Month: October 2023

  • Ogłoszenia – październik 2023

    _____________________________________________________________________________________________________________

    5 przykładów, jak modlitwa na różańcu zmieniła się w ciągu wieków

    fot. shutterstock.com/deon.pl

    *****

    RÓŻANIEC

    A jeśli wojna nowa, a jeśli się zasmucę
    jak dziecko zapłakane w różaniec swój powrócę.
    Będę go brać na ręce jak włosów ciemne sploty,
    gdzie blask się świec zaplątał jak żuczek szczerozłoty,
    gdzie sny z krzyżykiem srebrnym i łzy i śpiew poranny,
    zerwanych moc przyrzeczeń i żal wciąż nieustanny,
    modlitwy za rodziców, za kolegów, prośby wieczne,
    i jakieś umartwienia zabawne, niedorzeczne…
    A jeśli wojna nowa, a jeśli niepokoje…
    O rzewne, o tajemne paciorki moje,
    to na nich troski moje, radości ukochania,
    i cały żar modlitwy późnego powołania.
    I na nich pamięć dni tych, gdy późnym sennym latem
    biegliśmy z podchorążym płonącym Mariensztadem,
    a potem w noce długie na jezdni pod gwiazdami,
    chwytałem was ukradkiem drżącymi wciąż palcami.
    Do Twoich snów się tulę, do Twoich snów się łaszę,
    na tych dziesiątkach licząc sierpniowe złudy nasze.
    Kto wezwał? Kto przywołał? Skąd sny co tu przygnały?
    Przed własną tajemnicą przyklękam taki mały…
    O siódmej przy kolacji, przy modlitw chłodnym dźwięku,
    o jaką burzę wspomnień przeważasz w swoim ręku.
    Bo jeśli wojna nowa, a jeśli niepokoje,
    o rzewne, o tajemne paciorki czarne moje.

    ks. Jan Twardowski

    ***

    “Bardzo lubię różaniec. Wydaje mi się, że przede wszystkim uczy on nas cierpliwej, nieustannej modlitwy. Pozornie jest modlitwą ciągle powtarzanych słów, a jednak uczy modlitwy bez słów. Niektórzy uważają, że przy różańcu trzeba rozważać tajemnice i być po trochu kaznodzieją, teologiem, katechetą. Tymczasem modlitwa różańcowa przypomina mi dziecko trzymające się spódnicy, bo czuje się bezpieczne, zadbane. Tamten różaniec odmawiany w kościele przypomniał mi kogoś, kto ustawicznie puka do drzwi, do okna i chociaż one się nie otwierają, puka nadal cierpliwie. Cierpliwość, wytrwałość tej modlitwy są czymś niezwykłym. Jest to modlitwa i ludzi śpiących, i umierających, i zupełnie zmęczonych”.
    ks. Jan Twardowski

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec.

    Październik tradycyjnie poświęcony jest modlitwie różańcowej. Różaniec, pierwotnie znany pod nazwą Psałterza Najświętszej Maryi Panny, sięga swoimi korzeniami do XII wieku. Pierwsi pustelnicy wyznaczali sobie do codziennego odmawiania pewne ilości modlitw. Ułatwiali to sobie, posługując się sznurkami z węzełkami lub sznurkami z pętelkami lub kawałkami drewna. Taki różaniec podobno posiadał św. Pachomiusz i św. Benedykt z Nursji. Zaś sama nazwa różaniec wywodzi się od św. Dominika, uważanego powszechnie za ojca różańca. Legenda głosi że Matka Boża objawiła się Dominikowi i poleciła mu, aby odmawiał Psałterz Najświętszej Maryi Panny, czyli modlitwy złożonej ze 150 Zdrowaś Maryjo i 15 Ojcze Nasz. Dominik posłuchał Maryi, głosił słowo i przeplatał je rozważaniem połączonym z odmawianiem różańca. Odmawianie Psałterza Najświętszej Maryi Panny porównywano do ofiarowania Matce Bożej 150 róż, dlatego tę modlitwę nazwano „wieńcem z róż”, czyli różańcem. Dominik Alamus a la Roche ustalił liczbę 150 modlitw Zdrowaś Maryjo na wzór Księgi Psalmów, które podzielił na dziesiątki, każda przeplatana modlitwą Ojcze Nasz. Z czasem zaczęto łączyć odmawianie modlitwy z rozważaniem tajemnic z życia Chrystusa i Maryi. W wieku XVI ostatecznie ustalono 15 tajemnic, podzielonych na 3 części (Radosne, Bolesne i Chwalebne). Tak było do roku 2002, kiedy to Jan Paweł II dodał część IV różańca świętego – Tajemnice Światła.

    Ilekroć Maryja chciała przekazać światu swoje orędzie, objawiała się wybranym ludziom (najczęściej dzieciom) z różańcem w ręku i usilnie zachęcała do jego odmawiania. Tak było w Lourdes w roku 1858, tak było w Fatimie w roku 1917, tak było Meksyku czy Gietrzwałdzie i wielu innych miejscach. Wynika z tego, że modlitwa różańcowa jest dla Maryi szczególnie miła, a dla człowieka bardzo skuteczna. Wyrosła ona z Ewangelii i jest jej streszczeniem.

    Różaniec to z pozoru zwykła modlitwa. Modlitwa długa i nużąca. Ale tak nie jest ! Różaniec to nie jest zwykła modlitwa – to sposób na życie.  Odmawiając różaniec oddajemy wszystkie nasze radości i smutki – całe nasze życie – Maryi. Gdy zwracamy się do Niej z ufnością, możemy być pewni, że Ona wstawi się za nami u Swojego Syna – Jezusa Chrystusa. Różaniec jest zatem modlitwą zawierzenia, która kieruje nas przez Maryję do Jezusa. Odmówienie jednej części różańca trwa 25 minut… To jedyne 25 minut z 1440, jakie otrzymujemy od Boga każdego dnia.
    Spróbuj i Ty porozmawiać z Maryją trzymając w ręku różaniec.

    (ze strony parafii pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Cieślinie)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    XXX NIEDZIELA * ROK A

    29 PAŹDZIERNIKA

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1616663031.jpg

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    13.30  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00  MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________

    O ofierze Mszy świętej – św. Jan Maria Vianney tak napisał:

    Wszystkie dobre uczynki razem wzięte nie są warte jednej Mszy świętej, bo tamte są dziełami ludzkimi, a Msza jest dziełem Bożym. Nawet męczeństwa nie da się porównać z Mszą świętą – jest ono bowiem ofiarą, jaką człowiek składa Bogu ze swojego życia, a Msza święta jest ofiarą, jaką Bóg złożył z samego siebie człowiekowi, przelewając za niego krew.

    Kapłan jest kimś bardzo wielkim, gdyby pojął swoje powołanie do końca umarłby… Sam Bóg jest mu posłuszny. Na słowa kapłana Chrystus zstępuje z nieba i daje się zamknąć w małej hostii. Ojciec nieustannie patrzy z nieba na ołtarz: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie (Mt 17,5a)Wobec zasług tak wielkiej ofiary, Ojciec nie może Synowi niczego odmówić. Gdybyśmy mieli wiarę, ujrzelibyśmy Boga w kapłanie, jak się widzi światło przez szybę, jak wino pomieszane z wodą.

    Po konsekracji, kiedy trzymam w dłoniach Najświętsze Ciało Pana, jeśli przeżywam chwile zniechęcenia i myślę, że godny jestem tylko piekła, mówię w duszy:  „Gdybym tylko mógł zabrać Go ze sobą do piekła, w Jego obecności czułbym się tam jak w raju! Mógłbym cierpieć tam przez całą wieczność, gdybym mógł przebywać tam razem z Jezusem. Wtedy jednak nie byłoby to już piekło, bo płomienie Bożej miłości prędko ugasiłyby ogień sprawiedliwości”.

    Po konsekracji Bóg jest między nami obecny tak samo, jak jest obecny w niebie. Gdybyśmy w pełni zdawali sobie z tego sprawę, umarlibyśmy z miłości. Bóg jednak oszczędza nas i zakrywa przed nami tę tajemnicę z powodu naszej słabości.

    Pewien kapłan zaczynał wątpić, że jego słowa rzeczywiście sprowadzają Chrystusa na ołtarz; w tej samej chwili hostia, którą trzymał w dłoniach, zaczęła ociekać krwią wsiąkającą w korporał.

    Gdyby nam ktoś powiedział, że o tej godzinie jakiś zmarły ma powstać z grobu, zaraz byśmy tam pobiegli, żeby zobaczyć cud. A czyż konsekracja, podczas której chleb i wino stają się Ciałem i Krwią samego Boga, nie jest o wiele większym cudem niż wskrzeszenie umarłego? Potrzeba przynajmniej kwadransa, żeby dobrze przygotować się do przeżycia Mszy świętej. W tym czasie trzeba głębokiego uniżenia, jakiego Chrystus dokonuje w sakramencie  Eucharystii; trzeba zrobić rachunek sumienia, gdyż aby dobrze przeżyć Mszę Świętą powinniśmy być w stanie łaski uświęcającej. Gdybyśmy znali cenę ofiary Mszy świętej albo raczej gdybyśmy mieli głębszą wiarę, uczestniczylibyśmy w niej z o wiele większą gorliwością.

    _____________________________________________________________________________________________________________

    1 LISTOPADA – ŚRODA

    UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

    Bp Krzysztof Włodarczyk: święci nie odróżniali się w swojej zwyczajności od innych
    Wszyscy Święci, Fra Angelico/Wikipedia

    ***

    Znanych i anonimowych, dawnych i współczesnych świętych Kościół katolicki uroczyście wspomina 1 listopada. Uroczystość Wszystkich Świętych jest jednym z najbardziej radosnych dni dla chrześcijan. W ciągu roku niemal każdego dnia przypada wspomnienie jednego lub kilku świętych znanych z imienia. Jednak ich liczba jest znacznie większa. Wiele osób doszło do świętości w zupełnym ukryciu.

    Uroczystość Wszystkich Świętych nie jest – wbrew spotykanym niekiedy opiniom – „Świętem Zmarłych”, ale przypomina wszystkim wiernym o ich powołaniu do świętości. W odróżnieniu od tej uroczystości, następnego dnia – 2 listopada – wspomina się wszystkich wiernych zmarłych. Jest to dzień modlitwy za tych, którzy w czyśćcu przygotowują się do chwały nieba.

    Dzień 1 listopada przypomina prawdę o powszechnym powołaniu do świętości. Każdy z wierzących, niezależnie od konkretnej drogi życia: małżeństwa, kapłaństwa czy życia konsekrowanego jest powołany do świętości. Tej pełni człowieczeństwa nie można osiągnąć własnymi siłami. Konieczna jest pomoc łaski Bożej, czyli dar życzliwości Boga. Ponieważ Stwórca powołuje do świętości wszystkich, także każdemu człowiekowi pomaga swą łaską. Teologia wskazuje, iż każdy otrzymał dar zbawienia, bo Jezus Chrystus złożył ofiarę za wszystkich ludzi. Od każdego z nas jednak zależy, w jakim stopniu przyjmie od Boga dar świętości.

    Uroczystość Wszystkich Świętych zdecydowanie różni się od Dnia Zadusznego (wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych) przypadającego na 2 listopada. Uroczystość przypadająca na 1 listopada wyraża powszechne powołanie do świętości. Wskazuje na hojność Pana Boga i pogłębia nadzieję, że wszelkie rozstanie nie jest ostateczne, bo wszyscy są zaproszeni do domu Ojca. Razem jednak Dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny przypominają prawdę o wspólnocie Kościoła, obejmującej świętych w niebie, pokutujących w czyśćcu i żyjących jeszcze na ziemi. Wśród tych trzech stanów Kościoła dokonuje się, poprzez modlitwę, pamięć czy ofiarę, ciągła wymiana dóbr duchowych. W tej łączności (komunii) wyraża się świętych obcowanie.

    Wspomnienie wszystkich świętych ma źródło w kulcie męczenników. W rocznicę śmierci, która dla chrześcijan jest dniem narodzin dla nieba, odprawiano na grobach męczenników Eucharystię i czytano opisy męczeństwa. Pamięć o tych, którzy krwią potwierdzili swoją wiarę, była w pierwszych gminach chrześcijańskich pieczołowicie przechowywana. Każda z lokalnych wspólnot posiadała spis swoich męczenników, którzy przez sam fakt męczeństwa stawali się bliskimi Chrystusa, dlatego ich wstawiennictwo nabierało szczególnej mocy. Stopniowo do tych list dopisywano imiona nie tylko męczenników, ale też innych osób odznaczających się szczególną świętością. Pierwszym świętym spoza grona męczenników był zmarły w 397 r. biskup Marcin z Tours.

    Początki święta sięgają IV w. W Antiochii czczono wtedy pamięć o wielu bezimiennych męczennikach, których wspominano w niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego. W Rzymie w VII wieku papież Bonifacy IV poświecił dawny Panteon i uczynił go kościołem ku czci Bogurodzicy oraz wszystkich Męczenników. Polecił przy tej okazji umieścić tam kamienie przywiezione z katakumb chrześcijańskich męczenników. Historycy przekazują, iż przywieziono wtedy aż 28 pełnych wozów. Z rocznicą tych wydarzeń związane było rzymskie święto Wszystkich Świętych. Czczono wtedy jedynie Maryję i męczenników. W późniejszych wiekach dołączono kult „wszystkich doskonałych Sprawiedliwych”. Obchody przeniesiono z 13 maja na 1 listopada. Powodem były prawdopodobnie trudności z wyżywieniem rzesz pielgrzymów przybywających do Rzymu na wiosnę.

    Listopadowa data była już znana w Irlandii oraz Anglii a od VIII w. rozprzestrzeniło się w całej Europie. Po ostatniej reformie liturgii teologowie podkreślają, że „uroczystość obejmuje nie tylko świętych kanonizowanych, ale wszystkich zmarłych, którzy osiągnęli doskonałość, a zatem także zmarłych krewnych i przyjaciół”.

    KAI/PCh24.pl

    ***

    1 MSZA ŚW. W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO O GODZ. 12.00

    2 MSZA ŚW. W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 20.00

                                                            Komunia świętych i archaniołów w Niebie,
                            obraz Albrechta Durera (fragment). Albrecht Dürer, via Wikimedia Commons

    ***

    Katolik tego dnia ma obowiązek uczestniczyć we Mszy świętej

    ***

    Jak uzyskać odpust dla dusz czyśćcowych w dniach 1-8 listopada
                                                  fot. Lestat (Jan Mehlich) via: Wikipedia CC 2.0

    ***

    Katechizm Kościoła Katolickiego wyjaśnia czym jest odpust?:

    „Jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych” (KKK 1471).

    ***

    Jak uzyskać odpust dla dusz czyśćcowych w dniach 1-8 listopada

    Według obowiązującego wykazu odpustów możemy ofiarować zmarłym cierpiącym w czyśćcu wyjątkowy dar w dniach 1-8 listopada.

    Dla uzyskania odpustów zupełnych – za nawiedzenie cmentarza w dniach 1-8 listopada (jeden każdego dnia) należy:

    -być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego – https://wspomozycielki.pl/odpusty-a-brak-przywiazania-grzechu-nawet-powszedniego/

    -być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym)
    -przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
    -nawiedzić cmentarz i tam pomodlić się za zmarłych dowolną modlitwą
    -odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)

    Odrębny odpust związany jest z dniem, kiedy wspominamy Wszystkich Wiernych Zmarłych – odpust za nawiedzenie świątyni – 2 listopada

    Dla jasności powtarzamy warunki zwykłe:

    -być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego
    -być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym)
    -przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
    -odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)

    Ponadto należy w Dzień Zaduszny:

    – nawiedzić kościół lub kaplicę, gdzie znajduje się Najświętszy Sakrament
    – odmówić: Wierzę w Boga… oraz Ojcze nasz…

    UWAGA! Błędem jest podawanie do wiadomości, że w dniach 1-8 listopada można zyskać odpusty zupełne za nawiedzenie cmentarza lub kościoła. Tak podana informacja sugeruje, że w całej oktawie Wszystkich Świętych moglibyśmy zyskiwać odpusty zupełne nie idąc na cmentarz lecz przychodząc tylko do kościoła. Taka możliwość istnieje tylko i wyłącznie w dniu 2 listopada.

    Odpust cząstkowy za zmarłych w każdym czasie można uzyskać za:
    – pobożne odmówienie Jutrzni lub Nieszporów z Oficjum za zmarłych
    – pobożne odmówienie wezwania: „Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju. Amen”
    – pobożne nawiedzenie cmentarza i modlitwę za zmarłych tam odmówioną (choćby w myśli)
    – tylko w Polsce: za odmówienie modlitwy: „Dobry Jezu, a nasz Panie, daj im wieczne spoczywanie.
    Światłość wieczna niech im świeci, gdzie królują wszyscy święci.
    Gdzie królują z Tobą, Panie, aż na wieki wieków. Amen”.

    Warunki zyskiwania odpustów cząstkowych:
    -być w stanie łaski uświęcającej
    -wykonywać owe pobożne czynności ze skruchą serca

    źródło:

    Wykaz odpustów. Normy i nadania, Wydanie wzorcowe według łacińskiego wydania z 2004 roku.
    tłumaczenie zostało przyjęte przez 321. Zebranie Plenarne Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie.

    mp/apdc.wspomozycielki.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 LISTOPADA – CZWARTEK – DZIEŃ ZADUSZNY

    DZIEŃ MODLITWY ZA TYCH, KTÓRZY JUŻ PRZESZLI PRZEZ PRÓG ŚMIERCI DO ŻYCIA WIECZNEGO I POKUTUJĄ W MĘKACH CZYŚĆCA.

                                                                        fot. katedra. Radom.pl

    ***

    To wspomnienie wprowadził opat benedyktynów w Cluny we Francji, św. Odilon (Odylon). On to w 998 r. zarządził modlitwy za dusze wszystkich zmarłych w dniu 2 listopada. Termin ten i sama idea szybko rozprzestrzeniły się we Francji, Anglii, Niemczech, Italii. W XIII w. zwyczaj ten w Kościele rzymskim stał się powszechny.

    W XV w. wytworzył się u dominikanów w Wanencji zwyczaj ofiarowania w dniu 2 listopada trzech Mszy św. przez jednego kapłana. Papież Benedykt XIV w 1748 r. rozszerzył ten zwyczaj na całą Hiszpanię. W 1915 r., podczas I wojny światowej, papież Benedykt XV na prośbę opata – prymasa benedyktynów pozwolił kapłanom całego Kościoła odprawić w tym dniu trzy Msze św. Jedną w intencji przyjętej od wiernych, drugą w intencji wszystkich wiernych zmarłych, a trzecią w intencji papieża.

    Kościół w tym dniu wspomina zmarłych pokutujących za grzechy w czyśćcu. Chodzi więc o których nie mogą wejść do nieba, gdyż mają pewne długi do spłacenia Bożej sprawiedliwości. Prawdę o istnieniu czyśćca Kościół ogłosił jako dogmat na soborze w Lyonie w 1274 r. i na XXV sesji Soboru Trydenckiego (1545-1563), w osobnym dekrecie o czyśćcu. Sobór Trydencki orzekł prawdę, że duszom w czyśćcu możemy pomagać. Cała wspólnota Kościoła przychodzi z pomocą duszom czyśćcowym zanosząc w tym dniu prośby przed tron Boży. Aby przyjść z pomocą zmarłym pokutującym w czyśćcu, żyjący mogą w tych dniach uzyskać i ofiarować odpusty zupełne.

    Nabożeństwo do dusz czyśćcowych było i jest bardzo żywe. Świadczą o tym uroczyście urządzane pogrzeby, często zamawiane Msze św. w intencji zmarłych, w Kościele rzymskim powszechne są Msze św. gregoriańskie (30 Mszy św. po kolei przez 30 dni). W Polsce istnieje nawet zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych, założone przez błogosławionego o. Honorata Koźmińskiego – kapucyna.

    z tekstu Józefa Rydzewskiego/Tygodnik Niedziela

    _______________________________________________________________

    PIERWSZA I DRUGA MSZA ŚW.:

    W KAPLCY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO o godz. 7.30 i 12.00

    TRZECIA MSZA ŚW.:

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA o godz. 20.00 z wypominkami

    _________________________________________________________________

    W miesiącu listopadzie każdego dnia odprawiana jest Msza św. w intencji zmarłych,

    których imiona otrzymałem od Was na kartkach i również w intencji tych zmarłych,

    z którymi jeszcze nie tak dawno razem pielgrzymowaliśmy na tym padole.

    ***

    Witaj Królowo, Matko Miłosierdzia, życie, słodyczy i nadziejo nasza, witaj!

    Do Ciebie wołamy wygnańcy, synowie Ewy;

    Do Ciebie wzdychamy jęcząc i płacząc na tym łez padole.

    Przeto, Orędowniczko nasza, one miłosierne oczy Twoje na nas zwróć,

    A Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż.

    O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo!

    **************************

    Modlitwa św. Gertrudy z Helfty za zmarłych przebywających w czyśćcu:

    Ojcze Przedwieczny,
    ofiaruję Ci najdroższą Krew Boskiego Syna Twego,
    Pana naszego, Jezusa Chrystusa,
    w połączeniu ze wszystkimi Mszami świętymi
    dzisiaj na całym świecie odprawianymi,
    za dusze w czyśćcu cierpiące, za umierających,
    za grzeszników na świecie,
    za grzeszników w Kościele powszechnym,
    za grzeszników w mojej rodzinie,
    a także w moim domu.
    Amen.

    (św. Gertruda zmarła przed swoimi pięćdziesiątymi urodzinami i przez ostatnie lata życia ciężko chorowała. Doświadczane cierpienia ofiarowywała przede wszystkim za zmarłych, bo tak bardzo pragnęła, aby dusze czyśćcowe mogły wejść jak najszybciej do Bożego Królestwa. Dlatego poprosiła Pana Jezusa o specjalną modlitwę w tej intencji. Chrystus Pan spełnij jej prośbę i podyktował powyższe słowa dołączając obietnicę, że odmówienie tej modlitwy uwolni z czyśćca za jednym razem tysiąc dusz.)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 mało znane modlitwy za zmarłych

    ANIOŁ NA CMENTARZU
    Shutterstock

    *****

    „Modlić się za żywych i umarłych” to jeden z siedmiu uczynków miłosierdzia względem duszy. Proponujemy trzy mniej znane modlitwy za zmarłych.

    „To nie jest tak, że oni umarli, a my żyjemy. To oni żyją, a my umieramy” – powiedział kiedyś ks. Piotr Pawlukiewicz. Te słowa warto zapamiętać. Nasi drodzy zmarli żyją i nie możemy wykluczyć, że wciąż potrzebują naszej pomocy.

    Najcenniejszą i najważniejszą pomocą jest niewątpliwie Msza święta w intencji zmarłych.

    A odwiedzając groby naszych bliskich czy wspominając ich możemy skorzystać z którejś z poniższych, mało znanych modlitw za zmarłych.

    Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar

    Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar

    Panie, Boże Wszechmogący,
    ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu,
    zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę:
    wyzwól duszę Twego sługi / Twojej służebnicy (tu podajemy imię)
    od wszystkich grzechów i kar za nie.

    Niech święci aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją
    z ciemności do wiekuistego światła,
    z karania do wiecznych radości.
    Przez Chrystusa, Pana naszego.
    Amen.

    Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego

    Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego

    Panie, nakłoń Twego ucha ku naszym prośbom,
    gdy w pokorze błagamy Twego miłosierdzia.
    Przyjmij duszę sługi Twego / sługi Twojej (tu podajemy imię),
    której kazałeś opuścić tę ziemię,
    do krainy światła i pokoju
    i przyłącz ją do grona Twych wybranych.
    Przez Chrystusa, Pana naszego.
    Amen.

    Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu

    Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu

    Najświętsza Panno Nieustającej Pomocy, Matko litościwa,
    racz spojrzeć na biedne dusze,
    które sprawiedliwość Boża zatrzymuje w płomieniach czyśćcowych.
    Są one drogie dla Twego Boskiego Syna,
    gdyż zawsze Go kochały i teraz gorąco pragną być blisko Niego,
    lecz nie mogą zerwać swych więzów,
    które je trzymają w palącym ogniu czyśćca.
    Niech się wzruszy Twe serce, Matko litościwa.
    Pośpiesz z pociechą dla tych dusz,
    które Cię zawsze kochały i teraz ślą do Ciebie swe westchnienia.
    Wszak są to Twoje dzieci, bądź więc im pomocą,
    nawiedzaj je, osładzaj ich męki, skróć ich cierpienia
    i nie zwlekaj z ich wybawieniem.
    Amen.

    ze strony – Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Czym jest odpust zupełny

    i czy można ofiarować go za zmarłych?

    (PCh24.pl)

    ***

    Kościół, zwłaszcza we Mszy Świętej, zawsze i w każdym przypadku, pamięta o wszystkich. Pamięć Kościoła zawsze i wszędzie obejmuje wszystkich! Jest to bardzo podstawowy wraz wiary, że Kościół jest jeden. Następnego dnia po Uroczystości Wszystkich Świętych, wspominamy przecież wszystkich wiernych zmarłych – jakżeż to wymowne. Ofiarowanie odpustów za dusze zmarłych jest wyrazem naszej duchowej jedności wiary i powszechnej solidarności duchowej zakorzenionej w samym Jezusie Chrystusie, w którym stanowimy jedno – mówi w rozmowie z PCh24.pl ks. prof. Janusz Królikowski.

    Zwłaszcza przy okazji zbliżającej się Uroczystości Wszystkich Świętych, powraca temat odpustu zupełnego. Księże Profesorze, czym właściwie jest odpust zupełny?

    Odpust to „darowanie wobec Boga kary doczesnej za grzechy odpuszczone już co do winy”. Odpust jest „zupełny”, jeśli uwalnia od wspomnianej kary „w całości”. Tak definiuje odpust doktryna Kościoła, która została wypracowana, nie bez dramatycznych napięć i sporów, w ciągu wieków, począwszy od średniowiecza. Odpust jest więc dobrem duchowym udzielanym w Kościele i przez Kościół ze względu na dobro doczesne i wieczne wierzących.

    Jakie warunki trzeba spełnić, żeby uzyskać odpust?

    Warunki uzyskania odpustu są następujące: 1) odpowiednie przygotowanie, czyli stan łaski (w przypadku grzechu ciężkiego będzie więc konieczna spowiedź, aby ten stan uzyskać), przyjęcie Komunii świętej, modlitwa w intencjach papieża oraz 2) intencja zyskania odpustu i wypełnienie określonego dzieła pokutnego wyznaczonego przez papieża.

    Warto pamiętać, że odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, natomiast odpusty cząstkowe wielokrotnie.

    A jak uzyskać odpust cząstkowy?

    Odpust cząstkowy jest udzielany, najprościej mówiąc, gdy nie jest spełniony któryś z wymienionych warunków. Odpust cząstkowy jest jednak odpustem realnym, a więc jego zyskiwanie także ma głęboki sens i wymowę duchową, gdyż służy zarówno nam, jak i duszom zmarłych. Służy on zatem naszemu dobru doczesnemu, a duszom zmarłych przybliża chwilę ostatecznego osiągnięcia dobra wiecznego, którym jest bezpośrednie spotkanie z samym Bogiem.

    Kościół daje wiernym możliwość codziennego uzyskania jednego odpustu zupełnego poprzez m.in. „wspólne odmówienie różańca w kościele, w kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, w pobożnych stowarzyszeniu”. Co w sytuacji, kiedy nie mamy takiej możliwości? Czy odmówienie różańca za pomocą internetu też będzie ważne?

    Zasadnicza idea dotycząca różańca w związku z odpustem domaga się, aby był on odmawiany wspólnotowo. Chodzi o to, by dobrze uwypuklić związek różańca z życiem wiernych jako życiem kościelnym. Aby uzyskać odpust zupełny bez szukania jakiejś specjalnej, może odległej wspólnoty, Kościół zachęca miedzy innymi do rodzinnego odmawiania różańca. W takim przypadku zostaje spełniony warunek wspólnotowości modlitwy określony przez Kościół.

    Jeśli zaś chodzi o wykorzystanie „urządzeń telewizyjnych i radiowych”, to Kościół aprobuje ich wykorzystanie w celu zyskania odpustu zupełnego, gdy modlitwa jest odmawiana wraz z papieżem. Łącze internetowe w tym może pomóc. W każdym jednak razie chodzi o łączność „na żywo”, a nie mechanicznie powtarzaną, co mogłoby mieć na przykład miejsce wówczas, gdyby ktoś nagrał sobie modlitwę z papieżem. Kościół nie jest rzeczywistością wirtualną, ale realną w czasie i przestrzeni złożoną z realnych ludzi, nad którą znajduje się realny Bóg. Wiara nie znosi udawania!

    W pozostałych przypadkach za odmówienie różańca wierny może uzyskać „odpust cząstkowy”. Pamiętajmy, że to nie jest mało. Bóg docenia każdy gest wiernego, który wyrasta z wiary i jest jej wyrazem. Wiele odpustów cząstkowych nie złoży się na odpust zupełny, ale jakże to wielka rzecz w perspektywie darowania każdemu osobistej kary doczesnej za grzechy, albo pomocy okazywanej duszom zmarłych. Warto więc o tym pamiętać i z tego daru korzystać każdego dnia, bo nie ma takiego dnia, w którym z takiej czy innej racji nie można by zyskać jakiegoś odpustu. Trzeba zapoznać się z ich aktualnym „Wykazem”, czyli opublikowanym z polecenia papieża zestawem wskazanych praktyk odpustowych, aby mieć świadomość darów Bożych czekających na nas każdego dnia przy spełnianiu rozmaitych praktyk religijnych bądź związanych z posługą bliźnim.

    Jak już zaznaczyłem, wśród warunków ogólnych zyskania odpustu jest także „intencja zyskania odpustu”. Najprościej mówiąc, można wzbudzić sobie taką intencję przy porannej modlitwie, mówiąc: „Pragnę zyskać odpusty, które na dzisiaj są przewidziane”, i to wystarczy. Trzeba tylko dodać, czy chce się je zyskać dla siebie, czy dla dusz w czyśćcu.

    Odpust zupełny można ofiarować nie tylko za zmarłych, ale też za samych siebie?

    Odpusty można zyskiwać najpierw dla siebie, albo ofiarować je za zmarłych. W tym miejscu dokonała się pewna zmiana w praktyce kościelnej po Roku Jubileuszowym 2000. Dawniej odpusty można było zyskiwać przede wszystkim dla siebie, a za zmarłych można było ofiarować tylko wybrane odpusty, zwłaszcza w miesiącu listopadzie. Obecnie każdy odpust może być ofiarowany także za zmarłych.

    Może nie zdajemy sobie czasami nawet sprawy z tego, jak bardzo możemy pomagać duszom w czyśćcu cierpiącym…

    Pamiętajmy jednak, że często powtarza się błąd, wywołujący także wiele nieporozumień i niepewności, utrwalany – niestety – także przez wielu duszpasterzy, według których odpust za zmarłych należy ofiarować za „jedną, wybraną duszę”. Przepisy kościelne nigdzie tak nie mówią na ten temat – trzeba sięgać do źródeł! – gdyż byłoby to nawet i zwyczajnie absurdalne. Skąd ja, na ziemi, mogę wiedzieć, kto jest aktualnie w czyśćcu, aby za niego ofiarować jakiś odpust? Trzeba więc odpust ofiarować po prostu za zmarłych w sensie ogólnym. Takie postawienie sprawy chroni nas przed popadnięciem w jakiś ekskluzywizm eschatologiczny. Jakież to wymowne, że wszyscy pamiętamy o wszystkich zmarłych, bliskich i dalekich.

    Może będzie w tym miejscu zasadne dodać, że jest naganne w duszpasterstwie, co można słyszeć zwłaszcza w miesiącu listopadzie, w którym szczególnie pamiętamy o duszach zmarłych, odwoływanie się w modlitwie do formuł: „módlmy się za dusze znikąd nie mające ratunku”, „módlmy się za tych, o których nikt nie pamięta”. Kościół, zwłaszcza we Mszy Świętej, zawsze i w każdym przypadku, pamięta o wszystkich. Pamięć Kościoła zawsze i wszędzie obejmuje wszystkich! Jest to bardzo podstawowy wraz wiary, że Kościół jest jeden. Następnego dnia po Uroczystości Wszystkich Świętych, wspominamy przecież wszystkich wiernych zmarłych – jakżeż to wymowne. Ofiarowanie odpustów za dusze zmarłych jest wyrazem naszej duchowej jedności wiary i powszechnej solidarności duchowej zakorzenionej w samym Jezusie Chrystusie, w którym stanowimy jedno.

    Co daje odpust zupełny za zmarłych?

    Odpust zupełny ofiarowany za zmarłych przynosi darowanie kary za grzechy duszom oczyszczającym się w czyśćcu, a więc najzwyczajniej otwiera przed nimi niebo. Jest to wielki dar, który opiera swoją skuteczność na duchowej jedności Kościoła pielgrzymującego, czyli na ziemi, oraz Kościoła oczyszczającego się, czyli w czyśćcu. Duchowy skarbiec Kościoła, w którym zgromadzone są przebogate zbawczych skarby zasług Chrystusa i świętych, nie jest ograniczony ani czasem ani przestrzenią. Dary duchowe przenikają wszystkie wymiary życia kościelnego dzięki samemu Jezusowi Chrystusowi, który jest jeden wczoraj, dzisiaj i na wieki. W Nim duchowe dary zbawcze są nie tylko otwarte na wszystkich, ale wręcz wołają o ich przyjęcie.

    Po zyskanym odpuście zupełnym dusza idzie prosto do nieba? Dlatego właśnie tak ważne jest, aby do umierającego zawołać księdza z posługą sakramentalną?

    W „Wykazie odpustów” została zapisana, skierowana do kapłana udzielającego sakramentów w niebezpieczeństwie śmierci (spowiedź, Eucharystia – pamiętajmy, że namaszczenie chorych nie jest sakramentem umierających, ale właśnie chorych), sugestywna zachęta: „Niech nie opuszcza udzielenia mu błogosławieństwa apostolskiego połączonego z odpustem zupełnym”. Kościół chce, aby wszyscy bezpośrednio po śmierci mogli znaleźć się w niebie. Z tej racji łączy udzielanie sakramentów umierającym z darem odpustu. W ten sposób mogą szybko wejść do radości uszczęśliwiającej wspólnoty z Bogiem.

    Nawiązując do „Wykazu odpustów”, będzie zasadne zwrócenie tutaj uwagi, że Kościół w obliczu zbliżającej się śmierci, chce udzielić odpustu także wtedy, gdy nie ma kapłana, „o ile [umierający] miał za życia zwyczaj odmawiania jakichkolwiek modlitw”. W takim przypadku to „Kościół uzupełnia trzy warunki wymagane do uzyskania odpustu zupełnego”. Aby wzmocnić to przesłanie, zachęca się do tego, by umierającemu po prostu towarzyszył krzyż, będący widzialnym znakiem udzielanych przez Boga umierającemu duchowych darów zbawczych. Pamiętamy być może jeszcze, że umierającemu Janowi Pawłowi II, dzisiaj świętemu, towarzyszył do końca trzymany w ręku krzyż.

    Czym jest odpust udzielany umierającym?

    Odpust udzielany umierającym nie jest jakąś wyszukaną szlachetnością Kościoła ani niczym nadzwyczajnym, ale bezpośrednią konsekwencją tego, że wierzymy, iż pełnia życia Bożego i kościelnego jest w niebie. Wierzymy i dajemy temu wyraźny wyraz, że odpust zupełny jest otwarciem drogi do prowadzącej nieba, czyli do samego Boga. Ta wiara nie jest jednak oparta na jakimś „mechanicznym” schemacie: zyskujemy odpust, a więc otwiera się przed nami niebo. Pamiętamy, że we wszystkim, także w odpuście, decydującą rolę odgrywa wiara, a więc poniekąd jej aktualna siła wyrazu, pełne oczyszczenie ze skutków i pozostałości odpuszczonych grzechów, adekwatność żalu za grzechy i wiele innych czynników duchowych. Nie są one jednak na poziomie jakichś „nadludzi”, bo takich nie ma, ale pozostają w zakresie zwyczajnych, ludzkich możliwości. Można do pewnego stopnia powiedzieć, że o wszystkim decyduje wspomniana już „intencja zyskania odpustu” oparta na mocnej wierze.

    Na zakończenie można oczywiście powiedzieć, że odpusty – nawet jeśli często kojarzą się nam zbyt powierzchownie z debatami reformacyjnymi wywołanymi przez Lutra – stanowią niezwykle ważny element aktualnego życia Kościoła, a także naszych osobistych doświadczeń, zwłaszcza tych związanych z łączącą nas bardzo bliską więzią z tymi, którzy już od nas odeszli. Papież Paweł VI, dzisiaj święty, promulgując w 1967 r. reformę odpustów konstytucją Indulgentiarum doctrina, napisał: „Na podstawie tajemniczego i łaskawego Bożego zarządzenia ludzi łączy ze sobą nadprzyrodzona więź, która sprawia, że grzech jednego szkodzi również innym, tak jak świętość jednego staje się dobrodziejstwem dla pozostałych. W ten sposób wierni świadczą sobie nawzajem pomoc w osiąganiu nadprzyrodzonego celu”. Warto próbować odkryć tę więź i jedność w nadprzyrodzonym celu, który nie tylko łączy nas wszystkich, ale także jakoś uzależnia od siebie nawzajem.

    Dziękuję za rozmowę

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 LISTOPADA – PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. WYNAGRADZAJĄCA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA

    ____________________________________________________________________________

    4 LISTOPADA – PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    18.00 MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z XXXI NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    *****

    Kardynał Angelo Comastri:

    Kościół jak przed Bitwą pod Lepanto, odmawiajmy różaniec

    Procesja różańcowa

    Na zakończenie obrad Synodu została odprawiona uroczysta Msza św. w Bazylice św. Piotra a następnie o godzinie 21.00 na placu św. Piotra miała miejsce procesja różańcowa ze świecami ku czci Najświętszej Maryi Panny.

    Modlitwę prowadził kardynał Angelo Comastri, wieloletni archiprezbiter Bazyliki Watykańskiej. Zachęcając do tej w wieczornej modlitwy odwołał się do Bitwy pod Lepanto, w której chrześcijanie w 1571 r. pokonali turecką flotę.

    Kościół przeżywa bardzo trudne chwile

    „Dlaczego tak ważny jest różaniec? Bardzo często przypominam w ostatnim czasie, że bitwę pod Lepanto, przed którą drżał ze strachu cały Kościół, wygraliśmy różańcem. Św. Pius V nigdy nie przestawał tego przypominać, że było to zwycięstwo różańca. A dziś stoimy przed wieloma bitwami pod Lepanto. Kościół przeżywa chwile naprawdę bardzo trudne. Kryzys rodziny jest przerażający. A bez rodziny nie może żyć ani społeczeństwo, ani Kościół. I bez rodziny nie będzie też powołań. Stąd tak ważna jest modlitwa. To nie jest jakiś dodatek. Modlitwa jest niezbędna, bez niej nie da się żyć. (…) I nie wolno w niej ustawać. Pan Bóg zawsze odpowiada. I Matka Boża też zawsze odpowiada na modlitwę. Pamiętam, co opowiadał kard. Caffarra, bliski przyjaciel s. Łucji z Fatimy. Poprosił kiedyś s. Łucję: zapytaj się Matki Bożej, dlaczego nie spełniła się jeszcze Jej obietnica o triumfie Jej Niepokalanego Serca? A s. Łucja odpowiedziała: w bitwach to nie tylko generał zwycięża, ale również jego żołnierze, którzy z nim współpracują. A wy nie współpracujecie! Zdumiewająca jest ta odpowiedź.“

    Vatican News

    ______________________________________________________________________________________________________________

    XXXI NIEDZIELA * ROK A

    5 LISTOPADA

    Św. Alfons Maria Liguori o powstrzymywaniu się od częstej komunii św.

    fot. via Pixabay

    ***

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Za odmówienie różańca możesz uzyskać odpust zupełny. Jak i gdzie to zrobić?

    Za odmówienie różańca możesz uzyskać odpust zupełny. Jak i gdzie to zrobić?

    fot. kbuntu / Depositphotos.com

    *****

    Z odmawianiem różańca związane jest wiele obietnic. Ta kontemplacyjna modlitwa oparta o kolejne wydarzenia z życia Jezusa jest jedną z ulubionych modlitw Polaków. Nie wszyscy jednak odmawiają go razem z innymi, a to właśnie za taki rodzaj modlitwy można uzyskać odpust zupełny.

    Jak uzyskać odpust zupełny za odmawianie różańca? 

    Choć miesiącem różańcowym w Polsce jest październik, to ten odpust nie jest związany z tym konkretnym miesiącem. Dotyczy wszystkich, którzy odmówią “publicznie” chociaż jedną część różańca.

    Oczywiście dostajemy odpust pod zwykłymi warunkami, czyli musimy być w stanie łaski uświęcającej i przyjąć Komunię św., pomodlić się w papieskich intencjach (nie w intencji papieża, ale w sprawach, w których papież obecnie się modli; nie musimy ich nawet wymieniać, wystarczy, że po prostu wesprzemy jego modlitwę naszą) oraz wyzbyć się przywiązania do grzechu. 

    Dodatkowym warunkiem związanym z różańcem jest odmówienie go w kościele, kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej albo “w pobożnym stowarzyszeniu”. By go uzyskać, wystarczy odmówić tylko jedną część różańca.

    Jeśli odmawiamy różaniec poza tymi miejscami albo wspólnotami albo nie spełniamy jednego z koniecznych warunków do uzyskania odpustu zupełnego  – zyskujemy odpust cząstkowy. 

    Czym jest odpust w Kościele katolickim?

    To łaska, którą można ofiarować za zmarłą osobę albo “zużyć” dla siebie. Jest związana z faktem, że wszystkie popełnione przez nas grzechy i zaniedbania mają swoje konsekwencje. Wina zostaje nam w stu procentach wybaczona, gdy dostajemy rozgrzeszenie w spowiedzi, jednak skutki naszych grzechów mogą nas nękać jeszcze za życia i ciągnąć się za nami po śmierci, a wtedy zamiast prosto do nieba idziemy do czyśćca, by odpokutować za zło, które się przez nas wydarzyło. 

    Odpust jest łaską, która usuwa trwające wciąż skutki grzechu, co ma znaczenie nie tylko po śmierci, ale także w obecnym życiu. Wszystkie pobożne czynności, dzięki którym możemy uzyskać odpust, przybliżają nas do Boga i pomagają w budowaniu własnej, codziennej świętości. 

    Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    15 obietnic, które Maryja miała złożyć każdemu, kto odmawia różaniec

    15 obietnic, które Maryja miała złożyć każdemu, kto odmawia różaniec

    fot. Marissa demuner / unsplash.com

    *****

    Różaniec wydaje się monotonną modlitwą. Jednak każdy, kto go odmawia, może spodziewać się wielu zmian. Poznaj historię obietnic, jakie Matka Boża miała złożyć każdemu, kto odmawia różaniec.  

    “Jak podaje legenda, kiedy Matka Boża ukazała się św. Dominikowi, założycielowi Zakonu Kaznodziejskiego, dała mu w prezencie różaniec oraz złożyła 15 obietnic dla każdego, kto będzie odmawiał tę modlitwę” – pisze portal churchpop.

    Według historyków, nie ma dowodów na to, że to zdarzenie faktycznie miało miejsce. Podejrzewają oni, że historia ta została spopularyzowana przez Alana z La Roche, niemieckiego lub belgijskiego dominikanina, teologa katolickiego żyjącego w XV w, który opublikował broszurę zawierającą tekst 15 obietnic Maryi.

    Co jednak ciekawe, broszura która zawiera zapewnienia Matki Bożej, uzyskała imprimatur (oficjalna aprobata władz kościelnych na druk danego tekstu) kardynała Nowego Jorku, Josepha Hayesa.

    Jak zauważa churchpop, objawienie którego miał doznać św. Dominik, jest objawieniem prywatnym i wierzący nie są zobowiązani do wiary w nie. Tym nie mniej, 15 obietnic Maryi jest bardzo ciekawą inspiracją do odkrycia na nowo, czym jest modlitwa różańcowa.

    15 obietnic Matki Bożej dla odmawiających różaniec:

    1. Wszyscy, którzy wiernie mi służyć będą odmawiając różaniec otrzymają pewne szczególne łaski.

    2. Wszystkim odmawiającym różaniec przyrzekam moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski.

    3. Różaniec będzie potężną zbroją przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje.

    4. Cnoty i święte czyny zakwitną – wyprosi obfite boże błogosławieństwo; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa.

    5. Dusza, która poleca mi się przez różaniec – nie zginie.

    6. Ktokolwiek odmawiać będzie pobożnie różaniec święty, rozważając równocześnie tajemnice święte nie zostanie pokonany przez nieszczęście, nie doświadczy karzącej bożej sprawiedliwości, nie umrze nagłą śmiercią;

    nawróci się, jeśli jest grzesznikiem, jeśli zaś sprawiedliwym – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne.

    7. Prawdziwi czciciele mego różańca nie umrą bez sakramentów świętych.

    8. Chcę, aby odmawiający mój różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach świętych.

    9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które mnie czciły modlitwą różańcową.

    10. Prawdziwie dzieci mego różańca osiągną wielką chwałę w niebie.

    11. O cokolwiek przez różaniec prosić będziesz – otrzymasz.

    12. Rozszerzającym mój różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie.

    13. Otrzymałam od mojego syna obietnicę, że wszyscy obrońcy różańca, będą mieli orędowników w niebie w czasie życia i w godzinie śmierci

    14. Wszyscy, którzy odmawiają różaniec są moimi dziećmi, a braćmi Jezusa Chrystusa, mojego jedynego Syna.

    15. Nabożeństwo do mego różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do nieba.

    churchpop.com / Michał Lewandowski/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec najpopularniejszą modlitwą wśród Polaków

    Różaniec najpopularniejszą modlitwą wśród Polaków

    (fot. shutterstock.com)

    *****

    Modlitwa różańcowa to najbardziej popularna forma kultu maryjnego w Polsce – wynika z opublikowanego dziś raportu Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego (ISKK). Po różańcu i nabożeństwach majowych, jednym z zasadniczych rysów pobożności maryjnej we współczesnym polskim katolicyzmie jest nabożeństwo fatimskie.

    Z przeprowadzonego badania nt. kultu maryjnego w Polsce, wynika jednoznacznie, że kult Matki Bożej jest wyraźnie obecny we wszystkich parafiach w Polsce. Nie ogranicza się on jedynie do obchodzenia liturgicznych świąt. Obejmuje również wiele form pobożności ludowej. Najbardziej rozpowszechnioną formą kultu Matki Bożej w pobożności parafii jest różaniec.

    Modlitwa różańcowa praktykowana jest we wszystkich parafiach w Polsce. Również nabożeństwa majowe sprawowane są niemal we wszystkich parafiach w naszym kraju (98,2%).

    W zdecydowanej większości sprawowane jest ono w świątyniach. Jedynie w kilku procentach parafii, nabożeństwa majowe odbywają się przy okolicznych kapliczkach.

    W co czwartej parafii nabożeństwo różańcowe sprawowane jest codziennie. Niemal we wszystkich parafiach (94%) praktykowane jest przez cały październik. Z okazji świąt maryjnych modlitwa różańcowa odmawiana jest w co trzeciej parafii.

    Wśród innych okoliczności, różaniec najczęściej odmawia się w każdą niedzielę (15% i 8% parafii) oraz w pierwsze soboty miesiąca (15% i 8% parafii). Ponadto różaniec jest popularną formą modlitwy za zmarłych zarówno w oktawę Wszystkich Świętych jak i w dniu pogrzebu (łącznie 25% i 14% parafii). W niektórych parafiach różaniec odmawia się również raz w tygodniu, przy okazji innych nabożeństw.

    Poza różańcem i nabożeństwem majowym wśród innych form kultu maryjnego najbardziej popularne są różnego rodzaju nowenny. Wśród nich najpopularniejsza w Polsce jest nowenna do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, która jest praktykowana w 18% parafii. Innymi popularnymi nowennami są nowenna do Matki Bożej Szkaplerznej, do Matki Bożej Pocieszenia, Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny, Wspomożycielki Wiernych, Matki Bożej Częstochowskiej oraz Nowenna Pompejańska. Łącznie w 7% parafii praktykowana jest jedna z tych nowenn.

    Wśród innych form kultu Matki Bożej wyróżniają się Godzinki ku czci Matki Bożej, które praktykowane są w 6% parafii. Znany jest również Apel Jasnogórski, procesje maryjne, Nabożeństwo do Siedmiu Boleści Matki Bożej, Godzina Łaski w Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, wspomnienia Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych.

    Ogólnie kult Matki Bożej obecny jest we wszystkich regionach Polski, również w tych mniej religijnych, zarówno w miastach jak i na wsi.

    Z badań wynika, że w zdecydowanej większości parafii w Polsce (72%) praktykowane jest nabożeństwo fatimskie. Jego najbardziej wyraźnymi rysami jest: organizowanie go w pierwsze soboty miesiąca (80%), zachęta do spowiedzi (82% parafii z nabożeństwem fatimskim) i komunii wynagradzającej (80%), wspólne odmawianie różańca (80%). Zdecydowanie rzadziej w nabożeństwach fatimskich podawana jest intencja wynagradzająca Niepokalanemu Sercu Maryi (46%) oraz odbywa się 15 – minutowa medytacja (37%).

    Obecność nabożeństwa fatimskiego nie jest związana bezpośrednio z poziomem religijności w poszczególnych regionach Polski. Oznacza to, że na jego popularność ma raczej wpływ przede wszystkim osobiste zaangażowanie poszczególnych duszpasterzy. Na uwagę zasługuje również fakt, że w parafiach greckokatolickich nabożeństwo fatimskie nie jest znane.

    Główną ideą przyświecającą nabożeństwu fatimskiemu jest wynagradzanie Niepokalanemu Sercu Maryi.

    ISKK zwraca uwagę, że pobożność maryjna zajmuje istotne miejsce w funkcjonowaniu parafii w Polsce. Po różańcu oraz nabożeństwach majowych nabożeństwo fatimskie stanowi jeden z zasadniczych rysów pobożności maryjnej we współczesnym polskim katolicyzmie.

    Pobożność maryjną cechuje jednak daleko posunięta różnorodność oraz bogactwo form, praktyk i zwyczajów. Nabożeństwo fatimskie stanowi bez wątpienia kontynuację i współczesny przejaw charakterystycznego dla Polski rysu duchowości maryjnej.

    Wraz z orędziem fatimskim stanowi ona jeden z przejawów pobożności ludowej, który łączy tradycję chrześcijańską oraz rozumianą instytucjonalnie religijność, z życiem codziennym wiernych. Orędzie fatimskie wyraźnie odcisnęło się na pobożności ludowej w Polsce. Jego ślady odnaleźć można w większości parafii katolickich w Polsce.

    Bez wątpienia bazuje ono na religijności wiernych, jednak różnice w skali jego występowania w poszczególnych regionach Polski związane są raczej z osobistym zaangażowaniem duszpasterzy.

    Nabożeństwo fatimskie jest lepiej rozwinięte w parafiach zakonnych oraz małych miastach niż w parafiach diecezjalnych i na wsi. Z drugiej strony w wielu parafiach obecność nabożeństwa fatimskiego ma charakter śladowy. Wiele form tego nabożeństwa zamiast zwracać uwagę na najistotniejsze jego elementy, obejmuje obce z punktu widzenia istoty orędzia fatimskiego nie tylko treści, ale i formy. Grozić to może swoistym rytualizmem oraz dewocją.

    Rozwój pobożności maryjnej oraz nabożeństwa fatimskiego z punktu widzenia religijności wydaje się istotne z punktu widzenia trwałości polskiego katolicyzmu oraz procesów sekularyzacji.

    Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego jest pierwszym w Polsce ośrodkiem badań nad religijnością oraz duszpasterstwem. Został założony w 1972 r. przez Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego (Księża Pallotyni). Współpracuje z Konferencją Episkopatu Polski oraz Głównym Urzędem Statystycznym.

    Kai/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Doktor Wanda Półtawska zmarła w nocy z 24 na 25 października 2023 roku.

    2 listopada obchodziłaby 102. urodziny.

    fot. Instytut Pamięci Narodowej/Stacja7

    ***

    Wanda Półtawska:

    nie ma takiego drugiego człowieka jak ty.

    To jest dogmat wiary katolickiej

    – Człowiek dzisiaj nie wie, że mądrość to nie jest to co Ty możesz kupić, bo mądrość to jest zdolność wyboru, a świat jest stworzony olbrzymi i piękny – mówiła w jednym z ostatnich wywiadów zmarła w nocy z wtorku na środę Wanda Półtawska – doktor psychiatrii i jedna z najsłynniejszych w Polsce działaczek na rzecz obrony życia człowieka. 2 listopada skończyłaby 102 lata.

    W lutym 2023 roku Półtawska udzieliła wywiadu „Gazecie Polskiej” w związku z przyznaniem jej nagrody „Człowieka 30-lecia Gazety Polskiej”.

    – Nie jesteś stworzony dla pustyni, tylko dla ludzi i tylu tych ludzi przejdzie przez twoje życie, nie wiesz ilu, ale musisz wiedzieć jedną podstawową rzecz. Nie ma takiego drugiego człowieka jak ty. To jest dogmat wiary katolickiej, nie ma takiego drugiego jak ty. I tę prawdę powinien potwierdzić każdy dojrzały, rozumny człowiek – podkreśliła.

    – Ale skąd weźmie się ten mądry, dojrzały człowiek? Nauczał filozof Karol Wojtyła – ty sam masz być dla siebie terenem działania. I to co ty zrobisz będzie tobą. Ty sam piszesz swój życiorys. I nikt nie może wiedzieć, co ty masz w swej pamięci i w swej duszy – wyjaśniła Wanda Półtawska.

    PCh24.pl/niezalezna.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie żyje Wanda Półtawska.

    Przyjaźniła się z Janem Pawłem II,

    była ikoną krakowskiego Kościoła

    Nie żyje Wanda Półtawska. Przyjaźniła się z Janem Pawłem II, była ikoną krakowskiego Kościoła

    fot.Mariusz Kubik/Wikimedia Commons/CC BY 3.0

    ***

    Wtorkowa noc była pełna próśb o modlitwę za Wandę Półtawską. “Odchodzi, jest w stanie agonalnym, módlmy się o świętą śmierć dla naszej wielkiej pani doktor” – brzmiała wiadomość. Otoczona modlitwą ludzi, dla których była żywym znakiem bożej obecności, Wanda Półtawska zmarła w nocy w swoim domu w Krakowie.

    Była współpracowniczką i przyjaciółką Jana Pawła II, lekarzem psychiatrą, byłą więźniarką niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Ravensbrück. 2 listopada skończyłaby 102 lata. Informację o jej śmierci przekazał w środę rzecznik kurii krakowskiej ks. Łukasz Michalczewski.

    Kim była Wanda Półtawska? 

    Wanda Półtawska (z d. Wojtasik) – lekarz psychiatra, współpracowniczka i przyjaciółka Jana Pawła II, była więźniarka niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Ravensbrück, przyszła na świat 2 listopada 1921 r. w Lublinie, w rodzinie urzędnika pocztowego.

    W szkole średniej zaangażowała się w działalność IV Lubelskiej Drużyny Harcerskiej im. Orląt Lwowskich. Po wybuchu II wojny światowej działała konspiracyjnie, rozwoziła pocztę, broń, pieniądze.

    17 lutego 1941 r. została aresztowana. W lubelskim więzieniu ona i jej koleżanki przeszły śledztwo z torturami, a po siedmiu miesiącach grupę kilkunastu lubelskich harcerek przewieziono do obozu Ravensbrück. Poza ciężką codzienną pracą w obozie więźniarki z Lublina były poddane eksperymentom pseudomedycznym. Na krótko przed końcem wojny Półtawska została przewieziona do obozu w Neustadt-Glewe (podobóz Ravensbrück), gdzie przebywała do 7 maja 1945 r.

    Po wojnie studiowała medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, gdzie też uzyskała doktorat z psychiatrii. Angażowała się w spotkania duszpasterstwa akademickiego. Poznała też swojego męża Andrzeja Półtawskiego, filozofa, z którym miała cztery córki.

    Pracowała w poradni wychowawczo-leczniczej przy Katedrze Psychologii UJ. Prowadziła też badania ofiar obozu Auschwitz – tzw. dzieci oświęcimskich. Jest autorką publikacji poświęconych m.in. psychiatrii i o tematyce katolickiej.

    Z Janem Pawłem II łączyła ją piękna przyjaźń

    Po wojnie studiowała medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, gdzie też uzyskała doktorat z psychiatrii. Angażowała się też w spotkania duszpasterstwa akademickiego.

    Nie wiadomo, kiedy po raz pierwszy spotkała się z Karolem Wojtyłą. Tomasz Krzyżak – autor książki “Wanda Półtawska. Biografia z charakterem” (WAM, 2017) – przypuszcza, że stało się to w 1953 r. To Wandzie Półtawskiej nowo wybrany papież Jan Paweł II zlecił uporządkowanie swoich prywatnych papierów. Z czasem zaczęła odgrywać coraz większą rolę w Kościele krakowskim, stopniowo zwiększała się też rola, jaką odgrywała w Watykanie jako osoba, która ma bezpośredni dostęp do Jana Pawła II i nie boi się interweniować. To Półtawska dostarczyła papieżowi list od rektora seminarium w Poznaniu, dzięki czemu Jan Paweł II podjął decyzję w sprawie oskarżanego o molestowanie kleryków arcybiskupa Juliusza Paetza.

    Uważa się, że miała realny wpływ na osobę Jana Pawła II. “Nie mierzyłam tego wpływu. Natomiast z całą pewnością miałam na niego wpływ, jako kobieta, na zupełnie nową rzeczywistość, bo on nie miał okazji mieć ani siostry, ani mamy – mama wcześnie zmarła – i dla niego świat kobiet był ciekawy, i on był zafascynowany kobiecością” – mówiła Półtawska, cytowana w książce Tomasza Krzyżaka „Wanda Półtawska. Biografia z charakterem”.

    W czasie konklawe w 1978 r., czyli po dwudziestu latach duszpasterskiej opieki, Wojtyła napisał w liście do Wandy Półtawskiej: „Pan Bóg mi Ciebie zawierzył z tym Twoim głębokim, a równocześnie niełatwym ja i z całym Twoim życiem, ze wszystkim, co się na nie składa, Bogu zdam z tego rachunek. Nie przestaję ufać w tym wszystkim Chrystusowi i Jego Matce.” 

    Była wykładowczynią na Wydziale Teologicznym UJ (dziś Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie), organizatorką i kierowniczką Instytutu Teologii Rodziny, ekspertem oraz członkiem m.in. Papieskiej Akademii Życia. 

    W 2016 r. Wanda Półtawska została odznaczona Orderem Orła Białego – w uznaniu zasług dla Rzeczypospolitej Polskiej, za propagowanie wartości i znaczenia rodziny we współczesnym społeczeństwie, a także za “chrześcijańskie świadectwo humanizmu i wkład w rozwój katolickiej nauki społecznej”. W 2012 r. została odznaczona Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski “w uznaniu wybitnych zasług w upamiętnianiu prawdy o wojennych losach Polaków, za ogromny wkład w rozwój katolickiej nauki społecznej i osiągnięcia w pracy naukowo-badawczej w dziedzinie psychiatrii, za dawanie świadectwa miłości do człowieka i niesienie pomocy osobom potrzebującym”.

    Była aktywna do ostatnich chwil

    Półtawska była aktywna do ostatnich lat swojego życia; brała udział w spotkaniach z ludźmi, w tym z okazji rocznic ważnych historycznych dla kraju wydarzeń. Podczas publicznych spotkań wspominała osobę Jana Pawła II, często go cytowała. Wracała wspomnieniami do pobytu w obozie Ravensbrück. Broniła wartości katolickich, szczególnie życia nienarodzonego, niejednokrotnie wzbudzając protesty części środowisk lewicowych. W marcu tego roku została patronką Oddziału Noworodkowego w Szpitalu na Siemiradzkiego w Krakowie. W 2022 r. otrzymała Honorowe Obywatelstwo Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa.

    W 2021 r. dr Półtawska użyczyła IPN w Krakowie obszerny zbiór materiałów dotyczących swojego życia i działalności. “To dokumenty, korespondencja, fotografie, notatki i inne materiały stanowiące cenne źródło historyczne i świadectwo życia jednej z najbardziej niezwykłych postaci naszych czasów” – poinformował w środę krakowski IPN.

    Deon.p/Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tu nie trzeba trybunałów. Zabijać nie wolno!

    Dr Wanda Półtawska zawsze stawała po stronie życia

    Dr Wanda Półtawska nigdy nie miała wątpliwości, że życie ludzkie jest wielką wartością, jest święte i nie podlega ono żadnym ludzkim trybunałom czy głosowaniom. Bo zabijać po prostu nam nie wolno! Aborcję nazywała głupotą podpowiadaną przez samego szatana. I broniła to najsłabsze życie – rozwijające się w łonach matek.

    – Na zdrowy rozum nie wolno zabijać – do tego nie potrzeba Trybunału. Normy etyczne nie podlegają głosowaniu, ale Bogu – mówiła Wanda Półtawska, gdy Trybunał Konstytucyjny orzekał w sprawie tzw. aborcji eugenicznej. – Po sześćdziesięciu latach wreszcie zwycięstwo, tego pragnął Ojciec Święty Jan Paweł II; jestem bardzo szczęśliwa, że tego dożyłam – podkreśliła wówczas.

    Wanda Półtawska zawsze stawała po stronie życia. Świętując w roku 2022 swoje 101. urodziny podkreślała, że trzeba uczyć kolejne pokolenie, jaką wartość ma człowiek, przeszłość, przyszłość, Bóg i Ojczyzna. Potępiła również mężczyzn, którzy namawiają kobiety do wykonania aborcji. Przywołując naukę Kościoła mówiła, że człowiek jest stworzony z inspiracji Ducha Świętego, ale to człowiek daje nowe życie.

    „Mężczyzna, ojciec, sam daje życie. On stwarza dziecko. Jeśli namawia dziewczynę, żeby zabiła, bo niepotrzebne – to głupota inspirowana diabłem” – powiedziała dr Wanda Półtawska. Skrytykowała tym samym mężczyzn, którzy nie widzą w kobiecie duszy, a jedynie ciało, i którzy swoim „egoizmem niszczą kobiety”.

    Wanda Półtawska wspominała też kobiecy obóz koncentracyjny Ravensbrück, którego okrucieństwa doświadczyła. Podkreślała, że więźniarki były świadome wartości, jaką jest wolność Polski. „W nas Niemcy widzieli elitę społeczeństwa. W Ravensbrück była grupa Polek, które wiedziały kim są i nie chciały się tego wyrzec. To była Polska, która służyła Bogu i ojczyźnie” – mówiła.

    Pani Doktor była wzorem dla wielu. Jej życiowa postawa nie raz była dostrzegana i nagradzana. Doceniano jej dorobek na rzecz obrony życia, a także w zakresie propagowania wartości i znaczenia rodziny we współczesnym społeczeństwie.

    Wanda Półtawska była też żywo zainteresowana losem Kościoła i nie kryła zatroskania o Jego przyszłość. – Zmiany w świecie nie mogą zmienić prawdy o człowieku – mówiła. – Każdy został stworzony przez Boga i każdy człowiek musi umrzeć. Droga do nieba nie może zostać fundamentalnie zmieniona – przypomniała. Doktor nie unikała też rozmów o śmierci. – Zawsze patrzę na świat, bo jest piękny; ale trzeba też zawsze pamiętać, że człowiek czeka na śmierć – na spotkanie z Bogiem. Śmierć jest jedyną rzeczą, która jest w życiu ludzkim zupełnie pewna. Chodzi o to, by była piękna i szczęśliwa, by człowiek wstąpił do nieba. Do nieba, w którym jest „wiele miejsc” – mówiła.

    Doktor Wanda Półtawska zmarła w nocy z 24 na 25 października 2023 roku. 2 listopada obchodziłaby 102. urodziny.

    Requiescat In Pace

    PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Każdą minutę można uczynić darem dla kogoś”.

    10 inspirujących myśli Wandy Półtawskiej

    "Każdą minutę można uczynić darem dla kogoś". 10 inspirujących myśli Wandy Półtawskiej

    Wanda Półtawska/fot.Leszek Szymański/PAP

    ***

    Torturowana harcerka, więźniarka niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Ravensbrück, cudownie wyleczona z raka, doktor psychiatrii, przyjaciółka Jana Pawła II, ikona krakowskiego Kościoła. Życie Wandy Półtawskiej było tak bogate, że można by o nim napisać niejedną książkę. W dniu jej śmierci publikujemy dziesięć poruszających myśli tej niezwykłej kobiety.

    Dziesięć inspirujących myśli Wandy Półtawskiej:

    1. “Przyjaźń jest najważniejsza, od niej wszystko się zaczyna. Dopiero potem przychodzą głębsze uczucia. Przyjaźń to bezwarunkowa miłość drugiego człowieka, bezwarunkowa podkreślam. Często młodzież pyta mnie, czy jest możliwa przyjaźń między chłopakiem a dziewczyną. Nie ma przyjaźni między chłopakiem a dziewczyną. Jest przyjaźń między człowiekiem a człowiekiem” – Duch świata czy Duch Święty?, “Express Bydgoski”

    2. “Nieograniczona jest fantazja ludzka w ogóle, a już na pewno nie ma żadnych racjonalnych granic wyobraźnia kobiet” – I boję się snów

    3. “Dokonując aborcji czy eutanazji łamiemy jedno – piąte przykazanie Dekalogu: nie zabijaj, stosując zapłodnienie na szkle depcze się cały Dekalog” – Jak myśleć o postępie naukowym, o religii i współczesności w 2012 roku

    4. “Każdą minutę można by uczynić darem dla kogoś” – By rodzina była Bogiem silna. Na kanwie “Listu do Rodzin” Ojca Świętego Jana Pawła II

    5. “Miłość nie boi się czasu. Miłość umie czekać, a gdy jest autentyczna nie jest pożądaniem, ale gotowością dawania” – Samo życie

    6. “Zawsze wiedziałam, że najbardziej nieprawdopodobne rzeczy zdarzają się właśnie w życiu, w prawdziwym życiu; że żadna wyobraźnia nie potrafi stworzyć tego, co daje ludziom tak zwane zwyczajne życie” – O więcej niż życie

    7. “Ciało jest święte. To ono ujawnia ducha. Ale możesz ujawniać albo ducha świata, albo Ducha Świętego. Od ciebie zależy, któremu z nich się poddasz” – Duch świata czy Duch Święty?, “Express Bydgoski”

    8. “Osiemnastoletnia Krysia, maturzystka, jest w ciąży… Pytam ją: »Krysiu, no a jak do tego doszło?«. A ona powiedziała mi piękne zdanie, które powtarzam wszystkim. Powiedziała tak: »Ja mu chciałam dać wszystko, a on wziął tylko moje ciało. I odszedł«. Krysia urodziła dziecko, które zostało oddane do adopcji” – Uczę się kochać

    9. “Chcę zobaczyć Ojca Pio. Zapytałeś mnie, dlaczego – nie wiem dokładnie, nie potrafię uzasadnić – jak przymus. W nocy modliłam się do Ojca Pio, nie do Niego, ale »przez Niego«, jeśli jest tak, jak o nim piszą, to wie. Jeżeli wtedy jego modlitwa pomogła, pomoże i teraz. Chcę pojechać do Ojca Pio – nie po to, żeby prosić, żeby mnie nie bolało, ale żebym pojęła, że jest w ludzkiej mocy przyjąć ból i męczeństwo” – Niezapomniane przeżycie, wiara.pl

    10. “Tak, miałam piękne życie. Mam piękne życie. To nie moja zasługa, że żyję sto lat – nie ma w tym oczywiście mojego udziału – natomiast styl życia człowiek może sobie wybrać. Ja chcę uratować życie każdego człowieka, który został stworzony dla nieba. A innych ludzi nie ma” – O więcej niż życie

    Wikicytaty/ubimyczytac.pl /Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Miałam piękne życie”. Wanda Półtawska, „wojująca” z miłości o rodzinę i każde życie

    „To nie moja zasługa, że żyję sto lat. Nie ma w tym mojego udziału. Natomiast styl życia człowiek może sobie wybrać” – pisała dr Wanda Półtawska. Dziś doświadcza już pokoju.

    Minionej nocy, w wieku niemal 102 lat, zmarła Wanda Półtawska, polska lekarka, doktor nauk medycznych, specjalistka w dziedzinie psychiatrii, profesor nadzwyczajna Papieskiej Akademii Teologicznej, harcerka, działaczka antyaborcyjna, była więźniarka niemieckiego obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, bliska przyjaciółka Jana Pawła II, obecna przy jego śmierci, dama Orderu Orła Białego. Kobieta głęboko wierząca, oddająca wszystko Bogu, bo jak wielokrotnie powtarzała „wszystko z Jego Łaski, o ile On chce”.

    Gdy wczoraj późnym wieczorem dostałam wiadomość z informacją, że p. Wanda odchodzi, otrzymałam również prośbę o modlitwę, która „niech będzie rodzajem hołdu dla niej z naszej strony za wszystko, co uczyniła dobrego dla nas i naszej Ojczyzny”.

    Największy dar

    A zrobiła wiele, ta oddana drugiemu człowiekowi, „wojująca” z miłości o rodzinę i każde życie, kobieta. Odważna i charyzmatyczna. Wyrazista i oddana Kościołowi. Broniąca historii i będąca jej częścią. Swój pisarski talent wykorzystała pozostawiając po sobie wiele dzieł, listów, dzienników, w których przewija się temat miłości, modlitwy, Ojczyzny, krzyża, przyjaźni. Jakikolwiek wątek poruszany przez autorkę bym nie przytoczyła, w każdym pojawiała się ta brakująca nam dziś często ufność.

    W książce „Beskidzkie rekolekcje” dr Wanda Półtawska pisała:

     „Uświadomiłam sobie, że ze wszystkich darów Boga, których jest tak wiele, właściwie największym darem jest świadomość tego daru. Mogłabym tego nie wiedzieć, nie wiem tego z siebie, to jest największy dar, bo to jest przecież bliskość Boga. Nic mnie tak do Niego nie zbliża, jak świadomość:
    że jestem,
    że jestem Jego dziełem, jak cały świat,
    że mam w tym udział, na różne sposoby – dzieci, ludzie, zawód,
    że cały świat przede mną otwarty z Jego rąk,
    że On chce dawać,
    że Hojny,
    że Dobry,
    że Wspaniały. Narosło we mnie poczucie przedziwnej treści, że jestem w Jego rękach, że On tego chce i kocha mnie. Narosła we mnie pewność, że wszystko jest w Jego rękach”.

    “Dusiu, miałaś piękne życie”

    W zapiskach dr Wandy Półtawskiej znajdziemy wiele słów wdzięczności za życie i wszystkie doświadczenia. Choć często były to trudy, cierpienia, mierzenie się z przeciwnościami losu, to jednak jej serce wciąż przepełniała miłość do świata, do drugiego człowieka. Siłę do życia czerpała z codziennej Eucharystii, modlitwy, medytacji. Doświadczyła cudu uzdrowienia za wstawiennictwem św. O. Pio, którego nazywała swoim prywatnym świętym.

    Ojciec Święty, Jan Paweł II, tak kiedyś powiedział do swojej Przyjaciółki:

    „Dusiu, miałaś piękne życie”.

    Dr Wanda w swojej biografii odpowiedziała na to słowami:

    „Tak, miałam piękne życie. Mam piękne życie. To nie moja zasługa, że żyję sto lat – nie ma w tym oczywiście mojego udziału – natomiast styl życia człowiek może sobie wybrać. Ja chcę uratować życie każdego człowieka, który został stworzony dla nieba. A innych ludzi nie ma”.

    Od dziś wstawia się za nami 

    Minionej nocy Niebo otworzyło się dla Pani Wandy. Z Jego rąk.

    Słowo Boże mówi:

    „Życie ludzi uczciwych jest w ręku Boga, nie dosięgnie ich udręka. Głupiec sądzi , że umarli, ich śmierć uważa za tragedię, odejście z tego świata – za zupełną klęskę, a oni doświadczają POKOJU” (Mdr 3,1-3)

    Dr Wanda Półtawska doświadcza już pokoju. Od dziś, wstawia się za nami i jest pomocą z góry.

    Żyje życiem wiecznym w społeczności nieba.

    Jagoda Kwiecień/Stacja 7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wanda Półtawska o ludzkiej prokreacji – odkrycia i nowości: rozpoznawanie płodności, diagnostyka i leczenie zaburzeń

    fot. Screenshot – Facebook

    ***

    Wanda Półtawska o ludzkiej prokreacji – odkrycia i nowości: rozpoznawanie płodności, diagnostyka i leczenie zaburzeń

    Pani Dr. Wanda Półtawska napisała tekst tego wykładu specjalnie na – IV MIĘDZYNARODOWĄ KONFERENCJĘ NAUKOWĄ na WUM, 26 X 2014 r. z cyklu profilaktyka zdrowia prokreacyjnego pt. „Wokół ludzkiej prokreacji – odkrycia i nowości. Rozpoznawanie płodności, diagnostyka i leczenie zaburzeń”. Nagrany wykład był odsłuchany w sesjii IV Konferencji poświęconej Etyce lekarskiej, zatytułowanej ZAGADNIENIA BIOETYCZNE A PROFESJONALIZM W ZAWODACH MEDYCZNYCH.

    POSTAWA LEKARZA WOBEC WSPÓŁCZESNYCH ZAGROŻEŃ ZDROWIA PROKREACYJNEGO

    Witam Państwa i dziękuję za zaproszenie na to spotkanie, którego temat jest mi bliski, ponieważ właściwie przez całe życie lekarskie zajmowałam się ludzkim problemem płciowości i płodności, ale przeglądam w tej chwili program spotkania i czuję wyraźny brak podstawowego tematu, ponieważ wszystkie zaprojektowane referaty odnoszą się wyłącznie do analizy zdrowia ludzkiego, ciała ludzkiego podczas kiedy człowiek nie jest tylko ciałem, człowiek ma ciało, ale jest kimś więcej. Brakuje wykładu z antropologii, etyki i deontologii lekarskiej a w wychowaniu nowej kadry, młodych lekarzy jest to podstawowy warunek, żeby lekarz rozumiał swoje zadania wobec pacjenta, można spokojnie powiedzieć wobec narodu i ludzkości. Jesteście Państwo pokoleniem, które miało szansę poznać antropologię Karola Wojtyły, filozofa, teologa, który przez całe swoje duszpasterskie działanie swojego życia, od początku życia kapłańskiego do samej śmierci zajmował się tą problematyką i współpracował z lekarzami. Jego stosunek do lekarzy był szczególny nie tylko dlatego, że jego starszy brat był lekarzem, ale dlatego, że widział w lekarzach, w medycynie sposób ratowania ludzkości, bo ks. Karol Wojtyła zajmował się ratowaniem świętości człowieka i świętości miłości ludzkiej i dlatego podstawowym warunkiem do tego tematu jest poznanie kim jest człowiek? Po co znalazł się na tej ziemi? Jaki jest stosunek człowieka do jego powstawania?

    Karol Wojtyła powiedział, że rozwiązaniem problemów ludzkich jest Genealogia Divina – Boże pochodzenie człowieka. I tu trzeba postawić pytanie lekarzom. Czy istotnie są przekonani, że człowiek jest nie tylko zrodzony, ale stworzony, jest problem wiary w Boga jako Stworzyciela. Stworzyciela to znaczy uznanie relacji: stworzenie-człowiek i Stwórca-Bóg, ta relacja człowiek-Bóg jest trwała na całą wieczność. No tak, ale trzeba w tę wieczność wierzyć. Ja mam za sobą ponad 60 lat pracy lekarza, znam życiorysy zarówno pacjentów, jak lekarzy i nie mam wątpliwości, że jest potrzeba, a nawet powiem, że samorzutnie powstaje pewnego rodzaju polaryzacja; lekarze dzielą się według tego co myślą o człowieku. Jeżeli lekarz istotnie przyjmuje Boże pochodzenie to jego stosunek zarówno do pacjenta, jak i do siebie samego musi to ujawnić. Jan Paweł II jako pacjent po zamachu, w pewnym momencie udał się do gabinetu lekarskiego i twardo powiedział: „nie wolno traktować pacjenta jak rzecz”. On, pierwszy pacjent świata czuł się traktowany jak rzecz.

    Program Państwa na te dwa dni jest właśnie zajmowaniem się ciałem ludzkim jako rzeczą. Są oczywiście pożyteczne informacje o przebiegu różnych zaburzeń i propozycjach terapii, ale nie to jest najważniejsze, ponieważ najważniejszy jest człowiek.

    Kto ma prawo być ojcem i matką? Czy prawdą jest, że każdy człowiek ma prawo używać narządów, które stworzył Stwórca, bo ciało ludzkie jest dziełem Boga. Jan Paweł II nie wahał się powtarzać, że ciało ludzkie jest święte i doskonałe od strony struktury i w tym ciele Stwórca stworzył wszystko co jest potrzebne dla człowieka, aby on żył, ale nie tylko, sam fakt posiadania ciała jest dowodem nieprawdopodobnej hojności i miłości Stwórcy do stworzenia. Fakt obdarowania człowieka ciałem oznacza, że Stwórca zrezygnował ze swojej stwórczej mocy na rzecz stworzenia i dopuszcza stworzenie do współpracy i nie powołuje do życia nowego człowieka bez współpracy z ojcem i matką, ale ojcostwo i macierzyństwo nie są celem życia człowieka, ale sposobem realizowania życia na ziemi. I nie wszyscy ludzie dostają powołanie do rodzicielstwa, które jest współpracą z Bogiem Stworzycielem. Nie waha się Ojciec św. mówić jednoznacznie o świętości ciała ludzkiego, a szczególnie o sacrum ciała kobiety, narząd rodny kobiety nazywa sanktuarium życia, a ją nazywa strażniczką życia i do tego sanktuarium ona nie ma prawa nikogo wpuścić bez pozwolenia Stwórcy, który dla siebie dał ten narząd człowiekowi. Człowiek posiada narządy, które jemu służą, a ten narząd jest do współpracy z Bogiem, a więc ma szczególne znaczenie i szczególnie wymaga delikatności, szacunku, domaga się uznania dominacji Stwórcy nad stworzeniem. I młodym lekarzom trzeba przekazać naukę o obowiązkach lekarza, że zawód lekarza jest obarczony szczególnym zadaniem i szczególną odpowiedzialnością – to wiemy od tysiącleci. I teoretycznie każdy lekarz powinien mieć to wewnętrzne przekonanie, że ma zadanie wobec ludzkości, nie tylko wobec poszczególnego pacjenta, ale medycyna jako taka ma czynić to co wyraził jednoznacznie Jan Paweł II w żądaniu postawionym lekarzom. Lekarzom polskim powtarzał wielokrotnie: „stwórzcie mocny związek lekarzy katolickich żeby zapanować nad opinią publiczną”.

    Cóż to jest opinia publiczna?

    To jest ta cywilizacja, którą nazwał cywilizacją śmierci i nienawiści i pragnął, i czynił wszystko żeby tę cywilizację zmienić w cywilizację miłości i życia. Na to trzeba się zdecydować, po której stronie stoisz? Nie ma innej możliwości, nie można znaleźć kompromisu między jedną a drugą postawą. Człowiek, który nie wierzy w Stwórcę nie potrafi zrozumieć znaczenia i wielkości ani człowieka, ani ludzkiego rodzicielstwa.

    Państwo zastanawiacie się nad planowaniem rodziny. Ojciec św. nigdy nie używał pojęcia planowanie rodziny, używał innego sformułowania: odpowiedzialne rodzicielstwo, ponieważ jakże może stworzenie planować działania Stwórcy. Jeżeli się przyjmie, że dziecko jest dziełem Boga a nie ludzi, to jest oczywiste, że nie człowiek może zaplanować czas przyjścia człowieka na świat tylko człowiek ma odczytać Boży plan i zrealizować. I nie każdy ma prawo być ojcem, nie każdy ma prawo być matką. Do tego zadania Bóg wybiera sobie ludzi, mówimy o powołaniu do małżeństwa. Państwo wszyscy jesteście świadomi, że rodzina współcześnie jest zagrożona w swojej istocie i w swoim przebiegu życia. I to zagrożenie rodziny w tej chwili przede wszystkim jest przez świat medyczny, przez postępy w medycynie, która zajmuje się człowiekiem wyłącznie jako ciałem i tym ciałem manipuluje. I wielkie śmiertelne grzechy małżeństwa, które zagrażają wręcz potępieniem są wynikiem działalności lekarzy, taka jest prawda. Ja jako lekarz zajmujący się młodzieżą przez 60 lat pracy bronię moich pacjentów młodocianych przed lekarzami i bronię małżeństwa przed lekarzami. Przed radami jakich udziela naukowiec wysoko wykwalifikowany w swojej dziedzinie, specjalności. Nie wolno traktować pacjenta jak rzecz, uwzględnić trzeba nie życie pacjenta, nie zdrowie pacjenta, ale los, wieczność pacjenta, ponieważ zarówno pacjent, jak i lekarz znajdują się w jednym punkcie, na pewno wszyscy umrą, ale zawód lekarza pozwala na rozwój pychy człowieka, któremu się wydaje, że on panuje nad światem i on stwarza nowych ludzi. Planowanie o tyle może być słuszne o ile małżeństwo odnosi się do rozpoznania planu Bożego wobec poszczególnego człowieka. Oczywiście człowiek jest jednym z ziarenek na tym globie, gdzie jest ludzkość i nie chodzi o całą ludzkość, ale nam indywidualnie chodzi o naród, o polski naród. Jan Paweł II oprócz tego, że był Ojcem św. był jednak Polakiem i chciał żeby naród polski rozwijał się, nie tylko rozwijał się, ale żeby był narodem gdzie człowiekowi jest dobrze, gdzie ludzie są szczęśliwi. Szczęście ludzkie zależy od tego na ile człowiek rozpoznał swoje własne powołanie i na ile realizuje je w oparciu o siły wyższego rzędu, o siły ducha.

    Lekarz współczesny, zresztą nie tylko lekarz, inne dyscypliny nauk też nie przyjmują duchowości człowieka, a jednak człowiek jest duchem, nie jest ciałem, jest ciałem uduchowionym czy też duchem ucieleśnionym jakkolwiek to nazwiemy. Filozof Karol Wojtyła powtarzał: „ciało ludzkie jest zawsze poddane duchowi”, ale albo Duchowi Świętemu, albo duchowi tego świata. Jest rzeczą oczywistą, że duch tego świata to jest nazwa na szatana. Ludzie zarówno wątpią w istnienie Boga, jak w istnienie szatana, a równocześnie życie ludzkie rozgrywa się na platformie, na której jest walka dobra ze złem, diabła z Bogiem. I teraz lekarze mogą pomóc człowiekowi do tego, żeby odnalazł drogę do świętości, do nieba i mogą w tym przeszkodzić. Ja jestem naocznym świadkiem tego jak bardzo moi koledzy niszczą ludzkie życie i jak tragiczne są rady lekarzy, którzy bazują tylko na analizie ciała i możliwości poznania struktur narządów, które są fascynujące w swoim nieprawdopodobnym działaniu, które są dowodem, że człowiek jest stworzony przez kogoś, to jest najwyższą mądrością. Otóż problem lekarzy w tej chwili to jest problem nawrócenia. To nie jest problem wiedzy, to jest problem wiary. Oczywiście cały szereg ludzi mówi od razu: trudno pani jest wierząca, ale ja nie jestem wierzący, bo nie dostałem łaski wiary. Oczywiście wiara jest łaską, ale Ojciec św. stawia sprawę trochę inaczej i konkretniej, oczywiście wiara jest łaską, ale ty masz rozum i on ci powinien podyktować, że skoro jesteś to skąd się wziąłeś i chodzi o to, że antropologia chrześcijańska dyktuje, że ten człowiek jest nie byle kim, że jest stworzony przez samego Stwórcę na jego obraz i to jest podstawa do godności osoby ludzkiej, godności, która nie zależy od rozwoju człowieka, od wykształcenia człowieka, czy rasy. Każdy człowiek, nie ma innych ludzi, tylko Ci co są stworzeni przez Boga, czy o tym wiedzą czy nie, czy o tym myślą, czy nie.

    Otóż chodzi o to, że medycyna współczesna w tej chwili zajmując się małżeństwem, tak wyszło, że medycyna sobie rości prawa decyzji o tym czy jakaś para małżeńska ma mieć czy ma nie mieć dziecka dopuszcza do życia jakieś dziecko, a inne nie. Pycha lekarza, pycha medycyny jako takiej rośnie w sposób nieprawdopodobny na oczach mojego pokolenia. Ja jestem to samo pokolenie co Ojciec św., za naszej młodości rodzina ludzka była ochraniana zarówno przez państwo polskie, jak przez kościół, małżeństwo było nierozerwalne, nie było rozwodów, potem kolejno szły nowości, Państwo piszecie tutaj w programie o nowościach. Nowości są stale, każdy dzień jest czymś nowym w stosunku do wczoraj, ale to co obserwujemy w dziedzinie medycyny, to te nowości zagrażają świętości rodziny, od rozwodów, poprzez dramat aborcji, antykoncepcji, sztucznego zapłodnienia dochodzimy do dramatu współczesnego, kiedy człowiek uważa, że może zrezygnować ze Stwórcy i sam stworzyć nowego człowieka. Nowość jaką jest in vitro, zapłodnienie w szklance człowieka, który dostaje życie wymuszone na Stwórcy przez stworzenie, z odrzuceniem Stwórcy jest dowodem nieprawdopodobnego rozwoju pychy lekarza, apogeum pychy, nie można wyobrazić sobie nic więcej. Lekarz chce zastąpić Boga i ludzie także wierzący nie rozumieją dlaczego nie wolno im sięgać do tej działalności, którą Stwórca zastrzegł dla siebie. Stwarza człowieka Stwórca, a ty człowieku dziękuj za ten dar, przywilej, że możesz wpływać na działanie samego Boga, bo tak jest. Pan Bóg oddaje w ludzkie ręce, los każdego człowieka oddaje w ręce kobiety, a ta kobieta co?

    W ciągu mojego życia przeprowadziłam setki rozmów z moimi kolegami i koleżankami, ludzie z wyższym wykształceniem, wszyscy lekarze są z wyższym wykształceniem, z tytułami naukowymi, a równocześnie ujawniają nieprawdopodobną ignorancję w przedmiocie etyki, antropologii. Nie znają żadnych dokumentów, które mówią na ten temat. W czasie roku poświęconego kobiecie, Jan Paweł II o kobiecie, w której ręce złożył Bóg los człowieka napisał pięć dokumentów, żeby ona zrozumiała kim jest. Do młodych chłopców nie wahał się mówić: „na kolana przed kobietą”. Ona nie rozumie swojej roli, nie rozumie, że jej ciało jest poddane duchowi w sposób szczególny, że jej ciało ma przywilej goszczenia samego Boga substancjalnego, za mojej młodości mówiło się kobieta w stanie błogosławionym.

    Całe życie duszpasterskie Jana Pawła II obracało się wokół tego tematu, uratować świętość życia ludzkiego i świętość ludzkiej miłości. I taką wiedzę trzeba przekazać młodym lekarzom. Kim jest człowiek? Co oznacza męskość? Co kobiecość? Co oznacza pozwolenie na działania narządem, który służy Bogu Stworzycielowi. Nikt nie ma prawa do rodzicielstwa kto nie zwiąże się ślubowaniem z Bogiem samym, małżeństwo to jest trójkąt i lekarze muszą to zrozumieć. Ksiądz Karol Wojtyła wierzył, że lekarze mogą uratować świętość świata i stąd jego szczególna troska i współpraca z lekarzami. Uważał, że każdy ksiądz powinien współpracować z lekarzem i każdy lekarz z księdzem. I jest paląca potrzeba rozwinięcia tej współpracy ponieważ lekarze znają problematykę ciała nie wiedząc o duchu, księża na normalnych studiach teologicznych nie mają informacji biologicznych. Trzeba przypomnieć to co podczas wizyty na KUL-u powiedział Jan Paweł II, a powiedział jedno zdanie, ważne dla was: „pamiętajcie, że nie każda nauka jest prawdziwa i nie każda prawda jest naukowa”, prawda o świętości życia ludzkiego, o Bożym pochodzeniu nie jest naukowa, jest poza naukowa, nie mieści się w kategoriach, które człowiek swoim rozumem ograniczonym może opanować. Wymaga wiary, wymaga uznania autorytetu czyli wymaga pokory.

    W wychowaniu kadry lekarskiej trzeba przede wszystkim uczyć deontologii lekarskiej, to jest nauka o obowiązkach lekarza, obowiązkach wobec Stwórcy, wobec pacjenta i wobec siebie samego. Dlatego widziałabym w każdym spotkaniu lekarzy potrzebę informacji o tym kim jest człowiek i dokąd dąży? Każdy lekarz wierzący czy niewierzący świetnie wie, że płeć jest zdeterminowana biologicznie i nie ma żadnej wirtualnej płci. Każdy człowiek doskonale wie, że nie jest zwierzęciem, że ma coś więcej, że jest wobec tego duchem i tylko trzeba dla tego ducha lekarza duszy, trzeba odnaleźć Boży ślad w człowieku. Nie wolno traktować pacjenta jak rzecz!

    Grażyna Rybak/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wanda Półtawska:

    „Nasza nadzieja nie leży w Synodzie, ale w Bogu”

    (fot. Pawel Terlikowski / Forum)

    ***

    Wanda Półtawska była gościem niemieckiej telewizji EWTN. W rozmowie z Robertem Rauhutem mówiła o pięknie, celu i istocie małżeństwa, nauczaniu Jana Pawła II i współczesnym pomieszaniu odnośnie seksualności, widocznym także wśród części hierarchów Kościoła.

    W rozmowie z niemiecką telewizją EWTN Wanda Półtawska była pytana między innymi o najważniejsze dla Ojca Świętego Jana Pawła II aspekty rodziny i małżeństwa w kontekście obradującego Synodu Biskupów.

    – Święty Jan Paweł II, głęboko wierzący teolog i filozof, chciał pomagać ludziom w osiągnięciu szczęścia wiecznego, a to oznacza przede wszystkim ratowanie świętości rodziny – powiedziała. – Był przekonany, że nasze życie na ziemi jest jedynie wędrówką, niczym więcej niż tylko drogą do nieba, bo człowiek został stworzony nie dla ziemi, ale dla nieba – dodała.

    Jak wskazał jej rozmówca, dziś mówi się o rzekomej konieczności dostosowania Kościoła do głębokich przemian, jakie przechodzi świat, co miałoby się wyrażać na przykład w dopuszczeniu rozwodników w nowych związkach do Komunii Świętej lub uznaniu związków jednopłciowych.

    – Zmiany w świecie nie mogą zmienić prawdy o człowieku – odparła na to Wanda Półtawska. – Każdy został stworzony przez Boga i każdy człowiek musi umrzeć. Droga do nieba nie może zostać fundamentalnie zmieniona” – przypomniała.

    Pytana o to co sądzi o propozycjach, by zmienić nie nauczanie, a „jedynie” praktykę Kościoła i czy taka zmiana jest w ogóle możliwa, odpowiedziała: – Nauczanie Kościoła na tak ważne, podstawowe tematy Objawienia jak Eucharystia, nie może zostać zmienione. Jednak praktyka postępowania sądowego, co dotyczy ważności małżeństwa, już tak.

    – Słowa Chrystusa zostały zapisane w Ewangelii i nie mogą być zmienione. Moje doświadczenie z wcześniejszego Synodu jest takie, że nie jest istotne, jakie poglądy zostaną wyrażone podczas dyskusji. [Ważny] jest ostateczny dokument. Niezależnie od rozmaitych szokujących wypowiedzi, które słyszało się podczas dyskusji, piękny dokument „Familiaris consortio” jest ważny do dzisiaj. Gdy odjeżdżałam z Rzymu, Jan Paweł II powiedział mi: „Nie zapominaj, że Bóg wie o wszystkim, i że to On jest prawdziwym zarządcą świata” – mówiła Półtawska pytana o wydarzenia na obecnym Synodzie oraz o niejasny charakter ubiegłorocznego „Instrumentum laboris”.

    Gdy idzie o propozycje zrównania związków jednopłciowych z małżeństwem na podstawie założenia jakoby miłość między ludźmi tej samej płci była zupełnie normalna, to zdaniem Półtawskiej mamy do czynienia z „problemem braku zdrowego rozumienia człowieka”. 

    – Nie trzeba być mędrcem, by dostrzec różnice między płciami. Księga Genesis mówi jasno: stworzył ich jako mężczyznę i kobietę. Oczywiście jest prawdą, że grzeszni ludzie łamią wszystkie Boże przykazania, a więc także szóste przykazanie. Zgodnie ze swoją istotą małżeństwo nie może być jednopłciowe, bo powinno służyć życiu i rodzinie. Jedność dwojga w jednym ciele nie może zostać zrealizowana między osobami tej samej płci – wyjaśniła lekarka.

    Półtawska mówiła też o problemie homoseksualizmu w Kościele. – Nie ma homoseksualizmu duchowieństwa – uznała. – U niektórych mężczyzn i kobiet istnieje tylko patologia zachowania. Są ludzie, którzy grzeszą przeciwko szóstemu przykazaniu. Z tego punktu widzenia każda historia życiowa może być postrzegana jako historia grzechu, bo tylko Matka Święta była bezgrzeszna. Jako psychiatra zajmuję się od 60 lat tymi patologiami i znajduję je częściej na przykład wśród żołnierzy i lekarzy, niż wśród duchownych. To tendencja, która występuje częściej wśród mężczyzn niż wśród kobiet – przynajmniej w mojej praktyce – tłumaczyła Półtawska.

    Dziennikarz pytał następnie o niebezpieczeństwo uznania sumienia za najwyższą i ostatnią instancję oceny moralnej czynów, co sugeruje się w Instrumentum laboris. – Nie ma niczego nowego od czasów Pawła VI. Ciągle przeczy się nauczaniu Kościoła katolickiego odnośnie etyki życia w rodzinie. Część katolików, także członków duchowieństwa, nie zaakceptowała nauczania encykliki „Humanae vitae” – wskazała.

    Półtawska mówiła także o ideologii gender, dostrzegając w niej przede wszystkim „brak zdrowego rozumienia człowieka i pogardę dla biologii”. – Każdy rozumny człowiek wie bardzo dobrze, że jest albo mężczyzną, albo kobietą. Można się, oczywiście, okaleczyć i obciąć sobie organy płciowe, to jednak tak naprawdę nie zmienia płci danej osoby, bo ta jest zdeterminowana genetycznie – każda komórka naszego ciała jest zdeterminowana jako męska albo żeńska – wyjaśniła uczona.

    Rauhut wskazał, że dziś coraz częściej podważa się słowa Chrystusa na temat małżeństwa. Jego rozmówczyni wyjaśniła, że nie ma to istotnego znaczenia. – Trzeba być świadkiem realizmu wiary i nie przejmować się w ogóle tym, co mówią ludzie. Kościół katolicki nie potrzebuje dyskusji w prasie, ale świadków – stwierdziła, powołując się na Jana Pawła II.

    Przeprowadzający wywiad pytał, czy należy dziś patrzeć na świat wyłącznie pozytywnie i postrzegać go w „różowym świetle”, ignorując wydarzające się zło. Wanda Półtawska uważa, że to błędna droga. – Zawsze patrzę na świat, bo jest piękny; ale trzeba też zawsze pamiętać, że człowiek czeka na śmierć – na spotkanie z Bogiem. Śmierć jest jedyną rzeczą, która jest w życiu ludzkim zupełnie pewna. Chodzi o to, by była piękna i szczęśliwa, by człowiek wstąpił do nieba. Do nieba, w którym jest „wiele miejsc” – uznała.

    Półtawska odniosła się również do roli Kościoła w prostowaniu fałszywych ludzkich zachowań seksualnych. – Wszystkie ludzkie zachowania są męskie albo żeńskie. Ogólnie rzecz biorąc, ludzie łączą seksualność z organami płciowymi. W rzeczywistości jednak całe ciało człowieka i wszystkie jego działania noszą stygmat płci. Człowiek działa jednak jako osoba, jako człowiek, a wykorzystanie organów płciowych jest przywilejem tych osób, które powołane są do małżeństwa i rodzicielstwa; to powołanie jest częste, ale nie powszechne – wyjaśniła.

    Pytana o to, w jaki sposób ludzie powinni szukać dla siebie małżonków na całe życie, zasugerowała, że to błędne stawianie sprawy. – Nie chodzi w ogóle o to, by szukać sobie partnera, ale o to, by szukać woli Bożej. Trzeba odkryć swoje powołanie i podjąć decyzję w dobrze ukształtowanym sumieniu, by znaleźć ojca czy matkę dla swoich dzieci. Małżeństwo powinno służyć życiu – powiedziała.

    Wskazała też na wagę Bożej obecności w życiu małżeńskim: – Błogosławiony Paweł VI napisał: „Kto prawdziwie kocha swego współmałżonka, nie kocha go tylko ze względu na to, co od niego otrzymuje, ale dla niego samego, szczęśliwy, że może go wzbogacić darem z samego siebie” (Humanae vitae 9). Bóg jest wszędzie, a więc gdy jest się w stanie łaski, człowiek czyni wszystko z Duchem Świętym. Człowiek nie jest tylko ciałem, on ma ciało, które powinno być podporządkowane duchowi.

    Wanda Półtawska dodała, że małżeństwo może „udać się” tylko wówczas, gdy „małżonkowie przez całe swoje życie dążą do świętości”. Zagadnięta zaś o swoje nadzieje związane z Synodem Biskupów, powiedziała: – Nasza nadzieja leży nie w Synodzie, ale w Bogu. Chodzi o jedno: o realizm pięknej miłości – a to może zrealizować się tylko z pomocą darów Ducha Świętego – skwitowała.

    źródło: CNA Deutschland/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Fot. Wikipedia/Zdjęcie z książki “O więcej niż życie. Biografia w zarysie”, archiwum prywatne Wandy Półtawskiej

    „Nie ma raka. Zniknął”.

    Wanda Półtawska o cudzie i modlitwie ojca Pio

    “Pani doktor nie powiedziała mi diagnozy wprost. Widziałam, że nie miała odwagi. Rak.” Wanda Półtawska w wieku 41 lat usłyszała diagnozę o nowotworze, który po czasie… zniknął. Później dowiedziała się o listach biskupa Karola Wojtyły do Ojca Pio z prośbą o modlitwę o jej zdrowie. Czy to właśnie tej modlitwie zawdzięczała niewyjaśnione zniknięcie guza? A może to zwykły przypadek? To nie dawało jej spokoju – postanowiła osobiście poznać Ojca Pio. Jak wyglądało ich spotkanie?

    Ojciec Pio jest moim prywatnym świętym. Co to znaczy? Żeby zrozumieć, co to znaczy, trzeba być człowiekiem wierzącym – wierzyć w „świętych obcowanie”. Taki akt wiary daje własny kontakt z niebem, z jakimś szczególnym, wybranym świętym. Mówienie o tym komuś, kto nie wierzy, to jest jak mówienie ślepemu o kolorach. Dla mnie jest to kontakt ze znaną mi osobą. Po prostu on mnie zna, a ja coś o nim wiem. Ojciec Pio wszedł w historię mojego życia i jest w nim. Życie jest procesem, a to, co wpływa głęboko na sens życia, zostaje na zawsze i trwa w nim po prostu w każdej chwili.

    „Nie będzie żadnej operacji”

    Pani doktor nie powiedziała mi diagnozy wprost. Widziałam, że nie miała odwagi. Powiedziała opisowo: na wysokości 13 cm twardy, okrężny naciek z owrzodzeniem – źródło bólu!
    Cóż mogę powiedzieć? Moje przypuszczenia okazały się trafne. Jestem zaskoczona nie tyle diagnozą, ile własnym spokojem. Powiedziała mi jeszcze, że mimo wszystko to może być naciek zapalny, a niekoniecznie nowotworowy. Ale ja wiem, że naciek nie jest zapalny. Nie mam temperatury i bóle nie są ciągłe.
    Rak.
    Jestem spokojna, a może to ból badania osłabił moje reakcje?

    Dzień był straszny: gromada obcych, bezwzględnych osób, ostatnie przygotowania do zabiegu – znowu traktowanie, jakbym nie była człowiekiem – i potem ten szok.
    Badanie ostateczne, ostatnia rektoskopia wykazała zupełnie co innego. Najpierw zdumiało mnie, że mnie nie boli. Z początku myślałam, że dali mi coś przeciwbólowego, ale wziernik wykazał gładkie pole. Owrzodzenie, które wczoraj było, zniknęło, nie ma go, została lekko zaróżowiona po świeżym zagojeniu śluzówka. Nie mam raka. Nie będzie żadnej operacji, zwężenie ustąpiło, bóle znikły, nie boli mnie nic.

    „Na to nie można powiedzieć nie”

    W czasie choroby bp Karol Wojtyła napisał list do Ojca Pio z prośbą o modlitwę:

    Wielebny Ojcze,
    proszę o modlitwę w intencji czterdziestoletniej matki czterech córek z Krakowa w Polsce (podczas ostatniej wojny przebywała pięć lat w obozie koncentracyjnym w Niemczech), obecnie ciężko chorej na raka i będącej w niebezpieczeństwie utraty życia: aby Bóg przez Wstawiennictwo Najświętszej Dziewicy okazał swoje miłosierdzie jej samej i jej rodzinie.

    Po latach, gdy Krakowski Biskup był już na Stolicy Piotrowej, dowiedziałam się od człowieka, który pierwszy listy doręczał, że Ojciec Pio powiedział tylko: „Na to nie można powiedzieć nie”.

    Nie wiedziałam nic o listach abp. Karola Wojtyły – leżałam wtedy w szpitalu, gotowa na ciężką operację, po której miałam szansę przeżyć rok lub półtora do przerzutów. Nie modliłam się o cud, ale chciałam operacji, bo chciałam żyć jak najdłużej, ponieważ miałam małe dzieci. Mój przyjaciel, Profesor N., po zbadaniu mnie powiedział: „No, jest może 5% możliwości, że to nie rak; to się okaże po zabiegu”. Ale zabiegu nie było, bo w ostatniej chwili okazało się, że naciek zniknął, więc myślałam, że to te 5%.

    Dopiero w domu dowiedziałam się o tych listach do Ojca Pio, ale prawdę mówiąc, nie byłam pewna. Nie pytałam o nic i wolałam to zamknąć. Dziś myślę, że Pan Bóg jest tak delikatny i tak subtelny w działaniu, że nie chce zmuszać człowieka do wdzięczności i do wiary w rzeczy trudne do uwierzenia.

    „Nagle zdecydowałam, że ja muszę pojechać i zobaczyć tego Ojca Pio”

    Zamknęłam ten rozdział, ale było we mnie to pytanie: „Jak to naprawdę było?”. Drążyło mnie. Któż jest ten Padre Pio? W tym czasie w Polsce nie było wiele wiadomo: jakiś tam włoski mnich, gdzieś daleko. Ale gdy w 1967 r. niespodziewanie dla mnie znalazłam się w Italii – wracając z Ameryki po udanej operacji z innego powodu – miałam okazję zwiedzać Rzym i piękną Italię. Nagle zdecydowałam, że ja muszę pojechać i zobaczyć tego Ojca Pio.

    Pojechałam do San Giovanni Rotondo w maju 1967 r. pociągiem. Zajechałam wieczorem i już pod kościołem zobaczyłam tłumy ludzi. Jak tu się dostać do środka, żeby go widzieć? Chodziłam po placu i myślałam, jak to zrobić. Wyszedł jakiś braciszek, więc podeszłam do niego i mówię, że ja jestem z tak daleka, z Polski, i że po raz pierwszy od 10 lat dostałam paszport, i że pewnie nigdy więcej nie będę miała okazji być.
    – Co zrobić, żeby zobaczyć z bliska Ojca Pio?
    Popatrzył na mnie i zapytał:
    – Z Polski?
    – Tak, z Krakowa!
    Zastanowił się, a potem powiedział:
    – Niech pani przyjdzie o piątej rano do tej furtki.

    Przyszłam o piątej rano. Pod bramą kościoła tłum, ale braciszek był i wprowadził mnie od tyłu, wprost do prezbiterium. Byłam blisko ołtarza. Ojciec Pio odprawiał Mszę św. siedząc, gdyż chodził z trudem. Na rękach miał rękawiczki, które zdjął podczas podniesienia. Na bandażach, które miał, widać było rdzawe plamy – byłam tak blisko, że mogłam to widzieć. Ale nawet nie to mną wstrząsnęło, ile to, jak ten stary mnich odprawiał Mszę św. Właściwie pierwszy raz w życiu widziałam, że jest to ofiara krwi! Zawsze o Mszy św. mówi się: „bezkrwawa ofiara”, ale tu była męka: na czole miał pot, cierpiał – ten człowiek cierpiał. Z racji zawodu jestem dość obeznana z objawami bólu. Ojciec Pio był blady, a na czole miał krople potu. Drżące ręce i to skupione spojrzenie skierowane nie do ludzi, ale do Hostii trzymanej w ręku.

    Takiego skupienia i takiej koncentracji w spojrzeniu nie widziałam u nikogo, choć nieraz miałam okazję obserwować kapłanów sprawujących Najświętszą Ofiarę. To było inaczej – ten człowiek cierpiał fizycznie! Trwało to długo, choć nie dłużyło się… Ludzie milczeli, a kościół pełen ludzi jakby zastygł, zarażony tym skupieniem tego dziwnego człowieka.

    ojciec Pio Msza święta
    FOT. MANFREDONIA/WIKIPEDIA

    „Tego spojrzenia nie da się opisać”

    A po Mszy św. Ojciec Pio przechodził koło mnie do zakrystii. Zatrzymał się przez chwilę, wodził oczami po obecnych, a potem skierował się wprost do mnie. Podszedł, uśmiechnął się, pogłaskał mnie po głowie i powiedział: – Allora, va bene? (A więc w porządku?) – i popatrzył mi w oczy.

    To spojrzenie mam w sobie – i tego spojrzenia nie da się opisać. A ja nagle
    wiedziałam, że On mnie rozpoznał i że to właśnie on przyczynił się do tych pięciu procent tam, wtedy – na oddziale onkologii! Spojrzenie i uśmiech jakby trochę figlarny…

    Czułam i czuję do dziś dotyk tej dłoni na mojej głowie. Zrozumiałam i rozumiem do dziś to spojrzenie przenikające do głębi serca – i noszę je w sobie. Myślę, że każdy człowiek, na którego spojrzał ten człowiek, nie może tego spojrzenia zapomnieć – zresztą dziś rozmawiam z ludźmi, którzy się czują jego dziećmi: wszyscy znają to spojrzenie, choć mało kto umie je opisać.

    Ja nie potrafię – nie znajduję adekwatnych słów – bo to wydaje się takie proste: no, spojrzał. Ale ja wiedziałam przez to spojrzenie, że on mnie zna. Patrzył jak… jak na swoje – jakby to wyrazić, trudno powiedzieć – swoje dziecko… Ale ja odebrałam poczucie przynależności – więzi niezwykłej. W jakimś sensie poczułam, że on jest mój – kto mój? W jakimś znaczeniu odebrałam świadomość więzi – takiej, której opisać się nie da.

    Czasem mówię, trochę żartując: „Mój prywatny Święty” – ale to właściwie nie jest żart, to „Mój” odebrałam właśnie wtedy. Wtedy Padre Pio wszedł w moje życie w sposób przeze mnie uświadomiony. Serdeczny dotyk jego ręki, czuły gest: pogłaskanie po głowie to niby nic takiego, a ileż ma treści.

    „On posyła mnie, a ja jego”

    Na jesieni 1967 r. byłam w miasteczku K., wezwana do sądu jako biegły. Wygłosiłam swoją opinię, skończyłam pracę w sądzie i do pociągu zostało mi parę godzin. Poszłam do parku. Był piękny, słoneczny dzień, a ja miałam książkę, więc zaczęłam czytać. Po chwili jakaś kobieta nieśmiało podeszła do mnie, pytając:
    – Przepraszam, czy pani jest doktor Półtawska?
    – Tak – powiedziałam.
    – Ach, bardzo panią proszę, moja siostra jest chora i ona tak bardzo pragnie panią doktor zobaczyć i poradzić się.

    Zapytałam, gdzie to jest. Niedaleko. Poszłam, gdyż nic nie stało na przeszkodzie – miałam czas. Weszłam do ciemnej izby – a może nie była tak ciemna, ale ja wchodziłam ze słońca. Kobieta powiedziała do siostry, która leżała w łóżku:
    – Kochana, przyprowadziłam ci panią doktor.
    – Tak wiem – mówi tamta – Ojciec Pio powiedział mi, że pani przyjdzie.
    – Ojciec Pio?
    No właśnie, nie wiem, jak jej to powiedział, ale prawdą jest, że przyszłam. Kobietę skierowałam do krakowskiej kliniki, gdyż wymagała natychmiast operacji na neurochirurgii. Niby nic, a jednak myślałam: „No, mój prywatny Święty mnie «posyła»”. On mnie, a ja jego.

    Wanda Półtawska Ojciec Pio
    WANDA PÓŁTAWSKA W SAN GIOVANNI ROTONDO W REFEKTARZU PRZY MIEJSCU O PIO 2010/EDYCJA ŚWIĘTEGO PAWŁA FOT. KS. TOMASZ LUBAŚ

    „Tym razem chcę cudu”

    Miałam wypadek samochodowy. Jechałam do małej miejscowości, gdzie miałam wygłosić referat w kościele, a po drodze jest taka góra przed miasteczkiem. Jedziemy tam, śnieg sypie, mróz ściska, ślisko na szosie i nagle z przeciwka jedzie ciężarówka, na dole, przed nami, pług. Widzę, że kierowca usiłuje hamować, ale nie ma żadnego hamowania – i nagle zderzenie. Siedziałam koło kierowcy i siła uderzenia wyrzuciła mnie do przodu. Wybiłam głową szybę i całe czoło mam w odłamkach szkła. Zawieźli mnie do najbliższego szpitala. Chirurg powyjmował mi szkło, ale był młody i niedoświadczony i nie zauważył nic więcej. Zresztą ja się śmiałam, że nic mi się nie stało.

    Pojechałam do tej wsi, wygłosiłam kazanie. Ksiądz powiedział, że miałam wypadek, ale – Bogu dzięki – nic groźnego. I odjechałam do Krakowa. Dopiero w nocy ujawniło się, co się naprawdę stało: do rana narósł mi olbrzymi, biały obrzęk oczu i twarzy. Wezwany chirurg nie miał wątpliwości: pęknięta opona i obrzęk z płynu mózgowo-rdzeniowego. Unieruchomić i operować!

    Dzwonię do znajomego neurochirurga i pytam, co myśli. Operować? Nie trzeba, ale parę tygodni należy płasko leżeć. Może samo się zamknie. Parę tygodni płasko leżeć? A ja miałam program napięty różnymi zajęciami, a oprócz tych zajęć mam jechać do Rzymu – i chcę tam jechać. Nie mogę leżeć tygodniami. Leżę tylko trzy dni – tyle mogę – ale obrzęk nie schodzi. Nie bardzo mogę czytać, bo powieki też mam obrzęknięte. Leżę sama, więc udaje mi się na razie to ukryć. Ale wieczorem mówię do Ojca Pio: „Nie, tym razem chcę cudu, bo muszę jechać”.

    Biorę obrazek, który przywiozłam sobie z San Giovanni Rotondo – taki z kawałeczkiem relikwii i z modlitwą o beatyfikację Ojca Pio – i przykładam ten obrazek do opuchniętej twarzy.

    Zasypiam. Zasnęłam bardzo szybko.
    Rano obudziłam się bez śladu obrzęku!
    Pojechałam do Rzymu i zrealizowałam cały program.
    Sama byłam zaskoczona, bo chociaż tak powiedziałam, że „teraz naprawdę potrzebuję cudu”, to przecież nie byłam pewna, czy to jest możliwe. Nie wszystkie moje prośby Ojciec Pio spełnia. Są takie, których nie wysłuchuje, a wtedy myślę: „No cóż, on jest tylko pośrednikiem. Widocznie plan Boga jest inny”. A jakże często różne sprawy, które mu zawierzam, spełnia. Teraz już nie mogę ukryć moich kontaktów z Ojcem Pio.

    To on ułatwia mi wszystkie podróże

    Wiem, że Ojciec Pio się mną opiekuje i załatwia mi wszystko z takich rzeczy zwykłych, powiedziałabym nawet materialnych. Nikt by nie uwierzył, gdybym powiedziała, że wiem, że ten święty człowiek po śmierci mi pomaga. Ułatwia mi wszystkie podróże, ale na moje „bóle serca” i prośbę o uzdrowienie nie reaguje, jakby to był „nie ten teren”.

    Praktycznie w podróżach załatwia mi wszystko. Przecież ja jeżdżę zupełnie w cudowny sposób. To nie są żadne przygody, to jest wyraźne działanie życzliwej ręki, która ułatwia mi i organizuje wszystko po kolei, czasem aż drobiazgowo. W ogóle jak ja żyję, to moje życie niepodobne do nikogo, pasmo cudowności, „nadzwyczajności zwyczajnych”. Nikomu tego nie opowiadam, bo jak to opowiedzieć? Ot, chociażby to teraz – wyjść po godzinach błądzenia po lesie, bez zegarka, bez umawiania się i wyjść z lasu na szosę w tym jedynym momencie, gdy zjawia się samochód jadący właśnie do Krakowa! Przypadek? No, tak, tak – przypadek, ale ja wiem, skąd się biorą takie właśnie przypadki!

    Wanda Półtawska ojciec Pio
    FOT. ARCHIWUM WANDY PÓŁTAWSKIEJ/EDYCJA ŚWIĘTEGO PAWŁA

    „Nie uwierzyłabym sama, gdybym nie widziała na własne oczy”

    Pojechaliśmy na wycieczkę. Nasz przyjaciel ma tylko parę dni wolnych, a tu deszcz leje. Myślę, że to niesprawiedliwe, bo ten człowiek tak bardzo pracuje i potrzebny mu odpoczynek. Jak tu chodzić po lesie w taki deszcz?
    Co będzie?
    I mówię tym razem głośno:
    – No to ja muszę poprosić Ojca Pio. Niech coś zrobi.
    Zaczynamy w plenerze Mszę św. i nagle… nie uwierzyłabym sama, gdybym nie widziała na własne oczy. Bo to nie to, że chmury przeszły albo że zawiał wiatr i chmury się rozstąpiły, ale było tak, jakby kto nożem przejechał przez te zbite chmury i rozsunął na boki! I nagle, słoneczne niebo nad nami! Po obu stronach ciężkie chmury, a nad nami słońce – przez cały czas wycieczki!

    Nagle… deszcz ustaje

    Ostatnie Boże Ciało ks. kard. Karola Wojtyły w Polsce. Deszcz leje od trzech dni. Jak to będzie z procesją? W przeddzień, w środę wieczorem, martwimy się, bo wciąż leje, ale ja mówię: „Ano zatrudnię mojego Świętego”. Zobaczymy.

    Czwartek ipsa die (tegoż dnia) – leje od rana. Pada, gdy ludzie ustawiają się na Wawelu. Msza św. ma być na zewnątrz, a tu pada. Wychodzi Msza św., deszcz ustaje – przez całą procesję nie pada ani jedna kropla!

    Ksiądz Kardynał niesie monstrancję – skupiony. Mówi kazanie – tłum ludzi uczestniczy. Przez całą procesję nie spadła ani jedna kropla deszczu, ale zaledwie celebrans wszedł do katedry, lunęło! Zmokli wszyscy – ale po procesji, nie podczas.
    Cud? Oczywiście, zjawisko naturalne – ale ja wiem, że to nie tak. Że mój prywatny Święty podtrzymał niebo i zasłonił Hostię niesioną na ulice.

    „Gdyby przy tym był obecny Ojciec Pio, to ta dyskusja by mu się nie podobała”

    Miałam okazję stwierdzić, że istotnie zdarza się to, o czym tak wiele osób opowiada, iż Ojciec Pio przychodzi i daje znak swojej obecności. Byłam gościem w domu pewnego kapłana, który od lat był zaprzyjaźniony z Ojcem Pio i miał po nim różne pamiątki, właściwie relikwie, np. rękawiczki, którymi zasłaniał dłonie, różańce i inne drobne przedmioty. Pokazał nam je, po czym ułożył na środku stołu, dokoła którego siedziało kilka osób.

    W pewnej chwili rozmowa zamieniła się w krytykę Kościoła i hierarchii. Wówczas zauważyłam, że gdyby przy tym był obecny Ojciec Pio, to ta dyskusja by mu się nie podobała – i w momencie, w którym to powiedziałam, z tych nagromadzonych przedmiotów buchnął tak skoncentrowany zapach kwiatów, jakby ktoś rozbił flakon perfum. Wszyscy umilkli natychmiast, a ja powiedziałam tylko – „no właśnie”.

    Stacja 7/fragmenty książki „O więcej niż życie. Biografia w zarysie” Wandy Półtawskiej

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czytam „Beskidzkie rekolekcje”

    Czytam „Beskidzkie rekolekcje”

    Uroczystości pogrzebowe Wandy Półtawskiej odbyły się 31 października

    fot. Łukasz Gągulski/PAP/Gość Niedzielny

    ***

    Mówią, że jestem twarda. Ale to ta mowa jest twarda – podkreślała Wanda Półtawska.

    Ze wszystkich spotkań z prof. Wandą Półtawską najbardziej utkwiło mi w pamięci to, które odbyło się w Sekretariacie Episkopatu w Warszawie z okazji jej 90. urodzin. Gdy dziennikarze odśpiewali jej „Sto lat”, odpowiedziała z uśmiechem: „Kiedy papieżowi śpiewali sto lat, to mówił: – Widzę, że wy chcecie wyznaczać Panu Bogu granice!”. Granic nie udało się wyznaczyć – Półtawska przeżyła 102 lata!

    To spotkanie miało być połączone z promocją jej książki pt. „Jeden pokój”, a przerodziło się w… długie „kazanie” autorki. O tym, że życie ludzkie od poczęcia jest święte, że człowiek jest stworzony dla nieba, że Boża ekonomia jest zupełnie inna niż ludzka, a jeśli „ktoś wybiera tę ludzką, to ginie”. Na koniec pani profesor oznajmiła: „Mówią, że jestem twarda. Ale to ta mowa jest twarda. Dlatego, jeśli ktoś podchodzi do mnie i mówi, że przesadzam, bo to zbyt trudne, to mówię: idź, uklęknij, może Pan Bóg zmiękczy ci przykazania! Dekalog jest drogowskazem, żebyś nie zabłądził do piekła. Dlatego przykazań nie da się zmiękczyć”. Półtawska była pewna tego, co mówi. W każdym niemal zdaniu odwoływała się do słów i nauczania św. Jana Pawła II. Podkreślała, że to on wskazywał, iż miłość między ludźmi powinna być altruistyczna, całkiem bezinteresowna, sprawiedliwa i wymagająca. „Więc nie nazywaj miłością byle czego” – podkreślała.

    Takich mów wygłosiła tysiące w swoim długim życiu. Ludzie pod jej wpływem się nawracali. Podczas kręcenia filmu dokumentalnego w domu Wandy i Andrzeja Półtawskich (pt. „Jeden pokój”) przemianie uległo życie ekipy filmowej. Operator wziął ślub kościelny i ochrzcił dzieci. Także reżyser filmu diametralnie zmienił swe życie. W domu Półtawskich odnalazł Prawdę: „To jest tak jak alpinista, który wspina się po siedmiotysięcznikach. Można chodzić po Beskidach, można chodzić po wyższych górach, ale Pani Wanda Półtawska i Pan Profesor to są po prostu te »najwyższe góry«, dzięki którym można się stale samemu sprawdzać, dzień w dzień pokonywać samego siebie”.

    Kiedy dowiedziałam się o śmierci Wandy Półtawskiej, sięgnęłam po książkę jej autorstwa. Otworzyłam „Beskidzkie rekolekcje” – na chybił trafił – i przeczytałam: „Dzień bez Mszy św. wydaje mi się pusty i przegrany – już nie umiem żyć bez tej siły, jaką daje Eucharystia”. 

    Milena Kindziuk/Gość NIedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    GODZ. 18.00 – GODZINNA ADORACJA Z NABOŻEŃSTWEM RÓŻAŃCOWYM

    W TYM CZASIE JEST RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-747x1024.png

    W czasie adoracji Najświętszego Sakramentu w kaplicy u sióstr Benedyktynek w Largs będą relikwie błogosławionego Carla Acutisa, który szczególnie kochał i uwielbiał Pana Jezusa obecnego w Najświętszej Hostii

    Sanktuarium bł. Carla Acutisa w Brick Township w New Jersey

    Obraz bł. Carla Acutisa, na którym widać jego bliską więź z Jezusem Miłosiernym i Matką Bożą Fatimską.

    John Touhey/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Carlo Acutis udziela nam 3 rad, abyśmy lepiej przeżywali własną wiarę

    Carlo Acutis

    źródło: carloacutis.com

    ***

     Jeśli będziemy żyć według tych trzech punktów, osiągniemy w naszym życiu wspaniały cel: odnajdziemy Jezusa Chrystusa, wyjdziemy na spotkanie bliźniego i będziemy sobą – bez filtrów i łańcuchów zniewolenia. Będziemy dążyć do świętości, aby żyć w niebie.

    Wprzykładzie biografii świętych odnajdujemy swoisty przewodnik po życiu, gdyż wszyscy jesteśmy powołani do świętości. Błogosławiony Carlo Acutis był jednym z patronów ŚDM w Lizbonie, które właśnie się zakończyły i jest bardzo bliski naszym czasom. Powszechnie znany jest z przekazywania radości Ewangelii za pośrednictwem mediów elektronicznych.

    Jednak za tą cnotą stoją inne, bardzo ważne, ponieważ Carlo i jego świadectwo świętości inspirują dziś wielu cyfrowych ewangelizatorów do bycia Cyberapostołami Boga, poruszającymi się po „Cyfrowym kontynencie”, jak określił to papież Benedykt XVI.

    Oto niektóre z tych cnót, które mogą służyć za wzór do naśladowania – przytoczone przykłady opierają się na książce „Carlo Acutis, informatyczny geniusz w niebie” autorstwa postulatora sprawy beatyfikacji i kanonizacji Carla, Włocha Nicoli Gori. Cnoty te są godne naśladowania – koncentrują się na Chrystusie, podążają za przykładem Maryi i mogą wprowadzić nas na naszą drogę wiary.

    1„EUCHARYSTIA JEST MOJĄ AUTOSTRADĄ DO NIEBA”

    Dla Carla zjednoczenie z Jezusem było centralnym punktem jego życia, ponieważ zawsze wyróżniał się wielką miłością do Eucharystii. Jak twierdzi postulator: „Nie można zrozumieć Carla bez uwzględnienia jego duchowości czysto eucharystycznej. Przez komunię z Ciałem i Krwią Chrystusa prawdziwie odnalazł drogę do nieba, gdzie czekał na niego Pan, aby żyć z nim na wieki”.

    To pozwala nam zrozumieć, że tylko dzięki Chrystusowi każdy młody człowiek znajdzie centralny punkt swojej drogi do świętości. Eucharystia bowiem jest duszą, która ożywia, sercem, które bije i motorem życia każdego chrześcijanina.

    2„ZJEDNOCZENIE Z JEZUSEM JEST MOIM PLANEM NA ŻYCIE”

    Jezus Chrystus konfrontuje się z życiem każdego człowieka, każąc nam słuchać Jego słowa – a Carlo rozumiał to bardzo dobrze. Z tego powodu dużą część swojego czasu poświęcił odwiedzaniu i promowaniu za pośrednictwem strony internetowej cudów eucharystycznych. To uczyniło go wielkim cyfrowym ewangelizatorem.

    Z tego powodu uważany jest za patrona Internetu. Carlo rozumiał, że zjednoczenie z Jezusem nie oznacza jedynie modlitwy za potrzebujących; żył swym katolicyzmem, gdyż wiedział, że modlitwa stanowi motor wszelkich dobroczynnych działań podejmowanych w imię Chrystusa, sprawia, że  nie są one zwykłym altruizmem, że  przekraczają granice samego człowieka – Carlo odkrył, że biedni i potrzebujący to także sam Jezus.

    3„WSZYSCY RODZĄ SIĘ JAKO ORYGINAŁY, JEDNAK WIELU UMIERA JAKO KSEROKOPIE”

    Nasz młody Carlo miał wyjątkową osobowość. Był niezwykłym chłopcem i nigdy nie wstydził się swojej osobowości, wiary i przekonań. Jego osobowość była tak przemożna, że ​​jego własna matka, nie będąc tak blisko Boga, musiała się szczególnie przygotowywać, aby móc z nim dialogować.

    Możemy znaleźć wiele świadectw osób, które poznawszy Carla zmieniały się, stawały się szczęśliwsze. Te historie uczą nas, że będąc tym, kim jesteśmy, a nie udając, że jesteśmy inni, możemy przyjść do Chrystusa i dzielić się Nim z innymi.

    Wzór do naśladowania dla współczesnej młodzieży

    Świętość nie pojawia się, jest nabywana, ale musimy robić swoje i zwracać uwagę na to, aby każdy znalazł sposób na rozpoczęcie własnej drogi świętości, naśladując cnoty, ale nie starając się być kopią znanych nam świętych. Są to cenne wzorce, ale my jesteśmy powołani do bycia świętymi poprzez bycie tym, kim jesteśmy i odkrywanie powołania, jakie ma każdy z nas.

    Podobnie jak oni, wszyscy możemy podążać drogą poszukiwania świętości, naśladując te trzy punkty życia Carla:

    • umiłowanie Chrystusa
    • umiłowanie bliźnich
    • autentyczność

    Jeśli będziemy żyć według tych trzech punktów, osiągniemy w naszym życiu wspaniały cel: odnajdziemy Jezusa Chrystusa, wyjdziemy na spotkanie bliźniego i będziemy sobą – bez filtrów i łańcuchów zniewolenia. Będziemy dążyć do świętości, aby żyć w niebie.

    Czeka nas długa droga!

    Mia Schroeder Mia Schroeder/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Co bł. Carlo Acutis miał na myśli, mówiąc o „autostradzie do nieba”?

    CARLO ACUTIS

    www.carloacutis.com

    ***

    Według rodziców młodego błogosławionego to „jego najcenniejsze dziedzictwo”.

    Wksiążce Originali o fotocopie (Oryginały czy kserokopie, wyd. Studio Domenicano) o. Giorgio Maria Carbone OP wyjaśnia znaczenie tego rewolucyjnego zdania wypowiedzianego przez młodziutkiego błogosławionego, zmarłego w 2006 r. w wieku zaledwie 15 lat.

     „Wierz i jedz”

    „Autostrada do nieba” to, zdaniem dominikanina, znakomita metafora, która świadczy o tym, że Carlo Acutis zrozumiał, co stanowi istotę naszej wiary. I że potrafił to wyrazić w obrazach przemawiających do wszystkich.

    Eucharystia jest bowiem źródłem i szczytem chrześcijańskiego życia. Podobnie jak zjednoczenie w łasce, zjednoczenie poprzez Eucharystię jest „początkiem życia wiecznego. […] Miłości spieszno jest zawrzeć związek, który nie będzie miał końca”.

    Eucharystia jest zatem ową „autostradą”, która otwiera na oścież drzwi do Boga. W niej Jezus Chrystus staje się chlebem, staje się winem i mówi: „Ja jestem pokarmem dla dusz: wierz i jedz, ponieważ nie przemienisz Mnie w siebie tak, jak to czynisz z pokarmem dla ciała, lecz ty zostaniesz przemieniony we Mnie”.

    Autostrada do nieba

    Żeby wyjaśnić to jeszcze lepiej, o. Carbone porównuje Eucharystię do naszego codziennego pokarmu.

    W procesie wchłaniania pokarmów my – jako istoty wyższego rzędu do roślin i zwierząt – wchłaniamy to, co zjadamy: makarony, warzywa, mięsa, ryby itd. Rozdrobniony pokarm zostaje w części przekształcony i zasymilowany przez nasze ciało.

    Podobnie, kiedy przystępujemy do Komunii, obecny w hostii Jezus Chrystus jako istota wyższego rzędu, Pan wszystkich istot żywych, wchłania nas w Siebie, sprawia, że stajemy się częścią Jego ciała, Jego krwi.

    Właśnie dlatego Eucharystia, tak samo jak szeroka i wygodna autostrada, pozwala każdemu z nas łatwiej i szybciej dotrzeć do celu – do raju.

    Jak we Władcy pierścieni

    Metaforę Carla Acutisa „autostrada – Eucharystia” można zestawić z obrazem użytym przez Tolkiena we Władcy pierścieni dla pokreślenia doniosłości chleba eucharystycznego:

    „Lembasy nie zaspokajały jednak apetytu, toteż Sam nieraz wspominał tęsknie różne potrawy i marzył o zwykłym chlebie i mięsie. Mimo to chleb elfów miał potężne działanie, tym potężniejsze, że wędrowcy posilali się nim teraz wyłącznie, obywając się bez innego jadła. Żywił ich, dawał siłę do przetrwania, krzepił do wysiłku, na jaki żadna śmiertelna istota nie zdobyłaby się bez takiej pomocy” (J.R.R. Tolkien, Powrót króla, Warszawa 1990, przeł. M. Skibniewska.)

    Gelsomino del Guercio/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zapiski Carla Acutisa: „Tak się słucha głosu Boga”

    CARLO ACUTIS

    carloacutis.com

    ***

    Bóg zawsze chce mieć z nami kontakt. Jeśli to zaproszenie do rozmowy z Nim jest prawdziwe, czemu mielibyśmy go nie przyjąć? Odpowiedzmy na nie. Jak? Na wszelkie sposoby. Kiedy? Zawsze. Gdzie? Wszędzie. Na jak długo? Na zawsze” – pisał 15-letni błogosławiony.

    „Modlić się? Łatwo powiedzieć. Jeśli chce się modlić owocnie, potrzeba wielkiej energii, ufności, miłości, wytrwałości, gorliwości, cierpienia. Co prawda można to robić spontanicznie, instynktownie, emocjonalnie, ale to się może nie udać. Możemy nic nie wskórać”.

    Powyższe słowa pochodzą z nieznanych dotąd zapisków Carla Acutisa, opublikowanych w książce Luigiego Francesco Ruffato „Carlo Acutis – Adolescente innamorato di Dio” („Carlo Acutis – nastolatek zakochany w Bogu”).

    Carlo Acutis: jak się modlić?

    Zapiski, przekazane autorowi przez matkę Carla, ukazują teologiczny rys przyszłego błogosławionego (uroczystość wyniesienia na ołtarze odbędzie się 10 października w bazylice św. Franciszka w Asyżu). Jego przemyślenia są zdumiewająco dojrzałe jak na 15-latka, a na pierwszy plan wysuwa się szczególna bliskość z Bogiem.

    „Kiedy mamy rozmawiać z kimś ważnym, staramy się wyglądać jak najlepiej. Skoro tak, czy nie powinniśmy starać się tak samo, kiedy chcemy nawiązać kontakt z Bogiem? Naturalnie zasady są inne, ale sposób podejścia może być podobny. A zatem zwrócić się. Ale jak? O kim myśleć? O Bycie. Mały byt zwraca się do Bytu. Skończony do Nieskończonego. Chwila do Wieczności. Ignorant do Wszechwiedzącego”.

    Bóg i cisza

    Ta myśl „sprawia, że serce bije mi mocniej” – pisze Carlo. „Słyszę, że Bóg chce, byśmy go nazywali Ojcem. Wymyślił człowieka, chciał go, stworzył go, podniósł do godności swojego dziecka. Pomieszanie uczuć, słów, paplanina, zająknięcia. A potem… ? A potem zwracamy się do Niego”.

    Najlepszym sposobem zwrócenia się do Boga jest w takim razie „cisza”. „Cisza wieczności. Cisza oczekiwania. Cisza miłości” – pisze Carlo. – „Modlitwa to coś wspaniałego. Przyjmuję z ust Pana słowo pocieszenia. Słowo pocieszenia, słowo, które pociesza. Słowo, które umacnia, słowo, które dodaje sił, słowo, które oświeca, słowo, które ogrzewa, słowo, które leczy, słowo, które wskrzesza”.

    Wielka łaska

    Bóg, kończy Carlo, „jest prawdą, a prawda nie potrzebuje słów, mówi sama za siebie. Sama wyraża wszelką prawdę. Głos człowieka jest chropawy, apodyktyczny, arogancki, pyszny, niecierpliwy, nieustępliwy i gwałtowny. Przyzwyczaić się do głosu Boga to wielka łaska. To znaczy słuchać Prawdy”.

    „Wtedy inteligencja, której przedmiotem jest prawda, odnajduje się tam, gdzie powinna, wreszcie współbrzmi z Niebem. Ante tempus zamieszkuje w Wieczności. Karmiąc się prawdą, inteligencja sięga szczytu; osiągając swój cel, jest zdolna przyjąć Nieskończoność. Prawda staje się jej pokarmem, jej napojem”.

    Słuchać Słowa Bożego

    W innym miejscu Carlo wraca do Słowa Bożego, „Słowa życia wiecznego”.

    „Trzeba zrozumieć – pisze chłopak – że Bóg zawsze komunikuje się z nami i zawsze chce mieć z nami kontakt. Jeśli to zaproszenie do rozmowy z Nim jest prawdziwe, czemu mielibyśmy go nie przyjąć? Odpowiedzmy na nie. Jak? Na wszelkie sposoby. Kiedy? Zawsze. Gdzie? Wszędzie. Na jak długo? Na zawsze.

    Kontakt można nawiązać łatwo, prawie instynktownie. Wystarczy nadstawić ucha, czyli ducha, a potem słuchać i mówić we właściwym momencie i nie przerywać, pozwalać mówić, prowadzić dialog, rozmawiać, być obecnym, być gotowym”.

    Jezus mnie zaprasza

    Poza Bogiem, zauważa młody błogosławiony, „jest zgiełk, zamieszanie, kłótnie, wojny. Z Bogiem wszystko jest ładem, wszystko jest uporządkowane. Bóg jest Byciem, a przez to – życiem. Nie – istnieniem, ponieważ ono jest czymś czasowym, ograniczonym, lecz życiem, które jest byciem w wieczności.

    Czym są sprawy cielesne, jeśli nie złudzeniami? I cóż pomogą wszelkie stworzenia, jeśli zostaniesz opuszczony przez Stwórcę? Jezus zaprasza mnie, bym porzucił wszystko i poszedł za nim. Jezus Chrystus mówi w nas. Powinniśmy go słuchać i naśladować we wszystkim”.

    Inne głosy, podsumowuje Carlo, „naprawdę są niczym, ich istnienie jest daremne. Drgnienia powietrza, przynaglenia do niczego, przynaglenia z niczego. Świadomość obudzona przez głos Boga jest niezwykle przejęta, ponieważ rozumie, że jest w prawdzie i że dobrze jest słuchać tego głosu i iść za nim. Iść za tym głosem znaczy nakierować istnienie ku życiu wiecznemu”.

    Gelsomino del Guercio/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Codziennie dostajemy informacje o cudach” – mówi mama Carlo Acutisa

    matka Carlo Acutisa Antonia Salzano Acutis

    Antonia Salzano Acutis i jej syn Carlo

    fot. arch. prywatne Antonii Salzano Acutis

    ***

    e Antonia Salzano złożyła w rozmowie z Aleteią świadectwo “nadzwyczajnego zwyczajnego życia” swojego syna Carlo, który szczególną miłością darzył Jezusa Eucharystycznego. Młody Włoch, beatyfikowany przed 2 laty, wskazuje nam może nie tak trudną drogę do Boga.

    Wszystkiego nauczył mnie mój syn

    Aleteia: Antonio, jest pani matką błogosławionego. Proszę przed nami odkryć swoją tajemnicę. Co pani takiego zrobiła, żeby wychować świętego?

    Antonia Salzano: Osobiście nic nie zrobiłam. Dałam tylko mojemu synowi podstawy, które wszyscy rodzice powinni dać swoim dzieciom. Carlo chodził do żłobka i przedszkola, gdzie otrzymał religijne wychowanie. Poprosiłam o chrzest dla niego, ale ja sama wychowywałam się w rodzinie bez fundamentów religijnych. Mój ojciec był wydawcą, ciągle przebywał w otoczeniu pisarzy, i w tym środowisku nikt nigdy nie mówił o wierze. Moją pierwszą mszą była msza pierwszokomunijna, drugą – msza z okazji bierzmowania, a trzecią – moja msza ślubna.

    Podkreślam jeszcze raz, że wszystkiego nauczył mnie mój syn, Carlo. Już jako dziecko odznaczał się wielką pobożnością: jako trzylatek przechodząc koło kościoła zawsze chciał wejść do środka, żeby pozdrowić Jezusa w tabernakulum i przynieść kwiaty MadonnieW wieku czterech i pół roku czytał Biblię, żywoty świętych i odmawiał różaniec. O ile w przypadku św. Teresy z Lisieux wychowawcami w wierze byli rodzice, o tyle w przypadku Karola role się odwróciły. To on mnie ratował, on mnie wychowywał w wierze.

    Co wyróżniało Carlo spośród innych chłopców w jego wieku?

    Jak powiedział Jan Paweł II: jeśli otworzymy drzwi Chrystusowi, nasze życie się zmienia. Każde zwyczajne życie staje się nadzwyczajne, jeśli przeżywać je w Chrystusie, dla Chrystusa i z Chrystusem. Tak postąpił Carlo. Tak postępował we wszystkich sprawach, od najmniejszych do największych, takich jak pomoc w domu, pomoc dzieciom, które były ofiarami molestowania, osobom z trudnościami, z niepełnosprawnością, bezdomnym, którym przynosił żywność i koce.

    Później zaangażował się głównie w apostolat. W wieku dziewięciu lat czytał podręczniki informatyczne, które kupował na politechnice w Mediolanie. Uczył się kodu do tworzenia programów, a później stron internetowych dla parafii, jezuitów, Watykanu. Nie robił tego dla własnej chwały, ale na chwałę Nieba. Spędzał nad tym długie godziny. Latem, zamiast korzystać z wakacji, ślęczał przed komputerem do trzeciej nad ranem. Chciał głosić Dobrą Nowinę, Ewangelię. Swoimi niezwykłymi umiejętnościami służył głoszeniu Chrystusa i pomagał innym w zbliżeniu się do Boga.

    Zarażać Chrystusem

    Carlo organizował również wystawy na tematy związane z wiarą chrześcijańską, na przykład wystawę o cudach eucharystycznych, która odniosła wielki sukces. Jak narodził się pomysł tego projektu i jakie są jego owoce?

    Wystawa o cudach eucharystycznych właśnie objeżdża świat, odwiedzając wszystkie kontynenty. W Stanach Zjednoczonych była prezentowana w ponad 10 tys. parafii. Później trafiła do Singapuru, Chin, Japonii, Afryki, Indii… To prawdziwie międzynarodowa wystawa.

    Carlo zaczął gromadzić materiały na nią w 2000 r., miał wtedy dziewięć lat. Udaliśmy się wówczas z pielgrzymką do Lanciano. Tamtejszy cud eucharystyczny wywarł na nim ogromne wrażenie. Wtedy Carlo postanowił zrobić coś, co mogłoby wstrząsnąć świadomością ludzi, wyprowadzić ich z marazmu, dać im żarliwość. Z tego względu, że zanikła już świadomość, że Chrystus jest rzeczywiście obecny w konsekrowanym chlebie i winie. Jak widać, ławki przed tabernakulum ciągle są puste.

    Wystawa nabrała kształtów i zaraz po śmierci Carlo rozpowszechniła się po całym świecie. Carlo szybko zaistniał w powszechnej świadomości jako święty, bo ludzie wiedzieli, że jego życie było spójne z tym, w co wierzył. Dlaczego święci przyciągają nas do siebie? Bo w nich jest ukryty Chrystus, oni niosą Chrystusa. Carlo zawsze powtarzał, że trzeba się zeucharystianizować„, bo wtedy zaraża się Chrystusem. „Być zawsze zjednoczonym z Jezusem, oto mój program życiowy” – mawiał.

    Nieświadome proroctwa

    W swojej książce pt. Tajemnica mojego syna Carlo Acutisa napisała pani, że intuicja kazała się pani liczyć z przedwczesnym odejściem syna. Czy Bóg przygotował panią na to doświadczenie?

    Tak, miałam to wewnętrzne przeczucie wobec relikwii welonu Matki Bożej w pięknej, francuskiej katedrze w Chartres. To miejsce jest szczególnie naznaczone głęboką duchowością, ludzie modlą się tam od wieków.

    Carlo, który był tak blisko Jezusa, nie zdawał sobie z tego sprawy, ale przepowiadał nam różne rzeczy, które później się wypełniły. Na przykład od wczesnego dzieciństwa mówił, że zawsze pozostanie młody, i że umrze na skutek pęknięcia żyłki w mózgu (i tak się stało w wyniku białaczki). Mówił również, że umrze po osiągnięciu wagi 70 kg. I tak też się stało.

    Kiedy okazało się, że ma białaczkę, pojechał do szpitala i tam powiedział mi: „Mamo, wiedz, że nie wyjdę stąd żywy, ale dam ci wiele znaków”. Był bardzo spokojny, uśmiechał się, nigdy się nie skarżył. Kiedy pytano go, czy cierpi, odpowiadał: „Są ludzie, którzy cierpią o wiele bardziej niż ja”. Dał przykład świętości w umieraniu. Zrozumiałam, że nie mogę się na to skarżyć; że taka jest najwyższa wola Boga. Jego życie było doskonałe i prawe. Czyste, pełne hojności i dobroci… Nigdy nie mieliśmy najmniejszej wątpliwości, że Carlo jest już w Niebie.

    Cuda codzienne

    Po ekshumacji pani syna okazało się, że jego ciało pozostaje nietknięte. Dziś znajduje się ono w Asyżu, w Sanktuarium Ogołocenia. Serce Carlo zaś – w relikwiarzu w bazylice św. Franciszka. Czy we Francji można czcić inne relikwie pani syna?

    Rzeczywiście, ciało Carlo odnaleziono nietknięte. Można go było ubrać. Wszystkie organy włącznie z sercem pozostały w takim stanie, w jakim były wcześniej. Serce niesiono w procesji w czasie beatyfikacji Carlo w Asyżu. Te relikwie są potrzebne, bo święci, mający wiele zasług w Niebie, mogą orędować, prosząc Boga o cuda. Nie zapominajmy ani na chwilę, że to wszystko jest dziełem Boga. Kiedy ludzie nawiązują kontakt z relikwiami, albo kiedy się je wystawia na widok publiczny czy niesie w procesji, dochodzi do uzdrowień i uwolnień. To nic nowego, wiadomo, że relikwie czynią wiele dobra.

    Już od pierwszych wieków chrześcijaństwa Kościół zawsze czcił relikwie świętych. To nie pierwszy przypadek. Kontynuujemy więc tę tradycję Kościoła. We Francji relikwie Carlo będą wystawione w Ognisku Miłosierdzia [w okręgu Drôme], gdzie pojawia się wielu młodych. Carlo przeczytał liczne książki o Marcie Robin, bardzo ją podziwiał. Wiele osób modli się w Ogniskach Miłosierdzia, wiele rodzin się tam gromadzi i pragnie głosić Ewangelię. Niewątpliwie mają one liczne zasługi, bo są to osoby, które oddały się Bogu.

    Carlo Acutis został ogłoszony błogosławionym 10 października 2020 roku. Jak pani sądzi, czy pani syn będzie niedługo kanonizowany? Co jest do tego potrzebne?

    Mamy nadzieję, że tak się stanie. Do kanonizacji potrzebny jest kolejny cud, uznany przez komisję lekarską. Jesteśmy optymistami, bo zauważamy wiele cudów, codziennie otrzymujemy wiadomości w związku z możliwymi cudami: uzdrowienia z raka, bezoperacyjne usunięcie deformacji ciała, wiadomości od osób, które wcześniej nie mogły mieć dzieci… Kościół przeanalizuje je we właściwym czasie.

    Należy tu zaznaczyć, że za każdym razem zgłasza się nie dziesięć cudów, ale jeden cud, a późniejsza jego analiza zajmuje długie miesiące. Zależnie od rodzaju cudu, wszyscy lekarze muszą być zgodni, jak w przypadku cudu, który posłużył do beatyfikacji. Później przypadek rozpatruje komisja teologiczna, a następnie komisja kardynalska. Taką drogę przemierza cud. Wreszcie, ostatnie słowo należy do papieża.

    Wielki Przyjaciel i potężne narzędzia

    Carlo Acutis był chłopakiem, który szedł pod prąd. Żyjemy w świecie, w którym trudno iść za Bogiem. Jakich rad pani syn mógłby udzielić dzisiejszym młodym ludziom?

    Niech ulegają wpływowi Boga, a nie wpływowi nihilizmu. Sprawy ziemskie przemijają i kiedyś przestaną istnieć. Pozostanie tylko to, jak bardzo kochaliśmy Boga, ponad wszystko, i naszego bliźniego, jak siebie samego.

    Jezus mówi do każdego z nas: „Idźcie na cały świat. Głoście Ewangelię”. Wzywa nas wszystkich do bycia apostołami, niezależnie od rodzaju naszego życia. A więc w pierwszej kolejności odpowiadajmy na to wezwanie i nieśmy Chrystusa.

    Mówię młodym, aby nie banalizowali swojego życia, aby zawsze żyli w łączności z Niebem. A żeby żyć w łączności, trzeba się modlić. Jeśli będziemy się modlić, Bóg nas poprowadzi, łatwiej przyjmiemy Jego inspiracje, wejdziemy na prostą drogę i będziemy nią szli.

    Carlo jest chłopakiem waszej epoki, który żył tym, czym wy żyjecie, takimi samymi niebezpieczeństwami, radościami i kłopotami. Potrafił stawić opór i wygrał walkę. Wygrywajcie waszą walkę! Wiedzcie, że Jezus jest wielkim przyjacielem, a sakramenty – potężnym narzędziem. Korzystajcie z tej dogodnej okoliczności.

    Antonio, czy na zakończenie mogłaby pani zaproponować wszystkim czytelnikom Aletei na świeciemodlitwę za wstawiennictwem pani syna, bł. Carlo Acutisa?

    Carlo mówił: „Nie ja, ale Bóg, nie moja miłość własna, ale Chwała Boża”. Panie, bądź wola Twoja. Nigdy nie zapominajmy zwracać się o pomoc do Twojej świętej Matki, niech Ona zawsze będzie dla nas ucieczką! Przede wszystkim wy, we Francji, nie zapominajcie o Maryi. Macie Lourdes, Pontmain, La Salette, le Laus. Nie zapominajcie o jej wezwaniu do codziennego odmawiania różańca. To potężne narzędzie, któremu Trójca Święta dała nadzwyczajną moc. Korzystajmy więc z niego i kierujmy się radami Nieba.

    Nie zapominajmy o codziennej adoracji eucharystycznej i Mszy świętej, a jeśli to nie jest możliwe, to starajmy się w nich uczestniczyć jak najczęściej. Właśnie o to powinniśmy prosić Boga, o możliwość uczestniczenia w nich częściej, żeby uleczyć nasze dusze i być gotowymi na pójście bezpośrednio do Nieba. O to proszę dla was, czytelnicy Aletei! Carlo… módl się za nami, i za Francję, którą tak bardzo kochałeś!

    Aline Iaschin (wywiad oryginalnie ukazał się we francuskiej edycji Aletei)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Carla Acutisa bardzo szczerze o swoim synu.

    „Był moim wybawcą”

    CARLO ACUTIS

    Vatican News

    ***

    Carlo każdego dnia żył Bożą obecnością. Udało mu się przemienić codzienną zwykłość w rzeczy nadzwyczajne, ponieważ umiał żyć ciągle w komunii z Trójcą Świętą – mówi Antonia Salzano, matka bł. Carla Acutisa, 15-letniego geniusza internetu.

    Wrozmowie z Piotrem Dziubakiem Antonia Salzano podkreślała, że jej syn „pokazał młodzieży możliwość dobrego wykorzystania internetu”.

    Piotr Dziubak: Brakuje już niewiele do tego radosnego spotkania podczas beatyfikacji z osobami, które poznały Carla.

    Antonia Salzano: Można powiedzieć, że pomimo koronawirusa już docieramy do celu. Z powodu pandemii była już raz przeniesiona data beatyfikacji, która miała się odbyć wiosną tego roku. W końcu jesteśmy już blisko tej pamiętnej daty. Beatyfikacja odbędzie się bazylice św. Franciszka w Asyżu. Biorąc pod uwagę obecną sytuację, trzeba będzie przygotować miejsca na różnych placach miasta. Bardzo wiele osób chce uczestniczyć w tym wydarzeniu. To są tysiące ludzi. Carlo jest bardzo znany także poza granicami Włoch. Bardzo wiele osób z Brazylii, ze Stanów Zjednoczonych, z Ameryki Południowej, z krajów Azji nie będzie mogło przyjechać. Także z Polski nie wszyscy będą mogli przyjechać. Biskup Asyżu zorganizuje różne wydarzenia w ciągu 17 dni, kiedy będzie wystawione ciało Carla. Młodzież będzie mogła go zobaczyć osobiście.

    W jaki sposób znaleźliście się w Asyżu? Carlo urodził się w Londynie.

    Tak, Carlo urodził się w Londynie. Proszę pamiętać, że mama mojego męża jest Polką. Pochodzi z Warszawy. W czasie II wojny światowej uciekli do Anglii i zamieszkali w Londynie. A dlaczego Asyż? To dość proste. Mieliśmy tam dom, który kupiliśmy w roku 2000. To pozwoliło kupić nam kwatery na miejskim cmentarzu w Asyżu. W bardzo ładnym miejscu, na zboczu, widać stamtąd cały kompleks franciszkański. W naszej rodzinie jest bardzo mocna pobożność do św. Franciszka. Carlo zresztą też był z nim związany. W konsekwencji zrobiliśmy taki wybór, pomimo posiadania grobów rodzinnych. Pytałam zresztą Carla: podobało by ci się to miejsce, tu, w Asyżu? Byłbym bardzo szczęśliwy! – odpowiedział. Oczywiście nikt z nas nie myślał, że to Carlo miałby jako pierwszy spocząć w tych grobach. Ale potem niestety wszystko potoczyło się tak, że to on jest pierwszy. Kiedy Carlo nagle zmarł, przypomniałam sobie o tym jego pragnieniu bycia pochowanym właśnie w Asyżu. Trochę patrzyłam na to, jak na jego testament. Asyż to miejsce, do którego co roku przybywa młodzież z całego świata. Muszę powiedzieć, że to był szczęśliwy wybór. Ludzie z całego świata będą mogli go tam czcić. Mediolan, nasze rodzinne miasto, jest bardzo rozpraszającym miejscem, jeśli chodzi o duchowość, to stolica włoskiego biznesu.

    Czy to prawda, że to właśnie Carlo, jako małe dziecko, zaprowadził panią do kościoła?

    Zawsze i wszystkim to mówię: Carlo był moim wybawcą. Wyszłam za mąż. Mój mąż pochodził z wierzącej rodziny. Jego polska rodzina w każdą niedzielę chodziła do kościoła. Ja natomiast pochodziłam z rodziny niepraktykującej. Moi rodzice zajmowali się wydawaniem książek. Nie byli wrogo nastawieni do Kościoła, ale niech pan wie, że pierwszy raz poszłam do kościoła, kiedy szłam do pierwszej Komunii. Potem byłam na mszy przy okazji bierzmowania, a następnie kiedy wychodziłam za mąż. Żyłam w ogromnej ignorancji, jeśli chodzi o wiarę. To było straszne. Wstydzę się tego, ale mówię o tym. I potem okazało się, że miałam tak pobożne dziecko…

    Pewnego dnia mały Carlo zatrzymał panią, chwycił za rękę i powiedział: „Mamo, chodź, wejdźmy do tego kościoła”?

    On zawsze chciał tam wchodzić, żeby dać całuska Jezusowi. Jak chodziliśmy na spacery do parków, to zbierał na łące małe kwiatuszki, żeby je zanieść do Matki Bożej. Ta pobożność była jego cechą charakterystyczną. Oczywiście, stawiał mi trudne pytania. Starałam się być konsekwentna w tym, co robiłam, zwłaszcza że go ochrzciłam. Chciałam zachowywać się odpowiedzialnie. Zwierzyłam się starszej ode mnie przyjaciółce, osobie zresztą bardzo wierzącej, która mi poradziła, żebym w czasie podróży związanych z pracą odwiedzała ojca Ilio, kapucyna, który w Bolonii uchodził za miejscowego Ojca Pio. Odwiedziłam tego zakonnika. Już za pierwszym razem powiedział mi, że mój syn ma specjalną misję do spełnienia dla Kościoła. Mówił mi, żebym zaczęła studiować teologię. Zaczęłam zatem tę moją drogę nawrócenia.

    Carlo zatem zajął się nawróceniem swojej mamy?

    Carlo patrzył zawsze w swoim życiu na rzeczy podstawowe. Nigdy nikogo nie krytykował. Był bardzo hojny, posłuszny. Jeśli mówiłam mu: Carlo, kupimy jedną parę butów więcej, zaraz się złościł. Mówił: musimy pamiętać o biednych! Para butów wystarczy. I tak zaraz noga mi urośnie, to je będziemy musieli zmienić. Nie marnujmy pieniędzy! Pamiętam, byliśmy raz nad morzem. Chciałam kupić krem przeciwsłoneczny. Dość drogi krem. Skrzyczał mnie: tyle pieniędzy wyrzucić na jakiś krem?! On świadczył o wszystkim swoim codziennym życiem. Nie chodził i nie gadał bez sensu, tylko działał. Świadczył o tym, w co wierzył. To był bardzo sympatyczny i pełen humoru chłopak. Miał wyostrzoną inteligencję. Pierwsze słowo powiedział, mając trzy miesiące, a jak skończył pięć miesięcy, to już mówił. W wieku 11 lat pomagał na katechezie.

    Szybko też zainteresował się komputerami i informatyką?

    W wieku sześciu lat dostał „małego chemika” z białym fartuchem z odznaką, jakie nosi się na kongresach naukowych. Chodził po całym mieszkaniu jak naukowiec. I do tego zakładał sobie okulary, żeby wyglądać bardziej naukowo. Bawił się kamerami, nagrywał wideo. Robił gazetki. Zawsze pociągały go tego typu zabawy. Nie był typem, który bawiłby się samochodzikami, żołnierzykami. Bardzo ciągnęło go do informatyki, tworzenia wideo, do montażu. To były jego ulubione zabawy. Przy komputerach okazało się, że miał wielką zdolność do programowania. I to jako samouk. Kupowaliśmy podręczniki na politechnice w Mediolanie. On je czytał, uczył się i rozumiał logarytmy. Umiał bardzo dobrze posługiwać się programami komputerowymi. Umiał robić grafikę 3D.

    Czy w jakiś sposób wspieraliście go w tym, pomagaliście mu?

    Do wszystkiego dochodził sam. Ściągał sobie podręczniki. Był samoukiem. Bardzo podobał mu się saksofon, to nauczył się na nim grać. Nie potrzebował osób, który by mu musiały wszystko wytłumaczyć. Chwytał szybko. Chyba dlatego też nazywają go geniuszem informatyki. A papież Franciszek w adhortacji „Christus vivit”, opublikowanej po Synodzie Biskupów nt. młodzieży, poświęcił mu jeden rozdział, cytując ulubione wyrażenie Carla: wszyscy rodzimy się jako jedyni w swoim rodzaju, ale większość z nas umiera jako kserokopia. Papież przedstawił Carla młodzieży całego świata jako przykład do naśladowania.

    Carlo robił nadzwyczajne rzeczy w internecie. Choćby na przykład wystawa o cudach eucharystycznych, którą opublikował w sieci. Ta wystawa cały czas krąży po całym świecie. Tylko w Stanach Zjednoczonych gościła w 10 tysiącach parafii. To zaczyna przynosić owoce. Pomaga wielu osobom. Wcześniej były daleko od wiary, od sakramentów, a zwłaszcza od Eucharystii. Ta wystawa pomogła im odnaleźć drogę do wiary. Carlo zebrał historię dotyczącą wszystkich cudów eucharystycznych na świecie. Zebrał też bardzo ładną dokumentację ikonograficzną. Poświęcił na to prawie cztery lata. Później mój znajomy ksiądz, który wykłada na jednym z uniwersytetów papieskich, zapytał mnie: możemy ją u nas pokazać? I w roku 2005, Roku Eucharystii, została tam pokazana. Odniosła wielki sukces. Z wielu miejsc świata zaczęto o nią prosić. Wiele osób się w to zaangażowało. W pewnym sensie podchwyciło misję Carla. To swego rodzaju kolejny cud. W Polsce też macie cuda eucharystyczne: w Legnicy, w Sokółce.

    Carlo pokazał młodzieży możliwość dobrego wykorzystania internetu. Niektórzy uważają go z Bożego influencera. Carlo powtarzał: „Nie ja, a Bóg! Nie miłość własna, ale Boża chwała!”. „Smutek to spojrzenie skierowane na siebie samego, radość to spojrzenie skierowane na Boga”. Dzisiejsze społeczeństwo jest trochę obłąkane. Śledzimy influencerów, żeby nam powiedzieli, jak się ubrać, co jeść, co robić. W tym naszym społeczeństwie trzeba się pokazać. Jest się zadowolonym, jeśli kciuk jest podniesiony ku górze, a smutnym, jeśli ku dołowi. Ciągle się patrzy, jaką oglądalność mają nasze strony internetowe. Carlo mówił, że „są kilometrowe kolejki na stadion albo na film do kina, albo na koncert, a przed tabernakulum jest pusto”. I jeszcze: „Nam jest dużo łatwiej niż ludziom, którzy żyli w czasach Jezusa. Nam jest dużo łatwiej Go spotkać. Czas i przestrzeń były dużo bardziej ograniczone. Nawet jeśli komuś udało podejść do miejsca, gdzie Jezus nauczał, to ze względu na tłum trudno było podejść blisko Niego. A nam wystarczy, że wejdziemy do najbliższego kościoła i mamy od razu niebiańską Jerozolimę!”. Carlo każdego dnia żył tą Bożą obecnością. Udało mu się przemienić tę codzienną zwykłość w rzeczy nadzwyczajne, ponieważ umiał żyć ciągle w komunii z Trójcą Świętą. I to uczyniło go nadzwyczajnym, przez to przyciągał do siebie wiele osób. Ludzie chyba odczuwali obecność Jezusa w nim.

    W jaki sposób pojawił się w waszym życiu św. Franciszek? Carlo bardzo konkretnie podchodził do kwestii pomocy, do bycia miłosiernym.

    Carlo był bardzo wrażliwy na warunki życia imigrantów. Mieszkając w centrum Mediolanu, widzieliśmy te sytuacje. Carlo czuł się wezwany do pomagania im. Zaprzyjaźniał się z nimi. Rozmawiał. Często część kolacji zanosił potrzebującym. Roznosił ciepłe napoje. Z własnych oszczędności kupował śpiwory dla bezdomnych. Często bezdomni nie chcą iść na nocleg do miejsc dla nich przygotowanych. Wolą zostać na ulicy. Problemem jest to, że potem nikt się nimi nie opiekuje. Mają problem, żeby zmienić ubranie, przebrać się. Ja te przyjaźnie Carla z imigrantami, z bezdomnymi, odkryłam w dzień jego pogrzebu. Było tak dużo osób, że nie wszyscy zmieścili się w kościele. Wśród obecnych zobaczyłam właśnie bardzo wielu imigrantów. Pytałam sama siebie: co to za ludzie? Skąd oni się tu wzięli? Nie tylko pomoc materialna jest ważna, ale i dobre słowo, rozmowa, zainteresowanie życiem tych osób. Jak Carlo ich pozdrawiał, to tak, jakby wysyłał strzały miłosierdzia do nich. Wiele osób było pod wrażeniem jego uśmiechu. Pewien chłopak ze Sri Lanki, który od niedawna zaczął pracować w parafii Carla, po jego śmierci napisał piękny wiersz. W taki sposób chciał go uczcić. Jak tylko go spotkałam, pytam: gdzie poznałeś Carla? Odpowiedział mi: nie miałem okazji, żeby z nim pogadać osobiście, ale sposób, w jaki on mnie zawsze pozdrawiał bardzo poruszył moje serce. To przykład na to, jak Carlo odciskał ślad w ludziach. Chociaż to trudno oddać słowami. Często zostawał po lekcjach w szkole, żeby pomagać młodszym odrabiać lekcje. To dość rzadko zdarza się u dorastających chłopaków, ale w nim ta cecha ojcowska była bardzo obecna.

    Kochał naturę. Carlo, ilekroć pojechaliśmy nad morze, wynosił z wody, z plaży wszystkie śmieci. Miał taki obywatelski zmysł bycia współodpowiedzialnym. Bardzo kochał zwierzęta. Przed śmiercią prosiłam go: daj mi znać, czy w niebie są zwierzęta. Pokaż mi się z psem z mojego dzieciństwa. I moja ciocia zobaczyła Carla we śnie, jak bawił się właśnie z moim psem z dzieciństwa. Dla mnie to znak, że zwierzęta nie kończą w nicości, jak powiedział Paweł VI. Teologia nigdy się tym tematem na poważnie jeszcze nie zajęła.

    A potem zdarzył się dzień, w którym dowiedzieliście się o tej nagłej chorobie Carla. Zmarł praktycznie w ciągu 72 godzin od rozpoznania…

    To była ostra forma białaczki szpikowej M3. To taka cicha choroba. Bo jeśli ktoś zrobi badania dzień wcześniej, nic nie zauważy. Carlo czuł się dobrze. Był naprawdę zdrowym chłopakiem. Zanim odkryliśmy chorobę, przebiegł jeszcze dwa kilometry. Lubił sport. Chodził do szkoły jezuitów. Połowa klasy była w domu ze względu na sezonową grypę. Carlo też był przeziębiony. Przyszedł lekarz do nas do domu. Wydawało się, że to jakieś banalne przeziębienie. Uderzyło mnie, że on mi wtedy powiedział: ofiaruję to cierpienie za papieża, za Kościół, żeby nie iść do czyśćca, tylko od razu do nieba. Ponieważ Carlo często robił sobie dowcipy, pomyślałam, że teraz nabija się ze mnie. Ten stan przeziębieniowy nie zmieniał się. Carlo nie mógł się też ruszać. W moczu pokazała się krew. Poprosiłam o pomoc jego pediatrę. Lekarz polecił zabrać Carla do kliniki, w której pracował. Oni specjalizowali się tam w schorzeniach krwi. Od razu odkryli to nieszczęście, że to białaczka M3. Lekarze mu to powiedzieli. Carlo uśmiechnął się, mówiąc: Pan obudził mnie! Wszystkie pielęgniarki opowiadały mi potem, że Carlo nie chciał nikomu przeszkadzać, był uśmiechnięty, nie skarżył się. Ze względu na wiek musiał być na pediatrii, choć był już dużym chłopakiem, mierzył już 182 cm. A pielęgniarki musiały go przenosić, poruszać, bo on sam już nie mógł tego robić. Jeden z lekarzy zapytał: Carlo, bardzo boli? W odpowiedzi usłyszał: tyle ludzi cierpi o wiele bardziej ode mnie. Umieram szczęśliwy. Stąd nie wyjdę już żywy. Nie straciłem nawet chwili z mojego życia na rzeczy, które nie podobają się Bogu. Carlo codziennie uczestniczył we mszy św. i adoracji. Chciał, żeby wszyscy odkryli znaczenie Eucharystii, żeby Jezus zajął pierwsze miejsce w życiu każdej osoby.

    Pani znalazła testament Carla w jego komputerze…

    Krótko po jego śmierci budzę się i słyszę jakiś głos, który mówi: testament! Tak sobie pomyślałam: może Carlo zostawił mi jakiś testament? Jego pokój był cały czas niezmieniony. Żadnych kartek nie widziałam. Gdzie szukać? Potem włączyłam komputer Carla i znalazłam tam wideo. Na filmie, który sam nagrał powiedział: „Jak będę ważył 70 kg, umrę”. Potem uśmiecha się serdecznie, patrzy ku niebu. To nagranie zrobił na dwa miesiące przed śmiercią. Kiedy zmarł, faktycznie ważył 70 kg. Zaczęłam odczuwać, że to jest jakiś tajemniczy Boży plan. U nas w Lombardii jest taka tradycja na Nowy Rok, że ciągnie się los, a w nim jest jakiś święty, który będzie towarzyszył przez cały rok. Carlo zawsze wyciągał a to Matkę Bożą, a to Jezusa, zawsze kogoś ważnego. Na rok, w którym zmarł, wyciągnął św. Aleksandra Sauli, który jest patronem młodzieży. Jego święto w kalendarzu przypada 11 października, jak się kilkanaście miesięcy później okazało, dzień śmierci Carla. Lekarze stwierdzili śmierć mózgu 11 października. Zgon prawnie został stwierdzony 12 października, wtedy stanęło jego serce. Jeśli organizm Carla nie byłby tak zniszczony przez białaczkę, lekarze pobraliby jego organy. Wyraziłam na to zgodę. Kiedy ten stary kierownik duchowy mi powiedział, że Carlo ma misję do zrealizowania, myślałam, że zostanie księdzem, może biskupem. Moja mama dodawała: zostanie papieżem! Okazało się, że Pan miał inne plany. Zabrał go szybko do nieba.

    Co mówią bliźniaki o ich starszym bracie, który zostanie błogosławionym?

    Bardzo się cieszą. Są przekonani, że to łaska od Carla. Codziennie chodzą na mszę. Carlo był jedynakiem. Bliźniaki urodziły się cztery lata po jego śmierci. Carlo był tak bardzo specjalnym dzieckiem, dawał tak dużo satysfakcji i radości. Byłam przekonana, że nie mogę mieć już dzieci. Faktycznie po śmierci Carla robiłam badania. Potrzebna była operacja.

    Carlo przepowiedział pani, że zostanie pani jeszcze mamą?

    Tak. Widziałam we śnie, jak mi to powiedział. Bardzo często ludzie mają widzenia, w których on jest. Dokonał też wielu cudów.

    Jaki cud posłużył do beatyfikacji?

    Cud, który Kościół wziął pod uwagę, to przypadek chłopca, który urodził się z rozwidloną trzustką. Powodowało to u niego ogromne problemy z trawieniem. Mógł tylko przyjmować płyny. Cały czas miał torsje, bóle. Jedynym ratunkiem byłaby wyłącznie operacja, ale obciążona ogromnym ryzykiem. I wtedy o. Marcelo Tenorio, proboszcz parafii św. Sebastiana w Campo Grande (Brazylia), rozpoczął publiczną nowennę, prosząc o wstawiennictwo Carla. Przesłałam mu golf Carla poplamiony jego krwią. Pobłogosławił to dziecko, które od razu poczuło się lepiej. Trzeciego dnia nowenny mały pacjent był już w domu i jadł. Trzustka nie miała żadnych śladów choroby! Wyglądała tak, jakby nic nigdy się nie działo. Dziecko do dzisiaj jest zdrowe.

    rozmawiał Piotr Dziubak KAI Rzym/Asyż/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kilkanaście dni przed śmiercią Carlo Acutis poprosił Maryję o specjalną łaskę

    Carlo Acutis poprosił Matkę Bożą Różańcową o specjalną łaskę

    domena publiczna; www.carloacutis.com

    ***

     Swoją prośbę skierował do Matki Bożej Różańcowej z Pompejów. Dotyczyła ona czyśćca i nieba. Matka błogosławionego opowiada, że już po śmierci syna usłyszała wewnętrzny głos dotyczący tej właśnie prośby.

    Błogosławiony Carlo Acutis (1991-2006) poprosił Matkę Bożą Różańcową z Pompejów, by zabrała jego i jego rodziców bezpośrednio do raju, bez „przechodzenia” przez czyściec. Pewne znaki zdają się wskazywać, że prośba, którą Carlo skierował do Matki Bożej dwa tygodnie przed śmiercią, została spełniona.

    W książce „Il segreto di mio figlio” („Tajemnica mojego syna”) pisze o tym matka Carla, Antonia Salzano Acutis.

    Szczególna prośba do Matki Bożej

    W niedzielę 1 października 2006 r. Carlo wraz rodzicami uczestniczył w Eucharystii. Po Mszy udali się na obiad do trattorii w miejscowości Venegono w okolicy Mediolanu.

    Na zakończenie Mszy cała trójka odmówiła suplikację do Matki Bożej Pompejańskiej. Ta modlitwa była szczególnie bliska sercu Carla. Od dziecka odczuwał głęboką więź z Maryją. Często o niej mówił, modlił się do niej i zachęcał rodziców, żeby robili to samo.

    Tym razem w suplikacji Carlo i jego rodzice poprosili Matkę Bożą o szczególną łaskę. „Poprosiliśmy Maryję Pannę – wspomina Antonia Salzano Acutis – o to, by pomogła nam zostać świętymi, żebyśmy mogli ominąć czyściec i żeby od razu po śmierci zabrała nas do raju. Te prośby sformułował sam Carlo”.

    CARLO ACUTIS

    carloacutis.com

    ***

    Wewnętrzny głos matki błogosławionego

    Następnego dnia stan zdrowia Carla zaczął się nieodwracalnie pogarszać. Chłopak zmarł 12 października. Niedługo potem jego rodzice udali się na pielgrzymkę do sanktuarium św. Michała Archanioła na półwyspie Gargano.

    Zaczęłam myśleć o Carlu, zastanawiać się, czy jest już w niebie z Jezusem i nagle usłyszałam wewnętrzny głos: „Carlo jest w raju i niech to ci wystarczy”. Ta odpowiedź była dla mnie wielką pociechą. Później potwierdziło mi to również kilku księży mieszkających za granicą, oddanych Carlo. Przyśnił im się i potwierdził, że po śmierci poszedł prosto do nieba, nie przechodząc przez czyściec.

    Virgin of Pompei

    Public Domain

    ***

    To nie jedyna łaska, jaką młody błogosławiony otrzymał dzięki modlitwie do Matki Bożej Różańcowej. Modlił się do niej często i ofiarowywał msze święte za tych, którzy byli w potrzebie. Szczególnie martwił się o tych, którzy byli daleko od Boga. Od razu zaczynał się za nich modlić, prosząc Matkę Bożą o wstawiennictwo.

    Z Pompejów do San Giovanni Rotondo

    Carlo Acutis i jego rodzice siedmiokrotnie oddali się pod opiekę Matce Bożej Różańcowej i zostali pobłogosławieni przez księdza. Jedną z najważniejszych pielgrzymek przeżyli w 2001 r., kiedy to po odwiedzeniu Pompejów udali się do San Giovanni Rotondo, gdzie pochowany jest o. Pio, który również był dla Carla bardzo ważny.  

    Gelsomino del Guercio/Aleteia.p

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwy za wstawiennictwem bł. Carla Acutisa z prośbą o szczególną łaskę

    CARLO ACUTIS

    Carloacutis.com

    ***

    Oto oficjalna modlitwa za wstawiennictwem bł. Carla Acutisa z prośbą o szczególną łaskę.

    Zachęcamy do modlitwy za wstawiennictwem młodego Włocha, Carla Acutisa, beatyfikowanego 10 października 2020 r. Redakcja Aletei proponuje dwie modlitwy (oficjalnie zatwierdzone) do prywatnego odmawiania, z prośbą o otrzymanie szczególnej łaski. Oto oficjalna modlitwa z prośbą o łaskę, za wstawiennictwem Carla Acutisa:

    1. Modlitwa za wstawiennictwem bł. Carla Acutisa

    Ojcze,
    Ty, który dałeś nam żarliwe świadectwo młodego błogosławionego, Carla Acutisa, który z Eucharystii uczynił centrum swojego życia i siłę swojego codziennego zaangażowania, żeby inni pokochali Ciebie ponad wszystko, proszę za jego wstawiennictwem – umocnij moją wiarę, ożywiaj moją nadzieję, odnawiaj moje miłosierdzie, na obraz młodego Carla, który, wzrastając w tych cnotach, żyje teraz w Twojej bliskości.

    Zechciej dać mi łaskę, której tak bardzo potrzebuję… Ufam Tobie, Ojcze, i Twojemu umiłowanemu Synowi Jezusowi, Dziewicy Maryi, naszej najlepszej Matce, ufam w orędownictwo Twojego sługi Carla Acutisa.
    Amen

    Ojcze Nasz, Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu…

     2. Modlitwa za wstawiennictwem bł. Carla Acutisa

    Boże, Ojcze, dziękuję, że dałeś nam Carla,
    wzór życia dla młodych i posłańca miłości dla wszystkich.
    Sprawiłeś, że umiłował on Twojego Syna Jezusa,
    A z Eucharystii uczynił swoją „drogę do nieba”.
    Dałeś mu Maryję za umiłowaną Matkę,
    I z Twojej woli on poprzez modlitwę różańcową stał się piewcą jej czułości.
    Przyjmij jego modlitwę za nas.
    Spoglądaj przede wszystkim na biednych, których on miłował i ratował.
    Ja także, za jego orędownictwem, proszę o łaskę …
    Dziękuję, że wprowadziłeś Carla między błogosławionych Twojego Kościoła świętego,
    aby jego uśmiech ponownie zajaśniał dla nas w chwale Twojego Imienia.
    Amen

    Ojcze Nasz, Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu…

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 28 PAŹDZIERNIKA

    DZIEŃ W KTÓRYM NAWIEDZAMY GROBY NASZYCH RODAKÓW:

    Lambhill – St.Kentigern’s RC, The Linn, Cardonald i zakończenie modlitwą różańcową na cmentarzu St. Peter’s RC – Dalbeth (1900 London Road G32 8TX) o godz. 14.30

    Maria Simma i jej przeżycia z duszami czyśćcowymi

    ***

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. z XXX NIEDZIELI ZWYKŁEJ W INTENCJI CZŁONKÓW ŻYWEGO RÓŻAŃCA.

    PO MSZY ŚW. – PRZEKAZANIE NOWEJ INTENCJI NA MIESIĄC LISTOPAD I PODANIE KOLEJNYCH TAJEMNIC RÓŻAŃCOWYCH

    ***

    KONCERT POEZJI ŚWIĘTYCH

    Pragniemy zaprosić Państwa na nasz kolejny Koncert Poezji Świętych, organizowany w kościele pw. św. Piotra w Glasgow, w sobotę 28 października 2023 po wieczornej Mszy Świętej o 18.00 (46 Hyndland Str, Glasgow G11 5PS)

    W programie koncertu zaprezentujemy wybrane fragmenty poezji św. Jana Pawła II, św. Franciszka z Asyżu i św. Jana od Krzyża, przy akompaniamencie instrumentów gitary klasycznej (Jarek), akordeonu (Krzysztof) i piano (Andrzej). 

    Jest to drugi już koncert organizowany dla naszej lokalnej wspólnoty parafialnej i polonijnej w Glasgow, mający na celu propagowanie kultury języka polskiego i wartości chrześcijańskich. 

    Wierzymy, że Państwo będziecie zainteresowani tym wydarzeniem, na które gorąco zapraszamy. 

    Jarek Haraburda i przyjaciele 

    ___________________________________________________________________________________________

    W NOCY ZMIANA CZASU LETNIEGO NA ZIMOWY

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W NIEDZIELĘ 29 LISTOPADA, TAK JAK W ROKU MINIONYM, ZAPRASZAMY RODZICÓW Z DZIEĆMI NA BAL WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH w WISHAW:

    GODZ. 12.30 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚWIĘTEJ PRZEJŚCIE NA BAL DO HOLU PARAFIALNEGO

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Święci nie odróżniali się w swojej zwyczajności od innych:

    Ks. bp Krzysztof Włodarczyk

    „Święci nie odróżniali się w swojej zwyczajności od innych” – podkreślał w bydgoskim sanktuarium Świętej Rity bp Krzysztof Włodarczyk. W fordońskiej świątyni zorganizowano „Dzień – Noc Świętych”. Uczestniczyły w niej dzieci, które przebrały się za swoich ulubionych świętych.

    Tym razem w sposób szczególny – poprzez relikwie – towarzyszyli obecnym: św. Łazarz, bł. męczenniczki M. Paschalis i IX towarzyszek ze Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety zamordowane przez żołnierzy radzieckich w 1945 r. Była również obecna w swoim wizerunku i symbolicznym różańcu bł. Paulina Jaricot.

    – Bez wątpienia to okazja, by poprzez gest, słowo, muzykę i charakteryzację móc utożsamić się z historią świętych – mówił w czasie homilii biskup.

    Było to odniesienie do wiernych, zwłaszcza dzieci, które poprzez stroje wcieliły się w rolę wielkich postaci.

    – Dzięki różnorodności bohaterów mamy okazję do tego, by każdy z nas znalazł coś dla siebie z bogactwa ich życia – powiedział, dodając, że poprzez takie spotkania krzewi się przede wszystkim wzorce dla współczesnego człowieka, który wśród wielu opcji, lub ich braku, może odnaleźć przykład życia, bliski swojemu sercu, możliwy do zrealizowania w codzienności.

    Święci – jak zauważył bp – są ludźmi jak każdy z nas, podlegając podobnym słabościom. Następnie przywołał przykłady kilku bohaterów. Jednym z nich był św. Alfons Liguori, z którym żaden ze współbraci nie mógł wytrzymać dłużej niż dwa lata. – Także św. Hieronim, doktor Kościoła, był tak gwałtownego usposobienia, że gdy dojrzał gdzieś jakąś herezję, to nie przebierał w słowach. Obraził swojego przyjaciela Rufina, nazywając go „świniokwikiem”, kiedy zaczął on bronić błędów Orygenesa. Później żałował i pokutował. Nosił ze sobą kamień, bijąc się nim w piersi za niewłaściwe słowo.

    Biskup Włodarczyk podkreślił, że „świętymi jest napełniony cały świat”. Dodał, że „Polskie Niebo” liczy 275 osób: 218 mężczyzn i 57 kobiet.

    – Każda matka, ojciec, dziecko, babcia, kapłan, biskup, brat i siostra zakonna, kleryk, z sercem, pełnym oddaniem i zaufaniem Panu Bogu, wypełniającym swoje zadania – jest święty – powiedział, dodając, że środki prowadzące do świętości są powszechnie znane i dostępne dla każdego. To m.in.: modlitwa, sakramenty święte, życie wspólnotowe, słowo Boże, wypełnianie powołania.

    Łatwo – jak dodał – odpowiedzieć na pytanie – co to jest świętość? Natomiast o wiele trudniej – w jaki sposób zostać świętym? – To bowiem jest odpowiedzią indywidualną, osobistą każdego z nas. Kościół podaje wzory wielu, którzy inspirują żarem miłości Boga. Każdy jest osobą niepowtarzalną, jedyną. Dlatego drogę naszej świętości wskazują natchnienia Ducha Świętego, skierowane na adres naszego serca – zakończył.

    Bydgoska parafia św. Łukasza i Ewangelisty i św. Rity jest w posiadaniu 364 relikwii. Znajdują się one w erygowanej przez bp. Krzysztofa Włodarczyka – 18 października 2022 roku – Kaplicy Matki Bożej Królowej Wszystkich Świętych przy sanktuarium Świętej Rity. To do niej uczestnicy „Dnia – Nocy Świętych” przeszli w procesji eucharystycznej, adorując Najświętszy Sakrament, oddając przy Nim cześć świętym i błogosławionym. W modlitwie uczestniczyli przedstawiciele Bractwa Świętej Rity, Rycerzy Kolumba oraz Rycerskiego i Szpitalnego Zakonu św. Łazarza z Jerozolimy.

    Były również elżbietanki, które wniosły relikwie – kielich. W pierwszych tygodniach 1945 roku służył on do sprawowania Mszy św. w kaplicy Najświętszego Serca Jezusa w Domu św. Elżbiety przy ul. Słowiańskiej 16 w Bydgoszczy, w którym mieszkały siostry starsze i chore. 24 marca 1945 roku klasztor zajęło wojsko radzieckie. To wtedy „kielich” został sprofanowany przez czerwonoarmistów. Oprawcy najpierw korzystali z niego przy posiłkach, a potem bawili się, do niego strzelając. – Każdy z nas może zostać świętym i nie potrzeba do tego nie wiadomo, jak wielkich czynów – dodał Dawid Cesarz.

    Był on przebrany za patrona diecezji bydgoskiej bł. Michała Kozala, który zginął w obozie w Dachau. – Mimo ciężkiego dla naszego narodu czasu, jakim była druga wojna światowa, nie poddał się, idąc drogą powołania – dodał.

    – Jestem św. Anną, którą bardzo kocham i szanuję. Jest to moja patronka – powiedziała Anna Schmidt, która przyszła z dziećmi. Wśród nich był mały Darek jako Franciszek z Fatimy. – Święci są w naszym życiu pewnym drogowskazem. Mogą być nam bardzo bliscy. Idąc z synem do kościoła, rozmawialiśmy o życiu Franciszka, że pasł owieczki, mówił różaniec, kochał Maryję – dodała Anna Schmidt. – Przyszedłem do Pana Jezusa, by się pomodlić – dodał Darek.

    – Kult świętych w naszej parafii rozpoczął się w 2002 roku, kiedy z Krakowa zostały przywiezione relikwie św. Siostry Faustyny i św. Brata Alberta Chmielowskiego. Mając tak wielki „panteon Łukaszowy” widzimy, jak święci pociągają świętych i każdego z nas – podsumował proboszcz i kustosz ks. kan. Mirosław Pstrągowski.

    Kai.pl/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Robert Skrzypczak o Halloween: Demon nie żartuje!
    fot. screenshot – YouTube/AKW – Akademia Katolicka w Warszawie

    ***

    Ks. Robert Skrzypczak o Halloween:

    Demon nie żartuje

    Zbliża się Halloween – komercyjne święto z Zachodu, którego korzenie sięgają celtyckich wierzeń. Jakie stanowisko wobec tego święta powinni zająć katolicy? Przypominamy wywiad z ks. prof. Robertem Skrzypczakiem, który przekonuje, że wierzący „powinni traktować Halloween tak, jak pierwsi chrześcijanie traktowali kulty obcych bogów i ofiary im składane. To znaczy z poczuciem wewnętrznej wolności od tego – my tego nie potrzebujemy”.

    Fronda.pl: Niebawem będziemy świętować uroczystość Wszystkich Świętych, a także wspominać naszych bliskich, którzy odeszli już z tego świata. Jednocześnie świat komercyjny zachwycać się będzie przebraniami diabłów i świętować halloween. Skąd taka banalizacja śmierci w dzisiejszym świecie? Czy powodem może być coraz większa sekularyzacja?

    Ks. prof. Robert Skrzypczak: Oczywiście, że tak. To jest przejaw przebijania się na nowo do masowej wyobraźni kultury pogańskiej. Święto Halloween swoimi korzeniami sięga do religijnych tradycji celtyckich. Te misteria związane z celebrowaniem śmierci tak samo, jak analogicznie w wydaniu polskim dziady, miały na względzie odebranie śmierci jej straszącego, piorunującego, przygniatającego wymiaru. Śmierć dla człowieka jest zagadką, zapowiedzią kresu, końca, ostatniego etapu życia. Dlatego też ludzie zawsze poprzez misteria i celebracje religijne, odwoływanie się do kultów okultystycznych czy fatumistycznych , próbowali odebrać śmierci jej straszność, oswoić ją i do niej przywyknąć. W dzisiejszym rozumieniu halloween jest ta sama intencja – pozbawienie śmierci jej realistycznego, dramatycznego przesłania, poprzez wyszydzanie jej. Poprzez sprowadzenie jej do roli zabawy, czegoś miłego i sympatycznego. Stąd dyskoteki przy trumnach, przebieranie się za wampiry, zombie, czy też opowieści z dreszczykiem. Także horrory i dreszczowce, przeżywane wygodnie, na fotelu z pilotem w ręku. To jest jakby przejaw ludzkości, która sięgnęła kresu rozpaczy. Kresu, który bierze się stąd, że ludzie zagubili zmartwychwstanie i chrześcijańskie przesłanie o tym, że śmierć została pokonana. Chrystus zmartwychwstał, istnieje życie wieczne. Istnieje nie tylko coś poza śmiercią, ale także świadomość, że nasze życie będzie kontynuowane, przeobrażone, a my będziemy żyć na wieki dzięki Chrystusowi. Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał – mówi św. Paweł – to jesteśmy pajacami, którzy budują sobie fałszywe wyobrażenia nadziei i opierają się na bzdurach. Jeśli natomiast naprawdę przyjmujemy, że on zmartwychwstał prawdziwie, to istnieje życie, którego śmierć  nie jest w stanie zniszczyć. Dlatego my, chrześcijanie, potrzebujemy dziś na nowo to sobie uświadomić. Ludzkość dotarła do pewnego kresu, jakim jest rozpacz. Próbuje teraz zrobić z tą rozpaczą pewien rodzaj operacji, polegający na banalizowaniu jej, przykryciu lukrem, założeniu jej maski klauna. To jednak nic nie daje, bo rozpacz rozpaczą pozostaje, a za nią kryje się przeczucie pustki, przepaści, świadomości kresu życia. Jedna z kanadyjskich badaczek stwierdziła, że żyjemy w epoce postmoralnej.

    To znaczy?

    Oznacza to, że człowiek wyczerpał już wszelkie teorie dotyczące własnej śmierci. Z jednej strony próbuje oswoić ją poprzez kulty, z drugiej chce stawiać się w roli tego, który decyduje o tym, kiedy i który człowiek ma się urodzić, który i kiedy powinien skończyć swoje życie, a nawet w jaki sposób powinien tego dokonać. To znaczy, że ludzkość intuicyjnie czuje, że śmierć ogarnie wszystko. A śmierć w naszej kulturze panoszy się naprawdę wszędzie. Trudno wyobrazić sobie film czy sztukę lub grę komputerową, w której trup nie ścieliłby się gęsto. To także jest pewna forma oswajania się ze śmiercią, pozór panowania nad nią. Śmierć stała się elementem rozrywki, zabawy. To doprowadza ostatecznie do depresji i rozpaczy. Ludzkość pochłonięta jest obsesją na temat śmierci. Sztuka – muzyka, poezja, literatura – jest pełna śmierci. My, chrześcijanie, potrzebujemy uświadomić sobie dziś, że my mamy odpowiedź na to. W nasze ręce złożony został „antybiotyk” , lekarstwo na śmierć. Mamy dostęp do kogoś, kto ze śmiercią wygrał. Wierzymy w to, że Bóg zniszczył grobowiec swojego Syna i wydobył go stamtąd, więc Chrystus żyje. W momencie zmartwychwstania Jezus zainicjował nową drogę, która jest drogą pokonania tego muru, jakim jest śmierć. Kto wierzy w Chrystusa zmartwychwstałego, temu śmierć nie uczyni szkody. To daje ogromną odwagę życia, możliwość akceptowania go takim, jakie ono jest. Wówczas śmierć staje się nie barierą, murem, który należy pomalować na kolorowo lub zeszpecić tapetami, albo udawać, że go w ogóle nie ma, a życia elementem, jego pewnym wymiarem. Miłość jest potężniejsza od śmierci. W halloween jest zabawa, rozrywka, szukanie środków przeciwbólowych. W zmartwychwstaniu, którego wyrazem jest chrześcijańskie święto Wszystkich Świętych, jest miłość, a miłość zwycięża.

    Co roku Kościół przypomina katolikom, że świętowanie halloween jest obce naszej kulturze, ponadto może być szkodliwe, gdyż zagrożenia duchowe są duże – to już w końcu nie tylko niewinna zabawa, lecz często świadome otwieranie się na wpływ złego. Czy katolik powinien halloween omijać szerokim łukiem?

    Katolicy powinni traktować Halloween tak, jak pierwsi chrześcijanie traktowali kulty obcych bogów i ofiary im składane. To znaczy z poczuciem wewnętrznej wolności od tego – my tego nie potrzebujemy. Trzeba innym ludziom mówić, że to jest złudne, że to nie jest wyjście i to nie rozwiązuje problemów dotyczących życia i śmierci. Dobra jest taka rozrywka, która także człowieka ubogaca. Rozrywka, która stanowi jedynie plaster na poczucie paniki, czy chwilowe uśmierzenie lęku przed egzystencją, nie ma sensu i jest oszustwem. Poza tym halloween może stać się także medium. Wiemy przecież, że żyjemy w rzeczywistości o wiele bogatszej niż to, co mogą postrzegać nasze zmysły. Święty Paweł mówi w liście do Kolosan, że świat niewidzialny jest znacznie większy, niż ten widzialny. Ów świat niewidzialny zamieszkują oczywiście rzeczywistości przyjazne człowiekowi, ale i takie, które wobec niego mogą być wrogie. Rzeczywistość sił metafizycznych, którymi karmi się magia, okultyzm, idolatria, to wszystko ma właściwość medialną, to znaczy, że człowiek może zostać w ten sposób zainfekowany. Nawet w sytuacji, gdyby z podejściem laicystycznym twierdził ktoś, że w to wszystko nie wierzy, że wszystko to tylko zabawa, żart, to trzeba mieć tę świadomość, że o ile my z rzeczywistości duchowej możemy sobie dworować, to już demon nie ma skłonności do żartów. On chce człowieka uwieść i pokonać, przede wszystkim pozbawiając go nadziei i wpędzając w egzystencjalne piekło. Powinniśmy sami od tego stronić, ale także nie męczyć się w przestrzeganiu przed tym innych ludzi.

    Dla wielu młodych ludzi halloween jest atrakcyjne ze względu na obecną w nim aurę tajemniczości, czy horroru, co jest nam znane z popkultury. Co Kościół może zrobić, aby te osoby przyciągnąć do Boga i pokazać im, że obchodzone w tym okresie święto w Kościele Katolickim to bogactwo duchowych przeżyć, w przeciwieństwie do hucznego, banalnego halloween, święta, które w zasadzie jest po prostu kolejnym powodem, by poimprezować?

    Oczywiście, żyjemy dziś w takiej płaskiej popkulturze, banalnej. Niejednokrotnie, zwłaszcza mieszkając jeszcze we Wloszech, zauważałem, że halloween jak wiele innych podobnych świąt, zmierza do jednego: do tego, by się napić, najeść i pobyć razem. My, jako chrześcijanie, nie powinniśmy przede wszystkim polemizować, zwalczać, potępiać. To nie ma wielkiej skuteczności. W naturze ludzkiej jest przekora – robienie czegoś dokładnie odwrotnie niż to, przed czy się go ostrzega. Potrzebujemy pokazywać ludziom, że najbardziej relaksująca i gwarantująca odpoczynek jest miłość. A miłości nie znajdziemy w halloween, dreszczowcach czy horrorach. Jest tam próba bawienia się strachem, oswajanie potworności, fatum, tego co nieznane, nieuchwytne. Natomiast my, chrześcijanie, jesteśmy apostołami miłości, bo to miłość została nam objawiona. Jesteśmy po to, żeby mówić ludziom, że miłość jest osobą, Bogiem i że ta miłość wygrała.

    Dziękujemy za rozmowę.

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Człowieku, kiedyś umrzesz.

    Wolisz być świętym czy upiorem?

    Człowieku, kiedyś umrzesz. Wolisz być świętym czy upiorem?

    fot. Nik / Unsplas

    ***

    Powróciły coroczne problemy, przepychanki i dyskusje. Czy katolikowi wolno obchodzić halloween? Czy to prawda z tymi opętaniami, zniewoleniami i czy słuszne jest straszenie piekłem? Przyznaję, mam dość niestandardowe podejście do tego tematu i jestem trochę jak walec, bo w tych pytaniach w samych sobie widzę bardzo wiele sprzeczności…

    Rodzice bojący się zniewolenia albo piekła, którzy mimo to przebierają dzieci za diabełki i upiory. Pedagodzy, którzy krzyczą, że słowa św. Dominika Savio „wolałbym umrzeć, niż zgrzeszyć” są zachętą do samobójstw, a jednocześnie nie pokazują samego św. Dominika i nie tłumaczą sensu jego słów, ale zabawa w śmierć nie jest już dla nich problemem. Ludzie, którzy nie zabiorą dziecka na pogrzeb, okłamują je, że babcia zasnęła albo wyjechała, a jednocześnie nie czują zgrzytu z pokazywania karykatury śmierci w formie niby-zabawy.

    Tak, jestem wielką przeciwniczką halloween. Nie dlatego, że odczuwam ogromny i paniczny strach przed piekłem. Mam silnego Boga, On zwyciężył śmierć. Nie muszę się bać… Jednak to, co jest dla mnie sprzecznością, to jakby rozdwojenie jaźni tych, którzy nie potrafią pokazać dziecku czym jest świętość, śmierć, życie, a jednocześnie nie mają problemu z upiorami, trupimy czaszkami i brzydotą zalewającą nas od kilku dni na sklepowych witrynach.

    Gdy pojawiły się pierwsze głosy sprzeciwu wobec podręcznika do religii dla trzecioklasistów, zapytałam mojego 9 letniego syna jak on rozumie słowa Dominika Savio. Wiedziałam, że moje dziecko czytało jego biografię, że jest zafascynowane postacią jego opiekuna, ks. Jana Bosko. „Wolałbym umrzeć, niż zgrzeszyć” to dla niego zachęta do nieustannej pracy nad swoimi wadami, nie zaproszenie do samobójstwa. To słowa, które mówią mu, że jak coś w życiu nie wyjdzie, powinien pójść do spowiedzi. To potwierdzenie faktu, że wszyscy kiedyś umrzemy. Zatrzymałam się wtedy nad tym co mi mówił, pytając siebie skąd w nim taka prostota i głębokie zrozumienie.

    Rozmawiamy w domu o śmierci, jako o naturalnym etapie. Gdy moja mama znalazła się pod opieką hospicjum, poprosiłam przyjaciół by porozmawiali z moimi synami o tym, co dzieje się z człowiekiem, gdy umiera, gdy go już z nami nie ma. Sama, tracąc ukochaną osobę, nie miałam siły na taką rozmowę, oddałam ją więc w ręce zaufanych ludzi. Dla nas śmierć nie była tematem tabu, wręcz przeciwnie. Gdy zaczęłam płakać podczas pogrzebu, mój wówczas 6 letni syn powiedział „mamusia, nie płacz, babcia już jest w niebie i tam na nas poczeka”. To była kwintesencja nie tylko jego wiary w życie pozagrobowe, ale tego, że usłyszał wcześniej o śmierci i wszystkim tym, co jest z nią związane.

    Jako małe dziecko bardzo bałam się upiorów i zjaw. Nikt mi nigdy nie wytłumaczył czym jest śmierć i dlaczego moja babcia umarła… Była, nie ma. Zasnęła. Dziś widzę ile to we mnie wywołało bólu, niezrozumienia i panicznego lęku przed zaśnięciem rodziców. Byli też tacy, którzy straszyli piekłem, mniej było tych, którzy opowiadali jak piękna może być relacja z Bogiem i życie w niebie. Zupełne pomieszanie pojęć, sensów…

    Znam ludzi, którzy śmieją się z przykościelnych bali wszystkich świętych, ale trudno – niech się śmieją, żyjąc dalej w swoim błędzie. Mamy alternatywę dla zabawy w śmierć. Mamy okazję celebrować świętość. Kościół daje nam Uroczystość Wszystkich Świętych. Pokazuje na czym warto skupić wzrok. Daje nam jasną wskazówkę, że bawić warto się w coś innego.

    Czy od niewinnych zabaw w halloween może wydarzyć się coś złego, po co tyle szumu? Zapytam przekornie – po co zabawa w śmierć, skoro można bawić się w życie? Że to niemodne i pod prąd? Trudno. Po co karmić się brzydotą, skoro możemy przebrać się za radosnego świętego? Czy robienie psikusów sąsiadom to tylko zabawa czy już brak kultury? Wszak nie każdy chce bawić się z domokrążcami. Czy poza śmianiem się śmierci, potrafimy też o niej rozmawiać, gdy ktoś obok nas umiera? Chciało by się powiedzieć – człowieku, kiedyś i tak umrzesz, to pewne. Czy wolisz być świętym czy upiorem? Ja wybieram świętość…

    Magdalena Urbańska/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Halloween to oswajanie ze złem.

    Ks. Bortkiewicz: antychrześcijańska iluzja wypiera rzeczywistość

    (GS/PCh24.pl )

    ***

    Halloween to oswajanie ze złem. Oswajanie ze złem, które zostaje zbanalizowane i potraktowane jako zabawa. Powiem krótko i zwięźle: przez tę „zabawę” dziecko absolutnie nie zdoła zmierzyć się ze śmiercią czy nieśmiertelnością, ale może wchłonąć w siebie zło poprzez jego banalizację – mówi w rozmowie z PCh24.pl ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr.

    Księże profesorze, zacznę od prowokacji: Halloween to bardziej oswajanie człowieka ze śmiercią, czy z nieśmiertelnością?

    Trudno jest kogokolwiek oswajać z nieśmiertelnością w sytuacji, kiedy odrzuca się prawdy wiary. Jedynym przesłaniem, które głosi Prawdę w sposób realny, poważny, na miarę godności ludzkiego życia na temat zmartwychwstania i nieśmiertelności jest chrześcijaństwo. Jeśli kwestionuje się chrześcijaństwo, to pozostaje jakaś iluzja, ironia czy cynizm.

    Halloween jest w gruncie rzeczy próbą cynicznego podejścia do życia i nie oswaja człowieka ani ze śmiercią, ani z nieśmiertelnością, tylko próbuje zabić w człowieku pytania o sens życia.

    Ale przecież wiele spośród dzieci, a nawet dorosłych na Zachodzie, którzy biorą czynny udział w Halloween wierzy, że duchy są nieśmiertelne, a oni przecież kiedyś będą duchami…

    Wiara w duchy, czy samo pojęcie ducha jest bardzo bogate w tradycji filozoficznej i religijnej, ale też bardzo niejednoznaczne. To z czym mamy do czynienia jest światem najoględniej mówiąc jakiejś baśni, fikcji czy halucynacji. To nie ma nic wspólnego z pojęciem ducha w rozumieniu ani ściśle rzecz biorąc filozoficznym, ani religijnym, a już na pewno nie chrześcijańskim. Dlatego tutaj to oswajanie z duchem, jako pewnym wyznacznikiem przyszłego życia jest, raz jeszcze to podkreślam, zupełnym mirażem.

    Wiara katolicka odrzuca coś takiego jak wiara w duchy w taki sposób, jak sprzedaje nam to popkultura. Niestety wiele osób, w tym katolików zdaje się wierzyć w duchy, w poltergeisty i inne tego typu istoty…

    W mojej ocenie może to świadczyć o co najmniej kilku kwestiach. Po pierwsze, że w człowieku istnieje głód nieśmiertelności, że istnieje tęsknota za nieśmiertelnością i nawet procesy ateizacji i sekularyzacji tego głodu nie niwelują. On pozostaje.

    Pytanie jednak brzmi: czy ten głód zostaje zaspokojony w sposób sensowny, realny, czy też zostaje on zaspokojony jakimś substytutem, jakąś namiastką. Mamy więc do czynienia z jednej strony realnym głodem, a z drugiej  – z zupełnie fikcyjną, iluzoryczną namiastką jego zaspokojenia, jakim jest Halloween, wywoływanie duchów i cały przemysł marketingowo-kulturowy z tym związany.

    Problemem jest to, że ludzie mają na wyciągnięcie ręki ofertę realnego zaspokojenia głodu nieśmiertelności w postaci chrześcijaństwa; mają realne słowa Kogoś, kto jako jedyny w historii powiedział: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we mnie wierzy nie umrze na wieki, ale żyć będzie”, a potem dowiódł ich prawdziwości swoim zmartwychwstaniem. Mając, mówiąc kolokwialnie, pewnik  – wielu woli go odrzucić i przyjąć coś, co jest absurdem i to bardzo ironicznym i cynicznym, bo urągającym godności człowieka.

    Podczas Halloween dominują, a przynajmniej popkultura tak to przedstawia, przebrania makabreski: zombie, duchy, diabły i inne potworne stworzenia oraz… potworni ludzie, jak seryjni mordercy. Wydaje mi się, że normalnego człowieka powinno coś takiego zaniepokoić. Niestety zamiast niepokoju słychać głupkowaty śmiech i powtarzanie, że to przecież zabawa…

    Rozpoczęliśmy rozmowę od zastanowienia się czy Halloween to oswajanie człowieka ze śmiercią, czy z nieśmiertelnością. Moim zdaniem Halloween to oswajanie ze złem. Oswajanie ze złem, które zostaje zbanalizowane i potraktowane jako zabawa. Powiem krótko i zwięźle: przez tę „zabawę” dziecko absolutnie nie zdoła zmierzyć się ze śmiercią czy nieśmiertelnością, ale może wchłonąć w siebie zło poprzez jego banalizację. Bo tak jak Pan mówi: dzieci przebierają się za seryjnych morderców i nikt nie ma z tym problemu… To jest jednak wejście na prostą ścieżkę banalizacji zła i nie można się dziwić, że z tego utożsamiania się ze złem mogą zrodzić się w konsekwencji dalsze kroki kończące się aktami realnej agresji.

    W Polsce cały czas Halloween raczkuje, ale również dochodzi do „dziwnych” sytuacji. W roku 2019 w kościele pod wezwaniem NMP Matki Kościoła w Bełchatowie tuż po wieczornej Mszy Świętej ksiądz wezwał policję. Zauważył bowiem, że podczas Komunii kilkunastoletni chłopak wypluł Najświętszy Sakrament i schował Go do kieszeni, a potem chciał uciec. Ciało Chrystusa miało zostać splugawione podczas tzw. czarnej mszy. Ileż było oburzenia w lewicowo-liberalnych mediach… Ileż było rozdzierania szat i powtarzania, że to „niewinna zabawa”, a kapłanowi „szkoda opłatka”…

    Przede wszystkim dziękuję za przypomnienie, że liberalna lewica nazywa Najświętszy Sakrament opłatkiem. To słowo pojawia się w różnych narracjach w sposób wręcz epidemiczny. Kilka miesięcy temu mieliśmy do czynienia z „sytuacją medialną”: kapłan spożył Komunię Świętą, która pozostała po Mszy Świętej cmentarnej – w kaplicy na cmentarzu nie było Tabernakulum, więc ksiądz po prostu spożył Ciało Chrystusa zgodnie z rozsądkiem i przepisami, ponieważ nie miał możliwości przechowania Najświętszego Sakramentu. Jak zareagowały media? Poinformowały odbiorców z całą perfidią i premedytacją, że ksiądz wyjada opłatki z puszki. Wspominam o tym dlatego, że dotykamy tutaj werbalnej profanacji Najświętszego Sakramentu, która po prostu dokonuje się w mediach w Polsce i jest czymś potwornym.

    Natomiast kiedy sobie uzmysłowimy, że ten incydent, o którym Pan mówi dotyczył znieważenia Najświętszego Sakramentu i trzeba podkreślić, że reakcja kapłana, który chciał uchronić Ciało Chrystusa przed całkowitą profanacją jest ze wszech miar godna szacunku, a nawet podziwu. Ona pokazuje nam jednak skalę problemu. Tak jak mówiłem wcześniej: Halloween zaczyna się od pozornie niewinnych żartów, ale są to żarty wpisane w cały kontekst antychrześcijański. To jest wchodzenie w sferę zła.

    W tym momencie oczywiście pojawią się rozliczne głosy szydzące z tego stwierdzenia, ale nie zmieni to faktu, że istnieją pewne procesy niszczące człowieka, niszczące jego psychikę i duchowość, i każdy, kto jest rozsądny to potwierdzi. Wszystko to zaczyna się niepozornie i sobie trwa, aż w końcu dochodzi do sytuacji, że najświętsza rzeczywistość także staje się elementem gry.

    Najbardziej w całej tej sprawie uderzył mnie fakt, że do odprawienia tzw. czarnej mszy nie chciano użyć zwykłego opłatka zakupionego w sklepie, tylko chodziło o Najświętszy Sakrament. To pokazuje skalę problemu: ten nastolatek potraktował sprawę poważnie – nie opłatek, tylko prawdziwe Ciało Chrystusa…

    Otóż to… Właśnie w tym jest rzecz, że już dawno została zatarta granica między tym, co jest symbolem, a co jest rzeczywistością. Ta granica zaciera się właśnie dlatego, że poprzez symbol wchodzimy w sferę rzeczywistości. Jeżeli symbol jest zły, no to prowadzi ostatecznie do destrukcji rzeczywistości, a nawet porwania się na największą ze świętości. W tym przypadku świętość nie została sprofanowana tylko dzięki interwencji kapłana…

    No właśnie… Jakiś czas temu widziałem jak kapłan udzielił Komunii Świętej… do chusteczki, ponieważ kobieta chciała ją zanieść choremu mężowi. Moim zdaniem takie coś jest nadużyciem i profanacją i może prowadzić do jeszcze większych nadużyć i profanacji…

    Cóż mogę powiedzieć… Proces desakralizacji i bezczeszczenia Najświętszego Sakramentu dokonuje się obecnie w sposób bardzo potoczysty. Wszystko toczy się po równi pochyłej w sposób niekontrolowany…

    To jest kwestia, która wymaga interwencji w każdym z zakresów. Z jednej strony trzeba walczyć z nadużyciami, jakie pojawiają się w przestrzeni sprawowanej liturgii, ale też trzeba przestrzegać i przeciwdziałać temu, co prowadzi do aktów bluźnierczych czy świętokradczych w stosunku do Najświętszego Sakramentu, a bez wątpienia zaczątkiem tych aktów są te sytuacje, te zdarzenia, które po prostu dokonują pewnego odwrócenia rzeczywistości. Proszę zauważyć, że cała przestrzeń Halloween jest w gruncie rzeczy wyrzuceniem Boga i świata przez Niego urządzonego poza obszar naszego ludzkiego świata. Wprowadza się w to miejsce świat zupełnie odwrócony i wypaczony; świat, w którym zło zostaje potraktowane jako pewna śmiesznostka; świat zbanalizowanego zła i wyrugowanego dobra. W takim świecie można dokonać wszystkiego od profanacji Najświętszego Sakramentu do zamachu na Pana Boga…

    Banalizacja zła, śmiesznostka, dobra zabawa – to wszystko symbolizuje Halloween. Skąd w związku z tym na Zachodzie tak dużo dekadencji, czy wręcz nihilizmu egzystencjalnego? Skoro ludzie są oswojeni ze wszystkim, to dlaczego ostatecznie pozostaje mu beznadzieja?

    Zachód to dzisiaj obraz straszliwie spustoszonej rzeczywistości. Z jednej strony mamy projektowany na wszystkie możliwe sposoby, co cały czas podkreślam, świat iluzji. Z drugiej strony mamy postępujący świat promowania różnych ideologii, które dokonują dekonstrukcji tożsamości człowieka i rozbijają to, co jest w nim jednością. Mamy w końcu świat, który projektuje zupełnie nowego człowieka, któremu próbuje się wmówić po raz kolejny, że „będzie jak Bóg” – nie tylko będzie znał dobro i zło, ale będzie nieśmiertelny – będzie „homo deusem”, „człowiekiem bogiem”, jak głosi Harari.

    To wszystko się dokonuje, ale to wszystko fikcja. Jeśli fikcja faktycznie wyparła rzeczywiste orędzie dobrej nowiny, rzeczywiste orędzie chrześcijaństwa, które fundowało cywilizację zachodnią, to nie można się łudzić, że w tej konfrontacji iluzji z rzeczywistością egzystencjalną dochodzi do katastrofy człowieka, który został pozbawiony Boga i Jego obecności, Jego Słowa i Dobrej Nowiny. Zamiast tego człowiek kieruje się stekiem iluzji, które nie mają żadnego realnego znaczenia – ani ocalenia człowieka, ani zapewnienia mu nieśmiertelności, ani wyzwolenia od zła, ani nie są w stanie wprowadzić go w świat autentycznego dobra. To wszystko musi się skończyć.

    Bóg zapłać za rozmowę.

    Tomasz D. Kolanek/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Chrześcijanie nie obchodzą Halloween

    Tytuł tego artykułu właściwie nie jest prawdziwy. Jest w nim zawarte pobożne życzenie. Chrześcijanie, niestety, coraz częściej obchodzą to „święto”, które ani nie jest świętem, ani też nie da się pogodzić z wiarą w Chrystusa. W naszym kraju Halloween jest nowym zwyczajem, jeszcze niezakorzenionym. Warto więc podjąć zawczasu starania o to, by móc kiedyś śmiało powiedzieć: „chrześcijanie nie obchodzą Halloween”.

                       pixabay.com

    Są takie elementy amerykańskiej popkultury, które raz za razem wdzierają się do niegdyś konserwatywnej kulturowo Polski. Wcześniej św. Mikołaj został zastąpiony przez zlaicyzowaną maskotkę Coca-Coli, następnie walentynki wyparły wspomnienie św. Walentego, a teraz Halloween próbuje młodemu pokoleniu wywrócić w głowie sens uroczystości Wszystkich Świętych oraz Dnia Zadusznego.

    Droga do piekła

    Halloween to celtyckie, a zatem pogańskie święto. Związane było z obrzędami Samhain. W średniowieczu nadano mu nazwę All Hallows Eve – co znaczy – Wigilia Wszystkich Świętych. W skrócie Halloween. Halloween polegało na kontaktowaniu się z zaświatami, po to by odkryć przyszłość, nabrać mocy, zaspokoić potrzeby zmarłych. Zwyczaje te można porównać z obchodzonymi w naszej części Europy dziadami, tak dobrze zobrazowanymi przez Adama Mickiewicza w III części jego najważniejszego dramatu. Dziady jednak Kościół katolicki skutecznie wyrugował kilka wieków temu. W miejsce obrządków mających za cel kontakt z duchami, udało się wprowadzić kult zmarłych, polegający na czczeniu ich pamięci i modlitwie za nich. Dzięki temu od XII wieku w Kościele obchodzi się Dzień Zaduszny.
    W XIX wieku zwyczaje Halloween dotarły wraz z emigrantami z Wysp Brytyjskich do Ameryki. Tam nabrały swojego kolorytu i komercyjnego charakteru. Smaczku (a może raczej niesmaczku) dodaje fakt, że w Nowym Jorku jest to dzień parad gejowskich. W XX wieku zmodyfikowana pogańska praktyka powróciła już nie tylko na Wyspy Brytyjskie, ale do całej Europy. Na ironię zakrawa fakt, że choć w niemal całej Europie udało się Kościołowi „ochrzcić” dziady, po 800 latach musi on ponownie walczyć o to, aby kult zmarłych nie miał okultystycznego charakteru. Tak to już jest, licho nie śpi.

    Demonizowanie?

    Wiele osób uśmiecha się pod nosem, kiedy poznaje stanowisko Kościoła na temat Halloween. Najczęściej ludzie używają argumentu: co złego jest w tym, że dzieci przebierają się za czarownice i diabliki? Albo: przecież to tylko zabawa, nie ma w niej nic złego. Problem polega na tym, że cała symbolika i atmosfera Halloween otwiera człowieka na rzeczywistość, o której gdyby człowiek wiedział, uciekałby, gdzie pieprz rośnie.
    Taka oto dynia z zapaloną w niej świecą symbolizuje dusze błąkające się w postaci ogników. Tańce czarownic z diabłami i skrzatami przy ognisku (za te postaci przebierają się dzieci) mają za zadanie skontaktować człowieka z duchami. Wróżby mają na celu zajrzeć w zaświaty, by dowiedzieć się czegoś o nadchodzącej przyszłości.
    Jak wiemy, wróżby to grzech śmiertelny przeciw Panu Bogu, który jest jedynym Panem Czasów. Nie wolno próbować wcielać się w Jego rolę i próbować odkrywać przyszłość, którą zaplanował. Otwieranie się zaś na duchy to zabawa z diabłem w chowanego, ale na takich zasadach, że jedynie człowiek szuka, a diabeł pozwala się znaleźć. Duchy istnieją. Z tym tylko, że dusze zbawione trwają w adoracji Boga, a nie zajmują się ziemskimi zabawami ludzi. Toteż kiedy wywołujemy duchy, możemy mieć pewność, że spotkamy albo duszę potępioną, albo demony. Bo choćby człowiek tę zabawę traktował zupełnie niepoważnie, to diabły odpowiadają na każde zaproszenie człowieka. Zresztą sama atmosfera Halloween bliższa jest naszym wyobrażeniom piekła niż nieba. Bo czy wyobrażamy sobie niebo jako miejsce, po którym hasają diabełki, potwory, kościotrupy i czarownice? A jeżeli nie, to po co bawić się w piekło? Czy zabawa w potępienie i przebieranie się za przyjaciół szatana jest miła Chrystusowi?
    Wszyscy egzorcyści zwracają uwagę, że problemy opętań i schorzeń psychicznych na tle demonicznym zaczynają się niemal zawsze od niewinnych praktyk. Należą do nich: słuchanie obrazoburczej muzyki, wróżenie, kontaktowanie się z duchami, noszenie talizmanów czy też zabawa w piekło, diabły itp.

    Marketingowe oszustwo

    Najgorsze jest to, że sukces Halloween związany jest z zyskiem bardzo wielu osób. W okolicach Wszystkich Świętych można zarobić na zniczach i wiązankach. Wytwórcy zabawek i właściciele knajp pozazdrościli widać zysków i chcieliby również coś dla siebie uszczknąć. Stąd zależy im na zwiększaniu popularności Halloween. Jedni mogą dzięki temu sprzedać więcej upiornych strojów i zabawek, drudzy organizują imprezy w atmosferze horroru, podczas których wzrasta m.in. sprzedaż alkoholu.
    Ludzie, którzy zarabiają w Polsce na Halloween, zwłaszcza jeżeli są ochrzczeni, sprzeniewierzają się wierze i tradycji dla pieniędzy. Sami ulegają marketingowemu oszustwu, że Halloween to tylko świecka zabawa, na której można zarobić kilka groszy, i organizują coś, co otwiera ich samych i innych ludzi na działanie szatana.

     Marcin Konik-Korn/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rzecznik KEP: Obchodzenie Halloween trudno pogodzić z istotą Wszystkich Świętych

    o. dr Leszek Gesiak SJ rzecznik KEP/fot. Tomasz Golab / Gość Niedzielny

    ***

    Obchodzenie Halloween jest trudne do pogodzenia z istotą uroczystości Wszystkich Świętych. Chrześcijanie powinni skoncentrować się na świętowaniu dobra, jakie wnieśli do Kościoła święci – powiedział PAP rzecznik Konferencji Episkopatu Polski jezuita ks. Leszek Gęsiak.

    Rzecznik przypomniał, że Halloween ma korzenie w wierzeniach celtyckich i wywodzi się z dawnych praktyk pogańskich, dlatego jest obce chrześcijaństwu.

    Halloween to święto grozy i demonów, a więc czegoś bardzo odległego od tego, co Kościół katolicki czci w czasie obchodzonej 1 listopada uroczystości Wszystkich Świętych. Dlatego chrześcijanie powinni raczej skoncentrować się na świętowaniu dobra, jakie na przestrzeni wieków wnieśli do Kościoła święci zarówno ci kanonizowani i beatyfikowani, jak i zwykli ludzie, którzy swoim życiem ukazywali dobroć Boga – podkreślił.

    Jak zastrzegł, obchodzenie Halloween jest trudne do pogodzenia z istotą uroczystości Wszystkich Świętych. – Nie można z jednej strony gloryfikować demonów, a z drugiej wierzyć, że to, co jest warte naśladowania, to przykład świętych – ocenił.

    Ks. Gęsiak przypomniał, że w 2013 r. wydany został list pasterski przygotowany przez Komitet ds. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi KEP dotyczący duchowych zagrożeń wiary. Zawarte jest w nim m.in. ostrzeżenie przed banalizowaniem zła, oswajaniem z nim, szczególnie dzieci, i przed zacieraniem granic między dobrem i złem, „co może być pierwszym krokiem do zainteresowania niebezpiecznymi praktykami pseudoreligijnymi, a nawet satanizmem”.

