Month: August 2022

  • XXII Niedziela Zwykła – ROK C

    Szata pokory

    Sułtan Mahomet IV wypowiadając wojnę cesarzowi Leopoldowi i królowi Janowi Sobieskiemu przesłał list, w którym napisał takie słowa: „Z łaski Boga rządzącego w niebie, my Mola Mahomet, sławny i wszechmocny cesarz Babilonii i Judei, Wschodu i Zachodu, król wszystkich królów ziemskich i niebieskich, sułtan świętej Arabii i Mauretanii, urodzony i sławny król jerozolimski, władca i pan Grobu Krzyżowanego Boga niewiernych – tobie cesarzu Wiednia i tobie królu Polski daję święte słowo i waszym stronnikom, że zamierzam rozpętać wojnę w twoim kraju małym i poprowadzimy z sobą 13 królów z 1300000 wojownikami konno i pieszo. Tym wojskiem twój kraik stratujemy żelaznymi hufcami bez litości i miłosierdzia, ogniem i mieczem zniszczymy, w sposób, o którym ty i twoi stronnicy nie możecie mieć wyobrażenia. Przede wszystkim rozkazujemy ci, abyś nas oczekiwał w swojej stolicy w Wiedniu, abyśmy mogli ci ściąć głowę. Także i ty króliku polski uczyń to samo”…

    Można po dziś dzień oglądać ten dokument w wiedeńskim archiwum i uświadomić sobie jak śmieszny a zarazem bardzo niebezpieczny może być człowiek nadęty pychą. A tymczasem ludzka droga jednakowo kończy się dla każdego. Jest nią brama, przez którą każdy przejść musi.

    Kiedy zmarła ostatnia cesarzowa Austrii Zita w wieku lat 97 pogrzeb jej odbywał się według następującego ceremoniału. Kondukt pogrzebowy dotarł do klasztoru ojców kapucynów w Wiedniu i wtedy mistrz ceremonii zapukał do bramy grobowca Habsburgów. Strażnik stojący po drugiej stronie zapytał:

    – Kto prosi o wpuszczenie do środka?

    – Zita, cesarzowa Austrii, ukoronowana królowa Węgier, królowa Dalmacji, Kroacji… Jerozolimy; arcyksiężna Taskany i Krakowa; księżna Lotaryngii… Salzburga; wielka księżna Siedmiogóry; księżna Dolnego i Górnego Śląska; hrabina Habsburga i Tyrolu; księżniczka Portugalii”…W sumie mistrz ceremonii wyliczył aż 54 tytułów.

    – Nie znam – odpowiedział strażnik.

    Prowadzący kondukt zapukał trzykrotnie do bramy i usłyszał znowu ten sam głos i to samo pytanie:

    – Kto prosi o wpuszczenie do środka?

    – Zita, Wasza Wysokość, cesarzowa i królowa!

    – Nie znamy jej!

    Nastąpiło kolejne trzykrotne pukanie i po raz trzeci to samo pytanie strażnika:

    – Kto prosi o wpuszczenie?

    Dopiero wtedy mistrz ceremonii odpowiedział:

    – Zita, śmiertelny i grzeszny człowiek.

    I brama natychmiast otworzyła się na oścież i równocześnie strażnik wypowiedział słowa:

    – Wejdźcie do środka.

    Ale to nie tylko wielcy tego świata otaczają swoje nazwisko przeróżnymi ozdobnikami, tracąc przy tym często właściwe proporcje. Pycha umie się ubrać również i w przymilne szaty obezwładniając swoją mocą nawet tych, którym dane jest być blisko Bożych spraw. Trafnie postawił swego czasu pytanie ks. prof. Włodzimierz Sedlak: Kto powiedział, że pycha nie lubi się modlić? Bardzo lubi – byleby ubrać się jeszcze przy tym w złotą kapę, w pięknym kościele wypełnionym po brzegi. No bo czy jest w tym coś złego, że ja pokażę się dla chwały Bożej?

    Słyszałem taką historię o rabinie, kantorze oraz stróżu synagogi, którzy przygotowywali się do nadchodzącego Dnia Pokuty. Rabin bił się w piersi i mówił:

    – Jestem niczym, jestem niczym.

    Kantor bił się w piersi i mówił:

    – Jestem niczym, jestem niczym.

    Stróż także bił się w piersi i mówił:

    – Jestem niczym, jestem niczym.

    Poczym rabin do kantora ze zdziwieniem taki zrobił komentarz:

    – Spójrz tylko, kto śmie mówić, że jest niczym!

