Month: June 2024

  • Ogłoszenia – lipiec 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    _________________________________________________________________________________

    W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00

    NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ W MIESIĄCU LIPCU ŚPIEWAMY LITANIĘ DO NAJDROSZEJ KRWI CHRYSTUSOWEJ. W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17-tej. Chętni bardzo mile widziani.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLENEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W KAŻDĄ TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM. NA POCZĄTKU SPOTKANIA O GODZ. 10.00 ŚPIEWAMY GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY A NA ZAKOŃCZENIE – W POŁUDNIE – MODLITWA NA ANIOŁ PAŃSKI.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I MSZA ŚWIĘTA O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA O GODZ. 5.00.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć w Liturgii Mszy świętej

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski/Kai

    ***

    W roku liturgicznym niektóre święta i uroczystości mają stałe daty – tak jak Boże Narodzenie 25 grudnia. Są również święta i uroczystości, których daty przypadają w różnych dniach kolejnego roku – tak jak  Wielkanoc, czy Uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    Dla przypomnienia podaję listę świąt i uroczystości w 2024 roku:

    1 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (sobota) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    31 marca (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    12 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    19 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    30 maja (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (czwartek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (piątek) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (środa) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2024 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęcają jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:

    2 lutego (piątek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (wtorek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    1 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    8 kwietnia (poniedziałek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    20 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (sobota) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    9 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (czwartek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika


    Adwent w 2024 roku rozpocznie się 1 grudnia.

    _______________________________________________________________________________________

    V przykazań kościelnych

    Przykazania kościelne wyznaczają normy postępowania, które ustanawia Kościół Katolicki. Dotyczą one uczestniczenia w życiu Kościoła, a zwłaszcza w liturgii.

    1. W niedziele i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych.

    2. Przynajmniej raz w roku przystąpić do Sakramentu Pokuty.

    3. Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię świętą.

    4. Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w czasie Wielkiego Postu powstrzymywać się od udziału w zabawach.

    5. Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła.

    ____________________________________

    W niedziele i w święta wierni nie powinni wykonywać prac, które utrudniają oddawanie czci Bogu, przeżywania radości właściwej dniowi świątecznemu i korzystania z należytego odpoczynku duchowego i fizycznego.

    Zgodnie z drugim przykazaniem kościelnym każdy wierny powinien przynajmniej raz w roku przystąpić do spowiedzi św.

    5 warunków dobrej spowiedzi świętej:

    • Rachunek sumienia.
    • Żal za grzechy.
    • Mocne postanowienie poprawy.
    • Szczera spowiedź
    • Zadość uczynienie Panu Bogu i Bliźniemu.

    Okres Wielkanocny w trzecim przykazaniu obejmuje czas od Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego do Niedzieli Zesłania Ducha Świętego.

    Co do czwartego przykazania – wszyscy wierni obowiązani są czynić pokutę. Dla wyrażenia tej pokutnej formy pobożności chrześcijańskiej Kościół ustanowił dni i okresy pokuty. W tym czasie chrześcijanin powinien szczególnie praktykować czyny pokutne służące nawróceniu serca, co jest istotą pokuty w Kościele. Powstrzymywanie się od zabaw pomaga w opanowaniu instynktów i sprzyja wolności serca.

    • Czynami pokutnymi są: modlitwa, jałmużna, uczynki pobożności i miłości, umartwianie przez wierniejsze pełnienie obowiązków, wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post.
    • Czasem pokuty w Kościele są poszczególne piątki całego roku i czas Wielkiego Postu.
    • Wstrzemięźliwość obowiązuje wszystkich, którzy ukończyli 14 rok życia we wszystkie piątki i Środę Popielcową.
    • Post ścisły obowiązuje w Środę Popielcową i w Wielki Piątek wszystkich między 18 a 60 rokiem życia.
    • Uzasadniona niemożliwość zachowania wstrzemięźliwości w piątek domaga się od chrześcijanina podjęcia innych form pokuty.
    • Powstrzymywanie się od zabaw obowiązuje we wszystkie piątki i w czasie Wielkiego Postu.

    _______________________________________________________________________________________

    Dnia 12 lipca 2024 roku ustawa o mordowaniu dzieci została odrzucona przez Sejm zaledwie trzema glosami. Fundacja Życie i Rodzina dziękuje wszystkim, którzy wspierali komisję do spraw aborcji poprzez modlitwę i wpływanie na posłów, aby głosowali za życiem.

    DLA PRZYPOMNIENIA DLA TYCH, KTÓRZY PRZYSTĘPUJĄ DO KOMUNII ŚW. MIMO, ŻE ZGADZAJĄ SIĘ NA ZABIJANIE DZIECI W ŁONIE MATEK:

    Zgodnie z kan. 1364 §1 PRAWA KANONICZNEGO KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO, ekskomunice „latae sententiae” – wiążącej mocą samego prawa podlegają katolicy odstępujący od prawd wiary, heretycy lub schizmatycy. W Encyklice „Evangelium vitae” św. Jan Paweł II napisał: „Dlatego mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami […]  oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na Słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne”. Oznacza to więc, że aprobowanie aborcji jest odstąpieniem od prawdy katolickiej wiary.

    __________________________________________________________________________________________________________

    W LIPCOWY MIESIĄC KOŚCIÓŁ ZACHĘCA NAS DO MEDYTOWANIA NAD NAJŚWIĘTSZĄ KRWIĄ CHRYSTUSA

    Dziś zaczyna się lipiec, miesiąc, który zgodnie z ludową tradycją poświęcony jest kontemplacji Najświętszej Krwi Chrystusa, niezgłębionej tajemnicy miłości i miłosierdzia.

    W dzisiejszej liturgii apostoł Paweł w Liście do Galatów stwierdza, że «ku wolności wyswobodził nas Chrystus» (Ga 5, 1). Ta wolność ma bardzo wysoką cenę: jest nią życie, krew Odkupiciela. Tak! Krew Chrystusa jest ceną, którą Bóg zapłacił, aby wyzwolić ludzkość z niewoli grzechu i śmierci.

    Krew Chrystusa jest niezbitym dowodem miłości niebieskiego Ojca do każdego człowieka, bez żadnego wyjątku.

    Wszystko to bardzo jasno wyraził św. Jan XXIII, który otaczał Krew Pańską wielkim nabożeństwem, wyniesionym z domu, gdzie słyszał w dzieciństwie, jak rodzina odmawiała litanie jej poświęcone. Jako papież napisał list apostolski wzywający do krzewienia tego kultu (Inde a primis, 30 czerwca 1959 r.) i zachęcił wiernych do rozważania nieskończonej wartości tej Krwi, «której jedna kropla może wybawić cały świat od wszelkiej winy» (hymn Adoro Te devote).

    (z rozważania św. Jana Pawła II przed modlitwą “Anioł Pański” – 1.07.2001)

    ***

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1616663031.jpg
    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Lita­nia do Naj­droż­szej Krwi Chrystusa

    Kyrie, eleison, Chrysteeleison, Kyrieeleison.
    Chryste
    , usłysz nas, Chrystewysłuchaj nas,
    Ojcze z nieba, Boże
    zmiłuj się nad nami
    Synu, Odkupicielu świata, Boże, 
    zmiłuj się nad nami
    Duchu Święty, Boże
    , zmiłuj się nad nami
    Święta Trójco, Jedyny Boże
    , zmiłuj się nad nami

    Krwi Chrystusa, Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wcielonego Słowa Bożego
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, nowego i wiecznego Przymierza
    , wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, przy konaniu w Ogrójcu spływająca na ziemię, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, tryskająca przy biczowaniu, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, brocząca spod cierniowej korony
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, przelana na krzyżu
    , wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, zapłato naszego zbawienia
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, bez której nie ma przebaczenia
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, która poisz i oczyszczasz dusze w Eucharystii
    wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, zdroju miłosierdzia
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zwyciężająca złe duchy
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, męstwo Męczenników
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, mocy Wyznawców
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, rodząca Dziewice
    , wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, ostojo zagrożonychwybaw nas.
    Krwi Chrystusa, ochłodo pracujących
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, pociecho płaczących
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, nadziejo pokutujących
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, otucho umierających
    wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, pokoju i słodyczy serc naszychwybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zadatku życia wiecznego
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wybawienie dusz z otchłani czyśćcowej
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wszelkiej chwały i czci najgodniejsza,
     wybaw nas.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    K. Odkupiłeś nas, Panie, Krwią swoją.
    W. I uczyniłeś nas królestwem Boga naszego.

    K. Módlmy się. Wszechmogący, wieczny Boże, Ty Jednorodzonego Syna swego ustanowiłeś Odkupicielem świata i Krwią Jego dałeś się przebłagać, † daj nam, prosimy, godnie czcić zapłatę naszego zbawienia i dzięki niej doznawać obrony od zła doczesnego na ziemi, * abyśmy wiekuistym szczęściem radowali się w niebie. Przez Chrystusa, Pana naszego.
    W. Amen.

    ***
    Ofiarowanie Przenajdroższej Krwi Chrystusa


    Ojcze Przedwieczny, przez Niepokalane Serce Maryi ofiaruję Ci Najdroższą Krew Jezusa Chrystusa,
    – na zadośćuczynienie za grzechy całego świata,
    – za konających i za zmarłych w czyśćcu
    – oraz dla odnowienia Kościoła w Duchu Świętym.
    Amen.



    Niech będzie zawsze błogosławiony i uwielbiony Jezus, który nas Krwią swoją odkupił!
    Niech będzie zawsze błogosławiony i uwielbiony Jezus, który nas Krwią swoją uwolnił!
    Niech będzie zawsze błogosławiony i uwielbiony Jezus, który nas Krwią swoją uświęcił!
    Błogosławiona Krew Jezusowa! Na wieki błogosławiona!

    ___________________________________________________________________________________________

    Adam Chmielowski, „Ecce Homo” (fragment obrazu)

    „Ecce Homo” (fragment obrazu) – fot. Graziako/Tygodnik Niedziela

    ***

    “Oto człowiek”. Obraz udręczonego Chrystusa namalowany przez Adama Chmielowskiego, który później przybrał imię brat Albert stając się ojcem dla bezdomnych. W roku 1989 został ogłoszony świętym. Ten obraz powstawał przez długie lata podczas medytacji nad umęczonym Chrystusem, ukoronowanym cierniem – obdartym całkowicie z ludzkiej godności.

    *****

    „Gdziekolwiek zwrócę myśl, widzę Jego Krew. Rany nóg i rąk, głowę koronowaną cierniami, otwarte Serce Boże. Wszystko to popycha nas do pokochania Go. Krew Eucharystyczna, którą Jezus ofiarowuje każdego dnia na ołtarzu, to także Krew, która płynie z krzyża i ołtarza, płynie w Ciele Mistycznym Chrystusa, przynosząc duszom Jego siłę oczyszczającą i uświęcającą. O, żeby cały świat został oczyszczony ze zmazy grzechu. Oto do czego skłania nas cześć Bożej Krwi, którą ofiarujemy stale we Mszy św., którą przyjmujemy w sakramentach. Ona jest ceną zbawienia i świadectwem miłości okazanej człowiekowi przez Boga”. 

    św. Kasper de Buffalo.

    *****

    Krwiodawstwo Życia:

    Pan Jezus przelewa swoją Najświętszą Krew podczas ukoronowania cierniem

    Przywódcy żydowscy żądają od Piłata, aby skazał Jezusa na ukrzyżowanie. Ukoronowanie cierniem staje się najbardziej ekspresywnym momentem w całym objawieniu. Jezus jest wyśmiany, jednakże prawdziwie jest Królem, ponieważ Jego królewskość jest „inna” niż ta z tego świata.

    Z Ewangelii św. Jana

    A żołnierze, uplótłszy koronę z cierni, włożyli Mu ją na głowę i okryli Go płaszczem purpurowym. Potem podchodzili do Niego i mówili: «Witaj, Królu żydowski!» I policzkowali Go. A Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: «Oto wyprowadzam Go wam na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w Nim żadnej winy». Jezus więc wyszedł na zewnątrz w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: «Oto Człowiek». (J 19, 2-5)

    Refleksja

    Jan Ewangelista umieszcza scenę ukoronowania cierniem Jezusa i wyśmiania Go jako „króla” w centrum procesu, w taki sposób, aby Jezus został ukazany jako prawdziwy Król. Piłat po raz kolejny stwierdza, że nie znalazł w Nim żadnej winy, zasługującej na skazanie Jezusa na śmierć, i ukazuje Go ludowi: Oto Człowiek! Ta wypowiedź Piłata o Jezusie poranionym, z koroną cierniową na głowie i w płaszczu purpurowym, mogłaby wskazywać na pogardę wobec tej „biednej ofiary”. Ale może również mieć inne znaczenie: zwykle „nowy król” był przedstawiany poddanym, już ubrany w szaty królewskie, wypowiadano imię króla, a lud wznosił okrzyki aprobaty. Myślą przewodnią naszego rozumowania i działania jest nie tyle Ewangelia, co Osoba, którą ta Ewangelia przepowiada. Chrystus, nasz Niebiański Król, jest obecny w nas, a nasza relacja z Nim ma się opierać na prawdziwym poddaniu się Jemu, jako Królowi. On, słońce naszej duszy, upiększa nas swoją czystością i swoim blaskiem. W ten sposób Jego Królewska godność staje się dla nas bodźcem do podążania za Nim wszędzie i naśladowania Go we wszystkim.

    Z „Komentarza do Ewangelii św. Jana” św. Augustyna, biskupa (Homilia 116)

    Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: «Oto wyprowadzam Go do was na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w Nim żadnej winy». Jezus więc wyszedł na zewnątrz, w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: «Oto Człowiek». Oto dowód na to, że nie dokonało się bez wiedzy Piłata to, co żołnierze uczynili Jezusowi, zarówno to, co było im zlecone, jak i to, na co im pozwolono. Stało się to z tego powodu, jak już powiedzieliśmy, że nieprzyjaciele Jezusa zasmakowali w rozkoszowaniu się tymi wszystkimi wyrządzanymi Mu zniewagami i nie zaspokoili ostatecznie swojej żądzy krwi. Jezus wychodzi przed lud w koronie cierniowej i zhańbiony. Piłat mówi do nich: Oto Człowiek!, jakby chciał powiedzieć: jeśli jesteście zawistni o króla, oszczędźcie Go teraz, kiedy widzicie Go tak poniżonym; został ubiczowany, ukoronowany cierniem, odziany w hańbiący strój; został wyśmiany obelżywymi krzykami, spoliczkowany; zawrzała hańba, rozpaliła się nienawiść.

    Prośby

    Módlmy się do Boga Ojca za zbawienie wszystkich ludzi, odkupionych mocą Krwi Chrystusa, i wołajmy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Prośmy, aby Krew Chrystusa oczyściła nasze sumienia ze złych uczynków, byśmy mogli służyć żywemu Bogu:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Prośmy, aby tajemnica Chrystusa, który wydaje się za każdego człowieka, przyciągnęła wszystkie narody do serca Jezusowego:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Prośmy, aby spojrzenie na krzyż Chrystusa wzbudziło w grzesznikach prawdziwe pragnienie pokuty:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Boże Wszechmocny, dziękujemy Ci za to, że uczyniłeś nas godnymi uczestnictwa w tajemnicy Krwi Twojego Syna. Naucz nas odpowiadać coraz lepiej na wyraz Twojej miłosiernej miłości. Prosimy o to przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    tekst pochodzi z książki:

    “Krew Chrystusa – Codzienne rozważania na lipiec”/tłumaczenie z j. włoskiego: ks. Daniel Mokwa CPPS

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krew Chrystusa gromi demony.

    Pamiętaj o tym – nie tylko w lipcu!

    Zgodnie z tradycją Kościoła lipiec to miesiąc szczególnie poświęcony Najdroższej Krwi Chrystusa. Ten bogaty kult związany jest głównie z Męką Chrystusa na Krzyżu i Eucharystią. Jak pisał św. Jan Chryzostom „Ta Krew, gdy godnie przyjęta, oddala demony, przywołuje aniołów, a nawet samego Pana aniołów”. Obecnie kult Krwi Chrystusa odżywa za sprawą cudów eucharystycznych, które miały niedawno miejsce w Polsce (Sokółka, Legnica) i na świecie.

    1.Kult Krwi Chrystusa sięga pierwszych wieków

    Pierwotne zapisy dotyczące czczenia Krwi Chrystusa zostawili nam już ojcowie Kościoła, w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. „Ta Krew wylana oczyszcza świat cały. Ona jest ceną wszechświata, za którą Chrystus odkupił Kościół” – pisał św. Jan Chryzostom, który żył w IV wieku.

    Kult Krwi Chrystusa w Kościele związany jest z dwiema relikwiami Męki Pańskiej, które odnaleziono w średniowieczu. W roku 804 znaleziono gąbkę, z której pojono konającego na krzyżu Chrystusa. Natomiast w roku 1048 odnaleziono, zabezpieczoną w ołowianym naczyniu, ziemię spod Krzyża, w którą wsiąkła krew Jezusa. Do miasta Mantuia obie relikwie miał przywieźć nawrócony rzymski żołnierz Longin, ten sam, który przebił bok Chrystusa włócznią. Autentyczność tych relikwii potwierdził w roku 1053 papież Leon IX. Już wówczas zaczęto nadawać kościołom wezwanie Najdroższej Krwi Chrystusa.

    2.Ustanowienie uroczystości Najdroższej Krwi Chrystusa

    Uroczystość Najdroższej Krwi Jezusa ustanowił w roku 1849 dekretem „Redempti sumus” papież Pius IX i wyznaczył to święto na pierwszą niedzielę lipca. Cały lipiec był poświęcony tej tajemnicy. Papież św. Pius X przeniósł uroczystość na dzień 1 lipca. Natomiast Ojciec Święty Pius XI podniósł je (1933 rok) do rangi świąt pierwszej klasy na pamiątkę dziewiętnastu wieków, jakie upłynęły od przelania za nas Najświętszej Krwi.

    Gorącym nabożeństwem do Najdroższej Krwi Chrystusa wyróżniał się papież św. Jan XXIII (+ 1963). On to zatwierdził litanię do Najdroższej Krwi Pana Jezusa, a w liście „Inde a primis z 1960 roku zachęcał do tego kultu. „To nabożeństwo zostało mi wpojone już w życiu rodzinnym, od wczesnych lat mojego dzieciństwa. Pozostaje mi w pamięci wspomnienie moich sędziwych rodziców, recytujących w dniach lipca litanię do Najdroższej Krwi” – wspominał Jan XXIII.

    3.Tak uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa zniknęła z kalendarza liturgicznego

    Do czasu reformy kalendarza liturgicznego (1969) po Soborze Watykańskim II w dniu 1 lipca obchodzona była uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa. Później skreślono tę uroczystość z kalendarza. Reformatorzy tłumaczyli, że obchód uroczystości Krwi Chrystusa został w Kościele powszechnym złączony z uroczystością Najświętszego Ciała Chrystusa (zwaną popularnie Bożym Ciałem). Na zasadzie pewnego przywileju – uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa pozwolono celebrować jedynie  zgromadzeniom Księży Misjonarzy i Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa. Tę rodzinę  zakonną założył św. Kasper de Buffalo (+ 1837), gorący zwolennik szerzenia kultu Krwi Chrystusa, która obmywa nas z grzechów i otwiera dla nas bramy raju.

    4.Jak czcić Najdroższą Krew Chrystusa?

    Najprostszą formą kultu Krwi Chrystusa jest adoracja i Komunia Święta. Można też rozważać fragmenty Ewangelii, opisujące przelanie Krwi przez Chrystusa. Święty Jan XXIII w liście apostolskim „Inde a Primis”, zachęca wiernych do odprawienia nabożeństwa ku czci Przenajdroższej Krwi Jezusa Chrystusa, szczególnie w lipcu.

    „Niechaj rozważają o niesłychanie obfitej i nieogarnionej wartości tej Krwi prawdziwie najdroższej” – pisze w liście apostolskim papież święty Jan XXIII. „Ta sama Krew Boża płynie we wszystkich sakramentach Kościoła, dlatego nie tylko słuszną jest rzeczą ale wielce sprawiedliwą, aby tej Krwi składali wszyscy odrodzeni w jej zbawczych strumieniach hołd adoracji, podyktowanej wdzięcznością i miłością” – zaznacza w liście do wiernych papież.

    Publiczną i prywatną formą modlitwy może być także Litania do Najdroższej. W encyklice „Evengalium Vitae” św. Jana Pawła II czytamy, że „Krew Chrystusa objawia, jak wielka jest miłość Ojca, a zarazem ukazuje, jak cenny jest człowiek w oczach Boga i jak ogromna jest wartość jego życia”.

    Kult Najdroższej Krwi Chrystusa szczególnie mocno upowszechniają Misjonarze Krwi Chrystusa, którzy mają swoje placówki także w Polsce. Od roku 1946 pracują w Polsce również siostry Adoratorki Krwi Chrystusa. Obecnie w Częstochowie pod opieką Misjonarzy Krwi Chrystusa znajduje się jedyne w Polsce sanktuarium Przenajdroższej Krwi, gdzie od 1998 roku czczone są relikwie Krwi Chrystusa z Mantui – dar Sióstr Przenajdroższej Krwi z Schellenbergu (Księstwo Lichtenstein). Obecnie kult Krwi Chrystusa odżywa za sprawą cudów eucharystycznych, które miały niedawno miejsce w Polsce (Sokółka, Legnica) i na świecie.

    Dziś szczególnie potrzebne jest oddawanie czci Najdroższej Krwi Jezusa. W czasach szerzących się ideologii gender, promocji seksu bez odpowiedzialności, LGBT, stawiania przyrody wyżej człowieka, profanacji, zabijania nienarodzonych, osób starszych i słabych, tym głośniej powinniśmy wołać „Krwi Chrystusa, Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego, wybaw nas”.

    źródła  – brewiarz.pl, czestochowskie24.pl,cpps.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Christ Jesus Clinic Jesus Christ Cross Faith/Stacja7.pl

    ***

    Katecheza 22 świętego Cyryla Jerozolimskiego o Ciele i Krwi Pańskiej

    1. Już to pouczenie błogosławionego Pawła wystarczy zupełnie, aby wzbudzić w was wiarę w Boskie tajemnice. Zaszczyceni nimi uczestniczycie w Ciele i Krwi Chrystusa. Powiedział bowiem, jak to czytaliśmy przed chwilą: „W nocy, w której został zdradzony, wziął Pan Jezus chleb, a dzięki uczyniwszy łamał go, dał uczniom swoim i rzekł: «Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje». Wziąwszy też kielich, dzięki uczyniwszy, powiedział: «Bierzcie i pijcie, to jest Krew moja»”[1]. Skoro wyraził się o chlebie: „To jest Ciało moje”, któż będzie się wahał; „To jest krew moja”, któż zwątpi i powie, że to nie jest Krew Jego?

    2. W Kanie Galilejskiej przemienił Chrystus wodę w wino; czyż więc nie będziemy wierzyć, iż wino w Krew przemienił? Cudu tego dokonał na doczesnych godach; czyż więc nie przyjmiemy, iż tym bardziej synom duchowego łoża swe Ciało i Krew dał na pożywienie?

    3. A zatem z całym przekonaniem uważajmy to za Ciało i Krew Chrystusa! Pod postacią chleba dane ci jest Ciało, pod postacią wina dana ci jest Krew. Gdy tedy przyjmujesz Ciało i Krew Chrystusa, w Ciele i Krwi Jego uczestniczysz. Stajemy się nosicielami Chrystusa, gdyż Jego Ciało i Krew są dane naszym członkom. Według błogosławionego Piotra „uczestniczymy w naturze Bożej”[2].

    4. Rozprawiając z Żydami, powiedział Jezus: „Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała mego i nie będziecie pili Krwi mojej, nie będziecie mieli życia w sobie”[3]. Oni jednak nie przyjęli tego, co słyszeli, lecz ze zgorszeniem odeszli. Sądzili, że ich wzywa do jedzenia mięsnych potraw.

    5. W Starym Zakonie były chleby pokładne. Ustały one jednak, gdyż dotyczyły tylko Starego Przymierza. W Nowym Testamencie mamy chleb niebieski i kielich zbawienia dla uświęcenia duszy i ciała. Jak chleb potrzebny jest dla ciała, tak znów Słowo jest potrzebne dla duszy.

    6. Nie patrz więc na chleb i kielich jak na czysto ziemskie rzeczy. Są one bowiem Ciałem i Krwią – jako Pan zapewnił. Chociaż by ci to mówiły zmysły, niechaj cię jednak utwierdza wiara. Nie osądzaj rzeczy ze smaku, lecz przyjmuj wiarą, a nie wątp, iż otrzymałeś dar Ciała i Krwi Chrystusa.

    7. Jaką one mają siłę, niech ci powie Dawid: „Przed obliczem moim przygotowałeś stół przeciw nieprzyjaciołom moim”[4]. Słowa te znaczą: Przed przyjściem Twoim zastawili szatani stół splamiony i straszny, pełen wszelkiej złej mocy. Ale po Twym przyjściu Ty sam, Panie, zastawiłeś stół przede mną. Gdy człowiek mówi do Boga: „Przygotowałeś stół przed obliczem moim”, czyż nie może to co innego oznaczać niż tajemniczy i duchowy stół, dany nam przez Boga przeciwko szatanom? Tamten stół był wspólny z szatanami – ten jest wspólny z Bogiem. „Namaściłeś mi głowę olejem”[5]. Namaścił twą głowę olejem na czole, abyś naznaczony pieczęcią stał się odbiciem i świętością Boga. „Jak cenny jest kielich, który mnie upaja”[6]! Widzisz, iż jest tu mowa o kielichu, który wziął do rąk Jezus, wypowiadając nad nim słowa dziękczynienia: „To jest Krew moja, która będzie wylana na odpuszczenie grzechów”[7].

    8. O tej właśnie łasce mówi dalej Salomon w księdze Eklezjastesa: „Pójdź, pożywaj chleb z radością”, chleb duchowy. Pójdź! Wzywa cię on do zbawienia i szczęścia. „I pij swe wino z weselem”, duchowe wino, „i olej niech będzie wylany na twą głowę”, mówi tu jeszcze o duchowym namaszczeniu. „Niech zawsze będą twoje szaty białe, albowiem miłe są twe sprawy Bogu”[8]. Skoro zdjąłeś stare szaty i wdziałeś duchowe, białe, winny one pozostać zawsze białe. Nie znaczy to, iż zawsze trzeba nosić szaty białe, powinny jednak one zostać prawdziwie białe, jasne i duchowe, abyś mógł powiedzieć z błogosławionym Izajaszem: „Raduje się dusza moja w Panu, albowiem mnie okrył szatą zbawienia i płasz­czem nadziei”[9].

    9. Wiedząc już i wierząc, że to, co wygląda na chleb, nie jest wcale chlebem, choć smak na to wskazuje, lecz Ciałem Chrystusa, i to, co wygląda na wino, nie jest winem, chociaż ma smak wina, ale Krwią Chrystusa, i stąd Dawid powiedział: „Chleb wzmacnia serce człowieka, od którego lśni twarz jak od oleju”[10], wzmocnij swe serce, biorąc chleb duchowy i rozwesel swe oblicze. Niechaj będzie ono odkryte w czystym sumieniu, abyś jak w zwierciadle rozważał wspaniałość Pana i wzrastał z chwały w chwałę w Chrystusie Jezusie. Jemu cześć i chwała na wieki wieków.

    Amen. 

    _______

    PRZYPISY:

    [1] 1 Kor 11,23-25.

    [2] 2 P 1,4.

    [3] J 6,54.

    [4] Ps 22,5.

    [5] Ps 22,5b.

    [6] Ps 22,5c.

    [7] Mt 26,27.

    [8] Koh 9,7-9.

    [9] Iz 61,10.

    [10] Ps 103,15.

    apologetyka.katolik.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krew Chrystusa oczyszcza nasze sumienie

    Autor Listu do Hebrajczyków porównuje starą i nową świątynię, aby wykazać definitywną skuteczność ofiary Jezusa.

    CANVA/Gość Niedzielny

    ***

    Z Listu do Hebrajczyków:

    Ale Chrystus, zjawiwszy się jako arcykapłan dóbr przyszłych, przez wyższy i doskonalszy, i nie ręką – to jest nie na tym świecie – uczyniony przybytek, ani nie przez krew kozłów i cielców, lecz przez własną krew wszedł raz na zawsze do Miejsca Świętego i osiągnął wieczne odkupienie. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi skrapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu. (Hbr 9, 11-14)

    Refleksja:

    Krew Chrystusa zdolna jest działać w głębi sumienia, w celu oczyszczania i uwalniania od grzechu, to znaczy od tego źródła nieczystości, które zabija wszelką nadzieję, ponieważ czyni człowieka niewolnikiem i w konsekwencji niezdolnym do pracy nad sobą. Już w Starym Testamencie składane były ofiary na oczyszczenie kapłanów, ludu i świątyni. Te ofiary znalazły swoje wypełnienie w Chrystusie. Najwyższy Kapłan ustanawia i powierza nowemu ludowi Bożemu jedyną, drogocenną ofiarę swojego Ciała i swojej Krwi, która ma nieskończoną wartość. Moc płynąca z tej ofiary oczyszcza z grzechów, uświęca, stwarza pokój oraz ustanawia nową wspólnotę Boga z ludźmi. A ofiara ta spełnia się przez przelanie Krwi. W ten sposób zmazana zostaje wina ludzi, tych, którzy opłukali swe szaty i w Krwi Baranka je wybielili (Ap 7, 14), ponieważ prawdziwie Krew Jezusa, Syna Jego, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu (1 J 1, 7; por. Ap 1, 5).

    ***

    Z „Listów” św. Kaspra del Bufalo, kapłana (Tom VI f, 403)

    Adoracja niezmierzonej Ceny naszego zbawienia jest najcenniejszym przedmiotem naszych dążeń. Z Boskiej Krwi płyną skarby mądrości i uświęcenia, wolność od kary piekielnej oraz możność posiadania chwały świętych w niebie. Wraz z przyjęciem tej niezmierzonej Ceny, przez którą zostaliśmy zbawieni, znajdź grzeszna duszo świętą i wewnętrzną motywację znalezienia nadziei w miłosierdziu i przebaczeniu; a ciebie, człowieku skruszony, niech ta niezmierzona Cena naszego zbawienia pobudza do wzrostu w cnotach i w świętości oraz w zdrowej, płomiennej gorliwości ratowania dusz dla Pana. Rozmyślanie o tym tak ważnym nabożeństwie niech cię uzdalnia do powstania ze snu duchowej śmierci, która cię zniewala. Rozumiemy teraz, dlaczego w Starym Testamencie Pan miał upodobanie w krwi ofiar zwierzęcych: ponieważ były zapowiedzią Krwi Baranka, przelanej na ołtarzu krzyża w pełni czasów. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi krapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu. Niech to nabożeństwo do Przenajdroższej Krwi przybliży nasze dusze do boskiego Serca Jezusa.

    Prośby:

    Z żywą wiarą w moc Krwi Chrystusa módlmy się wspólnie i wołajmy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Za święty Kościół Boży, by oczyszczony Krwią Chrystusa stawał się coraz bardziej znakiem miłości i apostolskiej gorliwości, Ciebie prosimy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Aby Krew Chrystusa obudziła w nas wszystkich potrzebę skruchy i zbawienia, Ciebie prosimy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Za wszystkich cierpiących, by potrafili złączyć swoje cierpienia ze zbawczą ofiarą Chrystusa, Ciebie prosimy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Boże, który odkupiłeś całą ludzkość Najdroższą Krwią swojego jedynego Syna, zachowaj w nas dzieła swojego miłosierdzia, byśmy – wspominając nieustannie tajemnice naszego zbawienia – mogli otrzymać jego owoce. Prosimy o to przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    “Krew Chrystusa – Codzienne rozważania na lipiec”(tłumaczenie z j. włoskiego: ks. Daniel Mokwa CPPS)

    (tekst pochodzi z książki: KREW CHRYSTUSA – codzienne rozważania na lipiec)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Hna Carolina BR/cathopic.com22/Stacja7.pl

    ***

    Krew Chrystusa – cena Bożej miłości

    Krew Chrystusa objawia, jak wielka jest miłość Ojca, a zarazem ukazuje, jak cenny jest człowiek w oczach Boga i jak ogromna jest wartość jego życia – pisał św. Jan Paweł II w encyklice Evangelium Vitae.

    W dawnej tradycji rozważano nad nią przez cały lipiec. To nie przypadek, że o jej wartości rozmyślano akurat w tym miesiącu. Skoro w czerwcu wychwalamy Boskie Serce Jezusa, to w lipcu warto byłoby pochylić się nad Jego Przenajdroższą Krwią. Serce i krew stanowią przecież integralną całość. Jedno bez drugiego nie może spełniać swojej funkcji. Krew daje życie, jej utrata powoduje śmierć. Krew Chrystusa przelana na krzyżu dała nam zbawienie. Na tym się jednak nie skończyło, bo my w dalszym ciągu możemy się do niej odwoływać, zanurzać w niej swoje życie, ludzi, których spotykamy na co dzień, wszystkie nasze sprawy, problemy i grzechy. Ona nas oczyszcza, uświęca, uzdrawia i uwalnia.

    – Szukając początku kultu Krwi Chrystusa trzeba zatrzymać się w rzymskim kościele San Nicola in Carcere. Według tradycji przechowywany jest w nim skrawek płaszcza należącego do setnika, który włócznią przebił bok Jezusa. Relikwię w XVIII w. przekazali do świątyni krewni żołnierza. Początkowo Krwi Chrystusa poświęcano pierwszą niedzielę czerwca. Papież Pius X przeniósł tę uroczystość na 1 lipca. Modlitwę do Przenajdroższej Krwi Zbawiciela zanoszono jednak przez cały miesiąc – tłumaczy ks. Łukasz Tarnowski, kustosz Sanktuarium Krwi Chrystusa w Częstochowie. Dodaje, że po Soborze Watykańskim II połączono Uroczystość Najświętszego Ciała i Uroczystość Krwi Chrystusa w jedno święto (Boże Ciało).

    Świadomość bycia odkupionym

    Ks. Łukasz należy do zgromadzenia Misjonarzy Krwi Chrystusa, które żyje duchowością Jezusowej Krwi. – Myślę, że jej kult na przestrzeni wieków nigdy nie był zapomniany. Może nie akcentowano go zbyt mocno, ale na pewno nie zaniechano – mówi ks. Łukasz. – O Krwi Jezusa mówiły obrazy i modlitwy. My, jej misjonarze, chcemy nie tylko skupiać się na modlitwie i adorowaniu, ale też na szerzeniu duchowości Przenajdroższej Krwi. Francuski kardynał Albert Vanhoye, który głosił papieżowi rekolekcje na temat Krwi Chrystusa, podkreślał, że była ona „nasączona” Duchem Świętym. Tłumaczył, iż została wylana dla naszego zbawienia przez Jezusa, który był w jedności ze swoim Ojcem. W naszym częstochowskim sanktuarium wierni mogą oddać się Przenajświętszej Krwi Chrystusa. To bardzo stara praktyka. Nie chodzi tu tylko o kult czy podejmowanie zobowiązań modlitewnych. Najważniejsze są czyny i świadomość, że w Jezusie mamy Zbawiciela, że Jego Krew, którą adorujemy i pijemy w Eucharystii, dała nam wolność. W tej darowanej wolności chcemy żyć tym, czego wymaga od nas Bóg, chcemy powiedzieć tak, jak ludzie zgromadzeni wokół Mojżesza podczas zawierania przymierza: wszystkie słowa prawa wypełnimy! – dodaje.

    Wielka łaska pojednania

    Do Sanktuarium Krwi Chrystusa napływają świadectwa osób, które w swoich troskach i problemach odwoływały się do Krwi Chrystusa. – W ostatnim czasie szczególnie docierają do nas wieści o uzdrowieniach fizycznych. Zazwyczaj nie są potwierdzone dokumentami. Wielu jest jednak przekonanych, że po modlitwie w sanktuarium i błogosławieństwie relikwiami Krwi Chrystusa doznali uzdrowienia. Myślę tu np. o przypadkach wchłonięcia się komórek rakowych – precyzuje i dodaje, że sam zwraca też uwagę na inną ważną sprawę. – Kiedy przyjmuję grupę pielgrzymów, zapraszam i zachęcam do otworzenia się na pojednanie, które daje Krew Chrystusa. Mówią o tym teksty biblijne. Św. Paweł pisze, że Bóg wprowadza pokój przez Krew swego Syna (por. Kol 1,20). O takie pojednanie modlę się codziennie; proszę, by dokonywało się ono w naszych sercach, umysłach i ciałach, o to, byśmy przyjmowali ten pokój. Dziś z wielkim bólem trzeba przyznać, że bardzo nam go brakuje, tak samo jak jedności i harmonii. Krew Jezusa może nas, zagubionych, rozbitych i poranionych fizycznie, psychicznie i duchowo, scalić na nowo – podsumowuje ks. Łukasz.

    Wartość i zjednoczenie

    W rozważaniu nad Krwią Jezusa niezwykle mocne i uderzające są też słowa dominikanina o. Adama Szustaka. Ten znany kaznodzieja przypominał: „Mamy niezwykłą wartość, bo kiedy Bóg miał za nas zapłacić, to nie starczyło na ziemi złota i srebra. Jedyną ceną, która była godna tego, żeby nas wykupić, stała się Krew Jego Syna. Drożej już się nie da!”.

    Jeszcze bardziej mistycznie pisała o Krwi Chrystusa św. s. Faustyna: „Czuję to dobrze, jak Twoja Boska krew krąży w sercu moim; nie ma w tym żadnej wątpliwości, że z tą krwią Twoją przenajświętszą weszła w serce moje miłość Twoja najczystsza. Czuję, że mieszkasz we mnie z Ojcem i Duchem Świętym, a raczej czuję, że ja żyję w Tobie, o Boże niepojęty. Czuję, że się rozpływam w Tobie, jako jedna kropla w oceanie. Czuję, że jesteś na zewnątrz i we wnętrznościach moich, czuję, że jesteś we wszystkim, co mnie otacza, we wszystkim, co mnie spotyka” (Dz. 478). Czy można więc zapomnieć o tej Boskiej Krwi???

    Moc wszystkich wierzących

    Papież Jan XXIII przypominał, że nabożeństwo do krwi Chrystusa łączy się z kultem Imienia i Serca Jezusa.

    O potrzebie odwoływanie się do zasług Krwi Syna Bożego pisał w liście apostolskim „Inde a Primis” w 1960 r. Przypominał w nim o siedmiu jej wylaniach, jakie dokonały się podczas obrzezania, modlitwy w Ogrójcu, biczowania, ukoronowania cierniem, drogi krzyżowej, przybicia do krzyża i przebicia boku włócznią. Cytował też św. Jana Chryzostoma, który nauczał, że „Od tego stołu [eucharystycznego] odchodzimy, jakoby lwy ogniem ziejące, straszni szatanom, rozpamiętując, kto to jest naszą Głową i jak wielką miłość nam okazał… Ta Krew godnie przyjęta, czarta odstrasza, aniołów do nas przywołuje, samego Pana aniołów sprowadza… Ta Krew przelana cały świat obmywa… To jest ta cena świata; to jest cena, za którą Chrystus Pan Kościół kupił…”.

    Papież Jan XXIII pisał, że „wierni, którzy godnie zbliżają się do Krwi Pańskiej, pozyskują obfite owoce odkupienia, zmartwychwstania i życia wiecznego, które wysłużyła ludzkości Krew przelana przez Chrystusa „z natchnienia Ducha Świętego” (Hbr 9,14). Wierni nakarmieni Ciałem i napojeni Krwią Chrystusa stają się uczestnikami Jego mocy Bożej; tej samej mocy, dzięki której powstały niezliczone zastępy męczenników. I tak uzdolnieni chrześcijanie idą na spotkanie codziennych wyzwań i przeciwności, zbożnych wyrzeczeń, a czasem samego męczeństwa. Znoszą to wszystko dla obrony cnoty i Królestwa Bożego, czując w sobie ową miłość gorejącą”. Ojciec święty za św. Pawłem powtarzał, że Krew Chrystusa woła głośniej niż krew Abla. Czy można więc pozostać na nią głuchym?

    Zaproszenie do zanurzenia

    Krew Chrystusa oczyszcza nas z grzechów, uświęca, uzdrawia i uwalnia. Ona jest naszą najlepszą ochroną przez złem.

    Warto się do niej uciekać z każdą sprawą. Można to robić poprzez Litanię do Przenajdroższej Krwi Chrystusa. Pięknym wołaniem jest też modlitwa zanurzenia we Krwi Chrystusa, napisana przez s. Gertrudę Bociąg ze zgromadzenia Misjonarek Krwi Chrystusa. Warto ją odmawiać na rozpoczęcie dnia. Jest pięknym zawierzeniem siebie, bliskich nam ludzi, naszych rozmów, prac i odpoczynku. Jest zaproszeniem Jezusa do naszej codzienności, a także deklaracją przyjęcia wszystkiego, co nas spotyka w duchu zadośćuczynienia. Nie chodzi w niej, by prosić o uniknięcie wszelkich trudności. Nikt nam tego nie obieca. Nikt nie powiedział, że jeśli będziemy wierzyć w Boga, nie spotka nas nic trudnego i nieprzyjemnego. Zanurzenie we Krwi Jezusa i wołanie o to, by Jej moc objawiła się w naszym życiu, są wyrazem naszej wiary, ale też świadomości, że sami z siebie jesteśmy słabi i niewiele możemy. Krew Jezusa oczyszcza nas z naszych win. Pomaga być bliżej Boga. Ona uzdrawia nasze serca ze zranień i krzywd zadanych przez innych. Daje moc do kochania i służenia, pomimo ludzkich ograniczeń. Ona stwarza nas na nowo. Jest zdrojem miłosierdzia. Warto wzywać Jej mocy. To najmocniejsza broń przeciwko złu tego świata. Aby zbawić ludzkość wystarczyła tylko jedna jej kropla. Jezus chciał jednak inaczej. Pozwolił, by płynęła strumieniami. Nie bójmy się Jego Krwi. Pozwólmy, by nas obmywała w sakramencie pokuty i poiła w Eucharystii. W ten sposób najmocniej jednoczymy się z Jezusem i pozwalamy, by w nas działał. W Jego Krwi jest nasze zdrowie i życie.

    Echo Katolickie/opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krew Chrystusa woła – „trzeba szerzyć jej cześć”

    Wiele krwi leje się z powodu ludzkiej pychy i żądzy panowania. Zbawiciel wylał swoją Krew dla obmycia człowieka z grzechu i ocalenia go na wieczność. Lipiec jest poświęcony rozważaniu tej prawdy.

    KASPER DEL BUFALO

    Święty Kasper del Bufalo, założyciel Zgromadzenia Misjonarzy Krwi Chrystusa.

    Nheyob/Wikipedia | CC BY-SA 3.0/Aleteia.pl

    ***

    Angelo Roncalli wspominał, że już w dzieciństwie odmawiał z rodzicami Litanię do Przenajdroższej Krwi Chrystusa. Rodzina robiła to codziennie przez cały lipiec, bo ten właśnie miesiąc jest w katolickiej tradycji ludowej poświęcony kontemplacji Najświętszej Krwi Chrystusa. Gdy został papieżem, wydał w 1954 roku list apostolski Inde a primis, w którym zachęcił wiernych do rozważania wartości Krwi Zbawiciela przez odmawianie litanii. „Niechaj wierni rozważają, jak wielką i nieskończoną wprost mocą bije ta Krew prawdziwie Przenajdroższa, »której jedna kropla może wybawić cały świat od wszelkiej winy«” – pisał św. Jan XXIII.

    Zdobyć duszę

    Była pierwsza połowa XIX wieku, Europą wstrząsały wojny napoleońskie. Pewnego razu podczas modlitwy ksiądz Kasper del Bufalo wpatrywał się w wizerunek Ukrzyżowanego. Później zapisał: „Wydawało mi się, że słyszę takie słowa: »Widzisz, o synu, moją Boską Krew: w cierpieniach ją przelałem i przez cierpienia trzeba szerzyć jej cześć«”.

    Przyszły święty pozostał wierny swojej misji do końca życia. Głoszenie czci Krwi Chrystusa stało się jego pasją. „Chciałbym mieć tysiąc języków, ażeby każdą duszę zdobyć dla Najdroższej Krwi Chrystusa. Och, chciałbym to nabożeństwo rozszerzać własną krwią. Można by powiedzieć, że jestem zaprzedany adoracji Boskiej Krwi, ceny wiecznego zbawienia” – wyznał kiedyś.

    Nie musiał szukać cierpień – pojawiły się w następstwie jego wierności i posłuszeństwa Kościołowi. „Nie mogę, nie muszę, nie chcę” – to bodaj najsłynniejsze słowa św. Kaspra. Wypowiedział je przed francuskim urzędnikiem, odmawiając złożenia przysięgi na wierność Napoleonowi, który zawładnął Państwem Kościelnym i uwięził papieża. Zapłacił za to najpierw wygnaniem, a potem ciężkim więzieniem. O tym, jak trudnym doświadczeniem był dla niego pobyt w lochu, świadczy fakt, że do końca życia odczuwał lęk przed ciemnością i nie mógł spać bez zapalonego światła. Ale i to stało się źródłem błogosławieństwa. Być może stąd wziął się jego pomysł stworzenia w Rzymie nocnych oratoriów – miejsc modlitwy, do których Kasper zapraszał ludzi spędzających noce na hulankach i pijatykach.

    Najbardziej wyrazistym i trwałym dziełem życia św. Kaspra jest założenie zgromadzenia Misjonarzy Krwi Chrystusa. To oni ponieśli w świat kult Najświętszej Krwi Chrystusa i niosą go dalej. Towarzyszą im w tej misji siostry Adoratorki Krwi Chrystusa, siostry Misjonarki Krwi Chrystusa, a także świeccy zrzeszeni we Wspólnocie Krwi Chrystusa. Dla nich i wszystkich osób żyjących według duchowości Krwi Chrystusa centrum kultu stanowią adoracja i Komunia eucharystyczna. Rozważają także opisane w Ewangelii i celebrowane w liturgii momenty przelania Krwi przez Zbawiciela. Odmawiają też prywatnie i publicznie, szczególnie w lipcu, Litanię do Przenajdroższej Krwi Chrystusa.

    Odkryłem wartość

    Ks. Damian Siwicki z tego zgromadzenia zainteresował się kultem Krwi Pańskiej za sprawą swojego ojca, który jest członkiem Wspólnoty Krwi Chrystusa.

    – Mój tata zawsze chciał, żebym mógł poznać to miejsce w Częstochowie i misjonarzy, którzy prowadzą wspólnotę – opowiada. Tak się też stało: piętnastoletni Damian pojechał do Częstochowy na zorganizowane przez zgromadzenie święto młodzieży. Kiedy później przeżywał młodzieńczy bunt, uświadomił sobie, że właśnie tam czuł głęboki spokój i widział ludzi pełnych nieudawanej radości. Pewnego dnia, gdy odczuwał dojmujący smutek i poczucie bezsensu, poczuł w sobie przynaglenie, wręcz przymus, żeby pojechać do misjonarzy na rekolekcje młodzieżowe. – Tam, klęcząc w kaplicy, doświadczyłem bliskości Pana Boga, Jego miłości. Chciałem, żeby moje życie się zmieniło. I od tego momentu zaczyna się moja historia poznawania misjonarzy i duchowości Krwi Chrystusa. Ja sam, dzięki doświadczeniu miłości Pana Boga i dzięki misjonarzom, odkryłem, że mam wartość – zwierza się. Poruszyła go lektura pism św. Kaspra. Podobnie jak założyciel zgromadzenia poczuł się wezwany, żeby wyjść do tych, w których Krew Jezusa woła najbardziej. Do tych, którzy potrzebują wiedzieć, że są ważni i wartościowi w oczach Boga.

    Szukamy zranionych

    Misjonarze Krwi Chrystusa często mówią o „wołaniu Krwi Chrystusa”. To głos Zbawiciela, który wzywa, żeby pójść do tych, którzy Go potrzebują najbardziej. Słyszał go św. Kasper. „Gdziekolwiek zwrócę myśl, widzę Jego Krew. Rany nóg i rąk, głowę koronowaną cierniami, otwarte Serce Boże. Wszystko to popycha nas do pokochania Go. Krew Eucharystyczna, którą Jezus ofiarowuje każdego dnia na ołtarzu, to także Krew, która płynie z krzyża i ołtarza, płynie w Ciele Mistycznym Chrystusa, przynosząc duszom Jego siłę oczyszczającą i uświęcającą” – pisał, porwany Jezusowym pragnieniem, żeby cały świat został oczyszczony ze zmazy grzechu. „Oto do czego skłania nas cześć Bożej Krwi, którą ofiarujemy stale we Mszy św., którą przyjmujemy w sakramentach. Ona jest ceną zbawienia i świadectwem miłości okazanej człowiekowi przez Boga” – zachwycał się. „Wystarczy jedno spojrzenie na Boską Krew, a ona wstrząśnie nami, byśmy działali z niespożytą gorliwością, i działać będziemy z prawdziwym Duchem Bożym” – zapewniał w jednym z listów.

    Duchowość Krwi Jezusa motywuje misjonarzy z założonego przez św. Kaspra zgromadzenia do wchodzenia w środowiska znajdujące się w kryzysie. W Ameryce Południowej są na przykład takie miejsca, w których obejmują zaniedbaną parafię, pracują tam kilkadziesiąt lat, odbudowując ją od strony materialnej, ale przede wszystkim tworząc z ludźmi żywy Kościół. Potem zostawiają to miejsce innym i idą do kolejnego, tam, gdzie jest większa potrzeba.

    – Kiedy widziałem, jak działają tam moi współbracia, uświadomiłem sobie, że tak działa Pan Jezus. On się nie zatrzymuje; szuka ludzi, mówi, że musimy iść też do innych miejsc, by głosić królestwo Boże. „Dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze” – to są te słowa. I to jest działanie Krwi Jezusa, która płynie do wszystkich miejsc, w których jest grzech. Ona ma moc, żeby zmieniać życie człowieka, żeby wszystko odnawiać – podkreśla ks. Damian Siwicki. Przekonuje, że Krew Jezusa jest dla każdego i dzięki niej każdy może poczuć własną wartość, zrozumieć, że jest cenny w oczach Boga, bo On ją za każdego wylał. Mocą tej Krwi dokonuje się nasze wybawienie i usprawiedliwienie.

    – Wszędzie pracujemy z ludźmi, którzy doświadczyli od innych jakiegoś zranienia. I staramy się te osoby prowadzić do doświadczenia uzdrowienia, które jest we Krwi Jezusa. A w konsekwencji do pojednania. Jezus mocą swojej Krwi zburzył wszelkie mury między nami i dzięki Niemu możemy stać się braćmi. To doświadczenie staramy się przekazywać, dzielić się nim – zaświadcza duchowny.

    Tam, gdzie jest potrzeba

    Świeccy ze Wspólnoty Krwi Chrystusa działają razem z Misjonarzami Krwi Chrystusa.

    – Oni są razem z nami na tej drodze zaproszeni, by być misjonarzami. Zapraszamy ich do tego, co robimy, do prowadzenia rekolekcji czy misji, ale też do zaangażowania w naszych dziełach. Oni mogą dotrzeć tam, dokąd my nie możemy. W tym, co się da, wspólnie przeżywamy też naszą formację, dni skupienia czy rekolekcje, ale nie zamyka się to na samorozwoju, lecz prowadzi do tego, żebyśmy mogli razem iść do tych, którzy potrzebują wsparcia, i dzielić się z nimi naszą duchowością – tłumaczy kapłan. Akcentuje znaczenie rozpoznawania znaków czasu. – Staramy się usłyszeć, gdzie Krew Jezusa nas woła dzisiaj, i tam pójść. Ja pracuję z młodymi i najbardziej to wołanie słyszę w kontekście samotności, braku zdolności do tworzenia relacji. Podejmuję więc próbę wyjścia do młodych i tworzenia z nimi relacji. To moje doświadczenie, ale na przykład mój współbrat, z którym pracuję w parafii, w tej chwili słyszy to wołanie najbardziej od rodzin, których członkowie są wierzący, ale mają duże problemy z wytrwaniem, z pozostaniem w małżeństwie. Odpowiadając na to wołanie, poszedł w tym roku na studia, żeby uczyć się pomagać rodzinom w kryzysie – mówi ks. Damian Siwicki.

    Kasper del Bufalo wciąż inspiruje czcicieli Krwi Chrystusa. Święty do końca życia pozostał wierny wołaniu Krwi Chrystusa. To ono nie pozwoliło mu spać spokojnie, gdy mieszkańców Rzymu dziesiątkowała cholera. Rzucił się na pomoc chorym i umierającym, nie myśląc o własnym bezpieczeństwie. Zaraził się i zmarł pod koniec 1837 roku. Jednym z dorodnych owoców jego życia jest kult Krwi Chrystusa, który zakorzenił się w Kościele, przynosząc wielu ludziom pożytek doczesny i wieczny.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________

    „Jaki będzie pożytek z Krwi Mojej?”

    Katedra w Bremie, mozaika przedstawiająca Mękę Pańską.

    fot. Norbert Neetz / imageBROKER / Forum

    ***

    Quae utilitas in sanguine meo? — „Jaki będzie pożytek z Krwi Mojej?” (Ps 30, 10). Te słowa Psalmów mogą być źródłem medytacji w lipcu, poświęconym Najdroższej Krwi naszego Pana Jezusa Chrystusa. Są to słowa wyrażające głęboki smutek, udrękę wątpiącego, czy Jego ofiara, aż do przelania krwi, nie była daremna.

    Ta myśl, ten smutek dręczył Pana Jezusa, ponieważ w łonie swojej najświętszej Matki miał już zdolność rozumienia i od tamtej pory pojmował, że większość ludzi podepcze Jego Krew i zlekceważy łaskę wyjednaną przez jej przelanie.

    To smutek skłonił Go do płaczu w Niedzielę Palmową, gdy przed Jego oczami rozpościerał się widok świętującego miasta, którego przyszły tragiczny los znał. To była myśl przyprawiająca Go o krwawy pot w Ogrodzie Oliwnym, gdy w jego rozważaniach pojawiła się tajemnica zła, jakie dokona się w przyszłych wiekach. W swoich Rozmyślaniach na dni Adwentu święty Alfons Liguori pisze, że właśnie z powodu tamtego gorzkiego kielicha cierpienia Pan Jezus modlił się do Ojca Przedwiecznego o uwolnienie, mówiąc: Transeat a me calix iste — „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich!” (Mt 26, 39). Jaki kielich? Nie cierpienie fizyczne, ale widok tak wielkiej pogardy dla Jego miłości. Dlatego zawołał na Krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Mt 27, 46). Pokusa porzucenia zrodziła się z myśli, że większość ludzi nie zważając na to przelanie Krwi, będzie nadal obrażać Jezusa, tak jakby nic nie zrobił z miłości do nich. Z pewnością w tym momencie nasz Pan miał przed oczyma spektakl wszystkich kryzysów, do jakich dojdzie na przestrzeni wieków, niemal w crescendo, które miało się otworzyć w Kościele zrodzonym z Jego przebitego boku na Krzyżu. A jednak tam, na Golgocie, jedna kropla Jego Krwi wystarczyła, aby nawrócić „dobrego łotra”. Wielu odrzuci owoce Jego Ofiary, ale odpowiedniość łaski, jaka spłynie na tych, którzy Go przyjmą, przyniesie większą chwałę Bogu niż jakiekolwiek świętokradztwo i niewierność. Krew Chrystusa będzie nadal obmywała Kościół aż do końca wieków.

    Życie Kościoła będącego Mistycznym Ciałem Chrystusa, zawiera się w Jego Krwi. Krew, podobnie jak serce, stanowi zasadę życia. Nic nie jest bardziej czcigodne niż Krew Chrystusa, Krew Boga, a zatem cenniejsza niż wszystkie skarby ziemi. Każda kropla tej Krwi ma nieskończoną wartość. Krew Chrystusa przypomina nam o centralnej tajemnicy chrześcijaństwa – o Męce, Śmierci i Zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, Boga-Człowieka, który za cenę swojej Krwi odkupił nas i przeznaczył do wiecznego szczęścia. „Wiecie bowiem, że z waszego, odziedziczonego po przodkach złego postępowania zostali wykupieni nie czymś przemijającym, srebrem lub złotem, ale drogocenną Krwią Chrystusa, jako Baranka niepokalanego i bez zmazy” – pisze święty Piotr (1 P 1, 18 – 19).

    Krew Chrystusa jest przede wszystkim symbolicznym oraz rzeczywistym wyrazem Odkupienia – tej Tajemnicy, która przypomina nam, że Jezus Chrystus za cenę swojej Krwi, wyrazu swojej Miłości, wyrwał rodzaj ludzki z grzechu oraz mocy diabła, i pojednał go z Bogiem. Ta Krew jest nadal ofiarowywana podczas Mszy, która utrwala ofiarę Kalwarii w sposób bezkrwawy, ponieważ jest to ta sama Ofiara – Jezus Chrystus, który jest składany w ofierze, i ten sam Kapłan – Jezus Chrystus, który składa Chrystusową ofiarę, aby jej owoce objęły przemijające pokolenia, aż do końca świata.

    Ale męka Chrystusa nie zakończyła się na Golgocie i nigdy się nie skończyła: jest zasadą życia Kościoła, który zawsze triumfuje, ale zawsze cierpi, walczy i przelewa krew. Jezus Chrystus nadal krwawi z powodu zniewag i profanacji, jakie dokonują się w Jego kościołach i na Jego ołtarzach, z powodu niewierności Jego sług, letniości dobrych; krótko mówiąc – ze względu na każdą przeszkodę, która staje na drodze rozwoju Kościoła.

    W trakcie tej walki może się zdarzyć, że ci, którzy starają się walczyć o wierność Kościołowi i jego Prawu, nie ujrzą owoców swojej ofiary, ale mogą raczej odnieść wrażenie, że ich wysiłki, modlitwy, cierpienia, walka nie są przyjmowane przez Boga, i mogą rozmyślać: „Jaki jest pożytek z mojej ofiary?”. Tak nie jest: każda kropla ofiary złożonej z czystością intencji jest zjednoczona z każdą kroplą Krwi przelanej przez Chrystusa i czerpie swoją owocność z tej przelanej Krwi. Ofiara tych, którzy walczą w Kościele, jest samą Krwią Chrystusa, która krąży w Kościele i go ożywia. Kościół jest żywy i owocny, ponieważ krąży w jego członkach Krew Chrystusa, płynąca z Ofiary Kalwarii.

    Kościół, jak mówi Pius XII, „jest Oblubienicą krwi (por. Wj 4, 25)… Ale Kościół się nie boi. Chce być Oblubienicą krwi i bólu, aby w sobie ukazać obraz swego boskiego Oblubieńca, cierpieć, walczyć, triumfować z Nim”1. Triumf Kościoła, również historyczny, to perspektywa, którą otwiera przed nami obietnica fatimska, i w tym właśnie duchu można przeżywać święto Krwi Chrystusa. Dom Guéranger przypomina, że owo ​​święto jest pamiątką jednego z najwspanialszych zwycięstw Kościoła. W 1848 roku Pius IX został wygnany z Rzymu przez triumfującą rewolucję; w tych samych dniach — zaledwie w następnym roku — ujrzał, jak jego władza zostaje przywrócona. 28, 29 i 30 czerwca, pod patronatem Apostołów, pierworodna córka Kościoła, wierna swojej chwalebnej przeszłości, wypędziła swoich wrogów z murów Wiecznego Miasta; podbój zakończył się 2 lipca, w święto Maryi. Natychmiast podwójny dekret powiadomił miasto i świat o wdzięczności papieża i sposobie, w jaki zamierzał on utrwalać pamięć o tych wydarzeniach poprzez świętą liturgię. Dnia 10 sierpnia, zanim powrócił z Gaety, miejsca swego schronienia podczas burzy, aby na nowo objąć rządy nad swymi państwami, Pius IX zwrócił się do niewidzialnej Głowy Kościoła i zawierzył Mu sprawę ustanowienia tego święta, przypominając, że to za ten Kościół przelał całą swoją Krew.

    Krew ta jest znakiem cierpienia i walki, ale także obietnicą zwycięstwa w czasie i w wieczności.

    Roberto de Mattei/PCh24.pl

    1 Pius XII, Przemówienie do mężczyzn z Akcji Katolickiej, 7 września 1947 roku

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Drogocenna krew Chrystusa

    www.misericors.org

    ***

    “W koronce nie tyle odwołujemy się do męki, ile do miłości – miłosierdzia Ojca i Syna dla nas. Cierpienia Jezusa świadczą o tej miłości. W koronce też chodzi o to, aby tyle trudu, męki Zbawiciela nie poszło na marne. Modlitwa ta jest duchowym zbieraniem owoców męki Jezusa, drogocennej krwi, która współczesnego świata nie obchodzi.

    Siostra Faustyna zanotowała takie słowa Jezusa: „O, jak wielkich łask udzielę duszom, które odmawiać będą tę koronkę, wnętrzności miłosierdzia mego poruszone są dla odmawiających tę koronkę. Zapisz te słowa, córko moja, mów światu o moim miłosierdziu, niech pozna cała ludzkość niezgłębione miłosierdzie moje. Jest to znak na czasy ostateczne, po nim nadejdzie dzień sprawiedliwy. Póki czas, niech uciekają [się] do źródła miłosierdzia mojego, niech korzystają z krwi i wody, która dla nich wytrysła” (Dz. 848).

    Gdy odmawiamy koronkę z największym przejęciem, zbieramy w sposób duchowy owoce męki Zbawiciela i pierwsi korzystamy z ich zbawczej mocy. Faustyna widzi w kroplach krwi, które wytryskują z Serca Pana Jezusa, drogocenne brylanty, ale nie wszyscy umieją korzystać z tych darów miłosierdzia:

    „Dziś widziałam Pana Jezusa ukrzyżowanego. Z rany Serca Jego sypały się drogocenne perły i brylanty. Widziałam, jak mnóstwo dusz zbierało te dary, ale była tam dusza, która jest najbliżej Jego Serca, a ta z wielką hojnością zbierała nie tylko dla siebie, ale i dla innych, znając wielkość daru. Rzekł do mnie Zbawiciel: Oto są skarby łask, które spływają na dusze, lecz nie wszystkie dusze umieją korzystać z hojności mojej” (Dz. 1687). (…)

    Kiedy odmawiamy koronkę, stajemy u stóp krzyża Jezusa i zbieramy Jego męczeńską krew, ową „boską rosę”, z której korzystamy sami i którą możemy wlewać mocą modlitwy wstawienniczej w dusze innych.”

    ks. Mariusz Bernyś

    [w:] Ogień z nieba. Hymny, uwielbienia i rozważania o koronce do miłosierdzia Bożego,

    ks. Mariusz Bernyś, ks. Michał Dłutowski, Ząbki 2013

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dla Jego bolesnej męki. 

    Czy rozumiemy słowa Koronki do Miłosierdzia Bożego?

    Pan Jezus, wyjaśniając sens koronki, mówi, że jest to „modlitwa na uśmierzenie gniewu Mojego”.
    fot. Agnieszka Otłowska/Gość Niedzielny

    Pan Jezus, wyjaśniając sens koronki, mówi, że jest to „modlitwa na uśmierzenie gniewu Mojego”.

    ***

    Odmawia się ją dziś na całym świecie. Koronka to najbardziej popularna forma kultu Miłosierdzia Bożego. Co ciekawe, ta modlitwa budziła początkowo wątpliwości wśród teologów. Czy dobrze rozumiemy jej słowa?

    Zdarzyło się to dokładnie 13 września 1935 roku w Wilnie. Wieczorem tego dnia siostrze Faustynie Kowalskiej ukazał się anioł, który z polecenia Boga miał ukarać ziemię za grzechy. „Kiedy ujrzałam ten znak gniewu Bożego, który miał dotknąć ziemię – relacjonuje w „Dzienniczku” – zaczęłam prosić anioła, aby się wstrzymał chwil kilka, a świat będzie czynił pokutę”. Siostra zaczyna wtedy modlić się słowami „wewnętrznie słyszanymi”, po raz pierwszy odmawia koronkę. „Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność Anioła i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy”. Koronka jawi się w tej wizji jako narzędzie powstrzymania Bożej kary.

    Na drugi dzień Pan Jezus potwierdza Faustynie, że modlitwa pochodzi od Niego, i podaje jej dokładny układ: „Najpierw odmówisz jedno »Ojcze nasz« i »Zdrowaś Maryjo« i »Wierzę w Boga«, następnie na paciorkach »Ojcze nasz« mówić będziesz: »Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata«. Na paciorkach »Zdrowaś Maryjo« będziesz odmawiać: »Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i całego świata«. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: »Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny – zmiłuj się nad nami i nad całym światem«”.

    Na uśmierzenie gniewu Bożego

    Koronka wzmiankowana jest w „Dzienniczku” czternaście razy. Jezus wzywa do jej odmawiania i wiąże z tą modlitwą wiele obietnic. Dotyczą one miłosierdzia okazanego przez Boga grzesznikom, zwłaszcza w godzinie konania. Pan Jezus, wyjaśniając sens koronki, mówi, że jest to „modlitwa na uśmierzenie gniewu Mojego”. Powraca więc myśl z wizji z 13 września 1935 roku. Jak to zrozumieć? Czym jest gniew Boży i czy może on być uśmierzony przez odmówienie modlitwy? Czy nie jest to za proste, za łatwe?

    Zacznijmy od wyjaśnienia pojęcia „gniew Boży”. Otóż w Biblii wielokrotnie jest mowa o Bożym gniewie, nie tylko w Starym, ale i w Nowym Testamencie. Pewnym przybliżeniem tego pojęcia jest reakcja rodziców, którzy są świadkami nieodpowiedzialnego zachowania swoich dzieci. Który rodzic usiedzi spokojnie na miejscu, gdy widzi dziecko bawiące się zapałkami albo stąpające po cienkim lodzie? Normalne jest, że zareaguje gwałtownie, wołając: „Stop, dość tego!”. „Boży gniew” oczywiście nie jest zwykłym opisem reakcji emocjonalnej Boga na zło, ale coś jest tu na rzeczy. Chodzi o Bożą niezgodę na grzech, który z definicji jest czymś przeciwnym dobru, czyli Jemu także. Zło jest skandalem, który bulwersuje Najwyższe Dobro i prowokuje do reakcji. „Gniew Boży” łączy się z pojęciem sprawiedliwości. Zło powinno być ukarane, tego wymaga sprawiedliwość. Kara ma za zadanie powstrzymać zło, naprawić nieporządek i skierować grzesznika ku dobru. Prorocy Starego Testamentu powtarzali, że nieszczęścia spotykające jednostkę, naród czy świat są przejawem gniewu Bożego, a więc odpowiedzią Bożej sprawiedliwości na zło popełniane przez ludzi. Boża odpowiedź na grzech nie wyczerpuje się jednak w samym gniewie. Sprawiedliwość Boża jest dopełniona Jego miłosierdziem. Święty Paweł mówi, że Jezus przez swój krzyż dokonał definitywnego uśmierzenia Bożego gniewu. „Będziemy przez Niego zachowani od karzącego gniewu, gdy teraz przez krew Jego zostaliśmy usprawiedliwieni” (Rz 5,9). Pozornie może wydawać się, że Bóg ma schizofrenię: z jednej strony okazuje gniew, z drugiej miłosierdzie, jakby walczył z samym sobą. Sprawiedliwość i miłość miłosierna nie wykluczają się jednak. One się dopełniają. Jan Paweł II pisał wręcz o „pocałunku”, jakiego Boże miłosierdzie udzieliło Bożej sprawiedliwości na krzyżu.

    My, grzeszni, liczymy raczej na miłosierdzie Boże, dlatego ku niemu się zwracamy, słusznie lękając się samej sprawiedliwości. Koronka do Bożego Miłosierdzia jest modlitewnym odwołaniem się do krzyżowej ofiary Chrystusa, gdy On sam wziął na siebie należną nam karę za grzechy. Zrobił to po to, aby nas usprawiedliwić, czyli uleczyć ze zła, zbawić, dać nowe życie. Odmawiając koronkę, stajemy w duchu pod krzyżem i prosimy o to, by owoce zbawczej męki Chrystusa sięgnęły naszego życia i świata całego. Wiemy, że zasługujemy na Boży gniew i słuszną karę, ale zasłaniając się krzyżem Chrystusa, prosimy Ojca o miłosierdzie. Taka jest wewnętrzna logika tej modlitwy.

    Ofiaruję Ojcu Syna

    Nie sposób zrozumieć koronki bez spoglądania na krzyż. Widzimy na nim Jezusa, który cierpi, umiera. Jego ciało zostało wydane, a krew przelana. Sednem jest tutaj nie samo cierpienie, ale akt ofiarnej miłości. Jezus ofiaruje się, oddaje się cały Bogu Ojcu, także nam. Umierając, modli się do Ojca i zarazem modli się za nas, grzesznych. Odmawiając koronkę, wchodzimy w modlitwę Ukrzyżowanego. Czynimy naszą modlitwę konającego Pana. Nie możemy Ojcu niczego sami z siebie ofiarować, możemy jednak uchwycić się krzyża i włączyć nasze małe serca w ofiarniczy akt Jezusa.

    Mówimy: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Najmilszego Syna Twojego”. Te słowa brzmią szokująco. Kimże ja jestem, abym mógł ofiarować Ojcu Jego Syna? A jednak. Z Jezusem wszystko jest możliwe. Moja mała miłość zostaje włączona w największą miłość, w Jego miłość.

    Aby zrozumieć, jak to jest możliwe, trzeba odwołać się do Mszy Świętej, najdoskonalszej z modlitw. W Modlitwie Eucharystycznej kapłan po przeistoczeniu modli się tymi lub podobnymi słowami: „Wspominając śmierć i zmartwychwstanie Twojego Syna, ofiarujemy Tobie, Boże, Chleb życia i Kielich zbawienia”. W sensie najgłębszym to sam Jezus się za nas ofiaruje. Ale my, choć słabi i grzeszni, możemy włączyć się w ten ofiarniczy akt. Miłość Jezusa wyrażona w ofierze krzyżowej uobecnia się na ołtarzu i ta miłość ciągnie nas w górę. To jest wąska brama, przez którą idziemy do Ojca.

    Słowa „Ciało i Krew” w oczywisty sposób nawiązują do Eucharystii. Jezus w znaku chleba i wina daje nam swoje ciało i krew, czyli siebie. Sobór Trydencki, definiując prawdę o obecności Jezusa w Eucharystii, stwierdził, że w Najświętszym Sakramencie „są zawarte prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Ciało i Krew wraz z duszą i Bóstwem Pana naszego Jezusa Chrystusa, a więc cały Chrystus”. Katechizmy często cytowały to soborowe wyrażenie. Nie wiemy, czy siostra Faustyna znała to sformułowanie, być może tak. Wyrażenie „Ciało i Krew wraz z duszą” opisuje człowieczeństwo Jezusa. Słowo „Bóstwo” wskazuje na Jego Bożą naturę. Prawdziwy Bóg, prawdziwy człowiek – to sedno dogmatu o Chrystusie. To opis Jego tożsamości. Taki został nam wydany, taki umarł na krzyżu dla naszego zbawienia.

    Niektórzy polscy teologowie (Wincenty Granat, Czesław Bartnik) kwestionowali wyrażenie „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo”. Twierdzili, że bóstwo Syna nie może być ofiarowane Bogu Ojcu. Wątpliwości rozwiał ks. prof. Ignacy Różycki, który zwrócił uwagę na wspomnianą definicję trydencką. Syn ofiaruje się cały Ojcu, w Jego Osobie mieści się bóstwo i człowieczeństwo, nie da się tego oddzielić. Odmawiając koronkę, odwołujemy się nie tylko do miłości Boga do nas, ale raczej do miłości wewnątrztrynitarnej, czyli Ojca do Syna i Syna do Ojca.

    Na przebłaganie

    „Na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego”. Słowo „przebłaganie” odnosi się do krzyża Jezusa. Chrystus został ukrzyżowany rękami ludzi, ale stało się to dzięki Jego zgodzie. To jest Jego akt woli, Jego największe dzieło, najdoskonalszy akt miłości wobec Ojca i nas. Jest on aktem przebłagania za grzechy, najdoskonalszą ekspiacją, najczystszym miłosierdziem. Święty Paweł, wyjaśniając sens krzyża, pisze, że Chrystus stał się „narzędziem przebłagania dzięki wierze mocą Jego krwi” (Rz 3,25). „Narzędzie przebłagania”, czyli w greckim oryginale hilasterion (odpowiednik hebrajskiego kapporeth). To słowo pochodzi z kultu Starego Testamentu. Oznaczało ono wieko Arki Przymierza, tzw. przebłagalnię. W liturgii żydowskiej w Dniu Przebłagania skrapiano to wieko krwią ofiar ze zwierząt na znak przebłagania Boga. Ukrzyżowany Jezus jest nową „przebłagalnią”. On bierze na siebie wszystkie konsekwencje grzechów i definitywnie je pokonuje mocą swojej miłości do końca, do ostatniej kropli krwi. Cały brud świata zostaje wchłonięty, usunięty przez nieskończone Boże miłosierdzie.

    Powtarzając w koronce słowo „ofiaruję”, jednoczę się z modlitwą Jezusa na krzyżu. Uczestniczę w Jego ofiarnym geście. Nie mając nic, „ofiaruję” Bogu największy dar. Tym samym dokonuje się przebłaganie, czyli zostaję uwolniony z mojej winy.

    Warto zwrócić uwagę na zbieżność między słowami modlitwy, której anioł nauczył dzieci w Fatimie, a słowami Koronki do Bożego Miłosierdzia. We wrześniu 1916 roku dzieci fatimskie miały wizję anioła trzymającego w ręce kielich. Unosiła się nad nim Hostia, z której spływały doń krople krwi. Anioł kazał im powtórzyć modlitwę, w której padają m.in. słowa: „O Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu, Duchu Święty, ofiaruję Wam Najdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa, obecnego na wszystkich ołtarzach świata, jako zadośćuczynienie za zniewagi, świętokradztwa i obojętności, którymi jest obrażany”. Treść tej modlitwy i jej sens jest całkowicie zbieżny ze słowami koronki. W Fatimie dodatkowo pojawia się motyw maryjny, ale podobieństwo sformułowań jest uderzające. Jest mało prawdopodobne, by św. Faustyna znała tę modlitwę.

    Dla Jego bolesnej męki

    Przyimek „dla” funkcjonuje w koronce w archaicznym znaczeniu jako „z powodu”, „ze względu na”. Profesor Miodek przywołuje kilka przykładów użycia „dla” w takim samym znaczeniu jak w koronce: „Dla ciebie jestem wygnan”; „Więcej dla bojaźni niźli dla Boga”. „Dla Jego bolesnej męki” znaczy więc „ze względu na Jego bolesną mękę”, „przez wzgląd na Jego bolesną mękę”.

    Prosimy o miłosierdzie Boże, wierząc w zbawczą moc męki i śmierci umiłowanego Syna Bożego. Przypomnijmy sobie Abrahama, który wstawiał się za Sodomą i Gomorą. On prosił o Boże miłosierdzie dla miast pogrążonych w grzechu. Wystarczyło dziesięciu sprawiedliwych, aby je ocalić przed zniszczeniem. Koronka do Miłosierdzia Bożego jest wstawianiem się do Boga za światem pogrążonym w grzechu. To wołanie o ocalenie, o ratunek już nie ze względu na dziesięciu sprawiedliwych, ale ze względu na tylko Jednego Sprawiedliwego.

    Słowa kończące koronkę: „Święty Boże” pochodzą ze starożytnego hymnu „Trisagion” (gr. triságios – trzykroć święty) na cześć Trójcy Świętej. Występują one również w tzw. suplikacjach, czyli w pieśni błagalnej śpiewanej w sytuacjach jakiegoś zagrożenia, np. wojną albo zarazą. Suplikacje śpiewamy także w Wielki Piątek podczas adoracji krzyża.

    Może ktoś zapytać: po co Bogu przypominać o tym, o czym On sam wie najlepiej? Po co „ofiarować” Jezusa Ojcu? Po co powtarzać „miej miłosierdzie”, przecież On jest miłosierny. Nie chodzi o to, by zmienić Boga, ale chodzi o naszą przemianę. Powtarzając te słowa, wyznajemy naszą ufność, uczymy się kochać. Jeśli się kogoś kocha, to ciągle powtarza się to samo: „kocham cię, bądź ze mną, kochaj mnie”. Kiedy dziecko coś nabroi, płacze i szuka bezpiecznych ramion ojca lub mamy. Czymś takim jest koronka. Ciągle sami grzeszymy, wciąż widzimy wiele zła i grzechu w świecie. Czasem chce się płakać z powodu tego wszystkiego. Odwołujemy się jednak do Bożego miłosierdzia. Chcemy jak syn marnotrawny wtulić się w ramiona Ojca, chcemy jak Jan położyć głowę na piersi Jezusa. „Panie, do kogóż pójdziemy?”. Ufamy Tobie! Znikąd nie mamy nadziei. Dlatego wołamy wielekroć do Ojca: „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i całego świata”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WSÓLNOTA SIÓSTR SŁUŻEBNIC BOŻEGO MIŁOSIERDZIA


    a początek istnienia Wspólnoty przyjmujemy dzień 29 września 2001 roku, w którym ks. biskup Alojzy Orszulik, ordynariusz łowicki przyjął nas do diecezji udzielając pozwolenia na utworzenie pierwszego domu Wspólnoty w Rybnie k. Sochaczewa. Tworzenie Wspólnoty rozpoczynały: s. Gertruda (Jolanta Barbara Kamieniecka), s. Jana (Dorota Monik), s. Scholastyka (Anna Maria Porąbka).
        Za swoją duchową założycielkę Wspólnota Służebnic Bożego Miłosierdzia uważa świętą siostrę M. Faustynę Kowalską, która nie tylko zainspirowała jej powstanie, ale także podała wszystko, co dotyczy celu, zadań, życia, formacji i organizacji Wspólnoty zarówno od strony duchowej jak i materialnej.
        Pismem z dnia 6.11.2001 r. (L.dz.1584/2001) ks. biskup ordynariusz Alojzy Orszulik udzielił oficjalnego pozwolenia na tworzenie Wspólnoty klauzurowej w Rybnie, a dekretem z dnia 4.1.2002 r. (L.dz.10/2002) zezwolił na pierwszą kaplicę Wspólnoty.
        Już wiosną tego roku (2002) zgłosiły się pierwsze kandydatki zainteresowane takim życiem i charyzmatem, tak, że od 5.10.2002 r. zainaugurowany został nowicjat Wspólnoty (weszły do niego dwie nowicjuszki).
        Dekretem z dnia 31.12.2002 roku (L.dz.1877/2002) ks. biskup Alojzy Orszulik erygował Wspólnotę jako Publiczne Stowarzyszenie Wiernych pod nazwą Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia i tym samym dekretem zatwierdził Statut Wspólnoty. Dnia 26.5.2003 r. rozporządzeniem Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji Wspólnota otrzymała osobowość prawną. 8.7.2003 r. (L.dz.938/2003) ks. biskup ordynariusz zatwierdził dekretem władze Wspólnoty. Przełożoną Generalną została s. Gertruda Kamieniecka. Dnia 6.8.2003 r. ks. biskup ordynariusz poświęcił dla Wspólnoty nowe habity (biało-czerwone, zgodnie z życzeniem Pana Jezusa przekazanym przez św. s. Faustynę) i dokonał uroczystych obłóczyn.
        Pismem z dn. 20.10.2003 r. (L.dz.1510/2003) ks. biskup Alojzy Orszulik określił sytuacje, w których siostry mogą opuścić teren klauzury ścisłej.
        Dnia 24.1.2004 r. Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przekazało naszej Wspólnocie w darze relikwie św. s. Faustyny Kowalskiej. W piśmie z dn. 25.6.2004 r. Ojciec Święty przekazał Wspólnocie swoje Apostolskie Błogosławieństwo na wierność charyzmatowi zakonnemu.
        Dziś Wspólnota to już dziewięć sióstr. Zgłaszają się następne kandydatki.


     
    Przewodnik Katolicki
    [artykuł z numeru 5/2007, 4 lutego 2007]
     

    Jadwiga Knie-Górna

    M Y   T Y L K O   R O B I M Y   H E R B A T K Ę

    Po ludzku patrząc, u sióstr w Rybnie nie ma nic. Stary, 200-letni, walący się, wspólnotowy dom, dookoła łąki, pola… Trzeba mieć dużą wyobraźnię, aby to miejsce nazwać klasztorem, a jednak rzeczywiście czuje się, jakby tutaj nawet powietrze było inne.
    S p l o t   p r z e d z i w n y c h   „ a k u r a t ó w ”

    Habity Klauzurowej Wspólnoty Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia poświęcone zostały w święto Przemienienia Pańskiego, a obłóczyny przygotowali mieszkańcy Rybna i okolic. — Ludzie zorganizowali wszystko. Malowali płoty, sprzątali wokół domów, piekli ciasta, przygotowali ogromnego grilla, wszędzie były wazony z kwiatami, życzliwe serca wokół nas i tyle wniesionej pracy i starań, że nie da się tego wyrazić słowami – opowiada wzruszona siostra Gertruda, matka przełożona wspólnoty.
        Miłość od pierwszego wejrzenia – tak w skrócie można określić wzajemne relacje między mieszkańcami Rybna a siostrami w czerwonych welonach. Pogłębiła ją niewątpliwie roczna stała obecność sióstr na Mszach św., o co prosił biskup Alojzy Orszulik. — Ksiądz proboszcz z kolei poprosił nas, abyśmy zajęły się scholą dziecięcą, a „akurat” Jezus powiedział św. Faustynie, że dzieci mają nam towarzyszyć i nie chodziło tylko o modlitwę – dodaje s. Jana. Dość szybko okazało się, że siostry mają jakiś szczególny dar przyciągania do siebie dzieci i młodzieży z problemami. — Jesienią przyjechały do nas dzieci z gimnazjum. Była to klasa, która sprawiała bardzo wiele problemów. Dzieci były u nas zaledwie parę godzin. Gdy wróciły do siebie, do szkoły, zaczęły opowiadać swoim kolegom i koleżankom o Jezusie, którego tu spotkały. Skutek był taki, że dzieci z innych klas stwierdziły, że też chcą do nas przyjechać i przyjechały. W międzyczasie zgłosiło się już wiele innych szkół. Chętnych jest coraz więcej, tylko musimy niestety poczekać do wiosny i lata, bo nasz mały dom ich wszystkich nie pomieści – mówi ze śmiechem siostra Anna.
        — Naszym fundamentem jest modlitwa, w której mamy Jezusowi przedstawiać to wszystko, z czym do nas ludzie przyjeżdżają. My podajemy tylko herbatkę, a Pan Bóg czyni cuda! Sama rozmowa nikomu nie pomoże, tylko łaska Boża może pomóc poranionemu człowiekowi – konstatuje s. Gertruda. Najczęściej jest tak, że wizytę u sióstr rozpoczyna dziecko, które potem przywozi rodziców, dziadków, całe rodziny i znajomych, ci z kolei przywożą następnych. Ale do sióstr służebnic Bożego Miłosierdzia nie przyjeżdżają tylko dzieci i młodzież, przybywa też bardzo wielu kapłanów i zakonników.
        — My tu niewiele znaczymy, Jezus tutaj zrobił sobie miejsce, w którym chce szczególnie działać. To jest Dom, szczególne miejsce na ziemi – dodaje s. Jana. Wszystko wskazuje na to, że tak jest, bowiem już po roku zgromadzenie sióstr zostało erygowane, gdy np. równoległe zgromadzenie na taki dekret czekało aż 18 lat!

    C u d ó w   i   „ a k u r a t ó w ”   c i ą g   d a l s z y . . .

    Biskup Alojzy Orszulik obiecał siostrom w październiku, że już na Boże Narodzenie dostaną kaplicę. Jest to kolejny przykład realizujący się zgodnie ze słowami z Dzienniczka św. Faustyny, której Jezus powiedział, że z wielkim utęsknieniem czeka na chwilę, kiedy sakramentalnie zamieszka z klasztorze.
        Adwent zatem siostry miały bardzo pracowity. Ponieważ znają się na murarce, stolarce i wielu innych „typowo kobiecych” sprawach, udało im się przy pomocy wielu przyjaznych serc i rąk przygotować kaplicę na czas. Ołtarz w kaplicy pochodzi z sąsiedniej parafii, gdzie „akurat” nie był już potrzebny, pierwsze tabernakulum, niedawno zastąpione nowym – z rodzimej parafii, gdzie też „akurat” stało już bezużyteczne. I tak, zgodnie ze słowami biskupa, w Boże Narodzenie odbyła się pierwsza Msza św. w nowej kaplicy, w której udział wzięło, prócz najbliższych krewnych, wielu przyjaciół i członków coraz większej wspólnotowej rodziny. — W momencie Przeistoczenia, kiedy Jezus żywy stanął na ołtarzu, wszyscy zaczęliśmy płakać. Tego, co wówczas się stało, nie da się wyrazić słowami – wspomina s. Gertruda.
        Ludzie szukający u sióstr pomocy mówią, że Jezus jest tu obecny w niemal namacalny sposób. Po ludzku patrząc, tutaj nie ma nic i trzeba dobrze pobudzić wyobraźnię, aby tę chałupinę nazwać klasztorem, a jednak czuję się tutaj inaczej, lepiej, spokojniej…
        Siostry mają już wstępny projekt nowego klasztoru, który stanie w miejscu starego. Na moje pytanie dotyczące finansów, które urzeczywistnią tę budowę, usłyszałam: — Pan Jezus powiedział św. Faustynie, że wszystko czyni w zależności od naszej ufności. My tylko mamy ufać, a On zatroszczy się o resztę i jak dotychczas jeszcze niczego nam nie brakowało. Dlatego o budowę siostry się nie martwią… — Każdego dnia mamy mnóstwo świadectw, że jeżeli człowiek zaufa Bożemu Miłosierdziu, to wszystko jest możliwe. Najtrudniej jest zaufać, a jak już się zaufa, to Pan Bóg nigdy nie zawiedzie. Tak jak pokojem można się zarazić i dzielić nim dalej, tak samo jest z ufnością. My zarażamy ludzi ufnością, jak się raz jej doświadczy i dotknie, to ona pozostanie w środku człowieka, skąd nieustannie promieniuje – dodaje s. Gertruda.

    R a t u n e k   d l a   p o g r ą ż o n y c h   w   d e p r e s j i

    Jak twierdzą siostry, jest to także szczególne miejsce dla pogrążonych w depresji. — Człowiek w depresji jest samotny, opuszczony, a ufność jest lekarstwem. Jeśli człowiek natychmiast poczuje silne wsparcie, odczuje, że jest Ktoś, kto go kocha, Ktoś, kto odcina go od otaczającego zła, odzyskuje równowagę. Tutaj wychodzenie z depresji dokonuje się w niezwykle szybki sposób, od piętnastu minut do dwóch dni najdłużej. To jest łaska Boża. Mówimy tu o przypadkach poważnych, nawet próbach samobójczych – podkreśla s. Gertruda.
        Siostry mają do czynienia z najcięższymi przypadkami, stąd nierzadko w ich progach stają ludzie uwikłani w magię. Bywa i tak, że pojawia się w nich ogromny lęk, który powstrzymuje ich przed przekroczeniem progu. Siostry modlą się za tych wszystkich, którzy zostawiają u nich swoje intencje, bóle i cierpienia, a najtrudniejsze przypadki kierują do osób kompetentnych, do egzorcystów.
        — Widzimy ogromny głód Boga wśród ludzi, którzy są bardzo zagubieni w tym świecie i na oślep szukają ratunku. Jeżeli taki człowiek trafi w miejsce, gdzie pokaże mu się Pana Boga, ale pod jednym warunkiem, w konkretnym życiu danego człowieka, to dokonują się cuda. Widzimy, jak Pan Bóg szuka pretekstu, aby pomóc człowiekowi, aby zadziałać i ratować. Wystarczy tylko się otworzyć. Miłosierdzie Boże szuka, żeby tylko dotknąć człowieka i go uratować. Uratowany już potem promieniuje tą miłością i idzie w świat, by świadczyć o swoim spotkaniu z Jezusem – przekonuje s. Gertruda.

    A   w s z y s t k o   z a c z ę ł o   s i ę . . .

    Pierwsze siostry: Gertruda, Scholastyka i Jana pochodzą z różnych stron Polski i z różnych domów. Każda z nich, niezależnie od wieku, czytając Dzienniczek św. Faustyny, jednoznacznie odczytała tę wspólnotę, która jako jedyna ze wszystkich została tak szczegółowo opisana, jako swoją. Później zrodził się jednak „mały problem”, gdyż takiego zgromadzenia nie było. — W końcu każda z nas, niezależnie trafiła do czynnego zgromadzenia w Myśliborzu, które nam odpowiadało, gdyż w nazwie miało „Jezusa Miłosiernego”. Okazało się, że zgromadzenie to w swojej konstytucji miało punkt 4. Według niego zgromadzenie powinno dążyć do utworzenia wspólnot kontemplacyjnych, więc my niezależnie od siebie stwierdziłyśmy, że chcemy dążyć do realizacji „tego punktu” – wspomina s. Gertruda. Ówczesna przełożona, która przyjęła siostry, powiedziała, że trzeba cierpliwie czekać i modlić się, a może kiedyś taka wspólnota powstanie. Tak więc przez kilkanaście lat modliły się, aby jakiś święty poświęcił się sprawie i w końcu założył to zgromadzenie. Niewątpliwie podjęły wówczas duże ryzyko, że do końca życia pozostaną nie w tym zgromadzeniu, do którego chciały wstąpić. — Ale Pan Jezus nie zostawił nas. W pewnym momencie zapadła decyzja i zaproponowano nam, żebyśmy podjęły się próby założenia naszej wspólnoty – kontynuuje opowieść s. Gertruda. Droga do tworzenia wspólnoty nie była łatwa, ale Pan Bóg dał im taki znak, jakiego nie dał św. Faustynie, kiedy chciała stworzyć to zgromadzenie. Nigdy nie dostała bowiem jednocześnie wszystkich wymaganych pozwoleń. U sióstr Gertrudy, Scholastyki i Jany wszystkie pozwolenia się zbiegły i gdy złożyły w zgromadzeniu prośbę o odejście i założenie nowej wspólnoty, także i na nią otrzymały zgodę. — W jednym momencie straciłyśmy wszystko i na dodatek nie wiedziałyśmy za bardzo dokąd jechać, co robić. Wtedy inicjatywę przejął Jezus. Z perspektywy czasu widzimy, jak formował nas do bezgranicznego zaufania Jemu – dodaje s. Jana. Jezus obiecał św. Faustynie wiele rzeczy i one, zdaniem sióstr, realizują się każdego dnia. — Od pierwszego dnia naszej wędrówki wszystko, cokolwiek się zdarzyło, wynikało jedno z drugiego, w sposób, który nie da się racjonalnie wytłumaczyć i opisać – podkreśla s. Gertruda.
        Ich historia w wielkim skrócie wygląda następująco: pewna ich znajoma zaprosiła siostry do siebie, bo „akurat” ma mały domek na Mazurach, który stoi pusty i chętnie go udostępni. W tej miejscowości pierwszą osobą, którą „akurat” siostry spotkały przy budce telefonicznej, był kapłan. „Akurat” się okazało, że jest to fantastyczny kapłan, zaprzyjaźniony z Karmelem, który został nie tylko przyjacielem sióstr, ale także ich spowiednikiem i opiekunem duchowym. Proboszcz tamtejszej parafii zaproponował siostrom, że będzie wystawiał im każdego dnia przez jedną godzinę Pana Jezusa. Prosił jedynie o modlitwę za swoją parafię. Ludzie zaczęli czynić wszystko, aby siostry tam zostały i zagospodarowały się.

    K o n i e c   w a k a c j i ,   t e r a z   d o   d z i e ł a . . .

    Jednym słowem wszystko się świetnie układało do momentu, kiedy przyszły dokumenty, które trzeba było podpisać. — Pan Jezus dał je nam 17 sierpnia. Dokładnie rok później Ojciec Święty Jan Paweł II powierzył świat Bożemu Miłosierdziu. W momencie, kiedy były podpisane dokumenty, jeden z naszych kierowników zadzwonił i powiedział: koniec wakacji, teraz do dzieła. Tylko że my nie miałyśmy zielonego pojęcia, gdzie owo dzieło na nas czeka. Miałyśmy „Dzienniczek” św. Faustyny i czytałyśmy opis naszego miejsca, miałyśmy też już doświadczenie, że wszystko, co jest tam napisane, realizuje się, więc szukałyśmy po znakach, jakie nam Faustyna zostawiła. Szukałyśmy miejsca na założenie wspólnoty, takiego, które zgadzałoby się z jej opisem. Innych motywacji w ogóle nie brałyśmy pod uwagę. Powiedziałyśmy: Panie Boże, prowadziłeś nas, więc prowadź nas dalej. Wtedy przyjechała znajoma z Mazur i zaproponowała nam posiadłość na Zamojszczyźnie, gdzie miała duży dom i ziemię – wspomina s. Gertruda.
        Siostry wsiadły do samochodu i pojechały. Z pozoru wydawało się, że to jest właśnie to miejsce, propozycja jednak upadła, gdy się okazało, że kościół był oddalony od domu aż o osiem kilometrów. Według opisu św. Faustyny, kościół miał stać nieopodal domu wspólnoty, więc siostry grzecznie podziękowały. Szukając tamtejszego ks. proboszcza, natrafiły na biskupa z diecezji lubelskiej, który z kolei wskazał im miejsce w swojej diecezji. Siostry jednak „trochę samowolnie”, bez konsultacji ze swoim ojcem prawnikiem, chciały, aby przyjęto je w diecezji zamojskiej. Udały się nawet do biskupa tejże diecezji, ale go nie zastały, gdyż pojechał poświęcić dzwony. Jego kanclerz poprosił, aby napisały stosowne pismo. — I tu Pan Bóg zadziałał błyskawicznie, bowiem choć ani mnie, ani siostrze Janie pisanie nigdy nie sprawiało trudności, tak w tym momencie nie potrafiłyśmy sklecić ani jednego sensownego zdania. Siedziałyśmy i nic – dodaje s. Gertruda. Zadzwoniły do swojego ojca prawnika, który je wstrzymał w powziętym zamiarze. Ponieważ zaproszenie księdza biskupa lubelskiego było nadal aktualne, wsiadły do gościnnego samochodu swojej znajomej i pojechały do niego.

    Z a p r o wa d z i ł   n a s   P a n   B ó g   d o   b i s k u p a

    Okazało się, że droga miała prowadzić przez Warszawę, gdzie „dogonił” je telefon od ich przyjaciela kapłana, który wybierał się do nich na Mazury, na poziomki… Koniec końców, spotkali się w Ursusie, skąd podjechali do Otwocka, do ojca prawnika.
        — Nasz ojciec ks. prof. Franciszek Bogdan, pallotyn, który cały czas sprawował nad nami opiekę prawną, popatrzył na naszego przyjaciela kapłana, po czym stwierdził: dobrze księdzu z oczu patrzy, co zatem może ksiądz dla naszych sióstr zrobić?! Wtedy dopiero dowiedziałyśmy się, że nasz przyjaciel pochodzi z diecezji łowickiej i że może nas umówić ze swoim biskupem. No i zaprowadził nas Pan Bóg do biskupa Orszulika – opowiada s. Jana.
        „Akurat” na dzień wizyty przypadło święto Michała Archanioła, którego Jezus dał św. Faustynie jako opiekuna wspólnoty. — Ksiądz biskup przyjął nas wyjątkowo serdecznie. Przekazałyśmy mu wszystkie nasze opinie i dokumenty, jednak ze spokojem je odłożył… i skierował nas do samochodu. Okazało się, że wszystko miał już przemyślane i przygotowane. Ruszyliśmy do Rybna. Zobaczyłyśmy sypiącą się, porośniętą dorodnym grzybem chałupinę. Była bez drzwi, z powyrywanymi podłogami, bez szyb w oknach, a my stałyśmy zachwycone. Szybko zapytałyśmy, gdzie mieści się kościół. Gdy okazało się, że nieopodal, byłyśmy już prawie szczęśliwie. Pozostawał tylko jeden drobiazg… ołtarz, o którym Faustyna napisała, że ma być z Godziną Miłosierdzia i aniołami. Na wieść o tym, że jest to świątynia pod wezwaniem św. Bartłomieja, posmutniałyśmy. Pan Bóg jednak miał swoje plany. Poszłyśmy do kościoła, spojrzałyśmy na ołtarz i zdumione stwierdziłyśmy, że jest jak żywy z opisu św. Faustyny. Stałyśmy, patrzyłyśmy i poczułyśmy niezwykły wewnętrzny spokój. Znalazłyśmy swoje miejsce, które przygotował nam Pan Jezus – kończy historię s. Gertruda.
        Jadąc z powrotem do Poznania, długo rozważałam słowa s. Jany: „Dziś dobrze wiemy, że wszystko cokolwiek daje Boża Opatrzność, cokolwiek Jezus stawia na naszej drodze, wszystko to ma służyć dobru. Wszystko jest potrzebne do czegoś. My jeszcze nie musimy wiedzieć do czego, ale On wszystko wykorzysta na dobro, jeśli tylko Mu się zaufa”.
    Gość Niedzielny
    [artykuł z numeru 1/LXXXV, 6 stycznia 2008]
     

    Marcin Jakimowicz

    Z E M S T A   M N I S Z E K   B Ę D Z I E   S Ł O D K A

    Gdy zajrzeliśmy tu ponad rok temu, cud gonił cud. Niewiele się zmieniło. Rolnicy w Rybnie błogosławią ubiegłoroczne wiosenne przymrozki, siostry odwiedza wierna kopia Ojca Pio, mnóstwo ludzi wychodzi z depresji i dotyka Bożego miłosierdzia. A mniszki? Parzą herbatę.



    Latem po zielonej łące biegała kura. Takie czupiradło. Nie widać, gdzie głowa, a gdzie ogon. U Służebnic Bożego Miłosierdzia w Rybnie, gdzie pioruny rozwalają jesiony, by zakonnice miały drewno na opał, a trąby powietrzne pomagają mniszkom uprzątnąć siano, nawet drób ma niezwykłą historię (o początkach wspólnoty pisaliśmy w tekście pt. „Trąba powietrzna” w nr. 36. z 2006 roku).

    Z b a w i e n n e   k u k u r y k u

    Chłopak siedział nieobecny, skulony. Przywiozła go mama. Opowiadała o problemach z synem. Zamykał się w sobie z dnia na dzień. — Zaczęłam się modlić: Jezu, otwórz tego chłopca – opowiada siostra Jana. — I wtedy zapiał kogut. Chłopak podniósł lekko brew. — Lubisz ptaki? – zagadałam. — Tak! – jego oczy błysnęły. Wzięłam go na bok, pokazałam nasz domowy inwentarz. Rozgadał się na dobre. Okazało się, że jest pasjonatem domowego ptactwa. Wstydził się przyznać do tego przy kumplach, którzy rozmawiali tylko o dziewczynach, samochodach i dyskotekach. Bał się, że będą uważali go za dziwaka. Zamknął się w sobie. Otworzył się, został uzdrowiony. W podzięce przywiózł nam parkę czarnych kurek. A to jeszcze nie koniec! Niebawem do jego klasy trafił kolega, który miał identyczne zainteresowania. Znaleźli wspólną pasję. Pan Bóg posłużył się pianiem koguta. A japońskiej kurki już nie ma. Musiałyśmy zrezygnować z kurnika, na jego miejscu stanie skromna kuchnia.

    P r z y t u l e n i e

    Gdy półtora roku temu wyjeżdżałem z Rybna, usłyszałem: — Należysz już do rodziny. Każdy, kto tu przyjedzie, wraca. Myślałem, że to tylko miła formułka pożegnania. Ale wróciłem. Służebnice Bożego Miłosierdzia przed siedmiu laty założyły tu klasztor według wskazań św. Faustyny, która kilkadziesiąt lat wcześniej proroczo opisała, jak będzie wyglądać dom zgromadzenia, jego charyzmat, a nawet codzienne życie. — To przedsionek nieba! – mówią ci, którzy tu przyjeżdżają. Jezus w Dzienniczku obiecał wyraźnie: „Duch mój spocznie w klasztorze tym, błogosławić będę okolicę, w której klasztor ten będzie”. I dotrzymuje słowa. Aż nie chce się wierzyć, że te uśmiechnięte mniszki w czerwonych welonach mają przygotować świat na ostateczne przyjście Jezusa. To również zdanie z Dzienniczka. Faustyna widziała zgromadzenie w trzech odcieniach: czynnym, kontemplacyjnym i świeckim. — Od czasu waszego artykułu w „Gościu” nasza rodzina świecka bardzo się powiększyła. Należy już do niej ponad 350 osób.
        Wiele osób przyjeżdżających do klasztoru zostaje uzdrowionych. Bardzo często wychodzą z potwornych depresji. Jak wy to robicie? – pytam, a mniszki śmieją się: — Niczego nie robimy. Nie nakładamy na nikogo rąk, nie mamy żadnych specjalnych formuł modlitewnych. Rozmawiamy jedynie pokornie z Jezusem, a On sam zaczyna działać. Chodzi o przylgnięcie do Jego serca, wsłuchanie się w Jego myśli. Do tego stopnia, by poznać Jego wolę – opowiada siostra Gertruda. — Chodzi o taką zażyłość, o jakiej kiedyś opowiadała Vicka z Medjugorie. Ktoś zaczepił ją: — Maryja powiedziała to i tamto, a ona uśmiechnęła się: — Nie. Maryja tak by nie powiedziała, znam Ją…

    M ó d l   s i ę ,   a   p o l e   o b r o d z i

    Wiosenne przymrozki przeklinali rolnicy w całej Polsce. Ale nie w Rybnie. Na początku, widząc zmrożone hektary sadów, załamali ręce i narzekali. Ktoś z nich jednak rzucił: Pan Bóg w Dzienniczku obiecał, że będzie nam błogosławić. On wszystko weźmie w swoje ręce. Zamyka jedną furtkę, a otwiera drugą. Posadzili koktajlowe pomidorki, kapustę, ogórki, żeby przynajmniej coś urosło. I podziękowali Bogu za to, co się wydarzyło. I stała się rzecz nieprawdopodobna – opowiadają mniszki: — Nie dość, że ogórki, kapusta i pomidorki urosły, to wiśnie i truskawki, które miały wyginąć, obrodziły bardziej niż w poprzednich latach. Rolnicy się zdumieli. Przyjechali i wołają: dotknęliśmy błogosławieństwa! To ciekawe. Współczesny racjonalny człowiek nie łączy już modlitwy z dobrymi zbiorami. To dla niego dwie różne bajki. Tymczasem już w Księdze Powtórzonego Prawa Bóg zapowiada: „Jeśli pilnie będziesz słuchał głosu Pana, Boga swego, wiernie wypełniając wszystkie Jego polecenia, będziesz błogosławiony w mieście, błogosławiony na polu. Błogosławiony będzie owoc twego łona, plon twej roli, przychówek twych zwierząt, przyrost twego większego bydła i pomiot bydła mniejszego”. Piękna metafora? Wielu ludzi zżymało się, słysząc przesłanie Maryi z La Salette. Mówiła pastuszkom, że ziemniaki gniją, bo… ludzie przeklinają Boga. Absurd? Rolnicy z Rybna przekonali się, że nie.

    T y l k o   t y l e ?

    Podjechał autobus. Wysypali się ludzie. To ma być to słynne Rybno? – kręcili głowami. Spodziewali się jakiegoś sanktuarium albo chociażby cudownego źródełka. — A gdzie pokoje gościnne? — Nie ma. Można przenocować u ludzi w Rybnie. Byli zszokowani, widząc szczere pole, drewnianą chatkę i podgryzane przez bobry drzewa. Zaryzykowali, zostali. — Wyjeżdżali już jako rodzina – opowiada siostra Jana. — Latem jest łatwiej: możemy rozmawiać na podwórku, w domkach holenderskich. Można się wyspowiadać. Nasz biskup Andrzej Dziuba pozwolił, by spowiadali u nas księża z pobliskich parafii. Przychodzą chętnie. Zimą jest trudniej: zostaje malutki pokój i kaplica.
        Gości odwiedzających klasztor wita oparty o drzewo spory obraz Miłosierdzia. Pod stopami Jezusa napis: I trust in You. — Dostaliśmy wiele takich obrazów z napisami w różnych językach. Pierwszy był właśnie ten. Chcieliśmy poczekać na polską wersję, ale przełożona powiedziała: wieszajcie. Kilka miesięcy później przychodzi grupa pielgrzymów. Wśród nich kobieta z Kanady, jak się okazało w ogromnej depresji. Przetarła oczy: Jezus wita ją po angielsku! Siedziała długo w kaplicy, spotkała się z naszym kapłanem. Wyjechała jako zupełnie inny człowiek.
        Artykuł w „Gościu” napędził tłumy – śmieją się mniszki. — Nie byłyście na nas złe? – pytam. — Jak można być złym na to, że ludzie garną się do Bożego miłosierdzia? Ten dom zawsze jest otwarty. Zauważyłyśmy, że mnóstwo ludzi wychodzi tu z depresji. W szczególny sposób doświadczyli oni życia duchowego od strony zła i bardzo potrzebują miłosierdzia. Są chłonni. Gdybyśmy podchodziły do życia jako terapeutki, załamałybyśmy ręce: co z tymi ludźmi robić? Ale gdy kochasz człowieka, to go kochasz zawsze, niezależnie od tego, w jakim stanie przyjdzie. Robisz wszystko, by mógł przytulić się do Jezusa. To cała terapia.
        Zaczęło się od Magdy. Zadzwoniła: — Jestem na skraju wyczerpania nerwowego, mogę przyjechać? Tak! Był dzień odpustu, stragany dochodziły aż do naszego wjazdu. Siostra przełożona mówi: — Wydaje mi się, że ktoś szuka, krąży… Może to ona? Stanęłam przy bramie – opowiada siostra Jana. — Nikogo nie zobaczyłam. Odwróciłam się i wtedy nagle wjechała Magda. Kompletnie załamana. Chciała jechać prosto i huknąć w najbliższe drzewo. Z daleka zobaczyła jednak, że ktoś na nią czeka. Jedenaście lat w kompletnej depresji. Jedno wielkie wycie. Była tak potwornie poraniona wewnętrznie, że wyrzuciła z domu krzyż i portret Jana Pawła II, tylko dlatego że to byli faceci. Posiedziała dwa dni. Dostała Ewangelię św. Łukasza, po to, by zobaczyć Jezusa jako mężczyznę, brata, przyjaciela. Czytała od deski do deski. Wstała i zawołała z błyskiem w oku: Ale facet! Siedziała przy jeziorku i obdzwaniała, kogo się dało: Słuchajcie, spotkałam Jezusa! Odeszła przemieniona. Niczego nie robiłyśmy. Bóg sam działał.

    C o ś   n i e   p o z w a l a   m i   w e j ś ć

    Takich osób pojawia się coraz więcej. Do każdego mamy jedno pytanie: Czy chcesz, by Jezus ci pomógł? Zauważyłyśmy, że nikt nie odchodzi stąd bez Jego interwencji. — Nie napawa was to pychą? Łatwo sobie przypisać chwałę… – pytam. — Nie. Bo to nie nasze. My parzymy herbatę. A herbata jeszcze nikogo nie uratowała… Bogu tak bardzo zależy na człowieku, że szuka każdego pretekstu, by mu pomóc. Skoro posłużył się osiołkiem, to dlaczego nie miałby posłużyć się nami? Nas nie będzie, a On będzie działał. Obiecał to czarno na białym w Dzienniczku. „Duch mój spocznie w klasztorze tym…” Osoby opętane mają ogromne problemy, by tu wejść. Mówią: coś we mnie wzbraniało się, by wejść na wasz teren. Widziałyśmy faceta, który nie potrafił przejść przez te drewniane drzwi. — Nie bałyście się? — A pokusy do grzechu się nie boisz? – siostra Gertruda głaszcze spokojnie małego kotka. — To ten sam zły duch. Nic nie robiąc, brudzisz się tak samo. To paradoks: skupiając się na sobie, zamykasz się w coraz większym lęku. Diabeł łapie nas w pułapki paradoksów: osoby w depresji nie mogą jeść, głodzą się, wpadają w anoreksję, ale za Chiny nie podejmą postu. Boją się śmierci, ale często mówią o samobójstwie. Sztuczki ojca kłamstwa. Uczymy ludzi walki duchowej. Oczekujemy sielanki, ale życie jest walką. Nasi kapłani mówią: — Jezus odcina tu korzenie zła. Już kilkadziesiąt osób odesłałyśmy do egzorcystów. Wracały przemienione, szczęśliwe.

    K o ś c i ó ł   g i n i e ?

    Zauważyłam kilka podstawowych źródeł depresji – opowiada siostra Gertruda. — Nieuporządkowana przeszłość: poczucie niższości, wspomnienia z dzieciństwa. Zły duch wykorzystuje nawet malutkie zranienia. Są jak szczeliny, przez które wślizguje się wąż. Inną przyczyną jest okultyzm, ezoteryzm, newage’owe nowinki: od wróżek po horoskopy, reiki i Silvę. Przyjechało też kilka „czarownic”. Większość z nich przeżyła tu dotknięcie Boga, trafiły do egzorcysty. Rozmawiam z jedną kobietą i czuję, że coś jest nie tak. — Chyba musi pani spotkać się z egzorcystą, bo wygląda na to, że ktoś w pani rodzinie zawarł pakt z diabłem. A ona na to: — Jeszcze gorzej… I zaczyna opowiadać o duchach, które do niej przychodzą. Nie uważa tego za zło. — Pani jest czarownicą? — Wiedźmą – sprecyzowała. Przyjechała tylko po to, żeby powiedzieć, że Jezus nie jest jej potrzebny. — Wasz Kościół ginie! Nie widzicie tego? — Nie widzimy – odparłyśmy zgodnie. Jedna kobieta powiedziała: — Trzymam na uwięzi siedem złych duchów. — A może jest odwrotnie? – przerwałam. — Hm, może rzeczywiście? – stropiła się. Trzecim źródłem depresji są nieuporządkowane relacje z Bogiem: nieprzebaczone sytuacje, grzech, którego nie chcemy zostawić. To przyczółek złego ducha. Najrzadszym przypadkiem depresji, jaki widzieliśmy, jest to, co powszechnie uważa się za przyczynę załamań: zawirowania życiowe, dramaty, traumatyczne doświadczenia. Na palcach ręki mogę policzyć ludzi, którzy wpadli w depresję z tego powodu. A przyjeżdża tu prawie siedemset osób miesięcznie.

    S o b o w t ó r   O j c a   P i o

    Kiedyś jeden z naszych znajomych rzucił: — Jesteście zgromadzeniem klauzurowym. Po co wychodzicie do tych ludzi? Odsyłajcie ich do psychologów i psychiatrów. Dajcie spokój!
        Bardzo nas to dotknęło. Chciałyśmy rozeznać nasz charyzmat. Przeżywałyśmy trudne chwile. I wtedy siostra Anna troszkę bezczelnie pomodliła się: — Ojcze Pio, widzisz, że nasz spowiednik poszedł do trapistów i zostałyśmy same. Przyślij nam spowiednika, a jeśli nie, to sam przyjdź i nas wyspowiadaj (śmiech). Minęło kilkanaście dni, dzwonek do drzwi. Otwieramy, a tam… Ojciec Pio – mniszki wybuchają śmiechem. Okazało się, że to meksykański kapucyn, egzorcysta. Wierna kopia Ojca Pio. Wyszedł z kaplicy bardzo poruszony: — Słuchajcie, w Guadalupe Maryja ma żywe oczy, a tu cały Jezus jest żywy! Wiecie, że On błogosławi? — Wiemy – przytaknęłyśmy zgodnym chórkiem. A on popatrzył nam w oczy i rzucił: — Będą wam mówić: Po co ci ludzie tu przyjeżdżają? Wyślijcie ich do specjalistów. Ale to jest pokusa. Bóg ich przysyła do was, by tu zdrowieli. Z wrażenia nas zatkało.

    D e m o n y   z w i a ł y

    Faustyna proroczo widziała w naszym klasztorze małe dzieci. Dziś śmiejemy się, że możemy założyć przedszkole z dzieci, które miały się nie urodzić. Niektóre matki słyszały od lekarzy: nawet nie próbujcie zajść w ciążę. Nie ma szans. Ale Pan Bóg może wszystko. Przyjeżdża sporo takich „cudownych” maluchów.
        Naszym wielkim odkryciem jest to, że Jezus zdobył się na szaleństwo: obiecał, że wystarczy zmówić w czyjejś intencji Koronkę do Miłosierdzia Bożego, by otworzyć dla niego niebo. W Dzienniczku Faustyna opisała przejmującą scenę. Trafiła do umierającego człowieka. Zmagał się, cierpiał straszne męki. Wokół jego łóżka zobaczyła wiele demonów. Gdy zaczęła odmawiać Koronkę, wszystkie zniknęły. Chory odetchnął i pogodzony z życiem zmarł.
        Gdy nas ktoś obgada, oczerni albo po prostu wkurzy, to mówimy: Oj, poczekaj! Nasza zemsta będzie słodka. Wymodlimy ci niebo! – wybuchają śmiechem mniszki w czerwonych welonach.


     

    Święta siostra Faustyna opisuje w Dzienniczku proces rozprzestrzeniania się Dzieła Miłosierdzia jakby w trzech odcieniach, „lecz to jedno jest”: poprzez Zgromadzenie zakonne o charakterze kontemplacyjnym, „gdzie dusze odosobnione od świata palić się będą w ofierze przed tronem Bożym i upraszać miłosierdzie dla świata całego… I wypraszać błogosławieństwo dla kapłanów, i modlitwą swoją przygotowywać będą świat na ostateczne przyjście Jezusa” (Dz.s.F. 1155). Ten odcień realizuje Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia w Rybnie.
    Innym odcieniem uczestnictwa w Dziele Miłosierdzia jest modlitwa i czyny miłosierdzia osób nie zobowiązanych żadnym ślubem, za których jednak wykonanie będą one miały udział we wszystkich zasługach i przywilejach całości Dzieła. Do tego odcienia mogą należeć wszyscy ludzie żyjący na świecie (Dz.s.F. 1157).
        Krąg Miłosierdzia, powstały w kwietniu 2006 roku, który wypełnia to pragnienie św. Faustyny jest formą duchowej przynależności i uczestnictwa w charyzmacie Wspólnoty Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia w Rybnie dla tych wszystkich, kapłanów, zakonników i zakonnic należących do innych Zgromadzeń czy Instytutów Życia Konsekrowanego, a także ludzi świeckich, których Bóg powołuje do życia tym charyzmatem. Nie jest on bowiem sprzeczny z regułami żadnego Zgromadzenia lub Zakonu ani w konflikcie ze stylem życia kapłanów diecezjalnych czy katolików świeckich, ale jest szczególnym darem Boga na nasze czasy i w przedziwny sposób łączy w sobie wszystkie inne dary i charyzmaty Kościoła. Jedynymi wymogami przynależności do tej Wspólnoty są:

    codzienna Koronka do Bożego Miłosierdzia;
    modlitwa za Kościół i kapłanów (Dz.s.F. 1052);
    przynajmniej jeden uczynek miłosierdzia dziennie;
    świadectwo życia dawane Jezusowi w miejscu, na którym postawił swoim powołaniem, wierność swojej drodze życia;
    błogosławieństwo kapłańskie udzielane i rozszerzane na cały świat
    (wymóg dla kapłanów).

                 Istotą tego charyzmatu jest całkowita ufność Jezusowi – zawierzenie Bożemu miłosierdziu i postawa miłosierdzia, czyli nastawienie na odwzorowanie w swoim życiu pragnienia i wysiłku Jezusa zmierzającego do doprowadzenia każdego człowieka do dojrzałości i wiecznego zbawienia. Dokonuje się to przez ciągłe wnikanie w Boże tajemnice, poznawanie Jego wielkiego miłosierdzia i niezgłębionej dobroci do stworzeń oraz przybliżanie tego innym ludziom. Jak również, poprzez łączenie się z Jezusem w miłości, wypraszanie Bożego miłosierdzia dla siebie i innych, budzenie ufności w Boże miłosierdzie, oraz przygotowywanie w ten sposób świata na ostatecznie przyjście Chrystusa na ziemię. Zasadniczym elementem tego charyzmatu jest modlitwa, podejmowanie postu, wszelkich umartwień i prac, a także przyjmowanie cierpienia i wszelkich wysiłków, w zjednoczeniu z Jezusem, ofiarowując, jak to określił sam Chrystus świętej siostrze Faustynie, za cały świat, a szczególnie za dwie drogocenne Jego sercu perły, czyli dusze kapłanów i dusze zakonne. Modlitwa, umartwienia, posty czy jakakolwiek praca zyskują swoją wartość przed Bogiem jedynie wtedy, gdy są złączone z modlitwą, postem, umartwieniem czy pracą samego Jezusa. Dlatego też każdy członek Kręgu Miłosierdzia, podobnie jak Siostry, pozwala się prowadzić Duchowi Świętemu, a swoje życie stara się wzorować na życiu Jezusa od żłóbka aż do skonania na krzyżu (Dz.s.F. 438).
        Uczestnictwo w charyzmacie daje członkom Kręgu Miłosierdzia prawo do udziału we wszystkich obietnicach Jezusa pozostawionych w Dzienniczku dla Zgromadzenia, w duchowych dobrach Wspólnoty, zwłaszcza do szczególnej opieki Jezusa, podobnie jak św. Faustyna, przed atakami złego ducha, ale także zachęca do praktykowania zgodnie ze swoim stanem życia, podobnie jak Siostry, trzech rad ewangelicznych: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Z oczywistych względów dla ludzi świeckich żonatych czy zamężnych będzie to oznaczało duchową walkę o czystość i wierność małżeńską, wolność od chciwości pieniędzy i mądre nimi gospodarowanie dla dobra rodziny, a także posłuszeństwo nauce Kościoła. Chodzi o to, aby duszą coraz bardziej wolną od różnorakich przywiązań kochać Jezusa aktem czystej miłości, samemu coraz mocniej ufać miłosierdziu Bożemu wypraszając je również dla innych.
        Św. siostra Faustyna (Dz.s.F. 1158) zachęcała, aby każdy członek tego trzeciego odcienia, czyli właśnie Kręgu Miłosierdzia, starał się spełnić przynajmniej jeden uczynek miłosierdzia dziennie, a może ich być również więcej. Te uczynki miłosierdzia mogą być praktykowane w trojaki sposób:

    czynem, słowem, przez przebaczenie i pocieszanie;
    modlitwą, która dostępna jest nawet wtedy, gdy nie można spełnić uczynku miłosierdzia ani też wypowiedzieć słowa przebaczenia lub pocieszenia.

                 Siostra Faustyna podkreśla przy tym dla tych, którzy martwią się, że nie mają rzeczy materialnych by czynić przez nie miłosierdzie, że „miłosierdzie ducha, na które nie potrzeba mieć ani pozwolenia ani spichlerza”, jest dostępne dla każdego i ma przy tym większą zasługę przed Bogiem (Dz.s.F. 1317). Trudno oprzeć się wrażeniu, że Faustyna zachęca nas wszystkich, członków Kręgu Miłosierdzia do tego, abyśmy powrócili do praktykowania obecnych już od dawna w nauce Kościoła uczynków miłosierdzia względem duszy i ciała.
        Niezmiernie ważne jest przy tym, aby zarówno czyny miłosierdzia tak względem ciała jak i duszy, a także inne praktyki ascetyczne jak posty, umartwienia czy jakąkolwiek pracę podejmować wobec bliźnich ze względu na miłość do Jezusa i ze względu na dobro, czyli wzrost w człowieczeństwie i zbawienie braci, jak również w łączności z Jezusem, z Jego czynami lub słowami miłosierdzia. Czynimy to zwykłym aktem woli i wzbudzeniem pragnienia, by wszystko to podejmować w łączności z Jezusem, z podobnym Jego aktem miłosierdzia i z miłości do Niego w celu wypraszania miłosierdzia dla całego świata, a szczególnie dla dusz kapłańskich i zakonnych. I tak np. post łączymy z postem Jezusa, nasze własne umartwienia, uczynki miłosierdzia względem ciała czy duszy z Jego umartwieniami czy czynami, naszą pracę z Jego pracą w Nazarecie, nasze cierpienie z Jego cierpieniem, gdyż tylko wtedy mają one wartość przed Bogiem. Należy unikać podejmowania dzieł miłosierdzia motywowanych lękiem przed opinią innych ludzi („bo tak wypada”, „bo co powiedzą inni”, „a może się ktoś na mnie obrazi”), albo z powodów czysto filantropijnych czy nawet szlachetnej miłości bliźniego. To za mało. Tylko motywacja „z miłości do Chrystusa”, dla rozwoju i zbawienia tak ukochanego przez Niego człowieka, nadaje czynom miłosierdzia właściwy charakter. Jak widać, konieczny jest więc również ciągły wysiłek każdego, kto należy do Kręgu Miłosierdzia nad oczyszczaniem własnej motywacji i intencji do działania oraz prośby skierowane do Boga o oczyszczanie naszej woli i pragnień.
        Trzecim sposobem praktykowania miłosierdzia wobec bliźnich, jak podaje Siostra Faustyna jest modlitwa za nich, a w sposób szczególny za kapłanów i osoby zakonne. Nie trzeba oczywiście przypominać, że nasza modlitwa ma sens tylko wtedy, gdy jest łączona ciągle aktem woli z modlitwą Jezusa opisaną w Ewangeliach. Modlitwą taką powinna być przede wszystkim Koronka do Bożego Miłosierdzia, możliwie o trzeciej godzinie lub w innym czasie. Szczególną zaś modlitwą dla członków Kręgu Miłosierdzia jest podyktowana przez św. siostrę Faustynę w Dzienniczku do codziennego odmawiania

     
    M O D L I T W A   Z A   K O Ś C I Ó Ł   I   K A P Ł A N Ó W :
    1052 
    O Jezu mój, proszę Cię za Kościół cały, udziel mu miłości i światła Ducha swego, daj moc słowom kapłańskim, aby serca zatwardziałe kruszyły się i wróciły do Ciebie, Panie. Panie, daj nam świętych kapłanów, Ty sam ich utrzymuj w świętości. O Boski i Najwyższy Kapłanie, niech moc miłosierdzia Twego towarzyszy im wszędzie i chroni ich od zasadzek i sideł diabelskich, które ustawicznie zastawia na dusze kapłana. Niechaj moc miłosierdzia Twego, o Panie, kruszy i wniwecz obraca wszystko to, co by mogło przyćmić świętość kapłana – bo Ty wszystko możesz.

    W Święto Podwyższenia Krzyża, 14 września 2007 roku, dokonany został uroczysty akt intronizacji i oddania Wspólnoty, we wszystkich „odcieniach” i stopniach przynależności, Jezusowi Królowi Miłosierdzia. Odtąd, każdy wstępujący do Wspólnoty, oddaje swoje życie Chrystusowi, wyznając Go jako jedynego swojego Pana i Króla.

     
    A K T   O D D A N I A   J E Z U S O W I
    K R Ó L O W I   M I Ł O S I E R D Z I A :


    ezu, Królu Miłosierdzia, Panie nasz, przez ręce Maryi Matki Miłosierdzia oddajemy dziś Tobie, na zawsze, wszystkie nasze wspólnoty, siostry i braci, których raczyłeś i raczysz wezwać do głoszenia chwały Twego Miłosierdzia i przygotowywania świata na Twoje przyjście. Oddajemy wszystkich, którzy wraz z nami wielbią Twoje Miłosierdzie w każdym czasie i miejscu.
    wiadomi naszej słabości, ale ufni w Twoje Nieskończone Miłosierdzie oddajemy się Twojej Świętej Woli. Ty Sam uświęcaj nas i posługuj się nami, jak chcesz, w Twoim dziele zbawienia świata.
    róluj w naszych sercach i w całej Wspólnocie, spraw, by Twoja Wola pełniona była zawsze, wszędzie i we wszystkim, aby Królestwo Twoje ogarnęło wszystkich ludzi po wszystkie czasy. Amen.



    Przypominamy także uczynki miłosierdzia względem ciała i względem duszy.

    Uczynki
    względem
    ciała:
      • głodnych nakarmić
      • spragnionych napoić
      • nagich przyodziać
      • podróżnych, tych, co nie mają się gdzie schronić,
        przyjąć do domu
      • więźniów pocieszać
      • chorych nawiedzać
      • umarłych grzebać

    Uczynki
    względem
    duszy:
      • grzeszących upominać
      • nieumiejętnych pouczać
      • wątpiącym dobrze radzić
      • strapionych pocieszać
      • krzywdy cierpliwie znosić
      • urazy chętnie darować
      • modlić się za żywych
        i umarłych





      

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Relacja z Jezusem jest dla sióstr tak naturalna jak oddychanie.

    Relacja z Jezusem jest dla sióstr tak naturalna jak oddychanie.
    fot. Roman Koszowski
    /Gość Niedzielny

    ***

    Ufamy za tych, co nie ufają

    – Jesteśmy ekspansywną formą kultu Bożego Miłosierdzia – bo obraz trzeba czcić, koronkę trzeba odmówić, o święcie trzeba wiedzieć, że jest, i z niego skorzystać. A my dopadniemy wszystko, co nie zdąży uciec! – mówią siostry z Rybna.

    Wejdźcie, Gospodarz już na was czeka – uśmiecha się od progu siostra Anna, prowadząc nas prosto do kaplicy. Klękamy przed otwartym tabernakulum, w którym stoi monstrancja. Obok duży obraz Jezusa Miłosiernego i gabloty wypełnione wotami. – To tylko część, na razie nie mamy pomysłu, jak pomieścić wszystkie – wyjaśnia zakonnica. Na ścianie mnóstwo relikwiarzy. – Zaprosiłyśmy wszystkich świętych, powiedziałyśmy im, że zameldowujemy ich w tym domu i że jak chcą, to się mają sprowadzić w relikwiach. No to mamy ich pół ściany i ciągle trafiają tu nowi, w zamian za mieszkanie dają nam opiekę – uśmiecha się.

    – Sąsiadka opowiadała nam, że niedawno nadciągała nad Rybno burza. Zaczęła się modlić o ochronę domu. – Po co się modlisz, przecież mamy siostry – rzucił jej mąż. A potem syn przybiegł z telefonem i woła: mamo, patrz! Na radarze było widać, jak chmury rozstąpiły się przed naszą wioską, ominęły ją bokami, a potem znowu się zeszły. Potem inni mieszkańcy to potwierdzili. Ale pamiętajcie, to nie my, to Jezus! – mówi z błyskiem w oku siostra Gertruda, przełożona domu, kiedy już siedzimy w maleńkim pokoiku przy kaplicy.

    Imię Jezusa pada w czasie rozmowy nieustannie. Siostra Gertruda wyrzuca z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, ale o cokolwiek by ją zapytać, odpowiedź ma jedną: to Jezus. Widać i słychać, że relacja z Nim jest dla sióstr w czerwonych welonach tak naturalna jak oddychanie. – Ludzie są głodni Jezusa, bliskości z Nim. Przywożą tu ze sobą mnóstwo dramatów i cierpień, ale najpotężniejszy z nich to brak sensu życia. Naszym zadaniem jest ten sens im pokazać, a wtedy życie zmienia się radykalnie. Faustyna zapisała w „Dzienniczku”, że mamy przygotować świat na przyjście Jezusa przez ofiarę, modlitwę i budzenie ufności, więc to staramy się robić. Jesteśmy ekspansywną formą kultu Bożego Miłosierdzia – bo obraz trzeba czcić, koronkę trzeba odmówić, o święcie trzeba wiedzieć, że jest, i z niego skorzystać. A my dopadniemy wszystko, co nie zdąży uciec – wyjaśnia z uśmiechem.

    Baśniowa opowieść

    Zgromadzenie Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia powstało na wyraźne żądanie Pana Jezusa, które św. Faustyna zapisała w „Dzienniczku” – tam także opisane są reguła zakonna, kolor habitu, a nawet wygląd domu, w którym siostry miały zamieszkać. Wizja św. Faustyny zrealizowała się w 2001 roku, kiedy trzy siostry, żyjące w zgromadzeniu czynnym, poszły za płonącym w sercach pragnieniem, aby żyć w klauzurze według wskazań z „Dzienniczka”. Historia powstania zgromadzenia nadaje się na scenariusz filmu sensacyjnego, gdzie „przypadek” goni „przypadek”. – Czasem o wszystkim nie mówimy, bo to brzmi jak baśń z tysiąca i jednej nocy – uśmiecha się s. Gertruda. – Ale Jezus obiecał, że Jego Duch zamieszka w tym domu, i wywiązuje się z danego słowa – zapewnia.

    Dziś pod Sochaczewem modli się 14 zakonnic, a dwie kolejne kandydatki dołączą do nich w październiku. Klasztor jest tak maleńki, że niektóre z sióstr mieszkają w dwuosobowych pokojach. Planowana rozbudowa przesunęła się w czasie ze względu na kiepską sytuację finansową, ale siostrom to nie przeszkadza. – Jak Pan Jezus będzie chciał, to rozbudujemy dom. To On tu jest gospodarzem, nie my! – przypominają.

    Czy chcesz?

    Choć zgromadzenie żyje za klauzurą, drzwi małego domku nieustannie są w ruchu. Do Rybna przybywają z bliska i z daleka ludzie spragnieni modlitwy, rozmowy i nadziei. Przyjeżdżają nastolatki, które szukają kogoś, przy kim mogą się wygadać, i małżonkowie pragnący potomstwa. – „Nasze” najstarsze dzieci zaczynają już studia. I cały czas dostajemy zdjęcia kolejnych maluchów, o których poczęcie modlili się tu ich rodzice – dzieli się s. Anna. Pan Jezus szczególnie wybrał sobie jednak Rybno do ratowania powołań kapłańskich i zakonnych. Wielu księży, którzy byli już gotowi zawiesić sutannę na kołku, po modlitwie w malutkiej kaplicy i rozmowie z siostrami wraca do posługi z nowym zapałem i gorliwością. Zakonnice nie prowadzą żadnych modlitw wstawienniczych – po prostu włączają składane intencje do swoich codziennych modlitw, szczególnie do Koronki do Bożego Miłosierdzia. Każdego dnia kilka godzin spędzają w kaplicy, wołając o miłosierdzie dla świata. A Jezusowi to wystarcza, aby działać…

    – Porusza mnie szacunek, jaki Bóg ma wobec człowieka. On nigdy nie zmusza, zawsze pyta: czy chcesz? My sami siebie nie szanujemy tak bardzo, jak szanuje nas Pan. Kiedy to odkrywamy, życie się zmienia – ludzie zaczynają widzieć sens, odczuwają pokój, zmieniają się ich relacje, a Bóg może dokonywać w ich życiu cudów. Wszystko opiera się na zaufaniu – a my tutaj ufamy za tych, którzy nie ufają – tłumaczy siostra Gertruda i dodaje – myśmy się nauczyli, że zawsze trzeba coś konkretnego zrobić. A w duchowej przestrzeni wystarczy zaufać – nie muszę tego ani czuć, ani dotykać. Nie chodzi o wzniosłe uczucia, tylko o akt woli: „Nie wiem, Jezu, jak mnie uratujesz, ale na pewno to zrobisz, bo obiecałeś”! – mówi z przekonaniem zakonnica.

    Ale jak znaleźć w sobie tyle zaufania? – My nie musimy być nie wiadomo jacy, przecież Jezus wie, że jesteśmy słabi! Wystarczy zaufać: Jezu, ratuj! – a potem już tylko pozwolić Jemu działać. Bo to w Nim, nie w nas jest siła! – przekonuje siostra.

    Wyzwoleni niewolnicy

    Dzwonek zaprasza do kaplicy na południowe modlitwy. Klękamy przy drewnianej kracie i wsłuchujemy się w śpiew psalmów. Modlitwa płynie niespiesznie. Spoglądam na twarze sióstr – nie zwracają na nas uwagi, całe zatopione w obecności Tego, który zaprosił je do wspólnego życia. Choć w formie modlitwy nie ma nic nadzwyczajnego – Anioł Pański, brewiarz, koronka – to sposób, w jaki siostry zwracają się do swojego Mistrza, czyni te pół godziny wyjątkowym przeżyciem. – W południe odmawiamy koronkę za konających, szczególnie tych w rozpaczliwej sytuacji, wątpiących w możliwość zbawienia. Pan Jezus obiecał, że zbawi każdego, za kogo koronka została odmówiona, i tego, kto ją odmawiał, bez żadnych innych warunków! Jej odmówienie zajmuje jakieś siedem minut, a otwiera niebo – opowiada siostra Gertruda, prowadząc nas w stronę ogrodu. Przytacza historię, którą opowiedziała jej jedna z osób z Kręgu Miłosierdzia. – Jej dziadek umierał w hospicjum. Jego córka, a mama tej naszej siostry, każdego dnia odwiedzała go i odmawiali razem koronkę, bez jakiejś specjalnej intencji. Tuż przed śmiercią dziadek opowiedział sen – zobaczył Maryję stojącą pośrodku morza, a wokół niej mnóstwo ludzi. Maryja powiedziała mu, że to są wyzwoleni niewolnicy, i podała ich liczbę. Dziadek nie zrozumiał tego snu. Kiedy zmarł, jego córka policzyła, ile dni wraz z ojcem modliła się z koronką – było ich dokładnie tyle, ilu wyzwolonych niewolników pokazała mu Matka Boża. A morze jest przecież symbolem zła, śmierci – dodaje zakonnica.

    Ratunek w Kościele

    Spacerujemy po ogrodzie, który jest jednocześnie „salą spotkań” – to tam siostry przyjmują większe grupy. – Mamy umowę z Jezusem – my szykujemy salę, Ty robisz klimatyzację. My kosimy trawę, przygotowujemy kwiaty, wystawiamy ławki, a On zapewnia pogodę. Zimą trochę trudniej, bo sala jest zasypana śniegiem, dlatego intensywnie korzystamy z niej od wiosny do późnej jesieni – mówi z błyskiem w oku przełożona.

    – Pięknie się słucha o zaufaniu, ale przecież w życiu duchowym żyjemy od kryzysu do kryzysu. Jak sobie radzicie, kiedy słowa: „Jezu, ufam Tobie” nie chcą przejść przez usta? – pytam. – My wolimy mówić: od wyjścia z kryzysu do wyjścia z kryzysu. Gorszy moment zdarza się każdemu, ale nie wszystkim jednocześnie. Dużo rozmawiamy, pomagamy sobie wzajemnie: dziś ja kogoś niosę, jutro siostry mnie podniosą. A w sytuacji każdego kryzysu ratunek jest w Kościele: sakrament pokuty, adoracja, kierownictwo duchowe. Trzeba czytać Pismo Święte i katechizm. Jak mam czymś żyć, to muszę wiedzieć, czym to naprawdę jest, potrzebuję przepisu na życie. I Kościół mi go daje przez Ewangelię, katechizm, komentarz do przykazań. My jesteśmy słabe jak wszyscy. Nie jesteśmy nadzwyczajne. Po ludzku to nasze dzieło nie ma prawa się udać. Ale to wszystko jest Jego dziełem, oparte na Jezusie. A On jest stronniczy – zawsze na naszą korzyść! Trzymaj się tej myśli, a nie zabłądzisz – mówi siostra Gertruda, ściskając na pożegnanie.

    Agnieszka Huf/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dwa miliony ocalonych

    Wypraszanie łask od Jezusa Miłosiernego w Rybnie trwa nieustannie

    Wypraszanie łask od Jezusa Miłosiernego w Rybnie trwa nieustannie

    ***

    – Na Rok Wiary proponujemy wszystkim akcję „Prezent dla Jezusa”, którym jest codzienna Koronka do Bożego Miłosierdzia, odmawiana w intencji grzeszników – mówi siostra Gertruda, przełożona Wspólnoty Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia w Rybnie.

    W czwartek 18 kwietnia minęła 20. rocznica beatyfikacji św. siostry Faustyny Kowalskiej. Kwiecień to także miesiąc, w którym 13 lat temu Jan Paweł II wpisał ją w poczet świętych. Patrząc przez pryzmat Roku Wiary, warto dołączyć się do akcji prowadzonej przez rybnowskie zgromadzenie, a także przyłączyć się do istniejącego przy zgromadzeniu Kręgu Miłosierdzia. Warto, bo ci, którzy to uczynili, bez przerwy opowiadają o łaskach i cudach, jakich doświadczają od Jezusa Miłosiernego.

    Uzdrowienia bez limitów

    – Tuż przed Niedzielą Miłosierdzia Bożego, w którą od lat przyjeżdżają do nas tłumy, martwiłyśmy się, że ludzie będą musieli stać w śniegu po kolana – mówi s. Gertruda. – Przez dwa dni „wykulałyśmy” cały śnieg. Potem zwróciłyśmy się do Pana Jezusa, mówiąc: „Wszystko, co mogłyśmy zrobić, zrobiłyśmy. Reszta należy do Ciebie, Panie Jezu”. A On jak zwykle nas nie zawiódł. Słońce, które tego dnia świeciło, osuszyło ziemię i sprawiło, że ludziom stojącym na zewnątrz nie było zimno. Po dwóch dniach po uroczystości Zwiastowania Pańskiego zimno wróciło – opowiada z uśmiechem siostra Gertruda. Ale w Rybnie Jezus Miłosierny nie wysłuchuje tylko próśb związanych z pogodą. Przyjeżdżający tu dają świadectwo o licznych uzdrowieniach, nawróceniach i zmianie życia.

    – Kiedyś przy porządkowaniu terenu pracowali u nas dwaj mężczyźni. Od dłuższego czasu ich pragnieniem było, by w ich małżeństwach poczęły się dzieci. Jezus ich wysłuchał. Niemal w tym samym czasie zostali ojcami. Jak z rękawa możemy sypać podobnymi przykładami uzdrowień i nawróceń osób, które przez lata były daleko od Boga. Żeby było jasne: wszystkie cuda, jakich ludzie tu doświadczają, to nie nasza zasługa. My tylko modlimy się w intencjach, jakie do nas spływają. W swoich modlitwach pamiętamy nie tylko o chorych, ale także o kapłanach, siostrach zakonnych, poszukujących Boga i zatwardziałych grzesznikach. Ci ostatni, zgodnie z tym, co powiedział Jezus, są mu szczególnie bliscy. I to wobec nich Jezus zdobył się na „szaleństwo”. Obiecał bowiem, że wystarczy zmówić w czyjejś intencji Koronkę do Miłosierdzia Bożego, by ocalić go od potępienia– przekonuje siostra przełożona.

    Sposób na smutasów

    Codzienne odmawianie Koronki z intencją „o uratowanie od potępienia duszy, którą Jezus chce uratować” to akcja, jaką na Rok Wiary siostry zaproponowały osobom należącym do Kręgu Miłosierdzia istniejącego przy rybnowskiej wspólnocie. W inicjatywę niemal od początku włączyły się też osoby nienależące do kręgu. – Rachunek jest prosty. Każdy w roku może ocalić przynajmniej 365 osób. Jak to pomnożymy przez osoby należące do kręgu i tych, którzy przyłączyli się do akcji w ciągu roku, możemy ocalić około 2 mln ludzi od potępienia – mówi s. Gertruda.

    – W ostatnim czasie rzadko odmawiałam Koronkę – przyznaje Ewa Kowal ze Śląska. – Będąc w Rybnie, usłyszałam o akcji „Prezent dla Jezusa” i od razu się do niej przyłączyłam. Pomyślałam sobie, że nie godzi się nie podejmować takiego dobra. Pierwszą ofiarowałam za siebie. Kolejne będą już bezinteresowne. Zamierzam też przeczytać „Dzienniczek”, który siostry mi podarowały. Mam nadzieję, że również w moim życiu mocniej doświadczę obecności Jezusa Miłosiernego – wyznaje pani Ewa.

    Święta siostra Faustyna w „Dzienniczku” opisuje proces rozprzestrzeniania się Dzieła Miłosierdzia w trzech odcieniach. W listach do ks. Sopoćki doprecyzowuje, co to znaczy. Poza zgromadzeniem zakonnym o charakterze kontemplacyjnym, jak czytamy w materiałach przygotowanych przez siostry, innym „odcieniem” uczestnictwa w Dziele Miłosierdzia jest modlitwa i czyny miłosierdzia osób niezobowiązanych żadnym ślubem, które, zgodnie z obietnicą Jezusa, będą miały udział we wszystkich zasługach i przywilejach całości dzieła. Co ważne, do tego odcienia mogą należeć wszyscy. Krąg Miłosierdzia przy rybnowskiej wspólnocie, powstały w kwietniu 2006 roku, dziś liczy grubo ponad 4 tysiące osób.

    – Osoby, które zdecydują się do nas dołączyć, zobowiązują się każdego dnia do odmawiania Koronki, krótkiej modlitwy za Kościół i kapłanów, przynajmniej jednego uczynku miłosiernego dziennie, świadectwa życia, oraz wierności swojej drodze powołania. W listach, które skierowałyśmy w Roku Wiary do osób z kręgu, zaproponowałyśmy, by do odmawianej koronki dołączyć intencję za grzesznika zagrożonego potępieniem. Drugim krokiem czy prezentem dla Jezusa była prośba o ofiarowanie za te osoby Komunii Wynagradzających. Trzecim – dziękczynienie. Dziś wokół nas jest bardzo wielu smutasów. Ludzie nie potrafią zauważać dobra. Stracili też nadzieję. Robiąc z nami trzy nieostatnie kroki, razem z Jezusem idziemy w głąb. Jak widać, nie są to jakieś propozycje ilościowe, ale jakościowe. Resztą zajmie się Jezus – podkreśla z uśmiechem siostra Gertruda.

    zdjęcie kaplicy i tekst – Agnieszka Napiórkowska/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Mam wrażenie, że to słowo, którego wielu katolików nad Wisłą boi się jak ognia. „Kontemplacja” brzmi jak świat zamknięty za kratami Karmelu, jak niedostępna rzeczywistość. Tymczasem, jak nauczał o. Joachim Badeni, jest ona „widzeniem Boga”. Zdolny jest do niej każdy człowiek i, jak zaznaczał, jest ona prosta.

    Choć dla wielu słowo to brzmi jak duchowy doktorat czy habilitacja, prawdziwym punktem wyjścia jest postawa dziecka. – Spotkanie z Bogiem to uczestniczenie w Jego prostocie! – opowiadał mi Badeni. – Do Niego trzeba podejść „po prostu”. Bez żadnej wielkiej szkoły, bez żadnej kombinacji! Rzeczy Boskie – dodawał z uśmiechem – są bardzo proste i bardzo łatwe. Ale zarazem trudne. Ze względu na prostotę.

    On patrzy!

    – Kontemplacja zaczyna się wtedy, gdy człowiek zauważy spojrzenie kochającego Boga. To przede wszystkim On patrzy na mnie – podpowiadał dominikanin. – Jest ona widzeniem Boga, ale nie jest to widzenie jakiegoś obrazu stworzonego przez wyobraźnię. Mogę sobie wyobrazić Chrystusa w postaci, którą znam ze scen z Ewangelii, wykonuję wysiłek umysłu, ale to nie jest to. Aby dojść do autentycznej kontemplacji, muszę przekroczyć własną wyobraźnię. Gwałtowne szukanie materiału dla wyobraźni nie daje żadnych wyników. Niektórzy porzucają w tym momencie kontemplację, nie wiedząc, że właściwie jeszcze w nią nie weszli. To normalny bieg rzeczy, że modlitwa oparta na własnym wysiłku staje się jałowa.

    Czy Adam Mickiewicz w słowach „Patrzaj w serce”, kończących balladę „Romantyczność”, nie zdradził definicji kontemplacji? To właśnie odróżnia ją od medytacji, która zakłada przede wszystkim aktywność ludzkiego rozumu. Tymczasem łacińskie contemplatio pochodzi od słów cum (z, jednocześnie, razem, wspólnie) i templum (określone miejsce, skąd rozciąga się obszar widzenia, pole obserwacji).

    – Medytacja, czyli modlitwa polegająca na rozmyślaniu czy rozważaniu słowa Bożego, może być przygotowaniem do kontemplacji – wyjaśniał Badeni. – Bóg oczekuje pewnego wysiłku medytacji. Ale w pewnym momencie sam nam przypomni, że wobec Niego jesteśmy dziećmi. Powie: „Stop. Teraz już nie rozmyślaj o Mnie, ale wpatruj się we Mnie”. Gdy więc wchodzimy w kontemplację, to kończy się medytacja. Warto spróbować być trochę takim bezmyślnym dzieckiem przed Bogiem, zupełnie swobodnym, bez wymądrzania się.

    Jak dzieci…

    „Dziecko ma potrzebę bliskiej relacji z dorosłym, który musi przyjść z zewnątrz. Ludzie w postawie dziecięctwa cechują się często piękną postawą kontemplacyjną, potrafią się długotrwale zainteresować czymś dotyczącym Boga albo dziełami sztuki” – opowiadał ks. Krzysztof Grzywocz. „Jest w nich chęć patrzenia, kontemplacji. To jedna z głównych postaw chrześcijańskiej duchowości: kontemplacja, zachwyt, patrzenie na rzeczywistość. A z kontemplacji rodzi się piękne działanie”.

    Punktem wyjścia do kontemplacji jest bezradność, pokorne stwierdzenie: „Nie umiemy się modlić tak, jak trzeba” (Rz 8,26) – przypomina katechizm. Prosimy zatem Boga o to, by sam nas nauczył modlitwy. „Podstawą modlitwy jest pokora. Pokora jest dyspozycją do darmowego przyjęcia daru modlitwy: Człowiek jest żebrakiem wobec Boga” (KKK 2559).

    „Możemy jedynie wymagać od siebie, byśmy Bogu dali szansę na to, by On się otworzył dla nas na taką więź” – pisał w książce „Chrześcijaństwo otwarte na kontemplację” o. Włodzimierz Zatorski (1953–2020), benedyktyn, fizyk, teolog i filozof. „Kontemplacji nie jesteśmy w stanie »zrobić«. Możemy jedynie ją otrzymać jako dar darmo dany od Boga i tylko w pokorze serca, czyli w świadomości, że jest to dar darmo dany. Słowo »kontemplacja« powinno być zastrzeżone do wglądu w prawdy Boże, które nas całkowicie przerastają i nie są do osiągnięcia dzięki naszemu wysiłkowi i co potem nazywa się »kontemplacją naturalną«. Z naszej strony musimy jedynie zapewnić określone warunki, aby Bóg zechciał nam te prawdy objawić przez swoją łaskę, i wówczas można mówić o »prostym oglądzie prawdy objawionej w świetle wiary i przy pomocy łaski Bożej, prowadzącym przez miłość do głęboko osobowego doświadczenia Boga«. Kontemplacja nie jest rodzajem wiedzy o czymś, lecz swoistym doświadczeniem, jest wejściem w przestrzeń spotkania. Tu zasadniczą rolę odgrywa łaska, i to nie jako wsparcie naszych naturalnych zdolności, ale jako czysty dar, w którym »widzimy« prawdy, a nawet raczej spotykamy się z Bogiem, który się nam objawia, przez co doświadczamy czegoś, co przerasta nasze naturalne zdolności poznawcze i wyobrażenia”.

    Nie sprawdzać, zaufać, wielbić!

    „Modlitwa nie zatrzymuje się na rozmyślaniach o Bogu, ale dąży do przebywania z Nim, doświadczania Jego obecności. Nie jest stanem raz osiągniętym, ale decyzją, działaniem, wysiłkiem, wiernością, łaską, którą należy pielęgnować. Modlitwa, podczas której sprawdzamy ciągle, czy się modlimy, jest tylko psią zabawą w kręcenie się za własnym ogonem. Postrzegamy tylko siebie! Milczeć. Nie mierzyć. Nie sprawdzać i nie liczyć. Zaufać. Wielbić” – bardzo przydają się tu podpowiedzi benedyktynki s. Małgorzaty Borkowskiej.

    – Na początku pewnie będzie nam trudno, bo w dzisiejszych czasach nie jesteśmy przyzwyczajeni do trwania w ciszy, ale jeśli ktoś spróbuje regularnie stawać przed Bogiem w taki sposób, to powoli On sam będzie poszerzać nasze serca – podpowiada brat Marek z Taizé. – I w pewnym momencie nie będziemy już chcieli bez tej ciszy żyć, będziemy za nią tęsknić i jej szukać. Niektórzy młodzi ludzie pod koniec tygodnia przeżytego w Taizé mówią nam, że na początku tych kilka minut ciszy podczas modlitwy im się dłużyło, a później chwile ciszy były za krótkie.

    Ojciec Badeni, wyjaśniając istotę kontemplacji, przytaczał biblijną opowieść o… stworzeniu świata. – Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię… Pierwsze zdanie Księgi Rodzaju jest szczytem kontemplacji. Dlaczego tak jest? Bo mogę tu zobaczyć Trójcę Świętą w działaniu, dostrzec taką niewyobrażalną urokliwą prostotę: „Jestem stworzony przez Pana”. Odkrywam, że ziemia była bezładem i pustkowiem, ciemność była nad bezmiarem wód, i uznaję, że to wszystko… jest we mnie: bezład, ciemność i pustka. Zapytałem ojca Piotra Rostworowskiego, który moim zdaniem jest najwybitniejszym znawcą życia wewnętrznego, czy jest takie zdanie w Piśmie Świętym, które ujmuje stan doskonałości. Odpowiedział: „Oczywiście! List do Efezjan 5,7: »Niegdyś bowiem byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu«”.

    Nawet jeśli odkrywam w sobie bezład, ciemność i pustkę, Bogu to nie przeszkadza. Jest z niej w stanie wyprowadzić światło. – To podobnie jak ze świętością. Sama w sobie jest nieuchwytna, wyrasta jakby niespodziewanie, czego sam człowiek nie jest nigdy świadomy – opowiada dominikanin o. Krzysztof Pałys. – Kochasz Boga, jak potrafisz, przebywasz z Nim, kiedy możesz, a On zaczyna cię przemieniać.

    – Jest taka antyfona, odmawiana podczas adwentowych nieszporów tuż przed Bożym Narodzeniem „O Oriens…”, czyli: „O Wschodzie, blasku Światła wiecznego i Słońce sprawiedliwości, przyjdź i oświeć siedzących w mroku i cieniu śmierci” – wyjaśniał Badeni. – Podczas modlitwy doświadczamy jakby wschodzącego światła.

    Od przeżycia do zamieszkania

    I ewangelizator Daniel Ange, i Pierre-Marie Delfieux, założyciel Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich, zapytani o istotę kontemplacji, odpowiedzieli mi: to tracenie czasu przed Bogiem. Katechizm przywołuje słowa Teresy od Dzieciątka Jezus: „Modlitwa jest wzniesieniem serca, prostym spojrzeniem ku Niebu, okrzykiem wdzięczności i miłości zarówno w cierpieniu, jak i radości” (KKK 2558).

    – Zobaczenie Boga i spotkanie z Nim ma swój dalszy ciąg. Tak jak zakochani zmierzają w stronę małżeństwa, podobnie osoba pociągnięta urokiem miłości Boga pragnie związać się z Nim na stałe – podsumowywał Joachim Badeni. – Wytrwała kontemplacja prowadzi od przeżycia do zamieszkania. Człowiek zamieszkuje w Bogu, a Bóg w człowieku. To już nie tylko jest spotkanie, ale trwanie w Bogu i przebywanie w Nim. Bóg chce, abyśmy nie tylko oczekiwali na Jego działanie, ale sami także wkładali cały swój ludzki wysiłek w to, aby Go miłować. Tak jak to jest zapisane w przykazaniu miłości: „Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił”. W tej wspólnocie miłości ze swojej strony pragniemy oddać wszystko, a otrzymujemy stokroć więcej.•

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana a nie obrażana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC LIPIEC 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby sakrament namaszczenia chorych dawał osobom, które go przyjmują, i ich bliskim moc Pana i aby coraz bardziej stawał się dla wszystkich widzialnym znakiem współczucia i nadziei.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *  Panie Jezu Chryste, Odkupicielu świata, niech Twoje Najdroższe Rany osłaniają nas w niebezpieczeństwach. Niech Twoja Najdroższa Krew obmywa i leczy serca nasze grzechem poranione. Prosimy, okaż nam miłosierdzie, na które nie zasłużyliśmy, ale mamy nadzieję, bo przecież Miłość Twoja jest przeobfita i nieogarniona.

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 lipca modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 30 czerwca z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ***

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO, MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ISTOCKPHOTO

    ****

    Rozżarzone węgle. Czym jest Żywy Różaniec?

    Wymienianie się tajemnicami nie musi oznaczać szpiegostwa czy plotkarstwa. Może być osią najprężniejszej akcji modlitewnej w historii świata. Posłuchajcie różanych opowieści…

    Na hasło w krzyżówce: „Robotnicy, Róża” odpowiedź nie musi brzmieć: „Luksemburg”. Może być nią Paulina Jaricot, osoba równie bliska lyońskim pracownicom i grupom, których dewiza brzmi: „Różaniec? Stanowczo odmawiam”. Jej pomysł był genialny w swej prostocie. „Piętnaście węgli: jeden płonie, trzy lub cztery tlą się zaledwie, pozostałe są zimne. Ale zbierzcie je razem, a wybuchną ogniem”.