    Podkreślił, że uczestnictwo w pozornie niewinnych halloweenowych zabawach niesie za sobą realne niebezpieczeństwo. –Jeżeli rodzice wiedzą, że w szkole czy przedszkolu, do którego uczęszcza ich dziecko, jest organizowana zabawa z okazji Halloween, mają prawo do tego, by zaproponować coś alternatywnego – wyjaśnił.

    Poinformował, że w wielu parafiach i szkołach w Polsce organizowane są bale i korowody świętych, podczas których dzieci przebierają się za świętych i aniołów. –Przy tej okazji poznają ich życie i pokazują pozytywną stronę człowieka, który przeszedł do wieczności. Bale świętych są dalekie od groteskowej zabawy naznaczonej promocją śmierci, brzydoty i zła. My, jako chrześcijanie, powinniśmy promować rzeczy dobre – powiedział.

    Zdaniem rzecznika, nawet jeśli ktoś traktuje udział w Halloween jako zabawę, to „za każdą zabawą stoi pewien system wartości”. – To nie jest tylko kwestia przebrania się za potwory i zbierania cukierków. To jest coś, co zostaje w pamięci dziecka. Apeluję do rodziców, by byli czujni i świadomi, że nawet z pozoru niewinne zabawy mogą stanowić zagrożenie dla ich dzieci – mówił.

    Ks. Gęsiak dodał także, że Halloween jest dla Polaków tradycją obcą kulturowo. –To jest tradycja krajów anglosaskich, a zatem, skoro mamy własne dobre tradycje, warto je pielęgnować i podkreślać to, co w nich jest ubogacającego – dodał.

    Przypadające 31 października Halloween najbardziej popularne jest w w krajach anglosaskich. Dzieci przebierają się za potwory, wampiry czy kościotrupy i chodzą wieczorem po udekorowanych specjalnie na tę okazję domach, prosząc o cukierki. Symbolem Halloween jest wydrążona w środku dynia z powycinanymi w skorupie otworami przypominającymi oczy, nos i przeważnie wyszczerbioną szczękę, z zapaloną w środku świeczką.

    Słowo Halloween jest swoistym zniekształceniem angielskiego All Hallow’s Eve (Wigilia Wszystkich Świętych) i celtyckiego Samhain. W istocie korzenie święta tkwią w kulturze starożytnych Celtów, którzy wierzyli, że 31 października – w dniu będącym u nich oficjalnym końcem lata – dusze zmarłych wychodzą z grobów i błąkają się po ziemi w poszukiwaniu ciał żywych, do których mogłyby wniknąć. Dlatego żywi zaczęli się tego dnia przebierać w odrażające maski i odpychające, makabryczne kostiumy, aby odstraszyć dusze zmarłych.

    PCh24.plźródło: Iwona Żurek (PAP)

    ______________________________________________________
    Pięć powodów, dla których nie wolno ci „świętować” Halloween

    – Jerzy Wolak

    oprac. GS/PCh24.pl

    ***

    Jest wiele przyczyn, dla których nie należy, nie powinno się, wręcz nie wolno obchodzić „święta” Halloween – inaczej niż szerokim łukiem. Wymieńmy pięć z nich. Tyle wystarczy.

    Po pierwsze, Halloween to szyderstwo z katolickiej uroczystości Wszystkich Świętych, skrojone w połowie XIX wieku przez amerykańskich protestantów odrzucających i wyśmiewających katolicki kult świętych, ba, więcej nawet – chrześcijański dogmat o świętych obcowaniu. Już sama nazwa tej imprezy – Halloween – to przecież nic innego jak zwulgaryzowana forma pierwotnego określenia All Hallows’ Eve, czyli wigilia Wszystkich Świętych. Uroczystość poświęconą pamięci świętych tradycyjnie po katolicku rozpoczynano bowiem w poprzedzający ją wieczór – i właśnie wtedy protestanccy szydercy wykazywali największą aktywność, zakłócając katolicką liturgię prześmiewczymi inscenizacjami, notabene przy użyciu rekwizytów zgoła pogańskich.

    Nie można bowiem zaprzeczyć – to po drugie – pogańskich korzeni „świętowania” Halloween. Wszystkie religie pogańskie na poczesnym miejscu stawiały pamięć zmarłych przodków, czy wręcz ich kult; we wszystkich też podejmowano rozmaite starania na rzecz nawiązania kontaktu z zaświatami. Stąd właśnie tyle w halloweenowym imaginarium najrozmaitszych duchów, zjaw i upiorów. A skoro duchów, zjaw i upiorów, to również demonów.

    Jeżeli zaś mają się pojawić goście z krainy cieni, to musi być ktoś, kto ich stamtąd sprowadzi. Czyż obchody Halloween nie roją się wprost od takich postaci? Czarownice i wiedźmy, magowie i czarnoksiężnicy, nekromanci i astrolodzy… Jak więc widać – to już po trzecie – Halloween aż kipi magią i okultyzmem.

    Ale główną bohaterką Halloween – podkreślmy w punkcie czwartym – jest śmierć (ze wszelakimi swymi atrybutami). Rozumiana i pokazywana nie jako moment przejścia z doczesności do wieczności, tylko jako możliwie najbardziej spektakularny kres biologicznej egzystencji. Stąd te „szkieletów ludy” – dominujące dziś w estetyce Halloween gnijące zwłoki, nagie kości, rozkład ciała. Stąd to nagromadzenie czaszek i piszczeli, urwanych kończyn i krwistych skrzepów oraz wszelkich przejawów dekompozycji materii organicznej. Stąd dziś wśród przebierańców tyle trucheł, kościotrupów i zombie. A co przy tym bardzo charakterystyczne, najczęściej są to ofiary makabrycznych morderstw, przedstawiane czy to z jako skłute nożami czy ze sterczącą z głowy siekierą…

    Ale to przecież tylko zabawa – powie niejeden. Co w tym złego?

    Wszystko. Śmierć jest złem. „Bo śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się ze zguby żyjących” (Mdr 1, 13). Zabawa w śmierć prowadzi wprost ku jej największemu entuzjaście, odpowiedzialnemu za jej zaistnienie. „Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka – uczynił go obrazem swej własnej wieczności. A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła” (Mdr 2, 23-24).

    Kto raz dotknął śmierci, ten na zawsze pozostanie martwy. Nigdy nie powróci do pełni życia (nawet jeśli biologiczne procesy jeszcze w nim nie ustały). No, chyba że przez zmartwychwstanie – ale od tego akurat promotorzy mroku spod znaku Halloween odżegnują się jak (nomen omen) diabeł od święconej wody.

    Po piąte zatem, Halloween jako apoteoza marnego końca ludzkiej wegetacji, beznadziejnego przemijania zakończonego odrażającym procesem gnilnym, jako gloryfikacja brzydoty, potworności i mroku to równia pochyła ku satanizmowi.

    Zza niewinnej na pozór przebieranki wyłania się skrzywiona ponurym grymasem diabelska facjata.

    – Bawcie się w śmierć – mówi. – Bawcie się w cień. Otwierajcie drzwi coraz szerzej, ja w nie z rozkoszą wejdę. Ja wam pokażę prawdziwy mrok, prawdziwą szpetotę, prawdziwą rzeczywistość potępienia. Ja wam pokażę prawdziwą śmierć, a będzie to „śmierć druga – jezioro ognia. Jeśli się ktoś nie znalazł zapisany w księdze życia, został wrzucony do jeziora ognia” (Ap 20, 14-15).

    A jakże miał znaleźć się w księdze życia ktoś, kto czerpał uciechę z obcowania z kostuchą w towarzystwie wampirów i wilkołaków? Dla takich właśnie, czyli „dla tchórzów, niewiernych, obmierzłych, zabójców, rozpustników, guślarzy, bałwochwalców i wszelkich kłamców: udział w jeziorze gorejącym ogniem i siarką. To jest śmierć druga” (Ap 21, 8).

    Ale tego nikt nie chce słuchać. Taniec śmierci trwa w najlepsze; danse macabre sunie ulicami chrześcijańskiego świata. Bo przecież wiadomo: show must go on. Więc bawią się dzieci, bawią się rodzice – niepomni, że jakkolwiek nieszkodliwe mogą wydawać się złego początki, koniec jednak najczęściej bywa tragiczny.

    I tak, zupełnie niespodziewanie i nie wiadomo skąd, w spokojnym domu pojawia się ohydne, pierwotne zło. Koleżanka koleżance podrzyna gardło; synalka, któremu ptasiego mleka nie brakowało, znajdują wiszącego na poddaszu; kochający ojciec rodziny masakruje swych najbliższych szlifierką kątową. Małe dziecko nagle zaczyna śnić koszmary, miły, cichy nastolatek bluzga plugawym jadem nienawiści…

    Nie wiadomo skąd gniew, agresja, furia – z jednej strony. A z drugiej depresja, apatia, rozpacz. I nie wiadomo, dlaczego kolejki do egzorcystów rosną w zastraszającym tempie.

    Na pewno nie wiadomo?

    Jerzy Wolak/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bawią się w duchy… duchy nimi bawią się…

    brat Tadeusz Ruciński FSC:

    pixabay.com

    ***

    Zdarzyło mi się kiedyś być w USA (Minneapolis) jesienią i trafić na gremialne obrzędy wokół Halloween. Cztery dni przed przełomem października i listopada, i cztery po nim, większość filmów w TV to były horrory. Wizerunki czaszek, piszczeli, kościotrupów, wampirów, wiedźm, wampirów, pajęczyn, sów, widm, upiorów, nieboszczyków były prawie wszędzie. W urzędach, w sklepach, w galeriach, na stacjach benzynowych, w restauracjach, w parkach, no i w przedszkolach, i w szkołach (także w katolickich) straszono się tym niby dla zabawy, niby ze względu na dzieci. Nic tam jednak nie było zabawne.

    Zwłaszcza w szkole przebrane za wiedźmy nauczycielki i nauczyciele w kostiumach wampirów. Ani dzieci w podobnych przebraniach goniące niby za słodyczami, a bardziej za możliwościami wybryków. Bywały więc wybite okna, zdemolowane samochody, bójki na ciemnych ulicach. W tych „wystrojach” jednak, w kostiumach, w używanych nie tylko przez dzieci akcesoriach, były jakby  znamiona zbiorowego kultu… Ale czego? – Brzydoty, trupizmu (turpizmu też) , wyklętych przez chrześcijaństwo demonów, wiedźm i wilkołaków? To tak jakby Belzebub rozpuścił swoją zgraję, aby zamroczyć jasność nieba w Uroczystość Wszystkich Świętych i jazgotem przepędzić ciszę z modlitwą za zmarłych.

    1 listopada rano w miejscowym kościele proboszcz nie uległ jakoś powszechnemu amokowi i jakby w kontrze do niego pozawieszał na ścianach duże wizerunki znaczących świętych. A na środku wystawił wielką księgę, aby obecni wpisywali tam imiona zmarłych, jak w naszych wypominkach oraz intencje modlitewne poprzez tych już zbawionych.

    Za to wieczorem pokazano w TV przegląd owych zabaw-obrzędów, interwencje policji, ale i w końcu miejscowy cmentarz chrześcijański z nielicznymi lampkami i… sprawujących swój mroczny rytuał na jednym z grobów, satanistów. I wtedy znalazłem w bibliotece album z Krakowa, gdzie były zdjęcia jednego z naszych cmentarzy w morzu kwiatów i palących się zniczy w nasze polskie Zaduszki. Pokazałem je braciom. Jeden, który nigdy nie był w Europie czy w Polsce, skonstatował: „To czy my tutaj jesteśmy jeszcze chrześcijanami?”

    To pytanie mogliby w Polsce postawić sobie ci, co dali się jakoś omamić obcej pogańskiej tradycji, która z  wolna, ale uparcie zastępuje nam te nasze polskie i katolickie. Ta uporczywość tegoż jest znamienna i jakoś  wspomagana przez obce nam siły, ale i przez rodzimą głupotę i zamierającą wiarę, przechodzącą powoli w pogański synkretyzm rodem z New Age. I trudno to usprawiedliwić dziecięcą zabawą, jak przy promocjach kolejnych tomów „Harry Pottera”, choć magiczne pokrewieństwo narzuca się samo. Tak, to przez dzieci i wiele szkół (czasem z udziałem katechetów) , zaczyna się kultywować coś z gruntu mrocznego i niebezpiecznego zwłaszcza dla dzieci nieświadomych za bardzo tego, w co się bawią i kto nimi się bawi, bynajmniej nie dla samej beztroskiej zabawy. Przez zabawę bowiem trwale się przekazuje pewne treści, ale i wdraża w pewne zachowania, które mogą być też czasem inicjacją w coś złowrogiego. Księża egzorcyści mówią bowiem o rosnącej ilości zgłaszających się do nich rodziców zaniepokojonych stanem i zachowaniem dzieci po tych z pozoru niewinnych zabawach przechodzących w umagicznione obrzędy. Podobnie bywa z tymi, którzy dla zabawy wróżyli z kart Tarot czy bawili się w wywoływanie duchów, choćby poprzez tabliczkę „ouija”, co uprawia się czasem w tę „noc duchów”, raczej nie dobrych… lecz potępieńców.

    Czym więc była i jest ta noc? W pogańskiej tradycji staroceltyckiej, działy się wtedy obrzędy na część najpotężniejszego dla nich bóstwa, boga śmierci Samhaina. A dochodziło w nich do składania mu ofiar z ludzi. Obłaskawiano więc tak jego i atakujące ludzi duchy. Jego kapłani nawiedzali wtedy domy, żądając ofiar, a gdy ich nie otrzymywali, rzucali na domy i ich mieszkańców klątwy. (Do tego więc nawiązuje nachodzenie domów przez poprzebierane dzieciaki z żądaniem przez nie słodyczy, z groźbą uczynienia jakiejś szkody). Tę noc oraz niektóre obrzędy zawłaszczyli sataniści, łącząc je ze swoimi czarnymi mszami (z ofiarami ze zwierząt), orgiami seksualnymi i obrzędami jednoczenia się z demonami. Bywa, że składa się wtedy ofiary z dzieci, bowiem w tych dniach też ginie najwięcej dzieci, których policja już nie może odnaleźć. Obok Nocy Walpurgii jest to najważniejsze dla nich święto. Podobnie ważnym było ono w książkach i filmie o Harrym Potterze, w szkole czarodziejstwa i magii Hogwart. Jest to więc szyderstwo z chrześcijańskiej uroczystości Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego albo próba pomieszania elementów obu świat z przewagą tych demonicznych i makabrycznych. Zamiast bowiem uwielbienia bezimiennych świętych w niebie i modlitwy za zmarłych w czyśćcu, na różne sposoby – także przez rozmaite przebrania za nietoperze, czarne koty, zombi, gobliny, sowy, wampiry  – wzywa się potępieńców, igra się i zabawia z demonami jak i z samym diabłem, który nigdy się nie bawi i nie żartuje. Dochodzi do tego uprawianie różnych wróżb, jak i wywoływanie duchów, niestety także przez dzieci z ciężkimi czasem dla nich potem nękaniami, uwikłaniami czy nawet opętaniem demonicznym. Ten swoisty dance macabre nie ma nic wspólnego z powagą śmierci, modlitwy, wspominania zmarłych z troską o ich zbawienie.

    Powraca wtedy pytanie tamtego brata z Minneapolis: „Czy my więc tutaj jesteśmy jeszcze chrześcijanami?” Bo choćby nawet ta coraz popularniejsza tradycja wystawiania rozświetlonych od środka dyni –  według podania o irlandzkim Jacku, który za zadawanie się z demonami został skazany na błąkanie się do końca świata, a w tych jesiennych dniach ze świeczką w dyni ku przestrodze. Dla satanistów nie jest to dynia, ale ludzka czaszka i piszczele. Czy tym się można bawić, choćby przez nawiązywanie? Otwarcie się na demoniczne wpływy czy nawet inicjację demoniczną może tez nastąpić pośrednio, nieświadomie. Czy mają tego świadomość ci, co organizują te „zabawy” w przedszkolach i szkołach? Usprawiedliwiając się często sugestiami i takimi treściami w podręcznikach do języka angielskiego albo po prostu prawem dzieci do zabawy. Pytanie tylko: czy dobrej? Zaprasza się bowiem także wtedy do szkoły prawdziwe wróżki czy szamanów prezentujących realnie „sztuczki” rodem z Hogwartu.

    Pytanie także: czy w chrześcijanach, w katolikach jest jeszcze świadomość poważnego grzechu bałwochwalstwa przeciw I przykazaniu Bożemu? Grzechy te w sposób wręcz dosadny są określone w Biblii, ale i bardziej współcześnie w Katechizmie Kościoła Katolickiego (aneks). Po lockdownie większość ludzi jest w marnym stanie psychicznym i duchowym, czy więc  tym bardziej trzeba fundować sobie czy dzieciom „zabawy w duchowość” mroczną, makabryczną i demoniczną? Czy u dzieci nie infantylizuje to także grozy i śmierci? Zauważa się bowiem u dzieci, że oglądając horrory czy thrillery ukazujące śmierć albo makabrycznie, albo „zabawowo”, nie dorastają do pojmowania śmierci realnej swoich bliskich, czy nawet własnej (w grach można mieć jeszcze drugie, trzecie… życie).  Czy jest wtedy w tym wszystkim miejsce dla Jezusa Zmartwychwstałego zwyciężającego śmierć i Aniołów przeprowadzających zmarłych stąd czy z czyśćca do jasnej, szczęśliwej wieczności, dzięki też naszej modlitwie w domu, w kościele czy na cmentarzu?

    Dzięki Bogu, są jeszcze tacy ludzie jak ów proboszcz z Minneapolis, przypominający o treści Uroczystości Wszystkich Świętych, jak o prawdzie, którą wyznajemy, o świętych obcowaniu. Są również u nas organizowane bale wszystkich świętych z przebieraniem się za swoich czy ulubionych świętych patronów (przebieranie się, to przecież forma utożsamiania), jak i korowody świętych, żeby przypomnieć o ich istnieniu, pięknie i ważności ich życia, jak i pomocy, jakiej możemy od nich oczekiwać w drodze do nieba, a nie do piekła, jak proponują satanistyczne obrzędy oraz przyzywane demony i potępieńcy w Halloween’owym bestiarium.

    Na koniec może opowiadanie:

    Było to w Dzień Zaduszny, o którym pamiętali chyba tylko wychodzący z kościoła starsi ludzi, idący w stronę cmentarza nieopodal. Z pobliskiej szkoły wybiegli z przeraźliwymi  krzykami poprzebierane za upiory dzieciaki pozostający jeszcze dziś w Halloween’owej zabawie. Dwójka z nich: dziewczynka przebrana ze wiedźmę i chłopiec za wampira, zaczęli biegać wokół przygarbionej staruszki, wrzeszcząc: „Trick-trak! Trick-track!” Staruszka przystanęła mówiąc: „Ej, poganięta! Zamiast przebierać się za stwory z piekła rodem, pomodliłybyście się raczej za zmarłych, co chcą od piekła być jak najdalej. Dziś Dzień Zaduszny!” Na to mała „wiedźma”: „Nie, my jeszcze bawimy się w Halloween! Trick-track!”

    A chłopiec „wampir” naśladując pohukiwanie puszczyka, biegał wciąż wokół staruszki jak półdiablę. Staruszka weszła już na cmentarz, a ta dwójka jakby uwzięła się na nią, biegając wokół niej i strasząc. Staruszka przestała zwracać na nich uwagę, zatrzymując się przy grobie, omiatając go ze świeżo spadłego śniegu i zapalając nowe znicze.

    Wtedy to „wiedźma” powiedziała nagle do „wampira”: – „Patrz. Maks – tam na grobie siedzi ktoś przebrany za anioła. Chodźmy go nastraszyć!” I ruszyli – teraz już cicho – skradając się powoli. Cmentarz był pokryty śniegiem, który padał całą noc. Nawet ścieżek między grobami nie bardzo było widać. Zasypane śniegiem były tez pozostawione wczoraj na grobach kwiaty i znicze. Odezwał się wtedy półgłosem „wampir”; „Ty, ten niby-anioł zapala świeczki. Zdmuchniemy mu je?” Podeszli kilkanaście metrów od tego kogoś, kto też wyglądał jak zasypany śniegiem, a teraz usiadł na grobie z twarzą ukrytą w dłoniach, jakby chowając w nich płacz. – „Maks – szepnęła „wiedźma” – ten przebieraniec chyba zamarznie na śmierć… Może go przestraszymy i rozruszamy? Albo odtańczymy „taniec widm?” Zaczęli poprawiać sobie kostiumy do owego tańca, ale gdy się odwrócili, tamtego już nie było. – „Maks – spytała „wiedźma” – jak on mógł tak zniknąć? Może schował się za nagrobek? Chodźmy tam.” Zaczęli jednak podchodzić tam coraz wolniej, jakby pojawił się nagle w nich strach przed tańczeniem na cmentarzu. Podeszli w końcu do tego grobu. – „Ty, Maks – szepnęła zdumiona „wiedźma” – patrz, to świeże konwalie… Jakby zasadzone w śniegu… I pachną… No i te woskowe świece… też pachną… Jezu! To jest grób mojej Babci, Maks! Ona miała w szklarni takie konwalie i robiła takie świece z pszczelego wosku…”

    Maks „wampir” stał oniemiały i nie mógł powstrzymać szczękania zębów, blady jak nieboszczyk. – „Nie wiem, kto to mógł być? – dziwiła się „wiedźma” – Z naszej rodziny nikt wczoraj nie był na cmentarzu… I patrz, na śniegu nie ma żadnych śladów stóp! Kto tu był? I kto zapalił te świeczki przed chwilą?” I rozpłakała się. Po chwili ze złością zrzuciła kapelusz i pelerynę wiedźmy, klękając przy nagrobku. I wtedy zobaczyła tam, gdzie siedziała owa postać, jakby ślady kropel… chyba ciepłych łez kapiących w śnieg… Jeszcze mocniej pachniały konwalie i świece. Drgnęli nagle oboje, przestraszeni czyimś głosem. To ta staruszka podeszła zaciekawiona i uśmiechnęła się. – „No – powiedziała – nie przypuszczałam, że takie półdiablęta mają dobre serca. Piękne te konwalie i świece. Skąd je wzięliście? A tą miotełką czarownicy można byłoby odmieść z grobu śnieg… No, ale modlitwa ważniejsza. Wieczne odpoczywanie racz jej dać, Panie…”

    brat Tadeusz Ruciński FSC/PCh24.pl

    ANEKS:

    Kpł 19, 31 

    Nie będziecie się zwracać do wywołujących duchy ani do wróżbitów. Nie będziecie zasięgać ich rady, aby nie splugawić się przez nich.

    Pwt 13, 2-6

    2 Jeśli powstanie u ciebie prorok, lub wyjaśniacz snów, i zapowie znak lub cud, 3 i spełni się znak albo cud, jak ci zapowiedział, a potem ci powie: «Chodźmy do bogów obcych – których nie znałeś – i służmy im», 4 nie usłuchasz słów tego proroka, albo wyjaśniacza snów. Gdyż Pan, Bóg twój, doświadcza cię, chcąc poznać, czy miłujesz Pana, Boga swego, z całego swego serca i z całej duszy. 5 Za Panem, Bogiem swoim, pójdziesz. Jego się będziesz bał, przestrzegając Jego poleceń. Jego głosu będziesz słuchał, Jemu będziesz służył i przylgniesz do Niego. 6 Ów zaś prorok lub wyjaśniacz snów musi umrzeć, bo chcąc cię odwieść od drogi, jaką iść ci nakazał Pan, Bóg twój, głosił odstępstwo od Pana, Boga twego, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, wybawił cię z domu niewoli. W ten sposób usuniesz zło spośród siebie.

    Pwt 18, 9-14

    9 Gdy ty wejdziesz do kraju, który ci daje Pan, Bóg twój, nie ucz się popełniania tych samych obrzydliwości jak tamte narody. 10 Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary; 11 nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. 12 Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni. Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg twój, sprzed twego oblicza. 13 Dochowasz pełnej wierności Panu, Bogu swemu. 14 Te narody bowiem, które ty wydziedziczysz, słuchały wróżbitów i wywołujących umarłych. Lecz tobie nie pozwala na to Pan, Bóg twój.

     Z Katechizmu Kościoła Katolickiego:

    1. Należy odrzucić wszystkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do Szatana lub demonów, przywoływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość (Pwt 18, 10; Jr 29, 8.). Korzystanie z horoskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa, posługiwanie się medium są przejawami chęci panowania nad czasem, nad historią i wreszcie nad ludźmi, a jednocześnie pragnieniem zjednania sobie ukrytych mocy. Praktyki te są sprzeczne ze czcią i szacunkiem – połączonym z miłującą bojaźnią – które należą się jedynie Bogu.
    2. Wszystkie praktyki magii lub czarów, przez które dąży się do pozyskania tajemnych sił, by posługiwać się nimi i osiągać nadnaturalną władzę nad bliźnim – nawet w celu zapewnienia mu zdrowia – są w poważnej sprzeczności z cnotą religijności. Praktyki te należy potępić tym bardziej wtedy, gdy towarzyszy im intencja zaszkodzenia drugiemu człowiekowi lub uciekanie się do interwencji demonów. Jest również naganne noszenie amuletów. Spirytyzm często pociąga za sobą praktyki wróżbiarskie lub magiczne. Dlatego Kościół upomina wiernych, by wystrzegali się ich. Uciekanie się do tak zwanych tradycyjnych praktyk medycznych nie usprawiedliwia ani wzywania złych mocy, ani wykorzystywania łatwowierności drugiego człowieka. (KKK Rozdz.1, Art. 1; 2116 – 2117)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MOCNY list egzorcysty o Halloween! PRZECZYTAJ
    fot. via Unsplash [https://unsplash.com/photos/0d5-_kJFdDk]

    ***

    MOCNY list egzorcysty o Halloween!

    „W jednej z dużych rzymskich dyskotek w noc Halloween wystawiono na widok publiczny kukiełkę księdza, powieszonego za nogi, głową w dół.” – pisze w liście o Halloween egzorcysta. Koniecznie przeczytaj!

    Egzaltacja i wyniesienie brzydoty, makabryczności i demoniczności, czyli list Przewodniczącego Międzynarodowego Stowarzyszenia Egzorcystów o Halloween, Ks. Francesco Bamonte:

    Miesiąc październik, który obecnie mamy , od kilku dziesięcioleci stał się czasem frenetycznych przygotowań do nocy z 31 października na 1 listopada , która dla wielu nie jest już czasem Wszystkich Świętych , ale stała się nocą Halloween. Stało się to już modą, również w naszej chrześcijańskiej kulturze , zwłaszcza dzięki instrumentalizacji przez network, prasę, wszystkie mass media, które je rozpowszechniają. Witryny cukierni , ozdobione Halloweenowi dekoracjami, sklepy z zabawkami , czasopisma dla dzieci i młodzieży , strony internetowe przywołujące nieustannie uwagę i zainteresowanie społeczne na Halloween, nawet szkoły są ozdabiane duchami, upiorami, dyniami, strasznymi maskami, które są prawdziwą i autentyczna egzaltacją ą tym co makabryczne.

    W związku z tą nocą produkowane są kostiumy czarownic, duchów, upiorów, demonów, Draculi, kościotrupów, krwawych bestii i tej nocy są organizowane imprezy , które w zamiarze i na serio są obraźliwe dla naszej chrześcijańskiej wiary, jak na przykład to co stało się w jednej z dużych rzymskich dyskotek w noc Halloween, gdzie wystawiono na widok publiczny kukiełkę księdza, powieszonego za nogi, głową w dół.

    Cel tego „święta” nie jest tylko komercyjny, ale chodzi w nim przede wszystkim o zachęcenie opinii publicznej, szczególnie dzieci , nastolatków i młodych ludzi aby oswoili się z mentalnością okultystyczną, magiczną, obcą i wrogą naszej chrześcijańskiej kulturze ( czasami pod pozorem poznawania kultury celtyckiej ), W czasie gdy jesteśmy świadkami usuwania krzyży z miejsc publicznych, a w okresie Bożego Narodzenia również zakazów urządzania szopek i przedstawień bożonarodzeniowych w szkołach , w tych samych szkołach propaguje się Halloween, który jest egzaltacją złej rzeczywistości duchowej, tzn. tego wszystkiego co uosabia zło, śmierć, strach, makabryczność, demoniczność. W noc Halloween odnotowuje się tez coraz większą liczbę praktyk okultystycznych, , rytuałów satanistycznych, ponieważ noc ta , zgodnie z kalendarzem czarownic odpowiada wigilii Nowego roku satanistycznego w którą ma miejsce rytuał inicjacji i poświęcenia Szatanowi w czasie sabatu.

    I w ten sposób Halloween, zamiast promować wartości, zachowania moralne i duchowe, które budują osobowość dzieci i młodzieży , a tym samym społeczeństwa jutra, proponuje rzeczywistość pozbawioną wartości, która nie buduje, ale niszczy, która nie wynosi, ale czyni brzydką osobę ludzką, stworzona na obraz i podobieństwo Boże i stworzoną, stworzona aby znać, kochać i służyć Bogu.

    Organizujmy więc w noc z 31 października na 1 listopada czuwania modlitewne w kościołach, alternatywne obchody chrześcijańskie tego święta z udziałem grup, piosenkarzy chrześcijańskich , procesje świętych, przedstawienia teatralne z życia świętych, imprezy dla dzieci i ich rodziców, zabawy inspirowane zdrową tradycją, które rozpowszechniając się, zastąpią te okropną egzaltację brzydoty proponowana przez Halloween.

    Ks. Francesco Bamonte

    tłum. z włoskiego Ks. dr hab. Aleksander Posacki, członek-ekspert Międzynarodowego Stowarzyszenia Egzorcystów

    Fronda.pl 31.10.2017 r./facebook.com/aleksander.posacki/oprac MP.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Halloween w Siemianowicach Śląskich odwołane. Prezydent miasta ma odpowiedź na demoniczną modę zza oceanu

    fot. Urząd Miasta Siemianowice Śląskie, CC BY-SA 4.0 , via Wikimedia Commons

    ***

    „Heaven Wins (ang. Niebo wygrywa)”, to inicjatywa, która zastąpi na ulicach Siemianowic Śląskich importowany ze Stanów Zjednoczonych zwyczaj obchodzenia Halloween. Jak ogłosił Rafał Piech, prezydent miasta, to „święto aniołów” będzie zachęcać obywateli do podejmowania dobrych uczynków.

    Włodarz położonej tuż obok Katowic miejscowości nie kryje swojego przywiązania do religii katolickiej. Samorządowiec wielokrotnie zawierzał powierzone mu w zarząd Siemianowice Matce Bożej i, jak sam zaznaczał, to Jej pomocy zawdzięcza dobre owoce swojej prezydentury. „Ona otrzymała klucze do miasta, jest jego menadżerem i je prowadzi”, mówił Rafał Piech o Maryi Pannie.

    Teraz, wyciągając konsekwencje ze swoich katolickich przekonań, obecny przewodniczący ruchu Polska Jest Jedna podjął się próby zerwania z modą na obchodzenie „Halloween” w jego miejscowości. – Wigilia Wszystkich Świętych stała się w ostatnich latach w Polsce okazją do zabaw przejętych z tradycji krajów zachodnich i USA. W roku 2022 podjęliśmy się w Siemianowicach Śląskich rzeczy niepowtarzalnej, jaką jest zainicjowanie zupełnie nowej formy spędzania w tym dniu przez najmłodszych wolnego czasu – wyjaśniał Rafał Piech, obwieszczając intencję zerwania z demonicznym „świętowaniem”.

    Jak donoszą media, w ramach obchodów inicjatywy „Heaven Wins” na ulice śląskiej miejscowości wystąpią mieszkańcy przebrani za aniołów. Będą oni częstować cukierkami w zamian za losowanie przez uczestników jakiegoś dobrego uczynku, do którego spełnienia zobowiążą się biorący udział w zabawie obywatele.  

    Na tej prostej alternatywie dla zasady „cukierek albo psikus” nie koniec. Cały dzień wigilii Uroczystości Wszystkich Świętych został zaplanowany: w programie przewidziano pokazy filmów, zawody sportowe i wielorakie zabawy dla rodzin z dziećmi.

    Inicjatywę prezydenta Siemianowic Śląskich zdążyła już dostrzec antyklerykalna „Gazeta Wyborcza”. Artykuł poświęcony pomysłowi Rafała Piecha trafił nawet na drugą stronę dziennika, co sygnalizuje żywotne zainteresowanie tego medium inicjatywą „Heaven Wins”.

    Rafał Piech pełni urząd prezydenta Siemianowic Śląskich od 2014 roku. Stanął ostatnio na czele ruchu „Polska Jest Jedna”, sprzeciwiającego się obowiązkowym szczepieniom przeciwko koronawirusowi i segregacji sanitarnej.

    źródła:portalsamorzadowy.pl/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Musical o objawieniach w Lourdes zakazany dla szkół ze względu na „łamanie zasad laickości”

    (fot. Twitter)

    ***

    Od 11 lutego do 16 lipca 1858 roku czternastoletnia wiejska dziewczyna Bernadette Soubirous doświadczyła osiemnastu objawień „Pięknej Pani” ubranej w białą suknię i tego samego koloru płaszcz okrywający głowę. Niewiasta przepasana była niebieską szarfą, stopy przystrojone zostały żółtymi różami. Różaniec tej samej barwy wisiał na ręce i składał się z sześciu dziesiątek. Wydarzenia te miały miejsce w grocie położonej niedaleko Lourdes. Takie były początki powstania tamtejszego sanktuarium maryjnego. Historię Bernadetty, której długo nie dawano wiary, a która była obiektem nagonki ze strony władz i masonów, opisywano w wielu książkach. Doczekała się też fabularnych filmów, ale i musicalu.

    Spektakl Bernadette de Lourdes cieszy się niebywałym powodzeniem, a bilety na trasę koncertową sezonu 2023 – 2024 szybko się rozchodzą. Tournée obejmuje całą Francję, ale i zagranicę. Po sukcesie w Lourdes, gdzie frekwencja wyniosła ponad 150 tysięcy widzów, spektakl trafia do kolejnych miast francuskich. W listopadzie będzie grany m.in. w Lille, w grudniu w Strasburgu, później m.in. w Rennes i Rouen. Na miejsce ostatniego przedstawienia w cyklu, 23 czerwca, wybrana została stolica.

    Jest to opowieść o fascynujących i inspirujących objawieniach maryjnych. Oparta została m.in. o oficjalne raporty władz. Fabuła śledzi historię Bernadetty Soubirous, która po objawieniach Najświętszej Maryi Panny musi stawić czoła niezrozumieniu i wrogości władz, które nie chcą wierzyć jej przekazowi. Twórcy zrekonstruowali tu przesłuchania i spotkania Bernadetty z komisarzem Jacometem, księdzem Peyermale, prokuratorem z Lourdes Vitalem Dutorem, biskupem Laurecnem, itd. To wzruszająca walka pokornej dziewczynki w obronie objawień przed sceptycznymi dorosłymi.

    Muzykę napisał Gregoire, spektakl wyreżyserował Serge Cenoncourt. Autorami tekstów są: Lionel Florence i Patrice Guirao. Producentami „Bernadetty z Lourdes” są Roberto Ciurleo i Eléonore de Galard, którzy po musicalach i sukcesie „Robina Hooda” oraz „Trzech muszkieterów” podjęli nowe wyzwanie, by opowiedzieć fascynującą historię. Przypomnijmy, że święta zmarła w 1858 roku i została kanonizowana w 1933 r. przez papieża Piusa XI.

    Okazuje się, że ten temat – wydawałoby się już historyczny – ma swój ciąg dalszy, a historia objawienia, nawet w formie „świeckiej”, nadal jest przedmiotem kontrowersji. Krytykom nie spodobał się religijny charakter musicalu. Pomimo entuzjastycznych ocen artystycznych, władze oświatowe zdecydowały, że kolejne przedstawienia nie mogą być objęte tzw. pass culture („paszport do kultury”). Jest to stworzony przez rząd francuski system dostępu do wydarzeń kulturalnych dla młodych ludzi w wieku od piętnastu do osiemnastu lat, dostępny w formie aplikacji mobilnej i internetowej. Młodzież otrzymuje na swoje konta pewne sumy, które może wydawać na bilety wstępu w ramach edukacji artystycznej i kulturalnej. Wprowadzony w całej Francji w 2022 roku program umożliwia także nauczycielom rezerwację wycieczek na różne spektakle, filmy, koncerty czy konferencje.

    Spektakl Bernadette de Lourdes z tego systemu wyłączono. Okazuje się, że ta fascynująca historia „nie kwalifikuje się do zbiorowej oferty karnetu kulturowego” ze względu na łamanie zasad „karty laicyzmu”. Poszło o przedstawienia zaplanowane w Lille, które w ramach negocjacji z ministerstwem kultury chciano włączyć do culture pass. Przyszła jednak opinia wersalskiego kuratorium, które uznało, że spektakl nie jest odpowiednio „świecki”.

    Producent Roberto Ciurleo mówi wprost, że to brutalna i bezsensowna decyzja. Jednak agenci Regionalnej Dyrekcji ds. Kultury (Drac) i rektoratu (kuratorium) w Wersalu uznali, że „spektakl nie ma szczególnego wymiaru edukacyjnego”, a poza tym narusza Kartę Sekularyzmu, podobno nawet samym tytułem sztuki. Producent przypomina tymczasem, iż „spektakl jest utrzymaną w konwencji policyjnego śledztwa rekonstrukcją historyczną zaczerpniętą z raportów państwowych – komisarzy, prokuratora cesarskiego i tego, co udało się zaobserwować urzędnikom”. To również „opowieść o przesłuchaniach, jakie przechodziła Bernadette i nie w nim samego objawienia Dziewicy w grocie Lourdes”. Ciurleo dodaje nawet, że „sam reżyser, podobnie jak autorzy piosenek, są… ateistami”. – Nic nie jest tu wymyślone ani podporządkowane nawracaniu, nawet nie ma tu mowy o religii – dorzuca producent.

    Dziennik „Le Figaro” próbował się kontaktować w tej sprawie z rektoratem w Wersalu, ale nie uzyskał wyjaśnień. Rzecz jest może i marginalna a popularności musicalu raczej nie zaszkodzi, ale wyłączenie młodzieży z dostępu do tego typu treści przez agendy Republiki pokazuje, że pojęcie „laicyzmu” we Francji przebyło ewolucję w kierunku negacji własnej kultury, historii i dziedzictwa. Być może urzędnicy państwowi wystraszyli się, bo musical przyciągał coraz większą liczbę młodych ludzi, a zainteresowanie nim dotarło także do szkół. Tak, czy inaczej, nawet w „świeckiej” formie opowiadanie o historii dotyczącej Kościoła okazuje się dla niektórych „podejrzane”…

    Bogdan Dobosz/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK 16 PAŹDZIERNIKA

    Dokładnie dziś, przed 45 laty, kardynał Karol Wojtyła został wybrany na papieża. Było to 16 października 1978 r., w drugim dniu konklawe. Biały dym zwiastujący dokonanie wyboru pojawił się nad Kaplicą Sykstyńską o godz. 18.18. Metropolita krakowski stał się 262. następcą św. Piotra. Ostatnia notatka w prowadzonej przez metropolitę krakowskiego ‘Księdze czynności biskupich’, przesłanej później do Krakowa, brzmi: „Około godz. 17.15 – Jan Paweł II”.

    Jak stać się wspólnotą? Rady Karola Wojtyły

     Pokaz multimedialny we Wrocławiu z okazji beatyfikacji Jana Pawła II

    (fot. ks. Rafał Kowalski/ Gość Niedzielny)

    ***

    Warto dziś przypomnieć rożne fakty, wspomnienia, opinie i ciekawostki dotyczące owego pamiętnego czasu.

    Bardzo znamiennie, z perspektywy przyszłych wydarzeń, brzmią słowa jakie kard. Wojtyła wypowiedział 11 października 1978 w bazylice Mariackiej, podczas Mszy św. intencji zmarłego papieża, Jana Pawła I: „Mężowie stanu, głowy państw mówią o tym, że zapoczątkował nowy styl pasterzowania na Stolicy Apostolskiej. Styl pełen ogromnej prostoty, pełen ogromnej skromności, pełen olbrzymiego poszanowania dla człowieka”.

    15 sierpnia 1963 r. podczas uroczystości koronacji przez prymasa Wyszyńskiego figury Matki Bożej Ludźmierskiej miał miejsce znamienny – z perspektywy późniejszych wydarzeń – epizod. Kardynał Wojtyła uchwycił berło, jakie podczas procesji w pewnym momencie wypadło z ręki Madonny. “Karolu, Maryja dzieli się z Tobą władzą” – powiedział do bp. Wojtyły stojący obok jego kolega, ks. Franciszek Macharski.

    Niektórzy bliscy znajomi kard. Wojtyły uważają, że jego niezwykłe zachowanie w dniach poprzedzających konklawe (w tym szczególne skupienie i małomówność) mogło wskazywać, że przeczuwał on to, co się ostatecznie wydarzyło. Kiedy rankiem 29 września 1978 r. metropolita krakowski dowiedział się o niespodziewanej śmierci Jana Pawła I, głęboko wstrząśnięty powiedział: “Niezbadane są wyroki Boże, chylimy przed nimi głowę”.

    Ostatnią noc przed wyjazdem na pogrzeb Jana Pawła I i konklawe, przyszły papież spędził w domu gościnnym sióstr urszulanek na warszawskim Powiślu. W tym samym domu od lat mieszkał wybitny historyk filozofii Stefan Swieżawski, od lat przyjaciel Karola Wojtyły. “Był bardzo milczący. Pożegnaliśmy się właściwie bez słowa. Widziałem, że nie chce nic mówić. A on już wiedział…”

    Przed konklawe, które wybrało go na papieża kard. Wojtyła mieszkał w Papieskim Kolegium Polskim przy Piazza Remuria. Wczesnym rankiem, 14 października 1978 r. w kaplicy Kolegium odprawił Mszę św. Po południu odjechał na konklawe samochodem prowadzonym przez brata Mariana Markiewicza ze Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego. Wysłużone już wówczas auto kupił po latach amerykański aktor Jon Voight, odtwórca roli papieża w amerykańskim filmie “Jan Paweł II” (USA, 2005).

    Bezpośrednim poprzednikiem Jana Pawła II na Stolicy Piotrowej był kard. Albino Luciani, który przybrał imię Jana Pawła I. Zmarł na atak serca 28 września 1978 r. po 33 dniach pontyfikatu. Wedle niepotwierdzonych doniesień, papież zmarł we śnie trzymając w dłoni słynne dzieło Tomasza a Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”.

    Kard. Wojtyła niemal „na styk” zdążył na konklawe, które wybrało go na papieża. 14 października metropolita krakowski wybrał po południu do rzymskiej kliniki Gemelli, by odwiedzić chorego przyjaciela, biskupa Deskura. Do Kaplicy Sykstyńskiej wszedł ostatni a trzeba wiedzieć, że po zamknięciu wrót Kaplicy do środka nie wpuszcza się nikogo, nawet kardynałów….

    Kard. Karol Wojtyła został wybrany na papieża w poniedziałek, 16 października 1978 r., w drugim dniu konklawe. Biały dym zwiastujący dokonanie wyboru pojawił się nad Kaplicą Sykstyńską o godz. 18.18. Metropolita krakowski stał się 262. następcą św. Piotra. Ostatnia notatka w prowadzonej przez metropolitę krakowskiego ‘Księdze czynności biskupich’, przesłanej później do Krakowa, brzmi: „Około godz. 17.15 – Jan Paweł II”.

    Podczas konklawe, prymas Polski kard. Stefan Wyszyński szepnął kardynałowi Wojtyle: “Jeśli wybiorą, proszę nie odmawiać…”.

    Znamienne reminiscencje z konklawe zamieścił papież w swoim testamencie: „Kiedy w dniu 16. października 1978 konklawe kardynałów wybrało Jana Pawła II, Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński powiedział do mnie: ‘zadaniem nowego papieża będzie wprowadzić Kościół w Trzecie Tysiąclecie’. Nie wiem, czy przytaczam to zdanie dosłownie, ale taki z pewnością był sens tego, co wówczas usłyszałem. Wypowiedział je zaś Człowiek, który przeszedł do historii jako Prymas Tysiąclecia. Wielki Prymas. Byłem świadkiem Jego posłannictwa, Jego heroicznego zawierzenia. Jego zmagań i Jego zwycięstwa. ‘Zwycięstwo, kiedy przyjdzie, będzie to zwycięstwo przez Maryję’” – zwykł był powtarzać Prymas Tysiąclecia słowa swego Poprzednika kard. Augusta Hlonda.

    Kolegium Kardynalskie, które dokonało wyboru liczyło 111 purpuratów. Spośród kardynałów elektorów tylko 18 było młodszych od kard. Wojtyły. Został on najmłodszym z papieży, jakich wybrano od półtora wieku. Zgodnie z kościelną normą określoną przez papieża Pawła VI, w konklawe nie brali udziału kardynałowie powyżej 80. roku życia.

    Jan Paweł II był pierwszym od 455 lat papieżem nie-Włochem (od czasu pontyfikatu Hadriana VI, który był Holendrem i pełnił najwyższy urząd w Kościele w latach 1522-23), najprawdopodobniej pierwszym w dziejach papieżem-Słowianinem i pierwszym w historii Kościoła papieżem, który przybranym imieniem powołuje się aż na trzech swoich bezpośrednich poprzedników (Jana XXIII, Pawła VI i Jana Pawła I).

    Pełne, oficjalne i uroczyste określenie urzędu, na jaki wybrano kard. Wojtyłę brzmi: “Jego Świątobliwość Ojciec Święty Jan Paweł II, Biskup Rzymski, Namiestnik Pana Naszego Jezusa Chrystusa, Następca Księcia Apostołów, Najwyższy Kapłan Kościoła Katolickiego, Patriarcha Zachodu, Prymas Italii, Arcybiskup i Metropolita Rzymskiej Prowincji Kościelnej, Suwerenny Władca Państwa Watykańskiego, przedtem Arcybiskup i Metropolita Krakowski Karol Kardynał Wojtyła”.

    Obrady są absolutnie tajne, zaś kardynałów obowiązuje tajemnica, niemniej wedle miarodajnych opinii metropolita krakowski został wybrany w ósmym głosowaniu, przytłaczającą większością 99 głosów (spośród 111 wszystkich uczestników konklawe).

    Chociaż kardynał Wojtyła zyskiwał od czasu udziału w obradach coraz większe uznanie wśród hierarchów z całego świata, to nie był wymieniany przez media w gronie papabili a więc purpuratów, których wybór na papieża jest wielce prawdopodobny. Wynik konklawe był absolutną światową sensacją.

    Postać papieża z Polski stała się przez szereg dni po konklawe kluczowym temat światowych mediów, które nie kryły zafascynowania jego osobą. Zwracano uwagę na jego horyzonty intelektualne, wszechstronność zainteresowań, bogactwo doświadczeń duszpasterskich; podkreślano, że zna biegle sześć języków, lubi spływy kajakowe, uprawia narciarstwo a do tego jest poetą…

    Gdy uczestnicy konklawe zostali zapoznani z wynikami rozstrzygającego głosowania, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej kard. Villot, zadał metropolicie Krakowa przewidziane rytuałem pytanie: “Czy przyjmujesz dokonany przed chwilą kanonicznie wybór twojej osoby na Najwyższego Kapłana?” Wyraźnie wzruszony kard. Wojtyła odpowiedział: „W duchu posłuszeństwa wobec Chrystusa, mojego Odkupiciela i Pana, w duchu zawierzenia wobec jego Matki – przyjmuję”.

    Zgodnie ze zwyczajem, tuż po wyborze nowy papież przyjmuje od kardynałów elektorów ślubowanie posłuszeństwa. Jak poinformowali świadkowie tego wydarzenia, Jan Paweł II dokonał w tej ceremonii znamiennej modyfikacji, którą biorąc pod uwagę styl całego pontyfikatu, można określić jako wręcz symboliczną: w przeciwieństwie do poprzedników odebrał ten hołd w pozycji stojącej a nie siedząc na tronie.

    Jednym z hierarchów, który podczas przerw w kolejnych sesjach konklawe, optował na rzecz wyboru metropolity krakowskiego był ówczesny arcybiskup Wiednia i przyjaciel metropolity krakowskiego, kard. Franz König. Wielce znamienną rozmowę odbył on z kard. Wyszyńskim, któremu zasugerował, że Polska ma odpowiedniego kandydata. “Co? Miałbym opuścić Warszawę i pozostać w Rzymie? To byłby triumf komunistów!” – odparł na to Prymas. Kard. König doprecyzował więc, kogo miał na myśli…

    Niezwykłą adnotację zawiera księga metrykalna parafii Karola Wojtyły w Wadowicach. Nazajutrz po konklawe z 16 października 1978, pod kolejnymi adnotacjami – o chrzcie, bierzmowaniu, święceniach, sakrze biskupiej, kreowaniu kardynałem – ksiądz proboszcz Edward Zacher, w obecności dziennikarzy z całego świata, wypisał wiecznym piórem: “Die 16 X 1978, in Summum Pontificem electus, et imposuit sibi nomen: Joannes Paulus PP”…

    Postać nowego papieża wzbudzała medialną gorączkę na całym świecie, zaś osoby, które znały kard. Wojtyłę udzielały nieskończonej liczby wywiadów. Tuż po konklawe ciekawą charakterystykę metropolity krakowskiego przedstawił włoskiemu radiu sekretarz Episkopatu Polski bp Bronisław Dąbrowski: “Żyje bardzo ubogo. Gdybyście widzieli, jak mieszka w Krakowie, gdzie jest wielki pałac, a on zajmuje mały pokoiczek, nic więcej… To człowiek pracy. Śpi mało, pracuje wiele (…) Mogę powiedzieć, że jest ludzki, że to człowiek święty, bardzo dobry, otwarty dla wszystkich”.

    Wśród wielu zadziwiających faktów dotyczących Karola Wojtyły, jakie u kresu pontyfikatu zebrał szwajcarski dziennik „Tribune de Geneve” podano i ten, że metropolita krakowski przybył na konklawe mając ze sobą wyjątkowo skromne kieszonkowe, stanowiące odpowiednik 125 franków szwajcarskich.

    Dla bloku państw komunistycznych, na czele z ZSRR wybór polskiego kardynała na papieża był potężnym ciosem. Ciężki szok przeżywało kierownictwo PZPR, które tuż po wyborze zwołało specjalną naradę. Jej klimat opisywał jeden z jej funkcjonariuszy: “Konsternacja widoczna. Olszewski wylewa na jasne spodnie filiżankę czarnej kawy. Westchnienia. Ciężkie. Czyrek ładuje się z tezą (…) – ‘ostatecznie lepszy Wojtyła jako Papież tam, niż jako Prymas tu’. Teza jest chwytliwa. Trafia do przekonania. Ulga”.

    Oficjalna reakcja władz na wybór kard. Wojtyły na Papieża była utrzymana w tonie radości i satysfakcji. Niekiedy starania aby robić “dobrą minę do złej gry” przynosiły efekt humorystyczny. W telegramie wystosowanym przez władze PRL nazajutrz po zakończeniu konklawe napisano m.in.: “Na tronie papieskim po raz pierwszy w dziejach jest syn polskiego narodu, budującego w jedności i współdziałaniu wszystkich obywateli wielkość i pomyślność swej socjalistycznej ojczyzny…”

    Wybór hierarchy “zza żelaznej kurtyny” wywołał radość i wzbudził wiele nadziei. Vaclav Havel, wówczas słynny dysydent i dramaturg (później prezydent Czechosłowacji a następnie Republiki Czeskiej) siedział z przyjaciółmi w swoim górskim domku. “Kiedy usłyszeliśmy tę wiadomość, zaczęliśmy wiwatować i krzyczeć z radości do późnego wieczora. Instynktownie czuliśmy, że jest to olbrzymie wsparcie dla wszystkich ludzi kochających wolność a żyjących w świecie komunistycznym”.

    Wielki pisarz rosyjski, wygnany z ojczyzny przez władze radzieckie, autor słynnego „Archipelagu Gułag”, Aleksander Sołżenicyn, tak skomentował decyzję konklawe z 16 października 1978 r.: „Wybór papieża Wojtyły to jedyna dobra rzecz, jaka wydarzyła się ludzkości dwudziestego wieku”.

    Wietnamski arcybiskup van Thuan czwarty rok siedział w odosobnieniu skazany przez komunistyczne władze swojego kraju (w areszcie domowym i więzieniach spędził w sumie lat 13). Kilka lat wcześniej widział się kard. Wojtyłą w Rzymie. Ktoś potajemnie przekazał mu wieść o wyniku konklawe. “Bardzo się ucieszyłem, ponieważ w moim przekonaniu była to wielka łaska dla Kościoła”.

    Pontyfikat Jana Pawła II od pierwszych dni pełen był zachowań, słów i gestów, które odmieniły oblicze papiestwa w oczach świata, przybliżając je do zwykłych ludzi. Już pierwszego dnia po wyborze Ojciec Święty zdecydował się na rzecz nie do pomyślenia przez poprzedników: opuścił mury Watykanu by udać się do szpitala Gemelli w odwiedziny do chorego przyjaciela, kard. Andrzeja Deskura.

    Brytyjski „The Times” nazajutrz po konklawe z 16 października: „Wybór kardynała Wojtyły na papieża jest wydarzeniem o niezwykłym znaczeniu. Kardynałowie wyprawili Kościół w podróż, której koniec nie jest znany (…) Być może postąpili najmądrzej, jednak zaryzykowali wyzwolenie takich sił ludzkich, politycznych i religijnych, który nie będą w stanie kontrolować”.

    Wybór papieża z Polski był niezwykłym wydarzeniem w dziejach świata, ale, jak się okazało, zapowiedzianym w poetyckim proroctwie innego Polaka. Juliusz Słowacki napisał w 1848 r.: „Pośród niesnasek Pan Bóg uderza/W ogromny dzwon,/Dla słowiańskiego oto papieża/Otworzył tron, (…)// Twarz jego słowem rozpromieniona,/Lampa dla sług,/Za nim rosnące pójdą plemiona/W światło, gdzie Bóg./Na jego pacierz i rozkazanie/Nie tylko lud -/Jeśli rozkaże, to słońce stanie,/Bo moc – to cud!

    Proroctwo Juliusza Słowackiego o słowiańskim papieżu odczytano na Placu św. Piotra podczas koncertu jaki zorganizowano dokładnie w 20. rocznicę wyboru kard. Wojtyły. Wielotysięczny tłum pielgrzymów i turystów gorącym aplauzem przyjął słowa polskiego wieszcza odczytane po włosku przez jednego z aktorów. Kilka chwil później niemal dokładnie co do minuty w 20 lat po swoim wyborze, w oknie Pałacu Apostolskiego pojawił się Jan Paweł II. Pozdrowił krótko przybyłych, podziękował im za pamięć o rocznicy i pobłogosławił ich.

    Kiedy drugiego (i ostatniego) dnia konklawe dyskusje wśród kardynałów coraz wyraźniej wskazywały na możliwość wyboru metropolity krakowskiego, dawny rzymski znajomy ks. Wojtyły a wówczas już kardynał, o. Maksymilian de Fuerstenberg, pochylił się nad nim cytując słowa z Ewangelii św. Jana: „Dominus adest et vocat te” (Pan jest i woła cię).

    Uczestnik konklawe, hiszpański kardynał Enrique y Tarancon, powiedział po wyborze kard. Wojtyły: „Nie szukaliśmy kandydata konserwatywnego ani postępowego, tylko ‘pewnego’ jeśli chodzi o kontynuowanie linii Soboru Watykańskiego II. Kryteria oceny nie miały charakteru ideologicznego. Poza tym Wojtyła był typem biskupa-duszpasterza, co miało zasadnicze znaczenie”.

    Powracając po latach do czasów swojego wyboru na papieża, Jan Paweł II oceniał, że w ten sposób konklawe „jak gdyby zażądało świadectwa Kościoła, z którego ten kardynał przychodził – jakby go zażądało dla dobra Kościoła powszechnego. (…) Wybór Polaka nie mógł nie oznaczać jakiegoś przełomu. Świadczył o tym, że konklawe, idąc za wskazaniami Soboru, starało się odczytywać ‘znaki czasu’ i w ich świetle kształtować swoje decyzje”.

    W homilii podczas Mszy z okazji 25. rocznicy pontyfikatu, 16 października 2003 r. Papież wyznał, że w momencie wyboru silne odczuł w swym sercu pytanie, jakie skierował Jezus do Piotra: „Miłujesz Mnie, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?”(J 21, 15-16); i dodał: „Każdego dnia odbywa się w mym sercu ten dialog, a w duchu wpatruję się w to łaskawe spojrzenie zmartwychwstałego Chrystusa, które ośmiela, aby jak Piotr ze świadomości swej ludzkiej ułomności ze spokojem odpowiadał: ‘Panie, Ty wiesz… Ty wiesz, że Cię kocham, a potem podejmować zadania, jakie On sam przed nami stawia”.

    Wybitny polski pisarz Andrzej Kijowski, który znał ks. Wojtyłę jeszcze z czasów jego pracy w kościele św. Floriana, tu po wyborze polskiego kardynała na papieża opublikował w miesięczniku “Więź” ciekawą “przepowiednię”: “Nie będzie cudzoziemcem ani w Rzymie, ani w świecie, ponieważ ma ten rodzaj inteligencji, która każdemu, kto się z nim zetknie, uświadamia jego inteligencję własną. Ma dar otwierania serc na tajemnie Boga i tajemnice człowieka. (…) uniwersalna mądrość tego papieża, jego talent identyfikacji z innymi, jego wewnętrzna wielość i jego wielkość rzucą blask na całą nadchodzącą epokę w historii Kościoła”.

    Kai/Gość Niedzielny

    ***

    NIEDZIELA 22 PAŹDZIERNIKA 2023

    WSPOMNIENIE ŚW. JANA PAWŁA II – TEGO DNIA ROZPOCZĄŁ SIĘ PONTYFIKAT, KTÓRY JEST TRZECIM NAJDŁUŻSZYM W HISTORII KOŚCIOŁA. (Najdłuższy należy do świętego Piotra – od ustanowienia przez Chrystusa głową Kościoła w roku 30 do męczeńskiej śmierci, datowanej na rok 64 bądź 67. Kolejne dwa najdłuższe pontyfikaty – to pontyfikaty bł. Piusa IX (16.6.1846 – 7.2.1878) – 31 lat, 7 miesięcy i 22 dni oraz Jana Pawła II, trwający prawie 27 lat).

    Pontyfikat Jana Pawła II w liczbach

    IV pielgrzymka papieża Jana Pawła II do Polski. Łomża 05.06.1991. Fot. PAP/W. Kryński

    IV pielgrzymka papieża Jana Pawła II do Polski. Łomża 05.06.1991/ fot. PAP/W. Kryński

    ***

    Papież Jan Paweł II jest największym podróżnikiem wśród dotychczasowych papieży. Ostatnia pielgrzymka do Francji była 104. podróżą zagraniczną Ojca Świętego. Poniżej zestawienie papieskich podróży, opracowane przez Radio Watykańskie.

    Data wyboru na papieża: 16 października 1978 r. Pierwsza podróż: do Republiki Dominikańskiej, Meksyku i na Wyspy Bahama – w styczniu 1979 r.

    Ogółem papież odwiedził raz lub wielokrotnie – 132 kraje oraz około 900 miejscowości. W podróżach spędził 586 dni. W sumie poza Włochami przebywał prawie 7 proc. pontyfikatu.

    Podczas wszystkich podróży zagranicznych przebył ponad 1 700 000 km, co odpowiada ponad 42-krotnemu okrążeniu Ziemi wokół równika lub prawie 4,5-krotnej średniej odległości między Ziemią a Księżycem.

    Polska jest krajem, który papież odwiedzał najczęściej – dziewięć razy. Siedem razy odwiedził USA i Francję, Meksyk i Hiszpanię – po 5 razy. W czasie podróży zagranicznych Jan Paweł II wygłosił ponad 2400 przemówień.

    Najdalszą była 32. podróż zagraniczna – na Daleki Wschód i do Oceanii (18 listopada – 1 grudnia 1986 r.), w czasie której papież przebył 48 974 km. Podróż na Daleki Wschód i do Oceanii była też najdłuższa, trwała – 13 dni, 6 godzin i 15 minut. Na drugim miejscu pod tym względem znajduje się pielgrzymka do Ameryki Południowej (31 marca – 13 kwietnia 1987 r.), która trwała 13 dni i 4 godziny. Na trzecim – siódma podróż do Polski – 12 dni, 11 godzin i 45 minut.

    Według watykańskich statystyk, rokiem największej aktywności Jana Pawła II w Rzymie był rok 1983, kiedy to odbyło się 49 audiencji generalnych. Jednakże najwięcej osób – 1 milion 585 tysięcy – słuchało papieża na audiencjach w 1979 roku, więcej nawet niż podczas uroczystości Roku Wielkiego Jubileuszu Kościoła katolickiego w 2000 roku, kiedy papież przemawiał do 1 milion 463 tysięcy ludzi. Najmniej audiencji generalnych – tylko dziewięć – odbyło się w 1978 roku, kiedy to 16 października Karol Wojtyła został wybrany na papieża. Spotkał się wówczas na środowych modlitwach z 200 tysiącami wiernych.

    Podczas swojej 27-letniej posługi Jan Paweł II ogłosił 14 encyklik, 14 adhortacji, 11 konstytucji apostolskich, 43 listy apostolskie; zwołał dziewięć konsystorzy; mianował 232 kardynałów (łącznie z ogłoszonymi 28 września 2003 r.), w tym 10 Polaków; kanonizował 478 świętych (w tym 9 Polaków oraz dwóch świętych związanych z Polską); beatyfikował 1318 błogosławionych (w tym 154 Polaków); przewodniczył 6 zgromadzeniom generalnym zwyczajnym synodu biskupów, jednemu zgromadzeniu nadzwyczajnemu synodu biskupów, siedmiu zgromadzeniom specjalnym synodu biskupów; przyjął ponad 1350 osobistości politycznych; spotkał się z wiernymi na ponad 1020 audiencjach generalnych.


    Stanisław Karnacewicz (PAP)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ZE SWOJEJ NATURY JEST MISYJNY

    IDŹCIE NA CAŁY ŚWIAT I GŁOŚCIE EWANGELIĘ

    ***

    Miejsce religii

    Człowiek ma być sobą wszędzie, a nie tylko w wyznaczonym miejscu.

    Zobaczyłem w sieci baner jednej z partii politycznych, zaczynający się słowami: „Miejsce religii jest:”, a pod spodem, obok stosownych zdjęć, pytania: „w szpitalu? w szkole? w kościele?”. Przy dwóch pierwszych kwestiach widniały duże napisy „Nie!”, a przy trzeciej napis „Tak!”.

    Zadumałem się. Miejsce religii jest w kościele? Nie w szkole i nawet nie w szpitalu? To tak, jakby powiedzieć, że miejsce chleba jest w piekarni albo że miejsce książek jest w drukarni. Gdybym chciał, żeby ludzie nie jedli chleba albo nie czytali książek, tobym się domagał właśnie tego: żeby te rzeczy nie opuszczały miejsca ich powstania. Perorowałbym: Jak kto głodny albo spragniony lektury, to niech zaspokaja swoje potrzeby w miejscach do tego przeznaczonych!

    Wygląda to „tolerancyjnie” – no przecież macie swoje miejsce, nikt wam nie broni modlić się w kościele. Możecie tam sobie świadczyć „usługi zbawiennicze” (określenie jednego polityka), a my tylko oczekujemy, że nie wyjdziecie z tymi swoimi fanaberiami na zewnątrz, tam, gdzie ludzie mają prawo…

    No właśnie – do czego? Do tego, żeby nikt nie wiedział, co jest treścią naszego życia? Jeśli tak, to jakim prawem ci wszyscy politycy wyłażą na płoty, słupy i wiaty przystankowe z dużo mniej istotnymi rzeczami, przekonując, że ich opcja polityczna jest najlepsza, że ich mam poprzeć, ich wybrać? Jakim prawem wyskakują mi z telewizora, z radia i z telefonu, próbując mnie przeciągnąć na swoją stronę? Niechby sobie politycy politykowali tylko w siedzibach swoich partii, a jak kto ciekawy, to do nich przyjdzie, nie?

    No właśnie nie. Każde środowisko, które zamyka się i ogranicza tylko do siebie, szybko jałowieje i umiera. Jesteśmy ludźmi, a nie jakimiś zombiakami snującymi się po ulicy, a odżywającymi tylko w swoich enklawach. Ludzki rozwój bierze się głównie z tego, że nawzajem sobie przekazujemy swoje doświadczenia. Próby ograniczania możliwości dzielenia się z innymi są dążeniem do zubażania wszystkich. Szczególnie dotyczy to kwestii wiary.

    Jezus mówi: „Idźcie i czyńcie uczniów ze wszystkich narodów”. Dla tych, którzy uznają Go za swojego Pana, to jest nakaz ważniejszy od wszelkich innych. Wynika z niego, że nie wystarczy nawet głoszenie Ewangelii, ale trzeba przysparzać Jezusowi uczniów. Dlatego chrześcijaństwo jest misyjne i jeśli ktoś chce wyznawców Chrystusa schować w kościołach, nie osiągnie celu. Gdyby mu się to z jakąś wspólnotą udało, to by znaczyło, że ona nie była chrześcijańska

    Można oczywiście zepchnąć Kościół do katakumb, ale on i tam pozostaje misyjny – a nawet szczególnie tam, bo w katakumbach się modli, a potem z nich wychodzi i robi swoje. Czyli Boże.


    KRÓTKO:

    Urabianie państw

    Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu próbuje zmusić Bułgarię do instytucjonalizacji związków jednej płci. Dwie obywatelki tego państwa w 2016 r. zawarły „małżeństwo” w Wielkiej Brytanii. Gdy wróciły do kraju, jedna z nich zażądała odnotowania w dokumentach stanu cywilnego, że jest „w stanie małżeńskim”. Burmistrz odmówił, argumentując, że bułgarskie prawo definiuje małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny. Bułgarskie sądy przyznały rację burmistrzowi, więc kobiety odwołały się do ETPC, ten zaś orzekł, że Bułgaria uchybiła „obowiązkowi” instytucjonalizacji związków jednopłciowych, co wywnioskował z art. 8 Konwencji o ochronie praw człowieka. Mowa tam, że „każdy ma prawo do poszanowania swojego życia prywatnego i rodzinnego”. Informujący o tym Instytut Ordo Iuris przypomina, że obecnie możliwość sformalizowania związków jednopłciowych istnieje w 30 państwach członkowskich Rady Europy, w tym w 18 z nich nazywa się to „małżeństwo”, a w 12 „związek partnerski”. Polska jest jednym z pozostałych 16 państw, w których sprawa ta… jest uregulowana. Tyle że prawidłowo.

    Dobre i to

    Węgry wprowadzają obowiązek zapoznawania kobiet, które chcą dokonać aborcji, z biciem serca ich dzieci. Na Węgrzech wciąż obowiązuje prawo zezwalające na aborcję do 12. tygodnia ciąży, więc każdy sposób ograniczenia tego zabójczego procederu jest wart uznania.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    _______________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚRODA – 18 PAŹDZIERNIKA

    Dziś po raz kolejny dzieci na całym świecie modlą się na różańcu o pokój,

    o pokój w naszych sercach, w naszych rodzinach, w naszej Ojczyźnie i na świecie.

     

     ©Pavlo – stock.adobe.com

    *****

    Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie zachęca najmłodszych do dołączenia do specjalnego łańcucha modlitewnego. 18 października dzieci na całym świecie będą modlić się na różańcu. Kampania organizowana jest pod hasłem „Milion dzieci modli się na różańcu”.

    Ks. prof. Waldemar Cisło, dyrektor sekcji polskiej Papieskiego Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie przypomina, że inicjatywa ma wyjątkowego patrona, jakim jest św. o. Pio. „To on powiedział, że jeśli milion dzieci będzie modlić się na różańcu, to świat napełni się pokojem” – zaznacza wykładowca UKSW.

    „W ubiegłym roku dzięki katechetom, księżom, którzy zachęcali swoich podopiecznych do modlitwy, 270 tysięcy dzieci z Polski wzięło udział w tej międzynarodowej akcji. Bardzo serdecznie zachęcamy do tego. Widzimy dzisiaj na skutek wojny w Ukrainie i tego, co dzieje w Ziemi Świętej, jak kruchą rzeczywistością jest pokój i w jak w wielu miejscach na świecie jest on potrzebny. Pięknym świadectwem człowieka, który żył w kraju wojny jest ks. Douglas Al-Bazi z Iraku. Został porwany przez terrorystów przy ołtarzu, kiedy odprawiał Mszę Świętą, skuty łańcuchem i katowany. Wybijano mu zęby, kości łamano młotkiem, nie dawano przez pierwsze dni jedzenia i wody. Jak mówił, nigdy tak nie doświadczył siły i wsparcia, jakie daje modlitwa różańcowa, jak wtedy, kiedy modlił się na różańcu, posługując się łańcuchem, którym był skuty. Ogniwa łańcucha służyły mu jako paciorki różańca” – przypomina duchowny.

    Módlmy się o pokój, o pokój w naszych sercach, naszych rodzinach w naszej Ojczyźnie, ale i na świecie. Serdecznie wszystkich zachęcam, katechetów, księży, siostry zakonne, rodziców. Pomódlmy się razem z tymi dziećmi, by ten przykład motywował cały świat” – powiedział Radiu Watykańskiemu ks. prof. Cisło.

    Jak informuje Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie zaproszenie do tego, by dołączyć do kampanii „Milion dzieci modli się na różańcu” płynie w tym roku z Kamerunu, gdzie w Ayos znajduje się dom dla porzuconych i opuszczonych dzieci, stworzony przez Siostry Opatrzności Bożej. Na co dzień mieszka tam 28 potrzebujących dziewczynek.

    Akcja modlitewna rozpocznie się 18 października o godz. 9.00. Podczas poprzednich edycji uczestnicy modlili się w salach gimnastycznych, na boiskach przed szkołą, w klasach i w parafiach. W Polsce sercem kampanii „Milion dzieci modli się na różańcu” ponownie będzie Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej w Zakopanem. Formularz zgłoszeniowy dostępny jest na stronie www.modlitwamilionadzieci.pl .

    Radio Watykańskie / Watykan (KAI)/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK – 19 PAŹDZIERNIKA

    DZIŚ WSPOMNIENIE BŁ. KS. JERZEGO POPIEŁUSZKI

    I RÓWNIEŻ

    NARODOWY DZIEŃ PAMIĘCI DUCHOWNYCH NIEZŁOMNYCH

     

     sejm.gov.pl

    ***

    19 października, w rocznicę męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki, obchodzony jest Narodowy Dzień Pamięci Duchownych Niezłomnych. To ustanowione w 2018 r. święto państwowe oddaje hołd „bohaterom, niezłomnym obrońcom wiary i niepodległej Polski”.

    ***

    Modlitwa za Ojczyznę bł. Jerzego Popiełuszki

    fot. via: Wikipedia (domena publiczna)

    ***

    Modlitwa za Ojczyznę bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    W tym wyjątkowym dla naszej Ojczyzny czasie, wzywajmy wstawiennictwa bł. ks. Jerze Popiełuszki, prosząc Boga o błogosławieństwo dla naszego Narodu.

    Wszechmocny Boże, Ojców naszych Panie!

    Pochylamy pokornie nasze głowy, by prosić o siłę wytrwania i mądrość w tworzeniu jedności,

    by prosić o Twoje błogosławieństwo.

    Wszystkich polecamy Twojej szczególnej opiece, Twojej mocy uzdrawiającej ludzkie serca.

    Chcemy wszystkim naszym winowajcom przebaczyć, jak Ty przebaczasz nam nasze winy.

    I zbaw od złego nas wszystkich. Wysłuchaj, Panie, prośby ludu swego.

    Amen.

    http://www.ak.diecezja.wloclawek.pl

    ***

    39-ta rocznica męczeńskiej śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki – ‘kapelana Solidarności’

    39-ta rocznica męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki – ‘kapelana Solidarności’

    Grób bł. ks. Jerzego Popiełuszki – Reytan, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Wierny Bogu i Ojczyźnie.

    Błogosławiony ksiądz Jerzy Popiełuszko.

    39 lat temu, najprawdopodobniej 19 października, funkcjonariusze zwalczającego Kościół IV departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zamordowali kapelana „Solidarności” ks. Jerzego Popiełuszkę. Jego ciało zostało wrzucone do Wisły w okolicach tamy we Włocławku. W 2010. roku został beatyfikowany.

    Odważne przeciwstawianie się złu, dopominanie się o prawdę, bezgraniczne umiłowanie Kościoła i polskości, w kręgach patriotycznych zyskały Księdzu Jerzemu Popiełuszce miano „Piotra Skargi naszych czasów”. Z tych samych powodów był on znienawidzony przez komunistyczną władzę.

    PCh24.pl

    _____________________________________________________________________________

    Ofiara ruszyła lawinę

    Ofiara ruszyła lawinę

    fot. Anna Beata Bohdziewicz/East News

    ***

    W październiku 1984 r. zginął ks. Jerzy Popiełuszko. Przeszkadzał złu. Od tamtej pory przeszkadza znacznie bardziej.

    Władza ludowa umiała ludowi dopiec. A konkretnie tym jego członkom, którzy nie śpiewali w chórze jej piewców. Na początku lat 80. minionego wieku ks. Jerzy Popiełuszko otwierał listę „wrogów ludu” i władza dawała mu to odczuć. Wszechobecna inwigilacja, rewizje, podrzucane „dowody”, przesłuchania, szczucie w mediach, groźba więzienia.

    W lipcu 1984 roku atmosfera wokół kapłana była już taka, że ks. Teofil Bogucki, proboszcz parafii św. Stanisława Kostki, powiedział podczas Mszy za Ojczyznę: „Uważam za swój pasterski obowiązek na tle fałszywych sądów i niesprawiedliwych wyroków, w świetle wypowiedzianych myśli, ukazać jasną postać ks. Jerzego, którego zaliczam w poczet najlepszych kapłanów, gorliwych i pełnych Ducha Bożego, i do najwspanialszych Polaków, szlachetnych i oddanych sercem ojczyźnie. Wszyscy zaświadczyć mogą, że nikogo nie nawoływał do nienawiści i zemsty, ale zachęcał do miłości i przebaczenia. Nie podniecał, ale uciszał wzburzone serca”.

    To nie była tania laurka. Raczej przyczynek do procesu beatyfikacyjnego. Proboszcz wiedział, co mówi: ks. Popiełuszko naprawdę taki był. Scena z filmu, w której ks. Jerzy częstuje herbatą śledzącego go zmarzniętego esbeka, oddawała rzeczywistość. Świadkowie potwierdzają: przyszły błogosławiony robił takie rzeczy z autentycznej troski o człowieka, niezależnie od tego, kim ten człowiek był. „Walczymy ze złem, a nie z jego ofiarami” – ta myśl towarzyszyła mu cały czas. To dlatego był nieustępliwy, gdy ludzka wola kolidowała z tym, co odczytywał jako wolę Bożą. Wiedział, że Bóg chce dla człowieka wyłącznie dobra. Ta jego cecha dała o sobie wyraźnie znać już przed laty, gdy został wyrwany z seminarium do jednostki wojskowej w Bartoszycach. Tam władze PRL robiły klerykom pranie mózgu za pomocą „specjalnego programu szkolenia politycznego”. Na szeregowego Popiełuszkę spadały kary za to, że klęka do modlitwy albo że nie chce zdjąć z palca różańca. Ośmieszanie, długie i poniżające przesłuchania, odbieranie urlopu, areszt, stanie boso na mrozie – żadne szykany go nie złamały.

    „Wspólną modlitwę praktykujemy w dalszym ciągu, wspólny Różaniec, wieczorna modlitwa, w piątek Droga Krzyżowa, a w święta recytowana Msza św.” – pisał z wojska do ojca duchownego w seminarium. Imponował kolegom klerykom. Dzięki niemu nie bali się w niedziele odprawiać nabożeństw zastępujących Mszę św., ponieważ w Eucharystii nie pozwalano im uczestniczyć. Wielu z nich mówiło potem, że postawa Popiełuszki sprawiła, iż zamiast zrezygnować z seminarium, zyskali w wojsku większą motywację do zostania kapłanami.

    „Boże, jak się lekko cierpi, gdy się ma świadomość, że się cierpi dla Chrystusa” – pisał w jednym z listów kleryk Jerzy.

    Nie pożyję

    A jednak tamtego dnia, 29 lipca 1984 roku, ks. Jerzy wydawał się znękany ponad miarę. Zebrani w kościele widzieli, jak słuchając słów ks. Boguckiego, zasłania twarz ręką. Chyba po raz pierwszy publicznie płakał. Ale nie było to załamanie. „Ja jestem przekonany, że to, co robię, jest słuszne” – powtarzał w rozmowach z księżmi. Innym razem powiedział: „Ja się poświęciłem, ja się nie cofnę”. „Będę wśród swoich robotników, dopóki tylko będę mógł” – deklarował, świadom, że niedługo może już nie będzie mógł. Księża zapamiętali, jak w ostatnich miesiącach życia mówił kilkakrotnie: „Ja długo nie pożyję”. I dodawał: „Jestem gotowy na wszystko”. Mówił to z determinacją w głosie. Dziś możemy na tej podstawie stwierdzić, że Bóg przygotowywał ks. Jerzego do męczeństwa.

    Po lipcowej Mszy za Ojczyznę pozostały mu jeszcze niespełna trzy miesiące życia. Komunistyczna władza wiedziała już dzięki podsłuchom, że ksiądz nie wyjedzie na studia, lecz pozostanie w Polsce. Oznaczało to dla niej sygnał do wzmożenia represji. We wrześniu płk Pietruszka powiedział podwładnym: „Dosyć tej zabawy z Popiełuszką i Małkowskim. Podejmujemy zdecydowane działania. Trzeba nimi tak wstrząsnąć, żeby to było na granicy zawału serca, żeby to było ostrzeżenie”.

    Gdyby SB miała do czynienia z człowiekiem, któremu bardziej zależy na sobie niż na innych, może by takie „ostrzeżenie” podziałało. Ksiądz Jerzy jednak nie był takim człowiekiem. I władza posunęła się do działań ostatecznych.

    Bez skrupułów

    Jak to miało być? Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, pewnie ks. Jerzy Popiełuszko zniknąłby i tyle by go widziano. A potem może rozpuściłoby się plotki, że ktoś widział go, jak z panienkami na Karaibach przepuszcza pieniądze zebrane od naiwnych wiernych. Jedni by wierzyli, inni nie, ale wątpliwość by została. Funkcjonariusze Departamentu IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych wiedzieli, jak się takie rzeczy robi. Szczególnie ci z Samodzielnej Grupy „D”. Literka „D” to inicjał od słowa dezintegracja, a to ci ludzie potrafili najlepiej. Tam pracowali najwięksi zbrodniarze, zdolni do znęcania się nad ludźmi i mordowania ich bez żadnych skrupułów.

    Wieczorem 19 października 1984 roku trzej ludzie z tego „komanda śmierci”, przebrani w mundury milicjantów, zatrzymali samochód, którym podróżował ks. Jerzy Popiełuszko.

    To wiemy. Wiemy też, co zdarzyło się 11 dni później. „O godzinie 17.00 […] przystąpiono do wydobywania zwłok mężczyzny […] przy użyciu płetwonurków. Przed ich wydobyciem, jak wynika z oświadczenia płetwonurka Krzysztofa Mańko, […] ubrane były w sutannę, zwrócone twarzą w kierunku jazu, z obciążeniem nóg” – czytamy w milicyjnym raporcie z 30 października 1984 roku.

    Co się jednak naprawdę zdarzyło między porwaniem ks. Jerzego a znalezieniem jego zwłok? Nie mamy całkowitej pewności. Nic dziwnego – zarówno poprzedzające proces dochodzenie, jak i sam proces były w rękach władzy, która zleciła to morderstwo. Jeśli ten przedziwny „sąd we własnej sprawie” w ogóle się odbył, to wyłącznie dlatego, że coś poszło nie tak – i sprawa częściowo się wydała. Nie dało się już przed społeczeństwem udawać niewiniątek. Kogoś trzeba było poświęcić, więc poświęcono bezpośrednich wykonawców i ich bezpośredniego przełożonego.

    Poszło inaczej

    A co poszło nie tak? Z pewnością szyki pomieszała ucieczka Waldemara Chrostowskiego, kierowcy ks. Jerzego. Porwany razem z kapłanem, w dogodnym momencie zdołał otworzyć drzwi pędzącego samochodu i uciec. Jak to możliwe? Ta wersja długo budziła spory. Mimo to dostępne dziś dokumenty i relacje świadków wskazują na to, że tak rzeczywiście było.

    Tak czy inaczej – sprawa wyszła na jaw. I jeśli w zamyśle SB śmierć kapłana w ogóle miała dotrzeć do wiadomości publicznej, to z pewnością nie w taki sposób. Mimo że dochodzenie i proces zostały tak ustawione, jakby podsądnymi byli ks. Popiełuszko i Kościół, wydarzenia wymknęły się komunistycznej władzy spod kontroli. Nic już nie mogło powstrzymać lawiny przemian społecznych, jaka za kilka lat miała ruszyć, zmiatając – bez użycia przemocy! – cały aparat władzy i przywracając Polsce wolność.

    Tu działały siły, jakich sobie władza w ogóle nie wyobrażała. Zło zostało zwyciężone przez dobro – właśnie tak, jak do tego ks. Jerzy wielokrotnie nawoływał. Ksiądz miał „przestać bruździć”, miał nie skupiać już wokół siebie tłumów. Jego zniknięcie miało zapewne także zastraszyć ewentualnych naśladowców. Stało się zupełnie inaczej. Na pogrzeb ks. Jerzego 3 listopada 1984 roku do Warszawy zjechało prawie milion Polaków. Podczas Mszy, odprawianej przez tysiąc kapłanów, kazanie wygłosił prymas, kard. Józef Glemp. „Odpuszczamy wszystkim winowajcom, którzy z przekonania lub na rozkaz zadali bliźnim krzywdy. Odpuszczamy zabójcom ks. Popiełuszki. Nie mamy do nikogo nienawiści. (…) Być może była potrzebna ofiara życia, aby odkryły się utajone mechanizmy zła, aby wyzwoliły się silniej pragnienia dobra, szczerości, zaufania” – niosło się nad ulicami wypełnionymi ludźmi.

    Taka jest logika Ewangelii: odrzucić zło, ocalić człowieka. Nie chcemy mieć satysfakcji z tego samego, z czego satysfakcję chce mieć diabeł. To jest też przesłanie ks. Jerzego.

    Ksiądz działa

    Owocem dobra jest dobro. Dziś wiele lat po śmierci ks. Jerzego, wielu ludzi świadczy o cudach i łaskach doznanych za jego przyczyną. Przy grobie błogosławionego kapłana wciąż modlą się wierni – i wielu otrzymuje łaski nawet wtedy, gdy się tego nie spodziewa. Ludzie wzywają jego pomocy w chorobach i dramatycznych sytuacjach życiowych. Wielu doznaje uzdrowienia, są małżonkowie, którzy wstawiennictwu bł. Jerzego przypisują wyjście z poważnych kryzysów, są też ludzie, którzy wypraszają jego pomoc w znalezieniu dobrej pracy.

    Ksiądz Jerzy za swojego ziemskiego życia przyczyniał się do licznych powrotów do Boga. Wygląda na to, że dziś nawrócenia to także jego szczególna „specjalizacja”.

    Umierają kolejni winowajcy zbrodni sprzed lat, mniejsza z tym, czy przez ludzki trybunał zostali uznani za przestępców, czy też nie. Ksiądz Jerzy złożył ofiarę, naśladując Jezusa, o którym już Izajasz pisał, że „poniósł grzechy wielu, i oręduje za przestępcami”. Z pewnością także kapłan męczennik oręduje za swoimi prześladowcami, modląc się o ich nawrócenie choćby w ostatniej godzinie.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Księża i ich kaci.

    Pamiętajmy o niezłomnych duchownych

    (fot. Marek Musial / Forum)

    ***

    19 października 1984 r. ksiądz Jerzy Popiełuszko po raz ostatni stanął przed ołtarzem. W kościele pw. Polskich Braci Męczenników w Bydgoszczy odprawił Mszę świętą, a następnie poprowadził nabożeństwo różańcowe.

    Wierni rozważali tajemnice bolesne. Ksiądz Jerzy wzywał Matkę Bożą jako Bolesną Królową Polski. Mówił do zgromadzonych, jakby przeczuwając to, co miało nadejść już niedługo:

    „Obowiązek chrześcijanina – to stać przy prawdzie, choćby miała ona wiele kosztować. Bo za prawdę się płaci. Tylko plewy nic nie kosztują, za pszeniczne ziarno prawdy trzeba czasami zapłacić”.

    Preludium

    Już we wrześniu 1939 r. na polskich Kresach Wschodnich z rąk komunistów zginęło dziewięciu księży katolickich i kilku kleryków.

    Część zamordowali żołnierze Armii Czerwonej, innych miejscowi bojówkarze. Zginęli m.in.: ks. Romuald Chłopecki w Kołomyi, ks. Bolesław Fedorowicz w Stolinie na Polesiu, jezuita o. Mariusz Skibniewski w Przyłbicach k. Lwowa, ks. Jan Kryński w Zelwie.

    W następnych miesiącach, do czerwca 1941 r., w zaborze sowieckim brutalne samosądy zastąpiła czerwona „machina sprawiedliwości”. W tym czasie z wyroków sądów straceni zostali księża: Antoni Bułat, Adam Bogdanowicz, Jerzy Jaglarz, Czesław Kaniak, Jan Kisiel, Jerzy Moskwa, Stanisław Zientara, a także słowacki ksiądz Jan Kellner Brinsko. Kilkunastu aresztowanych kapłanów „zaginęło” bez wieści; w łagrach zmarło ich co najmniej 20. Eksterminacji poddano kapelanów Wojska Polskiego – ks. płk Józef Panaś zginął w trakcie przesłuchania, ks. gen. Karol Bogucki zmarł w łagrze w Kazachstanie, 27 kapelanów rozstrzelano w Katyniu, Twerze i Charkowie.

    W pierwszych tygodniach wojny niemiecko-sowieckiej, w czerwcu i lipcu 1941 r. Sowieci zabili 42 polskich duchownych. Ginęli oni w więzieniach w  Wilejce, Oszmianie, Łucku, Lwowie, Tarnopolu i Złoczowie, podczas „marszów śmierci” więźniów z Berezwecza do Ułły i z Mińska do Borysowa, również w swych miejscach zamieszkania (jak ośmiu dominikanów z Czortkowa, zamordowanych przez miejscowych Żydów służących w NKWD).

    Również w następnych latach przybywało męczenników, takich jak o. Stanisław Szulmiński SAC (zmarł w łagrze, w którym pozostał dobrowolnie po ułaskawieniu, by nieść pociechę duchową więźniom), czy ks. Paweł Chomicz, pełniący obowiązki Apostolskiego Administratora Leningradu (stracony za nielegalne odprawianie Mszy św.). 

    Ogółem w latach 1939-1945 naliczono 270 polskich duchownych rzymskokatolickich zamordowanych i zmarłych w wyniku represji sowieckich.

    Pogromcy kleru

    W Polsce, podobnie jak we wszystkich krajach zainfekowanych przez komunizm, obok rzeszy patriotów, których opór należało złamać, marksiści znaleźli grono wiernych sługusów i naśladowców.

    Prawdopodobnie pierwszym kapłanem, zamordowanym w tzw. Polsce Ludowej, był ks. Michał Pilipiec, kapelan AK i wikariusz w Błażowej. Bezpieka aresztowała go 4 grudnia 1944 r. i poddała okrutnemu śledztwu. Cztery dni później został wywieziony do lasów głogowskich k. Rzeszowa i tam zastrzelony wraz z trzema parafianami.

    Następne lata przyniosły dziesiątki zabójstw na kapłanach. W Kraśniku „nieznani sprawcy” zastrzelili ks. Stanisława Zielińskiego, kapelana NSZ. W Płokach bojówka PPR zamordowała ks. Michała Rapacza. Podczas rewizji na plebanii w Libiążu ubecy zabili ks. Franciszka Flasińskiego. W Kielcach milicjant zastrzelił na ulicy ks. Stanisława Ziółkowskiego, b. kapelana AK – w momencie, gdy ten zmierzał do szkoły uczyć religii.

    Szczególnie drastyczna była zbrodnia na ks. Janie Szczepańskim z Rzeźnicy Bychowskiej – kapłana uprowadzono, a następnie bito, wyrywano mu paznokcie, wykłuto oczy, wyrwano język, wykastrowano, postrzelono, a na koniec – wciąż żywego – utopiono w rzece.

    Kilkunastu księży stracono z wyroków sądów, m.in. ks. ppor. Kazimierza Łuszczyńskiego, szefa PAS NZW w Lublinie; ks. mjra Rudolfa Marszałka, kapelana WP i NSZ; jezuitę Władysława Gurgacza, kapelana Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej. Inni umierali w więziennych celach, jak ks. Zygmunt Jarkiewicz, ks. Franciszek Gzik czy ks. Zygmunt Kaczyński.

    Tylko do 1953 r. polskojęzyczni komuniści zamordowali 37 księży i 54 zakonników. Swoją porcję zbrodni dołożyli żołnierze Armii Czerwonej i funkcjonariusze NKWD, którzy w latach 1945-47 na ziemiach powojennej Polski zgładzili 123 osoby duchowne.

    Przemiany polityczne, jakie nastąpiły po październiku 1956 roku przyniosły znaczące złagodzenie represji. Jednak sytuacja wciąż była daleka od normalności, czego dowodem choćby śmierć ks. Romana Kotlarza z Pelagowa, który w czerwcu 1976 roku ośmielił się wystąpić w obronie robotniczego protestu w RadomiuKilkakrotnie ciężko pobity przez „nieznanych sprawców”, zasłabł podczas odprawiania Mszy i zmarł w szpitalu 18 sierpnia tego roku.

    Droga

    Jerzy Popiełuszko, rodem z pod-suchowolskich Okopów, już w liceum podpadł przedstawicielom „władzy ludowej”.

    Dyrektor szkoły, człek opłacający zajmowane stanowisko wzmożoną ideologiczną czujnością, był wielce wzburzony nieskrywaną religijnością ucznia. Z tego też powodu wielokrotnie wzywał rodziców chłopca na rozmowy ostrzegawcze. Groźby i perswazje nie na wiele się zdały. Po maturze świeżo upieczony absolwent szkoły średniej zdecydował się wstąpić do seminarium duchownego.

    Już po pierwszym roku studiów został powołany do wojska, do specjalnej jednostki dla kleryków. Dwa lata brutalnych szykan nie złamały go. Po zakończeniu służby powrócił do seminarium, pomyślnie ukończył studia, został kapłanem.

    Gdy przyszło gorące lato 1980 roku, ksiądz Jerzy był wikarym w kościele pw. św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Za zgodą władz kościelnych udał się do robotników strajkujących w Hucie Warszawa, służąc im opieką duchową. Po ogłoszeniu stanu wojennego pomagał represjonowanym. Na organizowane przezeń comiesięczne Msze za Ojczyznę ściągały tysiące ludzi, by wysłuchać odważnych kazań młodego kapłana. Na tę chwilę wnętrze i dziedziniec kościoła św. Stanisława Kostki stawały się prawdziwie wolną Polską.

    Zbrojne ramię Partii

    Komuniści nienawidzili księdza Jerzego. Był pilnie śledzony, co najmniej czterech jego znajomych, w tym jeden duchowny, donosiło nań regularnie, w zamian za judaszowe srebrniki.

    Otrzymywał anonimowe listy grożące śmiercią. Sprzedajni dziennikarze opluwali go w telewizji i gazetach. Próbowano oskarżyć go o nielegalne przechowywanie broni (za co groziło 8 lat więzienia), podrzucając mu do mieszkania materiały wybuchowe i amunicję, zaraz wykryte podczas rewizji przez wiedzionych nieomylnym węchem funkcjonariuszy.

    Próby zastraszenia nie dały rezultatów, zatem ktoś podjął radykalną decyzję. Funkcjonariusze, którym zlecono mord, byli młodymi ludźmi, pełnymi zapału i antykościelnej żarliwości. Ich ambicja szła w parze z kreatywnością. Sypali jak z rękawa pomysłami, w jaki sposób zabić człowieka niewygodnego dla władz. Narady toczone przez nich w służbowych pokojach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przypominały rozmowy mafijnych „cyngli”.

    Zrazu planowali wyrzucić księdza z pędzącego pociągu. Potem doszli do wniosku, że lepsze będzie upozorowanie wypadku samochodowego. Wszak wystarczy zwykły kamień, celnie ciśnięty w przednią szybę samochodu wiozącego kapłana – pojazd z pewnością wyląduje w przydrożnym rowie. Jeśli nawet pasażerowie przeżyją, to zaraz spłoną w podpalonym samochodzie. Zapobiegliwi funkcjonariusze przygotowali na tę okazję cały kanister paliwa.

    Ten zamach, przeprowadzony 13 października 1984 roku, nie powiódł się. Rzucony kamień chybił celu. Sześć dni później mordercy spróbowali ponownie. Nieco zmodyfikowali plan działania.

    W mroku

    Modlitwa różańcowa w bydgoskim kościele Polskich Braci Męczenników dobiegała końca. Wokół świątyni zapadały ciemności.

    Czuć było narastające napięcie, jakby wszyscy spodziewali się nadciągającego dramatu. Gospodarze usilnie prosili księdza Jerzego o pozostanie, oferując mu gościnę i nocleg. Odmówił tłumacząc, że nie zdążyłby na poranną Mszę w swoim żoliborskim kościele. Pożegnał się z księżmi i wiernymi, po czym odjechał w mrok.

    Nazajutrz telewizja nadała informację o uprowadzeniu księdza przez „nieznanych sprawców”. Jedenaście dni później zakomunikowano o wyłowieniu jego zwłok z zalewu pod Włocławkiem.

    Wiadomo, że samochód z księdzem Jerzym został zatrzymany niedaleko Górska przez trzech funkcjonariuszy SB, przebranych w mundury milicji drogowej. Na temat przebiegu uprowadzenia, okoliczności zabójstwa oraz zleceniodawców zbrodni powstało szereg hipotez. Zapewne upłynie jeszcze sporo czasu nim dowiemy się, jaka była prawda, co było wymysłem żądnych rozgłosu dziennikarzy, co zaś stanowiło celową dezinformację ze strony tajnych służb.

    Bez wątpienia księdza Jerzego torturowano z wyszukanym bestialstwem. Jego zwłoki były tak zmasakrowane, że podczas ich oględzin znajomi kapłana mieli ogromne trudności z identyfikacją ofiary. Całe ciało zamordowanego pokryte było sińcami, okolice nosa i oczu stanowiły czarną plamę. Palce u rąk i nóg wyglądały na zmiażdżone, włosy były o wiele rzadsze niż za życia, a język zamienił się w krwawą miazgę. Lekarz dokonujący sekcji był wstrząśnięty; oświadczył, że w całej swej karierze zawodowej nie widział takich obrażeń wewnętrznych.

    Do tego duchowny został przemyślnie skrępowany – każde poruszenie rąk czy nóg powodowało zaciskanie się pętli na szyi. Mimo to w skatowanym kapłanie wciąż tliło się życie, gdy słudzy wojującego ateizmu wtłaczali go w obciążony kamieniami wór, który zaraz cisnęli w czarną toń.

    Sezon na księdza

    Komunistyczne władze próbowały wyjaśnić zbrodnię na ks. Popiełuszce rzekomą samowolą kilku funkcjonariuszy SB. Wszakże akcja przeciw kapłanowi z Żoliborza wcale nie były wyjątkowa.

    Również podczas innych działań przeciw środowiskom kościelnym i opozycyjnym podwładni Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka wielokrotnie dopuszczali się działań bandyckich. Były porwania, pobicia, oblewanie płynami żrącymi, podpalenia samochodów i mieszkań, nie wspominając o „zwykłym” rozpowszechnianiu oszczerstw czy próbach skłócania parafian. Z aktywnością bezpieki wobec kleru mogły być związane niewyjaśnione do dziś zgony kapłanów.

    8 maja 1983 r. w poznańskim szpitalu, na skutek ran odniesionych w wypadku samochodowym, skonał o. Honoriusz Kowalczyk OP, duszpasterz środowisk akademickich. Ów dominikanin zdobył rozgłos w stanie wojennym, odprawiając Msze za Ojczyznę oraz organizując pomoc dla internowanych. Wielokrotnie otrzymywał  anonimowe pogróżki. W czynnościach śledczych, jakie milicja podjęła w sprawie jego wypadku, po latach stwierdzono liczne nieprawidłowości, mogące sugerować chęć zatuszowania sprawy.

    13 sierpnia 1984 r. w gdyńskim szpitalu zmarł w wyniku doznanych obrażeń ks. mjr rez. Antoni Kij, były kapelan 1 Armii Wojska Polskiego, znany z odważnych, patriotycznych kazań. Został on uprowadzony, przetrzymywany przez sześć dni i skatowany przez „nieznanych sprawców”.

    27 lutego 1985 r. na plebanii w Klimontowie śmierć dopadła proboszcza, ks. Stanisława Palimąkę. Wg oficjalnej wersji doszło do nieszczęśliwego wypadku – ksiądz miał zostać zgnieciony przez własny samochód, który stoczył się nań z garażu (z 12-metrowego podjazdu o nachyleniu 12 stopni). W następnej dekadzie wznowiono śledztwo, które ujawniło błędy w podjętych niegdyś czynnościach dochodzeniowych. Jeden ze świadków (były funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej) stwierdził wprost, że ks. Palimąkę zamordowali milicjanci.

    W 1989 roku, gdy ogłupiały ze szczęścia naród zachwycał się obradami Okrągłego Stołu, a prominentni przedstawiciele tzw. „opozycji konstruktywnej” zacieśniali swe polityczno-biznesowe oraz towarzysko-wódczane więzi z komunistami, w tajemniczych okolicznościach zginęło aż trzech kapłanów, zaliczanych przez władze PRL do elitarnego grona antykomunistycznych „księży-ekstremistów”:

    – 21 stycznia w Warszawie „nieznani sprawcy” zamordowali ks. Stefana Niedzielaka, twórcę Sanktuarium Poległych na Wschodzie oraz animatora Stowarzyszenia Rodzina Polska – Rodzina Katyńska;

    – zaledwie dziewięć dni później w białostockich Dojlidach rozstał się z życiem ks. Stanisław Suchowolec (przyjaciel ks. Popiełuszki), rzekomo w wyniku zatrucia tlenkiem węgla. Od 1986 r. ks. Suchowolec regularnie odprawiał w Białymstoku Msze za Ojczyznę i z tego powodu był śledzony przez bezpiekę. „Nieznani sprawcy” już wcześniej podejmowali próby jego zamordowania, m.in. przecinając przewody hamulcowe i poluzowując śruby w kole jego samochodu;

    – 11 lipca w Krynicy Morskiej znaleziono zwłoki ks. Sylwestra Zycha, byłego więźnia politycznego PRL. Podobnie jak w poprzednich wypadkach, podjęte śledztwo pełne było niejasności, co wzbudziło naturalne podejrzenia o chęć ukrycia sprawców zbrodni.

    Prawo do lęku

    Dziś nazywani są Księżmi Niezłomnymi, choć za życia z pewnością przepełniały ich ludzkie rozterki i wahania. Nieobcy był im strach przed szykanami i uwięzieniem, zaś wizja tortur i śmierci mogła napawać przerażeniem, rozdzierającym włókna duszy niczym płacz Jezusa w Ogrojcu. A jednak dokonali wyboru, płacąc straszliwą cenę za wierność prawdzie. Bo przecież, jak stwierdził ksiądz Jerzy w swoim ostatnim rozważaniu różańcowym:

    „Chrześcijanin musi pamiętać, że bać się trzeba tylko zdrady Chrystusa, za parę srebrników jałowego spokoju”.

    Andrzej Solak/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Dwa razy uratował mi życie”.

    Przyjaźń Szaflarskiej i ks. Popiełuszki

    "Dwa razy uratował mi życie". Przyjaźń Szaflarskiej i ks. Popiełuszki

    (fot. Public domain via Wikimedia Commons / PAP, Paweł Supernak)

    ***

    Kiedy miała zawał i leżała na stole operacyjnym poprosiła: – Jerzy, pomóż mi, ratuj. I stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Ratunek przyszedł.

    To było moje nawrócenie

    Poznali się niebawem po wprowadzeniu stanu wojennego. W 1981 r. Szaflarska została wydelegowana przez Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i Ich Rodzinom do obserwowania procesów aresztowanych robotników Ursusa i Huty Warszawa. W sądzie usiadł obok niej młody, drobnej postury człowiek w dżinsach. To był ksiądz Jerzy. Nie była zachwycona, bo nie lubiła księży.

    – Jestem ksiądz Popiełuszko. Może pójdziemy na kawę? – zaproponował i uśmiechnął się łagodnie. Od tej pory już na każdej rozprawie siedzieli obok siebie, a wspólna kawa stała się rytuałem.

    Danuta Szaflarska zaprzyjaźniła się z księdzem Jerzym Popiełuszką. Zjawiła się w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu, gdy były odprawiane Msze św. za Ojczyznę. Przyznała się wtedy, że przychodzi z przyczyn politycznych, bo jest niewierząca, ale może czytać wiersze, wyłącznie w formie politycznego protestu. Od tego czasu widywali się właściwie prawie codziennie.

    Kiedyś zapytał ją, czy chce się wyspowiadać? Miała wątpliwości, jak zrobić to po 40 latach. Wtedy ks. Jerzy stwierdził: – Hurtem łatwiej. Szaflarska stwierdziła, że spowiedź była piękna, podobnie jak pokuta. Zawsze gdy przechodziła koło pustego kościoła, wstępowała na chwilę: – To było moje nawrócenie – mówiła.

    Dwa razy uratował mi życie

    Ks. Jerzy dwa razy uratował jej życie. Raz – kiedy miała zawał i leżała na stole operacyjnym. Gdy sytuacja zaczęła się komplikować, dostała bólu zamostkowego, a ciśnienie dramatycznie spadało, poprosiła: – Jerzy, pomóż mi, ratuj.

    I ratunek przyszedł. – Na salę wszedł lekarz z innego piętra i podał jej lek w aerozolu, którego szpital jeszcze wówczas nie miał. Stan się wyrównał, chirurg mógł dokończyć operację. Pytała później lekarza, dlaczego to zrobił, dlaczego zszedł z drugiego piętra i przyszedł na salę. Powiedział: “Nie wiem dlaczego, nikt mnie nie wołał, zszedłem” – opowiadała aktorka.

    Za drugim razem aktorkę napadło trzech mężczyzn, dusili ją, mówiła, że cudem uniknęła wtedy śmierci. Czuła wówczas obecność kogoś przy sobie i było jej z tym dobrze.

    Poczuła wtedy nieziemskie szczęście: –  Kiedy w pełni to sobie uświadomiłam, ten ktoś zaczął się oddalać. Wiem, że to był ks. Jerzy. Nikogo nie widziałam, ale czułam tę obecność – wyznała Szaflarska. Policjanci nie wierzyli, że przeżyła.

    Mam ciągły kontakt z Jerzym

    Całą rodziną zaprzyjaźnili się z ks. Jerzym. Dawał ślub jej córce, ochrzcił wnuka. Dwukrotnie ks. Popiełuszko przyjeżdżał do Kosarzysk odpocząć w jej domu. Pytał, czy może przyjechać na Boże Narodzenie. Ale nie przyjechał. W październiku go zamordowali.

    – Przyślij mi aniołki, niech podtrzymują skrzydła, byśmy nie spadli – mówiła Szaflarska do księdza Jerzego przed każdym lotem samolotem. Uważała też, że wszystkie role, jakie w ostatnim czasie otrzymała, to też jego zasługa, bo ks. Jerzy jej pomaga.

    Danuta Szaflarska zastanawiała się na co i komu jest jeszcze potrzebna. Sama sobie odpowiedziała, że chyba ludziom: – Żeby się śmiali. Albo wzruszali. A może, by pomyśleli sobie czasem o braku miłości w życiu. Szesnastoletni chłopak napisał właśnie do mnie, że obejrzawszy mój film, zaczął się nad tą kwestią zastanawiać… To sprawka Jerzego.

    Deon.pl/opoka.org.pl/ polityka.pl

    (Danuta Szaflarska zmarła w wieku 102 lat. Prawie przez 80 lat występowała w teatrze i w filmie. Urodziła się 6 lutego 1915 roku we wsi Kosarzyska koło Piwnicznej).

    ____________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 20 października

    godz. 17.00 – SPRZĄTANIE KOŚCIOŁA ŚW. PIOTRA

    (BARDZO PROSIMY CHĘTNYCH DO POMOCY. OPRÓCZ NASZEJ KONTRYBUCJI ZA UŻYWANIE KOŚCIOŁA RÓWNIEŻ RAZ W MIESIĄCU NASZYM SPRZĄTANIEM CHCEMY PODZIĘKOWAĆ SZKOCKIEJ PARAFII, ŻE MAMY MOŻLIWOŚĆ W TYM KOŚCIELE UCZESTNICZYĆ W SAKRAMENTACH I W NABOŻEŃSTWACH W NASZYM OJCZYSTYM JĘZYKU).

    godz. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.
    godz. 19.00 MSZA ŚW.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA – 21 października


    od godz. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.


    godz. – 18.00 MSZA ŚW. WIGILIJNA Z XIX NIEDZIELI


    PO MSZY ŚW. PRZED WYSTAWIONYM NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM – MODLITWA RÓŻAŃCOWA W INTENCJI POKOJU WEDŁUG ROZWAŻAŃ BŁ. KS. JERZEGO POPIEŁUSZKI, KTÓRYMI MODLIŁ SIĘ W BYDGOSKIM KOŚCIELE POD WEZWANIEM POLSKICH BRACI MĘCZENNIKÓW NA KILKA GODZIN PRZED SWOJĄ MĘCZEŃSKĄ ŚMIERCIĄ 19 PAŹDZIERNIKA 1984 ROKU.

    *****

    Ostatni różaniec ks. Jerzego Popiełuszki

    Ostatni różaniec ks. Jerzego Popiełuszki

    (fot. shutterstock.com // Andrzej Iwański [CC BY-SA 3.0], via Wikimedia Commons)

    *****

    To ostatnie słowa księdza Jerzego Popiełuszki wypowiedziane publicznie. Jeszcze tego samego wieczoru, niedługo po modlitwie, został porwany. Jego rozważania tajemnic bolesnych głęboko poruszają.

    Jest godzina dziewiętnasta. Msza święta właśnie się skończyła. Kościół jest wypełniony po brzegi. Zapada uroczysta cisza w zgromadzeniu, gdy pojawia się ksiądz Jerzy. Słabym głosem człowieka chorego kapłan rozpoczyna modlitwę różańcową inwokacją do Najświętszej Panny. Pomimo gorączki, na uginających się nogach, z czołem pokrytym perlistym potem wytrzymuje dzięki żarliwości wiernych, która zdaje się wzrastać z każdym Ave Maria. Rozważając tajemnice bolesne, kapłan rozwija wielkie tematy swego nauczania.

    W głębi kościoła jakiś człowiek, kipiąc złością, przyjmuje każde słowo księdza jak cios zadany nożem. Ma twarz zmienioną nienawiścią. Ksiądz Jerzy rozpoznaje w nim mężczyznę z samochodu, który widzieli tego ranka. Rozważania kończą się po półtorej godziny. Podnosząc głos tak, by wszyscy mogli usłyszeć, kapłan wypowiada donośne wezwanie do przebaczenia i do pojednania: “Módlmy się, byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy”.

    Rozważania różańcowe księdza Jerzego Popiełuszki

    Maryjo, Matko polskiej ziemi, Nadziejo nasza, Bolesna Królowo Polski. W naszej dzisiejszej modlitwie różańcowej stajemy przed Tobą my, ludzie pracy oraz oaza Domowego Kościoła. Chcemy trwać przy Twoim Synu w godzinach Jego agonii, spojrzeć na Jego sponiewierane oblicze, chcemy wziąć swój krzyż, krzyż naszej codziennej pracy, naszych znojów, naszych problemów i pójść drogą Chrystusa na Kalwarię.

    Nas, których dręczą rany i bóle fizyczne, wspieraj, Maryjo. Nas, których tak często spotyka niepokój, rozterka i załamanie, podtrzymuj na duchu, Maryjo. Nam, którzy jesteśmy upokorzeni, pozbawieni nieraz praw i godności ludzkiej, użycz męstwa i wytrwałości. Nam, którzy dokładamy wszelkich starań, aby odnowić oblicze tej ziemi, w duchu Ewangelii, okaż swą matczyną opiekę, Maryjo. Nam, którzy w trudzie i znoju walczymy o Prawdę, Sprawiedliwość, Miłość, Pokój i Wolność w Ojczyźnie naszej, podaj pomocną dłoń.

    PIERWSZA TAJEMNICA BOLESNA

    Modlitwa Pana Jezusa w Ogrójcu

    Ojciec Święty Jan Paweł II, 23 czerwca 1982 roku, zwrócił się do Pani Jasnogórskiej w następujących słowach modlitwy: “Dziękuję Ci, o Matko, za wszystkich, którzy nie dają się zwyciężyć złu, ale zło zwyciężają dobrem”.

    Tylko ten może zwyciężać zło, kto sam jest bogaty w dobro, kto dba o rozwój i ubogacanie siebie tymi wartościami, które stanowią o ludzkiej godności dziecka Bożego. Pomnażać dobro i zwyciężać zło to dbać o godność dziecka Bożego, o swoją godność ludzką.

    Życie trzeba godnie przeżyć, bo jest tylko jedno! Trzeba dzisiaj bardzo dużo mówić o godności człowieka, aby zrozumieć, że człowiek przerasta wszystko, co może istnieć na świecie prócz Boga. Przerasta mądrość całego świata.

    Zachować godność, by móc powiększać dobro i zwyciężać zło, to pozostać wewnętrznie wolnym, nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia, pozostać sobą w każdej sytuacji życiowej. Jako synowie Boga nie możemy być niewolnikami. Nasze synostwo Boże niesie w sobie dziedzictwo wolności. Wolność dana jest człowiekowi jako wymiar jego wielkości. Prawdziwa wolność jest pierwszą cechą człowieczeństwa. Ona została ofiarowana przez Boga nie tylko nam, ale i naszym braciom, stąd obowiązek upominania się o nią tam, gdzie jest ona niesłusznie ograniczana. Ale wolność to nie tylko dar Boga, to również i zadanie dla nas na całe życie.

    Prośmy Chrystusa Pana, byśmy zachowali godność dziecka Bożego na każdy dzień.

    DRUGA TAJEMNICA BOLESNA

    Biczowanie Pana Jezusa

    Zachować godność, by móc powiększać dobro i zwyciężać zło, to kierować się w życiu sprawiedliwością. Sprawiedliwość wypływa z prawdy i miłości. Im więcej w człowieku jest prawdy i miłości, tym więcej i sprawiedliwości. Sprawiedliwość musi iść w parze z miłością, bo bez miłości nie można być w pełni sprawiedliwym. Gdzie brak jest miłości i dobra, tam na ich miejsce wchodzi nienawiść i przemoc. A kierując się nienawiścią i przemocą, nie można mówić o sprawiedliwości. Stąd tak boleśnie odczuwana i widoczna jest niesprawiedliwość w krajach, gdzie władanie opiera się nie na służbie miłości, ale na przemocy i zniewoleniu.

    Ważną sprawą dla chrześcijanina jest uświadomienie sobie, że źródłem sprawiedliwości jest sam Bóg. Trudno więc mówić o sprawiedliwości tam, gdzie nie ma miejsca dla Boga i Jego przykazań, gdzie słowo “Bóg” jest urzędowo eliminowane z życia narodu. Należy więc zdać sobie sprawę z nieprawidłowości i krzywdy, jaką czyni się naszemu narodowi, w zdecydowanej większości chrześcijańskiemu, gdy urzędowo ateizuje się go za pieniądze wypracowane również i przez chrześcijan: gdy niszczy się w duszach dzieci i młodzieży te wartości chrześcijańskie, które wszczepiali im od kolebki rodzice; wartości, które zdawały wielokrotnie egzamin w tysiącletnich dziejach naszej historii. Sprawiedliwość czynić i o sprawiedliwość wołać mają obowiązek wszyscy bez wyjątku. Bo jak powiedział już starożytny myśliciel: “Złe to czasy, gdy sprawiedliwość nabiera wody w usta”.

    Módlmy się, byśmy w życiu naszym na co dzień kierowali się sprawiedliwością.

    TRZECIA TAJEMNICA BOLESNA

    Cierniem ukoronowanie Pana Jezusa

    Zwyciężać zło dobrem – to zachować wierność prawdzie. Prawda jest bardzo delikatną właściwością naszego rozumu. Dążenie do prawdy wszczepił w człowieka sam Bóg, stąd w człowieku jest naturalne dążenie do prawdy i niechęć do kłamstwa. Prawda, podobnie jak sprawiedliwość, łączy się z miłością, a miłość kosztuje. Prawdziwa miłość jest ofiarna, stąd i prawda musi kosztować. Prawda zawsze ludzi jednoczy i zespala. Wielkość prawdy przeraża i demaskuje kłamstwa ludzi małych, zalęknionych.

    Od wieków trwa nieprzerwanie walka z prawdą. Prawda jest jednak nieśmiertelna, a kłamstwo ginie szybką śmiercią: stąd też, jak powiedział zmarły prymas Wyszyński: “Ludzi mówiących w prawdzie nie trzeba wielu. Chrystus wybrał niewielu do głoszenia prawdy. Tylko słów kłamstwa musi być dużo, bo kłamstwo jest detaliczne i sklepikarskie, zmienia się jak towar na półkach. Musi być ciągle nowe, musi mieć wiele sług, którzy wedle programu nauczą się go na dziś, na jutro, na miesiąc; potem znowu będzie szkolenie na gwałt w innym kłamstwie […]”.

    Musimy się nauczyć odróżniać kłamstwo od prawdy. Nie jest to łatwe w czasach, w których żyjemy. Nie jest to łatwe w czasach, o których powiedział współczesny poeta, że “nigdy jeszcze tak okrutnie nie chłostano grzbietów naszych batem kłamstwa i obłudy”. Nie jest łatwiej dzisiaj, gdy cenzura wykreśla […] słowa prawdziwe i myśli odważne; nawet słowa księdza prymasa, Ojca Świętego. […] Obowiązek chrześcijanina to stać przy prawdzie, choćby miała ona wiele kosztować. Bo za prawdę się płaci, tylko plewy nic nie kosztują. Za pszeniczne ziarno prawdy trzeba czasami zapłacić. Módlmy się, by nasze życie codzienne było przepojone prawdą.

    CZWARTA TAJEMNICA BOLESNA

    Pan Jezus bierze krzyż na swoje ramiona

    Aby zwyciężać zło dobrem, trzeba troszczyć się o cnotę męstwa. Cnota męstwa jest przezwyciężeniem ludzkiej słabości, zwłaszcza lęku i strachu. Chrześcijanin musi pamiętać, że bać się trzeba tylko zdrady Chrystusa za parę srebrników jałowego spokoju.

    Chrześcijaninowi nie może wystarczyć samo potępienie zła, kłamstwa, tchórzostwa, zniewalania, nienawiści, przemocy, ale sam musi być prawdziwym świadkiem, rzecznikiem i obrońcą sprawiedliwości, dobra, prawdy, wolności i miłości. O te wartości musi upominać się odważnie dla siebie i dla innych.

    Prawdziwie roztropny i sprawiedliwy – mówił Ojciec Święty – może być tylko człowiek mężny. Biada społeczeństwu – wołał Prymas Tysiąclecia – którego obywatele nie rządzą się męstwem, przestają być wtedy obywatelami, stają się zwykłymi niewolnikami. Jeżeli obywatel rezygnuje z cnoty męstwa, staje się niewolnikiem i wyrządza największą krzywdę sobie, swej ludzkiej osobowości, rodzinie, grupie zawodowej, narodowi, państwu i Kościołowi. Chociaż łatwo byłby pozyskany dla lęku i bojaźni, dla chleba i względów ubocznych, ale i biada władcom, którzy chcą pozyskać obywatela za cenę zastraszania i niewolniczego lęku. Jeśli władza rządzi zastraszonymi obywatelami – obniża swój autorytet, zuboża życie narodowe, kulturalne i wartości życia zawodowego. Troska o męstwo powinna więc leżeć w interesie zarówno władzy, jak i obywateli.

    Prośmy Chrystusa Pana dźwigającego krzyż, abyśmy w naszym codziennym życiu okazywali męstwo w walce o wartości prawdziwie chrześcijańskie.

    PIĄTA TAJEMNICA BOLESNA

    Ukrzyżowanie i śmierć Pana Jezusa

    Aby zło dobrem zwyciężać i zachować godność człowieka, nie wolno walczyć przemocą. Ojciec Święty w czasie stanu wojennego w modlitwie do Pani Jasnogórskiej powiedział, że naród nie może rozwijać się prawidłowo, gdy jest pozbawiony praw, które warunkują jego pełną podmiotowość. I państwo nie może być mocne siłą żadnej przemocy. Komu nie udało się zwyciężyć sercem i rozumem, usiłuje zwyciężyć przemocą. Każdy przejaw przemocy dowodzi moralnej niższości. Najwspanialsze i najtrwalsze walki, jakie zna ludzkość, jakie zna historia, to walki ludzkiej myśli. Najnędzniejsze i najkrótsze – to walki przemocy. Idea, która potrzebuje broni, by się utrzymać, sama obumiera. Idea, która utrzymuje się tylko przy użyciu przemocy, jest wypaczona. Idea, która jest zdolna do życia, podbija sobą, za nią spontanicznie idą miliony.

    Solidarność dlatego tak szybko zadziwiła świat, że nie walczyła przemocą, ale na kolanach, z różańcem w ręku. Przy polowych ołtarzach upominała się o godność ludzkiej pracy, o godność i szacunek dla człowieka. […] W ostatnim roku swojego życia kardynał Wyszyński powiedział, że świat pracowniczy na przestrzeni ostatnich dziesiątek lat doznał wielu zawodów, ograniczeń. Ludzie pracy i całe społeczeństwo przeżywało w Polsce udrękę braku podstawowych praw osoby ludzkiej, ograniczenie wolności myślenia, światopoglądu, wyznawania Boga, wychowania młodego pokolenia. Wszystko to było stłamszone. […] Gdy ten ucisk wszystkich dostatecznie umęczył, powstał zryw ku wolności, powstała Solidarność, która udowodniła, że do przebudowy społeczno-gospodarczej wcale nie trzeba zrywać z Bogiem.

    Módlmy się, byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy.

    Deon.pl

    (rozważania pochodzą z książki Bernarda Briena “Jerzy Popiełuszko. Prawda przeciw totalitaryzmowi” wydanej przez wydawnictwo WAM).

    ______________________________________________________________________________________________________________

     „Mamy wypowiadać prawdę, gdy inni milczą. Wyrażać miłość i szacunek, gdy inni sieją nienawiść. Zamilknąć, gdy inni mówią. Modlić się, gdy inni przeklinają. Pomóc, gdy inni nie chcą tego czynić. Przebaczyć, gdy inni nie potrafią. Cieszyć się życiem, gdy inni je lekceważą.”

    bł. ks. Jerzy Popiełuszko

    ______________________________________________________


    Dobrze przeżyta niedziela, czyli jaka?

    (fot. stock.adobe.com)

    ***

    Świętowanie niedzieli nabiera potrójnego wymiaru. Po pierwsze względem Boga. Jest taki jeden dzień w tygodniu, kiedy nie idziemy do pracy, kiedy mamy więcej czasu, kiedy wreszcie możemy poświecić czas na większy kontakt z Bogiem, kiedy słuchamy Jego Słowa i karmimy się Jego ciałem. Po drugie jest również dzień dla drugiego człowieka, dla rodziny, znajomych. Po trzecie to także czas dla nas samych, aby odetchnąć, odpocząć, aby choć na chwile się zatrzymać – mówi o. Leonard Bielecki OFM – Minister Prowincjalny Prowincji św. Franciszka z Asyżu Zakonu Braci Mniejszych – Franciszkanów w Polsce.

    Proszę Ojca, dlaczego świętujemy niedzielę? 

    W Katechizmie Kościoła Katolickiego (1166) czytamy: „Zgodnie z tradycją apostolską, która wywodzi się od samego dnia Zmartwychwstania Chrystusa, Misterium Paschalne Kościół obchodzi co osiem dni, w dniu, którym słusznie nazywany jest dniem Pańskim albo niedzielą” (SW II, KL 106). Dzień Zmartwychwstania Chrystusa jest równocześnie „pierwszym dniem tygodnia”, pamiątką pierwszego dnia stworzenia i „ósmym dniem”, w którym Chrystus po swoim „odpoczynku” wielkiego Szabatu zapoczątkowuje dzień „który Pan uczynił”, „dzień, który nie zna zachodu” (liturgia bizantyjska). Centrum tego dnia stanowi „wieczerza Pańska”, ponieważ właśnie na niej cała wspólnota wiernych spotyka zmartwychwstałego Pana, który zaprasza ich na swoją ucztę (por. J 21,12; Łk 24,30). Ten krótki wpis właściwie tłumaczy nam bardzo dokładnie sens świętowania niedzieli. Pierwszy i główny powód to pamiątka zmartwychwstania. Proszę zauważyć, chrześcijanin żyje w blasku Zmartwychwstałego i w Jego zmartwychwstaniu odnajduje sens swojego życia. Innym słowy, każda niedziela to „mała Wielkanoc”. 

    W jako sposób my – chrześcijanie – powinniśmy świętować? Koniecznie trzeba świętować ze wspólnocie, rodzinie, razem? 

    Świętowanie niedzieli nabiera potrójnego wymiaru. Po pierwsze względem Boga. Jest taki jeden dzień w tygodniu, kiedy nie idziemy do pracy, kiedy mamy więcej czasu, kiedy wreszcie możemy poświecić czas na większy kontakt z Bogiem, kiedy słuchamy Jego Słowa i karmimy się Jego ciałem. Po drugie jest również dzień dla drugiego człowieka, dla rodziny, znajomych. Po trzecie to także czas dla nas samych, aby odetchnąć, odpocząć, aby choć na chwile się zatrzymać. W tych trzech wymiarach każdy na różny sposób wchodzi w relacje. Czy koniecznie musimy świętować razem, we wspólnocie? To zależy. Ważne jest, by uchwycić główny sens, który jak powiedziałem wyraża się w trzech wymiarach. I właściwie to od nas zależy w jakim stopniu będziemy świętować na tych trzech płaszczyznach.  

    Dla jednego świętowaniem będzie czytanie książki czy haftowanie, dla innego – malowanie bramy. To dopuszczalne formy świętowania? 

    Sposób świętowania zależy od stylu życia. Dla kogoś, kto cały tydzień pracuje fizycznie odpoczynkiem może być np. obejrzenie filmu czy przeczytanie książki, a dla kogoś kto pracuje za biurkiem odpoczynkiem może być wysiłek fizyczny. I znów widzimy, że osobisty odpoczynek powinien być dzielony na relacje miłości z innymi osobami. Warto pamiętać, że niedziela to nie jest druga sobota.

    Od jakich prac powinniśmy się powstrzymać w niedzielę? 

    Prace od których powinniśmy się powstrzymać, to prace niekonieczne. Niektórzy mylą to z pracą zarobkową. Jeśli praca zarobkowa jest konieczna do wykonania, to jest konieczna i tyle.

    Wszyscy ciągle się spieszymy, na nic nie mamy czasu, ale niedziela to dzień, kiedy możemy pójść na zakupy, kawę… Właśnie, możemy pójść na zakupy czy nie możemy? 

    Z zakupami w niedzielę jest pewien problem. Ktoś powie, że idziemy do galerii handlowej, z całą rodziną, po Mszy św… Taki spacer i zakupy a czasem i wspólny obiad w jednym. Z drugiej strony o ile jedzenie jest konieczne, o tyle w sklepach zawsze ktoś pracuje, kto też ma prawo do świętowania niedzieli, kto chciałby ten czas spędzić w domu, z rodziną. Ten, kto robi zakupy w niedzielę, jest w pewien sposób odpowiedzialny, za niemożliwość świętowania tego, kto go w sklepie obsługuje. Inną kwestią przy zakupach jest przedmiot rozmów i zainteresowania. Proszę zwrócić uwagę, że na zakupach koncentrujemy się na rzeczy, a tym czasem główny motywem świętowania niedzieli jest nawiązanie relacji osobowych. Ciągle nie mamy na nic czasu, nawet na rozmowę, to przynajmniej w niedzielę skupmy się na istotnych i najważniejszych sprawach. 

    Na czym więc polega cały sens niedzieli? 

    Nie lubimy robić rzeczy bez sensu. Niestety także niedzielę można przeżyć bez głębszego sensu. Sens Dnia Pańskiego narzuca nam nasza wiara, miłość i wdzięczność wobec Boga i drugiego człowieka. Dobrze jest niedzielę nie tylko zaplanować, ale także zwrócić uwagę co nam pomaga w świętowaniu. Dla jednych to będzie jakiś niedzielny rytuał, wspólny obiad, popołudniowa kawa, spacer, odwiedziny znajomych, dla innych odświętne ubranie, czy telefon w trybie samolotowym.

    Dobrze przeżyta niedziela, czyli jaka? 

    Dobrze przeżyta niedziela to dobre wykorzystanie czasu wolnego od pracy. Jeden dzień w tygodniu, w kontekście wiary i celu ostatecznego. I oczywiście nabożne uczestnictwo we Mszy św. nie wyczerpuje świętowania niedzieli, ale o tym już wcześniej mówiliśmy.

    Dziękuję za rozmowę

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚWIĘTA W KOŚCIELE KATOLICKIM

    Samplefot. Piotr Tumidajski

    ***

    W każdą niedzielę katolicy zobowiązani są do uczestniczenia we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Obowiązek ten dotyczy też kilku innych dni w ciągu roku, kiedy przypadają kościelne święta nakazane. W jakie dni przypadają kościelne święta nakazane w 2023 roku?

    Obowiązek uczestniczenia w Mszy świętej oraz powstrzymania się od prac niekoniecznych w niedzielę i święta nakazane wynika z Kodeksu Prawa Kanonicznego. Część z nich, jak np. Boże Narodzenie lub Uroczystość Wszystkich Świętych mają stałą datę. Dzień, w którym obchodzone są niektóre z tych świąt, m.in. Wielkanoc, Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało) nie są związane z konkretną datą kalendarzową. Wszystkie kościelne święta nakazane w 2023 roku wypisane są poniżej.

    W roku liturgicznym 2023 święta, w których

    należy uczestniczyć we Mszy św.:

    1 stycznia (niedziela) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (piątek) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    9 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    21 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    28 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    8 czerwca (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (wtorek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (środa) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta kościelne w 2023 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Polscy biskupi zachęcają jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii.

    2 lutego (czwartek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    20 marca (poniedziałek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    25 marca (sobota) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    10 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    29 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (czwartek) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    8 grudnia (piątek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (wtorek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent w 2023 roku rozpocznie się 3 grudnia.

    ***

    Opuszczenie Mszy świętej w niedzielę bez ważnego powodu jest grzechem ciężkim.

    Obowiązek święcenia Dnia Pańskiego wynika z trzeciego przykazania Dekalogu, przypominającego „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” oraz pierwszego przykazania kościelnego „W niedzielę i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych”

    Kodeks Prawa Kanonicznego, który reguluje zasady życia katolików, stwierdza w kanonie 1247: „W niedzielę oraz w inne dni świąteczne nakazane wierni są zobowiązani uczestniczyć we Mszy świętej oraz powstrzymać się od wykonywania tych prac i zajęć, które utrudniają oddawanie Bogu czci, przeżywanie radości właściwej dniowi Pańskiemu oraz korzystanie z należnego odpoczynku duchowego i fizycznego”. Uczestniczenie we Mszy św. w niedziele i święta nakazane jest zatem obowiązkiem katolika.

    Ponieważ wierni potrzebują jasnych zasad wypełniania tego obowiązku, prezentujemy poniżej kilka uściśleń dotyczących niedzielnej Mszy świętej, wypracowanych na przestrzeni wieków przez Kościół katolicki i zawartych w dokumentach kościelnych, przede wszystkim Kodeksie Prawa Kanonicznego (KPK).

    Kiedy opuszczenie Mszy świętej niedzielnej nie jest grzechem?

    Opuszczenie Mszy nie jest grzechem, jeśli skłania ku temu ważny powód, jak np. choroba, konieczność opieki nad osobą obłożnie chorą czy niemowlęciem, kiedy jesteśmy w podróży lub przebywamy w miejscu, w którym dotarcie do kościoła jest znacznie utrudnione lub niemożliwe. Nie sposób omówić wszystkie przypadki, zostawia się to wiernym do rozważenia w sumieniu. Jeśli mimo naszego pragnienia nie możemy uczestniczyć we Mszy, to taka nieobecność nie będzie grzechem. Zawsze jednak taką sytuację powinno się rozważyć indywidualnie, „stając w prawdzie przed Bogiem”, a w razie wątpliwości skonsultować ze spowiednikiem.

    Czy opuszczenie Mszy świętej niedzielnej jest grzechem ciężkim?

    Zgodnie z nauczaniem Kościoła, dobrowolne nieuczestniczenie we Mszy świętej niedzielnej bez ważnego powodu jest grzechem ciężkim. Tak pisze o tym Katechizm Kościoła Katolickiego w art. 2181: „wierni zobowiązani są do uczestniczenia w Eucharystii w dni nakazane, chyba że są usprawiedliwieni dla ważnego powodu (…) lub też otrzymali dyspensę od ich własnego pasterza. Ci, którzy dobrowolnie zaniedbują ten obowiązek, popełniają grzech ciężki”.

    Aby móc przystąpić do Komunii podczas następnej Mszy, wierny musi pojednać się z Chrystusem w sakramencie pokuty, czyli pójść do spowiedzi.

    Czy małe dzieci oraz osoby starsze są objęte obowiązkiem niedzielnej Mszy świętej?

    Zasadniczo obowiązkowi niedzielnej Mszy podlegają wszyscy ochrzczeni w Kościele katolickim, którzy ukończyli siódmy rok życia – według przepisów prawa kanonicznego dziecko uzyskuje wtedy zdolność używania rozumu (co nie znaczy, że wcześniej go w ogóle nie posiadało, jest to jedynie kategoria prawna mająca swe źródło w prawie rzymskim).
    Warto dodać, że dziecko, które przystąpiło do Pierwszej Komunii świętej i korzysta z sakramentu spowiedzi czasem ma trudności w wypełnieniu tego obowiązku, kiedy we Mszy nie uczestniczą wraz z nim jego rodzice, a samo nie może pójść do kościoła bez opieki dorosłych. Dlatego trudno tu mówić o popełnieniu przez nie grzechu ciężkiego. W wielu przypadkach jest to raczej grzech rodziców niż dziecka.

    Nie jest natomiast określona górna granica wieku, tak jak to jest w przypadku postu. Jeśli jednak osoba starsza jest niedołężna, schorowana i dotarcie do kościoła stanowi dla niej trudność, to jest to wystarczającym usprawiedliwieniem.

    Czy można niedzielną Mszę świętą zastąpić relacją w radiu czy telewizji?

    Do wypełnienia obowiązku uczestnictwa we Mszy świętej konieczny jest nie tylko duchowy, ale i fizyczny udział w zgromadzeniu eucharystycznym. Zatem nie wypełnia tego obowiązku ten, kto bierze w niej udział za pośrednictwem mediów: radia, telewizji, transmisji internetowej. Transmisje mają za zadanie pomóc tym, którzy z różnych przyczyn nie mogą fizycznie w niej uczestniczyć. Niewątpliwie przynoszą one duchowy pożytek wiernym, ponieważ niektórzy tylko w taki sposób mogą mieć jakikolwiek kontakt ze wspólnotą Kościoła.

    Są też tacy, co chcą czuć się duchowo obecni w różnych sanktuariach, do których pragnęliby przyjechać, a w danej chwili nie mogą. Inni z kolei chcą mieć poczucie łączności np. z papieżem, kiedy prowadzi najpopularniejsze lub najważniejsze nabożeństwa. Jeszcze inni śledzą transmisje, żeby wysłuchać dobrych homilii, które w tym wypadku są zawsze bardzo starannie przygotowywane. I nie przeszkadza im to, że już byli na Mszy w swojej parafii albo dopiero wybierają się na nią. Powody, dla których transmisje Mszy lub nabożeństw cieszą się dużą popularnością, są rozmaite. Nic jednak nie zastąpi fizycznej obecności w kościele.
    Czy można pójść w sobotę na Mszę zamiast w niedzielę?
    Tak, obowiązek niedzielny można wypełnić poprzez udział we Mszy w sobotni wieczór: „Nakazowi uczestniczenia we Mszy świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego” (KPK, kan. 1248 §1).

    Sprawowanie liturgii eucharystycznej w sobotę wieczorem jest nawiązaniem do tradycji Kościoła pierwszych wieków oraz pozostaje w związku z żydowskim sposobem mierzenia czasu. Według tradycji żydowskiej nowy dzień zaczyna się już po zachodzie słońca. Potwierdza to także obecny do dzisiaj zwyczaj rozpoczynania szabatu właśnie w piątek wieczorem. Sobotni wieczór był wybierany także przez pierwszych chrześcijan na pamiątkę zmartwychwstania Chrystusa „w pierwszy dzień po szabacie”, a w czasach prześladowań celebracja wieczorna czy nocna była podyktowana również względami bezpieczeństwa. Oczywiście Msza w niedzielę w ciągu dnia też była obecna.

    Umożliwienie wypełnienia obowiązku uczestnictwa w niedzielnej Mszy już w sobotni wieczór, o czym zdecydował papież Pius XII w 1953 roku, jest zatem z jednej strony powrotem do starej tradycji Kościoła, a z drugiej odpowiedzią na pojawiające się nowe czynniki społeczne związane z przemianami w XX wieku, m.in. zwiększoną aktywnością zawodową wiernych. Wspomniana Msza w sobotę wieczór miała ułatwić wypełnienie obowiązku niedzielnego.

    Czy Mszę świętą sobotnią można wybrać tylko wtedy, gdy nie możemy pójść w niedzielę?

    Kanon 1248 §1 Kodeksu Prawa Kanonicznego nie podaje w tym względzie żadnych ograniczeń. Można tę Mszę wybrać ze zwykłej wygody, nie trzeba mieć żadnego ważnego powodu. Niektórzy wierni nieraz systematycznie uczestniczą w wieczornych Mszach sobotnich jako niedzielnych, podobnie jak ci, co w niedzielę zawsze przychodzą na jedną i tą samą godzinę.

    Czy opuszczoną niedzielną Mszę świętą trzeba nadrobić?

    Oczywiście, nie trzeba „nadrabiać” opuszczonej Mszy świętej. Choroba lub inny wyżej wymieniony ważny powód jest uzasadnionym zwolnieniem i opuszczenie niedzielnej Mszy nie powoduje wtedy grzechu ciężkiego. Zdarza się jednak, że osoby wierzące odczuwają potrzebę pójścia na Eucharystię w tygodniu w zamian za tę „opuszczoną”. Świadczy to o chrześcijańskiej gorliwości i głębokiej więzi z Chrystusem, ale nie jest obowiązkiem.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Post Eucharystyczny

    “Spodobało się Duchowi Świętemu, aby ze względu na cześć tak wielkiego sakramentu Ciało Pańskie wchodziło do ust chrześcijanina pierwej niż inne pokarmy i dlatego obyczaj ten zachowuje się na całym świecie”. To słowa św. Augustyna sprzed półtora tysiąca lat, nad którymi warto się czasem zastanowić.

    Chrystus przed wszystkimi

    Wiele razy dane mi było oglądać scenę, w której cała rodzina szykowała się do wyjścia na ślub. Prasowanie, wiązanie krawatów, modelowanie fryzur, pastowanie butów, makijaż. A na ostatnią chwilę jakaś bułeczka do buzi, żeby w czasie ślubu nie zgłodnieć do wesela. I tak, przez przewartościowanie tego, co zewnętrzne, a niedowartościowanie tego, co wewnętrzne, Pan Jezus w Komunii św. nie zostaje potraktowany jak Bóg, któremu należy się szczególna cześć.
    Zaryzykuję tezę, że niektóre osoby przystępujące do Ołtarza Pańskiego bardziej martwią się tym, jak zrobić przyjemność wychodzącej za mąż cioci, niż Chrystusowi. Bo, wbrew temu, co się niekiedy mówi, podczas Mszy św. ślubnej to nie państwo młodzi są najważniejsi…

    Nie tylko nie-jedzenie

    Prawo kościelne, mówiąc o poście eucharystycznym, mówi o jedzeniu i piciu: „Przystępujący do Najświętszej Eucharystii powinien przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii św. powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju, z wyjątkiem tylko wody i lekarstwa” (kan. 919). Nie należy jednak tracić logiki w postępowaniu wedle niego. Ktoś zgorszony opowiadał, że pewna dziewczyna siedząca w pierwszej ławce całą Mszę św. żuła gumę. Wyjęła ją z ust na czas przyjęcia Komunii św., po czym wzięła do ust nową gumę. Na własne oczy widziałem mężczyzn, którzy gasili papierosy przed wejściem do kościoła w momencie, gdy brzmiał już dzwonek na rozpoczęcie Mszy św. Pół godziny później przyjmowali Chrystusa Eucharystyczego. Wiele dziewcząt skrzywiłoby się, gdyby musiało pocałować śmierdzącego papierosami chłopaka. Pan Jezus jakoś to musi znosić… Być może w jednym i drugim przypadku osoby zachowujące się niegodnie wobec Najświętszego Sakramentu zachowały nawet post eucharystyczny. Niemniej jednak nie przyjęły postawy uniżenia wobec Boga, do której prowadzić ma ów post. Nie chodzi tu więc o bezmyślne przestrzeganie litery prawa, lecz o właściwe rozumienie sakramentu. Katechizm jasno uczy, że post jest nie tylko oznaką zewnętrzną, ale ma wzbudzać „nawrócenie serca, pokutę wewnętrzną. Bez niej czyny pokutne pozostają bezowocne i kłamliwe” (KKK 1430).

    Przygotowanie spotkania

    Osoba, a nie przedmiot

    Wbrew temu, co można wywnioskować z początku tego artykułu, jego celem nie jest krytyka kogokolwiek, kto nie przestrzega postu eucharystycznego. Wręcz przeciwnie! Należy powiedzieć wszystkim tym, którzy go przestrzegają, że czynią dobrze, i że z tej dobroci mogą czerpać dla siebie jeszcze więcej. Bo sensem postu eucharystycznego nie jest to, „by ludzie widzieli”, lecz przybliżanie się do Boga. Pewien zakonnik zwrócił ostatnio moją uwagę na to, że przeżywanie Eucharystii przybiera niekiedy postać kultu materialnego, a nie osobowego. To nie z Chlebem, w który przemienił się Chrystus, wchodzimy w stan Komunii św., lecz z Chrystusem – czyli Osobą, która przyjęła postać Chleba. To zasadnicza różnica, która pokazuje nam, jaki jest sens postu eucharystycznego. Popatrzmy na Komunię św. jak na spotkanie podobne do spotkania ze swoim nowo poślubionym współmałżonkiem (sam Bóg używa tego porównania w Piśmie Świętym), a będziemy się starali uczynić wszystko, żeby się na to spotkanie dobrze przygotować.

    Marcin Konik-Korn/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ile można się spóźnić na Mszę św., aby była „ważna”?

     fot. Karol Porwich/TygodnikNiedziela

    ***

    Ogólna zasada jest następująca: na Mszę św. nie wolno się spóźnić. Lekkomyślne przychodzenie do kościoła po rozpoczęciu Eucharystii jest poważnym błędem. Przecież nawet w zwykłych ludzkich sprawach spóźnianie się jest nie do przyjęcia. Każdy wie, że do kina, na pociąg czy na rozmowę o pracę spóźnić się po prostu nie wolno. Punktualność jest też wyrazem szacunku dla drugiego człowieka. Nie wypada, aby ktoś na mnie czekał. A co dopiero, gdy mówimy o Mszy św., która jest spotkaniem z Bogiem. Wymaga ona największego szacunku. Dla chrześcijan to sprawa najświętsza. Dobrze obrazuje to przykład starożytnych chrześcijan z Abiteny. W czasie prześladowań zostali oni schwytani podczas niedzielnej Eucharystii. Powiedzieli wtedy oprawcom: „nie możemy żyć bez niedzieli”, co oznaczało, że nie mogą żyć bez uczestnictwa we Mszy św.

    Struktura liturgii mszalnej jest tak pomyślana, że tworzy integralną całość. Nie da się ominąć jakiejś jej części. Pominięcie początku sprawia, że tracimy coś ważnego. Znak krzyża, pozdrowienie, akt pokuty, chwała, czytania – to wszystko jest bardzo ważne, wyznaczanie zatem granic, ile można się spóźnić, jest bez sensu. Co jednak, jeśli nasze spóźnienie jest niezawinione, ale spowodowane różnymi trudnościami czy okolicznościami zewnętrznymi? Powiedzmy, że ktoś w drodze na niedzielną Mszę spotkał człowieka potrzebującego natychmiastowej pomocy… Albo rodzice małego dziecka musieli zostać nieco dłużej w domu, gdyż maluch akurat wymagał, aby poświęcić mu czas. To jasne, że za takie spóźnienie człowiek nie odpowiada. Można się wtedy zastanowić, czy nie lepiej iść na kolejną Mszę św., aby móc na spokojnie w niej uczestniczyć. Jeśli to nie jest możliwe, wówczas należy wziąć udział w Eucharystii, na którą pierwotnie zmierzaliśmy. Udział w niej jest „ważny” i możemy przyjąć Komunię św.

    Zamiast mówić o spóźnianiu lepiej jednak powiedzieć o odpowiednim przygotowaniu się do Mszy św. Warto więc przyjść do kościoła trochę wcześniej. Na co poświęcić ten czas? W charakterystyczny dla siebie sposób na to pytanie odpowiada papież Franciszek: „Kiedy idziemy na Mszę św., może przychodzimy 5 minut wcześniej, zaczynamy plotkować z osobą, która jest obok mnie. Ale to nie jest chwila na plotki. To czas na milczenie, aby przygotować się na dialog. Chwila skupienia się w naszym sercu, żeby przygotować się na spotkanie z Jezusem. Milczenie jest bardzo ważne”. Czas przygotowania jest zatem potrzebny, aby skupić myśli. Przede wszystkim należy sobie przypomnieć, w czym za chwilę będę uczestniczył. Jak zaznacza Ojciec święty, Msza św. to „spotkanie z Jezusem”. Będę mógł do Niego mówić i Go słuchać. W końcu będę mógł przyjąć Go do siebie, by ciągle we mnie przebywał i razem ze mną szedł przez życie. Ważne jest też wzbudzenie w sobie intencji, w jakiej chcę się modlić na tej Eucharystii. Może chcę prosić Boga o przemianę czegoś w moim życiu? A może ktoś z moich bliskich potrzebuje modlitwy? Może chcę zawierzyć Bogu to, co mnie czeka w nowym tygodniu? Intencja pomaga mi wypełnić czymś osobistym poszczególne części Eucharystii, jak Ofiarowanie czy Komunia św. Pamiętajmy zatem o dobrym przygotowaniu się do przeżywania Mszy świętej.

    ks. Wojciech Biś/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jan Paweł II osobiście napisał tę modlitwę.

    “O uwolnienie świata od wszelkiego zła”

    Jan Paweł II osobiście napisał tę modlitwę. "O uwolnienie świata od wszelkiego zła"

    (fot. shutterstock.com)

    ***

    Słowa modlitwy “O uwolnienie świata od wszelkiego zła” zostały napisane przez samego papieża i mają związek z jedną z Tajemnic Fatimskich.

    Św. Jan Paweł II powierzył się opiece Matce Bożej Fatimskiej, a w 1984 roku poświęcił cały świat Niepokalanemu Sercu Maryi. O to poprosiła Matka Boża Fatimska, a sama siostra Łucja potwierdziła, że Jan Paweł II spełnił prośbę. Poniższa modlitwa jest kluczową częścią konsekracji dokonanej na Placu Świętego Piotra 25 marca (Święto Zwiastowania) w 1984 roku.

    Modlitwa o uwolnienie świata od wszelkiego zła:


    O Serce Niepokalane! Pomóż przezwyciężyć grozę zła, która tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży już nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogi ku przyszłości!
    Od głodu i wojny, wybaw nas!
    Od wojny atomowej, od nieobliczalnego samozniszczenia, od wszelkiej wojny, wybaw nas!

    Od grzechów przeciw życiu człowieka od jego zarania, wybaw nas!
    Od nienawiści i podeptania godności dzieci Bożych, wybaw nas!
    Od wszelkich rodzajów niesprawiedliwości w życiu społecznym, państwowym i międzynarodowym, wybaw nas!
    Od deptania Bożych przykazań, wybaw nas!

    Od usiłowań zdeptania samej prawdy o Bogu w sercach ludzkich, wybaw nas!
    Od przytępienia wrażliwości sumienia na dobro i zło, wybaw nas!
    Od grzechów przeciw Duchowi Świętemu, wybaw nas! Wybaw nas!
    Przyjmij, o Matko Chrystusa, to wołanie nabrzmiałe cierpieniem wszystkich ludzi! Nabrzmiałe cierpieniem całych społeczeństw!

    Pomóż nam mocą Ducha Świętego przezwyciężać wszelki grzech: grzech człowieka i “grzech świata”, grzech w każdej jego postaci.
    Niech jeszcze raz objawi się w dziejach świata nieskończona zbawcza potęga Odkupienia: potęga Miłości miłosiernej! Niech powstrzyma zło! Niech przetworzy sumienia! Niech w Sercu Twym Niepokalanym odsłoni się dla wszystkich światło Nadziei
    .

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Słowa św. Jana Pawła II o Ojczyźnie!

    Piękne i mocne słowa Jana Pawła II o Ojczyźnie! PRZECZYTAJ

    fot. Screenshot – YouTube

    ***

    “Pocałunek złożony na ziemi polskiej ma dla mnie sens szczególny. Jest to jakby pocałunek złożony na rękach matki – albowiem Ojczyzna jest naszą matką ziemską”.

    (z przemówienie na warszawskim lotnisku, 16 czerwca 1983)

    Dzieje narodu zasługują na właściwą ocenę wedle tego, co wniósł on w rozwój człowieka i człowieczeństwa, w jego świadomość, serce, sumienie. To jest najgłębszy nurt kultury. To jej najmocniejszy zrąb. To jej rdzeń i siła“.

    (z homilii podczas Mszy świętej na Placu Zwycięstwa w Warszawie, 2 czerwca 1979)

    “Pojęcie «ojczyzna» rozwija się w bezpośredniej bliskości pojęcia «rodzina» – poniekąd jedno w obrębie drugiego. Stopniowo też, odczuwając tę więź społeczną, która jest szersza od więzi rodzinnej, zaczynacie także uczestniczyć w odpowiedzialności za wspólne dobro owej większej «rodziny», która jest ziemską «ojczyzną» każdego i każdej spośród was”.

    (z Listu do młodych całego świata “Parati semper” z okazji Międzynarodowego Roku Młodzieży)

    “Polska jest matką szczególną. Niełatwe są jej dzieje, zwłaszcza na przestrzeni ostatnich stuleci. Jest matką, która wiele przecierpiała i wciąż na nowo cierpi. Dlatego też ma prawo do miłości szczególnej”.

    (z przemówienie na warszawskim lotnisku, 16 czerwca 1983)

    “Jasna Góra jest sanktuarium Narodu. Trzeba przykładać ucho do tego świętego Miejsca, aby czuć, jak bije serce Narodu w Sercu Matki. Bije zaś ono, jak wiemy, wszystkimi tonami dziejów, wszystkimi odgłosami życia. Ileż razy biło jękiem polskich cierpień dziejowych! Ale również okrzykami radości i zwycięstwa! Można na różne sposoby pisać dzieje Polski, zwłaszcza ostatnich stuleci, można je interpretować wedle wielorakiego klucza. Jeśli jednakże chcemy dowiedzieć się, jak płyną te dzieje w sercach Polaków, trzeba przyjść tutaj”.

    (z homilii podczas Mszy świętej odprawionej pod szczytem Jasnej Góry, 4 czerwca 1979)

    “Rozłąka z ojczyzną, której niekiedy Bóg wymaga od wybranych ludzi, przyjęta z wiarą w Jego obietnicę, jest zawsze tajemniczym i płodnym warunkiem rozwoju i wzrostu Ludu Bożego na ziemi”.

    (z Encykliki “Slavorum Apostolici”)

    ___________________

    Św. Jan Paweł II podniesionym głosem wołał o obronę życia nienarodzonych

    Prawo do życia nie jest tylko kwestią światopoglądu, nie jest tylko prawem religijnym, ale jest prawem człowieka. Naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości! – wołał Papież Polak w 1997 roku w Kaliszu. Czy dziś jeszcze słyszymy ten krzyk?

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
    materdolorosa.pl

    ***

    Z ogromnym bólem obserwujemy, jak w naszym kraju prawo do życia wciąż jest łamane. Dziś wielka szansa, aby to zmienić! To dziś Trybunał Konstytucyjny zadecyduje, czy można zabijać chore dzieci nienarodzone, czy nie. Środowiska pro-life cały czas wznoszą modlitwę za wstawiennictwem św. Jana Pawła II, którego liturgiczne wspomnienie przypada właśnie w ten czwartek. Od 13 października trwała Nowenna Życia, którą zakończyło całodobowe czuwanie z 21 na 22 października w Sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie. Można powiedzieć, że osoba św. Jana Pawła II cały czas towarzyszy tej sprawie.

    W 1991 roku Jan Paweł II wygłosił do Polaków dziesięć fundamentalnych homilii o Dekalogu. Było to w takim momencie historii Polski, że zachłyśnięci wolnością, nie słuchaliśmy zbytnio trudnych słów naszego rodaka. Słowa o Dekalogu wydają się być do dziś nieodrobioną lekcją. Czas ją odrobić. „Trzeba dojrzałej wolności. Tylko na takiej może się opierać społeczeństwo, naród, wszystkie dziedziny jego życia, ale nie można stwarzać fikcji wolności, która rzekomo człowieka wyzwala, a właściwie go zniewala i znieprawia. Z tego trzeba zrobić rachunek sumienia” – mówił wówczas papież. Położył mocny nacisk na przykazanie “Nie zabijaj” i ochronę życia, podkreślając, że te sprawy nie mogą go nie obchodzić.  „Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć! Was też powinny boleć! Łatwo jest zniszczyć, trudniej odbudować. Zbyt długo niszczono! Trzeba intensywnie odbudowywać! Nie można dalej lekkomyślnie niszczyć!” – wołał. I wciąż woła do nas wszystkich. Czy dziś słyszymy ten głos?

    Papież Polak jasno i wyraźnie podkreślał, jak wielką wartość ma ludzkie życie, każde ludzkie życie. „Żadna okoliczność, żaden cel, żadne prawo na świecie nigdy nie będą mogły uczynić godziwym aktu, który sam w sobie jest niegodziwy, ponieważ sprzeciwia się Prawu Bożemu, zapisanemu w sercu każdego człowieka” – pisał w encyklice Evangelium vitae. Z nieustępliwością głosił światu, że godność osoby może być obroniona wówczas, kiedy jest ona uważana za nienaruszalną od poczęcia do naturalnej śmierci. Niejednokrotnie podkreślał, że prawo do życia jest tak często łamane i mocno się temu przeciwstawiał. W  Evangelium vitae prosił, aby nie zabijano najsłabszych i najbardziej niewinnych. Podejmując w encyklice temat aborcji, nazwał ją jasno świadomym i bezpośrednim, a więc zamierzonym jako cel czy jako środek, zabójstwem istoty ludzkiej w początkowym stadium jej życia, obejmującym czas między momentem poczęcia a narodzeniem dziecka. To był ogromnie ważny dla niego temat w całym nauczaniu. „Troska o dziecko jest pierwszym i podstawowym sprawdzianem stosunku człowieka do człowieka” – to jedno z najsłynniejszych zdań św. Jana Pawła II. W Polsce niejednokrotnie cytowane. Czy dziś przełoży się na coś więcej, niż cytowanie na obrazkach?

    Środowiska pro-life modlą się także za sędziów Trybunału Konstytucyjnego, aby podjął decyzję zgodnie z sumieniem. Co o sumieniu mówił dzisiejszy patron? Co znaczyło dla niego kierowanie się sumieniem? „To znaczy, że staram się być człowiekiem sumienia. Że tego sumienia nie zagłuszam i nie zniekształcam. Nazywam po imieniu dobro i zło, a nie zamazuję. Wypracowuję w sobie dobro, a ze zła staram się poprawiać, przezwyciężając je w sobie. To taka bardzo podstawowa sprawa, której nigdy nie można pomniejszać, zepchnąć na dalszy plan. Nie. Nie! Ona jest wszędzie i zawsze pierwszoplanowa” – mówił Papież Polak podczas rozważania jasnogórskiego. Tak, ta postawa powinna zawsze i wszędzie pierwszoplanowa.

    Święty Janie Pawle II, ty, który jesteś obrońcą nienarodzonych dzieci, wstaw się za nimi. Amen.

    Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Jan Paweł II jasno i wprost o zbrodni aborcji

    Św. Jan Paweł II jasno i wprost o zbrodni aborcji

    fot. Screenshot – YouTube

    ***

    Jan Paweł II o aborcji mówił jasno i wyraźnie. Encyklika Evangelium Vitae była niezwykle ważnym dziełem napisanym przez Świętego Jana Pawła II, które stawało w obronie godności osoby ludzkiej w obliczu agresywnych lewicowych i postmodernistycznych ideologii. Przypominamy początek tej encykliki, w którym Jan Paweł II dał krótką i jednoznaczną odpowiedź na pytanie o to, jakie zbrodnie względem życia ludzkiego są niedopuszczalne.

    1. EWANGELIA ŻYCIA znajduje się w samym sercu orędzia Jezusa Chrystusa. Kościół każdego dnia przyjmuje ją z miłością, aby wiernie i odważnie głosić ją jako dobrą nowinę ludziom wszystkich epok i kultur.

    Gdy zajaśniała jutrzenka zbawienia, wieść o narodzinach Dziecka została ogłoszona jako radosna nowina: „Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan” (Łk 2, 10-11). Źródłem tej „wielkiej radości” jest oczywiście przyjście na świat Zbawiciela; ale Boże Narodzenie objawiło również głęboki sens każdych ludzkich narodzin i ukazuje, że radość mesjańska jest fundamentem i wypełnieniem tej radości, jaką przynosi każde dziecko przychodzące na świat (por. J 16, 21).

    Jezus, przedstawiając istotę swojej odkupieńczej misji, mówi: „Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości” (J 10, 10). Ma tu w rzeczywistości na myśli owo życie „nowe” i „wieczne”, polegające na komunii z Ojcem, do której każdy człowiek zostaje bez żadnych zasług powołany w Synu za sprawą Ducha Uświęciciela. Ale właśnie w świetle takiego „życia” nabierają pełnego znaczenia wszystkie aspekty i momenty życia człowieka.

    Nieporównywalna wartość ludzkiej osoby

    2. Człowiek jest powołany do pełni życia, która przekracza znacznie wymiary jego ziemskiego bytowania, ponieważ polega na uczestnictwie w życiu samego Boga.

    Wzniosłość tego nadprzyrodzonego powołania ukazuje wielkość i ogromną wartość ludzkiego życia także w jego fazie doczesnej. Życie w czasie jest bowiem podstawowym warunkiem, początkowym etapem i integralną częścią całego i niepodzielnego procesu ludzkiej egzystencji. Proces ten — nieoczekiwanie i bez żadnej zasługi człowieka — zostaje opromieniony obietnicą i odnowiony przez dar życia Bożego, które urzeczywistni się w pełni w wieczności (por. 1 J 3, 1-2). Równocześnie to nadprzyrodzone powołanie uwydatnia względność ziemskiego życia mężczyzny i kobiety. Nie jest ono jednak rzeczywistością „ostateczną”, ale „przedostateczną”; jest więc rzeczywistością, świętą, która zostaje nam powierzona, abyśmy jej strzegli z poczuciem odpowiedzialności i doskonalili ją przez miłość i dar z siebie ofiarowany Bogu i braciom.

    Kościół jest świadom, że Ewangelia życia, przekazana mu przez Chrystusa, wzbudza żywy i poważny odzew w sercu każdego człowieka, tak wierzącego jak i niewierzącego, ponieważ przerastając nieskończenie jego oczekiwania, zarazem w zadziwiający sposób współbrzmi z nimi. Mimo wszelkich trudności i niepewności każdy człowiek szczerze otwarty na prawdę i dobro może dzięki światłu rozumu i pod wpływem tajemniczego działania łaski rozpoznać w prawie naturalnym wypisanym w sercu (por. Rz 2, 14-15) świętość ludzkiego życia od poczęcia aż do kresu oraz dojść do przekonania, że każda ludzka istota ma prawo oczekiwać absolutnego poszanowania tego swojego podstawowego dobra. Uznanie tego prawa stanowi fundament współżycia między ludźmi oraz istnienia wspólnoty politycznej.

    Obrońcami i rzecznikami tego prawa powinni być w sposób szczególny wierzący w Chrystusa, świadomi wspaniałej prawdy przypomnianej przez Sobór Watykański II: „Syn Boży przez wcielenie swoje zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem”. W tym zbawczym wydarzeniu objawia się bowiem ludzkości nie tylko bezgraniczna miłość Boga, który „tak (…) umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał” (J 3, 16), ale także nieporównywalna wartość każdej osoby.

    Kościół zaś, rozważając wnikliwie tajemnicę Odkupienia, uświadamia sobie tę wartość zawsze z tym samym zdumieniem i czuje się powołany, by głosić ludziom wszystkich czasów tę „ewangelię” — źródło niezłomnej nadziei i prawdziwej radości dla każdej epoki dziejów. Ewangelia miłości Boga do człowieka, Ewangelia godności osoby i Ewangelia życia stanowią jedną i niepodzielną Ewangelię.

    To dlatego właśnie człowiek, człowiek żyjący, stanowi pierwszą i podstawową drogę Kościoła

    Nowe zagrożenia życia ludzkiego

    3. Każdy człowiek właśnie ze względu na tajemnicę Słowa Bożego, które stało się ciałem (por. J 1, 14) zostaje powierzony macierzyńskiej trosce Kościoła. Dlatego też każde zagrożenie godności i życia człowieka głęboko wstrząsa samym sercem Kościoła, dotyka samej istoty jego wiary w odkupieńcze wcielenie Syna Bożego i przynagla Kościół, by pełnił swą misję głoszenia Ewangelii życia całemu światu i wszelkiemu stworzeniu (por. Mk 16, 15).

    Głoszenie to staje się szczególnie naglące dzisiaj, gdy lęk budzą coraz liczniejsze i poważniejsze zagrożenia życia ludzi i narodów, zwłaszcza życia słabego i bezbronnego. Obok dawnych, dotkliwych plag, takich jak nędza, głód, choroby endemiczne, przemoc i wojny, pojawiają się dziś plagi nowe, przybierające nieznane dotąd formy i niepokojące rozmiary.

    Już Sobór Watykański II w jednej z wypowiedzi, która do dziś zachowała swą dramatyczną aktualność, potępił stanowczo liczne zbrodnie i zamachy wymierzone przeciw życiu ludzkiemu. Przypominając po trzydziestu latach słowa Soboru, raz jeszcze i równie stanowczo potępiam w imieniu całego Kościoła te przestępstwa, w przekonaniu, że wyrażam w ten sposób autentyczne odczucia każdego prawego sumienia: „Wszystko, co godzi w samo życie, jak wszelkiego rodzaju zabójstwa, ludobójstwa, spędzanie płodu, eutanazja i dobrowolne samobójstwo; wszystko, cokolwiek narusza całość osoby ludzkiej, jak okaleczenia, tortury zadawane ciału i duszy, próby wywierania przymusu psychicznego; wszystko, co ubliża godności ludzkiej, jak nieludzkie warunki życia, arbitralne aresztowania, deportacje, niewolnictwo, prostytucja, handel kobietami i młodzieżą; a także nieludzkie warunki pracy, w których traktuje się pracowników jak zwykłe narzędzia zysku, a nie jak wolne, odpowiedzialne osoby: wszystkie te i tym podobne sprawy i praktyki są czymś haniebnym; zakażając cywilizację ludzką bardziej hańbią tych, którzy się ich dopuszczają, niż tych, którzy doznają krzywdy, i są jak najbardziej sprzeczne z czcią należną Stwórcy”

    4. Niestety, te niepokojące zjawiska bynajmniej nie zanikają, przeciwnie, ich zasięg staje się raczej coraz szerszy: nowe perspektywy otwarte przez postęp nauki i techniki dają początek nowym formom zamachów na godność ludzkiej istoty, jednocześnie zaś kształtuje się i utrwala nowa sytuacja kulturowa, w której przestępstwa przeciw życiu zyskują aspekt dotąd nieznany i — rzec można — jeszcze bardziej niegodziwy, wzbudzając głęboki niepokój; znaczna część opinii publicznej usprawiedliwia przestępstwa przeciw życiu w imię prawa do indywidualnej wolności i wychodząc z tej przesłanki domaga się nie tylko ich niekaralności, ale wręcz aprobaty państwa dla nich, aby móc ich dokonywać z całkowitą swobodą, a nawet korzystając z bezpłatnej pomocy służby zdrowia.

    Wszystko to prowadzi do głębokich przemian w sposobie patrzenia na życie i na relacje między ludźmi. Fakt, że prawodawstwo wielu państw, oddalając się nawet od fundamentalnych zasad swych konstytucji, nie tylko nie karze tego rodzaju praktyk wymierzonych przeciw życiu, ale wręcz uznaje je za całkowicie legalne, jest niepokojącym przejawem, a zarazem jedną z istotnych przyczyn poważnego kryzysu moralnego: czyny jednomyślnie uważane niegdyś za przestępcze i w powszechnym odczuciu moralnym niedopuszczalne, zyskują stopniowo społeczną aprobatę. Nawet medycyna, która z tytułu swego powołania ma służyć obronie życia ludzkiego i opiece nad nim, w niektórych dziedzinach staje się coraz częściej narzędziem czynów wymierzonych przeciw człowiekowi i tym samym zniekształca swoje oblicze, zaprzecza samej sobie i uwłacza godności tych, którzy ją uprawiają. W takim kontekście kulturowym i prawnym również poważne problemy demograficzne, społeczne i rodzinne, nękające wiele narodów świata i domagające się odpowiedzialnej i czynnej reakcji ze strony społeczności narodowych i międzynarodowych, stają się przedmiotem rozwiązań fałszywych i złudnych, sprzecznych z prawdą oraz z dobrem osób i narodów.

    Prowadzi to do dramatycznych konsekwencji: choć samo zjawisko eliminacji wielu ludzkich istot poczętych lub bliskich już kresu życia jest niezwykle groźne i niepokojące, równie groźny i niepokojący jest fakt, że nawet ludzkie sumienie zostaje jak gdyby zaćmione przez oddziaływanie wielorakich uwarunkowań i z coraz większym trudem dostrzega różnicę między dobrem a złem w sprawach dotyczących fundamentalnej wartości ludzkiego życia.

    Jan Paweł II, Evangelium Vitae

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kard. Wyszyński: Czym jest polska racja stanu?

    fot. via Wikipedia.org, domena publiczna

    ***

    Błogosławiony Kardynał Stefan Wyszyński:

    Czym jest polska racja stanu?

    „Rodzina, Najmilsze Dzieci, jest największą siłą Narodu, i największą gwarantką bytu narodowego. Bez mocnej, czystej, zwartej, zespolonej rodziny nie masz Narodu! Jeśli ktoś chce pracować nad umocnieniem i zjednoczeniem Narodu, musi pracować przede wszystkim nad umocnieniem i zjednoczeniem każdej rodziny. To jest ten wielki program, który ma znaczenie niewątpliwie religijnie, bowiem Bóg zapragnął na tej ziemi rodziny. Ale ma to również znaczenie narodowe” – powiedział Prymas Tysiąclecia bł. kard. Stefan Wyszyński.

    POLSKA RACJA STANU W NAUCZANIU STEFANA KARDYNAŁA WYSZYŃSKIEGO

    „Racja stanu” w ścisłym tego słowa znaczeniu – to uznanie potrzeb i dobra państwa za najwyższą normę działania.

    Stefanowi kardynałowi Wyszyńskiemu nie chodziło o „dobro państwa” w sensie politycznym czy nacjonalistycznym. Broniąc polskiej racji stanu, miał on na uwadze dobro Ojczyzny jako wspólnoty ludzi, dzieci Bożych zjednoczonych jedną wiarą, jedną kulturą, jedną niełatwą historią, związanych z konkretną ziemią, której potrzeba było bronić nawet za cenę życia.

    Prymas Tysiąclecia jednym sercem kochał Polskę i Kościół. Powiedział wprost: „Kocham Ojczyznę więcej niż własne serce i wszystko co czynię dla Kościoła, czynię dla niej”. Podczas ingresu do Stolicy zastrzegał się: „Nie jestem ani politykiem, ani dyplomatą, nie jestem działaczem ani reformatorem. Jestem natomiast ojcem waszym duchowym, pasterzem i biskupem dusz waszych, jestem apostołem Jezusa Chrystusa”.

    A jednak pełniąc wiernie to właśnie pasterskie posługiwanie Ewangelii, wszedł tak mocno we wspólnotę Narodu, że umierał jako najwyższy autorytet moralny, prawdziwy mąż stanu, niekoronowany król polski, „ojciec Narodu”.

    Dziedzictwo, które pozostawił stanowi kamień węgielny naszego budowania dzisiaj i jutro. Nie jest to przybudówka ani gzyms, który można pominąć.

    Ważny czynnik polskiej racji stanu stanowi doświadczenie Stefana kardynała Wyszyńskiego, który trzeba podjąć i wprowadzić w nasze codzienne działania.

    Ojciec Święty Jan Paweł II prosił: „Oby Kościół i Naród pozostał mocny dziedzictwem kardynała Stefana Wyszyńskiego. Oby to dziedzictwo trwało w nas”.

    Dlatego dzisiaj spotykamy się i pochylamy nad tym dziedzictwem.

    Staje przed nami pytanie: Jak Prymas Tysiąclecia rozumiał swoją służbę polskiej racji stanu? „Jeżeli Kościół w Ojczyźnie naszej staje w obronie Ewangelii – mówi kardynał Wyszyński – w obronie kultury religijnej, w obronie wolności człowieka, ładu moralnego i chrześcijańskiej moralności, to jednocześnie […] staje też w obronie narodowej racji stanu […]. Trudna jest Ewangelia, ale wyznawanie Ewangelii jest podźwignięciem człowieka, rodziny i Narodu […] Podobnie moralność chrześcijańska, wybitnie wymagająca niesie Narodowi zdrowie. Prawdą jest, że wymaga ofiary, wyrzeczenia się siebie, podporządkowania niższych popędów i skłonności rozumowi, sumieniu i nakazom Bożym. Człowiek musi zapomnieć o tym, co jest chwilowym jego upodobaniem, musi rządzić się zasadami moralności. Jeżeli bowiem ich zaniecha i zerwie z nimi, zanika harmonia życia i współżycia społecznego, zaczyna się bezład. […] Kościół buduje w Narodzie odpowiedzialność, poruszając sumienie obywateli służy narodowej racji stanu”.

    Fundamentalnym punktem obrony polskiej racji stanu była dla kardynała Wyszyńskiego obrona godności człowieka i jego praw. Głosił bezwarunkową, najwyższą na ziemi wartość człowieka. „Zdaje się, Najmilsze Dzieci – mówił Ksiądz Prymas – że stanęliśmy na jakimś ogromnym zakręcie dziejowym, kiedy trzeba bardzo dużo mówić o wysokiej godności człowieka, aby zrozumiano, że człowiek przerasta wszystko, co może istnieć na świecie prócz Boga! Cały bogaty i najbardziej wymyślny świat urządzeń technicznych, wynalazków i niewątpliwie potężnych zdobyczy naukowych, całe olbrzymie bogactwo globu jest niczym w porównaniu z jednym maleńkim człowiekiem, istotą rozumną, wolną i miłującą. […] Człowiek przerasta wszystko. Wychodzi z najlepszej, najbardziej kochanej rodziny, aby tworzyć życie. Przerasta nawet Naród i Ojczyznę, za którą gotów jest umierać. I państwo, z którego nigdy nie jest zadowolony, chociażby wszyscy rządzący byli z siebie zadowoleni!”

    Najważniejszy jest człowiek

    Stefan kardynał Wyszyński uczył szacunku dla człowieka, dla człowieczeństwa: „W pierwszym rozdziale każdego traktatu pokojowego powinien być jeden najważniejszy warunek: uwierzyć w wielkość człowieka! Dopiero wtedy, gdy uwierzymy w jego głębię, zbędna będzie dla nas karta podstawowych praw człowieka, bo w tej głębi znajdzie się wszystko. To będzie świętość, której zbrodnicze ręce tknąć się nie ośmielą! A cóż dopiero mówić o narodzie, złożonym z ludzi tak rozumianych i tak traktowanych”.

    Człowieczeństwo jest wartością bezwarunkową. „Najbardziej sponiewierany człowiek, najbardziej obwiniany, obciążony przez wszystkie kodeksy karne, jeszcze pozostaje człowiekiem, bo grzechy można z niego odczyścić a człowieczeństwo zostanie”.

    „Musi się w nas rozpocząć głębokie szukanie prawdy przede wszystkim w naturze człowieka. Poznać naturę człowieka, poznać ją głęboko i całkowicie, zrozumieć kim jest właściwie człowiek – to wielki ratunek dla świata współczesnego”.

    Godność ludzka jest wartością powszechną, nie zależy od zasług człowieka, od stopnia inteligencji, od statusu społecznego, majątku, ani od zajmowanego stanowiska. Wynika ona z faktu, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Każdego człowieka Bóg powołał do życia i bez granic umiłował. Dlatego każdy człowiek jest świętością. Każdy, absolutnie każdy bez względu na jakiekolwiek obciążenia, zasługuje na szacunek.

    Stefan kardynał Wyszyński z determinacją bronił podstawowych praw człowieka: prawa do życia, prawa do wyznawania Boga, prawa do prawdy, sprawiedliwości, wolności, miłości i pokoju: „Chociaż byśmy przegrali życie w oczach świata i świat by się nas wyrzekł skazując na śmierć, jak łotrów na ukrzyżowanie – jest to ocena świata. Pozostaje jeszcze ocena Boga. Bóg przekreśla wyrok świata – winien jest śmierci – i ogłasza swój Boży wyrok – Dziś jeszcze będziesz ze mną w raju”.

    Ostrzegał przed alienacją osoby, przed zablokowaniem naturalnych tęsknot i dążeń człowieka. Nikt nie ma absolutnej władzy nad drugim człowiekiem. Tylko Bóg.

    Wielkim niebezpieczeństwem w czasach komunistycznych było łamanie podstawowych praw ludzkich, zastraszanie społeczeństwa, zniewalanie, ograniczanie wolności osobistej. Nie liczył się człowiek jako osoba, liczyła się klasa, liczyły się masy.

    Ksiądz Prymas odważnie bronił człowieka przed zniewoleniem, przed pozbawieniem go przynależnych mu praw. Stawiał granice, których władze bezkarnie przekraczać nie mogły. Upominał się o ludzi aresztowanych, bitych, zwalnianych z pracy, szykanowanych. Głośno, na ambonie domagał się wolności zrzeszania, poszanowania praw własności. Budził w ludziach świadomość osobowych praw człowieka, uczył obrony tych praw, budził odwagę, dawał społeczeństwu poczucie bezpieczeństwa. Rezygnacja człowieka z własnych praw i zaniechanie ich obrony godzi nie tylko w dobro osoby, ale i Narodu.

    „Człowiek czy społeczeństwo, które z założenia rezygnuje z obrony swych praw do prawdy, sprawiedliwości, miłości i pokoju czy służby – odstępuje od podstawowych wartości osoby ludzkiej, w wyniku czego wartości te zostają przyhamowane, albo też zanikają i przestają funkcjonować. Taki człowiek i takie społeczeństwo ulega zahamowaniu, nie rozwija się. Jeśli zaś społeczeństwo liczy wielu symulantów moralnych, społecznych, ekonomicznych, czy politycznych to z kolei i Naród,i państwo dochodzą do alienacji. Nie są już tym, co można by nazwać narodem czy państwem, jeśli się chce to czynić szczerze. Stają się ich parodią. Gdy człowiek zajmie postawę, że lepiej się nie wysilać, nie narażać, nie wychylać, godzi się tym samym na ograniczenia własnej godności i rezygnuje z jej obrony.

    Wytwarza się dzisiaj swoista psychoza lęku i beznadziejności. Istnieją społeczności ludzi zalęknionych, zatrwożonych, którzy do tego stopnia ulegają lękowi, że niekiedy widzą niebezpieczeństwo nawet tam, gdzie ono faktycznie nie istnieje. Nie dostrzegają nawet przemian, które zachodzą w stosowaniu praw człowieka i obywatela i boją się jeszcze wtedy, gdy już powodów do lęku nie ma […] nie można człowieka utrzymywać w nieustannym zastraszeniu, bo stwarza to pół-obywateli, z którymi trudno się porozumieć. Jeżeli pod wpływem psychozy lęku wytworzy się atmosfera beznadziejności, to ludzi, którzy jej ulegli, nie można potem uruchomić, uaktywnić, zachęcić do żadnego zadania, programu, czy wysiłku społecznego. Każdą bowiem inicjatywę będą przyjmować z nieufnością”.

    Prymas Tysiąclecia rozumiał, że człowiekowi potrzeba nie tylko sprawiedliwości ale i miłości. Uczył tej postawy nie tylko słowem, ale własnym życiem, tak iż stawał się wzorem władania sercem. Pociągał Naród miłując go.

    „Pragniemy człowieka – mówił – który by miłował. Czekamy na człowieka, który umiałby… kochać. Takiemu uwierzymy! […] Za nim pójdziemy! On nas pozyska! Jesteśmy tak przerażeni dziełami nienawiści i zapowiedzią nowych jej owoców, które płyną z zaprogramowanej nienawiści, że pragniemy już tylko, aby człowiek umiał kochać! Aby umiał zwyciężać przez miłość! Jeżeli nas zdobędzie wielki człowiek, to tylko taki, który będzie miał wielką miłość. Gdy zamiast miłości będzie miał nienawiść równie wielką jak on, to może zmilkniemy przed nim, jak zmilknął ongiś świat przed Aleksandrem Macedońskim, przed Augustem, przed Attylą, przed Napoleonem, przed Hitlerem, ale za nim nie pójdziemy!”

    Zdrowa rodzina – mocą Narodu

    Kolebką życia i rozwoju człowieka w miłości jest rodzina. Jej trwałość, wiara i siła moralna – to według kardynała Wyszyńskiego jedna z najważniejszych spraw polskiej racji stanu. „Rodzina, Najmilsze Dzieci, jest największą siłą Narodu, i największą gwarantką bytu narodowego. Bez mocnej, czystej, zwartej, zespolonej rodziny nie masz Narodu! Jeśli ktoś chce pracować nad umocnieniem i zjednoczeniem Narodu, musi pracować przede wszystkim nad umocnieniem i zjednoczeniem każdej rodziny. To jest ten wielki program, który ma znaczenie niewątpliwie religijnie, bowiem Bóg zapragnął na tej ziemi rodziny. Ale ma to również znaczenie narodowe”.

    Prymas Tysiąclecia rozumiał wartość życia rodzinnego. Sam przyszedł na świat i wzrastał w zdrowej, polskiej, miłującej się rodzinie.

    Był jednym z sześciorga dzieci Stanisława i Julianny Wyszyńskich. Matka umarła mając 33 lata po narodzeniu szóstego dziecka. Stefan miał wtedy 9 lat. Matka została jego tęsknotą i miłością do końca życia. W rodzinie Stefan nauczył się wiary, modlitwy, miłości do Polski, pragnienia wolności i szacunku dla człowieka.

    Wspominał codzienną wieczorną modlitwę w rodzinie, odmawianie różańca na klęczkach. Z Historii w obrazkach uczył się potajemnie historii Polski. Nocą chodził z ojcem naprawiać krzyże powstańców w okolicznych lasach. Wieczorami, w domu ojca-organisty, zbierali się sąsiedzi i śpiewali pieśni patriotyczne.

    W rodzinie nauczył się Stefan szacunku dla każdego człowieka, dla kobiety, kiedy musiał całować w rękę „panią Jesionkową” i zanosić jedzenie ciężko choremu sąsiadowi.

    Całe życie Stefana kardynała Wyszyńskiego naznaczone było rodzinnością. Wystarczy wspomnieć jego charakterystyczny sposób zwracania się do wiernych z ambony: „Dzieci Boże, dzieci moje!” Te słowa były prawdą jego serca.

    Dostrzegał Stefan kardynał Wyszyński rodzinność jako wymiar istnienia Boga w Trójcy Świętej: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Nie zapominał nigdy o istnieniu Matki Chrystusa, Matki Rodziny ludzkiej. Często podkreślał też, że Kościół jest matką, dlatego z miłością odnosi się do wszystkich swoich dzieci. Stefan kardynał Wyszyński uznawał rodzinę za istotną, niczym nie zastąpioną wartość w życiu człowieka i Narodu.

    „Stajemy na żywym kamieniu chrześcijańskiego ładu społecznego. Po Bogu Ojcu najwięcej zawdzięczamy na ziemi rodzicom. W Prawie Bożym najpierw wiążemy uczuciami czci z Bogiem, zaraz po Nim – z rodzicami. Obok więzi z Bogiem, największa jest więź z rodzicami i rodziną. Stąd przyrodzony porządek społeczny na świecie umacniany jest z pomocą rodzin i życia rodzinnego. Wszak rodzina jest kolebką Narodu! Słusznie Ojczyznę nazywamy Rodziną Rodzin”.

    Bóg stworzył człowieka jako mężczyznę i niewiastę. Tych dwoje zaprasza do szczególnej współpracy z Sobą. Stefan kardynał Wyszyński podkreślał wielką godność powołania małżeńskiego i rodzicielskiego. Wiąże się z tym powołaniem ogromna odpowiedzialność i zadanie. Jeżeli rodzina nie wypełni swojego powołania rodzicielskiego i wychowawczego Naród zginie, przestanie istnieć. Jeżeli rodzina będzie rozbita – zdegradowane będzie także społeczeństwo.

    Prymas Tysiąclecia świadomy zagrożeń wołał: „Rodzicie, pamiętajcie! Przyszła w Polsce wasza godzina! Jesteśmy w tak trudnym położeniu, że często nie wiemy, jak ubezpieczyć nasz byt narodowy, jakich sił szukać, na jakiej skale się oprzeć. Jesteśmy wśród lotnych piasków zmieniających się sytuacji i koniunktur i nie znajdziemy ani dla naszego bytu narodowego, ani dla kultury chrześcijańskiej innego oparcia, jak tylko zdrową rodzinę. Rodzice! Wasza godzina w Polsce nadeszła. Nie myślcie, że kto inny uratuje nasz Naród. Nas uratuje zdrowa rodzina katolicka”.

    „Obudzicie się – wołał Prymas Tysiąclecia – otrzeźwiejcie! Wyzwólcie się z obłędu ! To jest obłęd samobójczy !

    Kościół podnosi potężny głos w obronie życia Polaków. I tego głosu nie obniży ! Będzie wołał coraz głośniej, coraz potężniej, coraz nieustępliwej: Otrzeźwiejcie! Aby ziemia nasza nie stała się krainą Herodów i herodowych zbrodni!

    Pasterz tej Stolicy woła dziś do Was, woła do Stolicy i diecezji, woła do całego Narodu: obudźcie się! Ratujcie życie! Wszak tu chodzi o życie Narodu! Zginajcie kolana przed każdym rodzącym się życiem, przed każdym dziecięciem. Wy, rodzice, lekarze i pielęgniarki, Wy, rządzący dziś Narodem, wszyscy, od góry do dołu, którym powierzona jest straż życia w Narodzie, którzy macie prowadzić go ku życiu, nie ku śmierci i zagładzie ! Uczcie się obyczajów ludzkich, betlejemskich, nie herodowych. Szanujcie życie”.

    Powołanie do założenia rodziny Prymas Tysiąclecia rozumiał jako spełnienie człowieczeństwa, powołanie do miłości. „Bogu idzie o miłość! Dlatego stoi On między Wami, Dzieci najmilsze, jako Bóg – Miłość i Ojciec Waszej miłości. Wszczepia w wasze dusze miłość: miłość ciał i dusz, bo jest Ojcem i ciał i dusz. Jako Bóg – Miłość oczekuje miłości, raduje się Waszą miłością i pragnie, abyście się kochali. W Nim, jako Bogu Miłości, łączy się to życie, które On nieci i przez Was przekazuje”.

    Na rodzinie spoczywa nie tylko szczytne zadanie przekazywania życia, uczył kardynał Wyszyński – ale także wychowanie. To rodzice mają prawo decyzji o kierunku wychowania swoich dzieci. Prawo do tej decyzji zagwarantowane jest prawem naturalnym i jest niepodważalne. To nie szkoła i nie państwo decyduje o kształcie wychowania człowieka, ale rodzice. To prawo Prymas Tysiąclecia często uświadamiał rodzicom. Dodawał im odwagi, aby nie rezygnowali z tego prawa i nie pozwolili go sobie odebrać.

    Broniąc dobra człowieka i dobra Narodu Stefan kardynał Wyszyński upominał się o prawa rodziny. Ojcowie rodzin – uczył – mają prawo do wynagrodzenia rodzinnego. Zadania matki, jej macierzyńskie posługiwanie w domu, to nie sprawa prywatna kobiety, to służba społeczna. Rodziny wielodzietne to nie obciążenie, ale błogosławieństwo dla społeczeństwa. Rodziny mają prawo do swojej własności, do ziemi rodzinnej. Ostro występował Ksiądz Prymas przeciwko bezprawnemu wywłaszczeniu rodzin, odbieraniu im gospodarstw i domów, np. w związku z budową dróg czy terenów rekreacyjnych.

    Rodzina wymaga szczególnej troski społecznej ponieważ jest podstawową cząstką Narodu. Od niej zależy byt, prawość i prężność Ojczyzny. W rodzinie przychodzą na świat i uczą się życia przyszłe pokolenia.

    Idącym w przyszłość

    Młodzież znajdowała w sercu i nauczaniu Prymasa Tysiąclecia uprzywilejowane miejsce. Stosował pedagogię serca, szacunku i zaufania. Umiał też z miłością, a jednocześnie z mocą stawiać wymagania.

    Młodzież znała głos swego Pasterza. Kiedy mówił konferencję do młodzieży akademickiej, czy to w kościele Św. Anny w Warszawie, czy w Gdańsku, w Poznaniu, w Lublinie świątynie były pełne. Zdarzało się, że młodzi porwani entuzjazmem podnosili auto razem z Księdzem Prymasem, aby mu okazać wyraz swojej solidarności, zrozumienia i oddania.

    Jakie treści poruszał Prymas Tysiąclecia w przemówieniach do młodzieży?

    Mówił o sensie i wartości życia, o ludzkiej godności, o prawach i obowiązkach młodego pokolenia, ukazywał zagrożenia, niebezpieczeństwa, wytyczał zadania, uczył miłości do Ojczyzny.

    Był przekonany, że młodzież w głębi serca pragnie dobra, zdolna jest do wysiłku i poświęcenia. Minęło wiele lat, a młodzi ludzie nadal z entuzjazmem odkrywają mądrość ukrytą w nauczaniu Prymasa Tysiąclecia.

    Katolickie Stowarzyszenie Akademickie „Soli Deo” przy współpracy Instytutu Prymasowskiego organizują konkursy dla młodzieży szkół średnich z zakresu wiedzy o życiu i nauczaniu Prymasa Tysiąclecia. Ze zdumiewającą intuicją ci młodzi ludzie odkrywają istotę nauczania Prymasa Tysiąclecia, mówiąc, że to są dla nich „słowa życia”.

    Rzeczywiście kardynał Stefan Wyszyński rozumiał młodzież, znał jej tęsknoty, ogarniał sercem, aby przeprowadzić przez niebezpieczne zasadzki. „Jesteście pokoleniem milenijnym, przełomowym, które żyje na grani dwóch Tysiącleci. Wiecie jak trudno jest utrzymać się na grani. Wieją tam potężne wichry i szaleją burze… Trzeba mocno trzymać się ‘pazurami’ rodzimej skały, aby nie spaść na dno przepaści. Trzeba nie lada wysiłku i bohaterskiego męstwa, aby się ostać… Tylko orły szybują nad graniami i nie lękają się przepaści wichrów i burz. Musicie mieć w sobie coś z orłów![…] Będziecie wtedy mogli jak orły przebić się przez wszystkie dziejowe przełomy, wichry i burze, nie dając się spętać żadną niewolą. Pamiętajcie – orły to wolne ptaki, bo szybują wysoko”.

    Jak orzeł wyprowadza z gniazda pisklęta, biorąc je na siebie, tak Prymas Tysiąclecia brał młode pokolenie na swoje ramiona i uczył odróżniania dobra od zła. „Aby zrozumieć sens własnego życia – mówił – trzeba się wspiąć wysoko, aż do myśli Bożej. Trzeba oderwać się od siebie, od wąskiej otoki własnego, egocentrycznego bytowania, aby zrozumieć wielkość swego bytu, istnienia i wartość jednego, jedynego, niepowtarzalnego życia”.

    Mówiąc do młodzieży Prymas Tysiąclecia podkreślał potrzebę wychodzenia z siebie i przekraczania granic. Wychowywał w ten sposób młode pokolenie do zrozumienia, że człowiek z natury jest istotą społeczną. „Człowiek z natury ma tę władzę, że ciągle wychodzi z siebie i musi z siebie wychodzić. Biada człowiekowi, który szuka idei w nirwanie, który szuka idei odosobnienia i zamyka się w sobie”.

    Stefan kardynał Wyszyński ostrzegał młode pokolenie przed grożącymi mu zniewoleniami. „Swoistą postacią zniewolenia współczesnego człowieka jest narzucanie mu gwałtem niewiary, ateizacja – mówiąc po polsku – bezbożnictwo. Wy to rozumiecie, nie muszę Wam o tym dużo mówić, bo jesteście młodzieżą, która nie miała możliwości w szkole zespolić wysiłków myślowych z religijną formacją”.

    Proponowany ateizm spowodował groźne skutki idące daleko w przyszłość: „Ilu w Polsce jest takich ludzi, którzy udawali ateistów i bezbożników z obawy, z lęku i trwogi? Czy myślicie, że to uchodzi bezkarnie? Żadną miarą! To jest ciężkie okaleczenie psychiki ludzkiej i to później wydaje swoje owoce, rzutuje na przyszłość […] Człowiek musiałby podźwignąć się z głębokiego trzęsawiska kłamstwa, nieprawdy i nieszczerości, z lęku, z pospolitego wyrachowania i tchórzostwa, aby mogła zacząć się prawdziwa odnowa moralna naszego społeczeństwa”.

    Wśród zagrożeń, na jakie narażone było młode pokolenie Stefan kardynał Wyszyński wymienia niewolę słabości i grzechu, znieprawienia człowieka przez pijaństwo, narkomanię, lenistwo. A jakie zadania ukazywał młodzieży?

    Wzywał do zwyciężania siebie. „Chrystus stawia Wam wymaganie umiejętności walk z sobą, ze swymi popędami i złymi skłonnościami. Żąda od Was pracy nad sobą. Ale tylko za cenę tej pracy zwycięża się samego siebie. Zwycięstwo nad sobą jest najtrudniejsze, ale też i najbardziej wartościowe, najwięcej daje Wam osobiście i wychowuje Was do życia, które jest przed Wami. Nie sztuka jest zwyciężać innych, sztuka jest zwyciężyć siebie samego. […] Może waszą młodzieńczość pociąga niekiedy dowolność i swoboda życia, ale szybko się przekonujecie – chociaż pragnąłbym, abyście się nigdy osobiście o tym nie przekonali, że wszelka ‘wolność’, dowolność moralna kończy się ostatecznie katastrofą, której się wkrótce żałuje. Panowanie nad sobą i walka ze złymi skłonnościami, zakończona zwycięstwem, dają radość i rodzą doniosłe owoce osobiste i społeczne. Ale to kosztuje.

    A cóż nie kosztuje, Najmilsze Dzieci?! Każda rzecz wielka musi kosztować i musi być trudna. Tylko rzeczy małe i liche są łatwe”.

    Stefan kardynał Wyszyński prosił młodzież, aby nie korzystała z ułatwionego życia, ze znajomości, układów, łatwizny, rezygnując z własnego wysiłku intelektualnego. „Tak jest, Najmilsze Dzieci, nawet w obliczu Boga, który dał człowiekowi nie tylko łaskę wiary i miłość, ale dał mu także rozum. Tym bardziej więc na uczelni musicie zwalczać mit niedbalstwa, łatwizny, dyspozycyjności i uprzedzenia. Nie możecie korzystać z usprawiedliwienia w sumieniu, ze zwolnienia się od własnego osobistego wysiłku umysłowego. I nie ma większej pracy dla postępu, jak stworzenie takich warunków, w których ludzie dochodzą do dyplomu na drodze rozumu, a nie drogą protekcji, uprzywilejowania. Młodzieży katolicka, jak umiem, proszę Was, abyście na przyszłość nigdy nie korzystali z jakiegoś uprzywilejowania, bo najwięcej krzywdy wyrządzacie własnej godności. Krzywdę wyrządzacie również porządkowi kulturalnemu Narodu, waszej kulturze osobistej i prawdziwemu postępowi kultury”.

    Prymas Tysiąclecia ukazywał młodzieży niebezpieczeństwo technicyzmu godzącego w prymat osoby ludzkiej. Prosił młodzież, aby szanowała czas, zwalczała niekompetencję i brak systematyczności. Pragnął też w sercach młodych ludzi wzbudzić miłość do Ojczyzny. „Droga Młodzieży! Jeżeli umiesz patrzeć w przyszłość – a my jesteśmy narodem ambitnym, który nie chce umierać! – musisz sobie postawić wielkie wymagania. Musisz wychowywać się w duchu ofiary i do ofiary się uzdalniać. Może bowiem przyjść taka chwila, w której tylko ofiarą będzie można zagwarantować wolność Ojczyźnie! Gdyby w Polsce zniknęło pokolenie zdolne do ofiary, musielibyśmy już dzisiaj wątpić o zachowaniu niepodległości!.”

    Wartość kultury ojczystej

    Trudno w zwięzłych słowach wyrazić wkład Prymasa Tysiąclecia w obronę kultury narodowej. W liście na 30-tą rocznicę powołania go na stolicę gnieźnieńską i warszawską Arcybiskup Metropolita Krakowski Karol Wojtyła napisał, że jest to „Człowiek, który nie tylko umiłował dzieje – czyli przeszłość ojczystej kultury, ale który tę kulturę tak wspaniale tworzy na żywo i kształtuje na oczach obecnego pokolenia Polaków i wraz z nimi”.

    Obejmując stolicę gnieźnieńską i warszawską po wojnie w 1949 roku, stąpał po gruzach Stolicy, pochylał się nad ruinami Polski, które kryły w sobie najcenniejsze zabytki, skarby kultury polskiej. Podtrzymywał nadzieję ludzi podejmujących wielkie dzieło odbudowy zniszczonej Ojczyzny. „Cały Naród przyzwyczajony jest do gruzów. Ale my się gruzów nie lękamy, nie załamujemy nad nimi rąk. Przeciwnie, widok gruzów wyzwala w nas nowe potężne siły i gorące pragnienie walki o lepsze, odbudowane jutro. Ten obowiązek odbudowy wyzwala w nas nowe siły. Jesteśmy Narodem młodym, prężnym, o kulturze starej, szlachetnej i wspaniałej. To, że musimy odbudowywać nie jest naszą klęską. Jest naszą szkołą! Jest organizowaniem i mobilizowaniem energii, jest naszą ciągłą młodością, bo nie pozwala się nam zestarzeć.”

    Jakże ważne są te słowa dzisiaj, gdy musimy znowu odbudowywać naszą Ojczyznę z ruin moralnych i ekonomicznych. Dźwigające się z ruin świątynie były znakiem dźwigania się ducha Narodu.

    Szczególną zasługą Prymasa Tysiąclecia była odbudowa i regotyzacja katedry gnieźnieńskiej. Podczas uroczystości podniesienia sarkofagu Świętego Wojciecha w 1960 roku mówił: „W czasach, gdy człowiek tak często pada ofiarą niewolniczej służby materii, gdy nie dostrzega się w nim ducha, trzeba wysoko przed oczy ludzi wynosić człowieka i jego wielką, Bożą godność. Gdy odnawiamy styl świątyni, musimy mieć dla niej wzór – styl człowieka. Dlatego na właściwe miejsce dźwigamy człowieka, który miał w swoim życiu Boży styl. Według tego stylu kształtowało się życie chrześcijańskie w Ojczyźnie naszej, organizacja Kościoła Świętego, kultura Narodu.”

    Znakiem odradzania się Ojczyzny po zniszczeniach wojennych była odbudowa katedry Świętego Jana w Warszawie. W dniu konsekracji świątyni 9 czerwca 1960 roku Ksiądz Prymas mówił: „Świątynia jest jakby chlebną dzieżą, w której zaczyn Boży przenika i przerabia to, co w życiu naszym zbyt ludzkie, aby Bożym się stawało. […] Tak ściśle związały się dzieje świętojańskiej świątyni z dziejami Narodu, że nie sposób ich rozdzielić. Losy Państwa odbijały się na tych murach i wypisywały swe wymowne znaki klęsk i chwały […] Niedawne to chwile, gdy przez Archikatedrę biegł front walki. Nacierała nienawiść najeźdźcy, broniła świętych ołtarzy miłość i wiara powstańców warszawskich. Tu na posadce, którą omywamy dziś wodą poświęconą, płynęły potoki krwi najlepszych synów Stolicy. […] Ci, którzy tu padli, pouczyli nas, jak trzeba żyć i umierać w obronie największych świętości Narodu”.

    Podnoszenie świątyń z gruzów było znakiem, że Polacy chcą nadal kroczyć własnymi, od wieków wytyczonymi ścieżkami ku nowym wiekom kultury narodowej.

    Kardynał Wyszyński wspierał liczne dzieła i inicjatywy mające na celu obronę i rozwój kultury polskiej. Podkreślał jej wielkie znacznie w życiu Narodu, który pomimo wielkich doświadczeń dziejowych nie chce umierać i ciągle się odradza.

    „Jest to wielka tajemnica Boża – mówił – Polacy są dziwnym narodem. Właśnie wtedy, gdy im trudno, gdy mają wielkie przeciwności, zdobywają się na potężne wysiłki. W czasie beznadziejnej niewoli pojawiły się najpiękniejsze postacie – wspaniała trójca wieszczów narodowych: Mickiewicz, Krasiński, Słowacki, później Norwid, wreszcie Sienkiewicz – potężne duchy, wyrosłe z bólu, męki i cierpienia Narodu. Jest coś w Narodzie polskim, że właśnie wtedy, gdy mu ciężko, mobilizuje wszystkie siły i zwycięża”.

    Stefan kardynał Wyszyński widział w kulturze wartość wyrażającą się nie tylko we wspaniałych zabytkach, literaturze, sztuce, ale w całym życiu ludzkim, które Bóg przenika swoją miłością. „Ogromnie trudno jest dośledzić ten znikomy znak życia, który mieści się dobrze schroniony przez Stwórcę pod sercem matki. […] Mamy zwyczaj niepotrzebnie obliczać sobie lata i zaglądać do dowodu osobistego. O naszym początku nic nam to nie powie. Bóg pierwszy mnie umiłował, to znaczy – pomyślał mnie, zanim o tym mówiono w ognisku rodzinnym. I właśnie tutaj zaczyna się kultura”.

    Świat daleko odszedł od takiego rozumienia kultury. Zwycięża prawo walk i przemocy. W międzynarodowych układach sił nie liczy się człowiek. Dlatego Stefan kardynał Wyszyński z bólem mówił: „Ogromnie trudno jest po tylu latach dziejów ludzkości mówić dzisiaj o kulturze. Naprzód trzeba uwierzyć w godność człowieka. Współczesna ludzkość ma pracować na rzecz takiej kultury, która by doceniła zaczątek człowieka pod sercem matki i zrozumiała Boga Człowieka, klęczącego u stóp ludzi. Do tego jeszcze daleko, ale to jest osiągalne. Do tego ma zmierzać wysiłek prawdziwej kultury wszystkich ludów i narodów. […] Zawsze mnie wzrusza, gdy widzę przed sobą małe dziecko, przewracające się na trawie, bo ten maluczki, zda się nieudolny człowiek, jest już głębią, a serce jego przepaścią – profundum. To jest człowiek! Wokół każdego człowieka, nawet najmniejszego, trzeba chodzić oględnie, wiedząc, że to jest cały, pełny człowiek i że jego możliwości są nieskończone”.

    Prymas Tysiąclecia uczył, że kulturę ludzi i narodów poznaje się po sposobie odnoszenia się do człowieka.

    Ten fundament ludzkiej kultury umacniał całym swoim życiem, nauczaniem i posługiwaniem! Uczył Naród dojrzałej kultury życia, kultury, która szanuje i dźwiga człowieka, eliminuje agresję i przemoc, szuka rozwiązań na drodze miłości społecznej, przebaczenia i dialogu. W ten sposób przygotował grunt dla „bezkrwawej rewolucji” i przezwyciężenia niewoli komunistycznej. Był to program obrony człowieka, troski o życie ludzkie, aby brat nie strzelał do brata. W tym duchu Prymas Tysiąclecia wychowywał Naród od początku swojego posługiwania – przed uwięzieniem i po odzyskaniu wolności. Przemawiając na Jasnej Górze w 1958 r. podczas ogólnopolskiej pielgrzymki pisarzy, prosił ich, aby jak psy lizali rany Narodu: „Język leczący rany nędzarza! Język liżący rany, gdy nikt już nie chce tego czynić, ‘psi język’. Mówi się: Wierny jak pies! Bo gdy już ludzie odejdą od człowieka nieszczęsnego i zostawią go w nędzy i męce, jeszcze pies siedzi i czuwa. […] Może się na mnie obrazicie, wytworni Pisarze! Wszystko mi jedno. Obraźcie się na mnie i Wy! Będzie to jeszcze jedna kategoria ludzi, obrażających się na Prymasa. Ale Wam powiem: macie być psami, może jedynymi, którym została jeszcze odrobina miłości do człowieka pokaleczonego i poranionego! Wasz język musi im służyć, gdy ludzie wielcy i wspaniali, ucztujący w pałacach, już nie widzą człowieka poranionego, wyrzuconego na ulicę, wciąż jeszcze bitego i kopanego! Ktoś musi się nad nimi zlitować, bo to przecież twój brat, twój rodak! A chociaż byłby i twoim wrogiem – człowiekiem jest! […]

    Nazwałem Was ‘psami’ dlatego, że to właściwie Wy musicie użyć swego języka, aby ‘wylizać rany’ pobitych. I nie cofnę tej nazwy! Bądźcie raczej psami, abyście tylko pełnili zadanie, które tak jest potrzebne cierpiącej duszy Narodu”.

    Prymas Tysiąclecia nie tylko innych wzywał do pełnienia tego zadania, sam, jak wierny pies, „lizał rany” Narodu.

    Polska – ale jaka?

    „Dla nas po Bogu, największa miłość to Polska! Musimy po Bogu dochować wierności przede wszystkim naszej Ojczyźnie i narodowej kulturze polskiej. Będziemy kochali wszystkich ludzi na świecie, ale w porządku miłości. Po Bogu więc, po Jezusie Chrystusie i Matce Najświętszej, po całym ładzie Bożym, nasza miłość należy się przede wszystkim naszej Ojczyźnie, mowie, dziejom i kulturze, z której wyrastamy na polskiej ziemi. I chociażby obwieszczono na transparentach najrozmaitsze wezwania do miłowania wszystkich ludów i narodów, nie będziemy temu przeciwni, ale będziemy żądali, abyśmy mogli żyć przede wszystkim duchem, dziejami, kulturą i mową naszej polskiej ziemi, wypracowanej przez wieki życiem naszych praojców”.

    Prymas Tysiąclecia często pytał: Jakiej chcecie Polski? Odwróćmy to pytanie i zapytajmy dzisiaj: Jakiej Polski on chciał?

    Stefan kardynał Wyszyński chciał Polski mocnej duchem, opartej na fundamencie wiary. „Polska jest zespolona – mówił – nie jednym więzłem, nie parcianym powrozem. Polska jest zespolona sercem wiary. Jej siłą jest wiara Chrystusowa!”

    W czasie prześladowania Kościoła upominał się o prawa ludzi wierzących we własnej Ojczyźnie. „I biskup katolicki, i kapłan katolicki, i każdy katolik w Polsce też jest Polakiem i też stanowi Naród. My, ludzie ochrzczeni, weszliśmy całą siłą naszego chrześcijańskiego ducha w życie Narodu i temu narodowi ani krzywdy, ani ujmy nie przynieśliśmy. Dlatego nie pozwolimy sobie zatkać ust przekupną dłonią”.

    Prymas Tysiąclecia chciał Polski wolnej. Gdyby nie umiłowanie wolności nie byłoby naszej Ojczyzny na mapie świata: „Walki Polaków na wszystkich kontynentach, gdzie tylko podejmowano walkę o wolność, są tak znane w świecie, iż nadają nam miano Narodu najbardziej miłującego wolność. Podejmowano jednak nie tylko walki orężne, ale wysiłki w wewnętrznym życiu Narodu. Były one niekiedy bardziej znamienne i owocne, jako czynniki składowe odzyskanej później wolności niż zrywy orężne! Wolność Narodu nie wybuchła więc od razu, ale dojrzewała powoli. Była owocem długiego, historycznego trudu, noszona w wielkim miłującym łonie Narodu jak płód, który nosi matka pod sercem i musi wydać na świat wtedy, gdy przyjdzie moment dojrzałości ukształtowanego już w niej dojrzałego życia.

    Nie myślcie, najmilsze dzieci Boże, że wolność spadła nam z nieba, bez wysiłku, bez udziału całego Narodu. Naród w niewoli nie przestał wierzyć w sprawiedliwość Bożą. Wołał nieustannie, cierpliwie, wytrwale: “Przed Twe ołtarze zanosim błaganie, Ojczyznę wolną, racz nam wrócić Panie!” Ten śpiew, krzyk rozpaczy, nadziei i wiary przebijał niebiosa, mobilizował całą Polskę, rozlegał się w kraju ojczystym i na wygnaniu, w więzieniach i kopalniach. Zewsząd podnosił się w niebo wielki, potężny głos Narodu, który nie chce i nie może umrzeć, bo mu nie wolno, nie ma do tego prawa!”

    Polska nie mogła w ciągu dziejów liczyć na układy, na to, że jakieś państwo zrobi nam prezent z wolności. Polska musiała strzec swojej tożsamości i zmagać się o niepodległość. „Naród polski ma szlachetne ambicje, aby podnosić się – jak feniks – z popiołów. […].Polska wróciła do praw wolnego państwa, ponieważ nigdy nie utraciła wiary w swoje prawo do wolności. Od początku swych dziejów Naród nasz pracował na odzyskanie wolności państwa, wyrabiając sobie na karcie Europy takie miejsce, iż nie zdołały go zatrzeć zmienione granice, podziały i zakusy potężnych monarchów wielkich imperiów. Bóg im odebrał ducha, a uciemiężony Naród pozostawił tam, gdzie zgodnie z zamiarami Opatrzności Bożej być powinien”.

    Polska racja stanu domaga się szczególnego poszanowania więzi z przeszłością. Wpajał to w świadomość Narodu Prymas Tysiąclecia, ostrzegając, że nie wolno tworzyć „dziejów bez dziejów”.

    „Dziś, po dziesięciu wiekach nie możemy zacząć budowania w ‘czystym polu’. Polska bowiem ma wspaniałą przeszłość, ma swoje dzieje, kulturę, literaturę, sztukę, rzeźbę. Musimy więc nieustannie nawiązywać do przeszłości! Naród bez przeszłości jest godny współczucia. Naród, który nie może nawiązać do dziejów, który nie może wypowiedzieć się ze swoją własną duchowością – jest narodem niewolniczym. Naród, który odcina się od historii, który się jej wstydzi, który wychowuje młode pokolenie bez powiązań historycznych – to Naród renegatów. Nie wolno tworzyć ‘dziejów bez dziejów’; nie wolno zapomnieć o tysiącleciu naszej ojczystej i chrześcijańskiej drogi, nie wolno sprowadzać Narodu na poziom ‘zaczynania od początku’, jakby tu, w Polsce, dotąd nic wartościowego się nie działo; nie wolno milczeć, gdy na ostatni plan w wychowaniu młodego pokolenia spycha się kulturę rodzimą, jej literaturę i sztukę, i jej moralność chrześcijańską oraz związek Polski z Kościołem rzymskim i z przyniesionymi do Polski wartościami Ewangelii, Krzyża i mocy nadprzyrodzonych. Nasza godność narodowa wymaga, byśmy oparli się tej zarozumiałości, z jaką lekceważone jest wszystko, co polskie, na rzecz tak na nam obcego importu”.

    Zmagał się Prymas Tysiąclecia z prześladowaniem, wytrzymywał ataki, że miesza się do polityki, ale nie ustawał w obronie tożsamości Ojczyzny, w dążeniu, aby Polska była Polską. „Na każdym progu walczyć będziemy o to, aby Polska – Polską była! Aby w Polsce – po polsku się myślało! Aby w Polsce – polski duch Narodu chrześcijańskiego czuł się w swobodzie i wolności.

    Chociaż jeździmy za granicę na studia, w Polsce mogą się inne narody wiele nauczyć. Podziwiają one naszą cierpliwość, spokój, dojrzałość polityczną, naszą pracowitość, religijność, wierność Bogu, nasze umiłowanie wolności i pokoju. Są to wielkie walory i wielkie moce Narodu tak dziwnego, biednego, a jednak żywiącego swym chlebem wszystkich głodnych; tak zda się nieszczęśliwego, a jednak pełnego radości. W Polsce nawet przez łzy i ból śmieją się oczy naszych dzieci, matek, cór i synów. W Polsce nawet w obliczu śmierci dusza jest jasna, bo wie, że idzie w ramiona Ojca najlepszego, który jest Bogiem żywych, a nie umarłych. Mogą się zaiste inne narody wiele od nas uczyć. I dlatego dobrze, że Polska jest rozgrodzona na wszystkie strony. Gdybyśmy siedzieli za wysokimi górami, albo za rozległymi oceanami ubezpieczając się nimi, łatwo byśmy osłabli duchowo, szybko skarłowacieli, jak tyle narodów skarłowaciało. A ponieważ siedzimy na wielkiej przełęczy kulturalnej i dziejowej, ponieważ biją w nas wszystkie wichry, musimy się trzymać mocno, ażeby nie spaść. Musimy być trzeźwi, musimy chodzić na obydwu nogach, uważnie badając dookoła, jak poprzez grzbiety i szczyty, poprzez wykroty dziejowe przeprowadzić Naród bezpiecznie”.

    „Jakże wielka jest więc odpowiedzialność za nasze miejsce tutaj i za wypełnienie wszystkich obowiązków, które ciążą dziś na Narodzie polskim. Abyśmy jednak mogli wypełniać swoje zadania, niezbędna jest suwerenność narodowa, moralna, społeczna, kulturalna i ekonomiczna! Każdy Naród pracuje przede wszystkim dla siebie, dla swoich dzieci, dla swoich rodzin, pracuje dla swoich obywateli i dla własnej kultury społecznej. A chociaż dzisiaj tak jest, że pełnej suwerenności między narodami powiązanymi różnymi układami i blokami nie ma, to jednak są granice dla tych układów, granice odpowiedzialności za własny Naród, za jego prawa, a więc i za prawo do suwerenności”.

    O sile Polski decyduje jej wewnętrzna duchowa moc. Dlatego polska racja stanu wymaga poszanowania moralności chrześcijańskiej. Prymas Tysiąclecia dźwigał Naród z wad i grzechów w imię dobra człowieka i Ojczyzny. Program moralnego odrodzenia Polski zawarł w Ślubach Jasnogórskich, które napisał w więzieniu w Komańczy. Naród złożył je na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 roku. Był to jednocześnie zryw wolności, czas pierwszego społecznego przełomu. Prymas Polski wzywał do rzeczywistej odnowy Ojczyzny: „Naród polski składał już wiele razy swoje ślubowania i chociaż dochował wiary Kościołowi, to jednak nie wyzbył się wielu nałogów i wad narodowych, które nie dadzą się pogodzić z postawą Narodu wierzącego. Tak często jesteśmy przedmiotem zgorszenia, gdy ludzie niewierzący patrzą na życie wierzących. Nasza moralna słabość i chwiejność, pomimo silnej wiary, nasz relatywizm moralny, skłonny do ulegania złym przykładom i prądom, posłuch najrozmaitszym błędom, nieraz wprost absurdalnym, upadek moralności małżeńskiej, niewierność, rozwiązłość, nietrzeźwość, to wszystko sprawia, że pion moralno-społeczny Narodu jest tak chwiejny. Umiemy trwać godzinami w świątyniach, stać na placu jasnogórskim jak stara dąbrowa, ale ulegamy łatwo najsłabszym nawet podnietom do wszystkich grzechów i występków. Jesteśmy duchowo rozdwojeni, rozbici psychicznie, a stąd pozbawieni stylu życia i charakteru narodowego. To wszystko umiemy dziwnie łączyć z naszym przywiązaniem do Kościoła, którego nie słuchamy w codziennym życiu; z naszą gorącą modlitwą, z której nie zbieramy należytych owoców; z naszą czcią do Matki Najświętszej, której tak przeciwne jest nasze życie codzienne. Zwalczać to rozdwojenie, zdobyć pion moralny, nauczyć się zwyciężać siebie, zdobyć męstwo wiary i życia chrześcijańskiego – oto błogosławione dążenie niemal zachowawczego instynktu narodowego i zmysłu katolickiego”.

    Obronę zdrowia moralnego utożsamiał Kardynał Wyszyński z obroną Ojczyzny i jej miejsca w rodzinie narodów. Nawet od wrogów można się uczyć mądrości: „Wrogowie wiedzą, co narodowi służy, a co mu szkodzi. A jeśli chcą mu szkodzić, niszczą to, co mu pomaga. Dlatego też najeźdźcy zawsze niszczyli Kościół i chcieli zatrzeć ślady moralności chrześcijańskiej w życiu Narodu. Dlatego starali się Naród upodlić i rozpić. Są to lekcje z niedawnej przeszłości. Obyśmy ich szybko nie zapomnieli, mogą się nam bowiem przydać! Wrogów naszego Narodu poznajemy po tym, jak się odnoszą do Boga i do moralności chrześcijańskiej. Umieją oni ocenić sens tej moralności dla nas. Wiedzą, że jest ona siłą i mocą Narodu, że najlepiej służy jego bytowi, całości i jedności. I dlatego chcąc zniszczyć Naród, niszczą jego wiarę i moralność chrześcijańską”.

    Polska pomimo swoich wad i słabości umie dźwigać się z grzechów i dochować wierności Bogu. To było i jest naszą szansą, naszą nadzieją także dzisiaj: „Byliśmy zawsze ciekawi świata. Na żądzę ‘nowostek’ w Narodzie narzekali wszyscy moraliści i publicyści polscy. Ale znaliśmy granice, które umieliśmy stawiać obcym duchowości polskiej wpływom; oparliśmy się niemczyźnie protestanckiej, kalwinizmowi, oparliśmy się wpływom tatarsko-tureckim, oparliśmy się amoralizmowi wieku Odrodzenia, chociaż przyjęliśmy jego sztukę. Polska dobrotliwość oparła się złym wpływom tylu zaborów i krzywd wyrządzanych przez najeźdźców. Dziś potrzeba nam wierności – zarówno naszemu duchowi narodowemu, jak i Ewangelii Chrystusowej. Potrzeba nam sumiennego wypełniania obowiązków, które płyną z odpowiedzialności za Naród i chrześcijańską Ojczyznę. I dlatego wzmacniamy naszego ducha ślubami i przyrzeczeniami, aby wytrwać”.

    Obrona ziemi – gwarancją wolności Narodu

    Prymas Tysiąclecia czerpiąc mądrość z księgi dziejów, którą umiał czytać z zadziwiającą umiejętnością i stosować do chwili obecnej, ostrzegał Polaków, aby nie wyzbywali się ziemi ojczystej.

    „Z przeszłości naszej możemy czerpać ostrzeżenie na przyszłość. Ziemi ojczystej trzeba zawsze bronić, a bronić jej można wtedy, gdy tkwimy w niej korzeniami jak drzewa. O wiele trudniej jest bronić Ojczyzny z miast, o ileż łatwiej ją wówczas zniszczyć! Trudniej wrogom dotrzeć do każdej wsi, do każdego zagonu, do każdej chaty, gdzie mieszkają ludzie związani głębokim uczuciem umiłowania ziemi, która daje i wsi i miastu chleb nasz powszechni, o który modlimy się do Ojca darów niebieskich.

    Całe pokolenia ujarzmione przez obce narody, walczyły o prawo do własnej ziemi. Stąd szczególny charakter obronności ziemi. Nie tylko armia broni terenów ojczystych, ale i ludzie, którzy na niej żyją i – jak trawy wśród jałowców i gęstych lasów – bronią jej nienaruszalności. […] Ziemia ojczysta, zwłaszcza w naszym układzie geopolitycznym, jest elementem tak doniosłym, że musi być należycie obsłużona.

    Miłość do ziemi ojczystej gwarantuje wolność i stabilność Narodu w jego granicach. Przecież nie kto inny, tylko nasi nieprzyjaciele zwrócili na to baczną naszą uwagę w czasie okupacji, gdy mówili butnie: nam nie są potrzebni Polacy, nam jest potrzebna ich ziemia. Rozpoczęli więc tragiczną rozprawę z Narodem – wysiedlanie Polaków i niszczenie warstwy, która broni Polskę przed tym, by nie stała się lotnym piaskiem. […] Tak było w czasie rozbiorów. Nie było, zda się, nikogo do obrony, ale pozostał Naród, który ogarniał sercem każdy zagon i nie pozwolił go sobie wydrzeć, bo to jest warunek trwałości naszego bytowania narodowego. Cóż z tego, że nabudujemy wiele miast, które się amerykanizują w swoim zewnętrznym wyglądzie? Cóż z tego, że wejdziemy w ślady swoistego kapitalizmu przemysłowego, jeśli nie będzie komu dostarczyć dla wielkich miast chleba, warzyw i wszystkiego, czego pilnie potrzebuje dziecko, i mędrzec, i starzec.

    Dlatego też niezmiernie doniosłą rzeczą jest docenić znaczenie prywatnej własności rolnej, bo to jest warunek stabilności bytowania Narodu. […] Zgadzamy się z tym, że trzeba poprawić warunki życia i pracy rolników, starać się o to, aby ich praca była lżejsza, ale musimy jak drzewa korzeniami trzymać się gleby ojczystej, aby Naród nie był przepychany w swoich granicach etnicznych na skutek słabego zaludnienia i niedostatecznego wszczepienia się w ojcowiznę.

    Ponieważ Polska jest krajem rolniczym, należy w licznych i skomplikowanych zadaniach naprzód wykorzystać dla dobra społecznego właściwości i wartości przyrodzone, naturalne naszego układu bytowego. Dlatego musi istnieć realizm w budowaniu lepszej przyszłości. Realizm ten wyraża się tym, że stoimy na ziemi, a ziemia ta jest żyzna. […] Polska nie może żyć z importu ziarna, bo bogaciła się przez eksport. Tak było przecież za czasów królewskich, na ziarnie wzbogacił się Gdańsk. I dzisiaj dowartościowanie pracy na roli będzie ustawieniem się na właściwym gruncie wszelkiego budowania i pomyślności naszej wspólnoty narodowej.