    Liturgia ostatniej sierpniowej niedzieli dotyka bardzo czułego punktu, który w ludzkiej naturze głęboko jest osadzony. Jezus na przyjęciu, które urządził przywódca faryzeuszów, nie mówi o przepisach savoir-vivre’u jak należy zachować się przy stole. Chodzi o daleko głębszą i o niezmiernie ważną prawdę. Hans Urs von Balthasar tłumaczy w ten sposób co to znaczy „zajmowanie ostatniego miejsca”: „Można powiedzieć, że Ewangelia traktuje o pokorze. Z tym, że pokorę trudno jest zdefiniować jako cnotę. Na dobrą sprawę nie można dążyć do jej osiągnięcia, bo wtedy chce się czymś być; nie można się w niej ćwiczyć, gdyż wtedy chcemy coś osiągnąć. Nikt, kto tę cnotę posiadł, nie może o tym wiedzieć, stwierdzić jej u siebie. Tak więc istotę pokory można ująć tylko poprzez negację: człowiek nie powinien pragnąć niczego dla siebie. I wtedy już sam, nie myśląc o tym, nie usiądzie na zaszczytnym miejscu, gdzie go wszyscy widzą, zwracają na niego uwagę, doceniają. Podobnie, gdy zaprasza na przyjęcie, nie powinien z premedytacją dobierać sobie takich gości, którzy mu się odwdzięczą zaproszeniem. Człowiek pokorny, gdy siada na ostatnim miejscu, to nie po to, by podziwiano jego pokorę, a gdy zostanie poproszony, by przesiadł się wyżej, to cieszy się nie ze względu na zaszczyt, lecz z powodu okazanej mu życzliwości. Człowiek taki w ogóle siebie nie ocenia, gdyż nie interesuje go wcale pozycja, jaką zajmuje wśród ludzi. A gdy Pan powie mu, że za swą postawę otrzyma odpłatę „przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych”, człowiek pokorny pojmie to po prostu w ten sposób, że będzie u Boga. Albowiem tylko ta jedna myśl zaprząta jego serce: że Bóg stoi tak nieskończenie wyżej od niego – pod względem dobroci, potęgi, majestatu.”

    Od razu na myśl przychodzą słowa napisane przez Adama Mickiewicza: „Panie, czymże ja jestem przed Twoim obliczem? Prochem i niczem; Ale gdybym Tobie moją nicość wyspowiadał, Ja, proch, będę z Panem gadał”.

    Łacińskie słowo „humilitas” – znaczy pokora. Pochodzi ono od „humus” – czyli ziemia. Bo człowiek jest uczyniony Bożymi rękoma z mułu ziemi. I żyje na tej ziemi razem z innymi.

    O. Jacek Salij porównuje ludzką społeczność do rośliny: „Cała roślina mobilizuje się do tego, żeby zakwitnąć i pachnieć i wydawać owoce. A przecież nawet korzonki spełniają w roślinie rolę niezastąpioną i bez nich roślina by zwiędła. My cieszymy się z tego, że możemy czynić dobro zarówno wtedy, kiedy przypadła nam rola korzonków, jak wtedy, kiedy znaleźliśmy się na pierwszym miejscu.” Bo jak pisze św. Paweł: „Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch; różne też są rodzaje posługiwania, ale jeden Pan; różne są wreszcie działania, lecz ten sam Bóg, sprawca wszystkiego we wszystkich.”

    ks.Marian Łękawa SAC

  • XXI Niedziela Zwykła – ROK C

    Ciasne drzwi

    Ksiądz Jerzy Mirewicz, znany jezuita, szczególnie tu na Wyspach Brytyjskich, od kilknastu lat –  już świętej pamięci, w jednej ze swoich książek napisał między innymi takie słowa: „Chrześcijanie ujmują swoje życie jako podróż do wiecznej ojczyzny, jako pielgrzymowanie do nieba, do domu. Jest to dom Ojca. Jezus Chrystus jest tego domu Panem. Wszyscy ludzie, dopóki żyją na ziemi, mogą osiągnąć ten cel wyznaczony nam przez Trójcę Przenajświętszą, jeżeli idą – mówiąc językiem Ewangelii – wąską drogą i usiłują wejść do królestwa Bożego ciasnymi drzwiami. Czy zaraz na początku homilii nie przelękliście się tej wąskiej drogi i ciasnych drzwi? Czy przypadkiem nie sądzicie, jak niektórzy, że należy tak przekazywać naszym czasom katolicki dogmat i etykę, „żeby katolicyzm był łatwiejszy do przyjęcia i przyjemniejszy do przeżycia”.

