po jej śmierci do jej grobu w Trzebnicy zaczęły napływać liczne pielgrzymki: ze Śląska, Wielkopolski, Łużyc i Miśni. Gertruda z całą gorliwością popierała kult swojej matki. Ostatni etap procesu kanonicznego św. Stanisława biskupa dostarczył cysterkom w Trzebnicy zachęty do starania się o wyniesienie także na ołtarze Jadwigi. Zaczęto spisywać łaski, a grób otoczono wielką troską. Już w 1251 r. zaczęto obchodzić w klasztorze co roku pamiątkę śmierci Jadwigi. Kiedy w roku 1260 odwiedził Trzebnicę legat papieski Anzelm, siostry wniosły prośbę o kanonizację. Tę inicjatywę poparł polski Episkopat i Piastowicze. Z polecenia papieża w latach 1262-1264 przeprowadzono badania kanoniczne w Trzebnicy i we Wrocławiu. Ich akta przesłano do Rzymu. O kanonizację Jadwigi zabiegał także papież Urban IV, który jako legat papieski w latach 1248-1249 aż trzy razy odwiedził Wrocław i znał dobrze Jadwigę. Jednak jego śmierć przeszkodziła kanonizacji. Dokonał jej dopiero jego następca, Klemens IV, w kościele dominikanów w Viterbo 26 marca 1267 r. Na prośbę Jana III Sobieskiego papież bł. Innocenty XI rozciągnął kult św. Jadwigi na cały Kościół (1680).
    Ku czci św. Jadwigi powstała na Śląsku (w 1848 r. we Wrocławiu) rodzina zakonna – siostry jadwiżanki. Św. Jadwiga Śląska czczona jest jako patronka Polski, Śląska, archidiecezji wrocławskiej i diecezji w Görlitz; miast: Andechs, Berlina, Krakowa, Trzebnicy i Wrocławia; Europy; uchodźców oraz pojednania i pokoju.
    W ikonografii św. Jadwiga przedstawiana jest jako młoda mężatka w długiej sukni lub w książęcym płaszczu z diademem na głowie, czasami w habicie cysterskim. Jej atrybutami są: but w ręce, krzyż, księga, figurka Matki Bożej, makieta kościoła w dłoniach, różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    16 października

    Błogosławiony Józef Jankowski SAC
    prezbiter i męczennik

    Błogosławiony Józef Jankowski
    Józef urodził się 17 listopada 1910 r. w pomorskiej wsi Czyczkowy koło Brus. Był drugim synem z ośmiorga dzieci rolników Roberta i Michaliny. Już jako dziecko lubił się modlić, jego wiara szybko się pogłębiała. Odznaczał się też wrażliwością na potrzeby innych ludzi. Bardzo wcześnie rozpoznał w sobie powołanie kapłańskie.
    W latach 1924-1925 rozpoczął naukę w założonym zaledwie trzy lata wcześniej gimnazjum pallotyńskim w Sucharach koło Bydgoszczy. Później kontynuował ją w założonym w 1909 r. pallotyńskim “Collegium Marianum” w Wadowicach, na Kopcu. Działał w kółku misyjnym i gimnazjalnej orkiestrze, a w lecie wakacje spędzał w domu, gdzie chętnie wracał, by pomagać rodzicom w pracach polowych.
    W 1929 r. rozpoczął nowicjat w Ołtarzewie u pallotynów. Aby ukończyć gimnazjum, wrócił do Wadowic i tam w 1931 r. złożył pierwszą profesję. Następnie w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie ukończył studia filozoficzno-teologiczne. W 1934 r. otrzymał tonsurę i święcenia niższe z rąk ks. kard. Augusta Hlonda, ówczesnego Prymasa Polski. Rok później został subdiakonem i diakonem. Na kapłana wyświęcił go w Sucharach biskup gnieźnieński Antoni Laubitza w dniu 2 sierpnia 1936 r.
    W swojej pracy ks. Józef zawsze kierował się postanowieniem: “Chcę dążyć do wielkiej świętości i kochać Boga nade wszystko, ale równocześnie chcę być zapomnianym”. Dlatego powierzone funkcje pełnił ofiarnie, zapominając o sobie. Był prefektem szkół w Ołtarzewie i okolicy oraz opiekunem Krucjaty Eucharystycznej i postulantów.
    Na jego życie wewnętrzne głęboki wpływ wywarła lektura Dziejów duszy św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Z dużą gorliwością zachęcał dzieci i młodzież do wchodzenia na drogę dziecięctwa duchowego, proponowanego przez Teresę. Stał się też cenionym spowiednikiem. Pamiętając o swojej licznej i niezamożnej rodzinie, starał się być dla niej przewodnikiem duchowym.
    Od 1939 r., po wybuchu II wojny światowej, był sekretarzem Komitetu Pomocy Dzieciom – organizacji, która była bardzo potrzebna, bo ojcowie rodzin byli często na froncie. Pracował także jako duszpasterz żołnierzy i ludności cywilnej. Podczas kampanii wrześniowej, walki w ramach tzw. bitwy nad Bzurą toczyły się w okolicach Ołtarzewa. Ks. Józef poszedł spowiadać rannych, a umierających przygotować na śmierć.
    Gdy rozpoczęła się okupacja niemiecka, klerycy zostali ewakuowani na wschód. Józef pozostał z kilkoma braćmi w Ołtarzewie, pomagając okolicznej ludności i ukrywającym się żołnierzom kampanii wrześniowej. Został ekonomem domu seminaryjnego, w którym przebywało wtedy około stu osób. Gdy na jakiś czas Niemcy zamienili ten dom w szpital wojenny, Józef odpowiadał za jego zaopatrzenie.
    Z chęcią podejmował się coraz to większej ilości obowiązków, bo jak napisał, “nie godność, nie władza daje szczęście, ale zbliżenie się do Boga – miłość”.
    W 1941 r. został mistrzem nowicjatu. Zanotował wtedy: “Za najszczęśliwsze uważam w swym życiu chwile, które przepędziłem na serdecznej modlitwie, w bezpośrednim obcowaniu z Bogiem”.Błogosławiony Józef Jankowski
    16 maja 1941 r. został aresztowany przez gestapo, przewieziony na warszawski Pawiak, a po dwóch tygodniach okrutnych tortur zabrany, tym samym transportem co o. Maksymilian Kolbe, do obozu zagłady w Oświęcimiu. Dostał numer 16895. Przez pięć miesięcy pracował ponad siły o głodzie i w ciągłych upokorzeniach.
    Naoczni świadkowie zapamiętali, z jaką godnością i spokojem znosił prześladowania, poniżenia i udręki, zadawane mu z nienawiści do wiary i kapłaństwa. Do końca był wierny zapisanym kiedyś przez siebie słowom: “Pragnę kochać Boga nad życie. Oddam je chętnie w każdym czasie, ale bez gorącej i wielkiej miłości Boga nie chciałbym iść na drugi świat”.
    Nawet oprawcy dziwili się jego pokornej postawie. Aby go złamać, 16 października 1941 r. oddano go w ręce “krwiożercy” – kryminalisty Heinricha Krotta, słynącego ze swego okrucieństwa kapo podobozu Babice. Był to ten sam sadysta, który nękał o. Maksymiliana. To on poddał Józefa tak okrutnym torturom, że tego samego dnia umęczony pallotyn odszedł do Pana. Jego ciało spalono w obozowym krematorium. Miał zaledwie 31 lat, z czego 5 lat przeżył w kapłaństwie.
    Kierując się przykładem św. Wincentego Pallottiego, przez całe życie ks. Józef konsekwentnie dążył do świętości i stawiał sobie najwyższe wymagania. Swoją miłość do Boga potwierdził niezłomną postawą i ofiarą z własnego życia. Był przykładem – w słowie i czynie – szczególnej miłości do Jezusa Eucharystycznego i szczerego zawierzenia Matce Bożej, Królowej Apostołów.W 1999 r. został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II w grupie 108 polskich męczenników II wojny światowej. Papież powiedział wtedy:
    W akcie beatyfikacji niejako odżywa w nas wiara, że bez względu na okoliczności, we wszystkim możemy odnieść pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. Błogosławieni męczennicy wołają do naszych serc: Uwierzcie, że Bóg jest miłością! Uwierzcie na dobre i na złe! Obudźcie w sobie nadzieję! Niech ta nadzieja wyda w was owoc wierności Bogu we wszelkiej próbie!
    Raduj się, Polsko, z nowych błogosławionych […] Spodobało się Bogu wykazać przemożne bogactwo Jego łaski na przykładzie dobroci twoich synów i córek w Chrystusie Jezusie. Oto bogactwo Jego łaski, oto fundament naszej niewzruszonej ufności w zbawczą obecność Boga na drogach człowieka w trzecim tysiącleciu! Jemu niech będzie chwała na wieki wieków.

    Za zgodą Stolicy Apostolskiej bł. Józef Jankowski został ogłoszony patronem miasta i gminy Brusy.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    15 października