    Nigdy się nie zawiodłam

    – Z Różańcem zaprzyjaźniłam się dwadzieścia lat temu, gdy poznałam orędzie fatimskie, ale odmawiałam go nieregularnie – opowiada Katarzyna Błotny. – Kilka lat temu poszłam na Mszę do swego parafialnego kościoła na katowickim Wełnowcu i zdziwiona zauważyłam, że w prezbiterium śpiewa Henryk Czich, jeden z założycieli popularnej grupy Universe. Miał wiaderko z różami i zachęcał do przystąpienia do tej formy modlitwy. Poszłam po jedną różę i… od czterech lat odmawiam codziennie swoją dziesiątkę. Zawsze, gdy czuję się bezsilna, chwytam za różaniec. Nigdy jeszcze się nie zawiodłam…

    Sam wokalista Universe opowiada: „Wybrałem Jezusa na Pana i Zbawiciela w 2007 roku, w czasie kursu Filip prowadzonego przez gliwicką Szkołę Nowej Ewangelizacji. Pan Bóg przestał być tylko Kimś, w kogo powinno się wierzyć, ale stał się mi bliski. Wyciągnąłem z szafki dawno nieużywane Pismo Święte i bardzo dotknęły mnie słowa: »Otwórz moje wargi, Panie, a usta moje będą głosić Twoją chwałę«. Tej nocy długo nie mogłem zasnąć”.

    Grupy Żywego Różańca istnieją w większości polskich parafii. Ile osób zrzeszają, Pan Bóg raczy wiedzieć… Ponieważ każda grupa jest jednostką autonomiczną i nie łączy się z innymi w struktury, nie można stworzyć bazy danych. Może i dobrze… Nad Wisłą obowiązuje zatwierdzony przez Prymasa Tysiąclecia Ceremoniał Żywego Różańca, opracowany w roku 1977 przez dominikanina Szymona Niezgodę. Odkąd świętujący ćwierćwiecze pontyfikatu Jan Paweł II w liście ­Rosarium Virginis Mariae wprowadził tajemnice światła, w grupie modli się nie piętnaście, jak na początku dzieła, ale dwadzieścia osób.

    Wiem, że Ty wiesz

    – Staram się upolować wolną chwilę już od rana. Najlepsze są dyżury w szkole – uśmiecha się Milena Żak, nauczycielka. – Do intencji za moje dzieci, o to, by nie pogubiły się w życiu i odnalazły swą relację z Jezusem, dorzucam chrześniaków, uczniów… Dorzucam też tych, którzy przyjdą mi tego dnia na myśl. Wybiegam także w przyszłość, bo już dziś modlę się za przyszłych małżonków moich dzieci. Rozpoczynam od przedstawienia intencji, które Pan Bóg zna już na pamięć. (śmiech) Mówię Mu jednak: „Ja wiem, że Ty wiesz, ale mi to pomaga, że Ci o tym opowiem”.

    – W parafii Ducha Świętego w Siemianowicach Śląskich działa prężnie róża różańcowa rodziców. Ludzie wpisywali na listę imiona dzieci, wnuków, chrześniaków – opowiada Beata Górny. – Weszłam w to, bo szukałam konkretu, modlitwy, która będzie dla mnie zobowiązaniem. Dotąd modliłam nieregularnie, a dzięki róży muszę wygospodarować na modlitwę czas, pilnować tego – i bardzo mi to pomaga. Co więcej mogę dać dzieciom, które polecam Bogu? Wierzę, że w tych pełnych zawirowań czasach uchronił je już od wielu niebezpieczeństw, że są w najlepszych rękach. Raz w miesiącu w parafii są odprawiane Msze w intencji róż różańcowych i widać wówczas, jak wiele osób zaangażowanych jest w to dzieło!

    Jeden za drugiego

    – Gdy trafiłem do Bytomia, nie było tu żadnych wspólnot – opowiadał mi przed laty Rafał Kogut, franciszkanin. – Zaczęliśmy od powołania wspólnoty Żywego Różańca. Dlaczego? Zależało mi na tym, by ludzie modlili się za parafię.

    – Przez lata miałam problemy z Różańcem, odmawianie go sprawiało mi sporą trudność, więc dołączenie do róży było dla mnie wyzwaniem – mówi Aleksandra Nowojska z Siemianowic Śląskich. – Zaryzykowałam, bo napędzała mnie myśl, że nie tylko ja sama będę modliła się za moje dzieci, ale otoczy je modlitwa całej grupy. I to do końca ich życia! Zachwyciła mnie ta zasada naczyń połączonych, ludzi, którzy wzajemnie sobie błogosławią. Swą małą cegiełkę dokładam do tego zawsze rano, gdy tylko wstanę…

    Pół godziny nikogo nie zbawi

    Kończy się majowe i większość ludzi wychodzi z kościoła. Na Eucharystii pozostaje jedynie część wiernych. Z jednej strony świadczy to o tym, że piękne maryjne nabożeństwa są wciąż nad Wisłą niezwykle popularne, a z drugiej rodzi się pytanie, czy właściwie rozłożyliśmy akcenty. Hitem stał się lapsus językowy jednego z proboszczów, który rzucił: „Po Różańcu będzie Msza Święta. Zostańcie, te pół godziny nikogo nie zbawi!”.

    Różaniec jest mi bliski. Nie rozumiem jednak tych, którzy opowiadają o tym, jak łatwą jest modlitwą. – To jest bardzo trudna modlitwa – mówił mi o. Joachim Badeni. – Ona jest łatwa jedynie na poziomie najniższym. To dotyczy ludzi prostych, bez wykształcenia. Natomiast jeśli przyjdzie ktoś, kto się zajmuje naukowo np. hodowlą mrówek, to to całe różańcowe mówienie może mu przeszkadzać w myśleniu. On woli myśleć: nawet jeśli nie o tych swoich mrówkach, to o Matce Boskiej. I twierdzi, że tam, gdzie jest miłość, mówienie nie jest potrzebne. Milcząca miłość matki jest bardziej wymowna niż tłumaczenie dziecku, że się je kocha. Ludzie wykształceni boją się gadania. A można zagadać Matkę Boską! Człowiek potrafi właściwie w tej dziedzinie wszystko. Naukowiec boi się właśnie takiego zagadania i… przeżywa kryzys Różańca. Co zrobić? Wchodzić stopniowo w życie Maryi i Jezusa, a po pewnym czasie te tajemnice rodzą się we mnie. Do tego dojdzie i intelektualista, i prosty człowiek. Myślę, że gdybym był jednym z asysty dworu Pana Zastępów, to usłyszałbym: „Mnie się podoba modlitwa, w której jest mowa o Matce Mego Syna. I tę modlitwę obdarzę licznymi łaskami”. Tak to sobie wyobrażam.

    Róża zamiast kołysanki?

    Masz problemy z zasypianiem? Zapisz się do róży różańcowej i modlitwę odłóż na ostatnią chwilę dnia. Nic tak nie usypia jak zdrowaśki – taką „złotą radę” dostałem od osób zaangażowanych w dzieło. Cytując klasyka: nie idźcie tą drogą.

    Członkowie Żywego Różańca zgodnym chórkiem opowiadają, że najtrudniejsze są wierność i systematyczność. Wielu z nich bliska staje się opowieść Teresy z Lisieux, która wyznawała: „Odmawianie Różańca kosztuje mnie więcej niż używanie narzędzi pokutnych. Czuję, że tak źle go odmawiam! Nie mogę skupić myśli”.

    – Dlaczego modlę się w róży? Bo wierzę w słowa z listu św. Jakuba: „Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego” – opowiada Agnieszka Skarecka. – Czasami mam wrażenie, że dla współczesnego świata hasło: „Mogę się za ciebie pomodlić” jest wyrazem bezradności. Wierzę w to, że modlitwa za mojego męża naprawdę przynosi mu błogosławieństwo.

    – Jestem przekonany, że Żywy Różaniec to najpotężniejszy i jednocześnie najbardziej wykpiwany ruch w Kościele – twierdzi ks. dr Grzegorz Wita z Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego. – Geniusz Pauliny Jaricot polegał na tym, że idealnie wpisała się w społeczny i historyczny klimat epoki. Pomysł był oddolny (to niezmiernie istotne! To nie była akcja odgórnie narzucona przez episkopat!). Schemat jest prosty: zapraszam do róży tych, którym ufam. Trochę kojarzy mi się to z budowaniem siatki konspiracyjnej. „Swoi” znają „swoich”. Zaufanie, zgrany team plus konkretna intencja to elementy scalające wspólnotę.

    To nie handel!

    Nie chcę przytaczać świadectw o tym, „co można wymodlić w róży”. Nie po to stworzono to dzieło. To nie rodzaj handlu: dziesiątka za usługę. Pracujący na Wschodzie oblat o. Andrzej Madej opowiadał: – W wielu kościołach zauważam tablice: „W tym miejscu Pan Bóg wysłuchał mojej prośby”, ale jeszcze nigdy nie widziałem tablicy: „Tu ja posłuchałem Pana Boga”. A byłby to nie mniejszy cud!

    Róże różańcowe to odpowiedź na zaproszenie do wiernej modlitwy. Lekcja słuchania.

    – Modlę się w intencjach, które proponuje Kościół, które są przypisane na dany miesiąc – mówi Mariusz Wolnik (prowadzi firmę na Górnym Śląsku). – Do róży należę razem żoną. Ja modlę się najczęściej w samochodzie, bo nie chcę zostawiać tej modlitwy na koniec dnia…

    „Lubimy dania z mikrofalówki, a Pan Bóg woli marynaty”. Róże różańcowe doskonale wiedzą, co „poeta miał na myśli”, nauczając: „Wytrwajcie w miłości mojej”. Słowo to nosi przecież w sobie pewną decyzję, determinację, zmaganie z przeciwnościami. Paulina Jaricot stawiała na wierność. – Dla mnie – podsumowuje Agnieszka Skamrot, nauczycielka z Warszawy – modlitwa w ramach róży różańcowej jest najbardziej niepozorną, a jednocześnie najpotężniejszą bronią.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Cierń schizmy.

    Gdy katolik wypowiada papieżowi posłuszeństwo

    O tym, czym jest schizma, czym herezja, a czym religijne posłuszeństwo, mówi dominikanin o. dr Janusz Pyda.

    Franciszek Kucharczak: Były nuncjusz apostolski w USA abp Carlo Maria Viganò ogłosił, że Franciszek nie jest papieżem, wypowiedział mu posłuszeństwo i wezwał katolików do zrobienia tego samego. Zakwestionował też nauczanie Soboru Watykańskiego II. Czy katolikowi wolno głosić takie rzeczy?

    O. Janusz Pyda OP: 
    Katolik nie może negować zwierzchności biskupa Rzymu i odrzucać wspólnoty z członkami Kościoła, którzy tę zwierzchność uznają. Z tego, co wiem z doniesień medialnych, abp Vigano słowami i czynami zdystansował się wobec jedności z biskupem Rzymu i wiernymi, którzy zwierzchność papieża uznają.

    I grozi mu ekskomunika z powodu przestępstwa schizmy.

    Tak, ale chcę podkreślić, że proces kanoniczny został wszczęty nie dlatego, że abp Vigano w czymś nie zgadzał się z papieżem Franciszkiem. Jest wielu hierarchów, którzy się nie zgadzają i bardzo wyraźnie zgłaszają swoją niezgodę wobec takich czy innych aspektów funkcjonowania kongregacji czy papieża, a przecież żaden z nich nie jest objęty takim procesem. Mam wrażenie, że arcybiskup próbuje się pozycjonować jako męczennik ortodoksji, ale to nieprawda. Proces został wszczęty w związku z jego zachowaniami schizmatyckimi, czyli tymi, które negują jedność z biskupem Rzymu.

    Czym w takim razie jest schizma i czym różni się od herezji?

    Zarówno herezję, jak i schizmę dobrze definiuje kanon 751 Kodeksu prawa kanonicznego, gdzie czytamy: „Herezją nazywa się uporczywe, po przyjęciu chrztu, zaprzeczenie jakiejś prawdzie, w którą należy wierzyć wiarą boską i katolicką, albo uporczywe powątpiewanie o niej (…), schizmą – odmowa uznania zwierzchnictwa Biskupa Rzymskiego lub utrzymywania wspólnoty z członkami Kościoła, uznającymi to zwierzchnictwo”.

    Gdy katolik odrzuca nauczanie soboru, staje się schizmatykiem czy heretykiem?

    Zarówno papież, jak i Kolegium Biskupów zgromadzonych na soborze powszechnym w jedności z papieżem mogą nauczać nieomylnie, ale tylko wówczas, gdy – jak mówi Kodeks prawa kanonicznego w kanonie 749 – w sposób definitywny głoszą obowiązującą naukę w sprawach wiary i obyczajów czy stwierdzają, że należy coś przyjąć jako definitywnie obowiązujące. Zatem nie każde nauczanie papieża czy soborów cieszy się przymiotem nieomylności. Kodeks prawa kanonicznego w kan. 749, par. 3 mówi wyraźnie: „Tylko wtedy należy uznać jakąś naukę za nieomylnie określoną, gdy to zostało wyraźnie stwierdzone”. A w kan. 752 czytamy: „Wprawdzie nie akt wiary, niemniej jednak religijne posłuszeństwo rozumu i woli należy okazywać nauce, którą głosi papież lub Kolegium Biskupów w sprawach wiary i obyczajów, gdy sprawują autentyczne nauczanie, chociaż nie zamierzają przedstawiać jej w sposób definitywny. Stąd wierni powinni starać się unikać wszystkiego, co się z tą nauką nie zgadza”. To niepozorne słowo „definitywnie” jest bardzo ważne, bo wyznacza dogmatyczność, czyli nieomylność danego nauczania papieża czy soborów. Trzymałbym się zatem ścisłego rozumienia schizmy jako zerwania jedności z papieżem i wiernymi przyjmującymi jego zwierzchnictwo.

    Czyli schizmatykiem może być ktoś, kto wierzy zasadniczo „po katolicku”, ale nie uznaje władzy papieża?

    Tak. Do schizmy może więc dojść nawet wówczas, gdy ktoś przyjmuje wszelkie prawdy wiary, w które należy wierzyć „wiarą boską i katolicką”, ale odrzuca na przykład zwierzchność papieża w takim wymiarze, w jakim przyjmujemy ją w Kościele rzymskokatolickim. Może być również tak, że ktoś odrzuca nauczanie soboru w tych elementach, w których sobór nie domaga się aktu wiary, ale „religijnego posłuszeństwa rozumu i woli”. Nie staje się wówczas automatycznie heretykiem, ale wyraźnie widać, iż z jego religijnością dzieje się coś bardzo niepokojącego.

    Niedawno całe episkopaty krajowe zadeklarowały… dystans wobec Fiducia supplicans. Czy to mieści się w granicach „religijnego posłuszeństwa”?

    Zdecydowanie tak. Sprzeciw wobec Fiducia supplicans był i jest naprawdę duży. Były prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Sakramentów kard. Sarah powiedział: „Byłem bardzo dumny, słysząc biskupów afrykańskich całkowicie odrzucających ten tekst. I wielu innych biskupów nawet w Brazylii odmówiło, więc myślę, że jest on niemożliwy do zaakceptowania”. Kard. Gerhard Müller, były prefekt Kongregacji Doktryny Wiary, w tekście opublikowanym na portalu The First Things napisał: „Deklaracja Fiducia supplicans musi być uważana za doktrynalnie problematyczną, ponieważ zawiera zaprzeczenie nauki katolickiej”. Dodał, iż tekst deklaracji jest „również problematyczny z duszpasterskiego punktu widzenia”. Trudno mi sobie wyobrazić mocniejsze słowa, zwłaszcza ze strony byłych prefektów dwóch najważniejszych kongregacji.

    W jaki sposób realizuje się tu religijne posłuszeństwo?

    Protestujący argumentują, przytaczając konkretne przykłady, że ten dokument idzie w poprzek Pismu Świętemu i tradycyjnemu nauczaniu Kościoła, nie wprost, co prawda, odnośnie do homoseksualizmu, ale co do tego, czym jest błogosławieństwo i co ono znaczy. Krytycy zauważają bowiem, że zgoda na udzielanie błogosławieństwa jest, a przynajmniej może być, odczytana jako akceptacja czynów moralnie złych. Jeżeli więc oni coś takiego zauważają, to powinni swoje stanowisko jasno wyrazić.

    Jak jednak odróżnić te sytuacje, w których można tak reagować, od tych, w których nie można? Przecież mówimy o dokumencie Dykasterii Nauki Wiary.

    To jest dokument stosunkowo niskiej rangi – został wydany właśnie przez dykasterię, a nie przez papieża. Hierarchia ważności dokumentów ma znaczenie. Druga rzecz jest taka, że ten sprzeciw zgłaszają biskupi, i to biskupi sprawujący swój urząd, oraz tacy, którzy – jak kard. Sarah czy kard. Müller – stali niegdyś na czele najważniejszych kongregacji watykańskich. Oni mają mandat do tego, żeby takie wątpliwości zgłosić. Znaczące, że nikt z autorów różnych dubiów posłuszeństwa papieżowi nie wypowiada.

    Czy tak powszechny sprzeciw, jaki zdarzył się wobec Fiducia supplicans, to precedens?

    Zdarzały się już sprzeciwy wobec dokumentów nawet wyższej rangi i sygnowanych przez samych papieży. Można tu przypomnieć chociażby sprzeciw, z jakim spotkała się encyklika Pawła VI Humanae vitae zarówno po jej publikacji, jak i przed nią, kiedy już wiadomo było, w jakim kierunku pójdzie papieskie rozstrzygnięcie konkretnych kwestii moralnych, których dotyczyła ta encyklika. Paweł VI był zresztą świadomy reakcji, jaką jego dokument może wywołać, o czym wyraźnie pisze na samym początku encykliki. Niemniej jednak zarzuty, jakie kierowano wobec Humanae vitae, dotyczyły raczej tego, że nauczanie papieża, zwłaszcza w kwestiach ludzkiej płodności, nie nadąża za tendencjami kulturowymi czy cywilizacyjnymi, że jest zbyt restrykcyjne i tak dalej. Nie zarzucano nauczaniu zawartemu w Humanae vitae, że jest niezgodne z Pismem Świętym czy Tradycją moralną Kościoła. Tymczasem takie właśnie zarzuty, jak widzieliśmy w przytoczonych cytatach, bardzo z natury swej poważne, pojawiają się w odniesieniu do Fiducia supplicans.

    Były też sprzeciwy wobec adhortacji Amoris laetitia, a to już jest dokument wyższej rangi, prawda?

    Tak. Pewnie chodzi panu o ósmy rozdział.

    Konkretnie o przypis.

    Problem z Amoris laetitia polega na tym, że tam w sposób bardzo niejednoznaczny są wprowadzane pewne rzeczy, które faktycznie mogą budzić sprzeciw. Znowu jednak nie jest to wprowadzone przez formułę bardzo autorytatywną, a do tego główny problem dotyczy przypisu. Wychodzi tu też sprawa hierarchizacji wypowiedzi i odróżnienia wypowiedzi dogmatycznych od duszpasterskich. Wszyscy znamy przykład sprzeciwienia się papieżowi, i to samemu świętemu Piotrowi. Czego dotyczył spór apostołów? Nie doktryny, bo święty Piotr nie odrzucał postanowień tzw. soboru jerozolimskiego, które wcześniej sam akceptował. Paweł skarcił Piotra za to, że w swoich gestach jest niekonsekwentny w stosunku do wcześniej podjętych decyzji doktrynalnych. Widać tu, że nie tylko słowa papieża, ale również jego gesty są znaczące. One też muszą być spójne z doktryną.

    W Polsce istnieją grupy korzystające z posługi suspendowanych księży. Duchowni ci jawnie lekceważą nałożone na nich zakazy i nakazy, a nie spotyka ich ekskomunika. Dlaczego?

    Roztropni wierni, wiedząc – a naprawdę łatwo się tego dowiedzieć – iż dany duchowny jest suspendowany, czyli że zawieszona została jego władza wykonywania święceń, nie powinni, a nawet nie mogą uczestniczyć w obrzędach przez niego sprawowanych, wsłuchiwać się w głoszone przezeń nauki czy podążać za jego wskazaniami. To właśnie suspensa jest karą chroniącą wiernych przed działaniem błądzących duchownych. Jest ona nakładana nawet wówczas, gdy na przykład ze względu na zaburzenia psychiczne czy poważne zaburzenia osobowości osobista wina takich księży jest ograniczona. Jeśli wierni, świadomi ciążącej na duchownym kary suspensy, wciąż za nim idą, nie sądzę, aby powstrzymała ich w tym kara ekskomuniki nałożona na takiego księdza.

    A jednak arcybiskupowi Viganò ekskomunika grozi.

    Mówimy, że jest to kara late sententiae, czyli na mocy samego prawa. Jeżeli ktoś dokonuje aktu schizmy, to trudno, żeby jednocześnie pozostał w komunii z Kościołem. Bo albo jedność z Kościołem, albo schizma. Ekskomunika to jest postawienie kogoś poza wspólnotą, więc powiedziałbym, że w takiej sytuacji tę ekskomunikę sam zainteresowany sobie wymierza.

    rozmawiał Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    	Po usunięciu z wystawy wizerunki rtm. Witolda Pileckiego, św. Maksymiliana Kolbego i bł. rodziny Ulmów zostały wyświetlone na fasadzie Belwederu.

    Po usunięciu z wystawy wizerunki rtm. Witolda Pileckiego, św. Maksymiliana Kolbego i bł. rodziny Ulmów zostały wyświetlone na fasadzie Belwederu.
    fot. Łukasz Błasikiewicz/KPRP
     

    ***

    Prof. Nowak: Obserwujemy zjawisko „dezynfekcji” – wyczyszczenia pamięci zbiorowej dotyczącej walki o niepodległość

    – Trzeba tupetu, by tak ostentacyjnie niszczyć polską pamięć. Nawet za czasów wcześniejszych rządów lewicy, w tym SLD, nie obserwowałem podobnych zachowań – mówi prof. Andrzej Nowak o zmianach wprowadzonych w wystawie stałej w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

    Agata Puścikowska: Z sieci: „Obecny rząd zapamiętamy z tego, że usuwał z pamięci historycznej rtm. Pileckiego, a przywracał emerytury tym, którzy wyrywali mu paznokcie”. To nasza przyszłość?

    Prof. Andrzej Nowak: 
    Nie wiem, jaka będzie przyszłość. Ponieważ jednak jestem historykiem, obserwuję to, co już się wydarzyło: zaszło wiele ważnych zmian, z których można wyciągać pewne wnioski. Zmieniła się podstawa programowa nauczania historii, zmienił się też kanon lektur dla uczniów. W końcu została zmieniona ważna ekspozycja w Muzeum II Wojny Światowej. Wszystko to jest spójne i można przypuszczać, że składa się na działania, które mają zmienić naszą zbiorową pamięć. Polska pamięć narodowa, nasza tożsamość w dużym stopniu została ukształtowana na tradycji walki z najeźdźcami, sprzeciwie wobec zniewolenia, oporze wobec zewnętrznych zaborców, na dumie narodowej z rzeczywistych bohaterów w tej walce o wolność. Co oczywiście nie oznacza, że mamy żyć wyłącznie wspomnieniami lub we wrogości do dawnych okupantów. Obecnie jednak obserwujemy zjawisko, które można nazwać „dezynfekcją” pamięci, czyli próbę wyczyszczenia części pamięci zbiorowej dotyczącej walki o niepodległość, poświęcenia dla ojczyzny. Widać to zarówno w „dezynfekcji” podstawy programowej nauczania historii, z której usunięto – zaczynając od średniowiecza – m.in. wszelkie wzmianki o walce z Zakonem Krzyżackim, hołd pruski, nawet kwestie związane z udziałem Polaków w walce o niepodległość USA, i dokonano szokującej czystki w nauczaniu współczesnej historii – na przykład o wojnie obronnej we wrześniu 1939 r. Z szerszej perspektywy wyrzucenie ze scenariusza ważnej wystawy postaci takich jak św. Maksymilian, rtm. Pilecki czy rodzina Ulmów wydaje się konsekwentnym dopełnieniem tej tendencji, a zarazem niezwykłej arogancji. Trzeba bowiem tupetu, by tak ostentacyjnie niszczyć polską pamięć. Nawet za czasów wcześniejszych rządów lewicy, w tym SLD, nie obserwowałem podobnych zachowań. Wówczas też nie dochodziło w tak brutalny sposób do prób formowania „osób uczniowskich” na skrajnie zideologizowaną modłę. Dokonuje się rewolucja kulturalna.

    Pan również doświadczył jej skutków: z radiowej Jedynki usunięto świetną historyczną audycję pt. „Historia żywa”. Jak Pan to odebrał?

    Zlikwidowano cały program, ale nie dopuszczono nawet do emisji dziesięciu audycji nagranych już wcześniej. Tej decyzji nie argumentowano. Przypomniało mi to czasy komunistyczne, gdy władze cenzurowały i zatrzymywały niewłaściwe filmy, odkładając je na półki archiwów. „Historia żywa” stała się również „półkownikiem”. Poczułem się jak cząstka historii, która się powtarza. Wydawało mi się też nieco zabawne, choć i przykre, że usunięto audycje traktujące o historii… XVII i XVIII wieku. A co tam było złego z punktu widzenia nowej władzy? Przecież nawet nie pojawił się temat Targowicy…

    Jeśli założymy, że obecnie następuje rewolucja kulturalna, to podstawowe pytanie brzmi: dlaczego? Również w kontekście zmian w muzeum.

    O to należy zapytać tych, którzy wprowadzają takie zmiany. Publiczna odpowiedź na pytania o usunięcie z muzeum takich postaci jak św. Maksymilian, rtm. Pilecki i rodzina Ulmów brzmi m.in. tak: one „zakłócają antropologiczny charakter tej wystawy”. To ważna deklaracja, bo sięga do podstawowego rozumienia istoty człowieczeństwa. Należałem do grupy obrońców tej wystawy, gdy rząd PiS-u bardzo mocno ją krytykował. Muzeum interesująco pod wieloma względami pokazywało II wojnę światową. Jednak wystawa stała zawierała pewne błędy, które należało po prostu skorygować. A jednym z nich było wyeliminowanie z ekspozycji aspektów ludzkiego poświęcenia, heroizmu, kiedy kojarzyły się one z Polską lub z katolicyzmem. Wprowadzenie takich postaci jak o. Kolbe, Pilecki i Ulmowie nie zakłóciło antropologicznego charakteru wystawy, lecz wskazało na pewien fundamentalny aspekt. Człowiek oczywiście może być rozumiany jako jeden z gatunków zwierząt. Lecz jest to jedyny gatunek, który wykazuje się zdolnością do poświęcenia aż do oddania życia za drugiego, także spoza własnej grupy krewniaczej. To stanowi o wyjątkowości antropologicznej struktury dla rozumienia człowieczeństwa. Dlatego warto pokazywać i podkreślać znaczenie takich postaci, które zostały najbardziej wyrazistymi symbolami tego rodzaju poświęcenia. Przykłady życia i działania Ulmów, Kolbego i Pileckiego wywierały ogromny wpływ na im współczesnych, ale i wywierają na nas obecnie. Gdy na różne sposoby próbowano Polaków (i nie tylko) traktować jako podludzi, w systemach niemieckiego i sowieckiego ludobójstwa zredukować do najprymitywniejszych, to właśnie przykład poświęcenia za innych, jaki dali wspomniani tu bohaterowie w najbardziej ekstremalnych warunkach, pomagał ocalić człowieczeństwo innym ludziom. Przypomnieć, że są ludźmi, a nie bydłem. Ich życie, wybory są nie tylko warte pokazywania, ale wręcz konieczne, by zrozumieć II wojnę światową. Nawet wówczas, gdy chcemy uciec od wątków czysto martyrologicznych, patriotycznych.

    „Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku powstało jako instytucja kultury, której zadaniem jest kształtowanie narracji historycznej tak, by w wielowymiarowy sposób przeanalizować, zrozumieć i nie dopuścić do zatarcia obrazu II wojny światowej w pamięci zbiorowej” – napisała na platformie X minister kultury i dziedzictwa narodowego Hanna Wróblewska. Czyli są dobre intencje?

    A jednak wycięcie trzech uzupełnień pokazuje zgoła coś innego. Pani minister broni złej koncepcji całości. Warto przynajmniej przyjmować głosy krytyki, analizować je, a nie za wszelką cenę bronić zamysłu, który okazał się błędny. Decyzja obecnych władz muzeum w żadnym aspekcie się nie broni. Władze muszą się zdecydować, czy chcą towarzyszyć postępującej rewolucji kulturalnej i wspierać ją, czy wpisywać się w rodzaj niszczenia narodowej pamięci.

    Każda ekipa rządząca wprowadza do historii politykę. To i zrozumiałe, i… niebezpieczne. Co robić?

    Polityki historycznej, jak sama nazwa wskazuje, odpolitycznić się nie da. Jednak ważna jest tu obrona konsensusu, który wynika ze zdrowego rozsądku, a opiera się na prawdzie historycznej. Prawdą historyczną jest to, że istnieli ludzie, którzy w heroiczny sposób w czasie II wojny światowej poświęcali się dla innych. To jest konkret, który ma ogromne znaczenie symboliczne. Decyzja władz muzeum mianowanych w okresie rządów PiS, by uzupełnić gdańską wystawę wspomnianymi postaciami, miała według mnie sens naprawczy, bo była racjonalna, oparta na głębszym rozumieniu poświęcenia, bez którego nie da się zrozumieć ani II wojny, ani człowieka w ogóle. Jednocześnie upór twórców wystawy mianowanych przez PO, żeby owo uzupełnienie wyrugować, wydaje mi się godny krytycznej refleksji. Autorzy pierwotnego scenariusza wystawy wyszli jakby z założenia, że są jej właścicielami, co jest absurdalne. Gdyby było to myślenie zasadne, wystawa w Luwrze traktowana byłaby, od jej zarania, jako własność jednej osoby, która ułożyła jej scenariusz w roku 1750, kiedy po raz pierwszy została otwarta i jakby od roku 1750 do dziś nie wolno było zmienić ani jednej gabloty, ani jednego obrazu. Wystawy ewoluują, zmieniają się, są uzupełniane. Gdy pojawiają się w nich błędy, wówczas powinna następować dyskusja, a po sensownej krytyce – wprowadzenie potrzebnych zmian. Wystawa dotycząca historii II wojny światowej powinna służyć narodowi albo ogółowi zwiedzających, a nie autorowi. Jest bowiem własnością społeczną, a nie prywatnym przedsięwzięciem. Ten fakt doskonale zrozumiało społeczeństwo, które zareagowało zdroworozsądkowo. Głosem zdrowego rozsądku jest też głos polityka, wicepremiera Kosiniaka-Kamysza, który mocno stwierdził, że usunięte postaci powinny być przywrócone. To nie był przykład zachowania cenzorskiego czy upolitycznienia sprawy, lecz przytomne zachowanie, które wynika z historycznej prawdy.

    Jan Maria Rokita podaje dwie możliwe przyczyny, które mogły kierować władzami muzeum. Pierwsza to „ideologiczny czad”, który nakazuje niszczyć wszystko ustanowione przez poprzednią władzę. Druga to odgórny nakaz. Która hipoteza jest według Pana bardziej prawdopodobna?

    Szczypta prawdy może być w obu. Jednak z moich obserwacji i znajomości reakcji twórców wystawy, zarówno prof. Rafała Wnuka, jak i prof. Pawła Machcewicza, wynika, że mogą tu dochodzić jeszcze kwestie osobiste. Wypowiedzi obu historyków w tej sprawie wyrażają silnie owo szczególne poczucie właścicielstwa, jakby rzecz dotyczyła ich prywatnego folwarku. Więc i taki odruch tutaj widzę: kwestie urażonej dumy i traktowania muzeum jako własności. Co nie wyklucza także ogólniejszego szaleństwa ideologicznego oraz antypisowskiego zacietrzewienia.

    Społeczeństwo, zwykle podzielone, tutaj zareagowało dość jednoznacznie: oporem. Wystarczy tej determinacji na dłużej?

    Mam nadzieję. Tylko reagowaniem, działaniem w obronie kultury – bo przecież następuje też próba zastąpienia kultury chamstwem i prymitywizmem (zwłaszcza w wydaniu minister edukacji, mówiącej z pogardą o jednym z największych polskich poetów „niejaki…”) – mamy szansę wpływać na rzeczywistość. Nie można pozostać obojętnym na wszelkie reakcje niszczycielskie. Wyobrażam sobie taki protest również jako coś zorganizowanego, być może nawet wyjście na ulicę, gdy będzie trzeba. Ale też konieczna jest stała pomoc naszym dzieciom, wnukom w poznawaniu historii, sztuki, piękna języka. Walka o narodową tożsamość jest więc walką i o to, by kolejne pokolenia poznawały najpiękniejsze przestrzenie polskości, do których próbuje im się odgórnie odciąć dostęp. Konieczne jest też „oddolne” przypominanie i upominanie się o pamięć o tych, których na niepamięć teraz się skazuje.

    A może pozostawmy historię historykom? Polityków do niej nie dopuszczając…

    Tu trzeba zadać pytanie: kto jest właścicielem historii? Czy aby na pewno wyłącznie historycy? A może także społeczeństwo, które z jednej strony jest efektem historii, a z drugiej samo tworzy historię. Historycy badają rozmaite zagadnienia, krytykują wzajemnie wyniki badań. Nikt z nas nie posiada, nie jest dysponentem prawdy ostatecznej. Jeśli ktoś tak twierdzi, to po prostu kłamie. Poza cechem historyków są też obywatele, dla których dzieje narodu są ważne. Oni też mają prawo współdecydować o polityce historycznej. Zwykle robią to przez przedstawicieli, czyli polityków. Tym samym politycy mają prawo i obowiązek dbać o sposób przedstawiania historii w przestrzeni publicznej. Natomiast historyk jest jednym z wielu uczestników dialogu o tym, jak ma wyglądać spojrzenie społeczeństwa na przeszłość. Dodatkowo (wraz z politykami albo przeciw nim!) powinien bronić historycznej prawdy.

    Historyczna prawda winna być natomiast przekazywana z klasą. Obecnie mamy, co mamy. Natomiast rząd PiS zmierzał trochę w kierunku patriotycznej tandety…

    Częściowo się zgadzam. Przykładem toporności przekazu był np. sposób redagowania telewizji publicznej. Jednak nie wszystko było przecież przaśne nawet w telewizji, czego przykładem był świetny kanał TVP Historia, który nowe władze również likwidują. Jeśli jednak PiS nieco za mocno naciskał na pedał patriotyczno-akademijny, to obecna ekipa jeszcze mocniej naciska na pedał walki z polską tradycją w przestrzeni publicznej, jak już mówiłem – „dezynfekcji” pamięci. Co jest gorsze? Wszystko to jest przejawem zjawiska mocno patologicznego, rodzaju politycznej choroby dwubiegunowej: przechodzimy ze skrajności w skrajność. To niebezpieczne. Przydałoby się ograniczenie niszczycielskiego rozmachu wahadła politycznego, nie tylko w kwestii polityki historycznej. Czy i jakimi metodami można to osiągnąć? Coraz częściej myślę, że może to leżeć obecnie już tylko w sferze Bożej interwencji…

    rozmawiała Agata Puścikowska/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny

    ***

    Trawa u sąsiada. Na każdej drodze znajdziesz to, co ci jest potrzebne do zbawienia

    Nucisz sobie pod nosem: „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”? Wydaje ci się, że w innym miejscu byłbyś szczęśliwszy, a trawa u sąsiada jest bardziej zielona? Masz rację: wydaje ci się.

    Jeden z kapłanów tuż przed zawieszeniem sutanny na kołku opowiada w sieci w samych superlatywach o tym, jakie szczęście odnajdzie w małżeństwie. Nie w konkretnym, rzeczywistym, ale jakimś wyimaginowanym, podniesionym do poziomu disnejowskiej baśni o Kopciuszku i zwieńczonym nieśmiertelnym „żyli długo i szczęśliwie”. Zerkam na rosnącą falę rozwodów i zastanawiam się: dlaczego tysiące małżonków nie odkryło tej złotej recepty?

    Ileż razy wydawało mi się, że „to nie ta wspólnota”, „nie ta rodzina”, „nie to miejsce”. Gdzie indziej z całą pewnością byłoby łatwiej. To pokusa stara jak świat. Jej echo odnajduję w ewangelicznej opowieści o uczniach, którzy maszerowali do Emaus i nie potrafili rozpoznać towarzyszącego im Zmartwychwstałego. Tak naprawdę nie szli do Emaus, ale zwiewali z Jerozolimy: miasta, w którym doznali zawodu, traumy i ogromnego rozczarowania. Ewangelia wspomina, że gdy rozpoznali Jezusa, „wrócili do Jerozolimy”. Przestali uciekać. W Mieście Pokoju odnaleźli to, przed czym próbowali uciec.

    Dosadniej się nie dało

    Doskonale pamiętam scenę sprzed lat. Ponieważ wiele spraw nie układało się po mojej myśli, siedziałem i robiłem bilans strat i zysków. Oczywiście w moim mniemaniu strat było o wiele więcej. Szukałem pretekstu, by opuścić ws​​pólnotę i zostawić to, co robiłem przez ostatnie kilkanaście lat. Po kilku minutach jałowej walki złożyłem broń i otwarłem Biblię na zdaniu, którego dosłowność i dosadność rozłożyła mnie na łopatki: „Nie szukaj wymówek, gdy masz spełnić swój obowiązek” (Syr 10,26). Bóg nie mógł powiedzieć do mnie większymi literami. Przestałem szukać wymówek i wróciłem do pracy. Gdy po pewnym czasie pojechałem do klasztoru dominikanek w Świętej Annie, usłyszałem od mniszek w białych habitach: „Czym jest powołanie? To bieżąca konieczność. Po prostu rób to, co masz dzisiaj zrobić”.

    − Miałem kiedyś takie doświadczenie u kamedułów − opowiada dominikanin o. Tomasz Nowak, rozchwytywany kaznodzieja. – W moim zakonie doświadczałem pustki, jałowości tego wszystkiego, co robiłem. Byłem zmęczony duszpasterską gonitwą, tęskniłem za kontemplacją, miałem wrażenie, że kręcę się w kółko i nie czuję wiatru w skrzydłach. „Nie po to tu wstępowałem!” − użalałem się. „Miało być inaczej”. Przypominałem znajomego muzyka, który powiedział mi kiedyś: „To po to się ożeniłem, żebym miał gorzej?” (śmiech). Pojechałem na rekolekcje do kamedułów − do zakonu, do którego już dawno miałem ciągoty. „Będzie mi lepiej u mnichów” – rozmyślałem, pracując w ogródku. Grabiłem kamienie i spotkałem kamedułę, który łatał mur. Popatrzył na mnie i rzucił: „A on chce do nas wstąpić?”. „Myślę o tym” – odparłem. „To wstąpić, rozczarować się, wystąpić” − odpowiedział. Nie dałem za wygraną, bo wiedziałem, że reguła Benedykta nakazuje zniechęcanie kandydatów. Nagle ten mnich rzucił: „Bo tak człowiek czasami żyje na rozstaju dróg, a za rogiem czekają sprawy i nie mogą zaistnieć”. Jakby piorun we mnie strzelił! Zobaczyłem, że jestem w tej sytuacji. Na rozstaju dróg. Wróciłem do celi, a ponieważ czytałem akurat traktaty Mistrza Eckharta, zerknąłem na zdanie, na którym skończyłem lekturę. Następne zdanie brzmiało: „Zmiana zakonu to pokusa. Na każdej drodze znajdziesz to, co ci jest potrzebne do zbawienia”. Dosadniej się nie dało. (śmiech)

    Siedź w budzie!

    Przeglądam „Gerontikon” − opasły tom apoftegmatów ojców pustyni i zdumiewam się, jak wielką część tych opowieści egipskich mnichów zajmuje wspomniany temat. Świadomość, że Bóg działa tu i teraz, i przestrzeganie przed duchową mantrą: „A co by było, gdyby?”. Jak proroczo brzmi dewiza, którą wypowiedział Abba Hieraks: „Siedź spokojnie w swojej celi. Gdy będziesz głodny – jedz, gdy będziesz spragniony – pij, a tylko nie obmawiaj nikogo, a będziesz zbawiony”. To „spokojne siedzenie w swojej celi” jest dla mnie lekarstwem na nucenie pod nosem refrenu: „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”.

    „Pewien brat przyszedł do Sketis, do Abba Mojżesza, prosząc go o słowo. Starzec mu odpowiedział: »Wracaj do swojej celi, a ona cię wszystkiego nauczy«”. U ojców pustyni znajduję mnóstwo podobnych wskazówek: „Gdziekolwiek zamieszkasz, nie odchodź stamtąd łatwo” − podpowiadał św. Antoni Wielki. Wiele rad zdumiewa nas swym radykalizmem: „Abba Arseniusz był bezwzględny, gdy ktoś przychodził do niego i mówił: »Dręczą mnie moje myśli, nie jestem zdolny do postu ani do pracy. A może przynajmniej poszedłbym opiekować się chorymi, bo to także jest miłość?«. Starzec rozpoznał podszepty diabła i tak odpowiedział: »Wracaj. Jedz, pij, śpij, żadnej pracy nie wykonuj, tylko się z celi nie oddalaj«, bo wiedział, że to wytrwanie w celi doprowadza mnicha do doskonałości”.

    − „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”? Ten refren kojarzy mi się z powiedzeniem ks. Bronisława Mokrzyckiego: „Siedź w budzie”. Słyszałam je wielokrotnie na rekolekcjach u sióstr zawierzanek – uśmiecha się s. Dorota Kowalewska, augustianka z Krakowa. − Chodzi o to, by wciąż być w chwili obecnej, bo ona jest ogromnym zadaniem, ale też tylko ona jest objęta łaską aktualną. Jeśli wybiegam gdzieś w przeszłość albo przyszłość, to niestety, już szatan mnie ma. Łaską jest chwila obecna: jeśli z niej nie korzystam, gdzieś biegnę myślą, to wówczas tracę. Bóg działa tu i teraz. Mogę mieć wpływ jedynie na to, co „mam”, a jest nim „teraz”. Przeszłości nie zmienię (zanurzam w miłosierdziu), przyszłość jest w Sercu Jezusa (i to najlepsza lokata), więc cała walka duchowa polega na tym, by nie dać się wystraszyć ani pozwolić, by pokusy wyrwały mnie z chwili obecnej. Jeśli dziękuję za to, co mam i gdzie jestem, to wiem, że otrzymuję, że nie mam tego sama z siebie, że jest Ktoś, kto mi to daje. Być może dla kogoś uznanie takiej zależności może być problemem, ale ja się niesamowicie cieszę, że wszystko jest w ręku Tego, który kocha mnie do szaleństwa i nie da mi zrobić krzywdy. Jasne, że czasami myślałam: „Co ja tu robię?”, ale wiem, że to pokusa, by mnie „wyrwać z budy”. Szkoda czasu. Jest tyle do zrobienia w chwili obecnej. Zresztą Bóg sam doskonale wie, dokąd mnie posłać… Takie gdybanie obnaża brak zaufania do Tego, który mnie tu i teraz w tym miejscu postawił.

    Lekarstwo

    – Ta pokusa przychodzi, gdy zapominamy o radości i uciekamy w szukanie przyjemności – podpowiada o. Wit Chlondowski, franciszkanin z Cieszyna. − Lekarstwem jest radość: ta głęboka, wewnętrzna, o której mówi nam słowo Boże, gdy przypomina: „zawsze się radujcie”. Gdy radujesz się z sytuacji, miejsca, w którym jesteś, stajesz się wolny, wdzięczny. Nawet jeśli jest to prześladowanie. Apostołowie radowali się nawet po biczowaniu! Od pewnego czasu Pan zaprasza mnie do takiego dziękczynienia, pokazuje, że tylko w Nim znajdę odpowiedź na moje pytania. To dlatego ojcowie pustyni tak często przestrzegali: „Siedź w celi, nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów, przeczekaj”. A pamiętajmy, jak monotonne było ich życie. Codziennie ten sam rytm, żmudne wyplatanie lin, te same modlitwy, ten sam jałowy pustynny krajobraz. Żadnego urozmaicenia, nawet kulinarnego. Jedli troszkę warzyw, wypiekanych placków chlebowych i troszkę oliwy. Nic więcej. A jednak podpowiadali: „Nie zmieniaj otoczenia, wytrwaj, cela nauczy cię wszystkiego”. Jasne, że pokusa dopada nas niezwykle często. U mnie pojawiła się już w nowicjacie. Czy na pewno dobrze wybrałem? A może powinienem pójść do zakonu kontemplacyjnego? Do kamedułów? Na szczęście miałem mądrego spowiednika, który pozwolił mi ponazywać moje pragnienia. Rozeznałem, że moim powołaniem jest droga franciszkańska.

    Dlaczego demon kusi nas w ten sposób? – Bo chce nam odebrać skarb – podsumowuje o. Wit. − Przychodzą do mnie małżeństwa i wzdychają z zazdrością: „Ale ojciec ma fajnie! Tyle czasu na modlitwę, ciszę, sam na sam z Bogiem”. Naprawdę myślą, że ja tak bardzo każdego dnia doceniam ten skarb? (śmiech) Nie widzą, że ich skarbem jest małżeństwo, wychowywanie dzieci, relacje. A ja nie dostrzegam często, że moim skarbem jest samotność i przebywanie z Bogiem sam na sam. To dlatego demon tak chętnie uderza właśnie w tę sferę.

    Nie gdybaj!

    − Zostawić to, co się robi, i zacząć gdzie indziej? – to pokusa stara jak świat. Zawsze u sąsiada, po drugiej stronie rzeki trawa jest bardziej zielona – śmieje się siostra Bogna Młynarz, doktor teologii duchowości. − To tak powszechne odczucie, że trudno mu się oprzeć. A przecież błogosławieni, czyli szczęśliwi, ci, którzy potrafią przyjąć swoje „tu i teraz” jako najlepszą opcję. I nie chodzi mi o jakieś fatalistyczne, bierne godzenie się z rzeczywistością, które jest wyrzeczeniem się marzeń. Wprost przeciwnie. Tylko ten, kto akceptuje realia życia, może coś osiągnąć, bo zna punkt wyjścia do zrobienia kolejnego kroku. I jeszcze jedna rzecz, która najmocniej przemawia za pełnym dziękczynienia przyjęciem rzeczywistości takiej, jaka jest: tylko w realu można spotkać prawdziwego Boga. On działa tu i teraz, a to jest największy skarb i szczęście. Nie ma po co włóczyć się po bezdrożach bezpłodnych marzeń, że gdyby to lub tamto… Bóg, który nas kocha, jest tutaj. W moim i twoim życiu. Razem z Nim możesz uczynić je sensownym i szczęśliwym. Nawet jeśli jest trudne, jest ono jedynym i wystarczającym pasem startowym, jaki masz do lotu w przyszłość.•

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo.

    Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    Benedyktyńskie opactwo jest jak mikroświat. W klasztornych murach kryją się warsztaty, winiarnia, ogród, a nawet stajnie.

    ***

    Każdy miłośnik skoków narciarskich wie, gdzie leży Einsiedeln. Czy jednak każdy wie, że od średniowiecza mieszka tam Czarna Madonna, a kościół Jej poświęcony pobłogosławił sam Chrystus?

    Pustelnia? Dobre sobie! – myślę sceptycznie, gdy w otoczonym górami i jeziorami urokliwym miasteczku w szwajcarskim kantonie Schwyz szukamy miejsca, by zaparkować. Gwar dobiegający z zatłoczonych kafejek, liczne hotele, śmiech dzieci bawiących się na pobliskim placu zabaw, korek, który utworzył się tuż przy kościele – tu wszystko mówi, że nie jesteśmy w pustelni. To Einsiedeln, znany ośrodek sportów zimowych i słynne miejsce pielgrzymkowe, gdzie króluje Matka Jezusa, czczona w wizerunku Czarnej Madonny.

    Einsied po niemiecku znaczy „pustelnik”, skojarzenia z cichym, oddalonym od zgiełku codzienności miejscem dla samotników nasuwały się więc nieodparcie. Rozwiały się jednak natychmiast, gdy stanęliśmy przed monumentalną świątynią z dwiema sięgającymi nieba wieżami, piramidą schodów i otaczającą jasny plac przed wejściem kolumnadą, która jakby brała w objęcia średniowieczną studnię stojącą na środku.

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo. Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    Obecny kościół pochodzi z XVIII wieku.

    ***

    U Czarnej Madonny

    Szwajcarska Pani wita nas, jak dobra Gospodyni, już od progu bazyliki. Wzniesiona z czarnego marmuru kaplica Łask odbija się od tła jasnych wnętrz kościoła, zajmując centralne miejsce niemal przy jego wejściu. Maryi nie trzeba tu szukać, Ona wychodzi nam naprzeciw i – zanim ruszymy dalej, do Jej Syna – zaprasza do siebie.

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo. Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    Kaplica Łask z figurą Czarnej Madonny wzniesiona została w miejscu śmierci średniowiecznego eremity Meinarda.

    ***

    Wysoka na 117 cm, smukła, lekko pochylona na lewą stronę postać Madonny, wykonana jest z drewna lipowego. Ubrana w czerwoną suknię, ściągniętą paskiem i spływającą w miękkich fałdach, trzyma na ręku Jezusa. Niemowlę jest nagie. Wiemy to wszystko dzięki przechowywanej w kaplicy Wieżowej kopii cudownego posągu, bo Maryja, do której przybywają pielgrzymi, niemal ginie w bogactwie zdobiących ją złotych, kunsztownie haftowanych szat, pod ozdobną koroną. „Gdzie jest Jezus?” – zastanawiam się przez chwilę, zanim wzrokiem wyłowię z zakrywających Go sukienek maleńką buzię Chłopca. Mnisi opowiadają, że strojne szaty kryją przed wzrokiem ciekawskich intymną więź Matki i Dziecka. Oboje otula ciepłe, bursztynowe światło. Patrzę w czarną twarz Maryi. Uśmiecha się lekko, jakby chciała zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Gdy spoglądam w górę, na przepiękne freski zdobiące kopułę bazyliki, to samo światło pada na malowidło przedstawiające Maryję rodzącą Jezusa.

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo. Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    Oblicze Madonny sczerniało od dymu świec i lamp oliwnych.

    ***

    Mówi się, że posąg Madonny sczerniał od dymów ze świec i lamp oliwnych. Wolę myśleć, że to ślady modlitw, które ludzie przynoszą tutaj od wieków. – Głównie Szwajcarzy i Austriacy, ale pielgrzymują tu także Włosi i Francuzi. Bywają i Polacy, choć oni zazwyczaj nocują w Austrii, bo u nas jest drogo – przyznaje o. Lorenz Moser, benedyktyn, który w klasztorze w Einsiedeln spędził ponad 60 lat. Zapytany, o co ludzie modlą się do Madonny, uśmiecha się z zakłopotaniem. – O wszystko. Maryja nie ma tu jakiejś specjalizacji. Ona po prostu przyciąga ludzi do siebie, by prowadzić ich dalej, do Jezusa. Odzyskują u Niej spokój i poczucie bezpieczeństwa. Jak to u matki – wyjaśnia. W klasztorze przechowywane są stare księgi, w których spisywano otrzymane tutaj łaski. Dziś o wysłuchanych modlitwach przypominają obrazy zdobiące wejście do świątyni.

    Dwa kruki

    Jest późne popołudnie, czas nieszporów. Szum wypowiadanych szeptem w różnych miejscach świątyni modlitw cichnie, gdy unosi się nad nimi chorałowy śpiew wspólnoty benedyktynów. Po zakończeniu nieszporów przy głównym ołtarzu mnisi ustawiają się w procesję. Słychać ich rytmiczne, jakby żołnierskie kroki, gdy zmierzają w stronę Czarnej Madonny. Od 1547 roku, codziennie, śpiewają tu dla Niej Salve Regina.

    Skąd się wzięła w tym miejscu? Odpowiedź na to pytanie wymaga cofnięcia się do czasów, które w Polsce były pogańskie. W 835 roku młody szlachcic Meinrad, mnich w klasztorze Reichenau, opuścił wspólnotę, aby żyć jako eremita w głębokich lasach północno-wschodniej Szwajcarii. Przez 26 lat mieszkał w lesie, żył ascetycznie, spędzając długie godziny na modlitwie przed figurą Matki Bożej, którą otrzymał od Hildegardy, wnuczki Karola Wielkiego. Towarzyszyły mu dwa oswojone kruki, a samotność zakłócały pielgrzymki osób, które u świątobliwego mnicha szukały pomocy czy duchowych porad. W 861 r. ufny pustelnik przyjął pod swój dach dwóch pątników. Zbójcy zamordowali mnicha, ale nie uciekli daleko. Za bandytami podążyły kruki, wskazując miejsce ich pobytu. Zostali schwytani i skazani na śmierć. Dwaj skrzydlaci przyjaciele Meinrada są dziś symbolami Einsiedeln, umieszczono je również w herbie opactwa. Ich wizerunki towarzyszyły nam wszędzie: na terenie klasztoru i w miasteczku, dostrzegaliśmy je wśród sprzedawanych gadżetów i na murach kamienic.

    Anielska konsekracja

    Kaplica Czarnej Madonny stoi w miejscu, w którym przed wiekami znajdowała się pustelnia benedyktyna Meinrada. Jego współbracia wznieśli ją w 934 roku, a konsekracji dokonał… sam Chrystus. – W noc poprzedzającą uroczystość poświęcenia biskupowi Konstancji Konradowi objawili się aniołowie i święci. Widział też Chrystusa, który zstępuje na ziemię, by pobłogosławić swoją świątynię – opowiada ojciec Lorenz, wskazując na ilustrujący tę legendę fresk nad kaplicą Łask. Gdy następnego dnia biskup chciał przystąpić do konsekracji kościoła, usłyszał trzykrotnie powtarzane z nieba słowa: „Powstrzymaj się, kaplica jest już poświęcona przez Boga”. Papież Leon VIII potwierdza cud, a w liście do mnichów stwierdza, że to Jezus „ustawił w leśnym klasztorze swojej Najświętszej Matki tron łaski i go poświęcił”. Wieść o nadzwyczajnym wydarzeniu lotem błyskawicy obiegła cały ówczesny świat, rozpoczynając ponadtysiącletnią historię pielgrzymowania do Einsiedeln, a 14 września każdego roku obchodzona jest pamiątka cudu. Na uroczystą procesję Poświęcenia Anielskiego ściągają tłumy wiernych z całej Szwajcarii.

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo. Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    o. Lorenz Moser jest mnichem od ponad 60 lat.

    ***

    Wśród pątników wędrujących do Czarnej Madonny kroniki klasztorne zapisały m.in. biskupów Ulricha (zm. 983), Wolfganga (zm. 994) i Konrada (zm. 995); polską błogosławioną, czczoną na Pomorzu Dorotę z Mątowów (zm. ok. 1398), rozmodlonego Mikołaja z Fliie (zm. ok. 1474), odnowiciela życia kościelnego Karola Boromeusza (zm. 1570), nauczyciela wiary Piotra Kanizjusza (zm. 1597), pokutnika Benedykta Józefa Labre (zm. 1783), opiekunkę ubogich Janinę Antidę Thouret (zm. 1795) oraz papieża Jana Pawła II (zm. 2005).

    Troje ostatnich mogło oglądać kościół klasztorny w obecnym kształcie. Wspaniałą świątynię, nazywaną perłą niemieckiego baroku, wzniesiono w 1719 roku na polecenie ówczesnego opata wspólnoty benedyktynów Thomasa Schenklina. Została zbudowana według projektu Caspara Moosbruggera, architekta i benedyktyna. Wnętrze kościoła zapiera dech w piersi. Jasne ściany odcinają się od pokrywających sklepienie różnobarwnych, utrzymanych w pastelowych tonach fresków przedstawiających sceny z życia Maryi i Jezusa. Warto patrzeć w górę, gdzie unoszą się skrzydlate postaci aniołów, a misternie rzeźbione białe kraty chóru przywodzą skojarzenia z… babcinymi haftowanymi serwetkami.

    Ojciec Moser sprowadza nas na ziemię, a dokładnie – do kaplic umieszczonych wokół rozciągającej się na długość stu metrów głównej nawy. Wskazuje relikwie dwóch najważniejszych w historii opactwa mnichów – Benedykta z Nursji i Meinarda. Po chwili prowadzi nas jeszcze w jedno miejsce, do kaplicy, przed którą umieszczono całkiem współczesny portret zakonnika. – Kto to? – pytam zdumiona, wciąż pod wrażeniem sięgającej tysiąclecia historii, której ślady oglądamy tu na każdym kroku. Z twarzy nieznanego mnicha bije światło.

    To brat Meinard, zakonny krawiec, który rozpoczął nowicjat w Einsiedeln w 1874 roku i spędził tu całe życie, aż do ostatniego dnia, który nadszedł dla niego 14 czerwca 1925 roku. Kiedy wypytuję ojca Lorenza o zasługi tego mnicha – nie każdy zakonny krawiec otoczony jest przecież czcią po śmierci – ten długo zastanawia się nad odpowiedzią. – Był prostym, pobożnym człowiekiem – odpowiada w końcu. Nawet dokumenty, na podstawie których sformułowano wniosek o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, mówią tyle, że ów mnich niczym szczególnym się nie wyróżniał, był za to szczęśliwy i pogodny, zarażając swoją radością ludzi, którzy szukali u niego rady i pociechy. – To wystarczy, by zostać błogosławionym? – pytam z rosnącym zdziwieniem. – A to mało? – odpowiada nasz przewodnik, wyjaśniając, że świątobliwy brat był dla innych wzorem życia zakonnego i ucieleśnieniem Reguły św. Benedykta. Cytuje ulubione powiedzonko sługi Bożego: „Och, bądź cierpliwy, wszystko przeminie, z wyjątkiem wieczności!”. – Ludzie go kochali – dodaje jeszcze.

    Klasztor jak mikrokosmos

    Opuszczamy kościół. Ojciec Moser prowadzi nas korytarzami klasztoru – tak samo jasnymi i przestronnymi jak benedyktyńska świątynia – do zabudowań biblioteki. Przez otwarte okna wpada powietrze przesycone słabą, ale charakterystyczną wonią. – Wypasacie tutaj krowy? – pytam sędziwego zakonnika, krzywiąc się pod wpływem ostrego zapachu. Śmieje się głośno. Nie. Krów mnisi nie wypasają, ale prowadzą hodowlę koni. Opactwo jest jak mikrokosmos. „Jeśli to możliwe, klasztor powinien być tak zaprojektowany, aby można było w nim wykonywać wszystko, co niezbędne”– radził św. Benedykt. Zgodnie z dewizą ora et labora w Einsiedeln uprawia się zioła, kwiaty i warzywa, w klasztornych piwnicach dojrzewają wina z położonych nad jeziorem winnic należących do opactwa, a w tartaku przetwarzane jest pochodzące z benedyktyńskich lasów drewno. Jeden z braci to fizjoterapeuta. Mnisi prowadzą szkołę, w której uczy się ok. 400 młodych osób z miasteczka i okolic. – W większości jednak zatrudniamy osoby z zewnątrz, nas jest za mało, by angażować się bezpośrednio w te wszystkie prace – tłumaczy o. Lorenz. Jego wspólnota liczy dzisiaj 45 zakonników w wieku od 30 do 90 lat. W bibliotece klasztornej przechowywane są m.in. bezcenne rękopisy z X wieku.

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo. Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    W bibliotece klasztornej przechowywane są m.in. bezcenne rękopisy z X wieku.

    ***

    Docieramy do ciężkich, kutych drzwi, z pewnością liczących kilkaset lat. Wyobraźnia podpowiada, że ojciec Lorenz wyciągnie z kieszeni habitu starodawny klucz… Nic bardziej mylnego! Wprawnym ruchem wprowadza kod do nowoczesnego zamka, dzięki któremu otwiera się skarbiec biblioteczny. Wchodzimy do pomieszczenia, w którym czas się zatrzymał. Otaczają nas starodruki i rękopisy – najstarsze liczą sobie tysiąc lat. – Jeśli chcesz wiedzieć, czym jest nasza duchowość, tutaj znajdziesz odpowiedź – mówi o. Moser, odruchowo ściszając głos, choć nikogo oprócz nas tu nie ma.

    – Podstawą jest Biblia. Następnie lektury duchowe dla mnichów. Hieronim, Augustyn, Ambroży – wylicza autorów ksiąg. Zgromadzone są tu dzieła literatury, filozofii i teologii, nauk przyrodniczych, medycyny i geografii. – A tak wyglądał podręcznik szkolny w X wieku. Takich ksiąg tutaj używano – odsłania jedną z gablot, w której spoczywa prastary rękopis. Z tego czasu pochodzi ponad 60 przechowywanych tutaj rękopisów. Najstarszy średniowieczny utwór o szachach Versus de scachis również jest złożony w benedyktyńskich zbiorach Einsiedeln.

    W bibliotece zebrano cenne manuskrypty i druki, są wśród nich również dzieła zakazane w różnych czasach przez Kościół. Mnisi zgromadzili w sumie ok. 230 tys. książek, 1230 rękopisów i 1040 inkunabułów.

    Zmarły w 1947 roku opat Ignacy, bibliotekarz, pisał: „Tajemnice biblioteki klasztornej i jej wyjątkowość można utożsamić z tradycją. Stare jest konserwowane i chronione: czasem ostrożnie, czasem z mniejszym szacunkiem, a wszystko w zależności od tego, jak zmieniało się podejście do duchowego dziedzictwa dawnych czasów. I nabywa się nowe rzeczy. W odkryciu tajemnicy biblioteki klasztornej pomagają dwa pojęcia: tradycja i kultura. Z pokolenia na pokolenie, każdy wnosi swój wkład”. Biblioteka to zwierciadło ducha, rzeczywiste życie klasztoru.

    Jednak pustelnia!

    Po wyjściu z tworzących wraz z kościołem czworobok budynków klasztornych idziemy jeszcze na wspinającą się po zboczu góry Meinarda drogę krzyżową. Wchodzimy w las. Stopniowo cichną głosy dzieci bawiących się na placu zabaw, szum samochodów, rozgwar miasteczka. Zanurzamy się w zieleń i ciszę, która pobrzmiewa tylko wszechobecnymi tutaj odgłosami dzwonków, niosącymi się nad doliną. Uświadamiam sobie, że towarzyszą nam one od początku wizyty w Szwajcarii – każdy ruch pasących się na licznych łąkach i halach zwierząt wywołuje falę srebrzystego dźwięku. i dźwięk ich dzwonków to nieodłączne elementy krajobrazów alpejskich.

    W ich rytmie zatrzymujemy się przy kolejnych stacjach pustelniczej drogi krzyżowej. Mija nas kilka osób: rozgadane dziewczyny z psem, samotny mężczyzna, pielgrzym z muszlą św. Jakuba na plecaku. Nie mógł tego wszystkiego widzieć Meinard, bo drogę krzyżową tuż przed II wojną światową stworzył tu szwajcarski rzeźbiarz Alois Peyer, trudno jednak oprzeć się myśli, że idziemy śladami pierwszego eremity. Zapewne modlił się w tych lasach, wędrując po okolicznych wzgórzach wraz z nieodłącznymi krukami. Gdy patrzę w górę, widzę ukrytą w gęstym listowiu rzeźbioną twarz Ukrzyżowanego. Po chwili, tuż pod szczytem góry odsłania się imponująca grupa ukrzyżowania. XII stacja drogi krzyżowej przedstawia konającego Chrystusa, Jego Matkę i Jana. Testament z krzyża.

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo. Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    Miasteczko położone jest w malowniczej dolinie na przedgórzu alpejskim.

    ***

    Odwracam wzrok w stronę, skąd przyszliśmy. W obramowaniu stworzonym z gałęzi drzew pyszni się panorama Einsiedeln. W dole zabudowania miasteczka, po lewej stronie widoczny jest kompleks skoczni narciarskich, gdzie szybowali w niebo m.in. Adam Małysz, Kamil Stoch, Maciej Kot czy Klemens Murańka, po prawej, górując nad miastem, rozciąga się opactwo. Ciszę rozdziera jednostajne bicie 12 dzwonów wzywających z kościelnych wież do modlitwy. Wraz z delikatnym pogłosem pasterskich dzwonków tworzą melodię, która opiewa duchowe poszukiwania setek tysięcy zdążających tu od wieków pielgrzymów, opowiada o czarnej twarzy czuwającej nad Szwajcarią Madonny, o przekazywanych od tysiąclecia z pokolenia na pokolenie modlitwach mnichów. Jesteśmy w pustelni.

    tekst: Magdalena Dobrzyniak/zdjęcia: Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    Madonna wśród gór i jezior

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Matka Boża i Święci Pańscy – czerwiec 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Wszyscy Święci” Fra Angelico, XV w./wikimedia commons

    ***

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    30 czerwca

    Święci Pierwsi Męczennicy
    Świętego Kościoła Rzymskiego

    Zobacz także:
      •  Święty Władysław, król
      •  Błogosławiony Rajmund Lull, męczennik
      •  Błogosławiony January Maria Sarnelli, prezbiter
    ***
    Ostatnia modlitwa pierwszych chrześcijan

    Ze wszystkich miast, najwięcej męczenników poniosło śmierć i pochowano w Rzymie. Przez pierwszych 300 lat chrześcijaństwa to tu powstawały dekrety prześladowcze i tu je skwapliwie wykonywano. Kościoły i kaplice Rzymu kryją w swoim cieniu setki ich relikwii. Samych papieży, którzy za wiarę oddali swoje życie, jest około trzydziestu.
    Pierwsze prześladowanie, rozpętane przez cesarza Nerona w latach 64-67, było dużym zaskoczeniem – i nie ma żadnego rejestru osób, które oddały wtedy życie za Chrystusa. Liczba tych męczenników była ogromna, oblicza się ją na kilka tysięcy. Wyrafinowanymi mękami i torturami Neron chciał zrzucić na chrześcijan winę za podpalenie Rzymu, którego się dopuścił, aby na jego zgliszczach wystawić nowe, piękniejsze miasto. Przez masowe egzekucje chciał odwrócić od siebie całą nienawiść ludu rzymskiego. Dla oddania – tym po większej części bezimiennym – bohaterom wiary należnej czci w nowym kalendarzu liturgicznym zostało ustanowione w roku 1969 wspomnienie świętych Pierwszych Męczenników Kościoła Rzymskiego. Nawiązuje ono do uroczystości wczorajszej, kiedy to ofiarą tego właśnie prześladowania stali się książęta apostolscy, św. Piotr i św. Paweł. Najwybitniejszy historyk rzymski, Tacyt (+ 120), który uważał chrześcijan za sektę i jawnie okazywał wobec nich swoją niechęć i pogardę, pisał tak:”Zdarzyło się potem (rok 64) nieszczęście – nie wiadomo, czy z przypadku, czy przez złośliwość cezara (Nerona), bo obydwie wersje podają pisarze – ale cięższe i okropniejsze od wszystkich, jakie temu miastu gwałtowność pożarów wyrządziła. Ogień powstał w tej części cyrku, która przylegała do palatyńskiego i celijskiego wzgórza (…). I nikt nie śmiał pożarowi zapobiec wobec częstych pogróżek wielu, którzy gasić zabraniali, i ponieważ inni jawnie ciskali głownie, i głośno wołali, że są do tego upoważnieni – czy też chcąc swobodniej uprawiać grabież, czy też istotnie taki mieli rozkaz (…). Te zabiegi (zrzucenia ze siebie winy) chybiały celu, ponieważ rozeszła się pogłoska, że właśnie w chwili, gdy miasto stało w płomieniach, Neron wstąpił na scenę domowego teatru i opiewał zagładę Troi (…). Atoli ani pod wpływem zabiegów ludzkich, ani darowizn cezara (…) nie ustępowała hańbiąca pogłoska, lecz wierzono, że pożar był nakazany.
    Aby ją usunąć, podstawił Neron winowajców, najbardziej wyszukanymi kaźniami tych (…), których gmin chrześcijanami nazywał. Początek tej nazwie dał Chrystus, który za panowania Tyberiusza był na śmierć skazany przez prokuratora, Poncjusza Piłata; a przytłumiony na razie zabobon zgubny znowu wybuchnął nie tylko w Judei, gdzie się to zło wylęgło, lecz także w stolicy (…).
    Schwytano więc najpierw tych, którzy tę wiarę publicznie wyznawali (…). A śmierci im przydano urągowisko, że okryci skórami dzikich zwierząt ginęli rozszarpywani przez psy albo przybici do krzyżów. Gdy zabrakło dnia, płonęli, służąc za nocne pochodnie” (…).Tacyt pisze także, że aresztowanych było “ogromne mnóstwo”, tak że “budziła się ku nim litość, jako że nie dla pożytku państwa, lecz dla zadośćuczynienia okrucieństwu jednego człowieka byli traceni” (Roczniki, XV, s. 38-45).Kościół pochyla się dzisiaj nad tymi, którzy w jego początkach, podczas prześladowań rzymskich, złożyli za wiarę ofiarę z życia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    29 czerwca

    Święci Apostołowie Piotr i Paweł

    Święci Piotr i Paweł - książęta Kościoła

    Kościół umieszcza w jednym dniu uroczystość św. Pawła wraz ze św. Piotrem nie dlatego, aby równał go w prymacie z pierwszym zastępcą Chrystusa. Chodzi jedynie o podkreślenie, że obaj Apostołowie byli współzałożycielami gminy chrześcijańskiej w Rzymie, obaj w tym mieście oddali dla Chrystusa życie swoje oraz że w Rzymie są ich relikwie i sanktuaria. Najwięcej jednak zaważyła na połączeniu pamiątki obu Apostołów w jednym dniu opinia, dzisiaj uznawana za mylną, że obaj Apostołowie ponieśli śmierć męczeńską tego samego dnia. Już w roku 258 obchodzono święto obu Apostołów razem dnia 29 czerwca, tak na Zachodzie, jak też i na Wschodzie, co wskazywałoby na powszechne przekonanie, że był to dzień śmierci obu Apostołów. Taki bowiem był bardzo dawny zwyczaj, że święta liturgiczne obchodzono w dniu śmierci męczenników, a potem także (od w. IV) – wyznawców. Inna ze współczesnych teorii mówi, że 29 czerwca miało miejsce przeniesienie relikwii obu Apostołów do katakumb Kaliksta podczas prześladowań za cesarza Waleriana w celu schowania ich i uchronienia przed zniszczeniem.

    Święty Piotr Apostoł

    Właściwe imię Piotra to Szymon (Symeon). Pan Jezus zmienił mu imię na Piotr przy pierwszym spotkaniu, gdyż miało ono symbolizować jego przyszłe powołanie. Pochodził z Betsaidy, miejscowości położonej nad Jeziorem Genezaret (Galilejskim). Był bratem św. Andrzeja, Apostoła, który Szymona przyprowadził do Pana Jezusa niedługo po chrzcie w rzece Jordan, jaki Chrystus Pan otrzymał z rąk Jana Chrzciciela (Mt 10, 2; J 1, 41). To, że Chrystus Pan zetknął się z Andrzejem i Szymonem w pobliżu rzeki Jordan, wskazywałoby, że obaj bracia byli uczniami św. Jana (J 1, 40-42). Ojcem Szymona Piotra był Jona (lub Jan), rybak galilejski. Kiedy Chrystus Pan włączył Piotra do grona swoich uczniów, ten nie od razu przystał do Pana Jezusa, ale nadal trudnił się pracą rybaka. Dopiero po cudownym połowie ryb definitywnie został przy Chrystusie w charakterze Jego ucznia wraz ze swoim bratem, Andrzejem (por. Łk 5, 1-11).
    Kiedy Piotr przystąpił do grona uczniów Pana Jezusa, był już człowiekiem żonatym i mieszkał w Kafarnaum u teściowej, którą Pan Jezus uzdrowił (Mk 1, 29-31; Łk 4, 38-39). Tradycja wczesnochrześcijańska wydaje się potwierdzać, że miał dzieci, gdyż wymienia jako jego córkę św. Petronelę. Nie jest to jednak pewne.

    Święty Piotr Apostoł

    Jezus bardzo wyraźnie wyróżniał Piotra wśród Apostołów. Piotr był świadkiem – wraz z Janem i Jakubem – wskrzeszenia córki Jaira (Mt 9, 23-26; Mk 5, 35-43; Łk 8, 49-56), przemienienia na górze Tabor (Mt 17, 1-13; Mk 9, 2-13; Łk 9, 28-36) i modlitwy w Getsemani (Mt 26, 37-46; Mk 14, 33-42; Łk 22, 41-46). Kiedy Jezus zapytał Apostołów, za kogo uważają Go ludzie, otrzymał na to różne odpowiedzi. Kiedy zaś rzucił im pytanie: “A wy za kogo Mnie uważacie?” – usłyszał z ust Piotra wyznanie: “Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. Za to otrzymał w nagrodę obietnicę prymatu nad Kościołem Chrystusa: “Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem ciało i krew nie objawiły ci tego, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr (czyli skała), i na tej skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 16, 18-19).
    Można byłoby wymienić jeszcze inne historie związane z Piotrem. Jezus ratuje Piotra, kiedy tonął w Jeziorze Galilejskim (Mt 14, 28-31). Piotr płaci podatek za Jezusa i za siebie monetą, wydobytą z pyszczka ryby (Mt 17, 24-27); od Piotra Pan Jezus zaczyna mycie nóg Apostołom przy Ostatniej Wieczerzy (J 13, 6-11). Przed pojmaniem Mistrza Piotr zapewnia Go o swojej dla Niego wierności (Mt 26, 33). W Getsemani występuje w obronie Jezusa i ucina ucho słudze arcykapłana, Malchusowi (Mt 26, 51-54; Mk 14, 47; Łk 22, 49-50; J 18, 10-11). On jeden, wraz z Janem, idzie za Chrystusem aż na podwórze arcykapłana. Jednak tu, rozpoznany, trzykrotnie wyrzeka się ze strachu Jezusa, dwukrotnie potwierdzając to zaparcie się Chrystusa przysięgą. Kiedy zapiał kogut, przypomniał sobie przepowiednię Mistrza i gorzko zapłakał (Mt 26, 69-75; Mk 14, 66-72; Łk 22, 54-62; J 18, 15-27).

    Święty Piotr otrzymuje klucze Królestwa

    Przed odejściem do nieba Pan Jezus zlecił Piotrowi najwyższą władzę pasterzowania nad Jego Apostołami i pozostałymi wiernymi wyznawcami (J 21, 15-19). Apostołowie od początku podjęli te słowa i uznali w Piotrze pierwszego spośród siebie. We wszystkich wykazach apostolskich Piotr jest zawsze stawiany na pierwszym miejscu (Mt 10, 2; Mk 3, 16; Łk 6, 14; Dz 1, 13). Pisma Nowego Testamentu wymieniają go 150 razy. Piotr proponuje Apostołom przyłączenie do ich grona jeszcze jednego w miejsce Judasza (Dz 1, 15-26). Piotr pierwszy przemawia do tłumu w dzień Zesłania Ducha Świętego i pozyskuje sporą liczbę pierwszych wyznawców (Dz 2, 14-36). Uzdrawia chromego od urodzenia i nawraca kilka tysięcy ludzi (Dz 3, 1-26). Zakłada pierwszą gminę chrześcijańską w Jerozolimie i sprawuje nad nią władzę sądowniczą (Dz 5, 1-11). To jego Chrystus poucza w tajemniczym widzeniu, że ma także przyjmować pogan i nakazuje mu udać się do domu oficera rzymskiego, Korneliusza (Dz 10, 1-48). Na Soborze apostolskim Piotr jako pierwszy przemawia i decyduje, że należy iść także do pogan, a od nawróconych z pogaństwa nie należy żądać wypełniania nakazów judaizmu, obowiązujących Żydów (Dz 15, 1-12). W myśl zasady postawionej przez Pana Jezusa: “Uderzę pasterza, a rozproszą się owce stada” (Mt 26, 31) – właśnie Piotr stał się głównym przedmiotem nienawiści i pierwszym obiektem prześladowań. Został nawet pojmany i miał być wydany przez króla Heroda Agryppę I Żydom na stracenie. Jednak anioł Pański wybawił go cudownie od niechybnej śmierci (Dz 12, 1-17).
    Niebawem po uwolnieniu Piotr udał się do Antiochii, gdzie założył swoją stolicę (Ga 2, 11-14). Stamtąd podążył do Małej Azji i Koryntu (2 P 1, 1), aby wreszcie osiąść na stałe w Rzymie. Tu także poniósł śmierć męczeńską za panowania cesarza Nerona ok. 64 roku, umierając na krzyżu, jak mu to zapowiedział Chrystus (J 21, 18-19). O pobycie Piotra w Rzymie i jego śmierci piszą między innymi: św. Klemens Rzymski (+ ok. 97), List do Koryntian, 5; św. Ignacy z Antiochii (+ ok. 117), List do Rzymian 4, 3; św. Dionizy z Koryntu (+ 160); św. Ireneusz (+ 202); Euzebiusz – Historia Kościoła 2, 25, 8; św. Kajus Rzymski (+ 296) i wielu innych.

    Święty Piotr Apostoł

    Św. Piotr zostawił dwa listy, które należą do ksiąg Pisma świętego Nowego Testamentu. Dyktował je swojemu uczniowi Sylwanowi (1 P 5, 12). Wyróżniają się one niezwykłą plastyką i ekspresją. Jako zwierzchnik Kościoła Piotr ma odwagę przestrzec wiernych przed zbyt dowolnym tłumaczeniem pism Pawła Apostoła (2 P 3, 14-16). Pierwszy list Piotr pisał ok. 63 r., przed prześladowaniem wznieconym przez Nerona. Pisał go z Rzymu. Drugi list, pisany również z Rzymu, prawdopodobnie został zredagowany w więzieniu, gdyż Piotr pisze o swojej rychłej śmierci. Tak więc list powstał w 64 lub 67 roku (2 P 1, 14).
    O wielkiej popularności św. Piotra świadczą liczne apokryfy. Na pierwszym miejscu należy do nich Ewangelia Piotra, której fragment udało się przypadkowo odnaleźć w roku 1887 w Achmin w Górnym Egipcie. Mogła powstać już w latach 120-130 po Chrystusie. Kerygma Piotra – to rodzaj homilii. Powstała ona również ok. roku 130 i ma zabarwienie gnostyckie. Apokalipsa św. Piotra należała kiedyś do najbardziej znanych apokryfów. Pochodzi ona również z początków chrześcijaństwa, odnaleziona została w roku 1887 wraz z Ewangelią Piotra. Zawiera opis sądu i losu dusz po śmierci. Wreszcie apokryf już znacznie późniejszy, z V w., Dzieje Piotra i Pawła. Autor tak niepodzielnie łączy losy obu Apostołów, że oznacza datę ich śmierci nie tylko w jednym roku, ale nawet w jednym dniu. Nadto według autora obydwaj Apostołowie zostali pochowani w jednym miejscu. Wyznaczoną przez autora tego apokryfu datę śmierci przyjęło Martyrologium Rzymskie.

    Śmierć św. Piotra Apostoła

    Św. Piotr poniósł śmierć męczeńską według podania na wzgórzu watykańskim. Miał być ukrzyżowany według świadectwa Orygenesa głową w dół na własną prośbę, gdyż czuł się niegodnym umierać na krzyżu jak Chrystus. Cesarz Konstantyn Wielki wystawił ku czci św. Piotra nad jego grobem bazylikę. Obecna bazylika Św. Piotra w Rzymie pochodzi z wieku XVI-XVII, zbudowana została w latach 1506-1629. Teren wokół bazyliki należy do Państwa Watykańskiego, istniejącego w obecnym kształcie od roku 1929 jako pozostałość dawnego państwa papieży. Liczy ono 0,44 km2 powierzchni i zamieszkuje je ok. 1000 ludzi. Bazylika wystawiona na grobie św. Piotra jest symbolem całego Kościoła Chrystusa. Rocznie nawiedza ją kilkanaście milionów pielgrzymów i turystów z całego świata. W czasie prac archeologicznych przeprowadzonych w podziemiach bazyliki św. Piotra w latach 1940-1949 znaleziono pod konfesją (pod głównym ołtarzem bazyliki) grób św. Piotra.
    Oprócz tej najsłynniejszej świątyni, wystawionej ku czci św. Piotra Apostoła, w samym Rzymie istnieją ponadto: kościół św. Piotra na Górze Złotej (Montorio), czyli na Janikulum, zbudowany na miejscu, gdzie Apostoł miał ponieść śmierć męczeńską; kościół św. Piotra w Okowach, wystawiony na miejscu, gdzie św. Piotr miał być więziony; kościół świętych Piotra i Pawła; kościółek “Quo vadis” przy Via Appia, wystawiony na miejscu, gdzie Chrystus według podania miał zatrzymać Piotra, usiłującego opuścić Rzym.Św. Piotr, pierwszy papież, jest patronem m. in. diecezji w Rzymie, Berlinie, Lozannie; miast: Awinionu, Biecza, Duszników Zdroju, Frankfurtu nad Menem, Genewy, Hamburga, Nantes, Poznania, Rygi, Rzymu, Trzebnicy; a także blacharzy, budowniczych mostów, kowali, kamieniarzy, marynarzy, rybaków, zegarmistrzów. Wzywany jako orędownik podczas epilepsji, gorączki, febry, ukąszenia przez węże.W ikonografii św. Piotr ukazywany jest w stroju apostoła, jako biskup lub papież w pontyfikalnych szatach. Od IV w. (medalion z brązu – Watykan, mozaika w S. Clemente) ustalił się typ ikonograficzny św. Piotra – szerokie rysy twarzy, łysina lub lok nad czołem, krótka, gęsta broda. Od XII wieku przedstawiany jest jako siedzący na tronie. Atrybutami Księcia Apostołów są: anioł, kajdany, dwa klucze symbolizujące klucze Królestwa Bożego, kogut, odwrócony krzyż, księga, łódź, zwój, pastorał, ryba, sieci, skała – stanowiące aluzje do wydarzeń w jego życiu, tiara w rękach.

    ****

    Święty Paweł Apostoł

    Paweł pochodził z Tarsu w Cylicji – Mała Azja (Dz 21, 39; 22, 3). Urodził się jako obywatel rzymski, co dawało mu pewne wyróżnienie i przywileje. W naglących wypadkach umiał z tego korzystać (Dz 16, 35-40; 25, 11). Nie wiemy, jaką drogą Paweł to obywatelstwo otrzymał: być może, że całe miasto rodzinne cieszyło się tym przywilejem; możliwe, że rodzina Apostoła nabyła lub po prostu kupiła sobie ten przywilej, bowiem i tą drogą także można było otrzymać obywatelstwo rzymskie w owych czasach (Dz 22, 28).
    Szaweł urodził się w Tarsie ok. 8 roku po narodzeniu Chrystusa (niektórzy badacze podają czas między 5 a 10 rokiem). Jego rodzina chlubiła się, że pochodziła z rodu Beniamina, co także i Paweł podkreślał z dumą (Rz 11, 1). Dlatego otrzymał imię Szaweł (spolszczona wersja hebrajskiego Saul) od pierwszego i jedynego króla Izraela z tego rodu (panował w wieku XI przed Chrystusem). Rodzina Szawła należała do faryzeuszów – najgorliwszych patriotów i wykonawców prawa mojżeszowego (Dz 23, 6). Uczył się rzemiosła – tkania płótna namiotowego. Po ukończeniu miejscowych szkół – a trzeba przyznać, że Paweł zdradza duże oczytanie (por. Tt 1, 12) – w wieku ok. 20 lat udał się Apostoł do Palestyny, aby w Jerozolimie “u stóp Gamaliela” pogłębiać swoją wiedzę skrypturystyczną i rabinistyczną (Dz 22, 3). Nie znał Jezusa. Wiedział jednak o chrześcijanach i szczerze ich nienawidził, uważając ich za odstępców i odszczepieńców. Dlatego z całą satysfakcją asystował przy męczeńskiej śmierci św. Szczepana (Dz 7, 58). Nie mając jednak pełnych lat 30, nie mógł wykonywać wyroku śmierci na diakonie. Pilnował więc szat oprawców i zapewne pilnie ich zachęcał, aby dokonali egzekucji (Dz 7, 58-60).

    Nawrócenie pod Damaszkiem

    Kiedy tylko Szaweł doszedł do wymaganej pełnoletności, udał się do najwyższych kapłanów i Sanhedrynu, aby otrzymać listy polecające do Damaszku. Dowiedział się bowiem, że uciekła tam spora liczba chrześcijan, chroniąc się przed prześladowaniem, jakie wybuchło w Jerozolimie (Dz 9, 1-3). Gdy Szaweł był blisko murów Damaszku, spotkał go Chrystus, powalił na ziemię, oślepił i w jednej chwili objawił mu, że jest w błędzie; że nauka, którą on tak zaciekle zwalczał, jest prawdziwą; że chrześcijaństwo jest wypełnieniem obietnic Starego Przymierza; że Chrystus nie jest bynajmniej zwodzicielem, ale właśnie tak długo oczekiwanym i zapowiadanym Mesjaszem. Było to w ok. 35 roku po narodzeniu Chrystusa, a więc drugim po Jego śmierci.
    Po swoim nawróceniu Szaweł został ochrzczony przez Ananiasza, któremu Chrystus polecił to w widzeniu (Dz 9, 10-18). Po chrzcie Szaweł rozpoczął nową erę życia: głoszenia Chrystusa. Najpierw udał się na pustkowie, gdzie przebywał prawdopodobnie kilka miesięcy. Tam Chrystus bezpośrednio wtajemniczył go w swoją naukę (Ga 1, 11-12). Paweł przestudiował i przeanalizował na nowo Stare Przymierze. Następnie, po powrocie do Damaszku, przez 3 lata nawracał jego mieszkańców. Zawiedzeni Żydzi postanowili zemścić się na renegacie i czyhali na jego zgubę. Zażądali więc od króla Damaszku Aretasa, by wydał im Szawła. Szaweł jednak uciekł w koszu spuszczonym z okna pewnej kamienicy przylegającej do muru miasta. Udał się następnie do Jerozolimy i przedstawił się Apostołom. Powitano go ze zrozumiałą rezerwą. Tylko dzięki interwencji Barnaby, który wśród Apostołów zażywał wielkiej powagi, udało się przychylnie nastawić Apostołów do Pawła. Ponieważ jednak także w Jerozolimie przygotowywano na Apostoła zasadzki, musiał chronić się ucieczką do rodzinnego Tarsu.

    Święty Paweł Apostoł

    Stamtąd wyprowadził Pawła na szerokie pola Barnaba. Razem udali się do Antiochii, gdzie chrześcijaństwo zapuściło już korzenie. Tamtejszej gminie nadali niezwykły rozwój przez to, że kiedy wzgardzili nimi Żydzi, oni udali się do pogan. Ci z radością przyjmowali Ewangelię tym chętniej, że Paweł i Barnaba zwalniali ich od obrzezania i prawa żydowskiego, a żądali jedynie wiary w Chrystusa i odpowiednich obyczajów. Zostali jednak oskarżeni przed Apostołami, że wprowadzają nowatorstwo. Doszło do konfliktu, gdyż obie strony i tendencje miały licznych zwolenników. Zachodziła obawa, że Apostołowie w Jerozolimie przychylą się raczej do zdania konserwatystów. Sami przecież pochodzili z narodu żydowskiego i skrupulatnie zachowywali prawo mojżeszowe.
    Na soborze apostolskim jednakże (49-50 r.) miał miejsce przełom. Apostołowie, dzięki stanowczej interwencji św. Piotra, orzekli, że należy pozyskiwać dla Chrystusa także pogan, że na nawróconych z pogaństwa nie należy nakładać ciężarów prawa mojżeszowego (Dz 15, 6-12). Było to wielkie zwycięstwo Pawła i Barnaby. Od tej pory Paweł rozpoczyna swoje cztery wielkie podróże. Wśród niesłychanych przeszkód tak natury fizycznej, jak i moralnej, prześladowany i męczony, przemierza obszary Syrii, Małej Azji, Grecji, Macedonii, Italii i prawdopodobnie Hiszpanii, zakładając wszędzie gminy chrześcijańskie i wyznaczając w nich swoich zastępców. Oblicza się, że w swoich czterech podróżach, wówczas tak bardzo wyczerpujących i niebezpiecznych, Paweł pokonał ok. 10 tys. km dróg morskich i lądowych. Pierwsza wyprawa miała miejsce w latach 44-49: Cypr-Galacja, razem z Barnabą i Markiem; druga – w latach 50-53: Filippi-Tesaloniki-Berea-Achaia-Korynt, razem z Tymoteuszem i Sylasem; trzecia – w latach 53-58: Efez-Macedonia-Korynt-Jerozolima.
    Aresztowany został w Jerozolimie w 60 r. Kiedy namiestnik zamierzał wydać Pawła Żydom, ten odwołał się do cesarza. Przebywał jednak w więzieniu w Cezarei Palestyńskiej ponad dwa lata, głosząc i tam Chrystusa. W drodze do Rzymu statek wiozący więźniów rozbił się u wybrzeży Malty. Na wyspie Paweł spędził trzy zimowe miesiące, w czasie których nawrócił mieszkańców. W Rzymie także jakiś czas spędził jako więzień, aż dla braku dowodów winy (Żydzi z Jerozolimy się nie stawili) został wypuszczony na wolność. Ze swojego więzienia w Rzymie Paweł wysłał szereg listów do poszczególnych gmin i osób. Po wypuszczeniu na wolność zapewne udał się do Hiszpanii (Rz 15, 24-25), a stamtąd powrócił do Achai. Nie wiemy, gdzie został ponownie aresztowany. Jednak sam fakt, że go tak pilnie poszukiwano, wskazuje, jak wielką powagą się cieszył.

    Święty Paweł Apostoł

    Ok. 67 (lub 66) roku Paweł poniósł śmierć męczeńską. Według bardzo starożytnego podania św. Paweł miał ponieść śmierć od miecza (jako obywatel rzymski). Nie jest znany dzień jego śmierci, za to dobrze zachowano w pamięci miejsce jego męczeństwa: Aquae Silviae za Bramą Ostyjską w Rzymie. Ciało Męczennika złożono najpierw w posiadłości św. Lucyny przy drodze Ostyjskiej. W roku 284 za czasów prześladowania, wznieconego przez cesarza Waleriana, przeniesiono relikwie Apostoła do katakumb, zwanych dzisiaj katakumbami św. Sebastiana przy drodze Apijskiej. Być może na krótki czas spoczęły tu także relikwie św. Piotra. Po edykcie cesarza Konstantyna Wielkiego (313) ciało św. Piotra przeniesiono do Watykanu, a ciało św. Pawła na miejsce jego męczeństwa, gdzie cesarz wystawił ku jego czci bazylikę pod wezwaniem św. Pawła.
    Z pism apokryficznych o św. Pawle można wymienić: Nauczanie Pawła o zabarwieniu gnostyckim. Dzieje Pawła w przekładzie koptyjskim odnalazł i opublikował C. Schmidt w roku 1905. Autor opisuje w nim wydarzenie znane z Dziejów Apostolskich, dołącza na pół fantastyczne dzieje św. Tekli oraz apokryficzną korespondencję św. Pawła z Koryntianami, wreszcie opis męczeństwa Apostoła. Według Tertuliana dzieje te napisał pewien kapłan z Małej Azji około roku 160-170. Autor za podszywanie się pod imię Apostoła został kanonicznie ukarany. Apokalipsa św. Pawła to opis podróży Pawła pod przewodnictwem anioła w zaświaty. Opisuje spotkanie w niebie z osobami, znanymi z Pisma świętego Starego i Nowego Przymierza, oraz w piekle – z osobami przewrotnymi. Dzieło to odnalazł Konstantyn Tischendorf w roku 1843 na Górze Synaj w tamtejszym klasztorze prawosławnym. Wreszcie dużą wrzawę wywołał kiedyś spór o Korespondencję św. Pawła z Seneką. Nawet św. Hieronim i św. Augustyn błędnie opowiedzieli się za autentycznością tego dzieła.

    Święty Paweł Apostoł

    Paweł jest autorem 13 listów do gmin chrześcijańskich, włączonych do ksiąg Nowego Testamentu. Jest patronem licznych zakonów, Awinionu, Berlina, Biecza, Frankfurtu nad Menem, Poznania, Rygi, Rzymu, Saragossy oraz marynarzy, powroźników, tkaczy.

    W czasie pontyfikatu papieża Benedykta XVI Kościół obchodził Rok św. Pawła w związku z jubileuszem 2000 lat od narodzin Apostoła Narodów (2008-2009).

    W ikonografii przedstawiany jest w długiej tunice i płaszczu. Jego atrybutami są: baranek, koń, kość słoniowa, miecz.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    28 czerwca

    Święty Ireneusz,
    biskup i męczennik, doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Paweł I, papież
    ***
    Święty Ireneusz z Lyonu

    Ireneusz urodził się w Smyrnie (dzisiejszy Izmir w Turcji) około 130 r. (chociaż podawane są też daty między 115 a 125 rokiem albo między rokiem 130 a 142). Był uczniem tamtejszego biskupa, św. Polikarpa – ucznia św. Jana Apostoła. W swoim dziele Przeciw herezjom Ireneusz pisze, że gdy był uczniem św. Polikarpa, ten był już starcem. Apostołował w Galii (teren dzisiejszej Francji). Stamtąd w 177 r. został wysłany przez chrześcijan do papieża Eleuteriusza z misją. Kiedy Ireneusz był w drodze do Rzymu, w mieście nastało krwawe prześladowanie, którego ofiarą padli św. Potyn, biskup Lyonu, i jego 47 towarzyszy. Kiedy Ireneusz powrócił do Lyonu (łac. Lugdunum), został powołany na biskupa tegoż miasta po św. Potynie. Jako wybitny teolog zwalczał w swoich pismach gnostyków, wykazując, że tylko Kościół przechował wiernie tradycję otrzymaną od Apostołów.
    Nie wiemy nic o działalności duszpasterskiej Ireneusza. Pozostawił jednak dzieło, które stanowi prawdziwy jego pomnik i wydaje najwymowniejsze świadectwo o wiedzy teologicznej autora, jak też o żarliwości apostolskiej o czystość wiary. Ireneusz używał greki. W swoim dziele Przeciw herezjom (które zachowało się w jednej z łacińskich kopii) przedstawił wszystkie błędy, jakie nękały pierwotne chrześcijaństwo. Jest to więc niezmiernie ważny dokument. Zbija on błędy i daje wykład autentycznej wiary. Zawiera nie tylko indeks herezji, ale także sumę tradycji apostolskiej i pierwszych Ojców Kościoła. Drugie dzieło, Dowód prawdziwości nauki apostolskiej, zachowało się w przekładzie na język ormiański. Ireneuszowi zawdzięczamy pojęcie Tradycji i sukcesji apostolskiej, a także spis papieży od św. Piotra do Eleuteriusza. Euzebiusz z Cezarei (pisarz i historyk Kościoła żyjący na przełomie III i IV w.) nie podaje, jaką śmiercią pożegnał życie doczesne w 202 r. Ireneusz, ale wyraźnie o jego męczeńskiej śmierci w czasach prześladowań Septymiusza Sewera piszą św. Hieronim (w. V) i św. Grzegorz z Tours (w. VI). Pochowany został w Lyonie, w kościele św. Jana, który później otrzymał jego imię. Relikwie zostały zniszczone przez hugenotów w 1562 r.

    Święty Ireneusz z Lyonu

    Kościół w Lyonie oddaje cześć św. Ireneuszowi jako doktorowi Kościoła i swemu głównemu patronowi. Dopiero jednak papież Benedykt XV w roku 1922 doroczną pamiątkę św. Ireneusza rozszerzył na cały Kościół.W 2022 r. papież Franciszek potwierdził tytuł doktora Kościoła dla św. Ireneusza w całym Kościele powszechnym.
    W ikonografii jest przedstawiany w stroju biskupa rytu rzymskiego z mitrą i pastorałem.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Św. Ireneusz z Lyonu

    Św. Ireneusz z Lyonu

    Flora Genoher/CC 2.0/wiara.pl

    ***

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej, 28.03.2007

    Drodzy Bracia i Siostry!

    W katechezach przedstawiających wielkie postaci Kościoła pierwszych wieków dochodzimy dzisiaj do wybitnej osoby — św. Ireneusza z Lyonu. Wiadomości biograficzne o nim zaczerpnięte są z jego własnego świadectwa, przekazanego nam przez Euzebiusza w piątej księdze Historii Kościoła. Ireneusz według wszelkiego prawdopodobieństwa urodził się w Smyrnie (dzisiejszy Izmir w Turcji) ok. 135-140 r. Tam już jako młody chłopiec był uczniem biskupa Polikarpa, który był z kolei uczniem apostoła Jana. Nie wiemy, kiedy przeniósł się z Azji Mniejszej do Galii, ale musiało się to zbiec z początkami rozwoju wspólnoty chrześcijańskiej w Lyonie: tutaj spotykamy Ireneusza w 177 r. jako członka kolegium prezbiterów. W tym samym roku został on posłany do Rzymu, by doręczył papieżowi Eleuteriuszowi list wspólnoty lyońskiej. Misja rzymska uratowała Ireneusza przed prześladowaniami Marka Aureliusza, podczas których zginęło co najmniej czterdziestu ośmiu męczenników, a wśród nich sam biskup Lyonu — dziewięćdziesięcioletni Potyn, który zmarł wskutek tortur w więzieniu. I tak Ireneusz po powrocie został wybrany na biskupa miasta. Nowy pasterz poświęcił się bez reszty posłudze biskupiej, która zakończyła się ok. 202-203 r., kiedy prawdopodobnie umarł jako męczennik.

    Ireneusz był przede wszystkim człowiekiem wiary i pasterzem. Jako dobrego pasterza cechuje go roztropność, bardzo dobra znajomość doktryny oraz żarliwość misyjna. Jako pisarz ma na względzie dwa cele: bronić prawdziwej doktryny przed atakami ze strony heretyków oraz przedstawiać w sposób jasny prawdy wiary. Tym właśnie celom służą dwa dzieła, które po nim pozostały: pięć ksiąg Przeciw herezjom (Adversus haereses) oraz Dowód prawdziwości nauki apostolskiej (Demonstratio apostolicae praedicationis); tę ostatnią można również nazwać najstarszym «katechizmem nauki chrześcijańskiej». Ireneusz jest zatem mistrzem w zwalczaniu herezji. Kościół II w. był zagrożony przez tzw. gnozę — doktrynę, według której wiara nauczana przez Kościół ma charakter jedynie symboliczny i jest przeznaczona dla ludzi prostych, którzy nie potrafią zrozumieć rzeczy trudnych; natomiast wtajemniczeni, intelektualiści — nazywający siebie gnostykami — rzekomo zrozumieli, co kryje się za tymi symbolami, tak więc tworzyli chrześcijaństwo elitarne, intelektualne. Oczywiście w owym intelektualnym chrześcijaństwie pojawiało się coraz więcej różnych prądów, często związanych z dziwnymi i ekstrawaganckimi ideami, jednak dla wielu atrakcyjnymi. Wspólnym elementem tych różnych prądów był dualizm — negowano wiarę w jedynego Boga, Ojca wszystkich, Stwórcę i Zbawiciela człowieka oraz świata. By wytłumaczyć obecność zła w świecie, twierdzono, że obok dobrego Boga istnieje pierwiastek negatywny. Ten pierwiastek negatywny miał wytworzyć rzeczy materialne, materię.

    Trzymając się ściśle biblijnej nauki o stworzeniu, Ireneusz krytykuje gnostyczny dualizm i pesymizm, które umniejszały wartość rzeczywistości materialnej. Zdecydowanie broni pierwotnej świętości materii, ciała i cielesności, nie mniej niż ducha. Lecz jego dzieło wykracza daleko poza zwalczanie herezji: można powiedzieć w istocie, że jawi się on jako pierwszy wielki teolog Kościoła, który stworzył teologię systematyczną. On sam mówi o systemie teologii, czyli o wewnętrznej spójności całej wiary. Centralne miejsce w jego nauce zajmuje kwestia «reguły wiary» oraz jej przekazu. Dla Ireneusza «reguła wiary» jest w praktyce zbieżna z Credo apostołów i daje nam klucz do interpretowania Ewangelii oraz do interpretowania Credo w świetle Ewangelii. Symbol apostolski, będący swego rodzaju syntezą Ewangelii, pomaga nam zrozumieć, co nam mówi Ewangelia, jak mamy ją odczytywać.

    Istotnie, Ewangelia głoszona przez Ireneusza to Ewangelia, jaką otrzymał on od Polikarpa, biskupa Smyrny, a Ewangelia Polikarpa pochodzi od apostoła Jana, którego Polikarp był uczniem. Tak więc prawdziwa nauka to nie nauka wymyślona przez intelektualistów, nie mająca związku z prostą wiarą Kościoła. Prawdziwa Ewangelia to Ewangelia przekazywana przez biskupów, którzy otrzymali ją w nieprzerwanym przekazie od apostołów. Nie nauczali oni niczego innego jak właśnie tej prostej wiary, stanowiącej także prawdziwą głębię Objawienia Bożego. Dlatego — mówi nam Ireneusz — nie istnieje jakaś tajemnicza nauka, kryjąca się za wspólnym Credo Kościoła. Nie istnieje wyższe chrześcijaństwo dla intelektualistów. Publicznie wyznawana przez Kościół wiara jest wspólną wiarą wszystkich. Tylko ta wiara jest apostolska, pochodzi od apostołów, a zatem od Jezusa i od Boga. Przyjmując tę wiarę przekazaną publicznie przez apostołów ich następcom, chrześcijanie powinni zachowywać to, co mówią biskupi; powinni szczególnie mieć na uwadze nauczanie Kościoła Rzymu, który odgrywa szczególną rolę i jest starożytny. Kościół ten, z racji swojej starożytności, jest w największym stopniu apostolski, sięga bowiem swymi początkami filarów kolegium apostolskiego — Piotra i Pawła. Do Kościoła Rzymu powinny dostosować się wszystkie Kościoły, uznając go za miarę prawdziwej tradycji apostolskiej, jedynej wspólnej wiary Kościoła. Za pomocą takich argumentów, tutaj podanych bardzo skrótowo, Ireneusz obala u podstaw twierdzenia wspomnianych gnostyków, myślicieli: po pierwsze, nie posiadają oni prawdy, która byłaby wyższa od prawdy wiary powszechnej, ponieważ to, co mówią, nie pochodzi od apostołów, lecz jest przez nich wymyślone. Po drugie, prawda i zbawienie nie są przywilejem i monopolem nielicznych, lecz wszyscy mogą do nich dojść dzięki przepowiadaniu następców apostołów, a zwłaszcza biskupa Rzymu. W szczególności — polemizując nieustannie z «tajemnym» charakterem tradycji gnostycznej oraz zwracając uwagę na jej liczne, sprzeczne ze sobą twierdzenia — Ireneusz stara się ukazać prawdziwe pojmowanie Tradycji apostolskiej, które możemy ująć w trzech punktach.

    a) Tradycja apostolska jest «publiczna», a nie prywatna lub sekretna. Ireneusz nie ma wątpliwości co do tego, że treść wiary przekazywanej przez Kościół jest tożsama z treścią pochodzącą od apostołów i od Jezusa, Syna Bożego. Nie istnieje inna nauka poza tą nauką. Dlatego też, gdy ktoś chce poznać prawdziwą naukę, wystarczy, że pozna «Tradycję pochodzącą od apostołów i wiarę głoszoną ludziom»: tradycję i wiarę, które «dotarły aż do nas dzięki sukcesji biskupów» (Adv. haer. 3, 3, 3-4). W ten sposób zgadzają się sukcesja biskupów — element osobowy, i Tradycja apostolska — element doktrynalny.

    b) Tradycja apostolska jest «jedna». Podczas gdy w gnostycyzmie w istocie występuje podział na wiele sekt, Tradycja Kościoła jest jedna co do swych zasadniczych treści, które — jak wspomnieliśmy — Ireneusz określa właśnie jako regula fidei albo veritatis: a ponieważ jest jedna, tworzy jedność pośród ludów, pośród różnych kultur i różnych narodów; jest to treść wspólna, jak prawda, pomimo wielorakości języków i kultur. W dziele Przeciw herezjom znajdujemy bardzo ważne zdanie św. Ireneusza: «Chociaż tę naukę i wyznanie wiary — jak mówiliśmy — odziedziczył Kościół rozsiany po całym świecie, to jednak strzeże jej pilnie, jakby jeden dom zamieszkiwał; i jednakowo w te prawdy wierzy, jakby miał jedną duszę i jedno serce, i jednozgodnie je głosi i naucza i podaje, jak gdyby miał jedne usta. Choć bowiem na świecie jest wiele niepodobnych do siebie języków, to jednak moc tradycji jest jedna i ta sama. Ani też kościoły założone w Germanii inaczej nie wierzą, ani inaczej nie podają kościoły iberyjskie, ani celtyckie, ani libijskie, ani wschodnie, ani egipskie, ani w środku świata rozmieszczone» (1, 10, 1-2) (Antologia patrystyczna, tłum. Andrzej Bober SJ, Kraków 1966, s. 31). Widać już w tamtym czasie — mamy r. 200 — powszechność Kościoła, jego katolickość oraz jednoczącą moc prawdy, łączące tak różne rzeczywistości, od Germanii po Hiszpanię, Italię, Egipt i Libię, we wspólnej prawdzie objawionej nam przez Chrystusa.

    c) Wreszcie, Tradycja apostolska jest — jak mówi on w języku greckim, w którym napisał swoją księgę — «pneumatyczna», czyli duchowa, kieruje nią Duch Święty: w języku greckim duch nazywany jest pneuma. Nie chodzi bowiem o przekaz powierzony zdolności ludzi, mniej lub bardziej uczonych, ale Duchowi Bożemu, gwarantującemu wierność przekazu wiary. To jest «życie» Kościoła, to, co sprawia, że Kościół jest zawsze świeży i młody, to znaczy bogaty w rozliczne charyzmaty. W przekonaniu Ireneusza Kościół i Duch są nierozłączne: «Naukę tę — czytamy dalej, w trzeciej księdze Przeciw herezjom — otrzymaliśmy (…) od Kościoła, więc jej strzeżemy, a ona zawsze, za sprawą Ducha Świętego, jakby w drogocennym naczyniu niby znakomity depozyt wiecznie jest młoda i odmładza samo naczynie. (…) Albowiem gdzie Kościół, tam i Duch Boży, a gdzie Duch Boży, tam Kościół i wszelka łaska» (3, 24, 1) (por. tamże, s. 48).

    Jak widzimy, Ireneusz nie ogranicza się do zdefiniowania pojęcia Tradycji. Jego tradycja, nieprzerwana Tradycja, to nie tradycjonalizm, ponieważ Tradycja ta jest zawsze od wewnątrz ożywiana przez Ducha Świętego, który sprawia, że ona wciąż żyje, że jest interpretowana i rozumiana w żywotnym Kościele. Według nauczania Ireneusza, wiara Kościoła winna być przekazywana w taki sposób, by jawiła się taka, jaka ma być, czyli «publiczna», «jedyna», «pneumatyczna», «duchowa». Biorąc za punkt wyjścia każdą z tych cech, można przeprowadzić owocne rozeznanie co do autentycznego przekazu wiary w dzisiejszym Kościele. Ogólniej biorąc, w nauczaniu Ireneusza godność człowieka, posiadającego ciało i duszę, jest głęboko zakorzeniona w stwórczym dziele Boga, w obrazie Chrystusa oraz w stałym uświęcającym działaniu Ducha. Nauczanie to jest jakby «wzorcowym sposobem», pozwalającym wyjaśnić wszystkim ludziom dobrej woli przedmiot i zakres dialogu na temat wartości i wciąż na nowo ożywiać misyjną działalność Kościoła, nadać nową moc prawdzie, będącej źródłem wszystkich prawdziwych wartości w świecie.

    Słowo Papieża do Polaków:

    Witam polskich pielgrzymów. W przygotowaniu do przeżywania tajemnic Wielkiego Tygodnia towarzyszy nam dziś św. Ireneusz z Lyonu. Uczy on, aby te tajemnice rozważać w świetle Ewangelii i w duchu Tradycji Kościoła, która opiera się na świadectwie apostołów, jest jedna i przekazywana kolejnym pokoleniom dzięki Duchowi Świętemu. Taka kontemplacja tajemnicy Odkupienia niech zbliża nas wszystkich do chwalebnego Chrystusa. Niech Bóg wam błogosławi!

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 6/2007/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    27 kwietnia

    Najświętsza Maryja Panna Nieustającej Pomocy

    Zobacz także:
      •  Święty Cyryl Aleksandryjski, biskup, patriarcha i doktor Kościoła
      •  Święta Emma z Gurk, wdowa
      •  Święta Zyta, dziewica
      •  Błogosławiony Aszard, biskup
    ***
    Ikona NMP Nieustającej Pomocy

    Tytuł Matki Bożej Nieustającej Pomocy jest na trwałe związany z dostojnym wizerunkiem Maryi, czczonym w Rzymie. Obraz namalowany na desce o wymiarach 54×41,5 cm, pochodzenia bizantyńskiego, przypomina niektóre stare ikony ruskie nazywane Strastnaja. Jego autorstwo jest przypisywane jednemu z najbardziej znanych malarzy prawosławnych wczesnego średniowiecza, mnichowi bazyliańskiemu – S. Lazzaro.
    Kiedy i w jakich okolicznościach obraz powstał, a potem dotarł do Rzymu – nie wiemy. Według niektórych źródeł został namalowany na Krecie w IX w.; inne dane mówią o wieku XII i pochodzeniu z Bizancjum lub z klasztoru na świętej Górze Athos. Według legendy, do Europy obraz został przywieziony przez bogatego kupca. Kiedy podczas podróży statkiem na morzu rozszalał się sztorm, kupiec ten pokazał obraz przerażonym współtowarzyszom. Ich wspólna modlitwa do Matki Bożej ocaliła statek. Po szczęśliwym przybyciu do Wiecznego Miasta ikona została umieszczona w kościele św. Mateusza, obsługiwanym przez augustianów. Z dokumentu z roku 1503 wynika, że w ostatnich latach XV w. wizerunek był już w Wiecznym Mieście czczony i uważany za łaskami słynący. Zwano go Madonna miracolosissima. Gdy w roku 1812 wojska francuskie zniszczyły kościół, mnisi wywędrowali do Irlandii. Po powrocie objęli kościół św. Euzebiusza. Kult cudownego obrazu uległ wówczas pewnemu zaniedbaniu, na co wielu się skarżyło.
    W grudniu 1866 r. Pius IX powierzył obraz redemptorystom, którzy umieścili go w głównym ołtarzu kościoła św. Alfonsa przy via Merulana. Od tego czasu datuje się niebywały rozkwit kultu Matki Bożej Nieustającej Pomocy, propagowanego przez duchowych synów św. Alfonsa Marii Liguoriego. 23 czerwca 1867 r. odbyła się uroczysta koronacja obrazu. W roku 1876 powstało arcybractwo Maryi Nieustającej Pomocy i św. Alfonsa. Równocześnie mnożyły się kopie, które redemptoryści umieszczali w swoich kościołach w wielu krajach, w tym także na ziemiach polskich. Dla propagowania kultu ponad 100 autorów wydało rozmaite opracowania, powstały różnojęzyczne periodyki, poświęcone temu samemu celowi. Ogromne powodzenie miały także małe obrazki z odpowiednimi wezwaniami. Rozchodziły się one w wielomilionowych nakładach. W 1876 r. ustanowiono święto Maryi Nieustającej Pomocy na dzień 26 kwietnia, z czasem przeniesione na 27 czerwca.
    Sam obraz przedstawia cztery postacie: Maryję z Dzieciątkiem oraz świętych Archaniołów Michała (po lewej stronie obrazu) i Gabriela (po stronie prawej). Maryja jest przedstawiona w czerwonej tunice, granatowym płaszczu (zielonym po spodniej stronie) i w niebieskim nakryciu głowy, które przykrywa czoło i włosy. Na środkowej części welonu znajduje się złota gwiazda z ośmioma prostymi promieniami. Głowę Maryi otacza, charakterystyczny dla szkoły kreteńskiej, kolisty nimb. Oblicze Maryi jest lekko pochylone w stronę Dzieciątka Jezus trzymanego na lewej ręce. Prawą, dużą dłonią, o nieco dłuższych palcach, charakterystycznych dla obrazów typu Hodegetria (“wskazująca drogę”), Maryja obejmuje ręce Jezusa. Jej spojrzenie charakteryzuje czuły smutek, ale nie patrzy na swojego Syna, lecz wydaje się przemawiać do patrzącego na obraz. Miodowego koloru oczy i mocno podkreślone brwi dodają obliczu piękna i wyniosłości.
    Dzieciątko Jezus przedstawione jest w całości. Spoczywając na lewym ramieniu Matki, rączkami ujmuje mocno Jej prawą dłoń. Przyodziane jest w zieloną tunikę z czerwonym pasem i okryte czerwonym płaszczem. Opadający z nóżki prawy sandał pozwala dostrzec spód stopy, co może symbolizować prawdę, że będąc Bogiem, Jezus jest także prawdziwym człowiekiem. Ma kasztanowe włosy, a rysy Jego twarzy są bardzo dziecięce. Stopy i szyja Dzieciątka wyrażają jakby odruch nagłego lęku przed czymś, co ma niechybnie nadejść. Tym natomiast, co wydaje się przerażać małego Jezusa, jest wizja męki i cierpienia, wyrażona poprzez krzyż i gwoździe niesione przez Archanioła Gabriela. Po drugiej stronie obrazu Archanioł Michał ukazuje inne narzędzia męki krzyżowej: włócznię, trzcinę z gąbką i naczynie z octem.
    Maryja, pomimo że jest największą postacią obrazu, nie stanowi jego centralnego punktu. W geometrycznym środku ikony znajdują się połączone ręce Matki i Dziecięcia, przedstawione w taki sposób, że Maryja wskazuje na swojego Syna, Zbawiciela.Maryja jest Matką Kościoła, ludu Bożego, który Jej Syn nabył swoją najdroższą Krwią. Jest Matką każdego z nas. Niewątpliwie jest jeden nasz Pośrednik, według słów Apostoła: “Bo jeden jest Bóg; jeden też pośrednik między Bogiem i ludźmi, człowiek Chrystus Jezus, który wydał samego siebie na okup za wszystkich” (1 Tm 2, 5-6). Nie przeszkadza to jednak bynajmniej, byśmy mogli mówić o macierzyńskiej roli Maryi w stosunku do wszystkich. Nie przyćmiewa ona żadną miarą i nie pomniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusowego, lecz ukazuje jego moc: “Cały bowiem wpływ zbawienny Błogosławionej Dziewicy na ludzi wywodzi się nie z jakiejś konieczności rzeczowej, lecz z upodobania Bożego, i wypływa z nadmiaru zasług Chrystusowych, na Jego pośrednictwie się opiera, od tego pośrednictwa całkowicie jest zależny i z niego czerpie całą moc swoją. Nie przeszkadza zaś w żaden sposób bezpośredniej łączności wiernych z Chrystusem, przeciwnie, umacnia je” (KK, nr 60).
    “Macierzyństwo Maryi w ekonomii łaski trwa nieustannie – poczynając od aktu zgody, którą przy zwiastowaniu wiernie wyraziła i którą zachowała bez wahania pod krzyżem – aż do wiekuistego dopełnienia się zbawienia wszystkich wybranych. Albowiem wzięta do nieba, nie zaprzestała tego zbawczego zadania, lecz poprzez wielorakie swoje wstawiennictwo zjednuje nam dary wiecznego zbawienia. Dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się braćmi Syna swego, pielgrzymującymi jeszcze i narażonymi na trudy i niebezpieczeństwa, dopóki nie zostaną doprowadzeni do szczęśliwej ojczyzny. Dlatego to do Błogosławionej Dziewicy stosuje się w Kościele tytuły: Orędowniczki, Wspomożycielki, Pomocnicy, Pośredniczki. Rozumie się jednak te tytuły w taki sposób, że niczego nie ujmują one ani nie przydają godności i skuteczności działania Chrystusa jedynego Pośrednika… Kościół nie waha się jawnie wyznawać taką podporządkowaną rolę Maryi; ciągle jej doświadcza i zaleca ją sercu wiernych, aby oni wsparci tą macierzyńską opieką, jeszcze silniej przylgnęli do Pośrednika i Zbawiciela” (KK, nr 62).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________________

    Matka Boża Nieustającej Pomocy

    Matka Boża Nieustającej Pomocy

    NMP Nieustającej Pomocy/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W licznych kościołach Polski co środę odprawia się nowenna do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Obrazy Matki Bożej pod tym tytułem: w Kaliszu (karmelitanki bose), w Poznaniu i w Toruniu doznały chwały koronacji koronami papieskimi. Liturgiczne wspomnienie obchodzone jest 27 czerwca.

    Historia obrazu Matki Bożej Nieustającej Pomocy

    W dziejach cudownego obrazu Matki Bożej wyróżniamy trzy okresy: czas przebywania obrazu na Krecie; okres rzymski, kiedy obraz znajdował się pod opieką oo. augustianów w kościele Św. Mateusza; wreszcie okres trzeci, kiedy obraz przejęli oo. redemptoryści i umieścili go w kościele Najświętszego Odkupiciela.

    A oto streszczenie dziejów obrazu rzymskiego MB Nieustającej Pomocy.

    1) Kult Matki Bożej jako Wspomożycielki wiernych jest bardzo dawny. Sięga bowiem początków chrześcijaństwa. Od IV w. mamy wiele oznak kultu publicznego, oddawanego w chrześcijaństwie świętej Bożej Rodzicielce. W kulcie tym znaczną rolę odgrywa powszechne przekonanie o uprzywilejowanym miejscu Maryi i związana z tym wiara w Jej pośrednictwo. Dlatego wierni Kościoła w przeróżnych okazjach uciekają się do Maryi, pełni ufności, że zostaną wysłuchani. Od wieków średnich pojawiają się kościoły i sanktuaria pod tytułem: Matki Bożej Pomocy czy też Matki Bożej Wspomożycielki, Matki Bożej Łaskawej, Pocieszycielki, Uzdrowicielki itp.

    2) Pod wezwaniem Matki Bożej Nieustającej Pomocy sławiony był obraz na Krecie w Lassithi. Jego autorstwo przypisywali niektórzy historycy najgłośniejszemu malarzowi prawosławnemu wczesnego średniowiecza, mnichowi bazyliańskiemu – S. Lazzaro (868). Ostrożniejsi przesuwali jego pochodzenie na wiek X/XI. Obraz był celem licznych pielgrzymek. Obecny obraz w Lassithi pochodzi dopiero z roku 1725 i jest inny od obrazu rzymskiego. Co się stało z cudownym obrazem pierwotnym, starożytnym? Wieść o nim zupełnie zaginęła. Miejscowa tradycja głosi, że został wykradziony. Według badań najnowszych ten właśnie obraz z w. X/XI jest w Rzymie.

    Kreta – to wyspa na Morzu Śródziemnym, piąta co do wielkości po Sycylii, Sardynii, Cyprze i Korsyce. Jej długość wynosi 260 km (w kierunku równoleżnikowym), szerokość – 57 km a cała powierzchnia – 8 259 km kw. Wyspa jest „dobrze zasłużona” w powszechnej historii. Tu bowiem odkryto najstarsze po Egipcie i Babilonii ośrodki kultury, której ślady dotąd budzą podziw. Obecnie wyspę zamieszkuje ponad 500 000 prawosławnych Greków.

    Od najbliższego brzegu Grecji jest oddalona Kreta ok. 100 km, od Turcji – ok. 200 km. Złoty okres dla wyspy rozpoczął się wtedy, gdy cesarz bizantyjski Nicefor Fokas w 961 roku wypędził Saracenów mahometańskich a osadził na wyspie kolonistów greckich. Wraz z nimi przybyli mnisi bazyliańscy, którzy założyli tu szereg klasztorów. Oni też otworzyli na Krecie szkoły malarskie. Ikony rozchodziły się po całym świecie, aż po Ruś Białą i Czerwoną. Wystarczy przypomnieć, że w wieku XIV-XV wykonywało obrazy Matki Bożej i Świętych 112 malarzy, których imiona zdołano stwierdzić. Do najgłośniejszych obrazów należał właśnie umieszczony w Lassithi, doznający czci powszechnej już w wieku X/XI pod wezwaniem Matki Bożej Nieustającej Pomocy.

    Wśród tych wszystkich malarzy wybija się imię Andrzeja Rizo (ok. 1421- ok. 1495)i jego syna, Mikołaja. Zostawili oni sporo reprodukcji znanych na Krecie obrazów(także z Lassithi) oraz koncepcji własnej. Ustalono, że z ręki Andrzeja Rizo wyszły między innymi następujące głośne, znane w świecie obrazy, do dzisiaj istniejące: w Tetimo na Krecie, w Bari w kościele Św. Mikołaja, we Fiesole, Farmie, na Patmos,w Ston w Dalmacji i w Princeton w USA. Niektórzy uczeni byli skłonni przyjąć, żeobraz rzymski pochodzi również z tej samej ręki. Jednak istotnie badania obrazuzdają się wskazywać, że jest on znacznie wcześniejszy.

    3) Obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Rzymie: Przez szereg lat aż do zburzenia kościoła Św. Mateusza przy cudownym obrazie Matki Bożej Nieustającej Pomocy – a więc w latach 1499-1808, wisiały przy świętym wizerunku dwie tablice: jedna z napisem łacińskim, druga włoskim, opisujące dzieje obrazu. Jest w nich mowa, że zostały one wykradzione z Krety przez pewnego rzymskiego kupca i przywiezione do Rzymu dnia 27 marca 1499 roku. Po śmierci kupca obraz przeniesiono do kościoła augustianów św. Mateusza, który znajdował się przy ich klasztorze na via Merulana na wzgórzu eskwilińskim pomiędzy Bazyliką Matki Bożej Większej a Bazyliką Św. Jana na Lateranie. Tu ponad 300 lat doznawał czci od ludu rzymskiego. Musiał być ten obraz znany, skoro Giovanni Antonio Bruzio (1610-1690) w swoim monumentalnym dziele o zabytkach Rzymu poświęca mu 69 stron.

    4) Przyszły wszakże na „wieczne miasto” klęski, które odbiły się również niekorzystnie na cudownym obrazie Matki Bożej Nieustającej Pomocy. W roku 1798 do Rzymu wkraczają wojska francuskie. Na skutek oblężenia i walk ucierpiało wiele czcigodnych miejsc. Wśród nich został zniszczony kościół i klasztor augustianów. Wkroczenie wojsk Napoleona do Rzymu w roku 1808 dokonało reszty zniszczenia. Augustianie przenieśli się na inne miejsce, zabierając ze sobą obraz Matki Bożej. W roku 1852 przybyli na to miejsce duchowi synowie św. Alfonsa Liguori, redemptoryści. Zabrali się energicznie do odbudowy klasztoru i kościoła, któremu nadali nowy tytuł: Najświętszego Odkupiciela i Św. Alfonsa. Kiedy dowiedzieli się, że cudowny obraz jest w posiadaniu augustianów, przekonani, że powinien znaleźć się w miejscu pierwotnym, interweniowali u papieża Piusa IX, by wpłynął na augustianow by ci zwrócili obraz. Tak się też stało. Obraz uroczyście wniesiono do kościoła Najświętszego Odkupiciela i Św. Alfonsa w 1866 roku.

    Odtąd Matka Boska Nieustającej Pomocy stała się główną Patronką zakonu a kościół jej pierwszym sanktuarium. Obraz zajaśniał tak licznymi łaskami, że już w roku następnym papież Pius IX zezwolił na jego uroczystą koronację. Ponieważ w roku 1867 cały świat chrześcijański obchodził 1800-lecie śmierci męczeńskiej świętych Apostołów Piotra i Pawła, do Rzymu przybyło bardzo wielu hierarchów kościelnych. W koronacji 24 czerwca 1867 roku wzięło ich udział kilkuset. Była to prawdziwa manifestacja Rzymu. Redemptoryści, wykorzystując niezwykłe piękno obrazu, jego starożytność a przede wszystkim bardzo sugestywny tytuł, rozszerzyli kult Matki Bożej Nieustającej Pomocy tak dalece, że stał się on powszechny w całym świecie chrześcijańskim. Nie ma dzisiaj kraju, gdzie by nie znano tego obrazu, gdzie by nie było wiecznej nowenny w każdą środę do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Matka Boża nie pozostała też dłużna. Dzisiaj cudownych miejsc Matki Bożej pod tym wezwaniem jest kilkaset, wśród nich kilkadziesiąt koronowanych. W ciągu pierwszych 50 lat rozdano ok. l 500 wiernych kopii obrazu, dzisiaj jest ich drugie tyle.

    Dnia 23 maja 1871 roku papież Pius IX zezwolił na erekcję bractwa Matki Bożej Nieustającej Pomocy, a dnia 31 marca 1867 tenże papież podniósł to bractwo do godności arcybractwa. Poczta Haiti w roku 1942/43 wydała osobne znaczki pocztowe ku czci Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Oprócz redemptorystów 7 zakonów żeńskich obrało sobie M.B. Nieustającej Pomocy za swoją główną Patronkę.

    Co widać na obrazie?

    Obraz jest na 53 cm wysoki i 41,5 cm szeroki. Jest malowany na desce. Przedstawia typ hodegitrii, czyli Bożej Rodzicielki. Maryja trzyma Dziecię Jezus na swoim lewym ręku a dłonią prawą ujmuje rączki Jezusa. Matka Boska jest odziana w czerwoną suknię, obszytą złotą lamą z rękawami obcisłymi. Boże Dziecię ma sukienkę barwy zielonej, przepasaną pasem czerwonym. Płaszcz Maryi jest barwy niebieskiej. Tworzy on na głowie Maryi naturalny welon-osłonę. Osłona ta ma również złotą lamę. Boże Dziecię ma na sobie płaszcz koloru brązowego.

    Suknia i płaszcz Pana Jezusa, jak również płaszcz Maryi są bogato złocone. Na płaszczu Maryi nad Jej czołem jest gwiazda. Widzimy ją na wszystkich obrazach starożytnych Maryi. Czyżby to był znak „patentowy” ikonografii greckiej lub obrazów malowanych na Krecie? Gwiazda jest przypomnieniem imienia Maryi, gdyż hebrajskie Miriam etymologicznie znaczy tyle, co „pani” i „gwiazda morza”. Być może, dlatego i płaszcz Maryi jest niebieski. Dokoła głowy Maryi i Jezusa są ozdobne nimbusy. Obraz ma złote tło, co obok koloru czerwonego podkreśla godność Boską i królewską Jezusa i Maryi. Jeszcze dobitniej podkreślają obecnie tę godność kosztowne korony na głowie Jezusa i Maryi, misternie malowane. Szczegółem nowym, wprowadzającym nas w średniowiecze, jest wprowadzenie aniołów z symbolami męki Pańskiej. Dziecię Jezus zwraca główkę ku jednemu z nich, jakby chciało tym potwierdzić cel swojej misji na ziemi. Ciekawostką obrazu Matki Boskiej Nieustającej Pomocy jest pantofel zawieszony na lewej nodze Pana Jezusa. Obie stopy Chrystusa są bose. A oto znaczenie greckich napisów, jakie są na obrazie: Myter Theou, Archangelos Gabriel, Archangelos Michael, Jesous Christos (Matka Boża, Archanioł Gabriel, Archanioł Michał, Jezus Chrystus).

    Obraz ma kolory niezwykle żywe, jakby był malowany niedawno. Był bowiem odnawiany przez Novotnego w roku 1866.

    W licznych kościołach Polski co środę odprawia się nowenna do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Obrazy Matki Bożej pod tym tytułem: w Kaliszu (karmelitanki bose), w Poznaniu i w Toruniu doznały chwały koronacji koronami papieskimi. Liturgiczne wspomnienie obchodzone jest 27 czerwca.

    Polscy czciciele NMP Nieustającej Pomocy

    Kult NMP Nieustającej Pomocy w Polsce datuje się od końca wieku XIX, kiedy to redemptoryści przybyli po raz drugi do Polski. Istnieje w Polsce ponad 360 ośrodków czci Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Do najważniejszych sanktuariów należą: obraz Matki Bożej w Gliwicach (kościół Św. Krzyża) w Słupsku (w kościele N.M. Panny), w Gorzowie (katedra), w Kielcach (katedra), w Przemyślu (katedra), w Warszawie (kościół św. Klemensa Hofbauera) i w Poznaniu (fara). 11 października 1961 roku arcybiskup poznański Antoni Baraniak w obecności 19 biskupów dokonał uroczystej koronacji obrazu. Jest to obecnie największe sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Polsce i jedno z największych w świecie. Wystarczy wspomnieć, że nowenna w każdą środę odbywa się trzy razy dziennie. Nowe sanktuarium, ale bardzo żywe, jest w Toruniu przy kościele redemptorystów. l października 1967 roku kardynał Prymas Polski Stefan Wyszyński dokonał koronacji tegoż obrazu przy udziale kilkudziesięciu biskupów. Wreszcie wypada przypomnieć, że w kaplicy sióstr karmelitanek bosych w Kaliszu jest obraz Matki Bożej, przywieziony ze Lwowa (z ich klasztoru), koronowany 25 czerwca 1939 roku przez arcybiskupa Bolesława Twardowskiego. Nabożeństwo do Matki Bożej Nieustającej Pomocy szczególnie szerzyło się w diecezji chełmińskiej (dzisiaj po nowym podziale pozostała część nosi nazwę diecezji pelplińskiej). Biorąc pod uwagę ten fakt ówczesny biskup chełmiński ks. Kazimierz Kowalski wniósł w 1962 r. prośbę do Stolicy Apostolskiej o ustanowienie Matki Boskiej Nieustającej Pomocy główną Patronką Diecezji. Stolica Apostolska dekretem z dnia 29 X 1962 zatwierdziła tę prośbę.

    Modlitwa rzymska I

    O Matko Nieustającej Pomocy / z największą ufnością przychodzę dzisiaj / przed Twój święty obraz, / aby błagać o pomoc Twoją. / Nie liczę na moje zasługi, / ani na moje dobre uczynki, / ale tylko na nieskończone zasługi Pana Jezusa / i na Twoją niezrównaną miłość macierzyńską. / Tyś patrzyła, o Matko, na rany Odkupiciela i na krew Jego wylaną na krzyżu dla naszego zbawienia. / Tenże Syn Twój umierając dał nam Ciebie za Matkę. / Czyż więc nie będziesz dla nas, / jak głosi Twój słodki Tytuł: / Nieustającą Wspomożycielką? / Ciebie więc, o Matko Nieustającej Pomocy, / przez bolesną mękę i śmierć Twego Boskiego Syna, / przez niewypowiedziane cierpienia Twego Serca, o Współodkupicielko, / zaklinam najgoręcej, / abyś wyprosiła mi u Syna Twego Tę łaskę, / której tak bardzo pragnę i tak bardzo potrzebuję…
    Ty wiesz, o Matko Przebłogosławiona, / jak bardzo Jezus, Odkupiciel nasz, pragnie udzielić nam wszelkich owoców Odkupienia. / Ty wiesz, że skarby te zostały złożone w Twoje ręce, abyś je nam rozdzielała. / Wyjednaj mi przeto, o najłaskawsza Matko, / u Serca Jezusowego tę łaskę, / o którą w tej nowennie pokornie proszę, / a ja z radością wychwalać będę Twoje miłosierdzie / przez całą wieczność. Amen.

    Modlitwa rzymska II

    O Matko Nieustającej Pomocy, / pozwól mi naśladować Boskie Twoje Dzieciątko, / tak jak Je przedstawia Twój cudowny obraz / w chwili, gdy Je przyciskasz do serca. / O tak, / jakżebym i ja chciał trzymać się silnie / moimi niegodnymi rękami/ Twojej potężnej prawicy.

    Tym razem jednak, o Matko Nieustającej Pomocy,/ nie proszę za sobą, lecz za braćmi i siostrami moimi, / którzy tutaj są zebrani wraz ze mną/przed Twoim cudownym obrazem, / proszę za cały Kościół święty / i za całą nieszczęśliwą ludzkość. / Wejrzyj, Królowo świata, / jak wielka jest liczba potrzebujących,/smutnych i cierpiących,/popatrz, jak ciężkie są nasze czasy. / Czyż nie jesteś Matką Nieustającej Pomocy? / Czyż nie jesteś Wszechmocą Błagającą? / Wszak nie brakuje Ci ani potęgi, ani dobroci, / by przyjść z pomocą w każdej potrzebie i nieszczęściu. / Obecna godzina jest Twoją godziną, / więc okaż nam się Matką, / spiesz co prędzej z pomocą swoją w tej naszej potrzebie. /Spiesz nam z pomocą swoją zawsze,/ a zwłaszcza w godzinę śmierci naszej. Amen.

     wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy Jezus na ikonie Matki Nieustającej Pomocy gubi sandał ze strachu?

    Szczegóły obrazu Matki Bożej Nieustającej Pomocy

    RufflesDeQueijo – praca własna | Wikimedia Commons | CC BY-SA 4.0; mod. Aleteia PL

    ***

    Na ikonie Matki Bożej Nieustającej Pomocy widzimy Jezusa, który trzyma Maryję za dłoń, jakby chciał nabrać otuchy. Patrzy na aniołów trzymających narzędzia męki i jest tak wstrząśnięty, że gubi sandał ze strachu… Taka interpretacja ikony nie jest jednak prawdziwa!

    Ikona nie jest obrazem

    Wschodnia ikona nie jest obrazem. Obraz ma na celu utrwalenie czegoś, co wydarzyło się w przeszłości lub jakiejś sceny literackiej czy legendarnej. Ikona pokazuje teraźniejszość. Jest oknem do Nieba. 

    Przypomina o tym złoty kolor. W symbolice zarezerwowany jest dla oznaczenia sfery niebiańskiej. Ukazują się z niej osoby święte – w tym przypadku Maryja z Jezusem i aniołowie. Ukazani do połowy, jakby ucięci w pasie. To dlatego, że tylko wychylają się do rzeczywistości ziemskiej. 

    Jezus nie jest dzieckiem

    Skoro zatem ikona to okno, pokazujące teraźniejszość to Jezus nie powinien być dzieckiem. I nie jest. Na ikonie został on przedstawiony, jako mniejszy, niż Maryja, by pokazać, że jest jej synem. Proporcje jego ciała są natomiast proporcjami osoby dorosłej, a nie dziecka.

    Chrystus na ikonie Matki Bożej Nieustającej Pomocy nie jest tym bardziej przerażony. Jego twarz jest spokojna, nie wyraża wcale strachu. Co więcej, Jego dłonie nie zaciskają się kurczowo na rękach Maryi, tylko delikatnie na nich opierają. Wygląda, jakby chciał powiedzieć: „to moja Matka. Z niej pochodzi moje człowieczeństwo”. 

    Jezus nie ma się czego bać, bo nie patrzy na narzędzia męki, trzymane przez archaniołów Gabriela i Michała jako dowodu triumfu. Dotykają je przez welony na znak szacunku. Jeśli poprowadzimy linię od oczu Jezusa zobaczymy, że nie kieruje on spojrzenia na aniołów, ale na złote tło. Chrystus patrzy na swojego Ojca –  ostateczny cel życia każdego z nas. 

    W ten sposób cała ikona Matki Bożej Nieustającej Pomocy staje się ikoną hodogetrii – wskazującej drogę. Maryja pokazuje Jezusa – prawdziwą drogę, prawdę i życie, a On spogląda na ostateczny cel każdego człowieka – Ojca.

    ***

    [GALERIA] Matka Boża Nieustającej Pomocy. Dwie drogi jednej ikony

    ***

    Dlaczego Jezus gubi sandał?

    Skoro zgubiony sandał nie jest oznaką lęku Jezusa przed śmiercią (ta się już dokonała, aniołowie nie straszą go narzędziami męki, ale ukazują je jako trofea wojenne) to o czym świadczy?

    Nie ma to jednoznacznej odpowiedzi. Istnieje kilka interpretacji. Jedna z nich odnosi nas do tzw. protoewangelii, czyli zapowiedzi zwycięstwa Niewiasty i jej potomstwa. Czytamy o tym w Księdze Rodzaju: „Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie i niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę” (Rdz 3, 15). Spadający sandał odsłania piętę Jezusa, która została zmiażdżona przez śmierć i jednocześnie przypomina, że przez zmartwychwstanie skruszył On głowę diabła.

    Druga interpretacja odnosi nas do osoby Jana Chrzciciela. W Ewangelii Jana czytamy: „Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała” (J 1, 26-27). Jan Chrzciciela – największy spośród zrodzonych z kobiety – nie jest godny rozwiązać sandałów Jezusa, ale jest ktoś, kto ma taką godność. To Maryja, która jest niepokalanie poczęta. 

    Dariusz Dudek/Aleteia.pl

    _______________________________________________________________________________________

    Nieustająca Pomoc.

    Co oznacza ów przymiot Matki Bożej?

    (oprac. PCh24.pl)

    ***

    Fenomen tej ikony polega na tym, że wyraża ona w niezwykle wyrazisty sposób duchowość Maryi. Gdy przyjrzymy się uważnie ikonie, to widać, że Maryja nie patrzy na aniołów, nie patrzy nawet na Jezusa, ale na nas. Jest to swego rodzaju „spojrzenie słuchające”. Każdy z nas potrzebuje akceptacji, przyjęcia, wysłuchania, które są znakiem troski i bliskości – mówi o. Paweł Drobot CSsR – przełożony Domu Prowincjonalnego w Warszawie w rozmowie z PCh24.pl

    Proszę Ojca, skąd się wziął kult Matki Bożej Nieustającej Pomocy?

    Kult Matki Bożej Nieustającej Pomocy wpisuje się w pierwotną chrześcijańską tradycję czci dla Maryi, która była uznawana przez wierzących za Matkę Zbawiciela, Bożą Rodzicielkę oraz Matkę Kościoła.

    Oddawanie czci Maryi jako Matce Nieustającej Pomocy związane jest z historią, jaka miała miejsce u schyłku XV wieku. Pewien kupiec odkrył na Krecie ikonę, gdzie była czczona jako cudowny obraz. Ukradł on ten obraz i popłynął z nim w stronę Włoch. W czasie podróży nastała burza. Pasażerowie wiedząc o ikonie obecnej na pokładzie, zaczęli się modlić, prosić o ocalenie i zostali wysłuchani. Dotarli szczęśliwie do portu. W Rzymie kupiec przekazał ikonę swojemu przyjacielowi z poleceniem, jakie miał otrzymać w widzeniu od Matki Bożej, aby umieścić tę ikonę w kościele. Kupiec zmarł, a przyjaciel zapomniał spełnić jego prośby.

    Matka Boża nie zapomniała jednak o swojej prośbie. Objawiła się sześcioletniej córce przyjaciela zmarłego kupca. Dopiero wtedy ikona została umieszczona w kościele św. Mateusza, który znajdował się blisko Bazyliki Matki Bożej Większej w Rzymie. Było to 27 marca 1499 roku. Tam też otrzymała nazwę „Święta Maryja, Matka Nieustającej Pomocy”.

    Każdego roku uroczyście obchodzono w kościele św. Mateusza święto Nieustającej Pomocy. Niestety, w czasie najazdu Napoleona na Rzym w 1798 roku, kościół został zniszczony. Ikonę przeniesiono do innego kościoła, który także został zburzony. Kult związany z ikoną zaniknął. Ostatecznie w 1866 roku papież Pius IX przekazał ikonę rzymskim redemptorystom. Wypowiedział wtedy słowa: „Uczyńcie ją znaną całemu światu”. Od tego czasu rozpoczyna się rozwój kultu Maryi w ikonie Matki Bożej Nieustającej Pomocy poza granice Rzymu i Włoch.

    Kiedy pierwsze ikony Matki Bożej Nieustającej Pomocy pojawiły się w naszym kraju?

    Misjonarzem i czcicielem Matki Bożej Nieustającej Pomocy na ziemiach polskich był sługa boży o. Bernard Łubieński (1846 – 1933). On sprowadził pierwszą kopię ikony z Rzymu w roku 1883 do klasztoru w Mościskach koło Lwowa, obecnie na terenie Ukrainy. Cześć jaką o. Bernard obdarzał Matkę Bożą nie był przypadkowy. Osobiście doświadczył on cudu uzdrowienia z ciężkiej choroby przez wstawiennictwo Matki Bożej Nieustającej Pomocy.

    Warto wspomnieć, że obok propagowania kultu ikony, o. Łubieński zakładał bractwa Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Używając współczesnego języka możemy powiedzieć, że były to wspólnoty modlitewne, które oferowały formację duchową dla kobiet i mężczyzn, skoncentrowaną wokół czci Matki Bożej Nieustającej Pomocy.

    Co przedstawia ikona Matki Bożej Nieustającej Pomocy?

    Na ikonie widzimy Maryję przedstawioną jako kobietę pełną majestatu. Jej wzrok jest skierowany na osobę modlącą się przed ikoną. Lewą ręką obejmuje Ona Jezusa. Z artystycznego punktu widzenia pierwsze miejsce w tej ikonie zajmuje postać Maryi. Lecz z punktu widzenia duchowego przesłania, najważniejszą osobą na ikonie jest Jezus. Maryja wskazuje bowiem na Jezusa swoją prawą ręką. Ten gest wyraża to, co kiedyś powiedziała w Kanie Galilejskiej: „Zróbcie wszystko cokolwiek wam powie” (J 2,5).

    Gdy przyjrzymy dokładnie ikonie, to możemy zauważyć, że ręka Maryi, która wskazuje nam Jezusa, jednocześnie wskazuje Jezusowi, gdzie On ma patrzeć. Jezus patrzy na krzyż. Lecz gdy jeszcze uważniej się przyjrzymy oczom Jezusa, to możemy zauważyć, że patrzy On dalej – poza krzyż. Tym wzrokiem ukazuje nam na Ojca, na wieczność, na przeznaczenie, które jest poza obrazem. Nasuwają się tutaj słowa z Ewangelii: „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało co Bóg przygotował dla swoich dzieci” (1Kor 2,9).

    Chcę zwrócić uwagę jeden szczegół. Na czole Maryi jest ośmioramienna gwiazda. Gwiazda symbolizuje działanie Ducha Świętego w życiu Maryi. Maryja zostaje matką dzięki temu, że przyjęła Ducha Świętego. Ta gwiazda jest więc także symbolem dziewictwa Maryi. Dziewicza czystość Maryi oznacza, że jest Ona całkowicie oddana Bogu. Ta gwiazda jest także interpretowana jako symbol nowego stworzenia. Jest to odwołanie do dnia, kiedy Zmartwychwstały Pan pojawił się wśród uczniów i tchnął na nich Swego Ducha. Druga, niewielka gwiazda w kształcie krzyża, podkreśla natomiast uczestnictwo Maryi w odkupieńczej misji Syna.

    Kiedy możemy czy wręcz powinniśmy wzywać pomocy Matki Bożej Nieustającej Pomocy? O co można prosić Matkę Bożą?

    W nazwie tej ikony znajdujemy odpowiedź na pytanie – Nieustająca Pomoc. Oznacza to, że w naszych modlitwach możemy zwracać się do Maryi nieustannie, czyli w każdym czasie i każdej okoliczności naszego życia.

    Na czym polega nabożeństwo do MB Nieustającej Pomocy?

    Obecnie nabożeństwo do Matki Bożej Nieustającej Pomocy jest znane jako Nowenna Nieustanna – czyli stała modlitwa, która gromadzi wiernych każdego tygodnia. Najczęściej jest to środa. Pierwsze tego typu nabożeństwa powstały w latach 30 XX wieku w Saint Luis w USA. W Europie nowennę zapoczątkowali w 1943 roku redemptoryści, którzy byli kapelanami amerykańskiej armii w czasie II wojny światowej w Irlandii. Odprawiono ją tam, prosząc o ratunek dla Europy. W Polsce pierwsza nowenna została założona w kościele redemptorystów w Gliwicach w 1951 roku.

    Nowenna rozpoczyna się tzw. Modlitwą Rzymską, następnie przedstawiane są podziękowania za otrzymane łaski. Kolejny krok to modlitwa wstawiennicza, gdzie są zanoszone prośby. Bardziej rozbudowana forma zawiera liturgię Słowa Bożego z nauczaniem o charakterze katechetycznym. Całość jest oczywiście upiększana przez pieśni maryjne. W niektórych kościołach nowenna rozpoczyna się uroczystą procesją ikony Matki Bożej, a na zakończenie wierni mogą oddać cześć ikonie poprzez jej ucałowanie, lub błogosławieństwo ikoną. Warto podkreślić, że w czasie nabożeństwa osoby uczestniczące mogą polecać swoje osobiste podziękowania i prośby, co sprawia że nowenna jest ściśle powiązana z życiem modlących się. W niektórych kościołach są one powierzane pisemnie, w innych uczestnicy bezpośrednio mogą je wypowiadać.

    Jakie – poza Nowenną – są jeszcze modlitwy do MB Nieustającej Pomocy, które warto poznać?

    Piękną modlitwą są Godzinki do Matki Bożej Nieustającej Pomocy oraz liczne pieśni dedykowane specjalnie kultowi Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Do tego należy dodać rekolekcje przygotowujące do wspomnienia Matki Bożej Nieustającej Pomocy. W kościołach, które są sanktuariami dedykowanymi Matce Bożej Nieustającej Pomocy – trwają one dziewięć dni przed uroczystością. W innych od siedmiu do trzech dni.

    W wielu krajach dużą popularnością cieszą się procesje z ikoną Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Redemptoryści prowadzą także specjalne rekolekcje, których celem jest ustanowienie w danym kościele nabożeństwa do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. W niektórych diecezjach lub na poziomie parafialnym są przeprowadzenia tzw. peregrynacje ikony. Połgają one na tym, że wędruje ona do domu do domu mieszkańców danej parafii. Jest to szczególna okazja do modlitwy w gronie rodzinnym oraz sąsiedzkim przed tą łaskami słynącą ikoną.

    Modlitwą, która jak najbardziej jest odpowiednia aby dawać cześć Maryi, Matce Nieustającej Pomocy jest różaniec.

    Pragnę dodać, że nowenna do Matki Bożej Nieustającej Pomocy i modlitwy przybierają różne formy, w zależności od kultury, gdzie jest ona prowadzona. Dla przykładu, na nowennę prowadzoną przez redemptorystów w Singapurze przychodzi wielu muzułmanów, którzy oddają cześć Maryi jako matce Jezusa, którego oni uznają za proroka. Dzięki temu nowenna jest formą preewangelizacji w tamtym kontekście. Przesłanie ikony – Maryja wskazująca na Jezusa – dzięki nowennie staje się tam przedsionkiem do otwarcia na wiarę w Jezusa jako Zbawiciela i Syna Bożego.

    Natomiast w narodowym sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Baclaran na Filipinach w każdą środę od rana do wieczora jest w sumie 14 nabożeństw. Bierze w nich udział w sumie około 150 tysięcy osób.

    Dlaczego to właśnie dzień 27 czerwca jest dniem poświęconym MB Nieustającej Pomocy?

    Na ten dzień Stolica Apostolska ustanowiła w kalendarzu liturgicznym wspomnienie Matki Bożej Nieustającej Pomocy.

    Wspomniał ojciec o bardzo ciekawych historiach. Na czym polega fenomen ikony Matki Bożej Nieustającej Pomocy?

    Myślę, że fenomen tej ikony polega na tym, że wyraża ona w niezwykle wyrazisty sposób duchowość Maryi. Gdy przyjrzymy się uważnie ikonie, to widać, że Maryja nie patrzy na aniołów, nie patrzy nawet na Jezusa, ale na nas. Jest to swego rodzaju „spojrzenie słuchające”. Każdy z nas potrzebuje akceptacji, przyjęcia, wysłuchania, które są znakiem troski i bliskości.

    Drugi znak który wyraża fenomen tej ikony to dłonie. Centralnym punktem ikony jest spotkanie rąk Matki i Dziecka – Jezusa. Dłonie nie służą tylko do pracy, ale także do komunikowania się. Dzięki dłoniom i dotykowi przekazujemy emocje, stany naszego serca, bliskość, czułość, troskę. W geście powitania dłonie łączą się z dłońmi drugiego człowieka oraz wyrażają przyjaźń i zaufanie. Dotyk to ważny język miłości. Maryja pragnie mam przekazać miłość nie tylko ludzką, ale także Bożą, której uczy nas Jezus. Wskazuje nam także na Swojego Syna jako tego, który jest drogą, prawdą i życiem.

    Jezus swoimi dłońmi obejmuje dłoń Maryi. Wskazuje to na ważne przesłanie tej ikony – macierzyństwo. Matka Boża Nieustającej Pomocy przypomina nam, że jest czułą. Przez Maryję Bóg pragnie przytulić do swojego serca każdego z nas. Także zagubione i poranione dzieci.

    Dziękuję za rozmowę

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nieustająca Pomoc Maryi

    towarzyszyła Karolowi Wojtyle od dziecka

    Jan Paweł II i Matka Boża Nieustającej Pomocy

    fot. Pier Paolo Cito/ASSOCIATED PRESS/East News; RufflesDeQueijo – praca własna | Wikimedia Commons | CC BY-SA 4.0

    ***

    „Nabożeństwo do Matki Bożej w postaci tradycyjnej wyniosłem z domu rodzinnego i z parafii wadowickiej”. Jan Paweł II wielokrotnie podkreślał przywiązanie do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Modlił się przed jej wizerunkiem jako dziecko, potem będąc ministrantem, lektorem, kardynałem i papieżem.

    „Totus Tuus, Maryjo! Cały Twój!” – te słowa wielokrotnie były wypowiadane przez papieża Jana Pawła II. Ojciec Święty bardzo mocno podkreślał przywiązanie do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Przed jej wizerunkiem modlił się nie tylko w rodzinnych Wadowicach, Krakowie i Rzymie, ale również w wielu miejscach, do których pielgrzymował jako następca św. Piotra.

    „W Wadowicach wszystko się zaczęło”

    Karol Wojtyła jako dziecko wpatrywał się w obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Będąc ministrantem i lektorem modlił się przed nim w kaplicy parafialnego kościoła w rodzinnych Wadowicach. Zawierzał się Maryi i u niej szukał pocieszenia, zwłaszcza po śmierci mamy, Emilii

    „Nabożeństwo do Matki Bożej w postaci tradycyjnej wyniosłem z domu rodzinnego i z parafii wadowickiej. W kościele parafialnym pamiętam boczną kaplicę Matki Bożej Nieustającej Pomocy, do której rano przed lekcjami ciągnęli gimnazjaliści. Potem z kolei w godzinach popołudniowych, po zakończonych lekcjach, ten sam pochód uczniów szedł do kościoła na modlitwę” – wspomina w książce „Dar i tajemnica”.

    Ten wadowicki wizerunek Matki Bożej Nieustającej Pomocy ufundował nieznany artysta pod koniec XIX wieku. Jest to kopia malowidła Matki Bożej, który znajduje się w kościele redemptorystów pw. św. Alfonsa Liguori w Rzymie.

    ***

    Obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy w kościele w Wadowicach
    Obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy w kościele w Wadowicach

    ***

    Różni się od rzymskiego tym, że Maryja na tym obrazie odziana jest w czerwoną tunikę i granatowy płaszcz. Jej czoło i włosy okryte są welonem. W lewej dłoni Matka Boża trzyma Dzieciątko, prawą zaś wskazuje na Syna. Jezus przytula się do Mamy, a Jego głowa zwrócona jest do ludzi. Po obu stronach Maryi znajdują się archaniołowie: Gabriel i Michał.

    Karol Wojtyła i pomoc Matki Bożej

    Podczas okupacji niemieckiej w Krakowie, jako student i robotnik, wracając o świcie z pracy w Borku Falęckim, Karol Wojtyła regularnie w drodze do domu wstępował na osobistą modlitwę i mszę świętą do kościoła Matki Bożej Nieustającej Pomocy na krakowskim Podgórzu.

    W 1984 r. tak wspominał tamten czas: „Wiele razy wracając po pracy do domu, wstępowałem do waszego kościoła w Krakowie, gdzie znajdował się obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy […]. Zatrzymywałem się tam, ile razy byłem na drodze pomiędzy fabryką a domem […]. To doświadczenie pozostało w mojej pamięci całe moje życie”.

    Kilkakrotnie jako arcybiskup krakowski, a także po wyniesieniu na Stolicę św. Piotra przypominał swoje wizyty w kościele „na Górce”.

    Niezwodna Matka

    Jako kardynał modlił się przed toruńską ikoną Matki Bożej Nieustającej Pomocy u redemptorystów. Miało to miejsce we wrześniu 1971 r. podczas zawarcia małżeństwa przez krewnego przyszłego następcy św. Piotra.

    Kardynał Wojtyła sprawował wówczas mszę świętą i błogosławił związek Marka Wiadrowskiego i Kazimiery Passowicz. Jako papież nieustannie dziękował Maryi za okazywaną pomoc, zwłaszcza w trudnych i bolesnych momentach życia.

    Podczas spotkania w rzymskim sanktuarium MBNP na Via Merulana podkreślał, że często modlił się przed ikoną Matki, a przeżycia, których wówczas doświadczał głęboko utkwiły w jego sercu.

    ***

    Portret Jana Pawła II w kościele w Wadowicach
    Portret Jana Pawła II w kościele w Wadowicach

    ***

    Kiedy w 1999 r. Jan Paweł II ostatni raz odwiedził Wadowice, również powierzył siebie opiece Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Koronował wtedy jej obraz w rodzinnej parafii oraz w Jaworznie.

    Powiedział wówczas: „Akt koronacji jest potwierdzeniem, że wspólnota wierzących w Jaworznie i na całym Zagłębiu prawdziwie doświadcza tej szczególnej obecności Maryi, dzięki której ludzkie pragnienia docierają do Boga, a Boże łaski spływają na ludzi. Niech Matka Boża Nieustającej Pomocy będzie wam przewodniczką na drogach nowego tysiąclecia! Niech nieustannie pomaga wam w pielgrzymowaniu do domu Ojca w niebie”.

    Papież Polak zachęcał do modlitwy za wstawiennictwem Maryi i podkreślał Jej szczególną rolę w życiu Kościoła.