    Polska położona między tymi molochami, choćby się porozumiała dokładnie z państwami słowiańskimi, musi pamiętać, że teren ten będzie tym bardziej obronny, tym bardziej zwarty, i ekonomicznie, i narodowo, i kulturalnie, i militarnie, im lepszą opieką będzie otoczony człowiek pracujący na roli”.

    Stefan kardynał Wyszyński był przekonany, że siła Polski polega na rolnictwie. Zapytany, jak wyprowadziłby Polskę z kryzysu gospodarczego, odpowiedział: „Postawiłbym na rolnictwo”.

    „W sytuacji naszego kraju, rozwijając przemysł przetwórczy, sprzyjając rolnictwu warzywnemu, sadownictwu i hodowli, można by wyżywić nie tylko Polskę, ale całą Skandynawię, Niemcy Wschodnie, Białoruś, która – jak wiadomo – ma ubogie ziemie. Nie mówię o Ukrainie, która jest krajem bardzo żyznym [kiedy Ksiądz Prymas to mówił, nie było jeszcze katastrofy w Czarnobylu]. Można by pomóc jeszcze Bałkanom, a na pewno i Czechom, którzy nie mają tak korzystnych warunków rolniczych jak my. Gdyby zamiast wielkich nakładów na rozwijanie ciężkiego przemysłu do poziomu krajów zachodnich, pieniądze te włożono w subwencje rolne, na pewno Polska wyżywiłaby siebie, a przez eksport żywności stworzyłaby dodatni bilans handlowy z Zachodem”.

    Społeczny program odnowy

    Fundament całego ładu społecznego to poszanowanie praw osoby ludzkiej. To jest najważniejszy punkt programu społecznego Prymasa Tysiąclecia. „Epoki historyczne oceniamy według sposobu obchodzenia się z człowiekiem. Dzisiaj ocenia się wartość ustrojów według przepisów podchodzenia do człowieka. Nie liczba fabryk ani charakter organizacji życia gospodarczego świadczy o jego wartości, tylko sposób traktowania człowieka.

    Wartość ustroju i doktryna zależy od tego, czy odpowiada ona tęsknotom i współczesnym zamówieniom społeczeństwa. Jeśli nie odpowiada skazuje się na śmierć. Po tym poznaje się również epoki historyczne, jak sobie poradziły z człowiekiem i co mu dały. Ostatecznie ciągle aktualny jest w świecie prymat osoby ludzkiej, i na to nie ma rady! Może istnieć doktryna ustanawiająca prymat rzeczy, ale prędzej czy później sama się unicestwi, bo zawsze najważniejszą ‘rzeczą’ pozostanie człowiek”.

    Zagadnienia społeczne były pasją życia Stefana kardynała Wyszyńskiego. Studiując na KUL-u [1925-1929] prawo kanoniczne ukończył równocześnie wydział nauk społecznych. Do wybuchu II wojny światowej pracował we Włocławku jako znany kapłan społecznik. Był duszpasterzem ludzi pracy. Prowadził Chrześcijański Uniwersytet Robotniczy, współpracował z Chrześcijańskimi Związkami Zawodowymi.

    Punktem orientacyjnym jego przekonań społecznych była Boża wizja człowieka – jako osoby. Będąc osobą – człowiek posiada niezbywalne prawa. Z tymi prawami wiążą się obowiązki społeczne. Bez poszanowania tego naturalnego ładu niemożliwa jest sprawiedliwość.

    „Istnieje głęboka i nierozerwalna więź między prawem Bożym i prawem ludzkim. Prawo Boże czerpie swoje natchnienie z mocy, którą Ojciec niebieski włożył w naturę człowieka. […] Prawo zaś ludzkie, stanowione przez ludzi, musi być zawsze wpisane w ramy prawa Bożego. Prawo ludzkie nie może być nigdy przeciwne prawu Bożemu. Gdyby było przeciwne, w sumieniu nie obowiązuje, przestaje bowiem być prawem, choćby uchwalone było przez wszystkie parlamenty świata. Nie jest prawem, gdy sprzeciwia się prawu Bożemu, prawu natury, prawu człowieka – dziecka Bożego, a zwłaszcza Chrystusowemu prawu miłości Boga i ludzi”.

    Na tym fundamencie prawa naturalnego opiera się koncepcja człowieka jako osoby.

    Stefan kardynał Wyszyński, bez względu na ustrój, ukazywał wykroczenia przeciwko temu, ustanowionemu przez samego Boga, porządkowi.

    Widział on błędy zarówno indywidualizmu, jak i kolektywizmu. Pogląd indywidualistyczny, właściwy kapitalizmowi bierze pod uwagę tylko jednostkę, indywidualne dobro, jednostkowy charakter człowieka.

    Pogląd kolektywistyczny natomiast, właściwy komunizmowi akcentuje zbiorowość, dobro klasy i mas. Ocenia człowieka przedmiotowo, jedynie pod kątem zbiorowości: „Te obydwa wynaturzenia tworzą doktryny i ustroje, które są antyhumanistyczne. Trzeba bowiem dostrzec istnienie całego człowieka, a więc i jego znaczenie społeczne i jego znamię jednostkowe. Synteza tych znamion jest dopiero prawdziwym człowiekiem. Cały wysiłek musi zmierzać do tego, żeby uprzytomnić sobie zasadę, iż miedzy tymi znaczeniami musi być harmonia, bo w całej naturze jest harmonia.”

    Stefan kardynał Wyszyński ostrzegał przed hegemonią państwa, przed upaństwowieniem własności, struktur społecznych i, co najbardziej niebezpieczne, myślenia człowieka. Wtedy łatwo jest manipulować ludźmi, zniewalać ich, krzywdzić: „Władza musi się odwoływać do sumienia a nie siły. Wynika z tego ograniczenie siły porządkującej świat przez prawo naturalne osoby ludzkiej, i przez to, że władza jest ustanowiona nie tylko dla dobra jednostki lub jakiejś frakcji czy partii, lecz dla dobra powszechnego – dla wspólnego dobra obywateli. Stare prawo rzymskie określa to pojęcie – bonum commune totius universi, a polska tradycja polityczna mówiła o ‘dobru Rzeczypospolitej’. A więc nie o dobru takiej czy innej grupy, tylko o dobru wszystkich ludzi, nad którymi władza ma czuwać, aby wypełniając obowiązki, mieli również zagwarantowane i swoje prawa. Stąd do władzy publicznej należy czuwanie nad tym, aby jedni obywatele nie ograniczali praw innych”.

    Nie to, co się podoba grupie rządzącej ma moc obowiązującą „tylko to, co jest zgodne z ładem i porządkiem moralnym – z rozumnym charakterem osoby ludzkiej i z jej uprawnieniami. Nie są one nadane przez żadną władzę ziemską, lecz pochodzą z prawa przyrodzonego. Z kolei prawo przyrodzone, czyli wszczepione w osobę ludzką, pochodzi od Stwórcy”.

    W imię tego prawa kardynał Wyszyński bronił człowieka i Naród przed nadużyciami władzy i niesprawiedliwością: „Ja osobiście, od bardzo dawna, bo jeszcze w rozmowach z p. Gomułką, stawiałem te sprawy jasno. Zwłaszcza, gdy idzie o trudności zaopatrzenia, o warunki, higienę i bezpieczeństwo pracy, bo na te tematy mieliśmy – szczególnie gdy chodzi o sytuację w kopalnictwie – bardzo dużo wiadomości. Toczyłem dość długie rozmowy z władzami. Jedno z moich spotkań z p. Gomułką i p. Cyrankiewiczem trwało od godziny piątej po południu do wpół do czwartej rano, bez przerwy. I wtedy można i trzeba było stawiać wymagania z pozycji problemów moralnych. […] Ostatnie moje rozmowy miały miejsce w dniu 24 sierpnia 1980 roku z p. Gierkiem. Rozmawiałem z nim wieczorem przed wyjazdem do Częstochowy i zwróciłem uwagę na niebezpieczeństwa które idą. Domagałem się, aby p. Gierek pogodził się z faktem, że muszą istnieć odrębne związki zawodowe i że trzeba uznać prawo do strajków”.

    Kardynał Wyszyński swoim autorytetem moralnym przygotowywał glebę, na której wyrosła prawdziwa ludzka solidarność. Zaowocowała ona ruchem społecznym o tej nazwie. Wiele wysiłku włożył Kościół w to, aby w latach osiemdziesiątych mogły powstać niezależne związki zawodowe.

    Na pytanie – co mamy czynić, aby siebie i Ojczyznę wydobyć z trudnej sytuacji, w jakiej się znajdujemy kardynał Wyszyński odpowiadał: „Ongiś myślano, ze wystarczy być sprawnym rzemieślnikiem, kompetentnym fachowcem. Dzisiaj uważa się, że do wszystkich rodzajów kompetencji trzeba dołożyć jeszcze pion moralny człowieka. Kiedyś uważało się, że ekonomia sama w sobie, ze swoimi – jak się mówiło – naturalnymi prawami, zapewni należyte funkcjonowanie gospodarki narodowej. Dziś już uważa się inaczej. Nie wystarczy sama ekonomia, konieczny jest i w tej dziedzinie ład życia i porządek moralny, konieczne jest poczucie więzi społecznej i świadomość wspólnoty, o której mówi nam Pismo Święte: ‘Jedni drugich brzemiona noście’”.

    Jako jeden z warunków odnowy społecznej kardynał Wyszyński wymienia stosunek do pracy: „Rozważmy, że nieustannie korzystamy z owoców pracy ludzkiej. Wszyscy, jak tu stoimy, nie możemy powiedzieć, że jesteśmy tak samo wystarczalni i autonomiczni, że nic nas nie obchodzą inni ludzie. Przecież tyle im zawdzięczamy i tak jesteśmy od nich uzależnieni! […] Prawdziwie jesteśmy spowici dłońmi ludzkimi. […] My korzystamy z pracy innych. Oni korzystają z naszego trudu. Mówi się krótko w prawie: jest to tzw. sprawiedliwość zamienna. Ty mnie świadczysz to, ja tobie coś innego. Moja praca jest potrzebna setkom ludzi, praca setek ludzi jest potrzebna mnie. Moja osobowość musi świadczyć innym, bo setki i tysiące świadczą mnie”.

    „Nasza praca jest służbą społeczną. Dzisiaj jest ona za bardzo zetatyzowana i ekonomizowana. Człowiek pracuje, bo ma etat, lub też nie pracuje. Człowiek pracuje dlatego, że tworzy jakieś dobro ekonomiczne. Pamiętajmy jednak, że praca służy nie tylko wytwarzaniu dóbr, ale i naszemu rozwojowi osobowemu. Praca też jest służbą społeczną”.

    Drugi warunek to właściwe korzystanie z prawa własności. „Chociaż byśmy byli należycie uposażeni, może dzięki naszej osobistej pracy, pamiętajmy, że przy największym nawet wysiłku osobistym musimy korzystać z pracy innych. Dlatego też i owoce pracy, czyli nasza własność, nie ma wymiaru własności absolutnej. I to nie tylko dlatego, że nie jesteśmy pewni jutra, ale także dlatego, że chociaż dla ładu społecznego niezbędne jest posiadanie prywatne, jednak zawsze trzeba się liczyć z tzw. użytkowaniem wspólnym, co ma szczególnie doniosłe znaczenie w sytuacjach trudnych. Weźmy np. zagadnienie zaopatrzenia społecznego – czy nie należałoby pomyśleć o dawnej chrześcijańskiej zasadzie: posiadanie prywatne, użytkowanie wspólne. Pod tym kątem trzeba spojrzeć na wszystkich ludzi potrzebujących pomocy, zwłaszcza na dzieci licznych rodzin i matek osamotnionych. Tak też trzeba by spojrzeć na potrzeby ludzi starych, pozbawionych opieki swoich dzieci. Tym ludziom należy się od nas pomoc”.

    Istotnym warunkiem odnowy społecznej jest szacunek dla każdego człowieka, dla jego praw i potrzeb. Prawdziwa linia odnowy biegnie nie pomiędzy partiami politycznymi, ale poprzez sumienie człowieka. Kardynał Wyszyński mówi o sumieniu osoby ludzkiej, o sumieniu rodzinnym [które rozumiał jako echo sumienia człowieka odzywające się w życiu rodzinnym], mówił o sumieniu narodowym, zawodowym i wreszcie obywatelsko-politycznym.

    Dlatego najważniejszym warunkiem społecznej odnowy Ojczyzny jest odrodzenie człowieka. „Każdy musi zacząć od siebie, abyśmy się prawdziwie odmienili. A wtedy, gdy wszyscy będziemy się odradzać i politycy będą musieli się odmienić, czy będą chcieli, czy nie. Jeżeli człowiek się nie odmieni, to najbardziej bogate państwo nie ostoi się, będzie rozkradane i zginie. Cóż bowiem z tego – powiem może trywialnie – że krążąca butelka spirytusu przejdzie z rąk jednych pijaków, do rąk innych pijaków! Powiem jeszcze bardziej drastycznie: że klucz od kasy państwowej przejdzie z rąk jednych złodziei w ręce drugich złodziei?! Przecież chyba nie o to idzie, żeby wszyscy złodzieje mieli dostęp do kasy i wszyscy pijacy do wódki, tylko żeby sumienie wszystkich się obudziło, żebyśmy zrozumieli naszą odpowiedzialność za Naród, który Bóg wskrzesza. Pamiętajmy, że ludzie ze starymi nałogami nie odnowią Ojczyzny”.

    Zakończenie

    Warszawie Ksiądz Prymas Wyszyński zostawił specjalny program w czasie uroczystości milenijnych w 1966 roku. Na demonstrację nienawiści i przemocy, na obelgi wykrzykiwane przeciwko niemu na ulicach Warszawy, odpowiedział przebaczeniem i miłością. Była to dla Warszawy i całego Narodu wielka lekcja wiary i kultury polskiej:

    „Będziesz miłował bliźniego swego’. I to każdego. Tego, co ma serdeczne oczy, i tego co ma oczy szklane. Tego, co ma żar w piersi, i tego co nosi w piersi kamień. Tego, który ma ku tobie wyciągniętą braterską dłoń i tego, który cię dźga oczyma. Każdego! Bóg nie tworzy granic, nie przeprowadza ich między ludźmi […]. Ten zwycięża, choćby był powalony i zdeptany – kto miłuje, a nie ten, który w nienawiści depce. Ten ostatni przegrał. […] Kto walczy z Bogiem miłości – przegrał! A zwyciężył już dziś – choćby leżał na ziemi podeptany – kto miłuje i przebacza, kto jak Chrystus oddaje serce swoje, a nawet życie za nieprzyjaciół swoich.

    Ten, kto zamknął się w nienawiści, już się skończył. A narodził się do nowego życia ten, kto z piekieł nienawiści wyszedł na światło Boże, spojrzał ku wszystkim dzieciom Bożym, bez wyjątku, i powiedział: Przyjacielu! Bracie! Mój Bracie nieszczęśliwy, ale jednak Bracie!”

    Anna Rastawicka (ur. 1944 r.) – członkini Instytutu Prymasowskiego (Instytut Prymasowski Stefana Kardynała Wyszyńskiego)

    (pierwotnie tekst był publikowany na Frondzie.pl 28.05.2016 r.)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    "Człowiek wierzący bez Boga i Chrystusa nie zrozumie samego siebie"

    fresk w Kaplicy SykstyńskiejPIXABAY

    ***

    Czy katolik powinien głosować na ugrupowania opowiadające się za rozszerzeniem dostępu do aborcji? Na to pytanie odpowiedział w 2021 roku na łamach „Teologii Politycznej Co Tydzień” ks. prof. Robert Skrzypczak.

    – „Nauczanie Kościoła dotyczące aborcji, jak i prawa naturalnego jest niezmienne. Obowiązuje dziś tak samo, jak i w poprzednich epokach. Toteż katolicy mają obowiązek wykluczyć ze swych szeregów takich kandydatów do objęcia ważnych funkcji społecznych, którzy by otwarcie wypowiadali się przeciwko ochronie ludzkiego życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Kościół ma wręcz obowiązek uważać za ekskomunikowanych w trybie latae sententiae tych katolickich działaczy publicznych, którzy by otwarcie sprzeciwiali się doktrynie swego Kościoła, stając się na przykład propagatorami wyborczych idei czy zapowiedzi przychylnych planom liberalizacji prawa do przerywania ciąży w jakiejkolwiek postaci” – wyjaśnił teolog.

    – „Właśnie w celu dostarczenia możliwie jak najlepszego wsparcia katolikom zaangażowanym w politykę, zmuszonym do działania w trudnych i niejednokrotnie delikatnych okolicznościach, Kongregacja Nauki Wiary wydała w 2003 roku specjalną Notę doktrynalną, przywołującą wskazania zawarte w encyklice Evangelium vitae (n. 73) Jana Pawła II, która wzięła pod uwagę różne sytuacje, w jakich mogą się znaleźć katoliccy politycy, dopasowując do nich konkretne sugestie działania. Można się z niej dowiedzieć na przykład, że jeśli nie da się przeciwstawić niesprawiedliwemu prawu, uzasadnione jest wspieranie inicjatyw parlamentarnych, które usiłowałyby ograniczyć zakres dopuszczonych prawem regulacji, pod warunkiem jednakże, iż ów katolicki parlamentarzysta ujawni publicznie swe przekonania i do nich dostosuje własne osobiste wybory. Jeśli natomiast ktoś sprzyja liberalizowaniu niegodziwych przepisów, czy też przyczynia się do wprowadzenia prawa godzącego w obronę życia tam, gdzie takie przepisy dotąd nie obowiązywały, bądź dopuszcza zapisy etycznie wątpliwe pod pretekstem poszanowania pluralizmu w społeczeństwie, wyrzeka się powinności względem własnego sumienia i zrywa jedność z Kościołem” – dodał.

    PAP, Teologia Polityczna

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czym jest „cywilizacja życia”? Wyjaśnia ks. prof. Robert Skrzypczak

    fot. screenshot – YouTube (Dorota DorotaG, Radio Maryja)

    ***

    Czym jest „cywilizacja życia”?

    Wyjaśnia ks. prof. Robert Skrzypczak

    „My sobie sami życia nie dajemy, nie mamy więc żadnych kompetencji do tego, by tym życiem dysponować i je odbierać” – mówi ks. prof. Robert Skrzypczak, wyjaśniając ideę „cywilizacji życia” w nauczaniu św. Jana Pawła II.

    Dokładnie 45 lat temu kard. Karol Wojtyła został wybrany papieżem i przyjął imię Jan Paweł II. Wczoraj obchodziliśmy w Polsce XIII Dzień Papieski organizowany przez Fundację „Dzieło Nowego Tysiąclecia”.  W tym roku hasłem tego dnia były słowa „Św. Jan Paweł II Cywilizacja życia”, nawiązujące do encykliki „Evangelium vitae” św. Jana Pawła II. Czym dla papieża z Polski była „cywilizacja życia”?

    – „To cywilizacja wrażliwa na Autora życia, czyli na Boga”

    – wyjaśnił w rozmowie z PAP ks. prof. Robert Skrzypczak.

    – „Według papieża życie jest godne szacunku i zasługuje na ochronę, bo jest darem Boga. My sobie sami życia nie dajemy, nie mamy więc żadnych kompetencji do tego, by tym życiem dysponować i je odbierać”

    – dodał.

    Duchowny wskazał, że w nauczaniu Jana Pawła II „źródłem triumfu życia nad złem i śmiercią jest Zmartwychwstały Chrystus, który ze śmierci wyłonił się do nowego życia i tym życiem od razu zaczął dzielić się ze swoimi uczniami, czyli z Kościołem”.

    – „Stąd właśnie brała się determinacja Karola Wojtyły do tego, by bronić godności przekazywania życia, jeszcze zanim został papieżem. Dlatego nauczał, że należy pomagać ludziom, by w momentach trudnych, dramatycznych, podejmowali etyczne decyzje. Jednocześnie, jeszcze jako biskup krakowski, podejmował wiele inicjatyw duszpasterskich których celem było przyjście z pomocą kobietom, mężczyznom i młodzieży, by to życie bezbronne szanowali”

    – przypomniał.

    Ks. Skrzypczak podkreślił, że Jan Paweł II stawał w obronie życia na każdym jego etapie. Upominał się nie tylko o dzieci nienarodzone, ale również o ludzi chorych i słabych, których życie bywa postrzegane jego bezwartościowe, i które chce się usuwać za pomocą eutanazji lub wspomaganego samobójstwa.

    Teolog przypomniał, że „cywilizacji życia” papież przeciwstawiał „cywilizację śmierci”, czyli taką, z której wypędzono Boga.

    – „Według papieża człowiek sam, o własnych siłach, mimo najlepszych chęci, nie jest w stanie wybudować na ziemi sprawiedliwego świata. Problem tkwi w ludzkim sercu. Bo to właśnie z ludzkiego serca wychodzą: pycha, nienawiść, zazdrość, niepohamowanie, szyderstwo, głupota, zachłanność i egoizm – najbardziej realne przyczyny wojen i terroru”

    – powiedział, nawiązując do Ewangelii wg św. Marka.

    Rozmówca PAP wyjaśnił również, że „cywilizacja życia” musi być budowana na prawdziwej wolności, ponieważ człowiekowi zagraża niebezpieczeństwo zabiegania o wolność rozumianą jako „prawo do popełniania zła i unikania tego konsekwencji”.

    – „Jan Paweł II powtarzał, że strażnikiem życia jest wolność ściśle połączona z prawdą, że wolność jest prawem człowieka do poznania prawdy o sobie samym i życia w sposób prawdziwy”

    – zaznaczył.

    kak/PAP

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bp Earl K. Fernandes: Boży głos wzywa nas, by bronić ludzkiego życia

    fot. screenshot – YouTube (Columbus Catholic)

    ***

    Bp Earl K. Fernandes:

    Boży głos wzywa nas, by bronić ludzkiego życia

    „Musimy nie tylko mówić do Boga i błagać Go, ale także słuchać Jego głosu, a ten wzywa nas, by bronić ludzkiego życia” – powiedział podczas Marszu dla Życia w Columbus w stanie Ohio biskup tej diecezji Earl K. Fernandes. 6 października celebrował Mszę świętą w katedrze św. Józefa, która rozpoczynała to wydarzenie.

    Bp Fernandes w homilii cytował św. Jana Pawła II. Wskazywał nauczanie, w którym Ojciec Święty podkreślił, że „grzechy osobiste prowadzą do grzechów społecznych i przyczyniają się do powstania i utrwalenia struktur grzechu”.

    Hierarcha przypomniał też piąte przykazanie — nie zabijaj. Podkreślił, że idzie za nim ważne wymaganie. „Powiedzieć nie zabijaj, oznacza również zobowiązać się do szacunku dla ludzkiego życia na wszystkich etapach, do szacunku dla osoby ludzkiej stworzonej na obraz i podobieństwo Boga. Także poprzez miłość do bliźniego okazujemy naszą cześć Bogu” – przypomniał biskup.

    Hierarcha w homilii podkreślał, że Bóg wzywa wiernych do obrony ludzkiego życia, a także tego, abyśmy nie byli apatyczni lub obojętni. Wymieniał też przykłady takiej właśnie postawy w stanie Ohio wśród świeckich. Mówił o organizacjach charytatywnych, ośrodku Pregnancy Center, który pomaga kobietom w ciąży wybrać życie zamiast aborcji, a także katolickich stowarzyszeniach pomagających ubogim. „Każdy człowiek nosi na sobie znamię Boga” – dodał biskup i zachęcał do odważnego podejmowania kolejnych aktywności w walce o świętość życia.

    „Społeczeństwo, które nie ma dzieci, które odrzuca dzieci, które zabija dzieci w łonie matki, jest społeczeństwem, które przegrało nadzieję na lepszą przyszłość. Papież Franciszek wzywa nas, abyśmy byli Kościołem, który idzie razem i który słucha. Właśnie po to idziemy z kobietami i ich dziećmi, idziemy z rodzinami, aby je wspierać na każdym etapie, niezależnie od tego, czy jest to ciężarna matka, czy imigrantka, jesteśmy tam” – powiedział bp Fernandes.

    Biskup przypominał też życie Chrystusa, gdy jeszcze był w łonie Matki. Wzywał, by postępować jak święty Józef, który zamiast odrzucić Dziewicę Maryję, zaakceptował ją jako małżonkę i przyjął dziecko jako swoje własne, chroniąc je i broniąc przed Herodem, który chciał je zniszczyć.

    W homilii opowiedział też o spotkaniu w Rzymie z ks. Pawłem Rytel-Andrianikiem. Opowiedział, że dziadek polskiego kapłana był więźniem obozu zagłady w Treblince I i z niego uciekł. Rozmawiali też o rodzinie Ulmów z Markowej, o której ks. Paweł napisał książkę. Bp Fernandes opowiedział wiernym o historii męczeństwa rodziny. Wskazując na rodzącą w chwili śmierci Wiktorię powiedział – „jej ostatnim słowem było życie”. „Bądźmy ludźmi, którzy są głosem pozbawionych głosu” – wzywał hierarcha. „Nie przestawajmy aż do śmierci głosić słowa: życie” – zakończył.

    Family News Service/12.10.2023/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Antychryst będzie humanistą

    To triumf idei humanistycznych przyniesie światu Apokalipsę, a Antychryst będzie wielkim humanistą – taka perspektywa znana jest co najmniej od kilku dziesięcioleci. Skąd ten pomysł? Jak miałoby to wyglądać? Ponad sto lat temu zmarł katolicki kapłan, który niesłychanie precyzyjnie odpowiedział na te pytania, prognozując… dzisiejsze czasy, upadek świętej wiary i przeniknięcie złowrogich, choć na pozór pięknie brzmiących idei, do Kościoła.

    Pewnym posępnym znakiem naszych czasów jest coraz bardziej powszechne zainteresowanie tematami apokaliptycznymi. Czy może nas to dziwić? Zatroskani katolicy szukają dziś wyjaśnień olbrzymiego chaosu, którego świadkami przyszło im być. Widzą „dwóch papieży”, zamieszanie doktrynalne wśród najwyższych hierarchów, opustoszałe i wyburzane świątynie, wielkie grzechy ludzi Kościoła z jednej strony oraz promocję wszelkiej maści zboczeń, bluźnierstw i herezji z drugiej. Pamiętają o objawieniach Matki Bożej z Lourdes, La Salette, Akity i przede wszystkim z Fatimy. Czyż możemy zatem nie drżeć z obawy o los Kościoła, świata, nasz i naszych dzieci?

    Drżymy. Szukamy odpowiedzi na pytania wynikające z sytuacji, których nie musieli obserwować nasi dziadowie, choć to w ich czasach objawiała się Matka Chrystusa z troską zapowiadając, że jeśli się nie nawrócą, zapłacą za to kolejne pokolenia. Odpowiedzi szukamy w książkach, artykułach i w youtubowych filmikach o tematyce apokaliptycznej. Jest ich coraz więcej. A na rynek właśnie wzbogaca kolejna – wydaje się, że jedna z najmocniejszych. Chodzi o wznowioną właśnie powieść Roberta Hugh Bensonsa „Władca Świata”.

    Autor książki zmarł ponad sto lat temu, a swą powieść napisał w roku 1907. To bardzo ważna informacja – czytając bowiem kolejne strony „Władcy Świata” nie jesteśmy w stanie pojąć, jak możliwym było przed stu dziesięciu laty tak precyzyjne opisanie początku XXI wieku. Co uderza najbardziej? Otóż dostrzeżone przez Bensona olbrzymie niebezpieczeństwo idei humanistycznej. Ów anglikański duchowny, który dzięki Bożej łasce zechciał powrócić na łono Kościoła i sprawować posługę katolickiego kapłana, doskonale zdawał sobie sprawę, iż humanizm to w istocie odrzucenie transcendentnego Boga. A każde odrzucenie Go musi wiązać się z próbą zastąpienia Pana na jego odwiecznym tronie czymś lub kimś innym. W przypadku humanistów – chodzi o zastąpienie Boga człowiekiem.

    Takie właśnie ubóstwienie człowieka fenomenalnie dokumentuje „Władca Świata”. Ubóstwienie istoty ludzkiej i jej woli. Nie chodzi jednak oczywiście o wdzięczność za ofiarowanie nam daru wolnej woli, ale o sam fakt istnienia tejże, z którego to wyciągany jest następujący wniosek: skoro wola ludzka jest dobra, to każdy jej wytwór, musi być z natury rzeczy dobry. Któregokolwiek z możliwych rozwiązań człowiek by nie wybrał, będzie ono dobre – bo pochodzi z ludzkiego wyboru. Przynajmniej w początkowej fazie rewolucji, bo później okazuje się, że jednak istnieje jeden zły wybór – przyznanie się do wiary w Boga…

    Benson pokazał więc, jak zastępuje się Pana Wszechrzeczy człowiekiem. Ale człowiekiem konkretnym, posiadającym imię i twarz. Naturalna bowiem potrzeba oddawania czci istocie wyższej istnieje nadal, nawet po „zdetronizowaniu” Boga. Dlatego też w powieści Bensona wybrany zostaje prezydent Europy (a więc przywódca Zachodu), któremu przypisywane są cechy człowieka ubóstwionego. Gdy przemawia, to – jak czytamy – nie jest to „Człowiek sam przemawiający, ale Człowiek w ogóle. Człowiek świadomy swego pochodzenia, przeznaczenia i wędrówki. Ozdrowiały po nocy szaleństwa, proklamujący swoje prawa, narzekający głosem tak wymownym jak instrumenty strunowe nad zawodem w stosowaniu tych praw”. Człowiek nazywający swoją matkę „mądrością najwyższych, słodko rozkazującą wszechrzeczą, Wrotami niebieskimi i Domem z kości słoniowej”!

    Strona fabularna książki jest prosta, choć wciągająca. Prezydent Europy (sądząc po nazwisku – Niemiec, co też nie jest chyba dziełem przypadku) odbiera hołdy, nazywany jest Synem Człowieczym, zadekretowana zostaje „wiara w ludzkość” i w siłę samostanowienia człowieka. Powszechnie obowiązuje prawo zezwalające na eutanazję. Enklawa katolicka jednak istnieje – jest nią Rzym, który nieomal zatrzymał się w średniowieczu, gdzie kwitnie wiara i kultywowane są katolickie obyczaje. Europa zezwala Rzymowi na istnienie, toleruje też katolików żyjących w innych państwach członkowskich Europy, do momentu w którym ich wiara nie jest manifestowana na zewnątrz. A gdy zaczyna być manifestowana – dochodzi do egzekucji, tłumaczonej oczywiście jak najbardziej racjonalnymi, prawniczymi argumentami. Gdy zaś katolicy postanawiają sprzeciwić się bluźnierstwu, zapada wyrok na Rzym. Musi zostać zbombardowany za pomocą floty płatowców należącej do prezydenta Europy.

    Mamy więc we „Władcy świata” opis miasta pod gruzami, zabitych biskupów i papieża – przypomnijmy, że mowa o powieści napisanej na dziesięć lat przed objawieniami w Fatimie.

    Mamy tu również do czynienia z błyskotliwym przewidywaniem nowej „logiki”. Jak bowiem uzasadnić prześladowania katolików, skoro zadekretowano wolność i braterstwo wszystkich ludzi? Jak wytłumaczyć ludziom wprowadzenie „dekretu o sprawdzaniu wyznania” (czyż nazwa tego dokumentu nie przywodzi na myśl dzisiejszej biurokratycznej nowomowy?), za którym kryje się rozkaz zabicia każdego, kto jeszcze wierzy w Boga? Otóż eurokraci opisani przez Bensona twierdzili, że po latach ciemności „społeczeństwo ludzkie stało się teraz jedną istotą, z najwyższą odpowiedzialnością względem siebie, przestały zupełnie istnieć prawa prywatne, przedtem oczywiście istniejące. Człowiek osiągnął teraz panowanie nad każdą komórką tworzącą jego mistyczny organizm, gdzie zaś komórka taka rościła sobie prawa ku szkodzie innym, tam prawa całości stały się zachwiane”. I trzeba tych praw bronić.

    Brzmi znajomo, nieprawdaż?

    A przecież książka ta została napisana w roku 1907! Świat nie znał jeszcze wówczas okropieństwa komunizmu, o narodowych socjalistach nikomu się nie śniło, w Europie panowały koronowane głowy, a papieżem był wielki strażnik ortodoksji Pius X! Matka Boża miała objawić się w Portugali dopiero dziesięć lat później, a pojęcie eutanazji znane było wyłącznie znającym grekę i łacinę elitom! A jednak Robert Hugh Benson, odważny kapłan dostrzegający błędy swych anglikańskich braci, uważnie śledzący skutki heglowskiego ukąszenia w teologii, powróciwszy na łono Kościoła świętego potrafił wszystko to brawurowo przewidzieć. Jak to możliwe? Czy to tylko talent, umiejętność wyciągania wniosków po studiach nad humanizmem i naturą ludzkiej duszy, czy jakieś głębsze widzenie, umiejętności, których nie sposób wytłumaczyć jedynie przyrodzonymi argumentami? Tego się już pewnie nie dowiemy, ale niepewność ta w lekturze książki opisującej wstrząsającą wizję Apokalipsy, w żaden sposób nie przeszkadza.

    Wydawcy książek rzadko umieszczają na okładkach hasła reklamowe, pod którymi  z czystym sumieniem podpisać mogliby się później recenzenci. Tym razem stało się jednak inaczej. Na okładce wznowionej w Polsce po ponad pięćdziesięciu latach (!) powieści, napisano bowiem: „Jeśli przeraziła Cię prorocza wizja Obozu świętych, Władca Świata powali Cię na kolana”. I tak jest w istocie. Po lekturze dzieła Bensona nie można spokojnie spać, a dłonie same składają się do modlitwy.

    Ale przecież taką właśnie reakcję powinny wywoływać książki traktujące o grzechu pychy, o stawianiu się człowieka ponad Boga i Jego plan, o grzechu Adama, Ewy i Judasza, o grzechu twórców i wyznawców idei człowieka stanowiącego rzekomo miarę wszechrzeczy.

    O grzechu człowieka XXI wieku.

    Krystian Kratiuk/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PIĄTEK 13 PAŹDZIERNIKA – PRZYPOMNIENIE SZÓSTEGO OBJAWIENIA PANI FATIMSKIEJ I CUDU WIRUJĄCEGO SŁOŃCA Z ROKU 1917

    GODZ. 18.00 – GODZINNA ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU Z NABOŻEŃSTWEM RÓŻAŃCOWYM I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    *******

    Fatima, 13 października: objawienia “Pięknej Pani” i cud słońca

    Fatima, 13 października: objawienia "Pięknej Pani" i cud słońca

    Fatima – Cova da Iria, 13 października 1917 r. Ludzie obserwują cud słońca

    fot. Judah Ruah – zdjęcie opublikowane zostało 29 października 1917 r. w gazecie “Illustracao Portugueza” (domena publiczna)

    ***

    13 października 1917 roku… ŁucjaFranciszek i Hiacynta, trójka pastuszków, która od maja doświadczała objawień Pięknej Pani w Fatimie czeka na ostatnie, szóste zapowiedziane spotkanie. Dzieciom towarzyszy około 70-tysięczny tłum. Kim jest owa Pani? Czego chce od dzieci? Co się stanie po tych przerażających obrazach, jakie fatimscy wizjonerzy widzieli w trzecim, lipcowym spotkaniu?

    W Fatimie wtedy padał deszcz, zgromadzeni byli przemoknięci, klęczeli w błocie. A to właśnie tego dnia miała się wypełnić obietnica. Przecież w lipcu, w trakcie trzeciego objawienia, Piękna Pani zapowiedziała: W październiku powiem, kim jestem i czego chcę, i uczynię cud, aby wszyscy uwierzyli. Podobne słowa zabrzmiały również w sierpniu.

    W maju 1917 roku życie Łucji, Franciszka i Hiacynty – trójki pastuszków pochodzących z Aljustrel, w parafii Fatima – zostało wywrócone do góry nogami. A spokojna, ukryta gdzieś na końcu wielkiego świata mieścina znalazła się na ustach wielu. Tłumy zaczęły napływać do miejsca objawień, do Cova da Iria i czekały przy skalnym dębie.

    Dla wierzących to, co się tam działo było znakiem nadziei. Inni pojawiali się zaciekawieni, choć chcieli tylko sprawdzić, co się dzieje. Natomiast przeciwnicy Kościoła, których w ówczesnej Portugalii nie brakowało, robili wiele – łącznie z uwięzieniem pastuszków – by nie dopuścić do wzmocnienia jego wpływów. Dzieci pokornie przyjmowały cierpienie i wszelkie trudności, jakie wynikały z bycia wybranymi. Zastraszane, oskarżane o kłamstwo, przymuszane do wyjawienia tajemnicy same dodatkowo podejmowały umartwienia. Ośmioletni Franciszek mówił: Jeżeli nas naprawdę zabiją, będziemy niedługo w niebie! Wspaniale! Mnie nie zależy na niczym innym. Najstarsza z trójki, Łucja, tak wspomina drogę na październikowe, szóste spotkanie z Maryją:

    Moja matka w obawie, że jest to ostatni dzień mojego życia, z sercem rozdartym z powodu niepewności tego, co mogło się stać, chciała mi towarzyszyć. (Wspomnienia Siostry Łucji; tekst zatwierdzony przez Biskupa diecezji Leiria, Fatima 2002).

    Fatima - Cova da Iria, 13 października 1917 r. Ludzie w ulewie modlą się, a wkrótce będą obserwować cud słońca. Fot. Judah Ruah - zdjęcie opublikowane zostało 29 października 1917 r. w gazecie Fatima – Cova da Iria, 13 października 1917 r. Ludzie w ulewie modlą się, a wkrótce będą obserwować cud słońca.

    fot. Judah Ruah – zdjęcie opublikowane zostało 29 października 1917 r. w gazecie “Illustracao Portugueza” (Wikimedia Commons)

    ***

    Spełniona obietnica…
    Niejednokrotnie w trakcie poprzednich objawień Maryja wspominała – powiem kim jestem i czego chcę. Tak też się stało. Ostatnie spotkanie było spełnieniem obietnicy. Łucja, która jako jedyna z trójki mogła rozmawiać z objawiającą się Piękną Panią, tak wspomina co usłyszała: Chcę ci powiedzieć, żeby zbudowano tu na moją cześć kaplicę. Jestem Matką Boską Różańcową. (…) Trzeba w dalszym ciągu codziennie odmawiać różaniec. Wojna się skończy i żołnierze powrócą wkrótce do domu.

    Podobnie, jak w trakcie wcześniejszych objawień, tak również i tym razem Łucja skierowała do Pięknej Pani prośby o uzdrowienie chorych oraz nawrócenie grzeszników. I jak wcześniej, usłyszała, że nie wszyscy dostąpią tej łaski, ponieważ: Muszą się poprawić i niech proszą o przebaczenie swoich grzechów. Maryja mówiła, by nie obrażać Boga grzechami, gdyż i tak został nimi już bardzo obrażony. Po czym, kiedy uniosła się ku niebu, dzieci ujrzałypo stronie słońca św. Józefa z Dzieciątkiem Jezus i Naszą Dobrą Panią ubraną w bieli, w płaszczu niebieskim. Zdawało się, że św. Józef z Dzieciątkiem błogosławi świat ruchami ręki na kształt krzyża. Krótko potem ta wizja znikła i zobaczyliśmy Pana Jezusa z Matką Najświętszą. Miałam wrażenie, że jest to Matka Boska Bolesna. Pan Jezus wydawał się błogosławić świat w ten sposób jak św. Józef. Znikło i to widzenie i zdaje się, że jeszcze widziałam Matkę Boską Karmelitańską.
    Gdy się unosiła, Jej własny blask odbijał się od słońca (…) zawołałam, aby ludzie spojrzeli na słońce.

    Strona z gazety (strona z gazety “Ilustração Portugueza” z 29 października 1917 r. opisującej cud słońca w Fatimie)

    fot. domena publiczna

    ***

    Co zobaczyły zgromadzone tłumy? Cud Słońca, które zmieniało kolor i poruszało się po niebie. Zorza, zbiorowa halucynacja… tak próbowano tłumaczyć to, co zobaczyły tysiące czekających w Cova da Iria i jeszcze wielu innych w okolicy (ok. 20 tys.), ponieważ to, co działo się ze Słońcem można było obserwować również poza miejscem objawień.

    Październikowe spotkanie pastuszków z Maryją zamyka cykl objawień. Siódme pojawienie się Matki Bożej (w czerwcu 1921 r.), będzie już tylko doświadczeniem Łucji. I to ona też w kolejnych latach (począwszy od 1925 roku) dozna kolejnych prywatnych objawień.

    Łudzi się ten, kto sądzi, że prorocka misja Fatimy się zakończyła (Benedykt XVI, Fatima, 13 maja 2010 r.).

    13 maja 1930 roku Kościół oficjalnie potwierdził wiarygodność objawień Matki Bożej w Cova da Iria. O aktualności przesłania – wezwania do pokuty i modlitwy – które Maryja przekazała światu mówili i Jan Paweł II, który 25 marca 1984 roku poświęcił świat Niepokalanemu Sercu Maryi oraz Benedykt XVI. Natomiast agresja Rosji na Ukrainę i konsekwencje tego ataku dla całego świata sprawiły, że “w burzliwych czasach, w jakich przyszło nam żyć, modlitwa w intencji pokoju na świecie, a konkretnie rzecz biorąc – pokoju na Ukrainie, to bardzo znaczący akt. Jest on głęboko związany z Fatimą i płynącym z niej orędziem” (rektor Sanktuarium Fatimskiego ks. Carlos Cabecinhas).

    Joanna Pawełczak/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Piąte objawienie w Fatimie – Bóg jest zadowolony z waszych serc i ofiar

    Piąte objawienie w Fatimie – Bóg jest zadowolony z waszych serc i ofiar

    Pastuszkowie, wizjonerzy z Fatimy – Attributed to Joshua Benoliel, Public domain, via Wikimedia Commons

    ******

    13 września 1917 roku – coraz większe tłumy gromadziły się w Cova da Iria nieopodal Fatimy. Troje pastuszków, których Maryja wybrała na swoich pośredników z trudem przeciskało się przez gęstniejący tłum. Od pięciu miesięcy Matka Boża przychodziła, by wskazać ludziom drogę, którą należy podążać, by pokój zapanował na świecie.   

    Sierpniowe objawienia dokonały się z kilkudniowym opóźnieniem. Aresztowane dzieci nie mogły pojawić się przy skalnym dębie 13 dnia miesiąca. Dopiero 19 sierpnia i w innym miejscu niż wcześniej dane im było ujrzeć Maryję czwarty raz. Tym razem, 13 września, znów były w Cova da Iria niedaleko Fatimy. Na piąte spotkanie musiały przeciskać się przez gromadzących się licznie ludzi (szacuje się, że ok. 15-20 tys.).

    Wieści o tym, co przydarzyło się pastuszkom rozchodziły się coraz szerzej, a już objawienia dobiegały końca, ponieważ jeszcze w maju Maryja zapowiedziała: Przyszłam was prosić, abyście tu przychodzili przez 6 kolejnych miesięcy, dnia 13 o tej samej godzinie. Potem powiem, kim jestem i czego chcę. Następnie wrócę jeszcze siódmy raz…

    Dlatego teraz: niektórzy krzyczeli z drzew, inni z muru, na którym siedzieli, aby nas zobaczyć, gdy przechodziliśmy. Jednym obiecując spełnienie ich życzeń, innym podając rękę, aby mogli się podnieść z ziemi, mogliśmy się dalej posuwać dzięki kilku mężczyznom, którzy nam torowali drogę przez tłum. (Objawienia fatimskie, na podstawie Wspomnień Siostry Łucji).

    Dla przybyłych w okolice Fatimy ważne było, aby choć dotknąć dzieci, powierzyć im prośbę… nawet tylko wykrzyczeć z daleka, żeby pastuszkowie przedstawili ją Maryi. Jedni prosili o zbawienie, inni o nawrócenie, wielu o zdrowie, o powrót z wojny…  Tak Łucja wspomina te wydarzenia: Kiedy teraz czytam w Nowym Testamencie o tych cudownych scenach, które się zdarzały w Palestynie, kiedy Pan Jezus przechodził, przypominam sobie te, które jako dziecko mogłam przeżyć na ścieżkach i ulicach z Aljustrel do Fatimy do Cova da Iria. Dziękuję Bogu i ofiaruję Mu wiarę naszego dobrego ludu portugalskiego.

    Kiedy dzieci dotarły na miejsce objawień w oczekiwaniu na Maryję odmawiały różaniec – tę modlitwę, o którą wielokroć prosiła Matka Boża. I tym razem wezwanie powtórzy sięOdmawiajcie w dalszym ciągu różaniec, żeby uprosić koniec wojny.  

    Kaplica objawień po zamachu bombowym (6 III 1922 r.) - Unknown author, Public domain, via Wikimedia Commons

    Kaplica objawień po zamachu bombowym (6 III 1922 r.) – Unknown author, P.d., via Wiki. Comm.

    ***

    W trakcie wrześniowego objawienia Matka Boża przypomniała, że kolejnemu Jej przyjściu będzie towarzyszyć cud, aby wszyscy uwierzyli. Co więcej nie tylko Ona, ale: W październiku przybędzie również Nasz Pan, Matka Boża Bolesna i z Góry Karmelu, św. Józef z Dzieciątkiem Jezus, żeby pobłogosławić świat.

    Łucja, najstarsza z pastuszków, ta która jako jedyna mogła rozmawiać z Maryją usłyszała: Bóg jest zadowolony z waszych serc i ofiar… A trzeba wiedzieć, że było ich wiele. Choć Matka Boża wspomniała tylko, żeby dzieci nie nosiły sznurów pokutnych nocą, a tylko w ciągu dnia, to pastuszkowie niejedno wyrzeczenie, cierpienie, modlitwę ofiarowywali Bogu. To nie tylko pokutne sznury raniły ich delikatną, dziecięcą skórę i wywoływały ból, aż do łez.

    Dzieci oddawały jedzenie innym, bardziej potrzebującym a same żywiły się niedojrzałymi oliwkami albo gorzkimi żołędziami. Pastuszkowie odmawiali sobie wody w upał i to nie przez kilka godzin. Jako umartwienie dzieci przyjmowały, też to, jak były traktowane, a przecież nieprzychylnych, ciekawskich, chcących wydobyć z nich powierzone przez Maryję tajemnice, nie brakowało.

    Pastuszkowie pokornie przyjmowali swój los. Przecież z wcześniejszych objawień już wiedziały… Ofiarujcie się za grzeszników i mówcie często, zwłaszcza gdy będziecie ponosić ofiary: O Jezu, czynię to z miłości dla Ciebie, za nawrócenie grzeszników i za zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Joanna Pawełczak/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Fatimski cud Słońca

     

    Tłum ludzi oglądający cud Słońca, Fatima, 13 października 1917 r.

     wikipedia.org

    ***

    Tłum ludzi oglądający cud Słońca, Fatima, 13 października 1917 r.

    Tyle mówi się o cudzie Słońca! Właściwie z datą 13 października 1917 r., z ostatnim objawieniem w Fatimie, kojarzy nam się przede wszystkim właśnie owo wielkie miraculum. Tymczasem… to duży błąd.

    Ten cud – rozumiany jako wydarzenie historyczne – wcale nie należy do objawień fatimskich! To nie jest część orędzia z Fatimy, które, jak uczył Jan Paweł II, „z każdym rokiem przybliża się do swego wypełnienia”. Chyba ktoś bardzo się starał, by cud Słońca uczynić zasłoną dla ostatniego wezwania fatimskiego – najważniejszego krzyku z nieba. To typowy manewr szatański: próbuje się skupić naszą uwagę na tym, co kolorowe, szokujące, ciekawe i sensacyjne, by to, co istotne – a zawarte w trudnym przekazie i domagające się uwagi – pozostało nieznane, czyli niepodjęte.

    Diabeł interpretatorem orędzia?

    To tak, jakby Zły rozumował: „Jeśli objawienie stało się już faktem, i to uznanym przez Kościół, to przesuńmy przynajmniej jego akcenty na niezobowiązujące tematy”. Przyznajmy, że to genialny ruch rodem z piekła.

    Czy nie jest tak z Fatimą? Uwagę ludzi najbardziej przykuwają sensacyjny cud Słońca oraz przekazany w lipcu potrójny sekret. Ten – odpowiednio przedstawiony – nie tylko do niczego nie wzywa, ale jeszcze rodzi nieufność do Kościoła, który rzekomo nie mówi całej prawdy, manipuluje i kłamie. Tymczasem powinniśmy streszczać orędzie fatimskie ostatnim, ogłoszonym w październiku 1917 r., podwójnym apelem.

    Dwa najważniejsze słowa

    Co Matka Najświętsza powiedziała w październiku? Po pierwsze: Maryja nigdzie mocniej nie podkreśliła roli Różańca – nazwała siebie Matką Bożą Różańcową. Mieliśmy odkryć piękno i moc tej modlitwy.

    Po drugie: Matka Boża wzywała, byśmy przestali – już dziś – grzeszyć, bowiem miara Bożej cierpliwości się przelała. Mieliśmy ze wstrętem odwrócić się od każdego zła.

    Trzy wizje

    Pamiętajmy, że fatimscy wizjonerzy nie byli świadkami cudu Słońca. Kiedy tłum oglądał tańczący na niebie, tryskający kolorami dysk, oni widzieli tam jak na ekranie trzy obrazy. Właśnie te wizje – nie cud Słońca – stanowią integralną część przesłania z Fatimy.

    Czyli co? – pytamy.

    Dzieci widzą najpierw Świętą Rodzinę, a wizja podkreśla rolę Józefa, który (nie Maryja!) trzyma na ręce Dzieciątko Jezus błogosławiące świat. Józef też błogosławi, Maryja nie. Jest nad czym myśleć… Dziesiątki lat później Łucja napisze do Watykanu, że rodzina jest ostatnią redutą broniącą się przed mocami szatana. Tylko ona może dziś ocalić świat.

    Potem na niebie ukazuje się Zbawiciel z Matką Bożą Bolesną. Czy to znak, że idą czasy, w których będzie wiele bólu? Owszem, ale przede wszystkim bólu nadprzyrodzonego, bo „wiele dusz idzie do piekła”. Dziś irytują nas rozmaici agresywni ludzie… Jeśli jednak przypomnimy sobie Fatimę, zaczniemy te zagubione dusze nie tyle nienawidzić czy nimi gardzić, ile boleć, że czeka je piekło. Będziemy się zastanawiać, jak im pomóc – nie jak je zniszczyć…

    Na koniec na ekranie nieba pojawia się Matka Boża Szkaplerzna. Szkaplerz to rodzaj fartucha zakładany do pracy, by nie brudzić habitu. Fatima przypomina ewangeliczną prawdę, że łaska i pomoc Boża nie spadają z nieba bez współpracy człowieka z Bogiem, że chrześcijanie to nie widzowie, ale ludzie brudzący się na rzecz królestwa.

    Rola rodziny… Rzeczy ostateczne… Wezwanie do działania… Oto mapa fatimska na dziś.

    Mniejszy cud

    Cud Słońca został wpisany w Boże plany, podejmijmy zatem i ten wątek. Rzeczywiście, jest on tematem orędzia – i to dwukrotnie. Matka Najświętsza nie położyła jednak akcentu na samym wydarzeniu, ale na jego celu: ludzie mają uwierzyć, że słowa z Fatimy to wołanie Boga wzywającego do nawrócenia.

    O cudzie Maryja mówi najpierw 13 lipca, gdy zapowiada: „W październiku uczynię cud, by wszyscy uwierzyli”. Ma on sprawić, że świat uwierzy w prawdziwość orędzia z Fatimy, że zostaną spełnione prośby fatimskie i zapanuje Boży pokój. Niemożliwe? Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Taki był Jego plan.

    Jak miał wyglądać ów cud, mogący zmienić świat tak radykalnie? Wtedy ostatnie słowa Matki Bożej byłyby już inne – te znane nam nie pasowałyby już do: „wszyscy uwierzyli”.

    Gdy zapowiedziany w lipcu wielki cud stał się w październiku faktem, nie był już „ten sam”. Jeden czyn jednego człowieka sprawił, że w orędzie uwierzyło zaledwie 70 tys. ludzi. Przyczynił się do tego Arturo Oliveira dos Santos, który uniemożliwił dzieciom sierpniowe spotkania z Maryją. Znamy historię ich porwania. Gdy sześć dni później powrócą do domu, Maryja ukaże się im, by powiedzieć: „W październiku cud będzie mniejszy”.

    Temat skutku grzechu

    Jeżeli pytamy o znaczenie cudu Słońca, trzeba przede wszystkim mówić o konsekwencjach grzechu, który nie jest sprawą prywatną między człowiekiem a Bogiem i nieprawdą jest, że popełniony nikomu nie czyni krzywdy. Nieprawdą jest, że związki partnerskie i homoseksualizm nikomu nie wyrządzają zła. Pomniejszony cud Słońca temu przeczy. Każdy z grzechów, nawet najbardziej „prywatny”, odbiera Bogu możliwość działania w świecie. To tak, jakbyśmy zatykali nimi otwory w niebie, przez które wylewa się łaska. Miliony malutkich, zdawałoby się, nikomu nieszkodzących grzechów – i ziemia schnie z braku łaski… To jest prawdziwa ekologia – ekologia zbawienia! To dlatego Maryja woła na koniec objawień: „Stop grzechowi!”. Inaczej: Pozwólcie Bogu dokonywać wielkich cudów! Nie zatykajcie grzechami niebieskiego sita!

    Cud miał być powszechny

    Jak miał wyglądać ten cud? Możemy się chyba domyślać. W lipcu 1917 r. Maryja zapowiedziała, że wybuch wojny gorszej od tej pierwszej poprzedzi ostrzegawczy znak, który pojawi się na niebie. Rzeczywiście, ukazał się on w nocy z 28 na 29 stycznia 1938 r. Na jedną noc całe niebo rozświetliła krwawa łuna. Znak widzieli wszyscy – od Ameryki po Azję…

    Czy tak samo wszyscy ludzie nie mogli zobaczyć cudu Słońca? Gdyby tak się stało, żylibyśmy w innym świecie. I nie będzie on lepszy, póki – jak ów mason Arturo Oliveira dos Santos – będziemy „skutecznie” zmieniać Boskie plany. Oto niepojęta tajemnica: wielkie plany Boga, który pragnie naszego szczęścia, niweczy mały grzech człowieka.

    To chyba najważniejsza lekcja wpisana w fatimski cud Słońca. Bardzo konkretna.

    Wincenty Łaszewski/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Nie bójcie się, jestem z Nieba” – objawienia Fatimskie

    „Nie bójcie się, jestem z Nieba” – objawienia Fatimskie

    fot. depositphotos.com

    ***

    Matka Boża objawiła się w Fatimie, by zachęcać do odmawiania różańca i wypraszania pokoju dla świata. Ukazała się na peryferiach ówczesnego świata ubogim, kilkuletnim „prostaczkom”, dzieciom.

    Była jesień 1916 roku. Na łące, jakieś 3 kilometry od wioski Fatima, trójka pastuszków pilnowała stada owiec…, ale pewnego dnia dane im było usłyszeć: „Nie bójcie się jestem Aniołem Pokoju…”

    Pojawienie się Anioła – posłańca było przygotowaniem dzieci do innego, ważniejszego spotkania. 13 maja 1917 roku sześcioletnia Hiacynta, jej starszy o dwa lata brat Franciszek oraz ich cioteczna siostra, dziewięcioletnia Łucja ujrzeli „Piękną Panią”. „Nie bójcie się – powiedziała – nic złego wam nie zrobię. Jestem z Nieba. Chcę was prosić, abyście tu przychodziły co miesiąc o tej samej porze. W październiku powiem wam, kim jestem i czego od was pragnę. Odmawiajcie codziennie różaniec, aby wyprosić pokój dla świata”.

    „Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniała życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają Różaniec i pokutują za grzechy”

    Jak nietrudno się domyślić 13 maja wspominamy Tę, która na początku XX wieku, kiedy stary świat chwiał się w posadach – trwała pierwsza wojna światowa, a w Rosji za chwilę miała się rozlać „bezbożna propaganda… wywołując wojny i prześladowania Kościoła – objawiła się gdzieś na przysłowiowym krańcu świata”. Maryja objawiła się w Portugalii, leżącej z dala od tego, co było głównym nurtem wydarzeń, a do tego na swoich pośredników wybrała troje ubogich, kilkuletnich „prostaczków” – dzieci.

    Ale jak się okazało, kiedy po kilku miesiącach – serii objawień – ukazała się po raz szósty i ostatni mówiąc „Jestem Matką Bożą Różańcową” pastuszkowie już nie byli sami. Towarzyszył im, mimo deszczu i chłodu, ponad siedemdziesięciotysięczny tłum wiernych. W ostatnich latach przed pandemią, do Fatimy co roku przybywało z różnych zakątków świata około 4 milionów pielgrzymów. Natomiast nabożeństwa tzw. fatimskie z uroczystymi procesjami wpisały się w życie modlitewne Kościoła.

    A co jest istotą – przesłaniem objawień z 1917 roku? Co zawierają trzy części tajemnicy fatimskiej?

    Maryja pojawiła się kilkukrotnie. Regularnie od maja do października, każdego 13 dnia miesiąca dzieci doświadczały obecności „Pani jaśniejszej niż słońce”. Wyjątkiem był sierpień. Po objawieniach lipcowych, kiedy dzieci zostały zobowiązane do przestrzegania tajemnicy, a nawet trafiły do więzienia, objawienia miały miejsce z kilkudniowym opóźnieniem.

    Maryja objawiła się w Portugalii, leżącej z dala od tego, co było głównym nurtem wydarzeń, a do tego na swoich pośredników wybrała troje ubogich, kilkuletnich „prostaczków” – dzieci.

    Co zostało przekazane pastuszkom? Istotą jest nawoływanie do nawrócenia, bo jak powiedziała sama Maryja „Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniała życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają Różaniec i pokutują za grzechy”. Jednak, co trzeba powtórzyć za Kongregacją Nauki Wiary „Fatima to najbardziej profetyczne z objawień nowożytnych… Pierwsza i druga cześć tajemnicy (…) dotyczą przede wszystkim straszliwej wizji piekła, kultu Niepokalanego Serca Maryi i drugiej wojny światowej oraz zapowiadają ogromne szkody, jakie Rosja miała wyrządzić ludzkości przez odejście od wiary i wprowadzenie komunistycznego totalitaryzmu”.

    Natomiast trzecia cześć objawień, spisana przez siostrę Łucję Dos Santos w 1941 roku była utrzymywana w tajemnicy. Wprawdzie można było ją ujawnić już w 1960, bo taką datę wskazała nawet sama siostra, jednakże dopiero rok 2000, rok beatyfikacji Hiacynty i Franciszka, był tym, w którym dane nam było poznać całość przesłania. Objawienia Matki Bożej w Fatimie mają przekaz symboliczny. „Wizja fatimska dotyczy przede wszystkim walki systemów ateistycznych przeciw Kościołowi i chrześcijanom oraz opisuje niezmierne cierpienia świadków wiary w stuleciu zamykającym drugie millenium. Jest to niekończąca się Droga Krzyżowa, której przewodniczą papieże dwudziestego wieku”, jak powiedział kard. Angelo Sodano na zakończenie Mszy św. beatyfikacyjnej Franciszka i Hiacynty. I dlatego też Jan Paweł II po zamachu w dniu 13 maja 1981 roku słusznie nosił to przekonanie, że to właśnie «macierzyńska dłoń Maryi kierowała biegiem tej kuli», którą został ugodzony.

    Joanna Pawełczak/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Fatima i Jasna Góra

     

    Prymas Polski kard. August Hlond na Jasnej Górze podczas uroczystego
zawierzenia Polski Niepokalanemu Sercu Maryi (1946 r.)

     Archiwum Jasnej Góry

    ***

    Prymas Polski kard. August Hlond na Jasnej Górze podczas uroczystego zawierzenia Polski Niepokalanemu Sercu Maryi (1946 r.)

    Podczas objawień w Fatimie 13 lipca 1917 r. Matka Boża powiedziała do trójki portugalskich pastuszków, Łucji dos Santos oraz Franciszka i Hiacynty Marto, następujące słowa: „Wojna zbliża się ku końcowi. Ale jeżeli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to w czasie pontyfikatu Piusa XI rozpocznie się druga wojna, gorsza. Kiedy pewnej nocy ujrzycie nieznane światło, wiedzcie, że to jest wielki znak od Boga, że zbliża się kara na świat za liczne jego zbrodnie, będzie wojna, głód, prześladowanie Kościoła i Ojca Świętego. Aby temu zapobiec, przybędę, by prosić o poświęcenie Rosji memu Niepokalanemu Sercu i o Komunię św. wynagradzającą w pierwsze soboty. Jeżeli moje życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła, dobrzy będą męczeni, a Ojciec Święty będzie musiał wiele wycierpieć. Różne narody zginą. Na koniec jednak moje Niepokalane Serce zatriumfuje. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, i przez pewien czas zapanuje pokój na świecie”.

    Pierwszym papieżem, który postanowił wypełnić przesłanie fatimskie, był Pius XII, wybrany w styczniu 1939 r. Dostrzegał wyraźnie niebezpieczeństwo tego, o czym mówiła Matka Boża w Fatimie, czyli błędnych nauk Rosji, która wywoła wojny i prześladowania Kościoła na świecie. Identyfikował tę groźbę z komunizmem. Współpracownicy namawiali go jednak, by poświęcił Maryi raczej cały świat, a nie tylko Rosję. Wynikało to z oceny ówczesnej sytuacji geopolitycznej. 22 czerwca 1941 r. Związek Sowiecki przestał być sojusznikiem, a stał się przeciwnikiem Trzeciej Rzeszy. Z dnia na dzień Moskwa przedzierzgnęła się w sprzymierzeńca aliantów. Dokonanie w takim momencie uroczystego aktu, w którym znalazłoby się wezwanie do nawrócenia Rosji, mogłoby nastręczyć Stolicy Apostolskiej poważnych problemów, a z pewnością wywołałoby niezadowolenie państw koalicji antyhitlerowskiej. Pod adresem papieża padłby zapewne zarzut, dlaczego w taki sam sposób nie potępi reżimu narodowosocjalistycznego w Niemczech, z kolei przez samego Hitlera taki akt mógłby zostać nagłośniony jako publiczny gest poparcia dla niego. Watykan nie chciał być też oskarżony o porzucenie neutralności w toczącej się właśnie wojnie. To mogłoby spowodować interwencję Trzeciej Rzeszy w Rzymie i deportację papieża. Taki scenariusz był zresztą poważnie rozważany w Berlinie.

    Pius XII postanowił więc dokonać poświęcenia Niepokalanemu Sercu Maryi całego świata, a nie konkretnie Rosji. Doszło do tego 31 października 1942 r. Papież uczynił to drogą radiową – na falach Radia Watykańskiego. Razem z nim łączyli się w modlitwie tego dnia jedynie portugalscy biskupi zgromadzeni w lizbońskiej katedrze. We wcześniejszych listach wysyłanych do Rzymu jedyna z żyjących wizjonerek z Fatimy – s. Łucja dos Santos pisała, że poświęcenie zostanie przyjęte przez Niebo, jeśli papież dokona go w łączności z biskupami na całym świecie. W jednym z objawień Jezus powiedział jej, że akt Piusa XII nie był co prawda spełnieniem żądań fatimskich, jednak przyniesie cząstkowe łaski, czyli skrócenie działań wojennych. Pięć dni później Niemcy ponieśli pierwszą dotkliwą klęskę podczas tej wojny – pod El Alamein w Egipcie. Od tamtej pory zaczęli się cofać na wszystkich frontach.

    Jednym z bezpośrednich świadków aktu zawierzenia dokonanego przez Piusa XII był prymas Polski kard. August Hlond, który w czasie II wojny światowej przebywał na emigracji w Rzymie. Papież powiedział wówczas zebranym w Radiu Watykańskim, że jego pragnieniem jest, by wszystkie episkopaty na świecie uczyniły to samo – dokonały poświęcenia swych krajów Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Do tej pory jedynym państwem, w którym biskupi zdobyli się na taki krok, była Portugalia – w 1931 i 1938 r. S. Łucja powiedziała, że właśnie dzięki fatimskiemu aktowi zawierzenia Portugalczycy uniknęli wojny. W 1942 r. tamtejszy Episkopat ogłosił list pasterski. Sporządził w nim bilans wszystkich łask Bożych, których naród doświadczył w ciągu 25 lat od momentu objawień: brak wojny, pokój społeczny, wolność religijna, czterokrotny wzrost powołań duchownych w ciągu zaledwie 10 lat. Biskupi byli pewni, że stało się to na skutek spełnienia próśb Matki Bożej z Fatimy, która zapowiadała, że na końcu Jej Niepokalane Serce zwycięży.

    Prymas Hlond wziął sobie do serca apel Piusa XII, mocno zdopingował go również przykład Portugalii. Jego dewizą stało się zawołanie, że zwycięstwo, jeśli przyjdzie, dokona się przez Maryję. Jedną z pierwszych spraw, które po zakończeniu wojny i powrocie do kraju poruszył na konferencji Episkopatu Polski, było poświęcenie kraju Niepokalanemu Sercu Maryi. Znalazł w tej kwestii poparcie wszystkich biskupów.

    W ten sposób Rzeczpospolita stała się, po Portugalii, pierwszym krajem na świecie, który przyjął orędzie fatimskie: zaczęto praktykować nabożeństwo pierwszych pięciu sobót miesiąca oraz dokonano aktu zawierzenia Niepokalanemu Sercu Maryi. Decyzję o tym Episkopat Polski podjął w czasie Adwentu 1945 r. Odbyło się to w trzech etapach. 7 lipca 1946 r. we wszystkich parafiach księża odczytali treść aktu poświęcenia, a wierni złożyli przysięgę, że będą mu wierni. 15 sierpnia powtórzyli to biskupi we wszystkich katedrach w kraju, a 8 września uczynił to Episkopat zebrany na Jasnej Górze. Słowa zawierzenia powtarzało prawie milion pielgrzymów, którzy przybyli z całej Polski, by osobiście uczestniczyć w tym wydarzeniu.

    Tygodnik „Niedziela” relacjonował wówczas: „Ten milion ma swoją własną wymowę i własny ciężar gatunkowy. Wartości takiego miliona nie da się ani obliczyć, ani wymierzyć, ani nawet uzmysłowić! I kto na własne oczy oglądał ów milion dusz nieśmiertelnych, ten nigdy tego zapomnieć nie może!”.

    Były to czasy, gdy stalinowskie władze instalowały komunizm w Polsce. Wszędzie, gdzie marksiści obejmowali rządy, zaczynał się terror wymierzony szczególnie w religię. A jednak w Polsce sytuacja potoczyła się odmiennie niż w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Chrześcijanie podlegali co prawda surowym represjom, ale nie były to tak bezwzględne prześladowania jak w Czechosłowacji, na Węgrzech, w Bułgarii, Rumunii czy Albanii, nie wspominając już o republikach wcielonych do Związku Sowieckiego. We wszystkich tych państwach Kościół wyszedł z komunizmu osłabiony – niszczony latami przez okrutne prześladowania, kolaborację z władzami i wewnętrzne rozłamy wywoływane przez rządzących. Na tym tle Polska wyglądała wyjątkowo – była jedynym krajem, w którym upadek ustroju socjalistycznego zastał Kościół nie złamany, lecz wzmocniony. Być może stał za tym również ów akt z 1946 r., tak bardzo zgodny z objawieniami fatimskimi…

    Grzegorz Górny/Tygodnik Niedziela

    ***

    „Tajemnice Fatimy. Największy sekret XX wieku”

    W tej książce przeplatają się dwa światy – nasycona brutalnością opowieść polityczna oraz pełna tajemniczości rzeczywistość nadprzyrodzona.

    „Tajemnice Fatimy” to wyjątkowa, bogato ilustrowana książka o najbardziej doniosłych objawieniach w XX wieku. Jest ona efektem półtorarocznej pracy i kilku podróży zagranicznych reportera Grzegorza Górnego oraz fotografa Janusza Rosikonia – tandemu autorskiego znanego z wielu śledztw dziennikarskich z pogranicza nauki i religii. Niedawno ukazało się nowe wydanie, obejmujące uroczystości 100-lecia objawień i wizytę papieża Franciszka w Fatimie, w tym kanonizację Hiacynty i Franciszka.

    „Tajemnice Fatimy. Największy sekret XX wieku”
    Grzegorz Górny (tekst), Janusz Rosikoń (zdjęcia).
    Wyd. Rosikon Press, 2016.
    Rosikon Press, al. Dębów 4, 05-080 Izabelin-Warszawa,
    tel. 22 722 66 66, e-mail: biuro@rosikonpress.com

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Objawienia Matki Bożej w Fatimie – tajemnicza zapowiedź prawie 500 lat wcześniej

    Objawienia Matki Bożej w Fatimie – tajemnicza zapowiedź prawie 500 lat wcześniej

    Sanktuarium w Fatimie; dzieci wizjonerzy: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Neokvp; Attributed to Joshua Benoliel, Public domain, via Wikimedia Commons

    ******

    „Jestem Matką Bożą Różańcową” – tak Maryja przedstawiła się trojgu pastuszkom w Fatimie, w Portugalii, w 1917 r. Zapowiadała ważne i tragiczne rzeczy dla świata. Zachęcała do odmawiania różańca i wzywała do pokuty za grzechy. Wiele zainteresowania i ciekawości wzbudziła tzw. trzecia tajemnica fatimska, dotycząca losów Kościoła, a szczególnie Ojca Świętego, ujawniona za czasów św. Jana Pawła II prawie dwadzieścia lat po zamachu na placu św. Piotra. Tajemnica tych objawień jest jednak większa niż nam się wydaje. One zostały bowiem przepowiedziane prawie pięćset lat wcześniej.

    Historia tej zapowiedzi jest fascynująca i tajemnicza. Miała miejsce w odległym 1454 roku. Świadectwa zostały spisane, choć później dokumenty się zagubiły. Zostały odnalezione i opublikowane dopiero w 2000 roku, we włoskim czasopiśmie religijnym „Il Cervo”.

    A było tak: 16 października 1454 r., w klasztorze klauzurowym dominikanek w Alba, dziś północne Włochy, przy łóżku umierającej siostry Filippiny zgromadziła się cała wspólnota wraz z przełożoną, bł. Małgorzatą Sabaudzką oraz ich spowiednikiem, o. Bellinim, który przyniósł będącej w agonii siostrze Komunię św.

    Po przyjęciu Ciała Pańskiego, s. Filippina miała widzenie. Objawiła się jej Najświętsza Maryja Panna, św. Katarzyna ze Sienybł. Umberto Sabaudzki i opat Wilhelm Sabaudzki. Jak opisują to odnalezione dokumenty: „przepowiadali pomyślne i straszne wydarzenia dla rodu Sabaudzkiego. Nie określając czasu zapowiadali straszliwe wojny w przyszłości, wygnanie do Portugalii innego Umberta Sabaudzkiego. Mówili też o potworze przychodzącym ze Wschodu, sprawiającym wielkie cierpienia dla ludzkości. Potworze, który jednak zostanie zniszczony przez Matkę Bożą Różańca Świętego z Fatimy, jeśli wszyscy ludzie będą ją wzywać z wielką skruchą”.

    Przypomnijmy, że są to słowa, w jakich słuchający współcześnie z łatwością rozpozna wydarzenia z XX wieku, a które siostra Filippina przekazała obecnym wokół jej łoża w 1454 r., tuż przed swoją śmiercią.

    Matka Boża Różańcowa z Fatimy - János Korom Dr. from Wien, Austria, CC BY-SA 2.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia CommonsMatka Boża Różańcowa z Fatimy / fot. János Korom Dr. from Wien, Austria, CC BY-SA 2.0 www.creativecommons.org, via Wiki. Comm.

    *******

    Zakończyła swoje wyznanie słowami: „Szatan wywoła straszną wojnę, ale w końcu ją przegra, ponieważ Najświętsza Dziewica, Matka Boga i Najświętszego Różańca z Fatimy, jest silniejsza niż armia przygotowana do boju. Pokona go na zawsze”.

    Siostra Filippina ‘dei Sorgi’ (to nie było jej prawdziwe nazwisko, bo pochodziła z książęcego rodu Sabaudów) była duchową przewodniczką całego konwentu. Miała widzenia, dary charyzmatyczne i ekstazy. Pod jej przewodnictwem cała wspólnota sióstr, których ksienią była bł. Małgorzata Sabaudzka, osiągnęła wysoki stopień doskonałości. Siostry miały wielkie poważanie w małej mieścinie, jaką była Alba.

    Przez wieki ta przepowiednia była znana, spisywana i uzupełniana. Jak wspomina siostra Augustyna, przeorysza klasztoru sióstr na przełomie tysiącleci: „Wiedziałyśmy o istnieniu tych dokumentów, ponieważ były one wspomniane w kilku książkach o historii naszej założycielki i naszego klasztoru, ale nie wiedziałyśmy, gdzie one ostatecznie trafiły. Znalazłam je przypadkiem, w sierpniu ubiegłego roku. Opublikowałam je w naszym magazynie [w roku 2000], bez żadnego komentarza. Nie do nas należy wyjaśnianie tak delikatnych spraw, ale uważamy, że ich wartość historyczna jest wielka i niepodważalna”.

    Historia tej przepowiedni jest tajemnicza, a zarazem fascynująca. Ukazuje dobitnie, że Bóg jest obecny w dziejach na znacznie głębszym poziomie niż moglibyśmy przypuszczać, a sprawy duchowe są wzajemnie ze sobą powiązane, tworząc wielką, ponadczasową, wewnętrznie spójną historię zbawienia, która objawia się w szczegółach w stosownym czasie.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon pl.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Patronka wdów – bł. Małgorzata Sabaudzka

    Patronka wdów – bł. Małgorzata Sabaudzka

    bł. Małgorzata Sabaudzkawww.brewiarz.pl

    ***

    Małgorzata Sabaudzka pochodziła z książęcego rodu. Była siostrzenicą papieża Klemensa VII. Choć umarła jako zakonnica, to jednak jest czczona jako patronka wdów. Była mistyczką. W jej obecności siostra z jej klasztoru miała wizje dotyczące objawień z Fatimy, na ponad czterysta sześćdziesiąt lat przed nimi. 27 listopada Kościół wspomina błogosławioną Małgorzatę Sabaudzką.

    Urodziła się w latach osiemdziesiątych czternastego wieku w Pinerolo, dzisiejsze północne Włochy. Była najstarsza z czterech córek Ludwika Sabaudzkiego, księcia Piemontu i tytularnego księcia Achai, i Katarzyny, córki księcia Amadeusza III z Genewy.

    Wcześnie straciła rodziców i wtedy, razem ze swoją siostrą, trafiła na wychowanie do wuja. W 1403 roku wuj zdecydował wydać ją za mąż za Teodora II, markiza Montferratu. Pochodził on z bizantyjskiej, cesarskiej rodziny Paleologów. Małgorzata była trzecią żoną owdowiałego Teodora. Byli szczęśliwi, ale nie mieli swoich dzieci. Żyła tylko dwójka dzieci Teodora z poprzedniego małżeństwa. Małgorzata przeżyła z mężem 15 lat, a owdowiała, kiedy miała lat około 30.

    Nie chciała ponownie wychodzić za mąż. Od dzieciństwa była bardzo pobożna i postanowiła przyjąć habit tercjarki dominikańskiej i dobrowolnie złożyła ślub czystości. Zarządzanie marchią przekazała Janowi-Jakubowi, jedynemu synowi Teodora. Odrzuciła propozycję zamążpójścia od Filipa Marii Viscontiego, księcia Mediolanu, który chciał ją mieć za żonę do tego stopnia, że wystarał się nawet u papieża Marcina V o dyspensę ze ślubów zakonnych dla niej.

    W 1426 roku Małgorzata kupiła popadający w ruinę klasztor w Albie. Zamieniła go w klasztor klauzurowy i wraz z kilkoma siostrami, które w nim przebywały, przyjęła regułę drugiego zakonu dominikańskiego. Na patronkę wybrała św. Marię Magdalenę i do końca życia była ksienią, czyli przełożoną.

    Bł. Małgorzata otrzymuje od Chrystusa trzy strzały - Name of engraver unknown., Public domain, via Wikimedia Commonsbł. Małgorzata otrzymuje od Chrystusa trzy strzały – Name of engraver unknown., P.d., via Wiki. Comm.

    ***

    Jej życie to modlitwa, kontemplacja i pokuta. Miewała także liczne objawienia Matki Bożej i Pana Jezusa. W jednej z wizji mistycznych, Jezus dał jej do wyboru trzy rodzaje cierpienia: znoszenie prześladowań, choroby czy oszczerstw. Małgorzata miała wybrać wszystkie trzy. I rzeczywiście, często i długo chorowała, była też pomawiana o rządy twardej ręki w klasztorze, a jej niedoszły małżonek, książę Mediolanu, oskarżał ją o sprzyjanie heretyckim poglądom Waldensów i popieranie ich.

    Z zachowanych listów Małgorzaty możemy się dowiedzieć o jej roli w zapobieżeniu schizmie w Kościele. Przyczyniła się bowiem do tego, że jej kuzyn, Amadeusz VIII Sabaudzki, wybrany jako antypapież Feliks V w trakcie schizmatycznego soboru w Bazylei, zrezygnował z urzędu, ukorzył się przed papieżem Mikołajem V, a potem został nawet kardynałem i zmarł w opinii świętości.

    W 1454 roku siostra Filipina, także z rodu sabaudzkiego, niedługo przed śmiercią, w obecności ksieni Małgorzaty miała wizje Matki Bożej i innych świętych, między innymi św. Katarzyny ze Sieny. W jednej z tych wizji Maryja zapowiedziała jej: „powstanie potwór na wschodzie, który przysporzy wielkiego cierpienia wiernym, ale zostanie zniszczony przeze Mnie, w Moim różańcu z Fatimy, jeżeli zostanę z pokorą wezwana”. Wkrótce potem przygotowano trzy dokumenty ze świadectwem o tych wizjach i opieczętowano. Było to na ponad 460 lat przed objawieniami w Fatimie. Dokumenty te zostały otwarte i po raz pierwszy opublikowane w roku 2000.

    Małgorzata zmarła w klasztorze w Albie 23 listopada 1464 roku. Jej ciało w nienaruszonym stanie, spoczywa tam do dziś. Beatyfikował ją w 1669 roku Klemens IX.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przez Niepokalane Serce Maryi zmierzamy ku Chrystusowi

    Przez Niepokalane Serce Maryi zmierzamy ku Chrystusowi

    Serce Maryi i Jezus – witraż z bazyliki w Fatimie (fot. fatima.pt)

    *******

    Maryja jest, jak każdy z nas, stworzeniem i człowiekiem. Nie jest przecież Bogiem. To prawda. Nie możemy o tym zapominać, a co za tym idzie, nie możemy również zacierać nieprzekraczalnej granicy między Stwórcą a stworzeniem. Owszem, nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi już z samej nazwy wskazuje na Matkę Bożą. Bardzo ważne jest jednak, aby właściwie zrozumieć jego treść – pisze paulin o. Wojciech Dec w tygodniku “Niedziela”.

    Gdzie jest nasze serce?

    Nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi już z samej nazwy wskazuje na Matkę Bożą. Ważne jest jednak to, aby właściwie zrozumieć jego treść. Wtedy bowiem odkryjemy, że w swej istocie Maryja wskazuje ostatecznie Jezusa Chrystusa.

    Nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi rozpowszechniło się najbardziej w XIX wieku. Wprawdzie historia czci Serca Maryi jest nieco dłuższa i sięga wieków wcześniejszych, ale skupmy się nie na samej historii, a bardziej na właściwym zrozumieniu czci oddawanej Niepokalanemu Sercu Maryi. Akurat wspomniany wiek XIX rzeczywiście przyniósł ożywienie w pobożności skierowanej do Serca Maryi. Początek takiemu biegowi spraw dały ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny przez papieża Piusa IX w 1854 r., a także objawienia Matki Bożej w Lourdes w 1858 r. Najbardziej jednak przyczyniły się do tego objawienia Matki Bożej w Fatimie w 1917 r. Zatrzymajmy się przy nich nieco dłużej, bo to pozwoli nam dobrze zrozumieć cel i wartość oddawania czci Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Ewangeliczne orędzie

    Zacznijmy od przypomnienia słów św. Jana Pawła II, który powiedział, że wezwanie z Fatimy ma „ewangeliczną wymowę”. Co to znaczy? Papież sam dał odpowiedź na to pytanie w homilii wygłoszonej w Fatimie 13 maja 1982 r., kiedy to jasno tłumaczył: „Jeśli Kościół zaakceptował orędzie z Fatimy, stało się tak przede wszystkim dlatego, że orędzie to zawiera prawdę i wezwanie samej Ewangelii. «Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię» (Mk 1, 15); są to pierwsze słowa, jakie Mesjasz skierował do ludzkości. Orędzie z Fatimy jest w swej istocie wezwaniem do nawrócenia i pokuty, tak jak Ewangelia”. Co więcej, Ojciec Święty wyjaśnił zobowiązujący charakter fatimskiego orędzia: „Wołanie zawarte w orędziu Maryi z Fatimy jest tak głęboko zakorzenione w Ewangelii i w całej Tradycji, że Kościół czuje, iż orędzie to nakłada na niego obowiązek wysłuchania go”.

    Maryja kontra ateizm

    W kontekście fatimskiego orędzia trzeba spojrzeć także na wielkość zagrożeń, z którymi ludzkość ma dziś do czynienia. Dopiero bowiem uświadomienie sobie tej ich wielkości ukazuje jakby z przeciwnej strony wielkość darów, jakie Bóg nam ofiarowuje, by nas ocalić, by dać nam nadzieję.

    Pierwsze dwie części fatimskiej tajemnicy dotyczą wizji piekła oraz kultu Niepokalanego Serca Maryi. Maryja powiedziała dzieciom, po ukazaniu im przerażającej wizji piekła, że Bóg chce ustanowić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ratować grzeszników idących na zatracenie. Dzięki temu nabożeństwu wiele dusz zostanie uratowanych i nastanie pokój na świecie. Maryja prosiła w Fatimie, aby papież dokonał aktu poświęcenia Rosji Jej Niepokalanemu Sercu i by wierzący ofiarowywali Komunię św. w pierwsze soboty jako wyraz zadośćuczynienia za grzechy. Jeśli się tak nie stanie, to w konsekwencji Rosja, szerząc swe błędne nauki po świecie, będzie wywoływać wojny i prześladowania Kościoła. Wiele narodów zostanie zniszczonych, lecz na koniec zatriumfuje Niepokalane Serce Maryi.

    Warto zwrócić uwagę, że dziś mamy do czynienia nie tylko z bezbożnym ateizmem, wywołanym w historii świata przez błędy Rosji. Dziś musimy się zmierzyć też z równie groźnym materialistycznym ateizmem Zachodu, który jest przez wielu ludzi niedostrzegany, a nawet uznawany za dobro. Do tego jeszcze współczesna kultura, często pozbawiona odniesienia do Boga, a przez to do prawdy o człowieczeństwie, staje się zatrutą glebą, na której co rusz wyrastają przewrotne ideologie ośmieszające naturę i powołanie człowieka. Zauważmy również, jak dziś podchodzi się do kwestii konsekwencji ludzkich czynów i kto jest w stanie zrezygnować z korzyści materialnych, przewidując, że w przyszłości zaowocują one czymś złym. Kto myśli o rzeczach ostatecznych: niebie, piekle, czyśćcu, o realności działania złych duchów. Dla wielu współczesnych ludzi są to po prostu „nierzeczywiste historie”, które w ich przekonaniu nie dotyczą ich życia. Jednakże wbrew temu postępowemu i zagubionemu myśleniu to właśnie stanowi niezaprzeczalną realność ziemskiego istnienia i poważne zagrożenie dla naszego zbawienia.

    Ratunek dla grzeszników

    Maryja w Fatimie wskazała, że Jej Niepokalane Serce jest ratunkiem dla grzeszników. Wobec takiego orędzia Matki Bożej pojawiały się nieraz w umysłach wielu ludzi wątpliwości. Bo Maryja jest, jak każdy z nas, stworzeniem i człowiekiem. Nie jest przecież Bogiem. To prawda. Nie możemy o tym zapominać, a co za tym idzie, nie możemy również zacierać nieprzekraczalnej granicy między Stwórcą a stworzeniem. Owszem, nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi już z samej nazwy wskazuje na Matkę Bożą. Bardzo ważne jest jednak, aby właściwie zrozumieć jego treść. Wtedy bowiem odkryjemy, że w swej istocie Maryja wskazuje ostatecznie Jezusa Chrystusa. Celem jest zjednoczenie z Nim i przyjęcie daru zbawienia. Ku Chrystusowi zmierzamy właśnie przez Niepokalane Serce Maryi. A zatem nazwa nabożeństwa bezpośrednio wiąże się z Maryją, jego istota zaś jest jednoznaczna: do Chrystusa zmierzamy przez sakramentalną spowiedź, Różaniec, medytację oraz przyjęcie Komunii św., czyli drogą, do której zachęca nas Maryja, zwłaszcza przez celebrowanie pierwszych sobót miesiąca. Możemy przy tym dostrzec głęboką jedność Serca Jezusa i Serca Maryi.

    Wymowne w tym kontekście są również słowa św. Hiacynty, jednej z trojga dzieci, którym Maryja objawiła się w Fatimie. W ostatnich miesiącach życia, wiedząc, że odchodzi z tego świata, zwróciła się do Łucji z takim apelem: „Już niedługo pójdę do nieba. Ty tu zostaniesz, aby ludziom powiedzieć, że Bóg chce wprowadzić na świecie nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. Kiedy nadejdzie czas, aby o tym mówić, nie kryj się. Powiedz wszystkim ludziom, że Bóg daje nam łaski za pośrednictwem Niepokalanego Serca Maryi, że ludzie muszą je uprosić przez to Serce, że Serce Jezusa chce, aby obok Niego wielbiono Niepokalane Serce Maryi. Niech proszą o pokój Niepokalane Serce Maryi, bo Bóg temu Sercu powierzył pokój na świecie”. Zatem – wolą samego Boga jest to, by oddawać uwielbienie Sercu Jezusa i czcić Niepokalane Serce Maryi. Benedykt XVI w komentarzu do trzeciej części fatimskiej tajemnicy przypomniał, że aby ratować ludzi przed wiecznym potępieniem, sam Bóg wskazał ludzkości kult Niepokalanego Serca Maryi. Wzniosłe macierzyństwo Maryi stawia Ją ponad wszystkimi stworzeniami. Dokonało się ono najpierw w Jej Niepokalanym Sercu, a później w Jej łonie. Jak twierdzą Ojcowie Kościoła, Słowo, które zrodziła w ciele, najpierw poczęła w wierze swego Serca.

    Pozostaje jeszcze jedno bardzo ważne pytanie: gdzie jest nasze serce? Możemy bowiem rozważać prawdę o Najświętszym Sercu Jezusa, możemy mówić o Niepokalanym Sercu Maryi. I bardzo dobrze, że zgłębiamy tajemnicę tych Serc. Ale to tylko pół drogi. Każdy, kto czyta te słowa, nosi chyba w sobie głębokie przekonanie, że tu chodzi nie o jakieś teologiczne spekulacje, lecz o to, by nasze serca były jak najbliżej Jezusa i Maryi. Sam Bóg nam to wskazuje, do tego zaprasza i motywuje, abyśmy podjęli wskazaną nam drogę. Przez swoje Niepokalane Serce, pełne wiary, miłości i pokory oraz oddane woli Bożej, Maryja zasłużyła na noszenie w swoim dziewiczym łonie Syna Bożego. To swoje Serce Maryja ma także dla nas. W modlitwie pełnej zaufania i dziecięcej miłości powierzajmy siebie Niepokalanemu Sercu Maryi.

    o. Wojciech Dec, paulin/Tygodnik Niedziela/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MODLITWA ANIOŁA Z FATIMY

    “O mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię!
    Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą,
    nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i Ciebie nie kochają!”
    “Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty,
    uwielbiam Cię w najgłębszej pokorze, ofiarując najdroższe Ciało i Krew,
    Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa,
    obecne na wszystkich ołtarzach świata jako wynagrodzenie za zniewagi,
    świętokradztwa i obojętność jakimi jest On obrażany.
    I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi,
    proszę Ciebie o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”. Amen.

    ***************

    OBJAWIENIA ANIOŁA PORTUGALII

    Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny trójka pastuszków: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Łucja de Jesus dos Santos i jej kuzyni Franciszek i Hiacynta Marto – mieszkająca w wiosce Aljustrel, należącej do parafii fatimskiej – miała trzy objawienia Anioła Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.
     

    Pierwsze zjawienie się Anioła

    Pierwsze objawienie Anioła miało miejsce wiosną lub latem 1916 roku, przed grotą przy wzgórzu Cabeço, w pobliżu Aljustrel, i miało, zgodnie z opowiadaniem siostry Łucji, następujący przebieg:

    Bawiliśmy się przez pewien czas, gdy nagle silny wiatr zatrząsł drzewami, co skłoniło nas do popatrzenia, co się dzieje, ponieważ dzień był pogodny. Wtedy ujrzeliśmy w oddali, nad drzewami rozciągającymi się ku wschodowi, światło bielsze od śniegu, w kształcie przezroczystego młodego mężczyzny, jaśniejszego niż kryształ w promieniach słońca.

    W miarę jak się przybliżał, mogliśmy rozpoznać jego postać: młodzieniec w wieku około 14–15 lat, wielkiej urody. Byliśmy zaskoczeni i przejęci. Nie mogliśmy wypowiedzieć ani słowa.
    Gdy tylko zbliżył się do nas, powiedział:
    – Nie bójcie się. Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną.
    I klęcząc nachylił się, aż dotknął czołem ziemi. Pobudzeni nadprzyrodzonym natchnieniem, naśladując Anioła, zaczęliśmy powtarzać jego słowa:
    – O Mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą w Ciebie, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i nie kochają Cię.
    Po trzykrotnym powtórzeniu tych słów podniósł się i powiedział:
    – Módlcie się tak. Serca Jezusa i Maryi uważnie słuchają waszych próśb.

    I zniknął. Atmosfera nadprzyrodzoności, jaka nas ogarnęła, była tak silna, że przez dłuższy czas prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego własnego istnienia, pozostając w tej samej pozycji, w której nas Anioł zostawił, i powtarzając ciągle tę samą modlitwę. Obecność Boga była tak silna i tak dogłębna, że nie ośmieliliśmy się nawet odezwać do siebie. Następnego dnia jeszcze czuliśmy się ogarnięci tą atmosferą, która znikała bardzo powoli.

    Żadne z nas nie zamierzało mówić o tym zjawieniu, ale zachować je w tajemnicy. Taka postawa sama się narzucała. Było to tak dogłębne, że nie było łatwo powiedzieć o tym choćby słowa. Zjawienie to zrobiło na nas większe wrażenie, chyba dlatego, że było pierwsze. 

    Drugie zjawienie się Anioła 

    Po raz drugi Anioł pojawił się latem 1916 roku, przy studni domu Łucji, blisko której bawiły się dzieci. Oto jak siostra Łucja opowiada to, co Anioł powiedział jej samej i jej kuzynom:
    – Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Przenajświętsze Serca Jezusa i Maryi chcą okazać przez was miłosierdzie. Ofiarowujcie nieustannie modlitwy i umartwienia Najwyższemu.
    – Jak mamy się umartwiać? – zapytałam.
    – Z wszystkiego, co możecie, zróbcie ofiarę Bogu jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, i jako uproszenie nawrócenia grzeszników. W ten sposób sprowadźcie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście 
    z pokorą i poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle.
    I zniknął. Te słowa Anioła wyryły się w naszych umysłach jak światło, które pozwoliło nam zrozumieć, kim jest Bóg, jak nas kocha, jak chciałby być kochany. Pozwoliły nam również pojąć wartość umartwienia, jak ono Bogu jest miłe i jak dzięki niemu nawracają się grzesznicy.

    Trzecie zjawienie się Anioła

    Trzecie objawienie miało miejsce końcem lata i początkiem jesieni 1916 roku. Także i tym razem w grocie Cabeço. Potoczyło się ono, zgodnie z opisem siostry Łucji, w następujący sposób: 

    Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła: „O Mój Boże wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię etc.!”
    Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę:
    – Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników.
    Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię.
    Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc:
    – Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga.
    Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Przenajświętsza Trójco… etc.” i zniknął.

    Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała.
    Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu. A również osłabienie fizyczne, które nas ogarnęło, było wielkie.

    Nie wiem, dlaczego objawienia Matki Bożej wywołały w nas zupełnie inne skutki. Ta sama wewnętrzna radość, ten sam spokój i to samo poczucie szczęścia, ale zamiast tego fizycznego osłabienia, pewna wzmożona ruchliwość. Zamiast tego unicestwienia w Bożej obecności, wielka radość. Zamiast trudności w mówieniu, pewien udzielający się entuzjazm. Lecz pomimo tych uczuć odczuwałam natchnienie, aby milczeć, zwłaszcza o niektórych rzeczach. Podczas przesłuchań czułam wewnętrzne natchnienie, które mi wskazywało odpowiedzi, aby nie odbiegając od prawdy, nie ujawniać tego, co wtenczas powinnam była ukryć.

    Objawienia Anioła w roku 1916 poprzedzone były trzema innymi wizjami. W okresie między kwietniem a październikiem 1915 roku, Łucja wraz z trzema innymi dziewczynkami, Marią Rosą Matias, Teresą Matias i Marią Justiną, ujrzały, z tego samego wzgórza Cabeço, ponad lasem znajdującym się w dolinie, zawieszony w powietrzu jakiś obłok bielszy od śniegu, przezroczysty, 
    w kształcie ludzkiej postaci. Była to postać, jakby ze śniegu, którą promienie słoneczne czyniły nieco przezroczystą. Jest to opis samej siostry Łucji.

    z książki: “Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?” autorstwa A. Borellego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 faktów na temat Fatimy,

    o których zbyt często zapominasz

    Liczni czciciele Matki Bożej Fatimskiej znają najistotniejsze aspekty Jej przesłania oraz różne wydarzenia związane z objawieniami sprzed ponad stu lat. Niektóre szczegóły i niuanse mogą jednak zostać przeoczone. Przypominamy więc o kilku faktach dotyczących Fatimy, o których często zapominamy, a o których naprawdę warto pamiętać!

    1.       Będzie siódme objawienie

    Matka Boża ukazała się w Fatimie sześciokrotnie, od maja 1917 roku do października tego roku. Jednak już podczas pierwszego objawienia Matka Boża zapowiedziała, że powróci do Cova da Iria jeszcze po raz siódmy. „Przyszłam was prosić, abyście tu przychodzili przez 6 kolejnych miesięcy, dnia 13 o tej samej godzinie. Potem powiem, kim jestem i czego chcę. Następnie wrócę jeszcze siódmy raz”.

    Specjaliści nie są zgodni co do tych słów. Większość sądzi jednak, że nie jest sprzecznym z wiarą uważać, że Najświętsza Panna jeszcze do Fatimy powróci, i że może to się stać w najbliższej przyszłości. Z całą pewnością jest to jedno z najbardziej chwalebnych wydarzeń, na jakie pobożny katolik może oczekiwać, szczególnie w naszych zatrważających, pełnych chaosu czasach. Mamy wielką nadzieję, że wraz z owym siódmym przyjściem nadejdzie upragniony pokój i – jak prorokował święty Ludwik de Montfort – triumf Jej Niepokalanego Serca.

    2.       Różaniec i czyściec

    Najświętsza Maryja Panna w Fatimie przypomniała trójce dzieci o istocie różańca oraz o istnieniu czyśćca! Odpowiadając na pytania Łucji mówiła, że Franciszek musi zmówić jeszcze wiele różańców, nim trafi do Nieba, a o Amelii, że na pewno będzie przebywać w czyśćcu do końca świata. Królowa świętych przypomniała więc nam wszystkim o zbawiennej praktyce odmawiania różańca świętego – a więc o sposobie ratowania własnej duszy. Oferuje wręcz różaniec jako gwarancję na bezpieczne przejście z ziemi do Nieba, jak właśnie w przypadku Franciszka.

    Co szczególnie istotne, Matka Boża wskazuje na samą rzeczywistość istnienia czyśćca, o której tak wielu katolików, w tym niestety duchownych, zdaje się zapominać. A przecież – przypomina Maryja – wiele spośród dusz w czyśćcu czekać będzie aż do końca świata. Według badań księdza Sebastiano dos Reis wspomniana Amelia zmarła w okolicznościach wskazujących na hańbę w sprawach czystości! Szokujące dla niektórych może się wydawać, że siostra Łucja mówiła o wiecznym cierpieniu w piekle licznych dusz, które zmarły mając na sumieniu tylko jeden grzech śmiertelny!

    3.       Różnica między objawieniami Maryi i Anioła

    Bardzo ciekawym było, że fizyczne, emocjonalne i psychologiczne doświadczenie objawień Anioła Portugalii i Matki Bożej opisane było przez dzieci jako zupełnie różne. Siostra Łucja pisze w swych wspomnieniach: „Nie wiem dlaczego, ale faktem jest, że objawienia Matki Bożej miały inny wpływ na nas. Towarzyszyła nam, co prawda, ta sama intymna radość, ten sam pokój i to samo szczęście. Jednak, zamiast fizycznego zmęczenia, czuliśmy pewną ekspansywną żywotność, zamiast odrętwienia z powodu Bożej obecności, czuliśmy pewien rodzaj radości, zamiast trudności w mówieniu, czuliśmy pewien rodzaj entuzjazmu komunikacyjnego…”

    Istnieje wyraźna różnica między objawiającymi się Matką Bożą i Aniołem – wynika to z ich różnej natury. Anioł to wszak czysty duch, Maryja posiada jednak i duszę i ciało. Po spotkaniu z Aniołem Portugalii pastuszkowie czuli się wyczerpani, chodziło stworzenie o wyższej naturze. Jako że dzieci były tej samej natury co Najświętsza Panna, przy spotkaniu z Nią czuły się bardziej swobodnie. Potwierdza to dogmat wiary o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny do nieba wraz z ziemskim ciałem.

    4.       Znaczenie modlitwy, pokuty, ofiary i umartwienia dla nawrócenia grzeszników

    Ludzie współcześni, słysząc o umartwieniu i pokucie, kojarzą te hasła ze średniowieczem. Kryzys moralny ogarniający cały świat jest niezwykle poważny, wymaga ciągłej modlitwy, pokuty i ofiary. Prawda ta stale przewija się w Orędziu Matki Bożej Fatimskiej. W swojej niewinności dwoje młodszych pastuszków zrozumiało potrzebę ofiarowania się jako przebłagalne ofiary. Ale przecież apel Matki Bożej, w którym zwraca się z prośbą o modlitwę i pokutę, odnosi się również do reszty ludzkości.

    Zwykli śmiertelnicy mogą dużo zyskać umartwiając ciało. Praktyka ta pozwala opanować niesforne namiętności, które przechodzą pod kontrolę łaski i woli. Cierpienie bowiem łatwo staje się potęgą w sprawach Bożych. Pan Jezus odkupił ludzkość poprzez krwawą ofiarę i ogromne cierpienia znoszone na Kalwarii.

    5.       Prześladowania z powodu objawień

    Objawienia Matki Bożej były dla dzieci niewątpliwym wyróżnieniem, ale przecież nie tylko. Trójka pastuszków poniosła ciężkie ofiary przez sam fakt świadczenia o przybyciu Maryi do Fatimy. Szczególnie cierpiała Łucja – nie wierzyła jej ani matka, ani krewni, którzy w dodatku przestali okazywać jej jakąkolwiek czułość. Te cierpienia młodej dziewczynki musiały być bardzo intensywne.

    Chociaż Franciszek i Hiacynta nie spotkali się z prześladowaniami w rodzinie, narażeni byli na stałe kpiny ze strony sąsiadów i szyderstwa przybyszy. Co więcej, świeckie media narażały dzieci na śmieszność i sarkazm. Krajowe gazety prowadziły ohydną kampanię nienawiści i oczerniania. Wszystko, by zdyskredytować objawienia. Pomimo tych zniewag dzieci zachowywały się z godną podziwu cierpliwością. Co więcej, zawsze pamiętały o wezwanie Matki Bożej, by ofiarować swoje cierpienia za grzeszników.

    6.       Zmiany w Nabożeństwie Pięciu Pierwszych Sobót

    Matka Boża prosiła pierwotnie, by przystępować do spowiedzi i Komunii Św. przez pięć pierwszych sobót miesiąca, odmawiać pięć dziesiątek Różańca i medytować przez 15 minut nad tajemnicami, w celu zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi. Jednak Łucja, w trakcie kolejnego objawienia opowiedziała o trudnościach w wypełnianiu tego nabożeństwa. Zostały więc wprowadzone zmiany: do spowiedzi można przystępować w inne dni niż w pierwszą sobotę, o ile Pan Jezus jest przyjmowany godnie i z zamiarem zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi. A jeśli ktoś zapomni o wypowiedzeniu intencji, może to zrobić przy okazji następnej spowiedzi, korzystając z pierwszej ku temu sposobności.

    Siostra Łucja wyjaśniła także, że nie ma potrzeby rozważać wszystkich tajemnic Różańca w każdą pierwszą sobotę miesiąca – wystarczy rozważać jedną z nich albo kilka.

    7.       Dlaczego ustanowiono Nabożeństwo Pięciu Pierwszych Sobót?

    Nabożeństwo to odpowiada pięciu rodzajom grzechów i bluźnierstw popełnianych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi. Są to:

    – bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu;

    – bluźnierstwa przeciw Jej dziewictwu;

    – bluźnierstwa przeciw Jej Boskiemu macierzyństwu

    – wpajanie nienawiści, obojętności, a nawet pogardy do Niepokalanej Matki w sercach dzieci;

    – bezpośrednie lżenie Jej świętych wizerunków

    8.       Udaremnienie większego cudu niż cud słońca!

    Siostra Łucja ujawniła, że słynny „cud słońca” mógłby być jeszcze większy. Dzieci zostały jednak uprowadzone przez Arthura Oliveira Santosa, administratora Rady Administracyjnej Vila Nova de Ourém.

    Jest to przykład przestępstwa popełnionego wbrew woli Matki Bożej, którego nie ukarała. Tak czy inaczej, tłumy osób zebranych w Fatimie po południu 13 października 1917 r. zostały pozbawione możliwości ujrzenia znacznie większego cudu, niż i tak ogromny „cud słońca”.

    9.       Zorza polarna czy ostrzeżenie przed wojną?

    Siostra Łucja uznała nadzwyczajne światło świecące nad Europą w nocy z 25 na 26 stycznia 1938 roku w godzinach od 20:45 do 01:15 za „wielki znak” od Matki Bożej, wskazujący, że nieuchronnie zbliża się wojna.

    Astronomowie i sceptycy orzekli oczywiście, że była to jedynie zorza polarna. Jednak większość z nich zaświadczała, że postać jaką przybrała, nie miała wcześniej precedensu.

    10.   Ostatnie, porażające słowa Hiacynty

    Zaledwie 10-letnia Hiacynta była dziewczyną nad wyraz dojrzałą. Posiadała prorocze wizje i wiele prywatnych objawień. Słowa wypowiedziane przez Hiacyntę ukazują też głębię jej duszy w obliczu moralnego upadku świata. Oto jedne z jej ostatnich słów:

    – Grzechami prowadzącymi najwięcej dusz do piekła są grzechy cielesne.

    – Aby być czystym na ciele konieczne jest utrzymanie czystości. Być czystą na ciele to znaczy strzec niewinności. A być czystą na duszy to znaczy nie grzeszyć, nie oglądać tego, czego nie powinno się widzieć, nie kraść, nie kłamać, mówić zawsze prawdę, także wtedy, gdy nas to wiele kosztuje.

    – Mody, które nadejdą, będą bardzo obrażać Pana. Osoby, które służą Bogu, nie mogą iść za głosem mody. W Kościele nie ma zmiennych mód. Jezus jest zawsze ten sam.

    – Lekarzom brak światła i wiedzy, by leczyć chorych, bo brak im miłości Boga.

    – Księża powinni zajmować się tylko sprawami Kościoła. Księża powinni być czyści, bardzo czyści. Nieposłuszeństwo kapłanów i zakonników wobec ich przełożonych i wobec Ojca Świętego bardzo obraża Jezusa.

    – Aby być zakonnicą, trzeba być bardzo czystą duszą i ciałem.

    – Wiele jest niedobrych mód; nie podobają się one Jezusowi, nie są Boże.

    – Spowiedź jest sakramentem miłosierdzia. Dlatego trzeba zbliżać się do konfesjonału z ufnością i radością. Bez spowiedzi nie ma zbawienia.

    malk/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Watykan: złożono dokumentację o życiu, cnotach i opinii świętości s. Łucji z Fatimy

     

    Łucja dos Santos wraz z młodszą Hiacyntą Marto

    Łucja dos Santos wraz z młodszą Hiacyntą Marto/pl.wikipedia.org

    ***

    Postulatorzy sprawy beatyfikacyjnej s. Łucji od Jezusa (Lúcia dos Santos), jednej z trojga dzieci, którym w 1917 ukazała się Matka Boża w Fatimie złożyli na ręce prefekta Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, kard. Marcello Semeraro dokumentację o jej życiu, cnotach i opinii świętości (Positio Super Vita, Virtutibus et Fama Sanctitati) – informuje agencja Ecclesia.

    Jak stwierdza Sanktuarium Fatimskie przekazanie „Positio” jest ważnym momentem w procesie beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym Służebnicy Bożej w jego rzymskiej fazie. Tom ten zawiera biografię siostry Łucji, opartą na dokumentach zebranych podczas diecezjalnej fazy procesu (która miała miejsce w diecezji Coimbra w latach 2008-2017); „Informatio” (informację), opisującą cnoty, którymi żyła zakonnica, a także listę zeznań świadków, jej Dzienniczek i inne niepublikowane dokumenty, „uznane za istotne w procesie”.

    Dokument ten zostanie przeanalizowany przez grupę dziewięciu teologów, którzy wydadzą swoją opinię, aby ustalić, czy s. Łucja „praktykowała cnoty w stopniu heroicznym”.

    Pozytywna opinia Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych jest przedstawiana papieżowi, który zatwierdza publikację odpowiedniego dekretu. Do etapów beatyfikacji i kanonizacji konieczne jest zatwierdzenie cudu przypisywanego wstawiennictwu odpowiednio Czcigodnego Sługi Bożego lub błogosławionego.

    Faza diecezjalna procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego siostry Łucji od Jezusa (1907-2005), jednej z trzech widzących z Fatimy, dobiegła końca 13 lutego 2017 r. w kościele karmelitek w Coimbrze. Proces obejmował analizę tysięcy listów i tekstów, a także przesłuchanie 61 świadków.

    Łucja Rosa dos Santos, siostra Maria Łucja od Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi zmarła 13 lutego 2005 r. w wieku 97 lat, po kilkudziesięciu latach życia w klauzurze w Karmelu w Coimbrze.

    Proces ten rozpoczął się w 2008 roku, trzy lata po jej śmierci, kiedy to obecny papież-senior Benedykt XVI zrezygnował z pięcioletniego okresu oczekiwania ustanowionego przez prawo kanoniczne.

    Franciszek i Hiacynta Marto, dwoje pozostały dzieci z Fatimy, zostali kanonizowani przez papieża Franciszka, w Fatimie 13 maja 2017 r.

    Łucja urodziła się 22 marca 1907 roku w Aljustrel, w Portugalii. 13 maja 1917 roku, wraz z kuzynami Franciszkiem i Hiacyntą, doświadczyła pierwszego objawienia się Matki Bożej w Cova da Iria. Podczas kolejnego widzenia Łucja otrzymała od Maryi misję: „Ty jednak zostaniesz tu przez jakiś czas. Jezus chce posłużyć się tobą, aby ludzie mnie poznali i pokochali. Chciałabym ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca”.

    3 października 1934 roku złożyła śluby wieczyste w Zgromadzeniu Sióstr św. Doroty. 25 marca 1948 roku za specjalnym pozwoleniem papieża Piusa XII wstąpiła do karmelitanek bosych w Coimbrze. Przyjęła imię siostry Marii Łucji od Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi. Zmarła 13 lutego 2005 roku w klasztorze w Coimbrze.

    Watykan-Fatima/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    SOBOTA 14 PAŹDZIERNIKA

    WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA ZAPRASZA WSZYSTKICH CHĘTNYCH NA SPOTKANIE DO SALI PARAFIALNEJ PRZY KOŚCIELE ŚW. PIOTRA NA GODZ. 15.30, ABY WSPÓLNIE OBEJRZEĆ FILM “ULMOWIE, BŁOGOSŁAWIONA RODZINA”.

    OD GODZ. 17.00 – MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z XVIII NIEDZIELII

    PO MSZY ŚW. PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM – KORONKA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ

    *******

    Pietro Lorenzetti/WIKIMEDIA COMMONS

    *******

    Dlaczego siedem mieczy?

    W ikonografii przedstawia się Matkę Bożą Bolesną najczęściej na trzy sposoby. Najstarsze wizerunki pokazują Maryję pod krzyżem Chrystusa. Ok. XIV w. upowszechniło się ukazywanie Jej z Jezusem złożonym po śmierci na Jej kolanach, tj. w formie Piety. W tym samym czasie pojawiać się zaczęły bardzo dosłowne w swej wymowie obrazy osamotnionej Matki Bożej z mieczem przebijającym Jej pierś lub serce. Stopniowo liczba mieczy wzrasta do siedmiu. Obrazują one motyw siedmiu boleści Maryi, utożsamianymi z konkretnymi scenami z Jej życia, począwszy od spotkania z Symeonem i jego zapowiedzią: „A Twoją duszę miecz przeniknie (…)” (Łk 2,35). Są nimi kolejno: proroctwo Symeona, ucieczka do Egiptu, zgubienie Jezusa, spotkanie z Jezusem na Drodze Krzyżowej, ukrzyżowanie i śmierć Jezusa, zdjęcie Jezusa z krzyża oraz złożenie Jezusa do grobu.

    Rozważanie boleści Maryi i naśladowanie Jej cnót obrał sobie za cel zakon serwitów, tj. Sług Najświętszej Maryi Panny, do którego należał m.in. św. Peregryn Laziosi, patron chorych na raka. To w tym zgromadzeniu w XIII w. powstał pierwowzór jednej z najstarszych modlitw czczących Matkę Bożą Bolesną – Koronki do Siedmiu Boleści NMP.

    Siedem razy siedem

    Sama Maryja upominała się o rozważanie Jej boleści. Objawiając się św. Brygidzie, powiedziała: „Spoglądam na ludzi żyjących na ziemi i szukam między nimi tych, którzy by rozmyślali nad Moimi boleściami, lecz niestety mało takich znajduję. Zapominają o Mnie”. Mistyczce Weronice z Bianasco zwrócił na to uwagę Pan Jezus: „Drogimi są dla Mnie łzy wylane w rozmyślaniu nad Męką Moją. Lecz łzy wylane nad boleściami Matki Mojej jeszcze bardziej Mnie poruszają. A to dlatego, że tak bardzo kocham Moją Matkę”.

    Koronka do Siedmiu Boleści Maryi

    Koronkę do Siedmiu Boleści Maryi zatwierdził papież Benedykt XIII w 1724 r. Rozpowszechniona jest ona w całym Kościele. Matka Boża sama przypomniała o tym nabożeństwie (1981-83) podczas objawień trzem dziewczynkom w Kibeho w Rwandzie (w 2001 r. biskup diecezji Gikongoro, Augustina Misago objawienia te uznał za autentyczne; są to pierwsze Maryjne objawienia uznane przez Kościół w XXI wieku).

    Według biskupa Jana Chrzciciela Gahamanyi, z diecezji Butare w Rwandzie, Najświętsza Panna zwróciła się do jednej z widzących z Kibeho: To o co was proszę, to pokuta. Chcę jedynie skruchy – powiedziała 31 maja 1982 roku. Jeżeli będziecie odmawiać Koronkę do Siedmiu Boleści, rozważając ją, otrzymacie moc, by naprawdę żałować. Dziś wielu ludzi w ogóle nie umie prosić o przebaczenie. Nadal krzyżują mego Syna. Dlatego chciałam was przestrzec. Proszę cię powiedz o tym całemu światu dodała kiedy indziej (13.08.1982). Dziewica kocha tę Koronkę. Pragnie, aby została na nowo rozszerzona w Kościele. Prosi, by odmawiać tę Koronkę często, zwłaszcza we wtorki i piątki, rozważając każdą tajemnicę. Prośmy Ducha Świętego, by pobudził nasze serca do pobożnego i owocnego rozważania tajemnic siedmiu boleści Maryi.

    Sposób odmawiania Koronki do Siedmiu Boleści

    Znak Krzyża Świętego
    P. Matko Bolesna, porusz serce moje.
    W. Abym w boleści umiał wniknąć Twoje.

    Boleść pierwsza: Proroctwo Symeona
    Starzec Symeona przepowiada Maryi, że duszę Jej przeszyje miecz.
    A stanie się to dlatego, że jej Synowi, będą się niektórzy sprzeciwiać.
    Owocem tajemnicy jest poddanie się woli Bożej, jak Maryja.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść druga: Ucieczka do Egiptu
    Na polecenie Anioła Józef wziął dziecię i Matkę jego i uszedł do
    Egiptu przed złością Heroda. Maryja w czasie tej tułaczki przeżyła
    wiele zmartwień. Owocem tajemnicy jest słuchanie głosu Bożego, jak Maryja.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść trzecia: Szukanie Pana Jezusa, który pozostał w świątyni
    Jezus zaginął w Jerozolimie, trzy dni Maryja wraz z Józefem
    bolejąc szukali Jezusa. Czy może być większa boleść dla Matki?
    Owocem tajemnicy jest tęsknota za Jezusem.
    Jezusa i Jej współcierpienia.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść czwarta: Spotkanie Pana Jezusa dźwigającego krzyż
    Skazany na śmierć Jezus dźwiga krzyż na Golgotę.
    A oto w drodze spotyka się z Matką swoją. Rzewne musiało być to spotkanie.
    Owocem tajemnicy jest cierpliwe znoszenie krzyżów.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść piąta: Śmierć Pana Jezusa na krzyżu
    Obok krzyża Jezusowego stała Matka Jego.
    Mężnie współcierpiała z Synem dla zbawienia świata.
    Owocem tajemnicy jest panowanie nad złymi skłonnościami.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść szósta: Złożenie martwego ciała Syna na kolana Matki
    Zdjęte z krzyża: Ciało Jezusowe złożono w ramiona Maryi.
    Jezus przestał już cierpieć, a Ona jakby uzupełnia to,
    czego nie dostaje cierpieniom Jezusowym.
    Z największą czcią i wdzięcznością całuje Jego święte Rany i obmywa je swymi łzami.
    Owocem tajemnicy jest szczery żal za grzechy.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść siódma: Złożenie Pana Jezusa do grobu
    Umęczone Ciało Jezusowe złożono do grobu w obecności Matki Najświętszej.
    Żegnała je Maryja z bólem i z wielką wiarą, że Syn zmartwychwstanie.
    Owocem tajemnicy jest prośba o szczęśliwą śmierć.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Dla uczczenia łez wylanych przez Matkę Boża Bolesną:
    3 x Zdrowaś Maryjo
    Za dobrodziejów żywych i umarłych:

    Witaj Królowo, Matko miłosierdzia
    P. Niech pomoc Bożą zawsze nam wyprasza.
    W. Matka Chrystusa i Matka nasza.

    adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pamiętacie pastora, który kopnął figurkę Dziewicy, Matki Boskiej z Aparcida? [Wideo]

    24.09.2023/fot. Screenshot – YouTube (Cristão de Opinião!)

    ***

    Pamiętacie pastora, który kopnął figurkę Dziewicy, Matki Boskiej z Aparcida?

    Pamiętacie pastora Sergio von Heldera?

    Aby odświeżyć Twoją pamięć: 12 października 1995 r., Dzień Matki Bożej, podczas programu ′′Słowo Życia′′ transmitowanego w TV Record, pastor Von Helder miał to, co możemy nazwać dostępem wściekłości, niekontrolowania i całkowitego braku szacunku dla wiary innych i zaczął kopać wizerunek patronki Brazylii, generując jedną z Największe kontrowersje religijne w historii naszego kraju.

    **

    Biskup Kościoła Powszechnego Królestwa Bożego skończył skazany za ′′podżeganie do dyskryminacji uprzedzeń religijnych poprzez słowa i gesty”, ale nigdy nie wyobrażał sobie większego żalu, który dopiero miał nastąpić…

    Pewnego dnia w telewizji Nowa Piosenka (kanał 20 UHF RJ) podczas homilii lub Ojciec Edmilson przypomniał sobie fakt, co wydawało nam się to tak odległe, ale to co on ujawnił na koniec było bardziej niż zaskakujące.

    Jakiś czas po odcinku prorgamu pastor von Helder poczuł silny ból lewej nogi, taki sam, którym kopnął figurkę Matki Najświętszej. Od tego czasu ból powoli bez wyjaśnienia wzrastał do tego stopnia, że musiał szukać pomocy medycznej. Von Helder próbował różnych rodzajów leczenia w kraju, ale bez rezultatów… Ból po prostu nie ustępował.

    Zachęcany przez lekarzy, Sergio pojechał po pomoc w Stanach Zjednoczonych, do wyspecjalizowanej kliniki. Miał tam zapewnioną dobrą opiekę i miło spędził czas. Była tam też pielęgniarka, która zawsze poświęcała mu szczególną uwagę, towarzysząc mu przez wszystkie trudne chwile i pomgając w znoszeniu ogromnego cierpienia, zwłaszcza nocami, kiedy ból nie chciał ustąpić. Ona zawsze dbała o jego nogę i dodawała mu otuchy i nadziei. I tak minął czas i powoli leczenie przynosiło efekty, aż do pełnego wyleczenia. Jego radość była tak ogromna, że poruszony postanowił wydać przyjęcie pożegnale z podziękowaniami dla całej ekipie, która się nim opiekowała.

    Podczas imprezy Sergio zdał sobie sprawę, że pielęgniarka, która była tak ważna w jego powrocie do zdrowia, tam nie było. Poszedł więc do dyrektora kliniki, aby dowiedzieć się, gdzie jest i zapytał, gdzie jest czarna, miła i troskliwa pielęgniarka, która pocieszała go podczas wszystkich nocy, kiedy nie mógł znieść bólu i rozpaczał… Ku zdumieniu Sergio, dyrektor powiedział mu, że nie zna takiej pielęgniarki i że nie było żadnej czarnej pielęgniarki pracującej w tym rejonie szpitala. Sergio nadal nalegał, pytając nawet innych lekarzy i pielęgniarki, czy istnieje szansa, że pochodzi z innego oddziału szpitala, ale nikt nie miał pojęcia, kim ona jest..

    Wtedy były pastor Sergio von Helder w połowie imprezy padł na kolana do płaczu, zdając sobie sprawę z tego, co się s.tało… Nikt nic z tego nie rozumiał. Nie było bowiem nic do zrozumienia. Sergio zauważył, że przez cały ten czas pielęgniarka, która była przy nim we wszystkich chwilach bólu i trudności była Matką Boską z Zwierzchni.

    Nieskończona dobroć Boga i miłość Matki, która nawet upokorzona nie opuściła swojego dziecka w chorobie.

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kardynał Newman i piękno katolickiego otrzeźwienia (opinia)

    Otrzeźwienie i wynikające zeń nawrócenie Johna Henry’ego Newmana na prawdziwą Wiarę przyniosło Wielkiej Brytanii trwające ponad wiek odrodzenie katolickie, efektem którego na zawsze pozostanie m.in. twórczość Chestertona czy Tolkiena.

    We wrześniu 2010 roku miałem zaszczyt być zaproszonym, by wraz z Raymondem Arroyo oraz ks. Robertem Sirico zostać oficjalnym komentatorem telewizji EWTN, która relacjonowała na żywo wizytę Benedykta XVI w Wielkiej Brytanii. W istocie radością i przywilejem było podążanie za papieżem, kiedy odwiedzał miejsca rozbrzmiewające katolickim znaczeniem. Złożył wizytę w Westminster Hall, gdzie Tomasz Morus stanął przed sądem, i Westminster Abbey, by pomodlić się w sanktuarium św. Edwarda Wyznawcy. Pobłogosławił tłumy w Hyde Park – tylko rzut kamieniem od miejsca Tyburn Tree (Drzewa Tyburn), machiawelicznego ołtarza, na którym zamordowano licznych katolickich męczenników. Wyglądało to tak, jakby miejsca wybrane na wizytę papieża zostały starannie wyselekcjonowane, by przypomnieć Anglikom o ich katolickim dziedzictwie i ostrzec ich o niebezpieczeństwach nieodłącznych dla sekularnej nietolerancji wobec Kościoła. Celem wizyty papieża jednakże nie było przede wszystkim świętowanie katolickiego dziedzictwa Anglii, ale beatyfikacja Johna Henry’ego Newmana. Czyniąc tak, papież nie tyle świętował historię, co ją tworzył. Newman był pierwszym Anglikiem, poza angielskimi męczennikami reformacji, który został beatyfikowany od czasów reformacji; był także pierwszym Anglikiem, urodzonym po XVII wieku, który miał być wyniesiony na ołtarze.

    John Henry Newman urodził się w roku 1801, u zarania XIX wieku i zmarł w roku 1890, gdy słońce zaczęło zachodzić nad tą najbardziej katalityczną i katastroficzną z epok. W czasie długiego i pełnego wydarzeń życia Newmana nowe idee doprowadziły do sejsmicznych zmian w postrzeganiu przez nowożytnego człowieka samego siebie. Karol Marks przystosował idee Hegla do służby w polityce rewolucyjnej, spuszczając tym samym z łańcucha ideologię, która pochłonie życie dziesiątków milionów ludzi w następnym stuleciu. Charles Darwin przedstawił ewolucję gatunków od prymitywnych początków, tym samym zapoczątkowując pojęcie biologicznego progresywizmu i chronologicznego snobizmu, który jest jego następstwem. Friedrich Nietzsche ogłosił bezczelnie, że Bóg umarł, ubóstwiając tym samym człowieka. Zygmunt Freud zastąpił świadomą wolę podświadomymi kompleksami, tym samym zastępując racjonalne wybory moralne irracjonalnymi popędami psychicznymi. Europę ogarnęły rewolucje, gdy nacjonalizm i socjalizm zagroził staremu porządkowi, zasiewając ziarna narodowego socjalizmu i jego międzynarodowego komunistycznego Wielkiego Brata. Imperium Brytyjskie zagarnęło świat, kładąc fundamenty globalizmu. Był to czas zmian i niepewności, a jednak jednocześnie – i jak świadczy życie Newmana – był to także czas odnowy religijnej i odradzającego się tradycjonalizmu.

    Miejsce Newmana w odrodzeniu katolickim jest nadrzędne. W istocie jest on samym ojcem tego odrodzenia.

    W chwili narodzin Newmana Kościół katolicki w Anglii był w przeważającej mierze wykorzeniony z narodowego życia i świadomości. Pomiędzy latami trzydziestymi XVI wieku a osiemdziesiątymi wieku XVII uśmiercono za wiarę niezliczone zastępy katolików. Znamy ponad stu kanonizowanych i beatyfikowanych męczenników angielskich i wielu innych, których ostateczna ofiara złożona za wiarę nie została przez Kościół oficjalnie uznana. W następstwie tak zwanej „chwalebnej” rewolucji roku 1688, która zdetronizowała katolickiego monarchę Jakuba II, dwa powstania jakobickie dążyły do powrotu prawdziwych następców króla na tron. W czasie drugiego z tych powstań zwolennicy „pięknego księcia Karolka” zostali ostatecznie w roku 1746 pokonani w bitwie pod Culloden, co rozbiło w drobny mak wszelkie realistyczne nadzieje powrotu katolickiej monarchii. W tym momencie, po ponad 200 latach niesłabnących prześladowań, wydawało się, że dla kurczącej się katolickiej populacji Anglii wszystko zostało stracone. Nieliczne rodziny rekuzantów, które trwały uparcie i dogmatycznie przy wierze i wbrew toczącej się przeciwko nim wojnie na wyniszczenie, pogodziły się z tym, że pozostaną na marginesie życia Anglii, wykluczone z awansu w polityce i społeczeństwie z powodu zakorzenionego i zinstytucjonalizowanego uprzedzenia ich rodaków. Taki był świat, w którym urodził się Newman i w którym miał on odegrać ważną rolę.

    Nawrócenie Newmana w roku 1845, szesnaście lat po równouprawnieniu katolików i pięć lat przed przywróceniem katolickiej hierarchii w Anglii, zwiastowało narodziny odnowy, która ujrzy wskrzeszenie wiary katolickiej w świecie anglojęzycznym. Przed nawróceniem Newmana katolicyzm był postrzegany przez Brytyjczyków jako obca religia, za którą opowiadały się śniade i zabobonne typy śródziemnomorskie. Gdy potęga Wielkiej Brytanii osiągnęła swą pełnię jako imperium, a potęga Włoch, Hiszpanii i Portugalii osiągnęła stan względnej bezsilności, łatwo było Brytyjczykom odczuwać swą lepszość i wyrażać lekceważenie – katolicyzm uważali za prymitywną i zacofaną religię dla ludzi prymitywnych i zacofanych. Przyjęcie Newmana do Kościoła katolickiego wywołało zamęt w tym snobizmie. Znany był on jako jeden z najświetniejszych intelektów swoich czasów i trudno było lekceważąco zbyć poddanie się takiego geniusza intelektu historycznym i dogmatycznym roszczeniom Rzymu.

    Newman dokonał intensywnych badań wczesnego Kościoła i doszedł do wniosku, że wiara ojców Kościoła była tą samą świętą, katolicką i apostolską wiarą, jaką głosił i nauczał Kościół katolicki jego czasów. Wiedza Newmana i jego elokwencja w wyrażaniu jej, wstrząsnęła establishmentem anglikańskim, kwestionując założenia i uprzedzenia, na których zbudowano fundamenty Kościoła anglikańskiego.

    W następstwie nawrócenia Newmana fala nawróceń z wyższych szczebli społecznych przekroczyła Tyber, a nawrócenie stało się niemal modne. Jednocześnie olbrzymi napływ irlandzkich imigrantów, uciekających przed wielkim głodem, znacznie zwiększył liczbę katolików z klasy robotniczej. Niemal nagle katolicyzm stał się znaczącą siłą w społeczeństwie brytyjskim, gdy obecność rosnącej liczby uczonych konwertytów zbiegła się z rosnącą obecnością plebejskich irlandzkich imigrantów. Wynikiem tego okaże się odrodzenie katolickie, które będzie trwać ponad wiek.

    Pierwszy okres tego odrodzenia można nazwać okresem Newmana, a trwał on od nawrócenia tego wybitnego człowieka w roku 1845, aż do jego śmierci w roku 1890. Drugim okresem albo tym, co można by nazwać interludium dekadenckim, był okres obejmujący ostatnią dekadę wieku, w której pisarze i artyści fin de siècle’u flirtowali z Rzymem i ostatecznie ulegli urokowi Kościoła. Wśród konwertytów tej dekady znaleźli się Oscar Wilde, Aubrey Beardsley, Ernest Dowson i Lionel Johnson. Następny ważny okres tego odrodzenia można by nazwać okresem Chesterbelloca, w którym dominowały postaci Belloca i Chestertona i który trwał od roku 1900 – gdy po raz pierwszy opublikowano Chestertona – aż do 1936 roku, roku jego śmierci. Ostatni okres można nazwać okresem Inklingów, w którym górowały postaci Tolkiena i Lewisa, a trwał on od roku 1937, kiedy opublikowano Hobbita, do roku 1973, kiedy Tolkien zmarł.

    Można stwierdzić, że do ogromu katolickiego odrodzenia, które umieściło katolicyzm w centrum, a nawet na szczycie artystycznego i kulturalnego życia Wielkiej Brytanii, nie doszłoby, gdyby nie nawrócenie Newmana, którego katalityczną naturę trudno przecenić.

    Umieściwszy znaczenie Newmana w obrębie jego kontekstu historycznego, konieczne jest także spojrzenie – choć krótkie – na jego wpływ jako historyka, teologa, filozofa, pedagoga, apologety, powieściopisarza i poety.

    Znaczenie Newmana jako historyka jest zakorzenione w jego pionierskiej pracy na temat wczesnego Kościoła, która przekonała go, jak i przekonała pokolenia tych, którzy go czytali, że studiowanie ojców Kościoła, jak i pierwszych herezji, dostarcza przekonujących dowodów o prawdziwości twierdzeń katolicyzmu. Newman twierdził, a jego dzieło pokazało, że im bardziej ktoś zagłębia się w historię, tym bardziej staje się katolikiem.

    Jako teologa, słusznie wysławia się Newmana za jego esej O rozwoju doktryny chrześcijańskiej (1845 r.), który miał potężny wpływ na zrozumienie przez Kościół tego, jak jego doktryna się rozwija, nie zmieniając nigdy w swoich podstawach. Najzwięźlejsze streszczenie tego rozumienia rozwoju doktryny Kościoła zostało podane przez Tolkiena w liście do jego syna, w którym przyrównał on Kościół do drzewa. Mylne byłoby postrzegać w pełni rozwinięte drzewo, tj. Kościół po dwóch tysiącleciach rozwoju, jako coś gorszego od nasiona, z którego wyrósł czy też drzewka, jakim niegdyś był, tj. Kościoła pierwszych wieków. To drzewo (Kościół) jest takie samo w ciągu wszystkich epok, rozwijając się i rosnąc organicznie i nigdy nie zmieniając swojej podstawowej „drzewości” (tj. prawdy, której Kościół uczy, i prawdy, którą jest).

    W filozofii zaś Newman najbardziej znany jest z eseju Gramatyka przeświadczenia (1870 r.), który pokazuje niedoskonałość rozumowania redukcyjnego, takiego jak logika, jako środka zrozumienia pełni prawdy. Do wiary się dochodzi poprzez współzależność łączących się prawdopodobieństw, do których musi się przychylić wola. Jako pedagog Newman bronił humanistyki w Idei uniwersytetu (1852 r.), jednocząc klasyków pogańskiej starożytności z dziedzictwem świata chrześcijańskiego. Jeśli chodzi o Newmana jako apologetę, to jego nowatorska Apologia pro vita sua (1846 r.) pozostaje jedną z największych duchowych biografii, jaką kiedykolwiek napisano, być może największą, z oczywistym wyjątkiem Wyznań św. Augustyna. Jego rola jako apologety jest także widoczna w jego powieściach Strata i zysk (1845 r.) oraz Kalista (1855 r.), jak również w jego kazaniach oraz potyczkach z błędami anglikanizmu. Ostatnią, lecz bez wątpienia nie mniej ważną, jest pozycja Newmana jako stylisty najwyższej rangi w prozie i pierwszorzędnego poety.

    Nim zakończymy, konieczna jest pobieżna wzmianka o późniejszych pokoleniach słynnych konwertytów, na których Newman miał olbrzymi wpływ. Wśród nich znajduje się Gerard Manley Hopkins – bez wątpienia największy poeta w epoce wielkich poetów – który został przyjęty do Kościoła przez samego Newmana w roku 1866. Pozostali, którym Newman w znacznej mierze pomógł w ich drodze do Rzymu, to m.in. Oscar Wilde, Maurice Baring, R.H. Benson, Christopher Dawson, Ronald Knox, Evelyn Waugh, Graham Greene, Muriel Spark i Alec Guinness – by wymienić tylko kilku znamienitych. Wspomnieć należy także Hilairego Belloca i J.R.R. Tolkiena, dwóch gigantów katolickiego odrodzenia, z których obaj zdobyli wykształcenie w szkole Oratorium w Birmingham, założonej przez Newmana.

    Newman był na tak wiele sposobów błogosławieństwem dla Kościoła. Jakże jest zatem stosowne, że Kościół obdarzył Newmana tym wielkim błogosławieństwem, jakim jest wyniesienie go na ołtarze. Szczęśliwy Newman jest w obecności wizji uszczęśliwiającej. Osiągnął on jedyny cel, dla którego warto żyć. Zatem chwała powinna utorować drogę modlitwom.

    Święty Johnie Henry Newmanie, historyku, teologu, filozofie i poeto, módl się za nami!

    Joseph Pearce

    źródło: faithandculture.com/tłum. Jan J. Franczak/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Internetowy modlitewnik karmelitański

    Internetowy modlitewnik karmelitański

     

    15 października pamiętamy od św. Teresie z Ávili. Z tej okazji prezentujemy “Smak Karmelu” – modlitewnik karmelitański w postaci strony internetowej i aplikacji.

    Aplikacja Smak Karmelu pomyślana jest jako modlitewny przewodnik. Przeprowadza ona użytkowników przez kolejne etapy codziennej modlitwy medytacyjnej. Oferuje także podcasty (Spotify, Google Podcasts, Apple Podcasts) oraz filmy (YouTube) dotyczące modlitwy, zwłaszcza karmelitańskiej oraz wybitnych postaci Karmelu (św. Jana od Krzyża, św. Teresy z Ávili, św. Teresy z Lisieux, św. Teresy Benedykty – Edyty Stein) i ich dzieł.  Całości dopełniają informacje z życia Karmelu. Wszystko to przygotowywane jest przez karmelitów z polskiej prowincji południowej.

    Bliźniacza w stosunku do aplikacji jest strona internetowa Smak Karmelu. Prócz treści zawartych w aplikacji można na niej znaleźć także informacje o Szkole Modlitwy oraz rekolekcjach karmelitańskich.

    ______________________________________________________________________

    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część 1). W którym miejscu jesteś Ty?

    Dziś pierwszy odcinek, w którym o. Serafin Maria Tyszko OCD, rekolekcjonista z klasztoru kontemplacyjno-formacyjnego Zwola (Zaniemyśl) k. Poznania przedstawia kolejne etapy życia duchowego – tak jak je opisuje św. Teresa z Ávili w swym wielkim dziele “Zamek wewnętrzny”. Kolejne rozmowy ukazywać się będą w najbliższych dniach.

    Jarosław Dudała: Św. Teresa z Ávili porównała życie duchowe do wchodzenia w głąb twierdzy…

    O. Serafin Tyszko: Nie twierdzy, a zamku. Słowo castillo (zamek) jest u Teresy absolutnie dominujące. Na drugim miejscu jest palacio (pałac), dopiero na trzecim jest fortaleza (twierdza, warownia). To jest u niej bardzo świadome. W pałacu można tylko mieszkać i urządzać spotkania, zabawy polowania etc. W twierdzy można się tylko bronić, ewentualnie atakować, nie ma w niej własnego, “wypasionego”, godnego miejsca dla granda, infanta etc.

    A w zamku jest i to, i to. Jest miejsce, w którym można się bawić (gdzie Bóg słodko udziela się człowiekowi), jest i estancia (apartament królewski), jest obronna fosa, są i obronne mury, na których można skutecznie się bronić, a może nawet robić ofensywne wypady. Gdyby dominantą było palacio, to by oznaczało, że życie duchowe jest bajką, zabawą. Gdyby Teresa pisała to w kluczu twiedza-warownia, to by oznaczało, że życie duchowe to ciągła walka, “bijatyka”. A ona świadomie używa słowa castillo, zamek, gdzie jest i to, i to.

    Wejdźmy więc do zamku. Jesteśmy w jego pierwszej komnacie (czy mieszkaniu). Co znajdujemy na tym etapie życia duchowego?

    Wejście do zamku to wejście w to, co klasycznie nazywamy łaską uświęcającą.

    Teresa zakłada – z czym współcześnie można polemizować – że wszyscy Hiszpanie są katolikami, mają podstawową, katechetyczną formację i chodzi tylko o to, żeby weszli w stan łaski uświęcającej. Zakłada liniowy rozwój. Owszem, ale bywają teraz i bywały wtedy gwałtowne radykalne doświadczenia nawrócenia – takie jak u łotra na krzyżu, Szawła z Tarsu, u ludzi, którzy nie mają żadnej tradycji rodzinnej albo mają ją minimalną. Ja też jestem taką osobą.

    U Teresy też tak było. Ona wstąpiła do klasztoru z trzema bardzo kiepskimi motywacjami. Sama pisze, że do przyprowadziło ją tam więcej strachu niż miłości, motywacja opłacalnościowa (wstąpiła, żeby się pewniej zbawić) i kumpela, która ją lubiła. Mówi się, że Teresa nigdy nie popełniła grzechu śmiertelnego – w porządku, nie neguję tego. Ale czy dokonało się w niej podstawowe, elementarne doświadczenie duchowe? Myślę, że ono się w niej dokonało… słabo. Bóg jednak miał swoje plany: “musimy się zabrać za tę kobietę!”. Trzeba było oczyścić jej motywacje – opłacalnościową, lękową, czyli niewolniczą i tę kumpelską. Dlatego po wstąpieniu do zakonu spotkało ją coś, co się zdarza dopiero w czwartym mieszkaniu. Ona mówi wręcz o doświadczeniu modlitwy zjednoczenia (z Bogiem), w co ja średnio wierzę. A jeśli tak było, to była to formuła nietrwała.

    Ogólnie rzecz biorąc, kiedy osoba wchodzi w stan łaski uświęcającej, odbywa porządna spowiedź – wchodzi do pierwszego mieszkania zamku wewnętrznego.

    Głównym elementem na tym etapie jest to, żeby się w tej łasce utrzymać. Na tym etapie odbywa się pierwsze poznanie: negatywne i pozytywne. Człowiek poznaje własną grzeszność (jeśli jej nie pozna, to żyje w iluzjach), ale się na tym nie zatrzymuje. Pojawia się drugi wątek – człowiek poznaje własne piękno. Widzi, że jest w nim warstwa bardzo piękna, a on jej albo nie znał, albo ona była w nim nieobudzona. Całe pierwsze mieszkanie to etap duchowej walki na rzecz poznania – negatywnego i pozytywnego. Dana osoba świadomie pojawia się wtedy na eucharystii, spowiada się i Bóg zaczyna ją leciutko oświecać w kierunku poznania prawdy o sobie; ewentualnie spotyka się z kimś, kto jej tę prawdę podpowiada.

    Co jest bardzo ważne? To, że niezależnie od ścieżki danej osoby, jest ona otwarta na to, by tę prawdę poznać na tyle, na ile w pierwszych mieszkaniach da się ją poznać. Potem się okaże, że to jest jeszcze niewystarczające, ale powiedzmy, że coś takiego już się wtedy dzieje.

    Taka osoba wykonuje praktyki religijne, praktykuje modlitwę ustną, toczy jakąś minimalną walkę, nie chce wyjść z tego zamku na zewnątrz (choć bywa niestety, że i tak z niego wychodzi).

    Jakie niebezpieczeństwa na nią czyhają? I co może zrobić, by pójść głębiej?

    Główne niebezpieczeństwo to cofnięcie się. Wyjście z zamku, wyjście z łaski uświęcającej. Albo sytuacja, w której taka osoba wchodzi i wychodzi, wychodzi i powraca. Co może zrobić? Trzymać się sakramentów, trzymać się uczestnictwa we mszy. Może zacząć coś czytać. Dokonuje małej walki i jest gotowa na pokorę, czyli poznanie siebie w prawdzie (poznanie pozytywne i negatywne).
    To jest mieszkanie pierwsze. Niektórzy przechodzą przez nie bardzo szybko, jeśli coś ze wspomnianych rzeczy praktykują.

    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część 2). W którym miejscu jesteś Ty?

    Dziś kolejna, druga już rozmowa z cyklu, w którym o. Serafin Maria Tyszko OCD, rekolekcjonista z klasztoru kontemplacyjno-formacyjnego Zwola (Zaniemyśl) k. Poznania przedstawia kolejne etapy życia duchowego – tak jak je opisuje św. Teresa z Ávili w swym wielkim dziele “Zamek wewnętrzny”. Kolejne rozmowy ukazywać się będą w najbliższych dniach.

    Jarosław Dudała: Co jest w drugim mieszkaniu zamku wewnętrznego, czyli co dzieje się na drugim etapie życia duchowego?

    Tam się zaczynają ciekawe rzeczy, ponieważ wchodząca tam osoba zaczyna mieć odetkane uszy, to znaczy: jest otwarta na słuchanie. W przypadku Teresy chodziło głównie o dobre homilie (ewentualnie konferencje, ale to raczej mało prawdopodobne) i czytanie książek. Nie miała wtedy jeszcze kontaktu z Biblią.

    To były inne czasy. Wtedy wręcz zakazywano samodzielnej lektury Pisma Świętego.

    Na tym polegała cała po-reformacyjna bieda, że uważano, iż niebezpiecznie jest czytać Pismo Święte. Czytały go osoby znające język łaciński mające za sobą odpowiednie katolickie studia biblijne na bazie łacińskiej Wulgaty. Św. Jan od Krzyża, na przykład, często i obficie czytał i cytował Pismo Święte. Jeśli ktoś nie znał łaciny – a Teresa znała ją bardzo słabo – to dostęp do Biblii był bardzo słaby. Teresa zaczęła jednak czytać książki, w których były aluzje do Biblii. Jej główną lekturą była “Vida de Cristo” (Życie Chrystusa), przetłumaczona z łaciny na kastylijski. (Jej autor kartuz Ludolf Saksoński był wcześniej dominikaninem, więc być może wyjątkowo pozwolono mu coś napisać. I dobrze, że mu pozwolono. Uważam, że ten jego tekst jest w wielu punktach bardzo aktualny do dnia dzisiejszego.)

    Jeżeli więc dana osoba, czyta, słucha kazań, nadal prowadzi życie sakramentalne i przetrwa ten okres, to przechodzi przez drugie mieszkanie. Ale to oczywiście nie wszystko.

    Jest jeszcze kolejny element, który ją utrzymuje: to pierwsze podpowiedzi, że życie modlitewne nie polega wyłącznie na odmawianiu modlitw. To pierwsze momenty medytacyjne. Mogą się nawet pojawić pierwsze elementy modlitwy wewnętrznej, a nawet zaczątki wewnętrznej modlitwy przyjacielskiego obcowania z Bogiem. Chodzi o to, żeby ta osoba coś z tego zaczęła już pielęgnować.

    Wtedy pojawia się w niej przekonanie, że duża cześć jej mentalności jest do głębokiego przeobrażenia. Czuje zaproszenie do pierwszej osobowej albo do drugiej, pogłębionej przemiany (metanoi). W drugim czy trzecim mieszkaniu to jest jeszcze niemożliwe, ale to pragnienie już się pojawia. Taka osoba ma już mentalność religijną, ale jest to mentalność ciągle w dużej mierze naturalistycznie religijna, słabo ewangeliczna, słabo nadprzyrodzona z silnymi elementami mentalności tego świata. Widać to szczególnie wyraźnie, jeśli jest ona uwrażliwiona (czy przewrażliwiona) na wymiar nadzwyczajnościowy. (Mamy z tym problem w naszym domu rekolekcyjnym w Zwoli koło Poznania. Pojawiają się u nas osoby z fascynacjami nadzwyczajnościowymi, prywatnoobjawieniowymi, a jeśli do tego dołączą jeszcze wątki spiskowe, to jest wiele rzeczy do prześwietlenia.)

    Wróćmy jednak do drugiego mieszkania. Teresa mówi, że przebywająca w nim osoba jest zaproszona i ma pierwsze przebłyski tzw. myślenia entendimiento, czyli zaczątki myślenia mądrościowego. Biblia nazywa to nous, a my na Zachodzie nazywamy to mens. Jest to mądrościowy intelekt czy mądrościowy rozum, który kiedyś będzie widział Boga twarzą w twarz. Poszukuje on prawdy i jakiegoś tejże prawdy pojmowania, przyjmowania i poddania jej swojego dotychczasowego myślenia. Jest to myślenie contra myśleniu “ulicznemu”, opartemu na subiektywnych opiniach, poglądach, prywatnych zdaniach czy wręcz plotkach. Człowiek w drugim mieszkaniu zaczyna być gotowy na prześwietlenie swojej dotychczasowej mentalności we wszystkich wymiarach. I ma już początki tego. Staje się otwartyna to, co dziś nazwalibyśmy doświadczeniami rekolekcyjnymi.

    Dotykają go na tym etapie pewne pokusy.

    U niektórych mogą to być kuszenia intelektualistyczne (“im więcej wiem, tym bardziej jestem świątobliwy”). Teresa widziała je u osób, które słuchały tzw. letrados (uczonych). Część z nich to byli jej przyjaciele dominikanie.

    U innych to mogą być kuszenia do bycia człowiekiem duchowo przegrzanym. Polegają one na przeakcentowaniu doświadczeń, przeżyć, doznań. Tacy ludzie woleli słuchać tzw. espirituales, czyli – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli – osób charyzmatyczno-mistycznych, które bardzo mocny akcent kładły na doświadczeniu. Nie mówimy tego negatywnie. Kimś takim był np. św. Piotr z Alkantary.

    Teresa się tymi akcentami nie przejmowała. Jeżeli widziała, że letrados nie bredzą wyłacznie intelektualistycznie, to słuchała ich. Ale zapraszała ich jednocześnie, żeby coś im się wydarzyło na modlitwie. Jeśli ktoś był ostrym espiritualem i gadał czy pisał także głupoty, to korzystała z tego, co dobre, ale też mówiła siostrom: “Bardzo proszę, żeby tej książki nie było w bibliotece”. Tak było z książką jednego z episprituales, franciszkanina nazwiskiem Francesco de Osuna. On napisał parę rzeczy genialnych, ale też dwie rzeczy głupie. Od niego zaczerpnęła tzw. modlitwę skupienia, koncepcję duchowej przyjaźni i metaforę zamku. A bzdury odrzuciła.

    Jedni więc kładli bardzo mocny akcent na wiedzy, inni bardzo mocny akcent kładli na doświadczeniu (bywało, że z dewiacjami). Teresa czerpała z obydwu tych nurtów, próbowała je połączyć. Jeśli mogła “wydoić” dobrego letradosa, to robiła to. Jeśli espiritual nie bredził skrajnie, to również mogła się z nim dogadać.

    U wspomnianego Ludolfa z Saksonii było połączenie bycia letrado espiritual.

    Podsumujmy teraz doświadczenia drugiego mieszkania.

    Drugie mieszkanie to taki misz-masz: trochę życia duchowego, trochę życia religijnego, trochę życia według świata. W drugim mieszkaniu czytasz książki, nadal korzystasz z sakramentów, zaczynasz pielęgnować pierwszą medytację. Zdajesz sobie sprawę, że twoje myślenie jest strasznie pomieszane. Jeżeli do tego dodasz trochę pokory, żeby być pouczanym, to przechodzisz do trzeciego mieszkania.

    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część 3). W którym miejscu jesteś Ty?

    To kluczowy etap życia duchowego – tak trzecim mieszkaniu “Zamku wewnętrznego” św. Teresy z Ávili mówi nasz przewodnik o. Serafin Maria Tyszko OCD. Oto kolejna rozmowa przedstawiająca etapy życia duchowego – tak jak je opisuje wielka hiszpańska mistyczka. Kolejne rozmowy o kolejnych etapach (mieszkaniach) ukazywać się u nas będą wieczorami w najbliższych dniach.

    Jarosław Dudała: Co jest w trzecim mieszkaniu “Zamku wewnętrznego”?

    o. Serafin Maria Tyszko: Teresa początkowo opisuje to bardzo obiecująco. W tym mieszkaniu dana osoba pogłębia swoje życie modlitwy. Modli się modlitwą medytacyjną (rozważaniami karmiących ją tekstów książek czy kazań). Pielęgnuje jakąś wstępną jakość modlitwy zażyłości wewnętrznej. Teresa nazywa to oracion mental. To wewnętrzna modlitwa umysłu i serca, polegająca na tratar d’amistad, czyli na przyjacielskim, zażyłym dialogalnym obcowaniu z Tym, o którym wiem, że mnie miłuje.

    Teresa rozróżnia trzy elementy: myślenie mózgowe (seso), myślenie racjonalne (rozum, razón) oraz entendimiento. To ostatnie to umysł/inteligencja mądrościowa/kontemplacyjna, ściśle połączona z miłującym głębokim sercem.

    Wszystko to się budzi w trzecim mieszkaniu. Teresa na tym etapie ma swoje dni skupienia, rekolekcji. Stara się być oszczędna w prowadzeniu domu. Nie prowadzi głupich rozmów. Wie coś na temat niektórych elementów pokuty. Zasadniczo jednak pielęgnuje modlitwę. Zaczyna myśleć mądrościowo. Ma poukładane wiele rzeczy. Ma swoje godziny skupienia i samotności. Dobrze prowadzi dom. Nie dba przesadnie o ubiór (a miała z tym kłopot w swoim czasie).

    I wydawałoby się, że to już daje jej dość dużą dyspozycyjność duszy i życia, żeby ruszyć dalej. Tymczasem okazuje się, że sporo elementów z tego wszystkiego to fasada. Teresa mówi, że przychodzi wtedy próba miłości – Bóg podkręca światło duchowego rentgena, które prześwietla i zaczyna “dobierać się” do ukrytych motywacji i intencji.

    Okazuje się wtedy, że na poziomie motywacji mamy do czynienia gorliwym najemnikiem. To mentalność roszczeniowa: “mam prawo”, “należy mi się”, “co ja będę z tego miał?, “jak się łatwiej zbawię?”, “jak sobie pomóc?”. Taka osoba jest przesadnie chętna do pomagania innym. Za dużo gada. Głosi za dużo niezamówionych kazań. Jest zbyt ułożona, co grozi jej faryzeizmem. Jest zbyt uporządkowana i – co gorsza – pokłada nadzieję w tym uporządkowaniu. Jest obrażalska. Nie rozumie, dlaczego Bóg dostarcza jej czasem cierpień, skoro ona tak haruje… (W dodatku w ramach próby miłości wyświetla jej rzeczy, których ona się wstydzi.) Chętnie porównuje się z innymi. Ma trochę ducha osądzania.

    Św. Jan od Krzyża nazywa to siedmioma niedoskonałościami początkującego. A wyświetlanie tych niedoskonałości Jan nazywa zwiastunem nocy ciemnej. Według niego, pierwsza noc ciemna dzieje się między trzecim a czwartym mieszkaniem, kiedy Bóg rozświetla ludzką historię. Pojawia się oschłość. Gorliwość słabnie, bo człowiek myślał, ile będzie z tego miał – ze zbawieniem wiecznym włącznie, żył w dużej mierze dla siebie, a tu coś takiego… Wydawałoby się, że dbanie o swoją duszę jest dobre. Tak, ale okazuje się, że motywacje takiej troski są średniutkie…

    Sama Teresa w swoim czasie była bardzo obrażalska. Miała fanów, którzy przychodzili do niej do rozmównicy (klasztor na tym zarabiał), prowadziła tam rozmowy, ale było w tym więcej teatru niż dzielenia się życiem Bożym. Gdy któraś z sióstr ją napomniała, to od razu była wielka obraza majestatu…

    Czyli wydawałoby się, że w trzecich mieszkaniach dzieją się rzeczy uporządkowane, ale z dużą dozą mentalności gorliwego najemnika religijnego. Takiego, co to, jak mu nie płacą, to nie ma po co się wysilać. (“A myśmy opuścili wszystko, co będziemy z tego mieli?” – pytali uczniowie Jezusa.) Dla człowieka z trzeciego mieszkania nie do przyjęcia są słowa Pana Jezusa: – Mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: “Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”. Bo jak to? On tu prowadzi porządne życie duchowe, a mówią mu, że jest sługą, który – jak mówi dosłownie grecki oryginał – do niczego się nie nadaje?! Śmiechu warte!

    Co w tej sytuacji radzi Teresa? Mówi, że jeżeli taka osoba nie przyjmie pewnych wymagań, to do końca życia będzie się błąkać między pierwszym a trzecim mieszkaniem. Niekoniecznie wyjdzie na zewnątrz zamku, choć i to może się wydarzyć.

    Według Teresy, chodzi przede wszystkim o odkrycie zamieszkania Boga Ojca, i Syna, i Ducha Świętego w tabernakulum mojego sumienia, serca i umysłu. Pismo Święte nazywa to “izdebką”. To jest nawet bardziej esencjalne od obecności sakramentalnej w tabernakulum. To jest ważniejsze od przenikającej obecności Jezusa przy i ze” mną, bynajmniej tych innych epifanii nie negując. Chodzi o to, że Trójca Święta mieszka w najgłębszej sferze człowieka, a chce zamieszkać w całym jego człowieczeństwie poprzez “przefermentowanie”.

    Rzecz w tym, żeby człowiek nie wpadał do tej izdebki jak po ogień. Chodzi o to, żeby człowiek zamieszkał w łonie Trójcy, a Trójca w nim. Wtedy List do Efezjan nazwie go domownikiem Boga. Św. Paweł mówi: nie jesteście już obcymi, ani gośćmi, ani przechodniami, którzy wpadają jak po ogień, nie wpadacie tylko na moment modlitwy. Ani Bóg nie jest już tylko gościem w duszy człowieka. W trzecim mieszkaniu to doświadczenie jest jednak jeszcze niemożliwe.

    Każdy grzech ciężki to automatycznie opuszczenie zamku?

    No, nie do końca. Rozróżniamy między grzechem ciężkim a śmiertelnym – to zależy od stopnia świadomości i dobrowolności, mówiąc dzisiejszym językiem.

    Jeśli ktoś już jest domownikiem Boga, to nawet jeśli dokona jakiego strasznego grzechu, to – według Teresy – Trójca się od niego nie wyprowadza, jak twierdziło wówczas wielu moralistów. Owszem, kontakt jest wtedy osłabiony, ale nie zniszczony. Ważne jest, jak szybko ta osoba wróci. Może nie zdąży jeszcze wyjść z zamku? W każdym razie – według Teresy – Trójca tej osoby nie opuszcza, bo ona ma “przygrzanie” chrzcielne. To jest największa szansa dla człowieka.

    Jeżeli jednak dana osoba przestanie się modlić albo wraca do modlitwy ustnej, to się cofa. Pozostaje w mentalności typu: “pracuję na taśmie produkcyjnej i patrzę, co z tego mam”. Ale – uwaga! – nie chodzi o zupełne odrzucenie modlitwy ustnej. Problem pojawia się tylko wtedy, gdy ktoś w modlitwie ustnej pokłada nadzieję. Gdy przestaje słuchać Słowa Bożego i sensownych materiałów, a przesadnie szuka tego, co jej bardziej smakuje, np. objawień prywatnych. W czasach Teresy to było bardzo częste. Takich ludzi nazywano alumbrados (oświeceni).

    Niebezpieczeństwo szukania religijnej sensacji pojawiało się już w drugim mieszkaniu.

    Tak, ale w trzecim ono może ulec wzmocnieniu, bo pojawia się w nim duchowa oschłość.

    Nowym elementem charakterystycznym dla tego etapu (oprócz wytrwałego pielęgnowania modlitwy wewnętrznej i duchowej walki, czyli  usilnego ascetycznego zmagania, które jest dominantą w drugim mieszkaniu), jest zaproszenie do pokory. Na czym – między innymi – polega pokora? Na realizmie życia duchowego: na rozumieniu, że trudności czy pokusy, które się przytrafiają, mają prawo się przydarzyć. Skoro przytrafiały się Jezusowi, to byłoby dziwne, gdyby nie przytrafiły się Jego uczniowi/uczennicy. Jakie trudności? Oschłość, przykre doświadczenia, napomnienia, nieudane przedsięwzięcia, myśli typu: “co ja właściwie z tego mam?”

    Popadanie w te same grzechy? I wynikające z tego samoupokorzenie?

    Może tak być.

    Ważne, by w takiej sytuacji pielęgnować ducha wiary i pokory, przede wszystkim na bazie dobrej lektury, a zwłaszcza pomocy dobrego spowiednika. Taka osoba w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że sama nie poradzi sobie, żeby pójść dalej, a Bóg jakby zamilkł. Pojawia się potrzeba odsłonięcia swego sumienia wobec sensownego spowiednika czy kierownika duchowego.

    Teresa pisze, że – żyjąc w zakonie – przez 15 lat nie mogła znaleźć księdza, który by ją poprowadził dalej. Ludzie krytyczni – a tak się składa, że ja również do nich należę – pytają: “Nie mogła czy nie chciała znaleźć?” Bo jej w tym stanie było dobrze (do pewnego momentu). Coś tam praktykowała, cieszyła się szacunkiem, tata dowoził jej dobre rzeczy do klasztoru, miała swoich fanów, przychodzili do jej rozmównicy, patrzyli w nią jak w obrazek – i mężczyźni, i kobiety – dawała niektórym dobre rady itp. itd. No to czego jej jeszcze brakowało?

    Okazało się jednak, że głęboka motywacja była kiepska, przynajmniej do jakiegoś stopnia. I Bóg to wyświetlał – i dziś wyświetla – poprzez oschłość czy trudne doświadczenia. Św. Jan od Krzyża nazywa to pierwszą nocą ciemna, nocą sentido, czyli nocą płytszej warstwy duszy: zmysłów, wyobraźni, fantazji wspominkowej, pamięci, zbyt subiektywnego myślenia etc. Jeżeli doznająca jej osoba nie znajdzie kogoś, kto ma doświadczenie i wiedzę, kto potrafi dobrze doradzić, to ta osoba będzie się błąkać i wracać do starych śmieci. A czasem może w ogóle się wycofać, myśląc sobie: “co się będę wygłupiać, przeciętna kościelna jest lepsza…”

    Natomiast jeżeli taka osoba wytrwa w modlitwie, mimo braku odczuwalnych korzyści, jeżeli będzie się modlić nie po to, żeby coś z tego mieć, ale żeby Bóg coś z tego miał – to co innego.

    W trzecim mieszkaniu są jednak dopiero zalążki takiej postawy. W pragnieniu taka osoba jest gotowa oddawać się Bogu, tyle że woli raczej robić coś dla Boga (potrafi być posługująca w apostolstwie i układzie charytatywnym – pisze Teresa). Same dobre rzeczy – wydawałoby się. Ale dla swojego zysku, przynajmniej po części na pokaz. A niech się to tylko komuś nie spodoba… Teresa była chora – jak sama pisze – skrajnie na to, żeby się podobać ludziom. Pisze o tym dwukrotnie, bardzo mocno. Całe jej życie religijne działo się w dużej mierze w tym kluczu.
    Jeśli jednak osoba na tym etapie zgodzi się wytrwać w modlitwie, dobrej lekturze, zgodzi się na pielęgnowanie okresów modlitwy, na oderwanie się od kiepskich relacji, oderwanie się od ducha tego świata i przyjęcie kierownictwa duchowego, czyli postawy: “ja sobą nie rządzę, chcę, żeby Jezus mną rządził poprzez Kościół”, to wejdzie w etap pentekostalny, etap bezpośredniego działania Ducha Świętego przejmującego kierownicę jej życia. Taka osoba do tej pory pukała do kolejnego, czwartego mieszkania, ale jego w drzwiach nie ma klamki. Pukała do drzwi, ale Jezus naradzał się z Duchem Świętym: “Nie możemy jej otworzyć, bo to jest dla niej niebezpieczne. Ogień czwartego mieszkania by ją spalił”. Taka osoba nie posiadała dotąd wystarczającej dyspozycyjności, ale teraz już ją ma.

    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część 4). W którym miejscu jesteś Ty?

    Czwarty etap życia duchowego – czyli czwarte mieszkanie opisanego przez św. Teresę z Ávili “Zamku wewnętrznego” – to okres pentakostalny. Wybija nowe źródło. Ale też przychodzi pierwsza noc ciemna. Naszym przewodnikiem po tym okresie jest doświadczony karmelita bosy o. Serafin Maria Tyszko.

    Jarosław Dudała: Czego doświadcza się w czwartym mieszkaniu “Zamku wewnętrznego”?

    O. Serafin Maria Tyszko: Udzielanie się Boga charakterystyczne dla czwartego mieszkania – nazwijmy je udzielaniem charyzmatyczno-teologalnym – może mieć miejsce już w mieszkaniu pierwszym, ale jest to niestałe. Np. może to być modlitwa skupienia i odpocznienia.

    Modlitwa nadprzyrodzonego skupienia polega na tym, że człowiek nie musi się starać o skupienie. Klęka czy staje do modlitwy – i skupienie na niego spływa jakby samo. Oczywiście, “samo” nie w sensie magicznym. Ale przychodzi skupienie, które czasem zamienia się w słodycz odpocznienia. Osoba odpoczywa w Osobie. To już nie jest tylko modlitwa czy życie duchowe na poziomie cnót (choć to też), ale bardziej na poziomie osobowym, osobistym, intymnym.

    To jest okres pentakostalny. Wybija nowe źródło.

    Na styku trzeciego i czwartego mieszkania dokonuje się też przejście przez pierwszą noc ciemną. W jej trakcie Duch Święty za przyzwoleniem człowieka i z jego współpracą przeprowadza go z poziomu sentido (płytszej części duszy) na poziom espiritu (głębszy poziom rozumu-umysłu, woli-serca i pamięci) w kierunku trynitarnego źródła chrzcielnego wytryskającego w czwartym mieszkaniu.

    Pogłębia się i intensyfikuje nawrócenie (druga metanoia). Mniej jest egocentrycznego “kręcenia się” wokół siebie na rzecz “kręcenia się” wokół epicentrum mojego człowieczeństwa i mojego życia, jakim jest osoba Jezusa, który wraz z Ojcem i Duchem zamieszkuje w izdebce mojego głębokiego serca. Oczyszczają się motywacje i intencje mojego postępowania i działania. Stają się bardziej darmowe, mniej najemniczo-interesowne, także w sensie religijnej opłacalności. Oczyszczają się i rozwijają teologalne cnoty: wiary, ufnej nadziei i miłości agape. Wiele dobrych rzeczy się dzieje.

    Mimo to, taka osoba nie jest w stanie doświadczyć definitywnego nawrócenia i nie jest w stanie całkowicie oddać się Bogu – uważa Teresa – ponieważ ciągle zależy jej na sobie, ale nie w kluczu miłowania siebie, tylko w kluczu egocentrycznej miłości własnej. Motywacja służenia Bogu ciągle nie jest w pełni oczyszczona. Dlatego taka osoba może fałszywie zinterpretować to, że Bóg się jej udziela, np. “Bóg mi się udziela, bo mi się to należy”. Albo: “Bóg mi się udziela, bo widocznie na to zasłużyłem”. Dlatego co pewien czas taka osoba doznaje zjazdu w dół, bo przywłaszczyła sobie działanie Ducha Świętego. Poza tym, bardziej mogą ją interesować duchowe dary czy przeżycia aniżeli Osoba. To zainteresowanie Osobą trochę się pojawia, a potem trochę słabnie.

    Choć w czwartych mieszkaniach Bóg udziela się ludziom intensywnie, to przemyka im czasem myśl: “Ale tak się Bogu całkowicie wydać…? Tak całkowicie stracić siebie…? Tak się zupełnie poddać…? To trochę niebezpieczne…” I dlatego człowiek w pragnieniu już tego chce, ale niekoniecznie jest do tego zdolny.

    Istnieje więc zjawisko, które nierzadko występowało i dawniej, i występuje teraz – zjawisko cofnięcia się. Polega ono na przejściu od Kogoś do czegoś. Ludzie mogą wracać do poszukiwania doznań (to taka “charyzmatomania”, przy czym ja bynajmniej nie neguję doświadczeń charyzmatycznych). Albo przechodzą na pracoholizm (“bo coś z tego mam”). Albo osłabiają modlitwę wewnętrzną na rzecz medytacji dyskursywnej, zbyt aktywnej czy wręcz aktywistycznej, bo chcą coś z tego mieć dla siebie. Albo pakują się w jeszcze inne rzeczy po to, żeby zyskać satysfakcję. Teresa nazywa to zadowoleniem – świętym czy nieświętym. Nierzadko jest ono nieświęte – “ja coś jednak muszę z tego mieć. Mam siebie zupełnie stracić? Czyli wszystko oddać? Co ja z tego będę miał?”. Tymczasem im bardziej się straci, tym bardziej się nie straci. Takiego myślenia nie można jeszcze osiągnąć w czwartym mieszkaniu – mimo, że źródło już wybiło, że jest już nowa jakość życia duchowego. Bo ta osoba przeszła już przez pierwszą próbę miłości, przez pierwszą noc.

    Dzieje się wtedy bardzo wiele dobrych rzeczy: osłabiają się, oczyszczają się niedojrzałe motywacje. Pojawia się nowa jakość metanoiczna. Pojawiają się różne doświadczenia: “rogaliki”, “faworki” i “mercedesy”, czyli regalos (przejawy czułości), favores (przejawy przychylności), mercedes (przejawy miłości), ternuras (rozrzewnienia) i różne inne historie.

    Jeśli dana osoba pielęgnuje wytrwale desasimiento czyli święte oderwanie od wszystkiego, co niższe od Boga i od niej samej, zgadza się na oschłości, przestaje marudzić i narzekać, zgadza się na pewne słuszne cierpienia, nadal kontaktuje się z dobrymi spowiednikami, czyta, co trzeba, zgadza się na pielęgnowanie pokory, zgadza się na to, że Bóg może działać, kiedy chce, jak chce, komu chce i ile chce – to przechodzi do piątego mieszkania.

    Duch Święty w czwartym mieszkaniu przygotowuje człowieka, żeby wydarzył mu się okres paschalny. Bo nie da się bez Ducha Świętego żyć paschalnie. A życie paschalne to właśnie piąte mieszkanie zamku wewnętrznego.

    A nim i o kolejnych mieszkaniach powiemy w kolejnych rozmowach w najbliższych dniach.

    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część 5). W którym miejscu jesteś Ty?

    Etap piątego mieszkania nie jest po to, żeby być lepszym, tylko po to, żeby być maleńkim. Pustym. Z pustymi rękoma. Dyspozycyjnym – mówi o. Serafin Maria Tyszko. Doświadczony karmelita jest naszym przewodnikiem po piątym mieszkaniu “Zamku wewnętrznego” św. Teresy z Ávili, czyli piątym etapie życia duchowego.

    Jarosław Dudała: Dotarliśmy już do piątego mieszkania “Zamku wewnętrznego”. Co się w nim dzieje?

    O. Serafin Maria Tyszko: Dużo rzeczy się dzieje. Niektóre są bardzo tajemnicze, wręcz niejasne. Dokonuje się wtedy definitywne nawrócenie.

    Nawrócenie definitywne nie jest tożsame z nawróceniem głównym.

    Nawrócenie główne Teresy dokonało się między trzecim a czwartym mieszkaniem albo na początku czwartego. Jest o nim mowa w rozdziale 9 innego dzieła św. Teresy, “Księgi życia”. Było to w roku 1554 r. Nawrócenie główne polega na głębokim skruszeniu serca, żalu za grzechy. Wtedy też pojawia się wdzięczność, gorliwość wdzięczności Bogu: “On mnie umiłował i wydał siebie za mnie. Umarł za mnie. Wziął cały mój grzech na siebie. Cały grzech ludzkości wziął na siebie. Dlatego ja przechodzę na wdzięczność, gorliwość wdzięczności”. To były bardzo ważne wydarzenia w ramach jej głównego nawrócenia.

    Ono się trochę powtarzało, aż 2–3 lata później doszło do nawrócenia definitywnego (mówi o nim 24 rozdział “Księgi życia”). Dokonało się ono mocą Ducha Świętego, ponieważ jezuita, który jej posługiwał, polecił jej codzienne recytować z gorliwością “Veni Creator Spiritus” (Stworzycielu Duchu, przyjdź). To był młody zakonnik, o. Juan de Pradanos (27-28 lat). Miał takie nadprzyrodzone natchnienie-rozeznanie, że tylko sam Duch Święty może tę kobietę definitywnie nawrócić albo w swej bezradności scedował wszystko (i słusznie) na Ducha Świętego. Albo po trochu jedno i drugie. W każdym razie załatwił ją! Wtedy dokonało się jej najgłębsze oczyszczenie od zależności od opinii ludzkiej. Od tego, żeby się wszystkim podobać, żeby się z każdym dogadać w kluczu kompromisowym, żeby wszyscy ją lubili. I od dziesiątków innych rzeczy. Odtąd przestało jej na tym zależeć.
    Nawrócenie definitywne jest genialne, bo ono przechodzi ponad poziomem przeciętnej moralności (“odtąd już nikt mi nie musi niczego nakazywać”). Czyli: dokonuje się pogłębienie spotkania, zaczątek zjednoczenia – od zalotów przechodzimy do narzeczeństwa – i wtedy ta osoba nie boi się już oddać Bogu na amen. Bo wcześniej (w trzecim i czwartym mieszkaniu) miała taką mentalność, że chciała być lepsza. Niekoniecznie lepsza od innych, ale ogólnie lepsza. Doskonale opisał to zmarły parę lat temu o. Wilfrid Stinissen OCD. Nazywał to “wzmacnianiem mięśni religijnych”. Tymczasem etap piątego mieszkania nie jest po to, żeby być lepszym, tylko po to, żeby być maleńkim. Pustym. Z pustymi rękoma. Dyspozycyjnym.

    Teresa to opisuje w sposób bardzo dramatyczny. To jeden z jej najbardziej dramatycznych tekstów (średnio przetłumaczony na polski). Pisała mniej więcej tak: Żyłam w cieniu śmierci – pisała po 19 latach w zakonie (!). – Żyłam w śmiertelnej śmierci. Musiałam nie rozumieć, że dopóki nie stracę na tym poziomie duchowym zaufania do siebie, nie mogę się rozwijać. Kręcę się w kółko. Jestem uzależniona od opinii ludzkiej, od ludzkich sentymentów, od własnych sentymentów, od swojego falowania i od dziesiątków innych rzeczy. Aż wreszcie padła na twarz: “Nie mogę tak dalej żyć. Ani Bóg mnie nie cieszy. Ani świat mnie nie cieszy. Takie życie dalej też mnie nie interesuje”.

    W piątym mieszkaniu dzieją się najważniejsze rzeczy. Z poczwarki wyskakuje motyl. Okazuje się być piękny, dlatego, że jeśli dany człowiek zgodził się na różne oczyszczenia nocy ciemnej, próby miłości, to całe piękno, które ma w sobie, może się wreszcie ujawnić. To piękno dziecka Bożego. Ono ma prawdziwe życie – to, co nazywany dzoe. To już nie jest tylko bios czy psyche, ale to jest życie samego Jezusa w nas. Ono się wreszcie ujawnia jak  piękny motylek, który wyskoczył z kokonu. Wydawało się, że tam jest brzydka poczwarka, a tu taki piękny motyl…

    Jeżeli ktoś uczciwie i z całą gorliwością zmierza w kierunku duchowym, dziwne by było, gdy przynajmniej do początku piątego mieszkania nie dał się doprowadzić, ponieważ bardzo intensywne działania Ducha Świętego w czwartym mieszkaniu mają daną osobę doprowadzić do tego, by w mieszkaniu piątym stała się osobą na wskroś paschalną. Osobą ukrzyżowaną, paschalną, przaśną, oddaną Bogu, nawróconą definitywnie, uświęcająca się, nienależącą do siebie, niefunkcjonującą w mentalności najemniczej i do dziesiątków innych, wspaniałych rzeczy.

    Poza tym, w piątym mieszkaniu pogłębiają się obecne już wcześniej doświadczenia ekstatyczne. W przypadku Teresy było tego dużo. W innych osobach też. W tej chwili widzimy tego mniej. Owszem, widzimy doświadczenia charyzmatyczne, ale mniej ekstatyczno- mistycznych. A u niej w piątym mieszkaniu działo się tego bardzo dużo. Tłumaczymy to z jednej strony tym, że ona miała być duchową matką bardzo wielu osób, w Karmelu i nie tylko, z drugiej strony jej uzależnienia rodzinne i ad extremo emocjonalne zniewolenia , by wszystkim się podobać były tak mocne, że Bóg uznał, że potrzeba głębszego oczyszczenia. A jednocześnie Teresa pisała: ” Bóg moje wykroczenia karał przejawami czułości”. Czyli to miłość ją wyprowadziła z tych uzależnień, a nie doświadczenia negatywne.

    Tak więc w piątym mieszkaniu zaczynają się piękne rzeczy. Z zalotów przechodzi się do narzeczeństwa. Odsłania się wątek oblubieńczy.

    Nie ma już żadnych niebezpieczeństw?

    Niebezpieczeństwa są właściwie podobnych do tych w czwartym mieszkaniu: takie, że “właściwie to mi się to jednak trochę należy…” Teresa pisze: “Dopiero ptaszynie pióra porosły, musi być bardzo uważna”.

    Nawiasem mówiąc, ona przy tym cały czas duchowo uwodzi, kokieteryjnie pisze: “Dlaczego zgodziliście się przejść do czwartego mieszkania, a nie chcecie pójść dalej? Dlaczego zgodziliście się przejść do piątego, a nie chcecie pójść do dalszej części piątego?”
    W każdym razie niebezpieczeństwa polegają na tym, że dana osoba może na tym etapie pół chcący, pół niechcący przywłaszczać sobie Boże udzielanie się jej, zamiast – jak mówi św. Teresa z Lisieux – stawać z pustymi rękoma i natychmiast wszystko wydawać Jezusowi; niczego sobie nie przypisywać i niczego sobie nie przywłaszczać. Oczyszczenie z tego elementu zawłaszczania i przypisywania sobie nastąpi dopiero po ciemnej nocy ducha. Po niej już go nie będzie. Wtedy taka osoba jest nieużytecznym sługą, a jednocześnie jest królewskim synem/królewską córką. Wtedy nic nie jest zdolne wyprowadzić ją z tego stanu.

    Chociaż… Teresa pisze, że nawet w szóstym mieszkaniu trzeba być uważnym. Bo nadal utrzymuje się miłość własna i zależność od ludzkiej opinii, a mogą przyjść bardzo bolesne doświadczenia być wzgardzonym, odrzuconym, wyśmianym, osądzonym, skasowanym. Może się wtedy pojawić pytanie: “Dlaczego takie rzeczy mi się dzieją?!” Nie ma natomiast jeszcze przekonania, że to się może dziać! I że to jest zaszczyt, bo mogę uczestniczyć w tym, w czym uczestniczył Jezus. Mówiąc dokładniej, takie przekonanie już w człowieku jest, ale ono nie jest jeszcze ugruntowane, ponieważ nie przeszedł on jeszcze ciemnej nocy ducha.

    W piątym mieszkaniu dzieją się jeszcze inne, bardzo tajemnicze doświadczenia. Człowiek jest momentami tak ogarnięty obecnością i działaniem Bożym, że jako “umarły” żyje jakby bez siebie, jakby on już w ogóle nie działał, a żył w nim i działał Ktoś Inny, komu jest on całkowicie paschalnie poddany, dla siebie stracony.

    Teresa pisze, że człowiek jest obserwatorem życia Boga w sobie. Że ma wrażenie, że umarł, a żyje. (Podobnie pisał św. Paweł: że umarł, że kto inny żyje w nim. A jeśli żyje w ciele, to żyje wiarą w Tego, który wydał za mnie samego siebie.) Aby w sobie to paschalne dzoe (wieczne Życie samego Jezusa) utrzymać i dalej rozwijać Teresa podpowiada: pielęgnuj usilnie modlitwę, pielęgnuj pokorę, bojaźń Bożą, wdzięczność, niczego sobie nie przypisuj, niczego nie przywłaszczaj.

    A potem przychodzi coś, o czym mówienie to już trochę bełkot… Do piątego mieszkania włącznie to jeszcze można o czymś mówić. Ale mówić o nocy ciemnej ducha…

    To już mieszkanie szóste?

    Na styku piątego i szóstego albo na początku szóstego.

    To pomówimy o tym w kolejnej, ostatniej już rozmowie.

    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część ostatnia, 6-7). W którym miejscu jesteś Ty?

    To już ostatnia część rozmowy o etapach życia duchowego. Dziś o. Serafin Maria Tyszko OCD mówi o szóstym i siódmym, czyli o najgłębszych mieszkaniach “Zamku wewnętrznego”. – Przeciętny układ ewangelizacyjny mówi: jak Jezus będzie na pierwszym miejscu, to wszystko inne będzie na swoim miejscu. I my się z tym zgadzamy, ale mówimy, że to jest początek, nie koniec. I że chcemy dać się doprowadzić do momentu, w którym On będzie jedyny. Niczego nie czynię już sam. W ogóle nie ma czegoś takiego, że ja czynię coś dla Boga, służę Bogu. To jest coś więcej: On żyje we mnie, a ja… nie żyję,… a żyję – mówi o. Serafin.

    Jarosław Dudała: Co dzieje się w szóstym mieszkaniu wewnętrznego zamku?

    O. Serafin Maria Tyszko: Wtedy nawet ten piękny motylek, o którym mówiliśmy wcześniej, ma umrzeć. Ponieważ to Jezus ma się we mnie objawić, a nie moje piękno. Nie moje piękno objawia się w Chrystusie, ale Chrystus objawia się we mnie. Ten motylek może mi dawać zadowolenie z tego, że takie wspaniałe rzeczy są we mnie. A Chrystus chce mnie od tego oderwać. I mówi: “Za bardzo się zachwycasz tym motylkiem – dobrym i pięknym. To jest coś pięknego, ale nie o to tylko chodzi. To wszystko pochodzi ode mnie, ale Ja chcę, żeby to też umarło. I to są najstraszniejsze rzeczy, jakie się dzieją po tej stronie – ciemna noc ducha.

    Jak pisze św. Jan od Krzyża, osoby, które rozpoczynają ciemną noc ducha, przeważnie w tym stanie umierają. Rzadko wydostają się do szóstego i siódmego mieszkania. Zastanawiam się, czy w ogóle warto o nich mówić…

    Warto!

    W siódmym mieszkaniu wszystko się upraszcza. Znikają nadzwyczajności. Człowiek łączy w sobie Martę i Marię. Żyje trzeźwym życiem nazaretańskim. Wie, że nic się mu nie należy, ale wszystko ma. Niczego nie pożąda, bo nic mu już nie jest potrzebne do szczęścia. Przechodzi od Jezusa, który jest pierwszy do Jezusa, który jest jedyny. Przeciętny układ ewangelizacyjny mówi: jak Jezus będzie na pierwszym miejscu, to wszystko inne będzie na swoim miejscu. I my się z tym zgadzamy, ale mówimy, że to jest początek, nie koniec. I że chcemy dać się doprowadzić do momentu, w którym On będzie jedyny. Niczego nie czynię już sam. W ogóle nie ma czegoś takiego, że ja czynię coś dla Boga, służę Bogu. To jest coś więcej: On żyje we mnie, a ja… nie żyję,… a żyję.

    W ciemnej nocy ducha zostaje mi jakby zabrane moje życie duchowe. Bo w piątym mieszkaniu mogę się chlubić paschalnością. Chlubić się, że mam życie duchowe. W ciemnej nocy ducha nie mam (w sensie: nie posiadam) własnego życia duchowego. To życie duchowe Jezusa we mnie posiadło  mnie całkowicie. Nic (hiszp. nada) nie mam, a jednocześnie posiadam wszystko (todo), ale na sposób czystego daru jako całkowicie ubogi, z pustymi rękami.

    Poza tym, na styku ciemnej nocy ducha i przeobrażającego zjednoczenia dokonują się duchowe zaślubiny duszy z Jezusem Oblubieńcem. W przypadku Teresy miały miejsce różne przejawy, różne znaki tego zaślubienia: złoty naszyjnik, pierścień z gwoździa Krzyża, przeszycie, zranienie serca, również tego fizycznego. Teresa usłyszała też pytanie: “Czy chcesz wiedzieć, co znaczy służyć Bogu?” I usłyszała odpowiedź na to pytanie: służyć Bogu to znaczy stać się jakby niewolnikiem, żeby Bóg mógł robić z Tobą, przez Ciebie, co tylko Mu się rzewnie podoba. Kto się na to zgodzi, okazuje się już nie przyjacielem Jezusa, ale oblubieńcem.

    Żeby to się dokonało, trzeba się zgodzić na przeprowadzenie przez ciemną noc ducha. Ale czy to opisywać…? Jak ktoś z czytelników chce, niech sobie poczyta… Byle nie za szybko… Niech poczyta o niej u św. Jana od Krzyża. Prawdopodobnie nie mamy w Kościele zachodnim nikogo, kto w ogóle odważyłby się ją opisywać.

    Wtedy wydaje się, że wszystko jest stracone. Człowiek dochodzi wtedy do różnych styków, beznadziei. Nie ma życia duchowego. Wszystko stracone. Ale coś wewnątrz mu podpowiada: “Nie, spokojnie, spokojnie, tu się bardzo dobre rzeczy dzieją. Bo ty byś chciał się opierać na tym, że masz życie duchowe: «Ja MAM, ja prowadzę głębokie życie duchowe. Bardzo ważne jest, żeby chrześcijanin, katolik, kapłan prowadził głębokie życie duchowe».” A nie o to chodzi. Jest coś więcej. Głębiej. Chodzi o to, żeby On żył w Tobie, a ty – obumarł i nie rządził już swoim życiem.

    Taka osoba może się swobodnie przechadzać między druga połową szóstego i siódmym mieszkaniem. Tam dominantą jest jeszcze głębsze obumarcie niż w piątym mieszkaniu. Jest prostota życia. Prawie zupełnie znikają nadzwyczajne udzielania się Boga. Jest proste życie nadprzyrodzone Jezusa we mnie. Jego życie rządzi moim życiem naturalnym. Jestem odkręcony od siebie. Nie należę do siebie. I wszystkie inne wspaniałości szóstego i siódmego mieszkania.

    Zachęcamy do szóstego mieszkania! (śmiech)

    Są osoby, które dały się tam poprowadzić. Np. babcia Hala z Berdyczowa, 92 lata. Przez jakie noce ciemne ona przeszła!

    Jeśli ktoś wcześniej nie miał doświadczeń miłości, to nawet do głowy mu nie przyjdzie, żeby tego pragnąć. Kojarzy mu się to z jakimś cierpiętnictwem, znęcaniem się Boga nad człowiekiem, krzywdzeniem ze strony Boga. A On chce dotrzeć do najgłębszej warstwy mojej negatywnej otchłani. Tam, gdzie jest tzw. gorzki korzeń grzechu. On chce wypalić ogniem swojej miłości, swojej krwi najgłębsze pokłady śmierci, grzechu we mnie po to, żebym stał się jednorodny, scalony do głębi. Taki stan następuje po ciemnej nocy ducha.
    Jak pan to chce spisać, to ja nie wiem, ale warto próbować… (śmiech)

    ***

    Polecane lektury:

    • Wilfrid Stinissen OCD, Wędrówka wewnętrzna. Śladem św. Teresy z Avili
    • Thomas Dubay SM, Ogień wewnętrzny. Św. Teresa z Ávila, św. Jan od Krzyża oraz Ewangelie o modlitwie
    • Tomás Álvarez OCD, Przewodnik do wnętrza Zamku
    Etapy życia duchowego wg św. Teresy (część ostatnia, 6-7). W którym miejscu jesteś Ty?

    św. Teresa z Avili

    Gość Niedzielny

    ________________________________________________________________________

    Co to jest wiara?

    S. Małgorzata Borkowska: Co to jest wiara?

    s. dr Małgorzata Borkowska OSBKS/ fot. Maciej Świgoń/ Gość Niedzielny

    ***

    Boga nikt nigdy nie widział; jednorodzony Syn o Nim pouczył (J 1,18). A my, nie widząc sami, wierzymy Synowi. Modlitwa wyrasta z wiary, ale też nawzajem umacnia ją i podtrzymuje, kieruje, nadaje sens. Takie sprzężenie zwrotne.

    Nasza relacja z Bogiem opiera się na wierze, i jeszcze raz na wierze; toteż nie powinna zależeć od stanów uczuciowych, ale ma umieć każdy z nich wykorzystać do pogłębienia się i umocnienia. To takie oczywiste przecież. Czytamy, że przystępujący do Boga powinien uwierzyć, że On jest (Hbr 11,6) – i zaraz po tych słowach następuje cały rząd biblijnych przykładów wiary, która trwała i na co dzień, i w próbie; i sprawdzała się nie tylko w słowie, ale także w działaniu i cierpieniu. Streszczeniem takiej postawy są słowa o Mojżeszu: Wytrwał, jakby widział Niewidzialnego (Hbr 11,27); ważne jest tutaj to jakby. Bo nie widział, i nie wmawiał sobie, że widzi, ale trwał w wierności; bo wiara obchodzi się bez widzenia i nie należy jej z nim utożsamiać. Chodzi tu o wiarę działającą, kształtującą życie, czynną; i właśnie dlatego takie istotne jest, żebyśmy nie mylili wiary z naszymi własnymi zmiennymi przeżyciami, uczuciami, które mogą być jej otoczką. Ale nie muszą.

    Co to jest wiara? Postawa człowieka, który umysłem przyjmuje objawienie Boże, a wolą zgadza się na pełnienie jego wymagań. To jest nasza zgoda, zgoda umysłu i serca, na fakt i treść Objawienia Bożego; i ta zgoda, jeśli ma być coś warta, nie może zależeć od zmiennych nastrojów, od uczuć pobożnych (lub nie), od smutnych albo radosnych wydarzeń, od pogody na dworze. Koniecznie trzeba mieć na ten temat jasne pojęcie. Przecież Bóg, skoro istnieje, istnieje nie tylko wtedy, kiedy my gotowi jesteśmy Go zaakceptować, ale zawsze. Pamiętam, jak w czasach mojej młodości jakiś marksista głosił, że chrześcijaństwo w dawnych wiekach było „postępowe”, bo nowe i do czegoś się przydawało, ale teraz jest „wsteczne”, bo stare i już sobie umiemy radzić bez niego. I do głowy mu nie przyszło zapytać, czy jest prawdziwe; obiektywna prawda go nie obchodziła, a tylko prymitywne, pragmatyczne etykietki w rodzaju „postępowy” i „wsteczny”. Dzisiaj podobny problem mają ludzie, którzy uważają, że wiara jest czymś jakby z zewnątrz, jakimś wyczuwaniem istnienia Boga; może więc nawet darem Bożym, ale w każdym razie czymś, co można „mieć” i „czuć”, a potem „stracić”, choćby i przypadkiem; a nie jest naszą własną postawą, postawą której nikt i nic oprócz naszej własnej decyzji zmienić nie może. „Utrata wiary” jest w ich ujęciu mniej więcej takim niezawinionym nieszczęściem (jeśli to nieszczęście), jak utrata torebki, którą wyrwał mi złodziej: koniec, kropka, już jej nie mam, winny jest kto inny, na przykład (gdy chodzi o wiarę) ten czy tamten niedobry ksiądz, a ja sobie jakoś będę radzić bez. Czasem winne są po prostu okoliczności, w których niknie moje poprzednie „poczucie istnienia Boga”, więc trudno, koniec kropka, czego nie ma, tego nie ma, i nic na to nie poradzę. Nawet gdybym chciał – a pytanie, czy chcę. Może to właśnie teraz „już wiem”?
    Grecki sofista Protagoras, głosił, że „człowiek jest miarą wszechrzeczy: tego, co jest, że to jest, a tego, czego nie ma, że tego nie ma”. To było tyle, co powiedzieć, że obiektywna prawda nie istnieje, że dla każdego to jest prawdą, co się mu wydaje; i już wielu innych starożytnych mędrców przeciw temu protestowało, bo gdyby Protagoras miał rację, to w żadnej sprawie, ważnej czy nieważnej, nic pewnego nie można by ani wiedzieć, ani nawet się domyślać. Otóż, jakkolwiek w sprawach mniejszej wagi nikt tego poglądu nie przyjmuje i nie twierdzi na przykład, że skoro z jego okna nie widać Ameryki, to ona nie istnieje – to w sprawie największej wagi aż roi się na świecie od protagorasiątek. Przeszła im „faza pobożna”, „stracili wiarę”, więc znaczy: Boga nie ma. A przedtem był? Może był, zresztą kto tam wie: ważne jest, że oni nie czują już ochoty, żeby był… obejdą się bez. Inaczej mówiąc, ta popularnie nazywana „utrata wiary” może, owszem, być zmarnowaniem daru Bożego, ale takie zmarnowanie jest możliwe tylko pod warunkiem, że się tego daru nie ceniło w rzeczywistości aż tak, jak myśleliśmy. Przynajmniej odkąd nam zaczęło blednąć to uczucie pobożności, które błędnie utożsamialiśmy z wiarą.

    A przecież to uczucie, chociaż od niego bardzo często zaczyna się nawrócenie i droga modlitwy, to jest właśnie wciąż tylko moje uczucie, a nie sam Bóg. Ogromną krzywdę robią ludziom nauczyciele, którzy uczą ich mylić wiarę z pobożnym uczuciem i jeszcze (wbrew doświadczeniu wszystkich świętych) gwarantują im to uczucie na zawsze – chyba żeby „stracili wiarę”. I kiedy uczucie mija, to już nie mają rady, znaczy: stracili, wypadek beznadziejny. A doświadczenie świętych mówi inaczej. Oni cenili ten dar, i właśnie dlatego potrafili nadal go w życiu stosować, chociaż go już – jak to się popularnie mówi – nie czuli. Patrzcie, jak wyglądały długie lata życia św. Wincentego a Paulo; albo ostatni rok życia św. Teresy z Lisieux. Moc wiary jest jak każda moc, musi się doskonalić w słabości, to jest wtedy, kiedy wierzącemu wydaje się, że żadnych podpór czy uzasadnień dla wiary już nie ma, a mimo to pozostaje wierny. Dlaczego pozostaje, dlaczego nie odchodzi, mówiąc „Mam dość” albo „Teraz już wiem, że to wszystko nieprawda”? Właśnie dlatego, że nauczył się, przez długie okresy nie-widzenia (zawsze jednak w końcu przemijające), że jego własne usposobienie jest zmienne i gotowe przeskakiwać z jednej sprzecznej krańcowości w drugą; i że jego zdolności poznawcze, nie pokierowane, nie gwarantują same z siebie poznania prawdy absolutnej. Czyli po prostu, że może się mylić. A sprawa jest zbyt ważna, żeby tu ryzykować pomyłki.

    A jeśli się tego długo uczył, to i może teraz wytrwać nawet w najciemniejszej „nocy wiary”. Jak św. Wincenty, nosi na sercu tekst Credo, żeby go palcem dotykać i przynajmniej tak wyznawać prawdę Bożą, której zdrętwiałe usta nie potrafią przepuścić. Jak św. Teresa, ofiaruje ten ból za ludzi niezdolnych uwierzyć. Ludziom, którzy z natury nie są szczególnie uczuciowi, a których nauczono, że wiara to uczucie, pozostaje już tylko rozpacz – ale też jakim szczęściem i wyzwoleniem jest zrozumieć, że się mylili! Pamiętam udrękę w głosie mojego ojca, który, jak tylu ludzi, myślał, że wiara polega na tym, żeby człowiek odczuwał istnienie Boga. „Córeczko, ja bym chciał uwierzyć, ale nic nie czuję…” – „Ależ, tato, ja także nic nie czuję!” Zdumienie. – „Nic?” – „Nic.” To wyzwoliło jego modlitwę i jego tęsknotę za Jezusem w Eucharystii. Odnalazł Boga, bo zrozumiał, że wiara nie jest odczuciem. List do Hebrajczyków przeciwstawia wiarę „widzeniu”: nie chodzi tu tylko o widzenie optyczne, ale o wszelkie naturalne postrzeganie czy doświadczenie, odczuwalne dla naszych zmysłów.

    Co wobec tego powiedzieć o takich kaznodziejskich sformułowaniach, jak że święci „czasem nawet przez długi czas byli pozbawieni doświadczenia obecności Bożej” – co sugeruje, że normalnie, poza tymi okresami próby, jednak takie doświadczenie stale mieli? Przyjmijmy, że niektórzy ludzie coś takiego odczuwają, ale większość chyba nie; i przyznam się wam, że sama nie potrafię sobie nawet takiego doświadczenia wyobrazić. Jeśli chcecie coś o nim wiedzieć, pytajcie innych nauczycieli; ja mogę wam tylko powiedzieć, że czymkolwiek by takie odczucie było, nie jest na pewno koniecznym warunkiem do służenia Bogu i miłowania Go. Można służyć Bogu i modlić się, i wierzyć także bez tego. Droga samej wiary nie jest na pewno niczym gorszym od drogi wiary wspieranej odczuwalną pewnością, ani nie jest mniejszym darem Bożym.

    A jak z kolei modlitwa wpływa na wiarę? Ćwiczy ją praktycznie i dopracowuje myślowo. A jest tego pilna potrzeba, bo możemy utopić naszą uwagę w realiach życia. Jest w Księdze Syracha (Syr 38,24–34) barwny passus o trudności pogodzenia mądrościowej refleksji z pracą zawodową:

    Uczony w Piśmie zdobywa mądrość w czasie wolnym od zajęć, i kto ma mniej działania, ten stanie się mądry. Jakże może poświęcić się mądrości ten, kto trzyma pług, […] kto woły pogania i całkowicie zajęty jest ich pracą, a rozmawia tylko o cielętach? […] Serce przykładać będzie do tego, by wyorywać bruzdy, a w czasie nocy bezsennej myśli o paszy dla jałówek. […] Tak garncarz, siedzący przy swej pracy i obracający nogami koło, stale jest pochłonięty troską o swoje dzieło; […] Rękami swymi kształtuje glinę, a nogami pokonuje jej opór, stara się pilnie, aby wykończyć polewę, a po nocach nie śpi, by piec wyczyścić.

    A więc, zdaniem Syracha, tylko człowiek dysponujący wolnym czasem i wolnym od trosk zawodowych umysłem może się poświęcić szukaniu mądrości. A to by znaczyło, tylko ktoś, kto ma dochody i nie musi pracować na życie… i to jest dziwne u autora, w którego epoce właśnie najsławniejsi uczeni w Piśmie – jak Hillel – żyli z rzemiosła, i właśnie znad swojego warsztatu potrafili kierować nieustanną myśl ku Prawu Bożemu. Taki ideał podjęli nieco później Ojcowie Pustyni, którzy cały dzień spędzali na pracy zarobkowej, ale z tej pracy potrafili robić nieustającą modlitwę. A my dziedziczymy po nich warunki życia i pojęcia myślowe, płynące z wiary. Nie, Syrach nie miał racji: do życia modlitwy powołani jesteśmy wszyscy, niezależnie od stanu i zawodu; i na tym polega cała nauka, żeby ten swój realny stan i zawód umieć wykorzystać jako punkt startu modlitwy, a nie zaprzepaścić, uznając go za przeszkodę i nic więcej. Oczywiście pozostaje prawdą, co już nieraz powiedzieliśmy, że z takiego wykorzystania nic nie wyjdzie, jeśli człowiek nie umie albo nie widzi potrzeby znaleźć mimo wszystko w swoim życiu także czas poświęcony wyłącznie modlitwie. Wtedy rzeczywiście zatonie z głową w problemach cieląt.

    Praca umysłu nad stałą relacją z Bogiem, utrzymywaną w trakcie różnych zajęć, a po jakimś czasie nawet już poprzez te zajęcia, jest niewątpliwie pracą i nauką zarazem – toteż wymaga praktyki, żeby się wydoskonalić. Bóg daje nam do tego tyle pomocy, ile w danym czasie uważa za stosowne, ale oczekuje od nas dobrej woli i wysiłku. Ślicznie to powiedziane w psalmie 32: Nie bądź jak koń i muł bez rozumu, jak zwierzęta, którym nic się nie da wytłumaczyć i trzeba na nie działać siłą, ciągnąć je uzdą za pyski, żeby podeszły. Nie bądź bierny. Jasne, że sam niczego nie osiągniesz, ale to cię nie zwalnia ze świadomego dążenia. Nawet w codziennym życiu praktycznym: takich czynności, jak przyszywanie guzików czy pieczenie ciasta trzeba się uczyć przez częste powtarzanie; i pierwszym próbom nawet przy najlepszej woli daleko bywa do precyzji osiąganej przez wprawną szwaczkę czy kucharkę. Temu samemu prawu rozwoju przez praktykę podlega nasze życie umysłowe i duchowe. Im częstsze są chwile świadomej relacji z Bogiem, w jakikolwiek sposób praktykowanej, tym prostsza robi się droga wierności, praktyka wiary. Tym ważniejsze też robi się dla nas pojmowanie tego, co się ludzkim umysłem da pojąć z prawd objawionych. Jeśli Jezus jest naszą wybraną radością, to oczywiste, że chcemy Go rozumieć coraz głębiej. Także znad paszy dla jałówek i znad polewy do garnków może płynąć jeden wielki hymn uwielbienia.

    Krótko mówiąc, gdzie jest nasz rozpoznany skarb, tam jest i nasze serce (por. Mt 6,21), i to w każdej sytuacji; ale też to serce uczy się, w miarę praktyki, coraz lepiej skarb rozpoznawać i coraz pełniej go wybierać.

    s. Małgorzata (Anna) Borkowska OSB

    (fragment książki „Uwagi o modlitwie”. Tytuł od redakcji Gościa Niedzielnego)

    Małgorzata (Anna) Borkowska OSB, ur. w 1939 r., benedyktynka, historyk życia zakonnego, tłumaczka. Studiowała filologię polską i filozofię na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, oraz teologię na KUL-u, gdzie w roku 2011 otrzymała tytuł doktora “honoris causa”. Autorka wielu prac teologicznych i historycznych, felietonistka. Napisała m.in. nagrodzoną (KLIO) w 1997 roku monografię „Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII do końca XVIII wieku”. Wielką popularność zyskała wydając „Oślicę Balaama. Apel do duchownych panów” (2018). Obecnie wygłasza konferencje w ramach Weekendowych Rekolekcji Benedyktyńskich w Opactwie w Żarnowcu na Pomorzu, w którym pełni funkcję przeoryszy.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Warunki modlitwy. Przebaczenie

    ***

    Jeżeli chcemy modlić się czystym sercem, trzeba się pogodzić raz na zawsze z tym, że powinniśmy być ekspertami od przebaczania.

    Czas przejść do warunków modlitwy, i tutaj narzucałby się jako pierwszy temat wiary – ale Chrystus Pan widzi warunek jeszcze pilniejszy, i o nim to mówi, używając słowa: Najpierw. Kiedy chcesz złożyć Bogu ofiarę, uczy, najpierw idź i pojednaj się z bratem (Mt 5,24); kiedy stajecie do modlitwy, najpierw przebaczcie (Mk 11,25). Przeproszenie i przebaczenie: pojednanie z ludźmi. Nasi pierwsi Ojcowie rozumieli to doskonale i starali się tak działać i tak nauczać; sformułował to Ewagriusz, którego nauki przypisano potem abba Nilowi:

    Powiedział abba Nil: „Cokolwiek z zemsty uczynisz bratu, który cię skrzywdził, to wszystko stanie się dla ciebie przeszkodą w czasie modlitwy”. Powiedział także: „Modlitwa jest dzieckiem łagodności i opanowania”… Powiedział także: „Sprzedaj to, co posiadasz, i rozdaj ubogim (Mt 19,21), a wziąwszy swój krzyż, zaprzyj się samego siebie, abyś mógł się modlić bez przeszkody”. Powiedział także: „Cokolwiek zniesiesz cierpliwie jako mądry, to ci przyniesie owoc w czasie modlitwy”. Powiedział także: „Jeśli chcesz modlić się jak należy, nie chowaj w duszy smutku: inaczej biegniesz na próżno”.

    Dlaczego to wszystko, co jest potrzebne do przebaczenia i pojednania między ludźmi – cierpliwość, łagodność, opanowanie – jest jednocześnie podstawą relacji z Bogiem? Dlatego, że szukamy tej relacji nie z pozycji równych, ani tym bardziej takich, którzy robią łaskę Bogu, ale z pozycji faktycznych już wobec Niego winowajców. A w takim razie najpierw pragniemy uzyskać przebaczenie, żeby istniejący nadal konflikt nie ciążył nad dalszą relacją. A Bóg gotów nam przebaczyć, ale właśnie stawia warunek: że najpierw my przebaczymy i przeprosimy siebie nawzajem. I tak, chcąc mówić o kontakcie z Nim, musimy najpierw mówić o relacjach międzyludzkich. Nie takie to dziwne, skoro On sam bardzo wyraźnie powiedział, że cokolwiek, dobrego czy złego, zrobiliśmy bliźnim, On to uzna za zrobione sobie (por. Mt 25,40.45). A św. Jan wyjaśnia, że skoro Bóg jest niewidzialny, to jedyną adekwatną miarą wartości naszych intencji wobec Niego musi być nasz stosunek do Jego widzialnych dzieci, nam podobnych (por. 1 J 4,20).

    Otóż historia tego problemu, problemu miłości bliźniego, jest w dziejach ludzkości długa. Już w pierwotnej hordzie oczywista była lojalność wobec „swoich”, ale i wrogość wobec „obcych”. I to trwało przez tysiąclecia, zmieniało się tylko rozumienie słowa „swój”: nie było ono całkiem jasne nawet dla tych, którzy już przyjęli z Bożego objawienia nakaz miłowania bliźniego jak siebie samego (Kpł 19,18). A któż jest moim bliźnim? – pytał jeszcze Chrystusa jakiś uczony w Piśmie (Łk 10,29). Odpowiedź Chrystusa jest: Każdy człowiek. I to do dzisiaj jest dla całej ludzkości, lekko mówiąc, trudne. Bo nawet tam, gdzie nie działa już mentalność hordy, działa przynajmniej nadal nasze samolubstwo, które sprawia, że nawet kiedy teoretycznie uznajemy równość praw dla wszystkich ludzi, w praktyce staramy się pilnować, żeby ta równość w niczym nie zaszkodziła naszym interesom. A te interesy umiemy dokładnie wymierzyć! Od – do, odtąd moje, a dotąd twoje, i precyzyjna granica, wykreślona na styk, żeby było, prawda, po równo. Ale w realnym życiu nic nie da się mierzyć na styk. Jeśli ktoś na przykład chce przyjść na Mszę tak, żeby trafić precyzyjnie na chwilę dzwonka przy zakrystii, to się najczęściej spóźnia. Jeśli ktoś, jak Rzędzian w Trylogii, wyznaje zasadę, że cudzego nie chce, ale swojego nie daruje – to tym samym mianuje sam siebie sędzią orzekającym o tym, gdzie jest granica między cudzym a swoim; i praktycznie najczęściej w tej wielkiej trosce o równość i sprawiedliwość zagarnia spory brzeg cudzego.

    Inny dobry przykład to łakomy skrupulat, smarujący sobie chleb dżemem. Stoi przed wielkim problemem, bo z jednej strony grozi mu, że nabierze za dużo, a to byłby grzech, którego on na swoje sumienie nie weźmie; a z drugiej, że nabierze za mało; a to byłaby krzywda, z którą on się nigdy nie pogodzi. Jak znaleźć, co do miligrama, tę słuszną ilość? Tę granicę, ten styk? Więc nabiera po odrobince, rozsmarowuje pracowicie, tu jeszcze masło prześwituje… a tu już może za gruba pecyna? Tymczasem rodzina siedzi dookoła i czeka, kiedy on wreszcie zwolni ten słoiczek; a on i tak nigdy nie będzie miał absolutnej pewności, że słusznie wymierzył. I nie ma na jego chorobę lekarstwa, poza jednym: gdyby się pogodził z możliwością nabrania sobie trochę za mało.

    Otóż tak samo jest właśnie w dziedzinie relacji międzyludzkich. Ani sam nie znajdzie pokoju, ani innym go nie da, ktoś, kto nie przyzna bliźniemu w sercu miejsca uprzywilejowanego. Kto nie wpuści go na swoją działkę, na swój – przynajmniej – margines. W sprawie przebaczenia to jest absolutna konieczność. Musimy zrozumieć, że wymierzanie cudzych i swoich win precyzyjnie na styk jest niewykonalne, a choćby było wykonalne, nie prowadzi do miłości, ale do pieniactwa; i że trzeba zamiast tego przyznać bliźnim przed sobą miejsce pierwsze. Uprzywilejowane. Realnie, na co dzień, od drobiazgów zaczynając. A jeśli się dobrze przyjrzeć Pismu świętemu, to taka jest właśnie treść Prawa i Proroków; a już zwłaszcza Ewangelii. Po prostu dlatego, że to jest pierwsza faza miłości, której mamy się uczyć. Przecież Pan, chociaż pochwalił przepis jak siebie samego, posunął swoje przykazanie o wiele dalej, niż ta zalecana w Księdze Kapłańskiej równość praw; nie powiedział tylko, że mamy miłować innych jak siebie, ale – Jak Ja was umiłowałem (J 13,34; 15,12) – usankcjonował więc, a nawet nakazał tę preferencję przyznawaną bliźniemu. Zrobił z niej znak rozpoznawczy swoich uczniów…

    Ech, ten znak rozpoznawczy. Zmiłuj się, Panie, nad nami, bo do tego ostatecznego ideału jest nam wciąż jeszcze bardzo daleko i trudno by było rozpoznać w nas Twoich uczniów; ale przynajmniej pierwszy krok został postawiony, jeżeli potrafimy zidentyfikować w swoim życiu te sytuacje, które są okazjami do zastosowania tej zasady – albo do wykroczenia przeciw niej. Czyli albo do przebaczenia – albo do upierania się przy swoim „prawie”. W praktyce widać, że największą przeszkodą jest w tym dla nas nie tyle obiektywny ciężar cudzej winy, ile nasza emocjonalna na nią reakcja. To dotyczy zwłaszcza tych najczęstszych, drobnych, ale powtarzających się wykroczeń naszych winowajców, na które już się przyzwyczailiśmy reagować złością, oburzeniem, krytyką. Żeby tu zrobić choć krok naprzód, trzeba przede wszystkim znać siebie na tyle, żeby zrozumieć, że co innego ja, a co innego moje emocje. Emocje mogą być zupełnie niewspółmierne do winy i do naszej ewentualnej krzywdy, ale choćby i były współmierne, to dopóki ich nie odróżnimy od siebie i pozwalamy im reagować za nas, nie mamy najmniejszych szans na wypełnienie nawet przykazania miłości jak siebie samego; cóż dopiero jak Ja was umiłowałem.

    W warunkach życia monastycznego, życia we wspólnocie, trzeba się uczyć wykorzystywać okazje do rezygnacji z upierania się przy swoim. To bywają okazje bardzo drobne, ale od takich trzeba zaczynać, jeśli w ogóle chcemy zrobić jakikolwiek krok do przodu. Nikt nie twierdzi, że to łatwe albo przyjemne, ale na pewno konieczne. I każdą taką okazję, jak zresztą w życiu wszystko, można albo wykorzystać, albo zmarnować.

    Winy jednego człowieka wobec drugiego bywają bardzo różnej wielkości. Dzisiaj psychologia rozpracowuje bardzo starannie tak zwane traumy czyli rany, odniesione jeszcze przez psychikę dziecka i deformujące potem jego zachowanie. Także traumy, odniesione w późniejszych latach, w różnych sytuacjach, w tym i w źle prowadzonych zgromadzeniach zakonnych. I słusznie, że się pracuje nad ich wykryciem i nazwaniem po imieniu, to pomaga do zdrowia psychicznego; tylko że relacja z Bogiem to coś jeszcze o wiele więcej niż zdrowie psychiczne. Tu wszystko zależy nie od tego, co mamy czy co sobą reprezentujemy, ani co nas boli, tylko od tego, co z tym zrobimy. Wszystko: dary czy traumy, zdolności czy trudności, może stać się albo pułapką, albo właśnie odskocznią, trampoliną, zależnie od tego, jak to wykorzystamy. A wykorzystamy tym lepiej, im mniej będziemy się zajmować swoim zranieniem i swoimi płynącymi z niego prawami, a więcej – Bogiem i Jego wolą dla nas, Jego upodobaniem. Nasze traumy mogą być oczywiście przez nas nie zawinione, ale czy musimy z nimi współpracować ku własnemu wykrzywieniu? Choć to może i nie nasza wina, że „jesteśmy tacy”, ale nieistotne jest, czyja wina; istotne jest pytanie: czy to musi trwać?

    Oprócz win dawnych, a nadal działających, jeśli albo jakoś utkwiły w naszej psychice, albo sami je niepotrzebnie wspominamy – są i winy bieżące, codzienne, najczęściej bardzo drobne; chociaż i to prawda, że potrafimy je z jednej strony wyolbrzymiać, a z drugiej narzekać, że właśnie im drobniejsze a częstsze, tym bardziej dokuczliwe. Bywa nawet, że ktoś, z większym uczuciem niż szacunkiem powiada: „Panie Jezu, sam byś się wściekł!” – i myśli, że Bóg do niego nie może mieć pretensji o gniewną reakcję. Sam przecież powiedział: Jeśli zgrzeszy twój brat, upomnij go (Mt 18,15) – a czymże była nasza reakcja, jeśli nie właśnie braterskim upomnieniem? Cała bieda w tym, że powiedziane jest „jeśli zgrzeszy”, a nie „ilekroć cię zdenerwuje”. I powiedziano „upomnij”, a nie „warknij, zbesztaj, nakrzycz”.

    Jeżeli chcemy modlić się czystym sercem, trzeba się pogodzić raz na zawsze z tym, że powinniśmy być ekspertami od przebaczania. A w takim razie także od ustępowania. Nie zawsze i nie w każdej sprawie, ale właśnie o to chodzi, żeby wyćwiczyć i wymodlić sobie, jak Salomon, serce mądre (1 Krn 3,12), zdolne do rozsądzania, kiedy z jakiejś przyczyny ustąpić nie można; a poza takimi wypadkami umieć wykorzystać także i to jako okazję do ćwiczenia się w tej podstawowej fazie miłości bliźniego. Wykorzystać; i ani nie naśladować zła, ani go bliźniego nie osądzać. To bywa trudne, ale jest konieczne; w ostrych konfliktach, kiedy uczucia człowiekiem miotają, może być bardzo trudne; ale zawsze można, nawet kiedy się jeszcze nie zdołało uspokoić swoich nerwów, prosić Pana, żeby naszym bliźnim nie policzył win wobec nas popełnionych. Ojcze, Ty im przebacz, chociaż ja jeszcze nie potrafię! To jest układ z Panem; a On pomoże nam tym bardziej w wewnętrznym wyzwoleniu i uspokojeniu. I w ogóle zawsze dobrze jest modlić się, żeby Bóg nikomu nie policzył tego, czym nam zawinili.

    A bywają i winy urojone. Znałam kiedyś staruszkę, bardzo już mało kontaktującą z rzeczywistością, która twierdziła, że sąsiadka złodziejka wciąż wdziera się do niej nocą przez okno (na piętrze, a w dodatku ta sąsiadka była takiej cyrkumferencji, że przez to okienko w ogóle by nie przeszła). Staruszka grzmiała: Ja jej tego nigdy nie przebaczę! Mówię jej: Będzie siostra musiała przebaczyć na łożu śmierci. – I wtedy nie przebaczę! – Nie przejęłam się tym, bo to nie ta biedaczka mówiła, tylko mówiła przez nią demencja; tylko że demencja to rzecz indywidualna, każdy kamienieje po swojemu; więc jeśli ona skamieniała w takiej właśnie zaciętości, to widocznie i przedtem miewała problemy z przebaczaniem. Takie rzeczy na starość najlepiej się ujawniają. Uczmy się walczyć ze swoją trudnością przebaczania, żebyśmy nie zastygły na starość w tak niedopracowanej postawie. Mamy do tego w Domu Bożym, domu modlitwy, domu spotkania – zupełnie dość środków, zachęt i pomocy.

    s. Małgorzata (Anna) Borkowska OSB

    (fragment książki „Uwagi o modlitwie”) Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Choćbyśmy nadal uważali, że racja była nasza, schowajmy ją do kieszeni

    S. Borkowska: Choćbyśmy nadal uważali, że racja była nasza, schowajmy ją do kieszeni

    fot. Mihai Surdu / unsplash.com

    ***

    Choćbyśmy nadal uważali, że racja była nasza, schowajmy ją do kieszeni i w ogóle o niej nie wspominajmy. To może być trudne, bo ludzie na ogół gotowi są mówić: “Przepraszam za swoje słowa, ale…” – i w końcu tylko powtarzają to, za co niby to przyszli przeprosić – pisze s. Małgorzata Borkowska OSB w książce “Uwagi o modlitwie”.

    Była już mowa o tym, że pierwszym warunkiem modlitwy jest przebaczenie swoim winowajcom. Teraz czas omówić taką sytuację, kiedy to my zawiniliśmy i sumienie mówi nam o tym; przypomina, że Chrystus chce pojednania najpierw, a kultu dopiero potem: zostaw dar przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem (Mt 5,24).

    Wiemy z doświadczenia, że bardzo trudno jest modlić się, kiedy coś nam leży na sumieniu. Chcielibyśmy to zamknąć do ciemnej komórki, odłożyć na potem – a nie da się. I bardzo dobrze, jeśli się nie da, bo to znaczy, że nasze sumienie działa i nawet jeśli nam jego głos zawadza, nie skutkują próby wyłączenia go. Najlepiej, nie tracąc czasu na te próby, wysłuchać go od razu, przyznać mu rację – i jeśli bliźni, którego ten głos dotyczył, jest chwilowo poza naszym zasięgiem, przynajmniej podjąć szczere postanowienie pojednania. Dopiero wtedy nasza modlitwa ma którędy popłynąć. Inaczej byłaby po prostu samoułudą.

    Nazwać winę po imieniu

    Łatwo się mówi, ale w praktyce, jeśli przyszliśmy, na przykład, na półgodzinne rozmyślanie i musimy je zacząć od tańca ze swoim sumieniem, może się okazać, że nam taki taniec zabierze większą część tego czasu. Ale choćby to i trwało długo, dobrze, niech trwa; lepsze będzie te kilka ostatnich minut poświęcone modlitwie czystej i pokornej, niż całe pół godziny, przepisowo długie, ale skażone. Nazwać po imieniu swoją winę – to już i w Raju było trudne; i tak, jak tam Adam zrzucał winę na Ewę (i na Boga przy okazji), a Ewa na węża (Rdz 3,12–13) – tak i my teraz wijemy się wśród uczuciowych pół-argumentów i ćwierć-pewników, byle tylko swój udział w winie pomniejszyć i usprawiedliwić, a cudzy rozdąć do rozmiaru możliwie blisko stu procent. Mamy już w tym niejaką wprawę, ale ponieważ pomimo tej wprawy nie zdołaliśmy dotąd na szczęście zredukować sumienia do roli swojego urzędowego potakiwacza, ono nadal protestuje; a Bóg, oczywiście, nigdy roli potakiwacza nie przyjmie. Zanadto nas kocha i zanadto poważnie traktuje naszą chęć modlitwy, żeby na takie jej skażenie pozwolić.

    Jak mówię, to może w konkretnym przypadku zabrać trochę czasu, ale jest konieczne. Po pierwsze, takie dążenie do stanięcia przed Bogiem w prawdzie jest także modlitwą, choćby nie akurat tym jej rodzajem, na który właśnie przyszliśmy. Walczymy ze sobą, wzywając pomocy Bożej: a więc pozostajemy z Bogiem w modlitewnym kontakcie, i to bardzo żywym! Po drugie, jak tutaj wciąż podkreślamy, modlitwa jest relacją, a nie tylko pojedynczą czynnością; a nasza relacja z Bogiem powinna obejmować całe nasze życie, a już zwłaszcza stosunek do bliźnich, których nam dano jako widzialnych przedstawicieli Niewidzialnego, żebyśmy mogli okazać Mu miłość. I dlatego, jak uczą już Ojcowie Pustyni (jest o tym śliczny passus u św. Doroteusza), musimy wbić sobie w serce ten pewnik, że w każdej międzyludzkiej sprawie są dwa składniki: sama treść tej sprawy i relacja między załatwiającymi ją ludźmi. I ten drugi jest od pierwszego ważniejszy, bo ważniejsze są decyzje moralne od działań czysto fizycznych. Doroteusz ustawia proporcje między nimi bardzo ostro: wedle niego relacje międzyludzkie to siedem ósmych sprawy, a sama jej treść – tylko jedna ósma. Proporcja jak jeden do siedmiu? Tak: aż tak bardzo ważniejszy jest brat niż działalność, miłość niż racja, życzliwość niż „sprawa”, ktoś niż coś. „Sprawa” nie jest człowiekiem, tylko czymś bezosobowym; i historia zna mnóstwo przypadków, że ludzie „dla dobra sprawy”, „dla idei”, stawali się nawet katami innych ludzi.