    Rzeczywiście bardzo często powtarzana jest opinia przez sporą liczbę chrześcijan, że w Kościele musi coś się zmienić. Pytanie, które w dzisiejszej Ewangelii postawił Chrystusowi człowiek nieznany z imienia: „Czy tylko nieliczni będą zbawieni?” – jest pytaniem bardzo wielu ludzi. Ale czy prawdziwa intencja tak zadanego pytania nie jest głęboko ukryta gdzieś za fasadą rzekomej troski o Kościół, o którym mówi się z zatroskaniem: No bo przecież przybędzie wiernych. Konfesjonały częściej będą słyszały dyskretne stuknięcia, ponieważ uklękną przy kratkach ci, którzy dotychczas nie mogli, albo nie zgadzali się z nauką Kościoła uważając, że już jest najwyższy czas, aby zrzucić maskę zacofania i stanąć wreszcie w szeregu nowoczesnych instytucji. A faktycznie, tak naprawdę chodzi przede wszystkim – jakby powiedział ksiądz  profesor Włodzimierz Sedlak – o pewien rabat etyczny, pewien luz moralny, coś w rodzaju amnestii duchowej. Po prostu chodzi o ulgę natury ewangelicznej.

    Swego czasu zapytano Ojca Świętego Jana Pawła II: „Czy nie stawia za dużych wymagań członkom Kościoła?” Wtedy on odpowiedział: „Też sobie stawiam takie pytanie. Ale jeżeli chce się być wiernym Jezusowi i Jego Ewangelii nie można nie wymagać od siebie”.

    Kiedy Matkę Teresę jeden z dziennikarzy zapytał co jej zdaniem należałoby zmienić w Kościele, ona odpowiedziała krótko i zdecydowanie: „Ciebie i mnie, drogi panie!”

    Wspomniany już ksiądz profesor Sedlak bardzo trafnie ujął rozumowanie takich katolików nazywając je nawet słusznym – tylko idąc konsekwentnie za taką logiką „należałoby znieść w blokach górne piętra, ponieważ ludzie słabi, niedołężni, kalecy nie są w stanie tam dojść. W ramach umasowienia turystyki należałoby trotylem wysadzić szczyt Giewontu, żeby inwalidzi, sercowi, paralitycy też mieli ambicję zdobyć szczyt. W imię tej samej logiki należałoby obniżyć poziom szkoły, ażeby ułomni na umyśle też mieli pretensje pretendować do pierwszego ucznia. Tylko logika słuszna w obrębie chrześcijańskich zasad przetransponowana na życie codzienne stwarza szereg paradoksów niemożliwych do przyjęcia, paradoksów, które w imię codziennej, normalnej logiki nie uznaje nikt zupełnie. W sporcie, w turystyce, w nauce stawia się ciągle coraz większe wymagania. Od Kościoła katolickiego żąda się, przynajmniej w swoich nadziejach, żeby poprzez wysoko postawioną poprzeczkę przez Chrystusa przed XX wiekami, dzisiaj ze względu na cherlactwo duchowe człowieka obniżyć tę poprzeczkę, żeby on również mógł być olimpijczykiem etycznym i miał prawo do nazywania się świętym w dzisiejszych kategoriach wymiaru”.

    Odpowiedź Jezusa: „Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi” – nie jest odpowiedzią jakiej spodziewał się człowiek, który postawił swoje pytanie. Przechodzenie przez ciasne drzwi i wspinanie się niewygodną drogą mówi o trudzie, o wysiłku, a nie o wygodnym sposobie życia. „Nie wiecie czyjego ducha jesteście” – powiedział Chrystus Pan do nie pojmujących Jego nauki. Dziś, po tylu wiekach, mówi te same słowa jeszcze z większym naciskiem, bo ci, którzy powinni widzieć – wciąż nie widzą właściwego sensu chrześcijaństwa. Dlatego pytają czy Kościół nie zmodyfikuje swoich surowych reguł, w których nie ma żadnej tolerancji dla ludzkich uczuć? Nie mogą zrozumieć, jak można nakazać trwać w bólu niedobranej parze małżeńskiej. Jeżeli kogoś znienawidziło się – czy można go zmusić na siłę do kochania? Kościół chyba nie rozumie, że instynkt płciowy jest naturalnym instynktem człowieka. To są pytania, które wystarczą, aby Chrystusa i Jego Kościół głoszący Ewangelię dzisiejszemu światu całkowicie zdyskredytować.