    Anna Gębalska-Berekets/Aleteia.plkorzystałam: redemptor.pl; opoka.org; dbc.wroc.pl; malygosc.pl; maryjny.pl; santojp2.pl

    ______________________________________________________________________________________

    Święty Józef Moscati

    Święty Józef Moscati

    Józef urodził się w Benevento (Włochy) 25 lipca 1880 roku. Jego ojciec, Franciszek, był urzędnikiem miejskim, a matka, Róża de Luca, pochodziła z markizów di Rosato. Chrzest otrzymał 31 lipca w kościele parafialnym św. Marka. Przyjął wówczas imiona Józef, Maria, Karol, Alfons. Kiedy chłopiec miał zaledwie rok, ojciec został przeniesiony do Ankony. Tam więc Józef spędził swoje dzieciństwo (1881-1888). Następnie ojciec przeniósł się do Neapolu. Tu jego syn, Józef, przyjął pierwszą Komunię świętą w kaplicy Służebnic Świętego Serca.
    Młodzieniec okazywał niezwykłe zdolności i rzetelność w studiowaniu. Wszystkie stopnie szkół przeszedł celująco. Po śmierci ojca (1897) zapisał się na uniwersytet w Neapolu, na wydział medycyny. Wykładali wtedy na nim profesorowie, cieszący się światową sławą, ale deklarujący się jako ateiści: Vogt, Moleschott, Büchner i Feuerbach. Nie zdołali oni jednak osłabić wiary w młodzieńcu; wręcz przeciwnie: ich wystąpienia antykościelne skłaniały go do pogłębiania wiedzy religijnej.
    Studia uniwersyteckie Józef ukończył celująco w roku 1903 i przyjął posadę w jednym ze szpitali miasta. Od roku 1904 przeniósł się do szpitala S. Maria del Popolo, przeznaczonego dla nieuleczalnie chorych. W roku 1911 został prymariuszem tego szpitala po zdaniu bardzo trudnego egzaminu. Równocześnie prowadził wykłady na uniwersytecie neapolitańskim, gdzie uczył chemii fizjologicznej. Z tej dziedziny wydał 32 prace. Brał także czynny udział w międzynarodowych kongresach lekarskich: w Budapeszcie (1911) i w Edynburgu (1923).
    Chociaż jako specjalista cieszył się zasłużoną sławą, życie wewnętrzne wśród swoich rozlicznych zajęć stawiał zawsze na pierwszym miejscu. Codziennie przystępował do Komunii świętej. Zawód lekarski traktował jako powierzoną sobie od Pana Boga specjalną misję. Dlatego udzielał pomocy lekarskiej darmo, zadowalając się pensją, jaką otrzymywał miesięcznie. Chorych zachęcał do ufności w Bogu, a błądzących – do powrotu do Boga. Kiedy sławny profesor L. Bianchi doznał nagle w czasie wykładu ataku serca, Moscati zbliżył się do umierającego i pomógł mu wzbudzić żal doskonały za grzechy, zanim przybył kapłan.
    Bywało, że wolnomyślni koledzy pokpiwali sobie z profesora, nazywając go bigotem i fanatykiem. Kiedy radzono profesorowi, by się bronił, odpowiadał: “Dajcie spokój! Jesteśmy przecież chrześcijanami! Pozwólmy działać Panu Bogu”.
    Gdy 4 kwietnia 1906 roku Neapol przeżywał grozę wybuchu Wezuwiusza, profesor z narażeniem życia wynosił chorych z pobliskiego szpitala w bezpieczne miejsce. Kiedy w roku 1911 wybuchła epidemia cholery, niestrudzenie pielęgnował chorych z narażeniem własnego życia.
    Dla wiedzy medycznej przysłużył się redagowaniem pisma Riforma medica, w którym publikował najnowsze osiągnięcia z dziedziny medycyny. Zostawił także osobisty dziennik duchowy, który pozwala wejść w jego życie wewnętrzne. Oto kilka jego refleksji: “Chorzy są obrazem Jezusa Chrystusa. Wielu nieszczęśliwych przestępców i grzeszników trafia do szpitali z woli miłosiernego Boga, który pragnie ich ocalenia. Powołaniem sióstr, lekarzy, pielęgniarzy i całego personelu szpitala jest współpraca z tym nieskończonym miłosierdziem, pomagając, wybaczając, poświęcając się. Jakże my, lekarze, jesteśmy szczęśliwi, jeśli zdajemy sobie sprawę, że poza ciałem mamy do czynienia z duszą nieśmiertelną, którą Ewangelia nakazuje miłować, jak siebie samego”. Zapewne dla tej idei: całkowitego poświęcenia się służbie bliźnim, profesor nie założył własnej rodziny, żył sam.
    Zmarł 12 kwietnia 1927 r. Jak każdego dnia, rano uczestniczył w Mszy świętej i przystąpił do Komunii; później pracował w szpitalu. Po powrocie do domu i posiłku przyjmował pacjentów. Po południu źle się poczuł i zmarł w fotelu w swoim gabinecie. Jego śmierć poruszyła wiele osób, w sposób szczególny najuboższych pacjentów, którzy wielokrotnie doświadczyli jego troskliwości. Został pochowany na cmentarzu Poggio Reale, ale trzy lata później jego szczątki zostały ekshumowane i spoczęły w kościele Gesù Nuovo.
    W czasie uroczystości beatyfikacyjnych w 1975 r. papież Paweł VI powiedział: “Postać Józefa Moscatiego potwierdza, że powołanie do świętości jest skierowane do wszystkich. Ten człowiek uczynił ze swego życia dzieło ewangeliczne. Był profesorem uniwersytetu. Zostawił wśród swoich uczniów pamięć niezwykłej wiedzy, ale przede wszystkim prawości moralnej, czystości wewnętrznej i ducha ofiary”. Jego kanonizacji dokonał 25 października 1987 r. papież św. Jan Paweł II. Do gabinetu “świętego lekarza” i do jego grobu w kościele dominikanów udają się nieustannie pielgrzymi w nadziei, że skoro za życia Józef służył w potrzebach ciała i duszy, tym skuteczniej czynić to może przed tronem Boga po śmierci.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    26 czerwca

    Święty Josemaría Escrivá de Balaguer, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Jan i Paweł
      •  Święty Zygmunt Gorazdowski, prezbiter
      •  Błogosławiony Andrzej Jacek Longhin, biskup
      •  Błogosławiony Jakub z Ghaziru, prezbiter
    ***
    Święty Josemaría Escrivá de Balaguer

    Josemaría Escrivá urodził się w Barbastro (w Hiszpanii) 9 stycznia 1902 roku. Rodzice – pobożni i przykładni katolicy – ochrzcili go cztery dni po narodzinach. Był drugim z sześciorga rodzeństwa, radosnym, żywym i szczerym dzieckiem oraz dobrym, bystrym i inteligentnym uczniem. Bóg bardzo szybko zaczął hartować duszę Josemaríi w kuźni bólu: w latach 1910-1913 umierają trzy jego młodsze siostry, w 1914 r. rodzina zostaje zrujnowana ekonomicznie.
    Zimą, na przełomie 1917-1918 roku, zdarzyło się coś, co wpłynęło decydująco na przyszłe losy Josemaríi Escrivy: w czasie Bożego Narodzenia w miasteczku spadł śnieg. Niedługo potem Josemaría spostrzegł na nim ślady bosych stóp. Dostrzegłszy wielkie poświęcenie karmelity bosego, do którego należały te ślady, Josemaría postanowił zostać kapłanem, aby stać się bardziej dyspozycyjnym dla Boga. 27 listopada 1924 roku nagle umarł jego ojciec. 28 marca 1925 r. Josemaría został wyświęcony na kapłana. W kwietniu 1927 r. przeniósł się do Madrytu, aby tam doktoryzować się w prawie cywilnym. Tutaj, 2 października 1928 roku, podczas rekolekcji przeżywa wizję dzieła, do którego Bóg go powołuje. Ten dzień przyjmuje się za datę założenia Opus Dei (Dzieła Bożego), w którym świeccy mężczyźni i kobiety uczą się dążyć do świętości na drodze zwykłej codzienności i zajęć. Od tej chwili zaczyna pracować nad tym dziełem, a jednocześnie kontynuuje posługę kapłańską, zwłaszcza wśród ubogich i chorych. Ponadto studiuje w Madrycie i udziela lekcji, by utrzymać matkę i rodzeństwo.

    Święty Josemaría Escrivá de Balaguer

    W 1946 roku na stałe przenosi się do Rzymu, gdzie broni doktoratu z teologii. Tam też zostaje mianowany konsultorem kongregacji watykańskich, honorowym członkiem Papieskiej Akademii Teologicznej i prałatem honorowym Ojca Świętego. Z Rzymu wyjeżdża do różnych krajów Europy, a w 1970 roku do Meksyku, by tam umacniać Opus Dei. Umiera w Rzymie na zawał serca 26 czerwca 1975 r.
    Napisany przez niego zbiór medytacji zatytułowany Droga zalicza się do klasyki duchowości. W chwili jego śmierci Opus Dei jest już obecne na pięciu kontynentach, liczy ponad 60 tysięcy wiernych z osiemdziesięciu narodowości. Obecnie liczy ponad 80 tys. członków: duchownych i świeckich na całym świecie. Ma wielkie zasługi dla ożywienia Kościoła i jego obecności w różnych środowiskach zawodowych na wszystkich kontynentach. Członkami Opus Dei są m.in. prymas Peru, kard. Juan Luis Cipriani Thorne z Limy i były rzecznik prasowy Stolicy Apostolskiej Joaquin Navarro-Valls.Po śmierci Josemaríi Escrivy tysiące wiernych zwróciło się do papieża z prośbą o otwarcie procesu kanonizacyjnego. 17 maja 1992 r. w Rzymie, w obecności 300 tysięcy wiernych przybyłych z całego świata, św. Jan Paweł II wyniósł Josemaríę Escrivę na ołtarze. 21 września 2001 r. Zgromadzenie Zwyczajne Kardynałów i Biskupów, członków Kongregacji do spraw Kanonizacyjnych, jednogłośnie stwierdziło cudowny charakter uzdrowienia przypisywanego bł. Josemaríi. Dekret uznający cud odczytany został w obecności papieża 20 grudnia 2001 r. Kanonizacja odbyła się 6 października 2002 roku.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    JOSEMARÍA ESCRIVÁ DE BALAGUER 


    fot. karmel.pl
    ***

    Zarys biografii świętego Josemaríi 

    Z dekretu beatyfikacyjnego czcigodnego sługi Bożego Josemaríi Escrivy, kapłana, założyciela Opus Dei: 
    “Założyciel Opus Dei przypomniał, że powszechne powołanie do pełnego zjednoczenia się z Chrystusem zakłada, iż jakakolwiek działalność może być zamieniona w miejsce spotkania z Bogiem. (…) Był prawdziwym mistrzem życia chrześcijańskiego, osiągnął szczyty kontemplacji na drodze nieustannej modlitwy, stałego umartwienia, codziennego wysiłku wkładanego w prace wypełniane [przez niego] z przykładną uległością wobec poruszeń Ducha Świętego, z jedynym pragnieniem, by służyć Kościołowi, jak sam Kościół chce, by mu służono.

    Radosny i jasny dom
    Josemaría Escrivá urodził się w Barbastro (w Hiszpanii) 9 stycznia 1902 roku. Był drugim z sześciorga dzieci Józefa Escrivy i Marii Dolores Albás. Rodzice – pobożni i przykładni katolicy – ochrzcili go 13-tego samego miesiąca 1902 roku. Przekazali mu wiernie podstawowe prawdy wiary i cnoty chrześcijańskie: miłość do sakramentu spowiedzi i częstej Komunii świętej, ufność w siłę modlitwy, nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny, chęć pomocy najbardziej potrzebującym.

    Błogosławiony Josemaría był radosnym, żywym i szczerym dzieckiem oraz dobrym, bystrym i inteligentnym uczniem. Bardzo kochał swoją matkę, miał wielkie zaufanie do ojca, z którym żył w wielkiej przyjaźni. Umiejętnie prowadzony przez ojca chętnie otwierał przed nim swoje serce, zwierzał mu się ze zmartwień, wiedząc, że don Jose był zawsze gotowy do rozwiązywania problemów syna z miłością i roztropnością. Bóg bardzo szybko zaczął hartować duszę Josemaríi w kuźni bólu: w latach 1910 – 1913 umierają trzy jego młodsze siostry, w 1914 rodzina zostaje zrujnowana ekonomicznie. W 1915 roku Escrivowie przeprowadzają się do Logroño, gdzie ojciec znalazł zatrudnienie pozwalające na skromne utrzymanie całej rodziny.

    Zimą, na przełomie 1917-1918 roku, zdarza się coś, co wpływa decydująco na przyszłe losy Josemaríi Escrivy – w czasie Bożego Narodzenia w miasteczku spadł śnieg, a niedługo potem Josemaría spostrzega na nim ślady bosych stóp. Okazuje się, że są to ślady karmelity bosego. Wówczas chłopak zadaje sobie pytanie: Skoro inni tak bardzo poświęcają się dla Boga i bliźniego, czy ja nie byłbym w stanie czegoś poświęcić? Wtedy to zasiany został w jego sercu jakiś Boży niepokój: zacząłem przeczuwać Miłość, zdawać sobie sprawę, że serce prosi mnie o coś wielkiego i że to będzie miłośćNie wiedząc dokładnie, o co prosi go Bóg, zdecydował się zostać kapłanem, aby w ten sposób być bardziej dyspozycyjnym na wypełnienie woli Bożej. 

    Święcenia kapłańskie
    Po ukończeniu szkoły, zaczyna studia w seminarium w Logroño, w 1920 roku przenosi się do seminarium do Saragossy, gdzie wstępuje na Uniwersytet Papieski w celu uzupełnienia formacji kapłańskiej. Zgodnie z sugestią ojca i za pozwoleniem władz kościelnych rozpoczyna także studia na wydziale prawa miejscowego uniwersytetu . Jego radość i hojność, prostota i pogoda ducha sprawiają, że jest bardzo kochany przez swych kolegów. Głęboka pobożność, zdyscyplinowanie i pracowitość stają się przykładem dla wszystkich seminarzystów: w 1922 roku, gdy ma zaledwie 20 lat arcybiskup Saragossy mianuje go inspektorem seminarium.

    W tym czasie młody seminarzysta spędza wiele godzin modląc się przed Przenajświętszym Sakramentem, mocno zakorzeniając swe życie wewnętrzne w Eucharystii. Codziennie odwiedza figurkę Najświętszej Maryi Panny z Pilar z tamtejszej bazyliki i prosi, by pokazała mu, czego oczekuje od niego Bóg. Od tego czasu, kiedy po raz pierwszy przeczułem  Bożą miłość – mówił 2 października 1968 r. – w mojej małości szukałem sposobu, jak by zrealizować to, czego Pan chce od swego biednego narzędzia (…) wśród tych niepokojów modliłem się, modliłem, wciąż nieustannie się modliłem. Nie przestawałem powtarzać: Domine, ut sit! Domine, ut videam!, jak ów biedak z Ewangelii, co woła bo wie, że Bóg może wszystko. Panie, obym przejrzał! Panie, niech się stanie! Powtarzałem także(…), z pełnym zaufaniem do Najświętszej Maryi Panny: Domina, ut sit!, Domina, ut videam! Najświętsza Panienka zawsze pomagała mi odkryć to, czego pragnął ode mnie Jej Syn.

    27 listopada 1924 roku nagle umiera jego ojciec. 28 marca 1925 r. Josemaría zostaje wyświęcony przez biskupa Miguela de los Santos Díaz Gómara, w kościele seminaryjnym św. Karola w Saragossie, dwa dni później odprawia swoją pierwszą Mszę w kaplicy Bazyliki del Pilar. 31 marca przeprowadza się do Perdiguery, maleńkiej wioski, gdzie został mianowany wikarym.

    W kwietniu 1927 roku, za zgodą swojego arcybiskupa przenosi się do Madrytu, aby tam doktoryzować się w prawie cywilnym. Madrycki uniwersytet to jedyna uczelnia,  gdzie jest to możliwe. Młody, pełen zapału apostolskiego ksiądz szybko dociera do ludzi z najróżniejszych środowisk, do studentów, artystów, robotników, intelektualistów, kapłanów. Ze szczególnym oddaniem zaczyna zajmować się dziećmi, chorymi i najuboższymi z przedmieść Madrytu.

    W tym samym czasie zarabia także korepetycjami z prawa, aby utrzymać matkę i rodzeństwo. Dla całej rodziny jest to okres materialnie bardzo trudny, wszyscy jednak znoszą to z godnością, nie upadając na duchu. Pan obdarza Josemaríę wieloma łaskami o charakterze nadprzyrodzonym. Znajdują one głęboki oddźwięk w duszy Josemaríi, by później zaowocować w służbie Kościołowi i duszom. 

    Założenie Opus Dei
    2 października 1928 r. rodzi się Opus Dei. Błogosławiony Josemaría uczestniczy w tym czasie w rekolekcjach. Gdy rozmyśla nad zapiskami, w których utrwalał  natchnienia Boże doświadczane w ostatnich latach, nagle widzi (tego określenia używał zawsze, gdy mówił o chwili założenia Opus Dei) misję, którą Pan chce mu powierzyć: Josemaría ma otworzyć w Kościele nową drogę, która będzie rozpowszechniać powołanie do świętości i apostolstwa przez uświęcanie codziennej pracy w świecie, bez zmiany stanu. Kilkanaście miesięcy później, 14 lutego 1930 r. Pan pozwala mu zrozumieć, że Opus Dei powinno rozprzestrzenić się także wśród kobiet. Od tej chwili bł. Josemaría oddaje się całą duszą i ciałem wypełnieniu misji założycielskiej, promowaniu wśród mężczyzn i kobiet wszystkich środowisk społecznych potrzebę osobistego zaangażowania się w kroczenie za Chrystusem, w miłość bliźniego, w poszukiwanie świętości w życiu codziennym. Nie uważa się ani za jakiegoś odkrywcę, ani reformatora, ponieważ jest przekonany, że Jezus Chrystus jest wieczną nowością i że Duch Święty wciąż odmładza swój Kościół, dla służby któremu powstało Opus Dei. Jest świadomy, że powierzone mu zadanie ma charakter nadprzyrodzony i dlatego oparcia szuka w modlitwie, umartwieniu, w radosnym poczuciu synostwa Bożego oraz  w niezmordowanej pracy.Wytyczaną przez niego drogą zaczynają iść osoby z różnych warstw społecznych, zwłaszcza studenci, w których rozbudza szczery zapał podjęcia braterskiej służby ludziom. Zapala w nich pragnienie, by poprzez pracę uświęcaną i uświęcającą umieścić Chrystusa we wnętrzu wszystkich ludzkich działalności. Taki jest cel przyświecający wszystkim inicjatywom, jakie podejmują wierni Opus Dei: wynieść ku Bogu, z pomocą łaski każdą ludzką działalność, tak aby Chrystus królował wszędzie i we wszystkich; poznać Chrystusa, dać Go poznać innym, zanieść Go do wszystkich miejsc. Zrozumiałe jest, że można było wołać: otworzyły się drogi boskie na ziemi. 

    Ekspansja apostolska
    W 1933 r. otwiera ośrodek dla studentów, rozumie bowiem, że świat nauki i kultury jest swoistym newralgicznym punktem dla ewangelizacji całego społeczeństwa. W 1934 r. publikuje – jeszcze wówczas pod tytułem “Rozważania duchowe” – pierwsze wydanie Drogi, książki, która wydana została w sumie 372 razy w 44 językach i rozeszła się w czterech i pół milionach egzemplarzy.

    Gdy w 1936 roku  w Hiszpanii wybucha wojna domowa, Opus Dei stawia dopiero pierwsze kroki. W Madrycie nasilają się prześladowania religijne, ale ksiądz Josemaría pomimo grożącego mu niebezpieczeństwa, heroicznie modli się, umartwia i apostołuje. Jest to czas wielkich cierpień Kościoła, ale także wzrostu duchowego i apostolskiego, a także wzmocnienia nadziei. W 1939 r., kiedy wojna już się kończy, Założyciel nieograniczony już barierami geograficznymi zaczyna na nowo rozwijać swą pracę apostolską. Uaktywnia przede wszystkim młodych studentów, aby zanosili Chrystusa do wszystkich środowisk i odkrywali wielkość swego chrześcijańskiego powołania. W tym samym czasie rozchodzi się opinia o jego świętości, wielu biskupów prosi, by prowadził kursy rekolekcyjne dla kapłanów i świeckich różnych organizacji katolickich. Takie same prośby przychodzą do niego od przełożonych wielu zgromadzeń zakonnych, a on zawsze się zgadza.

    W 1941 r., kiedy prowadzi rekolekcje dla kapłanów w Lérida, dowiaduje się o śmierci matki, która tyle pomagała mu w pracy apostolskiej Dzieła. Pan pozwala ponadto, aby narosły wokół niego poważne nieporozumienia. Biskup Madrytu, Mons. Eijo y Garay, wspiera go szczerze i udziela pierwszej aprobaty kanonicznej dla Opus Dei. Błogosławiony Josemaría znosi przeciwności modląc się i nie tracąc dobrego humoru, świadomy, że “wszystkich, którzy chcą żyć zbożnie w Jezusie Chrystusie spotkają prześladowania (2 Tm 3, 12) i zaleca swym duchowym synom, by usilnie starali się zawsze przebaczać i zapominać o obrazach: milczeć, modlić się, pracować, uśmiechać się.

    W 1943 r. wewnątrz Opus Dei rodzi się – zgodnie z nową łaską założycielską, jaką otrzymuje Josemaría podczas odprawiania Mszy – Stowarzyszenie Kapłańskie Świętego Krzyża. Do Stowarzyszenia będą mogli włączać się kapłani będący wcześniej wiernymi świeckimi Opus Dei. Pełna przynależność wiernych świeckich i kapłanów do Opus Dei, tak jak i organiczna współpraca jednych i drugich w swych apostolatach, jest rysem istotowym charyzmatu założycielskiego. Kościół potwierdził go w 1982 r., określając ostatecznie w terminach prawnych Opus Dei jako Prałaturę personalną. 25 czerwca 1944 r. trzech inżynierów – m.in. Alvaro del Portillo, przyszły następca Założyciela w kierowaniu Opus Dei – otrzymują święcenia kapłańskie. Św. Josemaría  doprowadził do kapłaństwa prawie tysiąc świeckich Opus Dei.

    Stowarzyszenie Kapłańskie Świętego Krzyża – w pełnej zgodności z pasterzami kościołów lokalnych – proponuje kapłanom diecezjalnym i klerykom środki formacji duchowej. Kapłani diecezjalni także tworzą część Stowarzyszenia Kapłańskiego Świętego Krzyża, przynależąc zarazem do kleru danej diecezji. 

    Duch rzymski i uniwersalny.
    Gdy tylko zakończyła się II wojna światowa bł. Josemaría zaczął przygotowywać pracę apostolską w innych krajach. Jezus chciał już od pierwszej chwili swego Dzieła jako uniwersalnego, katolickiego – mówił. W 1946 r. przeprowadza się do Rzymu, aby przygotować wszystko do papieskiej aprobaty Opus Dei. 24 lutego 1947 r. papież Pius XII udziela Opus Dei decretum laudis, a 16 czerwca 1950 r. ostatecznej aprobaty. Od tej chwili do Dzieła mogą być przyjmowani także w charakterze współpracowników niekatolicy, a nawet niechrześcijanie. Mogą oni pomagać w rozwijaniu się prac apostolskich przez swą pracę, jałmużnę i modlitwę.

    Centralna siedziba Opus Dei zostaje przeniesiona do Rzymu. W ten sposób jeszcze bardziej namacalnie podkreśla się pragnienie ożywiające całą pracę Dzieła: służyć Kościołowi jak Kościół chce, by mu służono w ścisłej łączności z katedrą Piotra i hierarchią kościelną. Papieże Pius XII i Jan XXIII wielokrotnie wyrażają swą miłość i poważanie dla Opus Dei, Paweł VI nazywa je w 1964 r. “żywym wyrazem nieustającej młodości Kościoła”.

    Jednak i ten okres życia Założyciela Opus Dei naznaczony jest różnego rodzaju próbami. Dziesięć lat cierpi z powodu poważnej cukrzycy, z której zostaje cudownie uzdrowiony w 1954 roku. Zmaga się z trudnościami ekonomicznymi i przeciwnościami związanymi z rozszerzaniem się prac apostolskich na cały świat. Zawsze jednak tryska radością, bo prawdziwa cnota nie jest ani smutna, ani antypatyczna, jest ujmująca i radosna. Jego nieustanny dobry humor jest jak trwałe świadectwo bezwarunkowej miłości wobec Woli Bożej.

    Świat jest malutki, kiedy miłość jest wielka – mawiał. Pragnienie oświetlenia całej ziemi światłem Chrystusa sprawia, że przyjmuje liczne zaproszenia, pochodzące od biskupów, którzy proszą, by Opus Dei  pomagało  swymi pracami apostolskimi w ewangelizacji. Powstają rozmaite projekty: szkoły zawodowe, szkoły średnie, ośrodki doszkalające rolników, uniwersytety, szpitale i ośrodki pomocy medycznej itp. Działalności te – jak morze bez brzegów – mawiał – są owocem zaangażowania zwykłych chrześcijan, pragnących z mentalnością świecką i profesjonalnie odpowiadać na konkretne potrzeby rodzące się w danym miejscu. Są otwarte dla wszystkich, bez względu na rasę, religię, stan społeczny, ponieważ ich wyraźna tożsamość chrześcijańska idzie w parze z głębokim szacunkiem dla wolności religijnej.

    Kiedy Jan XXIII zwołuje Sobór Ekumeniczny, zaczyna modlić się i prosić innych o modlitwę, jak pisze w 1962 r., za powodzenie tej wielkiej inicjatywy, jaką jest Sobór Ekumeniczny Watykański II. Jest to czas, kiedy Magisterium Kościoła uroczyście potwierdzi podstawowe aspekty ducha Opus Dei. Są to między innymi: powszechne powołanie do świętości, praca zawodowa jako środek uświęcania się i apostolstwa, wartość i granice wolności chrześcijanina w sprawach doczesnych, Msza święta jako rdzeń i centrum życia wewnętrznego itp. Bł. Josemaría spotyka się z licznymi Ojcami soboru i ekspertami, którzy widzą w nim autentycznego prekursora najistotniejszych nauk Soboru Watykańskiego II. Głęboko zjednoczony z doktryną soborową, pilnie rozszerza jej praktykowanie poprzez działalność formacyjną Opus Dei po całym świecie. 

    Świętość w środku świata
    Daleko – tam, na horyzoncie – niebo łączy się z ziemią, ale nie zapominaj, że miejscem, gdzie tak naprawdę się one łączą jest twoje serce syna Bożego. Nauczanie błogosławionego Josemaríi podkreśla nieustannie pierwszeństwo życia wewnętrznego.: Przyczyną kryzysów w świecie jest brak świętych, napisał w Drodze. Świętość wymaga stałego przenikania się modlitwy, pracy i apostolstwa, które nazywał jednością życia. Życie bł. Josemaríi stanowi tego najlepsze świadectwo. Był głęboko przeświadczony, że aby dojść do świętości w codziennej pracy, trzeba wysiłku, by stać się duszą rozmodloną, duszą prowadzącą głębokie życie wewnętrzne. Kiedy żyje się w taki sposób, wszystko staje się modlitwą, wszystko może i powinno prowadzić nas do Boga, podsycać nieustanny dialog z Nim, od rana do nocy. Każda praca może stać się modlitwą. Taka praca będąc modlitwą, staje się apostolstwem.Korzeni nadzwyczajnej płodności jego życia należy szukać w żarliwym życiu wewnętrznym, które sprawiało, że błogosławiony Josemaría był człowiekiem kontemplacji w samym środku świata. Jego życie wewnętrzne karmione modlitwą i sakramentami, przejawiało się w pełnej prawdziwej pasji miłości do Eucharystii, w głębi, z jaką przeżywał Mszę świętą, która była dla niego ośrodkiem i źródłem życia. Trwał on w głębokim nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny, św. Józefa i Aniołów Stróżów, w wierności Kościołowi i Papieżowi. 

    Ostateczne spotkanie z Trójcą Przenajświętszą
    W ostatnich latach swego życia Założyciel Opus Dei rozpoczyna podróże katechetyczne po wielu krajach Europy i Ameryki Łacińskiej. W rodzinnej atmosferze i z prostotą prowadzi spotkania formacyjne. Uczestniczą w nich tysiące osób. Bł. Josemaría mówi o Bogu, o sakramentach, o praktykach pobożności chrześcijańskiej, o uświęcaniu pracy, miłości do Kościoła i Papieża. 28 marca 1975 r. obchodzi złoty jubileusz kapłaństwa. Tego dnia podczas modlitwy podsumowuje swoje życie: Patrząc na te pięćdziesiąt lat, jakie upłynęły, stwierdzam, że jestem jak gaworzące dziecko; walkę wciąż zaczynam, rozpoczynam na nowo, każdego dnia. I tak będzie aż do końca dni, jakie mi zostały, zawsze rozpoczynając na nowo.

    26 czerwca 1975 r., w południe, bł. Josemaría umiera na zawał w pokoju, gdzie pracuje. Ostatnie spojrzenie kieruje ku wiszącemu w jego gabinecie wizerunkowi Najświętszej Maryi z Guadalupe.

    W chwili jego śmierci Opus Dei jest już obecne na pięciu kontynentach, liczy ponad 60 tysięcy wiernych z osiemdziesięciu narodowości. Napisane przez niego książki (Droga, Różaniec święty, Rozmowy z prałatem Escrivá, To Chrystus przechodzi, Przyjaciele Boga, Kochać Kościół, Droga krzyżowaBruzdaKuźnia) rozprowadzono w milionach egzemplarzy.

    Po jego śmierci tysiące wiernych zwraca się do Papieża z prośbą o otwarcie procesu kanonizacyjnego. 17 maja 1992 r. w Rzymie, w obecności 300 tysięcy wiernych przybyłych z całego świata Ojciec Święty Jan Paweł II wynosi Josemaríę Escrivę na ołtarze. 21 września 2001 r. Zgromadzenie Zwyczajne Kardynałów i Biskupów, członków Kongregacji do spraw Kanonizacyjnych, jednogłośnie stwierdza cudowny charakter uzdrowienia przypisywanego bł. Josemaríi. Dekret uznający cud odczytany zostaje w obecności Papieża 20 grudnia. 26 lutego 2002 r. Jan Paweł II przewodniczy Publicznemu Konsystorzowi Zwyczajnemu Kardynałów i wysłuchawszy obecnych tam kardynałów, arcybiskupów i biskupów postanawia, że ceremonia kanonizacyjna bł. Josemaríi Escrivy odbędzie się 6 października 2002 r.
    Vacican.va

    _____________________________________________________________________________________

    Ślady bosych stóp na śniegu

    Ślady bosych stóp na śniegu

     Josemaría Escrivá de Balaguer urodził się 9 stycznia 1902 roku w miasteczku Barbastro, położonym u stóp Pirenejów.

    Pewnego zimowego poranka, podczas ferii świątecznych 1917/1918 r. niespełna szesnastoletni Josemaría ujrzał na śniegu ślady bosych stóp. W miasteczku Logronˇo był klasztor Karmelitów Bosych – nietrudno więc domyślić się, kto je zostawił. Chłopiec przeczuwał, że Bóg czegoś od niego oczekuje, ale nie wiedział dokładnie, o co chodzi. Uznał, że łatwiej rozpozna wolę Bożą, gdy zostanie kapłanem.

    Święcenia kapłańskie Josemaría przyjął 28 marca 1925 roku. Nie zdecydował się jednak przyjąć stanu duchownego, żeby „być księdzem”, lecz aby Bóg mógł nim lepiej dysponować. Podobnie jak powołanie kapłańskie rodziło się Opus Dei. Escrivá wspominał, że 2 października 1928 roku, podczas rekolekcji „Pan sprawił, że ujrzałem Dzieło”.

    Jako wolny student studiował prawo cywilne. W 1927 roku za pozwoleniem biskupa przeniósł się do Madrytu, by zdobyć doktorat z prawa.

    W 1946 roku zamieszkał w Rzymie, gdzie uzyskał drugi doktorat – z teologii – na Uniwersytecie Laterańskim. Został mianowany konsultorem kongregacji watykańskich, honorowym członkiem Papieskiej Akademii Teologicznej i prałatem honorowym Jego Świątobliwości.

    Zmarł w Rzymie 26 czerwca 1975 r. W czasie procesu beatyfikacyjnego przedstawiono kilka tysięcy świadectw uzyskania specjalnych łask za jego sprawą. W listopadzie 1992 roku dr Manuel Nevado został uzdrowiony z ciężkiej choroby zawodowej (przewlekłe porentgenowskie zapalenie skóry, radiodermitis chronica) po modlitwie do założyciela Opus Dei.

    wiara.pl

    ________________________________________________________________________________

    Budująca historia o tym, jak Maryja uratowała przyszłego założyciela Opus Dei

    Święty Josemaría Escrivá de Balaguer

    fot. Prelatura de la Santa Cruz y Opus Dei | Flickr; Santuario Torreciudad | Flickr | CC By 2.0

    ***

    Lekarz nie potrafił wyleczyć infekcji i był pewien, że chłopiec umrze. Doktor często zaglądał do chorego, ale nie miał dobrych wiadomości. Pewnego wieczoru zwrócił się do taty chłopca: „Posłuchaj, tej nocy twój syn już nie przeżyje”.

    Josemaría Escrivá de Balaguer

    Święty Josemaría Escrivá de Balaguer miał zaledwie dwadzieścia sześć lat i był księdzem z trzyletnim stażem, gdy 2 października 1928 r., w Madrycie, zainicjował powstanie Opus Dei, nazwanej potem Prałaturą Świętego Krzyża. Dziś należą do niej osoby aż z 68 krajów świata.

    Dążenie do świętości i odkrywanie głębokiego sensu w wykonywanych codziennie obowiązkach łączy – głównie świeckie kobiety i mężczyzn, bo duchowni stanowią zaledwie dwa procent członków – zaangażowanych w Opus Dei. Wśród byłych członków aż trzynastu zostawiło w świecie ślad tak głęboki, że są kandydatami na ołtarze.

    Ale nie byłoby ani Opus Dei, ani długiego życia świętego Josemaríi, gdyby nie wiara jego rodziców i pomoc Matki Bożej. Co takiego się wydarzyło?

    Choroba śmiertelna

    Był rok 1904, Josemaría, drugie dziecko małżonków José i Dolores, miał zaledwie dwa lata i poważnie zachorował. Lekarz nie potrafił wyleczyć infekcji i był pewien, że chłopiec umrze. W opowieściach krewnych i znajomych zachowały się wspomnienia o tym, że szybki zgon uznano za nieunikniony. Doktor Ignacio Camps Valdovinos, lekarz rodziny, często zaglądał do chorego, ale nie miał dobrych wiadomości. Pewnego wieczoru zwrócił się do taty chłopca: „Posłuchaj, tej nocy twój syn już nie przeżyje”.

    Rodzice byli zrozpaczeni, nie wiedzieli, co robić. Zaprosili jeszcze innego medyka, homeopatę, ale i on nie potrafił zaproponować leku, który mógłby pomóc wyleczyć chłopca.

    Nowenna do Najświętszego Serca Maryi

    Kiedy wyczerpały się możliwości ludzkie, Donia Dolores rozpoczęła nowennę do Najświętszego Serca Najświętszej Marii Panny. Modlitwa rodziców była żarliwa, ale chłopiec nie wracał do zdrowia. Wreszcie José i Dolores zdecydowali, że odprawią pielgrzymkę do Torreciudad, małej miejscowości w Pirenejach, gdzie od XI wieku czczono Maryję w cudownym wizerunku.

    Z Barbastro, rodzinnej miejscowości rodziny Escrivá do Torreciudad było około 25 kilometrów. Droga, pokonywana pieszo, zajmowała w jedną stronę około pięciu godzin. Do kapliczki w Torreciudad wybrali się konno. Droga po górskich ścieżkach nie była łatwa, ale skaliste zbocza Pirenejów nie zniechęciły małżonków. Dolores podróżowała w damskim siodle i trzymała Josemaríę na rękach.

    Ołtarz sanktuarium w Torreciudad

    Cud Maryi

    Kiedy dotarli na miejsce, zmęczeni, ale przede wszystkim ufni w orędownictwo Maryi, ofiarowali śmiertelnie chorego synka Najświętszej Marii Pannie.

    Po kilku dniach doktor Camps znów odwiedził rodzinę. Otworzyli mu drzwi i byli zdumieni jego pytaniem: doktor przyszedł potwierdzić zgon. „O której zmarło dziecko?” – spytał zaraz po wejściu. „Ależ ono nie umarło, nasz syn żyje!” – wołali na przemian.

    Małżonkowie zaprowadzili lekarza do pokoju, w którym stało łóżeczko. Jego zdumienie, gdy zobaczył chłopca trzymającego się poręczy i podskakującego na powitanie, było ogromne. Trudno mu było uwierzyć w to, co widzi!

    Po latach Dolores opowiedziała tę historię Josemaríi. „Synku, Matka Przenajświętsza zostawiła cię na tym świecie do czegoś wielkiego, bo byłeś już bardziej martwy, niż żywy” – powiedziała.

    Świątynia wdzięczności

    W 1930 r. Josemaría Escrivá, już jako kapłan, złożył pisemne świadectwo, w którym zeznał, że jest przekonany o tym, że w 1904 roku został uleczony przez Maryję. „Pani i Matko moja! Ty mi dałaś łaskę powołania, zachowałaś mnie przy życiu, kiedy byłem dzieckiem. Wysłuchałaś mnie tyle razy!” – pisał.

    Wiele lat później ksiądz Escrivá postanowił podziękować Maryi za to cudowne ocalenie i zainicjował budowę sanktuarium w Torreciudad. W miejscu, gdzie od wieków czczono wizerunek Maryi w małej kapliczce, powstała monumentalna świątynia.

    Sanktuarium w Torreciudad w północnej Hiszpanii

    Prace rozpoczęto w latach sześćdziesiątych XX w., a konsekracji dokonano 7 lipca 1975 r. Ksiądz Escrivá dokładał wszelkich starań, aby w Torreciudad pielgrzymi przede wszystkim trwali na modlitwie i przez jej żar odnawiali relacje z Bogiem.

    Zależało mu, aby nie szukali cudowności i znaków. Ukrócił nawet pomysł czerpania wody z pobliskiego źródła i w widocznych miejscach kazał umieścić napis, że to woda zdatna do picia, bez cudownych właściwości.

    Zachowała się ciekawa anegdota z okresu projektowania świątyni. Otóż architekt zaproponował rozmieszczenie w kościele ośmiu konfesjonałów. Ksiądz Escrivá podobno przez jakiś czas analizował tę propozycję i wreszcie zaproponował własny projekt rozmieszczenia konfesjonałów w sanktuarium. Ostatecznie powstało ich… sześćdziesiąt, a jako pierwszy po ich instalacji w jednym z nich wyspowiadał się założyciel Opus Dei.

    Maryjność założyciela Opus Dei

    W Torreciudad sanktuarium nosi tytuł Matki Bożej Anielskiej, a miejscowa ludność oddaje w nim hołd Matce, która obdarza swoje dzieci łaskami i radością, której sama jest pełna, przez obecność Ducha Świętego. Głębia takiego spojrzenia na rolę Maryi była szczególnie bliska księdzu Escrivie.

    W jednym z listów w czerwcu 1967 r. pisał: „Mam nadzieję, że Pan zechce dać wylanie duchowych łask tym, którzy przychodzą do Jego Najświętszej Matki. Cieszę się, że jest tu wiele konfesjonałów, otwartych po to, aby ludzie mogli oczyścić się w świętym sakramencie pokuty i odnowić swoje życie chrześcijańskie, nauczyć się uświęcać i kochać pracę, przynosząc do domu pokój i radość Jezusa Chrystusa”.

    Do końca życia święty założyciel Opus Dei uczył, aby dbać o żywe nabożeństwo do Matki Bożej, która nigdy nikomu niczego nie odmawia i zawsze prowadzi do Chrystusa – najkrótszą drogą. Uważał, że odrzucanie macierzyństwa Maryi i jej nieustannej gotowości by nam pomagać, obraża Jezusa, rani Jego Serca.

    Święty Josemaría Escrivá de Balaguer

    Kochaj Ją!

    „Radzę ci, abyś osobiście, jeżeli tego jeszcze nie zrobiłeś, doświadczył macierzyńskiej miłości Maryi. Nie wystarczy wiedzieć, że Ona jest Matką, uważać Ją za Matkę i tak o Niej mówić. Ona jest twoją Matką, a ty jesteś Jej synem; Ona kocha cię tak, jak gdybyś był Jej jedynym dzieckiem na tym świecie. Traktuj Ją zatem odpowiednio: Mów Jej o wszystkim, co przeżywasz, czcij Ją, kochaj Ją! Nikt nie może uczynić tego za ciebie, ani też lepiej od ciebie, jeżeli nie uczynisz tego sam” – pisał w małej książeczce pt. „Przyjaciele Boga”.

    Powtarzał, że jest dłużnikiem Maryi, a od 1904 r., gdy zechciała wyprosić mu uzdrowienie, czuje się z Nią szczególnie związany. Był niestrudzonym apostołem różańca. „Błogosławiona monotonia zdrowasiek” – powtarzał wyjaśniając, że pewnego dnia zrozumiał, że „każde Zdrowaś, Maryjo, każde pozdrowienie Najświętszej Maryi Panny to nowe uderzenie zakochanego serca”.

    Agnieszka Bugała /Aleteia.plkorzystałam z książek:
    Andrés Vázquez de Prada, Założyciel Opus Dei.
    Św. Josemaría Escrivá de Balaguer, Przyjaciele Boga

    _______________________________________________________________________________________

    Istockphoto

    ***

    Św. Josemaría Escrivá

    i nadzwyczajna zwyczajność

    Nie bądźcie ludźmi wielkiej aktywności i małej modlitwy – mawiał. Większość zna go dzięki jego krótkim, precyzyjnym, trafiającym w dziesiątkę i znakomicie opisującym duchową rzeczywistość dewizom.

    Pamiętam, jak aktor Lech Dyblik (grał m.in. w „Pokłosiu”, „Róży”, „Domu złym”, „Sztuczkach” i „Weselu”) opowiadał mi przed laty: „Świat, moje środowisko podpowiada: »Pchaj się do przodu. Pierwsi biorą wszystko«. Fantastyczną rzecz powiedział prałat Escrivá: »Punktem dojścia chrześcijanina jest szarzeć i niknąć w tłumie«. To dla mnie niezwykle kozackie. Lek na grzech. Dobrowolne rezygnowanie z pierwszej pozycji to niezwykły wyczyn. Szarzeć i niknąć w tłumie, czyli nie zawracać innym głowy swoją osobą”.

    Twórca Opus Dei Josemaría Escrivá de Balaguer urodził się w Barbastro w Hiszpanii 9 stycznia 1902 roku jako drugie z sześciorga rodzeństwa. Był rozbrykanym, radosnym i żywiołowym dzieciakiem. Świetnie się uczył. Wcześnie doświadczył życiowych zawirowań i traum (później podobne doświadczenia będzie nazywał „kuźnią”): w ciągu trzech lat zmarły trzy jego młodsze siostry, ale to nie wszystko – po roku rodzina została zrujnowana.

    Gdy zimą 1917 roku w czasie Bożego Narodzenia spadł śnieg, piętnastolatek zauważył na nim ślady bosych stóp. Tak go to zaintrygowało, że ruszył za nimi. Gdy dostrzegł, że zostawia je w białym puchu karmelita bosy, był zdumiony. Ten radykalizm pociągnął go w stronę Boga. 28 marca 1925 roku przyjął święcenia kapłańskie.

    Po dwóch latach w Madrycie rozpoczął studia doktoranckie z prawa cywilnego.

    Podczas rekolekcji 2 października 1928 roku miał proroczo ujrzeć dzieło, do którego powoływał go Bóg. To ten dzień uznaje się za początek Opus Dei. Główna idea? Dążenie do świętości przez zwyczajność, codzienność, pracę i pielęgnowanie rodzinnych relacji.

    REKLAMA

    W rok po II wojnie założyciel Dzieła Bożego spakował manatki i ruszył do Rzymu. W Wiecznym Mieście pozostał już do końca. Obronił doktorat z teologii, został konsultorem kongregacji watykańskich, honorowym członkiem Papieskiej Akademii Teologicznej i prałatem honorowym Ojca Świętego. Jeździł po świecie, wspierając raczkujące dzieło, które rosło jak na drożdżach.

    Gdy 26 czerwca 1975 roku Josemaría zmarł w stolicy Italii na zawał serca, w Opus Dei formowało się na pięciu kontynentach aż 60 tysięcy wiernych 80 narodowości. 17 maja 1992 roku 300 tysięcy pielgrzymów było świadkami jego wyniesienia na ołtarze (kanonizacja odbyła się po dekadzie).

    Przez 10 lat pracowałem w Księgarni Świętego Jacka i byłem świadkiem, jak napisane przez prałata zbiory medytacji, myśli i sentencji sprzedawały się jak świeże bułeczki. Nic dziwnego: „Droga”, „Bruzda” czy „Kuźnia” stały się klasyką duchowości.

    „Modlitwa chrześcijanina nigdy nie jest monologiem. Wytrwaj w modlitwie” – przypominał Josemaría Escrivá. „Wytrwaj, choćby twój wysiłek wydawał się daremny. Modlitwa jest zawsze owocna. Nawrócenie jest sprawą jednej chwili. Uświęcenie – dziełem całego życia. Milczenia nigdy nie będziesz żałował; nadmiaru mowy – często”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wyobraźnia miłosierdzia

    Kwiecień – list apostolski Ojca Świętego o spowiedzi. Maj – kanonizacja Ojca Pio. Lipiec – Światowy Dzień Młodzieży w Toronto i kanonizacja Juana Diego w Meksyku. Sierpień – pielgrzymka do Polski i zawierzenie świata miłosierdziu Bożemu. Drugi rok po Wielkim Jubileuszu dowodzi, że Ojciec Święty nie zwalnia tempa swojej pracy. Przed nami kolejne wielkie wydarzenie, które najprawdopodobniej zgromadzi na Placu św. Piotra rzeszę pielgrzymów z najodleglejszych zakątków świata. 6 października Jan Paweł II zamierza kanonizować założyciela Opus Dei – bł. Josemaríę Escrivę.

    Apostoł spowiedzi i miłośnik Matki Bożej

    1904 r. dwuletni Josemaría bardzo ciężko zachorował. Zdaniem lekarzy – nie miał szans na przeżycie. Jego matka obiecała Matce Bożej, że jeśli uratuje chłopca, pójdzie z nim w pielgrzymce do sanktuarium w Torreciudad. Znajdowało się ono w Pirenejach, niedaleko granicy z Francją. Po tym ślubie chłopiec w niewytłumaczalny po ludzku sposób wyzdrowiał. Wiele razy potem słyszał od swojej matki: “Maryja przeznaczyła cię do czegoś wielkiego, bo wtedy bardziej byłeś umarły niż żywy”.
    Dziś w miejscu, gdzie znajdowała się mała kapliczka, do której matka Josemaríi – p. Dolores zabrała chłopca po jego cudownym wyzdrowieniu, stoi olbrzymie sanktuarium wzniesione z inicjatywy Błogosławionego. Ale Założyciel Opus Dei – choć świadom był nadzwyczajnych interwencji Boga w swoim życiu – nie chciał, aby w Torreciudad szukano “cudowności”. Nad rzędem kranów zainstalowanych w sanktuarium dla potrzeb pielgrzymów kazał umieścić napis: “Woda naturalna do picia”.
    Natomiast ks. Escrivá głęboko wierzył w inne cuda i to też znalazło swój wyraz w Torreciudad. W planach budowy sanktuarium architekt zaprojektował 8 konfesjonałów. Ks. Josemaría zarządził inaczej. Ostatecznie powstało ich 60. Jako pierwszy wyspowiadał się w jednym z nich właśnie ks. Josemaría. Było to w maju 1975 r. – na miesiąc przed jego śmiercią. Dziś i 60 konfesjonałów nie zawsze wystarcza. “Nie jesteś pewien, czy potrzebne ci jest nawrócenie? – pytał. – Popatrz: Bóg wymaga od ciebie coraz więcej, a ty dajesz Mu z dnia na dzień coraz mniej!”. Lubił przy tym przypominać, że każda spowiedź jest cudem Jezusa. “Jak wtedy, gdy przynoszą paralityka i kładą go przed Nim. On mówi: Są ci odpuszczone twoje grzechy. A ludzie myślą: Kim jest ten człowiek, który ośmiela się przebaczać grzechy? Tylko Bóg może przebaczać grzechy! Ale Pan czyta w sumieniach i ponieważ czyta także w ich sumieniach, mówi im: Abyście zobaczyli, że mogę przebaczać grzechy. Wstań, weź swoje łoże i idź. I paralityk wstał zdrowy” (por. Łk 5, 20-24).

    Ramię w ramię z młodymi

    Opus Dei powstało 28 października 1928 r. w Madrycie: “Tego dnia Pan założył swoje Dzieło: od tego dnia zacząłem rozmawiać z ludźmi świeckimi. Niektórzy z nich byli studentami, inni – nie, ale wszyscy byli młodzi. (…) Otrzymałem światło i zobaczyłem całe Dzieło – wspominał. – Ukląkłem, byłem wówczas sam w pokoju – to był czas między naukami rekolekcyjnymi – i podziękowałem Bogu”. Tak powstała w Kościele nowa droga, przypominająca chrześcijanom, że każdy ma walczyć o świętość, niezależnie od swojego zawodu, stanu i miejsca, które zajmuje na świecie. Kilka lat później ks. Josemaría narysował wzór pieczęci Opus Dei, która streszczała tę drogę – jest to krzyż wpisany w okrąg świata.
    Ks. Josemaría Escrivá wiedział – podobnie jak dziś Papież – że młodych ludzi można przyciągnąć tylko wymaganiami. Dlatego często zapraszał przychodzących do niego studentów, aby razem z nim szli do madryckich szpitali.

    Świadkowie miłosierdzia

    Bywało, że w tamtych czasach na spotkania z Księdzem przychodziły dwie, trzy osoby. Dziś Opus Dei ma ok. 80 tys. członków z całego świata. Tych, którzy biorą udział w pracach apostolskich i formacyjnych Dzieła, jest po wielekroć więcej. 6 października 2002 r. na Placu św. Piotra spodziewana jest kilkusettysięczna rzesza pielgrzymów. Mają oni wziąć udział w tzw. projekcie Harambee. Słowo to w języku kiswahili oznacza: “wszyscy jak jeden mąż”, a mieszkańcy Afryki używają go jako hasła, gdy trzeba uczynić coś dla dobra wspólnego. “Josemaría Escrivá był świętym bardzo konkretnym, który zawsze zachęcał do podejmowania aktywnego działania na rzecz innych” – mówi Linda Corbi, odpowiedzialna za projekt. W ten sposób mają zostać zebrane fundusze na programy edukacyjne w Afryce. Ofiary te będą zbierane zarówno wśród osób, które przybędą na kanonizację do Rzymu, jak i wśród wszystkich innych chętnych.
    Z Polski wybiera się do Rzymu liczna grupa pielgrzymów. Wyjazdy są organizowane m.in. we Wrocławiu, Poznaniu, Szczecinie, Siedlcach i Warszawie. Wszelkie informacje na temat możliwości wyjazdu znajdują się na stronie internetowej: www.kanonizacja.org.pl

    Modlitwa

    O Boże, który udzieliłeś niezliczonych łask
    błogosławionemu księdzu Josemaríi, obierając go
    za swoje najwierniejsze narzędzie do założenia
    Opus Dei, drogi do świętości przez pracę
    zawodową i wypełnianie codziennych
    obowiązków chrześcijanina, spraw łaskawie,
    abym ja także potrafił każdą chwilę i sytuację
    w moim życiu wykorzystać jako sposobność do
    miłowania Ciebie i służenia Kościołowi, Papieżowi
    i wszystkim duszom z radością i prostotą serca,
    oświetlając drogi ziemskie światłem wiary i miłości.
    Racz doprowadzić do kanonizacji
    błogosławionego Josemaríi i przez jego
    wstawiennictwo udziel mi łaski, o którą Cię
    proszę… (wymień swoją prośbę). Amen
    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

     Paweł Zuchniewicz/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________


    25 czerwca

    Najświętsza Maryja Panna Świętogórska
    z Gostynia

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Dorota z Mątowów, wdowa
      •  Błogosławiona Maria Lhuilier, dziewica i męczennica
      •  Święty Wilhelm z Vercelli, opat
    ***
    Najświętsza Maryja Panna Świętogórska z Gostynia

    Cudowny obraz Matki Bożej Świętogórskiej, Róży Duchownej, znajdujący się w sanktuarium w Gostyniu, jest dziełem nieznanego wielkopolskiego artysty. Namalowany został prawdopodobnie na cyprysowej desce (145×107 cm), pochodzi z 1540 r. i posiada dużą wartość artystyczną. Przedstawia Matkę Bożą piastującą Dzieciątko Jezus na lewym ramieniu. W prawej ręce Maryja trzyma kwiat białej róży. Matkę i Dzieciątko artysta umieścił jakby na balkonie, z którego roztacza się widok na dawniejszy kościółek na Świętej Górze i na miasteczko Gostyń z połowy XVI wieku. Suknia Matki Bożej i płaszcz są bogato pofałdowane i obszyte ozdobnymi złocistymi bortami. Około bioder widoczna jest ciemnozielona przepaska z napisem: “Witaj Boża Rodzicielko”. Twarz i szyję Maryi okala delikatna, biała materia, wychylająca się spod fałdy płaszcza. W obrazie zwraca uwagę korona na głowie Madonny i druga, uniesiona przez aniołów. Wyraz twarzy i oczu Maryi jest pełen troski i miłosiernego pytania. Dziecię Jezus, poważne i pełne majestatu, trzyma w lewej ręce księgę – symbol nauczycielskiego posłannictwa, drugą rękę opiera na kuli z krzyżem – symbolu władzy i panowania nad światem.
    Łaskami słynący obraz znajduje się obecnie w pięknej bazylice, zbudowanej według planów włoskiego architekta Baltazara Longhena, twórcy weneckiej świątyni Santa Maria della Salute w XVIII wieku. Duchem i racją bytu tej pięknej świątyni jest kult Najświętszej Maryi Panny, który istniał od niepamiętnych czasów. Prawdopodobnie dawniej była czczona tu gotycka, polichromowana pieta, znajdująca się do dziś w jednym z bocznych ołtarzy.
    W czasie potopu szwedzkiego obraz MB Świętogórskiej wywieziono na Śląsk. W okresie Kulturkampfu w roku 1876, z rozkazu władz pruskich, wypędzono z Gostynia księży filipinów, a kościół zamknięto. Po 12 latach kościół otwarto, zabroniono jednak przybywać pielgrzymkom. Zakaz trwał do odzyskania niepodległości, czyli do 1918 roku. W rok później powrócili filipini, a kult Matki Bożej tak się rozwijał, że 24 czerwca 1928 r. kardynał August Hlond dokonał uroczystej koronacji obrazu Matki Bożej.
    Dzisiaj Święta Góra jest istotnym ośrodkiem życia religijnego Wielkopolski. Odbywają się tu przez cały rok zamknięte rekolekcje stanowe, niedzielne dni skupienia, spotkania różnych grup pracujących aktywnie w Kościele. Święta Góra jest ośrodkiem walki o trzeźwość narodu. Księża filipini z wielką troską i odpowiedzialnością przyjmują też grupy pielgrzymkowe, zarówno wielotysięczne w dniach odpustowych , jak i małe, przybywające przez cały rok.
    Matka Boża, niezależnie od miejsca, w którym gromadzi swoje dzieci, jest zawsze ta sama. Niewątpliwie pragnie przedstawiać swojemu Synowi nasze prośby i dlatego możemy je zanosić w różnych sprawach i potrzebach. Ale nigdy nie wolno zapominać o tym, że jako nasza troskliwa Matka chce nam przede wszystkim wskazywać drogę do Syna. Ona, Stolica Mądrości, Matka Dobrej Rady, zawsze podpowiada nam to, co służy naszemu zbawieniu; mówi przeto ustawicznie: “Zróbcie wszystko, cokolwiek wam (Syn) powie” (J 2, 5). Co więcej, przykładem swego życia uczy nas praktycznie, jak w życiu codziennym mamy pełnić wolę Bożą. W całym swoim życiu występuje w roli pokornej służebnicy Pańskiej: “Oto Ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według Twego słowa”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Góra jak dom.

    U Matki Bożej na Świętej Górze koło Gostynia.

    Kiedy mówię, że Matka Świętogórska ma smutne spojrzenie, słyszę: „A może w Jej oczach odbijają się Twoje?”. Następnego dnia widzę, że ma oczy pełne miłości.

    Kard. Wyszyński nazwał Madonnę ze Świętej Góry Matką uważnego spojrzenia.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Do przeniesionej jakby prosto z Wenecji bazyliki Najświętszej Maryi Panny na Świętej Górze koło Gostynia w czerwcu wiatr przywiewa wonności wielkopolskich pól i sadów. Ale ludzie przyjeżdżają tu, żeby poczuć zapach świętości. Czy pochodzi on z małej, białej róży z kolcem, którą Maryja delikatnie trzyma w dłoni? Matka Świętogórska nosi tytuł „Róży mistycznej, duchownej” i Jej woń musi się roznosić po zakamarkach duszy modlących się tutaj.

    Dziś środa, dzień Maryi; po wejściu do świątyni widzimy całe Jej królestwo – tłum zgromadzonych na nowennie. – Róża trzymana przez Maryję ma odniesienie do Jezusa i jest symbolem miłości – mówi ks. Dariusz Dąbrowski COr, proboszcz parafii NMP Świętogórskiej. Od 21 lat należy do Kongregacji Oratorium św. Filipa Neri, która od 350 lat sprawuje pieczę nad tutejszym sanktuarium. Zwraca uwagę, że bramę wejściową do kościoła zdobią rzeźby upersonifikowanych cnót: wiary i nadziei. – Miłość każdy musi tu przynieść sam – dopowiada.

    Nikt nie ginie

    – Wszędzie świeci słońce, ale gdzieniegdzie bardziej – jest pewien ks. Dąbrowski. – Miejsca święte to takie, w których świeci ono pod kątem najlepszym dla człowieka.

    Ksiądz często zagląda do „Dziennika duchowego” Alicji Lenczewskiej, która na Świętej Górze po Eucharystii, pewnie w wyjątkowym świetle, miała pierwsze widzenie Pana Jezusa „bardziej realnego, prawdziwszego niż wszystko, co było w kaplicy”.

    Mówimy o świetle, ale schodzimy w ciemności, do podziemi sanktuarium, gdzie stoi w nieładzie ponad 200 trumien. Niezwykły fundament bazyliki stanowią złożone w nich doczesne szczątki fundatorów oraz posługujących tu ojców i braci filipinów. – To jedno z nielicznych miejsc w Polsce, gdzie w podziemiach świątyni jest stale czynny cmentarz – opowiada nasz przewodnik. Przez małe okienka w grubych murach sączą się słabe promyki, ale znienacka mrok przeszywa ostre słoneczne światło, oświetlając jak reflektorem gęste pajęczyny, krzyż na jednej z trumien, lampion z Maryją. Podobno na taki widok ciekawi czekają kilka tygodni, a my dostajemy go zaraz po wejściu. Ksiądz opowiada, że z tego miejsca najlepiej widać hierarchię ich zakonnej kariery. Filipini nie zmieniają miejsca pobytu, tylko przez całe życie mieszkają w jednym klasztorze, wędrując tylko po jego piętrach. Wstępujący do kongregacji dostają mieszkania na poddaszu. Kiedy zostają księżmi, przenoszą się na pierwsze piętro. – Gdy się zestarzejemy, otrzymujemy pokoje na parterze – mówi. – A kiedy skonamy, idziemy do podziemi.

    Wspomina, że jego pierwszym zadaniem w klasztorze było sprzątanie krypt. Oglądając kosteczki zmarłych, nie czuł, że to obcy, ale jego współbracia. – Tutaj „memento mori” słychać ze wszystkich stron – podkreśla. – O czymkolwiek byśmy mówili, to wylądujemy w grobie.

    Archeolodzy potwierdzili, że Święta Góra za czasów pogańskich była miejscem ciałopalnego cmentarzyska, świadczącego o istnieniu przedchrześcijańskiego kultu religijnego. Nieopodal zabudowań klasztornych znajduje się cmentarz walczących tu żołnierzy pruskich i rosyjskich. – Klasztor ma 350 lat i nie ma w nim pomieszczenia, w którym by ktoś nie umarł – zamyśla się ks. Dąbrowski. – Ale nikt nie ginie, tylko jedni przebywają po tej, a drudzy po tamtej stronie lustra, jak w „Alicji w krainie czarów”.

    Po cichu myślę, że jest wyjątek – z tamtej i z tej strony słychać utwory Józefa Zeid- lera, tworzącego tu w latach 1780–1806, niedawno odkrytego genialnego twórcy muzyki kościelnej. Był członkiem klasztornej kapeli, kompozytorem, kopistą, domownikiem i stołownikiem klasztoru. Jego rękopisy latami leżały zapomniane w archiwum, aż po ich odkryciu muzykolodzy obwołali go polskim Mozartem. Płyta z muzyką Zeidlera, wydana w świętogórskiej serii „Musica Sacromontana”, została uhonorowana Fryderykiem, Orfeuszem i Feniksem. Co roku jego utwory są wykonywane podczas ważnego na muzycznej mapie kraju Festiwalu Muzyki Oratoryjnej odbywającego się w świętogórskiej bazylice.

    Większy dom

    W podziemiach pod prezbiterium leżą fundatorzy, a pod bocznymi nawami – zakonnicy. Każdy jest ubrany w ornat, tak jak odprawiał Mszę św. Szczątki wielu zostały naturalnie zmumifikowane, bo panuje tu specyficzny mikroklimat. Większość trumien jest nieoznakowanych, a podczas wojny Niemcy, którzy wypędzili księży z klasztoru, poszukując skarbów, zdewastowali wiele z nich. Całkowicie zachowały się szczątki sługi Bożego ks. Wawrzyńca Kuśniaka, który przez 9 kadencji był przełożonym tutejszego zgromadzenia. – Parę lat po jego śmierci, w roku 1876, nastąpiła kasata zakonu – opowiada ks. Dąbrowski. – Wtedy ludzie modlili się przy okienku do podziemi, gdzie ks. Kuśniak był pochowany. Z lat powojennych przetrwała opowieść o pouczającej rozmowie oficera UB, zajmującego się spisywaniem klasztornego majątku, z ojcem filipinem. – Podszedł do jednej z trumien, która dziś jest przeszklona, i zobaczył szczątki kapłana pochowanego w 1743 r. – opowiada ks. Dąbrowski. – „To tyle zostaje z człowieka?” – zapytał stojącego obok księdza. „Jeśli ktoś nie wierzy, to tyle” – usłyszał mocną odpowiedź. Dzięki temu znaczącemu dialogowi kościół i klasztor zostały pod opieką ojców filipinów, choć w 1954 r. władze komunistyczne zamieniły go w miejsce internowania sióstr elżbietanek z Dolnego Śląska.

    W krypcie pod ołtarzem spoczywa magnat Adam Florian Konarzewski, główny fundator sanktuarium. Miało ono być wotum wdzięczności Matce Bożej za jego wymodlone przyjście na świat i uzdrowienie z ciężkiej choroby, którą przeszedł jako trzylatek. Potem miał dylemat, czy zostać księdzem, ale postanowił założyć rodzinę, bo był ostatnim z rodu Konarzewskich. Budowę rozpoczął w 1675, ale rok później uległ wypadkowi i zmarł, mając 36 lat. Na czołowym miejscu leży trumna jego wnuczki Weroniki Mycielskiej, z której funduszy w 1756 r. pokryto kopułę miedzianą blachą. – Ja jednak jestem fanem Zosi – Zofii z Opalińskich Konarzewskiej, żony głównego fundatora, która postanowiła wybudować „większy dla Maryi dom” – przyznaje ksiądz. – Po śmierci męża została z rozgrzebaną budową, małym dzieckiem i miała powody, żeby się na Boga obrazić. Ale pojechała na pielgrzymkę do Rzymu, a po drodze w Wenecji, gdzie zobaczyła urzekającą barokową świątynię Santa Maria della Salute, powiedziała coś, na co tylko fantazja kobieca pozwala: „Taki kościół stanie u nas”. W 1677 r., według nowego projektu opracowanego przez włoskiego architekta Baltazara Longhenę, zaczęła realizować postanowienie.

    Przywracanie piękna

    – Od wejścia do bazyliki każdy krok zbliża nas do odkrycia prawdy – mówi ks. Dąbrowski. – Z każdym metrem odsłaniają się nowe przestrzenie: kolejne kaplice, z których można przechodzić od jednej do drugiej.

    Z pierwszego świętogórskiego kościoła pw. Nawiedzenia NMP i św. Franciszka z Asyżu oprócz cudownego obrazu Matki Bożej przetrwały XVI-wieczna Pieta i Chrystus na krzyżu. Kiedy na te ziemie przyszli protestanci, którzy dokonali kasaty zakonu, niszczyli wszystkie ślady po filipinach. Przetrwały opowieści, jak przygotowali stos do spalenia Piety, ale nie poddała się płomieniom. Potem chcieli ją porąbać, ale też im się to nie udało. W końcu na kilka lat zakopali figurę w studni. Kiedy ją wydobyto, okazało się, że nie uległa zniszczeniu. To przed nią wymodliła uzdrowienie syna matka Edmunda Bojanowskiego, założyciela zgromadzenia sióstr służebniczek NMP. Przyszły błogosławiony często przychodził przed oblicze Pani Świętogórskiej, prosząc o natchnienia do pracy. Kiedy protestanci chcieli wyrwać ze ściany krzyż z Jezusem, tylko wygiął się w łuk, a potem wrócił do pierwotnego kształtu. Po lewej stronie głównego ołtarza zwraca uwagę rzeźba św. Filipa Neri trzymającego serce w dłoni dla podkreślenia, że jest stygmatykiem Ducha Świętego. To przypomnienie momentu, kiedy w 1544 r., w przeddzień Zesłania Ducha Świętego, modląc się w rzymskich katakumbach św. Sebastiana, wpadł w ekstazę na widok ognistej kuli wnikającej do jego serca. Na filarach po obu stronach ołtarza, podobnie jak w katakumbach, znajdują się urny z prochami męczenników.

    Z czasów zaboru pruskiego na ścianach świątyni przetrwała „edukacyjna” seria fresków przedstawiających polskich świętych, które namalował tutejszy ksiądz Bernard Preibisz. Każdy szczegół świątyni przyciąga uwagę, ale najważniejszy jest wizerunek Matki Bożej ubranej w błękitną sukienkę, trzymającej Dziecko i różę. Stoi na balkonie, a w tle z jednej strony widać panoramę Gostynia z zabudowaniami, a nawet pijaczkiem idącym do karczmy. Z drugiej – Świętą Górę z pierwszym kościółkiem. Obraz został namalowany temperą na czterech deskach lipowych.

    Kardynał Wyszyński nazwał Panią tego miejsca Madonną z uważnym spojrzeniem. O tym, jak jest ono istotne, świadczy wydany w 1726 r. w Poznaniu wykaz cudów dokonanych za Jej sprawą, noszący wymowną nazwę: „Prospekt Miłosiernych Oczu, Przenajświętszej Maryi, na smutne ludzkiej doli przypadki…”. Autor obrazu, posługujący się tajemniczymi inicjałami „SB”, zapisał na nim datę wykonania – 1540 rok. Z jednej strony umieścił fragment z Pieśni nad Pieśniami: „Kim jest ta, która wyłania się z pustyni?”, a z drugiej: „Witaj, Rodzicielko białego jak śnieg kwiatu”. – Kto odda się w opiekę Maryi, tego życie staje się piękne jak ten kwiat – mówi ks. Dąbrowski, który napisał poemat „Golgota Świętogórska”. „Matko białego jak śnieg Kwiatu./ Teraz On czerwony od krwi” – czytamy w nim. Superior zgromadzenia, ks. Marek Dudek COr, zwraca uwagę, że do uzyskania piękna każdemu jest niezbędne uklęknięcie przy konfesjonale: – W bazylice jest 15 konfesjonałów. Podczas każdej Mszy św. siedzi w nich 10 księży. Jeden ma dyżur całodzienny. To miejsce przywracania duchowego piękna. Przecież każdy chce bez wyrzutów spojrzeć sobie w twarz w lustrze, a to jest możliwe wyłącznie po spowiedzi.

    Pół miliona pszczół

    – Sanktuarium to sanatorium duchowe, w którym szybciej wraca się do zdrowia – uważa ks. Dąbrowski. Pierwszym potwierdzonym w tym miejscu cudem jest uzdrowienie pana Krzyżanowskiego, którego wotum z 1495 r. – kula inwalidzka, wisi na filarze. Sparaliżowany, podpierając się nią, przeszedł kilometr aż przed oblicze Maryi. W kronice zapisano: „Ofiarowawszy siebie Maryi Gostyńskiej natychmiast zdrów powstał”. W 1512 r. komisja opisała 64 zdarzenia niezwykłe, w tym wskrzeszenie dziewczynki. Połowa tych wydarzeń dotyczyła dzieci.

    Księża są świadkami, że cuda dzieją się tu nadal. Ksiądz Dąbrowski kilka lat temu poznał 21-letnią kobietę cierpiącą na ziarnicę trzeciego stopnia, po sześciu chemiach, mamę 3-letniego synka. Po modlitwie tutaj rozpoczęła odmawianie Nowenny Pompejańskiej. Dzięki inspiracji księdza towarzyszyło jej w tym 40 osób, nawet nieznających jej. – Wyzdrowiała, a kilka miesięcy potem zaszła w ciążę – opowiada. – „Chcę spłacić dług – życie za życie” – wyjaśniła.

    Inna kobieta, która niedawno tu przyszła z 50 ogniskami nowotworowymi, zaczęła modlitwę do Maryi i św. Szarbela. Dotąd żyła z partnerem, ale od pielgrzymki do sanktuarium postanowiła trwać w czystości. Dziś cieszy się dobrym zdrowiem. Ksiądz Dudek opowiada, jak przed 15 laty na podstawie powiększonych węzłów chłonnych zdiagnozowano u niego nowotwór. – Myślałem: „Czyżbym miał umrzeć?”. A zaraz potem: „A może to mój najlepszy moment w życiu?” – dodaje. Zawierzył się wtedy Matce Boskiej. Jest przekonany, że kiedy wyrażamy zgodę na to, co nas spotyka, otrzymujemy spokój. – Dodawałem otuchy innym, którzy mówili: „Taki młody ksiądz, a nie buntuje się” – opowiada. Po kilku miesiącach lekarze stwierdzili, że jest całkowicie zdrowy. Od tamtego czasu ma pewność, że każda minuta to cudowny dar.

    Co środę podczas nowenny księża odczytują kilkaset próśb zanoszonych do Maryi. Kiedyś równolegle jakaś dziewczyna prosiła o katolickiego męża, a chłopak o wierzącą żonę. – Zamiast karteczek z prośbami wrzućcie te z adresami – zażartował podczas czytania intencji ks. Dąbrowski. Przyznaje, że nieustannie doświadcza cudu więzi z ludźmi związanymi z tym miejscem: – Żyjemy tu jak w domu rodzinnym – mówi. Po wojnie komuniści skasowali zapisane im przez fundatorów pola i sady, ale teraz na ich odzyskanej części prowadzą spore gospodarstwo. Muszą z niego wyżywić także gości przyjeżdżających do ich domu rekolekcyjnego ze 120 miejscami. Minister w zakonie – ks. dr Henryk Brzozowski – nadzoruje hodowlę 15 dojnych krów, 11 cielaków, kilkudziesięciu świń. Obok klasztoru jest też pasieka złożona z 8 uli. W każdym z nich mieszka po około 70 tys. pszczół. Ktoś z ojców obliczył, że na Świętej Górze musi latać pół miliona pszczół. Brat Franciszek Kiklica zajmuje się produkcją artykułów na bazie miodu, które cieszą się dużym powodzeniem. Ale i tak każdy wie, że w tym miejscu najsłodsze jest spojrzenie Maryi.

    Barbara Gruszka-Zych/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    24 czerwca

    Święty Jan Chrzciciel

    Święty Jan Chrzciciel

    Imię Jan jest pochodzenia hebrajskiego i oznacza tyle, co “Bóg jest łaskawy”. Jan Chrzciciel urodził się jako syn kapłana Zachariasza i Elżbiety (Łk 1, 5-80). Jego narodzenie z wcześniej bezpłodnej Elżbiety i szczególne posłannictwo zwiastował Zachariaszowi archanioł Gabriel, kiedy Zachariasz jako kapłan okadzał ołtarz w świątyni (Łk 1, 8-17). Przyszedł na świat sześć miesięcy przed narodzeniem Jezusa (Łk 1, 36), prawdopodobnie w Ain Karim leżącym w Judei, ok. 7 km na zachód od Jerozolimy. Wskazuje na to dawna tradycja, o której po raz pierwszy wspomina ok. roku 525 niejaki Teodozjusz. Przy obrzezaniu otrzymał imię Jan, zgodnie z poleceniem anioła. Z tej okazji Zachariasz wyśpiewał kantyk, w którym sławi wypełnienie się obietnic mesjańskich i wita go jako proroka, który przed obliczem Pana będzie szedł i gotował mu drogę w sercach ludzkich (Łk 1, 68-79). Kantyk ten wszedł na stałe do liturgii i stanowi istotny element codziennej porannej modlitwy Kościoła – Jutrzni. Poprzez swoją matkę, Elżbietę, Jan był krewnym Jezusa (Łk 1, 36).
    Św. Łukasz przekazuje nam w Ewangelii następującą informację: “Dziecię rosło i umacniało się w duchu i przebywało na miejscach pustynnych aż do czasu ukazania się swego w Izraelu” (Łk 1, 80). Można to rozumieć w ten sposób, że po wczesnej śmierci rodziców będących już w wieku podeszłym, Jan pędził żywot anachorety, pustelnika, sam lub w towarzystwie innych. Nie jest wykluczone, że mógł zetknąć się także z esseńczykami, którzy wówczas mieli nad Morzem Martwym w Qumran swoją wspólnotę. Kiedy miał już lat 30, wolno mu było według prawa występować publicznie i nauczać. Podjął to dzieło nad Jordanem, nad brodem w pobliżu Jerycha. Czasem przenosił się do innych miejsc, np. Betanii (J 1, 28) i Enon (Ainon) w pobliżu Salim (J 3, 23). Swoje nauczenie rozpoczął w piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza (Łk 3, 1), czyli w 30 r. naszej ery według chronologii, którą się zwykło podawać.

    Święty Jan Chrzciciel

    Jako herold Mesjasza Jan podkreślał z naciskiem, że nie wystarczy przynależność do potomstwa Abrahama, ale trzeba czynić owoce pokuty, trzeba wewnętrznego przeobrażenia. Na znak skruchy i gotowości zmiany życia udzielał chrztu pokuty (Łk 3, 7-14; Mt 3, 7-10; Mk 1, 8). Garnęła się do niego “Jerozolima i cała Judea, i wszelka kraina wokół Jordanu” (Mt 3, 5; Mk 1, 5). Zaczęto nawet go pytać, czy przypadkiem on sam nie jest zapowiadanym Mesjaszem. Jan stanowczo rozwiewał wątpliwości twierdząc, że “Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie: ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów” (Mt 3, 11). Na prośbę Chrystusa, który przybył nad Jordan, Jan udzielił Mu chrztu. Potem niejeden raz widział Chrystusa nad Jordanem i świadczył o Nim wobec tłumu: “Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” (J 1, 29. 36). Na skutek tego wyznania, przy Chrystusie Panu zjawili się dwaj pierwsi uczniowie – Jan i Andrzej, którzy dotąd byli uczniami św. Jana (J 1, 37-40).
    Na działalność Jana szybko zwrócili uwagę starsi ludu. Bali się jednak jawnie przeciwko niemu występować, woleli raczej zająć stanowisko wyczekujące (J 1, 19; Mt 3, 7). Osobą Jana zainteresował się także władca Galilei, Herod II Antypas (+ 40), syn Heroda I Wielkiego, który nakazał wymordować dzieci w Betlejem. Można się domyślać, że Herod wezwał Jana do swojego zamku, Macherontu. Gorzko jednak pożałował swojej ciekawości. Jan bowiem skorzystał z tej okazji, aby rzucić mu prosto w oczy: “Nie wolno ci mieć żony twego brata” (Mk 6, 18). Rozgniewany król, z poduszczenia żony brata Filipa, którą ku ogólnemu oburzeniu Herod wziął za własną, oddalając swoją żonę prawowitą, nakazał Jana aresztować. W dniu swoich urodzin wydał ucztę, w czasie której, pijany, pod przysięgą zobowiązał się dać córce Herodiady, Salome, wszystko, czegokolwiek zażąda. Ta po naradzeniu się z matką zażądała głowy Jana. Herod nakazał katowi wykonać wyrok śmierci na Janie i jego głowę przynieść na misie dla Salome (Mt 14, 1-12). Jan miał wtedy trzydzieści kilka lat.

    Święty Jan Chrzciciel

    Jezus wystawił Janowi świadectwo, jakiego żaden człowiek z Jego ust nie otrzymał: “Coście wyszli oglądać na pustyni? (…) Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela” (Mt 11, 7-11; Łk 7, 24-27).Jan Chrzciciel jako jedyny wśród świętych Pańskich cieszy się takim przywilejem, iż obchodzi się jako uroczystość dzień jego narodzin. U wszystkich innych świętych obchodzimy jako święto dzień ich śmierci – czyli dzień ich narodzin dla nieba. Ponadto w kalendarzu liturgicznym znajduje się także wspomnienie męczeńskiej śmierci św. Jana Chrzciciela, obchodzone 29 sierpnia.
    W Janie Chrzcicielu uderza jego świętość, życie pełne ascezy i pokuty, siła charakteru, bezkompromisowość. Był pierwszym świętym czczonym w całym Kościele. Jemu dedykowana jest bazylika rzymska św. Jana na Lateranie, będąca katedrą papieża. Jan Chrzciciel jest patronem Austrii, Francji, Holandii, Malty, Niemiec, Prowansji, Węgier; Akwitanii, Aragonii; archidiecezji warszawskiej i wrocławskiej; Amiens, Awinionu, Bonn, Florencji, Frankfurtu nad Menem, Kolonii, Lipska, Lyonu, Neapolu, Norymbergi, Nysy, Wiednia, Wrocławia; jest patronem wielu zakonów, m. in. joannitów (Kawalerów Maltańskich), mnichów, dziewic, pasterzy i stad, kowali, krawców, kuśnierzy, rymarzy; abstynentów, niezamężnych matek, skazanych na śmierć. Jest orędownikiem podczas gradobicia i w epilepsji.

    Święty Jan Chrzciciel

    W ikonografii św. Jan przedstawiany jest jako dziecko, młodzieniec lub mąż ascetyczny, ubrany w skórę zwierzęcą albo płaszcz z sierści wielbłąda. Jego atrybutami są: Baranek Boży, baranek na ramieniu, na księdze lub u stóp, baranek z kielichem, chłopiec bawiący się z barankiem, głowa na misie, krzyż. W tradycji wschodniej, zwłaszcza w ikonach, ukazywany jest jako zwiastun ze skrzydłami.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 czerwca

    Święty Józef Cafasso, prezbiter

    Święty Józef Cafasso
    Józef Cafasso urodził się w Castelnuovo d’Asti w Piemoncie 15 stycznia 1811 r. Wychowany w duchu żywej wiary, po ukończeniu szkoły średniej w Chieri udał się do miejscowego niższego seminarium, a potem na studia teologiczne do Turynu. 22 września 1833 r. został wyświęcony na kapłana, mając wówczas zaledwie 22 lata. Nie piastował żadnych urzędów, był zawsze kapłanem cichym, a jednak miał wpływ na cały kler piemoncki. Zdrowie miał wątłe (cierpiał na chorobę kręgosłupa), ale w jego czarnych oczach bił żar apostolski.
    Józef wstąpił po święceniach do Instytutu Teologii Moralnej, niedawno powstałego w Turynie. Młodzi kapłani prowadzili w nim wspólne życie razem z profesorami. Równocześnie założyciel Instytutu, ks. Alojzy Guala, zaprawiał młodych kapłanów do działalności duszpasterskiej. Uczyli oni opuszczoną młodzież prawd wiary, chodzili do więzień dla nieletnich i dla dorosłych, nawiedzali szpitale, a także towarzyszyli skazanym na śmierć w ostatnich chwilach ich życia. Po śmierci założyciela Instytutu, Józef objął stanowisko rektora. W swojej pracy spotkał ludzi, w przyszłości wyniesionych na ołtarze. Był przewodnikiem duchowym św. ks. Jana Bosko i wspierał w powołaniu swojego siostrzeńca, bł. Józefa Allamano, założyciela Misjonarzy Consolata. W gorących czasach (rewolucja Garibaldiego, koronacja Wiktora Emanuela) Józef Cafasso nie dał się ponieść wirowi politycznemu. Zachęcał kapłanów, aby pilnowali swojego posłannictwa, a nie angażowali się w ruch rewolucyjny.
    Z własnej woli nawiedzał więzienia, które w tamtych czasach były miejscami strasznymi. Opowiadał więźniom o Bożej miłości i miłosierdziu. Przez ponad 20 lat towarzyszył skazańcom w drodze na szafot (egzekucje wykonywano publicznie), nazywając ich czule “szubienicznymi świętymi”, ponieważ byli wieszani bezpośrednio po spowiedzi. Mieszkańcy Turynu nadali mu przydomek kapelana szafotu.
    Po krótkiej chorobie Józef pożegnał ziemię 23 czerwca 1860 r. w wieku zaledwie 49 lat. Najlepiej scharakteryzował go Jan Bosko w jednym z przemówień po jego śmierci: “Był modelem życia kapłańskiego, nauczycielem kapłanów, ojcem ubogich, pocieszycielem chorych, doradcą wątpiącym, pociechą konającym, dźwignią dla więźniów, zbawieniem dla skazanych, przyjacielem wszystkich, wielkim dobroczyńcą ludzkości”. Pius XI z okazji beatyfikacji w 1925 r. nazwał Józefa Cafasso “perłą kleru Italii”. Pius XII dokonał jego uroczystej kanonizacji w 1947 roku. W roku 1948 tenże papież ogłosił św. Józefa Cafasso patronem więzień i więźniów oraz współpatronem Zgromadzenia Misjonarzy Matki Bożej Bolesnej Pocieszenia (Consolata).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 czerwca

    Święci męczennicy
    Jan Fisher, biskup, i Tomasz More

    Zobacz także:
      •  Święty Paulin z Noli, biskup
      •  Błogosławiony Innocenty V, papież
    ***
    Święci Jan Fisher i Tomasz More

    Tomasz More (Morus) urodził się w Londynie 7 lutego 1478 r. jako syn poważanego mieszczanina. Kiedy miał lat 12, umieszczono go na dworze kardynała Mortona, który sprawował równocześnie urząd królewskiego kanclerza. Później zapisał się na studia na uniwersytecie w Oksfordzie. Jednak ojciec wolał mieć syna prawnika. To bowiem otwierało przed nim drogę do kariery urzędniczej. Dlatego szesnastoletni Tomasz został umieszczony w Inns of Law w Londynie. Kiedy w 1499 roku Erazm z Rotterdamu nawiedził po raz pierwszy Anglię, zaprzyjaźnił się serdecznie z młodszym od siebie o 11 lat Tomaszem. Po ukończeniu studiów Tomasz został biegłym i wziętym adwokatem.
    Wkrótce wybrano go posłem do parlamentu. Tutaj zaraz na początku naraził się królowi Henrykowi VIII tym, że przeforsował w parlamencie sprzeciw wobec wniosku króla postulującego nałożenie osobnego podatku na poddanych. Dla poznania świata wyjechał do Francji, gdzie zwiedził uniwersytety: w Paryżu i w Lowanium. Kiedy powrócił do Anglii, zrzekł się wszelkich stanowisk i wstąpił do kartuzów. Po czterech latach pobytu w klasztorze przekonał się, że to jednak nie jest jego droga. Ożenił się z siedemnastoletnią Jane Colt i zamieszkał z nią w wiejskim domku w Bucklersbury pod Londynem. Były to najszczęśliwsze lata w jego życiu. Sielanka trwała krótko. Ukochana żona zmarła niebawem, zostawiając Tomaszowi czworo drobnych dzieci. Był zmuszony ożenić się po raz drugi. Alicja Middleton była od niego o siedem lat starsza. Nie miał z nią potomstwa, ale wspólnie wychowywali dzieci Tomasza z pierwszego związku.
    W 1510 roku Tomasz objął urząd sędziego do spraw cywilnych. Jako specjalista został wysłany do Flandrii dla zawarcia traktatu pokojowego. W 1521 roku pełen sławy ze swojej pracy i dzieł został przez króla podniesiony do godności szlacheckiej. Król upodobał sobie w zręcznym urzędniku. W 1521 roku nobilitował Tomasza (nadal mu tytuł szlachecki), a także pasował go na rycerza. Następnie mianował go przewodniczącym sądu oraz tajnym radcą. Szybko zaczęły sypać się na Tomasza kolejne wyróżnienia i godności: zarządcy uniwersytetu oksfordzkiego i łowczego królewskiego, wreszcie godność najwyższa w Anglii (po królu) – kanclerza państwa (1529-1532).

    Święty Tomasz More

    Tomasz stanowić może doskonały wzór do naśladowania dla świata urzędniczego. Był w pracy swojej zdecydowanie sumienny. Powiedziano o nim, że gdyby pewnego dnia stawił się przed nim własny ojciec i diabeł, przyznałby rację szatanowi, jeśliby na nią zasługiwał. Kiedy otrzymał nominację na sędziego, zastał całe sterty zakurzonych teczek z aktami, które od lat czekały na rozpatrzenie. Rychło je załatwił, aby sprawy szły odtąd na bieżąco. Wszystkich traktował życzliwie. Przekupstwo czy kumoterstwo nie miały do niego przystępu. Nosił włosiennicę. Na modlitwę poświęcał dziennie po kilka godzin. Przy stole czytał Pismo święte i książki ascetyczne. Unikał pokut dawnych ascetów, wiedząc, że siły są mu potrzebne do wykonywania codziennych obowiązków. Rekompensował to cierpliwym znoszeniem kłopotów, rzetelnym wypełnianiem swoich zadań, zachowaniem przykazań Bożych i kościelnych. Nawet jako kanclerz państwa chętnie usługiwał do Mszy świętej i śpiewał w chórze kościelnym.
    Kiedy Henryk VIII w roku 1531 ogłosił się najwyższym zwierzchnikiem Kościoła katolickiego w Anglii, Tomasz na znak protestu zrzekł się urzędu kanclerza. Pomimo nalegań, nie wziął udziału ani w ślubie, ani też w koronacji kochanki króla, Anny Boleyn. Wreszcie nie podpisał aktu supremacji, ani też nie złożył królowi przysięgi jako głowie Kościoła w Anglii. Uznano to za zdradę stanu. 1 lipca 1535 roku nad aresztowanym odbył się sąd. Kiedy sędziowie zapytali Tomasza, czy ma jeszcze coś do powiedzenia, ten odparł żartobliwie: “Nie mam, moi Panowie, nic więcej do powiedzenia, jak tylko przypomnieć, że chociaż do najżarliwszych wrogów św. Szczepana należał Szaweł, pilnujący szat kamienujących go oprawców, to jednak obaj są ze sobą w zgodzie w niebie. Mam nadzieję, że i my razem tam się zobaczymy”. Tego dnia sąd najwyższy skazał Tomasza na śmierć. Egzekucję wykonano publicznie na jednym z pagórków, otaczających Londyn. Zanim Tomasz położył głowę pod topór kata, powiedział do otaczającego go w milczeniu tłumu: “Módlcie się, abym umarł wierny wierze katolickiej. Aby także król wierny tej wierze umarł”. Kiedy zaś kat zawiązywał mu oczy, prosił go, by swój obowiązek odważnie wypełnił.
    Egzekucja odbyła się 6 lipca 1535 roku. Podobnie jak św. Jana Fishera, tak i głowę św. Tomasza More’a wystawiono na widok publiczny, wbitą na pal na moście Tamizy. Sterczała tam miesiąc, aż ją potem wrzucono do morza. Jednak jego córka, Małgorzata, wydobyła ją i pochowała w krypcie kościoła św. Dunstana w Canterbury. Ciało zaginęło – straż więzienna zakopała je w nieznanym miejscu. Wieść o ohydnym mordzie, dokonanym na Tomaszu, obiegła lotem błyskawicy cały cywilizowany świat, wywołując powszechne oburzenie. Aby jednak nie drażnić Kościoła anglikańskiego, proces kanoniczny św. Tomasza odbył się późno. Do chwały błogosławionych wyniósł go bowiem dopiero papież Leon XIII w roku 1886. Uroczystej kanonizacji dokonał papież Pius XI w 1935 roku. 31 października 2000 roku papież św. Jan Paweł II ogłosił św. Tomasza Morusa patronem mężów stanu i polityków.
    Tomasz pozostawił po sobie szereg pism. Wśród nich największą sławę zdobyła mu Utopia, w której usiłował nakreślić projekt idealnego państwa i systemu społecznego. Cenny jest jego Dialog o pociesze w ciężkiej próbie. Zostawił także poematy łacińskie i piękne listy, pozwalające wejść w głąb jego duszy i rzucające też światło na wypadki publiczne. Jest patronem prawników. O historii konfliktu z królem opowiada znany film “Oto jest głowa zdrajcy”, a także telewizyjny serial “Dynastia Tudorów”.
    W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest w stroju lorda. Jego atrybuty to czaszka,krzyż, łańcuch.

    Święty Jan Fisher

    Jan Fisher urodził się w 1469 r. w Beverley, w hrabstwie York. Po ukończeniu studiów teologiczno-filozoficznych w Cambridge przyjął święcenia kapłańskie. W Oksfordzie skończył studia prawnicze; tu poznał Małgorzatę Beaufort, matkę króla Henryka VII, i został jej spowiednikiem i kierownikiem duchowym. W 1503 r. objął ufundowaną przez nią katedrę teologii na uniwersytecie Cambridge i od 1504 r. do końca życia był kanclerzem tej uczelni.
    Jako biskup Rochester odznaczał się duchem pokuty oraz gorliwością w obronie wiary katolickiej. Prowadził życie w ubóstwie. Był uczniem Erazma z Rotterdamu. Napisał dzieła przeciwko ówczesnym błędom teologicznym, rozpowszechnianym przez Lutra i jego zwolenników. Stosunki Jana Fishera z królem Henrykiem VIII były początkowo dobre. Ich gwałtowne pogorszenie nastąpiło w 1529 r., kiedy biskup wystąpił w obronie ważności małżeństwa króla z Katarzyną Aragońską.
    Został uwięziony przez króla w 1534 r., gdy odmówił uznania zwierzchnictwa Henryka VIII nad Kościołem w Anglii. Aktywnie przeciwstawiał się małżeństwu króla z Anną Boleyn. Nie złożył wymaganej przez króla przysięgi wierności. W więzieniu został mianowany kardynałem przez papieża Pawła III. Ścięty został z rozkazu królewskiego i w obecności samego króla w dniu 22 czerwca 1535 r. Beatyfikował go w 1886 r. Leon XIII, a kanonizował Pius XI w 1935 r., w 400 lat po jego męczeńskiej śmierci. Jest patronem prawników.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    21 czerwca

    Najświętsza Maryja Panna Opolska

    Zobacz także:
      •  Najświętsza Maryja Panna z Góry Iglicznej, Przyczyna naszej radości
      •  Święty Rajmund z Barbastro, biskup
    ***
    Wizerunek Matki Bożej Opolskiej
    Cudowny wizerunek Matki Bożej Opolskiej znajduje się w ołtarzu katedry pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Opolu. Namalowany został na desce lipowej (129×92 cm) przez nieznanego artystę z kręgu czeskich warsztatów malarskich. Badania historyczne pozwalają określić czas powstania obrazu na koniec wieku XV. Wizerunek przedstawia Madonnę ujętą w półpostaci, z Jezusem na lewym ramieniu. W prawej dłoni Matka Boża trzyma jabłko. Głowę ma lekko schyloną w stronę Syna, który twarzyczką zwraca się ku Matce, a prawą rączkę unosi w geście błogosławieństwa, w lewej zaś ręce trzyma księgę Pisma świętego. Tło obrazu stanowi amarantowe sukno. W XVIII-wiecznej kronice ojców jezuitów, dawnych stróżów sanktuarium, czytamy o obrazie, że “zda się, jakoby ta Matka przedziwna oczyma swymi na każdego patrzy, a choćby i tysiące było przytomnych, każdy z nich sądzi, że Matka Jezusa na niego samego swym macierzyńskim okiem spogląda”.
    Historia opolskiego wizerunku Matki Bożej jest niezwykle bogata. Obraz pochodzi z Piekar, gdzie już w średniowieczu słynął łaskami. W okresie reformacji kościół przeszedł w ręce protestantów i dopiero w 1659 roku został zwrócony katolikom. Ówczesny proboszcz (ks. Jakub Roczkowski) przeniósł obraz do głównego ołtarza. Od tego czasu wzrasta kult tego obrazu. Stąd, gdy w roku 1680 szalała w Pradze zaraza dziesiątkująca ludność, cesarz Leopold I postarał się o sprowadzenie do tego miasta obrazu Matki Bożej Piekarskiej. Obnoszono go w uroczystej procesji po ulicach. Po dwóch tygodniach zaraza zaczęła wygasać, a obraz obdarowany licznymi wotami wrócił triumfalnie do Piekar.
    W roku 1683 ojcowie jezuici przewieźli cudowny obraz do Opola, ponieważ obawiali się zbliżającej się nawały tureckiej. W Piekarach pozostała kopia obrazu, przed którą modlił się Jan III Sobieski, śpiesząc pod Wiedeń z odsieczą. Gdy minęło wspomniane niebezpieczeństwo, obraz wrócił na krótko do Piekar. Już bowiem w 1702 roku przewieziono go ponownie do Opola, obawiając się tym razem Karola XII, króla Szwecji (potop szwedzki). Tym razem pozostał tutaj już na stałe. W Piekarach zaś zaczęła słynąć łaskami umieszczona tam wcześniej kopia obrazu.
    Kult Matki Bożej Opolskiej rozwijał się coraz bardziej, ściągając licznych pielgrzymów nie tylko ze Śląska, lecz również z Czech oraz później zza kordonów polskich zaborów. W 1813 roku przeniesiono obraz z kościoła jezuitów do katedry. Po II wojnie światowej nastąpiło nowe ożywienie kultu. Przed wizerunkiem Maryi Opolskiej kończono wszystkie ważniejsze uroczystości odprawiane w katedrze – m.in. ingresy kolejnych biskupów, obchody narodowe i ogólnokościelne. O kulcie świadczą liczne wota, m.in. srebrna sukienka ofiarowana przez Jana III Sobieskiego, złoty medal – dar papieża Jana XXIII i kielich mszalny – dar Pawła VI.
    21 czerwca 1983 roku, w 500-lecie istnienia wizerunku, w obecności 700 tysięcy pielgrzymów, św. Jan Paweł II dokonał uroczystej koronacji obrazu. Po homilii wygłoszonej na Górze św. Anny, gdzie miała miejsce koronacja, papież powiedział:
    Trzeba sięgnąć do początku owego sześćsetlecia, które w roku ubiegłym i bieżącym gromadzi nas wokół Jasnej Góry. Początek ten zaś znajduje się właśnie tutaj: na Piastowskim Śląsku. Z Wrocławia przybywam na Opolszczyznę, ażeby zatrzymać się na ziemi tego Piasta, z którego imieniem jest związana fundacja Jasnej Góry i darowizna jasnogórskiego obrazu. Jest to Władysław II, książę opolski, zwany powszechnie Opolczykiem. Dokonał swego życia w Opolu, tutaj też spoczywa w podziemiach kościoła franciszkańskiego. W ten sposób dzisiejsza stacja na ziemi opolskiej wpisuje się w papieską pielgrzymkę jasnogórskiego jubileuszu. Stacja ta ma miejsce na Górze Świętej Anny. Na pamiątkę mej obecności na tej ziemi pragnę także dokonać koronacji czcigodnego obrazu Matki Bożej z katedry opolskiej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    21 czerwca

    Święty Alojzy Gonzaga, zakonnik

    Święty Alojzy Gonzaga

    Alojzy urodził się 9 marca 1568 r. koło Mantui jako najstarszy z ośmiu synów margrabiego Ferdynanda di Castiglione. Ojciec pokładał w nim duże nadzieje. Chłopiec urodził się jednak bardzo wątły, a matce groziła przy porodzie śmierć. Rodzice uczynili więc ślub odbycia pielgrzymki do Loreto, jeśli matka i syn wyzdrowieją. Tak się też stało. Ojciec marzył o ostrogach rycerskich dla syna. W tym właśnie czasie flota chrześcijańska odniosła świetne zwycięstwo nad Turkami pod Lepanto (1571). Ojciec Alojzego brał udział w wyprawie. Dumny ze zwycięstwa ubrał swojego trzyletniego syna w strój rycerza i paradował z nim w fortecy nad rzeką Padem ku radości żołnierzy. Kiedy ojciec podążył na wyprawę wojenną do Tunisu (1573), pięcioletni Alojzy wrócił pod opiekę matki.
    Kiedy Alojzy miał 7 lat, przeżył swoje “nawrócenie”, jak sam twierdził. Poczuł nicość ponęt tego świata i wielką tęsknotę za Panem Bogiem. Odtąd duch modlitwy, otrzymany od matki, wzrósł w nim jeszcze silniej. Codziennie z budującą pobożnością odmawiał na klęczkach oprócz normalnych pacierzy rannych i wieczornych siedem psalmów pokutnych i oficjum do Matki Bożej. Ojciec był z tego niezadowolony. Po swoim powrocie z wyprawy wziął syna do Florencji na dwór wielkiego księcia Franciszka Medici, by tam nabrał manier dworskich. Alojzy jednak najlepiej czuł się w słynnym sanktuarium, obsługiwanym we Florencji przez serwitów, w kościele Annuntiata. Tu też przed ołtarzem Bożej Matki złożył ślub dozgonnej czystości. Jak głoszą jego żywoty, w nagrodę miał otrzymać przywilej, że nie odczuwał pokus przeciw anielskiej cnocie czystości.
    W 1579 r. ojciec Alojzego został mianowany gubernatorem Monferrato w Piemoncie. Przenosząc się na tamtejszy zamek, zabrał ze sobą Alojzego. W następnym roku, z polecenia papieża Grzegorza XIII, wizytację kanoniczną diecezji Brescia odbywał św. Karol Boromeusz. Z tej okazji udzielił Alojzemu pierwszej Komunii świętej. Jesienią tegoż roku (Alojzy miał wówczas 12 lat) rodzice chłopca przenieśli się do Madrytu, gdzie na dworze królewskim spędzili wraz z Alojzym dwa lata. Alojzy nadal pogłębiał życie wewnętrzne przez odpowiednią lekturę. Rozczytywał się w dziełach św. Piotra Kanizego i w Ćwiczeniach duchowych św. Ignacego z Loyoli. Modlitwę swoją przedłużał do pięciu godzin dziennie. Równocześnie kontynuował studia.

    Święty Alojzy Gonzaga

    Wreszcie zdecydował się na wstąpienie do zakonu jezuitów. Kiedy wyjawił swoje postanowienie ojcu, ten wpadł w gniew, ale stanowczy Alojzy nie ustąpił. Na korzyść swego brata, Rudolfa, zrzekł się prawa do dziedzictwa i udał się do Rzymu. W drodze zatrzymał się kilka dni w Loreto. 25 listopada 1585 roku wstąpił do nowicjatu jezuitów w Rzymie. Jak sam wyznał, praktyki pokutne, które zastał w zakonie, były znacznie lżejsze od tych, jakie sam sobie nakładał. Cieszył się jednak bardzo, że miał okazję do ćwiczenia się w wielu innych cnotach, do jakich zakon dawał mu okazję.
    Jesienią 1585 r. Alojzy uczestniczył w publicznej dyspucie filozoficznej w słynnym Kolegium Rzymskim, gdzie olśnił wszystkich subtelnością i siłą argumentacji. Zaraz potem otrzymał święcenia niższe i został skierowany przez przełożonych na studia teologiczne. Był na trzecim roku studiów, kiedy we wrześniu 1589 roku przybył do Kolegium Rzymskiego św. Robert Bellarmin; wezwał on Alojzego, by powrócił do Castiglione i pojednał swojego brata Rudolfa z ojcem, który chciał wydziedziczyć syna tylko za to, że ten odważył się wejść w związek małżeński z osobą niższego stanu. Po załagodzeniu sporu Alojzy wrócił do Rzymu na czwarty rok studiów teologicznych, który miał zakończyć święceniami kapłańskimi (1590).
    Wyroki Boże były jednak inne. W latach 1590-1591 Rzym nawiedziła epidemia dżumy. Alojzy prosił przełożonych, by zezwolili mu posługiwać zarażonym. Wraz z innymi klerykami udał się na ochotnika do szpitala św. Sykstusa oraz do szpitala Matki Bożej Pocieszenia. Wyczerpany studiami i umartwieniami organizm kleryka uległ zarazie. Alojzy zmarł jako kleryk, bez święceń kapłańskich, 21 czerwca 1591 r. w wieku zaledwie 23 lat.
    Sława świętego Alojzego była tak wielka, że już w roku 1605 papież Paweł V ogłosił go błogosławionym. Kanonizacja odbyła się jednak dopiero w roku 1726. Dokonał jej papież Benedykt XIII jednocześnie z kanonizacją św. Stanisława Kostki. Ten sam papież ogłosił w 1729 św. Alojzego patronem młodzieży, szczególnie młodzieży studiującej. W 1926 roku papież Pius XI ogłosił św. Alojzego patronem młodzieży katolickiej. Jego relikwie spoczywają w kościele św. Ignacego w Rzymie.
    Szczególnym nabożeństwem do świętych Stanisława Kostki i Alojzego Gonzagi wyróżniał się św. Robert Bellarmin. Miał on ich wizerunki w swoim pokoju. Niemniej serdecznym nabożeństwem do św. Alojzego wyróżniał się św. Jan Bosko. Ku jego czci obchodził nabożeństwo 6 niedziel, przygotowujących do dnia św. Alojzego, który obchodził bardzo uroczyście. Swoje drugie z kolei oratorium, w Turynie, nazwał właśnie jego imieniem.
    W ikonografii św. Alojzy przedstawiany jest w sutannie jezuickiej, w białej komży z szerokimi rękawami. Jego atrybutami są: czaszka, Dziecię Jezus w ramionach, mitra książęca u stóp, krzyż, lilia, czaszka.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    20 czerwca

    Święta Wincenta Geroza, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Benigna, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiony Jan Gavan, prezbiter i męczennik
    ***
    Święta Wincenta Geroza
    Katarzyna (takie imię otrzymała na chrzcie) urodziła się w Lovere (diecezja Brescia we Włoszech) 29 października 1784 roku. Była najstarszą spośród 3 sióstr i 3 braci. Jej rodzicami byli Jan Antoni Gerosa i Jakubowa Macario. Zajmowali się oni garbowaniem i sprzedażą skór, co było wówczas zajęciem większości tamtejszych mieszkańców. Rodzina cieszyła się powszechnym szacunkiem z racji swojej uczciwości, pobożności i miłosierdzia dla ubogich.
    Katarzyna jako najstarsza w rodzeństwie zajmowała się gospodarką domową. Kiedy zachorował jej ojciec, oddała się z całym poświęceniem posłudze względem niego. Na jej rękach ojciec pożegnał świat, niebawem zmarła także matka. Katarzyna miała wówczas 30 lat. Cały ciężar utrzymania domu i rodzeństwa spadł więc na jej barki (1814).
    W tym samym roku do Lombardii weszły wojska austriackie, grabiąc i pustosząc wszystko. Po ich odejściu nastała nędza, głód i epidemie. Tłumy nędzarzy nawiedzały również Lovere, błagając o kawałek chleba. Katarzyna chętnie dzieliła się z potrzebującymi czym tylko mogła. Umiała również zdobyć się na słowa ufności i nadziei w Bogu.
    Prawdziwą ręką Opatrzności Bożej dla potrzebujących był także w owym czasie miejscowy proboszcz, Rustycjan Barboglio. Wystawił on szpital dla chorych i opuszczonych. Do jego obsługi wybrał pobożne dziewczęta swojej parafii, z których utworzył nową rodzinę zakonną sióstr miłosierdzia z Lovere. Do współpracy zaprosił również Katarzynę. Oddała ona ojcowiznę rodzeństwu, a sama wstąpiła do zgromadzenia i tu złożyła śluby, przyjmując imię Wincenta ku czci św. Wincentego a Paulo. Przełożoną dzieła od kilku lat była św. Bartłomieja Capitanio. Oprócz szpitala siostry prowadziły także “oratorium” dla ubogich dziewcząt, wkrótce powstała także szkoła. Wincenta z całym zapałem pomagała współzałożycielce w tej pięknej pracy.
    26 lipca 1833 roku Bartłomieja zmarła w wieku zaledwie 26 lat. Wincenta miała wówczas 49 lat. Została wybrana przełożoną młodej rodziny zakonnej. Najpierw postarała się o ułożenie reguł i regulaminów (1835). Następnie musiała zatroszczyć się o zatwierdzenie tych reguł. Otrzymała je w stosunkowo krótkim czasie w Rzymie (1839) i w Wiedniu (1841), ponieważ Lombardia należała wówczas do Austrii. Za rządów Wincenty młode zgromadzenie otworzyło 23 nowe placówki, w tym 12 szpitali, dwa sierocińce i jeden ośrodek dla nawróconych ze złej drogi dziewcząt. Przyjęła do zgromadzenia 243 siostry.
    Kiedy w maju 1847 roku dotknęła ją ciężka choroba, była pewna, że zbliża się jej ostatni dzień. Z całą przytomnością umysłu wydała ostatnie rozporządzenia, mające na celu zapewnienie dziełu stabilizację i rozwój. Do ostatniej chwili dawała siostrom rady i życzliwe napomnienia. Zmarła 20 czerwca 1847 roku w wieku 63 lat. Jej beatyfikacji dokonał papież Pius XI w roku świętym 1933, a kanonizował ją wraz ze św. Bartłomieją Capitanio również w roku świętym 1950 papież Pius XII. Ciała obu Świętych spoczywają w kościele sióstr miłosierdzia w Lovero tuż przed prezbiterium, w kryształowych trumnach. Leżą zwrócone do siebie głowami.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    19 czerwca

    Święty Romuald z Camaldoli, opat

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Gerwazy i Protazy
      •  Błogosławiony Tomasz Woodhouse, męczennik
      •  Święta Juliana Falconieri, dziewica
    ***
    Święty Romuald z Camaldoli
    Romuald pochodził z Rawenny z możnej rodziny diuków Onesti. Urodził się ok. 951 r. Dla zadośćuczynienia za grzech ojca, który w pojedynku zabił swojego krewnego, miał według podania wstąpić do benedyktynów, którzy mieli swoje opactwo przy kościele św. Apolinarego. Jednak życie wspólne mu nie odpowiadało. Tęsknił za życiem samotnym. Dlatego po trzech latach opuścił ów klasztor. Spragniony doskonalszego skupienia, podjął życie pustelnicze. Wraz ze swym przyjacielem, Marynem, udał się na pogranicze Francji i Hiszpanii i wstąpił do klasztoru benedyktyńskiego w Cuxa. Do nich przyłączyli się wkrótce patrycjusze weneccy: Jan Gradenigo i Jan Morosini. Za zezwoleniem opata, nawiązując do pierwotnej reguły św. Benedykta, zakonnicy ci żyli w oddzielnych domkach, uprawiali ziemię i gromadzili się tylko na wspólny posiłek i pacierze. Po śmierci św. Piotra Orseolo (988) Romuald wraz z towarzyszami, Gradenigo i Marynem, opuścili gościnne opactwo w Cuxa i udali się na Monte Cassino. Stąd rozeszły się ich drogi: Maryno udał się do Apulii, gdzie wkrótce poniósł śmierć męczeńską z rąk Saracenów; Gradenigo założył własny klasztor w pobliżu Monte Cassino; Romuald natomiast wrócił do Rawenny, gdzie w pobliżu opactwa benedyktyńskiego założył sobie pustelnię.
    Wkrótce zaczął zakładać podobne pustelnie w całej Italii. Takich eremów-pustelni Romuald miał założyć kilkanaście. Uczniów i naśladowców nie brakowało. Zgłaszało się ich coraz więcej. Do największej sławy doszły opactwa w Pereum koło Rawenny oraz w Camaldoli (Campo di Maldoli) w Toskanii, od którego zakon otrzymał swoją popularną nazwę “kamedułów”. Godłem zakonu zostały dwa gołąbki, pijące z jednego kielicha – jako symbol połączenia życia wspólnotowego z pustelniczym, ducha anachoreckiego z monastycznym. Do najgłośniejszych uczniów św. Romualda należeli: św. Bruno z Kwerfurtu (Bonifacy), kapelan cesarza Ottona III, św. Benedykt z Benewentu i św. Jan z Wenecji, których św. Bruno zabrał ze sobą do Polski, gdzie też obaj ponieśli śmierć męczeńską (+ 1003), oraz św. Piotr Damiani (+ 1072).
    Romuald zmarł w klasztorze Val di Castro, niedaleko Ankony, 19 czerwca 1027 r., mając 75 lat. Jego relikwie były do roku 1480 własnością tegoż opactwa. Obecnie znajdują się w Fabriano w kościele św. Błażeja, który dotąd jest pod zarządem kamedułów. Eremy kamedulskie składają się z szeregu domków-cel, w których pojedynczo mieszkają mnisi, zbierając się tylko razem na wspólną modlitwę, a kilka razy w roku, w największe święta, na wspólny posiłek i rekreację. Kameduli zachowują prawie stałe milczenie i nie wolno im przyjmować potraw mięsnych. Święty Romuald jest patronem kamedułów.
    W ikonografii św. Romuald przedstawiany jest jako stary człowiek w białym, długim habicie kamedulskim, czasami w stroju opata. Często pokazuje się go, jak we śnie widzi tajemniczą drabinę, sięgającą nieba, po której białe postacie jego duchowych synów opuszczają ziemię. Jego atrybutami są: czaszka, otwarta księga, kij podróżny, laska. Wizerunek św. Romualda widnieje w herbie Suwałk (obok św. Rocha).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________

    Klasztor kamedułów na Bielanach/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny 

    ***

    Św. Romuald z Camaldoli,

    założyciel zakonu kamedułów

    Tęsknił za życiem samotnika, ale pragnął realizować je we wspólnocie. Za jego przykładem poszło tysiące mężczyzn.

    Na co patrzą? Na chłopaków kopiących piłkę? Na „chopów” pchających po ulicach Rudy Śląskiej wózki ze złomem? Na rozklekotany tramwaj? Oparte o miękkie poduszki, wkomponowane w jaskrawoczerwone okiennice, starsze kobiety w oknach. Zastygłe w bezruchu, godzinami patrzące w dal. Charakterystyczny obrazek Górnego Śląska.

    Dzwonimy na furtę. Zza masywnych drzwi wychyla się brodata twarz. Brat zakonny wpuszcza nas do środka. Dla nas to połowa dnia, ale mnisi wstali o 3.30, a dźwięk dzwonu zgromadził ich w ciemnym, zimnym kościele. Odmawiali liturgię godzin niespiesznie, monotonnie sącząc słowa psalmów. Kobiety nie mają tu wstępu. Na Bielany mogą wejść jedynie w ciągu dwunastu dni w roku. Zatrzaskują się drzwi. Za nami świat laptopów, komórek i alarmów samochodowych. Na drzewie skacze wesoło wiewiórka. Cisza dzwoni w uszach. Na Srebrnej Górze przykucnął biały klasztor. Dziś widoczny jest z odległości wielu kilometrów i dla sunącego autostradą sznura samochodów jest jasnym (dosłownie!) punktem odniesienia. W ufundowanym przez Mikołaja Wolskiego, marszałka nadwornego koronnego, w 1604 roku eremie z kościołem pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP żyją kameduli – mnisi o najsurowszej regule w Polsce. Bielany są jednym z dziewięciu takich klasztorów na świecie. Nie, wbrew powszechnej opinii nie pozdrawiają się zawołaniem „Memento mori” i nie śpią w trumnach. Co więcej, nie spoczywają w nich nawet po śmierci, bo zgodnie z tradycją ich ciała odziane w biały habit wkłada się na desce do katakumb i zamurowuje. Żyją i modlą się razem… ale osobno. Na tak rewolucyjną formułę wpadł Romuald, który tęsknił za życiem samotnika, ale pragnął realizować je we wspólnocie. Choć do historii przeszedł jako Romualdo di Camaldoli, nie pochodził ze wschodniej Toskanii, ale z tętniącego życiem miasta zapierających dech w piersiach wielobarwnych mozaik – Rawenny. Urodził się około 952 roku w arystokratycznej rodzinie. Jako młodzieniec doświadczył traumy, która okazała się punktem zwrotnym jego życia. Gdy Sergiusz, ojciec wiodącego życie hulaki Romualda, zabił w czasie sprzeczki jednego z krewnych, syn tak mocno przeżył to wydarzenie, że w ramach zadośćuczynienia za ten grzech zamknął się w benedyktyńskim klasztorze świętego Apolinarego. Odtąd szukał ciszy. W 978 roku, wraz z dożą weneckim Piotrem Orseolo i przyjacielem, bratem Marynem, wyruszył w niedostępne postrzępione Pireneje, by nieopodal opactwa w Cuxa założyć wspólnotę eremicką. Za zezwoleniem opata, nawiązując do pierwotnej reguły świętego Benedykta, zakonnicy zamieszkali w oddzielnych domkach, uprawiali ziemię i gromadzili się jedynie na modlitwy i wspólne posiłki. Po dwudziestu latach Romuald z towarzyszami powrócił do Italii. W Camaldoli powstał pierwszy dom zakonny z dwudziestoma oddzielnie zbudowanymi celami. Podobno święty miał sen, w którym ujrzał, jak jego odziani w białe habity uczniowie wdrapywali się po szczeblach drabiny Jakubowej. Od nazwy miejscowości zakonników zaczęto nazywać kamedułami. Na terenach dzisiejszych Włoch Romuald założył kilkanaście podobnych eremów. W 1027 roku przeniósł się do Val di Castro niedaleko Ankony, gdzie zmarł 19 czerwca. Już pięć lat później ogłoszono go świętym.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    18 czerwca

    Święta Elżbieta z Schönau, dziewica, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Hosanna z Mantui, dziewica
    ***
    Święta Elżbieta z Schönau
    Elżbieta urodziła się około 1129 r. zapewne w niemieckim Bonn. Pochodziła ze znakomitej rodziny. Była jeszcze dzieckiem, kiedy pobożni rodzice ówczesnym zwyczajem oddali ją na naukę i wychowanie do klasztoru benedyktynek w Schönau nad Renem (Hesja w Niemczech). Tu pozostała na zawsze. W roku 1147 jako 18-letnie dziewczę przywdziała welon zakonny, by niedługo potem złożyć śluby. Po 10 latach została wybrana na mistrzynię nowicjatu, a potem na przełożoną.
    W pięć lat po wstąpieniu do klasztoru Elżbieta zapadła na ciężką chorobę, którą znosiła przez 12 lat z heroiczną cierpliwością. Kiedy cierpienia się wzmagały i nie mogła chodzić o własnych siłach, wykorzystywała cenny czas na słodką modlitwę z Bogiem. Obdarzona darem kontemplacji, doznawała objawień Pana Jezusa, Matki Bożej i świętych Pańskich. Obdarzył ją Pan Bóg także darem proroctwa. Jej wizje miały wpływ na mariologię i religijność średniowiecza. Korespondowała ze znaną mistyczką, św. Hildegardą z Bingen, doktorem Kościoła.
    Kiedy Elżbieta umierała 18 czerwca 1164 r., miała 35 lat. Została pochowana w opactwie św. Floryna w Schönau. Do Martyrologium Rzymskiego wpisał ją w 1584 r. papież Grzegorz XIII. W roku 1632 relikwie Elżbiety zostały w czasie wojny trzydziestoletniej sprofanowane i zniszczone przez protestanckich Szwedów. Zachowała się jedynie szczęśliwie relikwia głowy św. Elżbiety.
    Święta zostawiła po sobie bogatą korespondencję. Naglona nadprzyrodzonymi wizjami, pisała do biskupów w sprawie reformy Kościoła. Jej listy zebrał starannie i opublikował jej brat, Ekbert, który był opatem klasztoru. Jest patronką osób cierpiących na depresję, wzywana w obronie przed pokusami.
    W ikonografii przedstawiana jest w habicie benedyktyńskim jako zakonnica doświadczająca wizji. Jej atrybutem jest: księga, pastorał, krzyż.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    17 czerwca

    Święty Brat Albert Chmielowski, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święta Alina z Forest, męczennica
      •  Święty Grzegorz Barbarigo, biskup
    ***
    Święty Albert Chmielowski

    Adam Chmielowski urodził się 20 sierpnia 1845 r. w Igołomii pod Krakowem. Sześć dni później na chrzcie św. z wody dano mu imiona Adam Bernard. W czasie uroczystego chrztu św. 17 czerwca 1847 roku w warszawskim kościele Matki Bożej na Nowym Mieście dodano jeszcze imię Hilary. Pochodził ze zubożałej rodziny ziemiańskiej. Jako sześcioletni chłopiec został przez matkę poświęcony Bogu w czasie pielgrzymki do Mogiły. Kiedy miał 8 lat, umarł jego ojciec, sześć lat później zmarła matka.
    Chłopiec kształcił się w szkole kadetów w Petersburgu, następnie w gimnazjum w Warszawie, a w latach 1861-1863 studiował w Instytucie Rolniczo-Leśnym w Puławach. Razem z młodzieżą tej szkoły wziął udział w Powstaniu Styczniowym. 30 września 1863 roku został ciężko ranny w bitwie pod Mełchowem i dostał się do niewoli rosyjskiej. W prymitywnych warunkach polowych, bez środków znieczulających amputowano mu nogę, co zniósł niezwykle mężnie. Miał wtedy 18 lat.
    Przez pewien czas przebywał w więzieniu w Ołomuńcu, skąd został zwolniony dzięki interwencji rodziny. Aby uniknąć represji władz carskich, wyjechał do Paryża, gdzie podjął studia malarskie, potem przeniósł się do Belgii i studiował inżynierię w Gandawie, lecz powrócił wkrótce do malarstwa i ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Monachium. Wszędzie, gdzie przebywał, wyróżniał się postawą chrześcijańską, a jego silna osobowość wywierała duży wpływ na otoczenie. Po ogłoszeniu amnestii w 1874 r. powrócił do kraju. Zaczął poszukiwać nowego ideału życia, czego wyrazem stało się jego malarstwo. Oparte dotychczas na motywach świeckich, zaczęło teraz czerpać natchnienie z tematów religijnych.

    Obraz Ecce Homo autorstwa św. Brata Alberta Chmielowskiego

    Jeden z jego najlepszych obrazów Ecce Homo jest owocem głębokiego przeżycia tajemnicy bezgranicznej miłości Boga do człowieka (obraz ten znajduje się obecnie w ołtarzu sanktuarium Brata Alberta w Krakowie przy ulicy Woronicza 10). Religijne obrazy Adama Chmielowskiego przyniosły mu miano “polskiego Fra Angelico”. Bez wątpienia duże znaczenie w życiu duchowym Adama Chmielowskiego miały rekolekcje, które odbył u jezuitów w Tarnopolu.
    W 1880 r. nastąpił duchowy zwrot w jego życiu. Będąc w pełni sił twórczych porzucił malarstwo i liczne kontakty towarzyskie i mając 35 lat wstąpił do nowicjatu jezuitów w Starej Wsi z zamiarem pozostania bratem zakonnym. Po pół roku, w stanie silnej depresji, opuścił nowicjat. Do stycznia 1882 roku leczył się w zakładzie dla nerwowo chorych w Kulparkowie koło Lwowa. Następnie przebywał u swojego brata na Podolu, gdzie w atmosferze spokoju i miłości powrócił całkowicie do równowagi psychicznej. Zafascynowała go duchowość św. Franciszka z Asyżu, zapoznał się z regułą III zakonu i rozpoczął działalność tercjarską, którą pragnął upowszechnić wśród podolskich chłopów. Wkrótce ukaz carski zmusił go do opuszczenia Podola.
    W 1884 r. przeniósł się do Krakowa i zatrzymał się przy klasztorze kapucynów. Pieniędzmi ze sprzedaży swoich obrazów wspomagał najbiedniejszych. Jego pracownia malarska stała się przytuliskiem. Tutaj zajmował się nędzarzami i bezdomnymi, widząc w ich twarzach sponiewierane oblicze Chrystusa. Poznał warunki życia ludzi w tzw. ogrzewalniach miejskich Krakowa. Był to kolejny moment przełomowy w życiu zdolnego i cenionego malarza. Z miłości do Boga i ludzi Adam Chmielowski po raz drugi zrezygnował z kariery i objął zarząd ogrzewalni dla bezdomnych. Przeniósł się tam na stałe, aby mieszkając wśród biedoty, pomagać im w dźwiganiu się z nędzy nie tylko materialnej, ale i moralnej.
    25 sierpnia 1887 roku Adam Chmielowski przywdział szary habit tercjarski i przyjął imię brat Albert. Dokładnie rok później złożył śluby tercjarza na ręce kard. Albina Dunajewskiego. Ten dzień jest jednocześnie początkiem działalności Zgromadzenia Braci III Zakonu św. Franciszka Posługujących Ubogim, zwanego popularnie “albertynami”. Przejęło ono od zarządu miasta opiekę nad ogrzewalnią dla mężczyzn przy ulicy Piekarskiej w Krakowie. W niecały rok później brat Albert wziął również pod swoją opiekę ogrzewalnię dla kobiet, a grupa jego pomocnic, którymi kierowała siostra Bernardyna Jabłońska, stała się zalążkiem “albertynek”.
    Formacja dla kandydatów i kandydatek do obu zgromadzeń organizowana była w domach pustelniczych; najbardziej znanym stała się tzw. samotnia na Kalatówkach pod Zakopanem. Nowicjat był surowy, aby zawczasu z życia w tych zgromadzeniach mogły wycofać się osoby słabsze. Do trudnej pracy potrzeba bowiem było ludzi wyjątkowo zahartowanych zarówno fizycznie, jak i moralnie. Przytuliska znajdujące się pod opieką albertynów i albertynek były otwarte dla wszystkich potrzebujących, bez względu na narodowość czy wyznanie, zapewniano pomoc materialną i moralną, stwarzano chętnym możliwości pracy i samodzielnego zdobywania środków utrzymania.
    Albert był człowiekiem rozmodlonym, pokutnikiem. Odznaczał się heroiczną miłością bliźniego, dzieląc los z najuboższymi i pragnąc przywrócić im godność. Pomimo swego kalectwa wiele podróżował, zakładał nowe przytuliska, sierocińce dla dzieci i młodzieży, domy dla starców i nieuleczalnie chorych oraz tzw. kuchnie ludowe. Za jego życia powstało 21 takich domów, gdzie potrzebujący otaczani byli opieką 40 braci i 120 sióstr. Przykładem swego życia Brat Albert uczył współbraci i współsiostry, że trzeba być “dobrym jak chleb”. Zalecał też przestrzeganie krańcowego ubóstwa, które od wielu lat było również jego udziałem.
    Zmarł w opinii świętości, wyniszczony ciężką chorobą i trudami życia w przytułku, który założył dla mężczyzn, 25 grudnia 1916 r. w Krakowie. Pogrzeb na Cmentarzu Rakowickim 28 grudnia 1916 roku stał się pierwszym wyrazem czci powszechnie mu oddawanej. Św. Jan Paweł II beatyfikował go 22 czerwca 1983 r. na Błoniach krakowskich, a kanonizował 12 listopada 1989 r. w Watykanie. Jest patronem zakonów albertynek i albertynów, a w Polsce także artystów plastyków.
    Postacią brata Alberta, artysty, który porzucił sztukę dla służby Bogu, był zafascynowany Karol Wojtyła już w latach swojej młodości. Tej postaci poświęcił dramat “Brat naszego Boga”, napisany w latach 1944-1950. Sztukę zaczęto wystawiać w polskich teatrach zaraz po wyborze kard. Wojtyły na papieża. W 1997 r. na jej podstawie powstał film w reżyserii Krzysztofa Zanussiego pod tym samym tytułem.
    W ikonografii św. Albert przedstawiany jest w szarobrązowym płaszczu zakonnym. Ramieniem otacza ubogiego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 czerwca

    Błogosławiona Florida Cevoli, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Benon, biskup
      •  Święta Lutgarda, dziewica
      •  Święty Jan Franciszek Régis, prezbiter
    ***
    Błogosławiona Florida Cevoli
    Lukrecja Helena Cevoli urodziła się 11 listopada 1685 r. w Pizie (Włochy) w rodzinie hrabiowskiej. Naukę podjęła w szkole w rodzinnym mieście. W wieku 18 lat wstąpiła w Citta di Castello do klarysek-kapucynek. Otrzymała wówczas imię Floryda. Jej mistrzynią w czasie nowicjatu była św. Weronika Giuliani (+ 1727).
    W zakonie Floryda doświadczyła wyjątkowych przeżyć mistycznych. Pracowała w kuchni i infirmerii, pełniąc proste obowiązki. Z czasem została asystentką św. Weroniki, a po jej śmierci w 1727 r. wybrano ją ksienią. Urząd ten pełniła do śmierci. Pozostawiła też liczne poruszające pisma, w których przekazała opis swoich przeżyć duchowych. W klasztorze i poza nim była poszukiwaną doradczynią i przewodniczką w sprawach duchowych. Gdy w 1758 r. w mieście wybuchły zamieszki po śmierci papieża Benedykta XIV, poproszono ją o interwencję.
    Zmarła 12 czerwca 1767 r. w Citta di Castello i została pochowana w kościele klasztornym. Po dziś dzień istnieje tam jej bardzo silny kult. 16 maja 1993 r. została ogłoszona błogosławioną.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 czerwca

    Święty Bernard z Menthon, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Jolenta, księżna, zakonnica
      •  Święty Wit, męczennik
      •  Święta Maria Michalina od Najświętszego Sakramentu, dziewica
    ***
    Święty Bernard z Menthon
    Bernard (nazywany Bernardem z Menthon, z Aosty lub z Mont-Joux) urodził się około roku 996 w Menthon w Sabaudii (południowo-wschodnia Francja), w rodzinie szlacheckiej. Był krewnym burgundzkiej królowej Ermengardy. Po studiach w Paryżu, gdzie zgłębiał filozofię i prawo, przybył do doliny Aosty w diecezji Novara (Piemont w północno-zachodnich Włoszech). Był archidiakonem. Podejmował działalność charytatywną wśród górali oraz pielgrzymów. W Alpach założył dwa schroniska na przełęczach, zwane od jego imienia Wielkim i Małym Bernardem (około roku 1050). Schroniska w tych niebezpiecznych miejscach służyły przedostającym się przez Alpy w pobliżu Mont Joux podróżnym, wśród których było wielu pielgrzymów. Zakonnicy otoczyli wędrowców opieką. Pomagały im specjalnie szkolone psy, nazwane od opiekunów bernardynami.
    Wiosną 1081 r. Bernard udał się do Pawii, by podjąć się mediacji między cesarzem Henrykiem IV a papieżem Grzegorzem VII. W drodze powrotnej zmarł w Novara 15 czerwca 1081 r. Jego relikwie spoczywają w katedrze w Novara. Jest patronem alpinistów i górali alpejskich, turystów, narciarzy i ratowników górskich.
    Czczony był w Piemoncie już w XII w. Został ogłoszony świętym w 1123 r. przez biskupa Ryszarda z Novary. Oficjalnie do martyrologium rzymskiego wpisał go papież Innocenty XI w 1681 r. Pius XI w roku 1923 wydał list apostolski o kulcie św. Bernarda.
    W ikonografii przedstawia się św. Bernarda w habicie benedyktyńskim. Jego atrybutami są: krzyż w kształcie laski, laska alpejska, pies bernardyński, narty, toporek, szatan w łańcuchach lub o czterech głowach.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    Bernard z Aosty

    Do niedawna nazywano go najczęściej Bernardem z Menthon. Tak uczynił również Pius XI, gdy w r. 1923 ogłaszał go patronem górali alpejskich i alpinistów. Ale ten wielki papież, który przed swym pontyfikatem był nie tylko doskonałym alpinistą, ale także wnikliwym badaczem i historykiem, wyposażonym w subtelny zmysł krytyczny, zaznaczył od razu, iż w dziejach naszego Bernarda jest jeszcze wiele rzeczy niedostatecznie wyjaśnionych. Niektóre są już dziś oczywistsze. W ślad za sabaudzką tradycją rękopiśmienną utrzymywano, że Bernard pochodził z sabaudzkiego Menthon-Saint-Bernard, nad jeziorem Annecy. Tymczasem starsze przekazy hagiograficzne, reprezentujące tradycję włoską, pozwoliły ustalić, iż w rzeczywistości pochodził z okręgu Aosty (płn. Włochy). Tam też był potem archidiakonem i rozwijał działalność charytatywną. Zwłaszcza koncentrował się na trosce około zaniedbanych górali oraz pielgrzymów i podróżnych, których wówczas często napadali madziarscy lub saraceńscy rozbójnicy. To właśnie Bernardowi zawdzięcza swe powstanie hospicjum na Montjoux (Mons Jovis), zwane dziś Wielkim Świętym Bernardem, a może także hospicjum na Colonne-Joux (Columna Iovis, dziś Mały Święty Bernard); powstanie tego ostatniego nie jest jeszcze dostatecznie wyjaśnione. Jedno i drugie obsługiwane jest przez kanoników reguły św. Augustyna (Congregatio ss. Nicolai et Bernardi Montis Iovis). Było to zapewne zrazu na wpół świeckie bractwo, które z czasem przyjęło statuty kanonickie, w wieku XVII zaś dołączyło do kanoników lateraneńskich. Po dziś dzień stanowi z nimi jedną federację zakonną. Bernard zmarł w r. 1081. Relikwie spoczywają w Novarze (płn.-wsch. Piemont, Włochy). Pamiątkę obchodziło się w różnych dniach (16 maja, 1 listopada), obecnie jednak w dniu 15 czerwca, który ma za sobą najlepsze świadectwa.

    Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    14 czerwca

    Błogosławiony Michał Kozal, biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Metody Wyznawca, patriarcha
      •  Błogosławiony Gerard z Clairvaux, mnich
      •  Elizeusz, prorok
    ***
    Błogosławiony Michał Kozal

    Michał Kozal urodził się 25 września 1893 r. w Nowym Folwarku pod Krotoszynem. Był synem Jana, oficjalisty dworskiego, i Marianny z Płaczków. Po ukończeniu szkoły podstawowej, a później gimnazjum w Krotoszynie, wstąpił w 1914 roku do seminarium duchownego w Poznaniu, gdzie ukończył tzw. kurs teoretyczny. Ostatni rok studiów, zwany praktycznym, ukończył w Gnieźnie. Tam też otrzymał święcenia kapłańskie w dniu 23 lutego 1918 roku. Planował, że podejmie studia specjalistyczne, ale po nagłej śmierci ojca musiał zapewnić utrzymanie matce i siostrze. Był wikariuszem w różnych parafiach. Odznaczał się gorliwością w prowadzeniu katechizacji, wiele godzin spędzał w konfesjonale, z radością głosił Słowo Boże, dużo się modlił. Był wyrozumiały, uczynny i miłosierny wobec wiernych.
    W uznaniu dla jego gorliwej posługi kapłańskiej i wiedzy zdobytej dzięki samokształceniu, kardynał August Hlond mianował go w 1927 ojcem duchownym seminarium w Gnieźnie. Okazał się doskonałym przewodnikiem sumień przyszłych kapłanów. Alumni powszechnie uważali go za świętego męża. Dwa lata później został powołany na stanowisko rektora seminarium. Obowiązki pełnił do roku 1939, kiedy Pius XI mianował go biskupem pomocniczym diecezji włocławskiej i biskupem tytularnym Lappy (na Krecie). Konsekrację biskupią otrzymał 13 sierpnia 1939 roku z rąk księdza biskupa Karola Radońskiego w katedrze włocławskiej.
    We wrześniu 1939 roku nie opuścił swojej diecezji, którą zarządzał po wyjeździe z kraju biskupa diecezjalnego. Jego nieustraszona, pełna poświęcenia postawa stała się wzorem zarówno dla duchowieństwa, jak i dla ludzi świeckich. Niemcy aresztowali go 7 listopada 1939 roku. Najpierw wraz z alumnami seminarium i kapłanami został osadzony w więzieniu we Włocławku. Od stycznia 1940 r. do 3 kwietnia 1941 r. internowano go w klasztorze księży salezjanów w Lądzie nad Wartą. Po wywiezieniu z Lądu, więziony był w obozach w Inowrocławiu, Poznaniu, Berlinie, Halle, Weimarze i Norymberdze. Wszędzie ze względu na swoją niezłomną postawę, rozmodlenie i gorliwość kapłańską doznawał szczególnych upokorzeń i prześladowań.
    Od lipca 1941 roku był więźniem obozu w Dachau, gdzie tak jak inni kapłani pracował ponad siły. Doświadczał tu wyrafinowanych szykan, ciesząc się w duchu, że “stał się godnym cierpieć zelżywości dla imienia Jezusowego”. Chociaż sam był głodny i nieraz opuszczały go siły, dzielił się swoimi racjami żywnościowymi ze słabszymi od siebie, potrafił oddać ostatni kęs chleba klerykom. Odważnie niósł posługę duchową chorym i umierającym, a zwłaszcza kapłanom. W styczniu 1943 roku ciężko zachorował na tyfus; gdy był już zupełnie wycieńczony, przeniesiono go na osobny “rewir”.
    26 stycznia 1943 roku został uśmiercony zastrzykiem z fenolu. Umarł w zjednoczeniu z Chrystusem ukrzyżowanym. Mimo prób ocalenia jego ciała przez więźniów, zostało ono spalone w krematorium. Po bohaterskiej śmierci sława świętości biskupa Kozala utrwaliła się wśród duchowieństwa i wiernych, którzy prosili Boga o łaski za jego wstawiennictwem. Zaraz po wojnie zaczęto zabiegać o beatyfikację. Św. Jan Paweł II podczas uroczystej Mszy świętej 14 czerwca 1987 roku w Warszawie przed Pałacem Kultury i Nauki – zamykającej II Krajowy Kongres Eucharystyczny – dokonał beatyfikacji biskupa Michała Kozala. Papież powiedział w homilii: “Tę miłość, którą Chrystus mu objawił, biskup Kozal przyjął w całej pełni jej wymagań. Nie cofnął się nawet przed tym najtrudniejszym: «Miłujcie waszych nieprzyjaciół» (Mt 5, 44). Niech będzie jednym jeszcze patronem naszych trudnych czasów, pełnych napięcia, nieprzyjaźni i konfliktów. Niech będzie wobec współczesnych i przyszłych pokoleń świadkiem tego, jak wielka jest moc łaski Pana naszego Jezusa Chrystusa – Tego, który «do końca umiłował»”.
    W ikonografii bł. Michał przedstawiany jest w stroju biskupim lub w pasiaku więziennym. Jego atrybutami są: mitra, fioletowy trójkąt i numer obozowy 24544.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________________

    Biskup zamęczony w Dachau – bł. Michał Kozal

    Biskup zamęczony w Dachau - bł. Michał Kozal

     Bł. Michał Kozal, biskup/www.gimnazjumbialoslwie.pl.

    ***

    “Niech będzie on jeszcze jednym patronem naszych trudnych czasów, pełnych napięcia, nieprzyjaźni i konfliktów. Niech będzie wobec współczesnych i przyszłych pokoleń świadkiem tego, jak wielka jest moc łaski Pana naszego Jezusa Chrystusa – Tego, który do końca umiłował” – mówił Ojciec Święty Jan Paweł II ogłaszając w roku 1987 biskupa Michała Kozala błogosławionym.

    Jeden z tysięcy

    Zwyczajna wierność w sytuacji ekstremalnej staje się czymś nadzwyczajnym.

    W mojej pamięci pozostało na zawsze spotkanie z bp. Kozalem. Wyróżniał się zrównoważeniem, pogodą ducha. Jego świadectwo wiary jeszcze bardziej podnosiło na duchu takiego młodego kapłana jak ja i utwierdzało w trwaniu na tej drodze męczeństwa – wspominał bp Ignacy Jeż, który cudem przeżył obóz w Dachau.

    Przez ten centralny niemiecki ośrodek niszczenia duchownych przewinęło się 2791 księży 21 narodowości, w tym 1640 Polaków. „Obok strasznych przeżyć były też wspaniałe bohaterskie przeżycia wielu polskich kapłanów. Człowiek, patrząc na te świadectwa, budował się wewnętrznie” – pisał bp Jeż… Michał Kozal urodził się 25 września 1893 r. w Nowym Folwarku pod Krotoszynem. Skończył Seminarium Duchowne w Poznaniu, święcenia kapłańskie przyjął w Gnieźnie w 1918 roku. Pracował jako wikary i katecheta, ojciec duchowny seminarium w Gnieźnie, później jego rektor. Pius XI mianował go biskupem pomocniczym diecezji włocławskiej. Konsekracja odbyła się 13 sierpnia 1939 roku.

    Siedemnaście dni później wybuchła wojna. Ordynariusz Włocławka bp Karol Radoński opuścił miasto, bp Michał pozostał ze swoimi. Hitlerowcy aresztowali go 7 listopada 1939 roku. Więziono go w różnych miejscach, aż w lipcu 1941 roku trafił do Dachau jako numer 24544. Tam zachorował na tyfus i 26 stycznia 1943 roku został dobity zastrzykiem z trucizną. Ciało zostało spalone w krematorium.

    Jan Paweł II ogłosił bp. Kozala błogosławionym 14 czerwca 1987 roku w Warszawie. W homilii papież powiedział o nim: „Jeden z tysięcy!”. W domyśle jeden z tysięcy zamordowanych z nienawiści do wiary. Jeden z tych, w których objawiła się „władza miłości – przeciw obłędowi przemocy, zniszczenia, pogardy i nienawiści”. W 1999 roku Jan Paweł II beatyfikował kolejnych. Tym razem już 108 męczenników II wojny (wśród nich jest proboszcz mojej rodzinnej parafii w Katowicach, ks. Emil Szramek).

    Niedawno w Tarnowie sporządzono Księgę Pamięci z nazwiskami duchownych zabitych przez hitlerowców, komunistów i na misjach – 2947 osób. W życiorysie bp. Kozala, a pewnie i innych ofiar, nie ma niczego nadzwyczajnego. Jest TYLKO solidna wierność powołaniu. Na co dzień. Także w sytuacji ekstremalnej, w piekle na ziemi. Wtedy ta zwyczajna wierność staje się czymś nadzwyczajnym. Wtedy inaczej patrzymy na owo „tylko”.

    autor tekstu “Jeden z tysięcy” – ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 czerwca

    Święty Antoni z Padwy,
    prezbiter i doktor Kościoła




    Ferdynand Bulonne urodził się w Lizbonie w 1195 r. Pomiędzy 15. a 20. rokiem życia wstąpił do Kanoników Regularnych św. Augustyna, którzy mieli swój klasztor na przedmieściu Lizbony. Spędził tam dwa lata, po czym przeniósł się do klasztoru w Coimbrze, które to miasto, obok Lizbony, było drugim, najważniejszym ośrodkiem życia religijnego i kulturalnego kraju. Tam zdobył gruntowne wykształcenie teologiczne i w roku 1219 otrzymał święcenia kapłańskie.
    W rok potem Ferdynand był świadkiem pogrzebu pięciu franciszkanów zamordowanych przez mahometan w Maroko. Przy tej okazji po raz pierwszy usłyszał o duchowych synach św. Franciszka z Asyżu i natychmiast wstąpił do nich w Olivanez, gdzie osiedlili się przy kościółku św. Antoniego Pustelnika. Z tej okazji Ferdynand zmienił swoje imię na Antoni. Zapalony duchem męczeńskiej ofiary, postanowił udać się do Afryki, by tam oddać swoje życie dla Chrystusa. Jednak plany Boże były inne. Antoni zachorował śmiertelnie i musiał wracać do ojczyzny. Jednakże na Morzu Śródziemnym zastała go burza i zapędziła jego statek na Sycylię. W roku 1221 odbywała się w Asyżu kapituła generalna nowego zakonu. Antoni udał się tam i spotkał się ze św. Franciszkiem (+ 1226). Po skończonej kapitule oddał się pod władzę brata Gracjana, prowincjała Emilii i Romanii, który mu wyznaczył erem w Montepaolo w pobliżu Forli. Czas tam spędzony Antoni wykorzystał na pogłębienie życia wewnętrznego i dla swoich studiów. Ze szczególnym zamiłowaniem zagłębiał się w Pismo święte. Równocześnie udzielał pomocy duszpasterskiej i kaznodziejskiej. Sława jego kazań dotarła niebawem do brata Eliasza, następcy św. Franciszka. Ten ustanowił go generalnym kaznodzieją zakonu.
    Odtąd Antoni przemierzał miasta i wioski, nawołując do poprawy życia i pokuty. Dar wymowy, jego niezwykle obrazowy i plastyczny język, ascetyczna postawa, żar i towarzyszące mu cuda gromadziły przy nim tak wielkie tłumy, że musiał głosić kazania na placach, gdyż żaden kościół nie mógł pomieścić słuchaczy. W latach 1225-1227 udał się z kazaniami do południowej Francji, gdzie z całą mocą zwalczał szerzącą się tam herezję katarów (albigensów). Kiedy powrócił do Italii, na kapitule generalnej został wybrany ministrem (prowincjałem) Emilii i Mediolanu. W tym czasie napisał Kazania niedzielne. W roku 1228 udał się do Rzymu, by załatwić pilne sprawy swojej prowincji. Z tej okazji papież Grzegorz IX zaprosił go z okolicznościowym kazaniem. Wywarło ono na papieżu tak silne wrażenie, że nazwał Antoniego “Arką Testamentu”. Papież polecił mu wówczas, by wygłaszał kazania do tłumów pielgrzymów, którzy przybywali do Rzymu. Na prośbę kardynała Ostii Antoni napisał Kazania na święta. Wygłosił tam także kazania wielkopostne.
    Po powrocie do swojej prowincji udał się do Werony, gdzie władcą był znany z okrucieństw i tyranii książę Ezelin III. Był on zwolennikiem cesarza i w sposób szczególnie okrutny mścił się na zwolennikach papieża. Do niego wtedy należała także Padwa. Antoni wiedział, że naraża własne życie, miał jednak odwagę powiedzieć władcy prawdę. Ku zdumieniu wszystkich tyran nie śmiał go tknąć i wypuścił cało.

    Święty Antoni z Padwy

    Antoni obdarzony był wieloma charyzmatami – miał dar bilokacji, czytania w ludzkich sumieniach, proroctwa. Wykładał filozofię na uniwersytecie w Bolonii. W roku 1230 na kapitule generalnej zrzekł się urzędu prowincjała (ministra) i udał się do Padwy. Był zupełnie wycieńczony, zachorował na wodną puchlinę. Opadając z sił, zatrzymał się w klasztorku w Arcella, gdzie przy śpiewie O gloriosa Virginum wieczorem w piątek, 13 czerwca 1231 roku, oddał Bogu ducha mając zaledwie 36 lat.
    Jego pogrzeb był wielką manifestacją. Pochowano go w Padwie w kościółku Matki Bożej. W niecały rok później, 30 maja 1232 roku, papież Grzegorz IX zaliczył go w poczet świętych. O tak rychłej kanonizacji zadecydowały rozliczne cuda i łaski, jakich wierni doznawali na grobie św. Antoniego. Komisja papieska stwierdziła w tak krótkim czasie 5 uzdrowień z paraliżu, 7 wypadków przywrócenia niewidomym wzroku, 3 głuchym słuchu, 2 niemym mowy, uzdrowienie 2 epileptyków i 2 wypadki wskrzeszenia umarłych. Kult św. Antoniego rozszedł się po całym świecie bardzo szybko. Grzegorz IX bullą Cum iudicat w 1233 roku wyznaczył dzień jego dorocznej pamiątki na 13 czerwca. Sykstus V w 1586 r. włączył jego święto do kalendarza powszechnego Kościoła. Na życzenie króla Hiszpanii Filipa V Innocenty XIII w roku 1722 ustanowił 13 czerwca świętem dla całej Hiszpanii i podległej jej wówczas Ameryki Południowej. W Padwie zainicjowano praktykę czczenia w każdy piątek śmierci św. Antoniego i we wtorek jego pogrzebu. W 1946 r. Pius XII ogłosił go doktorem Kościoła.
    Św. Antoni Padewski jest patronem zakonów: franciszkanów, antoninek oraz wielu bractw; Padwy, Lizbony, Padeborn, Splitu; dzieci, górników, małżeństw, narzeczonych, położnic, ubogich, podróżnych, ludzi i rzeczy zaginionych. Na miejscu grobu św. Antoniego – Il Santo – wznosi się potężna bazylika, jedno z najbardziej popularnych sanktuariów w Europie. Przeprowadzone w 1981 r. badania szczątków Świętego ustaliły, że miał 190 cm wzrostu, pociągłą twarz i ciemnobrązowe włosy. Na kolanach wykryto cienkie pęknięcia, spowodowane zapewne długim klęczeniem.
    W ikonografii św. Antoni przedstawiany jest w habicie franciszkańskim; nieraz głosi kazanie, czasami trzyma Dziecię Jezus, które mu się według legendy ukazało (podobnie jedynie legendą jest jego kazanie do ryb czy zniewolenie muła, żeby oddał cześć Najświętszemu Sakramentowi, by w ten sposób zawstydzić heretyka). Jego atrybutami są: księga, lilia, serce, ogień – symbol gorliwości, bochen chleba, osioł, ryba.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Św. Antoni z Padwy

    (Oprac. GS/PCh24.pl)

    ***

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 10.02.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Dwa tygodnie temu przedstawiłem postać św. Franciszka z Asyżu. Dziś chciałbym omówić postać innego świętego, który należy do pierwszego pokolenia braci mniejszych: Antoniego z Padwy lub — jak również jest nazywany — z Lizbony, bo w tym mieście się urodził. Jest to jeden z najbardziej popularnych świętych w całym Kościele katolickim, czczony nie tylko w Padwie, gdzie została wzniesiona wspaniała bazylika, w której są przechowywane jego śmiertelne szczątki, ale w całym świecie. Wierni otaczają miłością obrazy i figury przedstawiające go z lilią, symbolem czystości, albo z Dzieciątkiem Jezus na ręku — na pamiątkę cudownego objawienia, o którym mówią pewne źródła pisane.

    Antoni przyczynił się znacznie do rozwoju duchowości franciszkańskiej dzięki swojej wyjątkowej inteligencji, równowadze, gorliwości apostolskiej, a głównie mistycznej żarliwości.

    Urodził się w Lizbonie w rodzinie szlacheckiej ok. 1195 r. Na chrzcie otrzymał imię Fernando. Wstąpił do zakonu kanoników żyjących według reguły monastycznej św. Augustyna, przebywał najpierw w klasztorze św. Wincentego w Lizbonie, a następnie Świętego Krzyża w Coimbrze, słynnym portugalskim ośrodku kulturalnym. Z zainteresowaniem i zaangażowaniem oddawał się studiowaniu Biblii oraz ojców Kościoła, zdobywając wiedzę teologiczną, którą wykorzystał w nauczaniu i przepowiadaniu Słowa. W Coimbrze miało miejsce wydarzenie, które wywarło decydujący wpływ na jego życie: w 1220 r. wystawiono tam relikwie pierwszych pięciu misjonarzy franciszkańskich, którzy udali się do Maroka i ponieśli śmierć męczeńską. Na młodym Fernandzie fakt ten wywarł tak silne wrażenie, że zapragnął pójść w ich ślady na drodze doskonałości chrześcijańskiej. Poprosił wówczas o pozwolenie na opuszczenie kanoników augustiańskich, by wstąpić do braci mniejszych. Jego prośba została spełniona, przyjął imię Antoni i wyruszył w podróż do Maroka, ale Opatrzność Boża rozporządziła inaczej. Zachorował i musiał wrócić do Włoch. W 1221 r. uczestniczył w wielkiej «kapitule namiotów» w Asyżu, gdzie spotkał się także ze św. Franciszkiem. Następnie przez pewien czas przebywał w całkowitym ukryciu w klasztorze w pobliżu Forlě w północnych Włoszech, gdzie Pan powołał go do innej misji. Gdy zbiegiem okoliczności poproszono go o wygłoszenie kazania z okazji święceń kapłańskich, wykazał się taką wiedzą i elokwencją, że przełożeni polecili mu zająć się kaznodziejstwem. Działalność apostolska, jaką rozpoczął wówczas we Włoszech i Francji, była tak intensywna i skuteczna, że powróciło do Kościoła wiele osób, które od niego przedtem się oddaliły. Antoni był także jeśli nie pierwszym, to jednym z pierwszych nauczycieli teologii zakonu braci mniejszych. Zaczął nauczać w Bolonii z błogosławieństwem św. Franciszka, który w uznaniu cnót Antoniego wysłał mu krótki list, rozpoczynający się od słów: «Chcę, byś nauczał braci teologii». Antoni stworzył podstawy teologii franciszkańskiej, którą rozwijali następnie inni wybitni myśliciele, a osiągnęła ona najwyższe szczyty w św. Bonawenturze z Bagnoregio i bł. Dunsie Szkocie.

    Po wyborze na przełożonego prowincji braci mniejszych we Włoszech nadal pełnił posługę kaznodziei, łącząc ją ze sprawowaniem nowego urzędu. Po złożeniu urzędu prowincjała zamieszkał pod Padwą, którą znał z poprzednich pobytów. Niespełna rok później, 14 czerwca 1231 r., zmarł w pobliżu tego miasta. Padwa, która za życia przyjęła go serdecznie i z czcią, nadal otacza go miłością i nabożeństwem. Papież Grzegorz ix, który po wysłuchaniu jego kazania nazwał go «Arką Testamentu», kanonizował go w 1232 r., rok po śmierci, również dzięki licznym cudom, do jakich doszło za jego wstawiennictwem.

    W ostatnim okresie swego życia Antoni napisał dwa cykle «Kazań», zatytułowanych Kazania niedzielne (Sermones dominicales) oraz Kazania o Świętych (Sermones in solemnitatibus seu sanctorales), przeznaczone dla kaznodziejów oraz dla wykładowców studiów teologicznych zakonu franciszkańskiego. W Kazaniach tych komentuje fragmenty Pisma Świętego przedstawiane w liturgii, posługując się patrystyczno-średniowieczną interpretacją czterech znaczeń: literackiego bądź historycznego, alegorycznego bądź chrystologicznego, tropologicznego bądź moralnego oraz anagogicznego, które ukazuje (jako cel) życie wieczne. Dzisiaj odkrywamy na nowo, że owe znaczenia są wymiarami jedynego znaczenia Pisma Świętego i że słuszna jest interpretacja Pisma Świętego poprzez badanie czterech wymiarów jego słowa. Kazania św. Antoniego są tekstami teologiczno-homiletycznymi, odzwierciedlającymi żywe przepowiadanie, w którym św. Antoni przedstawia autentyczną drogę życia chrześcijańskiego. Kazania zawierają takie bogactwo nauki duchowej, że czcigodny papież Pius xii w 1946 r. ogłosił Antoniego doktorem Kościoła, nadając mu tytuł doctor evangelicus, ponieważ pisma te ukazują świeżość i piękno Ewangelii; jeszcze dzisiaj możemy je czytać z wielkim pożytkiem duchowym.

    Kazaniach św. Antoni mówi o modlitwie jako związku miłosnym, w którym człowiek pragnie ze słodyczą rozmawiać z Panem, a to rodzi niewymowną radość, która łagodnie ogarnia modlącą się duszę. Antoni przypomina nam, że do modlitwy potrzebna jest cisza, której nie należy utożsamiać z odcięciem się od zewnętrznych hałasów, lecz stanowi wewnętrzne doświadczenie, w którym przez usunięcie tego, co rodzą troski duszy i co rozprasza, dąży się do uzyskania ciszy w samej duszy. Zgodnie z nauczaniem tego wybitnego doktora franciszkańskiego, na modlitwę składają się cztery nieodzowne postawy, które łacina Antoniego definiuje w następujący sposób: obsecratio, oratio, postulatio, gratiarum actio. Można by je przetłumaczyć następująco: ufne otwarcie serca przed Bogiem, to pierwszy krok — nie wystarczy po prostu pojąć Słowo, ale w modlitwie trzeba otworzyć serce na obecność Boga; następnie powinienem rozmawiać z Nim serdecznie, dostrzegając Jego obecność we mnie; a następnie — co jest rzeczą bardzo naturalną — należy przedstawić Mu nasze potrzeby; w końcu wielbić Go i Mu dziękować.

    W tej nauce św. Antoniego o modlitwie dostrzegamy jeden z charakterystycznych rysów teologii franciszkańskiej, której był twórcą: ważną rolę odgrywa w niej miłość Boża, która przenika sferę uczuć, woli, serca i jest również źródłem duchowego poznania, przewyższającego wszystkie inne. Miłując bowiem, poznajemy.

    Pisze Antoni: «Miłość jest duszą wiary, czyni ją żywą; bez miłości wiara umiera» (Sermones dominicales et festivi II, Messaggero, Padova 1979, s. 37).