    Nakaz moralny ma pierwszeństwo przed tak zwanym “dobrem sprawy”

    Doroteusz powiada nawet, że gdyby coś nakazał któremuś z mnichów, a ten by stwierdził, że przez wykonanie musiałby zranić sumienie jakiegoś brata, czyli zrobić mu przykrość, to tym samym rozkaz jest anulowany. Dodaje z wyraźnym uśmiechem, że nie jest to zachęta, żeby bracia przestali spełniać polecenia, tłumacząc się za każdym razem obawą przed zranieniem brata; ale ma do nich zaufanie, że będą umieli zgodnie z sumieniem dokonać osądu sprawy i w razie konieczności postawią dobro brata nawet przed posłuszeństwem. Prawdę mówiąc, nakaz ten, chociaż brzmi dość dramatycznie, jest jak najbardziej zgodny z nauką Kościoła o posłuszeństwie, ale nie o to tu chodzi. Chodzi o to, że nakaz moralny ma pierwszeństwo przed tak zwanym „dobrem sprawy”. I teraz my powinniśmy to zastosować do tych wszystkich naszych międzyludzkich problemów i problemików, które mogą stanąć między nami a naszą modlitwą.

    Poprzednio już była mowa, że nie może nauczyć się kochać, kto dąży tylko do równości, a nie przyzna bliźniemu miejsca uprzywilejowanego. Więc i naszemu winowajcy powinniśmy starać się przyznać takie miejsce przed sobą i przed swoim interesem. (Kochaj aż do bólu, powiedział mi kiedyś pewien doradca duchowy.) To bardzo trudne, ale dopóki tego przynajmniej nie zapragnęliśmy, lepiej nie deklarujmy miłości do Boga. A jeżeli zapragnęliśmy, jeżeli chcemy się tego nauczyć, to zgódźmy się z tym, że proces tej nauki potrwa długo – chociaż już od samego jej początku odzyskujemy możność, nazwijmy to nawet: prawo, patrzenia Bogu w oczy. Proces potrwa więc długo, ale będzie się toczył, a na sam początek przyda się nam parę konkretnych rad.

    Po pierwsze, trzeba pamiętać, że najlepiej widzimy te wady bliźnich, które są podobne do naszych, a mówiąc prościej: które dla naszych własnych stanowią konkurencję. Więc w tym, co u kogoś widzimy, możemy się przejrzeć jak w lustrze: jeśli na przykład tak bardzo mi przeszkadza, że ktoś wciąż musi mieć rację, to mogę być pewna, że to mnie oburza jako konkurentkę po prostu: bo każdy powinien przyznawać rację mnie! Trzeba o tym pamiętać; i rachunek sumienia będzie wtedy szczerszy, i wyrozumiałość dla bliźniego większa.

    Po drugie, są pewne konkretne sytuacje, co do których wiadomo, że wywołują u nas reakcję złości. Doświadczyliśmy już tego nieraz, że jeśli na przykład trzecia czy czwarta osoba przynosi nam wiadomość albo komunikat o czymś, o czym już wiemy, nieraz trudno nam nie odpowiedzieć warknięciem. To oczywiście zupełnie irracjonalne i bardzo głupie, bo ten ktoś działa z dobrego serca, i skąd może wiedzieć, że już kilku innych zrobiło to samo? I niby dlaczego nam się to wydaje obrazą, skoro na pewno lepiej jest o czymś potrzebnym dowiedzieć się o dwa razy za dużo niż o raz za mało? Ten i inne częste powody swoich złości już znamy i z góry możemy wypowiedzieć im walkę. Obmyślić poprawną reakcję i w niej się ćwiczyć. To nam daje jeszcze jeden dodatkowy temat kontaktu z Bogiem, a więc jest także szkołą modlitwy, a nie tylko jakiegoś samo-doskonalenia się.

    Bóg kocha mojego winowajcę

    Po trzecie, dobrze jest ćwiczyć się w pamięci o tym, jak bardzo Bóg kocha mojego winowajcę. Wiem, że trzeba się za niego modlić; ale muszę bardzo uważać, żeby to nie była modlitwa z wysokości mojej rzekomej cnoty za jakiegoś biednego głuptasa. Najlepiej więc modlić się przez niego: prosić przez tę miłość, jaką Bóg ma dla niego i przez jego zasługi. Bo to wszystko jest rzeczywiste, chociaż my tego nie widzimy, i prawdę mówiąc, nie mamy ochoty widzieć. „Panie, udziel mi tej łaski przez zasługi mojego winowajcy i przez miłość, jaką masz dla niego!”. Wtedy i modlitwa jest milsza Bogu, i my zaczynamy mieć jakieś przebłyski tego, jak Bóg patrzy na tego człowieka. Może nawet nauczymy się w końcu kochać go dla Boga, a nie z ludzkiej sympatii? I powie ktoś: – Ale przecież konflikty, te drobne, codzienne, tak się kumulujące, spadają na ogół nagle, i nie ma czasu na przypomnienie sobie tego wszystkiego! – Nie szkodzi. W miarę zadomawiania się tych myśli w nas będą one zjawiać się coraz bardziej w porę, a w końcu mogą się stać naszym szczerym (i słusznym) przekonaniem.

    Po czwarte: jeśliśmy komuś czegoś odmówili, choćby w myśli, to po dokonaniu rachunku sumienia dać dwa razy tyle. Znowu, nie dla wyhodowania w sobie poczucia moralnej wyższości, ale dla własnej nauki i dla zadośćuczynienia Panu. Usłużyć w czymś temu, kto nas denerwuje; pamiętając zawsze, że jakim sądem sądzimy, takim i nas mają sądzić (Mt 7,2). I pamiętając, że to jest ważniejsze od sprawy, o którą powstał ewentualny spór; wg św. Doroteusza, w proporcji siedem do jednego…

    A to wszystko powinno się dziać spokojnie i po prostu, bez dopatrywania się w tym jakiegoś wielkiego wyczynu. Przecież jesteśmy słudzy nieużyteczni, potrafimy co najwyżej spełnić swój obowiązek (Łk 17,10). I przy tej okazji możemy się przekonać, jak słusznie pisze św. Jan, że jeśli serce nas nie oskarża, mamy ufność wobec Boga (1 J 3, 21); mamy tę swobodę przystępu i spojrzenia w oczy, która jest cenniejsza nad wszystko. Ale także i to: że jeśli serce nas oskarża, to Bóg jest mocniejszy, wie wszystko i może nas doprowadzić do zrozumienia, do skruchy, do nawrócenia… Bo ostatecznie przecież zwycięstwo nie należy do naszych kulawych cnót, tylko do Tego, który nas poucza i prowadzi. I najważniejsze: przypominajmy sobie przy pierwszej stacji Drogi Krzyżowej, że Chrystus jest wprawdzie Sędzią żywych i umarłych, ale jest także patronem osądzonych. I że bardzo wyraźnie ostrzegał nas: nie sądźcie!

    Zła trzeba nienawidzić, ale w sobie

    I co jeszcze powiedział: Nie stawiajcie oporu złemu (Mt 5,40). Ojcowie Pustyni, komentując to, mówią, że zła trzeba nienawidzić, ale w sobie. I to właśnie jest rola sumienia i modlitwa sumienia: wykryć w sobie zło, wydać na nie wyrok i prosić Pana o pomoc w walce. Działalność sumienia to także modlitwa, i to taka, bez której żadna inna modlitwa nie byłaby całkiem szczera.

    I jeszcze jedna ważna wskazówka praktyczna. Jeżeli idziemy kogoś przeprosić, to chodzi nam o uzdrowienie relacji międzyludzkiej, o to Doroteuszowe siedem ósmych. A nie o „sprawę”, nie o kolejną próbę uzasadnienia swojej racji. Trzeba się na tamtym skupić, a o tym – jako o mniej ważnym – zapomnieć. Choćbyśmy nadal uważali, że racja była nasza, schowajmy ją do kieszeni i w ogóle o niej nie wspominajmy. To może być trudne, bo ludzie na ogół gotowi są mówić: „Przepraszam za swoje słowa, ale…” – i w końcu tylko powtarzają to, za co niby to przyszli przeprosić. To nie jest ani autentyczne, ani skuteczne. W myśli naszego „przeciwnika” i tak pozostanie pamięć, że na tę sprawę można mieć różne spojrzenie. Niech ta pamięć lepiej działa cicho i doprowadzi kiedyś do lepszego zrozumienia bez dalszej naszej, wielce niezgrabnej, pomocy. Do nas należy przede wszystkim uzdrowić relację, a nie nauczać.

    s. Małgorzata (Anna) Borkowska OSB

    (fragment pochodzi z książki „Uwagi o modlitwie”)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak czytać Pismo Święte?

    Te wskazówki mogą okazać się bardzo pomocne

    Jak czytać Pismo Święte? Te wskazówki mogą okazać się bardzo pomocne

    fot. Rod Long / Unsplash

    ***

    Istnieje prosty sposób studiowania Biblii, dostępny dla każdego. Nie potrzeba do niego żadnych materiałów pomocniczych. Polecam go wszystkim, którzy chcą się zaznajomić z Pismem Świętym.

    Biblia jest duchowym skarbem niewyczerpanej mądrości. Bóg przemówił i przemawia przez nią do ludzkości. Mówi nam ona o Jezusie Chrystusie. Gdy ją rozważamy, łączymy się duchowo z chrześcijanami wszystkich stuleci. Każda strona Biblii jest uświęcona modlitwą niezliczonych pokoleń. Dlatego jest ona również nieoceniona w nawiązywaniu kontaktu z Bogiem. Jak można ją rozważać?

    Biblię można brać do ręki z trojakim zamiarem: aby czytać, studiować i rozważać. Gdy chcemy ją czytać, sięgamy po Ewangelię, list św. Pawła czy dowolny tekst ze Starego lub Nowego Testamentu. Czytamy go nieprzerwanie, jak powieść, tylko trochę wolniej.

    Studiowanie wnika głębiej i prowadzi do większego zrozumienia. Odwołuje się do wyników badań językoznawczych, archeologicznych i egzegetycznych. Badamy tło kulturalne, analizujemy intencje i styl autora. Objaśniamy tekst za pomocą innych miejsc, które albo przedstawiają podobne zagadnienie, albo ten sam temat ujęty z innego punktu widzenia. Dlatego w trakcie naukowych badań korzysta się z czasopism, książek i słowników.

    Istnieje też prostszy sposób studiowania Biblii, dostępny dla każdego. Nie potrzeba do niego żadnych materiałów pomocniczych. Polecam go wszystkim, którzy chcą się zaznajomić z Pismem Świętym. Polega on na badaniu i porównywaniu miejsc jednakowych tematycznie. Oczywiście, trzeba uprzednio znać Biblię przynajmniej we fragmentach.

    Nie przedstawia nam ona usystematyzowanej dogmatyki. Jest jak liturgia, kierująca nieustannie uwagę na tajemnicę chrześcijańskiej wiary, ukazując ją na różne sposoby. Dlatego pouczające jest porównywanie jednego miejsca z innym, ponieważ uzupełnia i objaśnia ono poprzedni tekst. Ta metoda pogłębia nasze rozumienie Pisma Świętego. Ustępy poruszające ten sam temat nazywa się tekstami paralelnymi.

    W prawie wszystkich wydaniach Biblii umieszcza się uwagi na marginesie albo przypisy, które wskazują na miejsca paralelne. Odszukanie i porównanie tych miejsc jest bardzo pomocne, gdy chcemy lepiej poznać  Biblię. W liście św. Pawła spotykamy się np. ze słowem “łaska”. Zauważamy od razu, że pojęcie to jest bardzo ważne dla autora, ale nie wiemy dokładnie, co przez nie rozumie. Dlatego szukamy tego słowa w przypisach lub w słowniku. Znajdujemy wyczerpujące objaśnienia i szereg interesujących fragmentów dotyczących tego pojęcia. Dzięki ich porównaniu lepiej rozumiemy tekst; wyjaśnia się przesłanie Biblii i bardziej przybliża jej świat. “Kto nie zna Biblii – mówi św. Hieronim – nie zna też Jezusa Chrystusa”.

    Ale ten rodzaj studiowania nie jest konieczny przy rozważaniu Biblii. Studiowanie nie jest rozważaniem; zachodzi między nimi istotna różnica. Poświęcając się badaniom, chcemy tylko coś zrozumieć, przez rozważanie natomiast próbujemy ponad rozumieniem pozwolić, by przesłanie Pisma Świętego oddziaływało na nas i zmieniało nasze postawy. W trakcie studiowania posługujemy się rozumem, przy rozważaniu aktywna staje się wola.

    Studiowanie analizuje obiektywne przesłanie Biblii, a rozważanie dotyka nas osobiście i pokazuje duchową drogę naszego życia. Studia pomagają w poszerzeniu wiedzy naukowej, dzięki rozważaniu przenika nas światło Ewangelii; pomaga ono w dialogu z Bogiem i w poznaniu, co powinniśmy w sobie zmienić.

    Zarówno czytanie, jak i studiowanie może przekształcić się w rozważanie. Ważne jest, czy po uchwyceniu sensu zatrzymamy się dłużej na wybranych fragmentach tekstu i czy pozwolimy im na nas oddziaływać.

    Tajemnica rozważania polega na odkryciu, co określony fragment Biblii ma nam do powiedzenia. Odbywa się to w prosty, najczęściej intuicyjny sposób, którego lepiej nie poddawać ścisłej analizie. Mimo to, aby ułatwić zrozumienie, opiszę przebieg rozważania, a potem objaśnię najważniejsze etapy całego procesu. Sięgnijmy do epizodu z Ewangelii św. Marka:

    Potem, usiadłszy naprzeciw skarbony, przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: “Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała na swe utrzymanie” (Mk 12,41–44).

    Powoli czytam tekst dwa, a może nawet trzy razy. Zdaje się do mnie nie przemawiać, dlatego chciałbym przejść do innych fragmentów, lecz nie czynię tego. Odkładam na bok książkę i próbuję wyobrazić sobie opisaną scenę. Oczyma wyobraźni widzę przechodzących ludzi. Wśród nich wdowę. Jest uboga, pokorna i nieśmiała. W dłoni ma ukryte pieniądze, jej serce jest czyste i wspaniałomyślne. Ofiarowuje Bogu coś, czego sama potrzebuje. Może nie wie, czy jutro będzie miała co jeść, ale zdobywa się na ten wspaniały gest, aby wyrazić pełne oddanie Bogu. Podziwiam ją.

    Zastanawiam się i pytam, czy dzisiaj coś takiego mogłoby się wydarzyć. Przypominam sobie opowiadanie jednego z moich przyjaciół, który pracuje w dzielnicy ubogich: żył tam zawsze pogodny mężczyzna z Chile, nazywał się Tenorio. Miał trzydzieści pięć lat i nie martwił się o utrzymanie. Na pytanie, skąd bierze się jego dobry nastrój, opowiedział mojemu znajomemu następującą historię: urodził się w Puerto Montt, w Chile. Gdy miał dziewięć lat, z powodu problemów rodzinnych musiał nieoczekiwanie opuścić dom i znalazł się na ulicy bez środków do życia. Poszedł na plac targowy w Puerto Montt i usiadł. Po kilku godzinach w porze obiadowej przyszedł jakiś mężczyzna i usiadł obok niego. Zapytał Tenoria, gdzie mógłby za darmo dostać coś do jedzenia, ponieważ był w podróży ze swoją żoną i dziećmi, ale nie miał pieniędzy. “Gdy zobaczyłem tego mężczyznę – powiedział Tenorio – zacząłem mu tak bardzo współczuć, że sięgnąłem ręką do kieszeni po kilka monet, które miałem przy sobie, i dałem mu je”. Mężczyzna podziękował i odszedł. Po południu przyszedł nieznajomy chłopak i zaproponował Tenoriowi wspólną sprzedaż kasztanów. Tenorio przyjął ofertę. Zarobili tego dnia wystarczająco dużo, by móc kupić coś do jedzenia. Następnego dnia znowu sprzedawali kasztany; od tego czasu nigdy nie zabrakło im pieniędzy.

    Ta historia sprawiła, że przypomniałem sobie biblijną scenę, i wyjaśniła mi jej przesłanie. Widzę, że przedstawia ona coś realnego i aktualnego. Również w dzisiejszych czasach żyją ludzie, którzy mimo braku majątku gotowi są dzielić się z innymi. Wzrusza mnie to i powoduje, że zaczynam się zastanawiać nad moim własnym życiem. Czy zdarzyła się w nim podobna sytuacja? Czy zachowałem się jak owa wdowa, czy też postąpiłem inaczej? Jakie jest pod tym względem nastawienie społeczeństwa, w którym żyję i do którego należę? Nasuwają się wspomnienia wydarzeń związanych z tematem refleksji. Może uświadamiam sobie, że jeszcze nigdy nie oddałem czegoś, czego sam potrzebowałem. Zawstydza mnie to; przyznaję, że jestem egoistą i podziwiam wdowę z Ewangelii oraz mężczyznę z Chile.

    Potem zwracam się do Jezusa Chrystusa, wyznaję swój wstyd i mówię o wszystkim, co myślałem i odczuwałem. Proszę o Jego pomoc, by stać się człowiekiem wspaniałomyślnym i szczodrym. Dziękuję Mu, jeśli już choć trochę się zmieniłem. Wyrażam też zaufanie wobec myśli przychodzących mi w tej chwili do głowy. Potem jednak moja uwaga rozprasza się, a myśli rozbiegają. Wracam więc do tekstu. Tym razem dostrzegam głębokie, sięgające aż do serca spojrzenie Chrystusa; przejmuje mnie ono. Jezus patrzy z miłością i z uznaniem na wdowę.

    Docenia jej duchową wielkość w porównaniu z faryzeuszami. Spojrzenie Jezusa zniewala mnie. Zastanawiam się, co dla mnie znaczy. Czy kiedykolwiek je zauważałem? Czy uczyniło mnie szczęśliwym? A może obudziło poczucie winy? Nasuwają mi się wspomnienia drobnych zdarzeń z mojego życia. Spostrzegam zachowania, które przedtem uchodziły mojej uwadze. Dziękuję Jezusowi za jego spojrzenie. Proszę, by nie odwracał go ode mnie i dopuścił mnie do badania ludzkich serc i odkrywania ich wartości.

    Przezwyciężając ponowne roztargnienie, wracam do przeczytanego fragmentu z Ewangelii; odbieram go coraz żywiej. Ujmuje mnie szczególnie jego aktualność i ludzkie ciepło; jego przesłanie przenika mnie, wyznacza drogę życia i uszlachetnia modlitwę.

    Spróbujmy prześledzić jeszcze raz tok rozważania: ponieważ potrzebowałem więcej czasu, aby wczuć się w wydarzenie, przeczytałem tekst powoli i z powtórkami. Podziałał na mnie mocniej, gdy wyobraziłem sobie opisywaną przez Pismo Święte scenę. Pomogło mi to zrozumieć nastawienie i pobudki działania uczestniczących w niej osób.

    Na początku możemy ulec pokusie czytania długich tekstów, ponieważ krótkie fragmenty nic nam od razu nie mówią, a my szukamy czegoś nowego. Nie powinniśmy jednak ulegać temu pragnieniu. Rozważanie zależy od głębi wczuwania się, a szybkie zmiany tekstów wykluczają ją. Rozważany fragment nie musi być obszerny. W naszym przykładzie mieliśmy tylko pięć zdań.

    Następnie zacząłem zastanawiać się nad związkiem biblijnego nauczania z moim własnym życiem. To oś rozważania. Najistotniejsze w nim jest powiązanie zdarzeń przedstawianych przez autorów Pisma Świętego z moimi przeżyciami i doświadczeniami. Jest ono efektem racjonalnych przemyśleń. Jest porównywaniem i ocenianiem. Ewangelia zmienia mnie, gdy rozpoznaję w niej sytuacje zdarzające się w moim życiu; przesłanie Słowa Bożego spełnia się, gdy odczytuję jego aktualność. Rozumiem nauczanie Pisma Świętego i chcę widzieć moje życie w jego świetle. Jeżeli takie powiązanie nie pojawia się spontanicznie, to powinniśmy zapytać: co mówią mi te słowa? Czy w moim życiu, w moim otoczeniu zdarzają się podobne sytuacje? Takie pytania są bardzo ważne. Jeżeli bowiem Ewangelia – pomijając jej piękno – nie ma nic wspólnego z moim życiem, to jej prawdziwy sens wymyka się mojemu zrozumieniu. Nie otwiera ona wtedy dla mnie żadnych nowych horyzontów i nie przynosi ze sobą wieści o zbawieniu. Jeżeli natomiast przemawia ona do mnie podobieństwem życiowych sytuacji, to mogę porównać z nią mój sposób postępowania i ocenić go według niej.

    Po odnalezieniu takich  zbieżności  zwracam się do Jezusa. Ukazała mi się nowa perspektywa umożliwiająca rozmowę z  Nim. To szczytowy moment rozważania. Pan przemówił do mnie, a ja Mu odpowiadam.

    Gdy już powiedziałem wszystko, co leży mi na sercu, a moje zaangażowanie zmalało, trochę się rozpraszam. Nieuwaga jest znakiem, że przerwany został tok myślowy i rozmowa jest zakończona. Wtedy wracam do tekstu i zaczynam czytanie od nowa. Czy to zdarzenie ma mi jeszcze coś do powiedzenia? Mam okazję jeszcze raz popatrzeć na wszystko z różnych punktów widzenia.

    Kolejność jest więc jasna: czytanie, rozmyślanie, postanowienie zmian i zwrócenie się z tym do Boga. Powtarzając ten proces, można – nie nudząc się – z powodzeniem oddać się rozważaniu nawet przez godzinę. Przy powtórnym czytaniu wybranego tekstu powinno się szukać w nim odniesień do własnego życia i tak długo pozostać przy tych myślach, aż znaczenie danego fragmentu stanie się całkiem jasne, a my przeniknięci nim odczujemy pragnienie modlitwy. Wtedy spontanicznie mówimy do Jezusa Chrystusa lub do Boga Ojca. Jeżeli nasze skupienie jest niewystarczające, wróćmy do tekstu i związanych z nim przemyśleń. Ten proces nazywam oddechem rozważania, ponieważ czytanie, zastanawianie się i modlitwa następują po sobie kolejno tak jak wdech i wydech.

    Rozważanie jest łatwiejsze, gdy tekst jest opowiadaniem, a przedstawione w nim osoby działają, ponieważ dzięki temu można je sobie łatwiej wyobrazić.

    tekst pochodzi z książki Franza Jalicsa SJ “Praktyka modlitwy”/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zaczynam dzień od Biblii. Jedno zdanie wystarczy, by postawić mnie do pionu i ustawić mi dzień

    (wywiad)

    ***

    O codziennym czytaniu Pisma Świętego, gdy ma się czwórkę dzieci i krótką dobę, o tym, że Słowo Boże nie tylko wspiera w trudnych momentach, ale także towarzyszy w radości i zachwycie tym, co przynosi codzienność i o wyzwaniu, jakim jest dzielenie się wiarą w mediach społecznościowych z Agatą Rusek, blogerką Deonu, doktorem nauk społecznych, żoną i mamą rozmawia Marta Łysek.    

    Marta Łysek: Twoja rzeczywistość, oczywiście mocno ją upraszczając, to nieustanna podróż między galaktykami Twojej czwórki dzieciaków, a Ty do tego jeszcze codziennie czytasz Pismo Święte. Czy to jest wyzwanie?

    Agata Rusek:
     – Nie, no coś ty! Budzę się rano, ptaszki świergocą, mówię dzieciom: dajcie mamie piętnaście minut na medytację, zaparzam kawę, Pan Jezus przychodzi, Duch Święty spływa… (śmiech)

    A dzieci spokojnie bawią się w odległych pomieszczeniach?

    – Oczywiście! Każde w swojej galaktyce i nie ma żadnych czarnych dziur, żadnych zderzeń! (śmiech) Jasne, że to jest wyzwanie: czytanie Pisma Świętego, zresztą w ogóle czytanie czegokolwiek i próba skoncentrowania się na czymś innym niż macierzyństwo, niż powołanie tu i teraz. Z drugiej strony – to  jest potrzebne jak oddech, żeby nie zwariować.

    Nie znajdujesz powietrza gdzie indziej? Dużo znam młodych i niemłodych mam, które powiedziały sobie: zaawansowanym życiem duchowym w postaci czytania Pisma Świętego to ja się będę zajmować, jak ogarnę podłogę i pieluchy, bo mi na razie doby brakuje.

    – Myślę, że to jest bardzo indywidualna sprawa. Też znam takie mamy, które jak nie ogarną podłogi, nie są w stanie skoncentrować się na niczym innym, i ja to rozumiem. Z drugiej strony sama mam tak, że czuję nieustającą tęsknotę za bliskością z Panem Bogiem, za Jego obecnością, mocną i żywą, bo to daje mi energię, siłę, ładuje moją miłość. Już dawno temu doszłam do pokornego wniosku, że ja to jednak pyłek jestem i sama, własnymi siłami nie udźwignę ani miłości do mojego męża, ani do dzieci, ani do siebie samej. Muszę tę miłość od Kogoś brać. Uczyć się tego.

    Dużo jest innych mądrych książek, które o tym mówią.

    – Też miałam w życiu ten etap: „przeczytam wszystkie książki duchowe, które mamy na rynku, bo są tacy kapłani, którzy tak świetnie o tym mówią, takie siostry zakonne, które tak pięknie to wszystko tłumaczą”. Ale w którymś momencie dotarło do mnie bardzo mocno to, że czytam dużo „duchowych” rzeczy, ale nie czytam Słowa. Ono we mnie nie pracuje, bo cały czas czytam tylko komentarz do Słowa, nie sięgam do samego źródła – i że to jest dla mnie złe. Dlatego mój dzień już od wielu lat zaczyna się od Słowa Bożego. 

    Przeraziłam się, że pierwsze, co robię po obudzeniu, to sięgam po telefon

    Jak ci się udało to wprowadzić w życie?

    – Wiesz, świetnie pamiętam moment, w którym tak postanowiłam. Bo wtedy nagle przeraziłam się, że to, co robię pierwsze po obudzeniu, to nie jest znak krzyża, ale sięgnięcie po telefon i sprawdzenie, czy ktoś się nie odezwał, czy coś ważnego się nie stało. Oburzyłam się sama na siebie, że zaczynam od tego telefonu, zamiast sięgnąć po coś, co mnie ustawi na cały dzień. Kilkanaście lat minęło, a ja od tamtej pory zaczynam dzień od Słowa Bożego. To już nawyk (śmiech).

    A więc mamy poranek i mama czwórki dzieci czyta sobie liturgię z dnia: czytanie, psalm, Ewangelię… Brzmi jak coś niemożliwego do wykonania (śmiech) 

    – A tu zaskoczenie! Jasne, że czasem dzieciaki nie dadzą mi przeczytać całej liturgii z dnia, bywa, że jest to tylko pierwsze zdanie. Ale to jest niesamowite, jak czasem to jedno zdanie wystarczy, by człowieka postawić do pionu i ustawić dzień.

    Co to znaczy, że Słowo Boże ustawia Ci dzień? Jak to wyjaśnisz komuś, kto jeszcze tak na dobre Pisma Świętego w życiu nie czytał?

    – Ale trudne pytanie mi zadałaś…

    Polecam się.

    – Myślę, że trzeba by to wytłumaczyć tak. Można Pismo czytać jak książkę: czytasz, treść przelatuje ci przez głowę i nie zostaje z tego wiele. A ja się staram czytać Słowo tak, żeby mi ono zostało. Jeśli rano czytam Słowo i po godzinie nie pamiętam, co przeczytałam, to znaczy, że przeczytałam, ale nie przyjęłam. Ale kiedy staram się przyjąć to Słowo tak, żeby je zjeść, przegryźć, żeby zostało w mojej głowie, to potem w różnych wyzwaniach i radościach szukam słów i one się znajdują, bo rano się nimi nakarmiłam. Na marginesie – mam wrażenie, że ciągle mówimy w kontekście Pisma Świętego o pomocy w trudnościach, ale czasem to jest po prostu towarzyszenie w radości, w zachwycie. Miałam tak ostatnio z burzą; nie lubię burzy, ale musiałam w niej iść, a rano czytałam: „deszcze i burze, błogosławcie Pana!”. I to mnie napełniło takim spokojem: ok, idę z dzieciakami, leje deszcz i jeszcze daleko do domu, ale tym też się mogę pomodlić. Jest zachwyt i poczucie, że wszystko ma sens.

    Jeśli w czytaniu z dnia jest słowo dla mnie, wiem, że w tym nie ma przypadku

    Otwierasz czasem Pismo Święte, żeby sprawdzić, co Pan Bóg powie Ci „przypadkiem”?

    – No właśnie nie. Nie czytam Pisma na zasadzie: „Panie Boże, mam teraz taki problem, więc powiedz coś do mnie” – i  chlast, otwieram Pismo i czytam, co jest w Słowie.

    Dlaczego?

    – To wynika z mojego nastawienia. Wydaje mi się, że bardzo łatwo jest pobłądzić, nastawiając się na takie przypadki i nasza ludzka natura jest taka, że będziemy odczytywać Słowo Boże tak, jak tam sobie chcemy. Ryzyko nadinterpretacji jest jak dla mnie strasznie duże. Ja się tego boję, więc wolę mieć plan lektury, który ktoś mi opracował. Dlatego czuję się bezpieczna z liturgią Słowa, którą Kościół daje na dany dzień: jeśli w liturgii jest Słowo dla mnie, wiem, że w tym nie ma przypadku. Czytanie Pisma we wspólnocie – to mi daje poczucie bezpieczeństwa, że ja nie zacznę żyć własnymi myślami i własną interpretacją Boga. Jasne, szukam Go we własnym rytmie, swoją ścieżką, ale idzie ze mną ktoś, kto swoją mądrością i tradycją pomoże mi nie zbłądzić.

    Masz też plan, który pomaga czytać nie tylko czytania z dnia, ale całe Pismo Święte.

    – To było tak: Słowo i jego obecność w moim życiu było od bardzo dawna. Ale pół roku temu dotarło do mnie, że nigdy nie przeczytałam Pisma Świętego tak od deski od deski. I stąd się wzięło we mnie pragnienie czegoś więcej: że chciałabym Pismo Święte czytać nie tylko tak, jak nam to zadaje liturgia z dnia. A ponieważ przez dwa lata wisiał mi na pulpicie plan zatytułowany „Przeczytaj Pismo Święte w rok” – to w ostatnią Niedzielę Słowa Bożego zaczęłam.

    Plan czytania Biblii? Jest bardzo dobry, bo daje drogę

    Jaki to plan?

    – Opracowany przez księdza z zaprzyjaźnionej wspólnoty mojej mamy, co było dla mnie ważne, bo wiedziałam, skąd się ten plan wziął, kto go napisał.

    Łatwo za nim podążać?

    – Mam do niego i planów w ogóle bardzo wolnościowy stosunek (śmiech). Tego mnie akurat nauczyło macierzyństwo. Plan jest bardzo dobry, bo daje drogę. Został przez kogoś przemyślany, daje nadzieję na to, że nie jest to przypadkowy wybór. Bardzo nie chciałam czytać Pisma Świętego na takiej zasadzie, że otwieram Biblię i zaczynam od Księgi Rodzaju.

    Dlaczego? Wiele osób tak właśnie zaczyna…

    – Wiem. I wiem też o sobie, że jak czytam inne książki i natknę się na taki rozdział, że po prostu nie idzie i jest nudno, to ja się zniechęcam, odkładam i trudno mi do niej wrócić. A nie brakuje mi świadomości, że Pismo Święte czasami mnie… nudzi.

    Czyżby Księga Liczb?  

    – O matko, tak! W ogóle te wszystkie imiona, genealogie… opisy budowy świątyni, Boże kochany! Myślałam, że po prostu zwariuję. Ale ten plan, opracowany przez księdza, który jest teologiem i można mu wierzyć, nawet przy takich fragmentach ma sens, bo jest przygotowany tak, że się czyta dwa fragmenty ze Starego Testamentu i jeden z Nowego. I one ze sobą w zaskakujący sposób korespondują. Oczywiście musisz nad tym usiąść i to powiązanie zauważyć, przemedytować, przemyśleć. Ale dzięki temu, że to jest takie „dwa plus jeden”, ten plan świetnie pokazuje, jak cała Biblia jest powiązana, jak to się wszystko ze sobą zazębia.

    Widzę, że ludzie często boją się czytać Pismo Święte

    Twoje pierwsze zaskoczenie, gdy zaczęłaś czytać Biblię od deski do deski?

    – Fakt, że w kościele na mszy nie wszystkie fragmenty są czytane (śmiech). Wiesz, Marta, żeby było jasne: nie jestem teologiem. Nie mam za sobą młodzieżowej formacji. Pewne rzeczy wyniosłam z katechizacji w szkole, ale moja formacja to były pielgrzymki, krążenie przy kościelnym kręgu, w którym czułam się bezpiecznie, ale nigdy nie wchodziłam w głąb tematu. Długo żyłam przeświadczeniem, że jak ktoś chodzi regularnie na Eucharystię, to w ciągu tych trzech lat liturgicznych jest w stanie całe Pismo Święte usłyszeć w kościele. A że czytam liturgię z dnia codziennie i zdarza mi się być w kościele częściej niż w niedzielę, byłam przekonana, że ja całe Pismo Święte znam.

    I nagle wchodzimy w jakieś księgi Nehemiasza, Zachariasza, nie wiadomo kogo, a mnie się oczy otwierają, że ja nic nie wiem o tym moim Panu Bogu! On mi tu daje siebie, pokazuje się w Słowie, cały czas mnie zaprasza, żebym Go poznawała. Więcej: nie oczekuje ode mnie wiedzy teologicznej, ale zaprasza mnie w podróż, żebyśmy się lepiej poznawali – a mnie to umknęło! To jest moje pierwsze zaskoczenie. I jeszcze coś: regularnie towarzyszy mi myśl, że strasznie mi brakuje wiedzy, że katechizacja osób dorosłych w Kościele jest u nas naprawdę zostawiona samopas.

    Czy ludzie boją się czytać Pismo Święte na własną rękę, bo myślą, że ta lektura się zamieni w jakiś przymus duchowy?

    – Ja się w tym czuję bardzo wolna. I to jest ważne, żeby o tym mówić, bo widzę, że ludzie faktycznie często boją się Pisma Świętego. Jak widzą plan, to budzi się w nich poczucie, że gdy tylko przerwą czytanie, to spadnie na nich kara boska – albo Bóg ich ukarze, kiedy czegoś nie zrozumieją. Dlatego bardzo się cieszę z tego, że czytam Pismo w wielkiej wolności, bo to nie jest taki oczywisty dar.

    Jedna myśl po pół roku lektury Biblii?

    – Taka, że nasz Bóg jest szalony (śmiech). Naprawdę! Jakbym miała streścić jedną myśl po pół roku czytania, to jest właśnie to, że nasz Bóg, nasza wiara to jest czyste szaleństwo. Absolutnie nieziemskie, czyste szaleństwo. Druga myśl jest taka, że gdy słuchamy Słowa na Eucharystii, a potem jeszcze dobrze trafimy i ksiądz mówi homilię odnoszącą się do czytań, to bardzo łatwo jest nam się identyfikować z tymi „właściwymi” postawami. Od razu kiwamy głową, tak, ja to bym tak na pewno nie zrobiła.

    Ale potem, kiedy czytam Stary Testament i kończę Księgi Kronik, historię Izraela, myślę: Panie Boże, czemu Ty jeszcze nie zniszczyłeś tego świata? Przecież ten Izrael, Twój naród wybrany, od samego początku non stop się od Ciebie odwraca i stawia sobie jakieś bożki. I nagle zaczynam dostrzegać, że to jest opowieść o mnie… Widzę, że ta miłość Boga jest szalona, że człowiek od samego początku jest popaprany, wystawiony na żądze, które nim kierują – ale to jest ciągle opowieść o mnie, nie o jakichś tam ludziach. I to jest wielka radość odkrycia pomocy w moim osobistym rachunku sumienia. Bardzo mocno też widzę, co to znaczy, że Słowo Boże jest żywe i skuteczne.

    To może jakiś przykład?

    – Czemu nie? W zeszłym tygodniu czytałam księgę Zachariasza. To jest taka księga, że jak ją czytam, to w ogóle do mnie nie przemawia (śmiech). W ogóle nie jest o mnie. Ale był tam jeden fragment o pasterzu, który traci cierpliwość do swoich owiec i mówi: a róbta, co chceta! Jak się chcecie pozabijać, to się pozabijajcie! Czytałam ten fragment w momencie, gdy moje dzieciaki, cała czwórka, kotłowały się w pokoju już od czterdziestu pięciu minut, kłócąc się dosłownie o wszystko. Pomyślałam sobie: Panie Boże, dziękuję ci, że Ty jesteś tak blisko mnie, że wiesz, co ja czuję, że tak dobrze mnie rozumiesz. A dalej Bóg pokazuje, że pasterz, który zostawia swoje trzody, to jest niestety zły pasterz. I mnie to bardzo ustawiło, dało mi zatrzymanie, refleksję. Zobaczyłam coś bardzo namacalnie w moim życiu i to poskutkowało poprawą mojego osobistego zachowania. Wzięłam głęboki oddech i weszłam do tej jaskini zbójców (śmiech).

    Instagram i wiara? Musiałam wyjść ze swojej strefy komfortu

    Swoim czytaniem dzielisz się na Instagramie. Ostatnio mówi się o tym, że w mediach społecznościowych treści opatrzone etykietką „Ewangelia” nie są dobrze widziane, że trzeba dużej odwagi, by dzielić się swoją wiarą. Jak Ci z tym jest?

    – Dla mnie osobiście jest to trudne i wiązało się z wyjściem ze strefy komfortu. Bo inaczej się dzielisz czytaniem Pisma Świętego w swojej wspólnocie, na żywo, wśród ludzi, których znasz i czujesz się z nimi bezpieczna, a inaczej, gdy robisz profil otwarty, publiczny, z etykietką „czytam Pismo Święte” i zapraszasz innych do tego, co jest bardzo twoje. Czuję się odsłonięta. Zapraszam ludzi – ale nie wiem przecież, kogo dokładnie – do mojego intymnego świata, do czegoś, co jest dla mnie bardzo cenne. Czytają to różni ludzie, którzy nie znają kontekstu. Jak napiszę coś bez wyjaśnienia, mogą mnie źle zrozumieć. Trudno mi było zostawić te wszystkie obawy.

    W takim razie po co Ci ten Instagram? Bez niego też można czytać Pismo Święte.

    – Widzisz, zaczęłam to robić, bo strasznie mnie boli, że w internecie jest tyle złych informacji związanych z wiarą i Kościołem. Tyle jest mówienia, że to są nudy, flaki z olejem, że to jest nieżyciowe. Tyle takiego, mówiąc wprost, zakłamania. Pomyślałam, że jeśli za chwilę chatGPT będzie się karmił tylko takimi treściami, to będzie jeszcze gorzej. I może mój głos nie jest wielki ani ważny; jest ziarenkiem, kropelką w oceanie, ale jeśli Pan Bóg będzie się chciał nim posłużyć, to się posłuży.

    Cała nasza wiara jest opowieścią o tym, że te nasze ziarenka są małe, bezsilne – a potem przynoszą plon. Teraz mam czas w domu, sporadycznie jadę służyć narzeczonym czy małżonkom, ale chciałabym więcej mówić o Panu Bogu. O tym, ile dobra mam od Niego, o tym, że jestem szczęśliwa i błogosławiona, bo całe moje życie buduję na Nim, że to jest skutek przylgnięcia do Kościoła, do wspólnoty, do Słowa Bożego. I teraz mogę to robić właśnie na Instagramie.

    Agata Rusek/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    I PIĄTEK MIESIĄCA – 6 PAŹDZIERNIKA

    GODZ. 18.00 – W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA GODZINNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM (TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.)

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. WYNAGRADZAJĄCA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA

    *********

    MARGARET MARY ALACOQUE

    Zvonimir Atletic | Shutterstock

    *********

    12 obietnic Jezusa dla każdego, kto kultywuje tradycję pierwszych piątków miesiąca

    Pewnie każdy słyszał o tradycji pierwszych piątków miesiąca, ale mało kto wie, skąd de facto się wzięły. Przytaczamy najważniejsze fakty.

    Pierwszy piątek miesiąca – już sam fakt jego wyodrębnienia zwraca naszą uwagę, że jest to dzień szczególny. Wydaję mi się jednak, że wiedza, jaką posiadamy na temat jego wyjątkowości jest nikła, a czasem niekiedy żadna bądź mijająca się z rzeczywistym celem celebracji tego dnia. A skoro nie jesteśmy w pełni świadomi, dlaczego bierzemy udział w pierwszopiątkowej Eucharystii i co zapoczątkowało ten zwyczaj, nie wypełniamy całkowicie poleceń Jezusa.

    Tradycja pierwszego piątku jest o tyle ważna, że nie została ona ustanowiona po prostu przez władze Kościelne, ale została nam dana przez samego Chrystusa. Miało to miejsce podczas objawień, jakich doświadczyła francuska zakonnica, święta Małgorzata Maria Alacoque, podczas adoracji Świętego Sakramentu w klasztornej kaplicy. W czasie tych kilku spotkań Jezus odsłonił przed młodą kobietą swoje gorejące miłością serce i za jej pośrednictwem przekazał tę miłość wszystkim ludziom, gdyż, jak sam zaznaczył, nie mógł dłużej powstrzymać w sobie jej płomieni. Jak wspominała zakonnica, jego okaleczone serce otoczone było wówczas koroną cierniową zwieńczoną krzyżem, a z rany bił blask. Zlecił świętej, aby szerzyła wśród swych sióstr i braci wiarę w Niego oraz ogrom łask i miłosierdzia płynących dla nich z Jego serca, niezbędnych do Odkupienia, zaznaczając, że to dla ludzi jedyny ratunek.

    Objawienia miały ponadto charakter osobistego wyznania, podczas nich Chrystus powiedział Małgorzacie, że każdego dnia znosi udręki spowodowane niewdzięcznością ludzi, która jest cięższa do zniesienia, niż wszystkie cierpienia jakich doświadczył podczas życia na ziemi. Polecił jej, aby przynajmniej ona zadośćuczyniła mu za grzechy wszystkich ludzi, które tak ciężko mu znieść. Właśnie wtedy nakazał jej przystępować do Komunii Świętej najczęściej, jak będzie mogła, szczególnie w każdy pierwszy piątek miesiąca, a w każdą noc poprzedzającą ten dzień uczestniczyła przez godzinę w szczególnej adoracji. Objawienia te zapoczątkowały również tradycję dziewięciu pierwszych piątków, w których pełne uczestnictwo otwiera nam drogę do łaski pokuty i zbawienia.

    Ostatnim nakazem Chrystusa było ustanowienie nabożeństwa ku czci Jego Serca w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała, ze szczególnym uwzględnieniem przystępowania w tym dniu do Komunii Świętej. Udział w tej Eucharystii jest formą zadośćuczynienia za wszelkie obrazy, jakich Jezus od nas doznaje.

    To krótkie przypomnienie historii Jezusowych Objawień pozwala nam zrozumieć istotę pierwszych piątków miesiąca, ich wyjątkowości oraz niezwykłej wagi. Uczestnictwo w nich jest formą pokuty, dzięki nim możemy odkupić swoje winy, zadośćuczynić Jezusowi oraz dostąpić łaski zbawienia.

    Niestety, znaczenie tego dnia bywa często wypaczone, nie skupiamy się w nim głównie na Eucharystii, ale kładziemy nacisk zwłaszcza na pierwszopiątkową spowiedź. Takie przesunięcie punktu ważności może wynikać bezpośrednio z myślenia o konieczności czystości serca podczas przyjmowania ciała Chrystusa pod postacią chleba. Abyśmy mogli uczynić to godnie, potrzebny jest nam sakrament pojednania. Problem w tym, że zdarza się, iż pierwszy piątek tylko na nim kończymy, a idea, jaka temu dniu przyświeca, oparta jest jednak na przystąpieniu do Komunii Świętej. To właśnie pełny udział w Mszy Świętej pozwala nam na dostąpienie łask, jakich udziela nam Chrystus. Dzięki spowiedzi świętej przybliżamy się do Boga, ale to właśnie Eucharystia tę więź umacnia.

    Musimy umieć spojrzeć na celebrowanie pierwszych piątków miesiąca jak na wyjątkowy dar, jaki otrzymaliśmy od samego Jezusa. Mimo cierpień, jakich od nas doświadcza, dalej darzy nas bezgraniczną miłością. Gest, jaki w naszą stronę wykonuje Chrystus, jest niezwykłym aktem miłosierdzia, dowodem prawdziwej, nieskończonej miłości. Nie rezygnuje z nas, nie wątpi, ale zaprasza do siebie, daje szansę na poprawę. Zauważmy, że to On sam wyciąga do nas rękę, choć to przecież my zawiniliśmy, odsłania przed nami zranione serce i nawołuje do poprawy, pierwszy dąży do pojednania, bo pragnie dla nas naszego zbawienia.

    Oprócz obietnicy łaski zbawienia, gdy spełnimy polecenia Jezusa, złożył jeszcze przyrzeczenia, które rozproszone w zapiskach świętej Małgorzaty Marii, zostały zebrane i do dziś istnieją w formie tzw. 12 obietnic Jezusa:

    1. Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie.
    2. Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach.
    3. Będę ich pocieszał we wszystkich ich strapieniach.
    4. Będę ich bezpieczną ucieczką za życia, a szczególnie przy śmierci.
    5. Wyleję obfite błogosławieństwa na wszystkie ich przedsięwzięcia.
    6. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło nieskończonego miłosierdzia.
    7. Dusze oziębłe staną się gorliwymi.
    8. Dusze gorliwe dojdą szybko do wysokiej doskonałości.
    9. Błogosławić będę domy, w których obraz mego Serca będzie umieszczony i czczony.
    10. Kapłanom dam moc kruszenia serc najzatwardzialszych.
    11. Imiona tych, co rozszerzać będą to nabożeństwo, będą zapisane w mym Sercu i na zawsze w Nim pozostaną.
    12. Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci.

    Nie bójmy się zawierzyć Jezusowi tak, jak uczyniła to święta Małgorzata Maria i podążajmy za jej słowami: “We wszystkim co czynisz łącz się z Najświętszym Sercem naszego Pana Jezusa Chrystusa – na początku, by wykazać się chęcią służenia Mu, na końcu dla zadośćuczynienia.”

    Magdalena Syrda – studentka filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Małgorzata Maria Alacoque

    i

    Najświętsze Serce Jezusa

    Św. Małgorzata Maria Alacoque i Najświętsze Serce Jezusa

    Bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa w Paray-le-Monial | fot. Nigel Jarvis / Depositphotos

    ***

    Październik obfituje we wspomnienia wielu ważnych dla naszej wiary świętych – od patriarchy Abrahama przez św. Łukasza Ewangelistę po św. Jana Pawła II. Mnie siłą rzeczy najbliższa jest moja święta patronka – skromna zakonnica zgromadzenia kontemplacyjnego Nawiedzenia NMP, w Polsce zwanego potocznie siostrami wizytkami – św. Małgorzata Maria Alacoque, nazywana “świętą od Serca Jezusowego”.

    Pod wpływem objawień, jakich doznała pomiędzy 1673 a 1675 rokiem w klasztorze Paray-le-Monial, wprowadzono uroczystość Najświętszego Serca Jezusa, którą Kościół katolicki obchodzi w piątek po oktawie Bożego Ciała. Chociaż św. Małgorzatę wspominamy zwykle w czerwcu w związku z tą uroczystością, to jej liturgiczne wspomnienie przypada na 14 października.

    U grobu mojej świętej patronki udało mi się być kilkakrotnie, ale najbardziej pamiętny był naturalnie ten pierwszy raz. Do Paray-le-Monial dotarliśmy, kiedy miasteczko spowijała jeszcze gęsta poranna mgła. Senne i spokojne zdawało się pogrążone w zadumie nad marnościami tego świata. Dość instynktownie skierowałam się we właściwą stronę – ku mostkowi na niewielkiej rzeczce Bourbince. Po jej przekroczeniu z mgły wyrosła wysoka ściana przypominająca górski masyw. To najważniejszy zabytek miasteczka – okazała romańska Bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa (Basilique du Sacré-Cœur). Świątynia ta ufundowana została w 973 roku przez słynnego francuskiego benedyktyna Odylona z Cluny. Wiek później, w wyniku kolejnej przebudowy powstał potężny romański kościół, oddający ducha wspólnoty z Cluny. To ogromna trójnawowa bazylika z transeptem, obejściem chóru i wieńcem kaplic. Skromną romańską fasadę wieńczą dwie masywne, wysokie wieże, a ponad skrzyżowaniem naw wznosi się majestatyczna wielokątna dzwonnica.

    Panorama Paray-le-Monial z Bazyliką Najświętszego Serca Pana Jezusa | fot. Nigel Jarvis / DepositphotosPanorama Paray-le-Monial z Bazyliką Najświętszego Serca Pana Jezusa | fot. Nigel Jarvis / Depositphotos

    ***

    Jednak to nie ten piękny, surowy i majestatyczny kościół przyciąga wiernych do Paray-le-Monial. Głównym celem pielgrzymek jest bowiem niepozorna Kaplica Objawień przy pojezuickim klasztorze (Monastère de La Visitation) zamieszkałym od 1629 roku przez siostry wizytki. To właśnie tam, w bocznym ołtarzu, w szklanym sarkofagu wystawione jest zabalsamowane ciało św. Małgorzaty Marii Alacoque, której czterokrotnie ukazał się Jezus Chrystus z przebitym włócznią sercem, prosząc o uroczystość ku czci Jego Najświętszego Serca.

    Małgorzata Maria Alacoque przyszła na świat 22 lipca 1647 r. w Burgundii (Francja), jako piąte dziecko w rodzinie Klaudiusza z Verosvres, notariusza i sędziego królewskiego. Niezwykłe to musiało być dziecko, skoro mając zaledwie 4 lata, Małgorzata złożyła ślub dozgonnej czystości. Jednak droga do świętości łatwa być nie może, toteż i mała Małgorzata musiała wiele poświęcić, pokonać ciernie mniejszych i większych przeciwności losu, niechęci bliskich i przełożonych. Wkrótce zmarł jej ojciec, zostawiając pod opieką żony siedmioro dzieci. Małgorzata trafiła do kolegium w Charolles prowadzonego przez siostry zakonne, jednak z powodu ciężkiej choroby musiała powrócić do domu. Tam zaczęła się kolejna próba – Małgorzata została oddana na wychowanie do swych krewnych – surowego wuja i zgorzkniałych ciotek, którzy nie szczędzili jej przykrości. Choroba Małgorzaty ciągnęła się przez cztery lata, przysparzając jej dodatkowego cierpienia, ale jednocześnie wpływając na jej duchowy rozwój. Pragnienie poświęcenia życia Bogu musiało ustąpić jednak obowiązkowi pomocy w domu opiekunów. Wielkie marzenie Małgorzaty spełniło się dopiero, gdy miała 24 lata. Wybrała utworzone pół wieku wcześniej przez św. Franciszka Salezego i św. Joannę Chantal Zgromadzenie Sióstr Nawiedzenia (wizytek), nad którym kierownictwo duchowe sprawował przez 40 lat św. Wincenty a Paulo, wielka osobowość epoki.

    Tak oto 25 maja 1671 roku zamknęła się za Małgorzatą futra klasztoru wizytek w Paray-le-Monial. Habit zakonny otrzymała po trzech miesiącach, przyjmując imię Teresa. 19 kolejnych lat życia Małgorzaty za murami klasztoru bynajmniej nie było jednak okresem spokoju, kontemplacji i modlitwy. Był to czas próby.

    Objawienia

    Od początku swego życia zakonnego, przez ponad półtora roku, od grudnia 1673 do czerwca 1675, Małgorzata doświadczała mistycznych spotkań z Jezusem, który przekazał jej zadanie niesienia ludziom posłannictwa o Jego Najświętszym Sercu. Pan Jezus przedstawiał jej swe Serce, kochające ludzi i spragnione ich miłości. Chrystus prosił Małgorzatę, by często przystępowała do Komunii świętej, a przede wszystkim w pierwsze piątki miesiąca. Polecał także, aby w każdą noc z czwartku na pierwszy piątek uczestniczyła w Jego śmiertelnym konaniu w Ogrójcu między godziną 23 a 24: “Upadniesz na twarz i spędzisz ze Mną jedną godzinę. Będziesz wzywała miłosierdzia Bożego dla uproszenia przebaczenia grzesznikom i będziesz się starała osłodzić mi choć trochę gorycz, jakiej doznałem”.

    16 czerwca 1675 r. Pan Jezus ukazał Małgorzacie swoje Boskie Serce, mówiąc:

    Oto Serce, które tak bardzo ukochało ludzi, że w niczym nie oszczędzając siebie, całkowicie się wyniszczyło i ofiarowało, aby im okazać swoją miłość. Przeto żądam od ciebie, aby w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała zostało ustanowione święto – szczególnie po to, by uczcić Moje Serce przez Komunię Świętą i uroczyste akty przebłagania, w celu wynagrodzenia Mu za zniewagi doznane w czasie wystawienia na ołtarzach. Obiecuję, że Moje Serce otworzy się, aby spłynęły z niego Strumienie Jego Boskiej Miłości na tych, którzy Mu tę cześć okażą i zatroszczą się o to, by inni Mu ją okazywali.

    Misja ustanowienia święta czczącego Najświętsze Serce Jezusa okazała się trudna, a Małgorzata doznała wielu przykrości i sprzeciwów. Siostry kpiły z rzekomej mistyczki, wyszydzały jej słowa. Nawet przełożona nie wierzyła w prawdziwość objawień.

    Wezwania Małgorzaty do rozpowszechniania nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusa mocno zwalczali m.in. janseniści, którzy oskarżali jego krzewicieli o herezję. Przeciwstawiali się tym opiniom jezuici – spowiednik świętej o. Klaudiusz de la Colombière, a także o. Croiset. Przez długi czas Stolica Apostolska milczała w tej sprawie, czekając na rozwój wypadków. To nastawienie zmienił memoriał wysłany w 1765 r. przez Episkopat Polski do papieża Klemensa XIII. Ten jeszcze w tym samym roku zezwolił na obchodzenie święta ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa przez zakon wizytek. Następnym krokiem było ustanowienie tego święta dla całego polskiego Kościoła. Dopiero jednak w 1856 papież Pius IX uczynił je obowiązującym w Kościele na całym świecie.

    Mimo trudności, święta Małgorzata Maria Alacoque pod koniec życia rozpoczęła rozpowszechnianie Bożego przesłania. Zainicjowała obchody uroczystości Najświętszego Serca Jezusa w Paray-le-Monial i rozszerzyła je na inne klasztory sióstr wizytek. Z jej inicjatywy wybudowano w klasztorze macierzystym kaplicę poświęconą Sercu Jezusa.

    Zmarła 17 października 1690 r. w klasztorze Paray-le-Monial, mając 43 lata. Kiedy wieść o tym rozniosła się po okolicy, do kościoła przybyło wielu wiernych, aby pożegnać osobę cieszącą się już za życia opinią świętości. Jej pogrzeb odbył się wieczorem 18 października.

    Jednak także pośmiertna droga skromnej zakonnicy do świętości nie była szybka, łatwa i oczywista.

    Święta Małgorzata Maria Alacoque została ogłoszona błogosławioną przez papieża Piusa IX 18 września 1864 r., a kanonizowana 13 maja 1920 r. za pontyfikatu papieża Benedykta XV. Wraz ze św. Janem Eudesem jest nazywana “świętą od Serca Jezusowego”. W liturgii Kościoła katolickiego wspomnienie św. Małgorzaty Marii Alacoque obchodzono początkowo 17 października. W roku 1969 data ta została wyznaczona jako dzień wspomnienia liturgicznego Ignacego Antiocheńskiego, w związku z tym dzień wspomnienia liturgicznego św. Małgorzaty Marii Alacoque został przeniesiony na 16 października. To jednak w Polsce dzień św. Jadwigi Śląskiej, tak więc ostatecznie wspominamy św. Małgorzatę Marię Alacoque 14 października.

    Skromna siostra klauzurowego Zakonu Nawiedzenia, wsłuchująca się nieustannie w głos swego Mistrza i Oblubieńca, zostawiła 141 listów, a w nich rady i myśli nazywane “Perełkami św. Małgorzaty”. Są wśród nich mistyczne dialogi z Jezusem wzywającym do rozszerzenia kultu Jego Najświętszego Serca. W jednym z listów Małgorzata tłumaczy: “To Boże Serce jest niezgłębioną otchłanią wszelkich dóbr, do której ubodzy mają się zwracać we wszystkich swoich potrzebach. Ono jest otchłanią radości, w której przepadają wszystkie nasze smutki. Jest otchłanią pokory przeciwko naszej pysze, jest otchłanią miłosierdzia dla nieszczęśliwych, jest wreszcie otchłanią miłości, w której powinniśmy ukryć całą naszą nędzę”.

    Być może w skomplikowanej i rozchwianej rzeczywistości, w jakiej przyszło nam żyć, proste myśli Małgorzaty Marii Alacoque, żyjącej we Francji w XVII wieku, okażą się cenną wskazówką?

    Małgorzata Ćwiklińska-Sołtys – archeolog, antropolog kultury, etnograf i historyk/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Magiczny rytuał czy dojrzała wiara?

    O tym, jak przeżywać pierwsze piątki miesiąca

    Magiczny rytuał czy dojrzała wiara? O tym, jak przeżywać pierwsze piątki miesiąca

    fot. Jacob Bentzinger / Unsplash

    *********

    Zrobienie czegoś określoną ilość razy ma zapewnić zbawienie? Wielu osobom pierwsze piątki mogą kojarzyć się bardziej z magicznym rytuałem, czymś w rodzaju “kupowania odpustów” niż z dojrzałą wiarą. Choć bałem się do tego przyznać, przez długi czas myślałem podobnie. Wszystko zmieniło się, gdy postanowiłem bardziej zrozumieć sens tego nabożeństwa.

    Dziewięć pierwszych piątków miesiąca “zaliczyłem” już po pierwszej komunii. Później nie wracałem do tematu, przekonany, że zrobiłem swoje i “kupiłem” bilet do nieba. Pierwsza poważna refleksja na temat dziewięciu pierwszych piątków przyszła dopiero w dorosłym życiu, gdy zacząłem na nowo poznawać i odkrywać Boga. “Czy na pewno działa On w magiczny sposób i daje pierwszeństwo w drodze do nieba tym, którzy odprawili pierwsze piątki?”. Jakoś nie pasowało mi to do obrazu Boga, który właśnie odkryłem. Przez lata bagatelizowałem temat pierwszych piątków. Aż do teraz. Półtora miesiąca temu powrócił on niespodziewanie i przyniósł ciekawe refleksje. Ale najpierw o tym, skąd wzięło się nabożeństwo pierwszych piątków.

    Historia pierwszych piątków miesiąca

    Pierwszopiątkowe nabożeństwo ma związek z objawieniami, do jakich doszło w latach 1673-1675 w kaplicy klasztoru sióstr wizytek w Paray-le-Monial, podczas których Jezus objawił się św. Małgorzacie Marii Alacoque. Miał On złożyć francuskiej zakonnicy 12 obietnic, z których ostatnia brzmi: “Z nadmiernego miłosierdzia mego Serca obiecuję ci, że wszechmocna miłość tego Serca wszystkim przystępującym przez dziewięć z rzędu pierwszych piątków miesiąca do komunii świętej da ostateczną łaskę pokuty tak, że nie umrą w stanie Jego niełaski ani bez sakramentów świętych i że Serce moje będzie dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”. Oznacza to, że wszystkim, którzy z zaangażowaniem odprawią nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca, Jezus udzieli łaski ostatecznego pojednania i przebaczenia wszystkich grzechów. Możemy wierzyć, że stanie się to nawet w przypadku niespodziewanej śmierci.

    Kto nie chciałby w chwili umierania znaleźć się od razu w ramionach kochającego Boga? Trudno o lepszą perspektywę. Nic więc dziwnego, że do odprawiania pierwszych piątków miesiąca zachęca się już pierwszokomunijne dzieci. Trzeba jednak pamiętać, że bez głębszego pochylenia się nad tym tematem, pierwsze piątki mogą stać się kolejnym “cudownym sposobem” na kontrolowanie Pana Boga i złapanie Go za nogi. Bądźmy szczerzy. Problem z tym mogą mieć dorośli, a co dopiero dzieci. Myślę, że wiele osób chętnie poszłoby na taki układ: “Zaliczę dziewięć pierwszych piątków, a później będę miał spokój”. Czy jednak na pewno o to w tym chodzi? Oczywiście nie mnie to osądzać, ale zdrowy rozsądek podpowiada, że odprawienie dziewięciu pierwszych piątków, a później życie zgodnie z zasadą “hulaj dusza, piekła nie ma”, niewiele pomoże. Pierwsze piątki to coś więcej, niż bilet do nieba z pierwszeństwem wejścia na pokład.

    Cztery powody, dla których warto odprawić pierwsze piątki

    Każdy pierwszy piątek jest przede wszystkim okazją do wynagrodzenia za grzechy swoje i całego świata. I właśnie z tą myślą należy przyjąć tego dnia komunię. Już sama refleksja nad tym, że jestem grzesznikiem, bardzo zmienia perspektywę przeżywania tego dnia i jest okazją do nawrócenia. Nawracać powinniśmy się codziennie, ale kto z nas o tym pamięta? W natłoku obowiązków, stresu i napięć nasze moralne potknięcia mogą bardzo łatwo stać się rutyną. Pierwszy piątek i spowiedź, która często mu towarzyszy, może okazać się naszym “alertem krytycznym”, przypomnieniem, że może warto odkurzyć sumienie. W przeżywaniu pierwszych piątków miesiąca bardzo ważne jest, by intencja wynagrodzenia za grzechy swoje i całego świata towarzyszyła nam w każdy z tych dni (dotyczy to szczególnie osób, które i tak codziennie przystępują do komunii). To po pierwsze.

    Po drugie, pierwszy piątek miesiąca stanowi okazję do refleksji nad własną śmiercią. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo w świecie celebrującym życie i przyjemność takie stwierdzenie jest nie na miejscu. Dla mnie jednak było to wielkie odkrycie. Gdy w pierwszy piątek września uklęknąłem po komunii w półmroku kapucyńskiego kościoła i wyszeptałem: “Jezu, pamiętaj o mnie, gdy będę umierał”, przeszły mnie ciarki. Było to bardzo mocne doświadczenie. Zdałem sobie sprawę, że mogę umrzeć równie dobrze za 50 lat, jak również jutro. I choć nie wiem, kiedy i jak to nastąpi, jestem pewien, że w tej chwili nie będę mógł liczyć na lepsze towarzystwo, niż obecność Jezusa, który chwyci mnie za rękę i przeprowadzi na drugą stronę. Bardzo bym chciał, żeby tak to się odbyło.

    Po trzecie, pierwsze piątki uczą mnie pokory. Przyznaję, że nie do końca rozumiem, o co chodzi w formach pobożności, które wymagają ode mnie wykonania czegoś określoną ilość razy. Dlaczego dziewięć pierwszych piątków, a nie osiem albo dziesięć? Mimo to akceptuję to i przyjmuję. Może jestem naiwny, a może po prostu przyznaję się do tego, że nie wszystko muszę rozumieć. Z drugiej strony – przy całym zdroworozsądkowym podejściu do sprawy – jako ludzie potrzebujemy czasem czegoś konkretnego, do czego trzeba się zmobilizować, co wymaga od nas jakiegoś wysiłku. Nie po to, by sobie na coś zasłużyć, ale po to, by zrobić coś namacalnego i wymiernego. Nabożeństwo pierwszych piątków jest pod tym względem idealne. Nie jest to trwająca 54 dni nowenna pompejańska, na którą trzeba przeznaczyć każdego dnia naprawdę sporo czasu. Odprawienie pierwszego piątku to tylko jedna godzina w miesiącu (tyle mniej więcej trwa msza) i konkretna intencja, w której przyjmuję komunię świętą.

    Po czwarte, każdy z dziewięciu pierwszych piątków jest okazją do przypomnienia sobie o tym, co Jezus dla nas zrobił. Myślę, że to najistotniejszy aspekt tego nabożeństwa. Przeżycie pierwszych piątków w duchu wdzięczności i miłości wobec Boga, który umarł za nas, otwierając perspektywę nieskończoności z samym sobą, będzie najlepszą rzeczą, jaką możemy w tym dniu zrobić.

    Moje “nowe” dziewięć pierwszych piątków

    Przyznaję, że do niedawna pierwsze piątki bardziej kojarzyły mi się z “kupowaniem odpustów” niż z dojrzałą wiarą. Powyższe refleksje sporo jednak zmieniły. Nie jest to oczywiście dogmat wiary i nie trzeba w to wierzyć. Pierwsze piątki nie są nam również niezbędne do zbawienia! Takie myślenie nie miałoby nic wspólnego z Ewangelią. Sądzę jednak, że warto zaryzykować i spróbować świadomie odprawić pierwszopiątkowe nabożeństwo. Nawet, jeśli w dzieciństwie już raz to zrobiliśmy. Pierwsze piątki przeżywane z dojrzalszej perspektywy to coś zupełnie innego, niż pierwszokomunijny obowiązek. Na pewno nam nie zaszkodzą, a z dużym prawdopodobieństwem umocnią i rozwiną naszą wiarę.

    Pod koniec sierpnia ustawiłem w kalendarzu pierwszopiątkowy alert. Zrobiłem to wspólnie ze znajomym, by nawzajem się mobilizować. W każdy czwartek przed pierwszym piątkiem otrzymuję przypomnienie, by następnego dnia zaplanować czas na Eucharystię. Za mną dopiero jeden (wrześniowy) pierwszy piątek. Przede mną – kolejnych osiem. Mam jednak nadzieję, że każdy z tych dni – tak jak stało się to za pierwszym razem – naprawdę będzie lekcją pokory, okazją do refleksji nad własnym grzechem, śmiercią i spotkaniem z żywym Bogiem, który w godzinie śmierci weźmie mnie za rękę. Czuję, że to mogą być dające do myślenia rekolekcje.

    Piotr Kosiarski/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    I SOBOTA MIESIĄCA – 7 PAŹDZIERNIKA

    ŚWIĘTO MATKI BOŻEJ RÓŻAŃCOWEJ

    Domingo Martínez Matka Boża Różańcowa olej na płótnie, ok. 1720 Muzeum Sztuk Pięknych, Sewilla

    Matka Boża Różańcowa/Domingo Martínez/ok. 1720 Muzeum Sztuk Pięknych, Sewilla

    *****

    Modlitwa o zwycięstwo

    Bóg po to dał nam wolność, byśmy podejmowali wyzwania i stawiali im czoło.

    Chrześcijaństwo nie jest religią dezerterów z tego świata. Uczniowie Jezusa są wezwani, aby kształtować oblicze ziemi, na której żyją. Czasem oznacza to obowiązek obrony własnego domu. Kiedy w XVI wieku tureckie imperium przygotowywało się do podbicia Europy, niebezpieczeństwo było realne. Sto lat wcześniej Turcy zdobyli Konstantynopol, kładąc kres istnieniu ponad 1000-letniego chrześcijańskiego cesarstwa na Wschodzie.

    Świątynia Hagia Sophia, największa chluba Bizancjum, została zamieniona w meczet. „Z bazyliki Piotrowej uczynię stajnię dla moich koni!” – odgrażał się tym razem sułtan Selim II. Papież Pius V, dominikanin, mobilizował Europejczyków do obrony. Chrześcijańska flota starła się z turecką w Zatoce Korynckiej w pobliżu Lepanto 7 października 1571 roku. To była jedna z największy morskich bitew w dziejach. Po obu stronach walczyło po ok. 200 okrętów. Turcy zostali pokonani.

    Co to ma wspólnego z Różańcem? Pius V organizując obronę Europy, zachęcał do odmawiania modlitwy różańcowej z prośbą o zwycięstwo. On sam nie miał wątpliwości, że wygrana bitwa była dziełem Maryi. Na pamiątkę ocalenia chrześcijaństwa ogłosił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, które później przemianowano na święto Matki Bożej Różańcowej. Wenecjanie, którzy stanowili trzon chrześcijańskiej floty, w kaplicy ku czci Matki Bożej Różańcowej napisali: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja różańcowa uczyniła nas zwycięzcami”. Zwiedzając kiedyś Wenecję, trafiłem do benedyktyńskiego klasztoru. Zakonnik oprowadzający po refektarzu pokazał z dumą solidny drewniany sufit: – Zrobiono go ze statków zdobytych w bitwie pod Lepanto.

    Chrześcijanin musi stoczyć w życiu wiele bitew. Najpierw w sobie samym – z pokusą, słabością, zniechęceniem, ociężałością, zwątpieniem. Ale musi także walczyć o innych. Każdy ma swoje Westerplatte. W tych zmaganiach modlitwa różańcowa jest jedną z najbardziej skutecznych duchowych broni. Modlitwa nie oznacza rezygnacji z działania, ona towarzyszy ludzkim wysiłkom. Modlitwa przypomina, że nasze życie jest w ręku Boga. Ale choć wszystko od Niego zależy, to jednak nie jest tak, że od nas nic nie zależy. Bóg po to dał nam wolność, byśmy podejmowali wyzwania i stawiali im czoło. Mądrze, odważnie, z ufnością. Różaniec wskazuje na Maryję. Podpowiada: wybieraj jak Ona, z Nią nie przegrasz.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    *****

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z XXVII NIEDZIEDZIELI

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NMP

    *****

    W TYM DNIU CZŁONKOWIE ŻYWEGO RÓŻAŃCA MOGĄ UZYSKAĆ ODPUST ZUPEŁNY

    Warunki uzyskania:

    • być w stanie łaski uświęcającej albo przystąpić do spowiedzi św.  
    • brak przywiązania do jakiegokolwiek grzechu 
    • jeśli tego warunku brak, zyskujemy odpust cząstkowy. 
    • przyjęcie Komunii św. 
    • modlitwa w intencjach, w których modli się Ojciec św. 

    *****

    Aby spełnić prośbę Bożej Matki dotyczącą Pięciu Pierwszych Sobót Miesiąca należy:

    1. przystąpić do sakramentu spowiedzi św. (można przystąpić do sakramentu pojednania kilka dni wcześniej) i przyjąć Komunię św.

    2. pomodlić się na różańcu wybierając jedną z czterech części Tajemnic (Radosną, Światła, Bolesną, Chwalebną)

    3. poświęcić kwadrans czasu na rozważanie jednej z 20 Tajemnic Różańca Świętego

    4. być świadomym intencji, którą jest wynagrodzenie za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Pannie

    *****

    Osoby, które z różnych ważnych powodów (np. choroba) nie mogą osobiście uczestniczyć w nabożeństwie i przyjąć Komunii św. w kościele św. Piotra lub swoim lokalnym kościele, mogą łączyć się online, np. z Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach w Zakopanem:

    https://smbf.pl/parafia/sanktuarium-na-zywo/  – w pierwszą sobotę miesiąca o godz. 18.30 pokutny różaniec fatimski (w Szkocji 17:30), następnie medytacja pierwszosobotnia, Msza św. z kazaniem i Apel Maryjny

    *****

    Sanktuarium, które daje moc

    Sanktuarium, które daje moc

    fot. Depositphotos

     

    Objawienia powtarzały się od maja do października, przyciągając wciąż większe rzesze pielgrzymów, ciekawskich i niedowiarków. Przy każdym spotkaniu Maryja prosiła o trzy rzeczy.

    Niezależnie od tego, w której części świata przebywałam, to 13 maja i tak myślami wędrowałam do Fatimy. Bo przecież właśnie w tym dniu w 1917 roku, za sprawą pierwszego z sześciu objawień Matki Bożej, zaczęła się historia tego miejsca. Zwykle w tym czasie Fatimę zalewały tłumy radosnych pielgrzymów z całego świata, z dużym udziałem naszych rodaków. Tymczasem prawdopodobnie już drugi rok, majowa rocznica objawień będzie cicha i spokojna. Jednak nawet w ciszy, bez tłumów pielgrzymów, sanktuarium fatimskie jest piękne i wymowne.

    Macie takie miejsca gdzieś w świecie, gdzie czujecie się dobrze, jak u siebie? Dla mnie jest to właśnie Fatima w dalekiej Portugalii. Znam sanktuarium fatimskie od połowy lat 90-tych, kiedy docierało się tam autokarem po tygodniu podróży. Zawsze był to moment oddechu, odpoczynku, takie bezpieczne schronienie.

    Z racji pracy jako pilot wycieczek, miałam okazję odwiedzać Fatimę wielokrotnie. Przez wszystkie lata, przyjeżdżając tam, czułam, jakbym wracała do domu. Zawsze miałam radość w sercu i przeżywałam pewne wzruszenie. Atmosfera miejsca wiary napełniała mnie w jakiś niewytłumaczalny sposób otuchą i radością. Jakbym doładowała baterie. Fatima to moje miejsce mocy, którego obecnie bardzo mi brakuje… A maj to dobra okazja, by przypomnieć historię objawień fatimskich i atmosferę dni rocznicowych.

    Różaniec, pokuta i modlitwa za grzeszników

    Wszystko rozpoczęło się w pewną pogodną niedzielę, 13 maja 1917 roku, kiedy to trójce pastuszków – Łucji Santos oraz Franciszkowi i Hiacyncie Marto – pasących niewielkie stadko na łące w Cova da Iria, ukazała się świetlista postać młodej i pięknej kobiety z różańcem w ręku. “Pani jaśniejsza niż słońce” poprosiła dzieci, aby zechciały przechodzić w to miejsce przez kolejne 5 miesięcy. Objawienia powtarzały się od maja do października, przyciągając wciąż większe rzesze pielgrzymów, ciekawskich i niedowiarków. Przy każdym spotkaniu Maryja prosiła dzieci o odmawianie różańca, pokutę i modlitwę za grzeszników. Warto pamiętać, że dzieci nie pojawiły się na Cova da Iria w dniu 13 sierpnia, ponieważ zostały porwane i uwiezione przez burmistrza Ourem. Spotkanie z Matką Bożą miało miejsce dopiero po ich uwolnieniu, 19 sierpnia w Valinhos, w pobliżu ich rodzinnej wioski Aljustrel. Wreszcie 13 października 1917 roku, 70 tysięcy zgromadzonych na Cova da Iria ludzi, było świadkami “cudu słońca”, zapowiedzianego przez Matkę Bożą. Tarcza słoneczna oderwała się od nieboskłonu i wirując w szalonym pędzie, zbliżała się ku ziemi. Ludzie szlochając padali na kolana, żałowali za grzechy, gotując się na śmierć. Nagle wszystko ustało, przywracając znany porządek świata, a wielu wątpiących znalazło w tym zdarzeniu łaskę i drogę do Boga.

    Od tego momentu, z wiarą, że dla Matki Zbawiciela nie ma rzeczy niemożliwych, na miejsce objawień przybywają setki tysięcy pielgrzymów. Dzisiaj nie modlą się już, jak pastuszkowie, pod dębem skalnym na Cova da Iria, ale w pięknym Sanktuarium, jakie przez lata wybudowano w tym miejscu.

    Serce sanktuarium

    Dawna łąka to obecnie olbrzymi plac, mogący pomieścić setki tysięcy pielgrzymów. Wzrok zbliżających się do Fatimy, już z daleka przyciąga wysoka dzwonnica Bazyliki Różańcowej, której kolumnada otacza plac jakby rozpostartymi ramionami, witając wszystkich przybywających.

    Bazylika to ważne miejsce dla pielgrzymów, bowiem znajdą tam groby Franciszka i Hiacynty, pastuszków, których beatyfikował św. Jan Paweł II, a do grona świętych pańskich wyniósł papież Franciszek, podczas swojej wizyty w Fatimie w setną rocznicę objawień, 13 maja 2017 roku.

    Jednak to nie ten piękny, lśniący bielą miejscowego marmuru w intensywnym portugalskim słońcu kościół jest sercem sanktuarium. Jest nim Capelinha. Miejsce to wskażą nam wędrujący na kolanach “drogą pokutną” pielgrzymi. Ich celem jest niewielki przeszklony sześcian, stojący z boku, po lewej stronie placu, w cieniu wielkiego, rozłożystego wiekowej dębu skalnego, zwanego “Wielką Azinheirą”.

    Gdy zbliżymy się do szklanej konstrukcji, zobaczymy wewnątrz małą, białą tradycyjną kapliczkę, a przed nią figurę Matki Bożej Fatimskiej. Z jej rąk zwisa różaniec podarowany przez św. Jana Pawła II, a w zwieńczeniu korony znajduje się kula, która zraniła go na Placu Św. Piotra, 13 maja 1981 roku. “Jedna ręka wystrzeliła kulę, ale inna ją prowadziła” – powiedział nasz papież, odwiedzając rok później Fatimę, aby podziękować Matce Bożej za ocalenie. Była to pierwsza z trzech wizyt “papieża fatimskiego” w sanktuarium Jego Wybawicielki.

    Kolumna, na której stoi figura, znajduje się w miejscu, gdzie rósł dąb skalny, pod którym pastuszkowie czekali na przyjście “Pani jaśniejszej niż słońce”. Samo drzewo zostało “rozebrane” przez pierwszych pielgrzymów. Na ołtarzu przed kapliczką odprawiane są msze święte, nabożeństwa, stąd płynie modlitwa różańcowa w różnych, czasami bardzo egzotycznie brzmiących językach, transmitowana codziennie w internecie.

    Naród emigrantów

    Najważniejsze uroczystości rocznicowe w Fatimie odbywają się w maju, kiedy witamy i w październiku, kiedy żegnamy Matkę Bożą. Wtedy Sanktuarium wypełnia się pielgrzymami z całego świata, a rezerwacje hoteli trzeba robić nawet rok wcześniej! Fatima rozbrzmiewa najróżniejszymi językami i mieni kolorami barwnych strojów narodowych.

    Uroczystości w sierpniu mają bardziej narodowy charakter. Mimo wspomnianego przesunięcia objawienia, one także odbywają się 12 i 13 dnia miesiąca.  To ważny moment dla rolników portugalskich. Podczas Mszy Św. 13 sierpnia delegacje w tradycyjnych strojach ludowych składają Matce Bożej w darze swoje plony. Z ofiarowanego ziarna i mąki powstają miliony komunikantów, które przyjmują później pielgrzymi. To czas, kiedy w sierpniowym skwarze do Sanktuarium ciągną piesze pielgrzymki z pobliskich wiosek, a także odległych zakątków Portugalii. Ci ludzie nie szukają wygodnych noclegów w mniej lub bardziej komfortowych warunkach. Olbrzymie parkingi wokół sanktuarium wypełniają się radośnie biwakującymi pielgrzymami. Czy to rodzinnie, czy całymi wioskami. To bardzo ciekawy obraz portugalskiej kultury i pobożności. Radość pielgrzymów jest tym większa, że u stóp Naszej Pani w Fatimie spotykają rodziny, często rozsiane po świecie. Portugalczycy to naród emigrantów, wielu żyje na co dzień we Francji, Niemczech, Luksemburgu, Anglii. Jednak w sierpniu nie może ich zabraknąć w Fatimie.

    Uroczystości zawsze zaczynają się już 12-tego, kiedy licznie przybyli pielgrzymi zbierają się wieczorem na różaniec wokół Capelinhii – kapliczki postawionej w miejscu objawień. Po modlitwie rozpoczyna się, jak co wieczór, Procesja Światła. Tysiące serc, tysiące świec, tysiące głosów, wiele języków. Wierni podążają za figurą Naszej Pani Fatimskiej, niesionej na rzęsiście oświetlonym, pełnym kwiatów feretronie, śpiewając Salve Regina. Na twarzach wyciętych z mroku przez chybotliwy płomień świec, widać wzruszenie i radość. Wielu wiernych po zakończeniu procesji zostaje na placu, aby czuwać i modlić się całą noc w oczekiwaniu na nadejście poranka dnia 13-tego.

    Kulminacją uroczystości rocznicowych każdego 13-tego dnia miesiąca od maja do października jest uroczyste nabożeństwo celebrowane na ołtarzu na stopniach bazyliki Matki Bożej Różańcowej. Plac wypełnia się szczelnie ludźmi, którzy trwają tam kilka godzin mimo słońca, deszczu, czy pragnienia…

    Msza kończy się uroczystym pożegnaniem Matki Bożej Fatimskiej i odprowadzeniem figury z ołtarza do Kapliczki. To “Adeus” – wzruszające pożegnanie, kiedy pielgrzymi machają białymi chusteczkami i śpiewają Maryi pieśń pożegnalną. Do zobaczenia za miesiąc, za rok, a może w życiu wiecznym… Dla wielu to bardzo emocjonalny moment.

    Fatima daje moc

    W ubiegłym roku oglądałam transmisję z różańca, procesji i liturgii nocnej z Fatimy w internecie. Przez pusty plac wędrowała figura Matki Bożej Fatimskiej. Była tak mała w ogromie ciemnego placu, a jednocześnie tak mocno rozjaśniała mrok swoim intensywnym światłem. Nigdy nie było to bardziej wymowne. W całej tej nocy jasny punkt kierujący się do ołtarza na stopniach oświetlonej bazyliki i jej kolumnady, otaczającej jakby ramionami pusty plac. Trudno nie myśleć w takiej chwili, jak kruchy jest nasz świat, jak śmieszne są nasze wielkie plany na życie. Jak łatwo stracić to, co uważamy za wieczne, pewne, swoje. A jednocześnie światło wydobywające z mroku figurę Naszej Pani Fatimskiej zdaje się wlewać w serca wiernych otuchę i nadzieję. Fatima daje moc!

    Małgorzata Ćwiklińska-Sołtys/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Odmawianie różańca... sprawia prawdziwe cuda!

    fot. Screenshot – YouTube (Rosemaria)

    *****

    Odmawianie różańca… sprawia prawdziwe cuda!

    Źródeł tej modlitwy upatruje się w historii św. Dominika. Została mu ona objawiona przez Maryję, gdy wszystkie ludzkie sposoby działania zawiodły. Święty ten próbował walczyć z heretykami wszystkimi dostępnymi sposobami – pościł i modlił się w ich intencji i … bezskutecznie. Wtedy Matka Boża jako ratunek w jego bezradności przykazała mu odmawianie Psałterza Maryi (dzisiejszego Różańca). Czyli od początku ta modlitwa była ostatnią i niezawodną deską ratunku…

    Cuda różańcowe w historii świata

    Lepanto. Rok 1571. Imperium muzułmańskie wybudowało ogromną flotę i szykuje się do ataku na świat chrześcijański. Chce pierwsze podbić Rzym, a następnie całą Europę. Odpowiedź papieża Piusa V jest jednoznaczna – wzywa on wszystkich chrześcijan do odmawiania różańca. O zwycięstwie chrześcijan zadecydowała nagła zmiana pogody. Wenecjanie w dowód wdzięczności wybudowali kaplicę z napisem: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja Różańcowa dała nam zwycięstwo”.

    Filipiny. Lata 80. XX wieku. Dyktator F. Marcos rozwiązał parlament i rozpoczął aresztowania. Na to bezbronni mieszkańcy zwrócili się o pomoc do kardynała Filipin – J. Sina. Wezwał on  przez radio wiernych do wyjścia na ulice z różańcem w ręce. Całe rodziny publicznie odmawiały tę modlitwę w celu obalenia dyktatury. W Alei Objawienia zebrało się około 2 mln ludzi. Po czterech dniach na ulice wyjechały czołgi, aby rozgromić tłum, jednak ku zdziwieniu wszystkich żołnierze zamiast atakować ludzi przyłączyli się do modlitwy różańcowej. Gdy następnie próbowano zgromadzone osoby rozgromić gazem, wiatr zaczął wiać z przeciwnej strony, tak że nikomu z zebranych nie wyrządził on szkody.

    Objawienia maryjne a różaniec

    Można stwierdzić, że niemal za każdym razem, gdy objawia się Matka Boża wzywa do modlitwy różańcowej, a wielokrotnie sama odmawia ją z widzącymi. Tak było na przykład w przypadku objawień w Lourdes, gdy Maryja modliła się na różańcu razem z Bernadettą.

    Wielokrotnie także Matka Boża obiecywała wyjednanie wszystkich potrzebnych łask i otrzymanie tego, o co się usilnie prosi, właśnie dzięki modlitwie różańcowej. Wystarczy przytoczyć tutaj chociażby przykład coraz bardziej znanych objawień w Pompejach. Do odmawiania różańca wezwała ona najpierw Bartolomeo Longo. Mężczyzna ten spacerował właśnie obok kapliczki, gdy nagle usłyszał głos: „Kto szerzy różaniec, ten jest ocalony! To jest obietnica samej Maryi!” Następnie Maryja objawiła się młodej neapolitance cierpiącej na nieuleczalną chorobę. Obiecała jej, że otrzyma wszystko, o co będzie prosić z różańcem w dłoni. I dziewczyna została uzdrowiona. Matka Boża podczas drugich objawień wezwała wszystkich do proszenia Boga o łaski w modlitwie różańcowej: „Kto pragnie uzyskać ode mnie łaski winien odprawić trzy nowenny różańcowe połączone z błaganiem, a następnie trzy nowenny dziękczynne”. Taką formę ma współczesna Nowenna Pompejańska składająca się z trzech części różańca odmawianego codziennie pierwsze w formie błagalnej przez 27 dni, a następnie dziękczynnej przez tyle samo czasu.

    Tak samo gorąco do odmawiania różańca wzywała Matka Boża dzieci w Fatimie, zapewniając, że ta modlitwa może uratować świat i nawrócić zatwardziałych grzeszników: „Chcę abyście codziennie odmawiały różaniec” – prosiła. Fatima, jako jedno z niewielu państw, uniknęła strasznego spustoszenia podczas II wojny światowej.

    Św. Ojciec Pio, który przez całe życie walczył z atakami szatańskimi uważał różaniec za jedną z najskuteczniejszych broni w duchowej walce: „Tym się zwycięża Szatana” – mówił wskazując na różaniec. Nosił go zawsze przy sobie, przez całe życie, a osoby, które go znały wielokrotnie widziały jak szeptał „Zdrowaś Mario” pogrążając się w skupieniu: „Odmawiajcie zawsze różaniec […] Dzięki tej modlitwie szatan spłudłuje swe ataki i będzie pokonany, i to zawsze. Jest to modlitwa do Tej, która odnosi triumf nad wszystkim i nad wszystkimi” – mawiał. To samo przekonanie żywiło wielu świętych, m.in. Josemaria Escriva: „Różaniec święty – to potężna broń. Używaj jej zawsze, a rezultaty wprawą cię w zadziwienie”.

    Różaniec działa!

    Świadectwa osób odmawiających różaniec (w tym Nowennę Pompejańską) potwierdzają, że Maryja jest wierna danej obietnicy, a świeci się nie mylą, gdy jej słuchają. Ludzie odmawiający różaniec zaświadczają, że otrzymują łaski, o które bezskutecznie starali się latami. Wielu doświadcza wyleczenia ze śmiertelnych chorób, niepłodne kobiety zachodzą w ciążę, a bezrobotni otrzymują pracę. Przytoczę tutaj  świadectwo jednej osoby – Ani , która miała zagrożenie ciąży:

    „W połowie ciąży z moim czwartym dzieckiem okazało się, ze mam łożysko przodujące, które się nie posuwa, co grozi krwotokiem, a w konsekwencji poronieniem dziecka, a nawet moją śmiercią. Po jakimś czasie lekarz stwierdził, że najprawdopodobniej będę musiała w 30 tygodniu ciąży pójść do szpitala, a w 37 zostanie sztucznie wywołany poród. Ta wiadomość mnie przeraziła, ponieważ jako matka trójki dzieci mam cały dom na głowie i nie wyobrażałam sobie, jak to wszystko poukładam. Zaczęłam modlić się o cud, ale nic się nie wydarzało. Po urlopie lekarz potwierdził diagnozę, stwierdzając, że pobyt w szpitalu będzie nieuchronny. I wtedy przypomniałam sobie o Nowennie Pompejańskiej, o której już wielokrotnie słyszałam. Jednak odmawianie trzech części różańca dziennie wydawało mi się niewykonalne. Zawsze miałam ogromne problemy, aby się na nim skupić, myśli co chwilę mi „odlatywały” do innych rzeczy, a poza tym byłam bardzo zapracowana. Jednak coraz wyraźniej czułam, że Bóg wzywa mnie do tego, abym pokonała te swoje bariery. I w końcu zaczęłam odmawiać Nowennę Pompejańską. Na początku dobrze mi szło, tym bardziej, że wtedy dostałam już urlop zdrowotny i miałam więcej wolnego czasu. W połowie nowenny zauważyłam, ze zmienił się mój sposób myślenia. Dalej modliłam się o cud, ale w mojej świadomości zgodziłam się na to, czego będzie chciał Bóg. Wyluzowałam. Uspokoiłam się wewnętrznie  i zrozumiałam, że nawet jak pójdę do szpitala to Bóg zatroszczy się o mój dom i dzieci. Pojawiła się we mnie zgoda na tę sytuacje. I tak dobrnęłam do końca nowenny, kiedy już modlitwa była dla mnie coraz trudniejsza, ja jednak pozostałam jej wierna. Po zakończeniu nowenny byłam umówiona do lekarza. Podczas wizyty zauważyła, że coś się wydarzyło – lekarz jakoś dziwnie się zachowywał. W końcu stwierdził, że co jest niemożliwe z medycznego punktu widzenia , ale łożysko się przesunęło i na razie nie musze iść do szpitala. Co tydzień przychodziłam na wizyty kontrolne i wszystko było w porządku. W końcu urodził się mój syn Antoś – całkiem zdrowy. Poród przebiegał w sposób naturalny i wyjątkowo bez żadnych komplikacji – urodziłam dziecko w przeciągu 1,5 godziny, a poprzednie porody trwały wiele godzin. Lekarz potwierdził, że to co miało miejsce z medycznego punktu widzenia jest cudem”.

    Matka Boża jednak przez różaniec nie tylko leczy ciało, ale także duszę:

    „Moje nawrócenie zaczęło się od różańca. Parę lat temu znalazłam się w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Byłam „w dole”, z którego nie widziałam żadnego wyjścia. Do kościoła chodziłam tylko z tradycji, w przekonaniu, że chociaż Bóg jest, ale za bardzo się mną nie interesuje. Dlatego, jak wydarzyła się ta trudna sytuacja, to czułam, że grunt usuwa mi się spod nóg i nie mam w niczym oparcia. I w tym tragicznym momencie zadzwoniła do mnie koleżanka, z pytaniem co u mnie słychać. Ja się rozpłakałam, a ona zapytała, czy się modlę. Dla mnie to była totalna abstrakcja. „Po co mam się modlić, skoro Pan Bóg nas w ogóle nie słucha” – myślałam. Wtedy zaproponowała, abyśmy codziennie o 21.00 odmawiały wspólnie dziesiątkę różańca. Przystałam. A ponieważ jestem słowna to byłam wierna danemu słowu, pomimo tego, że w ogóle nie miałam do tego przekonania. Podczas odmawiania różańca nie odczuwałam żadnych uczuć czy emocji, recytowałam go jak formułkę, coś w rodzaju mówienia „Wlazł kotek na płotek…”. Jednak po kilku dniach zauważyłam, że lepiej funkcjonuję, jestem spokojniejsza i nie mam takich czarnych myśli o swoim życiu. Ponieważ człowiek jest z natury pragmatyczny to postanowiłam odmawiać go jeszcze w drodze do pracy. Jednak tak samo jak poprzednio – robiłam to bezmyślnie. To wszystko trwało około miesiąca, a po tym czasie przyszła łaska niesamowitego doświadczenia Boga. Spotkałam Chrystusa i zakochałam się w Nim. Jednak wiem, ze wyprosiła mi to Matka Boża, gdy ja bezmyślnie mówiłam „Zdrowaś Mario…. Módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej, Amen”.

    Natalia Podosek/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 obietnic Maryi dla tych, którzy będą odmawiać różaniec

    fot. via Pixabay.com

    *****

    15 obietnic Maryi dla tych, którzy będą odmawiać różaniec

    „Różaniec jest barierą, zaporą przed ogniem piekielnym. Przez różaniec tworzą się wyspy, gdzie nie wolno działać złym duchom. Kto zaś nie jest uzbrojony różańcem, przepasany różańcem, wsparty różańcem, umocniony różańcem, oczyszczony różańcem – niech nie myśli, że może wystąpić do walki z szatanem.” (MB do Barbary Kloss)

    1. Ktokolwiek będzie mi służył przez odmawianie różańca świętego otrzyma wyjątkowe łaski.
    2. Obiecuję moją specjalną obronę i największe łaski wszystkim tym, którzy będą odmawiać różaniec.
    3. Różaniec stanie się bronią przeciw piekłu, zniszczy, pomniejszy grzechy, zwycięży heretyków.
    4. Spowoduje on, że cnoty i dobre dzieła zakwitną; otrzyma on od Boga obfite przebaczenie dla dusz; odciągnie serca ludu od umiłowania świata i jego marności; podniesie je do pożądania rzeczy wiecznych.
    5. Dusza, która poleci mi się przez odmawianie różańca, nie zginie.
    6. Ktokolwiek odmawiać będzie pobożnie różaniec święty, rozważając równocześnie tajemnice święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem, jeśli zaś sprawiedliwym – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne.
    7. Ktokolwiek będzie miał prawdziwe nabożeństwo do różańca – nie umrze bez sakramentów Kościoła.
    8. Wierni w odmawianiu różańca będą mieli w życiu i przy śmierci światło Boże i pełnię Jego łaski.
    9. Uwolnię z czyśćca tych, którzy mieli nabożeństwo do różańca świętego.
    10. Wierne dzieci różańca zasłużą na wysoki stopień chwały w niebie.
    11. Otrzymacie wszystko, o co prosicie przez odmawianie różańca.
    12. Wszystkich, którzy rozpowszechniają różaniec, będę wspomagała w ich potrzebach.
    13. Otrzymałam od mojego Boskiego Syna obietnicę, że wszyscy obrońcy różańca będą mieli za wstawienników cały Dwór Niebieski w czasie życia i w godzinę śmierci.
    14. Wszyscy, którzy odmawiają Różaniec, są moimi synami i braćmi mojego Jedynego Syna Jezusa Chrystusa.
    15. Nabożeństwo do mojego różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do nieba.

    mp/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec – instrukcja obsługi św. Ludwika

    Stained glass window of Saint Louis Mary Grignion de Montfort
    Stained glass of Saint Louis de Montfort | G. Freihalter

    *****

    Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort – “Przedziwny sekret Różańca Świętego” – [fragmenty]

    Po wezwaniu Ducha Świętego, jeżeli chcecie dobrze odmówić różaniec, stawcie się na chwilę w obecności Bożej (…). Uważajcie w szczególny sposób na dwa błędy, które zwykle popełniają prawie wszyscy, którzy odmawiają różaniec: pierwszy – to bez włożenia jakiejś intencji odmawiam różaniec tak, że jeżeli się ktoś pyta, dlaczego go odmawiam, nie umiem odpowiedzieć. I dlatego powinniście zawsze mieć na celu przy odmawianiu różańca jakąś łaskę do uproszenia, jakąś cnotę do naśladowania, jakiś grzech do unikania.
    Drugim błędem, jeszcze częstszym, jest zaczynanie różańca z myślą tylko o tym, aby jak najszybciej go zakończyć.(…)
    Wzbudza politowanie fakt, jak wielu odmawia różaniec źle. Odmawiają go z pośpiechem nie do wiary, nawet zjadają połowę jego słów. Nie chciałoby się z pewnością złożyć w taki niepoważny sposób hołdu ostatniemu ze śmiertelnych, a myśli się, że Jezus i Maryja będą tym uczczeni!
    A więc nie ma się co dziwić, jeżeli najbardziej święte modlitwy naszej religii nie przyniosą prawie żadnego owocu i jeżeli odmówionych tysiąc i dziesięć tysięcy różańców nie uświęci was bardziej.

    Wiara

    Różaniec trzeba odmawiać z wiarą, pamiętając słowa Jezusa Chrystusa: “Wszystko, o co w modlitwie poprosicie, stanie się wam, tylko wierzcie, że otrzymacie” (Mk 11,24; Mt 8,13). Jeżeli potem wśród was jest ktoś, kto potrzebuje mądrości, niech prosi o nią Boga… niech prosi jednak z wiarą, bez żadnej wątpliwości (Jk 1, 5-6). Kto odmawia Różaniec, zostanie mu udzielone, o co prosi.

    Pokora

    Trzeba ponadto modlić się z pokorą, jak celnik. Klęczał on na ziemi, nie na jedno kolano lub na ławce, jak pyszni ludzie światowi; stał w głębi kościoła, a nie w sanktuarium, jak faryzeusz; miał oczy pochylone ku ziemi, nie ośmielając się patrzeć w niebo, a nie z głową w górę, patrząc tu i tam jak faryzeusz; bił się w piersi uznając się za grzesznika i prosząc o przebaczenie; “O Boże, miej litość dla mnie grzesznika” (Łk 18,13), a nie jak faryzeusz, który modląc się chwalił się ze swoich dobrych czynów i gardził innymi.

    Uważaj, by nie naśladować pysznej modlitwy faryzeusza, która go uczyniła jeszcze bardziej zatwardziałym i przeklętym; naśladuj natomiast pokorę celnika, która uprosiła mu odpuszczenie win. 
    I jeszcze unikaj wszystkiego, co trąci nadzwyczajnością: uważaj, by nie prosić i nie pragnąć nadzwyczajnej wiedzy, wizji, objawień i innych łask cudownych od Boga danych czasem jakiemuś świętemu, wiernemu Różańcowi. Sola fides sufficit “wystarczy sama wiara”, teraz kiedy Ewangelia św. i wszystkie nabożeństwa i praktyki pobożności są wystarczająco ustalone.
    Nie opuszczaj nigdy najmniejszej cząstki Różańca w chwilach oschłości, niesmaku, smutku; dałbyś dowód pychy i niewierności. Natomiast jako dzielny naśladowca Jezusa i Maryi odmawiaj chociaż w oschłości, to znaczy bez widzenia, bez smakowania, bez czucia niczego, Ojcze nasz i Zdrowaś, rozmyślając najlepiej jak tylko możesz tajemnice. (…)

    Ufność

    Na koniec módl się z wielką ufnością, bazując na dobroci i nieskończonej wspaniałomyślności Boga, i na obietnicach Jezusa Chrystusa. Bóg jest źródłem wody i wina, które płyną nieustannie do serca tego, kto się modli. Największym pragnieniem Ojca Przedwiecznego w stosunku do nas jest to, aby nam przekazać zbawcze wody Swojej łaski i swego miłosierdzia. (…)
    Prosząc o łaski Pana Jezusa sprawiasz Mu przyjemność: przyjemność większą od tej, jaką może dać matce jej własne dziecko. Modlitwa jest kanałem łaski Bożej; za jej pośrednictwem powinniśmy czerpać u Bożego źródła; jeżeli my nie zbliżamy się do Jezusa przez modlitwę, co jest obowiązkiem wszystkich dzieci Bożych, on użala się nad tym z miłością: “Do tej pory nie prosiliście o nic w Imię Moje, proście, a otrzymacie; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a będzie wam otworzone” (Mt 7,7). 
    Co więcej, aby zachęcić nas do większej ufności w modlitwie, zapewnił nas, że Bóg Ojciec da nam wszystko, o co Go poprosimy modląc się w Jego Imię (J 15,23).

    Wytrwałość

    Do ufności dołączamy wytrwałość. Tylko ten, kto wytrwa w proszeniu, szukaniu, w pukaniu – otrzyma, znajdzie, wejdzie. Nie wystarczy prosić Pana Jezusa o jakąś łaskę przez miesiąc, przez rok, przez dziesięć lat, przez dwadzieścia lat; nie trzeba ustawać, prosić aż do śmierci być pewnymi, że się otrzyma to, o co się prosi dla własnego zbawienia, choćby się nawet umarło. (…)
    Pan Bóg (…) okazuje swoją miłość w tym, że każe nam prosić i szukać przez długi czas łask, które pragniemy otrzymać; co więcej, im bardziej jest cenna łaska, którą chce nam dać, tym więcej opóźnia się z daniem jej. 
    Czyni tak:

    1. aby dać nam ją obfitszą,

    2. aby osoba, która ją otrzymuje, ceniła ją,

    3. aby ta osoba, po otrzymaniu jej uważała bardzo, by jej nie utracić; nie ceni się bowiem bardzo tego, co się uzyska w jednej chwili, albo za małą cenę.


    Wytrwaj więc drogi Bracie od Różańca, w proszeniu Boga przez Różaniec św. O wszystkie łaski duchowe i cielesne, których potrzebujesz, w szczególny sposób mądrości Bożej, która jest skarbem niewyczerpanym! (Mdr 7,14). I nie wątp, prędzej czy później otrzymasz ją, byleś tylko nie przestał odmawiać Różańca i nie zniechęcił się w pół drogi “Długą drogę musisz jeszcze przebyć” (1 Krl 29,7).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 cytatów pokazujących, jak potężną modlitwą jest różaniec

    15 cytatów pokazujących, jak potężną modlitwą jest różaniec

    (fot. shutterstock.com)

    *****

    Żyjemy w złych czasach. Chyba nie muszę tutaj wszystkim przypominać z jakimi problemami boryka się obecnie cały świat. To smutne, że wiele osób nie radzi sobie z falami okrucieństw, ulegając wszechobecnym niepokojom i niechęciom.

    Musimy kierować się zdrowym rozsądkiem, nie cofać się, lecz działać. Powinniśmy się modlić, pościć, bo tego wymaga od nas nasza wiara. W tym wypadku nie ma lepszego rozwiązania niż modlitwa różańcowa. 

    Ta modlitwa ma szczególnie potężną moc, za jego przyczyną dokonywano cudów, a nawet wygrywano bitwy.

    Te cytaty pokazują jak potężna jest modlitwa różańcem

    W czasach mroku, nie możemy się bać. Nasi wierzący przodkowie ciągle odmawiali różaniec, wzywając na pomoc Maryję Dziewicę.

    W tym artykule znajdziesz 15 cytatów papieży, ludzi kościoła i świętych, które zachęcą cię do tej modlitwy:

    1. “Różaniec jest bronią w dzisiejszych czasach” – święty Ojciec Pio

    2. “Dajcie mi armię modlących się na różańcu, a podbiję świat” – błogosławiony Papież Pius IX

    3. “Najlepszym sposobem na modlitwę jest różaniec” –  święty Franciszek Salezy

    4. “Niektórzy ludzie są na tyle głupi, że myślą, iż możliwe jest życie bez Maryi. Kochaj Madonnę i odmawiaj różaniec, bo to broń przeciwko złu dzisiejszego świata. Wszystkie łaski, które daje nam Bóg spływają przez Błogosławioną Maryję” – święty Ojciec Pio

    5. “Idź do Madonny. Miłuj Ją! Zawsze pamiętaj o modlitwie różańcowej. Odmawiaj ją dobrze, tak często, jak tylko możesz! Najważniejsze byś modlił się duszą, nigdy nie męczył się modlitwą. Różaniec porusza serce Boga i pomaga w otrzymać potrzebne łaski!” – święty Ojciec Pio

    6. “Różaniec to potężna broń. Używaj jej pewnie, a zaskoczą cię skutki” – święty Josemaria Escriva

    7. “Powiedz w czasie różańca: Niech będzie błogosławiona Maryja, która poprzez swoją niezmienność oczyszcza nas, ciągłych grzeszników!” – święty Josemaria Escriva

    8. “Dla inteligentnych ludzi, którzy traktują naukę jako broń, różaniec powinien być najbardziej przydatnym narzędziem. Ten pozornie nudny sposób jest błaganiem dzieci do Matki, niszczy każde ziarno próżności i dumy” – święty Josemaria Escriva

    9. “Zawsze odkładacie modlitwę różańcową na potem, w końcu nie odmawiacie jej, ponieważ chce się wam spać. Co jeśli nie będzie innego razu? Módl się wszędzie, nawet na ulicy, to pomoże ci czuć stałą obecność Bożą” – święty Josemaria Escriva

    10. “Różaniec to broń pozwalająca zwyciężyć demony i utrzymująca cię z dala od grzechu… Jeśli pragniecie, by w waszych sercach, domach, krajach zagościł pokój, gromadźcie się wspólnie i odmawiajcie różaniec, zawsze bez względu na to jak jesteście utrudzeni” – Papież Pius IX

    11. “Różaniec jest książką dla niewidomego, która ukazuje największą tragedię miłosną w dziejach świata. To historia, która wtajemnicza ludzi i daje wiedzę o wiele ciekawszą, niż ta przekazywana przez drugą osobę. To książka dla starych, doświadczonych przez życie, którzy ignorują to co złe na świecie, a otwierają się na prawdę. Moc tej modlitwy jest nieopisana”- Arcybiskup Fulton Sheen

    12. “Najlepsza i najbardziej skuteczna forma modlitwy to różaniec, pomagającą osiągnąć życie wieczne. To lekarstwo na zło, najważniejsza z łask otrzymanych od Boga. Nie ma korzystniejszej modlitwy” – Papież Leon XIII

    13. “Nikt nie może trwać nieustannie w grzechu, jednocześnie odmawiając różaniec: trzeba wybrać albo jedno, albo drugie” – Biskup Hugh Doyle

    14. “Najświętsza Maryja Dziewica w czasach, w których żyjemy, nadała tej modlitwie szczególną wartość. Niezależnie od tego z jakimi problemami się borykamy: stałymi bądź tymczasowymi, czy dotyczą życia publicznego czy prywatnego, każdy z nich może rozwiązać różaniec. Nie ma trudności, która nie zostałaby wyjaśniona przez tę modlitwę” – świeta Łucja dos Santos z Fatimy

    15. Podam teraz przykład, który pomoże ci zrozumieć skuteczność modlitwy różańcowej. Czy pamiętasz walkę Dawida z Goliatem? Czego użył młody Izraelita, by pokonać giganta? Uderzył on wielkoluda w środek czoła kamieniem wystrzelonym z procy. Jeśli nazwiemy Filistyna złem, uosobieniem nieczystości, dumy i herezji, możemy również powiedzieć, że i paciorki różańca są kamieniami użytymi przez Dawida. Bóg do walki ze złem używa zupełnie innych sposobów niż my. Myślimy, że do całkowitego pokonania niezbędne są najpotężniejsze środki. W zasadzie, nasz Stwórca stosuje zupełnie inną metodę ponieważ używa tego, co jest słabe. “Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć”. (Kor, 1, 27) Często spotykasz biedną staruszkę, która z ufnością i pobożnością odmawia różaniec? Powinieneś czynić wszystko, co w twojej mocy, by twoja modlitwa była przepełniona tą samą gorliwością. Zniż się do stóp Chrystusa: bo dobrze jest uniżyć się wobec tak wielkiego jak On.

    Jeśli nie wiesz jak praktykować swe życie duchowe, odmawiaj różaniec. Tylko przez tę modlitwę otrzymasz wszystko to, czego potrzebujesz i przezwyciężysz zło. W końcu, dzięki niemu odnajdziesz radość, pokój w swoim życiu. Pokonaj diabła – odmawiaj różaniec!

        
    Sam Guzman /tłumaczenie: Weronika Czerwińska/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    S. Łucja z Fatimy: zaraz po Mszy świętej to różaniec jest modlitwą najbardziej miłą Bogu

    różaniec w Fatimie

    fot.Tiziana Fabi/AFP

    *****

    „Sądzę, że po liturgicznej modlitwie ofiary Mszy świętej odmawianie różańca […] jest modlitwą najbardziej miłą Bogu spośród wszystkich, jakie możemy zanosić do Niego, a tym samym bardzo owocną dla naszych dusz. Gdyby tak nie było, Nasza Pani nie zalecałaby go tak mocno” – podkreśla s. Łucja.

    „Nie ma takiego problemu ani osobistego, ani rodzinnego, ani narodowego, ani międzynarodowego, którego nie można byłoby rozwiązać przy pomocy różańca” – Matka Boża w Fatimie dała Łucji najlepszą receptę na wszystkie nasze życiowe bolączki.

    „Nasza Pani kończy swoje orędzie pamiętnego dnia 13 maja 1917 r. słowami: Odmawiajcie codziennie różaniec, by nastąpił pokój na świecie i koniec wojny – pisze s. Łucja Santos w Apelach orędzia fatimskiego. – To różaniec jest tą modlitwą, którą Bóg za pośrednictwem Kościoła i Naszej Pani nam wszystkim bez wyjątku mocno zalecił jako drogę i bramę zbawienia”.

    Dlaczego różaniec?

    Od czasu zakończenia objawień Maryi w Fatimie, a potem uznania ich prawdziwości przez Kościół co pewien czas powracało pytanie skierowane do s. Łucji: dlaczego Maryja dała takie właśnie zalecenie, wybrała tę modlitwę spośród wielu innych. Według zagorzałych krytyków objawień maryjnych wybór ten dyskredytuje znaczenie szczytu modlitwy, czyli mszy świętej.

    Dlaczego zatem ta prośba „Odmawiajcie codziennie różaniec” połączona ze skutkiem, który wypełnienie zadania sprawi, czyli „by nastąpił pokój na świecie i koniec wojny”?

    „Nie mam całkowitej pewności, dlaczego, gdyż Nasza Pani nie wyjaśniła mi tego a ja nie pomyślałam nawet o tym, by Ją o to zapytać. Wyjaśnienie sensu orędzia pozostawiam całkowicie Kościołowi świętemu, gdyż to do niego należy i to mu przysługuje.

    Odnośnie postawionego pytania sądzę, że Bóg jest Ojcem i jako Ojciec dopasowuje się do potrzeb i możliwości swoich dzieci. Otóż gdyby Bóg za pośrednictwem Naszej Pani prosił nas o to, byśmy codziennie uczestniczyli we mszy świętej i przyjmowali Komunię świętą, musiałby z pewnością wiele mówić, a to dlatego, że dla tych małych dzieci nie było to możliwe.

    Z jednej strony ze względu na wielką odległość do najbliższego kościoła, z drugiej zaś dlatego, że ich codzienne zajęcia i obowiązki, stan zdrowia, itp. nie pozwalały im na to. Natomiast odmawianie różańca jest dostępne dla każdego – dla biednych i bogatych, mądrych i nieuczonych, wielkich i małych” – odpowiada wzruszona s. Łucja.

    Dwoje dzieci z Fatimy: Łucja dos Santos i Hiacynta Marto
    Dwoje dzieci z Fatimy: Łucja dos Santos (z prawej) i Hiacynta Marto

    *****

    Weź do ręki różaniec

    Nie musisz mieć nic, by się modlić. Nie musisz nawet mieć w ręku różańca, by się modlić różańcem, ale warto go mieć, bo przypomina nam o spotkaniu, o Stwórcy modlitwy.

    „Nawet dla osób, które nie potrafią, lub nie są zdolne skupić się duchowo, aby rozważać i medytować, zwyczajny fakt wzięcia różańca do ręki, aby go odmawiać, jest już przypomnieniem sobie Boga” – uczy s. Łucja.

    Jako karmelitanka, zaprawiona w modlitewnym boju i znająca wiele form modlitwy, zaleca odmawianie różańca w ramach przygotowania do przyjmowania Komunii świętej. Z przekonaniem poucza, że „osoby, które mogą codziennie uczestniczyć we Mszy świętej nie powinny z tego powodu wymawiać się od codziennego odmawiania różańca”. Dla tych osób wskazuje modlitwę różańcową jako przygotowanie do lepszego udziału w Eucharystii.

    Różaniec: dla wszystkich na świecie

    „Nie wydaje mi się, byśmy spotkali lepszą modlitwę, która lepiej by służyła każdemu w ogólności, od różańca. Liturgia Godzin jest wspaniała, nie sadze jednak, by była dostępna dla wszystkich ludzi na świecie, ani też by odmawiane psalmy mogły być dobrze rozumiane przez wszystkich w ogólności. Wymaga ona niewątpliwie odpowiedniego wyrobienia i przygotowania, którego nie można wymagać od wielu” – mówi s. Łucja.

    I rzeczywiście, jeśli wychylimy głowę poza europejskie realia bliskości kościołów, dostępności sakramentów, kapłanów, książek, szkół biblijnych, liturgicznych, wspólnot i stowarzyszeń okaże się, że w codzienności Afrykańczyków, czy mieszkańców niektórych krajów Azji, czy wysp, to różaniec jest modlitwą naprawdę dla każdego.

    Również dla tych, którzy nigdy nie nauczą się czytać i pisać, a depozyt prawd wiary otrzymają z ustnych przekazów. Orędzia maryjne są zawsze uniwersalne, skierowane do każdego z wierzących. Zalecenie z Fatimy: „Odmawiajcie codziennie różaniec, by nastąpił pokój na świecie i koniec wojny” jest więc darem Ojca, przez ręce Matki dla każdego dziecka, niezależnie od jego wieku i wyrobienia duchowego.

    „Bóg, który jest Ojcem i lepiej od nas rozumie potrzeby swoich dzieci, domaga się od nas codziennego odmawiania różańca, zstępując w ten sposób na poziom prosty i wspólny dla wszystkich, aby nam ułatwić drogę dostępu do siebie” – pisze s. Łucja.

    WEB2-Woman-Praying-Holy-Rosary-Antoine-Mekary-ALETEIA-AM_5939.jpg

    fot. Antoine Mekary | Aleteia

    *****

    Paciorki budujące zażyłość

    Była pewna, że wszyscy ludzie dobrej woli mogą i powinni codziennie odmawiać różaniec, aby być w kontakcie z Bogiem, korzystać z Jego dobrodziejstw i prosić Go o potrzebne łaski. „Jest to modlitwa, która prowadzi nas do zażyłego spotkania z Bogiem.

    Podobnie jak dziecko, które idzie do ojca, aby mu podziękować, porozmawiać z nim o swoich problemach, otrzymać odpowiednie wskazania, pomoc, wsparcie i błogosławieństwo” – mówi.

    „Sądzę, że po liturgicznej modlitwie ofiary Mszy świętej odmawianie różańca, ze względu na pochodzenie i wzniosłość modlitw, z jakich on się składa, oraz tajemnic Odkupienia, które przypominamy i rozważamy w każdej dziesiątce, jest modlitwą najbardziej miłą Bogu spośród wszystkich, jakie możemy zanosić do Niego, a tym samym bardzo owocną dla naszych dusz. Gdyby tak nie było, Nasza Pani nie zalecałaby go tak mocno” – podkreśla s. Łucja.

    Kto jest najważniejszy w tej modlitwie?

    Tylko Bóg. Każda modlitwa jest rozmową z Bogiem. Jeśli prosimy Maryję, albo zwracamy się o pomoc do świętych, to tylko z taką intencją i w takim sensie, że oni obcują z Bogiem twarzą w twarz i mogą za nami przed Nim orędować.

    Siostra Łucja zdecydowanie też mówi o tym, że przez różaniec uwielbiamy Boga, nie Maryję. Mówimy „błogosławiona między niewiastami”, ale dlatego, że Owoc Jej łona jest błogosławiony i przez Niego zstępuje w Maryję pełnia błogosławieństwa i łaski. Ona nie jest jej źródłem, ona jest naczyniem.

    Modlitwa różańcowa jest więc nieustannym uwielbianiem kolejnych etapów życia Jezusa, w którym Maryja, jako Matka, miała swój niezwykły udział. Dając modlitwę różańcową Bóg niejako dał nam proste narzędzie do oddawania Mu czci i uwielbiania Go w Jego dziełach i działaniu.

    Jeden jest pośrednikiem: Jezus

    „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo” to modlitwy biblijne – pisze s. Łucja. Gdy prosimy, by „modliła się za nami grzesznymi” nie wskazujemy w żaden sposób, że Jej pośrednictwo jest równe Jezusowemu. Wręcz przeciwnie. Święty Paweł naucza, że „jeden jest pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Jezus Chrystus” i Maryja w żaden sposób tego porządku nie narusza.

    Ona, w sposób doskonały, wypełnia jedną z próśb św. Pawła: „Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu. Nad tym właśnie czuwajcie z całą usilnością i proście za wszystkich świętych i za mnie”. Na mocy tej rady powinniśmy modlić się za siebie nawzajem i zwracać się do Maryi, aby wstawiała się za nami u Boga – wyjaśnia s. Łucja.

    Fatima

    fot. Antoine Mekary | Aleteia

    *****

    Bogu chce się z nami gadać

    Różaniec jest odpowiedzią na ukrytą w naszym wnętrzu potrzebę modlitwy, a więc potrzebę rozmowy z Ojcem. Nawet, jeśli na jakimś etapie naszego życia zaprzeczamy Jego istnieniu, lub przez całe życie zaprzeczamy i zagłuszamy tę potrzebę, ona w nas jest. Dlaczego?

    Bo nie zależy od naszej woli, ani postanowień. Jest w nas tęsknota, której nikt nie jest w stanie zaspokoić i dać na nią odpowiedzi, bo ta znajduje się jedynie w gestii Boga.

    Modlitwa, która jest w nas, nawet, gdy nie jesteśmy tego świadomi, jest częścią zwodzonego mostu wznoszonego nad rwącą rzeką. Przęsło otwierane po stronie Boga jest zawsze opuszczone na bezpieczną wysokość, nasza część bywa przez lata podniesiona do góry i spotkanie z Bogiem nie jest możliwe, choć czegoś wciąż nam brakuje.

    Dlatego „skoro wszyscy potrzebujemy modlitwy, Bóg chce tego, abyśmy odmawiali – jako pewien stały wymiar dzienny – tę modlitwę, która jest zawsze w naszym bezpośrednim zasięgu: różaniec” – radzi s. Łucja.

    Do różańca nie musisz klękać

    „Można go odmawiać zarówno we wspólnocie, jak i prywatnie, tak w kościele przed Najświętszym Sakramentem, jak też w domu, w rodzinie, lub zupełnie samotnie, zarówno w drodze, jak i podczas spokojnego przebywania na polu” – pisze.

    Dziś do tych okoliczności, które sprzyjają sięgnięciu po różaniec można dodać jazdę autem, lot samolotem, czekanie w kolejce do lekarza, czy do kasy. Niemal każda z sytuacji, w których jesteśmy sami, jest stuprocentową okazją na modlitwę różańcową. Ta właśnie dostępność i przystępność, bez stwarzania specjalnych warunków zewnętrznych, czyni z różańca tak uniwersalną formę, dla każdego.

    „Matka rodziny może go odmawiać, kiedy kołysze maleństwo, lub porządkuje mieszkanie. Każdy dzień ma dwadzieścia cztery godziny… jakże to niewiele, jeśli poświęcimy jeden tylko kwadrans życiu duchowemu, naszemu wewnętrznemu i zażyłemu spotkaniu z Bogiem!”.

    Cytaty za: Siostra Łucja, „Apele orędzia fatimskiego”.

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    I CZWARTEK MIESIĄCA – 5 PAŹDZIERNIKA

    W KAPLICY JEZUSA MIŁOSIERNEGO MSZA ŚW. O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚW. GODZINA ŚWIĘTA Z NABOŻEŃSTWEM RÓŻAŃCOWYM

    DZIŚ WSPOMNIENIE ŚW. SIOSTRY FAUSTYNY KOWALSKIEJ

    Bez taryfy ulgowej

    fot. Jakub Szymczuk/Gość Niedzielny

    ***

    Bez taryfy ulgowej

    „Raz widziałem ją w ekstazie. W szpitalu na Prądniku ujrzałem ją zatopioną w modlitwie w postawie siedzącej, ale prawie unoszącą się nad łóżkiem” – notował. Doskonale znamy go z „Dzienniczka”, bo Faustyna opisywała szczegółowo rozterki, próby wiary i zalecenia swego spowiednika. A jak widział Faustynę ks. Sopoćko?

    Spaceruję po jesiennym Antokolu, gdzie na cmentarzu wśród zasp liści bezskutecznie szukam grobu pradziadka, i myślę o nich. O ich pierwszym spotkaniu. To tu, przy ul. Senatorskiej 25, ks. Michał spotkał Faustynę.

    Nie było jak w filmie Hitchcocka. Nie rozpoczęło się od trzęsienia ziemi. Zazwyczaj pamiętamy przełomowe daty. Moi znajomi obudzeni w środku nocy są w stanie wskazać dzień, w którym doświadczyli Bożej łaski. Jak bardzo wileńskie spotkanie „na szczycie” musiało być zwyczajne i normalne, skoro ks. Sopoćko nie zapamiętał nawet jego daty. „Siostrę Faustynę poznałem w lecie (lipcu czy sierpniu 1933 roku)” – notował po 15 latach.

    Historycy ustalili, że było to wcześniej. Jeszcze wiosną. W czwartek, 1 czerwca. W Dzień Dziecka.

    Nie zaczęło się sielankowo. Historia kultu Bożego Miłosierdzia rozpoczęła się, jak to zwykle bywa, od drobnostki, małego zaczynu. Od… upomnienia.

    Gdy nowo przybyła ruda, piegowata zakonnica ujrzała 45-letniego księdza, jej serce mocniej zabiło. Nie potrafiła ukryć emocji i zaczęła się do niego szeroko uśmiechać. Nieprzywykły do takiego zachowania „niespotykanie spokojny kapłan” upomniał ją. „Tak nie można zachowywać się w kościele!”.

    To była pierwsza reakcja! Żadne z nich nie przypuszczało, że połączy ich silna więź, a po kilkudziesięciu latach ich nazwiska będzie wymieniało się na jednym oddechu.

    Jej opowieści traktowałem obojętnie

    Nie chciałbym być w jego skórze. Gdy usłyszał: „Znam księdza od dawna. Pokazał mi księdza dwukrotnie sam Pan Jezus. Powiedział: »Oto wierny sługa mój, on ci dopomoże spełnić wolę moją tu, na ziemi«”, był wyraźnie zakłopotany.

    Traktował Faustynę z powściągliwością i zdrowym niedowierzaniem. Nie ukrywał tego. Szczerze notował: „Nie rozumiałem i nie mogłem się zgodzić, że miłosierdzie Boże jest najwyższym przymiotem Stwórcy, Odkupiciela i Uświęciciela. Dopiero trzeba było prostej, świątobliwej duszy, ściśle zjednoczonej z Bogiem, która – jak wierzę – z natchnienia Bożego powiedziała mi o tym i pobudziła do studiów, badań i rozmyślań na ten temat”.

    „W obawie przed złudzeniem, halucynacją lub urojeniem siostry Faustyny zwróciłem się do Przełożonej, Matki Ireny, by mnie poinformowała, kto to jest siostra Faustyna, jaką opinią cieszy się w Zgromadzeniu, u Sióstr i Przełożonych, oraz prosiłem o zbadanie jej zdrowia psychicznego i fizycznego. Po otrzymaniu odpowiedzi pochlebnej dla niej pod każdym względem jeszcze nadal przez czas jakiś zajmowałem stanowisko wyczekujące, częściowo nie dowierzałem, zastanawiałem się, modliłem i badałem, jak również radziłem się kilku kapłanów światłych, co czynić, nie ujawniając, o co i o kogo chodzi” – notował. „Idąc za radą św. Jana od Krzyża, zawsze prawie opowiadania siostry Faustyny traktowałem obojętnie i nie pytałem o szczegóły”.

    Był wyciszony, niemal nieobecny. Nie dbał o siebie, zajmował ostatnie miejsca. Bardzo poruszają mnie jego życiowe dewizy: „Należy całkowicie zapomnieć o sobie i za nic się mieć, bo wielki jest Pan, ale tylko w pokornych ma upodobanie” czy: „Pozwolić triumfować innym. Nie przestawać być dobrym, gdy inni dobroci nadużywają”.

    Skąd brał ogromny wewnętrzny spokój? – zapytałem przed laty siostry z białostockiego domu przy Poleskiej, w którym mieszkał i umierał. – To była cecha jego charakteru i owoc wileńskiej formacji: liczenie się z każdym słowem, szacunek dla drugiego człowieka.

    Zniosę wszystko, ale nie odejdę!

    „Siostra Faustyna zwróciła moją uwagę na siebie niezwykłą subtelnością sumienia i ścisłym zjednoczeniem z Bogiem; przeważnie nie było materii do rozgrzeszenia, a nigdy nie obraziła Boga grzechem ciężkim” – notował w ostatnich dniach stycznia 1948 w komunalnym mieszkanku przy białostockiej ul. Złotej. Przyjechał tu z Wileńszczyzny rok wcześniej, gdy Litwa została przydzielona Sowietom. „Już na początku oświadczyła mi, że zna mnie od dawna z jakiegoś widzenia, że mam być jej kierownikiem sumienia i muszę urzeczywistnić jakieś plany Boże, które mają być przez nią podane. Zlekceważyłem to jej opowiadanie i poddałem ją pewnej próbie, która spowodowała, że za pozwoleniem Przełożonej siostra Faustyna zaczęła szukać innego spowiednika”. Faustyna nie dała jednak za wygraną: „Po jakimś czasie powróciła do mnie i oświadczyła, że zniesie wszystko, ale ode mnie już nie odejdzie”.

    Na początku znajomości mistyczka uprzedziła spowiednika, że nie będzie łatwo, prosto i przyjemnie: „Przepowiedziała dość szczegółowo trudności i prześladowania, jakie mnie spotkają w związku z szerzeniem kultu Miłosierdzia Bożego. Łatwiej było znieść to wszystko w przeświadczeniu, że taka była w całej tej sprawie wola Boża od początku”.

    Ksiądz Michał wiedział doskonale, że może zawsze liczyć na jej gorącą modlitwę. O jej skuteczności przekonał się na własnej skórze: „Rozpoczęły się przepowiedziane przez siostrę Faustynę wielkie trudności, które wciąż się potęgowały. O tych trudnościach prawie nikomu nie mówiłem, aż dopiero w dniu krytycznym prosiłem siostrę Faustynę o modlitwę. Ku wielkiemu memu zdziwieniu w tymże samym dniu wszystkie trudności prysły, jak bańka mydlana, zaś siostra Faustyna opowiedziała, że przyjęła moje cierpienia na siebie i tego dnia doznała ich tyle jak nigdy w życiu”.

    Bardziej ciekawość niż wiara

    Lektura jego prywatnych notatek odsłania początki kultu Bożego Miłosierdzia widziane od kuchni. Z perspektywy zwątpień, rozczarowań i sceptycyzmu.

    Jakże szczerze i rozbrajająco brzmi jego wyznanie, że namalowanie obrazu Bożego Miłosierdzia zlecił Eugeniuszowi Kazimirowskiemu, „wiedziony bardziej ciekawością, jaki to będzie obraz, niż wiarą w prawdziwość widzeń siostry Faustyny”.

    Gdy latem 1934 roku płótno zostało ukończone, sama Faustyna „nie potrafiła jeszcze wytłumaczyć, co oznaczają promienie na obrazie”. Ta lapidarna notatka pokazuje, w jakiej ciemności działali Sekretarka Miłosierdzia i jej spowiednik. Wykonywali posłusznie kroki wiary, robili to, o co prosił Jezus, nie dorabiając do tego żadnej pobożnej ideologii. Przypominali w tym biblijnego Filipa, który usłyszał polecenie: „Idź na drogę, jest ona pusta”. Po co wychodzić na drogę, która jest pusta? Bóg raczy wiedzieć.

    Tu było podobnie. Dopiero gdy obraz był namalowany, Jezus wyjaśnił Faustynie: „Blady promień oznacza Wodę, która usprawiedliwia dusze, a czerwony promień Krew, która jest życiem duszy”.

    Konający Marszałek i przerażająca wizja

    W swym dzienniku ks. Michał opisywał chwile zwątpienia. Nie grał bohatera, ale nazywał rzeczy po imieniu. „Nie mogłem zawiesić obrazu w kościele bez pozwolenia Arcybiskupa, którego wstydziłem się o to prosić”.

    Umieścił płótno w ciemnym korytarzu w klasztorze bernardynek, którego był rektorem. Ponieważ Faustyna nie dawała za wygraną i domagała się umieszczenia go w bardziej widocznym miejscu, ks. Michał użył fortelu. Jak Onufry Zagłoba, który przemierzył wzdłuż i wszerz litewskie drogi.

    „Proboszcz Ostrej Bramy kanonik St. Zawadzki prosił mnie, bym wygłosił kazanie. Zgodziłem się pod warunkiem umieszczenia owego obrazu jako dekoracji w oknie krużganku, gdzie obraz ten wyglądał imponująco i zwracał uwagę wszystkich bardziej niż obraz Matki Boskiej. W parę dni po Triduum w Ostrej Bramie siostra Faustyna opowiedziała mi o swoich przeżyciach w czasie tej uroczystości. Następnie 12 maja widziała w duchu konającego Marszałka Piłsudskiego i opowiadała o strasznych jego cierpieniach. Pan Jezus miał jej to pokazać i powiedzieć: »Patrz, czym kończy się wielkość tego świata«. Widziała następnie sąd nad nim, a gdy zapytałem, czym on się skończył, odpowiedziała: »Zdaje się Miłosierdzie Boże za przyczyną Matki Boskiej zwyciężyło«”.

    Nie była to jedyna wizja dotycząca wydarzeń historycznych. Tuż przed II wojną opowiadała spowiednikowi o „nadchodzących strasznych czasach”. Ten jednak, wierny podpowiedziom Jana od Krzyża, nie dopytywał o szczegóły: „Nie zapytałem, jaki to los ma spotkać Polskę, że ona tak ubolewa? Sama zaś mi tego nie powiedziała, tylko westchnąwszy, zakryła twarz od zgrozy obrazu, który prawdopodobnie wówczas widziała. Przepowiedziała mi też swą śmierć 26 września, że za dziesięć dni umrze, a 5 października umarła. Z braku czasu na pogrzeb przyjechać nie mogłem”.

    Głupstwo piszesz!

    Niezwykły duet. On – oczytany, wykształcony, ona, jak sam opisywał: „zaledwie umiała pisać z błędami i czytać”. „Pod względem naturalnego usposobienia była zupełnie zrównoważona, bez cienia psychoneurozy lub histerii” – notował spowiednik, który zresztą już na samym początku wysłał mistyczkę do psychiatry. „Naturalność i prostota cechowała jej obcowanie zarówno z siostrami w zgromadzeniu, jak z osobami obcymi. Nie było w niej żadnej sztuczności i teatralności, żadnej wymuszoności ani chęci zwracania uwagi na siebie”.

    Ponieważ jeszcze w Wilnie siostra Faustyna wspominała o tym, że czuje przynaglenie wystąpienia z zakonu Matki Bożej Miłosierdzia i założenia nowego zgromadzenia, jej spowiednik miał twardy orzech do zgryzienia. „Uważałem to przynaglenie za pokusę i nie radziłem traktować tego poważnie” – podpowiadał. „Rozmawiałem z nią na temat zgromadzenia, które chciała założyć, a teraz umiera, zaznaczając, że to chyba było złudzeniem, jak również może złudzeniem były i wszystkie inne rzeczy, o których mówiła. Siostra Faustyna obiecała na ten temat rozmawiać z Panem Jezusem na modlitwie”.

    Sam ks. Sopoćko odprawił w tej intencji Mszę Świętą. Gdy spotkał się z leżącą w szpitalu mistyczką, zapytał, czy ma jakieś odgórne wytyczne. Ta jednak bez zbędnego owijania w bawełnę odparowała, „że nie potrzebuje mówić, bo już mnie Pan Jezus w czasie mszy św. oświecił”.

    Ksiądz Sopoćko czuł się prześwietlony. Faustyna dodała, że „w kazaniu, które tego dnia wygłosiłem przez radio, nie było zupełnie czystej intencji (rzeczywiście tak było) i że widzi, jak w małej drewnianej kapliczce w nocy przyjmuję śluby od pierwszych sześciu kandydatek do tego Zgromadzenia. Wszystko prawie, co przepowiedziała, najdokładniej się spełniło”.

    O tym, że kluczową postacią w życiu mistyczki był pokorny kapłan z Wileńszczyzny, świadczy jedna dramatyczna historia. Gdy latem 1934 r. przez kilka tygodni nie mógł spowiadać Faustyny, ta… spaliła pierwowzór „Dzienniczka”. „Ponoć zjawił się jej Anioł i kazał wrzucić go do pieca, mówiąc: »Głupstwo piszesz i narażasz tylko siebie i innych na wielkie przykrości. Cóż ty masz z tego miłosierdzia? Po co czas tracisz na pisanie jakichś urojeń?! Spal to wszystko, a będziesz spokojniejsza i szczęśliwsza!«. Siostra Faustyna nie miała kogo się poradzić i gdy widzenie się powtórzyło, spełniła polecenie rzekomego anioła. Potem zorientowała się, że postąpiła źle, opowiedziała mi wszystko i spełniła moje polecenie opisania wszystkiego na nowo”.

    Do zobaczenia w niebie!

    W ekstazie widział ją jedynie raz. „2 września 1938 roku, gdy ją odwiedzałem w szpitalu na Prądniku. Gdy otworzyłem drzwi do separatki, w której się znajdowała, ujrzałem ją zatopioną w modlitwie w postawie siedzącej, ale prawie unoszącą się nad łóżkiem. Wzrok jej był utkwiony w jakiś przedmiot niewidzialny, źrenice nieco rozszerzone, nie zwróciła uwagi na moje wejście, a ja nie chciałem jej przeszkadzać i zamierzałem się cofnąć; wkrótce jednak ona przyszła do siebie, spostrzegła mnie i przeprosiła, że nie słyszała mego pukania do drzwi ani wejścia. Pożegnałem ją, a ona powiedziała: »Do zobaczenia w niebie!«. Gdy następnie 26 września odwiedziłem ją po raz ostatni w Łagiewnikach, nie chciała ze mną już rozmawiać, a może raczej nie mogła, mówiąc: »Zajęta jestem obcowaniem z Ojcem Niebieskim«, rzeczywiście robiła wrażenie nadziemskiej istoty”.

    Umierał 15 lutego 1975 roku w dniu imienin Faustyny, nie doczekawszy wyboru na Stolicę Piotrową kard. Wojtyły i zniesienia wydanej w 1959 roku notyfikacji zakazującej kultu Bożego Miłosierdzia. Jak dramatycznie brzmią dziś jego słowa: „Kończę osiemdziesiąt lat. Moje ręce są puste”. Absolutnie nic nie zapowiadało tego, że dzieło Miłosierdzia w tak ekspresowym tempie rozleje się na cały świat. Umierający spowiednik nie doświadczał owoców proroctwa, które kilkadziesiąt lat wcześniej zanotowała Faustyna: „Tyle koron będzie w koronie jego, ile dusz się zbawi przez dzieło to”.•

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC PAŹDZIERNIK 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się za Kościół, aby przyjął słuchanie i dialog jako styl życia na każdym szczeblu, pozwalając się prowadzić Duchowi Świętemu ku peryferiom świata.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *Matko Boża Różańcowa, która wciąż prosisz, abyśmy nie ustawali w codziennej modlitwie różańcowej i czynili pokutę, wyjednaj nam tę łaskę, abyśmy przyjęli Twoje Fatimskie orędzie z pełną odpowiedzialnością za swoje i naszych bliźnich zbawienie. Zaniepokojeni losami naszej Ojczyzny błagamy o Bożego Ducha, którego sprowadził w nasze serca św. Jan Paweł II. Wtedy rzeczywiście oblicze nie tylko naszej ziemi zmieniło bieg historii. W tym miesiącu będziemy decydować jaki ma być nasz Naród, któremu na imię Polska. Dokładnie 45 lat temu, 16 października w poniedziałkowy dzień, 263 następcą św. Piotra, został przez niebo w cudowny sposób wskazany, ten, który Tobie Maryjo całkowicie się oddał – cały Twój. Wierzymy, tym razem jeszcze bardziej, bo już jest przed tronem Twojego Syna, że wyprosi nam Bożą mądrość.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    KTO CHCIAŁBY DOŁĄCZYĆ DO ŻYWEGO RÓŻAŃCA – BARDZO SERDECZNIE ZACHĘCAMY

    KONTAKT NA MAILA – rozaniec@kosciolwszkocji.org lub tel. 07552435042

    Strona Żywego Różańca: zr.kosciol.org – intencje, ogłoszenia, patroni róż, tajemnice.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    fot. via: Pixabay

    ***

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    W historii narodu polskiego modlitwa różańcowa odegrała wielką rolę. Polacy niejednokrotnie mieli okazję przekonać się o tym, że wytrwałe, pełne ufności odmawianie różańca stanowi niezastąpioną pomoc i pewny ratunek w najtrudniejszym nawet położeniu. Fakt ten podkreślał Ojciec Święty Jan Paweł II w swoim dokumencie Rosarium Virginis Mariae: “Kościół zawsze uznawał szczególną skuteczność tej modlitwy, powierzając jej (…) najtrudniejsze sprawy. W chwilach, gdy samo chrześcijaństwo było zagrożone, mocy tej właśnie modlitwy przypisywano ocalenie przed niebezpieczeństwem, a Matkę Bożą Różańcową czczoną jako Tę, która wyjednywała wybawienie”.

      Potęga tej modlitwy uwidoczniła się między innymi w moralnym odrodzeniu, jakie się dokonało po objawieniach Matki Bożej w drugiej połowie XIX w. w Gietrzwałdzie na Warmii. W czasach rozpasanej germanizacji ziem polskich w zaborze pruskim, kiedy walka z polskością przybierała na sile, Najświętsza Panna wezwała miejscową ludność do odmawiania różańca. W krótkim czasie ujawniły się tego owoce. Jak relacjonował potem proboszcz Gietrzwałdu, świadek objawień: “Wśród wszystkich mówiących po polsku radosne postępy czyni szczególnie zapał do modlitwy i Bractwo Wstrzemięźliwości. Miliony modlą się na różańcu, przez co utwierdzają się w wierze katolickiej i ogromna ilość pijaków wyrwana została z doczesnej i wiecznej zguby. Do tego należy dodać czystość życia, jaką można zaobserwować wśród młodzieży, liczne powołania zakonne męskie i żeńskie, różne nawrócenia i konwersje oraz częste przystępowanie do sakramentów świętych. W całej Warmii, prawie we wszystkich domach, różaniec jest wspólnie odmawiany”.

         Objawienia się Matki Bożej na ziemi warmińskiej wywołały więc duchową odnowę mieszkańców tych terenów i zapoczątkowały podobne przemiany w innych regionach Polski, a ponadto stały się podstawą, dzięki której odzyskanie niepodległości przez nasz kraj zaczęło nabierać realnych kształtów.

         Suwerenność Polski, odzyskana wraz z zakończeniem pierwszej wojny światowej, po wielu latach niewoli, została poważnie zagrożona w roku 1920, kiedy to nasza ojczyzna przeżywała natarcie potężnej armii bolszewików. Wydarzenie owo zostało upamiętnione pod nazwą “cudu nad Wisłą”, gdyż rzeczywiście jedynie w kategoriach cudu można je rozpatrywać. Wystarczy wspomnieć, że naprzeciwko sowieckiej potęgi (12 dywizji piechoty i 2 dywizje jazdy) stanęło zaledwie trzy i pół dywizji polskiej piechoty oraz kilka drobnych oddziałów. Wynik konfrontacji wydawał się z góry przesądzony… Rychłego zwycięstwa bolszewików oczekiwali też Niemcy, dla których zdobycie Warszawy miało się stać hasłem do oderwania Gdańska i Górnego Śląska.

         Wojska bolszewickie w szybkim tempie zbliżały się do stolicy. Zatrwożeni warszawiacy zaczęli tłumnie wypełniać świątynie; wydano zarządzenie, że od 6 do 14 sierpnia we wszystkich kościołach zostanie wystawiony Najświętszy .Sakrament, na placu Zamkowym zaś około 30 tysięcy kobiet, dzieci oraz ludzi w podeszłym wieku żarliwie modliło się na różańcu. Dodawano sobie wzajemnie otuchy, przypominając słowa, które 31 lipca wypowiedział młody warszawski katecheta, ks. Ignacy Skorupka: “Nie martwcie się, Bóg i Matka Boska Częstochowska, Królowa Korony polskiej, nie opuści nas… Nastąpi zwycięstwo. Bliskim jest ten dzień! Nie minie 15 sierpnia, dzień Matki Boskiej Zielnej, a wróg będzie pobity”. Tymczasem z oddali dochodziły już odgłosy toczącej się bitwy…

         Walka rozgorzała na dobre w nocy z 13 na 14 sierpnia. Wziął w niej udział także ks. Skorupka, który niosąc krzyż wzniesiony wysoko nad głową, pobudzał wiarę polskich żołnierzy oraz dawał im przykład męstwa i odwagi, do czasu gdy został trafiony w głowę odłamkiem pocisku. Jego niezwykle ofiarna postawa i bohaterska śmierć odebrane zostały przez Polaków jako potężny, nadprzyrodzony impuls, który wywarł wielki wpływ na ducha narodu i wojska oraz przyczynił się do tego, że 15 sierpnia 1920 r., w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, potęga wroga załamała się i zapowiedziane zwycięstwo polskiego oręża nad potężną armią bolszewików stało się faktem.

         Jeden z uczestników bitwy warszawskiej 1920 r., ks. Stanisław Tworkowski, następująco podsumował tamte dramatyczne wydarzenia: “Cud nad Wisłą to dzieło Bożej Opatrzności, w które swój wysiłek włączył mój naród, naród wierzący, naród wzywający Boga, miłujący Go… To była walka w imię Jezusa Chrystusa, w imię Krzyża Świętego. Symbolem tego jest nasz kapelan katolicki – ks. Ignacy Skorupka, który z krzyżem w ręku biegł w tyralierze pod Ossowem. (…) Tajemnicę Cudu nad Wisłą stanowi modlitwa ludu Warszawy na placu Zamkowym… Przebieg walki z przytłaczającymi siłami bolszewików i odparcie ich w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny”.

         Także druga połowa XX wieku obfitowała w objawienia maryjne, podczas których Matka Boża wskazywała na wielką potrzebę modlitwy różańcowej, między innymi w rodzinie. Nie wszystkie wprawdzie te objawienia zostały oficjalnie potwierdzone przez władze kościelne, ale każde jest dokładnie obserwowane i w wielu wypadkach uznano błogosławione owoce duchowe, które przyniosły. Spróbujmy zatem opisać pokrótce niektóre z nich, przypuszczalnie mniej znane polskiemu czytelnikowi.

         W roku 1980 w miejscowości Cuapa w Nigerii wieśniak Bernard Martinez, który spytał Najświętszą Pannę o Jej życzenia, otrzymał następującą odpowiedź: “Pragnę, abyś codziennie odmawiał różaniec”. Nieco później zaś Matka Boża dodała: “W rodzinie, wraz z dziećmi – od chwili, gdy będą zdolne zrozumieć. Trzeba odmawiać różaniec o stałej godzinie, po zakończeniu zajęć domowych”. A innego dnia objawień Matka Boża dodała: “Odmawiajcie różaniec, rozmyślajcie nad tajemnicami, słuchajcie słowa Bożego zawartego w tajemnicach”. Objawienia w Cuapie nie zostały jeszcze oficjalnie uznane, ale miejscowy biskup zachęcał wiernych do rozważania i realizacji przesłania Maryi.

         Nad trwającymi od 1983 r. objawieniami w Campito w Argentynie, otrzymywanymi przez Gladys Quirodę de Mota, czuwa bezpośrednio biskup Castagna, który z uwagą śledzi rozwój kultu w miejscu objawień i stwierdza wielkie ich duchowe owoce. 6 czerwca 1987 r., gdy światowe telewizje transmitowały różaniec z papieżem Janem Pawłem II, Matka Boża powiedziała wizjonerce: “Dziś Pan będzie słuchał różańca świętego tak, jakby był on odmawiany moim głosem”.

         W obu oficjalnie uznanych objawieniach w Naju w Korei (połowa lat 80. XX w.) Matka Boża przekazała następujące orędzie: “Odmawiajcie z żarliwością różaniec, w intencji pokoju na świecie i za nawrócenie grzeszników. Starajcie się, aby odżyła świętość rodzin”.

         We wszystkich tych przesłaniach – a także w wielu innych – różaniec jest ukazywany jako najważniejsza po Mszy św. forma modlitwy, sposób na zażegnanie lub złagodzenie cierpień grożących światu za jego odejście od praw Bożych. Dzięki systematycznemu praktykowaniu nabożeństwa różańcowego możemy zaprosić do swego życia osobistego oraz rodzinnego Jezusa i Jego Matkę.

         Ażeby zaś nasze zaufanie do mocy różańca mogło stale wzrastać, byśmy byli coraz bardziej świadomi jego piękna, módlmy się jak najczęściej słowami apelu bł. Bartolomea Longo: “O błogosławiony różańcu Maryi, słodki łańcuchu, który łączysz nas z Bogiem, więzi miłości, która nas jednoczysz z aniołami; wieżo ocalenia od napaści piekła; bezpieczny porcie w morskiej katastrofie! Nigdy cię już nie porzucimy. Będziesz nam pociechą w godzinie konania. Tobie ostatni pocałunek gasnącego życia. A ostatnim akcentem naszych warg będzie Twoje słodkie imię, o Królowo Różańca, o Matko nasza droga, o Ucieczko grzeszników, o Władczyni, Pocieszycielko strapionych. Bądź wszędzie błogosławiona, dziś i zawsze, na ziemi i w niebie”.

         Zachętą do odmawiania różańca niech będą dla nas także słowa Ojca Świętego Jana Pawła II: “Dziś skuteczności tej modlitwy zawierzam (…) sprawę pokoju w świecie i sprawę rodziny (…). [Pamiętajmy bowiem, że] różaniec był zawsze modlitwą rodziny i za rodzinę, że niegdyś była ona szczególnie droga rodzinom chrześcijańskim i niewątpliwie sprzyjała ich jedności. (…)

         Tak więc różaniec, kierując nasze spojrzenie ku Chrystusowi, czyni nas również budowniczymi pokoju w świecie. Mając charakter nieustającego, wspólnego błagania, zgodne z Chrystusowym wezwaniem, by modlić się »zawsze i nie ustawać« (por. Łk 18,1), pozwala on mieć nadzieję, że również dzisiaj »walka« tak trudna jak ta, która toczy się o pokój, może być zwycięska. Różaniec, daleki od tego, by być ucieczką od problemów świata, skłania nas, by patrzeć na nie oczyma odpowiedzialnymi i wielkodusznymi, i wyjednuje nam siłę, by powrócić do nich z pewnością co do Bożej pomocy oraz z silnym postanowieniem, by we wszelkich okolicznościach dawać świadectwo miłości, która jest »więzią doskonałości« (Koi 3, 14).(…)

         Patrzę na Was wszystkich, Bracia i Siostry wszelkiego stanu, na Was, rodziny chrześcijańskie, na Was, osoby chore i w podeszłym wieku, na Was, młodzi: weźcie znów ufnie do rąk koronkę różańca, odkrywając ją na nowo w świetle Pisma Świętego, w harmonii z liturgią, w kontekście codziennego życia. (…) Modlitwa różańcowa jest wielką pomocą dla naszego czasu. Sprowadza ona pokój i sumienie; wprowadza nasze życie w tajemnice Boże i sprowadza Boga do naszego życia”.

    Robert Bil

    Źródła: Gottfried Hierzenberger, Otto Nedomansky:

    “Księga objawień maryjnych od I do XX wieku”,

    Warszawa 2003; Ewa Hanter: “Tyś wielką chlubą naszego narodu “,

    Toruń 2000; “Godzina różańca”, Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej

    w Zakopanem, 2003; Jan Paweł II: List apostolski “Rosarium Virginis Mariae”.

    Do biskupów, duchowieństwa i wiernych o różańcu świętym, Kraków 2002.

    dam/adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec: historia i teologia

     

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Październik nazywany jest miesiącem różańcowym. Kościół w tym czasie szczególnie zaleca tę prostą i zarazem głęboką modlitwę.

    Historia różańca

    Tradycja monastycznej modlitwy zwraca uwagę na ciągłą potrzebę trwania w Bożej obecności. Kolejno anachoreci, benedyktyni, cystersi, kartuzi słysząc słowa: “Nieustannie się módlcie” (1Tes 5,17), na wzór Chrystusa uświęcali poszczególne pory dnia i nocy, obok Eucharystii, rozważaniem Ojcze nasz oraz modlitwą stu pięćdziesięcioma psalmami.

    Wschodni chrześcijanie, wzrastając w tradycji medytacji, wprowadzili powtarzanie wybranych słów Pisma: “Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu” czy “Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”. Czyniono to w rytm oddechu, posługiwano się często kamykami, by zliczyć ilość powtórzeń i pomóc w skupieniu.

    W późniejszych wiekach różaniec połączy rozmaite tradycje, w tym także hezychastyczną modlitwę Jezusową. Na Zachodzie przy klasztorach w VIII i IX w. uczono świeckich wiernych oraz rozmaitych illiterati (analfabetów) modlitw, opartych na Piśmie Świętym, pobożnych hymnach, a przede wszystkim na Modlitwie Pańskiej. Taki zastępczy “psałterz” służył także mnichom, którzy nawet podczas pracy fizycznej mogli odmówić 150 modlitw – tyle, ile jest psalmów w Psałterzu.

    Powoli powstawały różne nurty modlitwy medytacyjnej, powiązanej z kultem oddawanym Bogurodzicy. Znana nam w obecnej formie modlitwa Ave Maria ukształtowała się dopiero około XIII i XIV w., kiedy to najpierw powiązano ze sobą ewangeliczne słowa pozdrowienia anielskiego oraz słowa św. Elżbiety. Epidemie “czarnej śmierci”, dziesiątkujące ludzi w średniowiecznej Europie, spowodowały, że do pozdrowienia dołączono następnie prośbę do Maryi o modlitwę za “nas grzesznych teraz i w godzinę śmierci naszej”. Zdarzało się, że odmawiano pięćdziesiąt czy sto razy Zdrowaś Maryjo między innymi na pamiątkę dzieła stworzenia świata. Stopniowo utarło się stosowanie stu pięćdziesięciu wezwań do Maryi.

    Interesujące są również hipotezy dotyczące pochodzenia nazwy “różaniec” (rosarium). Jedna z nich kieruje nas na Daleki Wschód, gdzie ludzie także wykorzystują jako techniczną pomoc w medytacji sznur modlitewny. Indyjskie słowo “japamala” oznaczające “zbiór modlitw”, bądź “zbiór róż” (“japa” – róża), służyło dla opisu metody modlitwy na paciorkach, która w VIII i IX wieku przeszła do islamu, a na przełomie XII i XIII wieku dalej, do chrześcijaństwa. Między innymi dominikanin Wilhelm de Nubruk, przebywając jakiś czas wśród Tatarów, relacjonuje: “Oni noszą sznury modlitewne (paternoster) tak jak my”. Tradycja zachodnia podaje legendę o cystersie, któremu Maryja objawiła, że zamiast wieńca kwiatów składanego u stóp jej figury, może składać “wieniec róż” (niem. Rosenkranz; róża – kwiat symbolicznie związany z Bogurodzicą) w formie wielokrotnej modlitwy Ave Maria.

    W XV wieku ostatecznie powiązano dwa wymiary: powtarzanie modlitewnych formuł oraz rozważanie tajemnic z życia Jezusa i Maryi. Obok maryjnego różańca, znane są inne jego formy. Przykładem może być Różaniec Najświętszego Imienia Jezus, odmawiany podobnie, choć odnoszący się do innych tajemnic radosnych z życia Jezusa. Ważną rolę w rozpowszechnianiu różańca odgrywają dominikanie, którzy uczą, jak się modlić, odwołując się przy tym do rozważań biblijnych. Bretoński dominikanin bł. Alain de la Roche porządkuje rozmaite tradycje i upowszechnia podział różańca (nazywa go Psałterzem Jezusa i Maryi) na piętnaście dziesiątków (jedno Ojcze nasz, dziesięć Zdrowaś) podzielonych na trzy części.

    Od XV wieku rozkwitają także bractwa różańcowe, dla których pierwszy statut opracował w 1476 r. przeor dominikańskiego kościoła św. Andrzeja z Kolonii. Znamy też jeden z pierwszych obrazów różańcowych (ok. 1500 r.), przedstawiający Maryję z Dzieciątkiem trzymającym w ręku różaniec, obok których klęczą św. Dominik i męczennik Piotr z Werony; pod płaszczem opieki Maryi zgromadzeni są licznie duchowni i świeccy. Za przyczyną żyjącego w XVI w. kartuza Dominika z Prus zaczyna rozpowszechniać się legenda o św. Dominiku, który otrzymał od Maryi sznur różańcowych pereł jako broń w duchowej walce z herezją albigensów. Przez długi czas powstanie różańca kojarzono z postacią św. Dominika, który miał go “otrzymać” od samej Matki Bożej podczas objawienia.

    Widać jednak, że różaniec powstawał przez wieki i nie sposób przypisać jego genezę jednemu objawieniu czy człowiekowi. Niewątpliwie jednak Zakon św. Dominika, wędrowni kaznodzieje, którzy przemarzali Europę, ogromnie przyczynił się do rozpowszechnienia tej modlitwy.

    Oficjalnie jednolity Różaniec Najświętszej Maryi Panny zatwierdza papież (też dominikanin) św. Pius V w 1569 r., a później, na pamiątkę zwycięstwa chrześcijan nad Turkami pod Lepanto, ustanawia dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej. Na różańcu modli się, zalecając go jednocześnie innym, wielu papieży, między innymi Leon XIII, bł. Jan XXIII, Paweł VI, aż przychodzi czas obecnego pontyfikatu. Jan Paweł II wpisuje się w ciągłość nauki o znaczeniu różańcowej modlitwy, a w liście “Rosarium Virginis Mariae” (RVM) z 2002 r. uzupełnienia ją przez dodanie rozważań tajemnic światła.

    Zarys teologii różańca

    Różaniec jest modlitwą co najmniej dwupoziomową. Pierwszy poziom urzeczywistnia się przez stosowanie specjalnej techniki modlitewnej: rytmicznym powtarzaniu formuły. Dzięki melodyce i rytmowi słów, serce i umysł mogą oczyścić się z natłoku uczuć i myśli, a skoncentrować na sprawach Bożych. Przywoływanie słów Modlitwy Pańskiej czy Pozdrowienia Anielskiego pozawala, by w sercu doświadczać bardziej opieki świętych osób. Powtarzanie jest jedną z metod pomagającą przez kontemplację wspominać i uobecniać Osoby Boże, a w powiązaniu z Nimi także Maryję. Przywoływanie imienia ukochanej osoby pozwala zobaczyć, że podobnie jak w centrum modlitwy Zdrowaś Maryjo tkwi słowo “Jezus”, imię Zbawiciela może przenikać nasze życie.

    Nasza pamięć przywołuje ukochaną Osobę, rozmawiamy z Przyjacielem, jakby “oddychamy uczuciami Chrystusa” (RVM 15), a to powoduje zacieśnienie więzów przyjaźni. By przyjaźń wzrastała, trzeba “przegadać” wiele godzin! Powracanie do ukochanej osoby nie nuży, ale umacnia, podobnie jak trzykrotne wyznanie miłości do Zmartwychwstałego ze strony Piotra (RVM 26). Poziom rytmicznego powtarzania jest ściśle związany z używaniem paciorków, które pomagają odmierzać rytm modlitwy i dają szansę skupienia się.

    Metoda modlitwy na różańcu znajduje liczne interpretacje i omówienia, z których na uwagę szczególną zasługuje “List o Różańcu” (RVM) Jana Pawła II. Co prawda, jak uczy św. Augustyn, kiedy dzięki jakiejś metodzie kontaktujemy się z Bogiem, to w rzeczywistości nie możemy na tym spocząć. Gdybyśmy się zatrzymali na określonym sposobie kontaktu, to poprzestalibyśmy na metodzie, a nie na żywym Bogu, którego żadna droga, metoda czy forma objąć i wyczerpać nie może. Bóg jest zawsze dalej, zawsze bardziej, zawsze inaczej niż pozwalają sięgnąć możliwości jego stworzeń. Jednakże w nauce wielu mistrzów duchowych słyszymy, iż metody, o ile nie “ubóstwiają” same siebie, służą pomocą w tym, co nazwać i określić nie sposób, czyli w osobowym spotkaniu z żywym Bogiem. Więź z Chrystusem, która jest celem, może być osiągana za pomocą różnych metod, spośród których szczególnie wartościową jest różaniec.

    Różaniec łączy prostotę i głębię. “Rozwinięty na Zachodzie, jest modlitwą typowo medytacyjną i odpowiada poniekąd modlitwie serca czy modlitwie Jezusowej, która wyrosła na glebie chrześcijańskiego Wschodu” (RVM 5). Poziom medytacyjnego powtarzania, zaczerpnięty z tradycji wschodniej, łączy się z rozważaniem i kontemplacją tajemnic życia Jezusa i całej Trójcy Św. oraz Maryi i innych świętych, które są przedmiotem tzw. tajemnic czterech części różańca.

    Tajemnice różańca są określane mianem miniaturowej Biblii. Trudno przecenić ich rolę w kształtowaniu biblijnej świadomości katolików. Najbardziej dotyczą nauki o Jezusie Chrystusie. Dokonane niedawno papieskie uzupełnienie wypełnia pewną chrystologiczną lukę. Otóż tajemnice radosne opisują akt Wcielenia oraz dzieciństwo Jezusa. Bolesne odsyłają nas do Jego męki i śmierci. Część chwalebna przypomina o tym, że nasz Pasterz wrócił do życia i jest zmartwychwstały. Dodanie tajemnic światła rozwija wymiar chrystologiczny, wnikając w tajemnice publicznego życia Chrystusa. Ewangelii i tak nie sposób wyczerpać. Wskazanie na chrzest w Jordanie, początek znaków w Kanie Galilejskiej, głoszenie Dobrej Nowiny i wzywanie do nawrócenia, Góra Przemienienia i ustanowienie Eucharystii pomagają nam zobaczyć, że bogactwo tajemnicy Chrystusa staje przed nami otworem.

    Nie jesteśmy zatem ograniczeni piętnastoma, czy nawet dwudziestoma tajemnicami różańca. Pozostajemy otwarci na nie dającą się domknąć przestrzeń głębi Bożej tajemnicy (Kol 2,2-3), tajemnicy, która przewyższa wszelką wiedzę (Ef 3,19). Gdy wspominamy, wraz z Maryją, życie Chrystusa, światło łaski pozwala nam dostrzec w Nim nie tylko Boga, ale misterium człowieka, godność jego poczęcia, narodzin, nauki, wesela, pracy czy śmierci (25).

    o. Marcin Lisak OP / Warszawa (KAI)/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwy jak z procy

    III Archidiecezjalna Pielgrzymka Chorych, Niepełnosprawnych i Ich Rodzin z Katowic  do Lourdes. Wieczorna procesja.

    III Archidiecezjalna Pielgrzymka Chorych, Niepełnosprawnych i Ich Rodzin z Katowic do Lourdes. Wieczorna procesja.
    fot. Krzysztof Błażyca/Gość Niedzielny

    ***

    Nikt nie odmawia Różańca samotnie. Obok zawsze stoi Maryja.

    Grota massabielska koło Lourdes, 11 lutego 1858 roku. 14-letnia Bernadeta Soubirous widzi „piękną Panią”. Z prawego ramienia „zjawy” zwisa różaniec. Dziewczyna boi się, ale nie jest to taki lęk, który skłania do ucieczki. Przeciwnie, chciałaby tu „zostać na zawsze”. Przychodzi jej na myśl, żeby się pomodlić. Sięga po różaniec, który ma zawsze przy sobie.

    „Uklękłam i chciałam się przeżegnać, ale nie mogłam unieść do czoła opadającej ręki” – opowie później. Tymczasem Pani staje obok, teraz już trzymając różaniec w dłoni, i czyni znak krzyża. „Wtedy i ja spróbowałam, i udało się” – relacjonuje dziewczyna. Zaczyna odmawiać Różaniec, lęk ustępuje. Pani przesuwa w palcach paciorki różańca jednocześnie z Bernadetą, uśmiechając się, ale nie wypowiada słów modlitwy „Zdrowaś, Maryjo” ani „Ojcze nasz”. Mówi natomiast razem z nią „Chwała Ojcu”, pochylając się z najgłębszym szacunkiem.

    Całe widzenie trwało tyle, ile potrzeba na odmówienie Różańca bez pośpiechu – bo też w istocie było to tylko odmówienie Różańca.

    Bezwładna ręka

    Będą kolejne spotkania, ale już to pierwsze pokazało, że Różaniec to modlitwa wyjątkowa. Szczegóły, które Bernadeta, wówczas jeszcze analfabetka, opowie o jej przebiegu w obecności widzianej na własne oczy Maryi, zadziwią teologów. Rzeczywiście to logiczne, że Maryja nie odmawiała „Ojcze nasz”, bo jest to modlitwa grzesznych śmiertelników, potrzebujących „chleba powszedniego”, wzywających Bożego przebaczenia i podlegających pokusom. Nie odmawiała też modlitwy „Zdrowaś, Maryjo”, bo nie pozdrawiałaby przecież sama siebie.

    Przebieg pierwszego objawienia Maryi w Lourdes zawiera wiele ważnych komunikatów. Choćby taki, że gdy odmawiamy Różaniec, Maryja staje obok nas i towarzyszy nam. Gdy przesuwamy paciorki, Ona robi to także. Gdy oddajemy chwałę Trójcy Świętej, Ona oddaje ją również, powtarzając z nami te same słowa: „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu”.

    A dlaczego na początku ręka Bernadety była bezwładna i zdołała uczynić znak krzyża dopiero, gdy zrobiła to Maryja?

    – Bardzo mnie to ucieszyło, gdy o tym kiedyś przeczytałem – mówi Andrzej, który od lat codziennie odmawia Różaniec. Dlaczego? – Bo uświadomiłem sobie wtedy, że już samo wykonanie znaku krzyża jest łaską. A skoro to mogę zrobić, to znaczy, że mam tę łaskę. I teraz najważniejsze: gdy z różańcem w dłoni zaczynam od przeżegnania się, wiem, że Maryja właśnie to zrobiła i będzie mi towarzyszyć. Gdyby było inaczej, nawet bym się nie zdołał przeżegnać – cieszy się. – Gdy człowiek o tym myśli, z większą uważnością i szacunkiem się modli – dodaje.

    Drugie spotkanie Bernadety z Maryją, 14 lutego, też było w gruncie rzeczy wspólnym odmówieniem jednej części Różańca – pięciu dziesiątek. Później Maryja przedstawiła główny cel modlitwy: o nawrócenie grzeszników. Trzykrotne wezwanie: „pokuty!” wytyczyło drogę do nawrócenia.

    Codziennie!

    Gdy pół wieku później milionowe armie w Wielkiej Wojnie rzuciły się sobie do gardeł, Maryja przyszła z tym samym wezwaniem do pokuty – i znów prosiła o odmawianie Różańca. „Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby wyprosić pokój dla świata” – usłyszały w pierwszym objawieniu 13 maja 1917 roku dzieci z Fatimy. Dwa miesiące później Maryja ponownie poprosiła o codzienne odmawianie Różańca w intencji pokoju. Wtedy dzieci poznały modlitwę, zwaną dziś fatimską. Miały mówić po każdej tajemnicy: „O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia”. Modlitwa ta stała się elementem modlitwy różańcowej. W sierpniu 1917 roku dzieci usłyszały: „Chcę, abyście nadal odmawiały Różaniec. Módlcie się, módlcie się wiele, czyńcie ofiary za grzeszników, bo wiele dusz idzie na wieczne potępienie, gdyż nie mają nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił”. We wrześniu znów padło wezwanie do modlitwy różańcowej, a podczas ostatniego objawienia, 13 października 1917 roku, Maryja powiedziała o sobie: „Jestem Matką Bożą Różańcową”. W trakcie tego spotkania powiedziała także: „Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniła życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają Różaniec i pokutują za grzechy”. Potwierdzeniem autentyczności tego orędzia był zapowiedziany „cud słońca”.

    Maryja, wzywając do codziennego odmawiania Różańca, zrobiła to także w języku polskim. „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali Różaniec” – powiedziała do dwóch dziewczynek podczas jednego z pierwszych objawień w Gietrzwałdzie w 1877 roku. Matka Boża pojawiała się tam przez niespełna trzy miesiące, gdy ludzie modlili się na różańcu. Także Jej ostatnie słowa, wypowiedziane na zakończenie objawień, brzmiały: „Odmawiajcie gorliwie Różaniec”. Od tego Maryja uzależniała wysłuchanie wielu próśb, które przekazywały Jej dzieci.

    Niebiańskie pochodzenie

    Różaniec pojawia się w wielu objawieniach Maryjnych. Czym więc jest ta modlitwa, skoro Matka Zbawiciela tak często do niej nawołuje? Pius XII w encyklice Ingruentium malorum porównał Różaniec do procy, z którą Kościół jak Dawid „będzie mógł wyjść naprzeciw swojego odwiecznego wroga”. W tej samej encyklice papież pisał: „Chociaż istnieje wiele rodzajów modlitwy, aby otrzymać tę pomoc, uważamy Różaniec za najbardziej właściwą i najbardziej owocną, na co wyraźnie wskazuje jej pochodzenie – bardziej niebiańskie niż ludzkie”.

    Niebiańskie pochodzenie Różańca? Sceptyk powiedziałby, że to modlitwa monotonna i nudna, automatyczna i infantylna, niegodna dorosłego człowieka. Albo że to przeżytek z czasów, gdy dostęp do Biblii był ograniczony choćby przez analfabetyzm.

    Kto odkrył Różaniec, wie, że jest inaczej. Albino Luciani, późniejszy Jan Paweł I, powiedział kiedyś, że „nie jest sprawą naczelną kryzys Różańca, lecz kryzys modlitwy w ogóle”. Ludzie, zajęci sprawami materialnymi, niewiele dziś myślą o duszy i żyją w hałasie, nie znajdując paru minut na życie wewnętrzne. Przyszły papież zakwestionował też postawę „dorosłego chrześcijanina” na modlitwie. „Osobiście, gdy rozmawiam sam z Bogiem lub z Maryją, wolę się czuć dzieckiem aniżeli dorosłym; znika infuła, piuska i pierścień. Na wakacje wysyłam dorosłego biskupa, z jego dostojną powagą i autorytetem należnym temu stanowisku! I oddaję się tej spontanicznej czułości, jaką ma dziecko dla mamy i taty” – wyznał.

    Odnosząc się do zarzutu, że Różaniec jest powtarzaniem wciąż tych samych słów, przywołał słowa Karola de Foucauld: „Miłość wyraża się kilkoma tylko słowami, zawsze tymi samymi, wciąż powtarzanymi”.

    Luciani podkreślił ważność czytania Biblii, lecz „nawet ci, którzy ją czytają, powinni potem, w niektórych sytuacjach – w podróży, na ulicy czy gdy zajdzie szczególna potrzeba – rozmawiać z Matką Bożą – jeśli się wierzy, że jest nam Ona Matką i Siostrą” – stwierdził, zaznaczając, że „w gruncie rzeczy tajemnice Różańca, gdy się je rozważy, przemyśli (…), są niczym innym jak właśnie Biblią, samą esencją Biblii”.

    Oponenci mówią, że Różaniec to modlitwa zubożona. „A co w takim razie ma być modlitwą bogatą?” – pyta przyszły Jan Paweł I, żeby następnie stwierdzić: „Różaniec to procesja »Ojcze nasz« – modlitwy, której nauczył nas Jezus; »Zdrowaś« – pozdrowienia, jakie Bóg skierował do Przenajświętszej Panny za pośrednictwem anioła; »Chwała« – pochwały Trójcy Przenajświętszej”. W jego przekonaniu „Różaniec wyraża wiarę bez fałszywych komplikacji, wykrętów, nadmiaru słów; pomaga poddać się woli Bożej i nauczyć się, jak przyjmować cierpienie”. Zwraca też uwagę na znaczenie Różańca odmawianego w rodzinie. „Odmawiany wieczorem przez rodziców wraz z dziećmi jest formą liturgii rodzinnej” – zauważa.

    Koresponduje to z wezwaniem Maryi w Fatimie. Odpowiadając na prośbę Łucji o łaskę dla pewnej rodziny, Matka Boska powiedziała: „Niech codziennie, przez rok, odmawiają Różaniec w rodzinie”. Gdy rodzina przez rok odmawia Różaniec, zapewne zechce go odmawiać aż do śmierci. I najpewniej będzie to śmierć szczęśliwa.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

     _____________________________________________________________________________________________________________

    Maryja w Lourdes prosi o różaniec

     Adobe.stock.pl

    *****

    Przed kilkoma dniami rozpoczęliśmy wędrówkę do miejsc objawień Maryi. Rozważamy słowa Matki Bożej, która prosi, abyśmy odmawiali różaniec. Dziś udamy się do znanego nam wszystkim miejsca, do francuskiego Lourdes, gdzie w 1858 r. czternastoletnia Bernardetta Soubirous, nagle ujrzała w lesie „piękną, niezwykle piękną Panią”.

    Kiedy Pani uśmiechnęła się do niej, Bernardetta wzięła do ręki różaniec, upadła na kolana i zaczęła się modlić. Dziewczynka miała bowiem zwyczaj odmawiać różaniec, nosiła go ze sobą i żyła nim. Może dlatego Maryja wybrała właśnie ją jako wizjonerkę ? Może dlatego Lourdes i różaniec są ze sobą tak ściśle powiązane…?

    „Pierwsze spotkanie było wspólnym odmówieniem różańca. Matka Najświętsza przesuwała w milczeniu paciorki swojego różańca, głośno wypowiadając jedynie słowa “Chwała Ojcu…”. Zakończenie różańca było końcem wizji”.

    W kolejnych objawieniach, Niepokalana wraz z Bernardettą wspólnie odmawiały różaniec „podczas wszystkich osiemnastu objawień, w czasie których Matka Boska przemawiała bardziej przez symboliczne gesty, niż słowami. Najświętsza Maryja Panna przesuwała paciorki Różańca, w miarę jak dziewczyna odmawiała go. W ten cudowny sposób została uświęcona modlitwa na Różańcu” (wg Antonio A. Borellego). Poza tym, w trakcie objawień Maryja uczyła ją modlitw i przekazywała różne przesłania.

    Podczas dwunastego objawienia pewna znajoma dała Bernardetcie swój różaniec. Kiedy dziewczyna zaczęła modlić się na nim, usłyszała głos „Pani”: „Ach, pomyliłaś się. To nie jest przecież ten twój”. Tym razem obecny był kapłan, na którym zrobiło to głębokie wrażenie i który natychmiast uwierzył w prawdziwość objawienia… „Zupełną nowością w Maryjnych objawieniach różańcowych stało się to, że Matka Boża [jakby] wyraźnie wzywała swoich czcicieli, by mieli – jak Bernardetta – własny różaniec”.

    Objawienia w Lourdes zostały uznane przez Kościół. Dziś do Lourdes pielgrzymuje rocznie kilkaset tysięcy pielgrzymów. Wędrując duchowo do Groty Masabielle, weźmy w dłonie różaniec i spełniając prośbę Maryi, rozważajmy tajemnice Jej życia i Jej Syna Jezusa Chrystusa.

    ks. Krzysztof Hawro /Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Paciorki z miłością

    W Różańcu rozważamy tajemnice Chrystusa jakby sercem Maryi.

    W Różańcu rozważamy tajemnice Chrystusa jakby sercem Maryi.
    fot. Krzysztof Błażyca/Gość Niedzielny

    *****

    Różaniec nie spadł z nieba. Z dojściem do nieba ma jednak związek – o ile jest dobrze używany.

    Kasia z mężem postanowili codziennie przez dłuższy czas odmawiać wszystkie części Różańca. Było to związane z nowenną, której odprawienia się podjęli. – Z początku obawiałam się tego, wydawało mi się, że nie dam rady, że nie pogodzę tego ze zwykłymi obowiązkami – opowiada. A jednak, ku swojemu zaskoczeniu, dała radę. – Różaniec jakoś oplótł cały mój dzień. Robiłam wszystko, co trzeba, ale z większym skupieniem i jakby w bezustannej modlitwie. Nie przeszkadzało to w życiu, nawet przeciwnie: poprawiło jego jakość. I tak sobie myślę, że to dla nas było cenniejsze od tego, co chcieliśmy uprosić – uśmiecha się.

    Podobne doświadczenia ma wielu ludzi, którzy chwytają za różaniec. Uświadamiają sobie, że najcudowniejszym owocem modlitwy jest… modlitwa.

    Ewolucja

    W Różańcu chodzi o to samo, o co chodzi w każdej modlitwie – o wzmocnienie więzi z Bogiem. Ta modlitwa też podlegała ewolucji i jej forma w ciągu wieków się zmieniała. Ba – wciąż się zmienia. Ostatnia znacząca zmiana miała miejsce w 2002 r., gdy Jan Paweł II ogłosił wprowadzenie czwartej części – tajemnic światła. Nie wszyscy byli wówczas zadowoleni. Pojawiały się opinie, że to ludzka ingerencja w tradycję, która nie powinna być zmieniana, bo została dana przez Boga.

    Niesłusznie. Z pewnością Różaniec jest cenną modlitwą Kościoła katolickiego, jednak daną ludziom nie jako gotowe i nienaruszalne dzieło, lecz tworzoną przez wieki. Wbrew popularnej opinii, wedle której Różaniec został dany z nieba św. Dominikowi, fakty są inne. Dominik i bracia z jego zakonu bardzo rozpowszechnili tę modlitwę, ale jej początki są dużo wcześniejsze.

    Jak psalmy

    „Panie Jezu Chryste, Synu Boga, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem” – mówili mnisi na Wschodzie już w starożytności. Powtarzali te słowa wielokrotnie w rytm oddechu, zanurzając się w obecności Bożej. Czasem przekładali przy tym kamyki. Pozwalało im to zliczyć powtórzenia i pomagało zachować modlitewne skupienie. Podobną metodę stosował żyjący w III wieku pustelnik Paweł z Teb, który każdego dnia odmawiał 300 razy „Ojcze nasz”. W tym celu kładł sobie na kolana 300 kamyków, które stopniowo zrzucał. Kilka wieków później do odliczania modlitw zaczęto stosować sznury z paciorkami. Także mnisi na Zachodzie, przejęci wezwaniem: „Nieustannie się módlcie” (1 Tes 5,17), wcześnie przyjęli praktykę uświęcania poszczególnych godzin dnia i nocy modlitwą psalmami – których jest 150.

    W średniowieczu dla potrzeb niepiśmiennych chrześcijan tworzono na ścianach kościołów Zachodu coś w rodzaju obrazkowej historii biblijnej. Uczono ich też, szczególnie przy klasztorach, modlitw nawiązujących do tekstów Pisma Świętego – w pierwszym rzędzie Modlitwy Pańskiej. Powstało z tego coś, co świeckim zastępowało odmawiany przez kapłanów i osoby zakonne psałterz: 150 modlitw – tyle samo, ile jest psalmów w Biblii.

    Tak stopniowo kształtowała się modlitwa medytacyjna związana z kultem Matki Bożej. Modlitwa „Zdrowaś, Maryjo” (Ave Maria) powstała około XIII wieku. Najpierw ukształtowała się jej pierwsza część, która zawiera połączone teksty z Ewangelii: fragment pozdrowienia Maryi przez archanioła w chwili zwiastowania i słowa Elżbiety wypowiedziane w czasie spotkania z Matką Bożą. Druga, modlitewno-błagalna część, czyli „Święta Maryjo”, powstawała dłużej. Przypuszcza się, że prośbę o wstawiennictwo Maryi „teraz i w godzinę śmierci” zaczęto dodawać do Pozdrowienia Anielskiego w czasie, gdy w Europie szalała zaraza dżumy.

    Kontemplować, nie klepać

    Liczni papieże zalecali modlitwę różańcową. Jej formę, która zasadniczo dotrwała do dziś, zatwierdził Pius V dokumentem z 1569 r. To za jego pontyfikatu doszło do wielkiej bitwy morskiej pod Lepanto, w której wojska chrześcijańskie pokonały Turków, oddalając zagrożenie islamską inwazją. Pamiątką tego dnia w Kościele jest święto Matki Bożej Różańcowej, bo to Jej wstawiennictwu powszechnie przypisano zwycięstwo nad półksiężycem.

    Jednym z najważniejszych papieskich dokumentów o Różańcu w ostatnim półwieczu jest adhortacja Marialis cultus Pawła VI. Papież wyraził w niej potrzebę odnowienia kultu maryjnego, tak aby w pobożności maryjnej było więcej Chrystusa i Ducha Świętego. Wskazał na Różaniec i Anioł Pański, bo w tych modlitwach rozważa się tajemnice Chrystusa i działanie Ducha Świętego. Papież upomniał się, żeby odmawianie tej modlitwy nie było tylko zanoszeniem błagań, lecz by było kontemplacją. Jeśli brakuje kontemplacji, „Różaniec upodabnia się do ciała bez duszy i zachodzi niebezpieczeństwo, że odmawianie stanie się bezmyślnym powtarzaniem formuł oraz że będzie w sprzeczności z upomnieniem Chrystusa, który powiedział: »Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani«” – przestrzegał Paweł VI. Dodał, że Różaniec „z natury swej domaga się odmawiania w rytmie spokojnej modlitwy i jakby z zatopioną w myślach powolnością”. Chodzi bowiem o rozważanie tajemnic Chrystusa jakby sercem Maryi – o modlitwę z Maryją i na Jej wzór.

    Pomoc ekumeniczna

    Papieżem „różańcowym” był także św. Jan Paweł II. „To modlitwa, którą bardzo ukochałem. Przedziwna modlitwa! Przedziwna w swej prostocie i głębi zarazem” – dzielił się z wiernymi krótko po swoim wyborze na Stolicę Piotrową w 1978 r. „Oto bowiem na kanwie słów Pozdrowienia Anielskiego (Ave Maria) przesuwają się przed oczyma naszej duszy główne momenty z życia Jezusa Chrystusa. Układają się one w całokształt tajemnic radosnych, bolesnych i chwalebnych. Jakbyśmy obcowali z Panem Jezusem poprzez – można by powiedzieć – Serce Jego Matki” – mówił. Owocem miłości Jana Pawła II do modlitwy różańcowej stał się jego list apostolski Rosarium Virginis Mariae z roku 2002. Dokument ten przyniósł ważną zmianę – do trzech części dołączona została czwarta: tajemnice światła. Jednocześnie papież zawarł w liście osobiste świadectwo ukochania Różańca. „Od mych lat młodzieńczych modlitwa ta miała ważne miejsce w moim życiu duchowym” – napisał. „Różaniec towarzyszył mi w chwilach radości i doświadczenia. Zawierzyłem mu wiele trosk. Dzięki niemu zawsze doznawałem otuchy” – wyznał.

    Papież Polak, podobnie jak jego poprzednik Paweł VI, zachęcił do modlitwy różańcowej „w towarzystwie” Matki Bożej. „Odmawiać Różaniec bowiem to nic innego, jak kontemplować z Maryją oblicze Chrystusa” – stwierdził.

    Jan Paweł II zmierzył się także z zarzutem, że Różaniec może być przeszkodą w dialogu ekumenicznym. „W rzeczywistości przynależy on do najczystszej perspektywy kultu Matki Bożej, wskazanej przez sobór: kultu skierowanego ku chrystologicznemu centrum wiary chrześcijańskiej” – zapewnił, powołując się na stwierdzenie soboru: „gdy czci doznaje Matka, to i Syn […] zostaje poznany, ukochany i wielbiony w sposób należyty”. W konkluzji stwierdził stanowczo: „Różaniec na nowo odkryty we właściwy sposób jest pomocą, a bynajmniej nie przeszkodą dla ekumenizmu!”.

    Papież wskazał dwa „punkty krytyczne” naszych czasów, które należy dziś szczególnie polecać Bogu w modlitwie różańcowej: pokój i rodzinę. Rodzina bowiem jest „coraz bardziej zagrożona na płaszczyźnie ideologicznej i praktycznej siłami godzącymi w jej jedność” – wskazał. Budzi to „obawy o przyszłość tej podstawowej i niezbywalnej instytucji, a wraz z nią o losy całego społeczeństwa”. Pomocą w zapobieżeniu „zgubnym następstwom tego kryzysu znamiennego dla naszej epoki” jest „powrót do Różańca w rodzinach chrześcijańskich”.

    Czemu nie?

    Jan Paweł II był świadom trudności, jakie może nasuwać wielokrotne powtarzanie tej samej modlitwy. „Patrząc powierzchownie na to powtarzanie, można by traktować Różaniec jako praktykę jałową i nużącą. Jednak do zupełnie innych wniosków na temat koronki można dojść, kiedy uzna się ją za wyraz nigdy nieznużonej miłości” – napisał, podając przykład trzykrotnego pytania o miłość, jakie zadał Jezus Piotrowi, i trzykrotnej odpowiedzi apostoła. „By zrozumieć Różaniec, trzeba wejść w dynamikę psychologiczną właściwą miłości” – zauważył. Podkreślił, że modlitwa ta zachowuje całą swą moc i dobry głosiciel Ewangelii nie powinien go pomijać. Wreszcie stwierdził: „Dziś stoimy wobec nowych wyzwań. Czemuż nie wziąć znowu do ręki koronki z wiarą tych, którzy byli przed nami?”.•

    Franciszek Kucharczak/ Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Co zrobić, by nie “klepać” różańca? Zmodyfikowanie słów modlitwy może być skuteczną metodą

    Co zrobić, by nie "klepać" różańca? Zmodyfikowanie słów modlitwy może być skuteczną metodą

    fot. James Coleman / unsplash.com

    *****

    Są ludzie, dla których różaniec jest od dzieciństwa naturalnym i oczywistym elementem ich pobożności. Lubią go i nie mają z nim problemów. Niech dziękują Bogu – i nie muszą czytać dalej tego tekstu. Po co im cudze kłopoty albo odpowiedzi na cudze pytania? Ale są także ludzie, którzy mają problem z różańcem. I nawet jeśli zwykli za niego dziękować Bogu, to będą Mu tym goręcej dziękować, kiedy znajdą jakieś wyjście z tej kłopotliwej sytuacji albo doświadczą przebłysku sensu modlitwy różańcowej. Może prowadzić do tego wiele dróg, zależnie od rodzaju problemów. Droga zaprezentowana poniżej jest skutkiem bardzo konkretnego zestawu trudności.

    Trudności podczas odmawiania różańca

    Trudności. Przez ponad pół wieku różaniec był dla mnie udręką. Po pierwsze, jedno Zdrowaś Maryjo wydawało mi się wspaniałą modlitwą, tym właśnie, co chcę powiedzieć – ale już trzy pod rząd stawały się klepaniem, bo uwaga uciekała; dziesięć – tym bardziej, więc perspektywa i konieczność odmówienia pięćdziesięciu Zdrowaś Maryjo, nie mówiąc już o stu pięćdziesięciu (jeszcze wtedy nie dwustu!), stawała się dość koszmarna. To było po prostu przegadane – nawet i bez tych wszystkich dodatków, które jak ogon komety ciągną się za każdą dziesiątką w nabożeństwach parafialnych.

    Po drugie, co właściwie miałam w tym czasie robić? Na co skierować uwagę: na słowa modlitwy czy na temat rozważania? Uczono mnie, że różaniec jest modlitwą kontemplacyjną, więc słowa stają się w nim coraz mniej ważne, aż w końcu redukują się do jednego – JEZUS. No dobrze, ale te pozostałe nadal trzeba klepać, chociaż się na nie już nie zwraca uwagi! Po co? Najgorsza była “dobra rada”, jakiej udzielali niektórzy mistrzowie, żeby słowa traktować po prostu jako miarę czasu, poświęcanego każdej tajemnicy. Czyli klepać je, żeby minęło mniej więcej pięć minut… (na co potrzeba około “dziesięciu Zdrowych Maryi”, jak mówiono w XVII wieku). Dla mnie to było wprost oburzające. Różaniec tak pojęty stawałby się jedną więcej szkołą bezmyślnego traktowania słów modlitwy – i jednym więcej ćwiczeniem w oddzielaniu myślenia od mówienia, a tym samym motorem rosnącej dewaluacji słowa.

    Być może dla ludzi ciągle pouczanych, że modlitwa ustna jest czymś niższym od modlitwy myślnej i dlatego powinna ustępować tej drugiej miejsca – grając w razie potrzeby rolę klepsydry piaskowej lub stopera – nie ma w takim stawianiu sprawy nic nagannego. Ale trudno się z nim pogodzić, jeśli się wierzy – jak wierzył Autor naszej reguły – że na modlitwie myśl i słowo powinny być zgodne. Zawsze. Modlitwa ustna, pozbawiona myślnej, staje się pustym obrzędem; a myślna, pozbawiona treści wyrażalnych słowami (choćby bezgłośnymi), staje się równie pustą grą uczuć albo zagapieniem. (Nie mówię tu oczywiście o kontemplacji wlanej, o której nie mam pojęcia, ale o modlitwie dostępnej dla każdego). A tu mamy: albo, albo. Słowo idzie w swoją stronę, myśl w swoją. Ideałem byłoby je zgrać, pogodzić – ale jak?

    Co zrobić, by nie “klepać” różańca?

    Pod okiem Maryi. Najpierw spróbujmy ustalić kilka zasad, które mogą być wstępem do szukania wyjścia. Po pierwsze, wyciszmy nerwy i ewentualne skrupuły. Jeżeli wyjścia nie znajdziemy, to przecież brak modlitwy różańcowej nie jest grzechem, różaniec nie jest konieczny do zbawienia. I przed jego wynalezieniem żyło mnóstwo świętych, ludzie służyli Bogu i kochali Go. Niemniej, skoro Kościół usilnie zaleca tę modlitwę, to dobrze będzie zrozumieć, dlaczego; i dobrze będzie pójść za tym zaleceniem, byleby z dobrej woli, bez balastu przymusu.

    Po drugie, zgodnie ze sformułowaniem Jana Pawła II, różaniec nie jest modlitwą do Maryi, ale raczej modlitwą pod okiem Maryi. Ma być więc rozmyślaniem, zwrotem do Boga pod okiem Tej, która nie tylko uczestniczyła w wydarzeniach ewangelicznych, ale i “rozważała je w sercu”. Dlatego może i nas uczyć tego rozważania.

    Po trzecie, są różne sposoby rozmyślania. Jeden to stawianie twierdzeń i wysnuwanie z nich wniosków – ale w przypadku różańca takiemu rozmyślaniu przeszkadza tekst modlitwy ustnej. Inny sposób polega na stanięciu twarzą w twarz z tematem i prostym pokłonieniu się mu. W takim wypadku tekst jest nawet pomocny, ale może dla kogoś być za długi, właśnie przegadany. Pokłon dużo czasu nie zajmuje.

    Po czwarte, zastanówmy się nad tym, co oznacza błogosławieństwo, o którym przecież mowa w Zdrowaś Maryjo. Błogosławieństwo, jeżeli to Bóg nam błogosławi, oznacza dar i łaskę; jeżeli my błogosławimy kogoś z ludzi – na przykład Maryję – oznacza podziw dla daru Boga i łaski w Niej złożonej. Jeżeli błogosławimy Boga, wyrażamy adorację i dziękczynienie. Pojęcie to jest kluczowe i dobrze je wyjaśnić na wstępie.

    Jak pogodzić w różańcu słowo i myśl?

    Nadal jednak pozostaje problem: jak pogodzić w różańcu słowo i myśl, zakładając, że słowa modlitwy nie będą tylko szelestem piasku w klepsydrze, ale nośnikiem istotnej treści?

    Możliwy sposób wyjścia. Oczywiście na początku musi być Ojcze nasz – z tego tekstu wypływa cała nasza chrześcijańska modlitwa. Ale co robić z przegadanym ciągiem dalszym? Ostatecznie nie widziałam już innej rady, niż zredukować – na prywatny użytek! – liczbę słów do tych, które wydają mi się najważniejsze, niezbywalne. W miejsce całej zdrowaśki powstała więc siedemnastosylabowa zwrotka:

    Błogosławiona.
    Błogosławiony Jezus.
    Módl się za nami.

    Wedle takiego pojęcia istotną treść modlitwy Zdrowaś Maryjo stanowiłoby podwójne błogosławieństwo i prośba o pomoc (a tym samym wyznanie własnej słabości). W pierwszym słowie zawiera się serdeczne wezwanie Maryi jako Tej, która również wpatruje się w dany epizod życia Jej Syna; w drugiej, kluczowej linijce jest pokłon i dziękczynienie oddane temuż Synowi. Potem już skrzydła opadają – “módl się za nami” to raczej mozolny lot gołębia niż swobodne szybowanie bociana – ale za chwilę uniosą się znowu.

    Przedmiotem mojej adoracji jest Chrystus widziany jako Syn Ojca, dokonujący dzieła Ojca na świecie i składający Ojcu ofiarę z własnego życia – czego nie mógłby zrobić jako Bóg, ale może jako człowiek. We wszystkich tajemnicach różańca odnajduję obecność tej trynitarnej Miłości, która Go do tego popchnęła. Niespodziewanie nawet te tajemnice, które poprzednio niewiele dla mnie znaczyły, nagle się rozświetliły; pamiętam radość chwili, w której zrozumiałam, jak ważna jest piąta tajemnica radosna, kiedy to Jezus po raz pierwszy na ziemi deklaruje swoją miłość do Ojca. Tak Go pojmuję i tak Go wielbię – przez okamgnienie, bez dodatkowych słów. Ale ten akt uwielbienia można mnożyć: dziesięć razy albo i więcej, któż zabroni? Byleby dodać na końcu Chwała Ojcu, bo to wynika z całej poprzedniej modlitwy. Wszystkie inne dodatki zastępuję jednym “alleluja”, żeby nie odrywały uwagi od właściwego jej przedmiotu.

    Ktoś, kto moich trudności nie dzieli, powiedział mi ze smutkiem, że to już nie jest różaniec. Ale dla mnie to jedyna możliwa jego forma. Nie będę się spierać o nazwy. Chodzi mi o to, żeby móc przy Maryi rozważać dzieło Jezusa i wielbić Go – ku chwale Ojca, bo to ta chwała przecież jest upragnieniem Jezusowego Serca i Jego celem nadrzędnym. Możliwe zresztą, że taka forma różańca będzie dla kogoś tylko pierwszym stadium powrotu do pełnego tekstu, który w jakiś sposób stanie się nośnikiem adoracji, a nie klepaniną. Ale jeśli nawet nie, to lepsze jest takie rozwiązanie problemu niż żadne… przynajmniej na użytek tych, którzy mają problemy podobne do moich. Zresztą prywatna modlitwa nie potrzebuje tekstów utrwalonych raz na zawsze; może się rozwijać.

    Jak skutecznie modlić się na różańcu?

    Jak, konkretnie, zastosować tak zmodyfikowany tekst do kolejnych tajemnic różańca? Na przykład, każda “zdrowaśka” może brzmieć:

    Błogosławiona. Błogosławiony Jezus, … (tu treść tajemnicy, jak niżej, 3x). Módl się za nami.

    Błogosławieństwo Pana, zaopatrzone w aluzje do treści tajemnicy, jest powtórzone trzy razy, żeby nie oszukiwać na czasie, i żeby to ono było istotnym elementem. W sumie, chodzi o to, żeby razem z Maryją wielbić Syna Bożego w konkretnych aspektach Jego działania i żeby prosto do tego celu prowadziły wszystkie użyte słowa. Nie tylko niektóre. A “treść tajemnicy” to krótkie sformułowanie, jak poniżej:

    Tajemnice radosne:

    1. Błogosławiony Jezus, Syn Ojca. (W tle: miłość Syna do Ojca aż do pragnienia ofiary z życia; wielki zamysł, stworzenie świata w tej intencji; wciągnięcie ludzkości w tę samą trynitarną miłość)
    2. Błogosławiony Jezus, Bóg ukryty. (W tle: Ty jesteś Bogiem ukrytym, Zbawicielu, Ty masz upodobanie w ukrytej prawdzie; zaplanowana niedostrzegalność obecności Boga w świecie, działanie jak w przypowieści o rosnącym ziarnie)
    3. Błogosławiony Jezus, Bóg objawiony. (W tle: niemowlęca niemoc wobec ludzi jako znak stanu ofiary złożonej Ojcu; objawia miłość, którą przyszedł ucieleśnić i szerzyć)
    4. Błogosławiony Jezus Pierworodny. (W tle: długie dzieje przygotowywania pojęć ludzkich o należnej Bogu ofierze z tego, co najlepsze; pierworodny jako należny Bogu wg Prawa, ale wykupywany; Syn Boży nie poprzestanie na ofierze zastępczej)
    5. Błogosławiony Jezus w domu Ojca. (W tle: rozumieć serce Jezusa to znać Jego podstawowe dążenie: uwielbienie Ojca; szukać Go należy w domu Ojca, w tym wszystkim, co chwale Ojca służy)

    Tajemnice światła:

    1. Błogosławiony Jezus, Syn miłość. (W tle: obecność wszystkich Trzech Osób; Ojciec intronizuje Syna; ich wzajemna Miłość spływa, aby objąć ludzkość)
    2. Błogosławiony Jezus, Dawca radości. (W tle: wino symbolem radości, a On przez nasze usynowienie przynosi radość głębszą, „trzeźwe upojenie Ducha”)
    3. Błogosławiony Jezus, Nauczyciel. (W tle: cuda i nauki objawiają moc i dobroć Ojca, Jego plany; mówią o Nim i naszym wezwaniu do Jego życia)
    4. Błogosławiony Jezus w chwale Ojca. (W tle: raz jeszcze, Ojciec uwierzytelnia Syna; objawia miłość i pokój, przewyższający wszelkie pojęcie)
    5. Błogosławiony Jezus na ołtarzu. (W tle: całość Jego dzieła uwielbienia i zbawienia, obecna tu w Jego stanie ofiary)

    Tajemnice bolesne:

    1. Błogosławiony Jezus, Syn Człowieczy. (W tle: jako Bóg postawił sobie samemu jako Człowiekowi zadanie na skraju możliwości wykonania)
    2. Błogosławiony Jezus, Król skatowany. (W tle: Pieśń o Słudze Jahwe, nieludzko oszpecony Jego wygląd; wolny pomimo to: sam dał się gnębić, podał grzbiet swój bijącym)
    3. Błogosławiony Jezus, Król wyszydzony. (W tle: Pieśń o Słudze Jahwe, nie zasłonił twarzy przed zniewagami, wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Bóg odrzucony przez własnych kapłanów)
    4. Błogosławiony Jezus niosący swoją miłość. (W tle: aż do śmierci umiłował Ojca i nas, ostatkiem ludzkich sił doniósł tę miłość do miejsca kaźni)
    5. Błogosławiony Jezus, który wykonał. (W tle: aż do śmierci krzyżowej wykonał cały zamysł ofiary uwielbienia Ojca i naszego zbawienia; umierając triumfuje: Wykonało się)

    Tajemnice chwalebne:

    1. Błogosławiony Jezus zmartwychwstały. (W tle: Ojciec odpowiada na ofiarę Syna, daje Mu triumf ostateczny i pełny, w naszej czasoprzestrzeni dopiero stopniowo skuteczny, w bezczasie wieczności już dokonany)
    2. Błogosławiony Jezus po prawicy Ojca. (W tle: Ojciec odpowiada bezmiarem chwały; Syn także jako człowiek jest w majestacie Trójcy Świętej)
    3. Błogosławiony Jezus, Dawca Ducha. (W tle: Wyleję Ducha mego na wszelkie ciało; nasze usynowienie: ogarnia nas trynitarna Miłość łącząca Ojca z Synem, mamy udział w „liturgii” Syna)
    4. i 5. Błogosławiony Jezus, Syn Twój i Bóg Twój. (W tle: pełnia ostatecznego spotkania Maryi z Tym, który zechciał być Jej Synem)

    Powtarzam: to wszystko jest tylko propozycja. Można ją odrzucić całkiem, albo można stworzyć na swoją potrzebę analogiczny schemat własny.

    fragment pochodzi z książki s. Małgorzaty Borkowskiej OSB “Uwagi o modlitwie”.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zamiast miecza. Opowieści o Różańcu bez laurek

    Zamiast miecza. Opowieści o Różańcu bez laurek

    fot. Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    *****

    Ojciec Pio odmawiał go tyle razy, że na rękach miał odciski. Jan Bosko i Josemaría Escrivá nazywali go „potężną bronią”. W opowieściach o Różańcu nie znajdziemy tylko laurek. Mała Tereska szczerze notowała: „Odmawianie go kosztuje mnie więcej niż używanie narzędzi pokutnych”.

    Dlaczego ci chłopcy odmawiają Różaniec, modlitwę tak nudną, męczącą i przestarzałą? – zirytował się markiz d’Azeglio, polityk, pisarz i premier Królestwa Sardynii, który w 1848 roku zwiedzał turyńskie Oratorium. „Ogromnie cenię tę modlitwę i mogę powiedzieć, że to na niej opiera się moje dzieło. Gotów byłbym zrezygnować z tylu innych rzeczy o wielkim znaczeniu, ale nie z Różańca; a gdyby to było konieczne, wyrzekłbym się z żalem nawet pańskiej życzliwej przyjaźni, panie markizie, ale nigdy nie przestanę odmawiać Różańca” – błyskawicznie odparował oprowadzający go Jan Bosko.

    „Kiedy się urodziłeś, poświęciłam cię Madonnie. Gdy poszedłeś do szkoły, poleciłam ci nabożeństwo do naszej Matki. I teraz polecam ci, żebyś do Niej całkowicie należał” – usłyszał od matki, gdy przestąpił progi seminarium. Przejął się tymi słowami. „Zaufajcie, Wspomożycielce, a zobaczycie, co to są cuda” – powtarzał założyciel salezjanów. „Różańcem można uderzyć, zwyciężyć i zniszczyć wszystkie piekielne moce. Niezliczone są łaski nieba, które otrzymano wskutek tej modlitwy”.

    Alarm w piekle

    „Najlepszym sposobem na modlitwę jest Różaniec. Poprzez Różaniec rozwijamy się, wzrastamy i poznajemy nowe horyzonty” – nauczał św. Franciszek Salezy, dodając: „Jest on modlitwą bardzo pożyteczną, o ile jest właściwie odmawiany”.

    „Jedno tylko »Zdrowaś, Maryjo« dobrze powiedziane wstrząsa całym piekłem” – wtórował mu św. Jan Maria Vianney.

    „To prosta, a zarazem wzniosła modlitwa. Możemy łatwo przez nią otrzymać wielkie łaski i błogosławieństwo Boże. W serca zbolałe spływa balsam ukojenia, w duszach zrozpaczonych świta znowu promyk nadziei” – dodawał św. Maksymilian Maria Kolbe.

    Odciski

    O Różańcu w życiu stygmatyka z Pietrelciny napisano tomy. Nieustannie przesuwał w swych palcach paciorki. Co więcej, zasypiał z różańcem w ręku. Ojciec Tarcisio da Cervinara notował: „Czuwałem nad ojcem Pio jak matka nad dzieckiem. Na krótkie chwile zasypiał. Wiele razy próbowałem wyjąć z ręki śpiącego różaniec. A choć to brzmi nieprawdopodobnie, nigdy mi się to nie udało: nawet podczas snu ten święty człowiek nie przestawał ściskać w palcach, które przez to nabawiły się nawet odcisków, swojej »broni«, jak nazywał sznur paciorków”.

    Nie rozstawał się z różańcem. Odmawiał tę modlitwę wszędzie: w celi, na korytarzu, w zakrystii. Zapytany, ile Różańców odmawia w ciągu dnia i nocy, odpowiadał: „Czasem 40, a czasem 50”. Pytany, jak to robi, odpowiadał: „Jak ty to robisz, że ich nie odmawiasz?”.

    „Jest bronią w dzisiejszych czasach” – wyznawał. „Zawsze pamiętaj o modlitwie różańcowej. Odmawiaj ją dobrze, tak często, jak tylko możesz! Najważniejsze, byś modlił się duszą i nie męczył się modlitwą. Różaniec porusza serce Boga!”.

    Ogień

    Rozwiązanie hasła w krzyżówce: „Robotnicy, Róża” nie musi brzmieć: „Luksemburg”. Może być nią Paulina Jaricot (1799–1862), osoba równie bliska lyońskim pracownicom jak grupom, których dewiza brzmi: „Różaniec? Stanowczo odmawiam”. Jej pomysł był genialny w swej prostocie. „Piętnaście węgli: jeden płonie, trzy lub cztery tlą się zaledwie, pozostałe są zimne. Ale zbierzcie je razem, a wybuchną ogniem”. „Najważniejszą i najtrudniejszą rzeczą jest uczynić Różaniec modlitwą wszystkich” – pisała beatyfikowana w tym roku Francuzka. Na pomysł nieustannej modlitwy wpadła w 1826 roku. „I tak wszyscy członkowie, mając udział w dziele nawracania grzesznika, cieszą się wspólnie z jego powrotu. Takie zjednoczenie serc w jedności tajemnic daje Różańcowi szczególną moc w nawracaniu grzeszników” – pisała.

    „Ci, którzy będą gorliwie odmawiali Różaniec, otrzymają wszystko, o co poproszą” – miał usłyszeć od samej Maryi bł. Alan z La Roche, a siostra Łucja z Fatimy powtarzała: „Nie ma w życiu problemu, którego nie można rozwiązać za pomocą Różańca”. Dwa miesiące przed śmiercią karmelitanka zdążyła napisać list do polskich dzieci. Czytelnicy „Małego Gościa” przeczytali: „Ponad wszystko kochaj Maryję i Jej Syna. Odmawiaj Różaniec. Przynajmniej jedną dziesiątkę każdego dnia. Najlepiej z rodziną”.

    „Jak głosi legenda, to sama Matka Boża ofiarowała różaniec świętemu Dominikowi. I choć historia formowania się tej modlitwy jest znacznie bardziej skomplikowana, legenda ta wyraża synowskie zaufanie dominikanów do Matki Bożej i Różańca – opowiada o. Wojciech Surówka. – Każdy z dominikanów nosi różaniec przy pasie. Zamiast miecza, który w trzynastym wieku nosili rycerze. Jest on obroną przed zakusami złego ducha.

    Bardzo go ukochałem

    „Różaniec to modlitwa, którą bardzo ukochałem, przedziwna w swej istocie i głębi” – wyznał pięć lat po konklawe Jan Paweł II. „Przesuwają się przed oczyma naszej duszy główne momenty z życia Jezusa Chrystusa, jakbyśmy obcowali z Panem Jezusem przez serce Jego Matki. W tajemnicach bolesnych rozważamy w Chrystusie wszystkie cierpienia człowieka, w tajemnicach chwalebnych odżywają nadzieje życia wiecznego, a w Chrystusie zmartwychwstałym cały świat zmartwychwstaje”.

    „Różaniec pozostaje narzędziem nie do pominięcia pośród środków duszpasterskich każdego głosiciela Ewangelii” – podkreślał papież w słynnym liście Rosarium Virginis Mariae. Po latach Benedykt XVI doda, że gdy odmawiamy Różaniec, „Maryja niejako użycza nam swojego serca i spojrzenia, byśmy kontemplowali życie Jej Syna”.

    Jego krótkie nauki zebrane w tomikach „Droga”, „Bruzda” czy „Kuźnia” stały się bestsellerami. Josemaría Escrivá nauczał: „Różaniec to potężna broń. Używaj jej z ufnością, a skutek wprawi cię w zadziwienie. Ten pozornie nudny sposób niszczy każde ziarno próżności i dumy. Módl się wszędzie, nawet na ulicy, to pomoże ci czuć stałą obecność Bożą”.

    Tak źle go odmawiam!

    Na ścianie w naszej licealnej sali z fizyki wisiała dewiza: „Rzeczy piękne są trudne”. Zapewne ta złota myśl nie dotyczyła Różańca, ale przecież idealnie pasuje do tej maryjnej modlitwy!

    W opowieściach o świętych nie znajdziemy jedynie „kwiatków” i wzniosłych dewiz. Jak wielu ludzi odnajduje się w słowach Małej Tereski, która w jednym ze swoich listów (Rękopis C 25 r.) notowała: „Odmawianie Różańca kosztuje mnie więcej niż używanie narzędzi pokutnych… Czuję, że tak źle go odmawiam! Muszę zadawać sobie gwałt, by rozmyślać o tajemnicach różańcowych; nie mogę skupić myśli (…). Nieraz, kiedy mój umysł pogrążony jest w tak wielkiej oschłości, że niemożliwością staje się dla mnie wydobycie z niego choćby jednej myśli jednoczącej mnie z Bogiem, odmawiam bardzo powoli »Ojcze nasz«, a potem Pozdrowienie Anielskie; wówczas te modlitwy porywają mnie i karmią mą duszę o wiele lepiej, niż gdybym odmówiła je setki razy, ale z pośpiechem!”.

    Nie rozumiem tych, którzy opowiadają o tym, jak łatwa to modlitwa. Mam inne doświadczenie. „Różaniec to trudna modlitwa czy prosta?” – zapytałem przed laty o. Joachima Badeniego. „To jest bardzo trudna modlitwa, bardzo trudna…” – odpowiedział. „Ona jest łatwa jedynie na poziomie najniższym. Choć i wówczas można wpaść w świetny rytm modlitwy nieustannej, jak w Kościele wschodnim. To dotyczy ludzi prostych, bez wykształcenia. Natomiast jeśli przyjdzie ktoś, kto się zajmuje naukowo np. hodowlą mrówek, to całe to różańcowe mówienie może mu przeszkadzać w myśleniu. On woli myśleć, nawet jeśli nie o tych swoich mrówkach, to o Matce Boskiej. I twierdzi, że tam, gdzie jest miłość, mówienie nie jest zbytnio potrzebne. Milcząca miłość matki jest bardziej wymowna niż tłumaczenie dziecku, że się je kocha. Ludzie wykształceni boją się gadania…”

    „To można zagadać Matkę Boską?” – przerwałem dominikaninowi. „Jasne! Człowiek potrafi właściwie w tej dziedzinie wszystko. Naukowiec boi się właśnie takiego zagadania i… przeżywa kryzys Różańca. Co zrobić? Wchodzić stopniowo w życie Maryi i Jezusa, a po pewnym czasie te tajemnice rodzą się we mnie, zaczynają rezonować. Do tego dojdzie i intelektualista, i prosty człowiek. Ja myślę, że gdybym był jednym z asysty dworu Pana Zastępów, to usłyszałbym od Niego: »Mnie się podoba modlitwa, w której jest mowa o Matce mego Syna. I tę modlitwę preferuję, i ją właśnie obdarzę licznymi łaskami«. Tak to sobie wyobrażam”.

    Kamień

    Trzymała w dłoni różaniec, pamiętam. Mijaliśmy dwa głazy. Jeden dumnie sygnalizował: „Suchowola leży w środku Europy”, drugi przed rodzinnym domem Popiełuszków przypominał rocznicę śmierci ks. Jerzego. Trzeci nosiła w sercu pani Marianna. Ten był najcięższy.

    „Był wybrany przez Boga, jestem pewna. U nas w domu zawsze była wspólna modlitwa. Jak maj, to do Matki Boskiej, czerwiec – do serca Pana Jezusa, a w październiku – Różaniec. Zresztą za ten Różaniec to się syn bardzo w wojsku nacierpiał… Wie pan, co mnie ratowało, gdy to wszystko zobaczyłam? (pani Marianna pokazuje fotografię z ociekającą krwią twarzą syna). To, że patrzyłam na Matkę Bożą. Ona to dopiero wycierpiała. Widziała ciało zabitego Syna. Ja cierpiałam razem z nią. Ona nad swoim Synem, a ja nad swoim”.•

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny


    4 sposoby odmawiania różańca, kiedy masz napięty harmonogram

    Close up of rosary against a cloudy sky and green grassy background

    Omar Santamaría | Cathopic

    *****

    Na cześć Matki Bożej Różańcowej przedstawiamy cztery proste sposoby na odmawianie różańca, gdy masz bardzo napięty harmonogram.

    Wielu świętych codziennie odmawiało różaniec i zachęcało innych do odmawiania go, nazywając go wręcz „bronią duchową”.

    „Różaniec jest «bronią» na te czasy” – twierdził św. Ojciec Pio. Św. Josemaría Escriva powiedział: „Święty Różaniec jest potężną bronią. Używaj go z pewnością, a będziesz zaskoczony efektami”.

    Wiemy, że powinniśmy odmawiać różaniec, ale kiedy i jak możemy znaleźć czas? Może to wymagać trochę dodatkowego planowania i wysiłku, ale jest to możliwe! 

    Na cześć Matki Bożej Różańcowej , której święto przypadało 7 października, przedstawiamy 4 sposoby na codzienną modlitwę różańcową, gdy twój harmonogram jest już napięty.

    1 ODMAWIAJ RÓŻANIEC W DRODZE DO PRACY

    Jeśli i tak musisz jechać samochodem lub pociągiem, równie dobrze możesz wykorzystać ten czas i odmówić różaniec w drodze do pracy. 

    W transporcie publicznym łatwo jest trzymać różaniec w kieszeni. Jeśli jesteś w samochodzie i nie możesz utrzymać różańca, módl się za pomocą aplikacji audio do różańca (jest ich sporo!). 

    2 MÓDLCIE SIĘ Z PRZYJACIÓŁMI!

    Grupa rodzin z mojej parafii spotyka się raz w miesiącu na „poczcie różańcowej”. Każda rodzina przynosi jakieś danie i wspólnie odmawiamy różaniec. 

    Kiedy moje dzieci były młodsze, spotykaliśmy się w parku na „randce z różańcem”, odmawiając różaniec z grupą przyjaciół, podczas gdy maluchy biegały. 

    Modlitwa z przyjaciółmi to świetny impuls, który pomoże nam znaleźć motywację do odmawiania różańca. W twojej parafii może również istnieć grupa różańcowa oferująca cotygodniową lub miesięczną możliwość odmawiania różańca z innymi osobami.

    3 MÓDL SIĘ, KIEDY ĆWICZYSZ

    Trzeba przyznać, że nie sprawdzi się to w przypadku wszystkich form ćwiczeń, ale jeśli wybierasz się na spacer lub bieganie, zamiast muzyki przez część czasu włącz aplikację z różańcem. Wyjście na spacer i modlitwa różańcowa idą w parze niesamowicie dobrze!

    4 MÓDL SIĘ PRZED SNEM

    Moi rodzice odmawiali na głos różaniec, podczas gdy ja i rodzeństwo zasypialiśmy. Przez wiele nocy mojego dzieciństwa zasypiałem, słuchając Zdrowaś Maryjo. 

    Powtarzanie różańca może działać bardzo kojąco, dlatego warto odmawiać go, gdy ty lub twoje dziecko kładziecie się spać. 

    Theresa Civantos Barber/Aleteia.pl 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Poczta Polska wprowadza znaczki emisji „Różaniec”

     Poczta Polska

    *****

    Na Jasnej Górze odbyło się odświętne odsłonięcie znaczków pocztowych emisji „Różaniec”. Do emisji weszła także kartka z nadrukowanym znakiem opłaty pocztowej „45. rocznica wyboru Karola Wojtyły na papieża”. W przygotowanie emisji zaangażowani byli m.in. J.E. abp Salvatore Pennacchio – były nuncjusz apostolski w Polsce oraz abp Wacław Depo – metropolita częstochowski.

    Emisja „Różaniec” składa się z 4 znaczków, czym nawiązuje do 4 części Różańca. Każdemu znaczkowi towarzyszy po 5 przywieszek, jako odniesienie do 5 tajemnic w każdej części. Na znaczkach znalazły się różne rodzaje różańców: kamienny, szklany, metalowy oraz patriotyczny biało-czerwony. Natomiast na przywieszkach można zobaczyć 20 obrazów i grafik, znajdujących się w polskich kościołach, klasztorach, muzeach oraz domach zakonnych, na których przedstawione zostały historie związane z każdą tajemnicą różańcową.

    Emisji znaczków „Różaniec” towarzyszy kartka z nadrukowanym znakiem opłaty pocztowej „45. rocznica wyboru Karola Wojtyły na papieża”. W jej prawym górnym rogu nadrukowano znak opłaty pocztowej, na którym umieszczono zdjęcie monstrancji różańcowej autorstwa Mariusza Drapikowskiego, znajdującej się w Sanktuarium Matki Bożej na Jasnej Górze. W części ilustracyjnej kartki umieszczono wizerunek papieża Jana Pawła II na podstawie rysunku Kamila Drapikowskiego oraz herb papieski.

    – Patrząc w niełatwą historię naszego kraju, zawsze widzimy wielkie przywiązanie Polaków do Matki Bożej. Przez lata wojen, zesłań, klęsk i rozbiorów Polacy zawsze gorliwie modlili się na różańcu. Co więcej traktowano różaniec jak modlitwę patriotyczną. Dlatego dziś, kiedy obchodzimy 20-lecie ogłoszenia listu apostolskiego „Rosarium Virginis Mariae” Ojca Świętego Jana Pawła II, w którym wprowadza on część drugą Różańca z tajemnicami światła, Poczta Polska postanowiła przybliżyć tę modlitwę na znaczkach pocztowych. Co ważne, do tej pory żadna administracja pocztowa na świecie nie wydała znaczków z 4 częściami Różańca. Chcieliśmy na naszych znaczkach pokazać bogactwo i różnorodność stylów, w jakich malowane były i są obrazy pokazujące tajemnice różańcowe. Tę różnorodność spotykaną w polskich kościołach, kaplicach i muzeach, a która tworzy piękno polskiej sztuki sakralnej, naszego dziedzictwa. Wierzę, że nasze najnowsze znaczki pocztowe nie tylko przypomną o sile modlitwy różańcowej, ale także pokażą często ukryte piękno polskiej sztuki malarskiej dostępnej każdemu Polakowi w każdym zakątku naszej ojczyzny – powiedział Wiesław Włodek, wiceprezes Poczty Polskiej.

    Różaniec jest najbardziej popularną i jedną z najstarszych modlitw wszystkich wierzących Polaków. W historii narodu polskiego różaniec był zawsze bardzo ważną modlitwą, którą wznosił lud zarówno w podzięce za łaski, jak i w błaganiu o odsunięcie wojny, zarazy czy innych nieszczęść. Od czasów zaborów był też modlitwą patriotyczną, głęboko osadzoną w umysłach tych, którzy walczyli o wolność i niepodległość Polski.

    Nazwa „różaniec” (rosarium) oznacza wieniec z róż lub ogród różany, dlatego wierzący, odmawiając modlitwę, składają „duchowe kwiaty” u stóp Matki Bożej. Modlitwę różańcową, która na przestrzeni wieków przyjęła kształt znany obecnie, upowszechnił św. Dominik około 1214 roku. Do Polski sprowadził ją św. Jacek Odrowąż, który był bezpośrednim uczniem św. Dominika. On też założył pierwszy w Polsce klasztor dominikanów.

    W 1569 r. papież Pius V, dominikanin, specjalnym dokumentem nadał różańcowi dzisiejszą formę. Przez wieki dominikanie mieli wyłączne prawo zakładania bractw różańcowych i do dziś są bardzo mocno związani z różańcem.

    O znaczku: liczba znaczków: 4 w bloku, wartość: 11,50 zł każdy, nakład: 100 000 szt. każdego znaczka/bloku. Autorem projektu kartki jest Bożydar Grozdew, nakład: 7 000 szt. Data pierwszego obiegu (FDC) znaczków i kartki: 1 października 2023 r.

     Poczta Polska / Jasna Góra (KAI)/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O Maryi wyprowadzającej dusze z czyśćca za pomocą różańca

     Adobe Stock

    *****

    W wydanej w 1903 roku książce „Królowa niebios” Marian Gawalewicz, dzięki życzliwej pomocy wielu osób (wśród nich Elizy Orzeszkowej i Jana Karłowicza), zebrał najciekawsze słowiańskie baśnie i legendy o Matce Bożej.