    A tymczasem nie widzi się i nie chce się widzieć, że to nie Chrystus uważa, iż można wziąć ludzkie serce jak łodygę i nagiąć do świata, przywiązać palikiem i ono krzywo urośnie. Chrystus nie przemoc proponuje, ale jeżeli ludzkie serce wybiera drugie serce – to żeby było za nie odpowiedzialne. Chodzi więc o pewną mądrość, dojrzałość, która potrafi zobaczyć przede wszystkim człowieka a nie tylko jego cielesność. Chodzi więc o rozwagę, o mądrość, o siłę wewnętrzną. Tu dopiero nabierają wyrazistości Jezusowe słowa: „Jarzmo moje jest słodkie, a brzemię lekkie”. Tu dopiero człowiek naprawdę odkrywa, że Pan Jezus nie pozostawia go samego tylko z wymaganiami. Gdyby tak było – byłby Bogiem okrutnym. Ale On przecież samego siebie daje i stale towarzyszy na człowieczej drodze ze swoim nieskończonym miłosierdziem. Byleby tylko człowiek zechciał usiłować przechodzić przez ciasną bramę. Ta ciasna brama oznacza ciągłe zrzucanie ze swojego serca pychy, bo to ona uniemożliwia przechodzenie. Jezusowa brama oznacza godzenie się ze swoją małością i niewystarczalnością, a tym samym uznanie całkowitej swojej zależności od Boga. Moje zaufanie jest nie we mnie, ale tylko i wyłącznie w Bogu jest i w Jego łasce.

    Owe ciasne drzwi, o których jest mowa w dzisiejszej Ewangelii, są nie tylko obrazem ludzkiego wysiłku. Drzwiami do Bożego królestwa jest sam Chrystus Pan. On sam tak siebie nazwał: „Ja jestem bramą. Jeśli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony”. Pan Jezus cichy i pokorny, kochający aż do śmierci na krzyżu jest więc tą ciasną bramą, przez którą przechodząc mam się upodobniać do Niego. Wciąż, każdego dnia, każdej chwili.

    O świętym Izydorze z Sewilli opowiadają, że miał duże trudności z nauką, do której zresztą zbytnio się nie przykładał. Pewnego dnia usiadł obok małego źródełka. Patrzył na wydrążenia w skale, które wyżłobiła woda, kapiąc kropla po kropli przez długie lata. Widok ten sprawił, że odtąd odmienił zupełnie styl swojego życia. Wrócił do domu i zaczął systematycznie wymagać od siebie coraz więcej, tak, że nie tylko nie było już kłopotu z nauką, ale z czasem stał się jednym z największych uczonych swojej epoki. Dla niego te zwykłe krople wody stały się zbawienne. To one sprawiły, że stał się cenionym historykiem Hiszpanii. Co więcej – jest doktorem Kościoła i przez ten Kościół jest czczony jako święty.

    ks.Marian Łękawa SAC

  • XX Niedziela Zwykła – Rok C

    Boży ogień

    Po wysłuchaniu dzisiejszego Bożego Słowa wielu z nas może być zaskoczonych. Bo co to znaczy: „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął!” O jakim ogniu mówi Pan Jezus? W Piśmie Świętym ogień bardzo często oznacza Boże działanie – na przykład Pan Bóg objawia się Mojżeszowi w krzewie ognistym, który płonął, ale się nie spalał. Albo w czasie narodzin Kościoła w dniu Pięćdziesiątnicy, Duch Święty w postaci ognistych języków spoczął na głowach apostołów zgromadzonych w wieczerniku. Ogień w Starym Testamencie zapoczątkował uwolnienie narodu wybranego z niewoli egipskiej. Zaś w dzień Zesłania Ducha Świętego Boży ogień dał życie, dał moc i rozgrzał  Bożą miłością. Bóg więc chce być dla nas już nie tylko – jak w czasach Mojżesza –naszym Obrońcą i Wyzwolicielem, ale pragnie dawać nam samego siebie. „Jakże bardzo pragnę, żeby ten ogień już zapłonął” – te słowa wyrażają bardzo gorące pragnienie Pana Jezusa, żebyśmy wszyscy, każdy z nas, otworzyli się na ten święty ogień Bożej Miłości, którym jest sam Duch Święty. Dlatego Kościół nieustannie modli się i to z wielką żarliwością: „Przyjdź Duchu Święty i rozpal w nas ogień Twojej miłości”. 