    Jedynie dusza, która się modli, może czynić postępy w życiu duchowym: oto ulubiony temat kazań św. Antoniego. Zna on dobrze ułomności ludzkiej natury, naszą podatność na grzech, dlatego nieustannie nawołuje do walki ze skłonnościami do chciwości, pychy, nieczystości i do praktykowania cnót ubóstwa i ofiarności, pokory i posłuszeństwa oraz czystości. Na początku xiii w., gdy rozwijały się miasta i rozkwitał handel, wzrastała też liczba osób niewrażliwych na potrzeby bliźnich. Z tego powodu Antoni wielokrotnie napominał wiernych, by myśleli o prawdziwym bogactwie, bogactwie serca, które sprawiając, że człowiek staje się dobry i sprawiedliwy, pozwala gromadzić to, co jest skarbem w niebie. «O bogacze — wzywa — stańcie się przyjaciółmi (…) biednych, przyjmijcie ich do swoich domów: to oni, ubodzy, przyjmą was później do wiecznych mieszkań, gdzie panuje pokój ze swoim pięknem, ufność i bezpieczeństwo, obfitość i spokój wiecznej sytości» (tamże, s. 29).

    Drodzy przyjaciele, czyż nie jest to bardzo ważne nauczanie również dzisiaj, kiedy kryzys finansowy i głębokie nierówności ekonomiczne powodują zubożenie wielu osób, co prowadzi do nędzy? W mojej encyklice Caritas in veritate przypominam: «Ekonomia (…) potrzebuje etyki dla swego poprawnego funkcjonowania; nie jakiejkolwiek etyki, lecz etyki przyjaznej osobie» (n. 45).

    Dla Antoniego, ucznia Franciszka, w centrum życia i myśli, działalności i przepowiadania jest zawsze Chrystus. Jest to drugi typowy rys teologii franciszkańskiej — chrystocentryzm. Z zapałem kontempluje ona i zachęca do kontemplowania tajemnic człowieczeństwa Pana, Jezusa Człowieka, a szczególnie tajemnicy narodzenia, Boga, który stał się Dziecięciem, oddał się w nasze ręce: tajemnicy budzącej miłość do Boga i wdzięczność za Jego dobroć.

    Boże Narodzenie, główny moment w dziejach miłości Chrystusa do ludzkości, z jednej strony, ale także wizja Ukrzyżowanego budzą w Antonim wdzięczność wobec Boga oraz szacunek dla godności osoby ludzkiej, wszyscy bowiem, wierzący i niewierzący, mogą odnaleźć w Ukrzyżowanym i Jego obrazie sens, który wzbogaca życie. Pisze św. Antoni: «Chrystus, który jest twoim życiem, wisi przed tobą, byś patrzył w krzyż jak w zwierciadło. Tam możesz poznać, jak śmiertelne były twoje rany, których żadne lekarstwo nie mogło uleczyć, a tylko krew Syna Bożego. Jeśli popatrzysz dobrze, będziesz sobie mógł zdać sprawę, jak wielka jest twoja ludzka godność i wartość. (…) W żadnym innym miejscu człowiek nie może sobie lepiej zdać sprawy ze swojej wartości niż w zwierciadle krzyża» (Sermones dominicales et festivi III, Messaggero, Padova 1979, ss. 213-214).

    Rozważając te słowa, możemy lepiej zrozumieć, jak ważny jest obraz Ukrzyżowanego w naszej kulturze, w naszym humanizmie, zrodzonym z wiary chrześcijańskiej. Właśnie wtedy, gdy patrzymy na krzyż, widzimy — jak mówi św. Antoni — wielkość godności ludzkiej i wartości człowieka. W żaden inny sposób nie można zrozumieć, ile wart jest człowiek, ponieważ to właśnie Bóg sprawia, że jesteśmy tacy ważni, widzi, że jesteśmy tak ważni, że zasługujemy na Jego cierpienie. Tym samym cała godność ludzka widoczna jest w zwierciadle Ukrzyżowanego, a z patrzenia na Niego zawsze rodzi się uznanie ludzkiej godności.

    Drodzy przyjaciele, oby św. Antoni z Padwy, tak bardzo czczony przez wiernych, wstawiał się za całym Kościołem, a zwłaszcza za tymi, którzy oddają się kaznodziejstwu. Prośmy Pana, aby pomógł nam nauczyć się nieco tej sztuki od św. Antoniego. Niech kaznodzieje, natchnieni jego przykładem, starają się łączyć rzetelną i zdrową naukę, szczerą i żarliwą pobożność ze skutecznym przekazem. W tym Roku Kapłańskim módlmy się, aby kapłani i diakoni skrupulatnie pełnili tę posługę głoszenia i przybliżania Słowa Bożego wiernym, zwłaszcza poprzez homilie wygłaszane podczas liturgii. Niech skutecznie ukazują one odwieczne piękno Chrystusa, jak zaleca Antoni: «Jeśli głosisz Jezusa, On przemienia twarde serca; jeśli Go wzywasz, osładza gorzkie pokusy; jeśli o Nim myślisz, oświeca ci serce; jeśli Go czytasz, syci twój umysł» (Sermones dominicales et festivi III, s. 59).

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 5/2010/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________

    Św. Antoni – kaznodzieja z drzewa orzechowego

    Sample

    fot. Wikipedia

    ***

    Podobno głosił kazania, siedząc w konarach orzechowego drzewa w pobliżu Padwy, gdzie dziś znajduje się niewielki kościółek Sant’Antonio di Noce. Kościół katolicki wspomina 13 czerwca w liturgii św. Antoniego Padewskiego – doktora Kościoła, jednego z najpopularniejszych świętych, patrona „od zagubionych osób i rzeczy” oraz ludzi ubogich. Dla franciszkanów jest to drugi co do ważności święty – po ich założycielu, św. Franciszku z Asyżu.

    Z osobą św. Antoniego łączy się wiele pięknych legend. Jedna z nich mówi, że kiedy głosił kazanie w Rimini nad Adriatykiem, z szeroko otwartymi pyszczkami słuchała go ogromna rzesza ryb. Do najpopularniejszych wspomnień dotyczących świętego należy „cud z Dzieciątkiem Jezus”, które szeroko uśmiechnęło się do świętego z kart Ewangelii. Dlatego wiele obrazów ukazuje św. Antoniego z czułością trzymającego na rękach małego Jezusa. Szczególnie wiele tego rodzaju opowiadań mają bardzo kochający „swego” świętego Włosi, mimo że Antoni pochodził nie z Włoch, ale z Portugalii, a do Padwy przybył na krótko przed śmiercią.

    Św. Antoni (Ferdynand Bulonne; po portugalsku Fernando Martins de Bulhões) urodził się ok. roku 1195 w zamożnej rodzinie w Lizbonie. W wieku 15 lat wstąpił do zakonu augustianów, gdzie otrzymał bardzo dobre wykształcenie teologiczne, ale nie pozostał u nich długo. W 1219 przyjął święcenia kapłańskie, a w rok później był świadkiem sprowadzenia do Coimbry – ówczesnej stolicy Portugalii – ciał pięciu misjonarzy, męczenników franciszkańskich z Maroka, którzy zginęli z rąk Saracenów, a których poznał rok wcześniej, gdy wybierali się na misje. Wtedy też zapragnął zostać misjonarzem i męczennikiem, postanowił więc wstąpić do zakonu franciszkanów w Coimbrze, gdzie przyjął imię zakonne – Antoni ku czci pustelnika z Egiptu z przełomu III i IV w., jednego z twórców życia zakonnego w chrześcijaństwie.

    Ale podjęta z wielkim entuzjazmem próba misji wśród Saracenów nie powiodła się; w gorącym klimacie Afryki młody zakonnik ciężko zachorował, a statek, którym powracał, zatrzymał się na Sycylii. Tam przyszły święty postanowił osiąść w pustelni franciszkańskiej, przypadek jednak sprawił, że szybko odkryto jego talent kaznodziejski. Antoni został więc wędrownym kaznodzieją. Wszędzie, gdzie się pojawiał, gromadziły się tłumy. Ponieważ kościoły nie mogły pomieścić wszystkich chętnych, przemawiał często pod gołym niebem. Jak głosi przekaz, potrafił przemawiać tak sugestywnie, że nieraz jeszcze w czasie kazania wyciągali do siebie ręce na znak zgody najzagorzalsi wrogowie.

    Kazania św. Antoniego były proste, przystosowane do zwyczajnych ludzi, a ich styl – plastyczny, niekiedy sarkastyczny. Piętnował pogoń za zbytkiem i skąpstwo. Był zaciekłym krytykiem warunków społecznych, nie omieszkał też krytykować niektórych duchownych. Ludzie wierzyli w to, co mówił, bo widzieli, że nie przemawia do nich pewny siebie urzędnik Kurii, lecz wędruje z miasta do miasta ubogi kaznodzieja. Był jednym z najbardziej cenionych mówców XIII wieku: miał dar wymowy, obdarzony był świetną pamięcią, szeroką wiedzą i silnym, czystym głosem. Z powodu tych cech nazywano go „młotem na heretyków”. Samym sobą uosabiał najlepiej to, co pragnął wpoić swoim uczniom: „Nasze życie jest pełne pięknych słów i puste, gdy chodzi o dobre dzieła (…) Dlatego zaklinam was: pozwólcie zamilknąć swoim ustom, a pozwólcie mówić czynom!”.

    Ten prosty kaznodzieja zakonny wydal się tak godnym zaufania św. Franciszka, że pod koniec 1223 poprosił on Antoniego, by wyjaśniał swoim współbraciom Pismo Święte i uczył sztuki kaznodziejskiej. Mianował go jednocześnie profesorem teologii, tym samym więc Antoni został pierwszym nauczycielem teologii u braci mniejszych. Odwiedzał domy zakonne w Arles, Tuluzie i Montpellier, a następnie w Bolonii i Padwie.

    Tak intensywny i nie oszczędzający się tryb życia szybko podkopał zdrowie przyszłego świętego i gdy w wieku 35 lat przybył on do Padwy, był już ciężko chory i zmęczony. Jego kazania wielkopostne, które głosił codziennie w wypełnionym po brzegi kościele, po raz kolejny odmieniły życie miasta. Do dziś jeszcze obowiązuje podjęta wtedy reforma kodeksu – „Codice statuario repubblicano di Padova”, wedle którego można zajmować mienie opieszałych dłużników, ale nie można ich aresztować.

    Tam też, a dokładniej w swym klasztorze w Arcelli koło Padwy zmarł 13 czerwca 1231, mając nieco ponad 35 lat. Pozostawił chrześcijanom dwa główne zadania: głoszenie Ewangelii i troskę o innych. Już w niespełna rok później – 30 maja 1232 ogłosił go świętym papież Grzegorz IX. Był to najkrótszy proces kanonizacyjny w nowożytnych dziejach Kościoła. W czasie kanonizacji odczytano opis 53 cudów, dokonanych za wstawiennictwem Antoniego. Do najbardziej znanych licznych pism teologicznych i kaznodziejskich, jakie po nim zostały, należą „Kazania niedzielne” i „Kazania o świętych”. Ze względu na zawarte w nich bogactwo duchowe 16 stycznia 1946 Pius XII ogłosił go doktorem Kościoła, obdarzając go tytułem „Doctor Evangelicus”.

    Do postaci św. Antoniego nawiązywał też w swoim nauczaniu Benedykt XVI. Podkreślał jego wkład w rozwój duchowości franciszkańskiej oraz to, że święty ten zdawał sobie sprawę ze słabości natury ludzkiej i skłonności do upadku. Głosił on szczególnie, iż tylko dusza, która się modli, może dokonać postępu w życiu duchowym. W jednej z katechez papież Ratzinger przypomniał, że na początku XIII wieku, w czasach odrodzenia miast i rozkwitu handlu, wzrastała liczba ludzi nieczułych na potrzeby biednych. Dlatego Antoni „wzywa wiernych do refleksji o prawdziwym bogactwie, to znaczy bogactwie serca, które czyniąc ludzi dobrymi i miłosiernymi, gromadzi skarby dla nieba”.

    W 2020 roku, z okazji 800 rocznicy franciszkańskiego powołania św. Antoniego, papież Franciszek skierował list do franciszkanów. Ojciec Święty życzył, aby to wydarzenie wzbudziło w nich „ten sam święty niepokój, który prowadził Antoniego po drogach świata, by słowem i czynem świadczyć o Bożej miłości”. ”
    „Jego przykład dzielenia się z ubogimi, a także jego zapał w obronie prawdy i sprawiedliwości, mogą również i dziś być zachętą do ofiarnego daru z siebie”, napisał Franciszek, zachęcając, szczególnie ludzi młodych, do zgłębiania tej postaci.

    Teresa Sotowska/Kai

    _____________________________________________________________________________________

    Antoni Padewski – święty od znajdowania rzeczy, a jeszcze bardziej ludzi

    To fenomen, że święty z głębokiego średniowiecza jest nieodmiennie tak popularny, jakby działał dzisiaj. Bo rzeczywiście działa.

    Antoni Padewski jest jednym z najczęściej wzywanych świętych w Kościele powszechnym.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    To było kilka lat temu. Ignacy podczas wakacji w Norwegii uczestniczył w wypadku drogowym. Policja zatrzymała jego prawo jazdy. – Mieli mi je przysłać do Polski, ale po miesiącu od mojego powrotu dokumentu nie było. Pytałem w wydziale komunikacji: nie ma. Zadzwoniłem do konsulatu. Konsul poinformował, że to załatwi – opowiada mężczyzna. Rzeczywiście niedługo później przyszła informacja, że prawo jazdy zostało wysłane kurierem. – Czekam jeden tydzień, drugi – nie ma. W wydziale powiedzieli mi, że chyba nic z tego nie będzie, bo po takim czasie to by już pocztą przyszło, a co dopiero kurierem. Postanowiłem zwrócić się z tym do św. Antoniego. Mówi się, że trzeba mu coś dać na biednych, więc obiecałem sporą kwotę, ale pomyślałem, że może trzeba zrobić jakąś przedpłatę – wspomina Ignacy. Pojechał więc do bazyliki franciszkanów w katowickich Panewnikach z zamiarem wrzucenia pieniędzy do skarbony stojącej niedaleko furty, przy figurze Antoniego. Już podchodził do niej, gdy zadzwonił telefon. Dzwoniła pani z wydziału komunikacji. „Przeszukaliśmy wszystko i nie ma tego dokumentu. Proszę się już więcej o to nie upominać” – usłyszał.

    – To było załamujące, ale postanowiłem, że skoro już tu przyjechałem, to zostawię tu te pieniądze. Zwróciłem się w myśli do Antoniego: „Ty jesteś większy niż ten problem” i wrzuciłem banknoty – relacjonuje. Odwrócił się, ruszył, a tu znów telefon, ta sama kobieta z wydziału komunikacji. „Nie wiem, jak to się stało, ale jednak jest to prawo jazdy! Znalazło się!” – powiedziała głosem pełnym niedowierzania.

    Ziomek

    Podobnych świadectw jest tak wiele, że nikt ich nie liczy. Święty Antoni jest tak skutecznym orędownikiem, że wierzą w niego nawet ci, którzy nie są pewni, czy wierzą w Boga. Pan Marek, na przykład, deklaruje się jako agnostyk, do kościoła nie zagląda, ale z „patronem rzeczy zagubionych” ma bliską relację. Usłyszał o nim od mamy w dzieciństwie, gdy jeszcze był wierzący. – Już wtedy wiedziałem, że zostaniemy ziomkami na całe życie – zaświadcza. Jak stwierdza, często prosi Antoniego o wstawiennictwo, i zapewnia, że on „naprawdę rozwiązywał już rzeczy kompletnie beznadziejne”. – Modlę się oczywiście po swojemu, na zasadzie „pomóż, ziomuś”, ale on praktycznie zawsze pomaga. Dziś udało mi się znaleźć wszystkie dokumenty i portfel – cieszy się. „Spróbujcie. Nawet ateiści i ci, co mają nie po drodze do kościoła, jak ja. W sumie to nic nie kosztuje, a ten post niech będzie podziękowaniem dla św. Antoniego za wstawiennictwo przez całe życie już od podstawówki” – zachęca znajomych na Facebooku.

    Zdaje się, że w przypadku pana Marka jego „ziomuś” chce mu pomóc odnaleźć zgubę dużo cenniejszą niż dokumenty… I może dlatego w tym wypadku pomoc Antoniego „nic nie kosztuje”. Oczywiście nie kosztuje też w każdej innej sytuacji, bo łaska Boża jest darmowa, ale gdy zwracają się do świętego ludzie głęboko wierzący, on lubi im sugerować, że dobrze by było wspomóc potrzebujących. I to nie z tego, co zbywa, ale tak, żeby ofiarodawca to poczuł. Jest to spójne z tym, co Antoni głosił za swoich ziemskich dni. Był franciszkaninem i jak święty Franciszek rozumiał istotę chrześcijańskiego ubóstwa. W swoich kazaniach często wzywał bogaczy, żeby stali się przyjaciółmi biednych. „Przyjmijcie ich do swoich domów: to oni, ubodzy, przyjmą was później do wiecznych mieszkań, gdzie panuje pokój ze swoim pięknem, ufność i bezpieczeństwo, obfitość i spokój wiecznej sytości” – zapewniał.

    Motyw pomocy biednym powtarza się w kontekście świętego z Padwy na każdym kroku. Ponad sto lat temu rozpowszechniło się dzieło pod nazwą „chleb św. Antoniego”, czyli składana do skarbon jałmużna dla ubogich powiązana z prośbą o pomoc do świętego. Skąd ta nazwa? Jest wiele świadectw cudów, jakie dokonał św. Antoni, z chlebem w tle. Jednym z nich jest wskrzeszenie małego synka mieszkanki Lizbony, który utopił się w miednicy z wodą. Dziecko ożyło w odpowiedzi na rozpaczliwe wołanie matki do św. Antoniego. Kobieta złożyła obietnicę, że ofiaruje ubogim tyle mąki, ile waży chłopiec. Od tamtej pory na pamiątkę cudu mieszkańcy portugalskiej stolicy 13 czerwca pieką chleby, które następnie rozdają potrzebującym.

    Nawet ryby

    Wskrzeszenia, uzdrowienia i inne nadzwyczajne łaski otrzymane za wstawiennictwem św. Antoniego to swoista norma, która ukształtowała się jeszcze za jego ziemskiego życia. Antoni miał m.in. dary bilokacji, proroctwa, potrafił czytać w ludzkich duszach. Był też znakomitym kaznodzieją. Kiedy nauczał, z powodu tłumów słuchaczy spotkania z nim musiały się odbywać pod gołym niebem, a i wtedy nieraz ludzie przybywali na miejsce spotkania wiele godzin wcześniej, żeby zająć lepsze miejsca. Zdarzało się, że jednorazowo słuchało go nawet 30 tys. osób.

    Gdy przemawiał na konsystorzu w Rzymie, w obecności papieża i kardynałów, a także ludzi przeróżnych narodowości, powtórzył się cud pięćdziesiątnicy. „Spłomieniony Duchem Świętym wykładał słowo Boże tak dobitnie, tak pobożnie, tak przenikliwie, tak słodko, tak jasno, tak mądrze, że wszyscy obecni na konsystorzu, acz różnych byli języków, rozumieli jasno i wyraźnie wszystkie jego słowa, jakby mówił językiem każdego z nich” – czytamy w „Kwiatkach św. Franciszka”. Widząc to, zdumiony papież miał się wyrazić o Antonim: „Zaprawdę, ten jest Arką Przymierza i skrzynią Pisma Świętego”.

    Zupełną sensacją za życia Antoniego było jego kazanie do ryb. Miało to miejsce w Rimini, gdzie w tamtych czasach zamieszkiwało wielu członków sekty katarów. U nich zakonnik nie znalazł posłuchu, więc stanął w miejscu, gdzie rzeka Marecchi wpływa do Adriatyku, i zaczął przemawiać: „Słuchajcie słowa Bożego, ryby morskie i rzeczne, bowiem heretycy niewierni nie chcą go słuchać”. Wtedy to z wody miało wychylić głowy mnóstwo jej mieszkańców. Wyglądało to tak, jakby ryby rzeczywiście nasłuchiwały świętego, który błogosławił Boga w stworzeniach, które powołał do życia. Zdarzenie to wstrząsnęło mieszkańcami Rimini, także katarami, którzy „skruszeni w sercu padli do nóg Antoniego, by słuchać jego słowa”. Pod wpływem jego mów wszyscy oni wrócili do prawdziwej wiary w Chrystusa.

    Święty Antoni ostro piętnował chciwość, wzywał do pokuty i wyzbycia się pychy. Było w jego słowach coś takiego, że ludzie autentycznie się nawracali. Darowali długi swoim dłużnikom, a lichwiarze wynagradzali tych, których skrzywdzili. Uwalniano więźniów, a zaprzysięgli wrogowie na oczach wszystkich rzucali się sobie w objęcia. Pod wpływem kazań Antoniego tak wielu chciało się spowiadać, że liczni duchowni, rozgrzeszając przez cały dzień, nie mieli czasu nawet się posilić.

    Święty powszechny

    Antoni zmarł w piątek 13 czerwca 1231 roku, w wieku 36 lat. Pochowano go w kościółku Matki Bożej w Padwie. Świętym ogłoszono go już niespełna rok później – była to najszybsza kanonizacja w dziejach Kościoła. Papież nie miał wątpliwości – świętość Antoniego potwierdzały liczne cuda dziejące się przy jego grobie. W krótkim czasie komisja papieska stwierdziła 5 uzdrowień z paraliżu, 7 przypadków odzyskania wzroku przez niewidomych, odzyskanie słuchu u 3 głuchych, a mowy u 2 niemych, uzdrowienie 2 epileptyków i 2 wskrzeszenia umarłych.

    I tak już zostało. Antoni przez wszystkie wieki, które upłynęły od jego śmierci, nie ustaje w czynieniu cudów. Jest najczęściej wzywanym świętym w całym Kościele powszechnym. Nic dziwnego, że Leon XIII nazwał go „świętym całego świata”. Prawie nie ma kościoła, w którym nie byłoby jakiegoś wizerunku tego świętego.

    Nie ma w tym nic z bałwochwalstwa. Antoni zawsze wskazywał na Chrystusa i robi to ciągle. Całe jego nauczanie koncentrowało się wokół miłości, jaka płynie z ofiary Zbawiciela.

    „Chrystus, który jest twoim życiem, wisi przed tobą, byś patrzył w krzyż jak w zwierciadło. Tam możesz poznać, jak śmiertelne były twoje rany, których żadne lekarstwo nie mogło uleczyć, a tylko krew Syna Bożego. Jeśli popatrzysz dobrze, będziesz sobie mógł zdać sprawę, jak wielka jest twoja ludzka godność i wartość. (…) W żadnym innym miejscu człowiek nie może sobie lepiej zdać sprawy ze swojej wartości niż w zwierciadle krzyża” – pisał.

    Antoni zrobił wiele, i wciąż robi, żeby ludzie zbliżyli się do Zbawiciela i Go pokochali – i to jest właściwa przyczyna jego nieustającej aktywności. I wiecznie aktualne będą jego słowa: „Jeśli głosisz Jezusa, On przemienia twarde serca; jeśli Go wzywasz, osładza gorzkie pokusy; jeśli o Nim myślisz, oświeca ci serce; jeśli Go czytasz, syci twój umysł”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ___________________________________________________________________________________________

    Dlaczego dawniej pisało się na listach „SAG”?

    Ma to związek ze św. Antonim z Padwy

    Skrót "SAG" na listach

    fot. alexkar08 / Shutterstock / Domena Publiczna/ grafika Aleteia

    ***

    Podtrzymywanie tego wielowiekowego zwyczaju warto rozważyć także dzisiaj przy wysyłaniu paczek i listów.

    W katolicyzmie wspaniałą rzeczą jest niezliczona liczba ciekawych tradycji. Jeden z takich zwyczajów, niedawno przypomniany na Instagramie przez retrograde.convert, to umieszczanie skrótu „SAG” na listach. To ciekawe połączenie wiary we wstawiennictwo świętych i nowoczesnej komunikacji.

    Poniższy post (w języku angielskim) na Instagramie wyjaśnia, dlaczego katolicy dawniej pisali „SAG” na odwrocie kopert, dając w ten sposób wyraz nadziei, że ich listy bezpiecznie dotrą do celu.

    Dzisiaj wszyscy (a zwłaszcza młodsze pokolenia) jesteśmy przyzwyczajeni do skrótów, więc pewno nikogo nie zdziwi informacja, że te trzy litery to skrót. Oznacza on świętego Antoniego Przewodnika (łac. sanctus Antonius Gubernator, hiszp.: san Antonio Guía, ang. saint Anthony Guide).

    Wzywanie patrona rzeczy zagubionych, św. Antoniego z Padwy, wydaje się całkiem dobrym pomysłem także dzisiaj, kiedy korzystamy z poczty i firm kurierskich, które dosyć często gubią nasze przesyłki.

    Trzywiekowa tradycja

    W poście wyjaśniono ten zwyczaj, odwołując się do biografii św. Antoniego z Padwy napisanej przez Fernando Garzóna.

    Wszystko zaczęło od zdarzenia, które miało miejsce w 1729 roku, kiedy to pewna żona kilkukrotnie próbowała skontaktować się listownie ze swoim mężem, który jako kupiec podróżował z Hiszpanii do Peru. Nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi na swoje listy, zaniepokojona napisała list i umieściła go przy figurze Antoniego Padewskiego. Po kilku dniach i wielu modlitwach do świętego udała się do kościoła i znalazła pod figurą zaadresowany do niej list od męża i pieniądze. List jest faktycznie przechowywany w klasztorze franciszkanów w Oviedo. Przetłumaczmy go z hiszpańskiego:

    „Moja Najdroższa Żono!

    Od dawna czekałem na list od Ciebie i byłem bardzo zmartwiony i zaniepokojony brakiem wiadomości. Ale w końcu nadszedł Twój list i sprawił mi radość. Przyniósł mi go ojciec franciszkanin. Skarżysz się, że pozostawiłem Twoje listy bez odpowiedzi. Zapewniam cię, że nie otrzymałem żadnego. Myślałem, że umarłaś, więc możesz sobie wyobrazić moją radość z nadejścia Twojego listu. Odpowiadam ci teraz przez tego samego zakonnika i wysyłam Ci trzysta złotych koron, które powinny Ci wystarczyć na utrzymanie aż do mojego rychłego powrotu.

    W nadziei, że wkrótce będę z Tobą, modlę się do Boga za Ciebie i polecam Cię mojemu drogiemu patronowi św. Antoniemu. Gorąco pragnę, abyś nadal przesyłała mi wieści o sobie.
    Pozdrawiam Cię serdecznie!

    Antonio Dante”.

    Kiedy rozeszła się wieść o tym zdarzeniu, inni katolicy również zaczęli się uciekać do orędownictwa św. Antoniego dodając „SAG” do swoich listów. I tak narodziła się tradycja.

    Później Gildia Świętego Antoniego z amerykańskiego Patterson z New Jersey (a nie z Nowego Jorku – jak napisano w poście) wyprodukowała znaczki z napisem „SAG” – takie jak ten, który można zobaczyć na początku artykułu. Sprytny zabieg marketingowy, nieprawdaż?

    „SAG” na listach – albo w mailach

    Dzisiaj wprawdzie piszemy mniej listów niż kiedyś, ale być może warto podtrzymać ten zwyczaj np. przy wysyłaniu e-maili i przesyłek kurierskich?

    Ci z nas, którzy wysyłają dużo maili, mogliby też zwracać się z prośbą o pomoc np. do błogosławionego (a wkrótce świętego) Carlo Acutisa, znanego z umiejętności obsługi komputera i internetu. Możemy go prosić, żeby informacja dotarła do właściwej osoby i żebyśmy otrzymali odpowiedź, jakiej oczekujemy. Można podpisywać swoje e-maile imieniem i nazwiskiem, a pod spodem dodawać „BCP” (błogosławiony Carlo Przewodnik), a za jakiś czas, kiedy odbędzie się już kanonizacja – „ŚCP”.

    Cerith Gardiner/Aleteia.pl

    ________________________________________________________________________________________

    Jak św. Antoni modlił się do Boga, gdy zgubił swoją ulubioną książkę

    fot. Klasztor oo. Bernardynów/ Kalwaria Zebrzydowska

    ***

    Patron rzeczy zagubionych zwrócił się do Boga, gdy zaginęła napisana przez niego książka na temat Psalmów, mając nadzieję, że Bóg pomoże mu ją odnaleźć.

    Św. Antoni pozostaje jednym z najpopularniejszych świętych katolickich, często zwracamy się do niego o pomoc w odnalezieniu zagubionych rzeczy. Głównym tego powodem jest legenda o jego życiu, znana od średniowiecza.

    Ks. Ubaldus da Rieti opowiada tę historię w „Życiu św. Antoniego”:

    Oto pamiętne wydarzenie, które warto opisać. [Św. Antoni] miał ze sobą napisany przez siebie wykład na temat Psalmów, w którym zebrał najlepszą część Starego i Nowego Testamentu i z którego, niczym ze źródła, pił ową niebiańską mądrość, która pozwalała mu wyjaśniać zagadnienia teologiczne oraz nadawać wagi i siły swoim kazaniom dla dobra dusz.

    Innymi słowy, była to jego ulubiona książka.

    Św. Antoni gubi swoją książkę

    Książka została skradziona przez nowicjusza, który opuścił klasztor. Św. Antoni chciał ją odzyskać, ale nie miał pojęcia, dokąd uciekł nowicjusz.

    Św. Antoni natychmiast zwrócił się o pomoc do Boga:

    Nowicjusz zmęczony życiem zakonnym postanowił wrócić do świata, a widząc księgę zawierającą wykład o Psalmach, ukradł ją i uciekł z klasztoru. Święty, opłakując stratę tak przydatnej i potrzebnej mu książki, natychmiast zwrócił się w stronę modlitwy, prosząc Pana nie tylko o zmiłowanie się nad nieszczęsnym młodzieńcem, ale także o nakłonienie go do zwrotu skradzionej książki.

    Według legendy Bóg wysłuchał modlitwy św. Antoniego i nakazał interweniować diabłu:

    Jego modlitwa została wysłuchana przez Pana. Diabeł, zniewolony Bożym rozkazem, ukazał się młodzieńcowi w postaci strasznego potwora i zatrzymał go, mówiąc: „Wróć i natychmiast zwróć to, co ukradłeś, w przeciwnym razie zabiję cię i wrzucę do rzeki”.

    Nowicjusz przestraszył się tego widoku i wrócił do klasztoru, zwracając księgę i korząc się przed św. Antonim.

    Św. Antoni zlitował się nad nim i zachęcał, aby wytrwał w służbie Panu.

    Odkąd ta historia się rozpowszechniła, św. Antoni czczony jest jako patron rzeczy zagubionych.

    Philip Kosloski/artykuł ukazał się w amerykańskiej edycji Aletei/tłumaczenie: Aleteia

    __________________________________________________________________________________________

    Gdy nie słuchali go ludzie, zaczął przemawiać do ryb. Poznajcie niezwykłe kazanie św. Antoniego w Rimini

    Święty Antoni głosi kazanie do ryb

    Renata Sedmakova | Shutterstock

    ***

    Św. Antoni Padewski jest jednym z najbardziej znanych postaci Kościoła katolickiego. Zasłynął jako wybitny kaznodzieja i cudotwórca. Jego kazania były tak wyjątkowe, że pewnego dnia z uwagą wysłuchały go nawet ryby w Adriatyku.

    Wbrew potocznym skojarzeniom, św. Antoni Padewski nie był Włochem. Fernando Martins de Bulhões – bo tak się pierwotnie nazywał – pochodził z Portugalii. Urodził się w Lizbonie około 1195 roku. Fernando jeszcze przed ukończeniem 20 lat wstąpił do zakonu Kanoników Regularnych św. Augustyna. W 1219 roku otrzymał święcenia kapłańskie.

    Pewnego dnia poznał kilku franciszkanów udających się do Maroka, aby nauczać muzułmanów. Ich prostota, ubóstwo i pogodny styl życia zrobiły na nim wielkie wrażenie. W 1220 roku Fernando opuścił zakon św. Augustyna i wstąpił do Zakonu Braci Mniejszych.

    Tam przyjął imię Antoni. Wkrótce stał się jednym z wybranych uczniów i najbliższych towarzyszy św. Franciszka z Asyżu. Zaczął głosić niezwykle głębokie i płomienne kazania, które dzięki jego pokorze i prostocie trafiały do różnych ludzi. Jego przemowy, oparte na tekstach Pisma Świętego, były tak wyjątkowe, że sam św. Franciszek nazywał Antoniego „swoim biskupem”. Obecnie św. Antoni nazywany jest najwybitniejszym kaznodzieją XIII wieku.

    Jak po Zesłaniu Ducha Świętego!

    Opowieści o nauczaniu św. Antoniego znajdujemy m.in. w „Kwiatkach św. Franciszka”. Na uwagę zasługują szczególnie dwa fragmenty książki, które potwierdzają jego wyjątkowy talent kaznodziejski. Ukazują również to, że Antoni był rzeczywiście „pięknym narzędziem” w rękach Boga.

    Jeden z „kwiatków” mówi o cudownym kazaniu, które św. Antoni wygłosił w czasie konsystorza przed papieżem i kardynałami. To, co się tam wydarzyło, można śmiało porównać do sytuacji apostołów chwilę po zesłaniu Ducha Świętego w Jerozolimie.

    Otóż na konsystorzu byli zebrani ludzie różnych narodowości: greckiej, francuskiej, niemieckiej, a także Słowianie i Anglicy oraz wielu innych. „Oświecony Duchem Świętym Antoni wykładał słowo Boże tak dobitnie, tak pobożnie, tak przenikliwie, słodko, jasno i mądrze, że wszyscy obecni na konsystorzu, choć posługiwali się różnymi językami, dokładnie rozumieli wszystkie jego słowa, jak gdyby mówił w ich własnym języku” – czytamy w „Kwiatkach”.

    Dalej autor podkreśla, jak wielkie wrażenie zrobiła ta mowa na zebranych. „Wszyscy byli zdumieni i zdało się, jakby powtórzył się cud apostołów w dniu Zesłania Ducha Świętego, którzy mocą Ducha Świętego mówili wszystkimi językami”. Dalej czytamy, że wszyscy szeptali do siebie z podziwem: „Czy ten, który przemawia, nie przybył z Hiszpanii? Jak to się dzieje, że wszyscy słyszymy jego mowę w naszych ojczystych językach?” (por. Dz 2, 1-13).

    „Podobnie mówił papież, rozważając i podziwiając głębokość jego słów: «On zaprawdę jest arką  przymierza i skrzynią Pisma Świętego»” – czytamy. Taki oto komplement otrzymał św. Antoni od samego papieża.

    Jednak nie wszyscy chcieli go słuchać…

    Choć Antoni potrafił wspaniale przemawiać, to zatwardziałość niektórych osób była tak duża, że początkowo odrzucili jego naukę. Święty musiał znaleźć na nich inną „przynętę”. O takiej sytuacji opowiada kolejny rozdział „Kwiatków”.

    Pewnego dnia Antoni przebywał we włoskiej miejscowości Rimini. Dziś jest to znany kurort nad Morzem Adriatyckim. W XIII wieku żyło tam wielu przedstawicieli sekty katarów. Wierzyli oni m.in. w wędrówkę dusz, odrzucali Eucharystię i inne sakramenty Kościoła katolickiego. Do nich swoje przesłanie o Jezusie skierował św. Antoni. Jednak nie chcieli go słuchać.

    Wówczas, jak czytamy w „Kwiatkach”, Antoni poszedł na brzeg rzeki Marecchi, która tam wpływała do morza. „I stojąc na brzegu między morzem a rzeką zaczął przemawiać do ryb: «Słuchajcie słowa Bożego, ryby morskie i rzeczne, bowiem heretycy niewierni nie chcą go słuchać». Kiedy to rzekł, przypłynęło nagle do brzegu mnóstwo ryb wielkich, małych i średnich. Wszystkie trzymały głowy ponad wodą i patrzyły uważnie na św. Antoniego, a czyniły to z wielkim spokojem, łagodnością i porządku”.

    Ryby odegrały ważną rolę

    Antoni, widząc ryby, zaczął do nich przemawiać: „Siostry moje ryby, jesteście wielce zobowiązane, by według waszych możliwości dziękować waszemu Stwórcy, który dał wam za mieszkanie tak szlachetny żywioł. Bóg Stwórca dał wam płetwy, byście mogły pływać, gdzie wam się podoba”.

    Następnie Antoni przytoczył kilka ważnych momentów biblijnych, w których ryby odegrały ważną rolę. Mówił: „dane wam było, z rozkazu Bożego, ocalić proroka Jonasza i po trzech dniach wyrzucić go na brzeg całego i zdrowego (Jon 2,1-2). Wyście uiściły podatek za Panu naszego Jezusa Chrystusa, który jako biedak nie miał czym płacić (Mt 17, 24-27). Wyście były pokarmem króla wiecznego Jezusa Chrystusa, przed zmartwychwstaniem i po nim (np. J 21, 6-13).

    Św. Antoni widząc, że ryby oddają cześć Bogu powiedział z radością: „Niech będzie błogosławiony  Bóg, gdyż bardziej Go czczą ryby wodne niż ludzie heretycy. I pilniej słuchają słowa Jego nierozumne zwierzęta niż ludzie niewierni”.

    Cud ryb słuchających świętego wzbudził wielką ciekawość mieszkańców Rimini. Aby go zobaczyć, na brzeg morza przybyły tłumy, a wśród nich również wspomniani heretycy. Jak czytamy w „Kwiatkach”: „skruszeni w sercu padli do nóg Antoniego, by słuchać jego słowa. Wówczas św. Antoni zaczął mówić o wierze katolickiej i mówił tak szlachetnie, że nawrócił wszystkich heretyków. I wrócili oni do prawdziwej wiary w Chrystusa”.

    Nie uwierzę dopóki nie zobaczę…

    „Wiara rodzi się ze słuchania” jak stwierdził św. Paweł (Rz 10, 17). Jednak wydarzenia z życia św. Antoniego przypominają nam odwieczną prawdę, że niektórym ludziom do wiary w Jezusa nie wystarczą tylko piękne słowa i przykład życia świętych. Jest wiele osób, do których Bóg dociera innymi sposobami. Wielu ludzi musi zobaczyć cuda, zjawiska nadzwyczajne, aby uwierzyć. Lecz warto się zastanowić: czy wszystko, co istnieje wokół nas, nie jest trwającym cudem? Czy całe piękno przyrody i każdy człowiek, którego spotykamy nie jest cudem, który nam spowszedniał?

    Krzysztof Jędrasik/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 czerwca

    Błogosławionych 108 męczenników
    z czasów II wojny światowej

    Zobacz także:
      •  Święty Onufry Wielki, pustelnik
      •  Święty Leon III, papież
      •  Święty Kasper Bertoni, prezbiter
      •  Święty Benedykt Menni, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Kandyda od Eucharystii, zakonnica
      •  Błogosławiony Stefan Bandelli, prezbiter
    ***
    108 męczenników z czasów II wojny światowej

    13 czerwca 1999 r. podczas Mszy świętej odprawianej w Warszawie św. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji 108 męczenników, którzy ponieśli śmierć w czasach II wojny światowej. Każda z tych osób wykazała się niezwykłym heroizmem wiary: są w tym gronie biskupi – pasterze, którzy woleli zginąć, aniżeli zostawić swoją owczarnię; siostry i księża ratujący Żydów; teściowa, która oddała swe życie za synową w ciąży; zakonnik, który za posiadanie różańca, a potem odmowę sprofanowania go został zmasakrowany i utopiony w kloace; księża i alumni dzielący się w obozie koncentracyjnym jedyną kromką chleba ze współwięźniami; duchowny, który zginął za to, że nie wydał Gestapo komunistów.
    Sprawa beatyfikacji 108 sług Bożych, męczenników za wiarę, ofiar prześladowania Kościoła w Polsce w latach 1939-1945 ze strony nazizmu hitlerowskiego, choć przybrała formę kanonicznego postępowania beatyfikacyjnego dopiero w roku 1992, w rzeczywistości sięga swymi początkami pierwszych lat po zakończeniu II wojny światowej. Sława świętości i męczeństwa licznych osób z grupy 108 sług Bożych, łaski przypisywane ich wstawiennictwu, kierowały uwagę diecezji i rodzin zakonnych na konieczność otworzenia procesów beatyfikacyjnych o męczeństwie.
    Krąg osób, wobec których rozpoczęto procesy beatyfikacyjne, w trakcie prac aż pięciokrotnie ulegał zmianom: powiększał się przez kolejne zgłoszenia nowych kandydatów, a jednocześnie był redukowany, gdy okazywało się, że w rozpatrywanych przypadkach nie ma wystarczającego materiału dowodowego na męczeństwo w rozumieniu teologicznym. Ostatecznie, w listopadzie 1998 r., liczba męczenników ukształtowała się jako grono 108 sług Bożych.
    Słudzy Boży, przedstawieni przez 18 diecezji, ordynariat polowy i 22 rodziny zakonne, to osoby, których życie i śmierć oddane Bożej sprawie nosiły znamię heroizmu. Pośród nich jest 3 biskupów, 52 kapłanów diecezjalnych, 26 kapłanów zakonnych, 3 kleryków, 7 braci zakonnych, 8 sióstr zakonnych i 9 osób świeckich.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Życiorysy 108 męczenników

    Biografie 108 męczenników z okresu 2 wojny światowej beatyfikowanych 13 czerwca 1999 w Warszawie przez Jana Pawła II

    AUTOR/ŹRÓDŁO: , ELIZA BARTKIEWICZ / BP KEP, LICENCJA: 0

    ***

    Papież Jan Paweł II dokonał w Warszawie 13 czerwca beatyfikacji 108 polskich męczenników z czasów II wojny światowej. Każda z tych osób wykazała się niezwykłym heroizmem wiary: mamy w tym gronie biskupów – pasterzy, którzy woleli zginąć, aniżeli zostawić swoją owczarnię; siostry i księży ratujących Żydów; teściową, która oddała swe życie za synową w ciąży; zakonnika, który za posiadanie różańca a potem odmowę sprofanowania go został zmasakrowany i utopiony w kloace; księży i alumnów dzielących się w obozie koncentracyjnym jedyną kromką chleba ze współ- więźniami; duchownego, który zginął za to, że nie wydał Gestapo komunistów.

    Sprawa beatyfikacji 108 sług Bożych, męczenników za wiarę, ofiar prześladowania Kościoła w Polsce w latach 1939-1945 ze strony nazizmu hitlerowskiego, choć przybrała formę kanonicznego postępowania beatyfikacyjnego dopiero od roku 1992, w rzeczywistości sięga swymi początkami pierwszych lat po zakończeniu II wojny. Sława świętości i męczeństwa licznych osób z grupy 108 sług Bożych, łaski przypisywane ich wstawiennictwu, kierowały uwagę diecezji i rodzin zakonnych na konieczność otworzenia procesów beatyfikacyjnych o męczeństwie. Chodzi tu m.in. o postaci abp. Juliana Antoniego Nowowiejskiego, bp. Leona Wetmańskiego, ks. Henryka Hlebowicza, ks. Henryka Kaczorowskiego z grupą kapłanów włocławskich, ks. Józefa Kowalskiego, salezjanina, br. Józefa Zapłaty, i wielu innych. Procesy jednak z różnych powodów nie były podejmowane. Sprawę wywołała ponownie dopiero beatyfikacja bp. Michała Kozala (Warszawa 1987), nazwanego “prawdziwym mistrzem męczenników” dla duchownych z obozów koncentracyjnych, zwłaszcza z Dachau. W trakcie dyskusji w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych nad męczeństwem bp. Kozala wypłynął postulat rozpoczęcia oddzielnego procesu beatyfikacyjnego tych, którym Biskup Męczennik przewodził w składaniu najwyższego świadectwa wiary. Idea została podjęta przez ówczesnego biskupa diecezji włocławskiej, Henryka Muszyńskiego. Po konsultacjach z Kongregacją wykrystalizowała się stopniowo obecna formuła procesu, który obejmuje nie tylko duchownych, męczenników z Dachau, ale także innych, w tym wiernych świeckich, którzy zginęli wskutek działań podejmowanych “z nienawiści do wiary” (in odium fidei) w różnych miejscach i okolicznościach, ale z rąk tego samego prześladowcy.

    Z ramienia Konferencji Episkopatu Polski proces beatyfikacyjny prowadził biskup diecezji włocławskiej, która w czasie prześladowania poniosła największe procentowo straty spośród duchowieństwa diecezjalnego w Polsce: daninę krwi złożyła tu ponad połowa kapłanów. Proces informacyjny, “diecezjalny”, męczenników za wiarę został otworzony we Włocławku 26 stycznia 1992 r., w rocznicę śmierci męczeńskiej bł. Michała Kozala, obejmując na początku 92 osoby z różnych diecezji i rodzin zakonnych. Od rozpoczęcia procesu przysługiwał im tytuł Sług i Służebnic Bożych.

    Krąg ten w trakcie prac procesowych aż pięciokrotnie ulegał zmianom: powiększał się przez kolejne zgłoszenia nowych kandydatów, a jednocześnie był redukowany, gdy okazywało się, że w rozpatrywanych przypadkach nie ma wystarczającego materiału dowodowego na męczeństwo w rozumieniu teologicznym. Ostatecznie, w listopadzie 1998 r., liczba męczenników ukształtowała się jako grono 108 sług Bożych.

    Słudzy Boży objęci postępowaniem procesowym, przedstawieni przez 18 diecezji, ordynariat polowy i 22 rodziny zakonne, to osoby, których życie i śmierć oddane Bożej sprawie nosiły znamię heroizmu. Pośród nich jest 3 biskupów, 52 kapłanów diecezjalnych, 26 kapłanów zakonnych, 3 kleryków, 7 braci zakonnych, 8 sióstr zakonnych i 9 osób świeckich.


    BŁOGOSŁAWIENI
    (WEDŁUG KOLEJNOŚCI NA LIŚCIE W PROCESIE BEATYFIKACYJNYM)

    BIAŁYSTOK

    1. KS. MIECZYSŁAW BOHATKIEWICZ (1904-1942)

    Kapłan diecezji pińskiej. W czasie okupacji proboszcz w Dryssie, znany szeroko z porywających homilii i serca dla biednych. Został aresztowany przez Gestapo za posługę duszpasterską i po dwóch miesiącach rozstrzelany 4 marca 1942 r. w Berezweczu k. Głębokiego (dziś Białoruś), razem z dwojgiem sług Bożych, ks. Władysławem Maćkowiakiem i ks. Stanisławem Pyrtkiem. Przed egzekucją w liście do matki i rodzeństwa napisał: “Nie płaczcie po mnie, a cieszcie się, że wasz potomek i brat zdał egzamin. Proszę was tylko o modlitwy. Wszystkim moim wrogom przebaczam z całego serca, chciałbym im wszystkim wysłużyć niebo”.

    2. KS. WŁADYSŁAW MAĆKOWIAK (1910-1942)

    Kapłan archidiecezji wileńskiej, proboszcz w parafii Ikaźń. Szczególnie gorliwa działalność duszpasterska ściągnęła na niego wyrok śmierci wileńskiego Gestapo. Ostrzeżony o niebezpieczeństwie, po spotkaniu ze swoim biskupem, zdecydował się jednak dobrowolnie pozostać w parafii, aby służyć wiernym jako kapłan. Aresztowany 3 marca 1941 r., a następnie rozstrzelany 4 marca 1942 r. w Berezweczu. Przed egzekucją, na okładce brewiarza, napisał do biskupa: “Idę złożyć ostatnią ofiarę z życia. Za trzy godziny stanę przed Panem. Ostatnie zatem myśli kieruję ku Tobie, Najdostojniejszy Arcypasterzu, i ślę po raz ostatni hołd synowskiego szacunku i przywiązania. Cieszę się, że Bóg mnie wybrał, a nade wszystko, że dodaje łaski i sił”.

    3. KS. STANISŁAW PYRTEK (1913-1941)

    Kapłan archidiecezji wileńskiej, wikariusz parafii Ikaźń, gdzie proboszczem byt jego kolega, ks. Maćkowiak. Również na nim ciążył wyrok śmierci za posługę duszpasterską. Został aresztowany, gdy udał się do urzędu policji, by wstawić się za uwięzionym dzień wcześniej proboszczem. Razem z nim został rozstrzelany w Berezweczu 4 marca 1942 r. Trzej skazańcy przed rozstrzelaniem razem wołali: “Niech żyje Chrystus Król!”. Przed egzekucją napisał do rodzeństwa: “Kilka godzin dzieli mnie od śmierci niczym nie zasłużonej. Obowiązkiem kapłana jest złożyć i tę ofiarę za Chrystusa. Ginę za nauczanie religii. Nie płaczcie, ani się nie smućcie po mnie. Ślę wam kapłańskie błogosławieństwo. Po trzech miesiącach więzienia cieszę się, że godny jestem cierpieć i umierać”.

    CZĘSTOCHOWA

    4. KS. MAKSYMILIAN BINKIEWICZ (1913-1941)

    Prefekt gimnazjum biskupiego we Wieluniu. Wyróżniał się duchowością, oddaniem Kościołowi, pracowitością. Został aresztowany 6 października 1941 r. za działalność duszpasterską i deportowany do obozu w Dachau, gdzie zmarł 24 lipca 1942 r. w następstwie ciągłe- go maltretowania. Współwięzień zaświadczył: “Był to prawdziwy mąż Boży. Podziwiałem jego ducha modlitwy. Przychodził na łóżko zbity i sponiewierany, a kiedy zasypiałem, on jeszcze szeptał słowa modlitwy. Niesłychanie ofiarny i uczynny, ofiarowywał swoją pomoc kolegom słabszym i starszym” (ks. Jan Kabziński).

    5. KS. LUDWIK GIETYNGIER (1904-1941)

    Proboszcz parafii Raczyn. Niezwykle ofiarny wychowawca młodzieży, katecheta. Pełen miłości Boga i bliźniego, tak w posługiwaniu duszpasterskim, jak w dotkliwych udrękach w więzieniach i w obozie w Dachau. Aresztowany 6 października 1941 r. za posługę duszpasterską. Zaświadczono o nim, że “przeciwności życia, cierpienia, udrękę więzienną znosił cierpliwie, z poddaniem się woli Bożej”. Zmarł w obozie w Dachau 30 listopada 1941 r. w następstwie maltretowania przez strażników.

    DROHICZYN

    6. KS. ANTONI BESZTA-BOROWSKI (1880-1943)

    Wikariusz generalny diecezji pińskiej, w czasie wojny proboszcz w Bielsku Podlaskim. Był kapłanem niezwykle oddanym duszpasterstwu, modlitwie, zatroskanym o duchowieństwo diecezji i wiernych świeckich, co szczególniej ujawniło się w latach okupacji. Za tę posługę został aresztowany 15 lipca 1943 r. i po kilku godzinach rozstrzelany w pobliżu Bielska. Gdy go aresztowano, wziął ze sobą tylko brewiarz i różaniec. Sam stojąc w obliczu śmierci, modlił się ze skazańcami i przygotowywał ich na spotkanie z Bogiem.

    GDAŃSK

    7. KS. MARIAN GÓRECKI (1903-1940)

    Charyzmatyczny duszpasterz Polaków w Wolnym Mieście Gdańsku, szczególnie oddany młodzieży, Aresztowany już w dniu wybuchu wojny, 1 września 1939 r., następnie deportowany do obozu koncentracyjnego w Stutthofie (Sztutowo). Po siedmiu miesiącach upokorzeń i tortur, rozstrzelany w Wielki Piątek, 22 marca 1940 r. razem z ks. Bronisławem Komorowskim. Przed śmiercią wypowiedział słowa przebaczenia wobec prześladowców.

    8. KS. BRONISŁAW KOMOROWSKI (1889-1940)

    Proboszcz w Gdańsku-Wrzeszczu, niezwykle ofiarny duszpasterz. Aresztowany 1 września 1939 r. równocześnie z ks. Marianem Góreckim, z którym przebył podobną drogę cierpień w Stutthofie, aż do egzekucji w Wielki Piątek, 22 marca 1940 r. Przygotowywał się na śmierć uczestnicząc potajemnie we Mszy św. Wielkiego Czwartku, sprawowanej z więźniami.

    9. KS. FRANCISZEK ROGACZEWSKI (1891-1940)

    Proboszcz polskiej parafii pw. Chrystusa Króla w Gdańsku, wyjątkowy spowiednik. Aresztowany I września 1939 r., po długich torturach został rozstrzelany 11 stycznia 1940 r. w pobliżu Gdańska. Na krótko przed zabraniem na egzekucję powiedział do swojego wikariusza, razem z nim uwięzionego: “Wiesz, czuję, że zginę; powiedz moim ukochanym wiernym w kościele Chrystusa Króla, że chętnie oddam swe życie za Chrystusa i Ojczyznę”.

    GNIEZNO

    10. KS. JAN NEPOMUCEN CHRZAN (1885-1942)

    Proboszcz parafii Żerków. W czasie okupacji, nie zważając na niebezpieczeństwo uwięzienia, bardzo ofiarnie prowadził posługę duszpasterską, za co 6 października 1941 r. aresztowano go i deportowano do obozu koncentracyjnego w Dachau. Zmarł w obozie w następstwie maltretowania i chorób. “Pod wpływem łaski Bożej przemienił się tak, że z poddaniem się woli Bożej znosił wszelkie cierpienia” (ks. Dezydery Wróblewski). Zakończył życie 1 lipca 1942 r. ze słowami na ustach: “Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.

    11. KS. FRANCISZEK DACHTERA (1910-1942)

    Prefekt liceum w Bydgoszczy; wyróżniał się wielką gorliwością apostolską i duchowością kapłańską. Po aresztowaniu 17 września 1939 r, i pobycie w różnych więzieniach, ostatecznie umieszczono go w obozie koncentracyjnym w Dachau. Zmarł po bardzo dotkliwych cierpieniach 23 sierpnia 1942 r. jako ofiara eksperymentów pseudomedycznych. Przed śmiercią powiedział jeszcze do przyjaciela: “Pozdrów moją rodzinę. Niech nie płaczą. Bóg tak chce. Zgadzam się z Jego wolą, choć serce się rwie do swoich”.

    12. KS. WŁADYSŁAW DEMSKI (1884-1940)

    Proboszcz parafii Najświętszej Maryi Panny w Inowrocławiu, przedtem profesor języków klasycznych w gimnazjum, szanowany powszechnie jako “kapłan według Serca Bożego i prawdziwy wychowawca”. Aresztowany 2 listopada 1939 r. W obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen 28 maja 1940 r. został skatowany na śmierć za to, że odmówił podeptania różańca. Mówił przed śmiercią: “Wszystko trzeba ścierpieć dla Pana i na nic się nie skarżyć”.

    13. KS. STANISŁAW KUBSKI (1876-1942)

    Proboszcz parafii Najświętszej Maryi Panny w Inowrocławiu. Na wszystkich placówkach duszpasterskich odznaczał się niezwykłą gorliwością, wrażliwością na najbiedniejszych i bezrobotnych. Aresztowano go zaraz na początku wojny 2 września 1939 r. i osadzono w kamieniołomach w Buchenwaldzie, skąd następnie przewieziono go do Dachau. 18 maja 1942 r. wywieziono go, jako niezdolnego do pracy, na zagazowanie. “Wszystkie cierpienia i katusze znosu z anielską cierpliwością, a w modlitwie szukał pociechy i otuchy; pokrzepiał innych dobrym słowem” (ks. Dezydery Wróblewski).

    14. KS. WŁADYSŁAW MĄCZKOWSKI (1911-1942)

    Administrator parafii Łubowo; wyróżniał się wzorowym życiem kapłańskim i wielkim zapałem duszpasterskim. Po uwięzieniu 26 sierpnia 1940 r. został przewieziony do Dachau, gdzie zmarł na skutek znęcania się nad nim strażników 20 sierpnia 1942 r. Był uważany przez współwięźniów za przykład cichego i ofiarnego kapłana, zapominającego o sobie, który wnosił w miejsce obozowego upodlenia i poniżenia człowieka jasność wiary i dobroć. Mówił do więźniów o śmierci, jako o radosnym spotkaniu z Chrystusem.

    15. KS. MARIAN SKRZYPCZAK (1909-1939)

    Wikariusz parafii Płonkowo. Po wybuchu wojny, świadomy niebezpieczeństwa, pozostał w parafii, by nieść posługę duszpasterską. Został zamordowany 5 października 1939 r. w Płonkowie przez bojówki młodzieży hitlerowskiej. Padając pod kościołem po strzałach z pistoletów, wołał: “Jezu, zlituj się! Przebacz im!”

    16. KS. ALEKSY SOBASZEK (1895-1942)

    Proboszcz parafii Siedlemin, gorliwy duszpasterz. Po wybuchu wojny, w pierwszym momencie ogarnięty paniką, opuścił parafię. Wrócił jednak po dwóch tygodniach i w kościele, w czasie Mszy św., prosił ze łzami w oczach parafian o wybaczenie mu tego czynu. Aresztowano go 6 października 1941 r. i przewieziono do Dachau, gdzie zmarł 1 sierpnia 1942 r. w następstwie udręk obozowych. Przed śmiercią prosił przyjaciela, by po wyzwoleniu udał się do Siedlemina i powiedział w kościele jego parafianom, że “wszystkie udręki i tortury, jakie przyszło mu znosić w obozie, ofiarował Bogu za nich; że błogosławi wszystkim i prosi ich o modlitwę za swoją duszę” (ks. Zygmunt Sroczyński).

    17. KS. ANTONI ŚWIADEK (1909-1945)

    Kapelan organizacji młodzieżowych w Bydgoszczy, kapłan wyjątkowej żarliwości apostolskiej. “Miłość do Matki Bożej charakteryzowała całe jego życie”. Został aresztowany w lipcu 1942 r. i przewieziony do Dachau. “Był jedną z tych wyjątkowych dusz kapłańskich, które słoneczną pogodą ducha, czystością charakteru i głębią życia równocześnie pociągają, ale i onieśmielają, i zawstydzają” (ks. Jan Ziółkowski). Zmarł 25 stycznia 1945 r. w Dachau w następstwie udręk obozowych, z różańcem w dłoni.

    KALISZ

    18. FRANCISZEK STRYJAS (1882-1944)

    Wierny świecki spod Kalisza, wzorowy ojciec rodziny. Gdy przedłużała się nieobecność księży, w większości aresztowanych, rozpoczął od 1942 r. potajemne nauczanie dzieci religii w okolicznych wioskach, by przygotować je do I Komunii. Za tę działalność został aresztowany przez policję hitlerowską, osadzony w więzieniu w Kaliszu, gdzie po dziesięciu dniach tortur, 31 lipca 1944 r. zakończył życie.

    KATOWICE

    19. KS. JÓZEF CZEMPIEL (1883-1942)

    Proboszcz parafii Chorzów-Batory, charyzmatyczny duszpasterz trzeźwości o wielkim sercu wobec ludzkiej niedoli. Kapłan o niezwykle głębokiej duchowości, animator bardzo licznych powołań do kapłaństwa i życia zakonnego. Gdy go aresztowano 13 kwietnia 1940 r. żegnał się z najbliższymi słowami: “Zostańcie z Bogiem. Pozdrówcie moich parafian. Ja idę na śmierć, jeżeli jest taka wola Boża”. Współwięźniowie mówili o nim, że “w swej niezłomnej wierze heroicznie, z niezwykłą cierpliwością naśladował swojego Mistrza w niesieniu krzyża”. Został wywieziony z obozu Mauthausen 19 czerwca 1942 r. w tzw. transporcie inwalidzkim na zagazowanie.

    20. KS. EMIL SZRAMEK (1887-1942)

    Kanclerz kurii biskupiej i jednocześnie proboszcz parafii mariackiej w Katowicach. Człowiek wielkiej wiary i kultury, historyk i żarliwy patriota, wybitny znawca Śląska i ducha jego ludności. Pozostawia po sobie niezwykle bogatą spuściznę literacką o problematyce historycznej, społecznej, etnograficznej, teologicznej i literackiej. Aresztowany 8 kwietnia 1940 r. W obozach w Gusen, Mauthausen i Dachau był przedmiotem szczególnie wyrafinowanych szykan i upokorzeń. Wobec prześladowców zachowywał się z godnością i spokojem. Życie zakończył w wielkim cierpieniu i poniżeniu: 13 stycznia 1942 r. został zaciągnięty przez pielęgniarza obozu do łaźni i tam przez dłuższy czas był oblewany strumieniami lodowatej wody. Jeszcze tego samego dnia skonał.

    KIELCE

    21. KS. JÓZEF PAWŁOWSKI (1890-1942)

    Rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Kielcach, bardzo ofiarny duszpasterz. Został aresztowany 10 lutego 1941 r. za działalność duszpasterską, a zwłaszcza za organizowanie pomocy dla Żydów, za co wydano na niego wyrok śmierci. Wyrok został wykonany 9 stycznia 1942 r. w obozie w Dachau, przez powieszenie. Współwięźniów, którzy tracili ducha w prześladowaniach, zachęcał: “Musimy to przyjąć, to nasza Golgota”. “Do końca zachował postawę wewnętrznej i ufnej pogody. Do końca też jego zainteresowania odpowiadały godności kapłana i wychowawcy kapłanów” (abp Kazimierz Majdański).

    22. KS. PIOTR EDWARD DAŃKOWSKI (1908-1942)

    Wikariusz parafii Zakopane, znany szeroko z wielkiej gorliwości duszpasterskiej i oddania ludziom, zwłaszcza biednym. W czasie okupacji, ryzykując życiem, pomagał ofiarnie uciekinierom, chroniącym się za granicą przed represjami. Aresztowany przez policję w maju 1941 r. został skazany na obóz zagłady w Oświęcimiu. Gdy umierał w Wielki Piątek, 3 kwietnia 1942 r., w następstwie sadystycznego znęcania się nad nim tylko dlatego, że był kapłanem katolickim, żegnał się z przyjacielem słowami: “Do zobaczenia w niebie!”.

    LUBLIN

    23. BP WŁADYSŁAW GORAL (1898-1945)

    Biskup pomocniczy diecezji lubelskiej, pasterz o niezwykle oddany Kościołowi, człowiek ascezy i głębokiej pobożności, nazywany niekiedy “aniołem pokoju i dobroci”. Aresztowany przez policję polityczną w listopadzie 1939 r. i skazany na karę śmierci, którą zamieniono po interwencjach Stolicy Apostolskiej na dożywocie. Wobec cierpień mówił do kapłanów: “Wielkie cele i głębokie zmiany w świecie wymagają wielkich ofiar”. Po przewiezieniu go do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, został umieszczony w specjalnym bunkrze, w całkowitej izolacji od innych więźniów. Wyniszczony przez maltretowanie i choroby zakończył życie w kwietniu 1945 r., na krótko przed wyzwoleniem obozu.

    24. KS. KAZIMIERZ GOSTYŃSKI (1884-1942)

    Niezwykle gorliwy duszpasterz, pedagog, opiekun harcerstwa. Aresztowany za działalność duszpasterską w styczniu 1940 r. i przewieziony kolejno do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen a następnie do Dachau. Mówił: “Jeżeli Chrystus cierpiał, także my, za Jego przykładem, powinniśmy przyjąć cierpienia”. Wyniszczony przez głód, przymusowe prace ponad siły oraz tortury został zakwalifikowany do tzw. bloku inwalidów, skąd 6 maja 1942 r. wywieziono go na śmierć w komorze gazowej.

    25. KS. STANISŁAW MYSAKOWSKI (1896-1942)

    Katecheta z Lublina, oddany jednocześnie ofiarnej posłudze miłosierdzia wśród biednych, starców, upośledzonych. Aresztowany w listopadzie 1939 r. wraz z grupą kapłanów lubelskich, wkrótce został skazany na śmierć i przewieziony kolejno do Sachsenhausen i do Dachau. Często był torturowany z wyjątkową brutalnością. 14 października 1942 r. wywieziono go z obozu w tzw. transporcie inwalidów na zagazowanie. Mówiono o nim, że “był w obozie koncentracyjnym jednym z nielicznych, którzy swoją siłą duchową ratowali współwięźniów przed całkowitym upodleniem i degradacją człowieczeństwa”.

    26. KS. ZYGMUNT PISARSKI (1902-1943)

    Proboszcz parafii Gdeszyn, gorliwy, ofiarny duszpasterz. 30 stycznia 1943 r., po brutalnym przesłuchaniu i rewizji plebanii został aresztowany przez żandarmerię hitlerowską i w czasie transportu do więzienia zastrzelony za to, że odmówił wskazania komunistów – wcześniej dotkliwie go prześladujących – których by od razu rozstrzelano. Zmarł z różańcem w ręku.

    27. STANISŁAW STAROWIEYSKI (1895-1940)

    Ojciec rodziny, utalentowany administrator, apostoł laikatu, prezes Akcji Katolickiej w diecezji lubelskiej. Za tę działalność aresztowany w kwietniu 1940 r. i osadzony w obozie koncentracyjnym w Dachau. Doprowadził tam do nawrócenia m.in. znanego, wojującego ateistę, Adama Sarbinowskiego. Zakończył życie w obozie w noc Zmartwychwstania Pańskiego, 13 kwietnia 1941 r. Mówili o nim współwięźniowie: “Był apostołem i w obozie. Iluż ludziom ułatwił spowiedź św. i był nie tylko ośrodkiem pomocy duchowej, ale też organizował pomoc materialną, wielkodusznie dzieląc się z bardziej potrzebującymi, nie bacząc, że go ktoś wykorzystuje” (ks. Dominik Maj). “Nie mam najmniejszej wątpliwości, że był to bohater i święty” (kard. Adam Kozłowiecki).

    28. KS. ANTONI ZAWISTOWSKI (1882-1941)

    Profesor teologii w Seminarium Duchownym w Lublinie, żarliwy duszpasterz, ceniony spowiednik i kaznodzieja. Po aresztowaniu w listopadzie 1939 r. został osadzony w obozie koncentracyjnym w Dachau. Chociaż sam bardzo cierpiał, starał się zawsze nieść duchową pomoc współwięźniom. W homiliach obozowych mówił do kapłanów: “Jesteśmy tu za wiarę, Kościół i ojczyznę; za tę sprawę świadomie oddajemy życie”. Zmarł w obozie w Dachau 4 czerwca 1942 r. z wycieńczenia i ciągłego maltretowania przez strażników.

    ŁOMŻA

    29. KS. ADAM BARGIELSKI (1903-1942)

    Wikariusz parafii Myszyniec, bardzo ofiarny duszpasterz. Gdy 9 kwietnia 1940 r. policja hitlerowska aresztowała jego proboszcza, udał się niezwłocznie do Gestapo z prośbą, aby pozwolono mu zastąpić w więzieniu tego kapłana, wówczas 83-letniego starca. W ten sposób proboszcz wrócił do domu, a ks. Bargielski został przewieziony najpierw do obozu koncentracyjnego w Działdowie, a następnie do Gusen i Dachau. W czasie prześladowania nie tracił nigdy głębokiego spokoju, pozostając zawsze gotowy, by służyć innym. Został zamordowany 8 września 1942 r. przez strażnika obozu.

    30. MARIANNA BIERNACKA (1888-1943)

    Bóg i Boże prawo były dla Marianny wartościami ponad wszelkie sprawy, włącznie z wolnością. W czasie akcji odwetowej ze strony Gestapo, spontanicznie ofiarowała swoje życie, w zamian za wziętą na egzekucję swoją brzemienną synową i życie dziecka, mającego się wkrótce narodzić. Uprosiła dowódcę plutonu, by mogła zająć jej miejsce. W ten sposób synowa mogła wrócić do domu, Mariannę natomiast zabrano do więzienia, a później 13 lipca 1943 r. rozstrzelano w Naumowiczach k. Grodna. Czekając na egzekucję miała tylko jedną prośbę: aby dostarczono jej różaniec.

    31. KS. MICHAŁ PIASZCZYŃSKI (1885-1940)

    Profesor i ojciec duchowny Wyższego Seminarium Duchownego w Łomży, promotor dialogu religijnego z Żydami – zapraszał rabinów do seminarium.

    Zmarł w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen z głodu i chorób. W cierpieniach pozostawał zawsze wsparciem duchowym dla innych; szanowany jako “święty kapłan”. Współwięzień z obozu złożył o nim świadectwo: “Gdy kapo naszego bloku odebrał Żydom dzienną porcję chleba, ks. Piaszczyński, który kiedyś przy stole mówił, że chciałby chociaż raz w życiu najeść się do syta, podzielił się swoją porcją chleba z adwokatem żydowskim z Warszawy, Kottem. Przyjmując ofiarowany chleb, Żyd powiedział: “Wy, katolicy, wierzycie, że w waszych kościołach pod postacią chleba jest żywy Chrystus. A ja wierzę, że w tym chlebie jest żywy Chrystus, który ci kazał podzielić się ze mną” (ks. Kazimierz Hamerszmit).

    PŁOCK

    31. ABP ANTONI JULIAN NOWOWIEJSKI (1858-1941)

    Biskup płocki, znakomity profesor liturgista, historyk, animator studiów kościelnych w odrodzonej po rozbiorach Polsce, żarliwy pasterz. Aresztowano go w 1940 r. razem z grupą duchownych z Płocka, a potem osadzono w obozie koncentracyjnym w Działdowie. Strażnicy poddawali 83-letniego hierarchę szczególnym upokorzeniom: zrywano mu z głowy kapelusz, by napełnić go błotem i później wcisnąć mu na głowę, czy też odzierano go zupełnie z ubrania i zmuszano kijami do biegu. Był torturowany, gdyż odmówił podeptania rzuconego w błoto przez SS-manów swego biskupiego krzyża. W czasie męki udzielał dyskretnie błogosławieństwa innym udręczonym, zachęcając ich, by wszystko przyjmowali jako wolę Bożą. Zmarł 28 maja 1941 r. w obozie na skutek ustawicznego, wyrafinowanego maltretowania. Z wypowiedzi abp. Nowowiejskiego: „Chrystus dał życie za owce swoje; tegoż samego żąda od swoich zastępców – pasterzy. Niechaj przykładem będą nam owi męczennicy pierwszych wieków, którzy w chwilach najtrudniejszych zapominali o sobie, pytali o jedno tylko, co by mogli dla Boga uczynić”.

    33. BP LEON WETMAŃSKI (1886-1941)

    Biskup pomocniczy diecezji płockiej, bardzo żarliwy pasterz, człowiek głębokiej wiary, oddany najbardziej potrzebującym. Aresztowano go razem z abp. Nowowiejskim, a potem osadzono w obozie koncentracyjnym w Działdowie, gdzie zakończył życie w wyniku udręk obozowych i chorób. Był żywym przykładem dla kapłanów, jak przyjmować cierpienia i śmierć w duchu miłości Boga i Kościoła. W testamencie z 14 kwietnia 1932 r. zapisał: “Jeślibyś, Boże Miłosierny i Dobry, dał mi łaskę, którą nazywają śmiercią męczeńską, przyjmij ją głównie za grzechy moje i za tych, którzy by mi ją zadawali, aby i oni Ciebie, Boże Dobry i Miłosierny, całym sercem kochali”.

    POZNAŃ

    34. KS. MARIAN KONOPIŃSKI (1901-1943)

    Był wikariuszem parafii św. Michała Archanioła w Poznaniu, a jednocześnie studentem nauk społecznych na poznańskim uniwersytecie. Po aresztowaniu we wrześniu 1939 r. kolejno przebywał w różnych więzieniach. Zmarł 1 stycznia 1943 r. w obozie w Dachau w następstwie eksperymentów pseudomedycznych, jakim był poddawany. Świadek jego cierpień i śmierci zapisał: “Ks. Marian był zjednoczony z Bogiem na modlitwie. Codziennie przez pierwsze dni odmawialiśmy różaniec w różnych intencjach. Ale po kilku dniach nasilenia choroby i ten ustał. Modlitwa jego ograniczała się tylko do pobożnych westchnień, ofiarowania cierpień Bogu” (ks. Henryk Kaliszan). Ostatnimi słowami wypowiedzianymi przed śmiercią do przyjaciela, który mu udzielił absolucji sakramentalnej, były: “Do zobaczenia w niebie”.

    35. KS. JÓZEF KUT (1905-1942)

    Proboszcz parafii Gościeszyn Po aresztowaniu w październiku 1941 r. osadzono go w obozie koncentracyjnym w Dachau. Za staraniem przyjaciół stworzono mu wyjątkowo możliwość uwolnienia z obozu, ale pod warunkiem wyrzeczenia się posługi kapłańskiej, co zdecydowanie odrzucił. Zmarł z głodu i chorób 18 września 1942 r., pozostawiając po sobie wśród więźniów pamięć człowieka świętego.

    36. KS. WŁODZIMIERZ LASKOWSKI (1886-1940)

    Dyrektor gospodarczy Seminarium Duchownego w Poznaniu, a następnie proboszcz parafii Lwówek. Został zamordowany przez strażnika obozu w Gusen 8 sierpnia 1940 r., po pięciu miesiącach prześladowania za wiarę. Świadek naoczny przekazał: “Dziś jeszcze mam przed oczyma ten straszny widok: ks. Laskowski leży na kamieniach, okrwawiony, opuchnięty, z wykrzywioną od kopnięć twarzą. Co chwilę z jego ust wydobywają się westchnienia: “O Jezu, Jezu”. Drażniło to jeszcze bardziej jednego z SS-manów, który podszedł do leżącego ks. Laskowskiego i z miną bohatera, nowymi kopniakami ukoronował szatańskie dzieło” (ks. Zygmunt Ogrodowski).

    37. KS. NARCYZ PUTZ (1817-1941)

    Proboszcz parafii św. Wojciecha w Poznaniu. Głęboka duchowość i umiłowanie Kościoła były źródłem jego wielkiego zaangażowania duszpasterskiego i otwarcia na człowieka. W czasie dotkliwych prześladowań w więzieniach i potem w obozie w Dachau, stanowił przekonujący przykład, jak łączyć cierpienie z Ofiarą Krzyża. “Ks. kan. Putz należał do pierwszego transportu więźniów polskich do Dachau. Kapłan 65-letni, wychudzony i schorzały, ale młody sercem i duchem. Przeczuwał, że nie wróci do kraju, braci swoich jednak pocieszał i podnosił na duchu swoim optymizmem i radosnym przyjmowaniem doświadczenia Bożego. Cieszył się sympatią wszystkich więźniów polskich” (ks. Gerard Mizgalski). Zmarł w Dachau 5 grudnia 1942 r. wyniszczony przez choroby i nieludzkie warunki.

    38. NATALIA TUŁASIEWICZ (1906-1945)

    Nauczycielka z Poznania, żarliwa animatorka apostolatu świeckich. Swój program ujęła w dzienniku duchowym, gdzie m.in. pisała: “Moją misją jest pokazać światu, że droga do świętości przemierza także poprzez hałaśliwe rynki i ulice, a nie tylko w klasztorach czy w cichych rodzinach. Pragnę świętości dla tysięcy dusz. I nie nastąpi to, naprawdę nie nastąpi, że do nieba pójdę sama. Tam chcę prowadzić po mojej śmierci szeregi tych, którzy umrą po mnie”. W 1943 r. wyjechała dobrowolnie do Niemiec z transportami deportowanych na prace przymusowe młodych kobiet, by podtrzymywać pośród nich ducha wiary i miłości Ojczyzny. Za tę działalność została aresztowana, poddawana wyrafinowanym torturom i skazana na śmierć w obozie Ravensbrück. W Wielkim Tygodniu na obozowej pryczy resztkami sił głosiła jeszcze więźniarkom konferencje o Męce Pańskiej i Zmartwychwstaniu. Została uśmiercona w komorze gazowej 31 marca 1945 r., w Wielką Sobotę, na krótko przed wyzwoleniem obozu.

    RADOM

    39. KS. KAZIMIERZ GRELEWSKI (1901-1942)

    Wychowawca młodzieży, prefekt szkół w Radomiu. Na początku 1941 r. został aresztowany przez Gestapo i przewieziony do obozu koncentracyjnego w Dachau. Świadkowie jego udręk przekazali, że pewnego dnia w obozie “kapo uderzył go i powalił na ziemię. KS. Kazimierz podniósł się, uczynił znak krzyża przed atakującym i powiedział: “Niech ci Bóg przebaczy”. Po tych słowach kapo rzucił się na niego, znów go przewróci) i krzyczał: “Ja cię zaraz wyślę do twego Boga”. Pozbawiono go życia 9 stycznia 1942 r. przez powieszenie na obozowej szubienicy. W ostatniej chwili wołał jeszcze do oprawców: “Kochajcie Pana Boga!”.

    40. KS. STEFAN GRELEWSKI (1899-1941)

    Brat rodzony ks. Kazimierza. Podobnie jak on, charyzmatyczny duszpasterz młodzieży i świata pracy. Aresztowany razem z nim, również został przewieziony do obozu w Dachau, gdzie zmarł po pięciu miesiącach, 6 maja 1942 r., w wyniku tortur i głodu, przygotowany na śmierć przez swojego młodszego brata, ks. Kazimierza.

    41. KS. FRANCISZEK ROSŁANIEC (1889-1942)

    Wybitny teolog biblista, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, kapłan bardzo żywej i głębokiej wiary. Gestapo aresztowało go w listopadzie 1939 r., kierując kolejno poprzez różne więzienia na zagładę do obozu w Dachau. Był dla współwięźniów przykładem, jak naśladować mękę Chrystusa i żyć prawdami wiary. Wyniszczony przez choroby i głód został przydzielony do baraku “inwalidów”, skąd 15 października 1942 r wywieziono go do komory gazowej. Z listu z obozu w Dachau do przyjaciół: “Teraz coraz lepiej rozumiem i coraz bardziej jestem przekonany, że najpiękniejsza i najważniejsza, ale dla nas najtrudniejsza modlitwa, to modlitwa Chrystusa w Ogrodzie Oliwnym: »Ojcze, niech się dzieje Twoja wola«. Usiłuję tę modlitwę wymawiać codziennie i z głębokim przekonaniem i żywą wiarą w .Ojcze nasz. i pozostawać zawsze w najściślejszym zjednoczeniu z Chrystusem. Jestem dumny, że mogę trochę więcej dla Niego i z Nim cierpieć”.

    42. KS. BOLESŁAW STRZELECKI (1896-1941)

    Proboszcz parafii Radom-Glinice. Wymownym świadectwem jego oddania Bogu i człowiekowi był tytuł “św. Franciszka z Radomia”, jakim określali go niekiedy jego parafianie. Zmarł 2 maja 1941 r. w obozie zagłady w Oświęcimiu, po czterech miesiącach od aresztowania na skutek znęcania się nad nim strażników. Współwięźniowie mówili: “Nie udało się nam uratować tego człowieka. Nie poznaliśmy na czas jego wielkości. Był już zbyt słaby. Ubył nam towarzysz w walce ze złem, ksiądz, który nie tylko Słowo Boże, ale każdy zdobyty kęs chleba niósł między nas. Chleb ten na równi za Słowem Bożym podnosił zwątpiałe głowy w górę. Nawet w Oświęcimiu ks. Strzelecki kazał wierzyć w człowieczeństwo” (ks. Konrad Szweda).

    43. KS. KAZIMIERZ SYKULSKI (1882-1942)

    Proboszcz parafii Końskie, duszpasterz o głębokiej duchowości, którego życie formowała miłość Boga. Wobec groźby aresztowania, mówił do wiernych: “Nie mogę opuścić swoich parafian. Będę z nimi, nawet gdyby mi groziła śmierć”. Prowadzony na przesłuchanie, z którego już nie wrócił, do przyjaciela jeszcze zdążył powiedzieć, że “jeżeli Bóg żąda ode mnie takiej ofiary dla dobra Kościoła i Ojczyzny, to ja chętnie ją składam”. Po dwóch miesiącach od aresztu i uwięzieniu w obozie w Oświęcimiu, został rozstrzelany 1 grudnia 1941 r.

    SANDOMIERZ

    44. KS. ANTONI REWERA (1868-1941)

    Profesor Seminarium Duchownego w Sandomierzu, założyciel Zgromadzenia Sióstr Córek św. Franciszka Serafickiego. “Najbardziej charakterystyczne cnoty tego kapłana: pokora, prawdomówność i ogromna dobroć. które występowały u niego w stopniu heroicznym, czynią go kandydatem na ołtarze” (ks. Wincenty Granat). Aresztowany w marcu 1942 r i osadzony w obozie koncentracyjnym w Dachau, gdzie po kilku miesiącach, 1 października 1942 r. zakończył życie w wyniku maltretowania i nieludzkich warunków obozowych. “Potrafił w ekstremalnych i trudnych warunkach zgadzać się z wolą Bożą, a w cierpieniach dostrzegać wartość zbawczą” (ks. Konrad Szweda).

    WARSZAWA

    45. KS. ROMAN ARCHUTOWSKI (1882-1943)

    Rektor Seminarium Duchownego w Warszawie z czasu wojny, niezwykły pedagog, człowiek wielkiego autorytetu, prawości. Taki pozostał w chwilach uwięzienia, cierpień i tortur w obozie koncentracyjnym na Majdanku, gdzie po ośmiu miesiącach od aresztowania zmarł w następstwie maltretowania, głodu i chorób 18 kwietnia 1943 r., w Niedzielę Palmową. Cierpienia go nie załamały; w każdej sytuacji starał się je łączyć z Ofiarą Chrystusa.

    46. KS. EDWARD DETKENS (1885-1942)

    Wybitny duszpasterz środowisk akademickich w Warszawie, rektor kościoła św. Anny. Po uwięzieniu przez Gestapo w 1940 r. deportowano go do obozu koncentracyjnego w Dachau. Wyniszczony przez choroby i głód został przydzielony do tzw. bloku inwalidów, skąd zabrano go na zabicie w komorze gazowej. Idąc na śmierć odmawiał głośno modlitwę: “Nunc dimittis servum Tuum…”, a potem głośno, powtarzając kilkakrotnie razem z innymi: “Pójdę za Tobą, Chryste, drogą krzyża, bo krzyż najlepiej mnie do Ciebie zbliża. Daj mi o Chryste, przez Twą świętą mękę gazowej męki zwyciężyć udrękę”.

    47. KS. MICHAŁ OZIĘBŁOWSKI (1900-1942)

    Wikariusz parafii w Kutnie, apostoł i opiekun najbiedniejszych. Został aresztowany w październiku 1941 r., a następnie osadzony w obozie koncentracyjnym w Dachau, gdzie zmarł w wyniku maltretowania i głodu 31 lipca 1942 r. Pozostając pod wrażeniem jego postawy, po zakończeniu wojny dwaj współwięźniowie odszukali najbliższą rodzinę ks. Michała, by im powiedzieć, że do końca pobytu w obozie w sposób niezwykły służył więźniom jako kapłan, okazując heroiczną miłość Boga i bliźniego aż do śmierci.

    48. KS. ZYGMUNT SAJNA (1897-1940)

    Proboszcz w Górze Kalwarii, niezwykle ofiarny duszpasterz, promieniujący miłością Boga i bliźniego. Posługi kapłańskiej nie przerwało nawet jego aresztowanie w grudniu 1940 r. Teraz pełnił ją wobec współwięźniów na Palmirach. Aż do ostatnich chwil przed egzekucją, 17 września 1940 r., niósł taką posługę wobec grupy 200 osób, razem z nim rozstrzelanych.

    49. KS. MICHAŁ WOŹNIAK (1895-1941)

    Proboszcz parafii Kutno, gorliwy duszpasterz, animator duszpasterstwa młodzieży, założyciel ośrodka salezjańskiego na terenie swojej parafii (Woźniaków). Po ośmiu miesiącach od aresztowania, 16 maja 1942 r. poniósł śmierć w Dachau z wyczerpania i nieludzkiego traktowania. “Po kilku dniach tortur ks. prałat zmarł. Był to kapłan Boży, mąż prawy, bojący się nieprawości i chodzący drogami prostymi. Myślę, że była to piękna męczeńska śmierć, na którą sobie zasłużył pobożnym i świątobliwym życiem ks. dziekan Michał Woźniak. Przygotowywał się do niej przez długie lata, a szczególnie przez lata wojny” (ks. Tadeusz Rulski).

    WŁOCŁAWEK

    50. AL. TADEUSZ DULNY (1914-1941)

    Alumn IV roku seminarium włocławskiego; aresztowany w listopadzie 1939 r. i osadzony następnie w obozie w Dachau. “Tadzio Dulny: słuchacz teologii. Słońce patrzyło mu z oczu. Nie było tak ciężkiego położenia, gdzie on nie widziałby drobnej jakiejś radości, za którą Bogu trzeba dziękować. Lecz najbardziej charakterystycznym rysem jego pięknej duszy była bohaterska uczynność na rzecz bliźnich. »Zorganizowanych« na plantacjach porzeczek nigdy sam nie tknął, lecz dzielił się z innymi. Potrzeba było przyszyć guzik, naprawić spodnie lub buty, ostrzyc włosy, opatrzyć rany – Tadzio spieszył ofiarować swą pomoc. Gdy chwiał się już z głodowego wyczerpania, jeszcze wtedy w sposób niezwykle subtelny połowę swojej obiadowej zupy oddawał koledze, którego życie uważał za cenniejsze od swego… Umarł z głodu 6 marca 1942 r.” (ks. Stefan Biskupski).

    51. KS. EDWARD GRZYMAŁA (1906-1941)

    Pracownik sądu biskupiego, w czasie wojny wikariusz generalny. “Aresztowany i przewieziony do Dachau podwoił jeszcze swą gorliwość. Z okazji świąt i w ciągu tygodnia, gdy tylko nadarzała się sposobność, wygłaszał w grupce kilku czy kilkunastu kolegów krótkie, lecz pełne teologicznej treści i gorącego ducha konferencje, krzepiąc na duchu i umacniając w wytrwaniu. Było to w uroczystość Imienia Jezus. Przyłapany na takiej właśnie »zbrodni«, obity, wielokrotnie spoliczkowany i skopany, zwrócił się uśmiechnięty ze słowami: Jestem szczęśliwy, że dzisiaj mogłem cierpieć dla Imienia Jezus.” (ks. Stefan Biskupski).

    51. KS. HENRYK HLEBOWICZ (1904-1941)

    Kapłan archidiecezji wileńskiej, profesor teologii na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. Od 1936 r. wycofał się z pracy na uczelni, przechodząc do parafii Troki. Był niezwykle ofiarnym, wspaniałym duszpasterzem, charyzmatycznym przewodnikiem w wierze, apostołem jedności chrześcijan, przyjacielem wszystkich, którzy szukali prawdy. Swoją posługą wywarł głęboki wpływ na szerokie kręgi akademickie Wilna oraz całej archidiecezji. 3 maja 1941 r. złożył akt oddania życia Bogu jako ofiarę ekspiacyjną za ratowanie wiary młodzieży. Został rozstrzelany przez Gestapo 9 listopada 1941 r. w Borysowie, za pełnienie posługi duszpasterskiej na Białorusi.

    53. KS. DOMINIK JĘDRZEJEWSKI (1886-1941)

    Proboszcz parafii Gosławice, żarliwy duszpasterz. Gdy był już uwięziony w Dachau, odrzucił zdecydowania wyjednaną mu możliwość uwolnienia pod warunkiem wyrzeczenia się kapłaństwa. Zakończył życie w obozie 29 sierpnia 1942 r. w wielkich cierpieniach, które starał się zawsze łączyć z Ofiarą Chrystusa. “Byłem obecny przy księdzu Dominiku, kiedy już właściwie konał; wziął mnie za rękę i powiedział: jak ksiądz wyjdzie z obozu, proszę pojechać do Gosławic i powiedzieć moim parafianom, że ja swoje życie ofiaruję za nich” (bp Franciszek Korszyński).

    54. KS. HENRYK KACZOROWSKI (1888-1942)

    Rektor Seminarium Duchownego we Włocławku, człowiek nauki i dobroci, żarliwy wychowawca kapłanów, aresztowany w 1939 r., wierny heroicznie swej misji do końca. Poniósł śmierć w komorze gazowej, wywieziony z obozu w Dachau w tzw. transporcie inwalidzkim 6 maja 1942 r. Żegnając się z przyjaciółmi, zdążył im jeszcze powiedzieć: “My się nie łudzimy; my wiemy, co nas czeka. »Pan mym pasterzem, nie brak mi niczego” (Ps 23). Przyjmujemy z rąk Bożych to, co nas czeka. Módlcie się, abyśmy wytrwali, a my również będziemy modlić się za was – tam”, i wskazał ręką ku niebu.

    55. AL. BRONISŁAW KOSTKOWSKI (1915-1942)

    Alumn seminarium, aresztowany razem z profesorami i osadzony w Dachau. Wobec propozycji uwolnienia w zamian za wyrzeczenie się drogi do kapłaństwa, dał zdecydowaną odpowiedź: “Raczej śmierć wybiorę niż sprzeniewierzę się powołaniu, którym Bóg mnie zaszczycił”. Potwierdził to później w liście do rodziców z więzienia: “Jestem przygotowany na najgorsze. Zdawałem z tego sobie sprawę, kiedy wstępowałem do seminarium, że gdy zajdzie potrzeba, trzeba oddać życie Bogu w ofierze. Nie zawaham się oddać je za Boga i Ojczyznę. Niech się dzieje wola Boża. Bądźcie spokojni i dumni… Chcieliście mieć syna księdzem, czemu nie macie go złożyć Bogu w ofierze?”. Zmarł w obozie z głodu 6 sierpnia 1942 r.

    56. KS. JÓZEF KURZAWA (1910-1940)

    Wikariusz parafii Osięciny, duszpasterz o wielkim sercu dla wszystkich, a zwłaszcza dla biednych i cierpiących. Został zamordowany w nocy 23 maja 1940 r. razem ze swoim proboszczem, choć miał możliwość ucieczki. Gdy ks. proboszcz usilnie nalegał na ks. Józefa, by się ukrył i ratował życie, miał tylko jedną odpowiedź: “Ja ciebie, ojcze, nie opuszczę. Jeżeli zginiemy, to razem”. W momencie aresztowania osłaniał własnym ciałem proboszcza przed uderzeniami Niemców.

    57. KS. WINCENTY MATUSZEWSKI (1869-1940)

    Proboszcz parafii Osięciny, wzorowy pasterz, który z wielką wytrwałością i ofiarą służył swoim parafianom. Wobec ostrzeżeń o zagrożeniu życia i naglących próśb, by ratował życie, odpowiadał: “Ja parafii swojej nie opuszczę i parafian swoich nie zostawię. Ja was, dzieci, nie opuszczę”. Został aresztowany przez miejscowych policjantów w nocy 23 maja 1940 r., gdy razem ze swoim wikariuszem, ks. Józefem Kurzawą trwał na długiej modlitwie, a potem zamordowany w pobliżu Witowa.

    58. KS. LEON NOWAKOWSKI (1913-1939)

    Student teologii w Rzymie, kapłan głębokiej wiary i kultury. W czasie przerwy wakacyjnej wrócił do kraju. Tu zastała go wojna i okupacja. Wielokrotnie proszono go, by ukrył się. Tych rad nie przyjmował, odpowiadając, że mimo wszelkich niebezpieczeństw nie może opuszczać ludu, który go teraz bardziej potrzebuje niż kiedykolwiek. Za posługę duszpasterską został aresztowany i po tygodniu, 31 października 1939 c, w nocy przed uroczystością Wszystkich Świętych rozstrzelany w Piotrkowie Kujawskim.

    59. KS. JÓZEF STRASZEWSKI (1885-1942)

    Proboszcz parafii św. Stanisława we Włocławku, bardzo żarliwy duszpasterz, organizator parafii i budowniczy kościoła. Aresztowany w listopadzie razem z duchowieństwem miasta, został osadzony w obozie w Dachau, gdzie poniósł śmierć w tzw. transporcie inwalidzkim, dn. 12 sierpnia 1942 r. Oceniany przez współwięźniów jako człowiek bez reszty oddany Bogu, znakomity spowiednik.

    ORDYNARIAT POLOWY

    60. KS. KMDR PPOR. WŁADYSŁAW MIEGOŃ (1892-1942)

    Kapelan marynarki wojennej; znany z wielkiej dobroci i oddania Bożej sprawie. Parafianie mówili o nim: “nasz ojciec”, “święty, który chciał otworzyć bramy nieba dla wszystkich”. Aresztowany, gdyż nie chciał pozostawić rannych marynarzy. Wyniszczony przez choroby i przez nieludzkie warunki obozowe w Dachau, zmarł 15 września 1942 r., po dwóch miesiącach pobytu w tym miejscu wyniszczenia duchowieństwa katolickiego.

    ZAKONY I ZGROMADZENIA ZAKONNE

    DOMINIKANIE OP

    61. O. MICHAŁ CZARTORYSKI (1891-1944)

    Mistrz nowicjatu, wychowawca studentów. Żył według programu: całkowicie wyniszczyć się w miłości dla Chrystusa; we wszystkim służyć Wcielonej Miłości, która ciągle zbawia świat. Miłość Boga i bliźniego przybrały u niego wymiar heroiczny. Został rozstrzelany 6 września 1944 r., gdy pozostał dobrowolnie z rannymi i umierającymi powstańcami Warszawy.

    62. S. JULIA RODZIŃSKA (1899-1945)

    Charyzmatyczna posługa na polu wychowania i prowadzenia instytutów opieki dla sierot, nadała jej tytuł “matki sierot”. Apostołka różańca. Już za życia otaczała ją opinia świętości. Gestapo aresztowało ją w lipcu 1943 r. Zakończyła życie 20 lutego 1945 r. w obozie zagłady w Stutthofie, zarażona tyfusem w czasie posługiwania konającym więźniarkom żydowskim. Mówili o niej świadkowie: “W warunkach upodlenia człowieka potrafiła skierować nas na inne wartości, wartości duchowe … Dla nas ona była świętą, ona oddała za innych życie”

    FRANCISZKANIE OFM

    63. O. KRYSTYN GONDEK (1909-1942)

    Kapłan zakonny, wikariusz w klasztorze we Włocławku, z wielką gorliwością żył charyzmatem franciszkańskim. “Był człowiekiem modlącym się, uważającym na każde słowo i zachowanie się. Ale bardzo źle znosił trudy obozowe. Był wycieńczony ciężką pracą i warunkami życia. W bloku spaliśmy na sąsiednich piętrowych pryczach. Do końca był człowiekiem modlącym się. Przed śmiercią pożegnał się ze mną słowami: »Do zobaczenia w niebie« (Wincenty Kula).

    64. BR. MARCIN OPRZĄDEK (1884-1942)

    Brat zakonny z klasztoru we Włocławku, wierny regule zakonnej, rozmodlony i bardzo uczynny dla ludzi. Po aresztowaniu w 1940 r. wkrótce przewieziono go do obozu w Dachau. Przydzielony został do tzw. transportu inwalidów, a następnie wywieziony z obozu 18 maja 1942 r. na zagazowanie do Hartheim k. Linzu. “W obozie do końca był człowiekiem modlącym się, ufającym w Bożą Opatrzność” (Wincenty Kula).

    65. O. NARCYZ TURCHAN (1879-1942)

    Gwardian z klasztoru we Włocławku. W jego posłudze jako przełożonego, kaznodziei, spowiednika, katechety zawsze odbijała się wielka gorliwość zakonna. Po aresztowaniu osadzono go w Dachau. W czasie prześladowania, dotkliwych cierpień modlił się, aby mógł przyjąć krzyż jako naśladowanie Chrystusa, by “krzyż przekształcił go w Chrystusa”. Zmarł w wyniku maltretowania i chorób 19 marca 1942 r., w dniu św. Józefa, którego był wielkim czcicielem.

    66. BR. BRUNON ZEMBOL (1905-1922)

    Brat zakonny z klasztoru w Chełmie Lubelskim, gorliwie żyjący regułą franciszkańską. Aresztowano go jeszcze w listopadzie 1939 r. Był szanowany przez więźniów jako “człowiek anielskiej dobroci”. Zmarł 21 marca 1942 r, w obozie w Dachau w cierpieniu, ze spokojem i w zjednoczeniu z Panem, do którego szedł przez całe życie.

    BRACIA MNIEJSI KAPUCYNI OFM CAP

    67. BR. FIDELIS CHOJNACKI (1906-1942)

    Bardzo gorliwy brat z klasztoru kapucynów w Lublinie, który z entuzjazmem i radykalizmem podjął drogę doskonałości według ducha św. Franciszka. Student teologii, głębokiej wiary i wyjątkowej pracowitości. Wywieziony do obozu w Dachau, tam zakończył życie 9 lipca 1942 r. “Br. Fidelis opuszczał nasz barak 28 i przechodził na tzw. blok inwalidów. Był wówczas br. Fidelis tak jakoś dziwnie ukojony i uciszony w sobie, w oczach miał nawet pogodne błyski, ale były to już błyski nie z tego świata. Ucałował się z każdym z nas i pożegnał nas słowami św. Franciszka: »Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Do widzenia w niebie«” (o. Kajetan Ambrożkiewicz).

    68. BR. SYMFORIAN DUCKI (1888-1942)

    Brat zakonny z klasztoru w Warszawie, odznaczający się prostotą chrześcijańską i duchowością franciszkańską. Został zmasakrowany 11 kwietnia 1942 r. przez strażników obozu w Oświęcimiu. “W oczach blokowego była wściekłość, strach i szaleństwo. Nieprzytomny rzucił się wprzód i okrwawionym kijem trzasnął w siwą głowę. Symforian padł na kolana. Wstał. Zachwiał się i ostatnim wysiłkiem przeżegnał gromadę zbirów. Może nie widział już, kogo żegna krzyżem Chrystusowym, a może wierny Jego nauce, udzielał im swego przebaczenia. Mówił coś, czegośmy, najbliżej niego będący, już nie rozumieli, i ze słowami tymi upadł na wskos, zagradzając mordercom drogę do nas” (Czesław Ostańkowicz).

    69. O. ANICET KOPLIŃSKI (1875-1941)

    Kapłan zakonny z klasztoru w Warszawie, apostoł miłosierdzia na terenie stolicy; już za życia otaczała go sława świętości. Aresztowany w 1941, nie ratował się pochodzeniem niemieckim. Wraz ze współbraćmi z Zakonu został przewieziony do obozu zagłady w Oświęcimiu. Swe cierpienia chciał zawsze wtopić w modlitwę i w naśladowanie Mistrza z Nazaretu. Często mówił do współbraci więźniów: “Musimy do końca wypić ten kielich goryczy”. Poniósł śmierć w komorze gazowej w obozie 16 października 1941 r.

    70. O. HENRYK KRZYSZTOFIK (1908-1942)

    Gwardian i dyrektor studiów w klasztorze w Lublinie. Był zakonnikiem o wyjątkowej gorliwości, oddaniu sprawie Bożej. Aresztowany i osadzony w obozie w Dachau, był tam szczególnym oparciem dla cierpiących i umierających. Na grypsie z obozu do wychowanków przesłał: “Drodzy bracia! Jestem w rewirze na 7 bloku. Strasznie schudłem, bo woda opada. Ważę 35 kg. Każda kość boli. Leżę na łóżku jak na krzyżu z Chrystusem. I dobrze mi jest razem z Nim być i cierpieć. Modlę się za Was i cierpienia swoje Bogu za Was ofiarowuję”. Zakończył życie 4 sierpnia 1942 r.

    71. O. FLORIAN STĘPNIAK (1912-1942)

    Kapłan zakonny z klasztoru w Lublinie, człowiek szczególnej wiary i dobroci. Poniósł śmierć w komorze gazowej, wywieziony 12 sierpnia 1942 r. z obozu w Dachau w tzw. transporcie inwalidów. “O. Florian Stępniak był słonkiem tego nieszczęśliwego baraku.(…). Kto nie był w obozie, ten nie ma pojęcia, czym dla takich ludzi, dla takich kościotrupów na bloku inwalidzkim, żyjących wiecznie w atmosferze śmierci, było pogodne słowo pociechy, czym mógł być dla nich uśmiech wynędzniałego jak i oni kapucyna, który nie poddawał się jednak ogólnej psychozie grozy i strachu, bo nie bał się śmierci, bo wyciągał ku niej swe suche ramiona z taką bodaj miłością, jak ongiś św. Franciszek, śpiewając w ostatniej chwili życia swą pieśń o słońcu i śmierci” (o. Kajetan Ambrożkiewicz).

    OO. KARMELICI BOSI OCD

    72. O. ALFONS MARIA MAZUREK (1891-1944).

    Przeor klasztoru karmelitów bosych w Czernej. W jednym z jego zapisów rekolekcyjnych czytamy: “Przez cierpienie jedynie i przez krzyże, a nie inną drogą można dojść do wielkiej miłości Boga i prawdziwego z Nim zjednoczenia. Krzyż więc nie jest karą, ale największą łaską Bożą, której tylko miłośnikom swoim udziela”. Zastrzelony 28 sierpnia 1944 r. w Nawojowej Górze. Na miejscu jego śmierci ustawiono krzyż z napisem: “Zwyciężyłeś zwycięstwem krzyża”.

    OO. KARMELICI OC

    73. O. HILARY PAWEŁ JANUSZEWSKI (1901-1945)

    Przeor klasztoru karmelitów w Krakowie. Podczas okupacji przyjął do klasztoru grupę wysiedlonych z poznańskiego. Po aresztowaniu kolejnych zakonników sam zgłosił się na Gestapo, twierdząc, że jako przeor odpowiada za cały klasztor. Więziony kolejno na Montelupich w Krakowie, Sachsenhausen, a od 1941 r. – w Dachau. Dobrowolnie zgłosił się do pomocy chorym na tyfus. Kard. Adam Kozłowiecki powiedział o nim oraz innych, którzy dobrowolnie zgłosili się do pomocy chorym: “To, co przeszliśmy w ciągu tych pięciu lat, mogło zabić wszelkie wyższe ideały. Bezwzględna walka o byt mogła u wielu wyrobić wstrętny egoizm i obojętność dla drugich. Lecz ci bohaterowie są jawnym dowodem, że idea miłości bliźniego, rzucona przed dwoma tysiącami lat przez Chrystusa, to nie mrzonka, ale idea realna, która zwycięża nawet tam, gdzie największa panuje nienawiść”. Zmarł 25 marca 1945 r. zarażony tyfusem.

    SS. KLARYSKI-KAPUCYNKI

    74. S. MIECZYSŁAWA KOWALSKA (1902-1941)

    Urodziła się w rodzinie o sympatiach socjalistycznych. Jej ojciec około 1920 r. z częścią rodziny wyjechał do Związku Radzieckiego. Mając 21 lat wstąpiła do zakonu mniszek klarysek-kapucynek w Przasnyszu, gdzie też 2 kwietnia 1941 r. została wraz z wszystkimi siostrami aresztowana i wywieziona do obozu koncentracyjnego w Działdowie. Do swoich współtowarzyszek powiedziała: “Ja stąd nie wyjdę, swoje życie poświęcam, żeby siostry mogły wrócić”. Zmarła w nocy 25 lipca 1941 r.

    KSIĘŻA MARIANIE MIC

    75. KS. JERZY KASZYRA (1904-1943)

    Apostoł jedności wśród katolików i prawosławnych. Sam był ochrzczony w cerkwi prawosławnej, w wieku 18 lat przeszedł na katolicyzm. Mimo zagrożenia, pozostał do końca z parafianami, przygotowując ich na śmierć. Został spalony 19 lutego 1943 r. w drewnianej chacie w Rosicy, wraz z grupą ok. 30 osób.

    76. KS. ANTONI LISZCZEWICZ (1890-1943)

    Do zgromadzenia marianów wstąpił w wieku 47 lat. Przedtem, niemal przez 25 lat, sprawował obowiązki duszpasterskie na Dalekim Wschodzie, nie odwiedzając nigdy ani rodziny, ani kraju. Jako duszpasterz w Drui nad Dźwiną, na północno-wschodnich Kresach, ostrzeżony przed nadejściem ekspedycji karnej Niemców, odmówił ucieczki. Kiedy go zabierano, pocieszał siostry: “Bądźcie dzielne i módlcie się”. Wraz z grupą ludzi został spalony w stajni w Rosicy, 18 lutego 1943 r., w przeddzień męczeństwa swego konfratra, ks. Kaszyry.

    KSIĘŻA MICHALICI CSMA

    77. KS. WŁADYSŁAW BŁĄDZIŃSKI (1908-1944)

    Jako wychowawca w zakładzie wychowawczym michalitów w Pawlikowicach, aresztowany z trzema księżmi 25 kwietnia 1944 r. i osadzony w krakowskim więzieniu na Montelupich. Następnie więziony w Gross-Rosen, gdzie pracował w kamieniołomie, przydzielony do specjalnego komanda, złożonego przeważnie z katolickich księży. Zginął strącony przez hitlerowca do przepaści kamieniołomu. Dokładna data śmierci nie jest znana. “Miał zawsze słowo pociechy wobec współwięźniów, pomagał im, dzielił się z nimi swoją bardzo skromną porcją chleba i niósł im posługę duszpasterską, choć było to bardzo surowo zabronione. Był gotowy nieść wszelką pomoc. Był zawsze spokojny, pełen ufności w Bogu i Matce Najświętszej. Modlił się i do tego zachęcał innych” (Karol Mitan).

    78. KS. WOJCIECH NIERYCHLEWSKI (1903-1941)

    Utalentowany wychowawca. Aresztowany w Krakowie, gdzie był odpowiedzialnym za wydawnictwo i drukarnię “Powściągliwość i Praca”. Więziony na Montelupich, a następnie w Oświęcimiu. Został prawdopodobnie utopiony w basenie lub zastrzelony 7 lutego 1942 r. “Śmierć w obozie w Oświęcimiu była dla ks. Wojciecha Nierychlewskiego dopełnieniem jego powołania do męczeństwa, o czym sam mówił wcześniej, i do czego się przygotowywał. I tak umarł ten człowiek głębokiej wiary, żarliwy kapłan, męczennik” (ks. Stanisław Hędrzak).

    OO. MISJONARZE OBLACI MARYI NIEPOKALANEJ OMI

    79. O. JÓZEF CEBULA (1902-1941)

    Był kolejno wychowawcą i profesorem w niższym seminarium duchownym oblatów, a następnie mistrzem nowicjatu, uwielbianym przez młodzież. Podczas okupacji w Markowicach odważnie sprzeciwiał się próbom profanacji przedmiotów kultu. Gdy w grudniu 1939 r. przyszedł nakaz, by wyznaczył kilku współbraci do rozbijania przydrożnych figur Matki Bożej — nie wyznaczył nikogo. Aresztowany za to, że wbrew zakazowi udzielił chorej osobie sakramentów świętych. Zastrzelony 28 kwietnia 1941 r. w Mauthausen.

    SS. NIEPOKALANKI CSIC

    80. S. MARIA EWA OD OPATRZNOŚCI BOGUMIŁA NOISZEWSKA (1885-1942)

    Nauczycielka szkoły średniej sióstr niepokalanek w Słonimie. Nie skorzystała z możliwości ukrycia się, a potem z proponowanej ucieczki. Rozstrzelana 19 grudnia 1942 r. w Słonimie wraz z s. Martą Wołowską za ratowanie Żydów. Treścią jej życia była modlitwa do Zbawiciela “o pomoc w zbawianiu ludu przez życie ukryte i śmierć męczeńską”.

    81. S. MARIA MARTA OD JEZUSA KAZIMIERA WOŁOWSKA (1819-1942)

    Przełożona klasztoru w Słonimie, gdzie podczas wojny zorganizowała tajne nauczanie, stałą pomoc dla głodujących, zwłaszcza dla rodzin uwięzionych, pomordowanych i Żydów. Ukrywała Żydów na strychu klasztornym, w oranżerii i oborze. Rozstrzelana 19 grudnia 1942 r. w Słonimie. Przed śmiercią mówiła do współwięźniów: “Jesteśmy wszyscy w obliczu śmierci. Módlmy się, abyśmy mogli godnie przyjąć śmierć męczeńską”; “Jezu, to wszystko dla Ciebie i za Polskę”.

    KSIĘŻA ORIONIŚCI FDP

    82. KS. FRANCISZEK DRZEWIECKI (1908-1942)

    Duszpasterz we Włocławku, spowiadał całymi godzinami, zapominając o niebezpieczeństwie nalotów. Odmówił, gdy mu proponowano zwolnienie z wywiezienia do Dachau. Zmarł 10 sierpnia 1942 r. tamże. “Był świadomy, że idzie na śmierć. Kiedy go zabierano, jeszcze zapukał do okna mojej izby. Zsunąłem się z piętrowego łóżka i zobaczyłem ks. Drzewieckiego. Powiedział do mnie: »Józiu, żegnaj! Odjeżdżamy«. Z wrażenia zachwiałem się. Widząc to, odezwał się: »Nie miej żalu. My dziś, jutro ty. To wszystko za Kościół i za Ojczyznę«” (ks. Józef Kubicki).

    KSIĘŻA PALLOTYNI SAC

    83. KS. JÓZEF JANKOWSKI (1910-1941)

    Przed święceniami kapłańskimi zapisał: “Pragnę kochać Boga nad życie. Oddam je chętnie w każdym czasie, ale bez gorącej i wielkiej miłości Boga nie chciałbym iść na drugi świat”. Po wybuchu wojny znalazł się w seminarium pallotynów w Ołtarzewie, gdzie udzielał schronienia i żywności uciekinierom. Aresztowany i osadzony na Pawiaku, wywieziony został do Oświęcimia tym samym transportem, co św. Maksymilian Kolbe. Skatowany przez kapo, zmarł następnego dnia 16 października 1941 r.

    84. KS. JÓZEF STANEK (1916-1944)

    Bohaterski kapelan Powstania Warszawskiego, ps. “Rudy”. Niezmordowany samarytanin, wśród ostrzału nieprzyjacielskiego nosił wodę z Wisły, dźwigał chorych na własnych ramionach, odgrzebywał zasypanych pod gruzami, podnosił na duchu, wielu ludziom uratował życie. Ustąpił miejsca w pontonie rannemu żołnierzowi, rezygnując z przeprawienia się przez Wisłę. Do końca pozostał z obrońcami Czerniakowa. Odważnie pertraktował z Niemcami, aby ocalić jak najwięcej powstańców. Traktowany przez hitlerowców ze szczególną brutalnością, torturowany, wreszcie zamordowany 23 września 1944 r.

    KSIĘŻA SALEZJANIE SDB

    85. KS. JÓZEF KOWALSKI (1911-1941)

    Aresztowany w Krakowie, gdyż hitlerowców drażniła gorliwość i zaangażowanie młodego księdza. Wywieziony do obozu w Oświęcimiu dwa razy trafił do kompanii karnej, był często bity, szykanowany i upokarzany. Idąc na śmierć prosił o modlitwę za swoich prześladowców. Zamordowany 4 lipca 1942 r. za odmowę podeptania swojego różańca. W dzienniku duchowym zapisał: “O mój Drogi Jezu, daj mi wolę wytrwania, stanowczą, silną, bym zdołał wytrwać przy swoich postanowieniach świętych i zdołał dopiąć szczytnego ideału świętości, jaki sobie zakreśliłem. Ja mam być i muszę być świętym!”.

    86-90. “POZNAŃSKA PIĄTKA”

    Młodzieńcy związani z oratorium księży salezjanów w Poznaniu. Czesław Jóźwiak (1919-1942), Edward Kaźmierski (1919-1942), Franciszek Kęsy (1920-1942), Edward Klinik (1919-1942), Jarogniew Wojciechowski (1922-1942). Liderzy katolickich organizacji młodzieżowych aresztowani we wrześniu 1940 r. i osadzeni kolejno w Forcie VII i przy ul. Młyńskiej w Poznaniu, we Wronkach, Berlinie i więzieniu w Zwickau w Saksonii. W więzieniach poddawani rozlicznym szykanom, odmawiali różaniec i odprawiali nowenny przed ważnymi świętami kościelnymi. Ostrzegający ich więzień, gdy wspólnie modlili się w celi, na uwagę: “Czy wiecie, co was czeka?”, usłyszał odpowiedź: “O tym, co nas czeka, wie tylko Bóg. Jemu ufamy. Cokolwiek się stanie, będzie to Jego wola”. Zgilotynowani 24 sierpnia 1942 r. na dziedzińcu więzienia w Dreźnie.

    BRACIA SERCA JEZUSOWEGO CFCI

    91. BR. JÓZEF ZAPŁATA (1904-1945)

    Aresztowany przez Gestapo na początku wojny podczas rewizji w domu arcybiskupa poznańskiego i osadzony w Cytadeli w Poznaniu. Więziony kolejno w Kazimierzu Biskupim, Mauthausen, Gusen i w obozie koncentracyjnym w Dachau. Tutaj, na apel dowództwa obozowego, zgłosił się dobrowolnie do pielęgnacji chorych na tyfus plamisty. Idąc na pewną śmierć, wyraził intencję o szczęśliwy powrót po wojnie do Ojczyzny umiłowanego Prymasa Polski, kard. Augusta Hlonda. Zmarł 19 lutego 1945 r. w Dachau, zaraziwszy się tyfusem od pielęgnowanych przez siebie współwięźniów niemieckiego pochodzenia.

    SIOSTRY SŁUŻEBNICZKI STAROWIEJSKIE

    92. S. KATARZYNA CELESTYNA FARON (1913-1944)

    Tuż przed wojną organizatorka i wychowawczyni w ochronce w Brzozowie, a podczas okupacji przełożona domu zakonnego. Złożyła życie w ofierze ekspiacyjnej za nawrócenie błądzącego kapłana, który nosił to samo nazwisko i który po wojnie wrócił do wspólnoty Kościoła katolickiego. Modliła się z siostrami za prześladowców, także za Hitlera. Zmarła w Niedzielę Wielkanocną, 9 kwietnia 1944 r. w Oświęcimiu.

    SIOSTRY SZKOLNE DE NOTRE DAME SSND

    93. S. MARIA ANTONINA KRATOCHWIL (1881-1942)

    Nauczycielka i wychowawczyni. Więziona w Stanisławowie, gdzie wyniszczona torturami i tyfusem zmarła w szpitalu 2 października 1942 r. “Wieczorem tego dnia, gdy została przed celą bardzo dotkliwie pobita kijem, pokazała mi czarno-sine plecy i powiedziała, że gdy była bita, miała na myśli słowa Pana na krzyżu: ‘Boże, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią.’ ” (s. Jacynta Grzymek).

    URSZULANKI UNII RZYMSKIEJ OSU

    94. S. MARIA KLEMENSA STASZEWSKA (1890-1943)

    Podczas wojny przełożona klasztoru w Rokicinach Podhalańskich, organizatorka prewentorium dla dzieci. Zapisała w “Dzienniku”: “Spodziewam się ponownej wizyty Gestapo, a nawet czegoś dużo gorszego. Bardzo serdecznie dziś modliłam się, łącząc swoje przeżycie trwogi z bólem Jezusa. Oświadczałam po wiele razy gotowość na Wolę Jego Świętą – choćby i życie w męczarniach zakończyć”. Zmarła na tyfus 27 lipca 1943 r. w Oświęcimiu, ze słowami modlitwy “Magnificat” na ustach.

    OO. WERBIŚCI SVD

    95. BR. GRZEGORZ BOLESŁAW FRĄCKOWIAK (1911-1943)

    Urodzony jako ósmy z dwanaściorga dzieci. Aby uratować życie grupie świeckich osób, w tym kilku ojcom rodzin, przyjął na siebie “winę” kolportowania ulotek patriotycznych. W więzieniu znęcano się nad nim w szczególny sposób, gdy odkryto, że ma medalik zaszyty w czapce. Został ścięty 5 maja 1943 r. w Dreźnie.

    96. O. STANISŁAW KUBISTA (1898-1940)

    Zakonnik o zamiłowaniach literackich: pisał opowiadania, powieści i sztuki teatralne. Ekonom domu zakonnego werbistów w Górnej Grupie. Więziony w Sachsenhausen. “W dniu 26 kwietnia 1940 r., gdy wróciliśmy z apelu do baraku, położyliśmy go na twardej podłodze z desek. Wtem wchodzi do baraku blokowy. Był to więzień niemiecki, zawodowy przestępca. Nie zaniedbał żadnej sposobności, aby dokuczyć księżom. Powitał nas zwierzęcym wzrokiem, potem z szatańską radością spoczęły jego oczy na o. Kubiście. Zbliżył się doń i rzekł: .Już nie masz po co żyć!«. Z całą flegmą staje jedną nogą na piersiach, drugą na gardle i silnym naciskiem miażdży kości klatki piersiowej i gardła. Krótki charkot, drganie śmiertelne zamknęły żywot męczennika” (o. Dominik Józef).

    97. O. ALOJZY LIGUDA (1898-1942)

    Rektor domu zakonnego w Górnej Grupie. Po napaści Niemiec na Polskę obronił pastora ewangelickiego z rodziną oraz ewangelicką siostrę diakonisę przed wzburzonymi mieszkańcami Górnej Grupy. Mając możność zwolnienia z obozu w Dachau, o co starała się jego rodzina mająca obywatelstwo niemieckie, oświadczył, “że jest Polakiem i w przyszłości chce pracować dla Polski”. Maltretowany za to, że przyznał się do “winy” za Rosjanina, który zapalił papierosa podczas pracy. Utopiony w nocy z 8 na 9 grudnia 1942 r., w święto Maryi Niepokalanej, której był wielkim czcicielem.

    98. O. LUDWIK MZYK (1905-1940)

    Pochodził z rodziny górniczej. Magister a następnie rektor nowicjatu w Chludowie pod Poznaniem. Był wzorem dla seminarzystów. Zamęczony 23 lutego 1942 r. w Forcie VII w Poznaniu. “Pragnąc okrutnie katowanego brata kapłana oderwać od wewnętrznego udręczenia, zbliżyłem się do niego bełkocząc jakieś słowa pociechy, na co otrzymałem znamienne słowa: »Nie może być uczeń nad Mistrza«. Wówczas pochyliłem się przed nim i poprosiłem go o błogosławieństwo, którego mi też chętnie udzielił” (ks. Franciszek Olejniczak).

    SS. ZMARTWYCHWSTANKI CR

    99. S. ALICJA MARIA JADWIGA KOTOWSKA (1899-1939)

    Jako profeska ukończyła studia chemiczne. Wojna zastała ją jako dyrektorkę szkoły i przełożoną domu w Wejherowie. Ostrzeżona o aresztowaniu oświadczyła, że nie może pozostawić sióstr bez opieki. Zamordowana 11 listopada 1939 r. w Piaśnicy. Papież Pius XII do przełożonych zgromadzenia o s. Alicji: “Macie męczennicę, to wielka chwała i pociecha dla Zgromadzenia. Czy może być większe szczęście, jak oddać życie za wiarę, za Kościół, za Chrystusa Pana?”.

    OO. FRANCISZKANIE KONWENTUALNI OFMCONV – NIEPOKALANÓW

    100. O. JAN ANTONIN BAJEWSKI (1915-1941)

    Wybitnie uzdolniony, znał kilka języków. Cechowała go wielka pobożność, duch modlitwy i delikatność wobec innych. Aresztowany 17 lutego 1941 r. przez Gestapo wraz ze św. Maksymilianem i trzema innymi ojcami. Przewieziony z Pawiaka do Oświęcimia, gdzie już pierwszego dnia został brutalnie pobity przez SS-manów koronką franciszkańską (czyli specjalnym różańcem franciszkańskim), którą nosił u swojego boku. Mimo że sam chory na tyfus, pomagał innym chorym fizycznie i duchowo, zwłaszcza przez sakrament spowiedzi. Powtarzał często: “Z Chrystusem jestem przybity do krzyża”. Umarł 8 maja 1941 r. ze słowami: “Jezus i Maryja” na ustach.

    101. O. LUDWIK PIUS BARTOSIK (1909-1941)

    W wieku 27 lat został zastępcą o. Maksymiliana Kolbe, który przewidywał go na swojego następcę na stanowisku przełożonego klasztoru. Kolejno był redaktorem: “Rycerza Niepokalanej”, “Rycerzyka” i kwartalnika “Miles Immaculatae”. Po pierwszym aresztowaniu i po trzymiesięcznym przybywaniu w obozach, powtarzał: “Dotychczas pisaliśmy i mówiliśmy innym, jak należy znosić cierpienie – teraz musimy sami praktycznie to przejść, bo w przeciwnym razie co warte byłyby nasze słowa”. Po raz drugi aresztowany przez Gestapo wraz ze św. Maksymilianem i 3 innymi ojcami 17 lutego 1941 r. i przewieziony na Pawiak, z cierpliwością znosił wszelkie udręki. Następnie więziony w Oświęcimiu, gdzie z powodu wyczerpania, pobicia i choroby trafia do szpitala obozowego. Tam z największym poświęceniem pomagał innym chorym. Zmarł w nocy z 12 na 13 grudnia 1941 r.

    102. O. JÓZEF INNOCENTY GUZ (1890-1940)

    Męczennik, który ucierpiał od dwóch okupantów. Wojna i okupacja radziecka zastała go w Grodnie. Tutaj też został aresztowany, jednak udało mu się zbiec z więzienia. Podczas przekraczania granicy rosyjsko-niemieckiej schwytany tym razem przez Niemców i więziony kolejno w Suwałkach, Działdowie i obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, gdzie został zamęczony 6 czerwca 1940 r. w wyrafinowany sposób. Tuż przed śmiercią zdążył powiedzieć do swojego przyjaciela: “Ja już odchodzę do Niepokalanej, a ty pozostań i rób swoje”.

    103. O. JÓZEF ACHILLES PUCHAŁA (1911-1943)

    Na początku 1940 r. objął opuszczoną przez proboszcza parafię Pierszaje w diecezji pińskiej. Po miesiącu przyjechało tam Gestapo i zaaresztowało wielu parafian. Komendantowi żandarmerii niemieckiej, który chciał umożliwić proboszczowi i wikariuszowi, o. Karolowi Hermanowi Stępniowi schronienie, franciszkanie odpowiedzieli, że “pasterze nie mogą opuścić wiernych”. Dołączyli d aresztowanych i zostali przeprowadzeni do wioski Borowikowszczyzna, gdzie 19 lipca 1943 r. zostali zamordowani w stodole.

    104. O. KAROL HERMAN STĘPIEŃ (1910-1943)

    Ukończył Papieski Wydział Teologiczny św. Bonawentury w Rzymie oraz Wydział Teologiczny Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Zamordowany wraz ze swoim proboszczem, o. Józefem Achillesem Puchałą, 19 lipca 1943 r. w Borowikowszczyźnie. Mógł się uratować, ale nie chciał zostawić parafian prowadzonych na śmierć.

    105. BR. STANISŁAW TYMOTEUSZ TROJANOWSKI (1908-1941)

    Całe życie zakonne spędził w Niepokalanowie, gdzie pracował głównie przy wysyłce “Rycerza Niepokalanej”, w magazynie, oraz jako opiekun chorych braci w infirmerii. Cieszył się dużym zaufaniem przełożonego – o. Maksymiliana Kolbego. Aresztowany 14 października 1941 r. i osadzony wraz z sześcioma innymi braćmi na Pawiaku. W więzieniu wiele się modlił i podnosił innych na duchu. Przewieziony do Oświęcimia mężnie znosu głód, zimno i katorżniczą pracę. Zmarł 28 lutego 1942 r. na zapalenie płuc. Dewizą jego życia było: “W każdym czasie i w każdym miejscu, do swobodnego rozporządzenia Woli Bożej”.

    106. BR. PIOTR BONIFACY ŻUKOWSKI (1913-1941)

    Przed profesją wieczystą przełożony klasztoru w Niepokalanowie, o. Florian Koziura wystawił mu taką opinię: “Pod każdym względem bardzo dobry. Takich więcej!”. Aresztowany 14 października 1941 r. i więziony na Pawiaku, gdzie podnosił na duchu towarzyszy niedoli. Przewieziony do Oświęcimia, zatrudniony przy wyniszczającej pracy, znosił cierpienia w duchu wiary. Zmarł na zapalenie płuc 10 kwietnia 1942 r.

    FRANCISZKANIE OFM

    107. O. ANASTAZY JAKUB PANKIEWICZ (1881-1941)

    W 1936 r. powołał do życia Zgromadzenie Sióstr Antonianek od Chrystusa Króla. Jego niezwykle ofiarną pracę w Łodzi, w jednej z najbardziej zaniedbanych dzielnic – Dołach, przerwało aresztowanie w październiku 1941 r. W Dachau nie załamały go udręki obozowe, pomagał załamanym i cierpiącym. Wyniszczony warunkami obozowymi i chorobami, został przydzielony do tzw. transportu inwalidów i 20 maja 1942 r. zabrany na zagazowanie. Wcześniej, po odbyciu spowiedzi, oświadczył: “Jestem spokojny i gotowy na śmierć”. Podczas wsiadania do auta wyciągnął ręce, aby pomóc współtowarzyszowi. Wtedy SS-mani gwałtownie zatrzasnęli żelazne drzwi, obcinając mu obydwie ręce. Najprawdopodobniej zmarł na skutek wykrwawienia, zanim dowieziono go do komór gazowych.

    TARNÓW

    108. KS. ROMAN SITKO (1880-1942)

    Rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Tarnowie. Żarliwy duszpasterz i wychowawca alumnów. Nie zważając na zakazy władz okupacyjnych i niebezpieczeństwo śmierci, potajemnie prowadził dalej formację alumnów, za co został zesłany do obozu zagłady. Zginął w Oświęcimiu 17 października 1942 r.

    Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    11 czerwca

    Święty Barnaba, Apostoł

    Zobacz także:
      •  Święty Paryzjusz, pustelnik
      •  Święta Paula Angela Maria Frassinetti, zakonnica
    ***
    Święty Barnaba Apostoł

    Barnaba urodził się na Cyprze w żydowskiej rodzinie z pokolenia Lewiego. Jego właściwe imię brzmiało Józef, ale Apostołowie dali mu przydomek Barnaba. Według Klemensa Aleksandryjskiego i Euzebiusza Barnaba miał należeć do grona 72 uczniów Pana Jezusa. Był krewnym św. Marka Ewangelisty, dlatego św. Paweł nazywa go kuzynem Ewangelisty (Kol 4, 10). Barnaba zapewne razem ze św. Pawłem przybył do Jerozolimy, aby u stóp Gamaliela, znanego rabina – uczonego żydowskiego, pogłębić swoją wiedzę w zakresie religii mojżeszowej. Dzieje Apostolskie tymi słowy wprowadzają nas w okoliczności początków jego działalności. “Józef, nazwany przez Apostołów Barnabas, to znaczy Syn Pocieszenia, lewita rodem z Cypru, sprzedał ziemię, którą posiadał, a pieniądze przyniósł i złożył u stóp Apostołów” (Dz 4, 36-37).
    O powadze, jakiej zażywał wśród Apostołów, świadczy to, że to Barnaba przygarnął św. Pawła po jego nawróceniu i dopiero z Barnabą Paweł mógł pójść do pozostałych Apostołów (Dz 9, 26-27). Wraz ze św. Pawłem Barnaba udał się do Antiochii, gdzie pozyskali wielką liczbę wiernych dla Chrystusa. Był to rok 42 po narodzeniu Pana Jezusa. Barnaba i Paweł swoje nauczanie kierowali najpierw do Żydów. Kiedy jednak ci ich odrzucili, poszli do pogan. Aby jednak neofitów nie zrazić, nie nakładano na nich żadnych obowiązków prawa mojżeszowego, a żądano jedynie, by dawali świadectwo Chrystusowi przez przyjęcie chrztu i życie zgodne z Ewangelią. Wieść o tym dotarła jednak do gminy jerozolimskiej, która pilnie przestrzegała prawa mojżeszowego. Barnaba po raz pierwszy wprowadził Pawła do gminy żydowskiej. Obaj Apostołowie bronili tam swojego kierunku działania wobec nawróconych z pogaństwa. Ich stanowczymi przeciwnikami byli natomiast nawróceni Żydzi. Sprawę rozstrzygnął na korzyść Barnaby i Pawła św. Piotr, a poparł go św. Jakub Młodszy. Ustalono, że wolno nawracać pogan, kiedy w danym mieście Żydzi nie przyjmą nauki Chrystusa Pana, oraz że nawróconym z pogaństwa nie należy narzucać obowiązku zachowania prawa mojżeszowego (Dz 15, 1-35).

    Święci Apostołowie Barnaba i Paweł

    Barnaba był człowiekiem dobrym, pełnym Ducha Świętego i wiary (Dz 11, 22-24). Razem ze św. Markiem jako towarzysz św. Pawła udał się w pierwszą podróż misyjną na Cypr, a stamtąd do Azji Mniejszej (Dz 13, 1-14). Na Cyprze dokonali nawrócenia namiestnika wyspy, Sergiusza Pawła. Kiedy w miasteczku Perge św. Paweł uzdrowił człowieka chromego, “na widok tego, co uczynił Paweł, tłumy zaczęły wołać po likaońsku: «Bogowie przybrali postać ludzi i zstąpili do nas». Barnabę nazwali Zeusem, a Pawła Hermesem, gdyż głównie on przemawiał. A kapłan Zeusa, który miał świątynię przed miastem, przywiódł przed bramy woły i przyniósł wieńce, i chciał z tłumem złożyć (im) ofiarę. Na wieść o tym Apostołowie Barnaba i Paweł rozdarli szaty (…) Zawiedziony tłum od entuzjazmu przeszedł do wściekłości”. Pobudzeni przez Żydów z Ikonium poganie omal nie pozbawili Apostołów życia, św. Pawła ukamienowali, ale cudem wyszedł z ich rąk (Dz 14, 1-21).
    Barnaba zamierzał wraz z Pawłem udać się w drugą podróż misyjną. Doszło jednak do konfliktu, gdyż Paweł stanowczo sprzeciwił się, by w tej podróży brał udział również Marek, który w czasie pierwszej wyprawy samowolnie ich opuścił. Barnaba w tej sytuacji wycofał się i powrócił z Markiem na Cypr, gdzie kontynuowali pracę apostolską (Dz 15, 39-40). Odtąd giną wszelkie informacje o Barnabie. Według podania miał pozostać na Cyprze jako pierwszy biskup i pasterz tej wyspy. Miał także działać w Rzymie, Aleksandrii, Mediolanie. Około 60 r. na Cyprze, w mieście Salaminie, poniósł wedle tego przekazu śmierć męczeńską przez ukamienowanie. Jak mówi podanie, za cesarza Zenona w roku 488 odnaleziono relikwie św. Barnaby. Miał on na piersiach Ewangelię św. Mateusza, którą sam własnoręcznie dla swojego użytku przepisał.
    Jak wielką popularnością cieszył się w pierwotnym chrześcijaństwie św. Barnaba, świadczą liczne apokryfy: Dzieje Barnaby, Ewangelia Barnaby oraz List Barnaby. Dzieje Barnaby opisują walki, jakie Apostoł musiał staczać z Żydami, którzy mieli go spalić żywcem. Jego prochy miał zebrać ze czcią św. Marek. Dziełko powstało ok. roku 400 na Cyprze. Ewangelię Barnaby mieli napisać gnostycy. Jest wspomniana w pismach niektórych ojców apostolskich, ale jej treści bliżej nie znamy. Ciekawym dokumentem jest List Barnaby z wieku II, w którym autor poleca alegorycznie tłumaczyć teksty Pisma świętego. Teologicznie cenną jest druga część tego Listu, mówiąca o preegzystencji Chrystusa Pana, o tajemnicy Jego wcielenia i o dwóch drogach – światła i ciemności.
    Kult św. Barnaby był już w czasach apostolskich tak wielki, że tylko jemu jednemu z uczniów Dzieje Apostolskie nadają zaszczytny tytuł Apostoła. W wieku XVI powstał zakon Regularnych Kleryków św. Pawła, założony przez św. Antoniego Marię Zaccaria, od macierzystego kościoła św. Barnaby nazywany popularnie barnabitami.
    Barnaba jest patronem Florencji i Mediolanu, w którym według tradycji nauczał; czczony jest także jako orędownik podczas kłótni, sporów, smutku oraz burz gradowych.
    W ikonografii św. Barnaba przedstawiany jest jako starszy mężczyzna z długą brodą w tunice i płaszczu albo w szatach biskupich, czasami jako kardynał. Jego atrybutami są: ewangeliarz, zwój pergaminu, gałązka oliwna, halabarda, model kościoła.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Barnaba, Sylas i Apollos

    Barnaba, Sylas i Apollos

    Święty Barnaba/autor z XVIII wieku

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 31 STYCZNIA 2007

    (…) W tej pierwszej misji ewangelizacyjnej odnaleźli oni sens swego życia, i jako tacy stają przed nami jako świetlany wzór bezinteresowności i wielkoduszności.

    Drodzy bracia i siostry,
    kontynuując naszą podróż do głównych postaci początków chrześcijaństwa, zwracamy dzisiaj uwagę na kilku dalszych współpracowników św. Pawła. Musimy przyznać, że Apostoł jest wymownym przykładem człowieka otwartego na współpracę: nie chce on w Kościele robić wszystkiego samemu, ale korzysta z licznych i różnych kolegów. Nie możemy zatrzymać się przy wszystkich tych cennych pomocnikach, ponieważ jest ich wielu. Wymieńmy tylko między innymi Epafrasa (por. Kol 1,7; 4,12; Flm 23), Epafrodyta (por. Flp 2,25; 4,18), Tychika (por. Dz 20,4; Ef 6,21; Kol 4,7; 2 Tm 4,12; Tt 3,12), Urbana (por. Rz 16,9), Gajusa i Arystarcha (por. Dz 19,29; 20,4; 27,2; Kol 4,10), a także niewiasty, jak Febę (por. Rz 16,1), Tryfenę i Tryfozę (por. Rz 16,12), Persydę, matkę Rufusa – o której Paweł powiada: “jest i moją matką” (por. Rz 16,12-13) – nie zapominając o małżonkach Prysce i Akwili (por. Rz 16,3; 1 Kor 16,19; 2 Tm 4,19). Dzisiaj, z tej wielkiej rzeszy współpracowników i współpracownic św. Pawła wybieramy trzy spośród tych osób, które odegrały szczególną rolę u początków ewangelizacji: Barnabę, Sylasa i Apollosa.

    Imię Barnaba, oznaczające “Syn Pocieszenia” (Dz 4,36), jest przydomkiem żydowskiego lewity rodem z Cypru. Osiadłszy w Jerozolimie był on jednym z pierwszych, którzy przyjęli chrześcijaństwo po zmartwychwstaniu Pana. Wielkodusznie sprzedał pole, które było jego własnością, a uzyskane pieniądze przekazał Apostołom na potrzeby Kościoła (por. Dz 4,37). To on był gwarantem nawrócenia Szawła dla wspólnoty chrześcijańskiej Jerozolimy, która nie dowierzała jeszcze dawnemu prześladowcy (por. Dz 9,27). Wysłany do Antiochii w Syrii, udał się do Pawła do Tarsu, dokąd się on wycofał, i spędził z nim cały rok, oddając się ewangelizacji tego ważnego miasta, w którego Kościele Barnaba znany był jako prorok i nauczyciel (por. Dz 13,1). Tak więc Barnaba, w chwili pierwszych nawróceń wśród pogan, zrozumiał, że nadszedł czas Szawła, który schronił się w Tarsie, swoim mieście. Udał się tam, aby go szukać. I tak oto w tym ważnym momencie przywrócił niejako Pawła Kościołowi; w tym sensie dał mu raz jeszcze Apostoła Narodów.

    Z Kościoła antiocheńskiego Barnaba wysłany został w misję wraz z Pawłem, odbywając tak zwaną pierwszą podróż misyjną Apostoła. W rzeczywistości była to podróż misyjna Barnaby, ponieważ to on był prawdziwym kierownikiem, do którego Paweł dołączył jako współpracownik, docierając do rejonów Cypru i Środkowo-Południowej Anatolii, w dzisiejszej Turcji, z takimi miastami jak Attalia, Perge, Antiochia Pizydyjska, Ikonium, Listra i Derbe (por. Dz 13-14). Razem z Pawłem udał się następnie na tzw. Sobór Jerozolimski, na którym po dogłębnym rozważeniu tego zagadnienia, Apostołowie wraz ze starszymi postanowili oddzielić praktykę obrzezania od tożsamości chrześcijańskiej (por. Dz 15,1-35). Tylko w ten sposób w końcu oficjalnie stał się możliwy Kościół pogan, Kościół bez obrzezania: jesteśmy synami Abrahama po prostu za sprawą wiary w Chrystusa.

    Obaj, Paweł i Barnaba, toczyli później spór na początku drugiej podróży apostolskiej, gdyż Barnaba zamierzał zabrać w charakterze towarzysza Jana Marka, podczas gdy Paweł nie chciał, jako że młodzieniec odłączył się od nich podczas poprzedniej podróży (por. Dz 13,13; 15,36-40). A zatem także wśród świętych możliwe są spory, rozdźwięki i zatargi. Mnie się wydaje to bardzo pocieszające, widzimy bowiem, że święci “nie spadli z nieba”. Są ludźmi takimi jak my, mającymi nawet złożone problemy. Świętość nie polega na tym, że nigdy się nie pobłądziło czy zgrzeszyło. Świętość wzrasta w zdolności do nawrócenia, pokuty, gotowości do rozpoczęcia od nowa, przede wszystkim zaś zależy od zdolności do pojednania i przebaczenia. I tak Paweł, który był dość cierpki i przykry wobec Marka, w końcu wyruszył z nim. W ostatnich listach Pawłowych: do Filemona i w drugim do Tymoteusza, właśnie Marek występuje jako “mój współpracownik”. Tak więc nie to, że nigdy się nie popełniło błędu, lecz zdolność do pojednania i przebaczenia czyni z nas świętych. Wszyscy też możemy nauczyć się tej drogi świętości. W każdym razie Barnaba wraz z Janem Markiem wyruszył na Cypr (por. Dz 15,39) około roku 49. Od tej chwili ślad po nim zaginął. Tertulian przypisuje mu autorstwo Listu do Hebrajczyków, co jest nawet prawdopodobne, ponieważ pochodząc z plemienia lewitów, Barnaba mógł być zainteresowany tematem kapłaństwa. A List do Hebrajczyków wyjaśnia nam w sposób niezwykły kapłaństwo Jezusa.

    Innym towarzyszem Pawła był Sylas, którego imię jest grecką formą jakiegoś imienia hebrajskiego (być może szeal, “prosić, błagać”, które ma ten sam rdzeń, co “Saul” – Szaweł) i które ma też formę łacińską Sylwan. Imię Sylas występuje jedynie w Dziejach Apostolskich, podczas gdy Sylwana znajdujemy tylko w listach św. Pawła. Był on Żydem z Jerozolimy, jednym z pierwszych, którzy zostali chrześcijanami, i w Kościele tamtejszym cieszył się wielkim szacunkiem (por. Dz 15,22), gdyż uchodził za proroka (por. Dz 15,32). Jego zadaniem było przekazanie “braciom w Antiochii, w Syrii i w Cylicji” (Dz 15,23) postanowień, podjętych na Soborze Jerozolimskim i wyjaśnienie ich. Najwyraźniej uważano go za zdolnego do podjęcia się swego rodzaju pośrednictwa między Jerozolimą a Antiochią, między judeochrześcijanami a chrześcijanami pochodzenia pogańskiego i przyczynienia się w ten sposób do jedności Kościoła w odmienności obrzędów i pochodzenia.

    Gdy Paweł rozstał się z Barnabą, wybrał właśnie Sylasa na nowego towarzysza podróży (por. Dz 15,40). Z Pawłem dotarł on do Macedonii (do miast Filippi, Tesaloniki i Berei), gdzie się zatrzymał, podczas gdy Paweł udał się dalej do Aten, a następnie do Koryntu. Sylas dołączył do niego w Koryncie, gdzie współpracował w głoszeniu Ewangelii; mianowicie w drugim Liście skierowanym przez Pawła do tamtejszego Kościoła, mowa jest o “Chrystusie Jezusie, Tym, którego głosiłem wam ja i Sylwan, i Tymoteusz” (2 Kor 1,19). To wyjaśnia, dlaczego występuje on jako współnadawca, wraz z Pawłem i Tymoteuszem, obu Listów do Tesaloniczan. Również to wydaje mi się istotne. Paweł nie działa jako “solista”, jak zupełnie samodzielna jednostka, ale razem ze swymi współpracownikami jako “my” Kościoła. Owo “ja” Pawła nie jest odizolowanym “ja”, lecz “ja” w “my” Kościoła, w “my” wiary apostolskiej. Sylwan jest też w końcu wspomniany w Pierwszym Liście Piotra, gdzie czytamy: “Krótko, jak mi się wydaje, wam napisałem przy pomocy Sylwana, wiernego brata” (5,12). W ten sposób widzimy też jedność Apostołów. Sylwan służy Pawłowi, służy Piotrowi, albowiem Kościół jest jeden i przepowiadanie misyjne jest jedno.

    Trzeci towarzysz Pawła, którego chcemy przypomnieć, nazywa się Apollos, najprawdopodobniej jest to skrót od Apolloniusza czy Apollodora. Chociaż jest to imię pochodzenia pogańskiego, był on żarliwym Żydem z Aleksandrii w Egipcie. Łukasz w Dziejach Apostolskich określa go jako “człowieka uczonego, znającego świetnie Pisma… z wielkim zapałem” (18, 24-25). Wkroczenie Apollosa na scenę pierwszej ewangelizacji następuje w Efezie: udał się on tam, by przepowiadać i miał szczęście spotkać się z chrześcijańskimi małżonkami Pryscyllą i Akwilą (por. Dz 18,26), którzy wprowadzili go w pełne poznanie “drogi Bożej”(por. Dz 18,26). Z Efezu udał się do Achai, docierając do Koryntu: dotarł tu w następstwie listu chrześcijan z Efezu, którzy polecali Koryntianom, by go dobrze przyjęli (por. Dz 18, 27).

    W Koryncie, jak pisze Łukasz, “pomagał bardzo za łaską Bożą tym, co uwierzyli. Dzielnie uchylał twierdzenia Żydów, wykazując publicznie z Pism, że Jezus jest Mesjaszem” (Dz 18,27-28). Ale jego powodzenie w tym mieście miało też aspekt problematyczny, jako że było kilku członów tamtejszego Kościoła, którzy w jego imię, zafascynowani jego sposobem mówienia, sprzeciwiali się innym (por. 1 Kor 1,12; 3,4-6; 4,6). Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian wyraża uznanie dla działalności Apollosa, ale wypomina Koryntianom, że ranią Ciało Chrystusa, dzieląc się na przeciwne frakcje. Wyciąga on ważną naukę z tego wydarzenia: tak ja, jak i Apollos – powiada – nie jesteśmy nikim innym, jak tylko diakonoi, czyli prostymi sługami, przez których uwierzyliście (por. 1 Kor 3,5). Każdy ma odmienne zadanie na polu Pańskim: “Ja siałem, Apollos podlewał, lecz Bóg dał wzrost… My bowiem jesteśmy pomocnikami Boga, wy zaś jesteście uprawną rolą Bożą i Bożą budowlą” (1 Kor 3,6-9). Po powrocie do Efezu Apollos opierał się zaproszeniom Pawła, by powrócił natychmiast do Koryntu, odkładając podróż na późniejszy termin, którego nie znamy (por. 1 Kor 16,12). Nie mamy o nim żadnych innych wiadomości, chociaż niektórzy uczeni przypuszczają, że to on może być autorem Listu do Hebrajczyków, który – według Tertuliana – miał napisać Barnaba.

    Wszyscy ci trzej mężowie jaśnieją na firmamencie świadków Ewangelii ze względu na to, co ich łączyło, oprócz tego, co charakteryzowało każdego z nich. Wspólne, poza pochodzeniem żydowskim, było ich oddanie Jezusowi Chrystusowi i Ewangelii, wraz z faktem, że wszyscy trzej byli współpracownikami apostoła Pawła. W tej pierwszej misji ewangelizacyjnej odnaleźli oni sens swego życia, i jako tacy stają przed nami jako świetlany wzór bezinteresowności i wielkoduszności. Przemyślmy raz jeszcze na koniec to zdanie św. Pawła: tak ja, jak i Apollos, jesteśmy sługami Jezusa, każdy na swój sposób, ponieważ to Bóg pozwala rosnąć. Słowa te są aktualne także dzisiaj dla wszystkich – czy to Papieża, czy kardynałów, biskupów, kapłanów i świeckich. Wszyscy jesteśmy pokornymi sługami Jezusa. Służmy Ewangelii, jak możemy, zgodnie z naszymi darami, i prośmy Boga, by to On pozwolił rosnąć dziś swej Ewangelii, swojemu Kościołowi.

    Benedykt XVI

    wiara.pl

    __________________________________________________________________________________________________

    Św. Barnaba - orędownik podczas sporów i kłótni

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Św. Barnaba – orędownik podczas sporów i kłótni

    Barnaba urodził się na Cyprze w żydowskiej rodzinie z pokolenia Lewiego. Jego właściwe imię brzmiało Józef, ale Apostołowie dali mu przydomek Barnaba. Według Klemensa Aleksandryjskiego i Euzebiusza Barnaba miał należeć do grona 72 uczniów Pana Jezusa.

    Był krewnym św. Marka Ewangelisty, dlatego św. Paweł nazywa go kuzynem Ewangelisty (Kol 4, 10). Barnaba zapewne razem ze św. Pawłem przybył do Jerozolimy, aby u stóp Gamaliela, znanego rabina – uczonego żydowskiego, pogłębić swoją wiedzę w zakresie religii mojżeszowej. Dzieje Apostolskie tymi słowy wprowadzają nas w okoliczności początków jego działalności. “Józef, nazwany przez Apostołów Barnabas, to znaczy Syn Pocieszenia, lewita rodem z Cypru, sprzedał ziemię, którą posiadał, a pieniądze przyniósł i złożył u stóp Apostołów” (Dz 4, 36-37).

    O powadze, jakiej zażywał wśród Apostołów, świadczy to, że to Barnaba przygarnął św. Pawła po jego nawróceniu i dopiero z Barnabą Paweł mógł pójść do pozostałych Apostołów (Dz 9, 26-27). Wraz ze św. Pawłem Barnaba udał się do Antiochii, gdzie pozyskali wielką liczbę wiernych dla Chrystusa. Był to rok 42 po narodzeniu Pana Jezusa. Barnaba i Paweł swoje nauczanie kierowali najpierw do Żydów. Kiedy jednak ci ich odrzucili, poszli do pogan. Aby jednak neofitów nie zrazić, nie nakładano na nich żadnych obowiązków prawa mojżeszowego, a żądano jedynie, by dawali świadectwo Chrystusowi przez przyjęcie chrztu i życie zgodne z Ewangelią. Wieść o tym dotarła jednak do gminy jerozolimskiej, która pilnie przestrzegała prawa mojżeszowego. Barnaba po raz pierwszy wprowadził Pawła do gminy żydowskiej. Obaj Apostołowie bronili tam swojego kierunku działania wobec nawróconych z pogaństwa. Ich stanowczymi przeciwnikami byli natomiast nawróceni Żydzi. Sprawę rozstrzygnął na korzyść Barnaby i Pawła św. Piotr, a poparł go św. Jakub Młodszy. Ustalono, że wolno nawracać pogan, kiedy w danym mieście Żydzi nie przyjmą nauki Chrystusa Pana, oraz że nawróconym z pogaństwa nie należy narzucać obowiązku zachowania prawa mojżeszowego (Dz 15, 1-35).

    Barnaba był człowiekiem dobrym, pełnym Ducha Świętego i wiary (Dz 11, 22-24). Razem ze św. Markiem jako towarzysz św. Pawła udał się w pierwszą podróż misyjną na Cypr, a stamtąd do Azji Mniejszej (Dz 13, 1-14). Na Cyprze dokonali nawrócenia namiestnika wyspy, Sergiusza Pawła. Kiedy w miasteczku Perge św. Paweł uzdrowił człowieka chromego, “na widok tego, co uczynił Paweł, tłumy zaczęły wołać po likaońsku: «Bogowie przybrali postać ludzi i zstąpili do nas». Barnabę nazwali Zeusem, a Pawła Hermesem, gdyż głównie on przemawiał. A kapłan Zeusa, który miał świątynię przed miastem, przywiódł przed bramy woły i przyniósł wieńce, i chciał z tłumem złożyć (im) ofiarę. Na wieść o tym Apostołowie Barnaba i Paweł rozdarli szaty (…) Zawiedziony tłum od entuzjazmu przeszedł do wściekłości”. Pobudzeni przez Żydów z Ikonium poganie omal nie pozbawili Apostołów życia, św. Pawła ukamienowali, ale cudem wyszedł z ich rąk (Dz 14, 1-21).

    Barnaba zamierzał wraz z Pawłem udać się w drugą podróż misyjną. Doszło jednak do konfliktu, gdyż Paweł stanowczo sprzeciwił się, by w tej podróży brał udział również Marek, który w czasie pierwszej wyprawy samowolnie ich opuścił. Barnaba w tej sytuacji wycofał się i powrócił z Markiem na Cypr, gdzie kontynuowali pracę apostolską (Dz 15, 39-40). Odtąd giną wszelkie informacje o Barnabie. Według podania miał pozostać na Cyprze jako pierwszy biskup i pasterz tej wyspy. Miał także działać w Rzymie, Aleksandrii, Mediolanie. Około 60 r. na Cyprze, w mieście Salaminie, poniósł wedle tego przekazu śmierć męczeńską przez ukamienowanie. Jak mówi podanie, za cesarza Zenona w roku 488 odnaleziono relikwie św. Barnaby. Miał on na piersiach Ewangelię św. Mateusza, którą sam własnoręcznie dla swojego użytku przepisał.

    Jak wielką popularnością cieszył się w pierwotnym chrześcijaństwie św. Barnaba, świadczą liczne apokryfy: Dzieje Barnaby, Ewangelia Barnaby oraz List Barnaby. Dzieje Barnaby opisują walki, jakie Apostoł musiał staczać z Żydami, którzy mieli go spalić żywcem. Jego prochy miał zebrać ze czcią św. Marek. Dziełko powstało ok. roku 400 na Cyprze. Ewangelię Barnaby mieli napisać gnostycy. Jest wspomniana w pismach niektórych ojców apostolskich, ale jej treści bliżej nie znamy. Ciekawym dokumentem jest List Barnaby z wieku II, w którym autor poleca alegorycznie tłumaczyć teksty Pisma świętego. Teologicznie cenną jest druga część tego Listu, mówiąca o preegzystencji Chrystusa Pana, o tajemnicy Jego wcielenia i o dwóch drogach – światła i ciemności.

    Kult św. Barnaby był już w czasach apostolskich tak wielki, że tylko jemu jednemu z uczniów Dzieje Apostolskie nadają zaszczytny tytuł Apostoła. W wieku XVI powstał zakon Regularnych Kleryków św. Pawła, założony przez św. Antoniego Marię Zaccaria, od macierzystego kościoła św. Barnaby nazywany popularnie barnabitami.