    W wyborze „Królowa niebios” znalazła się piękna legenda: O odwiedzinach Najświętszej Panny w czyśćcu. Czytamy w niej: „Gdy dusza ludzka zrzuci ziemskie więzy i z ciała wyjdzie wraz z ostatnim tchnieniem, przechodzić musi, wedle obrachunku, jaki z nią zaraz anioł stróż uczyni, przez drogi cierniem kolącym zarosłe, pośród skał stromych i przesmyków ciasnych, nad przepaściami, do miejsc przeznaczenia…

    Ziemski pył musi wpierw otrząsnąć z siebie i w czyśćcu z grzechów wyprażyć się wszelkich, nim jako złoto w ogniu oczyszczone, może dostąpić zbawienia.

    Jest pole puste, jałowe, ogromne, między skałami zamknięte w kotlinie, do której wiodą trzy bramy kamienne (…) Słońce ją ciągle rozpala swym żarem aż do białości i nalewa warem, jak kocioł pełen wrzątku, w którym dusze pławić się muszą póty, aż czas upłynie ich kaźni i męki. Upał i suchość, i ów blask rażący, co z rozpalonych skał bucha okrutnie.

    Wszystko tu goreje, a nic płomieniem zająć się nie może, nic się nie pali na głownię i popiół, nic się nie topi, w parę nie zamienia. W takim gorącu nieustannym skwierczą dusze na karę czyśćcową skazane (…) Pomiędzy czyśćcem a Rajem jest rzeka, co rozgranicza z sobą te dziedziny; fale jej płoną i z czarnych odmętów ziejący ogień oba brzegi liże, a wśród płomieni, jak jęczące głownie, płyną skazane dusze potępieńców. Przez oną rzekę rzucony most wisi, chwiejny, że ustać na nim niepodobna, a tak wąziutki jako kładka wąska, na której ledwo jedna stopa stanie; po obu stronach mostu stoją straże, duchy piekielne z widłami ostrymi i w toń spychające każdą śmielszą duszę, co by się chciała tej kładki uczepić i ostać po niej aż po rajskie wrota.

    Dusze spadają w płomienistą rzekę, co płynie wartko straszna, niezgaszona, jak płaz olbrzymi z ognia wieczystego. A choć się miota, skręca i wydyma, fale jej toczą się nieme i ciche, i tym straszniejsze w swej milczącej grozie, pełzać się zdają w krąg czyśćcowych granic. Tylko rozpaczne krzyki potępieńców i jęki ciężkie, bolesne, głębokie, z tych płomienistych fal się wydzierają (…)

    W każdą środę i sobotę każdą, rajskim gościńcem ku temu mostowi z orszakiem świętych i anielską strażą Najświętsza Panna schodzi z nieba szczytów.

    Nad płomienistą przesuwa się rzeką, a za Nią święci Pańscy idą społem w długim orszaku, w światłość i blaski wspaniałe ubrani. Na drugim brzegu u kamiennej bramy zastęp aniołów z tablicami w ręku, na których każdej duszy umęczonej jest czas pokuty oznaczony ściśle, wita z pokorą tych dostojnych gości i z czcią wprowadza ich w czyśćcowe progi.

    Kiedy Najświętsza Panienka się zbliża, to jakby w skwarny dzień posuchy wielkiej powiał wiatr chłodny na spieczoną ziemię i jakby obłok rzucił cień chłodzący na żarem słońca piaski rozpalone. Chłodniej się robi w czyśćcowej pustyni…

    Pokutujących dusz gromady czują ulgę w męczarniach i w chwili wytchnienia pokornym, wdzięcznym, choć nieśmiałym szeptem, który po całym czyśćcu się rozpływa, witają Pannę Najświętszą słowami: «Roso niebiańska, bądź błogosławiona!».

    A głos ten płynie, jak z boru szum liści zwarzonych długą spiekotą lipcową, gdy je z omdlenia podmuch wiatru zbudzi. Wówczas na prośby świętych Pańskich oraz aniołów stróżów Panna Przenajświętsza uwalnia jedną duszę z mąk czyśćcowych; tej wyzwolonej przez prośby i modły podaje sama różaniec i z całej tej rzeszy tę jedną wybraną z kamiennej bramy czyśćca wyprowadza (…) Wrota kamienne zapadają się z trzaskiem i jak skrzesane z sobą krzemienie deszcz iskier sypią na progi czyśćcowe, a słońce zionie większym żarem i znów rozpala do białości piasek, w którym tarzają się dusze grzesznych skazańców na czyśćcowe męki…”

    Legenda ta niesie ze sobą kilka ważnych różańcowych tematów i przesłanek. Ponieważ Maryja wręcza wybranej duszy różaniec – znak przeznaczenia do nieba, łatwo wyprowadzić stąd wniosek, że nie ma w czyśćcu tych, którzy „mają różaniec”, to znaczy tych, którzy odmawiali go za życia. Przypomina się uwaga Matki Bożej Fatimskiej mówiącej, że Franciszek pójdzie do nieba, ale musi jeszcze odmówić wiele różańców. Przypomina się też kilka obietnic, jakie Matka Najświętsza miała przekazać bł. Alanowi de Rupe, przede wszystkim te: „Ci, którzy zawierzą mi przez różaniec, nie zginą, ci, którzy będą z pobożnością odmawiali mój różaniec, rozważając jego tajemnice, nie umrą nie przygotowani, ci, którzy prawdziwie oddadzą się memu różańcowi, nie umrą bez pocieszenia Kościoła, ci, którzy będą odmawiali różaniec, znajdą w chwili śmierci światło Boże oraz pełnię Bożej łaski i będą mieli udział w zasługach błogosławionych”, wreszcie – Maryja „szybko wyprowadzi z czyśćca te dusze, które z pobożnością odmawiały różaniec i że prawdziwe czciciele różańca będą się radować wielką chwałą w niebie”.

    Istnieje wielka tradycja malarstwa religijnego, według której różaniec był przedstawiony jako narzędzie wydobywania dusz cierpiących w czyśćcu. Najsłynniejszym wyrazem owej tradycji jest Sąd Ostateczny Michała Anioła z Kaplicy Sykstyńskiej. Istnieją także rozliczne polskie malowidła przedstawiające tę samą scenę, na przykład obraz, na którym modlący się św. Stanisław Papczyński, założyciel zakonu marianów wspomagającego dusze w czyścu cierpiące, za pomocą różańca wydobywa dusze z otchłani czyśćca.

    fragment z książki: “Wszystko o różańcu, który może wszystko” 

    I Zwiastowanie

    Spodobało się Bogu posłać do Maryi swego Anioła, by przekazał Jej Bożą wolę. Anioł na wstępie pozdrowił Maryję. Jego pozdrowienie było wyrazem życzliwości, hołdu, oddania, uwielbienia. Anioł uświadomił Maryi, że znalazła łaskę u Pana, że Bóg jest z Nią, że jest najgodniejsza ze wszystkich niewiast, by Bóg mógł Jej powierzyć tajemnicę zbawienia – swojego Syna. Maryja na słowa Anioła zareagowała po ludzku: lękiem, niepokojem, niedowierzaniem. wątpliwością we własne możliwości, wynikające ze świadomości swej nędzy, słabości i małości. Anioł z wielką mocą uciszył Maryję. Ze spokojem wyjaśnił Jej wszystkie wątpliwości. By łatwiej było Maryi uwierzyć, Bóg pozwolił Aniołowi podać Maryi informację o Jej krewnej – Elżbiecie. Spotkanie z Aniołem było dla Maryi próbą wiary i miłości, próbą głębokiej ufności. Maryja odpowiedziała Bogu “tak” i nie zawiodła się mimo konsekwencji tego słowa w Jej życiu. Nie zawiódł się również i św. Józef, dla którego stan Maryi był ogromnym zaskoczeniem. Czuł się oszukany, ale nie chciał podejrzewać, nie chciał osądzać, nie chciał krzywdzić osoby, którą kochał, której zaufał. Wolał wziąć winę na siebie. Bóg za jego szlachetną postawę wynagrodził mu swoim zaufaniem do tego stopnia, że w jego ręce złożył los swojego Syna i jego Matki.

    O mój Aniele, ucz mnie, proszę pokornie, przyjmować Wolę Bożą z głęboką wiarą, z ogromną nadzieją, z miłości ku Bogu, niezależnie od tego, kto tę wolę mi pokaże i jaka ona będzie. Chcę wierzyć, że Bóg wie najlepiej, czego mi potrzeba i kiedy, a Ty – jak Archanioł Gabriel – rób wszystko, bym zawsze odpowiadał Bogu moje FIAT i umiała pokazywać Jego wolę – gdy zechce mnie posłać drugiemu człowiekowi.

    II Nawiedzenie

    Bóg wysłuchał prośby Zachariasza. Archanioł Gabriel oznajmił mu to. Zachariaszowi trudno było uwierzyć, że jego prośba została wysłuchana. Modlił się, ale nie wierzył, że to, o co prosił, jest realne, ponieważ oboje z Elżbietą byli dobrze posunięci w latach. Zachariasz domaga się znaku, by mógł uwierzyć, że Bóg faktycznie go wysłuchał. Pan Bóg wysłuchuje go po raz drugi, odbierając mu mowę.

    Dla Maryi słowa Anioła informujące Ją o stanie Elżbiety, były bodźcem, zachętą do działania, do niesienia pomocy, do realizowania miłości. Dla Zachariasza słowa Anioła były przyczyną niepewności, wątpliwości, nie wiary, ludzkiego podejścia do spraw Bożych. O mój Aniele, proszę pokornie, ucz mnie w tej tajemnicy głębokiego szacunku dla drugiego człowieka, niezależnie od tego, ile on ma lat, czy został dopiero poczęty, czy odchodzi z tego świata. Ucz mnie ogromnej wrażliwości na potrzeby, krzywdy czy prawa mego bliźniego i wreszcie ucz mnie autentycznej miłości do siebie samej i innych, wyrażonej m.in. w modlitwie zawierzenia, ufności, bym nigdy nie wątpił jak Zachariasz.

    III Narodzenie

    Anioł ogłosił światu narodzenie Dziecka, niezwykłego Dziecka – Syna Bożego. Całemu światu za pośrednictwem pasterzy i trzech króli.

    Pasterze uwierzyli słowom Anioła. Pospieszyli oddać cześć Dzieciątku i podzielić się swoimi dobrami. Mędrcy również oddali hołd małemu Jezusowi i złożyli Mu swoje dary. Słowa Anioła pobudziły pasterzy do dzielenia się ich radością. Wielu ludzi poszło w ich ślady. Wiadomość o narodzinach Dziecięcia wywołała w Herodzie niepokój, poczucie zagrożenia i chęć szybkiego rozprawiania się z “nieproszonym gościem” na jego ziemi. W tej sytuacji Anioł przychodzi z pomocą Józefowi i trzem królom i podpowiada najlepsze rozwiązanie. O mój Aniele, proszę pokornie, ucz mnie w tej tajemnicy umiejętności cieszenia się z każdego daru, jaki otrzymuję od Boga codziennie i przyjmowania go jako wynik miłości Boga do mnie; ucz mnie umiejętności cieszenia się z innymi z tego, że oni otrzymali swój dar. Broń mnie przed uczuciami zazdrości, niechęci, lęku przed tym, że ktoś może mi zaszkodzić, skrzywdzić mnie. Wprowadź mnie, mój Aniele, na drogę wielbienia Boga za Jego przyjścia na ziemię, wielbienia Go za Jego ciągłe rodzenie się w tylu sercach.

    IV Ofiarowanie

    Ludzie święci przestrzegają prawa nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że chcą, chcą z miłości ku Bogu. Maryja i Józef czynili wszystko z miłości ku Bogu. Przynieśli swe Dziecię do świątyni też z miłości ku Bogu. Anioł o tym wiedział, więc w tej tajemnicy życia Jezusa stanął jakby z boku, a właściwie ustąpił miejsca człowiekowi – Symeonowi i Annie. Spodobało się Bogu posłużyć również ludźmi, by oznajmić swoją wolę, by wskazać na kierunki działania, na cel i sens życia człowieka.

    O mój Aniele, proszę pokornie w tej tajemnicy ucz mnie przyjmować Wolę Bożą z wiarą, ufnością, by nie załamywały mnie decyzje, których nie rozumiem, które po ludzku myśląc wydają się bezcelowe, bezsensowne. Ucz mnie szczerego oddawania się Bogu każdego dnia, oddawania Mu tego wszystkiego, co jest mi najdroższe, najmilsze, tego, co kocham i tych, których kocham, bym nie chciał zatrzymać ich dla siebie, przy sobie, bym nikomu nie zasłaniał sobą Jezusa.

    V Znalezienie

    Tęsknota za prawdą, za Ojcem, wyzwoliła w Jezusie potrzebę powinności, potrzebę apostolską. Zburzyła hierarchię wartości potocznie uznawaną. Jezus oddaje się temu, co w danej chwili uważa za najważniejsze, ale gdy Jego Rodzice po długich poszukiwaniach znajdują Go w świątyni i robią Mu wymówkę, On mimo iż uważa, że ma rację i że Go nie rozumieją – posłusznie wraca z nimi i dostosowuje się do ich poziomu rozumienia prawd wiary. Stara się być im posłuszny, a przez to wzrasta w łasce u Boga i u ludzi. Anioł i tym razem usunął się na bok. Nie podpowiada zatroskanym Rodzicom, gdzie ich Syn, nie niepokoi Jezusa wyrzutami sumienia, że zostawił Rodziców. Akceptuje Boży plan i stara mu się nie przeszkadzać, nic uświadamia uczonych w Piśmie, z kim mają do czynienia. Pełni swoją funkcje posłanniczą jakby na odległość, asekuruje, ubezpiecza.

    O mój Aniele, proszę cię pokornie, ucz mnie w tej tajemnicy właściwej hierarchii wartości, ucz mnie stawiania spraw Bożych na pierwszym miejscu; ucz mnie wielkiego zatroskania o każdego człowieka, ogromnej odpowiedzialności za każde podjęte zadanie, za swoje życie, ale i za życie innych, a może przede wszystkim za życie innych, nie tylko fizyczne, ale nade wszystko duchowe. Pomóż mi wyleczyć się z moich kompleksów i ustawić moją hierarchię wartości według miłości Boga i drugiego człowieka.

    Rozważania: Zgromadzenie Sióstr od Aniołów

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rozważania różańcowe na 13 października: Różaniec z bł. ks. Jerzym Popiełuszko.

    Różaniec bł. ks. Jerzego Popiełuszki był niemym świadkiem jego męczeństwa

    fot. Ewa Klejnot-Schreiber/Opoka.pl

    *****

    Część IV – Tajemnice chwalebne

    I. Zmartwychwstanie Pana Jezusa

    Dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa symbol hańby i poniżenia stał się symbolem odwagi, męstwa, pomocy i braterstwa. W znaku krzyża ujmujemy dziś to, co najbardziej piękne i wartościowe w człowieku. Przez krzyż idzie się od zmartwychwstania. Innej drogi nie ma. I dlatego krzyże naszej Ojczyzny, krzyże nasze osobiste, krzyże naszych rodzin muszą doprowadzić do zwycięstwa, do zmartwychwstania, jeżeli łączymy je z Chrystusem, który krzyż pokonał.

    II. Wniebowstąpienie Pana Jezusa

    Wniebowstąpienie jest pokazaniem po raz kolejny – i jednocześnie przypieczętowaniem – drogi do domu Ojca… Dziwna jest to droga. Chociaż prosta i jasna, to ukierunkowana na wiele celów i stron: jest to droga do każdego człowieka; jest to droga, podczas której stale towarzyszy nam Chrystus… podtrzymuje nas pokarmem swojego Ciała i Krwi, byśmy nie ustali.

    III. Zesłanie Ducha Świętego

    Przyjście Ducha Świętego to narodziny Kościoła. Tego dnia otworzyły się drzwi Wieczernika, w którym dotąd przebywali wystraszeni Apostołowie… Oto nagle staje się coś cudownego i zupełnie niepojętego: nabierają niezwykłej odwagi i zaczynają śmiało przemawiać do tłumów…

    Czy jest jakiś język zrozumiały na całym okręgu ziemi, dla wszystkich ludzi, dla każdej rasy, religii i kontynentu? Jest taki język, którego kodu uczymy się od dzieciństwa: to język miłości. Znajomość tego języka jest cudownie rozwijana podczas modlitwy – pełnej miłości rozmowy z Bogiem, który nas do końca umiłował; podczas każdej Eucharystii, która jest ucztą miłości; i każdej lektury Pisma Świętego, napisanego najpiękniejszym językiem – miłości.

    IV. Wniebowzięcia Matki Bożej

    Ty wiesz, Matko, że Narodem, który tyle wycierpiał w swojej historii, który tyle odniósł zwycięstw, który wniósł tak wielki wkład do kultury Europy i świata, który wydał i wydaje tylu wspaniałych ludzi, który w końcu dał światu papieża, który ten świat zadziwia, takim Narodem – żadnym narodem – poniewierać nie wolno. Takiego Narodu nie rzuci przemocą na kolana żadna siła szatańska. Ten Naród udowodnił, że kolana zgina tylko przed Bogiem. I dlatego wierzymy, że upomni się o niego sam Bóg.

    V. Ukoronowanie Matki Bożej

    Byłaś przez wieki Matką i Królową… Zawierzamy Ci, Matko Chrystusowa, gorycz bezsilności i upokorzenia, jakiego ciągle doznaje wiele sióstr i braci w Ojczyźnie naszej… Zawierzamy wszystkie krzywdy wyrządzone Narodowi… Zawierzamy nadzieję na lepsze jutro. Nadzieję na pojednanie Narodu w duchu miłości, ale i w duchu sprawiedliwości, bo wiemy, że nie może istnieć bez sprawiedliwości…. Wszystko to w dniu dzisiejszym, w dniu zawierzenia całego świata Twojemu Niepokalanemu Sercu, składamy w Twoje matczyne dłonie i prosimy, byś złożyła u stóp Syna Twego Jezusa Chrystusa na uproszenie Ojczyźnie naszej czasu zmartwychwstania do prawdziwej wolności, sprawiedliwości i pokoju. Amen.

    źródło: różaniec.eu/Siostry Loretanki

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Andrea Tornielli:

    Diabły szaleją na samo wspomnienie o Ojcu Pio i papieżu Wojtyle

    Andrea Tornielli: Diabły szaleją na samo wspomnienie o Ojcu Pio i papieżu Wojtyle

    św. Jan Paweł II i św. ojciec Pio (fot. domena publiczna)

    ***

    Dlaczego na poprzednich stronach rozwodziliśmy się nad szczególną relacją między Ojcem Pio z Pietrelciny a Janem Pawłem II? Między zakonnikiem ze stygmatami, ogłoszonym przez papieża Wojtyłę błogosławionym, a następnie świętym, a samym polskim papieżem, który już był błogosławionym, a teraz jest już święty? Wyjaśnienie zawiera się w słowach innej wyjątkowej postaci, dziekana włoskich egzorcystów, księdza Gabriele Amortha. Kapłana, który mimo swojego wieku walczył z diabłem – pisze Andrea Tornielli w książce „Ojciec Pio. Święty, który walczył z diabłem”.

    [Ksiądz Gabriele Amorth] wielokrotnie zwracał uwagę na to, jak Ojciec Pio i papież Wojtyła byli i nadal są szczególnie oblegani przez pana ciemności. Ojciec Amorth wspominał ten związek i inne epizody dotyczące walk Ojca Pio z diabłem także w niedawno wydanej książce „L’ultimo esorcista”. I opowiadał na przykład, że tylko raz w życiu miał bezpośrednią styczność z księciem ciemności. „Przez te wszystkie lata nigdy nie miałem bezpośredniego kontaktu z Szatanem. Poza jednym przypadkiem. Byłem księdzem przez krótki czas, nie pamiętam dokładnie jak długo.

    Pojechałem na tydzień modlić się do parafii oddalonej o dziesięć kilometrów od Brescii. Proboszcz nazywał się Faustino Negrini. Był tam od czterdziestu lat. Był kochany. Dwa tysiące dusz go uwielbiało i naśladowało we wszystkim”. Pewnego dnia proboszcz powiedział do młodego ojca Gabriela: „Chodź ze mną”.

    Ci, którzy są w łasce Bożej, nie muszą się lękać

    Zaprowadził mnie do zakrystii – wspomina Amorth – w której była kobieta. Przedstawiła się: „Dzień dobry, jestem Agnese Salomoni”. Nigdy nie zapomniałem jej nazwiska. Do dziś pamiętam tembr jej głosu. Nie wiem, dlaczego Don Faustino to zrobił. Może chciał mnie wtajemniczyć we wszystkie ważne wydarzenia w swojej parafii? W każdym razie chciał, aby Agnieszka opowiedziała mi swoją historię. Słuchałem jej przez długi czas. Byłem przerażony. Agnieszka miała szesnaście lat, gdy wszedł w nią Szatan. Dlaczego w nią wszedł? Don Faustino, który miał pozwolenie od biskupa swojej diecezji, aby ją egzorcyzmować, zwrócił się podczas egzorcyzmu na Agnieszce do Szatana. „Dlaczego wszedłeś do jej wnętrza? Odpowiedz mi w imię Chrystusa” – zapytał dziewczynę kapłan. (…) Gdy wracam myślami do odpowiedzi, jaką dał Szatan, to jeszcze dziś brakuje mi słów: „Bo Agnieszka jest najświętsza w parafii, najczystsza, najbardziej nieskalana. I dlatego uczyniłem ją swoją”. Jest to wielka tajemnica. To prawda, że ci, którzy są w łasce Bożej, nie muszą się lękać. Że Szatan niewiele może zrobić przeciwko tym, którzy żyją w łasce Bożej. Ale prawdą jest też, że Szatan pragnie uczynić swoimi zwłaszcza tych, którzy są święci, tych, których dusza i ciało są całe z Boga. Egzorcyzmy mające na celu uwolnienie Agnieszki były bardzo ciężkie. Godziny i godziny gorzkiej walki. Trwały latami.

    Ta długa i bardzo trudna walka z diabłem miała również decydujący etap w San Giovanni Rotondo, w klasztorze, w którym mieszkał święty z Gargano: Kiedyś Don Faustino zabrał ją aż do Ojca Pio z Pietrelciny. Przebył setki kilometrów, by szukać dodatkowej pomocy. Jadąc z Lombardii do Puglii, spodziewał się wszystkiego. Samochód zatrzymywał się bez przerwy, mimo że nie miał żadnych usterek. Don Faustino był zmuszony kilka razy zjechać na pobocze i wysiąść z auta, aby zobaczyć, jakie problemy ma silnik. Dopiero gdy odmówił modlitwę, samochód w przedziwny sposób ponownie ruszył. Tylko po to, by po kilku kilometrach zatrzymać się znowu. Była to męcząca i bardzo długa podróż. Ojciec Pio nie był egzorcystą, ale udało mu się wypędzić wiele demonów za pomocą prostych błogosławieństw i modlitw. Szatan bał się Ojca Pio.

    Skuteczny egzorcyzm Ojca Pio

    Wszystkie postoje, które musiał zrobić samochód, przerażona, a czasem wściekła postawa opętanej kobiety, były wyraźnymi znakami tego, jak bardzo Szatan obawiał się zakonnika z Pietrelciny. (…) Ojciec Pio zrobił dla niej niewiele lub nic. Egzorcyzmował ją, ale nie uwolnił. W drodze powrotnej Szatan był podniecony. I zaczął szydzić z Ojca Pio. Powiedział przez usta Agnieszki: „Ja mu to zrobiłem, ja mu to zrobiłem!”. Śmiał się. Krzyczał. Był upojony radością. A samochód przejechał wiele kilometrów, które dzieliły San Giovanni Rotondo od Brescii bez ani jednego postoju. Nie było już potrzeby bojkotowania podróży. Szatan nie wiedział jednak, że egzorcyzmy ojca Pio były na swój sposób skuteczne. Po niedługim czasie Agnieszka została uwolniona. Don Faustino nakazał Szatanowi, aby w imię Chrystusa powiedział mu, kiedy opuści ciało opętanej kobiety. Został zmuszony do wyjawienia mu dnia i godziny. Wszyscy parafianie zostali wezwani na plac kościelny. Agnes została uwolniona w jednej chwili, zaraz po rozpoczęciu rytuału, na oczach wszystkich. Była to radość i ulga dla całej wsi”.

    Ojciec Amorth wspominał również, jak diabeł czasami bezpośrednio ingerował w relacje między Ojcem Pio a jego kierownikami duchowymi: „Szatan nie ma twarzy. Jest czystym duchem i jeśli chce się uobecnić, musi przybrać fałszywe ciało w zależności od tego, co chce uzyskać”. Ojcu Pio demon przedstawiał się w postaci Jezusa, czasem Maryi, czasem przełożonego, czasem spowiednika. Ojciec Pio szedł do  przełożonego i pytał go: „Przyszedłeś do mnie i kazałeś mi zrobić…”. „Nie. Absolutnie nie przy[1]szedłem do ciebie”. I w istocie, to nie był on. To był diabeł stosujący nierzadką sztuczkę, polegającą na pokazywaniu się z twarzą i ciałem, które nie istnieją w rzeczywistości.

    Według ojca Amortha „przeciwko diabłu każdy musi znaleźć własną miarę”. Sami księża, którzy praktykują egzorcyzmy, „muszą po drodze odkryć, które z ich działań jest najbardziej skuteczne wobec Szatana. Może być jeden egzorcysta, który wspominają o Ojcu Pio, wywołuje gwałtowną reakcję u opętanego, a inny, wspominając o nim, nie zdoła wywołać żadnego efektu. W każdym razie nawet po jego śmierci wydaje się, że skromny kapucyn ze stygmatami jest nadal potężną tarczą przeciwko siłom szatańskim. Że diabeł nadal się go boi i jeśli się go przywoła, może nadal pomagać w uwolnieniu opętanych”.

    Jednak nie tylko święty z Gargano znajduje się na szczycie listy zaprzysięgłych wrogów Szatana i najskuteczniejszych orędowników wobec pana tego świata.

    Papież Wojtyła uratował świat

    Szatan – mówił Amorth – rozmawiał kiedyś ze mną obszernie o Janie Pawle II. Do dziś pamiętam zachrypnięty głos księcia ciemności. Mówił do mnie na krótko przed swoim odejściem. To było jak wyznanie, które chciał mi uczynić, zanim mocą Chrystusa będę mógł go wypędzić. Oczywiście, jego słowa mogły być kłamstwem. Ale i tak warto je zgłosić, bo powiedział: „Karola Wojtyły nienawidzę. Wszyscy go nienawidzimy. Wojtyła zniszczył moje plany. Chciałem zniszczyć świat, ale to on obalił komunizm w Rosji i Europie Wschodniej, zanim udało mi się zrealizować mój plan. To były lata, kiedy całe kraje żyły w terrorze. Wprowadziłem je w permanentny stan terroru. Druga wojna światowa była moim arcydziełem. Ale to, co nastąpiło potem, komunizm z jego milionami zabitych, a przede wszystkim głodem i cierpieniem całych populacji, było wisienką na torcie, która przewyższała w dobroci sam tort. Polak pomógł przywrócić światło. I zabrał wielu młodych ludzi z moich rąk. Byli moi. Wtajemniczyłem ich w zło. Żyli dla mnie, niektórzy świadomie, niektórzy nieświadomie. On mi ich odebrał. Nienawidzę go za to. I zawsze będę go nienawidzić”.

    Dlatego też – dopowiada ojciec Gabriel – gdy wspomina się o Janie Pawle II podczas egzorcyzmu, opętany dosłownie się pieni. Swoją drogą wierzę, że diabeł bardzo walczył z beatyfikacją Jana Pawła II i jeszcze mocniej będzie walczył z jego kanonizacją. Nie uda mu się jednak temu zapobiec, ponieważ Szatan jest wielkim przegranym, natomiast Bóg zawsze wygrywa. Także kiedy wspomina się Ojca Pio z Pietrelciny, demon wpada w szał, staje się wściekły i wzburzony. Ale kiedy wspomina się Jana Pawła II, bywa jeszcze bardziej brutalny, niekontrolowany. Szatan nienawidzi Jana Pawła II i często mówi: „nienawidzę go z większą intensywnością niż Ojca Pio”.

    Oto więc dwaj ludzie, dwaj święci, zakonnik ze stygmatami i polski papież, połączeni w tajemniczy sposób nawet po śmierci i wciąż obaj przywoływani przez tych, którzy pełnią delikatną funkcję egzorcystów w tych rzadkich przypadkach ludzi naprawdę opętanych przez diabła.

    (fragment pochodzi z książki „Ojciec Pio. Święty, który walczył z diabłem”)

    Andrea Tornielli

    O. Rostworowski: Żyjemy w orgii kłamstwa

    zdjęcie ilustracyjne/Fronda.pl

    ***

    o. Rostworowski: Żyjemy w orgii kłamstwa

    Wiemy, że jesteśmy w Bogu, wiemy, że Syn Boży przyszedł i dał nam zmysł, ażebyśmy poznali Prawdziwego. Jesteśmy w prawdziwym Bogu, w Synu Jego Jezusie Chrystusie (zob. 1J 5,20).

    W Nowym Testamencie są dwa terminy dotyczące prawdy, gdzie mówi sama prawda; areteiaaretes tzn. prawdziwy, najczęściej w sensie prawdomówny, oraz aretinos w sensie autentyczny. Prawda i miłość to są dwie wartości podstawowe, główne. Świętego Jana, o którym się mówi, że jest apostołem miłości, można by również nazwać apostołem prawdy, bo może jeszcze częściej mówi o prawdzie niż o miłościW liście swoim, w 1. rozdziale mówiże Bóg jest światłością i nie ma w Nim żadnej ciemności. Jeżeli mówimy, że mamy z Nim współuczestnictwo, a chodzimy w ciemności, kłamiemy i nie postępujemy zgodnie z prawdą. Jeżeli zaś chodzimy w światłości tak jak On sam jest światłością, wtedy mamy współuczestnictwo a Krew Jezusa, Syna Jego oczyszcza nas z wszelkiego grzechu (zob. 1 J 1,5b–7).

    Co to znaczy, żeby chodzić w światłości? Tak by się chciało powiedzieć, że chodzić w światłości tzn. chodzić w łasce uświęcającej, w świętości, ale tutaj to ma inny sens, bo mówi, że jeżeli chodzimy w światłości, wtedy Krew Jezusa oczyszcza nas z wszelkiego grzechu. A więc chodzić w światłości to nie jest to samo co chodzić w łasce, bo jak się jest w łasce, to nie ma grzechu. Chodzić w światłości to chodzić w prawdzie, bezwzględnej prawdzie. Prawda, ta wartość absolutna, ta najwyższa wartość natury intelektualnej, to jest ta ostateczna i absolutna norma wszelkich wartości. Dlatego człowiek pragnie i boi się prawdy. Święty Augustyn w Soliloquiach tak woła: „cała głębia mego ducha do Ciebie wzdycha, do Prawdy”. Wiemy, że ten człowiek długo szukał, błąkał się.

    Bóg jest Prawdą. Jest mowa w Piśmie Świętym o tym aretes, Bóg prawdomówny, który nie kłamie, którego obietnice są niezawodne i ten Bóg aretinos, który się utożsamia z Prawdą, który jest źródłem prawdy, który posyła ludziom Ducha Prawdy, ażeby ich wprowadzić we wszelka prawdę to znaczy w to, co jest jedynie rzeczywiste, a wszystko inne jest przy tym nierzeczywiste. I odpowiedzią na to jest najpierw ubogi, ubogi człowiek. Uwierzyć całkowicie i absolutnie bez zastrzeżeń i bezwarunkowo – ubogi. Wiara musi być aktem totalnym i prostym, bo jeśli Bóg powiedział, to nie ma dyskusji, nie ma wybierania między prawdami, przyjmuje się wszystko. Jeśli się przyjmuje wszystko, to jest się wtedy wprowadzonym do Ducha Prawdy, w prawdę, w tę całą Boską sferę jedynie rzeczywistą, w której człowiek jest zbawiony.

    A więc i ta pierwsza rzecz, którą mamy mieć jako odpowiedź Bogu to wiara. Zdaje się to rzecz prosta, oczywista, a jednak widzimy, jak dzisiaj ludzie się wymądrzają, jak ludzie wybierają między prawdami wiary: zmartwychwstanie człowieka, życie przyszłe, nierozerwalność małżeństwa, rożne rzeczy, które są podane jako objawione, a ludzie nie bardzo wierzą, wątpią. To jest bardzo ważne, żebyśmy my, którzy jesteśmy oddani Bogu, żebyśmy mieli wiarę bardzo mocną, prężną, niezachwianą. Jak mówi Pan Jezus u św. Jana, kiedy Go Żydzi pytają: „Co mają robić, aby czynić dzieła Boże?”, to mówi: „to jest dzieło Boże, abyście uwierzyli w Tego, którego On posłał”. To jest dzieło Boże. Ale człowiek musi również odpowiedzieć Bogu inaczej, przez naśladowanie Boga, który jest Prawdą i człowiek musi być prawdziwy i prawy i to na różnych poziomach życia ludzkiego musi się urzeczywistniać. A jak prawda jest wartością absolutną, to czujemy, że jej wymagania w naszym życiu są jakieś absolutne, bezwzględne.

    Filozofia rozróżnia dwa rodzaje prawdy i w tych dwóch płaszczyznach musi właśnie ta prawda w nas być. Rozróżnia prawdę logiczną czyli prawdę poznania, żeby umysł był zgodny z prawdą, żeby nasze poznanie odpowiadało obiektywnej rzeczywistości, żeby nie było fałszu w naszym poznaniu. A druga to jest prawda ontologiczna, prawda rzeczy, żeby rzeczy były tym, czym powinny być, żeby były zgodne z ich ideą, jak się mówi: prawdziwy mnich, prawdziwy chrześcijanin. Jak św. Benedykt mówi: niech oratorium będzie tym, czym jest, tym czym się nazywa. Niech Opat wykonuje to, co jego imię samo mówi. To jest prawda ontologiczna, ale najpierw ta prawda logiczna, prawda poznania, tu są wielorakie problemy. Musimy sobie zdać sprawę, że rzeczą bardzo ważną jest formacja poznania, żeby nasze poznanie dało się kształtować przez Objawienie. To jest dzisiaj takie proste. Bardzo wielu autorów, którzy piszą o prawdach teologicznych, nie zadają sobie na początku tego pisania podstawowego pytania, czego Kościół naucza i piszą. I stąd różne zboczenia tej myśli, różne odejścia od autentycznej Prawdy Objawionej.

    Jest bardzo ważne, żeby w klasztorze element troski o te dobre informacje działał, proste i mocne, żeby bardzo pilnować i strzec, by nie dostawały się do wspólnoty różne miazmaty takich myśli, które nie są zgodne z prawdziwą i autentyczną doktryną Kościoła, przekazem Objawienia Bożego przez Kościół. I to dzisiaj trzeba mocno podkreślać, żeby to było w klasztorach, ponieważ młodzi przychodzą do nas z pewnym skażeniem wiary i trzeba to wyprostować, żeby zostało jakoś przyjęte. Nie jest nawet tak ważny zakres tego poznania, co jego zgodność z rzeczywistością objawioną. Żeby poznać prawdę, to potrzebne są w człowieku pewne dyspozycje. Trzeba chcieć poznać prawdę. Dzisiaj np. młodzież czuje w sobie wielki pęd do studiów, ale studia uniwersyteckie raczej dążą do wiedzy niż prawdy jako takiej, czasem do umeblowania umysłu, żeby jak najwięcej wiedzieć, więcej niż do poznania prawdy. Nie idą zawsze całkiem po linii podstawowego dążenia ludzkiego ducha do poznania prawdy. Dawniej uniwersytety więcej do tego dążyły, teraz stały się szkołami zawodowymi. Więc jest inny punkt widzenia, inna motywacja i nie jest to tak jasne zawsze dążenie, że jeśli ktoś chce studiować, to że chce poznać prawdę. Powiedziano, że mamy studiować, zakonnicy i zakonnice mają studiować, ale czasem gdy się zapytałem o motywację, dlaczego ty chcesz studiować, to często słyszałem to: bo ja chcę być czymś w klasztorze, nie chcę być tą ostatnią, a nie tyle żeby poznać albo żeby poznaniem prawdy, wiedzą służyć innym.

    Musi być łaknienie prawdy. Niektórzy chcą mieć bardziej rację niż poznać prawdę. To prowadzi do bronienia pozycji swojej, do zacietrzewienia, a to przesłania drogę do prawdy. To dążenie do prawdy wymaga jakiegoś jednak przekreślenia siebie, czystego dążenia do tej najwyższej wartości dla umysłu ludzkiego. Dzisiaj widzimy, że dużo jest bardzo mętnych idei w świecie, ale zwłaszcza w tym człowiek musi dążyć do poznania prawdy i o tym mówi najwięcej Pismo Święte – poznanie wartości. Tu jest zasadniczy problem, jest ta fascinatio nugacitatis, jak mówi św. Tomasz z Akwinu, że cały ten świat nas fascynuje, a to jest nierzeczywiste, trzeba uwolnić się od tej nierzeczywistości przez ukochanie rzeczywistości, przez przywiązanie do tych prawdziwych, jedynych wartości, bo istotą bałwochwalstwa jest właśnie to, że świat i rzeczy świata robią się wielkie i ważne i bliskie, a Pan Bóg robi się coraz dalszy i mniejszy, mało znaczący.

    To jest bałwochwalstwo, bo istotą bałwochwalstwa to nie jest tworzenie sobie jakichś bałwanów z drzewa, kamienia czy z metalu, ale istotą jest wartościowanie, że Bóg się staje jakiś niepraktyczny, daleki, niewpływający na życie, a natomiast wszystkie inne rzeczy rosną, stają się ważne, przygniatają i ostatecznie im człowiek poświęca cały trud i staje się nierzeczywisty. Gubi rzeczywistość czyli prawdę wszystkiego. Pismo Święte najwięcej tutaj na to zwraca naszą uwagę. Jeśli ci bezbożni są jak plewy, które wiatr rozmiata po ziemi, nie uchwycili rzeczywistości, nie poznali. Jeśli człowiek dąży przez całe życie do pieniędzy i przyjdzie śmierć, to on jest odwrócony tyłem do rzeczywistości, czyli odwrócony frontem do nicości, jak powiedział ślicznie Merton, że kult nicości to jest istota piekła, a więc on już istotę piekła ma w sobie w tym życiu, bo to jest kult nicości i zasadnicza absolutna nieprawda.

    Również bardzo ważna sprawa w poznaniu prawdy i poznaniu siebie, poznanie prawdy trwa, a to nie jest łatwe i bardzo potrzebne tu jest związane z prawdą męstwo, bo trzeba wiele męstwa, ażeby przyjąć prawdę i dlatego trzeba wiele męstwa, by prawdę powiedzieć, bo ludzie nie chcą jej przyjąć. I odpowiedź człowieka grzesznego na prawdę to jest pięść, siła fizyczna, przemoc, która jest ostatnią deską ratunku bezsiły wobec prawdy. Przemoc jest znakiem bezsiły i dlatego np. można już psychologicznie nawet w sprawie św. Stanisława, jego śmierci, jego męczeństwa rozumieć, że król nie miał przeciwko niemu argumentów rzeczywistych. Gdyby miał sprawiedliwość po swojej stronie, nie musiałby się uciekać do takiej przemocy. Bo przemoc jest bronią słabych, bezsilnych, tych, którzy nie mają prawdy po swojej stronie. Ponieważ człowiek boi się prawdy i reaguje przemocą na prawdę, której nie chce przyjąć, dlatego trzeba odwagi, by mu prawdę powiedzieć, dlatego widzimy to zło milczenia, gdy przemawia jakiś delegat państwa lub zebrania jakiegoś nauczycielskiego, wszystko milczy, wszystko cicho, powiedzieć prawdę to wymaga wielkiej siły, ale jak się powie prawdę, to jest wtargnięcie mocy Bożej w ten świat. Niech będzie jeden, który powie prawdę, to już moc Boża tak się rozszerza, ludzie mówią o tym wydarzeniu, bo to jest wydarzenie, świadectwo jest wydarzeniem.

    Myśmy zanadto ograniczyli wiarę do jednego przykazania: wierzyć. A są dwa przykazania: wierzyć i wyznawać. Jeżeli, powiedzmy, proboszcz swoich młodych, idących do wojska jakoś umocni i mówi, żeby nie opuszczali pacierza, ale żeby w łóżku, jak zgaszą światło mówili pacierz, to pierwsze przykazanie wiary jest spełnione, ale to drugie, wyznanie, nie jest spełnione i jeżeli ono nie jest spełnione, to sama wiara wiotczeje, staje się coraz słabsza, coraz mniej wyraźna.

    I często w klasztorach też tak jest, nic nie można powiedzieć. Na czym polega życie wspólne? To jest wzajemny dar prawdy, jak mówi List do Efezjan: Mówcie prawdę jeden do drugiego, bo jesteśmy jedni drugich członkami (zob. Ef 4,25). Mówcie prawdę i ta przejrzystość, ten dar prawdy czyni, że życie jakoś w tym konwencie krąży. Jedną z klasycznych metod naszego przeciwnika jest „blokada krążenia”, nie można już nic powiedzieć, bo tu jest obolałe, tam jest jakiś ropień. Przychodzi wizytator, może tylko ogólniki o pobożności jakieś powiedzieć, nie można dotknąć prawdziwych rzeczy, bo to jest wszystko tak obolałe. Albo w diecezji przychodzi biskup, chce dialogować, ma dobrą wolę, ale się robi koło niego taka otoczka ludzi, którzy wyczuwają, co on lubi, a czego nie lubi słyszeć, już biskup nie wie prawdy, już nie może do niej dotrzeć i następuje w tym organizmie zbiorowym wspólnoty blokada krążenia. Nie ma dom prawdy, bo boimy się wzajemnie obdarować prawdą, bo jej nie pragniemy, bo się jej boimy. I potem to życie jest słabe, ono nie może się tak rozwinąć z mocą, normalnie, prosto, ale są takie kanaliki tego życia już mocno zacieśnione, zawężone. To jest sprawa bardzo ważna, bardzo istotna.

    Jest taka bajeczka hinduska, która mówi, że taki młody diabełek przybiegł do starego diabła bardzo zdenerwowany. I ten stary mówi: „Co się tak denerwujesz?” Młody mówi: „Bo szedłem drogą i tam prawda leży obok drogi. Przyjdą ludzie i ją znajdą i myśmy przepadli wtedy”. A stary mówi tak: „Ty się nie bój, oni tam przyjdą, znajdą, ale potem założą organizację i wtedy prawdę diabli wezmą”. Ile jest takich pozornych wartości. Tak przejść się po mieście, widzi się pomnik uczonego Kopernika, dalej się widzi pomnik Mickiewicza, człowieka z talentem, potem pomnik Dzierżyńskiego, który wymordował milion ludzi. Ludzie stawiają różnym wartościom pomniki.

    Mówiliśmy również o prawdzie ontologicznej, prawda rzeczy, być tym, czym się jest, na to trzeba wiedzieć kim się jest, często medytować kim się jest, że jestem chrześcijaninem, że jestem dzieckiem Bożym, że jestem mnichem. Co z tego wynika, żeby prawda tej osoby coraz bardziej się rozwijała. I to jest dobrze, jeżeli benedyktyn jest prawdziwym benedyktynem, a jezuita jest prawdziwym jezuitą, a kapucyn prawdziwym kapucynem. Ale do tej prawdy ontologicznej należy również prawda naszego słowa. To jest też bardzo ważny udział, w którym naśladujemy Boga. Bóg bezwzględnie prawdomówny objawił nam swoją Prawdę. Żyjemy w czasach niesłychanej profanacji słowa ludzkiego, jakiejś orgii kłamstwa. To słowo ludzkie pisane, i w telewizji, i w prasie, i w książce, i na uczelniach, i w wojsku służy kłamstwu. To jest coś po ludzku potwornego, to słowo człowieka, które jest jakimś podobieństwem do Boga, bo Bóg nasz jest Bogiem mówiącym. Tak Objawienie nam Go pokazuje. Bóg jest mówiący i człowiek jest mówiący i w ten sposób człowiek jest do Boga podobny, ale pod warunkiem, że mówi prawdę. Otóż przeciwieństwem prawdy jest kłamstwo, jest kłamstwo słowa, jest kłamstwo światopoglądu też, to zamglenie sumień np. dzisiejsze, że ludzie nie mają już wyczucia grzechu. To jest jakieś bardzo tragiczne zakłamanie wewnętrzne i człowiek właściwie jest bardzo zakłamany i człowiek, jak się podsuwa ku światłu, ku Bogu, widzi jak bardzo jest zakłamany i nie może się z tego wydostać. Jak św. Jan Vianney prosił Boga, żeby Bóg mu pokazał jego nędzę całą, to Bóg posłuchał tej modlitwy, a potem św. Jan wołał: „Panie Boże, już dosyć, już nie mogę tego wytrzymać”. Święty Jan Boży, który żył bardzo porządnie, ale jak się nawrócił, to tak siebie poznał, że po prostu biegł krzycząc przez miasto, nie mógł wytrzymać tego poznania siebie.

    Niemniej ku temu coraz głębszemu poznaniu siebie rozwój łaski w nas idzie. Ale trzeba być odważnym, by spojrzeć w oczy swojej własnej prawdzie. Najgorsza prawda jest zbawcza i najgorsza prawda jest o wiele lepsza niż najlepsza iluzja, najbardziej pocieszająca iluzja. Otóż kłamstwo przez moralistów jest uważane raczej za grzech lekki, ale dziwna rzecz: ten grzech tak jakoś strasznie głęboko idzie w istotę ducha ludzkiego. My czujemy, że jak człowiek się zakłamie, to jest takie zwichnięcie się jakieś do dna. Łatwiej przyjmiemy do klasztoru kogoś, kto mocno nagrzeszył niż kogoś, kto kręci, bo ten ostatni drogą krętą idzie, jemu nie można zaufać, bo jest zakłamany. I rzeczywiście rolę tego kłamstwa dla zniszczenia człowieka doskonale wyczuwa przeciwnik nasz, bo zauważcie, że np. w socjalizmie tutaj oni często chcą od ludzi, żeby coś podpisali, coś małego, ale coś, co będzie niezgodne z ich przekonaniem, w ich sumieniu, bo wiedzą, że jak coś podpiszą, to jest coś nadłamane, jest ten niesmak wewnętrzny, człowiek już coś bardzo istotnego w sobie zwichnął. A diabeł chce tego małego ukłonu. Człowiek chce mieć coś wielkiego, coś konkretnego, a diabeł mówi do Pana Jezusa: tylko upadnij, złóż mi pokłon, wszystko Ci dam, wszystko będzie Twoje, ale tylko upadnij.

    Są pewne spokrewnione z kłamstwem odchylenia w naszej mowie, nad którymi musimy też panować np. niedokładność, jednostronność, przesada, uogólnienie. Do tego jesteśmy bardzo skłonni i to nas skłóca z prawdą. Milczenie w klasztorze ma między innymi też tę rolę oczyszczającą dla naszego słowa, żeby być odpowiedzialnym za słowo, żeby to słowo mogło się konfrontować z wewnętrzną prawdą naszą w pokoju i widać, że prawda jest bardzo wymagająca i może być groźna dla człowieka. Niemniej trzeba powtórzyć za św. Augustynem: „O veritas, quam medullae animae meae suspirabunt tibi”.


    Piotr Rostworowski OSB / EC – benedyktyn, pierwszy polski przeor odnowionego w 1939 roku klasztoru w Tyńcu. Więzień za czasów PRL-u. Kameduła – przeor eremów w Polsce, Włoszech i Kolumbii. W ostatnim okresie życia rekluz oddany całkowitej samotności przed Bogiem. Zmarł w 1999 roku i został pochowany w eremie kamedulskim we Frascati koło Rzymu. Był zawsze bliski mojemu sercu – napisał po Jego śmierci Ojciec Święty Jan Paweł II. Autor licznych publikacji z dziedziny duchowości i życia wewnętrznego.

    mp/tyniec.com.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK 2 PAŹDZIERNIKA

    WSPOMNIENIE O NASZYCH ANIOŁACH STRÓŻACH

    Patronowie Dnia: Św. Aniołowie Stróżowie, „przyjaciele ludzkich losów"

    fot. via: Pixnio

    ***

    Patronowie Dnia: Św. Aniołowie Stróżowie, „przyjaciele ludzkich losów”

    Według teologii chrześcijańskiej aniołowie to istoty duchowe i nieśmiertelne, rozumne i wolne, stworzone przez Boga, aby oddawać Mu cześć, być Jego posłańcami i ochraniać ludzi – przypomina ks. Arkadiusz Nocoń w felietonie dla portalu www.vaticannews.va/pl i Radia Watykańskiego. 2 października wspominamy świętych Aniołów Stróżów.

    Samo słowo „anioł” w języku hebrajskim i greckim oznacza „posłańca”, stąd na kartach Pisma Świętego aniołowie wielokrotnie reprezentują Boga, zwiastując człowiekowi Jego wolę. Pośród różnych rodzajów aniołów istnieje jeden powołany do opieki nad światem, a zwłaszcza nad ludźmi – Aniołowie Stróżowie: „Swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach” (Ps 91).

    Bardzo wyraźnie o Aniołach Stróżach naucza Katechizm Kościoła Katolickiego: „Życie ludzkie od początku aż do śmierci otoczone jest opieką i wstawiennictwem aniołów. Każdy wierny ma u swego boku anioła jako opiekuna i stróża, by prowadził go do życia”(n. 336).

    W historii Kościoła spotkamy wielu świętych, którzy widzieli swojego Anioła Stróża, jak chociażby św. Franciszka Rzymianka czy św. Gemma Galgani. Św. Janowi Bosko Anioł Stróż wielokrotnie ratował życie, a św. Ojcu Pio pomagał odczytywać listy, pisane do niego w obcych językach. Wszystkich tych świętych łączyło jedno: mieli oni szczególne nabożeństwo do Anioła Stróża.

    Z kazań św. Bernarda, opata: „O Panie, kimże jest człowiek, że posyłasz owe święte duchy, aby nam służyły, wyznaczasz ich na naszych stróżów, polecasz, aby byli naszymi wychowawcami. […] Chociaż więc jesteśmy słabymi dziećmi i choć czeka nas długa i niebezpieczna droga, czegóż mamy się lękać, chronieni przez tak wielkich stróżów? Nie mogą wszak ulec wrogom ani zbłądzić, ani tym bardziej zwodzić ci, którzy strzegą nas na wszystkich naszych drogach. Są wierni, roztropni i potężni – czegóż mamy się lękać? Obyśmy tylko za nimi szli, obyśmy tylko do nich przylgnęli, a trwać będziemy na zawsze w opiece Boga niebios” (kazanie 12).

    Ktoś obliczył, że w Piśmie Świętym mowa jest o aniołach aż 222 razy. W Starym Testamencie m. in. strzegły wejścia do raju, chroniły Lota, towarzyszyły prorokom. W Nowym Testamencie zwiastowały narodzenie Jana Chrzciciela i samego Jezusa. Jemu też służyły na pustyni i umacniały Go w Ogrójcu.

    Świat, w którym żyjemy nie jest tylko domeną człowieka. Działa w nim Bóg, działają Jego aniołowie, działają demony. Dobre i złe duchy to nie fikcja literacka, to realne byty mające wpływ na naszą historię. Wiele z tego, co dzieje się wokół nas nie sposób zrozumieć, wykluczając ich istnienie. Dlatego dobrze jest pamiętać, że do obrony przed atakami Złego nie wystarczą tylko ludzkie siły. Potrzebna jest łaska Boża, wstawiennictwo świętych i opieka aniołów. Warto odnowić z nimi przyjaźń, pogłębić zażyłość i lepiej poznać. Na temat aniołów wypowiadali się bowiem wielcy Ojcowie Kościoła: Cyprian, Bazyli, Ambroży, Augustyn i inni. Czasem jednak i dziecko powie o nich coś, czego nie powstydziliby się najwięksi święci. W jednym z numerów „Małego Gościa Niedzielnego”, kilkuletnia Monika poprosiła kiedyś swego Anioła Stróża: „Ukochaj ode mnie Pana Boga”.

    Dlaczego i my nie mielibyśmy o to poprosić swojego Anioła Stróża?

    ks. Arkadiusz Nocoń/www.vaticannews.va/pl

    ______________________________________________________


    Dziewięć faktów o tym, kim są aniołowie

    (fot. Filip Blazejowski/Forum)

    ***

    Aniołowie to nie żadne dobre duszki otaczające człowieka, nie pucułowate maluchy, których radosne oblicza rozweselają smutne chwile, i nie na wpół zaspane panny o tajemniczych obliczach. Kim zatem są?

    Dziewięć faktów o tym, kim są aniołowie

    1. Stworzenia nieśmiertelne

    Święty Augustyn mówi na ich temat: „<> oznacza funkcję, nie naturę. Pytasz, jak nazywa się ta natura? – Duch. pytasz o funkcję? – Anioł. Przez to, czym jest, jest duchem, a przez to, co wypełnia, jest aniołem”. W całym swoim bycie aniołowie są sługami i wysłannikami Boga. Ponieważ zawsze kontemplują „oblicze Ojca… który jest w niebie” (Mt 18, 10), są wykonawcami Jego rozkazów, „by słuchać głosu Jego słowa” (Ps 103, 20).

    Jako stworzenia czysto duchowe aniołowie posiadają rozum i wolę: są stworzeniami osobowymi i nieśmiertelnymi. Przewyższają doskonałością wszystkie stworzenia widzialne. Świadczy o tym blask ich chwały.

    Katechizm Kościoła Katolickiego, 329 – 330

    W liturgii Kościół łączy się z aniołami, by uwielbiać trzykroć świętego Boga 188; przywołuje ich obecność w liturgii pogrzebowej (…) oraz czci szczególnie pamięć niektórych aniołów (św. Michała, św. Gabriela, św. Rafała, Aniołów Stróżów).

    Życie ludzkie od dzieciństwa początku aż do zgonu śmierci jest otoczone opieką i wstawiennictwem aniołów. „Każdy wierny ma u swego boku anioła jako opiekuna i stróża, by prowadził go do życia”. Już na ziemi życie chrześcijańskie uczestniczy – przez wiarę – w błogosławionej wspólnocie aniołów i ludzi, zjednoczonych w Bogu.

    Katechizm Kościoła Katolickiego, 335 – 336

    2. Aniołowie a zbawienie

    Wypada nam poświęcić nieco uwagi prawdzie, należącej również do Objawienia Bożego: o stworzeniu istot czysto duchowych, które Pismo Święte określa mianem „aniołów” (…). Dzisiaj, podobnie jak w przeszłości, dyskutuje się na temat owych bytów duchowych z większą lub mniejszą znajomością rzeczy. Trzeba przyznać, że czasem powstaje przy tym duże zamieszanie, które pociąga za sobą ryzyko przyjęcia za wiarę Kościoła o aniołach tego, co do tej wiary w ogóle nie należy, lub odwrotnie — pominięcia ważnych aspektów prawdy objawionej. Istnieniu owych bytów duchowych, które w Piśmie Świętym noszą zwykle nazwę aniołów, przeczyli już w czasach Chrystusa saduceusze (por. Dz 23,8). Przeczyli temu również materialiści oraz racjonaliści wszystkich czasów. A przecież, zgodnie z przenikliwym stwierdzeniem pewnego współczesnego teologa, „aby pozbyć się aniołów, trzeba poświęcić całe Pismo Święte, a z nim całe dzieje zbawienia”. Cała Tradycja jest w tej sprawie jednomyślna.

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 9 lipca 1986

    3. Orszak Boga

    Prawda o aniołach jest poniekąd treścią „uboczną”, niemniej wydaje się ona nieodłączną od centralnej treści objawionej — i to zarówno gdy chodzi o objawienie majestatu Stwórcy i Jego chwały w całym bogactwie stworzenia („stworzenie widzialne i niewidzialne”), jak też gdy chodzi o zbawcze działanie Boga w dziejach człowieka. Aniołowie nie znajdują się wprawdzie na pierwszym planie tej rzeczywistości Objawienia, niemniej do tej rzeczywistości w pełni przynależą, a w pewnych momentach spełniają zadania wręcz kluczowe, w imieniu samego Boga. (…)

    Opatrzność jako miłująca Mądrość Boga objawiła się przede wszystkim w stworzeniu istot czysto duchowych, których podobieństwo do Boga przerasta wszystko, co stworzone w świecie widzialnym, razem z człowiekiem, który jest niezniszczalnym obrazem Boga. Wobec Boga, który jest Duchem absolutnie doskonałym, świat stworzeń duchowych jest z natury, tzn. z racji swojej duchowości, o wiele bliższy, aniżeli świat stworzeń materialnych. Stanowi on jakby najbliższe „środowisko” Stwórcy. Pismo Święte daje dosyć wyraźne świadectwo tej bliskości aniołów wobec Boga. Mówiąc o nich posługuje się takimi przenośniami, jak „tron” Boga, Jego „zastępy”, Jego „niebiosa”. Przez całe stulecia chrześcijaństwa poezja i sztuka czerpały z Pisma Świętego natchnienie, przedstawiając nam aniołów jako „orszak Boga”.

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 9 lipca 1986

    4. Stworzenia czysto duchowe

    Kościół oświecony światłem płynącym z Pisma Świętego wyznaje na przestrzeni dziejów prawdę o istnieniu aniołów jako istot czysto duchowych, stworzonych przez Boga. Czyni tak od początku w słowach Symbolu Nicejsko-Konstantynopolitańskiego. Tę samą prawdę potwierdza Sobór Laterański IV (1215 r.), którego sformułowanie przejął Sobór Watykański I, wykładając naukę o stworzeniu: Bóg „od początku czasu stworzył z nicości podobnie jeden i drugi rodzaj stworzeń, istoty duchowe i materialne, tj. aniołów i ten świat, a na koniec, jakby jednocząc jedno i drugie, stworzył naturę ludzką złożoną z duszy i ciała”. Tak więc Bóg od początku stworzył obie rzeczywistości: duchową i cielesną, świat ziemski i świat anielski (…).

    Wiara Kościoła, oprócz istnienia aniołów, uznaje pewne charakterystyczne cechy ich natury. To, że świat anielski jest natury czysto duchowej, oznacza przede wszystkim ich niematerialność i nieśmiertelność. Aniołowie nie są „ciałem” (nawet jeśli ze względu na misję pełnioną wobec człowieka „przyjmują” w pewnych momentach postać widzialną), a zatem nie odnosi się do nich to prawo zniszczalności, które jest udziałem całego świata materialnego. Chrystus powie kiedyś, odwołując się do życia przyszłego po zmartwychwstaniu ciał: „umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom” (Łk 20,36).

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 6 sierpnia 1986

    5. Byty osobowe

    Jako stworzenia natury duchowej, aniołowie posiadają rozum i wolną wolę w stopniu doskonalszym niż człowiek, niemniej w stopniu skończonym. Skończoność należy bowiem do istoty wszystkich stworzeń. Aniołowie są więc bytami osobowymi i w tym znaczeniu także oni stanowią „obraz i podobieństwo” Boga. Pismo Święte mówi o aniołach, używając nie tylko nazw indywidualnych (takich jak imiona własne: Rafał, Gabriel, Michał), ale także nazw „zbiorowych” (takich jak Serafini, Cherubini, Trony, Potęgi, Moce, Panowania, Księstwa); rozróżnia wreszcie pomiędzy Aniołami a Archaniołami. Choć język Pisma Świętego ma charakter analogiczny i opisowy, można wnosić, że te byty osobowe łączą się z sobą w pewne jakby społeczności — według stopnia doskonałości lub według szczególnych zadań, jakie są im właściwe. Pisarze starożytni i sama liturgia mówią również o chórach anielskich (9 chórów według Pseudo-Dionizego Areopagity). (…)

    Temat ten może wydawać się „dalszy” czy też „mniej istotny” dla umysłowości współczesnego człowieka. Niemniej jednak Kościół, głosząc otwarcie całą prawdę o Bogu, także Stworzycielu aniołów, wierzy, że w sposób istotny służy człowiekowi. Człowiek żywi przekonanie, że w Chrystusie, Człowieku – Bogu, to on właśnie (a nie aniołowie) znajduje się pośrodku Objawienia Bożego. Tym niemniej, spotkanie w religii ze światem istot czysto duchowych staje się dlań cennym odkryciem, że on sam jest w swojej istocie nie tylko ciałem, ale i duchem i że jest częścią prawdziwie wielkiego i skutecznego planu zbawienia w obrębie wspólnoty bytów osobowych, które dla człowieka i z człowiekiem służą opatrznościowym zamysłom Boga.

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 6 sierpnia 1986

    6. Zjednoczeni z Bogiem

    Aniołami nazywa Pismo Święte oraz Tradycja te czyste duchy, które w podstawowej próbie wolności wybrały Boga, Jego chwałę oraz Jego królestwo. Są one zjednoczone z Bogiem przez uświęcającą miłość, która płynie z jasnego i uszczęśliwiającego widzenia Trójcy Przenajświętszej. „Aniołowie […] w niebie — mówi Chrystus — wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie” (Mt 18,10). Owo „wpatrywanie się w oblicze Ojca” jest najwyższym przejawem adoracji Boga. Można powiedzieć, że w nim spełnia się owa „niebiańska liturgia” w imieniu całego kosmosu, z którą nasza ziemska liturgia Kościoła łączy się stale, a zwłaszcza w swoich momentach szczytowych. Wystarczy przypomnieć akt, w którym Kościół na całym świecie, codziennie i o każdej porze, przed rozpoczęciem Modlitwy Eucharystycznej w centralnym punkcie Mszy św., odwołuje się do Aniołów i Archaniołów, by śpiewać chwałę Boga po trzykroć Świętego, jednocząc się z tymi pierwszymi adoratorami Boga w oddawaniu czci i w miłosnym poznaniu niewypowiedzianej tajemnicy Jego świętości.

    Uczestnicząc w życiu Trójcy poprzez światło chwały, aniołowie są — wedle świadectwa Objawienia — powołani także do tego, aby w momentach określonych planem Bożej Opatrzności uczestniczyć w dziejach zbawienia ludzi. „Czyż nie są oni wszyscy duchami przeznaczonymi do usług, posłanymi na pomoc tym, którzy mają posiąść zbawienie?” — pyta autor Listu do Hebrajczyków (1,14). W to wierzy i tego naucza Kościół, w oparciu o Pismo Święte, z którego dowiadujemy się, iż zadaniem dobrych aniołów jest ochrona ludzi i troska o ich zbawienie.

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 6 sierpnia 1986

    7. Miłujący dobro

    W doskonałości swojej duchowej natury aniołowie powołani są od początku — na mocy posiadanego rozumu — do poznania prawdy i miłowania dobra, które znają w sposób pełniejszy i doskonalszy, aniżeli może je znać człowiek. Miłość ta jest aktem wolnej woli, bowiem także w przypadku aniołów wolność oznacza możliwość wyboru pomiędzy działaniem na rzecz znanego im Dobra, czyli Boga, lub wbrew Niemu. (…) Stwarzając czyste duchy jako istoty wolne, Bóg w swojej Opatrzności nie mógł nie przewidzieć również możliwości grzechu aniołów. Ponieważ zaś Opatrzność jest odwieczną Mądrością miłującą, Bóg sam wie, jak z dziejów tego grzechu, nieporównanie radykalniejszego jako grzechu czystego ducha, wyprowadzić ostateczne dobro całego stworzonego wszechświata.

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 23 lipca 1986

    8. Dokonujący wyboru

    Wybór, jaki się dokonał na podstawie prawdy o Bogu, poznanej przez czyste duchy w wyższym stopniu dzięki jasności ich umysłu, podzielił świat czystych duchów na dobrych i złych. Dobrzy wybrali Boga jako dobro najwyższe i ostateczne, poznane przez rozum oświecony objawieniem. Wybrali Boga, to znaczy zwrócili się do Niego całą wewnętrzną mocą swojej wolności, a moc ta nazywa się właśnie „miłość”. Bóg stał się całkowitym i ostatecznym celem ich duchowej egzystencji. Drudzy natomiast odwrócili się od Boga, wbrew prawdzie poznania, która ukazywała w Nim dobro najwyższe i ostateczne. Wbrew objawieniu tajemnicy Bożej i Jego łasce, która zapraszała do uczestnictwa w życiu Trójcy, do wiecznej przyjaźni z Bogiem, do zjednoczenia z Nim przez miłość. Na gruncie swojej stworzonej wolności dokonali wyboru podobnie radykalnego, podobnie nieodwracalnego, jak aniołowie dobrzy; był to jednakże wybór diametralnie przeciwny: zamiast pełnego miłości przyjęcia Boga — Jego odrzucenie w złudnym poczuciu samowystarczalności, w duchu sprzeciwu, czy wręcz nienawiści, która przerodziła się w bunt.

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 23 lipca 1986

    9. „Przez pychę zaczęło się zło”

    Jak pojąć rację tego sprzeciwu i buntu wobec Boga u istot obdarzonych tak żywym rozumem i tak bogatych w światło? Jaki może być motyw owego radykalnego i nieodwracalnego wyboru wbrew Bogu? Owej nienawiści zbyt głębokiej, by nie wydawała się być jedynie owocem szaleństwa? Ojcowie Kościoła i teologowie mówią bez wahania o „zaślepieniu” doskonałością własnego bytu, które przesłoniło całkowicie wyższość Boga, wymagającą przecież aktu posłusznego oddania. W zwięzły sposób zdają się to oddawać słowa: „Nie będę służyć!” (Jr 2,20), które mówią o radykalnej i nieodwracalnej odmowie uczestnictwa w kształtowaniu królestwa Boga w stworzonym wszechświecie. „Szatan”, duch zbuntowany, chce mieć własne królestwo, które nie jest królestwem Bożym i mianuje się pierwszym „przeciwnikiem” Stwórcy, przeciwnikiem Opatrzności, antagonistą Mądrości miłującej Boga. Z buntu i grzechu szatana, tak jak z buntu i grzechu człowieka, winniśmy wyciągnąć odpowiednie wnioski, przyjmując mądre słowa z Pisma Świętego: „przez pychę zaczęło się zło” (por. Tb 4,13).

    Katecheza Jana Pawła II w cyklu „Wiara w Boga, Stworzyciela rzeczy widzialnych i niewidzialnych”

    Audiencja generalna, środa, 23 lipca 1986

    Magdalena Żuraw/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dotyk Anioła

    Dotyk Anioła

    Most Anioła – Rzym (fot. deon.pl / Józef Augustyn SJ)

    ***

    Być może nad twoim łóżkiem, gdy byłeś dzieckiem Rodzice powiesili obraz z Aniołem Stróżem, który z wielką troską przeprowadza dziewczynkę i chłopca przez wąską kładkę nad rwącym potokiem (na dodatek zwykle brakowało w niej niektórych deseczek). Mogłeś sobie wyobrażać, że to ty i twoja siostra lub koleżanka z przedszkola.

    Patrząc na obrazek wydawało się nam, że czuliśmy być może, jak delikatne pióra ze skrzydeł Anioła, dotykają twarzy. Ale to było bardzo dawno temu, gdy byliśmy dziećmi. A teraz kto wie, może zawiesiliście podobny obraz swoim dzieciom, równocześnie zapominając o swoim własnym Aniele Stróżu. A przecież On jest i chyba bywa nieco zasmucony, że o Nim zapominamy. Dlatego idzie przy nas, ale w pewnym oddaleniu, bo Go nie zapraszamy do swojego towarzystwa. Pytamy siebie, w jakich sprawach mógłby nam ewentualnie pomóc nasz Anioł Stróż? W znalezieniu miejsca pracy, w bardziej bezpiecznym prowadzeniu samochodu, w unikaniu znaczących błędów, gdy prowadzimy księgowość lub jesteśmy pracownikami banku?

    Inaczej myśleli Święci. I tak na przykład święta siostra Faustyna widziała swojego Anioła Stróża (otrzymując specjalną łaskę mistyczną), gdy jechała z Wilna do Warszawy i potem z Warszawy do Krakowa. W jednej z wizji to właśnie Anioł Stróż prowadził ją przed tron Najwyższego. Zaś jezuita, święty Piotr Faber, prosił Anioła Stróża miasta, do którego przybywał, o duchowe przygotowanie mieszkańców do owocnego słuchania jego kazań.

    Ktoś dał mi kiedyś radę, bym przed trudnym egzaminem poprosił Anioła Stróża surowego Profesora, by na egzaminie trafił z pytaniem, na które znam odpowiedź. Tę radę daję wszystkim Studentom, by przypomnieli ją sobie w zimowej sesji.

    Myślę, że warto powrócić do znanej nam z dzieciństwa modlitwy do Anioła Stróża:

    Aniele Boży, stróżu mój,
    Ty zawsze przy mnie stój.
    Rano, wieczór, we dnie, w nocy
    Bądź mi zawsze ku pomocy,
    Strzeż duszy, ciała mego,
    zaprowadź mnie do żywota wiecznego.
    Amen.

    A jeśli powyższa modlitwa nie trafia już do Waszych serc, to napiszcie swoją własną! No i czasem naradzaj się z Twoim Aniołem Stróżem, wszak on zwykle – zwłaszcza gdy o Nim zapominamy – stoi przed obliczem Boga i raduję się, że może Go nieustannie wysławiać. I nie nudzi mu się powtarzanie słów: Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Zastępów…
    Bóg dał nam Świętych Aniołów Stróżów, by nas prowadzili na drogach Bożych. To Oni wypraszają nam łaskę intuicyjnego odróżniania dobra od zła. Stwarzają też wokół nas przyjazną atmosferę. Bardzo im zależy, byśmy przez całe życie byli, jak Oni przyjaciółmi Boga.

    Nie anioł stróż / Ks. Jan Twardowski

    mojego Anioła Stróża nie widać
    choć nie zazdrości archaniołom
    nie strzeże nikogo jak na obrazku
    przewraca kładkę po której idę
    rzuca w przepaść na zbitą głowę
    wyciąga za nogawki
    pyta – jak leci
    mówię mu nieprzyzwoity po łacinie banał
    – Aniele tobie łatwo bo nie masz ciała
    ale mnie sempiterna zabolała
    nie rozumie strzeżonego Pan Bóg nie strzeże
    do Boga idzie się na całego
    przez kładkę skopaną
    przez miłość która wyszła bokiem
    przez rozpacz ze szczegółami
    przez korek uliczny w którym ugrzęzło pogotowie z syreną
    czasem jak stonoga co pomyliła nogi i stanęła jak noga
    tłumaczył i ja tłumaczę ale na obrazkach inaczej

    o. Marek Wójtowicz SJ / o. Błażej Guz SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Najlepsza modlitwa do Anioła Stróża

    Najlepsza modlitwa do anioła stróża

    (fot. shutterstock.com)

    ***

    Każdy z nas ma swojego anioła stróża. Jest z nami nieustannie i nigdy nas nie opuszcza. Jak się do niego modlić? Jak z nim rozmawiać? Odpowiedzią może być ta modlitwa.

    Miły Bogu Aniele, który mnie pod Twoją świętą opiekę oddanego, od początku mego życia bronisz, oświecasz i mną kierujesz. Czczę Cię i kocham jako mojego Patrona i Opiekuna, Twojej opiece zupełnie się oddaję. Proszę Cię pokornie, abyś mnie nie opuszczał choć jestem niewdzięczny i przeciw świętym Twoim natchnieniom wykraczam, lecz abyś mnie gdy błądzę – łaskawie poprawiał, gdy upadnę – podźwignął, nieumiejętnego – nauczał, strapionego – pocieszał, w niebezpieczeństwie zostającego – ratował, aż mnie do szczęśliwości w niebie doprowadzisz. Amen.

    św. Alfons Liguori

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 wskazówki św. Ojca Pio, jak słuchać swojego Anioła Stróża

    4 wskazówki św. Ojca Pio, jak słuchać swojego Anioła Stróża

    (fot. shutterstock.com)

    ***

    Ojciec Pio bardzo dobrze znał anioły i spotykał się z nimi przez całe swoje życie. Otrzymywał także wewnętrzne przekazy i musiał rozpoznawać, czy są to pokusy oraz jak powinien na nie reagować.

    W liście, który napisał 15 lipca 1913 roku do Annity, przekazuje jej (jak i nam) kilka nieocenionych porad odnoszących się do tego jak współpracować z naszym Aniołem Stróżem, reagować na pokusy serca i jak się modlić za jego wstawiennictwem.

    Wskazówki ojca Pio:

    1. Obecność

    Ojciec Pio mówi o tym, że Bóg, ale też Maryja i nasz Anioł Stróż powinni być w centrum naszego życia.

    “Droga Córko Jezusa,

    Niech Twoje serce będzie zawsze świątynią Ducha Świętego. Niech Jezus roznieci ogień swojej miłości w Twojej duszy i niech zawsze uśmiecha się do Ciebie, tak jak do wszystkich dusz, które kocha. Niech Przenajświętsza Maryja uśmiecha się do Ciebie w czasie wszystkich wydarzeń Twego życia i obficie uzupełnia pustkę nieobecności ziemskiej matki. Niech Twój dobry Anioł Stróż zawsze dogląda Ciebie i będzie Twoim przewodnikiem na trudnej ścieżce Twego życia. Niech zawsze utrzymuję Cię w chwale Jezusa i niech utrzymuje w swych dłoniach byś nogi na kamieniu nie mogła zranić. Niech ochrania Cię pod swymi skrzydłami od wszelkich oszustw tego świata i jego zła”.

    2. Docenienie pracy Anioła

    Ojciec Pio prosi Anitę o docenienie swojego Anioła Stróża. Wszyscy wiemy o jego obecności, ale w rzeczywistości nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo pomaga nam w codziennym życiu oraz w relacji z samym Bogiem.

    “Annito, miłuj wielką pobożność tego dobrego anioła. Jakże pocieszające jest wiedzieć, że mamy ducha, który od łona matki, aż po nasz grób, nigdy nas nie opuści nawet na chwilę, nawet wtedy gdy jesteśmy skłonni do grzechu. Ten niebiański duch prowadzi nas i chroni jak brata, przyjaciela. Pocieszające jest również wiedzieć, że ten anioł modli się za nas nieustannie, i przedstawia Bogu wszystkie nasze dobre uczynki, nasze myśli, nasze pragnienia, jeśli tylko są czyste… nie zapominaj o tym niewidzialnym towarzyszu, zawsze obecnym, zawsze skłonnym nas wysłuchać i zawsze gotowym pocieszyć”.

    3. Nigdy nie mów, że jesteś sam

    “Nigdy nie mów, że zostałaś sama ze swoimi trudnościami; Nigdy nie mów, że nie masz nikogo dla kogo możesz otworzyć swoje serce i zaufać. Byłaby to ogromna niesprawiedliwość dla niebiańskiego posłańca”. – Zawsze jest ktoś, komu możesz powierzyć swoje problemy.

    4. Bądź uważny na zło

    Anioł Stróż jest przy nas cały czas, ale często musimy umieć rozróżnić czy słuchamy swojego dobrego anioła czy może tego złego. Ojciec Pio bardzo jasno pokazuje nam swój sposób widzenia na temat wewnętrznej walki i udziela nam wskazówek na pokonywanie trudności.

    “Jeżeli chodzi o wewnętrzne głosy, nie przejmuj się, zachowaj spokój. To czego musisz unikać to nadmierne przywiązanie Twojego serca do tych słów. Nie poświęcaj im zbyt dużo uwagi. (…) Nie daj sobie zamieszać w głowie, próbując rozpoznać, które wewnętrzne przesłanie pochodzi od Boga. Jeśli Bóg jest ich autorem, jednym z głównych znaków jest to, że gdy słyszysz te głosy, wpierw napełniają Twoją duszę strachem i zmieszaniem, ale później doświadczasz Boskiego pokoju. Kiedy autorem wewnętrznych dialogów jest wróg, wtedy zaczyna się fałszywa ochrona, a następnie agitacja i bardzo złe samopoczucie”.

    aleteia.org / jp / Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O zapomnianych aniołach

    O zapomnianych aniołach

    (fot. CrashSunRay / flickr.com / CC)

    ***

    W dzisiejsze wspomnienie św. Aniołów Stróżów Kościół ponownie wyznaje wiarę w istnienie stworzonych niewidzialnych duchów. Aniołowie to nie są piękne symboliczne postaci, fruwające w niebiosach, lecz duchowe istoty, przenikające nasz świat. Kościół zachęca do tego, byśmy nie poprzestali na dziecinnych zachwytach nad skrzydlatymi istotami w bieli, lecz zwrócili baczniejszą uwagę na ich obecność w codziennym życiu.

    O. Jacek Bolewski SJ w swojej książce “Zająć się Ogniem. Odkrywanie duchowości ignacjańskiej” pisze: “dla podkreślenia, że nawet – a może zwłaszcza ! – w swym bezpośrednim działaniu Bóg pozostaje nieuchwytny, niewidzialny, tajemniczy, zauważa się pośredni charakter Jego działania jako dokonującego się zawsze za pośrednictwem innych rzeczywistości”.

    Takimi pośrednikami Bożego działania są aniołowie stróżowie, którzy, jak mówi Jezus, wpatrują się nieustannie w oblicze Ojca niebieskiego i równocześnie swoją uwagę skupiają na człowieku. Niesamowite w nich jest to, że będąc istotami doskonalszymi niż ludzie, potrafią – na wzór Wcielonego Syna Bożego – uniżyć się i służyć cielesno-duchowemu człowiekowi. Ich zadanie polega na tym, by, z jednej strony, kontemplować oblicze Boga i, mocą tej szczególnej relacji, prowadzić i strzec ludzi, czyli mówić, poruszać, pomagać im w rozpoznaniu woli Boga na co dzień. Aniołowie potrafią to pokornie czynić, ponieważ doświadczają, jakim szczęściem dla każdego rozumnego stworzenia jest oglądanie Boga. I chcą tego także dla ludzi.

    Od paru dni śledzę zażartą dyskusję, jaka toczy się na Deonie, wokół dwóch tekstów (Janusza Poniewierskiego i o. Jacka Prusaka SJ) poświęconych egzorcystom i opętaniom. I tak sobie dzisiaj pomyślałem, że gdybyśmy tyle samo uwagi, energii i emocji poświęcali naszym aniołom stróżom co demonom, świat byłby o wiele szczęśliwszy i lepszy. A tak nie jest. Dlaczego?

    Ludziom wierzącym, a także kulturze popularnej, aniołowie zwykle kojarzą się bardzo dobrze. Jako sympatyczne stworzenia, gotowe do pomocy. Niestety, najczęściej mówi się o nich w dzieciństwie, w bajkach i w filmach. Większość z nas za młodu uczyła się modlitwy “Aniele Boży, Stróżu mój”. Bo przecież każde dziecko, jak mawiali nasi rodzice i wychowawcy, ma swojego niebieskiego opiekuna.

    Sęk w tym, że jego opieka nie kończy się z chwilą osiągnięcia dorosłości przez dziecko. Nadal każdemu z nas towarzyszy osobisty anioł stróż, który komunikuje się z nami, przekazuje Bożą wolę, ostrzega i napomina. I właśnie obecność i posłuch dawany dobremu aniołowi jest znacznie ważniejszy niż knowania diabła i demonów, które próbują zaszkodzić człowiekowi.

    Niestety, dziwnym trafem, aniołowie stróżowie zostają często zepchnięci do królestwa bajek i błogiego, niewinnego dzieciństwa, podczas gdy na czoło wysuwa się świat demonów, których działanie wydaje się wielu osobom szczególnie nachalne, namacalne i wszechobecne. Świat dorosłych nie jest przecież światem dzieci. Tutaj sielanki nie ma, a niebezpieczeństwo (bądźmy rozsądni, bardziej przecież niż dobroczynna obecność anioła) czyha za każdym rogiem. Czy ludzie wierzący, którzy uporczywie szukają wszędzie zagrożeń i karmią swoją wyobraźnię kolejnymi opowieściami o demonach, tyleż samo czasu i energii poświęcają rozpoznawaniu działania aniołów stróżów w ich życiu?

    W porównaniu z niemal obsesyjnym zainteresowaniem opętaniami i egzorcyzmami, aniołowie skazywani są na duchową banicję. Jest to niepokojący znak, który pokazuje, że przesadna wrażliwość na diabła i węszenie jego śladów wszędzie, gdzie tylko się da, paradoksalnie, przyćmiewa wrażliwość wierzących na obecność dobrych duchów. Ta druga wymaga bowiem pokoju, ciszy, prostoty, ufności, wiedzy, nauki, metody, a nie lęku i ignorancji.

    Św. Ignacy Loyola pozostawił Kościołowi powszechnemu nieoceniony skarb, myślę, że wciąż mało znany, który pozwala dobrze zaznajomić się ze światem duchów. Mam na myśli jego reguły o rozeznawaniu duchów (dobrych i złych), w których święty, co ciekawe, w ogóle nie zajmuje się opętaniami, lecz poruszeniami duchowymi, czyli uczuciami i myślami, jakie rodzą się na najgłębszym poziomie człowieka – w jego duchu. Te reguły wypływają z osobistego doświadczenia Ignacego, z zakorzenienia w Tradycji Kościoła i z głębokiej wiary w działanie Boga właśnie w tym świecie, a nie gdzieś w “zaświatach”.

    Ignacy zwraca się do ludzi wierzących, a więc tych, którzy zdecydowali się pójść za Chrystusem. Celem rozeznawania duchowego jest dokonanie wyboru właściwej drogi życiowej (powołania), a w szerszym sensie, podejmowanie większych i mniejszych decyzji w codzienności, co dotyczy praktycznie wszystkich.

    Na pierwszym miejscu pozostaje jednak znalezienie woli Boga. Gierki i pokusy “nieprzyjaciela natury ludzkiej” uznane są jedynie za przeszkody, które należy z Bożą pomocą i przy wsparciu Kościoła usunąć. Ignacy żadną miarą nie demonizuje diabła.

    Wiele mówi się w Kościele, zwłaszcza w Polsce, o możliwych obszarach demonicznych zniewoleń. Co niewątpliwie jest potrzebne. Ale jak żyję, nie słyszałem jeszcze, oprócz katechez dla dzieci, niedzielnego kazania niedzielnego dla dorosłych na temat wpływu aniołów stróżów – dobrych duchów na codzienne życie chrześcijan. Czy nie jest to jedna z paradoksalnych wygranych diabła?

    Deon.pl

     _____________________________________________________________________________________________________________

    o. Wawrzyniec Maria Waszkiewicz:

    „Milczenie i mowa Maryi”

    źródło: Wydawnictwo Rosa Mystica

    ***

    Tekst pochodzi z książki „Milczenie i mowa Maryi”, której autorem jest oWawrzyniec Maria Waszkiewicz.

    +++

    Z obfitości serca

    Sit autem omnis homo velox ad audiendum, tardus autem ad loquendum ( Jk 1, 19)

    O pewnym poecie powiedziano, że mógłby powiedzieć wszystko, gdyby tylko miał cokolwiek do powiedzenia. Człowiek ten posiadł fenomenalny warsztat językowy. Tworzył urocze zbitki i gry słowne. Modelował język jak plastelinę… nie miał jednak nic do powiedzenia. Jego twórczość pozostawała próżną – choć genialną – zabawą.

    Jakże inaczej mówili święci! „Chętni do słuchania, nieskorzy do mówienia” (por. Jk 1, 19), kiedy zabierali głos, przekazywali bliźnim owoc głębokiej kontemplacji. Niektórzy z nich – jak św. Jan Chryzostom albo św. Wawrzyniec z Brindisi – byli wielkimi krasomówcami. Niektórzy – jak św. Efrem czy św. Franciszek z Asyżu – byli wielkimi poetami. Niektórzy – jak św. Bernardyn ze Sieny czy św. Jan Kapistran – potrafili przemawiać do ludu przez wiele godzin bez przerwy. A jednak byli małomówni. Mówili tyle, ile było potrzebne, aby rozpalić serca swoich słuchaczy i oświecić ich umysły – dostosowywali się w tym do potrzeb czasu, niekiedy do wymogów stylistycznych, zawsze do poziomu słuchaczy, ale przemawiając, nie szukali siebie. Nie po to mówili, żeby się wygadać – i nie po to, żeby błyszczeć. Mówili, bo mieli coś do powiedzenia – a to, co mieli do powiedzenia, pochodziło z góry, zgodnie z dominikańskim mottem contemplata aliis tradere, przekazywać innym to, co samemu zdobyło się przez kontemplację. „Z obfitości serca mówią usta” (Mt 13, 34), lecz niestety często serce obfituje bardziej w pył tego, co nieważne albo w żółć tego, co niegodziwe – a nie w skarby Bożej mądrości i miłości. Jeden z Ojców Pustyni, abba Pojmen, tak mówił:

    „Bywa człowiek, który niby to milczy, ale jego serce osądza innych: ten mówi nieustannie. Ale bywa i taki, który mówi od rana do wieczora, a zachowuje milczenie: to znaczy nie mówi nic niepożytecznego”.

    Usta mówią z obfitości serca; i mogą mówić pięknie, także nie poznawszy tajników krasomówstwa. To dlatego pośród największych kaznodziejów chrześcijaństwa wspominamy nie tylko wielkich oratorów – jak wspomniani wyżej święci albo jak sławny kaznodzieja Lacordaire – ale także takich, których warsztat (z ludzkiego punktu widzenia) zupełnie nie olśniewał. Sam Lacordaire, człowiek skądinąd głęboko pobożny, pojechał kiedyś do Ars, aby posłuchać kazania świętego proboszcza. Stwierdził następnie, że „kiedy głosi Lacordaire, ludzie [aby go lepiej słyszeć] wchodzą na konfesjonały. Ale kiedy głosi Vianney, ludzie wchodzą do konfesjonałów [aby się wyspowiadać]”. Takim kaznodzieją był w Polsce bł. Jerzy Popiełuszko. Nie był artystą słowa – a jednak słuchały go nieprzebrane tłumy, przyciągane magnesem prawdy ewangelicznej.

    Z drugiej strony jednak, obfitość serca Bogiem wzbogaconego może także sprawić, że człowiek dosłownie oniemieje. Bo jakże przekazywać ułomnym ludzkim słowem to, co dzieje się, kiedy pełnia Słowa wypełni ludzkie serce? I jak wyśpiewywać Tego, który jest niewypowiedziany? Tak jak ludziom o bodaj odrobinie wrażliwości – nie mówiąc już o pobożności – milczenie narzuca się samo, kiedy tylko wejdą do majestatycznej gotyckiej albo romańskiej świątyni, tak też życie kontemplacyjne skłania ku milczeniu. Ba! Bez milczenia jest niemożliwe. To dlatego święci tak wiele milczą – a tak mało mówią. Kiedy jednak już przemówią, to trafiają w sedno – jak króciutkie sentencje (apoftegmaty) starożytnych Ojców Pustyni, zbierające w lapidarność intensywnej sentencji mądrość całych lat ascezy i modlitwy.

    Skoro jednak o wybitnym poecie powiedziano, że mógłby powiedzieć wszystko, gdyby miał cokolwiek do powiedzenia, to cóż powiemy o Maryi? Pieśń Magnificat zdradza nam w Niej największą poetkę. Nie w tym rzecz jednak… Jak wiele miała Maryja do powiedzenia, będąc pełną Słowa Wcielonego! Jak wiele miała do powiedzenia, kontemplując przez trzydzieści lat Jego słowa! A jednak na kartach Ewangelii uderza nas Jej milczenie oraz Jej małomówność. Z obfitości serca milkną usta!

    Jej milczenie! Milczenie spowija pierwszych kilkanaście lat Jej życia. Milczenie ogarnia – nie licząc epizodu odnalezienia dwunastoletniego Jezusa w świątyni – trzydzieści lat spędzonych u boku Syna… I znowuż, po rozpoczęciu przez Niego działalności publicznej, Maryja milknie. Milczenie jest dla Maryi stanem naturalnym, przerywanym nieczęsto, a jeśli już – to z dostatecznie ważnych powodów. To bardzo cenna lekcja dla nas – i spróbujemy pochylić się nad tą lekcją w pierwszej części tej książki.

    Jej małomówność! Nieliczne – jest ich dokładnie siedem – wypowiedzi Maryi na kartach Ewangelii uderzają swoją zwięzłością. Tylko jedna z nich jest nieco dłuższa: to porywający hymn miłości Boga, Magnificat. Są autorzy, którzy – jak na przykład filozof Nicolas Goméz Davila – przez całe życie cyzelują swoje dzieła, dążąc do maksymalnej zwięzłości i przejrzystości stylu. Podziwiamy lapidarność Cezara czy francuskiego aforysty La Rochefoucaulda. Na gruncie czysto katolickim niezmienną popularnością cieszą się wspomniane Apoftegmaty Ojców Pustyni sprzed ponad półtora tysiąclecia czy napisane w XVI wieku króciutkie Przestrogi św. Jana od Krzyża albo dwudziestowieczne myśli duchowe św. Josemarii Escrivy. W wypowiedzi lapidarnej – w której wszystko jest na swoim miejscu, i nie ma niczego, co by nie było potrzebne – jest surowe, ale pociągające piękno. Każde słowo ma sens, ma znaczenie; nic nie jest pustym ozdobnikiem. W przypadku słów Maryi, każde z nich jest niewyczerpanym źródłem. Każde z nich jest nie tylko diamentem, ale kopalnią diamentów. Jest ich dostatecznie dużo, by można było nad nimi rozmyślać przez całe życie – przez całe życie odnajdując w nich coś nowego, dotąd nieznanego.

    Nie znaczy to oczywiście, że przez te wszystkie lata Maryja nigdy nie powiedziała nic poza tymi siedmioma wypowiedziami. Ojciec Emil Neubert pięknie zauważa, że już same przypowieści naszego Zbawiciela zapewne były w niemałym stopniu owocem Jego rozmów z Matką:

    „Dorośli używają w swojej mowie obrazów, które zafascynowały ich w młodości, kiedy to wrażenia wywierają na człowieka silny wpływ. Jan Chrzciciel dorastał na pustyni, gdzie widział żmije, kamienie i uschnięte drzewa. Jezus został wychowany przez Maryję; w Jej towarzystwie obserwował te urocze przedmioty, do których nawiązywał w przypowieściach. Niewątpliwie dzielił się ze swą Matką wrażeniami, jakie one na Nim robiły, tak jak robią to wszystkie dzieci, ponieważ jest doświadczony we wszystkim, podobnie jak my, oprócz grzechu (Hbr 4, 15), a dzielenie się z matką przeżyciami i przemyśleniami jest naturalną potrzebą każdego dziecka.

    Cóż za nieskończenie łagodna wymiana myśli i uczuć między Chrystusem a Maryją na temat tego, co widzieli, słyszeli i robili! O ognisku domowym, którym zajmowała się Maryja, o pszenicy, którą mieliła między dwoma dużymi kamieniami, o cieście, które ugniatała, mieszając je z niewielką ilością drożdży, aby masa urosła, o igraszkach Dzieciątka i o Jej nad Nim opiece, o pracy i zmęczeniu Świętego Józefa.

    Czasami rozmawiali o radości sąsiadki, która znalazła zgubioną drachmę, o wróblach przesiadujących na dachu ich małego domu, o tym, że żaden z nich nie spadnie z niego bez zgody Ojca, o liliach na łące, piękniejszych w swej prostocie niż dostojny przodek. Salomon w całym swym bogactwie. Innymi czasy rozmawiali o owcach, które posłusznie podążają za pasterzem, o tych zabłąkanych, które są sprowadzane do stada na ramionach pasterza, o wilkach, które zaatakowały stado i zostały odpędzone przez pasterza ryzykującego dla owiec swoje życie… Te rozmowy nie były modlitwami, ale dawały Jezusowi i Maryi doskonałą okazję do wyrażenia wzajemnego zaufania i miłości oraz pogłębienia bliskości, jaka istniała między nimi”.

    Jednak to, że Ewangelie przekazują nam tylko siedem pereł Maryi, nie jest przypadkowe. Podobnie jak przypadkowe nie jest to, że na kartach świętej księgi Maryja tak dużo milczy.

    PCh24pl/Wydawca: Rosa Mystica

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża – gwarancja zwycięstwa

    (GS/PCh24.pl)

    ***

    Wydarzenia w Guadalupe, Quito, Paryżu, La Salette, Lourdes, Gietrzwałdzie, Fatimie, Akicie, Kibeho tworzą długi łańcuch Maryjnych interwencji w dzieje świata i grzesznej ludzkości. Kochająca Matka nie może pozostać bezczynna, kiedy Jej dzieciom grozi niebezpieczeństwo – a już zwłaszcza gdy same je sobie ściągają na głowę. Dlatego niestrudzenie od wieków przychodzi do nich z ostrzeżeniem, radą, lekarstwem…

    W roku 1948, w dramatycznych chwilach umacniania się komunizmu w naszej Ojczyźnie, prymas Polski kardynał August Hlond wypowiedział na łożu śmierci znamienne proroctwo: Zwycięstwo, gdy przyjdzie, przyjdzie przez Maryję. Słowa te powtarzał często Ojciec Święty Jan Paweł II, który w swym herbie papieskim użył zawołania świętego Ludwika Marii Grignion de Montfort: Totus tuus, czyli Cały Twój, Maryjo.

    Silna wiara w zwycięstwo Matki Bożej nad siłami zła jeszcze na tym świecie leży u podstaw mariologii wspomnianego świętego, który na początku Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny stwierdza, iż przez Najświętszą Maryję przyszedł na świat Jezus Chrystus i przez Nią też chce On w świecie panować. To przekonanie prowadzi autora traktatu do wniosku o szczególnej roli Matki Chrystusowej w powtórnym przyjściu Jej Syna, na które właśnie Ona przygotuje świat.

    Jakby dla potwierdzenia tej szczególnej roli Najświętszej Dziewicy w planie Opatrzności Bożej i historii Zbawienia, Bóg posyła swoją najwierniejszą Córkę, aby przychodziła do swoich dzieci z wezwaniem do nawrócenia, zadośćuczynienia i modlitwy – oraz przesłaniem nadziei na Jej zwycięstwo.

    Doświadczamy tego w szczególnym nagromadzeniu objawień naszej Pani na przestrzeni ostatnich dwustu lat. Im bardziej przyspieszał proces antychrześcijańskiej Rewolucji, zapowiadając kolejne prześladowania, tym bardziej kochająca Matka przypominała o swojej pomocy w uznanych przez Kościół objawieniach.

    Wobec postępów antychrysta

    Warto się wsłuchać w jakże adekwatne w tych okolicznościach słowa kardynała Ivana Diasa, wysłannika papieża Benedykta XVI na uroczystości rozpoczynające odchody stupięćdziesięciolecia objawień Maryjnych w Lourdes.

    Pragnę umieścić te objawienia w szerszym kontekście nieustannej a zaciekłej walki toczącej się pomiędzy siłami dobra i zła – mówił 8 grudnia 2007 roku ówczesny Prefekt Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów – walki, która toczy się od początku dziejów ludzkości w Rajskim Ogrodzie i będzie trwać aż do końca czasów. Objawienia w Lourdes są jednymi z pierwszych w długim łańcuchu objawień Matki Bożej, który rozpoczął się dwadzieścia osiem lat wcześniej, w roku 1830 przy Rue de Bac w Paryżu. (…)

    Po Lourdes Matka Boża nie przestaje okazywać całemu światu żywej matczynej troski o los ludzkości w swych kolejnych objawieniach. Wszędzie prosi o modlitwę i pokutę w intencji nawrócenia grzeszników, ponieważ widzi duchową ruinę niektórych krajów, widzi cierpienia, jakie będzie znosił Ojciec Święty, widzi ogólne osłabienie wiary chrześcijańskiej i trudności Kościoła. Maryja widzi nadejście antychrysta i podejmowane przezeń próby zastąpienia Boga w życiu ludzi: próby, które mimo olśniewających sukcesów będą jednak skazane na niepowodzenie. (…)

    Walka między Bogiem a jego nieprzyjacielem jest zawsze zacięta, nawet bardziej dzisiaj niż w czasach Bernadetty sto pięćdziesiąt lat temu. Ponieważ ludzkość pogrąża się w bagnie sekularyzmu, który chce stworzyć świat bez Boga; relatywizmu, który przytłacza stałe i niezmienne wartości Ewangelii; oraz religijnej obojętności na wyższe dobra i sprawy Boga i Kościoła. Ta walka pochłania niezliczone ofiary w naszych rodzinach i wśród naszej młodzieży.

    W obliczu największej bitwy

    Przypominając znamienną wypowiedź kardynała Karola Wojtyły z 9 listopada 1976 roku (Stoimy dziś w obliczu największej bitwy, jaką ludzkość kiedykolwiek widziała. Nie sądzę, aby wspólnota chrześcijańska do końca ją zrozumiała) papieski wysłannik do Lourdes wskazał, iż Maryja Dziewica po raz kolejny zaprasza nas dzisiaj, abyśmy się stali częścią Jej legionu walczącego z siłami zła. Na znak naszego udziału w Twojej ofensywie prosisz, Najświętsza Matko, o nawrócenie serc, o żarliwe nabożeństwo do Świętej Eucharystii, o codzienne odmawianie Różańca, o modlitwę bez wytchnienia i obłudy, a także o przyjęcie cierpienia dla zbawienia świata.

    Objawienia przy Rue de Bac w Paryżu (1830) i pomoc w postaci Cudownego Medalika, w La Salette (1846) i zapowiedź kryzysu w Kościele, w Lourdes (1858), w Gietrzwałdzie (1877), w Fatimie (1917) i Akicie (1973) stanowią pasmo matczynych interwencji, za pomocą których – mówił kardynał Dias – Najświętsza Maryja Panna tka ze swoich duchowych synów i córek wielką sieć, szykując potężną ofensywę przeciwko siłom złego na całym świecie, która przyniesie ostateczne zwycięstwo Jej Boskiego Syna, Jezusa Chrystusa.

    Ostrzegając swoje dzieci przed apokaliptyczną karą, jaką Bóg ześle na pogrążony w grzechu rodzaj ludzki, Matka Kościoła jednocześnie gwarantuje im zwycięstwo we wspomnianej powyżej bitwie i to jeszcze w doczesności – tak, jak tego oczekiwało tylu świętych. Na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje! – sama to obiecała.

    Jedno jest pewne – podkreślił przemawiając w Lourdes kardynał Ivan Dias – ostateczne zwycięstwo należy do Boga, a stanie się to dzięki Maryi.

    Sławomir Skiba

    (tekst pochodzi z 94. numeru magazynu „Polonia Christiana”)

    św. Ludwik Maria de Montfort: Najświętsza Maryja Panna jest Matką Mistycznego Ciała Chrystusa i Bóg uczynił Jej wielkie rzeczy, których nie jesteśmy w stanie w pełni teraz poznać. Jest królową Aniołów – bytów duchowych a Jej orędownictwo jest wszechpotężne. Otrzymała pełnie łask Bożych, by w życiu ziemskim mieć przywilej Matki Jezusa Chrystusa Jedynego Zbawiciela człowieka. Królestwo Boże rozwijając się we wnętrzu człowieka w jego duszy, za sprawą Ducha Świętego któremu Maryja nierozłącznie towarzyszy i z woli Najwyższego jest szafarką łask duchowych; jest drogą prowadzącą do Jezusa, a kto Ją poznał znajdzie Życie którym jest Jej Syn Jezus Chrystus. Maryja – z woli Bożej – rozpoczęła Boski zamysł zbawienia jako Ta, która zetrze głowę węża siedlisko diabelskiej pychy, prowadzącej na bezdroża kłamstwa i śmierci duchowej. Maryja jest zjednoczona z wolą Bożą i ludzkiej miłości nie zatrzymuje na sobie, lecz ją ukierunkowuje na Owoc Swego Żywota na Boga-Człowieka Jezusa Chrystusa i Trójcę Świętą. Nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny jest rzeczą zbawienną; Jej szczodre serce wyprasza hojne łaski dla czcicieli a praktyka różańca świętego (o który wciąż prosi) jest potężnym młotem na zamysły upadłego anioła i uświęca duszę wierzącego.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Święty Szymon Stock – sama Najświętsza Maryja miała podać mu szkaplerz

    Święty Szymon Stock – sama Maryja miała podać mu szkaplerz

    WIKIPEDIA

    ***

    Gdy śpiewał ułożony przez siebie hymn: „Kwiecie Karmelu/ Płodna winnico/ Ozdobo niebios”, sama Maryja miała podarować mu szkaplerz.

    Ojciec Joachim Badeni mawiał: „Lepiej trzymać się pewników, płaszcza Matki Bożej. My, dominikanie, mamy opowieść, że ktoś poszedł do nieba i nie znalazł tam ani jednego dominikanina. Okazało się, że wszyscy schowani byli pod płaszczem Matki Bożej, nawet bardzo gruby św. Tomasz, do którego Matka Boża powiedziała: »Tomaszu, mówiłam ci: nie jedz tyle spaghetti«. Trzymać się płaszcza Matki – to najpewniejsza droga do nieba!”.

    Czy to nie obrazowa opowieść o szkaplerzu, który jest materialnym potwierdzeniem słów: „Pod Twój płaszcz się uciekamy”? Słowo scaphulae oznacza nie tylko „wierzchnią szatę”, ale i „skrzydła, pióra”. Oba te znaczenia są trafne i wiele mówią o szkaplerzu. Nie działa on jak talizman i nie jest żadnym karmelitańskim amuletem. Katechizm wyjaśnia: „Sakramentalia to znaki święte, które z pewnym podobieństwem do sakramentów oznaczają skutki, przede wszystkim duchowe, a osiągają je przez modlitwę Kościoła”. Działają ex opera operantis, to znaczy, że łaska jest zawsze, ale możemy z niej nie skorzystać. Ich moc wypływa z wiary osoby, która je nosi.

    Mówimy: szkaplerz, myślimy: Karmel. Ta monastyczna rodzina narodziła się na górze Karmel na przełomie XII i XIII wieku. Gdy opuszczający Ziemię Świętą karmelici dotarli w 1215 roku do zachodniej Europy (najpierw na Sycylię, a później do Francji i Anglii), na Soborze Laterańskim IV wydano dekret zabraniający zakładania nowych zakonów. Nie uznawał on również istnienia tych zgromadzeń, które nie były oparte na jednej z klasycznych, oficjalnie zaaprobowanych przez Kościół reguł. Co teraz? Karmelici mieli twardy orzech do zgryzienia.

    Święty Szymon Stock (przyszedł na świat w 1175 r. w hrabstwie Kent, w Anglii) już jako młodzieniec został eremitą i zamieszkał w pniu ogromnego dębu (ang. stock – pień). Gdy Turcy zmusili karmelitów do opuszczenia Ziemi Świętej, ci przybyli do Anglii (1237 r.), a Szymon wstąpił do tego zakonu. Po ośmiu latach na kapitule w Aylesford wybrano go na jego generała. Wedle tradycji, gdy w nocy z 15 na 16 lipca 1251 roku śpiewał ułożoną przez siebie modlitwę: „Kwiecie Karmelu/ Płodna winnico/ Ozdobo niebios/ Matko Dziewico/ O Najwybrańsza/ Czysta i wierna/ Dzieciom Karmelu/ Bądź miłosierna/ O Gwiazdo morza”, miał widzenie Maryi, która podała mu szkaplerz, zapowiadając: „Przyjmij, najmilszy synu, szkaplerz twego zakonu jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania”. Interwencja okazała się skuteczna. Szymon zaopatrzony w listy polecające papieża mógł bez przeszkód zakładać nowe klasztory: w Brukseli, w Liege, w Malines, w Gandawie, w Utrechcie, w Szkocji i Irlandii. Zmarł 16 maja 1265 r. w Bordeaux podczas wizytacji jednego z klasztorów.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Watykan:

    Stanowisko w sprawie dopuszczenia do Komunii świętej

    osób rozwiedzionych będących w nowych związkach

    Trwa renowacja kopuły bazyliki św. Piotra  

    fot. Vaticannews

    ***

    Możliwość dopuszczenia do komunii osób rozwiedzionych będących w nowych związkach, które nie powstrzymują się od kontaktów seksualnych, to “autentyczne nauczanie” – wyjaśnił Watykan w odpowiedzi dla emerytowanego arcybiskupa Pragi kardynała Dominika Duki, który zadał pytania w imieniu Konferencji Episkopatu Czech. Stanowisko w tej sprawie opublikowano na stronie Dykasterii Nauki Wiary.

    Odpowiedzi udzielił nowy prefekt Dykasterii Nauki Wiary kardynał Victor Manuel Fernandez z Argentyny powołując się na adhortację apostolską Franciszka “Amoris laetitia”, ogłoszoną siedem lat temu.

    Przypomniał, że dokument ten otwiera możliwość dopuszczenia do sakramentów Pojednania i Eucharystii kiedy, w szczególnym przypadku, “istnieją ograniczenia, które umniejszają odpowiedzialność i winę”.

    Na stronie internetowej watykańskiej Dykasterii można przeczytać w odpowiedzi, że należy uznać, że proces towarzyszenia “nie wyczerpuje się koniecznie wraz z sakramentami, ale może być nakierowany na inne formy integracji w życie Kościoła”. W tym kontekście wymieniono większą obecność we wspólnocie kościelnej, udział w grupie modlitewnej czy refleksyjnej i w różnych innych działaniach.

    To, jak zaznaczono, zaproszenie do podążania drogą Jezusa: “miłosierdzia i integracji”.

    Franciszek, cytowany przez watykański urząd, przypomniał, że jego adhortacja “Amoris laetitia” oparta jest na nauczaniu poprzednich papieży, którzy “uznawali możliwość przystąpienia rozwiedzionych w nowych związkach do Eucharystii”, o ile “zobowiążą się do życia w pełnej wstrzemięźliwości, czyli do powstrzymania się od aktów właściwych małżonkom”, jak proponował św. Jan Paweł II.

    Jak zaznaczono, Benedykt XVI mówił zaś o “zobowiązaniu do życia w relacji jako przyjaciele”.

    Dykasteria wyjaśniła następnie: papież Franciszek podtrzymuje “propozycję pełnej wstrzemięźliwości dla rozwiedzionych w ponownych związkach, ale przyznaje, że mogą być trudności w jej praktykowaniu, a zatem pozwala, by w pewnych przypadkach, po odpowiednim rozeznaniu, na udzielenie sakramentu Pojednania także wtedy, gdy nie udaje się być dotrzymać wierności wobec wstrzemięźliwości proponowanej przez Kościół”.

    Wyjaśniono zarazem, że wspomniana adhortacja jest zwyczajnym dokumentem papieskiego nauczania, wobec którego wszyscy są wezwani do zaoferowania podejścia w duchu “inteligencji i woli”.

    Gość NIedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pisanie jest modlitwą. Jon Fosse jako mistyk

    Pisanie jest modlitwą. Jon Fosse jako mistyk

    Jon Fosse (fot. TIME / YouTube.com)

    ***

    Dwóch bohaterów o tym samym imieniu, a jakże odmienne jest ich życie. Tan sam świat dookoła, a jakże różne są ich spojrzenia na rzeczywistość. Dlaczego jestem tym, kim jestem, a nie tym drugim, ani też sobą sprzed lat? „Gdyby mnie nie było, nie istniałby Bóg”. Prozę tegorocznego laureata literackiej Nagrody Nobla Jona Fossego charakteryzuje refleksja niewyrażalna w słowach, która rzuca wyzwanie książkowej teologii.

    Potrzebowałem trochę czasu, by przeczytać jedno z nielicznych jego dzieł, dostępnych w języku polskim. Już po pierwszych dwudziestu stronach wiedziałem, że go pokocham.

    Fosse pisze w języku nynorsk i jest autorem powieści, poetą, eseistą i dramaturgiem. Znają go także najmłodsi czytelnicy dzięki nagrodzonej w Norwegii książce “Nieskończenie późno” Jego dramaty grali polscy aktorzy na scenach Teatru Współczesnego w Warszawie, Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, teatrów w Łodzi, Poznaniu i Szczecinie.

    Poszukiwanie znaków

    Jego powieść “Drugie imię. Septologia I-II” to dwie pierwsze części siedmioksięgu. Ma ona w sobie coś z pocierania palcem i muskania myślą koralików różańca. Pisarz wciąga czytelnika rytmem oddechu i powracania po raz kolejny do tego, co już zostało raz wypowiedziane. Nie powtarza się, lecz huśta się na słowach w przyjemnym rytmie wahadła, raz w przód, raz wstecz. Kreśli myśli farbą, która wymyka się z palety barw. Maluje wewnętrzne obrazy, na których wyszywa proste ściegi oszczędnych dialogów. Szuka znaków, ale nie na niebie, lecz w życiu człowieka. Szuka harmonii zanurzonej w paradoksie.

    To, czemu się człowiek poświęca i w czym zostaje ekspertem, czy będzie to malowanie czy łowienie ryb, wymaga od niego precyzji, by odczytywać znaki. Doświadczony wędkarz będzie wiedział, na co zwracać uwagę, by złowić to, na co zarzucił przynętę – „człowiek uczy się wielu punktów orientacyjnych i znaków, a każdy znak ma swoje cechy, są znaki dobre podczas przypływu i są znaki dobre podczas odpływu”. Podobnie jest z wiarą i mistycyzmem. Podobnie jest ze sztuką. Wszystkie znaki wskazują na powiązania wszystkiego ze wszystkim – „wszystkie religie są jednością, myślę, i pod tym względem również religia i sztuka się ze sobą łączą, także dlatego, że zarówno Biblia, jak i liturgia są fikcją, poezją i obrazem, są literaturą, teatrem i sztukami wizualnymi i jako takie mają swoją prawdę, bo oczywiście również sztuka ma swoją prawdę”. W takiej optyce „wszystko więc wiąże się ze sobą w niezwykły sposób, wszystko jest jedną wielką całością”. Mimo, że tak wiele jest na świecie twarzy, wszystkie łączą się w jedno oblicze.

    Bóg jest bliskością

    Autor „Septologii” towarzyszy swoim bohaterom w ich samotności, tej romantycznej i tej zawinionej, której jedyną towarzyszką jest butelka mocnego alkoholu. Uważa, że mówienie o istnieniu Boga spłyca wiarę. Dla niego Bóg nie istnieje. On po prostu jest, był i nadchodzi. Albowiem „do Boga nie da się dotrzeć myśleniem, mówię Bo albo ktoś czuje, że Bóg jest blisko, albo nie, mówię Bo Bóg jest zarówno daleką nieobecnością, tak, samym byciem, jak i bliskością zupełnie bliską”. Bóg jest najbliżej ludzi w rozpaczy, w ciemności. Wtedy „odcinają się od ciemności, jakby światło bijące z nich wykrawało ich z ciemności”.

    Przejście na katolicyzm w 2012 roku, całkowite zerwanie z piciem alkoholu i pozostawienie wcześniejszych fascynacji marksizmem i ateizmem zawdzięcza Fosse Mistrzowi Ekhartowi. Od niego uczył się godzenia sprzeczności: czarne światło, świetlista ciemność, wszechmocna słabość. Opowiadając o swoim chrześcijaństwie buntuje się przeciw dogmatycznemu podchodzeniu do wiary, a bohater jego „Septologii” zadaje sobie pytanie: „dlaczego chrzest ma być niezbędny do zbawienia? Czy Bóg nie może robić tego, co chce? Bo skoro jest wszechmogący, to chyba od Jego woli zależy, że jedni mają zostać ochrzczeni, a drudzy nie? Nie, to głupota, jaką jest wiara w niezbędność chrztu do zbawienia”.

    “Pisanie jest rodzajem podróży w nieznane” – powiedział Fosse w wywiadzie dla Los Angeles Review of Books. To także podróż w czasie, w tę i z powrotem. W jednej ze scen „Septologii” zatrzymuje się samochodem przy placu zabaw, gdzie widzi siebie sprzed lat, przeżywającego z przyszłą żoną intymne chwile zapomnienia. Spotyka także soją bolesną przeszłość. Wie, że nie może jej zmienić, ale może ją kontemplować.

    Modlitwa sprawia, że człowiek jaśnieje

    Fosse nie uważa pisania za formę wyrażania siebie. Twórczość jest dla niego aktem przekształcania rzeczywistości, uciekaniem od siebie, by zagłębić się w tajemnicę. Pozwala zwykłym wydarzeniom szybować w wielką niewiadomą, dodaje skrzydeł temu, co przyziemne, zwyczajne. Odnajduje światło w tym, co ciemne i wydobywa piękno z tego, co uchodzi za niewłaściwe i złe. Z jednego statycznego obrazu tworzy całe historie. Dwie krzyżujące się linie, jeden nietypowy kolor lub błysk, stają się pretekstem do podróży w głąb siebie. Kocha modlitwę, która sprawia, że człowiek jaśnieje, „jakby nagle wypadł z tego złego świata i trafił w przedświt spokoju, ciszy, światła, tak, świetlistej ciemności”, tajemnicy nie do ogarnięcia.

    Błądzący pośród śnieżycy malarz Asle, z psem na rękach, niczym postać z powieści Kafki, próbuje odnaleźć drogę do hotelu i im dłużej idzie, tym bardziej traci nadzieję, że dotrze do celu. Tylko spotkanie życzliwego człowieka może to zmienić. Czarne światło zrozpaczonej twarzy i prostota zagmatwanej drogi staje się pięknem duszy człowieka, który nie orientuje się w terenie. Gubi się. Nie rozpoznaje znaków, a przeszłość i teraźniejszość mieszają się ze sobą.

    W mistyce powieści Fossego królestwo Boże istnieje już teraz, w tym wszystkim, co pogmatwane, w nieodkrytej do końca harmonii dwóch skrzyżowanych na płótnie kresek, „w wieczności tkwiącej w każdym momencie, ale czy ja w to wierzę?”. Czy obraz, jaki namalował jest już skończony? Czy już widać w nim światło? Te pytania nurtują bohatera i samego Noblistę, który swoim mistycznym podejściem do wydarzeń i modlitewnym rytmem języka zachęca czytelnika, by nie bał się zbliżyć do tajemnicy pełnej sprzeczności, do Boga, którego żadna teologia nie jest w stanie opisać. Natomiast życie, tak, może uchwycić ten blask w ciemności, to bicie Bożego serca.

    Uhonorowanie Jona Fossego tak prestiżową nagrodą jest wielkim darem dla wszystkich wierzących, którym nie wystarczają teologiczne traktaty, którzy samodzielnie poszukują znaków Bożej obecności i pociąga ich głębia, która na zawsze pozostanie tajemnicą.

    o. Wojciech Żmudziński SJ/Deon.pl

    ________________________________________________________________________________

    Tegoroczny zdobywca literackiej Nagrody Nobla jest katolikiem.

    To dzięki Mistrzowi Eckhartowi

    Tegoroczny zdobywca literackiej Nagrody Nobla jest katolikiem. To dzięki Mistrzowi Eckhartowi

    fot. Winje Agency / YouTube.com

    ***

    Tegoroczną Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury otrzymał Norweg Jon Fosse. 64-letni dramaturg został uhonorowany “za nowatorskie sztuki teatralne i prozę, które dają wyraz temu, co niewypowiedziane” – uzasadnił Komitet Noblowski Akademii Szwedzkiej w Sztokholmie.

    Twórczość tego wierzącego i praktykującego katolika – beletrystyka, literatura faktu, poezja, sztuki teatralne i opowiadania dla dzieci – została przetłumaczona na 50 języków, w tym na polski. Fosse od dziesięcioleci otrzymuje nagrody literackie i cieszy się uznaniem krytyków.

    W uzasadnieniu podkreślono też, że dzieła autora znane są z bardzo zredukowanego stylu “minimalizmu Fosse’a”. Jest on jednym z najbardziej utytułowanych norweskich dramaturgów. 64-latek napisał około 40 sztuk teatralnych, wystawianych na ponad 120 scenach świata. Ponadto jest autorem powieści, opowiadań, książek dla dzieci, wierszy i esejów.

    Stały sekretarz Akademii Szwedzkiej, Mats Malm, powiedział, że poinformował Fosse’a o swojej nagrodzie telefonicznie. Fosse właśnie podróżował samochodem; obiecał, że będzie jechał ostrożnie. Fosse powiedział norweskiemu nadawcy NRK, że był zaskoczony otrzymaniem telefonu, “ale jednocześnie nie. Przez ostatnie dziesięć lat starannie przygotowywałem się na taką ewentualność. Otrzymanie tego telefonu było dla mnie wielką przyjemnością”.

    Wiara dzięki Mistrzowi Eckhartowi

    Fosse w jednym ze swoich esejów napisał, że musi spróbować przezwyciężyć język, wyjść poza niego, aby nie było już różnicy i można było dotrzeć do Boga. Pisarzem, który miał na niego największy wpływ, był Mistrz Eckhard. Dzięki niemu zaczął w pewnym sensie wierzyć w Boga jako osobę. „Nazywam siebie wierzącym w Boga, jako obecność jednocześnie tam i tutaj. Dzięki niemu zdecydowałem się przejść na katolicyzm. Nie mógłbym tego zrobić, gdyby nie Mistrz Eckhart i jego sposób bycia zarówno katolikiem, jak i mistykiem” – wyznał. Ostatecznie przeszedł na katolicyzm w 2012 r.

    Narratorem jego znanej powieści „Drugie imię. Septologia” (dwa pierwsze tomy zostały wydane po polsku) będącej rozrachunkiem starego człowieka ze splecionymi rzeczywistościami Boga, sztuki, tożsamości, życia osobistego i rodzinnego, jest Asle, nawrócony na katolicyzm, owdowiały malarz, mieszkający poza nadmorską wioską w Norwegii. Akcja rozgrywa się w ciągu kilku wypełnionych wspomnieniami i modlitwą dni w okolicach Bożego Narodzenia, podczas gdy pracuje on nad obrazem przedstawiającym fioletową linię i brązową linię przecinającą się, tworząc X, który porównuje do krzyża św. Andrzeja. Bohater powieści parafrazuje fragment Ewangelii św. Jana, że świat jest ciemnym miejscem, że boskie światło świeci przez tę ciemność i że ciemność go nie pokona.

    Pośród napadów depresji i zwątpienia Asle głęboko w to wierzy i chce to przekazać w swoim malarstwie: „To zawsze, zawsze najciemniejsza część obrazu świeci najbardziej i myślę, że może tak być, ponieważ to w beznadziei i rozpaczy, w ciemności, Bóg jest najbliżej nas, ale jak to się dzieje, jak światło, które wyraźnie widzę na obrazie, dociera tam, czego nie wiem i jak to się w ogóle dzieje, Nie rozumiem tego, ale myślę, że miło jest pomyśleć, że może tak się stało, że tak się stało, kiedy nieślubne dziecko, jak to mówią, urodziło się w stodole w zimowy dzień, w Boże Narodzenie, a gwiazda w górze wysłała swoje silne, czyste światło na ziemię, światło od Boga, tak, to piękna myśl. Myślę, że ponieważ samo słowo Bóg mówi, że Bóg jest prawdziwy, myślę, że sam fakt, że mamy słowo i ideę Boga oznacza, że Bóg jest prawdziwy, myślę, że niezależnie od tego, jaka jest prawda, jest to przynajmniej myśl, że można myśleć, to też jest to, nawet jeśli nie jest to nic więcej niż to, ale zdecydowanie prawdą jest, że właśnie wtedy, gdy rzeczy są najciemniejsze, najczarniejsze, wtedy widać światło, wtedy to światło można zobaczyć, kiedy ciemność świeci, tak, i zawsze tak było przynajmniej w moim życiu, kiedy jest najciemniej, pojawia się światło, kiedy ciemność zaczyna świecić, i może tak samo jest w obrazach, które maluję, w każdym razie mam nadzieję, że tak jest”.

    Kim jest Jon Fosse?

    Jon Fosse urodził się w Haugesund w 1959 roku i dorastał w małej wiosce na zachodnim wybrzeżu Norwegii. Fosse, o którym mówiono, że jest małomówny, do literatury trafił poprzez muzykę, pisał teksty popowe i rockowe, a w wieku 16 lat pierwsze opowiadania i wiersze. W Bergen studiował literaturę, socjologię i psychologię, a następnie pracował jako wykładowca w Akademii Twórczego Pisania w Hordaland. Fosse jest też tłumaczem na język norweski dzieł Franza Kafki, Jamesa Joyce’a i Samuela Becketta.

    Od 2011 roku Fosse cieszy się dożywotnią rezydencją w „Grotte”, honorowej rezydencji państwa norweskiego w parku zamkowym w Oslo. Dom, który pierwotnie należał do poety Henrika Wergelanda, po jego śmierci został dożywotnio udostępniony czołowemu norweskiemu artyście. W 2015 roku Fosse otrzymał Nagrodę Literacką Rady Nordyckiej, najbardziej prestiżową nagrodę literacką w Skandynawii, za swoje dzieło prozatorskie „Trylogia”.

    Jon Fosse znalazł się wśród norweskich laureatów Literackiej Nagrody Nobla obok Bjørnstjerne Bjørnsona, Knuta Hamsuna i Sigrid Undset.

    Literacka Nagroda Nobla uznawana jest za najbardziej prestiżową nagrodę literacką na świecie. Nagroda przyznawana jest od 1901 roku. W tym roku nagrodą jest jedenaście milionów koron szwedzkich (około 950 000 euro). To o milion koron więcej niż w roku ubiegłym.

    Kai/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Na plebanii w Dąbrowie Górniczej

    Naprawdę dobrze się stało, że wielu ludzi dowiedziało się o tej orgii i że ten grzech nie będzie już czekał na ujawnienie dopiero na sądzie ostatecznym. Warto to sobie uprzytomnić, że swoje miłosierdzie Bóg nieraz nam okazuje również w takich sytuacjach, których my stanowczo wolelibyśmy uniknąć – pisze o. Jacek Salij OP.

    o. Jacek Salij OP.@ Agata Ślusarczyk / Fundacja Opoka

    ***

    O tej orgii mógł się nikt nie dowiedzieć, a jej uczestnicy byli pewni tego, że nikt się o niej nie dowie. Szczęśliwym zrządzeniem Bożej Opatrzności zasłona niegodziwości opadła i o ohydnym występku dowiedziała się cała Polska. W całej rozciągłości objawiła się trudna, ale przecież zbawcza obietnica samego Boga, zapisana w Księdze Ezechiela: „Położę kres twej rozpuście i nierządowi twemu”.

    Ufajmy, że ów nieszczęsny ksiądz zrozumie teraz wielkość swojego grzechu oraz spowodowanego przez siebie zgorszenia, a również jak wielką krzywdę wyrządził całemu Kościołowi. Jeśli w ślad za tym dokona się jego nawrócenie, to raczej wcześniej niż później zacznie on wysławiać Boże miłosierdzie za to, że został tak jednoznacznie zdemaskowany i skompromitowany. Zapewne jest to nieuniknione, że teraz zostanie on usunięty ze stanu duchownego, ale jeśli jego nawrócenie będzie prawdziwe, również za tę surową karę będzie wysławiał Boże miłosierdzie.

    Bo aż strach pomyśleć, co by to było, gdyby ów ksiądz mógł sobie dalej trwać w swoim grzechu i w rozpustnym stylu życia – jak ciężko obrażałby Boga, przystępując (może nawet codziennie?) do ołtarza w stanie śmierci duchowej, i jak bardzo krzywdziłby bliźnich, dla których powinien być duchowym ojcem. Naprawdę dobrze się stało, że wielu ludzi dowiedziało się o tej orgii i że ten grzech nie będzie już czekał na ujawnienie dopiero na sądzie ostatecznym. Warto to sobie uprzytomnić, że swoje miłosierdzie Bóg nieraz nam okazuje również w takich sytuacjach, których my stanowczo wolelibyśmy uniknąć.

    Skoro pochylamy się nad tym wyjątkowo gorszącym wydarzeniem, jakie miało miejsce na plebanii w Dąbrowie Górniczej, to na dwa momenty jeszcze zwróćmy uwagę. Mianowicie już święty Augustyn bardzo podkreślał, że grzechy, jakimi my sami – wierni oraz pasterze – obrażamy Boga i ranimy Kościół, stanowią prześladowanie o wiele cięższe niż to, jakiego doznaje Kościół ze strony swoich zewnętrznych prześladowców. Jaki stąd wniosek dla tematu, o którym teraz rozmawiamy? To bardzo dobrze, ze opinia publiczna tak powszechnie zareagowała oburzeniem na tamten skandaliczny występek. Oburzenie powinno być stanowcze, jednak nie zapominajmy o tym, że nikt z nas, którzy tak się  oburzamy, nie jest niewiniątkiem, nawet jeśli od podobnych wybryków – zapewne bez naszych zasług – Pan Bóg nas ochronił…

    W dziejach Kościoła zdarzały się już takie momenty, kiedy rak zepsucia i nieobyczajności, niestety, docierał do tych środowisk, którym Chrystus Pan szczególnie powierzył troskę o swój Kościół. I tak w roku około 1050 (a więc w przeddzień reformy gregoriańskiej) przyszły doktor Kościoła, św. Piotr Damiani opublikował ostrą filipikę pt. „Napiętnowanie Gomory” przeciwko tym księżom, którzy zapomnieli o swoim kapłańskim powołaniu. Dzieło to oraz inne teksty Piotra Damianiego istotnie przyczyniło się do odnowienia Kościoła, jakie podjął wkrótce papież św. Grzegorz VII.

    Trzysta lat później, kiedy podobny rak pojawił się na Półwyspie Apenińskim, wielka mistyczka dominikańska, św. Katarzyna ze Sieny, wystąpiła z następującym wezwaniem: „Gdy zły lekarz przykłada od razu tylko maść do rany, nie wypaliwszy jej przedtem, wtedy całe ciało zakaża się i gnije. To samo dotyczy prałatów i innych dostojników, którzy widzą, że ich podwładny zakażony jest zgnilizną grzechu śmiertelnego; jeśli poprzestaną na przyłożeniu maści, która tylko łagodzi ranę, a nie wypalą jej ogniem, taki chory nigdy nie wróci do zdrowia, lecz będzie jeszcze zakażał inne członki. Dobry lekarz używa maści łagodzącej dopiero po wypaleniu rany ogniem”. Dziwnie aktualnie brzmią tamte pouczenia.

    W obliczu tak gorszących wydarzeń, jak to, nad którym teraz się zastanawiamy, niektórych katolików, szczerze kochających Kościół, ogarnia następujący niepokój: Co to znaczy, że Kościół jest święty, skoro grzech może aż tak głęboko wejść w Kościół, skoro w cieniu Kościoła można spotkać niekiedy nawet wyjątkowo wielkich grzeszników i gorszycieli?

    Ktoś zauważył, że prawdopodobnie nigdy w historii Kościoła procent niegodnych pasterzy nie osiągnął takiej skali, jak w czasach samego Pana Jezusa. Zdrajca Judasz był jednym z dwunastu.

    Prawdopodobnie nigdy już potem nie było w Kościele aż tak źle, żeby aż co dwunasty kapłan był pasterzem niegodnym. Nie mówię tego dla fałszywego uspokojenia. Bo gdyby w całym Kościele był tylko jeden kapłan niegodny, i tak byłoby to o jednego za dużo. Chodzi mi tylko o to, żebyśmy nie zatracili poczucia realizmu i jasno zobaczyli, że, owszem, występki kapłanów niegodnych bardzo ciężko ranią Kościół, ale z drugiej strony liczba kapłanów niegodnych jest arytmetycznie stosunkowo niewielka.

    Nie trzeba się też dziwić, że wielki grzech w Kościele budzi większe zdumienie i zgorszenie, niż grzech gdziekolwiek indziej. Nawet ludzie niewierzący, nawet tacy, co Kościoła nie lubią albo nawet go nienawidzą, intuicyjnie wyczuwają, że poziom moralny ludzi Kościoła powinien być wyższy od przeciętnej. Nic również dziwnego w tym, że grzechy stosunkowo niewielkiej liczby kapłanów występnych narobiły takiego rumoru w Kościele i w świecie. Jest takie chińskie przysłowie, że jedno padające drzewo robi w lesie więcej hałasu, niż to, że cały las rośnie. Zło zawsze robi wiele hałasu, a już zwłaszcza zło w Kościele, i bardzo dobrze, że tak jest, bo tego zła być nie powinno.

    o. Jacek Salij OP/opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tajemnice bolesne

    Różaniec za zmarłych

     Adobe Stock

    *****

    Kościół zachęca do uczynków miłosierdzia nie tylko względem żywych, lecz również względem dusz cierpiących w czyśćcu. Chwalebną rzeczą jest modlić się za zmarłych. Możemy w taki sposób wyrazić miłość naszym bliskim, których kochaliśmy, a także tym wszystkim, którzy potrzebują naszej modlitwy, gdyż cierpią, oczyszczając się w czyśćcu, aby byli godni wejść na Ucztę Baranka.

    Maryja jest Królową dusz czyśćcowych. Kiedy pozdrawiamy Ją, wypowiadając słowa modlitwy Zdrowaś Maryjo…, Ona śpieszy z pomocą duszom, za którymi się wstawiamy. Przynosi im ochłodę, ukojenie w ich oczyszczającym cierpieniu, a także przyśpiesza czas przebywania z Bogiem w Jego domu.

    Każdy, kto modli się za dusze czyśćcowe, otrzymuje od tychże dusz natychmiastową pomoc. One nie mogą pomóc sobie samym, nie mogą też pomagać sobie nawzajem – są zdane na naszą pomoc, ale chętnie przychodzą z pomocą nam, którzy jesteśmy w drodze do nieba. Ich modlitwy będą nam towarzyszyć w godzinie naszej śmierci, kiedy przyjdzie nam stoczyć ostatni, ale najpotężniejszy bój z mocami ciemności.

    Módl się za dusze czyśćcowe. Otaczaj modlitwą tych, którzy wyświadczali ci dobro i odeszli już do Pana. Przychodź z pomocą duszom w czyśćcu tak często, jak to możliwe. Twoje modlitwy kieruj do Boga przez Serce Niepokalanej. Odmawiaj Różaniec w ich intencji. Jej zawierzaj owoc twoich modlitw. Możesz modlić się za te dusze, którym Maryja chce przyjść w danym dniu z pomocą.

    Każde twoje Zdrowaś, Maryjo… wypowiedziane sercem pełnym miłości przyniesie ulgę cierpiącym w czyśćcu. Okazując w taki sposób miłosierdzie, jednocząc się z duszami oczekującymi na wstąpienie do chwały Boga, doświadczysz komunii Kościoła.

    Dobrze jest modlitwę różańcową za dusze czyśćcowe odmawiać po zakończonej Eucharystii, przyjąwszy Ciało Chrystusa, kiedy jesteś napełniony łaską Bożą. Jednak każdy czas i każda chwila przeznaczona na Różaniec za zmarłych jest wskazana i właściwa. Możesz uczestniczyć w Różańcu wieczystym za zmarłych, wybierając dowolną porę, dzień, w którym włączysz się w żywy, nieustający Różaniec. Ta forma pomocy duszom w czyśćcu zapoczątkowana w XVIII wieku przez dominikanów jest kontynuowana nie tylko przez wspólnoty zrzeszone przy zakonie kaznodziejskim, lecz także przez wiele parafii.

    Módl się do twego Ojca w niebie, wierząc, że twoje modlitwy już zostały wysłuchane. Twoja ukryta modlitwa zostanie też nagrodzona. Pan zapewnia nas: Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

    TAJEMNICE BOLESNE

    MODLITWA W OGRÓJCU

    Wszakże nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! (Łk 22,42).

    Maryjo, Twój Syn w Ogrójcu toczył duchową walkę, pocąc się krwawym potem przed czekającą Go męką. On daje nam moc przezwyciężania pokus oddalających nas od woli naszego Ojca. Ty wiesz, o dobra Matko, że nie zawsze naśladujemy Go w radykalnym odrzucaniu tego, co oddala nas od drogi wyznaczonej nam przez Bożą mądrość. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy zadośćuczynić za brak podejmowania duchowej walki z pokusami do złego oraz z grzesznymi namiętnościami naszych zmarłych braci i sióstr, które stały się przyczyną oddalenia od Ojca. Przepraszamy za uleganie zniechęceniu własną słabością, brak współpracy z łaską. Ojcze miłosierdzia, Twój Syn nauczył nas wybierać drogę Twojej woli, abyśmy odnieśli zwycięstwo. Ofiarujemy Ci Jego Serce, najdoskonalej zjednoczone z Tobą, Serce Maryi zjednoczone z Jezusem w cierpieniu, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyćcu.

    Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości. Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    BICZOWANIE

    Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę (Iz 50,6a).

    Maryjo, Twój Syn przyjął na siebie okrutną chłostę, która należała się nam za nasze nieprawości. Przelewał za nas swoją Krew, abyśmy w Nim doświadczyli odrodzenia. Ty wiesz, o dobra Matko, że to my zadaliśmy cierpienie Jezusowi poprzez nasze winy. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy zadośćuczynić za grzechy śmiertelne naszych zmarłych, które najmocniej raniły Jego Serce. Przepraszamy za wybieranie zła, odrzucanie dobra. Przepraszamy za pomniejszanie lub niewyznawanie grzechów wobec kapłana. Chcemy zadośćuczynić za grzeszne nałogi, które prowadziły do zamknięcia na Boga Miłości.

    Ojcze miłosierdzia, Twój Syn przyjął okrutne razy, abyśmy przestali być niewolnikami grzechu i żyli dla sprawiedliwości. Ofiarujemy Ci Jego Serce starte dla naszych nieprawości, Serce Maryi mającej udział w dziele naszego odkupienia, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyśćcu. Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości. Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    UKORONOWANIE CIERNIEM

    Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem (Iz 50,6b).

    Maryjo, Twój Syn został wyszydzony, poniżony, ukoronowany cierniem, aby nas nie poniżał nasz własny grzech. Król wieków doznał największych upokorzeń, abyśmy odzyskali godność dzieci Boga. Ty wiesz, o dobra Matko, że nie zawsze mamy w sobie pokorę gotową przyjąć miłość Boga. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy zadośćuczynić za wszelką zuchwałość i pychę naszych sióstr i braci, którzy poprzedzili nas w drodze do domu Ojca. Przepraszamy za grzechy wyniosłości, które były powodem oddalenia od Boga, a także zerwania więzi międzyludzkich.

    Przepraszamy za brak pokornej miłości gotowej do pojednania, budowania wspólnoty.

    Ojcze miłosierdzia, Twój Syn został ukoronowany cierniem, abyśmy zdolni byli uniżyć się przed Tobą, przyjmując Twoją miłość. Ofiarujemy Ci Jego Serce, które doznało wzgardy i odrzucenia, Serce Maryi, które wraz z Nim przeżywało upokorzenia, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyśćcu. Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości. Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    DŹWIGANIE KRZYŻA

    Lecz on się obarczył naszym cierpieniem, on dźwigał nasze boleści (Iz 53,4a).

    Maryjo, Twój Syn wziął na siebie nasze grzechy, cierpienia, rany. Z miłością przyjął krzyż, aby nam przynieść wyzwolenie. Ukazał nam drogę do zwycięstwa: poprzez naśladowanie Go w przyjmowaniu codziennego krzyża. Ty wiesz, o dobra Matko, że często odchodzimy z tej drogi: stromej i wąskiej, wybierając drogę szeroką, łatwą, lecz oddalającą nas od Boga. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy wynagradzać za naszych zmarłych, którzy zrzucali krzyż ze swoich ramion. Przepraszamy za szemranie, niechęć do naśladowania naszego Mistrza na drodze krzyża. Przepraszamy za brak przyjmowania całej nauki Jezusa – także tej, która mówi o krzyżu. Ojcze miłosierdzia, Twój Syn z miłością przyjął krzyż, aby nas wprowadzić do krainy życia. Ofiarujemy Ci Jego Serce, posłuszne Tobie aż do śmierci, Serce Maryi, idącej wiernie za swoim Synem na Golgotę, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyśćcu. Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości. Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    ŚMIERĆ NA KRZYŻU

    … jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok, a natychmiast wypłynęła krew i woda (Łk 19,34).

    Maryjo, stałaś pod krzyżem, na którym Twój Syn oddawał życie za nas – niewdzięcznych i złych. Byłaś świadkiem, jak z Jego Serca wypłynęła krew i woda dla naszego obmycia. Ty wiesz, o dobra Matko, że zranieni grzechem pozostajemy zamknięci na Jego miłość. Pozostajemy niewolnikami złego ducha, nie chcąc przyjąć miłosierdzia Boga i nie chcąc okazywać miłosierdzia. Prosimy, przyjdź z pomocą duszom czyśćcowym. Niech przez Twoje miłosierne Serce doświadczą miłosierdzia Boga. Chcemy zadośćuczynić za wszelki przejaw braku miłosierdzia tych, którzy nas poprzedzili w drodze. Przepraszamy za niechęć do darowania win, wybaczania. Przepraszamy także za grzech sądzenia bliźnich.

    Ojcze miłosierdzia, Twój Syn z miłości do nas oddał życie, aby nam przywrócić godność synów i córek Twego królestwa. Ofiarujemy Ci Jego Serce otwarte włócznią dla nas, Serce Maryi, wytrwałej pod krzyżem, Serce, cnoty i zasługi Świętego Józefa, prosząc: okaż miłosierdzie duszom przebywającym w czyśćcu. Wejrzyj na ich tęsknotę za Tobą, Ojcze, przybliżając godzinę ich pełnego zjednoczenia z Tobą w miłości.

    Tobie chwała Ojcze, Synu i Duchu Święty za miłosierdzie, jakie okażesz duszom.

    FRAGMENT KSIĄŻKI “Różaniec za zmarłych” DO KUPIENIA W INTERNETOWEJ KSIĘGARNI!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tajemnica odpustów. Jak uniknąć kary za grzechy?

    MODLĄCA SIĘ KOBIETA

    Shutterstock

    ***

    Czym różni się spowiedź od uzyskania odpustu? Dlaczego Kościół nie rezygnuje z tej „średniowiecznej” praktyki? Czy można uzyskać odpust za innego człowieka? Wyjaśniamy.

    Wydawałoby się, że w XXI wieku mało kogo interesuje zyskiwanie odpustów. A jednak papież Franciszek raz po raz ogłasza nowe okazje, aby je otrzymywać. Dlaczego? Po co warto je zyskiwać?

    A odpust zyskałeś?

    „Byłem wczoraj na odpuście. Ale była impreza! A jakie fajne kramy wokół kościoła! I orkiestra grała! Super” – pochwalił się w poniedziałek rano znajomemu jego kolega z pracy. „A odpust zyskałeś?” – zapytał znajomy. „Co?” – zdziwił się kolega.

    Pojęcia nie miał, czego dotyczyło pytanie. Nie skojarzył, że potoczna nazwa parafialnej uroczystości ku czci patrona właśnie od możliwości uzyskania odpustu pochodzi.

    Niewiedzy i nieporozumień wokół sprawy uzyskiwania odpustów jest sporo. Kilka lat temu jeden z tabloidów w Polsce donosił w tytule, że „papież odpuścił grzechy całemu światu”. Tytuł miał się nijak do umieszczonego pod nim tekstu, który mówił o odpustach zgodnie z tym, jak naucza o nich Kościół katolicki.

    Odpusty i Marcin Luter

    Jedno z pierwszych skojarzeń, jakie budzi dzisiaj – także u wielu katolików – kwestia uzyskiwania odpustów, dotyczy Marcina Lutra. Sporo ludzi wie, że miał on coś przeciwko tej praktyce, ale mało kto potrafi wyjaśnić, o co szło w szczegółach. Niektórzy słyszeli, że poszło o sprzedawanie odpustów. Ale czym tu można handlować?

    O. Stanisław Łucarz SJ, w artykule opublikowanym prawie dwadzieścia lat temu przypomniał, że odpusty są od wieków sprawą kontrowersyjną i to nie tylko pomiędzy Kościołem katolickim a innymi Kościołami i wspólnotami chrześcijańskimi. Dość powiedzieć, że niektórzy liczący się teologowie katoliccy oczekiwali po Soborze Watykańskim II, że papież Paweł VI, ogłaszając Rok Święty 1975, wycofa się z tej praktyki. Byłoby to dziwne i niekonsekwentne, ponieważ to właśnie ten papież ogłosił na początku 1967 roku Konstytucję Apostolską Indulgentiarum doctrina, w której uściślił nauczanie w tej kwestii.

    Odpust, wina i kara

    „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych” – sprecyzował Paweł VI i ta definicja jest wciąż aktualna. Została powtórzona w Katechizmie Kościoła katolickiego. Jest też w bardzo podobnym brzmieniu w Kodeksie prawa kanonicznego.

    O co chodzi z tym darowaniem kary? To także wyjaśnił Paweł VI. Przypomniał to, co wiemy z Objawienia Bożego, że następstwem grzechów są kary, nałożone przez boską świętość i sprawiedliwość. „Muszą one być poniesione albo na tym świecie przez cierpienia, nędze i utrapienia tego życia, a zwłaszcza przez śmierć, albo też w przyszłym życiu przez ogień i męki, czyli kary czyśćcowe” – tłumaczył papież.

    W praktyce wymiaru sprawiedliwości wyraźnie widać rozróżnienie między uznaniem winy, a wymierzeniem kary. W niektórych państwach funkcjonuje bardzo wyraźny podział: przysięgli decydują, czy oskarżony jest winny czy nie, natomiast sędzia ustala wymiar kary. Zdarza się czasami (także w Polsce), że sąd uznaje kogoś za winnego, jednak odstępuje od wymierzenia kary.

    Jednak uproszczone porównanie do tworzonego przez ludzi sądownictwa nie pozwala wielu w pełni zrozumieć praktyki Kościoła wynikającej z różnicy między odpuszczeniem grzechów w sakramencie pokuty i pojednania, a uzyskiwaniem odpustów.

    Różnica między spowiedzią a odpustem

    Pomocna okazuje się opowiedziana przez Jezusa przypowieść o synu marnotrawnym (nazywana ostatnio często przypowieścią o miłosiernym ojcu). Syn, który roztrwonił majątek popełniając wiele złego ma świadomość, że zasłużył na karę. Chce prosić ojca o przebaczenie, ale wie, że nawet jeśli je uzyska, kara mu się należy i zamierza się jej poddać.

    Jednak ojciec idzie znacznie dalej, niż syn się spodziewał. Wykonuje dwa kroki. Nie tylko mu przebacza, ale również daruje mu karę, dzięki czemu może on znów funkcjonować jako pełnoprawny członek rodziny.

    Sakrament pokuty i pojednania to pierwszy krok – pozwala na uzyskanie przebaczenia, darowania winy. Jednak wciąż pozostaje kwestia należnej za popełnione zło kary. „Kary nakładane są przez sprawiedliwy i miłosierny wyrok Boży dla oczyszczenia dusz, dla obrony świętości porządku moralnego i dla przywrócenia chwale Bożej pełnego jej blasku” – przypomniał Paweł VI.

    Krok drugi to uzyskanie odpustu, darowania kary. Kościół nie od razu odkrył, że dysponuje „skarbcem zasług Chrystusa i świętych”, dzięki któremu może „rozdawać i przydzielać zadośćuczynienie”. Czyli darować kary, które za grzechy się należą. Uświadamiał to sobie stopniowo dopiero na początku drugiego tysiąclecia po Chrystusie.

    ks. Artur Stopka/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak zwalczać swoje ciężkie grzechy?

    Oto 8 rad Ojców Kościoła

    Grzeszne zamiary rodzą się w naszej świadomości i myślach – niekiedy na dającym się racjonalnie uzasadnić i rozpoznać podłożu.

    Pycha

    Grzech ten zaczyna się od naszej głowy, która wciąż osądza innych, porównuje, zestawia ich stan z naszą sytuacją, prowadząc do zazdrości lub zawiści. Nikogo nie osądzajmy, gdyż nie znamy jego serca, raczej módlmy się w pokorze, aby Bóg nawiedził go i obdarzył tym, czego najbardziej w danej chwili potrzebuje.

    Pycha

    Nieczyste myśli

    Myśli dotyczące pokus cielesnych pojawić się mogą dość niespodziewanie. Dużą rolę odgrywa w nich czystość spojrzenia. Jak spoglądamy na ludzi, których codziennie mijamy na ulicy lub w innych miejscach publicznych? Czy nasz wzrok przyciągają tylko ci atrakcyjni i pociągający fizycznie? Gdy mamy z tym problem, spróbujmy uświadomić sobie, że wszyscy ludzie obok nas to nasze siostry i bracia stworzeni na obraz i podobieństwo Boże, w których powinniśmy widzieć oblicze Chrystusa.

    • Nieczyste myśli

    Miłość pieniędzy

    Jeżeli nie narzekamy na biedę, starajmy się każdego dnia rezygnować choć z jednej drobnej przyjemności i środki z tej oszczędności przekazać potrzebującemu. Możliwości może być tutaj tysiące: może warto zrezygnować z kolejnego kosmetyku, których i tak nie mogą już pomieścić nasze szafki łazienkowe, dziesiątej pary butów, kolejnego gadżetu elektronicznego, który za tydzień nam się znudzi? Jeżeli zaś mamy mniej, starajmy się podzielić z potrzebującymi choć drobnym, miłym gestem, uśmiechem i dobrym słowem.

    Miłość pieniędzy

    Gniew

    Czasem tego rodzaju odczucie jest uzasadnione, jednak nie otaczają nas aniołowie, ale ludzie słabi. Ale wówczas przypomnijmy sobie, czy sami zawsze stajemy na wysokości zadania? Czy bez powodu nie obrzucamy innych gniewnym spojrzeniem i nieprzyjemnymi komentarzami: w zatłoczonym środku komunikacji, w przychodni, urzędzie lub sklepie? Pamiętajmy wtedy o naszej słabości i spróbujmy na innych spojrzeć z wyrozumiałością. To tacy sami grzesznicy jak my.

    • Gniew

    Zniechęcenie

    Nawet jeżeli cierpienia lub niepowodzenia wydają się walić nam na głowę i myślimy, że nie damy rady ich unieść, po prostu trwajmy w zaufaniu, mówiąc: „Boże, nie rozumiem tego, co się dzieje, ale być może jest w tym jakiś cel, a ty mnie zawsze i bezwarunkowo kochasz!”.

    • Zniechęcenie

    Obżarstwo

    Najlepiej odżywiać się regularnie i oczywiście nie chodzić długo z pustym żołądkiem. Gdy jednak zjedliśmy już posiłek, podziękujmy Bogu i nie myślmy, co by tu jeszcze podjeść. Być może jest obok nas ktoś, kto dzisiaj w ogóle nic nie jadł, a z którym możemy podzielić się zawartością lodówki? Może mamy starszą sąsiadkę, którą możemy poczęstować częścią obiadu?

    • Obżarstwo

    Próżna chwała

    To dobrze, gdy osiągamy sukcesy i zdobywamy uznanie, ale wiedzmy, że bez Bożej łaski nic byśmy nie uzyskali. Dzięki Bogu istniejemy i żyjemy, za wszystko co dobre dziękujmy najpierw jemu, później ludziom, którzy nas wsparli i pomogli. O sobie pomyślmy dopiero na samym końcu!

    Próżna chwała

    Smutek

    Wówczas najlepiej przypomnieć sobie, że Bóg wciąż jest przy nas, choć w sposób niewidzialny. To On sprawia, że wstał nowy dzień, że świeci słońce i zapada wieczór. To On każdego dnia daje nam szansę na zrobienie choć jednego, nawet najmniejszego dobrego uczynku

    Smutek

    *******

    Od czasów ojców pustyni święci i mistrzowie życia duchowego na Wschodzie i Zachodzie próbowali dokonać zasadniczej klasyfikacji najcięższych grzechów. Ewagriusz z Pontu, Jan Kasjan oraz Grzegorz Wielki wyróżnili osiem grzechów głównych: obżarstwo i zbędne dogadzanie ciału (gr. gastrimargia), nieczystość (gr. porneia), miłość pieniędzy (gr. filarguria), gniew (gr. ira), smutek (gr. tristitia), zniechęcenie (gr. acedia), próżna chwała (gr. cenodoxia) oraz pycha (gr. superbia).

    W katechizmach zachodnich najczęściej wymienionych jest siedem grzechów, w dużej mierze pokrywających się z typologią wschodnią: pycha, chciwość, nieczystość, łakomstwo, zazdrość, gniew oraz lenistwo.

    Skąd się biorą skłonności do grzechów?

    Wschodni ojcowie Kościoła, jak np. Jan z Damaszku oraz Jan Klimak zwracali uwagę, że te zasadnicze grzechy mają również charakter pewnych naturalnych namiętności tkwiących w człowieku. Aby podjąć z nimi skuteczną walkę, nie należy więc ograniczyć się do samego żalu, kiedy grzech już popełnimy i rozpatrywać nasz upadek wyłącznie jako naruszenie Bożych przykazań, ale zauważyć, iż grzeszne zamiary rodzą się w naszej świadomości i myślach, niekiedy na dającym się racjonalnie uzasadnić podłożu.

    Odczuwany przez nas gniew, zniechęcenie, smutek lub chęć posiadania nie są jeszcze same w sobie grzechem, ale bardzo łatwo mogą do niego prowadzić. Stąd św. Jan z Damaszku proponuje proste środki zaradcze, gdy myśli i emocje sugerujące popełnienie grzechów głównych rodzą się w naszej głowie.

    Łukasz Kobeszko/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Matka Boża i Święci Pańscy – październik 2023

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 października

    Święty Alfons Rodriguez, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Anioł z Acri, prezbiter
      •  Święty Wolfgang, biskup
    ***
    Święty Alfons Rodriguez

    Alfons urodził się w rodzinie kupca w Segowii (Hiszpania) 25 lipca 1533 r. Kiedy miał 10 lat, do pierwszej spowiedzi i Komunii świętej przygotował go bł. Piotr Faber, jeden z pierwszych towarzyszy św. Ignacego Loyoli. W wieku 14 lat został przyjęty do kolegium jezuitów w Alcali. Po roku musiał je jednak opuścić, ponieważ zmarł jego ojciec i trzeba było zająć się administracją przedsiębiorstwa tekstylnego, które prowadził. W 1560 r. Alfons ożenił się z Marią Suarez. Po 7 latach szczęśliwego życia jego żona zmarła (1567). Zmarło także ich dwoje dzieci. Rozgorzało w nim pielęgnowane od młodości pragnienie kapłaństwa. Postanowił je wreszcie wypełnić. Sprzedał przedsiębiorstwo i rozpoczął studia na uniwersytecie w Walencji. Okazało się jednak, że po tylu latach przerwy w nauce miał zbyt wiele zaległości. Miał już bowiem 39 lat. Musiał zrezygnować ze studiów.
    Alfons jednak nie poddał się. Wstąpił do jezuitów w charakterze brata zakonnego (1571). Nowicjat odbył na Majorce, w Palmas, i tam pozostał przez kolejnych 36 lat. Pełnił funkcję furtiana. Skazany na dobrowolne “więzienie” przy furcie, starał się wykorzystać cenny czas na modlitwę. Zasłynął duchem kontemplacji tak dalece, że miewał nawet zachwyty i ekstazy. Nie wypuszczał z rąk różańca. Z modlitwą łączył ducha pokuty. Przez całe lata walczył nieustannie z dręczącymi go pokusami. Zwalczał je postami, czuwaniami, biczowaniem ciała. W poczuciu posłuszeństwa spełniał najsumienniej wszystkie rozkazy i polecenia.
    Wyróżniał się wielką cierpliwością. Do furty przychodzili różni ludzie: potrzebujący i wagabundy. Alfons umiał zawsze zdobyć się na życzliwe i uprzejme słowo. Kolegium jezuitów było duże, więc też i liczba interesantów znaczna. Klerycy, przebywający tu na studiach, budowali się anielską dobrocią furtiana. Wśród nich był także św. Piotr Klawer, późniejszy apostoł Murzynów amerykańskich, który z bratem Alfonsem zawarł serdeczną przyjaźń.
    Bóg obdarzał Alfonsa niezwykłymi łaskami, m.in. darem proroctwa i czynienia cudów, objawieniami i widzeniami. W ostatnim czasie swego życia Alfons doświadczył chorób i utrapienia duszy; trzy dni przed śmiercią wszystkie dolegliwości ustały w zachwyceniu, jakiego doznał.
    Zmarł w nocy z 30 na 31 października 1617 r. ze słowami: “Mój Jezusie” na ustach. W pogrzebie skromnego brata zakonnego wziął udział wicekról, biskup i duchowieństwo, zakonnicy i tłumy ludu. Największe poruszenie wywołał szereg idących na eksponowanym miejscu w procesji osób, które Alfons uzdrowił swoją modlitwą. Został beatyfikowany w roku 1825 przez Leona XII; kanonizował go – razem ze św. Janem Berchmansem – papież Leon XIII (1888).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________


    Św. Alfons Rodrigues – świętość zwyczajna

    Św. Alfons Rodrigues - świętość zwyczajna

    św. Alfons Rodrigues SJ (1531 – 1617) (fot. wikipedia.org)

    ***

    Przyszedł na świat 25 lipca w 1531 roku w Segowii w bogatej rodzinie kupieckiej. Przez rok studiował w kolegium jezuitów w Alkali, musiał jednak przerwać naukę, by po śmierci ojca zająć się rodzinnym przedsiębiorstwem.

    Ożenił się z Marią Suarez, z którą miał dwójkę dzieci. Około 1567 roku umarła mu żona  a w niedługich odstępach czasu także dzieci oraz matka. Po ich śmierci podjął na nowo studia w Walencji, ale ich nie ukończył. W 1571 roku poprosił o przyjęcie do nowicjatu jezuitów, z pragnieniem zostania bratem zakonnym. Po nowicjacie został wysłany do Palma na Majorce, gdzie spełniał różne posługi domowe, a potem przez czterdzieści lat był furtianem.

    Oddany był nieustannej modlitwie, medytacji i kontemplacji, co owocowało wieloma łaskami mistycznymi. Najbardziej lubił recytować różaniec i godzinki  o Niepokalanym Poczęciu N. Marii Panny.  Bardzo dbał o odprawianie codziennego rachunku sumienia, co uczyło go trzeźwego patrzenia na siebie i na innych ludzi. Dziękował i rozważał, jak Bóg go prowadził w ciągu dnia, jak bezustannie obdarzał go swoją miłością, dobrocią i  duchowymi pociechami. Wyrażał wdzięczność za łaskę powołania. Prosił Boga o światło lepszego poznania siebie. Robiąc rachunek sumienia, pytał siebie, czy wiernie odpowiadał na Boże natchnienia, czy wystarczająco panował nad swoimi wadami i czy kogoś nie uraził niepotrzebnym słowem lub niesprawiedliwą oceną. Przepraszał za swe uchybienia Boga i obiecywał poprawę w drugiej połowie dnia lub nazajutrz.

    Wszystkie sprawy, które mu powierzano załatwiał solidnie. Był uprzejmy dla tych, którzy przychodzili do zakonnej furty. Być może i wtedy nie zawsze mógł zejść do osoby potrzebującej pomocy kapłan. W takiej sytuacji Brat Alfons z wielką roztropnością przejmował rolę kierownika duchownego. Umiał cierpliwie wysłuchać zainteresowanych, pocieszać i podnosić na duchu. Obiecywał modlitwę w intencji osób i ich trudnych spraw, o których w zaufaniu mu mówili.

    Był mężem surowych umartwień. Jego świętość promieniowała spokojem, pogodą ducha i radością życia całkowicie oddanego na służbę Jezusa – Króla wieków. Choć nie mógł dokonywać spektakularnych czynów ewangelizacyjnych, to przecież jego modlitwa i rozmowy z młodszymi współbraćmi na długo zaowocowały w życiu kolejnych pokoleń jezuitów. Przychodził do niego po duchowe porady także Piotr Klawer, święty apostoł afrykańskich niewolników w Brazylii.

    Być stale obecnym i dostępnym dla ludzi w jednym miejscu i to przez czterdzieści lat – oto najkrócej wyrażona tajemnica jego zwyczajnej świętości. Zgodnie z  zaleceniem przełożonych, swoje przeżycia mistyczne opisał w Autobiografii, w której zawarł wiele ascetycznych pouczeń.

    Prośmy, byśmy jak święty Brat Alfons, Patron Braci – jezuitów, umieli dobrze wypełniać codzienne obowiązki i byli otwarci na tych, którzy oczekują od nas krzepiącej rozmowy, gestu dobroci czy spontanicznego uśmiechu.

    o. Marek Wójtowicz SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    30 października

    Błogosławiony Dominik Collins,
    zakonnik i męczennik

    Błogosławiony Dominik Collins

    Dominik urodził się w dobrze sytuowanej, katolickiej rodzinie w Youghal w hrabstwie Cork (w Irlandii) około 1566 r. W tym czasie królową Anglii i Irlandii była Elżbieta I, a anglikanizm ustanowiony został jako oficjalna religia. Gdy Dominik miał jedenaście lat, na krótko zetknął się z jezuitami, którzy w jego mieście założyli kolegium, ale zostało ono zamknięte po dwóch latach, gdy miasto zniszczyły wojska angielskie tłumiące bunt mieszkańców przeciwko narzuconej religii.
    Dwudziestoletni Dominik udał się do Francji, gdzie zaciągnął się do wojska księcia Mercoeur, walczącego przeciwko hugenotom w Bretanii. Przez ponad dziewięć lat służył w Lidze Katolickiej, a że był sumienny w wypełnianiu swoich obowiązków, systematycznie awansował, aż do stopnia wojskowego gubernatora regionu.
    Pod koniec lat dziewięćdziesiątych szesnastego stulecia trafił nad Zatokę Biskajską w Hiszpanii, gdzie po przyznaniu mu emerytury król Filip II umieścił go w garnizonie w La Coruña. Jednak kariera wojskowa przestała interesować Dominika, który więcej czasu poświęcał teraz na życie duchowe. Podczas Wielkiego Postu w 1598 r. jako spowiednik żołnierzy trafił do jego oddziału kolega Irlandczyk – jezuita Thomas White, któremu Dominik zwierzył się z pragnienia życia religijnego. Wiedział już, że jego powołaniem jest bycie bratem zakonnym u jezuitów. Wyznał więc Thomasowi, że przez dziesięć miesięcy doświadczał niepokoju, który ustąpił dopiero, gdy zetknął się z nim – gorliwym kapłanem.
    Został przyjęty do nowicjatu w Santiago de Compostela, po półrocznej próbie w kolegium jezuitów. Wykazał się wtedy wielkim poświęceniem. Nie uciekł, jak wielu innych, przed zarazą, która dotknęła kolegium, ale został, by opiekować się chorymi, pocieszać ich w ostatnich godzinach życia. W ten sposób przekonał nieufnych wobec siebie przełożonych i zdołał ukończyć nowicjat. Raport na jego temat wysłany do Rzymu brzmiał: “Człowiek to rozsądny, o wielkiej sile fizycznej, dojrzały, roztropny i towarzyski, choć skłonny do zapalczywości i uparty”.
    W 1601 r. król Hiszpanii Filip III podjął decyzję o wysłaniu wojsk na pomoc rebelii, która rozpoczęła się w Irlandii. Wraz z wojskiem wyruszył w rodzinne okolice Dominik. Zdziesiątkowane przez sztorm oddziały dotarły do Castleheaven 1 grudnia 1601 r. Rozpoczęły się, zakończone klęską, walki. 17 czerwca 1602 r. zakutych w kajdany jezuitów uwięziono i poprowadzono na przesłuchanie. Obiecano im wielkie nagrody za wyrzeczenie się wiary katolickiej, a gdy nie chcieli tego zrobić, zostali poddani bestialskim torturom. Mimo prób perswazji ze strony części rodziny, by udawał konwersję w celu uratowania życia, Dominik pozostał niezłomny.
    Dowodzący wojskiem angielskim Georges Carew chciał zmusić go do wyrzeczenia się wiary katolickiej i złamać jego wierność wobec Ojca Świętego. Gdy w ciągu ponad 4 miesięcy uwięzienia nie udało mu się osiągnąć tego celu, Dominik został przewieziony do Youghal na egzekucję. Na miejscu kaźni zawołał: “Bądź pozdrowiony, Krzyżu Święty, którego tak bardzo pragnąłem!” Powiedział także do zgromadzonych mieszkańców, że przybył do Irlandii, by bronić rzymskiego Kościoła katolickiego, jedynego miejsca, w którym Bóg obdarza zbawieniem. Był przy tym bardzo pogodny. Angielski oficer powiedział: “On tak traktuje śmierć, jak ja ucztę”. Collins usłyszał go i odpowiedział: “W tej sprawie będę gotów umrzeć nie raz, ale tysiące razy”.
    Po tak odważnym i pełnym wiary świadectwie kaci nie chcieli dokonać egzekucji. Przymuszono do jej wykonania pewnego rybaka, który prosił skazańca o przebaczenie. Dominik udzielił mu go z uśmiechem. Na koniec zawołał: “Panie, w Twoje ręce powierzam ducha mego”. Oddał życie za wiarę 31 października 1602 r. Obecnie, w miejscu egzekucji, znajduje się tablica pamiątkowa. Został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II w 1992 roku, razem z szesnastoma innymi męczennikami irlandzkimi.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    29 października

    Błogosławiony Michał Rua, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Felicjan, męczennik
    ***
    Błogosławiony Michał Rua

    Michał urodził się w Turynie 9 czerwca 1837 roku. Jego ojciec, Jan Chrzciciel Rua, był kierownikiem jednego z wydziałów fabryki broni. Z pierwszego małżeństwa doczekał się 5 synów, z drugiego – trzech kolejnych i jednej córki. Michał był wśród nich najmłodszy. Gdy się urodził, czworo z jego rodzeństwa już nie żyło. Kiedy Michał miał 8 lat, zmarł jego ojciec. Wtedy dwaj synowie z pierwszego małżeństwa opuścili macochę, będąc już ludźmi pełnoletnimi. Pozostała więc ona z trzema synami: Janem, Alojzym i Michałem. Pani Rua nadal mieszkała w fabryce, gdzie wkrótce pracę rozpoczął Jan. Alojzy i Michał uczęszczali natomiast do szkoły elementarnej, którą przy fabryce prowadził kapelan robotników.
    W pobliżu fabryki na Valdocco św. Jan Bosko rozpoczął właśnie swoje dzieło pod nazwą Oratorium. Michał chętnie do niego uczęszczał wraz ze swoim bratem, Alojzym. Do pierwszej Komunii świętej Michał został dopuszczony w roku 1846. W roku 1848 zapisał się do szkoły, prowadzonej przez Braci Szkół Chrześcijańskich. Co niedzielę uczęszczał natomiast do Oratorium św. Jana Bosko, w którym po Mszy świętej chłopcy mieli zapewnioną godziwą rozrywkę. Św. Jan Bosko kierował także do chłopców kazanie i osobną katechezę. Bacznym okiem śledził swoich podopiecznych, gdyż najlepszych z nich zamierzał doprowadzić do kapłaństwa, by w przyszłości mogli dalej prowadzić jego dzieło.
    Pewnego dnia zaproponował także Michałowi naukę łaciny i dalsze studia. Matka zamierzała wysłać Michała do pracy w fabryce broni. Chłopak poprosił matkę, by zezwoliła mu na dalszą edukację. Wkrótce Michał zamieszkał przy Oratorium (1853). Pełnił rolę asystenta św. Jana Bosko, kiedy chłopcy zbierali się w niedziele i w święta. W roku 1854 Rua na ręce św. Jana Bosko złożył śluby zakonne i objął jako kleryk samodzielne prowadzenie Oratorium na drugim krańcu Turynu. W roku 1858 przeniosła się na stałe do Oratorium także pani Rua, by pomagać św. Janowi Bosko w gotowaniu, praniu i pracach w ogródku warzywnym. Przez 18 lat była dobrym aniołem dla kilkudziesięciu sierot internatu, żywiąc ich i odziewając.
    W tym samym czasie Michał Rua uczęszczał codziennie do seminarium diecezjalnego w Turynie na wykłady filozofii (1854-1856) oraz teologii (1856-1860). W roku 1860 otrzymał święcenia kapłańskie. Był to pierwszy kapłan, wychowanek św. Jana Bosko. Cały czas wolny od studiów bł. Michał Rua spędzał w Oratorium z uczącą się młodzieżą. Do najpiękniejszych chwili życia Michała należała niewątpliwie pielgrzymka do Rzymu wraz ze św. Janem Bosko w roku 1858. Założyciel salezjanów rozpoczął wtedy zabiegi o zatwierdzenie reguły nowego zgromadzenia.
    Zaraz po święceniach kapłańskich św. Jan Bosko uczynił księdza Rua kierownikiem naukowym wszystkich szkół salezjańskich. Około 300 uczniów uczęszczało wtedy do gimnazjum, drugie tyle chodziło do szkół zawodowych i wieczorowych, wreszcie ponad 1000 osób w niedziele i w święta – do trzech oratoriów: św. Franciszka, św. Alojzego i do nowo otwartego oratorium Anioła Stróża. Zadaniem księdza Rua było czuwanie nad programami nauki, nad nauką młodzieży, kontakt z nauczycielami i wychowawcami, dostarczanie dla oratoriów odpowiednich gier i staranie się o kapłanów dla posługi duchowej.
    W roku 1862 miasto Mirabello w Piemoncie ofiarowało św. Janowi posesję i przyrzekło dopomóc w budowie internatu i szkoły gimnazjalnej. Na przełożonego nowej placówki Jan Bosko wybrał księdza Rua. Kiedy po 5 latach ks. Michał opuszczał Mirabello, szkoła bardzo dobrze funkcjonowała. W roku 1865 św. Jan Bosko mianował księdza Rua dyrektorem administracyjnym całej rodziny salezjańskiej. Powstawały nowe domy. Nad wszystkimi miał opiekę ks. Rua.
    Kiedy miał 30 lat, bardzo poważnie zachorował, lekarze byli bezradni. Wtedy św. Jan Bosko powiedział do swojego wychowanka: “Nie chcę, żebyś umarł. Musisz mi jeszcze pomóc w tylu sprawach”. Ks. Michał wyzdrowiał i podjął dalej na długie lata pracę u boku Założyciela.
    Współpracował ze św. Janem Bosko w założeniu żeńskiej rodziny zakonnej Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych, powołanych do życia w roku 1872. Pomagał w zorganizowaniu pierwszej wyprawy misyjnej do Ameryki Południowej (1875), w dziele Pomocników Salezjańskich (1876), w założeniu czasopisma dla wszystkich dzieł salezjańskich (1877) – był więc “prawą ręką” św. Jana Bosko.
    Od roku 1884 św. Jan Bosko był tak wyczerpany pracą, że nie mógł prowadzić tak wielu instytucji. Dlatego, za zezwoleniem papieża Leona XIII, wyznaczył swoim wikariuszem generalnym i zastępcą księdza Rua. To na jego rękach św. Jan Bosko zmarł 31 stycznia 1888 roku. Niecałe dwa tygodnie później, 11 lutego, ks. Rua otrzymał dekret Stolicy Apostolskiej, która wyznaczyła go na przełożonego generalnego zgromadzenia salezjańskiego. Kierował nim przez 22 lata, aż do śmierci w dniu 10 kwietnia 1910 roku. W momencie śmierci św. Jana Bosko ks. Rua objął opiekę nad 64 placówkami i ok. 700 współbraćmi. Swoim następcom zostawił natomiast 341 domów w 30 krajach i ok. 4000 członków.
    Michał Rua był cały oddany Panu Bogu. Za swoją naczelną i jedyną misję uznał pracę dla chwały Bożej, zwłaszcza poprzez służbę wobec ubogiej i opuszczonej młodzieży. Wedle relacji świadków jego życia miał dar czytania w sercach i w sumieniach, przepowiadał przyszłość, przywrócił zdrowie kilkunastu chorym i kalekom. Wymagał od innych, ale ogromnie troszczył się także o potrzeby swoich współbraci. Rady, jakie pozostawił przełożonym domów, są bezcenne dla wszystkich przełożonych, tak wiele w nich serca, doświadczenia i mądrości.
    Michał Rua przyjmował pierwszych Polaków do zgromadzenia. Otworzył także pierwsze domy w Polsce (Miejsce Piastowe w roku 1892 i Oświęcim w roku 1898). Sam też dwa razy odwiedził naszą Ojczyznę: w roku 1901 i 1904. Jest patronem Suwałk i Szczecina.
    Do chwały ołtarzy wyniósł go papież Paweł VI w dniu 29 października 1972 roku. Dzień śmierci bł. Michała przypada pod koniec Wielkiego Postu lub w tygodniu wielkanocnym, dlatego na dzień liturgicznego wspomnienia obrano właśnie datę beatyfikacji.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    28 października

    Święci Apostołowie Szymon i Juda Tadeusz

    Święty Szymon Apostoł

    Ewangelie wymieniają św. Szymona w ścisłym gronie uczniów Pana Jezusa. Jest on chyba najmniej znanym spośród nich. Ewangelie wspominają o nim tylko trzy razy. Mateusz i Marek dają mu przydomek Kananejczyk (Mt 10, 4; Mk 3, 18). Dlatego niektórzy Ojcowie Kościoła przypuszczali, że pochodził on z Kany Galilejskiej i był panem młodym, na którego weselu Chrystus Pan uczynił pierwszy cud. Współczesna egzegeza dopatruje się jednak w słowie Kananejczyk raczej znaczenia “gorliwy”, gdyż tak je również można tłumaczyć. Łukasz wprost daje Szymonowi przydomek Zelotes, czyli gorliwy (Łk 6, 15). Specjalne podkreślenie w gronie Apostołów, że Szymon był gorliwy, może oznaczać, że faktycznie wyróżniał się wśród nich prawością i surowością w zachowywaniu prawa mojżeszowego i zwyczajów narodu.
    Szymon Kananejczyk jest we wszystkich czterech katalogach Apostołów wymieniany zawsze obok św. Jakuba i św. Judy Tadeusza, “braci” (stryjecznych albo ciotecznych) Chrystusa, czyli Jego kuzynów (Mt 10, 4; Mk 3, 18; Łk 6, 15; Dz 1, 13). Czy był nim także i Szymon? Według Ewangelii św. Mateusza wydaje się to być pewnym (Mt 13, 55). Także i w tradycji chrześcijańskiej mamy nikłe wiadomości o Szymonie. Miał być bratem Apostołów: Jakuba Młodszego i Judy Tadeusza. Będąc krewnym Pana Jezusa, miał według innych zasiąść na stolicy jerozolimskiej po Jakubie Starszym i Jakubie Młodszym jako trzeci biskup i tam ponieść śmierć za cesarza Trajana, kiedy miał już ponad sto lat.
    Są jednak pisarze, którzy twierdzą, że Szymon Apostoł nie był krewnym Jezusa i jest osobą zupełnie inną od Szymona, biskupa Jerozolimy, który poniósł śmierć męczeńską za panowania cesarza Trajana. Powołują się oni na to, że tradycja łączy go ze św. Judą Tadeuszem tylko dlatego, jakoby miał z nim głosić Ewangelię nad Morzem Czerwonym i w Babilonii, a nawet w Egipcie – i poza Palestyną razem z nim miał ponieść śmierć. Według tej tradycji obchodzi się ich święto tego samego dnia. Również ikonografia chrześcijańska dość często przedstawia razem obu Apostołów.
    O przecięciu Szymona piłą na pół, jak głosi legenda (a nawet – piłą drewnianą), dowiadujemy się z jego średniowiecznych żywotów. Ciało św. Szymona, według świadectwa mnicha Epifaniusza (w. IX), miało znajdować się w Nicopolis (północna Bułgaria), w kościele wystawionym ku czci Apostoła. W kaplicy świętych Szymona i Judy w bazylice św. Piotra, która obecnie jest także kaplicą Najświętszego Sakramentu, mają znajdować się relikwie obu Apostołów. Część relikwii ma posiadać również katedra w Tuluzie. Św. Szymon jest patronem diecezji siedleckiej oraz farbiarzy, garncarzy, grabarzy i spawaczy.W ikonografii św. Szymon w sztuce wschodniej przedstawiany jest z krótkimi włosami lub łysy, w sztuce zachodniej ma dłuższe włosy i kędzierzawą brodę. Jego atrybutami są: księga, kotwica, palma i piła (drewniana), którą miał być rozcięty, topór, włócznia.

    Święty Juda Tadeusz, Apostoł

    O życiu św. Judy nie wiemy prawie nic. Miał przydomek Tadeusz, czyli “Odważny” (Mt 10, 3; Mk 3, 18). Nie wiemy, dlaczego Ewangeliści tak go nazywają. Był bratem św. Jakuba Młodszego, Apostoła (Mt 13, 55), dlatego bywa nazywany również Judą Jakubowym (Łk 6, 16; Dz 1, 13). Nie wiemy, dlaczego Orygenes, a za nim inni pisarze kościelni nazywają Judę Tadeusza także przydomkiem Lebbeusz. Mogłoby to mieć jakiś związek z sercem (hebrajski wyraz leb znaczy tyle, co serce) albo wywodzić się od pewnego wzgórza w Galilei, które miało nazwę Lebba. Był jednym z krewnych Jezusa. Prawdopodobnie jego matką była Maria Kleofasowa, o której wspominają Ewangelie.
    Imię Judy umieszczone na dalszym miejscu w katalogu Apostołów sugeruje jego późniejsze wejście do grona uczniów. To on przy Ostatniej Wieczerzy zapytał Jezusa: “Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?” Zasadne jest zatem przypuszczenie, że św. Juda, przystępując do grona Apostołów, kierował się na początku perspektywą zrobienia przy Chrystusie kariery.
    Juda jest autorem jednego z listów Nowego Testamentu. Sam w nim nazywa siebie bratem Jakuba (Jud 1). Z listu wynika, że prawdopodobnie był człowiekiem wykształconym. List ten napisał przed rokiem 67, gdyż zapożycza od niego pewne fragmenty i słowa nawet św. Piotr. Po Zesłaniu Ducha Świętego Juda głosił Ewangelię w Palestynie, Syrii, Egipcie i Mezopotamii; niektóre z wędrówek misyjnych odbył razem ze św. Szymonem. Część tradycji podaje, że razem ponieśli śmierć męczeńską. Inne mówią, że Szymon został zabity w Jerozolimie, a Juda Tadeusz prawdopodobnie w Libanie lub w Persji.
    Hegezyp, który żył w wieku II, pisał, że Juda był żonaty, kiedy wstąpił do grona Apostołów. Dlatego podejrzliwy na punkcie władzy cesarz Domicjan kazał wezwać do Rzymu wnuków św. Judy w obawie, aby oni – jako “krewni” Jezusa – nie chcieli kiedyś sięgnąć także po jego cesarską władzę. Kiedy jednak ujrzał ich i przekonał się, że są to ludzie prości, odesłał ich do domu.
    Kult św. Judy Tadeusza jest szczególnie żywy od XVIII w. w Austrii i w Polsce. Bardzo popularne jest w tych krajach nabożeństwo do św. Judy jako patrona od spraw beznadziejnych. Z tego powodu w wielu kościołach odbywają się specjalne nabożeństwa ku jego czci, połączone z odczytaniem próśb i podziękowań. Czczone są także jego obrazy. Jest patronem diecezji siedleckiej i Magdeburga. Jest także patronem szpitali i personelu medycznego.W ikonografii św. Juda Tadeusz przedstawiany jest w długiej, czerwonej szacie lub w brązowo-czamym płaszczu. Trzyma mandylion z wizerunkiem Jezusa – według podania jako krewny Jezusa miał być do Niego bardzo podobny. Jego atrybutami są: barka rybacka, kamienie, krzyż, księga, laska, maczuga, miecz, pałki, którymi został zabity, topór.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    Święci Szymon Kananejczyk (Gorliwy)

    i Juda Tadeusz

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 11 PAŹDZIERNIKA 2006

    (…) Mówimy o nich razem nie tylko dlatego, że w spisach Dwunastu występują zawsze obok siebie, ale również dlatego, że wiadomości o nich są nieliczne, pomijając fakt, że w kanonie Nowego Testamentu znalazł się list przypisany w przeszłości drugiemu z nich.

    Drodzy bracia i siostry,

    Przedmiotem naszych rozważań jest dzisiaj dwóch z dwunastu Apostołów: Szymon Kananejczyk i Juda Tadeusz (nie mylić z Judaszem Iskariotą). Mówimy o nich razem nie tylko dlatego, że w spisach Dwunastu występują zawsze obok siebie (por. Mt 10,4; Mk 3,18; Łk 6,15; Dz 1,13), ale również dlatego, że wiadomości o nich są nieliczne, pomijając fakt, że w kanonie Nowego Testamentu znalazł się list przypisany w przeszłości drugiemu z nich.

    Święci Szymon Kananejczyk (Gorliwy) i Juda Tadeusz

    Św. Szymon Gorliwy (L) i św. Juda Tadeusz (P)

    JOSÉ DE RIBERA; XVII W. (L) / GEORGES DE LA TOUR; XVII W. (P) (PD)

    ***

    Szymon otrzymuje przydomek, który zmienia się w czterech spisach: jeśli gdy Mateusz i Marek nazywają go “Kananejczykiem”, Łukasz określa go mianem “Zeloty”. W rzeczywistości oba te pojęcia są równoznaczne, gdyż oznaczają to samo, w języku hebrajskim czasownik qanà’ znaczy bowiem “być zazdrosnym, żarliwym” i może się odnosić zarówno do Boga, który zazdrosny jest o wybrany przez siebie naród (por. Wj 20,5), jak i do ludzi, którzy płoną zapałem służenia jedynemu Bogu z całkowitym oddaniem, jak Eliasz (por. 1 Krl 19,10). Bardzo więc prawdopodobne, że Szymon, jeśli nawet nie należał do nacjonalistycznego ruchu Zelotów, wyróżniał się przynajmniej płomiennym zapałem do żydowskiej tożsamości, a więc do Boga, do swego ludu i do Prawa Bożego.

    Jeżeli sprawy tak wyglądają, Szymon znajduje się na antypodach Mateusza, który, przeciwnie, jako celnik uprawiał zawód, uważany wówczas za całkowicie nieczysty. Jest to oczywisty znak, że Jezus powołuje swych uczniów i współpracowników z najrozmaitszych warstw społecznych i religijnych, bez żadnych uprzedzeń. Jego interesują osoby, nie kategorie społeczne czy etykietki! To piękne, że w grupie Jego uczniów, wszyscy, choć tak odmienni, od Zeloty po celnika, współistnieli razem, przezwyciężając łatwe do wyobrażenia trudności: to bowiem sam Jezus był motywem spoistości, w którym wszyscy tworzyli jedno. Stanowi to wyraźnie naukę dla nas, często skłonnych do podkreślania różnic, a nawet przeciwieństw, zapominając, że w Jezusie Chrystusie otrzymaliśmy moc godzenia naszych konfliktów. Pamiętajmy również o tym, że grupa Dwunastu stanowi zapowiedź Kościoła, a zatem zapowiada Kościół, w którym ma być miejsce dla wszystkich charyzmatów, narodów, ras, wszystkich przymiotów ludzkich, które w komunii z Jezusem znajdują zgodę i jedność.

    Jeśli chodzi o Judę Tadeusza, to nazwała go tak tradycja, łącząc dwa różne imiona: ponieważ gdy Mateusz i Marek nazywają go po prostu “Tadeuszem” (Mt 10,3; Mk 3,18), to Łukasz określa go jako “Judę, syna Jakuba” (Łk 6,16; Dz 1,13). Przydomek Tadeusz jest niepewnego pochodzenia i bywa objaśniany jako pochodzący od aramejskiego taddà’, co znaczy “pierś”, oznaczałby więc “wielkodusznego”, bądź jako skrót od greckich imion “Theódoros, Theódotos”. Wiemy o nim niewiele. Tylko Jan wspomina o prośbie, z jaką Apostoł ten zwrócił się do Jezusa podczas Ostatniej Wieczerzy. Rzekł Tadeusz do Pana: “Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?” Jest to sprawa bardzo aktualna, z którą my także przychodzimy do Pana: dlaczego Zmartwychwstały nie objawił się w całej swej chwale swoich nieprzyjaciołom, by pokazać, że zwycięzcą jest Bóg? Dlaczego ukazał się jedynie swoim uczniom? Odpowiedź Jezusa jest tajemnicza i głęboka. Pan powiada: “Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać”(J 14, 22-23). A znaczy to, że Zmartwychwstałego trzeba zobaczyć i postrzegać także sercem, w taki sposób, aby Bóg mógł w nim zamieszkać. Pan nie ukazuje się jako rzecz, ale chce wejść w nasze życie i dlatego Jego objawienie się jest objawieniem, które pociąga i zakłada otwarte serce. Tylko w ten sposób widzimy Zmartwychwstałego.

    Judzie Tadeuszowi przypisano autorstwo jednego z listów Nowego Testamentu, nazywanych “katolickimi”, ponieważ skierowane są nie do któregoś z określonych Kościołów lokalnych, ale mają znacznie szerszy krąg adresatów. List ten bowiem wystosowany został “do tych, którzy są powołani, umiłowani w Bogu Ojcu i zachowani dla Jezusa Chrystusa” (w. 1). Główną troską tego pisma jest ostrzeżenie chrześcijan przed tymi wszystkimi, którzy pod pretekstem szczególnego wybrania Bożego tłumaczą swoje wyuzdanie i sprowadzają braci na manowce swym nie do przyjęcia nauczaniem, wprowadzając w Kościele niezgodę “pod wpływem snów” (por. w. 8), jak nazywa Juda ich nauki i idee. Porównuje on ich wręcz do upadłych aniołów i w twardych słowach powiada, że “poszli drogą Kaina” (w. 11). Ponadto otwarcie porównuje ich do “obłoków bez wody wiatrami unoszonych… drzew jesiennych nie mających owocu, dwa razy uschłych, wykorzenionych… rozhukanych bałwanów morskich wypluwających swoją hańbę… gwiazd zabłąkanych, dla których nieprzeniknione ciemności na wieki przeznaczone” (ww. 12-13).

    Nie przywykliśmy dzisiaj może do tak polemicznego słownictwa, które jednak mówi nam coś ważnego: że we wszystkich pokusach, jakie istnieją, we wszystkich prądach współczesnego życia musimy zachować tożsamość naszej wiary. Oczywiście należy bezwzględnie podążać dalej z uporem drogą wyrozumiałości i dialogu, na jaką szczęśliwie wkroczył Sobór Watykański II. Jednakże ta droga dialogu, tak bardzo niezbędna, nie może sprawić, byśmy zapomnieli o obowiązku przemyślania i podkreślania wciąż na nowo z jednakową mocą głównych i niepodważalnych linie naszej chrześcijańskiej tożsamości. Z drugiej strony należy dobrze pamiętać, że ta nasza tożsamość wymaga mocy, jasności i odwagi w obliczu przeciwności świata, w którym żyjemy. Dlatego czytamy dalej w liście: “Wy zaś, umiłowani, budując samych siebie na fundamencie waszej najświętszej wiary, w Duchu Świętym się módlcie i w miłości Bożej strzeżcie samych siebie, oczekując miłosierdzia Pana naszego Jezusa Chrystusa, które wiedzie ku życiu wiecznemu” (ww. 20-22). List kończy się takimi oto przepięknymi słowami: “Temu zaś, który może was ustrzec od upadku i stawić nienagannymi i rozradowanymi wobec swej chwały, jedynemu Bogu, Zbawcy naszemu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego, chwała, majestat, moc i władza przed wszystkimi wekami i teraz, i na wszystkie wieki! Amen”(ww. 24-25).

    Widać doskonale, że autor tych słów w pełni przeżywa swą wiarę, do której należą takie wielkie rzeczywistości, jak integralność moralna i radość, ufność, a w końcu chwała, ponieważ wszystko uzasadnione jest dobrocią naszego jedynego Boga i miłosierdziem Pana naszego Jezusa Chrystusa. Dlatego, tak Szymon Kananejczyk, jak i Juda Tadeusz, niech pomagają nam odkrywać wciąż na nowo i żyć niezmordowanie pięknem wiary chrześcijańskiej, umiejąc dawać jej zdecydowane i zarazem pogodne świadectwo.

    wiara.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Szymon „Gorliwy” i Juda Tadeusz.

    Co wiesz o świętych Apostołach?

    (oprac. PCh24.pl – El Greco, Public domain, via Wikimedia Commons)

    ***

    28 października Kościół powszechny obchodzi święto świętych Apostołów Szymona i Judy Tadeusza. Szymon i Juda Tadeusz należeli do grona 12 Apostołów. Byli jednymi z najbliższych uczniów Jezusa.

    Święty Szymon Apostoł

    1.Apostoł najmniej znany

    Szymon Apostoł miał przydomek „Gorliwy”. Jest on jednym z najmniej znanych i pokazywanych w Piśmie Świętym Apostołów. Łącznie we wszystkich Ewangeliach jest wspomniany jedynie trzy razy. Ewangeliści Marek i Mateusz nazywają św. Szymona „Kananejczykiem”. Stąd też niektórzy Ojcowie Kościoła przypuszczali, że Szymon mógł pochodzić z Kany Galilejskiej, a wesele, które się tam odbywało i na które został zaproszony Jezus i Jego Matka, to mogło być właśnie wesele samego Szymona Apostoła.

    2.Dlaczego „gorliwy”?

    Przydomek „gorliwy” Szymon dostaje w Ewangelii według św. Łukasza. Może to oznaczać, że wśród Apostołów Szymon wyróżniał się prawością i starannością w zachowywaniu prawa mojżeszowego. Papież Benedykt XVI w swojej katechezie podkreślił, że „Szymon, jeśli nawet nie należał do nacjonalistycznego ruchu Zelotów, wyróżniał się przynajmniej płomiennym zapałem do żydowskiej tożsamości, a więc do Boga, do swego ludu i do Prawa Bożego”. W katalogu Apostołów Szymon Kananejczyk wymieniany jest zawsze obok św. Jakuba i św. Judy Tadeusza, którzy byli kuzynami samego Chrystusa.

    3.Został męczennikiem w wieku 100 lat

    Według tradycji chrześcijańskiej Szymon miał być bratem Jakuba Młodszego i Judy Tadeusza. Jako krewny Pana Jezusa, miał zasiadać na biskupiej stolicy jerozolimskiej po Jakubie Starszym i Jakubie Młodszym jako trzeci biskup i tam poniósł śmierć za cesarza Trajana. Tradycja mówi, że św. Szymon został zamordowany, kiedy miał już ponad sto lat. Jeden z żywotów średniowiecznych o męczeństwie św. Szymona Kananejczyka podaje, że został on przecięty piłą na pół, stąd jednym z atrybutów w ikonografii tego świętego jest piła. Ciało św. Szymona, według świadectwa mnicha Epifaniusza (IX wiek), miało się znajdować w Nicopolis (północna Bułgaria), w kościele wystawionym ku czci Apostoła. W kaplicy świętych Szymona i Judy w Bazylice św. Piotra, która obecnie jest także kaplicą Najświętszego Sakramentu, znajdują się prawdopodobnie relikwie obu Apostołów. Część relikwii jest w katedrze w Tuluzie.

    4.Potronat i atrybuty

    Św. Szymon jest patronem farbiarzy, garncarzy, grabarzy i spawaczy. W ikonografii św. Szymon w sztuce wschodniej przedstawiany jest z krótkimi włosami lub łysy, w sztuce zachodniej ma dłuższe włosy i kędzierzawą brodę. Jego atrybutami są: księga, kotwica, palma i piła, topór, włócznia.

    Święty Juda Tadeusz

    1.Apostoł najmniej znany

    O życiu św. Judy nie wiemy prawie nic. Miał przydomek Tadeusz, czyli „Odważny”. Nie wiemy, dlaczego Ewangeliści tak go nazywają. Był bratem św. Jakuba Młodszego, Apostoła, dlatego bywa nazywany również Judą Jakubowym. Nie wiemy też, dlaczego Orygenes, a za nim inni pisarze kościelni określają Judę Tadeusza także przydomkiem Lebbeusz. Mogłoby to mieć jakiś związek z sercem (hebrajski wyraz leb znaczy tyle, co serce) albo wywodzić się od pewnego wzgórza w Galilei, które miało nazwę Lebba. Juda był jednym z krewnych Jezusa. Prawdopodobnie jego matką była Maria Kleofasowa, o której wspominają Ewangelie.

    2.Chciał zrobić karierę i dlatego został świętym

    Imię Judy zostało umieszczone na dalszym miejscu w katalogu Apostołów, co sugeruje jego późniejsze wejście do grona najbliższych uczniów Jezusa. To on przy Ostatniej Wieczerzy zapytał Mistrza: „Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?” Zasadne jest zatem przypuszczenie, że św. Juda, przystępując do grona Apostołów, kierował się na początku perspektywą zrobienia przy Chrystusie kariery. I w końcu ją zrobił – zostając świętym.

    3.Juda autorem jednego listu Nowego Testamentu 

    Jest autorem jednego z listów Nowego Testamentu i sam siebie nazywa bratem Jakuba. List ten został napisany przed 67. rokiem i zapożycza z niego pewne fragmenty i słowa św. Piotra. Po Zesłaniu Ducha Świętego Juda, głosił Ewangelię w Palestynie, Syrii, Egipcie i Mezopotamii.

    4.Niosąc Ewangelię oddał życie za Jezusa

    Po Zesłaniu Ducha Świętego Juda głosił Ewangelię w Palestynie, Syrii, Egipcie i Mezopotamii; niektóre z wędrówek misyjnych odbył razem ze św. Szymonem. Część tradycji podaje, że razem też ponieśli śmierć męczeńską. Inne mówią, że Szymon został zabity w Jerozolimie, a Juda Tadeusz prawdopodobnie w Libanie lub w Persji.

    5.Potronat i atrybuty

    Kult św. Judy Tadeusza jest szczególnie żywy od XVIII w. w Austrii i w Polsce. Bardzo popularne jest w tych krajach nabożeństwo do św. Judy jako patrona od spraw beznadziejnych. Z tego powodu w wielu kościołach odbywają się specjalne nabożeństwa ku jego czci, połączone z odczytaniem próśb i podziękowań. Czczone są także jego obrazy. Jest patronem diecezji siedleckiej i Magdeburga. Jest także patronem szpitali i personelu medycznego. W ikonografii św. Juda Tadeusz przedstawiany jest w długiej, czerwonej szacie lub w brązowo-czarnym płaszczu.. Jego atrybutami są: barka rybacka, kamienie, krzyż, księga, laska, maczuga, miecz, pałki, którymi został zabity, topór.

    (źródła – brewiarz.pl, niedziela.pl, slowo.redemptor.pl)

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    27 października

    Święty Frumencjusz, biskup

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Sabina, Wincenty i Chrestyna
    ***
    Święty Frumencjusz

    Frumencjusz doznaje czci we wszystkich obrządkach. Do Martyrologium Rzymskiego wpisał go kardynał Baroniusz (+ 1607). Żywot Frumencjusza przekazał potomnym Rufin. Według jego relacji pewien filozof z Tyru w towarzystwie dwóch swoich uczniów – Frumencjusza i Edezjusza – udawał się do Indii. Jednak burza zagnała jego okręt do granic Etiopii. Tam zostali pochwyceni i wzięci do niewoli. Odesłano ich na dwór króla do Axum. Byli bowiem bardzo pięknymi i obiecującymi młodzieńcami. Na dworze królewskim doszli do najwyższych godności. Frumencjusz miał zostać sekretarzem królewskim. Po śmierci króla w tym samym charakterze zatrzymała go na swoim dworze królowa. Niedługo potem obaj młodzieńcy poprzez kupców chrześcijańskich zapoznali się z Kościołem katolickim. Odtąd stali się najżarliwszymi propagatorami wiary w Chrystusa.
    Za pozwoleniem syna królowej, który objął z kolei tron, Edezjusz wrócił do Tyru, a Frumencjusz udał się do Egiptu, do Aleksandrii, gdzie z rąk św. Atanazego ok. roku 340 przyjął sakrę biskupią. W taki to sposób został nie tylko ojcem chrześcijaństwa w Etiopii, ale także hierarchii kościelnej, którą tam założył. Było to za czasów cesarza Konstantyna I Wielkiego i jego syna Konstancjusza. Król Ezan nie tylko dał Frumencjuszowi pełną swobodę w tej pięknej akcji, ale nawet sam z jego rąk wraz z bratem przyjął chrzest.
    Ponieważ patriarcha Aleksandrii, św. Atanazy, udzielił sakry biskupiej Frumencjuszowi, dlatego przez 1500 lat Kościół w Etiopii był uzależniony od patriarchów Aleksandrii. Oni mianowali biskupów tegoż kraju. Dopiero w roku 1959 prawosławny Kościół w Etiopii uzyskał status autokefalicznego (niezależnego), z własnym patriarchą. Niestety, w V wieku patriarchowie aleksandryjscy przeszli na monofizytyzm. Wprowadzili więc monofizytyzm jako obowiązujący w Etiopii. Monofizytów egipskich i etiopskich zwykło się nazywać koptami. Na Soborze Florenckim (1431-1445) Abisynia przystąpiła wprawdzie do unii z Kościołem katolickim, ale tylko na krótko. W roku 1555 dzięki wspaniałej akcji jezuitów Etiopia była bliska pełnego i trwałego zjednoczenia z Rzymem. O. Perez pozyskał dla wiary króla-cesarza Zara Dagaba, a potem również jego syna i następcę na tronie, Seltana Sagada. W roku 1626 król ogłosił nawet katolicyzm jako religię państwową. Wywołało to jednak tak gwałtowną reakcję ze strony prawosławnych, monofizyckich koptów, że cesarz cofnął dekret. Rozpoczęło się długoletnie, krwawe prześladowanie, trwające ponad 150 lat (1633-1797), które zniszczyło tak piękne owoce.
    Od roku 1839 misjonarze katoliccy mogli powrócić na te tereny. W roku 1847 Stolica Apostolska erygowała w Etiopiii dwa wikariaty apostolskie w obrządku etiopskim: jeden zarządzany przez lazarystów, drugi przez kapucynów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    26 października

    Błogosławiona Celina Borzęcka, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Lucjan i Marcjan
      •  Błogosławiony Bonawentura z Potenzy, prezbiter
      •  Święty Fulcjusz z Pawii, biskup
      •  Święty Dymitr z Salonik, męczennik
    ***
    Błogosławiona Celina Borzęcka

    Celina Rozalia Leonarda urodziła się 29 października 1833 r. w zamożnej rodzinie ziemiańskiej Chludzińskich, na kresach dawnej Rzeczypospolitej w Antowilu, blisko Orszy – teraz to Białoruś. Rodzice zadbali o to, by otrzymała staranne wykształcenie i wychowanie. Już jako młoda dziewczyna zapragnęła wstąpić do klasztoru wizytek w Wilnie, ale posłuszna woli rodziców i radzie spowiednika w 1853 r. wyszła za mąż za Józefa Borzęckiego, właściciela majątku Obrembszczyzna koło Grodna. Było to szczęśliwe małżeństwo, a Celina była dobrą żoną i matką. Urodziła czworo dzieci, z których dwoje – Marynia i Kazimierz – zmarło jako niemowlęta. Celina zajmowała się pracą charytatywną wśród ludności wiejskiej, a w 1863 r. wspierała powstańców, za co znalazła się wraz z kilkutygodniową Jadwigą w rosyjskim więzieniu w Grodnie.
    W 1869 r. Józef Borzęcki uległ atakowi paraliżu i stracił władzę w nogach. Celina wraz z córkami Celiną i Jadwigą wyjechała z nim na leczenie do Wiednia, które jednak nie przyniosło spodziewanych rezultatów. Przez pięć lat starannie pielęgnowała męża. Na kilka tygodni przed śmiercią Borzęcki podyktował starszej córce Celinie testament, w którym zaświadczył o miłości, bohaterstwie, odwadze i roztropności swej żony.
    Po jego śmierci, w 1875 r. Celina Borzęcka wyjechała z córkami do Rzymu. Tam znowu zapragnęła życia zakonnego. Poznała generała zmartwychwstańców, ks. Piotra Semenenkę, który stał się jej spowiednikiem i przewodnikiem duchowym. Pod jego wpływem postanowiła wraz z córką Jadwigą (obecnie Służebnicą Bożą) założyć żeńską gałąź zgromadzenia, do którego należał. Po pokonaniu wielu przeciwności i upokorzeń zmartwychwstanki zostały zatwierdzone jako zgromadzenie kontemplacyjno-czynne, którego zadaniem było nauczanie i chrześcijańskie wychowanie dziewcząt. 6 stycznia 1891 r. Celina i Jadwiga złożyły śluby wieczyste. Dzień ten jest uważany za początek Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstania Pana Naszego Jezusa Chrystusa w Kościele.
    Mimo rozlicznych zakonnych obowiązków, Celina była przy starszej córce (również Celinie), gdy rodziły się jej dzieci. Starała się też być dobrą babcią dla swoich pięciorga wnucząt. Założone przez nią nowe zgromadzenie rozwijało się dynamicznie. Jesienią 1891 r. Celina otworzyła w Kętach, mieście św. Jana Kantego, pierwszy dom na ziemiach polskich. W skromnej starej chacie początkowo została założona szkoła dla dziewcząt i nowicjat. Było trudno, bo siostrom i ich wychowankom doskwierała bieda, ale już po czterech latach stanął tam klasztor. Matka Celina sama zaprojektowała kaplicę, w której ołtarzu znalazła się Matka Boża Ostrobramska, a w witrażach można zobaczyć patronów Polski, Litwy i Rusi. Budynek klasztoru otacza piękny park, w którym do dziś rosną drzewa zasadzone jeszcze przez założycielkę. Dowodem jej zaradności i wyczucia smaku są zachowane niepowtarzalne szaty liturgiczne: alby, uszyte z jej koronkowej sukni ślubnej i dawnego stroju balowego. W Kętach zmartwychwstanki wybudowały szkołę i ochronkę dla dzieci. Stąd wyruszyły do kolejnych placówek – w Częstochowie i Warszawie. W 1896 r. rozpoczęły też pracę apostolską w Bułgarii, a w 1900 r. – w Stanach Zjednoczonych.
    W 1906 r. Celina przeżyła cios – nieoczekiwanie zmarła jej córka Jadwiga, współzałożycielka zgromadzenia i najbliższa współpracownica, która miała poprowadzić dalej rozpoczęte dzieło. Mimo podeszłego wieku Matka Celina pełniła nadal obowiązki przełożonej generalnej. Zmarła w Krakowie 26 października 1913 r., pochowana została obok swej córki w Kętach. W 1937 r. doczesne szczątki Celiny i Jadwigi zostały przeniesione do krypty pod kaplicą klasztoru w Kętach, a w 2001 r. – do sarkofagu w kościele św. Małgorzaty i Katarzyny w Kętach.
    Za życia matki Celiny powstało 18 domów, w których pracowało 214 sióstr zmartwychwstanek, i 16 związanych z ich duchowością zgromadzeń świeckich apostołek zmartwychwstania. W roku jej beatyfikacji w 54 domach w Polsce, Anglii, Argentynie, Australii, Kanadzie, Tanzanii, Stanach Zjednoczonych, we Włoszech i na Białorusi pracowało 512 sióstr oraz 322 apostołki. Siostry wykonują wiele posług, m.in. pracują jako nauczycielki, wychowawczynie, katechetki, zakrystianki, organistki, animatorki oazowe i pielęgniarki.Proces beatyfikacyjny Matki Celiny rozpoczęto z inicjatywy papieża Piusa XII w Rzymie w 1944 r. Dekret o heroiczności cnót podpisał św. Jan Paweł II w 1982 r. W 2002 r. w Krakowie przeprowadzono proces dotyczący domniemanego uzdrowienia po ciężkim wypadku Andrzeja Mecherzyńskiego-Wiktora, prawnuka Matki Celiny w piątym pokoleniu. 16 grudnia 2006 r. Benedykt XVI podpisał dekret zatwierdzający uzdrowienie dokonane za jej przyczyną. 27 października 2007 r. w rzymskiej bazylice św. Jana na Lateranie matka Celina Borzęcka została ogłoszona
    błogosławioną.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________

    Wszystko ma paschalny sens

     Archiwum Sióstr Zmartwychwstanek

    ***

    – Wiem przez wiarę, że Chrystus zmartwychwstał i żyje w nas i między nami, że niedługo spotkam Go twarzą w Twarz i będzie wieczne Alleluja. Tymczasem idę z Nim przez trudną codzienność pewna, że wszystko ma paschalny sens – odpowiedziała mi ponad 80-letnia siostra zmartwychwstanka na prośbę o słowo krzepiące w trudnym czasie pandemii.

    Przed laty inna znajoma starsza zmartwychwstanka ze wzruszeniem powtarzała: – My jesteśmy od Zmartwychwstałego, co to za wielka łaska i tajemnica!

    Bo rzeczywiście tajemnica paschalna to największa tajemnica życia chrześcijańskiego. Przeżywamy ją właśnie w Kościele, warto więc pochylić się nad historią i duchowością Sióstr Zmartwychwstanek, które żyją nią na co dzień każdego dnia.

    Zgromadzenie jest niezwykłym zgromadzeniem nie tylko z powodu duchowości. Jest bowiem pierwszym zgromadzeniem w historii Kościoła katolickiego, założonym przez matkę i córkę.

    Celina Borzęcka, współzałożycielka zgromadzenia, urodziła się w 1833 r. w miejscowości Antowil k. Orszy, w ziemi Mohylewskiej. Bardzo wcześnie zaczęła myśleć o Bogu i od dzieciństwa oddawała się modlitwie. Dosyć wcześnie też uświadomiła sobie powołanie do życia zakonnego. Rodzice mieli jednak inne plany wobec córki – znaleźli jej męża i ustalili datę ślubu. Był to duży cios dla młodej dziewczyny, która jednak po długiej walce duchowej powiedziała – jak Maryja – „fiat” i posłuszna spowiednikowi i woli rodziców poślubiła Józefa Borzęckiego. Ponad własne plany umiłowała bowiem bardziej wolę Bożą, a pragnienie życia zakonnego schowała na dnie serca.

    Od niemożliwego do realnego

    Małżeństwo Borzęckich było bardzo szczęśliwe. Józef otoczył swoją małżonkę miłością, szacunkiem i dobrobytem. Zamieszkali w majątku w Obrębszczyźnie k. Grodna. Tam przyszło na świat ich czworo dzieci, z których dwoje zmarło w niemowlęctwie. Przy życiu zostały dwie córki – Celina i Jadwiga. Szczęście małżonków zostało jednak niespodziewanie zakłócone. W 1869 r. Józef Borzęcki został dotknięty atakiem paraliżu, czego skutkiem była utrata władzy w nogach i życie na wózku inwalidzkim. Celina z wielką miłością otoczyła męża opieką. Nie pomogły jednak kuracje i w 1874 r. Józef Borzęcki w wieku 52 lat zmarł w Wiedniu. W pamiętniku, który Celina wówczas prowadziła, zapisała: „Odszedł mój anioł opiekuńczy”.

    Przełożony generalny Zmartwychwstańców o. Piotr Semenenko stał się kierownikiem duchowym Celiny oraz jej młodszej córki Jadwigi. Starsza córka Celina wyszła za mąż za Józefa Hallera – stryjecznego brata gen. Józefa Hallera.

    W 1881 r. Celina i Jadwiga Borzęckie, pod kierunkiem o. Semenenki, zaczęły tworzyć zręby przyszłej rodziny zakonnej o duchowości zmartwychwstańskiej, zaś o. Piotr uczył je paschalnej duchowości. Opiera się ona na wspólnym życiu z Chrystusem przez zawierzenie się Bogu, aż do całkowitego oddania Mu siebie. Ten rys duchowości nie był obcy Celinie, która wielokrotnie doświadczała siły zawierzenia, nawet wśród największej nocy ducha. O. Piotr ukazywał też prawdę o ludzkiej nędzy i konieczności wyniszczenia siebie tak, by umarł stary człowiek, a narodził się nowy, przemieniony w Chrystusa i razem z Nim zmartwychwstały. Zmartwychwstanki miały przejąć od zmartwychwstańców również cel apostolski. Początkowo było nim moralno-religijne odrodzenie społeczeństwa przez pracę parafialną. O. Semenenko nie doczekał jednak zatwierdzenia zgromadzenia przez Kościół. Zostało ono zatwierdzone dopiero 10 lat po jego śmierci – 6 stycznia 1891 r. Tegoż roku Matka Celina przyjechała do Polski i w Kętach k. Oświęcimia rozpoczęła budowę domu nowicjatu. Później powstawały kolejne placówki.

    Nie brano tego pod uwagę

    Niebawem Matka Celina kolejny raz została postawiona w sytuacji, w której bardzo mocno doświadczyła krzyża. U jej boku, przy tworzeniu nowej wspólnoty zakonnej, stanęła wierna i oddana sprawie współpracownica, asystentka generalna i ukochana córka Jadwiga – nadzieja zgromadzenia i matki. Przy takiej pomocnicy Matka Celina spokojnie myślała o przyszłości. Jadwiga miała poprowadzić dzieło zarówno duchowo, jak i materialnie. Młoda, pełna zapału do pracy, nad wyraz dojrzała duchowo. I nagle wydarzyło się coś, czego zupełnie nie brano pod uwagę – w wieku 43 lat Matka Jadwiga została odwołana do wieczności. Dla Matki Celiny był to straszny cios, ale kolejny raz wypowiedziała Bogu swoje „fiat” i z heroicznym męstwem podjęła zesłane jej cierpienie. Straciła trzecią ukochaną osobę, po mężu i kierowniku duchowym, i tak o tym pisała: „Bóg zabrał mi to, co po ludzku dawało mi pewność, abym zobaczyła, że Jego dzieło może się opierać wyłącznie na Nim”.

    Mimo utrudzenia i braku sił podjęła jeszcze wizytację wszystkich placówek. W 1913 r. podczas powrotu z Częstochowy do Kęt dostała zapalenia płuc. Pogodzona z wolą Bożą wypowiedziała swój testament dla sióstr: „Niech będą jedno”. Odeszła do Pana w niedzielę 26 października 1913 r, w dzień, w którym Kościół wspomina tajemnicę Zmartwychwstania. Została pochowana na cmentarzu w Kętach obok Matki Jadwigi. Obecnie ich doczesne szczątki spoczywają w kościele parafialnym, gdzie ludzie proszą we wszelkich potrzebach i są wysłuchiwani. Wymodlony za przyczyną Matki Celiny cud uzdrowienia stał się potwierdzeniem możliwości wyniesienia jej na ołtarze. Beatyfikacja miała miejsce 27 października 2007 r. w rzymskiej bazylice św. Jana na Lateranie.

    Dziś Siostry Zmartwychwstanki podejmują liczne dzieła w różnych krajach świata, odpowiadając na współczesne potrzeby Kościoła. Pracują w parafiach, szkołach, szpitalach oraz wszędzie tam, gdzie Pan Bóg je prowadzi. Służą według swoich możliwości potrzebującym ludziom. Trwają na intensywnej modlitwie – dzisiaj szczególnie w intencji tych, którzy walczą na pierwszej linii frontu z pandemią koronawirusa.

    Zachęcamy do modlitwy o łaski za wstawiennictwem bł. Celiny Borzęckiej

    Bądź uwielbiony, Panie Jezu, który udzieliłeś błogosławionej Celinie daru szczególnego umiłowania tajemnicy paschalnej

    i pragnienia wypełnienia Twojej świętej woli.

    Ufając w Twoją bezgraniczną miłość do nas, prosimy Cię za jej wstawiennictwem o łaskę ….

    Spraw, o Panie, aby Kościół mógł się radować zaliczeniem służebnicy Twojej Celiny do grona świętych dla większej chwały Twojej i naszego dobra.

    Który żyjesz i królujesz z Bogiem Ojcem, w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Marzena Cyfert/Tygodnik Niedziela

     

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 października

    Święci męczennicy Chryzant i Daria

    Zobacz także:
      •  Święty Bernard Calvo, biskup
    ***
    Święci męczennicy Chryzant i Daria, patroni sędziów
    fot. via Wikipedia, CC 0
    Święci męczennicy Chryzant i Daria, patroni sędziów
    ***
    W oparciu o inskrypcje w Passio można przyjąć, że Chryzant przybył do Rzymu na studia. Nawróciwszy się, przywiódł do Chrystusa westalkę Darię oraz innych mieszkańców. Podczas prześladowania za czasów cesarza Numeriana zostali oni pochwyceni i skazani na śmierć. Wyrok wykonano w sposób okrutny – wrzucono ich do dołu powstałego po nieużywanym akwedukcie przy via Salaria i tam żywcem zasypano ziemią oraz kamieniami. Śmierć ponieśli w 283 lub 284 r. Ci egipscy męczennicy są patronami sędziów.
    Według innych podań Chryzant, który był synem senatora, przypadkowo przeczytał Ewangelię i zapragnął zostać chrześcijaninem. Kiedy ojciec dowiedział się, że syn przyjął chrzest, chciał go siłą odwieść od wiary. Najpierw więził go i głodził, a następnie sprowadził do niego prostytutki. Kiedy nic nie osiągnął i syn dalej uparcie trwał w wierze, postanowił zmusić go do małżeństwa z westalką Darią. Efekt był taki, że Chryzant nawrócił Darię. Żeby uspokoić ojca, pobrali się, ale trwali w dziewiczym małżeństwie.
    Opis męczeństwa jest podobny jak wyżej, z jednym uzupełnieniem, że chrześcijanie zostali zasypani żywcem, kiedy zebrali się, by sprawować Eucharystię.W ikonografii przedstawia się św. Chryzanta jako rzymskiego młodzieńca z palmą w dłoni. Czasami jako rycerza Chrystusa w wianku na głowie. Jego atrybutami są: chorągiew, kamienie, korona, tarcza.
    Św. Daria ukazywana jest w sztuce religijnej jako matrona rzymska z palmą w jednej, a z księgą w drugiej ręce. Jej atrybutami są: kamienie, korona, lew.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    24 października

    Błogosławiony Jan Wojciech Balicki, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Antoni Maria Claret, biskup
      •  Błogosławiony Kontard Ferrini
      •  Błogosławiona Józefina Leroux, dziewica i męczennica
      •  Święty Alojzy Guanella, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Jan Wojciech Balicki

    Jan Wojciech Balicki urodził się 25 stycznia 1869 r. w Staromieściu pod Rzeszowem. Pochodził z biednej, bardzo religijnej rodziny dróżnika kolejowego. Był synem grekokatolika Nicetasa Balickiego i jego rzymskokatolickiej żony Katarzyny. Zgodnie z wolą ojca został ochrzczony w Kościele grekokatolickim; także ówczesne prawo kościelne nakazywało wychowywanie chłopców w obrządku ojca. Ponieważ o tym przepisie dowiedział się dopiero w czasie studiów teologicznych, zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o zgodę na święcenia w obrządku łacińskim. Po ukończeniu seminarium duchownego w Przemyślu, w 1892 r. został wyświęcony na kapłana. Został skierowany do pracy w parafiach jako wikary. Szybko dał się poznać jako świetny kaznodzieja i cierpliwy spowiednik.
    Wkrótce potem podjął studia teologiczne w Rzymie, zakończone doktoratem. Po powrocie do kraju pracował w przemyskim seminarium, gdzie wykładał teologię dogmatyczną. Jego posługa profesorska była owiana duchem głębokiej wiary i umiłowaniem prawdy. W modlitwie najczęściej szukał mądrości Ducha Świętego. W latach 1928-1934 piastował urząd rektora.
    Po przejściu na emeryturę wiele czasu poświęcał na posługę spowiedzi. Jeszcze jako młody ksiądz założył dom opieki dla prostytutek – z tego powodu wielokrotnie rzucano na niego oszczerstwa. Po wkroczeniu do Przemyśla Sowietów w czasie II wojny światowej dom ten został zlikwidowany. Jan Balicki zmarł w Przemyślu w opinii świętości 15 marca 1948 r.
    Po siedmiu latach, 31 października 1955 r. – zgodnie z powszechnym życzeniem – ciało ks. Jana przeniesiono do osobnego grobowca. W 1959 r. przemyskie seminarium duchowne poprosiło biskupa Franciszka Bardę o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego. W 1963 r. wszystkie akta przesłano do Rzymu, gdzie po zbadaniu zeznań świadków i analizie pism ks. Jana ogłoszono dekret o heroiczności jego cnót (grudzień 1994 r.). Osobę ks. Balickiego dawał za wzór kapłanom kardynał Karol Wojtyła, który w 1975 roku pisał o nim: “W czasach, gdy Kościół poszukuje nowych wzorów duchowości dla kapłana diecezjalnego, w sytuacji, gdy wśród samych kapłanów zdarzają się kontestacje, niewierności oraz tendencje, by poszukiwać rzeczy materialnych bardziej niż duchowych, sługa Boży może być przedstawiony jako model życia kapłańskiego. W osobie ks. Balickiego kapłani mogą znaleźć wzór, w jaki sposób połączyć działalność duszpasterską z codzienną kontemplacją tajemnicy Boga”.
    Już jako papież dokonał beatyfikacji ks. Balickiego w sierpniu 2002 roku podczas Mszy świętej na krakowskich Błoniach. Powiedział m.in.:Służbą miłosierdziu było życie błogosławionego Jana Balickiego. Jako kapłan miał zawsze otwarte serce dla wszystkich potrzebujących. Jego posługa miłosierdzia przejawiała się w niesieniu pomocy chorym i ubogim, ale szczególnie mocno wyraziła się przez posługę w konfesjonale. Zawsze z cierpliwością i pokorą starał się zbliżyć grzesznego człowieka do tronu Bożej łaski.
    Wspominając o tym, zwracam się do kapłanów i seminarzystów: proszę was, bracia, nie zapominajcie, że na was, szafarzach Bożego miłosierdzia, spoczywa wielka odpowiedzialność, ale też pamiętajcie, że sam Chrystus umacnia was obietnicą, którą przekazał przez św. Faustynę: “Powiedz Moim kapłanom, że zatwardziali grzesznicy kruszyć się będą pod ich słowami, kiedy będą mówić o niezgłębionym miłosierdziu moim, o litości, jaką mam dla nich w sercu swoim” (Dzienniczek, 1521).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    23 października

    Święty Józef Bilczewski, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Kapistran, prezbiter
      •  Święty Seweryn Boecjusz
    ***
    Na zakończenie XI Zwyczajnego Zgromadzenia Biskupów, obradującego w Watykanie z woli św. Jana Pawła II w dniach 2-23 października 2005 r., kończąc Rok Eucharystii, papież Benedykt XVI dokonał pierwszej kanonizacji w czasie swego pontyfikatu. W poczet świętych zaliczonych zostało pięciu błogosławionych, w tym dwóch Polaków: abp Józef Bilczewski, ordynariusz lwowski, i ks. Zygmunt Gorazdowski, założyciel józefitek. Oprócz nich świętymi ogłoszeni zostali: chilijski jezuita ksiądz Albert Hurtado, żyjący w I poł. XX w., oraz dwóch Włochów: żyjący w XVIII w. kapucyn, brat Feliks z Nikozji, i ksiądz Kajetan Catanoso, zmarły w roku 1963.