    Święta Teresa od Jezusa,
    dziewica i doktor Kościoła

    Święta Teresa od Jezusa
    Teresa de Cepeda y Ahumada urodziła się 28 marca 1515 r. w Hiszpanii. Pochodziła ze szlacheckiej i zamożnej rodziny zamieszkałej w Avila. Miała dwie siostry i dziewięciu braci. Czytanie żywotów świętych tak rozbudziło jej wyobraźnię, że postanowiła uciec do Afryki, aby tam z rąk Maurów ponieść śmierć męczeńską. Miała wtedy zaledwie 7 lat. Zdołała namówić do tej wyprawy także młodszego od siebie brata, Rodriga. Na szczęście wuj odkrył ich plany i w porę zawrócił oboje do domu. Kiedy przygoda się nie powiodła, Teresa obrała sobie na pustelnię kącik w ogrodzie, by naśladować dawnych pokutników i pustelników. Mając 12 lat przeżyła śmierć matki. Pisała o tym w swej biografii: “Gdy mi umarła matka… rozumiejąc wielkość straty, udałam się w swoim utrapieniu przed obraz Matki Bożej i rzewnie płacząc, błagałam Ją, aby mi była matką. Prośba ta, choć z dziecinną prostotą uczyniona, nie była – zdaje mi się – daremną, bo ile razy w potrzebie polecałam się tej wszechwładnej Pani, zawsze w sposób widoczny doznawałam jej pomocy”.
    Jako panienka, Teresa została oddana do internatu augustianek w Avila (1530). Jednak ciężka choroba zmusiła ją do powrotu do domu. Kiedy poczuła się lepiej, w 20. roku życia wstąpiła do klasztoru karmelitanek w tym samym mieście. Ku swojemu niezadowoleniu zastała tam wielkie rozluźnienie. Siostry prowadziły życie na wzór wielkich pań. Przyjmowały liczne wizyty, a ich rozmowy były dalekie od ducha Ewangelii. Już wtedy powstała w Teresie myśl o reformie. Złożyła śluby zakonne w roku 1537, ale nawrót poważnej choroby zmusił ją do chwilowego opuszczenia klasztoru. Powróciła po roku. Wkrótce niemoc dosięgła ją po raz trzeci, tak że Teresa była już bliska śmierci. Jak wyznaje w swoich pismach, została wtedy cudownie uzdrowiona. Pisze, że zawdzięcza to św. Józefowi. Odtąd będzie wyróżniać się nabożeństwem do tego właśnie świętego. Choroba pogłębiła w Teresie życie wewnętrzne. Poznała znikomość świata i nauczyła się rozumieć cierpienia innych. Podczas długich godzin samotności i cierpienia zaczęło się jej życie mistyczne i zjednoczenie z Bogiem. Utalentowana i wrażliwa, odkryła, że modlitwa jest tajemniczą bramą, przez którą wchodzi się do “twierdzy wewnętrznej”. Mistyczka i wizjonerka, a jednocześnie osoba o umysłowości wielce rzeczowej i praktycznej.
    Pewnego dnia, w 1557 r., wpatrzona w obraz Chrystusa ubiczowanego, Teresa doznała przemiany wewnętrznej. Uznała, że dotychczasowe ponad 20 lat spędzone w Karmelu nie było życiem w pełni zakonnym. Zrozumiała także, że wolą Bożą jest nie tylko jej własne uświęcenie, ale także uświęcenie jej współsióstr; że klasztor powinien być miejscem modlitwy i pokuty, a nie azylem dla wygodnych pań. W owym czasie Teresa przeżywała szczyt przeżyć mistycznych, które przekazała w swoich pismach. W roku 1560 przeżyła wizję piekła. Wstrząsnęła ona nią do głębi, napełniła bojaźnią Bożą oraz zatroskaniem o zbawienie grzeszników i duchem apostolskim ratowania dusz nieśmiertelnych. Miała szczęście do wyjątkowych kierowników duchowych: św. Franciszka Borgiasza (1557) i św. Piotra z Alkantary (1560-1562), który właśnie dokonywał reformy w zakonie franciszkańskim.
    Teresa zabrała się najpierw do reformy domu karmelitanek w Avila. Kiedy jednak zobaczyła, że to jest niemożliwe, za radą prowincjała karmelitów i swojego spowiednika postanowiła założyć nowy dom, gdzie można by było przywrócić pierwotną obserwancję zakonną. Na wiadomość o tym zawrzało w jej klasztorze. Wymuszono na prowincjale, by odwołał zezwolenie. Teresę przeniesiono karnie do Toledo. Reformatorka nie zamierzała jednak ustąpić. Dzięki pomocy św. Piotra z Alkantary otrzymała od papieża Piusa IV breve, zezwalające na założenie domu pierwotnej obserwy. W roku 1562 zakupiła skromną posiadłość w Avila, dokąd przeniosła się z czterema ochotniczkami. W roku 1567 odwiedził Avila przełożony generalny karmelitów, Jan Chrzciciel de Rossi. Ze wzruszeniem wysłuchał wyznań Teresy i dał jej ustne zatwierdzenie oraz zachętę, by zabrała się także do reformy zakonu męskiego. Ponieważ przybywało coraz więcej kandydatek, Teresa założyła nowy klasztor w Medina del Campo (1567).
    Tam spotkała neoprezbitera-karmelitę, 25-letniego o. Jana od św. Macieja (to przyszły św. Jan od Krzyża, reformator męskiej gałęzi Karmelu). On również bolał nad upadkiem obserwancji w swoim zakonie. Postanowili pomagać sobie w przeprowadzeniu reformy. Bóg błogosławił reformie, gdyż mimo bardzo surowej reguły zgłaszało się coraz więcej kandydatek. W roku 1568 powstały klasztory karmelitanek reformowanych w Malagon i w Valladolid, w roku 1569 w Toledo i w Pastrans, w roku 1570 w Salamance, a w roku 1571 w Alba de Tormes. Z polecenia wizytatora apostolskiego Teresa została mianowana przełożoną sióstr karmelitanek w Avila, w klasztorze, w którym odbyła nowicjat i złożyła śluby. Zakonnic było tam ok. 130. Przyjęły ją niechętnie i z lękiem. Swoją dobrocią i delikatnością Teresa doprowadziła jednak do tego, że i ten klasztor przyjął reformę. Pomógł jej w tym św. Jan od Krzyża, który został mianowany spowiednikiem w tym klasztorze.
    Święta Teresa od Jezusa
    Nie wszystkie klasztory chciały przyjąć reformę. Siostry zmobilizowały do “obrony” wiele wpływowych osób. Doszło do tego, że Teresie zakazano tworzenia nowych klasztorów (1575). Nałożono na nią nawet “areszt domowy” i zakaz opuszczania klasztoru w Avila. Nasłano na nią inkwizycję, która przebadała pilnie jej pisma, czy nie ma tam jakiejś herezji. Nie znaleziono wprawdzie niczego podejrzanego, ale utrzymano zakaz opuszczania klasztoru. W tym samym czasie prześladowanie i niezrozumienie dotknęło również św. Jana od Krzyża, którego więziono i torturowano.
    Klasztor w Avila otrzymał polecenie wybrania nowej ksieni. Kiedy siostry stawiły opór, 50 z nich zostało obłożonych klątwą kościelną. Teresa jednak nie załamała się. Nieustannie pisała listy do władz duchownych i świeckich wszystkich instancji, przekonując, prostując oskarżenia i błagając. Dzieło reformy zostało ostatecznie uratowane. Dzięki możnym obrońcom zdołano przekonać króla i jego radę. Król wezwał nuncjusza papieskiego i polecił mu, aby anulował wszystkie drastyczne zarządzenia wydane względem reformatorów (1579). Teresa i Jan od Krzyża odzyskali wolność. Mogli bez żadnych obaw powadzić dalej wielkie dzieło. Karmelici i karmelitanki zreformowani otrzymali osobnego przełożonego prowincji. Liczba wszystkich, osobiście założonych przez Teresę domów, doszła do 15. Św. Jan od Krzyża zreformował 22 klasztory męskie. Grzegorz XIII w roku 1580 zatwierdził nowe prowincje: karmelitów i karmelitanek bosych.
    Pan Bóg doświadczył Teresę wieloma innymi cierpieniami. Trapiły ją nieustannie dolegliwości ciała, jak choroby, osłabienie i gorączka. Równie ciężkie były cierpienia duchowe, jak oschłości, skrupuły, osamotnienie. Wszystko to znosiła z heroicznym poddaniem się woli Bożej.
    Zmarła 4 października 1582 r. w wieku 67 lat w klasztorze karmelitańskim w Alba de Tormes koło Salamanki. Tam, w kościele Zwiastowania NMP, znajduje się jej grób. Została beatyfikowana w roku 1614 przez Pawła V, a kanonizował ją w roku 1622 Grzegorz XV.Św. Teresa Wielka zapisała wspaniałą kartę nie tylko jako reformatorka Karmelu, ale też jako autorka wielu dzieł. Kiedy 27 września 1970 r. Paweł VI ogłosił ją doktorem Kościoła, nadał jej tytuł “doktora mistycznego”. Zasłużyła sobie na ten tytuł w całej pełni. Zostawiła bowiem dzieła, które można nazwać w dziedzinie mistyki klasycznymi. W odróżnieniu od pism św. Jana od Krzyża, jej styl jest prosty i przystępny. Jej dzieła doczekały się przekładów na niemal wszystkie języki świata. Do najważniejszych jej dzieł należą: Życie (1565), Sprawozdania duchowe (1560-1581), Droga doskonałości (1565-1568), Twierdza wewnętrzna (1577), Podniety miłości Bożej (1571-1575), Wołania duszy do Boga (1569), Księga fundacji (1573-1582) i inne pomniejsze. Św. Teresa Wielka zostawiła po sobie także poezje i listy. Tych ostatnich było wiele. Do naszych czasów zachowało się 440 jej listów.
    Św. Teresa z Avila jest patronką Hiszpanii, miast Avila i Alba de Tormes; karmelitów bosych, karmelitów trzewiczkowych, chorych – zwłaszcza uskarżających się na bóle głowy i serce, dusz w czyśćcu cierpiących.
    W ikonografii św. Teresa przedstawiana jest w habicie karmelitanki. Jej atrybutami są: anioł przeszywający jej serce strzałą miłości, gołąb, krzyż, pióro i księga, napis: Misericordias Domini in aeternum cantabo, strzała.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    14 października

    Święta Małgorzata Maria Alacoque, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Kalikst I, papież i męczennik
      •  Błogosławiony Radzim Gaudenty, biskup
      •  Święty Jan Ogilvie, prezbiter i męczennik
    Święta Małgorzata Maria Alacoque
    Małgorzata urodziła się 22 lipca 1647 r. w Burgundii (Francja). Kiedy Małgorzata miała zaledwie 4 lata, złożyła ślub dozgonnej czystości. Jej ojciec był notariuszem i sędzią. Zmarł, gdy Małgorzata miała 8 lat. Oddano ją wtedy do kolegium klarysek w Charolles. Ciężka choroba zmusiła ją jednak do powrotu do domu. Oddana z kolei na wychowanie do apodyktycznego wuja i gderliwych ciotek, wiele od nich wycierpiała. Choroba trwała cztery długie lata. Dziecko dojrzało w niej duchowo. Nie pociągał jej świat, czuła za to wielki głód Boga. Pragnęła też gorąco poświęcić się służbie Bożej. Musiała jednak pomagać w domu swoich opiekunów. Marzenie jej spełniło się dopiero kiedy miała 24 lata. Wstąpiła wtedy do Sióstr Nawiedzenia (wizytek) w Paray-le-Monial. Zakon ten założyli św. Franciszek Salezy (+ 1622) i św. Joanna Chantal (+ 1641), a przez 40 lat kierownictwo duchowe nad nim miał św. Wincenty a Paulo (+ 1660). Małgorzata otrzymała habit zakonny 25 sierpnia 1671 r. Musiała wyróżniać się wśród sióstr, skoro dwa razy piastowała urząd asystentki przełożonej, a w latach 1685-1687 była mistrzynią nowicjuszek.
    Małgorzata była mistyczką – od 21 grudnia 1674 r. przez ponad półtora roku Pan Jezus w wielu objawieniach przedstawiał jej swe Serce, kochające ludzi i spragnione ich miłości. Chrystus żądał od Małgorzaty, by często przystępowała do Komunii świętej, jak tylko pozwoli jej na to posłuszeństwo, a przede wszystkim tego, by przyjmowała Go w Komunii świętej w pierwsze piątki miesiąca. Polecał także, aby w każdą noc z czwartku na pierwszy piątek uczestniczyła w Jego śmiertelnym konaniu w Ogrójcu między godziną 23 a 24: “Upadniesz na twarz i spędzisz ze Mną jedną godzinę. Będziesz wzywała miłosierdzia Bożego dla uproszenia przebaczenia grzesznikom i będziesz się starała osłodzić mi choć trochę gorycz, jakiej doznałem”.
    W związku z otrzymanym orędziem i poleceniem, aby ustanowiono święto czczące Jego Najświętsze Serce oraz przystępowano przez 9 miesięcy do pierwszopiątkowej Komunii św. wynagradzającej, Małgorzata doznała wielu przykrości i sprzeciwów. Nawet jej przełożona nie wierzyła w prawdziwość objawień. Dopiero w 1683 r., gdy wybrano nową przełożoną, Małgorzata mogła rozpocząć rozpowszechnianie Bożego przesłania. Od 1686 r. obchodziła święto Najświętszego Serca Jezusa i rozszerzyła je na inne klasztory sióstr wizytek. Z jej inicjatywy wybudowano w Paray-le-Monial kaplicę poświęconą Sercu Jezusa.
    Małgorzata zmarła 17 października 1690 r. po 43 latach życia, w tym 18 latach profesji. Beatyfikował ją Pius IX (1864), kanonizował Benedykt XV (1920). Wraz ze św. Janem Eudesem jest nazywana “świętą od Serca Jezusowego”. Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa został uznany oficjalnie w 1765 r. przez Klemensa XIII.
    W ikonografii św. Małgorzata Maria przedstawiana jest w czarnym habicie wizytek, w rękach trzyma przebite serce.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    13 października

    Błogosławiony Honorat Koźmiński, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Teofil z Antiochii, biskup
    Błogosławiony Honorat Koźmiński

    Wacław Koźmiński urodził się 16 października 1829 r. w Białej Podlaskiej, w rodzinie inteligenckiej, jako drugi syn Stefana i Aleksandry z Kahlów. Miał także dwie młodsze siostry. Był bardzo zdolny, po ukończeniu gimnazjum w Płocku studiował na wydziale budownictwa warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Będąc w gimnazjum zaniechał praktyk religijnych, a w czasie studiów zupełnie stracił wiarę.
    23 kwietnia 1846 r. został aresztowany przez policję carską pod zarzutem udziału w spisku i osadzony w X pawilonie Cytadeli Warszawskiej. Wówczas ciężko zachorował; powracając do zdrowia, przemyślał dokładnie swoje życie i nawrócił się. Uwolniony z więzienia po blisko roku, podjął dalsze studia, a jednocześnie prowadził bardzo surowy tryb życia.
    Po ukończeniu studiów, 8 grudnia 1848 r. wstąpił do klasztoru kapucynów. Już 21 grudnia przyjął habit zakonny i otrzymał imię Honorat. Pierwszą profesję złożył dokładnie rok później. Chociaż pragnął być bratem zakonnym, przełożeni polecili mu, aby przygotowywał się do kapłaństwa. Po ukończeniu studiów teologicznych przyjął święcenia kapłańskie 27 listopada 1852 r. Wkrótce został mianowany profesorem retoryki oraz sekretarzem prowincjała, lektorem teologii i spowiednikiem nawracających się. Zasłynął w Warszawie jako znakomity rekolekcjonista i misjonarz ludowy. Pracując w III Zakonie św. Franciszka, gorliwie działał w kościołach Warszawy. Swoją głęboką religijnością i troską o człowieka zjednywał wielu ludzi dla Chrystusa.
    W 1861 roku, po kasacie zakonów przez władze carskie, o. Honorat został przewieziony do Zakroczymia pod Warszawą. Pomimo trudnych warunków tworzył tam dalej grupy tercjarek. Około 1889 r. zwrócił się do Stolicy Świętej o zatwierdzenie zgromadzeń bezhabitowych. W tym samym roku uzyskał aprobatę. Dzięki temu powstało 26 stowarzyszeń tercjarskich, z których na przestrzeni lat uformowały się liczne zgromadzenia zakonne. Ojciec Honorat stał się odnowicielem życia zakonnego i twórcą jego nowej formy zbliżonej do dzisiejszych instytutów świeckich. Poprzez swoje duchowe córki i synów starał się docierać do wszystkich środowisk i odrodzić w społeczeństwie ducha gorliwości pierwszych chrześcijan. Kierował tymi wspólnotami przez konfesjonał i korespondencję, ponieważ rząd carski nie pozwoliłby na formowanie się nowych zakonów, zaś w roku 1864 skasował zakon kapucynów, pozostawiając tylko klasztor w Zakroczymiu. Do dziś istnieją trzy zgromadzenia honorackie habitowe: felicjanki – powołane we współpracy z bł. Marią Angelą Zofią Truszkowską, serafitki i kapucynki oraz czternaście bezhabitowych, utajonych przed carskim zaborcą.
    Zgromadzenia o. Honorata podejmowały prace charytatywne i apostolskie, m.in. wśród młodzieży szkolnej i rzemieślniczej, w fabrykach, wśród ludu wiejskiego, w przytułkach dla ludzi starych i upośledzonych. Powstały w 1893 r. na terenie Królestwa ruch mariawitów zaszkodził opinii o. Honorata. Gdy w 1908 r. biskupi zreorganizowali jego zgromadzenia, a ich postanowienie zatwierdził Watykan, zalecając o. Honoratowi powstrzymanie się od dalszego kierowania nimi, przyjął to z pokorą i posłuszeństwem.