    Barnaba jest patronem Florencji i Mediolanu, w którym według tradycji nauczał; czczony jest także jako orędownik podczas kłótni, sporów, smutku oraz burz gradowych.

    brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    10 czerwca

    Błogosławiony Bogumił-Piotr, biskup

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jan Dominici, biskup
      •  Błogosławiony Eustachy Kugler, zakonnik
    ***
    Błogosławiony Bogumił-Piotr
    Bogumił urodził się w Koźminie (Wielkopolska). Pochodził ze znakomitego rodu Leszczyców. Przyszedł na świat ok. 1135 r. O jego rodzicach dokumenty milczą. Jego bliższym krewnym, może nawet bratem, był cysters w Łeknie, Boguchwał. Nie są znane bliższe okoliczności wstąpienia Bogumiła do klasztoru cystersów. Nie wiemy również, czy jego imię Piotr jest chrzestnym, czy też zakonnym. W roku 1185 miał powstać klasztor cystersów w Koprzywnicy, a jego opatem miał być wybrany wówczas właśnie Bogumił-Piotr. W roku 1186 Bogumił został powołany na urząd biskupa w Poznaniu. Do dziś w skarbcu katedry przechowywana jest jego stuła. Jednak już w roku następnym, 1187, po śmierci arcybiskupa gnieźnieńskiego Zdzisława, Bogumił został powołany do Gniezna na jego następcę. Tak szybka kariera wskazuje, że musiał wyróżniać się niezwykłymi zaletami ducha. Bł. Wincenty Kadłubek, który zapewne znał go osobiście, napisał o nim w Kronice: “Mąż pełen cnót i wiedzy (…), wyróżniający się dobrymi obyczajami, pełen szlachetności umysłu”. Bogumił był rzeczywiście chlubą zakonu cysterskiego dzięki swojej mądrości, uczynności, dzielności, świętości i hojnej fundacji na cele misyjne.
    Swoje przywiązanie do zakonu cystersów okazał Bogumił zaraz na początku swoich rządów, kiedy przeznaczył dochody z kilkunastu wsi, należących do metropolii, na zorganizowanie nowego opactwa cystersów w Sulejowie, które ufundował wtedy książę Kazimierz Sprawiedliwy. Opactwu cysterskiemu w Łeknie ofiarował dochody z trzech innych wsi. O publicznej działalności Błogosławionego wiemy tyle, że w roku 1191 uczestniczył w konsekracji kolegiaty sandomierskiej. Wezwany na rozjemcę w sporze między benedyktynami a norbertanami o opactwo św. Wincentego we Wrocławiu w roku 1193, przydzielił je norbertanom. Jemu też zlecono delikatną i trudną misję pojednania książąt Kazimierza Sprawiedliwego z Mieszkiem Starym. W rodzinnym majątku, w Dobrowie, Bogumił ufundował kościół parafialny Świętej Trójcy i hojnie go uposażył.
    Spragniony ciszy i spokoju, po dwunastu latach rządzenia metropolia gnieźnieńską, w 1198 r. złożył rezygnację na ręce legata papieskiego, kardynała Piotra, i przeniósł się do Dobrowa, gdzie na wyspie rzeki Warty założył sobie pustelnię. Tam, jak pisał promotor procesu beatyfikacyjnego, prymas Maciej Łubieński, “trawiąc czas na modlitwie i trapiąc ciało swoje postami, niespaniem i różnymi umartwieniami, spędził ostatnie lata swego życia”. W każdą niedzielę dla okolicznych mieszkańców odprawiał Msze św. i wygłaszał kazania. Przeżył tam ok. 5 lat. Dobra rodzinne przeznaczył na misje wśród pogańskich Prusów.
    Nieznana jest data jego zgonu. Według Kalendarza Krakowskiego miał przejść do wieczności 19 sierpnia. Według nekrologu klasztorów norbertanów we Wrocławiu i w Szczecinie miał zasnąć w Panu 20 sierpnia. Przypuszczalny rok jego śmierci to ok. 1204 r.
    Jego cześć od samego początku była żywa. Obejmowała zwłaszcza rejon Wielkopolski. Uciekano się do jego wstawiennictwa przede wszystkim, by uprosić zdrowie dla żywego inwentarza oraz o szczęśliwe połowy ryb. U jego grobu w kościele dobrowskim składano liczne wota dziękczynne za wyjednane łaski. Prymas Jakub Uchański (1562-1581) w czasie badania relikwii Bogumiła wyjął z jego sarkofagu mitrę i pierścień biskupi z szafirem oraz złotą blachę z napisem pośmiertnym. Proces kanoniczny rozpoczął dopiero w roku 1625 prymas Maciej Łubieński. Akta tego procesu zostały przesłane do Rzymu w roku 1651. Z tej okazji opracowano żywot Bogumiła. Niestety, księga cudów, którą wypożyczył Sebastian Głębocki, spłonęła w jego dworze w Głębokim pod Kruszwicą. Nowy proces kościelny rozpoczął w roku 1908 biskup kujawski, Stanisław Kazimierz Zdzitowiecki. Dopiero papież Pius XI 27 maja 1925 roku zatwierdził starodawny kult biskupa Bogumiła. Paweł VI ogłosił bł. Bogumiła wraz z bł. Jolentą patronem archidiecezji gnieźnieńskiej. Ponadto bł. Bogumił jest patronem archidiecezji gdańskiej, poznańskiej, wrocławskiej i diecezji włocławskiej. Jest wzywany jako orędownik odbywających rekolekcje i skupienia.
    W ikonografii bł. Bogumił przedstawiany jest w pontyfikalnym stroju biskupim z krzyżem w ręku. Czasami ukazywany, gdy przechodzi suchą nogą przez rzekę. Jego atrybutem jest ryba.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    9 czerwca

    Święty Kolumba (Starszy) z Hy (Iona), opat

    Zobacz także:
      •  Święty Efrem Syryjczyk, diakon i doktor Kościoła
      •  Błogosławiona Anna Maria Taigi, tercjarka
      •  Święty Józef de Anchieta, prezbiter
      •  Błogosławiony Mikołaj z Gesturi, zakonnik
    Prawdziwe imię Kolumby brzmi Columcille (irlandzkie imię – Colum Cille), czyli “gołąb Kościoła”. Na chrzcie otrzymał imię Crimthann (czyli “lis”). Znany jest przede wszystkim pod łacińską wersją swego imienia Columba. W wersji polskiej występuje jako Kolumba lub Kolumban. Nazwany został Starszym dla odróżnienia od Kolumbana Młodszego, także świętego (+ 615), wspominanego w liturgii 23 listopada. Z tego samego powodu bywa też określany mianem Kolumba opata z Hy (Iona). Analogicznie Kolumban Młodszy zwany jest wtedy Kolumbanem z Luxeuil/Bobbio.

    Święty Kolumba (Starszy) z Hy (Iona)

    Urodził się około r. 521 w królewskiej rodzinie Conall Gulbana; kilku bliskich z jego rodziny należało do grona panujących. Sam został szybko mnichem. Wówczas właśnie otrzymał imię Kolumba, pod którym przeszedł do historii. Wykształcenie i zmysł zakonny zdobywał w kilku klasztorach: w Cill-Enna, w Clonard oraz Moville. Potem sam założył wiele ośrodków mniszych. W roku 563, już jako kapłan i opat, opuścił Irlandię – pro Christo peregrinari volens (pragnąc pielgrzymować dla Chrystusa), jak przekazał Adamnan. Osiadł na opustoszałej wysepce Iona i tam utworzył nowy ośrodek, który miał promieniować przez kolejne stulecia. Podjął też pracę ewangelizacyjną, prowadzoną wcześniej bez trwałych rezultatów przez św. Niniana. Działał również pośród Irlandczyków osiadłych na południe od terenów Piktów. Oni to utworzyli podstawę dla ukształtowania narodowości szkockiej.
    Na małej skalistej wysepce Kolumba spędził trzydzieści cztery lata. Bez ustanku napływali do niego uczniowie, dlatego ośrodek stał się początkiem kilku innych klasztorów, które utworzyły rodzaj konfederacji mniszej. Formowano w nich misjonarzy dla Piktów i Anglosasów. Sam Kolumba nawrócił króla Piktów, a w 574 roku namaścił na króla władcę Irlandczyków w południowej Szkocji. Biskupem nie był, mimo to posiadał pewną jurysdykcję nad klasztorami w Szkocji i Irlandii. Zmarł 8 lub 9 czerwca 597 r., wtedy gdy św. Augustyn z Canterbury, wysłany przez Grzegorza Wielkiego, stawiał stopę na ziemi angielskiej. Szczątki patriarchy przeniesiono w czasie napadów skandynawskich. Przetrwała dużo późniejsza legenda o tym, że złożono je razem z relikwiami św. Patryka i św. Brygidy.
    W ikonografii przedstawiany jest w habicie benedyktyńskim. Jego atrybutem jest: księga, zwój, model klasztoru, statek, gołąb.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 czerwca

    Święta Jadwiga Królowa

    Zobacz także:
      •  Święty Medard, biskup
      •  Święty Wilhelm z Yorku, biskup
      •  Błogosławione Diana i Cecylia, dziewice
      •  Święty Jakub Berthieu, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiona Maria od Bożego Serca (Droste zu Vischering), dziewica
    ***

    Wspomnienie św. Jadwigi zostało przeniesione na 8 czerwca z dnia 17 lipca.

    Święta Jadwiga Królowa
    Jadwiga była trzecią i najmłodszą po Katarzynie (+ 1378) i Marii (+ 1395) córką króla Węgier i Polski, Ludwika Andegaweńskiego, i Elżbiety, księżniczki bośniackiej. Urodziła się prawdopodobnie 18 lutego 1374 roku. Rodzice planowali dla Jadwigi małżeństwo z Wilhelmem Habsburgiem. Dzieci połączono warunkowym ślubem (1378), by go dopełnić w ich wieku dojrzałym. W chwili zawarcia ślubu warunkowego Jadwiga miała zaledwie 4 lata. W nadziei na przyszły ślub wysłano Jadwigę do Wiednia. W tym jednak roku zmarła najstarsza córka Ludwika Węgierskiego, Katarzyna. W tej sytuacji odwołano Jadwigę na Węgry.
    Po śmierci Ludwika Węgierskiego (1382) Węgrzy ogłosili królową siostrę Jadwigi, Marię. Natomiast Polacy zaprosili na swój tron Jadwigę. W wieku 10 lat została koronowana 16 października 1384 r. W związku z zaistniałą sytuacją polityczną, a także wobec dalekosiężnych planów polskich rozważano możliwość unii Polski z Litwą. Stała się ona faktem dzięki małżeństwu królowej Jadwigi z Władysławem Jagiełłą, wielkim księciem Litwy. Ceremonia zaślubin, poprzedzona chrztem Jagiełły (15 lutego 1386 r.), odbyła się w katedrze królewskiej 18 lutego 1386 r. Tam również 4 marca odbyła się koronacja Jagiełły na króla polskiego. Jagiełło miał wówczas 35 lat, Jadwiga – 12.
    Wiosną tego samego roku para królewska udała się do Wielkopolski, gdzie król uspokoił tamtejszych panów, mianując na wojewodę wielkopolskiego ich kandydata, Bartosza z Odolanowa. Rok później panowie polscy zdołali przekonać Jadwigę, by stanęła na czele wojsk i na nowo przyłączyła Ruś do granic Polski. Starosta węgierski oddał Ruś bez oporu. 8 marca 1387 roku Jadwiga wjechała do Lwowa.
    Jan Długosz (+ 1480) oddaje Jadwidze najwyższe pochwały. Gdy była małoletnia, pozwoliła, by rządzili za nią wytrawni i całą duszą oddani polskiej racji stanu doradcy. Kiedy wraz z Jagiełłą została współrządczynią kraju, miała na celu jedynie dobro narodu polskiego. Z Krzyżakami wiodła ożywioną korespondencję: m.in. interpelowała w sprawie ich zbrojnych wypraw na Litwę, jak też w sprawie przywłaszczonych sobie dóbr Opolczyka w Ziemi Dobrzyńskiej i na Kujawach. We Włocławku spotkała się osobiście z wielkim mistrzem krzyżackim, Konradem von Jungingen, by omówić problemy, dotyczące obu stron (1397). Doprowadziła do zgody między Władysławem Jagiełłą a jego rywalem, Witoldem (1393). Odtąd wszelkie porachunki dynastyczno-polityczne książęta litewscy zobowiązali się załatwiać z udziałem Jadwigi. W 1392 roku udała się na Węgry, gdzie w spotkaniu ze swoją siostrą, Marią, omawiała w Lubowli i w Kezmarku sprawy obu państw. Nawiązała ścisły kontakt z papieżem Urbanem VI (+ 1392) i Bonifacym IX (+ 1404), skutecznie likwidując intrygi Krzyżaków, Opolczyka i Zygmunta Luksemburczyka.
    Serca poddanych pozyskała sobie jednak przede wszystkim niezwykłą dobrocią. Kiedy żołnierze królewscy spustoszyli wieśniakom pola, urządzając sobie na nich lekkomyślnie polowanie, zażądała od męża ukarania winnych i wynagrodzenia wyrządzonych szkód. Kiedy Jagiełło zapytał, czy jest już zadowolona, otrzymał odpowiedź: “A kto im łzy powróci?” Przy budowie kościoła Najświętszej Maryi Panny “na Piasku” w Krakowie, istniejącego do dziś, sama doglądała robót. Pewnego dnia jej czujne oko dojrzało kamieniarza, który był smutny. Kiedy zapytała, co mu jest, dowiedziała się, że ten ma w domu ciężko chorą żonę i boi się, że go zostawi samego z drobnymi dziećmi. Królowa, nie namyślając się, wyrwała ze swego bucika złotą klamerkę, obsadzoną drogimi kamieniami, i oddała ją robotnikowi, by opłacił lekarza. Nie zauważyła wówczas, że bosą stopę położyła na kamieniu oblanym wapnem. Odbity ślad wdzięczny kamieniarz obkuł dokoła i wraz z kamieniem wmurował w zewnętrzną ścianę świątyni. Do dzisiaj można ją oglądać. Bardzo wiele kościołów chlubi się, że je fundowała, odnawiała i uposażyła Jadwiga.

    Święta Jadwiga Królowa

    Do najpilniejszych trosk Jadwigi należało odnowienie Akademii Krakowskiej. Założył ją Kazimierz Wielki w 1364 roku, jednak za rządów Ludwika Węgierskiego Akademia podupadła. Jadwiga oddała wszystkie swoje klejnoty na jej odnowienie. Wystarała się także u Stolicy Apostolskiej o zezwolenie na jej dalsze prowadzenie i rozbudowę. Akademię otwarto po jej śmierci w 1400 roku.
    Jagiełło bardzo pragnął mieć potomka, który zapewniłby ciągłość jego rodu na tronie polskim. Kiedy więc Jadwiga została matką, na dworze królewskim zapanowała wielka radość. Niestety, trwała krótko, bo zakończyła się podwójną tragedią: śmiercią dziecka i matki. Dnia 22 marca 1399 roku Jadwiga urodziła córkę, której na chrzcie dano imię matki oraz (na cześć papieża) imiona: Elżbieta, Bonifacja. Jednak po trzech tygodniach dziewczynka zmarła, a niebawem zmarła też matka. Zasnęła w Panu 17 lipca 1399 roku, w wieku 25 lat, okrywając naród polski żałobą. Jako królowa rządziła Polską sama przez 2 lata (1384-1386), natomiast razem z Jagiełłą – przez 13 lat (1386-1399).

    Grobowiec św. Jadwigi

    Opłakiwaną przez wszystkich królowę pochowano w podziemiach katedry krakowskiej na Wawelu. W 1887 roku odnaleziono tam jej śmiertelne szczątki pod posadzką katedry. W 1949 roku jej grób otwarto ponownie i przeprowadzono badania naukowe. Zachowane kości pochowano w nowej trumnie, którą umieszczono w artystycznym sarkofagu z białego marmuru. Spoczywa w nim dotąd.
    Z pamiątek po św. Jadwidze warto wymienić krzyż, który znajduje się w katedrze wawelskiej, uważany za cudowny, nazywany także “krzyżem Jadwigi”, gdyż przed nim królowa miała się często modlić. Według podania z tego krzyża Chrystus miał do niej przemówić. Tu wreszcie miała zapaść decyzja Jadwigi o rezygnacji ze szczęścia osobistego (i małżeństwa z Wilhelmem) na rzecz pozyskania dla Chrystusa Litwy.
    Od razu po śmierci Jadwigę uważano za świętą, chociaż lud często mieszał ją ze św. Jadwigą Śląską (+ 1243). W 1426 roku arcybiskup gnieźnieński, Wojciech Jastrzębiec, rozpoczął formalny proces kanoniczny. W swoim dekrecie napisał m.in.: “Z doświadczenia wiemy, że spełniała przeróżne uczynki miłosierdzia, cierpliwości, postów, czuwań oraz innych niezliczonych dzieł pobożnych”. Arcybiskup polecił także zbierać fundusze na proces kanonizacyjny Jadwigi. Niestety, Kazimierz Jagiellończyk przeznaczył je na wojnę z Krzyżakami. Starania Jagiellonów o kanonizację św. Kazimierza, pochodzącego z ich rodu, ponownie odsunęły na dalszy plan kanonizację Jadwigi. Potem nastał czas nieustannych wojen i wewnętrznych zamieszek, wreszcie 150 lat trwająca niewola. Dopiero w XX w. starania o beatyfikację Jadwigi podjęli na nowo arcybiskup krakowski kardynał Adam Stefan Sapieha (+ 1951) i kardynał Karol Wojtyła.
    Z polecenia św. Jana Pawła II jego następca na stolicy arcybiskupów krakowskich, kardynał Franciszek Macharski, w roku 1979 przesłał do Rzymu formalną prośbę o beatyfikację, do której dołączył liczącą ponad 350 stron dokumentację nieprzerwanego kultu Jadwigi, trwającego po dzień dzisiejszy. Kongregacja do Spraw Kanonizacji na tej podstawie przygotowała relację o kulcie. Na polecenie papieża Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów przygotowała teksty liturgiczne i wyznaczyła dzień 17 lipca na doroczne wspomnienie Jadwigi. Dokumenty tych kongregacji św. Jan Paweł II osobiście przywiózł do Polski i 8 czerwca 1979 r. na zamknięcie synodu archidiecezji krakowskiej odprawił Mszę świętą ku czci bł. Jadwigi.
    W 1996 roku został ogłoszony dekret o heroiczności cnót Jadwigi, w którym napisano: “Kobietą dla Kościoła i dla Ojczyzny najbardziej zasłużoną była błogosławiona Jadwiga, królowa Polski, która sprawiedliwością i troskliwą miłością rządziła swoim narodem, popierała rozszerzanie wiary i kultury chrześcijańskiej i jak światło postawione na świeczniku świętością życia i dziełami ozdobiła wspólnotę kościelną i świecką. […] Wraz z mężem, który dochował obietnic złożonych przed zaślubinami, Jadwiga czynnie uczestniczyła w życiu Królestwa polsko-litewskiego; miała własny dwór i kancelarię, i podejmowała obowiązki administracyjne, popierając sprawiedliwość i pokój tak w sprawach wewnętrznych, jak i w załatwianiu spraw z innymi państwami. Prawo Boże było w jej życiu i działalności najwyższą wartością. […] Dla chorych założyła wiele szpitali i nie szczędziła pomocy biednym. Mimo młodego wieku zawsze działała z roztropnością, męstwem i łagodnością, mając na uwadze chwałę Boga, dobro Kościoła i swojego ludu. «Była zwierciadłem czystości, pokory i prostoty». Praktykowała umiarkowanie w używaniu dóbr ziemskich i post, unikała próżnej chwały i przepychu, swoją nadzieję złożyła w Bogu i pragnęła wiecznej nagrody”.
    Kanonizacji Jadwigi dokonał również św. Jan Paweł II – na krakowskich Błoniach, 8 czerwca 1997 r., w obecności ponad miliona ludzi, w 18. rocznicę pierwszej Mszy o bł. Jadwidze odprawionej w Krakowie. Z tej racji obchód ku czci św. Jadwigi przeniesiono z pierwotnego terminu (17 lipca, dies natalis Świętej) na dzień 8 czerwca. Była to pierwsza w dziejach kanonizacja na ziemi polskiej. W homilii Papież-Polak mówił m.in.: “Najgłębszym rysem jej krótkiego życia, a zarazem miarą jej wielkości, jest duch służby. Swoją pozycję społeczną, swoje talenty, całe swoje życie prywatne całkowicie oddała na służbę Chrystusa, a gdy przypadło jej w udziale zadanie królowania, oddała swe życie również na służbę powierzonego jej ludu”.
    W ikonografii św. Jadwiga przedstawiana jest w stroju królewskim. Jej atrybutem są buciki.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 czerwca

    Liturgiczne wspomnienie męczenników z Pariacoto

    84-bm

    ***

    7 czerwca przypada liturgiczne wspomnienie pierwszych polskich misjonarzy męczenników – bł. Zbigniewa Strzałkowskiego i bł. Michała Tomaszka. Data nawiązuje do dnia święceń prezbiteratu bł. Zbigniewa i diakonatu bł. Michała, które wspólnie przyjęli w 1986 r. w Kościele pw. św. Karola Boromeusza we Wrocławiu. Święcenia te odbyły się wyjątkowo w tym samym dniu, ponieważ obchodzono 750-lecie przybycia franciszkanów do Wrocławia.

    W tym roku 7 czerwca obchodzimy Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która w liturgii Kościoła katolickiego przypada w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała. Ze względu na tę wyjątkową sytuację, wszystkich sympatyków błogosławionych Zbigniewa i Michała zapraszamy do osobistego przeżywania ich wspomnienia.

    Zachęcamy do modlitwy o uproszenie łask za wstawiennictwem franciszkańskich misjonarzy, którzy orędują za nami u Boga. Bł. Zbigniew patronuje ludziom chorym, potrzebującym, zniewolonym, a bł. Michał jest patronem dzieci i młodzieży, wypraszającym łaskę potomstwa.

    Warto pamiętać, iż w przyszłym roku będziemy celebrować 10. rocznicę wyniesienia na ołtarze polskich misjonarzy, którzy zginęli męczeńską śmiercią za wiarę 9 sierpnia 1991 r., z rąk ugrupowania terrorystycznego „Świetlisty Szlak” (Sendero Luminoso).

    Modlitwa o uproszenie łask za wstawiennictwem bł. Michała i bł. Zbigniewa,
    Męczenników z Pariacoto

    Boże, który powołałeś błogosławionych Michała i Zbigniewa, kapłanów,
    do naśladowania Chrystusa za wzorem św. Franciszka z Asyżu,
    i dla dobra ludu im powierzonego
    umocniłeś ich Twoim Duchem aż do męczeństwa,
    spraw, abyśmy za ich wstawiennictwem wzrastali w miłości do Ciebie
    i w łaskawej służbie wobec najmniejszych.
    Udziel nam również łaski…, o którą prosimy
    za wstawiennictwem błogosławionych Męczenników z Pariacoto
    i ucz nas zawsze wypełniać Twoją świętą wolę.
    Przez naszego Pana, Jezusa Chrystusa, Twojego Syna,
    który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego,
    Bóg przez wszystkie wieki wieków.
    Amen.

    Męczennicy z Pariacoto

    __________________________________________________________________________

    Męczennicy z Pariacoto:

    bł. Michał Tomaszek i Zbigniew Strzałkowski

    Męczennicy z Pariacoto – bł. Michał Tomaszek i Zbigniew Strzałkowski

    Pogrzeb męczenników w Pariacoto; ojcowie Michał Tomaszek i Zbigniew Strzałkowski OFMConv – www.meczennicy.franciszkanie.pl; Francisofmconv, CC BY-SA 4.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons

    ***

    Wspominając błogosławionych Michała Tomaszka i Zbigniewa Strzałkowskiego mamy okazję przybliżyć sylwetki współczesnych nam polskich męczenników w Ameryce Południowej, a dokładniej w Pariacoto (Peru). Są to pierwsi błogosławieni polscy misjonarze, którzy przez śmierć męczeńską dali świadectwo swojej wiary. Kościół wspomina błogosławionych franciszkanów, o. Zbigniewa Strzałkowskiego i o. Michała Tomaszka 7 czerwca.

    Zbigniew Strzałkowski urodził się 3 lipca 1958 roku w Tarnowie. Jego rodzina mieszkała w podtarnowskiej wsi Zawada. Był synem rolników Stanisława i Franciszki z domu Wójcik. Był najmłodszy z trójki braci.

    Do szkoły uczęszczał w rodzinnej miejscowości. Ukończył Technikum Mechaniczne w Tarnowie i przez rok pracował w przedsiębiorstwach państwowych w Tarnowie i Tarnowcu.

    W 1979 roku wstąpił do franciszkanów. Od samego początku pragnął służyć Bogu jako kapłan w kraju lub na misjach, naśladując Franciszka z Asyżu i Maksymiliana Kolbe. Studia odbył w Krakowie. Święcenia kapłańskie przyjął we Wrocławiu, 7 czerwca 1986 roku. W czasie tej uroczystości późniejszy towarzysz męczeństwa, o. Michał Tomaszek, przyjął święcenia diakonatu.

    O. Zbigniew po święceniach przez dwa lata był wicerektorem w Niższym Seminarium Duchownym Ojców Franciszkanów w Legnicy. We wrześniu 1988 roku udał się do Wrocławia, aby przygotować się do wyjazdu na misje. 30 listopada tego roku, razem ze swoim współbratem, o. Jarosławem Wysoczańskim, udali się przez Moskwę do Limy, w Peru. Tam jego polska prowincja właśnie od tego roku zaczynała pracę misyjną w andyjskim miasteczku Pariacoto. Byli jednymi z pierwszych, którzy podjęli tę pracę.

    Michał Tomaszek urodził się 23 września 1960 roku w Łękawicy koło Żywca. Był synem rolników Michała i Mieczysławy z domu Rodak. Miał dwie siostry i brata bliźniaka. Szkołę podstawową ukończył w rodzinnej miejscowości. Naukę kontynuował w Niższym Seminarium Duchownym Ojców Franciszkanów w Legnicy.

    Bł. Michał i bł. Zbigniew wraz ze współbratem o. Jarosławem - www.meczennicy.franciszkanie.plbł. Michał i bł. Zbigniew wraz ze współbratem o. Jarosławem – www.meczennicy.franciszkanie.pl

    ***

    Po zdaniu matury wstąpił do zakonu franciszkanów. Studia filozofii i teologii odbył w Krakowie. Tam też przyjął święcenia kapłańskie w maju 1987 roku. Po święceniach pracował przez dwa lata w Pieńsku koło Zgorzelca. Opiekował się tam między innymi dziećmi niepełnosprawnymi.

    Niedługo po święceniach prosił o. prowincjała o pozwolenie na wyjazd na misje. Do Pariacoto w Peru, w Ameryce Południowej, wyjechał w lipcu 1989 roku. Tam podjął pracę duszpasterską, między innymi, razem z o. Zbigniewem Strzałkowskim.

    Sytuacja polityczna w Peru była skomplikowana. Od lat sześćdziesiątych XX wieku działała komunistyczna, maoistyczna organizacja ‘Świetlisty Szlak’ – Sendero Luminoso, która przeciwstawiała się rządowi. Chcieli zastąpić w ich mniemaniu burżuazyjne instytucje w Peru, chłopskimi rządami rewolucyjno-komunistycznej organizacji. Chcieli wprowadzić dyktaturę proletariatu, przeprowadzić rewolucję kulturalną na wzór tej chińskiej, a ostatecznie doprowadzić do rewolucji światowej.

    W 1980 roku wybuchł konflikt zbrojny z siłami rządowymi. Świetlisty Szlak zaczął posługiwać się metodami terrorystycznymi, atakując urzędy państwowe, ale też chłopów, liderów związkowych, a nawet infrastrukturę państwową, niszcząc drogi, mosty, koleje i rafinerie. Atakowany był także Kościół.

    Przedstawiciele organizacji grozili także polskim franciszkanom, którzy działali w Pariacoto. Mimo zagrożenia nie opuścili oni misji. 9 sierpnia 1991 roku zostali napadnięci. Zginęli od strzałów w plecy i tył głowy. Na miejscu męczeńskiej śmierci usypano z kamieni mogiłę i ustawiono krzyż.

    Imiona świętych – Zbigniew

    Pośmiertnie obaj męczennicy zostali odznaczeni Wielkim Orderem Oficerskim Słońca Peru. Beatyfikowani zostali przez papieża Franciszka w grudniu 2015 roku. Ich relikwie znajdują się w Pariacoto, w specjalnej kaplicy im poświęconej.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    _________________________________________________________________________________________

    „Nasi” męczennicy. Błogosławieni

    Michał Tomaszek i Zbigniew Strzałkowski

    Beatyfikacja polskich męczenników

    AP/FOTOLINK

    ***

    Żyjemy w takich czasach, że o nowych chrześcijańskich męczennikach słyszymy regularnie. Egipt, Syria, Irak, Indie – tam wciąż zabija się z powodu wiary w Chrystusa. Zapominamy jednak, że w Polsce mamy „swoich własnych” współczesnych męczenników.

    Liturgiczne wspomnienie franciszkanów: Michała Tomaszka i Zbigniewa Strzałkowskiego – zamordowanych w sierpniu 1991 roku w peruwiańskiej wsi Pariacoto – jest obchodzone 7 czerwca w Polsce i Peru. Zgodnie z zasadami kanonicznymi kult błogosławionych w Kościele katolickim ma charakter przede wszystkim lokalny. Jednak postaci polskich franciszkanów stały się dzięki tej beatyfikacji tak znane, że ich kult daleko już wykroczył poza diecezje w Polsce i Peru.

    Dzień wspomnienia najnowszych polskich męczenników powinien nie tylko wiązać się z przypomnieniem ich sylwetek, ale również uświadomieniem sobie, że droga oddania życia za Chrystusa nie jest zarezerwowana tylko dla chrześcijan na Bliskim Wschodzie, w Afryce lub Azji.

    Zwykli chłopcy z Małopolski

    Przyszli męczennicy należeli do pokolenia Polaków urodzonych na przełomie lat 50. i 60., które w dorosłość wkraczało mniej więcej w 1980 roku. Pokolenie to dojrzewało w szczególnych okolicznościach: entuzjazmu po wyborze Karola Wojtyły na papieża, narodzinach „Solidarności”, ale też – po próbie zduszenia wolnościowych aspiracji społecznych po wprowadzeniu stanu wojennego. Wielu młodych ludzi, wzorując się na Janie Pawle II lub kardynale Stefanie Wyszyńskim, wybierało drogę życia kapłańskiego lub zakonnego.

    Przyszli franciszkanie mieli dość podobne życiorysy. Pochodzili nawet z tego samego regionu: Małopolski, słynącej od dekad z religijności i licznych powołań. Michał Tomaszek urodził się Łękawicy na Żywiecczyźnie, Zbigniew Strzałkowski – w Tarnowie. Obydwaj przyszli na świat w wielodzietnych rodzinach rolniczych.

    Michał od dziecka był ministrantem i stosunkowo wcześnie zdecydował o byciu zakonnikiem, bo zaledwie po ukończeniu podstawówki wstąpił do franciszkańskiego niższego seminarium duchownego w Legnicy. Od razu po maturze, którą zdał w 1980 roku, rozpoczął nowicjat w klasztorze w Smardzewicach na ziemi łódzkiej.

    Ówcześni współbracia wspominają do dzisiaj jego radykalną postawę wiary: czasami spędzał całe noce na samotnej modlitwie w kaplicy, jak również mawiał, że nie zawahałby się oddać życia dla Chrystusa. Praktycznie nie rozstawał się też z przywiezioną z domu figurą Matki Bożej.

    Trochę starszy Zbigniew przed wstąpieniem do zakonu ukończył technikum mechaniczne i przez krótki czas pracował w jednym z tarnowskich przedsiębiorstw budowlanych. Podobnie jak Michał, swój nowicjat zakonny odbył w Smardzewicach. Losy obydwu młodych franciszkanów ponowie splotły się podczas studiów w Wyższym Seminarium Duchownym Ojców Franciszkanów w Krakowie, znajdującym się przy słynnym kościele świętego Franciszka niedaleko Plant.

    Michał i Zbigniew w tym samym czasie – 7 czerwca 1986 roku – przyjęli święcenia we Wrocławiu z rąk kardynała Henryka Gulbinowicza, choć różnych stopni: Michał został diakonem (prezbiterem zostanie rok później), a Zbigniew prezbiterem.

    Na misyjnym szlaku

    W Europie Wschodniej coraz bardziej zbliżały się przemiany polityczno-ustrojowe, jednak świeżo wyświęceni małopolscy franciszkanie czuli, że zostali powołani do głoszenia Ewangelii i sprawowania sakramentów wśród ludów na dalekich kontynentach, gdzie sytuacja społeczna była o wiele bardziej dramatyczna i niestabilna niż w zmieniającej się Polsce. Złożyli więc podania do władz zakonnych o pozwolenia na wyjazd na misje.

    Gdy przygotowywali się do wyjazdu, o. Michał pracował w Zgorzelcu z dziećmi niepełnosprawnymi, a o. Zbigniew pełnił funkcję wicerektora, wychowawcy i katechety w niższym seminarium franciszkańskim w Legnicy, tym samym, do którego przed laty wstąpił młody Michał.

    Pierwszy opuścił Polskę o. Zbigniew, który w grudniu 1988 roku przez Moskwę poleciał do stolicy Ekwadoru. Tam trafił do małej miejscowości Pariacoto w Andach, należącej do peruwiańskiej Prowincji Franciszkańskiej świętego Antoniego i bł. Jakuba Strzemię. W lipcu następnego roku do Pariacoto dotarł o. Michał.

    Gdy jeszcze w rodzinnym kraju ostrzegano duchownych, że sytuacja w Peru ma charakter przewlekłej wojny domowej pomiędzy rządem a maoistowską partyzantką skupioną wokół organizacji „Świetlisty Szlak” (hiszp. Sendero Luminoso), o. Zbigniew zwykł powtarzać: „Gdy się jedzie na misje, trzeba być gotowym na wszystko”.

    Po intensywnym kursie hiszpańskiego zakonnicy przystąpili do rozbudowy punktu duszpasterskiego i parafii w Pariacoto. O. Zbigniew miał duże zdolności organizacyjne, ale również pomagał chorym i uczył dzieci odpowiedniego stosunku do przyrody i zwierząt. O. Michał z kolei niemal od razu złapał dobry kontakt z młodzieżą, prowadził dla niej katechezy, odprawiał codzienną mszę i liturgię godzin oraz grał na gitarze i organizował zajęcia sportowe.

    Świadectwo zbrodniarza

    Duchowni pomagali również miejscowej ludności indiańskiej w budowie infrastruktury i uczyli nowoczesnych metod gospodarowania na roli. Po niespełna dwóch latach ich misyjnej posługi, na początku 1991 roku parafia w Pariacoto gromadziła ogromną liczbę wiernych.

    Działalność franciszkanów była solą w oku radykalnej partyzantki Świetlistego Szlaku, zarzucającej misjonarzom z Europy wspieranie „kolonizacji kraju przez Zachód” i odciąganie Peruwiańczyków od walki o wyzwolenie społeczne.

    9 sierpnia 1991 roku uzbrojona grupa partyzantów wtargnęła do wioski po wieczornej liturgii. Po wkroczeniu do domu parafialnego pod lufami karabinów przez pół godziny próbowała „wyjaśnić” zakonnikom, że religia to „opium dla ludu” i „narzędzie międzynarodowego imperializmu”. Potem związanych ojców Michała i Zbigniewa zabrała samochodem na pobliski cmentarz, gdzie dokonano egzekucji strzałami w tył głowy. Gdy partyzanci odjechali, miejscowi zabrali ciała i szybko usypali na miejscu ich kaźni mogiłę z kamieni i z prowizorycznym krzyżem.

    Proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym w Peru rozpoczął się już w 1996 roku. W 2015 roku papież Franciszek promulgował dekret o męczeństwie obydwu zakonników (trzecim był ks. Alessandro Dordi) z powodu nienawiści do wiary (łac. odium fidei). Skazany w 2006 roku na dożywotnie więzienie lider Świetlistego Szlaku Abimael Guzmán niedługo przed beatyfikacją zeznał, że decyzja o zabiciu franciszkanów została podjęta na wysokim szczeblu organizacji, gdyż uznano ich działalność za szczególnie groźną.

    Guzmán został jednym ze świadków podczas procesu beatyfikacyjnego, gdzie potwierdził, iż oo. Michał i Zbigniew byli ludźmi autentycznej i bezkompromisowej wiary. W ostatnich słowach swoich obszernych zeznań nagranych w peruwiańskim więzieniu i przesłanych do Watykanu przywódca partyzantów stwierdził, że zlecenie zabójstwa zakonników było wielkim błędem i poprosił Kościół i katolików o wybaczenie popełnionej przez jego ludzi zbrodni.

    Łukasz Kobeszko/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________

    „Nie czuję żalu do morderców, tylko przebaczenie”. Rozmowa z matką bł. Zbigniewa Strzałkowskiego

    web-oltarz-obraz-swieci-meczennicy-strzalkowski-tomaszek-ap-fotolink

    AP/FOTOLINK

    ***

    „Życzę każdemu, żeby umiał przebaczyć, bo jak się żyje z darem przebaczenia, to się żyje piękną miłością” – mówi Franciszka Strzałkowska, matka zamordowanego franciszkanina.

    Ojciec Zbigniew Strzałkowski w 1991 r. został zabity w Peru przez terrorystów wraz ze swym współbratem o. Michałem Tomaszkiem. Dwa lata temu papież Franciszek ogłosił ich błogosławionymi. Bezprecedensową rozmowę z Franciszką Strzałkowską w rodzinnym domu polskiego męczennika w Zawadzie, przeprowadził br. Jan Hruszowciec OFM Conv.

    br. Jan Hruszowciec OFM Conv: Chcę zapytać o czas, kiedy Pani wyszła za mąż. Jak wtedy żyliście?

    W biedzie i to dość dużej. Ale żyliśmy i zgadzaliśmy się, i przeżyliśmy sześćdziesiąt lat…

    Co dzisiaj chcielibyście przekazać młodym, małżeństwom?

    Żeby się po prostu zgadzali, żeby żyli tak, jak Pan Bóg przykazał, jak przysięgę składali na ślubie. A nie tak, że jak coś jest źle, to każdy idzie w inną stronę.

    Warto być wiernym w małżeństwie?

    Warto. I tylko tak trzeba. Przeżyliśmy z mężem sześćdziesiąt lat. Czasem się pokłóciliśmy. Ale tak żebyśmy się rozchodzili, to nigdy nie było. Małżeństwo zawiera w sobie też dni, kiedy trzeba się i pokłócić, ale nie można się złościć. I nie trzeba.

    Pamięta pani moment, kiedy Zbyszek przyszedł na świat?

    Zbyszek był trzeci. Najpierw byli Bogdan i Andrzej. Pamiętam. Jak chciał iść do seminarium, to ja chciałam, żeby poszedł tu, do Tarnowa, bo był u nas ksiądz, który tam uczył. Zbyszek powiedział, że jak nie pójdzie do franciszkanów, to nigdzie nie pójdzie. Powiedziałam mu, żeby robił jak chce, żeby później na mnie nie narzekał, że sam chciał inaczej.

    Pani nigdy nie wymuszała na nim powołania?

    Nie, to nie było wymuszone. Tak, jak sam powiedział: jak nie pójdzie do franciszkanów, to nie pójdzie nigdzie. Po tym, jak skończył technikum, dwa lata jeszcze pracował. On był taki, że kościół bardzo lubił. Do kościoła chodził bardzo chętnie, był ministrantem, potem był lektorem. Cieszyłam się, że w rodzinie będzie kapłan. Ja się modliłam za niego, żeby wszystko jakoś szczęśliwie poszło.

    Czy spodziewała się Pani, że podejmie decyzję o wyjeździe z Polski na misje?

    On o tym stale mówił. Misje mu się zawsze podobały. Jeszcze nie był w seminarium, ale już stale jakieś książki misyjne czytał, skądś on to wydobywał. Tej misji w Peru się bałam. Słychać było, że zabijają, więc się bałam.

    Czyli matczyne serce czuło jakiś lęk?

    Tak. Zawsze myślę: to co się stało, to się stało. Przykro mi bardzo, ale wola Boża się stała. Gdy usłyszałam o ich śmierci, to było straszne. Ale co było zrobić? Trzeba było się z losem pogodzić. Modliłam się zawsze i teraz też się modlę. Stała się wola Boża.

    W filmie „Życia nie można zmarnować” powiedziała Pani piękne zdanie, że to Pan Bóg dał dar przebaczenia…

    Zawsze myślę: „Niech im Pan Bóg daruje”. Ja się zgodziłam z wszystkim, a jak ich Pan Bóg osądzi, to już nie moja sprawa.

    Czy czuje Pani obecność syna? Pomaga?

    Jak nie śpię w nocy, to nie mam żadnej innej myśli, tylko to. Chciałabym zobaczyć, jak on wygląda teraz. To jest głupota, no nie?

    Wcale nie. Przyjdzie taki moment, że się spotkacie i będziecie się cieszyć znowu razem.

    Ja nie wiem, czy to przyjdzie, czy ja sobie na to zasłużę.

    Doznała Pani jakiejś łaski za przyczyną syna?

    Bolą mnie nogi. I jak już mi bardzo to dolega to się modlę, mam też obrazki z relikwiami. Zdaje mi się, że jakąś ulgę jednak mam. Modlę się za jego wstawiennictwem. Ufam w tej modlitwie, że się spełni. Ale nie mam wielkich wymagań, tylko jak wola Boża.

    A jak się czuje matka świętego? Bo jakby nie było Pani nią jest…

    Całkiem normalnie. Nie widzę nic nadzwyczajnego. Czasem myślę, że sobie przecież na to nie zasłużyłam.

    Ojciec Zbigniew w całym świecie wyprasza wiele łask, cudów dla wielu ludzi…

    Daj Boże, żeby jak najwięcej mógł tych łask wyprosić.

    Dzisiaj, w czasach terroryzmu, ginie dużo ludzi. Jak się rozmawia z rodzinami, które straciły syna, ojca, największym problemem jest dar przebaczenia. Czy mogłaby Pani dać jakąś receptę, co jest najważniejsze w przebaczaniu?

    Trzeba się pogodzić z losem i trzeba po prostu przebaczyć. Nie życzę nikomu nic złego, nawet tym zabójcom. Niech się dzieje wola Boża, niech ich Pan Bóg osądzi. Można tak zrobić. Nigdy nie życzyłam zabójcom źle i nie życzę. Niech Pan Bóg osądzi to wszystko, tak jak jest w oczach Bożych.

    Takie to wszystko proste…

    Proste, proste. Nie czuję żadnej złości do nikogo.

    To są tzw. relikwie pierwszego stopnia, czyli ich ciało. Jak się czuje Pani trzymając w dłoniach cząstkę swojego syna?

    Ja nie mogę tego wszystkiego pojąć, bo ja jestem już za stara. Daj Boże, żeby, jak ludzie proszą, coś wyprosił. Bo od niego to nie zależy, tylko od Pana Boga.

    A jak był w domu, to okazywał chęć do tego, by pomagać, leczyć ludzi?

    Pewnie, że tak. Tu była taka starsza kobieta, Curyłowa się nazywała. Chodziła od autobusu z Tarnowca jeszcze, bo do Zawady autobusy wówczas nie jeździły. On chodził wtedy do szkoły. A ona, to już była staruszka, już nie mogła chodzić i siadała co kawałek, i zakupy stawiała koło siebie na gościńcu. Chłopaczyska szli i śmiali się z niej, a on podobno podszedł, wziął ją pod rękę, te zakupy wziął i do domu odprowadził. Kawałek drogi było. Ale on tak pomóc lubił.

    I tak to życie zleciało…

    Tak zleciało. Szybko. Bardzo szybko.

    A jak się Pani czuła mając tylko synów?

    Nigdy nie miałam o to pretensji. Trzech ich było, ale wszyscy byli dobrzy. Wszyscy byli ministrantami, potem dwóch, Bogdan i Zbyszek zostali lektorami. Wszyscy byli dobrzy. Nie było z nimi żadnych kłopotów ani w szkole, ani w kościele. Nigdzie. Zgodne były dzieci. Nie można narzekać. Jak chodzili do szkoły średniej, to religia nie była w szkole, tylko osobno w kościele. I nigdy nie było tak, żeby nie poszli. Organizowane były wówczas czyny społeczne. Stale musieli w szkole odrabiać. Brali ich na czyn, gdzieś do kiosków sprzątać, zamki naprawiać. To było zawsze w niedzielę. Dwie, trzy niedziele był na tych czynach społecznych, aż w końcu nie pozwoliłam mu iść. Niedziela to jest niedziela, a nie żeby na czyny chodzić. No to znowu do szkoły dostałam wezwanie. Byłam ja, było z dziesięcioro innych rodziców. Poszłam sobie siąść do ostatniej ławki i chciałam słuchać, co mówią inni rodzice. A oni, że wszystkie dzieci były chore… Przyszło w końcu na mnie. To wstałam i mówię, że ja jestem wierząca i praktykująca, i uważam, że czyn nie powinien odbywać się w niedzielę. W powszedni dzień, a nie w niedzielę. Niedziela, jak uważam, jest na to, żeby iść do kościoła, odpocząć, przygotować się do szkoły na poniedziałek. I nie było już potem czynów w niedzielę.

    Czy z tego powodu Zbyszek miał jakieś problemy w szkole?

    Nie. Nie powiedzieli o tym dalej. Profesorowie go lubili i nie donieśli. Gdyby powiedzieli, może by i wyrzucili. Potem chcieli, żeby zapisał się do partii, mówiąc, że na jakie studia będzie chciał iść, to bez egzaminów pójdzie, bo się uczył dobrze. Ale się nie zapisał. Powiedział, że tatuś nie należy do partii, mamusia też nie należy, on też nie będzie należał. Nie zapisał się. A mówili, na jaki kierunek będzie chciał. Że na lekarza pójdzie bez egzaminu…

    Czyli miał swoje zasady. Nie sprzedał się tak łatwo. Później pozwoliło mu to w Peru stanąć w prawdzie wobec terrorystów, którzy w ten sam sposób się zachowywali…

    Tak było. Czasem coś powiedział, na komunę to był zły. My w domu też komuny nie popieraliśmy. Jak zdawali egzaminy końcowe w szkole, to byli powyznaczani uczniowie. On codziennie szedł, choć nie było jeszcze jego terminu. Tak byle jak ubrał się, ale czysto. „To po co przychodzisz” – mówili mu. „Pomagać kolegom” – odpowiadał. Nareszcie go wzięli na egzamin tak jak stał. I zdał. A z języka polskiego to potem mówiła profesorka, że było lepiej jak na bardzo dobry napisane. A ile brat ma lat?

    W tym roku dokładnie pięćdziesiąt.

    To młody jeszcze.

    Młody. Takie to wszystko proste.

    Proste, proste. Pozdrawiam wszystkich. Nie czuję żadnego żalu w sercu do morderców, tylko przebaczenie. I życzę każdemu, żeby umiał przebaczyć, bo jak się żyje z darem przebaczenia, to się żyje piękną miłością.

    Katolicka Agencja Informacyjna/rozmawiał br. Jan Hruszowiec OFM Conv./Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________

    Brat bliźniak bł. Michała Tomaszka:

    „Skoro tam już siedzisz, to coś rób”

    Bł. Michał Tomaszek i bł. Zbigniew Strzałkowski

    bł. Michał Tomaszek i bł. Zbigniew Strzałkowski

    Francisofmconv | Wikipedia na licencji CC BY-SA 4.0

    ***

    W święto św. Róży z Limy – w dn. 30 sierpnia 1989 roku, trzej misjonarze Krakowskiej Prowincji Franciszkanów: o. Jarosław Wysoczański, o. Zbigniew Strzałkowski i o. Michał Tomaszek, oficjalnie rozpoczęli swoją misję w Pariacoto. Dwóch z nich już nigdy nie wróciło do Polski.

    Trudny kontakt z braćmi na misjach

    Czy brat był świadomy niebezpieczeństwa? – Tak – odpowiada Marek Tomaszek, brat bliźniak o. Michała Tomaszka. – Nie da się nic więcej powiedzieć, bo jeżeli jest dokument, jeżeli byli powiadomieni, aby wyjechać, bo mogą być nieobliczalne skutki, to trzeba mieć świadomość, że obydwaj zdawali sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje może mieć pozostanie na misji z miłości do ludu, z miłości do tej miłości, jaką przekazali im wszystkie wioski peruwiańskie – wyjaśnia Marek Tomaszek. 

    Bracia ostatni raz na żywo widzieli się przed samym wyjazdem o. Michała do Peru. – Później już żeśmy się nie spotkali – mówi Marek Tomaszek. – Telefon to była niespodzianka od Michała dla mamusi. Kiedy umówiliśmy się z Michałem, zawiozłem mamusię do Krakowa, zeszliśmy na dół do refektarza, tam było połączenie. Mamusia nawet nie wiedziała, kogo dostaje do telefonu, takie to było zaskoczenie. I to była jedyna nasza rozmowa z Michałem… – wspomina brat o. Michała Tomaszka. 

    Bogdan Strzałkowski również zwraca uwagę na to, że w czasie kiedy bracia byli na misji, kontakt z nimi był dość utrudniony, co dziś nawet trudno sobie wyobrazić. Bogdan Strzałkowski wspomina moment kiedy się dowiedział o decyzji brata. – Nigdy nie było mowy, że Zbyszek chce wstąpić do seminarium. Było dla mnie dużym zaskoczeniem kiedy byłem w wojsku i dostałem list z domu, w którym rodzice napisali, że Zbyszek idzie do zakonu – wspomina. – Decyzja Zbyszka była chyba dla wszystkich zaskoczeniem, bo sam nawet nie przyznał się nigdy do tego, że planuje pójść taką drogą – dodaje brat błogosławionego męczennika.     

    Nic nie zapowiadało tragedii

    Kilka dni wcześniej nic nie zapowiadało tragicznych informacji. – Dwa dni wcześniej w naszym domu był Jarek Wysoczański, mimo że najpierw na urlop miał przyjechać Zbyszek. Ponieważ jednak siostra Jarka wychodziła za mąż, dogadali się między sobą, że najpierw przyjedzie Jarek, a później mój brat. Niby wszystko było w porządku, ale oni podjęli taką decyzję, żeby nie informować nikogo w domu, że coś im grozi. Z prostego względu – żeby się nikt nie martwił – wspomina Bogdan Strzałkowski. – Kiedy zapytałem Jarka o terrorystów, odpowiedział, że skoro interesuję się tym tematem, to powie mi, że już im grożono… – dodaje. 

    – W sobotę do południa przycinaliśmy drzewo, żeby mieć na opał zimą. Pamiętam, że wtedy przyjechało do nas trzech franciszkanów. A wiadomo, że jak przyjechało ich trzech, to coś się stało... – wspomina Bogdan Strzałkowski. – Z początku mówili coś ogólnie, a później powiedzieli, co się stało. To był straszny szok… bo nikt się nie spodziewał. Tym bardziej, że dwa dni wcześniej był Jarek, i niby było wszystko w porządku…              

    Błogosławiony brat bliźniak

    Jak to jest mieć brata bliźniaka, który jest błogosławiony? – Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Oczywiście, że się modlę za wstawiennictwem Michała. Nawet nie tyle, że się modlę, co rozmawiam z nim tak jak z panią teraz. Rozmawiam sobie z Michałem na zasadzie, że skoro tam już siedzisz, to nie bądź na bezrobociu, tylko coś rób.

    – Może nie zawsze jest to doskonała modlitwa, ale oczywiście, że się modlę za wstawiennictwem mojego brata – mówi Bogdan Strzałkowski. – Kilka lat temu byłem w takiej sytuacji, że nie miałem pracy. Spotkałem koleżankę, z którą kiedyś pracowałem, zapytała jak się układa w moim zawodowym życiu. Opowiedziałem, jaka jest sytuacja, na co koleżanka odpowiedziała: bo się kiepsko modlisz – wspomina brat błogosławionego męczennika. 

    Relikwie zawsze przy sobie

    Bracia zamordowanych męczenników zawsze mają przy sobie relikwie błogosławionych braci. – W tej chwili już się oswoiłem z tym, że ktoś prosi o relikwie mojego brata. Staram się zawsze mieć przy sobie kilka obrazków z relikwiami II stopnia. Zawsze zaznaczam, że jeżeli ktoś potrzebuje relikwie, to je dostanie. Czasami spotykam też takie osoby, którym chciałbym dać relikwie, ale mówią wprost, że szanują brata, ale nie są zainteresowane relikwiami – mówi Bogdan Strzałkowski.       

    – Czasem siedziałem przy oknie, patrzyłem, czekałem nie wiadomo na co… To znaczy, wiadomo na co… ale to już było pewne, że ten czas nie wróci… – wspomina Bogdan Strzałkowski. – Bardzo mile wspominam dzień po beatyfikacji, w którym była uroczysta msza święta w Pariacoto. To było dla mnie wyjątkowe przeżycie, wyjątkowa uroczystość… – dodaje.   

    O. Michał Tomaszek i o. Zbigniew Strzałkowski to pierwsi polscy błogosławieni misjonarze męczennicy, którzy przez śmierć męczeńską dali świadectwo swojej wiary. O. Michał został zabity strzałem w tył głowy, a o. Zbigniew dwoma strzałami w kręgosłup i w głowę. 

    Marta Dybińska/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 czerwca

    Błogosławiona Maria Karłowska, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Norbert, biskup
      •  Święty Marcelin Józef Champagnat, prezbiter
    ***
    Błogosławiona Maria Karłowska

    Maria Karłowska urodziła się 4 września 1865 r. we Słupówce w Wielkopolsce jako jedenaste dziecko rodziny ziemiańskiej. Wychowywała się w atmosferze głębokiej pobożności, karności i szczerego patriotyzmu. Dzieciństwo i młodość spędziła w Poznaniu, gdzie w roku 1882, mając 17 lat, na ręce swego spowiednika złożyła ślub dozgonnej czystości. Po śmierci obojga rodziców w 1882 r. Maria odbyła kurs kroju i szycia w Berlinie i podjęła pracę w prowadzonej przez swą siostrę pracowni haftu i szycia jako instruktorka zatrudnionych tam dziewcząt. Oddawała się też z zapałem działalności dobroczynnej wśród chorych, ubogich i potrzebujących, wśród wielodzietnych rodzin i rozbitych małżeństw w najnędzniejszych dzielnicach miasta.Od 1892 r. poświęciła się opiece nad dziewczętami słabymi i zagubionymi moralnie. Miejscem ewangelizacji były dla niej bramy kamienic, cmentarz, ulica, dom publiczny, więzienie, oddział w szpitalu miejskim przeznaczony dla kobiet z chorobami wenerycznymi. Dzięki Bożej pomocy udało się jej otworzyć 9 ośrodków wychowawczych, wyposażonych w różnorodne warsztaty pracy, gdzie wychowanki miały możliwość rehabilitacji społecznej i religijnej.
    W roku 1894 Maria Karłowska założyła Zgromadzenie Sióstr Pasterek od Opatrzności Bożej, którego zawołanie brzmi: “Szukać i zbawiać to, co zginęło”. Zmarła w opinii świętości 24 marca 1935 r. w Pniewitem na Pomorzu. Proces diecezjalny zmierzający do jej beatyfikacji rozpoczęto w Pelplinie w dniu 17 marca 1965 roku. 6 czerwca 1997 r. św. Jan Paweł II podczas swojej wizyty w Zakopanem ogłosił ją błogosławioną. Mówił wtedy:Maria Karłowska prowadziła prawdziwie samarytańską działalność pośród kobiet, które doznały wszelakiej nędzy materialnej i moralnej. Jej święta gorliwość szybko pociągnęła za sobą grono uczennic Chrystusa, z którymi założyła Zgromadzenie Sióstr Pasterek od Opatrzności Bożej. Sobie i swym siostrom taki wyznaczała cel: “Mamy oznajmiać Serce Jezusa, to jest tak z Niego żyć i w Nim, i dla Niego, abyśmy się stawały do Niego podobne i aby w życiu naszym On był widoczniejszy, aniżeli my same”.
    Jej oddanie Najświętszemu Sercu Zbawiciela zaowocowało wielką miłością do ludzi. Odczuwała ciągle nienasycony głód miłości. Taka miłość, według błogosławionej Marii, nigdy nie powie dosyć, nigdy nie zatrzyma się na drodze. Unoszona jest bowiem prądem miłości Boskiego Parakleta. Przez tę miłość wielu duszom przywróciła światło Chrystusa i pomogła odzyskać utraconą godność.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    6 czerwca

    Święty Filip, diakon

    Święty Filip
    Diakon Filip był prawdopodobnie Żydem. W Dziejach Apostolskich (21, 8) nazywany jest także ewangelistą. Znalazł się w gronie siedmiu powołanych, aby “obsługiwali stoły” (Dz 6, 1-6). Po śmierci Szczepana udał się do Samarii i tam ochrzcił maga Szymona (Dz 8, 5-13). To on pouczył i ochrzcił dworzanina królowej etiopskiej, Kandaki. To samo źródło podaje, że głosił następnie Ewangelię od Azotu do Cezarei (Dz 8, 40). Tam też wedle tradycji miał zamieszkiwać, jak utrzymuje m.in. św. Hieronim, ktInternetowa Liturgia Godzin/Czytelniaóremu w 385 r. pokazywano w Cezarei dawne mieszkanie Filipa.
    Miał ponoć cztery córki, obdarzone charyzmatem proroctwa, nie wiadomo jednak, czy okruchy wiadomości na ten temat odnoszą się do niego, czy też do Apostoła o tym samym imieniu. Podobnie niepewna jest jego śmierć w Hierapolis. Klemens Aleksandryjski utrzymuje, że Filip był wspomnianym u Mateusza (Mt 8, 22) i Łukasza (Łk 9, 60) uczonym w Piśmie, do którego Pan powiedział: “Pójdź za Mną, a zostaw umarłym grzebanie umarłych”. Jego wspomnienie Grecy umieścili pod dniem 11 października, natomiast Martyrologium Rzymskie – 6 czerwca.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 czerwca

    Święty Bonifacy, biskup i męczennik




    fot. PCh24.pl
    ***

    Bonifacy urodził się około 673 r. w Dewonshire, w Anglii (Wessex). Na chrzcie otrzymał imię Winfryd. Jako młodzieniec, czując wezwanie do służby Bożej, został benedyktynem w opactwie Exeter, następnie w opactwie w Nursling. Przyjął imię Bonifacy. Święcenia kapłańskie otrzymał około 30. roku życia. Zaraz po święceniach opat wyznaczył mu funkcję kierownika szkoły w Nursling.
    Po pewnym czasie udał się na misje do Fryzji, dzisiejszych północnych Niemiec i Holandii. Szybko musiał jednak powrócić do swojego klasztoru. Wybuchła bowiem wojna między księciem Fryzów a Frankami. Po śmierci opata Winbrecha mnisi wybrali Bonifacego. Nie pozostał jednak długo na tym zaszczytnym stanowisku, gdyż w roku 718 wybrał się ponownie do Niemiec. Dla pozyskania poparcia misji udał się najpierw do Rzymu. Papież św. Grzegorz II dał mu listy polecające do króla Franków i do niektórych biskupów. 14 maja 719 roku Bonifacy opuścił Rzym i udał się do Niemiec. W drodze zatrzymał się w Pawii, gdzie odwiedził króla Longobardów. Stąd ruszył przez Bawarię, Turyngię i Hesję do Fryzji. Spotkał się ze św. Willibrordem. Pod kierunkiem tego doświadczonego misjonarza pracował około 3 lat. Trud misyjny Bonifacego wydawał niezwykłe owoce. W krótkim czasie miał ochrzcić kilka tysięcy germańskich pogan. Bonifacy udał się potem ponownie do Hesji, gdzie w roku 722 założył klasztor benedyktyński w Amoneburgu.
    W celu omówienia z papieżem organizacji stałej administracji kościelnej na terenie Niemiec, Bonifacy udał się ponownie do Rzymu. Wyjaśnił papieżowi stan misji i jej potrzeby. Grzegorz II udzielił Bonifacemu święceń biskupich i dał mu pełnomocnictwa, konieczne dla sprawniejszej akcji misyjnej. Wręczył mu również ponownie list polecający do króla Franków, Karola Martela. Ponieważ zapotrzebowanie na misjonarzy rosło, Bonifacy zwrócił się z apelem do klasztorów w Anglii o pomoc. Benedyktyni przysłali mu licznych i gorliwych misjonarzy. W roku 723 Bonifacy przybył na dwór Karola Martela. Ten dał biskupowi listy polecające do wszystkich urzędników frankońskich, by mu służyli wszelką dostępną pomocą. Korzystając z uprawnień metropolity misyjnego, Bonifacy mianował biskupów w Moguncji i w Würzburgu. Założył wiele placówek stałych, zależnych od tych biskupów, a także szereg klasztorów benedyktynów i benedyktynek.
    Uradowany tak pomyślnymi wynikami papież św. Grzegorz III wezwał Bonifacego do Rzymu i nałożył mu uroczyście paliusz metropolity-arcybiskupa z władzą mianowania i konsekrowania biskupów na terytorium Niemiec na wschód od Renu. Ponadto mianował go swoim legatem na Frankonię i Niemcy. Na mocy tak rozległej władzy Bonifacy zwołał do Bawarii synod, aby do administracji kościelnej wprowadzić ład, gdyż dotychczasowa akcja miała charakter okazjonalny i chaotyczny. Dzięki poparciu księcia Odilona zdołał przywrócić karność kościelną. Ustanowił biskupstwa w Passawie, Freising, Ratyzbonie (Regensburgu) i w Eichstätt. W Salzburgu mianował biskupem mnicha benedyktyńskiego, Jana. Posuwając się w głąb Niemiec, założył nadto biskupstwo w Fuldzie, które uznał za centrum i ośrodek swojej działalności misyjnej.
    W tym samym czasie we Francji nie zwoływano żadnych synodów. Wiele stolic biskupich było nieobsadzonych. Wśród duchowieństwa i wiernych upadek karności kościelnej był jaskrawo widoczny. Raport o tej sytuacji Bonifacy przesłał do Rzymu, do nowego papieża, św. Zachariasza. Otrzymał od niego polecenie, by jako legat papieski zabrał się do koniecznej reformy. Przeprowadził ją na synodzie generalnym w roku 743. Uchwały tam podjęte potwierdziły synody miejscowe. Nadto biskupi Galii wysłali do papieża list hołdowniczy i wspólne wyznanie wiary. Radując się z tak obiecującej reformy w Galii, Bonifacy chciał zaproponować podobną reformę w Anglii. W tej sprawie napisał do prymasa Anglii, Kutberta, który podobne reformy także przeprowadził. W roku 745 dzięki interwencji Bonifacego papież podniósł biskupstwo w Kolonii do godności metropolii. Podobnie uczynił z biskupstwem w Salzburgu i Moguncji (747).
    Mając 80 lat, po raz trzeci udał się na misje do Fryzji. Kiedy jednak dotarł do miasta Dokkum, został napadnięty przez pogan i wraz z 52 Towarzyszami 5 czerwca 754 roku zamordowany. Jego ciało przewieziono do Utrechtu, by je pochować w miejscowej katedrze. Jednak uczeń Bonifacego, św. Luli, zabrał je do Fuldy. Tam bowiem Bonifacy chciał być pogrzebany – i tam spoczywa do dziś. Co roku przy grobie św. Bonifacego zbiera się episkopat niemiecki na swoje narady. Ku czci św. Bonifacego wystawiono w Niemczech wiele kościołów. Jest on także bardzo czczony w Anglii. Już w roku 756 na synodzie plenarnym episkopat angielski ogłosił św. Bonifacego swoim patronem obok św. Grzegorza I Wielkiego, papieża, i św. Augustyna z Canterbury, pierwszego prymasa Anglii.
    Św. Bonifacy jest patronem Niemiec, diecezji w Fuldzie, Erfurcie, Moguncji oraz diecezji łomżyńskiej i archidiecezji warmińskiej, a także kasjerów, krawców, księgarzy i piwowarów.
    W ikonografii św. Bonifacy jest przedstawiany w biskupim stroju – w ornacie, paliuszu, mitrze lub jako benedyktyński mnich. Jego atrybutami są: kruk, lis, krzyż z podwójnym ramieniem – symbolizujący legata papieskiego, księga Ewangelii przebita mieczem (taką bowiem znaleziono przy nim po męczeńskiej śmierci).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Święty Bonifacy

    Święty Bonifacy

    Męczeństwo św. Bonifacego/Er(PD)

    ***

    Był tak zafascynowany Słowem Bożym, że odczuwał konieczność i obowiązek niesienia go innym, nawet ryzykując osobiste bezpieczeństwo.

    Katecheza Ojca Świętego Benedykta XVI  – 11 marca 2009



    Drodzy bracia i siostry,
    dziś zatrzymamy się przy wielkim misjonarzu z VIII wieku, który szerzył chrześcijaństwo w Europie Środkowej, w tym także w mojej ojczyźnie, chodzi o świętego Bonifacego, który przeszedł do historii jako „apostoł Niemców”. Dzięki skrupulatności jego biografów mamy wiele wiadomości o jego życiu: urodził się w rodzinie anglosaskiej w Wessex około 675 roku i na chrzcie otrzymał imię Winfryd. Bardzo młodo wstąpił do klasztoru, gdyż pociągał go ideał monastycyzmu. Obdarzony wybitnymi zdolnościami umysłowymi zdawał się być przeznaczony do spokojnej i błyskotliwej kariery naukowej: został nauczycielem gramatyki łacińskiej, napisał kilka traktatów, ułożył też liczne poezje po łacinie. Wyświęcony na kapłana w wieku około trzydziestu lat, poczuł powołanie do apostołowania wśród pogan na kontynencie. Jego ziemia – Wielka Brytania, którą ewangelizowali zaledwie sto lat wcześniej benedyktyni pod przewodnictwem św. Augustyna, odznaczała się wiarą tak mocną i tak żarliwą miłością, że mogła wysyłać misjonarzy do Europy Środkowej, by głosili tam Ewangelię. W roku 716 Winfryd z kilkoma towarzyszami udał się do Fryzji (dzisiejszej Holandii), spotkał się tam jednak ze sprzeciwem miejscowego władcy i próba ewangelizacji się nie powiodła. Po powrocie do ojczyzny nie upadł na duchu i dwa lata później udał się do Rzymu na rozmowę z papieżem Grzegorzem II, który udzielił mu wskazówek. Papież, według relacji jednego z biografów, przyjął go „z uśmiechniętym obliczem i pełnym słodyczy spojrzeniem” (Willibald, Vita S. Bonifatii, ed. Levison, ss. 13-14), w końcu zaś, nadawszy mu nowe imię – Bonifacy, powierzył mu na mocy oficjalnych pism misję przepowiadania Ewangelii wśród narodów Niemiec.

    Pokrzepiony i podniesiony na duchu poparciem, jakiego udzielił mu papież, Bonifacy oddał się głoszeniu Ewangelii w owych stronach, walcząc z kultami pogańskimi oraz umacniając podstawy moralności ludzkiej i chrześcijańskiej. Z wielkim poczuciem obowiązku pisał w jednym ze swych listów: „Jesteśmy niezłomni w walce w Dniu Pańskim, skoro nadeszły dni udręki i nędzy… Nie jesteśmy cichymi psami ani milczącymi obserwatorami, ani najemnikami uciekającymi przed wilkami! Jesteśmy natomiast pilnymi Pasterzami, którzy czuwają nad trzódką Chrystusową, głoszą osobom ważnym i zwykłym ludziom, bogatym i biednym wolę Boga… w porę i nie w porę…” (Epistulae, 3, 352.354: MGH). Dzięki swej niezmordowanej działalności, zdolnościom organizacyjnym, otwartemu i ujmującemu charakterowi, mimo stanowczości, Bonifacy osiągnął wspaniałe wyniki. Wówczas papież „ogłosił, że chce obdarzyć go godnością biskupią, aby w ten sposób z większą jeszcze determinacją mógł naprawiać i sprowadzać na drogę prawdy błądzących, aby czuł wsparcie ze strony wyższej władzy, wypływającej z godności apostolskiej i aby tym lepiej był widziany przez wszystkich na urzędzie przepowiadania, im bardziej widoczne by było, że z tej przyczyny wyświęcony został na hierarchę apostolskiego” (Otloho, Vita S. Bonifatii, ed. Levison, lib. I, p. 127).

    Papież osobiście wyświęcił Bonifacego na „Biskupa regionalnego” – to znaczy dla całych Niemiec – który podjął następnie swe apostolskie trudy na powierzonych sobie obszarach i rozciągnął swe działania także na Kościół Galii: z wielką roztropnością przywrócił dyscyplinę kościelną, zwoływał liczne synody dla zapewnienia władzy świętych kanonów, umocnił niezbędną jedność z Biskupem Rzymu – była to sprawa, która leżała mu szczególnie na sercu. Również następcy Grzegorza II cenili go bardzo wysoko: Grzegorz III mianował go arcybiskupem wszystkich plemion germańskich, wysłał mu paliusz i przyznał władzę organizowania hierarchii kościelnej w tych regionach (por. Epist. 28: S. Bonifatii Epistulae, ed. Tangl, Berolini 1916); papież Zachariasz zatwierdził go na urzędzie i pochwalił jego zaangażowanie (por. Epist. 51, 57, 58, 60, 68, 77, 80, 86, 87, 89: op. cit.); papież Stefan III, zaraz po swym wyborze, otrzymał od niego list z wyrazami synowskiego uszanowania (por. Epist. 108: op. cit.).

    Wielki biskup, oprócz pracy ewangelizacyjnej i organizacji Kościoła przez tworzenie diecezji i odbywanie synodów, nie omieszkał sprzyjać zakładaniu licznych klasztorów, męskich i żeńskich, aby niczym latarnia morska promieniowały wiarą oraz kulturą ludzką i chrześcijańską na cały obszar. Z klasztorów benedyktyńskich w swojej ojczyźnie sprowadzał mnichów i mniszki, którzy udzielali mu niezwykle wartościowej i cennej pomocy w wypełnianiu misji głoszenia Ewangelii oraz szerzenia nauk humanistycznych i sztuk wśród mieszkańców. Słusznie bowiem uważał, że praca dla Ewangelii musi być także pracą dla dobra prawdziwej kultury ludzkiej. Przede wszystkim klasztor w Fuldzie – założony około roku 743 – był sercem i ośrodkiem promieniowania duchowości i kultury religijnej: trwając na modlitwie, pracy i pokucie mnisi ćwiczyli się tam w dążeniu do świętości, kształcili się w poznawaniu nauk świętych i świeckich, przygotowywali się do głoszenia Ewangelii, aby być misjonarzami. Toteż zasługą Bonifacego, jego mnichów i jego mniszek – również kobiety miały bardzo ważny udział w tym dziele ewangelizacji – był także rozkwit owej kultury humanistycznej, która jest nierozdzielna od wiary i ukazuje jej piękno. Sam Bonifacy pozostawił nam znaczącego dzieła intelektualne. Przede wszystkim bogatą korespondencję, w której listy pasterskie przeplatają się z listami urzędowymi i innymi o charakterze prywatnym, ukazującymi wydarzenia społeczne, nade wszystko zaś jego bogaty temperament i jego głęboką wiarę. Napisał nawet traktat Ars grammatica, w którym objaśniał deklinacje, czasowniki, składnię języka łacińskiego, który jednak dla niego stawał się również narzędziem służącym szerzeniu wiary i kultury. Przypisuje mu się także Ars metrica, czyli wprowadzenie do pisania poezji oraz wiele utworów poetyckich, wreszcie zbiór piętnastu kazań.

    Chociaż był już zaawansowany wiekowo – miał niemal 80 lat – przygotował się do nowej misji ewangelizacyjnej: z około pięćdziesięcioma mnichami powrócił do Fryzji, gdzie rozpoczynał swe dzieło. Niemal przeczuwając bliską już śmierć, nawiązując do drogi życia, pisał do swego ucznia i następcy na stolicy w Moguncji, biskupa św. Lulego: „Pragnę doprowadzić do końca cel tej podróży; nie mogę w żadnym wypadku wyrzec się pragnienia wyjazdu. Zbliża się dzień mego kresu i nadchodzi czas mej śmierci: po złożeniu doczesnych szczątków udam się po wieczną nagrodę. Lecz ty, najdroższy synu, nieustannie wzywaj lud, by odwrócił się od manowców błędu, dokończ rozpoczętą już budowę bazyliki w Fuldzie, gdzie złożysz moje ciało zestarzałe długimi latami życia” (Willibald, Vita S. Bonifatii, ed. Cit., p. 46). Gdy rozpoczynał Mszę św. w Dokkum (w dzisiejszej północnej Holandii), 5 czerwca 754 r. napadła nań banda pogan. Wyszedł przed szereg z pogodnym obliczem i «zakazał swoim walczyć, mówiąc: „ Zaniechajcie, syneczkowie, walk, porzućcie wojnę, bo świadectwo Pisma Świętego napomina nas, abyśmy nie odpłacali złem za zło, ale dobrem za zło. Oto nadszedł dzień od dawna upragniony, oto dzień naszego kresu; miejmy ufność w Panu!» (tamże, str. 49-50). Były to jego ostatnie słowa, zanim upadł pod ciosami napastników. Zwłoki biskupa- męczennika zostały następnie przeniesione do klasztoru w Fuldzie, gdzie znalazły godny pochówek. Już jeden z jego pierwszych biografów wyraził się o nim w następujących słowach: „Świętego biskupa Bonifacego można nazywać ojcem wszystkich mieszkańców Niemiec, bo jako pierwszy zrodził ich dla Chrystusa słowem swego świętego przepowiadania, umocnił ich swym przykładem i oddał za nich w końcu życie – nie można dać większej od tej miłości» (Otloho, Vita S. Bonifatii, ed. Cit., lib. I, p. 158).

    Jakie przesłanie możemy dziś, po wiekach, odczytać z nauczania i niezwykłej działalności tego wielkiego misjonarza i męczennika? Pierwszą oczywistością narzucającą się każdemu, kto poznaje życie Bonifacego, jest centralne miejsce Słowa Bożego przeżywanego i interpretowanego w wierze Kościoła, Słowa, którym on żył, które głosił i o którym zaświadczył aż po najwyższy dar z siebie w męczeństwie. Był tak zafascynowany Słowem Bożym, że odczuwał konieczność i obowiązek niesienia go innym, nawet ryzykując osobiste bezpieczeństwo. Na nim opierała się ta wiara, do której krzewienia zobowiązał się uroczyście w chwili konsekracji biskupiej: «W pełni wyznaję czystość świętej wiary katolickiej i z Bożą pomocą pragnę pozostawać w całkowitej jedności z ową wiarą, w której bez najmniejszej wątpliwości jest pełnia zbawienia chrześcijan» (Epist. 12, in S. Bonifatii Epistolae, ed. cit., p. 29).

    Drugą bardzo ważną oczywistością, wypływającą z życia św. Bonifacego, jest jego wierna wspólnota ze Stolicą Apostolską, stanowiąca mocny i centralny punkt jego pracy misjonarza. Zawsze zachowywał tę wspólnotę jako regułę swej misji i pozostawił ją jako swój testament. W liście do papieża Zachariasza stwierdził: „Nieustannie zachęcam i nakłaniam do posłuszeństwa Stolicy Apostolskiej tych, tych którzy chcą pozostać w wierze katolickiej i jedności z Kościołem rzymskim i tych wszystkich, których w tej mojej misji Bóg mi daje jako słuchaczy i uczniów” (Epist. 50: tamże, str. 81). Owocem takiej postawy był mocny duch jedności wokół Następcy Piotra, przekazywany przez św. Bonifacego Kościołom na terenie jego działalności misyjnej, łącząc z Rzymem Anglię, Niemcy, Francję i przyczyniając się w zdecydowany sposób do budowania chrześcijańskich korzeni Europy, które dały obfite owoce w następnych wiekach.

    Warto zwrócić też uwagę na św. Bonifacego z jeszcze jednego względu: wspierał on spotkanie kultury rzymsko-chrześcijańskiej z germańską. Wiedział bowiem, że humanizacja i ewangelizacja stanowi integralną część jego misji biskupiej. Przekazując starożytne dziedzictwo wartości chrześcijańskich, zaszczepiał ludom germańskim nowy styl życia, bardziej ludzki, dzięki któremu lepiej przestrzegano niezbywalnych praw osoby. Jako prawdziwy syn św. Benedykta potrafił łączyć modlitwę i pracę, (fizyczną i intelektualną), pióro i pług.

    Odważne świadectwo św. Bonifacego jest dla nas wszystkich zachętą, abyśmy w swym życiu przyjęli Słowo Boże jako istotny punkt odniesienia, żarliwie kochali Kościół, abyśmy czuli się współodpowiedzialni za jego przyszłość i dążyli do jego jedności wokół następcy Piotra. Równocześnie przypomina on nam, że chrześcijaństwo, sprzyjając upowszechnieniu kultury, wspiera rozwój człowieka. Dziś naszym zadaniem jest stawanie na wysokości tak fascynującego dziedzictwa i sprawienie, aby owocowało ono z pożytkiem dla przyszłych pokoleń.

    Zawsze wielkie wrażenie wywiera na mnie jego gorliwy zapał dla Ewangelii. W wieku czterdziestu lat opuszcza piękne i owocne życie mnisze, życie zakonnika i profesora, aby głosić Ewangelię ludziom prostym, barbarzyńcom. Mając osiemdziesiąt lat jeszcze raz udaje się do rejonu, gdzie przewiduje swe męczeństwo. Porównując tę jego żarliwą wiarę, ową gorliwość o Ewangelię z naszą wiarą, często tak letnią i zbiurokratyzowaną, widzimy, co powinniśmy robić i jak odnowić naszą wiarę, abyśmy mogli przekazać w darze naszym czasom cenną perłę Ewangelii.

    Benedykt XVI

    wiara.pl 

    _________________________________________________________________________________________

     5 czerwca

    Błogosławiona Małgorzata Łucja Szewczyk, dziewica

    Błogosławiona Małgorzata Łucja Szewczyk

    Małgorzata urodziła się w 1828 r. w głęboko religijnej rodzinie polskiej w Szepetówce na Wołyniu (obecnie Ukraina). Wcześnie osierocona, znalazła duchowe oparcie w Bogu i Matce Najświętszej. Mając 20 lat wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka i złożyła prywatne śluby rad ewangelicznych. Jako tercjarka odważnie świadczyła miłosierdzie w trudnym okresie niewoli narodowej. Około 1880 r. udała się do Zakroczymia, odprawiła rekolekcje pod kierunkiem bł. Honorata Koźmińskiego i powierzyła się jego kierownictwu duchowemu. Odtąd w wynajętym mieszkaniu zaczęła gromadzić opuszczone i chore staruszki, którymi opiekowała się z wielką miłością. Gdy przyłączyły się do niej pierwsze towarzyszki, z pomocą bł. Honorata założyła zgromadzenie, które z czasem przyjęło nazwę Córek Matki Bożej Bolesnej, znane jako siostry serafitki.
    W 1891 r. przeniosła się do Galicji. W Oświęcimiu wybudowała klasztor, który stał się domem macierzystym zgromadzenia, ukierunkowanego na służbę opuszczonym i chorym oraz religijne wychowanie dzieci w otwieranych sierocińcach i ochronkach. Była dla sióstr wzorem żywej wiary, bezgranicznego zaufania Bożej Opatrzności i szczególnej czci wobec Matki Bożej Bolesnej. Eucharystia stanowiła centrum i źródło jej zapału apostolskiego, gorliwości o chwałę Bożą i ofiarnej miłości.
    Zmarła w opinii świętości 5 czerwca 1905 roku. Została zaliczona w poczet błogosławionych dnia 9 czerwca 2013 r. w bazylice Bożego Miłosierdzia w Krakowie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________________

    Matka Małgorzata Szewczyk.

    Zaufanie wbrew głównemu nurtowi

    Przez większą część życia robiła rzeczy zakazane. Zakazane przez zaborców. Wbrew ukazom troszczyła się o kościoły na rodzimym Wołyniu, uczyła dzieci katechizmu, a jako dojrzała kobieta założyła tajne, gdyż bezhabitowe zgromadzenie, które opiekowało się najuboższymi.

    Mogła trafić do więzienia, zostać zesłana na Syberię, mimo to robiła swoje, ufała, że skoro Bóg chce aby wykonała taką robotę,  to z pewnością się o nią zatroszczy. Małgorzata Łucja Szewczyk, założycielka Zgromadzenia Matki Bożej Bolesnej całym życiem potwierdza, że nigdy się nie zawiodła.

    Urodziła się w 1828 roku Szepetówce koło Zasławia na Wołyniu. Jej ojciec był dzierżawcą cukrowni i folwarku, rodzina była zamożna. Szczęście skończyło się w dzieciństwie – miała zaledwie dziewięć lat, gdy została sierotą i opiekę nad nią przejęła starsza przyrodnia siostra. To dzięki niej otrzymała staranne wykształcenie i wychowanie. Już w młodości odkryła, że małżeństwo to nie jej los. Chciała całkowicie poświęcić się Bogu, ale klasztory zostały na Wołyniu już zlikwidowane, bo ziemie te zostały przez rosyjskich zaborców uznane za integralną część Imperium, inaczej niż w Królestwie Polskim i poddane ostrej rusyfikacji jeszcze przed wielką akcją represji i rusyfikacji po Powstaniu Styczniowym. Biskupi diecezji zostali wywiezieni na Sybir, kościoły były zamykane. Jedyne, co mogła zrobić w tak wrogiej atmosferze to przyłączyć się do III Zakonu św. Franciszka i żyć radami ewangelicznymi w miarę możliwości.

    Troszczyła się o kościoły, szyła i haftowała bieliznę liturgiczną, przygotowywała dzieci do I Komunii św., opiekowała się biednymi. Z Wołynia wyniosła dwie cenne umiejętności, które bardzo jej się przydały w przyszłości – potrafiła szyć, pięknie haftować i stosować medycyne ludową.

    Miała 42 lata gdy wyruszyła na pielgrzymkę do Jerozolimy. Trudy podróży ofiarowała w intencji Kościoła na Wołyniu. Wcześniej udała się do Żytomierza po błogosławieństwo jedynego pozostającego na wolności biskupa Borowskiego (on także skończył jako zesłaniec) i ruszyła w drogę. Pierwszy etap drogi – liczący 1800 kilometrów – przeszła na piechotę. Przez Berdyczów i Winnicę doszła do Odessy, gdzie wsiadła na statek. Łucja tęskniła za Golgotą, tam chciała oddać wszystkie osobiste i narodowe sprawy. Gdy w końcu dotarła poczuła wielką łączność z Bogurodzicą, stojącą pod krzyżem. Matka Boska Bolesna została patronką jej życia i prac.

    W Ziemi Świętej została około trzech lat. Pracowała w szpitalu św. Józefa razem z francuskimi zakonnicami i wciąż zastanawiała się, co ma robić, gdy wróci do kraju. Kierunek był oczywisty, chciała opiekować się najsłabszymi. Droga, konkretna realizacja planu, wciąż były dla niej niejasne.

    Pomysł i konkret poddał jej o. Honorat Koźmiński, którego spotkała po powrocie do kraju. On też całe życie robił rzeczy zakazane przez rząd, bo będąc więźniem cara, przebywającym w kolejnych klasztorach – w Zakroczymiu i Nowym Mieście – ewangelizował, spowiadał od świtu do nocy i zastanawiał się, co robić w sytuacji, gdy Rosjanie po Powstaniu Styczniowym skasowali większość klasztorów w Królestwie, zakazali przyjmowania do nowicjatu, a starzy zakonnicy mieli dogorywać. I zdecydował, że w tej sytuacji należy zakładać tajne zgromadzenia, których członkowie będą ubierać się i żyć tak jak inni świeccy, ale potajemnie ewangelizować różne stany społeczne: nauczycieli, rzemieślników, robotnice, służące. Założycieli (zwłaszcza założycielki, bo było ich więcej) szukał o. Honorat wśród swoich penitentów, układał program ich formacji, na jego ręce składali później śluby zakonne. Tak powstało 26 zgromadzeń, a gdy w 1878 roku Łucja Szewczyk spowiadała się u charyzmatycznego kapucyna, On szybko ocenił, że powinna rozpocząć większe dzieła.

    Łucja, która otrzymała imię zakonne Małgorzata „praktykowała” najpierw w „Przytulisku” w Warszawie, gdzie opiekowano się biedakami, a gdy okrzepła w swej zakonności, rozpoczęła samodzielną pracę. Kupiła w Zakroczymiu dom i na własnych plecach wniosła dwie pierwsze staruszki. Taki był początek Zgromadzenia Matki Bożej Bolesnej, które rozrastało się mimo nieustającej inwigilacji służb jawnych i tajnych imperatora. Zakładała kolejne placówki i przyjmowała kandydatki do ukrytej rodzinny zakonnej. Policja wciąż ją śledziła, a ona pisała do sióstr, że dokąd inaczej być nie może, trzeba ufać Bogu i żyć jak się da, a święta Opatrzność je nie opuści…

    Nie myliła się, choć władze przeprowadziły śledztwo, badając, czy nie prowadzi zakazanej działalności, ale sprawa została umorzona i siostry nadal w ukryciu opiekowały się biedakami oraz ludźmi starymi.

    Matka Małgorzata Szewczyk. Zaufanie wbrew głównemu nurtowi

    Po dziesięciu latach pracy w zaborze rosyjskim matka Małgorzata przeniosła swe dzieło do Galicji. Po atmosferze grozy mogła spokojnie rozpocząć pracę i wykorzystać w pełni swoje możliwości. W Hałcnowie koło Bielska powstał dom dla biednych staruszek, ale także ochronka i sierociniec. W Oświęcimiu powstał dom generalny. Dzięki wielkiej ofiarności przy domu wybudowały kościół pod wezwaniem Matki Bożej Bolesnej. Później założyły szkołę gospodarczą dla dziewcząt z okolicy. Siostry zakładały pracownie krawieckie i hafciarskie, uczyły ubogie dziewczęta zawodu, odwiedzały chorych – pielęgniarstwa uczyły się jako wolontariuszki w szpitalach. Kilka z nich wyspecjalizowało się w rwaniu zębów u krakowskich bonifratrów. Były niezastąpione.

    Pieniądze? Nie były przeszkodą. Serafitki (bo tak się nazywają) najpierw zaczynały dzieło. Fundusze się znajdowały później, jak na przykład wówczas, gdy na żłobek w Żywcu wpłaciła darowiznę Felicja Elżbieta Habsburg. Opatrzność Boża była niezawodna.

    Po dwudziestu trzech latach matka Małgorzata przekazała urząd przełożonej swojej następczyni. Za radą o. Honorata, który do końca życia był jej spowiednikiem wróciła na ziemie zaboru rosyjskiego i zamieszkała w Nieszawie koło Włocławka.

    Choć nie była bardzo znana, jej praca i modlitwa przyciągały ludzi. Gdy zmarła w 1905 na jej pogrzeb przyszły tłumy.

    Alina Petrowa-Wasilewicz/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    4 czerwca

    Święty Franciszek Caracciolo, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr z Werony, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty Franciszek Caracciolo

    Franciszek urodził się 13 października 1563 r. w Villa Santa Maria (królestwo Neapolu). Pochodził ze znakomitej rodziny. Na chrzcie otrzymał imię Askaniusz. Kiedy miał 22 lata, zachorował śmiertelnie. Złożył wtedy ślub oddania się Panu Bogu na służbę i wyzdrowiał.
    Studiował teologię na uniwersytecie w Neapolu, przeplatając studia modlitwą, uczynkami pokutnymi i charytatywnymi. W 1587 r. przyjął święcenia kapłańskie. Zaraz też włączył się do bractwa kapłanów neapolitańskich, których celem było towarzyszyć skazanym na śmierć, opiekować się więźniami i galernikami. Kaplica stowarzyszenia była w pobliżu szpitala dla nieuleczalnie chorych. Dzieląc pomiędzy te instytucje swoje zajęcia, młody kapłan z wolna pozyskał dla swojej apostolskiej pracy podobnie gorliwych kapłanów. Na początku zgłosiło swój akces dwóch. Wszyscy trzej przyjaciele udali się do pustelni w Camaldoli, by na modlitwie prosić o światło Ducha Świętego i opracować regułę. Postanowiono do ślubów ubóstwa, czystości i posłuszeństwa dołączyć ślub czwarty – nie przyjmowania żadnych godności kościelnych. Papież Sykstus V zatwierdził regułę – a więc i nowy zakon – w roku 1588. W ten sposób Askaniusz razem z genueńczykiem Janem Adorno założył nowy zakon Kanoników Regularnych Mniejszych, opiekujący się biednymi, chorymi i więźniami. Mając 26 lat, 9 kwietnia 1589 r., złożył śluby i w miejsce dotychczasowego: Askaniusz, przyjął nowe imię zakonne – Franciszek. W 1591 r. został generałem zakonu. W roku 1591 otrzymał zaproszenie do objęcia opieki nad kościołem Matki Bożej Większej w Neapolu. W roku 1594 powstał pierwszy dom zakonu w Hiszpanii, w roku 1598 w Rzymie, przy kościele Św. Agnieszki na Placu Navona. W roku 1601 Franciszek założył dom zakonny w Valladolid i trzeci z kolei w Hiszpanii, w Alcala. W roku 1606 powstał w Rzymie drugi dom nowego zakonu.
    Na własną prośbę Franciszek został zwolniony z obowiązków przełożonego generalnego. Piastował urzędy niższe: mistrza nowicjatu i przełożonego domu w Neapolu, potem wikariusza generalnego zakonu. Odznaczał się gorliwością, umartwieniem oraz nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu. Popierał ze wszystkich sił – a także sam wprowadzał, gdzie tylko mógł – uroczyste wystawienia Najświętszego Sakramentu, adoracje i procesje.
    Zmarł 4 czerwca 1608 r. w Anconie, pielgrzymując do sanktuarium Matki Bożej w Loreto. Pochowano go w kościele Matki Bożej Większej w Neapolu. W czasie pogrzebu wydarzył się wypadek nagłego uzdrowienia pewnego człowieka ze śmiertelnej choroby. Po przepisanym przez prawo kościelne procesie kanonicznym do chwały błogosławionych wyniósł Franciszka papież Klemens XIV w roku 1770. Do katalogu świętych wpisał go uroczyście papież Pius VII w roku 1807. W roku 1840 św. Franciszek Caracciolo został ogłoszony drugim – obok św. Januarego – patronem Neapolu. W roku 1844 ciało Świętego przeniesiono do kościoła Santa Maria di Monteverginella w Neapolu.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 czerwca

    Święci Karol Lwanga
    i jego Towarzysze, męczennicy

    Zobacz także:
      •  Święta Klotylda
      •  Święty Jan Grande, zakonnik
    ***
    Święci Karol Lwanga i Towarzysze

    Do VIII wieku Afryka Północna wydała wielu świętych. Afryka Czarna – Środkowa i Południowa – zetknęła się z Kościołem dopiero wiele wieków później. Do Ugandy chrześcijaństwo dotarło w latach dziewięćdziesiątych XIX w. W 1879 r. przybyli tam Ojcowie Biali, którzy spotkali się z przychylnością mieszkańców. Jednak w kilka lat później razem z misjonarzami anglikańskimi zostali zmuszeni przez króla Mtera do opuszczenia kraju. Kiedy po jego śmierci na tron wstąpił Mwanga, rozpoczęło się krwawe prześladowanie chrześcijan. Pierwsze prześladowanie dotknęło misję anglikańską. W Natebe nieopodal stolicy kraju, Kampali, wbito na pale i żywcem spalono trzech uczniów szkockiego misjonarza Mackaya, który uczył Murzynów czytać, pisać i wierzyć. Z rozkazu króla zginął następnie pierwszy biskup anglikański, Hannigton.
    Wkrótce ofiarą nienawiści padli także neofici katoliccy – wśród nich dworzanie króla. Przez wiele dni na uwięzionych wywierano wszelkiego rodzaju naciski. Wśród męczenników było dwóch chłopców, liczących zaledwie 12 lat. Dnia 3 czerwca 1886 roku w Namugongo zapłonął stos. Zawiniętych w trzcinowe maty misjonarzy kolejno wrzucano w płomienie. Było to w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Męczenników było bardzo wielu. 6 czerwca 1920 roku beatyfikował ich Benedykt XV. Karol Lwanga został wyróżniony dlatego, że nie tylko z uśmiechem poniósł śmierć, ale zachęcał innych do wytrwania. Wraz z nim zginęło jednego dnia na tym samym miejscu 13 męczenników. Dlatego 3 czerwca papież wyznaczył na ich doroczne wspomnienie. 18 października 1964 roku (w niedzielę misyjną) Paweł VI wyniósł wspomnianych męczenników do chwały świętych.

    Święty Karol Lwanga

    Karol Lwanga był wodzem plemienia Nagweya i przełożonym królewskich paziów. W momencie śmierci miał 25 lat. Jego ciało palono wolno na ogniu, zaczynając od stóp. Zgodnie z decyzją Piusa XI z 1934 r. Karol Lwanga jest patronem młodzieży i Akcji Katolickiej w Afryce.
    Balikudembe, Józef Mukasa, był pierwszym ministrem króla. Dla Chrystusa zdołał pozyskać 150 pogan. Banabakintu był naczelnikiem kilku wiosek murzyńskich. Zginął, kiedy miał lat 35. Andrzej Kaggwa, lat 30, był kapelmistrzem królewskim. Został ścięty, potem porąbany w kawałki. Szczególne męki zastosowano wobec Macieja Kalemby, który był sędzią i namiestnikiem okręgu; zginął mając lat 50. Obcięto mu ręce i nogi, wycinano mu żywcem kawały ciała, palono go, a potem wrzucono w sitowie w nadziei, że się po tylu mękach załamie. Tam od ran skonał. Pozyskał dla Chrystusa ok. 200 współziomków. Mwaggali Noe był garncarzem i garbarzem. 31 maja 1886 roku powieszono go, przebito włócznią, a jego wnętrzności dano na pożarcie wygłodniałym psom.Krew męczeńska wylana w Ugandzie nie poszła na marne, ale użyźniła czarną glebę afrykańską. Zaraz po ustaniu prześladowania w roku 1890 w Ugandzie było już 2197 katolików i ok. 10 000 katechumenów, którzy przygotowywali się do przyjęcia chrztu. W roku 1906 ich liczba wzrosła do ok. 100 000 katolików i ok. 150 000 katechumenów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 czerwca

    Najświętsza Maryja Panna Krzeszowska
    Matka Łaski Bożej

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Marcelin i Piotr
      •  Błogosławiony Sadok i jego Towarzysze, męczennicy
      •  Święty Feliks z Nikozji, zakonnik
    ***
    Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Krzeszowie

    W Krzeszowie na Dolnym Śląsku znajduje się kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Zwany był Domus aurea (Złotym domem) ze względu na niesłychany przepych wnętrza. W jego powstawaniu uczestniczyli najwybitniejsi przedstawiciele sztuki śląskiej. Kościół zbudowano w latach 1728-1735. Jego wnętrze zdobi dekoracja malarska autorstwa Jerzego Wilhelma Neunhertza. Tworzy ona wielki cykl malowideł sklepiennych; ich tematyka została zaczerpnięta z biblijnych zapowiedzi proroka Izajasza, odnoszących się do Chrystusa. Wiele wątków na malowidłach odwołuje się także do wydarzeń z dziejów zakonu bernardynów, pierwszych opiekunów sanktuarium krzeszowskiego (1242-1292). Po nich opiekę nad opactwem krzeszowskim objęli cystersi.
    W głównym ołtarzu kościoła znajduje się obraz Piotra Brandla, przedstawiający Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Szczególnym kultem otoczony jest także znajdujący się w ołtarzu wizerunek Matki Bożej Łaskawej. Zaginął on podczas wojen husyckich w wieku XV, a odnaleziony został 18 grudnia 1622 r. To wówczas z wielką siłą odrodził się jego kult. Na pamiątkę tego wydarzenia każdego roku 18 grudnia obchodzone jest Święto Światła.

    Obraz Matki Bożej Łaskawej (Krzeszowskiej), Królowej Sudetów

    Obraz Matki Bożej Łaskawej, czczonej także jako Królowa Sudetów, znajduje się w Krzeszowie od XIII w. Ikona ta należy prawdopodobnie do najstarszych obrazów maryjnych w Europie. Według jednego z przekazów, pochodzi z Bizancjum. Mieli ją przywieźć rycerze uczestniczący w wyprawach krzyżowych. Najpierw trafiła do Rimini we Włoszech, następnie do Bawarii, w rodzinne strony św. Jadwigi. Przyszła żona Henryka Brodatego przywiozła ją na Dolny Śląsk w wianie ślubnym.
    Wizerunek Maryi namalowany jest farbami temperowymi na modrzewiowej desce o rozmiarach 60 x 37 centymetrów. Zamyślona Maryja, w purpurowym maforionie i zielonej sukni, lewą dłoń wspiera na piersi, a na prawej trzyma Jezusa okrytego zieloną szatką, spod której widać Jego bose stopy. Jezus podnosi prawą rączkę do góry w geście błogosławieństwa, w lewej trzyma zwinięty w rulon pergamin. Swą twarz kieruje w stronę Matki. Tło ikony jest złote. Ikonę otaczają piękne barokowe ramy wraz z napisem: Gratia Sanctae Mariae (Łaska Świętej Maryi). Ani twórca, ani dokładna data powstania obrazu nie są znane.
    Pomiędzy 25 marca 1996 r. a 10 września 1997 r. na terenie diecezji legnickiej miała miejsce peregrynacja kopii wizerunku Madonny Krzeszowskiej. Obraz nawiedził wówczas ponad 500 kościołów i kaplic zakonnych. 2 czerwca 1997 r. papież św. Jan Paweł II dokonał koronacji słynnego wizerunku krzeszowskiego złotymi koronami. Powiedział wtedy:Sanktuarium krzeszowskie ufundowała Anna, wdowa po Henryku Pobożnym, w rok po bitwie legnickiej. Już w wieku XIII przed obrazem Bogarodzicy gromadziły się rzesze pielgrzymów. I już wówczas nosiło ono nazwę Domus Gratiae Mariae. Rzeczywiście był to Dom Łaski hojnie rozdzielanej przez Bogurodzicę, do którego licznie przybywali pielgrzymi z różnych krajów, zwłaszcza Czesi, Niemcy, Serbołużyczanie i Polacy. Cieszymy się, że dziś także Boża Matka zgromadziła licznych pielgrzymów z tych po sąsiedzku żyjących narodów.
    Niech ten znak włożenia koron na głowę Maryi i Dzieciątka Jezus będzie wyrazem naszej wdzięczności za dobrodziejstwa Boże, których tak wiele otrzymywali i stale otrzymują czciciele Maryi, spieszący do krzeszowskiego Domu Łaski. Niech będzie również znakiem zaproszenia Jezusa i Maryi do królowania w naszych sercach i w życiu naszego narodu. Abyśmy wszyscy stawali się świątynią Boga i mężnymi świadkami Jego miłości do ludzi.
    Uroczysta intronizacja obrazu odbyła się w Krzeszowie 17 sierpnia 1997 r. Biskup legnicki ustanowił w Krzeszowie pierwsze sanktuarium na terenie diecezji, a w 1998 r. kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie został ogłoszony bazyliką mniejszą. Corocznie, 15 sierpnia, w dniu odpustu obraz jest wyjmowany z głównego ołtarza i niesiony w uroczystej procesji przez przedstawicieli kapłanów, ojców, matek, młodzieży męskiej i żeńskiej, górników i dzieci. Z kolei 2 czerwca obchodzi się uroczystość odpustową w rocznicę koronacji obrazu przez św. Jana Pawła II.Różnymi tytułami chrześcijańska pobożność wzywała w ciągu wieków Matkę Bożą. Należy do nich określenie “Matka Łaski Bożej” lub inaczej Matka Boża Łaskawa. Pierwsze sformułowanie zaczerpnięte jest z litanii loretańskiej. Bezpośrednim sprawcą łaski Bożej jest Jezus Chrystus, nasz Zbawiciel. Maryja jednak, tak jak jest Matką Chrystusa-Zbawiciela, sprawcy wszelkiej łaski, jest tym samym Matką Łaski Bożej.
    Zarówno u boku pierwszego człowieka – Adama, jak i u boku Chrystusa pojawia się niewiasta: Ewa i Maryja. Jak Ewa współdziałała w grzechu pierworodnym, tak Maryja ma swój czynny udział w zbawczej działalności Syna; działalności, przez którą otrzymujemy “obfitość łaski i dar sprawiedliwości”.
    Ojcowie Soboru Watykańskiego II tak nas pouczają: “Maryja, córka Adama, zgadzając się na słowo Boże, stała się Matką Jezusa, i przyjmując zbawczą wolę Bożą całym sercem, nie powstrzymana żadnym grzechem, całkowicie poświęciła samą siebie, jako służebnicę Pańską, osobie i dziełu Syna swego, pod Jego zwierzchnictwem i wespół z Nim z łaski Boga wszechmogącego służąc tajemnicy odkupienia. Maryja… z wolną wiarą i posłuszeństwem czynnie współpracowała w dziele zbawienia ludzkiego” (Konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium, nr 56).
    To włączenie się Maryi w dzieło zbawienia człowieka ma swoje określone następstwo. Stała się ona naszą Matką w porządku łaski: “To zaś macierzyństwo Maryi w ekonomii łaski trwa nieustannie – poczynając od aktu zgody, którą przy zwiastowaniu wiernie wypełniła i którą zachowała bez wahania pod krzyżem – aż do wiekuistego dopełnienia się zbawienia wszystkich wybranych. Albowiem wzięta do nieba nie zaprzestała tego zbawczego zadania, lecz poprzez wielorakie swoje wstawiennictwo ustawicznie zjednuje nam dary zbawienia wiecznego. Dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się braćmi swojego Syna, dopóki nie zostaną doprowadzeni do szczęśliwej ojczyzny” (Lumen gentium, nr 62).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 czerwca

    Święty Justyn, męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Inigo z Oña, opat
    ***
    Święty Justyn
    Justyn urodził się na początku II w. we Flavia Neapolis (dzisiejszy Nablus w Samarii), w pogańskiej rodzinie. Po upadku Jerozolimy w 70 r. miasto było jednym z ważniejszych centrów kultury greckiej i rzymskiej na terenie Palestyny. Od młodości pasjonował się filozofią i problemami ogólnoludzkimi. Przebadał systemy Platona, Arystotelesa, Pitagorasa, epikurejczyków i modnych wówczas stoików. Jeszcze bardziej nurtowały go problemy religijne. W ten sposób zainteresował się judaizmem i chrześcijaństwem. Czytał Pismo św. i przyglądał się życiu chrześcijan. Badał ich naukę, obserwował ich obyczaje. Około roku 130 przyjął chrzest w Efezie. Stał się gorliwym wyznawcą.
    Justyn to najważniejszy apologeta chrześcijaństwa w II wieku. Wykorzystując autorytet, jaki sobie zdobył prawością charakteru i posiadaną wiedzą, zgromadził koło siebie uczniów i chętnie prowadził z nimi dyskusje na tematy filozoficzne, etyczne i religijne. Sam przekonany o tym, że tylko w chrześcijaństwie jest pełna prawda, dążył do tego, by i jego uczniowie byli o tym przekonani. Jednym z jego uczniów był Tacjan, późniejszy apologeta. Chętnie też spotykał się z filozofami pogańskimi i żydowskimi, aby żarliwie z nimi dyskutować na wspomniane tematy. W roku 135 spotkał się w Efezie z pewnym rabinem żydowskim, Tryfonem, i odbył z nim wielogodzinną dyskusję. Pamiątką tej rozmowy jest dzieło św. Justyna pod tytułem Dialog z Żydem Tryfonem.
    W tym czasie Justyn wydał też dwie apologie. Pierwszą z nich skierował do Rzymian, drugą zaś – formalnie do senatu rzymskiego. Wykazywał w nich odważnie, jak mylne poglądy mieli poganie o chrześcijanach i obalał zarzuty, stawiane wyznawcom Chrystusa przez pogan. Była to niemała odwaga. Od 100 lat wiara w Chrystusa była na państwowym indeksie. Od czasów Nerona chrześcijanie byli uważani za głównego wroga cesarstwa; należało ich tępić wszelkimi dostępnymi środkami. Nie odwołano krwawych edyktów, wydanych przez Nerona (54-68) i Domicjana (81-96). Za czasów Justyna panował wprawdzie raczej łagodny cesarz Antoninus Pius (138-161), wszakże za panowania cesarza-filozofa, Marka Aureliusza, prześladowanie wybuchło ponownie (161-180). Ofiarą właśnie tego prześladowania padł Justyn.

    Święty Justyn

    Justyn kilkakrotnie toczył dysputy z filozofem Krescensem, zwalczając jego błędne teorie. Z tego powodu został oskarżony przez Krescensa wraz z sześcioma uczniami Charitonem, jego żoną Charytą, Euelpistem, Hieraksem, Peonem i Walerianem o wyznawanie chrześcijaństwa. Został aresztowany. Akta sądowe, które Rzymianie bardzo skrupulatnie prowadzili, zaginęły. Według podania wyrokiem sędziego Juniusza Rustyka został Justyn – jako obywatel rzymski – skazany na śmierć przez ścięcie głowy mieczem. Wyrok wykonano ok. 165 r. w Rzymie.
    Nie wiadomo, gdzie znajdują się relikwie Męczennika. Te, które są w Rzymie (w bazylice św. Wawrzyńca za Murami), w Kolonii oraz w Namur wydają się niepewne.
    Na Soborze Watykańskim I biskupi wnieśli prośbę, aby papież wprowadził Mszę świętą i teksty brewiarzowe na dzień święta św. Justyna, które obchodzono wówczas (do roku 1969) 14 kwietnia. Papież Pius IX przychylił się do ich prośby. Leon XIII w roku 1874 rozszerzył święto na cały Kościół. Kościół grecki obchodzi jego pamiątkę 1 czerwca. Tak jest i dzisiaj w Kościele łacińskim.
    W swoich pismach św. Justyn podjął pierwsze próby zbliżenia nauki chrześcijańskiej i filozofii greckiej. Justyn żył zaledwie ok. 100 lat po śmierci świętych Apostołów Piotra i Pawła, dlatego też jego dzieła są fundamentalnymi źródłami dla zapoznania się z ówczesną sytuacją Kościoła, jego organizacją i wewnętrzną strukturą, z obrzędami i liturgią. Warto podkreślić, że Justyn był człowiekiem świeckim, który wykorzystał swoją wiedzę dla obrony wiary chrześcijańskiej.
    W ikonografii Święty przedstawiany jest w chwili, gdy wręcza swoją “Apologię” cesarzowi Hadrianowi.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    Święty Justyn

    Święty Justyn

    św. Justyn/André Thevet (PD)

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI z 21 marca 2007 roku

    (…) Justyn urodził się około roku 100 w okolicy starożytnego Sychem w Samarii; przez długi czas poszukiwał prawdy, pielgrzymując od jednej do drugiej szkoły tradycji filozofii greckiej. (…)

    Drodzy bracia i siostry,

    w obecnych katechezach zastanawiamy się nad wielkimi postaciami rodzącego się Kościoła. Dziś mówić będziemy o świętym Justynie, filozofie i męczenniku, najważniejszym spośród Ojców Apologetów II wieku. Słowo “apologeci” określa tych starożytnych pisarzy chrześcijańskich, którzy stawiali sobie za cel obronę nowej religii przed poważnymi oskarżeniami ze strony pogan i Żydów oraz szerzenie nauki chrześcijańskiej w terminologii przystępnej dla kultury swoich czasów. I tak u apologetów mamy do czynienia z dwojaką troską: z troską bardziej typową dla apologetyki, aby bronić rodzącego się chrześcijaństwa (apologhía po grecku oznacza właśnie “obronę”) i z troską konstruktywną, “misyjną”, aby wyłożyć treści wiary w języku i w kategoriach myślenia zrozumiałych dla współczesnych.

    Justyn urodził się około roku 100 w okolicy starożytnego Sychem w Samarii; przez długi czas poszukiwał prawdy, pielgrzymując od jednej do drugiej szkoły tradycji filozofii greckiej. W końcu – o czym sam opowiada w swoim “Dialogu z Trifonem” – tajemnicza postać, starzec napotkany na nadmorskiej plaży, najpierw wprawił go w zakłopotanie, ukazując niezdolność człowieka do zaspokojenia własnymi siłami dążenia do tego, co boskie. Z kolei wskazał mu w dawnych prorokach osoby, do których należy się zwrócić, aby odnaleźć drogę do Boga i “prawdziwą filozofię”. Żegnając się z nim, starzec wezwał go do modlitwy, aby zostały mu otwarte bramy światła. Opowieść ta jest aluzją do kluczowego wydarzenia w życiu Justyna: na koniec długiej wędrówki filozoficznej poszukiwania prawdy, dotarł on do wiary chrześcijańskiej. Założył w Rzymie szkołę, w której bezpłatnie wprowadzał uczniów w nową religię, uważaną za prawdziwą filozofię. W niej bowiem znalazł prawdę, a więc i sztukę życia prowadzonego w prawy sposób. Został za to zadenuncjowany i ścięty około roku 165, za panowania Marka Aureliusza, cesarza filozofa, do którego Justyn wystosował jedną ze swoich apologii.

    Te właśnie dwie apologie oraz “Dialog z Żydem Trifonem” to jedyne dzieła, jakie po nim pozostały. Justyn chciał w nich przedstawić przede wszystkim Boży plan stworzenia i zabawienia, jaki dokonuje się w Jezusie Chrystusie, Logosie, to jest Słowie przedwiecznym, przedwiecznym Rozumie, Rozumie stwórczym. Każdy człowiek, jako stworzenie rozumne, ma udział w Logosie, nosi w sobie jego “nasienie” i zdolny jest uchwycić iskry prawdy. I tak sam Logos, który objawił się niczym w proroczej postaci Żydom Starego Przymierza, ukazał się częściowo, jakby w “nasionach prawdy”, również w filozofii greckiej. Otóż, wnioskuje Justyn, skoro chrześcijaństwo jest historycznym i osobistym objawieniem się Logosu w całej jego pełni, w konsekwencji “to wszystko, co pięknego wyraził ktokolwiek, należy do nas, chrześcijan” (2 Apol. 13, 4). W ten sposób, wytykając wprawdzie filozofii greckiej jej sprzeczności, Justyn sprowadza zdecydowanie do Logosu wszelką prawdę filozoficzną, uzasadniając z punktu widzenia rozumu wyjątkowe “roszczenie” do prawdy i powszechności religii chrześcijańskiej.

    Jeżeli Stary Testament dąży do Chrystusa jako postaci zorientowanej na wiele znaczącą rzeczywistość, również filozofia grecka dąży do Chrystusa i do Ewangelii, podobnie jak część dąży do połączenia się z całością. I powiada, że obie te rzeczywistości, Stary Testament i filozofia grecka, są niejako dwiema drogami, prowadzącymi do Chrystusa, do Logosu. Oto dlaczego filozofia grecka nie może przeciwstawić się prawdzie ewangelicznej, chrześcijanie zaś mogą czerpać z niej z ufnością, niczym z własnego dobra. Dlatego mój czcigodny poprzednik, papież Jan Paweł II, nazwał Justyna “pionierem konstruktywnego dialogu z myślą filozoficzną, nacechowanym co prawda ostrożnością i rozwagą”, ponieważ Justyn “chociaż zachował wielkie uznanie dla filozofii greckiej nawet po nawróceniu, twierdził stanowczo i jednoznacznie, że znalazł w chrześcijaństwie “jedyną niezawodną i przydatną filozofię” (Dialogus cum Tryphone Iudaeo 8, 1) (Fides et ratio, 38).

    W sumie postać i dzieło Justyna wyznaczają decydującą opcję starożytnego Kościoła na rzecz filozofii, na rzecz rozumu raczej, aniżeli na rzecz religii pogan. Pierwsi chrześcijanie bowiem niezmordowanie odrzucali jakikolwiek kompromis z religią pogan. Uważali ją za idolatrię, ryzykując z tego powodu pomówienie o “bluźnierstwo” i “bezbożność”. W szczególności, zwłaszcza w swej pierwszej apologii, Justyn dokonał bezlitosnej krytyki pogańskiej religii i jej mitów, uważanych przez niego za diabelskie “zwodzenie” z drogi prawdy. Filozofia natomiast reprezentowała uprzywilejowany obszar spotkania między pogaństwem, judaizmem i chrześcijaństwem właśnie na płaszczyźnie krytyki religii pogańskiej oraz jej fałszywych mitów. “Nasza filozofia – tak”, w sposób więcej niż wyraźny, określił nową religię inny apologeta współczesny Justynowi, biskup Melitone di Sardi (ap. Hist. Eccl. 4, 26, 7).

    Faktycznie religia pogańska nie podążała drogami Logosu, lecz upierała się przy drogach mitu, mimo iż filozofia grecka uznała go za pozbawiony spoistości w prawdzie. Dlatego zmierzch religii pogańskiej był nieuchronny: był on logiczną konsekwencją oderwania religii – sprowadzonej do sztucznego zespołu ceremonii, konwenansów i zwyczajów – od prawdy bytu. Justyn, a wraz z nim inni apologeci, podpisali zdecydowane opowiedzenie się wiary chrześcijańskiej za Bogiem filozofów przeciwko fałszywym bogom religii pogańskiej. Był to wybór na rzecz prawdy bytu przeciwko mitowi zwyczaju. Kilka dziesięcioleci po Justynie Tertulian określił tę samą opcję chrześcijan w lapidarny i wciąż aktualny sposób: Dominus noster Christus veritatem se, non consuetudinem, cognominavit – Chrystus stwierdził, że jest prawdą, a nie zwyczajem (De virgin. Vel. 1, 1). Warto zauważyć w związku z tym, że termin consuetudo, użyty tu przez Tertuliana w odniesieniu do religii pogańskiej, można by oddać w nowożytnych językach wyrażeniem “moda kulturowa”, “moda czasu”.

    W epoce takiej, jak nasza, naznaczonej relatywizmem w dyskusji na temat wartości i religii – jak też w dialogu między religiami – jest to lekcja, której nie można zapomnieć. W tym celu przypominam – i na tym zakończę – ostatnie słowa tajemniczego starca, spotkanego przez Justyna nad brzegiem morza: “Módl się, aby bramy światła zostały otwarte dla ciebie, ponieważ nikt nie może zobaczyć i pojąć, jeżeli Bóg i Jego Syn nie pozwolą mu tego zrozumieć”.

    papież Benedykt XVI

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – czerwiec 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    _________________________________________________________________________________

    W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00

    NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ W MIESIĄCU CZERWCU ŚPIEWAMY LITANIĘ DO SERCA JEZUSOWEGO. W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLENEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W KAŻDĄ DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM. NA POCZĄTKU SPOTKANIA O GODZ. 10.00 ŚPIEWAMY GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY A NA ZAKOŃCZENIE – W POŁUDNIE – MODLITWA NA ANIOŁ PAŃSKI.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I MSZA ŚWIĘTA O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA O GODZ. 5.00.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZERWCOWY MIESIĄC POŚWIĘCONY JEST NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA

    kaplica Serca Pana Jezusa w Sanktuarium św. Jana Pawła II Wielkiego w Krakowie.

    W tej kaplicy jest całodzienna adoracja Najświętszego Sakramentu.

    fot.Michał Zięba

    ***

    Kult Serca Jezusowego rozwinął się w Polsce jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Polska miała też szczególne przywileje papieskie. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która wypada zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała, Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów.

    „Kult Serca Jezusowego ukazuje wielką miłość Pana Boga do nas, który nie cofa jej w zależności od postępowania człowieka. Kontemplując Serce Boże, odkrywamy nieskończoną miłość Boga, którą nam objawił w swoim Synu. Chodzi jednak o to, aby nie zatrzymywać się tylko na tym, ale by starać się naśladować przymioty Bożego Serca: łagodność, cierpliwość, pokorę. W ten sposób będziemy przyczyniać się do budowania +cywilizacji miłości+” – powiedział rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Leszek Gęsiak SJ.

    Liturgiczne święto Boskiego Serca Pana Jezusa, wraz z Mszą św. i oficjum brewiarzowym, ustanowił w 1765 r. papież Klemens XIII. Był to przywilej tylko dla Polski, dla ówczesnego Królestwa Polskiego i jednej Konfraterni Najświętszego Serca w Rzymie. W ten sposób Stolica Apostolska odpowiedziała na memoriał biskupów polskich z 1764 r.

    Początku samego kultu Serca Jezusowego można upatrywać wcześniej. Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński podkreślał, że pierwszą Jego czcicielką była bez wątpienia Najświętsza Panna. „Dwa te najpiękniejsze Serca – Jezusa i Maryi – biły zawsze zgodnie i najżywiej ze sobą współczuły i w chwilach radości, i w godzinach bólu czy męki” – pisał kard. Wyszyński w 1965 r. Do grona czcicieli Najświętszego Serca Jezusowego należeli m.in. św. Bernard, Bonawentura, Katarzyna ze Sieny, Franciszek Salezy. Najbardziej znaną pozostaje jednak św. Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690), wizytka z klasztoru w Paray-le-Monial. Obok takich praktyk pobożnych jak pierwsze piątki, Komunia św. wynagradzająca czy „godzina święta” (adoracja przez godzinę Najśw. Sakramentu w nocy z czwartku na pierwszy piątek) – Pan Jezus zlecił jej podjęcie starań o ustanowienie w Kościele święta Jego Serca, w piątek po oktawie Bożego Ciała.

    Na ziemiach polskich Serce Boskiego Zbawcy czczone było jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pierwszy w świecie podręcznik tego nabożeństwa napisał o. Kacper Drużbicki. Autor książeczki „Ognisko serc – Serce Jezusa” zmarł 13 lat przed objawieniami w Paray-le-Monial. O ustanowienie święta Bożego Serca zabiegali w Stolicy Apostolskiej polscy królowie i biskupi. Dekret z 1765 r. był właśnie odpowiedzią na sławny memoriał polskich biskupów, który podaje historyczny przegląd kultu i uzasadnia wymowę tego nabożeństwa. Prymas Polski abp Ledóchowski poświęcił Najświętszemu Sercu metropolię gnieźnieńską. Nabożeństwem do Serca Jezusowego odznaczali się biskupi Bilczewski i Pelczar, autor dzieł o Najświętszym Sercu i założyciel zgromadzenia sióstr sercanek. Kolejny prymas, kard. Dalbor, w imieniu Episkopatu powierzył Polskę Sercu Zbawiciela i Jego Najświętszej Matce. W 1921 r. jako wotum wdzięczności Sercu Bożemu za odzyskanie niepodległości przez Naród Polski konsekrowano bazylikę Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie. W Poznaniu wzniesiono też pomnik „Sacratissimo Cordi – Polonia Restituta” (został on zburzony w 1940 r.). W 1948 r. biskupi zachęcali wiernych do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu, a trzy lata później Episkopat Polski ogłosił rok poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

    „Sam Pan Jezus, ukazując św. Małgorzacie swe Serce spragnione miłości, żądał tego poświęcenia, które ona nazywała prywatnym albo małym w odróżnieniu od publicznego poświęcenia się całych społeczeństw” – przypomnieli biskupi. Praktyka prywatnego poświęcenia się Sercu Pana Jezusa została zapomniana i dopiero po 200 latach, po objawieniach w Paray-le-Monial, przypomniał je papież Pius XI. O osobistym poświęceniu mowa w encyklice „Miserentissimus Redemptor” z roku 1928.

    Polscy biskupi zachęcali do osobistego poświęcenia Sercu Jezusowemu, ale i oddania całych rodzin, co nazywane jest intronizacją Serca Jezusowego w rodzinach. Dopiero zwieńczeniem modlitw prywatnych było wspólne poświęcenie Najświętszemu Sercu Jezusowemu Narodu i Rzeczypospolitej. Nastąpiło to w uroczystość Chrystusa Króla w 1951 r. Akt poświęcenia poprzedził tydzień modlitw do Serca Jezusowego.

    11 czerwca 2021 roku, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, w Bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie, biskupi polscy zgromadzeni na 389. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski, ponowili Akt poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Mszy św. przewodniczył abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, który dokonał także ponowienia Aktu. „Powierzamy Ci całe nasze życie osobiste, rodzinne i społeczne, które pragniemy oprzeć na trwałych zasadach Ewangelii. Podobnie jak przed stu laty, w pokorze poświęcamy się Twojemu Najświętszemu Sercu, oddając naszą Ojczyznę w Twoje władanie” – powiedział przewodniczący Episkopatu odczytując Akt.

    Stolica Apostolska dopiero po ścisłych i dokładnych badaniach zezwoliła na obchodzenie święta, jak i na cześć wizerunków Jezusowego Serca w formach dzisiaj powszechnie przyjętych. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Znamienny jest też akt oddania całego Kościoła i rodzaju ludzkiego w opiekę Serca Jezusowego, jakiego dokonał 31 grudnia 1899 roku papież Leon XIII. Nowy rys nadał papież Jan Paweł II. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która wypada zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała, ustanowił on Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów.

    Episkopat.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 CZREWCA – XI NIEDZIELA ZWYKŁA ROK B

    ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚWIĘTA – OD GODZ. 13.30

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    „Gdyby ludzie znali wartość Eucharystii, służby porządkowe musiałyby kierować ruchem”.

    (św. Matka Teresa z Kalkuty)

    ***

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak inaczej można nazwać Mszę Świętą?

    Te określenia pomogą ci głębiej zrozumieć i przeżywać liturgię

    EUCHARYSTIA

    Creativa Images | Shutterstock

    ***

    To oznacza, że kończy się Eucharystia w kościele, a zaczyna Eucharystia naszego codziennego życia, w które jesteśmy posłani z Jego mocą.

    „Podczas tego łamania chleba modlimy się za śp. Janinę Kowalską…” – usłyszałeś kiedyś takie lub podobne zdanie? Ja też nie! Zazwyczaj ksiądz powie: „Ta msza święta (lub Eucharystia) sprawowana jest za śp. Janinę”. Skąd zatem to „łamanie chleba”? To jedno z najstarszych określeń Mszy Świętej! Poznaj pozostałe, by lepiej przeżywać to liturgiczne spotkanie!

    Eucharystia to znaczy dziękczynienie

    To jedno z częściej spotykanych określeń. Brzmi bardzo dostojnie, nieco tajemniczo. Pochodzi z języka greckiego i oznacza „dziękczynienie”. Chrześcijanie zaczęli go używać już w pierwszych wiekach.

    Nawiązuje ono do modlitwy, którą wygłaszał ojciec żydowskiej rodziny w trakcie uczty paschalnej. Dziękował Bogu za wszystkie Jego dobrodziejstwa. Każda Eucharystia to okazja dla nas, by podziękować Bogu i zobaczyć, jak On działa w naszym życiu.

    Warto przyjść kilka minut przed rozpoczęciem mszy do kościoła, zatrzymać się na chwilę i pomyśleć: co dobrego dzieje się w moim życiu? I wybrać jedno, konkretne wydarzenie, za które podziękuję Panu w czasie modlitwy. Można do tego wrócić w trakcie przygotowania darów i razem z chlebem i winem złożyć na ołtarzu

    Pamiątka i uobecnienie

    Jedną z definicji mszy jest pamiątka i uobecnienie paschalnych wydarzeń zbawczych. Nie chodzi tu jednak o muszelkę znad morza, na którą patrzymy i ciepło myślimy o tym, co było. Eucharystia to takie wspominanie, które czyni obecnym tu i teraz to, co wydarzyło się 2000 lat temu! 

    Obrzęd mszy, za pomocą znaków i słów mocą Ducha Świętego pozwala nam przeżyć wydarzenia z życia Jezusa. Kiedy słuchamy czytanego słowa Bożego, słuchamy samego Jezusa. Kiedy przyjmujemy Komunię, to On sam nas karmi. 

    Najświętsza ofiara

    Z powodu tego uobecnienia męki Pana Jezusa na krzyżu nazywamy Mszę Święta „Najświętszą Ofiarą”. Najświętszy jest tu bowiem kapłan – Chrystus, oraz ofiara – On sam i całe Jego życie. Z tego powodu Eucharystia nie może być miejscem na głupotę, płyciznę i wesołkowatość.

    Stajemy w końcu pod krzyżem! Warto pamiętać, że nie jest to powtórzenie ofiary Jezusa. Ta dokonała się raz na zawsze. 

    To świetna motywacja, by dobrze się do niej przygotować: przeczytać wcześniej słowo Boże, które będzie czytane, odświętnie się ubrać, przyjść nieco wcześniej i, co najważniejsze, zadbać o czyste serce. Dzięki temu możemy głębiej przeżyć spotkanie z Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym.

    Usiądźmy przy stole na uczcie Pańskiej

    Jezus ustanowił Eucharystię w trakcie wieczerzy (Mk 14,22-25). Po swoim zmartwychwstaniu spotykał się z uczniami w trakcie posiłków (J 21,9-10). Każda Msza Święta to także uczta, kiedy siadamy przy jednym stole i jemy jeden Chleb. Uczta to obraz nieba, do którego przygotowujemy się w trakcie mszy. 

    Przy jednym stole siadamy z tymi, których kochamy. To przestrzeń budowania wspólnoty. Jeśli tak podejdziemy do każdej Eucharystii, będzie nam łatwiej otwierać się na ludzi wokół nas i dzielić z nimi nie tylko chleb niebiański.

    Łamanie chleba

    Tak mówili o Eucharystii pierwsi wierzący. Jezus w czasie ostatniej wieczerzy “wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał i dał im, mówiąc: «Bierzcie, to jest Ciało moje»” (Mk 14,22). I to kazał czynić na swoją pamiątkę. 

    Ta nazwa przypomina nam, że jemy jedno Ciało Jezusa, oraz że sami tworzymy jedno ciało! Z tego powodu nie powinno być między nami kłótni, sporów i braku jedności.

    To także zaproszenie, by samemu stawać się jak bochenek chleba, z którego każdy może sobie ukroić kromkę chleba, jak mówił św. Albert Chmielowski. To wezwanie, by stać się darem.

    Ite missa est

    Słowo „msza” pochodzi o łacińskiego „missa”, które oznacza “posłany”. Z jednej strony na każdej Eucharystii posyłamy do Boga nasze modlitwy, a z drugiej to On posyła nas.

    Po Komunii świętej Msza Święta szybko zmierza do zakończenia. Na jej końcu słyszymy słowa rozesłania: “Idźcie w pokoju Chrystusa”. Otrzymaliśmy największy dar – samego Jezusa – i teraz mamy Go nieść innym.

    Kończy się Eucharystia w kościele, a zaczyna Eucharystia naszego codziennego życia, w które jesteśmy posłani z Jego mocą.

    Dariusz Dudek/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przeistoczenie. Kiedy chleb przestaje być chlebem? I co się dzieje na ołtarzu?

    EUCHARYSTIA

    Shutterstock

    ***

    Wiemy, że chleb i wino stają się w Eucharystii Ciałem i Krwią Chrystusa. Ale czy potrafimy wytłumaczyć, jak to się dzieje i precyzyjnie określić moment, w którym to następuje?

    Nasz wykładowca metafizyki w seminarium krótko i dosadnie wyjaśnił nam, co dzieje się w momencie przeistoczenia, odwołując się do filmu „Asterix i Obelix: Misja Kleopatra”.

    Chodziło mu o scenę, w której pracujący przy budowie pałacu królowej Egiptu robotnicy, wspierani przez dzielnych Gallów i ich druida, słyszą ostrzeżenie następującej treści: „Uwaga! Uwaga! Na obiekcie rozprowadzany jest fałszywy napój magiczny! Wygląda jak napój magiczny, pachnie jak napój magiczny, smakuje jak napój magiczny, ale to zupa jest z brukselek!”.

    Otóż coś podobnego dzieje się podczas Mszy Świętej. W pewnym momencie chleb i wino nadal wyglądają, pachną i smakują jak chleb i wino, ale mimo zachowania tych wszystkich cech charakterystycznych dla chleba i wina nie są już nimi, lecz Ciałem i Krwią Pana.

    Przeistoczenie, czyli co?

    Polskie słowo „przeistoczenie” to dosłowne tłumaczenie łacińskiego „transsubstantiatio”. Oba wskazują na istotę cudu eucharystycznego, czyli zmianę istoty, inaczej: substancji. W klasycznym ujęciu metafizyki (czyli nauki o bycie) każda rzecz ma swoją substancję (istotę) i przypadłości (cechy).

    Wszędzie wokół siebie obserwujemy, że rzeczom zmieniają się przypadłości, a substancja pozostaje niezmieniona. Na przykład Katarzyna jako młode dziewczę była szczupłym rudzielcem, a teraz jest korpulentną, siwą starszą panią, ale to nadal ta sama Katarzyna. Mój samochód był kiedyś zapierającą dech w piersiach i błyszczącą od nowości „czerwoną strzałą”, a obecnie stanowi przeżartą rdzą, ledwo toczącą się po prostej drodze potwarz dla motoryzacji, niemniej to wciąż to samo auto. Przypadłości się zmieniają, istota pozostaje ta sama.

    Tymczasem z chlebem i winem podczas mszy świętej dzieje się coś dokładnie odwrotnego. Dzięki działaniu Ducha Świętego przypadłości pozostają te same, a zmienia się istota (czyli substancja). Był chleb, jest Ciało, choć o zapachu, smaku, wyglądzie i fakturze chleba. Tak samo wino staje się Krwią, zachowując wszystkie cechy wina. I dlatego mówimy o cudzie, bo „normalnie” coś takiego się nie dzieje, żeby zmieniała się istota rzeczy, a nie jej cechy.

    Kiedy chleb staje się Ciałem, a wino Krwią?

    Paradoksalnie jednak łatwiej jest wytłumaczyć, na czym polega cud przeistoczenia, niż wskazać dokładny moment, w którym on następuje. Teologowie nigdy nie sprecyzowali ostatecznie z dokładnością „co do sekundy” chwili, w której na ołtarzu chleb przestaje być chlebem, a wino winem.

    Wyróżnić tu trzeba dwa istotne momenty: modlitwę epikletyczną i słowa przeistoczenia z relacji o ustanowieniu Eucharystii zaczerpnięte z Pisma Świętego. Epikleza to modlitwa, w której przyzywamy mocy Ducha Świętego, aby On sam przemienił złożone dary w Ciało i Krew Jezusa. Na przykład: „Uświęć te dary mocą Twojego Ducha, aby stały się dla nas Ciałem i Krwią naszego Pana Jezusa Chrystusa”.

    Niektórzy chcieliby widzieć moment przeistoczenia w chwili, gdy kapłan wykonuje znak krzyża nad darami. Jednak właściwym gestem epikletycznym nie jest znak krzyża, ale wyciągnięcie rąk nad darami. Poza tym na przykład w Pierwszej Modlitwie Eucharystycznej (która na Zachodzie przez wieki była jedyną) znak krzyża nad darami i epikleza są od siebie znacznie oddalone.

    Inni z kolei uważają, że konsekracja dokonuje się dopiero w momencie wypowiedzenia słów „Bierzcie i jedzcie… Bierzcie i pijcie…”.

    Na Zachodzie kładziono zazwyczaj akcent na moment przywołania słów Chrystusa. Ale Kościół Wschodni zna ryty, w których słowa te w ogóle nie padają, a przeistoczenie mimo to następuje. Wschód przykłada więc większą wagę do modlitwy epikletycznej.

    Widać to nawet w samym porządku liturgii. O ile na Zachodzie epikleza jest pierwsza i sprawia wrażenie wstępu do słów z relacji o ustanowieniu, o tyle na Wschodzie umieszczona jest zazwyczaj dopiero po nich i stanowi ich „zwieńczenie”. Ostatecznego rozstrzygnięcia nie ma i nie będzie. Ducha Świętego nie da się „złapać za rękę”.

    Przemienić się w Jego Ciało

    W tym kontekście wielu liturgistów podkreśla, że tak naprawdę charakter konsekracyjny ma cała modlitwa eucharystyczna, a nie tylko jej wybrane momenty. Co jeszcze ciekawsze – a na co raczej rzadko zwracamy uwagę – ten sam Duch Święty, którego mocy i działania przywołujemy nad chlebem i winem już za chwilę jest wzywany nad nami.

    Jest to – także zawarta w modlitwie eucharystycznej – tak zwana epikleza komunijna. Prosimy w niej, „aby Duch Święty zjednoczył nas wszystkich przyjmujących Ciało i Krew Chrystusa”.

    Tak jak wino i chleb przemieniły się w Niego, tak my – uczestnicy Eucharystii – mamy zostać przemienieni w Jego Ciało – zjednoczone i będące Jego najprawdziwszą Obecnością. Bez tego nasz udział w Eucharystii pozostałby niepełny, a przyjmowanie Jezusa w Komunii pozostałoby pustym znakiem.

    Cud ojca Malachiasza

    Na zakończenie cytat, który niczego nie rozstrzyga i nie próbuje rozstrzygnąć, ale pomaga na nowo zachwycić się cudem:

    Ojciec Malachiasz wierzył, jak każdy prawdziwy kapłan musi wierzyć, iż jest przedstawicielem Chrystusa, że kiedy wymawiając sakramentalne słowa nachyli się nad hostią i nad kielichem, wstąpi w nie Ciało i Krew Tego, którego on zastępuje.

    Wierzył w to, ponieważ tak uczy Kościół i ponieważ patrząc na tyle otaczających go cudów w postaci słońca, księżyca, gwiazd i pór roku nie miał żadnego powodu, aby wątpić, że Pan nasz w tak piękny sposób zstępuje z nieba (…).

    Stojąc przed ołtarzem, raz jeszcze szedł śladami męki Chrystusa Pana. Chodził tam i z powrotem, zwracając się ku prawej, to ku lewej stronie, lecz wciąż wolno i ze czcią, jak gdyby sowimi krokami pragnął odkupić pospieszne „łapu-capu” nowoczesnych ludzi. Potem stanąwszy na środku ołtarza, pogrążył się w głębokim morzu mszy świętej i podczas gdy Piotr i Paweł, Szymon i Tadeusz, Kosma i Damian obstąpili go i stanęli wokół niego jak skały, pochylił się i wśród niedosłyszalnego szmeru niewidzialnych skrzydeł przemienił chleb w Boga (Bruce Marshall, Cud ojca Malachiasza, Warszawa 1999, s. 50-51).

    ks. Michał Lubowicki /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kulminacyjny moment Eucharystii: patrzeć na hostię lub kielich czy schylać głowę?

    PODNIESIENIE PODCZAS EUCHARYSTII

    Shutterstock

    ***

    To moment Mszy Świętej, w którym dzieje się coś najważniejszego. Jak się zachować podczas podniesienia?

    Podniesienie

    Gdybyśmy mieli wskazać najważniejszy moment mszy świętej, wielu z nas powiedziałoby pewnie, że to podniesienie, gdy kapłan ukazuje kolejno przemienioną w Ciało Pańskie hostię i kielich z Krwią Chrystusa. Wszyscy klęczą, ministrant uderza w gong lub w dzwonki. Trudno wyobrazić sobie Eucharystię bez tego „kulminacyjnego” momentu.

    Tymczasem przez długie wieki podniesienia po prostu nie było. Miało co prawda krótki epizod w IV wieku, ale potem szybko zanikło. Zaczęto je zalecać ponownie w wieku XI po pokonaniu herezji Berengariusza z Tours, który zaprzeczał realnej obecności Jezusa w Najświętszym Sakramencie, ale pierwsze przepisy liturgiczne wydano w tej sprawie dopiero na początku wieku XIII. I dotyczyły one jedynie podniesienia i ukazania hostii.

    Podniesienie kielicha pojawia się dopiero w mszale z 1570 roku. Był to dla odmiany wynik konfrontacji z protestantyzmem – podniesienie obu Postaci miało być znów wyrazem wiary w realną obecność Jezusa w Najświętszym Sakramencie, której – przynajmniej w części – protestantyzm zaprzeczał.

    By adorować Chrystusa w Hostii

    Zwyczaj podniesienia Ciała Pańskiego został wprowadzony w tym celu, by wierni mogli adorować prawdziwie obecnego w konsekrowanej hostii Chrystusa. Stąd towarzyszy mu postawa klęcząca i dźwięk dzwonków, którego zadaniem jest zwrócić uwagę wiernych, że oto następuje bardzo ważny moment. Zdarzało się, że na czas podniesienia przed ołtarzem klękali posługujący z pochodniami, by dzięki ich światłu hostia w dłoniach celebransa była lepiej widoczna.

    Dodajmy, że podniesienie trwało wówczas nieraz bardzo długo, a na pewno o wiele dłużej niż dziś, gdyż była to jedyna okazja do adoracji widocznego Najświętszego Sakramentu. Dopiero później wymyślono i wprowadzono do powszechnego użytku monstrancję służącą ekspozycji Ciała Pańskiego. Z tamtego okresu pochodził też zwyczaj podtrzymywania przez usługujących do mszy tylnej części ornatu celebransa, który do dziś można zobaczyć podczas celebracji „mszy trydenckiej”. Ornaty były bogato zdobione i przez to ciężkie, więc taka pomoc ułatwiała kapłanowi dłuższe podniesienie hostii.

    Schylać głowę czy patrzeć?

    Podniesienie Ciała i Krwi Pańskiej jest momentem milczącej adoracji i chwilą, w której mamy sobie uświadomić, że to rzeczywiście sam Pan stał się wśród nas jak najprawdziwiej obecny. Niekoniecznie trzeba więc wówczas schylać głowę czy spuszczać oczy – choć niektórzy tak właśnie wyrażają swoją cześć wobec Tajemnicy.

    Zamysł wprowadzenia tego gestu do liturgii był taki, by dać nam możliwość wpatrywania się w Eucharystycznego Jezusa. I warto z tego korzystać. Wielu z nas uczono gdzieś w okolicach przygotowania do Pierwszej Komunii, by wpatrując się w hostię i kielich w chwili podniesienia powtórzyć w myślach wyznanie świętego Tomasza uczynione w Wieczerniku wobec Zmartwychwstałego: „Pan mój i Bóg mój”. To prosta i głęboka praktyka. Wyznanie wiary i akt uwielbienia jednocześnie.

    ks. Michał Lubowicki /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Podczas każdej Mszy Świętej jest miejsce na Twoje osobiste intencje. Jak je składać?

    EUCHARYSTIA

    Shutterstock

    ***

    Podczas Mszy Świętej jest kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu swoje prośby.

    Na początku każdej niemal mszy słyszymy, że jest odprawiana w jakiejś intencji. Najczęściej za zmarłych – o dar życia wiecznego. Czasami za żywych, o Boże błogosławieństwo i potrzebne im łaski. O co tu właściwie chodzi? Jaki jest sens „zamawiania” Mszy Świętej w jakiejś intencji? I czy to znaczy, że jeśli Msza jest za Kowalskiego, to moja modlitwa w jakiejś osobistej sprawie nie będzie już w trakcie tej Mszy wysłuchana?

    Co to znaczy „zamówić” Mszę?

    Znaczy to tyle, że Kościół – czyli wspólnota sprawująca daną Eucharystię pod przewodnictwem kapłana – zgadza się prosić Pana Boga, aby dobrami duchowymi wynikającymi z tej Eucharystii obdarzył konkretną osobę lub grupę osób. Co to za dobra?

    Odpowiedź kryje się w odpowiedzi na pytanie: Czym jest Eucharystia? To uobecnienie Ofiary Jezusa, którą złożył Ojcu z samego siebie oddając swoje życie na krzyżu. W tej Jedynej Ofierze Jezus doskonale i w pełni zjednoczył się z Ojcem.

    My sprawując Eucharystię włączamy się w tę Ofiarę Jezusa, stajemy się jej uczestnikami, jej częścią – bierzemy w niej udział, a więc jednoczymy się „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie” z Ojcem. „Intencja” oznacza, że robiąc to prosimy, by Pan Bóg w to zjednoczenie włączył konkretnego człowieka – by to zjednoczenie stało się przede wszystkim jego udziałem. A zjednoczenie z Bogiem, to nic innego jak zbawienie.

    Jeśli prosimy na przykład o zdrowie, o pomyślne zdanie egzaminu, o błogosławieństwo i tak dalej, to w tym sensie, że one mają służyć sprawie zbawienia konkretnego człowieka, czyli jego bycia zjednoczonym z Bogiem na zawsze.

    Nie da się ofiarować komuś nic cenniejszego

    W gruncie rzeczy nie można prosić o nic więcej, o nic lepszego. I nie można nikomu ofiarować nic więcej niż to. Nasze zaangażowanie – nasza uwaga, obecność, poświęcony czas, gorliwa modlitwa czy ofiara materialna związana z „zamówieniem” mszy wyrażają naszą miłość, która w Eucharystii staje się częścią doskonałej i pełnej miłości jednoczącej Chrystusa z Ojcem.

    Proste „zamówienie” Mszy (zakładające zasadniczo także jak najpełniejsze w niej uczestnictwo), to coś absolutnie najcenniejszego – wręcz bezcennego – co człowiek może dać drugiemu człowiekowi – żywemu lub zmarłemu. Aż dziwne, że „zamawianie” intencji staje się coraz mniej popularne.

    A co z „prywatnymi” intencjami?

    Czy to oznacza, że moje „prywatne” intencje nie zostaną przez Boga wysłuchane, kiedy modlę się w nich podczas Mszy Świętej? Najpierw sprostowanie. Nie ma „prywatnych” intencji, bo Msza Święta to nie moje sam-na-sam z Bogiem, ale wspólne dzieło całego Kościoła.

    I to nie tylko tego zebranego w konkretnym miejscu, ale naprawdę całego. Tę Mszę Świętą, w której bierzemy udział sprawuje wraz z nami „Kościół rozproszony po całym świecie”. Na znak tego w każdej Mszy, w modlitwie eucharystycznej przywołuje się imię papieża i miejscowego biskupa, którego jedność z papieżem jest znakiem jedności naszej wspólnoty z całym Kościołem Powszechnym.

    To dlatego tuż przed śpiewem „Święty, Święty, Święty” poprzedzającym konsekrację przypominamy sobie, że modlimy się wraz z aniołami i świętymi. Poza tym w mszy świętej modlimy się za cały świat i za wszystkich ludzi. Jeśli uważnie wsłuchamy się w Modlitwę Eucharystyczną, to usłyszymy w niej skierowane do Boga błagania: „aby ta Ofiara sprowadziła na cały świat pokój i zbawienie”, abyś pamiętał „o całym Twoim ludzie i o wszystkich, którzy szczerym sercem Ciebie szukają”, a także prośbę za wszystkich naszych zmarłych braci i siostry oraz „tych których wiarę jedynie Ty znałeś”. Krótko mówiąc: nie ma takiego człowieka, za którego Kościół nie modliłby się sprawując Eucharystię.

    Czas i miejsce na nasze osobiste prośby

    Jak wynika z powyższego jest – i to jak najbardziej – we Mszy Świętej miejsce na moje osobiste intencje. Są one włączone w błaganie całego Kościoła. I bardzo dobrze jest przychodzić na Eucharystię z takimi osobistymi intencjami. Dlaczego? Po pierwsze – jeśli mam takie osobiste intencje, to znaczy, że kocham. A miłość – moja słaba, ułomna, ludzka miłość – jednoczy mnie z nieskończenie kochającym Chrystusem, który ofiaruje się odwiecznie miłującemu Ojcu.

    Po drugie – ta osobista intencja „motywuje” mnie do jak najbardziej gorliwego i świadomego uczestnictwa w sprawowanej Mszy Świętej. A przez takie uczestnictwo coraz bardziej jednoczę się z Bogiem, który na serio mnie słucha i „bierze sobie do serca” to i tych, których ja noszę w swoim człowieczym sercu.

    Specjalne momenty

    Jest podczas Mszy kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu te swoje prośby. Najpierw na samym początku, kiedy kapłan informuje wspólnotę w jakiej intencji sprawujemy Eucharystię.

    Pamiętajmy, że nie jest ona „konkurencyjna” względem tej naszej osobistej. Wręcz przeciwnie. Im gorliwiej włączam się w tę „wspólną”, tym bardziej kocham, a więc tym bardziej to co noszę w swoim sercu staje się Jezusowe – tym bardziej On to może oddawać i polecać Ojcu. Kolejny dobry moment to „ofiarowanie”, czyli moment, kiedy na ołtarz przynoszone są chleb i wino, a kapłan przedstawia je po cichu Bogu, prosząc by niebawem stały się „Pokarmem i Napojem Duchowym”.

    W tym czasie zazwyczaj zbierana jest tak zwana „taca”. Nie należy lekceważyć tego momentu. Moja materialna ofiara z pieniędzy, które przecież są mi tak bardzo potrzebne do życia bardzo dosłownie wyraża moją ofiarę duchową. Przy tym nie wolno „magicznie” myśleć, że im więcej dam, tym bardziej zostanę wysłuchany. Kłania się ewangeliczna historia o wdowim groszu, którym zachwycił się Jezus (Marek 12,43). Bóg zna moje możliwości i wie, co to dla mnie znaczy dać naprawdę dużo.

    Najważniejszy moment i „Boski Zakładnik”

    Najważniejszy moment to ten, kiedy przyjmuję Chrystusa w Komunii. On jest ze mną, jest we mnie, jest w moim sercu. Moje serce – wszystkie jego sprawy i troski – stają się Jego. Mogę śmiało powiedzieć Ojcu: Mam Twojego Syna. Chcę Ci go ofiarować, oddać. A wraz z nim samego siebie, a więc też wszystko i wszystkich, którzy są dla mnie ważni. Wszystko albo nic, Panie Boże!

    Ten „święty szantaż” zadziała zawsze, jeśli powoduje mną miłość do Boga i człowieka. Bo ta miłość to przecież Duch Święty, który działa w moim sercu i przyczynia się za mną w błaganiach, których sam nie potrafię ubrać w słowa. To moment, kiedy najpełniej – tu na ziemi – uczestniczę w życiu Trójcy Świętej. Jestem z Bogiem, jestem w Bogu. Moje serce zanurzone w Nim. Wszystko, co moje, staje się Jego. Wszystko i wszyscy.

    ks. Michał Lubowicki /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Post eucharystyczny jest obowiązkowy.

    Czy zbyt łatwo o nim nie zapominamy?

    PRZYGOTOWANIE DARÓW

    Shutterstock

    ***

    Kogo obowiązuje post eucharystyczny? Jakie ma znaczenie? I jak liczyć czas postu?

    Uczono nas o nim podczas przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej, ale praktyka pokazuje, że często ulatuje nam z pamięci albo nie przykładamy do niego większej wagi. Tymczasem to podstawowy sposób przygotowania się do owocnego udziału w mszy świętej.

    Obudzić pragnienie serca

    Powstrzymanie się od pokarmów i napojów podtrzymujących i uprzyjemniających nasze życie biologiczne ma uświadomić nam, że oto niebawem będziemy przyjmowali Pokarm i Napój dający nam życie duchowe i wieczne. Tak pisał o tym święty Efrem Syryjczyk:

    W Twym Chlebie ginie łakomstwo, Twój kielich unicestwia nieprzyjaciela – śmierć, co nas pożera. Spożywamy Cię, Panie, i pijemy nie tylko, by się nasycić, ale by żyć przez Ciebie.

    Fizyczny głód i pragnienie mają za zadanie rozbudzić naszą duchową tęsknotę za Jezusem w Eucharystii. Takie duchowe „przez żołądek do serca” à rebours.

    Niezwykły pokarm

    Post eucharystyczny znany był w Kościele już w pierwszych wiekach. Co prawda pierwsze pokolenie chrześcijan łączyło nieraz Eucharystię z braterską ucztą zwaną „agapą”, ale dość szybko zdecydowano się rozdzielić te dwa wydarzenia, a przyjmowanie Ciała Pańskiego poprzedzać czasem powstrzymywania się od jakichkolwiek innych pokarmów i napojów.

    Wynikało to z dużej wrażliwości na realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Uważano, że nie godzi się, by Chleb Eucharystyczny mieszał się w nas ze zwykłym, wcześniej przyjętym pożywieniem.

    Dziś może dziwić, a nawet śmieszyć nas takie „organiczne”, naturalistyczne podejście, ale powinno też sprowokować do pytania: Czy ja rzeczywiście zdaję sobie sprawę, że w Komunii przyjmuję naprawdę Ciało i Krew Boga?

    Komunia dla wytrwałych

    Pierwsze precyzyjne przepisy dotyczące postu eucharystycznego wprowadził w XVI w. Sobór w Trydencie. Ustalone tam zasady były bardzo surowe. Aby przystąpić do Komunii, należało powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu oraz napoju od północy aż do momentu jej przyjęcia. Zasada ta obowiązywała wszystkich i bez jakichkolwiek wyjątków.

    Stąd msze święte sprawowano zasadniczo tylko w godzinach porannych. Był to też jeden – choć nie jedyny – z powodów, dla których wierni nie przystępowali do Komunii zbyt często.

    Dopiero w 1953 r. papież Pius XII pozwolił na picie w tym czasie samej wody, a niedługo potem skrócił obowiązujący czas postu eucharystycznego do trzech godzin. Następna zmiana przyszła już po II Soborze Watykańskim, gdy papież Paweł VI określił minimalny czas postu do jednej godziny. W 1973 r. w instrukcji Immensae caritatis zezwolił też, by w przypadku osób chorych, starszych oraz opiekujących się nimi było to jedynie piętnaście minut.

    Post eucharystyczny dzisiaj

    Obowiązujący nas dzisiaj Kodeks prawa kanonicznego z 1983 r. w kanonie 919 nakazuje powstrzymanie się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju z wyjątkiem wody i lekarstw „przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii Świętej”.

    Post eucharystyczny nie obowiązuje osób w podeszłym wieku, chorych oraz opiekujących się nimi. Zwolniony z postu eucharystycznego jest też kapłan sprawujący drugą lub trzecią mszę tego samego dnia (ale nie przed pierwszą Mszą).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Poza określonymi powyżej wyjątkami post eucharystyczny obowiązuje wszystkich wiernych i zasadniczo nie występuje możliwość dyspensowania (czyli zwalniania) od niego zarówno w przypadku przyjmowania Komunii podczas mszy świętej, jak i poza nią. Czas postu eucharystycznego liczymy bowiem – o czym warto pamiętać – nie do chwili rozpoczęcia mszy, ale właśnie do przyjęcia Komunii.

    ks. Michał Lubowicki /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Co to jest „Msza wszech czasów”? I dlaczego liturgia przedsoborowa została zmieniona?

    MSZA TRYDENCKA

    fot. Kamil Szumotalski/Aleteia.pl

    ***

    Każdy element był szczegółowo opisany – na przykład, jak szeroko rozkładać ręce na słowa „Pan z wami”, jak właściwie przyklękać, ile razy zrobić znak krzyża podczas modlitwy eucharystycznej…

    Dominik Jarczewski OP: Msza wszech czasów – co to takiego?

    Dominik Jurczak OP*: To konstrukt wymyślony przez tych, którzy próbują nas przekonać, że dawna liturgia przedsoborowa jest tą jedyną właściwą.

    Liturgia przedsoborowa, czyli ta, którą sprawowano mniej więcej do końca lat sześćdziesiątych.

    Tak. I której ciągłość trwała przez wieki. Po Soborze Watykańskim II, zgodnie ze wskazówkami ojców soborowych, zdecydowano się ją odnowić.

    Nie chce mi się wierzyć w tę ciągłość. Jakieś zmiany chyba zachodziły.

    To oczywiste, że liturgia podlegała i nadal podlega zmianom. Nie ma jednej idealnej czy uniwersalnej formy oderwanej od konkretnego człowieka i jego epoki. Twierdzenie, że msza przedsoborowa jest idealna lub że istnieje – jak to nazwałeś – msza wszech czasów, to uproszczenie, by nie powiedzieć – nadużycie.

    Poza tym, msza przedsoborowa, czyli jaka? Każdy jest po jakimś soborze – jedni po Soborze w Konstantynopolu, inni po Soborze Laterańskim IV, a jeszcze inni po Soborze Watykańskim II. Czy msza z XIII wieku, zakładając, że była wyłącznie jedna jej forma, odmienna od tej z początku XX wieku, jest lepsza?

    Sobory zmieniały liturgię?

    Nie, to nie sobory zmieniały liturgię, ale modlitwa Kościoła. Ona tak naprawdę rzeźbi liturgię. Forma dwudziestowiecznej liturgii, z jaką mieliśmy do czynienia przed soborem, daleka była od ideału – dlatego ojcowie Soboru Watykańskiego II opowiedzieli się za jej odnową i rewizją niektórych praktyk.

    Innymi słowy, gdyby ówczesna liturgia była idealna, jak błędnie próbuje się dziś pokazywać, to szczerze wątpię, żeby niemal jednogłośnie ojcowie podnieśli rękę za odnową liturgii. Ewidentnie coś nie działało.

    Co?

    Na przykład zbytnie sformalizowanie – niezrozumiałe ani dla wiernych, ani nawet dla księdza, krępujące ruchy i utrudniające modlitwę. Istniało coś takiego jak ritus servandus, czyli instrukcja krok po kroku, co ma robić celebrans.

    Każdy element był szczegółowo opisany – na przykład, jak szeroko rozkładać ręce na słowa „Pan z wami”, jak właściwie przyklękać, ile razy zrobić znak krzyża podczas modlitwy eucharystycznej, czy jak poprawnie wypowiedzieć słowa Hoc est enim corpus meum. Wszystko było dopracowane w najdrobniejszych szczegółach!

    Chciano dobrze, a wyszło jak zwykle?

    W samej precyzji nie ma nic złego, ale w praktyce przez takie podejście na pierwszym planie była nie celebrowana tajemnica, lecz dbałość o szczegóły. Gdy w tym nagromadzeniu detali treść odeszła na dalszy plan, wygrał formalizm. Liczyło się to, aby zmieścić się w slalomie przepisów.

    Tym sposobem liturgia przestała rozumieć człowieka, ale też człowiek przestał rozumieć liturgię.

    Czy teraz nie przesadzamy w drugą stronę? Skoro czegoś nie rozumiemy, to do wyrzucenia. Zero miejsca na tajemnicę!

    Bez wątpienia jesteśmy w innym miejscu. Obecnie językowo zrozumiałe jest w zasadzie wszystko – łacina, która dla wielu była przeszkodą, zniknęła z liturgii, a mimo to trudno odnotować jakieś skokowe pogłębienie teologiczne. Powiedziałbym raczej, że tendencja jest odwrotna – niestety często jest bardziej banalnie (…).

    Kardynał Ratzinger we wstępie do swojej książki Duch liturgii, odwołując się do tego, co zaszło w XX wieku, przywołuje ciekawy obraz. Dzieło odnowy liturgicznej porównał bowiem do odnowy fresku. Reforma soborowa miała odkryć jej piękno; miała oczyścić z pyłu i poprawić wyblakłe, niewyraźne już kolory, tak by na nowo zachwycić się jej blaskiem!

    Ale czy nie poszła za daleko?

    Tak mówią krytycy, poniekąd słusznie. Nie wszystko, co się stało po soborze, poszło we właściwym kierunku. Niektóre z rozwiązań, jak na przykład homilia czy komentarze w trakcie liturgii, które miały sprawić, że liturgia będzie bardziej zrozumiała, zbytnio skoncentrowały naszą uwagę na osobie celebransa. Patrzymy, czy fajnie odprawia, czy opowiada dowcipy na kazaniu, czy potrafi właściwie odpowiedzieć na potrzeby tłumu. Nie zadajemy pytania, czy daliśmy się poprowadzić Chrystusowi, ale czy nie było nudno. W dawnym rycie ksiądz był bardziej „przezroczysty”.

    Innym przykładem jest kultywowanie zmiany dla samej zmiany. Panuje przeświadczenie, że liturgia jest wytworem ludzkim, więc jeśli coś nie działa, jeśli z czymś mamy problem, należy to zmienić. Dlatego kiedy na przykład do parafii przychodzi nowy ksiądz, to powinien się przyjrzeć, jak ta wspólnota się modli, czym żyje, a nie zaczynać od zmian – oczywiście według własnej wizji. Z doświadczenia liturgisty mogę powiedzieć, że to, czego nam zazwyczaj potrzeba, to nie zmiana, ale – wtajemniczenie.

    Jeśli więc wystawiamy nasz „fresk” na rozmaite czynniki zewnętrzne, to pojawia się ryzyko, że będzie on erodował i koniec końców na zawsze utracimy piękno, które chcieliśmy odkryć (…).

    Liturgia zmieniała się przez wieki. Dlaczego więc tyle emocji towarzyszy odnowie soborowej?

    Bo liturgia jest częścią nas, dotyka życia chrześcijańskiego. Zmiany, które się pojawiły po Soborze Watykańskim II, wprowadzano odgórnie, z dnia na dzień – wczoraj było tak, dziś jest inaczej. Obecnie wiemy, że to błąd, dlatego nie ma odwrotu od odnowionej liturgii, mimo jej mankamentów.