    Święty Józef Bilczewski

    Józef Bilczewski urodził się 26 kwietnia 1860 r. w Wilamowicach koło Kęt. Po ukończeniu szkoły podstawowej w Wilamowicach, a potem w Kętach, uczęszczał do gimnazjum w Wadowicach, gdzie zdał maturę w czerwcu 1880 r., i wstąpił do seminarium duchownego w Krakowie. 6 lipca 1884 r. przyjął tu święcenia kapłańskie. W latach 1886-1888 odbył studia teologiczne w Wiedniu (gdzie uzyskał doktorat z teologii), w Rzymie i Paryżu. Po powrocie do kraju był wikariuszem w Kętach i w Krakowie. W 1890 r. uzyskał habilitację na Uniwersytecie Jagiellońskim. W rok później został profesorem teologii dogmatycznej na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, na którym przez pewien okres pełnił funkcję dziekana wydziału teologicznego i rektora. Jako profesor uniwersytetu był bardzo ceniony przez studentów, cieszył się szacunkiem i przyjaźnią innych pracowników naukowych. Opublikował wiele artykułów z dziedziny teologii i archeologii chrześcijańskiej, a także na temat Eucharystii.
    17 grudnia 1900 r. Leon XIII mianował 40-letniego ks. prał. Józefa Bilczewskiego arcybiskupem lwowskim obrządku łacińskiego. Konsekracja biskupia odbyła się 20 stycznia 1901 r. w katedrze we Lwowie. Nowy biskup wyróżniał się ogromną dobrocią serca, wyrozumiałością, pokorą, pobożnością, pracowitością i gorliwością duszpasterską, które płynęły z wielkiej miłości do Boga i bliźniego. Był mężem modlitwy, która inspirowała wszelką jego działalność. Fundował kościoły i kaplice, szkoły i ochronki, krzewił oświatę. Wspierał duchowo i materialnie wszystkie ważniejsze dzieła powstające w archidiecezji lwowskiej. Uważał, że jego obowiązkiem jest bronienie i ratowanie obrządku łacińskiego, za który odpowiadał przed Bogiem i Kościołem, własnym sumieniem i narodem. Życie abp. Józefa Bilczewskiego, wypełnione modlitwą, pracą i dziełami miłosierdzia, sprawiło, że cieszył się wielkim szacunkiem ludzi wszystkich wyznań, obrządków i narodowości.
    W duchu nauczania Piusa X zbliżał wiernych do Eucharystii, częstej Komunii św., pobożnego uczestniczenia w Mszy św. W czasach I wojny światowej rozwijał kult Najświętszego Serca Pana Jezusa, ukazując ludziom nieskończoną miłość Boga, zdolną do przebaczenia i darowania wszystkich grzechów. Czcią i miłością najlepszego syna otaczał Matkę Najświętszą, nazywając Ją swą «Matuchną». Pragnął, by taką samą pobożnością darzyli Ją wierni archidiecezji, naśladując Jej cnoty, szczególnie całkowite zaufanie Bogu.
    Umarł z przepracowania 20 marca 1923 r. Jego zabalsamowane serce umieszczono w kaplicy bł. Jakuba w bazylice katedralnej we Lwowie, a ciało zostało złożone w grobie na cmentarzu janowskim, gdzie grzebano ubogich, dla których był zawsze ojcem i opiekunem.
    Staraniem archidiecezji lwowskiej przeprowadzono proces beatyfikacyjny Józefa Bilczewskiego, którego pierwsza faza została zakończona 18 grudnia 1997 r. ogłoszeniem przez św. Jana Pawła II dekretu o heroiczności jego cnót. W czerwcu 2001 r. za cudowny został uznany przez Kongregację Spraw Kanonizacyjnych fakt nagłego, trwałego i niewytłumaczalnego co do sposobu uzdrowienia dziewięcioletniego chłopca Marcina Gawlika z bardzo ciężkich poparzeń, dokonanego przez Boga za wstawiennictwem Józefa Bilczewskiego – co otworzyło drogę do beatyfikacji arcybiskupa lwowskiego. Dokonał jej św. Jan Paweł II 26 czerwca 2001 r. we Lwowie podczas swej podróży apostolskiej na Ukrainę. W 2005 r. świętym ogłosił go papież Benedykt XVI.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    Św. Józef Bilczewski – budowniczy mostów

    Św. Józef Bilczewski – budowniczy mostów

    Wikipedia

    ***

    Pełnił swą posługę w niezwykle gorącym okresie, starając się łagodzić nastroje w czasie gorących (i krwawych) konfliktów polsko–ukraińskich.

    Słowa: Fylón yr wełt an ganc ałłán ząs ych óm mjer óf hóhym śtán znaczą: „Zgubiony w świecie i całkiem sam usiadłem nad morzem na wysokim kamieniu”. Tak brzmi to zdanie po wilamowicku. To język z rodziny języków germańskich, używany w miasteczku Wilamowice nieopodal Kęt. Tu, u stóp zielonych Beskidów, 26 kwietnia 1860 r. przyszedł na świat Józef Bilczewski.

    Błogosławionym ogłosił go 26 czerwca 2001 r. Jan Paweł II.Tego dnia lało jak z cebra. Przemoczony rimskij papa, przemawiający na lwowskim gigantycznym, 250-tysięcznym blokowisku Sichów… zaintonował: „Nie lij, dyscu, nie lij, bo cie tu nie trzeba”. Wzbudził tym ogromny entuzjazm trzystu tysięcy młodych. Zdumieli się jeszcze bardziej, gdy papież rzucił: „Deszcz pada, to i dzieci będą rosły”. Po chwili nad potężnym lwowskim osiedlem rozbłysło słońce. Podczas swej 50. europejskiej pielgrzymki (23–27 czerwca 2001 roku) papież, urodzony nieopodal Wilamowic, ogłosił Józefa Bilczewskiego błogosławionym. Miejsce było nieprzypadkowe, bo kapłan ten swe życie związał ze stolicą Galicji.

    Po ukończeniu szkół w Wilamowicach, Kętach i Wadowicach (tu zdał maturę) w czerwcu 1880 roku wstąpił do krakowskiego seminarium. 6 lipca 1884 r. przyjął święcenia kapłańskie. Studiował w Wiedniu (doktorat z teologii), w Rzymie i Paryżu. W 1890 r. uzyskał habilitację na Uniwersytecie Jagiellońskim i rychło został profesorem teologii dogmatycznej na lwowskim Uniwersytecie Jana Kazimierza. Przez pewien czas ten ceniony przez studentów wykładowca pełnił funkcję dziekana wydziału teologicznego i rektora.

    17 grudnia 1900 r. Leon XIII mianował 40-letniego profesora łacińskim arcybiskupem Lwowa. Jako pasterz wyróżniał się ogromną wrażliwością na potrzeby najuboższych, wyrozumiałością, pokorą, pobożnością i pracowitością. Był fundatorem wielu kościołów, szkół i ochronek. Powszechnie znana była jego miłość do Maryi, którą zdrobniale nazywał Matuchną.

    Pełnił posługę w niezwykle gorącym okresie: I wojny światowej, walk o Lwów i wojny z bolszewikami. Starał się łagodzić nastroje w czasie konfliktów polsko-ukraińskich. „Czasy są złe. Cały świat jest w ogniu, możemy powtarzać za św. Janem Chryzostomem. Nikt nie wie, co jutro przyniesie. Wszyscy jesteśmy niespokojni co do planu, jaki Opatrzność gotuje się spełnić w najbliższej przyszłości (…). Otóż w takiej chwili moim obowiązkiem jest wynieść wysoko Zbawiciela na Jego tronie eucharystycznym i położyć tuż obok niego przed oczami wszystkich katechizm. Nade wszystko zaś chciejmy wszyscy naśladować czynną miłość Zbawiciela, który jako ostatni i najpokorniejszy niewolnik obmywał nogi uczniom, stał się sługą wszystkich” – nauczał.

    Zmarł z przepracowania przed stu laty, 20 marca. Świętym ogłosił go Benedykt XVI i była to pierwsza kanonizacja jego pontyfikatu (w poczet świętych włączył wówczas również założyciela józefitek ks. Zygmunta Gorazdowskiego).

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 października

    Święty Jan Paweł II, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Donat, biskup
      •  Błogosławiony Tymoteusz Giaccardo, prezbiter
      •  Święta Salome, uczennica Pańska
    ***
    Karol Wojtyła z matką

    Karol Józef Wojtyła urodził się 18 maja 1920 r. w Wadowicach, niewielkim miasteczku nieopodal Krakowa, jako drugi syn Emilii i Karola Wojtyłów. Został ochrzczony w kościele parafialnym 20 czerwca 1920 r. przez ks. Franciszka Żaka, kapelana wojskowego. Rodzice nadali imię Karolowi na cześć ostatniego cesarza Austrii, Karola Habsburga.
    Rodzina Wojtyłów żyła skromnie. Jedynym źródłem utrzymania była pensja ojca – wojskowego urzędnika w Powiatowej Komendzie Uzupełnień w stopniu porucznika. Edmund, brat Karola, studiował medycynę w Krakowie i został lekarzem. Wojtyłowie mieli jeszcze jedno dziecko – Olgę, która zmarła zaraz po urodzeniu.
    W dzieciństwie Karola nazywano najczęściej zdrobnieniem imienia – Lolek. Uważano go za chłopca utalentowanego i wysportowanego.
    13 kwietnia 1929 r. zmarła matka Karola, a trzy lata później, w 1932 r., w wieku 26 lat, zmarł na szkarlatynę brat Edmund. Chorobą zaraził się od swojej pacjentki w szpitalu w Bielsku.
    Od września 1930 r. Karol rozpoczął naukę w ośmioletnim Państwowym Gimnazjum Męskim im. Marcina Jadowity w Wadowicach. Nie miał żadnych problemów z nauką; już w tym wieku, według jego katechetów, wyróżniała go także ogromna wiara. 14 maja 1938 r. Karol zakończył naukę w gimnazjum, otrzymując świadectwo maturalne z oceną celującą, następnie wybrał studia polonistyczne na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zamieszkał z ojcem w Krakowie.

    Karol Wojtyła po maturze

    W lutym 1940 r. poznał osobę ważną dla swego rozwoju duchownego. Był to Jan Tyranowski, który prowadził dla młodzieży męskiej koło wiedzy religijnej. Uczestniczący w nim Wojtyła poznał wówczas i po raz pierwszy czytał pisma św. Jana od Krzyża.
    18 lutego 1941 r. po długiej chorobie zmarł ojciec Karola. Było to poważnym ciosem dla młodego chłopaka, który w 21. roku życia pozostał zupełnie bez rodziny. Po śmierci ojca Karol Wojtyła pozostał bez środków do życia. W normalnych czasach mógłby liczyć na studenckie stypendium, ale w czasie wojny uczelnie nie działały. Karol wykorzystał ten czas na intensywne samokształcenie. Środowisko akademickie utrzymywało więzi i działało w podziemiu.
    W 1942 i 1943 r. jako reprezentant krakowskiej społeczności akademickiej udawał się do Częstochowy, by odnowić śluby jasnogórskie (tradycja akademickich pielgrzymek majowych zapoczątkowana w 1936 r. trwa do dziś).
    Za jedną z najważniejszych dla siebie inicjatyw okresu okupacji Karol uważał pracę aktorską w konspiracyjnym Teatrze Rapsodycznym, pod kierownictwem Mieczysława Kotlarczyka (teatr działał pod auspicjami podziemnej organizacji narodowo-katolickiej Unia). W tym czasie powstało wiele utworów poetyckich Wojtyły, publikowanych później pod pseudonimem Andrzej Jawień (inne pseudonimy literackie to AJ, Piotr Jasień, a od 1961 r. – Stanisław Andrzej Gruda). Twórczość literacką kontynuował także w latach późniejszych.
    Karol podjął pracę jako pracownik fizyczny w zakładach chemicznych Solvay, początkowo w kamieniołomie w Zakrzówku, a potem w oczyszczalni sody w Borku Fałęckim (obecnie na terenie Krakowa). Współpracownicy wspominali później, że każdą przerwę w pracy spędzał zatopiony w lekturze. W drodze do pracy wstępował do kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach, obok cmentarza, na którym w 1938 r. pochowano przyszłą świętą – s. Faustynę Kowalską.
    W 1942 r. wstąpił do tajnego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie, nie przerywając pracy w Solvayu. W tym samym czasie rozpoczął w konspiracji studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. 29 lutego 1944 roku potrąciła go niemiecka ciężarówka wojskowa i dwa tygodnie musiał spędzić w szpitalu. Zapytany po latach, czy łączy w jakiś sposób ten wypadek z zamachem na swoje życie w 1981 roku, przyznał: “Tak, w obu przypadkach czuwała nade mną Opatrzność”.
    Kiedy w Warszawie wybuchło Powstanie, w Krakowie hitlerowski terror nasilił się (w tzw. “czarną niedzielę” 6 sierpnia 1944 r. Niemcy aresztowali ponad 7 000 mężczyzn). Wówczas kardynał Sapieha, chcąc ratować przyszłych kapłanów, zdecydował, że alumni mają zamieszkać w pałacu arcybiskupim. Tam Karol pozostał do końca wojny, do czasu odbudowania krakowskiego seminarium na Podwalu.

    Ksiądz Karol Wojtyła

    13 października 1946 r. alumn Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie Karol Wojtyła został subdiakonem, a tydzień później diakonem. Już 1 listopada 1946 r. kard. Adam Stefan Sapieha wyświęcił Karola na księdza. 2 listopada jako neoprezbiter Karol Wojtyła odprawił Mszę św. prymicyjną w krypcie św. Leonarda w katedrze na Wawelu.
    15 listopada 1946 r. wraz z klerykiem Stanisławem Starowiejskim poprzez Paryż wyjechał do Rzymu, aby kontynuować studia na Papieskim Międzynarodowym Athenaeum Angelicum (obecnie Papieski Uniwersytet św. Tomasza z Akwinu). Podczas studiów zamieszkiwał w Kolegium Belgijskim, gdzie poznał wielu duchownych z krajów frankofońskich oraz z USA. W 1948 r. ukończył studia z dyplomem summa cum laude.
    W lipcu 1948 r. na okres 7 miesięcy ks. Karol został skierowany do pracy w parafii Niegowić, gdzie spełniał zadania wikarego i katechety. W marcu 1949 r. został przeniesiony do parafii św. Floriana w Krakowie. Tam założył chór gregoriański, z którym wkrótce przygotował i odśpiewał mszę De Angelis (“O Aniołach”). Swoich chórzystów zaraził pasją i miłością do gór – razem przewędrowali Gorce, Bieszczady i Beskid. Organizowali także spływy kajakowe na Mazurach. W Krakowie otrzymał też w końcu (1948) tytuł doktora teologii (którego nie dostał w Rzymie z powodu braku funduszy na wydanie drukiem rozprawy doktorskiej). Uzyskawszy po śmierci kard. Sapiehy urlop na pracę naukową, w latach 1951-1953 rozpoczął pisanie pracy habilitacyjnej, która, chociaż przyjęta w 1953 roku przez Radę krakowskiego Wydziału Teologicznego, została odrzucona przez Ministerstwo Oświaty i tytułu docenta Karol Wojtyła nie uzyskał (aż do roku 1957). W roku 1956 objął za to katedrę etyki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

    Biskup Karol Wojtyła

    W 1958 r. Karol Wojtyła został mianowany biskupem pomocniczym Krakowa i biskupem tytularnym Umbrii. Przyjął wówczas, zgodnie z obyczajem, jako hasło przewodnie swej posługi słowa Totus tuus (łac. “Cały Twój”); kierował je do Matki Chrystusa. Konsekracji biskupiej ks. Karola Wojtyły dokonał 28 września 1958 r. w katedrze na Wawelu metropolita krakowski i lwowski, arcybiskup Eugeniusz Baziak. Współkonsekratorami byli biskup Franciszek Jop i biskup Bolesław Kominek. W tym okresie powstały najgłośniejsze prace biskupa Wojtyły, które przyniosły mu sławę wśród teologów: “Miłość i odpowiedzialność” (1960) oraz “Osoba i czyn” (1969). W 1962 r. został krajowym duszpasterzem środowisk twórczych i inteligencji. Na okres biskupstwa Karola przypadły także obrady Soboru Watykańskiego II, w których aktywnie uczestniczył.
    30 grudnia 1963 r. Karol Wojtyła został mianowany arcybiskupem metropolitą krakowskim. Podczas konsystorza 26 czerwca 1967 r. został nominowany kardynałem. 29 czerwca 1967 r. otrzymał w kaplicy Sykstyńskiej od papieża Pawła VI czerwony biret, a jego kościołem tytularnym stał się kościół św. Cezarego Męczennika na Palatynie.
    Jako pasterz diecezji starał się ogarniać swą posługą wszystkich potrzebujących. Wizytował parafie, odwiedzał klasztory. W 1965 r. otworzył proces beatyfikacyjny siostry Faustyny Kowalskiej. Utrzymywał dobry i ścisły kontakt z inteligencją krakowską, zwłaszcza ze środowiskiem naukowym i artystycznym. Zyskał dojrzałość jako myśliciel, sięgając nie tylko do rozległej tradycji filozoficznej, lecz także do Biblii i do mistyki (zawsze był mu bliski święty Jan od Krzyża) i budując harmonijnie koncepcję z pogranicza filozofii oraz teologii: człowieka jako integralnej osoby. Stał się znanym poza Polską autorytetem. Był obok Prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego najważniejszą postacią Episkopatu Polski. Z Prymasem Tysiąclecia ściśle współpracował, okazując szacunek dla jego doświadczenia i mądrości. W nielicznych wolnych chwilach nadal z chęcią jeździł na Podhale i w Tatry, chodził po górach, uprawiał narciarstwo.

    Święty Jan Paweł II zaraz po wyborze na papieża

    W nocy z 28 na 29 września 1978 roku po zaledwie 33 dniach pontyfikatu zmarł papież Jan Paweł I. 14 października rozpoczęło się więc drugie już w tym roku konklawe – zebranie kardynałów, mające wyłonić nowego papieża. 16 października 1978 roku około godziny 17.15 w siódmym głosowaniu metropolita krakowski, kardynał Karol Wojtyła został wybrany papieżem. Przyjął imię Jan Paweł II. O godz. 18.45 kard. Pericle Felici ogłosił wybór nowego papieża – HABEMUS PAPAM!Jan Paweł II udzielił pierwszego błogosławieństwa “Urbi et Orbi” – “Miastu i Światu”. 22 października na Placu Świętego Piotra odbyła się uroczysta inauguracja pontyfikatu, a następnego dnia pierwsza audiencja dla 4000 Polaków zgromadzonych w auli Pawła VI. Msza św. inaugurująca pontyfikat była transmitowana przez radio i telewizję na wszystkie kontynenty. Dla Polaków, w kraju rządzonym przez komunistów, była to pierwsza transmisja Mszy św. od czasów przedwojennych. 12 listopada Jan Paweł II uroczyście objął katedrę Rzymu – Bazylikę św. Jana na Lateranie, stając się w ten sposób Biskupem Rzymu.Jan Paweł II był pierwszym papieżem z Polski, jak również pierwszym po 455 latach biskupem Rzymu, nie będącym Włochem. Wybór na głowę Kościoła osoby z kraju socjalistycznego wpłynął znacząco na wydarzenia w Europie Wschodniej i w Azji w latach 80-tych i 90-tych XX w.
    Pontyfikat Jana Pawła II trwał ponad 26 lat i był drugim co do długości w dziejach Kościoła. Najdłużej – 32 lata – sprawował swój urząd Pius IX (nie licząc pontyfikatu Piotra – pierwszego następcy Jezusa).
    Podczas wszystkich pielgrzymek Jan Paweł II przebył ponad 1,6 miliona kilometrów, co odpowiada 40-krotnemu okrążeniu Ziemi wokół równika i czterokrotnej odległości między Ziemią a Księżycem. Jan Paweł II odbył 102 pielgrzymki zagraniczne, podczas których odwiedził 135 krajów, oraz 142 podróże na terenie Włoch, podczas których wygłosił 898 przemówień. Z 334 istniejących rzymskich parafii odwiedził 301. Jego celem było dotarcie do wszystkich parafii, zabrakło niewiele.

    Święty Jan Paweł II, papież-apostoł

    Jan Paweł II mianował 232 kardynałów (w tym 9 Polaków), ogłosił 1318 błogosławionych (w tym 154 Polaków) i 478 świętych. Napisał 14 encyklik, 14 adhortacji, 11 konstytucji oraz 43 listy apostolskie. Powyższe dane statystyczne nie oddają jednak nawet skrawka ogromnego dziedzictwa nauczania i pontyfikatu pierwszego w dziejach Kościoła Papieża-Polaka.
    Wprawdzie już począwszy od Jana XXIII papiestwo zaczęło rezygnować z niektórych elementów ceremoniału, jednakże dopiero Jan Paweł II zniwelował większość barier, przyjmując postawę papieża bliskiego wszystkim ludziom, papieża-apostoła. Chętnie spotykał się z młodymi ludźmi i poświęcał im dużo uwagi. Na spotkanie w Rzymie w roku 1985, który ONZ ogłosiła Międzynarodowym Rokiem Młodzieży, napisał list apostolski na temat roli młodości jako okresu szczególnego kształtowania drogi życia, a 20 grudnia zapoczątkował tradycję Światowych Dni Młodzieży. Odtąd co roku przygotowywał orędzie skierowane do młodych, które stawało się tematem międzynarodowego spotkania, organizowanego w różnych miejscach świata (np. w 1991 r. w Częstochowie, a w 2016 r. – w Krakowie).
    Chociaż kardynał Wojtyła rozpoczynając posługę Piotrową był – jak na papieża – bardzo młody (miał 58 lat), cieszył się dobrym zdrowiem i był wysportowany, to niemal cały jego pontyfikat naznaczony był cierpieniem. Choroby Jana Pawła II zaczęły się od pamiętnego zamachu na życie papieża. 13 maja 1981, podczas audiencji generalnej na Placu św. Piotra w Rzymie o godzinie 17.19 papież został postrzelony przez tureckiego zamachowca Mehmeta Ali Agcę w brzuch oraz rękę. Ocalenie, jak sam wielokrotnie podkreślał, zawdzięczał Matce Bożej Fatimskiej, której rocznicę objawień tego dnia obchodzono. Powiedział później: “Jedna ręka strzelała, a inna kierowała kulę”. Cały świat zamarł w oczekiwaniu na wynik sześciogodzinnej operacji w Poliklinice Gemelli. Papież spędził wtedy na rehabilitacji w szpitalu 22 dni.
    Niestety, do pełnego zdrowia nie powrócił nigdy. Następstwa postrzału spowodowały liczne komplikacje zdrowotne, konieczność kolejnych operacji, pobyty w szpitalu. Zaraz po zamachu w przekazie nadanym przez Radio Watykańskie papież powiedział: “Modlę się za brata, który zadał mi cios, i szczerze mu przebaczam”. Później odwiedził zamachowca w więzieniu.
    Papież nigdy nie ukrywał swojego stanu zdrowia. Cierpiał na oczach tłumów, którym w ten sposób dawał niezwykłą katechezę. Wielokrotnie też podkreślał wartość choroby i zwracał się do ludzi chorych i starszych o modlitewne wspieranie jego pontyfikatu.
    W pierwszą rocznicę zamachu na Placu świętego Piotra, 13 maja 1982 r., papież udał się z dziękczynną pielgrzymką do Fatimy. Tam, podczas nabożeństwa, niezrównoważony mężczyzna Juan Fernández y Krohn lekko ugodził papieża nożem. Ochrona szybko obezwładniła napastnika, a papież dokończył nabożeństwo pomimo krwawienia. Na szczęście ten drugi zamach nie miał poważnych następstw.

    Święty Jan Paweł II w ostatnim okresie swego życia

    Jan Paweł II od początku lat 90. cierpiał na postępującą chorobę Parkinsona. Mimo licznych spekulacji i sugestii ustąpienia z funkcji, które nasilały się w mediach zwłaszcza podczas kolejnych pobytów papieża w szpitalu, pełnił ją aż do śmierci. Nagłe pogorszenie stanu zdrowia papieża rozpoczęło się 1 lutego 2005 r. Przez ostatnie dwa miesiące życia Jan Paweł II wiele dni spędził w szpitalu i nie pojawiał się publicznie. Przeszedł grypę i zabieg tracheotomii, wykonany z powodu niewydolności oddechowej. W czwartek, 31 marca, wystąpiły u Ojca Świętego silne dreszcze ze wzrostem temperatury ciała do 39,6 st. C. Był to początek wstrząsu septycznego połączonego z zapaścią sercowo-naczyniową.
    Kiedy medycyna nie mogła już pomóc, uszanowano wolę papieża, który chciał pozostać w domu. Podczas Mszy św. sprawowanej przy jego łożu, którą Jan Paweł II koncelebrował z przymkniętymi oczyma, kardynał Marian Jaworski udzielił mu sakramentu namaszczenia. 2 kwietnia 2005 r. o godz. 7.30 papież zaczął tracić przytomność. W tym czasie w pokoju umierającego czuwali najbliżsi, a przed oknami, na Placu św. Piotra modlił się wielotysięczny tłum. Relacje na cały świat nadawały wszystkie media. Wieczorem, przy łóżku chorego odprawiono Mszę św. wigilii Święta Miłosierdzia Bożego. Ok. godz. 19.00 Jan Paweł II wszedł w stan śpiączki. Monitor wykazał postępujący zanik funkcji życiowych. O godz. 21.37 osobisty papieski lekarz Renato Buzzonetti stwierdził śmierć Jana Pawła II. Jan Paweł II odszedł do domu Ojca po zakończeniu Apelu Jasnogórskiego, w pierwszą sobotę miesiąca i wigilię Święta Miłosierdzia Bożego, które sam ustanowił.

    Trumna z ciałem św. Jana Pawła II

    Pogrzeb Jana Pawła II odbył się w piątek, 8 kwietnia 2005 r. Uczestniczyło w nim na placu św. Piotra i w całym Rzymie ok. 300 tys. wiernych oraz 200 prezydentów i premierów, a także przedstawiciele wszystkich wyznań świata, w tym duchowni islamscy i żydowscy. Po zakończeniu nabożeństwa żałobnego, w asyście tylko duchownych z najbliższego otoczenia, papież został pochowany w podziemiach bazyliki św. Piotra, w krypcie bł. Jana XXIII, beatyfikowanego w 2000 r.13 maja 2005 r. papież Benedykt XVI zezwolił na natychmiastowe rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II, udzielając dyspensy od konieczności zachowania pięcioletniego okresu od śmierci kandydata, jaki jest wymagany przez prawo kanoniczne. Formalny proces rozpoczął się 28 czerwca 2005 r., kiedy zaprzysiężeni zostali członkowie trybunału beatyfikacyjnego. Postulatorem został ksiądz Sławomir Oder. 23 marca 2007 r. trybunał diecezjalny badający tajemnicę uzdrowienia jednej z francuskich zakonnic – Marie Simon-Pierre – za wstawiennictwem papieża Polaka potwierdził fakt zaistnienia cudu. Po niespodziewanym uzdrowieniu, o które na modlitwie prosiły za wstawiennictwem zmarłego papieża członkinie jej zgromadzenia, s. Marie powróciła do pracy w szpitalu dziecięcym. Przy okazji podania tej wiadomości ks. Oder poinformował, że istnieje kilkaset świadectw dotyczących innych uzdrowień za wstawiennictwem Jana Pawła II.
    2 kwietnia 2007 r. miało miejsce oficjalne zamknięcie diecezjalnej fazy procesu beatyfikacyjnego w Bazylice św. Jana na Lateranie w obecności wikariusza generalnego Rzymu, kardynała Camillo Ruiniego.
    16 listopada 2009 r. w watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych odbyło się posiedzenie komisji kardynałów w sprawie beatyfikacji Jana Pawła II. Obrady komisji zakończyło głosowanie, w którym podjęto decyzję o skierowaniu do Benedykta XVI prośby o wyniesienie polskiego papieża na ołtarze.
    19 grudnia 2009 r. papież Benedykt XVI podpisał dekret o uznaniu heroiczności cnót Jana Pawła II, który zamknął zasadniczą część jego procesu beatyfikacyjnego. Jednocześnie rozpoczęło się dochodzenie dotyczące cudu uzdrowienia przypisywanego wstawiennictwu polskiego papieża.
    12 stycznia 2011 r. komisja Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych zaaprobowała cud za wstawiennictwem Jana Pawła II polegający na uzdrowieniu francuskiej zakonnicy. Zgodnie z konstytucją apostolską Jana Pawła II Divinus perfectionis Magister z 1983 r. ustalającą nowe zasady postępowania kanonizacyjnego, orzeczenie Kongregacji zostało przedstawione papieżowi, który jako jedyny ma prawo decydować o kościelnym kulcie publicznym Sług Bożych.

    Święty Jan Paweł II

    14 stycznia 2011 r. papież Benedykt XVI podpisał dekret o cudzie i wyznaczył na dzień 1 maja 2011 r. beatyfikację papieża Jana Pawła II. Dokonał jej osobiście podczas uroczystej Mszy Świętej na placu św. Piotra w Rzymie, którą koncelebrowało kilka tysięcy kardynałów, arcybiskupów i biskupów z całego świata. Liczba wiernych uczestniczących w nabożeństwie jest szacowana na 1,5 mln osób, w tym trzysta tysięcy Polaków. Warto wspomnieć, że Benedykt XVI uczynił wyjątek, osobiście przewodnicząc beatyfikacji swojego Poprzednika – jako zwyczajną praktykę Benedykt XVI przyjął, że beatyfikacjom przewodniczy jego delegat, a on sam dokonuje jedynie kanonizacji.
    Na datę liturgicznego wspomnienia bł. Jana Pawła II wybrano dzień 22 października, przypadający w rocznicę uroczystej inauguracji pontyfikatu papieża-Polaka.Papież Franciszek dokonał kanonizacji papieża-Polaka w niedzielę Bożego Miłosierdzia, 27 kwietnia 2014 r., w Rzymie. Do chwały świętych Jan Paweł II został wyniesiony razem z jednym ze swoich poprzedników, Janem XXIII.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    21 października

    Błogosławiony Jakub Strzemię, biskup

    Zobacz także:
      •  Święta Urszula, dziewica i męczennica
      •  Święty Kasper del Bufalo, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Jakub Strzemię

    Jakub Strepa herbu Strzemię urodził się w 1340 r. Pochodził z diecezji krakowskiej, ale rodzina jego osiedliła się we Włodzimierzu na Rusi. O jego rodzinie i młodości brak informacji; niektórzy hagiografowie uważają, że kształcił się w Rzymie, chociaż brak na to dowodów. Pewne jest tylko to, że wstąpił do zakonu franciszkanów i że był członkiem Stowarzyszenia Braci Pielgrzymujących dla Chrystusa we Lwowie. Stolica Apostolska wyposażyła tę instytucję misyjną, utworzoną w zakonie dominikanów i franciszkanów dla działań na Rusi i Mołdawii, w rozległe przywileje duszpasterskie.
    W latach 1385-1388 Jakub był gwardianem franciszkańskiego klasztoru Świętego Krzyża we Lwowie. Z ówczesnych akt wynika, że był nie tylko gorliwym przełożonym konwentu, ale troszczył się także o dobro Kościoła na Rusi. Pośredniczył w sporze, jaki zaistniał pomiędzy arcybiskupem Halicza, Bernardem, a magistratem miasta Lwowa. Doszło do tego, że zapalczywy hierarcha zamierzał obłożyć miasto karami kościelnymi i w ten sposób pozbawić go normalnej opieki duchowej. Jakub spór załagodził. Niemniej energicznie stawał w obronie zakonów żebrzących (głównie dominikanów i franciszkanów) przeciwko niektórym duchownym, którzy zakazywali na swoich obszarach kaznodziejom głosić Słowo Boże i sprawować posługę duchową, chociaż ci mieli na to zezwolenie Stolicy Apostolskiej. Dowodem wielkiego zaufania, jakim Jakub cieszył się w Rzymie, było mianowanie go inkwizytorem na całą Ruś.
    27 czerwca 1391 r. papież Bonifacy IX mianował Jakuba drugim (po Bernardzie) arcybiskupem Halicza. Sakrę biskupią Jakub przyjął w Tarnowie w 1392 r. Znał już wtedy bardzo dobrze swoją metropolię, którą jako misjonarz wiele razy przemierzył pieszo. Ponieważ była to metropolia nowa, powstała w roku 1367, nie było w niej jeszcze ani katedry, ani kapituły. Kościołów i kapłanów było bardzo mało; nawet granice diecezji nie były dokładnie ustalone. We wsiach mieszkała głównie ludność prawosławna (ruska). Nowemu arcybiskupowi przyszło organizować metropolię właściwie od podstaw.
    Za punkt wyjścia pracy obrał sobie wizytację swojej rozległej diecezji. Zamieszkał w drewnianym domku przy klasztorze lwowskim. Stamtąd udawał się do miast i osiedli. Wszędzie, gdzie byli panowie polscy, zachęcał ich do fundowania nowych kościołów, które czynił ośrodkami parafialnymi. Popierał gorliwie zakony franciszkanów i dominikanów w ich pracy misyjnej. Bardzo szybko zaczęła topnieć liczba prawosławnych, a powiększała się liczba katolików. Nie mając jeszcze kapituły, arcybiskup Jakub sam rządził diecezją ze swoim oficjałem i notariuszem, który prowadził jego kancelarię. W trudniejszych i ważniejszych sprawach radził się proboszczów i przełożonych klasztorów. W ostatnich latach swoich rządów dobrał sobie do pomocy biskupa Zbigniewa z Łapanowa jako swojego sufragana.
    W 1406 r. zorganizował we Lwowie pierwszy synod prowincjonalny dla rozstrzygnięcia pewnych spornych spraw. Tak bardzo zasłużył się dla katolickiej Rusi, że nazwano go “ojcem i stróżem ojczyzny, senatorem mądrym”. Jadwiga i Władysław Jagiełło darzyli go szczególnym zaufaniem. Jakub darzył ich wzajemną czcią i miłością. Należał do zaufanych doradców Jagiełły. Wielką miłością darzyli go też wierni. Na wiadomość, że zamierza przenieść stolicę metropolii do Lwowa, mieszkańcy miasta bardzo ofiarnie i szczodrze zabrali się do budowy katedry. Jej poświęcenia Jakub dokonał w 1404 r.
    Zmarł we Lwowie 20 października 1409 r. Zgodnie z testamentem został pochowany w chórze franciszkańskiego kościoła we Lwowie. Przez całe życie był tak ubogi, że w testamencie poza szatami liturgicznymi nie miał dosłownie nic do rozdania. Zostawił po sobie ponad 20 dokumentów. Mówią o nim także źródła postronne. W swej pobożności miał szczególną cześć dla Najświętszego Sakramentu. Zarządził, aby wieczna lampka paliła się przed tabernakulum, co nie było jeszcze wówczas w Kościele stałym zwyczajem. Dominikańskiemu kościołowi Bożego Ciała we Lwowie nadał odpusty, aby zachęcić lud do licznego udziału w adoracji i wystawieniu w monstrancji, jakie wtedy zaczęło wchodzić w zwyczaj.
    Zaraz po śmierci zaczęto oddawać mu cześć. Kronikarz napisał o nim taką pochwałę: “Był to mąż wielkiej cnoty, sławny pobożnością, i życia prostego, mogący być wzorem i przykładem dla innych”. W latach późniejszych jednak cześć jego zupełnie zanikła – tak dalece, że nie wiedziano nawet, gdzie znajduje się jego grób. Znaleziono go dopiero przypadkowo 29 listopada 1619 r. Pod wpływem wciąż rosnącego nabożeństwa i wielu łask, jakie działy się za jego przyczyną, w roku 1777 rozpoczęto kanoniczny proces. 11 września 1790 r. papież Pius VI zatwierdził jego kult i pozwolił obchodzić jego święto. Na prośbę metropolity papież św. Pius X ogłosił bł. Jakuba wraz z Matką Bożą Królową Polski współpatronem archidiecezji lwowskiej. Został on też obrany patronem polskiej prowincji franciszkańskiej. Relikwie bł. Jakuba, spoczywające w kaplicy Chrystusa Ukrzyżowanego w katedrze lwowskiej, po ostatniej wojnie przeniesiono do katedry tarnowskiej, a w 1966 r. przewieziono do Lubaczowa. 5 grudnia 2009 r., po blisko 65 latach, relikwie patrona archidiecezji lwowskiej, bł. Jakuba Strzemię, powróciły do katedry rzymskokatolickiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny we Lwowie. Uroczystościom przeniesienia i wprowadzenia relikwii do katedry przewodniczył metropolita lwowski, abp Mieczysław Mokrzycki.

    W ikonografii bł. Jakub przedstawiany jest w stroju biskupa. Jego atrybut to pieczęć herbowa z wizerunkiem Matki Bożej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    20 października

    Święty Jan Kanty, prezbiter

    Święty Jan Kanty

    Jan urodził się 24 czerwca 1390 r. w Kętach (ok. 30 km od Oświęcimia). Do naszych czasów przetrwało ok. 60 dokumentów z jego autografem, stąd wiemy, że podpisywał się najczęściej po łacinie jako Jan z Kęt (Johannes de Kanti, Johannes de Kanty, Johannes Kanti i Joannes Canthy). Po ukończeniu szkoły w Kętach, która musiała stać na wysokim poziomie, zapisał się w 1413 r. na Uniwersytet Jagielloński (miał wówczas już 23 lata). Studia przebiegały pomyślnie, o czym świadczą daty osiąganych stopni naukowych. Najpierw studiował nauki wyzwolone na wydziale artium, gdzie głównym wykładanym przedmiotem była filozofia Arystotelesa. Tu uzyskał w 1415 roku stopień bakałarza, a trzy lata później w styczniu 1418 roku został magistrem filozofii. Objął wówczas funkcję wykładowcy. Stanowisko to było wówczas bezpłatne. Dlatego na swoje utrzymanie Jan zarabiał prywatnymi lekcjami i pomocą duszpasterską jako kapłan (nie znamy dokładnej daty ani miejsca święceń kapłańskich, ale musiało to być między 1418 a 1421 rokiem).
    W 1421 r. na prośbę bożogrobców z Miechowa Akademia Krakowska wysłała Jana Kantego w charakterze kierownika do tamtejszej szkoły klasztornej. Spędził tam osiem lat (1421-1429). Zadaniem szkoły było przede wszystkim kształcenie kleryków zakonnych. Wolny czas Jan spędzał na przepisywaniu rękopisów, które były mu potrzebne do wykładów. Wśród zachowanych kopii są pisma Ojców Kościoła, św. Augustyna, św. Tomasza, a także Arystotelesa. W Miechowie Jan Kanty pełnił równocześnie obowiązki kaznodziei przy kościele klasztornym. Musiał również interesować się w pewnej mierze muzyką, gdyż odnaleziono drobne fragmenty zapisów pieśni dwugłosowych, skreślonych jego ręką.
    W roku 1429 zwolniło się miejsce w jednym z kolegiów Akademii Krakowskiej. Przyjaciele natychmiast zawiadomili o tym Jana i sprowadzili go do Krakowa. Kolegium dawało pewną stabilizację – zapewniało bowiem utrzymanie i mieszkanie. Profesorowie w kolegiach mieszkali razem i wiedli życie na wzór zakonny. W początkach Uniwersytetu tych kolegiów było niewiele i były bardzo małe. Dlatego niełatwo było w nich o miejsce.
    Gdy tylko Jan wrócił do Krakowa, objął wykłady na wydziale filozoficznym. Równocześnie jednak zaczął studiować teologię (miał wówczas już ok. 40 lat). Jednocześnie jako profesor wykładał traktaty, które przypadły mu – ówczesnym zwyczajem – przez losowanie. Z nielicznych zapisków wiemy, że komentował logikę, potem fizykę i ekonomię Arystotelesa. Na tym wydziale piastował także urząd dziekański w półroczach zimowych: 1432/1433, 1437/1438 oraz w półroczu letnim 1438. Od roku 1434 sprawował także urząd rektora Kolegium Większego.
    W roku 1439 zdobył tytuł bakałarza z teologii. Pod kierunkiem swojego mistrza studiował Pismo święte, potem cztery księgi Piotra Lombarda, wreszcie teologię ścisłą. Co pewien czas trzeba było zdawać egzaminy, brać udział w dysputach, mówić kazania i prowadzić ćwiczenia. Ponieważ Jan był równocześnie profesorem filozofii, dziekanem i rektorem Kolegium Większego, nie dziw, że jego studia teologiczne wydłużyły się aż do 13 lat. Dopiero w roku 1443 uzyskał tytuł magistra teologii, który był wówczas jednoznaczny z doktoratem.
    W roku 1439 został kanonikiem i kantorem kapituły św. Floriana w Krakowie oraz proboszczem w Olkuszu. Nie był jednak w stanie pogodzić obowiązków duszpasterskich i uniwersyteckich. Po kilku miesiącach zrzekł się probostwa w Olkuszu. Hagiografowie zgodnie podkreślają, że beż żalu zrezygnował ze sporych dochodów. Fakt, że został wybrany na kantora, świadczy, że musiał znać się na muzyce. Urząd ten nakładał bowiem obowiązek opieki nad muzyką i śpiewem liturgicznym.
    Po uzyskaniu stopnia magistra (mistrza) teologii w roku 1443 Jan Kanty poświęcił się do końca życia wykładom z tej dziedziny. Pośród tych rozlicznych zajęć Jan znajdował jeszcze czas na przepisywanie manuskryptów. Jego rękopisy liczą łącznie ponad 18 000 stron. Biblioteka Jagiellońska przechowuje je w 15 grubych tomach. Część z nich znajduje się w Bibliotece Watykańskiej. Własnoręcznie przepisał 26 kodeksów. Zapewne sprzedawał je nie tyle na swoje utrzymanie, gdyż miał je wystarczające, ile raczej na dzieła miłosierdzia i na pielgrzymki. Jest rzeczą pewną, że w roku 1450 udał się do Rzymu, aby uczestniczyć w roku świętym i uzyskać odpust jubileuszowy. Prawdopodobnie do Rzymu pielgrzymował więcej razy, aby w ten sposób okazać swoje przywiązanie do Kościoła i uzyskać odpusty. Dyskusyjna jest natomiast pielgrzymka do Ziemi Świętej, o której piszą niektórzy biografowie. Niewykluczone, że Jan Kanty pielgrzymował nie do grobu świętego, ale do jego kopii w miechowskim kościele bożogrobców.
    Był człowiekiem żywej wiary i głębokiej pobożności. Słynął z wielkiego miłosierdzia. Nie mogąc zaradzić nędzy, wyzbył się nawet własnego odzienia i obuwia. Wielokrotne dzielił się posiłkiem z biednymi. Legenda mówi, że zdarzało się, iż wiktuały dane potrzebującemu bliźniemu w cudowny sposób odnawiały się na talerzu Jana. Będąc rektorem Akademii, zapoczątkował tradycję odkładania ze stołu profesorów części pożywienia codziennie dla jednego biednego. Dbał także o ubogich studentów, których wspomagał z własnych, skromnych zasobów. Przez całe życie nie zaniechał działalności duszpasterskiej. Wiemy, że krzewił kult eucharystyczny i zachęcał do częstego przyjmowania Komunii świętej, a wiele czasu poświęcał pracy w konfesjonale.
    Pomimo bardzo pracowitego i pokutnego życia, jakie Jan prowadził, dożył 83 lat. Zmarł w Krakowie 24 grudnia 1473 r. Istniało tak powszechne przekonanie o jego świętości, że od razu pochowano go w kościele św. Anny pod amboną. W 1621 r. synod biskupów w Piotrkowie wniósł prośbę do Stolicy Apostolskiej o rozpoczęcie procesu kanonicznego. Prace przygotowawcze rozpoczęto w roku 1628. W roku 1625 napisano życiorys Jana. Dla kanonizacji przygotowano jeszcze jeden żywot, według schematu przysłanego kwestionariusza. Beatyfikacja nastąpiła 27 września 1680 r. Dokonał jej papież bł. Innocenty XI. Kanonizacji – łącznie ze św. Józefem Kalasantym – dokonał Klemens XIII 16 lipca 1767 r.
    Kult św. Jana Kantego jest do dnia dzisiejszego żywy. Jest on bowiem czczony przede wszystkim jako patron uczącej się i studiującej młodzieży. Poświęcił jej przecież prawie całe swoje życie, aż 55 lat profesury. Jest także patronem Polski, archidiecezji krakowskiej i Krakowa; profesorów, szkół katolickich i “Caritasu”.
    W ikonografii św. Jan przedstawiany jest w todze profesorskiej. Często w ręku ma krzyż. Bywa ukazywany w otoczeniu studentów lub ubogich. Jego atrybutami są: scalony dzbanek, obuwie, które daje ubogiemu, pieniądze wręczane zbójcom, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Znamienity przedstawiciel Alma Mater Cracoviensis – św. Jan Kanty

    Znamienity przedstawiciel Alma Mater Cracoviensis – św. Jan Kanty

    św. Jan Kanty – www.niedziela.pl

    ***

    Jan z Kęt był człowiekiem prawym, wrażliwym na biedę i potrzeby innych. Chętnie dzielił się tym, co posiadał. Rezygnował z przywilejów kościelnych, pracując jednocześnie na swoje utrzymanie. Był człowiekiem Kościoła, kilkakrotnie pielgrzymującym do Rzymu, choć w jego czasach podróż taka była długa i niebezpieczna. Sam zdobywszy wykształcenie, przez ponad pół wieku był profesorem, wykładowcą, powiernikiem i duszpasterzem środowiska uniwersyteckiego w królewskim grodzie nad Wisłą. 20 października Kościół wspomina św. Jana Kantego, który obok św. Jana Pawła II i Mikołaja Kopernika należy do najznamienitszych przedstawicieli Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

    Jan urodził się 24 czerwca 1390 roku w Kętach, niedaleko Oświęcimia. Na wielu dokumentach tak się właśnie podpisywał, jako Jan z Kęt i to stało się swego rodzaju nazwiskiem.

    Do szkoły uczęszczał w rodzinnej miejscowości, a musiała stać na wysokim poziomie, skoro po jej ukończeniu, w 1413 roku, mógł się zapisać do Akademii Krakowskiej. Po dwóch latach był bakałarzem, a po kolejnych trzech, magistrem filozofii. Został wykładowcą, choć wtedy było to bezpłatne stanowisko. Niedługo potem przyjął święcenia kapłańskie. Utrzymywał się dając prywatne lekcje i z posługi duszpasterskiej.

    W 1421 roku Akademia Krakowska wysłała Jana do Miechowa. Na prośbę tamtejszych bożogrobców został kierownikiem ich szkoły klasztornej. Uczył kleryków, a w wolnym czasie przepisywał potrzebne mu do wykładów rękopisy. Do naszych czasów zachowało się wiele kodeksów przepisanych ręką św. Jana, które przechowywane są w Bibliotece Jagiellońskiej, a nawet w Bibliotece Watykańskiej. Znajdziemy tam teksty Ojców Kościoła, św. Augustyna, św. Tomasza, ale też Arystotelesa.

    Jan Kanty był także kaznodzieją w przyklasztornym kościele. Zajmował się też muzyką, bo zachowały się partytury pieśni, zapisane jego ręką. Po ośmiu latach Jan wrócił do Krakowa, gdyż w jednym z kolegiów Akademii zwolniło się miejsce dla profesora, które zapewniało mieszkanie i utrzymanie. Po powrocie rozpoczął wykładać na wydziale filozoficznym i podjął studia teologii. Pełnił też różne funkcje w administracji Akademii.

    Św. Jan Kanty - Tadeusz Żukotyński (1855-1912), Public domain, via Wikimedia Commons

    św. Jan Kanty – Tadeusz Żukotyński (1855-1912), P.d., via Wiki. Comm.

    ***

    W 1439 roku został kanonikiem i kantorem kapituły św. Floriana w Krakowie, a także proboszczem w Olkuszu. Ponieważ nie mógł pogodzić probostwa z obowiązkami na Uniwersytecie, więc zrzekł się lukratywnego beneficjum i sporych dochodów. Musiał się znać na muzyce, o czym świadczy powierzenie mu obowiązków kantora, opiekującego się muzyką i śpiewem liturgicznym. Ponieważ był profesorem, a potem też dziekanem i rektorem Kolegium Większego, więc tytuł magistra teologii – równoznaczny wtedy z doktoratem – zdobył dopiero w 1443 roku.

    Był człowiekiem głębokiej wiary i pobożności. Czynnie praktykował miłosierdzie. Dzielił się z potrzebującymi. Wyzbywał się nawet tego, co posiadał, odzienia i obuwia. Dzielił swój chleb z głodnymi. Podania przekazują, że żywność przekazywana bliźniemu w cudowny sposób odnawiała się na talerzu Jana. Wspomagał w szczególności ubogich studentów. Był gorliwym duszpasterzem. Głosił kazania, krzewił kult eucharystyczny, zachęcał też do częstego przyjmowania Komunii św., wiele spowiadał.
    Zmarł w Krakowie w Wigilię Bożego Narodzenia 1473 roku. Uważano go za świętego i dlatego pochowano go od razu pod amboną w kościele św. Anny.

    Beatyfikował go Innocenty XI, a kanonizował w roku 1767 Klemens XIII. Św. Jan Kanty jest patronem uczącej się i studiującej młodzieży, a także profesorów, szkół katolickich i ‘Caritasu’. W ikonografii ukazywany jest w todze profesorskiej. Jego atrybuty to między innymi obuwie, które daje ubogiemu i różaniec.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    19 października

    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Jan de Brebeuf, Izaak Jogues, prezbiterzy, oraz Towarzysze
      •  Święty Paweł od Krzyża, prezbiter
      •  Święty Piotr z Alkantary, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko

    Jerzy Popiełuszko urodził się 14 września 1947 r. na Podlasiu we wsi Okopy, w parafii Suchowola, z rodziców Władysława i Marianny z domu Gniedziejko. W dwa dni po urodzeniu, 16 września, został ochrzczony w parafialnym kościele pod wezwaniem świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli i otrzymał imię swojego stryja, Alfonsa (zmienił je na Jerzy Aleksander dopiero w okresie nauki w seminarium, w 1971 r.). W tym samym kościele 17 czerwca 1956 r. przyjął bierzmowanie z rąk biskupa Władysława Suszyńskiego. Wybrał sobie wówczas imię patrona archidiecezji wileńskiej – Kazimierza.
    W latach 1954-1965 Alek Popiełuszko uczęszczał do Szkoły Podstawowej oraz Liceum Ogólnokształcącego w Suchowoli. W kościele parafialnym, odległym od domu o kilka kilometrów, od 11. roku życia był ministrantem i służył do Mszy św. codziennie przed lekcjami w szkole. Uzyskawszy świadectwo maturalne, zgłosił się 24 czerwca 1965 r. do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego św. Jana Chrzciciela w Warszawie, gdzie przez siedem lat przygotowywał się intelektualnie i duchowo do przyjęcia święceń kapłańskich. Podczas tych studiów musiał odbyć dwuletnią służbę wojskową w specjalnej jednostce dla kleryków w Bartoszycach. Z tego okresu znany jest fakt mężnej postawy alumna Popiełuszki, który nie pozwolił odebrać sobie medalika i różańca, za co był szykanowany przez tamtejsze władze wojskowe. Celem tych szykan i obostrzeń w służbie było zniechęcanie żołnierzy-kleryków do kontynuowania drogi powołania kapłańskiego.
    Po powrocie do seminarium musiał poddać się operacji tarczycy, leczył się też z powodu choroby serca. W pewnym momencie był w tak ciężkim stanie, że koledzy kursowi całą noc modlili się w jego intencji (18 kwietnia 1970 r.). Przeżycia w wojsku, choroba i pobyt w szpitalu bardzo zbliżyły go do kolegów oraz w szczególny sposób uwrażliwiły na potrzeby, cierpienia i krzywdy bliźnich. Stał się opiekuńczy i zatroskany, zwłaszcza o chorych.
    W dniu 12 grudnia 1971 r. otrzymał święcenia subdiakonatu, a 12 marca 1972 r. – diakonatu. Święcenia kapłańskie przyjął z rąk kardynała Stefana Wyszyńskiego dnia 28 maja 1972 r. w bazylice archikatedralnej św. Jana Chrzciciela w Warszawie. Jako neoprezbiter został skierowany do pracy duszpasterskiej i katechetycznej najpierw w parafii Świętej Trójcy w Ząbkach koło Warszawy, gdzie pracował trzy lata (1972-1975), a następnie do parafii Matki Bożej Królowej Polski w Warszawie-Aninie. Po kolejnych trzech latach, 20 maja 1978 r., został przeniesiony na wikariat do parafii Dzieciątka Jezus w Warszawie na Żoliborzu, skąd 25 maja 1979 r. władza archidiecezjalna skierowała go do pracy duszpasterskiej przy kościele akademickim św. Anny w Warszawie. Prowadził tam konwersatoria dla studentów medycyny, organizował rekolekcje i obozy o charakterze rekolekcyjnym oraz kierował duszpasterstwem pielęgniarek w kaplicy Res Sacra Miser. Był członkiem Krajowej Konsulty Duszpasterstwa Służby Zdrowia, a na terenie archidiecezji warszawskiej – diecezjalnym duszpasterzem środowisk medycznych. Dnia 6 października 1981 r. podjął się także opieki duszpasterskiej nad chorymi w Domu Zasłużonego Pracownika Służby Zdrowia w Warszawie przy ul. Elekcyjnej 37, urządzając tam własnym sumptem kaplicę i stając się na mocy nominacji kurialnej kapelanem.
    Ostatnim miejscem zamieszkania i pracy ks. Jerzego Popiełuszki od 20 maja 1980 r. była parafia św. Stanisława Kostki w Warszawie na Żoliborzu, gdzie jako rezydent pomagał w pracy parafialnej i zajmował się duszpasterstwem specjalistycznym. Między innymi kierował zebraniami formacyjnymi grupy studentów Akademii Medycznej, był duszpasterzem średniego personelu medycznego (pielęgniarek) oraz co miesiąc urządzał dla lekarzy spotkania modlitewne.
    Na podkreślenie zasługuje udział ks. Jerzego Popiełuszki w przygotowaniu dwóch wizyt papieskich w Ojczyźnie (w 1979 i 1983 r.). W obydwu przypadkach, wbrew sprzeciwom władz komunistycznych i Służby Bezpieczeństwa, był faktycznym przewodniczącym Sekcji Sanitarnej Komitetu Przyjęcia Jana Pawła II w Warszawie i ze swoją kilkusetosobową grupą medyczną roztaczał z ramienia Kościoła opiekę zdrowotną nad uczestnikami pielgrzymek.
    Oddzielną kartę życia ks. Jerzego, która doprowadziła go do palmy męczeństwa, było jego bezkompromisowe zaangażowanie się w duszpasterstwo świata pracy, zarówno w okresie tworzenia się “Solidarności”, jak i później, gdy trwał stan wojenny w Polsce oraz po jego zniesieniu. Pomimo szykan ze strony czynników państwowych i esbeckich oraz pomówień i oszczerstw w środkach masowego przekazu, był rzecznikiem i obrońcą godności człowieka, praw ludzkich do wolności, sprawiedliwości, miłości i prawdy, a także heroldem Pawłowego i papieskiego nauczania, że zło należy zwyciężać dobrem. Prawdy te głosił wraz ze swym proboszczem – ks. prałatem Teofilem Boguckim – przede wszystkim podczas nabożeństw za Ojczyznę, urządzanych w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu od czasu ogłoszenia stanu wojennego we wszystkie ostatnie niedziele miesiąca. Pierwsza taka Msza św. została odprawiona 28 lutego 1982 r.
    Serdeczne więzy ks. Popiełuszki ze światem pracy, zwłaszcza z pracownikami Huty Warszawa, zadzierzgnięte zostały w sposób niemal przypadkowy, ale opatrznościowy i nieodwracalny. Gdy w sierpniu 1980 r. doszło do strajku w Hucie Warszawa, pięciu przedstawicieli tej Huty przybyło do rezydencji arcybiskupów warszawskich, prosząc kardynała Stefana Wyszyńskiego, ażeby przyjechał do nich lub wyznaczył im jakiegoś kapłana do odprawienia Mszy świętej. Twierdzili, że prawie wszyscy strajkujący wewnątrz Huty są katolikami i pragną uczestniczyć w niedzielnej liturgii mszalnej, ale ze względu na sytuację – nie mogą opuścić miejsca pracy. Była to pierwsza niedziela, około godziny ósmej, kiedy strajkowały już Gdańsk, Szczecin i śląskie kopalnie. Prymas Polski, nie mogąc ze względu na inne zaplanowane zajęcia osobiście odprawić tej Mszy świętej, zlecił swojemu kapelanowi – ks. prałatowi Bronisławowi Piaseckiemu: “Poszukaj księdza”. Ks. kapelan udał się niezwłocznie na pobliski Żoliborz, do kościoła św. Stanisława Kostki, i propozycję pójścia do Huty przedstawił pierwszemu napotkanemu kapłanowi – ks. Jerzemu Popiełuszce. Ks. Jerzy chętnie przyjął propozycję i, po porozumieniu się z proboszczem, wyruszył do Huty. Był to początek kolejnej formy jego duszpasterstwa – duszpasterstwa, które zakończyło się jego męczeńską śmiercią.
    Kiedy w 1981 roku strajkowały uczelnie wyższe, ks. Jerzy Popiełuszko roztoczył opiekę duszpasterską nad studentami warszawskiej Akademii Medycznej i jednocześnie nad słuchaczami Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej, gdzie protest miał dramatyczny przebieg. Kiedy 2 grudnia 1981 r. władze dokonały pacyfikacji WOSP w Warszawie przy użyciu helikopterów i sprzętu bojowego (co stanowiło swoiste preludium do wprowadzenia za kilka dni stanu wojennego), ksiądz Jerzy był w gmachu uczelni.
    Władze komunistyczne nasiliły szykanowanie kapłana. Był wielokrotnie przesłuchiwany w prokuraturze, zatrzymywany i aresztowany. Przedstawiono mu nawet akt oskarżenia, w którym zarzucano mu, że działał na szkodę interesów PRL, ponieważ nadużywając funkcji kapłana czynił z kościołów miejsce propagandy antypaństwowej (sąd umorzył postępowanie w sierpniu 1984 r.). Prasa reżimowa nasiliła ataki drukując liczne oszczercze artykuły, mające skompromitować kapelana Solidarności (opisywano rzekome nadużycia finansowe i skandale obyczajowe).
    Ksiądz Jerzy nie zaprzestał swojej działalności. Oprócz Mszy św. za Ojczyznę, zainicjował w 1982 r. pielgrzymkę robotników Huty Warszawa na Jasna Górę, która przerodziła się wkrótce w Ogólnopolską Pielgrzymkę Ludzi Pracy. W końcu władze zdecydowały się na ostrzejsze działania. 13 października 1984 r. milicja usiłowała doprowadzić do wypadku drogowego, w którym ks. Jerzy miał zginąć; akcja ta nie powiodła się. Kolejną próbę podjęto kilka dni później.

    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko

    Kiedy późnym wieczorem dnia 19 października 1984 r. ks. Jerzy wracał samochodem z posługi duszpasterskiej w Bydgoszczy, został zatrzymany przez trzech funkcjonariuszy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (Wydział do walki z Kościołem) i uprowadzony. Stało się to na szosie w Górsku niedaleko Torunia. Niemal cudem ocalał kierowca – pan Waldemar Chrostowski, jedyny świadek bandyckiego porwania, który, chociaż skuty kajdankami, wyskoczył z pędzącego samochodu i niezwłocznie powiadomił władze kościelne i społeczeństwo o dokonanym przez przedstawicieli władz komunistycznych bezprawiu. Nastało wtedy dziesięć dni modlitewnego oczekiwania na powrót kapłana w wielu świątyniach kraju, zwłaszcza w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie. Niestety, w dniu 30 października 1984 r. ze sztucznego zbiornika wodnego przy tamie na Wiśle koło Włocławka milicja wyłowiła ciało ks. Jerzego Popiełuszki. Sekcja zmasakrowanego ciała została przeprowadzona w Białymstoku, ale pogrzeb, zgodnie z wolą katolickiego społeczeństwa, odbył się w Warszawie 3 listopada 1984 r. Ks. Jerzy Popiełuszko został pochowany w grobie przy kościele św. Stanisława Kostki. Obrzędom pogrzebowym przewodniczył i okolicznościowe kazanie wygłosił kardynał Józef Glemp, Prymas Polski. W pogrzebie uczestniczyło wielu biskupów, kilkuset kapłanów oraz prawie milion wiernych, w tym setki pocztów sztandarowych spod znaku “Solidarności” z całego kraju.
    Przekonanie duchowieństwa i wiernych o męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki za wiarę spowodowało, że kardynał Józef Glemp, arcybiskup metropolita gnieźnieński i warszawski oraz Prymas Polski, wystarał się o potrzebne zezwolenie Stolicy Apostolskiej i powołał archidiecezjalny trybunał, który zajął się procesem beatyfikacyjnym ks. Jerzego. Proces ten na szczeblu diecezjalnym trwał od 8 lutego 1997 r. do 8 lutego 2001 r. Następnie akta procesu zostały przewiezione do Stolicy Apostolskiej i poddane dalszym badaniom w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. 6 czerwca 2010 r. w Warszawie odbyła się beatyfikacja ks. Jerzego Popiełuszki. Jego liturgiczne wspomnienie wyznaczono na 19 października – w dniu jego narodzin dla nieba.
    opracowano na podstawie tekstu ks. Grzegorza Kalwarczyka
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________________

    Ksiądz Jerzy wciąż nas prowadzi ku Bogu

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy Popiełuszko.

    fot. Andrzej Iwański (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)

    ***

    Mija 39. rocznica męczeńskiej śmierci błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, a pamięć o Nim wciąż trwa i rozwija się. Ze wspomnień znajomych i przyjaciół męczennika wyłania się jego wyraźny obraz – człowieka wielkiej wiary, miłości do bliźniego i Ojczyzny, prawdziwego wojownika, który zło zwyciężał dobrem.

    Modlitwa dawała mu siłę

    Wszyscy ci, którzy osobiście znali księdza Jerzego świadczą, że głównym źródłem jego siły była głęboka modlitwa. Alek Popiełuszko gorliwie modlił się już od najmłodszych lat. – Od czasu przyjęcia sakramentu I Komunii Świętej każdego dnia był na Mszy świętej. On był ministrantem w naszym kościele świętych Piotra i Pawła w Suchowoli. Żeby zdążyć na swoją służbę liturgiczną podczas Eucharystii, wstawał o 5:00 rano. Zawsze, posługując blisko ołtarza, był bardzo skupiony. Cechowała go też ogromna cześć dla Matki Bożej – powiedział nam ksiądz Stanisław Gudel, szkolny kolega Błogosławionego.

    Wytrwała modlitwa w wieku dziecięcym i młodzieńczym, sprawiła że jako kapłan Jerzy Popiełuszko stał się człowiekiem głębokiej duchowości, z której czerpał siły do trudnej posługi. – Wszystkie ataki jakie na niego przypuszczono, znosił z niesamowitą pokorą – właśnie dzięki swojemu głębokiemu zatopieniu w modlitwę. Ona go wyciszała i dawała mu wielka siłę do prowadzenia tak wielu prac duszpasterskich. Wszyscy się wówczas dziwili, skąd on jeden miał tyle sił, aby to wszystko ogarnąć. A to się brało stąd, że ksiądz Jerzy pomimo słabego zdrowia był duchowym tytanem, olbrzymem – powiedziała nam Teresa Fokczyńska-Szóstko, współpracownica księdza Jerzego w duszpasterstwie służby zdrowia. Nasza rozmówczyni wspomina, że błogosławiony kapłan miał swoją ulubioną modlitwę – tę, której poświęcony jest październik. – Oprócz Mszy świętej zawsze odmawialiśmy Różaniec. To była ulubiona modlitwa księdza. Zawsze na nią czekał – świadczy pani Fokczyńska-Szóstko, której ojciec, bohater narodowy, miał duży udział w rozszyfrowaniu słynnej niemieckiej Enigmy.

    Dobry kapłan i dobry człowiek

    Pani Teresie szczególnie mocno zapadła w pamięć sytuacja, kiedy niezłomny kapelan „Solidarności” pospieszył z pomocą kobiecie, która po internowaniu w stanie wojennym jej męża, została z dziećmi bez środków do życia. Gdy ksiądz Jerzy się o tym dowiedział, nie czekał ani chwili. – Poszliśmy z nim razem do tej młodej matki. Wtedy byłam świadkiem tej wspaniałej dobroci. On po prostu usiadł i pytał tej pani, jakie ma wydatki. Podliczył wszystko – pieniądze potrzebne na jedzenie, na przedszkole, na ubrania, na rachunki. Suma wyszła całkiem spora. Ksiądz tylko pokazał ją kobiecie i spytał, czy tyle wystarczy. Ona była w szoku, słowa nie mogła z siebie wydobyć, ale w końcu wyszeptała, że na pewno by jej to z nawiązką wystarczyło. Ksiądz powiedział tylko: „No to jesteśmy umówieni”. Od tej pory, aż do zwolnienia z więzienia ojca ta rodzina mogła być spokojna o swój byt – wspomina pani Teresa ze wzruszeniem.

    Skuteczny orędownik

    Ksiądz Jerzy Popiełuszko, będąc już w Domu Ojca, kilka razy ratował życie swojemu przyjacielowi i bliskiemu współpracownikowi, podczas duszpasterzowania w Hucie Warszawa, Jerzemu Szóstko. W roku 2010 pan Jerzy zaczął odczuwać poważne dolegliwości serca. Krzysztof, syn Jerzego Szóstko, po uzgodnieniu sprawy z ojcem, postanowił przewieźć go do specjalistycznego szpitala w niemieckim Rotenburgu. – Zanim przekroczyliśmy granicę, w Warszawie kazałem synowi zawieźć się na grób ks. Jerzego. Modliłem się przy nim gorąco o wstawiennictwo mego przyjaciela. Całkowicie oddałem swój los Bogu. Kiedy dojechaliśmy do szpitala, po badaniu, mocno zdziwiony lekarz zadał mi tylko jedno pytanie: Ile pan czasu chodzi bez opieki lekarskiej w tym stanie”. Odpowiedziałem „jakiś tydzień”. Lekarz osłupiał ze zdziwienia i powiedział: „To niemożliwe. Pan powinien już nie żyć”. Zaraz potem pan Jerzy trafił na stół operacyjny. Operacja przebiegła z bardzo dobrym skutkiem.

    Od wieku młodzieńczego był prześladowany za wiarę

    Ksiądz Stanisław Gudel, kolega ks. Jerzego z suchowolskiego liceum, wspomina, że kiedy dyrektor szkoły dowiedział się, iż obaj chcą iść „na księży”, wezwał ich do swego gabinetu i powiedział: „To wy wykształceni, prawie dorośli ludzie chodzicie do kościoła i do tego chcecie iść na księży. Czy wam nie wstyd?”. Niektórzy nauczyciele – komuniści, również kpili z nich i robili im trudności w nauce. Jeszcze gorzej zachowywali się wobec nich przełożeni w wojsku, do której to służby obaj zostali przymuszeni, a wcześniej przerwano ich naukę w seminarium duchownym. – Alek Popiełuszko trafił do specjalnej jednostki o zaostrzonym rygorze w Bartoszycach. Ja, jako kleryk, też trafiłem do tej samej jednostki, tyle że w roku 1968. Alek zakończył swoją służbę tydzień przed moim tam przybyciem. Dowódcą tego oddziału był oficer o imieniu Konstanty, on mocno dał się we znaki Alkowi. Konstanty z domu był prawosławny, ale w wojsku zrobili z niego zawziętego ateistę – wspomina ks. Stanisław Gudel. Kapłan mówi, że znęcanie się nad Jerzym Popiełuszko w wojsku bardzo osłabiło jego zdrowie, co później odcierpiał w chorobach. – Ksiądz Jerzy Popiełuszko powiedział mi, że z powodu swego uporu przy obronie modlitwy i symboli kultu religijnego, on w wojsku wycierpiał od przełożonych najwięcej. Wsadzono go na kilka dni do aresztu, kazano stać w ciężkim rynsztunku przez wiele godzin na baczność, czołgać się w błocie boso, gdy był silny mróz, maszerować po śniegu lub czyścić toalety w masce przeciwgazowej – opowiada ksiądz Gudel o maltretowaniu kolegi.

    Po męczeńskiej śmierci nadal wyzwala z nienawiści

    Księdza Jerzego Popiełuszkę 19 października 1984 uprowadzono, a później zamordowano (miał wówczas zaledwie 37 lat). Była to jedna z najokrutniejszych zbrodni PRL. W całej Polsce rozpoczęły się masowe czuwania, przed kościołami wierni ustawiali symboliczne krzyże ze zniczy. Według oficjalnej wersji bezpośredni sprawcy zbrodni – trzej oficerowie SB oraz ich przełożony – zostali skazani na karę więzienia w tzw. procesie toruńskim. Wielu okoliczności zbrodni jednak nigdy nie wyjaśniono. Wciąż nie wiadomo, kto naprawdę wydał wyrok na niezłomnego kapłana. Skazani wyszli na wolność już w latach 90. Niektórzy z nich pobierają wysokie emerytury mundurowe. Nigdy nie ukarano osób z kierownictwa MSW odpowiedzialnych za morderstwo.

    Teresa Fokczyńska dobrze pamięta chwilę, kiedy dowiedziała się o śmierci swojego przyjaciela. Była to dla niej również chwila uwolnienia się od nienawiści, co – jak wierzy – stało się za wstawiennictwem ks. Jerzego. – Byłam wówczas w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie, gdzie posługiwał nasz kochany kapelan. Kiedy powiedziano, że ksiądz Jerzy nie żyje, w kościele wybuchł powszechny, ogromny szloch, zawodzenie – pierwszy raz w życiu coś takiego słyszałam i widziałam. Sama stałam jak osłupiała. Księża nie dali rady ludzi uspokoić, dopiero ksiądz Folejewski zaczął mówić Ojcze Nasz, doszedł do „jako i my im odpuszczamy” i powtarzał to do tej pory, aż w kościele zapanowała zupełna cisza – wspomina pani Teresa. – We mnie wówczas dokonała się wielka duchowa przemiana. Do tego czasu nosiłam w sobie ogromną nienawiść do komunistów. W tamtej jednak chwili cała ta nienawiść jakby ze mnie opadła. Poczułam na to miejsce jak jest mi tych ludzi bardzo żal, zobaczyłam w jak strasznym stanie oni się znajdują. Jacy to biedni ludzie, jakie wielka, przerażająca ich nędza. Tak więc dzięki księdzu Jerzemu odrodziłam się duchowo – podkreśla Teresa Fokczyńska-Szóstko.

    Pamięć o bł. ks. Jerzym trwa i rozwija się

    Wciąż powstają nowe inicjatywy poświęcone pamięci bł. ks. Jerzego Popiełuszki. W Okopach, miejscu urodzenia kapłana, postanowiono wybudować poświęcone jego życiu muzeum. Jest już projekt architektoniczny obiektu. Obecnie, fundacja która zajmuje się budową muzeum (jednym z jej uczestników jest brat ks. Jerzego, który przekazał grunta pod budowę), gromadzi środki potrzebne na inwestycję, która będzie organizacyjnie przypisana do struktur Muzeum Podlaskiego w Białymstoku.

    Również radni gminy Suchowola postanowili uczcić swojego honorowego obywatela uchwałą, która ustanawia AD 2024 Rokiem bł. ks. Jerzego Popiełuszki, w 40. rocznicę śmierci. Gmina przygotowuje właśnie wniosek do marszałka Sejmu o ustanowienie takiego roku, poświęconego osobie świętego i bohaterskiego kapłana, dla całego kraju.

    W Suchowoli, na ścianie Zespołu Szkół powstaje też monumentalny mural przedstawiający postać ks. Jerzego. W Bydgoszczy kilka dni temu przebiegła (wystartowała spod kościoła, w którym ks. Jerzy odprawił swoją ostatnią Msze świętą) licząca kilkaset osób sztafeta ku pamięci kapelana „Solidarności”. Takich inicjatyw jest coraz więcej.

    Adam Białous/PCh24.pl

    _____________________________________________________________________________________

    Męczeństwo ks. Popiełuszki oczami oprawców

    Otoczony przez szpicli, nękany, szczuty, śledzony, podsłuchiwany i podglądany, wyszydzany, opluwany, torturowany i wreszcie zamordowany. Życie Męczennika. Czas księdza Jerzego...

    Bali się go. Bali się bardziej niż on ich. Więc zaciskali pętlę – powoli, metodycznie – władcy PRL-u, generałowie Wojciech Jaruzelski i Czesław Kiszczak. I do walki z jednym księdzem zapędzili Służbę Bezpieczeństwa z oficerami i zdrajcami spoza resortu. Dołączyli cały aparat propagandowy z telewizją, radiem i gazetami. Otoczyli ks Popiełuszkę. Cel był jeden: złamać i uciszyć niepokornego kapłana, rozpędzić ludzi gromadzących się na Mszach za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu.

    Prokuratorskie oskarżenia nic nie dały. Przesłuchania – także nic. Prowokacja w mieszkaniu przy ul. Chłodnej, gdzie SB podrzuciła kompromitujące materiały m.in. amunicję i antypaństwowe ulotki – bez efektu. Ksiądz Popiełuszko nie został złamany. Ostatnią możliwością uporania się z nim była śmierć. Morderstwo.

    JEDNA Z OSTATNICH MSZY ŚWIĘTYCH ODPRAWIONYCH PRZEZ KS. JERZEGO POPIEŁUSZKĘ, BYTOM, 8 X 1984 | ZDJĘCIE DZIĘKI UPRZEJMOŚCI MUZEUM KS. JERZEGO POPIEŁUSZKI W WARSZAWIE

    ***

    Ostatnia droga ks. Jerzego rozpoczęła się 19 października 1984 roku. Kapelan Solidarności na zaproszenie Duszpasterstwa Ludzi Pracy, przyjechał do bydgoskiej parafii pw. Świętych Polskich Braci Męczenników. Tego samego dnia wracał do Warszawy. Swoją ofiarę upatrzyli mordercy, trzej oficerowie MSW: kapitan Grzegorz Piotrowski, porucznik Leszek Pękala i porucznik Waldemar Chmielewski. Byli funkcjonariuszami Służby Bezpieczeństwa, IV departamentu MSW zwalczającego Kościół.

    Co dokładnie się wtedy stało? Jak wyglądały ostatnie chwile życia księdza Jerzego? Kto bił, kto wiązał, kto zadał decydujący cios? Czy może z tamy we Włocławku oprawcy wrzucili do Wisły żywego jeszcze kapłana? Problem w tym, że historycy muszą opierać się na relacji morderców, którzy kluczyli i kłamali oraz na zmanipulowanym Procesie Toruńskim. Nawet jeśli nie poznamy nigdy szczegółów – to wiadomo na pewno, że ostatnie chwile, godziny czy minuty życia kapłana były drogą cierpienia. Nawet jeśli oprzemy się tylko i wyłącznie na relacjach morderców.

    Czy można sobie wyobrazić, co czuł ks. Jerzy Popiełuszko gdy go porwali? Gdy bili, straszyli, wyzywali? Gdy zamykali w bagażniku samochodu i wieźli w nieznane? Gdy wiązali tak, by dusił się przy próbie rozluźnienia więzów… To jest tak przerażająca próba… Ale to był finał męczeństwa ks Jerzego. Długi i straszny finał.

    Ks. Jerzy w Bydgoszczy odprawia ostatnią w swoim życiu Mszę. Około godziny 22.00 zielony volkswagen golf odjeżdża sprzed kościoła. Za kierownicą siedzi Waldemar Chrostowski. Obok niego ksiądz Jerzy Popiełuszko. Są obserwowani przez trzech mężczyzn w jasnoszarym fiacie 125 p. Prowadzi Pękala, obok niego siedzi Chmielewski, z tyłu dowodzący nimi Piotrowski. Fiat rusza za golfem.

    Akcja była zaplanowana. Jeszcze w Warszawie Chmielewski dobrał sobie milicyjny mundur i białą czapkę. Miał wyglądać na milicjanta z drogówki. Mieli ze sobą także latarkę z czerwonym światłem. Wszystko było gotowe, by zatrzymać golfa w drodze. I porwać księdza. Ale czy do porwania i zastraszenia potrzebne były dodatkowe rzeczy przygotowane na zlecenie Piotrowskiego: tablice rejestracyjne na zmianę, sznurek do skrępowania księdza, plaster dzięki któremu można było zakneblować Popiełuszkę, eter, kajdanki, pistolety i… worek z kamieniami do obciążenia ciała?

    MIEJSCE NA „TAMIE WE WŁOCŁAWKU”, Z KTÓREGO OPRAWCY ZRZUCILI ZWIĄZANEGO KS. JERZEGO POPIEŁUSZKĘ DO WODY | FOT. SEBASTIANM / WIKIMEDIACOMMONS / CC BY-SA 2.5

    ***

    „No! Ubieraj się!” – Piotrowski wydał komendę Chmielewskiemu. Mordercy cały czas mieli w zasięgu wzroku zielonego golfa. Chmielewski założył kurtkę z dystynkcjami sierżanta, włożył na głowę czapkę i wziął w dłoń latarkę. Sprawdził jeszcze czy czerwone światło działa. Kończyły się właśnie ostatnie chwile wolności ks. Jerzego. Pędzący za nimi fiat migał światłami. Po chwili zrównał się z golfem. Szyba po stronie pasażera w fiacie osunęła się w dół. W oknie pojawiła się postać w milicyjnej, białej czapce. Błysnęło czerwone światło latarki. Chrostowski nie stanął. Jechał dalej. Fiat wyprzedził golfa, zajechał mu drogę i zaczęli zwalniać. Golf ich wyprzedził, jednak po chwili Chrostowski zatrzymał samochód. Pękala stanął kilka metrów za nim.

    Udawali milicyjną kontrolę drogową. Ale już tylko przez chwilę. Najpierw do fiata przyprowadzono Waldemara Chrostowskiego. Został skuty kajdankami i zakneblowany szmatą. Zwitek musiał być wepchnięty głęboko, bo Chrostowski z trudem oddychał, charczał. Po chwili w pobliżu samochodu morderców stał ksiądz Jerzy. Protestował. Nie chciał wsiąść.

    Z jednej strony ciemny las. Z drugiej ciemna droga. Nie ma świadków. Nikt nie przyjdzie z pomocą.

    Tu padają pierwsze ciosy. Pękala siedzi w samochodzie. Za kierownicą. Pogłaśnia radio, żeby nie słuchać charczenia Chrostowskiego. Jednak mimo brzęczącego głośno radia, dochodzą go głuche odgłosy bicia. „Otwórz bagażnik” – słyszy po chwili. Dźwignia znajduje się w aucie i Pękala nie wysiadając, otwiera. Z tyłu dochodzą dźwięki przesuwanych przedmiotów. W bagażniku powstaje miejsce dla księdza…

    ZWIĄZANA RĘKA KS. JERZEGO POPIEŁUSZKI PO WYŁOWIENIU CIAŁA Z ZALEWU WIŚLANEGO | ZDJĘCIE DZIĘKI UPRZEJMOŚCI MUZEUM KS. JERZEGO POPIEŁUSZKI W WARSZAWIE

    ***

    Samochód drgnął i osiadł na tylnych kołach… Popiełuszko leżał w bagażniku.

    Chmielewski z Piotrowskim wsiedli do auta. Fiat ruszył. Skuty kajdankami Chrostowski małym palcem chwyta niepostrzeżenie za klamkę. Czeka na okazję. Szansa na ucieczkę pojawia się, gdy dostrzega na poboczu dwie osoby stojące przy motocyklu. Ciągnie klamkę i wypycha drzwi. Wypada na zewnątrz. Turla się. Wstaje i biegnie w kierunku ludzi. Jest wolny. Wyskoczył z pędzącego samochodu przy prędkości 80-100 km na godzinę. Skończyło się tylko na otarciach i podartej marynarce… I na dodatek kajdanki na prawym ręku puściły… Dużo tego szczęścia.

    „Grzej rurę!” – rzucił któryś do Chmielewskiego. Ten wcisnął pedał gazu do oporu. Esbecy nie zatrzymali się, by łapać uciekiniera. Jedynego świadka swojej zbrodni.

    Odzyskał przytomność. Ból. Szum kół na szosie. Ciemno. Ciasno. Duszno. Śmierdzi. Bagażnik od środka. Popiełuszko ściśnięty w ciemności bagażnika zaczyna walczyć. Rozpycha się. Uderza w klapę. Trzej w fiacie słyszą uderzenia z bagażnika.

    „Popiełuszko z tyłu się tłucze! Oprzytomniał…” – mówi Chmielewski do kolegów. Zatrzymali auto.

    POGRZEB KSIĘDZA JERZEGO POPIEŁUSZKI NA TERENIE KOŚCIOŁA ŚW. STANISŁAWA KOSTKI W WARSZAWIE | FOT. ANDRZEJ IWAŃSKI / WIKIMEDIACOMMONS / CC BY-SA 3.0

    ***

    Czuł, że samochód stanął. Zmysły pracują jak oszalałe. Ciało czuje i słyszy. Drganie auta. Ktoś wysiada. Kroki. Klapa bagażnika leci w górę. Zmęczone duchotą i smrodem płuca chwytają hausty nocnego powietrza. Oczy zmęczone ciemnością. Ciosy. Ciosy pałką. Do nieprzytomności***. Klapa opada. W drodze na tamę będzie jeszcze kilka takich postojów. Podczas jednego z nich Popiełuszko ucieka, ale zostaje złapany. Jest bity i powalony na ziemię. Oprawcy związują księdza. Popiełuszko jest już bardzo słaby. Tylko jęczy. „Kamulki do nóg. I do wody” – miał powiedzieć kapitan Piotrowski. Koniec szans. Mordercy jadą w kierunku tamy we Włocławku.

    Tama. Pusto. Mordercy podchodzą do barierki. Patrzą w dół na lustro wody. Wracają do auta i rozglądają się. Nie ma świadków. Klapa bagażnika w górę. Ostatni raz. Ksiądz Jerzy, skatowany i zakneblowany, leży z głową w lewej części bagażnika. Podkulone więzami nogi są z prawej. Trzy pary rąk chwytają kapłana. Jeszcze sutanna zaczepia o zamek bagażnika, ale mordercy są silniejsi. Sutanna puszcza. Pęka ostatnia nić. We trzech niosą go do barierki. Przerzucają.

    Leci w dół. Spętany. Kamulki w worku u nóg. Otwiera się czarna toń. Kamulki ciagną w dół. Bezlitośnie. Cicho. Gasną kręgi na wodzie.

    ***Ksiądz Jerzy Popiełuszko został straszliwie skatowany. Był torturowany. Trudno było nawet rozpoznać ciało podczas identyfikacji. Twarz była posiniaczona, zmasakrowana. Sekcja wykazała duże obrażenia narządów wewnętrznych. Na szyi księdza Jerzego wisiał krzyżyk.

    Sławomir Dynek/Stacja7 pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Marianna Popiełuszko. Matka Świętego

    “On chciał zło dobrem zwyciężać, nie mógł inaczej postąpić” – mówiła Marianna Popiełuszko, mama błogosławionego ks. Jerzego.

    Matki księdza Jerzego nie dziwiło zachowanie syna. On chciał dobrem zło zwyciężyć, nie mógł inaczej postąpić – tłumaczy. Jasne było dla niej, że zasady wiary przekładają się na konkretne życie. Jeżeli są prawdziwe, nie mogą być oderwane od rzeczywistości. Nie gorszyła się więc, że jej syn częstował gorącą kawą z termosu żołnierzy zaangażowanych do walki przeciw własnemu narodowi. Ja go uczyłam, żeby nie mówić źle o innych i dla każdego być dobrym. On wiedział, że tak ma być, i koniec.
    Nauce matki pozostał wierny.

    Potworna wiadomość…

    O porwaniu syna Marianna Popiełuszko dowiedziała się dopiero dzień później. W sobotę 20 października rano wydoiła krowy, a potem zbierała z pola resztki buraków przed zimą. Rozwiesiła pranie na podwórku, mając nadzieję, że ciepłe promienie słońca je choć trochę osuszą. Wyrobiła w dzieży ciasto na chleb, przyniosła drewno na opał. Obrała ziemniaki na zupę, nastawiła mleko na ser, a do kubka odlała z wierzchu śmietanę. I tak nie wiadomo kiedy upłynął jej dzień.

    Wieczorem, jak zawsze, razem z mężem odmówiła na głos Różaniec. Jej mąż Władysław położył się już do łóżka, a ona zdjęła z głowy chustkę i o 19.30 usiadła przed telewizorem, by zobaczyć, co ciekawego dzieje się w świecie. I wtedy jak grom z nieba spadła na nią ta potworna wiadomość. Ni stąd, ni zowąd, w Dzienniku Telewizyjnym usłyszała o… porwaniu księdza Jerzego Popiełuszki z warszawskiego Żoliborza…

    Marianna Popiełuszko, Matka Świętego

    Była oszołomiona

    Spiker odczytał komunikat: „19 bm. około godz. 22.00 w okolicach miejscowości Górsk koło Torunia został uprowadzony przez nieznanych sprawców ksiądz Jerzy Popiełuszko urodzony 14.09.1947 roku, zamieszkały w Warszawie. W związku z prowadzonym śledztwem prosi się osoby, które mogą udzielić jakichkolwiek informacji w tej sprawie, o niezwłoczne nawiązanie kontaktu lub powiadomienie najbliższej jednostki prokuratury lub Milicji Obywatelskiej. W szczególności prosi się wszystkich, którzy mogą udzielić informacji o osobach, których rysopisy podano wyżej i posługujących się samochodem Fiat 125 p, o osobach, które bezprawnie wyrabiają lub posługują się tablicami rejestracyjnymi, oraz osobach, które bezprawnie posiadają lub używają umundurowanie milicyjne lub wyposażenie służbowe funkcjonariuszy MO, na przykład kajdanki”.

    Była oszołomiona. Natychmiast pobiegła do drugiego pokoju i powiedziała o tym mężowi. Żeby tylko jego kosteczki zobaczyć! – zawołał zrozpaczony Władysław Popiełuszko. Pani Marianna od tej pory zamilkła. Serce przeszywał dojmujący ból. A jej dobre, przenikliwe oczy straciły dawny blask.

    (…)

    Ta noc była dla niej wyjątkowo długa

    Gdy pani Marianna usłyszała z telewizji o znalezieniu ciała księdza Jerzego, coś ją przygniotło, niby głaz. Nie była w stanie wydobyć z siebie ani jednego słowa. Siedziała bez ruchu. Może kilka godzin, a może kilkanaście. Nie potrafi tego teraz odtworzyć.

    Ta noc była dla niej wyjątkowo długa. Jak wieczność, w której zupełnie inaczej płynie czas. Nie czuła zmęczenia, niewyspania, głodu ani zimna. Jakby zamarła…

    Stacja 7 pl.(fragment książki „Matka świętego. Poruszające świadectwo Marianny Popiełuszko” autorstwa Mileny Kindziuk)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Do trumny włożono krzyż z pasyjką, różaniec od Jana Pawła II i trzy znaczki.

    Historyczny pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki

    W pogrzebie ks. Jerzego, który odbył się 3 listopada 1984 r., wzięło udział od 600 do 800 tys. osób, być może nawet milion. “Być może była potrzebna ofiara życia, aby odkryły się utajone mechanizmy zła, aby wyzwoliły się silniej pragnienia dobra, szczerości, zaufania” – mówił podczas pogrzebu prymas Polski Józef Glemp.

    Krzyż z pasyjką, różaniec od Jana Pawła II i trzy znaczki

    Białystok, 2 listopada 1984 r. Koło południa ks. Cezary Potocki, kanclerz Kurii Biskupiej w Białymstoku, poprosił przełożoną sióstr szarytek Barbarę Lisowską o trzy siostry, które uczestniczyłyby jako świadkowie w ubieraniu do trumny ciała zamordowanego śp. księdza Jerzego. Ciało zidentyfikował brat.

    Do ręki włożono mu krzyż z pasyjką i różaniec, który otrzymał od Jana Pawła II, a także trzy znaczki: z wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej na tle biało-czerwonej flagi, z napisem „Solidarność” na tle orła oraz z wizerunkiem kościoła świętego Stanisława Kostki. Na czerwonym ornacie położono drewniany krzyż, a ręce obwiązano białym różańcem.

    FOT. ANDRZEJ IWAŃSKI/WIKIPEDIA

    „Najbardziej zapamiętałam zachowanie i postawę Marii Popiełuszko”

    Siostra Barbara Lisowska, uczestniczka wydarzeń, wspomina: „Ubranego zamordowanego kapłana przewieziono do kolejnego pomieszczenia, gdzie czekali księża z parafii katedralnej z ks. Antonim Lićwinką, proboszczem. Tam włożono ciało do podwójnej trumny, drewnianej i metalowej i przewieziono do kaplicy na ostatnie pożegnanie przez najbliższą rodzinę i rodziców kapłana.

    REKLAMA

    W kaplicy byli rodzice księdza, rodzeństwo, krewni, oraz ksiądz biskup Edward Kisiel i księża. Najbardziej zapamiętałam zachowanie i postawę Marii Popiełuszko, mamy ks. Jerzego. Patrząc na nią, wyobrażałam sobie Matkę Bożą przyjmującą Ciało umęczonego Syna Jezusa. Po krótkim żałobnym nabożeństwie zamknięto i opieczętowano trumnę. Księża wzięli ją na swoje ramiona i skierowali się ku wyjściu. Jednak, gdy tylko uchylono drzwi wyjściowe, ludzie w jednej chwili przejęli trumnę i nieśli wysoko rękach. Zapalone znicze i rozłożone kwiaty tworzyły aleję wyjazdową. Białostoccy taksówkarze przy włączonych klaksonach odprowadzali księdza Jerzego. Taksówkom nie było końca. Klaksony rozbrzmiewały na cały Białystok i okolice. Wszyscy białostocczanie dowiedzieli się prawdy. Dzieląc się przeżyciami we wspólnocie, wyraziłyśmy przekonanie, że ksiądz Jerzy Popiełuszko jest męczennikiem i nie trzeba modlić się za niego, lecz do niego”.

    Tłum napierał, by choć na chwilę zatrzymać się przed trumną

    Warszawa. Władze komunistyczne nalegały, żeby pochować go w rodzinnej parafii, Suchowoli pod Dąbrową Białostocką. Pojawił się pomysł pochowania kapłana na Powązkach. Miejsce przyszłego pochówku było już nawet oglądane przez kard. Glempa. Pod naciskiem modlących się ludzi, po spotkaniu z matką księdza Jerzego, Marianną Popiełuszko, prymas zmienił zdanie i ostatecznie za miejsce pochówku wyznaczono plac przy kościele św. Stanisława Kostki.

    Przygotowania do pogrzebu zaczęły się w nocy 2 listopada. Na trawniku przed kościołem ustawiono konfesjonały, gdzie ustawiały się kolejki do spowiedzi. Osobna kolejka prowadziła do wnętrza kościoła, gdzie tłum napierał, by choć na chwilę zatrzymać się przed trumną.

    Około godziny 5 nad ranem wyproszono ludzi, otwarto trumnę, by ją zalutować. Przy zmasakrowanych zwłokach byli obecni jedynie troje hutników i rodzice i rodzeństwo ks. Popiełuszki. O świcie dębową trumnę wyniesiono przed kościół. Została przykryta biało-czerwoną flagą, a na niej kielich mszalny i czerwona stuła.

    fot. Jarek Tuszyński/Wikipedia

    ***

    „Być może była potrzebna ofiara życia, aby odkryły się utajone mechanizmy zła”

    Według Milicji Obywatelskiej w pogrzebie wzięło udział od 10 do 100 tysięcy osób. Liczba ta celowo była zaniżana, by przyćmić prawdziwy rozmiar wydarzenia. W pogrzebie uczestniczyło – według różnych źródeł – od pół miliona do miliona osób. Tłum opanował nie tylko plac przykościelny, ale i wszystkie okoliczne uliczki i ulice, w tym sporych rozmiarów plac Komuny Paryskiej (współcześnie plac Wilsona).

    W ceremonii wzięli udział prymas Polski Józef Glemp, mszę żałobną koncelebrowało dwunastu księży przy ołtarzu, lecz obecnych było kilkaset księży. Kazanie wygłosił kard. Glemp. Stwierdził w nim: „Odpuszczamy wszystkim winowajcom, którzy z przekonania lub na rozkaz zadali bliźnim krzywdy. Odpuszczamy zabójcom ks. Popiełuszki. Nie mamy do nikogo nienawiści. (…) Być może była potrzebna ofiara życia, aby odkryły się utajone mechanizmy zła, aby wyzwoliły się silniej pragnienia dobra, szczerości, zaufania”.

    Szczególną uwagę dyplomatów i korespondentów zagranicznych przykuła ogromna ilość symboli „Solidarności” manifestujących się jawnie w czasie uroczystości. Na piersiach tysięcy ludzi znalazły się plakietki „Solidarności”. Nad trumną księdza Jerzego pochyliło się ok. 40. sztandarów zakładów robotniczych, wyższych uczelni, fabryk i instytucji. Nad głowami zgromadzonych i na ogrodzeniu placu kościelnego widnieją setki pisanych charakterystycznym liternictwem transparentów i haseł.

    fot. Andrzej Iwański/Wikipedia

    ***

    Grób otoczony różańcem utworzonym z polnych kamieni ułożonych w kształcie granic Polski

    Pomnik-grób duchownego znajduje się na terenie kościoła św. Stanisława Kostki przy ul. Stanisława Hozjusza 2 na warszawskim Żoliborzu. W bezpośrednim sąsiedztwie grobu, na jednym z drzew umieszczony jest krucyfiks, którego autorem jest Gustaw Zemła. Grób otoczony jest różańcem utworzonym z polnych kamieni ułożonych w kształcie granic Polski. Łącznik ma kształt orła w koronie z Matką Bożą Częstochowską na piersi.

    Pomnik-grób zaprojektowano w 1986 r. w miejscu, gdzie wcześniej znajdował się drewniany krzyż. Krzyż ten już wtedy był otoczony różańcem z polnych kamieni, ułożonych w kształcie granic Polski. Od 1984 roku świątynia i miejsce pochówku księdza stały się miejscem pielgrzymkowym. 14 czerwca 1987 roku kościół nawiedził papież Jan Paweł II.

    wikipedia,KAI/Stacja7


    Ksiądz Popiełuszko. Ta historia jest wieczna

    Nie pasował do roli bohatera. W latach 70. jeździł sportowym chevroletem, palił czasem papierosy, nosił dżinsy, lubił podróże. Nie miał raczej w planach „zbawiania świata”. Takich ludzi – jak wskazuje biblijna nauka – Pan Bóg lubi wybierać najbardziej.

    Kult niepozornego ale nadzwyczajnie silnego duchowo księdza dopiero zaczyna się rozwijać i z każdym rokiem zyskuje na zasięgu. Już nie Polska, a Korea Południowa, Wietnam, Filipiny i kilkadziesiąt innych krajów znajduje w jego prostej historii znak Ewangelii.

    Przyjaciel

    Ksiądz Jerzy szybko przechodził na Ty. Trudno policzyć wszystkich, którzy mówili mu po imieniu. Nie stwarzał żadnego dystansu. Jerzy zawsze źle wychodził na pomnikach bo ani trochę nie był taki pomnikowy – mówi jeden z jego przyjaciół. Może dlatego, że z natury był skromny, niepozorny i stronił od tłumów, choć zdecydowanie nie stronił od ludzi. Nie raz się zdarzało, że nawet kiedy był już znanym duszpasterzem Solidarności i kiedy pojawił się na zaproszenie w jakimś kościele, nie było końca owacjom ale i nie było końca zastanawianiu się, który to tak naprawdę jest ten Popiełuszko spośród stojącej często rzędem grupy kapłanów i dostojników. Być może z tego powodu ksiądz Jerzy uchodził czasem nawet oczom agentów bezpieki jak choćby 2 grudnia 1983 r., o czym sam pisał w dzienniku: „zobaczyłem w kościele dziwnie zachowujących się panów. Później okazało się, że to panowie z SB i prokuratury. Dziwnym trafem przeszedłem obok nich, choć były już obstawione wszystkie furtki.”

    Zadziwiony był także Andrzej Gwiazda, legendarny przywódca Solidarności, który po wyjściu z więzienia w którym słuchał kazań księdza Jerzego postanowił poznać go osobiście. Spodziewając się proroka z siwą brodą, jak sam to wspomina, zastał na plebanii kościoła w Warszawie na Żoliborzu uśmiechniętego chłopaka w dżinsach i w koszuli z podwiniętymi rękawami, z którym później przegadał całą noc. Skracanie dystansu to w życiu księdza Jerzego przede wszystkim troska o ludzi, płynąca nieustannie rzeka pomocy. Paczki, pomoc w znalezieniu pracy, wsparcie finansowe a nade wszystko obecność w podbramkowych i dramatycznych sytuacjach. To, co naprawdę ważne, prawdziwe, silne, jest często niepozorne i przystępne, może z tego powodu nie tak łatwo to czasem rozpoznać. Zadziwiające jest to, jak wiele osób urodzonych po upadku komunizmu mówi o księdzu Jerzym per „Jurek” lub „Jerzy”. Sam znam takich bardzo wielu. On wciąż skraca dystans. Po 1984 roku przesłano do parafii w której pracował ponad 570 świadectw łaski i cudów, w tym ponad 20 posiada dokumentację medyczną. Wciąż się angażuje, bo on po prostu niezmiernie to lubi…

    Egzorcyzmuje serca

    Droga serca. Adam Nowosad, jeden z przyjaciół księdza Jerzego i zarazem świadek w jego procesie beatyfikacyjnym powiedział, że ksiądz, mimo iż środowisko solidarnościowe uważało go za jednego z najważniejszych przywódców duchowych i mentora, zniechęcał ich do protestów, demonstracji, siłowych rozwiązań. Chodźcie do kościoła – mówił kapłan – dbajcie o przemianę serca, a system sam upadnie. Kiedy zginął maturzysta – Grzegorz Przemyk, zakatowany przez komunistyczną milicję, ksiądz Jerzy prowadził wielotysięczny kondukt pogrzebowy, w którym trumnę licealisty nieśli na ramionach jego koledzy. Ksiądz Jerzy zakupił wcześniej tysiące białych kwiatów i mówił, że jeśli by ponosiła ich nienawiść, niech unoszą kwiaty w górę i milczą… Jak mówią świadkowie, pochód nie spłoszył nawet ptaków siedzących na okolicznych drzewach, mimo tysięcy gorących głów, w których wcześniej płonęła zemsta, panowała przeraźliwa cisza…

    Mecenas Maciej Bednarkiewicz wspierający księdza w dramatycznych sytuacjach mówił, że słowa głoszone przez niego, które przyciągały kilkudziesięciotysięczne rzesze ludzi na Msze za Ojczyznę nie miały w sobie ani grama nienawiści. Pokój, cierpliwość, droga przemiany serc i wyraźne mówienie prawdy były dla komunistycznego systemu zniewolenia nie do zniesienia. Mecenas zauważa, że komuniści sterowali nienawiścią, często sami ją wywoływali. Pokój i pojednanie paraliżowały agresorów. Nieprzejednana siła rozlewającego się pokoju w sercach uczestników Mszy, miała zaś potęgę egzorcyzmów. Ludzie odchodzili stamtąd wolni wewnętrznie i gotowi do przemiany świata na dobre bez użycia kamieni i przekleństw. Niedawno jako przewodnik oprowadzałem po muzeum księdza Jerzego grupę palestyńskich chrześcijan. Nasza podróż zaczynała się zwyczajnie, a nawet chłodno. Kończyła się łzami i wzruszeniem. Błogosławiony ksiądz Popiełuszko jest patronem prześladowanych chrześcijan, zabieramy go ze sobą do Palestyny – powiedzieli na koniec. Mimo iż zabrakło głosu księdza Jerzego to do niego, do jego grobu, wciąż tłumnie przybywają ludzie. Od 1984 roku były ich blisko 23 miliony. Serca do końca świata będą potrzebowały egzorcyzmów… i on wciąż w tych łaskach pośredniczy. Tak nam dziś tych egzorcyzmów potrzeba.

    fot. Paweł Kęska

    ***

    Przeprowadza przez lęk jak przez ciemną noc

    Lęk jest współcześnie jedną z najdotkliwszych chorób świata. Za lękiem idzie przemoc fizyczna i psychiczna, ale i uzależnienia, upadki, rezygnacja z ideałów i z życiowych misji. Ksiądz Jerzy był normalny, odczuwał strach i lęk jak każdy z nas. Mimo to nie schodził z drogi. Coś takiego było w nim od dzieciństwa. Najlepszy wyraz temu dał w wojsku, gdzie mimo prześladowania, drwin i psychicznej przemocy nie poddał się presji i nie zdjął różańca i medalika oraz prowadził publiczne modlitwy. Nie zszedł złu z drogi również kiedy zmuszała go do tego okrutnymi i podstępnymi metodami bezpieka.

    W jednym ze wspomnień, Joanna Sokół, która współpracowała z nim intensywnie przez ostatni rok jego życia, mówi, że spodziewał się, że wszyscy go opuszczą pod presją prześladowań komunistycznych agentów i że zostanie sam. Te myśli poparte obficie faktami również nie sprawiły, że zszedł z drogi a presja była potworna. Nocne telefony, anonimy z pogróżkami śmierci, podsłuchy w całym domu, wezwania na przesłuchania, prowokacje, oskarżenia w mediach i manipulacje opinią publiczną. Bywało i tak, że odwracali się od niego przyjaciele. Nie zszedł z drogi. W jednym z kazań powiedział: Człowiek tchórzliwy, zalękniony, nie jest zdolny pokonać przeszkód, które są stawiane na drodze ku wielkim wartościom, takim jak Prawda, Sprawiedliwość, Godność. Nie wiadomo jaka była jego ostatnia droga. Dociekaniom przebiegu tego dramaty nie ma końca a wiadomo, że ustalenia procesu zabójców były manipulowane. W domysłach nie można sobie wyobrazić jednego, że się poddał… Relikwie księdza Jerzego są dziś w blisko 1500 miejscach kultu publicznego na świecie, w tym w blisko 500 miejscach w 61 krajach za granicą. Są w polskiej kaplicy sejmowej czy prezydenckiej, są w kaplicach więziennych, szpitalnych, w wielu kościołach misjonarskich na Bliskim Wschodzie, w Afryce, w miejscach konfliktów i dramatów. Wszędzie tam promieniują siłą i nadzieją, leczą ludzki lęk.

    Bohater jest wieczny

    Ksiądz Jerzy poza tym, że był niepozorny, to po prostu lubił życie w dobrym tego słowa znaczeniu. Był uśmiechnięty, miał pasje i przyjaciół. Nie pasował do roli bohatera. W latach 70. jeździł sportowym chevroletem, palił czasem papierosy, kupował je zresztą często w Peweksie, nosił dżinsy, lubił podróże. Nie miał raczej w planach „zbawiania świata”. Takich ludzi, jak wskazuje biblijna nauka, Pan Bóg lubi wybierać najbardziej. Ks. Adam Boniecki, który spotkał go na przełomie 1983 i 1984 r. i spędził z nim jeden dzień powiedział, że porażająca była dla niego obojętność, jaką żywił ksiądz Jerzy wobec faktu niezmiernej popularności jaką miał już w Polsce i na świecie. Nie interesowały go żadne gry, nie miał żadnych publicznych ambicji, był – jak mówi ksiądz Boniecki – księdzem, który się cieszył, że może pełnić posługę duszpasterską tam, gdzie go Bóg postawił.

    Ksiądz Jerzy znał wszystkich w Polsce ważnych ludzi Solidarności i nie budziło to w nim żadnej chęci władzy czy wpływu na świat. Wyłącznie służył… i tej służbie poświęcił się do końca. Ulice księdza Jerzego Popiełuszki znajdziemy dziś w Nowym Jorku, w Budapeszcie, w miastach francuskich, włoskich, w 214 miejscach w Polsce. Imię księdza Jerzego noszą dziś 52 szkoły w Polsce. To bohaterstwo jest przystępne, przyciągające… Młodzi czują księdza Jerzego. Przychodzą na jego grób, czytają jego kazania, fascynują się jego życiem. Widząc ich, myślę wciąż, że ta historia, historia rewolucji dobra, dopiero się zaczyna.

    Paweł Kęska/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kraków: opublikowano nieznane dotąd zapiski błogosławionego ks. Popiełuszki

     

    Relikwie bł. ks. Jerzego Popiełuszki

     Relikwie bł. ks. Jerzego Popiełuszki/ fot. ks. Mirosław Benedyk

    ***

    Nakładem krakowskiego Domu Wydawniczego „Rafael” ukazała się książka „Rękopisy. O miłości, za którą tęskni świat”. Zawiera ona wiele nieznanych do tej pory zapisków legendarnego kapelana „Solidarności”.

    Książka prezentuje słowa księdza Jerzego Popiełuszki wypowiadane w zaciszu kościoła, z dala od wielkiej historii. Kapłan przez lata zapisywał treść homilii na drobnych kartkach, które po jego śmierci na blisko czterdzieści lat zaległy w ciemności archiwów.

    – Odkryte dziś, zaskakują przenikliwością, prostotą i aktualnością. Ta pozycja wydawnicza to prosty przewodnik po życiu, dotykający uniwersalnych zagadnień i dylematów – podkreśla Jolanta Kozakiewicz, prezes Domu Wydawniczego „Rafael”.

    „Rękopisy. O miłości, za którą tęskni świat” powstała we współpracy z Muzeum ks. Jerzego Popiełuszki. Jak wskazuje Paweł Kęska, dziennikarz i pracownik placówki, udało się odnaleźć znaczną liczbę rękopisów i nagrań homilii słynnego kapelana „Solidarności”.

    Na odnalezionych karteczkach są często drobne skreślenia, podkreślenia i poprawki. Czasem trudno odczytać niektóre słowa.

    – Jego kazania były krótkie. Trwały trzy, może pięć minut. Prawie zawsze punktem wyjścia rozważań była Ewangelia. Sprawy, o których mówił, były proste, ale fundamentalne: pomoc bliźniemu, ludzka godność, sumienie, nadzieja. Odczytywał zapiski z kartek skupionym głosem, zatrzymując się momentami. Jego przyjaciele wiedzieli, że te słowa nie są puste. Mówił to, co najpierw wypełnił swoim życiem – relacjonuje Kęska.

    „Aby być świętym, trzeba dobre i wielkie sprawy życia wykonywać święcie z zaangażowaniem w powiększaniu dobroci i miłości na świecie. Największą chorobą dzisiejszych ludzi, ktoś powiedział, jest to, że w nic nie są zaangażowani, w nic nie chcą włożyć serca ani duszy. W dążeniu do świętości musi nam towarzyszyć ciągła świadomość, że każdy najdrobniejszy czyn naszego życia musi był przepojony miłością” – brzmi fragment nowej książki.

    – Zapiski te charakteryzuje ciepło, prostota i mądrość. Z jakichś powodów większość z nich nie ujrzała światła dziennego. Czasem publikowano ich fragmenty. Powstały zbiór tekstów zebrany jest w układzie roku liturgicznego. Mamy nadzieję, że lektura ta pozwoli czytelnikowi spotkać się z bł. ks. Jerzym Popiełuszką w zwyczajny i codzienny sposób, z którego emanuje świętość – podkreśla Kęska.

    Dziś przypada już 39. rocznica śmierci błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki. Niezłomnego kapłana, który w ciemnych czasach komunizmu i stanu wojennego bronił skrzywdzonych, odważnie mówił prawdę i zwyciężając zło dobrem, walczył o wolność. Słowa wypowiadane przez niego podczas pamiętnych Mszy za Ojczyznę w czasie stanu wojennego w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie przyciągały tłumy.

    Po męczeńskiej śmierci z rąk komunistycznych agentów został beatyfikowany, a jego relikwie i obrazy znajdują się na całym świecie.

    Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 października

    Święty Łukasz, Ewangelista

    Święty Łukasz

    Euzebiusz z Cezarei i Tertulian piszą, że rodzinnym miastem św. Łukasza była Antiochia Syryjska. W tym cała tradycja jest zgodna. Był poganinem, a nie Żydem. Zdaje się to potwierdzać pośrednio św. Paweł Apostoł, kiedy w Liście do Kolosan wymienia najpierw swoich przyjaciół i pomocników z narodu żydowskiego, a potem z pogaństwa. Łukasza umieszcza w grupie drugiej (Kol 4, 10-14). Naukę Chrystusa Łukasz przyjął przed przystąpieniem do św. Pawła. Nie należał do 72 uczniów Pana Jezusa, jak o tym pisze św. Epifaniusz, ani też nie należy go utożsamiać z uczniem, który z Jezusem zetknął się w dzień Jego zmartwychwstania w drodze do Emaus, jak to twierdzą św. Grzegorz Wielki i Teofilakt.
    Z zawodu Łukasz był lekarzem, jak o tym pisze wprost św. Paweł Apostoł (Kol 4, 14). Należał do ludzi wykształconych i doskonale obeznanych z ówczesną literaturą. Świadczy o tym jego piękny język grecki, kronikarska dokładność informacji i umiejętność zdobywania źródeł. Jego znajomość judaizmu jest powierzchowna, a łacińskie imię wskazuje na jego pochodzenie. Około 40 r. po narodzeniu Chrystusa i ok. 7 lat po Jego śmierci zapewne w samej Antiochii stał się wyznawcą Chrystusa.
    Około 50 r. po raz pierwszy spotyka na swojej drodze św. Pawła, przyłącza się do niego jako uczeń, towarzysz podróży i lekarz. Nie wiemy, dlaczego dopiero w Troadzie św. Paweł zabrał go ze sobą w długą podróż apostolską (Dz 16, 10-17). W Filippach św. Paweł go zostawia, znowu nie wiemy z jakiej przyczyny. Dopiero w trakcie trzeciej podróży, która rozpoczęła się w 58 r., Łukasz przyłącza się ponownie do Apostoła, aby go już więcej nie opuścić. Towarzyszy mu do Jerozolimy, potem zaś do Rzymu. Swą wierność Łukasz posunął tak dalece, że jako jedyny pozostał przy św. Pawle w więzieniu w Rzymie (2 Tm 4, 11). W czasie aresztowania i dwóch lat więzienia św. Pawła w Cezarei Palestyńskiej Łukasz miał dosyć czasu, aby zapytać naocznych świadków o szczegóły, które przekazał w swojej Ewangelii.
    Nie wiemy, co działo się z Łukaszem po męczeńskiej śmierci św. Pawła (+ 67). Ojcowie Kościoła i liczne legendy wymieniają wiele różnych miejsc (Achaję, Galię, Macedonię itp.), w których miał nauczać. Wydaje się to mało wiarygodne. Bardziej prawdopodobna wydaje się wzmianka, w której autor pewnego prologu do Ewangelii (pochodzącego z II w.) twierdzi stanowczo, że Łukasz zmarł w Beocji przeżywszy 84 lata. Tak dawna wzmianka, sięgająca czasów niemal apostolskich, zasługuje na wiarę. Autor nie wspomina jednak o śmierci męczeńskiej, pisze tylko, że Łukasz zmarł “pełen Ducha Świętego”. Dlatego późniejsze świadectwa o jego męczeńskiej śmierci są raczej legendą.

    Święty Łukasz

    Łukasz zostawił po sobie dwie bezcenne pamiątki, które zaskarbiły mu wdzięczność całego chrześcijaństwa. Są nimi Ewangelia i Dzieje Apostolskie. Chociaż sam prawdopodobnie nie znał Jezusa, to jednak badał świadków i od nich jako z pierwszego źródła czerpał wszystkie wiadomości. Formę i układ swej Ewangelii upodobnił do tekstu poprzedników, czyli do Mateusza i Marka. Ubogacił ją jednak w wiele cennych szczegółów, które tamci pominęli w swoich relacjach. Jako jedyny przekazał scenę zwiastowania i narodzenia Jana Chrzciciela i Jezusa, nawiedzenie św. Elżbiety, pokłon pasterzy, ofiarowanie Jezusa i znalezienie Go w świątyni – jest więc autorem tzw. Ewangelii Dzieciństwa Jezusa. Zawdzięczamy mu niejeden szczegół z życia Matki Bożej. On także przekazał pierwsze wystąpienie Jezusa w Nazarecie i próbę zamachu na Jego życie, wskrzeszenie młodzieńca z Nain, opowiadanie o jawnogrzesznicy w domu Szymona faryzeusza, o posługiwaniu pobożnych niewiast, zapisał okrzyk niewiasty: “Błogosławione łono, które Cię nosiło”, gniew Apostołów na miasto w Samarii, rozesłanie 72 uczniów oraz przypowieści: o miłosiernym Samarytaninie, o nieurodzajnym drzewie, o zaproszonych na gody weselne, o zgubionej owcy i drachmie, o synu marnotrawnym, o przewrotnym włodarzu, o bogaczu i Łazarzu. Przekazał nam scenę uzdrowienia dziesięciu trędowatych i nawrócenie Zacheusza.
    Bardzo cennym dokumentem są także Dzieje Apostolskie. Jest to bowiem jedyny dokument o początkach Kościoła, mówiący o tym, co się działo po wniebowstąpieniu Jezusa. Ponieważ w wielu wypadkach Łukasz sam był uczestnikiem opisywanych wydarzeń, związanych z podróżami apostolskimi św. Pawła, dlatego przekazał ich przebieg z niezwykłą sumiennością.
    Dante określił Łukasza “historykiem łagodności Chrystusowej”. Nie wiemy, gdzie znajduje się grób św. Łukasza. Przyznają się do posiadania jego relikwii Efez, Beocja, Wenecja i Padwa. Przez długie wieki pokazywano i czczono relikwie św. Łukasza w Konstantynopolu. Tam miały być przeniesione za cesarza Justyniana (ok. 527). Potem relikwie przewieziono do Wenecji, a stąd w czasie najazdu Węgrów miały być umieszczone dla bezpieczeństwa w Padwie (899). Do dnia dzisiejszego pokazują je tam w kaplicy bazyliki św. Justyny.
    Św. Łukasz jest patronem Hiszpanii i miasta Achai; introligatorów, lekarzy, malarzy i rzeźbiarzy, notariuszy, rzeźników, złotników. Według legendy malował portrety Jezusa, apostołów, a zwłaszcza Maryi, Matki Bożej. Jeden z nich, jak opisuje Teodor Lektor z VI wieku, cesarzowa Eudoksja, żona Teodozego II Wielkiego, zabrała z Jerozolimy i przesłała św. Pulcherii, siostrze cesarza. Według innej opowieści kopią jednego z obrazów św. Łukasza jest ikona jasnogórska.
    W ikonografii św. Łukasz prezentowany jest jako młodzieniec o ciemnych, krótkich, kędzierzawych włosach, w tunice. Sztuka zachodnia ukazuje go z tonsurą lub łysiną, czasami bez zarostu. Bywa przedstawiany, gdy maluje obraz. Jego atrybutami są: księga, paleta malarska, przyrządy medyczne, skalpel, wizerunek lub figura Matki Bożej, wół, zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Św. Łukasz – Ewangelista Bożej dobroci

    Św. Łukasz - Ewangelista Bożej dobroci

    św. Łukasz Ewangelista (fot. sp.ceti.pl)

    ***

    W Ewangelii przez niego napisanej ukazuje on Jezusa Chrystusa, jako miłosiernego Zbawiciela. O tym, jak Słowo Boże wciąż się rozszerzało, aż na krańce świata, napisał w Dziejach Apostolskich. Jemu zawdzięczamy najpiękniejsze przypowieści: o zagubionej i odnalezionej owcy, o zgubionej i znalezionej drachmie, o zagubionym i odnalezionym synu (por. Łk 15).

    Łukasz przyłączył się do św. Pawła, a potem do św. Marka i razem z nimi przepowiadał Dobrą Nowinę o Bogu, który nieustannie szuka każdego człowieka. Na kartach swojej Ewangelii ukazał Boga kochającego, który z wielką tęsknotą czeka na powrót zrozpaczonego grzesznika. Miłosierny Ojciec nie wypomina mu, że roztrwonił majątek, prowadząc niemoralne życie; nie potępia go, że podeptał swoją godność i utracił wiele talentów darmo otrzymanych. Tradycja Kościoła podaje, że Łukasz z zawodu był lekarzem. Być może dlatego ukazywał Jezusa jako Lekarza duszy i ciała, współczującego choremu.

    Ewangelista przekazał nam ze wzruszającą czułością, historię narodzin Pana, a także pomaga nam choć trochę wniknąć w tajemnicę Serca Maryi w wydarzeniu zwiastowania. Potem jesteśmy świadkami, jak Maryja odwiedza krewną swoja Elżbietę. To w jej domu radośnie śpiewa hymn Magnifikat będący hymnem uwielbienia Boga troszczącego się o całą ludzkość.

    Chętnie powracamy do 24 rozdziału Ewangelii według św. Łukasza, w którym opisuje on spotkanie Jezusa z dwoma uczniami w Emaus. Czyż nasze serce nie pałało, gdy Pisma nam wyjaśniał? Kontemplując tę scenę, stajemy się poniekąd od razu jej uczestnikami, pragniemy i my zasiąść do eucharystycznego stołu z Jezusem, na łamanie chleba…

    Święty Łukasz z wielkim entuzjazmem opisuje też pierwsze kroki uczniów Pana, którzy przekonani o Jego zmartwychwstaniu, z odwagą głoszą Jezusa Zbawiciela aż na krańce świata. Zmarł jako 84 letni starzec w Beocji.

    o. Marek Wójtowicz SJ/Deon.pl

    _______________________________________________________________________________________

    Lekarz, dziejopisarz, ewangelista miłosierdzia – św. Łukasz

    Lekarz, dziejopisarz, ewangelista miłosierdzia – św. Łukasz

    św. Łukasz – Guercino, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Łukasz towarzyszył wiernie św. Pawłowi. Wytrwał przy nim aż do końca, do jego męczeńskiej śmierci w Rzymie. Był nawróconym poganinem. Zdobył wszechstronne wykształcenie. Z zawodu był lekarzem. Miał talent i zacięcie kronikarskie. Legendy widzą w nim także malarza, ikonopisarza. Według niektórych ikona Madonny jasnogórskiej jest kopią jednego z jego obrazów. Był jedynym autorem, naocznym świadkiem, opisującym rozwój pierwotnego Kościoła. 18 października Kościół wspomina św. ŁukaszaApostoła i Ewangelistę.

    Wbrew temu, co utrzymują niektórzy pisarze kościelni, Łukasz nie należał do grona 72 uczniów Jezusa, ani też nie spotkał Jezusa po zmartwychwstaniu w drodze do Emaus, jak utrzymują inni.

    Św. Paweł wspomina w Liście do Kolosan, że Łukasz był lekarzem. Był wykształcony i dobrze obeznany z ówczesną literaturą. Posługiwał się pięknym językiem greckim. Miał kronikarską dokładność, umiał też wiarygodnie pozyskiwać informacje. Judaizm znał powierzchownie, a jego łacińskie imię wskazuje także na nieżydowskie pochodzenie.

    Po części towarzyszył św. Pawłowi w jego drugiej podróży misyjnej. Potem towarzyszył apostołowi w trakcie trzeciej wyprawy misyjnej, która rozpoczęła się w roku 58. Razem z nim udaje się do Jerozolimy. Tam, w czasie aresztowania Pawła i uwięzienia na dwa lata w Cezarei Palestyńskiej miał okazję zebrać szczegółowe informacje o Jezusie, które potem przekazał w swojej Ewangelii. Razem z Pawłem udaje się do Rzymu i towarzyszy mu do ostatnich chwil, do męczeńskiej śmierci apostoła.

    Św. Łukasz malujący Madonnę - Guercino, Public domain, via Wikimedia Commons

    św. Łukasz malujący Madonnę Guercino, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Nie mamy żadnych wiarygodnych informacji, co działo się ze św. Łukaszem później. Niektórzy ojcowie Kościoła widzą go nauczającego w Achai, Galii albo Macedonii. Najbardziej wiarygodna jest jednak wzmianka pochodząca z II wieku, zamieszczona w prologu do Ewangelii, której autor twierdzi z przekonaniem, że Łukasz zmarł w Beocji w wieku 84 lat, nie wspominając nic o śmierci męczeńskiej. Według niego Łukasz zmarł ‘pełen Ducha Świętego’. Wydaje się zatem, że późniejsze wzmianki o męczeństwie są raczej legendą.

    Najcenniejsze pamiątki, jakie św. Łukasz nam pozostawił to jego Ewangelia i Dzieje Apostolskie. Sam nie poznał Jezusa, ale informacje o Jego życiu i działalności zdobywał od naocznych świadków. I choć forma i układ jego Ewangelii jest podobny, jak innych ewangelii synoptycznych, to jednak ubogacił ją o wiele cennych szczegółów, których gdzie indziej nie znajdziemy. Dotyczy to szczególnie tak zwanej Ewangelii Dzieciństwa Jezusa ze zwiastowaniem, nawiedzeniem św. Elżbiety, narodzeniem Jana Chrzciciela i Chrystusa, i wieloma innymi opowiadaniami z pierwszych lat życia Pana. U niego tylko znajdziemy przypowieść o miłosiernym Samarytaninie, o zagubionej owcy, o synu marnotrawnym i wiele, wiele innych szczegółów z życia i nauki Chrystusa.

    Dzieje Apostolskie są także bardzo cennym dokumentem dla wierzących, bo opowiadają o początkach Kościoła i jego rozwoju po Wniebowstąpieniu Pana i Zesłaniu Ducha Świętego. Łukasz był osobiście częścią wielu z tych wydarzeń, więc tym bardziej jego relacja jest cenna i wiarygodna.

    Św. Łukasz jest patronem introligatorów, lekarzy, malarzy, rzeźbiarzy i notariuszy. W ikonografii Ewangelista ukazywany jest jako młodzieniec w tunice, o krótkich włosach. Jego atrybuty to: księga, paleta malarska, przyrządy medyczne, a także wół i zwój.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ___________________________________________________________________________________

    Hodegetria – „Ta która prowadzi” –

    Maryja Panna Częstochowska

    Hodegetria – „Ta która prowadzi” – Maryja Panna Częstochowska

    Cudowny obraz Matki Bożej Częstochowskiej – Kancelaria Sejmu / Krzysztof Kurek, CC BY 2.0 www.creativecommons.org

    ***

    Towarzyszy Polakom od ponad sześciu wieków i od setek lat milczy. W przeciwieństwie do sanktuariów maryjnych w Lourdes czy Fatimie, gdzie Maryja pozostawiła przesłanie, Najświętsza Maryja Panna Częstochowska po prostu jest. Jest z tymi i dla tych, którzy do niej przychodzą, aby dziękować, prosić, rozeznawać, pojednać się z Bogiem, czy najzwyczajniej trwać w Jej obecności. Przychodzą, ponieważ Pani Częstochowska – której święto jest obchodzone w całej Polsce od 1931 roku 26 sierpnia – słucha i pokazuje drogę. Ona jest „Hodegetria”, czyli „Ta, która prowadzi”. Tak właśnie określa się typ ikony, znajdujący się w klasztorze jasnogórskim. Powinniśmy zatem zobaczyć w tym wizerunku pewien szczególny gest. Maryja trzyma Chrystusa jako Dzieciątko na swej lewej ręce, ale jednocześnie prawą Go pokazuje – wyznacza drogę.

    Każdy, kto stanął przed obrazem Częstochowskiej Pani ma swoje osobiste doświadczenie spotkania z Nią. Ale co wiemy o samym wizerunku i jego kulcie?

    „Obraz Maryi (…) wykonany dziwnym i rzadkim sposobem malowania (…)” (Jan Długosz)

    Otóż nie znamy autora ikony ani kiedy i gdzie dokładnie powstała. Rozpiętość datowania jest ogromna od nawet V czy VI wieku po wiek XIII –XIV. Ogólnie można określić, że wywodzi się z kręgu malarstwa wschodniego, ale bardziej precyzyjne określenie skąd rzeczywiście pochodzi – z Bizancjum, Włoch czy Bałkanów – jest trudne. Może zgodnie z najstarszym zachowanym dokumentem dotyczącym obrazu, wykonał go św. Łukasz Ewangelista na desce stołu z domu Świętej Rodziny w Nazarecie? A z czasem z Jerozolimy wizerunek Maryi prawdopodobnie przez Konstantynopol trafił na Ruś.

    Tam właśnie znalazł Go książę Władysław Opolczyk, postać bardzo kontrowersyjna. Książę ze śląskiej linii Piastów, którego losy należy oceniać oczywiście przez pryzmat epoki. Jego historia, to zaszczyty i problemy zarazem. Wielka polityka, bo nawet marzenia o polskiej koronie, ale pod koniec życia porażki. Ikona trafiła w jego ręce, kiedy jeszcze wiele znaczył. Jako namiestnik na Rusi Czerwonej z ramienia Ludwika Węgierskiego wywiózł z zamku w Bełzie wizerunek Maryi, aby uchronić obraz przed zbezczeszczeniem przez Tatarów. Obraz miał trafić do Opola, a droga do siedziby księcia wiodła przez Częstochowę i to miejsce Maryja wybrała dla siebie. Obraz tam został, a opiekę nad nim Opolczyk powierzył sprowadzonym z Węgier w 1382 roku paulinom, którzy czuwają nad Nim do dziś. Natomiast imię Jasna Góra (Clarus Mons) klasztor i ośrodek kultu maryjnego otrzymał w 1388 roku.

    „Obraz Maryi Najchwalebniejszej i Najdostojniejszej Dziewicy i Pani, Królowej świata i Królowej (…), która spoglądających przenika szczególną pobożnością – jakbyś na żywą patrzył” (Jan Długosz)

    Dlaczego Maryja z Jasnej Góry określana jest mianem „Czarnej Madonny”? Obraz jest wykonany w ciemnej tonacji, prawdopodobnie był też niejednokrotnie przemalowywany. Do tego nałożone na niego ozdobne korony i sukienki pogłębiają kontrast. Trzeba też pamiętać o przeprowadzanych pracach konserwacyjnych. Te, które szczególnie wpłynęły na jego wygląd zostały wykonane za czasów Władysława Jagiełły. 

    www.jasnagora.pl

    www.jasnagora.pl

    ***

    Dlaczego były niezbędne? Po tym jak rabusie wdarli się do klasztoru i zniszczyli obraz w 1430 roku – czego ślady nosi do dziś (widoczne na wizerunku Maryi cięcia) ikona została poddana kolejnym zmianom – np. Maryja otrzymała granatową suknię ozdobioną złotymi liliami. I tak przez wieki, kolejne ingerencje prowadziły do ciemnienia jej powierzchni.  

    „Tutaj można się dowiedzieć jaka jest Polska i kim naprawdę są Polacy” (św.Jan Paweł II)

    Od wieków Polacy pielgrzymują do jasnogórskiego sanktuarium, już w średniowieczu „zbiegał się tutaj lud…”, ale najstarsza udokumentowana grupa 80 pątników wyruszyła z Gliwic w 1626 roku.
    Dowodem tego jak Maryja wsłuchuje się w zanoszone modlitwy jest prowadzona od wieków księga łask. Ponadto liczne wota zgromadzone w kaplicy Cudownego Obrazu są opowieścią o tym jak przez stulecia naród zawierzał Maryi swój los. Na jednej z dziesięciu tzw. sukienek, którymi przyozdabiany jest obraz znalazło się ponad 200 małżeńskich obrączek. Jest też i taka (z 2010 roku), która zawiera wbudowane meteoryty oraz…  zapis EKG. Jest to elektrokardiogram pokazujący zmiany napięć elektrycznych powstających w mięśniu sercowym ukazujący emocje i wzruszenia – symboliczny zapis miłości.

    Przez wieki na Jasną Górę przybywali królowie, przetrwała oblężenie Szwedów w 1655 roku. Sanktuarium istniało w czasie zaborów i w okresie II wojny światowej, choć wtedy wizerunek Maryi trzeba było ukryć. Z kultem Pani Częstochowskiej nie poradzili sobie komuniści. To tu w 1956 roku zostały złożone Jasnogórskie Śluby Narodu, przygotowane przez Prymasa Stefana Wyszyńskiego, który w swoim herbie biskupim i prymasowskim umieścił wizerunek Matki Boskiej Jasnogórskiej. Natomiast Jan Paweł II, który sześciokrotnie jako głowa Kościoła przybył na Jasną Górę, poprzez znamienne „Totus Tuus” cały swój pontyfikat zawierzył Maryi. 

    Dla wielu Apel Jasnogórski o godzinie 21.00 jest nadal nieodzownym elementem każdego dnia.

    Joanna Pawełczak/Deon.pl

    _______________________________________________________________________________________


    „Umiłowany lekarz”.

    7 rzeczy o świętym Łukaszu Ewangeliście

    (fot. Renáta Sedmáková/AdobeStock.com)

    ***

    Święty Łukasz to wierny towarzysz dzieł misyjnych świętego Pawła. Był z Pawłem aż do jego męczeńskiej śmierci. Łukasz posiadał solidne wykształcenie medyczne. Był też rzetelnym kronikarzem. To on jest autorem trzeciej Ewangelii oraz Dziejów Apostolskich.

    1.Nawrócony, utalentowany poganin

    Św. Paweł wspomina w Liście do Kolosan, że Łukasz był lekarzem. Mówi o nim „umiłowany lekarz”. Na kartach spisanej przez niego Ewangelii możemy znaleźć kilkaset terminów medycznych, które występują również u Hipokratesa czy Galena. Dzięki temu posiadamy cenne próby diagnozowania niektórych schorzeń albo reakcji fizjologicznych, np. krwawego potu Jezusa podczas jego walki wewnętrznej w Ogrodzie Oliwnym.

    Łukasz był wykształcony i dobrze obeznany z ówczesną literaturą. Posługiwał się pięknym językiem greckim. Miał kronikarską dokładność, umiał też wiarygodnie pozyskiwać informacje. Nie był Żydem. Judaizm znał powierzchownie, a jego łacińskie imię wskazuje także na nieżydowskie pochodzenie. Prawdopodobnie pochodził z Antiochii w Syrii.

    2.Wierny towarzysz św. Pawła

    Św. Łukasz towarzyszył św. Pawłowi w jego drugiej podróży misyjnej. Potem wspierał Apostoła Narodów w trakcie trzeciej wyprawy misyjnej, która rozpoczęła się w roku 58. Razem z nim udaje się do Jerozolimy. Tam, w czasie aresztowania Pawła i uwięzienia go na dwa lata w Cezarei Palestyńskiej, Łukasz miał okazję zebrać szczegółowe informacje o Jezusie, które potem przekazał w swojej Ewangelii.

    Razem z Pawłem udaje się do Rzymu. Był także przy Apostole, gdy ten, opuszczony przez innych uczniów, został uwięziony w rzymskim więzieniu po raz drugi w roku 67. Dowiadujemy się o tym z Drugiego Listu św. Pawła do Tymoteusza: „Łukasz sam jest ze mną”. Łukasz wiernie towarzyszy uwięzionemu Pawłowi do ostatnich chwil, do męczeńskiej śmierci Apostoła Narodów.

    3.Czy św. Łukasz namalował Panią Jasnogórską?

    Niektóre przekazy historyczne mówią, że Łukasz był dobrym malarzem. Wspomina o tym Teodor Lektor (VI w.), podając, że Łukasz namalował obraz Matki Bożej, który zabrała z Jerozolimy cesarzowa Eudoksja, żona Teodozego I Wielkiego i przesłała w darze Pulcherii, siostrze cesarza. Od tego czasu autorstwo św. Łukasza przypisywano wielu obrazom. Jedna z legend mówi, że to on namalował obraz Matki Bożej Częstochowskiej.

    4.Autor Ewangelii i Dziejów Apostolskich

    Święty Łukasz to przede wszystkim autor trzeciej Ewangelii i Dziejów Apostolskich – dzieł poświęconych historii pierwotnego Kościoła i historii zbawienia. Chociaż nie znał osobiście Jezusa, pozostawił nam jedne z najpiękniejszych stron Ewangelii, dotyczące Jego życia i działalności. Łukasz pisał bogatą, klasyczną greką, lecz piękno narracji jest także rezultatem jego niezwykłej wrażliwości. Ta artystyczna wrażliwość i plastyczne opisy osób i zdarzeń sprawiły, że potomni uważali go właśnie za malarza.

    Ewangelistę należy uznać też, w pewnym sensie, za historyka, gdyż cechował go rygor w opisie zdarzeń. Studiował dokumenty, szukał świadków wydarzeń – przede wszystkim Apostołów, wysłuchiwał ich relacji i konfrontował je z relacjami innych. Dzięki temu opisał on cuda Jezusa i podał przypowieści, o których nie piszą inni Ewangeliści. Należy wyjaśnić, że Łukasz był jedynym nie-Żydem wśród Ewangelistów, a pisał dla byłych pogan nawróconych na chrześcijaństwo, by podkreślić uniwersalny charakter zbawienia. Św. Łukasz tworzył swe dzieło prawdopodobnie w Rzymie, gdzie przebywał aż do śmierci św. Pawła.

    5.Czciciel i kronikarz Maryi
    Od Maryi właśnie Łukasz dowiedział się o Zwiastowaniu, o wizycie u Elżbiety, o porodzie w Betlejem, o ofiarowaniu Syna w świątyni, o Jego zaginięciu, gdy miał 12 lat; z Jej ust usłyszał również Magnificat. Jako jedyny z Ewangelistów poświęcił Matce Bożej bardzo wiele uwagi i może stąd wywodzi się starożytna tradycja, która podaje, że jest autorem Jej portretów.

    6.Zmarł pełen Ducha Świętego

    Nie mamy żadnych wiarygodnych informacji, co działo się ze św. Łukaszem po śmierci św. Pawła. Niektórzy ojcowie Kościoła widzą go nauczającego w Achai, Galii albo Macedonii. Najbardziej wiarygodna jest jednak wzmianka pochodząca z II wieku, zamieszczona w prologu do Ewangelii, której autor twierdzi z przekonaniem, że Łukasz zmarł w Beocji w wieku 84 lat, nie wspominając nic o śmierci męczeńskiej. Według niego Łukasz zmarł „pełen Ducha Świętego”.

    Wydaje się zatem, że późniejsze wzmianki o męczeństwie są raczej legendą. Warto dodać, że w Tebach zachował się olbrzymi marmurowy sarkofag św. Łukasza, pochodzący z III-IV wieku. Prawdopodobnie w IV w. relikwie jego zostały przeniesione do Konstantynopola i umieszczone w Bazylice Dwunastu Apostołów. W VIII w. relikwie św. Łukasza, a także św. Macieja zostały – jak mówi wielowiekowa tradycja – przewiezione do Padwy. W jaki sposób relikwie św. Łukasza trafiły do Padwy? Analizując dokumenty historyczne, można wysunąć różnorodne hipotezy: według pierwszej, najbardziej prawdopodobnej, ciało Ewangelisty zostało przeniesione do Włoch w czasach prześladowań chrześcijan za panowania Juliana Apostaty (332-363). 

    7.Czy w Padwie rzeczywiście spoczywają szczątki św. Łukasza?

    Trumna ze szczątkami przechowywanymi w bazylice św. Justyny w Padwie została kilkakrotnie otwarta: po raz pierwszy w 1354 r., następnie w latach 1463 i 1562, a ostatnio 17 września 1998 r., gdy na polecenie miejscowego biskupa specjalna komisja naukowców rozpoczęła nowoczesne badania szkieletu. Zachował się prawie cały szkielet (brakuje, oczywiście, czaszki, która przechowywana jest w Pradze), a kości są bardzo dobrze zakonserwowane.

    Naukowcy stwierdzili, że należały one do osoby, która miała 163 cm wzrostu, zmarła w wieku 70-85 lat, cierpiała na osteoporozę i artretyzm kręgosłupa. Sposób, w jaki zakonserwowano kości i je przechowywano, świadczy, że należały one do wybitnej, czczonej po śmierci osobistości. Jak zwykle w tego typu przypadkach, bardzo ważne są badania wieku prowadzone metodą węgla C14. Naukowcy z laboratorium w Tucson określają pochodzenie kości na I-V wiek, naukowcy z Oksfordu – na wiek II-IV. Badania DNA natomiast wykazały, że mamy najprawdopodobniej do czynienia z osobą pochodzenia syryjskiego, a nie greckiego. Wszystkie te ustalenia naukowe pozwalają stwierdzić, iż w Padwie rzeczywiście spoczywają szczątki św. Łukasza.

    Adam Białous/PCh24.pl/źródła – Niedziela.pl, Deon.pl, Brewiarz.pl

    _________________________________________________________________________________

    Święty Łukasz. Ojciec wizerunku naszej Matki

    (św. Łukasz prezentuje wizerunek Maryi (fragm.), mal. Guercino)

    ***

    Przeciętny katolik zapytany o świętego Łukasza, odpowie, że był jednym z 12 apostołów i napisał Ewangelię. Niektórzy zwrócą uwagę, że na spisanych przez niego kartach, więcej miejsca niż inni Ewangeliści poświęcił Matce Bożej i innym kobietom. Rzeczywiście – jego miłość do Matki Bożej była tak duża, iż jako jedyny opisał wiele fragmentów jej życia, a późniejsze pokolenia chrześcijan przypisały mu autorstwo niezliczonej liczby jej portretów. Ale sam św. Łukasz nigdy nie widział jej Syna – Boga kroczącego po ziemi.

    Łukasz nie należał do dwunastu najbliższych uczniów Pana Jezusa, nie było go również wśród siedemdziesięciu dwóch osób, do których Chrystus głosił swe przesłanie. Nie był nawet Żydem!

    Lekarz, wszechstronnie wykształcony i dobrze sytuowany, rzucił dotychczasowe życie na wezwanie św. Pawła z Tarsu. Wielki apostoł pogan nie musiał nawracać Łukasza – ten przyjął wiarę chrześcijańską około dziesięć lat przed spotkaniem z nim.

    Ewangelia spisana przez Łukasza często uznawana jest za najpiękniejszą ze wszystkich czterech. Wielu badaczy Biblii podkreśla jego niezwykłą umiejętność pięknego posługiwania się językiem greckim, kronikarską dokładność informacji i umiejętność zdobywania źródeł. A źródła były Łukaszowi bardzo potrzebne – w przeciwieństwie do Marka, Mateusza i Jana, nie było mu dane ujrzeć Zbawiciela na ziemi. Mimo to zostawił nam najszerszą pamiątkę spośród wymienionych – prócz Ewangelii spisał bowiem również Dzieje Apostolskie. To jedyny dokument o początkach Kościoła, mówiący o tym, co się działo po Wniebowstąpieniu Pana Jezusa. Autor ukazał również z niezwykłą sumiennością podróże apostolskie św. Pawła, ponieważ sam w nich uczestniczył.

    Jedynie dzięki Ewangelii św. Łukasza znamy m.in. sceny Zwiastowania, narodzenia Jana Chrzciciela i Jezusa, nawiedzenie św. Elżbiety, pokłon pasterzy, ofiarowanie Jezusa i znalezienie Go w świątyni. Opowieści z dzieciństwa Pana Jezusa przekazał nam właśnie on. Również wiele przypowieści, m.in. – o miłosiernym Samarytaninie, o zgubionej owcy i drachmie, o synu marnotrawnym czy o Łazarzu – znamy dzięki temu, że Łukasz przepytywał świadków kazań Chrystusa.

    Niezwykle ciekawe są tradycyjne legendy mówiące o artystycznym zacięciu Ewangelisty. Od półtora tysiąca lat w dokumentach pojawia się ten sam przekaz – św. Łukasz sportretował oblicze Matki Bożej. Niektóre źrόdła podają, iż obraz ten był namalowany metodą enkaustyczną, na dużej i ciężkiej desce drewnianej. Deska ta miała być blatem stołu, na którym posiłki spożywała Święta Rodzina. 

    Obraz przedstawiał twarz Matki Bożej, w większych niż naturalne rozmiarach. Część badaczy wyjaśnia, że gdy dzieło trafiło do Konstantynopola, malowidło zostało uzupełnione przez miejscowych artystów, którzy umieścili maryjne oblicze w obrazie większym, na którym jest także Dzieciątko Jezus. Sława obrazu szybko rozprzestrzeniła się na całą Europę – do Konstantynopola pielgrzymowano ze wszystkich jej krajów, od Rosji po Portugalię. Zachowały się też świadectwa pielgrzymek z Egiptu. Modlący się przekonani byli o tym, iż patrzą na obraz stworzony przez Ewangelistę.

    Niestety rok 1453 przyniósł typową dla zderzenia cywilizacji tragedię, gdy turecka armia zdobyła miasto obraz został zbezczeszczony – porąbany tasakiem i wrzucony do Bosforu. Na szczęście wcześniej – przezorni księża – nakazali sporządzić wiele kopii czczonego wizerunku. Artyści jednak wolą inspirować się czymś wielkim, niż wykonywać tego kopie. Powstały więc obrazy inspirowane cudownym obrazem – jeden z nich, „Dziewica Bolesna”, czczony jest w Moskwie. Najsławniejsza jednakże na całym świecie jest kopia pod nazwą „Matka Boska Nieustającej Pomocy” – do której to wizerunku modlą się wierni na całym świecie. Przypomnijmy tylko, że Bernadeta z Lourdes, tak jak również siostra Łucja z Fatimy twierdziły, że ten wizerunek Dziewicy był najbardziej podobny…

    Jest też w całej tej historii – a jakże – polski element. Wśród wielu wizerunków Najświętszej Dziewicy, które namalować miał św. Łukasz, wymienia się również ten wielu Polakom najbliższy – wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej. Zachował się łaciński rękopis, który znajduje się w archiwum klasztoru Paulinów na Jasnej Górze, zatytułowany: Translatio tabulae Beate Marie Virginis quam Sanctus Lucas depinxit propriis manibus (Przeniesienie obrazu Błogosławionej Maryi Dziewicy, który własnymi rękami wymalował św. Łukasz). W dokumencie tym czytamy:  Autorem obrazu jest św. Łukasz Ewangelista. Na prośbę wiernych wymalował wizerunek Maryi z Dzieciątkiem na blacie stołu, przy którym siadywała. Cesarz Konstantyn kazał przenieść obraz z Jerozolimy do Konstantynopola i umieścić w świątyni. Tam obraz zasłynął cudami. Późniejsza historia świętego dla Polaków wizerunku zasługuje na osobną opowieść.  

    PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    17 października

    Święty Ignacy Antiocheński, biskup i męczennik

    Święty Ignacy Antiocheński

    Legenda głosi, że Ignacy był tym szczęśliwym dzieckiem, które kiedyś Chrystus postawił przed uczniami swoimi i rzekł: “Zaprawdę powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży, jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje” (Mt 18, 1-5).
    Nie wiemy nic o latach dziecięcych i młodzieńczych Ignacego. Spotykamy go dopiero jako trzeciego z kolei biskupa Antiochii (po św. Piotrze Apostole i św. Ewodiuszu). W czasie prześladowania za cesarza Trajana Ignacy został uwięziony i skazany na śmierć. Wysłano go pod eskortą żołnierzy do Rzymu, aby tam rzucić na pożarcie dzikim zwierzętom w czasie organizowanych właśnie igrzysk.
    W czasie tej podróży Ignacy zatrzymał się w Smyrnie, gdzie czekał na okręt. Korzystając z chwilowej przerwy, napisał 4 listy do gmin chrześcijańskich: w Efezie, Magnezji, w Trallach i w Rzymie. Wyszedł mu naprzeciw św. Polikarp z liczną delegacją, by uczcić w ten sposób bohatera. Polikarp dostarczył Ignacemu materiału do pisania i zobowiązał się odesłać jego listy do adresatów. Ignacy ukazał w tych listach Chrystusa jako prawdziwego Boga i człowieka, łączącego w sobie naturę Boską i ludzką; określił Kościół jako katolicki na oznaczenie całego ludu Bożego złączonego z Chrystusem w jeden organizm. Hierarchię Kościoła stanowią biskupi, prezbiterzy i diakoni. Biskupi reprezentują autorytet Boga Ojca, prezbiterzy stanowią grono apostolskie, a diakoni pełnią zadanie Chrystusa sługi. Według św. Ignacego, ten, kto ma wiarę, nadzieję i miłość, jest zjednoczony z Chrystusem Panem. Wiele szacunku okazał też biskup Antiochii Kościołowi, który jest w stolicy cesarstwa rzymskiego.
    W swoich listach Ignacy wyraził żarliwość wiary oraz głęboki pokój serca wobec czekającego go męczeństwa. Listy te są ważnym dokumentem wiary pierwotnego Kościoła. W Godzinie Czytań we wspomnienie św. Ignacego czytamy jego znamienne słowa napisane do Rzymian, których prosił, aby nie starali się o uwolnienie go od męczeńskiej śmierci, której bardzo pragnął: “Pozwólcie mi się stać pożywieniem dla dzikich zwierząt, dzięki którym dojdę do Boga. Jestem Bożą pszenicą. Zostanę starty zębami dzikich zwierząt, aby się stać czystym chlebem Chrystusa. Proście za mną Chrystusa, abym za sprawą owych zwierząt stał się żertwą ofiarną dla Boga”.
    W Troadzie Ignacy musiał ponownie przesiąść się na inny okręt. Skorzystał z okazji, by napisać listy do Filadelfii, Smyrny i do św. Polikarpa. Z Troady dotarł do Neapolu, miasta w Macedonii (dzisiaj nosi ono nazwę Cavalla), a następnie musiał podążać pieszo pod eskortą do Filippi, Salonik i Dyrrachium. Tam dopiero wszyscy wsiedli na statek i dopłynęli do portu włoskiego, Brindisi. Stąd znowu pieszo szli drogą lądową aż do Rzymu. Dla osiemdziesięcioletniego starca cała ta podróż była prawdziwą katorgą.
    Św. Ignacy, “Teoforos” (tzn. “niosący Boga”) – jak przedstawia się w pismach – zginął śmiercią męczeńską na arenie w Rzymie, prawdopodobnie w Koloseum. Dzieje jego bohaterskiej śmierci opisali między innymi: św. Ireneusz, Orygenes, Euzebiusz z Cezarei, św. Polikarp, św. Jan Chryzostom i św. Hieronim. Przyjmuje się, że jego śmierć miała miejsce ok. roku 107. Chrześcijanie zebrali ze czcią pozostałe na arenie kości Męczennika, a potem przewieźli je do Antiochii. Wiemy o tym z mowy św. Jana Chryzostoma, poświęconej Ignacemu. Cesarz Teodozjusz II (+ 450) nakazał umieścić relikwie św. Ignacego w świątyni Fortuny, zamienionej na chrześcijańską. Trzecie przeniesienie relikwii odbyło się w roku 540, kiedy Chozroes, król perski, najechał na Palestynę i Syrię. Wreszcie relikwie powróciły do Rzymu, kiedy w VII w. Saraceni zajęli Syrię. Imię św. Ignacego wymieniane jest w Kanonie Rzymskim.
    W ikonografii św. Ignacy ukazywany jest w szatach biskupich rytu wschodniego lub jako młody biskup z raną na piersi. Jego atrybutami są lew u stóp, symbol IHS na piersi Świętego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Święty Ignacy Antiocheński

    Święty Ignacy Antiocheński

    Męczeństwo św. Ignacego Antiocheńskiego/autor nieznany (PD)

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 14 MARCA 2007

    (…) Ignacy wysłany został do Rzymu, gdzie miano rzucić go dzikim zwierzętom na pożarcie, ze względu na świadectwo, jakie dał Chrystusowi.(…)

    Drodzy bracia i siostry!

    Podobnie jak w ubiegłą środę, mówić będziemy o osobistościach rodzącego się Kościoła. Przed tygodniem mówiliśmy o papieżu Klemensie I, trzecim następcy św. Piotra. Dziś mówimy o św. Ignacym, który był trzecim biskupem Antiochii, od roku 70 do 107, który był rokiem jego męczeństwa. W owych czasach Rzym, Aleksandria i Antiochia były trzema wielkimi metropoliami Cesarstwa Rzymskiego. Sobór Nicejski mówi o trzech “prymatach”: Rzymu, ale także Aleksandria i Antiochia mają udział w pewnym sensie w tym “prymacie”.

    Św. Ignacy był biskupem Antiochii, która dziś znajduje się w Turcji. Tu, w Antiochii, o czym wiemy z Dziejów Apostolskich, powstała kwitnąca wspólnota chrześcijańska: pierwszym jej biskupem był apostoł Piotr – tak mówi nam tradycja – i tam “po raz pierwszy nazwano uczniów chrześcijanami” (Dz 11, 26). Euzebiusz z Cezarei, historyk z IV wieku, poświęcił cały rozdział swej Historii Kościelnej życiu i dziełu literackiemu Ignacego (3, 36). “Z Syrii”, pisze on, “Ignacy wysłany został do Rzymu, gdzie miano rzucić go dzikim zwierzętom na pożarcie, ze względu na świadectwo, jakie dał Chrystusowi. Odbywając swą podróż przez Azję, pod okiem surowych straży” (które w swym Liście do Rzymian nazywa on “dziesięcioma leopardami”, 5,1), “w kolejnych miastach, gdzie się zatrzymywał, przepowiadaniem i ostrzeżeniami umacniał Kościoły; przede wszystkim z największym zapałem nawoływał do wystrzegania się herezji, które zaczynały się wówczas szerzyć i zalecał, by nie odrywać się od tradycji apostolskiej”.

    Pierwszym etapem podróży Ignacego ku męczeństwu było miasto Smyrna, gdzie biskupem był św. Polikarp, uczeń świętego Jana. Ignacy napisał tu cztery listy, skierowane do Kościołów Efezu, Magnezji, Tralli i Rzymu. “Wyruszywszy ze Smyrny”, pisze dalej Euzebiusz, “Ignacy dotarł do Troady i stamtąd wysłał następne listy”: dwa do Kościołów Filadelfii i Smyrny, i jeden do biskupa Pilikarpa. Euzebiusz uzupełnia tym samym spis listów, które pozostawił nam Kościół pierwszego wieku jako cenny skarb. Czytając te teksty odczuwa się świeżość wiary pokolenia, które poznało jeszcze Apostołów. Czuje się też w tych listach gorącą miłość świętego. Wreszcie z Troady męczennik dotarł do Rzymu, gdzie w Amfiteatrze Flawiuszów rzucony został na pożarcie dzikim bestiom.

    Żaden z Ojców Kościoła nie wyraził z taką intensywnością, jak Ignacy, pragnienia jedności z Chrystusem i życia w Nim. Dlatego odczytaliśmy fragment Ewangelii na temat winnicy, którą zgodnie z Ewangelią Janową jest Jezus. Faktycznie w Ignacym zbiegają się dwa “nurty” duchowe: nurt Pawła, nastawiony na jedność z Chrystusem, i nurt Jana, skoncentrowany na życiu w Nim. Z kolei oba te nurty prowadzą do naśladowania Chrystusa, wielokrotnie nazywanego przez Ignacego “moim” czy “naszym Bogiem”. Tak też Ignacy błaga chrześcijan Rzymu, by nie uniemożliwiali mu męczeństwa, albowiem z niecierpliwością czeka na “połączenie się z Jezusem Chrystusem”. I wyjaśnia: “Pięknie jest mi umierać idąc ku Jezusowi Chrystusowi, aniżeli rządzić aż po krańce ziemi. Szukam tego, który umarł za mnie, chcę tego, który zmartwychwstał dla nas… Pozwólcie, abym był naśladowcą Męki mego Boga!” (Rzymianie 5-6). W tych płomiennych wyrazach miłości zobaczyć można uderzający “realizm” chrystologiczny, typowy dla Kościoła Antiochii, jak nigdy wyczulony na wcielenie Syna Bożego i na Jego prawdziwe i konkretne człowieczeństwo: Jezus Chrystus, pisze Ignacy do mieszkańców Smyrny, “jest prawdziwie z plemienia Dawida”, “rzeczywiście narodził się z dziewicy”, “rzeczywiście został za nas przybity” (1,1).

    Nieprzeparte dążenie Ignacego do jedności z Chrystusem kładzie podwaliny pod “mistykę jedności”. On sam nazywa siebie “człowiekiem, któremu powierzone zostało zadanie jedności” (Do Filadelfian 8,1). Według Ignacego jedność jest nade wszystko cechą Boga, który istniejąc w trzech Osobach jest Jednym w całkowitej jedności. Powtarza on często, że Bóg jest jednością i że tylko w Bogu znajduje się ona w stanie czystym i pierwotnym. Jedność, którą chrześcijanie mają zrealizować na tej ziemi nie jest niczym innym, jak naśladownictwem, możliwie jak najbardziej zgodnym z boskim archetypem. W ten sposób Ignacy dochodzi do wypracowania wizji Kościoła, która nawiązuje do niektórych sformułowań Listu do Koryntian Klemensa Rzymskiego. “Dobrą rzeczą dla was”, pisze na przykład do chrześcijan z Efezu, “jest postępować wspólnie w zgodzie z myślą biskupa, jak już czynicie. W istocie wasze kolegium kapłańskie, słusznie uznane i godne Boga, jest tak harmonijnie zjednoczone z biskupem, niczym struny cytry. Dlatego w waszej zgodzie i w waszej symfonicznej miłości wyśpiewujecie Jezusa Chrystusa. I tak, jeden po drugim, stajecie się chórem, ażeby w symfonii zgody, po wzięciu tonu od Boga jedności, śpiewać jednym głosem” (4 ,1-2). A po zaleceniu mieszkańcom Smyrny, by “nie podejmować niczego, co dotyczy Kościoła, bez biskupa” (8, 1), zwierza się Polikarpowi: “Ja daję życie za tych, co podporządkowali się biskupowi, za kapłanów i diakonów. Obym mógł wraz z nimi mieć udział z Bogiem. Pracujcie razem jedni za drugich, walczcie razem, biegnijcie razem, cierpcie razem, śpijcie i czuwajcie razem jako zarządcy Boga, jego asesorzy i sługi. Starajcie się podobać Temu, dla którego walczycie i od którego otrzymujecie żołd. Niechaj nikt z was nie okaże się dezerterem. Chrzest wasz niech pozostanie tarczą, wiara hełmem, miłość włócznią, a cierpliwość zbroją” (6, 1-2).

    W sumie można dostrzec w Listach Ignacego swego rodzaju stałą i owocną dialektykę między dwoma aspektami, cechującymi życie chrześcijan: z jednej strony hierarchiczna struktura wspólnoty kościelnej, z drugiej podstawowa jedność, która wiąże z sobą wszystkich wierzących w Chrystusa. W konsekwencji role te nie mogą być z sobą w sprzeczności. Przeciwnie, nacisk na komunię wierzących między sobą i z ich własnymi pasterzami stale wyrażany jest na nowo poprzez wymowne obrazy i porównania: cytra, struny, intonacja, koncert, symfonia. Ewidentna jest szczególna odpowiedzialność biskupów, kapłanów i diakonów za budowę wspólnoty. Przede wszystkim dotyczy ich wezwanie do miłości i jedności. “Bądźcie jedno”, pisze Ignacy do mieszkańców Magnezji, przywołując modlitwę Jezusa podczas Ostatniej Wieczerzy: “Jedyne błaganie, jedyny umysł, jedyna nadzieja w miłości… Biegnijcie wszyscy do Jezusa Chrystusa jako do jedynej świątyni Boga, jako do jedynego ołtarza: On jest jeden, a pochodząc od jedynego Ojca, pozostał z Nim zjednoczony, i do Niego powrócił w jedności” (7, 1-2). Ignacy, jako pierwszy w literaturze chrześcijańskiej, przypisuje Kościołowi przymiotnik “katolicki”, to jest “powszechny”: “Gdzie jest Jezus Chrystus”, stwierdza, “tam jest Kościół katolicki” (Do mieszkańców Smyrny 8, 2). I właśnie na służbie jedności Kościoła katolickiego, wspólnota chrześcijańska Rzymu pełni swego rodzaju prymat w miłości: “W Rzymie przewodzi on godny Boga, czcigodny, godny, by nazywać go błogosławionym… Przewodzi miłości, która ma prawo Chrystusa i nosi imię Ojca” (Do Rzymian, prolog).

    Jak widać, Ignacy jest prawdziwie “doktorem jedności”: jedności Boga i jedności Chrystusa (na przekór rozmaitym herezjom, które zaczynały krążyć i dzieliły człowieka i Boga w Chrystusie), jedności Kościoła, jedności wiernych: “w wierze i miłości, od których nie ma nic bardziej znamienitego” (Smirnesi 6, 1). Jednym słowem: “realizm” Ignacego nawołuje wiernych dnia wczorajszego i dzisiaj, nawołuje nas wszystkich do postępującej syntezy między dążeniem do Chrystusa (jedność z Nim, życie w Nim) i oddaniem Jego Kościołowi (jedność z biskupem, wielkoduszna służba wspólnocie i światu). W sumie należy osiągnąć syntezę między komunią Kościoła wewnątrz i misją głoszenia Ewangelii innym, aż do momentu, gdy poprzez jeden wymiar przemawiać będzie drugi, a wierzący będą coraz bardziej “w posiadaniu tego niepodzielnego ducha, jakim jest sam Jezus Chrystus” (Magnesi 15). Prosząc Pana o tę “łaskę jedności”, i w przekonaniu przewodzenia miłości całego Kościoła (por. Romani, prolog), kieruję do was to samo życzenie, którym kończy się list Ignacego do chrześcijan Tralli: “Miłujcie się wzajemnie sercem nie podzielonym. Duch mój ofiarowuje się w ofierze za was, nie tylko teraz, ale i kiedy osiągnie Boga… Obyście w Chrystusie mogli zostać znalezieni bez zmazy” (13). I módlmy się, aby Pan pomógł nam osiągnąć tę jedność i zostać znalezionymi w końcu bez zmazy, albowiem miłość jest oczyszczeniem duszy.

    wiara.pl

    __________________________________________________________________________________________

    Boża pszenica – św. Ignacy Antiocheński

    Ignacy posługiwał się za życia imieniem Teofor, co znaczy „niosący Boga”. Średniowieczna „Złota legenda” opowiada, że w jego sercu znaleziono po śmierci złotymi literami wypisane imię Chrystusa.

    Jestem Bożą pszenicą. Zostanę starty zębami dzikich zwierząt, aby się stać czystym chlebem Chrystusa. To chyba najsłynniejsze słowa św. Ignacego, biskupa Antiochii, który zginął na rzymskiej arenie (być może w Koloseum) rozszarpany przez dzikie zwierzęta około 110 roku. Żył w czasach, gdy chrześcijanie pamiętali jeszcze Apostołów Chrystusa. Legenda mówi, że Ignacy był tym szczęśliwym dzieckiem, które Chrystus postawił przed uczniami, kiedy mówił im, że mają się stać jak dzieci: „Kto się więc uniży, jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje” (Mt 18,4).

    Niewiele mamy informacji o jego życiu. Wiadomo, że był drugim lub trzecim z kolei biskupem w Antiochii, w Kościele założonym przez samego św. Piotra. Kiedy za panowania cesarza Trajana wybucha prześladowanie chrześcijan, Ignacy zostaje aresztowany w swoim mieście i przewieziony do Rzymu. Ma już wtedy około osiemdziesiątki. W drodze po męczeńską śmierć umacnia napotkanych współwyznawców. W Smyrnie spotyka się z sędziwym biskupem Polikarpem, który wkrótce podąży za nim w krwawą drogę. Chwile postoju Ignacy wykorzystuje na pisanie. Tak powstaje 6 listów adresowanych do różnych gmin chrześcijańskich i jeden do biskupa Polikarpa. To prawdziwe perły literatury wczesnochrześcijańskiej.

    Zawierają nie tylko świadectwo wiary samego Ignacego. Ukazują także wiarę młodego Kościoła, rozwijającego się mimo prześladowań. Ignacy akcentuje znaczenie jedności w gminach, której źródłem jest ścisła łączność wierzących z biskupami, prezbiterami i diakonami. O Kościele rzymskim pisze, że przewodzi w wierze i miłości. O sobie wyznaje, że dopiero teraz zaczyna być uczniem Chrystusa. Rzymskich chrześcijan prosi żarliwie, by nie starali się go ratować, ale pozwolili mu się zjednoczyć jak najszybciej ze Zbawicielem: „Moje upodobania zostały ukrzyżowane i nie ma we mnie już pożądania ziemskiego. Jedynie woda żywa przemawia do mnie z głębi serca i mówi: »Pójdź do Ojca«”.

    Ignacy posługiwał się za życia imieniem Teofor, co znaczy „niosący Boga”. Średniowieczna „Złota legenda” opowiada, że w jego sercu znaleziono po śmierci złotymi literami wypisane imię Chrystusa. Z listów świętego biskupa Ignacego bije wielka duchowa siła, radykalizm, odwaga, nadzieja sięgająca poza horyzont śmierci. „Czyńmy wszystko z tą jedną myślą, że Bóg jest w nas”; „Nie rozprawiajcie o Jezusie Chrystusie, gdy równocześnie pragniecie świata”. Słowa proste, mocne, jednoznaczne. Odsłaniają całą mizerię mojej wiary. Czytam je jak wyrzut sumienia. Czy w ogóle zacząłem już być uczniem Chrystusa? Przecież wcale nie chcę, by moje upodobania zostały ukrzyżowane. Lękam się stać się Bożą pszenicą. Kim więc jestem?

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    _____________________________________________________________________________________

    Św. Ignacy Antiocheński – biskup i męczennik

     

    „Męczeństwo Ignacego z Antiochii”, Galeria Borghese w Rzymie

    „Męczeństwo Ignacego z Antiochii”, Galeria Borghese w Rzymie/ Wikimedia Commons

    ***

    Św. Ignacy, biskup od roku 70 do 107, był drugim Następcą Piotra na stolicy w Antiochii, która dziś znajduje się w Turcji. Za panowania cesarza Trajana wybuchło prześladowanie chrześcijan i wtedy św. Ignacy jako głowa chrześcijan syryjskich został skazany na śmierć przez namiestnika Syrii. W liturgii wspomina się go 17 października

    W Antiochii powstała kwitnąca wspólnota chrześcijańska i tam „po raz pierwszy nazwano uczniów chrześcijanami” (Dz 11,26). Euzebiusz z Cezarei, historyk z IV wieku, poświęcił cały rozdział swej „Historii Kościelnej” życiu i dziełu literackiemu Ignacego. „Z Syrii – pisze – Ignacy wysłany został do Rzymu, gdzie miano rzucić go dzikim zwierzętom na pożarcie, ze względu na świadectwo, jakie dał Chrystusowi. Odbywając swą podróż przez Azję, pod okiem surowych straży, w kolejnych miastach, gdzie się zatrzymywał, przepowiadaniem i ostrzeżeniami umacniał Kościoły; przede wszystkim z największym zapałem nawoływał do wystrzegania się herezji, które zaczynały się wówczas szerzyć i zalecał, by nie odrywać się od tradycji apostolskiej”.

    Pierwszym etapem podróży Ignacego było miasto Smyrna, gdzie biskupem był św. Polikarp, uczeń św. Jana. Ignacy napisał tu cztery listy, skierowane do Kościołów Efezu, Magnezji, Tralleis i Rzymu. „Wyruszywszy ze Smyrny – pisze dalej Euzebiusz – Ignacy dotarł do Troady i stamtąd wysłał następne listy”: dwa do Kościołów Filadelfii i Smyrny, i jeden do biskupa Polikarpa. Wreszcie z Troady męczennik dotarł do Rzymu, gdzie w Amfiteatrze Flawiuszów rzucony został na pożarcie dzikim bestiom. Św. Ignacy wszystkie swoje listy rozpoczynał od słów: „Ignacy zwany Teoforem”, co znaczy: „ten, który nosi Boga”, głosi Jego naukę.

    Żaden z Ojców Kościoła nie wyraził z taką intensywnością, jak Ignacy, pragnienia jedności z Chrystusem i życia w Nim. Ignacy błaga chrześcijan Rzymu, by nie uniemożliwiali mu męczeństwa, albowiem z niecierpliwością czeka na „połączenie się z Jezusem Chrystusem”. I wyjaśnia: „Nie rozprawiajcie o Jezusie Chrystusie, gdy równocześnie pragniecie świata. Niechaj nie mieszka w was zazdrość. Nawet gdybym prosił, będąc u was, nie słuchajcie; uwierzcie raczej temu, co teraz do was piszę. Piszę zaś, będąc przy życiu, a pragnąc śmierci. Moje upodobania zostały ukrzyżowane i nie ma już we mnie pożądania ziemskiego. Jedynie woda żywa przemawia do mnie z głębi serca i mówi: Pójdź do Ojca. Nie cieszy mnie zniszczalny pokarm ani przyjemności świata. Pragnę Bożego chleba, którym jest Ciało Jezusa Chrystusa z rodu Dawida, i napoju, którym jest Jego Krew – miłość niezniszczalna (…) Szukam tego, który umarł za mnie, chcę tego, który zmartwychwstał dla nas… Pozwólcie, abym był naśladowcą męki mego Boga! (…) Jestem Bożą pszenicą. Zostanę starty zębami dzikich zwierząt, aby się stać czystym chlebem Chrystusa”.

    Ignacy jest wyczulony na prawdę wcielenia Syna Bożego oraz na Jego prawdziwe i konkretne człowieczeństwo: Jezus Chrystus, pisze Ignacy do mieszkańców Smyrny, „jest prawdziwie z plemienia Dawida”, „rzeczywiście narodził się z Dziewicy”, „rzeczywiście został za nas przybity”.

    Ignacy nazywa sam siebie „człowiekiem, któremu powierzone zostało zadanie jedności”. Jedność jest nade wszystko cechą Boga, który istniejąc w trzech Osobach, jest Jednym w całkowitej jedności. Jedność, którą chrześcijanie mają zrealizować na tej ziemi, nie jest niczym innym, jak naśladownictwem, możliwie jak najbardziej zgodnym z Boskim wzorem. W ten sposób Ignacy dochodzi do tematu jedności Kościoła i w liście do chrześcijan w Tralleis pisze: „Jest zatem rzeczą konieczną, abyście – tak, jak to czynicie – nie robili nic bez waszego biskupa, lecz abyście byli posłuszni także i kapłanom niby Apostołom Jezusa Chrystusa, który jest naszą nadzieją. W Nim się znajdziemy, jeśli tak właśnie żyć będziemy. Trzeba też, aby i diakoni, będący sługami tajemnic Jezusa Chrystusa, podobali się wszystkim na wszelki sposób (…). Podobnie niechaj wszyscy szanują diakonów jak [samego] Jezusa Chrystusa, a także biskupa, który jest obrazem Ojca, i kapłanów jak Radę Boga i Zgromadzenie Apostołów: bez nich nie można mówić o Kościele”.

    Ignacy jako pierwszy w literaturze chrześcijańskiej przypisuje Kościołowi przymiotnik „katolicki”, to jest „powszechny”: „Gdzie jest Jezus Chrystus – stwierdza – tam jest Kościół katolicki”. I właśnie na służbie jedności Kościoła katolickiego wspólnota chrześcijańska Rzymu pełni swego rodzaju prymat w miłości: „W Rzymie przewodzi on godny Boga, czcigodny, godny, by nazywać go błogosławionym… Przewodzi miłości, która ma prawo Chrystusa i nosi imię Ojca”.

    Św. Ignacy Antiocheński jest prawdziwie „doktorem jedności”: jedności Boga i jedności Chrystusa, na przekór rozmaitym herezjom, które zaczynały krążyć i dzieliły człowieka i Boga w Chrystusie; jedności Kościoła, jedności wiernych „w wierze i miłości, od których nie ma nic bardziej znamienitego”. Nawołuje wiernych dnia wczorajszego i dzisiejszego do coraz doskonalszej syntezy między dążeniem do Chrystusa i oddaniem Jego Kościołowi.

    ks. Julian Nastałek/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________


    16 października

    Święta Jadwiga Śląska

    Zobacz także:
      •  Święty Gerard Majella, zakonnik
      •  Święty Gaweł (Gall), opat
      •  Błogosławiony Józef Jankowski, prezbiter i męczennik
    ***
    Święta Jadwiga Śląska

    Jadwiga urodziła się między 1174 a 1180 rokiem na zamku nad jeziorem Amer w Bawarii jako córka hrabiego Bertolda VI i Agnieszki Wettyńskiej, hrabiów Andechs, którzy tytułowali się również książętami Meranu (w północnej Dalmacji) i margrabiami Istrii. Miała czterech braci i trzy siostry. Jedną wydano za Filipa, króla Francji, drugą za Andrzeja, króla Węgier (była matką św. Elżbiety), trzecia wstąpiła do klasztoru. Jadwiga otrzymała staranne wychowanie najpierw na rodzinnym zamku, potem zaś w klasztorze benedyktynek w Kitzingen nad Menem (diecezja Würzburg), znanym wówczas ośrodku kulturalnym. Do programu ówczesnych szkół klasztornych należała nauka łaciny, Pisma Świętego, dzieł Ojców Kościoła i żywotów świętych, a także haftu i malowania, muzyki i pielęgnowania chorych.
    W roku 1190 Jadwiga została wysłana do Wrocławia na dwór księcia Bolesława Wysokiego, gdyż została upatrzona na żonę dla jego syna, Henryka. Miała wtedy prawdopodobnie zaledwie 12 lat. Data ślubu nie jest bliżej znana. Możliwym do przyjęcia jest czas pomiędzy rokiem 1186 a 1190. Jako miejsce ślubu przyjmuje się zamek Andechs, chociaż nie jest też wykluczone, że było to we Wrocławiu lub Legnicy. Henryk Brodaty 8 listopada 1202 r. został panem całego księstwa. Rychło też udało mu się do dzielnicy śląskiej dołączyć dzielnicę senioratu, czyli krakowską, a także znaczną część Wielkopolski. Dlatego figuruje on w spisie władców Polski.
    Henryk i Jadwiga stanowili wzorowe małżeństwo. Mieli siedmioro dzieci: Bolesława (ur. ok. 1194), Konrada (1195), Henryka (1197), Agnieszkę (ok. 1196), Gertrudę (ok. 1200), Zofię (przed 1208) i najmłodsze, nieznane z imienia dziecko, ochrzczone w okresie Bożego Narodzenia na zamku w Głogowie w 1208 roku, które prawdopodobnie wkrótce zmarło (według niektórych źródeł był to syn Władysław). Krótko żyło kilkoro dzieci Jadwigi: Bolesław zmarł pomiędzy 1206 a 1208 r., zaś Konrad w 1213 roku. Podobnie dwie córki: Agnieszka i Zofia zostały pochowane przed 1214 rokiem. Tak więc w okres pełnej dojrzałości weszli tylko Henryk i Gertruda.
    Ostatnich 28 lat pożycia małżeńskiego małżonkowie przeżyli wstrzemięźliwie, związani ślubem czystości zawartym uroczyście w 1209 roku przed biskupem wrocławskim Wawrzyńcem. Jadwiga miała w chwili składania tego ślubu około 33 lat, a Henryk Brodaty ok. 43 (na pamiątkę tego wydarzenia Henryk zaczął nosić tonsurę mniszą i zapuścił brodę, której nie zgolił aż do śmierci).
    Na dworze wrocławskim powszechne były zwyczaje i język polski. Jadwiga umiała się do nich dostosować, nauczyła się języka i posługiwała się nim. Jej dwór słynął z karności i dobrych obyczajów, gdyż księżna dbała o dobór osób. Macierzyńską troską otaczała służbę dworu. Wyposażyła wiele kościołów w szaty liturgiczne haftowane ręką jej i jej dwórek. Do dworu księżnej należała również niewielka grupa mężczyzn duchownych i świeckich. Księżna bardzo troszczyła się o to, aby urzędnicy w jej dobrach nie uciskali poddanych kmieci. Obniżyła im czynsze, przewodniczyła sądom, darowała grzywny karne, a w razie klęsk nakazywała mimo protestów zarządców rozdawać ziarno, mięso, sól itp. Zorganizowała także szpitalik dworski, gdzie codziennie znajdowało utrzymanie 13 chorych i kalek (liczba ta miała symbolizować Pana Jezusa w otoczeniu 12 Apostołów). W czasie objazdów księstwa osobiście odwiedzała chorych i wspierała hojnie ubogich.
    Jadwiga popierała także szkołę katedralną we Wrocławiu i wspierała ubogich zdolnych chłopców, którzy chcieli się uczyć. Starała się także łagodzić dolę więźniów, posyłając im żywność, świece i odzież. Bywało, że zamieniała karę śmierci czy długiego więzienia na prace przy budowie kościołów lub klasztorów. Jej mąż chętnie na to przystawał. Była jednak tak delikatna wobec Henryka, że zawsze to jemu zostawiała ostateczną decyzję. Dlatego to jego podpis figuruje przy licznych dekretach fundacji.

    Święta Jadwiga Śląska

    W swoim życiu Jadwiga dość mocno doświadczyła tajemnicy Krzyża. Przeżyła śmierć męża i prawie wszystkich dzieci. Jej ukochany syn, Henryk Pobożny, zginął jako wódz wojska chrześcijańskiego w walce z Tatarami pod Legnicą w 1241 r. Narzeczony jej córki Gertrudy, Otto von Wittelsbach, stał się mordercą króla niemieckiego Filipa, w następstwie czego zamek rodzinny Andechs zrównano z ziemią, a Ottona utopiono w Dunaju. Po tych strasznych wydarzeniach Gertruda nie chciała wychodzić za mąż za kogo innego. Po osiągnięciu odpowiedniego wieku wstąpiła w 1212 roku do klasztoru trzebnickiego, ufundowanego dziesięć lat wcześniej przez jej rodziców.
    Siostra Jadwigi, również Gertruda, królowa węgierska, została skrytobójczo zamordowana; druga siostra, królowa francuska, Agnieszka, ściągnęła na rodzinę hańbę małżeństwem, którego nie uznał papież (ponieważ poprzedni związek Filipa II Augusta nie został unieważniony), była zatem matką nieślubnych dzieci. Mąż Jadwigi, książę Henryk, w 1229 r. dostał się do niewoli Konrada Mazowieckiego; Jadwiga pieszo i boso poszła z Wrocławia do Czerska i rzuciła się do nóg Konradowi – dopiero wówczas wyżebrała uwolnienie męża, pod warunkiem jednak, że ten zrezygnuje z pretensji do Krakowa. W końcu jeszcze spadł na Henryka grom klątwy za przywłaszczenie sobie dóbr kościelnych i książę umarł obłożony klątwą. Jadwiga jednak bez szemrania znosiła te wszystkie dopusty Boże.
    Po śmierci męża, Henryka (19 marca 1238 r.), Jadwiga zdała rządy żonie Henryka Pobożnego, Annie, i zamknęła się w klasztorze sióstr cysterek w Trzebnicy, który sama wcześniej ufundowała. Kiedy dowiedziała się o niezwykle surowym życiu swojej siostrzenicy, św. Elżbiety z Turyngii (+ 1231), postanowiła ją naśladować. Do cierpień osobistych zaczęła dodawać pokuty, posty, biczowania, włosiennicę i czuwania nocne. Przez 40 lat życia spożywała pokarm tylko dwa razy dziennie, bez mięsa i nabiału. W 1238 r. na ręce swojej córki Gertrudy, ksieni w Trzebnicy, złożyła śluby zakonne i stała się jej posłuszna. Zasłynęła z pobożności i czynów miłosierdzia.
    Wyczerpana surowym życiem mniszki, zmarła 14 października 1243 r., mając ponad 60 lat. Zaraz po jej śmierci do jej grobu w Trzebnicy zaczęły napływać liczne pielgrzymki: ze Śląska, Wielkopolski, Łużyc i Miśni. Gertruda z całą gorliwością popierała kult swojej matki. Ostatni etap procesu kanonicznego św. Stanisława biskupa dostarczył cysterkom w Trzebnicy zachęty do starania się o wyniesienie także na ołtarze Jadwigi. Zaczęto spisywać łaski, a grób otoczono wielką troską. Już w 1251 r. zaczęto obchodzić w klasztorze co roku pamiątkę śmierci Jadwigi. Kiedy w roku 1260 odwiedził Trzebnicę legat papieski Anzelm, siostry wniosły prośbę o kanonizację. Tę inicjatywę poparł polski Episkopat i Piastowicze. Z polecenia papieża w latach 1262-1264 przeprowadzono badania kanoniczne w Trzebnicy i we Wrocławiu. Ich akta przesłano do Rzymu. O kanonizację Jadwigi zabiegał także papież Urban IV, który jako legat papieski w latach 1248-1249 aż trzy razy odwiedził Wrocław i znał dobrze Jadwigę. Jednak jego śmierć przeszkodziła kanonizacji. Dokonał jej dopiero jego następca, Klemens IV, w kościele dominikanów w Viterbo 26 marca 1267 r. Na prośbę Jana III Sobieskiego papież bł. Innocenty XI rozciągnął kult św. Jadwigi na cały Kościół (1680).
    Ku czci św. Jadwigi powstała na Śląsku (w 1848 r. we Wrocławiu) rodzina zakonna – siostry jadwiżanki. Św. Jadwiga Śląska czczona jest jako patronka Polski, Śląska, archidiecezji wrocławskiej i diecezji w Gorlitz; miast: Andechs, Berlina, Krakowa, Trzebnicy i Wrocławia; Europy; uchodźców oraz pojednania i pokoju.
    W ikonografii św. Jadwiga przedstawiana jest jako młoda mężatka w długiej sukni lub w książęcym płaszczu z diademem na głowie, czasami w habicie cysterskim. Jej atrybutami są: but w ręce, krzyż, księga, figurka Matki Bożej, makieta kościoła w dłoniach, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________________

    16 października

    Błogosławiony Józef Jankowski, pallotyn
    prezbiter i męczennik



    Józef urodził się 17 listopada 1910 r. w pomorskiej wsi Czyczkowy koło Brus. Był drugim synem z ośmiorga dzieci rolników Roberta i Michaliny. Już jako dziecko lubił się modlić, jego wiara szybko się pogłębiała. Odznaczał się też wrażliwością na potrzeby innych ludzi. Bardzo wcześnie rozpoznał w sobie powołanie kapłańskie.
    W latach 1924-1925 rozpoczął naukę w założonym zaledwie trzy lata wcześniej gimnazjum pallotyńskim w Sucharach koło Bydgoszczy. Później kontynuował ją w założonym w 1909 r. pallotyńskim “Collegium Marianum” w Wadowicach, na Kopcu. Działał w kółku misyjnym i gimnazjalnej orkiestrze, a w lecie wakacje spędzał w domu, gdzie chętnie wracał, by pomagać rodzicom w pracach polowych.
    W 1929 r. rozpoczął nowicjat w Ołtarzewie u pallotynów. Aby ukończyć gimnazjum, wrócił do Wadowic i tam w 1931 r. złożył pierwszą profesję. Następnie w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie ukończył studia filozoficzno-teologiczne. W 1934 r. otrzymał tonsurę i święcenia niższe z rąk ks. kard. Augusta Hlonda, ówczesnego Prymasa Polski. Rok później został subdiakonem i diakonem. Na kapłana wyświęcił go w Sucharach biskup gnieźnieński Antoni Laubitza w dniu 2 sierpnia 1936 r.
    W swojej pracy ks. Józef zawsze kierował się postanowieniem: “Chcę dążyć do wielkiej świętości i kochać Boga nade wszystko, ale równocześnie chcę być zapomnianym”. Dlatego powierzone funkcje pełnił ofiarnie, zapominając o sobie. Był prefektem szkół w Ołtarzewie i okolicy oraz opiekunem Krucjaty Eucharystycznej i postulantów.
    Na jego życie wewnętrzne głęboki wpływ wywarła lektura Dziejów duszy św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Z dużą gorliwością zachęcał dzieci i młodzież do wchodzenia na drogę dziecięctwa duchowego, proponowanego przez Teresę. Stał się też cenionym spowiednikiem. Pamiętając o swojej licznej i niezamożnej rodzinie, starał się być dla niej przewodnikiem duchowym.
    Od 1939 r., po wybuchu II wojny światowej, był sekretarzem Komitetu Pomocy Dzieciom – organizacji, która była bardzo potrzebna, bo ojcowie rodzin byli często na froncie. Pracował także jako duszpasterz żołnierzy i ludności cywilnej. Podczas kampanii wrześniowej, walki w ramach tzw. bitwy nad Bzurą toczyły się w okolicach Ołtarzewa. Ks. Józef poszedł spowiadać rannych, a umierających przygotować na śmierć.
    Gdy rozpoczęła się okupacja niemiecka, klerycy zostali ewakuowani na wschód. Józef pozostał z kilkoma braćmi w Ołtarzewie, pomagając okolicznej ludności i ukrywającym się żołnierzom kampanii wrześniowej. Został ekonomem domu seminaryjnego, w którym przebywało wtedy około stu osób. Gdy na jakiś czas Niemcy zamienili ten dom w szpital wojenny, Józef odpowiadał za jego zaopatrzenie.
    Z chęcią podejmował się coraz to większej ilości obowiązków, bo jak napisał, “nie godność, nie władza daje szczęście, ale zbliżenie się do Boga – miłość”.
    W 1941 r. został mistrzem nowicjatu. Zanotował wtedy: “Za najszczęśliwsze uważam w swym życiu chwile, które przepędziłem na serdecznej modlitwie, w bezpośrednim obcowaniu z Bogiem”.

    Błogosławiony Józef Jankowski

    16 maja 1941 r. został aresztowany przez gestapo, przewieziony na warszawski Pawiak, a po dwóch tygodniach okrutnych tortur zabrany, tym samym transportem co o. Maksymilian Kolbe, do obozu zagłady w Oświęcimiu. Dostał numer 16895. Przez pięć miesięcy pracował ponad siły o głodzie i w ciągłych upokorzeniach.
    Naoczni świadkowie zapamiętali, z jaką godnością i spokojem znosił prześladowania, poniżenia i udręki, zadawane mu z nienawiści do wiary i kapłaństwa. Do końca był wierny zapisanym kiedyś przez siebie słowom: “Pragnę kochać Boga nad życie. Oddam je chętnie w każdym czasie, ale bez gorącej i wielkiej miłości Boga nie chciałbym iść na drugi świat”.
    Nawet oprawcy dziwili się jego pokornej postawie. Aby go złamać, 16 października 1941 r. oddano go w ręce “krwiożercy” – kryminalisty Heinricha Krotta, słynącego ze swego okrucieństwa kapo podobozu Babice. Był to ten sam sadysta, który nękał o. Maksymiliana. To on poddał Józefa tak okrutnym torturom, że tego samego dnia umęczony pallotyn odszedł do Pana. Jego ciało spalono w obozowym krematorium. Miał zaledwie 31 lat, z czego 5 lat przeżył w kapłaństwie.
    Kierując się przykładem św. Wincentego Pallottiego, przez całe życie ks. Józef konsekwentnie dążył do świętości i stawiał sobie najwyższe wymagania. Swoją miłość do Boga potwierdził niezłomną postawą i ofiarą z własnego życia. Był przykładem – w słowie i czynie – szczególnej miłości do Jezusa Eucharystycznego i szczerego zawierzenia Matce Bożej, Królowej Apostołów.W 1999 r. został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II w grupie 108 polskich męczenników II wojny światowej. Papież powiedział wtedy: W akcie beatyfikacji niejako odżywa w nas wiara, że bez względu na okoliczności, we wszystkim możemy odnieść pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. Błogosławieni męczennicy wołają do naszych serc: Uwierzcie, że Bóg jest miłością! Uwierzcie na dobre i na złe! Obudźcie w sobie nadzieję! Niech ta nadzieja wyda w was owoc wierności Bogu we wszelkiej próbie!
    Raduj się, Polsko, z nowych błogosławionych […] Spodobało się Bogu wykazać przemożne bogactwo Jego łaski na przykładzie dobroci twoich synów i córek w Chrystusie Jezusie. Oto bogactwo Jego łaski, oto fundament naszej niewzruszonej ufności w zbawczą obecność Boga na drogach człowieka w trzecim tysiącleciu! Jemu niech będzie chwała na wieki wieków.
    Za zgodą Stolicy Apostolskiej bł. Józef Jankowski został ogłoszony patronem miasta i gminy Brusy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________

    bł. JÓZEF JANKOWSKI SAC


    1910, Czyczkowy – ✟ 1941, Auschwitz
    męczennik

    patron: miasta i powiatu Brusy

    Na świat przyszedł 17.xi.1910 r. we wsi Czyczkowy, ok. 25 km na północ od Chojnic i ok. 3 km na południe od Brus, na północnym krańcu Borów Tucholskich, na terenie Pomorza Gdańskiego. Region ów należał wówczas do tzw. niem. Regierungsbezirk Marienwerder (pl. rejencja kwidzyńska) w prowincji niem. Westpreußen (pl. Prusy Zachodnie), stanowiącej część niem. Königreich Preußen (pl. Królestwo Prus), kraju związkowego Cesarstwa Niemieckiego — czyli do zaboru pruskiego (dziś województwa pomorskiego).

    Był drugim z czworga — miał dwóch braci i siostrę — (według innych źródeł pięciorga) dzieci rolników Roberta Jankowskiego (1968, Kłonecznica) i Michaliny z domu Peplińskiej (1883, Kosobudy). Ponadto wychowywał się wśród czworga przyrodniego rodzeństwa z pierwszego małżeństwa ojca (jeszcze jeden z przyrodnich braci umarł w dzieciństwie przed narodzeniem Józefa.

    Trzy dni po narodzinach, 20.xi.1910 r., w wybudowanym w latach 1876‑9 monumentalnym parafialnym kościele pw. Wszystkich Świętych w Brusach (parafia założona została w 1340 r.) przyjęty został do Kościoła powszechnego (łac. catholicus) w sakramencie chrztu św.

    Wychował się w religijnej, ubogiej rodzinie, z wiecznie zapracowanymi rodzicami. Matka miała mówić — „Z dziećmi nie pieściłam się, nie miałam na to nawet czasu”. Zaraz jednakże dodawała — „Na żadne dziecko nie mogę się użalać”. I uzupełniała — „Ale ze wszystkich najlepszy był Józek”…

    Powołanie przyszło wcześnie. Pierwsze myśli zakiełkowały zapewne już w dzieciństwie. Tak więc w 1924 r., gdy przyszedł czas na decydujące wybory, Józef — pragnąc się dalej kształcić — zdecydował się na gimnazjum prowadzone przez Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego (łac. Societas Apostolatus Catholici – SAC) — czyli oo. pallotynów — w Sucharach, ok. 7 km na północ od Nakła nad Notecią (i 95 km na południe od rodzinnej wsi).

    Pałac w Sucharach, zbudowany w 1906 r., pallotyni zakupili w ix.1920 r. i przejęli dwa miesiące później. Były to niezwykłe czasy, nie tylko zresztą dla owego regionu. Po rozstrzygnięciach I wojny światowej wersalski traktat pokojowy, podpisany 28.vi.1919 r., uznał polskość zarówno ziem wokół Nakła jak i większości Pomorza Gdańskiego. Do Nakła polskie wojska weszły 20.i.1920 r., w dwa dni po rozpoczęciu przejmowania tych ziem przez żołnierzy gen. Józefa Hallera von Hallen­burg (1873, Jurczyce – 1960, Londyn). Proces zakończył się 10.ii.1920 r., gdy w Pucku gen. Haller dokonał symbolicznych zaślubin Polski z Bałtykiem. I Suchary i Czyczkowy, po 148 latach zaborów — od I rozbioru Rzeczpospolitej w 1772 r. — powróciły do Polski, do II Rzeczpospolitej.

    Te wydarzenia Józef, jeszcze dziecko, obserwował z rodzinnej wsi. Choć pewnie niewiele z nich sam później pamiętał, ale zarówno rodzina jak i całe otoczenie niejednokrotnie musiało do nich wracać i w ich legendzie Józef się wychowywał…

    Na pewno o nich, jak i o wszystkich wojnach o granice Rzeczpospolitej toczonych w latach 1918‑21, rozmawiano i dyskutowano również i w Sucharach, gdzie w posiadłości z parkiem i 3 stawami pallotyni założyli gimnazjum i gdzie Józef pojawił się we wspomnianym 1924 r.

    Po dwóch latach — gimnazjum w Sucharach początkowo prowadziło nauczanie tylko w zakresie pierwszych dwóch lat gimnazjalnych — przeniósł się daleko na południe, do wsi Klecza Dolna, ok. 4 km od Wadowic. Tam, w miejscu z racji położenia znanym jako Kopiec, od 1909 r. — czyli czasów zaboru austriackiego — funkcjonował dom macierzysty pallotynów na terenach polskich, zwany „Collegium Marianum”, a przy nim gimnazjum męskie. I tam Józef kontynuował nauki.

    Tam też 16.v.1927 r., z rąk ówczesnego abpa Adama Stefana Sapiehy (1867, Krasiczyn – 1951, Kraków), metropolity krakowskiego, przyjął Ducha Świętego w sakramencie bierzmowania.

    Udzielał się w kółku misyjnym i gimnazjalnej orkiestrze…

    W czasie wakacji wracał do domu, by pomagać rodzicom w pracach polowych, i by zarobić na utrzymanie w czasie roku szkolnego — rodzina była uboga…

    W 1929 r., po ukończeniu 6. klasy gimnazjalnej, nadszedł czas decyzji. Nie wahał się. I na początku viii.1929 r. pojawił się u bram założonego zaledwie dwa lata wcześniej domu pallotyńskiego w Ołtarzewie, ok. 20 km na zachód od Warszawy. Został przyjęty i rozpoczął nowicjat.

    Po roku powrócił do „Collegium Marianum” k. Wadowic, by ukończyć nauczanie gimnazjalne i w tymże 1930 r. zdać egzamin dojrzałości (łac. maturus), czyli maturę. Zaraz potem rozpoczął w „Collegium Marianum” studia filozoficzne. Do rodziców, z którymi utrzymywał nieustanny listowny kontakt, pisał: „Bardzo mi się podoba na filozofii […] staram się jak najskrupulatniej wykorzystać czas naukę, bo czas już nie wraca, a ksiądz powinien mieć duży zasób wiedzy, zwłaszcza w obecnych czasach i dużo łask wypraszać sobie u Boga w czym proszę mi pomagać modlitwą”…

    W Wadowicach napisał także artykuł „Prześladowanie religijne w RosjiRodzina Polska”, 1931, nr 1 (później opublikował jeszcze, jako ps. Józef Panaś, serię rozważań teologicznych dotyczących sakramentu pokuty „Czwarty sakramentApostoł wśród Świata”, 1938, nr 2, nr 3, nr 4, 1939, nr 1, nr 3).

    Tamże rok później, 15.viii.1931 r., złożył pierwszą profesję, czyli zobowiązanie do przestrzegania ewangelicznych rad: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Pisał do rodziców: „Dzień poświęcenia się Bogu na ofiarę jest dniem radości i szczęścia. Co do mnie, ustami przyrzekłem wytrwać w Stowarzyszeniu przez jeden rok, ale sercem składałem przyrzeczenie wytrwania na zawsze”…

    Pallotyni przechodzili — jak cała Polska — przez okres zmian i związane z nim problemy. Nowy dom zakonny w Ołtarzewie, w którym planowano otworzyć wyższe seminarium duchowne, nie był jeszcze gotowy — brakowało funduszy. W związku z tym klerycy — przygotowujący się do sakramentu kapłaństwa studenci teologii — w latach 1932‑5 nauki pobierali w domu w Sucharach. I tam przeniesiony został i Józef…

    Pisał w listach: „Chcę dążyć do wielkiej świętości i kochać Boga nade wszystko, ale równocześnie chcę być zapomnianym”. Tę akurat modlitwę Stwórca wysłuchał połowicznie: w czasie ziemskiego życia Józef zaiste pozostał pokornym, nierozpoznanym sługą Bożym, ale po śmierci — na nasze szczęście — tak się nie miało stać i poznajemy powoli wielki dar jego życia…

    W Sucharach — a zatem stosunkowo niedaleko od rodzinnych stron — 10.v.1933 r., z rąk ówczesnego Prymasa Polski, Augusta kard. Hlonda (1881, Brzęczkowice – 1948, Warszawa), otrzymał tonsurę i niższe święceniaostiariatulektoratuegzorcystatu i akolitatu.

    Tamże 5.v.1935 r. przyjął święcenia pierwsze święcenia wyższe — subdiakonatu, a dwa miesiące później, 5.vii.1935 r., diakonatu.

    Zaraz potem na swój ostatni rok studiów teologii powrócił wraz z klerykami do Ołtarzewa. Tegoż 1935 roku wraz z seminarium do Ołtarzewa przywieziono bibliotekę seminaryjną, której podwaliny położono w Sucharach.

    Święcenia kapłańskie otrzymał i przyjął, 2.viii.1936 r., w kaplicy domu zakonnego w Sucharach (przerobionej z sali balowej), z rąk sufragana (łac. episcopus suffraganeus) miejscowej archidiecezji gnieźnieńskiej, bpa Antoniego Laubitza (1861, Pakość – 1939, Gniezno).

    Kilka dni wcześniej rodzicom napisał: „Odkąd lepiej poznałem Boga i zrozumiałem, na czym polega doskonałość człowieka, zrodziło się w mojej duszy jedno pragnienie: ukochania Boga jak najgoręcej. Św. Paweł bardzo do tego zachęca, żeby ponad wszystkie dary, pragnąć daru miłości. Skoro Bóg pozwala pragnąć, zapewne chce, jak mówi św. Teresa ‘im więcej chce dać, tym więcej każe pragnąć’ […]

    Chcę zdobyć dla Boga wiele, wiele dusz, chcę być wielkim apostołem, ale to jest możliwe tylko przy wielkiej miłości Boga […] Nie zadowala mnie być drugim Chrystusem tylko podczas Mszy św., chcę Nim być zawsze. Ale to możliwe będzie, gdy będę kochał Boga nade wszystko miłością doskonałą. Pragnę kochać Boga nad życie. Oddam je chętnie w każdym czasie, ale bez gorącej i wielkiej miłości Boga nie chciałbym iść na drugi świat. Jeżeli mi Pan Bóg tego daru w ciągu życia nie użyczy, ufam, że mi go da przy śmierci, byleby tylko pragnienie tego nigdy nie przygasło, ale stale wzrastało […]

    Proście Boga, żeby serce moje wyzute z miłości własnej, zawsze było otwarte na przyjęcie łaski Jego, bym nigdy nie zapomniał Mu składać z siebie ofiarę, bo ofiara rodzi miłość, żebym zawsze jak najwięcej korzystał ze Mszy św., gdzie Bóg najwięcej daru miłości użyczyć mi pragnie”…

    Trzy dni po święceniach, 5.viii.1936 r., był już w rodzinnych stronach i w Brusach, w parafialnym kościele pw. Wszystkich Świętych, w którym ongiś przyjęty został do Kościoła powszechnego — katolickiego — odprawił Mszę św. prymicyjną (łac. primitiae). Na powitanie wystawiono mu — nowemu kapłanawi Mistrza z Nazaretu — specjalne trzy okolicznościowe kwietne bramy…

    Po wakacjach powrócił do Ołtarzewa, gdzie jeszcze przez rok pogłębiał zagadnienia teologiczne. Od ix.1936 r. wszystkie roczniki polskich kleryków pallotyńskich — także najnowszy — zaczęły pobierać nauki właśnie w Ołtarzewie. Wiosną następnego roku rozpoczęto też budowę gmachu Wyższego Seminarium Duchownego, według projektu architekta Alfonsa Wędrychowskiego.

    W ciągu dwóch i pół roku powstało skrzydło wschodnie i część środkowa oraz wzniesiono mury seminaryjnego kościoła, pod którym miała mieścić się sala teatralna…

    Oprócz kontynuacji studiów opiekował się też Krucjatą Eucharystyczną, inspirowaną stowarzyszeniami Apostolstwa Modlitwy organizacją dzieci, założoną 13.xi.1914 r. przez francuskiego jezuitę — zakonnika Towarzystwa Jezusowego (łac. Societas Iesu – SI) — o. Alfreda Bessièresa (1877‑1953), po apelu Ojca św. Benedykta XV (1854, Genua – 1922, Rzym). Formalnie Krucjata zatwierdzona została przez kolejnego następcę św. Piotra, Piusa XI (1857, Desio – 1939, Watykan), 6.viii.1922 r. W Polsce pierwsze koło założyła św. Urszula Ledóchowska (1865, Loosdorf – 1939, Rzym), 1.i.1925 r. w Pniewach. Dzieci swoje trudy i cierpienia ofiarowywały w swych modlitwach w intencji odrodzenia chrześcijaństwa, dziękując za wielkie rzeczy, które uczynił Wszechmogący Bóg w życiu każdego z nich…

    Od 1937 r. Józef objął w Ołtarzewie normalne obowiązki duszpasterskie i katechetyczne. Został prefektem szkół w Ołtarzewie oraz w okolicy — w Mosznie i Laskach. Głosił niedzielne kazania dla dzieci, opiekował się pallotyńskimi postulantami (łac. postulare). Pod opieką miał też bibliotekę seminaryjną, którą założono w Sucharach, w czasach, gdy studiował tam teologię, a do Ołtarzewa przeniesiono w 1935 r.

    Często wyjeżdżał do okolicznych parafii, aby spowiadać.

    W i.1939 r. został sekretarzem działającego w Ołtarzewie Komitetu Pomocy Dzieciom.

    Młodych ludzi — dzieci i młodzież — zachęcał do wchodzenia na drogę dziecięctwa duchowego św. Teresy od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza (1873, Alençon – 1897, Lisieux), której dzieło „Dzieje duszy” wywarło głęboki wpływ również i na jego życie wewnętrzne. Spotykał się z chłopcami na ministranckich spotkaniach formacyjnych, na zbiórkach. Grał z nimi w piłkę, uczestniczył w zabach. Organizował amatorskie przedstawienia i wycieczki…

    Nie zapominał i o swojej, dużej i nie zamożnej wszak, rodzinie, stając się dla niej korespondencyjnym przewodnikiem duchowym.

    Wszelkie plany i zamierzenia Józefa, źródło swe mające w zawołaniu duchowych synów założyciela rodzimego zgromadzenia, św. Wincentego (wł. VincenzoPallotti (1795, Rzym – 1850, Rzym) — łac. „Caritas Christi urget nos” (pl. „Miłość Chrystusa nas przynagla”) — i sprecyzowane w zapisach prawa pallotyńskiego określających ich charyzmat — „konieczność ożywienia wiary i rozpalenia miłości wśród katolików, aby doprowadzić w ten sposób wszystkich ludzi do jedności w wierze Chrystusowej” — musiały ulec drastycznej rewizji i zmianom 1.ix.1939 r. Tego dnia w granice Rzeczypospolitej, bez wypowiedzenia wojny, wkroczyli Niemcy. Na podstawie osławionego porozumienia z 23.viii.1939 r. dwóch wybitnych przywódców socjalistycznych — niemieckiego, o odcieniu nazistowskim, Adolfa Hitlera (1889, Braunau am Inn – 1945, Berlin), i rosyjskiego, o odcieniu komunistycznym, Józefa Stalina (1878, Gori – 1953, Kuncewo) — i jego tajnych aneksów, od nazwisk sygnatariuszy, czyli ministrów spraw zagranicznych dwóch wspomnianych zbrodniarzy, zwanego paktem Ribbentrop–Mołotow, Niemcy do Rzeczpospolitej wkroczyli od zachodu. 17 dni później od wschodu Polskę najechali Rosjanie. Dwaj bandyci dokonali w ten sposób czwartego rozbioru Polski — w praktyce uczestniczyli w nim także, acz w różnym stopniu zaangażowania, Słowacy i Litwini — uzgodnionego formalnie i podpisanego, wraz z innymi tajnymi aneksami, 28.ix.1939 r. w tzw. „traktacie o granicach i przyjaźni Rosja—Niemcy”. Rozpoczęła się II wojna światowa.

    Niemieckie uderzenie, rozpoczęte 1.ix.1939 r., było potężne. Od północy — z Prus Wschodnich (niem. Ostpreußen) — zachodu — Pomorza Zachodniego (niem. Pommern) i Śląska (niem. Schlesien) — oraz od południa — Górnego Śląska (niem. Oberschlesien) i wcześniej zajętych Czech — Niemcy błyskawicznie zaczęli zajmować w części niebronione polskie tereny. 7.ix.1939 r. na zachód od linii Wisły w polskich rękach — poza niewielkimi skrawkami — pozostawał jeszcze centralny pas łączący generalnie Poznań z Warszawą.

    Na ucieczkę na wschód decydowało się tysiące Polaków. Drogi były zapchane a długie kolumny maszerujących niejednokrotnie ludobójczo atakowane przez niemieckie samoloty. Tak też było na głównej drodze łączącej Poznań z Warszawą, przy której znajdował się Ołtarzew…

    Od pierwszych dni po niemieckim najeździe w Ołtarzewie gromadziła się ludność cywilna, zarówno lokalna jak i uciekinierzy z dalszych terenów. Przełożeni Seminarium Duchownego, w którym już gromadzili się alumni wracający z tak niedawno wszak zakończonych wakacji, zdecydowali aliści o przeniesieniu szkoły do innych ośrodków pallotyńskich na wschodzie Polski, za Wisłą, gdzie jeszcze Niemcy nie dotarli i gdzie miano nadzieję nie dotrą. 7.ix.1939 r. zarówno profesorowie, jak i ich wychowankowie, wśród których był kleryk Józef Stanek, opuścili Ołtarzew…

    Ich nadzieje tylko częściowo się spełniły — Niemcy tegoż 1939 r. daleko na wschód nie dotarli, ale za to 17.ix.1939 r. otrzymali wsparcie ze strony wiernego sojusznika — Rosji, która najechała na Polskę od wschodu…

    W Ołtarzewie pozostał tylko Józef, który wraz z kilkoma braćmi zakonnymi zgłosił się dobrowolnie, by nie pozostawiać majątku zgromadzenia bez opieki. Zaraz po wyjściu większości ze współbraci na szczycie domu Józef wywiesił obraz Matki Bożej Częstochowskiej

    Następne kilka dni przeszły do historii pod nazwą „bitwy ołtarzewskiej”, epizodu zaledwie wielkiej polskiej wojny obronnej 1939 r. przed dwoma ludobójczymi najeźdźcami, ale stanowiącej niejako wstęp do największej bitwy tej kampanii, „bitwy nad Bzurą”, stoczonej przez wojska polskie z przeważającymi niemieckimi siłami w dniach 10‑22.ix.1939 r. Lokalny historyk, Józef Kiljański (ur. 1929) tak opisuje te dni, widziane z perspektywy OłarzewaWrześniowe boje 1939 r. w rejonie Ożarowa–Ołtarzewa: próba rekonstrukcji…”, „Przegląd Pruszkowski”, nr 1, 2009, s. 80:

    Na gospodarstwie pallotyńskim w Ołtarzewie pozostał z dwoma braciszkami zakonnymi 29‑letni ksiądz Józef Jankowski, dobrze mówiący po niemiecku […] Spisał się doskonale jako gospodarz ośrodka […]

    Ksiądz Jankowski [przyjmował] życzliwie [uciekinierów, wśród których byli chorzy, m.in. na chorobę Heinego–Medina, i niesprawni, w tym sparaliżowani] i [prowadził ich] do podziemia przygotowanego na przyjęcie uciekinierów.

    Biwakowało [tam] już około 500 osób, a wciąż napływali nowi. Byli to przeważnie uchodźcy z zachodnich terenów kraju, w szczególności z poznańskiego, ale nie brakowało i miejscowych mieszkańców […]

    Ksiądz Jankowski czuwał nad wszystkim dzień i noc, dwoił się i troił, przyjmując nowych przybywających, rozlokowywał ich, uśmierzał swary, gdyż wcześniej zasiedleni mieszkańcy schronu niechętnie dzielili się z przybyszami miejscami i barłogiem […]

    [8 września] w godzinach południowych bombowce nurkowe przeprowadziły nalot na szosę poznańską w Ożarowie i na linię kolejową. Stukasy, bombowce precyzyjnego bombardowania, [maszyny o charakterystycznych kształtach drapieżnych ptaków, ]spadając na cel wydawały przeraźliwe wycie, czy raczej wizg, od którego, jak ktoś zauważył, w człowieku aż ‘szpik zamierał’. Ta nieskomplikowana metoda oddziaływania psychicznego (syrena znajdująca się w goleni jednego z kół uruchamiała się sama podczas nurkowania) została skutecznie przetestowana w Hiszpanii, gdzie podczas wojny domowej stronę frankistowską wspomagała niemiecka eskadra ekspedycyjna. Tam też Niemcy nauczyli się wyposażać bomby lotnicze w różnego rodzaju gwizdki i świstawki, potęgując jeszcze bardziej efekt psychologiczny bombardowania.

    Sam nalot na Ożarów trwał zaledwie 5 do 7 minut, ale spowodował tragiczne skutki […] Zostały uszkodzone domostwa, między innymi spłonęła kaplica i mieszkanie księdza proboszcza w parku Ołtarzewskim […]. Zniszczone też zostały baraki magazynowe fabryki kabli. Byli zabici i ranni.

    Ofiarą bomb stał się przede wszystkim pociąg z amunicją zmierzający do Warszawy. […] Wagony zaczęły się palić, a amunicja eksplodować […]

    [Był to] szereg nieustannych wybuchów trwających wiele godzin. Pociski z piekielnym hukiem rwały się przez resztę dnia i prawie całą noc. Okolicznym mieszkańcom, którzy ukryli się w piwnicach i w improwizowanych schronach zdawało się, że to prowadzi intensywny ogień artyleria którejś ze stron […]

    Noc z 8 na 9 września była koszmarna. Amunicja w zbombardowanym pociągu całymi godzinami wybuchała z piekielnym hukiem, a na szosie poznańskiej odbywały się utarczki patroli obu stron. Okoliczna ludność siedziała w swych ukryciach, zanosząc żarliwe modły do nieba o ocalenie lub o… lekką śmierć […]

    [W] podziemiach budynku siedziby Księży Pallotynów […] przez okno widać było ‘morze ognia’ i ludziom wydawało się, że samoloty niemieckie wciąż bombardują zarówno sam Ożarów, jak i Dom Misyjny.

    Dopiero ksiądz Jankowski objaśnił, że eksploduje amunicja w pociągu.

    W pewnym momencie jakiś większy pocisk uderzył w mur — zgasły wszystkie lampy i zatrzymały się wentylatory. […] W schronie piwnicznym wybuchła panika; mężczyźni rzucili się, by zamykać okna […] Znajdujący się wśród uciekinierów ksiądz z poznańskiego zaczął udzielać absolucji in articulo mortis, jednym słowem atmosfera była tragiczna.

    Nieoceniony ksiądz Jankowski uspokoił zebranych, a okna kazał otworzyć, gdyż w pomieszczeniach piwnicznych zaczynało brakować tlenu.

    Przerażająca kanonada dopiero nad ranem zaczęła się uspokajać […]

    Dopiero w niedzielę rano 10 września nastąpiła cisza. Ksiądz Jankowski odprawił wtedy dla wszystkich Mszę świętą.

    Wkrótce zjawili się pierwsi Niemcy […] Przy okrzykach: ‘Raus!’ i ‘Hände hoch!’ ludzie wychodzili z piwnicy na zewnątrz i szykowali się do dalekiego marszu”…

    W Ołtarzewie i całej zachodniej i połowie centralnej Polski rozpoczęła się niemiecka okupacja.

    Symboliczną datą jej rozpoczęcia — i warto ją zapamiętać! — jest 28.ix.1939 r. Tego dnia bowiem padła Warszawa. Tego dnia, jak to już wspomniano, dwaj okupanci, Rosjanie i Niemcy, podpisali tzw. „traktat o granicach i przyjaźni Rosja–Niemcy”. Tego samego dnia wreszcie dwaj urzędnicy niemieckiego centralnego niem. Rassenpolitisches Amt der NSDAP (pl. Urząd Polityki Rasowej NDSAP), Erhard Wetzel (1903, Stettin – 1975) i dr Günther Hecht (1902‑1945), w oparciu o wytyczne wyartykułowane dwa dni wcześniej przez niemieckiego socjalistycznego przywódcę, Adolfa Hitlera, opracowali memoriał niem. „Die Frage der Behandlung der Bevölkerung der ehemaligen polnischen Gebiete nach rassepolitischen Gesichtspunkten” (pl. Trak­towanie ludności byłych obszarów Polski z punktu widzenia polityki rasowej). Owi wybitni przedstawiciele „rasy panów” pisali m.in.: „Uniwersytety i inne szkoły wyższe, szkoły zawodowe, jak i szkoły średnie były zawsze ośrodkiem polskiego szowinistycznego wychowania i dlatego powinny być w ogóle zamknięte. Należy zezwolić jedynie na szkoły podstawowe, które powinny nauczać jedynie najbardziej prymitywnych rzeczy: rachunków, czytania i pisania. Nauka w ważnych narodowo dziedzinach, jak geografia, historia, historia literatury oraz gimnastyka, musi być zakazana”.

    Formalnie Ołtarzew znalazł się w obrębie zarządzanego przez Niemców tworu administracyjnego zwanego niem. Generalgouvernement für die besetzten polnischen Gebiete (pl. Generalne Gubernatorstwo dla okupowanych ziem polskich), potocznie zwanego Generalnym Gubernatorstwem.

    W budynkach pallotyńskich Niemcy pozwolili zostać tylko Józefowi — jako dozorcy i opiekunowi chorych. Seminarium zamieniono na szpital wojenny. Józef zajmował się wszystkim, w tym aprowizacją domu…

    Już prawd. w x.1939 r. Niemcy zlikwidowali tymczasowy szpital. Całkowicie nie opuścili wszelako budynku seminaryjnego — garażowano w nim m.in. niemieckie samochody wojskowe — ale oo. pallotyni mogli do niego powoli wracać.

    I tak też się stało. Po klęsce wrześniowej do seminarium powracali i klerycy i profesorowie. Przyjmowano też — formalnie od ix.1940 r. — kleryków z innych diecezji diecezji i zgromadzeń zakonnych, głównie z terenów bezpośrednio włączonych do Niemiec (Wielkopolska, Pomorze). Byli wśród nich ukrywający się przed Niemcami polscy żołnierze. Wrócił też inicjator budowy gmachu Wyższego Seminarium Duchownego, jego rektor o. Stanisław Wierzbica (1902, Bottrop – 1977, Częstochowa).

    W xi.1939 r. wznowiono wykłady. W pierwszych latach niemieckiej okupacji w Ołtarzewie ształciło się ponad 60 kleryków, udzielane były święcenia kapłańskie…

    Józef dalej zabiegał o wyżywienie i ogrzanie domu — zadanie niełatwe, zima z 1939 r. na 1940 r. była bowiem jedną z najmroźniejszych w historii, a ilość zgromadzonych w seminarium szybko wzrosła do przeszło 100 osób…

    Nie zaniedbywał ubogich — oo. pallotyni udzielali pomocy potrzebującym wsparcia materialnego, m.in. rozdawali chleb wypieczony w swojej piekarni. Ponadto Józef wypełniał obowiązki duszpasterskie, słuchał spowiedzi, głosił kazania…

    Mimo podejmowania coraz to większych obowiązków pozostawał wierny zapisanemu gdzieś spostrzeżeniu, że „Nie godność, nie władza daje szczęście, ale zbliżenie się do Boga — miłość”…

    Zapamiętano głoszone przez niego kazania. Szczególnie cenne rady, jakże potrzebne w niezwykle ciężkich czasach, zapisywano i dzięki temu przetrwały do dziś. Mówił:

    Bóg jest jak najwięcej zatroskany o twoją świętość. Pozwól Mu działać. Kochaj skupienie, ciszę i modlitwę, a usłyszysz głos Boga w duszy”…

    Im więcej Boga miłować będziemy, tym większe rzeczy u Niego wyprosić możemy”…

    Prośmy Boga, by nauczył nas cierpieć i innych uczyć cierpieć”…

    Uświęcić się możemy tylko przez większą miłość. Według św. Tereski nie umartwienia i zaparcie się prowadzą do świętości, lecz ufność bez granic, dziecięctwo. Módlmy się o to, polecajmy się Matce Najświętszej”…

    Gdy wyrzucimy z serca swego przywiązania ziemskie, miłość siebie Jezus nagrodzi nas nadmiarem, nauczymy się cenić łaskę krzyża, gdy go nam ześle”…

    31.iii.1941 r. otrzymał nominację na mistrza — magistra — nowicjatu. Pozycję miał objąć w viii.1941 r. Profetycznie czuł, że na nominacji się skończy: „Jestem przekonany, że stanie się coś i że magistrem nie będę” — miał powiedzieć.

    Okazało się, że miał rację. Jeszcze zdążył zanotować: „Za najszczęśliwsze uważam chwile w swym życiu, które przepędziłem na serdecznej modlitwie, w bezpośrednim obcowaniu z Bogiem” — zdążył z siebie w pracy kapłańskiej dać pięć krótkich lat — gdy 16.v.1941 r. został aresztowany przez niemiecką Tajną Policję Państwową (niem. Geheime Staatspolizei), czyli Gestapo.

    Aresztowanie nie było przypadkowe. Ojcowie pallotyni z Ołtarzewa od początku okupacji brali udział w różnego rodzaju działaniach konspiracyjnych i niepodległościowych. Już po wspomnianej „bitwie ołtarzewskiej” w ix.1939 r. klerycy ołtarzewscy, którzy po kampanii wrześniowej powrócili do seminarium, na polach obok klasztoru znaleźli 10 karabinów i skrzynkę amunicji. Ukryto je w pallotyńskim budynku.

    Rektor Seminarium, po powrocie do Ołtarzewa z tułaczki wrześniowej 1939 r., wziął udział w pierwszym zebraniu konspiracyjnym polskiego ruchu podziemnego w pobliskim Ożarowie Mazowieckim. Przekazał wówczas powstającej organizacji — która przekształciła się później w Rejon VII „Jelsk–Jaworzyn” Obwodu VII „Obroża Okręgu Warszawskiego Związku Walki Zbrojnej ZWZ (od 1942 r. Armii Krajowej AK), czyli sił zbrojnych Polskiego Państwa Podziemnego — ukrytą amunicję. Nie usunięto jej aliści z gmachu seminaryjnego, ale uzupełnianą przez podziemie, nadal tam przechowywano jako jeden z 8 magazynów broni VII Rejonu…

    Kapłani i bracia zakonni pracujący w Ołtarzewie brali też bezpośredni udział w akcjach sabotażowych wymierzonych przeciw okupantowi niemieckiemu. M.in. do silników należących do Niemców samochodów, parkujących na terenie pallotyńskiej posiadłości, wsypywano dodatki, które powodowały ich zatarcie i zniszczenie — daleko po opuszczeniu Ołtarzewa.

    Wiadomo, że w tych akcjach uczestniczyli m.in. o. Józef i o. Norbert Jan Pellowski (1903, Pszczółki – 1942, Auschwitz), dziś Sługa Boży (łac. Servus Dei)…

    Ponadto oo. pallotyni, wobec zakazu prowadzenia nauczania na poziomie szkół średnich i wyższych dla Polaków, a także ograniczenia nauczania na poziomie podstawowym do „rachunków, czytania i pisania” — zgodnie ze wspomnianym ludobójczym planem niemieckiego przywódcy socjalistycznego, Adolfa Hitlera (inny znany niemiecki socjalistyczny przywódca i zbrodniarz, Henryk Leopold (niem. Heinrich LuitpoldHimmler (1900, Monachium – 1945, Lüneburg), powiedzieć miał: „dla polskiej ludności Wschodu […] czytania nie uważam za konieczne”) — uczestniczyli w niezwykłym wysiłku wspomnianego Polskiego Państwa Podziemnego, unikalnym w historii świata, czyli tajnym nauczaniu — tajnych kompletach — którym w całej okupowanej Polsce w zakresie szkoły podstawowej objętych zostało 1,5 miliona dzieci, za co ok. 8,500 polskich nauczycieli oddało życie. oo. pallotyni byli mianowicie katechetami na tajnych lekcjach organizowanych przez siostry Unii Rzymskiej Zakonu Świętej Urszuli (łac. Unio Romana Ordinis Sanctae Ursulae – OSU), czyli urszulanki.

    W dniach 16, 23 i 27.v.1941 r. nastąpiły aresztowania.

    Bezpośrednią przyczyną był zapewne donos niejakiego Alfonsa Stefana Mayera, uchodźcy z Wielkopolski, byłego powstańca wielkopolskiego, kolportera prasy pallotyńskiej, którego do Ołtarzewa przygarnął rektor o. Stanisław Wierzbica. Przekazał on Gestapo informacje o ukrywaniu przed Niemcami cennych rzeczy w budynku seminaryjnym oraz kolportażu podziemnej prasy przez braci pallotyńskich.

    9.v.1941 r. późnym wieczorem do pokoju o. Wierzbicy wtargnęło dwóch pijanych podoficerów niemieckich. Dotkliwie go pobito. Rektor postanowił wyjechać na leczenie do Brwinowa, skąd udał się do Zagórza k. Otwocka, do szpitala neurologicznego i psychicznego dla dzieci.

    Tydzień później, 16.v.1941 r., w poszukiwaniu o. Wierzbicy do Ołtarzewa przyjechał inny oddział Gestapo. Nie znajdując go kilku gestapowców pojechało do Brwinowa. Pozostali natomiast, w towarzystwie wspomnianego Mayera, rozpoczęli przeszukanie w Ołtarzewie.

    Można przypuszczać, że przeszukania stanowiły jakąś część niemieckich przygotowań do planowanego niemieckiego uderzenia na ówczesnego najwierniejszego sojusznika, czyli Rosję, które nastąpiło 22.vi.1941 r. Chodzić mogło o „oczyszczenie” bezpośredniego zaplecza przyszłego frontu działań, a ośrodek pallotyński od dawna był przez Niemców — choćby przez wspomnianego Mayera — obserwowany i infiltrowany.