    Błogosławiony Honorat Koźmiński

    Ostatecznie osiadł w Nowym Mieście nad Pilicą. W 1895 r. został komisarzem generalnym polskiej prowincji kapucynów i przyczynił się do znacznego rozwoju zakonu. Jednocześnie prowadził intensywną pracę pisarską, zabierał głos w aktualnych sprawach, zajmował się zagadnieniami społecznymi. Był człowiekiem wielkiej gorliwości, jeśli chodzi o zbawienie dusz. Wiele godzin spędzał w konfesjonale. Praktykował surowe umartwienia, sporo czasu spędzał na modlitwie.
    Pozbawiony słuchu i cierpiący fizycznie, resztę lat spędził na modlitwie i kontemplacji. Wyczerpany pracą apostolską, zmarł w opinii świętości 16 grudnia 1916 r. 16 października 1988 r., w 10. rocznicę swego pontyfikatu, beatyfikował go św. Jan Paweł II. Bł. Honorat jest głównym patronem diecezji łowickiej.
    W ikonografii bł. Honorat przedstawiany jest w habicie kapucynów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    13 października

    Błogosławiona Aleksandrina Maria da Costa, dziewica

    Błogosławiona Aleksandrina Maria da Costa

    Aleksandra urodziła się 30 marca 1904 r. w Balasarze koło Bragi, w Portugalii. W wieku 7 lat została wysłana przez rodziców na naukę do szkoły powszechnej w Póvoa de Varzim. Dziewczynka zamieszkała przy rodzinie pewnego stolarza. W 1911 r. przyjęła I Komunię świętą, a potem wróciła do domu rodzinnego.
    W Wielką Sobotę 1918 r. została napadnięta przez mężczyznę, który chciał ją zgwałcić. Uciekając przed nim, wyskoczyła przez okno i spadła z wysokości ok. 4 metrów. Z powodu tego upadku została całkowicie sparaliżowana. Od kwietnia 1925 r. nie była w stanie zupełnie podnieść się z łóżka; spędziła w nim kolejnych 30 lat.
    W pierwszych latach choroby Aleksandra błagała Boga – przez wstawiennictwo Maryi – o łaskę uzdrowienia. Obiecywała Mu, że gdy wyzdrowieje, poświęci się bez reszty pracy misyjnej. Jednak gdy przez trzy lata paraliż nie ustępował, zrozumiała, że to cierpienie jest jej powołaniem – i przyjęła je całym sercem. Jak sama powiedziała, “Matka Najświętsza wyjednała jej jeszcze większą łaskę: najpierw rezygnację, potem całkowite poddanie się woli Bożej, a w końcu pragnienie cierpienia”.
    Przeżywanie cierpienia otworzyło Aleksandrę na doświadczenia mistyczne. Doznawała głębokiego zjednoczenia z Chrystusem Eucharystycznym. Powtarzała nieraz: “Jezu, jesteś więźniem tabernakulum, a ja mojego łóżka, z Twojej woli. Będę więc trwała przy Tobie”. Między 3 października 1938 roku a 24 marca 1942 roku, co piątek (a więc w sumie 182 razy), pomimo paraliżu i w niewytłumaczalny dla nikogo sposób, wstawała z łóżka i przez trzy i pół godziny rozważała stacje Drogi Krzyżowej. 3 kwietnia 1939 r. stan jej zdrowia pogorszył się, przyjęła więc sakrament namaszczenia chorych. Zaczęła cierpieć jeszcze bardziej, tym razem także duchowo.
    W 1936 r. Pan Jezus za pośrednictwem Aleksandry polecił papieżowi poświęcić świat Niepokalanemu Sercu Maryi. Kierownik duchowy Aleksandry, o. Pinho, trzykrotnie przekazywał to życzenie papieżom. Wreszcie po dokładnym zbadaniu wiarygodności objawień przez arcybiskupa Bragi, papież Pius XII 31 października 1942 r. zawierzył świat Niepokalanemu Sercu Maryi w przesłaniu wysłanym do Fatimy. 8 grudnia tego samego roku powtórzył ten akt w watykańskiej bazylice św. Piotra.
    W dniach 13 i 28 czerwca 1939 r. Pan Jezus w widzeniu zapowiedział Aleksandrze wybuch II wojny światowej jako kary za ciężkie grzechy. Aleksandra ofiarowała Mu swoje życie, by powstrzymać rozlew krwi.
    Od 27 marca 1942 r. Jezus obdarzył Aleksandrę jeszcze jedną łaską mistyczną: od tej pory nie przyjmowała już żadnego pokarmu, żyła jedynie Eucharystią. Za radą kolejnego kierownika duchowego, ks. Umberta Pasquale, salezjanina, wstąpiła do Unii Współpracowników Salezjańskich, aby móc ofiarować swoje cierpienie dla zbawienia młodzieży. Wiele osób przybywało do niej po rady i z prośbą o modlitwę. W tym czasie ks. Pasquale zaczął gromadzić świadectwa o życiu, cierpieniach i łaskach otrzymanych przez modlitwę Aleksandry – zebrał ok. pięciu tysięcy stron.
    7 stycznia 1955 r. Jezus objawił Aleksandrze, że w tym roku zakończy ona swoje ziemskie życie; 6 maja potwierdziła to także Matka Boża. W dniu 12 października Aleksandra przyjęła sakrament namaszczenia chorych, a następnego dnia, 13 października 1955 r. – w rocznicę ostatniego objawienia Matki Bożej w Fatimie – odeszła do Pana.
    Do grona błogosławionych wprowadził ją św. Jan Paweł II w dniu 25 kwietnia 2004 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    12 października

    Błogosławiony Jan Beyzym, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Serafin z Montegranaro, zakonnik
      •  Święty Edwin, król
    Błogosławiony Jan Beyzym
    Jan Beyzym urodził się 15 maja 1850 roku w Beyzymach na Wołyniu, w rodzinie szlacheckiej. Po ukończeniu gimnazjum w Kijowie w 1872 r. wstąpił do Towarzystwa Jezusowego (jezuitów). 26 lipca 1881 r. w Krakowie przyjął święcenia kapłańskie. Przez wiele lat był wychowawcą i opiekunem młodzieży w kolegiach Towarzystwa Jezusowego w Tarnopolu i Chyrowie.
    W wieku 48 lat podjął decyzję o wyjeździe na misje. Prośba, którą 23 października 1897 roku skierował do generała zakonu jezuitów, o. Ludwika Martina, świadczy o tym, że była ona głęboko przemyślana:
    Rozpalony pragnieniem leczenia trędowatych, proszę usilnie Najprzewielebniejszego Ojca Generała o łaskawe wysłanie mnie do jakiegoś domu misyjnego, gdzie mógłbym służyć tym najbiedniejszym ludziom, dopóki będzie się to Bogu podobało. Wiem bardzo dobrze, co to jest trąd i na co muszę być przygotowany; to wszystko jednak mnie nie odstrasza, przeciwnie, pociąga, ponieważ dzięki takiej służbie łatwiej będę mógł wynagrodzić za swoje grzechy.
    Generał wyraził zgodę. Początkowo o. Beyzym miał jechać do Indii, ale nie znał języka angielskiego. Udał się więc na Madagaskar, gdzie językiem urzędowym był francuski, którego Beyzym uczył się już w Chyrowie. Tam oddał wszystkie swoje siły, zdolności i serce opuszczonym, chorym, głodnym, wyrzuconym poza nawias społeczeństwa; szczególnie dużo uczynił dla trędowatych. Zamieszkał wśród nich na stałe, by opiekować się nimi dniem i nocą. Stworzył pionierskie dzieło, które uczyniło go prekursorem współczesnej opieki nad trędowatymi. Z ofiar zebranych głównie wśród rodaków w kraju (w Galicji) i na emigracji wybudował w 1911 r. w Maranie szpital dla 150 chorych, by zapewnić im leczenie i przywracać nadzieję. W głównym ołtarzu szpitalnej kaplicy znajduje się sprowadzona przez o. Beyzyma kopia obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Do dzisiaj chorzy Malgasze otaczają Maryję z Jasnej Góry wielką czcią. Szpital bowiem istnieje do dziś.Wyczerpany pracą ponad siły, o. Beyzym zmarł 2 października 1912 roku, otoczony nimbem bohaterstwa i świętości. Śmierć nie pozwoliła mu zrealizować innego cichego pragnienia – wyjazdu na Sachalin do pracy misyjnej wśród katorżników.Proces beatyfikacyjny o. Jana Beyzyma SJ – “posługacza trędowatych” – rozpoczął się w 1984 roku. Dekret Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych dotyczący heroiczności życia i cnót o. Beyzyma został odczytany w obecności św. Jana Pawła II w Watykanie 21 grudnia 1992 roku. W marcu 2002 r. kard. Macharski zamknął dochodzenie kanoniczne w sprawie cudownego uzdrowienia młodego mężczyzny za wstawiennictwem Jana Beyzyma. Jego beatyfikacji dokonał podczas swej ostatniej pielgrzymki do Polski św. Jan Paweł II. Na krakowskich Błoniach 18 sierpnia 2002 r. mówił on m.in.:Św. Jan Paweł II podczas beatyfikacji Jana Beyzyma SJ, Kraków-Błonia, 18 sierpnia 2002 r.
    Pragnienie niesienia miłosierdzia najbardziej potrzebującym zaprowadziło błogosławionego Jana Beyzyma – jezuitę, wielkiego misjonarza – na daleki Madagaskar, gdzie z miłości do Chrystusa poświęcił swoje życie trędowatym. Służył dniem i nocą tym, którzy byli niejako wyrzuceni poza nawias życia społecznego. Przez swoje czyny miłosierdzia wobec ludzi opuszczonych i wzgardzonych dawał niezwykłe świadectwo Ewangelii. Najwcześniej odczytał je Kraków, a potem cały kraj i emigracja. Zbierano fundusze na budowę na Madagaskarze szpitala pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej, który istnieje do dziś. Jednym z promotorów tej pomocy był św. Brat Albert.
    Dobroczynna działalność błogosławionego Jana Beyzyma była wpisana w jego podstawową misję: niesienie Ewangelii tym, którzy jej nie znają. Oto największy dar: dar miłosierdzia – prowadzić ludzi do Chrystusa, pozwolić im poznać i zakosztować Jego miłości. Proszę was zatem, módlcie się, aby w Kościele w Polsce rodziły się coraz liczniejsze powołania misyjne. W duchu miłosierdzia nieustannie wspierajcie misjonarzy pomocą i modlitwą.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    11 października

    Święty Jan XXIII, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Aleksander Sauli, biskup
      •  Święty Bruno I Wielki z Kolonii, biskup
    Błogosławiony Jan XXIII
    Urodził się we Włoszech 25 listopada 1881 r. jako Angelo Giuseppe Roncalli, w biednej rodzinie chłopskiej. Jego matka była osobą bardzo religijną. Urodziła 11 dzieci, z których Angelo przyszedł na świat jako czwarty. Charakteryzowała go niezwykła dobroć, ciepło i pogoda ducha.
    Mając 12 lat wstąpił do niższego seminarium duchownego w Bergamo, które było wówczas jednym z najbardziej prestiżowych miejsc kształcenia przyszłych księży. Tam też został przyjęty do III Zakonu św. Franciszka (1 marca 1896 r.). Po otrzymaniu stypendium za wyniki w nauce, rozpoczął naukę w Papieskim Seminarium Rzymskim. W 1902 roku przerwał naukę na rok, żeby odbyć służbę wojskową. Po jej zakończeniu obronił doktorat z teologii i przyjął święcenia kapłańskie. Rok po podjęciu nauki w seminarium zaczął spisywać swoje notatki duchowe i kontynuował tę pracę aż do późnej starości. Jego zapiski wydane zostały pod tytułem “Dziennik duszy”. W 1903 roku napisał w nim między innymi: “Bóg pragnie, abyśmy podążali wzorem świętych poprzez czerpanie z życiodajnej esencji ich cnót, a następnie przerabianie jej na swój własny sposób, adaptowanie do naszych indywidualnych możliwości i okoliczności życia. Gdyby św. Alojzy był taki, jak ja, stałby się świętym w zupełnie inny sposób”.
    Jako młodemu księdzu powierzono mu funkcję sekretarza biskupa Bergamo, Giacomo Radiniego Tedeschi. W tym czasie wykładał też w seminarium, redagował biuletyn “Życie diecezjalne”, współpracował również z innym lokalnym pismem katolickim, a także był duszpasterzem Akcji Katolickiej. Inspirowała go zwłaszcza postawa świętych: Karola Boromeusza, Franciszka Salezego i Grzegorza Barbarigo.
    W 1925 mianowany został oficjałem w Bułgarii i arcybiskupem Areopolis. Jako swoje hasło biskupie Angelo Roncalli wybrał Obedientia et Pax (Posłuszeństwo i pokój). W późniejszych latach pełnił funkcję kolejno: apostolskiego delegata w Bułgarii, w Turcji i Grecji oraz nuncjusza apostolskiego w Paryżu. Tę ostatnią funkcję sprawował już w czasie trwania II wojny światowej.
    W 1953 roku Angelo Roncalli został mianowany kardynałem i patriarchą Wenecji. Prezydent Francji, Vincent Auriol, powołał się na stary przywilej francuskich królów i sam włożył czerwony kapelusz na głowę kardynała Roncalli w czasie ceremonii w Pałacu Elizejskim. Z tego okresu przyszły papież zapamiętał pewne humorystyczne zdarzenie, kiedy to na jednym z oficjalnych przyjęć, na jakie został zaproszony, pojawiła się kobieta w sukni z zadziwiająco dużym dekoltem. Zwróciło to uwagę nie tyle na samą kobietę, co na kardynała – goście przyglądali się jego reakcji na odsłonięte kobiece wdzięki. Po przyjęciu kardynał podszedł do kobiety, wręczył jej czerwone jabłko i zapytał: “Pamięta Pani, co uświadomiła sobie Ewa, kiedy zjadła jabłko?”.
    Błogosławiony Jan XXIII
    W 1958 roku, po śmierci Piusa XII, podczas trzydniowego konklawe, kard. Roncalli został wybrany papieżem. Jego pierwszą reakcją był strach i zmieszanie wyrażone w słowach: tremens factus sum ego timero (drżę i lękam się). Ufny w wybór biskupów i Bożą Opatrzność, Angelo Roncalli przyjął wybór konklawe, a wraz z nim imię Jana XXIII. Przez zebranych na konklawe biskupów był traktowany jako “papież przejściowy”. Ich faworytem był arcybiskup Mediolanu Montini, ale ten nie był w tamtym czasie jeszcze kardynałem. Godność tę otrzymał później z rąk samego Jana XXIII, a jeszcze później został jego następcą jako Paweł VI.
    Jan XXIII jako papież podbił serca wiernych. Zawsze otwarty na kontakty z prasą, patrzył odważnie w obiektyw aparatu. Był pierwszym papieżem od 1870 r., który odbył oficjalne spotkanie poza Watykanem. Spotkał się wówczas z więźniami, którzy sami do niego przyjść nie mogli. Słynął także ze zdystansowanego podejścia do ceremoniału papieskiego. Starał się go przestrzegać, ale z przymrużeniem oka. Anegdotyczna opowieść dotycząca dnia koronacji Jana XXIII na papieża mówi, że kiedy podszedł do niego po błogosławieństwo włoski ordynariusz polowy, zobaczył, jak papież przyjmuje postawę zasadniczą i usłyszał: “Panie generale, melduje się sierżant Roncalli”. Przez ludzi zapamiętany został jako papież, który palił fajkę i zawsze się uśmiechał, a przede wszystkim jako papież, który zwołał Sobór Watykański II i na zawsze zmienił historię Kościoła.
    Sobór Watykański II zwołano, ku zdziwieniu wielu, na mniej niż 90 lat po kontrowersyjnym Soborze Watykańskim I. Ponadto, pomimo zapewnień sekretarzy, że na przygotowania potrzeba dziesiątek lat – Jan XXIII przewidział tylko kilkanaście miesięcy pomiędzy zwołaniem a rozpoczęciem soboru 11 października 1962 r.
    Błogosławiony Jan XXIII
    Jan XXIII ogłosił osiem encyklik, z których najważniejsze to “Mater et Magistra” oraz “Pacem in terris”. Ta druga adresowana była do “wszystkich ludzi dobrej woli”, nawoływała do pokoju między narodami całego świata. Papież ustanowił komisję ds. rewizji prawa kanonicznego, której ostatecznym celem było opracowanie nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego (opublikowanego w 1983 r.). Wiele ojcowskiej troski wykazał o “Kościół milczenia”, prześladowany na różne sposoby w krajach rządzonych przez komunistów, m.in. w Polsce.
    3 czerwca 1963 roku, o godzinie 19:49 (dzień po Zesłaniu Ducha Świętego), w wyniku krwotoku związanego z wcześniej zdiagnozowanym rakiem żołądka, Jan XXIII zmarł. Jego ostatnie słowa brzmiały: “Nie mam innej woli, jak tylko wolę Boga. Ut unum sint!” (Aby byli jedno!). W swoim testamencie, nawiązując do duchowości franciszkańskiej, z jaką związał się we wczesnych latach młodości, pisał: “Pozory dostatku często zasłaniały ukryte ciernie dotkliwego ubóstwa i uniemożliwiały mi dawanie zawsze z taką hojnością, jakiej bym pragnął. Dziękuję Bogu za tę łaskę ubóstwa, które ślubowałem w młodości, ubóstwa ducha, jako kapłan Serca Bożego, i ubóstwa rzeczywistego, co mi dopomogło, by nigdy o nic nie prosić, ani o stanowiska, ani o pieniądze, ani o względy, nigdy, ani dla siebie, ani dla mojej rodziny, czy przyjaciół”.
    Św. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym w 2000 roku, razem z papieżem Piusem IX. W liturgii wspominany jest 11 października – w rocznicę dnia, w którym nastąpiło uroczyste otwarcie Soboru Watykańskiego II.
    Jan XXIII został kanonizowany przez papieża Franciszka – wraz z Janem Pawłem II – na placu św. Piotra w Rzymie w niedzielę Miłosierdzia Bożego, 27 kwietnia 2014 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    10 października