    Ale ogień Bożej miłości oznacza również oczyszczenie, co zawsze połączone jest z trudem, z cierpieniem i przede wszystkim z wyborem Bożej woli, która niestety krzyżuje się i to bardzo często z  naszą ludzką wolą. To znaczy, że pojęcie pokoju może być różne. Jest pokój według Bożego objawienia, który aniołowie zwiastują pasterzom w noc Bożego Narodzenia, śpiewając: „Chwała na wysokościach Bogu, a na ziemi pokój ludziom Bożego upodobania”. Wtedy nie było miejsca w żadnej ludzkiej gospodzie na Boże narodziny – wręcz przeciwnie,  te narodziny spowodowały rzeź niewiniątek, ucieczkę świętej Rodziny do obcego kraju. Dlaczego – bo byli tacy, którzy chcieli mieć “święty spokój” – jak król Herod i cała Jerozolima. Mieli swoje wyobrażenie świata, w której to przestrzeni żyli całkowicie zamknięci na Boży świat. Tymczasem Pan Jezus mówi wyraźnie: “Pokój mój daję wam, nie taki jaki daje świat”. A więc przyniósł pokój, który powoduje na tym świecie rozłam.

    Boży pokój nie ma nic wspólnego ze złem, jeżeli jest osiągany kosztem słabszego albo za cenę kłamstwa i oszustwa. Jeżeli pragniemy być ludźmi Jezusowego pokoju, na taki fałszywy pokój nie wolno nam się godzić. Podczas swojej męki Pan Jezus dał nam najwyższy przykład niezgody na pokój fałszywy. W czasie procesu, na  pytanie Annasza, czy jest Synem Bożym, albo na pytanie Piłata, czy jest Królem żydowskim, dał świadectwo prawdzie. Symeon przepowiedział podczas ofiarowania w świątyni jerozolimskiej, że to maleńkie 40 dniowe Dziecko będzie znakiem sprzeciwu. 

    Zaraz po tym pierwszym zdaniu Pana Jezusa z dzisiejszej Ewangelii następuje kolejne – również bardzo trudne do przyjęcia. „Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie”. Chrystus chrztem nazywa swoją świętą mękę, a więc swoje biczowanie, cierniem ukoronowanie i przybicie do krzyża. Cała droga krzyżowa – to jest ten straszliwie gorzki kielich,  który Pan Jezus wypił do samego końca, na krzyżu został ochrzczony we własnej krwi, bo „umiłowawszy swoich, do końca ich umiłował”.

    Skoro Panu Bogu aż tak bardzo zależy na każdym z nas, bo tylko On wie co dla nas jest najważniejsze, co nas jedynie naprawdę może uszczęśliwić – to jak nie wyrazić zgody na przyjęcie tego Bożego pokoju. Ten prawdziwy, Boży pokój jest nie da pogodzenia z pokojem fałszywym, takim, który zupełnie ignoruje Boże przykazania. Często stajemy przed takim wyborem, że trzeba wejść w niezgodę nawet z własnym ojcem, matką, z rodzonym dzieckiem, czy z kimkolwiek ze swoich bliskich, aniżeli szukać porozumienia wbrew Bożym przykazaniom. 

    Ojciec Jacek Salij bardzo konkretnie pokazuje w jaki sposób ma zachować się człowiek, który  idzie za Jezusem: “Jeżeli własny twój ojciec lub matka usiłują rozbić twoje małżeństwo i nie chcą pamiętać o tym, że przecież ze swoją żoną czy mężem jesteście złączeni sakramentem i przysięgaliście sobie w obliczu Boga i aniołów – przypomnij sobie wtedy słowo Chrystusa Pana z dzisiejszej Ewangelii, że nieraz trzeba, ażeby syn stanął przeciwko ojcu, a synowa przeciw teściowej. Ale też z drugiej strony – jeżeli twój syn porzucił swoją żonę i wiąże się z inną kobietą, nie udawaj, że nie dzieje się nic złego.

    Niedobra to zgoda, którą osiągamy za cenę deptania Bożych przykazań. Toteż jeżeli rodzony ojciec namawia ciebie do bardzo korzystnych, ale niegodziwych decyzji ekonomicznych, nie słuchaj go i nie bój się zaryzykować tego, że rozgniewa się na ciebie. Nie lękaj się też odmówić złożenia w sądzie fałszywego świadectwa, nawet jeżeli ciebie o to prosi ktoś bardzo tobie bliski. 