    Zatrzymanych zostało co najmniej 4 ojców zakonnych (Józef Jankowski, Franciszek Kilian (1895, Zawda – 1941, Auschwitz), wspomniany Norbert Jan Pellowski, Jan Szambelańczyk (1907, Radomice – 1941, Auschwitz)), 7 braci zakonnych (w tym Piotr Bochenek (1911, Grybów – 1942, Auschwitz), Bernard Kowalski (1905, Raciniewo – 1941, Auschwitz), Stanisław Małaczek (1917, Marianki – 1945, Dachau), Bronisław Regulski (1913, Łubki – 1942, Auschwitz), Jan Wąsik (1907, Jodłówka – 1941, Auschwitz)) oraz kleryk, Stanisław Sadowski (1919, Witanowice – 1941, Auschwitz).

    Wspomniany rektor seminarium, o. Stanisław Wierzbica, uniknął aresztowania. Od 1941 r., pod zmienionym nazwiskiem, ukrywał się przed Gestapo, a aresztowany został dopiero po zakończeniu działań wojennych w 1945 r. przez rosyjskie okupacyjne władze komunazistowskie (był torturowany). Donosiciel, Mayer, po aresztowaniach został przez Niemców na krótko— do 19.vi.1941 r. — nominowany zarządcą domu zakonnego…

    Dla większości aresztowanych w Ołtarzewie w 1941 r. rozpoczęła się ich ostatnia droga — krzyżowa — polskiego duchowieństwa wieku XX. Śmierci w niemieckich obozach koncentracyjnych uniknąć miało tylko dwóch współbraci zakonnych — wszyscy pozostali, wymienieni powyżej z imienia i nazwiska, zginęli…

    Opuszczając Ołtarzew w asyście niemieckich oprawców Józef miał powiedzieć do żegnających go współbraci: „Do zobaczenia w niebie”…

    Wszystkich zatrzymanych osadzono na Pawiaku, osławionym jeszcze za czasów carskich warszawskim więzieniu, które stało się największym więzieniem politycznym na terenie okupowanej przez Niemców Polski (okupacja rosyjska miała oczywiście swoje odpowiedniki…).

    Tam Józef być może spotkał się — albo przynajmniej słyszał o jego przetrzymywaniu — z aresztowanym 17.ii.1941 r. o. Maksymilianem Kolbe (1894, Zduńska Wola – 1941, Auschwitz), z zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych (łac. Ordo Fratrum Minorum Conventua­lium – OFMConv), czyli franciszkanem konwentualnymi z klasztoru w Niepokalanowie

    Ponieważ Pawiak był formalnie „tylko” więzieniem śledczym przetrzymywani więźniowie mogli zachować własne ubrania. Józef zatem zatrzymał prawd. habit zakonny i zachował przez cały czas aresztu…

    Przesłuchiwano go zapewne w siedzibie Gestapo przy ul. Szucha w Warszawie. Był torturowany — dla wyciągnięcia zeznań Niemcy wykorzystywali nieraz nawet wiertarki, wiercąc nimi dziury w podniebieniach nieszczęśników. Mimo to w grypsie do współbraci więzionych w innych celach napisał: „Jestem szczęśliwy”…

    Po dwóch tygodniach, 28.v, zawieziono go — wraz ze wspomnianym o. Maksymilianem Kolbe i wszystkimi aresztowanymi w Ołarzewie współbraćmi — transportem do niemieckiego obozu zagłady (niem. KonzentrationslagerKL Auschwitz–Birkenau, znajdującego się już na terytorium Niemiec, poza granicami Generalnego Gubernatorstwa — na obszarze bezpośrednio po agresji w 1939 r. przyłączonym przez Niemców do Rzeszy — najpierw w niemieckiej niem. Provinz Schlesien (pl. Prowincja Śląsk), ze stolicą we Wro­cławiu, a od 1941 r. w niemieckiej prowincji niem. Provinz Oberschlesien (pl. Prowincja Górny Śląsk), ze stolicą w Katowicach.

    W obozie prawd. witał ich zastępca komendanta, Karol (niem. KarlFritzsch (1903, Nassengrub – 1945?, Berlin?):

    Przybyliście tutaj nie do sanatorium, tylko do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia, jak przez komin […] Z prawdziwą przyjemnością przepędzimy was wszystkich przez ruszty pieców krematoryjnych.

    Dla nas wszyscy razem nie jesteście ludźmi, tylko kupą gnoju […]

    Jeśli się to komuś nie podoba, to może iść zaraz na druty.

    Jeśli są w transporcie Żydzi to mają prawo żyć nie dłużej, niż dwa tygodnie, księża miesiąc, reszta trzy miesiące…

    Zaraz potem prawd. zdarto z niego zakrwawione już ubranie zakonne. Następnie wytatuowano mu na przedramieniu numer obozowy: 16895. KL Auschwitz był jedynym obozem, gdzie Niemcy tatuowali więźniów — albo na lewym przedramieniu, albo na lewej piersi. Robili to za pomocą zamoczonego w tuszu metalowego stempla, do którego wkładano wymienne płytki z igłami, tworzące oddzielne cyfry.

    Józef otrzymał też „pasiak” — czyli obozowy ubiór — z naszytym czerwonym trójkątem, tzw. „winklem”, z literą „P”, na oznaczenie więźnia politycznego, Polaka…

    Przez pięć miesięcy poddawany był okrutnemu reżimowi pracy, nieustannego głodu i ciągłych upokorzeń. Wycieńczony, torturowany fizycznie i duchowo, moralnie miażdżony.

    Jeden ze współwięźniów tak opisywał tamte dni w KL Auschwitz: „Pracując przy wydobywaniu żwiru z Soły, mogliśmy obserwować komando zapędzane do wycinania łoziny z brzegów rzeki. Brodząc w wodzie musieli tamci więźniowie szybko — bo w Oświęcimiu wszystko musiało dziać się schnell — ciąć łozę, wiązać ją w wielkie pęki i dźwigać na plecach. Komando to składało się z ludzi z bloku 14, z naszych sąsiadów i innych”… Opowiadał o losach o. Maksymiliana Kolbe, ale z nim cierpieli i inni. Wśród nich ks. Józef…

    Niewolniczo pracował też przy rozbiórce polskich budynków w oddalonej o ok. 4 km od głównego obozu wsi Babice, skąd w iv.1941 r. Niemcy wysiedlili polskich mieszkańców i wywieźli ich do Generalnego Gubernatorstwa, gdzie następnie rękami więźniów KL Auschwitz wyburzyli większą część zagród i utworzyli „majątek dworski”, czyli gospodarstwo rolne, i gdzie później, w iii.1943 r., powstał podobóz „Wirtschaftshof Babitz”.

    Naoczni świadkowie zapamiętali, iż prześladowania, poniżenia i udręki, zadawane mu z nienawiści do wiary i kapłaństwa, znosił z godnością i spokojem.

    Postępował zgodnie z zapisanymi przez siebie kiedyś słowami: „Pragnę kochać Boga nad życie. Oddam je chętnie w każdym czasie, ale bez gorącej i wielkiej miłości Boga nie chciałbym iść na drugi świat”… I tę miłość zachował do końca…

    Zdołał jeszcze wysłać kilka listów do swojej matki, z których sześć dotarło. Wszystkie oczywiście podlegały ostrej, niemieckiej obozowej cenzurze. Pisał, iż jest zdrowy. Prosił o modlitwę i paczki z pomocą materialną — dla siebie i dla więzionych współbraci…

    Ponoć nawet oprawcy dziwili się jego pokornej postawie. Pewnie dlatego, by go złamać, 15.x.1941 r. zainteresował się nim słynący z okrucieństwa kapo komanda (niem. Kommando) roboczego — czyli podstawowej komórki niewolniczej pracy obozowej, składającej się do kilkudziesięciu więźniów, na czele których stał więzień funkcyjny, kapo — codziennie niewolniczo tworzącego na rzecz Niemców „majątek dworski” Babice, niejaki Henryk (niem. Heinrich) Krott. Krott (ur. 1909), zwany przez więźniów „krwiożercą”, do KL Auschwitz przywieziony został 29.viii.1940 r. z innego niemieckiego obozu koncentracyjnego, KL Sachsenhausen k. Berlina, w transporcie 100 niemieckich więźniów politycznych, kryminalnych i tzw. asocjalnych, z przeznaczeniem do obsadzenia funkcji obozowych, takich jak Blockführer (pl. nadzorca bloku) — czyli blokowy — czy kapo. Otrzymali obozowe numery 3188–3287Biuro ds. Byłych Więźniów, Archiwum Muzeum Auschwitz–Birkenau.

    Krott poddał Józefa okrutnym torturom…

    Charakter tego człowieka i charakter jego „pracy” najlepiej oddaje utrwalony w pamięci wcześniejszy incydent związany z o. Maksymilianem Kolbe. Pracował on w tym samym komandzie, przy wyrębie drzew i znoszeniu bali i gałęzi, wykorzystywanych przy konstrukcji płotów. Więźniowie zmuszani byli do dźwigania na plecach po kilkadziesiąt kilogramów drewna. Po zaniesieniu po następną partię musieli wracać do lasu, ok. pół kilometra, drogą pełną wertepów, biegiem. Co kilka kroków stali vorarbeiterzy, czyli funkcyjni starsi więźniowie, pomocnicy kapo, i długimi kijami bili tych, którzy słabli. Gdy zasłabł o. Kolbe kapo Krott nakazał załadować mu na plecy podwójną ilość gałęzi, a gdy znów padł kopał go do nieprzytomności — po twarzy i brzuchu. Podczas przerwy obiadowej kazał o. Kolbe położyć się na kłodzie drzewa, po czym wymierzył mu pięćdziesiąt razów…

    Następnego dnia po pobiciu przez „krwawego Krotta”, 16.x.1941 r., Józef Jankowski zmaltretowany, zakatowany, odszedł do Pana.

    Według niektórych przypuszczeń mógł przez niemiecką „medyczną służbę obozową” zostać dobity — jak o. Maksymilian Kolbe — śmiertelym zastrzykiem…

    Ową „służbę obozową” nadzorował wówczas niem. Standortarzt (pl. naczelny lekarz) garnizonu SS, Oskar Dienstbach (1910, Usingen – 1945), późniejszy SS‑Hauptsturmführer. Kierował zespołem „lekarzy” — wsród których do iv.1942 r. wyróżniał się okrutny sadysta, dr Otto Heidl (1910 – 1955, Bohum) — oraz niem. Sanitätsdienstgrade (pl. sanitariusze) — SDG, składającą się głównie z niemieckich więźniów kryminalnych przeniesionych z innych obozów, ale także więźniów polskich, wyselekcjonowanych spośród przywożonych do KL Auschwitz.

    W viii.1941 r. Niemcy rozpoczęli próby zabijania ciężej chorych więźniów drogą dożylnych zastrzyków stężonego perhydrolueteru, wody utlenionej (nadtlenku wodoru), benzyny, ewipanu (heksobarbitalu) i fenolu. W 1942 r. metodę zabijania „udoskonalił” niemiecki lekarz, przybyły do bozu 11.xii.1941 r., SS‑Hauptsturmführer dr Fryderyk (niem. FriedrichEntress (1914,Poznań – 1947, Landsberg), który przy pomocy swojej załogi, w szczególności sanitariusza, SS‑Oberscharführer Józefa (niem. JosefKlehra (1904, Langenau – 1988, Leiferde), a także dwóch polskich pomocników, uśmiercił nawet do 25,000 więźniów, w tym dzieci, kobiet ciężarnych, matek bezpośrednio po porodzie, które zabijano wraz z ich nowo narodzonymi…

    Akt mordu, według wspomnień więźniów KL Auschwitz, miał następujący przebieg:

    Wiedziano, że dożylny zastrzyk 10 ml fenolu powodował śmierć […] Ale to ciągle było za dużo. Procedurę więc usprawniono i okazało się, że 3 ml fenolu prosto w serce były równie skuteczne. Co za oszczędność! […] Dosercowa metoda opracowana przez lekarzy SS była tak prosta, że nawet niewykwalifikowane osoby mogły ją przeprowadzać, takie jak SS Oberscharfuhrer Józef Klehr, który był tak głupi, że miał trudności z podpisaniem sięrelacja Tadeusza Paczuły, w „The Auschwitz Photographer”, Anna Dobrowolska

    Klehr, ubrany w biały lekarski fartuch, przyjmował każdego osobno w swoim ‘gabinecie’, ostrożnie zamykając za sobą drzwirelacja Wiesława Kielara, tamże

    Klehr [mówił] […]: ‘Proszę, niech pan siada. Za chwilę otrzyma pan zastrzyk przeciw tyfusowi’relacja Jana Weissa, tamże

    Więźnia sadzano na stołku. Dwóch ‘pielęgniarzy’ […] podchodziło do niego. Stojąc z tyłu jedną ręką chwytali za głowę siedzącego i zakrywając mu oczy odchylali ją do tyłu. Wciskając kolano w kręgosłup powodowali wypchnięcie piersi do przodu […] [Kat] wbijał strzykawkę prosto w sercerelacja Stanisława Głowy, tamże

    Mordów dokonywano zazwyczaj w jednym z pomieszczeń bloku nr 20, określanego jako Behandlungszimmer. Wspomniany „stołek” pełnił też rolę fotelu dentystycznego. Po zastrzyku półprzytomną ofiarę przenoszono do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie na podłodze umierała w pół minuty…

    o. Józef Jankowski mógł być jedną z pierwszych ofiar owego ludobójczego procederu. Zamordowany został więc zapewne, ciężko pobity i niezdolny do niewolniczej pracy, jeszcze dożylnie, a zastrzyku udzielić mu miał polski „sanitariusz”, Alfred Stössel (1915, Poznań – 1943, Auschwitz)…

    Ppor. Alfred Stössel był oficerem adiutantem dowódcy 20. Dywizji Artylerii Ciężkiej, wchodzącego w skład 9. Pułku Artylerii Ciężkiej dla 20. Dywizji Piechoty Wojska Polskiego. Prawd. brał udział w obronie Warszawy w ix.1939 r. Uniknął internowania i w 1940 r. próbował przedostać się na Węgry, a stamtąd do Francji, gdzie formowało się polskie wojsko. Został jednak przez Niemców ujęty i osadzony m.in. w więzieniu w Tarnowie. Stamtąd 14.iv.1940 r. został zawieziony do KL Auschwitz.

    Był to pierwszy masowy transport 753 polskich więźniów do nowo powstającego obozu (po drodze uciekło 25 z nich).

    Stössel otrzymał numer  435 i przydział, jako pielęgniarz–sanitariusz, do szpitala obozowego. Został kapo bloku (baraku) zakaźnego nr 20 (później 28). W tej roli przyszło mu wypełniać rozkazy niemieckich nadzorców i dobijać więźniów śmiertelnymi zastrzykami…

    Zanim to jednak nastąpiło w nocy z 21 na 22.ix.1940 r. do KL Auschwitz przyjechał transport więźniów, wśród których znajdował się rotmistrz Witold Pilecki (1901, Ołoniec – 1948, Warszawa), który z polecenia Polskiego Państwa Podziemnego dał się dobrowolnie zatrzymać przez Niemców w łapance. Jego zadaniem było przygotowanie raportu o obozie KL Auschwitz dla polskiego podziemia, ale zaraz po przyjeździe zaczął tworzyć obozową konspirację. Zorganizował Związek Organizacji Wojskowej ZOW.

    ZOW został zorganizowany w systemie tzw. „piątek”. Pilecki pisał później: „Każda […] z ‘piątek’ nie wiedziała nic o ‘piątkach’ innych […], rozwijała się samodzielnie, rozgałęziając się tak daleko, jak ją sumą energii i zdolności jej członków plus zdolności kolegów stojących na szczeblach niższych, a przez ‘piątkę’ stale dobudowywanych, naprzód wypychały”…

    Pierwsza „piątka” — w jakimś sensie najważniejsza, którą Pilecki darzył absolutnym zaufaniem — powstała już jesienią 1940 r. Jednym z jej członków był wspomniany Alfred Stössel…

    Stössel m.in. w piwnicy oddziału zakażnego bloku szpitalnego zainstalował konspiracyjną radiostację…

    28.x.1942 r., tuż po największej zbiorowej egzekucji w historii obozu — zamordowano 280 więźniów, w tym paru „sanitariuszy” — Niemcy, na podstawie donosu, wyrzucili go z bloku szpitalnego i osadzili w podziemiach bloku nr 11, zwanego przez więźniów „Blokiem Śmierci”. W tamtejszych piwnicach, gdzie mieścił się obozowy areszt, Niemcy, podejrzewając go o działalność konspiracyjną, poddali go okrutnym przesłuchaniom. Nikogo nie zdradził. Rotmistrz Pilecki wspominał: „Alfred Stössel miał pewną przykrą manię, lecz trzeba mu oddać sprawiedliwość, że dzielnie znosił tortury — badania w bunkrach i nie powiedział ani słowa, choć wiedział bardzo wiele”. 3.iii.1943 r. został zamordowany przed tzw. Ścianą Straceń

    Rotmistrz Pilecki, dobrowolny więzień KL Auschwitz, twórca tamtejszego ruchu oporu, uciekł z obozu, złożył szereg raportów (część wysyłał jeszcze z obozu), wziął udział w Powstaniu Warszawskim. Jego losy spięte zostały — jak okrutną symboliczną klamrą, odzwierciedlającą losy Polaków w czasach II wojny światowej — aresztowaniem przez nowego okupanta, Rosjan i ich namiestników, komunazistowskich władz państwa zwanego prl. I z ich rozkazu kulą w głowę…

    Tragiczną klamrą los spiął też życie Alfreda Stössela, bohatera konspiracyjnego ruchu oporu w KL Auschwitz, a jednocześnie pielęgniarza–sanitariusza zmuszanego przez Niemców do wykonywania śmiertelnych zastrzyków wyselekcjonowanym więźniom.

    Jednym z nich był Józef Jankowski i zapewne z nieba, gdzie go Pan powołał, modli się za duszę swego kata…

    Śmierć Józefa nastąpiła tego samego dnia, w tym samym miejscu — w niemieckim obozie koncentracyjnym KL Auschwitz — gdzie śmierć poniósł inny współwięzień, przywieziony do obozu zaledwie miesiąc wcześniej, współbrat Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów (łac. Ordo Fratrum Minorum Capuccinorum – OFMCap), czyli kapucyn, o. Anicet Kopliński (1875, Frydląd/Debrzno – 1941, Auschwitz). Czy się w KL Auschwitz poznali? Nie wiadomo…

    Spełniły się pragnienia Józefa, wyrażane ongiś, przed święceniami, w listach do rodziców. Zaiste „kochał Boga nad życie” i „oddał je chętnie”, bowiem Stwórca wysłuchał jego modlitwy i dał mu odejść „na drugi świat” opromienionym „gorącą i wielką miłością Boga”…

    Jego ciało spalono w krematorium…

    Obietnica i groźba zastępcy komendanta KL Auschwitz, Karola Fritzscha nie była czczą przechwałką. Z wymienionych w tym tekście duchownych, przywiezionych do KL Auschwitz 28.v.1941 r. jeden zginął już w vii.1941 r. (o. Jan Szambelańczyk), jeden w viii.1941 r. (o. Maksymilian Kolbe), jeden w x.1941 r. (o. Józef Jankowski), czterech w xi.1941 r. (o. Franciszek Kilian, br. Bernard Kowalski, br. Jan Wąsik i kl. Stanisław Sadowski), jeden w iii.1942 r. (o. Norbert Jan Pellowski), jeden w iv.1942 r. (br. Bronisław Regulski) i jeden w viii.1942 r. (br. Piotr Bochenek). Jeden zginął później, w ii.1945 r., w niemieckim obozie koncentracyjnym (niem. KonzentrationslagerKL Dachau (br. Stanisław Małaczek)…

    Józef został beatyfikowany 13.vi.1999 r., w Warszawie, przez św. Jana Pawła II, w gronie 108 polskich męczenników II wojny światowej. Był wśród nich i o. Anicet Kopliński i współbrat o. Józef Stanek

    Papież wołał tego dnia:

    [W akcie beatyfikacji] niejako odżywa w nas wiara, że bez względu na okoliczności, we wszystkim możemy odnieść pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłowałpor. Rz 8, 37.

    Błogosławieni męczennicy wołają do naszych serc: Uwierzcie, że Bóg jest miłością! Uwierzcie na dobre i na złe! Obudźcie w sobie nadzieję! Niech ta nadzieja wyda w was owoc wierności Bogu we wszelkiej próbie!

    Raduj się, Polsko, z nowych błogosławionych […]

    Spodobało się Bogu ‘wykazać przemożne bogactwo Jego łaski na przykładzie dobroci’ twoich synów i córek w Chrystusie Jezusiepor. Ef 2, 7. Oto ‘bogactwo Jego łaski’, oto fundament naszej niewzruszonej ufności w zbawczą obecność Boga na drogach człowieka w trzecim tysiącleciu!

    Jemu niech będzie chwała na wieki wieków”…

    Józef Jankowski jest patronem miasta i gminy Brusy. Z okazji ogłoszenia o. Józefa — przez bpa Jana Bernarda Szlagę (ur. 1940, Gdynia) — patronem Brus ułożono specjalną modlitwę w intencji miasta:

    Wszechmogący Wieczny Boże, daj wszystkim mieszkańcom ducha gorliwości religijnej, aby żyli pobożnie i zawsze kierowali się zasadami moralnymi naszej świętej wiary katolickiej. Spraw, aby wśród nas nie było nikogo, kto nie szanowałby ludzkiego życia; kto pogrążony w nałogach, zwłaszcza w alkoholizmie, zapomniałby o swoich obowiązkach wobec rodziny i Ojczyzny…”

    I niech za wstawiennictwem bł. Józefa Jankowskiego niech tak się stanie…

    Parafia św. Zygmunta w Słomczynie

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 października

    Święta Teresa od Jezusa,
    dziewica i doktor Kościoła

    Święta Teresa od Jezusa

    Teresa de Cepeda y Ahumada urodziła się 28 marca 1515 r. w Hiszpanii. Pochodziła ze szlacheckiej i zamożnej rodziny zamieszkałej w Avila. Miała dwie siostry i dziewięciu braci. Czytanie żywotów świętych tak rozbudziło jej wyobraźnię, że postanowiła uciec do Afryki, aby tam z rąk Maurów ponieść śmierć męczeńską. Miała wtedy zaledwie 7 lat. Zdołała namówić do tej wyprawy także młodszego od siebie brata, Rodriga. Na szczęście wuj odkrył ich plany i w porę zawrócił oboje do domu. Kiedy przygoda się nie powiodła, Teresa obrała sobie na pustelnię kącik w ogrodzie, by naśladować dawnych pokutników i pustelników. Mając 12 lat przeżyła śmierć matki. Pisała o tym w swej biografii: “Gdy mi umarła matka… rozumiejąc wielkość straty, udałam się w swoim utrapieniu przed obraz Matki Bożej i rzewnie płacząc, błagałam Ją, aby mi była matką. Prośba ta, choć z dziecinną prostotą uczyniona, nie była – zdaje mi się – daremną, bo ile razy w potrzebie polecałam się tej wszechwładnej Pani, zawsze w sposób widoczny doznawałam jej pomocy”.
    Jako panienka, Teresa została oddana do internatu augustianek w Avila (1530). Jednak ciężka choroba zmusiła ją do powrotu do domu. Kiedy poczuła się lepiej, w 20. roku życia wstąpiła do klasztoru karmelitanek w tym samym mieście. Ku swojemu niezadowoleniu zastała tam wielkie rozluźnienie. Siostry prowadziły życie na wzór wielkich pań. Przyjmowały liczne wizyty, a ich rozmowy były dalekie od ducha Ewangelii. Już wtedy powstała w Teresie myśl o reformie. Złożyła śluby zakonne w roku 1537, ale nawrót poważnej choroby zmusił ją do chwilowego opuszczenia klasztoru. Powróciła po roku. Wkrótce niemoc dosięgła ją po raz trzeci, tak że Teresa była już bliska śmierci. Jak wyznaje w swoich pismach, została wtedy cudownie uzdrowiona. Pisze, że zawdzięcza to św. Józefowi. Odtąd będzie wyróżniać się nabożeństwem do tego właśnie świętego. Choroba pogłębiła w Teresie życie wewnętrzne. Poznała znikomość świata i nauczyła się rozumieć cierpienia innych. Podczas długich godzin samotności i cierpienia zaczęło się jej życie mistyczne i zjednoczenie z Bogiem. Utalentowana i wrażliwa, odkryła, że modlitwa jest tajemniczą bramą, przez którą wchodzi się do “twierdzy wewnętrznej”. Mistyczka i wizjonerka, a jednocześnie osoba o umysłowości wielce rzeczowej i praktycznej.
    Pewnego dnia, w 1557 r., wpatrzona w obraz Chrystusa ubiczowanego, Teresa doznała przemiany wewnętrznej. Uznała, że dotychczasowe ponad 20 lat spędzone w Karmelu nie było życiem w pełni zakonnym. Zrozumiała także, że wolą Bożą jest nie tylko jej własne uświęcenie, ale także uświęcenie jej współsióstr; że klasztor powinien być miejscem modlitwy i pokuty, a nie azylem dla wygodnych pań. W owym czasie Teresa przeżywała szczyt przeżyć mistycznych, które przekazała w swoich pismach. W roku 1560 przeżyła wizję piekła. Wstrząsnęła ona nią do głębi, napełniła bojaźnią Bożą oraz zatroskaniem o zbawienie grzeszników i duchem apostolskim ratowania dusz nieśmiertelnych. Miała szczęście do wyjątkowych kierowników duchowych: św. Franciszka Borgiasza (1557) i św. Piotra z Alkantary (1560-1562), który właśnie dokonywał reformy w zakonie franciszkańskim.
    Teresa zabrała się najpierw do reformy domu karmelitanek w Avila. Kiedy jednak zobaczyła, że to jest niemożliwe, za radą prowincjała karmelitów i swojego spowiednika postanowiła założyć nowy dom, gdzie można by było przywrócić pierwotną obserwancję zakonną. Na wiadomość o tym zawrzało w jej klasztorze. Wymuszono na prowincjale, by odwołał zezwolenie. Teresę przeniesiono karnie do Toledo. Reformatorka nie zamierzała jednak ustąpić. Dzięki pomocy św. Piotra z Alkantary otrzymała od papieża Piusa IV breve, zezwalające na założenie domu pierwotnej obserwy. W roku 1562 zakupiła skromną posiadłość w Avila, dokąd przeniosła się z czterema ochotniczkami. W roku 1567 odwiedził Avila przełożony generalny karmelitów, Jan Chrzciciel de Rossi. Ze wzruszeniem wysłuchał wyznań Teresy i dał jej ustne zatwierdzenie oraz zachętę, by zabrała się także do reformy zakonu męskiego. Ponieważ przybywało coraz więcej kandydatek, Teresa założyła nowy klasztor w Medina del Campo (1567).
    Tam spotkała neoprezbitera-karmelitę, 25-letniego o. Jana od św. Macieja (to przyszły św. Jan od Krzyża, reformator męskiej gałęzi Karmelu). On również bolał nad upadkiem obserwancji w swoim zakonie. Postanowili pomagać sobie w przeprowadzeniu reformy. Bóg błogosławił reformie, gdyż mimo bardzo surowej reguły zgłaszało się coraz więcej kandydatek. W roku 1568 powstały klasztory karmelitanek reformowanych w Malagon i w Valladolid, w roku 1569 w Toledo i w Pastrans, w roku 1570 w Salamance, a w roku 1571 w Alba de Tormes. Z polecenia wizytatora apostolskiego Teresa została mianowana przełożoną sióstr karmelitanek w Avila, w klasztorze, w którym odbyła nowicjat i złożyła śluby. Zakonnic było tam ok. 130. Przyjęły ją niechętnie i z lękiem. Swoją dobrocią i delikatnością Teresa doprowadziła jednak do tego, że i ten klasztor przyjął reformę. Pomógł jej w tym św. Jan od Krzyża, który został mianowany spowiednikiem w tym klasztorze.

    Święta Teresa od Jezusa

    Nie wszystkie klasztory chciały przyjąć reformę. Siostry zmobilizowały do “obrony” wiele wpływowych osób. Doszło do tego, że Teresie zakazano tworzenia nowych klasztorów (1575). Nałożono na nią nawet “areszt domowy” i zakaz opuszczania klasztoru w Avila. Nasłano na nią inkwizycję, która przebadała pilnie jej pisma, czy nie ma tam jakiejś herezji. Nie znaleziono wprawdzie niczego podejrzanego, ale utrzymano zakaz opuszczania klasztoru. W tym samym czasie prześladowanie i niezrozumienie dotknęło również św. Jana od Krzyża, którego więziono i torturowano.
    Klasztor w Avila otrzymał polecenie wybrania nowej ksieni. Kiedy siostry stawiły opór, 50 z nich zostało obłożonych klątwą kościelną. Teresa jednak nie załamała się. Nieustannie pisała listy do władz duchownych i świeckich wszystkich instancji, przekonując, prostując oskarżenia i błagając. Dzieło reformy zostało ostatecznie uratowane. Dzięki możnym obrońcom zdołano przekonać króla i jego radę. Król wezwał nuncjusza papieskiego i polecił mu, aby anulował wszystkie drastyczne zarządzenia wydane względem reformatorów (1579). Teresa i Jan od Krzyża odzyskali wolność. Mogli bez żadnych obaw powadzić dalej wielkie dzieło. Karmelici i karmelitanki zreformowani otrzymali osobnego przełożonego prowincji. Liczba wszystkich, osobiście założonych przez Teresę domów, doszła do 15. Św. Jan od Krzyża zreformował 22 klasztory męskie. Grzegorz XIII w roku 1580 zatwierdził nowe prowincje: karmelitów i karmelitanek bosych.
    Pan Bóg doświadczył Teresę wieloma innymi cierpieniami. Trapiły ją nieustannie dolegliwości ciała, jak choroby, osłabienie i gorączka. Równie ciężkie były cierpienia duchowe, jak oschłości, skrupuły, osamotnienie. Wszystko to znosiła z heroicznym poddaniem się woli Bożej.
    Zmarła 4 października 1582 r. w wieku 67 lat w klasztorze karmelitańskim w Alba de Tormes koło Salamanki. Tam, w kościele Zwiastowania NMP, znajduje się jej grób. Została beatyfikowana w roku 1614 przez Pawła V, a kanonizował ją w roku 1622 Grzegorz XV.Św. Teresa Wielka ma nie tylko wspaniałą kartę jako reformatorka Karmelu, ale też jako autorka wielu dzieł. Kiedy 27 września 1970 r. Paweł VI ogłosił ją doktorem Kościoła, nadał jej tytuł “doktora mistycznego”. Zasłużyła sobie na ten tytuł w całej pełni. Zostawiła bowiem dzieła, które można nazwać w dziedzinie mistyki klasycznymi. W odróżnieniu od pism św. Jana od Krzyża, jej styl jest prosty i przystępny. Jej dzieła doczekały się przekładów na niemal wszystkie języki świata. Do najważniejszych jej dzieł należą: Życie (1565), Sprawozdania duchowe (1560-1581), Droga doskonałości (1565-1568), Twierdza wewnętrzna (1577), Podniety miłości Bożej (1571-1575), Wołania duszy do Boga (1569), Księga fundacji (1573-1582) i inne pomniejsze. Św. Teresa Wielka zostawiła po sobie także poezje i listy. Tych ostatnich było wiele. Do naszych czasów zachowało się 440 jej listów.
    Św. Teresa z Avila jest patronką Hiszpanii, miast Avila i Alba de Tormes; karmelitów bosych, karmelitów trzewiczkowych, chorych – zwłaszcza uskarżających się na bóle głowy i serce, dusz w czyśćcu cierpiących.
    W ikonografii św. Teresa przedstawiana jest w habicie karmelitanki. Jej atrybutami są: anioł przeszywający jej serce strzałą miłości, gołąb, krzyż, pióro i księga, napis: Misericordias Domini in aeternum cantabo, strzała.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    14 października

    Święta Małgorzata Maria Alacoque, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Kalikst I, papież i męczennik
      •  Błogosławiony Radzim Gaudenty, biskup
    ***
    Święta Małgorzata Maria Alacoque

    Małgorzata urodziła się 22 lipca 1647 r. w Burgundii (Francja). Kiedy Małgorzata miała zaledwie 4 lata, złożyła ślub dozgonnej czystości. Jej ojciec był notariuszem i sędzią. Zmarł, gdy Małgorzata miała 8 lat. Oddano ją wtedy do kolegium klarysek w Charolles. Ciężka choroba zmusiła ją jednak do powrotu do domu. Oddana z kolei na wychowanie do apodyktycznego wuja i gderliwych ciotek, wiele od nich wycierpiała. Choroba trwała cztery długie lata. Dziecko dojrzało w niej duchowo. Nie pociągał jej świat, czuła za to wielki głód Boga. Pragnęła też gorąco poświęcić się służbie Bożej. Musiała jednak pomagać w domu swoich opiekunów. Marzenie jej spełniło się dopiero kiedy miała 24 lata. Wstąpiła wtedy do Sióstr Nawiedzenia (wizytek) w Paray-le-Monial. Zakon ten założyli św. Franciszek Salezy (+ 1622) i św. Joanna Chantal (+ 1641), a przez 40 lat kierownictwo duchowe nad nim miał św. Wincenty a Paulo (+ 1660). Małgorzata otrzymała habit zakonny 25 sierpnia 1671 r. Musiała wyróżniać się wśród sióstr, skoro dwa razy piastowała urząd asystentki przełożonej, a w latach 1685-1687 była mistrzynią nowicjuszek.
    Małgorzata była mistyczką – od 21 grudnia 1674 r. przez ponad półtora roku Pan Jezus w wielu objawieniach przedstawiał jej swe Serce, kochające ludzi i spragnione ich miłości. Chrystus żądał od Małgorzaty, by często przystępowała do Komunii świętej, jak tylko pozwoli jej na to posłuszeństwo, a przede wszystkim tego, by przyjmowała Go w Komunii świętej w pierwsze piątki miesiąca. Polecał także, aby w każdą noc z czwartku na pierwszy piątek uczestniczyła w Jego śmiertelnym konaniu w Ogrójcu między godziną 23 a 24: “Upadniesz na twarz i spędzisz ze Mną jedną godzinę. Będziesz wzywała miłosierdzia Bożego dla uproszenia przebaczenia grzesznikom i będziesz się starała osłodzić mi choć trochę gorycz, jakiej doznałem”.
    W związku z otrzymanym orędziem i poleceniem, aby ustanowiono święto czczące Jego Najświętsze Serce oraz przystępowano przez 9 miesięcy do pierwszopiątkowej Komunii św. wynagradzającej, Małgorzata doznała wielu przykrości i sprzeciwów. Nawet jej przełożona nie wierzyła w prawdziwość objawień. Dopiero w 1683 r., gdy wybrano nową przełożoną, Małgorzata mogła rozpocząć rozpowszechnianie Bożego przesłania. Od 1686 r. obchodziła święto Najświętszego Serca Jezusa i rozszerzyła je na inne klasztory sióstr wizytek. Z jej inicjatywy wybudowano w Paray-le-Monial kaplicę poświęconą Sercu Jezusa.
    Małgorzata zmarła 17 października 1690 r. po 43 latach życia, w tym 18 latach profesji. Beatyfikował ją Pius IX (1864), kanonizował Benedykt XV (1920). Wraz ze św. Janem Eudesem jest nazywana “świętą od Serca Jezusowego”. Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa został uznany oficjalnie w 1765 r. przez Klemensa XIII.
    W ikonografii św. Małgorzata Maria przedstawiana jest w czarnym habicie wizytek, w rękach trzyma przebite serce.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Serce, które umiłowało ludzi…

    – św. Małgorzata Alacoque

    Serce, które umiłowało ludzi... - św. Małgorzata Alacoque

    św. Małgorzata Maria Alacoque/Ar Gwennek (PD)

    ***

    Paray-le Monial to małe miasteczko położone w Burgundii. W średniowieczu region ten stanowił centrum życia religijnego. Najcenniejszą ozdobą miasta jest piękna, kamienna bazylika, zbudowana przez zakonników z Cluny na przestrzeni XI i XII wieku.

    Ale Paray-le Monial znane jest na całym świecie przede wszystkim dzięki wydarzeniom, które rozegrały się w jego murach w XVII wieku.Wtedy to skromna i zapomniana przez ludzi kaplica klasztoru Sióstr Wizytek, znajdująca się w cieniu słynnej romańskiej bazyliki, została wybrana przez Boga jako miejsce objawień.

    U źródeł powołania

    Małgorzata Maria Alacoque, której Jezus objawił swoje Serce, urodziła się 22 lipca 1647 r. w Lauthecour, miejscowości oddalonej o 30 km od Paray-le Monial. Po śmierci ojca, który osierocił siedmioro dzieci, ośmioletnia Małgorzata została oddana do kolegium klarysek w Charolles. Kiedy ciężko zachorowała, musiała opuścić to miejsce i trafiła do apodyktycznego wuja. Przez cztery lata ciężkiej choroby dziewczynka dojrzewała duchowo i gorąco pragnęła poświęcić się Bogu. Jej marzenie spełniło się dopiero w wieku 24 lat.

    Objawienia

    Dwa lata po otrzymaniu habitu zakonnego, w 1673 roku, kiedy siostra Małgorzata w chórze klasztornym adorowała Najświętszy Sakrament, Jezus objawił jej się po raz pierwszy. Otworzył swoją pierś i powiedział: „Moje Boskie Serce płonie tak silną miłością ku ludziom, że nie może dłużej utrzymać tych gorących płomieni, zamkniętych w moim łonie. Ono pragnie je rozlać za twoim pośrednictwem i pragnie wzbogacić ludzi swoimi skarbami”. Podczas tego objawienia Jezus wziął serce Małgorzaty i umieścił je symbolicznie w swoim Sercu, a następnie oddał jej serce gorące.

    Podczas drugiego objawienia, kiedy Święta ujrzała Serce Boże na tronie, jaśniejące jak słońce, Pan Jezus objawił jej, że chce, by w Kościele wprowadzono nowe nabożeństwo i wyjaśnił: „To nabożeństwo jest ostatnim wysiłkiem Mojej miłości i będzie dla ludzi jedynym ratunkiem w tych ostatnich czasach”.

    Przy kolejnym objawieniu Pan Jezus ukazał się, jaśniejący chwałą, ze stygmatami pięciu ran, błyszczącymi jak słońce. Z Jego świętej postaci biły promienie, a z piersi – płomienie jakby z ogniska gorejącego. Pan Jezus rozwarł swoją pierś i ukazał swe Serce, które było źródłem tych promieni. Małgorzata usłyszała: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, a w zamian za to otrzymuje wzgardę i zapomnienie. Ty przynajmniej staraj się mi zadośćuczynić, o ile to będzie w twojej mocy, za ich niewdzięczność”. Jezus polecił Małgorzacie, by często, a zwłaszcza w pierwsze piątki miesiąca, przystępowała do Komunii świętej, a w każdą noc z czwartku na pierwszy piątek miesiąca uczestniczyła w jego konaniu w Ogrójcu między godziną 23.00 a 24.00: „Upadniesz na twarz i przepędzisz ze Mną jedną godzinę. Będziesz wzywała miłosierdzia Bożego dla uproszenia przebaczenia grzesznikom i będziesz się starała osłodzić mi choć trochę gorycz, jakiej doznałem”.

    Święto ku czci Serca Pana Jezusa

    Przy ostatnim objawieniu w 1675 roku Pan Jezus zażądał, żeby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był poświęcony jako osobne święto na uczczenie Jego Serca i na wynagrodzenie Mu przez Komunię świętą i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznawał, gdy w czasie oktawy był wystawiany na ołtarzach. W zamian za to obiecał Małgorzacie, że Jego Serce wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób Jego Sercu oddadzą cześć lub przyczynią się do rozszerzenia święta.

    Małgorzata, poruszona do głębi obrazem zranionego Serca Jezusa i jako świadek gorącej miłości, jaką ono płonie, głosiła aż do śmierci, która nastąpiła 17 października 1690 roku, powierzone jej orędzie. Jej ciało pochowano na terenie klasztoru; w czasie procesu beatyfikacyjnego przeprowadzono ekshumację. Obecnie szczątki Świętej spoczywają w ołtarzu kaplicy klasztornej, pod relikwiarzem z jej woskową podobizną.

    Święto Serca Pana Jezusa zostało początkowo przez niektóre kręgi (np. przez jansenistów) uznane za herezję. Przez wiele lat milczała również Stolica Apostolska, pomimo próśb biskupów, bractw i zakonów. Pożądany skutek odniósł memoriał Episkopatu Polski, skierowany w roku 1765 do papieża Klemensa XIII. Papież zezwolił najpierw na obchodzenie święta wizytkom, a później całej Polsce. Wprawdzie papież Pius IX w 1856 roku uznał święto Serca Pana Jezusa w całym Kościele, to jednak dopiero beatyfikacja Sługi Bożej Małgorzaty Alacoque w 1864 roku, dokonana przez papieża Piusa IX, i kanonizacja w 1920 r. przez papieża Benedykta XV przyczyniły się do ostatecznej aprobaty tego święta. Jest ono ruchome, obchodzi się je w piątek po zakończeniu oktawy Bożego Ciała.

    wiara.pl
     

    _________________________________________________________________________________________


    14 października

    Święty Jan Ogilvie, prezbiter i męczennik

    Święty Jan Ogilvie

    Jan urodził się w Keith (północna Szkocja) w 1579 r. w protestanckiej rodzinie szlacheckiej. W wieku 15 lat został wysłany do Europy na naukę, którą rozpoczął we Francji, skąd w 1595 r. przeniósł się do Leuven (obecnie Belgia), a potem do Ratyzbony i Ołomuńca. Zdobyta wiedza filozoficzna i teologiczna spowodowała nawrócenie na katolicyzm. 24 grudnia 1599 r. wstąpił w Brnie do Towarzystwa Jezusowego. Od 1607 r. był wykładowcą w Wiedniu. Święcenia kapłańskie otrzymał w Paryżu w 1610 r. Później został wysłany do Rouen. Dwa lata starał się o to, by wyjechać na misje do rodzinnej Szkocji. Wreszcie przełożony zakonu, Klaudiusz Aquaviva, w listopadzie 1613 r. wyraził zgodę na wyjazd, mimo że podczas panowania Jakuba I Stuarta trwały w Anglii prześladowania katolików.
    W przebraniu żołnierza i pod przybranym nazwiskiem Watson, Jan dostał się do Leith (obecnie dzielnica Edynburga). Odprawiał Msze święte na terenie Renfrewshire (wschodnia Szkocja). Po jedenastu miesiącach działalności, 4 października 1614 r., został aresztowany w Brnie, zadenuncjowany przez fałszywego katolika. Był poddawany torturom, bo chciano, by podał nazwiska innych katolików. Próbowano go trzykrotnie złamać, ale wytrwał. Odmówił poddania się duchowej jurysdykcji króla, uznając jedynie prymat papieża. Nawracanie protestantów na wiarę katolicką uznano za zdradę stanu i 10 marca 1615 r. Jan został skazany na karę śmierci przez powieszenie. Egzekucję wykonano w dniu ogłoszenia wyroku w Glasgow, gdy św. Jana Ogilvie miał trzydzieści sześć lat. Został pochowany w zbiorowej mogile.
    Beatyfikował go papież Pius XI w dniu 22 grudnia 1929 r., a kanonizował 17 października 1976 r. papież Paweł VI.Do przykładu św. Jana Ogilvie odwołał się Benedykt XVI podczas wizyty apostolskiej w Wielkiej Brytanii. Podczas Mszy św. sprawowanej w Glasgow 16 września 2010 r. powiedział do szkockich kapłanów:Drodzy kapłani Szkocji, jesteście wezwani do świętości i do służenia ludowi Bożemu przez kształtowanie ich życia w tajemnicy krzyża Pana. Głoście Ewangelię czystym sercem i jasnym umysłem. Poświęcajcie się samemu Bogu, a staniecie się dla młodych ludzi jaśniejącymi przykładami świętego, prostego i radosnego życia: oni ze swej strony z pewnością zapragną przyłączyć się do was w waszej, pełnej gotowości służbie ludowi Bożemu. Niech przykład św. Jana Ogilviego, oddanego, pełnego samozaparcia i mężnego, będzie natchnieniem dla was wszystkich.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________________

    Nawrócony kalwinista, jezuita, męczennik – św. Jan Ogilvie

    Nawrócony kalwinista, jezuita, męczennik – św. Jan Ogilvie

    św. Jan Ogilvie SJ – Unknown author, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Ex calviniano catholicus. Kalwinista nawrócony na katolicyzm. Tak mówiono o św. Janie Ogilvie SJ, który przelał krew za wiarę na początku XVII wieku. Był jednym z wielu męczenników na wyspach brytyjskich, prześladowanych i zabitych za wierność papieżowi. Kościół wspomina go 14 października*.

    Przyszedł na świat w 1579 roku, w rodzinie kalwińskiej. Reformacja szkocka osiągnęła wtedy swój punkt kulminacyjny. Mając 13 lat udał się w podróż po Europie w celu zdobycia wykształcenia. Musiał mieć oficjalne pozwolenie, ale ze względu na ojca nie było podejrzeń, że jest wysłany w celu otrzymania formacji katolickiej, a to było prawdziwym powodem konieczności uzyskania pozwolenia.

    Wystarczyło mu kilka lat, żeby długa tradycja katolicka w jego rodzinie ostatecznie zwyciężyła w duszy młodego Jana. Mając 17 lat przeszedł na katolicyzm, potem został przyjęty do Kolegium Szkockiego w Douai. W 1599 wstąpił do jezuitów, do prowincji austriackiej. Po 11 latach formacji przyjął święcenia kapłańskie w 1610 roku.

    W 1613 roku, generał Acquaviva przychylił się do jego prośby i wysłał go do Szkocji. Pod koniec roku zszedł na ląd w porcie Leith, niedaleko Edynburga. Jego działalność apostolska w Szkocji trwała niecały rok. Prowadził ją w ukryciu, w ciągłym zagrożeniu bycia aresztowanym i uwiezionym. Wreszcie to, co było zagrożeniem, stało się faktem. Został pojmany i uwięziony. Przesłuchiwano go, próbując znaleźć powód oskarżenia. Jan zręcznie się bronił. Potem jednak chciano wydobyć z niego nazwiska osób, które go ukrywały i gościły. Zaczęto go torturować. Bito go i kłuto różnymi przedmiotami, żeby nie pozwolić mu spać przez osiem dni i dziewięć nocy. Czterech mężczyzn na zmianę pilnowało, żeby mógł odbyć to „czuwanie”. Dopiero gdy lekarze powiedzieli, że jest bliski śmierci, dano mu spokój.

    „Wiadomość o moim czuwaniu – pisał później Ogilvie – rozeszła się po całej Szkocji. Wielu się zagniewało i współczuło z powodu moich cierpień. Wielu przedstawicieli szlachty nalegało na mnie, abym zrobił to, czego oczekuje król, ale gdy usłyszeli racje przeciwne, dali sobie spokój”.

    Więzień został przewieziony do Glasgow i tam obchodzono się z nim lepiej. Było tam mniej straży i dlatego kartki zapisane przez Jana Ogilvie docierały do kobiet i krewnych jego współwięźniów i były swego rodzaju aktami męczeństwa, zapisanymi jego własną ręką. Proces musiał być skończony. Datę ostatecznych przesłuchań i wydania wyroku wyznaczono na 10 marca 1615 roku. Jan Ogilvie został skazany na śmierć  ‘na szubienicy’, którą należało „postawić na rynku, aby tam go powiesić, ściąć mu głowę i poćwiartować oraz wystawić na widok publiczny w czterech różnych miejscach”.

    Wiadomość o moim czuwaniu – pisał później Ogilvie – rozeszła się po całej Szkocji. Wielu się zagniewało i współczuło z powodu moich cierpień. Wielu przedstawicieli szlachty nalegało na mnie, abym zrobił to, czego oczekuje król, ale gdy usłyszeli racje przeciwne, dali sobie spokój

    Po usłyszeniu wyroku, Jan podziękował sędziemu, uścisnął go i udzielił błogosławieństwa. Podziękował też zaprzysiężonym. Nie zapomniał o podziękowaniu arcybiskupowi. Uścisnął mu dłoń i przebaczył z głębi serca. Polecił się modlitwie tajnych katolików, którzy byli na sali.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    13 października

    Błogosławiony Honorat Koźmiński, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Aleksandra Maria da Costa, dziewica
      •  Święty Teofil z Antiochii, biskup
    ***
    Błogosławiony Honorat Koźmiński

    Wacław Koźmiński urodził się 16 października 1829 r. w Białej Podlaskiej, w rodzinie inteligenckiej, jako drugi syn Stefana i Aleksandry z Kahlów. Miał także dwie młodsze siostry. Był bardzo zdolny, po ukończeniu gimnazjum w Płocku studiował na wydziale budownictwa warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Będąc w gimnazjum zaniechał praktyk religijnych, a w czasie studiów zupełnie stracił wiarę.
    23 kwietnia 1846 r. został aresztowany przez policję carską pod zarzutem udziału w spisku i osadzony w X pawilonie Cytadeli Warszawskiej. Wówczas ciężko zachorował; powracając do zdrowia, przemyślał dokładnie swoje życie i nawrócił się. Uwolniony z więzienia po blisko roku, podjął dalsze studia, a jednocześnie prowadził bardzo surowy tryb życia.
    Po ukończeniu studiów, 8 grudnia 1848 r. wstąpił do klasztoru kapucynów. Już 21 grudnia przyjął habit zakonny i otrzymał imię Honorat. Pierwszą profesję złożył dokładnie rok później. Chociaż pragnął być bratem zakonnym, przełożeni polecili mu, aby przygotowywał się do kapłaństwa. Po ukończeniu studiów teologicznych przyjął święcenia kapłańskie 27 listopada 1852 r. Wkrótce został mianowany profesorem retoryki oraz sekretarzem prowincjała, lektorem teologii i spowiednikiem nawracających się. Zasłynął w Warszawie jako znakomity rekolekcjonista i misjonarz ludowy. Pracując w III Zakonie św. Franciszka, gorliwie działał w kościołach Warszawy. Swoją głęboką religijnością i troską o człowieka zjednywał wielu ludzi dla Chrystusa.
    W 1861 roku, po kasacie zakonów przez władze carskie, o. Honorat został przewieziony do Zakroczymia pod Warszawą. Pomimo trudnych warunków tworzył tam dalej grupy tercjarek. Około 1889 r. zwrócił się do Stolicy Świętej o zatwierdzenie zgromadzeń bezhabitowych. W tym samym roku uzyskał aprobatę. Dzięki temu powstało 26 stowarzyszeń tercjarskich, z których na przestrzeni lat uformowały się liczne zgromadzenia zakonne. Ojciec Honorat stał się odnowicielem życia zakonnego i twórcą jego nowej formy zbliżonej do dzisiejszych instytutów świeckich. Poprzez swoje duchowe córki i synów starał się docierać do wszystkich środowisk i odrodzić w społeczeństwie ducha gorliwości pierwszych chrześcijan. Kierował tymi wspólnotami przez konfesjonał i korespondencję, ponieważ rząd carski nie pozwoliłby na formowanie się nowych zakonów, zaś w roku 1864 skasował zakon kapucynów, pozostawiając tylko klasztor w Zakroczymiu. Do dziś istnieją trzy zgromadzenia honorackie habitowe: felicjanki – powołane we współpracy z bł. Marią Angelą Zofią Truszkowską, serafitki i kapucynki oraz czternaście bezhabitowych, utajonych przed carskim zaborcą.
    Zgromadzenia o. Honorata podejmowały prace charytatywne i apostolskie, m.in. wśród młodzieży szkolnej i rzemieślniczej, w fabrykach, wśród ludu wiejskiego, w przytułkach dla ludzi starych i upośledzonych. Powstały w 1893 r. na terenie Królestwa ruch mariawitów zaszkodził opinii o. Honorata. Gdy w 1908 r. biskupi zreorganizowali jego zgromadzenia, a ich postanowienie zatwierdził Watykan, zalecając o. Honoratowi powstrzymanie się od dalszego kierowania nimi, przyjął to z pokorą i posłuszeństwem.

    Błogosławiony Honorat Koźmiński

    Ostatecznie osiadł w Nowym Mieście nad Pilicą. W 1895 r. został komisarzem generalnym polskiej prowincji kapucynów i przyczynił się do znacznego rozwoju zakonu. Jednocześnie prowadził intensywną pracę pisarską, zabierał głos w aktualnych sprawach, zajmował się zagadnieniami społecznymi. Był człowiekiem wielkiej gorliwości, jeśli chodzi o zbawienie dusz. Wiele godzin spędzał w konfesjonale. Praktykował surowe umartwienia, sporo czasu spędzał na modlitwie.
    Pozbawiony słuchu i cierpiący fizycznie, resztę lat spędził na modlitwie i kontemplacji. Wyczerpany pracą apostolską, zmarł w opinii świętości 16 grudnia 1916 r. 16 października 1988 r., w 10. rocznicę swego pontyfikatu, beatyfikował go św. Jan Paweł II. Bł. Honorat jest głównym patronem diecezji łowickiej.
    W ikonografii bł. Honorat przedstawiany jest w habicie kapucynów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    13 października

    Błogosławiona Aleksandra Maria da Costa, dziewica

    Błogosławiona Aleksandra Maria da Costa

    Aleksandra urodziła się 30 marca 1904 r. w Balasarze koło Bragi, w Portugalii. W wieku 7 lat została wysłana przez rodziców na naukę do szkoły powszechnej w Póvoa de Varzim. Dziewczynka zamieszkała przy rodzinie pewnego stolarza. W 1911 r. przyjęła I Komunię świętą, a potem wróciła do domu rodzinnego.
    W Wielką Sobotę 1918 r. została napadnięta przez mężczyznę, który chciał ją zgwałcić. Uciekając przed nim, wyskoczyła przez okno i spadła z wysokości ok. 4 metrów. Z powodu tego upadku została całkowicie sparaliżowana. Od kwietnia 1925 r. nie była w stanie zupełnie podnieść się z łóżka; spędziła w nim kolejnych 30 lat.
    W pierwszych latach choroby Aleksandra błagała Boga – przez wstawiennictwo Maryi – o łaskę uzdrowienia. Obiecywała Mu, że gdy wyzdrowieje, poświęci się bez reszty pracy misyjnej. Jednak gdy przez trzy lata paraliż nie ustępował, zrozumiała, że to cierpienie jest jej powołaniem – i przyjęła je całym sercem. Jak sama powiedziała, “Matka Najświętsza wyjednała jej jeszcze większą łaskę: najpierw rezygnację, potem całkowite poddanie się woli Bożej, a w końcu pragnienie cierpienia”.
    Przeżywanie cierpienia otworzyło Aleksandrę na doświadczenia mistyczne. Doznawała głębokiego zjednoczenia z Chrystusem Eucharystycznym. Powtarzała nieraz: “Jezu, jesteś więźniem tabernakulum, a ja mojego łóżka, z Twojej woli. Będę więc trwała przy Tobie”. Między 3 października 1938 roku a 24 marca 1942 roku, co piątek (a więc w sumie 182 razy), pomimo paraliżu i w niewytłumaczalny dla nikogo sposób, wstawała z łóżka i przez trzy i pół godziny rozważała stacje Drogi Krzyżowej. 3 kwietnia 1939 r. stan jej zdrowia pogorszył się, przyjęła więc sakrament namaszczenia chorych. Zaczęła cierpieć jeszcze bardziej, tym razem także duchowo.
    W 1936 r. Pan Jezus za pośrednictwem Aleksandry polecił papieżowi poświęcić świat Niepokalanemu Sercu Maryi. Kierownik duchowy Aleksandry, o. Pinho, trzykrotnie przekazywał to życzenie papieżom. Wreszcie po dokładnym zbadaniu wiarygodności objawień przez arcybiskupa Bragi, papież Pius XII 31 października 1942 r. zawierzył świat Niepokalanemu Sercu Maryi w przesłaniu wysłanym do Fatimy. 8 grudnia tego samego roku powtórzył ten akt w watykańskiej bazylice św. Piotra.
    W dniach 13 i 28 czerwca 1939 r. Pan Jezus w widzeniu zapowiedział Aleksandrze wybuch II wojny światowej jako kary za ciężkie grzechy. Aleksandra ofiarowała Mu swoje życie, by powstrzymać rozlew krwi.
    Od 27 marca 1942 r. Jezus obdarzył Aleksandrę jeszcze jedną łaską mistyczną: od tej pory nie przyjmowała już żadnego pokarmu, żyła jedynie Eucharystią. Za radą kolejnego kierownika duchowego, ks. Umberta Pasquale, salezjanina, wstąpiła do Unii Współpracowników Salezjańskich, aby móc ofiarować swoje cierpienie dla zbawienia młodzieży. Wiele osób przybywało do niej po rady i z prośbą o modlitwę. W tym czasie ks. Pasquale zaczął gromadzić świadectwa o życiu, cierpieniach i łaskach otrzymanych przez modlitwę Aleksandry – zebrał ok. pięciu tysięcy stron.
    7 stycznia 1955 r. Jezus objawił Aleksandrze, że w tym roku zakończy ona swoje ziemskie życie; 6 maja potwierdziła to także Matka Boża. W dniu 12 października Aleksandra przyjęła sakrament namaszczenia chorych, a następnego dnia, 13 października 1955 r. – w rocznicę ostatniego objawienia Matki Bożej w Fatimie – odeszła do Pana.
    Do grona błogosławionych wprowadził ją św. Jan Paweł II w dniu 25 kwietnia 2004 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________________

    Krótka biografia bł. Aleksandry Marii da Costa (1904-1955)

    fot. Radio Niepokalanów

    ***

    Była jedną z największych mistyczek ubiegłego stulecia. Współcierpiąc z Chrystusem, miała udział w Jego dziele odkupienia.

    Urodziła się 30 marca 1904 r. w Balasarze w archidiecezji Braga w Portugalii. Gdy miała 7 lat, rodzice posłali ją do Póvoa de Varzim, gdzie znajdowała się najbliższa szkoła podstawowa. Mieszkała przy rodzinie pewnego stolarza. Tam w 1911 r. przyjęła I komunię św. Po osiemnastu miesiącach nauki powróciła do domu rodzinnego.

    Gdy miała 14 lat, doszło do tragicznego wydarzenia, które przesądziło o całym jej życiu. W Wielką Sobotę 1918 r., chcąc się uchronić przed gwałtem, wyskoczyła przez okno z wysokości 4 m. Następstwem upadku był postępujący paraliż.

    Od 14 kwietnia 1925 r. nie mogła już podnieść się z łóżka, w którym pozostała przez 30 lat, aż do śmierci.

    W pierwszych latach choroby błagała Boga za wstawiennictwem Matki Bożej o łaskę uzdrowienia. Złożyła też przyrzeczenie, że jeśli wyzdrowieje, poświęci się pracy misyjnej. Dopiero w 1928 r. zrozumiała, że to cierpienie jest jej powołaniem, i przyjęła je całym sercem. Mawiała: «Matka Najświętsza wyjednała mi jeszcze większą łaskę. Najpierw rezygnację, potem całkowite poddanie się woli Bożej i w końcu pragnienie cierpienia».

    Ta nowa wizja cierpienia otwiera ją na życie mistyczne. Aleksandra doznaje głębokiego zjednoczenia z Jezusem Eucharystycznym. Swoje powołanie ujmuje w następujących słowach: «Jezu, jesteś więźniem tabernakulum, a ja mego łóżka, z Twojej woli. Będę więc trwała przy Tobie». Niczym lampka przed tabernakulum, chce zawsze trwać przed Jezusem w Eucharystii, a podczas każdej Mszy św. ofiarowywać się Przedwiecznemu Ojcu za grzeszników, wraz z Jezusem i w Jego intencjach.

    Od 3 października 1938 r. do 24 marca 1942 r. co piątek — czyli 182 razy — pomimo paraliżu w niewytłumaczalny sposób wstawała z łóżka i przez trzy i pół godziny odprawiała Drogę Krzyżową.

    «Kochać, cierpieć i wynagradzać» — taki program życia wyznaczył jej sam Jezus. Od 1934 r., na polecenie swego kierownika duchownego o. Mariana Pinhy SJ, Aleksandra spisywała wszystko, co mówił do niej Zbawiciel.

    W 1936 r. Pan Jezus za jej pośrednictwem polecił papieżowi poświęcić świat Niepokalanemu Sercu Maryi. O. Pinho trzykrotnie informował papieży o tym życzeniu. Wreszcie, po dokładnym zbadaniu wiarygodności objawień przez arcybiskupa Bragi, papież Pius XII 31 października 1942 r. zawierzył świat Niepokalanemu Sercu Maryi w przesłaniu przekazanym do Fatimy. 8 grudnia tego samego roku powtórzył ten akt w Bazylice św. Piotra.

    27 marca 1942 r. Aleksandra przestała jeść i od tej pory żyła jedynie Eucharystią.

    Idąc za radą swego nowego kierownika duchownego, ks. Umberta Pasquale, salezjanina, wstąpiła do Unii Współpracowników Salezjańskich, aby swym cierpieniem przyczyniać się do zbawienia młodych. Bardzo interesowała się ludźmi, ich problemami i życiem duchowym. Wiele osób przyjeżdżało do niej po radę lub z prośbą o modlitwę. W dalszym ciągu dyktowała swój dziennik.

    7 stycznia 1955 r. zostało jej objawione, że w ciągu roku umrze. 12 października przyjęła namaszczenie chorych, a następnego dnia, w rocznicę ostatniego objawienia Matki Bożej w Fatimie, umarła. «Jestem szczęśliwa, bo idę do nieba» — powiedziała przed śmiercią. Na swym grobie, który obecnie znajduje się w kościele parafialnym w Balasarze, kazała umieścić słowa: «Grzesznicy, jeśli proch mego ciała może przyczynić się do waszego zbawienia, zbliżcie się, depczcie go, aż całkiem zniknie. Ale nie grzeszcie już więcej, nie obrażajcie naszego Pana Jezusa!»

    L’Osservatore Romano/opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    12 października

    Błogosławiony Jan Beyzym, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Serafin z Montegranaro, zakonnik
      •  Święty Edwin, król
    ***
    Błogosławiony Jan Beyzym

    Jan Beyzym urodził się 15 maja 1850 roku w Beyzymach na Wołyniu, w rodzinie szlacheckiej. Po ukończeniu gimnazjum w Kijowie w 1872 r. wstąpił do Towarzystwa Jezusowego (jezuitów). 26 lipca 1881 r. w Krakowie przyjął święcenia kapłańskie. Przez wiele lat był wychowawcą i opiekunem młodzieży w kolegiach Towarzystwa Jezusowego w Tarnopolu i Chyrowie.
    W wieku 48 lat podjął decyzję o wyjeździe na misje. Prośba, którą 23 października 1897 roku skierował do generała zakonu jezuitów, o. Ludwika Martina, świadczy o tym, że była ona głęboko przemyślana:Rozpalony pragnieniem leczenia trędowatych, proszę usilnie Najprzewielebniejszego Ojca Generała o łaskawe wysłanie mnie do jakiegoś domu misyjnego, gdzie mógłbym służyć tym najbiedniejszym ludziom, dopóki będzie się to Bogu podobało. Wiem bardzo dobrze, co to jest trąd i na co muszę być przygotowany; to wszystko jednak mnie nie odstrasza, przeciwnie, pociąga, ponieważ dzięki takiej służbie łatwiej będę mógł wynagrodzić za swoje grzechy.Generał wyraził zgodę. Początkowo o. Beyzym miał jechać do Indii, ale nie znał języka angielskiego. Udał się więc na Madagaskar, gdzie językiem urzędowym był francuski, którego Beyzym uczył się już w Chyrowie. Tam oddał wszystkie swoje siły, zdolności i serce opuszczonym, chorym, głodnym, wyrzuconym poza nawias społeczeństwa; szczególnie dużo uczynił dla trędowatych. Zamieszkał wśród nich na stałe, by opiekować się nimi dniem i nocą. Stworzył pionierskie dzieło, które uczyniło go prekursorem współczesnej opieki nad trędowatymi. Z ofiar zebranych głównie wśród rodaków w kraju (w Galicji) i na emigracji wybudował w 1911 r. w Maranie szpital dla 150 chorych, by zapewnić im leczenie i przywracać nadzieję. W głównym ołtarzu szpitalnej kaplicy znajduje się sprowadzona przez o. Beyzyma kopia obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Do dzisiaj chorzy Malgasze otaczają Maryję z Jasnej Góry wielką czcią. Szpital bowiem istnieje do dziś.Wyczerpany pracą ponad siły, o. Beyzym zmarł 2 października 1912 roku, otoczony nimbem bohaterstwa i świętości. Śmierć nie pozwoliła mu zrealizować innego cichego pragnienia – wyjazdu na Sachalin do pracy misyjnej wśród katorżników.Proces beatyfikacyjny o. Jana Beyzyma SJ – “posługacza trędowatych” – rozpoczął się w 1984 roku. Dekret Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych dotyczący heroiczności życia i cnót o. Beyzyma został odczytany w obecności św. Jana Pawła II w Watykanie 21 grudnia 1992 roku. W marcu 2002 r. kard. Macharski zamknął dochodzenie kanoniczne w sprawie cudownego uzdrowienia młodego mężczyzny za wstawiennictwem Jana Beyzyma. Jego beatyfikacji dokonał podczas swej ostatniej pielgrzymki do Polski św. Jan Paweł II. Na krakowskich Błoniach 18 sierpnia 2002 r. mówił on m.in.:

    Św. Jan Paweł II podczas beatyfikacji Jana Beyzyma SJ, Kraków-Błonia, 18 sierpnia 2002 r.

    Pragnienie niesienia miłosierdzia najbardziej potrzebującym zaprowadziło błogosławionego Jana Beyzyma – jezuitę, wielkiego misjonarza – na daleki Madagaskar, gdzie z miłości do Chrystusa poświęcił swoje życie trędowatym. Służył dniem i nocą tym, którzy byli niejako wyrzuceni poza nawias życia społecznego. Przez swoje czyny miłosierdzia wobec ludzi opuszczonych i wzgardzonych dawał niezwykłe świadectwo Ewangelii. Najwcześniej odczytał je Kraków, a potem cały kraj i emigracja. Zbierano fundusze na budowę na Madagaskarze szpitala pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej, który istnieje do dziś. Jednym z promotorów tej pomocy był św. Brat Albert.
    Dobroczynna działalność błogosławionego Jana Beyzyma była wpisana w jego podstawową misję: niesienie Ewangelii tym, którzy jej nie znają. Oto największy dar: dar miłosierdzia – prowadzić ludzi do Chrystusa, pozwolić im poznać i zakosztować Jego miłości. Proszę was zatem, módlcie się, aby w Kościele w Polsce rodziły się coraz liczniejsze powołania misyjne. W duchu miłosierdzia nieustannie wspierajcie misjonarzy pomocą i modlitwą.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Bł. Jan Beyzym – kim jest patron dzisiejszego dnia?

    Bł. Jan Beyzym - kim jest patron dzisiejszego dnia?

    bł. o. Jan Beyzym ze swoimi podopiecznymi na Madagaskarze

    ***

    O sobie mówił “jego tatarska mość”, a według złośliwych plotek na misje został wysłany za karę. A jednak dziś jest błogosławionym.

    Przyszły jezuita urodził się w 1850 r. na Wołyniu. Nie miał łatwego charakteru. Z jednej strony był bardzo konkretny w działaniu, dużo wymagał od siebie i innych, z drugiej surowy w ocenie i mocno nie znoszący bezproduktywności, również u innych. 

    Do zakonu jezuitów wstąpił w wieku 23 lat. Po święceniach kapłańskich został skierowany do pracy jako wychowawca młodzieży w konwikcie w Tarnopolu, a następnie w konwikcie chyrowskim. Po 26 latach od wstąpienia do jezuitów wyjechał na misje na Madagaskar. Niektórzy złośliwie powtarzali plotki, że był to wyjazd karny. 
    Z korespondencji z generałem zakonu wynika jednak, że Bezyma dość jednoznacznie i natrętnie dopominał się o zgodę na wyjazd. W 1898 r. pisał: 

    „Przepraszam pokornie, że śmiem dokuczać tak natrętnie, ale jak sobie wspomnę, że tyle tysięcy trędowatych tak silnie cierpi i umiera bez pomocy tak duchowej, jak i doczesnej, (…) to trudno mi czekać spokojnie tak długo na rozkaz odpływu”

    Od razu po przybyciu na wyspę rzucił się w wir najcięższej pracy – pierwsze lata spędził w państwowym ośrodku dla trędowatych. Troszczył się o chorych całościowo, nie tylko głosząc Ewangelię, ale też pielęgnując umęczone trądem ciała. W 1902 r. postanawia wybudować zupełnie nowy szpital. W ciągu kilku lat zbiera środki finansowe i rozpoczyna budowę, a już w 1911 w Maranie zostaje otwarty szpital pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej – jedna z najnowocześniejszych tego typu placówek na świecie.

    Ojciec Jan jednak nie spoczywa na laurach – chce jeszcze, mimo podeszłego wieku, wyjechać na misje na Sachalin. Wcześniej jednak umiera, mając 62 lata. Został beatyfikowany 90 lat później – 18 sierpnia 2002 r. w Krakowie.

    WT/Gość Niedzielny

    _________________________________________________________________________________________

    Gałgan do niczego niezdatny

    Gałgan do niczego niezdatny

    Bł. Jan Beyzym/autor nieznany(PD)

    ***

    Myśl: “Jaki w tym heroizm? Odkomenderowała Najświętsza Pani do obsługi trędowatych, to i jestem, ot i cała parada”. Bł. Jan Beyzym

    „Rozpalony pragnieniem leczenia trędowatych, proszę usilnie Ojca Generała o łaskawe wysłanie mnie do jakiegoś domu misyjnego, gdzie mógłbym służyć tym najbiedniejszym ludziom, dopóki będzie się to Bogu podobało. Wiem bardzo dobrze, co to jest trąd i na co muszę być przygotowany; to wszystko jednak mnie nie odstrasza, przeciwnie, pociąga, ponieważ dzięki takiej służbie łatwiej będę mógł wynagrodzić za swoje grzechy. Moja prowincja tylko na tym zyska, tracąc »gałgana«, do niczego niezdatnego, a dom misyjny, do którego zostanę przydzielony, nic nie ucierpi, ponieważ będę się starał, wedle sił i z Boską pomocą, wypełnić swoje obowiązki” – pisał o. Jan Beyzym w liście do generała jezuitów w roku 1897. Miał 47 lat, od 25 lat u jezuitów, od 16 lat pracował jako kapłan wychowawca w gimnazjum w Chyrowie. Pochodził ze szlacheckiej rodziny na Wołyniu.

    Generał skierował o. Beyzyma na Madagaskar. Pierwszy kontakt z trędowatymi był szokiem. W walących się barakach, bez okien i podłogi, żyło, a właściwie dogorywało 150 chorych. Polski misjonarz postanowił zamieszkać na stałe z trędowatymi Malgaszami. Naprawiał ich baraki, opatrywał ich rany, mył, karmił, żebrał o pieniądze na wyżywienie, odzież i leki. Upowszechnił kult Matki Bożej Częstochowskiej. „Brązowa jak my i poraniona jak my” – mówili jego podopieczni. Marzeniem o. Beyzyma stała się budowa szpitala z prawdziwego zdarzenia. Słał setki listów z prośbą o wsparcie dzieła. Pomagali wychowankowie z Chyrowa, pomagała bł. Maria Teresa Ledóchowska. Po 9 latach w Maranie otwarto szpital pod wezwaniem Matki Bożej Częstochowskiej. Działa do dziś. Jezuita marzył o pracy na Sachalinie, gdzie zsyłano polskich patriotów i zwykłych kryminalistów. Nie zdążył. Wyczerpany pracą i chorobami zmarł w roku 1912. Beatyfikował go Jan Paweł II w Krakowie.

    O. Beyzym pisał w liście: „Z mojej strony poświęcenia nie ma wcale żadnego i ze strachem myślę, z czym stanę w godzinę śmierci przed Chrystusem Panem i Najświętszą Matką… Drobniutkie zaś krzyżyki, które się czasem nawiną, poświęceniem jeszcze nazwać nie można. Z całego serca podziękowałbym Najświętszej Matuli, gdyby pozwoliła mi prędzej wystawić schronisko, a potem zgnić za życia, dobrze się nacierpiawszy. Przynajmniej wiedziałbym, że choć coś dla Jej chwały zrobiłem”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    11 października

    Święty Jan XXIII, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Aleksander Sauli, biskup
      •  Święty Bruno I Wielki z Kolonii, biskup
    ***
    Błogosławiony Jan XXIII

    Urodził się we Włoszech 25 listopada 1881 r. jako Angelo Giuseppe Roncalli, w biednej rodzinie chłopskiej. Jego matka była osobą bardzo religijną. Urodziła 11 dzieci, z których Angelo przyszedł na świat jako czwarty. Charakteryzowała go niezwykła dobroć, ciepło i pogoda ducha.
    Mając 12 lat wstąpił do niższego seminarium duchownego w Bergamo, które było wówczas jednym z najbardziej prestiżowych miejsc kształcenia przyszłych księży. Tam też został przyjęty do III Zakonu św. Franciszka (1 marca 1896 r.). Po otrzymaniu stypendium za wyniki w nauce, rozpoczął naukę w Papieskim Seminarium Rzymskim. W 1902 roku przerwał naukę na rok, żeby odbyć służbę wojskową. Po jej zakończeniu obronił doktorat z teologii i przyjął święcenia kapłańskie. Rok po podjęciu nauki w seminarium zaczął spisywać swoje notatki duchowe i kontynuował tę pracę aż do późnej starości. Jego zapiski wydane zostały pod tytułem “Dziennik duszy”. W 1903 roku napisał w nim między innymi: “Bóg pragnie, abyśmy podążali wzorem świętych poprzez czerpanie z życiodajnej esencji ich cnót, a następnie przerabianie jej na swój własny sposób, adaptowanie do naszych indywidualnych możliwości i okoliczności życia. Gdyby św. Alojzy był taki, jak ja, stałby się świętym w zupełnie inny sposób”.
    Jako młodemu księdzu powierzono mu funkcję sekretarza biskupa Bergamo, Giacomo Radiniego Tedeschi. W tym czasie wykładał też w seminarium, redagował biuletyn “Życie diecezjalne”, współpracował również z innym lokalnym pismem katolickim, a także był duszpasterzem Akcji Katolickiej. Inspirowała go zwłaszcza postawa świętych: Karola Boromeusza, Franciszka Salezego i Grzegorza Barbarigo.
    W 1925 mianowany został oficjałem w Bułgarii i arcybiskupem Areopolis. Jako swoje hasło biskupie Angelo Roncalli wybrał Obedientia et Pax (Posłuszeństwo i pokój). W późniejszych latach pełnił funkcję kolejno: apostolskiego delegata w Bułgarii, w Turcji i Grecji oraz nuncjusza apostolskiego w Paryżu. Tę ostatnią funkcję sprawował już w czasie trwania II wojny światowej.
    W 1953 roku Angelo Roncalli został mianowany kardynałem i patriarchą Wenecji. Prezydent Francji, Vincent Auriol, powołał się na stary przywilej francuskich królów i sam włożył czerwony kapelusz na głowę kardynała Roncalli w czasie ceremonii w Pałacu Elizejskim. Z tego okresu przyszły papież zapamiętał pewne humorystyczne zdarzenie, kiedy to na jednym z oficjalnych przyjęć, na jakie został zaproszony, pojawiła się kobieta w sukni z zadziwiająco dużym dekoltem. Zwróciło to uwagę nie tyle na samą kobietę, co na kardynała – goście przyglądali się jego reakcji na odsłonięte kobiece wdzięki. Po przyjęciu kardynał podszedł do kobiety, wręczył jej czerwone jabłko i zapytał: “Pamięta Pani, co uświadomiła sobie Ewa, kiedy zjadła jabłko?”.

    Błogosławiony Jan XXIII

    W 1958 roku, po śmierci Piusa XII, podczas trzydniowego konklawe, kard. Roncalli został wybrany papieżem. Jego pierwszą reakcją był strach i zmieszanie wyrażone w słowach: tremens factus sum ego timero (drżę i lękam się). Ufny w wybór biskupów i Bożą Opatrzność, Angelo Roncalli przyjął wybór konklawe, a wraz z nim imię Jana XXIII. Przez zebranych na konklawe biskupów był traktowany jako “papież przejściowy”. Ich faworytem był arcybiskup Mediolanu Montini, ale ten nie był w tamtym czasie jeszcze kardynałem. Godność tę otrzymał później z rąk samego Jana XXIII, a jeszcze później został jego następcą jako Paweł VI.
    Jan XXIII jako papież podbił serca wiernych. Zawsze otwarty na kontakty z prasą, patrzył odważnie w obiektyw aparatu. Był pierwszym papieżem od 1870 r., który odbył oficjalne spotkanie poza Watykanem. Spotkał się wówczas z więźniami, którzy sami do niego przyjść nie mogli. Słynął także ze zdystansowanego podejścia do ceremoniału papieskiego. Starał się go przestrzegać, ale z przymrużeniem oka. Anegdotyczna opowieść dotycząca dnia koronacji Jana XXIII na papieża mówi, że kiedy podszedł do niego po błogosławieństwo włoski ordynariusz polowy, zobaczył, jak papież przyjmuje postawę zasadniczą i usłyszał: “Panie generale, melduje się sierżant Roncalli”. Przez ludzi zapamiętany został jako papież, który palił fajkę i zawsze się uśmiechał, a przede wszystkim jako papież, który zwołał Sobór Watykański II i na zawsze zmienił historię Kościoła.
    Sobór Watykański II zwołano, ku zdziwieniu wielu, na mniej niż 90 lat po kontrowersyjnym Soborze Watykańskim I. Ponadto, pomimo zapewnień sekretarzy, że na przygotowania potrzeba dziesiątek lat – Jan XXIII przewidział tylko kilkanaście miesięcy pomiędzy zwołaniem a rozpoczęciem soboru 11 października 1962 r.

    Błogosławiony Jan XXIII

    Jan XXIII ogłosił osiem encyklik, z których najważniejsze to “Mater et Magistra” oraz “Pacem in terris”. Ta druga adresowana była do “wszystkich ludzi dobrej woli”, nawoływała do pokoju między narodami całego świata. Papież ustanowił komisję ds. rewizji prawa kanonicznego, której ostatecznym celem było opracowanie nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego (opublikowanego w 1983 r.). Wiele ojcowskiej troski wykazał o “Kościół milczenia”, prześladowany na różne sposoby w krajach rządzonych przez komunistów, m.in. w Polsce.
    3 czerwca 1963 roku, o godzinie 19:49 (dzień po Zesłaniu Ducha Świętego), w wyniku krwotoku związanego z wcześniej zdiagnozowanym rakiem żołądka, Jan XXIII zmarł. Jego ostatnie słowa brzmiały: “Nie mam innej woli, jak tylko wolę Boga. Ut unum sint!” (Aby byli jedno!). W swoim testamencie, nawiązując do duchowości franciszkańskiej, z jaką związał się we wczesnych latach młodości, pisał: “Pozory dostatku często zasłaniały ukryte ciernie dotkliwego ubóstwa i uniemożliwiały mi dawanie zawsze z taką hojnością, jakiej bym pragnął. Dziękuję Bogu za tę łaskę ubóstwa, które ślubowałem w młodości, ubóstwa ducha, jako kapłan Serca Bożego, i ubóstwa rzeczywistego, co mi dopomogło, by nigdy o nic nie prosić, ani o stanowiska, ani o pieniądze, ani o względy, nigdy, ani dla siebie, ani dla mojej rodziny, czy przyjaciół”.
    Św. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym w 2000 roku, razem z papieżem Piusem IX. W liturgii wspominany jest 11 października – w rocznicę dnia, w którym nastąpiło uroczyste otwarcie Soboru Watykańskiego II.
    Jan XXIII został kanonizowany przez papieża Franciszka – wraz z Janem Pawłem II – na placu św. Piotra w Rzymie w niedzielę Miłosierdzia Bożego, 27 kwietnia 2014 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    10 października

    Błogosławiona
    Maria Angela Truszkowska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Daniel i Towarzysze
      •  Święty Jan z Bridlington, prezbiter
      •  Święty Tomasz z Villanova, biskup
      •  Święty Paulin z Yorku, biskup
    ***
    Błogosławiona Maria Angela Truszkowska

    Zofia Kamila urodziła się 16 maja 1825 r. w Kaliszu jako dziecko wielodzietnej, głęboko wierzącej rodziny szlacheckiej. Jej ojciec był prawnikiem. Od najmłodszych lat wyczulona była na działanie łaski Bożej i wrażliwa na potrzeby drugiego człowieka. Pragnęła życia zakonnego i usilnie pracowała nad sobą. Po latach edukacji w Warszawie i Szwajcarii wróciła do domu i pielęgnowała chorego ojca, a w miarę możliwości niosła pomoc ubogim.
    W 1854 r. wstąpiła w szeregi Stowarzyszenia św. Wincentego a Paulo i należała do członkiń najgorliwiej odwiedzających chorych i opiekujących się ubogimi. Umiała zachęcić do działalności charytatywnej wiele młodych kobiet. Z jej inicjatywy powstał w Warszawie mały przytułek dla biednych dzieci i opuszczonych samotnych staruszek. 27 maja 1855 r. razem ze swoją krewną wstąpiła do świeckiego III zakonu św. Franciszka. Jej powołanie związane było z postacią bł. ojca Honorata Koźmińskiego, wielkiego apostoła zgromadzeń bezhabitowych. 21 listopada 1855 r. obie siostry Truszkowskie poświęciły się Najświętszej Maryi Pannie, obiecując rozwijać dzieło rozpoczęte z woli Boga. Datę tę przyjmuje się jako początek nowego Zgromadzenia. Siostry wraz ze swymi podopiecznymi często modliły się w kościele ojców kapucynów przed ołtarzem św. Feliksa z Cantalice, dlatego też nazwano je “felicjankami”.
    10 kwietnia 1857 r. siostry przyjęły habit zakonny, a ich wspólnotą kierował dalej o. Honorat Koźmiński. Pod koniec 1859 r. matka Angela stanęła oficjalnie na czele nowego zgromadzenia. W latach 1858-1864 siostry felicjanki założyły 27 ochronek wiejskich i rozwinęły wielostronną działalność charytatywną w Warszawie. W październiku 1860 r. matka Angela wraz z jedenastoma towarzyszkami odłączyła się od sióstr czynnych, tworząc grupę kontemplacyjną opartą na drugiej regule św. Franciszka – siostry kapucynki. Po wybuchu powstania styczniowego na mocy ukazu carskiego felicjanki czynne zostały rozwiązane. Podczas obrad kapituły zgromadzenia, 25 sierpnia 1868 r., matka Angela została jednogłośnie wybrana po raz trzeci przełożoną generalną. 21 listopada tegoż roku złożyła śluby wieczyste. Rok później, ze względu na postępującą chorobę nowotworową oraz prawie całkowitą utratę słuchu, zrzekła się urzędu. Odtąd przez 30 lat służyła swemu Zgromadzeniu cichą pracą, modlitwą, ofiarą, dobrym przykładem i radą.
    Wzór doskonałego posłuszeństwa wobec woli Bożej Maria Angela widziała w Maryi. Uczyła się od Niej pokory, zawierzenia i męstwa w cierpieniu. Wierzyła, że tylko przez Maryję można osiągnąć doskonałe zjednoczenie z Bogiem. Dlatego wszystkie swoje siostry oddała Niepokalanemu Sercu Maryi. Żywiła wielki kult Eucharystii, wielbiła Chrystusa ukrytego w tabernakulum. Usilnie zabiegała o uzyskanie dla swojego zgromadzenia przywileju nieustannej adoracji, aby ożywiać i umacniać w siostrach miłość do Eucharystii.
    Na kilka miesięcy przed śmiercią przeżyła wielką radość, przyjmując z rąk kardynała Jana Puzyny dekret papieża Leona XIII zatwierdzający zgromadzenie. Zmarła wyniszczona chorobą nowotworową i cierpieniami, które znosiła w pokorze, 10 października 1899 r. w Krakowie. Św. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji matki Marii Angeli Truszkowskiej 18 kwietnia 1993 r. podczas uroczystej Mszy św. na placu św. Piotra w Rzymie. Mówił wtedy, że jej życie “znaczone było miłością. Była to troska o wszystkich głodnych chleba, serca i domu oraz prawdy ewangelicznej”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    9 października

    Błogosławiony Wincenty Kadłubek, biskup

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Dionizy, biskup, i Towarzysze
      •  Święty Jan Leonardi, prezbiter
      •  Święty Ludwik Bertrand, prezbiter
      •  Święci Cyryl Bertram i Towarzysze, męczennicy
      •  Abraham, patriarcha
    ***
    Błogosławiony Wincenty Kadłubek

    Wincenty urodził się w Karwowie pod Opatowem pomiędzy 1155 a 1160 r. W sprawie jego pochodzenia historycy nie są zgodni. Jedni uważają, że pochodził z rodu Porajów herbu Róża (Różyców). Inni natomiast podają, że z tego rodu pochodziła matka Wincentego, a ojcu przypisują imię Bogusław. W jeszcze innych źródłach pojawia się informacja, że Wincenty należał do rodu Lisów, a jego ojcem był możny palatyn Stefan, brat wojewody krakowskiego Mikołaja (Mikory). Nazwisko Kadłubek pojawia się po raz pierwszy dopiero w dokumentach z XV w. Przypuszcza się jednak, że pochodzi z rękopisów dawniejszych.
    Pierwsze nauki Wincenty pobierał w pobliskiej Stopnicy, potem udał się do Krakowa, gdzie uczęszczał do szkoły katedralnej, w której wykładał biskup Mateusz Cholewa. Cieszył się przyjaźnią księcia Kazimierza Sprawiedliwego, który być może wspomógł go materialnie i umożliwił studia za granicą. Nie wiemy, na którym uniwersytecie Wincenty wówczas studiował. Nie było jednak jeszcze wtedy wielu uniwersytetów. Przypuszcza się, że miejscem jego nauki były Paryż albo Bolonia – albo obie te uczelnie. Wincenty należał więc do elity uczonych w Polsce.
    Po raz pierwszy Wincenty nazwany jest mistrzem (magistrem) w dyplomie Kazimierza Sprawiedliwego z 12 kwietnia 1189 r. Zapewne zaraz po powrocie ze swoich studiów otrzymał święcenia kapłańskie. Do kraju powrócił Mistrz Wincenty między 1183 a 1189 r., gdyż w 1189 r. był na pewno na dworze książęcym Kazimierza Sprawiedliwego, zapewne w charakterze notariusza, a potem kanclerza jego dworu. Zapewne zaraz po powrocie ze swoich studiów otrzymał święcenia kapłańskie. Mógł więc być także kapelanem książęcym. W tym czasie zaczął zapewne pisać swoją Kronikę polską (Chronica Polonorum) – największe dzieło swego życia i literatury tamtych czasów. Wracając z zagranicy prawdopodobnie przywiózł ze sobą relikwie św. Floriana męczennika. Mógłby na to wskazywać fakt szczególnego nabożeństwa Wincentego do św. Floriana, który dotąd był w Polsce zupełnie nieznany.
    Po śmierci księcia Wincenty został prepozytem kolegiaty sandomierskiej (1194). Korzystając z wolnego czasu kontynuował pisanie Kroniki (1194-1207). W 1207 r. umarł biskup krakowski, Pełka. Na jego następcę został wybrany Wincenty. Papież Innocenty III bullą z 18 marca 1208 r. wybór ten zatwierdził. Konsekracji dokonał arcybiskup gnieźnieński, Kietlicz. Wincenty jako biskup podpisywał się “niegodny sługa Kościoła”. Świadczy to, jak pojmował zadanie swojego urzędu. Należał do najżarliwszych zwolenników reform, jakie wówczas w Polsce przeprowadził abp Henryk Kietlicz (wprowadzenie celibatu, uniezależnienie Kościoła od władzy świeckiej). Dla poparcia reform, inspirowanych przez Stolicę Apostolską, Wincenty brał udział w synodach, zwołanych specjalnie w tym celu w Borzykowie (1210), w Matyczowie (1212), w Wolborzu (1214), w których uczestniczyli również książęta – Leszek Biały, Konrad Mazowiecki, Henryk Brodaty i Władysław Odonicz. Reformy te przeprowadzano również na zjazdach w Gnieźnie (1213) i w Sieradzu (1213). Kiedy na Kraków najechał Mieszek Raciborski, przeciwnik reform, Wincenty – z powodu swojej postawy – musiał czasowo opuścić miasto (1210). W 1212 r. na zjeździe w Mąkowie omawiano sprawę Prus i nawrócenia Prusaków. Tego roku Wincenty wziął udział w konsekracji biskupa poznańskiego w Mstowie.
    Wincenty jako biskup krakowski wspierał szczególnie zakony bożogrobowców (nadał dziesięciny ze wsi Świniarowo Kanonikom Bożego Grobu w Miechowie) i cystersów (klasztorowi w Sulejowie darował dwie wsie, opactwu w Pokrzywnicy darował wieś, a opactwu w Jędrzejowie nadał przywilej pobierania dziesięcin z trzech wsi). Wśród jego osiągnięć warto wymienić zreformowanie kapituł prowincjalnych, zlikwidowanie kolegiaty w Kijach (1213), oddanie kościoła oraz wsi Podłęże zreformowanej kolegiacie w Kielcach (1214), konsekrację bazyliki w Krakowie pod wezwaniem św. Floriana (1216) i wreszcie osobisty udział w uroczystej koronacji Kolomana Węgierskiego na króla Rusi Halickiej oraz w Soborze Laterańskim IV (1215), który miał charakter wybitnie reformistyczny. O soborze Wincenty zawiadomił swoje duchowieństwo i wiernych na synodzie w Sieradzu, gdzie przygotowano propozycje na sobór (1213). Na tym właśnie soborze wprowadzono obowiązek spowiedzi i Komunii wielkanocnej, obostrzono przepisy odnośnie małżeństwa, by nie dopuścić do konkubinatów, obostrzono przepisy dotyczące karności kościelnej, zwłaszcza celibatu duchownych, i ogłoszono nową krucjatę na rok 1217.
    Po powrocie do kraju Wincenty energicznie wprowadził w swojej diecezji uchwalone na soborze ustawy. Niewykluczone, że z polecenia księcia Leszka Białego pośredniczył także w wysłaniu na dwór węgierski księżniczki bł. Salomei. Wincenty ma także zasługę w podniesieniu poziomu szkoły katedralnej, którą kiedyś sam prowadził. Szerzył kult św. Floriana i św. Stanisława, biskupa. Cześć do Najświętszego Sakramentu miał podkreślić przez wprowadzenie tzw. wiecznej lampki przed tabernakulum.

    Błogosławiony Wincenty Kadłubek

    Po dziesięciu latach pasterzowania diecezji krakowskiej, za pozwoleniem papieża Honoriusza III, w 1218 r. Wincenty zrzekł się urzędu. Czuł, że spełnił zadanie swojego życia i postanowił wstąpić do klasztoru. Wybrał sobie opactwo cystersów w Jędrzejowie, przy kościele, który sam konsekrował. Zgodnie z zasadą ascetyczną “Bogu wszystko – sobie nic” pozostawił swój majątek rodowy, bogactwo i splendor urzędu biskupiego, sławę, jaką cieszył się na dworze księcia krakowskiego i – jak podaje tradycja – boso i pieszo jako pokutnik udał się do klasztoru. Przyjął go opat Teodoryk (1206-1247), trzeci z kolei przełożony klasztoru. Opat z zakonnikami wyszli mu na spotkanie; miejscowi do dziś pokazują usypany na tym miejscu Kopiec Spotkania. Ówczesnym zwyczajem biskup rzucił się przed opatem i całym konwentem na twarz i prosił o przyjęcie. Wincenty przeżył tam ostatnich 5 lat swego życia. Mimo że liczył wtedy ok. 70 lat, jako zwyczajny mnich spełniał wszystkie obowiązki surowej reguły: wstawał o północy na dwugodzinne pacierze, uczestniczył siedem razy każdego dnia we wspólnych modlitwach, zachowywał posty. Zasadą cysterskich pokutników było skąpe pożywienie, zgrzebny strój i krótki sen.
    W wolnych chwilach kończył pisać Kronikę polską. Jako biskup krakowski napisał trzy pierwsze księgi. Teraz zamierzał dzieło dokończyć. Niestety napisał tylko część czwartą – śmierć zabrała go zbyt rychło i przerwała Kronikę w najciekawszym miejscu, kiedy zaczął pisać dzieje, których sam był świadkiem. Kronikę swoją zdołał doprowadzić zaledwie do roku 1202, to jest do końca księgi czwartej. Wincenty Kadłubek jest pierwszym historykiem polskim. Jego historia ma formę dialogu. Jest pisana pięknym językiem łacińskim. Zasługą Wincentego jest to, że zebrał w niej wszystkie podania i mity o początkach Polski. Dużo jest w niej poetyckiej fantazji, ale są także ważne ziarna tradycji.
    Wincenty zmarł w Jędrzejowie 8 marca 1223 r. i został pochowany w prezbiterium klasztornego kościoła, co może świadczyć o tym, że zmarł w opinii świętości. Publiczny kult biskupa-mnicha nie rozwinął się od razu. Klasztory cysterskie były wtedy szczelnie zamknięte, nawet ich wspaniałe świątynie służyły jedynie celom klasztornym. Nawiedzali grób Wincentego Konrad Mazowiecki, król Kazimierz Wielki, król Kazimierz Jagiellończyk wraz ze swoją matką królową Zofią i Jan Długosz, który w swoich Dziejach wydał mu najpiękniejsze świadectwo. Z lat 1583-1640 Szymon Starowolski na podstawie ksiąg klasztornych przytacza ponad 150 wypadków cudownych, przypisywanych Wincentemu. Wśród nich są nawet wskrzeszenia umarłych.
    26 kwietnia 1633 r. dokonano otwarcia grobu Wincentego. Ciało znaleziono prawie nienaruszone, co przyczyniło się do rozbudzenia jego czci. 19 sierpnia tegoż roku ciało umieszczono w mauzoleum, specjalnie dla tego celu zbudowanym. Odtąd kult Wincentego stał się bardzo żywy. Zaczęli napływać pielgrzymi, za zgodą biskupa krakowskiego odprawiano przed ołtarzem wzniesionym Msze wotywne ku czci Kadłubka, przed mauzoleum palono świece. W 1683 r. papież bł. Innocenty XI uznał ołtarz Wincentego za uprzywilejowany, tzn. obdarzony przywilejem odpustu. 13 listopada 1634 r. synod krajowy pod przewodnictwem prymasa Jana Wężyka wniósł do Stolicy Apostolskiej urzędową prośbę o kanonizację Wincentego Kadłubka (oraz Stanisława Kostki, Kingi, Władysława z Gielniowa, Jozafata Kuncewicza i Jana Kantego). W roku 1764 Kongregacja Obrzędów zatwierdziła kult, a papież Klemens XIII podpisał odpowiednią bullę, co równało się formalnej beatyfikacji. Wincenty jest patronem archidiecezji warmińskiej oraz diecezji kieleckiej i sandomierskiej.
    W ikonografii bł. Wincenty przedstawiany jest w stroju biskupim. Jego atrybutami są pastorał oraz infuła u stóp.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________________

    Bł. Wincenty Kadłubek: Wychowawca Narodu Polskiego

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Bł. Wincenty Kadłubek:

    Wychowawca Narodu Polskiego

    Bł. Wincenty Kadłubek: Wychowawca Narodu Polskiego

    W swym trudzie pisarskim błogosławiony Wincenty czuwał nad tym, aby wszystkich swoich czytelników uczyć przede wszystkim miłości ojczyzny. Nie tylko walczy o praworządność kraju, nie tylko zwalcza i odważnie piętnuje nadużycie prawa – jak czynił to później Piotr Skarga – ale w sposób pozytywny uczy miłości ojczyzny i wyzbywania się prywaty dla dobra publicznego – mówił Prymas Polski kardynał Stefan Wyszyński w homilii na 200-lecie beatyfikacji Wincentego Kadłubka. Opublikowana została ona przed rokiem w „Teologii Politycznej Co Tydzień”: „Mistrz Wincenty. Opowiadanie Polski”

    Myśli, które nam Kościół pragnie przedstawić dziś, w uroczystość 200-lecia beatyfikacji błogosławionego Wincentego Kadłubka (homilia z 30. VIII 1964 r. wygłoszona w opactwie cystersów w Jędrzejowie – red.), biskupa i zakonnika cystersów, ujmiemy w słowach wstępnych dzisiejszej liturgii: Pan zawarł z nim przymierze pokoju i ustanowił go przełożonym, aby godność kapłańska została przy nim (Syr 45,20).

     Tę wysoką godność otrzymał zwykły, prosty, świecki człowiek, który po rzetelnych studiach w kraju i na uniwersytetach zagranicznych został kapłanem, a po powrocie do ojczyzny, współpracując najbliżej z dworem książęcym, został biskupem krakowskim, a wreszcie zakonnikiem. Darów tych użył znakomicie.

    Błogosławiony mistrz Wincenty, pierwszy historyk polski, jest postacią tak ubogaconą, że dziś, po siedmiu wiekach, trudno byłoby wyczerpująco przedstawić te wszystkie dary Boże. Dlatego pragnąłbym rozważyć przynajmniej kilka bardziej zasadniczych rysów jego życia.

    Zastanowimy się, co zmarły w 1223 roku w Jędrzejowie i tu pochowany, błogosławiony Wincenty Kadłubek może nam dziś jeszcze, po wiekach, powiedzieć. Zdawałoby się, że człowiek, który żył tak dawno, nie ma nic do powiedzenia współczesnemu Polakowi. Nieraz z wyniosłością odnosimy się do przeszłości. Wydaje nam się, że tamte czasy, to „uwsteczniony ciemnogród”, jak nieraz czyta się w prasie. Jest to jakaś wielka pycha i zarozumiałość ludzi współczesnych wobec przeszłości narodu, z którego przecież wyrośliśmy. To tak jakby liść, albo owoc na drzewie był zarozumiały i pyszny z powodu tego, że rośnie dzisiaj. Zapomina o tym, że potrzebował pracy wielu lat całego drzewa, z którego i dziś jeszcze czerpie soki, aby mógł wznieść się na wyżyny.

    Podobnie jest z narodem i z naszym pokoleniem, w którego żyłach płynie krew ojców i matek, dziadów i pradziadów, a w którego duchowej formacji mieści się cała przeszłość historyczna i przeżycia tysiącletniej pracy Kościoła Chrystusowego.

    Wzór świętości dla przyszłych pokoleń

    W szeregu najrozmaitszych zasług błogosławionego Wincentego jest jedna, o której tu, w promieniach tych wieżyc i krzyży, trzeba naprzód powiedzieć. Stał się on niejako kolebą, wzorcem świętości Polaków. Żyjąc w wieku XII zapoczątkował wiek świętych. Zostawił po sobie przykład życia, wspaniałe pisma i Kronikę Polski, która stała się natchnieniem i pobudką wychowawczą dla przyszłych pokoleń.

    Zaraz później przychodzi wiek XIII, wiek świętych w Polsce. Wśród nich święty Jacek, błogosławiony Czesław, błogosławiona Salomea, błogosławiona Bronisława, błogosławiona Kinga, błogosławiona Jolanta, święta Jadwiga Śląska i inni wielcy ludzie, jak Iwo Odrowąż i jemu podobni. Wiek XIII to czasy dalekie, ale jednak do dziś dnia imiona tych ludzi żyją w Kościele Chrystusowym: Obchodzimy ich święta, chociaż ciała ich rozsypały się w proch, a dusze są u Ojca niebieskiego. Co więcej, my sami nosimy ich imiona. Gdybym w tej chwili poprosił was, aby wszyscy imiennicy wymienionych świętych podnieśli swe dłonie, ujrzelibyśmy las ramion, który świadczyłby, że święci wieku XIII żyją dzisiaj wśród nas, jak w liściu żyją soki drzewa, przekazywane z ojczystej piersi matki ziemi.

    Warto też przypomnieć – gdy dziś przy ołtarzu pontyfikalnym staje arcybiskup metropolita krakowski – że błogosławiony Wincenty oddał wielkie zasługi w przygotowaniu drogi do kanonizacji biskupa krakowskiego, świętego Stanisława Szczepanowskiego. Za swoich czasów miał wielki wpływ na ówczesną inteligencję, na ludzi, którzy czytali książki, jeździli za granicę i szukali tam wiedzy. A i dzisiaj ma wielki wpływ na historyków, badaczy przeszłości i tych, którzy tę przeszłość znają.

    Sam Wincenty zanim został biskupem krakowskim, studiował na uniwersytetach zagranicznych. Wrócił stamtąd z duchową formacją zachodnio-europejską, tak że można go było wtedy nazwać człowiekiem na miarę Europejczyka. Po powrocie do ojczyzny pracował naprzód jako biskup krakowski, a później złożył mitrę i na kolanach przyklęknął w tej świątyni, aby przyjąć habit zakonnika cysterskiego.

    Wychowawca narodu

    Druga myśl, którą warto tu rozwinąć, wiąże również przeszłość z teraźniejszością i sprawia, że mistrz Wincenty żyje swoją duchowością w naszym pokoleniu. Można powiedzieć, że za swoich czasów Wincenty Kadłubek był wychowawcą narodu. Właściwie to on zaczął formować cnoty społeczne i poczucie wspólnoty narodowej, chociażby przez to, że sięgnąwszy do przeszłości historycznej Polski wieku XII i początków XIII, wszystkie fragmenty naszych dziejów starannie zebrał, zapisał w Kronice – pierwszej historii Polski, zostawił swemu pokoleniu i naszym czasom. Jest to księga ciekawa, niezwykła, pełna przedziwnego optymizmu i głębokiego szacunku dla dziejów narodu.

    Jak wy w domu waszym znajdujecie pamiątki po matce, ojcu, dziadkach, szanujecie je i przechowujecie, tak na przykład pukiel włosów zmarłej matki, czy zdartą szatę ojca, tak dla was drogą, tak dla błogosławionego Wincentego drogim było wszystko, co stanowiło przeszłość dziejową narodu. W przedziwnym świetle, ze szlachetnym entuzjazmem i niezwykłym uwielbieniem ukazywał ją tak, że można go nazwać nie tylko kaznodzieją, ale i wychowawcą. A jego Kronikę, która ma charakter wybitnie nauczycielski, można nazwać pedagogiką katolicką i narodową.

    W swym trudzie pisarskim błogosławiony Wincenty czuwał nad tym, aby wszystkich swoich czytelników uczyć przede wszystkim miłości ojczyzny. To jest znamienne! Czegoś równie gorącego i żarliwego nie znajdziemy łatwo w piśmiennictwie polskim, chyba dopiero w Kazaniach sejmowych Piotra Skargi, dla którego Wincenty Kadłubek był wzorem. Nie tylko walczy on o praworządność kraju, nie tylko zwalcza i odważnie piętnuje nadużycie prawa – jak czynił to później Piotr Skarga – ale w sposób pozytywny uczy miłości ojczyzny i wyzbywania się prywaty dla dobra publicznego. Swojej Kronice stawia bardzo ciekawy i świetlany cel: uczyć cnoty, zwłaszcza miłości ojczyzny, własnego kraju i ziemi ojczystej, zachęcać do czynów rycerskich i wzniosłych.

    Dawne to czasy, ale wyraziście przemawiają do nas dziś, gdy stojąc na progu tysiąclecia chrztu Polski, zachęcamy się wzajemnie do wyniszczania wszystkich wad narodowych, tych „nabytków” dziejowych, i do wypracowywania w sobie cnót, potrzebnych do dalszego spokojnego życia i współżycia wszystkich warstw społecznych naszej ojczyzny w sprawiedliwości i miłości.

    Kronika błogosławionego Wincentego jest wstępem do nieustannego trudu uczenia cnoty. Zachęcał on usilnie do czynów rycerskich i wzniosłych. Pozwólcie, że z jego pism przytoczę kilka wyjątków, w których przemawia do młodzieży. Między innymi tak mówi: Ktokolwiek występuje przeciwko męstwu, świadczy tchórzostwem, przeciwko siwiźnie – jest szaleństwo, a przeciwko gnuśności trzeba zawsze przeciwstawić młodość. […] Trzeba szukać sposobności okazania odwagi, jeżeli sama się nie nawinie. […] – Kto kiedy uchylał się przed okazją sławy, chyba tylko ten, kto całkiem zatracił poczucie sławy. – Obrona lub ocalenie szczęścia współobywateli, największym jest ze wszystkich triumfów. – Nie godzi się myśleć o własnym bezpieczeństwie, gdy dobro ogółu na niebezpieczeństwo jest narażone.

    Widzimy z tego, jak bardzo mistrz z Jędrzejowa uczy nas troski o społeczne życie narodu, jak ostrzega przed prywatą, samolubstwem, kręceniem się wokół siebie i wokół własnych spraw. Czyż te słowa nie są dziś na czasie? Czyż nie należałoby ich wypisać na wszystkich sztandarach, transparentach i na ulicach w czasie uroczystości narodowych?

    Dzisiaj często spotykamy się ze zjawiskiem „opluwania własnego gniazda”. Ludzie, zwłaszcza niezbyt wykształceni, natrząsają się z naszej przeszłości historycznej, nie doceniając wielkiej ofiary, każdej kropli krwi wylanej za naród, czy każdej kropli potu z czoła rolnika, która wsiąkła w ziemię ojczystą. To wszystko wskazuje na wielką potrzebę wołania o szacunek dla dziejów narodowych, dla trudu pokoleń, które minęły, dla ich ofiarnej krwi wylanej w powstaniach, w walce o wolność ojczyzny, na wszystkich kontynentach, czy w ostatnim powstaniu warszawskim. Chociaż wiele z tych zrywów było nieudanych, jednak zawdzięczamy im to, że sumieniu międzynarodowemu przypomniały o naszym narodzie. Ich praca, trud i ofiarne poświęcenie dało taki rezultat, że obecnie jesteśmy i istniejemy w granicach własnego państwa i narodu.

    Błogosławiony Wincenty występował otwarcie przeciwko wszystkim kpiarzom, którzy wyśmiewali przeszłość i oceniali ją niesprawiedliwie, jak to niekiedy i dziś się zdarza. Można powiedzieć, że Kronika, którą napisał Wincenty Kadłubek, jest księgą miłości ojczyzny. Jest to wołanie o miłość ojczyzny!

    Przypomnę z niej jeszcze jedno zdanie: Co się z miłości ku ojczyźnie podejmuje, miłością jest, nie szałem, walecznością a nie zuchwalstwem; waleczną bowiem niby śmierć jest miłość. I daje nam przykład zdawałoby się tragiczny. Oto opis oblężenia Głogowa. Wspominając widok polskich dzieci przywiązanych przez najeźdźców do oblężniczych machin, które szły na mury Głogowa, pisze: Lecz wszystko na próżno, nieugięcie trwa ojców postanowienie… że lepiej, by rodzice utracili dzieci, niżby obywatelom wydarto ojczyznę, i że raczej o wolności, niż o dzieciach myśleć należy!

    W imię takiego założenia ojczyzna nasza wiele razy wzywała waszych synów i córki; aby poświęcili wszystko, byleby tylko ocalał naród, i to, co jest obok miłości najwspanialszym darem – wolność.

    Obrońca ludu

    Tych kilka myśli wystarczy, aby przypomnieć, że pierwszym nauczycielem miłości ojczyzny na ziemi naszej był mistrz Wincenty, którego śmiertelne szczątki przechowywane są w tej świątyni. Ale w czasach dzisiejszych, w wieku postępu społecznego, walki o sprawiedliwość i wyrównanie społeczne, można przytoczyć inne jeszcze przykłady z jego pism i życia.

    Pamiętajmy, że był to wiek XII. Inna była wtedy formacja społeczna, inny ustrój, choć może w Polsce nie tak bolesny, jak w innych ówczesnych państwach europejskich. Niemniej jednak istniała w Polsce warstwa ludzi, której warunki bytowania były szczególnie krzywdzące i trudne. Byli to ludzie pracujący na roli, obarczeni nadmiernymi ciężarami osobistego wysiłku i pracy, a zarazem niedocenieni społecznie, bez należytej pozycji w narodzie. Ludzie ci swoim stanem i niskim poziomem bytowania, brakiem opieki i oświecenia budzili współczucie tych, którzy myśleli szeroko i którzy do swego serca dali dostęp uczuciom prawdziwie chrześcijańskim.

    W szeregu takich ludzi wieku XII i XIII stanęli również biskupi polscy. W roku 1180 odbywał się synod kościelny w dalekiej Łęczycy. Błogosławiony Wincenty opisuje w swojej Kronice owoce pracy tego synodu, który między innymi zajął się poprawą bytu ludności rolniczej i pracującej na roli. Można powiedzieć, że tak zwana „sprawa chłopska”, która stała się głośną w wieku ubiegłym i obecnym, została właściwie zapoczątkowana już w pismach Wincentego Kadłubka. Było to dzieło synodu łęczyckiego, a więc kościelnego zjazdu biskupów katolickich, w głównej mierze dzieło współdziałania arcybiskupa gnieźnieńskiego Henryka, zwanego Kietliczem i biskupa krakowskiego Wincentego Kadłubka. Oni to dali początek prawodawstwu na rzecz ludności rolniczej.

    Tenże Wincenty Kadłubek, notując wysiłki i osiągnięcia w dziedzinie poprawy bytu ludności rolniczej, z wielkim uznaniem odnosi się do ówczesnego biskupa krakowskiego Gedko, który za czasów Mieszka Starego widział niesprawiedliwość sędziów gnębiących lud rolniczy. O biskupie Gedko tak pisze błogosławiony Wincenty: Nie mógł bowiem pobożny Pasterz zaniedbać i w zapomnienie puścić tak okropnego ucisku trzody swojej, nie narażając własnego zbawienia.

    Nie brak więc było w tym czasie ludzi, którzy po chrześcijańsku czuli, że trzeba dążyć do wyrównania społecznego, bo w nauce Chrystusowej nie masz niewolnika ani wolnego, ale wszyscy jesteśmy braćmi. Te rzucane ziarna może zbyt długo leżały w ziemi, może zbyt późno kiełkowały, ale jednak nurtowały sumienia. Takich uczuć doznawali też i późniejsi czytelnicy Kroniki polskiej Kadłubka. Może wzrastał w nich niepokój i dlatego dążyli do większej sprawiedliwości i wyrównania ekonomicznego, co w szczególny sposób przeżywaliśmy w drugiej połowie wieku XIX i w naszych czasach.

    Obrońca wolności Kościoła

    Jeszcze jedną myśl chciałbym tu rozwinąć. Błogosławiony Wincenty Kadłubek żył w czasach niesłychanie trudnych i burzliwych dla Kościoła powszechnego i dla naszej ojczyzny. W takich czasach umiał połączyć miłość ojczyzny i Kościoła.

    Na zewnątrz w całym niemal świecie panowała wtedy walka o wolność Kościoła, której przewodniczył wybitny papież Innocenty III. Ale i u nas nie było wtedy czasów spokojnych, bo między książętami różnych dzielnic ówczesnej Polski rozgorzała walka o pierwszeństwo. I może w tej walce zagubiliby ojczyznę, gdyby nie to, że był Kościół rzymskokatolicki, uznawany przez książąt; byli biskupi, był lud katolicki, tak że w imię wyższych spraw można było odwołać się do walczących i uspokoić ich.

    Błogosławiony Wincenty razem z arcybiskupem gnieźnieńskim Kietliczem odegrali tutaj niezwykle dodatnią i pożyteczną dla narodu i dla Kościoła w Polsce rolę. Stanęli na stanowisku, że Kościół święty musi odzyskać pełną i całkowitą swobodę i wolność od władców, zwłaszcza niesprawiedliwych. Błogosławionemu Wincentemu jako biskupowi krakowskiemu udało się przekonać o tym władców; podobnie w skali ogólnopolskiej udało się to arcybiskupowi gnieźnieńskiemu Henrykowi Kietliczowi. Rzecz znamienna, że w walce o wolność Kościoła Gniezno i Kraków – arcybiskup gnieźnieński i biskup krakowski – wspierali się wzajemnie i podawali sobie dłonie. Działali ożywieni przekonaniem, że Kościół święty, swobodnie prowadzący swoją pracę, odda się całkowicie sprawie Bożej i w duchu Ewangelii będzie uczył powszechnego braterstwa. Taki Kościół przynosi ojczyźnie sprawiedliwość, miłość i pokój, a więc tylko korzyść. Ich walka więc o wolność Kościoła nie była walką przeciwko Polsce, ale była walką na rzecz Polski, na rzecz zespolenia dzieci jednego narodu, we wspólnej miłości w Jezusie Chrystusie.

    Biskup zakonnik

    Wielkie były zmagania i niełatwe zadania biskupa krakowskiego. Może umęczony nimi, a zwłaszcza znużony wiekiem, postanowił odsunąć się od trudów. A były one liczne. Wędrował przecież – w ówczesnych czasach samochodów nie było – od jednego miasta do drugiego. Kroniki zapisują jego wszędobylstwo, pomimo że oddawał się pracy naukowej. Był więc już dostatecznie znużony. Kierując się też pobudkami nadprzyrodzonymi złożył w ręce Stolicy Świętej swoją mitrę i pastorał biskupi w Krakowie i przywędrował tutaj, aby na kolanach prosić o przyjęcie do nowicjatu zakonu cystersów.

    Sądzę, że człowiek tego typu i o takich zasługach wiedział, gdzie trafić. Zakon cystersów w owych czasach był instytucją religijną o niezwykłej mocy. Było to gniazdo czynów i twórczej pracy. Kwitła tam praca naukowa, o czym możecie się przekonać, przyglądając się tu, w krużgankach, wystawie historii zakonu cystersów. Kwitła tam również sztuka budowlana. Najwspanialsze budowle, które wtedy powstawały, były dziełem zakonu cysterskiego. Zakon ten, pomimo że kontemplacyjny i całkowicie skierowany ku Bogu, umiał jednak sprawy Boże łączyć ze sprawami ziemskimi. Synowie tego zakonu w całym świecie, a i w ojczyźnie naszej, byli przodownikami w dziedzinie ówczesnej kultury rolnej. Oni pierwsi na ziemi naszej zajęli się systematyczną uprawą roli, karczowaniem lasów, melioracją bagnisk, budowaniem mostów. W ten sposób modlitwę łączyli z pracą – pracę uświęcali modlitwą. Swój twórczy trud poświęcali dla ludzi biednych, bo im samym niewiele było potrzeba. Z ich pracy cywilizacyjnej korzystały szerokie warstwy społeczne, zwłaszcza biedny lud.

    Do takiego zakonu przyszedł biskup o czynnej, ruchliwej psychice i duchowości i tu szukał odpoczynku i schronienia. Dobrze trafił, bo prawdopodobnie jego doświadczenia i umiłowania przyczyniły się do spotęgowania błogosławionej pracy zakonu, w której sprawy ludzkie wiązały się przez modlitwę ze sprawami Bożymi.

    Biskup – zakonnik nie przestał być człowiekiem skierowanym sercem ku swojemu narodowi, który tym razem umacniał przykładem modlitwy i któremu na modlitwie wyjednywał opiekę Ojca wszystkich narodów. Ostatnie lata błogosławionego Wincentego upływają na czytaniu pism świętego Bernarda z Clairvaux, wielkiego czciciela Matki Najświętszej. To również zaznaczyło się w pismach i w duchowości błogosławionego Wincentego Kadłubka. Dał wzór i przykład wielkiej żarliwości w czci należnej Matce Najświętszej.

    Można by tak iść rozdział po rozdziale, strona po stronicy Kroniki Polski, pisanej przez błogosławionego Wincentego i widzieć, jak w zamierzchłych czasach żył duch i zasady, które mają znaczenie i dla naszych czasów. Tak więc uroczystość dzisiejsza nie jest wspomnieniem historycznym, ale ma charakter programowania na czasy nowe!

    Stefan kard. Wyszyński

    mod/Teologia Polityczna Co Tydzień/Fronda.pl

    ___________________________________________________________________________________________

    Mistrz Wincenty zwany Kadłubkiem – nauczyciel cnoty politycznej oraz filar polskości

    oprac. GS/PCh24.pl

    ***

    Zajmując się dziejami Polski oraz dziejami kultury Polski dawnej, tej sprzed tragedii rozbiorów odnieść można wrażenie, że tych osiem wieków naszej historii stało się jakby mniej ważne i nie dość docenione. Wciąż za to jakbyśmy przeceniali epoki nam historycznie bliższe: czas rozbiorów, epokę romantyzmu, pozytywizmu, XX-lecia międzywojennego. Tymczasem dziedzictwo Polski przedrozbiorowej ma potencjał leczenia nas z naszych ran. Polska przadrozbiorowa oferuje współczesnemu Polakowi gigantyczny zasób idei, tradycji i treści, które mogą stać się zalążkiem odrodzenia naszego narodu. Zwłaszcza kiedy zrozumiemy proces Rewolucji, który zrujnował Zachód w ciągu ostatnich 500 lat. Przykładem dziedzictwa coraz słabiej obecnego w naszym narodowym imaginarium jest m.in. postać i dzieło bł. Mistrza Wincentego zwanego Kadłubkiem.

    Jeśli ktoś o nim słyszał, to pewnie jako o naiwnym, polskim średniowiecznym kronikarzu, który w swoim dziele z początku XIII wieku konfabulował o walkach naszych przodków z Aleksandrem Wielkim czy z Juliuszem Cezarem. A skoro tak, to któż brałby na poważnie takiego autora i jego dzieło, kiedy mamy do dyspozycji nowoczesnych historyków z ich poważnym i nowoczesnym warsztatem. Więc bł. Kadłubek jawi się w najlepszym wypadku jako naiwny przedstawiciel wieków ciemnych, który mieszał baśnie z rzeczywistością.

    To zapomnienie dotyczy także innych wielkich postaci: świętych, profesorów i mężów stanu doby przedrozbiorowej. Kto dziś pamięta – zwłaszcza w czasie wojny za naszą wschodnią granicą o polskiej szkole prawa międzynarodowego z jej wybitnymi przedstawicielami, profesorami Akademii Krakowskiej: Pawłem Włodkowicem oraz Stanisławem ze Skarbimierza? Kto dziś myśli o Janie Długoszu? Kogo interesuje Sł. B. Stanisław Kardynał Hozjusz, który uratował nasz naród przed herezją protestancką? Ilu jeszcze sięga po pełne proroczego natchnienia kazania Ks. Piotra Skargi? Albo interesuje się geniuszem naszych wielkich hetmanów: jak Koniecpolski, Chodkiewicz, Czarnecki czy Żółkiewski? Czy ktoś opłakuje tragedię Rokoszu Lubomirskiego i bratobójczą bitwę pod Mątwami w roku 1666 kiedy w wyniku wojny domowej zginęły blisko cztery tysiące żołnierzy królewskich?

    Nie byłoby rozbiorów gdyby nie błędy naszych ojców z Pierwszej Rzeczypospolitej, ale równocześnie nie byłoby wszystkiego, co święte i wielkie w naszym narodzie, gdyby nie dziedzictwo dawnej Polski. A to właśnie dziedzictwo, świadomość i tożsamość kilku pierwszych stuleci naszej historii zawdzięczamy w dużej mierze postaci bł. Mistrza Wincentego zwanego Kadłubkiem, uznawanego za „ojca kultury polskiej”.

    Bł. Mistrz Wincenty żył w epoce jednego z największych papieży w historii Kościoła – Innocentego III, tego, który m.in. zwołał IV Sobór Laterański. Bł. Wincenty był delegatem z Polski na to zacne zgromadzenie. Innocenty III to również ten papież, który zatwierdził reguły zakonów Św. Franciszka oraz Św. Dominika. Nasz Mistrz Wincenty z dużym prawdopodobieństwem osobiście zetknął się z Lotario de Contim czyli przyszły papieżem Innocenty III podczas ich studiów w Paryżu i Bolonii.  

    Warto spróbować odtworzyć specyficzną mentalność i klimat który kształtował „mapy mentalne”, „imaginarium”, tożsamość naszych przodków. Fenomen Polski jej odrębność i wyjątkowość miały zawsze swój specyficzny rys tożsamości nas jako wspólnoty. Wśród postaci i dzieł, które tę tożsamość dostrzegły, opisały i przekazały przyszłym pokoleniom był z pewnością bł. Mistrz Wincenty Kadłubek i to już na przełomie XII i XIII wieku! To nasz drugi po Gallu Anonimie kronikarz, autor wiekopomnego – acz niedocenianego obecnie dzieła pt. Kronika Polska. W ostatnich latach na tę postać zwrócił uwagę m.in. krakowski wybitny historyk prof. Andrzej Nowak a zespól Rocznika „Teologia Polityczna” poświęcił Mistrzowi Wincentemu cały numer.

    Prof. Nowak bardzo trafnie wskazał na zasługi Mistrza Wincentego w opisaniu tego, jak Polacy widzieli siebie w rodzinie narodów Europy na tle historii świata oraz jak nasi ojcowie postrzegali ideał państwa, władzy, porządku i dobra wspólnego. Prof. Nowak dostrzegł też pewne zdanie na kartach kroniki Polskiej, które dla niniejszych rozważań oraz dla namysłu nad istotą polskości  będzie bardzo istotne – chodzi o znaczenie tożsamości dla trwałości wspólnoty. Prof. Andrzej Nowak wskazał na zdanie : Identitas est mater societatis. Zdaniem krakowskiego historyka: „Tożsamość jest matką wspólnoty, to jedna z trochę zapomnianych, ale fenomenalnie ważnych definicji, które zostawił nam w swojej Kronice pierwszy polski intelektualista, pisarz i historyk, Mistrz Wincenty Kadłubek”.

    Jak zauważyła Brygida Kűrbis we wstępie do wydania Kroniki Polskiej z 1973 roku: „Pojęcie Polski, jednego regnum, patrimonium i jednej res publica (królestwa, ojcowizny i rzeczypospolitej), autor umieścił w kategoriach raczej moralnych niż geograficznych czy zgoła prawnych.” Tak jakby bł. Wincenty jakimś prorockim natchnieniu wiedział, jak takie widzenie wspólnoty przysłuży się Polakom przez całe jej pełne wojen i kataklizmów dzieje. Tak bowiem jak wtedy Polska była większa niż polityczne władanie księcia aktualnie władającego na Wawelu, tak też było wielokrotnie później i jest do dziś, że Polska to pojęcie wykraczające poza jej aktualny polityczny i geograficzny zarys.

    Tożsamość, władza, apologia cnoty i potępienie występku

    To co uderza na kartach Kroniki Polskiej to nobilitacja cnoty i piętnowanie występku nie tylko w życiu indywidualnym ale także w polityce i trosce o dobro wspólne. Już na pierwszych kartach Kroniki znajdujemy słowa wypowiedziane przez legendarną władczynię Wandę córkę Grakha skierowane do sławnego i grozę budzącego króla Aleksandra Macedońskiego: „Źle innym rozkazuje ten, kto sam sobie nie nauczył się rozkazywać; nie jest bowiem godzien zwycięskiej chwały ten, nad którym zgraja namiętności triumfuje.” Jako że dzieło bł. Wincentego opowiada o dziejach Polski, skupia się na jej władcach i samej kwestii władzy. Wile jest przykładów, władców dobrych oraz złych. Znajdziemy też rozważania na temat ustroju państwa. Władca dobry oraz dobrze zorganizowana wspólnota, muszą przede wszystkim opierać się na cnocie. W przywołanym wyżej fragmencie Wanda oznajmia Aleksandrowi: „Wiedz zaś, że Polaków ocenia się według dzielności ducha, hartu ciała, nie według bogactw.” Czy nie jest to swoisty zarys ideału, ku któremu aspirowały całe pokolenia Polaków od Kadłubka poprzez Zawiszę Czarnego, ks. Piotra Skargę konfederatów barskich aż po postaci takie jak pułkownik Ciepliński, rotmistrz Pilecki  czy bł. Ksiądz Jerzy Popiełuszko?

    Ciekawe że jakkolwiek Polacy skłonni są do waśni i bratobójczych rozgrywek (legenda o synach Grakha oraz późniejsze dzieje walczących ze sobą książąt piastowskich), to w polityce zewnętrznej charakterystyczną nutą polskiej polityki jest szlachetność polityczna. Wyrazem jej stanie się później choćby polityka wobec Zakonu Krzyżackiego oraz polska szkoła prawa międzynarodowego z jej wybitnymi przedstawicielami: Pawłem Włodkowicem oraz Stanisławem ze Sarbimierza. Do tej sztafety myślicieli i mężów stanu dodać można wiele innych postaci np. Sł. B. Ks. Piotra Skargę. Co ciekawe Skarga kilka wieków po Kadłubku także nie dostrzegał u Polaków zła prowadzenia polityki imperialnej czy niesprawiedliwych podbojów ale dostrzegał wewnętrzne choroby jakimi były: brak miłości Ojczyzny jako kraju katolickiego; wewnętrzna niezgoda Polaków; herezje pleniące się w kraju; osłabianie władzy królewskiej oraz „wolność diabelska”, która odrzuca zasady; niesprawiedliwe prawa; grzechy publiczne i brak za nie kary.

    Polska jako część Cywilizacji Chrześcijańskiej

    Kadłubek pieczołowicie kreśli historię zakorzenienie Polski w przeszłości Europy dając przyszłym pokoleniom naszych rodaków poczucie przynależności do rodziny narodów Zachodu. Idea ta jest wciąż warta przypominania w kontekście naszego wstąpienia najpierw do Wspólnoty Europejskiej, która przekształciła się w Unię Europejską, twór polityczny globalistyczny, o nieskrywanym wrogim chrześcijaństwu nastawieniu.

    Bł. Wincenty – mistrz i nauczyciel cnót chrześcijańskich

    Święci się nie starzeją. Starzeją się zaś herezje i błędy. Do dziś zadziwia nas mądrość świętych starego Testamentu, mądrość Nowego Testamentu, Mądrość Ojców Kościoła i Świętych . Także postać i dzieło bł. Wincentego nie starzeje się i jaśnieje blaskiem mądrości Kościoła a także mądrości starożytnych, którą jak jego ojcowie (wszak był cystersem) – uczniowie św. Benedykta, patriarchy Zachodu – ocalili i udostępnili kolejnym pokoleniom chrześcijan.

    Kronika jest też zbiorem pięknych i aktualnych aforyzmów, i przez to kształtowała chrześcijański ład moralny naszych przodków zwłaszcza elit.

    Niosła katolicką antropologię – prawdę o człowieku –  jak choćby w zdaniu: „Oto bowiem dwoje jest w człowieku: dusza i ciało, na cóż jest dusza? By dała myśl mądrą. Na cóż ciało? By było pojazdem dla cnót. Zabierz jedno z dwóch, zniszczysz człowieka”.

    Widzimy dziś w mistrzu Wincentym tylko dziejopisa, a tracimy z oczu świętego nauczyciela. Lektura Kroniki jest bowiem pełna klejnotów klasycznej i chrześcijańskiej nauki o cnotach i wadach podana o tyle atrakcyjnie, że zilustrowana żywo i błyskotliwie przykładami z naszej historii czy z naszych opowieści o czasach na pól legendarnych. Te konkretne historyczne zdarzenia stanowią piękne i żywe – zwłaszcza dla polskiego patrioty i katolika – exempla, które szczególnie przydatne są do namysłu nad zasadami rządzącymi wspólnotą polityczną. 

    Mistrz Wincenty pisząc swoją historię dekoruje ją wspaniałymi sentencjami wyjaśniającymi zasady chrześcijańskiej troski o dobro wspólne i ogólnie dobrego ewangelicznego życia. Z tej mądrości tak długo jak Kronika Polska była w obiegu intelektualnym w Polsce, czyli co najmniej do czasów oświecenia, dostarczała nie tylko wiedzy o przeszłości ale uczyła zasad i moralności całe pokolenia Polaków. Obok mądrości i pereł myśli pogańskiego świata antycznego (Seneka czy Cyceron) pojawiają się cytaty z wielkich dzieł myślicieli chrześcijańskich. Przykładem jest fragment z dziejów króla Bolesława Krzywoustego, który oszczędziwszy mieszkańców Białogardu na Pomorzu został pochwalony za okazanie miłosierdzia zamiast surowej sprawiedliwości. Jeden z kadłubkowych rozmówców, Biskup Jan przywołuje św. Jana Chryzostoma: „Nikt nie jest miłosierny prócz sprawiedliwego, nikt sprawiedliwy prócz miłosiernego, albowiem sprawiedliwość bez miłosierdzia jest okrucieństwem, miłosierdzie bez sprawiedliwości głupotą.” Zwróćmy uwagę, jak te błyskotliwe zdania współgrają z tym, czym obecna Polska podbiła świat:  z orędziem Pana Jezusa Miłosiernego płynącego z Krakowa (dawnej stolicy biskupiej bł. Wincentego) na cały współczesny pogrążony w kryzysie świat!

    Autor chętnie sięga do Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu. Wplata w swe historie Polaków Mistrz Wincenty też fragmenty wielkich dzieł chrześcijańskiej duchowości jak żywot św. Antoniego Pustelnika autorstwa św. Atanazego – pogromcy arianizmu.

    Takie zabiegi sprawiają, że dzieje Polski opisane są z pozycji chrystocentrycznej, właściwego dla chrześcijańskiej cywilizacji średniowiecza. Jest to ukierunkowanie myślenia o nas jako o wspólnocie w kontekście Bożego planu wobec świata i człowieka w tym również wobec Polaków. Przykładem sentencji mądrościowej jest cytat z św. Hieronima: „Nic prostszego nad roztropność, nic roztropniejszego nad prostotę”. Są miejsca w Kronice, gdzie rozważania o władcach i wielkich ludziach są okazją do mini traktatów o cnotach i wadach. Taki właśnie mini traktat o cnotach, ich pokrewieństwie i wzajemnych zależnościach znajdujemy w Księdze IV w części dotyczącej postaci księcia Kazimierza II Sprawiedliwego. „Ponieważ zaś męża silnego zaleca nie tyle siła cielesna ile nieskazitelność ducha.” I dalej: „Wszystkie córy wszystkich cnót, jakikolwiek obowiązek spełniają, cokolwiek czynią, [wszystko to] zależy od sądu roztropności. (…) Pod mistrzostwem roztropności z lichego materiału nieszczęść  powstają znakomite zalety”.

    O wadach w innym miejscu mówi kadłubkowy rozmówca Jan: „Niech więc mąż roztropny wystrzega się dawania wiary każdemu poduszczeniu, źle bowiem jest i każdemu wierzyć, i nikomu; lecz to drugie jest bezpieczniejsze, tamto szlachetniejsze. Albowiem łatwowierność jest źródłem nieoględności, nieoględność niedbalstwa, niedbalstwo rodzi gnuśność, gnuśność zaś w pierwszym stopniu spokrewniona jest z głupotą, siostrą wszelkich zdrożności, matką przestępstw”. Są też fragmenty z dzisiejszego punktu widzenia niepoprawne politycznie, jak choćby  taki towarzyszący charakterystyce zgubnego wpływu Agnieszki, Niemki, żony księcia Władysława Hermana (najstarszego syna Bolesława Krzywoustego): „Niełatwo bowiem panować nad żoną, skoro raz jej pozwoli się zapanować” oraz kolejny cytat, który na pewno nie spodoba się feministkom: „Raczej jednak tysiąckroć ugłaskasz Erebu piekielne furie, niż raz jeden przebłagasz srogość niewieścią”.

    Warto przywołać też opis księcia Kazimierza Sprawiedliwego poczyniony przez Mistrza Wincentego, zarysowuje się tu swoisty ideał męża stanu, władcy tak w warstwie moralnej jak i w warstwie estetycznej – piękna i majestatu: „Nadzwyczaj szlachetna jest wytworność jego postaci, jak rysów twarzy oraz sama wysmukła budowa ciała, nieco przewyższająca wysokością ludzi średniego wzrostu. Spojrzenie jego ujmujące, nacechowane jednak jakąś pełną szacunku godnością. Mowa zawsze skromna, zaprawiona jednak wytwornym dowcipem. Komuż to tak niezbadany schowek duszy, tak wspaniałe skarby serca, tak nieocenione wyposażenie umysłu i natura dała, i łaska utwierdziła? Nie wiadomo czy w nim natura przewyższa łaskę, czy łaska naturę. Tak ze sobą w siostrzanym sporze współzawodniczą, że każda z nich usiłuje przewyższyć drugą, żadna jednak drugiej nie zazdrości zwycięstwa. Natura bowiem wyposażyła go w zdolności polityczne, troskliwa zaś łaska ozdobiła go cnotami oczyszczającymi. Cokolwiek bowiem odnosi się do sprawiedliwości przyrodzonej i politycznej, umiarkowania, męstwa i roztropności, on i słowami zaleca i przykładnym czynem okazuje.”

    Jest to nawiązanie do katolickiej zasady łaski i natury, do prawdy głoszonej w Kościele, że łaska i natura nie są sprzeczne ale łaska opiera się na naturze Gratia supponit naturam. Łaska nadprzyrodzona wydoskonala sferę naturalną wynikającą z samego faktu istnienia jako stworzenie Boże. Tu bardzo dobrze widać ideał człowieka katolickiego, który zrealizował się w średniowiecznej Christianitas szczególnie w modelu rycerza i mnicha. Z jednej strony wchłonął  starożytną naukę o cnotach (poziom natury) ale równocześnie oparł się na nauce objawionej na temat łaski, dzięki której człowiek może wspiąć się na wyżyny niedostępne w realiach pogaństwa uboższego o brak dostępu do łaski Odkupienia. Jak wspaniałe było to, że dzięki dziełu Mistrza Wincentego prawdy te przez stulecia docierały do elity szlacheckiej w Polsce także poprzez Kronikę Polską wyznaczając standardy człowieczeństwa ustanowione przez Ewangelię. 

    Ciemne średniowiecze?

    Nasuwa się tu znów stereotyp powielany w systemie edukacji i w kulturze, jakoby średniowiecze było ciemne i zamknięte na pogański antyk. Pobieżny kontakt z kulturą i myślą tamtej epoki ukazuje nam zgoła inny obraz: wielcy twórcy „wieków ciemnych” obficie czerpali z antyku, jednak patrzyli na tę spuściznę oczami katolickimi, zapatrzonymi w nadprzyrodzoność, w rozległe i wzniosłe obszary łaski Bożej. Błąd renesansu XV wieku lepiej tu można uchwycić, kiedy zwróci się uwagę, że epoka ta dostrzegała i gloryfikowała naturę, ale niestety zapomniała o łasce.

    Czasy zaś bł. Mistrza Wincentego nauka określa jako renesans XII wieku. Był to jednak renesans bez pysznego nadęcia i odrzucania dorobku chrześcijaństwa. Był to renesans spod znaku Św. Tomasz z Akwinu i papieża Innocentego III, nie zaś spod znaku zdemoralizowanych literatów i malarzy wieku XV. Kronika Mistrza Wincentego jest właśnie w nurcie tej afirmacji tradycji antycznej, która współgra z Objawieniem. Bł. Mistrz Wincenty i jemu podobni naukowcy średniowiecza czytali świat i jego dorobek w kontekście Ewangelii, a nie zaś wbrew temu kontekstowi, czy też wręcz z jego pominięciem. Widać u Mistrza Wincentego średniowieczny chrystocentryzm w patrzeniu na rzeczywistość w odróżnieniu do wieku XV i XVI, który Chrystusa traktował tak, jakby nigdy nie istniał.

    Natura ludzka oraz Prawda o Bogu Świecie i Człowieku są niezmienne. Na przestrzeni ponad dwóch tysiącleci historii Kościoła ujmowali te prawdy liczni myśliciele i do nich właśnie zalicza się ów tytan (obok wielu innych) na którego plecach stoi cała Kultura Polski aż do dziś. Czytajmy Mistrza Wincentego tak jak on czytał dzieje świata Kościoła i Polaków, tak jak człowiek katolickiego średniowiecza czytał księgę rzeczywistości – czytajmy umysłem i sercem katolickim, otwartym na sferę łaski i wtedy dopiero dostrzeżmy wielkość dzieła tego pokornego mnicha i dostojnika Kościoła Powszechnego. Tak nastawieni do dokonania Bł. Kadłubka odkryjemy źródło naszego polskiego, tradycyjnego imaginarium oraz zostaniemy dodatkowo pouczeni i zbudowani wielkimi prawdami o cnocie jako fundamencie życia osobistego i społeczno-politycznego. W ten sposób odkryta na nowo nasza tożsamość stanie się znów matką naszej tak pokaleczonej społeczności.

    Arkadiusz Stelmach/PCh24.pl

    ___________________________________________________________________________________

    Staroświecki historyk – bł. Wincenty Kadłubek

    Staroświecki historyk - bł. Wincenty Kadłubek

    Bł. Wincenty Kadłubek/fot. Henryk Pzondziono/Gość Niedzielny

    ***

    To, jak człowiek czyta historię, zależy od tego, co ma w głowie i w sercu.

    Zasłynął przede wszystkim jako pierwszy w historii uczony Polak i pisarz, autor „Kroniki Polski”. Był kapelanem i doradcą księcia krakowskiego, potem biskupem krakowskim, w końcu mnichem cysterskim. Kiedy po 400 latach otwarto grób, jego ciało znaleziono prawie nienaruszone.

    Bł. Wincenty Kadłubek urodził się ok. roku 1150. Wiedzę zdobywał najpierw w Krakowie, potem studiował w Paryżu lub w Bolonii, lub nawet na obu uniwersytetach. Bez wątpienia należał do najbardziej światłych Polaków swojej epoki. Krakowski książę Kazimierz Sprawiedliwy uczynił go swoim kapelanem i doradcą, on też namówił go do pisania „Kroniki”. Po śmierci księcia Wincenty został prepozytem kolegiaty w Sandomierzu, a w 1208 r. wybrano go biskupem krakowskim. Jako biskup wziął udział w Soborze Laterańskim IV (1215 r.).

    We wstępie do jednego z dokumentów, wystawionych przez biskupa Wincentego, czytamy: „Ojczyzna i Kościół potrzebują opieki ze strony swoich synów, najlepiej mogą oni bronić ojczyzny i Kościoła przez piśmienne regulowanie stosunków własnościowych i przestrzeganie prawa”. Po dziesięciu latach pasterzowania w Krakowie Wincenty zrezygnował z biskupstwa i postanowił wstąpić do klasztoru cystersów w Jędrzejowie. Osiemdziesięciokilometrową drogę z Krakowa do opactwa przebył jako pielgrzym, pieszo i boso. Do dziś w Jędrzejowie pokazują kopiec, usypany w miejscu, gdzie Wincenty padł na twarz przed opatem, prosząc go o przyjęcie do wspólnoty. Jako cysterski mnich Wincenty kontynuował pisanie swojej „Kroniki”. Pisał ją po łacinie, pięknym, wyszukanym stylem.

    W jego dziele historia miesza się z poetycką fantazją. Jest świadectwem jego żarliwej miłości do Polski, rozbitej wtedy na dzielnice. Jak powie po latach kard. Wyszyński, dzieło Kadłubka „stawia sobie za cel uczyć cnoty, zwłaszcza miłości ojczyzny, miłości własnego kraju, do dziejów ojczystych, zachęcać do czynów rycerskich, czynów wzniosłych”. Mistrz Wincenty nie zdążył dokończyć dzieła, doprowadził je do roku 1202 r., sam zmarł w 1223 r., po pięciu latach surowego życia klasztornego.

    Święty historyk? Ciekawe zestawienie. Bardzo aktualne dziś, kiedy historia stała się narzędziem walki politycznej. Politycy, dziennikarze, historycy wyciągają z niej brudy, którymi obrzucają innych. Jak tak dalej pójdzie, historia będzie się nam kojarzyć z wielkim szambem, zmagazynowanym w teczkach, z których co chwila wypływa kolejna śmierdząca sprawa. Czy na historię składają się tylko dzieje zdrady, nieprawości i głupoty? Czy nie są to także dzieje dobra, patriotyzmu, wierności i innych jasnych stron ludzkiej duszy? To, jak człowiek czyta historię, zależy od tego, co ma w głowie i w sercu.

    Zarzuca się bł. Wincentemu, że za bardzo moralizował i dlatego nie jest wiarygodny. Na marginesie opisywanej historii notował np.: „Każde państwo kwitnie zgodą, a nie kłótniami” lub „Nie godzi się o własnym myśleć bezpieczeństwie, gdy dobro ogółu jest narażone na niebezpieczeństwo”. Racja, takie teksty brzmią dziś w Polsce bardzo staroświecko… Niestety.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    8 października

    Święta Pelagia, męczennica

    Święta Pelagia

    Pelagia, znana również jako Małgorzata, pochodziła z Antiochii. Żyła w V w. Wedle przekazów była kobietą lekkich obyczajów, obdarzoną nieprzeciętną urodą. Pochodziła z bogatej pogańskiej rodziny.
    Biskup Antiochii zaprosił pewnego razu do siebie ośmiu biskupów, wśród nich m.in. Nonnusa z Heliopolis, znanego ze swej pobożności i ascezy. Gdy wszyscy zgromadzili się przed kościołem, a Nonnus przemawiał do nich, nieopodal przejeżdżała Pelagia. Jej kosztowny strój zwracał uwagę. Nonnus dostrzegł to i gorzko zapłakał, wskazując, że jego słuchacze nie dbają o swoje dusze w takim stopniu, w jakim owa kobieta dbała o własną urodę. Gdy Nonnus wrócił do swej celi, podjął modlitwę o nawrócenie spotkanej kobiety.
    Otrzymał wówczas widzenie: ujrzał czarną gołębicę, która – zanurzona przez Nonnusa w wodzie święconej – stała się czysta i biała. Biskup odczytał to jako znak zapowiadający nawrócenie Pelagii. Kiedy kolejnym razem nauczał o Sądzie Ostatecznym, do świątyni weszła Pelagia. Usłyszane słowa wywarły na niej wielkie wrażenie. Z płaczem rzuciła się do nóg biskupa. Nonnus ochrzcił ją. Pelagia postanowiła oddać swój majątek biskupowi, by ten mógł go rozdzielić między potrzebujących.
    Nowo nawrócona kobieta podjęła pokutę. Wkrótce potem udała się do Jerozolimy. Tam, ukrywając się pod przybranym męskim imieniem, podjęła surowe wysiłki ascetyczne. Zamieszkała w jednej z pustelni na Górze Oliwnej, gdzie około 457 roku odeszła do Pana.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    7 października

    Najświętsza Maryja Panna Różańcowa

    Zobacz także:
      •  Święta Justyna z Padwy, dziewica i męczennica
    ***
    Matka Boża Różańcowa Tarnopolska

    Dzisiejsze wspomnienie zostało ustanowione na pamiątkę zwycięstwa floty chrześcijańskiej nad wojskami tureckimi, odniesionego pod Lepanto (nad Zatoką Koryncką) 7 października 1571 r. Sułtan turecki Selim II pragnął podbić całą Europę i zaprowadzić w niej wiarę muzułmańską. Ówczesny papież – św. Pius V, dominikanin, gorący czciciel Matki Bożej – usłyszawszy o zbliżającej się wojnie, ze łzami w oczach zaczął zanosić żarliwe modlitwy do Maryi, powierzając Jej swą troskę podczas odmawiania różańca. Nagle doznał wizji: zdawało mu się, że znalazł się na miejscu bitwy pod Lepanto. Zobaczył ogromne floty, przygotowujące się do starcia. Nad nimi ujrzał Maryję, która patrzyła na niego spokojnym wzrokiem. Nieoczekiwana zmiana wiatru uniemożliwiła manewry muzułmanom, a sprzyjała flocie chrześcijańskiej. Udało się powstrzymać inwazję Turków na Europę.

    Matka Boża Różańcowa z kościoła mniszek dominikańskich w Radoniach pod Warszawą

    Zwycięstwo było ogromne. Po zaledwie czterech godzinach walki zatopiono sześćdziesiąt galer wroga, zdobyto połowę okrętów tureckich, uwolniono dwanaście tysięcy chrześcijańskich galerników; śmierć poniosło 27 tys. Turków, kolejne 5 tys. dostało się do niewoli. Pius V, świadom, komu zawdzięcza cudowne ocalenie Europy, uczynił dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej i zezwolił na jego obchodzenie w tych kościołach, w których istniały Bractwa Różańcowe. Klemens XI, w podzięce za kolejne zwycięstwo nad Turkami odniesione pod Belgradem w 1716 r., rozszerzył to święto na cały Kościół. W roku 1883 Leon XIII wprowadził do Litanii Loretańskiej wezwanie “Królowo Różańca świętego – módl się za nami”, a w dwa lata później zalecił, by w kościołach odmawiano różaniec przez cały październik.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________________

    Różaniec na szaniec

    Dlaczego nawała turecka niespodziewanie załamała się pod Lepanto? Dlaczego Maryja objawiła się w malutkiej wiosce, która nosi imię córki Mahometa? Dlaczego Armia Czerwona wycofała się z Austrii? Jakie tajemnice kryją tajemnice różańcowe?

    Modlitwa o zwycięstwo

    Matka Boża Różańcowa/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    *****

    Ci, którzy będą gorliwie odmawiali Różaniec, „otrzymają wszystko, o co poproszą”, usłyszał od samej Maryi błogosławiony Alanus de la Roche. Historia zna wiele przypadków, które pokazują, że tłum rozmodlonych ludzi był w stanie zatrzymać wielkie historyczne kataklizmy.

    Bitwa ze wspomaganiem
    „Z bazyliki Piotrowej uczynię stajnię dla moich koni!” – odgrażał się sułtan Selim II. Nie wyglądało to na puste przechwałki. Sto lat wcześniej tureckie imperium zdobyło Konstantynopol, stolicę wschodniego chrześcijaństwa. Teraz żarłocznie pochłaniało kolejne połacie Europy. Sztandar proroka łopotał już na Bałkanach, na Węgrzech, zagroził Wiedniowi. Padła wyspa Rodos, padł Cypr. Po Adriatyku uganiała się flota turecka, atakując weneckie placówki. W Europie Zachodniej nie rozumiano powagi sytuacji. Francja wręcz namawiała Turków do akcji zaczepnych przeciw swoim rywalom. Jedynie papież Pius V próbował zorganizować jakąś koalicję. Wreszcie udało się stworzyć Świętą Ligę – sojusz Rzymu, Wenecji i Hiszpanii. Tylko tyle. Ale Pius V liczył na „tajną broń” – Różaniec. „Brat chodak” – tak o nim mówiono – nie pasował do swoich poprzedników, papieży renesansu. Żył surowo, po wyborze nie zdjął nawet swojego dominikańskiego habitu. Choć nie zaniedbywał żadnych niezbędnych działań, modlitwę uważał za środek najskuteczniejszy.

    Gdy u brzegów Sycylii zaczęła gromadzić się chrześcijańska flota, Pius V zorganizował „drugi front”. Na jego prośbę w całej Europie miliony ludzi pościły i odmawiały Różaniec w intencji zwycięstwa. Papież spędzał długie godziny na modlitwie w swojej kaplicy. Każdego dnia ulicami Rzymu ciągnęły procesje bractwa różańcowego z obrazem Matki Bożej Śnieżnej. Również załogi okrętów, na prośbę Piusa, codziennie odmawiały Różaniec. Rankiem 7 października 1571 roku flota chrześcijan starła się z turecką armadą w Zatoce Korynckiej, w pobliżu miasta Lepanto.

    Zanim słońce zaszło, z dumnej floty „pana całej ziemi” zostały tylko drzazgi pływające w czerwonej od krwi wodzie. Trzydzieści tysięcy Turków poległo lub zostało rannych, trzy tysiące dostało się do niewoli. Piętnaście tysięcy chrześcijańskich wioślarzy-niewolników odzyskało wolność. Chrześcijan poległo 8 tysięcy, a 21 tysięcy odniosło rany. Wśród tych ostatnich był pewien młody Hiszpan. Nazywał się Miguel de Cervantes, późniejszy autor „Don Kichota”. Do końca życia chwalił się udziałem w bitwie pod Lepanto, „najszczytniejszej potrzebie, jaką widziały wieki przeszłe i obecne, i jaką przyszłe mają nadzieję oglądać”. Bezwładną rękę traktował jak zaszczytną pamiątkę. „Wolę to, że byłem obecny w tej wspaniałej bitwie, niż od moich ran być wolny, nie biorąc w niej udziału” – napisał.

    Gdy posłaniec z wieścią o zwycięstwie dotarł do Rzymu, papież, dzięki widzeniu, które miał w dniu bitwy, wiedział o wszystkim. Na pamiątkę ocalenia chrześcijaństwa ogłosił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej. Nieco później zmieniono nazwę na obchodzone do dziś w całym Kościele święto Matki Bożej Różańcowej. Wenecjanie po bitwie postawili w swoim mieście kaplicę ku czci Matki Bożej Różańcowej. Na jej ścianie widnieje napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja różańcowa uczyniła nas zwycięzcami”.

    Austriacy na kolanach
    Historycy mają twardy orzech do zgryzienia, zastanawiając się nad powojennymi losami Austrii, która, podobnie jak Niemcy, podzielona została na strefy okupacyjne, przy czym Związkowi Radzieckiemu przypadła najbogatsza część kraju – Dolna Austria – opowiada Mirosław Laszczak w „Historii różańca” – „Wyzwoliciele” spod znaku czerwonej gwiazdy za nic nie chcieli opuścić zajętych przez siebie terenów. I wtedy – po raz kolejny – okazało się, że pomoc płynąca z Różańca ma nie tylko duchowy charakter.

    Austria była dla Stalina łakomym kąskiem: zdobył przyczółek, z którego mógł kontrolować sytuację w Czechach, Niemczech i na Węgrzech. Wiedeń podzielony był jak Berlin. Austria miała podzielić los Niemiec. Sowieci wywozili urządzenia przemysłowe i niszczyli gospodarkę znakomicie rozwiniętego kraju. Nikogo nie dziwiło, że wojska radzieckie nie chciały opuścić kraju nad Dunajem.

    I wtedy, w obliczu zagrożenia komunizmem, skromny austriacki franciszkanin, ojciec Petrus Pavlicek, poprosił o codzienny Różaniec w intencji odzyskania niepodległości. Wezwał naród do Pokutnej Krucjaty Różańcowej. Jego wezwanie nagłośniły władze kościelne. Mnich miał niesamowitą charyzmę: jeździł po całym kraju, namawiając ludzi do modlitwy i nawrócenia. Żar, z jakim przemawiał, sprawiał, że ludzie chętnie wstępowali w szeregi krucjaty. – Wierzono, że skoro kilka wieków wcześniej, walczący pod sztandarem Maryi, król Jan III Sobieski wspomagany modlitwami bractw różańcowych ochronił Wiedeń, i tym razem ocalenie przyjdzie za sprawą gorliwie odmawianego Różańca – pisze Mirosław Laszczak. – Aż siedemset tysięcy Austriaków prze-suwało w palcach paciorki, przed obrazami Ma-tki Boskiej Różańcowej odbywały się błagalne modlitwy i nabożeństwa. Na klęczkach proszono o wyjście Armii Radzieckiej z Austrii.

    Modlitwa różańcowa ogarnęła cały kraj. W 1950 r. ponad 35 tysięcy Austriaków przeszło przez Wiedeń w ogromnej Maryjnej Procesji Światła. Co ciekawe, na czele procesji szli politycy: kanclerz Leopold Figl i Julius Raab, liderzy Austriackiej Partii Ludowej. Cztery lata później w podobnej procesji przez wiedeńskie ulice szło już 60 tys. Austriaków. Sprawa negocjacji ze Stalinem wydawała się beznadziejna. Rząd Austrii spotykał się z ministrem spraw zagranicznych Wiaczesławem Mołotowem ponad 300 razy. Bez skutku. Gdy wiosną 1955 r. po raz kolejny Raab i Figl jechali do Moskwy, wezwali członków krucjaty do gorącej modlitwy. I wówczas, gdy delegacja rządu toczyła żmudne negocjacje z Mołotowem, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. 13 kwietnia – w dzień fatimski – Sowieci niespodziewanie zgodzili się opuścić Austrię. Zadowolili się odszkodowaniem finansowym. Austrię ogarnął szał radości. 15 maja 1955 roku stojący na balkonie wiedeńskiego Belwederu minister Leopold Figl zawołał: „Dziękując Bogu Wszechmogącemu, podpisujemy umowę i z radością wołamy: Austria jest wolna!”.

    Fatima, córka Mahometa
    Rosja kipi, przygotowując leninowską rewolucję 1917 roku. Niebawem krew poleje się strumieniami. Wokół wybuchają bomby I wojny światowej. Na krańcu Europy w zapomnianej przez wszystkich wiosce troje małych pastuszków otrzymuje przesłanie mające przesądzić o losach świata. Łucja ma dziesięć lat, Franciszek dziewięć, a najmłodsza Hiacynta siedem. Objawienie w Fatimie ma kluczowe znaczenie w historii Różańca. To tu Maryja wielokrotnie wzywała do odmawiania tej modlitwy, z tą zapomnianą przez ludzi wioską wiązała wielkie obietnice.

    Znany publicysta katolicki Vittorio Messori w samej nazwie wioski doszukuje się niezwykłego symbolu: „Dlaczego Matka Boża z tylu miejsc, w których mogła się ukazać, wybrała właśnie zagubioną pośród gór wioskę, która nazywa się tak samo jak umiłowana córka Mahometa? Fatima w świecie muzułmańskim, a przede wszystkim szyickim, spełnia rolę maryjną.

    Jest związana między innymi z apokaliptycznymi wydarzeniami końca świata – tak jak Maryja – i pełni rolę związaną z miłosierdziem, zwłaszcza dla szyitów. O ile mi wiadomo, a sprawdziłem to dość dobrze, w całej Europie Zachodniej istnieje tylko jedno miejsce o nazwie Fatima i – nawiasem mówiąc – jest to zagubiona między górami wioska, której nikt jeszcze niedawno nie znał, nawet w Portugalii. Dlaczego Matka Boża miałaby się ukazać właśnie tam? Czy to był przypadek? W tych sprawach nic nie jest przypadkowe”.

    Autor książki „Przekroczyć próg nadziei” przypomina, że sam zamach na Papieża nieprzypadkowo miał miejsce 13 maja, dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Maryi. Plac Świętego Piotra rozdarły strzały. Wszechmoc Boża znów objawiła się w słabości. Bezradny, zakrwawiony Jan Paweł II na oczach całego świata ukazał kwintesencję chrześcijaństwa: z serca przebaczył zamachowcowi. Ludzie na całym świecie dotknęli tajemnicy Boga.

    Rok później Jan Paweł II przez czterdzieści minut modlił się w Fatimie, dziękując Maryi za ocalenie życia i powrót do zdrowia. Co chciała nam powiedzieć Maryja, wzywając do modlitwy różańcowej w wiosce mającej imię córki Mahometa?

    Marcin Jakimowicz, Franciszek Kucharczak/wiara.pl

    ***

    Sprawdzona broń

    Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo – napisali marynarze.

    Zanim Jan III Sobieski zatrzymał inwazję turecką pod Wiedniem, ponad wiek wcześniej podobnego czynu dokonał papież św. Pius V. Jego bronią był Różaniec.

    W 1570 roku muzułmańskie wojska Turcji zajęły Nikozję, stolicę Cypru, a po długim oblężeniu zdobyły Famagustę, gdzie dokonały straszliwej rzezi chrześcijan. W obronie zaatakowanego Cypru stanął papież Pius V, który stworzył związek katolickich państw, zwany Świętą Ligą. Wystawiona przez nią flota wypłynęła naprzeciw przeważającym liczebnie statkom nieprzyjaciela.

    Obie armady spotkały się 7 września 1571 roku, kilkadziesiąt kilometrów od portu Lepanto. Papież modlił się na różańcu, prosząc Matkę Bożą o pomoc dla chrześcijańskiej armii. Nagle usłyszał szum wiatru i łoskot żagli. Dzięki widzeniu znalazł się na miejscu bitwy. Zobaczył ogromne floty gotowe do starcia. Nad nimi stała Maryja, która okryła płaszczem wojska chrześcijańskie. Dzięki temu wiatr zmienił kierunek, co zablokowało manewr flocie tureckiej, a sprzyjało chrześcijańskiej.

    Bitwa pod Lepanto należała do najkrwawszych bitew morskich w dziejach. Po czterech godzinach walki Święte Przymierze zdołało zatopić 60 galer wroga, zdobyć połowę okrętów tureckich, uwolnić 12 tys. chrześcijańskich galerników. Morska potęga Turcji została rozbita. Pius V ustanowił dzień 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, „aby – jak pisał – nigdy nie zostało zapomniane wspomnienie wielkiego zwycięstwa uzyskanego od Boga przez zasługi i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny, odniesionego w walce przeciw nieprzyjaciołom wiary katolickiej”.

    Jego następca Grzegorz XIII zmienił nazwę święta na Matki Bożej Różańcowej. Wiara w zwycięstwo Maryi i przekonanie o sile Różańca nie były tylko pobożnymi życzeniami papieży. Uczestnicy bitwy morskiej, weneccy marynarze, ufundowali w swoim mieście kaplicę, na której wyryto napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo”. Dziś, jak zauważył papież Benedykt XVI, „łódeczka myśli wielu chrześcijan jest nierzadko huśtana przez fale, miotana z jednej skrajności w drugą”. Walka trwa. Potrzeba sprawdzonej broni. Różaniec jest bardzo na czasie.

    ks. Piotr Studnicki/wiara.pl

    ___________________________________________________________________________________

    Matka Boża – gwarancja zwycięstwa

    (Oprac. GS/PCh24.pl)

    *****

    Wydarzenia w Guadalupe, Quito, Paryżu, La Salette, Lourdes, Gietrzwałdzie, Fatimie, Akicie, Kibeho tworzą długi łańcuch Maryjnych interwencji w dzieje świata i grzesznej ludzkości. Kochająca Matka nie może pozostać bezczynna, kiedy Jej dzieciom grozi niebezpieczeństwo – a już zwłaszcza gdy same je sobie ściągają na głowę. Dlatego niestrudzenie od wieków przychodzi do nich z ostrzeżeniem, radą, lekarstwem…

    W roku 1948, w dramatycznych chwilach umacniania się komunizmu w naszej Ojczyźnie, prymas Polski kardynał August Hlond wypowiedział na łożu śmierci znamienne proroctwo: Zwycięstwo, gdy przyjdzie, przyjdzie przez Maryję. Słowa te powtarzał często Ojciec Święty Jan Paweł II, który w swym herbie papieskim użył zawołania świętego Ludwika Marii Grignion de Montfort: Totus tuus, czyli Cały Twój, Maryjo.

    Silna wiara w zwycięstwo Matki Bożej nad siłami zła jeszcze na tym świecie leży u podstaw mariologii wspomnianego świętego, który na początku Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny stwierdza, iż przez Najświętszą Maryję przyszedł na świat Jezus Chrystus i przez Nią też chce On w świecie panować. To przekonanie prowadzi autora traktatu do wniosku o szczególnej roli Matki Chrystusowej w powtórnym przyjściu Jej Syna, na które właśnie Ona przygotuje świat.

    Jakby dla potwierdzenia tej szczególnej roli Najświętszej Dziewicy w planie Opatrzności Bożej i historii Zbawienia, Bóg posyła swoją najwierniejszą Córkę, aby przychodziła do swoich dzieci z wezwaniem do nawrócenia, zadośćuczynienia i modlitwy – oraz przesłaniem nadziei na Jej zwycięstwo.

    Doświadczamy tego w szczególnym nagromadzeniu objawień naszej Pani na przestrzeni ostatnich dwustu lat. Im bardziej przyspieszał proces antychrześcijańskiej Rewolucji, zapowiadając kolejne prześladowania, tym bardziej kochająca Matka przypominała o swojej pomocy w uznanych przez Kościół objawieniach.

    Wobec postępów antychrysta

    Warto się wsłuchać w jakże adekwatne w tych okolicznościach słowa kardynała Ivana Diasa, wysłannika papieża Benedykta XVI na uroczystości rozpoczynające odchody stupięćdziesięciolecia objawień Maryjnych w Lourdes.

    Pragnę umieścić te objawienia w szerszym kontekście nieustannej a zaciekłej walki toczącej się pomiędzy siłami dobra i zła – mówił 8 grudnia 2007 roku ówczesny Prefekt Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów – walki, która toczy się od początku dziejów ludzkości w Rajskim Ogrodzie i będzie trwać aż do końca czasów. Objawienia w Lourdes są jednymi z pierwszych w długim łańcuchu objawień Matki Bożej, który rozpoczął się dwadzieścia osiem lat wcześniej, w roku 1830 przy Rue de Bac w Paryżu. (…)

    Po Lourdes Matka Boża nie przestaje okazywać całemu światu żywej matczynej troski o los ludzkości w swych kolejnych objawieniach. Wszędzie prosi o modlitwę i pokutę w intencji nawrócenia grzeszników, ponieważ widzi duchową ruinę niektórych krajów, widzi cierpienia, jakie będzie znosił Ojciec Święty, widzi ogólne osłabienie wiary chrześcijańskiej i trudności Kościoła. Maryja widzi nadejście antychrysta i podejmowane przezeń próby zastąpienia Boga w życiu ludzi: próby, które mimo olśniewających sukcesów będą jednak skazane na niepowodzenie. (…)

    Walka między Bogiem a jego nieprzyjacielem jest zawsze zacięta, nawet bardziej dzisiaj niż w czasach Bernadetty sto pięćdziesiąt lat temu. Ponieważ ludzkość pogrąża się w bagnie sekularyzmu, który chce stworzyć świat bez Boga; relatywizmu, który przytłacza stałe i niezmienne wartości Ewangelii; oraz religijnej obojętności na wyższe dobra i sprawy Boga i Kościoła. Ta walka pochłania niezliczone ofiary w naszych rodzinach i wśród naszej młodzieży.

    W obliczu największej bitwy

    Przypominając znamienną wypowiedź kardynała Karola Wojtyły z 9 listopada 1976 roku (Stoimy dziś w obliczu największej bitwy, jaką ludzkość kiedykolwiek widziała. Nie sądzę, aby wspólnota chrześcijańska do końca ją zrozumiała) papieski wysłannik do Lourdes wskazał, iż Maryja Dziewica po raz kolejny zaprasza nas dzisiaj, abyśmy się stali częścią Jej legionu walczącego z siłami zła. Na znak naszego udziału w Twojej ofensywie prosisz, Najświętsza Matko, o nawrócenie serc, o żarliwe nabożeństwo do Świętej Eucharystii, o codzienne odmawianie Różańca, o modlitwę bez wytchnienia i obłudy, a także o przyjęcie cierpienia dla zbawienia świata.

    Objawienia przy Rue de Bac w Paryżu (1830) i pomoc w postaci Cudownego Medalika, w La Salette (1846) i zapowiedź kryzysu w Kościele, w Lourdes (1858), w Gietrzwałdzie (1877), w Fatimie (1917) i Akicie (1973) stanowią pasmo matczynych interwencji, za pomocą których – mówił kardynał Dias – Najświętsza Maryja Panna tka ze swoich duchowych synów i córek wielką sieć, szykując potężną ofensywę przeciwko siłom złego na całym świecie, która przyniesie ostateczne zwycięstwo Jej Boskiego Syna, Jezusa Chrystusa.

    Ostrzegając swoje dzieci przed apokaliptyczną karą, jaką Bóg ześle na pogrążony w grzechu rodzaj ludzki, Matka Kościoła jednocześnie gwarantuje im zwycięstwo we wspomnianej powyżej bitwie i to jeszcze w doczesności – tak, jak tego oczekiwało tylu świętych. Na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje! – sama to obiecała.

    Jedno jest pewne – podkreślił przemawiając w Lourdes kardynał Ivan Dias – ostateczne zwycięstwo należy do Boga, a stanie się to dzięki Maryi.

    Sławomir Skiba/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 października

    Święty Brunon Kartuz, opat

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jakub (Dydak) Alojzy de San Vitores, prezbiter i męczennik
      •  Święta Maria Franciszka od Pięciu Ran Pana Jezusa, dziewica
      •  Błogosławiony Innocenty z Berzo, prezbiter
    ***
    Święty Brunon

    Brunon urodził się w Kolonii około 1030 r. Pochodził ze znakomitej rodziny. Po ukończeniu szkół na miejscu udał się do Reims, gdzie była głośna szkoła katedralna. Następnie udał się do Tours, gdzie za nauczyciela miał słynnego wówczas Berengariusza. W roku 1048 powrócił do Kolonii, gdzie został kanonikiem przy kościele św. Kuniberta. Ok. roku 1055 przyjął święcenia kapłańskie. W rok potem powołał go do siebie biskup Reims, Manasses I, by prowadził mu szkołę katedralną. Pozostał tu 20 lat (1056-1075). Z jego szkoły wyszło wielu wybitnych mężów owych czasów. W roku 1075 arcybiskup Reims mianował Brunona swoim kanclerzem. Kiedy Brunon wystąpił przeciw niemu z powodu symonii, stracił urząd, majątek i musiał opuścić miasto. Wrócił do Reims w 1080 r., gdzie zaproponowano mu biskupstwo; nie przyjął jednak tej godności.
    Wkrótce z dwoma towarzyszami opuścił Reims i udał się do opactwa cystersów w Seche-Fontaine, by poddać się kierownictwu św. Roberta. Po pewnym jednak czasie opuścił wspomniany klasztor i w towarzystwie 8 uczniów udał się do Grenoble. Tam św. Hugo przyjął swojego mistrza z wielką radością i jako biskup oddał mu w posiadanie odległą od Grenoble o 24 kilometry pustelnię, zwaną Kartuzją. Tutaj w roku 1084 Bruno urządził sobie mieszkanie. Zbudowano również skromny kościółek. Konsekracji kościółka i poświęcenia klasztoru oraz uroczystego wprowadzenia do niego zakonników dokonał św. Hugo. Klasztor niebawem tak się rozrósł, że otrzymał nazwę “Wielkiej Kartuzji” (La Grande Chartreuse). Osada ta stała się kolebką nowego zakonu – kartuzów.
    W 1090 r. Bruno został wezwany do Rzymu przez swojego dawnego ucznia – papieża bł. Urbana II – na doradcę. Bruno zabrał ze sobą kilku towarzyszy i z nimi zamieszkał przy kościele św. Cyriaka. W tym czasie na Rzym najechał antypapież i bł. Urban wraz z Brunonem musieli chronić się ucieczką pod opiekę króla Normanów, Rogera. Daremnie Bruno błagał papieża, by mu pozwolił wrócić do Francji. Papież zgodził się jedynie, by mnich założył nową kartuzję w Kalabrii. Król Roger chętnie ofiarował mu ustronne miejsce, zwane La Torre. Tu z pomocą arcybiskupa Reggio Calabria wystawiono nową kartuzję w roku 1092, która istnieje do dziś. W pobliskim San Stefano in Bosco Bruno stworzył jej filię. Tam zmarł 6 października 1101 r.
    Jego śmiertelne szczątki pochowano w kościele opactwa. W roku 1513 znaleziono je jeszcze nienaruszone. Obecnie kości Brunona znajdują się w trumience wraz z relikwiami jego następcy. Jego kanonizacja nie odbyła się nigdy uroczyście. Na oddawanie św. Brunonowi kultu pozwolił Leon X w roku 1514. Grzegorz XV rozszerzył jego kult w 1623 r. na cały Kościół. Św. Brunon jest patronem kartuzów.
    W ikonografii św. Brunon przedstawiany jest w białym habicie kartuzów. Jego atrybutami są: gałązka oliwna, globus, krzyż, mitra i pastorał u stóp, palec przy ustach, czaszka.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Zakonnik z ostrym dowcipem – św. Brunon

    Zakonnik z ostrym dowcipem - św. Brunon

    święty Brunon Kartuz /Francisco Ribalta(PD)

    ***

    “Zaiste raduję, się, pragnę wielbić Pana i dziękować Mu, a zarazem przeżywam smutek. Cieszę się wprawdzie – co jest słuszne – wzrostem owoców waszych cnót, boleję zaś i wstydzę, iż sam bezczynnie i gnuśnie trwam w nędzy moich grzechów”.

    Takie szczególne rozdwojenie między radością z osiągnięć innych, a smutkiem spowodowanym własną niedoskonałością przeżywał święty Brunon, człowiek, którego życie wypełnione było licznymi szansami na błyskotliwą karierę. Żadnej z nich nie wykorzystał.

    Urodził się około roku 1030 (lub według innych badaczy około roku 1035) w Kolonii. Ukończywszy szkoły w swej rodzinnej miejscowości dalszą edukację podjął w słynnej szkołę katedralnej w Reims. Jak twierdzi ks. Piotr Skarga, był uczniem “ostrego dowcipu i pamięci wielkiej”, dlatego wkrótce sam został nauczycielem i szefem tej uczelni. Pracował w niej przez dwadzieścia lat. Wychował wielu ludzi wybitnych i świętych (m. in. św. Hugo i bł. Urbana II). U początków swej kariery nauczycielskiej, ok. roku 1055, przyjął święcenia kapłańskie.

    W roku 1075 został kanclerzem w Reims. Jednak doszło do ostrego konfliktu między nim a miejscowym arcybiskupem, któremu Brunon publicznie zarzucił symonię (handlowanie godnościami kościelnymi). W rezultacie hierarcha musiał ustąpić, a Brunonowi zaproponowano objęcie jego funkcji. Z propozycji nie skorzystał.

    Postanowił zrealizować swe długoletnie pragnienie służenia Bogu w odosobnieniu. Początkowo założył pustelnię w Seche–Fontaine. Jednak po niedługim czasie przeniósł się w okolice Grenoble i tam powstała pierwsza osada eremicka zwana Wielką Kartuzją. Stała się ona kolebką nowego zgromadzenia zakonnego, nazywanego kartuzami.

    Niestety, nie dane było świętemu Brunonowi prowadzić na uboczu spokojnego pustelniczego życia. Został wezwany do Rzymu przez swego byłego ucznia, papieża Urbana II. Był jego osobistym doradcą, jednak funkcję pełnił bez rozgłosu, tak, że nie zachowały się żadne dokumenty na ten temat. Nie skorzystał ze sposobności, aby zrobić karierę u boku papieża.

    Swoich “synów Kartuzów” pouczał w jednym z listów: “Cieszcie się, bracia umiłowani, szczęściem, które wam przypadło w udziale, oraz hojnością danej wam łaski. Cieszcie się, że uniknęliście tak wielu niebezpieczeństw i nieszczęść w zawierusze tego świata. Cieszcie się, że znaleźliście spokojną i bezpieczną przystań w doskonale chronionym porcie; wielu pragnie się tam dostać, wielu dokłada starań, a jednak nie dochodzą. Liczni zaś, chociaż doszli, zostali usunięci, ponieważ nie otrzymali łaski z wysoka”.

    Był ze swoich współbraci zakonnych dumny: “Choć nie wyróżniacie się wykształceniem, Bóg sam wypisuje w sercach waszych nie tylko miłość, ale też znajomość swego prawa. Czynem ukazujecie, co miłujecie i co znacie. Kiedy bowiem z wszelką gorliwością i staraniem zachowujecie prawdziwe posłuszeństwo, jest rzeczą jasną, że w ten sposób zbieracie doskonały i życiodajny owoc Ksiąg świętych”. O sobie samym miał znacznie gorsze zdanie.

    Zmarł 6 października 1101 roku w kolejnej kartuzji, zwanej La Torre, położonej w Kalabrii. Nawet po śmierci omijały go “zaszczyty”. Nigdy nie został kanonizowany w sposób uroczysty. Dopiero w XVII stuleciu papież Grzegorz XV rozszerzył istniejący wcześniej lokalny kult Brunona na cały Kościół.

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    5 października

    Święta Faustyna Kowalska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Rajmund z Kapui, prezbiter
      •  Błogosławiony Albert Marvelli
      •  Błogosławiony Franciszek Ksawery Seelos, prezbiter
    ***
    Święta Faustyna Kowalska

    Helena Kowalska urodziła się 25 sierpnia 1905 r. w rolniczej rodzinie z Głogowca k/Łodzi jako trzecie z dziesięciorga dzieci. Dwa dni później została ochrzczona w kościele parafialnym pod wezwaniem św. Kazimierza w Świnicach Warckich (diecezja włocławska). Nadano jej wówczas imię Helena. Kiedy miała siedem lat, po raz pierwszy usłyszała w duszy głos wzywający do doskonalszego życia. W 1914 r. przyjęła I Komunię świętą, a dopiero trzy lata później rozpoczęła naukę w szkole podstawowej. Mimo dobrych wyników uczyła się tylko trzy lata, potem musiała zrezygnować, aby pomagać matce w domu.
    W szesnastym roku życia opuściła dom rodzinny, by na służbie u zamożnych rodzin w Aleksandrowie, Łodzi i Ostrówku zarobić na własne utrzymanie i pomóc rodzicom. Przez cały czas bardzo pragnęła życia zakonnego, ale rodzicom powiedziała o swoich zamiarach dopiero w 1922 r. Ojciec jednak nie wyraził zgody, motywując odmowę brakiem pieniędzy na wyprawę wymaganą w klasztorach.
    W lipcu 1924 r., kiedy Helena z koleżankami uczestniczyła w zabawie w parku koło łódzkiej katedry, Pan Jezus przemówił do niej i polecił niezwłocznie pojechać do Warszawy i wstąpić do klasztoru. Helena postanowiła nie wracać do domu i postawić rodziców przed faktem dokonanym. O tym planie powiedziała tylko siostrze, z którą była, i pierwszym pociągiem przyjechała do Warszawy. Tu następnego dnia zgłosiła się do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ul. Żytniej. Musiała jednak jeszcze rok przepracować w Warszawie, aby odłożyć pieniądze na skromną wyprawę. 1 sierpnia 1925 r. została przyjęta do Zgromadzenia. Postulat odbywała w Warszawie, a nowicjat w Krakowie, gdzie w czasie obłóczyn zakonnych razem z habitem otrzymała imię Maria Faustyna. Od marca 1926 r. Bóg doświadczał siostrę Faustynę ogromnymi trudnościami wewnętrznymi; wiele przecierpiała aż do końca nowicjatu. W Wielki Piątek 1927 r. zbolałą duszę nowicjuszki ogarnął żar Bożej Miłości. Zapomniała o własnych cierpieniach, poznając, jak bardzo cierpiał dla niej Jezus. 30 kwietnia 1928 r. złożyła pierwsze śluby zakonne, następnie z pokorą i radością pracowała w różnych domach zakonnych, m.in. w Krakowie, Płocku i Wilnie, pełniąc rozmaite obowiązki. Zawsze pozostawała w pełnym zjednoczeniu z Bogiem. Jej bogate życie wewnętrzne wspierane było poprzez wizje i objawienia.

    Święta Faustyna Kowalska

    W zakonie przeżyła 13 lat. 22 lutego 1931 r. po raz pierwszy ujrzała Pana Jezusa Miłosiernego. Otrzymała wtedy polecenie namalowania takiego obrazu, jak ukazana jej postać Zbawiciela, oraz publicznego wystawienia go w kościele. Mimo znacznego pogorszenia stanu zdrowia pozwolono jej na złożenie profesji wieczystej 30 kwietnia 1933 r. Później została skierowana do domu zakonnego w Wilnie. Na początku 1934 roku zwróciła się z prośbą do artysty-malarza Eugeniusza Kazimirowskiego o wykonanie według jej wskazówek obrazu Miłosierdzia Bożego. Gdy w czerwcu ujrzała ukończony obraz, płakała, że Chrystus nie jest tak piękny, jak Go widziała.
    Dzięki usilnym staraniom ks. Michała Sopoćko, kierownika duchowego siostry Faustyny, obraz został wystawiony po raz pierwszy w czasie triduum poprzedzającego uroczystość zakończenia Jubileuszu Odkupienia świata w dniach 26-28 kwietnia 1935 r. Został umieszczony wysoko w oknie Ostrej Bramy i widać go było z daleka. Uroczystość ta zbiegła się z pierwszą niedzielą po Wielkanocy, tzw. niedzielą przewodnią, która – jak twierdziła siostra Faustyna – miała być przeżywana na polecenie Chrystusa jako święto Miłosierdzia Bożego. Ksiądz Michał Sopoćko wygłosił wówczas kazanie o Bożym Miłosierdziu.
    W 1936 r. stan zdrowia siostry Faustyny pogorszył się znacznie, stwierdzono u niej zaawansowaną gruźlicę. Od marca tego roku do grudnia 1937 r. przebywała na leczeniu w szpitalu na krakowskim Prądniku Białym. Wiele modliła się w tym czasie, odwiedzała chorych, a umierających otaczała szczególną modlitewną pomocą. Po powrocie ze szpitala pełniła przez pewien czas obowiązki furtianki. Starała się bardzo, by żaden ubogi nie odszedł bez najmniejszego choćby wsparcia od furty klasztornej. Wywierała bardzo pozytywny wpływ na wychowanki Zgromadzenia, dając im przykład pobożności i gorliwości, a zarazem wielkiej miłości.
    Chrystus uczynił siostrę Faustynę odpowiedzialną za szerzenie kultu Jego Miłosierdzia. Polecił pisanie Dzienniczka poświęconego tej sprawie, odmawianie nowenny, koronki i innych modlitw do Bożego Miłosierdzia. Codziennie o godzinie 15:00 Faustyna czciła Jego konanie na krzyżu. Przepowiedziała także, że szerzona przez nią forma kultu Miłosierdzia Bożego będzie zabroniona przez władze kościelne. Dzięki s. Faustynie odnowiony i pogłębiony został kult Miłosierdzia Bożego. To od niej pochodzi pięć form jego czci: obraz Jezusa Miłosiernego (“Jezu, ufam Tobie”), koronka do Miłosierdzia Bożego, Godzina Miłosierdzia (godzina 15, w której Jezus umarł na krzyżu), litania oraz święto Miłosierdzia Bożego w II Niedzielę Wielkanocną.
    W kwietniu 1938 r. nastąpiło gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia siostry Faustyny. Ksiądz Michał Sopoćko udzielił jej w szpitalu sakramentu chorych, widział ją tam w ekstazie. Po długich cierpieniach, które znosiła bardzo cierpliwie, zmarła w wieku 33 lat – 5 października 1938 r. Jej ciało pochowano na cmentarzu zakonnym w Krakowie-Łagiewnikach. W 1966 r. w trakcie trwania procesu informacyjnego w sprawie beatyfikacji siostry Faustyny, przeniesiono jej doczesne szczątki do kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach.
    S. Faustyna została beatyfikowana 18 kwietnia 1993 r., a ogłoszona świętą 30 kwietnia 2000 r. Uroczystość kanonizacji przypadła w II Niedzielę Wielkanocną, którą św. Jan Paweł II ustanowił wtedy świętem Miłosierdzia Bożego. Relikwie św. siostry Faustyny znajdują się w Krakowie-Łagiewnikach, gdzie mieści się sanktuarium Miłosierdzia Bożego odwiedzane przez setki tysięcy wiernych z kraju i z całego świata. Dwukrotnie nawiedził je również św. Jan Paweł II, po raz pierwszy w 1997 r., a po raz drugi – 17 sierpnia 2002 r., aby dokonać uroczystej konsekracji nowo wybudowanej świątyni w Krakowie-Łagiewnikach i zawierzyć cały świat Bożemu Miłosierdziu.
    W ikonografii św. Faustyna przedstawiana jest w czarnym habicie, w stroju swego zgromadzenia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Dar Boży dla naszych czasów

    Homilia św. Jana Pawła II podczas uroczystości kanonizacji Faustyny Kowalskiej

    1. «Confitemini Domino quoniam bonus, quoniam in saeculum misericordia eius» — «Dziękujcie Panu, bo jest dobry, bo łaska Jego trwa na wieki» (Ps 118 [117], 1). Tak śpiewa Kościół w oktawę Wielkanocy, powtarzając niejako te słowa Psalmu za samym Chrystusem: za Chrystusem zmartwychwstałym, który przynosi do wieczernika wspaniałe orędzie Bożego Miłosierdzia i powierza apostołom posługę jego szafarzy: «Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. (…) Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane» (J 20, 21-23).

    Przed wypowiedzeniem tych słów Jezus pokazuje ręce i bok. Pokazuje rany zadane Mu podczas męki, zwłaszcza zranione Serce — źródło, z którego wypływa obfity strumień miłosierdzia, rozlewający się na ludzkość. Siostra Faustyna Kowalska — błogosławiona, którą od dziś będziemy nazywać świętą — ujrzy dwie smugi światła promieniujące z tego Serca na świat. «Te dwa promienie — wyjaśnił jej pewnego dnia sam Jezus — oznaczają krew i wodę» (Dzienniczek, 299).

    2. Krew i woda! Na myśl przychodzi tu natychmiast świadectwo ewangelisty Jana: kiedy na Kalwarii jeden z żołnierzy przebił włócznią bok Chrystusa, Jan widział, że wypłynęła z niego «krew i woda» (por. J 19, 34). Krew przywodzi na myśl ofiarę krzyża i dar eucharystyczny, natomiast woda jest w symbolice Janowej znakiem nie tylko chrztu, ale także daru Ducha Świętego (por. J 3, 5; 4, 14; 7, 37-39).

    Poprzez Serce Chrystusa ukrzyżowanego Boże Miłosierdzie dociera do ludzi: «Powiedz, córko moja, że jestem miłością i miłosierdziem samym» — zażąda Jezus od Siostry Faustyny (Dzienniczek, 1074). To miłosierdzie Chrystus rozlewa na całą ludzkość poprzez zesłanie Ducha, który w Trójcy Świętej jest Osobą-Miłością. A czyż miłosierdzie nie jest «drugim imieniem» miłości (por. Dives in misericordia, 7), ujmującym jej aspekt najgłębszy i najbardziej wzruszający: jej gotowość do zaspokojenia wszelkich potrzeb, a zwłaszcza jej bezgraniczną zdolność przebaczania?

    Doznaję dziś naprawdę wielkiej radości, ukazując całemu Kościołowi jako dar Boży dla naszych czasów życie i świadectwo Siostry Faustyny Kowalskiej. Zrządzeniem Bożej Opatrzności życie tej pokornej córy polskiej ziemi było całkowicie związane z historią XX w., który niedawno dobiegł końca. Chrystus powierzył jej bowiem swoje orędzie miłosierdzia w latach między pierwszą a drugą wojną światową. Kto pamięta, kto był świadkiem i uczestnikiem wydarzeń tamtych lat i straszliwych cierpień, jakie przyniosły one milionom ludzi, wie dobrze, jak bardzo potrzebne było orędzie miłosierdzia.

    Jezus powiedział do Siostry Faustyny: «Nie znajdzie ludzkość uspokojenia, dopokąd się nie zwróci z ufnością do miłosierdzia mojego» (Dzienniczek, 300). Za sprawą polskiej zakonnicy to orędzie związało się na zawsze z XX wiekiem, który zamyka drugie tysiąclecie i jest pomostem do trzeciego. Nie jest to orędzie nowe, ale można je uznać za dar szczególnego oświecenia, które pozwala nam głębiej przeżywać Ewangelię Paschy, aby nieść ją niczym promień światła ludziom naszych czasów.

    3. Co przyniosą nam nadchodzące lata? Jaka będzie przyszłość człowieka na ziemi? Nie jest nam dane to wiedzieć. Jest jednak pewne, że obok kolejnych sukcesów nie zabraknie niestety także doświadczeń bolesnych. Ale światło Bożego Miłosierdzia, które Bóg zechciał niejako powierzyć światu na nowo poprzez charyzmat Siostry Faustyny, będzie rozjaśniało ludzkie drogi w trzecim tysiącleciu.

    Konieczne jest jednak, aby ludzkość, podobnie jak niegdyś apostołowie, przyjęła dziś w wieczerniku dziejów Chrystusa zmartwychwstałego, który pokazuje rany po ukrzyżowaniu i powtarza: Pokój wam! Trzeba, aby ludzkość pozwoliła się ogarnąć i przeniknąć Duchowi Świętemu, którego daje jej zmartwychwstały Chrystus. To Duch leczy rany serca, obala mury odgradzające nas od Boga i od siebie nawzajem, pozwala znów cieszyć się miłością Ojca i zarazem braterską jednością.

    4. Ważne jest zatem, abyśmy przyjęli w całości orędzie, zawarte w słowie Bożym na dzisiejszą II Niedzielę Wielkanocną, która od tej pory nazywać się będzie w całym Kościele «Niedzielą Miłosierdzia Bożego». W kolejnych czytaniach liturgia zdaje się wytyczać szlak miłosierdzia, które odbudowuje więź każdego człowieka z Bogiem, a zarazem tworzy także między ludźmi nowe relacje braterskiej solidarności. Chrystus nauczył nas, że «człowiek nie tylko doświadcza i ‘dostępuje’ miłosierdzia Boga samego, ale także jest powołany do tego, ażeby sam ‘czynił’ miłosierdzie drugim: ‘Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią’ (Mt 5, 7)» (Dives in misericordia, 14). Jezus wskazał nam też wielorakie drogi miłosierdzia, które nie tylko przebacza grzechy, ale wychodzi też naprzeciw wszystkim ludzkim potrzebom. Jezus pochylał się nad wszelką ludzką nędzą, materialną i duchową.

    Chrystusowe orędzie miłosierdzia nieustannie dociera do nas w geście Jego rąk wyciągniętych ku cierpiącemu człowiekowi. Takiego właśnie widziała Go i takiego ogłosiła ludziom wszystkich kontynentów Siostra Faustyna, która pozostając w ukryciu swojego klasztoru w Łagiewnikach, w Krakowie, uczyniła ze swego życia hymn na cześć miłosierdzia: Misericordias Domini in aeternum cantabo (Ps 89 [88], 2).

    5. Kanonizacja Siostry Faustyny ma szczególną wymowę. Poprzez tę kanonizację pragnę dziś przekazać orędzie miłosierdzia nowemu tysiącleciu. Przekazuję je wszystkim ludziom, aby uczyli się coraz pełniej poznawać prawdziwe oblicze Boga i prawdziwe oblicze człowieka.

    Miłość Boga i miłość człowieka są bowiem nierozłączne, jak przypomina Pierwszy List św. Jana: «Po tym poznajemy, że miłujemy dzieci Boże, gdy miłujemy Boga i wypełniamy Jego przykazania» (5, 2). W takich słowach apostoł wyraża prawdę o miłości, wskazując, że jej miarą i kryterium jest wypełnianie przykazań.

    Nie jest łatwo miłować miłością głęboką, która polega na autentycznym składaniu daru z siebie. Tej miłości można nauczyć się jedynie wnikając w tajemnicę miłości Boga. Wpatrując się w Niego, jednocząc się z Jego ojcowskim Sercem, stajemy się zdolni patrzeć na braci nowymi oczyma, w postawie bezinteresowności i solidarności, hojności i przebaczenia. Tym wszystkim jest właśnie miłosierdzie!

    W miarę tego, jak ludzkość będzie wnikać w tajemnicę tego miłosiernego spojrzenia, ideał, o jakim słyszeliśmy w dzisiejszym pierwszym czytaniu, będzie jawił się jako możliwy do spełnienia: «Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne» (Dz 4, 32). Tak oto miłosierdzie nadawało formę ludzkim odniesieniom, życiu wspólnoty, wyznaczało zasady podziału dóbr. Z niego wypływały «uczynki miłosierdzia» co do ciała i co do ducha. Tak oto miłosierdzie przybrało konkretny kształt stawania się «bliźnim» dla najbardziej potrzebujących braci.

    6. Siostra Faustyna Kowalska napisała w swoim Dzienniczku: «Odczuwam tak straszny ból, kiedy patrzę na cierpienia bliźnich; odbijają się w sercu moim wszystkie cierpienia bliźnich, ich udręczenia noszę w sercu swoim, tak, że mnie to nawet fizycznie wyniszcza. Pragnęłabym, aby wszystkie bóle na mnie spadały, by ulżyć bliźnim» (Dzienniczek, 1039). Oto do jakiego stopnia współodczuwania prowadzi miłość, kiedy mierzona jest miarą miłości Boga!

    Ta miłość powinna inspirować współczesnego człowieka, współczesną ludzkość, aby mogła stawić czoło kryzysowi sensu życia, podjąć wyzwania związane z różnorakimi potrzebami, a przede wszystkim, by mogła wypełnić obowiązek obrony godności każdej ludzkiej osoby. W ten sposób orędzie o Miłosierdziu Bożym stanie się pośrednio również orędziem o niepowtarzalnej godności, wartości każdego człowieka. W oczach Bożych każda osoba jest cenna, za każdego Chrystus oddał swoje życie, każdemu Ojciec daje swego Ducha i czyni go bliskim sobie.

    7. To krzepiące orędzie jest skierowane przede wszystkim do człowieka, który udręczony jakimś szczególnie bolesnym doświadczeniem albo przygnieciony ciężarem popełnionych grzechów utracił wszelką nadzieję w życiu i skłonny jest ulec pokusie rozpaczy. Takiemu człowiekowi ukazuje się łagodne oblicze Chrystusa, a promienie wychodzące z Jego Serca padają na niego, oświecają go i rozpalają, wskazują drogę i napełniają nadzieją. Jakże wielu sercom przyniosło otuchę wezwanie «Jezu, ufam Tobie», które podpowiedziała nam Opatrzność za pośrednictwem Siostry Faustyny! Ten prosty akt zawierzenia Jezusowi przebija najgęstsze chmury i sprawia, że promień światła przenika do życia każdego człowieka. «Jezu, ufam Tobie».

    8. Misericordias Domini in aeternum cantabo (Ps 89 [88], 2). Do głosu Najświętszej Maryi Panny, «Matki Miłosierdzia», do głosu nowej świętej, która w niebiańskim Jeruzalem śpiewa hymn na cześć miłosierdzia wraz z wszystkimi przyjaciółmi Boga, dołączmy nasz głos także my, Kościół pielgrzymujący.

    Ty zaś, Faustyno, darze Boga dla naszej epoki, darze polskiej ziemi dla całego Kościoła, wyjednaj nam, abyśmy mogli pojąć głębię Bożego Miłosierdzia, pomóż nam, abyśmy osobiście go doświadczyli i świadczyli o nim braciom. Twoje orędzie światłości i nadziei niech się rozprzestrzenia na całym świecie, niech przynagla grzeszników do nawrócenia, niech uśmierza spory i nienawiści, niech uzdalnia ludzi i narody do czynnego okazywania braterstwa. My dzisiaj, wpatrując się razem z tobą w oblicze zmartwychwstałego Chrystusa, powtarzamy twoją modlitwę ufnego zawierzenia i mówimy z niezłomną nadzieją: Jezu, ufam Tobie.

    Ufajcie Jezusowi

    W niedzielę wieczorem 30 kwietnia — w kontekście codziennej modlitwy jubileuszowej — odbyło się na placu św. Piotra nabożeństwo dziękczynne za kanonizację Siostry Faustyny, któremu przewodniczył arcybiskup krakowski kard. Franciszek Macharski. Licznie zgromadzonych pielgrzymów z Polski i z innych krajów Ojciec Święty pozdrowił z okna swojej biblioteki. Poniżej zamieszczamy słowa papieskie wypowiedziane w języku włoskim i polskim.

    Z radością kieruję słowa serdecznego pozdrowienia do pielgrzymów uczestniczących w modlitwie, która co wieczór odbywa się na placu św. Piotra z okazji Jubileuszu.

    Drodzy bracia i siostry, dzisiaj, w II Niedzielę Wielkanocną, gdy z radością wpisałem w poczet świętych Siostrę Faustynę Kowalską, apostołkę Bożego Miłosierdzia, wzywam was, byście ufali zawsze w miłosierną miłość Bożą, objawioną nam w Jezusie Chrystusie, który umarł i zmartwychwstał dla naszego zbawienia. Osobiste doświadczenie tej miłości niech skłoni każdego z was do czynnego okazywania miłości braciom. Nauczcie się powtarzać piękny akt strzelisty Siostry Faustyny: «Jezu, ufam Tobie!»

    Wszystkim udzielam błogosławieństwa!

    Do Polaków Ojciec Święty powiedział:

    Serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy zgromadzili się w tym szczególnym dniu na placu św. Piotra, aby w wieczornej modlitwie dziękować Bogu za dar kanonizacji Siostry Faustyny. Całym sercem jednoczę się z wami w tym dziękczynieniu.

    Niech Niedziela Miłosierdzia Bożego roku 2000 pozostanie na zawsze w waszej pamięci. Proszę Boga, aby to wspomnienie budziło w sercach wszystkich niezachwianą ufność w Jego miłosierdzie i było umocnieniem na drogach trzeciego tysiąclecia. Jezu, ufam Tobie!

    Niech Bóg bogaty w miłosierdzie błogosławi wam i waszym bliskim!

    L’Osservatore Romano 6/2000/opoka.pl

    _________________________________________________________________________________

    Nie czekajcie, aż będziecie lepsi

    O s. Faustynie i jej objawieniach

    W zapiskach siostry Faustyny jest pewien tekst, który wstrząsa do głębi czytającym go człowiekiem. To nieprawdopodobne, że takie słowa zostały zapisane. Tekst nie jest krótki, nie jest zatem zapisem iluzji, czy chwilowego olśnienia. Jest to opis całej serii przeżyć, dokonany po pewnym czasie od chwili, kiedy się zdarzyły. Może gdy ktoś kiedyś spojrzy w swoje własne życiowe zapiski, zauważy pewne podobieństwa. Bo to, co w skondensowanej, intensywnej formie przeżyła siostra Faustyna, w gruncie rzeczy dotyczy każdego z nas. Idziemy do Boga takimi samymi ścieżkami, takimi samymi etapami. Może innymi co do formy, ale treść jest ta sama.

    PRZYGOTOWANIE

    Pisze siostra Faustyna: „W początku Bóg daje się poznać jako świętość, sprawiedliwość i dobroć, czyli miłosierdzie. Dusza nie naraz to wszystko poznaje, ale w poszczególnych błyskach, czyli zbliżeniach się Boga. I nie trwa to długo, bo nie zniosłaby tego światła.” *
    „Dusza” to siostra Faustyna, ona sama tak o sobie pisze. Taki jest wstęp, uwertura. Te „błyski” czasem bardzo przeszkadzają w modlitwie – w tej naszej „normalnej” modlitwie. Właściwie nie ma podstaw, by sądzić, że nie zdarzają się każdemu. Być może są jakieś osoby, które ich nie doświadczają, a może tylko trudno im je rozpoznać. U każdego z nas te doświadczenia wyglądają nieco inaczej. Skarżyła się kiedyś starsza osoba: modlę się na różańcu, mówię Ojcze nasz i w momencie kiedy wypowiadam: bądź wola Twoja, tak się zamyślam nad tymi słowami, że przerywam różaniec. I ta osoba martwiła się, że się nie modli. A właśnie wtedy się modliła.
    „Błyski” mogą więc u każdego inaczej wyglądać. Powoli jednak zastępują dawniejszą modlitwę. Może dojść do takiego natężenia owych przejaśnień, że człowiek daremnie będzie się silił i zmuszał do dawniejszej modlitwy. „Błysk” poznania Boga rozpala gorliwością, żarliwością i miłością do Boga. Nie ma wątpliwości, że jest to miłość i że jest to miłość do Boga. Istnieje jednak jeden problem. W tym samym błysku światła, w którym Bóg daje nam poznać Siebie, obnaża również nasze nieczyste wnętrze. Dusza czuje się więc zatrwożona. Warto zwrócić uwagę na słowa, które w opisie siostry Faustyny odmalowują stan psychiczny człowieka: zatrwożenie jest rzeczywiście wielkie, ale rozpalenie i porwanie ku Bogu również. W błyskach światła dusza coraz bardziej się krystalizuje. Światło staje się coraz bardziej przenikliwe, człowiek coraz bardziej przejrzysty. Nawet na tym wczesnym etapie potrzebne są wierność i męstwo. Męstwo po to, żeby wytrzymać zagrożenie: jak ja wyglądam, tam w środku.
    Kiedy mija ten etap pierwszego wprowadzenia, Bóg obdarza człowieka pociechami. Dusza wchodzi w wielką zażyłość z Bogiem i cieszy się niezmiernie. Myśli, że już osiągnęła „przeznaczony jej stopień doskonałości”. I teraz ważna uwaga siostry Faustyny: „bo błędy i wady są w niej uśpione, a ona myśli, że już ich nie ma. Nic jej się trudnym nie wydaje, na wszystko jest gotowa. Zaczyna się pogrążać w Bogu i kosztować rozkoszy z Bogiem.” Czas spędzony wówczas na modlitwie jest fantastyczny. Człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, że mogą przyjść próby i doświadczenia. Nie wie, że ten „miodowy miesiąc” nie trwa długo. Nadejdą wkrótce inne chwile.

    CIEMNOŚĆ
    Będą to chwile trudne. Miłość człowieka nie jest jeszcze wystarczająca, Bóg domaga się miłości wyższej. W opisie siostry Faustyny wygląda to tak: „Dusza nagle traci obecność Bożą. Powstają wtedy, podnoszą głowę wszystkie błędy i wady, z którymi musi toczyć zacięty bój. Wszystkie błędy podnoszą głowę, ale czujność jej jest wielka. Na miejsce dawnej obecności Bożej wstąpiła oschłość i posucha duchowa.”
    Teraz modlitwa już „nie smakuje”, różne praktyki, ćwiczenia duchowe „nie leżą” człowiekowi. Nie może się modlić ani tak jak dawniej, ani tak, jakby chciał w przyszłości. Rzuca się na wszystkie strony i nie znajduje zadowolenia. Bóg się przed nim ukrył. Po pierwszym zasmakowaniu Boga, to co stworzone, co ziemskie nie może zaspokoić ani pocieszyć. Stopniowo człowiek traci również poczucie darów Bożych. Najpierw stracił poczucie obecności Bożej, teraz traci poczucie darów Bożych. Ciemność zapada w całej duszy. Siostra Faustyna pisze, że w tym momencie zaczyna się udręka nie do pojęcia. „Dusza starała się przedstawić stan swej duszy spowiednikowi, lecz nie została zrozumiana. Zapada jeszcze w większe niepokoje”. Teraz następuje fragment, który przywodzi na myśl Księgę Hioba. „Szatan zaczyna swe dzieło. Wiara zostaje w ogniu i walka tu jest wielka, dusza robi wysiłki, trwa aktem woli przy Bogu”.
    Aktem woli. Czy wiemy, co to znaczy? To znaczy, że wszystko inne w środku wygasa. Nie ma nic: popiół, żużel, absolutna pustka, ciemność i jedyne co zostaje to owo: chcę Boga. Tylko akt woli: chcę, kocham, ufam. Nic więcej. „Szatan posuwa się z dopuszczenia Bożego jeszcze dalej. Nadzieja i miłość jest w doświadczeniu”. Zdania pisane krwią. „Duszę wspiera Bóg, niejako potajemnie, ona o tym nie wie, bo inaczej niepodobna jest ostać się.”

    Ktoś napisał, że są dwa rodzaje trudności życiowych w drodze do Boga: próba i pokusa. Nazwa nie jest ważna, jest umowna. Ważne jest, że zwycięskie przeżycie próby powoduje, że jesteśmy duży kawałek drogi do przodu. Natomiast po zwycięskim przeżyciu pokusy stwierdzamy, że jesteśmy piętro albo kilka pięter wyżej. Zmienia się poziom, na którym funkcjonujemy.

    Straszne są te pokusy, o których pisze Faustyna. Wielu może pomyśleć, że dialog z szatanem to fikcja. Ale są takie głosy w człowieku. „Szatan jej mówi – patrz, nikt cię nie zrozumie, po co mówić o tym wszystkim? Brzmią w jej uszach słowa, których ona się przeraża i zdaje się jej, że je wymawia przeciw Bogu. Widzi to, czego by widzieć nie chciała. Słyszy to, czego słyszeć nie chce, a jest to straszne w takich chwilach nie mieć doświadczonego spowiednika. Sama dźwiga całe brzemię: jednak o ile jest to w jej mocy, powinna starać się o światłego spowiednika, bo może załamać się pod ciężarem, i to często jest nad przepaścią.”
    Gdyby nie było poprzednich słodyczy, gdyby nie było tych chwil szczęścia z Bogiem, Bóg nie mógłby wprowadzić człowieka na ten drugi etap – etap oczyszczenia.

    PRÓBA NAD PRÓBAMI
    Ale jest jeszcze coś więcej. Jest jeszcze próba nad próbami – doświadczenie zupełnego odrzucenia od Boga. Coś, co siostra Faustyna przeżyła i o czym nas uczy. Dla nas to zapisała:
    „Kiedy dusza zwycięsko wychodzi z poprzednich prób i chociaż może się potknąć, ale mężnie walczy i z głęboką pokorą woła do Pana: Ratuj, bo ginę. – I jeszcze jest zdolna do walki. Teraz ogarnia duszę straszna ciemność. Dusza widzi w sobie tylko grzechy. Jej uczucie jest straszne. Widzi się zupełnie opuszczoną, czuje jakby była przedmiotem Jego nienawiści i jest jeden krok do rozpaczy. Broni się, jak może, próbuje obudzić ufność, lecz modlitwa jest dla niej jeszcze większą męką; jej się zdaje, że pobudza Boga do większego gniewu. Jest postawiona na niebosiężnym szczycie, który jest nad przepaścią. Dusza rwie się do Boga, a czuje się odepchnięta. Wszystkie męki i katusze świata są niczym w porównaniu z tym uczuciem, w którym ona jest cała pogrążona – to jest odepchnięcie od Boga. Nikt jej ulgi przynieść nie może. Widzi, że jest sama jedna, nikogo nie ma na swoją obronę. Wznosi oczy do nieba, ale wie, że to nie dla niej – wszystko dla niej stracone.”
    Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił. Dyskusje teologów, filozofów i nasze domysły to jest wielkie nic. Może trochę przesadzam, nie należy tak mówić. Ale słowa, nawet trafne, męki krzyża nie wypowiedzą. Opuszczenie przez Boga – a więc i tak może być.
    Każde zwrócenie się siostry Faustyny do Boga wiązało się z jeszcze większą męką. Szatan kontynuuje swe dzieło, pogłębia ból. Zwróćmy uwagę, że szatan nie dyskutuje z człowiekiem, ale drwi z niego: „Widzisz, czy dalej będziesz wierna? Oto masz zapłatę, jesteś w naszej mocy. (…) I cóż z tego żeś się umartwiała? I cóż z tego, żeś wierna regule? Po cóż te wszystkie wysiłki? Jesteś odrzucona od Boga.”
    I Faustyna pisze dalej: „To słowo odrzucona staje się ogniem, który przenika każdy nerw aż do szpiku kości, przeszywa na wskroś całą jej istotę. Nadchodzi największy moment doświadczenia. Dusza już nie szuka nigdzie pomocy, pogrąża się sama w sobie i traci wszystko sprzed oczu i niejako jakby się zgodziła na tę mękę odrzucenia. Jest to moment, któremu nie umiem nadać wyrazu. Jest to agonia duszy.”
    W jaki sposób Faustyna wyszła z tego doświadczenia? Została znaleziona w swojej celi klasztornej przez jedną z sióstr. Było to dziwne zjawisko, bo Faustyna w tym czasie była zupełnie zdrowa, rozchorowała się znacznie później, ale to wielkie cierpienie, które podczas tej próby przeżywała, spowodowało, że jej twarz, jej oczy nabiegły krwią. Było widać wielkie zmęczenie, znużenie walką, wyczerpanie. Siostra, która ją znalazła, zaalarmowała przełożonych. Tu zwrócę uwagę na wspaniały moment – życie zakonne to jest jednak życie – siostra przełożona przyszła i powiedziała: na mocy posłuszeństwa każę ci wstać. I Faustyna, która leżała na ziemi zupełnie bez życia – wstała. Skończyła się agonia duszy.

    ODPOCZYNEK W BOGU
    Niech ten opis siostry Faustyny zostanie tak jak jest, właściwie nietknięty analizą w swojej wielkiej głębi. Wynikają z niego dla nas pewne wnioski, ale zanim do nich przejdziemy, jeszcze jeden fragment: „Dusza, kiedy wyszła z tych utrapień, jest głęboko pokorna. Jej czystość jest wielka. Ona bez namysłu wie, co w danej chwili należy czynić, a co zaniechać. Wyczuwa najlżejsze dotknięcie łaski i jest bardzo wierna Bogu. Ona z daleka poznaje Boga i cieszy się nieustannie Bogiem. Ona Boga nader szybko odkrywa w duszach innych, w ogóle w otoczeniu. Dusza jest oczyszczona przez samego Boga. (…) W sposób duchowy obcuje ona z Panem w miłosnym odpocznieniu.”

    TACY JESTEŚMY
    Głód, pragnienie, tęsknota doskwierająca do żywego – oto reakcja na oddalenie Boga. Tego, co przeżyła siostra Faustyna w bardzo ukrytym życiu wewnętrznym, my możemy dostępować także poprzez oczyszczenie życia zewnętrznego, przez trudne okoliczności, przez jakiś rodzaj życiowej walki, trudu, starania.

    Trudy życia zewnętrznego doskonalą naszą miłość, choć czasem, w perspektywie duchowej, wydają się nam mało ważne. Wierzę, że wśród nas jest wielu ludzi na tych etapach, o których pisze siostra Faustyna. Bo dlaczego ona miałaby być aż tak wielkim wyjątkiem? Jej powołanie było jedyne, ale powołanie każdego z nas też jest unikalne.

    Najtrudniej chyba zgodzić się na to, że trudności w modlitwie, w życiu duchowym są czymś normalnym, istnieją w planie Bożym. Kiedy zaczynamy systematyczną modlitwę i ona przynosi nam pokój, myślimy, że potem będą już tylko kolejne stopnie ekstazy, tylko schody do nieba. A te schody do nieba wyglądają właśnie tak, jak u Faustyny.
    Dawno temu, zanim na wsi zapanowała kultura medyczna, ludzie niechętnie odwiedzali lekarza, chyba że było tak źle, że inaczej się nie dało. Najczęściej ból przyganiał człowieka do gabinetu lekarskiego. Gabinet był już dawno, wszyscy wiedzieli o nim, ale niska kultura medyczna wstrzymywała ludzi. My przypominamy trochę tamtych ludzi. Jesteśmy w sensie duchowym – przepraszam, że zaryzykuję takie sformułowanie, ale patrzę także na siebie – bardzo anemiczni, wyjałowieni i schorowani. Decydujemy się na poszukiwanie Boga wtedy, kiedy już nie ma innego wyjścia. Dlatego miłosierdzie to dla nas „pogotowie ratunkowe” w sprawach ostatecznych. A te sprawy ostateczne są „przeogromne”: egzamin wstępny, egzamin końcowy, czasem coś większego, np. choroba kogoś bliskiego, więc od okazji do okazji. Efekt jest taki, że gonimy za mitami w naszej religijności, a uciekamy przed Bogiem. Popatrzmy na rzetelny opis przeżyć siostry Faustyny i przypomnijmy sobie, ile razy myśląc o modlitwie, narzekamy: „Taka modlitwa jak dawniej to była modlitwa, teraz nie mogę się modlić tak, jakbym chciał, jak powinienem”. A co to znaczy „jakbym chciał, jak powinienem”? Co my o tym możemy wiedzieć? Kiedy patrzymy na błądzenie i szamotanie się w ciemnościach Faustyny, to czujemy, że o modlitwie nic nie wiemy.

    Często szukamy samych siebie, zamiast iść za Bogiem. Bo – tu znowu hipoteza bardzo ryzykowna, ale proszę ją sobie przemyśleć spokojnie – religia, modlitwa, życie duchowe, Kościół mają w nas charakter substytutywny. Gonimy za mitem. Nie interesuje nas Pan Bóg, ale wokół Niego pełno jest rzeczy nadających się na zastępstwo. Nie udało mi się to, więc będzie to. Substytut.

    Często w tym duchu czytamy książki duchowe: św. Jana od Krzyża, Tomasza Mertona. Czy po przeczytaniu takiej książki nie czujemy się lepiej? Czujemy się lepiej. I wiadomo, żeśmy ją czytali właśnie z tego powodu. To prawda, że po przeczytaniu trochę się nam rozjaśniło, bo gdy człowiek pozna prawdę, lepiej się czuje. Ale w gruncie rzeczy jest to pewnego rodzaju zastępstwo.

    Najczęściej odbieramy świat tendencyjnie, w wybranych przez siebie fragmentach. Dlatego wszystko kojarzy nam się według zasady; Pan Bóg – pociecha; Msza św. – wzmocnienie; modlitwa – uspokojenie. Są w nas takie „kalki myślowe”.

    Jeżeli zatem Bóg nie będzie pociechą, to co? To chyba Go nie ma. Jeżeli Msza św. nie będzie wzmocnieniem, ale utrapieniem? To chyba do niczego wszystko. A jeżeli modlitwa nie przynosi pokoju, tylko niepokój (opis siostry Faustyny), to znaczy, że to nie jest modlitwa? Tak myślimy i czasem nawet z tego się spowiadamy, bo mamy poczucie winy. Tendencyjnie przyjmujemy Boga, to znaczy nie ze względu na Niego Samego, ale ze względu na skutki, jakie w nas wywołuje. W pewien sposób Bóg jest przez nas zmuszany do tego, żeby się za każdym razem sprawdzać. Chcemy Go do tego sprowadzić.

    Dalej pomyłkom to już nie ma końca. Miłosierdzie mylimy z pobłażaniem dla grzechu, cierpliwość z bezsilnością, dobroć z głupotą, a diabeł to jest taki ktoś do straszenia dzieci, prawie go nie ma.

    ŻYCIE WEWNĘTRZNE CZY DUCHOWE?
    Mylimy jeszcze coś więcej, coś ważniejszego. Chciałbym ten fragment naszych rozważań zadedykować tym, którzy mają pewien bałagan w duszy, którzy martwią się albo interesują różnymi modnymi prądami, zwłaszcza ze Wschodu. Otóż mylimy życie religijne, duchowe z życiem, nazwijmy to, ściśle wewnętrznym. Życie wewnętrzne to jest moja psychika i to wszystko, co jest we mnie, łącznie z ciałem, zmysłami, intelektem, wolą. Cały ten mechanizm jest życiem wewnętrznym. Mogę różnymi sposobami poszerzać zakres tego życia, mogę rozciągać jego granice, rozpychać, dawać mu nowe możliwości na zasadzie: oddycham tak – będę miał tak, oddycham inaczej – będę miał inaczej (sygnalizuję zaledwie problem, sprawa jest bardziej skomplikowana, nie da się tak prosto wyjaśnić). Natomiast czymś zupełnie innym jest życie religijne i co się z tym wiąże – życie duchowe. Życie religijne to jest właśnie wyjście z tego „worka” wewnętrznego na zewnątrz i powiedzenie: Ojcze nasz. Powiedzieć: Ojcze to uznać, że ON JEST obiektywnie i to jest Ktoś inny niż ja. Tego nie da się zastąpić techniką wewnętrzną, rozciąganiem psychicznych czy innych wewnętrznych macek choćby i na cały świat. Nie mylmy życia ściśle wewnętrznego z życiem religijnym i duchowym.
    W fałszywej postawie może też dojść do produkowania sztucznych objawów. Podam przykład. Przypuśćmy, że chłopakowi spodobała się dziewczyna. Znamy cały zespół różnych objawów świadczących o zakochaniu się. Przypuśćmy, że taki chłopak się zarumienił, lekko się uśmiechnął na widok dziewczyny. To już oznacza pierwszą skłonność, sympatię, życzliwość, może zadatki przyjaźni. Ale wyobraźmy sobie kogoś, kto nie czuje miłości, ale słyszał o niej i też chciałby jej doświadczyć. Wobec tego, tutaj się spręży, tam coś naciągnie i nagle twarz mu się rumieni, uśmiecha się. Bo takie są objawy miłości i on o tym wie. Widzimy różnicę pomiędzy jego ewolucjami, a prawdziwą miłością. W prawdziwej miłości nic nie trzeba udawać, wszystko jest na swoim miejscu. W życiu religijnym też można oszukać samego siebie. Można świetnie zaimitować modlitwę, ale to nie będzie Ojcze nasz.

    UCZUCIA TO NIE WSZYSTKO
    Co jeszcze mylimy? Zwracałem uwagę na słowa, jakie zostały użyte przez siostrę Faustynę do opisania przeżycia.

    Mylimy bowiem rzeczywistość, istotę sprawy, z naszymi uczuciami, z przeżyciem.

    Temu, co robimy, często towarzyszy cała chmara uczuć. Np. modlimy się, to jest rzeczywista prawdziwa modlitwa, ale jednocześnie coś przeżywamy; rozmawiamy z kimś, ta rozmowa budzi w nas całą gamę przeżyć; kochamy, tej miłości towarzyszy przeżycie. Uczucia są ważną „przyprawą” naszego życia. Nie da się ich niczym zastąpić. Dają ten specyficzny koloryt, smak, atmosferę. Dzięki nim każda chwila jest niepowtarzalna. Ale każdy wie, że samymi przyprawami żyć się nie da. Liczy się treść, to na czym uczucia się opierają. Przeżywanie modlitwy do niczego nie prowadzi, jeżeli jest to tylko „przyprawa”.
    Dla osób jeszcze bardziej wnikliwie myślących: sprawdźcie, ile razy dziennie mylimy przyczynę ze skutkiem. Ba, ile razy dziennie przedstawiana jest nam przyczyna jako skutek, ofiara jako sprawca. Mylimy sedno sprawy z marginesem, z ubocznym zjawiskiem.