    Błogosławiona
    Maria Angela Truszkowska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Daniel i Towarzysze
      •  Święty Jan z Bridlington, prezbiter
      •  Święty Tomasz z Villanova, biskup
      •  Święty Paulin z Yorku, biskup
    Błogosławiona Maria Angela Truszkowska
    Zofia Kamila urodziła się 16 maja 1825 r. w Kaliszu jako dziecko wielodzietnej, głęboko wierzącej rodziny szlacheckiej. Jej ojciec był prawnikiem. Od najmłodszych lat wyczulona była na działanie łaski Bożej i wrażliwa na potrzeby drugiego człowieka. Pragnęła życia zakonnego i usilnie pracowała nad sobą. Po latach edukacji w Warszawie i Szwajcarii wróciła do domu i pielęgnowała chorego ojca, a w miarę możliwości niosła pomoc ubogim.
    W 1854 r. wstąpiła w szeregi Stowarzyszenia św. Wincentego a Paulo i należała do członkiń najgorliwiej odwiedzających chorych i opiekujących się ubogimi. Umiała zachęcić do działalności charytatywnej wiele młodych kobiet. Z jej inicjatywy powstał w Warszawie mały przytułek dla biednych dzieci i opuszczonych samotnych staruszek. 27 maja 1855 r. razem ze swoją krewną wstąpiła do świeckiego III zakonu św. Franciszka. Jej powołanie związane było z postacią bł. ojca Honorata Koźmińskiego, wielkiego apostoła zgromadzeń bezhabitowych. 21 listopada 1855 r. obie siostry Truszkowskie poświęciły się Najświętszej Maryi Pannie, obiecując rozwijać dzieło rozpoczęte z woli Boga. Datę tę przyjmuje się jako początek nowego Zgromadzenia. Siostry wraz ze swymi podopiecznymi często modliły się w kościele ojców kapucynów przed ołtarzem św. Feliksa z Cantalice, dlatego też nazwano je “felicjankami”.
    10 kwietnia 1857 r. siostry przyjęły habit zakonny, a ich wspólnotą kierował dalej o. Honorat Koźmiński. Pod koniec 1859 r. matka Angela stanęła oficjalnie na czele nowego zgromadzenia. W latach 1858-1864 siostry felicjanki założyły 27 ochronek wiejskich i rozwinęły wielostronną działalność charytatywną w Warszawie. W październiku 1860 r. matka Angela wraz z jedenastoma towarzyszkami odłączyła się od sióstr czynnych, tworząc grupę kontemplacyjną opartą na drugiej regule św. Franciszka – siostry kapucynki. Po wybuchu powstania styczniowego na mocy ukazu carskiego felicjanki czynne zostały rozwiązane. Podczas obrad kapituły zgromadzenia, 25 sierpnia 1868 r., matka Angela została jednogłośnie wybrana po raz trzeci przełożoną generalną. 21 listopada tegoż roku złożyła śluby wieczyste. Rok później, ze względu na postępującą chorobę nowotworową oraz prawie całkowitą utratę słuchu, zrzekła się urzędu. Odtąd przez 30 lat służyła swemu Zgromadzeniu cichą pracą, modlitwą, ofiarą, dobrym przykładem i radą.
    Wzór doskonałego posłuszeństwa wobec woli Bożej Maria Angela widziała w Maryi. Uczyła się od Niej pokory, zawierzenia i męstwa w cierpieniu. Wierzyła, że tylko przez Maryję można osiągnąć doskonałe zjednoczenie z Bogiem. Dlatego wszystkie swoje siostry oddała Niepokalanemu Sercu Maryi. Żywiła wielki kult Eucharystii, wielbiła Chrystusa ukrytego w tabernakulum. Usilnie zabiegała o uzyskanie dla swojego zgromadzenia przywileju nieustannej adoracji, aby ożywiać i umacniać w siostrach miłość do Eucharystii.
    Na kilka miesięcy przed śmiercią przeżyła wielką radość, przyjmując z rąk kardynała Jana Puzyny dekret papieża Leona XIII zatwierdzający zgromadzenie. Zmarła wyniszczona chorobą nowotworową i cierpieniami, które znosiła w pokorze, 10 października 1899 r. w Krakowie. Św. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji matki Marii Angeli Truszkowskiej 18 kwietnia 1993 r. podczas uroczystej Mszy św. na placu św. Piotra w Rzymie. Mówił wtedy, że jej życie “znaczone było miłością. Była to troska o wszystkich głodnych chleba, serca i domu oraz prawdy ewangelicznej”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    9 października

    Błogosławiony Wincenty Kadłubek, biskup

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Dionizy, biskup, i Towarzysze
      •  Święty Jan Leonardi, prezbiter
      •  Święty Ludwik Bertrand, prezbiter
      •  Święci Cyryl Bertram i Towarzysze, męczennicy
      •  Abraham, patriarcha
    Błogosławiony Wincenty Kadłubek
    Wincenty urodził się w Karwowie pod Opatowem pomiędzy 1155 a 1160 r. W sprawie jego pochodzenia historycy nie są zgodni. Jedni uważają, że pochodził z rodu Porajów herbu Róża (Różyców). Inni natomiast podają, że z tego rodu pochodziła matka Wincentego, a ojcu przypisują imię Bogusław. W jeszcze innych źródłach pojawia się informacja, że Wincenty należał do rodu Lisów, a jego ojcem był możny palatyn Stefan, brat wojewody krakowskiego Mikołaja (Mikory). Nazwisko Kadłubek pojawia się po raz pierwszy dopiero w dokumentach z XV w. Przypuszcza się jednak, że pochodzi z rękopisów dawniejszych.
    Pierwsze nauki Wincenty pobierał w pobliskiej Stopnicy, potem udał się do Krakowa, gdzie uczęszczał do szkoły katedralnej, w której wykładał biskup Mateusz Cholewa. Cieszył się przyjaźnią księcia Kazimierza Sprawiedliwego, który być może wspomógł go materialnie i umożliwił studia za granicą. Nie wiemy, na którym uniwersytecie Wincenty wówczas studiował. Nie było jednak jeszcze wtedy wielu uniwersytetów. Przypuszcza się, że miejscem jego nauki były Paryż albo Bolonia – albo obie te uczelnie. Wincenty należał więc do elity uczonych w Polsce.
    Po raz pierwszy Wincenty nazwany jest mistrzem (magistrem) w dyplomie Kazimierza Sprawiedliwego z 12 kwietnia 1189 r. Zapewne zaraz po powrocie ze swoich studiów otrzymał święcenia kapłańskie. Do kraju powrócił Mistrz Wincenty między 1183 a 1189 r., gdyż w 1189 r. był na pewno na dworze książęcym Kazimierza Sprawiedliwego, zapewne w charakterze notariusza, a potem kanclerza jego dworu. Zapewne zaraz po powrocie ze swoich studiów otrzymał święcenia kapłańskie. Mógł więc być także kapelanem książęcym. W tym czasie zaczął zapewne pisać swoją Kronikę polską (Chronica Polonorum) – największe dzieło swego życia i literatury tamtych czasów. Wracając z zagranicy prawdopodobnie przywiózł ze sobą relikwie św. Floriana męczennika. Mógłby na to wskazywać fakt szczególnego nabożeństwa Wincentego do św. Floriana, który dotąd był w Polsce zupełnie nieznany.
    Po śmierci księcia Wincenty został prepozytem kolegiaty sandomierskiej (1194). Korzystając z wolnego czasu kontynuował pisanie Kroniki (1194-1207). W 1207 r. umarł biskup krakowski, Pełka. Na jego następcę został wybrany Wincenty. Papież Innocenty III bullą z 18 marca 1208 r. wybór ten zatwierdził. Konsekracji dokonał arcybiskup gnieźnieński, Kietlicz. Wincenty jako biskup podpisywał się “niegodny sługa Kościoła”. Świadczy to, jak pojmował zadanie swojego urzędu. Należał do najżarliwszych zwolenników reform, jakie wówczas w Polsce przeprowadził abp Henryk Kietlicz (wprowadzenie celibatu, uniezależnienie Kościoła od władzy świeckiej). Dla poparcia reform, inspirowanych przez Stolicę Apostolską, Wincenty brał udział w synodach, zwołanych specjalnie w tym celu w Borzykowie (1210), w Matyczowie (1212), w Wolborzu (1214), w których uczestniczyli również książęta – Leszek Biały, Konrad Mazowiecki, Henryk Brodaty i Władysław Odonicz. Reformy te przeprowadzano również na zjazdach w Gnieźnie (1213) i w Sieradzu (1213). Kiedy na Kraków najechał Mieszek Raciborski, przeciwnik reform, Wincenty – z powodu swojej postawy – musiał czasowo opuścić miasto (1210). W 1212 r. na zjeździe w Mąkowie omawiano sprawę Prus i nawrócenia Prusaków. Tego roku Wincenty wziął udział w konsekracji biskupa poznańskiego w Mstowie.
    Wincenty jako biskup krakowski wspierał szczególnie zakony bożogrobowców (nadał dziesięciny ze wsi Świniarowo Kanonikom Bożego Grobu w Miechowie) i cystersów (klasztorowi w Sulejowie darował dwie wsie, opactwu w Pokrzywnicy darował wieś, a opactwu w Jędrzejowie nadał przywilej pobierania dziesięcin z trzech wsi). Wśród jego osiągnięć warto wymienić zreformowanie kapituł prowincjalnych, zlikwidowanie kolegiaty w Kijach (1213), oddanie kościoła oraz wsi Podłęże zreformowanej kolegiacie w Kielcach (1214), konsekrację bazyliki w Krakowie pod wezwaniem św. Floriana (1216) i wreszcie osobisty udział w uroczystej koronacji Kolomana Węgierskiego na króla Rusi Halickiej oraz w Soborze Laterańskim IV (1215), który miał charakter wybitnie reformistyczny. O soborze Wincenty zawiadomił swoje duchowieństwo i wiernych na synodzie w Sieradzu, gdzie przygotowano propozycje na sobór (1213). Na tym właśnie soborze wprowadzono obowiązek spowiedzi i Komunii wielkanocnej, obostrzono przepisy odnośnie małżeństwa, by nie dopuścić do konkubinatów, obostrzono przepisy dotyczące karności kościelnej, zwłaszcza celibatu duchownych, i ogłoszono nową krucjatę na rok 1217.
    Po powrocie do kraju Wincenty energicznie wprowadził w swojej diecezji uchwalone na soborze ustawy. Niewykluczone, że z polecenia księcia Leszka Białego pośredniczył także w wysłaniu na dwór węgierski księżniczki bł. Salomei. Wincenty ma także zasługę w podniesieniu poziomu szkoły katedralnej, którą kiedyś sam prowadził. Szerzył kult św. Floriana i św. Stanisława, biskupa. Cześć do Najświętszego Sakramentu miał podkreślić przez wprowadzenie tzw. wiecznej lampki przed tabernakulum.Błogosławiony Wincenty Kadłubek
    Po dziesięciu latach pasterzowania diecezji krakowskiej, za pozwoleniem papieża Honoriusza III, w 1218 r. Wincenty zrzekł się urzędu. Czuł, że spełnił zadanie swojego życia i postanowił wstąpić do klasztoru. Wybrał sobie opactwo cystersów w Jędrzejowie, przy kościele, który sam konsekrował. Zgodnie z zasadą ascetyczną “Bogu wszystko – sobie nic” pozostawił swój majątek rodowy, bogactwo i splendor urzędu biskupiego, sławę, jaką cieszył się na dworze księcia krakowskiego i – jak podaje tradycja – boso i pieszo jako pokutnik udał się do klasztoru. Przyjął go opat Teodoryk (1206-1247), trzeci z kolei przełożony klasztoru. Opat z zakonnikami wyszli mu na spotkanie; miejscowi do dziś pokazują usypany na tym miejscu Kopiec Spotkania. Ówczesnym zwyczajem biskup rzucił się przed opatem i całym konwentem na twarz i prosił o przyjęcie. Wincenty przeżył tam ostatnich 5 lat swego życia. Mimo że liczył wtedy ok. 70 lat, jako zwyczajny mnich spełniał wszystkie obowiązki surowej reguły: wstawał o północy na dwugodzinne pacierze, uczestniczył siedem razy każdego dnia we wspólnych modlitwach, zachowywał posty. Zasadą cysterskich pokutników było skąpe pożywienie, zgrzebny strój i krótki sen.
    W wolnych chwilach kończył pisać Kronikę polską. Jako biskup krakowski napisał trzy pierwsze księgi. Teraz zamierzał dzieło dokończyć. Niestety napisał tylko część czwartą – śmierć zabrała go zbyt rychło i przerwała Kronikę w najciekawszym miejscu, kiedy zaczął pisać dzieje, których sam był świadkiem. Kronikę swoją zdołał doprowadzić zaledwie do roku 1202, to jest do końca księgi czwartej. Wincenty Kadłubek jest pierwszym historykiem polskim. Jego historia ma formę dialogu. Jest pisana pięknym językiem łacińskim. Zasługą Wincentego jest to, że zebrał w niej wszystkie podania i mity o początkach Polski. Dużo jest w niej poetyckiej fantazji, ale są także ważne ziarna tradycji.
    Wincenty zmarł w Jędrzejowie 8 marca 1223 r. i został pochowany w prezbiterium klasztornego kościoła, co może świadczyć o tym, że zmarł w opinii świętości. Publiczny kult biskupa-mnicha nie rozwinął się od razu. Klasztory cysterskie były wtedy szczelnie zamknięte, nawet ich wspaniałe świątynie służyły jedynie celom klasztornym. Nawiedzali grób Wincentego Konrad Mazowiecki, król Kazimierz Wielki, król Kazimierz Jagiellończyk wraz ze swoją matką królową Zofią i Jan Długosz, który w swoich Dziejach wydał mu najpiękniejsze świadectwo. Z lat 1583-1640 Szymon Starowolski na podstawie ksiąg klasztornych przytacza ponad 150 wypadków cudownych, przypisywanych Wincentemu. Wśród nich są nawet wskrzeszenia umarłych.
    26 kwietnia 1633 r. dokonano otwarcia grobu Wincentego. Ciało znaleziono prawie nienaruszone, co przyczyniło się do rozbudzenia jego czci. 19 sierpnia tegoż roku ciało umieszczono w mauzoleum, specjalnie dla tego celu zbudowanym. Odtąd kult Wincentego stał się bardzo żywy. Zaczęli napływać pielgrzymi, za zgodą biskupa krakowskiego odprawiano przed ołtarzem wzniesionym Msze wotywne ku czci Kadłubka, przed mauzoleum palono świece. W 1683 r. papież bł. Innocenty XI uznał ołtarz Wincentego za uprzywilejowany, tzn. obdarzony przywilejem odpustu. 13 listopada 1634 r. synod krajowy pod przewodnictwem prymasa Jana Wężyka wniósł do Stolicy Apostolskiej urzędową prośbę o kanonizację Wincentego Kadłubka (oraz Stanisława Kostki, Kingi, Władysława z Gielniowa, Jozafata Kuncewicza i Jana Kantego). W roku 1764 Kongregacja Obrzędów zatwierdziła kult, a papież Klemens XIII podpisał odpowiednią bullę, co równało się formalnej beatyfikacji. Wincenty jest patronem archidiecezji warmińskiej oraz diecezji kieleckiej i sandomierskiej.
    W ikonografii bł. Wincenty przedstawiany jest w stroju biskupim. Jego atrybutami są pastorał oraz infuła u stóp.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    8 października