    Jeżeli twoja córka lub siostra zaczyna myśleć o aborcji, ty podaj jej rękę i zrób wszystko, żeby dodać jej otuchy. A jeśli to ty jesteś kuszona do aborcji, może nawet przez rodzoną matkę – wiedz swoje i przypomnij sobie, że przykazanie „Nie zabijaj” znaczy również: Nie zabijaj własnego dziecka. Właśnie w odniesieniu do takich sytuacji Pan Jezus mówi nam dzisiaj: „Nie przyniosłem wam pokoju, ale rozłam”.

    Żeby w mojej rodzinie płonął ogień Bożej miłości, muszę wiedzieć, że miłość wymaga ofiary, wymaga poświęcenia. Miłość, która za wszelką cenę chce uciec od krzyża – nie jest miłością prawdziwą.

    Święty Jan Paweł II przekonywał nas, przemawiając w Nowym Sączu, “…żebyśmy nie bali się takiego krzyża, którego dźwiganie służy dobru małżeństwa i rodziny. W żadnych okolicznościach wartość małżeństwa, tego nierozerwalnego związku miłości dwojga osób, nie może być podawana w wątpliwość.  Jakiekolwiek rodziłyby  się trudności, nie można rezygnować z obrony tej pierwotnej miłości, która zjednoczyła dwoje ludzi i której Bóg nieustannie błogosławi. Małżeństwo jest drogą świętości, nawet wtedy, gdy staje się drogą krzyżową”.

    Często bywa tak, że obydwoje rodzice na chrzcie świętym przyrzekają wychowywać swoje dziecko po katolicku, a potem po latach, jedno z nich – zdecydowanie częściej ojciec – przestaje chodzić do kościoła, co zazwyczaj negatywnie wpływa na religijność dziecka. Wtedy rodzice mogą usłyszeć takie bardzo niepokojące słowa, jakie kiedyś kilkuletni chłopiec powiedział swemu ojcu: „Nie mogę się doczekać aż będę dorosły i jak mój tata nie będę już musiał chodzić do kościoła”. 

    Ksiądz Piotr Pawlukiewicz opisuje jeszcze inną sytuację, wobec której ludzie wierzący stają dziś coraz częściej:  “Kiedy kolega, znajomy czy przyjaciel zaprasza na swój ślub cywilny, który ma być początkiem nowego związku z tak zwaną drugą żoną, rodzi się dylemat: Czy iść do Urzędu Stanu Cywilnego, uśmiechać się miło, wręczyć tak zwanym nowożeńcom bukiet kwiatów, życzyć im szczęścia, mając na uwadze to, że oboje lub jedno z nich zostawia swojego prawego współmałżonka, że kilka ulic dalej dzieci tego tak zwanego pana młodego cierpią, bo tata poszedł sobie do innej pani? Czy mam uśmiechać się i być miły, kiedy ci tak zwani nowożeńcy na oczach wszystkich łamią jedyny ślub, jaki kiedyś składali przed Bogiem i Kościołem? W istocie jest to przecież smutna i tragiczna uroczystość. Czy w niej uczestniczyć? Znam ludzi, którzy nie przyjęli takiego zaproszenia. Stać ich było na takie postawienie sprawy. Nierzadko przez to tracili przyjaciela czy koleżankę. Nierzadko byli za swoją postawę boleśnie piętnowani przez całe otoczenie. Przyjazne relacje spłonęły w ogniu wierności Jezusowi”. 

    Święty Piotr bardzo wyraźnie stwierdził przed Sanhedrynem: “Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi”. Jednak w naszej codzienności zdarza się i to bardzo często, że dla świętego spokoju, dla przypodobania się ludziom, albo z lęku przed wyśmianiem, oskarżeniem o fanatyzm i dewocję – dezerterujemy. Dlatego tak bardzo potrzebna jest nam moc Ducha, aby wytrwać. 

    Hinduski kapłan Rufus Pereira opowiadał swego czasu, jak przyszli do niego mężczyzna i kobieta. Oboje byli bardzo chorzy. Prosili księdza Rufusa, aby pomodlił się nad nimi w intencji ich uzdrowienia. Gdy rozpoczął modlitwę poczuł natychmiast wyraźny duchowy opór. Poprosił ich, by przyszli następnego dnia rano. Ale i wtedy modlitwa wydawała się też być czymś  blokowana. „Usiądźmy i porozmawiajmy chwilę” – zaproponował ksiądz Pereira. „W którym kościele braliście ślub?” – zapytał schorowaną parę. „A my nie mamy ślubu kościelnego”. „Nie jesteście związkiem sakramentalnym?” – dopytywał się ksiądz. A gdybyście zostali uzdrowieni, to co byście zrobili?” – „Będziemy żyli dalej razem jak dotychczas”. – „Jak mąż z żoną, czyli prosicie Boga o zdrowie i siły, by żyć dalej w grzechu” – pytał ks. Rufus. Zmieszani mężczyzna i kobieta wyglądali na mocno zakłopotanych. 