    BEZ NIEGO NIE BĘDZIEMY LEPSI
    Bóg przemawia przez znaki. Cały czas mówi do nas. Miejmy oczy otwarte i uszy nastawione, żeby Go usłyszeć. Czasami trzeba czekać w ciemności. Nie szkodzi, w ciemności subtelniejemy, dojrzewamy do miłości. W czyśćcu ludzie dojrzewają do miłości, do zjednoczenia z Bogiem. Czyściec to jest takie miejsce już tutaj – duża szansa dla nas.
    Siostra Faustyna, być może również dla pokazania nam, przyjęła i przeżyła w tak bardzo skondensowanej formie wszystkie etapy oczyszczenia, dorastania do miłości. My przechodzimy dokładnie to samo, nic inaczej. Obyśmy nie uciekali przed Bożym miłosierdziem. Niech Pan Bóg wszystkie elementy naszej wewnętrznej struktury tak ustawia, jak Mu się podoba. Dajmy Mu dojść do głosu. Niech nas, jeżeli trzeba, nagina, przetapia, przerabia. Pozwólmy Mu na to. Niech On w nas zrobi porządek. Więc nie czekajcie na jutro, aż będziecie lepsi; bez Niego nie będziecie lepsi. Jeżeli pytasz siebie, kiedy iść do spowiedzi, to sobie odpowiedz: dziś, teraz. Bo i tak co sam zrobisz? Od Niego zacznij. Niech On zaleczy to, co w nas chore.
    Wielkie Boże miłosierdzie. Słów brakuje, naprawdę, słów brakuje.
    Dzięki Bogu za siostrę Faustynę, za to, że pozwoliła nam trochę się odnaleźć, że potrafiła nam dać znak, obraz miłości Bożej – miłości miłosiernej. Promienie, które widziała, niech nas wszystkich ogarniają. Wierzę, że tu dzisiaj modli się z nami i za nas. Myślę, że także mnie wspomogła w tej mojej niezdarności w niejednym momencie. Dzięki Bogu za to.

    o.Rafał Skibiński OP/Kraków, 19 grudnia 1985

    opoka.pl

    ———————————
    * Wszystkie cytaty pochodzą z „Dzienniczka” siostry Faustyny, wydanego przez Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 1993, s. 55-64

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dwaj świadkowie

    O splecionych losach Karola Wojtyły i Faustyny Kowalskiej

    Losy Karola Wojtyły i Faustyny Kowalskiej zostały w planach Bożej Opatrzności przedziwnie ze sobą związane. Spróbujmy przyjrzeć się, jak splatał się ten węzeł w czasie

    Kiedy 18 maja 1920 r. w Wadowicach urodził się Karol Wojtyła, 15-letnia Faustyna, uczennica szkoły podstawowej w Świnicy koło Łodzi, miała już za sobą pierwsze doświadczenia mistyczne. Kiedy 6-letni Karol rozpoczął naukę w szkole podstawowej w Wadowicach, Faustyna przebywała już od ponad roku w warszawskim klasztorze Sióstr Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia.
    Siostra Faustyna i Karol Wojtyła znajdowali się najbliżej siebie podczas ostatnich miesięcy życia mistyczki. Kiedy latem 1938 roku absolwent wadowickiego gimnazjum przeprowadził się do Krakowa, aby rozpocząć studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, siostra Faustyna mieszkała w krakowskim klasztorze swojego zgromadzenia, w Łagiewnikach. Była już wtedy śmiertelnie chora; większość czasu spędzała w szpitalu. Umarła, kiedy Wojtyła rozpoczął pierwszy semestr studiów polonistycznych, 5 października 1938 r. Dwaj wielcy świadkowie Bożego Miłosierdzia, mieszkając w jedynym mieście, nigdy się nie spotkali.
    Podczas okupacji niemieckiej, w październiku 1941 r. Wojtyła rozpoczął pracę w zakładzie produkcji sody „Solvay” w Borku Fałęckim. Dzieliło go kilka minut drogi od Łagiewnik, gdzie na przyklasztornym cmentarzu od trzech lat spoczywały zwłoki siostry Faustyny. Nie wiemy, czy Wojtyła odwiedzał wówczas kościół, który za kilkadziesiąt lat stał się, również dzięki jego pomocy, światowym centrum kultu Bożego Miłosierdzia. Po nauce w zakonspirowanym seminarium duchownym, Wojtyła przyjął święcenia kapłańskie w uroczystość Wszystkich Świętych 1946 r. Siostry z klasztoru w Łagiewnikach twierdzą, że jako młody kapłan, był częstym gościem w ich kościele.
    Znacznie bliższe i lepiej udokumentowane związki Wojtyły z dziedzictwem siostry Faustyny i sanktuarium w Łagiewnikach, datują się od momentu jego święceń biskupich w 1958 r. Dnia 21 października 1965 r., 27 lat po śmierci siostry Faustyny, arcybiskup Wojtyła podjął decyzję o rozpoczęciu diecezjalnego procesu informacyjnego odnośnie jej życia i cnót. Taki proces oznaczał początek długiej drogi prowadzącej do beatyfikacji; od tej chwili siostrze Faustynie przysługiwał tytuł Sługi Bożej. Proces informacyjny został zakończony uroczystą sesją w pałacu arcybiskupów krakowskich 20 września 1967 r., po czym podpisane przez kardynała Wojtyłę akta zostały wysłane do odpowiedniej kongregacji w Kurii rzymskiej.
    Siostra Faustyna została beatyfikowana przez Jana Pawła II w Rzymie 18 kwietnia 1993 r. W homilii Papież powiedział: „O Faustyno, jakże przedziwna była Twoja droga! Czyż nie można pomyśleć, że to ciebie właśnie – ubogą i prostą córkę mazowieckiego polskiego ludu – wybrał Chrystus, aby przypomnieć ludziom wielką Bożą tajemnicę miłosierdzia. Tę tajemnicę zabrałaś ze sobą, odchodząc z tego świata po krótkim i pełnym cierpień życiu. Równocześnie tajemnica ta stała się proroczym zaiste wołaniem do świata, do Europy. Przecież twoje orędzie Bożego Miłosierdzia zrodziło się jakby w przeddzień straszliwego kataklizmu II wojny światowej. (…) Gdzież więc, jeśli nie w Bożym Miłosierdziu, znajdzie świat ocalenie i światło nadziei.”
    Ponad dekadę przed beatyfikacją siostry Faustyny, w 1980 roku Jan Paweł II opublikował świadectwo swojej wielkiej czci dla Bożego miłosierdzia, encyklikę Dives in misericordia (Bogaty w miłosierdzie). W rozmowie z amerykańskim dziennikarzem Georgem Weigelem Papież przyznał, że podczas pisania tej encykliki myślał o siostrze Faustynie i „był jej duchowo bardzo bliski”. Encyklika ta jest więc świadectwem głębokiego przemyślenia przez Papieża przesłania siostry Faustyny i zobaczenia jego aktualności dla współczesnego świata.
    W harmonii z etymologicznym znaczeniem łacińskiego słowa misericordia (miseris cor dare – potrzebującym dać serce), Jan Paweł II określa w encyklice miłosierdzie jako „miłość, która w sposób szczególny daje o sobie znać w zetknięciu z cierpieniem, krzywdą, ubóstwem, w zetknięciu z całą ludzką kondycją, która na różne sposoby ujawnia ograniczoność i słabość człowieka, zarówno fizyczną, jak i moralną”. Dlatego też, Bożego miłosierdzia szczególnie potrzebujemy w epoce po Oświęcimiu i Archipelagu Gułag, gdzie „ludzie ludziom zgotowali tak straszny los”. Z niezwykłą przenikliwością Papież przypomina, że wiele straszliwych zbrodni naszego wieku zostało dokonanych w imię dziejowej sprawiedliwości i potrzeby wynagrodzenia doznanych krzywd. „Programy, które biorą początek w idei sprawiedliwości, które mają służyć jej urzeczywistnieniu we współżyciu ludzi, ludzkich grup i społeczeństw, ulegają w praktyce wypaczeniu. (…) Sprawiedliwość sama nie wystarcza, (…) jeśli nie dopuści się do kształtowania życia ludzkiego w różnych jego wymiarach owej głębszej mocy, jaką jest miłość”.
    O swojej czci dla Bożego Miłosierdzia Jan Paweł II przypomniał w czasie pielgrzymki do Polski w 1997 roku, podczas wizyty w sanktuarium w Łagiewnikach: „Orędzie miłosierdzia Bożego zawsze było mi bliskie i drogie. (…) Dziękuję Opatrzności Bożej, że dane mi było osobiście przyczynić się do wypełnienia woli Chrystusa, przez ustanowienie święta Miłosierdzia Bożego. Tu, przy relikwiach błogosławionej Faustyny Kowalskiej, dziękuję też za dar jej beatyfikacji. Nieustannie proszę Boga o «miłosierdzie dla nas i świata całego».”
    Często zastanawiamy się, w jakim stopniu Jan Paweł II jest „polskim Papieżem”, to znaczy w jakiej mierze fakt, że wychował się w kraju nad Wisłą, a swojej wiary, posługi kapłańskiej i biskupiej uczył się w grodzie wawelskim, kształtuje jego rozumienie Kościoła powszechnego i własnej posługi biskupa Rzymu. W tym kontekście ważne wydaje się spostrzeżenie jednego z autorów rozważań, że Jan Paweł II „wyszedł z krakowskiej szkoły miłosierdzia, gdzie głównymi wykładowcami byli: św. brat Albert Chmielowski i bł. siostra Faustyna Kowalska.” Dzięki encyklice Dives in misericordia, to polskie, krakowskie doświadczenie Bożego miłosierdzia, stało się wezwaniem i darem dla całego Kościoła i całej ludzkości. Możemy być z tego powodu dumni i wdzięczni Bogu.

    o. Jarosław Kupczak OP/opoka.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Obraz i podobieństwo…

    O postaci siostry Faustyny Kowalskiej, kanonizowanej 30.04.2000

    W czerwcu 1999 roku Jan Paweł II odwiedził sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach, gdzie znajdują się relikwie siostry Faustyny. Wówczas wyznał: „Orędzie Miłosierdzia Bożego zawsze było mi bliskie i drogie. Historia jakby wpisała je w tragiczne doświadczenie II wojny światowej. W tych trudnych latach było ono szczególnym oparciem i niewyczerpanym źródłem nadziei nie tylko dla krakowian, ale dla całego Narodu. Było to i moje osobiste doświadczenie, które zabrałem ze sobą na Stolicę Piotrową i które niejako kształtuje obraz tego pontyfikatu”.

    Wizerunek na płótnie

    Siostra Faustyna zmarła niespełna rok przed wybuchem II wojny światowej, 5 października 1938 r. W sierpniu, gdy była jeszcze w szpitalu, jedna z sióstr ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia usłyszała z jej ust słowa: Wojna będzie strasznie długo trwała, będzie strasznie dużo nieszczęść. Cierpienia okropne spadną na ludzi. Paradoksalnie, jednak to właśnie wojna spowodowała niezwykłe rozprzestrzenienie się kultu Miłosierdzia Bożego, który dotarł do wielu zakątków kuli ziemskiej dzięki Polakom tułającym się po wojennych szlakach.

    Wraz z nimi wędrowały wizerunki Jezusa Miłosiernego z napisem: „Jezu, ufam Tobie”. Historia jego powstania sięga lutego 1931 roku. Wówczas siostra Faustyna przebywała w klasztorze w Płocku. Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. Po chwili powiedział mi Jezus: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie”.

    Na wypełnienie tego polecenia Faustyna musiała czekać niemal trzy lata. Gdy po złożeniu ślubów wieczystych znalazła się w Wilnie, spotkała tam księdza Michała Sopoćkę, który w tym czasie objął obowiązki spowiednika zgromadzenia. Siostra rozpoznała w nim kapłana, którego wcześniej ukazał jej Jezus: W pewnym dniu usłyszałam głos w duszy: Oto jest pomoc widzialna dla ciebie na ziemi. On ci dopomoże spełnić wolę Moją na ziemi. Gdy jednak wyznała wszystko księdzu, ten odesłał ją do psychiatry, aby poddała się badaniu. Po latach dr Maria Maciejewska napisze: Niniejszym stwierdzam, że znałam siostrę Marię Faustynę Kowalską ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia w Wilnie przy ul. Senatorskiej 25, w latach 1933—36. Przy badaniach lekarskich nigdy nie stwierdziłam objawów neuropatycznych ani odchyleń psychicznych.

    Opinia lekarska uspokoiła księdza Sopoćkę. Na początku 1934 roku zamówił obraz Miłosierdzia Bożego u wileńskiego malarza Eugeniusza Kazimirowskiego. Siostra Faustyna udzieliła mu wskazówek, jak ma wyglądać obraz. W pewnej chwili, kiedy byłam u tego malarza (…) zobaczyłam, że nie jest tak piękny, jakim jest Jezus — zasmuciłam się tym bardzo, jednak ukryłam to w sercu głęboko. Kiedyśmy wyszły od tego malarza, Matka Przełożona została w mieście dla załatwienia różnych spraw, ja sama powróciłam do domu. Zaraz udałam się do kaplicy i napłakałam się bardzo. Rzekłam do Pana: „Kto Cię wymaluje tak pięknym, jakim jesteś?”. — Wtem usłyszałam takie słowa: Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce Mojej.

    Wizerunek w duszy

    Jezus kazał Faustynie praktykować miłosierdzie czynem, słowem oraz modlitwą. I dbał o to, by miała dostatecznie dużo okazji do ćwiczenia się w miłości bliźniego. Kiedyś np. Faustyna spotkała się z pewną świecką osobą, która kłamiąc przysporzyła jej wielu przykrości. W pierwszej chwili, gdy ją zobaczyłam, ścięła mi się krew w żyłach, gdyż stanęło mi wszystko przed oczyma, co przez nią wycierpieć musiałam, choć jednym słowem od nich uwolnić bym się mogła. I przyszła mi myśl, aby jej dać poznać prawdę stanowczo i natychmiast. Ale w jednej chwili stanęło mi miłosierdzie Boże przed oczyma i postanowiłam tak z nią postępować, jakby postąpił Jezus, będąc na moim miejscu. Zaczęłam z nią rozmawiać łagodnie, a kiedy zapragnęła rozmawiać ze mną sam na sam, wtenczas dałam jej jasno poznać jej smutny stan duszy w sposób bardzo delikatny. Widziałam jej głębokie wzruszenie, choć kryła się przede mną.

    Inne wyzwania stawiały przed siostrą jej codzienne obowiązki. Często zdarzało się, że musiała wykonywać prace, do których nie nadawała się z powodu słabego zdrowia i wątłych sił. Na przykład w czasie nowicjatu w Warszawie skierowano ją do kuchni, gdzie musiała odlewać ziemniaki z wielkich garnków, których nie była w stanie udźwignąć. W południe przy rachunku sumienia skarżyłam się Bogu na brak sił. Wtem usłyszałam w duszy te słowa: „Od dziś będzie ci to przychodziło z wielką łatwością. Wzmocnię twoje siły”. Wieczorem — kiedy przychodzi czas odlewania kartofli — spieszę ufna w słowa Pana. Z całą swobodą biorę garnek i całkiem dobrze odlałam. Ale kiedy zdjęłam pokrywę, żeby kartofle odparowały, ujrzałam w garnku zamiast kartofli całe pęki czerwonych róż, tak pięknych, że trudno o nich napisać. Nigdy jeszcze takich nie widziałam. Zdziwiło mnie to bardzo nie rozumiejąc ich znaczenia, ale w tej chwili usłyszałam głos w duszy: „Taką ciężką twoją pracę zamieniam na bukiety najpiękniejszych kwiatów, a woń ich wznosi się do tronu Mojego”.

    Siostra Faustyna Kowalska jest jedną z bohaterek książki „Świadkowie XX wieku”, która wkrótce ukaże się w Wydawnictwie Księży Marianów.

    Paweł Zuchniewicz/Gość Niedzielny 18/2000/opoka.pl

    _________________________________________________________________________________________

    Cierpienie, świętość i przepowiednie.

    Tak umierała siostra Faustyna

    witraż ze św. Faustyną Kowalską

    MONKPRESS/East News

    ***

    „W trumnie odzyskała świeżość i wdzięk, była daleko ładniejsza niż za życia” – mówił o. Józef Andrasz, spowiednik siostry Faustyny.

    Cierpienie siostry Faustyny

    We wrześniu 1938 r. siostra Faustyna została wypisana ze szpitala na Prądniku. Do klasztoru w Łagiewnikach, po pięciu miesiącach kuracji, przywiozła ją 17 września siostra infirmerka, Alfreda Pokora. Dziesięć kilometrów pokonały bryczką, a droga była dla chorej bardzo trudna. Omdlewała, traciła kontakt z rzeczywistością, była bardzo słaba.

    Od razu po przyjeździe siostry umieściły ją w separatce dla sióstr ciężko chorych, która mieściła się w głównym budynku klasztoru. Od razu też zorientowały się, że siostra Faustyna nie jest w stanie ani jeść, ani wstać. Picie też sprawiało jej trudność, ale co jakiś czas prosiła o wodę, aby ugasić trawiące ją ciągłe pragnienie.

    Niestety, czasem nie była w stanie przełknąć nawet kropli wody. Przełyk i żołądek były zniszczone przez gruźlicę.

    Nie bała się śmierci

    Mimo ogromnego cierpienia siostry zapamiętały, że nie tylko nie bała się śmierci, ale wyczekiwała spotkania z Jezusem. Jej obecność w separatce ciekawiła młodsze siostry, chętnie ją odwiedzały, ale odwiedziny były raczej zakazane – przełożonych niepokoiła możliwość zarażenia się gruźlicą.

    Zresztą w krótkim czasie okazało się, że takie odwiedziny bardzo chorą męczą. Na stałe zajmowały się nią pielęgniarki s. Alfreda Pokora i s. Amelia Socha. Ta ostatnia była s. Faustynie szczególnie droga. Lubiły się i rozumiały.

    Zażyłość była do tego stopnia głęboka i serdeczna, że gdy tydzień przed śmiercią Faustyny s. Amelia, chorująca na gruźlicę kości, westchnęła przy Sekretarce Bożego miłosierdzia, że „Pan Jezus jest dobry, siostra umiera młodo i świadomie, jakże i ja pragnęłabym zachorować na gruźlicę płuc i w rok po siostrze umrzeć” – bo bała się kalectwa i bycia ciężarem dla zgromadzenia – Faustyna powiedziała:

    „Jeśli będę miała jakieś łaski u Pana Jezusa, to poproszę, by w rok po mnie zabrał siostrę”. I musiała nie tylko poprosić, ale Pan Jezus prośby wysłuchał, bo s. Amelia Socha zmarła 4 listopada 1939 r., na gruźlicę płuc.

    Przepowiednie na łożu śmierci

    Nie skarżyła się. W czasie tych ostatnich dni przepowiedziała wybuch drugiej wojny światowej i ostrzegła, że wojna będzie trwać bardzo długo, a siostrom uda się przetrwać i zostać w klasztorze w Łagiewnikach, ale pod warunkiem, że będą się nieustannie modlić.

    I choć wtedy, w separatce przy jej łóżku żadna z sióstr nie wierzyła w to, co mówiła, wszystko przypomniały sobie już niecały rok później, a w ciągu sześciu lat trwania wojny doświadczyły aż trzykrotnej próby wysiedlenia ich przez Niemców. Za każdym razem szły wtedy na klasztorny cmentarz i prosiły s. Faustynę o wstawiennictwo u Boga i ratunek.

    Przełożona domu, matka Irena Krzyżanowska, lubiła ją odwiedzać w infirmerii. Wspominała, że w s. Faustynie było „dużo spokoju i dziwnego uroku” oraz że „całkowicie ustąpiło napięcie związane z realizacją dzieła miłosierdzia, które polecał jej Pan”. „Będzie święto miłosierdzia Bożego, widzę to, chcę tylko woli Bożej” – mówiła przełożonej.

    Pan Jezus chce mnie wywyższyć i uczynić świętą

    Zapytana przez nią, czy cieszy się, że umiera w zgromadzeniu, odpowiedziała: „Tak. Będzie mateczka widziała, że zgromadzenie będzie miało wiele pociechy przeze mnie”. Kilka dni przed śmiercią uniosła się na łóżku i poprosiła przełożoną, by zbliżyła się do niej. Wtedy wyszeptała:

    Pan Jezus chce mnie wywyższyć i uczynić świętą – mówiła Faustyna. – Odczułam w niej wiele powagi, dziwnego uczucia, że s. Faustyna przyjmuje to zapewnienie jako dar miłosierdzia Bożego, bez cienia pychy” – wspominała matka Irena.

    22 września przeprosiła wszystkie siostry za swoje mimowolne uchybienia. Był to czwartek, a w niedzielę, 25 września, po raz ostatni widziała się z ks. Michałem Sopoćką. I to właśnie wtedy przepowiedziała mu datę swojej śmierci – wskazała 5 października. Zrobiła na nim wrażenie „nieziemskiej istoty”, jakby część jej była już poza separatką i klasztorem. „Zajęta jestem obcowaniem z Ojcem Niebieskim” – powiedziała mu jeszcze.

    Łączę swoje cierpienia z męką Twoją świętą

    W ostatnich dniach martwiła się, że przysparza siostrom kłopotu i dokłada obowiązków, których i tak mają sporo. Wciąż była spragniona, miała wysuszone gardło, ale nie była w stanie przełknąć nawet kropli. Płukała usta szepcząc, że „wypiłaby całe wiaderko, ale nie potrafi”.

    Rankiem 5 października czuwała przy niej s. Amelia. Poprosiła ją o zaśpiewanie jakiejś pieśni, ale Amelia wymówiła się problemami z głosem. Siostra Faustyna zaczęła nucić sama wers „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało…”.

    Po południu o. Andrasz udzielił jej wiatyku. Bardzo cierpiała, poprosiła nawet o zastrzyk na uśmierzenie bólu, ale w ostatniej chwili wycofała się z tej prośby – chciała ofiarować każdy ból, który przyszedł zgodnie z tym, co zapisała w Dzienniczku:

    „Łączę swoje cierpienia, gorycze i samo konanie z męką Twoją świętą i ofiaruję się za świat cały, aby uprosić obfitość miłosierdzia Bożego dla dusz, a szczególnie dla dusz, które są w domach naszych. Ufam mocno i zdaję się całkowicie na wolę Twoją świętą, która jest miłosierdziem samym. Miłosierdzie Twoje będzie mi wszystkim w tej ostatniej godzinie – jakoś mi sam przyobiecał”.

    Agonia siostry Faustyny

    „Dzisiaj mnie Jezus z sobą poniesie” – powiedziała. Wczesnym wieczorem rozpoczęła się agonia, a s. Faustyna wkroczyła na ostatnią prostą do swojego Jezusa. Najpierw klasztorny dzwonek zadzwonił w czasie kolacji – siostry myślały, że to już i zostawiły wszystko, aby pobiec do separatki. Pomieszczenie było małe, w środku stał już przy łóżku o. Teodor Czaputa, kapelan, i kilka sióstr, a pozostałe modliły się na korytarzu.

    Jednak s. Faustyna skinęła nagle na matkę przełożoną, a ta, po wysłuchaniu szeptu chorej przekazała, że s. Faustyna wie, że to jeszcze nie jest jej ostatnia chwila, niech siostry wrócą do swoich prac, a gdy jej czas będzie się zbliżał, to je zawoła.

    I rzeczywiście, siostry rozeszły się do swoich obowiązków, wiele z nich poszło do kaplicy, a przy s. Faustynie została tylko s. Ligoria Poznańska. Gdy po jakimś czasie zorientowała się, że s. Faustyna kona, pobiegła obudzić siostry.

    Świadectwo

    I tak w ostatnich chwilach życia czuwały przy niej siostry Amelia i Eufemia. Ta ostatnia tak mówiła po latach:

    „Kiedy wracałam do celi, wstąpiłam do kaplicy i pomodliłam się do dusz czyśćcowych, żeby mnie obudziły, jak będzie umierać siostra Faustyna, bo bardzo chciałam być przy jej śmierci. Bałam się wprost prosić o to matkę przełożoną, bo nam, młodym profeskom, nie wolno było tam chodzić, by się nie zarazić gruźlicą.

    Siostrze Amelii pozwolono, bo już była chora na gruźlicę. Spać poszłam o zwykłej porze i zaraz zasnęłam. Naraz ktoś mnie budzi: Jak siostra chce być przy śmierci siostry Faustyny, to niech siostra wstaje. Ja od razu zrozumiałam, że to pomyłka. Siostra, która przyszła obudzić s. Amelię, pomyliła cele i przyszła do mnie. Zaraz obudziłam s. Amelię, ubrałam chałat i czepek, i szybko pobiegłam do infirmerii. Po mnie przyszła s. Amelia.

    To było jakoś koło jedenastej w nocy. Gdy przyszłyśmy tam, siostra Faustyna jakby lekko otworzyła oczy i trochę się uśmiechnęła, a potem skłoniła głowę i już… Siostra Amelia mówi, że już chyba nie żyje, umarła. Spojrzałam na s. Amelię, ale nic nie mówiłam, modliłyśmy się dalej. Gromnica cały czas się paliła…”.

    Nie kończy się posłannictwo moje ze śmiercią

    Apostołka Bożego miłosierdzia, siostra Maria Faustyna Kowalska, zmarła 5 października 1938 r. o godz. 22.45, w wieku trzydziestu trzech lat. Pogrzeb odbył się 7 października przed południem, w dniu liturgicznego wspomnienia Matki Bożej Różańcowej. Zgodnie z zapowiedzią s. Faustyny jej śmierć niczego nie zakończyła, przeciwnie – jej historia, zadania i misja dopiero przyśpieszyły.

    „Czuję dobrze, że nie kończy się posłannictwo moje ze śmiercią, ale się zacznie. O, dusze wątpiące, uchylę wam zasłony nieba, aby was przekonać o dobroci Boga, abyście już więcej nie raniły niedowierzaniem najsłodszego Serca Jezusa. Bóg jest Miłością i Miłosierdziem” – napisała w Dzienniczku.

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl/artykuł na podstawie:

    www.faustyna.pl
    E. K. Czaczkowska, Siostra Faustyna. Biografia świętej.

    ___________________________________________________________________________________

    Śladami św. siostry Faustyny w Wilnie

     

     zgromadzenie.faustyna.org

    ***

    Dziś, 5 października, przypada 85. rocznica śmierci św. siostry Faustyny Kowalskiej, apostołki Bożego Miłosierdzia. W tym roku minęła także 90. rocznica przyjazdu św. siostry Faustyny do Wilna na dłuższy, trzyletni pobyt. W Wilnie został namalowany obraz Jezusa Miłosiernego według wskazówek mistyczki, tu powstała Koronka do Bożego Miłosierdzia. Do naszych czasów zachowało się tam kilka miejsc związanych ze świętą oraz kultem Bożego Miłosierdzia.

    Po raz pierwszy s. Faustyna (Helena Kowalska 1905-1938) ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przyjechała do Wilna w lutym 1929 roku na niecałe cztery miesiące, zastępując jedną z sióstr tamtejszego klasztoru. Dopiero po złożeniu 1 maja 1933 r. w Krakowie ślubów wieczystych, została skierowana na wileńską placówkę na Antokolu na dłuższy pobyt.

    Z zapisków „Dzienniczka” wynika, że obawiała się tego wyjazdu. Jeszcze w Krakowie przed podjęciem decyzji matka generalna Zgromadzenia próbowała „wybadać” siostrę, czy bardziej jej odpowiada dom w pobliskiej Rabce czy odległe od Krakowa Wilno, jednak siostra odpowiedziała: „Ja chcę mieć czystą wolę Bożą, gdzie mateczka każe, tam będę wiedziała, że jest dla mnie czysta wola Boża, bez mojej przymieszki”.

    Gdy się dowiedziała, że zostanie wysłana do Wilna, zapisała: „Jednak jakaś radość i lęk zarazem przeszył mi duszę. Czułam, że mi Bóg tam przygotowuje wielkie łaski, ale i wielkie cierpienia”. I dalej: „Co ja tam pocznę w tym Wilnie. Nikogo nie znam, nawet i mowa tamtejszych ludzi jest mi obca. I rzekł mi Pan: nie lękaj się, nie pozostawię cię samą”.

    Do Wilna przyjechała pod koniec maja 1933 r. „Dziś już jestem w Wilnie. Maleńkie chałupki porozrzucane stanowią klasztor. Trochę mi się wydaje dziwne po józefowskich gmachach (dom Zgromadzenia w krakowskich Łagiewnikach nazywano Józefowem – przyp. KAI). Sióstr tylko osiemnaście. Mały domek, ale wielkie zżycie wspólne. Wszystkie siostry przyjęły mnie bardzo serdecznie, co mi było wielką zachętą do znoszenia trudów, jakie na mnie czekały. Siostra Justyna nawet wyszorowała podłogę na przyjazd mój”.

    W wileńskim domu Faustyna podjęła pracę jako ogrodniczka. Wkrótce po przyjeździe poznała ks. Michała Sopoćkę, spowiednika sióstr, który stanie się jej duchowym przewodnikiem. Zapisała: „znałam [go] wpierw, nim przyjechałam do Wilna. Znałam go w widzeniu. Wtem usłyszałam w duszy te słowa: Oto wierny sługa mój, on ci dopomoże spełnić wolę moją tu na ziemi”.

    W Wilnie Zbawiciel znowu upomniał się o namalowanie obrazu, według wizji, którą Faustyna miała podczas pobytu w płockim klasztorze. W Dzienniczku zanotowała: „Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. (…) Po chwili powiedział mi Jezus: Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie”.

    Dzięki pomocy ks. Sopoćki udało się znaleźć artystę, który podjął się tego zadania – był nim malarz Eugeniusz Kazimirowski, który swój warsztat doskonalił na studiach w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i Monachium. Tak się złożyło, że miał on pracownię w tym samym domu, w którym mieszkał ks. Sopoćko . Od stycznia 1934 r. zakonnica wraz z przełożoną dwa razy w tygodniu przychodziła do pracowni malarza, by udzielać mu niezbędnych wskazówek. Gotowy obraz został wystawiony w Ostrej Bramie od piątku do niedzieli, 26 – 28 kwietnia 1935 r. Była to pierwsza niedziela po Wielkanocy, czyli tak jak pragnął Zbawiciel – w przyszłości święto Bożego Miłosierdzia. Niedziela ta przypadła też wtedy na zakończenie Jubileuszowego Roku Odkupienia Świata.

    Z Wilnem związana jest też mistyczna wizja, którą święta miała 26 października 1935 r.: „W piątek, kiedy szłam z wychowankami z ogrodu na kolację, było to dziesięć minut przed szóstą godziną, ujrzałam Pana Jezusa nad naszą kaplicą w takiej postaci, jako Go widziałam pierwszy raz. Takim, jak jest namalowany na tym obrazie. Te dwa promienie, które wychodziły z Serca Jezusowego, okrywały naszą kaplicę i infirmerię, a potem całe miasto i rozeszły się na świat cały. Trwało to może do czterech minut i znikło. Jedna z dzieci, [dziewcząt] która szła razem ze mną trochę za innymi, widziała także te promienie, ale nie widziała Jezusa i nie widziała, skąd te promienie wychodzą. Przejęła się bardzo i opowiedziała innym dziewczynkom. Dziewczynki zaczęły się z niej śmiać, że jej się coś przywidziało” – zanotowała w „Dzienniczku”.

    „Dziś wysyłam ciebie do całej ludzkości z moim miłosierdziem” – najważniejsze fakty związane z tym przesłaniem Jezusa wydarzyły się właśnie w Wilnie.

    Śladami św. siostry Faustyny w Wilnie

    Dom św. Faustyny na Antokolu – tu powstała Koronka do Bożego Miłosierdzia

    Przed wojną dom Zgromadzenie Matki Bożej Miłosierdzia mieścił się na antokolskim wzgórzu przy ul. Senatorskiej (obecnie Vinco Grybo 29A). Zgodnie charyzmatem Zgromadzenia siostry opiekowały się byłymi więźniarkami i dziewczętami z ulicy.

    Z dawnych zabudowań klasztornych po wojnie ocalał tylko niewielki drewniany domek z werandą, właśnie ten, w którym mieszkała święta. W domku odtworzono pokój, czyli celę zakonną Faustyny, zachowały się kaflowe piece, zgromadzono kilka oryginalnych pamiątek, m.in. stułę i różaniec należące do ks. Sopoćki. W tej skromnej celi siostra pisała swój „Dzienniczek”, tu Jezus podyktował jej Koronkę do Bożego Miłosierdzia.

    W Centrum Modlitewno-Pielgrzymkowym, które tu obecnie powstało, znajdują się relikwie obydwu apostołów Bożego Miłosierdzia: św. Faustyny Kowalskiej i bł. Michała Sopoćki. Pielgrzymi chętnie nawiedzają Domek św. Faustyny na Antokolu zwłaszcza o godz. 15., by odmówić tu Koronkę.

    Kaplica w pracowni malarza – tu powstał obraz „Jezu, ufam Tobie”

    Dom Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego, którego duchową założycielką jest św. Faustyna Kowalska, mieści się obecnie na ul. Rasu 4 (pol. ul. Rossa), na terenie należącym przed wojną do sióstr wizytek. Tutaj, mimo burzliwej historii miasta, przetrwał przedwojenny dom, w którym na piętrze mieszkał ks. Michał Sopoćko, a na parterze malarz Eugeniusz Kazimirowski. W jego pracowni powstawał obraz „Jezu, ufam Tobie”, jedyny namalowany za życia zakonnicy. Co prawda, siostra skarżyła się Jezusowi, że na obrazie nie jest taki piękny, jak w widzeniu, ale Zbawiciel wyjaśnił: „Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce mojej”.

    Dziś w dawnej pracowni malarskiej urządzono kaplicę sióstr, którą można zwiedzać po uprzednim umówieniu się telefonicznym.

    Co ciekawe, Dom Zgromadzenia jest usytuowany na wyniosłym wzgórzu, zwanym przed wojną Górką Zbawiciela, od dwóch kościołów, które tam wybudowano i które noszą wezwania chrystologiczne: pierwszy, wyróżniający się ogromną barokową kopułą to dawny kościół sióstr wizytek pw. Serca Jezusowego; obecnie stojący za murem domu Zgromadzenia; drugi, o dwóch wysmukłych wieżach, to dawny kościół misjonarzy pw. Wniebowstąpienia Pańskiego. Obydwa kościoły są obecnie nieczynne po zniszczeniach czasów komunizmu, trwają prace restauratorskie przy jednym z nich. Górka Zbawiciela znajduje się niedaleko Ostrej Bramy, wystarczy tylko skręcić w wąską ulicę Subocz i wspiąć się w górę. Po drodze otwierają się rozległe widoki na wileńską Starówkę.

    W 2012 r. powstało przy klasztorze Sióstr Jezusa Miłosiernego Hospicjum założone przez s. Michaelę Rak; od 2020 r. działa tu także Hospicjum da dzieci. Dzięki pracy sióstr, lekarzy i personelu świeckiego hospicjum stało się centrum czynnego świadczenia Bożego miłosierdzia. „Duch mój spocznie w klasztorze tym, błogosławić będę szczególnie okolicy tej, gdzie klasztor ten będzie” – obiecał Jezus świętej siostrze Faustynie.

    Kościół św. Michała – tu początkowo wisiał obraz „Jezu, ufam Tobie”

    Przed wojną ks. Michał Sopoćko posługiwał w kościele św. Michała przy klasztorze sióstr benedyktynek. Zabudowana klasztorne znajdują się na Starówce blisko kościoła św. Anny i Bernardynów. Po wystawieniu publicznym obrazu, które miało miejsce w Ostrej Bramie w 1935 r., obraz przeniesiono do ciemnego klasztornego korytarza sióstr bernardynek, stał tam nawet odwrócony do ściany. Wykorzystywano go okazjonalnie jako wystrój ołtarza na Boże Ciało.

    Przed opuszczeniem Wilna św. Faustyna przekazała ks. Sopoćce, że Jezus pragnie, by obraz wisiał w kościele. Kapłan spełnił życzenie mistyczki rok później: 4 kwietnia 1937 r. w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, obraz poświęcono i zawieszono w prezbiterium kościoła św. Michała.

    Po wojnie, w 1947 r., ks. Michał Sopoćko musiał opuścić Wilno, w sierpniu 1948 r. kościół i klasztor bernardynek zamknięto, przedmioty kultu przeniesiono do kościoła Ducha Świętego. Obraz jednak pozostawiono w zamkniętym kościele do roku 1951. Później rozpoczęła się tułaczka wizerunku: najpierw czcicielki wykupiły go od robotników porządkujących nieczynną świątynię i zwinięty ukryły na swoim strychu, później pozostawał w prywatnym mieszkaniu proboszcza kościoła Ducha Św., na końcu trafił pod Grodno do kościoła w Nowej Rudzie. Po zamknięciu i tej świątyni pod koniec lat 60-tych, obraz powrócił do Wilna. Dopiero w 1987 r. został umieszczony na bocznym filarze w nawie głównej kościoła Ducha Świętego.

    Tymczasem kościół św. Michała pozostawał nadal zamknięty, jak wiele świątyń w czasach komunistycznych. Dopiero po odzyskaniu przez Litwę niepodległości, zdewastowaną świątynię oddano w 1993 r. kurii wileńskiej. Obecnie utworzono tutaj Muzeum Dziedzictwa Sakralnego, warte odwiedzenia, nie tylko ze względu na bogate zbiory sztuki sakralnej, w tym pozostały z dawnego wnętrza renesansowy nagrobek fundatora kościoła Lwa Sapiehy, ale by zobaczyć wnętrze, gdzie przez 14 lat wisiał obraz „Jezu, ufam Tobie”. Obecnie w tym miejscu zawieszono kopię obrazu.

    Kościół Ducha Świętego

    Przy ul. Dominikańskiej znajdują się dwie świątynie ściśle związane z kultem Bożego miłosierdzia. Pierwsza to wspomniany kościół Ducha Świętego, zwany „polskim”, gdyż jest to jedyna świątynia w Wilnie, w której Msze odprawia się tylko w języku polskim. Od 1987 roku do 2005 wisiał tutaj obraz Jezusa Miłosiernego.

    We wrześniu 1993 r. kościół nawiedził papież Jan Paweł II, który spotkał się tu z Polakami. Po przekroczeniu progu kościoła w przejmującej ciszy, jaka zapanowała w kościele. papież skierował swoje kroki do ołtarza z obrazem.

    W 2004 r. metropolita wileński kard. Audrys Juozas Baczkis podjął decyzję o utworzeniu Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w znajdującym się przy tej samej ulicy kościółku Św. Trójcy. W 2005 roku przeniesiono tam obraz po dokonaniu jego renowacji.

    Sanktuarium Bożego Miłosierdzia

    Sanktuarium Bożego Miłosierdzia przy ul. Dominikańskiej 12, w dawnym kościele Św. Trójcy, stanowi obecnie główne miejsce kultu Bożego Miłosierdzia na Litwie. Tu w odnowionym kościółku, w prezbiterium, wisi chroniony specjalną szybą obraz Jezusa Miłosiernego. Na ścianie prezbiterium umieszczono w kilku językach napisy „Jezu, ufam Tobie”, na bocznych filarach wokół obrazu zawieszone są liczne wota.

    W Sanktuarium przez całą dobę odbywa się adoracja Najświętszego Sakramentu; świątynia otwarta dzień i noc, daje świadectwo pragnieniu Boga, by nieustannie obdarzać ludzi swoimi łaskami. Do Sanktuarium przybywa coraz więcej pielgrzymów z całego świata.

    Msza święta w języku polskim odprawiana jest codziennie o godz. 16.00 (w Polsce jest wtedy godz. 15). Można w niej uczestniczyć on-line (msza-online.net).

    Co roku 5 października Sanktuarium wspomina św. Faustynę Kowalską podczas uroczystej liturgii, a piątego dnia każdego miesiąca zaprasza na comiesięczne wspomnienie świętej Faustyny oraz odmawianie o godzinie 15:00 Koronki do Miłosierdzia Bożego i błogosławieństwo relikwiarzem.

    Kalwaria Wileńska

    Kalwaria Wileńska – zespół barokowych kaplic Męki Pańskiej wraz z kościołem Znalezienia Krzyża Świętego był położony niegdyś na skraju Wilna. Faustyna na pewno niejednokrotnie brała udział w pielgrzymowaniu po kalwaryjskich dróżkach. W „Dzienniczku” zapisała wspomnienie, kiedy tam z woli Bożej… nie dotarła.

    Szczery dialog świętej ze Zbawicielem wart jest przytoczenia, świadczy bowiem o wielkiej bliskości i zażyłości świętej w obcowaniu z Boskim Oblubieńcem: „W pewnym dniu Matka Przełożona chciała mi zrobić przyjemność i dała pozwolenie, żebym w towarzystwie pewnej siostry pojechała do Kalwarii, na [tak] zwane obchodzenie dróżek. Ucieszyłam się tym bardzo. Miałyśmy podróżować statkiem, chociaż to tak blisko, ale takie było życzenie matki przełożonej. Wieczorem powiedział mi Jezus: Ja życzę sobie, żebyś pozostała w domu. — Odpowiedziałam: Jezu, przecież już wszystko przygotowane, że mamy rano jechać, co ja teraz zrobię? — I odpowiedział mi Pan: Wycieczka ta będzie ze szkodą twojej duszy. — Odpowiedziałam Jezusowi: Przecież Ty możesz temu zaradzić, pokieruj tak okolicznościami, aby się stała wola Twoja.”

    I rzeczywiście, piękna pogoda gwałtownie się popsuła, spadła rzęsista ulewa. Matka przełożona odwołała wyprawę zakonnic.

    Ostra Brama

    Pielgrzymkę śladami św. siostry Faustyny po Wilnie warto zakończyć w Ostrej Bramie, u stóp Matki Bożej Miłosierdzia.

    Wilno, w którym o miłosierdziu Boga przypominają dwa cudowne wizerunki Matki Bożej Miłosierdzia i Jezusa Miłosiernego, nazywane jest często „Miastem Miłosierdzia”.

    Dorota Giebułtowicz (KAI) / Wilno/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Faustyna Kowalska: Widziałam życie wieczne

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Św. Faustyna Kowalska:

    Widziałam życie wieczne

    Straszna jest śmierć, chociaż nam daje życie wieczne. Pragnęłam przyjąć ostatnie Sakramenty św. jednak spowiedź święta przychodzi bardzo trudno, pomimo pragnienia spowiadania się. Człowiek nie wie co mówi, jedno zacznie drugiego nie kończy. O, niech Bóg zachowa każdą duszę od tego odkładania spowiedzi na ostatnia godzinę.

    780-781.

    ŚW. FAUSTYNA WSPÓŁCZUJE DUSZOM NIE WIERZĄCYM W ŻYCIE WIECZNE

    O mój Boże, jak mi żal ludzi, którzy nie wierzą w życie wieczne, jak się modlę za nich, aby ich promień miłosierdzia ogarnął i przytulił ich Bóg do łona ojcowskiego. O Miłości, o królowo. – Miłość nie zna bojaźni, przechodzi przez wszystkie chóry anielskie, które przed Jego tronem trzymają straż. Ona się nie zlęknie nikogo; ona dosięga Boga i tonie w Nim, jako w jedynym skarbie swoim. Cherubin z mieczem ognistym, który strzeże raju, nie ma władzy nad nią. O czysta miłości Boża, jakżeś wielka i nieporównana. O, gdyby dusze poznały moc Twoją.(Dz 780-781)

    1119.

    ŚW. FAUSTYNA CZĘSTO OGLADAŁA SPRAWY NIEBIAŃSKIE

    W chwilach kiedy jestem pomiędzy niebem a ziemią, milczę, bo choćbym mówiła: kto rozumie mowę moją? Wieczność odsłoni wiele rzeczy, o których teraz milczę. . .(Dz 1119)

    1500.

    ŚW. FAUSTYNA ZOSTAŁA PRZENIESIONA W ZAŚWIATY

    Dziś miłość Boża przenosi mnie w zaświaty. Jestem pogrążona w miłości, kocham i czuję, że jestem kochana i całą świadomością to przeżywam. Tonie moja dusza w Panu, poznając wielki majestat Boży i maleńkość swoją, lecz przez to poznanie zwiększa się szczęście moje. . . Ta świadomość jest tak żywa w duszy, tak potężna, a zarazem tak słodka.(Dz 1500)

    20 b.

    CZYŚCIEC WIDZIANY PRZEZ ŚW. FAUSTYNĘ

    Ujrzałam Anioła Bożego, który mi kazał pójść za sobą. W jednej chwili znalazłam się w miejscu mglistym, napełnionym ogniem, a nim całe mnóstwo dusz cierpiących. Te dusze modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą. Mój Anioł Stróż nie odstępował mnie ani na chwilę. I zapytałam się tych dusz, jakie ich jest największe cierpienie? I odpowiedziały mi jednoznacznie, że największym dla nich cierpieniem, to jest tęsknota za Bogiem. Widziałam Matkę Bożą odwiedzającą dusze w czyśćcu. Dusze nazywają Maryję ?Gwiazdą Morza?. Ona im przynosi ochłodę. Chciałam więcej z nimi porozmawiać, ale mój Anioł Stróż dał mi znak do wyjścia. Wyszliśmy za drzwi tego więzienia cierpiącego. Usłyszałam głos wewnętrzny, który powiedział: Miłosierdzie Moje nie chce tego, ale sprawiedliwość każe. Od tej chwili ściśle obcuję z duszami cierpiącymi. (Dz 20)

    21.

    ZMARŁA SIOSTRA PROSI ŚW. FAUSTYNĘ O MODLITWĘ

    Kiedyśmy przyjechały do nowicjatu (23.1.1926), Siostra (Henryka Łosińska, była szewcem) była umierająca. Za parę dni Siostra przychodzi do mnie i każe mi iść do Matki Mistrzyni (S. Małgorzata Anna Gimbutt) i powiedzieć, żeby Matka prosiła jej spowiednika, księdza Rosponda, żeby za nią odprawił jedną Mszę św. i trzy akty strzeliste. W pierwszej chwili powiedziałam, że pójdę do Matki Mistrzyni, ponieważ niewiele rozumiem czy to sen, czy jawa. I nie poszłam. Na przyszłą noc powtórzyło się to samo wyraźniej, w czym nie miałam żadnej wątpliwości. Jednak rano postanowiłam sobie, że nie powiem o tym Mistrzyni. Dopiero powiem, jak ją zobaczę wśród dnia. Zaraz się z nią (S.Henrykę) spotkałam na korytarzu, robiła mi wyrzuty, że nie poszłam zaraz i napełnił dusze moją wielki niepokój, więc natychmiast poszłam do Matki Mistrzyni i opowiedziałam wszystko co zaszło. Matka odpowiedziała, że te sprawę załatwi. Natychmiast spokój zapanował w duszy a na trzeci dzień owa siostra przyszła i powiedziała mi: ?Bóg zapłać?. (Dz 21)

    43.

    ŚW. FAUSTYNA UJRZAŁA DWIE ZAKONNICE WSTĘPUJĄCE DO PIEKŁA

    W pewnej chwili ujrzałam dwie siostry wstępujące do piekła. Ból niewymowny ścisnął mi duszę, prosiłam Boga za nimi i rzekł do mnie Jezus: idź do Matki Przełożonej i powiedz o tym, że te dwie siostry są w okazji popełnienia grzechu ciężkiego. Na drugi dzień powiedziałam o tym Przełożonej. Jedna z nich już jest w gorliwości, a druga w walce wielkiej (Dz 43)

    153.

    ŚW. FAUSTYNA OPISUJE WIZJE DRÓG WIODĄCYCH DO PIEKŁA I DO NIEBA

    W pewnym dniu ujrzałam dwie drogi: jedna szeroka, wysypana piaskiem i kwiatami, pełna radości i muzyki i różnych przyjemności. Ludzie idąc tą drogą tańcząc i bawiąc się ? dochodzili do końca, nie spostrzegają się, że już koniec. A na końcu tej drogi była straszna przepaść, czyli otchłań piekielna. Dusze te na oślep wpadały w tę przepaść, jak szły, tak i wpadały. A była ich wielka liczba, że nie można było ich zliczyć. I widziałam drugą drogę, a raczej ścieżkę, bo była wąska i zasłana cierniami i kamieniami, a ludzie, którzy nią szli ze łzami w oczach i różne boleści były ich udziałem. Jedni padali na te kamienie, ale zaraz powstawali i szli dalej. A w końcu drogi był wspaniały ogród przepełniony wszelkim rodzajem szczęścia i wchodziły tam te wszystkie dusze. Zaraz w pierwszym momencie zapominały o swych cierpieniach. (Dz 153)

    321.

    ŚW. FAUSTYNA OPISUJE SWOJE PRZEDŚMIERTNE CIERPIENIA

    12.8.1934 rok.

    Nagłe osłabnięcie ? cierpienie przedśmiertne. Nie była to śmierć, czyli przejście do życia prawdziwego, ale skosztowanie jej cierpień. Straszna jest śmierć, chociaż nam daje życie wieczne. Nagle zrobiło mi się niedobrze, brak tchu, ciemno w oczach, czuję zamieranie w członkach ? to duszenie jest straszne. Chwilka takiego duszenia jest niezmiernie długa… także przychodzi lek dziwny pomimo ufności. Pragnęłam przyjąć ostatnie Sakramenty św. jednak spowiedź święta przychodzi bardzo trudno, pomimo pragnienia spowiadania się. Człowiek nie wie co mówi, jedno zacznie drugiego nie kończy. ? O, niech Bóg zachowa każdą duszę od tego odkładania spowiedzi na ostatnia godzinę. Poznałam wielka moc słów kapłana, jaka spływa na dusze chorego. Kiedy się zapytałam Ojca duchownego ? czy jestem gotowa stanąć przed Bogiem i czy mogę być spokojna, otrzymałam odpowiedź: możesz być zupełnie spokojna, nie tylko teraz, ale po każdej spowiedzi tygodniowej. ? Łaska Boża, jaka towarzyszy tym słowom kapłańskim, jest wielka. Dusza odczuwa moc i odwagę do walki. (Dz 321)

    424.

    ŚW. FAUSTYNA OBUDZONA PRZEZ MAŁE DZIECKO, KTÓRE WSKAZUJE NA GWIAZDY SYMBOLIZUJACE DUSZE WIERNYCH CHRZEŚCIJAN

    W pewnej chwili 12.V.1935 rok. Wieczorem, zaledwie się położyłam do łóżka, zaraz zasnęłam, ale jak prędko zasnęłam, tak jeszcze prędzej zostałam zbudzona. Przyszło do mnie małe dziecię i zbudziło mnie. Dziecię to było wiekiem jakoby roczek miało i zdziwiłam się, ze tak ślicznie mówi, bo przecież dzieci w tym wieku nie mówią wcale, albo mówią bardzo niewyraźnie. Było niewymownie piękne, podobne do Dzieciątka Jezus i rzekło do mnie te słowa: –patrz w niebo ? a kiedy spojrzałam w niebo ujrzałam święcące gwiazdy i księżyc, wtem zapytało mnie to dziecię: – czy widzisz ten księżyc i te gwiazdy? Odpowiedziałam, że widzę, a ono mi odpowiedziało te słowa: – Te gwiazdy to są dusze wiernych chrześcijan, a księżyc, to są dusze zakonne. Widzisz, jak wielka różnica światła jest miedzy księżycem a gwiazdami, tak w niebie jest wielka różnica miedzy dusza zakonną, a wiernego chrześcijanina. ? I mówiło mi dalej, że prawdziwa wielkość jest w miłowaniu Boga i w pokorze. (Dz 424)

    426.

    JAK STRASZNA JEST GODZINA ŚMIERCI

    O godzino straszna, w której widzieć trzeba wszystkie czyny swoje w całej nagości i [nędzy]; nie ginie z nich ani jeden, wiernie towarzyszyć nam będą na sąd Boży. Nie mam wyrazów, ani porównań na wypowiedzenie rzeczy tak strasznych, a chociaż zdaje się, że dusza ta nie jest potępiona, to jednak męki jej nie różnią się niczym od mak piekielnych, tylko jest ta różnica, [że] się kiedyś skończą. (Dz 426)

    601.

    ŚWIĘCONA WODA PRZYNOSI POMOC DUSZOM UMIERAJĄCYCH

    W pewnej chwili, kiedy zaniemogła śmiertelnie jedna z naszych Sióstr, i zeszło się całe Zgromadzenie, a był także i kapłan, który udzielił chorej absolucji, wtem ujrzałam mnóstwo duchów ciemności. W tej chwili zapominając się. że jestem w towarzystwie Sióstr, chwyciłam za kropiło i poświęciłam ich i znikły zaraz; jednak kiedy Siostry przyszły do refektarza, Matka Przełożona zrobiła mi uwagę, że nie powinnam święcić chorej w obecności kapłana, że do niego najeży ta czynność. Przyjęłam to upomnienie w duchu pokuty, ale wielką przynosi ulgę święcona woda dla umierających. (Dz 601)

    696.

    ŚW. FAUSTYNA OPISUJE SWOJĄ CAŁONOCNĄ PRZEDŚMIERTNĄ BOLESNĄ MĘKĘ

    + 24 wrzesień 1936 r. Matka Przełożona poleciła, żebym odmówiła jedną tajemnicę różańca za wszystkie ćwiczenia i zaraz poszła się położyć. Kiedy się położyłam zaraz zasnęłam, bo byłam bardzo zmęczona. Jednak po chwili zbudziło mnie cierpienie. Było to tak wielkie cierpienie, które mi nie pozwoliło uczynić najmniejszego poruszenia, a nawet śliny przełknąć nie mogłam. Trwało to do jakich trzech godzin, myślałam zbudzić Siostrę nowicjuszkę, z którą razem mieszkam, ale pomyślałam sobie, przecież ona nie przyniesie mi żadnej pomocy, więc niech sobie śpi, szkoda mi ją budzę. Zdałam się zupełnie na wolę Bożą i myślałam, że już dla mnie nastąpi dzień śmierci, dzień przeze mnie upragniony. Miałam możność łączenia się z Jezusem cierpiącym na krzyżu, inaczej modlić się nie mogłam. Kiedy ustąpiło cierpienie, zaczęłam się pocić, jednak żadnego poruszenia uczynić nie mogłam, ponieważ powracało to, co było przedtem. Rano czułam się bardzo zmęczona, ale już fizycznie nie cierpiałam, jednak na Mszę św. podnieść się nie mogłam, pomyślałam sobie, jeżeli po takich cierpieniach nie ma śmierci, więc jak wielkie muszą być cierpienia śmiertelne. (Dz 696)

    741.

    ANIOŁ ZAPROWADZIŁ ŚW. FAUSTYNĘ DO PIEKŁA

    Dziś byłam w przepaściach piekła, wprowadzona przez Anioła. Jest to miejsce wielkiej kaźni, jakiż jest obszar jego strasznie wielki. Rodzaje mąk, które widziałam: pierwszą męką, która stanowi piekło, jest utrata Boga; drugie – ustawiczny wyrzut sumienia; trzecie – nigdy się już ten los nie zmieni; czwarta męka – jest ogień, który będzie przenikał duszę, ale nie zniszczy jej, jest to straszna męka, jest to ogień czysto duchowy, zapalony gniewem Bożym; piąta męka – jest ustawiczna ciemność, straszny zapach duszący, a chociaż jest ciemność; widzą się wzajemnie szatani i potępione dusze, i widzą wszystko zło innych i swoje; szósta męka jest ustawiczne, towarzystwo szatana; siódma męka – jest straszna rozpacz, nienawiść Boga, złorzeczenia, przekleństwa, bluźnierstwa. Są to męki, które wszyscy potępieni cierpią razem, ale to jest nie koniec mąk, są męki dla dusz poszczególne, które są męki zmysłów, każda dusza czym grzeszyła, tym jest dręczona w straszny, i nie do opisania sposób. Są straszne lochy, otchłanie kaźni, gdzie jedna męka odróżnia się od drugiej; umarłabym na ten widok tych strasznych mąk, gdyby mnie nie utrzymywała wszechmoc Boża. Niech grzesznik wie, jakim zmysłem grzeszy, takim dręczony będzie przez wieczność całą; piszę o tym z rozkazu Bożego, aby żadna dusza nie wymawiała się, że nie ma piekła, albo tym, że nikt tam nie był i nie wie jako tam jest.

    Ja, Siostra Faustyna, z rozkazu Bożego byłam w przepaściach piekła na to, aby mówić duszom i świadczyć, że piekło jest. O tym teraz mówić nie mogę, mam rozkaz od Boga, abym to zostawiła na piśmie. Szatani mieli do mnie wielką nienawiść, ale z rozkazu Bożego, musieli mi być posłuszni. To com napisała, jest słabym cieniem rzeczy, które widziałam. Jedno zauważyłam, że tam jest najwięcej dusz, które nie dowierzały, że jest piekło. Kiedy przyszłam do siebie, nie mogłam ochłonąć z przerażenia, jak strasznie tam cierpią dusze, toteż jeszcze się goręcej modlę o nawrócenie grzeszników, ustawicznie wzywam miłosierdzia Bożego dla nich. O mój Jezu, wolę do końca świata konać w największych katuszach, aniżeli bym miała Cię obrazić najmniejszym grzechem. (Dz 741)

    ANIOŁ WPROWADZIŁ ŚW. FAUSTYNĘ DO NIEBA

    27/XI.[1936]. Dziś w duchu byłam w niebie i oglądałam te niepojęte piękności i szczęście, jakie nas czeka po śmierci. Widziałam, jak wszystkie stworzenia oddają cześć i chwałę nieustannie Bogu; widziałam, jak wielkie jest szczęście w Bogu, które się rozlewa na wszystkie stworzenia, uszczęśliwiając je i wraca do źródła wszelka chwała l cześć z uszczęśliwienia, i wchodzą w głębie Boże, kontemplują życie wewnętrzne Boga, Ojca, Syna i Ducha Św., którego nigdy ani pojmą, ani zgłębią.

    Tą źródło szczęścia jest niezmienne w istocie swojej, lecz zawsze nowe, tryskające uszczęśliwieniem wszelkiego stworzenia. Rozumiem teraz św. Pawła, który powiedział: ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani weszło w serce człowieka, co Bóg nagotował tym, którzy Go miłują. I dał mi Bóg poznać jedną jedyną rzecz, która ma w oczach Jego nieskończoną wartość, a ta jest miłość Boża, miłość, miłość i jeszcze raz miłość – i z jednym aktem czystej miłości Bożej, nie może iść nic w porównanie. O, jakimi niepojętymi względami Bóg dany duszę, która Go szczerze miłuje. O, szczęśliwa dusza, która się cieszy już tu na ziemi Jego szczególnymi względami, a nimi są dusze małe i pokorne. Ten Wielki Majestat Boży, który głębiej poznałam, który wielbią duchy niebieskie, według stopnia łaski i hierarchii na które się dzielą, widząc tę potęgę i wielkość Boga, dusza moja nie została przerażona grozą, ani lękiem, nie, nie – wcale nie. Dusza moja została napełniona pokojem i miłością i im więcej poznaję wielkość Boga, tym więcej się cieszę, że takim On jest. I cieszę się niezmiernie Jego wielkością, i cieszę się, że jestem taka maleńka, bo dlatego, że jestem mała nosi mnie na ręku Swym i trzyma mnie przy Sercu Swoim.(Dz 777-778-779)

    825.

    ŚW. FAUSTYNA Z RADOŚCIĄ OCZEKUJE NA CHWILĘ SWEJ ŚMIERCI

    + O dniu jasny i piękny, w którym się spełnią wszystkie życzenia moje, o dniu upragniony, który będziesz ostatnim w życiu moim. Cieszę się tym ostatnim rysem, który mój Boski Artysta położy na duszy mojej, który nada odrębną piękność duszy mojej, która mnie odróżniać będzie od piękności dusz innych. O dniu wielki, w którym utwierdzi się miłość Boska we mnie. W tym dniu po raz pierwszy wyśpiewam przed niebem i ziemią pieśń niezgłębionego miłosierdzia Pańskiego. Jest to dzieło i posłannictwo moje, które mi Pan przeznaczył od założenia świata. Aby śpiew mej duszy miły był Trójcy Przenajświętszej, kieruj i urabiaj Sam duszę moją, o Duchu Boży. Uzbrajam się w cierpliwość i czekam na przyjście Twoje, Miłosierny Boże, a straszne boleści i lęk konania ? w tym momencie więcej niż kiedy indziej ufam w przepaść miłosierdzia Twojego i przypominam Ci Miłosierny Jezu, słodki Zbawicielu, wszystkie obietnice Twoje, któreś mi przyobiecał.(Dz 825)

    1698.

    ŚW. FAUSTYNA OPISUJE ZACHOWANIE DUSZ KONAJĄCYCH W RÓŻNYCH STANACH GRZESZNOŚCI

    Często towarzyszę duszom konającym i wypraszam im ufność w miłosierdzie Boże i błagam Boga o wielkość łaski Bożej, która zawsze zwycięża. Miłosierdzie Boże dosięga nieraz grzesznika w ostatniej chwili, w sposób dziwny i tajemniczy. Na zewnątrz widzimy, jakoby było wszystko stracone, lecz nie tak jest; dusza oświecona promieniem silnej łaski Bożej ostatecznej, zwraca się do Boga w ostatnim momencie z taką siłą miłości, że w jednej chwili otrzymuje od Boga [przebaczenie] i win i kar, a na zewnątrz nie daje nam żadnego znaku, ani żalu, ani skruchy, ponieważ już na zewnętrzne rzeczy oni nie reagują. O, jak niezbadane jest miłosierdzie Boże. Ale o zgrozo – są też dusze, które dobrowolnie i świadomie tę łaskę odrzucają i nią gardzą. Chociaż już w samym skonaniu, Bóg miłosierny daje duszy ten moment jasny wewnętrzny, że jeżeli dusza chce, ma możność wrócić do Boga. Lecz nieraz u dusz jest zatwardziałość tak wielka, że świadomie wybierają piekło, udaremnią wszystkie modlitwy, jakie inne dusze za nimi do Boga zanoszą i nawet same wysiłki Boże…(Dz 1698)

    1738.

    PAN JEZUS POLECIŁ ŚW. FAUSTYNIE CZĘSTĄ MODLITWĘ ZA DUSZE CZYŚĆCOWE

    Powiedział mi Pan: – Wstępuj często do czyśćca, bo tam cię potrzebują. Rozumiem, o Jezu mój, znaczenie tych słów, które mówisz do mnie, ale pozwól mi wpierw wstąpić do skarbca miłosierdzia Twego.(Dz 1738)

    1342.

    ŚW. FAUSTYNA PRZYGOTOWYWAŁA SIĘ DO RZECZYWISTEJ ŚMIERCI

    Dzień trzeci. W medytacji o śmierci przygotowałam się jako na rzeczywistą śmierć; zrobiłam rachunek sumienia i przetrząsnęłam wszystkie sprawy swoje w obliczu śmierci i dzięki łasce, sprawy moje nosiły na sobie cechę celu ostatecznego, co przejęło serce moje wielką wdzięcznością ku Bogu i postanowiłam na przyszłość jeszcze z większą wiernością służyć Bogu swemu. Jedno – aby całkowicie dokonać śmierci starego człowieka, a zacząć życie nowe. Z rana przygotowałam się do przyjęcia Komunii św. jakoby w życiu moim ostatniej i po Komunii świętej wyobraziłam sobie rzeczywistą śmierć i zmówiłam modlitwy za konających, a później za swoją duszę “Z głębokości” i wpuszczono ciało moje do grobu i rzekłam duszy swojej: patrz co się stało z ciała twego, kupa błota i mnogość robactwa – oto twoje dziedzictwo.(Dz 1342)

    1464-1465.

    ŚW. FAUSTYNA OPISUJE NOCNE KONANIE I WALKĘ Z SZATANEM

    Dziś czuję się dużo lepiej, cieszyłam się, że będę mogła więcej rozmyślać, kiedy będę odprawiać godzinę św. Wtem usłyszałam głos: nie będziesz zdrowa i nie odkładaj Sakramentu Spowiedzi, bo to Mi się nie podoba. Mało zwracaj uwagi na szemrania otoczenia. Zdziwiło mnie to, przecież czuję się dziś lepiej, ale nie zastanawiałam się dłużej nad tym. Kiedy Siostra zgasiła światło, zaczęłam godzinę św. Jednak po chwili zaczęło robić mi się niedobrze z sercem. Do godziny jedenastej cierpiałam cichutko, jednak później czułam się tak źle, że zbudziłam S. N., która razem ze mną mieszka i dała mi kropli, które trochę mi ulżyły, o tyle, że mogłam się położyć. Oto teraz rozumiem przestrogę Pana. Postanowiłam nazajutrz zawezwać jakiegokolwiek kapłana i odsłonić mu tajniki swej duszy, lecz to nie wszystko, bo modląc się za grzeszników i ofiarując wszystkie cierpienia doznałam ataków szatańskich. – Zły duch znieść tego nie mógł. [Ukazał mi się w postaci widziadła i to] widziadło mówiło mi: nie módl się za grzeszników, ale za siebie, bo będziesz potępiona. Nie zważając wcale na szatana, modliłam się z podwójną gorliwością za grzeszników. Zły duch zawył z wściekłości: o, gdybym miał moc nad tobą – i znikł. Poznałam, że cierpienie i modlitwa moja krępowały szatana i wiele dusz wyrwałam z jego szponów.(Dz 1464-1465)

    290.

    PAN JEZUS ZAPEWNIA ŚW. FAUSTYNE, ŻE W NIEBIE JEST MIESZKAŃ WIELE

    W pewnej chwili kiedy się przejęłam wiecznością i jej tajemnicami, zaczęły mnie męczyć różne niepewności. W tym rzekł do mnie Jezus: dziecię Moje, nie lękaj się domu Ojca swego. Próżne dociekania zostaw mędrcom tego świata. Ja cię zawsze chce wiedzieć małym dzieckiem. Pytaj z prostotą o wszystko spowiednika, a Ja ci odpowiem przez usta jego. (Dz 290)

    1121.

    ŚW. FAUSTYNA OPISAŁA SWÓJ EKSTATYCZNY POBYT W NIEBIE

    6.V.[37] Wniebowstąpienie Pańskie

    Dziś od samego rana dusza moja jest dotknięta przez Boga. Po Komunii św. chwilę obcowałam z Ojcem Niebieskim. Dusza moja została pociągnięta w sam żar miłości, zrozumiałam, że żadne dzieła zewnętrzne nie mogą iść w porównanie z miłością czystą Boga… Widziałam radość Słowa Wcielonego i zostałam pogrążona w Troistości Bożej. Kiedy przyszłam do siebie, tęsknota zalała mi duszę, tęsknię za połączeniem się z Bogiem. Miłość ogarniała mnie tak wielka ku Ojcu Niebieskiemu, że ten dzień cały nazywam nieprzerwaną ekstazą miłości. Cały wszechświat wydał mi się jakoby małą kropelką wobec Boga. Nie masz szczęścia większego nad to, że mi Bóg daje poznać wewnętrznie, że jest Mu miłe każde uderzenie serca mojego i kiedy mi okazuje, że mnie szczególnie miłuje. To wewnętrzne przeświadczenie, w którym mię Bóg utwierdza o swej miłości ku mnie i o tym jak Mu jest miła dusza moja, wprowadza w duszę moją głębię pokoju. W dniu tym nie mogłam przyjąć żadnego pokarmu, czułam się nasycona miłością.(Dz 1121)

    1604.

    ŚW. FAUSTYNA OPISAŁA SWÓJ POBYT W NIEBIE

    Kiedy podczas adoracji odmawiałam Święty Bożekilkakrotnie, wtem ogarnęła mnie żywsza obecność Boża i zostałam w duchu porwana przed Majestat Boży. I ujrzałam jak oddają chwałę Bogu Aniołowie i Święci Pańscy. Tak wielka jest ta chwała Boża, te nie chcę się kusić opisywać, bo nie podołam, a przez to aby dusze nie myślały, że to już wszystko com napisała; – Święty Pawle, rozumiem cię teraz, żeś nie chciał opisywać nieba, aleś tylko powiedział, że – ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani w serce człowieka nie wstąpiło, co Bóg nagotował tym co Go miłują, – Tak jest, a wszystko, jak od Boga wyszło, tak też i do Niego wraca, i oddaje Mu doskonałą chwałę. A teraz, gdy spojrzałam na moje uwielbienie Boga – o, jak ono nędzne! A, jaką jest kroplą w porównaniu do tej doskonałej niebieskiej chwały. O, jak dobry jesteś Boże, że przyjmujesz i moje uwielbienie i zwracasz łaskawie ku mnie Swoje Oblicze i dajesz poznać; że miła Ci jest modlitwa nasza.(Dz 1604)

    św. Faustyna Kowalska “Dzienniczek”

    __________________________________________________________________________________

    5 października

    Błogosławiony Bartolo Longo

    Błogosławiony Bartolo Longo

    Bartolo Longo urodził się w Latiano, w pobliżu Brindisi, 10 lutego 1841 roku. Po ukończeniu szkoły elementarnej i średniej zapisał się na uniwersytet w Neapolu. Wtedy jednak zarówno młodzież tego uniwersytetu, jak i profesorowie mało myśleli o nauce, a więcej o polityce, od której aż wrzało. Dlatego Longo udał się do Lecce, gdzie pod opieką wytrawnych profesorów odbył prywatne studia. W wolnym czasie z pasją oddawał się muzyce. Ponieważ nie stać go było na opłacanie nauczyciela gry na fortepianie i na flecie, żył tak bardzo skromnie, że zapadł na zdrowiu. Kiedy Neapol został przyłączony do zjednoczonych Włoch, Longo wraz ze swoim młodszym bratem, Alcestem, powrócił na uniwersytet do Neapolu, by uzupełnić studia. Tu niestety zaraził się duchem laickim, jaki wówczas był w modzie na tym uniwersytecie, i sam także zaczął występować przeciwko Kościołowi. Obojętny religijnie, oddał się modnym w owym czasie praktykom spirytystycznym. Przyjął nawet “święcenia kapłańskie” organizowane na wzór katolickich, jako kapłan szatana, który miał mu się pokazywać pod imieniem św. Michała.
    Na szczęście Longo miał przyjaciela, profesora Wincentego Pepe, człowieka głębokiej wiary. Ten powoli przekonał Longo, że jest na złej drodze, na której nie osiągnie ani szczęścia doczesnego, ani wiecznego. Profesor zapoznał Longo z pewnym kapłanem z Zakonu Kaznodziejskiego, uczonym, który w dyskusji rozjaśnił mu wiele wątpliwości, jakie napotykał w wierze katolickiej. Powoli Bartolo stawał się na nowo katolikiem praktykującym.
    W roku 1864 Longo otrzymał doktorat z prawa i powrócił do domu. Był jednak już wtedy zupełnie innym człowiekiem. Oddał się modlitwie i uczynkom miłosierdzia. Odrzucił dwa razy proponowane mu małżeństwo, by wypełnić to, co proroczo przepowiedział mu Emanuel Ribera, kapłan-redemptorysta: “Pan żąda od ciebie wielkich rzeczy. Jesteś przeznaczony do wysokiego zadania”. Porzucił więc zawód adwokata i złożył ślub dozgonnej czystości. Powrócił do Neapolu, gdyż tu widział o wiele szersze pole dla swojej apostolskiej pracy. Związał się z księżną Marianną de Fusco, która hojną ręką będzie odtąd wspierać wszystkie jego dzieła. Ta uczyniła Longo również administratorem swoich majątków w okolicach Pompei (1872).
    Tu dopiero zapoznał się z religijnym opuszczeniem tamtejszej ludności. Natychmiast zabrał się do pracy. Odwiedzał osobiście poszczególne miejscowości, uczył katechizmu. Ze szczególną gorliwością szerzył nabożeństwo różańca świętego. Pewnego dnia siostra Maria Concetta de Litala ofiarowała panu Longo bardzo zniszczony obraz Matki Bożej Różańcowej, malowany na płótnie. Bartolo odnowił go w roku 1876 i umieścił, za zezwoleniem proboszcza, w kościółku parafialnym w Pompei. Matka Boża za ten skromny gest odpowiedziała hojnie łaskami. Wieść o cudownym obrazie zaczęła rozchodzić się coraz szerzej. Napływali pielgrzymi ze wszystkich stron. Niebawem kościółek okazał się za mały i zbyt skromny. Longo, zachęcony przez biskupa miasta Nola, do którego diecezji należała wtedy Pompeja, zabrał się do budowy okazałej świątyni. Ofiary na ten cel płynęły tak szczodrze, że w ciągu zaledwie 11 lat ukończył budowę (1876-1887). Konsekracji świątyni dokonał kardynał Monaco La Valletta. Dokonano też koronacji obrazu koronami papieskimi, na którą zezwolił papież Leon XIII (1887). Koronę ozdobiło ponad 700 drogich kamieni.

    Błogosławiony Bartolo Longo

    Bartolo Longo chciał, aby sanktuarium było nie tylko centrum pobożności, ale także i dzieł miłosierdzia. Dlatego przy kościele założył sierociniec, który oddał pod opiekę założonych przez siebie “Córek Różańca z Pompei”. Założył także w pobliżu Instytut Dzieci Więźniów dla opieki nad dziećmi więźniów. Był bowiem przekonany, że synowie i córki tych, którzy minęli się z prawem, są także narażone – przez zły przykład – na podobny los. Do prowadzenia tego zakładu zaprosił Braci Szkół Chrześcijańskich. Tysiące wychowanków tego instytutu wyrosło na dobrych obywateli i na wzorowych katolików.
    Longo wyróżniał się nabożeństwem do Matki Bożej Różańcowej Pompejańskiej. Zaczął wydawanie czasopism Różaniec i Nowa Pompeja. Opublikował ponadto wiele pism, dotyczących Różańca świętego. Siebie nazywał “kawalerem Maryi”. Nie mniejszym przywiązaniem i czcią wyróżniał się dla Stolicy Apostolskiej. Całe sanktuarium oraz wszystkie swoje dzieła oddał pod jej opiekę (1893).
    Niebawem pustynia, na której Longo ufundował swoje instytucje, zaczęła się zaludniać, tak że dzisiaj Nowe Pompeje to piękne miasteczko. Stare Pompeje – to rzymskie miasto, zasypane lawiną w czasie wybuchu Wezuwiusza w 79 roku po narodzeniu Chrystusa. Najcenniejsze znaleziska w postaci mozaik i malowideł ściennych zostały przeniesione do Muzeum Narodowego w Neapolu. Zrekonstruowano część budynków, pozostawiając znalezione w nich przedmioty. W obrębie murów odkryto ślady budynków mieszkalnych, sklepów, warsztatów, trzech łaźni publicznych, teatru, amfiteatru, koszar gladiatorów i kilku świątyń. Odkrycie Pompei i Herkulanum spod lawy ma ogromne znaczenie dla poznania życia dawnych Rzymian.
    Magnesem, który przyciąga dziś w te rejony dziesiątki tysięcy pielgrzymów, jest sanktuarium Matki Bożej Różańcowej z cudownym obrazem, który Longo kupił w roku 1875 za 8 karlinów. Dzisiaj bazylika jest cała w marmurach i złoceniach. Potężna kopuła z daleka zwraca na siebie uwagę. Okazały, renesansowy fronton dobudowano w roku 1901, w tym samym stylu wybudowano też przepiękną dzwonnicę w roku 1925.
    Bartolo Longo musiał wiele w życiu dla Maryi wycierpieć. Rzuciła się do walki z nim cała masoneria i sfora liberałów. W gazetach opluwano go, nazywano szalbierzem, obskurantem. “Kawaler Maryi” cieszył się, że może dla swojej Pani cierpieć i tym goręcej szerzył Jej chwałę. Dla dopełnienia zasług Pan Bóg nie szczędził swojemu słudze także i fizycznych cierpień. Znosił je z poddaniem się woli Bożej. Jakby w nagrodę zabrała Maryja swojego “kawalera” w miesiącu różańca, 5 października 1926 roku, w 85. roku życia.
    Jego ciało złożono w kaplicy pod bazyliką (w krypcie). Tłumy, nawiedzające sanktuarium, przychodzą również i tu, by pomodlić się i rozpalić w swoim sercu miłość dla Królowej Różańca świętego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________________

    Długa droga do domu bł. Bartłomieja Longo

    Długa droga do domu bł. Bartłomieja Longo

    fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny

    *****

    Nieprawdopodobną drogę przeszedł ten antyklerykał: od praktyk spirytystycznych i przyjęcia „święceń jako kapłan szatana” do umiłowania Różańca.

    Kto szerzy Różaniec, ten jest ocalony! – to zawołanie bł. Bartłomieja Longo obiegło świat. Jednak na początku na słowo „Maryja” ten Włoch reagował bardzo alergicznie.


    Urodził się we włoskim Latiano 10 lutego 1841 roku. W czasie studiów w Neapolu przeżył potężny kryzys wiary i zaczął nawet otwarcie występować przeciw Kościołowi. Pochłonęły go magia i modne w tym czasie praktyki spirytystyczne. Longo wpadł w okultyzm po uszy. Do tego stopnia, że przyjął nawet „święcenia” jako… kapłan szatana.


    Na szczęście zbuntowany młodzieniec spotkał na swej drodze ludzi wiary, a zwłaszcza prof. Wincentego Pepe. Godzinami rozmawiali, poruszając tematy „na śmierć i życie”, a Bartolo odkrywał krok po kroku piękno chrześcijaństwa. Na nawrócenie zbuntowanego antyklerykała mieli ogromny wpływ bracia dominikanie.


    W roku 1864 otrzymał doktorat z prawa. Nie pracował jednak w zawodzie, bo tak zachwycił się Dobrą Nowiną, że porzucił profesję adwokata i oddał się działalności ewangelizacyjnej. „Opatrzność wzięła mnie za rękę, tak jak ktoś, kto prowadzi niewidomych i dzieci” – wyjaśniał. 


    Został administratorem majątków księżnej Marianny de Fusco (później jego żony), która wspierała hojnie jego działalność charytatywną. Wędrował po włoskich wsiach, ucząc katechizmu i z błyskiem w oku opowiadając o ogromnej mocy Różańca. „Teologia maryjna i Różaniec są niczym dwa poematy połączone w jedną całość, dwa hymny zlewające się w jeden hymn, dwie okazałe świątynie, dwie katedry myśli i pobożności, które stają się jednością. Są zatem dwiema świątyniami o identycznych wieżach i iglicach sięgających równie wysoko” – nauczał.


    Gdy w 1876 roku siostra Maria Concetta de Witala podarowała mu zniszczony obraz Matki Bożej Różańcowej, odnowił go i umieścił w niewielkim kościółku w Pompejach. Ani on, ani proboszcz parafii, który wydał na to zgodę, nie spodziewali się, że do tego wizerunku będą przybywały tysiące pielgrzymów i niebawem stanie się on „łaskami słynącym”. Liczba pątników była tak wielka, że trzeba było pomyśleć o budowie większej świątyni – od początku pomyślanej jako maryjne sanktuarium. 


    Zachęcony przez biskupa Noli Giuseppe Formisaniego Bartolo Longo rozpoczął zbiórkę funduszy na wybudowanie kościoła pw. Matki Bożej Różańcowej. Prace ruszyły w 1876 roku i dzięki ogromnej hojności Włochów trwały zaledwie 11 lat. W roku konsekracji Leon XIII ofiarował wizerunkowi koronę papieską, którą zdobiło ponad 700 drogich kamieni. W 1894 roku Longo podarował kościół samemu papieżowi, który mianował się jego proboszczem (od tej pory jest nim każdy kolejny następca św. Piotra). 


    Od początku przy kościele powstały dzieła miłosierdzia, m.in. sierociniec i Instytut Dzieci Więźniów. 4 maja 1901 roku Leon XIII podniósł świątynię do godności bazyliki papieskiej, a dziś przyciąga ona tłumy pielgrzymów z całego świata. 


    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ________________________________________________________________________________

    Opluwał wiarę, hołdował złym duchom.

    Bł. Bartolo Longo nie od zawsze święty był…

    Każdy grzesznik, nawet najbardziej upadły, może znaleźć ocalenie w Różańcu – tę myśl zapisał bł. Bartolo Longo

     Archiwum Sanktuarium w Pompejach

    *****

    Każdy grzesznik, nawet najbardziej upadły, może znaleźć ocalenie w Różańcu – tę myśl zapisał bł. Bartolo Longo

    Wiele osób sięga po Nowennę Pompejańską, decydując się na trud wytrwania z paciorkami w dłoniach. Od Pompejanki ich kroki biegną do bł. Bartolo Longo…

    Z prześladowcy w apostoła

    Opluwał wiarę, gardził chrześcijanami, hołdował złym duchom. Historia Kościoła niejednokrotnie notowała takie przypadki. Wystarczy przypomnieć sobie chociażby Szawła, który „ciągle jeszcze siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich” (Dz 9, 1). Takie zdarzenia to nie tylko anachroniczne sceny z Pisma Świętego, ale realne postawy ludzi żyjących wokół nas. XIX wiek – historia Kościoła znów odnotowuje podobny przypadek: Bartolo Longo, młodzieniec dopiero co zaczynający studia prawnicze na wydziale prawa Uniwersytetu Neapolitańskiego. Chłopak bardzo szybko wciela się w liberalny nurt włoskiej uczelni naznaczonej ateizmem i praktykami okultystycznymi. Jego bunt wobec religii chrześcijańskiej jest tak silny, że w pewnym momencie ofiarowuje się na służbę szatanowi. Na szczęście na ratunek spieszy przyjaciel rodziny, Vincent Pepe, który pomaga mu uwolnić się z satanizmu. Nawrócenie Bartolo owocuje przyjęciem go na tercjarza Zakonu Dominikańskiego, który jako jego członek obiera imię Brat Rosario (Brat Różaniec). I tak Szaweł stał się Pawłem, a Bartolo Bratem Różańcem. Zmiana imienia jest tu bardzo istotna. Symbolizuje bowiem moment ponownych narodzin, ponieważ imię otrzymujemy tylko w momencie przyjścia na świat, zatem zarówno Paweł, jak i Brat Rosario narodzili się dla świata na nowo. Longo wierzył, że tylko Różaniec jest w stanie wyrwać go z rąk szatana, więc gorliwie szerzył szczególny rodzaj modlitwy różańcowej przekazany w objawieniu. Modlitwa ta została nazwana Nowenną Pompejańską.

    Jak Maryja podaje drabinę do nieba

    Czym jest i skąd wzięła się Nowenna Pompejańska? Wszystko zaczęło się w 1884 r. we Włoszech, gdy ciężko chora Fortunatina Agrelii poprosiła o uzdrowienie z ataków dziwnej choroby i ciężkich cierpień Najświętszą Pannę Różańcową z Pompejów. Maryja objawiła się wtedy dziewczynie i poleciła jej codzienne odmawianie 15 tajemnic Różańca. Najświętsza Panna obiecała Fortunatinie, że uzdrowi ją we wskazanym dniu. Oczywiście wypełniła obietnicę. Pompejanka trwa 54 dni, co daje nam 6 nowenn – trzy błagalne i trzy dziękczynne. Ta wspaniała modlitwa ze względu na swoją siłę nazywana jest nowenną nie do odparcia. To cudowny dar miłości ofiarowany przez Maryję. Przypomina drabinę zrzuconą z nieba, po której mogą wspinać się grzesznicy.

    Owoce Nowenny Pompejańskiej

    „Odmówiłem chyba cztery nowenny. Dwie nowenny były w moich intencjach. Prosiłem o czystość (Maryja wyprosiła tę łaskę – zacząłem widzieć wszystko głębiej, dostrzegać pewne rzeczy w samym sobie, nawet to, dlaczego czasami ulegałem pokusie) i dobre rozeznanie studiów. Pozostałe prośby są procesem, który się niedawno zaczął. Jestem z Ukrainy, a tam katolików jest bardzo mało. Kiedyś byłem niewierzący, a teraz Maryja dała mi tak dużo łask” – pisze Wasyl. „Już dwie Pompejanki mam za sobą. Ciężko je zacząć, a jeszcze ciężej wytrwać. Przez 54 dni w głowie jedna myśl. Jak zaczynałem różaniec, to zawsze coś się pojawiało, żeby przeszkodzić (ktoś dzwonił albo przychodził, zawsze coś). U mnie w trakcie Pompejanki strasznie zmieniały się relacje między ludźmi. Bez tych zmian na pewno nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem teraz. Pompejanka buduje drogę do tego, o co się modlisz. To jest proces. Daje też poczucie bezpieczeństwa. Według mnie i tak Pan Bóg daje więcej niż to, o co się modlisz i wie lepiej, czego potrzebujesz. Chwała Panu. Zachęcam do Pompejanki” – mówi Adam.

    Idź jego śladem

    We Wrocławiu relikwie bł. Bartolo Longo są u Ojców Oblatów w parafii Matki Bożej Królowej Pokoju i w kościele pw. Matki Bożej Pompejańskiej w Żernikach Wrocławskich, gdzie znajduje się także największy w Polsce obraz Matki Bożej Pompejańskiej. Warto tam zajrzeć, powinni się wybrać zwłaszcza ci, którzy odmawiają Nowennę Pompejańską, poznają historię Brata Różańca – Bartolo Longo, ale z różnych przyczyn nie mogą wybrać się do włoskich Pompejów.

     Agata Iwanek/Tygodnik Niedziela

    _____________________________________________________________________________________________________________________________

    4 października

    Święty Franciszek z Asyżu

    Święty Franciszek z Asyżu

    Św. Franciszek – Jan Bernardone – przyszedł na świat w 1182 r. w Asyżu w środkowych Włoszech. Urodził się w bogatej rodzinie kupieckiej. Jego rodzice pragnęli, by osiągnął on stan szlachecki, nie przeszkadzali mu więc w marzeniach o ostrogach rycerskich. Nie szczędzili pieniędzy na wystawne i kosztowne uczty, organizowane przez niego dla towarzyszy i rówieśników. Jako młody człowiek Franciszek odznaczał się wrażliwością, lubił poezję, muzykę. Ubierał się dość ekstrawagancko. Został okrzyknięty królem młodzieży asyskiej. W 1202 r. wziął udział w wojnie między Asyżem a Perugią. Przygoda ta zakończyła się dla niego niepowodzeniem i niewolą. Podczas rocznego pobytu w więzieniu Franciszek osłabł i popadł w długą chorobę.

    Święty Franciszek z Asyżu

    W roku 1205 uzyskał ostrogi rycerskie (został pasowany na rycerza) i udał się na wojnę, prowadzoną między Fryderykiem II a papieżem. W tym czasie Bóg wyraźniej zaczął działać w życiu Franciszka. W Spoletto miał sen, w którym usłyszał wezwanie Boga. Powrócił do Asyżu. Postanowił zamienić swoje bogate ubranie z żebrakiem i sam zaczął prosić przechodzących o jałmużnę. To doświadczenie nie pozwoliło mu już dłużej trwać w zgiełku miasta. Oddał się modlitwie i pokucie. Kolejne doświadczenia utwierdziły go w tym, że wybrał dobrą drogę. Pewnego dnia w kościele św. Damiana usłyszał głos: “Franciszku, napraw mój Kościół”. Wezwanie zrozumiał dosłownie, więc zabrał się do odbudowy zrujnowanej świątyni. Aby uzyskać potrzebne fundusze, wyniósł z domu kawał sukna. Ojciec zareagował na to wydziedziczeniem syna. Pragnąc nadać temu charakter urzędowy, dokonał tego wobec biskupa. Na placu publicznym, pośród zgromadzonego tłumu przechodniów i gapiów, rozegrała się dramatyczna scena między ojcem a synem. Po decyzji ojca o wydziedziczeniu Franciszek zdjął z siebie ubranie, które kiedyś od niego dostał, i nagi złożył mu je u stóp, mówiąc: “Kiedy wyrzekł się mnie ziemski ojciec, mam prawo Ciebie, Boże, odtąd wyłącznie nazywać Ojcem”. Po tym wydarzeniu Franciszek zajął się odnową zniszczonych wiekiem kościołów. Zapragnął żyć według Ewangelii i głosić nawrócenie i pokutę. Z czasem jego dotychczasowi towarzysze zabaw poszli za nim.24 lutego 1208 r. podczas czytania Ewangelii o rozesłaniu uczniów, uderzyły go słowa: “Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski” (Mt 10, 10). Odnalazł swoją drogę życia. Zrozumiał, że chodziło o budowę trudniejszą – odnowę Kościoła targanego wewnętrznymi niepokojami i herezjami. Nie chcąc zostać uznanym za twórcę kolejnej grupy heretyków, Franciszek spisał swoje propozycje życia ubogiego według rad Ewangelii i w 1209 r. wraz ze swymi braćmi udał się do Rzymu. Papież Innocenty III zatwierdził jego regułę. Odtąd Franciszek i jego bracia nazywani byli braćmi mniejszymi. Wrócili do Asyżu i osiedli przy kościele Matki Bożej Anielskiej, który stał się kolebką Zakonu. Franciszkowy ideał życia przyjmowały również kobiety. Już dwa lata później, dzięki św. Klarze, która była wierną towarzyszką duchową św. Franciszka, powstał Zakon Ubogich Pań – klaryski.

    Święty Franciszek z Asyżu

    Franciszek wędrował od miasta do miasta i głosił pokutę. Wielu ludzi pragnęło naśladować jego sposób życia. Dali oni początek wielkiej rzeszy braci i sióstr Franciszkańskiego Zakonu Świeckich (tercjarstwu), utworzonemu w 1211 r. W tym też roku Franciszek wybrał się do Syrii, ale tam nie dotarł i wrócił do Włoch. W 1217 r. zamierzał udać się do Francji, lecz został zmuszony do pozostania we Włoszech. Uczestniczył w Soborze Laterańskim IV. Z myślą o ewangelizacji pogan wybrał się na Wschód. W 1219 r. wraz z krzyżowcami dotarł do Egiptu i tam spotkał się z sułtanem Melek-el-Kamelem, wobec którego świadczył o Chrystusie. Sułtan zezwolił mu bezpiecznie opuścić obóz muzułmański i dał mu pozwolenie na odwiedzenie miejsc uświęconych życiem Chrystusa w Palestynie, która była wtedy pod panowaniem muzułmańskich Arabów.

    Święty Franciszek z Asyżu

    W 1220 r. Franciszek wrócił do Italii. Na Boże Narodzenie 1223 r., podczas jednej ze swoich misyjnych wędrówek, w Greccio zainscenizował religijny mimodram. W żłobie, przy którym stał wół i osioł, położył małe dziecko na sianie, po czym odczytał fragment Ewangelii o narodzeniu Pana Jezusa i wygłosił homilię. Inscenizacją owego “żywego obrazu” dał początek “żłóbkom”, “jasełkom”, teatrowi nowożytnemu w Europie. 14 września 1224 r. w Alvernii, podczas czterdziestodniowego postu przed uroczystością św. Michała Archanioła, Chrystus objawił się Franciszkowi i obdarzył go łaską stygmatów – śladów Męki Pańskiej. W ten sposób Franciszek, na dwa lata przed swą śmiercią, został pierwszym w historii Kościoła stygmatykiem.Franciszek aprobował świat i stworzenie, obdarzony był niewiarygodnym osobistym wdziękiem. Dzięki niemu świat ujrzał ludzi z kart Ewangelii: prostych, odważnych i pogodnych. Wywarł olbrzymi wpływ na życie duchowe i artystyczne średniowiecza. Trudy apostolstwa, surowa pokuta, długie noce czuwania na modlitwie wyczerpały siły Franciszka. Zachorował na oczy, próby leczenia nie przynosiły skutku. Zmarł 3 października 1226 r. o zachodzie słońca w kościele Matki Bożej Anielskiej w Asyżu. Kiedy umierał, prosił, by bracia zwlekli z niego odzienie i położyli go na ziemi. Rozkrzyżował przebite stygmatami ręce. Odszedł z psalmem 141 na ustach, wcześniej wysłuchawszy Męki Pańskiej według św. Jana. W chwili śmierci miał 45 lat. W dwa lata później uroczyście kanonizował go Grzegorz IX.Najpopularniejszym tekstem św. Franciszka jest Pieśń słoneczna. Pozostawił po sobie pisma: Napomnienia, listy, teksty poetyckie i modlitewne. Św. Franciszek jest patronem wielu zakonów, m. in.: albertynów, franciszkanów, kapucynów, franciszkanów konwentualnych, bernardynek, kapucynek, klarysek, koletanek; tercjarzy; Włoch, Asyżu, Bazylei; Akcji Katolickiej; aktorów, ekologów, niewidomych, pokoju, robotników, tapicerów, ubogich, więźniów.
    W ikonografii św. Franciszek ukazywany jest w habicie franciszkańskim, czasami ze stygmatami. Bywa przedstawiany w otoczeniu ptaków. Jego atrybutami są: baranek, krucyfiks, księga, ryba w ręku.


    sztuka sakralna
    Shutterstock/Aleteia.pl

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Franciszkanie i dominikanie — główne zakony żebrzące XIII w.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 200px-Francisbyelgreco.jpg

    św. Franciszek/ El Greco/Wikimedia

    This image has an empty alt attribute; its file name is 016422_xsQt_31261_98.png.webp

    św. Dominik/ El Greco/Wikimedia

    ***

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej

    13.01.2010

    

    Drodzy bracia i siostry!

    Na początku nowego roku przyjrzymy się dziejom chrześcijaństwa, by zobaczyć, jak się toczy historia i jak można ją odnawiać. Widzimy w niej, że to święci, kierujący się światłem Boga, są autentycznymi reformatorami życia Kościoła i społeczeństwa. Nauczając słowem i dając świadectwo własnym przykładem, potrafią oni zainicjować trwałą i głęboką odnowę Kościoła, bo sami są głęboko odnowieni, obcują z prawdziwą nowością: Bogiem obecnym w świecie. To pokrzepiające zjawisko, polegające na tym, że w każdym pokoleniu przychodzą na świat święci, a ich twórcze idee wzbogacają go i odnawiają, powtarza się nieustannie w historii Kościoła, nawet w smutnych i trudnych momentach. Widzimy bowiem, że w następujących po sobie stuleciach rodzą się także siły potrzebne do reformy i do odnowy, bo Bóg jest zawsze nowością i wciąż daje nowe siły, by posuwać się naprzód. Tak też było w xiii w., kiedy narodziły się i w nadzwyczajny sposób rozwinęły zakony żebrzące, które stanowiły wzór wielkiej odnowy w nowej epoce historycznej. Nazwano je w ten sposób, bo cechowało je «żebranie», czyli pokorne proszenie ludzi o wsparcie materialne, które pozwalało im żyć zgodnie ze ślubem ubóstwa i prowadzić misję ewangelizacyjną. Wśród zakonów żebrzących, które wówczas powstały, najbardziej znane i najważniejsze to Zakon Braci Mniejszych i Zakon Kaznodziejski, znane jako franciszkanie i dominikanie. Nazwy te pochodzą od imion ich założycieli, Franciszka z Asyżu i Dominika Guzmana. Ci dwaj wielcy święci potrafili w inteligentny sposób odczytywać «znaki czasu», wyczuwając, jakie wyzwania stały przed Kościołem ich czasów.

    Pierwszym wyzwaniem było powstawanie różnych grup i ruchów wiernych, którzy choć kierowali się usprawiedliwionym pragnieniem autentycznego życia chrześcijańskiego, często wyłączali się ze wspólnoty kościelnej. Głęboką niezgodę budził w nich piękny i bogaty Kościół, który zawdzięczał swój rozwój właśnie rozkwitowi monastycyzmu. W poprzednich katechezach mówiłem o wspólnocie monastycznej z Cluny, która stopniowo zaczęła coraz mocniej przyciągać młodzież, a więc siły żywotne, a także dobra i bogactwa. Pierwszym logicznym tego następstwem był rozwój Kościoła bogatego w posiadłości i statycznego. Temu Kościołowi przeciwstawiano ideę mówiącą, że Chrystus przyszedł na świat ubogi i że prawdziwy Kościół powinien być właśnie Kościołem ubogich; pragnienie prawdziwej autentyczności chrześcijańskiej wyraziło się w sprzeciwie wobec empirycznej rzeczywistości Kościoła. Były to tak zwane średniowieczne ruchy ubogich. Ostro krytykowały one styl życia księży i zakonników w tamtych czasach, oskarżając ich o zdradę Ewangelii i zarzucenie praktyki ubóstwa, które znamionowało pierwszych chrześcijan. Ruchy te przeciwstawiły posłudze biskupów własną «hierarchię paralelną». Aby usprawiedliwić swoje wybory, szerzyły one także naukę niezgodną z wiarą katolicką. Na przykład ruchy katarów czy albigensów nawiązywały do starych herezji, które głosiły lekceważenie świata materialnego bądź pogardę dla niego — sprzeciw wobec bogactwa szybko przerodził się w sprzeciw wobec rzeczywistości materialnej jako takiej — negację wolnej woli oraz dualizm, zakładający istnienie drugiej zasady, którą jest zło, porównywalnej z Bogiem. Ruchy te cieszyły się powodzeniem, zwłaszcza we Francji i we Włoszech, nie tylko ze względu na dobrą organizację, ale również dlatego, że krytykowały rzeczywisty nieład, który zapanował w Kościele na skutek niezbyt przykładnego postępowania różnych przedstawicieli duchowieństwa.

    Franciszkanie i dominikanie, idąc w ślady swoich założycieli, pokazali natomiast, że możliwe jest życie ewangelicznym ubóstwem, prawdą Ewangelii jako taką, bez zrywania z Kościołem; pokazali, że Kościół jest prawdziwym, autentycznym przybytkiem Ewangelii i Pisma Świętego. Więcej, właśnie głęboka więź z Kościołem i papieżem była źródłem siły świadectwa Dominika i Franciszka. Dokonując niezwykłego w historii życia konsekrowanego wybóru członkowie tych zakonów nie tylko rezygnowali z posiadania dóbr osobistych, jak czynili w starożytności mnisi, ale nie chcieli nawet, by wspólnota otrzymywała na własność ziemie i nieruchomości. Pragnęli w ten sposób dawać świadectwo życia niezwykle wstrzemięźliwego, wyrażającego solidarność z ubogimi i wyłączną ufność w Opatrzność, żyć na co dzień zdani na Opatrzność, ufnie oddawać się w ręce Boga. Ten styl życia osób i wspólnoty w zakonach żebrzących w połączeniu z całkowitym utożsamieniem się z nauczaniem Kościoła i jego władzą był bardzo ceniony przez ówczesnych papieży, takich jak Innocenty iii i Honoriusz iii, którzy w pełni zaakceptowali te nowe doświadczenia kościelne, rozpoznając w nich głos Ducha Świętego. Na owoce nie trzeba było długo czekać: grupy praktykujących ubóstwo, które oderwały się od Kościoła, powróciły do wspólnoty kościelnej bądź stopniowo się zmniejszyły i w końcu przestały istnieć. Dziś również, choć żyjemy w społeczeństwie, w którym «mieć» często bierze górę nad «być», bardzo skuteczne są przykłady ubóstwa i solidarności, które dają wierni, dokonujący tych odważnych wyborów. Dziś również nie brak tego typu inicjatyw: ruchów, które rzeczywiście rodzą się z nowości Ewangelii i radykalnie nią żyją w teraźniejszości, oddając się w ręce Boga, by służyć bliźniemu. Świat, jak przypomniał Paweł vi w Evangelii nuntiandi, chętnie słucha nauczycieli, kiedy są oni także świadkami. O tej lekcji nigdy nie należy zapominać w dziele głoszenia Ewangelii: trzeba przede wszystkim samemu żyć tym, co się głosi, być zwierciadłem Bożej miłości.

    Franciszkanie i dominikanie byli świadkami, ale również nauczycielami. W ich czasach występowało bowiem duże zapotrzebowanie również na wykształcenie religijne. Liczni wierni świeccy, mieszkający w miastach, które szybko się rozwijały, pragnęli praktykować bogate duchowo życie chrześcijańskie. Starali się zatem pogłębiać znajomość wiary i szukali przewodników na trudnej, lecz porywającej drodze świętości. Zakony żebrzące potrafiły znakomicie zaspokajać również tę potrzebę: głoszenie Ewangelii w jej prostocie, głębi i wielkości było celem, głównym bodajże celem tego ruchu. Z wielką gorliwością oddały się bowiem kaznodziejstwu. Bardzo liczni wierni, niejednokrotnie całe ich tłumy gromadziły się, by w kościołach i na wolnym powietrzu słuchać kaznodziejów, takich jak na przykład św. Antoni. Poruszali oni tematy bliskie życia ludzi, przede wszystkim praktykowanie cnót teologalnych i moralnych, ilustrując je konkretnymi przykładami, łatwo zrozumiałymi. Uczono także sposobów wzbogacania życia modlitwy i pobożności. Franciszkanie na przykład z zapałem szerzyli nabożeństwo do człowieczeństwa Chrystusa, które zobowiązywało do naśladowania Pana. Nie dziwi zatem, że liczni wierni, kobiety i mężczyźni, wybierali na przewodników na drodze chrześcijańskiej braci franciszkanów i dominikanów, którzy byli cenionymi i poszukiwanymi kierownikami duchowymi i spowiednikami. Powstały w ten sposób stowarzyszenia wiernych świeckich, którzy inspirowali się w życiu duchowością św. Franciszka i św. Dominika, dostosowując ją do swego stanu. Był to tzw. trzeci zakon, zarówno franciszkański, jak dominikański. Inaczej mówiąc, idea «świętości świeckiej» miała wielu zwolenników. Jak przypomniał Ekumeniczny Sobór Watykański ii, powołanie do świętości nie jest zastrzeżone dla niektórych, lecz jest powszechne (por. Lumen gentium, 40). We wszystkich stanach, zgodnie z potrzebami każdego z nich, można żyć Ewangelią. Również dzisiaj każdy chrześcijanin powinien dążyć do «wysokiej miary życia chrześcijańskiego», niezależnie od stanu, do jakiego należy!

    W Średniowieczu znaczenie zakonów żebrzących wzrosło tak dalece, że instytucje świeckie, takie jak organizacje pracowników, dawne korporacje, a nawet władze obywatelskie przy opracowywaniu swoich regulaminów, a niekiedy w poszukiwaniu rozwiązań wewnętrznych i zewnętrznych konfliktów często zasięgały porad duchowych członków owych zakonów. Średniowieczne miasto zawdzięczało swój rozwój duchowy franciszkanom i dominikanom. Z wielkim wyczuciem stosowali oni strategię duszpasterską dostosowaną do przemian społeczeństwa. Wiele osób przenosiło się ze wsi do miast, dlatego zaczęli wznosić swoje klasztory w obrębie miast, zamiast, jak wcześniej, z dala od nich. Aby prowadzić działalność dla dobra dusz, musieli także — w zależności od potrzeb duszpasterskich — podróżować. Innym nowatorskim wyborem zakonów żebrzących było zrezygnowanie z zasady życia w stałych miejscach, która była klasycznym rysem starożytnego monastycyzmu, na rzecz innego stylu. Bracia mniejsi i członkowie Zakonu Kaznodziejskiego z apostolską gorliwością podróżowali z miejsca na miejsce. W rezultacie organizacja ich zakonów zaczęła się różnić od organizacji większości zakonów monastycznych. Zamiast tradycyjnej autonomii, jaką cieszył się każdy klasztor, liczyły się bardziej zakon jako taki i jego główny przełożony oraz struktura prowincji. Zakony żebrzące były zatem bardziej otwarte na potrzeby Kościoła powszechnego. Ta elastyczność pozwalała na powierzanie specyficznych zadań braciom, którzy najlepiej się do tego nadawali, toteż zakony żebrzące dotarły do północnej Afryki, na Bliski Wschód i do północnej Europy. Ta elastyczność odnowiła dynamizm misyjny.

    Innym wielkim wyzwaniem były dokonujące się wówczas przemiany kulturowe. Nowe kwestie były przedmiotem żywych dyskusji na uniwersytetach, które powstały z końcem xii w. Bracia mniejsi i członkowie Zakonu Kaznodziejskiego bez wahania wzięli na siebie również to zadanie i jako studenci i profesorzy wstąpili na najbardziej znane wówczas uniwersytety, stworzyli ośrodki naukowe, pisali wartościowe dzieła, dali początek autentycznym systemom myślowym, przyczynili się do rozwoju teologii scholastycznej w okresie jej największego rozkwitu, wywarli istotny wpływ na rozwój myśli. Najwięksi myśliciele, św. Tomasz z Akwinu i św. Bonawentura, byli członkami zakonów żebrzących, działali z takim właśnie zapałem nowej ewangelizacji, który zrodził również nową odwagę myślenia, dialogu rozumu i wiary. Dziś również potrzebna jest «miłość prawdy i w prawdzie», «miłość intelektualna», by oświecić umysły i połączyć wiarę z kulturą. Praca franciszkanów i dominikanów na uniwersytetach średniowiecznych stanowi zachętę, drodzy wierni, do tego, by poprzez obecność w ośrodkach kształtowania się wiedzy z szacunkiem i przekonaniem ukazywać w świetle Ewangelii podstawowe kwestie dotyczące człowieka, jego godności, jego odwiecznego przeznaczenia. Myśląc o roli franciszkanów i dominikanów w Średniowieczu, o odnowie duchowej, do jakiej doprowadzili, o tchnieniu nowego życia, jakim napełnili świat, pewien mnich powiedział: «W owym czasie świat się starzał. Dwa zakony powstały w Kościele i odnowiły jego młodość jak młodość orła» (Burchard d’Ursperg, Chronicon).

    Drodzy bracia i siostry, zwróćmy się na początku tego roku do Ducha Świętego, wiecznej młodości Kościoła: niech On sprawi, że każdy poczuje, jak pilnie potrzebne jest konsekwentne i odważne świadectwo Ewangelii, aby nie zabrakło nigdy świętych, dzięki którym Kościół zabłyśnie jak zawsze czysta i piękna oblubienica, bez zmazy i bez zmarszczki, która potrafi w nieodparty sposób przyciągnąć świat do Chrystusa, do Jego zbawienia.

    opoka.org.pl


    Św. Franciszek

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej

    3.02.2010

    This image has an empty alt attribute; its file name is 6356.jpg

    św. Franciszek/Wikimedia Commons

    ***

    Drodzy bracia i siostry!

    W jednej z ostatnich katechez ukazałem opatrznościową rolę, jaką Zakon Braci Mniejszych i Zakon Kaznodziejski, założone przez św. Franciszka z Asyżu i św. Dominika Guzmana, odegrały w odnowie Kościoła swojej epoki. Dziś pragnę wam przedstawić postać św. Franciszka, prawdziwego «giganta» świętości, który wciąż fascynuje bardzo wielu wyznawców wszystkich religii niezależnie od wieku.

    «Słońce tam wzeszło człowieczego rodu». Tymi słowami w Boskiej Komedii (Raj, Pieśń XI) największy włoski poeta Dante Alighieri opisuje narodziny Franciszka, które miały miejsce pod koniec 1181 r. lub na początku 1182 r. w Asyżu. Był on synem zamożnej rodziny — jego ojciec był kupcem bławatnym — w beztroskim okresie dorastania i młodości pociągały go rycerskie ideały epoki. W wieku 20 lat wziął udział w wyprawie zbrojnej i dostał się do niewoli. Rozchorował się, a potem został zwolniony. Gdy powrócił do Asyżu, pod wpływem powolnego procesu duchowego nawrócenia zaczął stopniowo zarzucać światowe życie, jakie dotychczas prowadził. W tym okresie miały miejsce znane wydarzenia: spotkanie z trędowatym, którego zobaczywszy, Franciszek zsiadł z konia i pocałował na znak pokoju, i polecenie Ukrzyżowanego w kościółku św. Damiana. Trzy razy Chrystus na krzyżu ożył i powiedział: «Idź, Franciszku, i napraw mój zrujnowany Kościół». W tym prostym wydarzeniu — usłyszeniu przez Franciszka w kościele św. Damiana słów Pana, kryje się głęboki symbolizm. Św. Franciszek w tamtej chwili zostaje wezwany do odbudowania tego zrujnowanego kościółka, który symbolizuje dramatyczną i niepokojącą sytuację Kościoła tamtej epoki — powierzchownej wiary, która nie kształtowała i nie przemieniała życia, mało gorliwego duchowieństwa, stygnącej miłości; wewnętrznego zniszczenia Kościoła, prowadzącego również do rozpadu jedności, powstawania ruchów heretyckich. Jednakże w centrum tego zrujnowanego Kościoła jest Ukrzyżowany, który mówi: wzywa do odnowy, wzywa Franciszka, by pracą swoich rąk naprawił w sensie dosłownym kościółek św. Damiana, symbolizujący głębsze powołanie do odnowienia Kościoła Chrystusowego poprzez radykalną wiarę i pełną entuzjazmu miłość do Chrystusa. To wydarzenie, które miało miejsce prawdopodobnie w 1205 r., przywodzi na pamięć inny, podobny fakt z 1207 r.: sen papieża Innocentego III. Zobaczył on we śnie bazylikę św. Jana na Lateranie, matkę wszystkich kościołów, która chyliła się ku upadkowi, i małego, niepozornego zakonnika, podpierającego ją swoimi ramionami, żeby nie runęła. Interesujące jest w tym z jednej strony, że to nie papież podtrzymuje kościół, żeby nie runął, ale mały, niepozorny zakonnik, w którym papież rozpoznaje przybyłego do niego Franciszka. Innocenty III był papieżem potężnym, miał ogromną wiedzę teologiczną oraz wielką władzę polityczną, jednakże to nie on odnowił Kościół, ale mały, niepozorny zakonnik: św. Franciszek, powołany przez Boga. Z drugiej strony, ważne jest też, że św. Franciszek nie odnawia Kościoła bez papieża bądź wbrew papieżowi, ale w jedności z nim. Te dwie rzeczy idą z sobą w parze: następca Piotra, biskupi, Kościół oparty na sukcesji apostolskiej i nowy charyzmat, który Duch Święty wzbudza w owej chwili, by odnowić Kościół. Razem tworzą one prawdziwą odnowę.

    Powróćmy do życia św. Franciszka. Gdy Pietro Bernardone, jego ojciec, wyrzucał mu zbytnią hojność w stosunku do ubogich, Franciszek w obecności biskupa Asyżu zrzucił z siebie odzienie, wyrażając tym symbolicznym gestem, że rezygnuje z ojcowskiego dziedzictwa; jak w momencie stworzenia, nie ma nic, tylko życie, które dał mu Bóg, i w Jego ręce się oddaje. Potem żył jak pustelnik aż do 1208 r., kiedy nastąpił kolejny przełom na drodze jego nawrócenia. Słuchając fragmentu Ewangelii według św. Mateusza, zawierającego mowę Jezusa do apostołów wysyłanych na misję, Franciszek poczuł się powołany do życia w ubóstwie i do oddania się kaznodziejstwu. Dołączyli do niego inni towarzysze, a w 1209 r. udał się do Rzymu, by przedstawić papieżowi Innocentemu III koncepcję nowej formy życia chrześcijańskiego. Ów wielki papież przyjął go po ojcowsku, bo oświecony przez Pana, pojął, że ruch zapoczątkowany przez Franciszka pochodził od Boga. Biedaczyna z Asyżu zrozumiał, że każdy charyzmat otrzymany od Ducha Świętego musi być oddany na służbę Ciała Chrystusa, jakim jest Kościół; dlatego działał zawsze w pełnej jedności z władzami kościelnymi. W życiu świętych charyzmat profetyczny i charyzmat władzy nie są w sprzeczności, a jeśli powstaje jakieś napięcie, potrafią oni cierpliwie oczekiwać na działanie Ducha Świętego.

    W rzeczywistości w XIX w., a także w ubiegłym stuleciu niektórzy historycy obok tradycyjnej postaci św. Franciszka próbowali stworzyć tzw. Franciszka historycznego, podobnie jak próbuje się obok Jezusa z Ewangelii tworzyć tzw. Jezusa historycznego. Ów Franciszek historyczny rzekomo nie był człowiekiem Kościoła, ale był bezpośrednio związany tylko z Chrystusem, chciał doprowadzić do odnowy ludu Bożego bez form kanonicznych i bez hierarchii. Prawdą jest, że św. Franciszek był rzeczywiście bardzo bezpośrednio związany z Jezusem i ze Słowem Bożym, które chciał wprowadzać w życie sine glossa, tak jak jest zapisane, w całym jego radykalizmie i w całej prawdzie. Jest również prawdą, że początkowo nie zamierzał stworzyć zakonu, z koniecznymi formami kanonicznymi, lecz po prostu słowem Bożym i obecnością Pana chciał odnowić lud Boży, wezwać go na nowo do słuchania Słowa i do posłuszeństwa słowu Chrystusa. Ponadto wiedział, że Chrystus nigdy nie jest «mój», ale zawsze «nasz», że «ja» nie mogę mieć Chrystusa ani odtwarzać wbrew Kościołowi Jego woli i Jego nauczania, lecz jedynie w jedności Kościoła, zbudowanego na sukcesji apostolskiej, odnawia się również posłuszeństwo Słowu Bożemu.

    Jest prawdą również, że nie zamierzał tworzyć nowego zakonu, a tylko odnowić lud Boży dla Pana, który przychodzi. Zrozumiał jednak z bólem i cierpieniem, że wszystko musi mieć swój ład, że potrzebne jest również prawo Kościoła, by nadać kształt odnowie, i rzeczywiście w pełni i całym sercem włączył się do wspólnoty Kościoła, z papieżem i biskupami. Wiedział zawsze, że w centrum Kościoła jest Eucharystia, w której Ciało Chrystusa i Jego Krew się uobecniają. Poprzez kapłaństwo Eucharystia jest Kościołem. Jedynie tam, gdzie są razem kapłaństwo i Chrystus, i komunia Kościoła, tam przebywa też Słowo Boże. Prawdziwy Franciszek historyczny to Franciszek Kościoła, i właśnie w ten sposób przemawia również do niewierzących, do wierzących należących do innych wspólnot wyznaniowych i do wyznawców innych religii.

    Franciszek i jego bracia zakonni, których liczba stale rosła, osiedlili się w Porcjunkuli, bądź kościele Matki Bożej Anielskiej, najbardziej świętym miejscu duchowości franciszkańskiej. Również Klara, młoda kobieta ze szlacheckiej rodziny z Asyżu, została uczennicą Franciszka. Powstał w ten sposób drugi zakon franciszkański, zakon klarysek, inne doświadczenie, które zrodziło nadzwyczajne owoce świętości w Kościele.

    Również następca Innocentego III, papież Honoriusz III, swoją bullą Cum dilecti z 1218 r. przyczynił się do szczególnego rozwoju Zakonu Braci Mniejszych, którzy w pierwszym okresie zaczęli zakładać swoje misje w różnych krajach Europy, a nawet w Maroku. W 1219 r. Franciszek otrzymał pozwolenie na podróż do Egiptu, by rozmawiać z muzułmańskim sułtanem Al-Malekiem al-Kamilem i również tam głosić Ewangelię Jezusa. Pragnę zwrócić uwagę na ten epizod z życia św. Franciszka, bardzo dla nas aktualny. W epoce, w której chrześcijaństwo ścierało się z islamem, Franciszkowi, który z własnej woli był uzbrojony tylko w swoją wiarę i łagodność, udało się nawiązać dialog. Przekazy mówią nam, że muzułmański sułtan przyjął go życzliwie i serdecznie. Z tego wzoru również dziś powinni czerpać natchnienie w nawiązywaniu stosunków chrześcijanie i muzułmanie: należy prowadzić dialog w prawdzie, w obopólnym szacunku i wzajemnym zrozumieniu (por. Nostra aetate, 3). Wydaje się też, że w 1220 r. Franciszek odwiedził Ziemię Świętą, rzucając ziarno, które wydało obfity plon: miejsca, gdzie żył Jezus, stały się bowiem szczególnym polem misji jego duchowych synów. Z wdzięcznością myślę dziś o wielkich zasługach franciszkańskiej Kustodii Ziemi Świętej.

    Po powrocie do Włoch Franciszek powierzył kierowanie zakonem swemu zastępcy br. Piotrowi Cattaniemu, a papież oddał zakon, który stawał się coraz liczniejszy, pod opiekę kard. Ugolinowi, przyszłemu papieżowi Grzegorzowi IX. Założyciel zaś, oddający się z wielkim powodzeniem kaznodziejstwu, napisał Regułę, która została później zaaprobowana przez papieża.

    W 1224 r. w pustelni na Alwerni Franciszek ujrzał Ukrzyżowanego pod postacią serafina i po spotkaniu z ukrzyżowanym serafinem otrzymał stygmaty, a tym samym stał się jednym z ukrzyżowanym Chrystusem: dar ten wyrażał zatem jego wewnętrzne utożsamienie z Panem.

    Wieczorem 3 października 1226 r. w Porcjunkuli nastąpiła śmierć Franciszka — jego transitus. Pobłogosławiwszy swoich duchowych synów, umarł, leżąc na gołej ziemi. Dwa lata później papież Grzegorz IX wpisał go w poczet świętych. Niewiele lat później ku jego czci została wzniesiona w Asyżu wielka bazylika, do której do dziś przybywają bardzo liczni pielgrzymi, modlą się przy grobie świętego i podziwiają freski Giotta, malarza, który wspaniale przedstawił życie Franciszka.

    Mówiono, że Franciszek był alter Christus, prawdziwą, żywą ikoną Chrystusa. Nazywano go także «bratem Jezusa». Był to rzeczywiście jego ideał: być jak Jezus, kontemplować Chrystusa z Ewangelii, żarliwie Go kochać, naśladować Jego cnoty. Przypisywał on podstawową wartość zwłaszcza wewnętrznemu i zewnętrznemu ubóstwu i uczył go również swoich duchowych synów. Pierwsze błogosławieństwo z Kazania na Górze — «Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie» (Mt 5, 3) — w świetlany sposób urzeczywistniło się w życiu i w słowach św. Franciszka. Drodzy przyjaciele, święci doprawdy najlepiej odczytują Biblię; Słowo Boże, które wcielają w czyn we własnym życiu, staje się wyjątkowo pociągające i rzeczywiście do nas przemawia. Świadectwo Franciszka, który pokochał ubóstwo, by iść w ślady Chrystusa, będąc całkowicie Mu oddany i wolny, również dla nas jest ciągłym wezwaniem do pogłębiania wewnętrznego ubóstwa, potrzebnego, by wzrastać w ufności Bogu, żyjąc w sposób wstrzemięźliwy i w oderwaniu od dóbr materialnych.

    We Franciszku miłość do Chrystusa wyraziła się w sposób szczególny w adoracji Najświętszego Sakramentu w Eucharystii. W Źródłach franciszkańskich czytamy takie wzruszające słowa: «Niech się trwoży cała ludzkość, niech drży cały wszechświat, a niebo niech się raduje, kiedy na ołtarzu w rękach kapłana jest Chrystus, Syn Boga żywego. Jakaż to łaska niezwykła! Jakaż wzniosłość pokorna: Pan wszechświata, Bóg i Syn Boży, tak się uniża, że dla naszego zbawienia kryje się pod skromną postacią chleba» (Francesco di Assisi, Scritti, Editrici Francescane, Padova 2002, 401).

    W tym Roku Kapłańskim pragnę przypomnieć również słowa napomnienia, jakie Franciszek skierował do kapłanów: «Kiedy zechcą odprawiać Mszę św., czyści w sposób czysty, niech z czcią sprawują prawdziwą ofiarę najświętszego Ciała i Krwi Pana naszego Jezusa Chrystusa» (Francesco di Assisi, Scritti, 399). Franciszek zawsze okazywał kapłanom wielki szacunek i zalecał szanowanie ich w każdej sytuacji, nawet jeśli jako osoby nie bardzo są tego godni. Uzasadnieniem tego głębokiego szacunku był dla niego fakt, że otrzymali dar konsekrowania Eucharystii. Drodzy bracia w kapłaństwie, nie zapominajmy nigdy tej nauki: świętość Eucharystii wymaga, byśmy byli czyści, byśmy żyli w sposób godny Tajemnicy, którą sprawujemy.

    Z miłości do Chrystusa rodzi się miłość do osób oraz do wszystkich stworzeń Bożych. Innym charakterystycznym rysem duchowości Franciszka jest poczucie powszechnego braterstwa i miłość do stworzenia, która natchnęła go do napisania słynnej Pieśni słonecznej albo pochwały stworzeń. Jest to bardzo aktualne przesłanie. Jak przypomniałem w mojej ostatnio ogłoszonej encyklice Caritas in veritate, tylko rozwój respektujący stworzenie i nie niszczący środowiska jest zrównoważony (por. nn. 48-52), a w tegorocznym Orędziu na Światowy Dzień Pokoju podkreśliłem, że również budowanie trwałego pokoju ma związek z poszanowaniem stworzenia. Franciszek przypomina nam, że stworzenie ukazuje mądrość i życzliwość Stwórcy. Pojmuje on przyrodę właśnie jako język, którym Bóg z nami rozmawia, w którym rzeczywistość staje się przejrzysta i my możemy mówić o Bogu i z Bogiem.

    Drodzy przyjaciele, Franciszek był wielkim świętym i wesołym człowiekiem. Jego prostota, pokora, wiara, miłość do Chrystusa, dobroć w stosunku do każdego mężczyzny i kobiety powodowały, że w każdej sytuacji był radosny. Świętość i radość pozostają bowiem w wewnętrznym i nierozerwalnym związku. Pewien francuski pisarz powiedział, że na świecie tylko ten jest smutny, kto nie jest święty, czyli nie przebywa blisko Boga. Patrząc na świadectwo św. Franciszka, rozumiemy, że sekret prawdziwego szczęścia polega właśnie na tym, by stawać się świętymi, bliskimi Bogu!

    Niech Dziewica, którą Franciszek kochał czule, wyjedna nam ten dar. Zawierzamy się Jej słowami Biedaczyny z Asyżu: «Święta Maryjo Dziewico, wśród niewiast na świecie nie urodziła się podobna Tobie, Córko i Służebnico najwyższego Króla, Ojca niebieskiego, Matko przenajświętszego Pana naszego Jezusa Chrystusa, Oblubienico Ducha Świętego: módl się za nami (…) do Twego najświętszego umiłowanego Syna, Pana i Mistrza» (Francesco di Assisi, Scritti, 163).

    Dzień Pamięci

    65 lat temu, 27 stycznia 1945 r. otworzyły się bramy nazistowskiego obozu koncentracyjnego w polskim mieście Oświęcim, znanym pod niemiecką nazwą Auschwitz, i została uwolniona nieduża grupa więźniów, którzy przeżyli. Dzięki temu wydarzeniu i świadectwom ocalonych świat poznał zgrozę i niesłychane okrucieństwo zbrodni, które zostały popełnione w obozach zagłady, założonych przez nazistowskie Niemcy.

    Dziś obchodzimy Dzień Pamięci, by wspominać wszystkie ofiary tych zbrodni, zwłaszcza zaplanowanego unicestwienia Żydów, a także by oddać hołd tym, którzy ryzykując własne życie, chronili prześladowanych, przeciwstawiając się szaleństwu zabijania. Ze wzruszeniem myślimy o niezliczonych ofiarach ślepej nienawiści na tle rasowym i religijnym, wywożonych, więzionych, zabijanych w tych absurdalnych i nieludzkich miejscach. Niech pamięć o tym, zwłaszcza o dramacie Szoah narodu żydowskiego, budzi coraz bardziej ugruntowane poszanowanie godności każdej osoby, aby wszyscy ludzie czuli się jedną wielką rodziną. Niech Bóg wszechmogący oświeci serca i umysły, aby tego typu tragedie nigdy więcej się nie powtórzyły!

    do Polaków:

    Serdecznie witam polskich pielgrzymów. Wpatrzeni w postać św. Franciszka, uczmy się od niego ewangelicznej prostoty i radości, miłości do ludzi i poszanowania dzieł stworzenia, głębokiej modlitwy i dążenia do świętości. Bądźmy ludźmi pokoju i nieśmy innym prawdziwe szczęście, które odnajdujemy w Bogu. Niech Jego błogosławieństwo stale wam towarzyszy.

    Benedykt XVI

    L’Osservatore Romano/opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________

    Św. Franciszek z Asyżu, pierwszy stygmatyk

    Św. Franciszek z Asyżu, pierwszy stygmatyk

    św. Franciszek. San Rufino, Asyż/fot. s. Amata J. Nowaszewska/Gość Niedzielny

    ***

    „Ojciec seraficki”, pierwszy historycznie potwierdzony stygmatyk, jedyny święty, który nie ma wrogów – pisze ks. Arkadiusz Nocoń w felietonie dla portalu www.vaticannews.va/pl i Radia Watykańskiego. 4 października przypada wspomnienie św. Franciszka z Asyżu (1181/1182-1226). Kanonizował go papież Grzegorz IX w 1228 roku. Jego relikwie znajdują się w bazylice jemu poświęconej w Asyżu. Jest patronem franciszkanów, ekologów i handlarzy.

    Jan Bernardone, bo tak brzmiało prawdziwe imię i nazwisko św. Franciszka, urodził się na przełomie 1181 i 1182 roku we włoskiej Umbrii. Jego rodzice Piotr i Joanna posiadali sklep z suknem i należeli do zamożniejszych obywateli miasta. Mały Jan, nazywany przez ojca „Francuzikiem” (Francesco), ze względu na matkę pochodzącą z tego kraju, mógł więc uczęszczać do szkoły, aby kiedyś zastąpić ojca w interesach. Mimo wielkich zdolności chłopcu nie spieszno było jednak ani do nauki, ani do interesów. Swoją młodość spędzał beztrosko w otoczeniu kompanów, marząc o sławie rycerskiej. 

    Mając 20 lat wyruszył na wojnę z Perugią, gdzie dostał się do niewoli i ciężko zachorował. Po powrocie do zdrowia raz jeszcze spróbował żołnierskiej przygody, ale w jego duszy toczyła się już cicha walka. W końcu zadecydował i wziął rozbrat ze światem: zostawił przyjaciół, interesy ojca i marzenia o sławie. W samotności, ubóstwie i na modlitwie, pragnął zostać doskonałym naśladowcą Chrystusa i „odbudować Jego Kościół”. Szybko zgromadzili się wokół niego uczniowie, a papież zatwierdził ułożoną przez Franciszka regułę, która dała początek Zakonowi Braci Mniejszych, Sióstr Klarysek i Trzeciemu Zakonowi, przeznaczonemu dla ludzi świeckich.

    14 września 1224 roku, największe pragnienie Franciszka, by upodobnić się całkowicie do swego Mistrza, spełniło się dosłownie: Chrystus w postaci serafina odcisnął na jego ciele swoje rany (pierwsze potwierdzone stygmaty). Od tamtej chwili Franciszek, nazywany „Serafickim”, żył jeszcze dwa lata, w czasie których Bóg stopniowo go ogołacał. Wtedy jednak, gdy tracił wzrok, cierpiał na malarię, wrzody żołądka i reumatyzm, napisał swoją „Pieśń słoneczną”, najradośniejszą modlitwę jaką zna świat: „(…) Bądź pochwalony, Panie mój, ze wszystkimi Twymi stworzeniami, szczególnie z bratem słońce, przez które staje się dzień i nas oświecasz (…). Bądź pochwalony, Panie mój, przez brata księżyc i gwiazdy, które ukształtowałeś na niebie (…). Bądź pochwalony, Panie mój, przez brata wiatr i powietrze, chmury i pogodę, i każdy czas, przez który Twym stworzeniom dajesz utrzymanie. Bądź pochwalony, Panie mój, przez siostrę wodę (…) i brata ogień (…) i naszą matkę ziemię, która nas żywi i chowa (…). Chwalcie i błogosławcie Pana mego, dziękujcie Mu i służcie z pokorą…” (fragm.)

    W świadomości przeciętnego chrześcijanina funkcjonuje na ogół uproszczony obraz św. Franciszka, kojarzonego z kwiatkami, ptaszkami i wilkiem podającym łapę. A przecież ten mistyk i stygmatyk był człowiekiem z krwi i kości, był kimś, kto w XIII wieku nie tylko wydobył Kościół z kryzysu, ale dokonał w nim największej „rewolucji”, trwającej po dzień dzisiejszy. Kto wyliczy tych wszystkich świętych, którzy pociągnięci jego przykładem weszli na drogę ewangelicznego radykalizmu: Antoni z Padwy, Bonawentura, Bernardyn ze Sieny, Piotr z Alkantary, ale także polscy święci: Jakub Strzemię, Jan z Dukli, Szymon z Lipnicy… Któż ogarnie tę rzeszę ludzi, która na przestrzeni wieków, doświadczyła za przyczyną Biedaczyny z Asyżu „dotknięcia” łaski.

    Waldemar Łysiak pisze w książce „Wyspy zaczarowane”: „To był chyba Amerykanin, wysoki młody blondyn o zwalistym cielsku, w dżinsach i sandałach. Stał (u grobu św. Franciszka, przyp. A. N.) i patrzył z głupawym, drwiącym uśmieszkiem na ludzi klęczących wokół ołtarza pod niszą. I żuł gumę, ostentacyjnie, drażniąco, hałaśliwie. Czuł się wyższy (i był wyższy, bo stał), mniej głupi. Jak długo tak się czuł, nie wiem. Pamiętam tylko, że oczy zmieniały mu się powoli, jakby zdziwione, że jego demonstracja napotyka na obojętność modlącego się tłumu, a uśmieszek spełzał z nalanej twarzy i zastygł w dziwnym skurczu. Przestał mlaskać, a potem nagle wyjął gumę i schował wstydliwie do kieszeni. Ukląkł. Najpierw na jedno kolano, potem na drugie, pochylił głowę. Tę scenę zapamiętam do końca życia, chociaż nigdy jej pewnie nie pojmę. Gdyby mi ją opowiedziano, być może nie uwierzyłbym. Ale je to widziałem”.

    Jest rzeczą niepojętą, że ten, którego „tak trudno naśladować”, który wydaje się tak odległy, tak niepodobny do współczesnego człowieka, wciąż zadziwia, oczarowuje, i to nie tylko chrześcijan, bo nawet niewierzący są pod urokiem tej postaci. „To chyba jedyny święty, który nie ma wrogów i jest powszechnie akceptowany” – słusznie ktoś zauważył. Czym tłumaczyć ten fenomen? Chyba tylko ukrytą w duszy każdego człowieka tęsknotą za „pokojem i dobrem”, „radością i prostotą”.

    Gdy umierał na gołej ziemi w Porcjunkuli poprosił braci, aby mu zaśpiewali: ci rzewnie płacząc rozpoczęli „Pieśń słoneczną”, ułożoną przez niego w czasie choroby. Gdy skończyli, słabnącym głosem dodał do niej ostatnią strofę: „Bądź pochwalony, Panie mój, przez naszą siostrę, Śmierć cielesną…”.

    Tak umierał ten, któremu tu na ziemi udało się pogodzić człowieka z wilkiem, radość z cierpieniem i życie ze śmiercią.

    ks. Arkadiusz Nocoń / Vaticannews

    ______________________________________________________________________________________

    Nie modlił się. Sam był modlitwą

    Nie modlił się. Sam był modlitwą

    Klasztor ojców bernardynów w Leżajsku. Fresk przedstawia świętego Franciszka, który zdejmuje z krzyża ciało Chrystusa/ fot. Henryk Przondziono/Gosć Niedzielny

    ***

    Świat uczynił z niego niegroźnego dziwaka i marzyciela gawędzącego z ptaszkami. Tymczasem był to mistyk i stygmatyk, który powtarzał: „Pan dał mi rozpocząć życie pokuty”.

    Na początku było słowo. Popłynęło z krzyża. Francesco Bernardone miał 25 lat i za sobą swawolne życie lekkoducha. W 1206 roku w maleńkim umbryjskim kościółku św. Damiana padł na kolana przed ­XII-wieczną ikoną Ukrzyżowanego. Usłyszał: „Idź i napraw mój Kościół, który jest w ruinie!”. Te słowa były wstrząsem, drogowskazem, zapoczątkowały drogę pokuty, którą zaczął praktykować Biedaczyna z Asyżu.

    Nie znał sformułowania „poprawność polityczna”. Bez owijania w bawełnę mawiał o sobie simplex et idiota – prosty i niewykształcony. Płonął. Gdyby tak nie było, nie zgromadziłby wokół siebie… pięciu tysięcy ludzi, którzy porzucili domy, by ruszyć w nieznane. Tylu mężczyzn przybyło pod Asyż na pierwszą Kapitułę Namiotów, a ponieważ liczba mieszkańców miasta w Umbrii wynosiła nieco ponad dwa tysiące, wokół Porcjunkuli wyrosło wielkie, tętniące życiem miasteczko. Tomasz z Celano opisywał początki wspólnoty franciszkanów, nazywanych „Pokutnikami z Asyżu”: „Gdy wzgardzili wszystkim, co ziemskie, i wyzbyli się miłości własnej, uczucie swej miłości zwrócili ku wspólnocie, poświęcali samych siebie, aby zaradzić potrzebom braci. Pragnęli się zbierać, z przyjemnością przebywali razem, z przykrością znosili rozłąkę, z goryczą rozstanie, z bólem odejście”.

    Franciszek znikał na całe noce, by przebywać twarzą w twarz z Tym, który odezwał się do niego z krzyża San Damiano, a co pewien czas zamykał się w ciszy pustelni. Tomasz z Celano, pisząc o jego modlitwie, podsumował: „Nie był tylko osobą modlącą się, ale… sam stał się modlitwą”.

    Określał siebie jako „najmniejszego”, o Bogu najczęściej mówił: „Najwyższy”. Tak zwracał się do Niego w słynnej „Pieśni słonecznej”.

    Gdy odziany w łachmany padł na kolana przed najpotężniejszym człowiekiem Europy, prosząc o zatwierdzenie Reguły, Innocenty III miał rzucić: „Bracie, idź raczej do świń, do których macie więcej podobieństwa niż do ludzi. Wytarzaj się razem z nimi w gnoju, a gdy zostaniesz już ustanowiony ich kaznodzieją, możesz wtedy wyłożyć ich regułę”. Porażające słowa. Cios z serca Kościoła, który Franciszek tak ukochał. Ogromna lekcja pokory. Biedaczyna poszedł do świń, a gdy po raz drugi stanął przed papieżem („Panie, uczyniłem, co mi nakazałeś. Posłuchaj teraz mojej prośby”), Innocenty III zatwierdził franciszkańską Regułę.

    – Gdy Franciszek napisał Regułę, podeszła do niego delegacja braci, która oznajmiła: „Piszesz to wyłącznie dla siebie, my nie będziemy tego zachowywać” – opowiada ojciec Lech Dorobczyński, proboszcz franciszkańskiej parafii w Warszawie. – Patowa sytuacja. Franciszek wzdycha: „Jezu, mówiłem Ci, że tak będzie”. I wówczas – to pobożna tradycja, ale mocno pielęgnowana w zakonie – na drzewie objawia się sam Chrystus i mówi: „Nic, co jest w Regule, nie jest z ciebie, ale ze Mnie”. Bracia odchodzą zawstydzeni”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    _________________________________________________________________________________________

    Od “króla młodzieży” do “biedaczyny z Asyżu” – św. Franciszek OFM

    Od "króla młodzieży" do "biedaczyny z Asyżu" – św. Franciszek OFM

    Wizja św. Franciszka z Asyżu – Bartolomé Esteban Murillo, CC BY-SA 4.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons

    ***

    Franciszek z Asyżu był synem bogatej rodziny kupieckiej. Marzył o stanie szlacheckim. Był wrażliwy, lubił poezję. Nie stronił od zabaw i wystawnych uczt. Ubierał się ekstrawagancko. Był czas, kiedy okrzyknięto go w mieście “królem młodzieży”. Jest jednym z najbardziej popularnych świętych w dziejach. Był miłośnikiem wszelkiego stworzenia. Kościół wspomina go w liturgii 4 października.

    Urodził się w roku 1182 w Asyżu, w środkowych Włoszech. Początkowe nauki pobierał w rodzinnym mieście. Chciał zostać rycerzem, ale jego wyprawa na wojnę Asyżu z Perugią zakończyła się roczną niewolą i chorobą, która go prześladowała przez długi czas.

    W roku 1205 w końcu został pasowany na rycerza i udał się na kolejną wojnę. Wtedy w śnie usłyszał wezwanie do pójścia za Bogiem. Wrócił do Asyżu. Zamienił swoje bogate ubranie z żebrakiem i sam zaczął prosić o jałmużnę. Rozpoczął życie modlitwy i pokuty.

    Pewnego razu, będąc w podupadłym kościółku św. Damiana, usłyszał głos Boga: „Franciszku, napraw mój Kościół”. Zrozumiał to dosłownie. Wyniósł z domu ojca drogą belę sukna i sprzedał ją, by zdobyć pieniądze na naprawę świątyni.

    Ojciec Franciszka wściekł się na syna i go wydziedziczył. Dokonał tego w obecności biskupa, na publicznym placu, pośród tłumu gapiów. Wtedy to, św. Franciszek, zdjął z siebie ubranie, nagi złożył je u stóp ojca, mówiąc: „kiedy wyrzekł się mnie ziemski ojciec, mam prawo Ciebie, Boże, odtąd wyłącznie nazywać Ojcem”. Franciszek starał się potem naśladować ubogi styl życia Jezusa, żyć według wskazań Ewangelii, głosić nawrócenie i pokutę. Zaczął też gromadzić wokół siebie uczniów.

    Św. Franciszek - najstarszy wizerunek - Parzi, Public domain, via Wikimedia Commons

    św. Franciszek – najstarszy wizerunek – Parzi, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    W 1208 roku św. Franciszek zrozumiał, że jego misją jest staranie się o trudniejszą, duchową odnowę Kościoła. Spisał swoją regułę życia ubogiego i poprosił o jej zatwierdzenie papieża Innocentego III. Papież miał ponoć odrzucić tę regułę, ale dzień przed spotkaniem ze świętym miał sen, w którym widział, jak pewien obdarty młodzieniec, wyrasta na olbrzyma i ratuje Lateran. W trakcie spotkania papież rozpoznał, że tym młodzieńcem ze snu okazał się być św. Franciszek i zatwierdził jego regułę.

    W 1211 roku ideał Franciszka podjęła św. Klara, dając tym samym początek II zakonowi franciszkańskiemu. Franciszek spotkał się ze św. Dominikiem na Soborze Laterańskim IV. W 1219 roku udał się do Egiptu, gdzie spotkał się z sułtanem Melek-el-Kamelem. Zwiedził potem Ziemię Świętą i w następnym roku wrócił do Włoch. Na Boże Narodzenie 1223 roku, w Greccio zainscenizował religijny ‘żywy obraz’, dając początek ‘żłóbkom’ i ‘jasełkom’, a nawet nowożytnemu teatrowi europejskiemu.

    W 1224 w La Verna doznał łaski stygmatów, czyli śladów Męki Chrystusa na swoim ciele. Był pierwszym mistykiem w dziejach, który dostąpił tej łaski. Św. Franciszek kochał świat i stworzenie. Miał wielki osobisty wdzięk. Był prostym, odważnym i pogodnym świadkiem Ewangelii. Zmarł 3 października 1226 roku, mając zaledwie 45 lat. Kanonizował go dwa lata później Grzegorz IX.

    Św. Franciszek jest patronem aktorów, niewidomych, pokoju, ubogich i więźniów. Jan Paweł II ogłosił go patronem ekologów i ekologii. W ikonografii ukazywany jest w habicie franciszkańskim, czasami ze stygmatami. Często przedstawiany jest w otoczeniu ptaków. Jego atrybuty to: baranek, krucyfiks, księga lub ryba w ręku.
    Na cześć świętego z Asyżu, w 2013 roku, po raz pierwszy w historii wybrany papież, przyjął imię Franciszek.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ___________________________________________________________________________________

    Oto największe cuda św Franciszka z Asyżu!

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Oto największe cuda św Franciszka z Asyżu!

    Franciszek i cuda Współcześnie święty Franciszek jest na całym świecie znany i lubiany także wśród niewierzących i chrześcijan innych wyznań. Ale z pewnością jest tak nie ze względu na jego cuda, lecz z powodu jego życia i postępowania zgodnego z Ewangelią. Jeżeli mówimy o świętych „od cudów”, to mamy na myśli choćby naśladowcę Franciszka, świętego Antoniego Padewskiego lub jeszcze innych, ale nie Biedaczynę z Asyżu.

    A jednak nie zawsze tak było. W Średniowieczu, w latach następujących bezpośrednio po jego śmierci, Franciszek był świętym znanym i czczonym ze względu na cuda. Przyciągały one tłumy pielgrzymów do jego grobu. Ten aspekt kultu Franciszka znajduje swoje odbicie w najstarszych biografiach Świętego, głównie w rozdziałach poświęconych cudom, jakich dokonał zwłaszcza po śmierci.

    Są to cuda znamienne. Taki cud wydarzył się w Arezzo, mieście targanym konfliktami wewnętrznymi i wojnami domowymi, naznaczonymi przelewem krwi. Gdy Franciszek znalazł się w tym miejscu, ujrzał tłumy demonów, które nie posiadały się z radości z powodu walk między mieszkańcami miasta i nakłaniały ich do wzajemnego zwalczania się. Franciszek rozpoczął modły. Skierował brata Sylwestra pod bramę miasta, aby silnym głosem wezwał demony do opuszczenia miasta. Brat wykonał polecenie, a mieszkańcy uwolnieni od mrocznych sił przemocy, zdobyli się na odwagę zerwania z konfliktami wewnętrznymi i rozlewem krwi. Zawarli pokój i przywrócili atmosferę zgodnego współżycia.


    (…)

    Cud organizacyjny – Zakony franciszkańskie

    Wielka rola, jaką Franciszek z Asyżu odegrał w historii, niewątpliwie tłumaczy nadzwyczajny rozwój założonego przez niego zakonu braci mniejszych oraz zakonu klarysek założonego przez świętą Klarę, jak również trzeciego zakonu franciszkańskiego, znanego dzisiaj pod nazwą świeckiego zakonu franciszkańskiego.

    Dzieje zakonu franciszkańskiego były bardzo skomplikowane i burzliwe. Franciszkanie nie zawsze byli łagodnymi barankami, a zamiłowanie do ubóstwa jako wyraz wierności świętemu Franciszkowi i jego regule zakonnej, doprowadzało nieraz do podziałów i ponownego jednoczenia się.

    Dzisiaj bracia franciszkanie tworzą cztery rodziny o zróżnicowanej liczbie członków. Są to bracia mniejsi, bracia mniejsi konwentualni, bracia mniejsi kapucyni i tercjarze regularni. Do dnia dzisiejszego wszystkie cztery rodziny franciszkańskie są w Kościele katolickim najliczniejszym spośród wszystkich męskich instytutów zakonnych. Liczne są także żeńskie zgromadzenia zakonne wywodzące się z duchowości świętego Franciszka.

    (…)

    Kult

    Kanonizacja

    Franciszek został kanonizowany zaledwie dwa lata po śmierci, w Asyżu, 16 lipca 1228 roku, przez papieża Grzegorza IX, który znał go osobiście, będąc jego przyjacielem i opiekunem, w czasie gdy był jeszcze kardynałem. Mając na względzie rychłą kanonizację, papież ów przedsięwziął wszelkie środki, aby oddać cześć przyjacielowi. Zlecił bratu Tomaszowi di Celano napisanie pierwszej oficjalnej biografii Franciszka, aby cały Kościół mógł poznać nowego świętego. Rozpoczął także, jeszcze przed kanonizacją, budowę olbrzymiej bazyliki w Asyżu, zakończoną w bardzo krótkim terminie jak na owe czasy (a także jak na obecne czasy).

    fragment książki “Święty Franciszek z Asyżu” (autor – Cesare Vaiani), Warszawa 2009. Za: http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/swieci/swfranciszek.html

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 października

    Święty Franciszek Borgiasz, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Chrodegang z Metzu, biskup
      •  Błogosławiony Kolumban Józef Marmion, prezbiter
    ***
    Święty Franciszek Borgiasz

    Franciszek urodził się 28 października 1510 r. w Gandii koło Walencji, w jednym z najznakomitszych hiszpańskich rodów Borgiów. Był pierworodnym dzieckiem Jana, księcia Gandii, i Joanny Aragońskiej, a prawnukiem: po mieczu – niesławnego papieża Aleksandra VI, zaś po kądzieli – króla Ferdynanda Katolickiego. W młodości otrzymał bardzo dobre wykształcenie. Gdy miał dziesięć lat, umarła jego ukochana matka. Zaopiekował się nim i zadbał o jego wykształcenie wuj, arcybiskup Saragossy.
    Już jako młodzieniec Franciszek miał ochotę zamienić wspaniałe komnaty pałacowe na klasztorną celę, ale ojciec wysłał go jako pazia na dwór cesarza Karola V do Valladolid, gdzie, mimo okazji do złego, Franciszek zachował czystość. Podczas służby ożenił się z Eleonorą de Castro Melo e Menezes, która słynęła nie tylko z urody, ale i z niezwykłej zacności duszy. Mieli ośmioro dzieci – Karola Carlosa urodzonego w 1530 r., dwa lata młodszą Izabelę (matkę Franciszka Goméz de Sandoval y Rojas – faworyta króla Filipa III Habsburga), trzy lata młodszego Jana. Były jeszcze o pięć lat młodsze od Karola bliźniaki Alvaro i Joanna, a także Ferdynand, Dorota i Alfons.
    O pobożności całej rodziny niech świadczy fakt, że ilekroć usłyszeli dzwonek towarzyszący kapłanowi idącemu do umierającego, zrywali się wraz z dziećmi, we dnie czy w nocy, i odprowadzali księdza z Ciałem Pańskim na miejsce.
    Mimo że szczęście sprzyjało Franciszkowi, nie zaprzestał pracy nad sobą. Często uczestniczył we Mszy świętej, przystępował do spowiedzi i Komunii i dużo pracował. W rzadkich godzinach wypoczynku zajmował się śpiewem i muzyką, niekiedy myślistwem, unikał gier w karty i kostki, bo jak mawiał, “tracimy przez to trzy kosztowne rzeczy: czas, pieniądze i sumienie”.
    W 1539 r. podczas sejmu w Toledo niespodzianie zmarła młoda cesarzowa Izabela Portugalska. Uchodziła ona za dobrą, szlachetną i najpiękniejszą z kobiet swoich czasów. Miała zaledwie 36 lat i cieszyła się powszechną miłością dla swej szlachetności i dobroci. Franciszek towarzyszył z urzędu jej ciału do grobu w Grenadzie. Wielkie wrażenia na nim zrobiły zmiany, jakie poczyniła śmierć na twarzy cesarzowej. Postanowił odtąd służyć Bogu i wstąpić do zakonu, gdyby przeżył żonę. Później nieraz wspominał, że śmierć cesarzowej Izabeli powołała go do nowego życia.
    Niezwłocznie po pogrzebie pośpieszył do Toledo, aby zrezygnować z pełnienia urzędu, ale cesarz nie chciał się pozbyć swego najwierniejszego towarzysza i mianował go wicekrólem Katalonii. Franciszek Borgiasz w latach 1539-1543 rządził mądrze i sprawiedliwie i był dla wszystkich wzorem zacności. Co dzień odmawiał różaniec, spowiadał się, przystępował do Komunii w każdą niedzielę i święto, biczował się, a sypiał tylko cztery do pięciu godzin na dobę.
    Po śmierci ojca w 1543 r. zrzekł się godności wicekróla, wyjechał z Katalonii i objął zarząd dziedzicznego księstwa Gandii. Dbał o swoich poddanych. Starał się o poprawę ich moralności i warunków materialnych. Chciał też podnieść poziom oświaty. Swoim przykładem doprowadził do tego, że każdy w Gandii chociaż raz na miesiąc przystępował do Stołu Pańskiego.
    Gdy umierała jego żona Eleonora, klęcząc u stóp Ukrzyżowanego, prosił Boga o jej zdrowie i życie. Usłyszał wtedy głos: “Jeśli koniecznie żądasz, aby małżonka twoja dłużej żyła, niech się stanie wola twoja, ale wiedz, że to nie wyjdzie jej na dobre”. “Panie – odpowiedział zapłakany Franciszek – jakże bym miał żądać, abyś spełnił wolę moją? Niech się zawsze i wszędzie dzieje wola Twoja! U nóg Twych składam moje, mej żony i mych dzieci życie i wszystko, co tylko posiadam. Rozporządzaj wszystkim według upodobania”.

    Święty Franciszek Borgiasz

    W 1548 r. żona Franciszka umarła, mając tylko 35 lat. Wypełnił on wtedy powzięte po śmierci cesarzowej Izabeli postanowienie – wstąpił do zakonu jezuitów. Za pozwoleniem Stolicy Apostolskiej został jeszcze rok w świecie, aby zabezpieczyć dzieci i zamknąć wszystkie sprawy osobiste i publiczne. W 1549 r. w Rzymie został przez św. Ignacego przyjęty do zakonu. Na wieść o tym, że papież Juliusz III chce mu ofiarować kapelusz kardynalski, uciekł z Rzymu i wrócił do Hiszpanii, gdzie w roku 1551 przyjął święcenia kapłańskie.
    W małej celce kolegium w Ognate przeżył kilka następnych lat na modlitwie i pokucie, pełniąc najniższe posługi. Codzienne zastanawiał się nad sobą i robił rachunek sumienia, co doprowadziło do takiej pokory, że uważał się za największego grzesznika na świecie. Swoje listy podpisywał wtedy “Franciszek grzesznik”. W okolicy działał jako misjonarz. Tam, gdzie przychodził, zbierały się tysiące ludzi, by go słuchać i doznać od niego pociechy. Później św. Ignacy wysłał go na dwa lata, by był kaznodzieją i spowiednikiem przy dworze portugalskim. Cieszył się tam zaufaniem najwyższych dostojników i magnatów. Pięć razy papież ofiarował mu godność kardynalską, on jednak za każdym razem odpowiadał: “Nie dlatego zrzuciłem gronostaje książęce, aby przywdziać arcykapłańską purpurę!”
    Nie chciał piastować żadnych stanowisk, ale przekonano go, że jego pochodzenie, zdolności i wykształcenie powodują, że powinien kierować innymi. Dlatego w 1554 r. został prowincjałem Hiszpanii, Portugalii i Indii, a jedenaście lat później wybrano go na generała zakonu. Przyjął tę godność, mówiąc: “Prosiłem Boga o krzyż, ale przyznaję się, że o takim jak ten nie myślałem”. Rządził z niezwykłą mądrością. Zakon liczył wtedy już około stu trzydziestu domów i trzech i pół tysiąca członków, dlatego Franciszek musiał odbywać częste i męczące podróże. Wzmocnił organizacyjnie zakon, kładąc podstawy pod jego potęgę. To on przyjął do nowicjatu Stanisława Kostkę. Był również spowiednikiem św. Teresy z Avila.
    Będąc przyjacielem i doradcą Ignacego Loyoli, wspomógł utworzenie przez niego Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego (Collegium Romanum). Ponadto w Rzymie głosił kazania, uczył dzieci, a w czasie zarazy w 1566 r. ratował chorych.

    Święty Franciszek Borgiasz

    W 1572 r. z polecenia papieża św. Piusa V Franciszek, mimo złego samopoczucia, objechał wraz z kardynałem Alessandrim dwory hiszpański, francuski i portugalski, aby namówić te państwa do wyprawy przeciw Turkom. Ta mediacja doprowadziła do powstania koalicji państw chrześcijańskich, która pokonała wielką flotę turecką pod Lepanto.
    W czasie drogi powrotnej, już we Włoszech, zasłabł tak bardzo, że zaniesiono go w lektyce do Rzymu, gdzie zmarł po kilku miesiącach 1 października 1572 r. w opinii świętości. Przeżył 62 lata. Pozostawił po sobie wiele pism filozoficznych. Relikwie Franciszka Borgiasza zostały przeniesione z Ferrary do kościoła jezuitów w Madrycie w 1901 roku.
    Został beatyfikowany przez papieża Urbana III 23 listopada 1624 r., a kanonizowany przez Klemensa X 20 czerwca 1670 r. Jest patronem Portugalii, Roty (Mariany Północne), a także orędownikiem, do którego zwracają się zagrożeni trzęsieniem ziemi. W ikonografii jego atrybutem jest często czaszka w diademie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 października

    Świętych Aniołów Stróżów

    Anioł Stróż


    Aniele Boży, Stróżu mój,
    Ty zawsze przy mnie stój.
    Rano, w wieczór, w dzień i w nocy
    Bądź mi zawsze ku pomocy.
    Strzeż duszy i ciała mego
    I doprowadź mnie do żywota wiecznego.
    Amen.

    Anioł Stróż

    Chociaż może ta modlitwa kojarzy się z dzieciństwem i dziećmi, przekonanie o istnieniu i obecności Aniołów, w tym również Aniołów Stróżów, jest jednym z ważnych elementów naszej wiary. Aniołowie są duchami stworzonymi przez Boga dla Jego chwały i pomocy ludziom. Ci, którym Bóg zleca opiekę nad ludźmi, są nazywani Aniołami Stróżami. Opieka ta trwa przez całe nasze ziemskie życie. Każdy z nas ma swojego, “osobnego” Anioła Stróża.
    Pismo Święte nie pozostawia wątpliwości co do istnienia aniołów, posłańców Bożych, którzy uczestniczą w dziejach zbawienia człowieka. Te czysto duchowe istoty pośredniczą między Bogiem a ludźmi. Nauka o nich jest oparta przede wszystkim na dwóch fragmentach Biblii. W psalmie 91 czytamy:Niedola nie przystąpi do ciebie, a cios nie spotka twojego namiotu, bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień.Natomiast św. Mateusz przekazuje nam w swojej Ewangelii m.in. takie słowa Jezusa:Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie.Nie są to bynajmniej jedyne teksty Pisma świętego wskazujące na to, że Bóg posługuje się aniołami dla dobra rodzaju ludzkiego lub poszczególnych ludzi. Wystarczy przypomnieć o opiece anioła nad Hagar i jej synem, Izmaelem (Rdz 16, 7-12); anioł powstrzymuje Abrahama, by nie dokonywał zabójstwa swego pierworodnego syna, Izaaka (Rdz 22, 11), anioł ratuje Lota i jego rodzinę (Rdz 19), anioł ratuje trzech młodzieńców od śmierci w piecu ognistym (Dn 3, 49-50) i Daniela w lwiej jamie (Dn 6-22), żywi proroka Eliasza i ratuje go od śmierci głodowej (1 Krl 19, 5-8), wyprowadza Apostołów z więzienia (Dz 5, 19-20) i ratuje św. Piotra z rąk Heroda (Dz 12, 7-23).

    Anioł Stróż

    Aniołowie byli obecni w nauczaniu Kościoła już od pierwszych wieków, w dziełach wybitnych myślicieli chrześcijańskich. W pismach ojców Kościoła naukę o Aniołach Stróżach spotykamy już w pierwotnych dokumentach chrześcijaństwa. Św. Cyprian (+ 258) nazywa aniołów naszymi przyjaciółmi. Św. Bazyli (+ 379) widzi w nich naszych pedagogów. Św. Ambroży (+ 397) uważa ich za naszych pomocników. Św. Hieronim (+ ok. 420) twierdzi: “Tak wielka jest godność duszy, że każda ma ku obronie Anioła Stróża”. Św. Bazyli idzie dalej, gdy pisze: “Niektórzy między aniołami są przełożonymi nad narodami, inni zaś dodani każdemu z wiernych”. Podobnie pisze św. Augustyn (+ 430): “Wielkim jest staranie, jakie ma Pan Bóg o ludzi. Wielką nam miłość okazał przez to, że ustanowił aniołów, aby nas strzegli”.
    Wśród świętych, którzy wyróżniali się szczególnym nabożeństwem do Aniołów Stróżów, należałoby wymienić: św. Cecylię (+ w. III), św. Franciszkę Rzymiankę (+ 1440) i bł. Dalmacjusza, dominikanina z Gerony (+ 1341), którzy mieli szczęście często przestawać ze swoim Aniołem Stróżem, jak głoszą ich żywoty; św. Stanisława Kostkę, naszego rodaka, patrona Polski, który z rąk anioła miał otrzymać cudownie Komunię świętą, gdy był w drodze do Dyllingen; św. Franciszka Salezego, który miał zwyczaj pozdrawiać Anioła Stróża w każdej miejscowości, do której przybywał; oraz św. Jana Bosko, którego Anioł Stróż kilka razy uratował od niechybnej śmierci w czasie czynionych na niego zamachów, kiedy posyłał mu tajemniczego psa ku obronie.

    Anioł Stróż

    Aniołom oddawano cześć już w liturgii starochrześcijańskiej. Wprawdzie pierwotne chrześcijaństwo walczące z wszelkimi przejawami pogaństwa nie rozwinęło kultu aniołów, podobnie jak powstrzymywało się od publicznego kultu Matki Bożej i świętych, jednak pierwsze wzmianki o kulcie aniołów spotykamy już u św. Justyna (+ ok. 165) w jego pierwszej Apologii. Od IV w. wyróżnia się kult św. Michała Archanioła. Aniołowie są wymieniani często w różnych liturgiach jako oddający chwałę Panu Bogu. W ikonografii spotykamy aniołów już w katakumbach (w. III).
    Osobne święto pojawiło się dopiero w XV w. na Półwyspie Iberyjskim, zwłaszcza na terenie Hiszpanii oraz we Francji. W roku 1608 Paweł V pozwolił obchodzić to święto w pierwszy dzień zwykły po św. Michale. Na stałe do kalendarza liturgicznego dla całego Kościoła wprowadził je Klemens X w roku 1670. Żywą wiarą w Aniołów Stróżów wyróżniał się m.in. bł. Jan XXIII, który jeszcze jako nuncjusz apostolski przed każdym ważnym spotkaniem prosił swego Anioła Stróża o pomyślny przebieg rozmowy i jej dobre owoce.Niech dzisiejsze wspomnienie uświadomi nam, że Aniołowie Stróżowie realnie istnieją, opiekują się nami, chroniąc przed złem i prowadząc ku dobru, a wiara w nich nie jest zarezerwowana tylko dla dzieci. Nie zapominajmy o częstej modlitwie do naszych duchowych opiekunów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Prawda o aniołach

    – integralna część wiary chrześcijańskiej

    Z cyklu “Poszukiwania w wierze”

    W którąkolwiek stronę rzeczywistości by spojrzeć, jej granice są dla nas nieosiągalne. Patrząc w dal, mamy wszystkie powody do przypuszczeń, że chociaż najnowocześniejsze teleskopy sięgają odległości, od których aż w głowie się kręci, to przecież poza ich zasięgiem istnieją dalsze przestrzenie kosmiczne, w ogóle niedostępne w tej chwili ludzkiej obserwacji. Patrząc w głąb, w najmniejszą odrobinę materii, coraz więcej zdajemy sobie sprawę z tego, że moment, w którym będziemy mogli sobie powiedzieć, iż na temat struktury materii wiemy już wszystko, odsuwa się nam praktycznie w nieskończoność. W ten sposób nawet świat materialny świadczy o swoim pochodzeniu od nieskończonego Boga.

    To zaś, że człowiek jest jedyną na tej ziemi istotą, zdolną rozpoznać tę bezgraniczność materialnego kosmosu, też zapewne coś znaczy. Czyż nie wolno nam dopatrywać się w tym znaku, że stworzeni zostaliśmy dla nieskończonego Boga? Że — jak powiada ostatni sobór — człowiek jest jedynym na tej ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego?

    Ale zapatrzyliśmy się ostatnio w bezkres materii i zmniejszyły się nasze zainteresowania bezkresem świata duchowego. Owszem, jesteśmy świadomi naszej niemożności całościowego ogarnięcia ludzkich dziejów, ludzkiej myśli, a nawet ludzkiej psychiki. Czyżby jednak świat ducha ograniczał się do człowieka? Warto zdać sobie sprawę z tego, że chociaż o aniołach wiemy z Bożego objawienia, przecież istnienia ich domyślali się najwybitniejsi filozofowie starożytności. Do jakiego stopnia problem bytów pośrednich — wyższych od człowieka, a przecież stworzonych i zależnych od Boga — zaprzątał umysły Platona, Arystotelesa i innych ojców filozofii, osobiście zorientowałem się dopiero w trakcie pracy nad przekładem dziełka św. Tomasza pt. O substancjach czystych.

    Istotą prawdy o aniołach jest oczywiście jej wymiar religijny. Wykład tej prawdy zacznijmy od miejsca dla wiary chrześcijańskiej absolutnie centralnego, tzn. od starannie zaznaczonego w Ewangeliach udziału aniołów w tajemnicy Wcielenia i Odkupienia. To naprawdę nie przypadek ani szczegół bez znaczenia, że właśnie anioł zwiastował nam najwspanialszą nowinę, jaką kiedykolwiek na ziemi słyszano: że Syn Boży stanie się człowiekiem. Aniołów, śpiewających chwałę Bogu i pokój ludziom, słyszymy w noc Bożego Narodzenia. Pojawiają się oni na początku publicznej działalności Chrystusa i w Ogrodzie Oliwnym, i w grobie Zmartwychwstałego, i w dniu Wniebowstąpienia.

    Spróbujmy odnaleźć sens, jaki zawiera w sobie ta nieprzypadkowa przecież obecność aniołów przy Synu Bożym, dokonującym zbawienia rodu ludzkiego. Czyż nie świadczy ona o tym, że Odkupienie nie jest partykularną sprawą między Bogiem a mieszkańcami ziemi, ale w jakiś tajemniczy sposób dotyczy ono całego wszechstworzenia? Już Stary Testament różnorodnie mówi o dwukierunkowej naszej łączności ze światem aniołów, stworzeń duchowych niewyobrażalnie od nas doskonalszych. Z Ewangelii zaś jednoznacznie wynika, że centrum i przestrzenią tej naszej wspólnoty z aniołami jest Chrystus.

    Przypatrzmy się owym dwóm kierunkom solidarności aniołów z zagubionym rodem ludzkim. Najzwięźlej symbolizuje je drabina, którą zobaczył we śnie Jakub: „We śnie ujrzał drabinę opartą na ziemi, sięgającą swym wierzchołkiem nieba, oraz aniołów Bożych, którzy wchodzili w górę i schodzili na dół, a oto Pan stał na jej szczycie” (Rdz 28,12n). Aniołowie, idący od nas ku górze, obrazują, rzecz jasna, potężną, pociągającą nas ku Bogu życzliwość, jaka płynie z tego niepojętego dla nas świata. Życzliwość tę Pismo Święte raz przedstawi w obrazie aniołów, którzy zanoszą do Boga nasze modlitwy i ofiary (Tb 12,12; Ap 5,8; 8,3n), raz w obrazie naszego przyłączania się do wiekuistej liturgii, odprawianej przez aniołów.

    „Będę Ci śpiewał wobec aniołów!” — woła Psalmista (Ps 138,1). I ujrzałem i usłyszałem głos wielu aniołów (…), a liczba ich była miriady miriad i tysiące tysięcy, mówiących głosem doniosłym: Baranek zabity jest godzien wziąć potęgę i bogactwo, i mądrość, i moc, i cześć i chwałę, i błogosławieństwo” — czytamy w Apokalipsie (5,11n; por. 7,11nn). Właśnie dlatego artyści często wyobrażali sobie aniołów w szatach liturgicznych.

    W obrazie drabiny Jakubowej widzimy również aniołów, którzy zstępują do nas od Boga, aby być towarzyszami, przewodnikami i obrońcami naszej trudnej i pełnej niebezpieczeństw drogi. Ta posługa aniołów najbardziej obrazowo przedstawiona została w Księdze Tobiasza. W Dziejach Apostolskich dwukrotnie czytamy o aniele, który przyjaciół Bożych cudownie wyprowadza z więzienia (Dz 5,19n; 12,7—11). Z opowieści o nawróceniu dworzanina królowej Etiopczyków dowiadujemy się, że anioł Boży może wskazywać drogę głosicielom Ewangelii (Dz 8,26). Najbardziej generalnie o tym towarzyszeniu aniołów ludzkim losom mówił Pan Jezus: Nawet najmniejsi spośród nas są Bogu tak drodzy, że mają swoich aniołów, którzy „wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie” (Mt 18,10). „Czyż nie są oni wszyscy — czytamy w Liście do Hebrajczyków — duchami przeznaczonymi do usług, posłanymi na pomoc tym, którzy mają posiąść zbawienie?” (1,14)

    Dla wielu chrześcijan współczesnych prawda o aniołach trąci mitologią. Otóż warto sobie uświadomić, że nie jest to pomysł nowy. Podobnego zdania byli już saduceusze, którzy głosili, „że nie ma zmartwychwstania ani anioła, ani ducha” (Dz 23,8). Osobiście sądzę, że mamy w sobie coś z saduceuszy nawet wówczas, kiedy nie odrzucamy może wprost prawdy o aniołach, ale ich istnieniem praktycznie się nie przejmujemy. W wierszu Nie umiem z aniołami Kazimiera Iłłakowiczówna znakomicie sformułowała przeciętne problemy, jakie prawda ta stwarza dzisiejszym chrześcijanom. Co zatem robić? Jak prawdę o aniołach uczynić żywą?

    Odpowiedź jest bardzo prosta. Wystarczy chcieć jeszcze więcej zbliżyć się do Chrystusa, który jest — powtórzmy to jeszcze raz — centrum i przestrzenią naszej wspólnoty z aniołami. Zbliżając się do Chrystusa, zbliżamy się zarazem do Jego przyjaciół, wchodzimy w większym stopniu „do Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie do Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach” (Hbr 12,22n). Pieśń 28 „Nieba” w Boskiej Komedii przedstawia Boga jako Ogień otoczony dziewięciu świetlistymi kręgami, czyli dziewięciu chórami aniołów. Aniołowie właśnie dlatego są tak niewyobrażalnie wspaniali i zasługują na naszą miłość, i właśnie dlatego mogą być naszymi potężnymi pomocnikami, że są nierozerwalnie złączeni z Bogiem i z Chrystusem. Już Ojcowie Kościoła porównywali aniołów do promieni Boskiego Słońca.

    Byłoby obrazą aniołów, gdybyśmy próbowali ich czcić w taki sposób, że kult ten rozpraszałby naszą uwagę religijną i utrudniałby całoosobowe zwrócenie ku Bogu. „Niechaj was nikt nie odsądza od nagrody, zamiłowany w uniżaniu siebie i czci aniołów” (Kol 2,18). Kiedy obaj Tobiasze upadli na twarz przed aniołem, ten całą ich uwagę stara się zwrócić ku Bogu, który jeden godzien jest uwielbienia (Tb 12,16nn). W analogicznej sytuacji anioł zakazuje autorowi Apokalipsy oddawać sobie pokłon: „Bacz, byś tego nie czynił, bo jestem współsługą twoim i braci twoich, proroków, i tych, którzy strzegą słów tej Księgi. Bogu samemu złóż pokłon” (Ap 22,9). Tę anielską pokorę znakomicie oddaje wiersz Konopnickiej pt. Angelus, w którym anioł, zwiastujący Wcielenie, stanowi dla uczonego materialisty ostatnią nitkę do utraconego wymiaru, gdzie można znaleźć Boga.

    Prawdziwa cześć aniołów zbliża do Boga, a zarazem jest znakiem Jego bliskości. Niezwykle przejmujące pod tym względem jest świadectwo dzieci fatimskich o spotkaniu z aniołem, które poprzedzało objawienia Matki Bożej: „Otaczała nas tak intensywna atmosfera nadprzyrodzona, nieledwie nie zdawaliśmy sobie sprawę z własnego istnienia. Trwało to dość długo. Trwaliśmy w postawie, w której anioł nas opuścił, powtarzając bez przerwy jego modlitwę. Obecność Boga czuliśmy tak potężnie i tak głęboko, że nawet między sobą nie odważyliśmy się mówić o zjawisku. Jeszcze nazajutrz umysły nasze pogrążone były w tej atmosferze”.

    Rezultaty tego spotkania przedstawiały się następująco: „Od czasu, gdy tajemnicze światło oświeciło ich dusze, patrzą na ziemię innymi oczami. Po zjawiskach anielskich jakoś inaczej wyglądają góry i lasy, doliny, słońce, ludzie i owce. Dzieci odczuwają to, co wracający z daleka podróżnik, któremu każda rzecz wydaje się zmieniona. Anioł wprowadził je w krainę, o której miały tylko mgliste pojęcie. Teraz ich wyobrażenie o Bogu było bez porównania wyższe, większym też było obrzydzenie do grzechu”.

    W tym właśnie leży sens szukania przyjacielskiej zażyłości z aniołami: aniołowie pomagają nam zbliżyć się do Chrystusa i oddalić się od zła. Ich nieobecność w naszym życiu religijnym może (choć zapewne nie musi) być znakiem naszego oddalenia od Boga. „Jak dym odgania pszczoły, a smród gołębie — powiedział kiedyś św. Bazyli — tak czyn brzydki i haniebny oddala od nas naszego anioła stróża”.

    Dawne wieki pozostawiły nam wiele świadectw tej intuicji. Tu nie mogę się powstrzymać przed przytoczeniem rozbrająjąco naiwnej opowiastki, przekazywanej w legendach dominikańskich: „W jednym z klasztorów Lombardii było dwóch pobożnych braci, którzy przechadzali się rozmawiając o Bogu. Wówczas pewien starzec zakonnik zobaczył przez okno, że nad głowami owych braci unoszą się aniołowie i wzniósłszy ręce w niebo, błogosławią Boga. Kiedy jednak rozmowa tych braci zwróciła się ku rzeczom niepotrzebnym i bezmyślnym, aniołowie przedziwnie się zagniewali i porzucili ich, zatykając sobie nosy. Natychmiast nad głowy owych braci nadciągnęło stado czarnych wieprzy, które smrodziły na nich i straszliwie ryczały. Wreszcie bracia znów zaczęli rozmawiać o Bogu i zaraz wieprze zniknęły, przystąpili zaś aniołowie, chwaląc Boga i obmywając braci z nieczystości”.

    Opowieść ta jest rzeczywiście bardzo naiwna. Ale może warto się zastanowić nad zawartą w niej intuicją? Może prawdy o aniołach należy szukać nie tyle poprzez zwiększenie zainteresowań tą problematyką, ale właśnie poprzez odnowę życia? Adam Asnyk chyba miał rację, kiedy pisał, że śpiewy anielskie słyszą „tylko ci, którzy toną w wielkiej miłości pragnieniu”. Zaś według legend franciszkańskich, „pycha brata Eliasza niegodna była rozmawiać z aniołem”.

    Jeszcze jedno dość ważne pytanie: Co sądzić o pojawiającym się w naszej mowie codziennej, a częstym zwłaszcza w poezji motywie podobieństwa i upodabniania się ludzi do aniołów?

    Czy nie jest to dowolność, wprowadzająca zamęt w religijną prawdę o aniołach? Zwłaszcza trzy przymioty ośmielają do porównania człowieka z aniołem. Po pierwsze, dobroć i współczujące pochylenie się nad cierpiącym i bezradnym. Po wtóre, ta postać czystości, dzięki której człowiek osiąga jakąś transcendencję wobec ciała i różnych potrzeb, i ambicji tylko doczesnych (por. marzenie Słowackiego, żeby zjadacze chleba przetworzyli się w aniołów). Po trzecie, do anioła porównuje się również zwiastuna Dobrej Nowiny.

    Czy wolno nam stosować takie porównania i symboliczne identyfikacje? Ależ tak! Obiecano nam przecież równość z aniołami, a stanie się to wówczas, kiedy już ostatecznie i w całej pełni otrzymamy nieśmiertelność i synostwo Boże. W życiu przyszłym „już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania” (Łk 20,36). Ziarna zaś nieśmiertelności i synostwa Bożego nosimy w sobie już teraz. W paralelnych tekstach Mateusza i Marka (Mt 22,30; Mk 12,25) nauczyciele Kościoła jednozgodnie odczytywali sugestię, że szczególne podobieństwo do aniołów osiąga się przez celibat, pojmowany jako zdobywanie transcendencji wobec swojej seksualności.

    Toteż nie tylko w poezji, lecz również w najbardziej oficjalnym nauczaniu wiary mówi się o możliwości upodobnienia do aniołów. „Na wzniosłe imię anioła — mówi święty papież Grzegorz Wielki w Homilii 6,6 — również wy, jeśli chcecie, możecie zasłużyć. Każdy z was — o ile otrzymał do tego natchnienia z nieba — prawdziwie jest aniołem, jeśli zdoła odwieść bliźniego od zła, jeżeli stara się zachęcić go do dobrego, jeśli błądzącemu mówi o wiecznym królestwie i o karze, i nie szczędzi mu świętych słów upomnienia”.

    Przede wszystkim jednak anioł kojarzy nam się z gestem pochylenia nad człowiekiem słabym i bezradnym lub cierpiącym. Skojarzenie to utrwaliło się w języku, w postaci takich zwrotów jak: „anielska cierpliwość”, „anioł dobroci”, „to anioł, nie człowiek” itp. Zauważmy jednak, że anielska pomoc istotnie różni się od ludzkiej. Jest potężna. Weźmy dla przykładu słynną scenę z Księgi Daniela: „Anioł Pański zstąpił z Azariaszem i jego towarzyszami do pieca i wyrzucił płomień ognisty z pieca. Sprawił, że w środku pieca przewiewał jakby wietrzyk rosisty, a ogień nie dotknął się ich wcale i nie zadał im żadnego bólu ani szkody” (3,49). Przecież to od razu rzuca się w oczy, że ten anioł różni się bardzo od miłosiernego Samarytanina. Nie dotyczą go ograniczenia naszej ludzkiej kondycji.

    Potęga aniołów nie tylko wspiera przyjaciół Bożych. Jest groźna dla zła. W Biblii mówi się o tym tak często, że aż trudno zrozumieć, dlaczego prawda o aniołach jako o potężnych wrogach zła jest w naszej świadomości prawie nieobecna. Przypomnijmy główne epizody tworzące tę tradycję. Otwierają ją Cheruby z ognistym mieczem, postawieni u bram Edenu (Rdz 3,24). W czasach Wyjścia Anioł Niszczyciel pozabijał pierworodnych Egiptu (Wj 12,23), w okresie zagrożenia asyryjskiego anioł Pański sprawił spustoszenie w najeźdźczej armii Sennacheryba (2 Krl 19,35), anioł też dopełnił sprawiedliwości na bezbożnych prześladowcach Zuzanny (Dn 13,55 i 59). O karzącym aniele mówi się w modlitwie przeciwko niegodziwcom:

    Niech będą jak plewa na wietrze,

    gdy będzie ich gnać anioł Pana.

    Niech droga ich będzie ciemna i śliska,

    gdy anioł Pana będzie ich ścigał. (Ps 35,5n)

    A nade wszystko w Apokalipsie aniołowie wielokrotnie przedstawieni są jako posłańcy gniewu Bożego, skierowanego przeciwko złu. W tej podwójnej roli — obrońców dobra i mścicieli zła — wystąpią aniołowie na sądzie Bożym (Mt 24,31; 13,41).

    Tradycję tę cudownie interpretuje m.in. Odyniec w swoim Aniele śmierci. Spróbujmy i my te groźne wątki prawdy o aniołach w sobie ożywić. Czy nie moglibyśmy na przykład modlić się do Boga, aby raczył uprzedzać swój sąd nad nami? Aby wysłał do mnie i do ciebie swoich aniołów, którzy będą niemiłosierni dla mojego i twojego grzechu (choćby nie wiem jak miałoby to nas boleć), będą zaś uwalniali w nas to wszystko, co dobre i tęskniące za prawdziwą miłością!

    Wydaje się, że tymi przede wszystkim treściami należałoby napełniać naszą modlitwę do Anioła Stróża. Te motywy można też dołączać, ilekroć wspominamy aniołów w prefacji Modlitwy Eucharystycznej. Nie lękajmy się prosić Boga również o to, żeby przysyłał przeciwko nam — przeciwko temu wszystkiemu, co zasługuje w nas na zniszczenie — swoich aniołów mścicieli. Będzie to przecież dla naszego dobra.

    o. Jacek Salij OP/opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Kim są aniołowie i co robią w niebie?

    (Francesco Botticini, Public domain, via Wikimedia Commons)

    ***

    Są nieśmiertelni, nie cierpią i nie chorują, mają dostęp do Boga na zupełnie innej zasadzie niż ludzie. Ich głównym zadaniem jest przede wszystkim adorowanie Boga i kontemplacja Jego przymiotów: dobroci, mądrości, miłości…  – o Aniołach opowiada ks. Mateusz Szerszeń CSMA, michalita, kierownik duchowy, redaktor dwumiesięcznika „Któż jak Bóg”, autor „Wielkiego Zawierzenia Świętemu Michałowi Archaniołowi”.

    Proszę Księdza, kim są aniołowie? 

    Aniołowie są duchami, które żyją pośród nas w niewidzialnej części świata stworzonego przez Boga. Ich głównym zadaniem jest adoracja Boga i wypełnianie Jego rozkazów. Z woli Stwórcy służą także ludziom i troszczą się o ich zbawienie.

    Jak wyglądają aniołowie? 

    Ciężko mówić o wyglądzie niewidzialnych duchów. Ludzie jednak potrzebują obrazów, którymi mogą się między sobą komunikować, dlatego już Stary Testament opisuje rzeźby cherubinów, którzy okrywali swymi skrzydłami Arkę Przymierza. W sztuce przyjęło się przedstawiać ich jako postaci ludzkie o pięknym wyglądzie, aby podkreślić ich osobowy charakter. Późniejsze przedstawienia dodają im skrzydła i ubierają w strój rycerski. Wygląd jest jednak cechą świata materialnego. Aniołowie po prostu „nie wyglądają”. Co nie oznacza, że nie istnieją. Fal radiowych też nie oglądamy, a jednak widzimy ich działanie.

    Aniołowie różnią się między sobą?

    Owszem, różnica między nimi nie jest jedynie różnicą osobową, jak między dwiema istotami ludzkimi. Istnieje miedzy nimi różnica gatunkowa. Jeden anioł od drugiego różni się jak lew od gołębia. To dwa różne gatunki.

    Z teologicznego punktu widzenia – aniołowie nie posiadają płci, ale jakoś tak spontanicznie uważamy ich za mężczyzn… Dlaczego?

    Tu znowu dotykamy problemu dotyczącego bardziej historii sztuki niż teologii. Sztuka czerpiąc z angelologii uważała aniołów za dobrze zorganizowane wojsko Boga. Na ziemi armie głównie składają się z mężczyzn. Stąd ta nierówność. W rzeczywistości aniołowie nie dzielą się na płci. Ta kategoria w żaden sposób do nich nie pasuje.

    Co robią aniołowie w niebie?

    Przede wszystkim żyją inaczej niż my. Są nieśmiertelni, nie cierpią i nie chorują, mają dostęp do Boga na zupełnie innej zasadzie niż ludzie. Ich głównym zadaniem jest przede wszystkim adorowanie Boga i kontemplacja Jego przymiotów: dobroci, mądrości, miłości… 

    Czym się różnią aniołowie od archaniołów? 

    Pomysł na zhierarchizowanie bytów duchowych pochodzi ze starożytności. Autorzy pierwszych wieków chcieli podkreślić wzajemne zależności miedzy aniołami i tak powstała hierarchia mówiąca o „chórach anielskich”. Według niej na najniższym stopniu anielskiej hierarchii znajdują się aniołowie a zaraz nad nimi archaniołowie, którzy posyłani są do ważniejszych zadań.

    Aniołowie opiekują się nami. Czy więc grzechem jest kiedy zaniechamy odmawiania modlitwy do Anioła Stróża? Będzie się przecież nami opiekował chyba bez względu na to czy wzywamy jego pomocy czy też nie?

    Prawda o istnieniu Aniołów Stróżów jest dogmatem potwierdzonym na Soborze w XIII wieku. Odrzucenie każdego dogmatu może oczywiście skutkować nawet grzechem ciężkim. W praktyce prawda o istnieniu duchowych opiekunów od zawsze spotykała się z pozytywną pobożnością wiernych i ich świadectwami. Nie bez powodu jedna z pierwszych dziecięcych modlitw to: „Aniele Boży, Stróżu mój”.

    Anioł Stróż może nas doprowadzić do nieba?

    Doprowadzanie do nieba, czyli zbawienie to dzieło Jezusa Chrystusa, który umarł za nasze grzechy. Jego pośrednictwo jest jedyne i niepowtarzalne. Kościół jednak, w przeciwieństwie do ruchów protestanckich naucza, że w ramach jedynego pośrednictwa Chrystusa możemy także włączać pośrednictwo aniołów i świętych. Relacja z nimi jest dla wielu niebagatelną pomocą.

    Dlaczego warto zaprzyjaźnić się ze swoim Aniołem Stróżem? 

    Budowanie przyjaźni z własnym aniołem stróżem to niezwykle ważna rzecz dla każdego chrześcijanina. Z postanowienia Bożego mamy przy sobie duchowego obrońcę i orędownika, który został wybrany do tego, aby pomagać nam w osiągnięciu świętości. Tylko jeżeli będziemy wierni jego natchnieniom i z wiarą wzywać będziemy jego obecności, możemy mieć pewność, że ochroni nas to przed grzechem i wieloma niebezpieczeństwami. W powszechnej wiedzy znane są historie wyjątkowych interwencji aniołów stróżów wśród ludzi, którzy wierzą w ich obecności i ufają w ich pomoc. Wśród nich jest święty papież Jan XXIII, który wspomina, że pewnego dnia bardzo zamartwiał się o losy Kościoła, którym w tamtym czasie kierował. Na szczęście przyśnił mu się jego anioł stróż, który pocieszył go i dodał mu otuchy. Od tego czasu papież podjął swoje obowiązki z nowymi siłami i wiarą w anielską pomoc.

    Czasami do kogoś nam bliskiego powiemy, że jest aniołem, ma anielską cierpliwość itd. Słusznie przypisujemy ludziom anielskie cechy?

    Rozwój człowieka domaga się istnienia wzorców, do których może się odwołać i ku nim zmierzać. Aniołowie bez wątpienia są dobrymi wzorcami do naśladowania, dlatego mówi się o anielskiej cierpliwości, urodzie i dobroci.

    Co się stanie z naszymi Aniołami Stróżami po naszej śmieci?

    Na pewno nie opuści swojego podopiecznego i nadal będzie modlił się o jego zbawienie. Może to mieć wielkie znaczenie dla nas, zwłaszcza jeżeli trafimy do czyśćca, gdzie każdy dobry czyn będzie mógł się przyczynić do naszego oczyszczenia i szybszego spotkania z Bogiem w niebie.

    Dziękuję za rozmowę

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Oni cię strzegą na każdej drodze – świętych Aniołów Stróżów

    Oni cię strzegą na każdej drodze – świętych Aniołów Stróżów

    Abraham i trzy Anioły – Ludovico Carracci, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    W dniu 2 października Kościół oddaje cześć świętym Aniołom Stróżom. Choć obecność aniołów stróżów kojarzona jest z obrazami z dzieciństwa, to jednak ich istnienie i obecność jest istotnym elementem wiary. Aniołowie to istoty duchowe, stworzone przez Boga dla Jego chwały i ku pomocy ludziom. Każdy z nas ma swojego anioła opiekuna. Ta opieka trwa przez całe życie.

    Pismo święte jasno ukazuje prawdę o istnieniu aniołów, posłańców Boga. Psalm 91 uczy, że „niedola nie przystąpi do ciebie, a cios nie spotka twojego namiotu, bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień”. Słowa te szatan wykorzystał w czasie kuszenia Chrystusa na pustyni. W ewangelii św. Mateusz przytacza słowa Jezusa, kiedy mówi: „strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie”.

    Na wielu kartach Pisma św. znajdziemy fragmenty mówiące o obecności i roli aniołów. I tak w Księdze Rodzaju anioł opiekuje się niewolnicą Hagar i Izmaelem, jej synem zrodzonym z Abrahama. Anioł powstrzymuje też samego Abrahama przed zabiciem swego syna Izaaka. Anioł ratuje Lota i jego rodzinę od śmierci w ogniu spuszczonym na Sodomę i Gomorę. Księga Daniela opowiada o tym, jak anioł ratuje trzech młodzieńców wrzuconych do pieca ognistego, jak ratuje samego Daniela wrzuconego do jaskini lwów. Anioł żywi proroka Eliasza, a w Nowym Testamencie wyprowadza Apostołów z więzienia i uwalnia z rąk Heroda samego św. Piotra.

    Pierwsze wzmianki o kulcie aniołów znajdziemy w połowie II wieku u św. Justyna w jego ‘Apologii’. W III wieku, w katakumbach, pojawiają się ikonograficzne wyobrażenia aniołów.

    Anioł Stróż - Pietro da Cortona, Public domain, via Wikimedia Commons

    Anioł Stróż Pietro da Cortona, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    aniołach stróżach mówią także najwcześniejsi myśliciele chrześcijańscy i pierwotne dokumenty. Św. Cyprian w III wieku nazywa aniołów przyjaciółmi ludzi. W IV wieku św. Bazyli widzi w aniołach naszych pedagogów i twierdzi, że „niektórzy między aniołami są przełożonymi nad narodami, inni zaś dodani każdemu z wiernych”. A św. Ambroży uważa aniołów za naszych pomocników. Św. Hieronim w V wieku stwierdza, iż „tak wielka jest godność duszy, że każda ma ku obronie anioła stróża”, a św. Augustyn przekonuje, że „wielkim jest staranie, jakie ma Pan Bóg o ludzi. Wielką nam miłość okazał przez to, że ustanowił aniołów, aby nas strzegli”.

    W historii było wielu świętych, którzy mieli szczególne nabożeństwo do aniołów stróżów. Św. Cecyliaśw. Franciszka Rzymianka, błogosławiony Dalmacjusz mieli szczęście często przestawać ze swoim aniołem stróżem. Św. Stanisław Kostka miał cudownie otrzymać Komunię św. z rak anioła. Św. Piotr Faber prosił anioła stróża miasta, do którego przybywał, o duchowe przygotowanie mieszkańców do słuchania kazań, które wygłosi. Św. Siostra Faustyna miała przywilej mistycznego widzenia swojego anioła stróża. Św. Jan XXIII przed każdym ważnym spotkaniem prosił swego anioła stróża o jego pomyślny przebieg i dobre owoce.

    „Wielkim jest staranie, jakie ma Pan Bóg o ludzi. Wielką nam miłość okazał przez to, że ustanowił aniołów, aby nas strzegli”

    Osobne święto ku czci świętych aniołów stróżów pojawiło się dopiero w XV wieku. Paweł V w 1608 roku pozwolił obchodzić to święto w zwykły dzień po św. Michale. Na stałe do kalendarza liturgicznego wprowadził je w roku 1670 Klemens X. Obecnie jest obchodzone 2 października.
    Kult aniołów stróżów nie jest zarezerwowany dla dzieci. Są oni bowiem duchowymi opiekunami każdego, chronią przed złem i prowadzą do dobra.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 października

    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus,
    dziewica i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Remigiusz, biskup
      •  Święty Roman Hymnograf, diakon
    ***
    Święta Teresa z Lisieux

    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus, zwana także Małą Tereską (dla odróżnienia od św. Teresy z Avila, zwanej Wielką) albo Teresą z Lisieux, urodziła się w Alencon (Normandia) w nocy z 2 na 3 stycznia 1873 r. jako dziewiąte dziecko Ludwika i Zofii. Kiedy miała 4 lata, umarła jej matka. Wychowaniem dziewcząt zajął się ojciec. Teresa po śmierci matki obrała sobie za matkę Najświętszą Maryję Pannę. W tym samym roku (1877) ojciec przeniósł się z pięcioma swoimi córkami do Lisieux. W latach 1881-1886 Teresa przebywała u sióstr benedyktynek w Lisieux, które w swoim opactwie miały także szkołę z internatem dla dziewcząt.
    25 marca 1883 r. dziesięcioletnia Teresa zapadła na ciężką chorobę, która trwała do 13 maja. Jak sama wyznała, uzdrowiła ją cudownie Matka Boża. W roku 1884 Teresa przyjęła pierwszą Komunię świętą. Odtąd przy każdej Komunii świętej powtarzała z radością: “Już nie ja żyję, ale żyje we mnie Jezus”. W tym samym roku otrzymała sakrament bierzmowania.
    Przez ponad rok dręczyły ją poważne skrupuły. Jak sama wyznała, uleczenie z tej duchowej choroby zawdzięczała swoim trzem siostrom i bratu, którzy zmarli w latach niemowlęcych. W pamiętniku zapisała, że w czasie pasterki w noc Bożego Narodzenia przeżyła “całkowite nawrócenie”. Postanowiła zupełnie zapomnieć o sobie, a oddać się Jezusowi i sprawie zbawienia dusz. Zaczęła odczuwać gorycz i wstręt do przyjemności i ponęt ziemskich. Ogarnęła ją tęsknota za modlitwą, rozmową z Bogiem. Odtąd zaczęła się jej wielka droga ku świętości. Miała wtedy zaledwie 13 lat.
    Rok później skazano na śmierć głośnego bandytę, który był postrachem całej okolicy, Pranziniego. Teresa dowiedziała się z gazet, że zbrodniarz ani myśli pojednać się z Panem Bogiem. Postanowiła zdobyć jego duszę dla Jezusa. Zaczęła się serdecznie modlić o jego nawrócenie. Ofiarowała też w jego intencji specjalne pokuty i umartwienia. Wołała: “Jestem pewna, Boże, że przebaczysz temu biednemu człowiekowi (…). Oto mój pierwszy grzesznik. Dla mojej pociechy spraw, aby okazał jakiś znak skruchy”. Nadszedł czas egzekucji, lecz bandyta nawet wtedy odrzucił kapłana. A jednak ku zdziwieniu wszystkich, kiedy miał podstawić głowę pod gilotynę, nagle zwrócił się do kapłana, poprosił o krzyż i zaczął go całować. Na wiadomość o tym Teresa zawołała szczęśliwa: “To mój pierwszy syn!”

    Święta Teresa z Lisieux

    Kiedy Teresa miała 15 lat, zapukała do bramy Karmelu, prosząc o przyjęcie. Przełożona jednak, widząc wątłą i bardzo młodą panienkę, nie przyjęła Teresy, obawiając się, że nie przetrzyma ona tak trudnych i surowych warunków życia. Teresa jednak nie dała za wygraną; udała się z prośbą o pomoc do miejscowego biskupa. Ten jednak zasłonił się prawem kościelnym, które nie zezwala w tak młodym wieku wstępować do zakonu. W tej sytuacji dziewczyna nakłoniła ojca, by pojechał z nią do Rzymu. Leon XIII obchodził właśnie złoty jubileusz swojego kapłaństwa (1887). Teresa upadła przed nim na kolana i zawołała: “Ojcze święty, pozwól, abym dla uczczenia Twego jubileuszu mogła wstąpić do Karmelu w piętnastym roku życia”. Papież nie chciał jednak uczynić wyjątku. Teresa chciała się wytłumaczyć, ale gwardia papieska usunęła ją siłą, by także inni mogli – zgodnie z ówczesnym zwyczajem – ucałować nogi papieża.
    Marzenie Teresy spełniło się dopiero po roku. Została przyjęta najpierw w charakterze postulantki, potem nowicjuszki. Zaraz przy wejściu do klasztoru uczyniła postanowienie: “Chcę być świętą”. W styczniu 1889 r. odbyły się jej obłóczyny i otrzymała imię: Teresa od Dzieciątka Jezus i od Świętego Oblicza. Jej drugim postanowieniem było: “Przybyłam tutaj, aby zbawiać dusze, a nade wszystko, by się modlić za kapłanów”. W roku 1890 złożyła uroczystą profesję. W dwa lata potem po raz ostatni odwiedził siostrę Teresę ojciec. Cierpiał już wtedy na zaburzenia umysłowe, ale rozpoznał córkę i powiedział do niej na pożegnanie: “W niebie”. Przełożona poznała się na niezwykłych cnotach młodej siostry, skoro zaledwie w trzy lata po złożeniu ślubów wyznaczyła ją na mistrzynię nowicjuszek. Obowiązek ten Teresa spełniała do śmierci, to jest przez cztery lata.
    W zakonnym życiu zadziwiała jej dojrzałość duchowa. Starała się doskonale spełniać wszystkie, nawet najmniejsze obowiązki. Nazwała tę drogę do doskonałości “małą drogą dziecięctwa Bożego”. Widząc, że miłość Boga jest zapomniana, oddała się Bogu jako ofiara za zbawienie świata. Swoje przeżycia i cierpienia opisała w księdze Dzieje duszy.

    Święta Teresa z Lisieux

    Zanim zapadła na śmiertelną chorobę, Teresa była wyjątkowo surowo traktowana przez przełożoną, która uważała, że dziewczyna lekkomyślnie i niepoważnie zgłosiła się do Karmelu. Jej stały uśmiech brała za lekkie traktowanie swojej profesji. Także zakonnica, którą się s. Teresa opiekowała z racji jej wieku i kalectwa, nie umiała zdobyć się na słowo podzięki, ale często ją rugała i mnożyła swoje wymagania. Teresa cieszyła się z tych krzyży, bo widziała w nich piękny prezent, jaki może złożyć Bogu.
    Na rok przed śmiercią zaczęły pojawiać się u Teresy pierwsze objawy daleko już posuniętej gruźlicy: wysoka gorączka, osłabienie, zanik apetytu, a nawet krwotoki. Pierwszy krwotok zaalarmował klasztor w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek. Mimo to siostra Teresa spełniała nadal wszystkie zlecone jej obowiązki: mistrzyni, zakrystianki i opiekunki jednej ze starszych sióstr. Zima w roku 1896/1897 była wyjątkowo surowa, klasztor zaś był nie ogrzewany. Teresa przeżywała prawdziwe tortury. Nękał ją uciążliwy kaszel i duszność. Przełożona zlekceważyła jej stan. Nie oddano jej do infirmerii ani nie wezwano lekarza. Uczyniono to dopiero wtedy, kiedy stan był już beznadziejny. Jeszcze wówczas zastosowano wobec chorej drakońskie środki, takie jak stawianie baniek. Z poranionymi plecami i piersiami musiała iść do normalnych zajęć i pokut zakonnych, nawet do prania. Do infirmerii posłano ją dopiero w lipcu roku 1897, gdzie po kilkunastu tygodniach niezwykłych mąk 30 września 1897 roku zmarła, zapowiedziawszy: “Chcę, przebywając w niebie, czynić dobro na ziemi. Po śmierci spuszczę na nią deszcz róż”.

    Święta Teresa z Lisieux

    Pius XI beatyfikował ją w 1923 r., a już w dwa lata później – kanonizował. W 1927 r. ogłosił ją, obok św. Franciszka Ksawerego, główną patronką misji katolickich. W roku 1890 bowiem – a więc jeszcze za życia Teresy – klasztor w Sajgonie zamierzał otworzyć w Hanoi drugi klasztor karmelitanek na ziemiach wietnamskich. W tej sprawie zwrócono się do klasztoru macierzystego w Lisieux o pomoc. Siostry zamierzały wysłać pomoc także w personelu. Wśród pierwszych ochotniczek była także siostra Teresa od Dzieciątka Jezus. Ustalenia trwały jednak zbyt długo; Teresa zachorowała i zmarła.
    W roku 1944 Pius XII ustanowił św. Teresę drugą, obok św. Joanny d’Arc, patronką Francji. W 1997 r., w 100. rocznicę śmierci św. Teresy, papież św. Jan Paweł II ogłosił ją doktorem Kościoła – razem z Teresą z Avili i Katarzyną ze Sieny. Św. Teresa z Lisieux jest patronką zakonów: karmelitanek, teresek, terezjanek; archidiecezji łódzkiej.
    W ikonografii św. Teresa przedstawiana jest na podstawie autentycznych fotografii. Jej atrybutami są: Dziecię Jezus, księga, pęk róż, pióro pisarskie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Św. Teresa od Dzieciątka Jezus, apostołka Małej Drogi do świętości

    fot. Screenshot – Facebook (Jasna Góra)

    ***

    Św. Teresa od Dzieciątka Jezus,

    apostołka Małej Drogi do świętości

    W zakonnym życiu zadziwiała jej dojrzałość duchowa. Starała się doskonale spełniać wszystkie, nawet najmniejsze obowiązki. Nazwała tę drogę do doskonałości “małą drogą dziecięctwa Bożego”. Widząc, że miłość Boga jest zapomniana, oddała się Bogu jako ofiara za zbawienie świata. Swoje przeżycia i cierpienia opisała w księdze Dzieje duszy.

    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus, zwana także Małą Tereską (dla odróżnienia od św. Teresy z Avila, zwanej Wielką) albo Teresą z Lisieux, urodziła się w Alencon (Normandia) w nocy z 2 na 3 stycznia 1873 r. jako dziewiąte dziecko Ludwika i Zofii. Kiedy miała 4 lata, umarła jej matka. Wychowaniem dziewcząt zajął się ojciec. Teresa po śmierci matki obrała sobie za matkę Najświętszą Maryję Pannę. W tym samym roku (1877) ojciec przeniósł się z pięcioma swoimi córkami do Lisieux. W latach 1881-1886 Teresa przebywała u sióstr benedyktynek w Lisieux, które w swoim opactwie miały także szkołę z internatem dla dziewcząt.

    25 marca 1883 r. dziesięcioletnia Teresa zapadła na ciężką chorobę, która trwała do 13 maja. Jak sama wyznała, uzdrowiła ją cudownie Matka Boża. W roku 1884 Teresa przyjęła pierwszą Komunię świętą. Odtąd przy każdej Komunii świętej powtarzała z radością: “Już nie ja żyję, ale żyje we mnie Jezus”. W tym samym roku otrzymała sakrament bierzmowania.

    Przez ponad rok dręczyły ją poważne skrupuły. Jak sama wyznała, uleczenie z tej duchowej choroby zawdzięczała swoim trzem siostrom i bratu, którzy zmarli w latach niemowlęcych. W pamiętniku zapisała, że w czasie pasterki w noc Bożego Narodzenia przeżyła “całkowite nawrócenie”.

    Postanowiła zupełnie zapomnieć o sobie, a oddać się Jezusowi i sprawie zbawienia dusz. Zaczęła odczuwać gorycz i wstręt do przyjemności i ponęt ziemskich. Ogarnęła ją tęsknota za modlitwą, rozmową z Bogiem. Odtąd zaczęła się jej wielka droga ku świętości. Miała wtedy zaledwie 13 lat.
    Rok później skazano na śmierć głośnego bandytę, który był postrachem całej okolicy, Pranziniego. Teresa dowiedziała się z gazet, że zbrodniarz ani myśli pojednać się z Panem Bogiem. Postanowiła zdobyć jego duszę dla Jezusa. Zaczęła się serdecznie modlić o jego nawrócenie. Ofiarowała też w jego intencji specjalne pokuty i umartwienia. Wołała: “Jestem pewna, Boże, że przebaczysz temu biednemu człowiekowi (…). Oto mój pierwszy grzesznik. Dla mojej pociechy spraw, aby okazał jakiś znak skruchy”. Nadszedł czas egzekucji, lecz bandyta nawet wtedy odrzucił kapłana. A jednak ku zdziwieniu wszystkich, kiedy miał podstawić głowę pod gilotynę, nagle zwrócił się do kapłana, poprosił o krzyż i zaczął go całować. Na wiadomość o tym Teresa zawołała szczęśliwa: “To mój pierwszy syn!”

    Kiedy Teresa miała 15 lat, zapukała do bramy Karmelu, prosząc o przyjęcie. Przełożona jednak, widząc wątłą i bardzo młodą panienkę, nie przyjęła Teresy, obawiając się, że nie przetrzyma ona tak trudnych i surowych warunków życia. Teresa jednak nie dała za wygraną; udała się z prośbą o pomoc do miejscowego biskupa. Ten jednak zasłonił się prawem kościelnym, które nie zezwala w tak młodym wieku wstępować do zakonu. W tej sytuacji dziewczyna nakłoniła ojca, by pojechał z nią do Rzymu. Leon XIII obchodził właśnie złoty jubileusz swojego kapłaństwa (1887). Teresa upadła przed nim na kolana i zawołała: “Ojcze święty, pozwól, abym dla uczczenia Twego jubileuszu mogła wstąpić do Karmelu w piętnastym roku życia”. Papież nie chciał jednak uczynić wyjątku. Teresa chciała się wytłumaczyć, ale gwardia papieska usunęła ją siłą, by także inni mogli – zgodnie z ówczesnym zwyczajem – ucałować nogi papieża.

    Marzenie Teresy spełniło się dopiero po roku. Została przyjęta najpierw w charakterze postulantki, potem nowicjuszki. Zaraz przy wejściu do klasztoru uczyniła postanowienie: “Chcę być świętą”. W styczniu 1889 r. odbyły się jej obłóczyny i otrzymała imię: Teresa od Dzieciątka Jezus i od Świętego Oblicza. Jej drugim postanowieniem było: “Przybyłam tutaj, aby zbawiać dusze, a nade wszystko, by się modlić za kapłanów”. W roku 1890 złożyła uroczystą profesję. W dwa lata potem po raz ostatni odwiedził siostrę Teresę ojciec. Cierpiał już wtedy na zaburzenia umysłowe, ale rozpoznał córkę i powiedział do niej na pożegnanie: “W niebie”. Przełożona poznała się na niezwykłych cnotach młodej siostry, skoro zaledwie w trzy lata po złożeniu ślubów wyznaczyła ją na mistrzynię nowicjuszek. Obowiązek ten Teresa spełniała do śmierci, to jest przez cztery lata.

    W zakonnym życiu zadziwiała jej dojrzałość duchowa. Starała się doskonale spełniać wszystkie, nawet najmniejsze obowiązki. Nazwała tę drogę do doskonałości “małą drogą dziecięctwa Bożego”. Widząc, że miłość Boga jest zapomniana, oddała się Bogu jako ofiara za zbawienie świata. Swoje przeżycia i cierpienia opisała w księdze Dzieje duszy.

    Zanim zapadła na śmiertelną chorobę, Teresa była wyjątkowo surowo traktowana przez przełożoną, która uważała, że dziewczyna lekkomyślnie i niepoważnie zgłosiła się do Karmelu. Jej stały uśmiech brała za lekkie traktowanie swojej profesji. Także zakonnica, którą się s. Teresa opiekowała z racji jej wieku i kalectwa, nie umiała zdobyć się na słowo podzięki, ale często ją rugała i mnożyła swoje wymagania. Teresa cieszyła się z tych krzyży, bo widziała w nich piękny prezent, jaki może złożyć Bogu.
    Na rok przed śmiercią zaczęły pojawiać się u Teresy pierwsze objawy daleko już posuniętej gruźlicy: wysoka gorączka, osłabienie, zanik apetytu, a nawet krwotoki. Pierwszy krwotok zaalarmował klasztor w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek. Mimo to siostra Teresa spełniała nadal wszystkie zlecone jej obowiązki: mistrzyni, zakrystianki i opiekunki jednej ze starszych sióstr. Zima w roku 1896/1897 była wyjątkowo surowa, klasztor zaś był nie ogrzewany. Teresa przeżywała prawdziwe tortury. Nękał ją uciążliwy kaszel i duszność. Przełożona zlekceważyła jej stan. Nie oddano jej do infirmerii ani nie wezwano lekarza. Uczyniono to dopiero wtedy, kiedy stan był już beznadziejny. Jeszcze wówczas zastosowano wobec chorej drakońskie środki, takie jak stawianie baniek. Z poranionymi plecami i piersiami musiała iść do normalnych zajęć i pokut zakonnych, nawet do prania. Do infirmerii posłano ją dopiero w lipcu roku 1897, gdzie po kilkunastu tygodniach niezwykłych mąk 30 września 1897 roku zmarła, zapowiedziawszy: “Chcę, przebywając w niebie, czynić dobro na ziemi. Po śmierci spuszczę na nią deszcz róż”.

    Pius XI beatyfikował ją w 1923 r., a już w dwa lata później – kanonizował. W 1927 r. ogłosił ją, obok św. Franciszka Ksawerego, główną patronką misji katolickich. W roku 1890 bowiem – a więc jeszcze za życia Teresy – klasztor w Sajgonie zamierzał otworzyć w Hanoi drugi klasztor karmelitanek na ziemiach wietnamskich. W tej sprawie zwrócono się do klasztoru macierzystego w Lisieux o pomoc. Siostry zamierzały wysłać pomoc także w personelu. Wśród pierwszych ochotniczek była także siostra Teresa od Dzieciątka Jezus. Ustalenia trwały jednak zbyt długo; Teresa zachorowała i zmarła.
    W roku 1944 Pius XII ustanowił św. Teresę drugą, obok św. Joanny d’Arc, patronką Francji. W 1997 r., w 100. rocznicę śmierci św. Teresy, papież św. Jan Paweł II ogłosił ją doktorem Kościoła – razem z Teresą z Avili i Katarzyną ze Sieny. Św. Teresa z Lisieux jest patronką zakonów: karmelitanek, teresek, terezjanek; archidiecezji łódzkiej.

    brewiarz.pl

    _________________________________________________________________________________

    Święta od wielkich pragnień – św. Teresa od Dzieciątka Jezus

    Święta od wielkich pragnień – Teresa od Dzieciątka Jezus

    św. Teresa z Lisieux jako św. Joanna D’Arc w łańcuchach – Unknown author, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Zbyt młoda i chorowita … to był problem dla ludzi, ale nie dla Boga. Została najmłodszym Doktorem Kościoła, choć nigdy nie odbyła studiów teologicznych. Jest patronką misji, choć na nie nigdy nie pojechała. Chciała być świętą … i nią została. Mistrzyni życia duchowego – Teresa od Dzieciątka Jezus – święta, która żyła wielkimi pragnieniami. Kościół wspomina ją 1 października.

    Przełożona Karmelu widząc wątłą piętnastolatkę, nie uwierzyła, że ta podoła trudom surowego zakonnego życia. Kiedy dziewczyna prosiła biskupa o zgodę na wejście od zakonnej wspólnoty, ten odwołał się do obowiązującego prawa – była zbyt młoda. Kiedy próbowała uzyskać zgodę papieża – również się nie udało. Musiała czekać, ale kiedy wreszcie przekroczyła bramę klasztoru zadecydowała – „chcę być świętą…” i została, bo jak czuła „dobry Bóg nie dawałby mi pragnień nierealnych, więc, pomimo że jestem tak małą, mogę dążyć do świętości. Niepodobna mi się stać wielką, powinnam znosić siebie taką jaką jestem… Chcę znaleźć sposób dostania się do nieba, jakąś małą, bardzo prostą i bardzo krótką drogą…” Mała… ten przymiotnik pojawił się w poprzednim zdaniu kilka razy i ta, którą Kościół wspomina w liturgii 1 października – jest również nim określana – święta Teresa od Dzieciątka Jezus, Teresa z Lisieux – Mała Tereska – najmłodszy Doktor Kościoła.

    Święta, która choć nie odbyła regularnych studiów teologicznych, została w swoim krótkim, naznaczonym chorobą i ogromnym cierpieniem życiu obdarowana dojrzałością, głębią i wielkim bogactwem życia duchowego. Jest jego wielką mistrzynią – choć sama nazywała tę drogę – „małą drogą dziecięctwa Bożego”.

    Kim była ta, która jest współpatronką Francji, patronką karmelitanek, teresek i terezjanek, a także wraz ze św. Franciszkiem Ksawerym SJ główną patronką misji katolickich, choć ostatecznie, mimo pragnienia, nigdy na nie nie wyjechała?

    Teresa Martin pochodziła z Normandii. Urodziła się w styczniu 1873 roku w Alençon. Była dziewiątym dzieckiem Ludwika i Zofii (rodzice Teresy są pierwszym świętym małżeństwem – kanonizowani zostali 18 października 2015 roku).

    Św. Teresa z Lisieux - Unknown photographer, Public domain, via Wikimedia Commons

    św. Teresa z Lisieux – Unknown photographer, P.d., via Wiki. Comm.

    ***

    Po śmierci żony ojciec z pięcioma córkami (czworo rodzeństwa zmarło) zamieszkał w Lisieux. Tam dziewczynka przebywała u sióstr benedyktynek, które prowadziły szkołę z internatem.  Dzieciństwo, to też czas, kiedy kilkuletnia Teresa przyjęła Maryję za swoją matkę, kiedy tej ziemskiej zabrakło. I jak twierdziła to Ona uzdrowiła ją z ciężkiej choroby, kiedy miała dziesięć lat.

    Od 1884 roku, od kiedy zaczęła przystępować do Komunii świętej towarzyszyły jej słowa „To nie ja żyję, ale żyje we mnie Jezus”. Jednakże czas „pełnego nawrócenia” miał dopiero nadejść. Trzynastoletnia dziewczynka w sposób szczególny doświadczyła nocy Bożego Narodzenia.  To w tym czasie podjęła decyzję, aby podarować swe życie Jezusowi i też wtedy wyruszyła swoją „małą drogą” – zaczęła „iść krokiem olbrzyma po drodze do doskonałości”. A jeśli na tej drodze spotykała „pogubione dusze” modlitwą, umartwieniem i cierpieniem walczyła o ich nawrócenie.

    “Przybyłam tu, aby zbawiać dusze, a nade wszystko by się modlić za kapłanów. Widziałam, że chociaż ich wzniosła godność wynosi ich ponad aniołów, to jednak pozostają ludźmi słabymi i ułomnymi

    Na wejście do Karmelu musiała poczekać do kwietnia 1888. W styczniu 1889 roku odbyły się obłóczyny – Teresa Martin została Teresą od Dzieciątka Jezus i od Świętego Oblicza. Jej uroczysta profesja miała miejsce w 1890 roku, a po zaledwie trzech latach została mistrzynią nowicjatu. Zadanie to wypełniała do śmierci, czyli przez kolejne cztery.

    Życie w Karmelu było jej pragnieniem. Przyjmowała jego trudy zgodnie z tym co nosiła w sercu – „trzeba sprawiać wrażenie, że się tego nie widzi”. Teresa znosiła klasztorny chłód, surowe traktowanie, ciężko chora – nękana gorączką, gruźliczymi krwotokami, atakami kaszlu, źle leczona, z krwawiącym ranami na plecach i piersiach, dźwigała swoją codzienność. Szła też przez duchową noc, szła swoją „małą drogą”. Podążała z miłością – od Wcielenia po Krzyż. Zmarła po wielotygodniowym cierpieniu 30 września 1897 roku. „Boże mój, kocham Cię” – tak brzmiały jej ostatnie słowa. Teresa od Dzieciątka Jezus została beatyfikowana w 1923 roku, a kanonizowana już dwa lata później.

    „Ach, pomimo swojej małości chciałabym oświecać dusze jak Prorocy, jak Doktorzy; mam powołanie, by być Apostołem…”

    Dziełem, które może poprowadzić nas jej drogą są „Dzieje duszy”. To złożony z kilku części zapis pokazujący kolejne etapy życia duchowego wielkiej świętej – od dzieciństwa do ostatnich miesięcy przed śmiercią. Poza tym pozostały po niej wiersze, kompozycje poetyckie i teatralne oraz modlitwy. Zachowały się także zapisy jej wypowiedzi z ostatnich dni życia.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Realizm duchowy św. Teresy od Dzieciątka Jezus

     

     pl.wikipedia.org

    ***

    Wielką zasługą św. Teresy jest powrót do ewangelicznego rozumienia miłości do Boga. Niewłaściwe rozumienie świętości popycha nas w stronę dwóch pokus. Pierwsza – sprowadza się do tego, iż kojarzymy świętość z nadzwyczajnymi przeżyciami. Druga – polega na tym, że pragniemy naśladować jakiegoś świętego, zapominając o tym, kim sami jesteśmy. Można do tego dołączyć jeszcze jedną pokusę – czekanie na szczególną okazję do kochania Boga. Ulegając tym pokusom, często usprawiedliwiamy swój brak dążenia do świętości szczególnie trudnymi okolicznościami, w których przyszło nam żyć, lub zbyt wielkimi – w naszym rozumieniu – normami, jakie należałoby spełnić, sądząc, iż świętość jest czymś innym aniżeli nauką wyrażoną w Ewangelii.
    Teresa nie znajdowała w sobie dość siły, aby iść drogą wielkich pokutników czy też drogą świętych pełniących wielkie czyny. Teresa odkrywa własną, w pełni ewangeliczną drogę do świętości. Jej pierwsze odkrycie dotyczy czasu: nie powinniśmy odsuwać naszego kochania Boga na jakąś nawet najbliższą przyszłość. Któraś z sióstr w klasztorze w Lisieux „oszczędzała” siły na męczeństwo, które notabene nigdy się nie spełniło. Dla Teresy moment kochania Boga jest tylko teraz. Ona nie zastanawia się nad przyszłością, gdyż może się czasami wydawać zbyt odległa lub zbyt trudna. Teraz jest jej ofiarowane i tylko w tym momencie ma możliwość kochania Boga. Przyszłość może nie nadejść. „Dobry Bóg chce, bym zdała się na Niego jak maleńkie dziecko, które martwi się o to, co z nim będzie jutro”. Czasami myśl o wielu podobnych zmaganiach w przyszłości nie pozwala nam teraz dać całego siebie. Zatem właśnie chwila obecna i tylko ta chwila się liczy. Łaska ofiarowania czegoś Bogu lub przezwyciężenia jakiejś pokusy jest mi dana teraz, na tę chwilę. W chwili wielkiego duchowego cierpienia Teresa pisze: „Cierpię tylko chwilę. Jedynie myśląc o przeszłości i o przyszłości, dochodzi się do zniechęcenia i rozpaczy”. Rozważanie, czy w przyszłości podołam podobnym wyzwaniom, jest brakiem zdania się na Boga, który mnie teraz wspomaga. „By kochać Cię, Panie, tę chwilę mam tylko, ten dzień dzisiejszy jedynie” – pisze Teresa. Jest to pierwsza cecha realizmu jej ducha – realizmu ewangelicznego, gdyż Chrystus mówi nieustannie o gotowości i czuwaniu. Ten, kto zaniedbuje teraźniejszość, nie czuwa, bo nie jest gotowy. Wkłada natomiast energię w marzenia, a nie w to, co teraz jest możliwe do spełnienia. Chrystus przychodzi z miłością teraz. To skoncentrowanie się na teraźniejszości pozwala Teresie dostrzec wszystkie możliwe okazje do kochania oraz wykorzystać je. Do tego jednak potrzebne jest spojrzenie nacechowane wiarą, iż ten moment jest darowany mi przez Boga, aby Go teraz, w tej sytuacji kochać. Nawet gdy sytuacja obecna jawi się w bardzo ciemnych barwach, Teresa nie traci nadziei. „Słowa Hioba: Nawet gdybyś mnie zabił, będę ufał Tobie, zachwycały mnie od dzieciństwa. Trzeba mi jednak było wiele czasu, aby dojść do takiego stopnia zawierzenia. Teraz do niego doszłam” – napisze dopiero pod koniec życia.
    Teresa poznaje, że wielkość czynu nie zależy od tego, co robimy, ale zależy od tego, ile w nim kochamy. „Nie mając wprawy w praktykowaniu wielkich cnót, przykładałam się w sposób szczególny do tych małych; lubiłam więc składać płaszcze pozostawione przez siostry i oddawać im przeróżne małe usługi, na jakie mnie było stać”. Jeśli spojrzeć na komentarz Chrystusa odnośnie do tych, którzy wrzucali pieniądze do skarbony w świątyni, to właśnie w tym kontekście możemy uchwycić zamysł Teresy. Nie jest ważne, ile wrzucimy do tej skarbony, bo uczynek na zewnątrz może wydawać się wielki, ale cała wartość uczynku zależy od tego, ile on nas kosztuje. Zatem należy przełamywać swoją wolę, gdyż to jest największą ofiarą. Przezwyciężając miłość własną, w całości oddajemy się Bogu.
    Były chwile, gdy Teresa chciała ofiarować Bogu jakieś fizyczne umartwienia. Taki rodzaj praktyk był w czasach Teresy dość powszechny. Jednak szybko się przekonała, że nie pozwala jej na to zdrowie. Było to dla niej bardzo ważne odkrycie, gdyż utwierdziło ją w przekonaniu, że nie trzeba wiele, aby się Bogu podobać. „Dane mi było również umiłowanie pokuty; nic jednak nie było mi dozwolone, by je zaspokoić. Jedyne umartwienia, na jakie się zgadzano, polegały na umartwianiu mojej miłości własnej, co zresztą było dla mnie bardziej pożyteczne niż umartwienia cielesne”. Teresa nie wymyślała sobie jakichś ofiar. Jej zadaniem było wykorzystanie tego, co życie jej przyniosło.
    Umiejętność docenienia chwili, odkrycia, że wszystko jest do ofiarowania – tego uczy nas Teresa. My sami albo narzekamy na trudny los i marnujemy okazję do ofiarowania czegoś trudnego Bogu, albo czynimy coś zewnętrznie dobrego, ale tylko z wygody, aby się komuś nie narazić lub dla uniknięcia wyrzutów sumienia. Intencja – to jest cały klucz Teresy do świętości. Jak wyznaje, w swoim życiu niczego Chrystusowi nie odmówiła, tzn. że widziała wszystkie okazje do czynienia dobra jako momenty wyznawania swojej miłości.
    Inną cechą, która przybliża ją do nas, jest naturalność jej modlitwy. Teresa od Dzieciątka Jezus, która jest córką duchową św. Teresy od Jezusa, jest jej przeciwieństwem odnośnie do szczególnych łask na modlitwie. Złożyła nawet z tych łask ofiarę, bo czuła, że w nich można szukać siebie. Jej życie modlitwy było często bardzo marne, gdyż zdarzało się jej zasypiać na modlitwie. Po przyjęciu Komunii św. zamiast rozmawiać z Bogiem, spała. Nie dlatego, że chciała, ale dlatego, że nie potrafiła inaczej. Ważny jest fakt, iż nie martwiła się za bardzo swoją nieumiejętnością modlenia się. Wierzyła, że i z takiej modlitwy Chrystus jest zadowolony, gdyż ona nie może Mu ofiarować nic więcej poza swoją słabością.
    Aby się przekonać, jak daleko lub jak blisko jesteśmy przyjmowania Ewangelii w całej jej głębi, zastanówmy się, jak podchodzimy do niechcianych prac, mniej wartościowych funkcji, momentów, gdy nie jesteśmy doceniani, a nawet oskarżani. Czy widzimy w tym okazję, aby to wszystko ofiarować Chrystusowi, czy też walczymy o to, aby postawić na swoim lub zwyczajnie zachować twarz? Jak postępujemy wobec osób, które są dla nas przykre? Czy je obgadujemy, czy też widzimy w tym okazję, aby im pomóc w drodze do Boga? Teresa powie, gdy nie może już przyjmować Komunii św. ze względu na zaawansowaną chorobę, że wszystko jest łaską. Czy każda trudna sytuacja, trudny człowiek jest dla mnie łaską?

    o. Sergiusz Niziński OCD/Tygodnik Niedziela

     _____________________________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________