    Poza tym, nim wprowadzimy jakąkolwiek zmianę, potrzeba gruntownych badań naukowych – nie takich, które potwierdzą to, co z góry sobie założymy. W odnowie posoborowej ryty, które były najlepiej przestudiowane, są obecnie używane.

    Przy czym nie chodzi oczywiście o to, by tworzyć jakąś rekonstrukcję historyczną. Te badania mają służyć modlącej się wspólnocie. Wobec niej liturgista musi zachować pokorę. Dlatego nie wszystkie zaproponowane zmiany ostatecznie weszły w życie (…).

    Gdybyś miał coś z powrotem przywrócić do mszału, co by to było?

    Nie wiem, czy bym cokolwiek przywracał. Ale elementem wciąż niedowartościowanym, nie tyle w samej mszy, ile w obrzędach sakramentu małżeństwa, jest błogosławieństwo nowożeńców.

    To, które jest po Ojcze nasz?

    Tak. Mam wrażenie, że w celebracji sakramentu małżeństwa główny akcent kładziemy na wyrażenie zgody między małżonkami, tymczasem błogosławieństwo, o którym mowa, to bardzo stara, przepiękna modlitwa. W swojej strukturze jest podobna do modlitwy eucharystycznej.

    Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że jest taką „modlitwą eucharystyczną” wypowiadaną nad nowożeńcami, by stali się jednością w Chrystusie. To, w moim przekonaniu, bardzo zasługuje na uwypuklenie. Nie potrzeba niczego dodawać, wystarczy skorzystać z tego, co mamy. A ponieważ jest to długa modlitwa, to na różne sposoby próbuje się ją ominąć.

    Podobnie ma się sprawa z błogosławieństwem wody chrzcielnej. Przepiękna, długa modlitwa, pełna odniesień biblijnych…

    Jest to fragment książki: „Nerw święty. Rozmowy o liturgii”, Dominik Jurczak OP, Dominik Jarczewski OP, Wydawnictwo W Drodze. Tytuł, lead i skróty pochodzą od redakcji Aleteia.pl.

    * o. dr Dominik Jurczak OP jest wykładowcą w Papieskim Instytucie Liturgicznym „Anselmianum” i na Papieskim Uniwersytecie „Angelicum” w Rzymie, członkiem Międzynarodowej Komisji Liturgicznej Zakonu Kaznodziejskiego.

    rozmawiał ks. Michał Lubowicki/W drodze/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Liturgia wróciła do korzeni

    Najświętsza ofiara sprawowana w bazylice kolegiackiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie.

    Najświętsza ofiara sprawowana w bazylice kolegiackiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie/fot.Józef Wolny/Gość Niedzielny
    ***

    Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr,bardziej przypominała tę naszą, współczesną,niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał„święty teatr” przez architekturę,złoto i piękne paramenty – mówi ks. dr Andrzej Hoinkis, liturgista.

    Agnieszka Huf: Niedawno minęło 60 lat od uchwalenia pierwszego dokumentu soborowego – Sacrosanctum concilium, Konstytucji o Liturgii Świętej. Tego dnia przypadła 400. rocznica zakończenia Soboru Trydenckiego. Ta data nie wydaje się przypadkowa…

    Ks. dr Andrzej Hoinkis: Na pewno wybór daty był świadomą decyzją. Zresztą wydanie mszału po Soborze Watykańskim II odbyło się w 500. rocznicę wydania mszału po Soborze Trydenckim. Ale nie było tak, że przyspieszano pracę nad konstytucją, aby zdążyć z jej ogłoszeniem w konkretnym dniu – to było dzieło dobrze przygotowane. Kwestia liturgii żyła bardzo mocno w świadomości katolików w latach 50. i 60. XX wieku, aktywnie działał Ruch Liturgiczny, odkrywano nowe teksty źródłowe. To wszystko było procesem, który przygotował do zajęcia się na soborze liturgią.

    Sam Sobór Watykański II to też nie było nagłe wydarzenie – Jan XXIII nie obudził się przecież pewnego dnia z myślą, że zwoła sobór. Proces, którego był on finałem, zaczął się już w końcówce XIX wieku…

    Nawet wcześniej, bo Sobór Watykański I, obradujący w latach 1869–1870, nie został zakończony i w Kościele żywa była myśl, że należy do niego wrócić. XX wiek przyniósł wiele zmian – I wojna światowa mocno wstrząsnęła Europą i Kościołem, II wojna światowa tym bardziej. Po niej pojawił się w myśleniu światowym pozytywistyczny trend: „wszystko jesteśmy w stanie zmienić”. Mimo eskalacji zła, która objawiła się w latach wojny, społeczeństwa bardzo szybko się odradzały. XX wiek to też czas wielkich zmian mentalnych – chociażby rewolucja 1968 roku, która przecież nie wybuchła z dnia na dzień, tylko narastała przez lata. Myślę, że papież słuchał Ducha Świętego, miał wyczucie, że pewne rzeczy trzeba uprzedzić, uporządkować, żeby nie obudzić się „z ręką w nocniku”.

    Wspomniał Ksiądz o Ruchu Liturgicznym. Co to takiego?

    Ruch Liturgiczny rozpoczął się we Francji w opactwach benedyktyńskich w XIX wieku. Co ciekawe, u jego początków leżało odkrycie, że mszał potrydencki z 1570 r. jest bardzo bogaty w treści – często bardziej niż mszały diecezjalne, z których we Francji w XIX w. powszechnie korzystano. Dlatego Ruch Liturgiczny doprowadził do powszechniejszego przyjęcia mszału potrydenckiego w wielu diecezjach francuskich i niemieckich; sprawił, że do doceniono piękno liturgii rzymskiej. Równocześnie odkrywano i opracowywano starożytne źródła pokazujące historię Kościoła i liturgii w czasach starożytnych. Mszał potrydencki to w większości mszał Kurii Rzymskiej z XII wieku, bo kiedy trwał Sobór Trydencki, naukowcy czy liturgiści nie mieli starszych źródeł. Tymczasem w XIX i XX wieku odkryto i opracowano teksty z pierwszych wieków chrześcijaństwa, dzięki czemu zauważono, że obowiązująca liturgia jest mocno sklerykalizowana. Na przykład święty Justyn w pisanej w II wieku Apologii wspomina, że w czasie liturgii posługiwali lektorzy, którzy czytali Pismo Święte, że słowo Boże było wiernym wyjaśniane – to wszystko na skutek różnych procesów w Kościele stopniowo zanikło. Ruch Liturgiczny postulował pójście głębiej niż XII wiek, na którym zatrzymała się reforma liturgii po Soborze Trydenckim. Stopniowo sięgano do korzeni, do starożytnych tekstów, do żywszego udziału wiernych w Mszy, a nie tylko biernego jej słuchania. Pojawiały się próby przybliżenia Eucharystii wiernym – na przykład kapłan sprawował Mszę po łacinie, ale ludzie odpowiadali w języku narodowym. To wszystko działo się powoli, latami, ale u początków XX wieku potrzeba rozumienia przez wiernych, co się dzieje w czasie Mszy, była już bardzo nabrzmiała.

    Jednak sprawa liturgii wydawała się już przesądzona – Pius V w bulli Quo primum tempore w 1570 r. napisał przecież: „będzie odtąd bezprawiem na zawsze w całym świecie chrześcijańskim śpiewanie albo recytowanie Mszy św. według formuły innej niż ta przez Nas wydana”, czyli niejako „zabetonował” Mszę.

    Warto się zastanowić, czy naprawdę Pius V miał intencję „zamrożenia” liturgii. Trzeba spojrzeć na kontekst historyczny: Sobór Trydencki był reakcją na reformację. Pius V nie zabronił stosowania ani rytu ambrozjańskiego, ani innych rytów, które istniały wtedy w Kościele zachodnim i były prawnie obowiązujące. Mszał wydany po Soborze Trydenckim także nie obowiązywał z automatu na całym świecie – aż do XIX wieku w wielu diecezjach francuskich czy niemieckich obowiązywały mszały diecezjalne, które powstały na długo przed soborem. Jeśli tradycja ich używania była starsza niż 200 lat, to diecezje mogły je zachować. 

    Piusowi V chodziło o uchronienie liturgii przed naleciałościami protestanckimi? 

    W dużej mierze tak. Papież chciał zabezpieczyć Mszę przed protestantyzacją. Ale diecezje, które miały księgi liturgiczne starsze niż 200 lat, mogły je zachować. Żeby było ciekawiej proces przyjęcia mszału potrydenckiego nałożył się na wynalazek Gutenberga, który ułatwiał masowy druk. Stąd wydanie mszału w dużym nakładzie było tańsze niż wydanie niewielkiej liczby egzemplarzy lokalnych ksiąg. Polskie diecezje, które wówczas istniały – gnieźnieńska czy krakowska – mogły zachować swoje mszały. Jednak ze względów ekonomicznych oraz z uwagi na uchwały synodów (np. piotrkowskiego z 1577 r.) przyjęły księgi liturgiczne wydane po Soborze Trydenckim. Stwierdzenie, że Pius V zobowiązał czy zmusił cały Kościół do odprawiania Mszy św. według mszału z 1570 r., nie jest prawdziwe.

    Czyli pojęcie „Mszy wszech czasów” nie jest poprawne?

    To błędne pojęcie, myślę, że nie ma czegoś takiego jak „Msza wszech czasów”. Inaczej sprawowali ją apostołowie, inaczej np. św. Ambroży czy św. Augustyn, a jeszcze inaczej Kościół po Soborze Trydenckim. Można by o takiej mówić, gdyby Jezus, zakładając Kościół, od razu wręczył uczniom mszał z odpowiednimi tekstami i sposobem celebracji. Mówienie o „Mszy wszech czasów” jest ahistorycznością.

    Z Soborem Watykańskim II kojarzy się najczęściej wprowadzenie języków narodowych do liturgii i odprawianie Mszy św. przez księdza zwróconego twarzą do ludzi. Ale wczytując się w Konstytucję o Liturgii Świętej, można zauważyć, że akcent położony jest na samą teologię liturgii. Jakie najważniejsze kwestie porusza ta konstytucja?

    Proszę nie zapominać, że pierwotnie w liturgii posługiwano się językami narodowymi. Język łaciński w starożytnym Rzymie był językiem tych ludzi, którzy we Mszy św. uczestniczyli. Także i odprawianie jej twarzą czy plecami do ludu jest uproszczeniem. Chodziło o coś innego – o zwrócenie się na wschód, w stronę „Wschodzącego Słońca”, czyli Zmartwychwstałego. Przez wieki papieże przy konfesji św. Piotra sprawowali Mszę św. twarzą do ludu. Przed Soborem Watykańskim II biskup Karol Wojtyła w 1958 roku w Tyńcu odprawiał pasterkę także twarzą do ludu. Ani mszał potrydencki nie nakazywał odprawiania Mszy tyłem do ludu, ani ten powatykański nie nakazuje robienia tego twarzą do ludu. To są rzeczy drugorzędne. Konstytucja przypomniała, że liturgia to nie jest dzieło celebransa, ale przede wszystkim samego Boga i całego Kościoła, a wierni mają prawo w niej pobożnie i czynnie uczestniczyć, a nie tylko być jej biernymi świadkami. 

    Wcześniej Msza była trochę teatrem jednego aktora – ksiądz robił coś przy ołtarzu, a ludzie nie do końca rozumieli, co się dzieje.

    Ludzie często nie mieli pojęcia, co dzieje się na Mszy. Nie znali łaciny, nie mogli także usłyszeć, jakimi tekstami celebrans się modli. Mogło to być takie „magiczne”… Stąd zresztą wziął się zwrot „hokus-pokus” jako symbol magicznego zaklęcia. Pochodzi on od słów konsekracji: hoc est enim corpus meum. Prawdopodobnie ministranci – bo oni, będąc najbliżej ołtarza, mogli usłyszeć wypowiadane modlitwy – tak przekręcili te słowa i zwrot wszedł do obiegu. Dopiero w XIX wieku popularne stały się mszaliki, w których wyjaśniony był przebieg liturgii, i dzięki temu wierni mogli lepiej „uczestniczyć” we Mszy św. Sobór Watykański II przywrócił liturgię do stanu zbliżonego do tego, który istniał na początku chrześcijaństwa. Kiedy sięgniemy do wspomnianej Apologii Justyna, w której dwa razy opisana jest Msza starożytnego Kościoła, to zobaczymy, że podkreślone jest w niej współuczestnictwo, a nie podział na biernych wiernych i działającego kapłana. Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr, bardziej przypominała tę naszą, współczesną, niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał „święty teatr” przez architekturę, złoto i piękne paramenty – co oczywiście na tamte czasy mogło być najlepszą drogą. Zmiana sposobu myślenia stała się możliwa dzięki odkryciu tekstów starochrześcijańskich, do których twórcy mszału potrydenckiego nie mieli dostępu.

    Ta zmiana dla wielu musiała być szokiem…

    Tekst Sacrosanctum concilium i tak jest „konserwatywny” – nie wiem, jak wyglądałby tekst tej konstytucji, gdyby uchwalono ją na koniec soboru. Zupełnie inaczej wyglądają późniejsze dokumenty, choćby konstytucja Gaudium et spes. Wielu spodziewało się, że ta zmiana pójdzie dużo dalej – przykładem może być Hans Küng. W efekcie w USA i w krajach Europy zachodniej wielu teologów stwierdzało, że ten tekst nie jest taki, jaki być powinien, i odwoływało się do tzw. ducha liturgii czy ducha soboru, a nie do samego tekstu.

    Początkowo nawet abp Lefebvre, który dziś jest symbolem sprzeciwu wobec zmian posoborowych, podpisał ten dokument, nie wysuwając zastrzeżeń. Więc jak to się stało, że niektóre środowiska traktują dziś sobór jako moment zniszczenia liturgii?

    Sobór Watykański II nie zniszczył liturgii. Tu dużą rolę odegrali wspomniany „duch liturgii” i… dziennikarze! Jeśli zajrzymy do książki P. Seewalda Benedykt XVI. Życie, to bardzo wyraźnie zauważymy różnicę: Joseph Ratzinger pracował systematycznie, źródłowo, a Hans Küng „pracował” z mediami, urabiał je. Mówił to, co media chciały usłyszeć, i przez to kreował np. „ducha liturgii”. W usta ojców soborowych wkładał to, co wydawało mu się słuszne. Ale Küng nie był sam – było więcej osób, które powołując się na „ducha soboru” i na to, co ich zdaniem powinien on uchwalić, kształtowały opinię publiczną, wtedy jeszcze bardzo katolicką. Rozdmuchiwały ogniska potrzebne im do tego, żeby urabiać czy forsować kwestie, które z litery soboru nie wynikały. Zresztą nie chodzi tu tylko o liturgię, ale o całą teologię.

    Krytycy mówią, że miała być ewolucja i reforma, a wyszła rewolucja i deforma…

    Skąd się w ogóle wzięły we współczesnym Kościele tendencje tradycjonalistyczne i mówienie o deformie? Postawiłbym tezę, że gdyby reforma liturgiczna po Soborze Watykańskim II w całym Kościele postępowała tak, jak to było robione w Polsce, prawdopodobnie dziś nie byłoby z tym problemu. U nas zmiany wprowadzano powoli, z rozmysłem. Kardynał Wyszyński nie był strażakiem gaszącym ogień Ducha, tylko człowiekiem rozsądnie myślącym. W Polsce Kościół był w bardzo specyficznej sytuacji pewnego rodzaju „podziemia” – byliśmy cały czas kontrolowani przez UB, aparat komunistyczny itd. Wyszyńskiemu bardzo zależało, żeby nie robić niepotrzebnych ruchów, które mogłyby wywołać nieprzewidziane konsekwencje. Często mówił, że trzeba coś przemyśleć, działać powoli, bo nie wiadomo, co z tego wyniknie. Chciał, żeby wszystkie działania – choćby tłumaczenie mszału – od początku do końca były wykonane bardzo starannie. A na Zachodzie na zmiany soborowe rzucono się pędem, przechodząc od jednego ekstremum do drugiego. Porównywałem tłumaczenia Konstytucji o Liturgii zatwierdzone przez Konferencje Episkopatu różnych krajów i na przykładzie jednego słowa – recognitio – widać, jak zupełnie inne jest jego rozumienie w tekście niemieckim i polskim. U nas przetłumaczono je bardziej zachowawczo – „należy krytycznie opracować”, „starannie rozpatrzeć”, „zbadać i poprawić”, a w niemieckim radykalnie – „przerobić”, „sprawdzić”, „zreformować”, „na nowo uporządkować”. A w oryginale konstytucji jest ciągle jedno słowo – recognitio!  

    I stąd wzięły się te nadużycia, o których czasem czytamy – że księża na Zachodzie odprawiają dziś Mszę dziwnie poprzebierani, na papierowym talerzyku zamiast na patenie, tańcząc albo jeżdżąc na rolkach?

    Tak, prawdopodobnie to jest przyczyną. A także subiektywizm, mówienie: „Gdyby Jezus dziś żył, to z pewnością…”. Ale z drugiej strony nadużycia i błędy nie zaczęły się po Soborze Watykańskim II. Można powiedzieć, że odkąd Bóg powierzył człowiekowi swój Kościół, zawsze pojawiały się tego typu problemy. Także i Msza według mszału potrydenckiego nie była wolna od wypaczeń i „deformy”, dlatego tak głośne było wołane o reformę liturgii w połowie XX wieku. Przykładem mogą być Msze odprawiane z wystawieniem Najświętszego Sakramentu, co było przez Kościół potępiane.

    A tych błędów wierni często nawet nie dostrzegali, bo laicy nie znali w szczegółach przebiegu Mszy ani nie słyszeli, co się dzieje ołtarzu.

    Oczywiście! Dziś się mówi, że Msza potrydencka, w przeciwieństwie do „dzisiejszej”, była bezbłędna, święta, a tak naprawdę i tam było wiele nadużyć! Biblioteki kościelne XIX i początków XX wieku byłyby o połowę skromniejsze, gdyby nie powstały wszystkie książki piętnujące nadużycia w czasie sprawowania Eucharystii.

    Ale jednak to o współczesnej Mszy mówi się, że jest przestrzenią improwizacji.

    Zachód Europy i Ameryka bardzo zachłysnęły się wolnością i to spowodowało największy kryzys Kościoła posoborowego, bo często prowadziło do „przegięć”. Po Soborze Watykańskim II Kościół dopuścił używanie innych modlitw eucharystycznych, nie tylko Kanonu Rzymskiego. Chodziło o powrót do korzeni, do starochrześcijańskich modlitw – np. tzw. Kanonu Hipolita, który był uznawany za przykład rzymskiej starożytnej modlitwy eucharystycznej – dziś to jest II Modlitwa Eucharystyczna. Sobór chciał wrócić do tekstów znanych u początków Kościoła, a później zapomnianych, które mogą być ubogaceniem naszej wiary. Tymczasem w niektórych miejscach przesadzono, uznając, że każdy może sobie wymyślać własną modlitwę eucharystyczną. Ja sam w latach 2000. spotkałem się w Austrii z całymi skoroszytami z „pisanymi na kolanie” modlitwami eucharystycznymi. Zachłyśnięto się dostępem do języków narodowych i improwizacji w liturgii. Faktycznie, pierwsze wieki Kościoła to były czasy improwizacji, bo nie było jeszcze ksiąg liturgicznych. Jednak z biegiem czasu lepsze, piękniejsze teksty zaczęto spisywać i w ten sposób powstały księgi liturgiczne. Sobór Watykański II nie zakładał ani nie dopuszczał, że teraz każdy celebrans może improwizować Mszę (por. np. art. 22 KL) – to była nadinterpretacja, wynikająca raczej nie tyle ze złej woli, co z płytkiej fascynacji nowością.

    Co z perspektywy Księdza jako liturgisty jest najbardziej pozytywną zmianą po Vaticanum II?

    Choćby to, że ludzie rozumieją teksty mszalne, mogą się nimi „karmić”, że mają możliwość świadomego uczestnictwa w tym, co dzieje się w czasie Mszy. Ważne jest też to, że w czasie liturgii czytane jest Pismo Święte, które wierni rozumieją. Bo na Mszy potrydenckiej ksiądz sam dla siebie czytał teksty Pisma, które były napisane po łacinie, a ponadto przez cały tydzień czytano te same fragmenty. Na początku XX wieku wielu ludziom towarzyszyło ogromne pragnienie życia słowem Bożym – reforma liturgii to umożliwiła. Ważne jest też, że wróciły pewne posługi znane z tekstów starochrześcijańskich – wtedy co innego robił ksiądz, co innego lektor, diakon i tak dalej. Potem przez wieki to się mocno sklerykalizowało, a dziś znowu świeccy mają swoje miejsce w liturgii. Kolejna ważna sprawa to reforma liturgii innych sakramentów, dzięki czemu chociażby rodzice czy chrzestni mogą rozumieć, co dzieje się podczas chrztu, i uniknąć poczucia magiczności. Dostępność do liturgii – dzieła Boga dla nas – to wielki plus rzeczywistości, w której żyjemy. Na ile go wykorzystujemy, to już inne pytanie.

    rozmawiała Agnieszka Huf(Historia Kościoła)Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Eucharystia to droga, szczyt, źródło i… miejsce podziałów [Modlitwa, chrześcijaninie!]

    Eucharystia

    fot. Vatican News

    ***

    Eucharystia w Konstytucji o Liturgii „Sacrosanctum Concilium” nazywana jest szczytem i źródłem życia chrześcijańskiego. Jest ona także drogą, ale też, niestety, miejscem podziałów. Dlaczego?

    Szczyt, źródło i droga

    Eucharystia, tak jak każda modlitwa, ma wiele swoich definicji. To rzeczywistość tak głęboka, że mimo poświęcenia jej setek książek, artykułów, podcastów i filmów wciąż można zagłębiać się w jej tematykę. Kościół podczas Soboru Watykańskiego II nazwał Eucharystię szczytem i źródłem życia chrześcijańskiego (Por. „Sacrosanctum Coniclium” 10).

    Msza święta jest szczytem, ponieważ w niej dokonuje się to, co jest celem modlitwy – zjednoczenie z Bogiem. Kościół uczy, że podczas Eucharystii, niezależnie od wiary i pobożności księdza, Bóg jest rzeczywiście obecny i udziela się ludziom. Jezus spotyka się z nami w Słowie, które jest czytane, we wspólnocie, która gromadzi się w Jego imię, w osobie szafarza, a najpełniej – w Ciele i Krwi. To szczyt doświadczenia modlitewnego.

    Eucharystia to także źródło naszej wiary. Na niej słuchamy Słowa, które pomaga nam podejmować decyzje, spotykamy innych wierzących i karmimy się samym Bogiem, by mieć do rozwoju naszej relacji i służenia innym ludziom.

    Sobór nie mówi o Mszy św. jako drodze, ale to słowo także oddaje jej istotę. Eucharystia respektuje, że jesteśmy na różnych etapach naszej drogi rozwoju duchowego. Stopniowo odsłania przed nami swoje tajemnice: od rozpoczęcia i aktu pokuty, przez Słowo, do misterium przeistoczenia i Komunii świętej, aż do posłania z Dobrą Nowiną. Wraz z wiekiem, doświadczeniem i wiedzą inaczej przeżywamy każdy z tych elementów, a msza prowadzi nas coraz bardziej w głąb.

    Miejsce podziałów

    Mimo tych pięknych definicji, obrazów i głębi Eucharystia, mimo że jest jednym stołem, przy którym siadamy i jednym Chlebem, który łamiemy, jest miejscem podziału wierzących. Pisał już o tym św. Paweł: „Przede wszystkim słyszę – i po części wierzę – że zdarzają się między wami spory, gdy schodzicie się razem jako Kościół. […] Tak więc, gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy (1 Kor 11, 18-21). 

    Echa tych pierwotnych kłótni widać w historii Kościoła. Jan Hus – czeski duchowny z przełomu XIV i XV w. sugerował reformę Kościoła. Jego postulatami były m.in.: język narodowy w Eucharystii oraz komunia pod dwiema postaciami. Hus został spalony na stosie, a po jego śmierci rozgorzała kilkuletnia wojna.

    W czasie Soboru Watykańskiego II bp Marcel Lefebvre sprzeciwił się niektórym jego postanowieniom – w tym reformie liturgii. W wyniku jego niezgody doszło do schizmy w Kościele, która trwa do dziś.  Spory o kształt Mszy św. są i dziś, gdy mowa o nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego – tzw. Msza trydencka, która dla niektórych jest jedyną słuszną liturgią, a dla innych – reliktem przeszłości.

    Brak jedności obecny jest także w kwestii formy przyjmowania Komunii świętej, gdyż są tacy, którzy kwestionują decyzje Kościoła, oskarżając innych o profanowanie Ciała Pańskiego. 

    Te przykre wydarzenia, choć przewijają się w historii chrześcijaństwa, nie mogą stać się normą! Eucharystia to przecież uczta jedności, uobecnienie ofiary, dzięki której znikły podziały między ludźmi.

    Lek na rozbicie

    Eucharystia zmieniała się przez wieki trwania Kościoła. Inaczej wyglądała liturgia pierwszych wieków w Jerozolimie, a inaczej – w Antiochii czy Koryncie. Przed Soborem Trydenckim istniały różne formy sprawowania Mszy św., ale Kościół Zachodni zdecydował, że wzorcową będzie ta rzymska. Mimo to przetrwały ryty dominikański, benedyktyński czy lyoński. Po Soborze Watykańskim II liturgia została uproszczona zgodnie z postulatem powrotu do źródeł, a jakiś czas później powstał ryt zairski, przystosowany do niektórych rejonów Afryki.

    Kościół na Wschodzie zawsze był różnorodny pod względem liturgii. Istnieje kilkanaście różnych obrządków, choćby: bizantyjski, syryjski, malabarski, czy maronicki. Msza św. odprawiana w rytach wschodnich jest inna, niż ta „zachodnia”, ale to wciąż ta sama modlitwa, którą Jezus zostawił Kościołowi. 

    Lekiem na rozbicie może być dostrzeżenie bogactwa liturgicznego Kościoła i uznanie, że może istnieć jedność w różnorodności. 

    Jak modlić się Eucharystią?

    W trakcie naszego cyklu „Modlitwa, chrześcijaninie!” mówiliśmy o modlitwie ustnej, słuchania i kontemplacji. Eucharystia łączy ze sobą wszystkie te trzy elementy w modlitwę całej wspólnoty.

    • Jest oczywiste, że msza jest modlitwą ustną, gdyż pada na niej wiele słów, które wypowiadamy. Ważne jest to, że mówimy je razem, jako jedna wspólnota.
    • Słowo Boże jest czytane i wyjaśnianie w Eucharystii. Słuchamy na niej Boga, który do nas mówi. Warto wsłuchać się też w inne teksty: modlitwy, prefację i słowa modlitwy eucharystycznej.
    • Eucharystia to kontemplacja par excellence. Trwamy na niej przy Bogu i pozwalamy Mu działać przez Jego Słowo i komunię świętą. Dobrze jest zostać po mszy przez chwilę w kościele i na spokojnie skupić się Bogu, który przyszedł do mnie: we wspólnocie, Słowie i Komunii, jeśli tylko mogę ją przyjąć.

    Dariusz Dudek/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Cuda eucharystyczne:

    wyróżnienie, czy przestroga?

    (GS/PCh24.pl)

    ***

    Cuda eucharystyczne od wieków budzą wielkie emocje nie tylko wśród wiernych, ale także wśród naukowców, którzy z zapałem badają próbki cudownych Hostii. Gdy okazuje się, że dane wydarzenie nie jest wynikiem zakażenia bakterią (np. Pałeczką krwawą), czy rozwojem pleśni, a pod mikroskopem można dostrzec komórki żywej, ludzkiej tkanki, jesteśmy sytuacją niezwykle przejęci, wzruszamy się i dziwimy. Jako katolicy, cieszymy się, że kolejny raz potwierdza się to, w co od zawsze wierzymy. Fakty naukowe mówią same za siebie – Chrystus głosił prawdę: chleb naprawdę zamienia się w Jego Ciało, a wino w Krew.

    Niestety, wobec sporego, informacyjnego zamieszania wokół cudu i jego “technicznych” szczegółów, wielu z nas traktuje sprawę jako sensację, ciekawostkę do poczytania “przy kawie”, zapominając przy tym o zadaniu sobie najważniejszego pytania – co Bóg chce nam przez to powiedzieć? Cuda nie dzieją się bez powodu – gdy Jezus przemienił wodę w wino, uzdrawiał, czy wskrzeszał, czynił to, by ludzie w Niego uwierzyli i zyskali zbawienie, na które Boża Łaska jest przede wszystkim ukierunkowana.

    Gdyby bowiem czyny Chrystusa ograniczały się do doczesnych, ludzkich korzyści, na pewno uzdrowiłby wszystkich chorych, a wszystkich biednych obsypałby pieniędzmi. Spójrzmy choćby na przykład z Ewangelii św. Mateusza, kiedy to Pan Jezus, nakarmiwszy tłumy i odprawiwszy uczniów, udał się samotnie na modlitwę. Mógł przecież zostać z ludem i w dalszym ciągu go “uszczęśliwiać”. Jak widać, Bóg nie chce, byśmy traktowali Go jedynie jako „spełniacza” naszych ziemskich pragnień. Pozwala nam to domniemywać, że i nadprzyrodzone zjawiska związane z Eucharystią mają w zamyśle Bożym pomóc nam osiągnąć życie wieczne.

    Jak jednak mogą one przynieść dobry owoc, skoro często uważamy doświadczenie cudu za wyróżnienie? A może jest zgoła odwrotnie? Może Bóg domaga się poprawy naszego zachowania, upomina się o większą wiarę lub o szczerą miłość? Aby lepiej poznać istotę rzeczy, prześledźmy kilka przykładów cudów eucharystycznych z zaznaczeniem szczególnych okoliczności każdego z nich.

    Odpowiedź na zwątpienie

    Jeden z najbardziej spektakularnych cudów eucharystycznych dokonał się w pierwszej połowie VIII wieku we włoskim Lanciano, podczas Mszy Świętej, której celebransem był pewien bazylianin wątpiący w prawdziwość przeistoczenia. W odpowiedzi na ów brak wiary, Hostia w dłoniach kapłana zaczęła krwawić, a wino w kielichu było już substancjalnie krwią.

    Cud w Bolsenie z 1263 r. również wydaje się być wytknięciem niedowiarstwa kapłanowi – ks. Piotrowi, który podczas odprawiania Mszy Świętej podważył w duchu realną obecność Chrystusa w konsekrowanej Hostii. Tuż po słowach konsekracji z wytrysnęła z Niej krew.

    Fiecht w Austrii, rok 1310 – tam z kolei wino przeistoczyło się w kipiącą krew. Powątpiewający w transsubstancjację ksiądz przeraził się owym nagłym, dynamicznym zjawiskiem i nie zdołał wypić zawartości kielicha do końca.

    Niewiara początkiem występku

    Zdarza się, iż “nieleczone” i pogłębiające się zwątpienie ducha zyskuje swoje uzewnętrznienie w postaci nieodpowiedniego, haniebnego zachowania. W historii zdarzały się bowiem i takie indywidua, w przypadku których lekceważenie słów Chrystusa: To jest Ciało moje[…] pociągnęło za sobą świętokradzkie czyny. Niewiara wiąże się z brakiem bojaźni Bożej, wobec czego niewierzący, bagatelizując zapowiedź kary, drwi również z powagi grzechu.

    W 1421 r. w holenderskim Bergen ksiądz proboszcz dopuścił się nieprawdopodobnej profanacji – wrzucił pozostałe po Mszy Świętej Hostie do kanału. Po wielu tygodniach zostały one dostrzeżone przez miejscowych rybaków – ku ich zdziwieniu, pokryte były one najprawdziwszą krwią.

    9 lat później, w Dijon we Francji, Pan Jezus powtórnie wystąpił przeciw ludzkiej bezduszności i dobitnie przypomniał o Swojej obecności w Sanctissimum. Pewna pani nabyła w Monako starą monstrancję, z której nie wyjęto Najświętszego Sakramentu. Bez żadnych skrupułów kobieta zabrała się do usunięcia “czynnika zbędnego”, o zgrozo, za pomocą noża! Nagle z dużej Hostii zaczęła broczyć krew tworząc ostatecznie pasyjny wizerunek Chrystusa.

    Reakcja na błędy i uchybienia?

    Wielkie cuda eucharystyczne miały miejsce również wtedy, gdy prawdopodobnie niechcący, w wyniku “roztrzepania” lub braku koncentracji, dopuszczono do tego, aby Ciało Pańskie znalazło się np. na podłodze. 15 sierpnia 1996 roku podczas Mszy Świętej w Buenos Aires na ziemię upadła Hostia, czego nikt nie zauważył. Dopiero po zakończeniu Eucharystii znaleziono ją i umieszczono w vasculum, by się rozpuściła. Po upływie kilku dni zauważono na niej krwawe ślady.

    W Polsce w 2008 r. miała miejsce analogiczna sytuacja – w kościele parafialnym pw. św. Antoniego w Sokółce podczas udzielania Komunii Świętej Hostia przypadkowo upadła na podłogę. Zgodnie z przepisami liturgicznymi zastosowano vasculum, jednak Komunikant wcale się nie rozpuścił – na Jego powierzchni pojawiła się natomiast czerwona plamka. Jak się okazało, była to prawdziwa tkanka serca.

    Niezwykle ciekawym przypadkiem jest cud w Tixtla w Meksyku z 2006 r., kiedy Komunikant wypuścił z Siebie prawdziwą krew, i to wcale nie w okolicznościach wątpliwości kapłana, świadomej profanacji przez przeciwników wiary, lub niefortunnego upadku na ziemię, ale w czasie “zwyczajnego” rozdawania Komunii Świętej przez siostrę zakonną… Co chce nam przez to powiedzieć Pan?

    Ku pokrzepieniu serc…

    Warto pamiętać, iż niektóre cuda eucharystyczne nie zawsze wyglądały tak, jak te opisane wyżej, a ich istotą wcale nie była widoczna gołym okiem krew. Na przykład na kolumbijskiej wyspie Tumaco w 1906 r. Najświętszy Sakrament, który niesiony był w uroczystej procesji u wybrzeży Pacyfiku, uspokoił potężne tsunami i ocalił mieszkańców przed zagładą. Wydaje się, że w ów “bezkrwawy” sposób Bóg podaje pomocną dłoń człowiekowi, nie tyle upomina go i karci, co wprost okazuje miłość.

    Wnioski dla Kościoła

    O czym przypominają nam cuda eucharystyczne? Z pewnością są one empirycznymi, niezbitymi dowodami realnej obecności Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Powinny wzmacniać naszą wiarę i utwierdzać w przekonaniu, że przyjmując Komunię Świętą, w istocie łączymy się najściślej z samym Bogiem. Należy Mu się Boska cześć, wielki szacunek i przede wszystkim miłość. Niestety w naszych czasach Hostia budzi w świecie mniejszy respekt – np. schowanie Jej do szarego, kartonowego pudła byłoby dawniej niesłychanym świętokradztwem. Dziś mówi się natomiast : “Pan Bóg wybaczy, musimy dbać o planetę, dlatego zamiast ozdobnego tabernakulum użyjemy kartonu, a Komunię, zamiast ze złotej puszki, będziemy rozdawać z plastikowych misek.”

    Nie chciałabym przypisywać nikomu, kto się do tego przyczynia, złych intencji. Trzeba jednak przypomnieć, że w jakimś celu Kościół od wieków używał złotych naczyń, pateny, baldachimów, przepięknych monstrancji, czy tabernakulum do przechowywania Ciała Pana i odnosił się do Niego z najwyższą bojaźnią i pieczołowitością. Rezygnacja z tego typu środków może świadczyć o co najmniej niezrozumiałej dla wielu katolików zmianie w postrzeganiu istoty Eucharystii. Pociąga to za sobą coraz “swobodniejsze” obchodzenie się z naszym Sacrum np. w sytuacji, gdy dotykają Go osoby, które nie powinny tego robić.

    Cudowne Hostie krwawiły, ponieważ to człowiek zadawał Im rany przez swoje błędy, zaniedbania, ignorancję, zwątpienie, lub świadome profanacje. Pamiętajmy, że Hostia to żywe, kochające serce naszego Pana, któremu winni jesteśmy godne oddawanie czci z całą okazałością kultu.

    Zofia Michałowicz/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nicolas Poussin Adoracja złotego cielca olej na płótnie, 1633 National Gallery, Londyn.WIKIPEDIA 

    ***

    Zaułki religijności – dokument Komisji Nauki Wiary KEP wskazuje problem

    Z wszystkiego, co nie jest Bogiem, człowiek potrafi zrobić sobie bożka – nawet z form kultu. O wiarę trzeba się więc troszczyć.

    Mogą one być przesadne albo idące w niewłaściwym kierunku, mogą przeradzać się w zabobon albo stawać się pustym ceremoniałem, mogą prowadzić do religijności neurotycznej, zabobonnej albo do wiary wyjałowionej z elementu duchowego.

    Wypaczenia religijności obserwujemy od samego początku istnienia chrześcijaństwa, a nawet wcześniej, o czym świadczy choćby przypadek złotego cielca, sporządzonego przez Izraelitów po wyjściu z niewoli egipskiej. Zjawiska te są obecne także dzisiaj. Biskupi, których obowiązkiem jest korygowanie nieprawidłowości w dziedzinie praktykowania wiary, postanowili wskazać najważniejsze i najczęściej występujące dziś błędy w tym zakresie. Służy temu najnowszy dokument Komisji Nauki Wiary Konferencji Episkopatu Polski „O właściwym rozumieniu chrześcijańskiej religijności”. Znajdujemy tam wyjaśnienie, czym jest zdrowa religijność i wskazanie przyczyn, które ją wykrzywiają.

    Co jest ważne

    Pierwsza część dokumentu przedstawia istotę chrześcijańskiej cnoty religijności, jej źródło i zdrowe praktyki z niej wynikające. Autorzy przypominają, że to nie ludzka natura jest zasadniczym źródłem religii chrześcijańskiej, ale miłość Boża, którą rozlewa w sercach Duch Święty. Ta miłość skłania do oddawania Bogu czci, do czego uzdalnia nas cnota religijności. Jej podstawowym wyrazem są wewnętrzne akty wiary, nadziei i miłości. Dopiero z nich mogą pochodzić pozostałe akty religijności, takie jak: adoracja, modlitwa, ofiara, przyrzeczenia i śluby, społeczne formy wypełniania obowiązku religijnego.

    „Zewnętrzne akty religijności realizowane w oderwaniu od jej wewnętrznych zasad, którymi są dary łaski, zasługują na surowe napomnienie ze strony Chrystusa” – zauważają twórcy dokumentu. Wskazują, że cnota religijności zakorzeniona w cnocie wiary musi się cechować uznaniem hierarchii prawd wiary. Wyjaśniają, że niektóre spośród tych prawd mają znaczenie bardziej podstawowe, przy podejmowaniu aktów religijnych należy więc właściwie rozłożyć akcenty. Podają przykład: prawda o Bogu Stworzycielu czy Bożej Opatrzności nie może być podporządkowana prawdzie o oddziaływaniu aniołów czy demonów na człowieka i całe stworzenie. Jeśli ta druga prawda dominuje nad pierwszą, łatwo staje się religijnością zabobonną. Religijność prawdziwie chrześcijańska – podkreślają – powinna koncentrować się wokół najbardziej podstawowych prawd wiary – tajemnicy Trójjedynego Boga oraz tajemnicy Wcielenia Syna Bożego i Jego zbawczego dzieła.

    Dokument zwraca uwagę na cnotę nadziei, która buduje religijność chroniącą przed rozpaczą i zuchwałą ufnością. Rozpacz przejawia się brakiem ufności w Boże miłosierdzie, a zuchwała ufność cechuje się oczekiwaniem Bożego przebaczenia bez podejmowania wysiłku nawrócenia. Natomiast religijność zakorzeniona w cnocie nadziei oddaje sprawiedliwość zarówno temu, co doczesne, jak i temu, co wieczne. „Dla chrześcijanina bowiem ani zbytnia koncentracja na tym, co teraźniejsze i doczesne, ani porzucenie zdrowej troski o doczesność w imię wieczności nie mogą być wyrazami cnoty religijności” – zaznaczają autorzy. Religijność płynąca z cnoty nadprzyrodzonej miłości nie może ograniczać się tylko do aktów kultu, lecz musi wyrażać się też przez czynne miłosierdzie i pomoc okazywaną potrzebującym.

    Zeświecczenie

    W drugiej części dokumentu wyszczególniono błędy w rozumieniu chrześcijańskiej religijności. Jako pierwsze z jej wypaczeń wskazano zsekularyzowanie chrześcijaństwa, czyli zeświecczenie, a jako drugie – wypaczenie gorliwości. Oba przypadki cechują się uznawaniem własnych intuicji religijnych za ważniejsze niż religijność płynąca z wiary integralnej, opartej na Objawieniu.

    Chrześcijaństwo zsekularyzowane polega na rozdzielaniu wiary i religii, a nawet przeciwstawianiu ich sobie. Autorzy zauważają, że tendencja ta w założeniach miała oczyścić chrześcijaństwo z błędów w rodzaju kultu bożków czy zabobonności i dostosować chrześcijańskie orędzie do współczesnego świata. „Religijność sytuowano po stronie natury, wiarę zaś po stronie łaski. A skoro przeciwstawiano łaskę naturze, wyciągnięto wniosek, że religijność przeciwstawia się wierze chrześcijańskiej i ją niszczy” – stwierdza dokument.

    Postawa taka prowadzi do przeciwstawiania pobożności indywidualnej publicznemu kultowi, a osobistego rozeznawania prawu moralnemu albo doktrynie moralnej Kościoła. Z tym wiąże się pomniejszanie roli Tradycji i Urzędu Nauczycielskiego Kościoła, a także liturgii, na rzecz eksponowania roli indywidualnego i wewnętrznego doświadczenia wiary. Za tym idzie lekceważenie lub nawet odrzucanie zasadności aktów i form religijnych w przestrzeni publicznej, a także negowanie rozróżnienia między kapłaństwem urzędowym a kapłaństwem powszechnym. To z kolei skutkuje odrzucaniem rozumienia Eucharystii jako ofiary składanej Bogu przez kapłana działającego „w Osobie Chrystusa” w imieniu Ludu Bożego. Tendencje te prowadzą też do kwestionowania wartości życia konsekrowanego.

    Prywatyzacja wiary

    Autorzy dokumentu zwracają także uwagę na nową postać chrześcijaństwa zsekularyzowanego, polegającą na spłaszczeniu wiary do wymiaru przede wszystkim horyzontalnego. Lekceważy się w ten sposób sakramentalną i duchową drogę do jedności z Bogiem i świętości na rzecz np. działalności charytatywnej. „W tym sensie rdzeniem zsekularyzowanego chrześcijaństwa byłaby tendencja do redukowania przesłania Chrystusa do tego, co ma znaczenie i jest ważne przede wszystkim w doczesności” – czytamy. Jezus zostaje w tej wersji sprowadzony do roli nauczyciela ogólnoludzkich „humanistycznych” wartości. Takie elementy Jego misji jak odkupienie, sakramenty, ustanowienie Kościoła są tu traktowane jako drugorzędne.

    Skutkiem tych tendencji jest indywidualizacja albo wręcz prywatyzacja wiary chrześcijańskiej, z czym wiąże się zgoda na usuwanie chrześcijańskich form, symboli i zachowań z przestrzeni publicznej.

    Autorzy dokumentu podkreślają, że jeśli chrześcijaństwo ma zachować tożsamość, to m.in. publiczne formy kultu, instytucja kapłaństwa czy wymiar ofiarniczy Eucharystii nie mogą zostać ani usunięte, ani poddane sekularyzacji. Ostrzegają także przed próbami „sprowadzania Kościoła katolickiego do roli jednej z wielu organizacji służących polepszaniu warunków życia ludzkiego”, ponieważ jego zasadniczym celem jest prowadzenie ludzi do zbawienia przez sprawowanie sakramentów, głoszenie Ewangelii, wzywanie do nawrócenia i życia w łasce uświęcającej.

    Fascynacja złym duchem

    Wśród błędów religijności dokument wylicza także wypaczoną gorliwość, która temu co podporządkowane nadaje główne znaczenie. Ten błąd charakteryzuje się też odrzucaniem roli rozumu w akcie wiary.

    Kolejną formą wypaczenia jest religijność zabobonna, czyli „wynaturzony przerost religijności”, który ma miejsce np. wtedy, gdy praktykom religijnym przypisuje się magiczne znaczenie. Błąd ten pojawia się np. wtedy, gdy chrześcijanin źródło skuteczności modlitwy widzi nie w łasce Bożej, ale w spełnieniu konkretnych praktyk modlitewnych w określony sposób. Towarzyszy temu często lekceważenie modlitwy liturgicznej z jednoczesnym podkreślaniem znaczenia indywidualnych form modlitewnych. „Należy pamiętać, że uczestnictwo w liturgii Kościoła czy publicznych i wspólnotowych aktach paraliturgicznych jest skutecznym oraz owocnym narzędziem przyjmowania łaski Bożej jedynie wówczas, gdy odpowiada mu właściwe usposobienie wewnętrzne, którego wyrazem jest stan łaski uświęcającej, a nie określone doświadczenia emocjonalne czy stany świadomości” – czytamy w dokumencie.

    Wypaczeniom może ulegać także odniesienie do świętych. Ma to miejsce, gdy człowiek zanadto skupia się na „skuteczności” danego świętego, tak jakby on sam był źródłem łask, a nie Bóg. Taka religijność może mieć cechy politeizmu, w którym chodzi o zaskarbienie sobie łask danego bóstwa. W takim wypadku także relikwie świętych traktuje się jak talizmany.

    Wypaczeniem religijności jest także dająca się dziś zauważyć niezdrowa fascynacja światem złych duchów. Jako przykład dokument podaje „przywiązywanie zbyt wielkiej wagi do działań złego ducha (…) przy jednoczesnym zaniedbywaniu regularnych praktyk sakramentalnych, ascetycznych i modlitewnych”. Autorzy podkreślają, że moc i skuteczność złego ducha są radykalnie nieproporcjonalne w stosunku do mocy Opatrzności i zbawczej łaski Boga.

    Katastrofizm, gnostycyzm…

    Znakiem wypaczenia religijności może być również „pokusa manichejska”, czyli przekonanie, że stworzony świat jest zły z natury i akcentowanie dziedzictwa grzechu pierworodnego kosztem prawdy o zbawczym działaniu Boga. Podobnym wypaczeniem jest katastrofizm – tendencja do postrzegania świata stworzonego jako królestwo szatana, które zmierza do zniszczenia. Dokument przypomina, że Zbawiciel przyjdzie na końcu czasów nie tylko jako sprawiedliwy Sędzia, ale też jako Stwórca, który zbawczym działaniem odnowił całe stworzenie.

    Autorzy dokumentu wymieniają wśród wypaczeń także nadmierną koncentrację na objawieniach prywatnych. Zwracają uwagę, że objawienia te, nawet uznane przez Kościół, „nie powinny w życiu religijnym chrześcijanina zastępować zgłębiania jedynego Bożego Objawienia poprzez lekturę Pisma Świętego i świadectw Tradycji Kościoła”. Przypominają, że objawienia te nie należą do depozytu wiary. Ich rolą jest jedynie pomoc w pełniejszym przeżywaniu Objawienia Chrystusa w danej epoce. Dokument krytykuje postawę nadmiernego skupiania uwagi na cudach. Podkreśla, że cuda mogą stanowić argument na rzecz wiary albo być skutkami działania łaski wiary, ale nie powinny stać się głównym przedmiotem zainteresowania człowieka wierzącego.

    Ostatnimi wypaczeniami religijności, na jakie wskazuje dokument, są gnostycyzm i pelagianizm. „Wspólnymi ich cechami są subiektywizm i pycha” – piszą autorzy dokumentu. Współczesny gnostycyzm absolutyzuje rolę wiedzy, sugerując, że sama znajomość Ewangelii i prawd wiary wystarczy dla osiągnięcia chrześcijańskiej doskonałości. Postawa taka jest „kierowaniem się bardziej własnym przekonaniem aniżeli natchnieniami Ducha Świętego i nauczaniem Kościoła”. Dzisiejszy pelagianizm z kolei przejawia się w zbytnim zaufaniu w siłę własnej woli w dążeniu do doskonałości. Taka postawa zaprzecza wyznawanej przez Kościół prawdzie wiary, że „usprawiedliwienie pochodzi od Boga” – czytamy.

    Podsumowując, autorzy przypominają, że aby religijność chrześcijańska mogła pełnić właściwe sobie zadanie i by nie ulegała wypaczeniom, należy stale nad nią czuwać i się o nią troszczyć. Temu właśnie służy omawiany dokument.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Rachel Coyne /Unsplash

    ***

    KATECHEZA PAPIEŻA FRANCISZKA/19 CZERWCA 2024

    Tak modlił się sam Jezus. Może każdy człowiek

    Modlitwa, której kompozytorem jest Duch Święty.

    Przygotowując się do nadchodzącego Jubileuszu, zachęciłem do poświęcenia roku 2024 „wielkiej «symfonii» modlitwy”. W dzisiejszej katechezie pragnę przypomnieć, że Kościół ma już symfonię modlitwy, której kompozytorem jest Duch Święty, a jest nią Księga Psalmów.

    Podobnie jak w każdej symfonii, są w niej różne „części”, czyli różne rodzaje modlitwy: uwielbienie, dziękczynienie, błaganie, lamentacja, narracja, refleksja mądrościowa i inne, zarówno w formie osobistej, jak i chóralnej całego ludu. Są to pieśni, które sam Duch włożył w usta Oblubienicy – Kościoła. Wszystkie Księgi Biblii, jak wspomniałem poprzednio, są natchnione przez Ducha Świętego, ale Księga Psalmów jest nią również w tym sensie, że jest pełna natchnienia poetyckiego.

    Psalmy zajmują uprzywilejowane miejsce w Nowym Testamencie. Istotnie były i nadal są wydania, które zawierają Nowy Testament i Psalmy łącznie. Na moim biurku mam takie wydanie Nowego Testamentu i Psalmów w języku ukraińskim, które było własnością żołnierza poległego w czasie wojny, które mi przysłano. On będąc na froncie modlił się z tą księgą.

    Psalmy modlitwą wszystkich pokoleń chrześcijan

    Nie wszystkie psalmy – i nie wszystko z każdego psalmu – może być powtarzane i czynione przez chrześcijan, a tym bardziej przez współczesnego człowieka. Niekiedy odzwierciedlają one sytuację historyczną i mentalność religijną, które nie są już nasze. Nie oznacza to, że nie są natchnione, ale że pod pewnymi względami są powiązane z jakimś okresem i pewnym tymczasowym etapem Objawienia, podobnie jak to jest w przypadku znacznej części ustawodawstwa starożytnego.

    Do przyjęcia psalmów najbardziej zachęca nas fakt, że były one modlitwą Jezusa, Maryi, Apostołów i wszystkich pokoleń chrześcijan, które nas poprzedziły. Kiedy je recytujemy, Bóg słyszy je w tej wielkiej „orkiestracji”, jaką jest świętych obcowanie. Jezus, według Listu do Hebrajczyków, przychodzi na świat z wersetem psalmu w sercu: „Oto przychodzę, abym spełniał wolę Twoją, Boże” (por. Hbr 10, 7; Ps 40, 9); i odchodzi ze świata, według Ewangelii Łukasza, z innym wersetem na ustach: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” (Łk 23, 46; por. Ps 31, 6).

    Za posługiwaniem się psalmami w Nowym Testamencie podążają Ojcowie i cały Kościół, który czyni je stałym elementem celebracji Mszy Świętej i Liturgii Godzin. „Chociaż całe Pismo promieniuje łaską Boga – mówi św. Ambroży – to jednak w stopniu najwyższym urzekająca Księga Psalmów”.

    Musimy uczynić psalmy naszą modlitwą

    Zadam wam pytanie: czy niekiedy modlicie się Psalmami? Czy bierzecie do ręki Biblię, lub Nowy Testament i modlicie się którymś z Psalmów? Na przykład, gdy jesteście smutni, ponieważ zgrzeszyliście, czy modlicie się Psalmem 50? Jest wiele psalmów, które pomagają nam iść naprzód. Nabierzcie nawyku modlenia się Psalmami. Zapewniam, że na końcu będziecie szczęśliwi.

    Nie możemy jednak żyć jedynie dziedzictwem przeszłości: musimy uczynić psalmy naszą modlitwą. Napisano, że w pewnym sensie sami musimy stać się „autorami” psalmów, przyswajając je sobie i modląc się nimi. Jeśli są pewne psalmy lub choćby wersetyktóre przemawiają do naszego serca, dobrze je powtarzać i modlić się nimi w ciągu dnia. Psalmy są modlitwami „na każdą porę roku”: nie ma stanu duszy ani potrzeby, która nie znalazłaby w nich najlepszych słów, by zamienić je w modlitwę. W przeciwieństwie do wszystkich innych modlitw, psalmy nie tracą swojej efektywności przez powtarzanie; wręcz przeciwnie, zwiększają ją. Dlaczego? Ponieważ są natchnione przez Boga i „tchną” Bogiem za każdym razem, gdy czyta się je z wiarą.

    Jeśli czujemy się obciążeni wyrzutami sumienia i poczuciem winy, boi jesteśmy grzesznikami, możemy powtarzać za Dawidem: „Zmiłuj się nade mną, Boże, w łaskawości swojej, / w ogromie swej litości zgładź nieprawość moją” (Ps 51, 3). Jeśli chcemy wyrazić silną osobistą więź z Bogiem, mówimy: „Boże, mój Boże, szukam Ciebie / i pragnie Ciebie moja dusza. / Ciało moje tęskni za Tobą, / jak zeschła ziemia łaknąca wody” (Ps 63, 2). Nie bez powodu liturgia włączyła ten psalm do jutrzni niedzielnych i uroczystości. A jeśli ogrania nas strach i udręka, przychodzą nam na ratunek te wspaniałe słowa Psalmu 23: „Pan jest moim pasterzem […] Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę” (Ps 23, 1.4).

    Prawdziwa symfonia modlitwy

    Psalmy pozwalają nam nie zubażać naszej modlitwy, sprowadzając ją jedynie do próśb, do ciągłego „daj mi, daj nam…”. Uczmy się z modlitwy Ojcze nasz, która przed prośbą o „chleb powszedni” mówi: „święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja”. Psalmy pomagają nam otworzyć się na modlitwę mniej skoncentrowaną na nas samych: modlitwę uwielbienia, błogosławieństwa, dziękczynienia; pomagają nam również stać się głosem całego stworzenia, włączając je w nasze uwielbienie.

    Bracia i siostry, niech Duch Święty, który Kościołowi – Oblubienicy dał słowa, by modlić do swego Boskiego Oblubieńca, pomoże nam sprawić, aby rozbrzmiewały one dzisiaj w Kościele i aby ten rok przygotowawczy do Jubileuszu stał się prawdziwą symfonią modlitwy.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa (według) Teresy

    Nie potrafimy się modlić. Ona też sobie nie radziła, ale była niezmordowana w poszukiwaniu Boga żywego, Miłości. Odkryła, że modlitwa to „nawiązywanie przyjaźni, powtarzane sam na sam z Tym, o którym wiemy, że nas miłuje”.

    Avila, rzeźba przedstawiająca św. Teresę/fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny

    ***

    Anegdota opowiada, że ktoś widząc św. Teresę, słynną już wtedy mistyczkę, z apetytem zajadającą obiad, nie krył swojego rozczarowania i zdziwienia. „Kiedy modlitwa, to modlitwa, kiedy kuropatwa, to kuropatwa!” – miała na to powiedzieć święta. Zawsze chodziła twardo po ziemi. Jej serce, dusza i ciało nieraz odlatywały do nieba, ale ona mimo nadzwyczajnych mistycznych darów zawsze trzeźwo patrzyła na życie, także życie duchowe. Otrzymała łaskę głębokiej modlitwy i – co ważne – umiała oceniać i rozumieć „procesy duchowe” bardzo racjonalnie. Co więcej, potrafiła przekazywać swoje doświadczenie i wiedzę innym. Doświadczała, rozumiała i przekazywała. Te trzy dary decydują o tym, że jej dzieła zyskały tak wielki rozgłos, choć nazywała siebie „nieuczoną kobieciną”. Stała się nauczycielką modlitwy, przewodniczką po wewnętrznym życiu i pozostaje nią do dziś. Najważniejsze dzieło poświęcone życiu modlitwy zatytułowała „Twierdza wewnętrzna”. Wiele lat patrzyła z okna swojej celi na wysokie średniowieczne mury opasujące Avila (cudowne miejsce!). Może właśnie dlatego ten obraz. Twierdza to miejsce chronione przed wrogiem, przestrzeń bezpieczna, pewna, dająca schronienie. Każdy z nas ma w sobie taką twierdzę – to Chrystus w nas. „Już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus”, pisał św. Paweł. Teresa zrozumiała, że to jest formuła prawdziwego życia. Skoro Bóg żyje w nas, trzeba wyruszyć w głąb siebie, aby Go spotkać. Droga modlitwy, którą wskazała Teresa, nie jest czymś „tylko dla orłów”. Wiele jej wskazówek zaskakuje prostotą i realizmem. To klasyka duchowości. A klasyka nigdy się nie starzeje.

    Pomoce w przedszkolu modlitwy

    Pierwsza podpowiedź Teresy: korzystajcie z książek. „Przez cały ten czas [18 lat] nigdy, z wyjątkiem dziękczynienia po Komunii, nie śmiałam przystąpić do modlitwy bez książki. Mając pod ręką tę pomoc, która mi była jakby towarzystwem i puklerzem do odbijania pocisków nastających na mnie myśli obcych, uspokajałam się”, wyznaje.

    Nieraz słyszałem w seminarium radę, aby do klęcznika nie zabierać żadnych lektur, „nie czytać Panu Bogu”, ale skupić się na Jego słuchaniu. A tymczasem św. Teresa radzi początkującym coś dokładnie odwrotnego: „Pożytecznie jest używać książki dla szybszego skupienia się w duchu”. Oczywiście chodzi o lekturę duchową, pozostającą zawsze tylko pomocą, pewnym zabezpieczeniem siebie przed rozproszeniem, przygotowaniem do bardziej swobodnej rozmowy z Panem. „W chwili gdy wezmę książkę do ręki, skupiam się w sobie z wewnętrznego zadowolenia i tak czytanie zamienia się w modlitwę”. Oczywiście podstawową księgą pozostaje Biblia, której nie można porównać z żadną inną. Na marginesie warto pamiętać, że w czasach Teresy lektura całego Pisma Świętego z wielu względów była niemożliwa. Święta z tym większą żarliwością starała się zachowywać w sercu każde zdanie z Biblii, które wyłuskała z innych ksiąg czy usłyszała w liturgii. Dla Teresy „księgą” pomagającą w modlitwie była także przyroda. Piękno świata sprzyja kontemplacji. Dlatego dbała, by w każdym karmelitańskim klasztorze był ogród. Kolejna wskazówka, konieczność mistrza, przewodnika. Święta Teresa sama miewała spore kłopoty ze znalezieniem spowiednika, który by ją rozumiał. Chodzi o takiego kierownika duchowego, który będzie stawiał prowadzonemu wysokie cele, a nie tylko uczył chodzenia „żółwim krokiem” czy „samego tylko polowania na drobne jaszczurki”. Nie sądzę, by dziś było łatwiej znaleźć dobrego przewodnika niż w czasach Teresy. Tym niemniej zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych w życiu pomoc kogoś z zewnątrz jest konieczna. „Wielkie to nieszczęście dla duszy być pozostawioną samej sobie wśród niebezpieczeństw”, zauważa Teresa. Sama przekonała się o tym. „Z tego powodu radziłabym każdemu, kto oddaje się modlitwie wewnętrznej, aby zwłaszcza na początku starał się o przyjaźń i towarzystwo z takimi, którzy podobnie ćwiczą się w rozmyślaniu”. Modlitwie, która ma być przyjaźnią z Bogiem, sprzyja ludzka przyjaźń z kimś, kto sam się modli, kto jest blisko Jezusa.

    Powiązanie modlitwy z życiem

    Modlitwa nie jest czymś oderwanym od życia. Przeciwnie, jest związana najgłębiej z życiem. Uczymy się modlitwy, żyjąc, uczymy się życia, modląc się. Pomyślmy, co nas rozprasza na modlitwie? To, czym żyjemy. Nasze lęki, grzechy, frustracje, żale, nadzieje, iluzje, marzenia itd. Wszystkie wewnętrzne pęknięcia człowieka, niekonsekwencje, zafałszowania ukazują się z całą siłą, kiedy klęka na dłuższą chwilę przed Bogiem. Teresa żyjąc 20 lat w klasztorze Wcielenia, toczyła walkę o głębszą modlitwę, rozpraszana licznymi kontaktami z ludźmi i jej niekończącymi się rozmowami w zakonnej rozmównicy. Celem modlitwy nie jest modlitwa, ale sam Bóg, więź z Nim, przyjaźń, miłość, prawda. Modlitwa pokazuje prawdę o nas samych, o naszej relacji z Bogiem. O jakości modlitwy decyduje w największej mierze nasz sposób życia, nasze priorytety i cele, które sobie stawiamy. Teresa zakładając klasztor św. Józefa, pierwszą wspólnotę żyjącą według nowych reguł, chciała stworzyć siostrom lepsze warunki dla modlitwy. Akcentowała, że rozwój życia duchowego oznacza nie tylko koncentrację na samej modlitwie, ale rozwój samego człowieczeństwa, czyli używając archaicznie dziś brzmiącego zwrotu „rozwój cnót”. Słowo „cnota” wypadło z naszego codziennego słownika. Funkcjonuje w mowie potocznej już tylko w szyderstwach z czystości seksualnej. Ale cnota oznacza moralną sprawność człowieka, umiejętność, pewną stałą dyspozycję, gotowość, nastawienie na jakieś dobro. Jakie duchowe „sprawności” sprzyjają modlitwie? Pierwsza, fundamentalna to miłość.

    Nie o to nam chodzić powinno, byśmy dużo rozmyślały, jeno o to, byśmy dużo miłowały” – poucza siostry. „Kto prawdziwie miłuje, ten wszędzie na każdym miejscu miłuje i pamięta o Umiłowanym”. Przy czym chodzi zarówno o miłość do Boga, jak i do ludzi, wyrażającą się nie tyle w emocjach, co w działaniach. „To jest, córki, kres modlitwy; do tego ma służyć i to jest małżeństwo duchowe, aby z niego rodziły się czyny, i jeszcze raz czyny”. „Bóg żąda uczynków. Gdy widzisz siostrę chorą, której możesz przynieść ulgę, nie wahaj się ani chwili; poświęć dla niej swoje nabożeństwo, okaż jej współczucie, co ją boli, niech ciebie boli”. „Bez usilnego starania się o cnoty, bez ciągłego ćwiczenia się w nich, zawsze pozostaniecie duchowymi karłami”, przestrzega Teresa. Kolejna cnota to oderwanie, czyli wolność wewnętrzna, brak przywiązania do rzeczy czy ludzi. „Potrzeba nam ze swobodą ducha postępować tą drogą, oddawszy się w ręce Boga”. Pozwolić, by On nas prowadził i zaskakiwał. Wiele miejsca w swoich pismach Teresa poświęca pokorze. Nie powinno się jej utożsamiać z nieśmiałością, lękiem, melancholią. Pokora to autentyczność, zgoda na siebie, „chodzenie w prawdzie”. Święta mniszka wielokrotnie przestrzega przed fałszywą pokorą. Wie, co mówi, bo sama musiała zmagać się z taką pokusą. „Zrozumiejmy to dobrze i nigdy o tym nie zapominajmy, że Bóg nam daje łaski swoje bez żadnej naszej zasługi, że zatem naszą powinnością jest dziękować za nie Jego Boskiemu Majestatowi. Bo jeśli nie znamy i nie rozumiemy tego, co od Niego otrzymujemy, nie zdołamy też pobudzić siebie do Jego miłości. Jest rzeczą pewną, że im jaśniej dusza uznaje, jak bogata jest przez łaskę Bożą, pamiętając o tym, jak sama z siebie jest uboga, tym wyżej postąpi w cnocie, tym głębiej się utwierdzi w prawdziwej pokorze”. Teresa podkreśla także cnotę mężnej wytrwałości. „Wszystko na tym polega, by przystąpili do rzeczy z niezachwianym postanowieniem, iż nie spoczną, póki nie staną u celu”. W modlitwie konieczny jest jakiś rodzaj natarczywości, determinacji, świętego uporu. Kiedy Teresa opowiada o swoim nawróceniu przed wizerunkiem ubiczowanego Jezusa, wyznaje: „Powiedziałam Mu wówczas, zdaje mi się, że nie wstanę od modlitwy, dopóki nie spełni mojego błagania”. Przypomina się biblijny Jakub walczący z Bożym wysłańcem o błogosławieństwo: „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!” (Rdz 32,27).

    Co jest istotą modlitwy?

    W reformie Karmelu podjętej przez Teresę ukryty był subtelny, ale wyraźny sprzeciw wobec modlitwy nadmiernie sformalizowanej, zewnętrznej, „zimnej”. Karmelitanka z Avila za priorytetową uznała modlitwę osobistą, wewnętrzną, angażującą całego człowieka, otwartą na doświadczenia mistyczne dostępne wszystkim, którzy tylko tego pragną. Teresa mówi więc najczęściej o „modlitwie myślnej” (oración mental). Nie znaczy to wcale, że odrzuca, lekceważy modlitwę ustną, wspólnotową, brewiarz czy nabożeństwa. Owszem, ceni je, ale pod warunkiem, że nie są bezmyślne. Dlatego szuka momentów ciszy i samotności, w której można być sam na sam z Bogiem. W tej wewnętrznej modlitwie ważne jest nie tyle, co mówić czy jak mówić. Akcent pada na osoby: ja i Bóg. Sedno leży w tym, aby być. BYĆ z Nim, dla Niego! Jak osoba z osobą, a dokładniej – jak dwie kochające się osoby. Najbardziej klasyczna definicja: „Modlitwa myślna nie jest, według mnie, niczym innym jak głębokim związkiem przyjaźni, w którym rozmawiamy sam na sam z Bogiem, w przekonaniu, że On nas kocha”. Takie polskie tłumaczenie znajdziemy w Katechizmie Kościoła (2709). Inne tłumaczenia mówią o „nawiązywaniu” przyjaźni czy też przyjacielskim „obcowaniu”. Hiszpański czasownik tratar oznacza rozmowę, utrzymywanie bliskiej, wręcz intymnej relacji, zabieganie o kontakt. Drugim słowem kluczem jest tutaj „przyjaźń”. Bóg jest przyjacielem, który jest zawsze obecny i pragnie jedynie odpowiedzi na swoją miłość. To jest odkrycie Teresy. Bóg Przyjaciel. To jest centrum jej duchowości. Przyjaciel to ktoś, z kim chce się być. To ktoś, kto powoduje, że stajemy się lepsi, piękniejsi. Przy kim odnajdujemy wewnętrzny pokój, swoją wartość, siebie samego. Z przyjacielem zawsze można o czymś pogadać albo zwyczajnie z nim pobyć. Cisza między przyjaciółmi nie jest czymś krępującym. Najważniejsze więc w modlitwie jest odnalezienie skupienia, aby patrzeć na Jezusa. „Starałam się, o ile mogłam, przedstawić sobie obecnego we mnie Jezusa Chrystusa”. Jeśli komuś trudno o taki rodzaj koncentracji, Teresa radzi mu odmówić „Ojcze nasz”, wkładając „umysł i serce” w to, „co mówią usta”.

    Chodzi nie tyle o wysilanie wyobraźni, ile o obudzenie wzroku wiary, który dostrzega Bożą obecność. Może w tym dopomóc ikona, krzyż czy pobożna lektura. Spojrzenie na Jezusa – to wystarczy, podpowiada Teresa. „Nie żądam od was wielkich o Nim rozmyślań nie natężonej pracy rozumu ani zdobywania się na piękne, wysokie myśli i uczucia – żądam tylko, byście na Niego patrzyły (…); niczego więcej od nas nie żąda, tylko spojrzenia”. Owszem, rozmowa „jak z Ojcem, jak z Bratem, jak z Panem, raz w ten, drugi raz w inny sposób, jak On sam was nauczy”. Ale długie przemowy do Niego nie są konieczne. „Lepiej spokojnie stanąć przy boku cierpiącego Pana, uspokoiwszy rozum albo tak go tylko może zajmując, by patrzył na Tego, który spogląda na niego, towarzyszył Mu, przedstawiał Jemu swoje prośby i z głębokim upokorzeniem cieszył się Jego obecnością, pamiętając przy tym na swoją niskość, iż nie jest godzien tak z Nim i przy Nim pozostawać”. W tym fragmencie mieści się kolejna z Terezjańskich definicji modlitwy. Brzmi ona: „patrzeć na Tego, który patrzy na mnie” (hiszp. mire que le mira). Przypomina się zdanie zupełnie z innego świata, ale bardzo à propos. „Stajemy się tym, na co patrzymy” – mówił Marshall McLuhan, analizując wpływ telewizji na człowieka. To zdanie można odnieść z powodzeniem do tego, o czym mówi Teresa. Zacheusz chciał tylko zobaczyć Jezusa. Kiedy sam został dostrzeżony przez Pana, staje się innym człowiekiem. Spoglądanie na Jezusa przemienia nas w Niego. Teresa, wrażliwa, piękna, kochająca kobieta, nie boi się porównania modlitwy do spojrzenia zakochanych. „Dwoje mocno miłujących się, a odpowiednią obdarzonych pojętnością potrafi, można powiedzieć, bez żadnych znaków, samym tylko spojrzeniem porozumiewać się między sobą”. Podobnie „Bóg i dusza rozumieją się między sobą tym samym sposobem, tylko że Jego Boski Majestat chce, by dusza Go rozumiała. I tak bez żadnych słów rozmawiają ze sobą ci dwoje jak przyjaciel z przyjacielem i wzajemną sobie miłość swoją okazują”. Jesteśmy już o krok od mistyki.

    Mistyka mocna jak eros

    Teresa była obdarzona niezwykłymi darami mistycznymi. Słynna rzeźba Berniniego w rzymskim kościele Santa Maria della Vittoria usiłuje ukazać moment ekstatycznego doświadczenia zakonnicy – przebicia serca. Na jej twarzy maluje się upojenie, które wygląda bardzo zmysłowo, na granicy pobożności i erotyki. W świecie zwulgaryzowanej cielesności, w której żyjemy, można obawiać się takich połączeń. Ale jak o tym przekonywał papież Benedykt XVI w encyklice „Deus caritas est”, miłość „agape” i miłość „eros” dopełniają się, potrzebują nawzajem. Dotyczy to także miłości Boga. Gdzieś w tych rejonach warto szukać przywrócenia sakralnego wymiaru ludzkiej cielesności (teologia ciała!), a także mądrego „ucieleśnienia” naszej pobożności (nieraz przespirytualizowanej). Ostatecznie zarówno w głodzie ludzkiego ciała, jak i głodzie ludzkiego ducha wyraża się fundamentalna tęsknota za wieczną miłością. Mocniejszą niż śmierć. Sama Teresa opisuje w „Księdze życia” ów moment tak: „Ujrzałam w ręku tego anioła długą złotą włócznię, a grot jej żelazny u samego końca był jakby z ognia. Tą włócznią kilka razy przebijał mi serce, zagłębiając ją aż do wnętrzności. Za każdym wyciągnięciem włóczni miałam to uczucie, jakby wraz z nią wnętrzności mi wyciągał. Tak mnie pozostawił całą gorejącą wielkim zapałem miłości Bożej. Tak wielki był ból tego przebicia, że wyrywał mi z piersi te jęki, o których wyżej wspomniałam. Ale taką zarazem przewyższającą wszelki wyraz słodycz sprawia mi to niewypowiedziane męczeństwo, że najmniejszego nie czuję w sobie pragnienia, by ono się skończyło i w niczym innym dusza moja nie znajduje zadowolenia, tylko w samym Bogu”. Jak taki opis brzmi dla nas, zagonionych śmiertelników, niepotrafiących się skupić na jednym „Ojcze nasz”? Przedziwne połączenie doświadczenia duchowego z czymś zmysłowym, cielesnym. Przyjemność i ból. Radość i cierpienie. Nienasycone pragnienie Boga sąsiaduje z nieugaszoną namiętnością. To się jakoś przenika na najgłębszych poziomach. Zapowiedź nieba? Jaki obraz Boga tutaj się wyłania? Do tych pytań powrócimy. Za pociechę niech nam posłuży to, że św. Teresa pod koniec swojego życia wciąż rozpraszała się podczas modlitw. W jednym z listów mówi, że to „nieuleczalna choroba”. „Pan dobrze wie, że skoro się modlimy, chcielibyśmy to czynić jak najlepiej”, pociesza siebie i nas. „Jest to rzecz nieunikniona, zatem ani niepokoić się o to, ani trapić nie powinniśmy”, radzi.

    Jak to przełożyć na nasze życie?

    Krótko, konkretnie: 1) Modlitewnemu skupieniu sprzyjają książki. Korzystaj z ich pomocy, modląc się. 2) Dobry spowiednik albo wierzący przyjaciel, z którym można pogadać o Bogu, to skarb. 3) Modlitwa i życie to jedność. Miłość, wolność (oderwanie), pokora, upór – te cnoty pomagają modlitwie. 4) Modlitwa to przyjaźń z Bogiem, myśl o Nim jak o przyjacielu, patrz na Niego. 5) Nie rób tragedii z rozproszeń, cierpliwością osiągniesz wszystko. 6) Niech miłość ci podpowiada, jak się modlić. 7) Nie bój się nadzwyczajnych darów duchowych, ale nie goń za nimi. 8) Absolutne mistrzostwo – nienasycony żar namiętności kierować w stronę Boga – Miłości.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Drzwi ciągle otwarte

    Bóg nigdy nikogo nie przekreśla i nie czyni tego również Kościół. Zawsze istnieje też możliwość formalnego powrotu do Kościoła, jeśli ktoś tego szczerze pragnie.

    Istockphoto/Gość Nieedzielny

    ***

    Żadne drzwi się nie zatrzaskują za człowiekiem. On co prawda z Kościoła wychodzi, ale te drzwi pozostają otwarte, on może wrócić – mówił ks. prof. Przemysław Kantyka, dziekan Wydziału Teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego podczas prezentacji broszury „Zanim odejdziesz… Kilka słów do osób rozważających wystąpienie z Kościoła katolickiego” – publikacji bardzo potrzebnej w czasach, gdy zasygnalizowany w tytule problem dotyczy coraz większej liczby osób.

    Emocje i decyzje

    Zarówno okładka, przedstawiająca odwróconego tyłem człowieka stojącego tuż za progiem świątyni i widzianego z jej wnętrza, jak i tytuł „Zanim odejdziesz…” są bardzo wymowne. Także dla nas, wierzących i trwających w Kościele, mogą być one rachunkiem sumienia: czy zrobiliśmy wszystko, by naszych współbraci rozważających odejście zatrzymać? Z pewnością broszura przygotowana przez Instytut Nauk Teologicznych KUL jest czymś w rodzaju koła ratunkowego rzucanego odchodzącym – z nadzieją, że jednak się go uchwycą. Świadczy o tym chociażby fakt, że część dotyczącą samej procedury odejścia i jej konsekwencji poprzedza coś w rodzaju krótkiej katechezy, napisanej w osobistym tonie i skierowanej bezpośrednio do osoby chcącej opuścić wspólnotę wierzących, jaką jest Kościół. W zwięzłej, przystępnej formie przybliżone zostały tu podstawowe prawdy katolickiej wiary, a także znaczenie Kościoła, założonego przez samego Chrystusa, by kontynuował Jego dzieło zbawienia.

    Znajdziemy też próbę odpowiedzi na potencjalne pytania, które mogą sobie stawiać odchodzący, jak choćby takie: „Nie czuję się częścią Kościoła, dlaczego zatem mam w nim pozostać?”. „Kiedy zostałeś ochrzczony, wszedłeś do rodziny, która tworzy się przez wiarę i chrzest. Czasami bywa tak, że nie czujemy silnych więzów z naszą rodziną, w której się wychowaliśmy, a nawet boli nas postępowanie niektórych jej członków. Osoby w naszej rodzinie często nie są doskonałe, tak jak i my sami. Zwykle jednak kochają nas, nawet jeśli nie umieją tej miłości dobrze wyrazić. A jednak naszym pierwszym pragnieniem nie jest opuszczenie tej rodziny, lecz chcielibyśmy, aby była ona lepsza. Podobnie jest z Kościołem” – odpowiadają autorzy. Wszystkie te wyjaśnienia są bardzo ważne, bo decyzja o odejściu z Kościoła w wielu przypadkach może być podyktowana emocjami, a nie gruntownym przemyśleniem własnego światopoglądu. Warto więc, by zainteresowany rozważył raz jeszcze dokładnie w swoim sumieniu wszystkie za i przeciw.

    Przyczyny i skutki

    Jeśli jednak taka osoba nadal pozostaje przy swojej decyzji, ważne jest, by wiedziała, jakie konsekwencje się z tym wiążą – zarówno na poziomie doczesnym, jak i wiecznym. Autorzy broszury przestrzegają: „Jeśli dobrowolnie i świadomie porzucasz ten Kościół, Twoje zbawienie jest zagrożone”. Oczywiście, nic nie jest tu przesądzone: „Bóg może wszystko i Jego miłosierdzie nie zna granic. Każdy człowiek jest jednak wolny i może nie przyjąć tego daru” – dodają autorzy. Warto tu nadmienić, że nie każde odstąpienie od Kościoła jest apostazją, bo ta polega na całkowitym porzuceniu chrześcijańskiej wiary. Natomiast zdarza się, że występujący nadal uważa się za człowieka wierzącego, tylko z jakichś względów, np. przez zgorszenie złem w Kościele, nie chce pozostawać we wspólnocie, uznawać zwierzchnictwa papieża i biskupów, a także przystępować do sakramentów. W takim wypadku mówimy o schizmie. Z kolei gdy ktoś uporczywie zaprzecza którejś z głoszonych przez Kościół prawd, mamy do czynienia z herezją.

    Jednak bez względu na powód złożenia deklaracji o wystąpieniu z Kościoła akt ten skutkuje zawsze ekskomuniką, czyli wyłączeniem z udziału w życiu Kościoła. „Ekskomunika niesie ze sobą niemożność przyjmowania jakichkolwiek sakramentów; zakaz pełnienia funkcji chrzestnego, świadka bierzmowania, świadka zawarcia sakramentalnego małżeństwa; zakaz wykonywania różnych posług i zadań w Kościele; zakaz przynależności do organizacji kościelnych i katolickich; pozbawienie pogrzebu kościelnego” – wyliczają autorzy broszury. Dodają przy tym, że zakaz przyjmowania sakramentów zostaje zawieszony w niebezpieczeństwie śmierci, ale tylko wtedy, gdy zainteresowany o to poprosi i okaże postawę nawrócenia. Natomiast ślub może zostać zawarty w Kościele katolickim, ale tylko pod warunkiem, że współmałżonek będzie wyznania rzymskokatolickiego, i tylko ze względu na niego. W przypadku powrotu danej osoby na łono Kościoła proboszcz wystąpi do biskupa z prośbą o ustalenie, czy powracający zawarł małżeństwo w sposób ważny kościelnie.

    Chrzest nie do wymazania

    Ci, którzy mimo wszystko zdecydują się wystąpić z Kościoła i chcą dopełnić związanych z tym formalności, zostaną poproszeni o zachowanie odpowiedniej procedury. Będą musieli osobiście spotkać się z proboszczem parafii, w której aktualnie mieszkają (pod rygorem nieważności nie może to być inny ksiądz), i odbyć z nim rozmowę, podczas której zostaną poinformowani o wszystkich konsekwencjach takiego aktu i zachęceni do przemyślenia swojego stanowiska. Jeśli dana osoba nadal będzie obstawać przy swojej decyzji, musi złożyć pisemne oświadczenie, w którym opisze wolę opuszczenia wspólnoty Kościoła i kierujące nią motywy. Oświadczenie takie musi być podpisane własnoręcznie. Dostarczyć trzeba również świadectwo chrztu.

    Bywa, że występujący domaga się usunięcia informacji o jego chrzcie z akt Kościoła katolickiego – sprawy takie ocierały się w Polsce nawet o sądy. Jednak obecnie, po wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z 9 lutego 2016 r., linia orzecznicza jest taka, by postępować zgodnie z przepisami prawa kościelnego. Te zaś mówią wprost, że informacja o chrzcie nie zostanie usunięta, bo sakramentu nie można anulować. To zresztą logiczne: mamy przecież do czynienia z wydarzeniem historycznym, które faktycznie zaistniało w przeszłości, trudno więc zmieniać ów zapis. Zamiast tego w księdze ochrzczonych przy informacji o chrzcie pojawia się adnotacja o wystąpieniu z Kościoła, która musi być odtąd również umieszczana na świadectwie chrztu.

    Gotowi na powrót

    Dodać tu trzeba koniecznie, że człowiek, który złożył taką deklarację, nie przestaje być członkiem wspólnoty ochrzczonych, nawet jeśli jest wrogo nastawiony do samego Boga. Bóg nigdy nikogo nie przekreśla i nie czyni tego również Kościół. Zawsze istnieje możliwość formalnego powrotu do Kościoła, jeśli ktoś tego szczerze pragnie. W tym celu również trzeba spotkać się z proboszczem i złożyć odpowiednie oświadczenie. Podobnie jak poprzednio następuje wówczas rozmowa, w której proboszcz upewnia się, że dana osoba jest gotowa do powrotu. Jeśli tak jest w istocie, zwraca się on do biskupa o uwolnienie tej osoby od ekskomuniki. Może się ono wiązać z nałożeniem jakiejś pokuty. Przy akcie chrztu pojawi się natomiast kolejna adnotacja – tym razem o powrocie do wspólnoty z Kościołem.

    Publikacja przygotowana przez Instytut Nauk Teologicznych KUL jest cenna także dlatego, że przypomina o ciągle otwartych drzwiach Kościoła. Warto, by ten obraz pozostał w tych, którzy się z nią zetkną, nawet jeśli w tym momencie mieliby trwać przy swojej decyzji o odejściu. Autorzy kończą broszurę zapewnieniem: „Bez względu na Twoją ostateczną decyzję wspólnota Kościoła będzie się za Ciebie modlić, wspierać, jeśli zajdzie taka potrzeba, i liczyć na Twój powrót. Zależy nam na Tobie, bo chcemy, abyś był szczęśliwy i otrzymał życie wieczne, którego początek i obietnicę dostałeś na chrzcie świętym. Chcemy razem z Tobą przezwyciężać trudności w wierze i dołożyć starań, aby cała wspólnota Kościoła była bardziej święta i aby usunięty z niej został każdy grzech (…). Bóg i Kościół będą Cię zawsze kochać. Jak powiedział Benedykt XVI, przez chrzest zostałeś przyjęty do grona przyjaciół, które Cię nigdy nie opuści ani za życia, ani po śmierci. Dlatego zawsze będziemy gotowi na Twój powrót do pełnej jedności z Kościołem katolickim”. Dobrze by było, gdyby podobny życzliwy ton towarzyszył i naszym rozmowom z tymi, którzy być może stoją teraz w progu Kościoła i wahają się, w którą stronę zrobić krok.•

    Szymon Babuchowski/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Księga Apokalipsy w 365 dni

    ***

    „Przestań płakać:

    Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy!”

    Dr Miduch dla Frondy: Apokalipsa jest przesłaniem nadziei na nasze czasy

    Apokalipsa opowiada o tym, że wszystko dobrze się kończy. Niezależnie od tego, co się dzieje i jak się dzieje, Pan Bóg ma nad tym wszystkim panowanie. W piątym rozdziale Apokalipsy padają piękne słowa: „Przestań płakać: Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy”. Niezależnie od tego, co się wydarzy, nad tym wszystkim jest zwycięstwo Pana Boga. On już zwyciężył. Umarł i zmartwychwstał. Jego zwycięstwo już się dokonało – mówi portalowi Fronda.pl dr Maria Miduch. Biblistka opowiada o tym, w jaki sposób czytać Pismo Święte oraz gdzie znaleźć w Biblii nadzieję wobec targających dzisiejszym światem kryzysów.

    Fronda.pl: Zawodowo zajmuje się Pani Doktor badaniem Pisma Świętego. Ta fascynacja Biblią, jak Pani wskazuje, rozpoczęła się już w dzieciństwie. Gdzie jest jej źródło i co dzisiaj, poza zawodowymi obowiązkami, motywuje Panią do pochylania się nad Słowem Bożym?

    Dr Maria Miduch: Tą motywacją jest po prostu chęć budowania relacji z Panem Bogiem. Chcę Go poznać i cały czas poznawać głębiej. Kiedy chce się mieć żywą relację z jakąś osobą, to naturalnym jest, że chce się słuchać, co ta osoba mówi. Najprostszym sposobem na to, aby usłyszeć, co mówi do mnie Bóg, jest sięgniecie po Pismo Święte. To jest ta motywacja, dzięki której dziś sięgam po Słowo Boże.

    Rzeczywiście, w moim życiu przyjaźń z Biblią rozpoczęła się już w dzieciństwie, choć trudno powiedzieć, czy od samego początku była to fascynacja. Od dzieciństwa miałam jednak kontakt z Pismem Świętym. To była inicjatywa mojej mamy, ale również mojego dziadka. Mieszkaliśmy z dziadkami w jednym domu, a mój dziadek miał taki zwyczaj, że codziennie rano modlił się Psalmami w przekładzie Romana Brandstaettera. I właśnie na tych Psalmach uczył mnie czytać. Nie było to oczywiście rzeczą łatwą, bo ich język jest trochę inny niż ten elementarzowy. Również mama podawała mi biblijne opowieści, najpierw w wersji dla dzieci. Tak też od dziecka w jakiś sposób przyjaźniłam się z biblijnymi bohaterami. Zawsze ta historia była dla mnie historią żywą, nigdy nie była zbyt odległa. Na tyle weszło mi to w serce, że nawet kiedy przeżywałam w swoim życiu okres silnego buntu i wrogiego nastawienia do Kościoła, to jednak z Pismem Świętym ciągle miałam kontakt. Ono stale było w moim życiu obecne.

    W życiu wielu katolików zapał do zgłębiania Pisma Świętego szybko wygasa. Jednym z kluczowych tego powodów są trudności napotykane w czasie lektury. Wychodzi Pani Doktor naprzeciw tym trudnościom w swojej nowej książce, będącej wyjątkowym wprowadzeniem do lektury Biblii. Wyjątkowym, bo czytelnik znajduje w niej w zasadzie wszystkie elementy akademickiego Wprowadzenia do Pisma Świętego, ale podane w niezwykle przystępnej formie. W prosty i zwięzły sposób przybliża Pani kwestie dotyczące natchnienia, objawienia, autorstwa. Opowiada Pani o formułowaniu się kanonu, gatunkach literackich czy zagadnieniach językowych. To w przyswojeniu tych zagadnień leży klucz do tego, by sięgać po Biblię z prawdziwą fascynacją i uniknąć zniechęcenia już na początku lektury?

    Klucz leży w motywacji, to ona jest najważniejsza. Kiedy natomiast mam taką motywację, chcę poznać Pana Boga i to, co On do mnie mówi w swoim Słowie, to chcę zrozumieć to Słowo jak najlepiej. Skoro chcę zrozumieć, sięgam po takie narzędzia, które pozwolą mi dotrzeć do serca tego przesłania. Potrzebuję narzędzi, które nie pozwolą mi się zatrzymać tylko na zewnętrznej, często bardzo trudnej otoczce tych słów. Narzędzi, które pozwolą mi wejść głęboko. Jeżeli mam dobrą motywację, to podejmę wysiłek, aby moją lekturę Biblii uczynić lekturą rozumną. Pan Bóg po to dał człowiekowi rozum, żeby człowiek tego rozumu używał. Wiara jest bardzo ważna, ale rozumu nie zastąpi. Pisał o tym w encyklice „Fides et ratio” św. Jan Paweł II: „wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy”. Dociekanie, co Słowo Boże naprawdę do mnie mówi, może sprawić mi trudności. Jeżeli jednak naprawdę chcę się tego dowiedzieć, to podejmę wysiłek, aby te trudności pokonać.

    Ta książka jest wyjściem naprzeciw potrzebom tych wszystkich, którzy nie studiowali teologii ani biblistyki, ale mają w sobie głód Słowa Bożego. Pisząc ją, chciałam takiemu czytelnikowi w prosty i przystępny sposób pokazać, jak docierać do Słowa Bożego. W jaki sposób odnaleźć serce tego, ubranego w swoją literacką i kulturową formę Słowa. Oczywiście ta książka nie rozwiąże wszystkich problemów. Nie jest magicznym podręcznikiem, po którego przeczytaniu nagle wszystko w Piśmie Świętym stanie się łatwe. Ale jest jedną z prób poradzenia sobie z trudnościami, które napotykamy w czasie spotkania ze Słowem Bożym.

    Wielu, nawet bardzo żarliwie praktykujących katolików, w ogóle nie sięga po księgę Pisma Świętego. Mają jednak kontakt ze Słowem Bożym, uczestnicząc co niedzielę, a nierzadko częściej, we Mszy świętej. W jaki sposób przeżywać liturgię Słowa, aby była ona rzeczywiście spotkaniem z Chrystusem – Słowem?

    Musimy zdać sobie sprawę z różnych form obecności Jezusa we Mszy świętej. On jest obecny nie tylko w postaciach eucharystycznych, ale również w czytanym Słowie, w Ludzie Bożym, w osobie sprawującego Eucharystię kapłana. Sposoby obecności Chrystusa są różne i pojawia się problem, kiedy chcemy skupić się tylko na jednym z nich. Wtedy w jakiś sposób rozmijamy się z Panem Bogiem, chcącym w bliskości do nas przemawiać. Dlatego musimy sobie przede wszystkim uświadomić, że On jest obecny w czytanym podczas zgromadzenia Słowie. Wówczas łatwiej nam będzie na tym Słowie skupić swoją uwagę.

    Musimy starać się usłyszeć, co Bóg do nas mówi. Znamy teksty, które pojawiają się w czasie liturgii. Słyszeliśmy je wielokrotnie, przez całe nasze życie się gdzieś przewijają. Kiedy słyszymy początek czytania, wiemy już, jak ta historia się skończy. Mamy wtedy pokusę, aby się „wyłączyć”. Należy walczyć z tą pokusą i starać się słuchać Słowa Bożego tak, jakbyśmy słyszeli je po raz pierwszy. Wsłuchiwać się w nie i ciągle na nowo pytać, co Pan Bóg przez nie mówi.

    Coraz więcej parafii proponuje dodatkową formację w ramach różnego rodzaju kręgów biblijnych. Zakładając, że w parafii taki pomysł cieszy się zainteresowaniem, co musi się wydarzyć, aby taka wspólnota oferowała rzetelną formację? Co powinno charakteryzować takie kręgi?

    Czymś cudownym jest, że coraz więcej wiernych chce sięgać po Słowo Boże, czytać je i zgłębiać. To też wyzwanie dla pracujących w parafii księży i dobrze, że takie wyzwanie jest. Bo to wymaga od duszpasterzy przygotowania. Nie wystarczy, że w czasie studiów były zajęcia z Pisma Świętego. Tym Pismem Świętym trzeba żyć na co dzień. Obowiązek związany z prowadzeniem takiej grupy może w tym samemu księdzu pomóc.

    Kluczowym jest moim zdaniem, aby te kręgi były odpowiedzią na zapotrzebowanie parafian. Żeby nie było tak, że ksiądz „na siłę” zgarnia parafian do czytania Pisma Świętego i czyta to, co on przygotował i on uznał za słuszne. Kręgi biblijne powinny być przestrzenią, w której parafianie mogą pytać o Słowo, które akurat ich dotyka i nurtuje.

    Ważnym jest też, aby takie kręgi przygotowywały do czytania Pisma Świętego. To znaczy uczyły metod czytania, metod radzenia sobie z trudnymi tekstami. Aby nie tyle wyjaśniały trudne teksty, co przygotowywały ludzi na spotkanie z nimi. Takie kręgi byłyby najlepszą odpowiedzią na zapotrzebowanie wiernych na kontakt ze Słowem Bożym.

    To, o czym rozmawiamy i o czym pisze Pani w swojej nowej książce, ma pomóc nam w odczytaniu Słowa Bożego w taki sposób, aby stało się ono aktualne dla naszego życia. Słowo Boże jest aktualne dla konkretnego człowieka, ale również dla Kościoła i świata konkretnych czasów. Charakterystyką obecnej doby jest kryzys. Zastanawiamy się dziś nad kryzysem Kościoła, mówimy o kryzysie bezpieczeństwa, obserwujemy kryzys geopolityczny… Jest jakieś szczególne miejsce w Piśmie Świętym, w którym szuka Pani odpowiedzi na obecne kryzysy?

    Kościół zawsze zmagał się z kryzysami. Czymś naturalnym jest, że jeśli coś przeżywamy, jest to dla nas dziesięć razy mocniejsze od tego, o czym jedynie czytamy. Nie ma więc niczego dziwnego w tym, że pojawia się w nas przekonanie, iż nasz kryzys jest największy. Patrząc jednak na historię Kościoła, musimy przyznać, że inni też przeżywali poważne kryzysy. Dlatego nie absolutyzowałabym naszego kryzysu i nie stawiała go ponad tymi, przez które Kościół już przechodził.

    Pismo Święte jest żywym Słowem Boga. Skoro jest żywe, to odnosi się do nas, w naszej konkretnej życiowej sytuacji. Możemy znaleźć wiele tekstów, które będą pasować do tego, co przeżywamy. Myślę, że księgą, która – odpowiednio odczytana – będzie dawać nam nadzieję, jest Księga Apokalipsy. Ona była, jest i będzie aktualna na każdym etapie historii Kościoła. Jej przesłanie było tak samo aktualne dla Kościoła starożytnego, Kościoła w średniowieczu, Kościoła w czasie II wojny światowej, jak jest aktualne dla nas dzisiaj. Tylko ważne jest, abyśmy czytając ją, wybrali dobrą perspektywę. Abyśmy, tak jak czytający ją pierwsi chrześcijanie dostrzegli, że jest to księga nadziei. Apokalipsa opowiada o tym, że wszystko dobrze się kończy. Niezależnie od tego, co się dzieje i jak się dzieje, Pan Bóg ma nad tym wszystkim panowanie. W piątym rozdziale Apokalipsy padają piękne słowa: „Przestań płakać: Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy” (Ap 5,5). Niezależnie od tego, co się wydarzy, nad tym wszystkim jest zwycięstwo Pana Boga. On już zwyciężył. Umarł i zmartwychwstał. Jego zwycięstwo już się dokonało. Przyjmując tę perspektywę dostrzeżemy, że naprawdę nie mamy się czym martwić. Klucz do naszego pokoju leży w ufności Panu Bogu.

    Apokalipsa uchodzi za jedną z najtrudniejszych ksiąg Pisma Świętego. W swojej książce rozprawia się Pani Doktor z wieloma popularnymi trudnościami pojawiającymi się wokół Biblii. Obala Pani argument „brutalnego Boga” wyciągany ze starotestamentalnych opisów wojennych, opowiada o psalmach złorzeczących, przybliża również Księgę Apokalipsy właśnie. W ramach proponowanych czytelnikowi ćwiczeń, zachęca też Pani do zastanowienia się nad fragmentem, który dla niego osobiście jest najtrudniejszy. Sama również miewa Pani trudności w lekturze Biblii? To także doświadczenie biblisty, żeby się z takimi trudnościami zmagać?

    Tak! Dziwnym by było, gdyby spotykający się ze Słowem Bożym człowiek, nawet najlepiej do tego przygotowany, nie miał żadnej trudności. To by znaczyło, że w jakiś sposób spłyca lekturę. Spotykamy się ze słowem, które choć jest wyrażone w języku ludzkim, to jest Słowem Bożym. My natomiast jesteśmy tylko ludźmi i mamy tylko ludzkie możliwości zgłębiania tego Słowa. Ono jest o wiele większe, niż nam się wydaje. Dlatego zupełnie naturalną rzeczą jest to, że spotykając się ze Słowem Bożym, będziemy natrafiać na trudności. Nie te trudności są tutaj najważniejsze, ale to, jak na nie zareagujemy. Pojawia się wiele pokus. Możemy się na jakiś tekst Pisma Świętego obrazić. Możemy też znaleźć jakąś, nieraz bardzo naiwną interpretację i utrzymywać, że jest to jedyna możliwa interpretacja. W tekstach biblijnych to się zupełnie nie sprawdza, bo są to teksty tak pojemne, że rzadko kiedy jest możliwa jedynie jedna interpretacja. Możemy też orzec, że wszystko jest w porządku, bo jakiś trudny tekst dla nas jest nieistotny. A może ten tekst wymaga od nas pokory, zatrzymania się nad nim i zwrócenia się do Boga: Panie, jeszcze nie wiem, co chcesz powiedzieć przez te słowa, jeszcze ich do końca nie rozumiem, ale wierzę, że będziesz mi pomalutku objawiał to, co dla mnie w tych słowach przygotowałeś.

    „Jak nie wybuchnąć śmiechem, jeśli ktoś mówi, że wąż był istotą posiadającą nogi, a po grzechu je stracił i musi teraz czołgać się na brzuchu” – zauważa Pani w swojej książce, wyjaśniając zaraz, że ta śmieszność wynika z nierozumienia tekstu i jego przesłania. Tego typu wyśmiewanie Biblii coraz częściej obserwujemy w debacie publicznej czy w mediach społecznościowych. To pokazuje, jak niskim poziomem zrozumienia, bądź co bądź kluczowego dla naszej cywilizacji dzieła, charakteryzuje się wielu z nas. Mówimy o pogłębianiu znajomości Biblii przez katolików. Czy ta znajomość jest tymczasem wciąż ważna dla niekatolików? Pytam o to w kontekście obecnej dyskusji na temat obecności lekcji religii w szkole czy omawiania fragmentów Pisma Świętego na lekcjach języka polskiego. Jest dziś sens uczyć o Biblii dzieci z rodzin niechrześcijańskich w szkołach publicznych?

    Biblia jest częścią naszej kultury, więc jakaś znajomość tej księgi jest konieczna dla każdego. Należy rozróżnić jednak znajomość księgi jako tekstu literackiego od jej znajomości jako tekstu natchnionego, mającego budować wiarę. Każdy wykształcony człowiek, niezależnie od wiary lub jej braku, powinien posiadać jakieś pojęcie o Biblii. Człowiek wierzący natomiast powinien jeszcze wiedzieć, jak w tym tekście spotkać się z żywym Bogiem. Powinien wiedzieć, że Biblia jest czymś więcej niż dziełem literackim. Mamy duży problem z tym, w jaki sposób Słowo Boże jest prezentowane również w ramach naszej katechezy. Ta rzecz wymaga jakiejś zmiany i powinno się nad nią pracować. Bo bardzo często ulegamy takiemu błędnemu myśleniu, że skoro jestem katolikiem, to muszę zażarcie bronić wszystkiego, co dosłownie czytam w Biblii. Na przykład, jeżeli czytam o przywołanym wężu, który stracił nogi, to twardo twierdzę, że tak w rzeczywistości musiało być. Absolutnie nie, to jest błąd leżący gdzieś u podstaw spotkania z Biblią. Pismo Święte nie jest podręcznikiem do zoologii czy astronomii. Nie jest też kroniką spisującą dzieje starożytnego świata w takim sensie, w jakim dziś rozumiemy kronikę i historię. Biblia jest księgą, która opowiada nam o działaniu Boga i o tym, jak Bóg współdziała z człowiekiem. I tyle. Nie znajdziemy w niej odpowiedzi na pytania dotyczące ruchu ciał niebieskich, przebiegu starożytnych wojen, czy geografii antycznego świata. To nie ten rodzaj księgi. I dobrze by było, gdyby katolicy, osoby czytające Biblię jako świętą księgę, doskonale sobie z tego zdawały sprawę. Aby nie szukali w Słowie Bożym odpowiedzi na pytania związane z historią, biologią czy astronomią, bo nie takie odpowiedzi ma ona człowiekowi dawać.

    Uczy Pani Doktor języka hebrajskiego, więc nie mogę jeszcze na koniec nie zadać pytania, które bibliści słyszą pewnie zbyt często. Po jaki polski przekład Pisma Świętego najlepiej sięgać?

    I to jest bardzo trudne pytanie! Ze studentami pracuję na Biblii Tysiąclecia. Głównie dlatego, że uczę w seminariach, a przyszli księża będą później spotykać się z tym przekładem w liturgii. Ale podkreślam, nie ma doskonałego przekładu. Mówimy o przekładzie z języków starożytnych. Hebrajski i aramejski to języki semickie, które charakteryzują się niesłychaną głębią. Każde tłumaczenie będzie zdradą oryginału. Lubię też na zajęciach sięgać po inne tłumaczenia, żeby pokazywać pewne różnice. W innych tłumaczeniach może się zdarzyć, że pewne rzeczy zostały trochę lepiej, trochę głębiej oddane. Nie jest tak, że mamy jedno, doskonałe tłumaczenie Pisma Świętego.

    Maria Miduch jest doktorem teologii w zakresie teologii biblijnej. Dyrektor Salezjańskiego Instytutu Teologicznego w Krakowie. Uczy egzegezy Starego i Nowego Testamentu oraz języka hebrajskiego w krakowskim Wyższym Seminarium Duchownym Księży Salezjanów. Jest członkiem Stowarzyszenia Biblistów Polskich. Autorka wielu książek. Ostatnio, nakładem Wydawnictwa WAM, ukazała się jej nowa praca: „Słowo przed Słowem. Zachwyć się Pismem Świętym”.

    Karol Kubicki/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Bóg dał nam światło przez

    św. siostrę Faustynę i ks. Dolindo Ruotolo

    Bóg dał nam światło przez św. siostrę Faustynę i ks. Dolindo Ruotolo

    ks. Robert Skrzypczak – fot. Wyd. Esprit

    ***

    Wielu patrząc na swoje osobiste doświadczenia i na dzieje świata, zadaje sobie pytanie o to, gdzie w tym wszystkim jest Pan Bóg? Jak Go odnaleźć? Bóg jest obecny w świecie i posyła nam wiele znaków swojej obecności. O kilku z nich (św. siostrze Faustynie, św. Gemmie Galgani i ks. Dolindo Ruotolo) mówił ks. prof. Robert Skrzypczak w przygotowaniach do tegorocznej Uroczystości Serca Pana Jezusa w Krakowie.

    Dzisiaj jesteśmy w takim momencie, że trzeba zająć stanowisko albo za, albo przeciw. Ja jestem bardzo przekonany. Od jakiegoś czasu to też zostało mi jakoś podarowane, ja zostałem na to nie wiem jakim sposobem naprowadzony, ale jestem przekonany, że dzisiaj Bóg naszemu zmęczonemu, przejedzonemu, smutnemu społeczeństwu postanowił włączyć dwa potężne reflektory.

    Jednym z tych reflektorów to jest przesłanie o Bożym Miłosierdziu. I Bóg w tym celu między innymi posłużył się jedną zwykłą siostrą zakonną. Z Płocka, potem z Wilna, a potem z Krakowa, siostrą Faustyną. I posługując się tą zwykłą kobietą konsekrowaną, odsłonił nam, przypomniał nam taki istotny fragment Ewangelii, jakim jest Miłosierdzie Boga.

    Miłosierdzie Boga to kwintesencja ewangelii

    Co to znaczy, że Bóg jest miłosierny? Co to znaczy, że Jezus mówi bądźcie miłosierni jak Ja jestem miłosierny? Bóg jest miłosierny, to znaczy zawsze odpowiada dobrem na zło. On jest jedyny, przy którym mogę się pomylić. I Bóg nie musi od razu wyciągać z tego powodu konsekwencji. Kocha mnie także wtedy, kiedy ja jestem dla innych i dla siebie nie do zniesienia. Kocha mnie nawet wtedy, kiedy ja siebie przekreślam. Kiedy w siebie przestaję wierzyć, a On patrzy na mnie z miłością.

    Jak bardzo potrzebowaliśmy tego przesłania. Zobaczcie, dzienniczek o Bożym Miłosierdziu siostry Faustyny jest najczęściej tłumaczonym dziełem polskiej literatury na wszystkie języki świata. Faustyna dawno przebiła już Sienkiewicza i Lema, razem wziętych. Wszędzie na świecie wizerunek Jezusa Miłosiernego. Jak bardzo tego potrzebowaliśmy.

    Wydawało się, że Bóg jest sędzią sprawiedliwym tylko, który za dobro wynagradza i za złe karze. Dlatego ludzie zawsze zbliżają się do Boga na wdechu. Boimy się prawdy. A tu okazuje się w tym miejscu, gdzie pojawia się prawda czeka na nas Ktoś, kto szczerze z całego serca walczy za nas. Chce nas mieć przy sobie. Chce nas obdarzyć życiem i to życiem wiecznym.

    Lekarstwo przyjdzie przez ‘zwykłego księdza’

    A drugi wielki reflektor, który został włączony temu pokoleniu to jest reflektor z Neapolu. Jestem o tym coraz bardziej przekonany. Że tak jak tutaj w tym wypadku Bóg posłużył się zwykłą siostrą zakonną, w tamtym wypadku Bóg posłużył się zwykłym księdzem.

    Jedna z najsłynniejszych mistyczek, żyjących we Włoszech na początku XX wieku to św. Gemma Galgani. Była mistyczką, stygmatyczką, cierpiała, jednoczyła się z Chrystusem. W swoim dzienniku napisała, że Kościół będzie kiedyś w przyszłości przechodził przez straszne tarapaty, kryzys tożsamości, zagubi się. Odłączy się od swojego Zbawiciela. Tak pisała Gemma Galgani. I ratunek, lekarstwo przyjdzie nie z najwyższych półek, stanowisk, władzy w Kościele. Nie ze strony wielkich teologów, tylko ze strony zwykłego księdza. Ale nie powiedziała o kogo chodzi.

    Mistyk z Neapolu, ksiądz Dolindo Ruotolo

    Kiedy się dowiedziałem o księdzu Dolindo, zacząłem szukać kto to jest ten człowiek, który uczył nas wszystkich takiej prostej modlitwy: „Gesú, pensa ci Tu”. Tak pięknie po włosku to brzmi. Po polsku „Jezu, Ty się tym zajmij”. Ksiądz Dolindo przekazuje nam inny aspekt, inną stronę tajemnicy Boga, że wierzyć w Boga to jest odpocząć w Jego zaufaniu. W zaufaniu do Niego. Że to zaufanie jest tak bardzo skuteczne.

    Kiedy po raz pierwszy wybrałem się do Neapolu, mówiłem o księdzu Dolindo w jakiejś włoskiej parafii i nagle pojawia się przede mną para małżeńska. I oni mówią, my mieszkaliśmy tyle lat w Neapolu, a naprawdę nigdy w życiu nie słyszeliśmy o żadnym księdzu Dolindo. Otworzyłeś nam oczy. Jesteśmy tak w tej chwili zaciekawieni, że nie będziemy w stanie teraz spać. Ja pomyślałem sobie, Bogu dzięki. Dostaję nie tylko dwoje przewodników, którzy mi pomagają, którzy znają miasto, ale jeszcze dobre towarzystwo. I pojechaliśmy, szukaliśmy.

    Gdzie on może być? Gdzie on żył? Nikt nie wiedział. Ani taksówkarze, ani w księgarni katolickiej. Kto? Jak? Do… jak mówisz? Dolindo? I wreszcie znaleźliśmy. Znaleźliśmy ten kościół, w którym pracował. Jego ciało, które spoczywa z boku w takim pięknym sarkofagu. I ludzi, którzy się przytulają jak jaskółki do grobowca księdza Dolindo. I pukają ciągle. I uczą się tego: „Jezu, Ty się tym zajmij”.

    Grazia, bratanica księdza Dolindo ma w tej chwili 96 lat. Ale jaki umysł, jaka pamięć. Wtedy po raz pierwszy się z nią spotkałem. Byłem tak szczęśliwy, że znajduję świadka z pierwszej ręki. A ona była zadziwiona, że jakiś ksiądz z dalekiej Polski przyjechał i chce słuchać o jej stryju, jak to potem mi powiedziała, ‘z rozszerzonymi źrenicami’. I ona wtedy powiedziała: „wiesz, ksiądz Dolindo nieraz mówił, ‘ludzie nie widzą Boga, bo Mu nie ufają. Ale zaledwie zaczniesz Mu ufać, będziesz Go widział’. Uczył wszystkich bezgranicznego zaufania wobec Boga”.

    Kim był ks. Dolindo?

    A to był człowiek, który przeszedł przez ogromne cierpienie. Zostawił autobiografię, która jest wręcz zatytułowana ‘Dolindo, znaczy ból’. Trudno sobie wyobrazić, że jeden człowiek może przejść przez tak dużo nieszczęść, tarapatów. I rodzinnych, i związanych z ciałem, ze zdrowiem, ale przede wszystkim także z przykrości, ostracyzmu, niechęci, prześladowania, które go spotkało także ze strony Kościoła, który kochał do końca. Czterokrotnie postawiony przed Świętym Oficjum. Poddawany niekończącym się przesłuchaniom. Jak czasami czytałem protokoły tych przesłuchań, naprawdę można się załamać.

    Stawiano mu zarzuty, przed którymi w ogóle nie wiedział, jak się wybronić. I on wszystko to oddawał w ręce Boga. Całe to upokorzenie, które na niego spadało. Najpierw pozbawili go prawa głoszenia, potem spowiadania, potem odprawiania mszy świętej. Na czas trwania procesów nawet nie wolno mu było przyjmować Komunii Świętej. Heretyku, schowaj się! I ksiądz Dolindo nigdy się na nikogo nie skarżył. Wszystko oddawał w ręce Boga. Cały żal, na który się zdobywał. To jak jeden świadek kiedyś powiedział, wszedł do kościoła w nocy i spotkał księdza Dolindo przed otwartym tabernakulum. Płakał, modlił się tak z rękami wyciągniętymi do Pana Jezusa. I powtarzał perché (dlaczego)? I to był cały jego żal. A resztę wyrażał na organach. Bo wtedy grał i komponował, żeby utrzymać się przy życiu. 19,5 roku w karach kościelnych.

    Jeden z prefektów Świętego Oficjum, który pilnował księdza Dolindo, jego aresztowania, mówił: Dolindo, żaden z tych zarzutów, które ci postawili nie sprawdził się, nie potwierdził się. Wiesz, gdybym ja ciebie nie znał, to pomyślałbym, że fakt, że cię w ten sposób traktują, mógłby świadczyć tylko o jednym, że jesteś niezłym kanalią. Ale ja wiem, że ty jesteś niewinny.

    I radził mu: Dolindo, postaw się. Zacznij się bronić. Nigdy się nie bronił. Wszystko oddawał w ręce Boga. A kiedy po 19,5 roku został zrehabilitowany, przywrócony do wszystkich czynności kapłańskich, nagle okazuje się, że ma wszystkie te same właściwości, dary jak ojciec Pio. Dar czytania w sercach ludzi, dar prorokowania, dar rozróżniania. Mówili mi Neapolitańczycy: Padre, widzisz tamtą ulicę, która dochodzi do kościoła, gdzie pracował? Schodzi w dół, w dół, daleko, daleko. Potem się zawija, a potem jest skrzyżowanie. Tam mniej więcej kończyła się kolejka ludzi, którzy czekali, żeby u księdza Dolindo się wyspowiadać. Albo żeby skonsultować swoją własną sprawę, prosić o modlitwy.

    Karabin na diabła

    Grazia mi mówiła: Księdzu Dolindo zależało przede wszystkim na tym, żeby Słowo Boga materialnie wróciło do serc ludzi. Żebyśmy zaczęli na nowo spotykać się z Chrystusem poprzez Pismo Święte, Słowo Boga. Dlatego skomentował całe Pismo Święte, 33 tomy. Każdy po 1000 stron. Czekają na tłumaczenie. Ale to co jest najważniejsze, to jest jego bezpośredniość wobec Boga. On ufał Bogu i zarażał innych ludzi tym zaufaniem.

    Jednego wieczoru ja idę sobie po dzielnicy. Idę sobie wieczorem tam dzielnicą, gdzie ksiądz Dolindo pracował. Nagle wyrasta przed mną taki siwy, starszy Pan. Zobaczył, że jestem w koloratce. I mówi, „a ksiądz polski?” Mówię, tak. „Pewnie do księdza Dolindo”. Ja mówię, tak.

    I on wtedy zmienia się na twarzy i mówi: „ja pamiętam go, byłem jego ministrantem”. Mówi do mnie, Padre, bo tak Włosi mówią do księdza. „Padre, jak ksiądz Dolindo głosił słowo ludziom, to ogień wychodził z jego ust. Z jego oczu, ogień. Wyobrażasz to sobie? Jak on mówił o Bogu?” I jednocześnie ciągle nosił przy sobie różaniec. I kiedy ludzie go pytali. Dolindo, a czemu ty wszędzie z tym różańcem chodzisz? To on wtedy uśmiechał się i mówił. To jest mój karabin na diabła. Modlił się nawet wtedy, kiedy głosił słowo.

    Ja to próbowałem przetestować. Nijak mi to nie wychodzi. Albo jedno, albo drugie. Nieraz jak odprawiał mszę świętą, to widział Matkę Bożą obok siebie. Maryja mu towarzyszyła do ostatnich chwil życia. Jej poświęcił także ostatnie dzieło. Miał 84 lata. Głowa zwisała na dół. Nie mógł jej utrzymać. Już tak był schorowany. I wtedy podejmuje się napisać ostatnie dzieło o Matce Bożej, Maryja Niepokalana. I wtedy doznaje takich ataków. Szatan przychodzi i mówi: „nie dopuszczę. Nie pozwolę ci napisać tego dzieła”.

    Czasami w nocy wołał o pomoc. I przybiegała jedna z kobiet, które mieszkały blisko w sąsiedztwie. I mówiła: „znajdowałam staruszka Dolindo jakby wepchniętego siłą pod łóżko. Cały drżał i tylko mówił ‘znowu tu był’”. Kiedy ukończył dzieło, rok potem, 19 listopada 1970 roku odszedł. A kiedy odchodził, ludzie modlili się obok niego. Był już tak słaby, że nie mógł się nawet podnieść. W pewnym momencie, wieczorem, nagle, jakby jakaś siła go posadziła. Usiadł i tylko wyciągnął ręce. Tak. Wpatrzony. Pojawił się zachwyt na jego twarzy i powiedział: „Jakże jesteś piękna”.

    I umarł. No powiedzcie, jak nie zazdrościć? Jezu, Ty się tym zajmij. Jezu, Ty się tym zajmij. On mówił tak: „Jeśli masz wrażenie, że zaczynają spiętrzać się kłopoty w Twoim życiu. Zaczynasz się lękać, że te wszystkie sprawy, które idą przeciwko Tobie się nawarstwiają, jak huragan, jak burza. W pewnym momencie spadną Ci na głowę i Cię zmiażdżą. Nie panikuj. Nie pękaj, mówił. Tylko ze wszystkich sił, które jeszcze w sobie znajdujesz. Zacznij wołać. Jezu, Ty się tym zajmij. Jezu, Ty się tym zajmij. Jezu. I zobaczysz, co to znaczy, że w pewnym momencie pokój Boży zacznie przenikać w Twoje życie”.

    Jeszcze na zakończenie Wam powiem. Jedna kobieta mi opowiadała. Mówi. W moim małżeństwie już doprowadziliśmy się do szaleństwa. Już żeśmy myśleli tylko, że jedyną drogą wyjścia jest rozwód, bo inaczej sobie zrobimy krzywdę. Byliśmy tak wściekli na siebie. Nie mogliśmy wymienić ani jednego słowa bez napastliwości.

    Kiedy ona się dowiedziała o tym, że ksiądz Dolindo uczył tej modlitwy całkowitego zaufania, mówi; „niczego innego nie podejmowałam. Tylko tę modlitwę w sercu. We dnie, w nocy. W nocy nie mogłam spać. Myśli buzują. Jezu, Ty się tym zajmij. Jezu. Po paru tygodniach zauważyłam, że przestajemy używać wulgaryzmów w stosunku do siebie. Dalej się modliłam”. „Po następnych dwóch tygodniach – mówi, przestaliśmy być wobec siebie złośliwi i napastliwi. Dalej się modlę i już zaczynam dostrzegać pierwsze objawy czułości w tym w jaki sposób się komunikujemy. Nigdy nie przestanę być wdzięczna”.

    Jeden list do mnie dotarł. Ja mieszkam w Warszawie na Ursynowie. Niedaleko jest wielkie centrum onkologiczne. Jedna kobieta do mnie napisała list. „Jestem na hematologii. Walczę z rakiem krwi. Moje dni są policzone, ale jestem tak szczęśliwa. Bo właśnie odkryłam księdza Dolindo i nauczyłam się tej przepięknej modlitwy. I nieustannie ją w myślach i w sercu noszę. Jezu, Ty się tym zajmij. I wiem, że Bóg mi podarował tego człowieka i tę modlitwę, żebym mogła przygotować się na najważniejszy moment mojego życia.”

    Kiedy dotarła do mnie ta wiadomość, ta Pani już nie żyła. Chcesz wiedzieć, co jest najważniejsze? Kochaj. Ufaj. Nigdy się nie załamuj. Jak będzie Ci ciężko, to nie mów, mam wszystkiego dość, jestem zmęczony, muszę się zamknąć. Nie krzycz, tylko wołaj: „Jezu, Ty się tym zajmij!”.

    ks. Robert Skrzypczak/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jedna z największych mistyczek XX wieku

    Bł. Aleksandra Maria da Costa bywa nazywana “ukrzyżowaną z Balazar”. Jezus trzykrotnie zapowiedział jej wybuch drugiej wojny światowej. Przez 13 lat żyła tylko Komunią świętą.

    Bł. Aleksandra Maria da Costa/Wikipedia

    ***

    Historia Aleksandry Marii da Costa zdaje się być wciąż mało znana. Urodziła się 30 marca 1904 roku w parafii Balazar w Portugalii. Była to Wielka Środa. Ochrzczona została 2 kwietnia w Wielką Sobotę. Jej życie można podzielić na dwa etapy. Pierwsze radosne 19 lat i 32 lata Drogi Krzyżowej z Jezusem cierpiącym. Pod koniec życia była nazywaną “ukrzyżowaną” lub “chorą z Balazar”.

    Przez całe życie była związana ze swoją wioską. Od szóstego roku życia uczyła się katechizmu, mając siedem lat przyjęła Pierwszą Komunię. Chętnie chodziła do kościoła, bo bardzo lubiła oglądać figury świętych. Rozkochała się w figurze Bolesnej Matki Bożej i św. Józefie. Opiekowała się nią siostra Diolinda. Matka musiała pracować od rana do wieczora, by wyżywić rodzinę. Jako dziecka była małą psotnicą. Ale chętnie pomagała w domu.

    “Nie mogę sobie wyobrazić, że mały Jezus, mając taką Matkę jak Maryja, nie miał pieluch i ubranek. Nie mogę sobie wyobrazić, żeby mały Jezus był brudny. Chciałam zawsze być świętą, ale byłoby to dla mnie umartwienie nie do zniesienia, gdybym musiała iść do świętości w brudzie. Uważam, że Bóg nie chce ani brudu duszy, ani ciała”.

    Od 12 roku życia pracowała u bogatego gospodarza w sąsiedztwie. Wymagał pracy ponad siły i był ordynarny. Po pięciu miesiącach Aleksandra zrezygnowała z pracy u niego i poszła pracować na polu. Gdy skończyła 14 lat zaczęła budzić zainteresowanie u chłopaków. Przypomniał sobie o niej gospodarz, u którego pracowała. Pewnego dnia zjawił się w towarzystwie dwóch wyrostków domu Aleksandry. Jej siostra kazała zamknąć drzwi i kazała odejść mężczyznom, ci jednak przepuścili atak. Wdarli się do domu, rzucili na Diolindę i drugą dziewczynę, która była u da Costów, Aleksandra, by uchronić się przed gwałtem wyskoczyła przez okno. Spadła z 4 metrów.

    “Poczułam ogromny ból w kręgosłupie. Z trudem podniosłam się, chwyciłam kawał kija z winnicy i pobiegłam do domu ratować siostrę i jej przyjaciółkę. Wywijając kijem, wołałam: <<Psy! Precz stąd!>>. Napastnicy uciekli, a my zmęczone wróciłyśmy do pracy. Chwilę później poczułam straszliwe bóle i musiałam się położyć do łóżka”.

    Następstwem upadku był postępujący paraliż. Gdy skończyła 19 lat nie mogła już wstać z łóżka. Była do niego przykuta do końca życia. Na początku choroby prosiła Boga o uzdrowienie.  Dopiero w 1928 r. zrozumiała, że to cierpienie jest jej powołaniem. W 1931 roku Jezus zaprasza Aleksandrę, aby razem z Nim złożyła siebie na ofiarę. Jej powołanie kryje się w słowach: “Kochać, cierpieć, wynagradzać”. W 1936 roku czuje, że Jezus wzywa ją: “Pomóż mi zbawiać ludzi”. Jej stan się pogarsza, a proboszcz decyduje się przynosić jej codziennie Komunię świętą.

    3 października 1938 roku Aleksandra przeżywa po raz pierwszy Mękę Chrystusa. To przeżycie będzie się powtarzać aż do 20 marca 1942 roku. Ojciec święty poleca ks. Emmanuele Vilar zbadać całą sprawę.

    Jezus trzykrotnie zapowiedział jej wybuch drugiej wojny światowej, jako karę za ciężkie grzechy. Aleksandra składa swoje życie, jako ofiarę dla ubłagania pokoju.

    3 kwietnia 1939 roku jej stan znowu się pogarsza. Przestaje jeść. Do śmierci będzie żyła wyłącznie Komunią świętą, a więc 13 lat. 21 czerwca 1944 roku spotyka salezjanina ks. Umberto Pasquale, który będzie jej kierownikiem duchowym do samego końca. Przez 11 lat kapłan zebrał prawie 5 tysięcy stron dokumentacji tego, co Aleksandra mówiła do siostry, do niego, do nauczycielki z Balazar.

    W 1945 roku ks. Umberto przynosi jej dyplom współpracownicy salezjańskiej. Swoje cierpienie ofiarowuje za współpracowników salezjańskich. Obok łóżka oprócz dyplomu prosi o zamieszczenie zdjęcia z kaplicy nowicjackiej z Mogofores, by jako siostra cierpiąca, wspierać ich przygotowanie do pracy salezjańskiej z młodzieżą. Napisze do nich:

    “Mam was wszystkich w moim sercu. Zaufajcie: Jezus będzie zawsze z wami. Liczcie na mnie tu na ziemi i potem w niebie, gdzie będę was oczekiwać. Proszę was bardzo: módlcie się za mnie! Wasza Aleksandra.”

    W styczniu 1946 roku przeżywa mistyczne zmartwychwstanie i wniebowstąpienie. Jezus obieca jej również, że do jej grobu przywoła wielu grzeszników, którzy się nawrócą. Wielu pielgrzymów zacznie przychodzić do niej jeszcze za życia. Jezus powie do Aleksandry: “Przeżywasz teraz okres mojej publicznej działalności. Wiele dusz rozpali się dzięki twemu przykładowi wielką miłością do Eucharystii”.

    Od 9 kwietnia 1954 zaczyna mieć problemy ze wzrokiem. Swój pokój nazywa ciemnym więzieniem. 6 maja 1955 roku Maryja mówi do niej, że wkrótce po nią przyjdzie. Stało się to 13 października 1955 roku. Wokół niej była grupa ludzi. Szepcze do nich:

    “Nie grzeszcie. Świat jest nic nie wart. To wszystko. Przystępujcie często do Komunii świętej. Każdego dnia odmawiajcie różaniec. Z Bogiem, do zobaczenia w niebie”.

    Zmarła wieczorem mówiąc: “idę do nieba”. 25 kwietnia 2004 roku Alexandra Maria da Costa została ogłoszona błogosławioną.


    Tekst na podstawie książki: Ks. S. Schmidt SDB, Święci, błogosławieni, słudzy boży rodziny salezjańskiej, Wydawnictwo Salezjańskie 1997

    Małgorzata Gajos/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    domena publiczna/wikipedia.org

    ***

    Święci, dla których Eucharystia była jedynym pokarmem

    Wśród świętych i błogosławionych Kościoła katolickiego znajdujemy osoby, które przez część swojego życia żywiły się jedynie… Eucharystią! Ich życie ukazuje niezwykłą siłę i moc tego sakramentu.

    Św. Mikołaj z Flue. Pustelnik z woli Bożej

    To jeden z najwybitniejszych mistrzów medytacji i mistyków żyjących u schyłku średniowiecza. Był obdarowany niezwykłymi charyzmatami – przez 19 lat jego pożywieniem była wyłącznie Eucharystia, co zostało potwierdzone procesem kanonicznym.

    fot. Wikipedia

    ***

    Mikołaj wstąpił do benedyktynów w Engelberg, ostatecznie jednak zrezygnował z drogi kapłańskiej i za radą rodziców wstąpił w związek małżeński. Miał 10 dzieci: 5 synów i 5 córek. Po kampanii wojennej, w wieku 50 lat, za zezwoleniem małżonki ponownie wstąpił do klasztoru reformowanych benedyktynów. We śnie otrzymał wskazówkę, że wolą Bożą jest, aby został pustelnikiem w swoich rodzinnych stronach. Mikołaj zadanie wykonał – ludzie przychodzili do pustelnika we wszelkich potrzebach, radzono się w najtrudniejszych sprawach, proszono o modlitwę. 

    15 maja 1947 r. papież Pius XII dokonał uroczystej kanonizacji Mikołaja, ogłaszając go równocześnie głównym patronem Szwajcarii. Jest także patronem papieskiej Gwardii Szwajcarskiej, sędziów, radnych, rodzin wielodzietnych.

    Bł. Aleksandra Maria da Costa. Cierpienie za zbawienie młodzieży

    Aleksandra urodziła się 30 marca 1904 r. w Balasarze koło Bragi, w Portugalii. Mając 14 lat, została napadnięta przez mężczyznę, który chciał ją zgwałcić. Uciekając wyskoczyła przez okno i spadła z wysokości czterech metrów – poprzez upadek została całkowicie sparaliżowana. Przez kolejne 30 lat nie mogła podnieść się z łóżka.„Jezu, jesteś więźniem tabernakulum, a ja mojego łóżka, z Twojej woli. Będę więc trwała przy Tobie” – powtarzała.

    fot. Wikipedia

    ***

    Aleksandra prosiła Matkę Bożą o łaskę uzdrowienia. Obiecywała, że gdy wyzdrowieje, poświęci się bez reszty pracy misyjnej. Jednak gdy paraliż nie ustępował, zrozumiała, że to cierpienie jest jej powołaniem – i przyjęła je całym sercem. Od tego momentu doświadczała przeżyć mistycznych, m.in. Pan Jezus w widzeniu zapowiedział Aleksandrze wybuch II wojny światowej jako kary za ciężkie grzechy. Aleksandra ofiarowała Mu swoje życie, by powstrzymać rozlew krwi.

    Od 1942 r. Jezus obdarzył Aleksandrę jeszcze jedną łaską mistyczną: od tej pory nie przyjmowała już żadnego pokarmu, żyła jedynie Eucharystią. Ofiarowała swoje cierpienie dla zbawienia młodzieży. Wiele osób przybywało do niej po rady i z prośbą o modlitwę. Do grona błogosławionych wprowadził ją św. Jan Paweł II w dniu 25 kwietnia 2004 roku.

    Św. Kolumba z Rieti. Mistrzyni jednania skłóconych

    Angiolella Guadangoli urodziła się 2 lutego 1467 r. w Rieti, we Włoszech. Już jako młoda dziewczyna chciała oddawać szczególną cześć Męce Chrystusa – podejmowała w tym kierunku praktykę umartwienia zmysłów oraz nosiła włosienicę. Wstąpiła do tercjarek dominikańskich i podążając śladami św. Katarzyny ze Sieny, oddała się służbie ubogim odwiedzając chorych i umierających. Nie zapominała też o więźniach i skazanych na śmierć. Wyjechała do Perugii gdzie ufundowała klasztor Sióstr Dominikanek.

    fot. Wikipedia

    ***

    Często pościła o chlebie i wodzie. W jednym ze źródeł wspomniano również, że w pewnym momencie odzwyczaiła się nawet od jedzenia chleba. Przyjmowała tylko Komunię Świętą, wodę i sok z ziół. Nie przeszkadzało jej to jednak w codziennej pracy i modlitwie. 

    Znana była ze szczególnej umiejętności jednania skłóconych obywateli miasta, którzy powierzali jej swoje problemy. Dzięki roztropności i mądrości udzielanych rad, udawało jej się doprowadzać do upragnionej zgody i pokoju. Jej kult zatwierdził, a tym samym beatyfikował ją Papież Urban VIII w 1627 roku.

    Sługa Boża Floripes de Jesús. „Kto chce mnie szukać, znajduje mnie w Sercu Jezusa”

    Lepiej znana jako Lola – to Brazylijka, która przez 60 lat żywiła się wyłącznie Eucharystią. Urodziła się w 1913 roku w stanie Minas Gerais w Brazylii. W wieku 16 lat spadła z drzewa. Wypadek zmienił jej życie. Została sparaliżowana i „jej ciało się zmieniło – nie czuła już głodu, pragnienia ani senności. Żadne lekarstwo nie było skuteczne ” – powiedział brazylijski ksiądz Gabriel Vila Verde, który podzielił się historią Loli w mediach społecznościowych.

    Floripes de Jesús zaczęła się odżywiać jedną konsekrowaną Hostią dziennie. „Żyła w ten sposób przez 60 lat” powiedział Vila Verde. Ponadto „przez długi czas pozostawała w łóżku bez materaca, jako forma pokuty”.

    Wiara w świętość świeckiej rosła, a tysiące pielgrzymów przyjeżdżało, aby ją zobaczyć w jej domu. W księdze podpisów gości z lat 50. XX wieku odnotowano, że w ciągu zaledwie miesiąca odwiedziło ją 32 980 osób. Wszystkich, którzy ją odwiedzali Lola prosiła o pójście do spowiedzi, przyjęcie komunii oraz nabożeństwo w pierwszy piątek ku czci Najświętszego Serca Jezusowego.

    Lola poświęciła swoje życie modlitwie za kapłanów i szerzeniu kultu Najświętszego Serca Jezusowego. Zmarła w kwietniu 1999 r. W jej pogrzebie wzięło udział 22 księży i ​​około 12 000 wiernych. W 2005 roku została ogłoszona Sługą Bożą przez Stolicę Apostolską.

    brewiarz.pl, matkakolumba.dominikanki.pl, zś/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W sobotę 15 czerwca 2024 roku w bazylice Bożego Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach odbyła się beatyfikacja ks. Michała Rapacza. Kościół katolicki wyniósł go na ołtarze jako męczennika czasów komunizmu. Duchowny ten został rozstrzelany przez bojówkarzy w 1946 r. w Płokach w Małopolsce.

     Uroczystość beatyfikacji ks. Michała Rapacza w bazylice Bożego Miłosierdzia.

    Beatyfikacja ks. Michała Rapacza w bazylice Bożego Miłosierdzia/fot. Łukasz Gągulski/PAP

    ***

    Testament błogosławionego męczennika

    ks. Rapacza dla Polaków w kraju i na emigracji

    Testament błogosławionego męczennika ks. Rapacza dla Polaków w kraju i na emigracji

    bł. ks. Michał Rapacz – wikimedia, dp., pixabay.com

    ***

    Ks. Michał Rapacz dla Polaków w kraju jak i „dla współczesnej emigracji polskiej to piękny przykład wierności Bogu na wszystkich odcinkach życia, służby Ojczyźnie, umiłowania tradycji narodowych, budzenia patriotyzmu, przyczyniania się do duchowego i moralnego odrodzenia społeczeństwa polskiego” – powiedział portalowi Polskifr.fr ks. Dionizy Jedynak, kapłan archidiecezji krakowskiej, pochodzący z parafii Płoki, gdzie pracował ks. Michał Rapacz, dziś beatyfikowany w Krakowie-Łagiewnikach.

    Michał Rapacz był synem Jana i Marianny z domu Wójcik. Urodził się w 1904 r. we wsi Tenczyn, należącej wówczas do parafii Lubień w diecezji krakowskiej. Po ukończeniu szkoły podstawowej wstąpił do gimnazjum w Myślenicach. Następnie w 1926 r. wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie. 1 lutego 1931 r. został wyświęcony na kapłana. W latach 1931 do 1933 pełnił obowiązki wikariusza parafialnego w Płokach, później jego drugą parafią była Rajcza, gdzie był wikariuszem w latach 1933-1937. Dokładnie 11 listopada 1937 roku został mianowany administratorem w parafii Płoki. Tam pełnił swoje obowiązki do męczeńskiej śmierci, która nastąpiła 12 maja 1946 r. Gdy wyprowadzono ks. Rapacza z plebanii mówił: „Niech się dzieje Twoja wola, Panie”. Związano go powrozem, następnie prowadzono wokół kościoła, był bity. Później uprowadzono go do pobliskiego lasu koło cmentarza i tam wykonano wyrok – jeden strzał nad okiem w głowę, drugi w potylicę. Został pochowany na cmentarzu parafialnym w Lubniu.

    Ks. Dionizy Jedynak, wspominając, jak w czasach dzieciństwa odwiedzał miejsce, gdzie 12 maja 1946 r. przyszły błogosławiony został zamordowany przez komunistów, dodał: „osobiście nie znałem ks. Michała Rapacza, gdyż urodziłem się 7 lat po jego męczeńskiej śmierci. Natomiast pamięć o nim była żywa w mojej rodzinie. Moim rodzicom udzielił on ślubu. Od najmłodszych lat, gdy z rodzicami chodziłem na groby zmarłych z rodziny, to zaprowadzali mnie do pobliskiego lasu, bo to było niedaleko od cmentarza, na miejsce zabójstwa. Tam był ustawiony krzyż, tam ludzie zapalali świece, składali kwiaty, pamiętali o nim. Mówili, że to był męczennik”.

    W latach 1945-1946, kiedy komuniści objęli władzę w Polsce, ks. Michał Rapacz stał się szybko obiektem ich szykan. Był ostrzegany o grożącym mu niebezpieczeństwie i nakłaniany do opuszczenia parafii. Podczas jednego z kazań powiedział: „choćbym miał trupem paść, nie zaprzestanę tej Ewangelii głosić i nie wyrzeknę się własnego krzyża”. Ks. Jedynak przypomniał, że „po morderstwie rodzina zabrała ciało i ks. Rapacz został pochowany na cmentarzu parafialnym w Lubniu. Tam spoczywał przez 34 lata, do roku 1980, kiedy to ekshumowano jego ciało i przewieziono z powrotem do Płok. Tam spoczywa do dziś”.

    Trudna komunistyczna rzeczywistość

    Ks. Rapacz zdawał sobie sprawę z tego, że skuteczność jego pracy dla dobra ludzi jest mała ze względu na bardzo trudne komunistyczne uwarunkowania. „Dzięki wierze i oddaniu Kościołowi robił jednak swoje jako kapłan” – powiedział ks. Jedynak.

    Ks. Michał działał na terenach, gdzie w diecezji krakowskiej było najwięcej fabryk i ośrodków przemysłu. Ludność organizowała się w różnorodne związki i stowarzyszenia. „To były tereny zamieszkałe w większości przez chłoporobotników, bo ludzie pracowali w fabrykach, a później na roli. Tam widać było wpływy lewicowe, nastawione wrogo do Kościoła, do tradycyjnych wartości. Z tamtego terenu, z powiatu chrzanowskiego, wywodzili się komunistyczni działacze partyjni i Urzędu Bezpieczeństwa” – poinformował znawca życia ks. Rapacza. Cztery miesiące po jego śmierci w Libiążu UB zastrzeliło miejscowego proboszcza.

    Męczeństwo – świadectwo ponad wszelkie inne

    „Człowiek osiąga świętość przez naśladowanie Chrystusa, realizację cnót teologicznych, jak również przez wierne przestrzeganie zasad religijno-moralnych. Dla katolików męczeństwo to wielkie świadectwo ponad wszelkie inne. Męczennik to ten, który oddaje swoje życie, coś, co ma najcenniejszego, za Chrystusa, za wyznawaną wiarę w Niego” – zaznaczył ks. Dionizy Jedynak.

    Podkreślił, że „ks. Rapacz poniósł śmierć męczeńską z powodu głoszonej nauki Chrystusa zawartej w Ewangelii, z powodu wierności Kościołowi, nauczając i ukazując prawdy moralne”. To nie podobało się powojennej komunistycznej władzy ludowej, gdyż „ich ideologia mówiła, że Boga nie ma, więc taki człowiek był im niewygodny, dlatego na zebraniu partyjnym w Trzebini postanowili go zlikwidować”.

    Ks. Michałowi Rapaczowi zależało na zbawieniu każdego, bo „był gorliwym duszpasterzem i nie ulegał władzy ani w czasie wojny hitlerowskiej, ani w czasach komunizmu. Głosił prawdę Bożą. Domagał się od parafian, by byli wierni Chrystusowi, a nie szli za błędnymi naukami”. Późniejszy męczennik modlił się za parafian nawet nocami. „Wiedział, że w tych trudnych czasach ludzie potrzebują większego wsparcia duchowego, płynącej z wiary pociechy. Jako kapłan pełen wiary doskonale wiedział, że w trudnych sytuacjach należy pokornie i ufnie błagać Boga. Tak uczył ludzi i sam to robił, naśladując Chrystusa Najwyższego Kapłana. Tu widzimy Jego świętość” – stwierdził ks. Dionizy Jedynak.

    Przesłanie ks. Rapacza

    „Ks. Michał uczy nas tego, że w każdej sytuacji życiowej, gdziekolwiek jesteśmy i w jakimkolwiek systemie społecznym żyjemy, powinniśmy być wierni Bogu i żyć według przykazań. Uczy również wierności wierze i tradycjom wyniesionym z domu rodzinnego. Uczy dawania świadectwa, wyznawania wiary, mimo grożących niebezpieczeństw, a nawet ryzyka utraty życia” – ocenił ks. Dionizy.

    Polskfir.fr / pzk/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niezwykłe wizje mistyczne dwóch świętych, które zapoczątkowały kult Serca Pana Jezusa

    fot. Wikipedia/Canva

    ***

    Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa kojarzy się nieodłącznie ze świętą Małgorzatą Marią Alacoque, ale już w średniowieczu, w zgromadzeniu cystersek w Helfcie żyły dwie mistyczki, które miały widzenia Boskiego Serca i żywiły do Niego szczególne nabożeństwo.

    Mechtylda z Magdeburga i Gertruda Wielka żyły w ścisłym zjednoczeniu z Sercem Pana Jezusa. Z Nim i w Nim przeżywały zwykłe trudności dnia codziennego, a także wszelkie cierpienia duchowe i fizyczne, których doświadczały.

    Któregoś dnia Mechtylda opowiadała, jak podczas spotkania Pan tak mocno przycisnął jej serce do Swojego, iż miała wrażenie, że te dwa serca stanowią jedno. Do tego zjednoczenia serc Chrystus przygotowywał je od najmłodszych lat.

    Serce Jezusa, Św. Gertruda i nawrócenie… w klasztorze

    Gertruda już jako pięcioletnia dziewczyna trafiła do zgromadzenia cystersek w Helfcie i spędziła tam całe życie. Najpierw była uczennicą, a po latach nauki została mniszką. W zgromadzeniu przeżyła wewnętrzne nawrócenie, bowiem nauka pochłonęła ją tak bardzo, iż niemal straciła z oczu Boga.

    Gdy zrozumiała, że nie można przedkładać idei nad rzeczywistość, a czytania o miłosierdziu nad czynienie go, rozpoczął się nowy etap w jej życiu naznaczony darem kontemplacji, nadprzyrodzonych ekstaz, objawień i proroczych wizji. W swoim dziele opisywała miłość Boga do duszy oraz duszy do Boga, której źródło tkwi w Najświętszym Sercu Jezusa. 

    Niezwykłe dzieło św. Mechtyldy o Sercu Jezusa, które tworzyła 40 lat!

    Mechtylda natomiast w wieku 12 lat miała wizję Ducha Świętego i od tego wydarzenia wiele czasu poświęcała na praktyki religijne i rozwój duchowy. Mając 23 lata opuściła dom i związała się z beginkami w Magdeburgu. Był to ruch religijny i społeczny wywodzący się z franciszkanizmu, a kierowany przez dominikanów. Jego członkowie prowadzili życie zgodne z Ewangelią, wypełnione modlitwą i pracą.

    Mechtylda przez czterdzieści lat tworzyła dzieło zatytułowane Strumień światła boskości, w którym opisywała swoje przeżycia mistyczne. Posługując się symbolami płomienia, światła, ciepła i rosy, ukazywała w jaki sposób spotykają się pragnienia duszy i Boga.: „Dusza wyszła z Serca Bożego i powinna tam ponownie wrócić”. W wieku 60 lat, zmuszona sytuacją polityczną, ale również krytyką ze strony niektórych hierarchów kościoła, schroniła się w klasztorze cystersek w Helfcie, gdzie pozostała aż do śmierci.

    Jak wygląda Serce Jezusa?

    Mechtylda z Magdeburga zapisała w „Strumieniu Światła Boskości” słowa:

    „Kiedy uboga dusza przybywa na dwór, jest rozumna i delikatna. Pełna radości patrzy na swego Boga. Ach, z jak wielką miłością jest przyjmowana! Milczy ona i niezmiernie pragnie Jego chwały. Wówczas On ukazuje jej z wielkim pragnieniem swe Boskie Serce.

    Jest podobne do czerwonego złota, które płonie w wielkim ogniu rozżarzonych węgli. A On wkłada ją do swego rozpalonego Serca. Kiedy najwyższy Władca i mała służebnica obejmują się tak serdecznie i są złączeni jak woda z winem, wtedy ona jakby znika i odchodzi sama od siebie. Skoro tylko ona nic już nie może zrobić, On z tęsknoty za nią jest chory z miłości, tak jak już był zawsze, gdyż On w swoim odwiecznym pragnieniu miłosnym nie wzrasta ani nie maleje. Wtedy dusza mówi: <Panie, Ty jesteś moim Umiłowanym, moją tęsknotą, moim tryskającym źródłem, moim słońcem, a ja jestem Twoim zwierciadłem>. Tak wygląda podróż na dwór miłującej duszy, która nie może istnieć bez Boga”.

    Rozmowa ze św. Janem o Sercu Jezusa

    Niemal w tym samym czasie Gertruda, która z czasem otrzymała przydomek Wielka, w dziele zatytułowanym Objawienia, czyli Poseł Bożej pobożności opisała rozmowę ze świętym Janem, umiłowanym uczniem Pana Jezusa.

    „Powiedz mi – zapytała Gertruda – jakich uczuć doznawałeś, spoczywając podczas ostatniej uczty na sercu Jezusa? Jan zaczął opowiadać. Wspominał o głębokim zanurzeniu swej duszy w duszy Jezusa Chrystusa i o gorejącym ogniu, jaki go ogarniał. – A dlaczegóż w takim razie – dopytywała – dlaczegóż, nic o tym nie napisałeś? – Dlatego – odpowiedział – że miałem tylko polecone przedstawiać powstającemu Kościołowi nauki Słowa i przekazywać prawdy wiekom, w miarę jak wieki te będą zdolne je pojąć; bo nikt ich dokładnie zrozumieć nie zdoła. Co do niewysłowionych rozkoszy, których doznawałem na sercu Jezusowym, postanowiłem o nich mówić później, aby poznanie tych niewymownych słodyczy rozpaliło na nowo oziębłą i dogasającą miłość starzejącego się świata i obudziło go z odrętwienia”. 

    Magdalena Wyżga/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ***

    Serce Jezusa. Bosko-ludzka miłość

    Początki kultu Serca Jezusa sięgają Golgoty, kiedy to Najświętsza Maryja Panna, św. Jan i św. Maria Magdalena jako pierwsi oddali hołd przebitemu włócznią Sercu Zbawiciela. W Średniowieczu idea ta dojrzewała poprzez kult Najświętszych Ran, następnie Rany Boku Zbawiciela i wreszcie Jego Serca.

    z Siostrą Wizytką Marią Bernadetą Wysocką rozmawia Dawid Gospodarek (KAI).


    Dlaczego to właśnie czerwiec jest miesiącem Serca Pana Jezusa? Jak daleko sięga tradycja czerwcowych nabożeństw, wciąż obecna w polskiej pobożności?

    Można powiedzieć, że jest to decyzja Pana Jezusa, bowiem właśnie w czerwcu przekazał ludziom najważniejsze tajemnice swego Serca oraz prosił o ustanowienie święta ku Jego czci w piątek po oktawie Bożego Ciała, a to zazwyczaj wypada w czerwcu.

    Stąd też wywodzi się tradycja nabożeństw czerwcowych. Przyjmuje się, że w Polsce pierwsze takie nabożeństwo zostało odprawione 1 czerwca 1857 r. w kościele sióstr wizytek w Lublinie. Od 1873 r. papież Pius IX zatwierdził je również dla całego Kościoła.

    Skąd w ogóle wziął się kult Jezusowego Serca i na czym on polega? Czy czcimy serce jako część ciała?

    Początki kultu sięgają już Golgoty, kiedy to Najświętsza Maryja Panna, św. Jan i św. Maria Magdalena jako pierwsi oddali hołd przebitemu włócznią setnika Sercu Zbawiciela. W Średniowieczu idea ta dojrzewała poprzez kult Najświętszych Ran, następnie Rany Boku Zbawiciela i wreszcie Jego Serca. Były to jednak nabożeństwa prywatne. Dopiero w XVII w. kult Bożego Serca nabrał charakteru publicznego, a to za sprawą wizytki z francuskiego klasztoru w Paray-le-Monial – św. Małgorzaty Marii Alacoque. Jej życie, naznaczone nadzwyczajnymi przeżyciami mistycznymi, związane było z objawieniami Jezusa, w których ukazał On istotę i praktyki kultu Jego Serca. Zatem przedmiotem kultu jest fizyczne Serce Jezusa, które symbolizuje Jego bosko – ludzką miłość. Równocześnie trzeba podkreślić, że mówiąc o Sercu Jezusa mamy na myśli osobę Jezusa w tajemnicy Jego miłości. Natomiast odpowiedzią człowieka jest miłość zadość czyniąca, wyrastająca ze świadomości grzechów w jakich tonie świat.

    Z kultem Najświętszego Serca kojarzy się też „9 pierwszych piątków miesiąca”. Ta pobożna praktyka, z którą wiąże się pewne obietnice Pana Jezusa, wydaje się jednak trochę magiczna. Czy mogłaby Siostra coś więcej o niej opowiedzieć?

    Rzeczywiście, w liście z maja 1688 r. do przełożonej klasztoru wizytek w Dijon św. Małgorzata Maria Alacoque napisała:  „Pewnego razu w piątek, w czasie Mszy św. Serce Boże wypowiedziało, jeżeli się nie mylę, te słowa do swej niegodnej niewolnicy: «Obiecuję ci w nadmiarze miłosierdzia mojego Serca, że Jego wszechmocna miłość użyczy łaski ostatecznej pokuty tym wszystkim, którzy będą przyjmować Komunię św. przez 9 pierwszych piątków miesiąca. Umrą w mojej łasce i przyjmą Sakramenty Święte. Moje Boskie Serce stanie się dla nich pewnym schronieniem w ostatniej chwili życia»”. Magisterium Kościoła oficjalnie nie odniosło się do teologicznej prawdziwości tej obietnicy, ale nigdy też jej nie zaprzeczyło. Musimy pamiętać, że nie chodzi tu nasze zasługi czy wypełnienie sprawiedliwości, ale o przejaw Miłosierdzia Bożego, które nie zna granic.

    Czy nie wydaje się Siostrze, że ta pobożność wokół Serca Jezusowego jest trochę sfeminizowana? Czy w kulcie Najświętszego Serca mężczyźni również znajdują jakąś przestrzeń wzrostu duchowego?

    Może wynika to z tego, że przewagę ilościową w naszych kościołach stanowią kobiety. Ich struktura psychofizyczna jest bardziej wrażliwa na sprawy duchowe, jak również idea współcierpienia i wynagradzania Bogu za grzechy chyba bardziej bliska niż mężczyznom. Jednak uważam, że kult Serca Bożego jest dla wszystkich. Przykładem mogą być ostatnio kanonizowani papieże: Jan XXIII i Jan Paweł II, gorliwi propagatorzy tego kultu, oraz wielu innych mężczyzn, którzy przyczynili się do jego rozwoju. Św. Jan XXIII, od chrztu poświęcony Jezusowemu Sercu, z wiekiem wyznał: „Jestem przekonany, że byłbym gotowy przelać krew dla sprawy Najświętszego Serca”. Obydwaj papieże wzrastali u „Źródła życia i świętości” i z pewnością każdy wierzący mężczyzna może tam znaleźć swoje miejsce.

    W Krakowie z siostrami wizytkami – Zakonem Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, a więc wydawałoby się – zgromadzeniem raczej maryjnym, kojarzy się właśnie kult Najświętszego Serca. Przede wszystkim dzięki Arcybractwu Straży Honorowej Najświętszego Serca Pana Jezusa. Czy mogłaby Siostra opowiedzieć o tej wspólnocie?

    Pomimo podeszłego wieku – wkrótce będziemy świętować 150 lat istnienia w Polsce –wspólnota arcybracka wciąż jest atrakcyjna dla tych, którzy w kulcie Serca Pana Jezusa znajdują realizację swoich potrzeb duchowych. Stanowi on bowiem cenny depozyt chrześcijańskiej tożsamości. Straż Honorowa NSPJ założona przez s. Marię od Najświętszego Serca Bernaud, prawie dwieście lat po objawieniach w Paray-le-Monial, poprzez codzienną „Godzinę obecności przy Sercu Jezusa” oraz inne praktyki związane z tym kultem po dzień dzisiejszy realizuje swoją misję w świecie.

    W Polsce ośrodki Straży znajdują się w ponad 400 parafiach, kilku seminariach i domach zakonnych. Więcej o charyzmacie i misji Arcybractwa, jego historię i aktualne wydarzenia można znaleźć na stronie: strazhonorowa.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Opat z Fontgombault:

    Komunia po komunii, nasze serca stają się jak serce samego Chrystusa

    Radio Maryja.pl

    ***

    Przyjmowanie Komunii Świętej oznacza udanie się do niewyczerpanego źródła, które przekształci nasze jestestwo. Jezu cichy i pokornego serca, uczyń nasze serca według Serca Twego… Takie są owoce Eucharystii. Komunia po komunii, nasze serca coraz bardziej i bardziej przypominają serce Chrystusa. Żyją Jego życiem, uczą się miłować tak, jak miłował On sam, to znaczy oddając życie za swoich przyjaciół.

    Homilia o. Jeana Pateau, opata z Fontgombault na uroczystość Bożego Ciała

    Fac cor nostrum secundum Cor tuum.

    Uczyń serca nasze według Serca Twego.

    (wers z litanii do Serca Pana Jezusa)

    Drodzy bracia i siostry,

    Moi wielce umiłowani synowie,

    Uroczystość Najświętszej Trójcy, którą obchodziliśmy w minioną niedzielę, zamknęła cykl liturgiczny poświęcony tajemnicom chrześcijańskim. Dwie uroczystości dopełniają tego cyklu: Boże Ciało oraz uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Pierwsza z nich sięga korzeniami XIII wieku. Druga wpisuje się w rozwój nabożeństwa do Serca Jezusowego w średniowieczu w związku z objawieniami w Paray-le-Monial w latach 1673-1675. Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa jest celebrowana na całym świecie dzięki decyzji papieża Piusa IX z 1856 roku.

    27 grudnia [2023 roku] rozpoczął się wielki jubileusz 350. rocznicy objawień św. Małgorzacie-Marii [Alacoque], w rocznicę pierwszego z głównych objawień. Zakończy się 27 czerwca 2025 roku w uroczystość Najświętszego Serca. Jubileusz ten zachęca nas do przemyślenia związku tych dwóch uroczystości.

    Na pierwszy rzut oka wydaje się, że różni je wszystko. Sama nazwa Bożego Ciała w języku francuskim – Fête-Dieu, Święto Boga – przywołuje na myśl Boga niebios i ziemi, Wszechmogącego, Pana Zastępów, tak bardzo odległego od ludzi… Odwrotnie jest z sercem – nawet Najświętszym Sercem – które kojarzy się z wrażliwością. Serce nadaje życiu rytm swoim biciem; wiemy aż za dobrze, że ostatnie z jego uderzeń wyznaczy godzinę naszej śmierci. Oddziaływanie na serce, ranienie go – oznacza oddziaływanie na samo życie, ranienie życia, a nawet jego zniszczenie. Jeżeli potraktujemy słowo „serce” przenośnie, odnosząc je do życia braterskiego, rodzinnego i społecznego, zobaczymy, że serce może być czasami zamknięte, wykluczać naszych bliźnich – albo, przeciwnie, płonąć pragnieniem ich pożarcia.

    Co mają ze sobą wspólnego z jednej strony Serce odwieczne, niewzruszone i niezniszczalne – a z drugiej serce ludzkie, tak bardzo słabe?

    Tak mówi tekst dzisiejszej Ewangelii, zaczerpnięty z nauczania Jezusa w synagodze w Kafarnaum:

    Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. […] Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki (J 6, 55 – 58).

    Żydzi szemrali już wtedy, kiedy Pan powiedział: Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie (J 6, 35). Słowa te wydawały im się skandaliczne. Już wystarczy. Wielu uczniów odeszło, przestało za Nim chodzić.