    To pytanie księdza Pereira powinno nas zastanowić, bo często prosimy o wstawiennictwo, żeby na przykład mąż przestał pić albo żeby zapanowała harmonia w rodzinie, a nie kłótnie, albo prosimy aby, różne choroby nie dotykały nas i naszych bliskich. I jeśli Bóg spełni nasze prośby – czy wtedy tymi darami będziemy służyć Panu Bogu z czystym sercem pełnym wdzięczności, zachowując Boże przykazania? 

    ks.Marian Łękawa SAC

  • XIX Niedziela Zwykła – ROK C

    Bóg chce być kochany

    Pan Jezus przekazuje dziś bardzo ciepłe i serdeczne słowa: „Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo”. Obiecuje, że to królestwo, z którego przyszedł, stanie się udziałem tych, którzy weń uwierzą. Dla dzisiejszego człowieka zanurzonego w sprawach tego świata, Jezusowe słowa brzmią – trzeba przyznać – trochę archaicznie.

    A poza tym tu, na tej ziemi, przyobiecana rzeczywistość jest całkowicie zakryta. Ludzkie oko nie jest w stanie jej wypatrzyć. Ale ona jest. Jezus zaświadczył o niej aż do przelania swojej krwi. Dzięki temu Jego obietnica mogła się ziścić. Zanim jednak dokonał otwarcia Bożych bram, Chrystus swoim nauczaniem przybliżał Królestwo, które nie jest z tego świata, poprzez różne przypowieści. Między innymi przyrównał tę Bożą rzeczywistość do skarbu ukrytego na roli, który kiedy człowiek odkryje gotów jest oddać wszystko, ponieważ zapragnął posiąść go całym swoim sercem – „bo gdzie jest skarb twój, tam będzie i serce twoje”.

    Ksiądz Piotr Pawlukiewicz bardzo trafnie przetransponował tę prawdę na dzisiejsze realia: „Każdy z nas musi się uczciwie zapytać, gdzie jest jego serce. Zanurzone w serialach telewizyjnych? W magazynach piłkarskich? W robieniu kariery? Każdy z nas musi zapytać siebie: jaka wiadomość, jaka sprawa spowodowałaby, abym w nocy wstał, ubrał się i wyszedł z domu? Za co oddałbym wszystkie pieniądze? Każdy z nas ma takie sprawy, tak kochane osoby, takie wartości. I to jest w ewangelicznym przekazie niezwykłe, że Bóg chce być przez nas właśnie tak mocno, całym sercem kochany! Dokładnie tak! Wiem, to dla wielu szokujące, to dla wielu niemożliwe, to dla wielu zupełna abstrakcja. Owszem, pomodlić się, zachowywać przykazania, iść do kościoła. Ale kochać Boga aż tak?! Odpowiedź jest jedna: dokładnie tak! Zaangażować serce w Boga bardziej niż w samochód, komputer, serial, pieniądze”…