    Święta Pelagia, męczennica

    Święta Pelagia
    Pelagia, znana również jako Małgorzata, pochodziła z Antiochii. Żyła w V w. Wedle przekazów była kobietą lekkich obyczajów, obdarzoną nieprzeciętną urodą. Pochodziła z bogatej pogańskiej rodziny.
    Biskup Antiochii zaprosił pewnego razu do siebie ośmiu biskupów, wśród nich m.in. Nonnusa z Heliopolis, znanego ze swej pobożności i ascezy. Gdy wszyscy zgromadzili się przed kościołem, a Nonnus przemawiał do nich, nieopodal przejeżdżała Pelagia. Jej kosztowny strój zwracał uwagę. Nonnus dostrzegł to i gorzko zapłakał, wskazując, że jego słuchacze nie dbają o swoje dusze w takim stopniu, w jakim owa kobieta dbała o własną urodę. Gdy Nonnus wrócił do swej celi, podjął modlitwę o nawrócenie spotkanej kobiety.
    Otrzymał wówczas widzenie: ujrzał czarną gołębicę, która – zanurzona przez Nonnusa w wodzie święconej – stała się czysta i biała. Biskup odczytał to jako znak zapowiadający nawrócenie Pelagii. Kiedy kolejnym razem nauczał o Sądzie Ostatecznym, do świątyni weszła Pelagia. Usłyszane słowa wywarły na niej wielkie wrażenie. Z płaczem rzuciła się do nóg biskupa. Nonnus ochrzcił ją. Pelagia postanowiła oddać swój majątek biskupowi, by ten mógł go rozdzielić między potrzebujących.
    Nowo nawrócona kobieta podjęła pokutę. Wkrótce potem udała się do Jerozolimy. Tam, ukrywając się pod przybranym męskim imieniem, podjęła surowe wysiłki ascetyczne. Zamieszkała w jednej z pustelni na Górze Oliwnej, gdzie około 457 roku odeszła do Pana.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    7 października

    Najświętsza Maryja Panna Różańcowa

    Zobacz także:
      •  Święta Justyna z Padwy, dziewica i męczennica
    Matka Boża Różańcowa Tarnopolska

    Dzisiejsze wspomnienie zostało ustanowione na pamiątkę zwycięstwa floty chrześcijańskiej nad wojskami tureckimi, odniesionego pod Lepanto (nad Zatoką Koryncką) 7 października 1571 r. Sułtan turecki Selim II pragnął podbić całą Europę i zaprowadzić w niej wiarę muzułmańską. Ówczesny papież – św. Pius V, dominikanin, gorący czciciel Matki Bożej – usłyszawszy o zbliżającej się wojnie, ze łzami w oczach zaczął zanosić żarliwe modlitwy do Maryi, powierzając Jej swą troskę podczas odmawiania różańca. Nagle doznał wizji: zdawało mu się, że znalazł się na miejscu bitwy pod Lepanto. Zobaczył ogromne floty, przygotowujące się do starcia. Nad nimi ujrzał Maryję, która patrzyła na niego spokojnym wzrokiem. Nieoczekiwana zmiana wiatru uniemożliwiła manewry muzułmanom, a sprzyjała flocie chrześcijańskiej. Udało się powstrzymać inwazję Turków na Europę.

    Matka Boża Różańcowa z kościoła mniszek dominikańskich w Radoniach pod Warszawą

    Zwycięstwo było ogromne. Po zaledwie czterech godzinach walki zatopiono sześćdziesiąt galer wroga, zdobyto połowę okrętów tureckich, uwolniono dwanaście tysięcy chrześcijańskich galerników; śmierć poniosło 27 tys. Turków, kolejne 5 tys. dostało się do niewoli. Pius V, świadom, komu zawdzięcza cudowne ocalenie Europy, uczynił dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej i zezwolił na jego obchodzenie w tych kościołach, w których istniały Bractwa Różańcowe. Klemens XI, w podzięce za kolejne zwycięstwo nad Turkami odniesione pod Belgradem w 1716 r., rozszerzył to święto na cały Kościół. W roku 1883 Leon XIII wprowadził do Litanii Loretańskiej wezwanie “Królowo Różańca świętego – módl się za nami”, a w dwa lata później zalecił, by w kościołach odmawiano różaniec przez cały październik.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    6 października

    Święty Brunon Kartuz, opat

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jakub (Dydak) Alojzy de San Vitores, prezbiter i męczennik
      •  Święta Maria Franciszka od Pięciu Ran Pana Jezusa, dziewica
      •  Błogosławiony Innocenty z Berzo, prezbiter
    Święty Brunon
    Brunon urodził się w Kolonii około 1030 r. Pochodził ze znakomitej rodziny. Po ukończeniu szkół na miejscu udał się do Reims, gdzie była głośna szkoła katedralna. Następnie udał się do Tours, gdzie za nauczyciela miał słynnego wówczas Berengariusza. W roku 1048 powrócił do Kolonii, gdzie został kanonikiem przy kościele św. Kuniberta. Ok. roku 1055 przyjął święcenia kapłańskie. W rok potem powołał go do siebie biskup Reims, Manasses I, by prowadził mu szkołę katedralną. Pozostał tu 20 lat (1056-1075). Z jego szkoły wyszło wielu wybitnych mężów owych czasów. W roku 1075 arcybiskup Reims mianował Brunona swoim kanclerzem. Kiedy Brunon wystąpił przeciw niemu z powodu symonii, stracił urząd, majątek i musiał opuścić miasto. Wrócił do Reims w 1080 r., gdzie zaproponowano mu biskupstwo; nie przyjął jednak tej godności.
    Wkrótce z dwoma towarzyszami opuścił Reims i udał się do opactwa cystersów w Seche-Fontaine, by poddać się kierownictwu św. Roberta. Po pewnym jednak czasie opuścił wspomniany klasztor i w towarzystwie 8 uczniów udał się do Grenoble. Tam św. Hugo przyjął swojego mistrza z wielką radością i jako biskup oddał mu w posiadanie odległą od Grenoble o 24 kilometry pustelnię, zwaną Kartuzją. Tutaj w roku 1084 Bruno urządził sobie mieszkanie. Zbudowano również skromny kościółek. Konsekracji kościółka i poświęcenia klasztoru oraz uroczystego wprowadzenia do niego zakonników dokonał św. Hugo. Klasztor niebawem tak się rozrósł, że otrzymał nazwę “Wielkiej Kartuzji” (La Grande Chartreuse). Osada ta stała się kolebką nowego zakonu – kartuzów.
    W 1090 r. Bruno został wezwany do Rzymu przez swojego dawnego ucznia – papieża bł. Urbana II – na doradcę. Bruno zabrał ze sobą kilku towarzyszy i z nimi zamieszkał przy kościele św. Cyriaka. W tym czasie na Rzym najechał antypapież i bł. Urban wraz z Brunonem musieli chronić się ucieczką pod opiekę króla Normanów, Rogera. Daremnie Bruno błagał papieża, by mu pozwolił wrócić do Francji. Papież zgodził się jedynie, by mnich założył nową kartuzję w Kalabrii. Król Roger chętnie ofiarował mu ustronne miejsce, zwane La Torre. Tu z pomocą arcybiskupa Reggio Calabria wystawiono nową kartuzję w roku 1092, która istnieje do dziś. W pobliskim San Stefano in Bosco Bruno stworzył jej filię. Tam zmarł 6 października 1101 r.
    Jego śmiertelne szczątki pochowano w kościele opactwa. W roku 1513 znaleziono je jeszcze nienaruszone. Obecnie kości Brunona znajdują się w trumience wraz z relikwiami jego następcy. Jego kanonizacja nie odbyła się nigdy uroczyście. Na oddawanie św. Brunonowi kultu pozwolił Leon X w roku 1514. Grzegorz XV rozszerzył jego kult w 1623 r. na cały Kościół. Św. Brunon jest patronem kartuzów.
    W ikonografii św. Brunon przedstawiany jest w białym habicie kartuzów. Jego atrybutami są: gałązka oliwna, globus, krzyż, mitra i pastorał u stóp, palec przy ustach, czaszka.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Pierwszy kartuz

    Święty Brunon – założyciel zakonu kartuzów, jednego z najsurowszych zakonów istniejących do dziś w Kościele, wybrał charyzmat milczenia, samotności i ciszy.

     pl.wikipedia.org

    ***

    O zakonie kartuzów usłyszeliśmy zapewne dzięki filmowi Wielka cisza. Kim był jego założyciel? Brunon urodził się w Kolonii i pochodził ze znamienitej rodziny. Uczył się m.in. w szkole katedralnej w Reims, a także w Tours. Około 1055 r. przyjął święcenia kapłańskie. Rok później biskup Reims – Manasses I powołał Brunona, aby prowadził tam szkołę katedralną. Trwało to ok. 20 lat (1056-75). Wychował wielu wybitnych mężów owych czasów. W 1080 r. zaproponowano mu biskupstwo, nie przyjął jednak tej godności. Udał się do opactwa cystersów w Seche-Fontaine, by poddać się kierownictwu św. Roberta. Po pewnym czasie opuścił klasztor i w towarzystwie ośmiu uczniów udał się do Grenoble. Tam św. Hugo przyjął swojego mistrza z wielką radością i jako biskup oddał mu w posiadanie pustelnię, zwaną Kartuzją. Tutaj w 1084 r. Brunon urządził klasztor, zbudowany też został skromny kościółek. Klasztor niebawem tak się rozrósł, że otrzymał nazwę „Wielkiej Kartuzji” (La Grande Chartreuse). W 1090 r. Brunon został wezwany do Rzymu przez swojego dawnego ucznia – papieża bł. Urbana II na doradcę. Zabrał ze sobą kilku towarzyszy i zamieszkał z nimi przy kościele św. Cyriaka. Wkrótce, w 1092 r., w Kalabrii założył nową kartuzję, a w pobliskim San Stefano in Bosco Bruno stworzył jej filię. Tam zmarł. Kartuzję w Serra San Bruno odwiedził w 1984 r. św. Jan Paweł II. Uczynił to również Benedykt XVI 9 października 2011 r. W słowie do kartuzów podkreślił wówczas znaczenie charyzmatu milczenia we współczesnym świecie. Charyzmat kartuzji – powiedział – sprawia, że „człowiek wycofując się ze świata, poniekąd «eksponuje się» na rzeczywistość w swej nagości, eksponuje się na tę pozorną pustkę, aby doświadczyć Pełni, obecności Boga, Rzeczywistości najbardziej realnej, jaka istnieje, i która wykracza poza wymiar zmysłowy”.