    W naszych czasach to obojętność jest główną przeszkodą dla daru miłości, który Pan chce nam ofiarować w swoim Ciele i Krwi. Świadczy o tym pustoszenie kościołów i zwalczanie kultury chrześcijańskiej, postrzeganej jako przestarzała. Czy my sami z kolei potrafimy – jak poleca św. Paweł w dzisiejszym liście – rozpoznać ciało Pana, kiedy idziemy do komunii? Jak możemy rozpoznać Jego ciało w tak niewielkiej ilości chleba?

    Skierujmy się do Krzyża, gdzie Pan, zawoławszy donośnym głosem, oddał właśnie ducha. Kiedy człowiek umiera, jego ciało ogarnia cisza. W tym wypadku tak się nie stało. Jak zaświadczył św. Mateusz:

    A oto zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać. Groby się otworzyły i wiele ciał Świętych, którzy umarli, powstało. I wyszedłszy z grobów po Jego zmartwychwstaniu, weszli oni do Miasta Świętego i ukazali się wielu. Setnik zaś i jego ludzie, którzy odbywali straż przy Jezusie, widząc trzęsienie ziemi i to, co się działo, zlękli się bardzo i mówili: «Prawdziwie, Ten był Synem Bożym» (Mt 27, 51-54).

    Skonfrontowani z pozbawionym życia ciałem Jezusa, centurion i strażnicy rozpoznali obecność Syna Bożego. Św. Jan przywołuje postać żołnierza, który wkrótce potem przebił bok Pana włócznią i sięgnął Jego serca: …i natychmiast wypłynęła krew i woda (J 19, 34). Dodał natychmiast: Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli (J 19, 35).

    Rzeczywiście, chodzi tutaj o wiarę: o zobaczenie w ranie otwartego Serca niewyczerpanego strumienia łaski sakramentalnej, który jest wylewany na każdego człowieka dobrej woli, dzięki czemu tak często otrzymujemy i pokarm i napój w Eucharystii.

    Kiedy serce przestaje bić, oznacza to śmierć człowieka; jest świadectwem ludzkiego końca. Jednak nie w przypadku Syna Bożego. Jeżeli Bóg jest Bogiem, by tak rzec, jeżeli chciał przybrać ciało, to mógł po prostu wystawić swoje Serce na przebicie. Śmierć Jezusa na krzyżu nie jest końcem życia. Jest odnowieniem życia, wszelkiego życia, ponownymi narodzinami ofiarowanymi każdemu człowiekowi dla nieskończonego życia.

    Przyjmowanie Komunii Świętej oznacza udanie się do niewyczerpanego źródła, które przekształci nasze jestestwo. Jezu cichy i pokornego serca, uczyń nasze serca według Serca Twego… Takie są owoce Eucharystii. Komunia po komunii, nasze serca coraz bardziej i bardziej przypominają serce Chrystusa. Żyją Jego życiem, uczą się miłować tak, jak miłował On sam, to znaczy oddając życie za swoich przyjaciół.

    Najświętszy Sakrament będzie adorowany pomiędzy mszą a nieszporami; tak stanie się również w następną niedzielę oraz w uroczystość Najświętszego Serca, podobnie jak w każdą niedzielę pomiędzy noną a nieszporami; prośmy wówczas naszego Pana o to, by kontynuował i dopełnił dzieła głębokiego przeobrażenia naszego życia, naszych serc. Niech ofiaruje nam to serce, które nie umiera, serce, które nie męczy się nawet wówczas, kiedy praktykuje bezkresną miłość, po prostu dlatego, że czerpie z miłości samego Serca Jezusa. Niech ofiaruje nam serce, które ma za motto następujące wersy z hymnu do miłości:

    Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka  poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma (1 Kor, 4 – 7).

    Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim (J 6, 56).

    Amen, Alleluja.

    źródło: rorate-coeli.blogspot.com/PCh24.pl/Pach

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Profesor de Mattei:

    Czerwiec to miesiąc Najświętszego Serca.

    Prośmy w nim o nawrócenie własne i całej ludzkości

    Tak jak miesiąc maj jest poświęcony Matce Bożej, tak czerwiec jest tradycyjnie poświęcony Najświętszemu Sercu. Nabożeństwo do Niego towarzyszy życiu duchowemu każdego katolika i każdego roku w miesiącu czerwcu musi być odnawiane, pielęgnowane, pogłębiane – przypomina profesor Roberto de Mattei w artykule na łamach portalu Voice of Family.

    Jak zwraca uwagę włoski historyk, pielęgnowanie i pogłębianie tego nabożeństwa nie sprowadza się do jego aspektu sentymentalnego, choć i on jest on istotny, ponieważ każde prawdziwe nabożeństwo pochodzi z serca. Trzeba jednak jeszcze używać rozumu do refleksji nad jego naturą i znaczeniem. „W przypadku nabożeństwa do Najświętszego Serca można to zrobić poprzez ponowne przeczytanie trzech encyklik, napisanych przez trzech różnych papieży” – wskazuje autor komentarza.

    Jako pierwszy papieski dokument profesor wymienia Annum Sacrum autorstwa Leona XIII, datowany na 25 maja 1899 roku. Ojciec Święty wzywa tam ludzi, rodziny i narody do poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusa. Jest to lekarstwo na zło trapiące ludzkość.

    „Zbłądziliśmy i musimy wrócić na właściwą drogę; ciemność zaćmiła nasze umysły, a ciemność musi zostać rozproszona przez światło prawdy; śmierć nas ogarnęła, a my musimy uchwycić się życia. W końcu stanie się możliwe, aby nasze liczne rany zostały uleczone i wszelka sprawiedliwość ponownie zakwitła z nadzieją na przywrócenie władzy; aby wspaniałość pokoju została odnowiona, a miecze i broń opadły z rąk, kiedy wszyscy ludzie uznają królestwo Chrystusa i chętnie będą posłuszni Jego słowu, i każdy język wyzna, że ​​Pan nasz Jezus Chrystus jest w chwale Boga Ojca (Flp 2:11)” – cytuje prof. de Mattei.

    Drugą przypomnianą przezeń encykliką jest Miserentissimus Redemptor (8 maja 1928) papieża Piusa XI. Autor zachęca do poświęcenia się Najświętszemu Sercu, przez które ofiarujemy się Bogu w ramach pokuty i zadośćuczynienia za grzechy własne i innych ludzi.

    Trzecią encykliką przywołaną przez autora tekstu na łamach thevoiceofthefamily.com, jest Haurietis Aquas (15 maja 1956). Pius XII zaznacza, iż „objawienia św. Małgorzacie Marii [Alacoque] nie wniosły nic nowego do doktryny katolickiej. Ich znaczenie polegało na tym, że Chrystus Pan nasz, odsłaniając swoje Najświętsze Serce, zechciał w sposób zupełnie niezwykły zaprosić umysły ludzkie do kontemplacji i nabożeństwa do tajemnicy miłosiernej miłości Boga wobec rodzaju ludzkiego. W tej szczególnej manifestacji Chrystus wyraźnie i wielokrotnie powtarzał słowa wskazujące na swoje Serce jako na symbol, przez który ludzie powinni być pociągnięci do poznania i uznania Jego miłości; a jednocześnie ustanowił ją jako znak lub rękojmię miłosierdzia i łaski dla potrzeb Kościoła naszych czasów”.

    „Ale wspominając nabożeństwo do Najświętszego Serca, jakże nie kojarzyć go z nabożeństwem do Niepokalanego Serca Maryi, stworzenia, które bardziej doskonale niż ktokolwiek inny zrozumiało i umiłowało Boskiego Odkupiciela?” – pyta retorycznie autor.

    Profesor cytuje treść modlitwy, której anioł nauczył trzech pastuszków w Fatimie jesienią 1916 roku, przed rozpoczęciem następujących kilka miesięcy później objawień Matki Bożej:

    „Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty, wielbię Cię najgłębiej i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, na zadośćuczynienie za zniewagi, świętokradztwa i obojętność, które tak bardzo Go obrażają. I przez nieskończone zasługi Najświętszego Serca Jezusowego i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników”.

    „Przez nieskończone zasługi Najświętszego Serca Jezusowego i przez wstawiennictwo Niepokalanego Serca Maryi prośmy więc o nawrócenie biednych grzeszników, nawrócenie całej ludzkości, ale przede wszystkim o nasze własne nawrócenie” – wzywa prof. de Mattei.

    PCh24.pl/źródło: thevoiceofthefamily.com

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Litania do Serca Pana Jezusa

    Ołtarz Najświętszego Serca Jezusowego w bazylice św. Piotra

    Ołtarz Najświętszego Serca Jezusowego w bazylice św. Piotra
     fot. Włodzimierz Rędzioch

    ***

    Wszechmogący, wieczny Boże, wejrzyj na Serce najmilszego Syna swego i daj się przebłagać tym, którzy żebrzą Twojego miłosierdzia

    Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.
    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.

    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Serce Jezusa, Syna Ojca Przedwiecznego, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w łonie Matki Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, ze Słowem Bożym istotowo zjednoczone, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, nieskończonego majestatu, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, świątynio Boga, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, przybytku Najwyższego, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, domie Boży i bramo niebios, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, sprawiedliwości i miłości skarbnico, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, dobroci i miłości pełne, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, cnót wszelkich bezdenna głębino, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, wszelkiej chwały najgodniejsze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, królu i zjednoczenie serc wszystkich, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w którym są wszystkie skarby mądrości i umiejętności, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w którym mieszka cała pełnia Bóstwa, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w którym sobie Ojciec bardzo upodobał, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, z którego pełni wszyscyśmy otrzymali, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, odwieczne upragnienie świata, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, cierpliwe i wielkiego miłosierdzia, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, źródło życia i świętości, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, przebłaganie za grzechy nasze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, zelżywością napełnione, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, dla nieprawości naszych starte, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, aż do śmierci posłuszne, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, włócznią przebite, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, źródło wszelkiej pociechy, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, życie i zmartwychwstanie nasze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, pokoju i pojednanie nasze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, krwawa ofiaro grzeszników, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, zbawienie ufających Tobie, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, nadziejo w Tobie umierających, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, rozkoszy wszystkich Świętych, zmiłuj się nad nami.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    K: Jezu cichy i pokornego serca,
    W: Uczyń serca nasze według Serca Twego.

    Módlmy się. Wszechmogący, wieczny Boże, wejrzyj na Serce najmilszego Syna swego i na chwałę, i zadośćuczynienie, jakie w imieniu grzeszników Ci składa, † daj się przebłagać tym, którzy żebrzą Twojego miłosierdzia, * i racz udzielić przebaczenia w imię tegoż Syna swego, Jezusa Chrystusa, który z Tobą żyje i króluje na wieki wieków. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Historia litanii do Najświętszego Serca Pana Jezusa

    Czerwiec poświęcony jest Jezusowi Chrystusowi, którego w tym czasie czcimy w sposób szczególny w nabożeństwach dedykowanych Jego Najświętszemu Sercu. Jest ono – jak nauczał papież Leon XIII (+1903) gorący orędownik kultu Serca Jezusowego – “symbolem i żywym obrazem nieskończonej miłości” Jezusa do wiernych.

    Nabożeństwa czerwcowe, odprawiane w obecnej formie, pojawiły się dość późno, bo dopiero w XIX wieku. Sam kult Serca Jezusowego został już wcześniej zainicjowany przez św. Małgorzatę Marię Alacoque (1647-1690) – francuską wizytkę.

    16 czerwca 1675 r., kiedy siostra św. Małgorzata Maria Alacoque modliła się w kaplicy klasztoru w Paray-le-Monial we Francji, po raz trzeci objawił się jej Pan Jezus. Powiedział wówczas do niej: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że niczego nie szczędziło aż do wyczerpania i wyniszczenia się, by im dać dowody swojej miłości.”

    Znamienne wydarzenie w wielbieniu Serca Jezusowego miało miejsce w Marsylii, gdy w mieście w 1720 roku olbrzymie żniwo zbierała zakaźna choroba – cholera. Biskup tego miasta postanowił szukać ratunku w Miłosiernym Sercu Jezusa. Specjalnym dekretem zarządził uroczyste poświęcenie swej diecezji Sercu Jezusa. Akt poświęcenia odmówiono 1 listopada 1720 roku. Ledwo umilkły pokutne śpiewy, a ta zaraźliwa choroba przewodu pokarmowego zaczęła szybko ustępować. W rok po zażegnaniu epidemii ordynariusz Marsylii nakazał odprawianie nowenny do Najświętszego Serca Jezusowego.

    Kult Serca Jezusowego przybierał najrozmaitsze formy. Samo zaś nabożeństwo czerwcowe pojawiło się w Paryżu w pierwszej połowie XIX wieku za sprawą zakonnicy – Anieli de Sainte-Croix. Otóż podczas dziękczynienia po przyjęciu Jezusa w Komunii Św. pomyślała ona, że skoro maj jest poświęcony Matce Bożej, to dobrze byłoby ofiarować czerwiec Sercu Jezusa. Podzieliła się tym pomysłem z innymi. Była to myśl na tyle trafna, że została dosyć szybko oficjalnie zaakceptowana przez kościelną hierarchię. Papież Pius IX zatwierdził nabożeństwo czerwcowe jako oficjalną modlitwę Kościoła w roku 1873.

    W Polsce nabożeństwa czerwcowe odmawiano już od 1857 r. Nabożeństwa ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa były znane najpierw w klasztorach Wizytek w Warszawie, Krakowie i Lublinie. Potem zostały zaaprobowane przez biskupa Lublina i polecone do odprawiania w jego diecezji. Następnie rozprzestrzeniły się na terenie całego kraju.

    Nabożeństwo czerwcowe składa się z dwóch podstawowych elementów:

    • adoracji Najświętszego Sakramentu oraz
    • Litanii do Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    Oryginalny tekst, ułożony przez siostrę Annę Magdalenę Remusat z Marsylii liczył 27 wezwań. 12 z nich zakonnica ta zaczerpnęła od jezuity, ojca Jana Croiset, który już w 1691 roku w ten sposób czcił Serce Pana Jezusa i dał początek tej pięknej modlitwie. Dodatkowe 6 odmawianych współcześnie wezwań dołożyła rzymska Kongregacja Wiary przy ostatecznym zatwierdzeniu tekstu litanii w 1899 roku. Litania obecna licząca 33 prośby, upamiętnia symboliczną liczbę lat życia Jezusa na ziemi.

    Układ wezwań litanii do Bożego Serca składa się w logiczną całość. Można w niej wyróżnić trzy części wezwań:

    • Pierwsza część dotyczy stosunku Jezusa do Ojca i Ducha Świętego (Serce Jezusa, Syna Ojca Przedwiecznego, Serce Jezusa, w łonie Matki Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone, Serce Jezusa, ze Słowem Bożym istotowo zjednoczone, Serce Jezusa, nieskończonego majestatu, Serce Jezusa, świątynio Boga, Serce Jezusa, przybytku Najwyższego, Serce Jezusa, domie Boży i bramo niebios). Odmawiając tę część wchodzimy w kontemplację relacji Serca Jezusa z Trójcą Świętą.
    • Druga część wezwań dotyczy przymiotów Serca Jezusowego (Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości, Serce Jezusa, sprawiedliwości i miłości skarbnico, Serce Jezusa, dobroci i miłości pełne, Serce Jezusa, cnót wszelkich bezdenna głębino, Serce Jezusa, wszelkiej chwały najgodniejsze, Serce Jezusa, królu i zjednoczenie serc wszystkich, Serce Jezusa, w którym są wszystkie skarby mądrości i umiejętności, Serce Jezusa, w którym mieszka cała pełnia Bóstwa).
    • Trzecia część litanii akcentuje stosunek Bożego Serca do ludzi (Serce Jezusa, z którego pełni wszyscyśmy otrzymali, Serce Jezusa, odwieczne upragnienie świata, Serce Jezusa, cierpliwe i wielkiego miłosierdzia, Serce Jezusa, hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają, Serce Jezusa, źródło życia i świętości, Serce Jezusa, przebłaganie za grzechy nasze, Serce Jezusa, zelżywością napełnione, Serce Jezusa, dla nieprawości naszych starte, Serce Jezusa, aż do śmierci posłuszne, Serce Jezusa, włócznią przebite, Serce Jezusa, źródło wszelkiej pociechy, Serce Jezusa, życie i zmartwychwstanie nasze, Serce Jezusa, pokoju i pojednanie nasze, Serce Jezusa, krwawa ofiaro grzeszników, Serce Jezusa, zbawienie ufających Tobie, Serce Jezusa, nadziejo w Tobie umierających, Serce Jezusa, rozkoszy wszystkich Świętych).

    Wszystkie wezwania w tekście owej litanii mają głębokie odniesienie do Pisma Świętego. Większość z nich jest prawie dosłownym cytowaniem Biblii, a inne biorą z niej natchnienie. Każde wezwanie zostało poprzedzone zwrotem Serce Jezusa. Wypowiadając te dwa słowa mamy na myśli samego Chrystusa, który kocha nas swoim Sercem. Owo Serce jest symbolem całego Miłosierdzia i Miłości, jaką Chrystus ma dla ludzi. Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we mnie, niech przyjdzie do mnie i pije, gdyż – jak zapowiedziało Pismo – strumienie wody żywej popłyną z mojego serca. W tych słowach Jezus objawił najgłębszą tajemnicę Swojego Serca. Jest ono źródłem żywej wody, która, jak określa św. Jan, oznacza Ducha Świętego (por. J 7, 39). Inaczej mówiąc, dary Ducha Świętego wypływają z samego wnętrza, z Serca Chrystusa Pana.

    Wielkim zwolennikiem i czcicielem Serca Jezusowego był Ojciec Święty Jan Paweł II, który wielokrotnie dawał wyraz swej radości z faktu, że w Polsce ta forma pobożności jest wciąż obecna. W Elblągu w 1999 r. powiedział: “Cieszę się, że ta pobożna praktyka, aby codziennie w miesiącu czerwcu odmawiać albo śpiewać Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa, jest w Polsce taka żywa i ciągle podtrzymywana”. Jest to pochwała, ale i zadanie dla nas – katolików, rodaków Jana Pawła II. Zadanie, aby te nabożeństwa przetrwały i były kultywowane przez kolejne pokolenia.

    WSPÓLNOTA W SERCU JEZUSA
    www.odnowa.jezuici.pl/wsercujezusa

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tylko „zapalony” może zapalać.

    O czci do Najświętszego Serca Pana Jezusa

    (fot. Andreas F. Borchert, CC BY-SA 3.0 DE , via Wikimedia Commons)

    ***

    Patrząc na obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa, porusza człowieka Jego „rozpłomienienie” – nie sposób nie odnieść tego do jednego z wezwań Litanii do Serca Bożego: „Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości…”. Obraz ten ukazuje niekończącą się nigdy miłość Boga do człowieka. Przecież ludzie jak mówią o miłości to wskazują na serce i jest to przekaz niewerbalny, a dodałbym także uniwersalny, bo zrozumiały dla wszystkich ludzi. Bóg objawia swe Serce – mówi w rozmowie z PCh24.pl o. Robert Więcek SJ.

    Proszę Ojca, co przedstawia obraz Serca Pana Jezusa?

    – Jest wiele obrazów – przedstawień Serca Pana Jezusa. Są medaliki, a także figury i to pokaźnych niekiedy wymiarów – ta najbardziej znana w Rio de Janeiro ma 35 metrów wysokości – mówimy o dziesięciopiętrowym wieżowcu. Rzadkością są kościoły, w których nie ma obrazu Serca Pana Jezusa. Sam obraz przedstawiać może samo Serce, albo osobę Pana Jezusa, który wskazuje na swe serce. Wizerunki możemy spotkać wszędzie. Niedługo przed II wojną światową w Poznaniu stał monumentalny pomnik Serca Jezusowego na placu przed zamkiem. Figura wysoka na cztery metry, miała serce szczerozłote, dar matek katolickiego Poznania. Pomnik zburzyli Niemcy zaraz po wkroczeniu do miasta i do dziś go nie odbudowano.

    Pomnik Serca Jezusowego wystawiono na jednym ze szczytów And, dzielącym państwa: Chile, Argentynę i Boliwię, jako znak pojednania za zakończenie wojny między państwami. W Polsce mamy około 400 kościołów oraz kilkadziesiąt kaplic pod tym wezwaniem. Oto niektóre znane w świecie kościoły: w Paryżu na Montmartre (Wzgórze Męczenników), w Paray-le-Monial, w pobliżu Barcelony na Górze Tibidabo, narodowa Bazylika Najświętszego Serca w Brukseli czy też Bazylika Serca Pana Jezusa w Krakowie, konsekrowana w 1921 roku – wotum Narodu Polskiego za odzyskanie niepodległości. Motywem wiodącym jest ukazanie Serca Boga, miłości Bożej, które kocha bezgranicznie człowieka.

    Czego symbolem jest Serce Pana Jezusa?

    Patrząc na obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa, porusza człowieka Jego „rozpłomienienie” – nie sposób nie odnieść tego do jednego z wezwań Litanii do Serca Bożego: „Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości…”. Obraz ten ukazuje niekończącą się nigdy miłość Boga do człowieka. Przecież ludzie jak mówią o miłości to wskazują na serce i jest to przekaz niewerbalny, a dodałbym także uniwersalny, bo zrozumiały dla wszystkich ludzi. Bóg objawia swe Serce.

    W przedstawieniach osoby Pana Jezusa i Jego Serca jest wskazanie na Zmartwychwstałego i Jego łagodne i pełne miłości spojrzenie. To ewangeliczne „spojrzał z miłością” prowadzi do odsłonięcia szaty, by pośrodku zobaczyć Jego Serce, z którego wypływają zdroje wszelkich łask. To symbol Boga, który nic nie zostawia dla siebie, który daje się całkowicie – czego wyrazem jest sakrament Eucharystii, w którym możemy uczestniczyć. Serce Boże w sposób nierozerwalny połączone jest z Eucharystią.

    Co oznaczają płomienie w Sercu Pana Jezusa?

    Z Serca Pana Jezusa wychodzą płomienie ognia. To przecież powszechny sposób opisu wielkiej i żarliwiej miłości. Miłość płonie! W obrazie Serca Pana Jezusa ogień wydobywa się z rany. Zadanej i ciągle zadawanej. Odpowiedzią na zadawane rany jest strumień miłości, a dokładniej – ogień miłości. Miłość prawdziwa zapala i rozpala – do czerwoności. To lekarstwo na oziębłość naszych serc.

    Płomienie i ciepło są przymiotami żywiołu. Bo miłość jest żywiołowa, a dokładniej życiodajna i życionośna. Dlatego te płomienie połączyć można z płomieniami, które ukazały się nad uczniami w Wieczerniku u dniu Pięćdziesiątnicy. To symbole Ducha Świętego, który jest dany każdemu wierzącemu, aby roznosić na cały świat Dobrą Nowinę.

    Jesteśmy świadkami żarliwości Boga względem człowieka. Płonie i płonąć nie przestaje jak krzak na pustyni, który widzi Mojżesz i z ciekawością podchodzi, by usłyszeć: „Zdejmij sandały, bo ziemia, na której stoisz jest święta” (por. Wj 3). To także ogień, do którego zostali wrzuceni młodzieńcy nieposłuszni rozkazom Nabuchodonozora, który ich nie strawił, a pozwolił przechadzać się i uwielbiać Boga (por. Dn 3).         

    Nie sposób też nie wspomnieć o żarliwości o „dom”, która porusza Serce Boże, o Kościół, o każdego człowieka. Pomocą niech będą słowa Pana Jezusa z Ostatniej Wieczerzy: „Gorąco pragnąłem spożyć Paschę z wami” (Łk 22, 16) czy z krzyża Jezusowe wołanie „Pragnę”.   

    Co oznacza krzyż na Sercu Pana Jezusa?

    Krzyż kieruje nasz wzrok na Golgotę, gdzie dokonało się nasze zbawienie – wybuch nieograniczony miłości Ojca i Syna i Ducha. Krzyż ten rodzi się z płomieni miłości. W wizerunkach Serca Jezusa na dłoniach Pana Jezusa widać ślady po gwoździach – to świadectwo Jego męki i śmierci krzyżowej, którą poniósł za nasze grzechy. To samo mówi korona cierniowa, otaczająca Serce Boże – lekarstwo na pychę. Żar (żarliwość), o którym wyżej wspomnieliśmy, jest tak ogromny, że Syn oddaje życie za nas, za tych, których kocha. Krzyż i Serce to wychodzenie Boga w stronę człowieka z orędziem miłości miłosiernej. Miłość jak na dłoni…

    Wierząc w miłość i Miłości prowadzi do przyjęcia i podjęcia cierni i krzyża. Serce Jezusa jest ciche i pokorne na każdym etapie ziemskiej pielgrzymki. Także i teraz w swej obecności na naszych ołtarzach w Najświętszym Sakramencie czy w tabernakulach. Otoczony jest płomieniami – nie spalającymi i niszczącymi, a dającym nadzieję.      

    Ten krzyż woła: „Chcesz iść za Mną?” Wpatrując się w Me Serce, kontemplując Mą miłość do ciebie czy chcesz iść za Mną, moimi śladami? Weź krzyż oznacza weź miłość, weź udział w miłości Bożej. Zanurz się w nią. Zaczerpnij. Pozwól się nią ogarnąć.    

    Z którymi objawieniami związany jest kult Serca Pana Jezusa?

    Możemy powiedzieć, że fundamentalnym objawieniem związanym z kultem Serca Pana Jezusa jest… Ostatnia Wieczerza i Golgota. To zwieńczenie objawiania się Boga człowiekowi i światu.

    Przyglądając się historii idziemy ku skromnej siostrze zakonnej, wizytce, św. Małgorzacie Marii Alacoque (1647-1690). Ukryta w klasztorze w Paray-le-Monial otrzymała objawienie od Pana Jezusa o Sercu Bożym i krzewieniu tegoż kultu w Kościele. Oczywiście to cały ciąg historyczny etapów objawiania się Boga, Jego przymiotów. Święta miała cztery widzenia.

    W pierwszym usłyszała: „Moje Boskie Serce tak płonie miłością ku ludziom, że nie może dłużej utrzymać tych płomieni gorejących, zamkniętych w moim łonie. Ono pragnie rozlać je za twoim pośrednictwem i pragnie wzbogacić ludzi swoimi Bożymi skarbami”. Warto te słowa odnieść do snutej wyżej refleksji nad promieniami na obrazie Serca Jezusowego. W kolejnych Pan Jezus prosił o konkretne formy czci Serca Bożego.

    Czym jest akt poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa?

    Taki akt, wielokrotnie powtarzany, jest oddaniem się Sercu Pana Jezusa – wejściem w interakcję tzn. Bóg daje mi się całkowicie, wszystko od Niego pochodzi i ku Niemu zmierza, a więc ja (my) chcemy odpowiedzieć tym samym. Pierwszym poświęcającym się człowiekowi jest Pan. My odpowiadamy. To zawarcie przymierza, a więc także akt wyznania wiary i uznania, że w Nim pokładamy nadzieję, że od Niego otrzymaliśmy – odnosząc się do setnej rocznicy poświęcenia Polski – dar niepodległości.

    Dlaczego właściwie nie mówi się o tym, że zaledwie trzy lata temu minęło sto lat od poświęcenia Polski Najświętszemu Sercu Pana Jezusa?

    Bezradnie rozkładam ręce i w szczerości serca mówię, że do końca nie wiem dlaczego tak się stało. Znając historię wielu tego rodzaju „rocznic” i ich przeżywania raczej w większości kończy się na obchodzeniu uroczystości i… potem „obchodzeniu” szerokim łukiem. Może to wynika z tego, że lubimy uroczystości i świętowanie? Może też z tego, że podskórnie odczuwamy, że zaangażowanie się w kult Serca Bożego, w ów akt poświęcenia (się) wymagać będzie konsekwencji, postaw wiary, naśladowania tegoż Serca? Zaczęliśmy od opisu obrazu i rodzi się też pytanie na ile dotyka mnie ten Obraz, na ile porusza mnie Serce Boże i to wszystko, co z nim się wiąże?

    Czemu odnowienie aktu poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa jest praktycznie przemilczane?

    Przemilczane? Nie użyłbym takiego przymiotnika. Są bowiem osoby czy wspólnoty, które dalej żyją tajemnicą Bożego Serca, dodałbym „w zaciszu swego serca”. Zapewne wielu liczyło na wielkie poruszenie. Tymczasem wierzę, że kropla wody jest w stanie rozłupać najtwardsze skały, byle miała na to czas. Jednym z owoców tego odnowienia było wydanie książki pt. „Droga do Serca”, w której zebrano materiały (tzn. artykuły do różnych czasopism czy portali, wywiady, a także rozważanie adwentowe, drogi krzyżowe) z całego czasu przed samym Jubileuszem. Tak został cały materiał ułożony, że stał się „podręcznikiem” do rocznej pracy – zarówno indywidualnej jak i wspólnotowej. W ramach Światowej Papieskiej Sieci Modlitwy (Apostolstwa Modlitwy) w czasopiśmie „Modlitwa i Służba” ukazała się seria artykułów o kulcie NSPJ. Do kilku parafii jezuici krakowscy udali się, by dawać rekolekcje o Sercu Bożym. Także misjonarze od Sercanów poprosili o serię konferencji o kulcie Serca Bożego na nasze czasy. Oni sami wyruszyli do parafii, by zachęcać do oddawania się Sercu Pana Jezusa.           

    Zachęcać, ale to wcale nie jest takie proste, zwłaszcza dziś…

    Coraz bardziej przekonuję się, że na nasze czasy potrzeba pracy osobistej – sam ze sobą i… twarzą w twarz, np. w kierownictwie duchowym. Bez pracy osobistej (i osobowej), bez stawiania pytań i szukania na nich odpowiedzi – nie odkryjemy głębi tajemnicy Serca Bożego. Bo dotyczy to osobistego wyboru i pracy. Tego nie da się narzucić. Osobiste rozważnie da siłę do podejmowania trudnych pytań. Nie straszne będą meandry teologii. W świecie, który cierpi na chroniczny brak miłości prawdziwej, odważnej, cichej i pokornej – mamy głosić taką właśnie, wypływającą z Serca, miłość wymagającą i odpowiedzialną, miłość dającą i szanującą życie, miłość gotową na rezygnację z samego siebie.     

    Wróćmy jeszcze do obietnic dla czcicieli Serca Pana Jezusa. Jedna brzmi: „Osoby, które będą to nabożeństwo rozszerzały, będą miały imię swoje wypisane w Sercu Moim”. Proszę Ojca, jak czcić Serce Pana Jezusa?

    Tylko „zapalony” może zapalać. Jeśli będzie we mnie „gorliwość o dom Boży” – we mnie i wokół mnie, to znajdzie ona właściwe formy do realizacji tego ognia miłości, który zapłonie. Prawdziwa miłość „nigdy się nie kończy”. Nie liczyłbym na wielkie zgromadzenia, fajerwerki wszelkiego kalibru. Jako Krajowy Sekretariat Apostolstwa Modlitwy przygotowujemy publikację pt.: „Ku poświęceniu się Sercu Jezusowemu. Modlitewnik dla każdego”, która ma dopomóc podprowadzić do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. I to jest istotne w tym kulcie – jeśli moje serce przylgnie do Serca Bożego (to jeden z obrazów z objawień św. Marii Małgorzaty, w którym Pan Jezus wziął jej serce i złożył w swoim Sercu) to będę umiał też „zapalać” innych. Wspomniana publikacja ma być też pomocą do poświęcenia małżeństw, rodzin, wspólnot Sercu Pana Jezusa. Bo z takiego przylgnięcia, w którym wypełnia się modlitwa „uczyń serca nasze według Serca Twego”, przyjdzie światło i poprowadzi dalej i głębiej.

    Dziękuję za rozmowę.

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is 11351_13255.jpg

    ***

    Obietnice Najświętszego Serca Pana Jezusa zostały przekazane za pośrednictwem św. Małgorzaty Marii Alacoque, zakonnicy z klasztoru Sióstr Wizytek w Paray-le-Monial:

    1) czciciele otrzymają łaski potrzebne do realizacji ich zadań życiowych, wynikających z obowiązków stanu;
    2) pokój w rodzinach;
    3) pocieszenie w strapieniach;
    4) opiekę Zbawiciela w życiu, szczególnie w godzinę śmierci;
    5) błogosławieństwo w podejmowanych przedsięwzięciach;
    6) grzesznicy znajdą w Bożym Sercu „źródło i ocean miłosierdzia”;
    7) oziębli staną się gorliwymi w swoim życiu religijnym;
    8) gorliwi w wierze szybko staną się doskonałymi;
    9) Pan Jezus będzie błogosławił tym domom, rodzinom, w których jest czczony obraz Boskiego Serca;
    10) imiona osób propagujące to nabożeństwo zostaną zapisane w Sercu Pana Jezusa;
    11) kapłani poruszą najbardziej zatwardziałe serca;
    12) Pan Jezus da łaskę pokuty i będzie „ucieczką” w ostatniej godzinie życia osobom, które przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca będą przyjmowały Komunię Świętą wynagradzającą.

    _________________________________________________________

    Oby te wspaniałe obietnice Najświętszego Serca Pana Jezusa mogły się w nas spełnić – dlatego zachęcajmy się nawzajem do gorliwego praktykowania dziewięciu pierwszych piątków miesiąca.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    9 pierwszych piątków miesiąca.

    Na czym polega to nabożeństwo?

    W pierwszy piątek miesiąca wielu wiernych przystępuje do spowiedzi i Komunii świętej. Na czym polega praktyka 9 pierwszych piątków miesiąca i co się z nią wiąże?

    9 pierwszych piątków miesiąca to nabożeństwo, które jest znane wielu wiernym. Większość dzieci słyszy o nich na katechezie, zachęca się je też do tej praktyki tuż po Pierwszej Komunii. Dla dużej części osób pierwsze piątki miesiąca pozostają już na stałe dniem spowiedzi i komunii świętej. Skąd wzięła się ta praktyka?

    9 pierwszych piątków miesiąca w objawieniach Małgorzaty Marii Alacoque

    Powiedział o niej sam Jezus francuskiej siostrze zakonnej, św. Małgorzacie Marii Alacoque w czasie objawień. Przez ponad półtora roku ukazywał jej On swoje Serce płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami. Św. Małgorzata usłyszała od Jezusa o obietnicach, jakie daje On czcicielom jego Serca.

    Wśród nich pojawia się i ta: „Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.

    Wielka obietnica

    Mówiąc to Jezus ukazał się św. Małgorzacie jako ubiczowany. Z czasem obietnicę tę nazwano „Wielką”, jako największą, jakiej człowiek może dostąpić w czasie ziemskiego życia. Jezus obiecuje praktykującym 9 pierwszych piątków miesiąca, że nie umrą nie będąc w stanie łaskie uświęcającej. W najstarszym polskim miesięczniku katolickim, „Posłańcu Serca Jezusowego”, można przeczytać niezwykłą historię związaną z tą obietnicą.

    Jedna z więźniarek obozu Ravensbrück została wyznaczona do egzekucji. Nie mogła uwierzyć, że po wielokrotnym odprawieniu dziewięciu piątków umrze bez sakramentów świętych. Tak się jednak złożyło, że choć dwukrotnie wzywano ją do tzw. transportu, z którego nie było już powrotu, w obu wypadkach niespodziewanie polecono jej wrócić do obozu. Dotrwała do czasu, gdy do obozu przemycono puszkę z komunikantami. Została stracona w dniu, w którym przyjęła Komunię św.

    9 pierwszych piątków miesiąca. Po pierwsze – Komunia!

    Warto zwrócić uwagę, że Jezus w swojej obietnicy mówi o przyjęciu Komunii świętej w kolejne 9 pierwszych piątków, nie o samej spowiedzi. Aby jednak przystąpić do Komunii, trzeba być w stanie łaski uświęcającej, więc dobrze poprzedzić ją sakramentem pokuty. Stąd w wielu parafiach z racji pierwszego piątku organizuje się dodatkowe dyżury kapłanów w konfesjonałach.

    9 pierwszych piątków miesiąca nie jest bynajmniej praktyką magiczną, nie ma nic wspólnego z zabobonem. Pomaga ona jednak wypracować nawyk regularnej spowiedzi i częstszego, niż tylko w niedzielę, przyjmowania Komunii Świętej.

    W czerwcu szczególną uwagę poświęca się Sercu Jezusa. Codziennie odmawiana jest Litania do Serca Pana Jezusa, a w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała obchodzimy Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Tym bardziej warto właśnie w tym miesiącu rozpocząć praktykę 9 pierwszych piątków.

    os/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Canva.co

    ***

    5 pięknych modlitw do Serca Pana Jezusa,

    które powinien znać każdy

    Serce Jezusa obdarza nas wyjątkową Miłością! Pomódl się tymi niezwykłymi modlitwami na co dzień, by odkrywać tę niezwykłą siłę Miłości Serca Pana Jezusa.

    Czerwiec to czas, w którym naszą szczególną uwagę kierujemy na Serce Pana Jezusa i związane z nim tajemnice oraz obietnice. Wielu świętych doświadczyło niezwykłych łask modląc się do Serca Pana Jezusa.

    Te pięć modlitw pomoże Ci odkryć siłę Miłości Serca Pana Jezusa, które przebite na krzyżu oddało za nas życie!

    1. Modlitwa do Serca Pana Jezusa

    Dziękuję Ci, Panie, że stałeś się człowiekiem i miałeś ludzkie serce. Dlatego czułeś ból i radość. Płakałeś i tęskniłeś. Gromiłeś i przebaczałeś, kochałeś ludzi i chciałeś być przez nich kochanym.

    Dziękuję Ci za to, że nas dzieci, przytulałeś do swego Serca. Za to, że Janowi pozwoliłeś położyć głowę na Twoim Sercu.

    Dziękuję Ci, że pozwoliłeś dla nas otworzyć Twoje Serce włócznią żołnierza. Chyba nie mogłeś okazać nam większej miłości. Będę w pierwsze piątki przyjmował Cię do swego serca, aby podziękować Ci za to, że tak nas ukochałeś, aby wynagrodzić Ci za grzechy moje i innych, którzy Cię nigdy nie przepraszają.

    A gdy moje serce bić przestanie, niech mi zostanie miłość ku Tobie i niech znajdę w Twoim Sercu bezpieczne schronienie. Amen.

    2. Modlitwa Codziennego Ofiarowania Sercu Pana Jezusa

    Boskie Serce Jezusa,

    ofiaruję Ci przez Niepokalane Serce Maryi wszystkie modlitwy, sprawy, prace i krzyże dnia dzisiejszego jako wynagrodzenie za nasze grzechy.

    Łączę je z tymi intencjami, w jakich Ty za nas ofiarowałeś się na krzyżu i nieustannie ofiarujesz się na ołtarzach całego świata.

    Ofiaruję Ci je za Kościół święty katolicki, za Ojca świętego Franciszka i na wszystkie intencje na ten miesiąc i dzień wyznaczone.

    Pragnę też zyskać wszystkie odpusty, jakich dostąpić mogę i ofiaruję je za dusze w czyśćcu. Amen.

    3. Pozdrowienie i Oddanie się Najświętszemu Sercu Pana Jezusa

    Pozdrawiam Cię, Najświętsze Serce Jezusa, Serce mego Zbawiciela, żywe i niewyczerpane źródło szczęścia i życia wiecznego, nieskończona skarbnico Bóstwa. Ty jesteś moją ucieczką, moim ukojeniem, moim wszystkim. Serce pełne miłości, rozpal moje serce świętym żarem, który trawi Twoje Serce. Napełnij moje serce swymi łaskami, które obficie wypływają z Ciebie jak ze źródła. Spraw, niech moja dusza będzie zawsze złączona z Twoją duszą, a moja wola zawsze podporządkowana Twojej woli. Pragnę tylko jednego: aby Twoja święta wola była jedynym moim drogowskazem i jedynym celem wszystkich moich myśli, wszystkich moich pragnień i wszystkich moich czynów.

    O Jezu, z ufnością powierzam się całkowicie dobroci Twego Boskiego Serca. Oddaję Ci moją przeszłość ze wszystkimi wykroczeniami, nędzą i słabością, moją przyszłość i moją duszę na całą wieczność. Tobie oddaję się i powierzam i jestem pewny, że nie zawiedziesz mnie w czasie i w wieczności. Amen.

    4. Modlitwa do Serca Pana Jezusa autorstwa Benedykta XV

    Panie, przychodzę do Ciebie

    Ty jesteś moją jedyną Drogą. Chcę postępować drogą Twoich przykazań, Twoich nauk, Twojego przykładu. Chcę Cię naśladować w posłuszeństwie, wyrzeczeniu, ofierze. To jest droga, która prowadzi do Ciebie, do nieba.

    Jezu, Ty jesteś moim Życiem dzięki łasce uświęcającej. Ona jest życiem naszych dusz. Jesteś mym życiem dzięki Twej nauce. Zawiera ona w sobie słowa życia wiecznego. Ty jesteś Życiem dzięki sakramentom świętym. Oto Chleb Żywy, który przychodzi z nieba. Jesteś moim życiem dzięki Twemu Najświętszemu Sercu. Jest ono źródłem życia dla każdej poszczególnej duszy, jak również uzdrowieniem dla całej ludzkości. Z całego serca wierzę w Twoje Słowo. Głęboko łaknę Eucharystii, Żywego Chleba, który zstąpił z nieba. Szeroko otwieram swe serce na życiodajne źródła łaski wytryskujące z Twojego Serca. Zgadzam się ze wszystkimi Twoimi za-miarami. Niech Twoje Boskie Serce zapanuje nad wszystkimi dziećmi Kościoła i nad całą ludzkością.

    5. Krótka modlitwa św. Tomasza z Akwinu do Serca Pana Jezusa

    Daj mi, Panie, serce wrażliwe,

    aby mnie żadna próżna myśl nie oderwała od Ciebie. Daj mi, Panie, serce szlachetne, aby mnie żadna niegodna Ciebie namiętność nie usidliła. Daj mi, Panie, serce proste i szczere, aby się nie dało opanować przez żadną złą skłonność. Pozwól mi, Panie, znosić Twoje kary w duchu pokuty, a z Twoich dobrodziejstw korzystać rozumnie, abym mógł kiedyś przeżywać wieczną radość w niebieskiej Ojczyźnie.

    redemptor.by/pl/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Serce Jezusa: „w Nim zasypiam bez zmartwień i wypoczywam bez niepokojów”

    SERCE JEZUSA

    Najświętsze Serce – street art/Catherine Leblanc | Godong

    ***

    Chorzy i grzesznicy odnajdują w Przenajświętszym Sercu mojego umiłowanego Jezusa pewne schronienie i spokojnie odpoczywają – pisała św. Małgorzata Maria Alacoque.

    Kult Serca Jezusowego

    Dorota Giebułtowicz (KAI): Miłowanie Boga jest fundamentalnym przykazaniem naszej wiary: „Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił” (Pwt 6,5). Czy potrzebujemy zatem osobnego kultu Serca Jezusowego?

    O. Marek Wójtowicz SJ*: Kontemplacja przebitego Serca Jezusa prowadzi nas do odkrycia Jego wielkiej miłości. Jezus, nasz Pan i Zbawiciel, do końca nas umiłował, objawiając w ten sposób miłość Boga Ojca. Początkowe wezwania Litanii do Serca Jezusa wskazują na trynitarny wymiar pobożności związanej z Sercem Pana Jezusa.

    Chodzi nade wszystko o osobistą, przyjacielską więź z Jezusem, o której w wielu miejscach swojego „Dziennika duchowego” pisze jezuita, św. Klaudiusz la Colombière, spowiednik św. Małgorzaty Alacoque i pierwszy Apostoł miłości do Serca Jezusa. Właśnie on ułożył przepiękną modlitwę powierzenia się Jezusowi.

    Zacytuję krótki jej fragment: „O Jezu! Ty jesteś moim prawdziwym Przyjacielem, moim jedynym Przyjacielem. Ty uczestniczysz we wszystkich moich niepowodzeniach – bierzesz je na siebie; Ty wiesz, jak obrócić je w błogosławieństwa. Słuchasz mnie z największą dobrocią, kiedy powierzam Tobie wszystkie moje kłopoty i zawsze masz coś na uleczenie moich ran”.

    Kult Najświętszego Serca w Kościele powszechnym nawiązuje do prywatnych wizji mistycznych, jakie miała św. Małgorzata Maria Alacoque († 1690). Jak można krótko przedstawić istotę objawień?

    We wspomnienie św. Jana Ewangelisty, 27 grudnia 1673 r., siostra Małgorzata Maria, dzięki mistycznej łasce, została obdarzona poznaniem tajemnic Najświętszego Serca Pana Jezusa. Serce Zbawiciela dało jej odczuć, że jest tak często przez ludzi zapominane, a mimo to wciąż ogarnia hojną miłością każdego człowieka.

    Pan Jezus prosił wizytkę o praktykowanie zadośćuczynienia za niewdzięczność tak wielu ludzi wobec bezgranicznej miłości Boga, objawionej w dramacie Golgoty. Potem następowały kolejne objawienia, podczas których Pan Jezus udzielał jej wskazań o tym, jak szerzyć kult Jego Najświętszego Serca.

    Owocem tych niezwykłych spotkań ze Zbawicielem było wyznanie świętej: „W Najświętszym Sercu Jezusa odnajduję wszystko to, czego brak mi w moim ubóstwie, gdyż jest ono pełne miłosierdzia. Nie znalazłam nigdy skuteczniejszego środka na moje strapienia niż Przenajświętsze Serce mojego umiłowanego Jezusa.

    W Nim zasypiam bez zmartwień i wypoczywam bez niepokojów (…). Chorzy i grzesznicy odnajdują w Nim pewne schronienie i spokojnie odpoczywają. Boskie i umiłowane Serce jest całą moją nadzieją: jest moją ucieczką. Jego zasługi są dla mnie zbawieniem, życiem i zmartwychwstaniem”.

    Kolejne objawienia miały miejsce w 1674 r., podczas których Pan Jezus wyraził żądanie pierwszopiątkowej komunii świętej przyjmowanej w duchu wynagrodzenia. Dnia 16 czerwca 1675 r. nastąpiło tzw. „wielkie objawienie” z deklaracją: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi…”. Pan Jezus domagał się również ustanowienia osobnego liturgicznego wspomnienia.

    Św. Faustyna i Serce Jezusa

    Niektóre sformułowania z objawień św. Małgorzaty bardzo przypominają słowa Jezusa skierowane do św. siostry Faustyny. Zwłaszcza te o gorącym pragnieniu rozdzielania swoich łask, miłosierdziu względem grzeszników, niewdzięczności ludzi i wynagradzaniu za zniewagi, jakich doświadcza Zbawiciel. Czy można dostrzec jakieś analogie między tymi objawieniami, które dzielą trzy wieki?

    W czasie formacji zakonnej w Zgromadzeniu Matki Bożej Miłosierdzia już od nowicjatu siostra Faustyna zetknęła się z żywym kultem Serca Jezusa. Jej spowiednikiem był wtedy jezuita, ojciec Józef Andrasz, który przez wiele lat był redaktorem naczelnym miesięcznika „Posłaniec Serca Jezusowego”, wydawanego od 1872 r. w Krakowie. W klasztornej kaplicy w Łagiewnikach w miejscu, gdzie dzisiaj jest obraz Jezusa Miłosiernego, znajdował się obraz Serca Jezusa.

    W samym „Dzienniczku”, w bardzo wielu miejscach, św. Faustyna pisze, że pragnie się ukryć w Sercu Jezusa. Dostrzegamy to zwłaszcza w tekście Nowenny do Miłosierdzia Bożego, w której kolejne grupy osób, za które się modliła, pragnęła umieścić w przestrzeni Serca Zbawiciela.

    Z pewnością polska mistyczka dobrze znała objawienia świętej wizytki, które głęboko ją poruszały i inspirowały. Z podobną hojnością pragnęła odpowiedzieć na Miłość, która jest wzgardzona i nie jest kochana. Ubolewała, że tak wielu ludzi oddziela od Jezusa mur obojętności i niewdzięczności. Również idea wynagradzania Sercu Jezusa była bardzo droga św. Faustynie.

    Do czego Jezus wzywa tych, którzy pragną poświęcić się Jego Sercu? Czy są to jakieś konkretne zobowiązania?

    Sądzę, że najlepiej wyraża to wezwanie: „Serce Jezusa, uczyń serca nasze według Serca Twego!”. Co to oznacza? Wciąż nie dorastamy do miary miłości, jaką darzy nas Bóg. Pisze o tym Benedykt XVI w encyklice „Deus caritas est”.

    Wciąż jesteśmy zbytnio skoncentrowani na sobie, egoistyczni, zamknięci na Boga i drugiego człowieka. Z tego narcystycznego więzienia może wyzwolić nas przebite na krzyżu Serce Zbawiciela. Jak powinniśmy świadczyć o miłości w życiu codziennym przypomniał nam św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian w rozdziale 13.

    O. Marek Wójtowicz SJ – współpracuje z Krajowym Sekretariatem Apostolstwa Modlitwy w Krakowie. Autor wielu książek, ostatnio wydał: „Serce Jezusa. Bogactwo litanii”, Kraków 2021.

    Katolicka Agencja Informacyjna /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC CZERWIEC 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby emigranci, zmuszeni z powodu wojen lub głodu do pełnej zagrożeń i niebezpieczeństw ucieczki, znaleźli akceptację i nowe perspektywy życia w krajach, które ich przyjmują.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    _______________________________________________________



    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * Panie Jezu Chryste, Twoja miłość jest bez granic – a nasza ludzka niewdzięczność wciąż grzeszy nie tylko wielkim zapomnieniem, ale nawet i wzgardą. Dlatego w te czerwcowe dni pragniemy wynagrodzić Ci naszą oziębłość i wyrządzoną krzywdę, bo one tak bardzo ranią Twoje Najmiłościwsze Serce. Dlatego prosimy o łaskę skruchy, abyśmy mogli wynagradzać modlitwą i pokutą za grzechy swoje i za grzechy tych, którzy błąkają się po niebezpiecznych drogach tego świata. Bądź Pasterzem dla tych już zgromadzonych w Twojej owczarni i Pasterzem szukającym pogubionych w cierniach szatańskich sideł.

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 czerwca modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 29 maja z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ***

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO, MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ISTOCKPHOTO

    ****

    Rozżarzone węgle. Czym jest Żywy Różaniec?

    Wymienianie się tajemnicami nie musi oznaczać szpiegostwa czy plotkarstwa. Może być osią najprężniejszej akcji modlitewnej w historii świata. Posłuchajcie różanych opowieści…

    Na hasło w krzyżówce: „Robotnicy, Róża” odpowiedź nie musi brzmieć: „Luksemburg”. Może być nią Paulina Jaricot, osoba równie bliska lyońskim pracownicom i grupom, których dewiza brzmi: „Różaniec? Stanowczo odmawiam”. Jej pomysł był genialny w swej prostocie. „Piętnaście węgli: jeden płonie, trzy lub cztery tlą się zaledwie, pozostałe są zimne. Ale zbierzcie je razem, a wybuchną ogniem”.

    Nigdy się nie zawiodłam

    – Z Różańcem zaprzyjaźniłam się dwadzieścia lat temu, gdy poznałam orędzie fatimskie, ale odmawiałam go nieregularnie – opowiada Katarzyna Błotny. – Kilka lat temu poszłam na Mszę do swego parafialnego kościoła na katowickim Wełnowcu i zdziwiona zauważyłam, że w prezbiterium śpiewa Henryk Czich, jeden z założycieli popularnej grupy Universe. Miał wiaderko z różami i zachęcał do przystąpienia do tej formy modlitwy. Poszłam po jedną różę i… od czterech lat odmawiam codziennie swoją dziesiątkę. Zawsze, gdy czuję się bezsilna, chwytam za różaniec. Nigdy jeszcze się nie zawiodłam…

    Sam wokalista Universe opowiada: „Wybrałem Jezusa na Pana i Zbawiciela w 2007 roku, w czasie kursu Filip prowadzonego przez gliwicką Szkołę Nowej Ewangelizacji. Pan Bóg przestał być tylko Kimś, w kogo powinno się wierzyć, ale stał się mi bliski. Wyciągnąłem z szafki dawno nieużywane Pismo Święte i bardzo dotknęły mnie słowa: »Otwórz moje wargi, Panie, a usta moje będą głosić Twoją chwałę«. Tej nocy długo nie mogłem zasnąć”.

    Grupy Żywego Różańca istnieją w większości polskich parafii. Ile osób zrzeszają, Pan Bóg raczy wiedzieć… Ponieważ każda grupa jest jednostką autonomiczną i nie łączy się z innymi w struktury, nie można stworzyć bazy danych. Może i dobrze… Nad Wisłą obowiązuje zatwierdzony przez Prymasa Tysiąclecia Ceremoniał Żywego Różańca, opracowany w roku 1977 przez dominikanina Szymona Niezgodę. Odkąd świętujący ćwierćwiecze pontyfikatu Jan Paweł II w liście ­Rosarium Virginis Mariae wprowadził tajemnice światła, w grupie modli się nie piętnaście, jak na początku dzieła, ale dwadzieścia osób.

    Wiem, że Ty wiesz

    – Staram się upolować wolną chwilę już od rana. Najlepsze są dyżury w szkole – uśmiecha się Milena Żak, nauczycielka. – Do intencji za moje dzieci, o to, by nie pogubiły się w życiu i odnalazły swą relację z Jezusem, dorzucam chrześniaków, uczniów… Dorzucam też tych, którzy przyjdą mi tego dnia na myśl. Wybiegam także w przyszłość, bo już dziś modlę się za przyszłych małżonków moich dzieci. Rozpoczynam od przedstawienia intencji, które Pan Bóg zna już na pamięć. (śmiech) Mówię Mu jednak: „Ja wiem, że Ty wiesz, ale mi to pomaga, że Ci o tym opowiem”.

    – W parafii Ducha Świętego w Siemianowicach Śląskich działa prężnie róża różańcowa rodziców. Ludzie wpisywali na listę imiona dzieci, wnuków, chrześniaków – opowiada Beata Górny. – Weszłam w to, bo szukałam konkretu, modlitwy, która będzie dla mnie zobowiązaniem. Dotąd modliłam nieregularnie, a dzięki róży muszę wygospodarować na modlitwę czas, pilnować tego – i bardzo mi to pomaga. Co więcej mogę dać dzieciom, które polecam Bogu? Wierzę, że w tych pełnych zawirowań czasach uchronił je już od wielu niebezpieczeństw, że są w najlepszych rękach. Raz w miesiącu w parafii są odprawiane Msze w intencji róż różańcowych i widać wówczas, jak wiele osób zaangażowanych jest w to dzieło!

    Jeden za drugiego

    – Gdy trafiłem do Bytomia, nie było tu żadnych wspólnot – opowiadał mi przed laty Rafał Kogut, franciszkanin. – Zaczęliśmy od powołania wspólnoty Żywego Różańca. Dlaczego? Zależało mi na tym, by ludzie modlili się za parafię.

    – Przez lata miałam problemy z Różańcem, odmawianie go sprawiało mi sporą trudność, więc dołączenie do róży było dla mnie wyzwaniem – mówi Aleksandra Nowojska z Siemianowic Śląskich. – Zaryzykowałam, bo napędzała mnie myśl, że nie tylko ja sama będę modliła się za moje dzieci, ale otoczy je modlitwa całej grupy. I to do końca ich życia! Zachwyciła mnie ta zasada naczyń połączonych, ludzi, którzy wzajemnie sobie błogosławią. Swą małą cegiełkę dokładam do tego zawsze rano, gdy tylko wstanę…

    Pół godziny nikogo nie zbawi

    Kończy się majowe i większość ludzi wychodzi z kościoła. Na Eucharystii pozostaje jedynie część wiernych. Z jednej strony świadczy to o tym, że piękne maryjne nabożeństwa są wciąż nad Wisłą niezwykle popularne, a z drugiej rodzi się pytanie, czy właściwie rozłożyliśmy akcenty. Hitem stał się lapsus językowy jednego z proboszczów, który rzucił: „Po Różańcu będzie Msza Święta. Zostańcie, te pół godziny nikogo nie zbawi!”.

    Różaniec jest mi bliski. Nie rozumiem jednak tych, którzy opowiadają o tym, jak łatwą jest modlitwą. – To jest bardzo trudna modlitwa – mówił mi o. Joachim Badeni. – Ona jest łatwa jedynie na poziomie najniższym. To dotyczy ludzi prostych, bez wykształcenia. Natomiast jeśli przyjdzie ktoś, kto się zajmuje naukowo np. hodowlą mrówek, to to całe różańcowe mówienie może mu przeszkadzać w myśleniu. On woli myśleć: nawet jeśli nie o tych swoich mrówkach, to o Matce Boskiej. I twierdzi, że tam, gdzie jest miłość, mówienie nie jest potrzebne. Milcząca miłość matki jest bardziej wymowna niż tłumaczenie dziecku, że się je kocha. Ludzie wykształceni boją się gadania. A można zagadać Matkę Boską! Człowiek potrafi właściwie w tej dziedzinie wszystko. Naukowiec boi się właśnie takiego zagadania i… przeżywa kryzys Różańca. Co zrobić? Wchodzić stopniowo w życie Maryi i Jezusa, a po pewnym czasie te tajemnice rodzą się we mnie. Do tego dojdzie i intelektualista, i prosty człowiek. Myślę, że gdybym był jednym z asysty dworu Pana Zastępów, to usłyszałbym: „Mnie się podoba modlitwa, w której jest mowa o Matce Mego Syna. I tę modlitwę obdarzę licznymi łaskami”. Tak to sobie wyobrażam.

    Róża zamiast kołysanki?

    Masz problemy z zasypianiem? Zapisz się do róży różańcowej i modlitwę odłóż na ostatnią chwilę dnia. Nic tak nie usypia jak zdrowaśki – taką „złotą radę” dostałem od osób zaangażowanych w dzieło. Cytując klasyka: nie idźcie tą drogą.

    Członkowie Żywego Różańca zgodnym chórkiem opowiadają, że najtrudniejsze są wierność i systematyczność. Wielu z nich bliska staje się opowieść Teresy z Lisieux, która wyznawała: „Odmawianie Różańca kosztuje mnie więcej niż używanie narzędzi pokutnych. Czuję, że tak źle go odmawiam! Nie mogę skupić myśli”.

    – Dlaczego modlę się w róży? Bo wierzę w słowa z listu św. Jakuba: „Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego” – opowiada Agnieszka Skarecka. – Czasami mam wrażenie, że dla współczesnego świata hasło: „Mogę się za ciebie pomodlić” jest wyrazem bezradności. Wierzę w to, że modlitwa za mojego męża naprawdę przynosi mu błogosławieństwo.

    – Jestem przekonany, że Żywy Różaniec to najpotężniejszy i jednocześnie najbardziej wykpiwany ruch w Kościele – twierdzi ks. dr Grzegorz Wita z Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego. – Geniusz Pauliny Jaricot polegał na tym, że idealnie wpisała się w społeczny i historyczny klimat epoki. Pomysł był oddolny (to niezmiernie istotne! To nie była akcja odgórnie narzucona przez episkopat!). Schemat jest prosty: zapraszam do róży tych, którym ufam. Trochę kojarzy mi się to z budowaniem siatki konspiracyjnej. „Swoi” znają „swoich”. Zaufanie, zgrany team plus konkretna intencja to elementy scalające wspólnotę.

    To nie handel!

    Nie chcę przytaczać świadectw o tym, „co można wymodlić w róży”. Nie po to stworzono to dzieło. To nie rodzaj handlu: dziesiątka za usługę. Pracujący na Wschodzie oblat o. Andrzej Madej opowiadał: – W wielu kościołach zauważam tablice: „W tym miejscu Pan Bóg wysłuchał mojej prośby”, ale jeszcze nigdy nie widziałem tablicy: „Tu ja posłuchałem Pana Boga”. A byłby to nie mniejszy cud!

    Róże różańcowe to odpowiedź na zaproszenie do wiernej modlitwy. Lekcja słuchania.

    – Modlę się w intencjach, które proponuje Kościół, które są przypisane na dany miesiąc – mówi Mariusz Wolnik (prowadzi firmę na Górnym Śląsku). – Do róży należę razem żoną. Ja modlę się najczęściej w samochodzie, bo nie chcę zostawiać tej modlitwy na koniec dnia…

    „Lubimy dania z mikrofalówki, a Pan Bóg woli marynaty”. Róże różańcowe doskonale wiedzą, co „poeta miał na myśli”, nauczając: „Wytrwajcie w miłości mojej”. Słowo to nosi przecież w sobie pewną decyzję, determinację, zmaganie z przeciwnościami. Paulina Jaricot stawiała na wierność. – Dla mnie – podsumowuje Agnieszka Skamrot, nauczycielka z Warszawy – modlitwa w ramach róży różańcowej jest najbardziej niepozorną, a jednocześnie najpotężniejszą bronią.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Wikipedia/Freepik

    ***

    Niezwykła modlitwa św. s. Faustyny.

    Tak ratowała udręczone dusze czyśćcowe.

    W swoim “Dzienniczku” św. siostra Faustyna pokazała, jak modlić się za dusze czyśćcowe.

    Na Bramie Miłosierdzia przed bazyliką znajdują się wypisane uczynki miłosierdzia co do duszy i ciała. Także i ten: „Modlić się za żywych i umarłych”. Siostra Faustyna wypełniała ten uczynek bardzo często, a nieraz była do niego wręcz przynaglana! Jak i dlaczego modliła się za dusze czyśćcowe? Pisze Małgorzata Pabis w książce „Kobiety do zadań specjalnych”.

    1. Modlitwa na prośbę… samych dusz czyśćcowych!

    Siostra Faustyna miała kontakt z duszami czyśćcowymi. Odwiedzały ją dusze jej współsióstr i prosiły ją o pomoc.

    W swoim „Dzienniczku” św. s. Faustyna pisała taką opowieść:

    „Kiedy umarła Siostra Dominika w nocy koło pierwszej godziny, przyszła do mnie i dała mi znać, że umarła. Pomodliłam się gorąco za nią. Rano powiedziały mi Siostry, że już nie żyje – odpowiedziałam, że wiem, bo była u mnie. Siostra infirmerka prosiła mnie, abym pomogła ją ubrać; w chwili, kiedy pozostałam z nią, dał mi Pan poznać, że jeszcze cierpi w czyśćcu. Podwoiłam swoje modlitwy za nią; jednak pomimo gorliwości, z jaką się zawsze modlę za nasze zmarłe Siostry, pomyliłam sobie dni, i zamiast [przez] trzy dni ofiarować modły, jak nakazuje reguła, to ja wskutek pomyłki ofiarowałam dwa dni; czwartego dnia dała mi znać, że jeszcze jej się należą ode mnie modlitwy i że są jej potrzebne. Natychmiast zrobiłam intencję ofiarowania całego dnia za nią, ale nie tylko tego dnia, ale więcej, jak mi podyktowała miłość bliźniego”. (Dzienniczek, nr 1382).

    Kolejne niezwykłe spotkanie zostało zapisane pod datą 29 IV 1926 roku.

    „Przełożeni wysłali mnie do Krakowa do nowicjatu. Radość niepojęta panowała w duszy mojej. Kiedyśmy przyjechały do nowicjatu, Siostra … była umierająca. Za parę dni siostra… przychodzi do mnie i każe mi iść do Matki Mistrzyni i powiedzieć, żeby matka prosiła jej spowiednika, księdza Rosponda, żeby za nią odprawił jedną mszę św. i trzy akty strzeliste. W pierwszej chwili powiedziałam, że dobrze, ale na drugi dzień pomyślałam sobie, że nie pójdę do Matki Mistrzyni, ponieważ niewiele rozumiem, czy to sen, czy jawa. I nie poszłam. Na przyszłą noc powtórzyło się to samo wyraźniej, w czym nie miałam żadnej wątpliwości. Jednak rano postanowiłam sobie, że nie powiem o tym mistrzyni. Dopiero powiem, jak ją zobaczę wśród dnia. Zaraz się z nią spotkałam na korytarzu, robiła mi wyrzuty, [że] nie poszłam zaraz, i napełnił duszę moją wielki niepokój, więc natychmiast poszłam do matki mistrzyni i opowiedziałam wszystko, co zaszło. Matka odpowiedziała, że tę sprawę załatwi. Natychmiast spokój zapanował w duszy, a na trzeci dzień owa siostra przyszła i powiedziała mi: «Bóg zapłać.»” (Dzienniczek, nr 21).

    2. Modlitwa za dusze czyśćcowe za wstawiennictwem Matki Bożej

    W relacji ks. Sopoćki przytoczonej w książce „Kobiety do zadań specjalnych” czytamy, że Faustyna miała wizję sądu nad… Marszałkiem Piłsudskim. Zobaczyła w trakcie wizji niezwykłą siłę wstawiennictwa Matki Bożej.

    Podczas procesu ks. Sopoćko relacjonował: «W związku ze śmiercią Marszałka Piłsudskiego 12.05.1935 (S. Faustyna) opowiadała mi na drugi dzień, że widziała wczoraj, jak Marszałek konał, widziała Sąd Boży nad nim, który był ciężki, i że za wstawiennictwem Matki Bożej sąd ten skończył się pomyślnie».

    W innym miejscu pisał: «Następnie 12 maja widziała w duchu konającego Marszałka J. Piłsudskiego opowiadała o strasznych jego cierpieniach. Pan Jezus miał jej to pokazać i powiedzieć: »Patrz, czym kończy się wielkość tego świata«. Widziała następnie sąd nad nim, a gdy zapytałem, czym on się skończył, odpowiedziała: »Zdaje się, że Miłosierdzie Boże za przyczyną Matki Bożej zwyciężyło«”. (za: Proroctwa, wizje, charyzmaty świętej Faustyny, s. 100–101).

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 CZERWCA – PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z IX NIEDZIELI (ROK B)

    PO MSZY ŚW. – NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO

    NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    _________________________________________________________________________

    2 CZERWCA – NIEDZIELA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/ SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________

    45 lat temu 2 czerwca rozpoczęła się pierwsza pielgrzymka Ojca św. Jana Pawła II

    Jan Paweł II w czasie pierwszej pielgrzymki do Polski w 1979 roku.

    Jan Paweł II w czasie pierwszej pielgrzymki do Polski w 1979 roku.
    fot. Wojtek LaskiEast News
     

    ***

    Przełamanie żelaznej kurtyny.

    Kulisy pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski

    Bez pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do ojczyzny trudno sobie wyobrazić wydarzenia, które latem 1980 r. zapoczątkowały tzw. polski sierpień oraz erozję systemu komunistycznego w całej Europie Wschodniej. W czerwcu mija 45 lat od wizyty, która zmieniła bieg historii.

    Aby w pełni zrozumieć historyczny wymiar tamtej pielgrzymki, trzeba przypomnieć, w jakich historycznych realiach się odbywała. Dzisiaj wiemy, że pontyfikat Jana Pawła II rozpoczął się w schyłkowym okresie zimnej wojny. Wtedy jednak żadne czynniki nie zapowiadały kresu sowieckiej dominacji nad Europą Wschodnią oraz zmierzchu światowego systemu komunistycznego. Pojawienie się papieża z Polski zmieniło jednak geopolityczne status quo. Zdawały sobie z tego sprawę władze, zarówno w Warszawie, jak i w Moskwie, kiedy przyszła wiadomość, że Jan Paweł II zamierza odwiedzić ojczyznę. Już dzień po wyborze, 17 października 1978 r., sekretarz generalny Episkopatu Polski bp Bronisław Dąbrowski wydał komunikat, w którym wyraził nadzieję polskich biskupów, że Ojciec Święty weźmie udział w uroczystościach 900-lecia męczeńskiej śmierci św. Stanisława oraz jubileuszu 600-lecia obecności obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej na Jasnej Górze.

    Edward Gierek wiedział, że nie może – jak to kiedyś zrobił Władysław Gomułka – zignorować tej prośby. Do Polski w grudniu 1966 r. chciał przyjechać papież Paweł VI i dla uczczenia Millennium Chrztu Polski odprawić pasterkę na Jasnej Górze. Tym razem papieżem był Polak – niewpuszczenie go do kraju, do czego Gierka namawiał Leonid Breżniew, byłoby skandalem międzynarodowym i spowodowałoby ogromne straty wizerunkowe dla polskich komunistów. Władze w końcu zdecydowały, że pielgrzymka się odbędzie, ale na ich warunkach.

    Spór o termin i trasę

    Obawy i lęki były nie tylko w Warszawie. Władze obawiały się „krucjaty zwróconej ku Wschodowi” i „uporczywego trzymania się wyciągniętej z lamusa koncepcji przedmurza chrześcijaństwa”, jak otwarcie o skutkach organizacji pielgrzymki mówił m.in. Kazimierz Kąkol, szef Urzędu ds. wyznań. Zaniepokojona była także Kuria Rzymska. Zastanawiano się tam, jak zorganizować przyjazd papieża do Polski, aby wizyta nie zniszczyła owoców dialogu prowadzonego przez Stolicę Apostolską z krajami komunistycznymi. W tym kontekście należy rozumieć wyjaśnienia abp. Agostino Casarolego, jednego z głównych architektów papieskiej Ostpolitik, który w rozmowie z peerelowskimi dyplomatami w Rzymie przekonywał, że zależy mu na tym, aby „problem podróży papieża do Polski rozwiązany został w atmosferze wzajemnych uzgodnień”. Władze jasno określiły swoje priorytety w liście, jaki Henryk Jabłoński, przewodniczący Rady Państwa, wystosował do papieża, zapraszając go do Polski. Przyjazd Jana Pawła II miał sprzyjać „pogłębieniu patriotycznej jedności wszystkich Polaków oraz przynieść „nowe impulsy dla współdziałania Kościoła i Państwa w dziele kształtowania pomyślności Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i umacnianiu jej pozycji w świecie”.

    Wizję pielgrzymki jako czasu narodowych rekolekcji, duchowego impulsu dla całego narodu oraz regionu miały od początku tylko dwie osoby: prymas Polski kard. Stefan Wyszyński oraz Jan Paweł II. Wyraźnie zostało to zapisane w Pro memoria, które dla abp. Casarolego na życzenie prymasa przygotował w połowie kwietnia 1979 r. bp Bronisław Dąbrowski, sekretarz Episkopatu Polski. Istotę papieskiego pielgrzymowania ujęto w tym dokumencie następująco: „Papież przybywa jako pielgrzym do ludu Bożego, a nie na pertraktacje polityczne – do rozmów dyplomatycznych ma swoją Kurię i Episkopat”.

    Gospodarzem pielgrzymki miały być także komunistyczne władze, ale początkowo postanowiły zyskać na czasie i przesunąć jej termin na później. W połowie grudnia 1978 r. szef Zespołu do spraw Kontaktów Roboczych ze Stolicą Apostolską przy ambasadzie polskiej w Rzymie, min. Kazimierz Szablewski, przekazał abp. Agostino Casarolemu, sekretarzowi Rady ds. Publicznych Kościoła, stanowisko, że zdaniem rządu PRL, wizyta papieska w Polsce w roku następnym jest „niecelowa”. Przyjazd papieża w 1979 r. ustalono dopiero podczas spotkania kard. Stefana Wyszyńskiego z Edwardem Gierkiem 24 stycznia 1978 r. W trakcie rozmowy prymas forsował termin majowy pielgrzymki, który wiązano z obchodami 900-lecia śmierci św. Stanisława Biskupa i Męczennika. Gierek się temu sprzeciwiał, przypisując postaci biskupa męczennika, zamordowanego na rozkaz króla Bolesława Śmiałego, ideologiczny kontekst. W rządowej interpretacji św. Stanisław miał być symbolem oporu Kościoła wobec każdej władzy. Spowodowało to kolejny impas. Do jego przełamania na prośbę papieża włączony został abp Casaroli. Jego przyjazd do Warszawy i rozmowy z władzami prowadzone w dniach 22–24 marca 1979 r. odegrały istotną rolę w przygotowaniach pielgrzymki. Ostatecznie 4 maja 1979 r. opublikowano komunikat o uzgodnionym przebiegu wizyty, podpisany przez prymasa Polski oraz przewodniczącego Rady Państwa Henryka Jabłońskiego.

    Chrystus kluczem dziejów

    Jan Paweł II przebywał w Polsce od 2 do 10 czerwca 1979 r. Mottem pielgrzymki były słowa średniowiecznego hymnu religijnego Gaude Mater Polonia („Raduj się, matko Polsko”), napisanego ku czci św. Stanisława Biskupa i Męczennika. Papież odwiedził Warszawę, Gniezno, Częstochowę, Kraków, Nowy Targ, Wadowice, Oświęcim, Kalwarię Zebrzydowską. Jak się szacuje, osobiście w spotkaniach z papieżem wzięło wówczas udział ok. 10 mln Polaków. Transmisje telewizyjne i radiowe z przebiegu pielgrzymki były oglądane nie tylko w Polsce, ale także w Czechosłowacji i NRD. Pielgrzymka była uważnie śledzona również w przygranicznych regionach Związku Sowieckiego – na Litwie, Białorusi i Ukrainie, gdzie odbierana była polska telewizja.

    Przemierzając Polskę, papież przemienił ojczyznę w Wieczernik Pięćdziesiątnicy. Jak trafnie zauważyli biskupi polscy w komunikacie podsumowującym pielgrzymkę, dzięki niej „dokonało się wielkie obudzenie serc i umysłów milionów Polaków, dokonała się wielka moralna przemiana w życiu społecznym naszego kraju”. W ocenie biskupów kilkanaście milionów Polaków mogło się bezpośrednio zetknąć z Janem Pawłem II, a miliony mogły go widzieć w telewizji. W centrum papieskiego nauczania było przesłanie, że Chrystus jest kluczem do zrozumienia sensu życia ludzkiego i dziejów narodów, a Polska to ziemia szczególnej odpowiedzialności. Przewodnikiem po jej dziejach stały się postacie świętych: św. Wojciecha – patrona chrztu Polski – i św. Stanisława – patrona bierzmowania polskich dziejów, czyli umocnienia w wierze. Z prawdy o człowieku – przekonywał papież – wynikają jego prawa. Ten motyw był eksponowany w homilii na placu Zwycięstwa w Warszawie. Było to w przeddzień Zesłania Ducha Świętego, dlatego papież z wielką mocą przywołał Ducha Świętego, by odnowił „oblicze ziemi, tej ziemi”. Gigantyczna owacja, jaka nastąpiła po tych słowach, została zauważona na całym świecie. Prawa człowieka były także ważnym motywem homilii wygłoszonej w Oświęcimiu.

    Miejscem, gdzie papież w czerwcu 1979 r. zatrzymał się najdłużej, było sanktuarium jasnogórskie. Jan Paweł II przybył tam 4 czerwca 1979 r. Tego dnia odprawił Mszę św. na tzw. szczycie, w której wzięło udział blisko milion pielgrzymów z całego kraju. Było to jedno z największych zgromadzeń podczas tej pielgrzymki. Podkreślając swój głęboki duchowy związek z sanktuarium, mówił: „Powołanie syna polskiego narodu na Stolicę Piotrową zawiera w sobie oczywistą więź z tym świętym miejscem. Z tym sanktuarium wielkiej nadziei – że mogę powtórzyć tylko: »Totus Tuus«”. Zakończył zaś osobistym wyznaniem: „Jestem człowiekiem zawierzenia. Nauczyłem się nim być tutaj”. Kończąc swój pobyt na Jasnej Górze, papież zawierzył Maryi Europę i wszystkie kontynenty, m.in. słowami „oddaję Ci Rzym i Polskę, zjednoczone poprzez Twego sługę nowym węzłem miłości”.

    Wobec narodów pobratymczych

    Podczas pielgrzymki w 1979 r. Jan Paweł II po raz pierwszy określił się jako papież Słowianin, co wskazywało na znacznie szerszy kontekst jego pobytu w Polsce. W ciągu tych kilku dni papież przedstawił ideowe założenia swego „programu słowiańskiego”, który będzie konsekwentnie realizował do końca pontyfikatu. Najważniejszymi punktami odkrywania tego programu były dwa wydarzenia: homilia wygłoszona 3 czerwca 1979 r. w Gnieźnie oraz obszerne przemówienie, które Jan Paweł II wygłosił 5 czerwca 1979 r. w czasie zamkniętego spotkania z Radą Główną Episkopatu Polski na Jasnej Górze. Dopiero 40 lat po tym wydarzeniu poznaliśmy przebieg tego niezwykłego spotkania.

    W Gnieźnie papież wyszedł w swym nauczaniu poza krąg polskich tematów, rozpoczynając wielką katechezę o dziejowych przeznaczeniach i potrzebie odkrywania chrześcijańskich korzeni przez narody Europy Wschodniej, które nazwał „narodami pobratymczymi”. Zadał wtedy fundamentalne dla całego pontyfikatu pytanie: „Czyż Chrystus tego nie chce, czy Duch Święty tego nie rozrządza, ażeby ten papież Polak, papież Słowianin właśnie teraz odsłonił duchową jedność chrześcijańskiej Europy, na którą składają się dwie wielkie tradycje: Zachodu i Wschodu?”. Jednocześnie zadeklarował swoją, ale także całego Kościoła solidarność z Kościołami znajdującymi się w potrzebie.

    Rozwinięcie tych myśli nastąpiło podczas spotkania na Jasnej Górze 5 czerwca 1979 r. Jan Paweł II stwierdził wówczas, że jednym z celów jego wizyty w Polsce jest przypomnienie Słowiańszczyzny i zapomnianych narodów Europy Wschodniej. Poruszył także sprawę Kościoła obrządku wschodniego na Ukrainie i w Rumunii, deklarując wsparcie dla niego. Słusznie zauważa włoski politolog Giovanni Barberini, że odkrycie narodów słowiańskich oraz ich doświadczenia i wiary dla Europy stanowiło „element kluczowy całego projektu politycznego papieża Jana Pawła II, który stawiał sobie za ostateczny cel zjednoczenie kontynentu europejskiego”.

    Konflikt odłożony

    Słusznie zauważył prymas Polski kard. Stefan Wyszyński podczas spotkania z papieżem na Jasnej Górze 5 czerwca 1979 r., że jego pielgrzymka była „przełamaniem żelaznej kurtyny”. W sensie ideowym burzyła porządek jałtański zbudowany na logice podziału i stref wpływu oraz równowadze strachu. Społeczność ludzi wierzących, która wielomilionową rzeszą wyległa na ulice i place Polski, nagle zobaczyła, że jest w tym kraju większością. Odrzucono strach, odzyskano poczucie bycia gospodarzem we własnym domu. Od tego momentu władza komunistyczna była w defensywie. Z pewnością w Polsce, a w jakimś stopniu także w innych krajach, propagowany przez partię komunistyczną marksizm przestał się liczyć. Pozostał zbiorowym rytuałem nomenklatury, która odprawiała go w poczuciu konieczności wypełnienia obowiązku, a nie w przekonaniu, że jest to właściwy klucz interpretacyjny dziejów i busola wyznaczająca właściwy kierunek na przyszłość.

    Jak słusznie zauważył znany działacz katolicki Andrzej Micewski, komentując pobyt Jana Pawła II w Polsce dla zachodnich mediów, fakt, że do niego doszło, oznaczał nową jakość w relacjach Kościoła z państwem. Dialog wyszedł poza salony i politykę dyplomatów. Zamienił się „w politykę wielkich placów i ulic”. Znaczenie tej zmiany zauważył prof. Jan Szczepański, wybitny socjolog bliski obozowi władzy. W notatce dla kierownictwa partii przewidywał, że konsekwencją obecności papieża w Polsce będzie „konflikt odłożony”, m.in. dlatego, że pielgrzymka „stworzyła warunki dla realizacji nowej wizji politycznej roli katolicyzmu, która pod naciskiem mas może stać się ciałem”. Społeczność, która podczas wizyty Jana Pawła II milionową rzeszą wyległa na ulice i place Polski, istotnie szobaczyła, że jest w tym kraju większością. „Konflikt odłożony” wybuchł zaś w sierpniu 1980 r. Narodził się związek zawodowy Solidarność, który stał się wielką siłą społeczną, głosząc program reform znacznie wykraczający poza obszar spraw pracowniczych. To by się nie wydarzyło bez religijnego przebudzenia społeczeństwa w czasie pierwszej pielgrzymki papieża do Polski.

    Andrzej Grajewski/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 CZERWCA – PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA

    W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO – MSZA ŚW. O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚW. – GODZINA ŚWIĘTA

    ___________________________________________________

    fot. parafia Matki Bożej Frydeckiej/Jaworzynka

    ***

    Modlitwa za kapłanów

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, aby głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni. Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie. Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    ***

    Nowenna Pompejańska za Kapłanów: 1 kwietnia – 24 maja 2021 r.

    ***

    Zachęcamy, a jednocześnie prosimy Was o podjęcie wyzwania – walki o świętość życia Kapłanów. Pragniemy zaprosić Was do modlitwy z prośbą o światło, moc i mądrość Ducha Świętego dla Kapłanów, aby sprostali znakom czasu i pułapkom szatana. Dziś potrzebujemy Waszego wsparcia bardziej niż kiedykolwiek… (www.zakaplanow.pl)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Uczył, by zło dobrem zwyciężać”.

    14 lat temu ks. Popiełuszko został ogłoszony błogosławionym

    „Jak testament brzmią ostatnie jego publicznie wypowiedziane słowa” – podkreślają biskupi w stanowisku, opublikowanym z okazji rocznicy beatyfikacji księdza Jerzego Popiełuszki.

    fot. Andrzej Iwański/CREATIVE COMMONS ATTRIBUTION-SHARE ALIKE 3.0/COMMONS.WIKIMEDIA.ORG

    ***

    W czwartek 6 czerwca o godz. 15:00 w archikatedrze warszawskiej bp Michał Janocha będzie przewodniczył Mszy Świętej w intencji kanonizacji bł. księdza Jerzego Popiełuszki. Po niej w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej odbędzie się wernisaż wystawy pt. „Prawda i wolność. Ksiądz Jerzy Popiełuszko”, związanej również z przypadającą w tym roku 40. rocznicą męczeńskiej śmierci kapłana. 

    Na wystawie będzie można zobaczyć często nieznane fotografie, przedstawiające życie i działalność księdza Jerzego Popiełuszki oraz korespondujące z nimi dzieła sztuki współczesnej wypożyczone z polskich muzeów i kolekcji prywatnych. 

    Ponadto, na ekspozycji zaprezentowane zostaną filmy dokumentalne z fragmentami homilii księdza, nagrania świadków i przyjaciół księdza Jerzego gromadzone przez Muzeum Księdza Jerzego Popiełuszki oraz przygotowane specjalnie na wystawę, autorskie ścieżki dźwiękowe. Wystawę w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej będzie można oglądać do 3 listopada. 

    Tego dnia o godz. 19:00 w Domu Pielgrzyma „Amicus” w Warszawie odbędzie się spotkanie z Ewą Czaczkowską i Tomaszem Wiścickim, autorami najnowszej biografii ks. Jerzego Popiełuszki. 

    Z kolei we wtorek 11 czerwca o godz. 18:00 w parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu odbędzie się Msza Święta z udziałem Konferencji Episkopatu Polski. 

    Episkopat ze specjalnym komunikatem z okazji rocznicy

    Rada KEP ds. Społecznych opublikowała specjalne stanowisko pt. „Zło dobrem zwyciężaj”, w którym gremium podkreśla, że “błogosławiony ksiądz Jerzy Popiełuszko może być dobrym patronem dla współczesnego człowieka, a zwłaszcza dla ludzi młodych, narażonych na zgubne oddziaływanie ideologii promujących źle rozumianą wolność i proponujących życie bez wartości, religii, krzyży w miejscach pracy, bez Boga”. “On nazywał te zagrożenia po imieniu”.

    Jak czytamy, “zasady, jakie głosił ks. Popiełuszko i jakimi się kierował jako duszpasterz pielęgniarek i lekarzy, hutników i robotników oraz studentów, są wciąż aktualne”. 

    “Jak testament brzmią ostatnie jego publicznie wypowiedziane słowa: „Módlmy się, abyśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy” (Bydgoszcz, 19 października 1984). Uczył wewnętrznej wolności, jaką można osiągnąć w najtrudniejszych warunkach życia. Uczył chrześcijańskiej postawy w walce z wszelkimi patologiami. Uczył – jeszcze raz powtórzmy – by „zło dobrem zwyciężać”. Sam realizował zasadę, którą wyrażał następująco: „Walczę z przejawami zła, a nie z człowiekiem czyniącym zło” – czytamy.

    Pielęgnować pamięć o bł. ks. Popiełuszce

    Przy parafii św. Stanisława Kostki znajduje się Muzeum Księdza Jerzego Popiełuszki oraz obszerne społeczne archiwum, które mieści się w zajmowanym niegdyś przez niego mieszkaniu przy kościele na Żoliborzu.

    To ostatni moment, by dotrzeć do niektórych ważnych świadków życia ks. Popiełuszki – mówi Paweł Kęska, manager Muzeum Księdza Jerzego Popiełuszki i Ośrodka Dokumentacji Życia i Kultu Księdza Jerzego Popiełuszki, w rozmowie z KAI.

    W archiwum znajdują się m.in. fotografie, materiały audiowizualne, archiwalne numery Biuletynu wydawanego przez Służbę Informacyjną oraz materiały wykorzystane w Biuletynie. To ponad 5 tys. zdjęć ułożonych chronologicznie, obejmujących dzieciństwo ks. Popiełuszki, jego młodość, seminarium, wojsko i posługę duszpasterską a także zdjęciowe portrety kapłana. Znajdują się tam też zdjęcia z pogrzebu oraz ogromny zbiór zdjęć wykonanych przy grobie ks. Popiełuszki – mówi Paweł Kęska. 

    Proces beatyfikacyjny ks. Jerzego Popiełuszki rozpoczął się na szczeblu diecezjalnym w 1997 roku, a zakończył w Rzymie 19 grudnia 2009 r. papieskim dekretem o męczeństwie.

    Beatyfikacja odbyła się 6 czerwca 2010 roku podczas Mszy sprawowanej na pl. Piłsudskiego w Warszawie, pod przewodnictwem prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych abp. Angelo Amato.

    archwwa.pl/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Popiełuszko:

    „Ale wiesz, że nie mogę udzielić ci rozgrzeszenia”. Szkoła patriotyzmu i wyzwalania z nienawiści

    Jerzy Popiełuszko

    © Public Domain

    ***

    „Jesteśmy Narodem, który ma przekazać w daleką przyszłość moce nagromadzone przez całe tysiąclecia… Tylko Naród, który ma zdrowego ducha i czułe sumienie może tworzyć śmiałą przyszłość”.

    „Pytałem, czy się boi, bo to już wtedy miało miejsce wrzucanie cegieł, straszenie. On spytał tylko: „A co oni mi mogą zrobić? Najwyżej mogą mnie zabić…” – wspomina ks. Andrzej Dziełak, który poznał błogosławionego w wojsku dla kleryków.

    Morderstwo ks. Jerzego Popiełuszki

    19 października 1984 r. w czasie powrotu z Bydgoszczy do Warszawy, niedaleko miejscowości Górsk, funkcjonariusze Samodzielnej Grupy „D” Departamentu IV MSW uprowadzili ks. Jerzego PopiełuszkęBity i torturowany, był związany w taki sposób, aby każdy ruch zaciskał pętlę na szyi.

    Gdy 30 października wyłowiono ciało księdza, było obciążone workiem z kamieniami. Sekcja wykazała, że w czasie wrzucania do Wisły mógł jeszcze żyć.

    Mimo, że od zamordowania kapłana przez oficerów PRL-owskiej milicji politycznej minęło 40 lat, wciąż nie wiemy, kto wydał na niego wyrok śmierci.

    Kto wydał wyrok?

    Do ataku szykowano się przez dłuższy czas. 12 września 1984 r. w radzieckiej Izwiestii Leonid Toporkow pisał: „(…) przekształcił swoje mieszkanie w składnicę literatury nielegalnej i ściśle współpracuje z zaciekłymi kontrrewolucjonistami. Ma się wrażenie, że nie czyta z ambony kazań, lecz ulotki napisane przez Bujaka. Zieje z nich nienawiść do socjalizmu”.

    13 września w czasie spotkania z Czesławem Kiszczakiem Wojciech Jaruzelski miał powiedzieć wprost: „Załatw to, niech on nie szczeka”.

    W tym okresie wzrosła też ilość anonimów wysyłanych do księdza. „Zostaniesz bohaterem narodowym numer dwa – po Przemyku” – pisano. Albo: „Ty obrzydliwy faszysto! Niech nie dziwią się twoi kumple, że znajdą cię wkrótce z poderżniętym gardłem. Ty k… jedna! Módl się, może to ci coś pomoże. Ty wyrodku rodu ludzkiego, kreaturo!”.

    Ojczyzna wymaga modlitwy

    Pierwsza msza święta w intencji ojczyzny w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu została odprawiona przez ks. Jerzego 28 lutego 1982 r. Odprawił ich w sumie dwadzieścia sześć, w okresie od 28 lutego 1982 r. do 26 sierpnia 1984 r. jednak pierwszą mszę dla robotników odprawił 31 sierpnia 1980 r. To nie była jego inicjatywa.

    Kiedy 28 sierpnia 1980 r. na znak poparcia dla Wybrzeża stanęła Huta Warszawa, robotnicy poszli do prymasa Polski z prośbą o niedzielną mszę świętą. W przedsiębiorstwie strajkowało kilka tysięcy ludzi, potrzebowali kapłana. W wywiadzie tak mówił o tamtym dniu: „Szedłem z ogromną tremą. Już sama sytuacja była zupełnie nowa. Co zastanę? Jak mnie przyjmą? Czy będzie gdzie odprawiać?”.

    Jednak wszystkie lęki rozwiały się, gdy zobaczył tłumy robotników witających go oklaskami. Był pierwszym w historii Huty księdzem, który przekroczył bramę zakładu.

    Nie głosił prawd ks. Jerzego

    „Nie uprawiam polityki z ambony. Mnie chodzi o sprawę moralności, a nie o politykę” – mówił w wywiadzie. Przez półtora roku msze i głoszone homilie były pogłębioną katechezą na temat sumienia, prawdy, wolności, patriotyzmu i poszanowania praw człowieka. Często zachęcał do trwania w ciszy modlitewnej po wyjściu z kościoła. Prosił, by nie dać się sprowokować tajniakom, którzy wywołują zamęt, aby ewentualne reakcje przypisać modlącym się.

    Msze nie były wymierzone w nikogo. Nie potępiały komunistów i ich sługusów. Były szkołą wyzwalania z nienawiści do kogokolwiek nawet wtedy, gdy nas skrzywdził. Ks. Jerzy formował do wolności, w duchu Ewangelii, a tej, ze swej natury, komunistyczny system sprzeciwiał się i ją odrzucał.

    „Na mszach świętych za ojczyznę i tych, którzy dla niej cierpią najbardziej, nigdy nie głosiłem własnej mądrości, ale kierowałem się Ewangelią oraz nauczaniem Prymasa Tysiąclecia, księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego i Ojca Świętego Jana Pawła II” – mówił w czasie Bożego Narodzenia 25 grudnia 1983 r. Mimo, że słuchały go tysiące ludzi, nigdy nie grał na siebie, nie przyciągał do Jerzego, głosił Chrystusa.

    Czy chciał zostać męczennikiem?

    Mówienie o ojczyźnie i obowiązku służenia jej w sytuacji, gdy rządzący w Polsce podlegali poleceniom z Moskwy, a czerpiący zyski z wspierania zbrodniczego systemu nie widzieli w swych działaniach moralnego zgrzytu było nie tylko trudne, to był podwójny heroizm.

    Z jednej strony przypominanie prawdy historycznej, upominanie się o internowanych i więzionych, stanowcze stawanie po stronie pokrzywdzonych, bitych, zabijanych – od pierwszego kazania wygłoszonego w czasie mszy w intencji ojczyzny Popiełuszko narażał się władzy. Z drugiej strony przypominanie definicji słów: ojczyzna, naród, służba, bezinteresowność, patriotyzm, po latach komunistycznego wypaczania tych pojęć były wielkim ryzykiem Popiełuszki. Mogły wystawiać go na pośmiewisko.

    Rządzący wydają wyroki śmierci, a naród ma szukać sposobu, by nie odpłacić złem za zło? Tysiące aparatczyków w całym kraju czerpie korzyści z przynależności do PZPR, a właściwe formowane sumienie powinno chronić przez chęcią odnalezienia ich i wymierzenia sprawiedliwości? To się wydawało nie do przejścia, za trudne. Dokładnie takie, jaka jest ewangelia.

    Wielu pytało po latach o to, czemu nie przestał? Dlaczego – być może – ich prowokował? Dlaczego nie wycofał się w porę? Nie poszedł na układ? Przecież mógł się modlić w zaciszu plebanii na Żoliborzu. Czy chciał zostać męczennikiem?

    Znajomość historii Polski

    „Naród nie dał się zniszczyć mimo rozbiorów, przegranych powstań i Sybiru, mimo wynaradawiania, rusyfikacji i Kulturkampfu, bo miał mocno zapuszczone korzenie w poprzednich wiekach dziejów ojczystych. Nie dał się zniszczyć, bo żywił się kulturą poprzednich wieków” – mówił. I zaraz też odważnie pytał, odnosząc się do aktualnej sytuacji:

    „A czym pożywi się naród w niedalekiej przyszłości z dzisiaj tworzonej historii i kultury? Tylko naród wolny duchowo i miłujący prawdę może trwać i tworzyć dla przyszłości tak, jak tworzyli przyszłość powstańcy padający na polach bitew, czy wieszczowie, którzy patrzyli daleko w przyszłość”.

    W znajomości historii Polski i poszanowaniu wszystkich prób podejmowanych przez przodków w walce o wolność widział fundament, na którym stawia się kolejne warstwy budowli jaką jest ojczyzna.

    Od nienawiści chroń nas, Boże…

    „Naród Polski nie nosi w sobie nienawiści i dlatego zdolny jest wiele przebaczyć, ale tylko za cenę powrotu do prawdy. Nie da się domu ojczystego budować na kłamstwie, przemocy i nienawiści” – uczył.

    Marzył o kraju wolnym, bezpiecznym i praworządnym. Jednocześnie, w zawirowaniach i trudnościach widział etap, odcinek w czasie. Nadzieję na pokojową zmianę, bez rozlewu krwi, pokładał w Bogu, jednak nie liczył na cud. Wiedział, że Bóg oczekuje współpracy.

    „Bóg jest zdolny wyprowadzić naród ku wolności, gdy lud jest wierny Bogu, Kościołowi i Ojczyźnie, i gdy żyje wiarą, nadzieją, prawdą i solidarnością” – mówił w jednym z kazań.

    „W pojednaniu musi być jeden cel, mianowicie dobro ojczyzny i poszanowanie godności ludzkiej. Jeśli wyciągasz rękę do pojednania, nie trzymaj w niej narzędzi do zadawania cierpienia i bólu” – mówił w innym miejscu.

    Co może Kościół?

    Zasady funkcjonowania relacji państwo – Kościół jasno przedstawił 27 maja 1984 r. Na zakończenie mszy, tuż przed błogosławieństwem powiedział słowa, z których przyjęciem i dziś, 35 lat po odzyskaniu wolności, wielu miałoby kłopot.

    „Kościół ma prawo i obowiązek pouczania wiernych o ich prawach i obowiązkach wobec państwa. Katolicy jako członkowie społeczności państwowej mają prawo wypowiadania swoich przekonań politycznych. Katolicy nie mogą należeć do organizacji ani do partii, których zasady są sprzeczne z nauką chrześcijańską lub których czyny i działalność zmierzają do podważenia etyki chrześcijańskiej”.

    Po władzę mogą sięgnąć tyko ludzie moralni, to znaczy tacy, którzy rozumieją istotę dobra wspólnego obywateli”. Podkreślał, że nie jesteśmy narodem tylko na dziś. Wszystkie nasze działania muszą brać pod uwagę tych, co urodzą się po nas.

    „Jesteśmy narodem, który ma przekazać w daleką przyszłość moce nagromadzone przez całe tysiąclecia” – podkreślał i wskazywał na niebezpieczeństwo utraty przez młodzież więzi z przeszłością narodu i kulturą. „Tylko naród, który ma zdrowego ducha i czułe sumienie może tworzyć śmiałą przyszłość”.

    Nienawiść wyklucza rozgrzeszenie

    W jednej z książek o księdzu Jerzym Milena Kindziuk, jego biografka, przytacza historię opowiedzianą przez Romę Szczepkowską, aktorkę. Ks. Popiełuszko surowo karał wtedy, gdy ktoś mówił, że nie może pozbyć się uczucia nienawiści. Nie dawał rozgrzeszenia, gdy ktoś nie okazał przynajmniej woli przebaczenia. Szczepkowska doświadczyła tego w czasie swojej spowiedzi. „Ja tego nie przewalczę…” – mówiła. „Ale wiesz, że nie mogę udzielić ci rozgrzeszenia… Gdy odeszła, dogonił ją tuż przy bramie i powiedział, niemal błagając: Proszę, spróbuj”. I uczynił znak krzyża. „I od tej chwili nigdy już nie doświadczyłam uczucia nienawiści” – mówiła aktorka.

    Duma z bycia Polakiem

    Mimo wielkich trudności, których Polska doświadczała przez wieki – zwłaszcza, gdy na 123 lata trzy mocarstwa starły ją z mapy Europy – ks. Popiełuszko wielokrotnie podkreślał dumę z przynależności do narodu polskiego.

    Jego patriotyzm nie miał nic z narodowego tryumfalizmu, unoszącego się ponad tych, którzy zadali Polsce razy. Był patriotyzmem człowieka o dobrze ukształtowanym sumieniu, który zna historię, ale daje szansę. Ma świadomość zła uczynionego, ale nie ulega złu domagającemu się odwetu.

    Sprawiedliwość według księdza Jerzego jest ściśle połączona z miłością, ale zawsze opiera się na prawdzie – prawdzie o winie i prawdzie o słabości człowieka. Te zaś są możliwe do uniesienia tylko i wyłącznie we współpracy z Bogiem.

    „Jesteśmy dziećmi narodu, który od tysiąca z górą lat oddaje chwałę Bogu w Trójcy Jedynemu. Nasz naród słynął ze znanej w świecie tolerancji religijnej. U nas znajdowali miejsce ci, którzy z powodu prześladowań religijnych musieli opuszczać rodzinny kraj” – mówił.

    29 stycznia 1984 r. przekonywał, że „lepiej jest cierpieć z gorliwości o sprawy Boże niż uzyskać pochwałę roztropności od nieprzyjaciół Boga i Kościoła”.

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 CZERWCA – PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA

    UROCZYSTOŚĆ

    NAJŚWIĘTSZEGO SERCA PANA JEZUSA

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    GODZINNA ADORACJA Z CZERWCOWYM NABOŻEŃSTWEM OD GODZINY 18.00

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    MSZA ŚWIĘTA O GODZINIE 19.00

    Istotą kultu Serca Jezusa jest centralna prawda chrześcijaństwa, którą najgłębiej wyraził św. Jan Apostoł, zapisując słowa:  „Bóg jest miłością” (J 4,16).

    EAST NEWS

    ***

    Pewnego grudniowego dnia młoda wizytka Małgorzata Alacoque ujrzała Jezusa. Zbawiciel pokazał jej własne serce, płonące miłością do ludzi. „Moje Boskie Serce tak płonie miłością ku ludziom, że nie może dłużej utrzymać tych płomieni gorejących, zamkniętych w moim łonie. Ono pragnie rozlać je za twoim pośrednictwem i pragnie wzbogacić ludzi swoimi Bożymi skarbami” – usłyszała zakonnica.

    Pragnienie Zbawiciela spełniło się – nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa błyskawicznie rozlało się po całym świecie. Kult Serca Bożego trafił do serc milionów ludzi. Jego materialnym świadectwem są niezliczone obrazy i rzeźby przedstawiające Zbawiciela z wyeksponowanym sercem. Wręcz standardem stały się obrazy Serca Jezusa zawieszone w sypialniach, najczęściej obok wizerunków Serca Maryi. Tak było w katolickich domach jeszcze w połowie minionego wieku. Tak wielka popularność tego kultu to fenomen choćby z uwagi na fakt, że trwa on już 350 lat.

    Ważna istota

    Dziś wizerunki związane z kultem Serca Jezusowego rzadziej zdobią domy katolików, ubywa też uczestników nabożeństw ku czci Bożego Serca. Czy to oznacza, że kult ten stał się anachronizmem niezrozumiałym dla młodszego pokolenia?

    – To prawda, że kult Najświętszego Serca Jezusowego nie cieszy się dzisiaj tak wielką popularnością, jak to było np. w XIX wieku – przyznaje sercanin ks. dr Leszek Poleszak, teolog duchowości, zajmujący się w pracy naukowej teologią Najświętszego Serca Jezusowego. Nie zgadza się jednak z sugestią, jakoby kult ten był anachronizmem.

    – Warto pamiętać, że w liturgii i Tradycji Kościoła mamy bogactwo różnych kultów, które nie tyle przeciwstawiają się sobie i wzajemnie wykluczają, ale mają nam pomóc w dostrzeżeniu różnych odcieni, jakie składają się na obraz Boga, Jezusa bądź świętych. Nikt przecież nie mówi o zaniku kultu Trójcy Przenajświętszej, Ducha Świętego, Chrystusa Króla, Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej czy w ogóle kultu Eucharystii bądź innych form kultu, które również mają swoje okresy większej lub mniejszej popularności. Moim zdaniem nie chodzi o porównywanie popularności danego kultu, ale o zwrócenie uwagi na jego istotę – przekonuje duchowny. Przyczyn spadku popularności dopatruje się w niezrozumieniu tej istoty albo w znużeniu jego pewnymi formami. – Myślę np. o pewnych niedojrzałych bądź przesłodzonych formach wizerunku Bożego Serca, o kładzeniu przesadnego akcentu na uczuciowość (co wyrażało się np. w języku modlitw) – zauważa. Podkreśla jednak, że istotą tego kultu jest centralna prawda chrześcijaństwa, której nie możemy odrzucić ani o niej zapomnieć, a którą najgłębiej wyraził św. Jan Apostoł, zapisując słowa: „Bóg jest miłością” (J 4,16).

    – Prawda ta obejmuje nie tylko sam fakt tego, czym jest Trójjedyny Bóg: Ojciec, Syn i Duch Święty, ale także wszystko to, co wyraża się w prawdach wiary dotyczących stworzenia, odkupienia i celu człowieka, a więc zawiera ona także w sobie prawdę o miłości Boga, która wyraża się w przymiocie miłosierdzia – zaznacza teolog.

    Czemu „Serce”?

    Pewną trudnością dla ludzi o dzisiejszej mentalności jest zrozumienie, po co w ogóle kult Serca, skoro można zwracać się po prostu do „całego” Jezusa. Odpowiadając, ks. Leszek Poleszak odwołuje się do słów Jezusa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych” (Mt 11,28-29).

    – Jezus, mówiąc o swoim cichym i pokornym sercu, nie mówi jedynie o organie swojego ciała, który, zgodnie z Jego pragnieniem, mamy czcić. On mówi o tym, Kim jest: przedstawia nam siebie jako Bożego Syna, współistotnego Ojcu. On jest źródłem miłości, świętości, dobra i piękna. Jest „obrazem Ojca”. Jeśli więc używamy w modlitwie słów „Serce Jezusa”, wówczas powinniśmy mieć przed oczyma całą Osobę Jezusa – Syna Bożego, który zaprasza nas do tego, byśmy przyszli do Niego i stali się Jego uczniami, naśladując Jego cnoty: cichość, pokorę, dobroć, życzliwość wobec ludzi, przebaczenie, a także te dotyczące Jego odniesienia do Ojca: głęboką miłość, zaufanie, pragnienie pełnienia woli Ojca, oddanie się do Jego dyspozycji, by stać się widzialnym znakiem Jego obecności w świecie. To oznacza sformułowanie: „być uczniami Jezusa” – tłumaczy kapłan. Wyraża przekonanie, że ludzie, także młodzi, wciąż mają takie ideały i pragną odnajdować w sobie pokłady dobra i piękna, zakorzenione w mocy Boga.

    Kult żyje

    Przekonanie to potwierdzają świadectwa żywotności różnych form kultu Bożego Serca w rodzaju Straży Honorowej NSPJ czy innych wspólnot, których członkami są także osoby młode. Wiele rodzin poświęca się Bożemu Sercu, wciąż też popularne są rekolekcje i misje temu Sercu poświęcone. Liczni wierni pielęgnują pierwsze piątki miesiąca czy nabożeństwa czerwcowe.

    Pobożność tę inspirują też przykłady świętych czcicieli Serca Jezusowego z czasów stosunkowo nieodległych. Ich sylwetki są na tyle bliskie współczesnej mentalności, że łatwo trafiają do przekonania wielu ludzi. – Najbardziej znany jest św. Jan Paweł II, następnie św. Faustyna Kowalska, która wielokrotnie w „Dzienniczku” pisze o Sercu Jezusa, św. Karol de Foucauld, czcigodna służebnica Boża Rozalia Celakówna, czcigodny sługa Boży Leon Dehon… – wylicza ks. Leszek Poleszak.

    Także oficjalne nauczanie Kościoła często odwołuje się do kultu Najświętszego Serca Jezusowego. Systematycznie nawiązują do niego wszyscy papieże ostatnich czasów, zwłaszcza Jan Paweł II. Bardzo dużo takich wątków znajdziemy u Benedykta XVI, który wielokrotnie mówił o kulcie Bożego Serca – na przykład we wprowadzeniach do modlitwy Anioł Pański czy w katechezach ogólnych. Sercanin przypomina, że papież ten 20 sierpnia 2011 r. poświęcił Najświętszemu Sercu Jezusa młodzież zgromadzoną na ŚDM, a w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego 19 czerwca 2009 r. ogłosił Rok Kapłański, czyniąc Serce Jezusa wzorem dla każdego kapłana.

    O Najświętszym Sercu Jezusowym mówi także obecny papież Franciszek. – Wprawdzie nie opublikował specjalnego dokumentu na ten temat, ale zwłaszcza przy okazji miesiąca czerwca czy uroczystości Bożego Serca przypomina i zachęca do praktyki tej formy pobożności, zwracając uwagę szczególnie na miłość Boga i Jego zatroskanie o człowieka – zauważa duchowny.

    Aktualizacja?

    W obliczu zmian w mentalności społecznej wiele form przekazu siłą rzeczy ulega zmianie. W tym kontekście powstaje pytanie, jaka jest możliwość aktualizacji kultu NSPJ, jego adaptacji do dzisiejszych czasów. I czy w ogóle jest to tak istotne – przecież pewne formy pobożności zmieniają się i bywają zastępowane przez inne, bardziej odpowiadające wrażliwości danego pokolenia.

    – Jeśli zrozumiemy, że istotą kultu Bożego Serca jest miłość Boża, to zrozumiemy także, iż obok tego kultu nie możemy przejść obojętnie. I nie chodzi tutaj o podtrzymywanie samych jego form, które znamy: litania, Komunia Święta wynagradzająca, uczestnictwo w pierwszych piątkach miesiąca, adoracja Najświętszego Sakramentu, cześć oddawana obrazowi Bożego Serca, koronka do Serca Jezusowego, godzina święta czy inne. Każda z nich ma nas prowadzić do bliskości z Jezusem i do poznania Jego Osoby. Jezus sam nas zaprasza: „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej!” (J 15,9) – akcentuje kapłan.

    Podkreśla, że to wołanie Jezusa o miłość jest aktualne także dzisiaj. – A może zwłaszcza dzisiaj, kiedy słowo „miłość” odmieniamy przez przypadki, a nie potrafimy prawdziwie kochać – zauważa. Jest pewien, że gdy doświadczymy miłości Jezusa, w naszym sercu zacznie płonąć płomień, który zapali nas do wdzięczności za tę miłość, do odpowiedzi na nią. – Najpierw zrealizuje się to w relacji do Boga – nazywamy to odwzajemnieniem miłości. Następnie będziemy pragnęli dzielić się naszym doświadczeniem miłości z innymi, innych do Boga przyciągać – przekonuje ks. Leszek Poleszak. I zapewnia: – Zrozumiemy wtedy, że jedynie w bliskości Boga, w świetle Jego miłości, jest możliwy nasz pełny rozwój, nasze szczęście, zarówno w wymiarze osobistym, jak też rodzinnym i społecznym. Staniemy się wówczas narzędziami w rękach Boga, który dzięki nam prawdę o swojej miłości do każdego człowieka przekaże kolejnym pokoleniom swych dzieci.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Sebastian Bergmann/Didier B, Wikipedia

    ***

    Bazylika Sacré-Cœur

    Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    Tu bije serce Paryża!

    Co wspólnego z budową Bazyliki Sacré-Cœur mają objawienia Małgorzaty Alacoque? Co o Francji mówiła Matka Boża z Fatimy? Dlaczego świątynię budowano aż 40 lat? Dlaczego z bazyliką “konkurowała” Wieża Eiffla? Poznaj niezwykłą historię Bazyliki Sacré-Coeur – Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    Wybudowana z białego granitu, zwanego trawertynem, w stylu romańsko-bizantyjskim, od blisko stu pięćdziesięciu lat góruje nad Paryżem. Majestatyczna Bazylika Sacré-Coeur – Najświętszego Serca Pana Jezusa. Do uwieńczonej kopułą, otoczonej czterema wieżyczkami świątyni prowadzą wykonane z białego piaskowca schody, oblegane przez paryżan i turystów z całego świata. Co roku przybywa tu około 11,5 mln osób, żeby to miejsce zwiedzić, ale przede wszystkim tu wspólnie się modlić. Tu bije serce Paryża – od 1885 roku. Pomimo wojen, licznych wrogich działań i agresji trwa tu nieustająca adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Historia duchowego zmagania się Francuzów

    Historia powstania Bazyliki Najświętszego Serca Pana Jezusa w Paryżu nie jest zwykłą opowieścią o wznoszeniu budynku – od projektu po wspaniały wystrój wnętrza. Jest to także historia duchowego zmagania się Francuzów, wiernych chrześcijaństwu, ze współobywatelami zwalczającymi Kościół wszelkimi metodami, pragnącymi zatrzeć ślad Ewangelii w państwie nazywanym pierworodną córką Kościoła.

    Historia zaczyna się w 1870 roku, w czasie wojny francusko-pruskiej, gdy dwaj przedsiębiorcy, Alexandre Legentil i Hubert Rohault de Fleury, ślubowali, że jeśli otoczony przez wojska pruskie Paryż ocaleje, wybudują kościół poświęcony Sercu Jezusa. Wojna się skończyła, miasto ocalało i pięć lat później Zgromadzenie Narodowe podjęło specjalną uchwałę, aprobującą pomysł przedsiębiorców i proponowany przez nich sposób podziękowania za Bożą opiekę nad stolicą Francji. W roku 1876 rozpoczęła się budowa, która trwała całe czterdzieści lat. W trakcie prac przekształcała się idea wzniesienia Bazyliki – z wotum dziękczynnego w wotum przebłagalne za błędy, grzechy i zaniedbania Francuzów.

    Świątynia powstała w wyjątkowym, specjalnie wybranym miejscu – na wzgórzu Montmartre, czyli Wzgórzu Męczenników, gdzie w czasach rzymskiego panowania zostali zgładzeni – pierwszy biskup Paryża, św. Dionizy, i jego towarzysze. W kolejnych wiekach wybudowano tu klasztor benedyktynek, który został zniszczony w antychrześcijańskich czasach rewolucji francuskiej. Jego ostatnia ksieni, Marie-Louise de Laval Montmorency, dołączyła do grona męczenników, ścięta na gilotynie.

    ***

    fot. Francisco Gonzalez/Wikipedia

    ***

    Objawienia Małgorzaty Alacoque

    Tytulatura Bazyliki – Najświętszego Serca Pana Jezusa – mocno powiązana jest z duchową historią wiary Francuzów. Aby ją zrozumieć, trzeba cofnąć się do wieku XVII, gdy dwudziestoczteroletnia córka notariusza, Małgorzata Alacoque, wstąpiła do klasztoru wizytek w Paray-le Monial. Była jedną z tysięcy skromnych zakonnic pragnących oddać swoje życie Bogu. Ale to właśnie ona w latach 1673-1675 miała objawienia, w których Jezus prosił, aby przekazała prawdę o wypełniającej Jego boskie Serce wielkiej, gorejącej miłości do ludzi.

    Zbawiciel przekazał jej też wieść, jak odprawiać nabożeństwo do Jego Sercaobiecał liczne łaski Jego czcicielom, zapewnił o gotowości przebaczenia win skruszonym grzesznikom. Polecił też namalowanie obrazu, na którym widniałoby Jego Serce otoczone cierniami, uwieńczone płomieniem i wetkniętym w nie krzyżem. Kult Serca Jezusowego i jego obraz rozpowszechniły się szybko, zarówno we Francji, jak i w całym katolickim świecie, również w Polsce, stając się na zawsze swoistym znakiem rozpoznawczym francuskiego katolicyzmu.

    Prośba od samego Jezusa

    Ale skromna zakonnica, Małgorzata Maria Alacoque, modląca się za klauzurą swojego klasztoru, otrzymała jeszcze jedną ważną misję do wypełnienia. W 1689 roku miała objawienie, w którym Jezus prosił ją, żeby przekazała królowi Ludwikowi XIV życzenie: aby poświęcił Francję i całą swoją rodzinę Jego Najświętszemu Sercu. Król miał też wznieść świątynię pod tym wezwaniem, szerzyć kult Najświętszego Serca wśród wojska i ozdobić znakiem gorejącego Serca Jezusowego królewskie sztandary. Niestety, król, zwany Słońcem, rządzący najpotężniejszym wówczas krajem w Europie, nie posłuchał głosu Boga, przekazanego przez św. Małgorzatę Marię Alacoque.

    ***

    św. MAŁGORZATA MARIA ALACOQUE
    Corrado Giaquinto/fot. Wikipedia

    ***

    „Za późno” czyli wiadomość do Francji od Matki Bożej z Fatimy

    We Francji zaczęły kiełkować wówczas, a później ujawniły się z ogromną siłą, antychrześcijańskie prądy intelektualne, które otwarcie sprzeciwiały się Bogu, Kościołowi oraz katolickiemu dziedzictwu swej ojczyzny. Równo sto lat po tym objawieniu wybuchła okrutna rewolucja, topiąca we krwi nie tylko arystokratów i ludzi związanych z władzą, ale zapoczątkowano także bezwzględne prześladowanie duchownych i zakonników.

    Na szafocie poniosło śmierć męczeńską szesnaście karmelitanek z Compiegne, które ofiarowały się w intencji ustania terroru. Karygodną ślepotę duchową króla Słońce naprawił jego prawnuk, Ludwik XVI. Będąc więźniem twierdzy Temple, ofiarował Francję Najświętszemu Sercu Jezusa. Jednak, jak powiedziała Matka Boża Łucji, jedynemu dziecku z Fatimy, które doczekało dorosłości – było już za późno.

    Jedna spośród 78 propozycji

    Francuscy katolicy znali dobrze historię rodzenia się kultu Serca Jezusa. Dlatego też dla arcybiskupa Paryża Josepha Hypolite’a Guiberta i fundatorów Bazyliki wybór jej tytułu był oczywisty. Kult Najświętszego Serca zawierał wszak jak w soczewce duchowe zmagania i dramat Francji. W 1875 roku wmurowano kamień węgielny pod budowę świątyni, rok później rozpoczęły się prace budowlane. Wcześniej rozpisano konkurs architektoniczny. Spośród siedemdziesięciu ośmiu propozycji wybrano projekt utalentowanego architekta Paula Abadiego. W całym kraju ogłoszono zbiórkę na budowę świątyni, zachęcano do wykupienia choć jednej cegiełki, a najhojniejsi darczyńcy byli upamiętniani inicjałami, wyrytymi na białych blokach budulca. Katolicy nie zawiedli – wielką sumą czterdziestu dwóch milionów franków w całości pokryli koszty budowy.

    Burzliwa historia budowy Bazyliki

    Jednak myliłby się ten, kto by sądził, że prace budowlane postępowały normalnie i bez przeszkód. Świątynię wznoszono czterdzieści lat, konsekrowano ją dopiero w 1919 roku. Opóźnienia spowodowane były nie tylko wybuchem i przebiegiem pierwszej wojny światowej. Realizację utrudniali wewnętrzni przeciwnicy Kościoła i chrześcijaństwa. W ciągu jednego pokolenia, licząc od roku 1875, gdy parlament przyjął uchwałę o budowie Bazyliki, Francję zalała fala gwałtownej laicyzacji. W 1905 roku radykalnosocjalistyczny rząd jednostronnie zerwał podpisany ponad sto lat wcześniej konkordat ze Stolicą Apostolską. Ogłosił rozdział Kościoła od państwa, skonfiskował kościelne budynki, skazał na banicję wspólnoty i zgromadzenia zakonne. Modlące się na Wzgórzu Montmartre benedyktynki musiały opuścić swoją siedzibę, a władze Republiki zaczęły snuć projekty, na jaki budynek „użyteczności publicznej” przerobić wznoszoną Bazylikę.

    ***

    PREZBITERIUM BAZYLIKI | fot. DidierI B/Wikipedia

    ***

    Wieża Eiffla „konkurencją” dla Bazyliki Najświętszego Serca

    Rządzących wówczas Francją masonów i agresywnych ateistów bolało coś jeszcze: biała świątynia górowała nad miastem, była widoczna z odległości czterdziestu kilometrów i była najwyższym punktem Paryża. Dziś mało znany jest fakt, że wieża Eiffla, która została wzniesiona z okazji wystawy światowej, zorganizowanej w stulecie wybuchu rewolucji francuskiej, była także „konkurencją” dla Bazyliki Najświętszego Serca, wręcz miała ją przewyższyć. Rzeczywiście, metalowa konstrukcja, złożona z osiemnastu tysięcy elementów, miała trzysta metrów wysokości i długo była najwyższą budowlą na świecie. Wieża miała być rozebrana po dwudziestu latach, ale w końcu ją pozostawiono i dziś to ona, a nie katedra Notre Dame czy Bazylika na Wzgórzu Męczenników, jest wizytówką i symbolem francuskiej stolicy.

    Ostatecznie kolejne rządy odstąpiły od agresywnej antykatolickiej polityki po wybuchu tzw. zamieszek inwentarzowych. Inwentaryzacje polegały na tym, że po wypowiedzeniu konkordatu do kościołów i obiektów należących do podmiotów kościelnych wkraczali państwowi urzędnicy, którzy spisywali wszystkie obiekty i nie wahali się bezcześcić Najświętszego Sakramentu, otwierając tabernakula. Wierni bronili kościołów, a gdy wskutek przepychanek zginęły dwie osoby (Gery Ghysel z liczącego dwa tysiące mieszkańców miasteczka Boeschepe właściwie został zastrzelony przez urzędnika inwentaryzacyjnego) rząd George’a Clemenceau wycofał się ze ścieżki agresywnej konfrontacji i wstrzymał inwentaryzację. Później wybuchła pierwsza wojna światowa, a w 1921 roku wznowiono stosunki dyplomatyczne ze Stolicą apostolską, choć nie zmienił się model rozdziału Kościoła od państwa.

    Francja „gorliwa, pokutująca i wdzięczna”

    Mimo licznych przeciwności, Bazylika powoli wzrastała i wzgórze Montmartre wraz z białą świątynią, stało się duchowym centrum Paryża. Od ponad stu lat przybywają tu Francuzi i wierni z całego świata, żeby się modlić i adorować Najświętszy Sakrament. Świątynię zamyka się dla przybyszów o godzinie 22.30, ale chętni mogą zgłosić się i przyłączyć do benedyktynek czuwających przed Panem całą noc.

    Dziś Bazylika jest także centrum nowej ewangelizacji i tak jak niegdyś budzi niechęć gorliwych przeciwników chrześcijaństwa. W 1971 roku wdarła się do świątyni grupa lewicowców i przez jakiś czas ją okupowała. Znajdująca się w Bazylice ogromna, licząca ponad czterysta metrów kwadratowych mozaika, przedstawia Chrystusa z rozpostartymi ramionami i gorejącym Sercem. Widoczny pod nią napis brzmi:„Najświętszemu Sercu Chrystusa – Francja gorliwa, pokutująca i wdzięczna”. Podobno wyraz „wdzięczna” dodano po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Francja rzeczywiście powinna być wdzięczna: mimo burz i ataków na wiarę duchowe serce narodu na Wzgórzu Męczenników w Paryżu wciąż bije.

    (tekst pochodzi z miesięcznika dla kobiet „List do Pani”. Śródtytuły zostały nadane przez redakcję).


    Pismo ukazuje się od lutego 1993 r., a jego wydawcą jest Polski Związek Kobiet Katolickich. Miesięcznik poświęcony szeroko pojętej formacji religijnej, adresowany jest do kobiet, które pragną ogarnąć refleksją swoje życie i zadania wynikające z kobiecego powołania. Punktem odniesienia dla twórców pisma jest Ewangelia i nauczanie Jana Pawła II, Jego teologiczna wizja kobiety i jej zadań w misterium Stworzenia i Zbawienia. Wpisany w nurt tak pojętego nowego feminizmu „List do Pani” ukazuje niezwykłą rolę kobiety w rodzinie, społeczeństwie, w nowej ewangelizacji; upomina się o powszechny szacunek dla macierzyństwa, ojcostwa, rodziny, dziecka, o politykę prorodzinną; stara się wykazać, jak błędne i szkodliwe są postawy i ideologie zaprzeczające w pełni ludzkiemu i duchowemu rozumieniu rodziny, kobiety i dziecka.

    Alina Petrowa-Wasilewicz/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Najświętsze Serce czy Jezus Miłosierny?

    Dzieje pewnego obrazu

    Obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa w kościele jezuitów w Poznaniu przywodzi na myśl znany na całym świecie wizerunek Jezusa Miłosiernego. Jaka jest historia tego dzieła?

    Obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa znajduje się w ołtarzu głównym jezuickiego kościoła w Poznaniu.

    o. Adam Tomaszewski SJ

    ***

    W głównym ołtarzu najstarszej z zachowanych świątyń lewobrzeżnego Poznania znajduje się obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zbawiciel, ubrany w białą szatę, z czerwonym himationem zarzuconym na ramiona, wznosi prawą rękę w geście błogosławieństwa. Jego lewa dłoń wskazuje na przebite i otoczone koroną z ciernia serce, na którego szczycie płonie ogień. Nietypowe jest tło tego wizerunku. Jezus wyłania się z obłoków i kroczy po nich. Te, które znajdują się za Nim oraz w górnej części dzieła, mają złotą barwę i sprawiają na patrzącym wrażenie, jakby Chrystus wychodził ze światła. Obłoki, które Go otaczają, są białe i kłębiaste. W dole obrazu widzimy zarysowane kontury schodów – oto Pan schodzi z nieba na ziemię i idzie w kierunku człowieka.

    Wizerunek zakazany

    To przedstawienie jest intrygujące. Na obu dłoniach Zbawiciela widoczne są rany po gwoździach. Z Jego serca wychodzą liczne promienie, emanujące światłem, a twarz okolona delikatną aureolą do złudzenia przypomina znany na całym świecie wizerunek Miłosiernego. Skojarzenia są jednoznaczne, a ich potwierdzenie odnajdujemy w prawym rogu dzieła, gdzie umieszczono podpis autora. To Adolf Hyła, „malarz Bożego Miłosierdzia”. Obraz Serca Bożego w jezuickim kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa i Matki Bożej Pocieszenia w Poznaniu w lewym dolnym narożniku został datowany na 1963 rok. Wszystko to skłania do przypuszczeń, że poznański wizerunek Najświętszego Serca Pana Jezusa mógł zostać przemalowany z najsłynniejszego przedstawienia Jezusa Miłosiernego, które wyszło spod pędzla Adolfa Hyły. Czy te podejrzenia mają podstawy?

    – W związku z ogłoszeniem w 1959 roku przez Święte Oficjum Notyfikacji zakazującej rozpowszechniania obrazów i pism przedstawiających nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego w formach proponowanych przez siostrę Faustynę, wiele wizerunków ukazujących Jezusa Miłosiernego przemalowano – wyjaśnia ks. Piotr Szweda MS, teolog duchowości i historyk sztuki, autor monumentalnej biografii „Adolf Hyła. Malarz Bożego Miłosierdzia”. Jako przykład saletyn podaje historię obrazu Najświętszego Serca Pana Jezusa, który Hyła namalował do kościoła parafialnego pw. św. Mikołaja w Skale, w diecezji kieleckiej.

    Powstał on w niezwykłych okolicznościach. W związku z ogłoszeniem Notyfikacji ówczesny proboszcz ks. Stanisław Połetek postanowił usunąć ze świątyni obraz Bożego Miłosierdzia pędzla Adolfa Hyły, powstały w 1953 roku. W tej sytuacji Józef Wardyński, fundator wizerunku Jezusa Miłosiernego, poprosił malarza, aby na istniejącym już obrazie namalował przedstawienie Najświętszego Serca Pana Jezusa. Artysta uczynił to w czerwcu 1960 roku.

    Obraz przedstawia promieniejącą intensywnym światłem postać Jezusa, otoczonego białymi obłokami. Zbawiciel ubrany jest w czerwoną szatę przewiązaną w pasie. Na ramiona zarzucony jest pomarszczony himation w kolorze oliwkowym. Inaczej niż na dotychczasowych obrazach, na swoje serce Chrystus wskazuje nie lewą, ale prawą ręką. Przebite i otoczone cierniową koroną serce stanowi główne źródło światła na obrazie. Na jego wierzchołku płonie ogień, z którego wyłania się brązowy krzyż. Lewa ręka wyciągnięta jest do przodu w geście zapraszającym. Na rękach i stopie widać rany po gwoździach. Hyła nie przemalował jednak twarzy Jezusa.

    Malarz Serca

    – Najczęściej o przemalowywaniu obrazów Jezusa Miłosiernego po wprowadzeniu Notyfikacji Świętego Oficjum decydowali sami proboszczowie parafii, w których tego typu przedstawienia się znajdowały. Nie były to jednak liczne sytuacje, a sporadyczne przypadki – zaznacza ks. Szweda. Jak dodaje, w większości obrazy Jezusa Miłosiernego wisiały w kościołach nadal, ewentualnie przenoszono je w mniej eksponowane miejsca. Po zniesieniu notyfikacji część z przemalowanych obrazów restytuowano, przywracając im początkowy wygląd, ale większość, jeśli miała domalowane serce, takimi pozostawała. – Niektóre pierwotne obrazy Bożego Miłosierdzia po przemalowaniu zmieniły swoje znaczenie ikonograficzne i stały się malowidłami Najświętszego Serca Pana Jezusa – podkreśla historyk sztuki.

    Obrazów ukazujących Najświętsze Serce Pana Jezusa w dorobku malarskim Adolfa Hyły jest 37. Do tej pory udało się zlokalizować 26 z nich, 11 wciąż pozostaje nieodnalezionych. – Różnią się między sobą przede wszystkim przedstawieniem Pana Jezusa, zwłaszcza jeśli chodzi o wygląd twarzy czy ubiór, a także proporcjami postaci Zbawiciela. Najczęściej artysta kopiował te wizerunki z oryginałów włoskiego malarza Pompeo Batoniego, tworzącego na przełomie baroku i klasycyzmu, oraz niemieckiego artysty Martina Feuersteina – mówi autor opracowania przedstawiającego życie i twórczość Adolfa Hyły.

    Malarz tworzył obrazy Najświętszego Serca Pana Jezusa w latach 1937–1963. – Można zatem powiedzieć, iż przez całe życie artysty towarzyszyła mu ta tematyka, natomiast nie był to motyw wiodący w jego twórczości – zauważa ks. Szweda. O tym, co naprawdę było życiowym tematem Hyły, świadczy liczba wizerunków Jezusa Miłosiernego. Spod pędzla artysty wyszło ich 245.

    Wzajemne przenikanie

    Na ścisły związek kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa i Bożego Miłosierdzia zwraca uwagę o. Marek Wójtowicz SJ. Jak przypomina, z kultem Bożego Serca siostra Faustyna zetknęła się już w czasie formacji zakonnej w Zgromadzeniu Matki Bożej Miłosierdzia. Jej spowiednikiem był wtedy o. Józef Andrasz SJ, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „Posłaniec Serca Jezusowego”, wydawanego od 1872 r. w Krakowie. – W klasztornej kaplicy w Łagiewnikach, w miejscu, gdzie dzisiaj jest obraz Jezusa Miłosiernego, znajdował się wizerunek Serca Jezusa. W samym „Dzienniczku”, w bardzo wielu miejscach, św. Faustyna pisze, że pragnie się ukryć w Sercu Jezusa – wskazuje o. Wójtowicz. Ślady jej żywej czci dla Serca Jezusowego odnaleźć można również w tekście Nowenny do Miłosierdzia Bożego, w której kolejne grupy osób, za które się modliła, pragnęła umieścić w Bożym Sercu.

    – Z pewnością polska mistyczka dobrze znała objawienia św. Małgorzaty Marii Alacoque, które głęboko ją poruszały i inspirowały. Z podobną hojnością pragnęła odpowiedzieć na miłość, która jest wzgardzona i nie jest kochana. Ubolewała, że tak wielu ludzi oddziela od Jezusa mur obojętności i niewdzięczności. Również idea wynagradzania Sercu Jezusa była jej bardzo droga – dodaje jezuita.

    Jak podkreśla ks. Piotr Szweda, pomimo ogłoszonej w 1959 roku Notyfikacji Świętego Oficjum duchowy klimat czasu, w którym żył Adolf Hyła, wyznaczał w Polsce rozwijający się coraz prężniej kult Bożego Miłosierdzia. – Nie możemy zatem mówić o „konkurowaniu” dwóch kultów, bo jednak kult Najświętszego Serca Pana Jezusa był zdominowany w pewien sposób przez ten pierwszy – uważa teolog.

    Wróćmy do Poznania. Czy znajdujący się w kościele jezuitów obraz, największy spośród tego typu wizerunków wykonanych przez Adolfa Hyłę, mógł być przemalowany z przedstawienia Jezusa Miłosiernego? Takie przypuszczenia miał m.in. filipin ks. Dariusz Dąbrowski. Ksiądz Szweda, który wykonał skrupulatną kwerendę dzieł Adolfa Hyły, nie pozostawia jednak miejsca na wątpliwości. – To dzieło od samego początku było w zamyśle wizerunkiem Najświętszego Serca Pana Jezusa – mówi.

    Historia pewnej katastrofy

    Namalowany na dwa lata przed śmiercią artysty obraz jest największy spośród tego typu przedstawień w twórczości malarskiej Hyły, w dodatku nieszablonowy, i dotychczas nie był u niego spotykany. Artysta stworzył go na dwa lata przed swoją śmiercią. Inicjatorem ufundowania dzieła był o. Zbigniew Lucjan Frączkowski SJ. 25 października 1963 roku zwinięte w rulon płótno przywiózł do klasztoru osobiście sam Adolf Hyła. – Podróż z Krakowa do Poznania przebiegała jednak dramatycznie, gdyż w Mysłowicach pociąg, którym jechał twórca obrazu, wykoleił się. W wyniku zbyt dużej prędkości wagon pocztowy ze znajdującym się w nim obrazem wypadł z torów – opowiada ks. Szweda.

    Na szczęście malarz wyszedł z wypadku bez szwanku. Ocalało również jego dzieło, choć przewożone było w wagonie najbardziej w katastrofie zniszczonym. W stanie nietkniętym obraz został wydobyty z jego zgliszcz – tylko on ocalał z rzeczy transportowanych w wagonie pocztowym. – 26 października 1963 roku obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa obsadzono w głównym ołtarzu na miejscu wizerunku św. Dominika. Dużo pracy włożył w instalację tego malowidła br. Zygmunt Geppert SJ – przypomina ks. Szweda.

    Adolf Hyła wrócił do Krakowa tego samego dnia wieczorem. Kilka dni później w liście do o. Stanisława Mirka SJ pisał, że obraz ma zostać poświęcony w Nowy Rok 1964, kiedy z Rzymu wróci ordynariusz poznański abp Antoni Baraniak. Od tego czasu w jezuickiej świątyni spełniana jest prośba skierowana przez Jezusa do św. Faustyny: „Patrz w Moje miłości i pełne miłosierdzia Serce, jakie mam dla ludzi, a szczególnie dla grzeszników” (Dz. 1663).

    Magdalena Dobrzyniak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Najświętsze Serce Pana Jezusa

    Renata Sedmakova | Shutterstock

    ***

    Ta uroczystość jest obchodzona w piątek po tzw. oktawie Bożego Ciała. Została ona ustanowiona na prośbę Jezusa, którą przekazał św. Małgorzacie Marii Alacoque:

    Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że nie szczędziło niczego aż do zupełnego wyniszczenia się dla okazania im miłości, a w zamian za to doznaje od większości ludzi tylko gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw, jakie oddają mu w tym Sakramencie Miłości. Dlatego żądam, aby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony jako osobne święto ku czci Mojego Serca i na wynagrodzenie Mi przez komunię i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję.

    Katolicy mają obowiązek uczestniczyć w Eucharystii w każdą niedzielę oraz w niektóre uroczystości – tzw. święta nakazane. Jest nimi m.in. Boże Ciało. 

    W uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa nie ma obowiązku uczestniczenia we Mszy Świętej.

    Katolicy w Polsce nie jedzą mięsa w każdy piątek. Wynika to z przepisów Prawa Kanonicznego oraz ustaleń Konferencji Episkopatu Polski. Taka wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych nie obowiązuje, gdy w piątek przypada uroczystość. 

    Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa znosi post i można jeść mięso.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak Polacy ratowali kult

    Najświętszego Serca Pana Jezusa

    web3-sacred-heart-jesus-kamil-szumotalski

    Kamil Szumotalski/Aleteia

    ***

    Czerwiec to miesiąc nabożeństwa do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Mało kto jednak zna polskie wątki związane z tym kultem.

    Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa

    Na pomysł nabożeństw czerwcowych wpadła (wszystko wskazuje, że pod wpływem Ducha Świętego) s. Aniela de Sainte-Croix. Było to w połowie XIX w. i główną inspiracją były nabożeństwa majowe. „Skoro cały maj poświęcony jest Matce Bożej – pomyślała s. Aniela – to wypadałoby ofiarować coś też Jej Synowi”. I tu skojarzenia naszej wizytki pobiegły bardzo szybko w stronę jej, zmarłej w opinii świętości, współsiostry z XVII w. – Małgorzaty Marii Alaqoque.

    To jej Jezus polecił przekazać Kościołowi, że pragnie, by przypomniano prawdę o Jego miłosierdziu. Tak zrodził się kult Najświętszego Serca, którego wyrazem początkowo była litania, akt oddania się jemu – osobisty oraz oddania całej rodziny – i praktyka pierwszych piątków, czyli spowiedzi i przyjęcia Komunii św. w pierwsze piątki kolejnych dziewięciu miesięcy.

    Wizje o których mowa, zaczęły się w latach siedemdziesiątych XVII w., a główna, dotycząca form czci i związanych z nią obietnic, nastąpiła właśnie w czerwcu, w 1675 r.

    Wszystko pięknie się ze sobą zgrało: pomysł s. Anieli, data najważniejszej wizji, wreszcie to, że uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa też wypada w tym miesiącu (piątek po oktawie Bożego Ciała). Uzyskawszy zgodę przełożonych, a potem biskupa miejsca, siostry przyjęły praktykę codziennej modlitwy Litanią do Najświętszego Serca Pana Jezusa przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Nabożeństwo to bardzo szybko trafiło na ziemie polskie, bo już w 1857 r.

    To tempo nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę, że zarówno w biografii św. Małgorzaty, jak i w przyjęciu przez Kościół jej objawień pojawia się dwukrotnie, i to w kluczowych momentach, polski wątek.

    Święty Jacek a powołanie

    Wizjonerka, wcześnie osierocona przez ojca, była wychowywana bardzo surowo przez wuja i ciotki. To oni dyktowali, jak ma układać swoje życie. Kiedy powiedziała, że pragnie wstąpić do zakonu, najpierw rodzina kazała jej porzucić ten pomysł. Do tej pory łagodna i spolegliwa wychowanka odmówiła i trwała przy tej decyzji, więc rodzina uznała, że trudno, ale przynajmniej niech idzie do urszulanek.

    Tymczasem panna Alacoque już rozeznała, że ma iść do wizytek. Nacisk krewnych był jednak tak duży, że zaczęła się chwiać w swojej decyzji.

    I wtedy o wsparcie poprosiła św. Jacka Odrowąża. Modliła się za jego wstawiennictwem do Matki Bożej i wespół w zespół doprowadzili rodzinę do pogodzenia się z faktem, że Małgorzata będzie tam, gdzie chce ją Bóg. O tej akcji modlitewnej pisze w autobiografii, po latach wciąż wspominając z wielkim sentymentem i sympatią opiekę polskiego dominikanina.

    Episkopat w akcji

    Drugi raz pomoc z Polski nadeszła w drugiej połowie XVIII w. Prawda przekazana w objawieniach s. Małgorzaty spotkała się z gwałtownym odrzuceniem już za jej życia. Głównymi jej krytykami byli janseniści (bardzo rygorystyczny nurt w ówczesnym Kościele, m.in. kładący zbyt duży nacisk na sprawiedliwość Bożą).

    Rozpętali tak skuteczną nagonkę, że nawet Stolica Apostolska przez ponad wiek zachowywała milczenie na temat wspomnianych objawień. Momentem zwrotnym w ich uznaniu był memoriał Episkopatu Polski z 1765 r., domagający się ich przyjęcia. Co też się stało: najpierw uroczystość Najświętszego Serca miały prawo obchodzić wizytki, potem pozwolenie otrzymał Kościół w Polsce, a w połowie XIX w. zaczęto ją świętować w Kościele powszechnym.

    Najwyraźniej, co jak co, ale głoszenie miłosierdzia zawsze było bliskie polskiej duchowości.

    Elżbieta Wiater/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kim był Kasper Drużbicki, jezuita i mistyk, który szerzył kult Serca Jezusa na ziemiach polskich w XVII wieku?

    Ojciec Kasper Drużbicki, jezuita, propagował kult Serca Jezusa na ziemiach polskich na długo przed objawieniami w Paray-le-Monial.

    O. Kasper Drużbicki był jedną z osób, które najbardziej przyczyniły się do rozwoju kultu Jezusowego Serca  na ziemiach polskich.

    reprodukcja Henryk Przondziono/fot. Gość Niedzielny

    ***

    Już w nowicjacie Towarzystwa Jezusowego, do którego wstąpił w 1609 roku, dostrzeżono jego liczne talenty. Miał wyjątkowe zdolności organizacyjne i intelektualne, był pobożny i zdolny do poświęceń. Z charakteru jego pisma wynika, że był człowiekiem gwałtownym i emocjonalnym. Nie stanowiło to jednak przeszkody na drodze do doskonałości. Jak wynika z jego pamiętników „nie stawiał oporu w czynieniu dobra, ani do zła nie był porywczy”. Nic dziwnego, formował się w szkole św. Ignacego z Loyoli i wszystkie siły zaangażował w służbie dla „większej chwały Bożej”.

    Praktyczny i aktywny

    Kasper pochodził z Drużbic, niedaleko Piotrkowa Trybunalskiego, a jego działalność przypadła na XVII wiek. To czas wojen ze Szwedami i zagrożenia ze strony Kozaków. Święcenia przyjął w 1621 roku i szybko zaczęto mu powierzać różne funkcje. Był rektorem kolegium, wykładowcą, formatorem w seminarium, a dwukrotnie również prowincjałem. Badacze jego pism podkreślają, że był osobowością niezwykle praktyczną i aktywną. Po najeździe Szwedów organizował odbudowę zniszczonych kolegiów. Jako prowincjał obserwował sytuację w folwarkach i opracował reguły dla jezuitów zarządzających majątkami ziemskimi. Nie był obojętny na los chłopów. „Starał się tworzyć dobre warunki pracy i traktował poddanych w sposób ludzki. Podobne zalecenia wydał również w memoriale skierowanym do jezuitów pełniących obowiązki zwierzchników” – pisze Justyna Łukaszewska-Haberkowa, zajmująca się rozwojem polskiej kultury religijnej.

    Pełnienie urzędów nie przeszkadzało mu w pisaniu. Zostawił po sobie 24 tomy kazań i wiele traktatów ascetycznych. Te drugie zdobyły popularność głównie na zachodzie Europy. Na szczególną uwagę zasługuje jego dzieło zatytułowane „Meta cordium Cor Jesu” („Cel serc – Serce Jezusa”). To synteza „duchowości serca”, która powstała kilkanaście lat przed objawieniami Jezusa św. Małgorzacie Marii Alacoque we francuskim Paray-le-Monial. J.W. Bainvel, jeden z francuskich XIX-wiecznych teologów, znawca kultu Serca Jezusowego, ocenił, że „żadna dotąd książka nie mówiła tak jasno o Sercu Pana Jezusa, żadna nie odsłaniała tylu horyzontów. I dotąd jeszcze wśród tylu podręczników nie ma żadnego praktyczniejszego, bogatszego, sugestywniejszego”.

    Jak Drużbicki doszedł do czci Jezusowego Serca? Gdzie stawiał akcenty i na czym opierał propagowany przez siebie kult?

    U źródeł kultu Serca

    „Siebie samego Tobie i z Tobą, a przez Ciebie Ojcu Wiekuistemu i Duchowi Świętemu ofiaruję, prosząc, abyś mnie strawił ogniem miłości, którą płoniesz do Ojca, świata, wybranych i do mnie” – zapisał Kasper w „Modlitwie do Rany Boku i Serca Jezusa”. „Proszę Cię i najusilniej błagam, abyś mnie płomienną miłością Twoją i miłością ku Tobie w proch obrócił. Obyś też wedle wszelkiej zdolności mojej i wszelkiego chcenia, jakie wraz z Ojcem i Duchem sam żywisz, przemienił mnie całego w ranę Miłości oraz miłość samą i nie dozwolił, abym z tej rany kiedykolwiek się uleczył” – kontynuował.

    To modlitwa mistyka, co widać w jej tytule. Kult, jakim Kasper Drużbicki otaczał Serce Jezusa, wyrasta z jego doświadczenia modlitwy. Jak zaznacza jego współbrat w opracowanej pośmiertnie biografii, Kasper jeszcze przed święceniami kapłańskimi otrzymał szczególne dary. Już w nowicjacie Pan „obdarzył go rzadkim nabożeństwem do męki Chrystusa”. Czy u źródeł książeczki, która zawiera praktyczne wskazówki dotyczące kultu Jezusowego Serca, znajduje się jakieś szczególne doświadczenie duchowe? Ojciec Henryk Fros SJ, bollandysta, badacz życiorysów świętych, podkreśla, że ten kult wyrasta z rozważania męki Pańskiej. Wpatrzony w rany Jezusa, a zwłaszcza w ranę Jego Serca, Drużbicki zaczął współodczuwać ze swoim Mistrzem. Formował się w szkole duchowości ignacjańskiej, więc jego uwagę przykuwały nie tyle zewnętrzne aspekty męki, cierpienie i ból, co wspólnota serca. Zgodnie z zaleceniami założyciela swego zakonu, kontemplując mękę, wchodził w doświadczenie uczestnictwa i głęboką zażyłość z Chrystusem. Wiedział, że rozważanie męki Syna Bożego ma jeden cel – zjednoczenie z Bogiem, a przez to doskonałą miłość. Serce było dla niego czymś więcej niż jej symbolem. To nie „przedmiot” nabożnej, zewnętrznej czci. Patrząc na przebite Serce i Jego ranę, zbliżał się do uczuć Chrystusa, odkrywał Jego pragnienia. Często nazywał to Serce „Bosko-ludzkim” (Cor Theandricum). Ono stało się dla Kaspra tak bardzo istotne, że w testamencie napisał: „Zamykam się, wiążę i grzebię w Bosko-ludzkim Sercu Twoim. Z chwilą Twej najdroższej śmierci łączę i polecam chwilę mojej śmierci. Cały wreszcie pragnę w Ciebie całego przemienić się i przebóstwić”.

    Cel serc – Serce Jezusa

    Polski tytuł jednego z ważniejszych dzieł Drużbickiego brzmi: „Cel serc – Serce Jezusa”. To nie jest zwykła książeczka do nabożeństwa ani teologiczny traktat, których wiele wyszło spod jego pióra. To pismo mistyka, który dzieli się swoim wieloletnim doświadczeniem. Przebija z niego znajomość duchowych spraw. Drużbicki wiedział, do czego chce doprowadzić innych. Podkreślał, że to ćwiczenia, mały podręcznik, dzięki któremu modlący się kształtuje się w szkole Jezusa. Co to konkretnie oznacza?

    Kasper Drużbicki wpisał kult Jezusowego Serca w drogę duchową, która zgodnie z klasycznym podziałem składa się z trzech etapów: oczyszczenie, oświecenie i zjednoczenie. Zwracał też uwagę na cel. Cześć dla Serca Jezusa to nie propozycja płytkiego sentymentalizmu, ale droga dla tych, którzy chcą osiągnąć świętość. Na każdym jej etapie jezuita podkreślał konkretne postawy przyjmowane przez ćwiczącego. Wchodząc na drogę oczyszczenia, trzeba przyjść przed Serce Jezusa i zderzając się z Jego pięknem, zobaczyć własne niedoskonałości. W drodze oświecenia ćwiczący przystępuje do Serca Jezusa i podejmuje decyzję – chce być posłuszny Jego woli, wypełniać ją, bez względu na koszty. W drodze zjednoczenia ma badać pragnienia, odrzucać te, które nie pochodzą od Jezusa, i prosić o rozpalenie tych, które wypełniały Jego Serce.

    Chodzi więc o kształtowanie postaw i regularne ćwiczenia. Co ciekawe, autor wydaje się bardzo wrażliwy na potrzeby tych, którzy je podejmują. Zaleca bardzo indywidualne podejście. Zwraca uwagę na aktualny stan człowieka, który wchodzi w modlitwę. Jezuicie chodzi więc o wewnętrzną uważność i badanie poruszeń, obserwację tego, co dzieje się we wnętrzu podczas modlitwy. Dlatego zaleca, aby zatrzymywać się przy tych wezwaniach, które przykuwają uwagę. „Tak długo medytujemy nad jakimś z nich, wyrażającym cnotę i przymiot Serca Jezusa, jak długo przychodzą do nas różne znaczenia, porównania, duchowe smaki i inne pobożne poruszenia wokół niego”.

    Drużbicki nadaje Sercu Jezusa różne nazwy i przypisuje symbole, w większości zaczerpnięte ze średniowiecznej literatury duchowej. Jak zaznacza o. Fros, kult Serca Jezusa został sprowadzony w tym dziele z wyżyn mistyki do ćwiczeń ascetycznych. Wpisuje się też w tradycję poprzednich wieków. Czy to, co proponował, różniło się znacząco od objawień św. Marii Małgorzaty Alacoque?

    Z Serca Jezusa, jakim widział je Drużbicki, przebijają radość i chwała. Takie obrazy jak miód, słodycz, złota kadzielnica, ołtarz, lampa, schronienie czy ogród stanowią często punkt wyjścia jego rozważań. To prawda, że mogą być obce współczesnej mentalności, czasem kojarzą się z płytkim sentymentalizmem czy barokową przesadą. Jednak w czasach, w których w pobożności pasyjnej często stawiano zbyt mocne akcenty na wątki związane z bólem i cierpieniem, obrazy proponowane przez Drużbickiego tchnęły świeżością. O. Fros zaznacza, że dzięki głębi duchowej i znajomości dzieł średniowiecznych mistyków Drużbicki zawsze był wpatrzony w Serce, które mimo cierpienia promieniuje światłem, jest chwalebne i żywe. Używane przez niego obrazy pomagały w dostrzeżeniu tej chwały.

    Zapomniany?

    Kasper Drużbicki był jednym z tych duchownych, którzy wywarli największy wpływ na rozwój religijności w XVII-wiecznej Polsce. Jego dzieła to głównie teologiczne traktaty spisane po łacinie. Były we Francji cenionymi podręcznikami ascetyki. Mniejsze publikacje, takie jak wspomniany „Modlitewnik” zawierający ćwiczenia, tłumaczone były pod koniec XIX wieku na języki angielski, niemiecki i czeski. Za sprawą ks. Stojałowskiego ze Lwowa dzieło to doczekało się także kolejnych wydań w języku polskim.

    Postać i dzieło o. Kaspra Drużbickiego są dzisiaj w Polsce mało znane. Wpływ na to miały z pewnością uwarunkowania historyczne. Nie bez znaczenia jest także łacina, język jego publikacji. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest on jednym z tych, którzy najbardziej przyczynili się do rozwoju kultu Jezusowego Serca na ziemiach polskich. Wpłynął na swoją epokę i kolejne pokolenia, a sam został zapomniany, jakby zamknięty we wnętrzu Jezusowego Serca, na wieki. O to prosił przez całe życie: „Przyjmij mnie i zamknij w głębiach Twego Serca, w nim zachowaj, przetop, oczyść, rozgrzej, zapal, rozpłomień, na nowo ukształtuj”.•

    ks. Rafał Bogacki/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________________________________

    fot. nauki katolickie.pl

    ***

    Najświętsze Serce Jezusa

    wygrało Bitwę Warszawską!

    Związek Radziecki miał w planach zlikwidowanie Europy, ale na drodze stanęła katolicka Polska, która zwróciła się do Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    Wiele Polacy zawdzięczają w tym zwycięstwie Maryi, ale nie dziś przypomnijmy wielką rolę Najświętszego Serca Pana Jezusa w tym zwycięstwie „18 lipca w Warszawie na Placu Saskim odbyła się uroczystość Armii Ochotniczej. W czasie Mszy św. biskup polowy, Stanisław Gall wręczył gen. Hallerowi sztandar dla sztabu armii. Na jednej jego stronie znajdowało się Serce Jezusa i wyhaftowany napis: “W tym znaku zwyciężysz!” Wkrótce podobne sztandary otrzymały samodzielne bataliony i pułki ochotnicze. Ochotnicy szli do ataku skandując: “Bóg tak chce!” bądź “Jezus i Maryja!” Identyczne okrzyki wznosili w XI stuleciu uczestnicy wypraw krzyżowych, organizowanych w celu wyzwolenia Grobu Chrystusa.” (1)

    Znamienne są tu daty aktów intronizacyjnych skierowane do Chrystusa Króla i Jego Serca, dokonanych przez Episkopat Polski w historii naszego Narodu. „1920 r. – to jest akt dokonany podczas agresji bolszewickiej na Polskę i dzięki temu aktowi dokonanemu przez cały Episkopat na Jasnej Górze. 27 lipca 1920 roku nawała bolszewicka została powstrzymana. 1921 r. – to ponowienie tego aktu z 1920 r. ale już w formie dziękczynienia na Małym Rynku w Krakowie 3 czerwca 1921 roku, cały Episkopat z kard. Edmundem Dalborem Prymasem Polski na czele oraz 150 tysięczna rzesza ludzi brała udział w tym akcie poświęcenia i było to bardzo uroczyste wydarzenie. (2)

    Z pewnością tuż po wojnie, pamiętano o tym, że Najświętsze Serce Pana Jezusa szczególnie kocha Polskę, a w dniach zagrożenia uratowało nasz kraj przed nawałą bolszewików. Stawiano liczne wota, z których najważniejszymi był tzw. Pomnik Wdzięczności Najświętszemu Serca Pana Jezusa w Poznaniu, a także Bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa księży jezuitów w Krakowie przy ul. Kopernika. Były też mniejsze lokalne akty dziękczynienia, przejawiające się często w publicznym ustawianiu pomników Jezusa z uwidocznionym Jego miłującym Sercem. Przykładem jest rzeźba z ulicy Warszawskiej w Łomiankach, miejscowości położonej na północ od Warszawy. Tam tablica informująca o związkach fundacji pomnika Jezusa z rokiem 1920 przez dłuższy czas była zasłonięta nowszą tablicą z napisem „Jezu Ufam Tobie”. Tak w obawie przed komunistami próbowano zacierać pewne prawdy, które na szczęście teraz są przypominane.

    Z pewnością, szczególnie w okolicach Warszawy, rozkwitał kult NSJ. Świadczą o tym bardzo licznie zakładane grupy modlitewne Straży Honorowej NSJ i innych. Także wśród młodzieży było dużo powołań do zakonów czczących Serce Jezusa. Wiele życiowych sytuacji z tego czasu opisuje niedawno odnaleziona korespondencja ojca Bolesława (Aleksandra) Wartałowicza, chłopaka z okolic Łomianek, z Czosnowa, który właśnie w tamtym czasie postanowił wstąpić do Zgromadzenia Najświętszych Serc Jezusa i Maryi i Wieczystej Adoracji Najświętszego Sakramentu Ołtarza, zgromadzenia które powstało we Francji w roku 1800, a w którym nie było jeszcze Polaków.