    Tymczasem bardzo często słyszę w rozmowie z ochrzczonymi ludźmi zadawalanie się jedynie najmniejszym minimum. Co gorzej – uważa się to za normalne i wystarczające, by pójść tylko do kościoła i to jeszcze z kilkuminutowym opóźnieniem. I znowu też nie co niedziela – no bez przesady! Raz na rok przystąpić do spowiedzi – wcale nie z potrzeby serca – tylko żeby mieć już z głowy. Błyskawiczna modlitwa z cichym westchnieniem: „o, jak mi się nie chce”. A tymczasem Pan Jezus stawia bardzo wysoko poprzeczkę mówiąc o wąskiej i stromej ścieżce, która prowadzi do Jego Królestwa. Wygodna i szeroka droga nie zaprowadzi do Bożego świata. I choćbym wmawiał sobie, że Jezusowe wymagania są po prostu absurdalne – to jednak tak naprawdę tylko Bóg jest całkowicie po stronie mojego serca. Żeby zrozumieć ten Boży zamysł dobrze jest przyjrzeć się, jak proponuje cytowany już wyżej ksiądz Piotr Pawlukiewicz, ludzkim relacjom choćby w rodzinach: „Czyż też nie oczekujemy od bliskich miłości? Żona pragnie nie tylko rzuconej na stół pensji, ale i serca, uśmiechu, zainteresowania, czułości ze strony męża. Córka oczekuje od matki nie tylko postawionego na stole obiadu, ale często rozmowy, przyjaźni, zrozumienia. W ilu domach można usłyszeć słowa: ”Czego się czepiasz? Przecież utrzymuję dom, daje pieniądze!” Tak, to prawda. Można dla kogoś pracować, być z nim, rozmawiać, a wcale go nie kochać, sercem być zupełnie gdzie indziej – w marzeniach, w gazetach, w telewizji. Chyba wielu z nas zdarzyło się, że ktoś, na kim mi zależało, wcale nie miał dla nas serca. Był z nami, rozmawiał, ale tylko z grzeczności, tylko z musu”.

    Przywołując takie doświadczenia mogę łatwiej zobaczyć moją ogromną niewdzięczność dla Boga, który uczynił dla mnie wszystko, aby mnie uratować i uszczęśliwić – a ja, owszem idę do kościoła na Mszę św., tyle że z obowiązku, może z przyzwyczajenia. Psalmista woła: „Ucieszyłem się, że pójdziemy do domu Pana”. Czy rzeczywiście jest we mnie radość, by móc uczestniczyć w Wielkiej Tajemnicy Wiary? Na ile zdaję sobie z tego sprawę? A modlitwa, do której jestem dopuszczony mając ten nieprawdopodobny i niewyobrażalny przywilej, że moje słowo dociera do samego Boga i Boży głos we mnie jest słyszalny – czym jest dla mnie, skoro odbywa się byle jak i byle szybciej, bo w telewizji zaczyna się już ciekawy film?

    Pan Bóg jednak nie zraża się i nie odwraca ode mnie swojej miłości, a równocześnie tak dalece szanuje moją wolną wolę – co też jest jedną z niepojętych Bożych tajemnic. Nie zmusza mnie do kochania siebie, ale poprzez najrozmaitsze sytuacje, poprzez wysyłanych aniołów i ludzi pragnie ocalić moje prawdziwe życie i uczynić je szczęśliwym. I czyni to w sposób tak delikatny, aby w niczym nie urazić mojego serca. Dokąd więc będę śpiewał ustami tylko: „Kiedyż, o kiedyż, słodki mój Panie, poznamy Serca Twego kochanie? Kiedyż Twa miłość rozpali nas? O, dobry Jezu, czas to już, czas!”

    Pan Bóg zrobił wszystko, aby zasłużyć sobie na miłość człowieka. Przede wszystkim dał swojego Syna przez którego każdy może stać się Bożym domownikiem. A jednak nie tylko św. Franciszek zwykł mówić: „Miłość nie jest kochana”. To smutne stwierdzenie jest widoczne w każdym ludzkim pokoleniu, w którym tylko „małe trzódki” odnajdują swój skarb – Jezusa. Kochają Go całym swoim sercem, tak jak tylko potrafią, idąc wytrwale po śladach Jego stóp. To nic, że ciągle upadają potykając się o ostre kamienie walające się na drodze ich życia. Z każdego upadku powstają i wciąż idą dalej, aby wytrwać do końca. To o nich mówi Jezus w dzisiejszej Ewangelii: „Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał”. Ale Pan już dziś, już teraz klęka przed każdym uczestnikiem Eucharystii i umywa nogi – tak jak wtedy kiedy ustanowił ten Przenajświętszy Sakrament. Czy widzę to co czyni Jezus – mój Pan, mój Bóg? Na pewno widzą te „małe trzódki” obecne w każdym zakątku świata, dla których słowa z Liturgii stają się żywe: „Wszyscy oddaliliśmy się od Ciebie, ale Ty sam Boże, nasz Ojcze, stałeś się bliski dla każdego człowieka. Przez ofiarę Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, wydanego za nas na śmierć, doprowadzasz nas do Twojej miłości, abyśmy także my dawali siebie braciom”. To poprzez nich Pan Jezus wciąż przyprowadza nowe twarze i przyprowadza o różnych porach dnia i nocy i nie tylko z rynków świata, ale i z przeróżnych opłotków, bo mieszkań w domu Ojca jest wiele.

    ks.Marian Łękawa SAC