    Warto dodać, że na terenie archidiecezji częstochowskiej, w Gidlach, znajduje się kościół pokartuski Najświętszej Maryi Panny Bolesnej, gdzie w 1839 r. zmarł ostatni gidelski kartuz.

    ks. Mariusz Frukacz/Tygodnik Niedziela

    ***

    5 października

    Święta Faustyna Kowalska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Rajmund z Kapui, prezbiter
      •  Błogosławiony Albert Marvelli
      •  Błogosławiony Franciszek Ksawery Seelos, prezbiter
      •  Błogosławiony Bartolo Longo
    Święta Faustyna Kowalska
    Helena Kowalska urodziła się 25 sierpnia 1905 r. w rolniczej rodzinie z Głogowca k/Łodzi jako trzecie z dziesięciorga dzieci. Dwa dni później została ochrzczona w kościele parafialnym pod wezwaniem św. Kazimierza w Świnicach Warckich (diecezja włocławska). Nadano jej wówczas imię Helena. Kiedy miała siedem lat, po raz pierwszy usłyszała w duszy głos wzywający do doskonalszego życia. W 1914 r. przyjęła I Komunię świętą, a dopiero trzy lata później rozpoczęła naukę w szkole podstawowej. Mimo dobrych wyników uczyła się tylko trzy lata, potem musiała zrezygnować, aby pomagać matce w domu.
    W szesnastym roku życia opuściła dom rodzinny, by na służbie u zamożnych rodzin w Aleksandrowie, Łodzi i Ostrówku zarobić na własne utrzymanie i pomóc rodzicom. Przez cały czas bardzo pragnęła życia zakonnego, ale rodzicom powiedziała o swoich zamiarach dopiero w 1922 r. Ojciec jednak nie wyraził zgody, motywując odmowę brakiem pieniędzy na wyprawę wymaganą w klasztorach.
    W lipcu 1924 r., kiedy Helena z koleżankami uczestniczyła w zabawie w parku koło łódzkiej katedry, Pan Jezus przemówił do niej i polecił niezwłocznie pojechać do Warszawy i wstąpić do klasztoru. Helena postanowiła nie wracać do domu i postawić rodziców przed faktem dokonanym. O tym planie powiedziała tylko siostrze, z którą była, i pierwszym pociągiem przyjechała do Warszawy. Tu następnego dnia zgłosiła się do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ul. Żytniej. Musiała jednak jeszcze rok przepracować w Warszawie, aby odłożyć pieniądze na skromną wyprawę. 1 sierpnia 1925 r. została przyjęta do Zgromadzenia. Postulat odbywała w Warszawie, a nowicjat w Krakowie, gdzie w czasie obłóczyn zakonnych razem z habitem otrzymała imię Maria Faustyna. Od marca 1926 r. Bóg doświadczał siostrę Faustynę ogromnymi trudnościami wewnętrznymi; wiele przecierpiała aż do końca nowicjatu. W Wielki Piątek 1927 r. zbolałą duszę nowicjuszki ogarnął żar Bożej Miłości. Zapomniała o własnych cierpieniach, poznając, jak bardzo cierpiał dla niej Jezus. 30 kwietnia 1928 r. złożyła pierwsze śluby zakonne, następnie z pokorą i radością pracowała w różnych domach zakonnych, m.in. w Krakowie, Płocku i Wilnie, pełniąc rozmaite obowiązki. Zawsze pozostawała w pełnym zjednoczeniu z Bogiem. Jej bogate życie wewnętrzne wspierane było poprzez wizje i objawienia.Święta Faustyna Kowalska
    W zakonie przeżyła 13 lat. 22 lutego 1931 r. po raz pierwszy ujrzała Pana Jezusa Miłosiernego. Otrzymała wtedy polecenie namalowania takiego obrazu, jak ukazana jej postać Zbawiciela, oraz publicznego wystawienia go w kościele. Mimo znacznego pogorszenia stanu zdrowia pozwolono jej na złożenie profesji wieczystej 30 kwietnia 1933 r. Później została skierowana do domu zakonnego w Wilnie. Na początku 1934 roku zwróciła się z prośbą do artysty-malarza Eugeniusza Kazimirowskiego o wykonanie według jej wskazówek obrazu Miłosierdzia Bożego. Gdy w czerwcu ujrzała ukończony obraz, płakała, że Chrystus nie jest tak piękny, jak Go widziała.
    Dzięki usilnym staraniom ks. Michała Sopoćko, kierownika duchowego siostry Faustyny, obraz został wystawiony po raz pierwszy w czasie triduum poprzedzającego uroczystość zakończenia Jubileuszu Odkupienia świata w dniach 26-28 kwietnia 1935 r. Został umieszczony wysoko w oknie Ostrej Bramy i widać go było z daleka. Uroczystość ta zbiegła się z pierwszą niedzielą po Wielkanocy, tzw. niedzielą przewodnią, która – jak twierdziła siostra Faustyna – miała być przeżywana na polecenie Chrystusa jako święto Miłosierdzia Bożego. Ksiądz Michał Sopoćko wygłosił wówczas kazanie o Bożym Miłosierdziu.
    W 1936 r. stan zdrowia siostry Faustyny pogorszył się znacznie, stwierdzono u niej zaawansowaną gruźlicę. Od marca tego roku do grudnia 1937 r. przebywała na leczeniu w szpitalu na krakowskim Prądniku Białym. Wiele modliła się w tym czasie, odwiedzała chorych, a umierających otaczała szczególną modlitewną pomocą. Po powrocie ze szpitala pełniła przez pewien czas obowiązki furtianki. Starała się bardzo, by żaden ubogi nie odszedł bez najmniejszego choćby wsparcia od furty klasztornej. Wywierała bardzo pozytywny wpływ na wychowanki Zgromadzenia, dając im przykład pobożności i gorliwości, a zarazem wielkiej miłości.
    Chrystus uczynił siostrę Faustynę odpowiedzialną za szerzenie kultu Jego Miłosierdzia. Polecił pisanie Dzienniczka poświęconego tej sprawie, odmawianie nowenny, koronki i innych modlitw do Bożego Miłosierdzia. Codziennie o godzinie 15:00 Faustyna czciła Jego konanie na krzyżu. Przepowiedziała także, że szerzona przez nią forma kultu Miłosierdzia Bożego będzie zabroniona przez władze kościelne. Dzięki s. Faustynie odnowiony i pogłębiony został kult Miłosierdzia Bożego. To od niej pochodzi pięć form jego czci: obraz Jezusa Miłosiernego (“Jezu, ufam Tobie”), koronka do Miłosierdzia Bożego, Godzina Miłosierdzia (godzina 15, w której Jezus umarł na krzyżu), litania oraz święto Miłosierdzia Bożego w II Niedzielę Wielkanocną.
    W kwietniu 1938 r. nastąpiło gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia siostry Faustyny. Ksiądz Michał Sopoćko udzielił jej w szpitalu sakramentu chorych, widział ją tam w ekstazie. Po długich cierpieniach, które znosiła bardzo cierpliwie, zmarła w wieku 33 lat – 5 października 1938 r. Jej ciało pochowano na cmentarzu zakonnym w Krakowie-Łagiewnikach. W 1966 r. w trakcie trwania procesu informacyjnego w sprawie beatyfikacji siostry Faustyny, przeniesiono jej doczesne szczątki do kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach.
    S. Faustyna została beatyfikowana 18 kwietnia 1993 r., a ogłoszona świętą 30 kwietnia 2000 r. Uroczystość kanonizacji przypadła w II Niedzielę Wielkanocną, którą św. Jan Paweł II ustanowił wtedy świętem Miłosierdzia Bożego. Relikwie św. siostry Faustyny znajdują się w Krakowie-Łagiewnikach, gdzie mieści się sanktuarium Miłosierdzia Bożego odwiedzane przez setki tysięcy wiernych z kraju i z całego świata. Dwukrotnie nawiedził je również św. Jan Paweł II, po raz pierwszy w 1997 r., a po raz drugi – 17 sierpnia 2002 r., aby dokonać uroczystej konsekracji nowo wybudowanej świątyni w Krakowie-Łagiewnikach i zawierzyć cały świat Bożemu Miłosierdziu.
    W ikonografii św. Faustyna przedstawiana jest w czarnym habicie, w stroju swego zgromadzenia.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    4 października

    Święty Franciszek z Asyżu

    Święty Franciszek z Asyżu

    Św. Franciszek – Jan Bernardone – przyszedł na świat w 1182 r. w Asyżu w środkowych Włoszech. Urodził się w bogatej rodzinie kupieckiej. Jego rodzice pragnęli, by osiągnął on stan szlachecki, nie przeszkadzali mu więc w marzeniach o ostrogach rycerskich. Nie szczędzili pieniędzy na wystawne i kosztowne uczty, organizowane przez niego dla towarzyszy i rówieśników. Jako młody człowiek Franciszek odznaczał się wrażliwością, lubił poezję, muzykę. Ubierał się dość ekstrawagancko. Został okrzyknięty królem młodzieży asyskiej. W 1202 r. wziął udział w wojnie między Asyżem a Perugią. Przygoda ta zakończyła się dla niego niepowodzeniem i niewolą. Podczas rocznego pobytu w więzieniu Franciszek osłabł i popadł w długą chorobę.

    Święty Franciszek z Asyżu

    W roku 1205 uzyskał ostrogi rycerskie (został pasowany na rycerza) i udał się na wojnę, prowadzoną między Fryderykiem II a papieżem. W tym czasie Bóg wyraźniej zaczął działać w życiu Franciszka. W Spoletto miał sen, w którym usłyszał wezwanie Boga. Powrócił do Asyżu. Postanowił zamienić swoje bogate ubranie z żebrakiem i sam zaczął prosić przechodzących o jałmużnę. To doświadczenie nie pozwoliło mu już dłużej trwać w zgiełku miasta. Oddał się modlitwie i pokucie. Kolejne doświadczenia utwierdziły go w tym, że wybrał dobrą drogę. Pewnego dnia w kościele św. Damiana usłyszał głos: “Franciszku, napraw mój Kościół”. Wezwanie zrozumiał dosłownie, więc zabrał się do odbudowy zrujnowanej świątyni. Aby uzyskać potrzebne fundusze, wyniósł z domu kawał sukna. Ojciec zareagował na to wydziedziczeniem syna. Pragnąc nadać temu charakter urzędowy, dokonał tego wobec biskupa. Na placu publicznym, pośród zgromadzonego tłumu przechodniów i gapiów, rozegrała się dramatyczna scena między ojcem a synem. Po decyzji ojca o wydziedziczeniu Franciszek zdjął z siebie ubranie, które kiedyś od niego dostał, i nagi złożył mu je u stóp, mówiąc: “Kiedy wyrzekł się mnie ziemski ojciec, mam prawo Ciebie, Boże, odtąd wyłącznie nazywać Ojcem”. Po tym wydarzeniu Franciszek zajął się odnową zniszczonych wiekiem kościołów. Zapragnął żyć według Ewangelii i głosić nawrócenie i pokutę. Z czasem jego dotychczasowi towarzysze zabaw poszli za nim.24 lutego 1208 r. podczas czytania Ewangelii o rozesłaniu uczniów, uderzyły go słowa: “Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski” (Mt 10, 10). Odnalazł swoją drogę życia. Zrozumiał, że chodziło o budowę trudniejszą – odnowę Kościoła targanego wewnętrznymi niepokojami i herezjami. Nie chcąc zostać uznanym za twórcę kolejnej grupy heretyków, Franciszek spisał swoje propozycje życia ubogiego według rad Ewangelii i w 1209 r. wraz ze swymi braćmi udał się do Rzymu. Papież Innocenty III zatwierdził jego regułę. Odtąd Franciszek i jego bracia nazywani byli braćmi mniejszymi. Wrócili do Asyżu i osiedli przy kościele Matki Bożej Anielskiej, który stał się kolebką Zakonu. Franciszkowy ideał życia przyjmowały również kobiety. Już dwa lata później, dzięki św. Klarze, która była wierną towarzyszką duchową św. Franciszka, powstał Zakon Ubogich Pań – klaryski.