    Lata gimnazjalne bohatera książki (3) zbiegły się z wielki mi przemianami w Europie i na świecie. (…) W 1919 roku wywiązał się konflikt zbrojny między Polską a Rosją Radziecką. Twierdza w Modlinie była pośpiesznie modernizowana, jej fortyfikacje włączono do systemu obronnego Polski. W życiu Aleksandra nastąpił ważny moment; wówczas 18-letni, gotów był zapłacić najwyższą cenę za nie podległość ukochanego kraju i wstąpił na ochotnika do wojska. „Było wtedy z nami krucho” – pisał w jednym z listów – „barbarzyńcy pod parli się aż prawie pod samą Warszawę i Modlin, kto mógł, wstępował do wojska, ja również byłem kilka miesięcy na ochotnika.” W monografii poświęconej ojcu Bolesławowi autor podkreśla: Radość i poczucie dumy na rodowej Polaków były wielkie, a w Czosnowie za miast rosyjskiego gwaru sprzed wojny słychać było język polski. Czytamy w jego zapiskach: „Skropiliśmy jednak napastników tak, że im się chyba na zawsze odechce Polski… pieszo się co raz prze chadzają się oddziały polskich zuchów w maciejówkach z białym orłem, śpiewając rodzi me piosnki, od których aż serce rośnie. Wszędzie u nas, zwłaszcza śród młodzieży, pełnem tętnem bije radość polskie go życia. Te raz w ogóle tu między ludźmi panu jeinny duch, pełen brawury na rodowej i polskości, zwłaszcza po inwazji bolszewickiej”

    Można się pokusić o tezę, że wiele figur Najświętszego Serca Pana Jezusa, dziś już zapomnianych, albo traktowanych z niesłuszną pogardą jako „ludowe”, było po tzw. Cudzie nad Wisłą stawianych nie tylko w kontekście religijnym, ale i patriotycznym. Stanowiły one centra nie tylko kultu religijnego do nabożeństw czerwcowych, ale także uroczystości patriotycznych. To nie jest tylko polska specyfika, także w innych krajach poświęcano się Sercu Jezusowemu prosząc o wybawienie od ateizmu związanego z komunizmem. Komuniści zaś o tym wiedzieli i niszczyli publiczne wizerunki Jezusa, kiedy tylko mogli. Wiele jest takich przykładów z Hiszpanii. Ten antykomunistyczny wymiar kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa ma swoje głębokie korzenie już w objawieniach św. Małgorzaty Marii Alacoque (1647-1690), która twierdziła, że król Francji Ludwik XIV powinien poświęcić się NSJ i nawrócić, a jeżeli tego nie uczyni, królestwo zaginie a Francja stanie się przyczyną cierpień całego świata (4). I tak się niestety stało, a napad bolszewików na Polskę był konsekwencją tego w historycznym ciągu wydarzeń. Podczas napadu bolszewików na Polskę miały miejsce liczne profanacje świątyń, poprzez grzech czy bluźnierstwa. Może to skłoniło Aleksandra, chłopaka z Czosnowa do wstąpienia do zgromadzenia szczególnie modlącego się do Serca Jezusa w intencji wynagradzania za grzechy rewolucji.

    Bibliografia:
    (1) Posłaniec Serca Jezusowego, Józef Koskowski  http://www.deon.pl/po-godzinach/historia-i-spoleczenstwo/art,242,modlitwy-do-serca-jezusowego-wyblagaly-cud-nad-wisla.html

    (2) Teresa: Niezbadane są drogi Opatrzności Bożej. Pon 16:07, 01 Cze 2015, http://www.traditia.fora.pl/kult-nspj-chrystusa-krola-i-intronizacja,47/sympozjum-i-uroczystosc-nspj-w-krakowie-1-lipca-2011,6319.html

    (3) Mirosława Koberda Wartałowicz, Radosław Zięzio: Ojciec Bolesław Wartałowicz SSCC : pierwszy zakonnik Najświętszych Serc Jezusa i Maryi w Polsce / Warszawa : Oficyna Wydawniczo-Poligraficzna “Adam”, 2012.

    (4) ks. Eugeniusz Ziemann SCJ, Powiernica Serca Jezusa z Paray-le-Monial, http://www.sercanie.pl/scj/peregrynacja/malgorzata.html

    Maria Patynowska/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 CZERWCA – SOBOTA

    UROCZYSTOŚĆ NIEPOKALANEGO SERCA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW. OD GODZ. 17.30

    MSZA ŚWIĘTA – O GODZ. 18.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – NABOŻEŃSTWO DO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY, KTÓREJ NIEPOKALANE SERCE ZOSTAŁO PRZEBITE SIEDMIOKROTNIE

    ***

    Modlitwa do Matki Bożej Bolesnej

    ***

    Kiedy modlimy się do Boleściwej Bożej Matki, która doświadczyła niewyobrażalnego bólu i cierpienia podczas męki i śmierci swojego Syna – to właśnie wtedy dobrze jest swój ból i pragnienie nawrócenia swojego serca oddać Tej, która najlepiej uczy nas cierpliwości i wytrwałości w wierze.

    ***

    Modlitwy do Matki Bożej Bolesnej

    Prośba o łaskę żalu za grzechy

    O słodka Panno Maryjo przez miecz boleści, który przeszył Twą duszę, gdyś widziała Syna Twego najdroższego na krzyżu wzniesionego, obnażonego, przybitego do pręgierza hańby, pokrytego ranami i bliznami, uproś nam tę łaskę, aby serce nasze również było mieczem żalu za grzechy przeszyte, i grotem miłości Bożej zranione. O Panno święta! przez te niewypowiedziane cierpienia, któreś bez skargi przeniosła, gdy stojąc pod krzyżem, słyszałaś Syna Twego polecającego Cię Janowi świętemu, wydającego głos wielki i oddającego ducha Swego w ręce Boga Ojca, wspomóż nas przy końcu życia naszego.

    Wsparcie w godzinie śmierci

    Gdy język nasz nie będzie już mógł Cię wzywać, gdy oczy nasze zamkną się na światło, a uszy nasze na wszystkie świata odgłosy, kiedy nas wszystkie siły opuszczą, wspomnij wtedy, o Matko najmiłosierniejsza, o tych modłach, jakie do Boga w Twej obecności wznosimy, Twojej je polecając dobroci! Wspomóż nas w godzinę niebezpieczeństwa strasznego i racz dusze nasze przedstawić Synowi Twemu Boskiemu, aby za przyczyną Twoją ocalił je od wszelkiego cierpienia i wprowadził do wiekuistego w niebieskiej ojczyźnie spoczynku.

    Prośba o pokutę i przemianę duszy

    O Panno najczystsza! przez te ciężkie westchnienia, które się wyrywały z Twej piersi wezbranej boleścią, gdy przyjmując w Swe ręce Syna ukochanego zdjętego z krzyża, wpatrywałaś się w ciało Jego uwielbione, pokryte ranami i w Oblicze Jego tak przecudnie piękne, a śmiercią tak zeszpecone, spraw, błagamy Cię! abyśmy opłakiwali nasze grzechy, i aby pokuta uleczyła rany tych grzeszników; żeby w chwili, gdy śmierć, ciało nasze przedmiotem wstrętu uczyni dla wszystkich, dusza nasza jaśniejąca pięknością, zasłużyła na przyjęcie jej w objęcia najsłodszego Jezusa Syna Twojego, a Pana naszego. Amen.

    ***

    "Starzec Symeon i Dzieciątko Jezus w świątyni". Ostatni, nieukończony obraz Rembrandta, 1689 r.

    „Starzec Symeon i Dzieciątko Jezus w świątyni”. Ostatni, nieukończony obraz Rembrandta, 1689 r. © fot. Wikicommons

    ***

    W tajemnicy Ofiarowania Pańskiego spełnia się starotestamentowe proroctwo o przybyciu Pana do świątyni (por. Ml 3,1). Starzec Symeon, którego imię oznacza „słuchający”, kieruje prorocze słowa wypowiedziane pod natchnieniem Ducha Świętego: „A Twoją duszę miecz przeniknie — aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2,35). W tych tajemniczych słowach widać jak ściśle Boża Matka złączona jest z dziełem zbawienia. Miecz przeszywający serce Maryi – jest po prostu współcierpieniem z Jezusem, a którego szczytem będzie udział Maryi w męce Syna. Maryja stojąca pod krzyżem współuczestniczy w tajemnicy odkupienia. Św. Jan Paweł II tak właśnie interpretuje w Encyklice poświęconej Maryi, że prorocze słowa Symeona stanowią jak gdyby uzupełnienie obietnicy otrzymanej od Archanioła Gabriela: “Słowa Symeona są jakby drugą zapowiedzią dla Maryi, gdyż wskazują na konkretny wymiar historyczny, w którym Jej Syn wypełni swoje posłannictwo, to jest wśród niezrozumienia i w cierpieniu. Jeśli taka zapowiedź potwierdza z jednej strony Jej wiarę w wypełnienie Boskich obietnic zbawienia, to z drugiej strony objawia również, że swoje posłannictwo będzie musiała przeżywać w cierpieniu u boku cierpiącego Zbawiciela i że Jej macierzyństwo pozostanie w cieniu i będzie bolesne”. (Redemptoris Mater, nr 16;)

    Tak więc — kontynuuje Ojciec Święty — Dobra Nowina wiąże się z trudem serca, „jaki związany jest z »ciemną nocą wiary« — używając słów św. Jana od Krzyża — jakby z »zasłoną«, poprzez którą wypada przybliżać się do Niewidzialnego i obcować z tajemnicą. W taki też sposób Maryja przez wiele lat obcuje z tajemnicą swego Syna i idzie naprzód w swojej pielgrzymce wiary…” (RM, 17). I nie może być inaczej, ponieważ Ojca nie zna nikt inny, jak tylko Syn (por. Mt 11,27), tak że „nawet Ta, której najpełniej została objawiona tajemnica Jego Boskiego synostwa, Matka, z tajemnicą tą obcowała tylko przez wiarę” (RM, 17). W sposób najbardziej bolesny doświadczy tej „nocy wiary” oczywiście pod krzyżem, bo kiedy słucha proroctwa Symeona i je zapamiętuje, nie wie jeszcze, w jaki sposób jego słowa się wypełnią: „śmiertelny miecz przeniknie Jej życie, gdy włócznia centuriona przebije Jego serce. Jeszcze nie rozumie, co oznacza ten miecz. Każde proroctwo jest ciemne przed spełnieniem” (R. Laurentin). W każdym razie na Golgocie napięcie pomiędzy obietnicą anioła a sposobem jego wypełnienia okaże się największe, noc stanie się wtedy najczarniejsza:

    …stojąc u stóp Krzyża, Maryja jest świadkiem całkowitego, po ludzku biorąc, zaprzeczenia tych słów. Jej Syn kona na tym drzewie jako skazaniec (…) Jakże wielkie, jak heroiczne jest wówczas posłuszeństwo wiary, które Maryja okazuje wobec »niezbadanych wyroków« Boga! (…) Przez tę wiarę Maryja jest doskonale zjednoczona z Chrystusem w Jego wyniszczeniu (…) U stóp Krzyża, Maryja uczestniczy przez wiarę we wstrząsającej tajemnicy tego wyniszczenia. Jest to chyba najgłębsza w dziejach człowieka „kenoza” wiary. Przez wiarę Matka uczestniczy w śmierci Syna — a jest to śmierć odkupieńcza (RM, 18).

    Proroctwo Symeona, w którym słowa dotyczące roli Maryi następują zaraz po przepowiedni dotyczącej misji Jezusa, nieprzypadkowo łączą się w jedną całość. Maryi dane będzie od początku aż do końca trwać przy Chrystusie przez wiarę, pomimo miecza przenikającego Jej duszę. W ten sposób Maryja współuczestniczy w misterium dokonującego się Odkupienia.

    Kościół ogłosił już cztery dogmaty dotyczące Bożej Matki: o Boskim macierzyństwie Maryi, o Jej wiecznym dziewictwie, o Niepokalanym Poczęciu oraz o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny. W niedługim już czasie, wyznaczonym przez Ducha Świętego, będzie ogłoszony kolejny dogmat – współodkupicielstwo Matki Boga. To przeświadczenie jest bardzo mocno obecne w wypowiedziach wielu świętych pochodzących z kręgów pierwszych uczniów św. Ignacego Loyoli oraz św. Alfonsa de Liguoriego. W naszych czasach mówili o niej św. Maksymilian Kolbe i św. Jan Paweł II, papież Pius XI i Pius XII, a także bł. kard. Stefan Wyszyński, który proponował ogłoszenie tego dogmatu na Soborze Watykańskim II. W oficjalnym nauczaniu św. Jan Paweł II nawiązał do współodkupicielstwa Maryi siedem razy. Ten temat podejmował również sługa Boży ks. Dolindo Ruotolo.

    ***

    Liturgiczne święta Matki Bożej idą zwykle równolegle ze świętami Pana Jezusa. Tak więc Kościół obchodzi: Boże Narodzenie (25 XII) i Narodzenie Najświętszej Maryi (8 IX), Ofiarowanie Chrystusa w świątyni (2 II) i Ofiarowanie Maryi (21 XI), Wielki Piątek i wspomnienie Matki Bożej Bolesnej (15 IX), Wniebowstąpienie Pana Jezusa i Wniebowzięcie Maryi (15 VIII), Serca Pana Jezusa i Serca Maryi (dzień później), Chrystusa Króla (w ostatnią niedzielę przed Adwentem) i Maryi Królowej (22 VIII).



    O Sercu Maryi jako pierwszy pisze św. Łukasz (Łk 2, 19. 51). Pierwsze ślady kultu Serca Maryi napotykamy już w XII w. I tak o Sercu Maryi wspominają: św. Azelm (+ 1109), jego uczeń Eudmer (+ 1124), Hugo od św. Wiktora (+ 1141), św. Bernard (+ 1153), św. Herman Józef (+ 1236), św. Bonawentura (+ 1274), św. Albert Wielki (+ 1280), Tauler (+ 1361), bł. Jakub z Voragine (+ 1298), św. Mechtylda (+ 1299), św. Gertruda Wielka (+ 1303), św. Brygida Szwedzka (+ 1373) i inni.
    Na wielką skalę kult Serca Maryi rozwinął św. Jan Eudes (1601-1680). Kult, który szerzył, nosił nazwę Najświętszego Serca Maryi lub Najsłodszego Serca Maryi. Jak wiemy, łączył go ze czcią Serca Pana Jezusa. Odtąd powszechne są obrazy Serca Jezusa i Serca Maryi. Najwięcej jednak do rozpowszechnienia czci Serca Maryi przyczynił się ks. Geretes, proboszcz kościoła Matki Bożej Zwycięskiej w Paryżu. W roku 1836 założył on bractwo Matki Bożej Zwycięskiej, mające za cel nawracanie grzeszników przez Serce Maryi. W roku 1892 bractwo liczyło 20 milionów członków.
    W objawieniu “cudownego medalika Matki Bożej Niepokalanej”, jakie otrzymała w roku 1830 św. Katarzyna Laboure, są umieszczone dwa Serca: Jezusa i Maryi. Św. Antoni Maria Klaret (+ 1870) Niepokalane Serce Maryi ustanowił Patronką swojego zgromadzenia. Co więcej, Serce Niepokalane Maryi umieścił w herbie tegoż zakonu.



    W wieku XIX rozpowszechniło się nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi dla podkreślenia przywileju Jej Niepokalanego Poczęcia i wszystkich skutków, jakie ten przywilej na Maryję sprowadził. To nabożeństwo w ostatnich dziesiątkach lat stało się powszechne. Początek temu nabożeństwu dało ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi przez papieża Piusa IX w roku 1854, jak też objawienia Matki Bożej w Lourdes (1858). Najbardziej jednak przyczyniły się do tego głośne objawienia Matki Bożej w Fatimie w roku 1917.Dnia 13 maja 1917 roku, kiedy dzieci: Łucja (lat 10), jej cioteczny brat Franciszek (lat 9) i Hiacynta (siostra Franciszka, lat 7) w odległości 3 km od Fatimy pasły swoje owce, ujrzały nagle silny błysk ognia jakby potężnej błyskawicy, który powtórzył się dwa razy. Zaniepokojone dzieci zaczęły zabierać się do domu ze swymi owcami. Ujrzały nagle na dębie postać Matki Bożej i usłyszały Jej głos: “Nie bójcie się, przychodzę z nieba. Czy jesteście gotowe na wszelkie cierpienia i pokuty, aby sprawiedliwości Bożej zadośćuczynić za grzechy, jakie Jego Majestat obrażają? Jesteście gotowe nieść pociechę memu Niepokalanemu Sercu?” W imieniu trojga odpowiedziała najstarsza Łucja: “Tak jest, bardzo tego chcemy”. Matka Boża poleciła dzieciom, aby przychodziły na to samo miejsce co miesiąc 13 każdego miesiąca.
    Dzieci wzięły sobie głęboko do serca polecenie z nieba i zadawały sobie w tym czasie najrozmaitsze pokuty i cierpienia na wynagrodzenie Panu Bogu za grzechy ludzkie. W czerwcu Łucja usłyszała od Maryi: “Moje Serce Niepokalane chciałoby Panu Bogu składać dusze odkupione, jako kwiaty przed Jego tronem”. W lipcu Maryja powiedziała: “Musisz ofiarować się za grzechy. Kiedy to będziesz czynić, powtarzaj: «O Jezu, czynię to z miłości dla Ciebie i za nawrócenie grzeszników w łączności z Niepokalanym Sercem Maryi»”. Matka Boża pokazała też dzieciom piekło, a w nim wiele dusz potępionych, aby wzbudzić w nich grozę i tym większe pragnienie ratowania grzeszników od ognia wiecznego. Zażądała także z tej okazji, aby w każdą pierwszą sobotę miesiąca była przyjmowana Komunia święta wynagradzająca. W końcu poleciła: “Gdy będziecie odmawiać różaniec, to na końcu dodajcie: – O Jezu, strzeż nas od grzechu i zachowaj nas od ognia piekielnego, wprowadź wszystkie dusze do nieba, a zwłaszcza te, które wyróżniały się szczególnym nabożeństwem do Niepokalanego Serca Maryi”.
    10 grudnia 1925 roku Matka Boża pojawiła się siostrze Łucji, pokazała jej swoje Serce otoczone cierniami i powiedziała: “Spójrz, córko moja, na to Serce otoczone cierniami, którymi ludzie niewdzięczni Mnie ranią. (…) Ty przynajmniej staraj się Mnie pocieszać i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinę śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia tym wszystkim, którzy w pierwsze soboty pięciu następujących po sobie miesięcy wyspowiadają się, przyjmą Komunię świętą, odmówią różaniec, towarzyszyć Mi będą przez 15 minut w rozważaniu tajemnic różańca świętego w intencji wynagrodzenia”.
    Episkopat Polski wyprosił u Stolicy Apostolskiej przywilej odprawiania w każdą pierwszą sobotę miesiąca (za wyjątkiem sobót uprzywilejowanych liturgicznie) Mszy świętej o Niepokalanym Sercu Maryi. Warto z tego przywileju korzystać i nadać nabożeństwu odpowiednią oprawę. We wszystkie inne zwykłe soboty można odprawiać Mszę świętą wotywną o Najświętszej Maryi Pannie.



    13 października 1942 roku, w 15. rocznicę zakończenia objawień fatimskich, papież Pius XII drogą radiową ogłosił całemu światu, że poświęcił rodzaj ludzki Niepokalanemu Sercu Maryi. Polecił także, aby uczyniły to poszczególne kraje w swoim zakresie. Pierwsza uczyniła to Portugalia z udziałem prezydenta państwa. Polska była wówczas pod okupacją hitlerowską. Prymas Polski, kardynał August Hlond w obecności całego Episkopatu Polski i około miliona pielgrzymów uczynił to 8 września 1946 r. na Jasnej Górze przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej. Papież Pius XII wysłał z tej okazji osobny list gratulacyjny do Polski (23 grudnia 1946 r.). Jak widać, objawienia fatimskie ukierunkowały kult Serca Maryi do czci Jej Serca Niepokalanego. Nadto nadały mu charakter wybitnie ekspiacyjny, w czym bardzo upodobnił się do kultu Serca Pana Jezusa, propagowanego w objawieniach danych św. Małgorzacie Marii Alacoque.Samo święto Serca Maryi zapoczątkował św. Jan Eudes już w roku 1643. Wyznaczył je dla swoich rodzin zakonnych na dzień 8 lutego. On to ustanowił zakon pod wezwaniem Serc Jezusa i Maryi (kongregacja eudystów), ustalił odpowiednie pozdrowienie codzienne wśród współbraci tego zakonu i napisał teksty liturgiczne: mszalne i brewiarzowe na dzień święta. Wiemy także, że św. Jan Eudes pierwszy napisał dziełko na temat kultu Serca Maryi. Ukończył je przed samą swoją śmiercią w roku 1680. Wydane zostało drukiem w roku 1681. Papież Pius VII (+ 1823) zatwierdził święto Najświętszego Serca Maryi dla niektórych diecezji i zakonów jako święto lokalne. Papież Pius IX (+ 1878) zatwierdził teksty Mszy świętej dla tego święta i oficjum brewiarza. Dla całego Kościoła święto Niepokalanego Serca Maryi wprowadził papież Pius XII dnia 4 maja 1944 roku. Posoborowa reforma liturgiczna przesunęła je na sobotę po uroczystości Najświętszego Serca Jezusowego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Biblijne pojęcie „serca” wymyka się obrazom i słowom. Serce to, mówiąc najprościej, wnętrze człowieka, jego skarbiec.

    reprodukcja – Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Spotykam je na każdym kroku. Popularne od początku XX wieku oleodruki na dobre trafiły pod strzechy i na blokowiska. Co więcej, mam wrażenie, że dziś odkurzone przeżywają swój renesans.

    Popularny jest również inny wizerunek – „od siedmiu boleści”. Nawiasem mówiąc, to ciekawe, że w języku polskim określenie to nabrało wybitnie pejoratywnego znaczenia. Artyści przedstawiali cierpienia Maryi, malując lub rzeźbiąc Jej serce przekłute mieczami symbolizującymi konkretne grzechy, które, używając słów biblijnego starca Symeona, „przeszywają Jej duszę”.

    Skarbiec

    Na początek ważna uwaga: biblijne pojęcie „serca” wymyka się obrazom i słowom. To dlatego przez wieki artyści mieli problem z przedstawieniem serca Maryi. Malowali organ, którym zajmują się kardiolodzy, a przecież nie chodzi o narząd układu krwionośnego, którego zadaniem jest pompowanie krwi, ale o szeroko rozumianą przestrzeń wnętrza. Dziś, znając dokonania neurobiologii, wiązalibyśmy tę rzeczywistość raczej z ludzkim mózgiem. To „centrum dowodzenia”, podejmowania decyzji („Natan powiedział do króla: »Uczyń wszystko, co zamierzasz w sercu«”), źródło myśli („Pan spełni pragnienia serca”), czynów. Można je również utożsamić z sumieniem. Paweł wyjaśnia: „W prostocie serca, a nie według mądrości doczesnej, lecz według łaski Bożej postępowaliśmy na tym świecie” (2 Kor 1,12). Serce to, mówiąc najprościej, wnętrze człowieka, jego skarbiec: „Z obfitości serca mówią usta. Dobry człowiek wydobywa z dobrego skarbca dobre rzeczy” (Mt 12,34). Znany ze swej mądrości król Salomon wyjaśniał: „Zważaj na moje słowa, przechowuj je pilnie w swym sercu” (Prz 4,23).

    Słowa te wyjaśniają źródło kultu Niepokalanego Serca Maryi, która, jak czytamy w Ewangelii, przejęła się do żywego słowami Księgi Przysłów i, jak zanotował Łukasz, „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19).

    Serce przy sercu

    Kulty Serca Jezusowego i Niepokalanego Serca Maryi rozwijały się w tym samym czasie. Pierwsze wzmianki o kulcie Serca Niepokalanej znajdziemy już w XII wieku. Wspominała o nim między innymi urodzona w 1303 r. na zamku w Finstad św. Brygida – wywodząca się z rządzącej Szwecją rodziny królewskiej Folkungarów mistyczka, niezwykle krytyczna wobec kierunku, w jakim podążał zakon krzyżacki, piętnująca hipokryzję braci w białych płaszczach i upominająca ich w ostrych słowach: „Zapominacie o Królestwie Niebieskim, a przywiązujecie się do ziemskiego państwa. To się na was zemści”.

    Najbardziej znanym hymnem opisującym cierpienia Najpiękniejszej Córki Izraela jest pieśń Stabat Mater dolorosa, iuxta crucem lacrimosa. Jej autor, franciszkański mistyk Jacopone da Todi, był obok Dantego najwybitniejszym przedstawicielem średniowiecznej poezji włoskiej i twórcą kilkudziesięciu laud. Święty Bernard z Clairvaux wołał: „O błogosławiona Dziewico! Otwórz Twoje serce dla wiary, usta wyznaniu, a łono Zbawicielowi. Oto upragniony przez wszystkie narody stoi z zewnątrz i kołacze do drzwi Twoich”.

    W otchłani miłości

    Liturgiczne święto zapoczątkował w 1643 r. św. Jan Eudes, okrzyknięty „apostołem kultu Serca Jezusa i Maryi”. Urodził się 14 listopada 1601 r. w Normandii. Jako 22-latek wstąpił do Oratorium Jezusa, a po święceniach kapłańskich niósł pomoc ofiarom dziesiątkującej kraj zarazy. Przez 44 lata był wędrownym kaznodzieją. Prowadził aż 110 misji, przemierzając Normandię, Bretanię i Burgundię, a w swych płomiennych kazaniach wiele miejsca poświęcał Sercom Jezusa i Maryi. To on uzyskał u poszczególnych biskupów zezwolenia na celebrowanie święta Serca Jezusa i Serca Maryi oraz ułożył do Mszy św. i brewiarza osobne czytania i hymny. W zakonach, które założył, pozdrawiano się: „Zdrowaś, Serce Najświętsze! Zdrowaś, Najukochańsze Serce Jezusa i Maryi!”. Zmarł w Caen w 1680 r., a na ołtarze wyniósł go po 229 latach Pius X.

    „Jego droga świętości była oparta na niezachwianej ufności w miłość, objawioną przez Boga ludzkości w kapłańskim Sercu Chrystusa i w macierzyńskim Sercu Maryi. W czasach okrucieństwa, zaniku życia duchowego zwracał się do serc, przemawiając słowami Psalmów, trafnie zinterpretowanych przez św. Augustyna. Na serce chciał zwrócić uwagę poszczególnych osób, zwykłych ludzi, a zwłaszcza przyszłych kapłanów, ukazując kapłańskie serce Chrystusa i macierzyńskie serce Maryi. Każdy kapłan powinien być świadkiem i apostołem tej miłości serca Chrystusa i Maryi” – przypomniał Benedykt XVI, dodając: „Święty Jan Eudes wzywa kapłanów: »Oddajcie się Jezusowi, by wejść w niezmierzone przestrzenie Jego wielkiego Serca, obejmującego Serce Jego Świętej Matki i wszystkich świętych, i by zatracić się w tej otchłani miłości, miłosierdzia, pokory, czystości, cierpliwości, poddania się i świętości«”

    Jak na drożdżach

    Nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi zaczęło dynamicznie rozpowszechniać się na Starym Kontynencie w XIX wieku. Nic dziwnego. Było ono ściśle związane z ogłoszeniem dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Niezwykle ważny był kontekst historyczny. Pontyfikat Piusa IX, który trwał aż 31 lat, przypadł na czas gwałtownych politycznych zawirowań, gdy Włochy wrzały, a dotychczasowe instytucje legły w gruzach. To ten papież w 1870 roku, gdy wojska włoskie przedarły się przez mury Rzymu i uznały to miasto za część nowego państwa, ogłosił się „więźniem Watykanu” i aż do śmierci (po ośmiu latach) nie opuścił okolic bazyliki świętego Piotra. Pius IX nadał charakterystyczny rys kultowi maryjnemu, „odkrył na nowo” pochodzący z przełomu XIV i XV wieku obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy i po wiekach ukrycia w kaplicy augustianów nakazał przenieść go uroczyście do kościoła redemptorystów, a w 1866 roku nadał mu papieskie korony. On również rozpowszechnił słynne nabożeństwo majowe, zatwierdzając jego obowiązującą do dziś formę.

    Popularność nabożeństw do Niepokalanego Serca Maryi ściśle wiąże się również z XIX-wiecznymi objawieniami. W Lourdes Maryja na pytanie, kim jest Piękna Pani, miała odpowiedzieć: Que soy era Immaculada Councepciou – „Ja jestem Niepokalanym Poczęciem”. Bernadeta Soubirous zapamiętała te słowa, nie mając pojęcia o tym, że cztery lata wcześniej, 8 grudnia 1854 roku, Pius IX uroczyście ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu. Kultowi pomogły również wcześniejsze objawienia w alpejskiej wiosce La Salette, gdzie Maryja ukazała się jeden jedyny raz – 19 września 1846 roku, a 15-letnia Melania Calvat i 11-letni Maksymin Giraud ujrzeli, jak płakała.

    Prawdziwą eksplozję popularności tej formy nabożeństw zawdzięczamy jednak objawieniom w zabitej dechami portugalskiej wiosce. Czy Kasia Sobczyk, śpiewająca: „Trzynastego nie liczy się strat”, myślała o objawieniach fatimskich?

    Szczęśliwa trzynastka

    Gdy w 1917 roku w nikomu nieznanej dolinie Cova da Iria objawiła się Maryja, oznajmiając słowa, które miały wstrząsnąć Kościołem, Łucja miała dziesięć lat, Franciszek dziewięć, a Hiacynta siedem. Nigdy nie wytknęli nosa poza swą wioskę. Łucja usłyszała, że „grzechy niewdzięcznych ranią Niepokalane Serce Maryi”; „Moje Serce Niepokalane chciałoby Panu Bogu składać dusze odkupione, jako kwiaty przed Jego tronem”. 10 grudnia 1925 r. Maryja miała ukazać się jej, pokazując swe oplecione cierniami serce („Spójrz, córko moja, na to Serce otoczone cierniami, którymi ludzie niewdzięczni Mnie ranią”). Prosiła wówczas o zadośćuczynienie przez odprawienie nabożeństwa kolejnych pięciu pierwszych sobót miesiąca. Niebawem doszła do nich praktyka tzw. nabożeństw fatimskich, które trzynastego dnia każdego miesiąca skupiały w kościołach coraz większe rzesze wiernych.

    Forma ta znakomicie przyjęła się na polskim gruncie. Pamiętam ogłoszenie na krośnieńskim dworcu PKS: „Uwaga podróżni! W każdą pierwszą sobotę miesiąca, od 1 maja do października, PKS w Krośnie S.A. organizuje wyjazd na nabożeństwo fatimskie do Miejsca Piastowego”.

    13 maja 1930 r., 13 lat po rozpoczęciu objawień, Kościół potwierdził ich wiarygodność, a Portugalia jako pierwsza dokonała uroczystego poświęcenia kraju Niepokalanemu Sercu Maryi. Wierni kraju „trzech F” (fado, futbol, Fatima) wierzą, że dzięki temu ominęła ich krwawa rewolucja komunistyczna niszcząca sąsiednią Hiszpanię, a kraj do końca II wojny zdołał zachować neutralność.

    Rosja i triumfujące serce

    Dlaczego kult Serca Niepokalanej stał się tak popularny nad Wisłą? Odpowiedzi udzielił mi niedawno ks. Marcin Modrzyński: – Jan Paweł II powiedział, że my, Polacy, mamy charyzmat maryjny. To ciekawe, bo nie ma takiego charyzmatu na „oficjalnej liście”. On odczytywał naszą miłość do Maryi jako rodzaj daru dla całego Kościoła.

    To on 25 marca 1984 roku poświęcił świat Niepokalanemu Sercu Maryi. 39 lat wcześniej, podczas konferencji plenarnej Konferencji Episkopatu Polski, zapadła decyzja o poświęceniu Niepokalanemu Sercu Maryi narodu polskiego. Na centralne uroczystości na Jasnej Górze, do których biskupi przygotowywali się przez dwudniowe rekolekcje, ściągnęły z całego kraju nieprzebrane tłumy. 8 września 1946 r. z wałów popłynęły słowa: „Niepokalana Dziewico, Przeczysta Matko Boga! (…) Tobie, Twemu Niepokalanemu Sercu, poświęcamy siebie, cały naród i wskrzeszoną Rzeczpospolitą, obiecując Ci wierną służbę, zupełne oddanie oraz cześć dla Twych świątyń i ołtarzy”.

    W medialnym krwiobiegu hasło „Serce Maryi” często wybrzmiewa w kontekście geopolitycznym. Związane jest z fatimską obietnicą, że „na końcu Rosja się nawróci, a moje Niepokalane Serce zatriumfuje”. 13 października 1942 roku Pius XII drogą radiową ogłosił całemu światu, że poświęcił rodzaj ludzki Niepokalanemu Sercu Maryi. On też 4 maja 1944 r. rozszerzył święto Niepokalanego Serca Maryi na cały Kościół.

    Po agresji Rosji na Ukrainę, 25 marca 2022 r., podczas celebracji pokutnej w bazylice św. Piotra, Franciszek poświęcił oba te kraje Niepokalanemu Sercu Maryi. Modlił się wówczas: „Tak wiele razy doświadczyliśmy Twojej opatrznościowej czułości, Twojej obecności, która przywraca nam pokój, ponieważ Ty zawsze prowadzisz nas do Jezusa, Księcia Pokoju. My jednak zgubiliśmy drogę do pokoju. Zapomnieliśmy o nauce płynąc​ej z tragedii minionego wieku, o poświęceniu milionów poległych podczas wojen światowych. Staliśmy się chorzy z chciwości, zamknęliśmy się w nacjonalistycznych interesach, pozwoliliśmy, by sparaliżowały nas obojętność i egoizm. A teraz ze wstydem mówimy: przebacz nam”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 CZREWCA – XII NIEDZIELA ZWYKŁA ROK B

    ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚWIĘTA – OD GODZ. 13.30

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    „Gdyby ludzie znali wartość Eucharystii, służby porządkowe musiałyby kierować ruchem”.

    (św. Matka Teresa z Kalkuty)

    _________________________________________________________

    PO MSZY ŚWIĘTEJ, KIEDY ZACZYNA SIĘ GODZINA BOŻEGO MIŁOSIERDZIA – MODLIMY SIĘ KORONKĄ, KTÓREJ SŁOWA SAM PAN JEZUS PODYKTOWAŁ ŚW. FAUSTYNIE W WILNIE, 13-14 WRZEŚNIA 1935 ROKU, JAKO PRZEBŁAGANIE I UŚMIERZENIE GNIEWU BOŻEGO (Dz.474-476).

    Obraz Jezusa Miłosiernego/Eugeniusz Kazimirowski/fot. Wikipedia

    ***

    Obietnice, jakie Jezus złożył modlącym się Koronką do Bożego Miłosierdzia

    Koronka do Bożego Miłosierdzia to modlitwa, jaką Jezus podyktował św. siostrze Faustynie. W “Dzienniczku” zapisała ona obietnice, jakie Jezus złożył wszystkim odmawiającym tę modlitwę.

    W „Dzienniczku”, w którym św. s. Faustyna zapisywała słowa Jezusa, znajdziemy treść obietnic, jakie Jezus złożył wszystkim modlącym się Koronką do Bożego Miłosierdzia.

    O trzeciej godzinie – mówił Pan Jezus do Siostry Faustyny – błagaj Mojego miłosierdzia, szczególnie dla grzeszników, i choć przez krótki moment zagłębiaj się w Mojej męce, szczególnie w Moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego (Dz. 1320).

    Ten, kto odmawia koronkę ofiaruje Bogu Ojcu „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa na przebłaganie za grzechy swoje, bliskich i całego świata, a także jednoczy się z ofiarą Jezusa. Podczas modlitwy odwołuje się do tej miłości, jaką Ojciec niebieski darzy swego Syna, a w Nim wszystkich ludzi.

    W tej modlitwie możemy prosić również o „miłosierdzie dla nas i całego świata”. Tym samym spełniamy uczynek miłosierdzia. Kiedy dodamy do tego podstawę ufności i wypełnimy warunki każdej dobrej modlitwy (pokora, wytrwałość, przedmiot zgodny z wolą Bożą), możemy oczekiwać spełnienia Chrystusowych obietnic. Dotyczą one szczególnie godziny śmierci: łaski nawrócenia i spokojnej śmierci. Dostąpią ich nie tylko osoby, które odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.

    12 stycznia 2024 roku minęło już 22 lata od kiedy Polska otrzymała specjalny przywilej. Każdy, kto odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego i zachowa odpowiednie warunki, otrzyma odpust zupełny. Zezwolenie to było odpowiedzią Stolicy Apostolskiej na prośbę Księdza Kardynała Józefa Glempa, Prymasa Polski i Przewodniczącego Konferencji Episkopatu.

    ________________________________________________________________________

    Koronka do Bożego Miłosierdzia w obozie koncentracyjnym. „Tarcza mocy i nadziei”

    ks. Francieszek Cegiełka SAC /fot. Wikipedia / Obraz Jezusa Miłosiernego, Eugeniusz Kazimirowski fot. domena publiczna, wikipedia,org

    ***

    Wstrząsające świadectwo ks. Franciszka Cegiełki pallotyna. Kapłan w obozie koncentracyjnym w Dachau na skrawku niemieckiej gazety pisał tekst modlitwy Koronką do Miłosierdzia Bożego.

    Tekst Koronki do Miłosierdzia Bożego zaczął rozpowszechniać się w szybkim tempie po śmierci siostry Faustyny, w latach II wojny światowej. Miał w tym udział ks. Michał Sopoćko, spowiednik świętej. To on postarał się o wydanie książeczek z tą modlitwą w Wilnie.

    Koronka do Bożego Miłosierdzia. Wołanie o miłosierdzie w czasie II wojny światowej

    Po śmierci św. siostry Faustyny modlitwa Koronką do Miłosierdzia Bożego była praktykowana przede wszystkim w Zgromadzeniu Matki Bożej Miłosierdzia. Siostry rozdawały także obrazki z tą modlitwą ludziom przychodzącym do furty, wysyłały je także z paczkami do więzień i obozów koncentracyjnych.

    Kiedy nie było możliwości otrzymania obrazka, ludzie przepisywali tekst Koronki ręcznie lub uczyli się jej na pamięć od tych, którzy ją znali.

    Koronka do Bożego Miłosierdzia „tarczą mocy i nadziei” w obozie koncentracyjnym

    Wstrząsające świadectwo dał ks. Franciszek Cegiełka SAC, który w obozie koncentracyjnym w Dachau na skrawku niemieckiej gazety pisał tekst tej modlitwy. W swoim świadectwie napisał, że gdy leżał na pryczy w wysokiej gorączce, przyszedł do niego proboszcz z Krotoszyna ks. Ogrodowski i powiedział:

    Ksiądz na pewno wyzdrowieje, jeśli Ksiądz szerzyć będzie tę Koronkę. Wtedy pytam ks. Ogrodowskiego, skąd Ksiądz zdobył tutaj tę Koronkę? – pisze dalej we wspomnieniu ks. Franciszek Cegiełka SAC – Ano, przez „zugangów”, nowych przybyszów do obozu (…). Z ks. Dominikiem Sierszulskim, będącym wówczas na rewirze obok mnie, zacząłem tę Koronkę odmawiać ze skrawka gazetowego papieru, w łóżku. (…) Koronka do Miłosierdzia Bożego, bardzo znana zwłaszcza wśród księży polskich w Dachau, stała się dla mnie i dla olbrzymiej części więźniów polskich tarczą mocy i nadziei.

    Najbardziej znana modlitwa do Miłosierdzia Bożego

    Po wojnie tekst Koronki do Miłosierdzia Bożego bardzo szybko się upowszechniał w wielu językach, tłumaczony nie tylko na podstawowe języki świata, ale także języki bardzo egzotyczne czy plemienne.

    Koronkę do Miłosierdzia Bożego odmawia się nie tylko w kościołach i kaplicach, w rodzinach zakonnych i różnych wspólnotach, ale także poprzez media katolickie w wielu krajach. Stąd dzisiaj jest to najbardziej znana modlitwa do Miłosierdzia Bożego, przez którą ludzie upraszają wiele łask.

    Stacja7.pl/faustyna.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na Mentorelli

    ***

    Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na Mentorelli, jedno z najstarszych miejsc kultu maryjnego w Europie, jest od 1857 roku pod opieką Zgromadzenia Zmartwychwstania Pańskiego. Znajduje się ono w Górach Prenestyńskich na wysokości 1020 metrów npm. w odległości ok. 65 km na wschód od Rzymu. Kościół i klasztor osadzone są na wysuniętej skale na wschodnim stoku góry Guadagnolo (1218 npm.). Rozciąga się stąd niezwykle piękna panorama widokowa, obejmująca obszar kilkudziesięciu kilometrów.

    Sanktuarium Mentorellskie było ulubionym miejscem pielgrzymkowym kardynała Karola Wojtyły w czasie jego pobytów w Rzymie. Modlił się tutaj także na krótko przed rozpoczęciem konklawe, w czasie którego został wybrany Papieżem.  W trzynastym dniu pontyfikatu, 29 października 1978 roku, Jan Paweł II przybył na Mentorellę. Była to jego pierwsza oficjalna pielgrzymka i wizyta duszpasterska, w czasie której wygłosił niezwykle ważne, programowe przemówienie o modlitwie jako pierwszorzędnym zadaniu papieża. Również kardynał Joseph Ratzinger wielokrotnie odwiedzał Sanktuarium, natomiast jako papież Benedykt XVI przybył z wizytą prywatną do Pani Mentorellskiej dnia 29 października 2005 roku.

    Z miejscem tym związana jest historia nawrócenia św. Eustachego w II wieku. Poniósł on wraz z całą rodziną męczeńską śmierć za wiarę w Jezusa Chrystusa. Dwa wieki później cesarz Konstantyn nakazał wybudować na skale świątynię poświęconą Męczennikowi, którą konsekrował Papież Sylwester I. Najprawdopodobniej po koniec VI wieku Mentorella została powierzona benedyktyńskim mnichom z Subiaco. W połowie XII wieku pojawiła się w sanktuarium łaskami słynąca figura Matki Bożej – największy „skarb“ Mentorelli, ukoronowana w 1901 roku przez Kapitułę Watykańską. Benedyktyni opuścili założony przez nich klasztor i sanktuarium pod koniec XIV wieku. Z czasem budynki zaczęły popadać w ruinę i osłabł kult Pani Łaskawej .

    W XVII wieku miejsce to zostało na nowo odkryte przez o. Atanazego Kirchera – niemieckiego jezuitę i naukowca, który był przekonany, że Mentorella należy do dwunastu klaszorów założonych osobiście przez św. Benedykta i że Święty przez dwa lata żył w naturalnej grocie skalnej, znajdującej się na terenie sanktuarium. Ks. Kircher podjął trud przebudowy obiektu oraz ponownego ożywienia pobożności do Matki Bożej Mentorellskiej. Gdy umierał, poprosił, aby jego serce zostało pochowane u stóp cudownej figury. Także Papież Innocenty XIII,  pociągnięty tym przykładem, wyraził wolę, by jego serce zostało złożone w kościele.

    Po kasacie zakonu jezuitów w 1773 roku ponownie osłabło zainteresowanie Mentorellą, które z czasem doprowadziło do degradacji budynków i zaniedbania kultu maryjnego. 3 kwietnia 1857 roku Papież Pius IX powierzył Sanktuarium zmartwychwstańcom, a w roku 1864 przekazał je Zgromadzeniu na wieczystą własność. Stała obecność zakonników i opieka duchowa nad pielgrzymami zaowocowały ożywieniem ruchu pątniczego, a częste wizyty ostatnich Papieży rozsławieniem czci Pani Mentorellskiej.

    www.santuariodellamentorella.jimdo.co

    _________________________________________________________________

    Nie bądź taki ważny – odpocznij

    Zanim odpoczniesz wiecznie, pomyśl o odpoczynku doczesnym. Niech służy wiecznemu.

    Jaki jest szczyt lenistwa? Wstawać o czwartej rano, żeby móc dłużej w ciągu dnia nic nie robić.

    Nie każdy jest skłonny do tak heroicznych postaw w zakresie nicnierobienia, nawet w czasie wakacji – i chwała Bogu, bo nierobienie niczego nie bardzo człowiekowi służy. Służy mu za to odpoczynek, a to co innego. Wielu ludzi, gdy odpoczywa, odczuwa wyrzuty sumienia, że leniuchuje. Inni mają trudności z odróżnieniem lenistwa od odpoczynku. Warto więc sobie uświadomić, że odpoczynek jest nie tylko prawem, ale też moralnym obowiązkiem człowieka.

    Zaharowanie się na śmierć z własnego wyboru nie jest postawą godną pochwały. Praca jest ważna, ale człowiek jest od niej ważniejszy – choć za czasów słusznie minionych władza ludowa widziała to inaczej. Do dziś w Zabrzu stoi pomnik przedstawiający przodownika pracy Wincentego Pstrowskiego. Rębacz dołowy został przez propagandę PRL wyniesiony na piedestał i przedstawiony jako wzór do naśladowania w zakresie przekraczania norm wydobycia. Rzekomo wyrabiał 270 proc. normy, a jego hasłem motywującym innych do roboty było: „Kto zrobi więcej niż ja”. Długo tak nie pociągnął. Gdy po dwóch latach „przodownictwa” zmarł, lud ułożył o nim taką rymowankę: „Wincenty Pstrowski, górnik ubogi, przekroczył normę, wyciągnął nogi”. Gospodarka socjalistyczna ostatecznie także podzieliła jego los. Nie mogło być inaczej – człowiek ma swoje możliwości, a lekceważenie ich nigdy nie prowadzi do dobrych skutków.

    Odpoczynek? Stać cię

    Chrześcijaństwo widzi to w ten sposób – człowiek musi zaufać Bogu w każdym wymiarze, również w zakresie wykonywanej pracy i… powstrzymania się od niej. Czasem to drugie jest nawet trudniejsze od pracy. Gdy napięte terminy gonią i gdy plan pracy wydaje się sypać, niewielu powie: „Dziś niedziela, zaufam Bogu, zrobię to jutro”. Niewielu jest też chętnych, żeby dobrowolnie zrezygnować z miraży niedzielnego zysku, gdy stoją przed wyborem: zamknąć dziś sklep czy handlować? „Nie stać mnie na odpoczynek” – mówią ludzie wpatrzeni w słupki przychodów i rozchodów, niepomni słów Jezusa: „Nie troszczcie się”. I choć system gospodarczy jest dziś inny niż za komunizmu, oni wciąż harują jak Pstrowski. Gdybyż uwierzyli, że to naprawdę Bóg jest Panem wszelkiego powodzenia, o czym zapewnia przez psalmistę: „Jeżeli Pan domu nie zbuduje, na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą. Jeżeli Pan miasta nie ustrzeże, strażnik czuwa daremnie. Daremnym jest dla was wstawać przed świtem, wysiadywać do późna – dla was, którzy jecie chleb zapracowany ciężko; tyle daje On i we śnie tym, których miłuje” (Ps 127). Tę biblijną prawdę oddaje ludowe porzekadło „Niedzielna praca wniwecz się obraca”.

    Związek z Bogiem

    To zaskakujące, jak silny akcent kładzie Bóg w Starym Testamencie na ten szczególny odpoczynek, jaki ma nastąpić po sześciu dniach pracy. Księga Rodzaju podaje motywację: „A gdy Bóg ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął. Wtedy Bóg pobłogosławił ów siódmy dzień i uczynił go świętym; w tym bowiem dniu odpoczął po całej swej pracy, którą wykonał, stwarzając” (Rdz 2,2-3). Bóg się oczywiście nie męczy, ale nie to jest istotą tej informacji, lecz fakt, że odpoczynek szabatu ma mocny związek z Bogiem. I to, że aby odpocząć tak, jak chce Bóg, trzeba wiary. „Przeto zachowujcie szabat, który winien być dla was świętością. I ktokolwiek by go znieważył, będzie ukarany śmiercią, i każdy, kto by wykonywał pracę w tym dniu, będzie wykluczony ze swojego ludu” – czytamy w Księdze Wyjścia (Wj 31,14).

    Jezus wyjaśnił, że nie można traktować tego przepisu bezdusznie, bo „szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu” – dziś jednak mamy problem nie tyle z faryzejską skrupulatnością w wypełnianiu litery wypoczynku niedzielnego, ile w ogóle ze zrozumieniem sensu tego wypoczynku. „Ten dzień jest wam dany na modlitwę i odpoczynek. Jest dniem, który Pan uczynił. Radujmy się w nim i weselmy” – mówi anonimowy autor w starożytnym tekście Sermo de die dominica. Sobór Watykański II w konstytucji Gaudium et spes wyjaśnia, że ustanowienie niedzieli przyczynia się do tego, by „wszyscy korzystali z wystarczającego odpoczynku i czasu wolnego, który mogliby poświęcić życiu rodzinnemu, kulturalnemu, społecznemu i religijnemu”.

    Ostatecznie chodzi więc o to, żeby odpoczynek pozwalał człowiekowi odnaleźć siebie jako człowieka właśnie, a nie jako maszynę do zarabiania pieniędzy. I o to, żeby człowiek zauważył cel, dla którego w ogóle pracuje, żeby dostrzegł ludzi, którzy są wokół niego – przede wszystkim swoich bliskich. Odpoczynek ma człowieka odświeżyć nie tylko zewnętrznie.

    Znów począć

    Norwid powiedział kiedyś: „Od-począć to znaczy począć na nowo”. Do tych słów nawiązał w 1979 r. Jan Paweł II. „Otóż duchowy odpoczynek człowieka (…) musi prowadzić do odnalezienia i wypracowania w sobie owego nowego stworzenia, o którym pisze św. Paweł. Droga do tego wiedzie przez słowo Boże odczytywane i celebrowane z wiarą i miłością, poprzez uczestnictwo w sakramentach, a nade wszystko w Eucharystii. Droga do tego wiedzie przez zrozumienie i realizację wspólnoty, czyli komunii z ludźmi, która rodzi się z Komunii z Chrystusem, z Eucharystii. Droga do tego wiedzie także przez zrozumienie i realizację ewangelicznej służby, czyli diakonii” – mówił święty papież. Mowa tu o odpoczynku duchowym. Pytanie jednak, czy można naprawdę odpocząć bez odpowiedniego odniesienia do spraw duchowych. One w przypadku nas, chrześcijan, towarzyszą wszystkiemu, zgodnie z Pawłowym wezwaniem: „Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie”. Dodać więc można: „czy odpoczywacie”. Jezus też w tym jest i dostrzega konkretne ludzkie zmęczenie wynikające z przepracowania. Marek Ewangelista notuje słowa Jezusa, wypowiedziane do uczniów: „Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco”. I dodaje od siebie: „Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu” (Mk 6,31).

    Jezus nie hoduje pracoholików, nie wymaga wyrobienia podwójnej normy. Skoro jest tylu ludzi, że nie ma czasu zjeść, to trzeba ten czas znaleźć. Nie zawsze można usunąć się na „miejsce pustynne”, ale gdy można, to trzeba to zrobić – w imię miłości bliźniego. Do tego służą nasze wakacje i urlopy, które należy w miarę możliwości wykorzystać na odnowienie sił. Bo człowiek przepracowany niekoniecznie dobrze posłuży bliźniemu i samemu sobie, co jest zgodne z nieco żartobliwym powiedzeniem, że „łaska Boża bazuje na naturze najedzonej i wyspanej”.

    Jarzmo wytchnienia

    Powyższej dewizy nie należy traktować w sposób absolutny, bo są sytuacje, w których nawet senność i zmęczenie nie zwalniają z obowiązku dalszego czuwania. „Obowiązki rodzinne lub ważne zadania społeczne stanowią słuszne usprawiedliwienie niewypełnienia nakazu odpoczynku niedzielnego. Wierni powinni jednak czuwać, by uzasadnione powody nie doprowadziły do nawyków niekorzystnych dla czci Boga, życia rodzinnego oraz zdrowia” – mówi Katechizm Kościoła Katolickiego.

    Klucz do rozpoznania „uzasadnionych powodów” daje św. Augustyn: „Umiłowanie prawdy szuka czasu wolnego, a potrzeba miłości podejmuje uzasadnioną pracę”. Są sytuacje, w których miłość nie pozwala spać. Taka właśnie sytuacja przydarzyła się apostołom w Ogrodzie Oliwnym w czasie, gdy Jezus, pozbawiony wsparcia ich modlitwy, pocił się aż do krwi. „Gdy przyszedł po raz trzeci, rzekł do nich: »Śpicie dalej i odpoczywacie? Dosyć! Przyszła godzina, oto Syn Człowieczy będzie wydany w ręce grzeszników«” – czytamy w Ewangelii według św. Marka. To jednak rzecz wyjątkowa, która – mimo chwilowego dyskomfortu – ostatecznie i tak miała prowadzić uczniów do prawdziwego odpoczynku przy Sercu Jezusa. To o takim odpoczynku mówi sam Jezus: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mt 11,28-29).

    Takiego najgłębszego odpoczynku doświadcza każdy, kto ryzykuje zaufanie słowu Jezusa i podejmuje Jego jarzmo. Jarzmem tym bywają różne rzeczy, ale zawsze sprowadzają się do konieczności zaufania, że Bóg wie lepiej. Lepiej wie o naszych ograniczeniach, lepiej wie, że nie jesteśmy samowystarczalni i że największy wysiłek nie jest w stanie zapewnić nam pomyślności. Wie wreszcie, czym jest prawdziwa pomyślność. Chce naszego dobra również wtedy, gdy wbrew naszym troskom oczekuje od nas podjęcia odpoczynku. Taki odpoczynek uświadamia nam, że nie jesteśmy tacy ważni i gdy czegoś nie zrobimy, świat się nie tylko nie zawali, ale wręcz będzie funkcjonował lepiej. Podjęcie takiego odpoczynku staje się swoistym aktem wiary, a przez to prowadzi do zbawienia. Mówi o tym autor Listu do Hebrajczyków. „Wchodzimy istotnie do odpoczynku my, którzy uwierzyliśmy. (…) Kto bowiem wszedł do Jego odpoczynku, odpocznie po swych czynach, jak Bóg po swoich” (Hbr 4,3.10).

    I o to w doczesnym odpoczynku chodzi – powinien być taki, żeby prowadził do wiecznego odpoczynku.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Freepik

    ***

    Jak wyjaśnić dziecku czym są sakramenty?

    Spowiedź, Komunia Święta – jak wytłumaczyć dziecku, czym są te sakramenty? O tym w rozmowie z Pawłem Krzemińskim opowiadają Anna Hazuka i Aneta Liberacka, współautorki “Modlitewnika dla dzieci”.

    Aneta Literacka, redaktor naczelna portalu Stacja7, mama czwórki dorosłych dzieci oraz Anna Hazuka, dziennikarka, coach i mama piątki dzieci gościły w audycji Nocne Światła w Radiu Plus. 

    Autorki “Modlitewnika dla dzieci”, który ukazał się nakładem Wydawnictwa Stacja7, w rozmowie z gospodarzem programu, red. Pawłem Krzemińskim wzięły pod lupę wyzwanie: jak skutecznie zachęcić dzieci do modlitwy.

    Jak zrozumieć sakramenty. Wyzwanie nie tylko dla dzieci

    Paweł Krzemiński: Dużym wyzwaniem dla rodziców jest pokazanie żywego Boga obecnego w znakach, tj. mistagogia dla dzieci, czyli nauka o sakramentachJak wytłumaczyć dzieciom, że Bóg jest namacalnie obecny właśnie w tych konkretnych znakach? Dla dziecka to może być duży problem. 

    Anna Hazuka: Ja sobie myślę, że to też dla dorosłego jest problem. Mam zawsze takie poczucie, kiedy podchodzimy do prawd wiary, do tajemnic wiary, żeby wprost powiedzieć dziecku: “ja też tego nie rozumiem”. To nie jest tak, że w którymś momencie zrozumiesz, jak to się dzieje, albo zrozumiesz, co się dzieje. Prawdopodobnie, jeżeli nie będziemy mieć małych mistyków w rodzinie, to dzieci tego nie zrozumieją, tak samo jak my nie rozumiemy i to jest w porządku, Pan Bóg jest tajemnicą.

    Znowu ciśnie mi się słowo “zwyczajnie” – czyli żeby mówić o tym, w taki sposób, który jest dostępny dla dziecka.

    Szykujemy w tej chwili jedną z naszych córeczek do Pierwszej Komunii świętej, w takiej bardzo pięknej przestrzeni, która powstała w Kościele w Polsce już dobrych kilka lat temu, czyli w formacji Baranków. To jest trochę inne przygotowanie do Pierwszej Komunii, spoczywające w dużej mierze na rodzicach, na tym, w jaki sposób rodzice przeżywają wiarę.

    Kiedy mówimy dzieciakom, właśnie chociażby tej naszej tegorocznej pierwszokomunijnej dziewczynce, o sakramencie pojednania i o sakramencie Eucharystii, do przede wszystkim mówimy, że “spotkasz  się z Panem Jezusem, z prawdziwym Chrystusem, spotkasz się tak, jak jeszcze nigdy dotąd!”

    Mam wrażenie, że jest to łatwiejsze do wytłumaczenia dzieciom, dlatego, że tutaj mamy przepiękny symbol – symbol chleba. Mówimy o tym, że to już nie jest chleb, to jest ciało i mówimy o tym, że tak jakby Pan Jezus chciał nasze ciało zmieniać w swoje ciało, to jest piękne teologicznie – weź moje ciało, daj mi swoje.

    Mówimy o tej wielkie wymianie, że im więcej będzie w nas Ciała Chrystusa, im więcej będzie w nas Jego krwi, tym będzie w nas coraz więcej Królestwa Bożego, coraz więcej Jego pokarmu, coraz więcej Jego ducha, coraz więcej Jego sposobu myślenia, coraz więcej Jego miłosierdzia, coraz więcej Jego miłości. 

    Fundamentalne jest to, żeby dziecko wiedziało, że to nie jest opłatek, że to nie jest chlebek, to jest ciało Chrystusa. Czy my dorośli to rozumiemy? Nie! Czy dziecko to zrozumie? Nie! Natomiast to, co jest potrzebne do przyjęcia Najświętszego sakramentu, to to rozróżnienie. 

    Dziecko i pierwsza spowiedź. Jak go do tego przygotować?

    Jeżeli chodzi o pierwszą spowiedź, to akurat w naszej rodzinie też do niej przygotowujemy dzieci w pedagogice Baranków. To jest taki sposób przygotowywania do pierwszej spowiedzi jako do tego momentu, w którym wracam po moje piękne oblicze. Najpierw skupiamy się na pięknym obliczu – czyli na tym, co mamy, co jest naszym talentem, naszym zasobem, co jest pomysłem Pana Boga na mnie – robimy taką ścieżkę talentów, ścieżkę darów. Robimy to w świetle Ewangelii o talentach, po to, żeby dziecko zobaczyło, jak bardzo jest obdarowane, żeby urosło w takie poczucie wyjątkowości, w poczucie wybrania, w poczucie tego, że Bóg sobie mnie wyśnił i wyśnił sobie mnie niesamowitego.

    No i teraz w ciągu roku przygotowań do Pierwszej Spowiedzi wisiały w naszym domu  plakaty, na których wypisujemy talenty Baranka, tą wyjątkowość tego naszego przygotowującego się do sakramentów Pierwszej Spowiedzi i Pierwszej Komunii dziecka i to dziecko z takim poczuciem obdarowania wprowadzamy w świat Pierwszej Spowiedzi.  

    Idziemy wyczyścić z naszego obrazu to wszystko, co go zniekształciło, co odebrało nam to poczucie wyjątkowości. Kładziemy nacisk na to, że jest to spotkanie. Chociaż Pana Jezusa nie będziemy widzieć, ale to będzie autentyczne spotkanie i ja zostawiam tutaj Duchowi Świętemu, mocy Bożej to, co trafi do serc naszych dzieci. 

    Ja mam wspomnienie mojej własnej Pierwszej Komunii i pamiętam moje wzruszenie. Nie zapomniałam, że to było wzruszenie tej Ani z drugiej klasy szkoły podstawowej, która mówiła Panu Jezusowi: “Panie Jezu, nareszcie!” I tak sobie myślę, że skoro mi to zostało, to znaczy, że jest możliwe, żeby moje dziecko spotkało się z Panem Jezusem w Pierwszej Komunii, w Pierwszej spowiedzi.

    I to mnie tak jakoś niesie, że skoro ja coś takiego przeżyłam, to liczę, że moje dzieci to też przeżyją właśnie takie spotkanie.

    Pierwsza Komunia Święta. Nowy etap dla dziecka

    Aneta Liberacka: Ja bym nawiązała do poczucia dorosłości, gdy dziecko wchodzi w taki etap, że czuje się bardziej dorosłe, gotowe do przejścia do takiej relacji z Panem Bogiem, którą może mieć osobiście, ponieważ są takie sprawy, tylko między nim a Bogiem, które wobec rodziców mogą być tajemnicą. 

    Ja w momencie przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej poczułam się taka dorosła, weszłam w jakiś taki etap, dostępny do tej pory dla starszych ode mnie osób. Nie do końca rozumiałam, na czym polega ta relacja, ale wiedziałam, że weszłam w kolejny etap tej relacji i to dla mnie było po prostu takie poczucie dorosłości. Myślę, że może też coś takiego dzieciom towarzyszyć – to poczucie, że to jest kolejny etap w życiu.

    Jeśli chodzi o spowiedź, to słyszy się pytania, dlaczego takie małe dzieci mają się spowiadać, po co mówić księżom swoje grzechy i jeszcze przez to mieć poczucie winy. 

    Ja uważam, że właśnie jest wręcz odwrotnie, że dziecko często ma poczucie winy z jakiegoś powodu i rodzice tłumaczą dziecku, że spowiedź to jest ten moment, kiedy już nie będzie żadna wina na tobie ciążyła, że pójdziesz, wyznasz to w konfesjonale i w tym momencie jesteś z tego oczyszczany, już się nie masz tym martwić. Myślę, że w ten sposób można tłumaczyć dziecku spowiedź: po prostu wyrzuć siebie to, z czym czujesz się źle. 

    Myślę, że to jest takie bardzo duże odciążenie dziecka z tych jego problemów, z którymi się boryka. Nie sprowadzam oczywiście konfesjonału do jakiejś psychoterapii, tylko to jest po prostu dobre wytłumaczenie, że spowiedź odciąża dziecka sumienie. Dla dziecka to jest niezwykle ważne, bo dzieci potrafią naprawdę zadręczać się takimi rzeczami, że ciężko nawet rodzicom na to wpaść, że ono się czymś takim się trapią, więc ta spowiedź, to jest ta tajemnica, pokazanie dziecku, że gdy mówisz grzechy, gdy je szepczesz, to przekazujesz je i tym samym już jakby ich nie ma. 

    Myślę, że to jest bardzo uwalniające, bo spowiedź zrzuca ten bagaż z pleców dziecka.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Zac Durant/Unsplash

    ***

    „I nie wódź nas na pokuszenie”. O co prosimy Boga na koniec modlitwy „Ojcze Nasz”?

    Czy Bóg “zwodzi nas na pokuszenie”?

    Zacznijmy od tego, że warto przedstawić samą treść modlitwy „Ojcze nasz”, w której znajdują się słowa: „i nie wódź nas na pokuszenie”.

    „I nie wódź nas na pokuszenie”. Fragment modlitwy Ojcze nasz

    Ojcze nasz,
    któryś jest w niebie:
    święć się imię Twoje,
    przyjdź Królestwo Twoje,
    bądź wola Twoja jako w niebie,
    tak i na ziemi.
    Chleba naszego powszedniego
    daj nam dzisiaj.
    I odpuść nam nasze winy,
    jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.
    I nie wódź nas na pokuszenie,
    ale nas zbaw od złego.
    Amen.

    U wielu wiernych szóste wezwanie modlitwy „Ojcze nasz” może budzić zdziwienie. W końcu jak Bóg, który pragnie zbawienia każdego z nas może chcieć „zwodzić nas na pokuszenie”. A przecież wiadomo, że przedmiotem kuszenia człowieka nie jest Bóg, a szatan. W liście św. Jakuba można przeczytać takie słowa: „Kto doznaje pokusy, niech nie mówi: «Bóg mnie kusi». Bóg bowiem ani nie podlega pokusie do zła, ani też nikogo nie kusi” (Jk, 1,13).

    Okazuje się, że w języku atamejskim, czyli w takim, w którym oryginalnie Jezus wypowiedział słowa modlitwy „Ojcze nasz” słowo „pokuszenie”, właściwie tłumaczone jest jako „próba”. W końcu Bóg w Piśmie Świętym często ukazuje się jako ten, który poddaje próbie. Przykładów nie trzeba daleko szukać, bo już w pierwszej księdze Starego Testamentu, gdzie Bóg poddaje próbie Abrahama. Jednak w przeciwieństwie do kuszenia szatana, Bóg nie pragnie próbą upokorzyć człowieka, a okazać mu swoją miłość.

    Skąd więc „pokuszenie”?

    W treści Ewangelii wg św. Mateusza oraz Łukasza, które zostały spisane w j. greckim, aramejski termin „próba” został zastąpiony greckim słowem, które tłumaczy się jako pokusa, próba. Następnie św. Hieronim, który tłumaczył Pismo Święte na łacinę, słowo to ograniczył wyłącznie do pokusy. Jako, że Wulgata dała początek wszystkim tłumaczeniom na języki współczesne, tak „nie wódź nas na pokuszenie” już na zawsze utrwaliło się w formie modlitwy „Ojcze nasz”.

    Aby nie wprowadzać wierzących w błąd, współcześni bibliści, w nowych tłumaczeniach Biblii Tysiąclecia wprowadzili tłumaczenie: „nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie”, a w Biblii Paulistów „I nie dopuszczaj do nas pokusy”. Wówczas jasno wskazuje się, że to nie Bóg prowadzi człowieka do pokusy, ale szatan.

    źródło: archidiecezjalubelska, Ks. prof. Mirosław S. Wróbel, Instytut Nauk Biblijnych KUL, opracowanie: kw/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Co to jest „Msza wszech czasów”? I dlaczego liturgia przedsoborowa została zmieniona?

    MSZA TRYDENCKA

    fot. Kamil Szumotalski/Aleteia.pl

    ***

    Każdy element był szczegółowo opisany – na przykład, jak szeroko rozkładać ręce na słowa „Pan z wami”, jak właściwie przyklękać, ile razy zrobić znak krzyża podczas modlitwy eucharystycznej…

    Dominik Jarczewski OP: Msza wszech czasów – co to takiego?

    Dominik Jurczak OP*: To konstrukt wymyślony przez tych, którzy próbują nas przekonać, że dawna liturgia przedsoborowa jest tą jedyną właściwą.

    Liturgia przedsoborowa, czyli ta, którą sprawowano mniej więcej do końca lat sześćdziesiątych.

    Tak. I której ciągłość trwała przez wieki. Po Soborze Watykańskim II, zgodnie ze wskazówkami ojców soborowych, zdecydowano się ją odnowić.

    Nie chce mi się wierzyć w tę ciągłość. Jakieś zmiany chyba zachodziły.

    To oczywiste, że liturgia podlegała i nadal podlega zmianom. Nie ma jednej idealnej czy uniwersalnej formy oderwanej od konkretnego człowieka i jego epoki. Twierdzenie, że msza przedsoborowa jest idealna lub że istnieje – jak to nazwałeś – msza wszech czasów, to uproszczenie, by nie powiedzieć – nadużycie.

    Poza tym, msza przedsoborowa, czyli jaka? Każdy jest po jakimś soborze – jedni po Soborze w Konstantynopolu, inni po Soborze Laterańskim IV, a jeszcze inni po Soborze Watykańskim II. Czy msza z XIII wieku, zakładając, że była wyłącznie jedna jej forma, odmienna od tej z początku XX wieku, jest lepsza?

    Sobory zmieniały liturgię?

    Nie, to nie sobory zmieniały liturgię, ale modlitwa Kościoła. Ona tak naprawdę rzeźbi liturgię. Forma dwudziestowiecznej liturgii, z jaką mieliśmy do czynienia przed soborem, daleka była od ideału – dlatego ojcowie Soboru Watykańskiego II opowiedzieli się za jej odnową i rewizją niektórych praktyk.

    Innymi słowy, gdyby ówczesna liturgia była idealna, jak błędnie próbuje się dziś pokazywać, to szczerze wątpię, żeby niemal jednogłośnie ojcowie podnieśli rękę za odnową liturgii. Ewidentnie coś nie działało.

    Co?

    Na przykład zbytnie sformalizowanie – niezrozumiałe ani dla wiernych, ani nawet dla księdza, krępujące ruchy i utrudniające modlitwę. Istniało coś takiego jak ritus servandus, czyli instrukcja krok po kroku, co ma robić celebrans.

    Każdy element był szczegółowo opisany – na przykład, jak szeroko rozkładać ręce na słowa „Pan z wami”, jak właściwie przyklękać, ile razy zrobić znak krzyża podczas modlitwy eucharystycznej, czy jak poprawnie wypowiedzieć słowa Hoc est enim corpus meum. Wszystko było dopracowane w najdrobniejszych szczegółach!

    Chciano dobrze, a wyszło jak zwykle?

    W samej precyzji nie ma nic złego, ale w praktyce przez takie podejście na pierwszym planie była nie celebrowana tajemnica, lecz dbałość o szczegóły. Gdy w tym nagromadzeniu detali treść odeszła na dalszy plan, wygrał formalizm. Liczyło się to, aby zmieścić się w slalomie przepisów.

    Tym sposobem liturgia przestała rozumieć człowieka, ale też człowiek przestał rozumieć liturgię.

    Czy teraz nie przesadzamy w drugą stronę? Skoro czegoś nie rozumiemy, to do wyrzucenia. Zero miejsca na tajemnicę!

    Bez wątpienia jesteśmy w innym miejscu. Obecnie językowo zrozumiałe jest w zasadzie wszystko – łacina, która dla wielu była przeszkodą, zniknęła z liturgii, a mimo to trudno odnotować jakieś skokowe pogłębienie teologiczne. Powiedziałbym raczej, że tendencja jest odwrotna – niestety często jest bardziej banalnie (…).

    Kardynał Ratzinger we wstępie do swojej książki Duch liturgii, odwołując się do tego, co zaszło w XX wieku, przywołuje ciekawy obraz. Dzieło odnowy liturgicznej porównał bowiem do odnowy fresku. Reforma soborowa miała odkryć jej piękno; miała oczyścić z pyłu i poprawić wyblakłe, niewyraźne już kolory, tak by na nowo zachwycić się jej blaskiem!

    Ale czy nie poszła za daleko?

    Tak mówią krytycy, poniekąd słusznie. Nie wszystko, co się stało po soborze, poszło we właściwym kierunku. Niektóre z rozwiązań, jak na przykład homilia czy komentarze w trakcie liturgii, które miały sprawić, że liturgia będzie bardziej zrozumiała, zbytnio skoncentrowały naszą uwagę na osobie celebransa. Patrzymy, czy fajnie odprawia, czy opowiada dowcipy na kazaniu, czy potrafi właściwie odpowiedzieć na potrzeby tłumu. Nie zadajemy pytania, czy daliśmy się poprowadzić Chrystusowi, ale czy nie było nudno. W dawnym rycie ksiądz był bardziej „przezroczysty”.

    Innym przykładem jest kultywowanie zmiany dla samej zmiany. Panuje przeświadczenie, że liturgia jest wytworem ludzkim, więc jeśli coś nie działa, jeśli z czymś mamy problem, należy to zmienić. Dlatego kiedy na przykład do parafii przychodzi nowy ksiądz, to powinien się przyjrzeć, jak ta wspólnota się modli, czym żyje, a nie zaczynać od zmian – oczywiście według własnej wizji. Z doświadczenia liturgisty mogę powiedzieć, że to, czego nam zazwyczaj potrzeba, to nie zmiana, ale – wtajemniczenie.

    Jeśli więc wystawiamy nasz „fresk” na rozmaite czynniki zewnętrzne, to pojawia się ryzyko, że będzie on erodował i koniec końców na zawsze utracimy piękno, które chcieliśmy odkryć (…).

    Liturgia zmieniała się przez wieki. Dlaczego więc tyle emocji towarzyszy odnowie soborowej?

    Bo liturgia jest częścią nas, dotyka życia chrześcijańskiego. Zmiany, które się pojawiły po Soborze Watykańskim II, wprowadzano odgórnie, z dnia na dzień – wczoraj było tak, dziś jest inaczej. Obecnie wiemy, że to błąd, dlatego nie ma odwrotu od odnowionej liturgii, mimo jej mankamentów.

    Poza tym, nim wprowadzimy jakąkolwiek zmianę, potrzeba gruntownych badań naukowych – nie takich, które potwierdzą to, co z góry sobie założymy. W odnowie posoborowej ryty, które były najlepiej przestudiowane, są obecnie używane.

    Przy czym nie chodzi oczywiście o to, by tworzyć jakąś rekonstrukcję historyczną. Te badania mają służyć modlącej się wspólnocie. Wobec niej liturgista musi zachować pokorę. Dlatego nie wszystkie zaproponowane zmiany ostatecznie weszły w życie (…).

    Gdybyś miał coś z powrotem przywrócić do mszału, co by to było?

    Nie wiem, czy bym cokolwiek przywracał. Ale elementem wciąż niedowartościowanym, nie tyle w samej mszy, ile w obrzędach sakramentu małżeństwa, jest błogosławieństwo nowożeńców.

    To, które jest po Ojcze nasz?

    Tak. Mam wrażenie, że w celebracji sakramentu małżeństwa główny akcent kładziemy na wyrażenie zgody między małżonkami, tymczasem błogosławieństwo, o którym mowa, to bardzo stara, przepiękna modlitwa. W swojej strukturze jest podobna do modlitwy eucharystycznej.

    Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że jest taką „modlitwą eucharystyczną” wypowiadaną nad nowożeńcami, by stali się jednością w Chrystusie. To, w moim przekonaniu, bardzo zasługuje na uwypuklenie. Nie potrzeba niczego dodawać, wystarczy skorzystać z tego, co mamy. A ponieważ jest to długa modlitwa, to na różne sposoby próbuje się ją ominąć.

    Podobnie ma się sprawa z błogosławieństwem wody chrzcielnej. Przepiękna, długa modlitwa, pełna odniesień biblijnych…

    Jest to fragment książki: „Nerw święty. Rozmowy o liturgii”, Dominik Jurczak OP, Dominik Jarczewski OP, Wydawnictwo W Drodze. Tytuł, lead i skróty pochodzą od redakcji Aleteia.pl.

    * o. dr Dominik Jurczak OP jest wykładowcą w Papieskim Instytucie Liturgicznym „Anselmianum” i na Papieskim Uniwersytecie „Angelicum” w Rzymie, członkiem Międzynarodowej Komisji Liturgicznej Zakonu Kaznodziejskiego.

    rozmawiał ks. Michał Lubowicki/W drodze/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Liturgia wróciła do korzeni

    Najświętsza ofiara sprawowana w bazylice kolegiackiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie.

    Najświętsza ofiara sprawowana w bazylice kolegiackiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie/fot.Józef Wolny/Gość Niedzielny
    ***

    Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr,bardziej przypominała tę naszą, współczesną,niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał„święty teatr” przez architekturę,złoto i piękne paramenty – mówi ks. dr Andrzej Hoinkis, liturgista.

    Agnieszka Huf: Niedawno minęło 60 lat od uchwalenia pierwszego dokumentu soborowego – Sacrosanctum concilium, Konstytucji o Liturgii Świętej. Tego dnia przypadła 400. rocznica zakończenia Soboru Trydenckiego. Ta data nie wydaje się przypadkowa…

    Ks. dr Andrzej Hoinkis: Na pewno wybór daty był świadomą decyzją. Zresztą wydanie mszału po Soborze Watykańskim II odbyło się w 500. rocznicę wydania mszału po Soborze Trydenckim. Ale nie było tak, że przyspieszano pracę nad konstytucją, aby zdążyć z jej ogłoszeniem w konkretnym dniu – to było dzieło dobrze przygotowane. Kwestia liturgii żyła bardzo mocno w świadomości katolików w latach 50. i 60. XX wieku, aktywnie działał Ruch Liturgiczny, odkrywano nowe teksty źródłowe. To wszystko było procesem, który przygotował do zajęcia się na soborze liturgią.

    Sam Sobór Watykański II to też nie było nagłe wydarzenie – Jan XXIII nie obudził się przecież pewnego dnia z myślą, że zwoła sobór. Proces, którego był on finałem, zaczął się już w końcówce XIX wieku…

    Nawet wcześniej, bo Sobór Watykański I, obradujący w latach 1869–1870, nie został zakończony i w Kościele żywa była myśl, że należy do niego wrócić. XX wiek przyniósł wiele zmian – I wojna światowa mocno wstrząsnęła Europą i Kościołem, II wojna światowa tym bardziej. Po niej pojawił się w myśleniu światowym pozytywistyczny trend: „wszystko jesteśmy w stanie zmienić”. Mimo eskalacji zła, która objawiła się w latach wojny, społeczeństwa bardzo szybko się odradzały. XX wiek to też czas wielkich zmian mentalnych – chociażby rewolucja 1968 roku, która przecież nie wybuchła z dnia na dzień, tylko narastała przez lata. Myślę, że papież słuchał Ducha Świętego, miał wyczucie, że pewne rzeczy trzeba uprzedzić, uporządkować, żeby nie obudzić się „z ręką w nocniku”.

    Wspomniał Ksiądz o Ruchu Liturgicznym. Co to takiego?

    Ruch Liturgiczny rozpoczął się we Francji w opactwach benedyktyńskich w XIX wieku. Co ciekawe, u jego początków leżało odkrycie, że mszał potrydencki z 1570 r. jest bardzo bogaty w treści – często bardziej niż mszały diecezjalne, z których we Francji w XIX w. powszechnie korzystano. Dlatego Ruch Liturgiczny doprowadził do powszechniejszego przyjęcia mszału potrydenckiego w wielu diecezjach francuskich i niemieckich; sprawił, że do doceniono piękno liturgii rzymskiej. Równocześnie odkrywano i opracowywano starożytne źródła pokazujące historię Kościoła i liturgii w czasach starożytnych. Mszał potrydencki to w większości mszał Kurii Rzymskiej z XII wieku, bo kiedy trwał Sobór Trydencki, naukowcy czy liturgiści nie mieli starszych źródeł. Tymczasem w XIX i XX wieku odkryto i opracowano teksty z pierwszych wieków chrześcijaństwa, dzięki czemu zauważono, że obowiązująca liturgia jest mocno sklerykalizowana. Na przykład święty Justyn w pisanej w II wieku Apologii wspomina, że w czasie liturgii posługiwali lektorzy, którzy czytali Pismo Święte, że słowo Boże było wiernym wyjaśniane – to wszystko na skutek różnych procesów w Kościele stopniowo zanikło. Ruch Liturgiczny postulował pójście głębiej niż XII wiek, na którym zatrzymała się reforma liturgii po Soborze Trydenckim. Stopniowo sięgano do korzeni, do starożytnych tekstów, do żywszego udziału wiernych w Mszy, a nie tylko biernego jej słuchania. Pojawiały się próby przybliżenia Eucharystii wiernym – na przykład kapłan sprawował Mszę po łacinie, ale ludzie odpowiadali w języku narodowym. To wszystko działo się powoli, latami, ale u początków XX wieku potrzeba rozumienia przez wiernych, co się dzieje w czasie Mszy, była już bardzo nabrzmiała.

    Jednak sprawa liturgii wydawała się już przesądzona – Pius V w bulli Quo primum tempore w 1570 r. napisał przecież: „będzie odtąd bezprawiem na zawsze w całym świecie chrześcijańskim śpiewanie albo recytowanie Mszy św. według formuły innej niż ta przez Nas wydana”, czyli niejako „zabetonował” Mszę.

    Warto się zastanowić, czy naprawdę Pius V miał intencję „zamrożenia” liturgii. Trzeba spojrzeć na kontekst historyczny: Sobór Trydencki był reakcją na reformację. Pius V nie zabronił stosowania ani rytu ambrozjańskiego, ani innych rytów, które istniały wtedy w Kościele zachodnim i były prawnie obowiązujące. Mszał wydany po Soborze Trydenckim także nie obowiązywał z automatu na całym świecie – aż do XIX wieku w wielu diecezjach francuskich czy niemieckich obowiązywały mszały diecezjalne, które powstały na długo przed soborem. Jeśli tradycja ich używania była starsza niż 200 lat, to diecezje mogły je zachować. 

    Piusowi V chodziło o uchronienie liturgii przed naleciałościami protestanckimi? 

    W dużej mierze tak. Papież chciał zabezpieczyć Mszę przed protestantyzacją. Ale diecezje, które miały księgi liturgiczne starsze niż 200 lat, mogły je zachować. Żeby było ciekawiej proces przyjęcia mszału potrydenckiego nałożył się na wynalazek Gutenberga, który ułatwiał masowy druk. Stąd wydanie mszału w dużym nakładzie było tańsze niż wydanie niewielkiej liczby egzemplarzy lokalnych ksiąg. Polskie diecezje, które wówczas istniały – gnieźnieńska czy krakowska – mogły zachować swoje mszały. Jednak ze względów ekonomicznych oraz z uwagi na uchwały synodów (np. piotrkowskiego z 1577 r.) przyjęły księgi liturgiczne wydane po Soborze Trydenckim. Stwierdzenie, że Pius V zobowiązał czy zmusił cały Kościół do odprawiania Mszy św. według mszału z 1570 r., nie jest prawdziwe.

    Czyli pojęcie „Mszy wszech czasów” nie jest poprawne?

    To błędne pojęcie, myślę, że nie ma czegoś takiego jak „Msza wszech czasów”. Inaczej sprawowali ją apostołowie, inaczej np. św. Ambroży czy św. Augustyn, a jeszcze inaczej Kościół po Soborze Trydenckim. Można by o takiej mówić, gdyby Jezus, zakładając Kościół, od razu wręczył uczniom mszał z odpowiednimi tekstami i sposobem celebracji. Mówienie o „Mszy wszech czasów” jest ahistorycznością.

    Z Soborem Watykańskim II kojarzy się najczęściej wprowadzenie języków narodowych do liturgii i odprawianie Mszy św. przez księdza zwróconego twarzą do ludzi. Ale wczytując się w Konstytucję o Liturgii Świętej, można zauważyć, że akcent położony jest na samą teologię liturgii. Jakie najważniejsze kwestie porusza ta konstytucja?

    Proszę nie zapominać, że pierwotnie w liturgii posługiwano się językami narodowymi. Język łaciński w starożytnym Rzymie był językiem tych ludzi, którzy we Mszy św. uczestniczyli. Także i odprawianie jej twarzą czy plecami do ludu jest uproszczeniem. Chodziło o coś innego – o zwrócenie się na wschód, w stronę „Wschodzącego Słońca”, czyli Zmartwychwstałego. Przez wieki papieże przy konfesji św. Piotra sprawowali Mszę św. twarzą do ludu. Przed Soborem Watykańskim II biskup Karol Wojtyła w 1958 roku w Tyńcu odprawiał pasterkę także twarzą do ludu. Ani mszał potrydencki nie nakazywał odprawiania Mszy tyłem do ludu, ani ten powatykański nie nakazuje robienia tego twarzą do ludu. To są rzeczy drugorzędne. Konstytucja przypomniała, że liturgia to nie jest dzieło celebransa, ale przede wszystkim samego Boga i całego Kościoła, a wierni mają prawo w niej pobożnie i czynnie uczestniczyć, a nie tylko być jej biernymi świadkami. 

    Wcześniej Msza była trochę teatrem jednego aktora – ksiądz robił coś przy ołtarzu, a ludzie nie do końca rozumieli, co się dzieje.

    Ludzie często nie mieli pojęcia, co dzieje się na Mszy. Nie znali łaciny, nie mogli także usłyszeć, jakimi tekstami celebrans się modli. Mogło to być takie „magiczne”… Stąd zresztą wziął się zwrot „hokus-pokus” jako symbol magicznego zaklęcia. Pochodzi on od słów konsekracji: hoc est enim corpus meum. Prawdopodobnie ministranci – bo oni, będąc najbliżej ołtarza, mogli usłyszeć wypowiadane modlitwy – tak przekręcili te słowa i zwrot wszedł do obiegu. Dopiero w XIX wieku popularne stały się mszaliki, w których wyjaśniony był przebieg liturgii, i dzięki temu wierni mogli lepiej „uczestniczyć” we Mszy św. Sobór Watykański II przywrócił liturgię do stanu zbliżonego do tego, który istniał na początku chrześcijaństwa. Kiedy sięgniemy do wspomnianej Apologii Justyna, w której dwa razy opisana jest Msza starożytnego Kościoła, to zobaczymy, że podkreślone jest w niej współuczestnictwo, a nie podział na biernych wiernych i działającego kapłana. Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr, bardziej przypominała tę naszą, współczesną, niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał „święty teatr” przez architekturę, złoto i piękne paramenty – co oczywiście na tamte czasy mogło być najlepszą drogą. Zmiana sposobu myślenia stała się możliwa dzięki odkryciu tekstów starochrześcijańskich, do których twórcy mszału potrydenckiego nie mieli dostępu.

    Ta zmiana dla wielu musiała być szokiem…

    Tekst Sacrosanctum concilium i tak jest „konserwatywny” – nie wiem, jak wyglądałby tekst tej konstytucji, gdyby uchwalono ją na koniec soboru. Zupełnie inaczej wyglądają późniejsze dokumenty, choćby konstytucja Gaudium et spes. Wielu spodziewało się, że ta zmiana pójdzie dużo dalej – przykładem może być Hans Küng. W efekcie w USA i w krajach Europy zachodniej wielu teologów stwierdzało, że ten tekst nie jest taki, jaki być powinien, i odwoływało się do tzw. ducha liturgii czy ducha soboru, a nie do samego tekstu.

    Początkowo nawet abp Lefebvre, który dziś jest symbolem sprzeciwu wobec zmian posoborowych, podpisał ten dokument, nie wysuwając zastrzeżeń. Więc jak to się stało, że niektóre środowiska traktują dziś sobór jako moment zniszczenia liturgii?

    Sobór Watykański II nie zniszczył liturgii. Tu dużą rolę odegrali wspomniany „duch liturgii” i… dziennikarze! Jeśli zajrzymy do książki P. Seewalda Benedykt XVI. Życie, to bardzo wyraźnie zauważymy różnicę: Joseph Ratzinger pracował systematycznie, źródłowo, a Hans Küng „pracował” z mediami, urabiał je. Mówił to, co media chciały usłyszeć, i przez to kreował np. „ducha liturgii”. W usta ojców soborowych wkładał to, co wydawało mu się słuszne. Ale Küng nie był sam – było więcej osób, które powołując się na „ducha soboru” i na to, co ich zdaniem powinien on uchwalić, kształtowały opinię publiczną, wtedy jeszcze bardzo katolicką. Rozdmuchiwały ogniska potrzebne im do tego, żeby urabiać czy forsować kwestie, które z litery soboru nie wynikały. Zresztą nie chodzi tu tylko o liturgię, ale o całą teologię.

    Krytycy mówią, że miała być ewolucja i reforma, a wyszła rewolucja i deforma…

    Skąd się w ogóle wzięły we współczesnym Kościele tendencje tradycjonalistyczne i mówienie o deformie? Postawiłbym tezę, że gdyby reforma liturgiczna po Soborze Watykańskim II w całym Kościele postępowała tak, jak to było robione w Polsce, prawdopodobnie dziś nie byłoby z tym problemu. U nas zmiany wprowadzano powoli, z rozmysłem. Kardynał Wyszyński nie był strażakiem gaszącym ogień Ducha, tylko człowiekiem rozsądnie myślącym. W Polsce Kościół był w bardzo specyficznej sytuacji pewnego rodzaju „podziemia” – byliśmy cały czas kontrolowani przez UB, aparat komunistyczny itd. Wyszyńskiemu bardzo zależało, żeby nie robić niepotrzebnych ruchów, które mogłyby wywołać nieprzewidziane konsekwencje. Często mówił, że trzeba coś przemyśleć, działać powoli, bo nie wiadomo, co z tego wyniknie. Chciał, żeby wszystkie działania – choćby tłumaczenie mszału – od początku do końca były wykonane bardzo starannie. A na Zachodzie na zmiany soborowe rzucono się pędem, przechodząc od jednego ekstremum do drugiego. Porównywałem tłumaczenia Konstytucji o Liturgii zatwierdzone przez Konferencje Episkopatu różnych krajów i na przykładzie jednego słowa – recognitio – widać, jak zupełnie inne jest jego rozumienie w tekście niemieckim i polskim. U nas przetłumaczono je bardziej zachowawczo – „należy krytycznie opracować”, „starannie rozpatrzeć”, „zbadać i poprawić”, a w niemieckim radykalnie – „przerobić”, „sprawdzić”, „zreformować”, „na nowo uporządkować”. A w oryginale konstytucji jest ciągle jedno słowo – recognitio!  

    I stąd wzięły się te nadużycia, o których czasem czytamy – że księża na Zachodzie odprawiają dziś Mszę dziwnie poprzebierani, na papierowym talerzyku zamiast na patenie, tańcząc albo jeżdżąc na rolkach?

    Tak, prawdopodobnie to jest przyczyną. A także subiektywizm, mówienie: „Gdyby Jezus dziś żył, to z pewnością…”. Ale z drugiej strony nadużycia i błędy nie zaczęły się po Soborze Watykańskim II. Można powiedzieć, że odkąd Bóg powierzył człowiekowi swój Kościół, zawsze pojawiały się tego typu problemy. Także i Msza według mszału potrydenckiego nie była wolna od wypaczeń i „deformy”, dlatego tak głośne było wołane o reformę liturgii w połowie XX wieku. Przykładem mogą być Msze odprawiane z wystawieniem Najświętszego Sakramentu, co było przez Kościół potępiane.

    A tych błędów wierni często nawet nie dostrzegali, bo laicy nie znali w szczegółach przebiegu Mszy ani nie słyszeli, co się dzieje ołtarzu.

    Oczywiście! Dziś się mówi, że Msza potrydencka, w przeciwieństwie do „dzisiejszej”, była bezbłędna, święta, a tak naprawdę i tam było wiele nadużyć! Biblioteki kościelne XIX i początków XX wieku byłyby o połowę skromniejsze, gdyby nie powstały wszystkie książki piętnujące nadużycia w czasie sprawowania Eucharystii.

    Ale jednak to o współczesnej Mszy mówi się, że jest przestrzenią improwizacji.

    Zachód Europy i Ameryka bardzo zachłysnęły się wolnością i to spowodowało największy kryzys Kościoła posoborowego, bo często prowadziło do „przegięć”. Po Soborze Watykańskim II Kościół dopuścił używanie innych modlitw eucharystycznych, nie tylko Kanonu Rzymskiego. Chodziło o powrót do korzeni, do starochrześcijańskich modlitw – np. tzw. Kanonu Hipolita, który był uznawany za przykład rzymskiej starożytnej modlitwy eucharystycznej – dziś to jest II Modlitwa Eucharystyczna. Sobór chciał wrócić do tekstów znanych u początków Kościoła, a później zapomnianych, które mogą być ubogaceniem naszej wiary. Tymczasem w niektórych miejscach przesadzono, uznając, że każdy może sobie wymyślać własną modlitwę eucharystyczną. Ja sam w latach 2000. spotkałem się w Austrii z całymi skoroszytami z „pisanymi na kolanie” modlitwami eucharystycznymi. Zachłyśnięto się dostępem do języków narodowych i improwizacji w liturgii. Faktycznie, pierwsze wieki Kościoła to były czasy improwizacji, bo nie było jeszcze ksiąg liturgicznych. Jednak z biegiem czasu lepsze, piękniejsze teksty zaczęto spisywać i w ten sposób powstały księgi liturgiczne. Sobór Watykański II nie zakładał ani nie dopuszczał, że teraz każdy celebrans może improwizować Mszę (por. np. art. 22 KL) – to była nadinterpretacja, wynikająca raczej nie tyle ze złej woli, co z płytkiej fascynacji nowością.

    Co z perspektywy Księdza jako liturgisty jest najbardziej pozytywną zmianą po Vaticanum II?

    Choćby to, że ludzie rozumieją teksty mszalne, mogą się nimi „karmić”, że mają możliwość świadomego uczestnictwa w tym, co dzieje się w czasie Mszy. Ważne jest też to, że w czasie liturgii czytane jest Pismo Święte, które wierni rozumieją. Bo na Mszy potrydenckiej ksiądz sam dla siebie czytał teksty Pisma, które były napisane po łacinie, a ponadto przez cały tydzień czytano te same fragmenty. Na początku XX wieku wielu ludziom towarzyszyło ogromne pragnienie życia słowem Bożym – reforma liturgii to umożliwiła. Ważne jest też, że wróciły pewne posługi znane z tekstów starochrześcijańskich – wtedy co innego robił ksiądz, co innego lektor, diakon i tak dalej. Potem przez wieki to się mocno sklerykalizowało, a dziś znowu świeccy mają swoje miejsce w liturgii. Kolejna ważna sprawa to reforma liturgii innych sakramentów, dzięki czemu chociażby rodzice czy chrzestni mogą rozumieć, co dzieje się podczas chrztu, i uniknąć poczucia magiczności. Dostępność do liturgii – dzieła Boga dla nas – to wielki plus rzeczywistości, w której żyjemy. Na ile go wykorzystujemy, to już inne pytanie.

    rozmawiała Agnieszka Huf(Historia Kościoła)Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Cuda eucharystyczne:

    wyróżnienie, czy przestroga?

    (GS/PCh24.pl)

    ***

    Cuda eucharystyczne od wieków budzą wielkie emocje nie tylko wśród wiernych, ale także wśród naukowców, którzy z zapałem badają próbki cudownych Hostii. Gdy okazuje się, że dane wydarzenie nie jest wynikiem zakażenia bakterią (np. Pałeczką krwawą), czy rozwojem pleśni, a pod mikroskopem można dostrzec komórki żywej, ludzkiej tkanki, jesteśmy sytuacją niezwykle przejęci, wzruszamy się i dziwimy. Jako katolicy, cieszymy się, że kolejny raz potwierdza się to, w co od zawsze wierzymy. Fakty naukowe mówią same za siebie – Chrystus głosił prawdę: chleb naprawdę zamienia się w Jego Ciało, a wino w Krew.

    Niestety, wobec sporego, informacyjnego zamieszania wokół cudu i jego “technicznych” szczegółów, wielu z nas traktuje sprawę jako sensację, ciekawostkę do poczytania “przy kawie”, zapominając przy tym o zadaniu sobie najważniejszego pytania – co Bóg chce nam przez to powiedzieć? Cuda nie dzieją się bez powodu – gdy Jezus przemienił wodę w wino, uzdrawiał, czy wskrzeszał, czynił to, by ludzie w Niego uwierzyli i zyskali zbawienie, na które Boża Łaska jest przede wszystkim ukierunkowana.

    Gdyby bowiem czyny Chrystusa ograniczały się do doczesnych, ludzkich korzyści, na pewno uzdrowiłby wszystkich chorych, a wszystkich biednych obsypałby pieniędzmi. Spójrzmy choćby na przykład z Ewangelii św. Mateusza, kiedy to Pan Jezus, nakarmiwszy tłumy i odprawiwszy uczniów, udał się samotnie na modlitwę. Mógł przecież zostać z ludem i w dalszym ciągu go “uszczęśliwiać”. Jak widać, Bóg nie chce, byśmy traktowali Go jedynie jako „spełniacza” naszych ziemskich pragnień. Pozwala nam to domniemywać, że i nadprzyrodzone zjawiska związane z Eucharystią mają w zamyśle Bożym pomóc nam osiągnąć życie wieczne.

    Jak jednak mogą one przynieść dobry owoc, skoro często uważamy doświadczenie cudu za wyróżnienie? A może jest zgoła odwrotnie? Może Bóg domaga się poprawy naszego zachowania, upomina się o większą wiarę lub o szczerą miłość? Aby lepiej poznać istotę rzeczy, prześledźmy kilka przykładów cudów eucharystycznych z zaznaczeniem szczególnych okoliczności każdego z nich.

    Odpowiedź na zwątpienie

    Jeden z najbardziej spektakularnych cudów eucharystycznych dokonał się w pierwszej połowie VIII wieku we włoskim Lanciano, podczas Mszy Świętej, której celebransem był pewien bazylianin wątpiący w prawdziwość przeistoczenia. W odpowiedzi na ów brak wiary, Hostia w dłoniach kapłana zaczęła krwawić, a wino w kielichu było już substancjalnie krwią.

    Cud w Bolsenie z 1263 r. również wydaje się być wytknięciem niedowiarstwa kapłanowi – ks. Piotrowi, który podczas odprawiania Mszy Świętej podważył w duchu realną obecność Chrystusa w konsekrowanej Hostii. Tuż po słowach konsekracji z wytrysnęła z Niej krew.

    Fiecht w Austrii, rok 1310 – tam z kolei wino przeistoczyło się w kipiącą krew. Powątpiewający w transsubstancjację ksiądz przeraził się owym nagłym, dynamicznym zjawiskiem i nie zdołał wypić zawartości kielicha do końca.

    Niewiara początkiem występku

    Zdarza się, iż “nieleczone” i pogłębiające się zwątpienie ducha zyskuje swoje uzewnętrznienie w postaci nieodpowiedniego, haniebnego zachowania. W historii zdarzały się bowiem i takie indywidua, w przypadku których lekceważenie słów Chrystusa: To jest Ciało moje[…] pociągnęło za sobą świętokradzkie czyny. Niewiara wiąże się z brakiem bojaźni Bożej, wobec czego niewierzący, bagatelizując zapowiedź kary, drwi również z powagi grzechu.

    W 1421 r. w holenderskim Bergen ksiądz proboszcz dopuścił się nieprawdopodobnej profanacji – wrzucił pozostałe po Mszy Świętej Hostie do kanału. Po wielu tygodniach zostały one dostrzeżone przez miejscowych rybaków – ku ich zdziwieniu, pokryte były one najprawdziwszą krwią.

    9 lat później, w Dijon we Francji, Pan Jezus powtórnie wystąpił przeciw ludzkiej bezduszności i dobitnie przypomniał o Swojej obecności w Sanctissimum. Pewna pani nabyła w Monako starą monstrancję, z której nie wyjęto Najświętszego Sakramentu. Bez żadnych skrupułów kobieta zabrała się do usunięcia “czynnika zbędnego”, o zgrozo, za pomocą noża! Nagle z dużej Hostii zaczęła broczyć krew tworząc ostatecznie pasyjny wizerunek Chrystusa.

    Reakcja na błędy i uchybienia?

    Wielkie cuda eucharystyczne miały miejsce również wtedy, gdy prawdopodobnie niechcący, w wyniku “roztrzepania” lub braku koncentracji, dopuszczono do tego, aby Ciało Pańskie znalazło się np. na podłodze. 15 sierpnia 1996 roku podczas Mszy Świętej w Buenos Aires na ziemię upadła Hostia, czego nikt nie zauważył. Dopiero po zakończeniu Eucharystii znaleziono ją i umieszczono w vasculum, by się rozpuściła. Po upływie kilku dni zauważono na niej krwawe ślady.

    W Polsce w 2008 r. miała miejsce analogiczna sytuacja – w kościele parafialnym pw. św. Antoniego w Sokółce podczas udzielania Komunii Świętej Hostia przypadkowo upadła na podłogę. Zgodnie z przepisami liturgicznymi zastosowano vasculum, jednak Komunikant wcale się nie rozpuścił – na Jego powierzchni pojawiła się natomiast czerwona plamka. Jak się okazało, była to prawdziwa tkanka serca.

    Niezwykle ciekawym przypadkiem jest cud w Tixtla w Meksyku z 2006 r., kiedy Komunikant wypuścił z Siebie prawdziwą krew, i to wcale nie w okolicznościach wątpliwości kapłana, świadomej profanacji przez przeciwników wiary, lub niefortunnego upadku na ziemię, ale w czasie “zwyczajnego” rozdawania Komunii Świętej przez siostrę zakonną… Co chce nam przez to powiedzieć Pan?

    Ku pokrzepieniu serc…

    Warto pamiętać, iż niektóre cuda eucharystyczne nie zawsze wyglądały tak, jak te opisane wyżej, a ich istotą wcale nie była widoczna gołym okiem krew. Na przykład na kolumbijskiej wyspie Tumaco w 1906 r. Najświętszy Sakrament, który niesiony był w uroczystej procesji u wybrzeży Pacyfiku, uspokoił potężne tsunami i ocalił mieszkańców przed zagładą. Wydaje się, że w ów “bezkrwawy” sposób Bóg podaje pomocną dłoń człowiekowi, nie tyle upomina go i karci, co wprost okazuje miłość.

    Wnioski dla Kościoła

    O czym przypominają nam cuda eucharystyczne? Z pewnością są one empirycznymi, niezbitymi dowodami realnej obecności Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Powinny wzmacniać naszą wiarę i utwierdzać w przekonaniu, że przyjmując Komunię Świętą, w istocie łączymy się najściślej z samym Bogiem. Należy Mu się Boska cześć, wielki szacunek i przede wszystkim miłość. Niestety w naszych czasach Hostia budzi w świecie mniejszy respekt – np. schowanie Jej do szarego, kartonowego pudła byłoby dawniej niesłychanym świętokradztwem. Dziś mówi się natomiast : “Pan Bóg wybaczy, musimy dbać o planetę, dlatego zamiast ozdobnego tabernakulum użyjemy kartonu, a Komunię, zamiast ze złotej puszki, będziemy rozdawać z plastikowych misek.”

    Nie chciałabym przypisywać nikomu, kto się do tego przyczynia, złych intencji. Trzeba jednak przypomnieć, że w jakimś celu Kościół od wieków używał złotych naczyń, pateny, baldachimów, przepięknych monstrancji, czy tabernakulum do przechowywania Ciała Pana i odnosił się do Niego z najwyższą bojaźnią i pieczołowitością. Rezygnacja z tego typu środków może świadczyć o co najmniej niezrozumiałej dla wielu katolików zmianie w postrzeganiu istoty Eucharystii. Pociąga to za sobą coraz “swobodniejsze” obchodzenie się z naszym Sacrum np. w sytuacji, gdy dotykają Go osoby, które nie powinny tego robić.

    Cudowne Hostie krwawiły, ponieważ to człowiek zadawał Im rany przez swoje błędy, zaniedbania, ignorancję, zwątpienie, lub świadome profanacje. Pamiętajmy, że Hostia to żywe, kochające serce naszego Pana, któremu winni jesteśmy godne oddawanie czci z całą okazałością kultu.

    Zofia Michałowicz/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ksiądz Biskup Janusz Stepnowski, ordynariusz diecezji łomżyńskiej, delegat KEP ds. kontaktów z COMECE, czyli Komisją Episkopatów Wspólnoty Europejskiej. :

    Będąc Europejczykami, powinniśmy być dumni z polskości

    Samplefot. Lukasz Gdak/East News

    ***

    W Europie istnieją różne tożsamości, ale wszyscy żyjemy na jednym kontynencie. Polska jest częścią tego organizmu, który nazywamy wspólnotą europejską. Będąc Europejczykami, powinniśmy być dumni z polskości – mówi w rozmowie z KAI bp Janusz Stepnowski, biskup łomżyński i delegat KEP ds. kontaktów z COMECE, czyli Komisją Episkopatów Wspólnoty Europejskiej. W wywiadzie porusza kwestię zbliżających się eurowyborów, przypomina zarówno o chrześcijańskim dziedzictwie, jak i kryzysach Starego Kontynentu, podkreśla też rolę Kościoła w integracji europejskiej.

    KAI: Katoliccy biskupi Unii Europejskiej w opublikowanym w ub. tygodniu oświadczeniu COMECE (Komisji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej) wzywają do głosowania na partie proeuropejskie w zbliżających się wyborach do Parlamentu Europejskiego. Wskazali m.in.: „Wiemy, że Unia Europejska nie jest doskonała i że wiele jej propozycji politycznych i prawnych nie jest zgodnych z wartościami chrześcijańskimi i oczekiwaniami wielu jej obywateli, ale wierzymy, że jesteśmy wezwani do jej ulepszenia za pomocą środków, które oferuje nam demokracja”. Jak powinniśmy rozumieć to wezwanie?

    Bp Janusz Stepnowski: Powinniśmy głosować na tych polityków, którzy prezentują wartości chrześcijańskie, bronią ludzkiego życia i godności. To jest teraz główne zadanie. Wspomniane oświadczenie zawiera jednak przede wszystkim wezwanie, aby iść na wybory i zagłosować, bo wiemy, że wybory do Parlamentu Europejskiego nie cieszą się nadmiernym zainteresowaniem niemal w każdym kraju.

    KAI: Jest to zatem wezwanie do obudzenia w sobie zaangażowania obywatelskiego?

    – Tak, należy się zaangażować i włączać w to działanie także ludzi młodych.

    KAI: Kościół katolicki w Polsce oczywiście nie wskazuje na kogo głosować…

    – Zachęcam do pójścia na wybory, a to, kto kogo skreśli na karcie wyborczej, jest jego decyzją.

    KAI: …ale zazwyczaj Kościół przed każdymi wyborami po pierwsze przypomina o odpowiedzialności obywatelskiej wyrażającej się w głosowaniu, a po drugie apeluje do sumień o oddanie głosu na kandydatów, którzy służą określonym wartościom.

    – Tak, trzeba odwoływać się do sumień polityków, którzy bronią życia i tradycyjnych europejskich wartości. Europa bowiem przez ostatnie lata zmierza w kierunku ideologizacji życia, przez co koncentruje się na tym, co nie jest najistotniejsze. Próbuje też stać się niejako superpaństwem. Nam się wydaje, że Europa jest pępkiem świata. Już od dawna nim nie jesteśmy. Europa militarnie nic nie znaczy, nie potrafimy nawet stworzyć europejskiego batalionu. Jest dowództwo, ale batalionu jeszcze nie ma. Jeśli chodzi o gospodarkę, też niewiele znaczymy. Co do technologii też zostaliśmy z tyłu. Stajemy się powoli swoistym muzeum.

    KAI: COMECE widzi swoją rolę m.in. w przypominaniu o dziedzictwie chrześcijańskim, które legło u podstaw tworzenia się Unii Europejskiej?

    – Rolę COMECE widzę jako zachęcanie do powrotu do tradycyjnych wartości. Nie wszyscy politycy, którzy tworzyli Unię Europejską, byli chrześcijanami czy katolikami, ale wiedzieli, że wspólny mianownik tego wielkiego organizmu, jakim jest Unia Europejska, istnieje. A tworzą to podstawowe wartości.

    KAI: Wielokrotnie w ostatnich latach COMECE występowała choćby przeciwko próbom uznania aborcji za prawo człowieka w UE.

    – Obrona życia jest jednym z naszych obowiązków jako biskupów. Jest to obowiązek najważniejszy. I trzeba to podkreślać dziś, gdy Europa przeżywa zapaść demograficzną, a poprzez uznawanie aborcji próbuje się jeszcze ten proces przyspieszyć.

    KAI: Jakie inne zagrożenia dla wspólnoty europejskiej widzi COMECE? Mówi się, że stoimy na krawędzi różnych kryzysów i niepokojów: migracyjnego, klimatycznego, wychodzenia z UE… Biskupi patrzą na te kwestie z troską?

    – Sądzę, że ideologizacja prowadzi do tego, że w obecnych wyborach większą rolę będą odgrywały partie ekstremistyczne, czy to z prawej czy z lewej strony. W UE skoncentrowano się niestety na tym, co nie jest istotne i co nie jest jej celem. Próbuje się zbudować superpaństwo, podporządkowując mu państwa mniejsze. Tymczasem Unia Europejska jest wspólnotą, a nie superpaństwem.

    KAI: W debacie przedwyborczej liczy się bardziej gra na emocjach niż wymiana argumentów?

    – Tak. Wielka Brytania wyszła z Unii, bo tak ludzie zagłosowali w referendum. A Brytyjczycy są przyzwyczajeni do swojej autonomii. Mówi się, że to był ich błąd, ale ten błąd został popełniony i z jednej, i z drugiej strony.

    KAI: COMECE wydało niedawno „Przewodnik dla młodych Europejczyków” przed zbliżającymi się wyborami do PE. To przykład, jak Kościoły europejskie chcą, aby młode pokolenie aktywnie angażowało się w życie obywatelskie?

    – To bardzo istotnie, podobnie jak to, aby partie polityczne otwierały się na młodych ludzi, a wiadomo, że nie zawsze tak jest. Widać to choćby po samych kandydatach do Parlamentu Europejskiego.

    KAI: Młodzi są nadzieją starzejącej się Europy?

    – Na pewno tak. Europa zmienia się demograficznie i będzie w najbliższych latach zmieniać się etnicznie, co już widać w poszczególnych państwach. Z tym związane będą jednak też problemy, co widać na przykładzie Szwecji. Polityka jest natomiast niestety krótkowzroczna, myśli się o tym, co tu i teraz, a co jutro, to się zobaczy…

    KAI: W tym roku przypada 20. rocznica obecności Polski w Unii Europejskiej. Co Kościół w Polsce może robić, aby pomagać zrozumieć, że to był słuszny krok?

    – Pamiętamy, że po referendum akcesyjnym entuzjazm był większy, dziś jest słabszy. Tu, znowu, istotna jest rola polityków, aby powrócili do tego, co najważniejsze. Nie, żeby koncentrowali się na Zielonym Ładzie czy ideologizacji, ale aby zadbali o to, by Unia była wspólnotą wspólnot, które mają swoją autonomię, a nie superpaństwem. Bo wtedy ludzie staną się nieznaczącym elementem tego pejzażu, zamiast pozostawać narodami o określonej tożsamości, kulturze, przynależności wyznaniowej: katolickiej, prawosławnej, ewangelickiej. Każdy naród ma swój koloryt i to trzeba uwzględniać, a nie traktować wszystkich według jednego szablonu.

    KAI: Ślązak czy Kaszub będący katolikiem może być jednocześnie dumny z bycia Europejczykiem?

    – Oczywiście. W Europie istnieją różne tożsamości, ale wszyscy żyjemy na jednym kontynencie, i wszystkich nas łączy owa wspólna idea Unii Europejskiej.

    KAI: Św. Jan Paweł II wskazywał, że „Europa potrzebuje Polski, a Kościół w Europie potrzebuje świadectwa wiary Polaków”. To nadal aktualne wezwanie?

    – Św. Jan Paweł II był pierwszym Europejczykiem. Był za tym, aby Polska stanowiła część tego organizmu, który nazywamy wspólnotą europejską. I abyśmy mieli też swoje zdanie i swoją tożsamość, potrafili tego bronić i być z tego dumni. Wydaje się, że Polacy mają jakiś kompleks niższości wobec innych europejskich narodów i dlatego starają się być bardziej „europejscy”. A powinniśmy być dumni z polskości, tak jak np. Bawarczyk jest dumny ze swoich krótkich spodenek z  szelkami, które nam wydają się śmieszne, a to jest element jego tożsamości.

    KAI: Parafie, zakony, diecezje w Polsce od lat ubiegają się o fundusze unijne, wykorzystywane na konkretne projekty, m.in. ekologiczne, konserwatorskie, pomocowe np. dla osób niepełnosprawnych. Jest to działanie na rzecz dobra wspólnego, obejmujące także katolików jako obywateli naszego państwa?

    – Nie można traktować katolików jak jakiejś odrębnej rasy. A zabytki w Polsce to głównie kościoły. Gdyby nie świątynie, nie byłoby ich w Polsce wiele. Dlatego wszyscy musimy o nie dbać, nie tylko katolicy. To nasz niemalże konstytucyjny obowiązek. To jest dziedzictwo narodowe. Musimy też być z tego dumni i przekazywać następnym pokoleniom te zabytki w dobrym stanie. Są też projekty socjalne, które służą nie tylko katolikom, ale wszystkim. W naszym kraju brakuje np. ośrodków dla osób starszych, co widać w małych miejscowościach jak choćby Łomża. Co do unijnej pomocy na te cele, wymagana jest oczywiście przejrzystość, zwłaszcza że kryteria rozliczania poszczególnych projektów są bardzo precyzyjne.

    KAI: Dziękuję za rozmowę.

    rozmowę przeprowadził Łukasz Kasper/kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Możny cudotwórco, módl się za nami”.

    Litania do św. Benedykta za Europę

    WAKACYJNY KALENDARZ LITURGICZNY

    św. Benedykt z Nursji/Wikipedia | Domena publiczna

    ***

    Przed nami wybory do parlamentu Unii Europejskiej dobrze jest polecić cały kontynent europejski wstawiennictwu – św. Benedykta, patrona Europy

    Św. Benedykt z Nursji jest patronem Europy. Św. Paweł VI powiedział, że jest on: „„zwiastunem pokoju, sprawcą jedności, nauczycielem cywilizacji, głosicielem religii Chrystusowej i twórcą życia monastycznego na Zachodzie” (List apostolski „Pacis nuntius”). Przez jego wstawiennictwo módlmy się za całą Europę.

    Litania do św. Benedykta

    Kyrie elejson, Chryste elejson, Kyrie elejson.
    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.

    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Święta Maryjo, módl się za nami.
    Święta Maryjo, Zwierciadło zakonnej doskonałości,  

    Święty Ojcze Benedykcie, módl się za nami.
    Święty Benedykcie, miłośniku krzyża,  
    Święty Benedykcie, wierny naśladowco Jezusa Chrystusa,  
    Święty Benedykcie, niezwykły w umartwianiu i surowości życia,  
    Święty Benedykcie, miłośniku ubóstwa, czystości, posłuszeństwa, pobożności i wszelkich cnót,  
    Święty Benedykcie, serafinie pałający miłością Boga i bliźniego,  
    Święty Benedykcie, wzgardzicielu świata,  
    Święty Benedykcie, ojcze nieprzeliczonych synów i córek duchowych,  
    Święty Benedykcie, mistrzu wszelkiej doskonałości,  
    Święty Benedykcie, ozdobo Kościoła Bożego,  
    Święty Benedykcie, wdzięczny przybytku Ducha Świętego,  
    Święty Benedykcie, zwierciadło bogomyślności,  
    Święty Benedykcie, obrońco do ciebie się uciekających,  
    Święty Benedykcie, patronie przeciw pożarom, piorunom, gradobiciu, nieurodzajom i głodowi,  
    Święty Benedykcie, pocieszycielu smutnych i strapionych,  
    Święty Benedykcie, patronie we wszelkiej potrzebie,  
    Święty Benedykcie, uzdrawiający chorych znakiem Krzyża świętego,  
    Święty Benedykcie, wspomożycielu konających,  
    Święty Benedykcie, patronie dobrej śmierci,  
    Święty Benedykcie, możny cudotwórco,  
    Święty Benedykcie, aniele obyczajów i życia,  
    Święty Benedykcie, następco patriarchów,  
    Święty Benedykcie, podobny męczennikom,  
    Święty Benedykcie, patriarcho mnichów,  
    Święty Benedykcie, wzorze przełożonych,  
    Święty Benedykcie, chwało wyznawców,  
    Święty Benedykcie, naśladowco Apostołów,  
    Święty Benedykcie, wielką chwałą ukoronowany,  
    Święty Benedykcie, patronie Europy,  

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    K. Módl się za nami, Ojcze Benedykcie,
    W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

    Módlmy się:

    Wszechmogący, wieczny Boże, który nas przykładem świętego Benedykta do umiłowania doskonałości zachęcasz, oczyść serca nasze i napełnij łaską Twoją, ażebyśmy przez nią z Tobą złączeni wytrwali w dobrych postanowieniach naszych i służyli Ci wiernie do śmierci, a przez to osiągnęli szczęśliwość wieczną. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Aleteia.pl/źródło: benedyktynkiopactwo.pl

    ______________________________________________________


    „Nagle ujrzał światło”. Na Monte Cassino św. Benedykt miał wizję nieba

    MONTE CASSINO

    fotokenzo | DepositPhotos

    ***

    Wizję św. Benedykta opisał św. Grzegorz Wielki.

    Św. Benedykt urodził się w Nursji (płn. Włochy) około 480 r. Jego rodzina była zapewne zamożna, skoro rodziców stać było na wysłanie go do Rzymu w celu uzupełnienia wykształcenia. Święty porzucił wkrótce studia i rozpoczął życie pustelnicze w grocie w Subiaco.

    Habit otrzymał z rąk mnicha Romanusa, który udzielił mu też pierwszych nauk ascetycznych. W pustelni po pewnym czasie odnaleźli go pasterze, których święty zaczął uczyć prawd wiary. Benedykt szybko stał się znaną postacią. Wkrótce mnisi z Vicovaro poprosili, by został opatem w ich klasztorze.

    Jednak jego rzetelność, dbałość o zachowywanie reguły, zaskoczyły mnichów i wywołały spisek. Podjęta próba otrucia świętego nie powiodła się. Benedykt powrócił do Subiaco, lecz wkrótce zaczęli ściągać do niego nowi uczniowie. Zrezygnował zatem z życia pustelniczego i rozpoczął życie wspólnotowe (cenobityczne).

    Zawiść sąsiada – kapłana Florencjusza, który „zaślepiony  mrokiem zawiści doszedł do tego, że słudze Boga wszechmogącego posłał chleb zatruty jako chleb poświęcony” – skłoniła Benedykta do przeniesienia się na Monte Cassino. Przybywszy na miejsce wraz z częścią swych mnichów, zniszczył znajdującą się tam świątynię Apollina, zbudował dwie kaplice (św. Marcina i św. Jana Chrzciciela) oraz klasztor. W nim spędził resztę życia.

    Na Monte Cassino Benedykt miał wizję nieba, którą opisał św. Grzegorz Wielki: „Stojąc w oknie, modlił się do Boga wszechmogącego, gdy nagle ujrzał światło, które rozlewając się z góry, przepłoszyło nocne mroki […], a gdy na nie patrzył […], cały świat ukazał się jego oczom jakby skupiony w jednym promieniu słońca”.

    Wydarzenie to Grzegorz wyjaśnił w słowach: „Dla duszy, która widzi Stwórcę, ciasne jest całe stworzenie. Choćby tylko niewiele dojrzał ze światła Stwórcy, wszystko, co stworzone, staje się dla niego małe, gdyż światło wewnętrznej kontemplacji pogłębia pojemność duszy, która tak rozrasta się w Bogu, że wyższa jest od świata”. W dniu swojej śmierci święty przyjął Komunię i umarł w klasztornej kaplicy, na stojąco śpiewając psalm, podtrzymywany przez braci. Stało się to 21 marca 547 r.

    Imię Benedykt (łac. Benedictus) znaczy błogosławiony. O życiu i charakterze św. Benedykta dowiadujemy się najwięcej z lektury pism papieża św. Grzegorza Wielkiego oraz z samej Reguły. Paradoksalnie o wiele lepiej znamy ducha i myśl niż biografię świętego.

    Święty Grzegorz w swoich Dialogach przedstawia Benedykta jako cudotwórcę, „Męża Bożego”, człowieka „napełnionego duchem wszystkich sprawiedliwych”. Grzegorz opisując życie Benedykta, ukazuje je na tle wydarzeń biblijnych, dlatego podczas lektury Dialogów warto czytać te fragmenty Biblii, z których ich autor czerpał. Dialogi ukazują Benedykta jako mnicha zakorzenionego w Bogu.

    Ten niezwykle silny związek ze Stwórcą owocuje licznymi cudami, darem proroctwa, oraz – a może przede wszystkim – głęboką znajomością człowieka. Artyści, malując Benedykta, często przedstawiali go jako brodatego starca o surowym spojrzeniu. Tymczasem Grzegorz napisał, że Patriarcha „miał zawsze pogodny wyraz twarzy”.

    Także zalecenia Benedykta zapisane w Regule, jak np.: szanować wszystkich ludzi; we wszystkim należy zachować umiar ze względu na tych, którym brak siły ducha – mogły pochodzić tylko od kogoś pełnego życzliwości dla bliźnich. W czasach gdy powstawała Reguła św. Benedykta wśród mnichów i mniszek powszechne były surowe umartwienia (np. wielodniowe posty, ograniczenia snu).

    Benedykt zrezygnował z wielu praktyk tego typu, a położył nacisk na ukształtowanie ducha przez posłuszeństwo i pokorę. Mnich kierujący się w życiu Regułą staje się powoli człowiekiem błogosławieństw (por. Mt 5,1–12).

    W literaturze polskiej sugestywny portret św. Benedykta i jego czasów ukazała Hanna Malewska w powieści Przemija postać świata.

    Przez swoją naukę św. Benedykt kształtował oblicze chrześcijańskiej Europy. Przypomniał o tym papież Paweł VI, ogłaszając Patriarchę mnichów patronem Europy podczas poświęcenia odbudowanego klasztoru na Monte Cassino w 1964 r.

    o. Szymon Hiżycki OSB/fragment książki „Medalik Świętego Benedykta”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Europa zjednoczona to Europa chrześcijańska”.

    Jak wyglądałby świat, gdyby nie bitwa pod Lepanto? (wywiad)

    battle-of-lepanto

    ***

    W tym roku przypada 453 rocznica bitwy pod Lepanto, wielkiego starcia między Imperium Osmańskim a Świętą Ligą, w którym Cervantes, autor “Don Kichota”, stracił dłoń.

    Jean-François Colosimo, teolog i historyk, wyjaśnia, dlaczego bitwa ta miała decydujące znaczenie dla Europy.

    Jean-François Colosimo jest teologiem i historykiem religii. Jako wybitny znawca sytuacji chrześcijan w krajach Wschodu przypomina on o geopolitycznym znaczeniu, jakie miała bitwa pod Lepanto. Autor książki Szabla i Turban. Jak daleko zajdzie Turcja? (Wydawnictwo Cerf2020) uważa, że podczas tej bitwy narodziła się wspólna tożsamość Europy, zjednoczonej w swojej religii.

    Laurent Ottavi: Jakie uwarunkowania polityczne i religijne doprowadziły do bitwy pod Lepanto, 7 października 1571 roku?

    Jean-François Colosimo: Imperium Osmańskie, rozciągające się na trzy kontynenty i cztery morza, było wówczas wielką potęgą morską. Dominowało nad Morzem Śródziemnym i nie przestawało posuwać się naprzód, poprzez kolejne podboje. Podporządkowało sobie już wtedy krąg chrześcijaństwa wschodniego i zaczęło zagrażać światu chrześcijan zachodnich. Turcy, którzy zajęli Konstantynopol, zamierzali też zawładnąć Rzymem. W międzyczasie zaatakowali Cypr.

    Katolicka Europa pod wodzą dominikańskiego papieża Piusa V zjednoczyła wówczas swoje siły wokół Świętej Ligi. W przymierzu tym nie uczestniczyła Francja, ze względu na wrogi stosunek wobec niej ze strony tworzących Ligę potęg. Wszystkich jednak łączyło poczucie, że należy powstrzymać “Wielkiego Turka”.

    Czy obecnie fałszywie określa się przyczyny bitwy pod Lepanto?

    Ogólna amnezja dotykająca naszej świadomości historycznej dotyczy także tej bitwy. Łączy się ją z krucjatami, gdy tymczasem była to bitwa o charakterze obronnym. Pod Lepanto stanęły twarzą w twarz dwa światy, odmienne pod względem wyznania i kultury: łaciński świat chrześcijański i osmański świat islamu. Agresor jednak był tylko jeden, sułtan Wysokiej Porty, dla którego dominacja oznaczała demonstrowanie swojej wyższości religijnej i politycznej. Niezrozumienie tego, w obronie czego rozegrała się bitwa pod Lepanto, to niezrozumienie naszej teraźniejszości.

    Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ulicami stolicy 16 czerwca przejdzie XIX Narodowy Marsz dla Życia i Rodziny

    Pod hasłem “Zjednoczeni dla życia, rodziny, Ojczyzny” w niedzielę, 16 czerwca, odbędzie się w stolicy XIX Narodowy Marsz dla Życia i Rodzin. Jego uczestnicy przejdą w południe z placu Trzech Krzyży w kierunku Belwederu.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    “Obronimy najdroższe nam wartości, tylko, jeśli będziemy zjednoczeni – zgodni i współpracujący tak w wymiarze lokalnym, jak i ogólnopolskim” – zaznaczyli w mediach społecznościowych organizatorzy marszu.

    Zapowiedzieli, że tegoroczny marsz w stolicy odbędzie się 16 czerwca i przejdzie pod hasłem “Zjednoczeni dla życia, rodziny, Ojczyzny”. “W obliczu narastających ataków na życie, małżeństwo, wolność i suwerenność,(…) chcemy zdecydowanie pokazać, że nie ustąpimy w walce o przyszłość naszych dzieci, rodzin i całej Ojczyzny” – zaznaczyli.

    Marsz wyruszy o godz. 12.00 z placu Trzech Krzyży i przejdzie w kierunku Belwederu. Poprzedzi go Msza św. o godz. 11.30 w kościele św. Aleksandra.

    Pierwszy Marsz dla Życia i Rodziny odbył się w 2006 r. w Warszawie. Od tego czasu organizacji marszu podjęło się ponad 150 miast i miejscowości w kraju, a z każdym rokiem ta liczba się powiększa. W wydarzeniu uczestniczą również osoby starsze i samotne, członkowie ruchów, stowarzyszeń, duchowni i osoby publiczne.(PAP)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa za Ojczyznę

    Boże, Rządco i Panie narodów,
    z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać,
    a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej,
    błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna,
    chwałę przynosiła Imieniowi Twemu
    a syny swe wiodła ku szczęśliwości.
    Wszechmogący wieczny Boże,
    spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom
    i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej,
    byśmy jej i ludowi Twemu,
    swoich pożytków zapomniawszy,
    mogli służyć uczciwie.
    Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje,
    rządy kraju naszego sprawujące,
    by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym
    mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.
    Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    sługa Boży ks. Piotr Skarga

    __________________________________________________________________________________

    Modlitwę za państwo odmawianą przez Zygmunta Starego przetłumaczyła z łaciny prof. Bogumiła Jędrzejewska. Poniżej: faksymile królewskiej modlitwy.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    *** 

    „Aniołowie niech strzegą granic”.

    Nieznana modlitwa króla za Ojczyznę

    „Otocz opieką nasze Państwo, Panie, a aniołowie Twoi niech strzegą jego granic” – modlił się król Zygmunt Stary.

    Niepozorna droga z Białowieży do Narewki. Rzadko jeżdżą nią samochody, częściej turyści na rowerach. I niewielu chyba wie, że tą drogą setki lat temu królowie polscy przemierzali kraj, bo była to ówczesna „autostrada” łącząca Kraków i Wilno. Ważny trakt, który umożliwiał rządzenie ogromnym państwem, z postojem w myśliwskim dworku w Puszczy Białowieskiej. Dziś w miejscu tym, nazywanym Starą Białowieżą, rosną wiekowe dęby. A o historii przypominają nowe tablice opisujące działalność polskich królów na tym terenie. Jednym z nich był Zygmunt Stary, znany z gospodarności, pracowitości, ale i… pobożności. W sposób szczególny 500 lat temu modlił się za kraj. Dziś ta modlitwa, przy obecnej granicy państwa, nabiera szczególnego znaczenia.

    Na koronę nie miał szans

    Nad powstaniem tablic pracowała prof. Bogumiła Jędrzejewska z PAN, która od lat mieszka w Białowieży. – W 2022 roku przygotowywałam dla Nadleśnictwa Białowieża nowe tablice edukacyjne na Szlak Królewskich Dębów w uroczysku Stara Białowieża. Jest to miejsce, gdzie od XIV do końca XVI wieku stał królewski dwór myśliwski Jagiellonów i Batorego. Do każdej tablicy poświęconej królom, którzy tu bywali, szukałam ilustracji związanej z Puszczą Białowieską – opowiada pani profesor. – Opracowaliśmy coś w rodzaju pocztu królów, którzy w Białowieży zatrzymywali się, polowali, ale też sprowadzali królewskich kapelanów i modlili się.

    Uwagę prof. Jędrzejewskiej przykuł Zygmunt Stary. Był szóstym dzieckiem Kazimierza Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki, urodził się w 1467 roku. W zasadzie więc nie miał szans na tron. Jednak po bezpotomnej śmierci starszych braci został wielkim księciem Litwy i królem Polski. Miał już 40 lat, przez 41 kolejnych rządził Polską i Litwą.

    Państwo polsko-litewskie, rozległe i różnorodne, wymagało gospodarnej ręki, nadzoru. Jak to jednak zrobić przy słabej komunikacji? Pomagał tzw. objazdowy system sprawowania rządów. Władcy jeździli po swoich włościach i w ten sposób doglądali terenów, sądzili, zarządzali etc.

    Zygmunt nie podróżował zbyt regularnie pomiędzy Krakowem i Wilnem, a w punktach popasowych zatrzymywał się na krótko. W Puszczy Białowieskiej był od 6 do 8 razy. Co tam robił? Głównie odpoczywał, bo w przeciwieństwie do ojca i dziada nie był specjalnym pasjonatem łowiectwa. Wiadomo, że w Starej Białowieży zatrzymał się, kiedy – po śmieci żony Barbary – wraz z córeczkami, 3-letnią Jadwigą i 4-miesięczną Anną, udawał się do Wilna. Bywała tu również jego kolejna żona, królowa Bona. 

    „Aniołowie niech strzegą granic”. Nieznana modlitwa króla za ojczyznę

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Mądry, pobożny król

    Za panowania Zygmunta Starego rozpoczął się złoty wiek w naszych dziejach. Władca szanował prawo, miał głębokie poczucie sprawiedliwości, był stateczny, uczciwy, gospodarny. I głęboko wierzący. O jego religijności jednak niewiele się mówi. Tymczasem wiara miała wpływ na postawę władcy. Król uważał, że jego obowiązkiem – jako Bożego pomazańca – jest ewangelizacja, dbanie o życie religijne podwładnych. Również dlatego w większych miejscowościach na trasie jego podróży na Litwę fundował świątynie: w Krynkach, Milejczycach, Narwi i Kleszczelach. Natomiast królowa Bona ufundowała lub uposażyła kościoły m.in. w Prużanie i Jałówce. – Gdy dwa lata temu pracowaliśmy nad nowymi tablicami opisującymi polskich królów w Białowieży, trafił w moje ręce pięknie wydany przez Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu „Modlitewnik Zygmunta I Starego”. Został on napisany w 1524 roku. Król zawsze miał go przy sobie. Zawsze, czyli również w Białowieży. Tutaj modlił się. Miał zapewne w jednej z komnat dworku myśliwskiego kaplicę – opowiada prof. Jędrzejewska, która przeglądała modlitewnik strona po stronie. – Wówczas natrafiłam na Oracio pro civitate, to znaczy modlitwę za państwo. I już początek tego łacińskiego tekstu sprzed pięciu wieków uderzył mnie zdumiewającą aktualnością. Jedna ze strof brzmiała: „Otocz opieką nasze Państwo, Panie, a aniołowie Twoi niech strzegą jego granic”. Słowa te zrobiły na mnie spore wrażenie, bowiem wówczas przedostawali się przez granicę w Puszczy Białowieskiej nielegalni migranci z Białorusi, pchani do Polski przez reżim Aleksandra Łukaszenki. Mocno destabilizowało to nasze życie, ale i zagrażało krajowi. Trwał też niszczący spór polityczny na ten temat…

    „Aniołowie Twoi niech strzegą jego granic” – to ważny fragment, może w jakiś sposób proroczy. A przynajmniej dający do myślenia: oto władcy muszą o bezpieczeństwo granic dbać zawsze. Ale powinni też powierzać kraj wyższej od siebie „Instancji”. – Wiedziałam już, że na tablicy o Zygmuncie Starym znajdą się pierwsze strony tej modlitwy z królewskiego modlitewnika – opowiada profesor. – Spisałam całą tę modlitwę, starałam się poznać jej kontekst i historię.

    Prof. Jędrzejewska, przy pomocy znawcy łaciny z seminarium białostockiego, przetłumaczyła modlitwę na współczesny język polski. 

    „Aniołowie niech strzegą granic”. Nieznana modlitwa króla za ojczyznę

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Modlitewnik i modlitwa za państwo

    Modlitewnik króla został wykonany w 1524 roku przez Stanisława Samostrzelnika, cystersa, znakomitego iluminatora ksiąg, oraz zapewne także przez jego uczniów. Poza starannie wykaligrafowanym tekstem zawiera piękne miniatury, bordiury i inicjały.

    Modlitewnik długo był używany po śmierci Zygmunta Starego. Z pewnością był w rękach Zygmunta III Wazy, aby po długiej tułaczce trafić w XIX wieku do British Library w Londynie. Piękne faksymile modlitewnika zostało w Polsce po raz pierwszy wydane dopiero w 2016 roku (Uniwersytet im. Adama Mickiewicza, Wydawnictwo PSP, Poznań 2016). I – poza środowiskami naukowymi – przeszło w zasadzie bez echa. – Modlitewnik służył królowi codziennie podczas Mszy Świętej, ale również w czasie osobistej modlitwy. Umieszczony w specjalnym futerale dla ochrony przed zniszczeniem, był zabierany przez Zygmunta we wszystkie podróże. W każdym miejscu pobytu króla znajdował się „pod ręką”, przy łożu. Na niektórych kartach zachowały się ślady wskazujące na ulubione, bo odmawiane częściej niż inne, modlitwy króla − do nich należy Oracio pro civitate. Dolny róg stronicy z tą modlitwą wydaje się wręcz brudny od królewskiego palca – mówi prof. Jędrzejewska. Władca wracał więc do modlitwy bardzo regularnie. Musiała być dla niego ważna.

    Pacierz za państwo znajduje się w drugiej części modlitewnika, zatytułowanej Clipeus spiritualis, czyli „Tarcza duchowa”. Traktowana była jak tarcza, służyła obronie państwa. Król powierzał swój kraj potężniejszemu od siebie Królowi. – Na tle innych modlitewników z XVI wieku, nawet królewskich, ten zbiór modlitw jest wyjątkowy. Pokazuje władcę jako obrońcę państwa. Król jest jednak przede wszystkim Bożym pomazańcem, a więc wszystko, co ma, należy do Boga. Ma więc służyć państwu i ludziom – mówi prof. Jędrzejewska.

    Kto ułożył modlitwę za państwo dla króla Zygmunta Starego? Siostra profesor Urszula Borkowska OSU, która modlitewnikom Jagiellonów poświęciła osobną książkę, uważała, że pochodzi ona z wcześniejszego (zaginionego) modlitewnika króla Zygmunta i została napisana przez „pewnego pobożnego eremitę”. Sądziła, że ów eremita mógł pochodzić ze środowiska paulinów na Skałce lub Jasnej Górze albo kartuzów węgierskich. Z tymi klasztorami król Zygmunt był związany przez pielgrzymki i wizyty.

    Czy mogła być to modlitwa napisana na specjalną prośbę i po sugestiach panującego władcy? Niewykluczone. Król starał się propagować tę modlitwę w państwie. Uważał, że powinna być odmawiana także przez lud. – Dlatego w XVI wieku była kopiowana do innych modlitewników, a nawet drukowana w wersji łacińskiej i w polskim tłumaczeniu – opowiada profesor.

    Uświęć państwo!

    Państwo, którym rządził Zygmunt Stary, obejmowało wielki obszar: ziemie Korony Królestwa Polskiego rozciągały się od Pomorza Gdańskiego i Wielkopolski po Podole, a ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego od Żmudzi, przez ziemie Połockie, Witebskie i Kijowskie, aż po Dzikie Pola na południowym wschodzie. Blisko milion kilometrów kwadratowych, około 11 mln mieszkańców. Jedno z największych państw Europy, potęga polityczna, militarna i ekonomiczna, o kwitnącej kulturze. Udawało się to dzięki świetnej polityce władcy. Czy wyłącznie dzięki ludzkim wysiłkom?

    „Pobłogosław i uświęć to państwo” − modlił się regularnie król, ale też błagał: „Panie, zobacz, gdzie zgromadzili się nasi nieprzyjaciele (…), zetrzyj ich siłę i rozprosz ich”. Bo niebezpieczeństw z zewnątrz było wiele. – Za panowania Zygmunta trwały wojny z zakonem krzyżackim, wojna litewsko-moskiewska, walki z Mołdawią, narastało zagrożenie ze strony Imperium Osmańskiego. Władca dbał o granice i modlił się: „Rozprosz ich i porzuć, obrońco nasz, Panie, byśmy nie zginęli. Daj pokój, Panie, za dni naszych”. Biskup Samuel Maciejowski w kazaniu pogrzebowym po śmierci Zygmunta Starego w 1548 roku powiedział: „Król codziennie kilka godzin poświęcał na modlitwę, a w dni świąteczne tak się modlił, jakby był kapłanem”.

    A pięćset lat później? Granice państwa są zupełnie inne. Problemy podobne. Może więc królewska modlitwa sprzed tylu lat, która została „odkryta” na nowo, jest znakiem? Zachętą do naśladowania króla, który prowadził kraj do świetności?

    MODLITWA ZA PAŃSTWO − ORACIO PRO CIVITATE

    (pierwszy raz publikowana w całości we współczesnym brzmieniu)

    Wysłuchaj, Panie, modlitw naszych

    i otocz opieką nasze państwo, Panie,

    a aniołowie Twoi niech strzegą jego granic.

    Wysłuchaj, Panie, Twojego ludu,

    aby Twe miłosierdzie oddaliło gniew Twój

    od Twego ludu i Twego państwa.

    Słyszeliśmy bowiem o udręczeniach państwa,

    Panie, zmiłuj się.

    Wysłuchaj, Panie, modlitw sług Twoich,

    błogosław i uświęć to państwo,

    Panie, który dochowujesz przymierza

    i okazujesz miłosierdzie sługom Twoim,

    co zawsze całym sercem

    chodzą przed Tobą, Boże Izraela.

    Wysłuchaj, Panie, pokornych modlitw,

    jakie słudzy Twoi zanoszą dziś do Ciebie,

    aby oczy Twoje były otwarte

    i uszy Twoje nakłonione

    ku sprawom tego państwa we dnie i w nocy.

    Wejrzyj, Panie, któremu zawsze miłe są prośby

    pokornych i cichych, i ich wołanie ze łzami.

    Proszę Cię, Panie, zobacz,

    gdzie zgromadzili się nasi nieprzyjaciele

    i chełpią się swoją mocą.

    Zetrzyj ich siłę, Panie, i rozprosz ich,

    aby poznali, że nie kto inny,

    lecz Ty, Boże nasz, walczysz za nas.

    Rozprosz ich i porzuć, obrońco nasz, Panie.

    Ku Tobie nasze oczy są zwrócone,

    byśmy nie zginęli.

    Daj pokój, Panie, za dni naszych,

    wejrzyj na naszą pokorę.

    Wysłuchaj, Panie, modlitw naszych

    i daj nam pojednanie.

    Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.

    (tłumaczenie z łaciny: Bogumiła Jędrzejewska)

    Agata Puścikowska/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    UNSPLASH

    ***

    Dni bł. kard. Wyszyńskiego w Rzymie: to miasto było dla niego oknem na świat

    Modlitwa o kanonizację kard. Stefana Wyszyńskiego oraz cykl spotkań przybliżających jego życie i nauczanie miały miejsce w Rzymie. Swym świadectwem dzieliła się Anna Rastawicka, wieloletnia współpracowniczka błogosławionego kardynała.

    Członkini Instytutu Prymasa Wyszyńskiego spotkała się m.in. z prefektem Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, ambasadorem Polski przy Stolicy Apostolskiej, dziećmi ze szkoły polskiej, kapłanami studiującymi w Rzymie oraz z rzymską Polonią.

    W czasie spotkania, które odbyło się w siedzibie watykańskiej dykasterii, kard. Marcello Semeraro wyznał, że postać bł. kard. Wyszyńskiego jest mu bliska. „Spotkałem się z jego świadectwem w czasie moich studiów seminaryjnych. Patrzyliśmy wówczas na trudności, którym musiał stawić czoło, na jego miłość do Kościoła i oddanie narodowi. Pokazywał swym życiem, że miłość do Boga przekłada się na oddanie ludowi, który Mu powierzył” – powiedział prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych w czasie spotkania z delegacją Instytutu Prymasa Wyszyńskiego. Kard. Semeraro wyznał, że kilka dni przed liturgicznym wspomnieniem błogosławionego kardynała, które przypada 28 maja, użył w czasie jednej z Mszy tiary, którą nosił w czasie uroczystości beatyfikacyjnych w Warszawie. „Modlimy się i czekamy na kanonizację” – powiedziała Anna Rastawicka, informując kardynała o rozszerzającym się kulcie Prymasa Tysiąclecia. Przypomniała, że w katedrze warszawskiej, w każdy wtorek trwa modlitwa o kanonizację. „Przychodzi wiele osób, które na grobie błogosławionego kardynała składają prośby i dziękczynienie” – zaznaczyła, podkreślając, że takich modlitewnych karteczek zebrano już 7 tys. Współpracowniczka kard. Wyszyńskiego podzieliła się też radością z faktu, że w Polsce są już trzy sanktuaria pod wezwaniem błogosławionego kardynała.

    Wizyta w ambasadzie i modlitwa o kanonizację

    W rocznicę śmierci prymasa Anna Rastawicka spotkała się z ambasadorem Polski przy Stolicy Apostolskiej. W siedzibie ambasady wspominała ostatnie godziny życia błogosławionego i jego niezwykłą więź ze św. Janem Pawłem II. „Kiedy kard. Wyszyński umierał miał 80 lat, a ja 37. Przez dwanaście lat pracy w jego sekretariacie na Miodowej w Warszawie patrzyłam na jego zwyczajność, a zarazem ogromną miłość” – wspominała Anna Rastawicka w rozmowie z ambasadorem Adamem Kwiatkowskim. Przypomniała, że Prymas Tysiąclecia często bywał niezrozumiany i dopiero historia przyznała słuszność decyzjom, które podejmował. „Pamiętam, jak w trudnych dla Polski chwilach pytano go o to, co teraz będzie, a on odpowiadał: «Tylko Bóg będzie i my z Nim». Uderzał ten jego spokój i przekonanie, że jeśli człowiek nie będzie nowy, to żadna zmiana polityczna nie przyniesie rezultatów. Prymas powtarzał, że «cnota nie idzie przez partie polityczne, tylko przez ludzkie serce»” – opowiadała Anna Rastawicka, dodając, że w swych decyzjach Prymas Tysiąclecia szedł linią sumienia i ogromnej intuicji społecznej.

    W liturgiczne wspomnienie błogosławionego kardynała w bazylice Matki Bożej na Zatybrzu, która była jego kościołem tytularnym, modlono się w intencji jego kanonizacji. Uroczystej Eucharystii przewodniczył abp Salvatore Pennacchio, który w czasie beatyfikacji był nuncjuszem apostolskim w Polsce. Podkreślił on, że „źródłem świętości bł. kard. Stefana Wyszyńskiego było Słowo Boże i Eucharystia”. Wspomniał, że „kierował odważnie, wytrwale i zdecydowanie łodzią Kościoła w Polsce, przeciwstawiając ideologii, która odczłowieczała i oddalała człowieka od pełni życia, prawdę zawartą w Ewangelii Chrystusa, wiernie przeżywaną i realizowaną. W walce o obronę wolności polskich kobiet i mężczyzn często powtarzał: «Kto nienawidzi, ten już przegrał»”. Hierarcha przypomniał, że siłę do stawiania czoła przeciwnościom kard. Wyszyński czerpał od Jasnogórskiej Maryi. Dawał świadectwo życia całkowicie oddanego Bogu i Ewangelii, którą żył z odwagą. „Stajemy się święci nie wtedy, gdy staramy się być «w porządku», lecz gdy troszczymy się, by wydać owoc, czynić dobro i nie mieć jałowego życia” – mówił. Abp Pennacchio zaznaczył, że choć żyjemy w zupełnie innym kontekście historycznym, to wezwanie kard. Wyszyńskiego do postawienia całkowicie na Boga wciąż jest aktualne, szczególnie w czasie budzących strach wojen, ubóstwa, klęsk naturalnych i ideologii, które dehumanizują człowieka.

    W czasie liturgii modlono się za przyczyną bł. kard. Wyszyńskiego za Polskę, by szła wskazaną przez niego drogą, rozwijając jego dziedzictwo duchowe i pobożność maryjną. Na zakończenie swym świadectwem podzieliła się Anna Rastawicka, która podkreśliła, że „Rzym był dla błogosławionego kardynała najważniejszym i najbardziej umiłowanym po Jasnej Górze miejscem na ziemi. Był dla niego oknem na świat”.

    Modlitwa o kanonizację w bazylice na Zatybrzu, drugi rok z rzędu, została zorganizowana z inicjatywy ambasadora Adama Kwiatkowskiego. „Jest czymś wyjątkowym, że mogliśmy wysłuchać świadectwa świadka życia Prymasa Tysiąclecia, być może nie będziemy już mieli wiele takich okazji” – powiedział Radiu Watykańskiemu ambasador Kwiatkowski. Dodał, że warto zawsze podkreślać, że bez Prymasa Tysiąclecia Karol Wojtyła nie zostałby papieżem. Kard. Wyszyński był również jednym z bohaterów odzyskania przez Polskę wolności. Ambasador wyraził też radość, że przy okazji pielgrzymki doktor Helena Pyz, która należy do Instytutu Prymasa Wyszyńskiego, spotkała się z przedstawicielami korpusu dyplomatycznego akredytowanego przy Stolicy Apostolskiej i opowiedziała o swej wyjątkowej służbie wśród trędowatych w Indiach. „Ambasadorowie wychodzili poruszeni jej pracą wśród wykluczonych ze społeczeństwa. Mówili, że jest to piękne świadectwo nadziei w naszym naznaczonym wojnami i podziałami świecie” – podkreślił ambasador Kwiatkowski, wyznając, że potrzeba więcej takich pięknych opowieści o Polsce. „Doktor Helena z dumą mówiła o swojej polskości i o tym, czego nauczyła się w naszej ojczyźnie i co otrzymała od bł. kard. Wyszyńskiego” – dodał ambasador. 

    Kapłan na trudne czasy

    W czasie tygodniowej pielgrzymki Anna Rastawicka dzieliła się swym świadectwem życia m.in. z księżmi studiującymi w Rzymie. Spotkanie odbyło w Papieskim Instytucie Kościelnym na zaproszenie rektora, ks. Adama Sycza. Było to miejsce, w którym błogosławiony prymas zatrzymywał się w czasie swych pobytów w Wiecznym Mieście. Temat spotkania brzmiał: „Kapłan na trudne czasy”. „Zależało mi na tym, by pokazać, jak Prymas Tysiąclecia radził sobie w trudnych czasach, ale by dać też delikatną podpowiedź, jak robić to dzisiaj, bo czasy dla kapłanów też są trudne, są jakby na pierwszej linii walki” – mówi papieskiej rozgłośni Anna Rastawicka. W swym świadectwie położyła akcent na źródła siły, dzięki której kard. Wyszyński zwyciężał. „Pierwszym było zaufania Bogu. On nie tylko wierzył w Boga, ale on wierzył Bogu. I wydaje mi się, że w naszym życiu i w pracy kapłańskiej także dziś pierwsze wyzwanie to uwierzyć Bogu, oddać Mu się całkowicie. Kard. Wyszyński oddaje się w więzieniu Matce Bożej w niewolę po to, by Ona oddała go Chrystusowi w niewolę” – podkreśla Anna Rastawicka. Wskazuje, że drugą ogromną wartością w jego życiu, która pomogła mu przeżyć te trudne czasy, było odkrycie realnej obecności Matki Bożej w naszym życiu, że Ona nie jest przeszłością, że Ona nie odeszła do archiwum, że Ona jest przy każdym rodzeniu się Chrystusa, przy każdej ludzkiej biedzie. „Maryja była ogromną siłą w życiu prymasa, ale wiedział też, że to jest siła dla całego Kościoła, dla całego narodu” – podkreśla wieloletnia współpracowniczka błogosławionego kardynała. Dodaje, że trzecią jego siłą był szacunek dla człowieka. „On właściwie nie walczył z żadnym ustrojem, ale w każdym ustroju walczył o człowieka, bo wiedział, czym jest kapitalizm, bo w tym czasie we Włocławku pracował z robotnikami. On wiedział, czym jest komunizm i on wiedział, że problem nie jest w nazwie, nawet nie w ideologii. Problem jest w tym, jak się szanuje człowieka, jak się podchodzi do człowieka. Bo właściwie to jest sprawdzian wierności Bogu” – podkreśla Anna Rastawicka. Przypomina, że błogosławiony kardynał pokazywał swym życiem, że miłość do człowieka jest drogą dotarcia z prawdą o Bogu do poszczególnych ludzi.

    Wyjątkowo wzruszające było spotkanie z dziećmi ze szkoły działającej przy polskiej parafii na via delle Botthege Oscure oraz z rzymską Polonią. „Dzieciom chciałam przede wszystkim pokazać prymasa Wyszyńskiego nie jako człowieka z pomnika i jedynie obrońcę ojczyzny, który walczył z komunizmem, ale przede wszystkim jako człowieka, który był bliski ich życiu, ich problemom, który był blisko ludzi” – powiedziała Radiu Watykańskiemu Anna Rastawicka. Wyznała, że zaskoczyły ją pytania o to, co prymas robił w czasie odzyskania przez Polskę niepodległości, czy jakim był harcerzem. Na zakończenie jedna z dziewczynek powiedziała, że z tego spotkania zapamięta to, co ciągle przypomina jej mama, że Polska bez wiary się nie ostoi, że siłą Polski jest wiara. „Bardzo się z tego ucieszyłam, bo jeżeli dzieci odkryją ten jeden element, to właściwie jest to ratunek nie tylko dla ojczyzny, bo ważny jest każdy człowiek, ale przede wszystkim dla nich. Bo człowiek bez Boga jest bardzo samotny w dzisiejszym świecie” – powiedziała Anna Rastawicka.

    Audiencja u Ojca Świętego

    Centralnym wydarzeniem pielgrzymki członkiń Instytutu Prymasa Wyszyńskiego w intencji kanonizacji prymasa była audiencja środowa i możliwość osobistego spotkania z Ojcem Świętym. „To, że dostrzegł postać bł. kard. Wyszyńskiego, było dla nas bardzo ważne. A jego zachęta skierowana do Polaków, by Prymas Tysiąclecia był dla Kościoła w Polsce i świecie wzorem wierności Chrystusowi i Matce Najświętszej jest dla nas wezwaniem do jeszcze większego propagowania jego dziedzictwa” – podkreśliła Anna Rastawicka, wyrażając nadzieję, że modlitwa o jego kanonizację będzie w Rzymie kontynuowana. Przypomniała słowa Prymasa Tysiąclecia: „Potrzebuję Rzymu jak powietrza”.

    Beata Zajączkowska/Vaticannews.VA/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK 24 CZERWCA

    Uroczystość Narodzenia św. Jana Chrzciciela

    MSZA ŚW. W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZINIE 19.00

    JanChrzciciel

    ***

    Pół roku przed narodzeniem Jezusa, Kościół obchodzi uroczystość Narodzenia św. Jana Chrzciciela, który poprzedził przyjście Chrystusa i ukazał Go ludowi. Był pierwszym świętym czczonym w całym Kościele.

    Jan Chrzciciel jako jedyny wśród świętych Pańskich cieszy się takim przywilejem, iż obchodzi się jako uroczystość dzień jego narodzin. U wszystkich innych świętych obchodzimy jako święto dzień ich śmierci – czyli dzień ich narodzin dla nieba. Ponadto w kalendarzu liturgicznym znajduje się także wspomnienie męczeńskiej śmierci św. Jana Chrzciciela, obchodzone 29 sierpnia.

    Imię Jan jest pochodzenia hebrajskiego i oznacza tyle, co “Bóg jest łaskawy”. Jan Chrzciciel urodził się jako syn kapłana Zachariasza i Elżbiety (Łk 1, 5-80). Jego narodzenie z wcześniej bezpłodnej Elżbiety i szczególne posłannictwo zwiastował Zachariaszowi archanioł Gabriel, kiedy Zachariasz jako kapłan okadzał ołtarz w świątyni (Łk 1, 8-17). Przyszedł na świat sześć miesięcy przed narodzeniem Jezusa (Łk 1, 36), prawdopodobnie w Ain Karim leżącym w Judei, ok. 7 km na zachód od Jerozolimy. Wskazuje na to dawna tradycja, o której po raz pierwszy wspomina ok. roku 525 Teodozjusz. Przy obrzezaniu otrzymał imię Jan, zgodnie z poleceniem anioła. Z tej okazji Zachariasz wyśpiewał kantyk, w którym sławi wypełnienie się obietnic mesjańskich i wita go jako proroka, który przed obliczem Pana będzie szedł i gotował mu drogę w sercach ludzkich (Łk 1, 68-79). Kantyk ten wszedł na stałe do liturgii i stanowi istotny element codziennej porannej modlitwy Kościoła – Jutrzni. Poprzez swoją matkę, Elżbietę, Jan był krewnym Jezusa (Łk 1, 36)…

    “Cztery Ewangelie podkreślają wielkie znaczenie postaci Jana Chrzciciela, jako proroka, który zamyka Stary Testament i rozpoczyna Nowy, wskazując na Jezusa z Nazaretu jako Mesjasza, Pomazańca Pańskiego. Faktycznie sam Jezus będzie mówił o Janie w ten sposób: «On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby przygotował Ci drogę. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on» (Mt 11, 10-11).

    (…) Kiedy pewnego dnia sam Jezus przyszedł z Nazaretu, żeby przyjąć chrzest, Jan początkowo odmówił, ale potem zgodził się i ujrzał Ducha Świętego, który spoczął na Jezusie i usłyszał głos Ojca Niebieskiego, który głosił, że jest On Jego Synem (por. Mt 3, 13-17). Ale jego misja nie była jeszcze zakończona: wkrótce potem miał poprzedzić Jezusa także w gwałtownej śmierci: Jan został ścięty w więzieniu króla Heroda, i w ten sposób złożył pełne świadectwo o Baranku Bożym, którego jako pierwszy rozpoznał i publicznie wskazał…”

    Jemu Bóg powierzył misję wskazania na Jezusa jako na Oczekiwanego. Spełnił to nad Jordanem, gdy wśród tłumu grzeszników rozpoznał Świętego. Wzbraniając się, spełnił swą powinność: obmył Jezusa wodą pokuty. Na tę chwilę przygotował go Bóg. A Jan został tej chwili wierny, tak jak zawsze był wierny dobru. Tę wierność przypłacił życiem. Jako Głos do końca był wierny Słowu. Jako człowiek zasłużył na jedyną w swoim rodzaju pochwałę z ust Jezusa: „Między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana” (Łk 7,28). Wielki powołaniem, wielki wiernością, wielki dobrocią Prorok znad Jordanu. Zniknął w blasku Jezusa — ale do tego został powołany, aby Jezus wzrastał, a on sam się umniejszał (J 3,30).

    ______________________________________________________________________________________________________________