    Święty Franciszek z Asyżu

    Franciszek wędrował od miasta do miasta i głosił pokutę. Wielu ludzi pragnęło naśladować jego sposób życia. Dali oni początek wielkiej rzeszy braci i sióstr Franciszkańskiego Zakonu Świeckich (tercjarstwu), utworzonemu w 1211 r. W tym też roku Franciszek wybrał się do Syrii, ale tam nie dotarł i wrócił do Włoch. W 1217 r. zamierzał udać się do Francji, lecz został zmuszony do pozostania we Włoszech. Uczestniczył w Soborze Laterańskim IV. Z myślą o ewangelizacji pogan wybrał się na Wschód. W 1219 r. wraz z krzyżowcami dotarł do Egiptu i tam spotkał się z sułtanem Melek-el-Kamelem, wobec którego świadczył o Chrystusie. Sułtan zezwolił mu bezpiecznie opuścić obóz muzułmański i dał mu pozwolenie na odwiedzenie miejsc uświęconych życiem Chrystusa w Palestynie, która była wtedy pod panowaniem muzułmańskich Arabów.

    Święty Franciszek z Asyżu
    W 1220 r. Franciszek wrócił do Italii. Na Boże Narodzenie 1223 r., podczas jednej ze swoich misyjnych wędrówek, w Greccio zainscenizował religijny mimodram. W żłobie, przy którym stał wół i osioł, położył małe dziecko na sianie, po czym odczytał fragment Ewangelii o narodzeniu Pana Jezusa i wygłosił homilię. Inscenizacją owego “żywego obrazu” dał początek “żłóbkom”, “jasełkom”, teatrowi nowożytnemu w Europie. 14 września 1224 r. w Alvernii, podczas czterdziestodniowego postu przed uroczystością św. Michała Archanioła, Chrystus objawił się Franciszkowi i obdarzył go łaską stygmatów – śladów Męki Pańskiej. W ten sposób Franciszek, na dwa lata przed swą śmiercią, został pierwszym w historii Kościoła stygmatykiem.Franciszek aprobował świat i stworzenie, obdarzony był niewiarygodnym osobistym wdziękiem. Dzięki niemu świat ujrzał ludzi z kart Ewangelii: prostych, odważnych i pogodnych. Wywarł olbrzymi wpływ na życie duchowe i artystyczne średniowiecza. Trudy apostolstwa, surowa pokuta, długie noce czuwania na modlitwie wyczerpały siły Franciszka. Zachorował na oczy, próby leczenia nie przynosiły skutku. Zmarł 3 października 1226 r. o zachodzie słońca w kościele Matki Bożej Anielskiej w Asyżu. Kiedy umierał, prosił, by bracia zwlekli z niego odzienie i położyli go na ziemi. Rozkrzyżował przebite stygmatami ręce. Odszedł z psalmem 141 na ustach, wcześniej wysłuchawszy Męki Pańskiej według św. Jana. W chwili śmierci miał 45 lat. W dwa lata później uroczyście kanonizował go Grzegorz IX.Najpopularniejszym tekstem św. Franciszka jest Pieśń słoneczna. Pozostawił po sobie pisma: Napomnienia, listy, teksty poetyckie i modlitewne. Św. Franciszek jest patronem wielu zakonów, m. in.: albertynów, franciszkanów, kapucynów, franciszkanów konwentualnych, bernardynek, kapucynek, klarysek, koletanek; tercjarzy; Włoch, Asyżu, Bazylei; Akcji Katolickiej; aktorów, ekologów, niewidomych, pokoju, robotników, tapicerów, ubogich, więźniów.
    W ikonografii św. Franciszek ukazywany jest w habicie franciszkańskim, czasami ze stygmatami. Bywa przedstawiany w otoczeniu ptaków. Jego atrybutami są: baranek, krucyfiks, księga, ryba w ręku.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    3 października

    Błogosławiony
    Kolumban Józef Marmion, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Franciszek Borgiasz, prezbiter
      •  Święty Chrodegang z Metzu, biskup
    Błogosławiony Kolumban Józef Marmion
    Ojciec Kolumban Marmion był jednym z największych XX-wiecznych nauczycieli życia duchowego. Jego słowa i nauki były drukowane w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy w wielu językach. Sięgali do nich papieże: św. Pius X (1903-1914), Benedykt XV (1914-1922) i Pius XII (1939-1958). Kolumban w swych tekstach odznaczał się wiernością nauce katolickiej, wyrazistością stylu i bogactwem myśli, dlatego zaliczany jest do ojców duchowych chrześcijańskiej Europy.
    Przyszedł na świat 1 kwietnia 1858 roku w Dublinie, w Irlandii. Dzień narodzin (prima aprilis) objawiał się w jego charakterze – zawsze był jowialny i pełen radości. Sam często o tym mówił: “Urodziłem się pod znakiem prawdziwych wygłupów”.
    Był siódmym z dziewięciorga dzieci w ubogiej rodzinie szlacheckiej. Jego matka była z pochodzenia Francuzką. Wcześniej śmierć zabrała jej dwóch synów, dlatego razem z mężem błagali św. Józefa, by zesłał im kolejnego chłopca. Gdy przyszedł na świat – z wdzięczności poświęcili go Bogu i dali mu imię Józef. Chłopiec w 1868 roku rozpoczął naukę w szkole prowadzonej przez augustianów, a od 1869 roku kontynuował ją w gimnazjum jezuickim. Jego ulubionym zajęciem w tym czasie było łowienie ryb w morzu.
    Od najmłodszych lat otaczał szczególnym kultem Matkę Bożą. W 1874 roku wstąpił do seminarium diecezjalnego w Dublinie. Tam budował swoją duchowość wokół tajemnicy męki Pańskiej. Prawdopodobnie wtedy nabrał zwyczaju codziennego rozważania stacji Drogi Krzyżowej. Pozostał temu zwyczajowi wierny do końca swoich dni. Pragnąc opanować wrodzoną nadmierną wesołość, upodobał sobie ćwiczenia w milczeniu. W seminarium został wyróżniony przez Boga szczególną łaską – przeżył prawdziwe objawienie. Miał potem wrażenie, że “rzucono światło na nieskończoność Boga”. Trwało to tylko chwilę, ale towarzyszyło mu przez całe późniejsze życie.
    Nie mogąc studiować na terenie Wielkiej Brytanii, gdyż katolikom zabraniano zdobywania wyższego wykształcenia (Irlandia wywalczyła niepodległość w lipcu 1921 roku), Józef kontynuował naukę w kolegium Kongregacji Rozkrzewiania Wiary w Rzymie – ukończył ją z najlepszą oceną i złotym medalem. Tam też w dniu 16 czerwca 1881 roku przyjął święcenia kapłańskie. W tym samym roku powrócił do Irlandii i został wikariuszem w Dundrum. Po drodze do domu wstąpił do klasztoru benedyktynów w Maredsous. To, co tam przeżył, zaważyło na jego przyszłości. Całkowite oderwanie od świata, piękna liturgia, nieustanne modlitwy i całkowite posłuszeństwo Bogu i przełożonym – wywarły na nim tak wielkie wrażenie, że obiecał opatowi, że jak tylko będzie to możliwe, powróci i przywdzieje habit benedyktyński. Nie było to jednak takie proste.
    Został mianowany wykładowcą filozofii, greki i francuskiego w swoim dawnym seminarium (1882-1886). Równocześnie pełnił obowiązki kapelana w klasztorze redemptorystek i w więzieniu kobiecym. Dopiero w listopadzie 1886 roku za zgodą biskupa wstąpił do benedyktyńskiego nowicjatu w pobliskim opactwie Maredsous. 10 lutego 1888 roku złożył śluby czasowe i przyjął zakonne imię Kolumban, na cześć wielkiego irlandzkiego Świętego. Pierwsze miesiące nie były łatwe. Mistrz nowicjatu był człowiekiem nader surowym i niełatwo było Kolumbanowi dostosować się do wszystkich wymagań. Po trzech latach złożył jednak śluby wieczyste.
    Posłuszeństwo i pokora pomogły mu pokonać trudności surowego życia we wspólnocie i odnaleźć pokój wewnętrzny. Był pomocnikiem magistra nowicjatu, uczył chłopców w szkole klasztornej, głosił Ewangelię w pobliskich parafiach. Zaczęło się niepozornie. Ojciec Kolumban słabo sobie radził z francuskim, ale miejscowy proboszcz nie miał wyboru, a potrzebował kaznodziei. Po zakończeniu rekolekcji przyszedł do klasztoru i powiedział opatowi: “Jeszcze nigdy nie miałem w mojej parafii takiego kaznodziei; nikt dotąd tak bardzo nie poruszył słuchaczy!” Tak zaczęła się misja Kolumbana jako kaznodziei i przewodnika duchowego. Wielu ludzi, zarówno świeckich, jak i duchownych, zaczęło szukać u niego pokrzepienia i rady.
    13 kwietnia 1899 roku Kolumban z niewielką grupą mnichów udał się do Lowanium, aby założyć tam klasztor Mont César. Wkrótce został mianowany jego przeorem. Wykładał teologię dogmatyczną na miejscowym uniwersytecie, był spowiednikiem karmelitanek bosych, prefektem i kierownikiem duchowym kleryków. Dał się poznać jak wybitny kaznodzieja w Belgii, Francji i na Wyspach Brytyjskich. W dniu 28 września 1909 roku został wybrany na opata w Maredsous, we wspólnocie, która liczyła ponad 100 mnichów, prowadziła wydawnictwo, gimnazjum klasyczne, szkołę rzemiosł artystycznych oraz duże gospodarstwo rolne.
    Kolumban troszczył się o rozbudowę opactwa i o porządne wykształcenia zakonników. Otoczył opieką mnichów anglikańskich, którzy wyrazili pragnienie przejścia na katolicyzm. Jego troska o dobro i bezpieczeństwo podopiecznych przejawiła się przede wszystkim w trudnych latach I wojny światowej. Z narażeniem życia przeprowadził młodych mnichów z okupowanej przez Niemców Belgii (opactwo nie mogło zapewnić utrzymania wszystkim mnichom) do Irlandii, gdzie w Edermine znalazł dla nich schronienie.
    Z tym okresem wiąże się zabawna historia. Gdy Kolumban chciał przedostać się przez granicę do Anglii, nie posiadając paszportu, został złapany. Próbował się jakoś wytłumaczyć, ale wszelkie argumenty nie przynosiły oczekiwanego skutku, więc w końcu powiedział: “Jestem Irlandczykiem, a Irlandczycy nie potrzebują paszportów – chyba że udają się do piekła, a ja nie zamierzam”. Dzięki temu przekroczył granicę.
    Jednak tragiczna w swych skutkach I wojna światowa spowodowała napięcia także we wspólnotach klasztornych w Belgii, Niemczech i Jerozolimie, ponieważ miejscowe władze sprzeciwiały się obecności na własnym terytorium przedstawicieli wrogich państw. Wobec silnych nastrojów antyniemieckich po wojnie Kolumban odłączył opactwo Maredsous od kongregacji w Beuron. Zorganizował belgijską kongregację Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny i napisał dla niej konstytucje.
    Jego konferencje, rekolekcje i odczyty zostały opublikowane w trylogii Chrystus życiem duszy (1917), Chrystus w swoich tajemnicach (1919) oraz Chrystus jako wzór dla mnicha (1922). Zawarł tam wykład swych poglądów w zakresie teologii i ascezy. Pisał: “Jezus Chrystus jest najwyższym celem wszelkiej świętości, Boskim wzorem, danym przez Boga samego, aby naśladowali go Jego wybrani. Chrześcijańska świętość polega na pełnym i szczerym przyjęciu Chrystusa przez wiarę i na udoskonaleniu tej wiary przez nadzieję i miłość”. Był jednym z największych autorytetów teologicznych i duchowych ówczesnej Europy. Swoją duchowość zbudował wokół osoby Jezusa Chrystusa, zwracając szczególną uwagę na posłuszeństwo i modlitwę. Wzorem dla niego był św. Paweł Apostoł. Troszczył się o to, by zakonnicy posiedli rzetelną wiedzę teologiczną i zakorzeniali swe życie wewnętrzne w nieustannej modlitwie. Popularność swych dzieł tłumaczył prosto: “Przyczyną takiego sukcesu jest to, że w owych pracach nie ma praktycznie niczego, co pochodziłoby ode mnie”.
    Kolumban odszedł po nagrodę nieba w dniu 30 stycznia 1923 roku. W 1954 roku rozpoczął się jego proces beatyfikacyjny, zakończony w czerwcu 1999 roku zatwierdzeniem dekretu o heroiczności jego cnót. 3 września 2000 roku Kolumban Marmion został włączony do grona błogosławionych przez św. Jana Pawła II.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    2 października

    Świętych Aniołów Stróżów

    Anioł Stróż
    Aniele Boży, Stróżu mój,
    Ty zawsze przy mnie stój.
    Rano, w wieczór, w dzień i w nocy
    Bądź mi zawsze ku pomocy.
    Strzeż duszy i ciała mego
    I doprowadź mnie do żywota wiecznego.

    Amen.
    Anioł Stróż
    Chociaż może ta modlitwa kojarzy się z dzieciństwem i dziećmi, przekonanie o istnieniu i obecności Aniołów, w tym również Aniołów Stróżów, jest jednym z ważnych elementów naszej wiary. Aniołowie są duchami stworzonymi przez Boga dla Jego chwały i pomocy ludziom. Ci, którym Bóg zleca opiekę nad ludźmi, są nazywani Aniołami Stróżami. Opieka ta trwa przez całe nasze ziemskie życie. Każdy z nas ma swojego, “osobnego” Anioła Stróża.
    Pismo Święte nie pozostawia wątpliwości co do istnienia aniołów, posłańców Bożych, którzy uczestniczą w dziejach zbawienia człowieka. Te czysto duchowe istoty pośredniczą między Bogiem a ludźmi. Nauka o nich jest oparta przede wszystkim na dwóch fragmentach Biblii. W psalmie 91 czytamy:Niedola nie przystąpi do ciebie, a cios nie spotka twojego namiotu, bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień.Natomiast św. Mateusz przekazuje nam w swojej Ewangelii m.in. takie słowa Jezusa:Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie.Nie są to bynajmniej jedyne teksty Pisma świętego wskazujące na to, że Bóg posługuje się aniołami dla dobra rodzaju ludzkiego lub poszczególnych ludzi. Wystarczy przypomnieć o opiece anioła nad Hagar i jej synem, Izmaelem (Rdz 16, 7-12); anioł powstrzymuje Abrahama, by nie dokonywał zabójstwa swego pierworodnego syna, Izaaka (Rdz 22, 11), anioł ratuje Lota i jego rodzinę (Rdz 19), anioł ratuje trzech młodzieńców od śmierci w piecu ognistym (Dn 3, 49-50) i Daniela w lwiej jamie (Dn 6-22), żywi proroka Eliasza i ratuje go od śmierci głodowej (1 Krl 19, 5-8), wyprowadza Apostołów z więzienia (Dz 5, 19-20) i ratuje św. Piotra z rąk Heroda (Dz 12, 7-23)
    Anioł Stróż
    Aniołowie byli obecni w nauczaniu Kościoła już od pierwszych wieków, w dziełach wybitnych myślicieli chrześcijańskich. W pismach ojców Kościoła naukę o Aniołach Stróżach spotykamy już w pierwotnych dokumentach chrześcijaństwa. Św. Cyprian (+ 258) nazywa aniołów naszymi przyjaciółmi. Św. Bazyli (+ 379) widzi w nich naszych pedagogów. Św. Ambroży (+ 397) uważa ich za naszych pomocników. Św. Hieronim (+ ok. 420) twierdzi: “Tak wielka jest godność duszy, że każda ma ku obronie Anioła Stróża”. Św. Bazyli idzie dalej, gdy pisze: “Niektórzy między aniołami są przełożonymi nad narodami, inni zaś dodani każdemu z wiernych”. Podobnie pisze św. Augustyn (+ 430): “Wielkim jest staranie, jakie ma Pan Bóg o ludzi. Wielką nam miłość okazał przez to, że ustanowił aniołów, aby nas strzegli”.
    Wśród świętych, którzy wyróżniali się szczególnym nabożeństwem do Aniołów Stróżów, należałoby wymienić: św. Cecylię (+ w. III), św. Franciszkę Rzymiankę (+ 1440) i bł. Dalmacjusza, dominikanina z Gerony (+ 1341), którzy mieli szczęście często przestawać ze swoim Aniołem Stróżem, jak głoszą ich żywoty; św. Stanisława Kostkę, naszego rodaka, patrona Polski, który z rąk anioła miał otrzymać cudownie Komunię świętą, gdy był w drodze do Dyllingen; św. Franciszka Salezego, który miał zwyczaj pozdrawiać Anioła Stróża w każdej miejscowości, do której przybywał; oraz św. Jana Bosko, którego Anioł Stróż kilka razy uratował od niechybnej śmierci w czasie czynionych na niego zamachów, kiedy posyłał mu tajemniczego psa ku obronie.
    Anioł Stróż
    Aniołom oddawano cześć już w liturgii starochrześcijańskiej. Wprawdzie pierwotne chrześcijaństwo walczące z wszelkimi przejawami pogaństwa nie rozwinęło kultu aniołów, podobnie jak powstrzymywało się od publicznego kultu Matki Bożej i świętych, jednak pierwsze wzmianki o kulcie aniołów spotykamy już u św. Justyna (+ ok. 165) w jego pierwszej Apologii. Od IV w. wyróżnia się kult św. Michała Archanioła. Aniołowie są wymieniani często w różnych liturgiach jako oddający chwałę Panu Bogu. W ikonografii spotykamy aniołów już w katakumbach (w. III).
    Osobne święto pojawiło się dopiero w XV w. na Półwyspie Iberyjskim, zwłaszcza na terenie Hiszpanii oraz we Francji. W roku 1608 Paweł V pozwolił obchodzić to święto w pierwszy dzień zwykły po św. Michale. Na stałe do kalendarza liturgicznego dla całego Kościoła wprowadził je Klemens X w roku 1670. Żywą wiarą w Aniołów Stróżów wyróżniał się m.in. bł. Jan XXIII, który jeszcze jako nuncjusz apostolski przed każdym ważnym spotkaniem prosił swego Anioła Stróża o pomyślny przebieg rozmowy i jej dobre owoce.Niech dzisiejsze wspomnienie uświadomi nam, że Aniołowie Stróżowie realnie istnieją, opiekują się nami, chroniąc przed złem i prowadząc ku dobru, a wiara w nich nie jest zarezerwowana tylko dla dzieci. Nie zapominajmy o częstej modlitwie do naszych duchowych opiekunów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    1 października

    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus,
    dziewica i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Remigiusz, biskup
      •  Święty Roman Hymnograf, diakon

    Sample
    fot. Wikipedia
    ***

    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus, zwana także Małą Tereską (dla odróżnienia od św. Teresy z Avila, zwanej Wielką) albo Teresą z Lisieux, urodziła się w Alencon (Normandia) w nocy z 2 na 3 stycznia 1873 r. jako dziewiąte dziecko Ludwika i Zofii. Kiedy miała 4 lata, umarła jej matka. Wychowaniem dziewcząt zajął się ojciec. Teresa po śmierci matki obrała sobie za matkę Najświętszą Maryję Pannę. W tym samym roku (1877) ojciec przeniósł się z pięcioma swoimi córkami do Lisieux. W latach 1881-1886 Teresa przebywała u sióstr benedyktynek w Lisieux, które w swoim opactwie miały także szkołę z internatem dla dziewcząt.
    25 marca 1883 r. dziesięcioletnia Teresa zapadła na ciężką chorobę, która trwała do 13 maja. Jak sama wyznała, uzdrowiła ją cudownie Matka Boża. W roku 1884 Teresa przyjęła pierwszą Komunię świętą. Odtąd przy każdej Komunii świętej powtarzała z radością: “Już nie ja żyję, ale żyje we mnie Jezus”. W tym samym roku otrzymała sakrament bierzmowania.
    Przez ponad rok dręczyły ją poważne skrupuły. Jak sama wyznała, uleczenie z tej duchowej choroby zawdzięczała swoim trzem siostrom i bratu, którzy zmarli w latach niemowlęcych. W pamiętniku zapisała, że w czasie pasterki w noc Bożego Narodzenia przeżyła “całkowite nawrócenie”. Postanowiła zupełnie zapomnieć o sobie, a oddać się Jezusowi i sprawie zbawienia dusz. Zaczęła odczuwać gorycz i wstręt do przyjemności i ponęt ziemskich. Ogarnęła ją tęsknota za modlitwą, rozmową z Bogiem. Odtąd zaczęła się jej wielka droga ku świętości. Miała wtedy zaledwie 13 lat.
    Rok później skazano na śmierć głośnego bandytę, który był postrachem całej okolicy, Pranziniego. Teresa dowiedziała się z gazet, że zbrodniarz ani myśli pojednać się z Panem Bogiem. Postanowiła zdobyć jego duszę dla Jezusa. Zaczęła się serdecznie modlić o jego nawrócenie. Ofiarowała też w jego intencji specjalne pokuty i umartwienia. Wołała: “Jestem pewna, Boże, że przebaczysz temu biednemu człowiekowi (…). Oto mój pierwszy grzesznik. Dla mojej pociechy spraw, aby okazał jakiś znak skruchy”. Nadszedł czas egzekucji, lecz bandyta nawet wtedy odrzucił kapłana. A jednak ku zdziwieniu wszystkich, kiedy miał podstawić głowę pod gilotynę, nagle zwrócił się do kapłana, poprosił o krzyż i zaczął go całować. Na wiadomość o tym Teresa zawołała szczęśliwa: “To mój pierwszy syn!”Święta Teresa z Lisieux
    Kiedy Teresa miała 15 lat, zapukała do bramy Karmelu, prosząc o przyjęcie. Przełożona jednak, widząc wątłą i bardzo młodą panienkę, nie przyjęła Teresy, obawiając się, że nie przetrzyma ona tak trudnych i surowych warunków życia. Teresa jednak nie dała za wygraną; udała się z prośbą o pomoc do miejscowego biskupa. Ten jednak zasłonił się prawem kościelnym, które nie zezwala w tak młodym wieku wstępować do zakonu. W tej sytuacji dziewczyna nakłoniła ojca, by pojechał z nią do Rzymu. Leon XIII obchodził właśnie złoty jubileusz swojego kapłaństwa (1887). Teresa upadła przed nim na kolana i zawołała: “Ojcze święty, pozwól, abym dla uczczenia Twego jubileuszu mogła wstąpić do Karmelu w piętnastym roku życia”. Papież nie chciał jednak uczynić wyjątku. Teresa chciała się wytłumaczyć, ale gwardia papieska usunęła ją siłą, by także inni mogli – zgodnie z ówczesnym zwyczajem – ucałować nogi papieża.
    Marzenie Teresy spełniło się dopiero po roku. Została przyjęta najpierw w charakterze postulantki, potem nowicjuszki. Zaraz przy wejściu do klasztoru uczyniła postanowienie: “Chcę być świętą”. W styczniu 1889 r. odbyły się jej obłóczyny i otrzymała imię: Teresa od Dzieciątka Jezus i od Świętego Oblicza. Jej drugim postanowieniem było: “Przybyłam tutaj, aby zbawiać dusze, a nade wszystko, by się modlić za kapłanów”. W roku 1890 złożyła uroczystą profesję. W dwa lata potem po raz ostatni odwiedził siostrę Teresę ojciec. Cierpiał już wtedy na zaburzenia umysłowe, ale rozpoznał córkę i powiedział do niej na pożegnanie: “W niebie”. Przełożona poznała się na niezwykłych cnotach młodej siostry, skoro zaledwie w trzy lata po złożeniu ślubów wyznaczyła ją na mistrzynię nowicjuszek. Obowiązek ten Teresa spełniała do śmierci, to jest przez cztery lata.
    W zakonnym życiu zadziwiała jej dojrzałość duchowa. Starała się doskonale spełniać wszystkie, nawet najmniejsze obowiązki. Nazwała tę drogę do doskonałości “małą drogą dziecięctwa Bożego”. Widząc, że miłość Boga jest zapomniana, oddała się Bogu jako ofiara za zbawienie świata. Swoje przeżycia i cierpienia
    opisała w księdze Dzieje duszy.

    Zanim zapadła na śmiertelną chorobę, Teresa była wyjątkowo surowo traktowana przez przełożoną, która uważała, że dziewczyna lekkomyślnie i niepoważnie zgłosiła się do Karmelu. Jej stały uśmiech brała za lekkie traktowanie swojej profesji. Także zakonnica, którą się s. Teresa opiekowała z racji jej wieku i kalectwa, nie umiała zdobyć się na słowo podzięki, ale często ją rugała i mnożyła swoje wymagania. Teresa cieszyła się z tych krzyży, bo widziała w nich piękny prezent, jaki może złożyć Bogu.
    Na rok przed śmiercią zaczęły pojawiać się u Teresy pierwsze objawy daleko już posuniętej gruźlicy: wysoka gorączka, osłabienie, zanik apetytu, a nawet krwotoki. Pierwszy krwotok zaalarmował klasztor w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek. Mimo to siostra Teresa spełniała nadal wszystkie zlecone jej obowiązki: mistrzyni, zakrystianki i opiekunki jednej ze starszych sióstr. Zima w roku 1896/1897 była wyjątkowo surowa, klasztor zaś był nie ogrzewany. Teresa przeżywała prawdziwe tortury. Nękał ją uciążliwy kaszel i duszność. Przełożona zlekceważyła jej stan. Nie oddano jej do infirmerii ani nie wezwano lekarza. Uczyniono to dopiero wtedy, kiedy stan był już beznadziejny. Jeszcze wówczas zastosowano wobec chorej drakońskie środki, takie jak stawianie baniek. Z poranionymi plecami i piersiami musiała iść do normalnych zajęć i pokut zakonnych, nawet do prania. Do infirmerii posłano ją dopiero w lipcu roku 1897, gdzie po kilkunastu tygodniach niezwykłych mąk 30 września 1897 roku zmarła, zapowiedziawszy: “Chcę, przebywając w niebie, czynić dobro na ziemi. Po śmierci spuszczę na nią deszcz róż”.
     
    Pius XI beatyfikował ją w 1923 r., a już w dwa lata później – kanonizował. W 1927 r. ogłosił ją, obok św. Franciszka Ksawerego, główną patronką misji katolickich. W roku 1890 bowiem – a więc jeszcze za życia Teresy – klasztor w Sajgonie zamierzał otworzyć w Hanoi drugi klasztor karmelitanek na ziemiach wietnamskich. W tej sprawie zwrócono się do klasztoru macierzystego w Lisieux o pomoc. Siostry zamierzały wysłać pomoc także w personelu. Wśród pierwszych ochotniczek była także siostra Teresa od Dzieciątka Jezus. Ustalenia trwały jednak zbyt długo; Teresa zachorowała i zmarła.
    W roku 1944 Pius XII ustanowił św. Teresę drugą, obok św. Joanny d’Arc, patronką Francji. W 1997 r., w 100. rocznicę śmierci św. Teresy, papież św. Jan Paweł II ogłosił ją doktorem Kościoła – razem z Teresą z Avili i Katarzyną ze Sieny. Św. Teresa z Lisieux jest patronką zakonów: karmelitanek, teresek, terezjanek; archidiecezji łódzkiej.
    W ikonografii św. Teresa przedstawiana jest na podstawie autentycznych fotografii. Jej atrybutami są: Dziecię Jezus, księga, pęk róż, pióro pisarskie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***